Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is Duccio_di_Buoninsegna_-_Maest%C3%A0_Madonna_with_Angels_and_Saints_-_WGA06742.jpg

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Anioł z Acri, prezbiter
      •  Święty Wolfgang, biskup
    ***
    Święty Alfons Rodriguez

    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benwenuta Bojani
    ***
    Błogosławiony Dominik Collins

    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    ***
    Błogosławiony Michał Rua

    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł

    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz, Apostoł

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.
    W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Jak bracia

    Znajdowali się w ścisłym gronie uczniów Jezusa. Byli Jego krewnymi. Ale co tak naprawdę o nich wiemy?

    El Greco, Św. Szymon Apostoł i św. Juda Tadeusz Apostoł
    El Greco, Św. Szymon Apostoł i św. Juda Tadeusz Apostoł/Wikipedia

    ***

    Święty Szymon jest chyba najmniej znany spośród Apostołów. Ewangelie wspominają go zaledwie trzykrotnie. Ewangeliści Marek i Mateusz przypisali mu przydomek Kananejczyka – na tej podstawie uważa się, że pochodził z Kany Galilejskiej i mógł być panem młodym, na którego weselu Chrystus dokonał pierwszego cudu. Ale współcześni egzegeci w słowie „Kananejczyk” dopatrują się znaczenia: gorliwy. Zapewne wyróżniał się z grona Dwunastu prawością i surowością w przestrzeganiu prawa. Był prawdopodobnie bratem Jakuba i Judy Tadeusza, a także krewnym Jezusa, choć niektórzy egzegeci kwestionują te ustalenia.

    Tradycja podaje, że po śmierci Jakuba Starszego i Jakuba Młodszego został trzecim biskupem Jerozolimy. Miał głosić Ewangelię wraz ze św. Judą Tadeuszem. Dożył sędziwego wieku. Jak podają średniowieczne żywoty świętych, miał ponieść śmierć męczeńską w Persji za panowania cesarza Trajana. Zginął zamęczony wraz z Judą Tadeuszem. Nie wiemy dokładnie, jaką śmiercią – według legendy, miał zostać przecięty piłą.

    Święty Szymon jest patronem farbiarzy, garncarzy, grabarzy, spawaczy, wytwórców wyrobów skórzanych, tkaczy, murarzy, drwali. W ikonografii jego atrybutami są m.in.: piła, topór, palma, księga.

    Święty Juda, którego żywot tak mocno splótł się z życiem św. Szymona, jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu, w którym sam nazywa siebie bratem Jakuba. Miał przydomek „Tadeusz”, czyli: Odważny. Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni określają Judę także przydomkiem „Lebbeusz”, ale nie wiemy, skąd takie miano się wzięło i co dokładnie miałoby oznaczać.

    Również jego koleje losu owiane są aurą tajemniczości. Pismo Święte wspomina o nim zdawkowo. To on podczas Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” (J 14, 22). Według przekazu Nowego Testamentu, miał być jednym z krewnych Jezusa.

    Głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii. Część z misyjnych wędrówek odbył ze św. Szymonem. Niektóre z żywotów tych dwóch Apostołów podają, że wspólnie ponieśli śmierć męczeńską. Inne zaś mówią, że Szymon zginął w Jerozolimie, a Juda Tadeusz – w Libanie lub w Persji.

    Święty Juda Tadeusz w ikonografii jest przedstawiany z barką rybacką, kamieniami, krzyżem, księgą, maczugą, pałkami lub toporem, które są jego atrybutami. Kult tego świętego jest szczególnie żywy w Austrii i Polsce. Jest patronem szpitali i personelu medycznego. To do niego wierni zwracają się w sprawach trudnych i beznadziejnych, szukając w nim skutecznego orędownika.

    Ireneusz Korpyś/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________

    Św. Juda Tadeusz - Patron od spraw beznadziejnych
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Juda Tadeusz – Patron od spraw beznadziejnych

    “Święci Juda Tadeusz i Szymon Gorliwy są dla nas przykładem prawdziwych uczniów i apostołów Jezusa. Zawierzyli Mu całkowicie, poszli za Nim, ciągle z Nim przebywali, otwierając się na Jego słowo i moc. A potem stali się Jego apostołami niosącymi Dobrą Nowinę i łaskę zbawienia ludom ówczesnego świata” – mówił ks. dr hab. Stanisław Wronka w rozmowie z portalem Fronda.pl. Przypominamy tę rozmowę w dniu, w którym Kościół wspomina św. Judę Tadeusza.

    Tomasz Wandas, Fronda.pl: Co wiemy o św. Judzie Tadeuszu?

    Ks. dr hab. Stanisław Wronka (Kierownik Katedry Egzegezy Starego Testamentu. Uniwersytet Jana Pawła II w Krakowie): Informacje na temat św. Judy Tadeusza są w Nowym Testamencie bardzo skąpe. Należał do grona dwunastu apostołów (Mt 10,3; Mk 3,18; Łk 6,16; Dz 1,13). W czasie ostatniej wieczerzy pytał Jezusa: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” (J 14,22). Oczekiwał także na modlitwie razem z dziesięcioma pozostałymi apostołami, Maryją oraz krewnymi i uczniami Jezusa obiecanego Ducha Świętego (Dz 1,13).

    Dalsze losy św. Judy Tadeusza również nie są dokładnie znane, istnieją spore rozbieżności w zachowanych przekazach. Dotyczą one miejsc, w których apostoł miał przebywać, oraz sposobu zakończenia ziemskiego życia. Jako tereny jego działalności ewangelizacyjnej wymienia się Palestynę, Syrię, Mezopotamię, Persję, Armenię, Rosję, Arabię, Egipt i Libię. Według jednych umarł śmiercią naturalną, według innych poniósł śmierć męczeńską ‒ na krzyżu, przepiłowany lub zakatowany pałką. Najprawdopodobniej miało to miejsce w Mezopotamii lub dalej na wschód w Persji.

    Dlaczego uchodzi za patrona od spraw beznadziejnych?

    W tradycji zachowała się pamięć o licznych, nadzwyczajnych cudach dokonanych przez św. Judę Tadeusza. Apostoł miał między innymi uzdrowić Abgara V Ukkamę, władcę Edessy, obecnie miasta w Turcji, przez dotknięcie go obrazem przedstawiającym Jezusa lub listem od Jezusa, zaliczanym obecnie do pism apokryficznych. Stąd zwracano się do niego o pomoc w trudnych sprawach, gdy jego kult zyskał popularność w XVIII wieku zwłaszcza w Austrii i Polsce.

    Mówi się, że bibliści mają z nim problem, dlaczego? Czy w Piśmie Świętym są jakieś niejasności à propos tego świętego?

    Rzeczywiście teksty Nowego Testamentu są nie tylko skąpe, ale też nie do końca jasne. W wykazach dwunastu apostołów raz pojawia się imię „Tadeusz”, w niektórych manuskryptach Lebbeusz (Mt 10,3; Mk 3,18), a raz imię „Juda” z dodatkiem „Jakuba” (Łk 6,16; Dz 1,13), co trzeba rozumieć raczej w sensie „syn Jakuba”, a nie „brat Jakuba”. Na ogół przyjmuje się, że imiona te oznaczają tę samą osobę, bo pojawiają się zamiennie w podobnym miejscu listy: „Tadeusz” na dziesiątej pozycji, a „Juda Jakuba” na pozycji jedenastej. Pierwsze imię pochodzi z języka aramejskiego i znaczy „odważny”, drugie z języka hebrajskiego może oznaczać „wielbiący (Boga)”, „godny czci”. Noszenie podwójnego imienia było spotykane w starożytności.

    Poza tym greckie imię Ioúdas odnosi się w Nowym Testamencie do ośmiu postaci, w tym do Judy apostoła, Judy „brata (krewnego) Pańskiego” (Mt 13,55), Judasza Iskarioty (Mt 10,4) i Judy autora listu (Jud 1). Judasz Iskariota jest zawsze wymieniony precyzyjnie, więc nie można go pomylić z innym Judą. Natomiast trzy pozostałe postaci łatwo pomieszać ze sobą. Dawniej utożsamiano Judę apostoła z Judą „bratem Pańskim” i Judą autorem listu. Dzisiaj odróżnia się Judę apostoła od Judy „brata Pańskiego”, ponieważ „bracia Pańscy” byli sceptyczni wobec Jezusa (Mk 3,21). Dość powszechnie natomiast przyjmuje się, że Juda „brat Pański” jest autorem listu.

    Dlaczego wspominamy go łącznie z św. Szymonem? Co łączy tych świętych?

    Obaj apostołowie występują w wykazach obok siebie. W Mt 10,3-4 i Mk 3,18 Tadeusz jest bezpośrednio przed Szymonem, natomiast w Łk 6,15-16 i Dz 1,13 odwrotnie ‒ Szymon poprzedza Judę. Niektórzy widzieli w nich „braci Jezusa” (Mt 13,55; Mk 6,3) i traktowali jako kuzynów, a nawet rodzeństwo. Według przekazów starożytnych ponieśli oni razem śmierć męczeńską przepiłowani piłą w Mezopotamii lub Persji. Ich relikwie znajdują się w kaplicy Najświętszego Sakramentu bazyliki św. Piotra w Rzymie. Od początku połączono też ich kult i wyznaczono wspólne święto na 28 października.

    Co oznacza samo imię „Szymon”?

    Imię „Szymon” oznacza z hebrajskiego „wysłuchanie” przez Boga, przez człowieka. Apostoł występuje w Nowym Testamencie zawsze z przydomkiem „Kananejczyk” (Mt 10,4; Mk 3,18) lub „Zelota” (Łk 6,15; Dz 1,13). Pierwsze określenie aramejskie wskazuje na mieszkańca Kanaanu, jak pierwotnie nazywał się kraj podarowany Izraelitom przez Boga, i oznacza „gorliwy”. Termin „zelota” jest greckim odpowiednikiem słowa aramejskiego. Może on też oznaczać członka ugrupowania zelotów, które chciało na drodze walki uwolnić kraj spod panowania Rzymu.

    W czym powinniśmy ich naśladować?

    Święci Juda Tadeusz i Szymon Gorliwy są dla nas przykładem prawdziwych uczniów i apostołów Jezusa. Zawierzyli Mu całkowicie, poszli za Nim, ciągle z Nim przebywali, otwierając się na Jego słowo i moc. A potem stali się Jego apostołami niosącymi Dobrą Nowinę i łaskę zbawienia ludom ówczesnego świata. Czynili to odważnie i gorliwie, ufni w pomoc Bożą także w sprawach codziennych, zatroskani losami swojej ojczyzny, wielbiący we wszystkim Boga. Takich postaw nas uczą. Skorzystajmy z ich przykładu i wstawiennictwa, aby słuchać słowa Bożego, pozwalać się mu prowadzić, powierzać Bogu wszystkie sprawy osobiste, rodzinne i ojczyste, wielbić Go za wszystkie dary płynące z Jego miłosierdzia wobec każdego stworzenia.

    Bardzo dziękuję za rozmowę.

    Fronda.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    ***
    Święty Frumencjusz

    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 października

    Błogosławiona Celina Borzęcka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Lucjan i Marcjan
      •  Błogosławiony Bonawentura z Potenzy, prezbiter
      •  Święty Fulcjusz z Pawii, biskup
      •  Święty Dymitr z Salonik, męczennik
    ***
    Błogosławiona Celina Borzęcka

    Celina Rozalia Leonarda urodziła się 29 października 1833 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej Chludzińskich, na kresach dawnej Rzeczypospolitej w Antowilu, blisko Orszy – teraz to Białoruś. Rodzice zadbali o to, by otrzymała staranne wykształcenie i wychowanie. Już jako młoda dziewczyna zapragnęła wstąpić do klasztoru wizytek w Wilnie, ale posłuszna woli rodziców i radzie spowiednika w 1853 r. wyszła za mąż za Józefa Borzęckiego, właściciela majątku Obrembszczyzna koło Grodna. Było to szczęśliwe małżeństwo, a Celina była dobrą żoną i matką. Urodziła czworo dzieci, z których dwoje – Marynia i Kazimierz – zmarło jako niemowlęta. Celina zajmowała się pracą charytatywną wśród ludności wiejskiej, a w 1863 r. wspierała powstańców, za co znalazła się wraz z kilkutygodniową Jadwigą w rosyjskim więzieniu w Grodnie.
    W 1869 r. Józef Borzęcki uległ atakowi paraliżu i stracił władzę w nogach. Celina wraz z córkami Celiną i Jadwigą wyjechała z nim na leczenie do Wiednia, które jednak nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Przez pięć lat starannie pielęgnowała męża. Na kilka tygodni przed śmiercią Borzęcki podyktował starszej córce Celinie testament, w którym zaświadczył o miłości, bohaterstwie, odwadze i roztropności swej żony.
    Po jego śmierci, w 1875 r. Celina Borzęcka wyjechała z córkami do Rzymu. Tam znowu zapragnęła życia zakonnego. Poznała generała zmartwychwstańców, ks. Piotra Semenenkę, który stał się jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Pod jego wpływem postanowiła wraz z córką Jadwigą (obecnie Służebnicą Bożą) założyć żeńską gałąź zgromadzenia, do którego należał. Po pokonaniu wielu przeciwności i upokorzeń zmartwychwstanki zostały zatwierdzone jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem było nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. 6 stycznia 1891 r. Celina i Jadwiga złożyły śluby wieczyste. Dzień ten jest uważany za początek Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Kościele.
    Mimo rozlicznych zakonnych obowiązków, Celina była przy starszej córce (również Celinie), gdy rodziły się jej dzieci. Starała się też być dobrą babcią dla swoich pięciorga wnucząt. Założone przez nią nowe zgromadzenie rozwijało się dynamicznie. Jesienią 1891 r. Celina otworzyła w Kętach, mieście św. Jana Kantego, pierwszy dom na ziemiach polskich. W skromnej starej chacie początkowo została założona szkoła dla dziewcząt i nowicjat. Było trudno, bo siostrom i ich wychowankom doskwierała bieda, ale już po czterech latach stanął tam klasztor. Matka Celina sama zaprojektowała kaplicę, w której ołtarzu znalazła się Matka Boża Ostrobramska, a w witrażach można zobaczyć patronów Polski, Litwy i Rusi. Budynek klasztoru otacza piękny park, w którym do dziś rosną drzewa zasadzone jeszcze przez założycielkę. Dowodem jej zaradności i wyczucia smaku są zachowane niepowtarzalne szaty liturgiczne: alby, uszyte z jej koronkowej sukni ślubnej i dawnego stroju balowego. W Kętach zmartwychwstanki wybudowały szkołę i ochronkę dla dzieci. Stąd wyruszyły do kolejnych placówek – w Częstochowie i Warszawie. W 1896 r. rozpoczęły też pracę apostolską w Bułgarii, a w 1900 r. – w Stanach Zjednoczonych.
    W 1906 r. Celina przeżyła cios – nieoczekiwanie zmarła jej córka Jadwiga, współzałożycielka zgromadzenia i najbliższa współpracownica, która miała poprowadzić dalej rozpoczęte dzieło. Mimo podeszłego wieku Matka Celina pełniła nadal obowiązki przełożonej generalnej. Zmarła w Krakowie 26 października 1913 r., pochowana została obok swej córki w Kętach. W 1937 r. doczesne szczątki Celiny i Jadwigi zostały przeniesione do krypty pod kaplicą klasztoru w Kętach, a w 2001 r. – do sarkofagu w kościele św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach.
    Za życia matki Celiny powstało 18 domów, w których pracowało 214 sióstr zmartwychwstanek, i 16 związanych z ich duchowością zgromadzeń świeckich apostołek zmartwychwstania. W roku jej beatyfikacji w 54 domach w Polsce, Anglii, Argentynie, Australii, Kanadzie, Tanzanii, Stanach Zjednoczonych, we Włoszech i na Białorusi pracowało 512 sióstr oraz 322 apostołki. Siostry wykonują wiele posług, m.in. pracują jako nauczycielki, wychowawczynie, katechetki, zakrystianki, organistki, animatorki oazowe i pielęgniarki.Proces beatyfikacyjny Matki Celiny rozpoczęto z inicjatywy papieża Piusa XII w Rzymie w 1944 r. Dekret o heroiczności cnót podpisał św. Jan Paweł II w 1982 r. W 2002 r. w Krakowie przeprowadzono proces dotyczący domniemanego uzdrowienia po ciężkim wypadku Andrzeja Mecherzyńskiego-Wiktora, prawnuka Matki Celiny w piątym pokoleniu. 16 grudnia 2006 r. Benedykt XVI podpisał dekret zatwierdzający uzdrowienie dokonane za jej przyczyną. 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie matka Celina Borzęcka została ogłoszona błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Bł. Celina Borzęcka: Mówią, że nie jest mi dobrze w habicie…

    CELINA I JADWIGA BORZĘCKA
    EAST NEWS

    ***

    Przez 20 lat była oddaną i dobrą żoną. Po śmierci męża wraz z córką odnalazły nowe powołanie. Te dwie święte polskie kobiety stworzyły dzieło, które dziś służy na całym świecie, a za przyczyną błogosławionej dzieją się cuda.

    26 października obchodzimy wspomnienie liturgiczne – i rocznicę śmierci – absolutnie niezwykłej kobiety, bł. Celiny Borzęckiej CR. Połączyła w swojej biografii życie rodzinne z zakonnym, stając się swoistym fenomenem w historii Kościoła.

    Po śmierci męża – będąc wcześniej świecką wierną, pełniąc rolę żony, matki i zaradnej pani majątku na Kresach – razem z młodszą córką Jadwigązałożyła zgromadzenie sióstr zmartwychwstanek.

    Celina została beatyfikowana 27 października 2007 roku, do czego przyczynił się cud za jej wstawiennictwem, wymodlony dla krewnego Borzęckich – Andrzeja. Młody chłopak, mistrz Polski we wspinaczce sportowej, spadł ze ścianki podczas treningu – lekarze określali jego stan jako beznadziejny.

    Obecnie trwa natomiast proces beatyfikacyjny córki Celiny, sługi Bożej Jadwigi Borzęckiej. Bóg pisze na krzywych liniach naszego życia, zaskakując nas nowymi wyzwaniami.

    Celina Borzęcka: żona i wdowa

    Celina urodziła się 29 października 1833 r. w majątku Antowil koło Orszy, na terenie dzisiejszej Białorusi. Jej rodzicami byli Ignacy Chludziński herbu Dołęga i Klementyna z Kossowów Chludzińska. Miała siostrę i brata, a rodzina bardzo się kochała, zapewniając jej wszystko, co potrzeba, aby była szczęśliwa.

    W „Pamiętniku dla córek”, jaki prowadziła przez lata, przyszła błogosławiona zanotowała:

    W dzieciństwie zawsze byłam otoczona osobami mi życzliwymi. […] Kto nie doznał wrażeń w młodości obok starań i pieszczot matki, kto nie uczuł szczęścia wśród rodziny, krewnych i przyjaciół, ten skamieniałe ma serce i nierozwinięte uczucia.

    W wieku 10 lat przystąpiła do I Komunii Świętej. Dwa lata później Chludzińscy przeprowadzili się do majątku Laskowicze, który potem odziedziczył syn Alojzy z rodziną.

    Celina marzyła o całkowitym poświęceniu się Bogu, pragnęła życia zakonnego, ale w 1853 r. rodzice wydali ją za mąż za – o 12 lat starszego – Józefa Borzęckiego, herbu Półkozic. Przez 20 lat była bardzo oddaną i dobrą żoną, tworzyli zgraną parę. Paradoksalnie, po jego przedwczesnej śmierci (w wieku 52 lat) napisała:

    Stan duszy rozpaczliwy – chęć do porzucenia wszystkiego. Wstręt do dziękowania Bogu za życie – żyję jak zwierzę, które czeka końca swego – ale nieszczęśliwsza od zwierzęcia, bo doczekać się swego końca nie może, bo rozumie, że żyje, że urodziła się i umrzeć musi. Wejście najgłębsze w mą nicość, prośba o wiarę, o światło, nie pomaga. Nie mam nic! Nie mam Boga! […] Wrócił stan pierwotny, gdy zabita zamążpójściem straciłam wiarę*.

    Celina Borzęcka: wyjazd do Rzymu

    Borzęccy mieszkali w majątku Obremszczyzna koło Grodna. Mieli czworo dzieci, z których dwoje zmarło wcześnie – Kazimierz w wieku 2,5 roku, a Maria mając 1,5. Starsza córka Celina wyszła za mąż, a matka wspierała ją mocno także już po założeniu zgromadzenia. Jadwiga była co prawda ulubienicą, ale w kształcenie obu córek i formowanie ich charakteru Celina wkładała ogromny trud i zaangażowanie.

    Przez 5 lat opiekowała się ofiarnie mężem, który w 1869 r. doznał paraliżu i stracił władzę w nogach. Kiedy zmarł, musiała sobie poradzić ze wszystkimi sprawami bytowymi, a przywykła do pewnego poziomu życia. Nie było łatwo.

    Po „ogarnięciu” skomplikowanych spraw majątkowych wyjechała z córkami do Rzymu. Tam Polonią opiekowali się zmartwychwstańcy. Poznała ojca Piotra Semenenkę, współzałożyciela i generała zakonu, który szybko stał się jej spowiednikiem, kierownikiem duchowym i mistrzem. Umiejętnie poprowadził wdowę (i córkę także) do nowego powołania.

    Borzęcka: Założycielka sióstr zmartwychwstanek

    Po 11 latach, już po śmierci duchowego mistrza, wraz z 28-letnią Jadwigą założyła Zgromadzenie Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa – żeńską gałąź zmartwychwstańców. To polski zakon, który narodził się na emigracji, aby wspierać duchowe i moralne odrodzenie Polaków po klęskach powstań listopadowego i styczniowego.

    Dom generalny sióstr znajduje się w Rzymie. Prowadzą przedszkola i szkoły, pracują z młodzieżą w różnych krajach, prowadzą misje w Afryce i Ameryce Płd. Głoszą radosną nowinę o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, stając się znakiem radości, pokoju i nadziei.

    Celina i Jadwiga Borzęckie razem złożyły śluby wieczyste 6 stycznia 1891 r. i jest to data powołania do życia zgromadzenia. Pierwszy dom w Polsce otworzyły w Kętach i tam obie zostały pochowane. Jadwiga zmarła przed matką, 27 września 1906 r.

    Uzdrowienie za przyczyną bł. Celiny

    Objęcie funkcji przełożonej zupełnie nowego zakonu w wieku 58 lat wymaga wielu wyrzeczeń, radykalnej przemiany życia. Już w tamtych czasach budziło to rozmaite reakcje otoczenia…

    Wkrótce po złożeniu ślubów Celina, osoba z „towarzystwa”, wyjechała dla poratowania zdrowia do wód w Krynicy. Miała możliwość poobserwować, jak zachowują się ludzie, najczęściej katolicy, na widok jej nowego stroju. Zanotowała później: „Mówią, że nie jest mi dobrze w habicie, że mi poszerza stan i twarz, że jako osoba świecka wyglądałam znacznie lepiej i że wobec tego żadna fotografia nie może być korzystna. Mówią, że zupełnie utraciłam wyraz słodyczy”.

    Celina Borzęcka zmarła w wieku 80 lat w Krakowie. Obremszczyzna została upaństwowiona, komuniści zamienili majątek na kołchoz. Zmartwychwstanki nadal się rozwijają, realizując misję matek założycielek. Ich oddanie młodym chyba Bóg widzi i docenia, bo w dniu podpisania dekretu zatwierdzającego uzdrowienie Andrzeja za przyczyną Celiny Borzęckiej, 16 grudnia 2006 r., po 7 latach od wypadku, ten zdobył kolejny złoty medal we wspinaczce sportowej, na zawodach we Wrocławiu.

    Życie wygrywa ze śmiercią na różne „sposoby” – poprzez zmartwychwstanie, wskrzeszenie, a czasem cudowne uzdrowienie. Na co dzień liczy się jednak praca i łaska, która pomaga łączyć aktywność z modlitwą i kontemplacją. Z przykładu Celiny Borzęckiej mogą czerpać zarówno osoby konsekrowane, jak i zanurzeni „w świecie” świeccy czy nawet kapłani.

    Modlitwa o łaski za wstawiennictwem bł. Celiny Borzęckiej

    Bądź uwielbiony, Panie Jezu, który udzieliłeś bł. Celinie daru szczególnego umiłowania tajemnicy paschalnej i pragnienia wypełnienia Twojej świętej woli. Ufając w Twoją bezgraniczną miłość do nas, prosimy Cię za jej wstawiennictwem o łaskę…

    Spraw, o Panie, aby Kościół mógł się radować zaliczeniem służebnicy Twojej Celiny do grona świętych dla większej chwały Twojej i naszego dobra. Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl

    (cytaty z książki ks. K. Wójtowicza CR „Bogactwo charyzmatów błogosławionej Celiny B.”, Kraków 2008)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    ***
    Święci Chryzant i Daria

    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.
    W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki

    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.:
    Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    ***
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    ***
    Karol Wojtyła z matką

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.

    Karol Wojtyła po maturze

    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.

    Ksiądz Karol Wojtyła

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Biskup Karol Wojtyła

    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.

    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża

    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – 
    HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.

    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł

    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.

    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.

    Trumna z ciałem św. Jana Pawła II

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.

    Święty Jan Paweł II

    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Św. Jana Pawła II

    papieża

    web-saint-oct-22-john-paul-ii-zkoty1953-cc
    zkoty1953-cc

    ***

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, bł. Karola Habsburga.

    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.

    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.

    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.

    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w 8-letnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką, już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara.

    14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.

    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie.

    Wojna odebrała Karolowi możliwość kontynuowania studiów, zaczął więc pracować jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay. Początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim. W tym okresie Karol związał się też z polityczno-wojskową katolicką organizacją podziemną Unia, która starała się między innymi ochraniać zagrożonych Żydów.

    W 1942 r. postanowił studiować teologię i wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie gdzie 1 listopada 1946 r. otrzymał święcenia kapłańskie. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W okresie od kwietnia 1945 r. do sierpnia 1946 r. Karol pracował na uczelni jako asystent i prowadził seminaria z historii dogmatu.

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.

    15 listopada Karol wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu) w Rzymie. Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.

    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety.

    W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę „De Angelis” („O Aniołach„). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu tytuł doktora teologii i uzyskawszy urlop na pracę naukową 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, mimo że w 1953 roku przyjęła ją Rada krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (uzyskał go dopiero w 1957 r.). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.  W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem tytularnym Umbrii, a także biskupem pomocniczym Krakowa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i Bolesław Kominek. Wtedy też powstały jego najgłośniejsze prace, które przyniosły mu sławę wśród teologów – „Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz „Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.

    Jako biskup przyjął, zgodnie z obyczajem, hasło przewodnie swej posługi „Totus Tuus” (łac. „Cały Twój”), kierował je do Matki Chrystusa.

    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.

    Jako pasterz diecezjalny starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym.

    Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając do rozległej tradycji filozoficznej, lecz też do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z, nazwanym tak przez siebie, „prymasem Tysiąclecia”, ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości.

    Na zwołanym po śmierci Jana Pawła I konklawe w roku 1978 Wojtyła został wybrany na papieża i przybrał imię Jana Pawła II. Wynik wyboru ogłoszono 16 października o godz. 16:16.

    Jan Paweł II była pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie wschodniej i Azji w latach 80. XX w.

    Osobistym sekretarzem Jana Pawła II przez cały pontyfikat był arcybiskup Stanisław Dziwisz.

    Podczas jego pontyfikatu ponad 300 milionów ludzi przeszło na katolicyzm.

    Pontyfikat Jana Pawła II był drugi co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).

    Podczas wszystkich pielgrzymek przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między ziemią a księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne podczas których odwiedził 135 krajów i 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii, odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Papież Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i kanonizował 478 świętych.

    Ojciec Święty napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie.

    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża – apostoła.

    Papież chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie 31 marca 1985 r., który ONZ ogłosiło Międzynarodowym Rokiem Młodzieży napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem tego międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie).

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu Zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie udzielał się publicznie. Ojciec Święty Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r. po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, w 9666 dniu swojego pontyfikatu. W ciągu ostatnich dwóch dni życia towarzyszyli mu nieustannie wierni z całego świata.

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek 8 kwietnia 2005 r., w którym uczestniczyło na placu św. Piotra ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie Jana XXIII.

    13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI (następca Jana Pawła II) zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od pięcioletniego okresu oczekiwania od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpaczał się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został polski ksiądz Sławomir Oder. 2 kwietnia 2007 r. zakończyła się faza diecezjalna procesu i wszystkie akta zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji ds. kanonizacyjnych.

    1 maja 2011 nastąpiła beatyfikacja Jana Pawła II podczas uroczystej mszy świętej na placu Św. Piotra w Rzymie. Ogłoszony świętym przez papieża Franciszka 27 kwietnia 2014 roku.

    Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 października

    Święty Kasper del Bufalo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Kasper del Bufalo

    Kasper urodził się 6 stycznia 1786 r. w Rzymie, ochrzczony został dzień później w rzymskim kościele San Martino ai Monti. 6 sierpnia 1787 r. przyjął w domu bierzmowanie z powodu groźby śmierci. W 1788 r. został uzdrowiony z choroby oczu za wstawiennictwem św. Franciszka Ksawerego.
    Ojciec Kaspra, Antoni, był kucharzem, matka – Anuncjata z domu Quartieroni – zajmowała się synem, bo był on chorowitym chłopcem. Od najmłodszych lat często przebywał w kościele, a zapał, z jakim poznawał prawdy wiary sprawił, że zyskał przydomek “małego apostoła Rzymu”. Chciał być misjonarzem. Gdy miał dziewiętnaście lat, został przełożonym nowej szkoły katechetycznej przy Santa Maria del Pianto. Często przemawiał w kościołach i na placach Rzymu, mówił jasnym i prostym językiem. Zajmował się też ewangelizacją prostych, biednych ludzi z wiosek. Ze szczególną miłością zajmował się obłożnie chorymi w hospicjach i szpitalach. W latach 1797-1808 studiował w Collegium Romanum w Rzymie od pierwszego kursu łaciny aż do ukończenia teologii.
    Dnia 31 lipca 1808 r. otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i został mianowany kanonikiem przy bazylice San Marco. Zajmował się wiernymi w ubogich dzielnicach miasta. Gdy Napoleon zajął Rzym i deportował papieża, a od kapłanów zażądał złożenia przysięgi na wierność sobie, Kasper, kierując się wiernością Ojcu Świętemu, 13 czerwca 1810 r. odmówił złożenia przysięgi. Został za to zesłany do Piacenzy, a później do Bolonii. 13 września 1812 r. został uwięziony w San Giovanni in Monte, w Bolonii, za powtórne odmówienie złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. 12 stycznia 1813 r. przewieziono go do więzienia w Imoli. Gdy 16 maja 1813 r. po raz trzeci odmówił złożenia przysięgi, został przewieziony do fortecy w Lugo, a 10 grudnia skazano go na wyjazd na Korsykę.
    W lutym 1814 r., po czterech latach wygnania i niewoli, Kasper wrócił do Rzymu. Liczył na to, że teraz za przykładem św. Franciszka Ksawerego, którego chciał naśladować, zostanie misjonarzem. Jednak wówczas powierzono mu, wraz z grupą księży i za zgodą papieża, głoszenie nauk rekolekcyjnych i misji ludowych na terenie Włoch. Chciał wstąpić do jezuitów, ale jego spowiednik i przewodnik duchowy poradził mu, by założył własny zakon. Ponieważ chciał przybliżyć wiernym tajemnicę Krwi Chrystusa, założył, wraz z trzema towarzyszami, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Miało to miejsce w opactwie w San Felice w Giano, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1815 r. Bardzo szybko papież Pius VII zaakceptował nazwę i to on ofiarował pierwszą siedzibę.
    W styczniu 1821 r. Kasper wstawił się u papieża w sprawie ocalenia miasta Sonnino, które miało być ukarane z powodu istniejącego tam rozboju. Dlatego Pius VII powierzył mu uzdrowienie moralne całej prowincji dotkniętej bandyckimi napadami. W czasie swojej posługi Kasper mocno naraził się karbonariuszom, których zwalczał. Oskarżano go nawet przed papieżem. Reakcję papieża Leona XII, który w rezultacie pomówień wycofał udzielone pełnomocnictwa i gotów był rozwiązać założoną przez Kaspra kongregację, zniósł z pokorą i w rezultacie niebawem mógł znowu podjąć przerwaną działalność. 15 sierpnia 1825 r. papież zorientował się, że oskarżenia skierowane przeciwko Kasprowi były fałszywe. W lutym następnego roku chciał go nominować na biskupa, internuncjusza w Brazylii, ale Kasper odmówił przyjęcia tej godności. Pozostał w Rzymie i pracował w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, a w październiku 1826 r. wrócił do pracy w swoim zgromadzeniu. W 1834 r. pomógł św. Marii de Mattias założyć Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
    W dwa lata później był już tak wyczerpany, że musiał zmniejszyć swoją aktywność. Jednak gdy w grudniu 1837 r. dowiedział się, że w Rzymie wybuchła epidemia cholery, pośpieszył do miasta, by nieść posługę kapłańską wśród umierających na ulicach. Wygłaszał dla nich ostatnie nauki rekolekcyjne. Gdy sam zachorował, 27 grudnia 1837 r. w Albano otrzymał sakrament namaszczenia chorych, a dzień później zmarł. Pochowano go w kościele San Paolo w Albano. Beatyfikował go w bazylice św. Piotra w Rzymie papież Pius X dnia 18 grudnia 1904 r., a kanonizował w pięćdziesiąt lat później papież Pius XII.Święty Kasper uznawany jest za jednego z patronów osób cierpiących na choroby nowotworowe.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Jan Kanty

    20 października Kościół w Polsce obchodzi wspomnienie liturgiczne św. Jana z Kęt – patrona profesorów, studentów i młodzieży oraz szkół katolickich. Jest także patronem Caritas. Urodził się w 1390 r. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Jan Wyciąga z Malca pod Kętami.

    Mazur/episkopat.pl

    ***

    Przyglądając się życiu tego świętego, zadziwia nas jego wielkie ukochanie nauki. Studia na Wydziale Nauk Wyzwolonych Akademii Krakowskiej rozpoczął stosunkowo późno, mając około 23 lata. Po ukończeniu nauki osiągnął tytuł magistra artium. Przez osiem lat był kierownikiem szkoły klasztornej u bożogrobców w Miechowie. Kiedy zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów uniwersyteckich, wrócił do Krakowa i objął wykłady na Wydziale Sztuk Wyzwolonych i zaczął studiować teologię. Miał wówczas 39 lat.


    Dziwny to był student, wkraczający w 40. rok życia, równocześnie profesor, trzykrotny dziekan Wydziału Sztuk Wyzwolonych, prepozyt kolegium Większego, kantor kapituły kolegiaty św. Floriana w Krakowie i proboszcz w Olkuszu. Nic dziwnego, że zajęcia te wydłużyły jego studia do 13 lat, podczas gdy normalnie studium teologii trwało od 7 do 10 lat.

    Święty Jan jako kapłan i teolog ze wszystkich sił swoich starał się przekazać Ludowi Bożemu takie nauczanie, które nie naruszałoby doktryny wiary. Trzymał się z dala od sporów doktrynalnych, chociaż żył w atmosferze koncyliaryzmu. Pracował z nieprawdopodobną wytrwałością. Rękopisy, które wyszły spod jego ręki, liczą łącznie ponad 18 tysięcy stron. Owocem jego wytrwałej pracy jako skryptora jest zachowanych 28 kodeksów. W przepisywanych dziełach widać wszechstronność zainteresowań naukowych św. Jana, a w uwagach marginalnych ogromny szacunek dla nauki Kościoła.


    Św. Jan Kanty jest nam bliski nie tylko swojej działalności naukowej i swoistego rodzaju wydawniczej, ile raczej przez świętość życia. Nauka, której się oddawał, była dla niego jednym ze środków do osiągnięcia tego ideału. Był człowiekiem nieustannej troski o rozwój swojego życia wewnętrznego. Ciągle towarzyszyła mu świadomość, że teolog winien być przede wszystkim człowiekiem Bożym.

    Wokół dobroci i miłosierdzia św. Jana Kantego osnuto wiele legend. Podania te świadczą, że na barwnym tle Krakowa, gdzie mieszkało wielu świątobliwych i znakomitych ludzi, Jan był niezwykle popularny, a nimb wyjątkowej dobroci i świętości otaczał jego postać. Odznaczał się bowiem wielkim miłosierdziem. Starał się naśladować Chrystusa, który nigdy nie przeszedł obojętnie obok nędzy ludzkiej. Pomagał biednej młodzieży studiującej w Akademii Krakowskiej. Opiekował się sierotami, wdowami, chorymi, kalekami. Wszystko, co miał, rozdawał ubogim.


    Stare kroniki podają, że św. Jan Kanty w jadalni uczniów zaprowadził taki zwyczaj: jeśli w czasie obiadu zjawił się żebrak u drzwi jadalni, służący musiał powiadomić przełożonego słowami: ” Przyszedł ubogi”. Ten odpowiadał natychmiast: “Chrystus przyszedł” i zaraz starał się o to, aby ubogiego nakarmić. W ten sposób przypominał Święty swoim wychowankom słowa Chrystusa Pana: “Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).


    Św. Jan Kanty czynił dobro i przez to wyzwalał dobro u innych. Pewnego dnia – jak uczą stare zapiski kronikarskie – św. Jan Kanty otrzymał od ogrodnika duży kosz pięknych, czerwonych jabłek. Co z nimi zrobić? – zastanawiał się ten miłosierny kapłan. Przecież sam ich nie zjem. W Krakowie jest dużo biedniejszych ode mnie. Przez jakiegoś studenta przesłał te jabłka biednemu szewcowi, który miał kilkoro dzieci. Szewc dał każdemu z dzieci po jabłuszku, a resztę oddał choremu krawcowi. Krawiec przesłał w prezencie jabłka sąsiadce staruszce. Ta pomyślała sobie: Ja już jestem stara, wystarczy mi więc kawałek chleba i garnuszek mleka. Prześlę te jabłka profesorowi Janowi z Kęt. On opiekuje się chorymi, pomaga innym, uczy młodzież, więc potrzebuje więcej siły do pracy. I kosz z jabłkami powrócił do św. Jana. Fala dobra powraca.


    Ten święty Profesor jest dla wszystkich pedagogów, nauczycieli, profesorów wzorem wykładowcy całkowicie zaangażowanego w służbie Kościołowi Chrystusowemu i na tej drodze realizującego swoje powołanie życiowe. Ojciec Święty Jan Paweł II w swojej konstytucji apostolskiej o uniwersytetach katolickich przypomniał o tym nauczycielom akademickim. ” Powołaniem chrześcijańskich wykładowców jest być świadkami i pedagogami autentycznego życia chrześcijańskiego, którego przejawem winna być osiągnięta już przez nich integracja wiary z kulturą, kompetencji zawodowej z chrześcijańską mądrością” (nr 22).


    Wzorem takiego nauczyciela, który ze swego życia potrafił stworzyć znakomitą syntezę wiedzy i świętości, pozostaje dla nas św. Jan Kanty. Był on człowiekiem wielkiej modlitwy, co podkreślił papież Klemens XIII w bulli kanonizacyjnej: “Codziennie po ukończeniu swoich zajęć udawał się z Akademii prosto do kościoła, gdzie długo się modlił i adorował Chrystusa utajonego w Najświętszym Sakramencie” .

    Szczególnie aktualna jest ta postać w październiku, kiedy to obchodzimy Dzień Nauczyciela i rozpoczyna się rok pracy nauczycieli akademickich. Warto, by choć czasami wszyscy nauczyciele, bez względu na typ szkoły, w której pracują, przypominali sobie tę postać, która jest ich patronem. A skoro tak, to by w chwilach trudnych pracy pedagogicznej i naukowej przyzywali jego pomocy i wstawiennictwa.

    Adam Ostrowski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.
    opracowano na podstawie tekstu ks. Grzegorza Kalwarczyka
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Ofiara ruszyła lawinę

    Ofiara ruszyła lawinę
    ANNA BEATA BOHDZIEWICZ /REPORTER/EAST NEWS

    ***

    W październiku 1984 r. zginął ks. Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzał złu. Od tamtej pory przeszkadza znacznie bardziej.

    Władza ludowa umiała ludowi dopiec. A konkretnie tym jego członkom, którzy nie śpiewali w chórze jej piewców. Na początku lat 80. minionego wieku ks. Jerzy Popiełuszko otwierał listę „wrogów ludu” i władza dawała mu to odczuć. Wszechobecna inwigilacja, rewizje, podrzucane „dowody”, przesłuchania, szczucie w mediach, groźba więzienia.

    W lipcu 1984 roku atmosfera wokół kapłana była już taka, że ks. Teofil Bogucki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, powiedział podczas Mszy za Ojczyznę: „Uważam za swój pasterski obowiązek na tle fałszywych sądów i niesprawiedliwych wyroków, w świetle wypowiedzianych myśli, ukazać jasną postać ks. Jerzego, którego zaliczam w poczet najlepszych kapłanów, gorliwych i pełnych Ducha Bożego, i do najwspanialszych Polaków, szlachetnych i oddanych sercem ojczyźnie. Wszyscy zaświadczyć mogą, że nikogo nie nawoływał do nienawiści i zemsty, ale zachęcał do miłości i przebaczenia. Nie podniecał, ale uciszał wzburzone serca”.

    Śmierć po torturach, których opis przeszywa do szpiku.#Popiełuszko – nieraz sobie myślę, co by nam dziś powiedział…

    Film z ogłoszenia w kościele św. St. Kostki jest niezwykły. Czyste chrześcijaństwo: żyj w prawdzie, zło dobrem zwyciężaj, nie nienawidź – nigdy nikogo; ODPUŚĆ. pic.twitter.com/2w6Adi5QU4— Jan Buczyński (@janbuczynski) 19 października 2020

    To nie była tania laurka. Raczej przyczynek do procesu beatyfikacyjnego. Proboszcz wiedział, co mówi: ks. Popiełuszko naprawdę taki był. Scena z filmu, w której ks. Jerzy częstuje herbatą śledzącego go zmarzniętego esbeka, oddawała rzeczywistość. Świadkowie potwierdzają: przyszły błogosławiony robił takie rzeczy z autentycznej troski o człowieka, niezależnie od tego, kim ten człowiek był. „Walczymy ze złem, a nie z jego ofiarami” – ta myśl towarzyszyła mu cały czas. To dlatego był nieustępliwy, gdy ludzka wola kolidowała z tym, co odczytywał jako wolę Bożą. Wiedział, że Bóg chce dla człowieka wyłącznie dobra. Ta jego cecha dała o sobie wyraźnie znać już przed laty, gdy został wyrwany z seminarium do jednostki wojskowej w Bartoszycach. Tam władze PRL robiły klerykom pranie mózgu za pomocą „specjalnego programu szkolenia politycznego”. Na szeregowego Popiełuszkę spadały kary za to, że klęka do modlitwy albo że nie chce zdjąć z palca różańca. Ośmieszanie, długie i poniżające przesłuchania, odbieranie urlopu, areszt, stanie boso na mrozie – żadne szykany go nie złamały.

    „Wspólną modlitwę praktykujemy w dalszym ciągu, wspólny Różaniec, wieczorna modlitwa, w piątek Droga Krzyżowa, a w święta recytowana Msza św.” – pisał z wojska do ojca duchownego w seminarium. Imponował kolegom klerykom. Dzięki niemu nie bali się w niedziele odprawiać nabożeństw zastępujących Mszę św., ponieważ w Eucharystii nie pozwalano im uczestniczyć. Wielu z nich mówiło potem, że postawa Popiełuszki sprawiła, iż zamiast zrezygnować z seminarium, zyskali w wojsku większą motywację do zostania kapłanami.

    „Boże, jak się lekko cierpi, gdy się ma świadomość, że się cierpi dla Chrystusa” – pisał w jednym z listów kleryk Jerzy.

    Nie pożyję

    A jednak tamtego dnia, 29 lipca 1984 roku, ks. Jerzy wydawał się znękany ponad miarę. Zebrani w kościele widzieli, jak słuchając słów ks. Boguckiego, zasłania twarz ręką. Chyba po raz pierwszy publicznie płakał. Ale nie było to załamanie. „Ja jestem przekonany, że to, co robię, jest słuszne” – powtarzał w rozmowach z księżmi. Innym razem powiedział: „Ja się poświęciłem, ja się nie cofnę”. „Będę wśród swoich robotników, dopóki tylko będę mógł” – deklarował, świadom, że niedługo może już nie będzie mógł. Księża zapamiętali, jak w ostatnich miesiącach życia mówił kilkakrotnie: „Ja długo nie pożyję”. I dodawał: „Jestem gotowy na wszystko”. Mówił to z determinacją w głosie. Dziś możemy na tej podstawie stwierdzić, że Bóg przygotowywał ks. Jerzego do męczeństwa.

    Po lipcowej Mszy za Ojczyznę pozostały mu jeszcze niespełna trzy miesiące życia. Komunistyczna władza wiedziała już dzięki podsłuchom, że ksiądz nie wyjedzie na studia, lecz pozostanie w Polsce. Oznaczało to dla niej sygnał do wzmożenia represji. We wrześniu płk Pietruszka powiedział podwładnym: „Dosyć tej zabawy z Popiełuszką i Małkowskim. Podejmujemy zdecydowane działania. Trzeba nimi tak wstrząsnąć, żeby to było na granicy zawału serca, żeby to było ostrzeżenie”.

    Gdyby SB miała do czynienia z człowiekiem, któremu bardziej zależy na sobie niż na innych, może by takie „ostrzeżenie” podziałało. Ksiądz Jerzy jednak nie był takim człowiekiem. I władza posunęła się do działań ostatecznych.

    Bez skrupułów

    Jak to miało być? Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, pewnie ks. Jerzy Popiełuszko zniknąłby i tyle by go widziano. A potem może rozpuściłoby się plotki, że ktoś widział go, jak z panienkami na Karaibach przepuszcza pieniądze zebrane od naiwnych wiernych. Jedni by wierzyli, inni nie, ale wątpliwość by została. Funkcjonariusze Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wiedzieli, jak się takie rzeczy robi. Szczególnie ci z Samodzielnej Grupy „D”. Literka „D” to inicjał od słowa dezintegracja, a to ci ludzie potrafili najlepiej. Tam pracowali najwięksi zbrodniarze, zdolni do znęcania się nad ludźmi i mordowania ich bez żadnych skrupułów.

    Wieczorem 19 października 1984 roku trzej ludzie z tego „komanda śmierci”, przebrani w mundury milicjantów, zatrzymali samochód, którym podróżował ks. Jerzy Popiełuszko.

    To wiemy. Wiemy też, co zdarzyło się 11 dni później. „O godzinie 17.00 […] przystąpiono do wydobywania zwłok mężczyzny […] przy użyciu płetwonurków. Przed ich wydobyciem, jak wynika z oświadczenia płetwonurka Krzysztofa Mańko, […] ubrane były w sutannę, zwrócone twarzą w kierunku jazu, z obciążeniem nóg” – czytamy w milicyjnym raporcie z 30 października 1984 roku.

    Co się jednak naprawdę zdarzyło między porwaniem ks. Jerzego a znalezieniem jego zwłok? Nie mamy całkowitej pewności. Nic dziwnego – zarówno poprzedzające proces dochodzenie, jak i sam proces były w rękach władzy, która zleciła to morderstwo. Jeśli ten przedziwny „sąd we własnej sprawie” w ogóle się odbył, to wyłącznie dlatego, że coś poszło nie tak – i sprawa częściowo się wydała. Nie dało się już przed społeczeństwem udawać niewiniątek. Kogoś trzeba było poświęcić, więc poświęcono bezpośrednich wykonawców i ich bezpośredniego przełożonego.

    Poszło inaczej

    A co poszło nie tak? Z pewnością szyki pomieszała ucieczka Waldemara Chrostowskiego, kierowcy ks. Jerzego. Porwany razem z kapłanem, w dogodnym momencie zdołał otworzyć drzwi pędzącego samochodu i uciec. Jak to możliwe? Ta wersja długo budziła spory. Mimo to dostępne dziś dokumenty i relacje świadków wskazują na to, że tak rzeczywiście było.

    Tak czy inaczej – sprawa wyszła na jaw. I jeśli w zamyśle SB śmierć kapłana w ogóle miała dotrzeć do wiadomości publicznej, to z pewnością nie w taki sposób. Mimo że dochodzenie i proces zostały tak ustawione, jakby podsądnymi byli ks. Popiełuszko i Kościół, wydarzenia wymknęły się komunistycznej władzy spod kontroli. Nic już nie mogło powstrzymać lawiny przemian społecznych, jaka za kilka lat miała ruszyć, zmiatając – bez użycia przemocy! – cały aparat władzy i przywracając Polsce wolność.

    Tu działały siły, jakich sobie władza w ogóle nie wyobrażała. Zło zostało zwyciężone przez dobro – właśnie tak, jak do tego ks. Jerzy wielokrotnie nawoływał. Ksiądz miał „przestać bruździć”, miał nie skupiać już wokół siebie tłumów. Jego zniknięcie miało zapewne także zastraszyć ewentualnych naśladowców. Stało się zupełnie inaczej. Na pogrzeb ks. Jerzego 3 listopada 1984 roku do Warszawy zjechało prawie milion Polaków. Podczas Mszy, odprawianej przez tysiąc kapłanów, kazanie wygłosił prymas, kard. Józef Glemp. „Odpuszczamy wszystkim winowajcom, którzy z przekonania lub na rozkaz zadali bliźnim krzywdy. Odpuszczamy zabójcom ks. Popiełuszki. Nie mamy do nikogo nienawiści. (…) Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania” – niosło się nad ulicami wypełnionymi ludźmi.

    Taka jest logika Ewangelii: odrzucić zło, ocalić człowieka. Nie chcemy mieć satysfakcji z tego samego, z czego satysfakcję chce mieć diabeł. To jest też przesłanie ks. Jerzego.

    Ksiądz działa

    Owocem dobra jest dobro. Dziś wiele lat po śmierci ks. Jerzego, wielu ludzi świadczy o cudach i łaskach doznanych za jego przyczyną. Przy grobie błogosławionego kapłana wciąż modlą się wierni – i wielu otrzymuje łaski nawet wtedy, gdy się tego nie spodziewa. Ludzie wzywają jego pomocy w chorobach i dramatycznych sytuacjach życiowych. Wielu doznaje uzdrowienia, są małżonkowie, którzy wstawiennictwu bł. Jerzego przypisują wyjście z poważnych kryzysów, są też ludzie, którzy wypraszają jego pomoc w znalezieniu dobrej pracy.

    Ksiądz Jerzy za swojego ziemskiego życia przyczyniał się do licznych powrotów do Boga. Wygląda na to, że dziś nawrócenia to także jego szczególna „specjalizacja”.

    Umierają kolejni winowajcy zbrodni sprzed lat, mniejsza z tym, czy przez ludzki trybunał zostali uznani za przestępców, czy też nie. Ksiądz Jerzy złożył ofiarę, naśladując Jezusa, o którym już Izajasz pisał, że „poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami”. Z pewnością także kapłan męczennik oręduje za swoimi prześladowcami, modląc się o ich nawrócenie choćby w ostatniej godzinie.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz

    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz

    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Święty Łukasz. Ojciec wizerunku naszej Matki

    św. Łukasz prezentuje wizerunek Maryi (fragm.), mal. Guercino

    ***

    Przeciętny katolik zapytany o świętego Łukasza, odpowie, że był jednym z 12 apostołów i napisał Ewangelię. Niektórzy zwrócą uwagę, że na spisanych przez niego kartach, więcej miejsca niż inni Ewangeliści poświęcił Matce Bożej i innym kobietom. Rzeczywiście – jego miłość do Matki Bożej była tak duża, iż jako jedyny opisał wiele fragmentów jej życia, a późniejsze pokolenia chrześcijan przypisały mu autorstwo niezliczonej liczby jej portretów. Ale sam św. Łukasz nigdy nie widział jej Syna – Boga kroczącego po ziemi.

    Łukasz nie należał do dwunastu najbliższych uczniów Pana Jezusa, nie było go również wśród siedemdziesięciu dwóch osób, do których Chrystus głosił swe przesłanie. Nie był nawet Żydem!

    Lekarz, wszechstronnie wykształcony i dobrze sytuowany, rzucił dotychczasowe życie na wezwanie św. Pawła z Tarsu. Wielki apostoł pogan nie musiał nawracać Łukasza – ten przyjął wiarę chrześcijańską około dziesięć lat przed spotkaniem z nim.

    Ewangelia spisana przez Łukasza często uznawana jest za najpiękniejszą ze wszystkich czterech. Wielu badaczy Biblii podkreśla jego niezwykłą umiejętność pięknego posługiwania się językiem greckim, kronikarską dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. A źródła były Łukaszowi bardzo potrzebne – w przeciwieństwie do Marka, Mateusza i Jana, nie było mu dane ujrzeć Zbawiciela na ziemi. Mimo to zostawił nam najszerszą pamiątkę spośród wymienionych – prócz Ewangelii spisał bowiem również Dzieje Apostolskie. To jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Autor ukazał również z niezwykłą sumiennością podróże apostolskie św. Pawła, ponieważ sam w nich uczestniczył.

    Jedynie dzięki Ewangelii św. Łukasza znamy m.in. sceny Zwiastowania, narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni. Opowieści z dzieciństwa Pana Jezusa przekazał nam właśnie on. Również wiele przypowieści, m.in. – o miłosiernym Samarytaninie, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym czy o Łazarzu – znamy dzięki temu, że Łukasz przepytywał świadków kazań Chrystusa.

    Niezwykle ciekawe są tradycyjne legendy mówiące o artystycznym zacięciu Ewangelisty. Od półtora tysiąca lat w dokumentach pojawia się ten sam przekaz – św. Łukasz sportretował oblicze Matki Bożej. Niektóre źrόdła podają, iż obraz ten był namalowany metodą enkaustyczną, na dużej i ciężkiej desce drewnianej. Deska ta miała być blatem stołu, na którym posiłki spożywała Święta Rodzina. 

    Obraz przedstawiał twarz Matki Bożej, w większych niż naturalne rozmiarach. Część badaczy wyjaśnia, że gdy dzieło trafiło do Konstantynopola, malowidło zostało uzupełnione przez miejscowych artystów, którzy umieścili maryjne oblicze w obrazie większym, na którym jest także Dzieciątko Jezus. Sława obrazu szybko rozprzestrzeniła się na całą Europę – do Konstantynopola pielgrzymowano ze wszystkich jej krajów, od Rosji po Portugalię. Zachowały się też świadectwa pielgrzymek z Egiptu. Modlący się przekonani byli o tym, iż patrzą na obraz stworzony przez Ewangelistę.

    Niestety rok 1453 przyniósł typową dla zderzenia cywilizacji tragedię, gdy turecka armia zdobyła miasto obraz został zbezczeszczony – porąbany tasakiem i wrzucony do Bosforu. Na szczęście wcześniej – przezorni księża – nakazali sporządzić wiele kopii czczonego wizerunku. Artyści jednak wolą inspirować się czymś wielkim, niż wykonywać tego kopie. Powstały więc obrazy inspirowane cudownym obrazem – jeden z nich, „Dziewica Bolesna”, czczony jest w Moskwie. Najsławniejsza jednakże na całym świecie jest kopia pod nazwą „Matka Boska Nieustającej Pomocy” – do której to wizerunku modlą się wierni na całym świecie. Przypomnijmy tylko, że Bernadeta z Lourdes, tak jak również siostra Łucja z Fatimy twierdziły, że ten wizerunek Dziewicy był najbardziej podobny…

    Jest też w całej tej historii – a jakże – polski element. Wśród wielu wizerunków Najświętszej Dziewicy, które namalować miał św. Łukasz, wymienia się również ten wielu Polakom najbliższy – wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Zachował się łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru Paulinów na Jasnej Górze, zatytułowany: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W dokumencie tym czytamy:  Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Późniejsza historia świętego dla Polaków wizerunku zasługuje na osobną opowieść.  

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński

    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
    ***
    Święta Jadwiga Śląska

    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska

    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Gorlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________________


    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Jankowski

    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.

    Błogosławiony Józef Jankowski

    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy:W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.
    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Święta Teresa od Jezusa

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka ma nie tylko wspaniałą kartę jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
    ***
    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________________

    Serce w cierniowej koronie

    Antonio CiseriObjawienie Najświętszego Serca Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoqueolej na płótnie, 1888kościół Sacro Cuore, Florencja
    Objawienie Najświętszego Serca Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque /olej na płótnie, Antonio Ciseri 1888, kościół Sacro Cuore, Florencja

    *****

    Pomiędzy 1673 a 1675 rokiem w klasztorze wizytek w Paray-le-Monial w Burgundii mniszka Małgorzata Maria Alacoque czterokrotnie ujrzała Zbawiciela, który nakazał jej szerzyć kult swego Serca. Pod wpływem jej objawień wprowadzono uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Chrystus pierwszy raz ukazał się św. Małgorzacie Marii już podczas rekolekcji poprzedzających obłóczyny. Potem nastąpiły cztery objawienia, zwane dziś wielkimi. Po śmierci świętej kult Najświętszego Serca Jezusa rozszerzał się coraz bardziej. W 1765 roku papież Klemens XIII ustanowił święto.

    Małgorzata Maria Alacoque (1647–1690) zmarła w opinii świętości, ale jej beatyfikacji dokonał papież Pius IX dopiero 18 września 1864 r., a kanonizacji – Benedykt XV 13 maja 1920 r. Beatyfikacja Małgorzaty Marii zbiegła się w czasie z umocnieniem kultu Najświętszego Serca Jezusa. Wkrótce (w 1876 r.) w Paryżu rozpoczęto budowę ogromnej świątyni pod tym wezwaniem, bazyliki Sacré-Cœur.

    Antonio Ciseri (1811–1891), włoski malarz szwajcarskiego pochodzenia, otrzymał w 1888 roku od proboszcza florenckiego kościoła zamówienie na obraz ukazujący wizję francuskiej wizytki. Na obrazie widzimy drugie z czterech wielkich objawień, które miało miejsce w kaplicy klasztornej. Jezus przekazał pobożnej mniszce swoje pragnienie, aby ludzie Go miłowali. Wyjaśnił, że właśnie dlatego objawia im swoje Serce wraz ze wszystkimi skarbami Bożej miłości. Serce było otoczone promieniami i koroną cierniową. U góry wieńczył Je krzyż.

    Chrystus ukazany jest z ranami po gwoździach w dłoniach i stopach. Stoi na chmurze unoszącej się tuż nad ziemią. Cała kompozycja skąpana jest w złocistym świetle.

    Leszek Śliwa/ Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________________

    14 października

    Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik

    Święty Jan Ogilvie

    Jan urodził się w Keith (północna Szkocja) w 1579 r. w protestanckiej rodzinie szlacheckiej. W wieku 15 lat został wysłany do Europy na naukę, którą rozpoczął we Francji, skąd w 1595 r. przeniósł się do Leuven (obecnie Belgia), a potem do Ratyzbony i Ołomuńca. Zdobyta wiedza filozoficzna i teologiczna spowodowała nawrócenie na katolicyzm. 24 grudnia 1599 r. wstąpił w Brnie do Towarzystwa Jezusowego. Od 1607 r. był wykładowcą w Wiedniu. Święcenia kapłańskie otrzymał w Paryżu w 1610 r. Później został wysłany do Rouen. Dwa lata starał się o to, by wyjechać na misje do rodzinnej Szkocji. Wreszcie przełożony zakonu, Klaudiusz Aquaviva, w listopadzie 1613 r. wyraził zgodę na wyjazd, mimo że podczas panowania Jakuba I Stuarta trwały w Anglii prześladowania katolików.
    W przebraniu żołnierza i pod przybranym nazwiskiem Watson, Jan dostał się do Leith (obecnie dzielnica Edynburga). Odprawiał Msze święte na terenie Renfrewshire (wschodnia Szkocja). Po jedenastu miesiącach działalności, 4 października 1614 r., został aresztowany w Brnie, zadenuncjowany przez fałszywego katolika. Był poddawany torturom, bo chciano, by podał nazwiska innych katolików. Próbowano go trzykrotnie złamać, ale wytrwał. Odmówił poddania się duchowej jurysdykcji króla, uznając jedynie prymat papieża. Nawracanie protestantów na wiarę katolicką uznano za zdradę stanu i 10 marca 1615 r. Jan został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Egzekucję wykonano w dniu ogłoszenia wyroku w Glasgow, gdy św. Jana Ogilvie miał trzydzieści sześć lat. Został pochowany w zbiorowej mogile.
    Beatyfikował go papież Pius XI w dniu 22 grudnia 1929 r., a kanonizował 17 października 1976 r. papież Paweł VI. Do przykładu św. Jana Ogilvie odwołał się Benedykt XVI podczas wizyty apostolskiej w Wielkiej Brytanii. Podczas Mszy św. sprawowanej w Glasgow 16 września 2010 r. powiedział do szkockich kapłanów: Drodzy kapłani Szkocji, jesteście wezwani do świętości i do służenia ludowi Bożemu przez kształtowanie ich życia w tajemnicy krzyża Pana. Głoście Ewangelię czystym sercem i jasnym umysłem. Poświęcajcie się samemu Bogu, a staniecie się dla młodych ludzi jaśniejącymi przykładami świętego, prostego i radosnego życia: oni ze swej strony z pewnością zapragną przyłączyć się do was w waszej, pełnej gotowości służbie ludowi Bożemu. Niech przykład św. Jana Ogilviego, oddanego, pełnego samozaparcia i mężnego, będzie natchnieniem dla was wszystkich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    ***
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Od bluźniercy do świętego - o. Honorat Koźmiński
    fot. Zkoty via Wikipedia, CC BY-SA 4.0

    ***

    Od bluźniercy do świętego – o. Honorat Koźmiński

    Jeśli nie żałujesz za grzechy i uważasz, że nie musisz się spowiadać … zwróć się do ojca Honorata o pomoc. Uratuje cię niewolnik Maryi, który sam przeszedł drogę od bluźniercy do świętego.

    Jeżeli się nawrócę, naplujcie mi w oczy.

    Wacław Koźmiński, wychowany w pobożnej rodzinie katolickiej, po wyjeździe na studia do Warszawy, traci wyniesioną z domu wiarę. Narasta w nim nienawiść do Boga. Owładnięty duchem ateizmu, szydzi z wiary i innych próbuje od niej odwodzić. Zachodzi czasem do kościoła, lecz to tylko po to, by bluźnić i obrażać Boga. „Jeśli się nawrócę, naplujcie mi w oczy!” – deklaruje stanowczo.   

    W kwietniu 1846 17-letni Koźmiński zostaje aresztowany pod zarzutem spisku przeciwko carowi (zarzutem nigdy nie udowodnionym). Osadzony w najcięższych warunkach w niesławnym X pawilonie warszawskiej Cytadeli, brutalnie przesłuchiwany, głodzony, z perspektywą wyroku śmierci lub katorgi, spędza tam 11 miesięcy.  Ciężko choruje. Trawiony wysoką, wyniszczającą gorączką, stoi na granicy życia i śmierci.

    Gdy byłem uwięziony, trwałem w uporze, a gdy mnie ściślej zamknięto, zamiast się upokorzyć, to wtedy wspomniałem Bogu, aby Mu wyrzuty robić, że mnie nie ratuje, bluźniłem przeciw Bogu i w tym bluźnierstwie straciłem rozum, wpadłem w obłąkanie i trzy tygodnie w przeraźliwych krzykach dzień i noc zostawałem. Więc byłem już w paszczęce szatana, który już był pewny swej zdobyczy.” „Toś ty jest Bóg?!” – oto ostatni  zapamiętany okrzyk goryczy i bezsilności. Lekarze stwierdzają, że młody więzień cierpi na chorobę psychiczną. Po trzech tygodniach udaje się wyprowadzić go ze stanu gorączkowego otępienia: „dano mi takie lekarstwo straszne, że albo śmierć, albo uzdrowienie miało nastąpić”.

    Matka Wacława codziennie przychodzi pod bramę cytadeli. Bezradna słyszy opętańcze krzyki syna. Wbrew ludzkiej nadziei wierzy, że jest możliwy ratunek dla Wacława, modli się i powierza go Matce Bożej.

    Totus Tuus

    Dokładnie w  dzień Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – 15 VIII 1846 r.  nadchodzi przełom. Do celi Koźmińskiego przychodzi Jezus i przywraca mu życie wiary – to mistyczne spotkanie odmienia w jednej chwili całe życie Wacława. Z wojującego, zajadłego ateisty staje się człowiekiem wierzącym. Na kolejny niewątpliwy cud oczekuje jeszcze pół roku w więzieniu. Jako że po swoim nawróceniu nie rozmawia ze współwięźniami o niczym innym, tylko o Bogu,  zostaje uznany za chorego psychicznie, uniewinniony i uwolniony z Cytadeli.

    Wstępuje do zakonu kapucynów i  przyjmuje imię Honorat. Ma wówczas 19 lat.

    Życie zakonne rozpoczyna w  Zakroczymiu. Wkrótce na skutek carskich represji wraz z wszystkimi zakonnikami zostaje przeniesiony do  Nowego Miasta nad Pilicą. Modli się, pracuje, pokutuje otoczony aurą mistycznej obecności Boga. Oddaje się Maryi jako Jej niewolnik, według wskazań świętego Ludwika Grignion de Montfort. Totus Tuus ego sum –  modli się i prosi Maryję, by była dla niego „protektorką, pośredniczką, wspomożycielką, mistrzynią w głoszeniu kazań, doradczynią przy spowiedzi, obronicielką czystości”. 

    Co tu zostanie, gdy usuniemy dusze święte, powołane…?

    W czasach ciężkiej próby dla Ojczyzny i  Kościoła dotkniętego represjami po powstaniu styczniowym, gdy nastąpiła kasata zakonów, a nieliczne pozostawione zgromadzenia skazano na wymarcie zamykając nowicjaty, ojciec Honorat pisze: „trzeba bardzo gorąco się modlić, Pan Bóg czegoś chce ode mnie, coraz częściej zgłaszają się do mnie dusze różnego stanu i wykształcenia, wolne, i proszą o kierunek, o wstąpienie do klasztoru, a nade wszystko mówią mi, abym im pozwolił złożyć ślub czystości. Klasztorów nie ma, dokąd i jak te dusze kierować? Przede wszystkim za granicę odsyłać je nie godzi się, boć to owoc tutejszy, tu powinny zostać, nie godzi się ogołacać tej ziemi z dojrzałego, najpiękniejszego owocu, który ona wydała. Co tu zostanie, gdy usuniemy dusze święte, powołane? Coś Bóg chce, coś Bóg zaradzi“. Ojciec Honorat prowadzony przez Ducha Świętego  zakłada liczne tajne zgromadzenia zakonne, oparte na regule III zakonu św. Franciszka.  Jego duchowi synowie i córki, docierając do wszystkich środowisk,  niosą ludziom światło Ewangelii i duchowe pocieszenie.

    Sam wznosząc się na wyżyny świętości, zdobywa dusze dla Chrystusa. 

    Gdy odprawiał Najświętszą Ofiarę cała jego postać, wyraz twarzy, wszystkie jego ruchy wyrażały przejęcie się najgłębszą czcią, uwielbieniem i miłością; oblicze jego promieniało zachwytem, skupienie wewnętrzne i żywa wiara w obecność Boga na ołtarzu udzielały się osobom otaczającym ołtarz. Toteż tłumy ludu cisnęły się dookoła, zdawało się, że ten kapłan odprawiający Mszę świętą ciałem jest tylko wśród nas, a duch jego cały zatopiony w Bogu przenika niebiosa. Przy tym cała postać, wszystkie jego ruchy były tak spokojne, tak przy tym naturalne, bez przesady, że jakiś niebiański urok przykuwał serca i zapalał pobożnością”.

    Owoce zjednoczenia z Chrystusem w Eucharystii są przeobfite. Do spowiedzi ściągają w konspiracji tysiące penitentów, nie zważając na trudy i niebezpieczeństwo represji ze strony zaborców. Za miejsce sprawowania Sakramentu Pojednania służy ojcu Honoratowi tajny  konfesjonał, urządzony we wnętrzu szafy. Zatwardziali grzesznicy doznają tam niespodziewanych łask. Ojciec Honorat skutecznie pobudza do  skruchy i szczerego żalu za grzechy.  

    Biczował się do krwi, porywał dusze…

    Świadkowie jego życia, współbracia i duchowe córki zaświadczają:  

    Konfesjonał-szafa ojca Honorata był zamykany wewnątrz „i były wypadki, że takiego penitenta tak długo ojciec Honorat trzymał, aż go zupełnie nawrócił“, bywało również, że  „kazał mu zaczekać, a sam szedł do swej celi i biczował się do krwi, modląc się o jego skruchę, a gdy powracał, to zastawał tego penitenta zalanego łzami, w żalu za swoje grzechy“.

    Okazywał grzesznikom tyle współczucia i wyrozumiałości na ich upadki, że odkrywali mu szczerze najtajniejsze swoje rany i kruszyli się we łzach, czując się gotowymi do największego poświęcenia dla wynagrodzenia Bogu za zniewagi wyrządzone“.

    „Wpływ jaki Ojciec Honorat wywierał na osoby, które poddawały się jego kierownictwu, był niezwykły; wprost porywał dusze z życia powszedniego, ziemskiego i wprowadzał je na drogi Boże. Zapewne wiele osób jeszcze żyjących może to poświadczyć z jakim zapałem i poświęceniem, na głos sługi Bożego porzucano rodziny, dostatki, życie spokojne i wygodne, aby poświęcić się Bogu i tworzyć stan zakonny w ukryciu, z narażeniem się na prześladowanie rządu rosyjskiego, który w tym ruchu religijnym, jaki się wytworzył około sługi Bożego, upatrywał niebezpieczeństwo dla caratu“.

    Ojciec nosił pasek kolczasty, który wpił się w ciało Ojca. Dowiedzieli się o tym wtedy dopiero, kiedy Ojciec zachorował i doktor został wezwany do zbadania choroby. Musieli podobno po kawałku wyrywać z ciała ten pasek. Słyszałam, że Ojciec nasz lękał się sądu Bożego z powodu odpowiedzialności za tyle dusz, które prowadził“.

    Pewnego razu wyszedł z konfesjonału i upadł na posadzkę, penitenci jego, których nigdy nie brakowało przy konfesjonale, otoczyli go kołem, co mu jest, a on: nic, nic nie jest. Wtoczył się za drzwi na korytarz, drzwi zatrzasnął, by go nie żałowano“.

    Póki był zdrowy, mieszkał w tak ciasnej celi, że dziwiłem się jak on się tam zmieści. Sypiał na krótkim tapczanie, na którym był jeszcze krótszy siennik gruby, zdaje się z wiejskiego płótna, wypchany słomą, widziałem go; leżąc na nim musiał się kurczyć, bo inaczej nogi byłyby na ziemi”.

    Cnota czystości o. Honorata godna była podziwu, cenił tę cnotę do tego stopnia, że gdy w podeszłych latach nie mógł chodzić, gdyż był cierpiący na nogi, nie pozwolił nikomu podtrzymywać go pod rękę, a nawet w chorobie, kiedy doktor polecił oczyszczać rany na nogach i robić masaż, nie pozwolił dotykać się swego ciała. Nawet córki jego duchowne, porozumiewały się z Ojcem tylko listownie lub w konfesjonale, a nigdy osobiście. Gdy wchodził do konfesjonału, to tak prędko wsuwał się i zamykał się w konfesjonale, że chociaż ktoś z jego dzieci duchownych chciał z wdzięcznością rękę albo habit ucałować, to nie mógł go dosięgnąć

    Sługa  Boży był zawsze skromnie ułożony i gdy przechodził przez kościół, nie spojrzał w żadną stronę, postawa jego była tak skromna, że w zdumienie wprowadzała obecnych, a na twarzy jego malowała się świętość”.

     „Znamiennym dowodem świętości naszego Ojca i potwierdzeniem tego ogólnego mniemania, że był narzędziem w ręku Opatrzności Boskiej i że cała Jego działalność była dziełem Ducha Świętego był fakt, że Zgromadzenia ukryte, pomimo prześladowania rządów zaborczych, ciągłych rewizji, poszukiwań, donoszeń i zdrad, stale się rozwijały, działały, apostołowały nie tylko w Polsce, ale i w Rosji, w samym Petersburgu, w Moskwie, nawet na Syberii. Był to cud, na który tysiące ludzi patrzyło, podziwiało i uwielbiało cudowną opiekę Opatrzności nad dziełem Bożym i dopatrywało w tym szczególnej łaski Bożej i świętości Ojca Honorata“.

    Ojciec Honorat Koźmiński umiera w powszechnej opinii świętości 16 XII 1916, mając 87 lat, z czego 68 lat przeżył w zakonie. Ojciec Święty Jan Paweł II w 1988 roku dokonując jego beatyfikacji powiedział:

    I oto, po udrękach swej duszy ujrzał światło i nim się nasycił. Dziś odbiera chwałę ołtarzy w Kościele. Pokazuje nam, jak odczytywać „znaki czasu”. Jak trwać po Bożemu i działać w naszych trudnych czasach. Uczy, jak w duchu Ewangelii rozwiązywać trudne sprawy i zaradzać ludzkim potrzebom u progu trzeciego tysiąclecia od czasu, gdy „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”

    mg/Fronda.pl

    ____________________________________________________________________________________________


    13 października

    Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    77 lat temu przeszła do wieczności niezwykła portugalska mistyczka. Żywiła się tylko Eucharystią
    fot. screenshot Twitter

    ***

    77 lat temu przeszła do wieczności niezwykła portugalska mistyczka. Żywiła się tylko Eucharystią

    Droga ku niebu Alexandriny Marii da Costy wiodła podobnie jak jej rówieśniczek – we Francji Marty Robin oraz w Polsce św. Faustyny – poprzez dobrowolne przyjęcie na siebie cierpienia z miłości dla Chrystusa Eucharystycznego. Portugalska mistyczka przez okres 13 lat nie przyjmowała żadnych napojów ani pokarmów z wyjątkiem Komunii św.

    Alexandrina urodziła się 30 marca 1904 r. we wsi Balsar w Portugalii. Z rąk mamy (owdowiałej wkrótce po narodzinach córki) oraz starszej siostry Deolindy otrzymała staranne wychowanie w duchu chrześcijańskim. Już w wieku 7 lat, kiedy przystąpiła do pierwszej Komunii św., darzyła głęboką miłością Najświętszy Sakrament. Bardzo często chodziła do miejscowego kościoła, a kiedy fizycznie nie mogła uczęszczać we Mszy św., przyjmowała duchową Komunię św. Jako dziecko ubogich rolników, bardzo szybko, bo mając zaledwie 9 lat, zaczęła ciężko pracować w polu. Cztery lata później poważnie zachorowała i przez parę dni była w stanie krytycznym. Kiedy matka płacząc podała jej krzyż do pocałowania, Alexandrina wyszeptała: Nie tego chcę, lecz Jezusa w Eucharystii. Dziewczynka ostatecznie wyzdrowiała, choć skutki infekcji pozostały na cały okres dorastania i stały się pierwszym znakiem tego, o co później poprosi ją Bóg – by cierpiała jako dusza ofiarna za nawrócenie grzeszników.

    W wieku 14 lat Alexandrinę spotyka wydarzenie, którego konsekwencje ponosić będzie do końca życia. W Wielką Sobotę, dziewczyna wraz z siostrą oraz koleżanką zajęta była szyciem. Nagle do domu wtargnęło trzech mężczyzn zamierzających wykorzystać seksualnie dziewczyny. Aleksandrina wiedząc, jaką wartość ma czystość, postanowiła ocalić ją za wszelką cenę. Jedynym sposobem jaki jej pozostał, była natychmiastowa ucieczka przez okno. Upadek z wysokości czterech metrów nie tylko okazał się bardzo bolesny i przyniósł liczne obrażenia, ale w efekcie spowodował, iż lekarze określili jej stan jako “nieodwracalny”. Zapowiedzieli również, że paraliż, nie tylko nigdy się nie cofnie, ale że będzie się jeszcze bardziej pogłębiał.

    Dotrzymuj Mi towarzystwa

    Przez pięć kolejnych lat, pomimo ogromnego bólu, Alexandrina o własnych siłach chodziła do kościoła. Pewnego dnia, podczas modlitwy uświadomiła sobie, że Chrystus w tabernakulum jest takim samym więźniem jak ona przez chorobę. Zapragnęła z całego serca wynagrodzić Bogu ból samotności, ofiarując mu swoją obecność i pocieszając Jego Najświętsze Serce. Podczas jednego z mistycznych zjednoczeń z Jezusem, Pan poprosił ją, by darzyła szczególnym nabożeństwem Eucharystię: Dotrzymuj Mi towarzystwa w Najświętszym Sakramencie. Pozostaję w tabernakulum dzień i noc, czekając, by obdarzyć miłością i łaską wszystkich tych, którzy Mnie odwiedzą. Ale nie ma ich wielu. Jestem taki opuszczony, samotny i obrażany. (…) Wielu ludzi nie wierzy w Moje istnienie i w to, że mieszkam w tabernakulum. (…) Inni zaś wierzą, ale nie kochają Mnie i nie odwiedzają. Zachowują się tak, jakby Mnie tam nie było. Wybrałem ciebie, byś dotrzymywała Mi towarzystwa w tym małym azylu. (…) Jak Maria, wybrałaś najlepszą część. Wybrałaś miłość do Mnie w tabernakulum, gdzie możesz kontemplować mnie oczami nie ciała, lecz duszy. Jestem tam prawdziwie obecny, tak jak w niebie, tj: Cialem, Krwią, Duszą i Bóstwem.

    Kiedy paraliż osiągnął takie stadium, że Alexandrina nie była już w stanie wstać z łóżka, kapłan przynosił jej Pana Jezusa. Wkrótce jednak w parafii pojawił się nowy ksiądz, który kierował się zasadą, że Komunię św. daje się chorym tylko raz w miesiącu. Ta decyzja była prawdziwym wyrokiem dla sparaliżowanej dziewczyny. Miała bowiem świadomość, że dotychczas jedynie codzienne odwiedziny Jezusa Eucharystycznego trzymały ją przy życiu. Błagała więc kapłana, by częściej przychodził z Najświętszym Sakramentem. Czekając na jego odpowiedź, ofiarowała swoje cierpienia w intencji tych, którzy gardzili Chlebem Życia. Ostatecznie kapłan zgodził się na codwutygodniową wizytę.

    Zjednoczenie z Jezusem cierpiącym

    Alexandrina prosiła Maryję o cud wyjścia z choroby, składając obietnicę, że pojedzie na misje, jeśli modlitwa zostanie wysłuchana. Pomału jednak Bóg pomagał jej zrozumieć, że jej powołaniem jest bycie ofiarą dla Jezusa. Usłyszała głos Pana, zapraszający ją do tego by: kochać, cierpieć i czynić zadośćuczynienie. Alexandrina przyjęła dobrowolnie wolę Bożą i przestała modlić się o uzdrowienie. Do końca życia, to jest przez okres kolejnych trzydziestu lat, pozostała przykuta do łóżka. Jej cierpienie nierozerwalnie złączone z cierpieniem Chrystusa nabrało zbawczego wymiaru. Droga przez ból fizyczny wiodła ją ku chwale Bożej, zgodnie ze słowami św. Pawła: Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale (Rz 8, 17).

    W listopadzie 1933 r., na życzenie chorej, po raz pierwszy została odprawiona Eucharystia w jej pokoju. Alexandrina, która parę lat (!) czekała na to wydarzenie, tak wspominała je później: Wraz z pierwszą Mszą św., Pan zaczął zwiększać z jednej strony czułość dla mnie, a z drugiej ciężar mojego krzyża. Szczególne wybranie do włączenia się w dzieło odkupienia ludzkości, znalazło swój wyraz w głębokim zjednoczeniu z cierpiącym Zbawicielem. Od 3 października 1938 r. do 24 marca 1942 r. w każdy piątek mistyczka otrzymywała łaskę żywego uczestnictwa w trzygodzinnej męce Pańskiej. Przeżywanie pasji Jezusa polegało na tym, że dziewczyna powtarzała wszystkie gesty i słowa z ostatnich godzin Chrystusa przed śmiercią krzyżową. Doświadczeniu towarzyszył ogromny ból fizyczny i duchowy, taki sam, jaki wówczas przeżywał Zbawiciel. Co ciekawe, w tym czasie wszelkie objawy paraliżu znikały.

    Ta wyjątkowa zażyłość z Jezusem sprawiła, że chora była szczególnie znienawidzona przez diabła. Atakował ją, dręczył pokusami przeciw wierze oraz boleśnie kaleczył jej ciało. Dziewczynę spotykało także niezrozumienie ze strony mieszkańców wsi oraz zdystansowanie i niedowiarstwo kapłanów wobec jej mistycznych doświadczeń. Siły do przezwyciężania tych bolesnych doświadczeń czerpała z Eucharystii.

    Nic już nie będziesz jadła na ziemi

    27 marca 1942 r. chora zawołała do Jezusa: Moja Miłości Eucharystyczna, nie mogę bez Ciebie żyć! O Jezu, przemień mnie w Twoją Eucharystię! (…) Wgłębi duszy usłyszała odpowiedź: Nic już nie będziesz jadła na ziemi. Twoim pokarmem będzie Moje Ciało. Twoja krew będzie Moją Boską Krwią, twoje życie będzie Moim Życiem. Otrzymasz tę laskę, kiedy zjednoczę Swoje Serce z twoim (…). Od tego dnia Komunia św. stała się jedynym Chlebem Alexandriny. Aż do śmierci, tj. przez kilkanaście lat, nie przyjmowała żadnych innych pokarmów ani napojów (przy stałej wadze ciała około 33 kg).

    Z czasem wieść o niecodziennym poście dziewczyny rozniosła się po okolicy. Ludzie licznie nawiedzali dom mistyczki, prosząc o modlitwę. Nie brakowało jednak osób, które nie wierzyły w autentyczność zdarzeń, utrzymując że Alexandrina jest potajemnie dożywiana przez matkę i siostrę. Po kilkunastu miesiącach karmienia się wyłącznie codzienną Eucharystią, da Costa na prośbę arcybiskupa poddała się badaniu lekarskiemu, które miało raz na zawsze wyjaśnić kwestię wiarygodności niezwykłego postu. Lekarze uznali, iż jednorazowa wizyta jest niewystarczająca dla rozwiązania tak niecodziennego przypadku, dlatego zadecydowali o konieczności poddania się przez chorą miesięcznej obserwacji w szpitalu. Aleksandrina wyraziła zgodę, stawiając trzy warunki do spełnienia: codzienna Komunia św., obecność siostry Deolindy oraz żadnych innych badań poza obserwacjami.

    W szpitalu, oprócz bólu fizycznego, chora doświadczała upokorzeń zarówno ze strony lekarzy, jak i personelu medycznego. Starała się jednak pamiętać o słowach Pana Jezusa, który zapowiedział jej, że rzadko otrzyma pocieszenie i prosił, by pomimo tego na jej ustach zawsze gościł uśmiech. Z tego względu wszyscy, którzy mieli styczność z dziewczyną widzieli jej pogodne oblicze i nie byli świadomi cierpień, jakie ją dotykały. W czasie pobytu w szpitalu Alexandrina była pod stałą kontrolą, ani na chwilę nie zostawiano jej samej w pokoju. Na próżno próbowano ją przekonać, by przyjęła pokarm. W końcu po 40 dniach zakończono obserwacje. W oficjalnym raporcie, podpisanym przez prowadzącego chorą dr Gomeza de Araujo z madryckiej akademii medycznej oraz w dołączonym zaświadczeniu dr Lima de Azevado z wydziału medycznego Oporto, stwierdzono, iż przypadek jest w świetle nauki niemożliwy do wyjaśnienia (…) Prawa psychologii i biochemii nie mogą wytłumaczyć przeżycia chorej przez 40 dni całkowitego postu w szpitalu. Co więcej, w tym stanie kobieta odpowiadała codziennie na liczne pytania i wytrzymywała częste rozmowy, wykazując się bardzo dobrą dyspozycją oraz doskonałą jasnością ducha. (…) Potwierdzamy, że jej wstrzemięźliwość od pokarmów i napojów była całkowita przez cały ten czas. Zaświadczamy również, że utrzymała stałą wagę, temperaturę, oddech, ciśnienie, puls(…). Profesor Ruj Joao Marques z Peraambuco, który wnikliwie przestudiował raporty medyczne, potwierdził wiarygodność postu Alexandriny, raz na zawsze zamykając usta tym, którzy posądzali da Costę o oszustwo.

    Moc Eucharystii

    Alexandrina wiedziała, jaką potęgę ma Eucharystia. Usłyszała od Pana Jezusa: Żyjesz jedynie Eucharystią, ponieważ chcę przez to ukazać światu moc Eucharystii i moc Mojego życia w duszach. Życie błogosławionej Portugalki pokazuje, jakie owoce przynosi odkrycie Bożej miłości w Najświętszym Sakramencie i wielkoduszna odpowiedź na nią, wyrażana w naśladowaniu miłości Chrystusa przez pokonywanie w sobie grzechu, egoizmu i wszelkiego zła. Jej drogę do nieba można zrozumieć odwołując się do miłości. Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie pozbawione jest sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa (Jan Paweł II, Redemptor hominis, 10). Eucharystia nie bez powodu nazywana jest sakramentem miłości. Tam bowiem jest miłość, gdzie jest bezinteresowny dar z siebie samego. Największym zaś darem, jaki Bóg ofiarowuje człowiekowi jest życie wieczne, które człowiek otrzymuje jako owoc śmierci i zmartwychwstania Pańskiego. Uobecnienie wydarzeń paschalnych dokonuje się każdorazowo w Eucharystii. Z tego względu możemy mówić, że w Eucharystii Chrystus odpowiada na największy głód człowieka – głód miłości. Błogosławiona Alexandrina przez całe życie odkrywała miłość w Bogu obecnym w Eucharystii.

    Chrystus obiecał mistyczce, że dzięki jej ofierze wiele dusz stanie się gorliwymi w życiu eucharystycznym. Pomimo bolesnej choroby każdego dnia Alexandrina przyjmowała setki osób, którym mówiła o orędziu Matki Bożej Fatimskiej, zachęcając do pokuty i modlitwy oraz do wynagradzania Jezusowi w Najświętszej Eucharystii. W 1945 r. dokonała aktu ofiarowania swoich cierpień w intencji uświęcenia i zbawienia młodzieży. Do tego dzieła zachęcił ją kierownik duchowy, salezjanin o. Umberto Pasąuale. Pragnęła w ten sposób odpowiedzieć na skierowane do niej słowa Jezusa: Znajdź Mi dusze, które będą kochać Mnie w sakramencie miłości, by one zajęły twoje miejsce, kiedy pójdziesz do nieba.

    Alexandrina zmarła 13 października 1955 r. Pochowano ją tak, jak sobie tego życzyła: Chciałabym być pochowana, jeśli to możliwe, z twarzą zwróconą w stronę tabernakulum kościoła. Wżyciu zawsze pragnęłam być zjednoczona z Jezusem w Najświętszym Sakramencie i mieć wzrok skierowany w tabernakulum tak często, jak to było możliwe, dlatego życzę sobie, by po mojej śmierci nadal wzrok pozostał skierowany na Eucharystycznego Jezusa. Wiem, że oczami ciała już nie zobaczę więcej Chrystusa, ale chcę być położona w takiej pozycji, by pokazać Mu miłość, jaką miałam do Najświętszej Eucharystii.

    Dialog miłości

    Dwa lata po jej śmierci, nad grobem Alexandriny postawiono małą kaplicę, a w 1977 r. ciało z kaplicy przeniesiono przed główny ołtarz kościoła parafialnego, uznając, że to miejsce, przy ukochanej Eucharystii, najbardziej pasuje na wieczny spoczynek. Jan Paweł II podczas beatyfikacji mistyczki, 24 maja 2004 r., przywołał scenę znad jeziora Genezaret, jako najwłaściwszą dla zobrazowania drogi życiowej Portugalki: “Czy miłujesz mnie?” – zapytał Jezus Szymona Piotra, a on odpowiedział: “Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Maria Zboralska/fronda.pl/Francis Johnston Alexandrina

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król   
    ***
    Błogosławiony Jan Beyzym

    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana: Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:

    Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.

    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    ***
    Błogosławiony Jan XXIII

    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”

    .Błogosławiony Jan XXIII

    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.

    Błogosławiony Jan XXIII

    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    ***
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska

    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia
    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem. Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    ***
    Święty Brunon

    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
      •  Błogosławiony Bartolo Longo
      •  Bazylika katedralna we Włocławku
    ***
    Święta Faustyna Kowalska

    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

    Święta Faustyna Kowalska

    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimierskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: 
    Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.
    W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 października

    Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
      •  Błogosławiony Kolumban Józef Marmion, prezbiter
    ***
    Święty Franciszek Borgiasz
    Franciszek urodził się 28 października 1510 r. w Gandii koło Walencji, w jednym z najznakomitszych hiszpańskich rodów Borgiów. Był pierworodnym dzieckiem Jana, księcia Gandii, i Joanny Aragońskiej, a prawnukiem: po mieczu – niesławnego papieża Aleksandra VI, zaś po kądzieli – króla Ferdynanda Katolickiego. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Gdy miał dziesięć lat, umarła jego ukochana matka. Zaopiekował się nim i zadbał o jego wykształcenie wuj, arcybiskup Saragossy.
    Już jako młodzieniec Franciszek miał ochotę zamienić wspaniałe komnaty pałacowe na klasztorną celę, ale ojciec wysłał go jako pazia na dwór cesarza Karola V do Valladolid, gdzie, mimo okazji do złego, Franciszek zachował czystość. Podczas służby ożenił się z Eleonorą de Castro Melo e Menezes, która słynęła nie tylko z urody, ale i z niezwykłej zacności duszy. Mieli ośmioro dzieci – Karola Carlosa urodzonego w 1530 r., dwa lata młodszą Izabelę (matkę Franciszka Goméz de Sandoval y Rojas – faworyta króla Filipa III Habsburga), trzy lata młodszego Jana. Były jeszcze o pięć lat młodsze od Karola bliźniaki Alvaro i Joanna, a także Ferdynand, Dorota i Alfons.
    O pobożności całej rodziny niech świadczy fakt, że ilekroć usłyszeli dzwonek towarzyszący kapłanowi idącemu do umierającego, zrywali się wraz z dziećmi, we dnie czy w nocy, i odprowadzali księdza z Ciałem Pańskim na miejsce.
    Mimo że szczęście sprzyjało Franciszkowi, nie zaprzestał pracy nad sobą. Często uczestniczył we Mszy świętej, przystępował do spowiedzi i Komunii i dużo pracował. W rzadkich godzinach wypoczynku zajmował się śpiewem i muzyką, niekiedy myślistwem, unikał gier w karty i kostki, bo jak mawiał, “tracimy przez to trzy kosztowne rzeczy: czas, pieniądze i sumienie”.
    W 1539 r. podczas sejmu w Toledo niespodzianie zmarła młoda cesarzowa Izabela Portugalska. Uchodziła ona za dobrą, szlachetną i najpiękniejszą z kobiet swoich czasów. Miała zaledwie 36 lat i cieszyła się powszechną miłością dla swej szlachetności i dobroci. Franciszek towarzyszył z urzędu jej ciału do grobu w Grenadzie. Wielkie wrażenia na nim zrobiły zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy cesarzowej. Postanowił odtąd służyć Bogu i wstąpić do zakonu, gdyby przeżył żonę. Później nieraz wspominał, że śmierć cesarzowej Izabeli powołała go do nowego życia.
    Niezwłocznie po pogrzebie pośpieszył do Toledo, aby zrezygnować z pełnienia urzędu, ale cesarz nie chciał się pozbyć swego najwierniejszego towarzysza i mianował go wicekrólem Katalonii. Franciszek Borgiasz w latach 1539-1543 rządził mądrze i sprawiedliwie i był dla wszystkich wzorem zacności. Co dzień odmawiał różaniec, spowiadał się, przystępował do Komunii w każdą niedzielę i święto, biczował się, a sypiał tylko cztery do pięciu godzin na dobę.
    Po śmierci ojca w 1543 r. zrzekł się godności wicekróla, wyjechał z Katalonii i objął zarząd dziedzicznego księstwa Gandii. Dbał o swoich poddanych. Starał się o poprawę ich moralności i warunków materialnych. Chciał też podnieść poziom oświaty. Swoim przykładem doprowadził do tego, że każdy w Gandii chociaż raz na miesiąc przystępował do Stołu Pańskiego.
    Gdy umierała jego żona Eleonora, klęcząc u stóp Ukrzyżowanego, prosił Boga o jej zdrowie i życie. Usłyszał wtedy głos: “Jeśli koniecznie żądasz, aby małżonka twoja dłużej żyła, niech się stanie wola twoja, ale wiedz, że to nie wyjdzie jej na dobre”. “Panie – odpowiedział zapłakany Franciszek – jakże bym miał żądać, abyś spełnił wolę moją? Niech się zawsze i wszędzie dzieje wola Twoja! U nóg Twych składam moje, mej żony i mych dzieci życie i wszystko, co tylko posiadam. Rozporządzaj wszystkim według upodobania”.
    Święty Franciszek Borgiasz
    W 1548 r. żona Franciszka umarła, mając tylko 35 lat. Wypełnił on wtedy powzięte po śmierci cesarzowej Izabeli postanowienie – wstąpił do zakonu jezuitów. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej został jeszcze rok w świecie, aby zabezpieczyć dzieci i zamknąć wszystkie sprawy osobiste i publiczne. W 1549 r. w Rzymie został przez św. Ignacego przyjęty do zakonu. Na wieść o tym, że papież Juliusz III chce mu ofiarować kapelusz kardynalski, uciekł z Rzymu i wrócił do Hiszpanii, gdzie w roku 1551 przyjął święcenia kapłańskie.
    W małej celce kolegium w Ognate przeżył kilka następnych lat na modlitwie i pokucie, pełniąc najniższe posługi. Codzienne zastanawiał się nad sobą i robił rachunek sumienia, co doprowadziło do takiej pokory, że uważał się za największego grzesznika na świecie. Swoje listy podpisywał wtedy “Franciszek grzesznik”. W okolicy działał jako misjonarz. Tam, gdzie przychodził, zbierały się tysiące ludzi, by go słuchać i doznać od niego pociechy. Później św. Ignacy wysłał go na dwa lata, by był kaznodzieją i spowiednikiem przy dworze portugalskim. Cieszył się tam zaufaniem najwyższych dostojników i magnatów. Pięć razy papież ofiarował mu godność kardynalską, on jednak za każdym razem odpowiadał: “Nie dlatego zrzuciłem gronostaje książęce, aby przywdziać arcykapłańską purpurę!”
    Nie chciał piastować żadnych stanowisk, ale przekonano go, że jego pochodzenie, zdolności i wykształcenie powodują, że powinien kierować innymi. Dlatego w 1554 r. został prowincjałem Hiszpanii, Portugalii i Indii, a jedenaście lat później wybrano go na generała zakonu. Przyjął tę godność, mówiąc: “Prosiłem Boga o krzyż, ale przyznaję się, że o takim jak ten nie myślałem”. Rządził z niezwykłą mądrością. Zakon liczył wtedy już około stu trzydziestu domów i trzech i pół tysiąca członków, dlatego Franciszek musiał odbywać częste i męczące podróże. Wzmocnił organizacyjnie zakon, kładąc podstawy pod jego potęgę. To on przyjął do nowicjatu Stanisława Kostkę. Był również spowiednikiem św. Teresy z Avila.
    Będąc przyjacielem i doradcą Ignacego Loyoli, wspomógł utworzenie przez niego Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego (Collegium Romanum). Ponadto w Rzymie głosił kazania, uczył dzieci, a w czasie zarazy w 1566 r. ratował chorych.
    Święty Franciszek Borgiasz
    W 1572 r. z polecenia papieża św. Piusa V Franciszek, mimo złego samopoczucia, objechał wraz z kardynałem Alessandrim dwory hiszpański, francuski i portugalski, aby namówić te państwa do wyprawy przeciw Turkom. Ta mediacja doprowadziła do powstania koalicji państw chrześcijańskich, która pokonała wielką flotę turecką pod Lepanto.
    W czasie drogi powrotnej, już we Włoszech, zasłabł tak bardzo, że zaniesiono go w lektyce do Rzymu, gdzie zmarł po kilku miesiącach 1 października 1572 r. w opinii świętości. Przeżył 62 lata. Pozostawił po sobie wiele pism filozoficznych. Relikwie Franciszka Borgiasza zostały przeniesione z Ferrary do kościoła jezuitów w Madrycie w 1901 roku.
    Został beatyfikowany przez papieża Urbana III 23 listopada 1624 r., a kanonizowany przez Klemensa X 20 czerwca 1670 r. Jest patronem Portugalii, Roty (Mariany Północne), a także orędownikiem, do którego zwracają się zagrożeni trzęsieniem ziemi. W ikonografii jego atrybutem jest często czaszka w diademie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż

    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego. Amen.


    Anioł Stróż

    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23).

    Anioł Stróż

    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.

    .Anioł Stróż

    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Rzecz o aniołach

    Któż z nas nie zna prostych i pełnych ufności słów modlitwy: “Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój…” Dla niektórych była to może pierwsza w życiu modlitwa, szeptana jeszcze na kolanach matki. Ale czy anioły są żywo obecne tylko w świecie dziecięcej wyobraźni? Czy my, dorośli, też możemy wierzyć w anioły?

    UMB-O/pl.fotolia.com

    ***

    Anioły w Piśmie Świętym

    Jak ktoś kiedyś policzył, anioły są wspomniane w Piśmie Św. Starego i Nowego Testamentu 222 razy! Pismo Święte jest zatem od początku do końca przeplatane wzmiankami o aniołach. Bóg stawia anioły u wrót raju; aniołowie nawiedzają Abrahama; aniołowie wyprowadzają Lota i jego córki z pożaru Sodomy; anioł nie pozwala Abrahamowi zabić jego syna Izaaka. Czasem aniołowie są groźni: Bóg posyła anioła, który zabija pierworodne Egipcjan. Ale to anioł również wyprowadza Izraelitów z niewoli. Anioł zamyka paszcze lwów, żeby nie pożarły Daniela.
    Także w Nowym Testamencie jest wiele zdarzeń, w których występują aniołowie. Przecież to Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi Pannie poczęcie Syna Bożego; aniołowie śpiewają przy Jego narodzinach i sprowadzają pasterzy do stajenki; aniołowie ostrzegają Mędrców ze Wschodu przed Herodem. Anioł objawia św. Józefowi tajemnicę wcielenia i każe uciekać Świętej Rodzinie do Egiptu. Aniołowie służą Jezusowi, przy grobie Jezusowym zapewniają o Jego zmartwychwstaniu, a przy wniebowstąpieniu zapowiadają powtórne przyjście Zbawiciela.
    Sam Pan Jezus wspomina o aniołach. Mówiąc na przykład o nawróceniu grzeszników, stwierdza: “Tak samo powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca” (Łk 15, 10). Opisując sąd ostateczny zaznacza, że to aniołowie zwołaja ludzi na ten sąd, a On, jako Sędzia, zjawi się tam otoczony aniołami.

    Katechizm o aniołach

    Kim zatem są aniołowie, owe istoty duchowe, których istnienie jest prawdą naszej wiary i o których wiele mówili Ojcowie Kościoła? Św. Augustyn mówi na ich temat: Anioł oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura? – Duch. Pytasz i funkcję? – Anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem.
    Jak pamiętamy z opisów biblijnych, w całym swoim bycie aniołowie są sługami i wysłannikami Boga. Ponieważ zawsze kontemplują “oblicze Ojca… który jest w niebie” (Mt 18, 10), są wykonawcami Jego rozkazów, “by słuchać głosu Jego słowa” (Ps 103, 20).

    Trzech Archaniołów

    Kim właściwie są Archanioły, których święto obchodzimy 29 września? Archanioł Michał – jako pierwszy miał się przeciwstawić Lucyferowi, z okrzykiem: “Któż jak Bóg” (stąd imię: Michał). Jest on Księciem Aniołów, pogromcą smoka, opiekunem Kościoła na ziemi, aniołem walczącym o dusze umierających, patronem wielu państw i instytucji (na przykład policji).
    Archanioł Gabriel – “Mąż silny Bogiem”, zwiastował Pannie Maryi narodzenie Jezusa. Wcześniej pojawił się w Księdze Daniela tłumacząc sny i przepowiadając przyjście Jezusa na świat. Zwiastował też narodzenie Jana Chrzciciela. Później był m.in. przy zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Jest uważany za Anioła Stróża Najświętszej Rodziny.
    Imię Archanioła Rafała znaczy tyle, co “Bóg uleczył” Spotykamy go na kartach Księgi Tobiasza. Jest czczony jako patron chorych i podróżnych.

    Anioł Stróż

    Dobrze jest mieć kogoś bliskiego. Dlatego Bóg dał każdemu człowiekowi, od narodzenia aż do śmierci, nieodłącznego towarzysza – Anioła Stróża. Ten niezwykły przyjaciel i opiekun nieustannie troszczy się nie tylko o ludzką duszę, ale także ciało. Choć przeważnie nie zdajemy sobie z tego sprawy, Anioł Stróż oddala od nas niebezpieczeństwa i ostrzega nas przed złym. Ile to razy o włos tylko uniknęliśmy nieszczęścia, wypadku?
    Ale przez brak świadomości nie zawsze okazujemy wdzięczność naszemu Aniołowi Stróżowi, zwłaszcza gdy przestajemy być dziećmi. A on stale jest przy nas, bez względu na wiek i pochodzenie, i martwi się, gdy grzeszymy, zaś nasze dobre uczynki bardzo go radują. Człowiek posiada wolną wolę, dlatego zdarza się, że mimo opieki Anioła Stróża błądzi i grzeszy. Możemy sobie tylko wyobrażać, jakie smutne musi być dla Anioła Stróża potępienie człowieka po śmierci! Tak samo, jak wszystkie nasze grzechy popełniane na co dzień. Nie sprawiajmy więc przykrości naszym Aniołom Stróżom, bo nie zasłużyli sobie na to!

    Katarzyna Białkowska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon
    ***


    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Święta Teresa z Lisieux

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy. Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”. Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Nie ma róży bez kolców –

    św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    Nie ma róży bez kolców - św. Teresa od Dzieciątka Jezus
    św. Tereska/BUISSONNETS – rodzinny dom Tereski/ fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny

    ***

    Została doktorem Kościoła, choć nie znała się na “poważnej” teologii.

    Szymon Babuchowski/wiara.p

    Pamiętam płatki róż sypiące się lata temu spod sklepienia katowickiej katedry i długie kolejki do relikwiarza. Pamiętam też, że w parafialnym sklepiku przy sanktuarium świętej Teresy w Rybniku Chwałowicach sprzedano wówczas 1200 róż. Handlujący dowozili je dzielnie, ale w końcu skapitulowali i wywiesili kartkę z napisem: „Nie ma róż”.

    Podobno tak dzieje się we wszystkich miejscach, do których trafiają relikwie Małej Tereski. Święta obiecała, że po swojej śmierci ześle na ziemię deszcz róż. Myślała o łaskach, ale ich zewnętrznym znakiem stały się właśnie te kwiaty. Patrząc na spadające z góry wielobarwne płatki, łatwo jednak zapomnieć o kolcach, które przez lata tkwiły w sercu Teresy.

    Żyła pod koniec XIX wieku. Jej krótki, bo zaledwie 24-letni, pobyt na ziemi naznaczony był wielkim cierpieniem. Oprócz gruźlicy, początkowo zresztą lekceważonej przez zamieszkujące z nią siostry, doświadczała ogromnych ciemności duchowych. A jednak jej „mała droga” stała się drogą ufności i dziecięctwa Bożego. Do tego stopnia zaufała Jezusowi, że z radością przyjmowała cierpienia, ofiarując je w intencji grzeszników. „Chociaż nie mam poczucia żywej wiary, staram się jednak żyć według niej. Przy każdej nowej okazji do walki biegnę do mego Jezusa i mówię Mu, że jestem gotowa wylać ostatnią kroplę krwi, aby zaświadczyć o istnieniu nieba. Mówię Mu, że cieszę się z tego powodu, iż jestem pozbawiona możności radowania się niebem na ziemi, jeżeli tylko On otworzy to niebo na wieczność dla biednych grzeszników” – czytamy w jej zapiskach. Tęskniła za śmiercią, ale nie dlatego, że chciała uciec od życia. Chodziło jej tylko o to, by jak najprędzej spotkać się z Jezusem.

    Mimo że była prostą, nie znającą się na „poważnej” teologii dziewczyną, Jan Paweł II nadał świętej Teresie z Lisieux tytuł doktora Kościoła. Papież podkreślał, że za sprawą Ducha Świętego zdobyła ona dla siebie i dla innych głęboką znajomość objawienia. Co więcej, mówił, że w jej pismach odnajdujemy „samą istotę orędzia objawienia”, ujętą „w ramy oryginalnej i nowatorskiej wizji”!

    Może dlatego jej postać przyciąga tak wielu ludzi, także młodych. Z peregrynacji, która miała miejsce dwa lata temu, zapamiętałem coś jeszcze: wypowiedzi dziewczyn przygotowujących się do małżeństwa albo poszukujących życiowej drogi. „Zachwyca mnie w Teresie jej zaufanie, prostota, miłość do Jezusa” – to słowa 27-letniej Magdy, ale podobnych zdań słyszałem wówczas wiele. Ksiądz Jerzy Szymik nazwał to ładnie z ambony: – W dorzeczu Wisły i Odry też rodzą się święte dziewczyny. Wśród moich studentek widzę „Tereski”, pozbawione egocentryzmu, z różą w sercu. Potrzebujemy takich świętych, z „geniuszem kobiecości”, wrażliwości, bez której męski świat sobie nie poradzi.



    Rzecz dotyczy świętej Teresy z Lisieux, jej postaci i geniuszu osoby.



    Jak żyć w objęciach XXI wieku? Trzyma, nie puści… Chcę się podzielić czymś bardzo osobistym, jednym z najważniejszych odkryć mojego życia i myślenia. Rzecz dotyczy świętej Teresy z Lisieux, jej postaci i geniuszu osoby. Światło, które od niej bije, jest światłem „od Dzieciątka Jezus“. W sam raz na święta… I na życie. Bo może być ono sposobem na życie, przyszłością Kościoła, jego teologii… Spróbuję rzecz wyjaśnić. A zatem – po kolei.

    Mała Teresa, wielka teologia

    Jaka teologia na nowe tysiąclecie?. Patronką mojej odpowiedzi, patronką teologii dającej nadzieję, jest święta Teresa z Lisieux – jej postać, dzieło, myśl. Teologia musi się trzymać blisko świętych, inaczej grozi jej wysuszenie… A Teresie dane zostało jedno z najgłębszych w dziejach chrześcijaństwa rozumienie tajemnicy Wcielenia – swoista „łaska Bożego Narodzenia“.

    Ale też w życiu i pismach Teresy na centralnie usytuowany żłóbek pada nieustannie cień krzyża. Który to cień – dzięki Wielkiej Nocy – staje się blaskiem. Właśnie tak przeżywana „łaska Bożego Narodzenia“, inkarnacyjność (Inkarnacja = Wcielenie) sprawia, że Teresę charakteryzuje duchowość na wskroś współczesna: miłość Ziemi, planety ludzi, marnej doli człowieczej, zamiłowanie do aktów straconych i znaczących niewiele albo nic; bezwzględna szczerość, pasja i miłość totalna. Wybitny francuski pisarz, Jean Guitton przenikliwie tropi jej nowoczesność, pisze: jest współczesna jak my – „aż do poczucia trwogi istnienia, aż do doświadczenia radykalnego, wszechobejmującego zwątpienia, aż do (…) smaku nicości, który dane było Teresie poczuć w ostatnich latach życia, w umieraniu okrutniejszym niż sama śmierć“.

    Do tego koniecznie marzenie jej życia: „być miłością w sercu Kościoła“ – miłość jako absolutne centrum, znak tożsamości; „kościelność“ religijnego doświadczenia i przeżycia jako powietrze, którego obecność jest konieczna dla oddechu człowieczego szukania Boga. Oto „łaska Bożego Narodzenia“. Wybierając jednoznacznie Boga, wybierać – tym samym i tym bardziej – człowieka. Chrystologia od Dzieciątka Jezus na czas późnej nowoczesności – projekt teologii przyszłości, pragnienie mojego umysłu i serca. Kto wie, czy nie jest to najlepsza propozycja drogi dla wielu z nas…

    ks. Jerzy Szymik

    Mała droga, wielka miłość

    „Pan Bóg tak bardzo nas kocha i przykro Mu, że musi zostawić nas na ziemi, abyśmy wypełnili swój czas próby, nie powinniśmy więc przysparzać Mu dodatkowych przykrości, skarżąc się nieustannie, że jest nam bardzo źle; trzeba sprawiać wrażenie, że się tego nie widzi!“.

    Autorką tych niezwykłych, szokujących wręcz słów, jest właśnie ona, doktor Kościoła, święta Teresa z Lisieux – od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza. Przyznajmy, że to, co najbardziej intryguje w powyższej wypowiedzi, to radykalna zmiana perspektywy w podejściu do kwestii cierpienia, owocująca ową prowokacyjną radą: „trzeba sprawiać wrażenie, że się tego nie widzi“. Ale ktokolwiek prawdziwie kochał, wie doskonale, o czym tu mowa: cierpieć jak najciszej, żeby mój ból nie sprawiał bólu komuś, kogo kocham i kto mnie kocha. Jeśli musi boleć, niech boli tylko mnie, nie jego (ją)…

    Oto punkt wyjścia „chrystologii od Dzieciątka Jezus“: miłość, jej „bezwzględność“, jej radykalizm. Teologia jako „nauka wiary“ (to jedno z określeń teologii) jest nierozdzielnie związana z miłością. Wszak wiara chrześcijańska jest wiarą w Boga-Miłość. I jeśli teologia i świętość mają sobie wiele do zaoferowania, jeśli teologia w życiu świętych otrzymuje konieczny dla własnej tożsamości komponent doświadczenia, jesteśmy, w przypadku „chrystologii od Dzieciątka Jezus“, w punkcie newralgicznym, najgorętszym. „Kochać Jezusa i uczyć innych Go kochać“ – było Teresy jedynym pragnieniem. Miłość Chrystusa była dla niej kluczem, jaki stosowała wobec całej rzeczywistości, wobec wszystkich tajemnic życia. Głównie wobec bólu, ciemności.

    Teologiczny rdzeń jej „małej drogi“ jest na wskroś chrystocentryczny, a fundament – ściśle inkarnacyjny – Dzieciątko Jezus jest dla niej wszystkim. „Mała droga“ prowadzi od „łaski Bożego Narodzenia“ do „łaski ukrzyżowania“. Żłóbek i Krzyż stanowią „narożne filary“ geniuszu jej chrystologii, w której odkryła sposób na swoje życie i – jako prorokini – sposób na życie sobie współczesnych oraz tych, którzy przyjdą po nich, wszystkich uczestników dramatów nowoczesności i ponowoczesności. Mówiła o tym wprost, Ona, uczestniczka „nocy ciemności“, udręk duchowych, psychicznych, fizycznych, próbowana przez Boga jak złoto w tyglu, „siedząca przy stole grzeszników“ jak Bóg w Jezusie, tęskniąca bardziej za ziemią niż niebem i pragnąca sprowadzić niebo na ziemię – w ten sposób solidarna wobec Sióstr i Braci jak Bóg w Dzieciątku Jezus…

    Bóg-Dziecko jest bowiem sercem jej duchowości. Fenomen Wcielenia jest w jej optyce duchowej i teologicznej największym znakiem Boskiej Wszechmocy: Bóg jest tak mocny (aż tak!), że w swojej wszechmocnej wolności może uniżyć się do stania się dzieckiem, które „dorośnie“ do śmierci krzyżowej. Kardynał Schönborn powie: „Bóg jest tak mocny, że może się on stać tak mały jak dziecko“. Oto najważniejszy argument „chrystologii od Dzieciątka Jezus“ w mrocznych kwestiach życia: Bóg jest mocen (wszech-mocen) rozjaśnić każdą noc. Spełnieniem tego stała się Wielka Noc.

    Bóg jako śmiertelne Dziecko

    „Bóg jest tak bardzo życiem (miłością), że może sobie pozwolić na to, by być umarłym“ – napisze Hans Urs von Balthasar, kto wie, czy nie najwybitniejszy teolog XX wieku.

    Śmiertelne Dziecko jest dowodem, że Wszechmocnej miłości nie wymknął się świat. Taki jest fundament wiary i myślenia Tereski, jej teologii. Intuicje te nie są szczebiotem niedojrzałej dziewczynki – są owocem życia i wiary straszliwie cierpiącej kobiety. Teresa zarówno egzystencjalnie, jak i teologicznie „płynnie“ przechodzi od żłóbka do krzyża. To płynne przejście dokonuje się w jej głowie, w jej sercu, a nade wszystko – w jej życiu. Od żłóbka do krzyża, od krzyża do żłóbka – z niezmąconą ufnością w prawdę Wielkiej Nocy. Raz jeszcze Schönborn: „w jej silnym i poprawnym instynkcie teologicznym Wcielenie zespala się z krzyżem: te dwa szczyty Bożego samo-ogołocenia, które wielu teologów chciałoby przeciwstawić sobie, Teresa ogląda we wspólnej wizji zbawczej miłości“.

    Ten rodzaj rozumienia życia, owa chrystologiczna synteza, wywiedziona z Inkarnacji i skoncentrowana wyłącznie na Miłości – jedynym świetle zdolnym rozproszyć egzystencjalną ciemność – niemożliwy jest zapewne bez łaski świętości. Bo „świętość jest (…) jedyną przygodą, jaka istnieje. Kto to zrozumiał, ten dotarł do sedna wiary katolickiej“ – być może nigdy Georges Bernanos nie zapisał słów bardziej niż te trafiających w środek tarczy… To na drogach namiętnego pragnienia świętości i stopniowego wrastania w nią Teresa odkryła, że wszystkie drogi miłości wiodą przez cierpienie, że Betlejem i Jerozolima sąsiadują ze sobą, że półmrok groty Narodzin na wschodnich ikonach przypomina ciemność grobu, a Dzieciątko ma zelżone Oblicze.

    Z głębi tej tajemnicy wyłania się nadzwyczajna, „święta“ mądrość Teresy, doktora Kościoła. Uczy, że aby pojąć nadprzyrodzoną celowość cierpienia, trzeba je sprowadzić do Boskiej miary – żadna inna miara nie wystarczy. Ani „łez padół“, ani „deszcz różany“ – życie nie jest ani jednym, ani drugim; Bóg wie, czym jest życie i kim jestem ja. Jean Guitton nazywa śmiałość jej wyobraźni „zaiste wergiliańską“: „Bóg cierpi z powodu naszych cierpień, daje nam to poznać, odwracając głowę“. Bóg nie stworzył bólu i go nie chce. Ból jest dziełem grzechu. Ale Bóg sobie z nim poradził za sprawą Miłosierdzia; dzięki tej Wszechmocnej Miłości stał się Dzieckiem, które umrze i zmartwychwstanie. I w ten sposób uratuje wszystkie jego dzieci.

    Kto ma Jezusa, ma wszystko

    To nie jest logika zamknięta bez reszty w ciasnym horyzoncie doczesności, pojmująca cierpienie „jakby Boga nie było“. Taka logika prędzej czy później stanie przed ścianą mroku i koniecznie będzie jej potrzebne światło z wysoka: „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, żeby wejść do swej chwały?“ (Łk 24,26). Jak w drodze do Emaus, w wymiar Boskiej logiki wprowadzić nas może jedynie tajemniczy Towarzysz Podróży Życia. Łamiąc chleb, będąc „z“. Prosto (jak Tereska) tłumaczy to Jan Paweł II: „Jezus zbliża się do nas w drodze, w momencie, który właśnie przeżywamy, i stawia nam fundamentalne pytania, które otwierają serca na nadzieję. On może nam wyjaśnić wiele spraw dotyczących Jego i naszego przeznaczenia. Przede wszystkim objawia nam, że każde ludzkie życie musi przejść przez Jego krzyż, aby wejść do chwały“. Chodzi więc o wszechstronnie (na płaszczyźnie racjonalnej, emocjonalnej, egzystencjalnej) rozumiany chrystocentryzm. Jedynie w świetle Jego prawdy i z Nim, wiernym Towarzyszem Podróży naszego Życia – możliwy jest do odkrycia sens cierpienia.

    Została doktorem Kościoła, choć nie znała się na “poważnej” teologii.

    Swą pierwszą encyklikę Jan Paweł II rozpoczyna zdaniem: „Odkupiciel człowieka, Jezus Chrystus, jest ośrodkiem wszechświata i historii“. W Tertio millennio adveniente czytamy, iż Kościół „wierzy, że klucz, ośrodek i cel całej ludzkiej historii znajduje się w jego Panu i Nauczycielu“. Oto wielka chrystocentryczna wizja wszystkiego, co jest. Istota sprawy leży jednak nie w „metawizjach“, ale w konkrecie życia, w relacjach. Chrześcijaństwo nie jest pierwszorzędne dla ludzkości – jest ono pierwszorzędne dla człowieka. Dokładniej: dlatego jest dla ludzkości, że jest dla człowieka.

    Chrześcijaństwo jest uziemione, stawiając zdecydowanie konkret przed abstrakcją. Joachim Gnilka, monachijski biblista pisze: „Specyfika Ewangelii polega na tym, że nie zamierzają one jedynie przypominać faktów historycznych, lecz w pierwszym rzędzie chcą przybliżyć czytelnikowi żywego Chrystusa – tak, aby on sobie uświadomił: nie mam tu do czynienia z przeszłością, historyczną martwą materią, lecz spotykam Tego, o którym przez wiarę wiem, że On żyje, że przemawia do mego życia i że jest obecny i działa we wspólnocie wierzących“. Przemawia do mego życia. Tereska powie: „Kto ma Jezusa, ma wszystko“.

    Jest ona przekonana, że w samo sedno tych kwestii prowadzi droga Dzieciątka. I że możliwa jest ona do odkrycia i przejścia jedynie we własnym dziecięctwie. „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy“ (1J 3,1). Bycie dzieckiem jest zresztą „punktem“ i stanem uprzywilejowanym w „kwestii ciemności“, bo jedynie w ustach dziecka prawdziwie brzmią słowa „Abba Ojcze“ (Ga 4,7) i rzeczywista (czyli „skuteczna“, bo przynosząca bezpieczeństwo) staje się wyrażona w tym słowie ufna relacja.

    Postawa ta znajduje się na antypodach infantylizmu i jak najdalej od cynicznego pięknoduchostwa i pseudoteologii. Mała Tereska faktycznie jest duchowym olbrzymem. Plując krwią i doświadczając skrajnej, pozbawionej Boga pustki, w solidarności z Ukrzyżowanym („Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił…“) i sobie współczesnymi, pozostaje wierna najgłębszemu swemu pragnieniu: w sercu Kościoła będę miłością. Pisze: „Teraz nie pragnę już niczego więcej, jak tylko KOCHAĆ Jezusa do szaleństwa… Pociąga mnie wyłącznie MIŁOŚĆ… Nie pragnę już cierpienia ani śmierci, a jednak wciąż kocham i jedno, i drugie! Długo tego pragnęłam… Ale teraz kieruje mną wyłącznie oddanie się Bogu. Nie mam innej busoli!“.

    Kochać bez zastrzeżeń, warunków, wykluczeń

    W dziedzinie relacji międzyludzkich ten model myślenia i życia – chrystologia od Dzieciątka Jezus – można rozpoznać bezbłędnie po współczującej i aktywnej miłości obejmującej absolutnie wszystkich i wszystko, nie znającej żadnych wykluczeń. Każda i każdy czują się tu miłowani i przyjmowani bez najmniejszych zastrzeżeń. Bóg jest Ojcem, a ludzie są Dziećmi – Siostrami i Braćmi. Tak myśleć i żyć znaczy być od Tereski. I od Dzieciątka Jezus. Oto projekt teologii przyszłości. I nadziei dla naszego świata.

    Rodzice Małej Tereski


    Boję się, że gdy zostaną wyniesieni na ołtarze, spotka ich to, co ich córkę – świętą Teresę od Dzieciątka Jezus. Ich życie będzie pokazywane jako niedosiężny ideał, a lukier będzie kapał, kapał, kapał…

    Tymczasem życie Zelii i Ludwika Martin nie było ani wyjątkowo słodkie, ani wolne od wątpliwości, rozdarcia, bólu i problemów z samym sobą. Zelia Guerin (ur. 1831) pochodziła z rodziny żołnierza napoleońskiego, późniejszego żandarma. W rodzinnym domu nie mogła liczyć na zrozumienie ze strony matki. Oparcie znalazła w starszej siostrze, która była zakonnicą w klasztorze wizytek. Zelia też pragnęła zostać siostrą zakonną. Podobno jeszcze w dniu ślubu płakała pod murem klasztoru. Wcześniej jednak przełożona sióstr św. Wincentego à Paulo odwiodła ją od zamiaru wstąpienia do zakonu. 20-letnia kobieta pod wpływem usłyszanego na modlitwie wewnętrznego głosu założyła firmę koronczarską, zatrudniała pracownice i – jak to się dziś mówi – osiągnęła sukces w biznesie. Ceną za to była praca tak ciężka, że Zelia pisała w jednym z listów: „Jestem zupełną niewolnicą z powodu ciągłych zamówień”.


    Katolicy bogaci
    Za źródło materialnego powodzenia rodziny Zelia uważała poważne traktowanie świątecznego charakteru niedzieli. W liście do bratowej pisała: „Będę bardziej uważna, by nic nie kupować w niedzielę. Nie jestem pod tym względem tak surowa jak Ty i mój mąż. Jeśli zajdzie potrzeba – np. bułeczek dla dzieci – to je kupię. Bardzo często podziwiam skrupuły Ludwika i mówię sobie: oto człowiek, który nigdy nie próbował zbić fortuny. Kiedy się urządzał, jego spowiednik pozwolił mu, żeby miał swój sklep z biżuterią otwarty w niedzielę do południa. Nie chciał skorzystać z pozwolenia, pozbawiając się dobrych obrotów. A mimo to jest bogaty”. No właśnie, wbrew stereotypowi rodziny katolickiej, która ma być rzekomo porządna, ale biedna, rodzina Martin była dość bogata. Nawet po śmierci Zelii Ludwika Martin stać było na długie, zagraniczne podróże. Z córkami Teresą i Celiną wyjechał np. na pielgrzymkę do Rzymu, połączoną ze zwiedzaniem Włoch: Wenecji, Padwy, Loreto, Neapolu, Pizy, Genui, Asyżu, Florencji, Mediolanu i Bolonii. Choć z drugiej strony był moment (tuż po przegranej przez Francję wojnie z Prusami), kiedy Zelia pisała do bratowej, że są zrujnowani.

    Nie byłoby świętej, gdyby nie…
    Wróćmy jednak do momentu, gdy Zelia miała 27 lat i poznała nieco starszego Ludwika Martin. „To ten, którego przygotowałem dla ciebie” – usłyszała wewnętrzny głos. Ludwik też chciał zostać zakonnikiem (w alpejskim klasztorze), ale na przeszkodzie stanął brak odpowiedniego wykształcenia. Chciał je uzupełnić, ale mu się nie udało. Został cenionym jubilerem i zegarmistrzem. Pobrali się po 3 miesiącach znajomości. „Mąż mój – to święty człowiek. Życzyłabym wszystkim kobietom takich mężów” – pisała Zelia, a innym razem zwierzała się mężowi w liście: „Jestem dziś tak szczęśliwa, że Cię wkrótce zobaczę, iż nie mogę dziś pracować”. Przez pierwsze 10 miesięcy małżeństwa państwo Martin żyli jak brat i siostra. I św. Teresa od Dzieciątka Jezus, nie miałaby szansy się począć gdyby nie delikatna interwencja spowiednika. Do podjęcia współżycia przekonywał on chyba przede wszystkim Ludwika, który – jak się zdaje – nosił w sobie pragnienie życia w czystości rozumianej na sposób zakonny. Zelia natomiast wielokrotnie mówiła, że chciałaby mieć gromadkę dzieci. „Mam ich już pięcioro, nie licząc tych, które jeszcze mogą przyjść, gdyż nie wątpię, że będę ich miała jeszcze troje albo czworo” – pisała.

    Jarosław Dudała

    Żadne tam ciepłe kluchy 

    Państwo Martin doświadczyli też, co to znaczy mieć problemy wychowawcze z dziećmi. Zwłaszcza ich córka Leonia (późniejsza siostra wizytka) była dzieckiem trudnym, krnąbrnym, nieprzykładającym się zanadto do nauki. Generalnie dzieci wychowywane były po katolicku, ale bez jakiejś pseudopobożnej przesady. „Marynia chodzi codziennie na Msze św. na godzinę szóstą (rano – przyp. JD). Uważam, że to zbyt wcześnie i to mi się bardzo nie podoba. Nie jestem jednak stale nauczycielką i pozwalam jej na to” – pisała Zelia.

    Miłość do Boga nie łączyła się u niej z brakiem krytycyzmu wobec duchownych. – „Mówią źle” – zrecenzowała krótko wysiłki dwóch misjonarzy, głoszących kazania w miejscowej parafii. Pani Martin to nie były żadne ciepłe kluchy. Potrafiła zdemaskować przed wymiarem sprawiedliwości oszustki, podające się za zakonnice opiekujące się dziećmi. Znała też uczucie niezawinionej niechęci. „Byłam podła, że wyśmiewałam się z pani Y. Żal mi tego niezmiernie. Nie wiem, dlaczego nie czuję do niej sympatii, bo przecież zawsze świadczyła mi dobro i oddawała usługi” – pisała o którejś ze znajomych. O Ludwiku mówiono, że miał gwałtowne usposobienie, które poskramiał pracą nad sobą.

    Jestem w rozpaczy, chciałabym umrzeć
    Nieodłączną towarzyszką życia rodzinnego Martinów była śmierć. Spośród dziewięciorga dzieci czworo zmarło we wczesnym dzieciństwie. Oto jak Zelia opisywała zgon pięcioletniej Helenki: „Z rana zapytałam ją, czy chce napić się rosołu. Odpowiedziała, że tak, ale nie mogła nic przełknąć. Wreszcie zrobiła to z największym wysiłkiem, mówiąc do mnie: Jeśli zjem, czy mnie będziesz bardziej kochać?”. Krótko później dziewczynka zmarła. Ludwik wybuchnął płaczem i wołał: „Moja mała Helenka! Moja mała Helenka!”. Czas najwyraźniej nie leczy wszystkich ran, bo jeszcze wiele lat później cierpiał on z powodu tej straty. Zelię zaś trawił potworny niepokój. Do brata – farmaceuty pisała: „Pozostały mi wielkie wyrzuty sumienia, że podałam jej to pożywienie. Mój kochany bracie, czy myślisz, że to mogło spowodować śmierć? Błagam Cię, napisz mi, co o tym sądzisz”. A po stracie kolejnej córki, Melanii, pisała: „Jestem w rozpaczy. (…) Chciałabym również umrzeć!”. Śmierć Zelii nadeszła, gdy jej najmłodsza córka, przyszła św. Teresa od Dzieciątka Jezusa, miała 4 i pół roku. Kilkanaście lat wcześniej pani Martin uderzyła piersią w kant stołu. Powstał guz, który prawdopodobnie potem zezłośliwiał. W chwili śmierci Zelia Martin miała 46 lat.

    Władca Senioratów Cierpienia i Upokorzenia
    Jej mąż przeżył ją o kilkanaście lat. Pod koniec życia także bardzo cierpiał. „Dziedzic i Władca Senioratów Cierpienia i Upokorzenia” – mówiła o nim jego kanonizowana córka. Mówi się, że cierpiał na chorobę psychiczną, choć zdaje się, że mogły to być np. objawy choroby Alzheimera (np. nie mówiąc nic nikomu, wychodził z domu i szedł przed siebie). Później został sparaliżowany. „Moi rodzice byli bardziej godni nieba niż ziemi” – pisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Zdaje się jednak, że państwo Martin nie uważali się za chodzące ideały. „Chciałabym być świętą, tylko nie wiem, z którego końca do tego się zabrać. Jest tyle do zrobienia, a ja ograniczam się tylko do pragnień” – pisała Zelia w liście do córki Pauliny. Podsumowując: jeśli Zelia i Ludwik Martin zostaną błogosławionymi, to nie dlatego, że przestrzegali przykazań, a Pan Bóg odwdzięczał im się świętym spokojem. Powiedziałbym raczej, że byli święci, bo ich życie było podobne do życia Jezusa. To znaczy, że była w nim i miłość, i osobisty dramat, sięgający aż po rozdzierający krzyk: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”.

    Złodziejka idzie przez Polskę

    Relikwie Małej Tereski podróżują przez świat. Święta, która przed swą śmiercią obiecała, że gdy tylko trafi do nieba stanie się złodziejką, wykradającą Panu Bogu to, co najlepsze, właśnie zawitała do Polski.

    Leciała już wojskowym śmigłowcem, była niesiona na ramionach rosłych żołnierzy. Jechała między ogromnymi drapaczami chmur Ameryki, lichymi chatkami Syberii i zrujnowanymi domami Bośni i Hercegowiny. Relikwiarz ze szczątkami jednej z najpopularniejszych Świętych świata nawiedził już kilkadziesiąt krajów. Odwiedzał sanktuaria, klasztory, hospicja, a nawet więzienia. Swą wędrówkę po Polsce rozpocznie 1 maja, a zakończy w pierwszych dniach sierpnia.

    Kto w Holandii pójdzie do kościoła?
    Długi na półtora metra i szeroki na metr masywny relikwiarz został ufundowany i zbudowany w Brazylii. Tam, gdzie się pojawia, jak grzyby po deszczu rozwijają się młode wspólnoty, rodzą powołania kapłańskie, a ludzie pozostają w zadziwieniu. Na całym świecie obecność relikwii wywołuje ogromny entuzjazm i ożywienie życia religijnego. Peregrynacji towarzyszyły całonocne śpiewy, zrzucanie z samolotów płatków róż, ulice usłane kwiatami, tańce i kolorowe petardy. W Stanach Zjednoczonych relikwie były przyjęte przez ponad milion osób, a w samej nowojorskiej katedrze św. Patryka przed relikwiarzem uklękło kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

    Po wizycie w Brazylii, gdzie relikwiarz przyjmowano z prawdziwie południowym rozmachem, biskupi napisali, że „Teresa przeszła między ludem jak misjonarz, przyciągając tłumy do Jezusa i wzbudzając wiarę wśród wielu obojętnych”.

    – Kto w zlaicyzowanej Holandii pójdzie do kościoła? – kręcili głowami sceptycy. Do czasu, gdy relikwie trafiły do Amsterdamu, Eindhoven, Utrechtu i Rotterdamu. Okazało się, że na spotkanie z nimi przyszły prawdziwe tłumy. We Mszy świętej w Nijmegen uczestniczyło dwa razy więcej ludzi niż w czasie Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, a księża od wielu lat nie spowiadali aż tylu wiernych.

    Tereska? Nie znaju…
    By celnicy wpuścili relikwiarz na moskiewskie lotnisko, musiały interweniować żony ambasadorów Gwatemali i Brazylii. Udało się. Teresa mogła zawędrować do Sankt Petersburga, a później, jadąc wzdłuż Wołgi i Morza Czarnego, przez Syberię, aż po Władywostok.

    Gdy relikwiarz zawitał do prażonego słońcem Meksyku, swe bramy otwarło przed nim 12 zatłoczonych więzień. Świadkowie opowiadali o łzach, które towarzyszyły skazanym. Podobnie było w Manili, gdy relikwie Świętej trafiły do największego więzienia w kraju. W gmachu w Muntinlupa osadzonych jest aż 12 tysięcy więźniów, z których setki skazano na karę śmierci. Po wizycie „Małego Kwiatuszka” prezydent wielu złagodził tę karę.

    To nie pierwszy kontakt Teresy z więźniami. Jeszcze za życia Święta dowiedziała się o Henrim Pranzinim, wielkim zbrodniarzu, który – skazany na szafot – trwał uparcie w niewierze. Zaczęła wówczas szturmować niebo i bardzo długo modliła się za niego.

    Pisała, że „sama nic nie może uczynić”, ofiarowała więc Bogu zasługi męki Jezusa i prosiła o odprawienie Mszy świętej. Cud dokonał się na samej szubienicy 31 sierpnia 1887. Zanim sznur oplótł głowę skazańca, ten odwrócił się nagle, złapał krucyfiks, który kapłan niósł w swojej ręce, i „trzykroć ucałował święte rany”.

    Marcin Jakimowicz

    Nowotwór zniknął 

    Jak pojąc fenomen popularności tej Świętej? Żyła krótko, zmarła już w wieku 24 lat. Pokazała światu przedziwną drogę do Boga: uczyła, jak oddawać Mu najdrobniejsze sytuacje dnia. Kiedyś spacerowała sobie w ogrodzie… w intencji pewnego misjonarza. Zamknięta za kratami Karmelu wołała: „O Jezu, moja miłości, wreszcie odkryłam moje powołanie. Moim powołaniem jest Miłość! W Sercu Kościoła będę Miłością i w ten sposób będę wszystkim”.

    Na spotkanie z jej doczesnymi szczątkami przychodzi wielu ludzi w sutannach. Nic dziwnego, bo gdy zapytano Tereskę, po co przyszła do Karmelu, odpowiedziała: „Przyszłam ratować dusze, a przede wszystkim modlić się za kapłanów. Widziałam, że chociaż ich wzniosła godność wynosi ich ponad aniołów, to jednak pozostają ludźmi słabymi i ułomnymi”.

    Relacje z peregrynacji po krajach Świata zawierają wiele opisów duchowych i fizycznych uzdrowień wyproszonych przez Świętą. „W miejscowości Caxias kobieta mająca guz nowotworowy przyszła modlić się o swoje zdrowie przed relikwiami Świętej i została natychmiast wysłuchana. Kiedy dotknęła urny z relikwiami, poczuła się pochłonięta przez wewnętrzne ciepło, którego nie mogła sobie wytłumaczyć. Prześwietlenie rentgenowskie zrobione po tygodniu wykazało, że guz rakowy zniknął. Biskup miejsca José Mendes przesłał do Lisieux poświadczenia lekarskie o chorobie i cudownym uzdrowieniu tej kobiety” – relacjonują świadkowie.

    Wielkie marzenie małej Tereski
    Dlaczego ludzie czczą jakieś kosteczki? – dziwią się sceptycy. Sobór Watykański II odpowiada wprost: „Zgodnie z tradycją Kościół oddaje cześć Świętym i ma w poważaniu ich autentyczne relikwie oraz wizerunki. Uroczystości Świętych głoszą cuda Chrystusa w Jego sługach, a wiernym poddają odpowiednie przykłady do naśladowania” (Sacrosanctum Concilium 111).

    Na pomysł peregrynacji relikwii Teresy wpadł ks. Rajmund Zambelli, od 1992 r. rektor bazyliki w Lisieux. Trasa, która pierwotnie miała upamiętnić jedynie setną rocznicę śmierci Świętej, przekształciła się w ogromną podróż misyjną po całym świecie.

    Wędrówka rozpoczęła się w 1994 r. we Francji, gdzie Święta nawiedziła m.in. ponad 170 wspólnot monastycznych. Późnej objechała Belgię, Luksemburg, Niemcy i Włochy, by w 1997 trafić do Paryża na Światowe Dni Młodzieży. W setną rocznicę śmierci Teresy relikwie trafiły do Włoch, gdzie 19 października 1997 r. w obecności stu tysięcy wiernych Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła. Później na trasie peregrynacji znalazły się m.in.: Szwajcaria, Austria, Słowenia, Holandia (m.in. Karmel, z którego wywieziono do Oświęcimia Edytę Stein), Rosja, Argentyna, Meksyk, Irlandia, Bośnia Hercegowina, Kanada, Australia i wyspy Polinezji i Oceanii, Liban, Irak i Hiszpania.

    Na naszych oczach spełnia się ogromne marzenie Teresy, która zanotowała w dzienniczku: „Ach, pomimo swojej małości chciałabym oświecać dusze jak Prorocy, jak Doktorzy; mam powołanie, by być Apostołem… chciałabym przemierzać świat głosząc Twoje imię, i postawić na ziemi niewiernych Twój zwycięski Krzyż”.

    Mała Tereska obiecała, że po swej śmierci ześle na ziemię deszcz róż. Na wszelki wypadek weź z sobą parasol.

    Deszcz róż

    rozmowa z bp. Guy Gaucherem OC, biskupem pomocniczym Bayeux i Lisieux, miasta rodzinnego św. Teresy od Dzieciątka Jezus (Marcin Jakimowicz)

    Marcin Jakimowicz: Teresa odwiedziła w Łagiewnikach Faustynę. Co łączyło te dwie młode dziewczyny?

    Bp Guy Gaucher: – To bardzo ważne spotkanie. Obie Święte akcentowały ogrom Bożego miłosierdzia. Zupełnie poświęciły się miłości miłosiernej. Teresa przybywa do Polski w chwili, gdy umiera Jan Paweł II. A on odchodzi w Niedzielę Bożego Miłosierdzia. To nie przypadek, to jasny, czytelny znak dla całego Kościoła.

    Czy Ksiądz Biskup przypuszczał, że ta peregrynacja spowoduje tak ogromny wzrost życia religijnego na całym świecie?

    – Nie, nie. To wielki, zaskakujący dar z nieba. Rozpoczęliśmy we Francji. A jesteśmy krajem bardzo zsekularyzowanym. Baliśmy się, że peregrynacja będzie dla ludzi czymś przestarzałym, pachnącym średniowieczem. Okazało się, że na spotkania przychodziły tłumy. I tak jest już od 11 lat. Jestem zadziwiony tym, co Teresa czyni po śmierci.

    Co najbardziej wzrusza?

    – Teresa była już chyba w 25 więzieniach świata, m.in. w Manili, wśród 12 tysięcy więźniów. Był tam blok, w którym zamknięto 900 osób skazanych na śmierć. Relikwiarz nie mieścił się w drzwiach, był zbyt szeroki, pozwolono więc skazanym wyjść na dziedziniec. Modlili się o zniesienie kary śmierci. Trzy tygodnie później prezydent ustalił, że nie będzie już więcej egzekucji. Pamiętam też wizytę w Irkucku. Nie przyszło wiele osób, ale te, które przybyły, często jechały aż 300 km. Wszyscy płakali.

    Co oznacza deszcz róż?

    – To nie są jakieś nadzwyczajne rzeczy, ale drobne gesty. Z Teresą związany jestem przez całe życie, szczególnie od czasu, gdy wstąpiłem do Karmelu. Przez 25 lat pracowałem nad krytycznym wydaniem jej dzieł, później zostałem biskupem pomocniczym w Lisieux. Moim zawołaniem biskupim jest cytat biblijny, a jednocześnie dewiza Teresy: „Pociągnij mnie, pobiegnijmy”. Pan pociąga, ale biegniemy już razem. Przez wiele lat przygotowywałem materiały, by Teresa mogła zostać doktorem Kościoła. By się „doktoryzować”, musiała przejść cztery solidne „egzaminy”, m.in. z kard. Ratzingerem (śmiech). Ale udało się. Zwykle doktor Kościoła ogłaszany jest po trzech, czterech wiekach, a Tereska doczekała się tego w stulecie urodzin. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu! Koncelebrowałem Mszę na Placu Świętego Piotra, u boku Jana Pawła II, i powiedziałem sobie: No, to teraz mogę już umierać…

    Córka za kratą. Tata. Ryba.

    Święta spotyka błogosławionego, który trzyma pod pachą jakieś zawiniątko. To ryba?

    Do podwójnej kraty podbiega młodziutka karmelitanka. W rozmównicy widzi swego tatę. Uśmiecha się. Ojciec trzyma pod pachą jakieś zawiniątko. To ryba?

    Czego uczy mnie święta Teresa z Lisieux? Tego, że Wszechpotężny przychodzi w błahych sytuacjach, Przedwieczny objawia swą niezmierzoną chwałę przez drobnostki. Zostawmy globalne podsumowania. Spróbujmy przyjrzeć się jednej niepozornej scenie. Do zamkniętej za murami klasztoru świeżo upieczonej karmelitanki przychodzi w odwiedziny Ludwik Martin – jej ukochany tata. Ma w klasztorze już trzy córki, ale gdy przychodzi do najmłodszej, dostaje niemal skrzydeł.

    Święta spotyka w rozmównicy błogosławionego. Ludwik spogląda w jasne, płonące oczy córki. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest za kratami szczęśliwa. W oczach Tereski igra wesoły ognik. Ojciec może dokładnie przyjrzeć się jej rysom, bo należy do najbliższej rodziny. Innych od mniszek oddziela nie tylko podwójna solidna krata, ale i gruba zasłona. Nie są sami. Rozmowie dyskretnie towarzyszy osoba trzecia – ukryta z boku mniszka.

    Teresa patrzy w oczy ojca. Widzi głębiej, niż można byłoby się spodziewać. W rysach taty z dnia na dzień odczytuje coraz częściej rysy samego Jezusa. To nie metafora. To zapis porażającej wizji, której doświadczy po latach, gdy będzie wertowała brewiarz. Znajdzie w nim obrazek Jezusa, a po jej plecach przejdą dreszcze. Rozpozna rysy… ojca, a jego oczach – wzrok poniżonego Jezusa. Czy można się dziwić, że nazwie Ludwika Martin „Dziedzicem i Władcą Senioratów Cierpienia i Upokorzenia”?

    Ale to dopiero przed nimi. Na razie tata uśmiecha się promiennie. Mają dla siebie tylko kilka chwil. Wystarczy, by powiedzieć najważniejsze. Tata trzyma rybę. Nie ma dnia, by nie przyniósł na furtę jakichś darów. „To dla Tereski z prawdziwą przyjemnością rzuca przynętę i wyciąga szczupaka w Saint-Martin de la Lieue; w Saint-Ouen le Pin łowi pstrągi w dwóch stawach; a w Touques, przypływ przynosi mu flądry” – pisze Geneviève Devergnies OCD. – Tereska zapamiętała zwłaszcza karpia o długości 0,59 m. „Gdybyś wiedział, jaką twój karp, twój potwór, sprawił nam przyjemność!” – notuje święta.

    Czy Teresa domyśla się, jak straszną drogą krzyżową przejdzie jej ojciec? Czy widzi proroczo, jak błąka się po omacku po ulicach miasta, narażając się na nieustanne drwiny? To alzheimer? Choroba psychiczna? Nie wiadomo… Ale nie wyprzedzajmy faktów. Ważne jest to, co jest teraz: maleńka klasztorna rozmownica, uśmiechy, ryba. 

    Marcin Jakimowicz/wiara.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    Żywot świętej Teresy od Dzieciątka Jezus

    Dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus ujrzała światło dzienne w Normandii we Francji w mieście Alencon 2 stycznia 1873 roku z ojca Ludwika, syna kapitana marynarki francuskiej, i matki Zeiliny Guirin, ludzi wyjątkowo zacnych i religijnych, których najgorętszym pragnieniem było wszystkie dzieci oddać Panu Bogu. W tej pobożnej rodzinie Teresa była dziewiątym dziecięciem; przyjęta z radością, nazwana została “naszą królową”.

    W pamiętniku swoim opisuje te szczęśliwe dni dziecięctwa, spacery z rodzicami poza miasto, gdzie dusza jej przejmowała się wielkością Boga w tych cudnych, okazałych drzewach, łąkach zielonych, pełnych drobnego kwiecia, w tym strumyku czystym odzwierciadlającym niebo! … Kiedy jednego razu pobożna jej matka mówiła o niebie, dziecina składając rączki zawołała: “Ach mamo! jak bym pragnęła dla ciebie śmierci!”, a łajana za to przez starsze rodzeństwo, mówiła: “Przecież ja pragnę szczęścia twego, a ty mi mówisz, mamo, że można je posiąść tylko idąc do nieba!”

    Dziecina nie przypuszczała, że w swym niewinnym pragnieniu będzie wkrótce wysłuchana: najdroższą jej matkę Bóg powołał do siebie, dokąd ją poprzedziło już czworo dziatek. Teresa liczyła wtedy cztery i pół roku. Była to pierwsza boleść jej życia. Nad wiek rozwinięta, odczuła to najdotkliwiej i usposobienie jej uległo zmianie; żywość i wesołość zastąpiła powaga i smętne spojrzenie, jakby zaduma.

    Ojciec jej, chcąc dzieci zbliżyć do rodziny matki, wraz z całą pozostałą rodziną opuścił Alencon, gdzie bez matki szczęście było rozbite. Pięć córek towarzyszyło ojcu: Maria, Paulina, Leonia, Cecylia i nasza mała Tereska. Dwie pierwsze, już dorosłe, mając nauki za sobą, zastępowały matkę młodszym. Paulina oddała się z całą miłością wychowaniu Tereski.

    Nowe ich miejsce zamieszkania, “Buissonets” w mieście Lisieux, miało ponad ich oczekiwanie rozwinąć to nowe życie. I znowu święta ta dziecina opisuje sama wieczory rodzinne, w których zawsze miała uprzywilejowane miejsce na kolanach ukochanego ojca, a czytanie pobożne otwierało w jej sercu pragnienie poznania Boga, który ją ogromnie ciekawił. Nierzadko też z ojcem odwiedzała kościoły, oddając hołd Najświętszemu Sakramentowi. Niejeden świadek podziwiał wówczas siwego jak gołąb starca, a przy jego boku śliczną, złotowłosą dziecinę, wpatrzoną nadziemskim spojrzeniem w ołtarz.

    Obdarzona zmysłem spostrzegawczym i kontemplacyjnym była wrażliwa na najmniejsze zjawisko natury. Morze ujrzała po raz pierwszy mając lat siedem, a to co odczuła, opisuje w pamiętniku w następujących słowach:

    “Widok tego ogromu wody zrobił na mnie wrażenie nie do opisania, oczu od niego oderwać nie mogłam, a gdy nadszedł wieczór i słońce zachodzące coraz niżej zanurzać się zdawało w tej tafli szklanej, siadłam z siostrą Paulina na skale i słuchałam jej opowiadania. Wtenczas własne serce widziałam oczyma duszy jako maleńką łódkę o żaglu białym, płynącą cicho po tej drodze mlecznej – ku niebu! I po raz pierwszy, wyraźnie pierwszy, postanowiłam drogi tej nigdy nie opuszczać”.

    Nim jednak dobiła do tego świetlanego portu, przejść miała przez zimę prób i doświadczeń i przepełnił się kielich jej goryczy rosą jej łez.

    święta Teresa od Dzieciątka Jezus

    ***

    Siostra Paulina, zastępująca jej najczulej matkę, wstępuje do Karmelitanek w roku 1882. Po raz drugi więc osierocona w dziewiątym roku życia! Serce jej dziecięce zbolałe przetrzymać tego nie może. Nawiedzona chorobą, szarpana jest bólami niewytłumaczonymi, jakby zły duch, w przeczuciu, że dusza ta ujdzie jego szponów w przyszłości, chciał odwieść ją od drogi wybranej. Płonne były jego zakusy. Kiedy bowiem zrozpaczony ojciec i siostry zmówiwszy nowennę do cudownej Matki Boskiej tzw. Zwycięskiej w Paryżu, gorąco polecali dziecinę Jej opiece, wpatrzeni przy łóżeczku chorej w martwą statuę Najświętszej Panny, o dziwo!… marmur się poruszył, oblicze Maryi zajaśniało nieziemską pięknością i uśmiech bezgranicznie dobry i słodki poruszył do łez chorą. Tak, była uleczona – i kwiat ten Maryi pod Jej już tylko okiem rozkwitać będzie w tym stopniu, że pięć lat później zapach jego przepełni zacisze Karmelu! Od tej pory Tereska opiera się na sile wyższej i z nią czuje się gotową na wszystko.

    Następuje podróż z ojcem, jako ziemska nagroda za przebyte cierpienia. Wszędzie, gdzie się pokaże, robi wrażenie cudną urodą, a uprzejmością i dobrocią, przy umyśle ogromnie rozwiniętym łowi serca wszystkich. Pochlebstwa jednak ziemskie nie przemawiają zupełnie do duszy Tereski. Chrystus jej szepce: “Prawdziwe szczęście to to, które trwa wiecznie. Ażeby dojść do niego, zbyteczna uroda ciała, przepych życia ziemskiego. Nie potrzeba bogactw, wielkiego nazwiska, wykonania wielkich czynów, by dojść do tej szczęśliwości; przeciwnie czyn cichy, ukryty, toruje nam dużo łatwiej tę drogę”.

    Z rozkoszą więc wraca do swoich przerwanych nauk u panien benedyktynek w Lisieux i czując zbliżający się dzień pierwszej Komunii św. z całym skupieniem gotuje się na tę ucztę, mającą się odbyć 8 maja roku 1884. Tereska liczyła wtedy lat 11.

    Przez cały ten czas z podwójną gorliwością rzucała pod nogi Chrystusa snopy drobnych umartwień, jako bukiet lilii i róż, którymi chciała wysłać kolebkę Dzieciątka Bożego!…

    I dzień ten nadszedł, przez nią samą tak opisany:

    “O jak słodki był ten pierwszy pocałunek Jezusa dla mej duszy, czułam się kochaną i kochałam! Jezus o nic mnie nie pytał, niczego nie żądał. Od dawna już Chrystus porozumiewał się ze mną, dziś nie byliśmy już dwoje”…

    Tereska znika jak kropla wody w oceanie, Jezus zostaje sam panem jej serca, a dziewczę, czując się słabą kruszyną, prosi Boga o odebranie jej wolności; chcąc być rządzona tylko przez siłę wyższą i z nią być złączona nierozerwalnie!…

    Taki był ten dzień pierwszej Komunii św. dla dzieciny wybranej. Wkrótce przygotowuje się do sakramentu bierzmowania, a kiedy w czasie rekolekcji, które sobie urządza celem większego jeszcze skupienia, tłumaczy siostrom, jak Duch św. bierze duszę w posiadanie przez ten sakrament, taka jasność bije z jej wyrazu, a język jej tak piękny, że siostra jej Celina, spuściwszy oczy, oddaliła się z wrażeniem zjawiska nieziemskiego, którego zapomnieć nie mogła…

    Z przyjęciem tego sakramentu jakby słodki powiew ją ogarnął i od dnia tego wstąpiła w nią łaska “siły cierpienia!” Łaska tak jej potrzebna, bo nadchodził czas moralnego jej męczeństwa.

    Po chwilach takiego uniesienia, takiej rozkoszy duchowej opanowała ją oschłość, której rady dać nie mogła. To są częste objawy w życiu duchowym, – nowe próby, by nowe były zwycięstwa. Po przyjęciu drugiej Komunii św. opowiada w swoim dzienniczku: “Ogarnęły mnie nieznane mi dotąd skrupuły. Kto nie przeszedł przez to męczeństwo, nie zrozumie tego nigdy; nie potrafię wypowiedzieć, co cierpiałam całe te dwa lata”. Całą jej dźwignią była wtenczas jej siostra Maria. Lecz i ta pociecha od niej wzięta została. Maria za Pauliną podążyła do Karmelu.

    Zrozpaczona woła na pomoc cztery aniołki z rodzeństwa, które już dawniej były wyprzedziły ją do nieba, aby jej uprosiły pokój, – i wysłuchana została jej prośba! Tereska czuje się uwolnioną od tortur skrupułów. Pełna radości, oddaje się nauce, a uposażona przez Boga w zdolności niezwykłe, ogromne robi postępy. Wrażliwa na wszystko co piękne i wielkie, czuje się powołaną i do czynów wielkich.

    Lecz Pan służebnicy swojej nie wybrał do dzieł ludzkich, ale do cichej i ukrytej pracy apostolskiej. Miłość Tereski do Chrystusa doskonali się z dniem każdym i skupia w żądzy jednania Mu dusz – w nagrodę za Jego mękę. Łowienie dusz dla Jezusa, i rozdawanie szczęścia wokoło, oto szczyt odwagi tej świętej dzieciny! A już założycielka Karmelu, wielka pierwsza św. Teresa, mówiła o takich uczuciach, że są szczytem doskonałości i święci Dominik i Franciszek i inni przejęci byli także tym pragnieniem, jednania dusz Chrystusowi.

    Owiana tą myślą nasza Terenia w ciągłej pracy wewnętrznej zbliżała się do celu swych marzeń, ale i zarazem do nowej próby, miała bowiem wyznać ojcu powołanie do Karmelu. Do tej stanowczej rozmowy wybrała dzień Zielonych Świątek, a ojciec tak głęboko wierzący, ból utaił – dając ostatniemu dziecięciu swemu błogosławieństwo na tę twardą drogę życia.

    Ale skądinąd miały przyjść przeszkody. Nastąpiła sucha odmowa przełożonego karmelitów bosych, księdza Delatroeme, jako że reguła nie pozwala wstępować w tak młodym wieku. Jednakowoż sprawę odesłał przełożony do biskupa diecezji, Monsignora Hugonin. Udawszy się tam z ojcem nie uzyskała nic więcej. Z pokorą przyjmuje ten krzyż, wraca, aby się modlić do Bosa o usunięcie przeszkód. I oto 7 listopada roku 1887 jedzie z ojcem do Rzymu, a padłszy do nóg ówczesnemu Ojcu św. Leonowi XIII., przedstawia mu swą prośbę. Namiestnik Chrystusa z dobrocią pogłaskał tę śliczną główkę, ale odpowiedź i tu nie była ostateczna. Dopiero po porozumieniu się z biskupem Hugonim w miesiącu grudniu nadesłał zezwolenie na ten wyjątek.

    Zdawała się być u celu pragnień, aż naraz Karmel sam odmówił jej przyjęcia aż do ukończenia postu 1888 roku. Święta nasza cicha i cierpliwa czuła wśród tych prób, że Jezus śpi w jej sercu, a budzić Go nie chciała. Nadszedł dzień upragniony 9 maja roku 1888. Piętnastoletnia urocza dzieweczka przestąpiła próg Karmelu i ciężkie wrota zatrzasnęły się na nią!…

    Nie myślmy jednak, że żal z powodu opuszczenia ojca ukochanego i domu, w którym przy boku sióstr było jej tak dobrze, i krewnych jej oddanych, nie wstrząsnął nią całą, – przecież jeszcze należała do istot żyjących, a żyła pełnią sił piętnastoletniego dziecka. Z miłości jednak ku Bogu wstrzymała gwałtowne bicie serca, padła do nóg ojcu, uścisnęła siostry i pogodna odeszła.

    Jest więc sama w skromnej celi, gdzie reszta dni jej krótkich miała przeminąć. Gotowa już pojąć ukryte skarby i zrozumieć tajemnice najbardziej dla nas nieznane. Od razu zaczyna działać. “Jeżeli się chce dojść do celu, trzeba się uzbroić w środki, – mówiła… a Jezus oddawna dał mi znać, że dusze dawać mi będzie za krzyże”. Im więcej ich miała, tym więcej pragnęła cierpienia, a myśl nawracania grzeszników i uświęcenia księży, – cel główny Karmelu, ogarniała ją coraz więcej, w miarę jak się przepełniał kielich jej goryczy!

    Matka przełożona, nie zdając sobie dobrze sprawy, kogo przyjęła do grona, traktowała ją ostro i sucho, chcąc ją wypróbować przed ostatnimi ślubami. W tej oschłości zewnętrznej dojrzała jej dusza. – Raz jeszcze wolno jej było widzieć się z ojcem, niemal w przeddzień jego zgonu.

    Tym czasem Tereska w oczekiwaniu swoich obłóczyn obdarzona została łaskami niebieskimi w ogromnej mierze. “Jezus, – mówi, – dawał mi poznać urok cały ubóstwa i uczułam pragnienie posiadania rzeczy tylko najniezbędniejszych, z ciągłą myślą o bliźnich. W dzień złożenia ślubów wieczystych czułam dziwny pokój w mej duszy i rzeczywiście zdawało mi się być królową: a chcąc skorzystać z wszystkich przywilejów, wołałam: “O Jezu, daj, aby ta sukienka chrztu mojego nigdy splamioną nie była, żeby żadne ziemskie uczucie nie poruszyło mego spokoju! Ja Ciebie Jezu, proszę tylko o pokój, o miłość bez granic. Daj mi męczeństwo duszy albo ciała, a najlepiej daj mi jedno i drugie”. – Po ceremonii, wedle reguły złożyła swój wieniec różany u stóp Matki Najświętszej bez żalu. “Czułam, że czas nie zabierze ze sobą mego szczęścia!” Dopełnieniem jego było połączenie się z nią ostatniej siostry Marii, która pochowawszy ojca, już nie miała przeszkody do skierowania swych kroków na Karmel. “Teraz” – wołała – “nic mi do szczęścia pełnego nie braknie!”

    W dniu ślubów prosiła o męczeństwo serca i ciała, a Pan, który, jak sama wyznaje, spełniał wszystkie jej życzenia, przyjął ofiarę.

    Widzieliśmy już, jak wielka była ofiara Tereni, kiedy na zawsze opuszczała swego ojca, tak czule ją kochającego i dom rodzinny, w którym tak była szczęśliwa. Zdawałoby się, że w Karmelu ofiara jej była osłodzona, bo tam znalazła swoje dwie starsze siostry; lecz dla młodej postulantki było to raczej okazją do bardziej dotkliwych umartwień.

    W jakiś czas po jej wstąpieniu do klasztoru przydzielono ją jako pomocnicę siostrze Agnieszce od Jezusa, jej ukochanej “Paulince”. Było to nowym źródłem udręczeń dla siostry Teresy. Wiedziała ona, że każde niepotrzebne słowo surowo jest wzbronione i dlatego nigdy nie pozwoliła sobie na żadne zwierzenia ani poufałości. “O moja mateczko” – mówiła później – “iłem wtedy cierpiała… Nie mogłam ci otworzyć swego serca, i myślałam, że już mnie nie znasz!…”

    Po pięciu latach tego bohaterskiego milczenia siostra Agnieszka została wybrana przełożoną.

    W dzień elekcji, wieczorem serce “jej Tereni” musiało bić radośnie na myśl, że odtąd będzie mogła z całą swobodą rozmawiać ze swą “mateczką”, jak dawniej duszę swą przelewać w jej duszę; ale ofiara stała się żywiołem jej życia. Przeto ze wszystkich zakonnic ona najrzadziej widywała swą matkę przełożoną.

    Nie najmniejszym też z jej cierpień była mężna walka, jaką podjęła przeciw sobie samej, odmawiając wszelkiego dogadzania pragnieniom swej śmiałej i ognistej natury.

    Nawykłszy dzieckiem, by się nigdy nie wymawiać, ani nie użalać, w Karmelu chciała być służką wszystkich sióstr zakonnych.

    W tym duchu pokory usiłowała być posłuszną wszystkim bez różnicy.

    Do wszystkich cnót łączyła niepospolite męstwo. Od chwili wstąpienia do klasztoru w piętnastym roku życia, pozwalano jej z wyjątkiem postów spełniać wszystkie ćwiczenia surowej reguły. Niekiedy współnowicjuszki, widząc, że jest blada, prosiły o zwolnienie jej od wspólnego wieczornego oficjum, lub od wczesnego wstawania z rana; ale matka przełożona nie przychylała się do ich próśb.

    Jej wątłe zdrowie niełatwo znosiło niedostateczne i proste pożywienie karmelitanek, niektóre potrawy przyprawiały ją o chorobę; lecz umiała to tak zręcznie ukryć, że nikt tego nie zauważył.

    Dopiero w czasie ostatniej choroby, gdy jej rozkazano, by powiedziała, co jej nie służy, okazało się jej umartwienie.

    Jej duch ofiary był wszechstronny. Cokolwiek było przykrzejsze, mniej przyjemne, to skwapliwie chwytała jako cząstkę jej należną; wszystko czego Bóg od niej żądał, oddawała Mu bez zastrzeżeń.

    W nieustannych umartwieniach i cierpieniach zbliżał się kres jej ziemskiej pielgrzymki. W Wielki Piątek 3 kwietnia roku 1896, jak się sama wyraża, usłyszała “jakby odległy szmer zwiastujący jej przybycie Oblubieńca”. Jednak wiele jeszcze upłynęło bolesnych miesięcy, zanim nadeszła owa błoga chwila wyzwolenia. Pomimo wielkich cierpień jakie musiała znosić, nigdy nie szemrała, owszem, ze wszystkim zdawała się na Boga, o czym świadczą częste jej słowa: “Nie pragnę bardziej śmierci niż życia; gdyby mi Pan pozwolił wybrać jedno z dwojga, nie wybrałabym żadnego; chcę tylko tego, czego On chce; kocham to, co On czyni!”

    Lekarz za każdą wizytą wyrażał podziw: “Gdyby siostry wiedziały, ile ona wytrzymuje. Nie widziałem nigdy, żeby kto tyle cierpiał z takim wyrazem nadnaturalnej radości. To anioł”. A gdy zakonnice ubolewały na myśl stracenia takiego skarbu, rzekł: “Ja nie zdołam jej uleczyć, to – dusza, stworzona nie dla ziemi”.

    W przeddzień śmierci, 29 września o 9 wieczór siostry Teresa i Genowefa (Celinka) usłyszały obie bardzo wyraźnie szum skrzydeł w ogrodzie i wkrótce gołębica – przyleciawszy nie wiadomo skąd – siadła gruchając na brzegu okna. Kilku minut później uniosła się w przestworza.

    Obie siostry były wzruszone, przypominając sobie słowa pieśni: “Dał się słyszeć śpiew gołębicy, ostań ukochana gołąbko moja, i chodź, zima minęła”.

    Następnego dnia, tj. 30 września roku 1897 spoglądając na krucyfiks, rzekła głosem słodkim: “O …jakże kocham Boga… kocham Cię…”. To były jej ostatnie słowa i dusza jej święta uleciała do nieba.

    Zaraz po zgonie u ciała jej poczęły się dziać cuda nadzwyczajne. Poczęto wzywać “Małej Tereni”, i odtąd ufność niezachwiana do niej rozlała się poprzez Francję i Europę na wszystkie części świata.

    Dnia 29 kwietnia roku 1923, w 25 lat po jej zgonie, w przepełnionej pielgrzymami z całego świata bazylice św. Piotra w Rzymie odczytano dekret, ogłaszający siostrę Teresę Błogosławioną. W dwa lata później, 17 maja r. 1925, w tej samej bazylice papież Pius XI. naszą młodziutką Błogosławioną ogłosił Świętą.

    Homilia

    Wygłoszona przez Ojca św. Piusa XI
    w czasie kanonizacji św. Teresy od Dzieciątka Jezus

    Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia, a Bóg wszelkiej, pociechy (List II do Kor. I,1), który wśród tylu trosk apostolskiego urzędowania udzielił nam tej pociechy, że tę dziewicę, którą po objęciu pontyfikatu pierwszą wynieśliśmy do godności błogosławionych niebian, ją też pierwszą przyjęliśmy do grona Świętych, tę mianowicie, która uczyniła się w duchu dziecięciem, dziecięctwem zaiste takim, jakiego nie można odłączyć od prawdziwej wielkości ducha. Ze wszech miar przeto godną jest rzeczą, by chwałę jej, na podstawie samych obietnic Jezusa Chrystusa, uświęcić zarówno w niebieskim Jeruzalem, jak i w Kościele wojującym. Wdzięczni też jesteśmy Bogu, że wolno nam dzisiaj, zastępującym Syna Jego jednorodzonego, z tej katedry prawdy i wśród wspaniałych uroczystości świętych powtórzyć nam i gorąco zalecić pewne bardzo zbawienne powiedzenie Boskiego Mistrza.

    Gdy się Go bowiem pytali uczniowie, kto według Jego zdania będzie większym w królestwie niebieskim, On, wezwawszy dziecię, postawił je w pośrodku ich i wyrzekł owe pamiętne słowa: “Zaprawdę, powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie się jako dziatki, nie wnijdziecie do królestwa niebieskiego” (Mat. XVIII, 2,3).

    Tą zaiste ewangeliczną nauką przejąwszy się całkowicie święta niebiańska Teresa, wprowadziła ją w życie codzienne, owszem, tej właśnie drogi duchowego dziecięctwa nauczyła nowicjuszki swego konwentu słowem i przykładem, a wszystkich innych swymi pismami. Każdy, kto przeczyta te pisma, rozpowszechnione po świecie całym, wnet je umiłuje i odczytuje raz po raz z wielką dla duszy rozkoszą i pożytkiem. Ta bowiem przejasna panienka, która kwitła w zamkniętym ogrodzie Karmelu, przydawszy do imienia swego imię Dzieciątka Jezus, żywy tegoż Dzieciątka w sobie wycisnęła obraz, tak, że należy powiedzieć, iż ktokolwiek czci Teresę, czci także i wielbi równocześnie wzór Boży, który ona odtworzyła w sobie.

    To też ożywiamy się dzisiaj tą nadzieją, że dusze wierne Chrystusowi opanuje jak gdyby żarliwość w dążeniu do zwycięstwa duchowego, które na tym polega, że cokolwiek dziecię posiada i czyni z natury, to my uczuwamy i wypełniamy z nawyknienia cnotliwego. Jak bowiem dzieciny, niedotknięte żadnym cieniem nocy, ani nie pociągnięte żadnymi żądz ponętami, bezpiecznie trwają w posiadaniu swej niewinności, nie znając zgoła podstępu i udawania, gdy wypowiadają szczerze to, co myślą, i należycie postępują i okazują się wtedy takimi, jakimi są w rzeczywistości, tak Teresa – jak gdyby anielską raczej niż ludzką miała naturę – przyoblekła się w dziecięcą prostotę, wedle praw, prawdy i sprawiedliwości. Gdy zaś w pamięci dziewicy z Lisieux tkwiły owe wezwania i obietnice Oblubieńca Boskiego: “Jeśli kto jest maluczkim, niechaj przyjdzie do Mnie” (Ks. Przyp. IX, 4); “Przy piersiach was poniosę, a na kolanach będę się z wami pieścić. Jako gdy kogo matka pieści, tak was cieszyć będę” (Iz. LXVI, 12-13), świadoma swej stałości oddała się z ufnością Opatrzności Boga i ufna wyłącznie w Jego pomoc, zgodziła się zupełnie, by chociażby niezmiernie przykrymi sposobami osiągnąć doskonałą życia świątobliwość, do której umyśliła sobie dążyć z zupełnym i radosnym wyrzeczeniem się swej woli.

    Nie należy się też dziwić, że wypełniło się w świątobliwej niewieście owo Chrystusowe: “Ktokolwiek się tedy uniży jako to dziecię, ten jest większy w królestwie niebieskim” (Mat. XVIII. 4). Podobało się tedy łaskawości Bożej obdarzyć ją i wzbogacić darami całkiem niezwykłej mądrości. Przed tą bowiem, która prawdziwą naukę wiary czerpała przeobficie z katechizmu, naukę ascezy ze złotej księgi o Naśladowaniu Chrystusa, a mistyki – z ksiąg Ojca swego Jana od Krzyża i oprócz tego pasła i żywiła swój umysł ciągłym rozważaniem Pisma św., Duch prawdy otworzył i wyjawił te rzeczy, które zwykł ukrywać przed mądrymi i roztropnymi, a objawiać maluczkim, odznaczała się ona bowiem taką wiedzą rzeczy nadprzyrodzonych, że wskazywała innym pewną drogę zbawienia. Z tego zaś tak obfitego uczestnictwa w świetle Bożym i w łasce Bożej, rozgorzał w Teresie tak wielki żar miłości, że wyrywając ją niejako ustawicznie z ciała, wyniszczył ją w końcu; mogła więc zaprawdę, zanim się z życiem tym rozstała oświadczyć naiwnie, “że nie dała Bogu nic innego prócz miłości”.

    Wiadomo również, że siłą tej gorącej miłości powstało w dziewicy z Lisieux owo postanowienie i usiłowanie “pracowania z miłości do Jezusa, jedynie by się Jemu podobać, by pocieszyć Serce Jego Najświętsze i by rozszerzyć dusz zbawienie, dusz, które by kochały Chrystusa na wieki”. Że zaś zaczęła ona tę obietnicę wykonywać i to czynić skoro tylko przyszła do ojczyzny niebieskiej, łatwo to poznać z tego mistycznego deszczu róż, które za łaską Boga, jak to za życia mile przepowiedziała, na ziemię już spuściła i ciągle dalej spuszcza.

    Tak więc tedy, gorąco pragniemy, by wierni chrześcijanie wszyscy stali się godnymi uczestnictwa w tym przeobfitym łask wylaniu, za przyczyną małej Tereski, ale jeszcze goręcej pragniemy, by celem naśladowania usilnie na nią patrzyli, czyniąc się jak gdyby dziecinami, gdyby bowiem nimi nie byli, mocą wyroku Chrystusa wykluczeni zostaną z królestwa niebieskiego.

    Modlitwa

    Wysłuchaj nas Boże i Zbawicielu nasz, abyśmy weseląc się uroczystością świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, przejęli się jej cnotami, a szczególniej cnotą miłości Bożej i w świętej pobożności nabierali wzrostu. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • październik 2022 – ogłoszenia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 29 PAŹDZIERNIKA

    DZIEŃ NAWIEDZIN GROBÓW NASZYCH ZMARŁYCH RODAKÓW NA GLASGOWSKICH CMENTARZACH:

    Lambhill – St.Kentigern’s RC, The Linn, Cardonald i zakończenie modlitwą różańcową na cmentarzu St. Peter’s RC – Dalbeth (1900 London Road G32 8TX) o godz. 14.30

    GODZ. 17.00 W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. z XXXI NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI CZŁONKÓW ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚW. – PRZEKAZANIE NOWEJ INTENCJI NA MIESIĄC LISTOPAD I PODANIE KOLEJNYCH TAJEMNIC RÓŻAŃCOWYCH

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NOCY ZMIANA CZASU Z LETNIEGO NA ZIMOWY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – DZIEŃ PAŃSKI – 30 PAŹDZIERNIKA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych:

    bp Krzysztof Włodarczyk

    „Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych” – podkreślał w bydgoskim sanktuarium Świętej Rity bp Krzysztof Włodarczyk. W fordońskiej świątyni zorganizowano „Dzień – Noc Świętych”. Uczestniczyły w niej dzieci, które przebrały się za swoich ulubionych świętych.

    Tym razem w sposób szczególny – poprzez relikwie – towarzyszyli obecnym: św. Łazarz, bł. męczenniczki M. Paschalis i IX towarzyszek ze Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety zamordowane przez żołnierzy radzieckich w 1945 r. Była również obecna w swoim wizerunku i symbolicznym różańcu bł. Paulina Jaricot.

    – Bez wątpienia to okazja, by poprzez gest, słowo, muzykę i charakteryzację móc utożsamić się z historią świętych – mówił w czasie homilii biskup.

    Było to odniesienie do wiernych, zwłaszcza dzieci, które poprzez stroje wcieliły się w rolę wielkich postaci.

    – Dzięki różnorodności bohaterów mamy okazję do tego, by każdy z nas znalazł coś dla siebie z bogactwa ich życia – powiedział, dodając, że poprzez takie spotkania krzewi się przede wszystkim wzorce dla współczesnego człowieka, który wśród wielu opcji, lub ich braku, może odnaleźć przykład życia, bliski swojemu sercu, możliwy do zrealizowania w codzienności.

    Święci – jak zauważył bp – są ludźmi jak każdy z nas, podlegając podobnym słabościom. Następnie przywołał przykłady kilku bohaterów. Jednym z nich był św. Alfons Liguori, z którym żaden ze współbraci nie mógł wytrzymać dłużej niż dwa lata. – Także św. Hieronim, doktor Kościoła, był tak gwałtownego usposobienia, że gdy dojrzał gdzieś jakąś herezję, to nie przebierał w słowach. Obraził swojego przyjaciela Rufina, nazywając go „świniokwikiem”, kiedy zaczął on bronić błędów Orygenesa. Później żałował i pokutował. Nosił ze sobą kamień, bijąc się nim w piersi za niewłaściwe słowo.

    Biskup Włodarczyk podkreślił, że „świętymi jest napełniony cały świat”. Dodał, że „Polskie Niebo” liczy 275 osób: 218 mężczyzn i 57 kobiet.

    – Każda matka, ojciec, dziecko, babcia, kapłan, biskup, brat i siostra zakonna, kleryk, z sercem, pełnym oddaniem i zaufaniem Panu Bogu, wypełniającym swoje zadania – jest święty – powiedział, dodając, że środki prowadzące do świętości są powszechnie znane i dostępne dla każdego. To m.in.: modlitwa, sakramenty święte, życie wspólnotowe, słowo Boże, wypełnianie powołania.

    Łatwo – jak dodał – odpowiedzieć na pytanie – co to jest świętość? Natomiast o wiele trudniej – w jaki sposób zostać świętym? – To bowiem jest odpowiedzią indywidualną, osobistą każdego z nas. Kościół podaje wzory wielu, którzy inspirują żarem miłości Boga. Każdy jest osobą niepowtarzalną, jedyną. Dlatego drogę naszej świętości wskazują natchnienia Ducha Świętego, skierowane na adres naszego serca – zakończył.

    Bydgoska parafia św. Łukasza i Ewangelisty i św. Rity jest w posiadaniu 364 relikwii. Znajdują się one w erygowanej przez bp. Krzysztofa Włodarczyka – 18 października 2022 roku – Kaplicy Matki Bożej Królowej Wszystkich Świętych przy sanktuarium Świętej Rity. To do niej uczestnicy „Dnia – Nocy Świętych” przeszli w procesji eucharystycznej, adorując Najświętszy Sakrament, oddając przy Nim cześć świętym i błogosławionym. W modlitwie uczestniczyli przedstawiciele Bractwa Świętej Rity, Rycerzy Kolumba oraz Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy.

    Były również elżbietanki, które wniosły relikwie – kielich. W pierwszych tygodniach 1945 roku służył on do sprawowania Mszy św. w kaplicy Najświętszego Serca Jezusa w Domu św. Elżbiety przy ul. Słowiańskiej 16 w Bydgoszczy, w którym mieszkały siostry starsze i chore. 24 marca 1945 roku klasztor zajęło wojsko radzieckie. To wtedy „kielich” został sprofanowany przez czerwonoarmistów. Oprawcy najpierw korzystali z niego przy posiłkach, a potem bawili się, do niego strzelając. – Każdy z nas może zostać świętym i nie potrzeba do tego nie wiadomo, jak wielkich czynów – dodał Dawid Cesarz.

    Był on przebrany za patrona diecezji bydgoskiej bł. Michała Kozala, który zginął w obozie w Dachau. – Mimo ciężkiego dla naszego narodu czasu, jakim była druga wojna światowa, nie poddał się, idąc drogą powołania – dodał.

    – Jestem św. Anną, którą bardzo kocham i szanuję. Jest to moja patronka – powiedziała Anna Schmidt, która przyszła z dziećmi. Wśród nich był mały Darek jako Franciszek z Fatimy. – Święci są w naszym życiu pewnym drogowskazem. Mogą być nam bardzo bliscy. Idąc z synem do kościoła, rozmawialiśmy o życiu Franciszka, że pasł owieczki, mówił różaniec, kochał Maryję – dodała Anna Schmidt. – Przyszedłem do Pana Jezusa, by się pomodlić – dodał Darek.

    – Kult świętych w naszej parafii rozpoczął się w 2002 roku, kiedy z Krakowa zostały przywiezione relikwie św. Siostry Faustyny i św. Brata Alberta Chmielowskiego. Mając tak wielki „panteon Łukaszowy” widzimy, jak święci pociągają świętych i każdego z nas – podsumował proboszcz i kustosz ks. kan. Mirosław Pstrągowski.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween: Demon nie żartuje!
    fot. screenshot – YouTube/AKW – Akademia Katolicka w Warszawie

    ***

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween:

    Demon nie żartuje

    Zbliża się Halloween – komercyjne święto z Zachodu, którego korzenie sięgają celtyckich wierzeń. Jakie stanowisko wobec tego święta powinni zająć katolicy? Przypominamy wywiad z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem, który przekonuje, że wierzący „powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy”.

    Fronda.pl: Niebawem będziemy świętować uroczystość Wszystkich Świętych, a także wspominać naszych bliskich, którzy odeszli już z tego świata. Jednocześnie świat komercyjny zachwycać się będzie przebraniami diabłów i świętować halloween. Skąd taka banalizacja śmierci w dzisiejszym świecie? Czy powodem może być coraz większa sekularyzacja?

    Ks. prof. Robert Skrzypczak: Oczywiście, że tak. To jest przejaw przebijania się na nowo do masowej wyobraźni kultury pogańskiej. Święto Halloween swoimi korzeniami sięga do religijnych tradycji celtyckich. Te misteria związane z celebrowaniem śmierci tak samo, jak analogicznie w wydaniu polskim dziady, miały na względzie odebranie śmierci jej straszącego, piorunującego, przygniatającego wymiaru. Śmierć dla człowieka jest zagadką, zapowiedzią kresu, końca, ostatniego etapu życia. Dlatego też ludzie zawsze poprzez misteria i celebracje religijne, odwoływanie się do kultów okultystycznych czy fatumistycznych , próbowali odebrać śmierci jej straszność, oswoić ją i do niej przywyknąć. W dzisiejszym rozumieniu halloween jest ta sama intencja – pozbawienie śmierci jej realistycznego, dramatycznego przesłania, poprzez wyszydzanie jej. Poprzez sprowadzenie jej do roli zabawy, czegoś miłego i sympatycznego. Stąd dyskoteki przy trumnach, przebieranie się za wampiry, zombie, czy też opowieści z dreszczykiem. Także horrory i dreszczowce, przeżywane wygodnie, na fotelu z pilotem w ręku. To jest jakby przejaw ludzkości, która sięgnęła kresu rozpaczy. Kresu, który bierze się stąd, że ludzie zagubili zmartwychwstanie i chrześcijańskie przesłanie o tym, że śmierć została pokonana. Chrystus zmartwychwstał, istnieje życie wieczne. Istnieje nie tylko coś poza śmiercią, ale także świadomość, że nasze życie będzie kontynuowane, przeobrażone, a my będziemy żyć na wieki dzięki Chrystusowi. Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał – mówi św. Paweł – to jesteśmy pajacami, którzy budują sobie fałszywe wyobrażenia nadziei i opierają się na bzdurach. Jeśli natomiast naprawdę przyjmujemy, że on zmartwychwstał prawdziwie, to istnieje życie, którego śmierć  nie jest w stanie zniszczyć. Dlatego my, chrześcijanie, potrzebujemy dziś na nowo to sobie uświadomić. Ludzkość dotarła do pewnego kresu, jakim jest rozpacz. Próbuje teraz zrobić z tą rozpaczą pewien rodzaj operacji, polegający na banalizowaniu jej, przykryciu lukrem, założeniu jej maski klauna. To jednak nic nie daje, bo rozpacz rozpaczą pozostaje, a za nią kryje się przeczucie pustki, przepaści, świadomości kresu życia. Jedna z kanadyjskich badaczek stwierdziła, że żyjemy w epoce postmoralnej.

    To znaczy?

    Oznacza to, że człowiek wyczerpał już wszelkie teorie dotyczące własnej śmierci. Z jednej strony próbuje oswoić ją poprzez kulty, z drugiej chce stawiać się w roli tego, który decyduje o tym, kiedy i który człowiek ma się urodzić, który i kiedy powinien skończyć swoje życie, a nawet w jaki sposób powinien tego dokonać. To znaczy, że ludzkość intuicyjnie czuje, że śmierć ogarnie wszystko. A śmierć w naszej kulturze panoszy się naprawdę wszędzie. Trudno wyobrazić sobie film czy sztukę lub grę komputerową, w której trup nie ścieliłby się gęsto. To także jest pewna forma oswajania się ze śmiercią, pozór panowania nad nią. Śmierć stała się elementem rozrywki, zabawy. To doprowadza ostatecznie do depresji i rozpaczy. Ludzkość pochłonięta jest obsesją na temat śmierci. Sztuka – muzyka, poezja, literatura – jest pełna śmierci. My, chrześcijanie, potrzebujemy uświadomić sobie dziś, że my mamy odpowiedź na to. W nasze ręce złożony został „antybiotyk” , lekarstwo na śmierć. Mamy dostęp do kogoś, kto ze śmiercią wygrał. Wierzymy w to, że Bóg zniszczył grobowiec swojego Syna i wydobył go stamtąd, więc Chrystus żyje. W momencie zmartwychwstania Jezus zainicjował nową drogę, która jest drogą pokonania tego muru, jakim jest śmierć. Kto wierzy w Chrystusa zmartwychwstałego, temu śmierć nie uczyni szkody. To daje ogromną odwagę życia, możliwość akceptowania go takim, jakie ono jest. Wówczas śmierć staje się nie barierą, murem, który należy pomalować na kolorowo lub zeszpecić tapetami, albo udawać, że go w ogóle nie ma, a życia elementem, jego pewnym wymiarem. Miłość jest potężniejsza od śmierci. W halloween jest zabawa, rozrywka, szukanie środków przeciwbólowych. W zmartwychwstaniu, którego wyrazem jest chrześcijańskie święto Wszystkich Świętych, jest miłość, a miłość zwycięża.

    Co roku Kościół przypomina katolikom, że świętowanie halloween jest obce naszej kulturze, ponadto może być szkodliwe, gdyż zagrożenia duchowe są duże – to już w końcu nie tylko niewinna zabawa, lecz często świadome otwieranie się na wpływ złego. Czy katolik powinien halloween omijać szerokim łukiem?

    Katolicy powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy. Trzeba innym ludziom mówić, że to jest złudne, że to nie jest wyjście i to nie rozwiązuje problemów dotyczących życia i śmierci. Dobra jest taka rozrywka, która także człowieka ubogaca. Rozrywka, która stanowi jedynie plaster na poczucie paniki, czy chwilowe uśmierzenie lęku przed egzystencją, nie ma sensu i jest oszustwem. Poza tym halloween może stać się także medium. Wiemy przecież, że żyjemy w rzeczywistości o wiele bogatszej niż to, co mogą postrzegać nasze zmysły. Święty Paweł mówi w liście do Kolosan, że świat niewidzialny jest znacznie większy, niż ten widzialny. Ów świat niewidzialny zamieszkują oczywiście rzeczywistości przyjazne człowiekowi, ale i takie, które wobec niego mogą być wrogie. Rzeczywistość sił metafizycznych, którymi karmi się magia, okultyzm, idolatria, to wszystko ma właściwość medialną, to znaczy, że człowiek może zostać w ten sposób zainfekowany. Nawet w sytuacji, gdyby z podejściem laicystycznym twierdził ktoś, że w to wszystko nie wierzy, że wszystko to tylko zabawa, żart, to trzeba mieć tę świadomość, że o ile my z rzeczywistości duchowej możemy sobie dworować, to już demon nie ma skłonności do żartów. On chce człowieka uwieść i pokonać, przede wszystkim pozbawiając go nadziei i wpędzając w egzystencjalne piekło. Powinniśmy sami od tego stronić, ale także nie męczyć się w przestrzeganiu przed tym innych ludzi.

    Dla wielu młodych ludzi halloween jest atrakcyjne ze względu na obecną w nim aurę tajemniczości, czy horroru, co jest nam znane z popkultury. Co Kościół może zrobić, aby te osoby przyciągnąć do Boga i pokazać im, że obchodzone w tym okresie święto w Kościele Katolickim to bogactwo duchowych przeżyć, w przeciwieństwie do hucznego, banalnego halloween, święta, które w zasadzie jest po prostu kolejnym powodem, by poimprezować?

    Oczywiście, żyjemy dziś w takiej płaskiej popkulturze, banalnej. Niejednokrotnie, zwłaszcza mieszkając jeszcze we Wloszech, zauważałem, że halloween jak wiele innych podobnych świąt, zmierza do jednego: do tego, by się napić, najeść i pobyć razem. My, jako chrześcijanie, nie powinniśmy przede wszystkim polemizować, zwalczać, potępiać. To nie ma wielkiej skuteczności. W naturze ludzkiej jest przekora – robienie czegoś dokładnie odwrotnie niż to, przed czy się go ostrzega. Potrzebujemy pokazywać ludziom, że najbardziej relaksująca i gwarantująca odpoczynek jest miłość. A miłości nie znajdziemy w halloween, dreszczowcach czy horrorach. Jest tam próba bawienia się strachem, oswajanie potworności, fatum, tego co nieznane, nieuchwytne. Natomiast my, chrześcijanie, jesteśmy apostołami miłości, bo to miłość została nam objawiona. Jesteśmy po to, żeby mówić ludziom, że miłość jest osobą, Bogiem i że ta miłość wygrała.

    Dziękujemy za rozmowę.

    Fronda.pl 23.10.2016 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chrześcijanie nie obchodzą Halloween

    Tytuł tego artykułu właściwie nie jest prawdziwy. Jest w nim zawarte pobożne życzenie. Chrześcijanie, niestety, coraz częściej obchodzą to „święto”, które ani nie jest świętem, ani też nie da się pogodzić z wiarą w Chrystusa. W naszym kraju Halloween jest nowym zwyczajem, jeszcze niezakorzenionym. Warto więc podjąć zawczasu starania o to, by móc kiedyś śmiało powiedzieć: „chrześcijanie nie obchodzą Halloween”.

    pixabay.com

    Są takie elementy amerykańskiej popkultury, które raz za razem wdzierają się do niegdyś konserwatywnej kulturowo Polski. Wcześniej św. Mikołaj został zastąpiony przez zlaicyzowaną maskotkę Coca-Coli, następnie walentynki wyparły wspomnienie św. Walentego, a teraz Halloween próbuje młodemu pokoleniu wywrócić w głowie sens uroczystości Wszystkich Świętych oraz Dnia Zadusznego.

    Droga do piekła

    Halloween to celtyckie, a zatem pogańskie święto. Związane było z obrzędami Samhain. W średniowieczu nadano mu nazwę All Hallows Eve – co znaczy – Wigilia Wszystkich Świętych. W skrócie Halloween. Halloween polegało na kontaktowaniu się z zaświatami, po to by odkryć przyszłość, nabrać mocy, zaspokoić potrzeby zmarłych. Zwyczaje te można porównać z obchodzonymi w naszej części Europy dziadami, tak dobrze zobrazowanymi przez Adama Mickiewicza w III części jego najważniejszego dramatu. Dziady jednak Kościół katolicki skutecznie wyrugował kilka wieków temu. W miejsce obrządków mających za cel kontakt z duchami, udało się wprowadzić kult zmarłych, polegający na czczeniu ich pamięci i modlitwie za nich. Dzięki temu od XII wieku w Kościele obchodzi się Dzień Zaduszny.
    W XIX wieku zwyczaje Halloween dotarły wraz z emigrantami z Wysp Brytyjskich do Ameryki. Tam nabrały swojego kolorytu i komercyjnego charakteru. Smaczku (a może raczej niesmaczku) dodaje fakt, że w Nowym Jorku jest to dzień parad gejowskich. W XX wieku zmodyfikowana pogańska praktyka powróciła już nie tylko na Wyspy Brytyjskie, ale do całej Europy. Na ironię zakrawa fakt, że choć w niemal całej Europie udało się Kościołowi „ochrzcić” dziady, po 800 latach musi on ponownie walczyć o to, aby kult zmarłych nie miał okultystycznego charakteru. Tak to już jest, licho nie śpi.

    Demonizowanie?

    Wiele osób uśmiecha się pod nosem, kiedy poznaje stanowisko Kościoła na temat Halloween. Najczęściej ludzie używają argumentu: co złego jest w tym, że dzieci przebierają się za czarownice i diabliki? Albo: przecież to tylko zabawa, nie ma w niej nic złego. Problem polega na tym, że cała symbolika i atmosfera Halloween otwiera człowieka na rzeczywistość, o której gdyby człowiek wiedział, uciekałby, gdzie pieprz rośnie.
    Taka oto dynia z zapaloną w niej świecą symbolizuje dusze błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci) mają za zadanie skontaktować człowieka z duchami. Wróżby mają na celu zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości.
    Jak wiemy, wróżby to grzech śmiertelny przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów. Nie wolno próbować wcielać się w Jego rolę i próbować odkrywać przyszłość, którą zaplanował. Otwieranie się zaś na duchy to zabawa z diabłem w chowanego, ale na takich zasadach, że jedynie człowiek szuka, a diabeł pozwala się znaleźć. Duchy istnieją. Z tym tylko, że dusze zbawione trwają w adoracji Boga, a nie zajmują się ziemskimi zabawami ludzi. Toteż kiedy wywołujemy duchy, możemy mieć pewność, że spotkamy albo duszę potępioną, albo demony. Bo choćby człowiek tę zabawę traktował zupełnie niepoważnie, to diabły odpowiadają na każde zaproszenie człowieka. Zresztą sama atmosfera Halloween bliższa jest naszym wyobrażeniom piekła niż nieba. Bo czy wyobrażamy sobie niebo jako miejsce, po którym hasają diabełki, potwory, kościotrupy i czarownice? A jeżeli nie, to po co bawić się w piekło? Czy zabawa w potępienie i przebieranie się za przyjaciół szatana jest miła Chrystusowi?
    Wszyscy egzorcyści zwracają uwagę, że problemy opętań i schorzeń psychicznych na tle demonicznym zaczynają się niemal zawsze od niewinnych praktyk. Należą do nich: słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły itp.

    Marketingowe oszustwo

    Najgorsze jest to, że sukces Halloween związany jest z zyskiem bardzo wielu osób. W okolicach Wszystkich Świętych można zarobić na zniczach i wiązankach. Wytwórcy zabawek i właściciele knajp pozazdrościli widać zysków i chcieliby również coś dla siebie uszczknąć. Stąd zależy im na zwiększaniu popularności Halloween. Jedni mogą dzięki temu sprzedać więcej upiornych strojów i zabawek, drudzy organizują imprezy w atmosferze horroru, podczas których wzrasta m.in. sprzedaż alkoholu.
    Ludzie, którzy zarabiają w Polsce na Halloween, zwłaszcza jeżeli są ochrzczeni, sprzeniewierzają się wierze i tradycji dla pieniędzy. Sami ulegają marketingowemu oszustwu, że Halloween to tylko świecka zabawa, na której można zarobić kilka groszy, i organizują coś, co otwiera ich samych i innych ludzi na działanie szatana.

     Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    o. dr Leszek Gesiak SJ rzecznik KEP/fot. Tomasz Golab / Gość Niedzielny

    ***

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. – Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, „co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. –Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. –Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to „za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. – To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. –To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.

    PCh24.plźródło: Iwona Żurek (PAP)

    ______________________________________________________
    Pięć powodów, dla których nie wolno ci „świętować” Halloween

    – Jerzy Wolak

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Jest wiele przyczyn, dla których nie należy, nie powinno się, wręcz nie wolno obchodzić „święta” Halloween – inaczej niż szerokim łukiem. Wymieńmy pięć z nich. Tyle wystarczy.

    Po pierwsze, Halloween to szyderstwo z katolickiej uroczystości Wszystkich Świętych, skrojone w połowie XIX wieku przez amerykańskich protestantów odrzucających i wyśmiewających katolicki kult świętych, ba, więcej nawet – chrześcijański dogmat o świętych obcowaniu. Już sama nazwa tej imprezy – Halloween – to przecież nic innego jak zwulgaryzowana forma pierwotnego określenia All Hallows’ Eve, czyli wigilia Wszystkich Świętych. Uroczystość poświęconą pamięci świętych tradycyjnie po katolicku rozpoczynano bowiem w poprzedzający ją wieczór – i właśnie wtedy protestanccy szydercy wykazywali największą aktywność, zakłócając katolicką liturgię prześmiewczymi inscenizacjami, notabene przy użyciu rekwizytów zgoła pogańskich.

    Nie można bowiem zaprzeczyć – to po drugie – pogańskich korzeni „świętowania” Halloween. Wszystkie religie pogańskie na poczesnym miejscu stawiały pamięć zmarłych przodków, czy wręcz ich kult; we wszystkich też podejmowano rozmaite starania na rzecz nawiązania kontaktu z zaświatami. Stąd właśnie tyle w halloweenowym imaginarium najrozmaitszych duchów, zjaw i upiorów. A skoro duchów, zjaw i upiorów, to również demonów.

    Jeżeli zaś mają się pojawić goście z krainy cieni, to musi być ktoś, kto ich stamtąd sprowadzi. Czyż obchody Halloween nie roją się wprost od takich postaci? Czarownice i wiedźmy, magowie i czarnoksiężnicy, nekromanci i astrolodzy… Jak więc widać – to już po trzecie – Halloween aż kipi magią i okultyzmem.

    Ale główną bohaterką Halloween – podkreślmy w punkcie czwartym – jest śmierć (ze wszelakimi swymi atrybutami). Rozumiana i pokazywana nie jako moment przejścia z doczesności do wieczności, tylko jako możliwie najbardziej spektakularny kres biologicznej egzystencji. Stąd te „szkieletów ludy” – dominujące dziś w estetyce Halloween gnijące zwłoki, nagie kości, rozkład ciała. Stąd to nagromadzenie czaszek i piszczeli, urwanych kończyn i krwistych skrzepów oraz wszelkich przejawów dekompozycji materii organicznej. Stąd dziś wśród przebierańców tyle trucheł, kościotrupów i zombie. A co przy tym bardzo charakterystyczne, najczęściej są to ofiary makabrycznych morderstw, przedstawiane czy to z jako skłute nożami czy ze sterczącą z głowy siekierą…

    Ale to przecież tylko zabawa – powie niejeden. Co w tym złego?

    Wszystko. Śmierć jest złem. „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” (Mdr 1, 13). Zabawa w śmierć prowadzi wprost ku jej największemu entuzjaście, odpowiedzialnemu za jej zaistnienie. „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 2, 23-24).

    Kto raz dotknął śmierci, ten na zawsze pozostanie martwy. Nigdy nie powróci do pełni życia (nawet jeśli biologiczne procesy jeszcze w nim nie ustały). No, chyba że przez zmartwychwstanie – ale od tego akurat promotorzy mroku spod znaku Halloween odżegnują się jak (nomen omen) diabeł od święconej wody.

    Po piąte zatem, Halloween jako apoteoza marnego końca ludzkiej wegetacji, beznadziejnego przemijania zakończonego odrażającym procesem gnilnym, jako gloryfikacja brzydoty, potworności i mroku to równia pochyła ku satanizmowi.

    Zza niewinnej na pozór przebieranki wyłania się skrzywiona ponurym grymasem diabelska facjata.

    – Bawcie się w śmierć – mówi. – Bawcie się w cień. Otwierajcie drzwi coraz szerzej, ja w nie z rozkoszą wejdę. Ja wam pokażę prawdziwy mrok, prawdziwą szpetotę, prawdziwą rzeczywistość potępienia. Ja wam pokażę prawdziwą śmierć, a będzie to „śmierć druga – jezioro ognia. Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” (Ap 20, 14-15).

    A jakże miał znaleźć się w księdze życia ktoś, kto czerpał uciechę z obcowania z kostuchą w towarzystwie wampirów i wilkołaków? Dla takich właśnie, czyli „dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga” (Ap 21, 8).

    Ale tego nikt nie chce słuchać. Taniec śmierci trwa w najlepsze; danse macabre sunie ulicami chrześcijańskiego świata. Bo przecież wiadomo: show must go on. Więc bawią się dzieci, bawią się rodzice – niepomni, że jakkolwiek nieszkodliwe mogą wydawać się złego początki, koniec jednak najczęściej bywa tragiczny.

    I tak, zupełnie niespodziewanie i nie wiadomo skąd, w spokojnym domu pojawia się ohydne, pierwotne zło. Koleżanka koleżance podrzyna gardło; synalka, któremu ptasiego mleka nie brakowało, znajdują wiszącego na poddaszu; kochający ojciec rodziny masakruje swych najbliższych szlifierką kątową. Małe dziecko nagle zaczyna śnić koszmary, miły, cichy nastolatek bluzga plugawym jadem nienawiści…

    Nie wiadomo skąd gniew, agresja, furia – z jednej strony. A z drugiej depresja, apatia, rozpacz. I nie wiadomo, dlaczego kolejki do egzorcystów rosną w zastraszającym tempie.

    Na pewno nie wiadomo?

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bawią się w duchy… duchy nimi bawią się…

    brat Tadeusz Ruciński FSC:

    pixabay.com

    ***

    Zdarzyło mi się kiedyś być w USA (Minneapolis) jesienią i trafić na gremialne obrzędy wokół Halloween. Cztery dni przed przełomem października i listopada, i cztery po nim, większość filmów w TV to były horrory. Wizerunki czaszek, piszczeli, kościotrupów, wampirów, wiedźm, wampirów, pajęczyn, sów, widm, upiorów, nieboszczyków były prawie wszędzie. W urzędach, w sklepach, w galeriach, na stacjach benzynowych, w restauracjach, w parkach, no i w przedszkolach, i w szkołach (także w katolickich) straszono się tym niby dla zabawy, niby ze względu na dzieci. Nic tam jednak nie było zabawne.

    Zwłaszcza w szkole przebrane za wiedźmy nauczycielki i nauczyciele w kostiumach wampirów. Ani dzieci w podobnych przebraniach goniące niby za słodyczami, a bardziej za możliwościami wybryków. Bywały więc wybite okna, zdemolowane samochody, bójki na ciemnych ulicach. W tych „wystrojach” jednak, w kostiumach, w używanych nie tylko przez dzieci akcesoriach, były jakby  znamiona zbiorowego kultu… Ale czego? – Brzydoty, trupizmu (turpizmu też) , wyklętych przez chrześcijaństwo demonów, wiedźm i wilkołaków? To tak jakby Belzebub rozpuścił swoją zgraję, aby zamroczyć jasność nieba w Uroczystość Wszystkich Świętych i jazgotem przepędzić ciszę z modlitwą za zmarłych.

    1 listopada rano w miejscowym kościele proboszcz nie uległ jakoś powszechnemu amokowi i jakby w kontrze do niego pozawieszał na ścianach duże wizerunki znaczących świętych. A na środku wystawił wielką księgę, aby obecni wpisywali tam imiona zmarłych, jak w naszych wypominkach oraz intencje modlitewne poprzez tych już zbawionych.

    Za to wieczorem pokazano w TV przegląd owych zabaw-obrzędów, interwencje policji, ale i w końcu miejscowy cmentarz chrześcijański z nielicznymi lampkami i… sprawujących swój mroczny rytuał na jednym z grobów, satanistów. I wtedy znalazłem w bibliotece album z Krakowa, gdzie były zdjęcia jednego z naszych cmentarzy w morzu kwiatów i palących się zniczy w nasze polskie Zaduszki. Pokazałem je braciom. Jeden, który nigdy nie był w Europie czy w Polsce, skonstatował: „To czy my tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?”

    To pytanie mogliby w Polsce postawić sobie ci, co dali się jakoś omamić obcej pogańskiej tradycji, która z  wolna, ale uparcie zastępuje nam te nasze polskie i katolickie. Ta uporczywość tegoż jest znamienna i jakoś  wspomagana przez obce nam siły, ale i przez rodzimą głupotę i zamierającą wiarę, przechodzącą powoli w pogański synkretyzm rodem z New Age. I trudno to usprawiedliwić dziecięcą zabawą, jak przy promocjach kolejnych tomów „Harry Pottera”, choć magiczne pokrewieństwo narzuca się samo. Tak, to przez dzieci i wiele szkół (czasem z udziałem katechetów) , zaczyna się kultywować coś z gruntu mrocznego i niebezpiecznego zwłaszcza dla dzieci nieświadomych za bardzo tego, w co się bawią i kto nimi się bawi, bynajmniej nie dla samej beztroskiej zabawy. Przez zabawę bowiem trwale się przekazuje pewne treści, ale i wdraża w pewne zachowania, które mogą być też czasem inicjacją w coś złowrogiego. Księża egzorcyści mówią bowiem o rosnącej ilości zgłaszających się do nich rodziców zaniepokojonych stanem i zachowaniem dzieci po tych z pozoru niewinnych zabawach przechodzących w umagicznione obrzędy. Podobnie bywa z tymi, którzy dla zabawy wróżyli z kart Tarot czy bawili się w wywoływanie duchów, choćby poprzez tabliczkę „ouija”, co uprawia się czasem w tę „noc duchów”, raczej nie dobrych… lecz potępieńców.

    Czym więc była i jest ta noc? W pogańskiej tradycji staroceltyckiej, działy się wtedy obrzędy na część najpotężniejszego dla nich bóstwa, boga śmierci Samhaina. A dochodziło w nich do składania mu ofiar z ludzi. Obłaskawiano więc tak jego i atakujące ludzi duchy. Jego kapłani nawiedzali wtedy domy, żądając ofiar, a gdy ich nie otrzymywali, rzucali na domy i ich mieszkańców klątwy. (Do tego więc nawiązuje nachodzenie domów przez poprzebierane dzieciaki z żądaniem przez nie słodyczy, z groźbą uczynienia jakiejś szkody). Tę noc oraz niektóre obrzędy zawłaszczyli sataniści, łącząc je ze swoimi czarnymi mszami (z ofiarami ze zwierząt), orgiami seksualnymi i obrzędami jednoczenia się z demonami. Bywa, że składa się wtedy ofiary z dzieci, bowiem w tych dniach też ginie najwięcej dzieci, których policja już nie może odnaleźć. Obok Nocy Walpurgii jest to najważniejsze dla nich święto. Podobnie ważnym było ono w książkach i filmie o Harrym Potterze, w szkole czarodziejstwa i magii Hogwart. Jest to więc szyderstwo z chrześcijańskiej uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego albo próba pomieszania elementów obu świat z przewagą tych demonicznych i makabrycznych. Zamiast bowiem uwielbienia bezimiennych świętych w niebie i modlitwy za zmarłych w czyśćcu, na różne sposoby – także przez rozmaite przebrania za nietoperze, czarne koty, zombi, gobliny, sowy, wampiry  – wzywa się potępieńców, igra się i zabawia z demonami jak i z samym diabłem, który nigdy się nie bawi i nie żartuje. Dochodzi do tego uprawianie różnych wróżb, jak i wywoływanie duchów, niestety także przez dzieci z ciężkimi czasem dla nich potem nękaniami, uwikłaniami czy nawet opętaniem demonicznym. Ten swoisty dance macabre nie ma nic wspólnego z powagą śmierci, modlitwy, wspominania zmarłych z troską o ich zbawienie.

    Powraca wtedy pytanie tamtego brata z Minneapolis: „Czy my więc tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?” Bo choćby nawet ta coraz popularniejsza tradycja wystawiania rozświetlonych od środka dyni –  według podania o irlandzkim Jacku, który za zadawanie się z demonami został skazany na błąkanie się do końca świata, a w tych jesiennych dniach ze świeczką w dyni ku przestrodze. Dla satanistów nie jest to dynia, ale ludzka czaszka i piszczele. Czy tym się można bawić, choćby przez nawiązywanie? Otwarcie się na demoniczne wpływy czy nawet inicjację demoniczną może tez nastąpić pośrednio, nieświadomie. Czy mają tego świadomość ci, co organizują te „zabawy” w przedszkolach i szkołach? Usprawiedliwiając się często sugestiami i takimi treściami w podręcznikach do języka angielskiego albo po prostu prawem dzieci do zabawy. Pytanie tylko: czy dobrej? Zaprasza się bowiem także wtedy do szkoły prawdziwe wróżki czy szamanów prezentujących realnie „sztuczki” rodem z Hogwartu.

    Pytanie także: czy w chrześcijanach, w katolikach jest jeszcze świadomość poważnego grzechu bałwochwalstwa przeciw I przykazaniu Bożemu? Grzechy te w sposób wręcz dosadny są określone w Biblii, ale i bardziej współcześnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego (aneks). Po lockdownie większość ludzi jest w marnym stanie psychicznym i duchowym, czy więc  tym bardziej trzeba fundować sobie czy dzieciom „zabawy w duchowość” mroczną, makabryczną i demoniczną? Czy u dzieci nie infantylizuje to także grozy i śmierci? Zauważa się bowiem u dzieci, że oglądając horrory czy thrillery ukazujące śmierć albo makabrycznie, albo „zabawowo”, nie dorastają do pojmowania śmierci realnej swoich bliskich, czy nawet własnej (w grach można mieć jeszcze drugie, trzecie… życie).  Czy jest wtedy w tym wszystkim miejsce dla Jezusa Zmartwychwstałego zwyciężającego śmierć i Aniołów przeprowadzających zmarłych stąd czy z czyśćca do jasnej, szczęśliwej wieczności, dzięki też naszej modlitwie w domu, w kościele czy na cmentarzu?

    Dzięki Bogu, są jeszcze tacy ludzie jak ów proboszcz z Minneapolis, przypominający o treści Uroczystości Wszystkich Świętych, jak o prawdzie, którą wyznajemy, o świętych obcowaniu. Są również u nas organizowane bale wszystkich świętych z przebieraniem się za swoich czy ulubionych świętych patronów (przebieranie się, to przecież forma utożsamiania), jak i korowody świętych, żeby przypomnieć o ich istnieniu, pięknie i ważności ich życia, jak i pomocy, jakiej możemy od nich oczekiwać w drodze do nieba, a nie do piekła, jak proponują satanistyczne obrzędy oraz przyzywane demony i potępieńcy w Halloween’owym bestiarium.

    Na koniec może opowiadanie:

    Było to w Dzień Zaduszny, o którym pamiętali chyba tylko wychodzący z kościoła starsi ludzi, idący w stronę cmentarza nieopodal. Z pobliskiej szkoły wybiegli z przeraźliwymi  krzykami poprzebierane za upiory dzieciaki pozostający jeszcze dziś w Halloween’owej zabawie. Dwójka z nich: dziewczynka przebrana ze wiedźmę i chłopiec za wampira, zaczęli biegać wokół przygarbionej staruszki, wrzeszcząc: „Trick-trak! Trick-track!” Staruszka przystanęła mówiąc: „Ej, poganięta! Zamiast przebierać się za stwory z piekła rodem, pomodliłybyście się raczej za zmarłych, co chcą od piekła być jak najdalej. Dziś Dzień Zaduszny!” Na to mała „wiedźma”: „Nie, my jeszcze bawimy się w Halloween! Trick-track!”

    A chłopiec „wampir” naśladując pohukiwanie puszczyka, biegał wciąż wokół staruszki jak półdiablę. Staruszka weszła już na cmentarz, a ta dwójka jakby uwzięła się na nią, biegając wokół niej i strasząc. Staruszka przestała zwracać na nich uwagę, zatrzymując się przy grobie, omiatając go ze świeżo spadłego śniegu i zapalając nowe znicze.

    Wtedy to „wiedźma” powiedziała nagle do „wampira”: – „Patrz. Maks – tam na grobie siedzi ktoś przebrany za anioła. Chodźmy go nastraszyć!” I ruszyli – teraz już cicho – skradając się powoli. Cmentarz był pokryty śniegiem, który padał całą noc. Nawet ścieżek między grobami nie bardzo było widać. Zasypane śniegiem były tez pozostawione wczoraj na grobach kwiaty i znicze. Odezwał się wtedy półgłosem „wampir”; „Ty, ten niby-anioł zapala świeczki. Zdmuchniemy mu je?” Podeszli kilkanaście metrów od tego kogoś, kto też wyglądał jak zasypany śniegiem, a teraz usiadł na grobie z twarzą ukrytą w dłoniach, jakby chowając w nich płacz. – „Maks – szepnęła „wiedźma” – ten przebieraniec chyba zamarznie na śmierć… Może go przestraszymy i rozruszamy? Albo odtańczymy „taniec widm?” Zaczęli poprawiać sobie kostiumy do owego tańca, ale gdy się odwrócili, tamtego już nie było. – „Maks – spytała „wiedźma” – jak on mógł tak zniknąć? Może schował się za nagrobek? Chodźmy tam.” Zaczęli jednak podchodzić tam coraz wolniej, jakby pojawił się nagle w nich strach przed tańczeniem na cmentarzu. Podeszli w końcu do tego grobu. – „Ty, Maks – szepnęła zdumiona „wiedźma” – patrz, to świeże konwalie… Jakby zasadzone w śniegu… I pachną… No i te woskowe świece… też pachną… Jezu! To jest grób mojej Babci, Maks! Ona miała w szklarni takie konwalie i robiła takie świece z pszczelego wosku…”

    Maks „wampir” stał oniemiały i nie mógł powstrzymać szczękania zębów, blady jak nieboszczyk. – „Nie wiem, kto to mógł być? – dziwiła się „wiedźma” – Z naszej rodziny nikt wczoraj nie był na cmentarzu… I patrz, na śniegu nie ma żadnych śladów stóp! Kto tu był? I kto zapalił te świeczki przed chwilą?” I rozpłakała się. Po chwili ze złością zrzuciła kapelusz i pelerynę wiedźmy, klękając przy nagrobku. I wtedy zobaczyła tam, gdzie siedziała owa postać, jakby ślady kropel… chyba ciepłych łez kapiących w śnieg… Jeszcze mocniej pachniały konwalie i świece. Drgnęli nagle oboje, przestraszeni czyimś głosem. To ta staruszka podeszła zaciekawiona i uśmiechnęła się. – „No – powiedziała – nie przypuszczałam, że takie półdiablęta mają dobre serca. Piękne te konwalie i świece. Skąd je wzięliście? A tą miotełką czarownicy można byłoby odmieść z grobu śnieg… No, ale modlitwa ważniejsza. Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie…”

    brat Tadeusz Ruciński FSC/PCh24.pl

    ANEKS:

    Kpł 19, 31 

    Nie będziecie się zwracać do wywołujących duchy ani do wróżbitów. Nie będziecie zasięgać ich rady, aby nie splugawić się przez nich.

    Pwt 13, 2-6

    2 Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, 3 i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: «Chodźmy do bogów obcych – których nie znałeś – i służmy im», 4 nie usłuchasz słów tego proroka, albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej duszy. 5 Za Panem, Bogiem swoim, pójdziesz. Jego się będziesz bał, przestrzegając Jego poleceń. Jego głosu będziesz słuchał, Jemu będziesz służył i przylgniesz do Niego. 6 Ów zaś prorok lub wyjaśniacz snów musi umrzeć, bo chcąc cię odwieść od drogi, jaką iść ci nakazał Pan, Bóg twój, głosił odstępstwo od Pana, Boga twego, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, wybawił cię z domu niewoli. W ten sposób usuniesz zło spośród siebie.

    Pwt 18, 9-14

    9 Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. 10 Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; 11 nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. 12 Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. 13 Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. 14 Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój.

     Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

    1. Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość (Pwt 18, 10; Jr 29, 8.). Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.
    2. Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka. (KKK Rozdz.1, Art. 1; 2116 – 2117)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MOCNY list egzorcysty o Halloween! PRZECZYTAJ
    fot. via Unsplash [https://unsplash.com/photos/0d5-_kJFdDk]

    ***

    MOCNY list egzorcysty o Halloween!

    „W jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.” – pisze w liście o Halloween egzorcysta. Koniecznie przeczytaj!

    Egzaltacja i wyniesienie brzydoty, makabryczności i demoniczności, czyli list Przewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów o Halloween, Ks. Francesco Bamonte:

    Miesiąc październik, który obecnie mamy , od kilku dziesięcioleci stał się czasem frenetycznych przygotowań do nocy z 31 października na 1 listopada , która dla wielu nie jest już czasem Wszystkich Świętych , ale stała się nocą Halloween. Stało się to już modą, również w naszej chrześcijańskiej kulturze , zwłaszcza dzięki instrumentalizacji przez network, prasę, wszystkie mass media, które je rozpowszechniają. Witryny cukierni , ozdobione Halloweenowi dekoracjami, sklepy z zabawkami , czasopisma dla dzieci i młodzieży , strony internetowe przywołujące nieustannie uwagę i zainteresowanie społeczne na Halloween, nawet szkoły są ozdabiane duchami, upiorami, dyniami, strasznymi maskami, które są prawdziwą i autentyczna egzaltacją ą tym co makabryczne.

    W związku z tą nocą produkowane są kostiumy czarownic, duchów, upiorów, demonów, Draculi, kościotrupów, krwawych bestii i tej nocy są organizowane imprezy , które w zamiarze i na serio są obraźliwe dla naszej chrześcijańskiej wiary, jak na przykład to co stało się w jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween, gdzie wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.

    Cel tego „święta” nie jest tylko komercyjny, ale chodzi w nim przede wszystkim o zachęcenie opinii publicznej, szczególnie dzieci , nastolatków i młodych ludzi aby oswoili się z mentalnością okultystyczną, magiczną, obcą i wrogą naszej chrześcijańskiej kulturze ( czasami pod pozorem poznawania kultury celtyckiej ), W czasie gdy jesteśmy świadkami usuwania krzyży z miejsc publicznych, a w okresie Bożego Narodzenia również zakazów urządzania szopek i przedstawień bożonarodzeniowych w szkołach , w tych samych szkołach propaguje się Halloween, który jest egzaltacją złej rzeczywistości duchowej, tzn. tego wszystkiego co uosabia zło, śmierć, strach, makabryczność, demoniczność. W noc Halloween odnotowuje się tez coraz większą liczbę praktyk okultystycznych, , rytuałów satanistycznych, ponieważ noc ta , zgodnie z kalendarzem czarownic odpowiada wigilii Nowego roku satanistycznego w którą ma miejsce rytuał inicjacji i poświęcenia Szatanowi w czasie sabatu.

    I w ten sposób Halloween, zamiast promować wartości, zachowania moralne i duchowe, które budują osobowość dzieci i młodzieży , a tym samym społeczeństwa jutra, proponuje rzeczywistość pozbawioną wartości, która nie buduje, ale niszczy, która nie wynosi, ale czyni brzydką osobę ludzką, stworzona na obraz i podobieństwo Boże i stworzoną, stworzona aby znać, kochać i służyć Bogu.

    Organizujmy więc w noc z 31 października na 1 listopada czuwania modlitewne w kościołach, alternatywne obchody chrześcijańskie tego święta z udziałem grup, piosenkarzy chrześcijańskich , procesje świętych, przedstawienia teatralne z życia świętych, imprezy dla dzieci i ich rodziców, zabawy inspirowane zdrową tradycją, które rozpowszechniając się, zastąpią te okropną egzaltację brzydoty proponowana przez Halloween.

    Ks. Francesco Bamonte

    tłum. z włoskiego Ks. dr hab. Aleksander Posacki, członek-ekspert Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów

    Fronda.pl 31.10.2017 r./facebook.com/aleksander.posacki/oprac MP.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween w Siemianowicach Śląskich odwołane. Prezydent miasta ma odpowiedź na demoniczną modę zza oceanu

    fot. Urząd Miasta Siemianowice Śląskie, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

    ***

    „Heaven Wins (ang. Niebo wygrywa)”, to inicjatywa, która zastąpi na ulicach Siemianowic Śląskich importowany ze Stanów Zjednoczonych zwyczaj obchodzenia Halloween. Jak ogłosił Rafał Piech, prezydent miasta, to „święto aniołów” będzie zachęcać obywateli do podejmowania dobrych uczynków.

    Włodarz położonej tuż obok Katowic miejscowości nie kryje swojego przywiązania do religii katolickiej. Samorządowiec wielokrotnie zawierzał powierzone mu w zarząd Siemianowice Matce Bożej i, jak sam zaznaczał, to Jej pomocy zawdzięcza dobre owoce swojej prezydentury. „Ona otrzymała klucze do miasta, jest jego menadżerem i je prowadzi”, mówił Rafał Piech o Maryi Pannie.

    Teraz, wyciągając konsekwencje ze swoich katolickich przekonań, obecny przewodniczący ruchu Polska Jest Jedna podjął się próby zerwania z modą na obchodzenie „Halloween” w jego miejscowości. – Wigilia Wszystkich Świętych stała się w ostatnich latach w Polsce okazją do zabaw przejętych z tradycji krajów zachodnich i USA. W roku 2022 podjęliśmy się w Siemianowicach Śląskich rzeczy niepowtarzalnej, jaką jest zainicjowanie zupełnie nowej formy spędzania w tym dniu przez najmłodszych wolnego czasu – wyjaśniał Rafał Piech, obwieszczając intencję zerwania z demonicznym „świętowaniem”.

    Jak donoszą media, w ramach obchodów inicjatywy „Heaven Wins” na ulice śląskiej miejscowości wystąpią mieszkańcy przebrani za aniołów. Będą oni częstować cukierkami w zamian za losowanie przez uczestników jakiegoś dobrego uczynku, do którego spełnienia zobowiążą się biorący udział w zabawie obywatele.  

    Na tej prostej alternatywie dla zasady „cukierek albo psikus” nie koniec. Cały dzień wigilii Uroczystości Wszystkich Świętych został zaplanowany: w programie przewidziano pokazy filmów, zawody sportowe i wielorakie zabawy dla rodzin z dziećmi.

    Inicjatywę prezydenta Siemianowic Śląskich zdążyła już dostrzec antyklerykalna „Gazeta Wyborcza”. Artykuł poświęcony pomysłowi Rafała Piecha trafił nawet na drugą stronę dziennika, co sygnalizuje żywotne zainteresowanie tego medium inicjatywą „Heaven Wins”.

    Rafał Piech pełni urząd prezydenta Siemianowic Śląskich od 2014 roku. Stanął ostatnio na czele ruchu „Polska Jest Jedna”, sprzeciwiającego się obowiązkowym szczepieniom przeciwko koronawirusowi i segregacji sanitarnej.

    źródła:portalsamorzadowy.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 PAŹDZIERNIKA 2022

    Apostazja wewnątrz Kościoła. Gdy „jakość życia” przesłania Zmartwychwstanie

    rozmawiają: ks. Robert Skrzypczak i Paweł Chmielewski

    (pixabay.com)

    ***

    W dobie apostazji nadzieję pokłada się nie w zmartwychwstaniu w Chrystusie, ale w osiąganiu celów politycznych tu, na ziemi. Liczą się jakość życia, budowanie braterstwa, zaprzyjaźnianie się z matką ziemią i inne podobne bzdury. Tymczasem istotne jest coś zupełnie innego: to, że kiedyś jeden Człowiek wrócił z cmentarza – mówi ksiądz profesor Robert Skrzypczak w rozmowie z Pawłem Chmielewskim.

    W Polsce wiele się ostatnio mówi o apostazjach. Statystyki rosną, odstępców jest coraz więcej. Często są to osoby związane z ruchem feministycznym oraz ze środowiskami LGBT.

    To, że ktoś chce iść drogą diabła i wybiera grzech śmiertelny, jest decyzją danej osoby. Można taką osobę próbować obudzić, zachęcić – czasami słowem, czasami świadectwem, czasami modlitwą i postem. Bóg kocha każdego wolnym…

    Często jednak mówi się w kontekście zaczadzenia tymi ideologiami o nadchodzącym nowym totalitaryzmie. Czy słusznie?

    To, co się dzisiaj dzieje, to nic nowego. Tak samo działo się w systemie komunistycznym czy nazistowskim, czy jakimkolwiek innym, gdzie ludzie mieli do czynienia z dyktaturą. Nie przez przypadek Benedykt XVI od wielu lat przestrzega Kościół przed dyktaturą relatywizmu. Kościół katolicki żyje wiarą, a wiara bierze się z głoszenia Ewangelii.

    Ale w czasie roku „pandemicznego” z głoszeniem Ewangelii nie jest zbyt dobrze.

    Rzeczywiście, trochę przysnęliśmy w warunkach pandemii. Przed rokiem 2020 w Polsce organizowano wielkie mityngi ewangelizacyjne, pielgrzymki, spotkania. W sytuacji, gdy nie da się tego organizować, nagle brakuje nam alternatywy. Za to diabeł świetnie czuje się na forach społecznościowych, kocha łącza internetowe, bardzo lubi bogate środki perswazji i wywierania wpływu. Dzisiaj potrzeba głosić Ewangelię na dachach, korzystać z nowych przestrzeni.

    Ale oprócz tego formalnego zrywania więzi z Kościołem mamy także zjawisko o wiele szersze, ukrytej apostazji…

    Święci Ojciec Pio i Jan Paweł II przestrzegali przed groźbą cichej apostazji – apostazji człowieka sytego. Dzisiaj wielu ludzi nie przypisuje temu znaczenia, tymczasem apostazji ukrytych, które dokonują się na poziomie ludzkiego serca, jest rzeczywiście o wiele więcej niż tych formalnych.

    A jednak w przestrzeni medialnej to właśnie tamte przyciągają naszą uwagę.

    W Kościele pierwotnym istniały trzy grzechy wywołujące łzy wśród chrześcijan: zabójstwo, cudzołóstwo i apostazja. Kto dokonuje apostazji, ten podejmuje decyzję bardzo radykalną i brzemienną w skutki. Apostazja jest nie tylko faktem, ale także wielkim wyzwaniem. Musimy wyciągać wnioski także z tych apostazji formalnych, które często wynikają z jakiegoś zranienia, ale także z „braku zapotrzebowania” na zbawienie. Kościół został w ostatnich dziesięcioleciach wezwany do nowej ewangelizacji, ale właściwie niewiele z tego skorzystał.

    Nie ma dzisiaj zapotrzebowania na zbawienie? To brzmi dość szokująco.

    Ksiądz Karol Wojtyła w roku 1952 opublikował na łamach „Znaku” głośny tekst zatytułowany Katechumenat XX wieku. Zawarł w nim swoje spostrzeżenia dotyczące sytuacji chrześcijaństwa w Europie. Na Zachodzie napatrzył się na procesy zachodzące wśród ludzi pokolenia powojennego, na gwałtowne budowanie cywilizacji pieniądza i dobrobytu. Zauważył, że w wielu ludziach, którzy jeszcze identyfikują się z Kościołem, wygasają złoża nadprzyrodzonego bogactwa. Ludzie tkwią w Kościele, ale nie czerpią ze źródeł zbawienia. Przyszły papież dostrzegł, że Kościół zaczyna przypominać ten z czasów apostolskich. Nie może liczyć na siłę historii, potrzebuje uczyć się zaczynać od nowa.

    O społecznych czy, szerzej, zewnętrznych wobec Kościoła przyczynach tego stanu rzeczy można mówić długo. Ale co się stało w Polsce wewnątrz Kościoła?

    Jeszcze do niedawna mieliśmy w społeczeństwie przeważającą cywilizację katolicką. Liczyliśmy wówczas na ewangelizacyjną triadę: rodzina, szkoła, parafia. Uważaliśmy, że te trzy przestrzenie wystarczą do przekazania młodemu pokoleniu wiary. Teraz po owocach poznajemy, że nie. Mamy do czynienia z młodym pokoleniem, które choć żyje w świecie pełnym pięknych perspektyw, jest pokoleniem spoganiałym, odległym od Chrystusa i Ewangelii. Trzeba się zastanowić, co robić, aby przekazywać wiarę ludziom. Nie należy patrzeć na wspomniane instytucje, bo są one w ogromnym kryzysie i rozkładzie. Trzeba wpatrywać się uważnie w pojawiające się zalążki nadprzyrodzonego życia, bo to Bóg prowadzi naprzód ludzką egzystencję. Trzeba mieć oczy otwarte.

    Ci, którzy od Kościoła odchodzą, zdaje się w ogóle nie myślą o czekającym ich potępieniu. Dlaczego?

    Kościół musi dzielić się katolicką, słuszną obawą o to, by nie rozstać się z tym światem w stanie grzechu śmiertelnego. Jak podkreślał w roku 1563 Sobór Trydencki, w momencie śmierci rozstrzyga się wieczność człowieka. Wtedy się decyduje, z kim człowiek spędzi wieczność: z Jezusem Chrystusem, Maryją i kochającymi aniołami czy z nienawistnym, mrocznym Lucyferem i jego sługami.

    Nawet jeśli mielibyśmy być wyśmiewani i obrzucani wulgaryzmami, nie wolno nam się z tego zadania wycofywać; nie wolno nam pozwolić zniechęcić się do przepowiadania Ewangelii. Każdy z nas musi wziąć sobie do serca i przemyśleć zdanie świętego Pawła: Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii! (1 Kor 9, 16).

    A jednak wielu w Kościele Ewangelii dzisiaj nie głosi albo głosi ją wykrzywioną, dostosowaną do współczesnej „kultury”. To chyba taka swoista wewnętrzna apostazja w Kościele?

    Rzeczywiście, jest także zjawisko apostazji wewnętrznej, dokonywanej w Kościele przez jego teologów i hierarchów. Mam na myśli zwłaszcza to, co dzieje się w Kościele w Niemczech. Tak zwana droga synodalna jest właśnie apostazją na usługach postmodernistycznego credo.

    Wystarczy wziąć do ręki tekst fundamentalny tej drogi, w którym padają stwierdzenia, po których przeczytaniu włos się jeży na głowie. Na przykład, że nie istnieje coś takiego, jak prawda sama w sobie.

    Pasterze Kościoła w Niemczech prowadzą swoje owce w stronę całkowitego relatywizmu. Ta sytuacja wymaga wielkiej odwagi świadomych chrześcijan, których takie akty muszą zaboleć. To wymaga postu i modlitwy.

    Reagują jednak niektórzy biskupi, choćby na Ukrainie. Tylko czy to nie za mało?

    Sytuacja zdecydowanie wymaga przebudzenia się kolegium biskupów. Potrzeba, żeby przebudzili się biskupi całego świata i przypomnieli sobie to, co mówi choćby Sobór Watykański II, że biskup pełni posługę nie tylko wobec własnej diecezji, ale także wobec całego Kościoła powszechnego. Biskupi muszą pomagać sobie poprzez tak zwaną correctio fraterna, czyli wzajemne napominanie się. Najwyższa odpowiedzialność spoczywa oczywiście na biskupie Rzymu. Dlatego musimy wspierać obecnego następcę świętego Piotra, żeby umiał stanąć na wysokości zadania.

    Wydaje się, że niezależnie od tego, czy wewnętrznej apostazji dokonują duchowni, czy też świeccy – w gruncie rzeczy idzie o to samo, to znaczy o całkowite porzucenie perspektywy wiary i skupienie się na wymiarze doczesnym, nieprawdaż?

    – Apostazja środowisk, które mają apetyt na budowanie nowego katolicyzmu, polega na tym, że ludzka nadzieja orientowana jest w nich nie na zbawienie i zmartwychwstanie w Chrystusie, ale na osiąganie celów politycznych i socjologicznych tu, na ziemi. Liczą się jakość życia, budowanie braterstwa, zaprzyjaźnianie się z matką ziemią i inne podobne bzdury. Tymczasem istotne jest coś zupełnie innego: to, że kiedyś jeden Człowiek wrócił z cmentarza, pokazał ludziom rany chwalebne i powiedział: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak Ja was posyłam (J 20, 21).

    Dziękuję za rozmowę.

    tekst pochodzi z 80. numeru magazynu Polonia Christiana

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przerażające świadectwo: Lepiej się nawróćcie!!!
    fot. screenshot – YouTube (Ku Bogu)

    ***

    Przerażające świadectwo: Lepiej się nawróćcie!!!

    Natuzza Evolo, słynna włoska mistyczka i stygmatyczka miała wyjątkowy charyzmat kontaktu ze zmarłymi przebywającymi w niebie i w czyśćcu oraz z osobami potępionymi, które z wyraźnego rozkazu Boga musiały dawać świadectwo o wiecznej karze piekła.

    Pan Bóg udzielił Natuzzy specjalnego daru: mogła widzieć i spotykać zmarłych. Najczęściej widziała ich obok osób, które przychodziły do niej  z prośbą o modlitwę  i duchową pomoc.

    „Często się zdarza, że gdy przychodzi do mnie jakiś człowiek – mówiła Natuzza – to widzę obok niego zmarłą osobę; może to być jego brat, siostra, ojciec lub matka. I wtedy ci zmarli mówią mi ważne rzeczy, które przekazuję ich krewnym lub znajomym. Rozpoznaję tylko dusze, które są w niebie, dlatego że promieniują one wielkim szczęściem i lekko unoszą się nad ziemią. Natomiast dusze czyśćcowe trudno jest mi odróżnić od ludzi żyjących na ziemi. Wiele razy dawałam im krzesło, aby sobie usiadły, a wtedy mi mówiły: „nie potrzebuję, ponieważ jestem duszą z innego świata”.

    Orędzia przekazywane przez zmarłych, za pośrednictwem Natuzzy, ludziom żyjącym na ziemi często dotyczyły także małżonków oraz wychowania dzieci. I tak na przykład 5 października 1947 r. Maria Mesiano zapisała następujące słowa zmarłej kobiety: „Mówię najpierw do matek: troszczcie się o wychowywanie swoich dzieci; będą takimi, jakimi ich wychowacie. Biada matkom, które przez antykoncepcję sprzeciwiają się poczęciu, a przez zbrodnię aborcji narodzinom dzieci. Jeżeli się nie nawrócą, grozi im wieczne potępienie w przerażających cierpieniach. Dlaczego chcecie niszczyć życie najbardziej niewinnych i bezbronnych ludzkich istot? Czy nie wiecie, że Bóg powołuje je do wspólnoty życia ze sobą, aby stały się aniołami w niebie i świętymi?”.

    Zmarli apelowali o regularne korzystanie z sakramentu pokuty, aby natychmiast podnosić się z każdego śmiertelnego grzechu i trwać w łasce uświęcającej: „Może ktoś sobie pomyśli: dlaczego mam spowiadać się u księdza, który może być większym grzesznikiem ode mnie? – mówiła jedna z dusz czyśćcowych Odpowiedź jest prosta: ponieważ każdy kapłan w tajemnicy spowiedzi reprezentuje samego Boga i jest Jego narzędziem. Poprzez sakrament kapłaństwa działa sam Chrystus i dokonuje cudu odpuszczenia wszystkich grzechów. Proście Pana Boga o przebaczenie wszystkich śmiertelnych grzechów, żałując i postanawiając poprawę. Po popełnieniu grzechu śmiertelnego natychmiast idźcie do spowiedzi. Prosząc Boga o przebaczenie grzechów, zostajemy uchronieni od wiecznego potępienia. Natomiast wszystkie konsekwencje grzechów trzeba będzie odpokutować w czyśćcu, doświadczając różnorakich, nieraz bardzo wielkich cierpień, ale już w pewności zbawienia”.

    Każdy, kto prosił Natuzzę o informacje dotyczące bliskich zmarłych, otrzymywał od nich, za pośrednictwem mistyczki, tak konkretną i szczegółową odpowiedź, że pytający nabierał pewności, iż zmarli żyją oraz że istnieje niebo, czyściec i piekło.

    I tak na przykład Pasquale Barberio pisał, iż podczas swojego pierwszego spotkania z Natuzzą dowiedział się, że jego zmarły w 1944 r. ojciec przebywa w czyśćcu i prosi o modlitwę. Natuzza widziała go stojącego obok Pasquale, mogła się z nim porozumieć i później szczegółowo opisać synowi, jak wyglądał i co chciał mu przekazać. Tego samego wieczoru, podczas modlitwy różańcowej, w której uczestniczył również Barberio, mistyczka zobaczyła zmarłe siedmioletnie dziecko z zabandażowanymi nogami. Okazało się, że był to siostrzeniec Barberia, zmarły w 1937 r. na zapalenie szpiku kostnego. To jedno spotkanie z Natuzzą wystarczyło, aby Pasquale Barberio zmienił całkowicie swoje życie. Od tej pory zaczął codziennie się modlić i regularnie przystępować do sakramentów św. Pasquale zrozumiał, że czasu ziemskiego życia nie można marnować, ponieważ jest to okres dojrzewania do miłości i życia wiecznego w niebie.

    Ksiądz Giuseppe Mina opowiadał, jak pewnego dnia ukazali się Natuzzy zmarli rodzice pewnego proboszcza i bardzo ją prosili, aby w ich imieniu zaapelowała do syna, by całkowicie zerwał z grzechem. Natuzza odkładała spełnienie tej prośby, ponieważ bardzo krępowała się przekazać kapłanowi takie upomnienie. Wtedy dusze zmarłych rodziców księdza kilkakrotnie pojawiły się u Natuzzy i wypominały jej, że ociąga się z wypełnieniem woli Boga. W końcu mistyczka zdobyła się na odwagę i poszła, aby przekazać upomnienie proboszczowi. Po ucałowaniu jego ręki powiedziała, że przychodzi w imieniu jego rodziców. Proboszcz uśmiechnął się i stwierdził, że przecież jest to niemożliwe, gdyż jego rodzice już dawno nie żyją. Wtedy Natuzza w szczegółach opisała, jak wyglądali i co mówili, gdy ich spotkała, i dodała, że proszą go, aby zmienił swoje postępowanie. Ksiądz był wstrząśnięty tym wszystkim, co usłyszał. Wzruszony do łez obiecał, że odtąd całkowicie zmieni swoje życie”.

    Natuzza oprócz daru widzenia i bezpośredniego kontaktowania się ze zmarłymi zapadała w ekstazę, podczas której obecni obok niej ludzie słyszeli głosy zmarłych.

    Podczas ekstaz Natuzzy dr Valente z Paravati dokładnie notował to, co mówili zmarli. Podawali oni swoje imię i nazwisko, miejsce swego życia na ziemi oraz dokładną datę swej śmierci.

    I tak na przykład grupa 15 osób zgromadzonych w mieszkaniu Natuzzy rozpoznała głos biskupa Enrica Montalbettiego z Reggio di Calabria, który zginął podczas bombardowań w 1943 r. Biskup, ze swoim charakterystycznym akcentem, wygłosił do nich budujące kazanie.

    Maria Domenica Silipo usłyszała głos swojego dziadka, który nagle zmarł w 1944 r. bez przyjęcia sakramentów  św. Był cholerykiem i często bluźnił, ale litował się nad biednymi, z którymi dzielił się pożywieniem i którym przygotowywał posiłki. Powiedział, że przed potępieniem uratowały go uczynki miłosierdzia.

    Za pośrednictwem Natuzzy Pan Bóg nakazywał niektórym potępionym, aby świadczyli o istnieniu piekła. Jednym z nich był znany we Włoszech filozof i pisarz katolicki, który znalazł się w piekle, dlatego że popełnił bardzo ciężkie grzechy, a przed śmiercią w swojej pysze nie chciał się wyspowiadać, żałować za popełnione zło i przyjąć daru Bożego Miłosierdzia.

    Zmarli mogli objawiać się Natuzzy, gdyż taka była decyzja Pana Boga, a nie dlatego, że ona lub ktoś z ludzi o to prosił lub tego żądał. Jeśli ktoś z obecnych nalegał, aby osoba zmarła powiedziała coś więcej, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie ma pozwolenia od Pana Boga, abyśmy więcej mówili. Bądźcie cierpliwi, zostawcie nas w spokoju, wiemy, czego oczekujecie i czego chcecie się dowiedzieć, ale obecnie jest to niemożliwe”.

    Wszyscy, którzy byli świadkami ekstaz Natuzzy, podczas których mówiły zmarłe osoby, stwierdzają, że działo się to wszystko na skutek bezpośredniego działania Pana Boga, bez udziału jej woli.

    Przewodniczący Sądu Apelacyjnego w Mediolanie Eugenio Mauro, który praktykował okultyzm, zajmował się spirytyzmem i był znanym okultystycznym medium, sądził, że Natuzza tak jak on posługuje się tajemniczą mocą duchową. Kiedy przyjechał do Paravati i był świadkiem mistycznych ekstaz Natuzzy, podczas których słyszał, co mówili zmarli, wtedy się przekonał, że praktykowane przez niego wywoływanie zmarłych było otwieraniem się na działanie diabelskich mocy. Sędzia Eugenio Mauro przeżył duchowy wstrząs, nawrócił się, wyrzekł się wszelkich praktyk okultystycznych, poszedł do spowiedzi i stał się gorliwym katolikiem.

    Rosa Silipo usłyszała głos swojego zmarłego małego brata (20 dni po urodzeniu w 1932 r.), który był w niebie i mówił pięknym, słodkim głosem: „Jestem Pinuccio Silipo. Sprawiliście mi razem z mamą wielką przykrość. Dlatego, że nigdy nie przekazujecie mi żadnego podarunku. Wszystkie dzieci oddają Jezusowi jakiś dar, ja jestem zawsze w tyle, gdyż nie mam co ofiarować Jezusowi”. Zaskoczona Rosa odpowiedziała na to: „Przecież jesteś aniołkiem w niebie i nie potrzebujesz żadnych modlitw”. „To prawda – odpowiedział Pinuccio – my nie potrzebujemy modlitw, ale oddajemy je Jezusowi, a On przydziela je tym, którzy ich najbardziej potrzebują. Pragniemy bardzo waszych modlitw”.

    Podczas ekstaz Natuzzy dr Valente rozpoznawał głosy zmarłych, których doskonale znał za ich życia na ziemi; był pod wielkim wrażeniem tego wszystkiego, co słyszał. Doktor Valente miał możność porozmawiania ze swoim synem, zmarłym w wieku dziecięcym. Dziecko mówiło: „Czy rozpoznajesz mnie, tatusiu?”. „Oczywiście, że Cię poznaję. Czy czegoś potrzebujesz?” – odpowiedział ojciec. „Nie, tatusiu, ale proszę Cię, bądź cierpliwy, kiedy pracujesz z pacjentami”. Doktor Valente był dobrym człowiekiem, ale szybko się denerwował i niecierpliwił. Kiedy usłyszał słowa swojego syna, rozpłakał się ze wzruszenia.

    Podczas jednego ze spotkań u Natuzzy w pewnym momencie słychać było głos adwokata X.Y., którego dr Valente doskonale znał. Adwokat mówił strasznym głosem: „Jestem potępiony, jestem potępiony! Mówcie wszystkim, aby się nawrócili i pokutowali! Jakbym chciał wrócić na ziemię, aby pokutować!”. Natomiast dusze czyśćcowe miały głos bardziej spokojny, a potępione mówiły w sposób budzący lęk i przerażenie. „Jestem w ogniu wiecznym – krzyczała jedna z potępionych dusz – za dawanie fałszywego świadectwa, kalumnie, uporczywe trwanie w grzechach nieczystości i wzgardzenie Bożym Miłosierdziem. Gdybym się wyspowiadała, Jezus by mi przebaczył. Nie ma dla mnie teraz żadnej nadziei”.

    Dlaczego wieczne potępienie?

    Całe nasze ziemskie życie powinno być czasem przygotowania do tego najważniejszego momentu, jakim jest chwila śmierci, spotkanie z Chrystusem twarzą w twarz, już bez pośrednictwa wiary. To właśnie wtedy zadecyduje się nasza wieczność: zbawienie albo wieczne potępienie. Co będzie się działo się z nami w momencie śmierci?

    Doświadczymy pełni miłości Chrystusa i będziemy musieli podjąć ostateczną decyzję. Tak – powiedziane Chrystusowi – stanie się niebem lub czyśćcem, natomiast odrzucenie Jego miłości – stanie się piekłem.

    Bóg kocha i pragnie zbawić wszystkich ludzi. Każdy człowiek otrzymuje szansę zbawienia. Nie ma ludzi przeznaczonych na potępienie. Nie można jednak zapominać, że oprócz Bożej woli zbawienia wszystkich ludzi istnieje wolna ludzka wola, która może odrzucić Boga i wzgardzić Nim. Pan Jezus wielokrotnie mówił, że odrzucenie Boga przez człowieka prowadzi do wiecznego potępienia, a więc bezbożnicy będą definitywnie wyłączeni z życia wiecznego: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25,41). Wszyscy nieposłuszni Bogu usłyszą: „Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości” (Mt 7,23); „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne, kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży” (J 3,36). Odrzucenie tych wszystkich, którzy nie przyjęli zaproszenia na ucztę, jest absolutne: „Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty” (Łk 14,24). Wyjaśnienie przez Chrystusa przypowieści o sieci nie jest metaforą: „Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 13,40-50). Znajdujemy w Piśmie św. teksty mówiące o absolutnym wyłączeniubezbożników z królestwa Bożego: „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6,9-10; por. Ga 5,19; Ef 5,5). W cytowanych tekstach formuły potępienia mają charakter absolutny: „nikt z tych ludzi nie skosztuje mojej uczty”; „nie zobaczy życia”; „nie posiądzie królestwa”.

    Pan Jezus mówi także, że „każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu nie będzie odpuszczone (…) ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12,31 i n.). Jan Paweł  II w encyklice Dominum et Vivificantem (n. 46) wyjaśnia, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu polega na „odmowie przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego”. Jest to postawa całkowitego zamknięcia się człowieka na miłość Boga, postawa człowieka, „który broni rzekomego prawa do trwania w złu, we wszystkich innych grzechach i który w ten sposób odrzuca odkupienie”. Jest to więc grzech nieodpuszczalny z samej swojej natury, ponieważ jest owocem całkowitego odrzucenia Bożego Miłosierdzia. Wyraża się on w postawie absolutnego egoizmu, czyli całkowitego zamknięcia się ludzkiej wolności na miłość Chrystusa. Taka postawa kształtuje się w człowieku w ciągu całego ziemskiego życia. Każdy w pełni świadomy i dobrowolny wybór zła przyczynia się do strasznych duchowych zniszczeń w człowieku. Wyrażają się one w pogłębieniu niewrażliwości na miłość Boga i w postępującej niezdolności do miłości bliźniego. Jeżeli przez całe ziemskie życie człowiek będzie żył tak, jakby Boga nie było, i radykalnie odrzucał możliwość nawrócenia się, nazywając zło dobrem, a dobro złem, to wtedy realnie istniejąca siła zła każdego grzechu do tego stopnia może zniszczyć jego osobę, że stanie się absolutnym egoistą – a więc kimś takim, kto kocha siebie miłością posuniętą aż do nienawiści Boga. Tak zaczyna się piekło.

    Kochani Czytelnicy! W codziennej modlitwie polecajmy Jezusowi najzatwardzialszych grzeszników, prosząc o ich nawrócenie. Ludzie, którzy odrzucają Dekalog i gardzą miłością Boga, idą drogą prowadzącą do zguby wiecznej. Nie łudźmy się: „Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,7-8). Dlatego naszym codziennym obowiązkiem jest modlitwa o nawrócenie grzeszników. Tak jak Pan Jezus prosił s. Faustynę, tak też dzisiaj prosi każdego z nas: „Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie, i daję im, czego pragną” (Dz. 1728).

    Miłość Boża całkowicie respektuje wolność swojego stworzenia – także wtedy, kiedy decyduje się ono na definitywne odrzucenie Boga. Tak więc piekło nie jest nieprzewidzianą czy niesprawiedliwą karą. Człowiek sam, wybierając grzech na swoją odpowiedzialność, idzie drogą prowadzącą do piekła. Istnieje piekło, ponieważ istnieje grzech. Piekło jest niczym innym jak grzechem chcianym jako cel, przyjętym jako ostateczne spełnienie, rozciągającym się w nieskończoność. Prawda o niebie, czyśćcu i piekle nadaje naszemu ziemskiemu życiu niepowtarzalność i dramatyczną wyjątkowość. Przypomina nam, że jeżeli grzech, który jest największym nieszczęściem dla człowieka, bagatelizuje się i traktuje się go jako dobro, to wtedy wprowadza nas on w rzeczywistość piekła.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr

    tekst pochodzi ze strony www.milujciesie.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 22 PAŹDZIERNIKA – LITURGICZNE WSPOMNIENIE ŚW. JANA PAWŁA II

    GODZ. 17.00 W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. z XXX NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    ***

    To on przepowiedział ks. Karolowi Wojtyle, że zostanie papieżem

    Pamiętam jak dziś, że arcybiskup wziął mnie pod rękę i wyprowadził do poczekalni, gdzie siedzieli księża, i powiedział: „Habemus papam” – wspominał Jan Paweł II. Te żartobliwe słowa abp. Eugeniusza Baziaka stały się dla ks. Karola Wojtyły prorocze.

    Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

    ***

    W sierpniu 1958 roku ks. Karol Wojtyła, młody profesor filozofii KUL-u, przebywał wraz z młodzieżą na spływie kajakowym rzeką Łyną. W tym czasie przyszły papież otrzymał informację o mianowaniu go biskupem pomocniczym krakowskim. Decyzję Piusa XII przekazał ks. Wojtyle kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski.

    „Eminencjo, ja jestem za młody, mam dopiero 38 lat. – ”To jest taka słabość, z której się szybko leczymy” – „Proszę się nie sprzeciwiać woli Ojca Świętego” – „Przyjmuję”. – „No, to pójdziemy na obiad” – taka wymiana zdań pomiędzy ks. Wojtyłą a kardynałem Wyszyńskim odbyła się w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej.

    Urzędowa nominacja na biskupa dokonała się 4 lipca, a więc w rocznicę poświęcenia katedry wawelskiej. Opisując później tę sytuację w książce „Wstańcie, chodźmy”, Jan Paweł II napisze: „Gdy jednak siadałem do wiosła, było mi znowu jakoś dziwnie. Uderzyła mnie zbieżność dat”.

    „Proszę wrócić na konsekrację”

    Po spotkaniu z Prymasem Polski, nowo mianowany biskup do późnych godzin wieczornych modlił się w kaplicy sióstr urszulanek szarych w Warszawie, przy ul. Wiślanej. Następnie zawiadomił o tym co się wydarzyło abp. Eugeniusza Baziaka. Ks. Wojtyła pojechał do Krakowa i po przybyciu na ul. Franciszkańską 3, wręczył duchownemu list od Prymasa Polski.

    Po latach tak wspominał tamtą chwilę: „Pamiętam jak dziś, że Arcybiskup wziął mnie pod rękę i wyprowadził do poczekalni, gdzie siedzieli księża i powiedział: +Habemus papam+”.

    Hierarcha kościelny nie miał żadnych wątpliwości związanych z metryką młodego kapłana. „Ja potrzebuję biskupa do roboty, a nie do ozdoby. A młody jest – da radę” – mówił abp Baziak.

    Największym pragnieniem biskupa nominata był powrót do grupy studentów, na kajaki. „To już chyba nie wypada” – podpowiedział hierarcha. Ks. Wojtyła poszedł do mieszczącego się niedaleko kościoła franciszkanów. Przy stacjach namalowanych przez Józefa Mehoffera odprawił Drogę krzyżową. Po zakończonym nabożeństwie powrócił do arcybiskupa i ponownie poprosił o zgodę na wyjazd. Dostojnik zaś odpowiedział: „Bardzo proszę, bardzo proszę. Ale proszę – dorzucił z uśmiechem – wrócić na konsekrację”.

    „I co, został Wujek biskupem?”

    Ksiądz Karol wyruszył pociągiem w kierunku Olsztyna. Tam, na stacji kolejowej, czekał na niego Zdzisław Heydel. „I co, został Wujek biskupem?” – zapytał młodzieniec.

    Po przeprowadzonych ze studentami dyskusjach, przyszły papież, powiedział: „Wujek zostaje”.

    28 września 1958 roku, w katedrze wawelskiej, odbył się uroczysty ingres. Kiedy już Wojtyła został konsekrowany na biskupa, abp Baziak tłumaczył: „Jestem już stary i niewiele teraz mogę zdziałać dla Kościoła, ale dopiąłem tego, że biskupem został najlepszy z kandydatów, możecie być zatem spokojni o przyszłość”.

    Wyprawy kajakowe były kontynuowane przez biskupa Wojtyłę jeszcze przez kilka lat. Podczas jednej z takich wycieczek brali udział jego dawni studenci, wraz z dziećmi.

    Było to 4 lipca 1978 roku. W październiku, zaledwie trzy miesiące później, miało miejsce pamiętne konklawe. Arcybiskup Eugeniusz Baziak nie doczekał chwili, kiedy Wojtyła stanął na czele Kościoła Powszechnego. Zmarł w 1962 roku. Ich czteroletnia współpraca była niezwykle owocna, a wypowiedziane przez dostojnika kościelnego żartobliwie słowa okazały się prorocze.

    Family News Service/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Lombardi przypomina genialną cechę Jana Pawła II. „Nie widziałem czegoś podobnego u nikogo”

    Jan Paweł II i Federico Lombardi SJ
    EAST NEWS/ALBUM; Filippo MONTEFORTE/AFP PHOTO/EAST NEWS

    ***

    Wchodził do kościoła, zanurzał się na modlitwie i sprawiał wrażenie, że wyszedł z rzeczywistości i wszedł w relację z Panem Bogiem. Kiedy wszyscy byli skupieni na przebiegu podroży. Spieszyli się, żeby pójść dalej. Ks. Dziwisz, który go szturchał. On się nie śpieszył. Był skupiony na adoracji…

    Nie znałem arcybiskupa Wojtyły

    Jak przeżyliście rok dwóch konklawe, jak to określił Jan Paweł II?

    Byłem tutaj w Civiltà Cattolica. Przeżywaliśmy ostatnie lata Pawła VI bardzo intensywnie. Ks. Sorge miał kontakt z Watykanem, z papieżem. Byliśmy włączeni w relacje z Watykanem i życie Kościoła we Włoszech i na świecie. Pamiętam śmierć Pawła VI i następnie te dwa konklawe. Nasze czasopismo jest kwartalnikiem, więc nie śledziło bieżące wydarzenia jak tygodnik czy dziennik.

    Pamiętam bardzo dobrze, kiedy został wybrany Wojtyła. Wydaje mi się, że słuchaliśmy radia tu z ks. Fantuzzim. Natychmiast tego samego wieczoru skontaktowałem się z jezuitami w Polsce, by znaleźć polskiego jezuitę, który by nam szybko napisał artykuł prezentujący arcybiskupa z Krakowa. Znaliśmy Wyszyńskiego, ale Wojtyłę mniej. Ja go nie znałem.

    Zauważyłem, że poprowadził rekolekcje dla Pawła VI, ale nie miałem pogłębionej wiedzy. Wskazano mi ks. Drążka, który współpracował z nim jako duszpasterz studentów. Zatem znał go bardzo dobrze. Napisał dla nas w dość szybkim czasie artykuł po francusku, bo włoskiego jeszcze nie znał, przedstawiający postać arcybiskupa Krakowa, wyjaśniając trochę jego linię duszpasterską. Później poznałem bliżej papieża z Polski.

    Jak Jan Paweł II zapisał się w księdza pamięci?

    Jest wiele aspektów. Jeden z nich, który mnie dotknął, także na innych robił ogromne wrażenie, to jak on skupiał się na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem, także w czasie podroży.

    Wchodził do kościoła, zanurzał się na modlitwie i sprawiał wrażenie, że wyszedł z rzeczywistości i wszedł w relację z Panem Bogiem. Kiedy wszyscy wokoło byli skupieni na przebiegu podroży. Spieszyli się, żeby pójść dalej. Ks. Dziwisz, który go szturchał. On się nie śpieszył. Był skupiony na adoracji.

    Jan Paweł II? Nie widziałem czegoś podobnego u nikogo

    Drugie, jego autorytet wobec tłumów, które reprezentowały dany naród. Jak on się zwracał do ludzi z państw bloku wschodniego, byli katolikami, ale nie tylko, stawiając im wyzwania w odkryciu powołania ich państwa, ich narodu, aby wnieśli swój wkład w budowanie pokoju w rodzinie narodów. Potrafił wydobyć właściwy patriotyzm, nie nacjonalizm, ale pragnienie wniesienia wkładu narodów w ich różnorodności.

    To był jego sposób zwracania się do całego narodu, przywołując historię, kulturę, powołanie, tożsamość, dając im poczucie ich godności. Nawet po okresie, kiedy byli tak poniżeni przez ucisk tyranii, żeby odkryli poczucie własnej godności, swoje talenty, bogactwo kulturowe i duchowe, aby wprowadzić je na drogę rodziny ludzkiej. Ten jego autorytet, z którym przemawiał i ta łatwość z jaką to robił.

    On posiadał wielki autorytet moralny, by wydobyć godność ludu, który go słuchał, by zorientować go ku dobru. Dla mnie to było nadzwyczajne. Nie widziałem czegoś podobnego u nikogo. Osoba zdolna do przemawiania do całego narodu, budząc w nim godność. To potrafił wobec wszystkich różnorodnych narodów, nie tylko wobec własnego, który znał.

    To są wspomnienia, które mi pozostały. Jest wiele innych. Zawsze podkreślałem, że ostatnie lata cierpienia były bardzo ważne. Jego pontyfikat był tak intensywny, że nawet, kiedy pod koniec było trochę cierpienia i spowolnienia, nie przeważyło to na całości. Choroba była według mnie bardzo ważnym elementem integrującym, także jego pontyfikat, pokazując wymiar cierpienia, pokory, modlitwy, obok siły działania, sukcesów, zaangażowania.

    To dostrzegam jako bardzo ważne. Także w ocenie jego postaci, w jakim sensie też jego świętości jako papieża. To jest inny wymiar niż w przypadku Lucianiego. Teraz była jego beatyfikacja. Luciani był papieżem przez miesiąc. Nie można powiedzieć, że był święty przez miesiąc jako papież. Był święty przez dziesięciolecia jako biskup. Jest wzorem pokornego biskupa. Następnie fakt, że był papieżem przez miesiąc, pozwoliło mu, że poznali go wszyscy.

    Natomiast Jan Paweł II był papieżem przez 27 lat. On był świętym jako papież, sposób w jaki był papieżem. Przeżywał papiestwo z wiarą, cierpliwością. Rozróżniam mocno to, że nie zrezygnował z papiestwa od decyzji Benedykta XVI. Dwie osobowości bardzo rożne, które przeżywały inaczej swoją papieską posługę. Obaj pełnili ją doskonale. Jan Paweł II jako mistyk uczestniczył w cierpieniu Chrystusa, prowadząc Kościół także w cierpieniu. Drugi zaś z rozwagą. Jako papież wiary i rozumu dostrzegł, że lepiej dla Kościoła będzie jeśli odejdzie.

    Anna Artymiak/fragment wywiadu z ks. Kard. Federico Lombardim/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziekan Kolegium Kardynalskiego odrzuca zarzuty dziennikarza TVN pod adresem św. Jana Pawła II

     © Wydawnictwo Biały Kruk/Adam Bujak

    ***

    Dla mnie papież Jan Paweł II był wielki jako człowiek, wielki jako papież i wielki jako święty – napisał dziekan Kolegium Kardynalskiego do dziennikarza telewizji TVN, Marcina Gutowskiego, odmawiając udzielenia wywiadu tej stacji. Wieloletni bliski współpracownik św. Jana Pawła II podkreślił wkład Ojca Świętego w walkę z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich przez osoby duchowne. Katolicka Agencja Informacyjna otrzymała kopię listu, adresowanego 29 marca, 2022 roku. Poniżej publikujemy jego treść w tłumaczeniu na język polski.

    Szanowny Panie Gutowski,

    Otrzymałem Pański uprzejmy list z 25 marca i poprosiłem o informacje na temat transmisji należącej do koncernu Discovery telewizji TVN. Dowiedziałem się ze zdumieniem o pewnych programach, które obrzuciły błotem postać papieża św. Jana Pawła II.

    Nie uważam za możliwe udzielenie wywiadu wspomnianej telewizji. Dla mnie, będącego bliskim współpracownikiem podczas jego pontyfikatu, papież Jan Paweł II był wielki jako człowiek, wielki jako papież i wielki jako święty.

    Zawsze stanowczo i energicznie występował przeciwko wykorzystywaniu seksualnemu małoletnich. W tym względzie należy pamiętać, że w tamtych latach nie były znane nadużycia ani świadectwa, które zostały poznane dopiero po latach. Wiele ofiar nie formułowało oskarżeń, ani nawet o tym nie mówiło, i dlatego podczas pontyfikatu papieża Wojtyły nie znano wiele rzeczy, które wyszły na jaw w następnych latach.

    Jeśli chodzi o przejrzystość i stanowczość z jaką papież Jan Paweł II odniósł się do problemu nadużyć, ograniczę się tylko do przypomnienia jego postawy, gdy na początku roku 2002 dotarły do papieża wiadomości o skandalach w USA, dotyczące zwłaszcza archidiecezji Detroit.

    Jan Paweł II wezwał do Rzymu kardynałów ze Stanów Zjednoczonych. Spotkanie trwało przez cały ranek i popołudnie we wtorek, 23 kwietnia 2002 r. Obecni byli także kardynał Ratzinger, kardynał Medina, kardynał Castrillon oraz niżej podpisany.

    Papież wysłuchał tego, co mu zrelacjonowano, interweniując i podkreślając jako dyrektywę wyrażenie „zero tolerancji”. To znaczy, że w odniesieniu do nadużyć wobec małoletnich linia, którą należy podążać, była linią rygorystyczną, bez jakiejkolwiek tolerancji w tej dziedzinie, lecz linią „zero tolerancji”.

    Papież zamknął spotkanie przemówieniem, które jest opublikowane w serii wydawanej przez Libreria Vaticana „Insegnamenti di Giovanni Paolo II” XXV, 1 (2002), str. 606-608, w którym czytamy między innymi, że papież stwierdził: „Ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby nieletnich”.

    Jan Paweł II był niezapomnianym i świętym papieżem, któremu Boża Opatrzność naznaczyła wielkie zadania. Rozbudził w świecie poczucie Boga, a także przyczynił się do tego, że imperium sowieckie upadło bez rozlewu krwi. Jego długi pontyfikat jest zdumiewający ze względu na wielkość i wspaniałość przeprowadzonych dzieł, ze względu na wiele inicjatyw, ze względu na zyskaną akceptację, i ze wzglądu na to, co stanowiło jego przewodnictwo moralne i duchowe. Natomiast mówiąc o księdzu Stanisławie Dziwiszu muszę powiedzieć, że był wiernym i dobrym sekretarzem.

    Z serdecznymi pozdrowieniami

    Kardynał Giovanni Battista Re

    Giovanni Battista Re urodził się 30 stycznia 1934, w Borno w diecezji Brescia na północy Włoch. Po nauce w niższym seminarium duchownym, do którego wstąpił w 1945 r. oraz studiach w wyższym seminarium duchownym święcenia kapłańskie przyjął 3 marca 1957 r. W październiku 1958 roku został wysłany na studia do Rzymu, gdzie w 1962 r. uzyskał doktorat z prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Równocześnie studiował w Papieskiej Akademii Kościelnej.

    W 1963 r. podjął pracę w służbach dyplomatycznych Stolicy Apostolskiej, m.in. w Panamie i Iranie. Od 1971 r. pracował w watykańskim Sekretariacie Stanu, gdzie od 12 grudnia 1979 r. był asesorem. 9 października 1987 Jan Paweł II mianował go sekretarzem Kongregacji ds. Biskupów i arcybiskupem tytularnym Vescovio. Jednocześnie był też sekretarzem Kolegium Kardynalskiego. Ojciec Święty osobiście udzielił mu sakry 7 listopada tegoż roku. W latach 1989-2000 abp Re był substytutem do spraw ogólnych.16 września 2000 papież mianował go prefektem Kongregacji Biskupów i przewodniczącym Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej. 21 lutego następnego roku Jan Paweł II włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego. Od 1 października 2002 r. należy do grona kardynałów-biskupów.

    Był przewodniczącym delegowanym 10 Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów w październiku 2001. W maju 2007 przewodniczył V Konferencji Ogólnej Episkopatów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Aparecidzie. 30 czerwca 2010 r. przeszedł na emeryturę. Jako najstarszy rangą kardynał-elekt w 2013 roku przewodniczył konklawe, które 13 marca ub. roku wybrało papieża Franciszka. 8 stycznia 2020 roku został Dziekanem Kolegium Kardynalskiego.

    Wielokrotnie reprezentował Ojca Świętego na ważnych uroczystościach kościelnych w różnych krajach, m.in. w październiku 2003 był głównym gościem z Watykanu na obchodach Dnia Papieskiego w Polsce.

    Należał do najbliższych współpracowników Jana Pawła II. W lipcu 1998 wykorzystał letni wypoczynek Ojca Świętego w Lorenzago di Cadore i zaprosił go do swego rodzinnego miasta Borno – było to wielkie święto dla całej okolicy. Po raz pierwszy i jedyny zdarzyło się, że Papież w ramach swego lipcowego wypoczynku letniego zrobił wycieczkę “po kumotersku” w rodzinne strony dostojnika kurialnego. Komentatorzy odebrali to jako szczególny wyraz uznania i zaufania Ojca Świętego dla jednego ze swych najbliższych współpracowników.

    W kwietniu 2010 roku kard. Giovanni Battista Re otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. To wysokie odznaczenie przyznał mu prezydent Lech Kaczyński 1 kwietnia 2010 r. za wybitne zasługi dla rozwoju współpracy między Rzeczpospolitą Polską i Stolicą Apostolską oraz za działalność na rzecz Kościoła katolickiego w naszym kraju.

    Kai/Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________________

    W obrzydzaniu św. Jana Pawła II chodzi o to, by młodzi odwrócili się od niego – ks. prof. Robert Skrzypczak

    fot. PCh24 TV

    ***

    Obrzydzanie Jana Pawła II ma jeden cel. Chodzi o to, by młode pokolenie odwróciło się od niego, bo on ma im coś ważnego do powiedzenia, poprowadził wielu młodych w stronę Chrystusa, tożsamości osobowej i rodziny – powiedział PAP ks. prof. Robert Skrzypczak z Akademii Katolickiej w Warszawie.

    W niedzielę przypada 44. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Metropolita krakowski został wybrany na papieża 16 października 1978 r. i przybrał imię Jan Paweł II. Był pierwszym od 455 lat papieżem spoza Włoch.

    Ks. prof. Skrzypczak zaznaczył, że doskonale pamięta dzień, kiedy kard. Karol Wojtyła został papieżem. Miałem 14 lat. Akurat uczestniczyłem we mszy św. w mojej rodzinnej parafii, jako ministrant, kiedy jeden z księży przybiegł z zakrystii, wywołał mnie z prezbiterium i poprosił, abym podał tę wiadomość księdzu, który odprawiał mszę – wspominał. Podkreślił, że wiadomość napełniła wszystkich ogromną radością. –To było dla nas ogromne zaskoczenie. Wszyscy czuliśmy, że uczestniczymy w wydarzeniu historycznym. Nagle Polska znalazła się na ustach całego świata – wspominał.

    Duchowny przypomniał, że z konsekwencji wyboru Polaka na papieża zdawały sobie sprawę także komunistyczne władze. Przed 16 października 1978 r. oczy wszystkich były zwrócone raczej na kard. Wyszyńskiego. To on jawił się ówczesnym decydentom jako zagrożenie i wróg. Wojtyłę widzieli jako niegroźnego filozofa i poetę. Władza zdała sobie wówczas sprawę, jak bardzo się wobec niego pomyliła. Świadczyło o tym słynne powiedzenie ministra od spraw religii w rządzie Edwarda Gierka, Kazimierza Kąkola, że nie trzeba było dawać Wojtyle paszportu – dodał.

    Zdaniem ks. prof. Skrzypczaka, na tron piotrowy wstąpił człowiek świetnie przygotowany intelektualnie do nowej roli. Karol Wojtyła dał się poznać przede wszystkim na Soborze Watykańskim II, a później także jako zaangażowany uczestnik wielu synodów. Był również człowiekiem, który udzielił wielkiego wsparcia papieżowi Pawłowi VI przy przygotowaniu encykliki Humanae vitae o ludzkiej seksualności – przypomniał.

    Jak zastrzegł, od pierwszych dni urzędowania nowy papież wprowadził zmiany w codziennym funkcjonowaniu Watykanu. Przede wszystkim zmienił panujące od dawna zwyczaje, jak klękanie przed papieżem, całowanie rąk, zwracanie się do Ojca Świętego wieloma tytułami. Już w momencie ukazania się na balkonie Bazyliki św. Piotra zaraz po wyborze, dał się poznać jako człowiek bardzo bezpośredni. Dotąd nowo wybrani papieże byli prezentowani i błogosławili, ale nie zwracali się spontanicznie do wiernych. Tymczasem Jan Paweł II podbił tłumy mówiąc, że jest papieżem z dalekiego kraju i prosząc o to, by poprawić go, gdyby pomylił się mówiąc po włosku – powiedział.

    Drugą ważną zmianą była – według prof. Skrzypczaka – decyzja o tym, że ten pontyfikat będzie „wędrowny”. –Jan Paweł II odbył ponad 100 pielgrzymek zagranicznych – przypomniał.

    Jednak najważniejszym rysem tego pontyfikatu było skupienie się na temacie małżeństwa, miłości i seksualności. To był pierwszy papież, który rozwijał ten temat z takim rozmachem. Temu tematowi Jan Pawłem II poświęcił 5 lat katechez, wygłaszanych podczas audiencji środowych. Pierwszy zwołany przez niego synod był poświęcony rodzinie – zastrzegł.

    Jak zaznaczył, innym wyznacznikiem pontyfikatu Jana Pawła II było „postawienie wykrzyknika na kwestię prawdy”. Przypomniał, że hasło tegorocznych obchodów XXII Dnia Papieskiego, „Blask prawdy”, nawiązuje do tytułu jednej z najważniejszych encyklik Jana Pawła II poświęconej tej tematyce.

    „Encyklika +Veritatis splendor+, w której papież przypomniał, że prawda istnieje i jest obiektywna w stosunku do ludzkiego: chcę, myślę czy rozumiem, od samego początku wzbudzała ogromne kontrowersje” – przypomniał ks. prof. Skrzypczak.

    Wyjaśnił, że to Jan Paweł II mocno podkreślił, iż dzięki temu, że istnieje obiektywna prawda, może istnieć pojęcie natury. Przypomniał, że jeśli istnieje natura, to istnieją także prawa naturalne. A jeśli istnieją prawa naturalne, to istnieje także ich autor, czyli Bóg – dodał.

    Odciągał młodych od zła

    Według ks. prof. Skrzypczaka, Jan Paweł II „odciągnął młode pokolenie od rewolucji seksualnej i od fascynacji neomarksizmem, liberalnym modelem świata oderwanego od Boga, Kościoła, rodziny i tradycji”. Jan Paweł II poprowadził wielu młodych w stronę Chrystusa, tożsamości osobowej i rodziny. Tym samym – zdaniem wielu – popełnił zbrodnię, która z punktu widzenia walki cywilizacyjnej jest nie do przebaczenia. Dlatego od momentu, kiedy został ogłoszony świętym, zaczęła się tzw. dewojtylizacja – ocenił.

    Zdaniem duchownego, co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o odpowiedzialności, jaką Jan Paweł II ma ponosić za różne przejawy zła w świecie i w Kościele.Jest to próba zdyskredytowania papieża poprzez bombę, którą można określić mianem: „pedofilia”. Większość zarzutów opiera się na pomówieniach. Dowodów, jakoby Jan Paweł II był bezczynny i obojętny, nie ma żadnych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że kiedy mamy do czynienia z postacią tak klarowną, tak jednoznaczną, świętą i wspaniałą, to trzeba ją obrzucić błotem – zaznaczył.

    Ks. prof. Skrzypczak przypomniał, że już w latach 90., kiedy w USA pojawiły się pierwsze doniesienia o pedofilii wśród duchownych, to Jan Paweł II zwrócił się z apelem do biskupów amerykańskich, by rzetelnie zajęli się tym problemem. To Jan Paweł II zmienił kościelne procedury, tak żeby wszystkie przypadki pedofilii wśród duchownych były rozpatrywane przez Kongregację Nauki Wiary. Więc mówienie, że był obojętny wobec problemu pedofilii, jest absurdem – ocenił.

    Obrzydzanie Jana Pawła II ma jeden cel. Chodzi o to, by młode pokolenie odwróciło się od niego, bo on ma im coś ważnego do powiedzenia – podkreślił.

    16 października w Polsce i w środowiskach polonijnych na całym świecie obchodzony będzie XXII Dzień Papieski pod hasłem „Blask Prawdy”. Organizatorem Dnia Papieskiego jest Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia (FDNT), powołana w 2000 r. jako pokłosie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1999 r. Jej działalność ma upamiętniać pontyfikat Jana Pawła II dzięki promowaniu nauczania papieża Polaka i wspieraniu przedsięwzięć społecznych, głównie w edukacji i kulturze.

    PCh24.pl/źródło: Iwona Żurek (PAP)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – DZIEŃ PAŃSKI – 23 PAŹDZIERNIKA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    *****

    Dziś Światowy Dzień Misyjny i początek Tygodnia Misyjnego

    Dziś Światowy Dzień Misyjny i początek Tygodnia Misyjnego
    Na jednej z misji w Zambii/fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Pod hasłem „Będziecie moimi świadkami” dziś (23 października) będzie obchodzony 96. Światowy Dzień Misyjny, który w Polsce rozpoczyna Tydzień Misyjny. W tym czasie organizowane są wydarzenia uwrażliwiające na potrzeby misji oraz przypominające o powszechnym powołaniu do głoszenia Ewangelii. Ofiary składane na tacę w Światowy Dzień Misyjny we wszystkich parafiach świata tworzą Fundusz Solidarności Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

    Aktualnie posługuje na misjach 1743 polskich misjonarzy i misjonarek. Pracują oni w 99 krajach świata.

    Najwięcej – w Brazylii, Boliwii, Argentynie, Kamerunie i Kazachstanie. Na misjach dominują osoby zakonne: 787 zakonników i 629 – sióstr zakonnych, poza tym posługuje 287 księży diecezjalnych. Na misjach pracuje też 40 osób świeckich.

    Ofiary składane na tacę w Światowy Dzień Misyjny we wszystkich parafiach świata tworzą Fundusz Solidarności Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Z tych środków utrzymywani są księża i katechiści pracujący na terenach misyjnych oraz miejscowi kapłani. Prośby w formie projektów o pomoc finansową kierowane do Sekretariatu Generalnego Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary w Rzymie. Dotyczą one najczęściej pomocy przy budowie lub remoncie kościoła. Specjalna komisja przydziela kraje, które mają opłacić zatwierdzone projekty.

    Realizowane projekty mogą mieć charakter: pomocy zwyczajnej, obejmującej m.in. działania o charakterze administracyjnym; pomocy dla katechistów, dotyczącej formacji oraz prowadzonej przez nich działalności wspierania misjonarzy; pomocy nadzwyczajnej, dotyczącej budowy świątyń czy budynków na użytek działalności parafialnej oraz misyjnej.

    Bilans Niedzieli Misyjnej 2021 roku

    Papieskie Dzieła Misyjne w Polsce w roku 2021 sfinansowały projekty na kwotę 1 mln 024 tys. 202 dol., z czego ponad 805 tys. dol. przeznaczono na projekty w krajach kontynentu afrykańskiego i azjatyckiego, a 219 tys. dol. na pomoc w utrzymaniu domów studenckich w Rzymie dla kleryków misyjnych i sióstr zakonnych.

    Pomoc dla Afryki

    Całkowita kwota przeznaczona na projekty realizowane w Afryce (Burundi i Liberia) wynosiła 621 335 dol. W ramach projektów na pomoc nadzwyczajną w Burundi przeznaczono łącznie 166 tys. dol. Środki zostaną wykorzystane m.in. na remont kościoła parafialnego w Gisyo (30 tys. dol.), odbudowę klasztoru sióstr Bene-Tereziya w Murehe, budowę domów parafialnych w Mwika i Gatabo oraz klasztoru braci Bene Paulo w Kirambi.

    W Liberii wygospodarowano 15 tys. dol. na projekt kształtowania świadomości w szkołach, parafiach i placówkach diecezji na temat niebezpieczeństw związanych ze stosowaniem środków antykoncepcyjnych oraz nauki Kościoła z tym związanej. Inny projekt, na który przeznaczono 12 500 dol., dotyczy budowania potencjału w zakresie przywództwa i zarządzania dla personelu diecezjalnego. Łącznie w tym kraju pomocą zostały objęte trzy diecezje. Na ich potrzeby przeznaczono 224 515 dol.

    Pomoc dla Azji

    Na kontynencie azjatyckim zrealizowano projekty na łączną kwotę 183 818 dol. Pomoc materialna dla Tajwanu wyniosła 147 818 dol. i miała charakter pomocy zwyczajnej oraz pomocy dla katechistów. Kwotę 36 tys. dol. przeznaczono dla Tadżykistanu, z czego 18 tys. dol. na pomoc zwyczajną, 5 tys. USD na pomoc dla katechistów oraz 13 tys. dol. na projekty nadzwyczajne.

    Orędzie papieża Franciszka

    Z okazji Światowego Dnia Misyjnego wydawane są orędzia misyjne. Ukazują się regularnie od pontyfikatu Pawła VI. Na tegoroczny Dzień Misyjny papież Franciszek wystosował orędzie zatytułowane „Będziecie moimi świadkami”. Tytuł orędzia odnosi się do ostatniej rozmowy Jezusa Zmartwychwstałego ze swoimi uczniami przed wstąpieniem do nieba: („Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi”, Dz 1,8).

    W orędziu papież podkreślił, jak ważne w przekazie wiary jest osobiste świadectwo. Przypomniał słowa św. Pawła VI z „Evangelii nuntiandi”: „Człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (EN,41) Papież podsumowuje: „W ewangelizacji zatem przykład życia chrześcijańskiego i głoszenie Chrystusa idą w parze. Jedno służy drugiemu. Są to dwa płuca, którymi każda wspólnota musi oddychać, aby być misyjna”. Papież przypomina, że na mocy chrztu świętego wszyscy jesteśmy prorokami, świadkami i misjonarzami Pana, a w tej misji umacnia nas Duch Święty.

    Polscy Misjonarze na świecie

    Aktualnie posługuje na misjach 1743 polskich misjonarzy i misjonarek. Przebywają oni w 99 krajach na 5 kontynentach (dane Komisji Episkopatu Polski ds. Misji z 1 października 2022 r.)Najwięcej polskich misjonarzy pracuje w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach – 688 misjonarzy i misjonarek z Polski. Krajami, w których jest najwięcej polskich misjonarzy, są: Brazylia -206, Boliwia – 111, Argentyna – 109, Peru – 55 i Paragwaj – 36. W Ameryce Łacińskiej i na Karaibach przebywa 152 księży diecezjalnych, 345 zakonników, 173 sióstr zakonnych i 18 osób świeckich.

    W Afryce i na Madagaskarze pracuje 673 misjonarzy. Kraje, w których już od wielu lat znajduje się najwięcej polskich misjonarzy, to: Kamerun – 111, Zambia – 63, Tanzania – 54, Madagaskar – 42, Republika Centralnej Afryki – 38, Republika Południowej Afryki – 34 i Rwanda – 24. W Afryce i na Madagaskarze przebywa 73 księży diecezjalnych, 259 zakonników, 326 sióstr zakonnych i 15 osób świeckich.

    W Azji jest 301 polskich misjonarzy. Już od wielu lat najwięcej polskich misjonarzy pracuje w Kazachstanie – 105, na Filipinach – 26, w Japonii – 26, Uzbekistanie 16 osób i w Tajwanie – 15. W Azji przebywa 46 księży diecezjalnych, 127 zakonników, 123 sióstr zakonnych i 5 osób świeckich.

    W Oceanii pracuje 65 misjonarzy. Wszystkie osoby pracują w Papui Nowej Gwinei. W Oceanii przebywa 12 księży diecezjalnych, 45 zakonników, 7 sióstr zakonnych i 1 osoba świecka.

    W Ameryce Północnej pracuje 16 misjonarzy. Większość osób pracuje w Kanadzie – 9, na Alasce – 5 i Bermudy – 2. W Ameryce Północnej przebywa 4 księży diecezjalnych, 11 zakonników i 1 osoba świecka.

    Światowy Dzień Misyjny został ustanowiony 14 kwietnia 1926 r. przez papieża Piusa XI i każdego roku we wszystkich diecezjach i parafiach na świecie jest obchodzony w przedostatnią niedzielę października.

    W tym roku Dzień Misyjny będzie obchodzony po raz 96.

    Ile jest na świecie katolików? Ich liczba rośnie

    Na koniec 2020 roku ludność świata wynosiła prawie 7,7 mld osób, czyli o ok. 89,4 mln więcej niż rok wcześniej. Wśród nich żyło ok. 1,4 mld katolików – o ponad 15,2 mln więcej niż pod koniec 2019 r.  

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 PAŹNIERNKA – PONIEDZIAŁEK

    PORADNICTWO RODZINNE OD GODZ. 18.00 – 19.00

    (przy KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO)

    ***

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 PAŹDZIERNIKA WTOREK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również jest zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    GODZ. 18.30 – KATECHEZA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 28 PAŹDZIERNIKA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    This image has an empty alt attribute; its file name is Largs-Pl.jpg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – DZIEŃ PAŃSKI – 16 PAŹDZIERNIKA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ________________________________________________________________________________________

    TEGO DNIA WSPOMINAMY XXXXIV ROCZNICĘ WYBORU KARDYNAŁA KAROLA WOJTYŁĘ NA PAPIEŻA, KTÓRY JAKO 264 NASTĘPCA ŚW. PIOTRA, PRZYJĄŁ IMIONA JANA PAWŁA II.

    Z TEJ RACJI BĘDZIE PIESZA PIELGRZYMKA Z GLASGOW DO CARFIN

    fot. pixabay.com

    ***

    św. Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski. Od czasu pontyfikatu Hadriana VI (po 455 latach) był biskupem Rzymu, który nie był Włochem. Został wybrany jako najmłodszy papież (58 lat) od czasu wyboru Piusa IX w 1846, który w chwili wyboru miał 54 lata. Najdłuższy pontyfikat (37 lat) sprawował św. Piotr. Drugim co do długości jest pontyfikat Piusa IX – 32 lata (1846–1878). Trzecim – pontyfikat św. Jana Pawła II – 27 lat  (1978–2005).

    NA ZAKOŃCZENIE PIELGRZYMKI BĘDZIE ODPRAWIONA MSZA ŚW. PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE O GODZ. 17.00.

    WYCHODZIMY O GODZ. 9-TEJ RANO Z PARKINGU PRZY MORRISON W CAMBUSLANG.
    DŁUGOŚĆ TRASY TO OKOŁO 25  KM,  CZĘSTO  POLNYMI ŚCIEŻKAMI. OZNACZA TO OKOŁO  6 – 7 GODZIN INTENSYWNEGO  MARSZU I KRÓTKIE POSTOJE.
    JEST MOŻLIWOŚĆ DOŁĄCZENIA DO PIELGRZYMKI PODCZAS PLANOWEGO POSTOJU  W BLANTYRE  PRZY MUZEUM DAVIDA LIVINGSTONE  PO WCZEŚNIEJSZYM UZGODNIENIU. 

    JEST TO NIEOFICJALNA PIESZA PIELGRZYMKA, KAŻDY UCZESTNIK IDZIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ, A MŁODZIEŻ NIEPEŁNOLETNIA  MUSI BYĆ POD OPIEKĄ OSOBY DOROSŁEJ.
    ZAINTERESOWANYCH PROSIMY O KONTAKT NA MAILA  rozaniec@kosciolwszkocji.org ALBO NA TEL. 07552435042, DODAMY DO GRUPY PIELGRZYMKOWEJ NA WHATSAPPIE.

    Radio BOBOLA/fot. Michał Jarka/Sancta Familia Media/Carfin Grotto/24.09.2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna do św. Jana Pawła II

    od 13 – 21 października

    22 października w kalendarzu liturgicznym Kościół będzie wspominał postać wielkiego Polaka – świętego papieża Jana Pawła II. Zapraszamy do odmawiania razem z nami nowenny.

    Fatima zmienia historię

    Dzień 1

    Boże i Ojcze, nawrócić się do Ciebie, to odnaleźć Twoje Miłosierdzie, tę miłość cierpliwą i łaskawą, która w Tobie nie zna miary. Nieskończona jest Twoja gotowość przebaczania nam naszych grzechów, bo też niewysłowiona jest ofiara Twojego Syna.

    Dziękujemy Ci, Boże, żeś niestrudzonego świadka i apostoła Twego Miłosierdzia, Świętego Papieża Jana Pawła II ukoronował chwałą świętych i pozwolił nam cieszyć się jego orędownictwem w niebie, a mnie za jego przyczyną udziel łaski…, o którą z ufnością Cię błagam.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 2

    Boże i Ojcze, przed Kościołem obecnego tysiąclecia otwiera się rozległy ocean wyzwań współczesnego świata. Wierzący w Ciebie, pokładając nadzieję w Chrystusie, chcą Go naśladować i doznać cudu obfitego połowu.

    Pomóż, proszę, wszystkim chrześcijanom tego pokolenia wypłynąć na głębię prawdy, dobra i piękna. Uczyń Świętego Papieża Jana Pawła II patronem nowej ewangelizacji, a mnie przez jego przyczynę obdarz łaską…, o którą pokornie Cię proszę.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 3

    Boże i Ojcze, Twój Syn umiłował nas do końca i pozostał z nami. Eucharystia jest bramą nieba, które otwiera się na ziemi. Niech „Amen”, które wypowiadają wierni wobec Ciała i Krwi Pańskiej, usposobi ich do czujnej i pokornej służby braciom potrzebującym.

    Bądź uwielbiony świetlanym przykładem tej miłości ukazanym przez Świętego Papieża Jana Pawła II, a skoro w Eucharystii wyraża się i wzmacnia komunia z Kościołem zbawionych w niebie, za jego pośrednictwem daj mi łaskę…, o którą z ufnością Cię błagam.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 4

    Boże i Ojcze, Ty jesteś Miłością i pierwszy nas pokochałeś. Twój Syn dla naszego zbawienia stał się Człowiekiem, a objawiając swym braciom i siostrom prawdę o miłości, pozwolił im zrozumieć samych siebie i odkryć sens własnego istnienia.

    Proszę Cię, aby Święty Papież Jan Paweł II, niestrudzony obrońca godności człowieka, dobry pasterz, poszukujący dusz zagubionych w bezładzie życia i pogrążonych w beznadziei, stał się patronem naszej Ojczyzny, a mnie za jego wstawiennictwem użycz łaski…, o którą pokornie Cię proszę.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 5

    Boże i Ojcze, Twój odwieczny plan zbawienia osiągnął pełnię, gdy Syn Twój umiłowany przyszedł na świat pośród Świętej Rodziny. Otoczony miłością Dziewiczej Matki Maryi i opieką wiernego Józefa, uświęcił On swoim narodzeniem każdą ludzką rodzinę.

    Powierzam Ci moją rodzinę i wszystkie domowe ogniska, niech trwa w nich modlitwa, czysta miłość, szacunek dla życia i zdrowia i troska o młodych. Proszę przez wstawiennictwo św. Jana Pawła II, naszego Ojca, abyś umocnił mnie łaską….

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 6

    Boże i Ojcze, niezmierzona Twoja łaskawość dała nam w osobie Słowiańskiego Papieża wielkiego orędownika naszej Ojczyzny, Polski. Jego wołanie spod Giewontu: „Sursum corda! W górę serca!” wciąż przypomina o potrzebie wierności Krzyżowi Chrystusa.

    Ufnie zwracam się do Ciebie, abyś poprzez wyniesienie do chwały ołtarzy Papieża Jana Pawła II utwierdził nasz Naród w chrześcijańskim optymizmie, a mnie udzielił łaski…, o którą z pokorą Cię błagam.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 7

    Boże i Ojcze, od młodości zapraszasz nas na swoje drogi. Młodzież ma w Twoim Synu Mistrza, który uczy ją, jak cierpliwie i wytrwale kształtować w sobie nowego człowieka, jak odkryć własne powołanie, aby skutecznie budować cywilizację miłości.

    Modlę się do Ciebie za młodzież, by nie dała się zniewolić ślepym pożądaniom i okłamać fałszywą miłością. Niech Święty Jan Paweł II, który młodych szukał i z wzajemnością ukochał, będzie ich wzorem i patronem, a dla mnie za Jego przyczyną pokornie proszę o łaskę…

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 8

    Boże i Ojcze, Ty możesz ze zła wyprowadzić jeszcze większe dobro. Cierpienie chcesz uczynić drogą prowadzącą do Ciebie. Twój Syn przez dobrowolną mękę i śmierć na krzyżu wziął na siebie całe zło grzechu i nadając mu nowy sens, wprowadził je w porządek miłości.

    W imię tej Miłości, która zdolna była podjąć cierpienie bez winy, przedstawiam Ci prośbę o wsławienie nowymi cudami św. Jana Pawła II, który służąc ludowi Bożemu, naznaczony został stygmatem męczeństwa, a mnie obdarz przez jego wstawiennictwo łaską…, o którą Cię proszę.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Dzień 9

    Boże i Ojcze, Maryja, Matka Twego Syna, słyszy naszą modlitwę i zawierzenie: „Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć, a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego po tym wygnaniu nam okaż. O, łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!”.

    Niech będą Ci dzięki za Świętego Papieża Jana Pawła II, całkowicie oddanego Maryi, wiernie i do końca pełniącego misję, którą mu zlecił Zmartwychwstały, przyjmij owoce jego życia i posługi, uczyń go patronem naszej Ojczyzny, a mnie za jego wstawiennictwem wesprzyj swoją łaską…, o którą Cię błagam.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Modlitwa:

    Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli święty Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem. † Spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu * z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    LITANIA DO ŚW. JANA PAWŁA II

    fot. o. Waldemar Gonczaruk CSsR

    ***

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas

    Ojcze z nieba, Boże – zmiłuj się nad nami

    Synu Odkupicielu świata, Boże – zmiłuj się nad nami

    Duchu Święty, Boże – zmiłuj się nad nami Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo – módl się za nami

    Święty Janie Pawle – módl się za nami

    Zanurzony w Ojcu, bogatym w miłosierdzie,

    Zjednoczony z Chrystusem, Odkupicielem człowieka,

    Napełniony Duchem Świętym, Panem i Ożywicielem

    Całkowicie oddany Maryi i przyodziany Jej szkaplerzem,

    Przyjacielu Świętych i Błogosławionych,

    Następco Piotra i Sługo sług Bożych,

    Stróżu Kościoła nauczający prawd wiary,

    Ojcze Soboru i wykonawco jego wskazań,

    Umacniający jedność chrześcijan i całej rodziny ludzkiej,

    Gorliwy Miłośniku Eucharystii,

    Niestrudzony Pielgrzymie tej ziemi,

    Misjonarzu wszystkich narodów,

    Świadku wiary, nadziei i miłości,

    Wytrwały Uczestniku cierpień Chrystusowych,

    Apostole pojednania i pokoju,

    Promotorze cywilizacji miłości,

    Głosicielu Nowej Ewangelizacji,

    Mistrzu wzywający do wypłynięcia na głębię,

    Nauczycielu ukazujący świętość jako miarę życia,

    Papieżu Bożego Miłosierdzia,

    Kapłanie gromadzący Kościół na składanie ofiary,

    Pasterzu prowadzący owczarnię do nieba,

    Bracie i Mistrzu kapłanów,

    Ojcze osób konsekrowanych,

    Patronie rodzin chrześcijańskich,

    Umocnienie małżonków,

    Obrońco nienarodzonych,

    Opiekunie dzieci, sierot i opuszczonych,

    Przyjacielu i Wychowawco młodzieży,

    Dobry Samarytaninie dla cierpiących,

    Wsparcie dla ludzi starszych i samotnych,

    Głosicielu prawdy o godności człowieka,

    Mężu modlitwy zanurzony w Bogu,

    Miłośniku liturgii sprawujący Ofiarę na ołtarzach świata,

    Uosobienie pracowitości,

    Zakochany w krzyżu Chrystusa,

    Przykładnie realizujący powołanie,

    Wytrwały w cierpieniu,

    Wzorze życia i umierania dla Pana,

    Upominający grzeszników,

    Wskazujący drogę błądzącym,

    Przebaczający krzywdzicielom,

    Szanujący przeciwników i prześladowców,

    Rzeczniku i obrońco prześladowanych,

    Wspierający bezrobotnych,

    Zatroskany o bezdomnych,

    Odwiedzający więźniów,

    Umacniający słabych,

    Uczący wszystkich solidarności,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami

    K: Módl się za nami święty Janie Pawle.

    W: Abyśmy życiem i słowem głosili światu Chrystusa, Odkupiciela człowieka.

    Módlmy się:

    Módlmy się: Miłosierny Boże, przyjmij nasze dziękczynienie za dar apostolskiego życia i posłannictwa świętego Jana Pawła II i za jego wstawiennictwem pomóż nam wzrastać w miłości do Ciebie i odważnie głosić miłość Chrystusa wszystkim ludziom. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa o wyproszenie łask za wstawiennictwem św. Jana Pawła II

    Święty Janie Pawle II, za Twoim pośrednictwem proszę o łaski dla mnie (i moich bliskich). Wierzę w moc mej Modlitwy i w Twoją zbawienną pomoc. Wyproś mi u Boga Wszechmogącego łaski, o które pokornie proszę… (należy wymienić prośby). Uproś mi też dar umocnienia mojej wiary, nadziei i miłości.

    Panie Jezu Chryste, Ty obiecałeś, że o cokolwiek w Twoje imię poprosimy, to otrzymamy. Dlatego i ja, Panie, pełen ufności, proszę Cię o potrzebne mi łaski, za wstawiennictwem świętego Jana Pawła II. Wysłuchaj mnie, Panie! Amen.

    Prośba o wstawiennictwo św. Jana Pawła II

    Janie Pawle II, nasz święty orędowniku, wspomożycielu w trudnych sprawach. Ty, który swoim życiem świadczyłeś o wielkiej miłości do Boga i ludzi, prowadząc nas drogą Jezusa i Maryi, w umiłowaniu obojga, pragnąc pomagać innym. Przez miłość i wielkie cierpienie, ofiarowane za bliźnich, co dzień zbliżamy się do świętości. Pragnę prosić Cię o wstawiennictwo w mojej sprawie… wierząc, że przez Twoją wiarę, modlitwę i miłość pomożesz zanieść ją do Boga. Ufam w miłosierdzie Boże i moc Twej papieskiej modlitwy. Pragnę przez Jezusa i Maryję za Twoim przykładem zbliżyć się do Boga.

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    swjozef-poreba.pl/niezbednik.niedziela.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 19 PAŹDZIERNIKA

    Dziś obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych

    19 października, w rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. To ustanowione w 2018 r. święto państwowe oddaje hołd „bohaterom, niezłomnym obrońcom wiary i niepodległej Polski”.

    Święto przypomina o roli, jaką odegrali duchowni w obronie oraz kształtowaniu postaw patriotycznych. W okresie zaborów to właśnie kapłani byli często depozytariuszami utraconej państwowości. W tym kontekście warto wymienić chociażby św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego i ks. Stanisława Brzóskę.

    Jednym z najbardziej znanych duchownych, którzy poświęcili życie dla ojczyzny, jest ks. Ignacy Skorupka – kapelan żołnierzy biorących udział w Bitwie Warszawskiej, który zginął 14 sierpnia 1920 r. pod Ossowem.

    Wielu polskich kapłanów zginęło podczas II wojny światowej. Heroiczną postawą wykazał się Maksymilian Kolbe, męczennik z Auschwitz, ale również księża Jan Krenzel i Teodor Walenta zamordowani przez Sowietów, czy ks. Stanisław Dobrzański, zamordowany bestialsko w 1943 r. przez nacjonalistów ukraińskich – wskazuje uchwała Sejmu. Duchowni ginęli wraz z polskimi oficerami w Katyniu, Charkowie czy Miednoje, a także w trakcie Powstania Warszawskiego. Ofiarę księży z lat 1939–1945 upamiętnia Dzień Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego w czasie II wojny światowej, ustanowiony przez Konferencję Episkopatu Polski w 2002 r. i obchodzony 29 kwietnia.

    W rozmowie z PAP w 2021 r. prof. Paweł Skibiński, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego, odnosząc się do określenia „duchowni niezłomni”, wskazał, że w wąskim znaczeniu wskazuje ono na tych księży, „którzy towarzyszyli czynnej działalności antykomunistycznej w pierwszych latach po zakończeniu wojny i po powstaniu państwa komunistycznego”. Historyk zastrzegł jednak, że „duchowni stanowili odrębną kategorię od tych, którzy uczestniczyli w politycznej działalności podziemnej”. Jak wyjaśnił, „większość duchownych wspierających działania podziemia niepodległościowego prowadziło normalne życie jako duszpasterze parafialni czy zakonnicy”.

    W ocenie historyka lepsze jest wobec tego szersze rozumienie określenia „duchowni niezłomni”. – Należy zwrócić uwagę, że duchowieństwo katolickie było jedną z nielicznych grup społecznych, która miała możliwości i chęć opierania się projektowi stworzenia w Polsce państwa totalitarnego i poddanemu mu w pełni społeczeństwa – zwrócił uwagę Skibiński. – Księża bronili niezależności i wolności społecznych daleko wykraczających poza sferę stricte religijną – dodał.

    W ocenie Skibińskiego jest wielu księży, których można wskazać jako symbol niezłomności i konsekwencji w obronie wolności religijnych i społecznych. Jako emblematyczne postaci badacz wymienił m.in. duchownych skazywanych za bycie kapelanami oddziałów niepodległościowych, na czele z ks. Władysławem Gurgaczem. Gurgacz był jezuitą; w 1947 r. związał się z oddziałem Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej.

    Skibiński wskazał również na bp. Antoniego Baraniaka, który był przez trzy lata przetrzymywany i torturowany w więzieniu mokotowskim za działalność stricte religijną, oraz ks. Zygmunta Kaczyńskiego prowadzącego działalność wydawniczą, za którą został aresztowany. Kaczyński był posłem na Sejm II RP, członkiem rządu na uchodźstwie, a także dziennikarzem i działaczem społecznym. W więzieniu odsiadywał wyrok za „usiłowanie zmiany przemocą jego [państwa PRL – przyp. red.] demokratycznego ludowego ustroju”.

    – W szerszym znaczeniu za kapłana niezłomnego należy uznać też kard. Stefana Wyszyńskiego, ponieważ bronił swobód społecznych w Polsce, mimo że osobiście z taktyką podziemia niepodległościowego się nie zgadzał, a także kard. Adama Stefana Sapiehę, który patronował akcji dokumentowania zbrodni katyńskiej, a jednocześnie w swoim otoczeniu miał osoby związane z podziemiem niepodległościowym – powiedział historyk.

    Władza komunistyczna prześladowała księży również w późniejszych latach PRL. W niewyjaśnionych okolicznościach zmarł w sierpniu 1976 r. ks. Roman Kotlarz – jeden z symboli Czerwca ’76.

    Ikoniczną postacią jest ks. Jerzy Popiełuszko, który 19 października 1984 r. został porwany, a potem bestialsko zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Po powstaniu „Solidarności” ks. Popiełuszko stał się jej duchowym przywódcą, warszawscy hutnicy określili go swoim kapelanem, był duszpasterzem krajowym ludzi pracy, a także służby zdrowia. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. był systematycznie nękany i inwigilowany przez SB oraz MO. Mimo to organizował pomoc materialną dla osób internowanych i ich rodzin, wspierał różnego rodzaju inicjatywy społeczne. Uczestniczył też w procesach aresztowanych za przeciwstawianie się prawu stanu wojennego. Wspierał więźniów politycznych. Nagrał kilka rozpraw, wnosząc na salę sądową magnetofon schowany pod sutanną. Materiał, który wtedy powstał, był emitowany m.in. w Radiu Wolna Europa. Ks. Popiełuszko główny wysiłek włożył w przygotowanie i prowadzenie w żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki mszy w intencji ojczyzny i tych, którzy za nią cierpią. Przybywały na nie delegacje „Solidarności” z całego kraju, uczestniczyli w nich intelektualiści, aktorzy oraz młodzież.

    W rozmowie z PAP w 2021 r. dr hab. Rafał Łatka z Instytutu Pamięci Narodowej zaznaczył, że „duchowni, którzy współpracowali z opozycją w latach osiemdziesiątych, byli traktowani przez władzę jako realne zagrożenie dla systemu komunistycznego, dlatego że tworzyli alternatywę wobec realiów systemowych, odbioru kultury i nauki, a ta alternatywna rzeczywistość znajdowała się poza kontrolą władz”.

    Wielu kapłanów z różnych regionów Polski najpierw zaangażowało się w działalność wpierającą „Solidarność”, a potem w okresie stanu wojennego wspierało podziemie. – Komunistyczne władze przy pomocy rozmaitych działań, w tym nacisków na ordynariuszy, za pomocą aparatu bezpieczeństwa starały się tę działalność możliwie ograniczyć – wskazał badacz.

    W ocenie historyka obok ks. Popiełuszki należy wyróżnić takich kapłanów, jak bp Ignacy Tokarczuk, a także księża Kazimierz Jancarz z Krakowa, Hilary Jastak z Gdyni oraz ks. Henryk Jankowski z Gdańska, choć, jak zastrzega badacz, w późniejszym okresie ocena działalności tego ostatniego duchownego jest negatywna.

    Księża stanowili zagrożenie dla władzy również w ostatnim okresie istnienia PRL. Ks. Stefan Niedzielak został zamordowany 20 stycznia 1989 r., dziesięć dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, a 11 lipca ks. Sylwester Zych. – Morderstwa, do których doszło pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasie których ofiarą funkcjonariuszy SB padło trzech duchownych, miały pokazać Kościołowi, że powinien zaprzestać wpierania organizacji takich jak Konfederacja Polski Niepodległej czy tzw. środowisk radykalnych w „Solidarności” – ocenił dr hab. Łatka.

    Historyk dodał, że „te zabójstwa miały służyć jako element zastraszenia Kościoła i pokazania, że inne kierunki niż transformacja ustrojowa zaproponowana przez władze PRL nie będą tolerowane”. Był to nacisk nieformalny. – Analogicznie było zresztą w przypadku morderstwa ks. Popiełuszki, które miało być według założeń komunistycznych władz, czyli zleceniodawców tego mordu, bardzo jasnym sygnałem pod adresem hierarchii kościelnej, że wszelkie kontakty Kościół–opozycja należy ograniczać – powiedział badacz.

    PCh24.pl/PAP

    ____________________________________________________________________

    Dziś w kalendarzu liturgicznym Kościół wspomina bł. ks. Jerzego Popiełuszkę

    ***

    38. rocznica śmierci ks. Popiełuszki, księdza, który swoją odwagą „rozbił” system komunistyczny od środka

    38. rocznica śmierci ks. Popiełuszki, księdza, który swoją odwagą „rozbił” system komunistyczny od środka
    OŚRODEK DOKUMENTACJI ŻYCIA I KULTU KSIĘDZA JERZEGO POPIEŁUSZKI

    ***

    Ksiądz Jerzy był kapłanem, który swoją odwagą i człowieczeństwem „rozbił” system komunistyczny od środka i pokazał, że prawda zawsze jest w cenie, bez względu na to, jakie są czasy – mówi Family News Service Paweł Kęska z Muzeum, Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu oraz Sanktuarium błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. 38 lat temu, 19 października 1984 roku, zginął śmiercią męczeńską ks. Jerzy Popiełuszko. Jego grób na warszawskim Żoliborzu do dziś odwiedziło ponad 23 mln osób.

    „Mówił, że każdy człowiek ma godność, że nie wolno kłamać, że należy wybierać dobro zamiast zła. Przekazywał treści, które są uniwersalne, bez względu na czasy, w których żyjemy. W tym co mówił ks. Jerzy, zwłaszcza w jego pierwszych kazaniach, trudno dopatrzeć się jakichś szczególnych umiejętności homiletycznych. Proste myśli wypowiadał jednak wprost co nadawało im szczególną siłę” – zauważa Paweł Kęska tłumacząc fenomen popularności i aktualności nauczania ks. Jerzego. 

    Wśród odwiedzających sanktuarium męczennika jest coraz więcej młodych ludzi. Niezwykłe jest to, że również dziś jego przekaz trafia do młodzieży, która go nigdy nie spotkała i żyje w zupełnie innych od komunizmu czasach. Jak podkreśla Paweł Kęska, prowadząc spotkania z młodymi okazuje się, że widzą oni w nim osobę wolną, prawdziwą, odważną i oddaną swoim przyjaciołom. „On w każdym działaniu i wypowiadanym słowie był prawdziwy. Młodzież rozumie Popiełuszkę wprost, jako człowieka i dlatego, wydaje mi się, że na swój sposób są przez to bliżej prawdy o nim” – dodaje Paweł Kęska. 

    Ks. Popiełuszko wymieniany jest jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych Polaków. Jego relikwie są obecne w ponad tysiącu pięciuset miejscach na świecie. „Najbardziej egzotyczne z nich to Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wietnam, Korea Południowa, a ostatnio bardzo żywym kultem ksiądz Popiełuszko otaczany jest na Wybrzeżu Kości Słoniowej” – wymienia Paweł Kęska z Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki.

    Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany na terenie kościoła parafialnego św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, w którym przed śmiercią pracował. „Przy grobie kapłana do dziś pojawiły się ponad 23 mln osób, w tym bardzo wiele koronowanych głów, prezydentów, premierów. Hołd zamordowanemu kapłanowi oddało wielu szefów kongregacji watykańskich, Jan Paweł II czy kard. Joseph Ratzinger” – dodaje Paweł Kęska.

    38 lat temu, 19 października 1984 roku, zginął śmiercią męczeńską ks. Jerzy Popiełuszko. Kapłan został bestialsko zamordowany przez funkcjonariuszy SB, gdy wracał do Warszawy, po mszy świętej, odprawionej w parafii św. Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. Dzięki zeznaniom świadka porwania księdza, Waldemara Chrostowskiego, zbrodnia została ujawniona, a sprawcy morderstwa stanęli przed sądem, którego obrady były kontrolowane przez czynniki państwowe. Władzom komunistycznym nie udało się jednak ks. Jerzego uciszyć. Jego kult rozpoczął się tuż po jego śmierci i trwa do dziś.

    Śmierć po torturach, których opis przeszywa do szpiku.#Popiełuszko – nieraz sobie myślę, co by nam dziś powiedział…

    Film z ogłoszenia w kościele św. St. Kostki jest niezwykły. Czyste chrześcijaństwo: żyj w prawdzie, zło dobrem zwyciężaj, nie nienawidź – nigdy nikogo; ODPUŚĆ. pic.twitter.com/2w6Adi5QU4— Jan Buczyński (@janbuczynski) 19 października 2020

    Obchody 38. rocznicy porwania i męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki

    19 października o godzinie 18:00 w żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki odprawiona zostanie rocznicowa msza święta, której przewodniczył będzie ks. biskup Michał Janocha. W uroczystości wezmą udział przedstawiciele rodziny Popiełuszków, przedstawiciele rządu, zakładów pracy NSZZ „Solidarność”, służb mundurowych, instytucji publicznych, a także środowisko przyjaciół i współpracowników ks. Jerzego. Dla wiernych dostępna będzie kaplica, w której złożone są relikwie sutanny, koszuli oraz przedmiotów, które kapelan „Solidarności” miał przy sobie w momencie śmierci. Transmisja mszy świętej będzie dostępna na stronie internetowej: www.popieluszko.net.pl.

    30 października sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki zaprasza na wspólne śpiewanie pieśni, które wykonywane były podczas Mszy za Ojczyznę za życia ks. Jerzego Popiełuszki. O mszach będą opowiadali świadkowie tamtych lat.

    38. rocznica śmierci ks. Popiełuszki, księdza, który swoją odwagą „rozbił” system komunistyczny od środka

    _____________________________________________________________________________________

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko – apostoł prawdy i wolności

    Chociaż jako pierwsze na esbeckiej liście kapłanów przeznaczonych do „neutralizacji” widniało nazwisko niezłomnego księdza Stanisława Małkowskiego, w końcu jednak to na nim zogniskowała się największa nienawiść peerelowskiego aparatu przemocy i kłamstwa. Przeciwko chorowitemu, skromnemu rezydentowi żoliborskiej parafii pod wezwaniem świętego Stanisława Kostki komunistyczny reżim zmobilizował mundurowych, tajniaków i najwybitniejszych funkcjonariuszy propagandy.

    Władze zainteresowały się księdzem Jerzym w sierpniu 1980 roku. W tym czasie zastąpił innego kapłana odprawiając Mszę świętą dla strajkujących hutników. Od 1982 roku były już coraz poważniejsze represje. Ostentacyjna wręcz inwigilacja, prowokacje, wezwania na milicyjne przesłuchania. Rzecznik rządu Jerzy Urban publikował pod pseudonimem Jan Rem w gazetach całej Polski oszczercze, diabelsko przewrotne i zjadliwe felietony („Garsoniera obywatela Popiełuszki”, „Seanse nienawiści” – ten ostatni o słynnych Mszach za Ojczyznę). Reżimowe media kreowały wizerunek czarnego charakteru, stopniowo przygotowując grunt pod zbrodnię.

    Czym ksiądz Jerzy zasłużył sobie na tyle uwagi ze strony władz administrujących sowiecką prowincją „przywiślańską”? Swym oddaniem dla represjonowanych opozycjonistów, bezkompromisowym poświęceniem się sprawie, którą uważał za rację swojej kapłańskiej posługi, a wreszcie kazaniami. Gromadziła się na nich „cała Warszawa”, a raczej patriotyczna część stolicy.

    W kazaniach uderzały przede wszystkim dwie rzeczy: ich prostota i esencjonalność oraz niezwykła odwaga nazywania po imieniu rzeczywistości społeczno-politycznej kraju podbitego przez sowieckiego wroga. Ksiądz Popiełuszko był jednym z tych duchownych, w których znajdowali oparcie ludzie doświadczeni represjami i różnego rodzaju biedą. Oczywiście, jego chrześcijańską postawę wykorzystywali także lewicowi poprawiacze socjalizmu, którzy później, po tak zwanej transformacji z całym impetem zwrócili się przeciwko katolickiej Polsce. Dlatego „Goebbels stanu wojennego” mógł pisać o „czarnych mszach, do których Michnik służy i ogonem dzwoni”.

    Znający młodego księdza zwracali uwagę, jak szybko dojrzewał pod wpływem kapłańskich wyzwań do posługi nie tylko wśród robotników, ale i intelektualistów, którzy go otaczali i do których miał przemawiać. Jedną z pierwszych poważnych prób wyniesionej z domu wiary przeszedł podczas przymusowej służby wojskowej w Bartoszycach, wraz z innymi wcielonymi duchownymi. Komuniści zarówno przemocą jak i podstępnymi grami psychologicznymi usiłowali tam zepsuć i przeciągnąć na swoją stronę tych, którzy zdecydowali się poświęcić swoje życie dla Chrystusa.

    Gdy przyszedł posługiwać w warszawskich parafiach, błyskawicznie nadrabiał wiedzę i formację intelektualną. Znający go dobrze ksiądz Jan Sochoń wspominał później, że ten rozwój dawało się odczuć z kazania na kazanie.

    Wolność i krzyż

    Ewangelia, Ojczyzna, wierność prawdzie, wolność od zastraszenia oraz wszelkich innych form zniewolenia. Przywoływane motywy, słowa wypowiadane przez błogosławionego posłanego z podlaskiej wsi do samej stolicy, nie straciły na wadze pomimo tego, że Polska i Kościół wyglądają dziś zgoła inaczej.

    We wrześniu 1982 roku, w ponurym cieniu stanu wojennego mówił: – Krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał. Nasze cierpienia, nasze krzyże możemy ciągle łączyć z Chrystusem, bo proces nad Chrystusem trwa. Trwa proces nad Chrystusem w Jego braciach. Bo aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin. Zmieniają się metody, ale sam proces nad Chrystusem trwa.

    Niedługo potem, podczas jednego z kolejnych kazań zwrócił uwagę na kwestię walki, jaką musi stoczyć każdy, kto zdecydował opowiedzieć się za Panem Jezusem. Dotyczy to zarówno jednostek, jak i wspólnoty. – Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy – wskazywał.

    – Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: „Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą” – dodał ksiądz Jerzy.

    Wierność Chrystusowi to wierność prawdzie. W ostatnim dniu października 1982 błogosławiony odwołał się do chrześcijańskich ideałów, które przyświecały tak wielu uczestnikom wolnościowego zrywu z sierpnia 1980 roku. Chociaż ruch społeczny „Solidarności” został przez komunistów brutalnie i podstępnie przejęty i spacyfikowany, to istota najważniejszych wartości nie zmienia się nawet gdy żyjemy w opresyjnym systemie. Przeciwnie – to właśnie wtedy zaczynamy tęsknić do nich szczególnie mocno.

    – Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności – podpowiadał słuchaczom ksiądz Popiełuszko.

    – Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz – obiecywał.

    Kwestię wolności i jej braku podjął też między innymi 27 maja 1983, mówiąc o społecznej odpowiedzialności za podejmowane wybory moralne: – W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeśli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować.

    Wiara musi być poparta uczynkami

    W prywatnym zeszycie utrwalił refleksję na temat świętości. Jego inspiracją była zapewne po części konieczność życia w realiach systemu PRL. „Święty oznacza w Biblii: oddzielony, całkiem inny. A więc człowiek wierzący musi być całkiem inny, zupełnie inny niż otaczający świat, niż ludzie otaczający nas, budujący swoje życie w sposób laicki. Mamy być inni w naszym codziennym życiu, w pracy, w sklepie, na ulicy” – napisał.

    W pewnym sensie rozwinął powyższą myśl podczas kazania wygłoszonego 29 maja 1983 roku. Mówił: – wiara nie może ograniczać się tylko do samego aktu wiary, nie wystarczy pójść w dniu dzisiejszym na procesję, nie wystarczy raz w tygodniu być na Mszy świętej. Za mało również samo korzystanie z sakramentów świętych.

    Rok później zaś dodał jeszcze: – jeżeli nasza wiara nie przekroczy progu świątyni i nie pójdzie z nami jako droga naszego życia, w naszą codzienność, do naszych rodzin do naszego środowiska to będzie to wiara bez uczynków, a taka wiara jest martwa, niewiele znacząca. Taka właśnie wiara daje ludziom niewierzącym argumenty, do tego aby uznać bezzasadność naszej wiary, jej nieprzydatność w życiu.

    Błogosławiony nie zawsze wypominał komunistom ich przestępstwa i zbrodnie wprost, tak jak w emocjonalnym chwilami kazaniu wygłoszonym krótko po zabójstwie Grzegorza Przemyka. W obydwu przypadkach potrafił jednak nadać swojemu przesłaniu mocną i aktualną wymowę.

    – Aby zwyciężać dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że… „bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju”. Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko samo potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra i prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie upominać się dla siebie i dla innych – powiedział w czwartą rocznicę złamanych przez władze porozumień sierpniowych. Przypomniał wtedy o tym, co zrodziło i ukształtowało wspólnotę żyjącą nad Wisłą nieprzerwanie pomimo zmiennych i nie zawsze pomyślnych dziejowych losów.

    – Naród polski, od ponad tysiąca lat zjednoczony z Chrystusem i z Jego nauką, zawsze był wierny Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie. Hasło „Bóg i Ojczyzna” było nierozdzielnym elementem dziejów naszego narodu. Zawsze potrafił polski lud ofiarę życia złączyć z ofiarą Chrystusa, aby dzięki temu zjednoczeniu nic nie zginęło, ale by wszystko stawało się ożywczą substancją dla przyszłych pokoleń. – podkreślał na kilka tygodni przed śmiercią.

    Podczas ostatnich odwiedzin rodzinnego domu pozostawił swojej Matce, Mariannie sutannę. Prosił o jej zaszycie. – Odbiorę następnym razem albo najwyżej będzie mama miała na pamiątkę – powiedział.

    – Jakbym zginął, to tylko nie płaczcie po mnie – poprosił ojca.

    W rozważaniu różańcowym wygłoszonym 19 października 1984, w dzień porwania przez funkcjonariuszy SB, także dał wyraz świadomości zbliżającej się śmierci. W słowach tych zawarł jakby główne przesłanie swej heroicznej posługi oraz uniwersalne wskazanie dobrej, chrześcijańskiej drogi: 

    – Życie trzeba godnie przeżyć, bo jest tylko jedno! Trzeba dzisiaj bardzo dużo mówić o godności człowieka, aby zrozumieć, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie, prócz Boga. Przerasta mądrość całego świata. Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostawać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. Zwyciężać zło dobrem, to zachować wierność prawdzie.

    Roman Motoła/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 21 PAŹDZIERNIKA

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE, ŻE OPRÓCZ KONTRYBUCJI RÓWNIEŻ CHCEMY W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ ZA MOŻLIWOŚĆ KORZYSTANIA Z KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    GODZ. 18.00 – GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy można czcić Matkę Bożą „za bardzo”? Ten zarzut wywodzi się z protestantyzmu!

    o. Jan Strumiłowski OCist.

    Matka Boża Różańcowa

    *****

    Jeżeli spojrzymy na zarzuty o przesadną maryjność albo tendencje zmierzające do utrwalenia obrazu Matki Bożej jako zwykłej kobiety, to przed protestantyzmem tego nie było. Nikt nawet nie wpadłby na to, że można czcić Maryję „za bardzo” – powiedział o. Jan Strumiłowski OCist.

    Ojciec Strumiłowski był jednym z duchownych, których obszerne wypowiedzi złożyły się na książkę zatytułowaną „W sercu Matki”, autorstwa Krystiana Kratiuka. Niedawne wydanie tej pozycji zbiegło się w czasie z kolejną falą formułowanych wobec kilku księży oskarżeń o „maryjny maksymalizm”. Czy zatem można czcić i wysławiać Matkę Bożą „zbyt mocno”?

    Otóż, jak zwrócił uwagę gość redaktora naczelnego PCh24.pl, piętnowanie za rzekomo nadmierną cześć do Tej, której sam Pan Jezus powierzył opiekę nad Kościołem („oto Matka Twoja”, J 19, 27) jest charakterystyczne dla trendów dominujących obecnie w Kościele. Tymczasem gdy spojrzeć na dawne wieki, wysławianie Maryi stało wówczas na o wiele wyższym poziomie niż dzisiaj, gdy wielu wydaje się, że tego rodzaju pobożność odznacza Polskę ze względu na jej rzekome zacofanie, nienowoczesność.

    – Wydaje się, że maryjność wśród naszych katolików to taka pobożność trochę dla ludzi mniej rozwiniętych intelektualnie. Jeśli bowiem ktoś jest bardziej inteligentny, to będzie bardziej rozważał jakieś kwestie metafizyczne, on ma duchowość bardziej intelektualną, bardziej pogodzoną z duchem tego świata – charakteryzował współczesny teologiczny „główny nurt” ojciec Strumiłowski.

    – Natomiast maryjność jest – „wiadomo” – albo dla małych dzieci albo dla osoby w podeszłym wieku, wychowanej na gruncie tak zwanego katolicyzmu kulturowego. I oznacza właściwie przyzwyczajenie, klepanie paciorków. Tak się postrzega coraz częściej maryjność. Zatem jeżeli kapłan, który powinien być przewodnikiem ludu Bożego niekoniecznie ku Bogu i ku zbawieniu, ale ku „nowemu, piękniejszemu światu”, to wiadomo że musi się dostosować do tych wszystkich nowych trendów – kontynuował.

    Rozmówca red. Kratiuka zwrócił uwagę na zmianę wizerunku Matki Bożej w naszej przestrzeni religijnej i kulturowej. Niekiedy pokazuje się dziś Maryję jako właściwie zwyczajną dziewczynę, a nie jako Kogoś, kto jest „wyniesiony ponad chóry aniołów”.

    – Obydwa te trendy wywodzą się z ducha protestanckiego. Jeżeli spojrzymy na zarzuty o przesadną maryjność albo tendencje zmierzające do utrwalenia obrazu Maryi jako zwykłej kobiety, to przed protestantyzmem tego nie było. Nikt nawet nie wpadłby na to, że można czcić Maryję „za bardzo” – podkreślał.

    – Kiedy spojrzymy, jak Maryja była czczona w pierwszym tysiącleciu, a jak jest czczona dzisiaj, nawet w tych miejscach, które pielęgnują pobożność maryjną, to jest po prostu przepaść – dodał.

    Gość PCh24 TV przytoczył kilka zaczerpniętych z duchowości rodzimego zgromadzenia dowodów na powyższą tezę. W konstytucji zakonu zapisano na przykład przestrzegane do dzisiaj polecenie, by każdy cysterski kościół poświęcony był Wniebowzięciu NMP. Oprócz brewiarza mnisi musieli odmawiać codziennie małe oficjum maryjne, z którego później wykształciły się Godzinki. Nie tylko w okresie Adwentu, lecz w ciągu całego roku cystersi w średniowieczu odprawiali o świcie Msze świętą roratnią. – A jednak takie opiewanie Maryi było czymś oczywistym, na porządku dziennym. Święty Bernard z Clairvaux mówił: „O Maryi nigdy dosyć”. To pokazuje, że ta pobożność była kiedyś zupełnie inna. Dzisiaj kiedy formułowany jest zarzut o maksymalizm maryjny, to jest to teza protestancka. Mówi się, że istnieje takie niebezpieczeństwo, iż jeśli ktoś będzie zbyt maryjny, to właściwie postawi Matkę Bożą w centrum pobożności i swojej wiary, a Maryja może przesłonić Pana Jezusa. Tylko że oznacza to zupełne niezrozumienie nie tylko tego, kim jest Maryja, ale także niezrozumienie Ewangelii. Maryja jest tak święta i tak oddana swojemu Synowi, że Ona właściwie nie ma tożsamości poza swoim Synem. My nie czcimy Jej z innego powodu niż ten, że Ona jest Matką Boga. To jest jeden z pierwszych dogmatów maryjnych. (…) tego się nie da oddzielić – wyjaśniał ojciec Strumiłowski.

    W praktyce tak naprawdę skłaniamy się dzisiaj coraz bardziej ku minimalizmowi maryjnemu. Oczywiście, wciąż mówimy, że Maryja jest święta. Coraz mniej rozumiemy jednak, że jej świętość istotowo różni się od misji wszystkich innych świętych – ocenił zakonnik.

    Tymczasem aby być w zgodzie ze zdrową, niezafałszowaną teologią, w hierarchii osób wyniesionych do chwały ołtarzy stawiamy Ją bezwzględnie na pierwszym miejscu, z mocnym podkreśleniem, że nie jest, co oczywiste, równa Bogu. Jeżeli weźmiemy pod uwagę katolickie dogmaty dotyczące Matki Bożej, na przykład ten o Jej Niepokalanym Poczęciu, to dojdziemy do wniosku, że nie możemy stawiać Jej na jednym poziomie z żadnym innym człowiekiem, poza Bogiem – człowiekiem. Została przecież zachowana od grzechu pierworodnego i jakiegokolwiek innego grzechu uczynkowego – przypomniał ojciec Jan Strumiłowski.

    źródło: PCh24TV

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 13 PAŹDZIERNIKA

    105. rocznica zakończenia objawień fatimskich

    Pierwsza figura Matki Bożej Fatimskiej – 100 lat w Fatimie/sekretariat fatimski

    ***

    105 lat temu miało miejsce ostatnie z sześciu objawień Maryi ukazującej się trojgu pastuszkom w Cova da Iria, składających się ze słynnych trzech tajemnic. Matka Boża wzywała do pokuty i systematycznego odmawiania różańca, ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu, ostrzega, że jeśli ludzie się nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara, ukazuje wizję piekła, zapowiada też prześladowania Kościoła, Ojca Świętego nie wyłączając.

    Maryja apeluje ponadto, aby wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca wraz z Komunią św. wynagradzającą.

    Zwieńczenie objawień

    13 października 1917 r. miał miejsce tzw. cud słońca, wieńczący objawienia trwające tam od 13 maja 1917 r. Opisy tego ostatniego, publicznego akcentu objawień obiegły całą ówczesną prasę. Objawienia były już na tyle znane i wywoływały sprzeczne emocje, że w Fatimie – mimo ulewnego deszczu oczekiwało wówczas 70 tys. osób przybyłych z całej Portugalii, a kolejne 20 tys. na obrzeżach. Byli to zarówno wierzący jak i skrajni sceptycy i antyklerykałowie, gdyż taki reżim panował wówczas w Portugalii. Po długim czasie oczekiwania nad skalnym dębem ukazała się Maryja, zwracająca się do Łucji z prośbą, aby zbudowano tu na jej cześć kaplicę. Dodaje, że jest Matką Bożą Różańcową, wzywa do odmawiania różańca i zapowiada rychły koniec wojny i powrót z niej żołnierzy.

    Wkrótce potem Maryja rozchyla szeroko ręce, nagle przestaje padać deszcz, rozstępują się chmury i ukazuje się słońce, świecące silniejszym blaskiem niż zwykle. Wtem – jak czytamy w opisach – słońce zaczyna migotać, jakby zapalało się i przygasało, a następnie wirować, rzucając we wszystkie strony promienie w różnych kolorach. Nagle słońce przestaje wirować, a olbrzymia świetlista kula pędzi z wielką prędkością w kierunku przerażonego tłumu. Nagle zatrzymuje się i wraca na swoje miejsce. A kiedy rzesze szaleją z zachwytu, trójka pastuszków doznaje wizji, w której Maryja wraz z Dzieciątkiem błogosławi świat.

    W ten sposób zakończyły się najsłynniejsze w XX stuleciu objawienia maryjne, które nastąpiły w czasie, gdy toczyła się pierwsza wojna światowa, a w Portugalii sprawował rządy ostro antykościelny reżim. W Rosji za kilka tygodni miała zacząć ateistyczna rewolucja, która – w swych konsekwencjach – przyniosła najwięcej zbrodni i ofiar w historii świata oraz prześladowania Kościoła w niespotykanej dotąd skali.

    Przebieg objawień

    Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.

    Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: “O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.

    Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że “w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.

    “Jasna Pani”

    Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października. Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej “Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.

    “Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.

    Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.

    Pierwsza tajemnica

    Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.

    Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. “Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.

    Maryja mówi dzieciom, że pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatimski cud słońca, którego świadkami było kilkadziesiąt tysięcy osób, we wspomnieniach s. Łucji
    fot. screenshot Twitter (Monjoie Saint Denis)

    *****

    Fatimski cud słońca, którego świadkami było kilkadziesiąt tysięcy osób, we wspomnieniach siostry Łucji

    „Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. (…) Niech ludzie już dłużej nie obrażają Boga grzechami, już i tak został bardzo obrażony” – powiedziała Matka Boża podczas ostatniego objawienia w portugalskiej Fatimie 13 października 1917 roku.

    13 października 1917 roku wyszliśmy z domu bardzo wcześnie, bo liczyliśmy się z opóźnieniem w drodze. Ludzie przyszli masami. Deszcz padał ulewny. Moja matka w obawie, że jest to ostatni dzień mojego życia, z sercem rozdartym z powodu niepewności tego, co mogło się stać, chciała mi towarzyszyć.

    Na drodze sceny jak w poprzednim miesiącu, ale liczniejsze i bardziej wzruszające. Nawet błoto nie przeszkadzało tym ludziom, aby klękać w postawie pokornej i błagalnej.

    Gdyśmy przybyli do Cova da Iria koło skalnego dębu, pod wpływem wewnętrznego natchnienia prosiłam ludzi o zamknięcie parasoli, aby móc odmówić różaniec. Niedługo potem zobaczyliśmy odblask światła, a następnie Naszą Panią nad dębem skalnym.

    – „Czego Pani sobie ode mnie życzy?”
    – „Chcę ci powiedzieć, żeby zbudowano tu na moją cześć kaplicę. Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu”.
    – „Ja miałam Panią prosić o wiele rzeczy: czy zechciałaby Pani uzdrowić kilku chorych i nawrócić kilku grzeszników i wiele więcej”.
    – „Jednych tak, innych nie. Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów”.

    I ze smutnym wyrazem twarzy dodała:
    – „Niech ludzie już dłużej nie obrażają Boga grzechami, już i tak został bardzo obrażony”.

    Znowu rozchyliła szeroko ręce promieniejące w blasku słonecznym. Gdy się unosiła, Jej własny blask odbijał się od słońca. Oto, Ekscelencjo, powód dlaczego zawołałam, aby ludzie spojrzeli na słońce. Zamiarem moim nie było zwrócenie uwagi ludzi w tym kierunku, gdyż nie zdawałam sobie sprawy z ich obecności. Zrobiłam to jedynie pod wpływem impulsu wewnętrznego, który mnie do tego zmusił.

    Kiedy Nasza Pani zniknęła w nieskończonej odległości firmamentu, zobaczyliśmy po stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Naszą Dobrą Panią ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża.

    Krótko potem ta wizja zniknęła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boska Bolesna.Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób jak św. Józef. Zniknęło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Boską Karmelitańską.

    Fronda/”Siostra Łucja mówi o Fatimie”, 1989

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatimski cud Słońca

    Tyle mówi się o cudzie Słońca! Właściwie z datą 13 października 1917 r., z ostatnim objawieniem w Fatimie, kojarzy nam się przede wszystkim właśnie owo wielkie miraculum. Tymczasem… to duży błąd.

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r./wikipedia.org

    ***

    Ten cud – rozumiany jako wydarzenie historyczne – wcale nie należy do objawień fatimskich! To nie jest część orędzia z Fatimy, które, jak uczył Jan Paweł II, „z każdym rokiem przybliża się do swego wypełnienia”. Chyba ktoś bardzo się starał, by cud Słońca uczynić zasłoną dla ostatniego wezwania fatimskiego – najważniejszego krzyku z nieba. To typowy manewr szatański: próbuje się skupić naszą uwagę na tym, co kolorowe, szokujące, ciekawe i sensacyjne, by to, co istotne – a zawarte w trudnym przekazie i domagające się uwagi – pozostało nieznane, czyli niepodjęte.

    Diabeł interpretatorem orędzia?

    To tak, jakby Zły rozumował: „Jeśli objawienie stało się już faktem, i to uznanym przez Kościół, to przesuńmy przynajmniej jego akcenty na niezobowiązujące tematy”. Przyznajmy, że to genialny ruch rodem z piekła.

    Czy nie jest tak z Fatimą? Uwagę ludzi najbardziej przykuwają sensacyjny cud Słońca oraz przekazany w lipcu potrójny sekret. Ten – odpowiednio przedstawiony – nie tylko do niczego nie wzywa, ale jeszcze rodzi nieufność do Kościoła, który rzekomo nie mówi całej prawdy, manipuluje i kłamie. Tymczasem powinniśmy streszczać orędzie fatimskie ostatnim, ogłoszonym w październiku 1917 r., podwójnym apelem.

    Dwa najważniejsze słowa

    Co Matka Najświętsza powiedziała w październiku? Po pierwsze: Maryja nigdzie mocniej nie podkreśliła roli Różańca – nazwała siebie Matką Bożą Różańcową. Mieliśmy odkryć piękno i moc tej modlitwy.

    Po drugie: Matka Boża wzywała, byśmy przestali – już dziś – grzeszyć, bowiem miara Bożej cierpliwości się przelała. Mieliśmy ze wstrętem odwrócić się od każdego zła.

    Trzy wizje

    Pamiętajmy, że fatimscy wizjonerzy nie byli świadkami cudu Słońca. Kiedy tłum oglądał tańczący na niebie, tryskający kolorami dysk, oni widzieli tam jak na ekranie trzy obrazy. Właśnie te wizje – nie cud Słońca – stanowią integralną część przesłania z Fatimy.

    Czyli co? – pytamy.

    Dzieci widzą najpierw Świętą Rodzinę, a wizja podkreśla rolę Józefa, który (nie Maryja!) trzyma na ręce Dzieciątko Jezus błogosławiące świat. Józef też błogosławi, Maryja nie. Jest nad czym myśleć… Dziesiątki lat później Łucja napisze do Watykanu, że rodzina jest ostatnią redutą broniącą się przed mocami szatana. Tylko ona może dziś ocalić świat.

    Potem na niebie ukazuje się Zbawiciel z Matką Bożą Bolesną. Czy to znak, że idą czasy, w których będzie wiele bólu? Owszem, ale przede wszystkim bólu nadprzyrodzonego, bo „wiele dusz idzie do piekła”. Dziś irytują nas rozmaici agresywni ludzie… Jeśli jednak przypomnimy sobie Fatimę, zaczniemy te zagubione dusze nie tyle nienawidzić czy nimi gardzić, ile boleć, że czeka je piekło. Będziemy się zastanawiać, jak im pomóc – nie jak je zniszczyć…

    Na koniec na ekranie nieba pojawia się Matka Boża Szkaplerzna. Szkaplerz to rodzaj fartucha zakładany do pracy, by nie brudzić habitu. Fatima przypomina ewangeliczną prawdę, że łaska i pomoc Boża nie spadają z nieba bez współpracy człowieka z Bogiem, że chrześcijanie to nie widzowie, ale ludzie brudzący się na rzecz królestwa.

    Rola rodziny… Rzeczy ostateczne… Wezwanie do działania… Oto mapa fatimska na dziś.

    Mniejszy cud

    Cud Słońca został wpisany w Boże plany, podejmijmy zatem i ten wątek. Rzeczywiście, jest on tematem orędzia – i to dwukrotnie. Matka Najświętsza nie położyła jednak akcentu na samym wydarzeniu, ale na jego celu: ludzie mają uwierzyć, że słowa z Fatimy to wołanie Boga wzywającego do nawrócenia.

    O cudzie Maryja mówi najpierw 13 lipca, gdy zapowiada: „W październiku uczynię cud, by wszyscy uwierzyli”. Ma on sprawić, że świat uwierzy w prawdziwość orędzia z Fatimy, że zostaną spełnione prośby fatimskie i zapanuje Boży pokój. Niemożliwe? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Taki był Jego plan.

    Jak miał wyglądać ów cud, mogący zmienić świat tak radykalnie? Wtedy ostatnie słowa Matki Bożej byłyby już inne – te znane nam nie pasowałyby już do: „wszyscy uwierzyli”.

    Gdy zapowiedziany w lipcu wielki cud stał się w październiku faktem, nie był już „ten sam”. Jeden czyn jednego człowieka sprawił, że w orędzie uwierzyło zaledwie 70 tys. ludzi. Przyczynił się do tego Arturo Oliveira dos Santos, który uniemożliwił dzieciom sierpniowe spotkania z Maryją. Znamy historię ich porwania. Gdy sześć dni później powrócą do domu, Maryja ukaże się im, by powiedzieć: „W październiku cud będzie mniejszy”.

    Temat skutku grzechu

    Jeżeli pytamy o znaczenie cudu Słońca, trzeba przede wszystkim mówić o konsekwencjach grzechu, który nie jest sprawą prywatną między człowiekiem a Bogiem i nieprawdą jest, że popełniony nikomu nie czyni krzywdy. Nieprawdą jest, że związki partnerskie i homoseksualizm nikomu nie wyrządzają zła. Pomniejszony cud Słońca temu przeczy. Każdy z grzechów, nawet najbardziej „prywatny”, odbiera Bogu możliwość działania w świecie. To tak, jakbyśmy zatykali nimi otwory w niebie, przez które wylewa się łaska. Miliony malutkich, zdawałoby się, nikomu nieszkodzących grzechów – i ziemia schnie z braku łaski… To jest prawdziwa ekologia – ekologia zbawienia! To dlatego Maryja woła na koniec objawień: „Stop grzechowi!”. Inaczej: Pozwólcie Bogu dokonywać wielkich cudów! Nie zatykajcie grzechami niebieskiego sita!

    Cud miał być powszechny

    Jak miał wyglądać ten cud? Możemy się chyba domyślać. W lipcu 1917 r. Maryja zapowiedziała, że wybuch wojny gorszej od tej pierwszej poprzedzi ostrzegawczy znak, który pojawi się na niebie. Rzeczywiście, ukazał się on w nocy z 28 na 29 stycznia 1938 r. Na jedną noc całe niebo rozświetliła krwawa łuna. Znak widzieli wszyscy – od Ameryki po Azję…

    Czy tak samo wszyscy ludzie nie mogli zobaczyć cudu Słońca? Gdyby tak się stało, żylibyśmy w innym świecie. I nie będzie on lepszy, póki – jak ów mason Arturo Oliveira dos Santos – będziemy „skutecznie” zmieniać Boskie plany. Oto niepojęta tajemnica: wielkie plany Boga, który pragnie naszego szczęścia, niweczy mały grzech człowieka.

    To chyba najważniejsza lekcja wpisana w fatimski cud Słońca. Bardzo konkretna.

    Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________________

    Maryja przepowiedziała wojnę nuklearną? Abp Sheen o Cudzie Słońca
    fot. screenshot – YouTube (pawelloo)/ Fred Palumbo via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Maryja przepowiedziała wojnę nuklearną?

    Abp Fulton Sheen o Cudzie Słońca

    105 lat temu od 30 do nawet 100 tys. osób obserwowało w Cova da Iria w pobliżu Fatimy niezwykłe zjawisko zapamiętane jako „Cud Słońca”. Wydarzenie to miało być znakiem potwierdzającym autentyczność fatimskich objawień. Nowe światło na „Cud Słońca” rzucił w swojej książce „Komunizm i sumienie Zachodu” abp Fulton Sheen. Ten wybitny amerykański duchowny wskazywał, że zdarzenie z 13 października mogło być również przestrogą dla świata. To przestroga szczególnie aktualna dziś, kiedy Rosja ponownie grozi użyciem broni jądrowej.

    Fragment książki “Komunizm i sumienie Zachodu“:

    Ostatnie objawienie miało miejsce 13 października 1917 roku. Matka Boża zapowiedziała wcześniej, że w tym dniu dokona się cud, żeby wszyscy obecni mogli uwierzyć w Jej objawienia. Wieczorem12 października drogi do Fatimy zapełniły się powozami, rowerami i piechurami pielgrzymującymi na miejsce objawień. W południe 13 października w okolicy Fatimy zebrał się sześćdziesięciotysięczny tłum świadków, wśród których było wielu ludzi niewierzących i szyderców. Nie zależy nam na udowadnianiu autentyczności zjawiska, które miało miejsce w Fatimie. Ci, którzy wierzą w królestwo ducha i w Matkę Bożą, nie potrzebują dowodów, a ci, którzy odrzucają Ducha, i tak by tych dowodów nie przyjęli. Powinniśmy natomiast zastanowić się, jakie znaczenie należy przypisywać „tańcowi słońca”, który wielu ludzi widziało w dniu 17 października 1917 roku. Niczego nie możemy powiedzieć na pewno, ponieważ jednak ogólne wrażenie było przerażające, możemy pokusić się o pewne spekulacje.

    Czy mogła to być zapowiedź dnia, w którym ludzie ukradną część energii atomowej ze Słońca i użyją jej nie do oświetlenia świata, ale do zrzucenia bomby z nieba na bezbronną ludność? W czasach, kiedy klęska głodu dotykała ziemię, kiedy wojny niszczyły gromadzone przez stulecia dziedzictwo ludzkości, kiedy człowiek był człowiekowi wilkiem, kiedy wielkie obozy koncentracyjne niczym Moloch pochłaniały miliony ludzkich istnień, ludzie zawsze mogli spoglądać ku niebu z nadzieją. Chociaż bowiem ziemia była okrutna, przynajmniej niebiosa pozostawały dla nas łaskawe. Czy to objawienie jest zapowiedzią, że na pewien czas niebiosa również zwrócą się przeciwko ludziom, a ogień z nieba zostanie skierowany przeciwko bezbronnym dzieciom Bożym? Nie wiemy, czy była to zapowiedź bomby atomowej. Jedno jednak jest pewne – nie oznaczało ono końca nadziei. Między ciemnymi chmurami wciąż bowiem widoczna jest wizja Pięknej Pani w niebiosach, która ma księżyc pod stopami, wieniec z gwiazd nad głową i jest obleczona w słońce. Niebiosa nie są nastawione przeciwko nam i nie dokonają zniszczenia, dopóki Ona jest Królową Nieba.

    Być może jednak warto się zastanowić, dlaczego Wszechmogący Bóg w swojej opatrzności uznał za stosowne dać nam w tym czasie objawienie swojej Najświętszej Matki, aby ponownie zwrócić nas ku modlitwie i pokucie. Natychmiast przychodzi na myśl jedno wyjaśnienie. Ponieważ świat stracił Chrystusa, możliwe, że odzyska Go za pośrednictwem Maryi. Gdy nasz Najświętszy Pan miał dwanaście lat, zagubił się. Wtedy odnalazła Go Jego Matka. Teraz, kiedy znowu straciliśmy Go z oczu, być może właśnie dzięki Maryi świat odzyska swojego Boga i Zbawiciela. Inne wyjaśnienie może być takie, że Boża opatrzność kobiecie dała moc pokonania zła. W tym strasznym dniu, gdy zło po raz pierwszy pojawiło się na świecie, Bóg tak przemówił do węża w ogrodzie Eden: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę” [Rdz 3, 15]. Innymi słowy, zło będzie miało potomstwo. Ale dobro też doczeka się potomstwa. To dzięki potędze kobiety zło zostanie pokonane. Obecnie żyjemy w godzinie zła. Chociaż bowiem do dobra należy dzień, zło ma swoją godzinę. Nasz Pan, Jezus Chrystus, zapowiedział to w chwili, gdy Judasz przyszedł do Ogrodu Oliwnego: „To jest wasza godzina i panowanie ciemności” [Łk 22, 53]. W tej godzinie zło może tylko zgasić światła nad światem – ale może to zrobić. Skoro zatem żyjemy w godzinie zła, jak inaczej mamy przezwyciężyć ducha Szatana, jeśli nie mocą Kobiety, której Wszechmocny Bóg dał nakaz zmiażdżenia głowy węża? Nie słyszy się już kłamstw, że Kościół katolicki oddaje cześć Maryi albo że stawia Ją na równi z Bogiem lub wręcz że Maryja zajmuje Jego miejsce. Ludzie zaczynają uznawać przekazywaną przez chrześcijańską tradycję prawdę, że tak jak przez Ewę grzech pojawił się na świecie, tak też przez nową Ewę, czyli przez Maryję, na świat przyjdzie odkupienie za grzechy […]. Objawienia fatimskie są dla nas przypomnieniem, że żyjemy we wszechświecie moralnym, w którym zło pokonuje samo siebie, a dobro samo podtrzymuje swoje istnienie. Są przypomnieniem, że zasadnicze problemy tego świata nie dotyczą polityki czy ekonomii, lecz ludzkich serc i dusz, a odnowa duchowa jest warunkiem polepszenia sytuacji społecznej. Rosja Radziecka nie jest jedynym zagrożeniem dla Zachodu. Za większe zagrożenie uznać należy proces niszczenia duchowości w świecie zachodnim, któremu Rosja nadała polityczną formę i społeczną substancję. Według słów Matki Bożej Fatimskiej druga wojna światowa wybuchła, ponieważ nie było poprawy ludzkich serc i dusz.

    z książki: „KOMUNIZM I SUMIENIE ZACHODU” ABP FULTONA SHEENA/Fronda .pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ikona Bogurodzicy Fatimskiej

    fx2

    Historia ikony Niepokalanej Pani naszej Bogurodzicy Fatimskiej „W Tobie Jedność” rozpoczęła się w 2016 roku od pytania, „co można zrobić dla pokoju w świecie” wysłanego na grób   św. Jana Pawła II. Po jakimś czasie, na modlitwie, Święty odpowiedział, że trzeba w tym celu   podjąć  intencje i formy wynagrodzenia przekazane Pastuszkom fatimskim przez „Panią jaśniejszą od słońca”, i by uczyć się od nich postawy dziecka, w którego wykonaniu to, co małe, jest zdolne „pocieszyć” Boga. Stąd też ufność, że ta ikona pisana modlitwą wielu osób i pragnieniem, by przybliżyć prośby Matki z Fatimy  naszym braciom i siostrom, rzeczywiście może się do tego przyczynić. Przez cały Maryjny Rok Jubileuszowy ikona Pani Fatimskiej będzie w naszej kaplicy blisko swoich dzieci, nachylona ku ich modlitwom i dzieląca z nimi troski swego Serca.

    Na ikonie w naszej kaplicy Maryja przedstawiona jest w niepełnej postaci, nieco powyżej kolan, z głową i ramionami skierowanymi trochę w prawo tak, że spojrzenie Matki skupione jest na małej, klęczącej  w habicie karmelitanki, postaci s. Łucji i znajdującym się za nią krajobrazie. Na pierwszym planie jest dom rodzinny s. Łucji i kilka innych zabudowań, dalej łączka i parę owiec, wzgórze, a za nim miasto z górującą nad zabudowaniami cerkwią o kilku niebieskich kopułach, w sposób szczególny objętą spojrzeniem Maryi, na co wskazuje płynący od niej promień światła.

    Postać Maryi zanurzona jest w złocie, które stanowi prawie połowę ikony i w hierarchii kolorów zajmuje pierwsze miejsce. Kolor złoty oznacza jasność Bożej chwały, jest to światłość niestworzona, nie znająca dychotomii „światłość-ciemność”, jest to symbol transendentny, nie element dekoracyjny. W ikonie Bogurodzicy Fatimskiej złoto przedstawia  „to ogromne światło, którym jest Bóg”, które Maryja przekazała Pastuszkom. W sprawozdaniu Komisji kanonicznej  tak to zostało ujęte: „Z całej postaci, okolonej blaskiem bardziej lśniącym od słońca, wychodziły promienie światła – szczególnie z twarzy o urodzie nie do opisania…” Na ikonie jest to oddane przez specjalne opracowanie aureoli okalającej głowę Maryi. Całość postaci Bogurodzicy, Jej różaniec, płaszcz, złota lamówka „wyłaniająca się z ogromu światła, którym się wydawała być Ona sama” zostały przedstawione na podstawie opowiadań dzieci.

    Drugim kolorem dominującym jest biel – kolor, który również wyraża transcendencję, jest równocześnie kolorem i światłem. Kolor biały, który symbolizuje czystość, nieskalaność, wspólnotę ze światłem boskim, jest jednością wszystkich kolorów i w tej ikonie jest to szczególnie ważne.

    Aby utrzymać dominantę bieli i wyrazić dziecięcą niewinność Świętych Pastuszków, Franciszek i Hiacynta, przedstawieni w medalionach oznaczających wieczność Boga i chwałę Nieba, zostali ubrani w białe szaty niebian, jako mali męczennicy, którzy dzięki swojej żarliwości w ascezie wynagrodzenia „wybielili swoje szaty we krwi Baranka” (por. Ap 7,14). Każdy z Pastuszków jest przedstawiony z różańcem, dla zobrazowania ich gorliwości w tej modlitwie, o którą Maryja szczególnie prosiła i prosi.

    Na ramieniu Franciszka siedzi sokół. Wiemy z opowiadań Łucji, że Franciszek kochał zwierzęta, dzielił się swoim posiłkiem z ptakami, które  przylatywały  do niego, gdy grał na fujarce. Ale dlaczego sokół? W języku ikony oznacza to przywróconą harmonię Raju, pierwszą niewinność Adama i garnących się do niego zwierząt, gdy jeszcze „dla wszelkiego zwierzęcia… dla wszelkiego ptactwa w powietrzu… pokarmem była wszelka trawa zielona” (por. Rdz 1,30) i sokół był przypuszczalnie równie łagodny jak wróbel.

    Podobne znaczenie mają kwiaty w dłoniach Hiacynty. Kwiaty są symbolem tej cząstki Raju utraconego, która wśród wszystkich rzeczy stworzonych najmniej dotknieta jest klęską grzechu. Są one także biblijnym symbolem krótkości życia – to 10 lat małej św. Hiacynty.W  tym bukiecie kwiatów ukryty jest jeszcze jeden symbol: to wielka miłość Hiacynty,  a także Franciszka i Łucji  do Niepokalanego Serca Maryi. Tym, którzy Je czczą i kochają, Maryja powiedziała, że „będą przez Boga kochani jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu.” Mała Hiacynta była mądrą dziewczynką i w tej ikonie mówi modlącym się: I ty możesz żyć dla ozdoby Jego  tronu.

    S. Łucja, jeszcze bez aureoli, klęczy wytrwale u stóp Bożej Matki, której przesłania strzegła  na ziemi. Klęczy w naszym imieniu i przedstawia sobą cały Karmel.

    Ikona nosi nazwę „W Tobie jedność”. W Tobie jedność podzielonego Kościoła, w Tobie jedność ludzkości i podzielonej Ojczyzny, w Tobie jedność rodzin i wspólnot, w Tobie jedność podzielonego człowieka.

    Karmel Miłości Miłosiernej w Szczecinie

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziś, 13 października 2022, miał miejsce ważny moment w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym s. Łucji z Fatimy

    Watykan: Dziś miał miejsce ważny moment w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym s. Łucji z Fatimy
    siostra Lucja i św. Jan Paweł II/fot. O Bom Catòlico/cc 2.0

    *****

    Postulatorzy sprawy beatyfikacyjnej siostry Łucji od Jezusa (Lúcia dos Santos), jednej z trojga dzieci, którym w 1917 ukazała się Matka Boża w Fatimie złożyli na ręce prefekta Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kardynała Marcello Semeraro dokumentację o jej życiu, cnotach i opinii świętości (Positio Super Vita, Virtutibus et Fama Sanctitati) – informuje agencja Ecclesia.

    Jak stwierdza Sanktuarium Fatimskie, przekazanie „Positio” jest ważnym momentem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Służebnicy Bożej w jego rzymskiej fazie. Tom ten zawiera biografię siostry Łucji, opartą na dokumentach zebranych podczas diecezjalnej fazy procesu (która miała miejsce w diecezji Coimbra w latach 2008-2017); „Informatio” (informację), opisującą cnoty, którymi żyła zakonnica, a także listę zeznań świadków, jej Dzienniczek i inne niepublikowane dokumenty, „uznane za istotne w procesie”.

    Dokument ten zostanie przeanalizowany przez grupę dziewięciu teologów, którzy wydadzą swoją opinię, aby ustalić, czy s. Łucja „praktykowała cnoty w stopniu heroicznym”.

    Pozytywna opinia Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych jest przedstawiana papieżowi, który zatwierdza publikację odpowiedniego dekretu. Do etapów beatyfikacji i kanonizacji konieczne jest zatwierdzenie cudu przypisywanego wstawiennictwu odpowiednio Czcigodnego Sługi Bożego lub błogosławionego.

    Faza diecezjalna procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego siostry Łucji od Jezusa (1907-2005), jednej z trzech widzących z Fatimy, dobiegła końca 13 lutego 2017 r. w kościele karmelitek w Coimbrze. Proces obejmował analizę tysięcy listów i tekstów, a także przesłuchanie 61 świadków.

    Łucja Rosa dos Santos, siostra Maria Łucja od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi zmarła 13 lutego 2005 r. w wieku 97 lat, po kilkudziesięciu latach życia w klauzurze w Karmelu w Coimbrze.

    Proces ten rozpoczął się w 2008 roku, trzy lata po jej śmierci, kiedy to obecny papież-senior Benedykt XVI zrezygnował z pięcioletniego okresu oczekiwania ustanowionego przez prawo kanoniczne.

    Franciszek i Hiacynta Marto, dwoje pozostały dzieci z Fatimy, zostali kanonizowani przez papieża Franciszka, w Fatimie 13 maja 2017 r.

    Łucja urodziła się 22 marca 1907 roku w Aljustrel, w Portugalii. 13 maja 1917 roku, wraz z kuzynami Franciszkiem i Hiacyntą, doświadczyła pierwszego objawienia się Matki Bożej w Cova da Iria. Podczas kolejnego widzenia Łucja otrzymała od Maryi misję: „Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie mnie poznali i pokochali. Chciałabym ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”.

    3 października 1934 roku złożyła śluby wieczyste w Zgromadzeniu Sióstr św. Doroty. 25 marca 1948 roku za specjalnym pozwoleniem papieża Piusa XII wstąpiła do karmelitanek bosych w Coimbrze. Przyjęła imię siostry Marii Łucji od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi. Zmarła 13 lutego 2005 roku w klasztorze w Coimbrze.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaraz po Mszy świętej to różaniec jest modlitwą najbardziej miłą Panu Bogu – siostra Łucja

    różaniec w Fatimie
    fot. Tiziana Fabi/ AFP

    *****

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca […] jest modlitwą najbardziej miłą Panu Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    „Nie ma takiego problemu ani osobistego, ani rodzinnego, ani narodowego, ani międzynarodowego, którego nie można byłoby rozwiązać przy pomocy różańca” – Matka Boża w Fatimie dała Łucji najlepszą receptę na wszystkie nasze życiowe bolączki.

    „Nasza Pani kończy swoje orędzie pamiętnego dnia 13 maja 1917 r. słowami: Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny – pisze s. Łucja Santos w Apelach orędzia fatimskiego. – To różaniec jest tą modlitwą, którą Bóg za pośrednictwem Kościoła i Naszej Pani nam wszystkim bez wyjątku mocno zalecił jako drogę i bramę zbawienia

    Dlaczego różaniec?

    Od czasu zakończenia objawień Maryi w Fatimie, a potem uznania ich prawdziwości przez Kościół co pewien czas powracało pytanie skierowane do s. Łucji: dlaczego Maryja dała takie właśnie zalecenie, wybrała tę modlitwę spośród wielu innych. Według zagorzałych krytyków objawień maryjnych wybór ten dyskredytuje znaczenie szczytu modlitwy, czyli Mszy świętej.

    Dlaczego zatem ta prośba „Odmawiajcie codziennie różaniec” połączona ze skutkiem, który wypełnienie zadania sprawi, czyli „by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny”?

    „Nie mam całkowitej pewności, dlaczego, gdyż Nasza Pani nie wyjaśniła mi tego a ja nie pomyślałam nawet o tym, by Ją o to zapytać. Wyjaśnienie sensu orędzia pozostawiam całkowicie Kościołowi świętemu, gdyż to do niego należy i to mu przysługuje.

    Odnośnie postawionego pytania sądzę, że Bóg jest Ojcem i jako Ojciec dopasowuje się do potrzeb i możliwości swoich dzieci. Otóż gdyby Bóg za pośrednictwem Naszej Pani prosił nas o to, byśmy codziennie uczestniczyli we mszy świętej i przyjmowali Komunię świętą, musiałby z pewnością wiele mówić, a to dlatego, że dla tych małych dzieci nie było to możliwe.

    Z jednej strony ze względu na wielką odległość do najbliższego kościoła, z drugiej zaś dlatego, że ich codzienne zajęcia i obowiązki, stan zdrowia, itp. nie pozwalały im na to. Natomiast odmawianie różańca jest dostępne dla każdego – dla biednych i bogatych, mądrych i nieuczonych, wielkich i małych” – odpowiada wzruszona s. Łucja.

    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos i Hiacynta Marto
    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos (z prawej) i Hiacynta Marto/wikimedia commons

    *****

    Weź do ręki różaniec

    Nie musisz mieć nic, by się modlić. Nie musisz nawet mieć w ręku różańca, by się modlić różańcem, ale warto go mieć, bo przypomina nam o spotkaniu, o Stwórcy modlitwy.

    „Nawet dla osób, które nie potrafią, lub nie są zdolne skupić się duchowo, aby rozważać i medytować, zwyczajny fakt wzięcia różańca do ręki, aby go odmawiać, jest już przypomnieniem sobie Boga” – uczy s. Łucja.

    Jako karmelitanka, zaprawiona w modlitewnym boju i znająca wiele form modlitwy, zaleca odmawianie różańca w ramach przygotowania do przyjmowania Komunii świętej. Z przekonaniem poucza, że „osoby, które mogą codziennie uczestniczyć we Mszy świętej nie powinny z tego powodu wymawiać się od codziennego odmawiania różańca”. Dla tych osób wskazuje modlitwę różańcową jako przygotowanie do lepszego udziału w Eucharystii.

    Różaniec: dla wszystkich na świecie

    „Nie wydaje mi się, byśmy spotkali lepszą modlitwę, która lepiej by służyła każdemu w ogólności, od różańca. Liturgia Godzin jest wspaniała, nie sadze jednak, by była dostępna dla wszystkich ludzi na świecie, ani też by odmawiane psalmy mogły być dobrze rozumiane przez wszystkich w ogólności. Wymaga ona niewątpliwie odpowiedniego wyrobienia i przygotowania, którego nie można wymagać od wielu” – mówi s. Łucja.

    I rzeczywiście, jeśli wychylimy głowę poza europejskie realia bliskości kościołów, dostępności sakramentów, kapłanów, książek, szkół biblijnych, liturgicznych, wspólnot i stowarzyszeń okaże się, że w codzienności Afrykańczyków, czy mieszkańców niektórych krajów Azji, czy wysp, to różaniec jest modlitwą naprawdę dla każdego.

    Również dla tych, którzy nigdy nie nauczą się czytać i pisać, a depozyt prawd wiary otrzymają z ustnych przekazów. Orędzia maryjne są zawsze uniwersalne, skierowane do każdego z wierzących. Zalecenie z Fatimy: „Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny” jest więc darem Ojca, przez ręce Matki dla każdego dziecka, niezależnie od jego wieku i wyrobienia duchowego.

    „Bóg, który jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci, domaga się od nas codziennego odmawiania różańca, zstępując w ten sposób na poziom prosty i wspólny dla wszystkich, aby nam ułatwić drogę dostępu do siebie” – pisze s. Łucja.

    WEB2-Woman-Praying-Holy-Rosary-Antoine-Mekary-ALETEIA-AM_5939.jpg
    fot. Antoine Mekary/Aleteia

    *****

    Paciorki budujące zażyłość

    Była pewna, że wszyscy ludzie dobrej woli mogą i powinni codziennie odmawiać różaniec, aby być w kontakcie z Bogiem, korzystać z Jego dobrodziejstw i prosić Go o potrzebne łaski. „Jest to modlitwa, która prowadzi nas do zażyłego spotkania z Bogiem.

    Podobnie jak dziecko, które idzie do ojca, aby mu podziękować, porozmawiać z nim o swoich problemach, otrzymać odpowiednie wskazania, pomoc, wsparcie i błogosławieństwo” – mówi.

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca, ze względu na pochodzenie i wzniosłość modlitw, z jakich on się składa, oraz tajemnic Odkupienia, które przypominamy i rozważamy w każdej dziesiątce, jest modlitwą najbardziej miłą Panu Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    Kto jest najważniejszy w tej modlitwie?

    Tylko Bóg. Każda modlitwa jest rozmową z Bogiem. Jeśli prosimy Maryję, albo zwracamy się o pomoc do świętych, to tylko z taką intencją i w takim sensie, że oni obcują z Bogiem twarzą w twarz i mogą za nami przed Nim orędować.

    Siostra Łucja zdecydowanie też mówi o tym, że przez różaniec uwielbiamy Boga, nie Maryję. Mówimy „błogosławiona między niewiastami”, ale dlatego, że Owoc Jej łona jest błogosławiony i przez Niego zstępuje w Maryję pełnia błogosławieństwa i łaski. Ona nie jest jej źródłem, ona jest naczyniem.

    Modlitwa różańcowa jest więc nieustannym uwielbianiem kolejnych etapów życia Jezusa, w którym Maryja, jako Matka, miała swój niezwykły udział. Dając modlitwę różańcową Bóg niejako dał nam proste narzędzie do oddawania Mu czci i uwielbiania Go w Jego dziełach i działaniu.

    Jeden jest pośrednik: Jezus

    „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” to modlitwy biblijne – pisze s. Łucja. Gdy prosimy, by „modliła się za nami grzesznymi” nie wskazujemy w żaden sposób, że Jej pośrednictwo jest równe Jezusowemu. Wręcz przeciwnie. Święty Paweł naucza, że „jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Jezus Chrystus” i Maryja w żaden sposób tego porządku nie narusza.

    Ona, w sposób doskonały, wypełnia jedną z próśb św. Pawła: „Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu. Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych i za mnie”. Na mocy tej rady powinniśmy modlić się za siebie nawzajem i zwracać się do Maryi, aby wstawiała się za nami u Boga – wyjaśnia s. Łucja.

    Fatima
    fot.Antoine Mekary|Aleteia

    *****

    Bogu chce się z nami rozmawiać

    Różaniec jest odpowiedzią na ukrytą w naszym wnętrzu potrzebę modlitwy, a więc potrzebę rozmowy z Ojcem. Nawet, jeśli na jakimś etapie naszego życia zaprzeczamy Jego istnieniu, lub przez całe życie zaprzeczamy i zagłuszamy tę potrzebę, ona w nas jest. Dlaczego?

    Bo nie zależy od naszej woli, ani postanowień. Jest w nas tęsknota, której nikt nie jest w stanie zaspokoić i dać na nią odpowiedzi, bo ta znajduje się jedynie w gestii Boga.

    Modlitwa, która jest w nas, nawet, gdy nie jesteśmy tego świadomi, jest częścią zwodzonego mostu wznoszonego nad rwącą rzeką. Przęsło otwierane po stronie Boga jest zawsze opuszczone na bezpieczną wysokość, nasza część bywa przez lata podniesiona do góry i spotkanie z Bogiem nie jest możliwe, choć czegoś wciąż nam brakuje.

    Dlatego „skoro wszyscy potrzebujemy modlitwy, Pan Bóg chce tego, abyśmy odmawiali – jako pewien stały wymiar dzienny – tę modlitwę, która jest zawsze w naszym bezpośrednim zasięgu: różaniec” – radzi s. Łucja.

    Do różańca nie musisz klękać

    „Można go odmawiać zarówno we wspólnocie, jak i prywatnie, tak w kościele przed Najświętszym Sakramentem, jak też w domu, w rodzinie, lub zupełnie samotnie, zarówno w drodze, jak i podczas spokojnego przebywania na polu” – pisze.

    Dziś do tych okoliczności, które sprzyjają sięgnięciu po różaniec można dodać jazdę autem, lot samolotem, czekanie w kolejce do lekarza, czy do kasy. Niemal każda z sytuacji, w których jesteśmy sami, jest stuprocentową okazją na modlitwę różańcową. Ta właśnie dostępność i przystępność, bez stwarzania specjalnych warunków zewnętrznych, czyni z różańca tak uniwersalną formę, dla każdego.

    „Matka rodziny może go odmawiać, kiedy kołysze maleństwo, lub porządkuje mieszkanie. Każdy dzień ma dwadzieścia cztery godziny… jakże to niewiele, jeśli poświęcimy jeden tylko kwadrans życiu duchowemu, naszemu wewnętrznemu i zażyłemu spotkaniu z Bogiem!”.

    cytaty: siostra Łucja, „Apele orędzia fatimskiego”

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Jan Paweł II:

    Odmawiajcie różaniec w domach! To droga uprzywilejowana

    rosary-shutterstock_676028902.jpg
    Shutterstock

    *****

    „Byłoby dobrze powrócić do pięknego zwyczaju odmawiania różańca w domu, jaki panował jeszcze w poprzednich pokoleniach. Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” – mówił papież w katechezie w 2003 roku.

    Różaniec: modlitwa prosta, a zarazem głęboka

    Jestem głęboko wdzięczny Bogu za ten czas łaski, w którym cała wspólnota Kościoła mogła pogłębić refleksję nad wartością i znaczeniem różańca jako modlitwy chrystologicznej i kontemplacyjnej.

    „Kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa”. Te słowa, zaczerpnięte z Listu apostolskiego Rosarium Virginis Mariae stały się niejako mottem Roku Różańca. Wyrażają one syntetycznie autentyczne znaczenie tej modlitwy, prostej, a zarazem głębokiej. Jednocześnie uwypuklają związek między wezwaniem do modlitwy różańcowej a drogą, jaką wskazałem Ludowi Bożemu w moim poprzednim Liście apostolskim Novo millennio ineunte.

    Droga Maryi

    Jeśli bowiem na początku trzeciego tysiąclecia chrześcijanie mają być tymi, którzy „kontemplują oblicze Chrystusa” (Novo millennio ineunte, 16), a wspólnoty kościelne stać się „prawdziwymi szkołami modlitwy” (tamże, 33), to różaniec stanowi „drogę maryjną” – a przez to uprzywilejowaną — do osiągnięcia tego podwójnego celu.

    Kościół, który pragnie coraz lepiej odzwierciedlać misterium Chrystusa, medytuje tajemnice Jego Ewangelii w szkole Maryi.

    Jest to „droga Maryi” (Rosarium Virginis Mariae, 24), droga, na której zrealizowała swą wzorcową pielgrzymkę wiary, jako pierwsza uczennica Wcielonego Słowa. Równocześnie jest to droga autentycznej pobożności maryjnej, całkowicie skupionej na więzi łączącej Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę (tamże).

    Różaniec odmawiany w domu

    Rodzina! To właśnie komórka rodzinna powinna być pierwszym środowiskiem, w którym przyjmuje się, pielęgnuje i chroni pokój Chrystusa. Jednak w naszych czasach bez modlitwy coraz trudniej jest rodzinom realizować to powołanie.

    Dlatego właśnie byłoby dobrze powrócić do pięknego zwyczaju odmawiania różańca w domu, jaki panował jeszcze w poprzednich pokoleniach. „Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” (Rosarium Virginis Mariae, 41).

    Są to fragmenty wypowiedzi Jana Pawła II z audiencji generalnej w Watykanie z dnia 29 października 2003 roku. Tytuł, lead, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl.

    ____________________________________________________________________________________

    Bez tego różaniec upodabnia się do ciała bez duszy. Benedykt XVI o modlitwie różańcowej

    Benedykt XVI odmawia różaniec
    VINCENZO PINTO/AFP/EAST NEWS
    Papież Benedykt XVI prowadzi modlitwę różańcową w Sanktuarium Matki Bożej w Fatimie, 12 maja 2010 r.

    ***

    Naturalnie najważniejsze jest to, żeby w ogóle się modlić. Ale dla tych, którzy chcą w modlitwie wzrastać i rozwijać się duchowo wskazówki Benedykta XVI, Jana Pawła II i Pawła VI mogą okazać się niezwykle pomocne.

    Benedykt XVI o różańcu

    Choć modlitwa różańcowa jest dość prosta, papież Benedykt XVI uważa, że istnieje szczególny sposób odmawiania różańca. Swoimi przemyśleniami na ten temat podzielił się w przemówieniu wygłoszonym w 2008 roku:

    Kiedy modlimy się na różańcu w sposób głęboki, autentyczny, nie zaś mechanicznie czy powierzchownie, modlitwa taka faktycznie przynosi pokój i pojednanie.

    Dla papieża emeryta autentycznym sposobem odmawiania różańca jest „kontemplacja i medytacja” tajemnic różańcowych.

    Z Maryją serce kieruje się ku tajemnicy Jezusa. Chrystus staje w centrum naszego życia, naszego czasu i naszego miasta w trakcie kontemplacji i medytacji świętych tajemnic radosnych, światła, bolesnych i chwalebnych.

    Św. Jan Paweł II i św. Paweł VI o różańcu

    Św. Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae także wskazał na kontemplację jako klucz do odmawiania różańca w „prawidłowy” sposób.

    Różaniec, właśnie dlatego, że odwołuje się od początku do doświadczenia Maryi, jest modlitwą wybitnie kontemplacyjną. Pozbawiona tego kontemplacyjnego wymiaru, modlitwa różańcowa traci swoje znaczenie, jak wskazał papież Paweł VI: „Jeśli brak kontemplacji, różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani” (Mt 6, 7).

    Kontemplowanie tajemnic różańcowych w trakcie odmawiania tej modlitwy nie zawsze jest proste i jakże łatwo popadamy w stare nawyki. Kluczem jest podejmowanie nieustannych wysiłków o rozwój życia duchowego. Z łaską Bożą róbmy wszystko, aby odmawiać różaniec, kontemplując jednocześnie tajemnice życia Jezusa.

    Philip Kosloski/Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________

    Benedykt XVI o modlitwie różańcowej: pomaga mocniej kochać Chrystusa i wierniej Go naśladować

    GS/ PCh24.pl

    *****

    Różaniec jest środkiem, który został nam ofiarowany przez Najświętszą Maryję Pannę, byśmy kontemplowali Jezusa i, rozpamiętując Jego życie, kochali Go i coraz wierniej naśladowali – podkreślał w swoich naukach Benedykt XVI.

    Benedykt XVI w czasie „Anioła Pańskiego” z 7.10.2007 roku, wskazał na tradycyjny wizerunek Matki Bożej Różańcowej. Jak przypomniał, ukazuje on Maryję, która trzyma na ręku Dzieciątko Jezus, a drugą ręką podaje koronkę różańca św. Dominikowi.

    „Ta wymowna ikonografia wskazuje, że różaniec jest środkiem, który został nam ofiarowany przez Najświętszą Maryję Pannę, byśmy kontemplowali Jezusa i, rozpamiętując Jego życie, kochali Go i coraz wierniej naśladowali. Takie przesłanie przekazała też Matka Boża w swoich różnych objawieniach” – mówił papież.

    Wyjaśnił przy tym, że ma na myśli zwłaszcza objawienia z Fatimy. „Przedstawiając się trojgu pastuszkom — Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi — jako «Matka Boża Różańcowa», usilnie zalecała im codzienne odmawianie różańca, by wyprosić zakończenie wojny. My również zechciejmy posłuchać matczynej prośby Maryi Panny i odmawiajmy z wiarą koronkę różańca w intencji pokoju w rodzinach, w narodach i na całym świecie” – nauczał Benedykt XVI.

    Jako, że nauka była związana z tygodniem misyjnym Benedykt XVI przypomniał również, że prawdziwy pokój szerzy się tam, gdzie ludzie i instytucje otwierają się na Ewangelię. „Głoszenie Ewangelii pozostaje pierwszym obowiązkiem Kościoła wobec ludzkości, posługą, która ma na celu ofiarowanie Chrystusowego zbawienia współczesnemu człowiekowi, na różne sposoby upokarzanemu i ciemiężonemu, oraz nadanie chrześcijańskiego charakteru przemianom kulturowym, społecznym i etycznym, zachodzącym w dzisiejszym świecie” – podkreślał Benedykt XVI.

    Papież zwrócił się też do Polaków, zachęcając do modlitwy różańcowej. Jak podkreślił „w tajemnicach różańca Maryja wprowadza nas w zbawcze dzieło Chrystusa” (…) „Niech jednoczy rodziny i niesie pokój dla świata. Niech wam Bóg błogosławi”.

    źródło: opoka.org.pl/Rozważanie przed modlitwą „Anioł Pański” 7.10.2007

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o Różańcu

    Na cześć Matki Bożej Fatimskiej, Matki Najświętszej Różańcowej, skomponowano listę 20 rzeczy, które powinniśmy wiedzieć o najświętszym Różańcu. Mamy nadzieję, że po jej przeczytaniu będziesz bardziej zmotywowany, by zgłębiać tajemnice modlitwy różańcowej. A przede wszystkim jednak niech ten artykuł stanie się iskrą do częstszej modlitwy na Różańcu poprzez wszystkie dni naszego życia. Zgodnie z tym, co mówił Święty Jan Paweł II: „ Aby kontemplować oblicze Jezusa poprzez oczy i serce Maryi”.   

    1. Imię ujawnione w Fatimie. Matka Boska objawiła się w portugalskiej Fatimie sześć razy w roku 1917 r. Ostatnim jej objawieniem był zaś wspaniały cud słońca. W obliczu tych okoliczności Matka Boża ujawniła trójce dzieci swe imię: „Matka Boża Różańcowa”.

    2. Fatimskie nawoływanie. Matka Boża sześć razy objawiła się w Fatimie. Za każdym razem  kiedy się ukazywała nalegała, by modlić się na Różańcu. Deklarowała, że tylko taka forma pobożności może uratować świat przed katastrofą.

    3. Ulubiona modlitwa wielu świętych. Na początku swego pontyfikatu Święty Papież Jan Paweł II powiedział, że Różaniec był jego ulubioną modlitwą. Święty Franciszek Salezy mówił zaś: „Poprzez tę modlitwę rozwijamy się, wzrastamy i poznajemy nowe horyzonty. Różaniec jest modlitwą bardzo pożyteczną o ile jest właściwie odmawiany”. U świętego Ludwika Grignion de Montfort znajdujemy takie zdanie: „Nigdy dusza gorliwa w codziennym odmawianiu różańca św. nie będzie heretycka lub oszukana przez szatana: to jest twierdzenie, które podpisuję swoją krwią”. Święty Maksymilian Kolbe pisał natomiast: „Prosta a wzniosła zarazem modlitwa – to różaniec święty. Przez tę modlitwę łatwo możemy otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże. W serca zbolałe spływa balsam ukojenia, w duszach zrozpaczonych wita znowu promyk nadziei”. A to tylko oczywiście niektóre z licznych świadectw świętych Kościoła.

    4. Papieże również pisali o różańcu. Leon XII poświęcił tej modlitwie maryjnemu aż szesnaście dokumentów! Pius X pisał w Liście apostolskim Summa Deus, że to „cudowne wydarzenie” spowodowało wzrost kultu Niepokalanej oraz „Jej świętego różańca”. Benedykt XV pisał zaś, że „Matka Boża ma tak wielki wpływ na swego Boskiego Syna, która jest pośredniczką i szafarką wszelkich łask udzielonych ludziom zawsze okazuje swą moc, zwłaszcza wtedy, gdy uciekamy się do różańca świętego”. Pius XI przypomniał, że „Kościół i sam papież — w obliczu błędów i ciężkich bolączek obecnych czasów — znajdują pociechę i natchnienie w synowskim zawierzeniu Matce Odkupiciela oraz w codziennym odmawianiu różańca Ten «Psałterz Matki Bożej, brewiarz Ewangelii i życia chrześcijańskiego» jest «mistycznym wieńcem», «mistyczną koroną», umiłowaną przez katolików, niezależnie od ich przynależności społecznej”. Pius XII zaś zachęcał rodziny chrześcijańskie do umieszczenia różańca na honorowym miejscu wśród innych modlitw. W encyklice Ingruentium malorum wezwał do ufnej modlitwy do Maryi, Matki całego rodzaju ludzkiego, aby zażegnała poważne konflikty między narodami, uchroniła Kościół przed prześladowaniami w wielu krajach oraz ustrzegła młodzież przed niebezpieczeństwami „Aby można było osiągnąć te szlachetne cele, papież Pius XII wzywa do modlitwy różańcowej, przekonany o «jej wielkiej skuteczności w otrzymaniu matczynej pomocy Najświętszej Maryi Panny” – pisał. Jan XXIII poświęcił pobożnej modlitwie maryjnej dwa znaczące dokumenty: encyklikę Grata recordatio o odmawianiu różańca w intencji misji i pokoju oraz List apostolski Il religioso convegno. Święty papież Jan Paweł II napisał duchowe arcydzieło na temat różańca: Różaniec Najświętszej Maryi Panny

    5. Tajemnice Światła. W cytowanym powyżej dokumencie Święty Jan Paweł II dodał nowy element, do tajemnic różańcowych, tajemnice Światła. Nie ma obowiązku ich odmawiania, można je jednak poznać. Są to: Chrzest Pana Jezusa w Jordanie, Pierwszy cud w Kanie Galilejskiej, Głoszenie nauk o Królestwie Bożym, Przemienienie na górze Tabor, Ustanowienie Eucharystii. Dzień, który zasugerował papież na Tajemnice Światła to czwartek.

    6. Różaniec to modlitwa biblijna. Różaniec jest zarówno modlitwą biblijną jak i medytacją mającą swe źródło w Biblii. Pamiętają o tym katolicy, a powinni również protestanci, którzy nierzadko powołują się przecież wyłącznie na Pismo Święte.

    7. Kompozycja biblijna. Modlitwy wypowiadane w czasie Różańca to: Ojcze Nasz, odmawiana sześć razy oraz Zdrowaś Maryjo, odmawiana pięćdziesiąt trzy razy. Obie te modlitwy mają swoje źródła w Biblii.

    8.  Tajemnice. Praktycznie wszystkie Tajemnice Różańca Świętego stanowią fragment Biblii lub obrazują scenę biblijną.

    9. Różańcowy Papież. Papież Leon XIII (1878-1903), wśród licznych tytułów jakie nosił, jest również znany jako „Papież Różańcowy”. W miesiącu wrześniu, przez sześć lat, ten wspaniały Papież pisał krótkie encykliki poświęcone Różańcowi Świętemu – jakże bardzo musiał on kochać Różaniec i jak mocno zachęcać ludzi by się na nim modlili!

    10. Różaniec i podobieństwo do człowieka. Święty Louis de Montfort porównuje Różaniec do złożonej natury człowieka. Istota ludzka ma zarówno ciało jak i duszę, podobnie jak Różaniec Święty. Ciało Różańca stanowią modlitwy słowne; duszę z kolei kontemplacja tajemnic Różańca. Wymodlony i kontemplowany Różaniec jest niezwykle ważną, ale też potężną modlitwą.

    11. Jest to także ulubiona modlitwa Maryi. Dzięki objawieniom fatimskim możemy śmiało powiedzieć, że różaniec jest ulubioną modlitwą Matki Bożej. Jest ratunkiem dla świata, dla duszy, a także swoistym bukietem pięćdziesięciu róż ofiarowywanym Sercu Królowej Niebios.

    12. Różaniec i morskie zwycięstwo. Zwycięstwo w słynnej bitwie morskiej pod Lepanto z XVI w. jest przypisywane błaganiom świętego Papieża Piusa V do wiernych, by modlili się na Różańcu. I rzeczywiście doszło do zmiany kierunku wiatrów, szala zwycięstwa się przechyliła i flota katolików rozbiła flotę muzułmanów – ogromne zwycięstwo, które zmieniło bieg historii. Dzień 7 października został ustanowiony liturgicznym Świętem Matki Bożej Różańcowej – aby upamiętnić różańcowe zwycięstwo pod Lepanto.   

    13. Czynnik czasu. Wiele osób uskarża się, że nie ma czasu na codzienną modlitwę, nie mówiąc już o modlitwie różańcowej. A przecież w czasie jednego odcinka opery mydlanej lub innego serialu telewizyjnego (60 minut) można odmówić cztery Różańce! Pozwólmy więc, by Jezus i Maryja oraz modlitwa stały się centrum naszego życia!

    14. Formuła Świętego Jana Pawła II.  Papież ten daje nam klucz do modlitwy różańcowej: „Kontemplować twarz Jezusa przez oczy i serce Maryi”. Święty Łukasz ewangelista przedstawia wszak Matkę Bożą jako skłonną do rozmyślań: „Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk, 2, 19).

    15. Klasyczny Różaniec. Jednym z największych duchowych dzieł napisanych na temat Najświętszego Różańca jest „Tajemnica Różańca Świętego” Świętego Ludwika de Montfort. Ten sam święty napisał arcydzieło poświęcone Maryi – „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. Obie są pozycjami, które „należy przeczytać” by poznać i kochać Matkę Bożą i Pana Jezusa jeszcze mocniej! 

    16. Miesiąc Różańca Świętego. Czerwiec jest miesiącem Najświętszego Serca Pana Jezusa, lipiec miesiącem Najdroższej Krwi Pana Jezusa, maj jest natomiast miesiącem Maryi. Ale to październik jest miesiącem Różańca Świętego. Powinniśmy się modlić przy pomocy Różańca każdego dnia, ale w październiku szczególnie.

    17. Święty ojciec Pio. Ten wielki współczesny święty upierał się, by jego duchowe dzieci posiadały nawyk modlenia się na Różańcu codziennie. Spróbujmy podążać za radami wielkich świętych: to pomoże nam osiągnąć Niebo, by przebywać z Matką Bożą jako Królową i Panem Jezusem jako Królem. Wielki czciciel Maryi święty Ojciec Pio mawiał: „Odmawiajcie zawsze Jej różaniec i czyńcie dobro. Dzięki tej modlitwie szatan spudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi”.

    18. Od satanistycznego kapłana do świętego. W dokumencie Świętego Jana Pawła II „Różaniec Najświętszej Maryi Panny” papież wspomina człowieka, o którym wielu wcześniej nie słyszało: Bartolo Longo. Człowiek ten popadł w praktyki satanistyczne, i został nawet kapłanem czarnych mszy. Jednak nawrócił się dzięki modlitwie na różańcu. Teraz mamy już błogosławionego Bartolo Longo! Cóż za niezwykła historia! Od kapłana Szatana do katolickiego świętego! Moc Matki Bożej jest nieograniczona, jeśli powierzymy się Jej w szczególności poprzez Różaniec Święty!

    19. Chroń rodzinę. Każda rodzina powinna sobie zarezerwować czas, miejsce i uformować nawyk codziennej modlitwy przy pomocy Różańca Świętego. Dobrze byłoby więc, aby ojciec rodziny podjął inicjatywę przewodzenia jej w codziennym odmawianiu różańca dla wiecznego zbawienia! Prawdziwym jest bowiem stwierdzenie: „Rodzina, która modli się razem, pozostaje razem” .

    20. Mistyczna Róża. Poeta Dante przedstawia Maryję jako „Mistyczną Różę”. Juan Diego gromadzi róże, które Matka Boża zamawia własnymi rękoma. Najcenniejszą różą jaką możemy ofiarować Matce Bożej jest Różaniec. Każde Zdrowaś Maryjo jest różą wysłaną do Nieba, która wypełnia Matkę Bożą ogromną radością!

    Módlmy się więc na różańcu! Módlmy się, by Matka Boża Różańcowa błogosławiła nas, nasze rodziny, i cały świat swoim kochającym matczynym spojrzeniem oraz nieustannie płonącym Niepokalanym Sercem.

    catholicexchange.com/malk/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wszystko o Różańcu. Jak powstał? Jak wyglądał na początku? Skąd wzięła się jego nazwa?

    Prapoczątków modlitwy różańcowej trzeba szukać w pierwszych klasztorach, albo nawet i wśród mnichów pustyń Syrii i Egiptu. Praktykowali oni modlitwę psalmami, odmawiając wszystkie sto pięćdziesiąt każdego dnia.

    fot.Karol Porwich/Niedziela

    *****

    Biblijno-pustynne początki

    Prapoczątków modlitwy różańcowej trzeba szukać w pierwszych klasztorach, albo nawet i wśród mnichów pustyń Syrii i Egiptu. Praktykowali oni modlitwę psalmami, odmawiając wszystkie sto pięćdziesiąt każdego dnia. Nie wszyscy jednak potrafili czytać, nie wszyscy byli w stanie się nauczyć wszystkich psalmów na pamięć. Poza tym sporo czasu zabierała im praca ręczna, dzięki której się utrzymywali, a którą trudno było pogodzić z dość czasochłonnym jednak odmawianiem codziennie całego Psałterza. Tak narodził się zwyczaj zastępowania stu pięćdziesięciu psalmów stu pięćdziesięcioma powtórzeniami Modlitwy Pańskiej, czyli Ojcze nasz. Tę praktykę przejęli z kolei od mnichów dość szybko i chętnie ludzie świeccy, pragnący naśladować w jakiejś mierze ich życie. Do odliczania modlitw używano kamyków, ziaren, sznurków, węzełków, które z czasem łączono. Tak powstawały pierwsze chrześcijańskie sznury modlitewne, które za kilka wieków doczekają się nazwy różańców. Ale o tym zaraz. Warto zauważyć, że modlitwa różańcowa urodziła się z modlitwy Słowem Bożym. Najpierw miały być to psalmy, od początku odczytywane przez chrześcijan jako teksty chrystologiczne, zapowiadające Mesjasza objawionego w Jezusie. Potem zastąpiono je modlitwą, której Jezus sam nauczył swoich uczniów – jakby nie patrzeć, również tekstem biblijnym.

    Jak różaniec stał się modlitwą maryjną?

    Pobożność maryjna, obecna w duchowości chrześcijańskiej właściwie od samego początku, systematycznie się rozwijała. Jednym z jej przejawów stała się praktyka modlitwy Pozdrowieniem Anielskim, czyli słowami, którymi Archanioł Gabriel zwrócił się do Maryi podczas Zwiastowania, opisanego przez ewangelistę Łukasza: „Bądź pozdrowiona, Maryjo, pełna łaski, Pan z Tobą; błogosławiona jesteś między niewiastami” (por. Łk 1,28; fraza „błogosławiona jesteś między niewiastami” nie występuje we wszystkich najstarszych kodeksach). Tę modlitwę również powtarzano sto pięćdziesiąt razy, analogicznie do powtarzania Ojcze nasz. Nazwano ją Psałterzem Maryi Panny.

    Dopiero w połowie XIV wieku kartuzi jako pierwsi zaczęli do tej formy Pozdrowienia Anielskiego dołączać słowa Elżbiety z ewangelicznej sceny Nawiedzenia: „Błogosławiony jest owoc żywota Twojego, Jezus” (por. Łk 1,42) oraz prośbę: „Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”, zapożyczoną niejako z tzw. modlitwy Jezusowej – „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, miej litość dla mnie grzesznika”. Tak wreszcie ukształtowała się znana nam dzisiaj modlitwa Zdrowaś Maryjo, która szybko zyskała popularność także poza kartuzją.

    Połączenie modlitw Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w różańcu oraz jego podział na „dziesiątki” również zawdzięczamy kartuzom, a dokładniej ich wspólnocie z Kolonii, w której narodził się zwyczaj odmawiania jednego Ojcze nasz co dziesięć Zdrowaś.

    Dlaczego różaniec nazwano „różańcem”?

    Ludzie średniowiecza, lubujący się w symbolach i przywykli do widzenia i opisywania świata na sposób alegoryczny. Róża świetnie nadawała się na symbol modlitwy – daru i hołdu. Sznur służący do odmawiania kolejnych modlitw ku czci Matki Bożej chętnie więc porównywano do wieńca plecionego z róż. Wieniec z róż, różaniec. Tak właśnie, najprawdopodobniej w XIII wieku wśród cystersów narodziła się nazwa modlitwy i służącego do niej przedmiotu. Do upowszechnienia tej nazwy przyczynili się następnie dominikanie, rozpowszechniając legendę o wizji, którą miał mieć św. Dominik. Sam chętnie sięgał po modlitwę różańcową. Odmawiał ją w drodze, w przerwach dysput z heretyckimi adwersarzami, przygotowując się do głoszenia kazań. Ponoć pewnego razu miał zobaczyć, jak z jego ust pod stopy Maryi padają róże, które Aniołowie splatają w wieniec. Jakkolwiek było, nazwa się przyjęła.

    Skąd się wzięły tajemnice różańcowe?

    Z początku nie były one znane. Dopiero z czasem modlący się różańcem zaczęli odczuwać potrzebę przywrócenia na nowo wyraźnie biblijnego charakteru i głębi tej modlitwy. Przypomnijmy, że narodziła się ona jako „zastępstwo” dla odmawiania psalmów, traktowanych jako proroctwa o życiu i misji Jezusa. Wprowadzenie różańcowych „tajemnic” – przywoływania i rozważania konkretnych wydarzeń z życia Pana przy kolejnych „dziesiątkach” – stanowiło więc niejako powrót do samego korzenia tej modlitwy, choć być może nieco okrężną drogą.

    W XIV wieku francuscy cystersi wprowadzili „dopowiedzenia” po imieniu Jezusa w pierwszej części Pozdrowienia Anielskiego, w których przywoływali kolejne wydarzenia z życia Zbawiciela. Na przykład: „… i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus, który narodził się w Betlejem” itp. Co ciekawe, dokładnie tę samą metodę wieki później zaproponuje w stworzonym przez siebie Ruchu Światło-Życie Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki.

    Żyjący na początku XV wieku kartuz z Trewiru, Dominik Helion alias Dominik z Prus opracował nawet zestaw stu pięćdziesięciu różnych dopowiedzeń do każdego różańcowego Zdrowaś. Podzielone one były na trzy zasadnicze grupy, dotyczące kolejno opisanych w Ewangelii wydarzeń z dzieciństwa Jezusa, z czasu Jego publicznej działalności oraz wydarzeń związanych z męką i zmartwychwstaniem. Owoc jego pracy nie przyjął się jednak w powszechnej praktyce, najpewniej ze względu na trud, jakiego wymagało wyuczenie się na pamięć kolejnych wezwań. Niemniej dzięki jego dziełu wiemy, że w XV wieku powszechnie znany i praktykowany był już „dziesiątkowy” podział różańca.

    Tajemnice różańcowe, które dzisiaj znamy, zawdzięczamy błogosławionemu dominikaninowi, który nazywał się Alan de la Roche vel Alan de Rupe. Sam nauczył się różańca właśnie od kartuzów i tak bardzo pokochał tę modlitwę, że za swoje powołanie przyjął uczenie jej innych, możliwie jak najliczniejszych. W 1470 roku utworzył pierwszą znaną nam w historii konfraternię różańcową. On także wyznaczył znanych nam piętnaście tajemnic, podzielonych po pięć na radosne, bolesne i chwalebne. Dopiero św. Jan Paweł II w 2002 roku w liście Rosarium Virginis Mariae (Różaniec Panny Maryi) dodał do Alanowej piętnastki jeszcze pięć tajemnic światła, odnoszących się do publicznej działalności Zbawiciela.

    Popularyzacja modlitwy różańcowej

    Dalszą popularyzację modlitwy różańcowej należy uznać przede wszystkim za dzieło Zakonu Kaznodziejskiego, czyli właśnie dominikanów. Szczególnie mocno wpisane w ich duchowość nabożeństwo do Matki Bożej tylko temu sprzyjało. Tworzyli oni coraz liczniejsze konfraternie różańcowe, propagowali tę modlitwę w kazaniach i przy wielu innych okazjach.

    Wywodzący się z Zakonu Kaznodziejskiego błogosławiony papież Pius V wstawiennictwu Maryi, uproszonemu modlitwą różańcową, do której wytrwale wzywał wszystkich wiernych, przypisał zwycięstwo floty sprzymierzonych państw chrześcijańskich nad Osmanami w bitwie morskiej pod Lepanto 7 października 1571 roku. Na pamiątkę tego zwycięstwa ustanowił na 7 października święto Matki Bożej Zwycięskiej, przemianowane potem przez jego następcę wprost na święto Matki Bożej Różańcowej.

    Spośród kolejnych papieży wielkimi propagatorami różańca byli zwłaszcza Leon XIII i oczywiście św. Jan Paweł II. W sumie powstało ponad dwieście dokumentów sygnowanych przez papieży poświęconych tej szczególnej formie modlitwy.

    Niebagatelną rolę w budzeniu różańcowej gorliwości miały i mają też na przestrzeni wieków prywatne objawienia maryjne, w których Matka Boża ma zachęcać do regularnego i pobożnego odmawiania różańca, podkreślając głębię, owocność i znaczenie tej modlitwy.

    ks. Michał Lubowicki/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Październik – miesiąc modlitwy różańcowej

    Od czasów papieża Leona XIII październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Do odmawiania różańca a także m.in. włączenia się w Procesje Różańcowe w całej Polsce zachęca moderator krajowy Żywego Różańca, ks. dr Jacek Gancarek. Rok 2022 to czwarty rok Wielkiej Nowenny Różańcowej zainicjowanej w związku z jubileuszem 200 – lecia Żywego Różańca, dzieła założonego przez beatyfikowaną w tym roku bł. Paulinę Jaricot.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Moderator Krajowy Żywego Różańca w swoim słowie na miesiąc różańcowy przypomina o szczególnej wartości tej modlitwy, o której papież Leon XIII mówił, że jest „streszczeniem całej Ewangelii”. Zachęca, by różaniec stał się codzienną modlitwą jak największego grona osób.

    Zaprasza też – zwłaszcza wspólnoty różańcowe – do włączenia się w szczególną październikową inicjatywę, jaką będzie Gwiaździsta Procesja Różańcowa „Z Maryją dla Polski”. Jak wyjaśnia, jest to niejako druga stacja II Ogólnopolskiego Kongresu Różańcowego, który odbył się na Jasnej Górze 3 i 4 czerwca br.

    Centralnym wydarzeniem w ramach tej inicjatywy będzie Procesja Różańcowa, która 8 października przejdzie z katedry w. Rodziny w Częstochowie na Jasną Górę, gdzie sprawowana będzie Eucharystia. Procesji będzie przewodniczył bp Andrzej Przybylski. W tym samym czasie podobne procesje różańcowe odbywać się będą w innych miastach w różnych parafiach. Jak wyjaśniają organizatorzy wydarzenia, ważnym motywem do podjęcia tego modlitewnego wysiłku jest sytuacja za naszą wschodnia granicą.

    „Pragniemy, nie tylko prosić, ale także przepraszać Boga za grzechy popełniane w przestrzeni publicznej jak również w naszych rodzinach i różnych środowiskach. Dlatego też zachęcamy, aby oprócz wzięcia udziału w Procesji Różańcowej, podjąć tego dnia jakieś umartwienie, wyrzeczenie, które będzie formą ekspiacji” – czytamy w zaproszeniu zamieszczonym na stronach Papieskich Dzieł Misyjnych.

    Wspólnoty różańcowe zaproszone też zostały do organizowania procesji różańcowych 16 października br. w rocznicę wyboru na Stolice Piotrową św. Jana Pawła II, który również wzywał do codziennej modlitwy różańcowej w intencji rodzin i pokoju.

    Ks. dr Jacek Gancarek przypomina też o tegorocznej beatyfikacji bł Pauliny Jaricot (wyniesionej na ołtarze 22 maja 2022 r. ), założycielki dwóch wielkich dzieł w Kościele – Dzieła Rozkrzewiania Wiary i Żywego Różańca. Zachęca, by poznawać tę niezwykła postać, w czym pomocne być może „Misterium o bł. Paulinie Jaricot”, które powstało z inicjatywy ks. Stanisława Szczepańca, moderatora Żywego Różańca w archidiecezji krakowskiej. Misterium, autorstwa Anny Włodarczyk, może być kanwą modlitwy na spotkaniach w parafiach i podczas pielgrzymek.

    Rok 2022 to czwarty rok Wielkiej Nowenny Różańcowej, zaplanowanej na lata 2018 – 2026 jako przygotowanie do jubileuszu 200. rocznicy powstania dzieła Żywego Różańca. „Żywy Różaniec wsparciem dzieła misyjnego” – to temat przewodni nowenny w tym roku. Papieska intencja modlitwy na miesiąc październik brzmi: „O Kościół otwarty dla wszystkich. Módlmy się, aby Kościół, wierny Ewangelii i odważny w jej głoszeniu, był przestrzenią solidarności, braterstwa i akceptacji drugiego człowieka, żyjąc coraz bardziej synodalnością.”

    Warto przypomnieć, że w większości z blisko 210 objawień maryjnych, Matka Boża pojawia się z różańcem w dłoniach i gorąco zachęca do jego odmawiania.

    Tygodnik Niedziela/Kai

    _______________________________________________________________________________________

    Różaniec i owoce „sznura łask”. Nagroda w niebie oraz szczęście na ziemi

    rosary
    Pascal Deloche | Godong

    ***

    Katolika wiernie przesuwającego w ręku różaniec przeprowadza przez wszystko Maryja Panna. Celem modlitewnej wędrówki nie jest jednak wyłącznie osiągnięcie radości wiecznej, ale również dojście do ziemskiej pełni życia.

    Biblijna obietnica szczęścia

    Trudna jest to mowa, ale jakże ożywcza: Nic nie zasmuci sprawiedliwego, cokolwiek by mu się przytrafiło (Prz 12,21; Wlg: Non contristabit iustum quidquid ei acciderit). Prawdziwym pocieszeniem, współcześnie coraz mniej rozumianym, jest bowiem świadomość, że cokolwiek dzieje się wbrew ludzkiej woli, ma miejsce właśnie dlatego, że tak upodobał sobie Bóg.

    Biblijna obietnica szczęścia nie polega przecież na zapewnieniu, że chrześcijanie zawsze chronieni będą przed przeciwnościami (wręcz przeciwnie, przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego; Dz 14,22), ale na przyjęciu prawdy, że każde wydarzenie, radosne czy bolesne, nie jest dziełem przypadku. Wszystkie one następują zgodnie z mądrym, sensownym zamysłem kochającego Boga.

    Ojciec, którego objawił Jezus, godzien jest zaufania. Nawet gdy Jego drogi obsypane są cierniami, zawsze prowadzą do jakiegoś dobra, choćby nawet przez długi czas niedostrzegalnego inaczej, jak tylko przez wiarę. W uniesieniu proroczym zobaczył to Hiob, kiedy wyznał: Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam (Hi 13,15). Ufał, ponieważ zrozumiał, że Bóg nie chce zgnębić, ale zawsze uświęcić.

    Modlitwa różańcowa

    Modlitwa różańcowa przeprowadza wiernego przez tajemnice radosne i bolesne, łącząc jego własne doświadczenia życiowe z cudami i cierpieniami Jezusa Chrystusa, aby finalnie zatrzymać się na nadziei przyszłej chwały. Płacz nadchodzi z wieczora, a rankiem okrzyki radości (Ps 30,6).

    Katolika wiernie przesuwającego w ręku różaniec przeprowadza przez to wszystko Maryja Panna, najlepsza Przewodniczka w drodze do nieba. Celem modlitewnej wędrówki nie jest jednak wyłącznie osiągnięcie radości wiecznej, ale również dojście do ziemskiej pełni życia.

    Modlitwa kończąca Litanię loretańską, na przykład, mówi: „za przyczyną Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy, racz nas uwolnić od doczesnych utrapień i obdarzyć wieczną radością” (…Gloriosa beatae Mariae semper Virginis intercessione, a praesenti liberari tristitia, et aeterna perfrui laetitia).

    Nagroda w niebie i szczęście na ziemi

    Podobne wezwanie zawierają teksty mszy św. na uroczystość Bożego Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny: „Panie, niech z Twego zmiłowania, a za przyczyną błogosławionej Maryi zawsze Dziewicy, Matki Syna Twego Jednorodzonego, ofiara ta wyjedna nam wieczne i doczesne szczęście oraz pokój” (Tua, Domine, propitatione, et beatae Mariae semper Virginis, Unigeniti tui matris, intercessione, ad perpetuam atque praesentem haec oblatio nobis proficiat prosperitatem et pacem).

    Modlitwy te jednym tchem wspominają o nagrodzie w niebie i o szczęściu na ziemi. Ponieważ obecny świat jest miejscem zasługiwania na przyszły, aż do końca dni wino radości zaprawione będzie mirrą cierpienia. A jednak człowiek, dla którego wola Ojca jest jego własną i chce tylko tego, czego chce Ojciec, cieszy się, ponieważ wszystko dzieje się po Jego myśli.

    Oznacza to, że trwałej szczęśliwości nie mogą zapewnić okoliczności zewnętrzne, a jedynie wewnętrzna gotowość na przyjęcie zamysłu Boga. Pełnia życia kryje się w pełnieniu Jego woli (zob. Ps 30,6; Wlg: Et vita in voluntate eius).

    Modlitwa nieustanna

    Sama forma różańca pozwala na praktykowanie „modlitwy nieustannej”, w ramach której możliwe staje się jednoczenie z zamysłem Ojca w każdej chwili i w każdej okoliczności. Ilekroć przychodzi trudne doświadczenie, pod ręką pozostaje koronka z „Psałterzem maryjnym”.

    Dzięki niej czasowe przypadki zostają zapośredniczone w niebie. Tajemnice radosne inspirują do wyrażenia wdzięczności za doznaną pomoc, tajemnice bolesne – umożliwiają taką przemianę duszy, aby w trudnościach wraz z Jezusem mogła powiedzieć Bogu: Jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja (Mt 26,42), zaś tajemnice chwalebne – umacniają zmysł wiary i nadziei, który antycypuje światło pośród ciemności.

    Są jeszcze tajemnice światła; znaczące miejsce zajmuje w nich realizacja królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości. Ludzka konstrukcja wewnętrzna zbudowana jest natomiast w taki sposób, że przemiana dokonuje się stopniowo. Wpierw ziarno obumiera, wypuszczając korzeń, wydaje pęd, aby następnie powoli wzrasta, i pnie się wysoko ponad ziemię.

    Powolny wzrost przynosi trwalsze owoce

    Z tego powodu dwie charakterystyczne cechy różańca, czyli systematyczność i powtarzalność służą temu, aby dusza dojrzewała do złożenia przed Ojcem wszystkich swoich spraw. W efekcie jednostajnego Ojcze nasz oraz Zdrowaś Maryjo wola jednoczy się z wolą. Bóg mógłby wprawdzie udzielać daru natychmiastowej przemiany, jednak czyni to niezwykle rzadko, ponieważ powolny wzrost przynosi zazwyczaj trwalsze owoce:

    Święty Paweł, święta Katarzyna Genueńska, święta Magdalena, święta Pelagia i wielu innych dostąpili doskonałego oczyszczenia od razu. Ale takie oczyszczenie jest całkowicie cudowne i nadzwyczajne w dziedzinie łaski, tak jak wskrzeszenie z martwych w dziedzinie natury. Nikomu zatem z nas nie wolno się go spodziewać dla siebie. Oczyszczenie i uzdrowienie zwyczajne, tak ciała jak i duszy, przychodzi tylko stopniowo, z niemałym trudem i dopiero z czasem.

    Aniołowie widziani na drabinie Jakubowej nie latają – chociaż mają skrzydła – ale ze szczebla na szczebel wstępują i zstępują. Dusza dźwigająca się z grzechów do pobożności porównywana jest do wstającej zorzy, która nie od razu, ale z wolna spędza cienie nocy. Uzdrowienie stopniowe jest zawsze bardziej pewne.

    Spokojna regularność „sznura łask”

    Człowiek kryje w swoim sercu mnóstwo zamysłów, ale pozostaje niespokojny, dopóki nie powierzy ich bez reszty woli Bożej (por. Prz 19,21). Nie sposób jednak oddać siebie w ten sposób za pomocą jednej tylko modlitwy. Dopomaga w tym powtarzalność różańca. Święci targani troskami chwytali za koronkę, aby obawy ich serca mogły zostać skonfrontowane z – płynącym z tej modlitwy – wezwaniem do przyjęcia kielicha od Ojca.

    Spokojna regularność „sznura łask” powoli kształtowała ich ufność od wyciszenia lęku aż po pełne wytchnienia powierzenie się Bogu. Cóż za wolność – nie troszczyć się o to, czy przyszłość, na którą człowiek nie ma wpływu, będzie pomyślna, czy niepomyślna, nie wnikać zanadto w zamysły Opatrzności (tak jakby szerokość nieba dało się zmierzyć trzymanym w ręku kijem), ale zaufać bez zastrzeżeń.

    Na gruzach ludzkich planów niejednokrotnie wyrastały róże modlitwy różańcowej – pojawiała się nowa, szersza nadzieja sicut in caelo et in terra (jako w niebie, tak i na ziemi). Ustawicznie przyzywając Trójcę Świętą oraz Jej pokorną służebnicę, Maryję, święci trwali w obecności kochających Osób.

    Dłuższe obcowanie z drugim, zapraszanie go do swojej codzienności, do każdego, najdrobniejszego nawet uczucia czy zdarzenia (choć może czasem wydać się monotonne), rodzi przecież głębsze zaufanie. Miłość we wszystkim pokłada nadzieję (1 Kor 13,7).

    fragment z książki „Niewiasta z perłą. Szkice o Maryi Pannie w świetle duchowości katolickiej”, Tyniec wyd. Benedyktynów. Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl./Michał Gołębiowski

    _____________________________________________________________________________

    Dwa najczęstsze błędy, jakie popełniamy przy odmawianiu różańca

    SIŁA RÓŻAŃCA
    Shutterstock

    *****

    Jeden z największych propagatorów nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny mówi o tych błędach i podpowiada, jak dobrze odmawiać różaniec.

    Różaniec: rozważanie tajemnic Odkupienia

    Św. Ludwik Maria Griñon de Montfort niestrudzenie propagował nabożeństwo do Matki Jezusa i zgodnie z Jego wolą, również Matki naszej. Był wielkim czcicielem Najświętszej Maryi Panny.

    Modlitwę różańcową uczynił on centralnym tematem swojego dzieła pt. Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić. Różaniec był dla niego jedną z najpopularniejszych form pobożności maryjnej, polegającą na rozważaniu tajemnic Odkupienia.

    Odmawianie różańca zaleca on wszystkim wiernym, przestrzegając jednocześnie przed dwoma najczęstszymi błędami, jakie zwykło się popełniać przy tej okazji.

    Dwa błędy przy odmawianiu różańca

    „Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz.

    Szczególnie uważaj na dwa powszechne błędy, jakie popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy – że nie podejmują oni żadnej intencji – tak dalece, że gdyby zapytać, dlaczego odmawiają różaniec, nie umieliby odpowiedzieć. Dlatego ty odmawiając różaniec, miej zawsze na względzie kilka łask do uproszenia, pewne cnoty do naśladowania czy kilka grzechów do zniszczenia.

    Drugi błąd, który się popełnia zazwyczaj, odmawiając różaniec, to brak innej intencji przy rozpoczęciu aniżeli szybkie zakończenie modlitwy. Bierze się to stąd, że widzimy w nim coś przykrego, ciążącego nad nami, zwłaszcza gdy uczyniło się z niego zasadę moralną albo dostało za pokutę jakby wbrew naszej woli”.

    Następnym razem, kiedy będziemy odmawiać różaniec, pamiętajmy zatem by:

    1) wzbudzić w sercu konkretną intencję;

    2) modlić się bez pośpiechu, spokojnie i w skupieniu.

    Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Odmawiajcie Różaniec. Sprawia... cuda!!!
    fot. via: Pixabay

    *****

    Odmawiajcie Różaniec. Sprawia… cuda!!!

    Cuda różańcowe w historii świata

    Źródeł tej modlitwy upatruje się w historii św. Dominika. Została mu ona objawiona przez Maryję, gdy wszystkie ludzkie sposoby działania zawiodły. Święty ten próbował walczyć z heretykami wszystkimi dostępnymi sposobami – pościł i modlił się w ich intencji i … bezskutecznie. Wtedy Matka Boża jako ratunek w jego bezradności przykazała mu odmawianie Psałterza Maryi (dzisiejszego Różańca). Czyli od początku ta modlitwa była ostatnią i niezawodną deską ratunku…

    Lepanto. Rok 1571. Imperium muzułmańskie wybudowało ogromną flotę i szykuje się do ataku na świat chrześcijański. Chce pierwsze podbić Rzym, a następnie całą Europę. Odpowiedź papieża Piusa V jest jednoznaczna – wzywa on wszystkich chrześcijan do odmawiania różańca. O zwycięstwie chrześcijan zadecydowała nagła zmiana pogody. Wenecjanie w dowód wdzięczności wybudowali kaplicę z napisem: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Filipiny. Lata 80. XX wieku. Dyktator F. Marcos rozwiązał parlament i rozpoczął aresztowania. Na to bezbronni mieszkańcy zwrócili się o pomoc do kardynała Filipin – J. Sina. Wezwał on  przez radio wiernych do wyjścia na ulice z różańcem w ręce. Całe rodziny publicznie odmawiały tę modlitwę w celu obalenia dyktatury. W Alei Objawienia zebrało się około 2 mln ludzi. Po czterech dniach na ulice wyjechały czołgi, aby rozgromić tłum, jednak ku zdziwieniu wszystkich żołnierze zamiast atakować ludzi przyłączyli się do modlitwy różańcowej. Gdy następnie próbowano zgromadzone osoby rozgromić gazem, wiatr zaczął wiać z przeciwnej strony, tak że nikomu z zebranych nie wyrządził on szkody.

    Objawienia maryjne a różaniec

    Można stwierdzić, że niemal za każdym razem, gdy objawia się Matka Boża wzywa do modlitwy różańcowej, a wielokrotnie sama odmawia ją z widzącymi. Tak było na przykład w przypadku objawień w Lourdes, gdy Maryja modliła się na różańcu razem z Bernadettą.

    Wielokrotnie także Matka Boża obiecywała wyjednanie wszystkich potrzebnych łask i otrzymanie tego, o co się usilnie prosi, właśnie dzięki modlitwie różańcowej. Wystarczy przytoczyć tutaj chociażby przykład coraz bardziej znanych objawień w Pompejach. Do odmawiania różańca wezwała ona najpierw Bartolomeo Longo. Mężczyzna ten spacerował właśnie obok kapliczki, gdy nagle usłyszał głos: „Kto szerzy różaniec, ten jest ocalony! To jest obietnica samej Maryi!” Następnie Maryja objawiła się młodej neapolitance cierpiącej na nieuleczalną chorobę. Obiecała jej, że otrzyma wszystko, o co będzie prosić z różańcem w dłoni. I dziewczyna została uzdrowiona. Matka Boża podczas drugich objawień wezwała wszystkich do proszenia Boga o łaski w modlitwie różańcowej: „Kto pragnie uzyskać ode mnie łaski winien odprawić trzy nowenny różańcowe połączone z błaganiem, a następnie trzy nowenny dziękczynne”. Taką formę ma współczesna Nowenna Pompejańska składająca się z trzech części różańca odmawianego codziennie pierwsze w formie błagalnej przez 27 dni, a następnie dziękczynnej przez tyle samo czasu.

    Tak samo gorąco do odmawiania różańca wzywała Matka Boża dzieci w Fatimie, zapewniając, że ta modlitwa może uratować świat i nawrócić zatwardziałych grzeszników: „Chcę abyście codziennie odmawiały różaniec” – prosiła. Fatima, jako jedno z niewielu państw, uniknęła strasznego spustoszenia podczas II wojny światowej.

    Św. Ojciec Pio, który przez całe życie walczył z atakami szatańskimi uważał różaniec za jedną z najskuteczniejszych broni w duchowej walce: „Tym się zwycięża Szatana” – mówił wskazując na różaniec. Nosił go zawsze przy sobie, przez całe życie, a osoby, które go znały wielokrotnie widziały jak szeptał „Zdrowaś Mario” pogrążając się w skupieniu: „Odmawiajcie zawsze różaniec […] Dzięki tej modlitwie szatan spłudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi” – mawiał. To samo przekonanie żywiło wielu świętych, m.in. Josemaria Escriva: „Różaniec święty – to potężna broń. Używaj jej zawsze, a rezultaty wprawą cię w zadziwienie”.

    Różaniec działa!

    Świadectwa osób odmawiających różaniec (w tym Nowennę Pompejańską) potwierdzają, że Maryja jest wierna danej obietnicy, a świeci się nie mylą, gdy jej słuchają. Ludzie odmawiający różaniec zaświadczają, że otrzymują łaski, o które bezskutecznie starali się latami. Wielu doświadcza wyleczenia ze śmiertelnych chorób, niepłodne kobiety zachodzą w ciążę, a bezrobotni otrzymują pracę. Przytoczę tutaj  świadectwo jednej osoby – Ani , która miała zagrożenie ciąży:

    „W połowie ciąży z moim czwartym dzieckiem okazało się, ze mam łożysko przodujące, które się nie posuwa, co grozi krwotokiem, a w konsekwencji poronieniem dziecka, a nawet moją śmiercią. Po jakimś czasie lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej będę musiała w 30 tygodniu ciąży pójść do szpitala, a w 37 zostanie sztucznie wywołany poród. Ta wiadomość mnie przeraziła, ponieważ jako matka trójki dzieci mam cały dom na głowie i nie wyobrażałam sobie, jak to wszystko poukładam. Zaczęłam modlić się o cud, ale nic się nie wydarzało. Po urlopie lekarz potwierdził diagnozę, stwierdzając, że pobyt w szpitalu będzie nieuchronny. I wtedy przypomniałam sobie o Nowennie Pompejańskiej, o której już wielokrotnie słyszałam. Jednak odmawianie trzech części różańca dziennie wydawało mi się niewykonalne. Zawsze miałam ogromne problemy, aby się na nim skupić, myśli co chwilę mi „odlatywały” do innych rzeczy, a poza tym byłam bardzo zapracowana. Jednak coraz wyraźniej czułam, że Bóg wzywa mnie do tego, abym pokonała te swoje bariery. I w końcu zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Na początku dobrze mi szło, tym bardziej, że wtedy dostałam już urlop zdrowotny i miałam więcej wolnego czasu. W połowie nowenny zauważyłam, ze zmienił się mój sposób myślenia. Dalej modliłam się o cud, ale w mojej świadomości zgodziłam się na to, czego będzie chciał Bóg. Wyluzowałam. Uspokoiłam się wewnętrznie  i zrozumiałam, że nawet jak pójdę do szpitala to Bóg zatroszczy się o mój dom i dzieci. Pojawiła się we mnie zgoda na tę sytuacje. I tak dobrnęłam do końca nowenny, kiedy już modlitwa była dla mnie coraz trudniejsza, ja jednak pozostałam jej wierna. Po zakończeniu nowenny byłam umówiona do lekarza. Podczas wizyty zauważyła, że coś się wydarzyło – lekarz jakoś dziwnie się zachowywał. W końcu stwierdził, że co jest niemożliwe z medycznego punktu widzenia , ale łożysko się przesunęło i na razie nie musze iść do szpitala. Co tydzień przychodziłam na wizyty kontrolne i wszystko było w porządku. W końcu urodził się mój syn Antoś – całkiem zdrowy. Poród przebiegał w sposób naturalny i wyjątkowo bez żadnych komplikacji – urodziłam dziecko w przeciągu 1,5 godziny, a poprzednie porody trwały wiele godzin. Lekarz potwierdził, że to co miało miejsce z medycznego punktu widzenia jest cudem”.

    Matka Boża jednak przez różaniec nie tylko leczy ciało, ale także duszę:

    „Moje nawrócenie zaczęło się od różańca. Parę lat temu znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Byłam „w dole”, z którego nie widziałam żadnego wyjścia. Do kościoła chodziłam tylko z tradycji, w przekonaniu, że chociaż Bóg jest, ale za bardzo się mną nie interesuje. Dlatego, jak wydarzyła się ta trudna sytuacja, to czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg i nie mam w niczym oparcia. I w tym tragicznym momencie zadzwoniła do mnie koleżanka, z pytaniem co u mnie słychać. Ja się rozpłakałam, a ona zapytała, czy się modlę. Dla mnie to była totalna abstrakcja. „Po co mam się modlić, skoro Pan Bóg nas w ogóle nie słucha” – myślałam. Wtedy zaproponowała, abyśmy codziennie o 21.00 odmawiały wspólnie dziesiątkę różańca. Przystałam. A ponieważ jestem słowna to byłam wierna danemu słowu, pomimo tego, że w ogóle nie miałam do tego przekonania. Podczas odmawiania różańca nie odczuwałam żadnych uczuć czy emocji, recytowałam go jak formułkę, coś w rodzaju mówienia „Wlazł kotek na płotek…”. Jednak po kilku dniach zauważyłam, że lepiej funkcjonuję, jestem spokojniejsza i nie mam takich czarnych myśli o swoim życiu. Ponieważ człowiek jest z natury pragmatyczny to postanowiłam odmawiać go jeszcze w drodze do pracy. Jednak tak samo jak poprzednio – robiłam to bezmyślnie. To wszystko trwało około miesiąca, a po tym czasie przyszła łaska niesamowitego doświadczenia Boga. Spotkałam Chrystusa i zakochałam się w Nim. Jednak wiem, ze wyprosiła mi to Matka Boża, gdy ja bezmyślnie mówiłam „Zdrowaś Mario…. Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej, Amen”.

    Natalia Podosek/Fronda.pl

    ____________________________________________________________________________________________

    Modlitwa, którą docieramy do serca Maryi. Ks. Dolindo uczy, jak odmawiać różaniec

    RÓŻANIEC Z OJCEM DOLINDO
    Joanna Bątkiewicz-Brożek 

    *****

    Kiedy na Neapol spadały bomby, ks. Dolindo często wychodził na balkon, wznosił ręce ku niebu i wytrzymywał tak 40 minut odmawiając różaniec za miasto.

    Skąd wzięła się miłość ks. Dolindo Ruotolo do Maryi? Jaki miał sposób na życie modlitwą różańcową? Posłuchaj opowieści Joanny Bątkiewicz-Brożek, autorki bestsellerowej biografii „Jezu, Ty się tym zajmij! O. Dolindo Ruotolo. Życie i cuda” oraz książki „Różaniec zawierzenia z ks. Dolindo”.

    Jak nie zasnąć przy różańcu?

    Różaniec jak świeże powietrze, jak zapach kwiatów. To najpiękniejsza modlitwa, przez którą docieramy do serca Maryi, a ona zanosi nas do Chrystusa – mawiał ks. Dolindo.

    Kiedy na Neapol spadały bomby, często wychodził na balkon, wznosił ręce i wytrzymywał tak 40 minut odmawiając różaniec za miasto.

    Odmawiając różaniec, zwracaj się do Matki Bożej z wielką miłością, tak, jakby to była Twoja mama, a modląc się, wyobrażaj sobie życie Chrystusa – radził swoim córkom duchowym ks. Dolindo Ruotolo.

    Jakie inne sposoby na modlitwę miał ten „propagator różańca”? Posłuchaj opowieści Joanny Bątkiewicz-Brożek, autorki biografii świętego kapłana z Neapolu.

    Kim był ks. Dolindo?

    To katolicki ksiądz i mistyk, któremu zawdzięczamy słynny akt zawierzenia „Jezu, Ty się tym zajmij”. Pisząc list do jednej ze swoich córek duchowych, poczuł niespodziewane przynaglenie, by zapisać słowa, które – jak wierzył – podyktował mu sam Jezus, a które dziś są modlitwą dla tysięcy wiernych.

    Z jednej strony niezwykle obdarowany, z przedziwnym, proroczym wglądem w duszę człowieka. Ceniony przez o. Pio, który odsyłał do niego penitentów. Z drugiej – szczególnie doświadczany przez Kościół: z powodu oskarżeń nieprzychylnych mu osób, wielokrotnie stawiany przed Świętym Oficjum oskarżany o herezję, z wieloletnim zakazem odprawiania mszy świętej i głoszenia homilii. Obecnie jest Sługą Bożym. Trwa jego proces beatyfikacyjny.

    Jego historię można przeczytać w książce Jezu, Ty się tym zajmij! O. Dolindo Ruotolo. Życie i cuda Joanny Bątkiewicz-Brożek (wyd. Esprit). Konkretne rozważania do tajemnic różańcowych znajdują się w książce Różaniec zawierzenia z księdzem Dolindo (wyd. Esprit).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Każdy ma swój Różaniec

    Co stanowi o sile modlitwy różańcowej? Dlaczego tak przyciąga? Czemu się nie nudzi? Jak to się dzieje, że jest tak ponadczasowa? Październik to dobry miesiąc na takie pytania.

    Adobe.Stock

    ***

    Nie ma grama przesady w stwierdzeniu, że Różaniec jest modlitwą uniwersalną. Sięgają po niego dorośli – kobiety i mężczyźni, młodzież i dzieci. Można się nim modlić w samotności i wspólnotowo, różaniec nosi się w torebkach, w kieszeniach, na nadgarstkach, na palcach, a bywa, że i na szyi. Kierowcy wożą go w samochodzie, chorzy zabierają do szpitala, a misjonarze – w dalekie kraje. I choć wszyscy odmawiają go właściwie tak samo, przesuwając paciorki w rytm Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, to intencji, motywacji czy inspiracji jest tak wiele, że można by o nich opowiadać bez końca. A wszystko toczy się pod czułym okiem Matki Bożej.

    Po męskiej stronie

    – Wierzę w moc tej modlitwy. Spotkałem się z wieloma świadectwami i można powiedzieć, że uczepiłem się Różańca. Kształtuje mnie na co dzień, również jako mężczyznę – mówi Piotr Wiśniewski, dowódca jednego z męskich plutonów różańcowych, których w Polsce jest już ponad czterdzieści. Pełen pluton liczy dwadzieścia jeden osób. Dwudziestu mężczyzn modli się, każdy wyznaczoną tajemnicą, a ten dwudziesty pierwszy jest „na zabezpieczeniu” i modli się w zastępstwie tego, który w danym dniu nie dał rady. – Dodatkowo tworzymy też dwójki, w których modlimy się za siebie nawzajem. Tym różnimy się od zwykłej róży – nie mamy jednej określonej intencji w miesiącu, ale modlimy się: w poniedziałki za plutony, we wtorki za ojczyznę i rządzących, w środy za rodziny, w czwartki za kapłanów i o nowe powołania, w piątki za chorych, cierpiących i samotnych oraz więźniów, w soboty za kobiety, a w niedziele za cały Kościół święty. Spotykamy się w męskim gronie i razem formujemy, a łączy nas właśnie Różaniec.

    Siła w codzienności

    Katarzyna Marciniak sięga po różaniec, by prosić w różnych intencjach. W ramach Apostolatu Margaretka otacza modlitwą diakona, który przygotowuje się do święceń kapłańskich. – Jest nas tu siedmioro, tyle co płatków kwiatu, i każdy ma przypisany swój dzień, kiedy odmawia modlitwę za dk. Konrada. Dziękujemy za jego powołanie i prosimy o prowadzenie, by mógł być prawdziwym apostołem Jezusa – opowiada.

    Katarzyna odmówiła już wiele Różańców, bo codziennie zawierza Matce Bożej swoich najbliższych. Na tym nie koniec, bo sama jest zelatorką aż czterech róż: żon modlących się za mężów i rodziców modlących się za dzieci. Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale wszystkie te wspólnoty bardzo szybko się zapełniły. Co ciekawe, zrzeszają ludzi z różnych miejsc, często dość odległych. – Ponieważ nie jesteśmy z jednej parafii czy nawet jednego miasta, nie mamy możliwości, by regularnie się spotykać. Raz w miesiącu zamawiam Mszę św., na którą przychodzi ten, kto może. Zmiana tajemnic odbywa się on-line. Na pewno wygląda to inaczej niż w tradycyjnej róży, ale myślę, że jesteśmy dowodem na to, iż jeśli ludzie chcą, to mogą się razem modlić, nawet w tak zabieganych czasach jak nasze – podkreśla Katarzyna.

    Wysoko skuteczna

    Skoro mowa o zabieganych czasach, to wręcz niewiarygodne jest to, jak wiele osób modli się dziś bardzo wymagającą Nowenną Pompejańską. – To nie jest modlitwa, którą się odmawia w błahych intencjach. Kiedy ktoś decyduje się przez 54 dni poświęcać na nią ok. 1,5 godziny dziennie, to na pewno chodzi mu o coś ważnego – uważa Wiesława Dobrolińska. Sama odmówiła „pompejankę” w intencji nawrócenia swojego męża. – Zaczęłam się o to modlić, jeszcze zanim zostaliśmy małżeństwem. Czyniłam to w różny sposób. W którymś momencie przeczytałam o tej nowennie. Czytałam świadectwa, wiedziałam o skuteczności tej modlitwy, kiedy ją podejmowałam, nie zakładałam jednak, że na pewno muszę dostać to, o co proszę. Według mnie, nie o to w „pompejance” chodzi. Nie jest tak, że kiedy spełnię określone warunki, to Pan Bóg w zamian coś mi da. Siłą tej modlitwy jest to, że ona przemienia modlącego się.

    Prośba Wiesławy została wysłuchana, chociaż nie od razu. – Nowennę odmówiłam w 2009 r., a mój mąż przyjął sakramenty w 2014. Wierzę jednak, że „pompejanka” miała z tym wiele wspólnego. I tak też mówię o tym innym ludziom, zwłaszcza tym, którzy są w trudnej sytuacji. Choć nie mogę nikomu zapewnić efektu, to zawsze będę zdania, że to wysoko skuteczna modlitwa – przekonuje Wiesława.

    Najlepszy w trudnościach

    Różaniec jest też bardzo często wybierany, kiedy potrzebny jest prawdziwy szturm do nieba. – Rok temu, zainspirowani przez oazę z archidiecezji katowickiej, przez kilka miesięcy modliliśmy się za Ruch Światło-Życie w naszej diecezji. Powstały wtedy trzy róże – opowiada Dorota Kuszyńska z diakonii ewangelizacji. – Tamten czas wspominam jako swego rodzaju walkę. O ile pierwsza i druga róża zebrały się bardzo szybko, to już z zapełnieniem trzeciej były problemy. A mimo to się udało.

    Takie akcje mają to do siebie, że mocno zapadają w pamięć. – Na pewno niesamowita była wtedy świadomość, że tyle osób modli się w jednym czasie, że tworzy się wspólnota tak różnych ludzi, bo przecież włączali się do naszej modlitwy księża, małżeństwa, młodzież itd. To było bardzo potrzebne. Dla mnie samej ten czas był wielkim umocnieniem – wspomina Dorota. Jej zdaniem, choć ludzie często boją się Różańca, dobrze jest wybierać właśnie tę modlitwę. – Myślę, że modlitwa różańcowa zawsze wiąże się z pewnym trudem – zaznacza. – A jednak osoby, które modlą się na Różańcu, mimo tych trudności po jakimś czasie odkrywają jego wielką wartość. To bardzo często taki ostateczny oręż, po który ludzie sięgają, kiedy inne rzeczy zawodzą.

    Katarzyna Krawcewicz/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, aby Kościół, wierny Ewangelii i odważny w jej głoszeniu, był miejscem solidarności, braterstwa i otwartości, doświadczając coraz bardziej synodalnością.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Boża Matko, która jesteś Matką miłosierną, w miesiącu Tobie poświęconym, modlitwą różańcową prosimy o dar mocy przemiany ludzkich serc pogrążonych chaosie i w cieniu śmierci. Ty, która jesteś Królową pokoju, módl się za nami grzesznymi o pokój, którego świat dać nie może, tylko Twój Syn a Pan nasz Jezus Chrystus.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila w piątek 30 września z adresu: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA ZAPRASZA NA RÓŻAŃCOWE REKOLEKCJE, KTÓRE BĘDZIE PROWADZIŁ KS. ROMAN SZCZYPA, SALEZJANIN W DNIACH OD 6 – 9 PAŹDZIERNIKA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    roman szczypa - misje salezjanie
    Ks. Rekolekcjonista święcenia kapłańskie przyjął w roku 2003 w Łodzi. Kilka lat temu był duszpasterzem w szkockiej parafii w Glasgow a obecnie pracuje w Młodzieżowym Ośrodku Rekolekcyjnym (Savio House) w Bollington, w Anglii.

    _________________________________________________________________________________________

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIK

    GODZ. 18.00 – GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 7 PAŹDZIERNIK

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ RÓŻAŃCOWEJ

    GODZ. 18.00 – GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 8 PAŹDZIERNIK

    GODZ. 17.00 – SPOTKANIE REKOLEKCYJNE

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. – III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 9 PAŹDZIERNIK

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. – IV NAUKA REKOLEKCYJNA

    This image has an empty alt attribute; its file name is Madonna-z-R%C3%B3%C5%BCa%C5%84cem_Bartolom%C3%A9-Estebana-Murilla.jpg.webp
    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem”/Bartolomé Esteban Murillo/ fot. Wikimedia commons / Domena publiczna

    **********

    Święty o. Pio o modlitwie różańcowej

    Różaniec był wielkim pocieszeniem w jego życiu ofiarowywanym wciąż za innych.

    Nie wypuszczał go nigdy z ręki. Mawiał: Niech ci Maryja przemieni w radość wszystkie cierpienia.

    „Ona przychodzi, ilekroć Jej pomocy potrzebuję”.

    Różaniec nazywał „bronią Madonny” i wszystkich wzywał:

    „Przylgnijcie do różańca. Okazujcie wdzięczność Maryi, bo to Ona dała nam Jezusa”.

    Często, nawet w godzinie śmierci powtarzał :

    Zawsze odmawiaj różaniec”.

    Ledwie się obudzisz, nie pozostawiaj ani sekundy szatanowi, zaczynaj odmawiać Różaniec.

    Nawet wtedy, gdy pracujesz: myjesz naczynia czy cokolwiek innego robisz, módl się – bo wtedy nie dajesz miejsca szatanowi, żeby pracował w twoich myślach. A poza tym kroczysz w wolności i zawsze jesteś spokojny. Z tą swoją bronią przeciwko atakom szatana nie rozstawaj się nigdy. Zawsze odmawiaj różaniec”.

    Gdy jedno z jego duchowych dzieci zwróciło się z prośbą, by nauczył je modlitwy, która sprawi przyjemność Matce Najświętszej, Ojciec Pio odrzekł:

    „A czyż jest inna, piękniejsza i przyjemniejsza niż ta, której Ona sama nas nauczyła; piękniejsza od modlitwy różańcowej?

    Zawsze odmawiaj różaniec”.

    Pewnego dnia jeden z penitentów rzekł do o. Pio:

    „Ojcze, mówi się dzisiaj, że różaniec jest modlitwą, która należy już do przeszłości, że minęła”moda” na różaniec. W tylu kościołach już się go nie odmawia”.

    O. Pio:

    „Czyńmy to, co czynili nasi ojcowie, a znajdziemy dobro .

    A ów człowiek dodał:

    „Przecież szatan rządzi dzisiaj światem”.

    O. Pio:

    „Ponieważ dają mu możność rządzenia; czy może jakiś duch, tak sam z siebie rządzić, jeśli nie złączy się z ludzką wolą? Nie mogliśmy się narodzić w bardziej nieszczęsnym świecie. Kto dużo się modli na różańcu, ten się zbawia, kto mało się modli, ten jest narażony na niebezpieczeństwo. Kto się nie modli na różańcu jest już w niebezpieczeństwie. Kto się nie modli, ten się potępia. „Tym się zwycięża szatana” – mówił, biorąc do ręki koronkę Różańca Kochajcie Maryję i starajcie się, by Ją kochano.

    Odmawiajcie zawsze Jej różaniec i czyńcie dobro.Dzięki tej modlitwie szatan spudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi.

    Modlitwa różańcowa jest syntezą naszej wiary, podporą naszej nadziei, żarem naszej miłości.

    „A szatan tak lęka się Maryi, że kiedy człowiek wypowiada Jej imię, on pierwszy stawia się na jego wołanie, by uniemożliwić, przeszkodzić, wytrącić z ręki różaniec…

    Podajcie mi moją broń – mówił Ojciec Pio, gdy czuł, że traci siły w walce ze złem.

    Tym się zwycięża szatana – wyjaśniał, biorąc do ręki różaniec Na dwa dni przed swoją śmiercią o. Pio powiedział i powtórzył jeszcze raz tę myśl:

    „Kochajcie Madonnę i czyńcie wszystko, by Ją kochano. Odmawiajcie różaniec, odmawiajcie go zawsze, jak tylko możecie”.

    Inny świadek relacjonuje:

    „Kiedy konał i już z nami nie mógł rozmawiać, jego jedyną odpowiedzią było pokazanie różańca i szeptane słowa: Zawsze, zawsze…”

    (Diecezjalna Grupa Modlitewna Św. ojca Pio w Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej)

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1537349839.jpg
    z archiwum zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Krakowska

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miał zawsze paciorki różańca w ręku – o. Pio do Matki Bożej kierował swe prośby nieustannie

    Ojciec Pio wielbił Maryję także w milczeniu. Jego wieczorną modlitwę bez słów, na zakończenie pracowitego dnia, z prośbą o opiekę na nadchodzącą noc, zauważył o. Carmelo z San Giovanni in Galdo. Ojciec Pio, leżąc w łóżku, miał wzrok przykuty do obrazu Najświętszej Maryi Panny, umieszczonego na ścianie. Wpatrzony był w Maryję jak dziecko, które czeka na pocałunek i czuły gest swojej mamy na dobranoc.

    Archiwum “Głosu Ojca Pio”

    *****

    Miłość do Matki Najświętszej Ojciec Pio łączył z wielką czcią dla św. Józefa. Współbracia zaświadczyli, że bardzo często modlił się przed jego wizerunkiem znajdującym się na werandzie.

    Miłość św. Ojca Pio do Matki Najświętszej wpłynęła na charakter jego pobożności – na wskroś maryjnej. Do Niej zwracał się w licznych nowennach i różnych formach nabożeństw, a przede wszystkim w modlitwie różańcowej, którą odmawiał nieprawdopodobną ilość razy każdego dnia.

    Mówiąc o Różańcu w życiu Ojca Pio, trzeba wspomnieć, że w pierwszych latach kapłaństwa z powodu częstego płaczu przebył on chorobę oczu. Jego wzrok pogorszył się do tego stopnia, że nie był w stanie odczytać tekstów modlitw z mszału i brewiarza. Z tego powodu w marcu 1912 roku otrzymał pozwolenie na odprawianie Mszy świętej wotywnej ku czci Najświętszej Maryi Panny, którą znał na pamięć, a brewiarz zamieniono mu na codzienne odmawianie całego Różańca, obejmującego wówczas piętnaście tajemnic.

    Różaniec św. Ojciec Pio odmawiał nieustannie. Potwierdził to, gdy 16 czerwca 1921 roku był przesłuchiwany przez bpa Raffaello Carlo Rossiego, wizytatora Świętego Oficjum. Z udzielonych przez Ojca Pio pod przysięgą odpowiedzi dowiadujemy się, że każdego dnia kilka godzin przeznaczał na rozmyślanie, a Różaniec odmawiał jako modlitwę nieustanną.

    W jednym z raportów na temat Ojca Pio, które w ramach nałożonych na niego sankcji gwardian klasztoru w San Giovanni Rotondo musiał co dwa miesiące przesyłać do Świętego Oficjum, znajduje się informacja podana przez o. Raffaele: „Można powiedzieć, że w ciągu dnia nieustannie się modli, ponieważ gdy idzie korytarzem, widać jak porusza wargami i przesuwa w palcach paciorki różańca”.

    Jego współbracia zauważyli, że codziennie odmawiał dziesiątki Różańców. Niektóre źródła podają, że było to około 40 części, ale są świadectwa potwierdzające, że nierzadko odmawiał ponad 50 całych Różańców.

    Cleonice Morcaldi, duchowa córka Ojca Pio, gdy zapytała go, ile Różańców odmawia każdego dnia, usłyszała: „Sto osiemdziesiąt. I potem mogę odpocząć”. Chodzi tu oczywiście o 180 części, czyli 60 pełnych Różańców złożonych z części radosnej, bolesnej i chwalebnej. Łatwo zauważyć, że odmówienie takiej liczby Różańców, nawet w ciągu całej doby, dla zwykłego śmiertelnika może być trudne. Ojciec Pio jednak potwierdzał ten fakt, ale nie wyjaśniał, jak to jest możliwe.

    W 1954 roku gwardian, o. Carmelo, zapytał go: „Ojcze, proszę powiedzieć, ile razy zmówił dzisiaj ojciec różaniec?”. „No cóż! Mojemu przełożonemu muszę powiedzieć prawdę: dziś zmówiłem trzydzieści cztery razy”. „Jak Ojciec to robi?” – zapytał gwardian. „A to już nie Ojca sprawa” – odpowiedział Ojciec Pio.

    Odmawianie tak wielkiej liczby Różańców Ojciec Pio godził z wszystkimi innymi zajęciami. Regularnie brał udział w modlitwach wspólnotowych, celebrował Mszę świętą, przed którą długo się modlił, a po niej długo odprawiał dziękczynienie, poza tym dużo czasu poświęcał słuchaniu spowiedzi, niekiedy aż 16 godzin. Zapytano go kiedyś, jak udaje mu się to wszystko wykonać. Ojciec Pio odpowiedział: „Mówią, że Napoleon potrafił robić cztery rzeczy naraz. Nie jestem Napoleonem, ale trzema mogę się pochwalić”. Prawdopodobnie jedną z tych trzech czynności, które mógł wykonywać równocześnie było nieustanne odmawianie Różańca.

    Ojciec Pio na różańcu modlił się, gdy inni bracia jedli obiad. Brat Modestino podejrzał, że miał wówczas jedną rękę na piersiach, drugą w kieszeni habitu, w której była koronka. Modlił się także w czasie przeznaczonym na odpoczynek. Każdego dnia po rekreacji, gdy zakonnicy szli do swoich pokoi na godzinną sjestę, on zwykle pozostawał na werandzie i odmawiał Różaniec. „Miał zawsze paciorki różańca w ręku – odnotował jego biograf Ruffin – modlił się bez przerwy, bez jakiegokolwiek znudzenia dzień i noc, różaniec za różańcem. Można by powiedzieć, że na paciorkach różańca przenosił z godziny na godzinę swoje obawy i cierpienia, zachwyty i radości, udręczenia i potrzeby swojej duszy i dusz milionów jego duchowych dzieci”. Główną intencją jego nieustannej modlitwy była prośba, aby zawsze kroczył śladami Jezusa.

    Ojciec Tarcisio da Cervinara w swoich wspomnieniach o Ojcu Pio stwierdził, że „Pośród zakochanych w Maryi nie znalazł do tej pory nikogo, kto odmówiłby tyle różańców, co Ojciec Pio”. Na jego pytanie: „Ile różańców jest w stanie odmówić każdego dnia” odpowiedział: „Kiedy sprawy nie idą dobrze, odmawiam ich co najmniej trzydzieści”. Tu trzeba zaznaczyć, że Ojciec Pio za jeden Różaniec uważał wszystkie trzy jego części. Ojciec Tarcisio, wiedząc już, ile Różańców odmawia Ojciec Pio, „kiedy sprawy nie idą dobrze”, zapytał również, ile ich odmawia, gdy sprawy układają się lepiej: „Chłopcze – odpowiedział Święty – wydaje mi się, że chcesz wiedzieć zbyt wiele”.

    Nieustanna modlitwa Ojca Pio nie była jedynie owocem jego niezwykłej pobożności, lecz charyzmatem określanym jako mistyczny dar modlitwy różańcowej. Dar nieustannego odmawiania Różańca łączył się u niego z możliwością wykonywania trzech czynności jednocześnie: modlitwy, słuchania spowiedzi i podróżowania dzięki bilokacji, o czym zwierzył się swoim kierownikom duchowym.

    W ostatnich latach życia Ojciec Pio nie wypuszczał różańca ze swoich dłoni w sensie dosłownym. Gdy współbrat o. Marcelino Iasenzaniro pomagał mu przy obmywaniu ran, musiał najpierw osobno obmyć jedną rękę, a gdy Ojciec Pio przełożył do niej różaniec, mógł przystąpić do obmywania drugiej. Z różańcem w dłoni również zasypiał. Brat Eusebio Notte, który pomagał mu przed udaniem się na spoczynek do łóżka i później czuwał przy nim, wiele razy próbował wyjąć mu z ręki różaniec i zastąpić go innym. Nigdy mu się to nie udało, ponieważ Ojciec Pio także podczas snu nie przestawał ściskać różańca, od czego nabawił się odcisków na palcach.

    Ojciec Pio codziennie wiele godzin spędzał w chórze zakonnym na swoim klęczniku. Klęcząc, odmawiał Różaniec i do takiej postawy zachęcał swoje duchowe dzieci. W ostatnim okresie życia, kiedy już nie był w stanie klęczeć, modlił się na siedząco. Również na siedząco odprawiał w tym czasie Mszę świętą, ponieważ jego zranione od stygmatów stopy nie były w stanie go utrzymać.

    Modlitwa Ojca Pio pełna była spokoju i skupienia. Różaniec był dla niego radosnym spotkaniem z Jezusem i Maryją, których tajemnice życia rozważał i kontemplował jako obecne tu i teraz. Wspomnienia z uczestnictwa we wspólnej z Ojcem Pio modlitwie różańcowej zapisał abp Paweł Carta: „Nie widzieliśmy go, ale w mistycznej ciszy kościółka bezpośrednio dochodził do nas jego jasny i czysty głos. Był tak miły, wzruszający i tętniący miłością w czasie odmawiania wspomnianej modlitwy, że wzbudzał podziw. Jakże dobrze modlił się Ojciec Pio! Czuło się, że wkładał w modlitwę całe serce, całą duszę, całego siebie. W akcie tej modlitwy było coś wyjątkowego, coś nadzwyczajnego: mocne drganie duszy przepełnionej wiarą, najsłodsze wylanie serca pełnego miłości do Madonny. Ojciec Pio skandował każde słowo i wymawiał je z takim akcentem, że poruszało wszystkich do łez”.

     Maria Wacholc, “Święty Ojciec Pio. Życie i Różaniec”, Serafin, Kraków 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 PAŹDZIERNIKA – I SOBOTA MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXVII NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca


     fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    Osobom, które będą uczestniczyć w pierwszosobotnich nabożeństwach, Maryja obiecuje towarzyszenie w chwili śmierci i ofiarowanie im wszystkich łask potrzebnych do zbawienia.

    1. Wielka obietnica Matki Bożej Fatimskiej

    W Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je uratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli uczyni się to, co wam powiem, wielu zostanie przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej części tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925 r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce. Dzieciątko powiedziało: “Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał”.

    Maryja powiedziała: “Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

    2. Dlaczego ma to być „pięć sobót” wynagradzających, a nie dziewięć lub siedem na cześć Matki Bożej Bolesnej?

    Siostra Łucja odpowiada: „Pozostając przez część nocy z 29 na 30 maja 1930 roku w kaplicy z naszym Panem i rozmawiając z Nim o czwartym i piątym pytaniu, poczułam się nagle mocniej owładnięta Bożą obecnością. Jeśli się nie mylę, zostało mi objawione, co następuje: Córko, motyw jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
    Pierwsze: Bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu.
    Drugie: Przeciwko Jej Dziewictwu.
    Trzecie: Przeciwko Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka.
    Czwarte: Bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki.
    Piąte: Bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach. Oto, droga córko, motyw, który kazał Niepokalanemu Sercu Maryi prosić mnie o ten mały akt wynagrodzenia. A poza względem dla Niej chciałem poruszyć moje miłosierdzie, aby przebaczyło tym duszom, które miały nieszczęście Ją obrazić. Co do ciebie, zabiegaj nieustannie swymi modlitwami i ofiarami, aby poruszyć Mnie do okazania tym biednym duszom miłosierdzia”.

    Jezus powiedział do siostry Łucji: „To prawda, moja córko, że wiele dusz zaczyna, lecz mało kto kończy i ci, którzy kończą, mają za cel otrzymanie przyrzeczonych łask. Ja jednak wolę tych, którzy odprawią pięć pierwszych sobót w celu wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu twojej Matki Niebieskiej, niż tych, którzy odprawią piętnaście, bezdusznie i z obojętnością”.

    3. Warunki nabożeństwa pierwszych sobót – co jest wymagane, aby uczynić zadość temu nabożeństwu

    Warunek 1 – Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca.

    „Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i że mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi”. Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę: Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2 – Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca. Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę: Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3 – Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca. Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę: Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.

    Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić modlitwę: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Warunek 4 – Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca. Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę: Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie! Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną) 4.1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz. 4.2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy. 4.3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego. 4.4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen. 5.5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe. Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża. 4. A jeśli ktoś nie może spełnić warunków w sobotę, czy może wypełnić je w niedzielę? Siostra Łucja odpowiada: „Tak samo zostanie przyjęte praktykowanie tego nabożeństwa w niedzielę następującą po sobocie, jeśli moi kapłani ze słusznej przyczyny zezwolą na to duszom”.

    5. Korzyści: jakie łaski zostały obiecane tym, którzy choć raz je odprawią? „Duszom, które w ten sposób starają się mi wynagradzać – mówi Matka Najświętsza – obiecuję towarzyszyć w godzinie śmierci z wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia”.

    6. Intencja wynagradzająca. Jak ważna jest intencja zadośćuczynienia, przypomina sam Jezus, który mówił siostrze Łucji, że wartość nabożeństwa uzależniona jest od tego, czy ludzie „mają zamiar zadośćuczynić Niepokalanemu Sercu Maryi”. Dlatego siostra Łucja rozpoczyna swe zapiski uwagą: „Nie zapomnieć o intencji wynagradzania, która jest bardzo ważnym elementem pierwszych sobót”.

    7. Warunki rzeczywiście proste, ale czy są wypełniane? „Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy”- mówi Maryja. Trzeba zatem wypełnić to, o co prosi Niebo. Prośba Maryi dotyczy czterech warunków, zatem wszystkie cztery należy wypełnić, a nie jedynie dowolnie wybrane. Jeśli mowa jest o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, to taka intencja winna nam przyświecać w trakcie nabożeństwa pierwszych sobót. Matka Boża prosi, by Jej towarzyszyć przez 15 minut, rozmyślając o tajemnicach różańcowych, zatem nie zapominajmy o medytacji, której temat jest jasno sprecyzowany i nie ma tu dowolności. Maryja prosi ponadto nie tylko o różaniec, ale również o rozmyślanie, zatem zwróćmy uwagę, by nie utożsamiać rozważań w czasie różańca z rozmyślaniem o tajemnicach różańcowych. Pamiętajmy: medytacja, niezależna od modlitwy różańcowej, jest niezmiernie istotna i nie możemy jej pomijać.

    8. Czy nabożeństwo pierwszych sobót jest jeszcze dziś aktualne? Ojciec Święty Benedykt XVI odpowiada: „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona”. „W tym sensie posłanie nie jest zakończone, chociaż obydwie wielkie dyktatury zniknęły. Trwa cierpienie Kościoła i trwa zagrożenie człowieka, a tym samym nie ustaje szukanie odpowiedzi; dlatego wciąż aktualna pozostaje wskazówka, którą dała nam Maryja. Także w obecnym utrapieniu, gdy siła zła w najprzeróżniejszych formach grozi zdeptaniem wiary. Także teraz koniecznie potrzebujemy tej odpowiedzi, której Matka Boża udzieliła dzieciom”. Do dziś pozostają również aktualne słowa siostry Łucji: „Najświętsza Maryja Panna obiecała odłożyć bicz wojny na później, jeśli to nabożeństwo będzie propagowane i praktykowane. Możemy dostrzec, że odsuwa Ona tę karę stosownie do wysiłków, jakie są podejmowane, by je propagować. Obawiam się jednak, że mogliśmy uczynić więcej niż czynimy i że Bóg, mniej niż zadowolony, może podnieść ramię swego Miłosierdzia i pozwolić, aby świat był niszczony przez to oczyszczenie. A nigdy nie było ono tak straszne, straszne”. Nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca jest wciąż wezwaniem dla Kościoła i każdego z nas; nadal możemy twierdzić, iż moglibyśmy więcej uczynić, by było ono znane i praktykowane. Rodzi się jednak pytanie: po cóż nam dziś to nabożeństwo? Nie zapominajmy jednak, iż to „Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Zatem sam Stwórca Nieba i Ziemi wyciąga pomocną dłoń człowiekowi przez Maryję, a to zupełnie zmienia postać rzeczy. Siostra Łucja z wielką prostotą poucza wszystkich wątpiących w sens tego nabożeństwa, iż „Bóg jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci” i pragnie „ułatwić nam drogę dostępu do Siebie”.

    Przypomnienie tego nabożeństwa, w czasie, kiedy trwa Wielka Nowenna Fatimska, nabiera szczególnego znaczenia. Stanowi ono bowiem istotę przesłania Matki Bożej i jest wezwaniem skierowanym do każdego z nas. Jeśli mówimy o pobożności fatimskiej, to nie możemy jej utożsamiać jedynie z 13. dniem miesiąca od maja do października. Fatima bowiem woła o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca. Nie wypełnimy fatimskiego przesłania, jeśli nie będziemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi w pierwsze soboty.

    Sekretariat Fatimski os. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane tel. 18/ 20 66 420 www.sekretariatfatimski.pl e-mail: fatima@smbf.pl

    _______________________________________________________________________

    OBJAWIENIA ANIOŁA POKOJU

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny – Łucja, Franciszek i Hiacynta przeżywali trzykrotne spotkania z Aniołem Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.

    Trzecie objawienie miało miejsce na początku jesieni 1916 roku, tak jak poprzednie w grocie Cabeço. Siostra Łucja opisuje je w następujący sposób: 


    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła:

    O Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie i miłuję Ciebie. Proszę Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i Ciebie nie miłują”.

    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:

    Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”.

    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:

    “Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga”.

    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Trójco Przenajświętsza … etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja – niewyczerpane źródło świętości

    Adoracja – niewyczerpane źródło świętości
    fot. Archidiecezja Krakowska Biuro Prasowe via: Flickr

    ***

    Eucharystia, pojęta jako zbawcza obecność Jezusa we wspólnocie wiernych i jako jej pokarm duchowy, jest czymś najcenniejszym, co Kościół posiada na drogach historii. Adoracja Najświętszego Sakramentu staje się niewyczerpanym źródłem świętości.

    Ojciec Święty Benedykt XVI naucza: „Eucharystia znajduje się u źródła wszelkich form świętości i każdy z nas jest wezwany do pełni życia w Duchu Świętym. Iluż to świętych uczyniło autentycznym swoje życie dzięki pobożności eucharystycznej! (…). Świętość zawsze miała swoje centrum w sakramencie Eucharystii. Dlatego jest rzeczą konieczną, by w Kościele naprawdę wierzono w tę najświętszą tajemnicę, by ją pobożnie sprawowano i by była ona przeżywana intensywnie. (…). Celebracja i adoracja Eucharystii pozwala przybliżyć się do miłości Boga i przylgnąć do niej osobiście, aż do zjednoczenia z umiłowanym Panem. (…)”2. Ojciec Święty przytacza wypowiedź św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; (…) grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”3.

    1. Wewnętrzny związek pomiędzy celebracją i adoracją.

    „Sprawowanie Eucharystii w ofierze Mszy świętej jest prawdziwie źródłem i celem kultu sprawowanego poza Mszą świętą”4. „W Eucharystii naprawdę Syn Boży wychodzi nam naprzeciw i pragnie się z nami zjednoczyć; adoracja eucharystyczna nie jest niczym innym jak tylko oczywistym rozwinięciem celebracji eucharystycznej, która sama w sobie jest największym aktem adoracji w Kościele. Przyjęcie Eucharystii oznacza ustawienie się w postawie adoracji wobec Tego, którego przyjmujemy. (…). Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości «tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa»”5.

    Trwanie na modlitwie przy Panu Jezusie, żywym i prawdziwym w Najświętszym Sakramencie, umacnia zjednoczenie z Nim, przygotowuje do owocnego sprawowania Eucharystii i przedłuża postawy kultyczne w formie licznych wyrazów pobożności eucharystycznej6.

    Adoracja Najświętszego Sakramentu, zalecana przez Kościół pasterzom i wiernym, jest jasnym wyrazem związku między sprawowaniem Ofiary Pana i Jego trwałą obecnością w konsekrowanej Hostii7. „Kult, jakim otaczana jest Eucharystia poza Mszą św. ma nieocenioną wartość w życiu Kościoła. Jest on ściśle związany ze sprawowaniem Ofiary eucharystycznej. Obecność Chrystusa pod świętymi postaciami, które są zachowane po Mszy św. – obecność, która trwa, dopóki istnieją postaci chleba i wina – wywodzi się ze sprawowania Ofiary i służy Komunii sakramentalnej i duchowej”8… 
    Święty Augustyn nauczał: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; (…) grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”9. Ojciec Święty Benedykt XVI pisze: „Przyjęcie Eucharystii oznacza ustawienie się w postawie adoracji wobec Tego, którego przyjmujemy. Właśnie dlatego i tylko dlatego stajemy się jedno z Nim i w pewien sposób kosztujemy zadatku piękna liturgii niebieskiej. (…). I właśnie w tym akcie osobowego spotkania z Panem dojrzewa także posłannictwo społeczne, zawarte w Eucharystii, która ma na celu przełamanie barier nie tylko między Panem a nami, ale także i przede wszystkim barier odgradzających nas od siebie nawzajem”10.

    2. Adoracja Najświętszego Sakramentu

    1) Pojęcie adoracji

    Przez adorację rozumiemy cześć oddawaną Panu Jezusowi obecnemu pod postacią Chleba eucharystycznego. Zwykłą formą adoracji jest przyklęknięcie na jedno kolano: przy podejściu do ołtarza z Najświętszym Sakramentem, przed Komunią świętą i przed odejściem od ołtarza; uklęknięcie na Podniesienie, przyklęknięcie przy przechodzeniu przed tabernakulum poza Mszą świętą oraz klęczenie podczas prywatnej modlitwy. Uroczystą formą adoracji jest wystawienie Chleba eucharystycznego w monstrancji i towarzyszące temu ceremonie. Szczególnymi zaś formami adoracji są: Nabożeństwo czterdziestogodzinne i tzw. adoracja wieczysta, czyli stałe wystawienie Chleba eucharystycznego w niektórych kościołach lub kaplicach oraz bezustanne adorowanie11.

    Adoracja jest oddawaniem najgłębszej czci Obecności Bożej i zarazem głębokim aktem dziękczynienia, jakie składamy Ojcu za to, że w swoim Synu nawiedził i odkupił swój lud. Jak przypomina nam Pismo święte, Jezus spędzał całe noce na modlitwie, zwłaszcza wtedy, gdy miał podjąć ważne decyzje. Chrześcijanie, naśladując Chrystusa, przyjmują podczas adoracji postawę dziecięcej ufności oraz otwierają swoje serca i dłonie, aby przyjąć dar od Boga i podziękować Mu za Jego dobrodziejstwa12.

    2) Z historii adoracji Najświętszego Sakramentu13

    Od pierwszych wieków w Kościele po Mszy świętej przechowano konsekrowane Hostie, a racją tej praktyki była możliwość zanoszenia Komunii wiernym, którzy nie mogli uczestniczyć w Najświętszej Ofierze, zwłaszcza chorym i tym, którzy za wyznawanie swej wiary oczekiwali w więzieniach na męczeństwo14. Przez Komunię świętą łączyli się oni z Chrystusem i składaną przez Niego eucharystyczną ofiarą15. Ta praktyka zapoczątkowała u wiernych chwalebny zwyczaj16 adoracji tego wielkiego Sakramentu i oddawania Mu kultu, należnego jako Bogu17. Papież Pius XII (1939-1958) w encyklice Mediator Dei podaje, iż „pierwotna praktyka tej pobożności może mieć początek w adoracji w Wielki Czwartek, gdy po Mszy świętej Wieczerzy Pańskiej były przechowywane i adorowane święte postaci”18. Z biegiem czasu wiara i miłość wiernych wzbogacały publiczne i prywatne nabożeństwa do Najświętszej Eucharystii.

    Zwróćmy uwagę na to, że przyjęcie Chrystusa w Komunii sakramentalnej nie jest wydarzeniem jednej chwili. Przyjąć Chrystusa oznacza przybliżyć się do Niego, adorować Go. Im bardziej Kościół wrastał w eucharystyczną tajemnicę, tym głębiej pojmował, że nie może w pełni celebrować Komunii świętej w ograniczonych minutach trwania Mszy świętej. Dopiero, gdy zapalono w kościołach wieczną lampkę i ustawiono obok ołtarza tabernakulum, rozwinął się jakby pąk tajemnicy i Kościół przyjął jej eucharystyczną pełnię. Pan jest obecny zawsze. Miarę życia Kościoła, miarę jego wewnętrznej otwartości poznajemy po tym, że może trzymać drzwi otwarte, ponieważ jest Kościołem modlitwy19.

    Z biegiem czasu kultowi Eucharystii zostały nadane różne kształty, coraz piękniejsze i zbawienniejsze, jak np. pobożne i codzienne odwiedziny Boskiego Tabernakulum, święte obrzędy błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, uroczyste procesje szczególnie w uroczystość Bożego Ciała i podczas kongresów eucharystycznych oraz adoracje publicznie wystawionego Najświętszego Sakramentu (godzinne, kilkugodzinne, 40-godzinne, wieczyste)20. Te pobożne ćwiczenia bardzo się przyczyniły do wiary i nadprzyrodzonego życia pielgrzymującego Kościoła. Dlatego zostały nie tylko uznane, lecz Kościół przyjął je niejako za swoje i swoją powagą zalecił wiernym21. Powstały one z natchnienia liturgii świętej; toteż, jeżeli odbywają się z należytą godnością, wiarą i pobożnością, z zachowaniem odnośnych przepisów, bez wątpienia bardzo przyczyniają się do ożywienia zdrowej pobożności i życia liturgicznego22.

    3) Kościół zawsze aprobował adorację i zachęcał do jej praktykowania

    Nauczycielski Urząd Kościoła naucza: „Wszyscy chrześcijanie, zgodnie ze zwyczajem zawsze przestrzeganym w Kościele katolickim, powinien oddawać Najświętszemu Sakramentowi najwyższy kult uwielbienia, który należy się prawdziwemu Bogu”23. „Kult adoracji opiera się na mocnej i trwałej podstawie głównie dlatego, że wiara w rzeczywistą obecność Pana w sposób naturalny prowadzi do zewnętrznego i publicznego jej uwidocznienia”24.

    Papież Pius XII (1939-1958) zachęcał duszpasterzy, aby starali się z największą pilnością o to, żeby świątynie – które zostały wzniesione w tym celu, by w nich śpiewać nieustannie hymn chwały Bogu Wszechmogącemu i dać godną siedzibę Odkupicielowi naszemu, ukrytemu pod postaciami eucharystycznymi – były otwarte na jeszcze częstsze odwiedziny ze strony wiernych. Niech oni usłyszą najsłodsze wezwanie Zbawcy: „Pójdźcie do Mnie, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Papież pragnął, by te świątynie były domami Bożymi, w których by ci, którzy tam wejdą prosić o dobrodziejstwa, radowali się, że wszystko uzyskali25 i w których by dostępowali niebiańskiej pociechy26.

    Papież Paweł VI gorąco zachęcał do adoracji Najświętszego Sakramentu: „Eucharystia przechowywana jest w kościołach czy kaplicach jako duchowy ośrodek społeczności zakonnej lub wspólnoty parafialnej, a nawet całego Kościoła i całej ludzkości, ponieważ – pod świętymi postaciami – zawiera ona Chrystusa, niewidzialną Głowę Kościoła, Zbawiciela świata, centrum wszystkich serc, przez którego wszystko i my przez Niego (por.1 Kor 8, 6)”. Niech więc wierni „nie zaniedbują w ciągu dnia nawiedzenia Najświętszego Sakramentu, który należy przechowywać w kościołach (…) w miejscu najdostojniejszym i z największą czcią, jako że jest ono dowodem wdzięczności, poręką miłości i obowiązkiem należnego uwielbienia względem Chrystusa Pana obecnego w tymże Sakramencie”27. Tego rodzaju kult Eucharystii jest „dowodem wdzięczności, rękojmią miłości, hołdem należnej Jezusowi adoracji”28.

    Sobór Watykański II zaleca kapłanom oprócz codziennego sprawowania Eucharystii „codzienną rozmowę z Chrystusem Panem w nawiedzeniu i osobistym kulcie Najświętszej Eucharystii”29. Wiara i miłość Eucharystii nie mogą pozwolić, by Chrystus w tabernakulum przebywał w samotności (por. KKK, n.1418). Prezbiter jest pierwszą osobą powołaną do wejścia do „Namiotu Spotkania” (por. Wj 33, 7), do odwiedzenia Chrystusa obecnego w tabernakulum i nawiązania z Nim „codziennej rozmowy”30. Kościół posoborowy gorąco zachęca zarówno duszpasterzy, jak i wiernych świeckich, aby również odpowiednio rozwijali kult Eucharystii, wyrażający się w publicznej i prywatnej adoracji, ponieważ jest on „znakomitym środkiem ożywienia wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa”31.

    Jan Paweł II nauczał: „Jest więc zadaniem pasterzy Kościoła, aby również poprzez własne świadectwo zachęcali do kultu eucharystycznego, do trwania na adoracji przed Chrystusem obecnym pod postaciami eucharystycznymi, szczególnie podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca. Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim «sztuką modlitwy», jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie! (…). Wspólnota chrześcijańska, która chce doskonalej kontemplować oblicze Chrystusa (…), nie może zaniedbać pogłębiania tego aspektu kultu eucharystycznego, w którym znajdują przedłużenie i mnożą się owoce komunii z Ciałem i Krwią Pana”32.

    „Adorując kapłan dąży do włączenia się w wieczną adorację Syna, aby z Jego spojrzenia czerpać pragnienie i siłę do podjęcia misji w świecie. To właśnie podczas adoracji kapłan umożliwia Bogu dopełnienie w sobie dzieła rozpoczętego w czasie Komunii eucharystycznej, pozwala Ojcu, aby go upodobnił do Syna, by stał się Chlebem żywym, wydanym za życie świata”33. Aby żyć w więzi z Chrystusem dialog ten jest potrzebny nie tylko kapłanom. Jest rzeczą ważną, by wierni świeccy widzieli duchownych adorujących Najświętszy Sakrament, aby dzięki temu ożywiła się ich wiara w rzeczywistą obecność i aby sami zaczęli praktykować adorację34. Dlatego Kongregacja ds. Duchowieństwa w swoim Dyrektorium zwraca się do prezbiterów z wezwaniem, by zaangażowani w prowadzeniu wspólnot, poświęcali dużo miejsca adoracji wspólnotowej i zachowali dla Najświętszego Sakramentu ołtarza, także poza Mszą świętą, uwagę i cześć większą niż dla innych obrzędów i działań35.

    Papież z rodu Polaków nauczał, że kult, jakim otaczana jest Eucharystia „Winien wypełniać wnętrza świątyń również poza godzinami Mszy świętych. Zaiste, skoro tajemnica eucharystyczna została ustanowiona z miłości i uobecnia nam sakramentalnie Chrystusa, zasługuje zatem na nasze dziękczynienie i naszą cześć. Cześć ta winna się zaznaczyć w każdym spotkaniu z Najświętszym Sakramentem, czy to wówczas, gdy nawiedzamy kościoły, czy to wówczas, kiedy Najświętsze Postacie bywają zanoszone i udzielane chorym”36. „Należy gorliwie szerzyć pobożność, zarówno publiczną jak i prywatną, względem Najświętszej Eucharystii (…), aby wierni oddawali kult adoracji Chrystusowi prawdziwie i realnie obecnemu, «arcykapłanowi dóbr przyszłych» (Hbr 9,11) i Odkupicielowi całego świata”37.

    Ojciec Święty – w wyżej wspomnianym liście do arcybiskupa Lyonu we Francji – napisał: „Usilnie zachęcam wiernych, by adorowali Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, pozwalając Mu uzdrawiać nasze sumienia, oczyszczać nas, uświęcać i jednoczyć”38. W swojej adhortacji apostolskiej Pastores gregis (Pasterze trzody) wprost zachęcił biskupów, by ich miłość do Eucharystii wyrażała się również w ciągu dnia poświęcaniem nawet znacznej części swojego czasu „na adorację przed tabernakulum. Biskup otwiera wtedy przed Panem swoją duszę, aby cała została przeniknięta i ukształtowana przez miłość wylaną na krzyżu przez Najwyższego Pasterza owiec (…) Do Niego też wznosi modlitwę, nie przestając wstawiać się za owcami, które zostały mu powierzone”39. W swojej książce „Wstańcie, chodźmy!” Sługa Boży dopisał: „Kaplica w domu, tak blisko, na wyciągnięcie ręki, to przywilej każdego biskupa, ale jednocześnie jakże wielkie zobowiązanie. Po to kaplica jest tak blisko, żeby wszystko w życiu biskupa – nauczanie, decyzje, duszpasterstwo – zaczynało się u stóp Chrystusa utajonego w Najświętszym Sakramencie”40.

    W swoim Liście apostolskim na Rok Eucharystii, z 7 października 2004 rokuJan Paweł II napisał: „Niech wspólnoty zakonne i parafialne podejmą szczególne zobowiązanie do adoracji eucharystycznej poza Mszą świętą. Pozostawajmy długo na klęczkach przed Jezusem Chrystusem obecnym w Eucharystii, pogłębiajmy naszą osobistą i wspólnotową kontemplację, posługując się modlitewnikami, które czerpią inspirację ze Słowa Bożego oraz z doświadczenia licznych dawnych i współczesnych mistyków”41..

    Wszystkich wiernych świeckich Jan Paweł II zachęcał, aby regularnie nawiedzali Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, ponieważ jesteśmy wszyscy powołani, by trwać w obecności Bożej, dzięki Temu, który pozostaje z nami do końca czasów42. Wreszcie zwrócił się do wszystkich wiernych (duchownych i świeckich) jakby z apelem: „Zalecam kapłanom, zakonnikom, siostrom zakonnym i wiernym świeckim, by nadal i jeszcze z większym zaangażowaniem starali się ukazywać młodym pokoleniom sens i wartość adoracji oraz pobożności eucharystycznej” 43. „Spędzajmy często długie chwile na adoracji Chrystusa eucharystycznego. Najświętszy Sakrament niech będzie dla nas «szkołą życia»”. Dodał też, iż w ciągu stuleci liczni kapłani znajdowali w Eucharystii pokrzepienie obiecane im przez Jezusa w dniu Ostatniej Wieczerzy, sposób na przezwyciężenie samotności, pomoc w znoszeniu cierpień, pokarm dający siłę, by znów wyruszyć w drogę po każdym rozczarowaniu, wewnętrzną energię, która pozwala dochować wierności dokonanemu raz wyborowi44. Biskup Rzymu wskazał też wiernym (duchownym, zakonnikom i świeckim) tematy rozważań i intencje adoracji: Przed Jezusem Chrystusem obecnym w Eucharystii wynagradzajmy naszą wiarą i miłością zaniedbania, zapomnienie, a nawet zniewagi, jakich nasz Zbawiciel doznaje w tylu miejscach na świecie45.

    Kościół zachęca zarówno duszpasterzy, jak i wiernych świeckich do nawiedzania i adoracji Najświętszego Sakramentu46 oraz zaleca ordynariuszom, aby zachęcali „do adoracji eucharystycznej z udziałem ludu – krótszej, dłuższej, a nawet wieczystej”, gdyż staje się ona „niewyczerpanym źródłem świętości”47. Kodeks Prawa Kanonicznego dodaje nadto praktyczną dyspozycję: „Jeśli nie stoi na przeszkodzie poważna racja, kościół, w którym jest przechowywana Najświętsza Eucharystia, powinien być otwarty dla wiernych przynajmniej przez kilka godzin dziennie, aby mogli się modlić przed Najświętszym Sakramentem” (kan. 937).

    Rozważając wszystkie tajemnice z życia Pana Jezusa musimy w głębokim podziwie i uwielbieniu zgiąć kolana przed miejscem, o którym w naszych kościołach informuje wieczna lampka, świadcząca o żywej i zbawiającej Obecności Słowa, które ciałem się stało i zamieszkało między nami (J 1,14). Kardynał Józef Ratzinger pisze, że również dzisiaj zginanie kolan, okazywanie posłuszeństwa Bogu, Jego adorowanie czy wysławianie nie przeczy godności, wolności i wielkości człowieka. Jezus sam się nad nami pochylił, by umyć nasze nogi. I to napełnia naszą modlitwę wolnością, nadzieją i radością, ponieważ pochylamy się nad Miłością, która nie zniewala, lecz przemienia. Prośmy więc Pana, by zechciał nam ofiarować takie rozumienie i taką radość, a one niech promieniują na całe nasze życie i na każdy nasz dzień powszedni48.

    IV Synod Diecezji Tarnowskiej – idąc za myślą przewodnią Kościoła powszechnego – poleca m. in. „urządzanie uroczystego wystawienia Najświętszego Sakramentu w pierwsze niedziele miesiąca po każdej Mszy świętej”, w celu adoracji. Postanawia też: Wszyscy wierni niech starają się oddawać cześć Eucharystii „także przez nawiedzenie kościoła i przez duchową łączność z Jezusem Eucharystycznym. Dla umożliwienia nawiedzenia Najświętszego Sakramentu kościół – przy odpowiednim zabezpieczeniu – powinien być otwarty przynajmniej przez kilka godzin dziennie…”49.

    Znaczenie adoracji

    „Papież z Krakowa” napisał: „Pięknie jest przebywać z Jezusem: spoczywając na Jego piersi jak umiłowany uczeń, możemy doznać nieskończonej miłości Jego Serca. Uczymy się głębiej poznawać Tego, który oddał samego siebie, w różnych tajemnicach swego Boskiego i ludzkiego życia; w ten sposób stajemy się uczniami i sami włączamy się w ten wielki proces składania i przyjmowania daru, ku chwale Boga i dla zbawienia świata. Przez adorację chrześcijanie przyczyniają się w tajemniczy sposób do radykalnej przemiany świata i do owocowania Ewangelii. Warto pamiętać o tym, iż każdy człowiek, który modli się do Zbawiciela, pociąga za sobą cały świat i podnosi go ku Bogu. Ci, którzy trwają przed Panem pełnią więc bardzo ważną posługę: przedstawiają Chrystusowi tych wszystkich, którzy Go nie znają lub są od Niego oddaleni; w ich imieniu czuwają przed Jego obliczem”50.

    Bł. Honorat Koźmiński (1829-1916) napisał: „Adoracja jest najwymowniejszym aktem wiary, pokory, miłości żalu, uwielbienia. Akt milczącej adoracji, to akt uniwersalny, wszystkie akty w sobie zawierający” (Notatnik). „Prawdziwie adorować Boga to jest, oprócz zewnętrznych form, czynić akty wiary, nadziei, miłości, pokory, posłuszeństwa, zaparcia się siebie, cierpliwości, itp.” (Tamże)51. „Zatop się, duszo moja, w tym oceanie tajemnic, abyś tam zaczerpnęła to, czym byś Boga twego uczcić godnie mogła za to wszystko, co od Niego ciągle odbierasz. Ach, bo ileż tych dobrodziejstw przychodzi bez zwrócenia uwagi (…). Zatop się…, abyś zaczerpnęła stamtąd to, czym byś mogła przebłagać Boga za te ustawiczne niewierności, którymi odpłacamy się za tyle Jego dobroci. Zatop się, abyś mogła ofiarować Mu coś godnego do wybłagania Jego łask…” (Tamże)52. Ojciec Honorat widział wielką potrzebę i konieczność zadośćuczynienia Bogu „za wszystkie nieskromności, zniewagi i świętokradztwa”, którymi Go obrażamy, „za wszystkie nieuczciwości i obelgi” dotąd popełniane, jak również i za te, które w przyszłości będą wyrządzane53.

    5) Ciągle żywa i ożywiająca praktyka adoracji eucharystycznej

    Jeden z liturgistów trafnie napisał: „Jakie to dla nas szczęście móc przyjść do świątyni, gdzie zawsze trwa święta obecność Chrystusa. Można Mu powiedzieć wszystkie swoje radości i smutki. Z takiej cichej adoracji odchodzimy umocnieni i uspokojeni. Pan jest blisko. Trzeba o Nim pamiętać”54. Przy Chrystusie eucharystycznym, ukrytym w tabernakulum czy wystawionym w monstrancji lub puszce, nabierają coraz większej aktualności słowa Pana: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). Nie przestawajmy Go nawiedzać. On czeka na nas i pragnie ofiarować nam swe liczne dobra.

    Kościół – Oblubienica korzysta z prawa przechowywania eucharystycznego Ciała swego Oblubieńca poza liturgią eucharystyczną, aby przedłużyć adorację, która jest naturalną „kontynuacją” celebracji. Poprzez adorację wierni mogą przeżyć szczególne doświadczenie «trwania» w miłości Chrystusa (por. J 15,9), wnikając coraz głębiej w Jego synowską relację z Ojcem 55. W Kościele posoborowym adoracja Najświętszego Sakramentu jest szczególnie rozpowszechnioną formą pobożności w kulcie Eucharystii56.

    „Nasz Papież” stwierdził iż: „niewątpliwie reforma liturgiczna Soboru w znacznym stopniu przyczyniła się do bardziej świadomego, czynnego i owocnego uczestnictwa wiernych w Najświętszej Ofierze ołtarza. Ponadto w wielu miejscach adoracja Najświętszego Sakramentu znajduje swoją właściwą rolę w życiu codziennym i staje się niewyczerpanym źródłem świętości (…)”57. W jednym ze swoich orędzi (w 1999 roku) profetycznie napisał: „Także dzisiaj trzeba tak prowadzić wiernych, aby wpatrywali się z uwielbieniem w tajemnicę Chrystusa, Boga-Człowieka, a przez to stawali się ludźmi życia wewnętrznego, którzy słyszą i realizują powołanie do nowego życia, do świętości, do wynagrodzenia, które jest apostolskim współuczestnictwem w dziele zbawiania świata; ludźmi, którzy przygotowują się do nowej ewangelizacji, dostrzegając w Sercu Chrystusa serce Kościoła: świat musi koniecznie zrozumieć, że chrześcijaństwo jest religią miłości”58.

    „Dlatego – pisze Papież Benedykt XVI – wraz ze zgromadzeniem synodalnym gorąco polecam pasterzom Kościoła oraz Ludowi Bożemu praktykę adoracji eucharystycznej, czy to osobistej, czy wspólnotowej. Wielką korzyścią będzie tu odpowiednia katecheza, która wyjaśni wiernym znaczenie tego aktu kultu. (…). Ponadto polecam, by w formacji katechetycznej dzieci, w szczególności w ramach przygotowania do I. Komunii świętej, były one wprowadzane w znaczenie i piękno dotrzymywania towarzystwa Jezusowi i by było kultywowane ich zdumienie wobec Jego obecności w Eucharystii. Chciałbym wyrazić mój głęboki szacunek oraz poparcie dla tych wszystkich instytutów życia konsekrowanego, których członkowie poświęcają znaczną część swego czasu na adoracje eucharystyczną. W ten sposób dla wszystkich są przykładem osób, które pozwalają się kształtować przez realną obecność Pana. Tak samo pragnę dodać otuchy tym stowarzyszeniom wiernych, jak również bractwom, które podejmują tę praktykę jako swoje szczególne zadanie, stając się zaczynem kontemplacji dla całego Kościoła i przypomnieniem o centralnym miejscu Chrystusa w życiu poszczególnych ludzi oraz wspólnot”59.

    3. Formy adoracji eucharystycznej

    W Kościele znana jest adoracja indywidualna i wspólnotowa; ta druga uświadamia nam naszą przynależność do Ciała Chrystusa. Do adoracji ma prawo cała wspólnota zakonna, stowarzyszenie eucharystyczne lub wspólnota parafialna. Dają one okazję do licznych wyrazów pobożności eucharystycznej” (kan. 942)60. Jednakże ciągle należy pamiętać o tym, że eucharystyczna ofiara Chrystusa stanowi najwyższą formę adoracji, jaką ofiaruje On swojemu Ojcu w naszym imieniu.

    Adoracja Najświętszego Sakramentu może mieć rozmaite formy:

    1) Zwyczajne nawiedzenie Najświętszego Sakramentu przechowywanego w tabernakulum: krótkie spotkanie z Chrystusem wynikające z wiary w Jego obecność i wyrażone modlitwą w milczeniu.

    2) Adoracja Najświętszego Sakramentu wystawionego w monstrancji lub w puszce, na dłuższy lub krótszy czas, według przepisów liturgicznych: tak zwana adoracja wieczysta i 40-godzinne nabożeństwo.

    a) Adoracja wieczysta polega na nieprzerwanie trwającej czci wystawionego Najświętszego Sakramentu, oddawanej przez jednostki lub wspólnoty religijne, parafialne lub zakonne. Wywodzi się z nabożeństwa błagalnego przed wystawionym Najświętszym Sakramentem (czterdziestogodzinne nabożeństwo) odprawianego najpierw w katedrze mediolańskiej we Włoszech podczas wojny w latach dwudziestych XVI wieku, a następnie, w myśl zarządzenia świętego Karola Boromeusza biskupa (1563-1584), w sposób ciągły, kolejno w poszczególnych kościołach Mediolanu. Do Rzymu zwyczaj ten przeniósł w 1548 r. św. Filip Neriusz (1515-1595)61, a pap. Klemens VIII wprowadził w 1592 roku adorację wieczystą we wszystkich kościołach rzymskich. W XVI wieku powstały we Francji zgromadzenia zakonne dla adoracji wieczystej (adoratorki). Wiele diecezji francuskich, wprowadzając adorację wieczystą, wyznaczało poszczególnym parafiom i klasztorom dni wystawienia Najświętszego Sakramentu w taki sposób, by była zachowana ciągłość przez cały rok. Praktyka ta była znana w Austrii od czasów Marii Teresy i w południowych Niemczech. W Polsce w diecezjach: płockiej (od 1779), gnieźnieńskiej (od 1792), warszawskiej, łomżyńskiej, podlaskiej i sandomierskiej adoracja wieczysta polega na kolejnym odprawianiu przez poszczególne parafie czterdziestogodzinnego nabożeństwa, trwającego od 1-3 dni; w wielu innych diecezjach natomiast, na wzór francuski, rozdzielono poszczególne dni roku pomiędzy kościoły parafialne i kaplice zakonne, wyznaczając na te dni całodzienne wystawienia Najświętszego Sakramentu62.

    Kongregacja Kultu Bożego „usilnie zaleca, ażeby w najważniejszych miastach biskup diecezjalny wyznaczył któryś z kościołów dla odprawiania wieczystej adoracji, w którym jednakże często, a nawet jeśli możliwe, każdego dnia, będzie celebrowana Msza święta63. Do biskupa diecezjalnego bowiem należy krzewienie adoracji wśród wiernych oraz wydawanie zarządzeń dotyczących procesji, uczestnictwa w nich oraz ich godnego celebrowania64.

    b) Czterdziestogodzinne nabożeństwo65, trwająca nieprzerwanie 40 godzin lub trzy dni z przerwami nocnymi adoracja Najświętszego Sakramentu. Nabożeństwo to zapoczątkowało przed 1214 r. bractwo biczowników z obecnego miasta Zadar w Dalmacji, które od Wielkiego Czwartku do południa Wielkiej Soboty adorowało Najświętszy Sakrament przechowywany w Bożym Grobie, w nawiązaniu do tradycji o 40-godzinnym przebywaniu ciała Chrystusa w grobie (św. Augustyn) oraz do zwyczaju zachowywania postu w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę (Tertulian, Hipolit Rzymski). Zaraz po wprowadzeniu nabożeństwo to zaczęto odprawiać nieprzerwanie najpierw w kościołach miejskich, a następnie w poszczególnych parafiach danej diecezji. Dzięki ciągłości 40-godzinnego nabożeństwa przerodziło się ono w adorację wieczystą, W roku 1527 praktykę tę wprowadził Antoni Maria Zaccaria w kościele św. Grobu i w katedrze w Mediolanie, a następnie w kilku innych miastach. Od roku 1534 wystawiano Najświętszy Sakrament do adoracji w monstrancji. W roku 1548 Filip Neriusz wprowadził 40-godzinne nabożeństwo w Rzymie, a papież Klemens VIII w 1592 roku nakazał odprawiać je we wszystkich kościołach Wiecznego Miasta. W roku 1553 jezuici – jako główni propagatorzy – zaprowadzili 40-godzinne nabożeństwo także poza Italią, a w roku 1623 papież Urban VIII rozciągnął tę praktykę, jako obowiązkową, na cały Kościół zachodni.

    Pod wpływem jezuitów w drugiej połowie XVI wieku 40-godzinne nabożeństwo66 odprawiano przed środą popielcową w celu przebłagania za grzechy popełnione w czasie karnawału, nadając mu charakter adoracji wynagradzającej; w Polsce miało też często charakter błagalny z prośbą o odwrócenie klęsk żywiołowych i niebezpieczeństwa zagrażających ojczyźnie. W naszym kraju nabożeństwo to przyjęło się początkowo w kościołach jezuickich: w roku 1579 – w Wilnie, a w 1581 w Poznaniu i w Pułtusku, a szerzej w drugiej połowie XVIII wieku

    Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. postanawiał: „W kościołach parafialnych (…), należy co roku, w dniach oznaczonych za zgodą ordynariusza miejsca, z możliwie z największą okazałością odprawiać 40-godzinne nabożeństwo błagalne; w razie trudności (…) przynajmniej przez kilka godzin z rzędu w dni oznaczone” urządzić uroczyste wystawienie Najświętszego Sakramentu (kan. 1275). Po Soborze Watykańskim II podtrzymano 40-godzinne nabożeństwo. Dokumenty liturgiczne podkreślają ogólnie konieczność corocznego i trwającego dłuższy czas wystawienia Najświętszego Sakramentu w monstrancji do adoracji67. Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. powtarza liturgiczną normę: „Zaleca się, ażeby w tych kościołach i kaplicach [które mają zezwolenie na przechowywanie Najświętszej Eucharystii] organizowano corocznie uroczyste wystawienie Najświętszego Sakramentu przez odpowiedni czas, choćby z przerwami, aby miejscowa wspólnota głębiej rozważała i adorowała tajemnicę eucharystyczną. Jednakże tego rodzaju wystawienie ma być tylko wtedy, gdy przewiduje się odpowiedni udział wiernych, i przy zachowaniu ustanowionych norm” (kan. 942)68.

    4. Wskazania Stolicy Apostolskiej69 co do przebiegu adoracji

    Nauczycielski Urząd Kościoła postuluje, aby na chwile adoracji wierni byli przygotowani do posłużenia się Pismem świętym jako nieporównywalną z niczym księgą modlitwy, do odpowiedniego doboru pieśni i modlitw, do zapoznania się z niektórymi prostymi strukturami Liturgii Godzin, do trwania na cichej modlitwie. „W ten sposób zrozumieją oni stopniowo, że w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu nie można odprawiać innych nabożeństw ku czci Dziewicy Maryi i świętych”70. Jednakże Kościół, ze względu na ścisły związek Maryi z Chrystusem, nie wyklucza podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu odmawiania i rozważania różańca, który jako modlitwa oparta na Ewangelii i skoncentrowana na tajemnicy Wcielenia i Odkupienia, jest uważana za modlitwę o wymiarze ściśle chrystologicznym71: „kontemplację misteriów Chrystusa oczami i sercem Maryi. W łączności z Nią i z Jej przykładem”72.

    Przed Najświętszym Sakramentem, wystawionym na dłuższy czas, można i powinno się również odprawić jakąś część Liturgii Godzin, zwłaszcza Godzin głównych73. Jej sprawowanie bowiem w ciągu dnia stanowi prawdziwe przedłużenie Ofiary chwały i dziękczynienia; Msza święta jest świadkiem i źródłem sakramentalnym Liturgii Godzin74, która „rozciąga na poszczególne pory dnia uwielbienie i dziękczynienie oraz wspomnienie tajemnic zbawienia, modlitwę błagalną i przedsmak niebiańskiej chwały dany nam w Eucharystii (…). Liturgia Godzin najlepiej przygotowuje do sprawowania Eucharystii i ożywia odpowiednie usposobienie, jak wiarę, nadzieję, miłość, pobożność i ducha ofiary” (OWMR, n.12). We wspólnej celebracji, kiedy okoliczności na to pozwalają, można ściśle połączyć Mszę świętą i jedną z godzin oficjum – Jutrznię, Modlitwę w ciągu dnia, Nieszpory, według wskazań i obowiązujących przepisów75.

    „Podczas wystawienia należy modlitwy, śpiewy i czytania ułożyć tak, by adorujący wierni skupiali swoją uwagę na Chrystusie Panu (…) W pewnych zaś momentach dobrze jest zachować święte milczenie”76.

    Biskup Rzymu podkreślał, że różańcową modlitwę maryjną cechuje cudowna «prostota i głębia»77 oraz że Różaniec pojmowany w jego głębokim znaczeniu biblijnym i chrystocentrycznym78, na które zwrócił uwagę w Liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae (Różaniec Dziewicy Maryi)może się stać „szczególnie odpowiednim sposobem kontemplacji eucharystycznej, realizowanej razem z Maryją i w Jej szkole”79. Gdy jednak modlitwę różańcową odmawia się w obecności Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza wystawionego, należy jasno przedstawić jej naturę, jako kontemplację tajemnic życia Chrystusa – Odkupiciela i zbawczego planu Ojca wszechmogącego, posługując się w tym celu przede wszystkim wybranymi czytaniami z Pisma świętego”80. Słuchanie tekstu biblijnego, milczenie medytacyjne, dopowiedzenia chrystologiczne w „Zdrowaś Maryjo”, po imieniu Jezus, śpiewanie „Chwała Ojcu”dodana modlitwa końcowa skierowana do Chrystusa, także w formie litanijnej; wszystkie te akty uwydatniają charakter kontemplacyjny, który cechuje modlitwę przed Najświętszym Sakramentem znajdującym się w tabernakulum lub wystawionym do adoracji81.

    Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyjaśnia, że co do litanii do Matki Bożej, która jest samodzielnym aktem kultu nie koniecznie związanym z różańcem82, to bardziej właściwe może być (podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu) zastąpienie jej przez litanie bezpośrednio skierowane do Chrystusa83.

    5. Ze spotkania z Chrystusem podczas adoracji chrześcijanie czerpią siły…

    Kongregacja Kultu Bożego stwierdza, że oddawanie czci Eucharystii poza Mszą świętą ma mocne i trwałe uzasadnienie, a nawet sam Kościół ustanowił niektóre powszechne i wspólnotowe jego formy84. Kult adoracji opiera się na silnej i pewnej podstawie, „głównie dlatego, że wiara w rzeczywistą obecność Pana prowadzi całkiem naturalnie do zewnętrznego i publicznego uwidocznienia tejże wiary (…). A więc [jest to] pobożność, skłaniająca wiernych (…) do odpowiedzi wdzięcznym sercem na dar z samego siebie Tego, który przez swoje człowieczeństwo nieustannie wlewa Boże życie w członki swojego Ciała. Przebywając przy Chrystusie Panu, zażywają najgłębszej Jego poufałości i wylewają przed Nim swe serce za siebie i wszystkich swoich, modlą się o pokój i zbawienie świata. Oddając w ofierze z Chrystusem całe swe życie Ojcu w Duchu Świętym, czerpią z tego przedziwnego obcowania wzrost w wierze, nadziei i miłości”85.

    Eucharystia jest i Ofiarą i Sakramentem; ten zaś tym się rożni od innych sakramentów, że nie tylko daje łaskę, lecz zawiera w sposób trwały samego Dawcę łaski. Podczas adoracji Kościół prosi Go o dary nadprzyrodzone i doczesne, których ustawicznie potrzebujemy, objawia żywą wiarę, z jaką wyznaje, że Boski Oblubieniec jest obecny pod tymi postaciami, oświadcza Mu swą ochotną służbę i korzysta z serdecznej z Nim zażyłości86. Eucharystia jest Bogiem jako Odpowiedzią, jest odpowiadającą Obecnością. Inicjatywa kontaktów Bóg – człowiek już nie leży po naszej, lecz po Jego stronie i dopiero wtedy staje się rzeczywiście szczera. Kiedy modlimy się w eucharystycznej obecności Chrystusa, nigdy nie jesteśmy sami. Wtedy Jezus zawsze modli się z nami. Wtedy zawsze modli się z nami cały celebrujący Eucharystię Kościół87.

    Skoro Bóg daje się nam osobiście, dlatego my również musimy dać mu naszą osobistą odpowiedź. Ponieważ Pan jako Zmartwychwstały daje nam się w Ciele, musimy odpowiedzieć duszą i ciałem. Wszystkie duchowe możliwości naszego ciała nieodzownie przynależą do kształtu Eucharystii: śpiewanie, mówienie, milczenie, postawa siedząca, postawa stojąca, klęczenie. Tylko te trzy elementy łącznie – śpiewanie, mówienie i milczenie – stanowią odpowiedź, w której dla Pana otwiera się pełnia naszego duchowego ciała88. W osobistej modlitwie codzienne nasze zajęcia przedstawiamy Bogu. Otrzymujemy od Niego duchowe pomoce potrzebne na każdą okoliczność życia, które nabiera nadprzyrodzonej wartości, jeśli prosimy Pana Jezusa o Jego umocnienie i łaskę. Jezus jest bowiem „dniem i nocą pośrodku nas, mieszka między nami pełen łaski i prawdy, urabia nasze obyczaje, zasila cnoty”89.

    Ojciec Święty Paweł VI (1963-1978) w swojej encyklice o Eucharystii napisał: „Eucharystia nadaje chrześcijańskiemu ludowi godność, której niepodobna należycie ocenić. Chrystus bowiem jest rzeczywiście Emanuelem, czyli «Bogiem z nami» nie tylko w czasie składania ofiary i sprawowania Sakramentu, lecz również (…) gdy Eucharystię przechowuje się w kościołach i kaplicach. Jest bowiem dniem i nocą pośrodku nas, mieszka między nami pełen łaski i prawdy (por. J 1, 14), urabia nasze obyczaje, zasila cnoty, pociesza smutnych, umacnia słabych i pobudza wszystkich, którzy się do Niego zbliżają, by Go naśladować, by za Jego przykładem uczyć się być cichymi i pokornego serca i nie szukać własnych korzyści, lecz Bożych. Ktokolwiek więc odnosi się do Świętej Eucharystii ze szczególną pobożnością i miłującemu nas nieskończenie Chrystusowi stara się ochoczo i wielkodusznie miłością odwzajemniać90, ten doświadcza i do głębi rozumie, z wielką radością i pożytkiem dla duszy, jak cenne jest życie ukryte z Chrystusem w Bogu (por. Kol 3, 3) i jak wielką wartość ma prowadzenie rozmowy z Chrystusem, nad co nie ma nic na tej ziemi milszego, nic skuteczniejszego w podążaniu drogami świętości”91.

    Papież Jan Paweł II napisał: „Dobrowolne wyniszczenie Chrystusa, miłe Ojcu i uwielbione w zmartwychwstaniu, stanowi niejako motyw najbliższy, z którego rodzi się nasza adoracja tego Zbawiciela, który «stał się posłusznym aż do śmierci i to śmierci krzyżowej» (Flp 2, 8). Adoracja jest równocześnie przejęta wielkością tej Ludzkiej Śmierci, w której świat – to znaczy każdy z nas – został umiłowany aż do końca (J 13, 1). I równocześnie zawiera się w niej jakieś nasze wynagrodzenie za tę Miłość ukrzyżowaną na śmierć: jest naszą «Eucharystią», czyli naszym dziękczynieniem, uwielbieniem za to, że Chrystus nas odkupił swoją śmiercią i przez swoje zmartwychwstanie dał nam uczestnictwo w życiu nieśmiertelnym. Kult ten winien wypełniać wnętrza świątyń również poza godzinami Mszy świętych. Skoro bowiem tajemnica eucharystyczna została ustanowiona z miłości i uobecnia nam sakramentalnie Chrystusa, zasługuje zatem na nasze dziękczynienie i naszą cześć”92. „Nasz Papież” uczył, że adoracja Eucharystii jest przede wszystkim kultem Bożej łaskawości. Prawdziwa cześć dla Eucharystii staje się szkołą czynnej miłości bliźniego, szkołą kształcenia sumienia93.„Nie żałujmy przeto naszego czasu na adorację (…) niech nasza adoracja nigdy się nie kończy”94.

    W roku 1999 do arcybiskupa Lyonu Papież z Krakowa napisał: ze spotkania z Chrystusem podczas adoracji „chrześcijanie zaczerpną siły potrzebne do życia duchowego i do realizacji swojej misji w świecie. Trwając bowiem w zjednoczeniu serc z Boskim Nauczycielem i odkrywając nieskończoną miłość Ojca, staną się prawdziwymi czcicielami w duchu i w prawdzie. Ich wiara ożywi się, oni zaś wnikną w tajemnicę Boga i zostaną głęboko przemienieni przez Chrystusa. W chwilach doświadczeń i radości będą upodabniać swoje życie do tajemnicy krzyża i zmartwychwstania Zbawiciela (por. GS, n. 48). Każdego dnia będą się coraz bardziej stawać synami w Synu [Bożym]. Wówczas dzięki nim miłość będzie się rozlewać w ludzkich sercach, aby mogło wzrastać Ciało Chrystusa, którym jest Kościół, oraz by powstawało społeczeństwo sprawiedliwości, pokoju i braterstwa. Staną się orędownikami całej ludzkości, bo każda dusza, która wznosi się ku Bogu, wznosi ku Niemu także świat i w tajemniczy sposób przyczynia się do zbawienia, ofiarowanego nam bezinteresownie przez Ojca niebieskiego”95.

    Bóg jest blisko nas. Jezus czeka na nas i my zawsze wiemy, gdzie możemy Go znaleźć, gdzie On daje się znaleźć. On nas zna i oczekuje na nas. Nie pozwólmy, by czekał daremnie. Nie omijajmy tego, co dla naszego życia najważniejsze i największe, roztargnieni i bierni. Nie przechodźmy obojętnie obok niezwykłej tajemnicy. Dajmy sobie również w ciągu tygodnia czas na to, by wstąpić do kościoła na chwilę i pobyć przed Panem, który jest tak blisko. Z naszych kościołów i kaplic stale wychodzi zaproszenie Jezusa Chrystusa. Zawsze żyje w nich Jego święte z nami sąsiedztwo. Ono stale nas woła i zaprasza96. Pan jest blisko w naszym sumieniu, w swoim słowie, osobowej obecności w Eucharystii: to jest godność i radość chrześcijan. Z tego chcemy się cieszyć i wyraża się to w wysławianiu Boga, który jest naszą radością i naszym zbawieniem97.

    Zakończenie

    Na zakończenie tego rozważania przywołajmy na pamięć godną refleksji wypowiedź Sługi Bożego Jana Pała II: „Ożywienie i pogłębienie kultu eucharystycznego jest sprawdzianem prawdziwej odnowy – tej, którą sobie Sobór postawił za cel. Jest tej odnowy punktem poniekąd kulminacyjnym. Kościół i świat odczuwają wielką potrzebę kultu eucharystycznego. Jezus oczekuje nas w tym sakramencie miłości. Nie żałujmy naszego czasu na spotkanie z Nim w adoracji, na kontemplację pełną wiary i gotowości wynagrodzenia wielkich win i występków świata”98. Ojciec Święty Benedykt XVI zwraca się do poszczególnych wiernych (duchownych, instytutów zakonnych i osób świeckich) z zaproszeniem, „by osobiście znajdowali czas na przebywanie na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem ołtarza”. Zachęca też parafie i rożne grupy kościelne, „by praktykowały wspólnotową adorację”99. Dajmy też posłuch zachęcie świętego Josemarii Escrivy: „Przychodź wytrwale przed tabernakulum, fizycznie lub duchowo, aby poczuć się pewnym, aby czuć się kochanym… i aby kochać”100.

    Pan Jezus, który do końca nas umiłował, obecny we dnie i w nocy w Najświętszym Sakramencie w Tabernakulum, oczekuje w każdy dzień na nasze nawiedzenie i adorację

    ks. Piotr Gajda/opoka.org.pl/Fronda.pl

    *******

    Przypisy:

    1 Artykuł ten jest częścią 16-tego rozdziału książki ks. Piotra Gajdy, Eucharystia sercem przeżywana zadatkiem szczęśliwej wieczności, „Biblos” Tarnów 2004, s. 166-198.

    2 Benedykt XVI, Posynodalna adhortacja apostolska o Eucharystii, źródle i szczycie życia i misji Kościoła Sacramentum caritatis, 22 lutego 2007 (dal. cyt. Sacramentum caritatis), n. 94.

    3 Św. Augustyn, Enarrationes in Psalmos 98,9. – Podaję za: Sacramentum caritatis, n. 66, przypis 191; por. Benedykt XVI, Przemówienie do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2005, w:L’Osservatore Romano, w jęz. pol., 280 (2006), nr 2, s. 16

    4 Kongregacja Obrzędów, Instrukcja Eucharisticum misterium, n. 3; Kongregacja Kultu Bożego, Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą dostosowane do zwyczajów diecezji polskich,. N. 56-57, Katowice 1985, s. 37-38.

    Sacramentum caritatis, n. 66.

    6 Por. Rok Eucharystii, Wskazania i propozycje, n. 13.

    7 Por. Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą, n. 55-57; Ecclesia de Eucharistia, n. 25; Redemptionis Sacramentum, n. 129-141; D. Kwiatkowski, ks.,Duszpasterskie zadania i wyzwania dla Kościoła w Roku Eucharystii, w: „Liturgia sacra. Liturgia, musica, ars. Półrocznik Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego”, 10 (2004), nr 2, s. 268-269; R. Berger, Mały słownik liturgiczny, Poznań 1990, s. 130.

    Ecclesia de Eucharystia, n. 25.

    Enarrationes In Psalmos 98,9. – Por. Benedykt XVI, Przemówienie do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2005, w: L’Osservatore Romano, w jęz. pol. 280 (2006), nr 2, s. 16.

    10 Benedykt XVI, Posynodalna adhortacja o Eucharystii, źródle i szczycie życia Sacramentum caritatsis, 22 lutego 2007 (dal. cyt. Sacramentum caritatsis), n. 66.

    11 P. Pachciarek, Adoracja Najświętszego Sakramentu, w: ABC chrześcijanina, Mały słownik, s. 11.

    12 Jan Paweł II, List z okazji 750-lecia święta Bożego Ciała, 28 maja 1996, n. 4, s. 124.

    13 Zob. W. Schenk, ks., Adoracja Najświętszego Sakramentu. I. Dzieje, w: EK, t. 1, Lublin 1973, kol. 101-102.

    14 Por. F. F. Carvajal, dz. cyt., t. 6, s. 312.

    15 Kongregacja Kultu Bożego, Dekret Eucharistiae sacramentum, 21 czerwca 1973, w: AAS 65 (1973), s. 610.

    16 Rok Eucharystii, Wskazania i propozycje, n. 13.

    17 Tamże; por. Redemptionis Sacramentum, n. 129.

    18 Por. Pius XII, Enc. Mediator Dei, w: AAS 39 (1947), s. 568-572; Paweł VI, Enc. Mysterium fidei, w: AAS (1965), s. 769-772; Eucharisticum mysterium, n. 49-50; Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą, n. 5; Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 164..

    19 Por. J. Ratzinger, kard., Bóg jest blisko nas, s.100 -101.

    20 Por. Mediator Dei, w: Eucharystia w wypowiedziach…, s. 62-63; Redemptionis Sacramentum, n. 136 i 140-141.

    21 Sobór Trydencki, Sess. 13, c. 5 i 6.

    22 Por. Mediator Dei, n. IV, w: Eucharystia w wypowiedziach, s. 63; Redemptionis Sacramentum, n. 137.

    23 Eucharisticum misterium, n. 3b.

    24 Wprowadzenie teologiczne i pastoralne, n. 5, w: Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą dostosowane do zwyczajów diecezji polskich,. Katowice 1985, s. 11-12.

    25 Mszał Rzymski, na uroczystość poświęcenia kościoła.

    26 Mediator Dei, n. IV, w: Eucharystia w wypowiedziach, s. 64.

    27 Tamże.

    28 Mysterium fidei, w: AAS 57 (1965), s. 771.

    29 Sobór Watykański II, Dekret o posłudze i życiu kapłanów Presbyterorum ordinis, n. 18; por. J.-M. Verlinde, ks. dz. cyt., s. 147.

    30 Jan Paweł II, Audiencja generalna, 9 czerwca 1993, w: L’Osservatore Romano, w jęz. pol. 8-9 (1993), s. 45.

    31 List Komitetu Roku Maryjnego do biskupów, 7 października 1987 r., w: Curr: 138 (1988) nr 10-12, s. 468-469; por. Ecclesia de Eucharistia, n. 61; Redemptionis sacramentum, n. 130 i 134-136; 139-140; Rok Eucharystii. Sugestie i propozycje, n. 3.

    32 Ecclesia de Eucharistia, n. 25.

    33 J.-M. Verlinde, ks., dz. cyt., s. 149.

    34 Tamże, s. 148.

    35 Kongregacja ds. Duchowieństwa, Dyrektorium o posłudze i życiu kapłanów, 31 stycznia 1994, Tarnów 1995, n. 50; Jan Paweł II, Katecheza w czasie audiencji ogólnej, 9 czerwca 1993, n. 6, w: L’Ossevatore Romano, 10 czerwca 1993; Tenże, Adhortacja apostolska o formacji kapłanów we współczesnym świecie Pastores dabo vobis, 25 marca 1992, n. 48; por. Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1418.

    36 Jan Paweł II, List na Wielki Czwartek, Tajemnica i kult Eucharystii, 24 lutego 1980, n. 3. Korzystam ze zbioru: Jan Paweł II, Listy na Wielki Czwartek 1979-2005, Kraków [2005], s. 39.

    37 Por. Redemptionis Sacramentum, n. 134.

    38 Jan Paweł II, List do ordynariusza Lyonu, arcybiskupa L.-M. Bille…, w: L’Osservatore Romano, w jęz. pol. 9-10 (1999), s. 12.

    39 Jan Paweł II, Adhortacja apostolska o biskupie słudze Ewangelii Jezusa Chrystusa dla nadziei świata Pastores gregis, 16 października 2003, n. 16.

    40 Jan Paweł II, Wstańcie, chodźmy!, Kraków 2004, s. 115.

    41 Mane nobiscum Domine, n. 18; por. Redemptionis Sacramentum, n. 137.

    42 Jan Paweł II, List z okazji 750-lecia Bożego Ciała, 28 maja 1996, n. 7.

    43 Tamże, n. 8.

    44 Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 2000 roku, n. 14; Redemptionis Sacramentum, n. 134-135.

    45 Jeden z autorów natomiast pisze: „Adoracja może przybierać różne formy, ale właściwą postawą jest milczenie. Milczenie pozwala głębiej wniknąć człowiekowi w tajemnicę wiary, a jednocześnie łatwiej jest nawiązać intymny kontakt ze Zmartwychwstałym Jezusem Chrystusem. Kościół zezwala w czasie adoracji na czytanie Pisma świętego i inne modlitwy lub śpiewy. – J. Lewandowski, ks., dz. cyt., s. 97.

    46 Por. Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 164; Redemptionis Sacramentum, n. 135; P.-M. Gajda, Rola sanktuariów w życiu diecezji, w: Zwiastowanie, Pismo urzędowe diecezji rzeszowskiej, 14 (2005), nr 1, s. 96-97.

    47 Por. Redemptionis Sacramentum, n. 136.

    48 J. Ratzinger, kard., Bóg jest blisko nas, s. 130.

    49 Stat. 167 § 1 IV Synodu Diecezji Tarnowskiej (1982-1986), Tarnów 1990.

    50 Jan Paweł II, List z okazji 750-lecia święta Bożego Ciała, 28 maja 1996. n. 5.

    51 Bł. H. Koźmiński o Eucharystii. Wybór tekstów J. Pyrek OFMCap., Katowice-Ząbki 2005, s. 63.

    52 Tamże, s. 65-66.

    53 Por. tamże, s. 109.

    54 M. Nowak, ks., dz. cyt., s. 158.

    55 Por. J.-M. Verlinde, ks. dz. cyt., s. 146-147.

    56 Wskazania i propozycje obchodu Roku Maryjnego, n. 164, s. 118; por. n. 165, s. 119-120; Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 164; J. Lewandowski, ks., Eucharystia dar i ofiara, Ząbki 2005, s. 95-97.

    57 Tamże, n. 10. Papież z bólem dodaje, że w niektórych miejscach obserwuje się „prawie całkowity zanik tej praktyki adoracji eucharystycznej. Do tego dochodzą też tu i ówdzie, w różnych środowiskach kościelnych, nadużycia (…) odnośnie do tego przedziwnego Sakramentu (…) Poza tym niekiedy bywa zapoznana potrzeba posługi kapłańskiej, opierającej się na sukcesji apostolskiej (…) Stąd też pojawiają się inicjatywy ekumeniczne, które (…) stosują praktyki eucharystyczne niezgodne z dyscypliną, w jakiej Kościół wyraża swoją wiarę (…). Eucharystia jest zbyt wielkim darem, ażeby można było tolerować dwuznaczność i umniejszenia. Ufam, że Encyklika przyczyni się w skuteczny sposób do rozproszenia cieni wątpliwości doktrynalnych i zaniechania niedopuszczalnych praktyk, tak aby Eucharystia nadal jaśniała pełnym blaskiem całej swojej tajemnicy”. – Por. Instrukcja o zachowaniu i unikaniu pewnych rzeczy dotyczących Najświętszej Eucharystii, Redemptionis sacramentum, n. 136; n. 141, 142 i 144.

    58 Jan Paweł II, Orędzie na stulecie poświęcenia ludzkości Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, 11 czerwca 1999 r., w: L’Osservatore Romano, w jęz. pol. (1999), nr 9-10, s. 13.

    59 Tamże, n. 67.

    60 Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 165.

    61 Filip Neri został wyświęcony na kapłana w 1551 roku, w wieku 36 lat życia; był zaprzyjaźniony ze św. Karolem Boromeuszem.

    62 Por. W. Schenk, ks. Adoracja wieczysta, w: EK, t. 1, Lublin 1973, kol. 104-105. Decyzją Biskupa Wiktora Skworca zwyczaj ten został rozciągnięty również na diecezję tarnowską. W Polsce, w praktyce parafialnej, przez adorację wieczystą rozumie się uroczyste wystawienia Najświętszego Sakramentu w monstrancji, w dni powszednie, trwa od zakończenia ostatniej Mszy świętej porannej do rozpoczęcia Mszy świętej wieczornej

    63 Redemptionis Sacramentum, n. 140.

    64 Por. OWMR, n. 142.

    65 Por. W. Schenk, ks., Czterdziestogodzinne nabożeństwo, w: EK, t. 3, Lublin 1979, kol. 923.

    66 „Program” 40-godzinnego nabożeństwa zob. W. Schenk, art. cyt., w: EK, t. 3, Lublin 1979, kol. 923

    67 Por. Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą , n. 62; zob. tamże n.63-64W. Schenk, ks., Czterdziestogodzinne nabożeństwo, w: EK, t. 3, Lublin 1979, kol. 923.

    „Przez Stolicę Apostolską lub Stolicę Świętą rozumie się w niniejszym Kodeksie nie tylko Biskupa Rzymskiego, lecz także – o ile nie wynika co innego z natury rzeczy lub z kontekstu – Sekretariat Stanu, Radę Publicznych Spraw Kościoła, jak również inne instytucje Kurii Rzymskiej”. – KPK, kan. 361.

    68

    69

    70 Por. Odpowiedź na wątpliwość w pkt. 62 Instr. Eucharisticum mysterium, w: „Notitiae” 4 (1968), s. 33-134.

    71 Paweł VI, Adhortacja apostolska o należytym kształtowaniu i rozwijaniu kultu Najświętszej Maryi Panny Marialis cultus, 2 lutego 1974 (dal. cyt. Marialis cultus), n. 46; List Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, 15 stycznia 1997, w: „Notitiae” 34 (1998) s. 506-510; zob. także odpowiedź Penitencjarii apostolskiej, 8 marca 1996, w: „Notitiae” 34 (1998) s. 511; Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 165 i 203; Jan Paweł II, List apostolski Rosarium Virginis Mariae o Różańcu Świętym, 16 października 2002 (dal. cyt. Rosarium Virginis Mariae), rozdz. III; Rok Eucharystii, Wskazania i propozycje, n. 14-15; Mane nobiscum Domine, n.18. Inaczej natomiast trzeba spojrzeć na Litanię do Matki Bożej; jest ona bowiem samodzielnym aktem kultu nie koniecznie związanym z różańcem.

    72 Rok Eucharystii, Wskazania i propozycje, n. 16.

    73 Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą, n. 72..

    74 Por. Kongregacja ds. Duchowieństwa, Dyrektorium o posłudze i życiu kapłanów, n. 50.

    75 Por. Ogólne Wprowadzenie do Liturgii Godzin, n. 93-97.

    76 Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą świętą, n. 71. O adoracji we wspólnotach zakonnych zob. tamże, n. 66.

    77 Jan Paweł II, List apostolski Rosarium Virginis Mariae, n. 2.

    78 Chrystocentryczny – którego centrum, ośrodkiem jest Chrystus.

    79 Mane nobiscum Domine, n. 18; por. Redemptionis Sacramentum, n. 137.

    80 Redemptionis Sacramentum, n. 137.

    81 Rok Eucharystii, Wskazania i propozycje, n. 16. Eucharystię wolno przechowywać tylko w jednym tabernakulum kościoła czy kaplicy. – Por. R. Berger, Mały słownik liturgiczny, s. 148.

    82 Por. Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 203.

    83 Rok Eucharystii, Wskazania i propozycje, n. 16.

    84 Por. Dekret Kongregacji Kultu Bożego z 21 czerwca 1973, w: Komunia święta i kult tajemnicy eucharystycznej poza Mszą święta, s. 7; zob. tamże, Wprowadzenie teologiczne i pastoralne, n. 2-5, s. 10-11.

    85 Eucharisticum mysterium, n. 49-50; Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii, n. 164.

    86 Por. Mediator Dei, n. IV, w: Eucharystia w wypowiedziach, s. 62.

    87 Por. J. Ratzinger, kard., Bóg jest blisko nas, s.102

    88 Tamże, s. 103 – 104.

    89 Mysterium fidei, n. 24; por. J. Lewandowski, ks., dz. cyt., s. 99.

    90 Por. D. Kwiatkowski, ks., art. cyt., s. 265-271.

    91 Mysterium fidei, w: Eucharystia w wypowiedziach, s. 85-86.

    92 Jan Paweł II, List apostolski o tajemnicy i kulcie Eucharystii Dominicae coenae, 24 lutego 1980, n. 3, w: Eucharystia w wypowiedziach, s.100.

    93 Tamże, n. 6, w: Eucharystia w wypowiedziach, s. 103; por. J. Ratzinger, kard., Bóg jest blisko nas, s. 112-113.

    94 Zob. J. Ratzinger, kard., Bóg jest blisko nas, s. 111; Św. J. S. Pelczar o Eucharystii, Katowice-Ząbki 2005, s. 43-50.

    95 Jan Paweł II, List do ordynariusza Lyonu, arcybiskupa L.-M. Billez okazji stulecia poświęcenia ludzkości Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, 4 czerwca 1999, w: L’Osservatore Romano, w jęz. pol. (1999), nr 9, s. 12.

    96 Por. J. Ratzinger, kard., Bóg jest blisko nas, s. 118 i 119.

    97 Por. tamże, s. 122.

    98 Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1980 Tajemnica i kult Eucharystii, n. 3.

    99 Sacramentum caritatis, n. 68; por. L’Osservarore Romano, 12 października 2005, n.5.

    100 Św. Josemaria Escriva, To Chrystus przechodzi, s. 116.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sokółka, Legnica, Konstancin Jeziorna: co najmniej dwa cuda, aż trzy nadużycia (opinia)

    Sokółka 2 października 2011 r. fot. Anatol Chomicz / Forum

    *****

    Hostia upuszczona przez księdza i umieszczona w naczyniu z wodą po pewnym czasie zabarwiła się na czerwono. Takie zdarzenia nastąpiły w Sokółce i Legnicy. Podobna sekwencja wypadków miała miejsce także w otwartym niedawno domu rekolekcyjnym Dobry Zakątek w Konstancinie-Jeziornej. Rozpoczęła się w niedzielę 11 września, podczas porannej Mszy świętej z udziałem członków Instytutu Chrystusa Króla.

    – Kapłan, zgodnie ze zwyczajem, umieścił podniesioną Hostię w naczyniu liturgicznym z wodą, tzw. vasculum, żeby się rozpuściła. Kiedy zajrzał do niego po tygodniu, zauważył, że rozpuszczona Hostia częściowo zabarwiła się na czerwono. Poprosiłem wówczas, by umieścił ją w tabernakulum i poprosiłem o przyjazd księdza dziekana. Do 10 października przechowywaliśmy tę Hostię w kaplicy, następnie przewiozłem ją do kurii archidiecezjalnej warszawskiej – relacjonował ks. Bogusław Jankowski, dyrektor Dobrego Zakątka, cytowany przez „Gościa Niedzielnego”.

    Hostia ma zostać poddana specjalistycznym analizom. W przypadku Sokółki i Legnicy badane substancje o czerwonej barwie okazały się być fragmentami ludzkiego serca w agonii. Nie wiemy, czy tak samo będzie również tym razem. Jednak te trzy wydarzenia łączy pewien wspólny fakt.

    Z zamieszczonych w mediach relacji wynika, że podobnie jak podczas cudów eucharystycznych z 2008 i 2013 roku kapłani zastosowali procedurę przewidzianą dla sytuacji, w której – według przepisów Kongregacji Kultu Bożego i Sakramentów z 1965 roku – „coś trującego dotknęło hostii przeistoczonej” (De defectibus in celebratione Missae occurrentibus, n. 45, w: Ordo Missae, ritus servandus in celebratione Missae et de defectibus in celebratione Missae occurrentibus, Watykan 1965).

    Zgodnie z tą samą instrukcją, w zwyczajnych przypadkach, to znaczy gdy nie wchodzi w grę zetknięcie z „czymś trującym” to „jeżeli upadnie Hostia lub jakaś jej cząstka, to należy ją ze czcią podnieść”.

    Niemal identyczne brzmienie ma fragment Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego (Kongregacja Ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Rzym 2002). Punkt 280 głosi: „Jeśli upadnie Hostia lub jakaś jej cząstka, należy ją podnieść z czcią. Gdyby zaś rozlała się Najświętsza Krew, wtedy miejsce, na które spłynęła, należy obmyć wodą, a wodę wlać do kościelnej studzienki” (Ogólne wprowadzenie do Mszału rzymskiego z trzeciego wydania Mszału Rzymskiego, Rzym 2002).

    Nie ma więc mowy o rozpuszczaniu całej Hostii w vasculum. Domyślnie – należy ją po prostu spożyć. Jednak najwyraźniej rozpowszechnił się obyczaj umieszczania podniesionych po upadku komunikantów w wodzie. Potwierdzenie tego znajdziemy nie tylko w praktyce, obserwując liturgie w polskich kościołach, ale też nawet w opisach vasculum na internetowych stronach sklepów dewocjonalnych sprzedających naczynia liturgiczne.

    Czy nie mamy zatem do czynienia z „normowaniem” postępowania na granicy profanacji, zwłaszcza przy wszechobecnej dziś praktyce udzielania Komunii świętej w pośpiechu, procesjonalnie, w tłumie, bez pateny, na dowolne sposoby?

    Najbardziej znany cud eucharystyczny w Lanciano związany był z niewiarą kapłana sprawującego Mszę, że podczas Przeistoczenia faktycznie chleb i wino stają się Ciałem i Krwią Pańską. Nie przesądzając o naturze zdarzenia w Konstancinie-Jeziornej – czy kolejny już przypadek związany z upuszczeniem konsekrowanej Hostii i potraktowaniem jej w sposób sprzeczny z nakazami Kościoła nie powinien dać nam do myślenia w szeroko rozumianej kwestii czci dla Najświętszych Postaci?

    Roman Motoła/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piąte objawienie 13 września 1917 …

    utworzone przez Araldimissioni-admin | październik 25, 2019 

    Fragment książki: „Fatima, Moje Niepokalane Serce Zariumfuje!”

    Autor: João Scognamiglio Clá Dias, założyciel Heroldów Ewangelii.

    Podczas kolejnych objawień Madonny na Cova da Iria wzrosła liczba osób, które uwierzyły. Tak więc 13 września nastąpił niezwykły napływ pielgrzymów do błogosławionego miejsca, pełen szacunku tłum, liczył od 15 do 20 tysięcy osób, a może i więcej.

    (…) W końcu dotarliśmy do Cova da Iria, w pobliżu dębu ostrolistnego i zaczęliśmy wspólnie ze zgromadzonym tłumem odmawiać Różaniec. Wkrótce potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz potem Matkę Bożą nad dębem. (Powiedziała nam) :

    Siostra Łucja opowiada:

    „Gdy zbliżała się wyznaczona godzina, poszłam tam z Hiacyntą i Franciszkiem, poprzez tłum, który ledwo nas przepuścił. Ulice były pełne ludzi – wszyscy chcieli nas zobaczyć i porozmawiać, (…) prosząc, abyśmy przedstawili Matce Bożej ich potrzeby. (…) W końcu dotarliśmy do Cova da Iria, w pobliżu dębu ostrolistnego i zaczęliśmy wspólnie ze zgromadzonym tłumem odmawiać Różaniec. Wkrótce potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz potem Matkę Bożą nad dębem. (Powiedziała nam) :

    – Nie przestawajcie odmawiać Różańca, aby wojna się zakończyła. W październiku przybędą również Nasz Pan, Matka Boża Bolesna Karmelitańska, Święty Józef z Dzieciątkiem Jezus, aby pobłogosławić świat. Bóg jest zadowolony z waszej ofiary, ale nie chce, abyście spali ze sznurem pokutnym, noście go tylko w ciągu dnia.
    – Poproszono mnie, abym poprosiła o wiele rzeczy: uzdrowienie, niektórych chorych, o pewnego głuchoniemego.
    – Tak, niektórych uleczę, innych nie. W październiku uczynię cud, i wszyscy uwierzą.
    I unosząc się zniknęła jak zwykle “.

    Według świadectw niektórych świadków, w czasie tego objawienia Madonny, podobnie jak podczas poprzednich, miały miejsce różne zjawiska atmosferyczne.

    Obserwowano „świecącą kulę, która przesuwała się ze wschodu na zachód, płynąc powoli i majestatycznie w przestrzeni”.

    Ponadto nastąpiło „zmniejszenie światła słonecznego”, do tego stopnia, że można było zobaczyć księżyc i gwiazdy na firmamencie. (…) Powietrze przybrało żółtawy odcień; mała biała chmura, widoczna aż do krawędzi Cova, owinęła dąb, a wraz z nim pastuszków.

    Z nieba padało coś na kształt białych kwiatów lub płatków śniegu, które nie dotykały ziemi, ale rozpływały się na pewnej wysokości, lub wtedy, gdy próbowano zebrać je do kapelusza lub w dłonie.
    Objawienie Najświętszej Dziewicy, choć krótkie, sprawiło, że dzieci były bardzo szczęśliwe, pocieszone i umocnione w wierze.

    Szczególnie Franciszek czuł się przepełniony radością na myśl o tym, że zgodnie z obietnicą Królowej Nieba i Ziemi za miesiąc ujrzy Jezusa.

    Szóste i ostatnie objawienie

    13 października 1917 …

    Wreszcie przyszedł długo oczekiwany dzień szóstego i ostatniego objawienia się Madonny trzem pastuszkom.
    Była już późna jesień. Poranek był zimny. Uporczywy i obfity deszcz przekształcił Cova da Iria w ogromne trzęsawisko i przemoczył do suchej nitki rzesze 50 lub 70 tysięcy pielgrzymów przybyłych na miejsce ze wszystkich zakątków Portugalii. Około wpół do jedenastej morze ludzi otworzyło przejście odświętnie ubranej trójce dzieci.
    Oto jak Siostra Łucja opisuje co wówczas nastąpiło:

    “Po dotarciu do Cova da Iria, w pobliże dębu ostrolistnego, pod wpływem wewnętrznego natchnienia, poprosiłem zgromadzonych, o zamknięcie parasoli by odmówić Różaniec. Niedługo potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz po tym Matkę Bożą nad dębem.
    – Czego Pan życzy sobie ode mnie?
    – Chcę ci powiedzieć, aby zbudowano tutaj kaplicę na moją cześć ponieważ jestem Matką Boską Różańcową i żebyście kontynuowali odmawiać Różaniec każdego dnia. Wojna wkrótce się skończy, a żołnierze wrócą do swoich domów.
    – Chciałbym prosić Panią o wiele rzeczy. O uzdrowienie chorych i nawrócenie grzeszników itp.
    – Niektórzy tak, inni nie. Muszą wiele naprawić. Muszą prosić o wybaczenie za swoje grzechy. I ze smutnym wyrazem twarzy (dodała Matka Boża): nie obrażajcie Boga, Pana naszego, który już jest bardzo obrażony.
    Znowu rozchyliła dłonie promieniejące w blasku słonecznym. Gdy się unosiła, Jej własny blask spływał na ziemię ”.

    Kiedy Matka Boża zniknęła w tym świetle, którym sama promieniowała, trzy nowe wizje ukazały się na Niebie, jak obrazy symbolizujące radosne, bolesne i chwalebne Tajemnice Różańca.

    W pobliżu słońca pojawiła się Święta Rodzina: 

    Święty Józef z Dzieciątkiem Jezus w ramionach i Matka Boska Różańcowa.

    Dziewica była ubrana w białą tunikę i niebieski płaszcz, święty Józef był również ubrany na biało, a Dzieciątko Jezus na czerwono. Święty Józef trzykrotnie uczynił w powietrzu znak krzyża, błogosławiąc lud, a Dzieciątko Jezus uczyniło to samo.

    Dwie kolejne sceny zobaczyła tylko Łucja. W pierwszej, Jezusa przepełnionego cierpieniem, jak w drodze na Kalwarię, i Matkę Bolesną, ale bez miecza w piersi. Również Boski Odkupiciel pobłogosławił zgromadzonych.
    Następnie pojawiła się chwalebna Matka Boska z Góry Karmel ukoronowana na Królową Nieba i Ziemi, z Dzieciątkiem Jezus na ręku.

    „Spójrz na słońce!”

    Podczas gdy pastuszkowie kontemplowali niebiańskie postacie, obiecany cud miał miejsce na oczach tłumu.
    Przez cały czas objawienia padał deszcz. Łucja pod koniec rozmowy z Najświętszą Dziewicą krzyknęła do ludzi: „Spójrz na słońce!” Chmury otworzyły się i słońce wyglądało jak ogromny srebrny dysk. Pomimo swojego intensywnego światła można było na niego spojrzeć gołym okiem bez uszczerbku dla wzroku. Ludzie kontemplowali je zachwyceni, gdy nagle gwiazda zaczęła „tańczyć”. Odwróciło się szybko jak gigantyczne koło ognia. Zatrzymało się nagle, by zacząć od nowa wkrótce po tym, jak obróciło się z zadziwiającą szybkością. Wreszcie, w zawrotnym wirze, jego krawędzie przybrały szkarłatny kolor, rzucając czerwone płomienie we wszystkich kierunkach.

    Wszystko to odbijało się na ziemi, na drzewach, na krzakach, na twarzach skierowanych w stronę nieba, lśniąc wszystkimi kolorami tęczy. Ognisty dysk zawirował szaleńczo trzykrotnie, z kolorami, które za każdym razem stawały się coraz bardziej intensywne, drżał strasznie i niezwykłym zygzakiem, rzucił się w stronę przerażonego tłumu. Pojedynczy i ogromny krzyk wyrwał się ze wszystkich ust. Wszyscy padli na kolana w błocie, myśląc, że będą spaleni przez ogień. Wielu modliło się głośno aktem skruchy. Stopniowo słońce zaczęło unosić się, kreśląc ten sam zygzak do punktu horyzontu, z którego zstąpiło. Wtedy było już niemożliwe, aby spojrzeć na nie gołym okiem. Znowu było to normalne słońce.

    Cykl wizji Fatimskich zakończył się.

    Cud ten trwał około 10 minut i można go było obserwować do 40 kilometrów od miejsca objawień.

    Wszyscy patrzyli na siebie poruszeni. Potem wybuchła radość:

    „Cud! Dzieci miały rację!” Okrzyki entuzjazmu rozległy się echem po sąsiednich wzgórzach i wielu zauważyło, że ich ubrania, przemoczone kilka minut wcześniej, były całkowicie suche.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ,,Dobrzy ludzie’’ nie będą zbawieni! Zbawienie nie zależy od ,,dobroci”

    ,,Dobrzy ludzie’’ nie będą zbawieni! Zbawienie nie zależy od ,,dobroci’’
    sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki/fot. wikipedia.org/domena publiczna, archiwum IPN

    ***

    Coraz popularniejsza staje się teza, również wśród katolików, że do zbawienia wystarczy być „dobrym człowiekiem”. To herezja znana już Faryzeuszom, która dziś, kiedy w centrum stawia się człowieka, staje się wyjątkowo popularna. Jej istotą jest postawienie człowieka w miejscu Boga i przekonanie, że człowiek może sam siebie zbawić. To zbawienie miałoby mu zapewnić moralne życie. Takie myślenie jest całkowitym zaprzeczeniem chrześcijaństwa, w którego centrum stoi ukrzyżowany i zmartwychwstały Chrystus, zbawiający swoją ofiarą człowieka niemogącego zbawić się samemu. Pisał o tym Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki, którego artykuł przypominamy.

    Jak dostąpić zbawienia?

    Każdy z nas – ja i Ty, i my wszyscy – nosimy w sobie pytanie: Jak dostąpić zbawienia? To jest najważniejsze, a może i jedyne, pytanie naszego życia. Tym się różnimy od wszystkich innych istot żyjących, że ciągle czegoś szukamy, ciągle o coś pytamy. Jesteśmy istotami szukającymi, pytającymi. Dlaczego? Dlatego, że nosimy w sobie pragnienie życia i szczęścia. Chcemy być szczęśliwi. Chcemy żyć pełnią życia. A tymczasem to życie i to szczęście ciągle jest zagrożone, ciągle nam czegoś brak i dlatego ciągle szukamy zbawienia. W rozlicznych codziennych kłopotach, w różnych sytuacjach, możemy sami siebie wybawić od jakiegoś braku, od jakiegoś zła – przy pomocy naszych zdolności, przy pomocy wysiłku własnego, przy pomocy posiadanych środków. Ale stajemy, prędzej czy później, w obliczu pytania nie o zbawienie jakieś cząstkowe, chwilowe, ale o zbawienie pełne, ostateczne i pytamy: co to znaczy ostatecznie być zbawionym? Chodzi w końcu zawsze o to, aby być wybawionym od poczucia bezsensu naszego życia albo od braku sensu życia. Życie zaś wtedy jest pozbawione sensu, kiedy kończy się śmiercią. Śmierć czyni nasze życie bezsensownym.

    Zbawić człowieka oznacza więc ostatecznie: wybawić go od śmierci. Zbawienie znaczy wiec tyle, co życie wieczne, życie pełne, życie nie zagrożone śmiercią. Wszystko, co prowadzi do takiego życia, nadaje naszemu życiu sens, natomiast wszystko, co staje na drodze do takiego życia, co jest przeszkodą, to wszystko pozbawia życie sensu.

    Otóż z takiego pojęcia zbawienia w znaczeniu jakimś pełnym, ostatecznym, wynika, że zbawić człowieka może tylko Bóg, bo tylko Bóg jest źródłem życia. Człowiek nie ma w sobie źródła życia. Człowiek zawdzięcza swoje życie Bogu. Człowiek żyje dzięki Bogu. I dlatego tylko Bóg może wybawić człowieka od śmierci i dać mu życie po śmierci, dać mu życie wieczne, czyli zbawienie.

    Nieszczęściem natomiast człowieka jest to, co go oddziela od Boga, źródła życia. To, co oddziela człowieka od Boga, zrywa łączność człowieka z Bogiem, to nazywa się grzechem. Grzech powoduje śmierć, bo odrywa człowieka od Boga, źródła życia. Dlatego zbawienie polega ostatecznie na wybawieniu człowieka od grzechu i śmierci.

    Tylko Bóg jest więc Zbawicielem w prawdziwym i ostatecznym znaczeniu tego słowa, bo tylko On może wybawić człowieka od grzechu i śmierci i dlatego tylko On może nam dać poczucie sensu wszystkich wydarzeń oraz pełnię życia, radości i szczęścia. On tylko może dać człowiekowi wypełnienie tych wszystkich dobrych pragnień i dążeń, które w języku wszystkich religii nazywa się Niebem.

    Bóg rzeczywiście zbawia człowieka. Świadczy o tym Biblia, księga, pewien zbiór ksiąg, zawierających historię zbawienia, Boży plan zbawienia i jego realizację w kolejnych etapach zbawienia. A Biblia szczególnie mówi o ostatecznej realizacji Bożego planu zbawienia, świadczącego o Jego miłości względem człowieka.

    Dokonało się to przez zesłanie na ziemię drugiej Osoby Bożej, Jednorodzonego Syna Bożego, Słowa Przedwiecznego, dla zbawienia człowieka. Jak mówi święty Paweł w Liście do Galatów: ,,Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu” (Ga 4, 4-5a). Albo jak mówi święty Jan: ,,Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Ten Syn Boży, stawszy się człowiekiem dla nas ludzi i dla naszego zbawienia, przyjął imię Jezus, to znaczy: Bóg Zbawia. Tak mówi Anioł do Józefa: Maryja ,,porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, on bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 21). Nazywa się on także Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami (Iz 7, 14; Mt 1, 23).

    On przyszedł po to, aby owce miały życie i miały je obficie (J 10, 10). On przyniósł ludziom odpuszczenie grzechów i żywot wieczny, On przyszedł rozwiązać wszystkie problemy, dręczące człowieka, i On woła: ,,PRZYJDŹCIE DO MNIE WSZYSCY, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Albo też w innym miejscu: ,,Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – NIECH PRZYJDZIE DO MNIE i pije!” (J 7, 37b) ,,Jam jest chleb życia. KTO DO MNIE PRZYCHODZI, nie będzie łaknął” (J 6, 35a). Jezus – jedyny Zbawiciel świata.

    Odtąd za świętym Piotrem musimy powtarzać: ,,Panie! Do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 68) Odtąd ,,nie ma w żadnym innym zbawienia, bo nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12). Skoro nie ma w żadnym innym zbawienia, powstaje dla nas nowe, odtąd jedyne i najważniejsze pytanie: W jaki sposób możemy przyjąć to zbawienie i stać się jego uczestnikami? Święty Jan mówi: Kto ma Syna, ten ma życie (por. 1 J 5, 12). Co to jednak znaczy mieć Syna? W jaki sposób możemy mieć życie, zbawienie, przez to, że mamy Jezusa?

    Jest rzeczą oczywistą, że tylko On sam – Jezus – może określić sposób, w jaki możemy Go mieć. On jest bowiem Bogiem. On nie może być przez nas wzięty w posiadanie na sposób rzeczy, przedmiotu, tylko poprzez odpowiednie działania, podjęte z naszej strony. On tylko może nam dać siebie. Dlatego, że On sam chce w sposób wolny [dać nam siebie], On tylko może określić, w jaki sposób możemy to Jego danie nam siebie przyjąć. Otóż Pismo Święte w sposób jednoznaczny, nie pozostawiający żadnej wątpliwości, wielokrotnie określa, w jaki sposób możemy mieć Jezusa, aby mieć zbawienie i życie.

    Wielokrotnie sformułowane jest prawo: Kto wierzy, będzie zbawiony. Żydzi w Kafarnaum pytają Jezusa: ,,Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?” (J 6, 28) Jezus odpowiada: ,,Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał” (J 6, 29). Wiele razy zapewnia Chrystus uroczyście: ,,Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto we mnie wierzy, ma życie wieczne” (J 6, 47). Do Marty, siostry Łazarza, która się skarży: ,,Panie, gdybyś tu był, nie umarłby mój brat” (J 11, 21b), mówi Jezus: ,,Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem, kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (J 11, 25-26). Tym, którzy wierzą, przynosi Chrystus uzdrowienie i odpuszczenie grzechów, i życie wieczne.

    Na podstawie tych wszystkich wypowiedzi może św. Paweł nauczać zdecydowanie w liście do Rzymian: ,,Ale teraz jawną się stała sprawiedliwość Boża niezależna od Prawa, poświadczona przez Prawo i Proroków. Jest to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Bo nie ma tu różnicy: wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi. Gdzież więc podstawa do chlubienia się? Została uchylona! Przez jakie prawo? Czy przez prawo uczynków? Nie, przez prawo wiary. Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa”. (Rz 3, 21-25; 27-28)

    Jasno więc dowiadujemy się z Pisma Świętego, że aby dostąpić zbawienia trzeba uwierzyć w Jezusa, jedynego Zbawiciela. Ale jeszcze musimy dokładniej powiedzieć, w co mamy uwierzyć. W to, że jest On Synem Bożym, który przyszedł na ziemię, aby nas zbawić, aby umrzeć za nasze grzechy na krzyżu, aby zadośćuczynić za nasze grzechy, aby dać nam odpuszczenie grzechów i życie wieczne: jako dar, niezasłużony przez nas, wypływający jedynie z miłosierdzia Bożego, dar będący dla nas absolutną łaską, czymś darmo danym, co musimy tylko przyjąć przez wiarę. A więc właściwym przedmiotem wiary, wg Ewangelii, jest zbawienie jako dzieło, dokonane przez Boga w Jezusie Chrystusie, ofiarowane nam jako łaska, którą przyjmujemy wiarą.

    Jest to sprawa niesłychanie ważna, aby to zrozumieć, bo, niestety, bardzo rozpowszechnione jest mniemanie, że zbawienie jest tylko pewną szansą, daną nam przez Boga, którą możemy wykorzystać: zbawienie może stać się naszym udziałem, jeżeli spełnimy odpowiednie warunki i zasłużymy na nie. A więc zbawienie zależy od nas, od naszych uczynków. Stajemy tutaj w obliczu trudnego problemu, będącego przedmiotem odwiecznych sporów, rodzącego wiele nieporozumień. Jest to problem: wiara a uczynki. Zbawienie, albo usprawiedliwienie, przez wiarę czy przez uczynki?

    Spór ten szczególnie określa stosunek katolików do protestantów. Przyjmuje się ogólnie, że protestanci głoszą zbawienie przez wiarę, niezależnie od uczynków. Natomiast katolicy głoszą konieczność nie tylko wiary, ale i uczynków do zbawienia. Popularnie nawet się często upraszcza to zagadnienie i mówi się tak: katolicy przypisują protestantom tezę: możesz grzeszyć, ile chcesz, bylebyś wierzył i będziesz zbawiony. Natomiast protestanci zarzucają katolikom, że oni głoszą, niezgodnie z Pismem Świętym, zbawienie przez uczynki człowieka.

    Jak rozwiązać ten problem? Co mamy czynić, aby się zbawić? Uwierzyć Chrystusowi i przyjąć zbawienie jako dar czy też zabrać się gorliwie do pełnienia dobrych uczynków, aby zapewnić sobie zbawienie? Jest to prawdziwy dylemat i z obu rozwiązaniami łączy się pewien lęk. Katolicy boją się, że jeżeli zaakceptujemy to pierwsze rozwiązanie, to wtedy może to doprowadzić do lekceważenia grzechów i zaniechania gorliwości w spełnianiu dobrych uczynków. Natomiast protestanci boją się, ze przyjęcie drugiego rozwiązania podważy biblijną prawdę o darmowości łaski, o tym, że zbawienie jest wyłącznie dziełem Boga, które staje się naszym udziałem przez wiarę.

    Otóż powyższy dylemat w gruncie rzeczy jest pozorny, bo wynika z jakiegoś powierzchownego rozumienia Pisma świętego i wynika z jakiegoś błędnego rozumienia nauki Kościołów. To znaczy, katolicy błędnie rozumieją naukę protestantów i odwrotnie. Bo w gruncie rzeczy ani protestanci nie uczą, że dobre uczynki są niepotrzebne i że można grzeszyć, byleby się miało wiarę. Ani też z drugiej strony katolicy nie uczą, że uczynki człowieka same z siebie mają moc zbawczą i mogą usprawiedliwić człowieka przed Bogiem. W jaki więc właściwy sposób należy pojmować stosunek wiary do uczynków, płynących z wiary? Aby znaleźć właściwe rozwiązanie problemu, sięgnijmy jeszcze raz do Ewangelii. Kluczowy tekst, to przypowieść o faryzeuszu i celniku, modlących się w świątyni.

    ,,Powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. (Łk 18, 9-14)

    Przypowieść ta przede wszystkim symbolizuje postawę religijną faryzeuszy. Byli to ludzie, prześcigający się w gorliwości: w wypełnianiu przepisów Prawa i w spełnianiu dobrych uczynków. Wierzyli przy tym, że te uczynki zapewnią im zbawienie. Bóg w nagrodę za wierne wypełnienie uczynków Prawa musi im dać Królestwo Boże jako nagrodę. Była to więc postawa samousprawiedliwienia się przed Bogiem. Postawa samowybawienia. Chrystus stanowczo odrzuca taką postawę i tu leży najgłębsza przyczyna tej nieprzejednanej postawy Chrystusa wobec faryzeuszy, a raczej postawy przez nich reprezentowanej. Postawa ta jest ostatecznie wyrazem ludzkiej pychy przed Bogiem, pychy z kolei rodzącej zakłamanie i obłudę, bo gdy człowiek stanie przed Bogiem w całej prawdzie, w pokorze, jak ów celnik, musi uznać swoją grzeszność, niegodność i nieudolność do autentycznego dobra i bezinteresownej miłości. Ta postawa prawdy wewnętrznej, pokory, czyni dopiero człowieka zdolnym do zawierzenia Bogu, do zdania się na Jego miłosierdzie. Takiej postawy oczekuje Chrystus i ona uzdalnia do przyjęcia zbawienia.

    Św. Paweł, dawny Szaweł, gorliwy faryzeusz, najlepiej zrozumiał później błędność chlubienia się przed Bogiem z uczynków zakonu i stał się gorliwym głosicielem Ewangelii przez wiarę w Chrystusa, która usprawiedliwia człowieka przed Bogiem. Kościół w swoich dziejach zawsze bronił tej biblijnej nauki o darmowości zbawienia, łaski, o zbawieniu przez wiarę.

    W średniowiecznej dyskusji o stosunku łaski do wolnej woli została odrzucona koncepcja tzw. synergizmu, głoszącego, że czyn zbawczy jest wynikiem zsumowania się dwóch energii: łaski i woli człowieka. Ilustruje to następujący przykład, który stosowano właśnie w ramach wykładów na ten temat, mianowicie środkiem rzeki jest holowana łódź przeciw prądowi. Do tej łodzi są przyczepione dwie liny. Za jedną linę ciągnie ktoś na lewym brzegu, za drugą na prawym brzegu i w wyniku zsumowania się tych dwu energii, łódź posuwa się do przodu. Otóż, mówiono, na tym polega synergizm. Dwie energie, człowiek i Bóg, obaj ciągną, i w wyniku zsumowania się wysiłku człowieka i łaski Bożej powstaje czyn zbawczy – zbawienie.

    Otóż ta nauka, z punktu widzenia katolickiego, jest błędna. Dlatego, że Pismo święte jasno zaświadcza, że zbawienie jest wyłącznie dziełem łaski Bożej. Beze mnie nic uczynić nie możecie, mówi Chrystus. Dlatego nie możemy sobie wyobrazić zbawienia jako wyniku współdziałania Boga i człowieka, z których każdy coś wnosi dla zbawienia. Oczywiście, że Bóg działa przez człowieka, ale łaska Boża przenika jak gdyby od wewnątrz człowieka, porusza jego wolę, tak, że człowiek działa, współdziała w sposób wolny, ale musi mieć tę świadomość, że to jego współdziałanie jest dziełem łaski i ta jego wolność jest również już dziełem łaski i Ducha Świętego.

    Człowiek więc nie może się chlubić przed Bogiem, nie może sobie przypisywać zbawienia, ale wszystko, całą chwałę oddaje Bogu, bo tylko dzięki Jego łasce może człowiek być zbawiony. Otóż jeżeli protestanci tak mocno bronią nauki o darmowości zbawienia przez wiarę to, oczywiście, jest to nauka słuszna, biblijna i my, katolicy, nie możemy głosić innej nauki. Natomiast protestanci nie odrzucają potrzeby dobrych uczynków. Nie odrzucają np. tekstu z listu św. Jakuba, apostoła, który mówi w ten sposób:

    ,,Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy /sama/ wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą.” (Jk 2, 14-19)

    Otóż słowa powyższe nie są sprzeczne ze słowami św. Pawła z listu do Rzymian. Jest prawdą, że tylko wiara w Chrystusa ma moc zbawczą. Wiara natomiast przynosi owoce dobrych uczynków, z których człowiek nie może się chlubić, bo one są dziełem Ducha Świętego w nas. Problem: wiara a uczynki jest problemem bardzo dyskutowanym, napisano o tym całe tomy, jest to jednak problem bardziej teoretyczny. Właściwie nie jest to problem dla konkretnego człowieka, który ze swoją wiarą staje w obliczu Chrystusa, który do Niego się modli. Bo wtedy sytuacja nasza jest taka, że wiemy, iż wszystko zawdzięczamy Chrystusowi a równocześnie wyrażamy swoją gotowość spełniania Jego woli. Nie chcemy Go zasmucać, bo Go miłujemy. Dlatego spełniamy dobre uczynki. a jak nam się nie uda, jak upadniemy ze słabości, nie rozpaczamy, bo wiemy, że Chrystus jest gotów nam znów przebaczyć i możemy wrócić do Niego i zacząć od nowa, opierając się na Jego miłosierdziu i na Jego łasce.

    I my chcemy teraz, na zakończenie tego rozważania, stanąć z naszymi problemami przed Chrystusem, żywym naszym Panem i Zbawicielem. Wiemy, że tylko w Nim jest zbawienie i dlatego zapraszamy Go w sposób bezpośredni, osobisty, żeby wszedł w nasze życie i stał się naszym Panem i Zbawicielem. Módlmy się więc razem do Niego:

        Panie Jezu! Wierzę w Ciebie! Wierzę, że mnie widzisz i słyszysz, bo mnie miłujesz. Staję przed Tobą ze wszystkimi moimi problemami, z moimi grzechami, z moją słabością, z moją chorobą duszy, z cierpieniami ciała. Wszystko Tobie oddaję. Czynię to z ufnością, bo powiedziałeś: Nie zdrowi potrzebują lekarza, ale chorzy i źle się mający. Nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników. Przyjmij mnie i zbaw mnie od grzechu i od śmierci. Ty tylko masz moc zbawienia mnie. Chcę, abyś był moim Panem. Chcę Ci służyć z radością, ale jestem słaby i znów mogę upaść i stać się niewierny, ale wtedy chcę wrócić do Ciebie czym prędzej, bo wiem, że mi przebaczysz i pozwolisz zacząć od nowa. O Jezu! Dziękuję Ci za to, żeś mnie zbawił, że jesteś moim Zbawicielem. Bądź również moim Panem. Nie pozwól mi nigdy odłączyć się od Ciebie. Amen.

    ks. Franciszek Blachnicki/mp/blachnicki.oaza.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Czyż i wy chcecie odejść?”

    Dlaczego ludzie tracą wiarę?

    fot. Unsplash

    ***

    W jednym ze słynnych „Listów starego diabła do młodego” autorstwa C.S. Lewisa możemy przeczytać o utraconej przez wychowanka piekielnego stryja duszy, która przeszła do obozu Nieprzyjaciela, stając się chrześcijaninem. W ocenie doradcy sytuacja młodszego kusiciela nie przedstawiała się zbyt optymistycznie, stąd za jego radą uwodziciel miał ukazać swojemu pacjentowi odmienne oblicze Kościoła, czyli takie, w którym wierzący miałby zobaczyć wszystkie możliwe zniekształcenia, w tym całą galerię śpiewających fałszywym głosem sąsiadów o podwójnych podbródkach, ubranych w skrzypiące buty i dziwaczną odzież. Obraz ten mógłby sprawić, że neofita nabierze przekonania, iż religia tych ludzi musi być w pewnym stopniu niedorzeczna. Dlatego ważną radą, jaką Krętacz udzieli Piołunowi, będzie: „Wszystko, co masz wówczas do zrobienia, to strzec jego myśli przed pytaniem: Jeśli ja, będąc tym, czym jestem, mogę w pewnym sensie uważać siebie za chrześcijanina, dlaczego wady ludzi z pobliskiej ławki miałby dowodzić, że ich religia jest jedynie hipokryzją i konwencją?”.

    Ujmując problem w ten sposób, Lewis dotknął sedna. Ilu wierzących słyszało tę śpiewkę? Że ksiądz taki sam, albo jeszcze większy grzesznik, że skoro taka czy siaka sąsiadka bądź krewna mszy niedzielnej nie opuści, a w życiu dostrzec można tylko bałagan i hipokryzję, to ja „z takim kościołem” nie chcę mieć nic wspólnego? Wymówka ta kryje w sobie – jakby nie patrzeć – twardy orzech do zgryzienia. Niewątpliwie życie wierzących w Jezusa Chrystusa winno być życiem z wiary i zgodnie z nią. Z drugiej strony, łatwo jest ulec pokusie nie widzenia belki we własnym oku. Nie mniej, problem utraty wiary przez ochrzczonych jest dzisiaj na tyle ważki, iż trudno nie pytać: dlaczego tak wielu jej doświadcza?

    W próbie odpowiedzi na tak postawione pytanie ciekawym odniesieniem może być wygłoszona podczas rekolekcji adwentowych Duszpasterstwa Akademickiego w Rybniku (1.12.2019) nauka ks. Wojciecha Węgrzyniaka. Zapis wideo z tej konferencji dostępny jest na platformie YouTube w materiale pt. „Dlaczego ludzie tracą wiarę?: ks. Wojciech Węgrzyniak [DAR#2]”. Na wstępie duchowny zauważył, że mniej Polaków odeszło od Pana Boga w czasie II wojny światowej niż przez ostatnie 25 lat. W kategorii fenomenu należy postrzegać zjawisko, w którym człowiek, mający świadomość nieskończonej Miłości Boga, traci wiarę. Dzieje się czasem tak, gdy modlitwa wiernego o jakieś dobro nie zostaje wysłuchana. Jest to towarzysząca człowiekowi wierzącemu od zarania zagwozdka, którą Psalmista wyraził słowami: „Dokąd kryć będziesz przede mną oblicze? Dokąd w mej duszy będę przeżywał wahania, a w moim sercu codzienną zgryzotę?” (Ps 13, 2-3). Doświadczenie opuszczenia człowieka przez Boga, poczucie braku Jego obecności, sprawia, że niektórzy przestają wierzyć.

    Innym, równie poważnym, powodem odejścia od praktykowania wiary są grzechy wiernych. Antyprzykład powołanych do świętości może utwierdzić w przekonaniu innych (również powołanych do świętości), że jeśli Bóg ma takich wyznawców, to lepiej trzymać się od Niego z daleka. Bywa, że owocem zgorszenia bądź krzywdy, jakich dopuszczają się wobec wiernych ludzie Kościoła, jest także utrata wiary przez katolików. Zdarza się też, że na podejście niektórych do religijnych praktyk wpływ ma negatywna do nich opinia większości w najbliższym otoczeniu. Oddziaływanie ludzi niewierzących może skłonić mniej zaangażowanych do porzucenia zwyczaju uczestnictwa w sprawowanych w domach modlitwy obrzędach. Prócz tego, niemałą trudność sprawia przykład niewierzących osób, które swoim życiem mogłyby zawstydzić niejednego chrześcijanina. Niebagatelne znaczenie ma też wynikający z lenistwa brak pracy nad sobą oraz świadomość kruchości ludzkiej kondycji, wypływającej z doświadczania częstych upadków, które prowadzą do porzucenia wiary ze względu na trudność w trwaniu w łasce uświęcającej.

    W kontekście wspomnianych powodów odchodzenia ludzi od Boga na szczególną uwagę zasługuje przywołana przez duchownego myśl abp. Fultona Sheena, który miał powiedzieć, że 9/10 przypadków ateizmu bierze się ze złego życia. Kapłan wskazał przy tym na prawidłowość polegającą na wymyślaniu teorii do złej praktyki, a jako przykład podał zdradzającego żonę męża, który za swoje wybory zaczyna nagle winić żonę.

    Godnym namysłu względem, przez który możemy zamknąć się na wiarę, jest ograniczenie się w patrzeniu na własne życie do horyzontu doczesności. „Nie interesuje nas sens, początek świata, idee. Nie interesuje nas, po co jesteśmy, dla kogo. Nie interesuje nas coś głębiej, bo jesteśmy stworzeni z ziemi” – mówił rekolekcjonista. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, jednakże – jak zauważył ks. Węgrzyniak – zrobił nas z pyłu ziemi, dlatego w ludzkich dążeniach widzimy zarówno pragnienie Nieba, jak i potrzeby, które zaspokaja doczesność. Można się wszelako zredukować wyłącznie do ziemskich spraw, wówczas wiara staje się niepotrzebna.

    Rozważając omawianą problematykę, duchowny zwrócił uwagę na intrygujący punkt, w którym zobaczyć możemy, że jeden człowiek w obliczu możliwych trudności pozostaje wierny Bogu, odpowiedzią innego natomiast jest utrata wiary, co zdaje się być swego rodzaju tajemnicą. W odniesieniu do tego spostrzeżenia interesujący poniekąd może być „jutubowy” podcast Joli Szymańskiej o nazwie „#teżodchodzę”, w którym była katolicka dziennikarka i blogerka rozmawia z wiernymi Kościoła, którzy postanowili opowiedzieć o swoim odejściu.

    W historiach tych jak w soczewce skupiają się wspomniane przez ks. Węgrzyniaka powody utraty wiary (również w to, czym jest Kościół) skutkujące „dystansem” lub formalną apostazją. Na podstawie opowiedzianych przez bohaterów projektu Szymańskiej wydarzeń dostrzec również możemy odmienne od wskazanych przyczyny, o czym warto wiedzieć, by lepiej zrozumieć tragizm ukazanej w Ewangeliach chwili, w której „Wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło” (J 6,66). Na to: „Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?». Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga»” (J 6,67-69).

    Niezależnie od formułowanych, często słusznych, zastrzeżeń wobec instytucjonalnego Kościoła, rozmówcy Szamańskiej zatracili właściwą perspektywę tego, czym jest Mistyczne Ciało Chrystusa, co z kolei znakomicie oddał Lewis w przywołanym na początku fragmencie listu starego diabła do młodego, w którym czytamy o widzianym przez demony prawdziwym Kościele, „rozpostartym wszędzie w czasie i przestrzeni, zakorzenionym w wieczności, groźnym jak armia z rozwiniętymi sztandarami”. I tu należałoby odnieść się do innego fragmentu tego samego listu, w którym autor dzieła dotyka kolejnego ważkiego problemu – dopuszczonego przez Boga poczucia rozczarowania, jakiego doświadczają nie tylko neofici.

    Zjawia się ono – czytamy w radach starego Krętacza – kiedy chłopiec, oczarowany niegdyś w dziecinnym pokoju opowiadaniami z Odysei, zamierza na serio uczyć się greki. Zdarza się zakochanym, którzy się pobrali i stają przed realną perspektywą wspólnego życia. W każdej dziedzinie życia znaczy ono przejście od marzycielskich aspiracji do pracowitego działania. Nieprzyjaciel podejmuje to ryzyko, gdyż ma On osobliwą fantazję czynienia z tej wstrętnej, nikczemnej ludzkiej gawiedzi swych, jak On to nazywa, „wolnych” wielbicieli i sług; „synowie” — to określenie, którego używa, mając dziwaczne a uporczywe upodobanie w degradowaniu duchowego świata przez Swe nienaturalne związki z dwunożnymi zwierzętami. Szanując ich wolność, nie chce ich doprowadzać jedynie uczuciem i przyzwyczajeniem do któregokolwiek z celów, jakie przed nimi stawia. Pozostawia ich, by „uczynili to sami z siebie”. I tu jest dla nas okazja. Ale pamiętaj, że w tym kryje się także dla nas niebezpieczeństwo. Jeśli raz przebrną pomyślnie przez tę początkową oschłość, stają się o wiele mniej zależni od uczuć, a przeto znacznie trudniejsi do kuszenia.

    Z podobną puentą pozostawia nas wspomniany rekolekcjonista, przedstawiając ciekawy obraz, jaki objawił nam św. Antoni Pustelnik, w którym widzimy człowieka stojącego wobec czterech poważnych pokus.

    Pierwszą jest pokusa zmysłów.

    Drugą natomiast pokusa samotności polegająca na widzeniu siebie w oderwaniu od większości.

    Trzecią jest deprymujący przykład autorytetów, którzy zniechęcają własnym słowem i przykładem. Zwycięstwo nad pokusą antyświadectwa autorytetów wiedzie wprawdzie na szczyt doskonałości, ale przed wierzącym pojawia się największa przeszkoda, jaką jest pokusa rozpaczy w obliczu najtrudniejszych doświadczeń i kryzys wiary.

    Wówczas jedynym wyjściem jest iść prosto, nie poddając się zachęcie kontemplowania niewiary i pokusie rozpaczy. Takiej próbie poddawany jest człowiek, po to, by stał się sobą w pełni, niczym wypieczony w ognistym piecu najsmaczniejszy chleb.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mądrość poganina, obciach chrześcijanina.

    Co mówi nam bitwa przy Moście Mulwijskim?

    Giulio Romano, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W naszych czasach na skalę nigdy dotychczas nie spotykaną standardy życia religijnego nieprzeliczonej rzeszy katolików wyznacza obciach.

    Siedemnaście wieków temu Bóg zdecydował, iż ustanowiony przezeń trzy wieki wcześniej Kościół wyjdzie z ukrycia, by zawojować świat. Do przeprowadzenia tej operacji wybrał poganina.

    Przeszło już tysiąc siedemset lat temu, 28 października 312 roku po narodzeniu Chrystusa, w bitwie przy Moście Mulwijskim, nieopodal murów Rzymu starli się ze sobą dwaj pretendenci do jedynowładztwa w Imperium Romanum czyli de facto niepodzielnego władania antycznym światem: Konstantyn obwołany Augustem przez legiony Brytanii i Galii oraz Maksencjusz, któremu ten sam tytuł nadali jego pretorianie wparci przez rzymski plebs.

    Bitwa przy Moście Mulwijskim nie figuruje w żadnym ze współczesnych zestawień najważniejszych starć zbrojnych w historii, podczas gdy w istocie była to batalia dla losów świata najważniejsza – z trudem znajdziemy trzy inne mogące się z nią równać rangą – albowiem w wyniku osiągniętego wówczas zwycięstwa cesarz Konstantyn ogłosił w Mediolanie edykt nadający chrześcijanom całkowitą wolność wyznania i działania, wskutek czego Chrystusowa Ewangelia mogła nieodwracalnie przemienić świat, niosąc mu cywilizację miłości, prawdy, dobra, piękna i sprawiedliwości.

    Poganin pojmuje zamysł Boga, w którego nie wierzy

    Konstantyn, jeszcze przez swych współczesnych nazwany Wielkim, nie pokonał Maksencjusza sam – zwycięstwo podarował mu Bóg, w którego nie wierzył. Przed bitwą cesarz ujrzał – częściowo na jawie, częściowo we śnie – wizję własnego triumfu, pod jednym wszakże warunkiem: iż na swych sztandarach umieści znak krzyża Chrystusowego. Nietrudno sobie wyobrazić rozterkę rzymskiego arystokraty: jakże to, znaczyć symbolem hańbiącej egzekucji przeznaczonej dla niewolników i buntowników niezwyciężone legiony, wierne wyłącznie dewizie Siła i honor?!

    Co jednak uczynił ów dumny pogański arystokrata postrzegający dotychczas chrześcijaństwo jako kryjącą się po kątach religię społecznych dołów i wykluczonych? Zażądał konsultacji z duchownymi chrześcijańskimi – poprosił ich o wyjaśnienie sprawy, która przerastała jego pogańską mentalność. A usłyszawszy wyjaśnienie, uległ mocy argumentów i nakazał ozdobić krzyżem cesarskie labarum, a także wymalować go na tarczach swych żołnierzy.

    Błędem byłoby mniemanie, jakoby Konstantyn w desperacji uczepił się oferty pomocy świadom, iż samodzielnie nie zdoła pobić Maksencjusza – przeciwnie: jego wojsko ścigało wycofujące się oddziały wroga już od Werony. Konstantyn zaś miał pełną świadomość własnej przewagi nad przeciwnikiem – był wszak znakomitym wodzem i świetnym dyplomatą, a Maksencjusz był zwyrodnialcem.

    Pogański cesarz posłuchał głosu Kościoła, w którym Bóg zawarł pełnię swego Objawienia, pomimo, iż nie był jego członkiem. Ale był człowiekiem wielkiego formatu, a to niezmiennie oznacza jedno: otwarcia, choćby bezwiedne, na działanie Ducha Świętego.

    Arcychrześcijanin lęka się obciachu

    Jakże inaczej zachował się arcychrześcijański król Francji Ludwik XIV, totalnie ignorując głos Boga, który przez usta św. Małgorzaty Marii Alacoque zażądał odeń, by wraz z całą rodziną poświęcił się Najświętszemu Sercu Jezusa i publicznie Je czcił, aby zbudował świątynię pod wezwaniem Najświętszego Serca, a także szerzył wśród swego wojska kult obrazu Serca Jezusowego i tymże wizerunkiem ozdobił królewskie sztandary.

    Czyż owe pięć żądań – jak pięć Ran Chrystusowych – nie wydaje się każdemu chrześcijaninowi absolutną oczywistością, ba, drobnostką, mogącą wręcz wprawić w zakłopotanie (czy nawet zasmucić), że oto wszechmocny Bóg żąda rzeczy, która kosztuje go tak niewiele? Przecież chrześcijanin z samej definicji poświęca Bogu samego siebie, własną rodzinę i wszystkie swe przedsięwzięcia (centrum owego poświęcenia lokując właśnie w Sercu Jezusa, bo przecież sedno jego relacji z Bogiem stanowi miłość) oraz żyje publicznie okazywaną i szerzoną na miarę jego możliwości czcią Trójcy Przenajświętszej.

    W zamian za głoszenie między innymi narodami kultu Serca, które pragnie królować nad jego sercem, a za jego pośrednictwem nad sercami wielkich tego świata, Jezus obiecywał Ludwikowi otoczenie Francji i Francuzów szczególną opieką. Zapowiedział, że będzie błogosławił krajowi we wszystkich sprawach, a jego mieszkańców strzegł we dnie i w nocy, wszystkich zaś wrogów króla Francji złoży u jego stóp.

    O cóż więc chodziło Ludwikowi XIV? Czyżby nie stać go było na wybudowanie świątyni? Czyżby nie znał mistrza godnego wyhaftowania na królewskim sztandarze wizerunek Najświętszego Serca? A może brakowało mu autorytetu, aby zarazić swe wojsko Jego kultem? Albo nie czuł się godny tak wielkiej łaski Bożej i żywił obawę, iż nie uniesie brzemienia funkcji apostoła Najświętszego Serca Jezusowego?

    Bynajmniej! Król Francji Ludwik XIV uległ postawie, którą najlepiej określa wzięty z młodzieżowej gwary termin „obciach”. Jakże to: on, Król Słońce, najpotężniejszy i najbogatszy monarcha, który całą Europę trzyma za twarz, który odziany w złotogłów wśród zgiętych w kornym ukłonie poddanych przechadza się wyniośle korytarzami wzniesionego w Wersalu pałacu przyćmiewającego swym przepychem wszystkie dotychczasowe rezydencje monarsze, ma się publicznie pokazać z jakimś dewocyjnym obrazkiem?! Toż to obciach! Wyśmieją go wszyscy królowie i książęta, ba, nawet poddani!

    A dlaczegóż to Chrystus nie objawił się jemu, aby sobie porozmawiali jak król z królem, tylko córce jakiegoś urzędniczyny z zapadłej burgundzkiej wiochy, nie mającej pojęcia o sztuce rządzenia, polityce, dyplomacji, wojskowości? I cóż, on, kartezjański racjonalista ma uwierzyć w bajdy rodem ze średniowiecza, które opowiada nawiedzona zakonnica? Obciach!

    A niezwyciężona francuska armia ma stanąć w obliczu holenderskich muszkieterów, austriackich kirasjerów, szwedzkich rajtarów czy hiszpańskich tercios pod sztandarami z czerwonym serduszkiem? Chyba tylko po to, by ich zabić śmiechem! Obciach! Obciach! Obciach!

    Obciach rządzi

    Cesarz Konstantyn nie wierzył w Boga, bo go nie znał, król Ludwik znał Boga, ale wierzył weń jedynie z przyzwyczajenia. Ów letni katolik i sceptyk znakomicie nadaje się na patrona naszych czasów. W tych bowiem czasach na skalę nigdy dotychczas nie spotykaną obciach wyznacza standardy życia religijnego nieprzeliczonej rzeszy katolików.

    Obciachem jest publiczne przyznawanie się do wiary w Jezusa Chrystusa i niezgoda na zamknięcie go w murach kościoła. Obciachem jest domaganie się poszanowania katolickich tradycji narodu i zgodne z nimi wychowywanie dzieci. Obciachem jest zachowywanie czystości przedmałżeńskiej i potępienie środków godzących w życie. Obciachem jest przypominanie odwiecznych zasad chrześcijańskiej moralności. Obciachem jest myślenie kategoriami nadprzyrodzoności i grzechu (a już, broń Boże, przywoływanie tego typu argumentów w publicznej debacie) oraz wiara w obcowanie świętych, anioły i szatana. Obciachem jest noszenie sutanny bądź habitu poza terenem kościoła czy klasztoru. Obciachem jest pasterski obowiązek ostrzegania ludu Bożego przed promotorami aberracji i dewiacji, bluźniercami a nawet jawnymi satanistami.

    Długa jest lista tych obciachów, przeto – choć internet jest cierpliwy i wiele by jeszcze zmieścił – na tym ją zakończmy. Zakonkludujmy obserwacją, że Jezus Chrystus przemówił do Ludwika XIV w chwili, gdy ten stał u szczytu potęgi, a jego kraj był pierwszym mocarstwem Europy, czyli specjalnie wybierając moment, w którym najłatwiej mógł wpłynąć na losy własnego kontynentu i całego globu. Jednakowoż zwiedziony takim właśnie stanem rzeczy król kategorycznie odrzucił Bożą ofertę i wkrótce na Francję spadła plaga odmóżdżenia elit, rewolucyjnego ludobójstwa oraz duchowej próżni. I nie była to wcale zemsta Boga za upór Ludwika, przeciwnie: Bóg wiedząc, iż nad Francją zbierają się czarne chmury, z których sto lat później spadnie krwawy deszcz, wyciągnął ku niej pomocną dłoń, a odtrącony wycofał się dyskretnie – Bóg jest bowiem, z własnego zresztą ustanowienia, bezradny wobec wolnej woli człowieka. W przeciwnym bowiem razie byłby – jak to ładnie ujął Mickiewicz – nie Ojcem świata, ale… carem! Francja odrzucając Bożą pomoc sama się skazała na tragiczny los. Francja, która miała być światłem dla całego świata, bezpowrotnie tę szansę zmarnowała – Polska jest na dobrej drodze ku temu samemu.

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec „działa” – zapewnia siostra Łucja z Fatimy i wyjaśnia, dlaczego tak uważa

    ROSARY
    Fred de Noyelle | Godong

    *****

    „Nie ma tak trudnego problemu, którego by nie rozwiązał różaniec”.

    Różaniec „działa”! Dlaczego? Oddajmy głos siostrze Łucji. Przecież to z nią rozmawiała w Fatimie sama Matka Boża!

    Siostra Łucja z Fatimy o różańcu

    26 grudnia 1957 r. ksiądz Augustín Fuentes z meksykańskiej diecezji w Veracruz przeprowadził z siostrą Łucja długą rozmowę. Był on wicepostulatorem procesów beatyfikacyjnych świętej Hiacynty i świętego Franciszka Marto, kuzynostwa Łucji, również widzących Matkę Bożą.

    Po spotkaniu z s. Łucją ksiądz przekazał słowa zakonnicy „z pełną gwarancją autentyczności i z wymaganą episkopalną aprobatą, włącznie z biskupem Fatimy”. Oto co wyznał zakonnica:

    Proszę zauważyć, księże, że w tym ostatnim czasie, który przeżywamy, Matka Boża nadała modlitwie różańcowej nową skuteczność. Dała nam tę skuteczność w taki sposób, że nie ma takiego problemu, przejściowego czy duchowego, jak bardzo trudnym by nie był, w naszym życiu osobistym, w życiu naszych rodzin, świata czy zakonnych wspólnot, a nawet w dziejach ludów i narodów, których by nie rozwiązał różaniec.

    Oświadczam, nie ma tak trudnego problemu, którego by nie rozwiązał różaniec. Dzięki różańcowi się uratujemy. Uświęcimy. Pocieszymy Pana Jezusa i uzyskamy zbawienie dla wielu dusz.

    Reasumując: różaniec „działa”!

    Francisco Veneto/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast miecza

    Zamiast miecza
    fot. Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    *****

    Ojciec Pio odmawiał go tyle razy, że na rękach miał odciski. Jan Bosko i Josemaría Escrivá nazywali go „potężną bronią”. W opowieściach o Różańcu nie znajdziemy tylko laurek. Mała Tereska szczerze notowała: „Odmawianie go kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych”.

    Dlaczego ci chłopcy odmawiają Różaniec, modlitwę tak nudną, męczącą i przestarzałą? – zirytował się markiz d’Azeglio, polityk, pisarz i premier Królestwa Sardynii, który w 1848 roku zwiedzał turyńskie Oratorium. „Ogromnie cenię tę modlitwę i mogę powiedzieć, że to na niej opiera się moje dzieło. Gotów byłbym zrezygnować z tylu innych rzeczy o wielkim znaczeniu, ale nie z Różańca; a gdyby to było konieczne, wyrzekłbym się z żalem nawet pańskiej życzliwej przyjaźni, panie markizie, ale nigdy nie przestanę odmawiać Różańca” – błyskawicznie odparował oprowadzający go Jan Bosko.

    „Kiedy się urodziłeś, poświęciłam cię Madonnie. Gdy poszedłeś do szkoły, poleciłam ci nabożeństwo do naszej Matki. I teraz polecam ci, żebyś do Niej całkowicie należał” – usłyszał od matki, gdy przestąpił progi seminarium. Przejął się tymi słowami. „Zaufajcie, Wspomożycielce, a zobaczycie, co to są cuda” – powtarzał założyciel salezjanów. „Różańcem można uderzyć, zwyciężyć i zniszczyć wszystkie piekielne moce. Niezliczone są łaski nieba, które otrzymano wskutek tej modlitwy”.

    Alarm w piekle

    „Najlepszym sposobem na modlitwę jest Różaniec. Poprzez Różaniec rozwijamy się, wzrastamy i poznajemy nowe horyzonty” – nauczał św. Franciszek Salezy, dodając: „Jest on modlitwą bardzo pożyteczną, o ile jest właściwie odmawiany”.

    „Jedno tylko »Zdrowaś, Maryjo« dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – wtórował mu św. Jan Maria Vianney.

    „To prosta, a zarazem wzniosła modlitwa. Możemy łatwo przez nią otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże. W serca zbolałe spływa balsam ukojenia, w duszach zrozpaczonych świta znowu promyk nadziei” – dodawał św. Maksymilian Maria Kolbe.

    Odciski

    O Różańcu w życiu stygmatyka z Pietrelciny napisano tomy. Nieustannie przesuwał w swych palcach paciorki. Co więcej, zasypiał z różańcem w ręku. Ojciec Tarcisio da Cervinara notował: „Czuwałem nad ojcem Pio jak matka nad dzieckiem. Na krótkie chwile zasypiał. Wiele razy próbowałem wyjąć z ręki śpiącego różaniec. A choć to brzmi nieprawdopodobnie, nigdy mi się to nie udało: nawet podczas snu ten święty człowiek nie przestawał ściskać w palcach, które przez to nabawiły się nawet odcisków, swojej »broni«, jak nazywał sznur paciorków”.

    Nie rozstawał się z różańcem. Odmawiał tę modlitwę wszędzie: w celi, na korytarzu, w zakrystii. Zapytany, ile Różańców odmawia w ciągu dnia i nocy, odpowiadał: „Czasem 40, a czasem 50”. Pytany, jak to robi, odpowiadał: „Jak ty to robisz, że ich nie odmawiasz?”.

    „Jest bronią w dzisiejszych czasach” – wyznawał. „Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze, byś modlił się duszą i nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga!”.

    Ogień

    Rozwiązanie hasła w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot (1799–1862), osoba równie bliska lyońskim pracownicom jak grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”. „Najważniejszą i najtrudniejszą rzeczą jest uczynić Różaniec modlitwą wszystkich” – pisała beatyfikowana w tym roku Francuzka. Na pomysł nieustannej modlitwy wpadła w 1826 roku. „I tak wszyscy członkowie, mając udział w dziele nawracania grzesznika, cieszą się wspólnie z jego powrotu. Takie zjednoczenie serc w jedności tajemnic daje Różańcowi szczególną moc w nawracaniu grzeszników” – pisała.

    „Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, otrzymają wszystko, o co poproszą” – miał usłyszeć od samej Maryi bł. Alan z La Roche, a siostra Łucja z Fatimy powtarzała: „Nie ma w życiu problemu, którego nie można rozwiązać za pomocą Różańca”. Dwa miesiące przed śmiercią karmelitanka zdążyła napisać list do polskich dzieci. Czytelnicy „Małego Gościa” przeczytali: „Ponad wszystko kochaj Maryję i Jej Syna. Odmawiaj Różaniec. Przynajmniej jedną dziesiątkę każdego dnia. Najlepiej z rodziną”.

    „Jak głosi legenda, to sama Matka Boża ofiarowała różaniec świętemu Dominikowi. I choć historia formowania się tej modlitwy jest znacznie bardziej skomplikowana, legenda ta wyraża synowskie zaufanie dominikanów do Matki Bożej i Różańca – opowiada o. Wojciech Surówka. – Każdy z dominikanów nosi różaniec przy pasie. Zamiast miecza, który w trzynastym wieku nosili rycerze. Jest on obroną przed zakusami złego ducha.

    Bardzo go ukochałem

    „Różaniec to modlitwa, którą bardzo ukochałem, przedziwna w swej istocie i głębi” – wyznał pięć lat po konklawe Jan Paweł II. „Przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa, jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem przez serce Jego Matki. W tajemnicach bolesnych rozważamy w Chrystusie wszystkie cierpienia człowieka, w tajemnicach chwalebnych odżywają nadzieje życia wiecznego, a w Chrystusie zmartwychwstałym cały świat zmartwychwstaje”.

    „Różaniec pozostaje narzędziem nie do pominięcia pośród środków duszpasterskich każdego głosiciela Ewangelii” – podkreślał papież w słynnym liście Rosarium Virginis Mariae. Po latach Benedykt XVI doda, że gdy odmawiamy Różaniec, „Maryja niejako użycza nam swojego serca i spojrzenia, byśmy kontemplowali życie Jej Syna”.

    Jego krótkie nauki zebrane w tomikach „Droga”, „Bruzda” czy „Kuźnia” stały się bestsellerami. Josemaría Escrivá nauczał: „Różaniec to potężna broń. Używaj jej z ufnością, a skutek wprawi cię w zadziwienie. Ten pozornie nudny sposób niszczy każde ziarno próżności i dumy. Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą”.

    Tak źle go odmawiam!

    Na ścianie w naszej licealnej sali z fizyki wisiała dewiza: „Rzeczy piękne są trudne”. Zapewne ta złota myśl nie dotyczyła Różańca, ale przecież idealnie pasuje do tej maryjnej modlitwy!

    W opowieściach o świętych nie znajdziemy jedynie „kwiatków” i wzniosłych dewiz. Jak wielu ludzi odnajduje się w słowach Małej Tereski, która w jednym ze swoich listów (Rękopis C 25 r.) notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli (…). Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”.

    Nie rozumiem tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwa to modlitwa. Mam inne doświadczenie. „Różaniec to trudna modlitwa czy prosta?” – zapytałem przed laty o. Joachima Badeniego. „To jest bardzo trudna modlitwa, bardzo trudna…” – odpowiedział. „Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. Choć i wówczas można wpaść w świetny rytm modlitwy nieustannej, jak w Kościele wschodnim. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to całe to różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć, nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest zbytnio potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania…”

    „To można zagadać Matkę Boską?” – przerwałem dominikaninowi. „Jasne! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie, zaczynają rezonować. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Ja myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym od Niego: »Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce mego Syna. I tę modlitwę preferuję, i ją właśnie obdarzę licznymi łaskami«. Tak to sobie wyobrażam”.

    Kamień

    Trzymała w dłoni różaniec, pamiętam. Mijaliśmy dwa głazy. Jeden dumnie sygnalizował: „Suchowola leży w środku Europy”, drugi przed rodzinnym domem Popiełuszków przypominał rocznicę śmierci ks. Jerzego. Trzeci nosiła w sercu pani Marianna. Ten był najcięższy.

    „Był wybrany przez Boga, jestem pewna. U nas w domu zawsze była wspólna modlitwa. Jak maj, to do Matki Boskiej, czerwiec – do serca Pana Jezusa, a w październiku – Różaniec. Zresztą za ten Różaniec to się syn bardzo w wojsku nacierpiał… Wie pan, co mnie ratowało, gdy to wszystko zobaczyłam? (pani Marianna pokazuje fotografię z ociekającą krwią twarzą syna). To, że patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z nią. Ona nad swoim Synem, a ja nad swoim”.

    MarcinJakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Kościół może istnieć bez struktur?

    Skoro tyle złego mówi się o Kościele instytucjonalnym, to może zlikwidujmy go – dla dobra Kościoła jako ludu Bożego…

    Margita Kotas/Niedziela

    ***

    Ojciec Józef Bocheński, dominikanin (1902-95), wybitny filozof i jedna z najbarwniejszych postaci XX-wiecznego katolicyzmu, twierdził, że do seminarium wstąpił jako człowiek niewierzący. Na drogę powołania kapłańskiego pchnęła go nie głęboka wiara w Chrystusa (ta przyszła potem), ale podziw dla instytucji Kościoła: jego organizacji i kierujących nim niezmiennych praw, które pozwalają zachować spójność w czasie i przestrzeni. Ojcu Bocheńskiemu Kościół jawił się jako ostatni bastion porządku w świecie pogrążającym się w chaosie. Dziś chyba trudno sobie wyobrazić kogoś, dla kogo instytucjonalna strona Kościoła byłaby czynnikiem zachęcającym do wstąpienia w jego szeregi. Częściej słyszymy, że jest to jedna z głównych przeszkód na drodze do wiary.

    Instytucja gwarantuje trwałość

    Ważną przyczyną takiego zniechęcenia instytucją Kościoła są, oczywiście, ujawniane w ostatnich latach przypadki świadczące o tym, że nie zawsze funkcjonuje ona dobrze – od głośnych skandali z pierwszych stron gazet po nieprawidłowości na szczeblu parafialnym. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że jest jeszcze coś: powszechna, szczególnie wśród młodych ludzi, niechęć do wszystkiego, co sformalizowane, sztywno określone, hierarchicznie uporządkowane. Dla wielu problemem i skandalem jest nie tyle nadużywanie władzy czy nieprzestrzeganie praw, ile już sama obecność prawa, władzy i hierarchii, rzekomo całkowicie obcych ewangelicznemu chrześcijaństwu. Katechizm Kościoła Katolickiego wskazuje jednak wyraźnie, że Kościół jest nierozerwalnie „społecznością wyposażoną w strukturę hierarchiczną i Mistycznym Ciałem Chrystusa” (KKK 771). Między tymi dwoma wymiarami istnieje pewne napięcie, ale z pewnością nie można mówić o ich niekompatybilności.

    Każdemu z nas zdarzyło się pewnie czekać w kolejce do lekarza. Im dłuższe oczekiwanie, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś zacznie narzekać na służbę zdrowia. W tle takiego narzekania jest jednak zawsze milcząca akceptacja samej opieki zdrowotnej: krytykujemy ją za to, że musimy stać w kolejce do lekarza, ale przecież to ona gwarantuje nam, że w ogóle gdzieś będzie czekał na nas jakiś lekarz. Trudno, oczywiście, porównywać w skali 1:1 instytucje państwowe i Kościół – ten ostatni nie jest jednym z wielu ludzkich tworów, ale „złożoną rzeczywistością, w której zrasta się pierwiastek ludzki i Boski” (KKK 771). A skoro ma w sobie ludzki pierwiastek, to również do niego stosuje się ta zasada: jeśli coś ma być trwałe, stabilne, niezależne od ludzkich kaprysów czy nastrojów epoki, musi przybrać kształt instytucji. Wszystkie inne wizje Kościoła są marzycielstwem.

    Dzieło Jezusa

    Może jednak sam Jezus był marzycielem? Może Jego marzenie o grupie uczniów, w której nikt nie wydaje poleceń i nikt nie musi ich słuchać, w której nie ma potrzeby posłuszeństwa – chyba że bezpośrednio wobec Boga – dopiero ma się zrealizować? Taka myśl wracała na różnych etapach historii, a z największą intensywnością – w radykalnych odłamach reformacji. Czy jednak słusznie powoływały się one na Jezusa? Teologowie odpowiadają na to pytanie przecząco i wskazują takie momenty w Ewangelii, w których sam Pan nadaje Kościołowi zręby struktury. Wśród tych tekstów najbardziej znany dotyczy powołania Piotra i powierzenia mu „władzy kluczy” (por. Mt 16, 18-19). Nie mniej ważne i ciekawe są jednak fragmenty o ustanowieniu Dwunastu. Tytuł ten, stosowany dzisiaj jako synonim „Apostołów”, w rzeczywistości ma węższy zakres i wskazuje na zalążek hierarchicznej struktury Kościoła. Widać to szczególnie u św. Marka, który wyraźnie odróżnia moment powołania uczniów i moment wyłonienia spośród nich Dwunastu (por. Mk 3, 13-14). Użyta przez Ewangelistę formuła „uczynił” (greckie epoiesen, w Biblii Tysiąclecia „ustanowił”) to ta sama, której grecki przekład Starego Testamentu używa, gdy opisuje ustanowienie Mojżesza i Aarona przez Boga czy sędziów przez Mojżesza. Chodzi więc nie tylko o wezwanie po imieniu, ale też o włączenie w pewien urząd. Sama liczba dwanaście jest symboliczna: Jezus czyni w ten sposób aluzję do dwunastu synów Jakuba, od których wywodziło się dwanaście pokoleń narodu wybranego. Jak pisze wybitny polski teolog ks. Henryk Seweryniak, „mając to na uwadze, nie sposób twierdzić, że wspólnota uczniów Chrystusa, a później wspólnoty pierwszych Kościołów, które przechowały pamięć o gronie uczniów, miały charakter charyzmatyczny, luźny, niezobowiązujący”.

    To, że instytucjonalny charakter Kościoła jest wyrazem woli samego Jezusa, nie oznacza oczywiście, że każdy element jego struktury ma uzasadnienie w Ewangelii i musi pozostać niezmieniony do końca czasów. Konkretny kształt Kościoła na przestrzeni wieków zmieniał się i zapewne będzie się zmieniał. Takie zmiany wymagają jednak wielkiej ostrożności, bo Kościół nie jest czymś, co każde pokolenie buduje na nowo, na miarę własnych pragnień i intuicji. Słyszałem kiedyś, że w jednej ze starych świątyń proboszcz zaczął porządkować strych i wyniósł tony gruzu, który nie wiedzieć czemu leżał nad sklepieniem. Sklepienie momentalnie zaczęło pękać – okazało się, że gruz był niezbędnym obciążeniem i mimo upływu czasu spełniał swoją funkcję, choć już nikt nie pamiętał jaką. Podobnie może być też z niektórymi organizacyjnymi aspektami Kościoła. Przypomina on trochę ekosystem: nie jest wyłącznie naszym dziełem i nie wszystkie wzajemne zależności są dla nas jasne.

    Coś zależy od nas

    Błędem jednak byłaby próba zachowania wszystkiego, co instytucjonalne, ze względu na to, że jest dawne. Jeśli coś generuje ewidentne zło, należy dążyć do zmiany tego. Jeśli coś nie działa, trzeba szukać możliwości usprawnienia tego. Dla większości osób wierzących – zarówno świeckich, jak i księży – brzmi to oczywiście dość abstrakcyjnie, bo nasz wpływ na kształt Kościoła jest niewielki. Coś jednak od nas zależy: na pewno wypełnienie jego struktury konkretnym, duchowym życiem. Może też próba budowania zwyczajnych, szczerych ludzkich relacji? Także to, że nie będziemy milczeć, gdy należy mówić, zarówno jeśli chodzi o piętnowanie zła, jak i docenianie dobra. Nie można też zapomnieć o naszych duchowych zasobach: poście, modlitwie, cierpieniu ofiarowanych za Kościół.

    „Pieczołowicie przechowujemy otrzymaną od Kościoła wiarę, która pod działaniem Ducha Bożego, jak drogocenny depozyt złożony w pięknym naczyniu, nieustannie odmładza naczynie, które ją zawiera” – napisał w II wieku św. Ireneusz. Biskup Lyonu ujął w ten sposób wzajemne relacje Ewangelii i Tradycji Kościoła. Nie będzie chyba nadużyciem zastosowanie tego obrazu w interesującej nas kwestii: instytucja Kościoła jest naczyniem – miejscami bardzo pięknym, miejscami mniej pięknym, ale mocnym i trwałym, niezbędnym do tego, byśmy nie zgubili skarbu Ewangelii. I tylko wtedy, gdy będziemy ciągle sięgać do samej Ewangelii, do źródła, naczynie nie będzie niszczeć, ale będzie się nieustannie odmładzać.

    ks. Andrzej Persidok, wykładowca teologii fundamentalnej w Akademii Katolickiej w Warszawie.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatima, rozmowy pastuszków z Maryją i jedno jej zdanie o czyśćcu, które zatrważa

    FATIMA
    PATRICIA DE MELO MOREIRA/AFP/East News

    *****

    Krążyła plotka, że 13 października 1917 r., w momencie ostatniego objawienia wybuchnie bomba i zabije wszystkich, którzy będą się tam znajdować. Rodzice Łucji bali się o córkę. – Skoro ma umrzeć, my też umrzemy razem z nią – powiedzieli. I poszli razem.

    Maryja, która od 13 maja do 13 października 1917 r. odwiedzała Fatimę, przekazała nam przesłanie, z którego treścią do dziś mierzy się Kościół. Ci, którzy zechcą je poznać, trafiają na rzeczowe, mocne słowa Matki – o grzechu, o konieczności nawrócenia i o czyśćcu.

    Początek objawień

    – Hiacynta, a dlaczego idziesz w sam środek stada? – spytała Łucja.

    – Po to, aby zrobić tak, jak Pan Jezus, który na tym obrazku, co mi dano, znajduje się też w środku pomiędzy wieloma owieczkami, a jedną trzyma na rękach – odpowiedziała dziewczynka.

    Tak to się zaczęło – od wypasu owiec na polu rodziców Łucji w Cova da Iria. W maju 1917 r. było ciepło. S. Łucja zapisała, że tego dnia dzień był „piękny i pogodny”, dlatego wybrali się paść owce na odległe pole.

    Musieli pokonać 2,5 km, przejść przez ugór – ale z jakiegoś powodu szli, i koło południa byli na miejscu. Owce zaczęły skubać trawę, a oni, w ramach zabawy, wznosili niewielki murek wokół zagajnika. I wtedy ją zobaczyli.

    Piękna Pani z Fatimy

    Łucja pisze, że nagle, mimo pięknej pogody, pojawiło się coś w rodzaju błyskawicy, dlatego ocenili, że zbliża się burza. Łucja, jako najstarsza, zdecydowała o powrocie do domu. Posłuszni kuzyni zaczęli schodzić z pagórka i pędzili owce w kierunku drogi.

    Gdy byli w połowie zbocza i już mieli minąć rozłożysty, dąb zobaczyli kolejny błysk. Podeszli i nad jednym ze skalnych dębów – w Portugalii to drzewo wysokości 50-100 cm, ale ze względu na to, że jest niskie, jest nazywane krzewem – zobaczyli jakąś Panią. Była ubrana na biało, lśniła bardziej niż Słońce.

    Dzieci uznały, że to zjawa. Najpierw nie mogły zrobić kroku, ale po chwili przybliżyły się tak bardzo, że znalazły się wewnątrz światła. I wtedy Maryja przemówiła. Nastąpił prosty, szczery dialog, który przeszedł już do historii.

    Rozmowa z Maryją

    Łucja, ośmielona jej anielską dobrocią, zadała kilka ważnych pytań. Po pierwsze, czy pójdą do nieba. Maryja odpowiedziała, że każde z nich pójdzie, ale Franciszek musi często odmawiać różaniec. Wtedy Łucja zapytała o dwie dziewczynki, które niedawno zmarły, a były jej przyjaciółkami.

    – Czy Maria das Neves jest już w Niebie?

    – Tak.

    – A Amelia?

    – Będzie przebywać w czyśćcu do końca świata – odpowiedziała Maryja.

    „Wydaje mi się, że Amelia miała jakieś osiemnaście, czy dwadzieścia lat” – zapisała Łucja w swym dzienniku.

    Odpowiedź Maryi zatrważa – jak krystalicznej trzeba duszy, jak wielkiej wiary w miłosierdzie Boże, aby po osiemnastu latach życia nie groził nam czyściec aż do końca świata, czyli do paruzji?

    „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, lecz w innym…”

    Tak mówiła Maryja 59 lat wcześniej do Bernadety Soubirous w Lourdes i słowa te mogły by paść również wobec trójki pastuszków. W ciągu sześciu miesięcy, w których Maryja przychodziła na pole w Cova da Iria, w życiu Franciszka, Hicynty i Łucji zmieniło się niemal wszystko.

    Jednak zmiana dotyczyła nie tylko widzących dzieci, ale też ich rodzin. Pole z dębem, które Matka Boża wybrała na spotkania, zostało stratowane przez ludzi, którzy coraz liczniej przybywali z całej Portugalii. Rodzice Łucji męczyli się we własnym domu, do którego drzwi wciąż pukali ludzie ciekawi, by zobaczyć widzącą.

    Brak plonów z urodzajnego dotąd pola wymagał zmniejszenia stada owiec – nie było czym ich karmić. Mniejsze stado oznaczało mniejszą ilość wełny, jedzenia, w rezultacie coraz większe ubóstwo.

    Ostatnie spotkanie

    Krążyła plotka, że 13 października, w momencie ostatniego objawienia wybuchnie bomba i zabije wszystkich, którzy będą się tam znajdować. Rodzice Łucji, choć ostrożni w przyjmowaniu nowinek, byli już tak zmęczeni wielotygodniowym oblężeniem domu i pola, że nie byli pewni, co o tym myśleć.

    Ale bali się o córkę. I choć nie rozumieli co się dzieje, uznali, że pójdą razem z nią. – Skoro ma umrzeć, my też umrzemy razem z nią – powiedzieli wieczorem, 12 października.

    Czy to Matka?

    Z relacji obserwatorów i samej Łucji wiemy, że plotka była ludzkim wymysłem. Ale prawdą jest, że tego dnia tłum był tak wielki, że Łucja od razu została rozdzielona z mamą. Tato, który mocno trzymał ją za rękę, mężnie doprowadził dziewczynkę na miejsce objawień. Wieczorem, gdy zmęczona dotarła do domu, usłyszała jeszcze pytanie, które ktoś zadał Marii Rosie, jej mamie:

    – I co, Mario Roso, czy teraz już wierzycie, że Matka Boża objawiła się w waszej Cova da Iria?

    – Jeszcze nie wiem – odpowiedziała. – Nie jesteśmy godni, żeby to była Matka Boża…

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam”.

    Benedykt XVI o pomocy duszom w czyśćcu

    GS/PCh24.pl

    ***

    „Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia” – napisał Benedykt XVI w encyklice Spe salvi.

    Rozważania dotyczące pomocy duszom czyśćcowym odnajdziemy w rozdziale trzecim encykliki „Sąd Ostateczny jako miejsce uczenia się i wprawiania w nadziei”, którego fragment prezentujemy poniżej:

    Trzeba tu wspomnieć jeszcze jeden motyw, gdyż ma on znaczenie dla praktykowania chrześcijańskiej nadziei. Już we wczesnym judaizmie istnieje myśl, że można przyjść z pomocą zmarłym w ich przejściowym stanie poprzez modlitwę (por. na przykład 2 Mch 12, 38-45: I wiek przed Chrystusem). W sposób naturalny podobna praktyka została przejęta przez chrześcijan i jest wspólna dla Kościoła wschodniego i zachodniego.

    Wschód nie uznaje oczyszczającego i pokutniczego cierpienia dusz «na tamtym świecie», ale uznaje różne stopnie szczęśliwości lub też cierpienia w stanie pośrednim. Duszom zmarłych można jednak dać «pokrzepienie i ochłodę» poprzez Eucharystię, modlitwę i jałmużnę.

    W ciągu wszystkich wieków chrześcijaństwo żywiło fundamentalne przekonanie, że miłość może dotrzeć aż na tamten świat, że jest możliwe wzajemne obdarowanie, w którym jesteśmy połączeni więzami uczucia poza granice śmierci. To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem. Któż nie pragnąłby, aby do jego bliskich, którzy odeszli na tamten świat, dotarł znak dobroci, wdzięczności czy też prośba o przebaczenie?

    Można też zapytać: jeżeli «czyściec» oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?

    Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym. Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci.

    W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony.

    Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne. W ten sposób wyjaśnia się ostatni ważny element chrześcijańskiego pojęcia nadziei. Nasza nadzieja zawsze jest w istocie również nadzieją dla innych; tylko wtedy jest ona prawdziwie nadzieją także dla mnie samego.

    Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia.

    PCh24.pl/źródło: Benedykt XVI, Spe salvi/tłum. za vatican.va

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego modlimy się za zmarłych? Wyjaśnia Benedykt XVI
    fot. Giuseppe Ruggirello via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Dlaczego modlimy się za zmarłych?

    – wyjaśnia Benedykt XVI

    „Któż nie pragnąłby, aby do jego bliskich, którzy odeszli na tamten świat, dotarł znak dobroci, wdzięczności czy też prośba o przebaczenie? Można też zapytać: jeżeli « czyściec » oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska? Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam” – pisał Benedykt XVI w encyklice Spe salvi.

    Benedykt XVI: Sąd Ostateczny jako miejsce uczenia się i wprawiania w nadziei

    41. W wielkim Credo Kościoła centralna część, która mówi o misterium Chrystusa, począwszy od odwiecznego zrodzenia z Ojca i narodzenia w czasie z Dziewicy Maryi, i poprzez krzyż i zmartwychwstanie dochodzi do Jego powtórnego przyjścia, kończy się słowami: « przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych ». Perspektywa Sądu Ostatecznego od najwcześniejszych czasów oddziaływała na codzienne życie chrześcijan, stanowiąc jakby kryterium, według którego kształtowali życie doczesne, jako wyzwanie dla sumień i równocześnie jako nadzieja pokładana w sprawiedliwości Boga. Wiara w Chrystusa nigdy nie patrzyła tylko wstecz, ani też tylko wzwyż, ale zawsze również wprzód, ku godzinie sprawiedliwości, którą Pan zapowiadał wielokrotnie. To spojrzenie ku przyszłości było dla chrześcijaństwa ważne w odniesieniu do doczesności. Wznosząc budowle sakralne, chrześcijanie pragnęli ukazać bogactwo historyczne i kosmiczne wiary w Chrystusa, dlatego stało się zwyczajem, że na wschodniej stronie przedstawiano Pana, który powraca jako król – wyobrażenie nadziei, zaś na zachodniej Sąd Ostateczny jako wyobrażenie odpowiedzialności za nasze życie; obraz ten « spoglądał » na wiernych i im towarzyszył właśnie w drodze ku codzienności. W rozwoju ikonografii uwydatniano coraz bardziej groźny i posępny aspekt Sądu, który widocznie bardziej pociągał artystów niż blask nadziei, który często nadmiernie przysłaniała groźba.

    42. W epoce nowożytnej myśl o Sądzie Ostatecznym jest mniej obecna: wiara chrześcijańska zostaje zindywidualizowana i jest ukierunkowana przede wszystkim na osobiste zbawienie duszy. Refleksja nad historią powszechną jest zaś w dużej mierze zdominowana przez myśl o postępie. Podstawowy sens oczekiwania na Sąd Ostateczny jednak nie zanikł. Niemniej teraz przybiera całkowicie inną formę. Ateizm XIX i XX wieku ze względu na swą genezę i cel jest moralizmem: protestem przeciw niesprawiedliwościom świata i historii powszechnej. Świat, w którym istnieje taka miara niesprawiedliwości, cierpienia niewinnych i cynizmu władzy, nie może być dziełem dobrego Boga. Bóg, który byłby odpowiedzialny za taki świat, nie byłby Bogiem sprawiedliwym, a tym bardziej Bogiem dobrym. W imię moralności trzeba takiego Boga zakwestionować. Skoro nie ma Boga, który stwarza sprawiedliwość, wydaje się, że człowiek sam jest teraz powołany do tego, aby ustanowił sprawiedliwość. Jeżeli można zrozumieć protest przeciw Bogu wobec cierpienia na tym świecie, to jednak teza, że ludzkość może i powinna zrobić to, czego żaden bóg nie robi ani nie jest w stanie zrobić, jest zarozumiała i w istocie rzeczy nieprawdziwa. Nie jest przypadkiem, że z takiego założenia wynikły największe okrucieństwa i niesprawiedliwości, bo opiera się ono na wewnętrznej fałszywości tej tezy. Świat, który sam musi sobie stworzyć własną sprawiedliwość, jest światem bez nadziei. Nikt i nic nie bierze odpowiedzialności za cierpienie wieków. Nikt i nic nie gwarantuje, że cynizm władzy – pod jakąkolwiek ponętną otoczką ideologiczną się ukazuje – nie będzie nadal panoszył się w świecie. Toteż wielcy myśliciele ze szkoły frankfurckiej Max Horkheimer i Theodor W. Adorno, tak samo krytykowali ateizm i teizm. Horkheimer zdecydowanie wykluczył możliwość znalezienia jakiejkolwiek immanentnej namiastki Boga, równocześnie odrzucając także obraz Boga dobrego i sprawiedliwego. Radykalizując ekstremalnie starotestamentalny zakaz tworzenia obrazów, mówi on o « tęsknocie za całkowicie Innym », który pozostaje niedostępny, o wołaniu pragnienia, zwróconym do historii powszechnej. Również Adorno opowiedział się za odrzuceniem wszelkiego obrazu, co wyklucza również « obraz » kochającego Boga. Ale on także wciąż na nowo kładł nacisk na tę « negatywną » dialektykę i głosił, że sprawiedliwość, prawdziwa sprawiedliwość, domaga się świata, « w którym nie tylko doczesne cierpienie byłoby unicestwione, ale także byłoby odwołane to, co nieodwołalnie minęło »[30]. Oznaczałoby to jednak – a zostało to wyrażone w pozytywnych, a więc dla niego nieadekwatnych symbolach – że sprawiedliwość nie może istnieć bez zmartwychwstania umarłych. Taka jednak perspektywa niosłaby ze sobą « zmartwychwstanie ciał, które zawsze było całkowicie obce idealizmowi i królestwu absolutnego ducha »[31].

    43. Z rygorystycznego odrzucenia jakiegokolwiek obrazu, które wynika z pierwszego Przykazania Bożego (por. Wj 20, 4), może i powinno czerpać naukę również chrześcijaństwo. Prawda teologii negatywnej została uwydatniona na IV Soborze Laterańskim, który zdeklarował wyraźnie, że jakkolwiek można dostrzec wielkie podobieństwo między Stwórcą i stworzeniem, zawsze większe jest niepodobieństwo między nimi[32]. Dla wierzącego jednak odrzucenie wszelkiego obrazu nie może posuwać się tak daleko, że dojdzie do « nie » w odniesieniu do obu tez, teizmu i ateizmu – jak tego chcieliby Horkheimer i Adorno. Bóg sam dał nam swój « obraz »: w Chrystusie, który stał się człowiekiem. W Nim, Ukrzyżowanym, odrzucenie błędnych obrazów Boga jest doprowadzone do końca. Teraz Bóg objawia swoje oblicze właśnie w postaci cierpiącego, który dzieli dolę człowieka opuszczonego przez Boga. Ten niewinny cierpiący stał się nadzieją- pewnością: Bóg jest i Bóg potrafi zaprowadzić sprawiedliwość w sposób, którego nie jesteśmy w stanie pojąć, a który jednak przez wiarę możemy przeczuwać. Tak, istnieje zmartwychwstanie ciał[33]. Istnieje sprawiedliwość[34]. Istnieje « odwołanie » minionego cierpienia, zadośćuczynienie, które przywraca prawo. Dlatego wiara w Sąd Ostateczny jest przede wszystkim i nade wszystko nadzieją – tą nadzieją, której potrzeba stała się oczywista zwłaszcza w burzliwych wydarzeniach ostatnich wieków. Jestem przekonany, że kwestia sprawiedliwości stanowi istotny argument, a w każdym razie argument najmocniejszy za wiarą w życie wieczne. Sama indywidualna potrzeba spełnienia, które nie jest nam dane w tym życiu, potrzeba nieśmiertelnej miłości, której oczekujemy, z pewnością jest ważnym powodem, by wierzyć, że człowiek został stworzony dla wieczności. Niemniej jednak konieczność powrotu Chrystusa i nowego życia staje się w pełni przekonująca tylko w połączeniu z uznaniem, że niesprawiedliwość historii nie może być ostatnim słowem.

    44. Protest przeciw Bogu w imię sprawiedliwości niczemu nie służy. Świat bez Boga jest światem bez nadziei (por. Ef 2, 12). Jedynie Bóg może zaprowadzić sprawiedliwość. A wiara daje nam pewność: On to robi. Obraz Sądu Ostatecznego nie jest przede wszystkim obrazem przerażającym, ale obrazem nadziei; dla nas jest, być może, nawet decydującym obrazem nadziei. Czy nie jest jednak również obrazem zatrważającym? Powiedziałbym: obrazem mówiącym o odpowiedzialności. A więc obrazem tej trwogi, o której św. Hilary mówi, że ma ona, jak każdy nasz lęk, swoje umiejscowienie w miłości[35]. Bóg jest sprawiedliwością i zapewnia sprawiedliwość. To jest nam pociechą i nadzieją. Jednak w Jego sprawiedliwości zawiera się również łaska. Dowiadujemy się o tym, kierując wzrok ku Chrystusowi ukrzyżowanemu i zmartwychwstałemu. Obydwie – sprawiedliwość i łaska – muszą być widziane w ich właściwym wewnętrznym związku. Łaska nie przekreśla sprawiedliwości. Nie zmienia niesprawiedliwości w prawo. Nie jest gąbką, która wymazuje wszystko, tak że w końcu to, co robiło się na ziemi, miałoby w efekcie zawsze tę samą wartość. Przeciw takiemu rodzajowi nieba i łaski słusznie protestował na przykład Dostojewski w powieści Bracia Karamazow. Na uczcie wiekuistej złoczyńcy nie zasiądą ostatecznie przy stole obok ofiar, tak jakby nie było między nimi żadnej różnicy. W tym miejscu chciałbym zacytować tekst Platona, który wyraża przeczucie sprawiedliwego sądu, jakie w dużej mierze pozostaje prawdziwe i cenne również dla chrześcijanina. Chociaż za pomocą obrazów mitologicznych, to jednak jasno ukazuje niedwuznaczną prawdę, że na końcu dusze staną nagie wobec sędziego. Teraz już nie liczy się, kim były kiedyś w historii, ale tylko to, czym są w prawdzie. « Teraz [sędzia] ma przed sobą być może duszę króla […] czy panującego, i nie widzi w niej nic zdrowego. Widzi ją wychłostaną, pełną blizn pochodzących z popełnionych krzywd i niesprawiedliwości […] i wszystko jest wypaczone, pełne kłamstwa i pychy, a nic nie jest proste, gdyż wzrastała bez prawdy. I widzi jak wiele jest w duszy nadużycia, ekspansywności, arogancji i nieroztropności w postępowaniu, nieumiarkowania i niegodziwości. Widząc to posyła ją natychmiast do więzienia, gdzie otrzyma zasłużoną karę […]. Czasem jednak widzi przed sobą inną duszę, taką, która prowadziła życie pobożne i szczere […], cieszy się nią i oczywiście posyła ją na wyspę błogosławionych »[36]. W przypowieści o bogaczu i Łazarzu (por. Łk 16, 19-31) ku naszej przestrodze Jezus przedstawił obraz takiej duszy zniszczonej przez pychę i bogactwo, która sama stworzyła ogromną przepaść pomiędzy sobą a ubogim: przepaść, jaką jest zamknięcie w rozkoszach materialnych, przepaść, jaką jest zapomnienie o drugim, niezdolność do kochania, która teraz przeradza się w palące i nie dające się zaspokoić pragnienie. Musimy tu podkreślić, że Jezus w tej przypowieści nie mówi o ostatecznym przeznaczeniu po Sądzie, ale podejmuje wyobrażenie, jakie odnajdujemy, między innymi, w dawnym judaizmie, o stanie pośrednim pomiędzy śmiercią a zmartwychwstaniem, w którym jeszcze nie ma ostatecznego wyroku.

    45. To starojudaistyczne wyobrażenie o stanie pośrednim zawiera przekonanie, że dusze nie znajdują się po prostu w tymczasowym areszcie, ale już odbywają karę, jak to przedstawia przypowieść o bogaczu, albo też już cieszą się tymczasową formą szczęścia. W końcu zawiera ono myśl, że w tym stanie są możliwe oczyszczenia i uleczenia, które sprawiają, że dusza dojrzewa do komunii z Bogiem. Kościół pierwotny podjął te wyobrażenia, z których potem w Kościele zachodnim powoli rozwinęła się nauka o czyśćcu. Nie ma potrzeby zajmować się tu skomplikowanymi historycznymi drogami tego rozwoju; zastanówmy się jedynie, o co w rzeczywistości chodzi. Wraz ze śmiercią decyzja człowieka o sposobie życia staje się ostateczna – to życie staje przed Sędzią. Decyzja, która w ciągu całego życia nabierała kształtu, może mieć różnoraki charakter. Są ludzie, którzy całkowicie zniszczyli w sobie pragnienie prawdy i gotowość do kochania. Ludzie, w których wszystko stało się kłamstwem; ludzie, którzy żyli w nienawiści i podeptali w sobie miłość. Jest to straszna perspektywa, ale w niektórych postaciach naszej historii można odnaleźć w sposób przerażający postawy tego rodzaju. Takich ludzi już nie można uleczyć, a zniszczenie dobra jest nieodwołalne: to jest to, na co wskazuje słowo piekło[37]. Z drugiej strony, są ludzie całkowicie czyści, którzy pozwolili się Bogu wewnętrznie przeniknąć, a w konsekwencji są całkowicie otwarci na bliźniego – ludzie, których całe istnienie już teraz kształtuje komunia z Bogiem i których droga ku Bogu prowadzi jedynie do spełnienia tego, czym już są[38].

    46. Nasze doświadczenie mówi jednak, że ani jeden, ani drugi przypadek nie jest normalnym stanem ludzkiej egzystencji. Jak możemy przypuszczać, u większości ludzi w najgłębszej sferze ich istoty jest obecne ostateczne wewnętrzne otwarcie na prawdę, na miłość, na Boga. Jednak w konkretnych wyborach życiowych jest ono przesłonięte przez coraz to nowe kompromisy ze złem. Chociaż czystość bywa pokryta różnorakim brudem, to jednak jej pragnienie pozostaje i mimo wszystko wciąż na nowo wynurza się z nikczemności i pozostaje obecne w duszy. Co dzieje się z takimi ludźmi, kiedy pojawiają się przed Sędzią? Czy wszystkie brudy, jakie nagromadzili w ciągu życia, staną się od razu bez znaczenia? Albo co jeszcze nastąpi? Św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian daje nam wyobrażenie różnorakiej miary osądu Bożego nad człowiekiem, w zależności od jego sytuacji. Czyni to posługując się obrazami, które mają w jakiś sposób wyrazić to, co niewidzialne, przy czym nie możemy przełożyć tych obrazów na pojęcia po prostu dlatego, że nie możemy wejrzeć w świat po drugiej stronie śmierci, ani nie mamy żadnego jego doświadczenia. Św. Paweł mówi przede wszystkim, że egzystencja chrześcijańska jest zbudowana na wspólnym fundamencie: Jezusie Chrystusie. Jest to solidny fundament. Jeśli mocno opieramy się na tym fundamencie i na nim zbudowaliśmy nasze życie, wiemy, że nawet w śmierci ten fundament nie może nam być odebrany. Dalej Paweł pisze: « I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drewna, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego budowla wzniesiona na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień » (3, 12-15). W każdym razie, ten tekst pokazuje jasno, że ocalenie ludzi może mieć różne formy; że niektóre rzeczy zbudowane mogą ulec spaleniu do końca; że dla ocalenia trzeba przejść samemu przez « ogień », aby definitywnie stać się otwartymi na Boga i móc zająć miejsce przy Jego stole na wiekuistej uczcie weselnej.

    47. Niektórzy współcześni teolodzy uważają, że ogniem, który spala a równocześnie zbawia, jest sam Chrystus, Sędzia i Zbawiciel. Spotkanie z Nim jest decydującym aktem Sądu. Pod Jego spojrzeniem topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. To, co zostało zbudowane w ciągu życia, może wówczas okazać się suchą słomą, samą pyszałkowatością, i zawalić się. Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym «przejście przez ogień ». Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga. Jawi się tu również wzajemne przenikanie się sprawiedliwości i łaski: nasz sposób życia nie jest bez znaczenia, ale nasz brud nie plami nas na wieczność, jeśli pozostaliśmy przynajmniej ukierunkowani na Chrystusa, na prawdę i na miłość. Ten brud został już bowiem wypalony w Męce Chrystusa. W chwili Sądu Ostatecznego doświadczamy i przyjmujemy, że Jego miłość przewyższa całe zło świata i zło w nas. Ból miłości staje się naszym zbawieniem i naszą radością. Jest jasne, że nie możemy mierzyć « trwania » tego przemieniającego wypalania miarami czasu naszego świata. Przemieniający « moment » tego spotkania wymyka się ziemskim miarom czasu – jest czasem serca, czasem « przejścia » do komunii z Bogiem w Ciele Chrystusa. Sąd Boży jest nadzieją, zarówno dlatego, że jest sprawiedliwością, jak i dlatego, że jest łaską. Gdyby był tylko łaską, tak że wszystko, co ziemskie, byłoby bez znaczenia, Bóg byłby nam winien odpowiedź na pytanie o sprawiedliwość – decydujące dla nas pytanie wobec historii i samego Boga. Gdyby był tylko sprawiedliwością, byłby ostatecznie dla nas wszystkich jedynie przyczyną lęku. Wcielenie Boga w Chrystusie tak bardzo połączyło sprawiedliwość i łaskę, że sprawiedliwość jest ustanowiona ze stanowczością: wszyscy oczekujemy naszego zbawienia « z bojaźnią i drżeniem » (Flp 2, 12). Niemniej jednak łaska pozwala nam wszystkim mieć nadzieję i ufnie zmierzać ku Sędziemu, którego znamy jako naszego « Rzecznika », Parakletos (por. 1 J 2, 1)[39].

    48. Trzeba tu wspomnieć jeszcze jeden motyw, gdyż ma on znaczenie dla praktykowania chrześcijańskiej nadziei. Już we wczesnym judaizmie istnieje myśl, że można przyjść z pomocą zmarłym w ich przejściowym stanie poprzez modlitwę (por. na przykład 2 Mch12, 38-45: I wiek przed Chrystusem). W sposób naturalny podobna praktyka została przejęta przez chrześcijan i jest wspólna dla Kościoła wschodniego i zachodniego. Wschód nie uznaje oczyszczającego i pokutniczego cierpienia dusz « na tamtym świecie », ale uznaje różne stopnie szczęśliwości lub też cierpienia w stanie pośrednim. Duszom zmarłych można jednak dać « pokrzepienie i ochłodę » poprzez Eucharystię, modlitwę i jałmużnę. W ciągu wszystkich wieków chrześcijaństwo żywiło fundamentalne przekonanie, że miłość może dotrzeć aż na tamten świat, że jest możliwe wzajemne obdarowanie, w którym jesteśmy połączeni więzami uczucia poza granice śmierci. To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem. Któż nie pragnąłby, aby do jego bliskich, którzy odeszli na tamten świat, dotarł znak dobroci, wdzięczności czy też prośba o przebaczenie? Można też zapytać: jeżeli « czyściec » oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska? Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym. Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci. W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony. Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne. W ten sposób wyjaśnia się ostatni ważny element chrześcijańskiego pojęcia nadziei. Nasza nadzieja zawsze jest w istocie również nadzieją dla innych; tylko wtedy jest ona prawdziwie nadzieją także dla mnie samego[40]. Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia.

    z Encykliki Benedykta XVI Spe salvi

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy każdego czeka czyściec?

    Nie, nie każdego. Przykładem Matka Boża i „kilka” innych osób, patrząc na życie których Kościół miał odwagę stwierdzić, że z pewnością poszli prosto do nieba. Zwyczajowo mówimy o nich „święci” i „błogosławieni”. Zasadniczo dobrze by było, gdybyśmy wszyscy tak żyli, by czyśćca uniknąć i wejść prosto do królestwa, przygotowanego nam od założenia świata (por. Mt 25,34). Wyznaczenie sobie celu na poziomie: „byle na ostatniego dostać się do czyśćca”, to nie jest bodajże najszczęśliwsza miara życia chrześcijańskiego.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Trzy możliwości

    Wierzymy, że każde z nas „w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym” (KKK 1022). Są trzy możliwe warianty tej zapłaty: „dokonuje się przez oczyszczenie, albo otwiera bezpośrednio wejście do szczęścia nieba, albo stanowi bezpośrednio potępienie na wieki” (KKK 1022). Naukę tę Kościół sformułował ostatecznie na soborach we Florencji i w Trydencie (XVI w.), opierając się na słowach Pisma Świętego. Kluczowymi tekstami są tu fragmenty obu Testamentów, dokumentujące praktykę modlitwy za zmarłych, a także słowa Jezusa o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu: „Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym życiu, ani w przyszłym” (Mt 12,32). Z tej wypowiedzi Pana wynika, że pewne grzechy mogą być odpuszczone w przyszłym życiu, czyli po śmierci.

    Czyściec to pewność zbawienia

    Jeśli umieramy w stanie łaski i w przyjaźni z Bogiem, ale nie jesteśmy jeszcze całkowicie wolni od grzechów, to przyjdzie nam przejść oczyszczenie po śmierci. Ci, którzy znajdą się w czyśćcu będą już pewni swojego zbawienie, ale jeszcze niegotowi, by wejść do radości nieba. Tę dyspozycję da im doświadczenie czyśćca (por. KKK 1030). Jest i będzie ono czymś zupełnie różnym od kary i cierpień potępionych w piekle (por. KKK 1031). Właściwie nie jest najlepszym sformułowaniem mówienie o „karach czyśćcowych”. Brak pełnej dyspozycji, aby wejść prosto do nieba, sprowadza się ostatecznie do braku gotowości by być kochanym i kochać całą pełnią siebie. Z wielką przenikliwością św. Jan od Krzyża pisał, że „pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Jakieś wyobrażenie o tym, na czym będzie polegało nasze ewentualne cierpienie w czyśćcu, mogą dać nam te wszystkie sytuacje, w których cierpimy, odkrywając, że wciąż zbyt mało lub niedoskonale kochamy tych, na których nam zależy.

    Ból „od wewnątrz”

    Można też użyć porównania, które świetnie sprawdza się już na etapie szkolnej katechezy. Jeśli żyjemy, poruszamy się w świetle (na przykład słonecznym), to nasze oczy są przyzwyczajone do światła. Możemy nawet przelotnie spojrzeć wprost na słońce. Ale jeśli większość czasu spędzamy w ciemnościach, to nagłe rozbłyśnięcie światła sprawi nam ból i odruchowo zaciśniemy powieki. Będziemy potrzebowali chwili, by nasz wzrok przywykł do światła i nie tylko mógł je znosić bez bólu, ale wręcz się nim cieszyć. Czyściec będzie bolesny, ale nie dlatego, że ktoś nas będzie za coś mniej lub bardziej wymyślnie karał, zadając nam cierpienie. Oczyszczenie po śmierci będzie bolało niejako „od wewnątrz”. Wszystko, co nie jest naprawdę miłością będzie musiało się w nas wypalić, spopielić i zniknąć, abyśmy mogli wejść w całkowite doświadczenie miłości, jakim będzie niebo.

    Miarą czasu: miłość

    Myśląc o czyśćcu należy wziąć w cudzysłów pojęcia czasu i przestrzeni w naszym doczesnym rozumieniu. Czyściec jest bardziej stanem niż miejscem. A jeśli chodzi o miarę czasu, to będą nią nie tyle jednostki chronometryczne, co właśnie sama miłość. Żeby to jakoś zobrazować, pomyślmy na przykład o kwadransie, który inaczej mija nam w zimny deszczowy poranek na przystanku, na którym stoimy, czekając na spóźniony autobus, świeżo po kłótni z kimś bliskim, a zupełnie inaczej podczas serdecznej rozmowy z tą samą osobą. Niby to samo piętnaście minut, a jak diametralnie inaczej doświadczamy mijającego czasu. Można powiedzieć, że w czyśćcu „czas” będzie tylko przyspieszał w miarę naszego dojrzewania do pełni miłości.

    W czyśćcu nie będziemy mogli już sami sobie pomóc. Będą nam za to mogli nadal pomóc ci, którzy nas kochają – zarówno znajdujący się już w niebie, jak i ci wciąż pozostający na ziemi. Będą to mogli zrobić modlitwą – zwłaszcza Mszą Świętą i Komunią ofiarowanymi w naszej intencji. A także postem, jałmużną, uczynkami miłości i dziełami pokutnymi, które za nas ofiarują (por. KKK 1032). Dokładnie tak, jak my sami możemy to robić dla zmarłych przebywających w czyśćcu, póki żyjemy.

    Czyściec „nieobowiązkowy”

    A jednak czyśćca możemy uniknąć. I mamy się o to starać. Naszym celem jest niebo, czyli zjednoczenie z Bogiem, który jest miłością, a w Nim z innymi. Wszystko, co jest naprawdę miłością w naszym życiu i postępowaniu „wszczepia” nas w Boga i zbliża do tej upragnionej pełni, za którą nasze serce tęskni z natury, choćby i nieświadomie. Świętość, do której wszyscy bez wyjątków jesteśmy powołani, polega ostatecznie na komunii, czyli zjednoczeniu z Bogiem, który jest miłością. Im bardziej i prawdziwiej kochamy, tym bardziej jesteśmy święci, czyli gotowi na wejście do nieba. Bo w niebie są tylko święci – ci oficjalnie „wyniesieni na ołtarze” i ci, którzy nie zostaną nigdy beatyfikowani ani kanonizowani – także nasi zmarli znajomi, bliscy, przyjaciele. I być może niektórzy z nich po swojej śmierci poszli prosto do nieba. Czy to znaczy, że niepotrzebnie się za nich modlimy? Nie. Obrazowo mówiąc, ta modlitwa się „nie zmarnuje”. Modląc się za nich – choć o tym nie wiemy – przyzywamy ich wstawiennictwa, a ofiarowana im przez modlitwę i inne pobożne dzieła miłość posłuży najpewniej komuś innemu.

    Jak uniknąć czyśćca?

    Jeśli ktoś zastanawia się, co może zrobić, aby uniknąć czyśćca, to przede wszystkim powinien starać się żyć zawsze w łasce uświęcającej i nie zwlekać ze spowiedzią, gdy stan łaski zdarzy mu się utracić. Powinno zajmować go nie tyle nawet pytanie: „Jakiej wady/słabości powinienem się jeszcze pozbyć?”, ile raczej pytanie: „Kogo i jak mógłbym jeszcze bardziej kochać?” Ponadto niech korzysta z łaski odpustów zupełnych, które „oferuje” mu Matka Kościół. Warto jednak zwrócić uwagę, że nasza motywacją nie powinna być obawa, czy strach, ale miłość. A w miłości – jak przypomina nam św. Jan – nie ma lęku: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, że mamy pełną ufność na dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest w niebie, i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1 J 4,16-18).

    ks. Michał Lubowicki/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dusze czyśćcowe zawsze pomogą

    Od wielu lat praktykuję modlitwę za dusze czyśćcowe i jestem przekonana o jej niezwykłej skuteczności – mówi s. Agnieszka, franciszkanka.

    stock.adobe.com

    ***

    Jak to się zaczęło? Byłam młodą zakonnicą, rozpoczęłam naukę w szkole pielęgniarskiej. Mieszkałam w klasztorze. Pewnej nocy poczułam, że ktoś wszedł do pokoju, ale nikogo nie widziałam. Na pytanie, kim jest, nie otrzymałam od przybysza żadnej odpowiedzi. Wówczas poczułam paraliżujący strach. Gdy zjawa zniknęła, zerwałam się z łóżka, padłam na kolana i zaczęłam się żarliwie modlić. Prosiłam Boga, by nigdy więcej nikt z tamtego świata do mnie nie przychodził, bo zwyczajnie po ludzku się boję. W zamian obiecałam stałą modlitwę za dusze czyśćcowe. Podobnej sytuacji doświadczyłam kilka lat później. Szłam na Mszę św. za zmarłe siostry z naszego zgromadzenia i w pewnej chwili dostrzegłam postać ubraną w stary strój zakonny (sprzed reformy strojów), jak zmierza do kaplicy. Pomyślałam, że przyszła prosić o modlitwę i trzeba jej tę modlitwę dać.

    Zaczęłam praktykować modlitwę za dusze czyśćcowe. Z czasem przekonywałam się coraz bardziej o jej skuteczności.

    Kiedyś usłyszałam, że nie ma takiej prośby, zanoszonej za przyczyną dusz w czyśćcu cierpiących, która nie byłaby wysłuchana przez Pana Boga, jeśli jest zgodna z Jego wolą. Obiecałam, że w każdy poniedziałek będę ofiarowywać Mszę św., Komunię św., Różaniec, brewiarz, nawet jakieś doznane cierpienia i przykrości w intencji cierpiących w czyśćcu. I praktykuję to do dzisiaj. Dusze czyśćcowe to pamiętają. Gdybym zapomniała o tej intencji i modlitwę ofiarowała za kogoś innego, one się przypominają. Zaczynam odczuwać, że coś jest nie tak, spoglądam na kalendarz: poniedziałek, zapomniałaś o czymś – zdaje się, że chcą mi przypomnieć.

    Dostrzegam też znaki pomocy ze strony dusz czyśćcowych, bo one nam pomagają, wypraszając łaski u Boga. Sobie nie mogą już nic wyprosić, ich czas zdobywania zasług dla siebie się zakończył, ale mogą pomóc nam, żyjącym jeszcze na ziemi. Nigdy nie oczekiwałam jakichś szczególnych czy wyjątkowych doznań, przekonałam się jednak, że ich wstawiennictwo ma niezwykłą moc. Kiedy idę do pracy, nieraz na nocną zmianę, przechodzę koło cmentarza, i wtedy rozmawiam z duszami czyśćcowymi. Proszę: – Pomóżcie mi, aby ten dyżur był spokojny, ja też wam pomogę modlitwą. I te dyżury są spokojne.

    Modlitwa za umierających

    W szpitalu codziennie ocieram się o cierpienie i śmierć. Zachęcam pacjentów, aby wzięli do ręki różaniec i się modlili. – W szpitalu nie ma bezrobocia – mówię żartobliwie. – My was obsługujemy, ale wy też musicie coś robić. Co godzinę za jakąś duszę czyśćcową ofiarować modlitwę, ból, niewygodę szpitalnego łóżka. Jak wy im pomożecie, to one też wam kiedyś pomogą. Wielu pacjentów podejmuje tę modlitwę, nawet z wielką radością.

    Pracuję w szpitalu, więc mam kontakt z ludźmi umierającymi. Często jestem przy konających. Wiele świeckich pielęgniarek się boi – a ja nie. Trzymam pacjenta za rękę i się modlę. Odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia.

    Proszę aniołów i dusze czyśćcowe, by pomogły konającemu przejść na tamten świat. Odczuwam ich obecność. To są dusze, którym umierający wyświadczał dobro, pomoc. One teraz mu się odwdzięczają i pomagają przejść na drugą stronę.

    Kiedyś miałam taki przypadek. Pacjentka, która była w całkiem dobrej formie i nic nie wskazywało na to, że będzie umierać, zawołała nagle: Siostro, proszę szybko przyjść, pomóc mi się przebrać, zrobić fryzurę, bo oni już czekają. Pielęgniarki były zdziwione: kto czeka? Nie było nikogo, tylko trzy pacjentki w sali. Po przebraniu i uczesaniu chora zmarła z uśmiechem na twarzy. Ciarki nas przeszły. Ktoś po nią przyszedł, ona widziała te osoby. Ja wierzę, że to były dusze zmarłych. Święty Ojciec Pio w swojej książce wspominał, że gdy umieramy, przychodzą po nas dusze naszych bliskich zmarłych oraz te dusze czyśćcowe, za które się modliliśmy. Przychodzą, by pomóc nam przejść na tamtą stronę.

    Woda święcona odstrasza złe duchy

    Zawsze mam przy sobie wodę święconą. Postarałam się, aby była ona także na oddziale, na którym pracuję. Święcę chorych. Kiedy wkładamy rękę do kropielnicy, warto zrzucić kilka kropel, mówiąc na głos: „Za dusze czyśćcowe”. Przy konających woda święcona jest niezbędna.

    Na stażu zawodowym na chirurgii miałam konającego pacjenta. Miał raka przełyku, nie mógł mówić, tylko pokazywał wzrokiem, czego chce. To było w święta Bożego Narodzenia. Cały czas zerkał na swoją szafkę przy łóżku i na mnie. Nie wiedziałam, jak mu pomóc. W końcu otworzyłam szufladkę, a tam w słoiczku była woda święcona. Pokropiłam go i za chwilę ten pacjent zmarł. Był to dla mnie znak, że przy konającym jest zły duch, który walczy o jego duszę.

    Często się modlę za umierających. Nie jest istotne, czy znamy tego umierającego czy jest to dla nas ktoś z drugiego końca świata. Śmierć dla człowieka, nawet wierzącego, jest momentem szczególnym w życiu. Codziennie umiera wiele osób, które przez całe swoje życie nigdy nie myślały o Panu Bogu albo które z Nim walczyły. Ale właśnie w momencie śmierci dokonuje się decydujący wybór człowieka co do wieczności.

    Możemy im pomóc

    Gdy praktykujemy modlitwę za umierających, w szczególności za zatwardziałych grzeszników, musimy jednak okazać wiele czujności, szatan bowiem szuka zemsty. Rzeczywiście zachowuje się jak „lew ryczący (por. 1 P 5, 8)”, bo w tym decydującym momencie, z powodu nawrócenia grzesznika, traci łup, nad którym pracował przez całe lata.

    Ludzie często odczuwają, że przychodzą do nich zmarli członkowie rodziny. Może to jest sugestia pod wpływem przeżyć związanych z odejściem, pogrzebem. Ale jeśli się tak zdarzy, to należy się za tę osobę modlić, zapytać, czego pragnie. Nie wolno jednak przywoływać dusz z czyśćca: „Przychodzą po prostu, kiedy Pan Bóg im pozwoli postarać się o szybsze wybawienie” – wyjaśniała Maria Simma, która miała dar kontaktu z duszami czyśćcowymi. Ale trzeba być bardzo ostrożnym, bo to może być zły duch. Wielu ludzi angażuje się w wywoływanie duchów, w spirytyzm, a to jest bardzo niebezpieczne, wchodzi się na grząski grunt. Nie można oczekiwać, że dusza przyjdzie, będzie pukać lub dawać jakieś inne znaki.

    Święty Ojciec Pio, który miał dar rozmawiania z duszami czyśćcowymi, mówił, że ktokolwiek do niego przyszedł z tamtego świata, prosił, wręcz żebrał o modlitwę, o Eucharystię. Duszom czyśćcowym możemy pomóc przez modlitwę, dobre uczynki, odwiedzenie grobu, odpusty, ofiarowanie Eucharystii i Komunii św. Nie zapominajmy o nich, a sami się przekonamy, że dzięki ich wstawiennictwu możemy dokonać wręcz cudów.

    Nie oczekujmy spektakularnych wizji czy ingerencji w nasze życie, lecz dostrzegajmy ich pomoc w życiu codziennym; uczmy się miłości do nich, a one też będą nas obdarzać szczególną miłością. Między nami a nimi jest przepaść momentu śmierci, ale zawsze można ją pokonać przez pomost miłości.

    wysłuchała: Jolanta Marszałek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czyściec – trzy mało znane fakty. Co dzieje się z duszami po śmierci?

    virgin_of_carmel_saving_souls_in_purgatory_-_google_art_project-e1475808199422
    Google Art

    *****

    Czyściec nie jest pozbawiony radości. Tak jak możemy dodawać sobie nawzajem otuchy podczas naszego życia na Ziemi, możemy to także robić w czyśćcu.

    Chociaż dwudziestowieczna filozofia współczesna i teoria polityki obficie posługują się kategoriami i ramami teoretycznymi zaczerpniętymi z eschatologii katolickiej (dosłownie nauki o „rzeczach ostatecznych”) – i to często zaskakująco owocnie – tego samego nie można chyba powiedzieć o niektórych naszych współczesnych refleksjach teologicznych. Eschatologia w dzisiejszych czasach zdaje się nie zajmować zbyt uprzywilejowanej pozycji.

    Jednak nie znaczy to, że w tradycji katolickiej eschatologia nie była przedmiotem intensywnej i często uczonej refleksji. Wręcz przeciwnie. A ostatnio Shaun McAfee opublikował listę dziesięciu faktów o czyśćcu, których najprawdopodobniej nie znacie. Spośród nich wybraliśmy trzy, naszym zdaniem najbardziej interesujące, aby rozpocząć, jeśli to możliwe, dyskusję o tych kwestiach w komentarzach.

    Już zjednoczeni z Chrystusem

    Dusze w czyśćcu są częścią Kościoła pokutującego, zwanego również Kościołem cierpiącym lub Kościołem oczekującym (Ecclesia Poenitens, Ecclesia Dolens lub Ecclesia Expectans). Tradycja uznaje, że wierni tworzą trzy główne stany: Kościół wojujący, Kościół cierpiący i Kościół triumfujący. Sprawdźmy, co encyklika Lumen Gentium ma do powiedzenia na ten temat:

    Dopóki tedy Pan nie przyjdzie w majestacie swoim, a wraz z Nim wszyscy aniołowie, dopóki po zniszczeniu śmierci wszystko nie zostanie poddane Jemu, jedni spośród uczniów Jego pielgrzymują na ziemi (Kościół wojujący), inni dokonawszy żywota poddają się oczyszczeniu (Kościół pokutujący), jeszcze inni zażywają chwały (Kościół triumfujący), widząc „wyraźnie samego Boga troistego i jedynego, jako jest.

    Jeśli dusze w czyśćcu są częścią Kościoła pokutującego – którego częścią także moglibyśmy być, pośród naszych cierpień, jako Kościół wojujący – są one zatem w oczywisty sposób częścią Mistycznego Ciała Chrystusa, a zatem pozostają z Nim zjednoczone.

    Męki czyśćcowe są dobrowolne

    To zasługuje na nieco bardziej szczegółowe wyjaśnienie. Jak czytamy w artykule, który Shaun McAfee umieścił na EpicPew, św. Katarzyna Genueńska w swoim Traktacie o czyśćcu tłumaczyła, że widząc, co czeka ją w Niebie, dusza dobrowolnie rzuca się w czyściec.

    Czyściec jest dobrowolny, nie dlatego, że ktoś może zdecydować, że tam nie pójdzie, ale dlatego, że skwapliwie się jemu poddaje. W tym względzie św. Tomasz z Akwinu mówi dokładnie to samo.

    W czyśćcu jest też radość

    Na ogół czyściec jest traktowany jako miejsce cierpienia, choć tymczasowego. Jednak w rzeczywistości, jak wyjaśnia św. Katarzyna Genueńska, czyściec nie jest także pozbawiony radości: tak jak sam Chrystus pociesza dusze Kościoła walczącego, to samo czyni z Kościołem cierpiącym, i tak jak możemy dodawać sobie nawzajem otuchy podczas naszego życia na Ziemi, możemy to także robić w czyśćcu.

    Ale to nie wszystko. Święta Katarzyna tłumaczy:

    To właśnie ogień miłości Bożej trawi całą rdzę czy też skazę grzechu w duszy. Męki czyśćcowe są zatem przede wszystkim karą [czasowej] utraty [widzenia Boga], znacznie bardziej niż karą zmysłów, czyli czymś więcej niż „wszelkie inne kary jakie można tam znaleźć” (15b).

    Rzeczywiście, najstraszniejsze dla duszy jest wewnętrzne rozdarcie spowodowane przez miłość, która widzi, że, ze względu na te wciąż nie całkowicie unicestwione przeszkody, jej doskonałe posiadanie Boga opóźnia się. A im większe oczyszczenie, tym bardziej intensywna miłość i, co za tym idzie, tym okrutniejszy ból. Miłość i ból pojawiają się i wzrastają w czyśćcu w stałym postępie.

    Czyściec jest zatem stopniowym narastaniem miłości i bólu, które prowadzi do nieba, do szczęścia doskonałego. Dusze w czyśćcu doświadczają wielkiej radości, podobnej do radości Nieba, a także ogromnego bólu, podobnego do bólu piekła; a jedno nie usuwa drugiego.

    Daniel Esparza/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy modlitwa za zmarłych ma sens? Skąd o tym wiemy?

    CZY MODLITWA ZA ZMARŁYCH MA SENS
    Fr. Lawrence Lew OP/Flickr

    *****

    Wielu ludzi właśnie modlitwą reaguje na wiadomość, że ktoś zakończył ziemski żywot. Skąd się to bierze i czy modlitwa za kogoś, kto już odszedł do wieczności, ma sens? Czy zmarli naprawdę potrzebują modlitwy żywych?

    Ks. Wojciech Węgrzyniak jakiś czas temu analizował na swoim blogu argumenty podające w wątpliwość sensowność modlitwy za zmarłych. Jeden argument mówił o tych, którzy po śmierci trafią do piekła. Jezusowa przypowieść o bogaczu i Łazarzu nie pozostawia wątpliwości, że nie ma dla nich ratunku. Między niebem a piekłem „zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. „Faktycznie, modlitwa im nie pomaga” – stwierdził ks. Węgrzyniak.

    Drugi przywołany przez niego argument dotyczy tych, którzy znaleźli się w czyśćcu. Przecież oni i tak pójdą do nieba. To prawda. Jednak to właśnie oni bardzo potrzebują modlitwy. Dlaczego? Mówiąc w wielkim uproszczeniu po to, aby jak najszybciej dostąpili wiecznej radości oglądania Boga twarzą w twarz.

    Modlitwa za zmarłych: argument biblijny

    Jednym z najczęściej przytaczanych argumentów biblijnych uzasadniających sens i potrzebę modlitwy za tych, którzy już odeszli z doczesności, jest ten odwołujący się do Starego Testamentu, do Drugiej Księgi Machabejskiej. To z niej (z zakończenia dwunastego rozdziału) wywodzi się często przytaczany cytat, zgodnie z którym modlić się za zmarłych to „myśl święta i pobożna”.

    Opowieść o mężnym Judzie, który przeprowadził składkę wśród swoich żołnierzy i posłał do Jerozolimy, aby złożono ofiarę za tych, którzy zginęli, zawiera również uzasadnienie. „Bardzo pięknie i szlachetnie uczynił, myślał bowiem o zmartwychwstaniu. Gdyby bowiem nie był przekonany, że ci zabici zmartwychwstaną, to modlitwa za zmarłych byłaby czymś zbędnym i niedorzecznym” – wyłożył jasno i zrozumiale autor starotestamentalnej księgi.

    Do Drugiej Księgi Machabejskiej odsyła Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że Kościół „od początku czcił pamięć zmarłych i ofiarował im pomoce, a w szczególności Ofiarę eucharystyczną, by po oczyszczeniu mogli dojść do uszczęśliwiającej wizji Boga”. Kościół w trosce o zmarłych zaleca nie tylko modlitwę, ale także jałmużnę, odpusty i dzieła pokutne podejmowane w ich intencji.

    Pomoc dla zmarłych

    Żyjący na przełomie czwartego i piątego stulecia św. Jan Chryzostom zachęcał: „Nieśmy im pomoc i pamiętajmy o nich. Jeśli synowie Hioba zostali oczyszczeni przez ofiarę ich ojca, dlaczego mielibyśmy wątpić, że nasze ofiary za zmarłych przynoszą im jakąś pociechę? Nie wahajmy się nieść pomocy tym, którzy odeszli, i ofiarujmy za nich nasze modlitwy”.

    Kilka lat młodszy od niego św. Augustyn stwierdził natomiast: „Nie można zaprzeczyć, że dusze zmarłych doznają ulgi dzięki pobożności swoich żyjących bliskich, gdy za nich składa się ofiarę Pośrednika albo gdy się w kościele daje jałmużny”.

    Zapewniał też, że to, co za zmarłych ma zwyczaj czynić Kościół, nie jest sprzeczne z zapowiedzią zawartą przez św. Pawła w Liście do Rzymian, że wszyscy staniemy przed trybunałem Boga i każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu.

    Wspólnota większa niż myślimy

    „YOUCAT. Katechizm Kościoła katolickiego dla młodych” o modlitwie za zmarłych mówi we fragmencie poświęconym wierze w świętych obcowanie. Zwraca uwagę, że do wspólnoty świętych (komunii świętych) należą wszyscy ludzie, którzy swoją nadzieję pokładają w Chrystusie i przez chrzest przynależą do Niego, bez względu na to, czy już umarli, czy jeszcze żyją.

    Jesteśmy w Chrystusie jednym ciałem, dlatego żyjemy w jednej wspólnocie obejmującej niebo i ziemię. „Kościół jest wspólnotą większą niż myślimy. Należą do niego żywi i zmarli, bez względu na to, czy znajdują się w czyśćcu czy przebywają w chwale Bożej; znani i nieznani; wielcy święci i niepozorni ludzie” – wyjaśnia młodzieżowy katechizm, dodając, że „możemy nawzajem się wspierać ponad śmiercią”.

    Oznacza to, że możemy przywoływać w modlitwie naszych patronów i ulubionych świętych, ale także naszych zmarłych, co do których wierzymy, że są już u Boga. Jednak to nie wszystko. Możemy przez naszą modlitwę dopomóc naszym zmarłym, znajdującym się jeszcze w czyśćcu.

    Modlitwa podczas pogrzebu i nie tylko

    Zwięzłe uzasadnienie celowości modlitwy za zmarłych można usłyszeć na początku każdej Mszy św. pogrzebowej. Ksiądz mówi wtedy mniej więcej tak: „Wiemy, że wskutek ludzkiej skłonności do złego wszyscy popełniamy grzechy. Przed Najświętszym Bogiem nikt nie jest bez winy. Dlatego chcemy złożyć za naszego zmarłego brata Ofiarę Eucharystyczną jako zadośćuczynienie za jego grzechy. Będziemy prosili Boga, aby go oczyścił od wszelkiej winy i dopuścił do społeczności Świętych”.

    Modlitwa za zmarłych znajduje się w każdej Modlitwie Eucharystycznej odmawianej podczas mszy św., uwzględniając także możliwość wspomnienia konkretnych osób. W modlitewnikach można znaleźć bardzo dużo tekstów poświęconych tym, którzy odeszli, z tym, który zaczyna się od słów „Wieczny odpoczynek” na czele.

    Dusze znikąd niemające ratunku?

    W „Instrukcji liturgiczno-duszpasterskiej Episkopatu Polski o pogrzebie i modlitwach za zmarłych”, ogłoszonej czterdzieści lat temu, w roku 1978, można znaleźć bardzo ciekawe wskazówki. Niektóre z nich wciąż z trudnością przebijają się do świadomości wierzących. Biskupi przypomnieli m.in., że cały człowiek został odkupiony przez Chrystusa i ma mieć udział w życiu wiecznym, dlatego nie mówimy „módlmy się za duszę Jana, Krystyny itp.” lecz „módlmy się za zmarłego Jana, Krystynę itp”.

    Instrukcja mówi również stanowczo, że z modlitw za zmarłych należy usunąć wezwania w rodzaju: „za dusze znikąd niemające ratunku”, „za dusze, za które nikt się nie modli”, ponieważ Kościół w każdej mszy św. i w liturgii godzin poleca Bogu wszystkich zmarłych, a także co roku obchodzi Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych.

    Można użyć np. takich sformułowań: „módlmy się za tych zmarłych, których imiona znane są tylko Bogu”, „którzy najwięcej potrzebują modlitwy”, „za których najbliżsi się nie modlą”.

    Powinność i… dziękczynienie

    Święty Jan Paweł II niespełna dwa lata przed swoją śmiercią powiedział: „Modlitwa za zmarłych jest ważną powinnością, bowiem nawet jeśli odeszli w łasce i w przyjaźni z Bogiem, być może potrzebują jeszcze ostatniego oczyszczenia, by dostąpić radości nieba”.

    Papież Franciszek w czasie jednej ze środowych katechez natomiast wskazał na jeszcze jeden aspekt. Według niego modlitwa za zmarłych jest przede wszystkim wyrazem wdzięczności z powodu świadectwa tych, którzy nas opuścili, oraz za uczynione przez nich dobro.

    „Jest ona dziękczynieniem Panu za to, że nam ich dał, a także za ich miłość i przyjaźń”. Innym razem wyjaśniał, że wspomnienie zmarłych, troska o groby i modlitwy w intencji zmarłych są świadectwem ufnej nadziei, zakorzenionej w przekonaniu, że śmierć nie jest ostatnim słowem o ludzkim losie, ponieważ człowiek jest przeznaczony do nieskończonego życia, zakorzenionego i znajdującego swoje wypełnienie w Bogu.

    ks. Artur Stopka/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec

    Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.

    „Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec!”

    W roku 1870 Belgia walczyła jako sojusznik Francji przeciwko Niemcom. We wrześniu owego roku siostrę Marię Serafinę, zakonnicę redemptorystkę z Mechelen w Belgii, nagle ogarnął niewytłumaczalny smutek. Wkrótce potem otrzymała wiadomość, że w tej wojnie zginął jej ojciec. Od tamtego dnia siostra Maria wielokrotnie słyszała niepokojące jęki i głos mówiący: „Moja droga córko, zmiłuj się nade mną!”

    Później dokuczały jej różne udręki, a wśród nich nieznośne bóle głowy. Kładąc się pewnego dnia ujrzała swojego ojca w otoczeniu płomieni i pogrążonego w głębokim smutku. Cierpiał w czyśćcu. Otrzymał od Boga pozwolenie, by błagać swą córkę o modlitwy oraz opowiedzieć jej o czyśćcowych cierpieniach. Opowiedział o tym tak:

    – Chcę od ciebie Mszy św., modlitw i odpustów w moim imieniu. Spójrz, jak jestem pogrążony w tym wypełnionym ogniem dole! Och! Gdybyż ludzie wiedzieli, czym jest czyściec, znieśliby wszystko, aby go uniknąć i zmniejszyć cierpienia dusz tutaj. Bądź bardzo święta, moja córko, i przestrzegaj świętej reguły, nawet w jej najmniej istotnych punktach. Czyściec dla osób zakonnych jest straszliwą rzeczą!

    Siostra Maria ujrzała dół pełen płomieni, wypluwający czarne obłoki dymu. Jej ojciec był zanurzony w tym dole, płonąc, straszliwie się dusząc i pragnąc. Gdy otwierał usta, widziała, że jego język jest całkowicie wyschnięty.

    – Pragnę, moja córko, pragnę!

    Następnego dnia jej ojciec odwiedził ją ponownie, mówiąc:

    – Moja córko, minęło wiele czasu, odkąd cię widziałem ostatni raz.

    – Mój ojcze, to było dopiero wczoraj…

    – Och! Dla mnie wydaje się to wiecznością. Jeśli pozostanę w czyśćcu trzy miesiące, to będzie to wieczność. Zostałem skazany na wiele lat, ale dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, mój wyrok został zredukowany do tylko kilku miesięcy.

    Łaska, która dawała mu możliwość przyjścia na ziemię, została udzielona mu dzięki dobrym uczynkom za jego życia i ponieważ był oddany Matce Najświętszej, przyjmując Komunię św. we wszystkie Jej święta.

    W ciągu tych odwiedzin siostra Maria Serafina zadała swojemu ojcu kilka pytań:

    – Czy dusze w czyśćcu wiedzą, kto modli się za nie i czy mogą modlić się za nas?

    – Tak, moja córko.

    – Czy te dusze cierpią, wiedząc, że w ich rodzinach i na świecie obraża się Boga?”

    – Tak.

    Słuchając wskazówek swojego spowiednika i swojej przełożonej, wciąż zadawała swemu ojcu kolejne pytania:

    – Czy to prawda, że cierpienia czyśćca są dużo większe od udręk na ziemi i nawet udręk męczenników?

    – Tak, moja córko, to wszystko to szczera prawda.

    Siostra Serafina spytała wówczas, czy każdy, kto należy do Bractwa Szkaplerza Najświętszej Panny z Góry Karmel (ci, którzy noszą szkaplerz), jest wolny od czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci:

    – Tak – odpowiedział – ale tylko wówczas, jeśli są wierni zobowiązaniom Bractwa.

    – Czy to prawda, że niektóre dusze muszą pozostać w czyśćcu nawet pięćset lat?

    – Tak. Niektóre są skazane aż do końca świata. Te dusze bardzo zawiniły i są całkowicie opuszczone. Trzy główne rzeczy ściągają gniew Boga na ludzi: nieprzestrzeganie dnia Pańskiego z powodu pracy, bardzo rozpowszechniony występek nieczystości oraz bluźnierstwo. Och, moja córko, jakiż gniew Boży wywołują te bluźnierstwa!

    Przez ponad trzy miesiące siostra Serafina i zakonnice z jej wspólnoty modliły się i ofiarowały pokutę za duszę jej udręczonego ojca, który często się jej ukazywał. Podczas podniesienia Hostii na Mszy w Boże Narodzenie siostra Maria ujrzała swojego ojca lśniącego z niezrównanym pięknem jak słońce.

    – Skończyłem swój wyrok i przyszedłem, by podziękować tobie i twoim siostrom za waszą modlitwę i pobożne uczynki. Będę się za was modlił w niebie.

    Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.

    Chociaż spowiedź uwalnia nas od winy i części kary, musimy wciąż dokonać dodatkowe zadośćuczynienie Bogu. W tym życiu można to zrobić poprzez modlitwę, intencje mszalne, jałmużnę, pokutę i zyskanie odpustów. Jeśli ktoś umiera w stanie grzechu lekkiego albo bez wystarczającego zadośćuczynienia, idzie do czyśćca.

    Miejsce ekspiacji

    Jak widzieliśmy, czyściec jest miejscem odpokutowania. Dusze w czyśćcu doświadczają dwojakiego cierpienia: doświadczają tymczasowego bólu utraty, gdyż są pozbawione tymczasowo wizji uszczęśliwiającej oraz odczuwają również cierpienie zmysłów. Przeciwnie do potępionych w piekle, gdzie kary wywołują nienawiść, dusze w czyśćcu odkrywają, że kara budzi głęboką miłość do Boga.

    Według świętego Tomasza z Akwinu i świętego Augustyna najmniejsze cierpienie w czyśćcu jest gorsze od największego cierpienia w tym życiu. Wywołane to jest intensywnością pragnienia Boga, jakie żywią dusze. Brak Boga jest niezwykle bolesny, a skala zmysłowego cierpienia, które dotyka duszę bezpośrednio, jest gorsza niż cokolwiek zmysły odczuwają.

    Cierpienie pobudzane nadzieją

    „Jakkolwiek surowe byłyby kary czyśćca, uśmierza je nadzieja”. Święta Katarzyna z Genui (1447-1510), mistyczka, która doświadczyła udręk czyśćca na ziemi, wyjaśniała, że cierpi się jednocześnie niewysłowioną udrękę i nieopisane szczęście. Opisała udrękę jako wynik nieustannie trawiącego wewnętrznego ognia, pobudzanego oddzieleniem od Boga, dla którego dusza płonie z miłości. Cierpienie jest tak intensywne, że przemienia każdą chwilę w bolesne męczeństwo.

    Choć to cierpienie przewyższa wszelkie ziemskie cierpienia, nie można go porównać z bólem piekła, gdzie męka jest rozpaczliwym owocem nienawiści, podczas gdy udręki czyśćca to przepełnione nadzieją cierpienie miłości. W konsekwencji, jak mówi św. Katarzyna, tylko w samym niebie istnieje większe szczęście niż pośród udręk czyśćca. Dzieje się tak dlatego, że dusza wie, iż jest zbawiona, w przyjaźni z Bogiem, otoczona świętymi duszami, a zatem płonie miłością do Boga.

    Święta Katarzyna wyjaśniała:

    Myślę, że nie istnieje żadne szczęście, które byłoby godne porównania do szczęścia duszy w czyśćcu, wyjątkiem są świeci w raju; dzień po dniu to szczęście rośnie, bo w coraz większym stopniu do tych dusz przenika Bóg, gdy przeszkoda broniąca Mu wejścia powoli znika. Tą przeszkodą jest rdza grzechu, zaś ogień wypala tę rdzę tak, że dusza coraz bardziej otwiera się na przenikanie Boga. Rzecz przykryta nie może reagować na promienie słońca, nie z powodu jakiejś skazy słońca, które cały czas świeci, ale ponieważ to przykrycie jest przeszkodą. Jeśli przykrycie ulegnie spaleniu, rzecz ta otwiera się na słońce; im bardziej płomienie trawią to przykrycie, tym bardziej rzecz ta reaguje na promienie słońca.

    W taki sposób rdza, którą jest grzech, pokrywa duszę, a w czyśćcu zostaje ona wypalona ogniem; im bardziej ogień ją strawi, tym bardziej dusze otwierają się na Boga, ich prawdziwe Słońce. Wraz z ustępowaniem rdzy i otwieraniem się duszy na Boże promienie, rośnie szczęście, aż z czasem jednego ubywa, a drugiego przybywa. Ból jednakże nie zmniejsza się, jedynie czas trwania bólu. Jeśli chodzi o wolę: to trudno tak naprawdę duszom mówić, że te cierpienia są cierpieniami, tak zadowala je zrządzenie Boże, z którym w czystej miłości ich wola się jednoczy.

    Czas trwania czyśćca

    Czas spędzony w czyśćcu bardzo trudno wyrazić w ludzkich słowach. W relacjach z prywatnych objawień, czytamy o duszach skazanych na pewną liczbę lat, albo nawet do końca świata. W istocie Matka Boża objawiła dzieciom z Fatimy, że dziewczyna, która zmarła tuż przed objawieniami, pozostanie w czyśćcu aż do końca czasu.

    Teologowie wyjaśniają, że czas w czyśćcu można mierzyć na dwa sposoby. Pierwszy jest pozytywny i odpowiada takiemu czasowi, jaki odmierzamy na ziemi; drugi jest fikcyjny albo wyobrażony, gdyż odpowiada on ilości czasu, jaki według dusz wycierpiały, a który jest zniekształcony, bowiem samo to cierpienie sprawia, że tracą rachubę czasu. Stąd widzimy, że dusze, które spędziły zaledwie kilka godzin w czyśćcu, narzekają, że są to lata albo nawet wieki cierpień.

    Święty Antoni snuje opowieść o chorym, który cierpiał tak okrutnie, że uważał, iż przekracza to wytrzymałość ludzkiej natury i stąd nieustannie modlił się o śmierć. Pewnego dnia pojawił się przed nim anioł i powiedział:

    – Bóg posłał mnie tutaj, by ofiarować ci wybór. Możesz spędzić jeden rok cierpienia na ziemi albo jeden dzień w czyśćcu.

    Wybrawszy to ostatnie, człowiek ów umarł i poszedł do czyśćca.

    Kiedy anioł przybył, by go pocieszyć, powitały go jęki bólu:

    – Kłamliwy aniele! Około dwadzieścia lat temu powiedziałeś, że spędzę tylko jeden dzień w czyśćcu… Mój Boże, jakże cierpię!

    Na to anioł odpowiedział:

    – Biedna, zwiedziona duszo, twoje ciało nawet jeszcze nie spłonęło.

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych wzięło swój początek we wczesnym Kościele, w oparciu o dogmat o świętych obcowaniu. Chociaż dusze te nie mogą zyskać zasług, to są one w przyjaźni z Bogiem, który chętnie stosuje do nich zasługi ofiarowane za nie. Aktem miłosierdzia jest zatem, jeśli ofiaruje się za nie modlitwę, Mszę św., wyrzeczenia i odpusty.

    Nabożeństwo to było tak głęboko zakorzenione wśród wiernych, że nawet Luter nie śmiał go usunąć. Rozumiał znaczenie ostrożnego zmierzania ku swoim podstępnym celom.

    Znajdując wsparcie w Piśmie Świętym i Tradycji, Kościół zdefiniował dogmat o świętych obcowaniu, który zachęca do nabożeństwa do świętych dusz. To nabożeństwo nie tylko pobudza do praktykowania miłosierdzia, ale także ożywia wiarę i niesie pociechę tym, którzy stracili swych ukochanych.

    Potężne wstawiennictwo dusz czyśćcowych

    Oprócz tego, że jest to duchowy uczynek miłosierdzia i skuteczne przypomnienie życia po śmierci, nabożeństwo do dusz czyśćcowych, jak pokazuje Tradycja Kościoła, zapewnia nam także nieocenione wstawiennictwo. Według dogmatu o świętych obcowaniu, tworzą oni część Kościoła (zwanego Kościołem cierpiącym), a zatem są z nami zjednoczeni i mogą się za nas wstawiać. Przykładów na to jest mnóstwo w historii Kościoła i wielu czytelników bez wątpienia doświadczyło takiego wstawiennictwa. Poniżej podajemy kilka przykładów.

    Hrabina Stratfordu, angielska protestantka, mając wątpliwości co do istnienia czyśćca, poradziła się biskupa Amiens we Francji. Wysłuchawszy jej zastrzeżeń, odpowiedział:

    – Powiedz biskupowi Londynu (anglikaninowi), że porzucę wiarę i zostanę anglikaninem, jeśli potrafi dowieść, że św. Augustyn nigdy nie odprawiał Mszy ani nie modlił się za zmarłych, w szczególności za swoją matkę. Usłuchawszy jego rady, hrabina napisała do anglikańskiego biskupa Londynu. Nieotrzymawszy odpowiedzi, nawróciła się.

    W pewnym momencie, podczas reformy zakonu karmelitanek, św. Teresa potrzebowała klasztoru. Pewien szlachcic, o imieniu Bernadyn z Toledo, odpowiedział na jej potrzebę i podarował miejsce na klasztor. Zmarł wkrótce potem. Święta Teresa otrzymała objawienie, że pozostanie on w czyśćcu tak długo, aż zostanie odprawiona pierwsza Msza św. w klasztorze, pod budowę którego podarował ziemię. Święta przyspieszyła więc kładzenie fundamentów. Podczas Komunii na tej pierwszej Mszy ujrzała obok księdza promieniejącą blaskiem duszę. Dzięki odprawionej za niego Mszy św. został uwolniony z czyśćca. Kiedykolwiek wydawało się, że na modlitwy św. Katarzyny z Bolonii brak odpowiedzi, wzywała o wstawiennictwo dusze czyśćcowe. Potwierdziła, że te modlitwy zawsze były wysłuchane.

    Wzruszający przykład

    Przypadki wstawiennictwa dusz czyśćcowych są tak liczne, że nie starczyłoby nawet kilku książek, aby opowiedzieć o nich wszystkich. Następujący przypadek, który należy do najlepiej znanych i jest jednym z najbardziej wzruszających, wydarzył się w Paryżu w roku 1817. Pewna służąca, która miała pobożny zwyczaj zamawiania Mszy św. każdego miesiąca za dusze w czyśćcu, zachorowała, a ponieważ musiano ją hospitalizować, straciła pracę.

    Opuściwszy szpital, udała się do kościoła, by się pomodlić. Tam przypomniała sobie, że w owym miesiącu nie zamówiła za biedne dusze Mszy św. Jednak z powodu utraty pracy nie było jej stać na ofiarowanie Mszy, gdyż pozostałaby bez grosza. Wahając się, złożyła jednak ofiarę.

    Opuszczając kościół, spotkała młodzieńca wyglądającego na szlachcica. Nieoczekiwanie spytał jej, czy nie potrzebuje zatrudnienia i podał jej adres pewnego domu, gdzie brakowało pokojówki. Kiedy przybyła do tego domu, właścicielka, która właśnie zwolniła swoją pokojówkę, zastanawiała się, kto mógł wiedzieć, że potrzebna jej pomoc. Opisując młodego człowieka z kościoła, służąca ujrzała nagle na ścianie przedstawiający go obraz.

    Usłyszawszy to, właścicielka wykrzyknęła:

    – To mój syn, który zmarł dwa miesiące temu!

    Wówczas obie uświadomiły sobie, że Bóg chciał wynagrodzić pokojówce jej miłosierdzie i objawić moc wstawiennictwa dusz cierpiących.

    Luiz Sérgio Solimeo/PCh24pl

    źródło: tfp.org/tłum. Jan J. Franczak

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czyściec jest po coś

    Z ks. Dominikiem Chmielewskim, mówiącym o sobie, że „jest wielkim grzesznikiem, który uwierzył, że jest kochany przez Boga”, rozmawia Monika Mazanek-Wilczyńska.

    Ks. Dominik Chmielewski SDB

    ***

    Monika Mazanek-Wilczyńska: – Ksiądz w swoich kazaniach w Wyższym Seminarium Duchownym w Lądzie bardzo ciekawie mówił o duszach czyścowych. Przypomniał Ksiądz też, że włoska mistyczka Natuzza Evolo powiedziała, że nawet św. o. Pio spędził trzy dni w czyśćcu.

    Ks. Dominik Chmielewski SDB: – Tak, ta wielka, zaprzyjaźniona z o. Pio mistyczka mówiła o tym, że on jeszcze przez trzy dni przebywał w czyśćcu rozumianym jako stan zadośćuczynienia za grzechy, które nie zostały jeszcze odpokutowane do końca. Dla nas brzmi to może przerażająco, że św. o. Pio jeszcze był w czyśćcu, ale trzeba mieć na uwadze to, że im większa świętość i większe powołanie i im większe łaski człowiek otrzymuje, tym trudniej na nie w pełni odpowiedzieć. I wtedy też nasze słabości i grzechy, zaniedbania mogą inaczej wyglądać w oczach Bożych niż kogoś, kto tych łask nie otrzymał. Tym niemniej warto zauważyć, że każdy z nas jest indywidualnie powołany i przeznaczony do wielkich dzieł Boga i Bóg będzie każdego z nas indywidualnie sądził i rozliczał. Ten czyściec dla o. Pio był z tego powodu, jak przekazywała Natuzza, że o. Pio zbyt koncentrował na sobie popularność, a za mało kierował wszystkich odwiedzających go na Pana Jezusa.

    – Mówimy o tym w dniu, kiedy relikwie o. Pio z San Giovanni Rotondo przybyły do Szczecina. Św. Jan Vianney mówił o doświadczeniach czyśćca na ziemi. Kiedy Bóg ukazał mu trochę nędzy, wpadł w depresję i nawet miał myśli samobójcze. Po tym doświadczeniu przyjmował grzeszników z największym miłosierdziem. Jakie są dla nas wskazówki wynikające z tego, że ten czyściec jest po coś?

    – Czyściec jest przede wszystkim szkołą miłości Boga z całego serca, ze wszystkich sił i z całej duszy, i całej swojej mocy i bliźniego swego jak siebie samego. Kiedy patrzymy na sąd, jest to sąd z miłości. Praktycznie sąd będzie nieustannym pytaniem: jak kochałem Boga i drugiego człowieka, każdej chwili, dnia i nocy. Nie mam wątpliwości, że każdego dnia nie kochałem Boga i drugiego człowieka tak, jak powinienem i dopiero wtedy z mego serca płynie pytanie: jak mogę to naprawić? I wielu świętych prosiło o czyściec za życia, żeby po śmierci iść od razu do nieba. Ale dla wielu z nas to naprawianie doskonałej miłości do Boga i do drugiego człowieka rozpocznie się po śmierci – w czyśćcu, czyli oczyszczenie z tego wszystkiego, co było dla nas ważniejsze niż Bóg.

    – Ksiądz jest wojownikiem Maryi, a Matka Boża nawołuje do pokuty.

    – Nawołuje do pokuty jako radykalnej zmiany w swoim życiu, zerwania z grzechem i powrotu do tego, co jest najważniejszym przykazaniem: do kochania Boga całym sercem, a bliźniego swego jak siebie samego. Matka Boża, mówiąc o pokucie, mówi o tym, że mamy pokutować nie tylko za swoje grzechy, ale i za grzechy innych ludzi, za których nikt nie pokutuje. My jako chrześcijanie jesteśmy szczególnie wezwani do przyjęcia pokuty za cały świat. Jak Jezus niewinnie wziął grzechy wszystkich na siebie, tak samo my mamy wziąć na siebie pokutę i ta pokuta wydaje się najważniejsza. Ale nie jest to pokuta rozumiana jako biczowanie się, umartwianie, katowanie swego ciała, jakieś potworne ascezy itd., nie, nie. Matka Boża zachęca do pokuty, która jest – chociażby jak mówi w Fatimie – wypełnianiem całym sercem, swoich codziennych obowiązków z intencją, że robię to dla Boga, że robię to z miłości do Boga i do człowieka ze względu na miłość Boga w tym człowieku.

    – Ksiądz mówi w swoich konferencjach, że na sądzie obrońcą jest Jezus Chrystus, a oskarżać nas będą nasze grzechy.

    – Tak. Sąd, który będzie sądem moich własnych wyborów – sądem skrzywdzonych ludzi, którzy staną przede mną i powiedzą: zrobiłeś to, to… Ja zobaczę te wszystkie sytuacje, w których zabijałem Boga brakiem miłości i zabijałem człowieka brakiem miłości i to mnie osądzi, a Jezus jest Tym, który nieustannie wstawia się za mną, czyli Tym, który szuka racji usprawiedliwiających, żebyśmy mogli przyjąć miłosierdzie Boże.

    – Jak możemy pomóc duszom czyśćcowym? Co takim razie z odpustem zupełnym?

    – W listopadzie przez 9 dni mamy możność uzyskania odpustu zupełnego, który możemy ofiarować za dusze w czyśćcu. Natomiast – jaka będzie skuteczność tego odpustu, czy dusza, która go otrzyma, od razu pójdzie do nieba z czyśćca, czy też będzie skrócona jej męka na jakiś czas – to jest w gestii Pana Boga. Jak mówią święci i mistycy, jeden dzień w czyśćcu jest straszniejszy niż całe życie w największym cierpieniu. My nie jesteśmy świadomi, jak bardzo trzeba oczyścić się z grzechów w czyśćcu. Doświadczenie świętych i mistyków mówiących o czyśćcu z jednej strony pokazuje radość dusz czyścowych, że już są zbawione, nieprawdopodobną tęsknotę za Bogiem, gdzie równocześnie jest niezwykle bolesnym procesem, gdzie za każdy najmniejszy grzech musimy odpokutować. Musimy mieć świadomość, że warunkiem uzyskania odpustu zupełnego jest to, że nie mam najmniejszego przywiązania nawet do najmniejszego grzechu – a to jest heroizm świętych. Kto z nas może powiedzieć szczerze: „nie jestem przywiązany nawet do najmniejszego grzechu”? Ale zawsze mogę uzyskać dla dusz odpust częściowy w tej sytuacji.

    – Księdza rekolekcje zamieszczane w Internecie na kanale YouTube mają dużą słuchalność…

    – Ludzie chcą dzisiaj słuchać prawdy, nawet bolesnej, ale chcą słuchać prawdy. W czasach ostatecznych św. Paweł mówi, że będą kaznodzieje, którzy będą głosić tak, żeby się przypodobać ludziom. Ludzie będą sobie wyszukiwać takich kaznodziejów. Św. Paweł nazywa te kazania, że „łechcą ucho”, czyli są bardzo przyjemne do słuchania. Natomiast zdrowej nauki, kiedy trzeba mówić prawdę, nie zniosą. To nie jest kwestia popularności. To jest kwestia tego, że duża grupa ludzi chce prawdy o życiu duchowym, a nie sympatycznych, gładkich kazanek, żeby nikogo nie urazić, broń Boże, i żeby wszyscy „dobrze” czuli się w kościele. Kazania mają zmieniać serca, zmienić życie. Mamy ratować ludzi od potępienia mocą głoszonego słowa od Boga. To, co głoszę, często wynika z moich bolesnych przeżyć i cierpienia, z doświadczania swoich własnych grzechów i słabości i wielkiej łaski Boga, że mogę zobaczyć samego siebie w prawdzie na tyle, na ile On chce mi ją pokazać. Ale ona i tak jest już bardzo bolesna i wypalająca. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem księdzem, który jest grzesznikiem, ale ukochanym przez Boga i Matkę Bożą i chce głosić wszędzie Jego miłosierdzie.

    Monika Mazanek-Wilczyńska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Inicjatywa “Ze świętym Ojcem Pio czyścimy czyściec”

    Kapucyni zapraszają do wspólnego odmawiania modlitwy różańcowej. Ich akcja “Ze świętym Ojcem Pio czyścimy czyściec” zachęca do modlitewnej pamięci o zmarłych w pierwszych dniach listopada.

    Archiwum o. Kapucynów/Niedziela

    ***

    Inicjatywa, która potrwa od 1 do 8 listopada, nawiązuje do osoby św. Ojca Pio i jego nieustannej modlitwy do Maryi o łaski, o które prosił.

    „O godz. 19-tej serdecznie zapraszam na nasz kanał w Tenczynie do wspólnego odmawiania różańca za naszych drogich zmarłych. Akcja ‘Ze świętym Ojcem Pio czyścimy czyściec’ trwa, dlatego nie może Cię zabraknąć” – tłumaczy na stronie www.kapucyni.pl br. Roman Rusek OFMCap, krajowy koordynator Grup Modlitwy Ojca Pio.

    To właśnie św. Ojciec Pio 15 lipca 1959 r. chorując w celi klasztornej, powiedział do swoich duchowych synów i córek, którzy byli wtedy zgromadzeni w kościele: „Pamiętajmy o tym, że jutro jest święto Matki Bożej Szkaplerznej, będącej szczególną opiekunką dusz czyśćcowych. Polecajmy tej drogiej Matce święte dusze w czyśćcu. Któż z nas nie ma tam swoich bliskich i kto wie, jak wielu z nich cierpi tam może – a nawet z pewnością – także przez nas”.

    Zakonnik zaznaczył, że wołanie za pośrednictwem Maryi o ukojenie cierpień dusz czyśćcowych i okazywanie w ten sposób w stosunku do nich miłosierdzia to również prośba do Boga o to, by, jeśli wierni będą musieli pójść do czyśćca, sprawił On, że znajdą się inni, którzy tym wiernym pomogą.

    „My, współcześni czciciele Ojca Pio, pragniemy iść po śladach, które nam zostawił. Wspólnie będziemy modlili się za tych, którzy jeszcze nie dostąpili pełnego zjednoczenia z Panem Bogiem” – zachęcają do udziału w inicjatywie organizatorzy. Akcja będzie prowadzona na kanale YouTube zatytułowanym „Święty Ojciec Pio Tenczyn -Transmisja na żywo”.

    O. Pio urodził się 25 maja 1887 r. jako Francesco Forgione w Pietrelcina. W wieku 16 lat wstąpił do zakonu kapucynów otrzymując imię Pio. Mimo słabego zdrowia i ascetycznego trybu życia skończył studia teologiczne i w 1910 r. w katedrze w Benewencie otrzymał święcenia kapłańskie. W 1918 r. na dłoniach, nogach i piersi młodego kapucyna pojawiały się otwarte rany – stygmaty, które pozostały na jego ciele do końca życia.

    Charyzmatyczny spowiednik i kierownik duchowy został beatyfikowany 2 maja 1999 r., a następnie kanonizowany 16 czerwca 2002 r. przez Jana Pawła II.
    luk,rk/Kraków – KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpusty – po co, jak, dlaczego?

    Listopad to czas odpustów za dusze zmarłych. Czym tak właściwie są odpusty i dlaczego mamy się o nie starać?

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego możemy przeczytać, że “odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Może go dostąpić chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi określonymi warunkami za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie rozdziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (por. KKK 1471).

    Papież Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina dodaje jeszcze, że odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości. Dla pełnego obrazu nauki katolickiej trzeba jeszcze wspomnieć, że odpusty mogą być udzielane żywym lub zmarłym.

    “Aby dobrze zrozumieć naukę i praktykę Kościoła, trzeba uświadomić sobie, że każdy grzech ma podwójny skutek. Grzech ciężki pozbawia nas jedności z Bogiem, a przez to zamyka nam dostęp do zbawienia, co jest określane «karą wieczną» czy wiecznym potępieniem. Każdy zaś grzech, nawet powszedni, powoduje ponadto nieuporządkowane przywiązania do stworzeń, które wymaga oczyszczenia, albo na ziemi, albo po śmierci, w stanie nazwanym czyśćcem. Takie oczyszczenie uwalnia od tego, co nazywamy «karą doczesną» za grzech (por. KKK 1472).

    Gdy człowiek dokona jakiegoś złego czynu, jakiegoś przestępstwa, to wymiar sprawiedliwości najpierw orzeka jego winę, a potem w oparciu o obowiązujące prawo wydaje wyrok. Ten wyrok jest karą za popełniony czyn. Podobnie ma się rzecz z grzechem, który jest złem w oczach Boga.

    Każdy grzech implikuje winę i karę. Sakramentalna spowiedź, w której przepraszamy Boga za nasze grzechy, a w sposób wiążący rozgrzeszenie, uwalnia człowieka od winy, kara jednak pozostaje, gdyż człowiek musi odpokutować za swoje grzechy. Aby Bóg darował karę, czyli pozwolił człowiekowi osiągnąć zbawienie bez czasu oczyszczenia w czyśćcu, potrzebny jest właśnie odpust.

    Katechizm naucza, iż “przebaczenie grzechu i przywrócenie jedności z Bogiem (w sakramencie pokuty) pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien więc starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne [jak mówi św. Paweł] uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i przyoblec człowieka nowego” (por. KKK 1473).

    Zwykłym warunkiem otrzymania odpustu jest stan łaski uświęcającej (odbycie spowiedzi św.), przyjęcie Komunii św. i odmówienie modlitwy w intencjach Ojca Świętego. Odpust zupełny można uzyskać przy wielu okazjach, m.in. za nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych w dzień zaduszny (ten można ofiarować tylko za zmarłych), na zakończenie rekolekcji czy w dniu odpustu parafialnego.

    Warunki zyskania odpustu zupełnego:

    – wyrzeczenie się przywiązania do grzechu, nawet powszedniego (jeżeli brakuje całkowitej dyspozycji – zyskuje się odpust cząstkowy),

    – stan łaski uświęcającej lub spowiedź sakramentalna,

    – przyjęcie Komunii św.,

    – odmówienie modlitwy (np. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”) w intencjach Ojca Świętego (nie chodzi o modlitwę w intencji papieża, choć i ta modlitwa jest bardzo cenna, lecz w intencji tych spraw, za które modli się każdego dnia papież).

    – wykonanie czynności związanej z odpustem, np. nawiedzenie kościoła, odmówienie modlitwy.

    Ewentualna spowiedź, Komunia św. i modlitwa w intencjach Ojca Świętego mogą być wypełnione w ciągu kilku dni przed lub po wypełnieniu czynności, z którą związany jest odpust; między tymi elementami musi jednak istnieć związek.

    Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów zupełnych, natomiast po jednej Komunii św. i jednej modlitwie w intencjach papieża – tylko jeden odpust zupełny.

    Kościół zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Przez taki dar sam ofiarodawca zyskuje dla siebie odpust zupełny w godzinie swojej śmierci.

    Odpustów (zarówno cząstkowych, jak i zupełnych) nie można ofiarowywać za innych żywych.

    Możemy zyskać odpust zupełny z okazji:

    – adoracji Najświętszego Sakramentu przez co najmniej pół godziny (jeśli jest krótsza – odpust cząstkowy),

    – nawiedzenia jednej z czterech rzymskich bazylik (św. Piotra, św. Pawła za Murami, Matki Bożej Większej lub św. Jana na Lateranie) i odmówienie w niej „Ojcze nasz” i „Wierzę” w święto tytułu tej bazyliki, w jakiekolwiek święto nakazane (np. we Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny), raz w roku, w dniu wybranym przez wiernego,

    – przyjęcia błogosławieństwa udzielanego przez Papieża „Urbi et Orbi” (Miastu i Światu), choćby przez radio lub telewizję,

    – adoracji i ucałowania Krzyża podczas liturgii Męki Pańskiej w Wielki Piątek,

    – odmówienia modlitwy: „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu”, po Komunii św. przed obrazem Jezusa Ukrzyżowanego w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek (w pozostałe dni – odpust cząstkowy),

    – uczestnictwa w uroczystym zakończeniu Kongresu Eucharystycznego,

    – uczestnictwa w rekolekcjach trwających przynajmniej trzy dni,

    – publicznego odmówienie aktu wynagrodzenia Sercu Jezusowemu „O Jezu Najsłodszy” w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa (w inne dni – odpust cząstkowy),

    – publicznego odmówienia aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Chrystusowi Królowi „O Jezu Najsłodszy”, w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata (w inne dni – odpust cząstkowy),

    – przyjęcia Pierwszej Komunii świętej lub uczestnictwo w takiej uroczystości,

    – sprawowania i uczestnictwa we Mszy świętej prymicyjnej,

    – sprawowania i uczestnictwa we Mszy świętej z okazji 25-, 50- i 60-lecia kapłaństwa,

    – odmówienia w całości (bez przerwy) przynajmniej jednej części Różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, wspólnocie zakonnej czy stowarzyszeniu, połączone z rozmyślaniem nad rozważanymi tajemnicami (odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy),

    – jednorazowego nawiedzenia kościoła, w którym trwa Synod diecezjalny,

    – pobożnego odmówienia (śpiewu) modlitwy „Przed tak wielkim Sakramentem” podczas liturgii Wieczerzy Pańskiej, po Mszy św. w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało); w innym czasie – odpust cząstkowy,

    – publicznego odmówienia (śpiewu) hymnu „Ciebie, Boga, wysławiamy” jako podziękowanie za otrzymane łaski w ostatnim dniu roku (w innym czasie, nawet prywatnie – odpust cząstkowy),

    – publicznego odmówienia (śpiewu) hymnu „Przyjdź, Duchu Święty” (Veni Creator) w Nowy Rok i w uroczystość Zesłania Ducha Świętego (w pozostałe dni, nawet prywatnie – odpust cząstkowy),

    – odprawienia Drogi Krzyżowej przed urzędowo erygowanymi stacjami Drogi Krzyżowej (np. w kościele, na placu przykościelnym), po spełnieniu następujących warunków: rozważanie męki i śmierci Chrystusa (nie jest konieczne rozmyślanie o poszczególnych tajemnicach każdej stacji), przechodzenie od jednej stacji do drugiej (przy publicznym odprawianiu wystarczy, aby prowadzący przechodził, jeśli wszyscy wierni nie mogą tego czynić); jeśli ktoś z powodu słusznej przyczyny (np. choroby, zamknięcia kościoła itp.) nie może odprawić Drogi Krzyżowej wg podanych wyżej warunków, zyskuje odpust zupełny po przynajmniej półgodzinnym pobożnym czytaniu lub rozważaniu męki Chrystusa,

    – nawiedzenia kościoła parafialnego w święto tytułu lub 2 sierpnia, kiedy to przypada odpust „Porcjunkuli”, po odmówieniu „Ojcze nasz” i „Wierzę”,

    – nawiedzenia kościoła lub kaplicy we wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada) i odmówienie tam „Ojcze nasz” i „Wierzę”,

    – w dniach od 1 do 8 listopada (w 2021 r. przedłużone na cały listopad) za nawiedzenie cmentarza z równoczesną modlitwą za zmarłych – codziennie odpust zupełny, który można ofiarować wyłącznie za zmarłych (za nawiedzenie cmentarza w inne dni – odpust cząstkowy również wyłącznie za zmarłych),

    – nawiedzenia kościoła lub kaplicy zakonnej w święto ich założyciela i odmówienie tam „Ojcze nasz” i „Wierzę”,

    – odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych podczas liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Noc lub w rocznicę swojego chrztu (jeśli przy pomocy innej formuły w innym czasie – odpust cząstkowy). Ponadto dla Polski zostały zatwierdzone także dwa dodatkowe odpusty zupełne:

    – uczestnictwo w nabożeństwie „Gorzkich Żali” jeden raz w Wielkim Poście w jakimkolwiek kościele na terenie Polski,

    – nawiedzenie dowolnej bazyliki mniejszej w następujące dni: w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca), w święto jej tytułu, 2 sierpnia (odpust „Porcjunkuli”), jeden raz w ciągu roku w dniu wybranym według uznania.

    Odpust cząstkowy:

    możemy uzyskać:

    – jeśli w czasie spełniania swoich obowiązków i w trudach życia wzniesiemy myśli do Boga z pokorą i ufnością, dodając w myśli jakiś akt strzelisty, np. „Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami”,

    – jeśli powodowani motywem wiary przyjdziemy z pomocą potrzebującym (chorym, więźniom, niepełnosprawnym, samotnym, starcom itp.),

    – gdy odmówimy sobie czegoś godziwego, a przyjemnego dla siebie. Warunek ten ma zachęcić nas do praktykowania dobrowolnych umartwień.

    Odpust cząstkowy jest związany z odmówieniem jakiejś znanej modlitwy i można go uzyskać wielokrotnie w ciągu dnia. Niektóre z modlitw związanych z odpustem cząstkowym, to: „Anioł Pański” (lub „Regina Caeli” w okresie wielkanocnym), „Duszo Chrystusowa”, „Wierzę w Boga”, Psalm 130 („Z głębokości”), Psalm 51 („Zmiłuj się”), modlitwa św. Bernarda („Pomnij, o Najświętsza Panno”), „Wieczny odpoczynek”, „Witaj, Królowo, Matko Miłosierdzia”, „Pod Twoją obronę”, „Magnificat”. Odpust cząstkowy możemy też uzyskać odmawiając jedną z sześciu litanii zatwierdzonych dla całego Kościoła (do Najświętszego Imienia Jezus, do Najświętszego Serca Pana Jezusa, do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana, Loretańskiej do Najświętszej Maryi Panny, do św. Józefa lub do Wszystkich Świętych) oraz Jutrznię lub Nieszpory za zmarłych, a także pobożne uczynienie znaku Krzyża Świętego.

    ks. Tomasz Wójtowicz, ks. Florian/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 mało znane modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    *****

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Proponujemy wam 3 mniej znane modlitwy za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Skoro nasi drodzy zmarli żyją, to możliwe, że nadal potrzebują naszej pomocy.

    Jedną z takich form, najcenniejszą, jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych. 10 listopada 2022 roku z inicjatywy Aletei zostanie odprawiona specjalna międzynarodowa Msza św. zaduszkowa za bliskich zmarłych naszych Czytelników. Możesz nam wysłać ich imiona, by także oni zostali otoczeni tą modlitwą. Kliknij tylko w ten link:https://pl.aleteia.org/msza-intencje/i wypełnij krótki formularz. 

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    • Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar
    • Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego
    • Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    ***

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    Redakcja/Aleteia.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – wrzesień

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is Duccio_di_Buoninsegna_-_Maest%C3%A0_Madonna_with_Angels_and_Saints_-_WGA06742.jpg

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 września

    Święty Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Hieronim

    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.

    Święty Hieronim

    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię
     Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej.
    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak, że miał wybuchowy charakter

    .Święty Hieronim

    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.
    Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca, w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego, lub w postawie siedzącej przy pulpicie. Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Ten, który umiłował Słowo

    30 września w liturgii wspominamy św. Hieronima (347-420). To doktor Kościoła zachodniego. To człowiek, bez którego tytanicznej pracy być może nie byłoby kultury europejskiej.

    Św. Hieronim
    św. Hieronim/Lucas van Leyden

    ***

    Najbardziej znane powiedzenie św. Hieronima: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”, bywa często przytaczane, cytuje je nawet Sobór Watykański II w konstytucji „Dei verbum” (nr 25). Ten święty żyjący na przełomie IV i V stulecia był znany ze swojego porywczego temperamentu, ale i wielkiej pokory. Był niedościgłym erudytą władającym wieloma językami w mowie i piśmie, m.in. znał hebrajski i grecki – w pierwszym z nich w przeważającej mierze napisano Stary Testament, a w drugim Nowy.

    Pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką, m.in. komentarze do ksiąg biblijnych, liczne listy i polemiki z teologicznymi adwersarzami swoich czasów, przepisywał też kodeksy (zawierały teksty biblijne) i dzieła Ojców Kościoła. Przede wszystkim jednak znany jest z Wulgaty – przekładu Biblii na język łaciński. Po soborze trydenckim (II połowa XVI wieku) stała się ona oficjalnym tekstem Kościoła łacińskiego i po jego ostatniej rewizji takowym pozostaje. Św. Hieronim wykorzystał oryginalne teksty biblijne, hebrajskie i greckie oraz wcześniejsze przekłady łacińskie, by – jak się przypuszcza – przy pomocy swoich współpracowników pokazać światu najlepsze – jego zdaniem – tłumaczenie Pisma Świętego na łacinę, czyli właśnie Wulgatę.

    O kolosalnym znaczeniu Wulgaty niech świadczy fakt, że Hieronimowe dzieło było pierwszym drukowanym tekstem, który powstał w kręgu kultury śródziemnomorskiej. Była to Biblia Gutenberga z połowy XV stulecia.

    Zarys biografii

    Św. Hieronim urodził się w Strydonie (dzisiejsza Chorwacja), a zmarł w palestyńskim Betlejem, gdzie można podziwiać jego celę w podziemiach franciszkańskiego kościoła pw. św. Katarzyny. Otrzymał staranne chrześcijańskie wykształcenie. Jego dorosła egzystencja związana była w ogromnej większości ze stylem życia ascetycznego, w czasie którego oddawał się przede wszystkim modlitwie i biblijnym studiom.

    Niemniej jednak w roku 382 osiadł w Rzymie. Został sekretarzem i doradcą papieża Damazego, który być może zainspirował go do pracy nad Wulgatą. Św. Hieronim był też w tym czasie uznanym kierownikiem duchowym arystokracji Wiecznego Miasta.

    Po śmierci papieża w roku 385 przebywał w Ziemi Świętej i Egipcie. Na stałe osiadł we wspomnianym Betlejem, gdzie pozostał do śmierci. Tu właśnie powstało dzieło jego życia – Wulgata.

    Wkład w kulturę

    Wydaje się, że św. Hieronim uczy nas przede wszystkim otwarcia się na Boże słowo zawarte na kartach Biblii. To patron nie tylko biblistów. Sądzę, że to patron każdego, kto kocha Pismo Święte. Zwracał on bowiem uwagę na to, by człowiek prowadził nieustanną rozmowę ze Słowem Wcielonym, z Bożym Logosem (słowem), które w jego przekładzie przybrało termin „verbum” (słowo). Bóg przemawia nieustannie do człowieka właśnie przez Biblię. Wierzący za jej pomocą prowadzi dialog ze Stwórcą, co też podkreśla papież Benedykt XVI w ostatnio wydanej książce, której fragmenty publikowaliśmy na łamach „Niedzieli”.

    Nasz święty to wielki pedagog. W jednym ze swoich pism pisze, że jego celem jest wykształcenie „duszy”. Zwraca uwagę na olbrzymią rolę rodziców w wychowaniu dzieci. Zachęca rodzicieli, by kreowali potomstwu środowisko przyjazne, pogodne, przyjacielskie, bo to oni są najważniejszymi i pierwszymi pedagogami – nauczycielami życia. Dlatego też od wczesnego dzieciństwa są odpowiedzialni za całościową formację dzieci. Warto też wspomnieć, że św. Hieronim był tym, który promował kobiety i bronił ich praw do naturalnego rozwoju w każdej dziedzinie życia. Zawsze w swoim nauczaniu nawiązywał do Pisma Świętego, w którym widział przewodnika w autentycznym chrześcijańskim i humanistycznym wychowaniu.

    „Nie możemy zakończyć tych krótkich uwag na temat wielkiego Ojca Kościoła, nie wspominając o skutecznym wkładzie, jaki wniósł on w obronę pozytywnych i cennych elementów starożytnej kultury hebrajskiej, greckiej i rzymskiej w rodzącej się cywilizacji chrześcijańskiej. Hieronim docenił i przyswoił występujące u klasyków wartości artystyczne, bogactwo uczuć i harmonię obrazów, które kształtują serce i wyobraźnię ku szlachetnym uczuciom. Przede wszystkim umieścił on w centrum swego życia i swej działalności Słowo Boże, które wskazuje człowiekowi ścieżki życia i ukazuje mu tajemnice świętości. Za to wszystko musimy mu być głęboko wdzięczni, właśnie w naszych czasach” (katecheza Benedykta XVI z 14 listopada 2007 r.). Nic dodać, nic ująć.

    xJM/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________
    Św. Hieronim, doktor Kościoła

    JEROME
    Public Domain

    ***

    Św. Hieronim, kapłan, doktor Kościoła. Urodził się około 340 roku w bogatej chrześcijańskiej rodzinie, w Strydonie (dzisiejsza Istria). Studiował w Rzymie. Tam przyjął chrzest z rąk papieża Liberiusza.

    Po skończeniu studiów udał się do ówczesnej stolicy cesarstwa – Trewiru, gdzie na życzenie rodziny podjął karierę urzędniczą. Kilka lat później w Akwilei podjął życie duchownego. Stamtąd udał się do Syrii, gdzie na Pustyni Chalcydyckiej prowadził życie pustelnicze, studiując Pismo Święte i języki wschodnie.

    Wyczerpany postami znalazł się w obliczu śmierci. W Antiochii przyjął święcenia kapłańskie (377). W pięć lat później udał się na synod do Rzymu, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Po jego śmierci, w 385 roku przez Egipt, Palestynę, wielkie klasztory Wschodu, skierował się do Betlejem, w którym mieszkał do śmierci.

    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Hieronim odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, wybuchowym temperamentem, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego.

    Przełożył Biblię na język łaciński. Dzieło to zajęło mu 24 lata. Jego przekład, tzw. Wulgata, został przyjęty jako tekst urzędowy Kościoła Zachodniego. Pozostawił po sobie spuściznę literacką, której ogromu niepodobna przypisać jednemu człowiekowi. Napisał komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył wiele tekstów ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje.

    Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł 30 września 420 roku. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w bazylice S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy, studentów.

    Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego lub w postawie siedzącej przy pulpicie.

    Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.

     Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 września

    Święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

    Zobacz także:
      •  Święty Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter
      •  Błogosławiony Ludwik Monza, prezbiter
      •  Rachela, żona Jakuba
    ***
    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    Archanioł Michał depcze bestię

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.
    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.
    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.
    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.
    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).
    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi wolę Bożą

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.
    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.
    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.
    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święci Archaniołowie – Michał, Rafał i Gabriel


    Książę niebieski, święty Michale,
    Ty sprawy ludzkie kładziesz na szale;
    W dzień sądu Boga na trybunale
    Bądź mi patronem, święty Michale.

    29 września Kościół katolicki obchodzi święto Świętych Archaniołów: Michała, Gabriela i Rafała.

    Imię Michał, wzięte z hebrajskiego Mika´el, znaczy “Któż jak Bóg”.

    Św. Michał w Piśmie Świętym wymieniany jest pięć razy. W najbardziej wymowny sposób czyni to Autor ostatniej księgi Pisma Świętego czyli Apokalipsy – św. Jan Apostoł: “I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony na ziemię, a z nim zostali strąceni jego aniołowie” (Ap 12, 7-9). Po zwycięstwie nad zbuntowanymi duchami św. Michał Archanioł został wodzem zastępów niebieskich. Jest on duchem czystym, oddanym bez reszty Stwórcy, wielbicielem Matki Boga. Doznaje on wielkiej radości z wypełnienia woli Bożej i pomaga ludziom w ich uszczęśliwianiu. Przed przyjściem Chrystusa na ziemię, nazywano św. Michała księciem narodu wybranego. Prorok Daniel zalicza go do jednego z pierwszych książąt. Zapewnia, że tylko Michał Archanioł może pomóc w walce z wrogiem. W Nowym Testamencie św. Michał kontynuuje te rolę obrońcy jako Patron i Anioł Stróż Kościoła. Przychodzi z pomocą wiernym w najtrudniejszych dla nich chwilach.

    Pierwsze znane święto ku czci świętego Michała Archanioła sięga połowy czwartego wieku. Obchodzono je 8 maja na Monte Sant´Angelo na półwyspie Gargano we Włoszech, gdzie miał się objawić Książę chórów anielskich. Św. Papież Bonifacy I w V w. poświęcił św. Michałowi bazylikę w Rzymie i nakazał corocznie, dnia 29 września obchodzić rocznicę tego faktu. Święto rozciągnięto na Kościół powszechny i do dziś je obchodzimy. Świętego Michała obrały sobie za szczególnego patrona Niemcy, Austria i Francja. Belgia w kulcie świętego Michała stara się dorównać Francji. Ruś zasłaniająca Kościół przed niewiernymi ze Wschodu, obrała go sobie za szczególnego opiekuna. W Ameryce północnej kult świętego Michała wyraża się między innymi przez budowanie licznych kościołów ku jego czci, a także nadawanie przy chrzcie imion Michał i Michalina.


    W Polsce kult św. Michała Archanioła był bardzo żywy. Rycerstwo polskie doznawało cudownej pomocy św. Michała w walkach z niewiernymi. Powstały bractwa i cechy rzemieślników pod jego wezwaniem, budowano także ku jego czci kościoły i kapliczki, poświęcano mu instytucje kościelne i świeckie. Znane są przysłowia ludowe związane z imieniem lub świętem św. Michała Archanioła: “Gdy noc jasna na Michała, to nastąpi zima trwała”, “Na Michała łowcy chwała”, “Jaki Michał, taka wiosna”. Święty Michał Archanioł jest obecnie znany i czczony przez cały świat katolicki. Dał on się poznać jako zwycięski wódz w walce dobra ze złem, jako obrońca chwały prawdziwego i wielkiego w swej mocy i potędze Boga.

    Imię Gabriel znaczy: “Mąż Boży” lub “Wojownik Boży”.

    Z tym imieniem spotykamy się w Starym Testamencie, w księdze proroka Daniela. Najpiękniejszą jednak misję spełnił św. Gabriel w Nowy Testamencie, kiedy zwiastował Zachariaszowi w świątyni w Jerozolimie narodzenie syna – św. Jana Chrzciciela oraz kiedy Najświętszej Maryi Panny zwiastował narodzenie Pana Jezusa – Syna Bożego. Te dwa wydarzenia szczegółowo opisał św. Łukasz w swojej Ewangelii. Niektórzy z pisarzy kościelnych nazywają św. Gabriela aniołem stróżem Świętej Rodziny. Prawie wszystkie obrządki chrześcijańskie umieściły wspomnienie świętego Gabriela tuż przed lub po uroczystości Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie. Tak było i w liturgii rzymskiej do roku 1969, kiedy to przełożono pamiątkę na dzień 29 września. Papież Pius XII w 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Kult św. Gabriela jest znacznie mniejszy niż kult św. Michała. Imię Gabriel jest już coraz rzadziej spotykane.

    Hebrajskie imię Rafał: “Bóg uleczył”. Jest ono związane z biblijną opowieścią o Tobiaszu.

    W tej opowieści święty Rafał mówi sam o sobie: “Ja jestem Rafał, jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański”(Tb 12, 15). Święty Rafał doznawał czci jako patron chorych i podróżnych. W Polsce imię Rafał należy do dość popularnych. Wśród znanych postaci imię to nosili: błogosławiony ojciec Rafał z Proszowic, św. Rafał Kalinowski, błogosławiony ojciec Rafał od św. Józefa – karmelita, którego beatyfikował w 1983 roku papież Jan Paweł II.

    Józef Rydzewski/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________

    Święci potrzebują aniołów

    ARCHANGEL
    Public Domain

    ***

    Skrzydlate postacie z obrazków nad łóżkiem i z barokowych ołtarzy nie bardzo pasują do naszej rzeczywistości. Może dlatego modlitwy do aniołów najczęściej odmawiają dzieci. Dorośli ukradkiem oglądają filmy o aniołach, tęsknią za anielską dobrocią i mówią o anielskiej urodzie. Zapewniają jednak, że wyrośli z infantylnych wyobrażeń. A tymczasem aniołowie są wśród nas na co dzień. Czasem ich nie dostrzegamy, bo są duchami. Innym razem ich nie rozpoznajemy, gdyż są zwyczajni i miewają twarz bliskiego człowieka. Łączy ich to, że jedni i drudzy są do nas posłani przez Boga, aby nas chronić od złego i pomagać w drodze do świętości. Bo „anioł” to znaczy „posłaniec”.
    Opowiadają o ks. Bronku Bozowskim, że wkrótce po nominacji biskupa Stefana Wyszyńskiego na arcybiskupa Gniezna i Warszawy złożył wizytę nowemu Prymasowi i powiedział: „Stefan! Teraz to ja ci współczuję. – Dlaczego ksiądz mi współczuje – zapytał Prymas, nieco zaskoczony taką bezpośredniością. Na to ks. Bronek, wyciągając rękę, mówi: – Bronek jestem. A współczuję ci, Stefan, dlatego że od dziś nikt poza mną nie powie ci prawdy prosto w oczy. Prymas uśmiechnął się i odparł: – To wiesz co, Bronku, umówmy się, że będziesz tu przychodził co jakiś czas, żeby mi powiedzieć prawdę, zwłaszcza taką, na jaką inni się nie odważą”.
    Tak ponoć było przez wiele lat. Ks. Bronek, niczym dobry anioł, przychodził wieczorami na Miodową, by podzielić się z Prymasem tym, jak różne decyzje i wypowiedzi przyjmował on sam, księża w diecezji i wielu innych, którzy kochali Kościół. Prymas był człowiekiem na tyle pokornym i mądrym, że nawet cierpkie uwagi przyjmował z wdzięcznością. Może również dzięki temu mawiał o sobie z pokorą, że choć jest synem organisty, to się wyraźnie ojcu nie udał i nigdy nie dawał się namówić na popisy muzyczne.
    Podobnie rzecz się miała ze św. Josemarią Escrivą, który zadbał, by w strukturze zainicjowanego przez niego Dzieła była również funkcja dla kogoś, kto ma obowiązek zwracać uwagę najwyższemu przełożonemu i upominać go. Zaś do aniołów i o aniołów modlił się jak dziecko.
    Wszyscy potrzebujemy aniołów. Dzieciom wystarczy jeden. Dorosłym potrzeba czasem kilku, tym więcej, im czują się na świecie ważniejsi. I wcale nie muszą one lądować z nieba. Czasem mogą przyjść z bardzo bliska i przez to niespodziewanie. Tylko święci potrafią ich zawsze rozpoznać.

    ks. Henryk Zieliński/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________________

    Aniołowie są stworzeni dla Chrystusa

    archangels
    Steve estvanik | Shutterstock

    ***

    Św. Michał staje w każdej sytuacji po stronie dobra człowieka, jednak przede wszystkim troszczy się o dobro Boga. Aniołowie są stworzeni dla chronienia ludzi w ich drodze do zbawienia.

    Rozmowa z profesorem filozofii Mieczysławem Gogaczem

    Jan Ośko: – Czytając Biblię, można dowiedzieć się, że istnieje bardzo wiele różnych aniołów, nie znamy jednak ich imion, poza trzema archaniołami: św. Michałem, św. Gabrielem i św. Rafałem.

    Prof. Mieczysław Gogacz: – Wedle Dunsa Szkota, Bóg na początku świata stworzył nieskończoną ilość aniołów. Znamy tych, którzy mieli jakieś zlecenie dane ze względu na Chrystusa czy też wobec ludzi. Przypomnijmy, że aniołowie dzielą się na chóry. Podział ten dokonany jest ze względu na stan natury, łaski i chwały. Jest to podział teologiczny. Nazwy aniołom nadał Dionizy Areopagita, który wziął je z Objawienia Starego Testamentu. Serafini, Cherubini i Trony to ci, którzy bezpośrednio wpatrują się w twarz Boga, dla uwielbienia Boga. Kolejne chóry to: Panowania, które uczestniczą z polecenia Bożego w Jego mocy i wykonują polecone im zadania. Potem są same Moce, które rozumieją, co dzieje się między istotą a działaniem każdego bytu. Po Mocach są Władze, które wszelkie czynności ludzkie kierują do Boga. Kolejny chór to Księstwa, które pomagają w zarządzeniu, no i Archaniołowie i Aniołowie.

    – Do jakich zadań powołani są archaniołowie?

    – Archaniołowie zajmują się sprawami, które dotyczą społeczności czy większej ilości ludzi. Powołani są do zajmowania się sprawami ważnymi dla tych grup osób. Stąd ich pozycja jest istotna. Podam bliski mi przykład, ogrywają znaczącą rolę podczas uniwersyteckiego seminarium z historii filozofii, gdzie profesor wraz ze studentami zastanawiają się nad sprawami naukowymi. Ich sprawą są nie tylko naukowe posiedzenia, ale także dotyczące innych zagadnień.
    Kościół wymienia jeszcze Aniołów Stróżów, mają oni specjalne zadanie. Zajmują się uczuciami. Stoją na straży tego, aby uczucia nie odsunęły nas od prawdy, żebyśmy zawsze byli skierowani do tego, co prawdziwe. Taka jest ich urocza rola. Wszyscy aniołowie zajmują się tym, co zleci im Opatrzność, tzn. jest to troska Boga, żeby każdy człowiek skierowany był w Jego stronę, ponieważ jeżeli nie kieruje się do Boga, to skierowany jest do jakiegoś przeciwnika Boga.

    – Z walki z przeciwnikami Boga znany jest najbardziej św. Michał Archanioł.

    – Tak. Pewna grupa aniołów zachwyciła się sama sobą, uważali, że są tacy doskonali, mogą tak znakomicie poznawać, podejmować niezwykłe decyzje, wobec tego powiedzieli: my nie musimy podlegać Bogu, nie musimy Go słuchać. Padło wtedy słynne: Non serviam – nie będę służył. Św. Michał Archanioł stanął po stronie Boga. To Bóg ich strącił do piekła, ale Michał wystąpił przeciw nim, walczył z nimi i pokonał zbuntowanych aniołów.

    – W przypadku walki, także tej wewnętrznej, należy się odwoływać do św. Michała.

    – Św. Michał staje w każdej sytuacji po stronie dobra człowieka, jednak przede wszystkim troszczy się o dobro Boga. Aniołowie są stworzeni dla chronienia ludzi w ich drodze do zbawienia. A św. Michał Archanioł broni nas przed atakami złego ducha.

    – Św. Michał jest opiekunem Izraela, a co ciekawe także Niemcy wybrali go sobie za patrona.

    – Kiedyś podczas rozmowy u Ojca Świętego, ktoś postawił retoryczne pytanie, czy jest kraj, którego patronem nie jest św. Michał Archanioł.
    Objawił się on przecież jako obrońca ludzi w walce z szatanem. W historii zdarzało się, że gdy władzę sprawowali pobożni władcy, to obierali dla swojego kraju św. Michała Archanioła za patrona. Opiekuje się on zespołami ludzkimi, zajmującymi się ważnymi sprawami dla kraju. Zapewne Polska także oddała się pod opiekę św. Michała Archanioła. Każdy może oddać się pod jego opiekę. Jest nawet taka modlitwa, której uczy się dzieci: Święty Michale Archaniele, broń nas w walce, a przeciw złu i zasadzkom czarta, bądź nam obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie prosimy. A zaś książę wojska niebieskiego szatana i inne złe duchy mocą Boga strąć do piekła. Amen.
    Myślę, że każdy może zaprzyjaźnić się ze św. Michałem.

    – Jak wiemy aniołowie nie tylko zajmowali się walką, ale także przekazywali dobre wiadomości, jak choćby św. Gabriel Archanioł. Jego imię znaczy co prawda „wojownik Boży”, ale znany jest przede wszystkimi z tego, że zwiastował narodziny Jezusa Chrystusa i św. Jana Chrzciciela.

    – Aniołowie na polecenie Boga służą i opiekują się ludźmi. A niektórzy aniołowie przekazują polecenia Boże. Znamy wiele działań, które podejmowali. W Piśmie Świętym można przeczytać, że zamykają bramy raju, jest to ich pierwsza czynność, miało to miejsce po grzechu pierwszych rodziców. Potem chronili Lota, który był prześladowany przez szatana. Aniołowie uratowali Hagar i jej synka na pustyni, gdy Abraham na żądanie Sary wypędził Hagar. A gdy Abraham chciał złożyć w ofierze swojego syna Izaaka, to aniołowie powstrzymali jego rękę i wskazali na baranka. Później aniołowie pomagają w przekazywaniu prawa. Prawo w Starym Testamencie było całą wiedzą o Bogu, opisane były w nim postępowanie ludzkie i przykazania. Aniołowie pośredniczą w przekazywaniu prawa. Dalej, prowadzą lud Boży, nie tylko starotestamentowy, ale zawsze prowadzą lud Boży, są przecież opiekunami Kościoła katolickiego. Prowadzą lud do Boga. Aniołowie zwiastują narodziny i powołania ludzkie. Więc matkom zwiastują narodziny dziecka, ale też powołanie dziecka. Towarzyszą prorokom, zawsze są tam, gdzie jest nauczanie, a to nauczanie jest związane z proroctwem. Właśnie archanioł Gabriel zwiastuje narodziny Chrystusa. Aniołowie służą Chrystusowi. Należy pamiętać, że to Chrystus stworzył aniołów. Oczywiście, że Bóg jest ich stwórcą, ale przecież Chrystus jest Bogiem. To Chrystus ich stworzył i stworzył ich dla siebie. Tak mówi List do Kolosan (1, 16.) Aniołowie są zespołem przyjaciół Chrystusa. Służą Chrystusowi, a nam ze względu na Chrystusa.

    – Można powiedzieć, że anioł to taki ambasador Chrystusa, wysłany z misją do człowieka.

    – Są posyłani z pomocą tym, którzy mają osiągnąć zbawienie. Taka jest formuła. Aniołowie są bytami realnymi, ponieważ nie mają ciała, nie mają różnych ograniczeń z tym związanych. Posiadają jednak dusze. Wyposażeni są w species, tj. posiadanie w sobie obrazu istoty jakieś rzeczy. Po prostu, gdy spojrzą na nas, to wiedzą już wszystko, od razu chwytają istotę tego bytu, całą jego budowę i strukturę.

    – Nie mogą jednak znać naszych myśli.

    – Myśli to jest już zespół działań. My jesteśmy autorami działań i możemy ich nie ujawniać. Ale po sposobie naszej reakcji, po sposobie naszego zachowania mogą się łatwo zorientować. My ludzie także rozpoznajemy, co myśli inny człowiek. To nie tak trudno przeniknąć innego człowieka.

    – My nie jesteśmy dla nich najważniejsi, powołani są dla Chrystusa.

    – Chrystus stworzył aniołów i stworzył ich dla siebie. Oni głównie służą Chrystusowi. To przecież aniołowie ogłaszają Boże narodzenie. Potem prowadzą Świętą Rodzinę do Egiptu. Służą Chrystusowi na pustyni podczas czterdziestodniowego postu. Głoszą zmartwychwstanie i wniebowstąpienie, te dwa wielkie wydarzenia z życia Jezusa. Gdy kobiety przyszły do grobu, zobaczyły dwóch aniołów, którzy przekazali ludziom pierwszą informację o zmartwychwstaniu. Tak samo ogłaszają wniebowstąpienie. Gdy Chrystus uniósł się i wstąpił do nieba, to Apostołowie nadal wpatrywali się w to miejsce, musiało się pokazać dwóch aniołów, aby oznajmić, że wniebowstąpienie się już dokonało.
    Chodziło o to, aby pokazać, że ludzie bezpośrednio nie rozumieją wydarzeń religijnych, muszą być o nich poinformowani. Tutaj aniołowie musieli powiedzieć, nawet Apostołom, że Chrystus zmartwychwstał i wstąpił do nieba. To co się wydarzyło, zostało nam przekazane.

    – Jako przykład troski aniołów o człowieka, warto przypomnieć historię Tobiasza, którym opiekował się św. Rafał Archanioł.

    – Gdy ojciec chciał posłać swojego syna Tobiasza w niebezpieczną drogę do obcego kraju, pojawił się młody człowiek budzący zaufanie, który powiedział, że wybiera się w tym samym kierunku i Tobiasz może iść razem z nim. Św. Rafał pozałatwiał Tobiaszowi bardzo dużo różnych spraw, Tobiasz był nieśmiały i bardzo młody, a św. Rafał zapoznał go z przyszłą żoną Sarą i ożenił go z nią. Była to rodzina, z której później narodził się Chrystus. Sarę prześladował demon, który zabijał jej wszystkich mężów, aby nie mógł narodzić się potomek. Archanioł przegnał diabła do Egiptu i tam go po prostu zbił. Dopiero po powrocie Tobiasza do domu, okazało się, że chronił go anioł.

    – W księdze Tobiasza anioł się zmaterializował, teraz trudno o taki przypadek.

    – Jeżeli byłaby tak potrzeba, to by się to stało. Teraz mamy Kościół, który nas wspomaga. Teraz Chrystus działa w Kościele, teraz mamy sakramenty. Jeżeli potrzebujemy pomocy Bożej, to od tego jest Kościół. A aniołowie uczestniczą we Mszy św. i są przywoływani przy pogrzebach. In paradisum deducam de angeli – niech do raju zaprowadzą cię aniołowie. Jest taka modlitwa Kościoła, gdy chowa się zmarłego człowieka.

    – Dziękuję za rozmowę.

    (z prof. Mieczysławem Gogaczem rozmawiał Jan Ośko/Tygodnik Niedziela)

    ________________________________________________________________________________________

    Wspierająca działalność

     

    Przełom września i października to czas iście „anielski”. 29 września obchodzimy święto Świętych Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała, zaś 2 października wspominamy Świętych Aniołów Stróżów.
    Ostatnie lata XX i początek XXI stulecia, mimo wszechobecnego w naszej części świata dążenia do konsumpcyjnego stylu życia, można bez przesady nazwać czasem „odrodzenia aniołów” i nauki o nich – angelologii. Żyjemy obecnie w okresie szczególnej fascynacji ludzi niebem i aniołami. Świadczą o tym liczne publikacje książkowe i internetowe pisane w różnych językach świata.
    Ktoś pięknie powiedział, że aniołowie są myślami, które od Boga pochodzą i natychmiast są wokół Ciebie, abyś „nie uraził stopy o kamień”. Anioła nie widzisz, a jest on błogosławieństwem Bożym, które nas otacza na wszystkich naszych drogach. I to wcale nie od święta, ale każdego dnia, na dobre i na złe.
    Reinhold Schneider pisze: „Gdzie człowiek idzie przez życie w świetle wiary, nawet gdy droga prowadzi przez strefę śmierci, tam idzie z nim anioł, a gdzie prześladowany trwoży się w ciemności, nawet w najświętszym miejscu, tam trwa przy nim anioł”. Aniołowie są wskazującymi palcami Boga. Zdaniem Leona Bloya, „gdy człowiek popełnia zło, anioł w milczeniu usuwa się w najdalszy zakątek jego winnej duszy, do którego nawet sam grzesznik nie ośmiela się dotrzeć, i płacze, jak tylko aniołowie mogą płakać”.
    Aniołowie są posłańcami Boga, przewodnikami człowieka, piewcami chwały Bożej. Mają potężną moc – moc życia i śmierci.
    Co przeciętny chrześcijanin wie o aniołach? Wydaje się, że stosunkowo niewiele. Wiemy jedynie, że aniołowie są to stworzenia Boże, które mają rozum i wolną wolę, ale nie mają ciała. Wiemy, że są istotami nadprzyrodzonymi, które pośredniczą między Bogiem a ludźmi oraz uosabiają dobroć, łagodność i doskonałość. Wiemy też, że aniołowie, którzy zgrzeszyli, zbuntowali się przeciw Bogu, nazywają się złymi duchami, szatanami lub diabłami. Wiemy również, że aniołów, którzy się nami opiekują, nazywamy Aniołami Stróżami. Znamy nawet modlitwę do Anioła Stróża, której nauczyły nas matki.

    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój!
    Rano, wieczór, we dnie, w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy,
    Broń mnie od wszelkiego złego
    I doprowadź do żywota wiecznego.

    Aniołowie są najczęściej zwiastunami ponadnaturalnych wydarzeń. Ich misja jest zazwyczaj wyjątkowa, wymagająca specjalnych predyspozycji. Archanioł Gabriel jest przy Zwiastowaniu Pańskim, całe wojsko niebieskie daje o sobie znać w noc Bożego Narodzenia, radując się z przyjścia na ziemię Mesjasza i wyśpiewując chwałę Bogu na wysokościach. Aniołowie Pańscy donoszą o zmartwychwstaniu Jezusa, ukazują zasmuconym Apostołom sens wniebowstąpienia, a wspomagając Chrystusa w Jego zbawczym dziele, zapewniają opiekę ludziom, przedstawiają Bogu modlitwy świętych i błogosławionych, prowadzą dusze sprawiedliwych do raju. W Apokalipsie św. Jan zauważa, że aniołowie, ochraniając Kościół, prowadzą nadal, wspólnie z archaniołem Michałem – ich przywódcą – bój przeciwko szatanowi, który trwa od samego początku.
    Jak wygląda relacja między aniołami a ludźmi? Pierre Grelot i Pierre-Marie Galopin, znani francuscy bibliści, twierdzą, że „tworzy się szczególna więź między światem ziemskim a światem niebieskim. Wymaga to z naszej strony szacunku, którego jednak nie powinno się utożsamiać z uwielbieniem. Jeżeli więc z jednej strony należy potępiać przesadny kult aniołów, czyli taki, jaki byłby szkodliwy dla kultu Jezusa Chrystusa, to z drugiej – chrześcijanin powinien zachowywać głębokie poczucie niewidzialnej obecności i wspierającej działalności aniołów”.
    Natomiast św. Bernard z Clairvaux, zapytuje wprost: „Czegóż mamy się lękać, strzeżeni przez tak wielkich stróżów? Nie mogą wszak ulec wrogom ani zbłądzić, ani tym bardziej zwodzić ci, którzy nas strzegą na wszystkich naszych drogach. Są wierni, roztropni i potężni – czegóż mamy się lękać? Obyśmy tylko szli za nimi, przylgnęli do nich, a trwać będziemy na zawsze w opiece Boga niebios”.
    Aniołowie mają w naszych niespokojnych czasach „ciężkie życie”, a nieraz „podcięte skrzydła”. Gdy anioł upada na duchu, wówczas jest tak, jakby podcięto mu skrzydła. Na ilu to miejscach naszego globu anioł nie ma odwagi zapuszczać się na pola wojennego piekła… Został odarty z nadziei na „uskrzydlenie” choćby jednego człowieka, na wyniesienie go ku dobremu. Na człowieku nie ciąży obowiązek bycia aniołem, ale gdy zobowiązuje się być bestią, podcina skrzydła zwiastunom nieba. Tym bardziej więc wierzymy, że nie pozostajemy bez opieki i towarzystwa aniołów. Wierzymy, że istnieje ktoś, kto przewyższa swoją doskonałością wszystkie widzialne stworzenia ziemi i świata; że istnieje ktoś, kto w bezprzykładnym posłuszeństwie wobec Boga i Jego zamiarów wypełnia wszystkie Boże nakazy, a na dodatek czyni to z największą precyzją i absolutną starannością.
    Jan Koczwara na jednej ze stron internetowych tak pisze: „Wierzymy, że anioły służą przede wszystkim Bogu. Pozostajemy też w najgłębszej wierze, że służą ponadto człowiekowi, a więc każdemu z nas, bez względu na wiek i urodę, doczesne zasługi czy też tzw. stan duchowego i materialnego posiadania. Niezależnie od tego, czy je czcimy, adorujemy, wysławiamy. Wierzymy, że «każdy człowiek ma pod wysokim sklepieniem horyzontu» swego anioła stróża, który zwiastuje radość, narodziny i krzyk dziecka; który pojawia się we śnie; który dotyka i budzi; który objaśnia życie i służy życiu; który udaremnia ofiarę i uwalnia «z lwiej jamy»; który powołuje, uzdrawia, błogosławi, unosi nas do nieba i otwiera bramy niebios. Wierzymy, że skrzydlaci posłańcy Najwyższego Pana prowadzą nas do zmartwychwstania i wiecznej krainy szczęśliwości”.
    Nie zapominajmy więc o aniołach. Oni przecież pomagają nam, a pomoc „z wysoka” jest nam często potrzebna. Konieczna jest tylko mocna wiara i autentyczna pokora. Wspomniany Jan Koczwara zachęca nas: „O aniołach pamiętamy głównie w momentach doświadczania natchnień i zbawczych znaków Dobra i Prawdy. Pamiętamy też w chwilach dotkliwie i dramatycznie dręczących nas wstrząsów i zagrożeń dotykających – jak widać – całą ludzkość przy nienasyconej, niszczycielskiej mocy szatana”.

    ks. Jan Augustynowicz/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________________________________

    Prawda o aniołach – integralna część wiary chrześcijańskiej

    Z cyklu “Poszukiwania w wierze”

    W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

    To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że — jak powiada ostatni sobór — człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

    Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich — wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga — zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

    Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

    Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

    Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

    „Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” — woła Psalmista (Ps 138,1). I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (…), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” — czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

    W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia (Dz 5,19n; 12,7—11). Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii (Dz 8,26). Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Czyż nie są oni wszyscy — czytamy w Liście do Hebrajczyków — duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (1,14)

    Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o aniołach, ale ich istnieniem praktycznie się nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest — powtórzmy to jeszcze raz — centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

    Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby całoosobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia (Tb 12,16nn). W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon” (Ap 22,9). Tę anielską pokorę znakomicie oddaje wiersz Konopnickiej pt. Angelus, w którym anioł, zwiastujący Wcielenie, stanowi dla uczonego materialisty ostatnią nitkę do utraconego wymiaru, gdzie można znaleźć Boga.

    Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

    Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

    W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie — powiedział kiedyś św. Bazyli — tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

    Dawne wieki pozostawiły nam wiele świadectw tej intuicji. Tu nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem rozbrająjąco naiwnej opowiastki, przekazywanej w legendach dominikańskich: „W jednym z klasztorów Lombardii było dwóch pobożnych braci, którzy przechadzali się rozmawiając o Bogu. Wówczas pewien starzec zakonnik zobaczył przez okno, że nad głowami owych braci unoszą się aniołowie i wzniósłszy ręce w niebo, błogosławią Boga. Kiedy jednak rozmowa tych braci zwróciła się ku rzeczom niepotrzebnym i bezmyślnym, aniołowie przedziwnie się zagniewali i porzucili ich, zatykając sobie nosy. Natychmiast nad głowy owych braci nadciągnęło stado czarnych wieprzy, które smrodziły na nich i straszliwie ryczały. Wreszcie bracia znów zaczęli rozmawiać o Bogu i zaraz wieprze zniknęły, przystąpili zaś aniołowie, chwaląc Boga i obmywając braci z nieczystości”.

    Opowieść ta jest rzeczywiście bardzo naiwna. Ale może warto się zastanowić nad zawartą w niej intuicją? Może prawdy o aniołach należy szukać nie tyle poprzez zwiększenie zainteresowań tą problematyką, ale właśnie poprzez odnowę życia? Adam Asnyk chyba miał rację, kiedy pisał, że śpiewy anielskie słyszą „tylko ci, którzy toną w wielkiej miłości pragnieniu”. Zaś według legend franciszkańskich, „pycha brata Eliasza niegodna była rozmawiać z aniołem”.

    Jeszcze jedno dość ważne pytanie: Co sądzić o pojawiającym się w naszej mowie codziennej, a częstym zwłaszcza w poezji motywie podobieństwa i upodabniania się ludzi do aniołów?

    Czy nie jest to dowolność, wprowadzająca zamęt w religijną prawdę o aniołach? Zwłaszcza trzy przymioty ośmielają do porównania człowieka z aniołem. Po pierwsze, dobroć i współczujące pochylenie się nad cierpiącym i bezradnym. Po wtóre, ta postać czystości, dzięki której człowiek osiąga jakąś transcendencję wobec ciała i różnych potrzeb, i ambicji tylko doczesnych (por. marzenie Słowackiego, żeby zjadacze chleba przetworzyli się w aniołów). Po trzecie, do anioła porównuje się również zwiastuna Dobrej Nowiny.

    Czy wolno nam stosować takie porównania i symboliczne identyfikacje? Ależ tak! Obiecano nam przecież równość z aniołami, a stanie się to wówczas, kiedy już ostatecznie i w całej pełni otrzymamy nieśmiertelność i synostwo Boże. W życiu przyszłym „już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,36). Ziarna zaś nieśmiertelności i synostwa Bożego nosimy w sobie już teraz. W paralelnych tekstach Mateusza i Marka (Mt 22,30; Mk 12,25) nauczyciele Kościoła jednozgodnie odczytywali sugestię, że szczególne podobieństwo do aniołów osiąga się przez celibat, pojmowany jako zdobywanie transcendencji wobec swojej seksualności.

    Toteż nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła — mówi święty papież Grzegorz Wielki w Homilii 6,6 — również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was — o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba — prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

    Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (3,49). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

    Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu (Wj 12,23), w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (Dn 13,55 i 59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom:

    Niech będą jak plewa na wietrze,

    gdy będzie ich gnać anioł Pana.

    Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

    gdy anioł Pana będzie ich ścigał. (Ps 35,5n)

    A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli — obrońców dobra i mścicieli zła — wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

    Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

    Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam — przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie — swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.

    o. Jacek Salij OP/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 września

    Święty Wacław, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy
      •  Baruch, prorok
    ***
    W 845 roku 14 książąt czeskich przyjęło chrzest w Ratyzbonie. W tymże wieku książę Mojmir (+ 846) utworzył państwo wielkomorawskie. Jego następca, Rościsław, sprowadził na Morawy św. Cyryla i św. Metodego. Z ich pomocą zaprowadził chrześcijaństwo w obrządku słowiańsko-bizantyńskim. Z końcem wieku IX i na początku wieku X książę czeski Bożywoj podbił państwo wielkomorawskie i przyjął chrzest w obrządku słowiańskim. W wieku X obrządek ten został wyparty przez obrządek rzymski, łaciński. W roku 973 powstało biskupstwo w Pradze, zależne od metropolii w Moguncji. Drugim biskupem Pragi był św. Wojciech (+ 997). Jednak największym bohaterem katolickich Czech jest św. Wacław, król i męczennik. On też jest głównym patronem kraju i narodu.

    Święty Wacław

    Wacław był synem księcia Czech, Wratysława I, i Drahomiry lutyckiej. Pogaństwo miało w kraju jeszcze wielu przedstawicieli. Wśród nich złym duchem była Drahomira, która po śmierci męża objęła w Czechach rządy. Korzystając z małoletniości Wacława, urządziła napad na jego babkę, św. Ludmiłę, wdowę po Bożywoju, pierwszym chrześcijańskim władcy w Czechach. Ludmiłę napadnięto 15 września 921 roku na zamku w Tetin i uduszono. Drahomira zaczęła na nowo wprowadzać siłą pogaństwo i niszczyć Kościół. Doprowadziło to do wojny z Niemcami. Najpierw na Czechy wyruszył książę Bawarii, Arnulf (922), a potem sam cesarz, Henryk I (928) występując w obronie misjonarzy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie śmierci.
    Na skutek tej interwencji Drahomira została zmuszona do tego, by ustąpić i oddać rządy swemu starszemu synowi, Wacławowi. Przyszedł on na świat ok. roku 907. Kiedy miał 7 lat, zwyczajem ówczesnym, któremu podlegał jeszcze nasz król, Bolesław Chrobry, odbyła się na zamku praskim uroczystość postrzyżyn. Kapłan przy tym obrzędzie odmawiał modlitwę: “Wszechmogący, wieczny Boże, spójrz łaskawie na Twego sługę, Wacława, którego zechciałeś powołać do łaski postrzyżyn. Udziel mu przebaczenia wszystkich grzechów i użycz mu darów niebieskich”.

    Święty Wacław

    Młody książę zabrał się natychmiast do zagojenia ran, zadanych Kościołowi. Trzeba było zająć się odbudową zniszczonych kościołów i uzupełnieniem szeregów duchowieństwa. Żywot Wacława głosi, że wyróżniał się on wielką pobożnością. Ikonografia przedstawia go czasem, jak nocą nawiedza kaplicę zamkową, gdyż pracowity dzień nie zostawiał mu wiele czasu na modlitwę. Miał osobiście uprawiać winną latorośl i pszenicę, by na ołtarz do katedry i swojej kaplicy zamkowej dostarczać koniecznego wina i chleba. Szczególną miłością darzył ubogich. Mówi się o nim, że podobnie jak św. Edward Wyznawca w Anglii, miał nawet na swoich ramionach nosić znalezionych chorych i zajmować się nimi. Państwo czeskie było wówczas podzielone na wiele mniejszych księstw. Nie były to więc łatwe rządy. Dochodziło nawet często do starć zbrojnych. Legenda głosi, że w czasie jednej z potyczek przy św. Wacławie miał zjawić się szereg aniołów, co tak przeraziło przeciwników, że wycofali się z walki. Ikonografia często przedstawia więc Wacława w otoczeniu aniołów.
    Od cesarza Henryka I Wacław otrzymał w darze relikwię św. Wita i św. Zygmunta. Ku czci św. Wita książę wystawił najpierw skromny kościół, który został z czasem rozbudowany do najokazalszej świątyni Czech. Do dziś jest ona klejnotem Pragi. Wacław wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do tego męczennika (+ ok. 305) jakby w przeczuciu, że i jemu przypadnie podobna śmierć.
    Tak się też stało. Jego młodszy brat, Bolesław, za namową niecnej matki, Drahomiry, zaprosił Wacława do udziału w konsekracji świątyni, jaką wystawił przy swoim zamku w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Kiedy Wacław tam się udał, został zamordowany przez siepaczy, nasłanych przez Bolesława. Według podania, mord miał mieć miejsce w samym kościele. Działo się to 28 września ok. 929 roku. Ciało Wacława pochowano w kościele św. Wita, zamienionym potem na katedrę, kiedy w Pradze zostało założone biskupstwo (963).
    Święty książę został natychmiast uznany za męczennika, a niebawem został głównym patronem kraju. Zaczęły ukazywać się jego żywoty, a Widuking, mnich z Korbei, w roku 967 pisał o cudach, jakie działy się przy grobie Świętego. Najpiękniejszy plac w Pradze otrzymał jego imię. Znajduje się na nim okazały pomnik, przedstawiający św. Wacława w zbroi rycerza na koniu. Wystawiono go w roku 1908. Imię Świętego stało się w Czechach bardzo popularne. Trzech władców kraju po św. Wacławie nosiło to imię. Dwóch z nich było nawet królami Polski: Wacław II (1291-1300) i Wacław III (1305-1306).
    Ku czci św. Wacława wystawiono w Czechach ok. 180 kościołów oraz ok. 100 kaplic. Z jego podobizną bito monety czeskie. Kiedy Karol IV odbywał koronację (1347), swoją koronę przytknął do relikwii św. Wacława, które znajdują się w bogatym sarkofagu w kaplicy katedry św. Wita. Odtąd koronę królów czeskich, a również państwo czeskie zaczęto nazywać “koroną św. Wacława”.
    Papież Benedykt XIV zatwierdził kult św. Wacława w roku 1729 z okazji 800-lecia śmierci Świętego i rozszerzył jego cześć na cały Kościół. Córką Bolesława I Okrutnego, który dokonał zabójstwa na osobie św. Wacława, była Dobrawa, żona księcia Mieszka I, która przyczyniła się walnie do jego nawrócenia (966). Św. Wacław jest patronem Czech, Moraw, Pragi i katedry krakowskiej na Wawelu.
    W ikonografii atrybutami św. Wacława są: anioł podający włócznię, aniołowie niosący jego trumnę, korona, sztylet, którym go zabito, zbroja rycerska z białym orłem na tarczy lub proporcu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Święty Czech

    Był synem księcia Wratysława I i lutyckiej księżniczki Drahomiry.

    Św. Wacław
    św. Wacław/pl.wikipedia.org

    ***

    Wacław objął panowanie w Czechach ok. 925 r. Został zamordowany ok. 929 r. na polecenie swojego brata Bolesława, który za namową matki zaprosił go do wzięcia udziału w konsekracji świątyni w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Był wzorowym chrześcijaninem. Legenda starosłowiańska głosi, że „wspierał wszystkich ubogich, nagich odziewał, łaknących żywił, podróżnych przyjmował zgodnie z nakazami Ewangelii. Nie dozwalał wyrządzać krzywdy wdowom, miłował wszystkich ludzi, biednych i bogatych. Wspomagał sługi Boże, uposażał kościoły”. Ta sama legenda opisuje jego męczeńską śmierć. W świątyni „Bolesław przystąpił doń u drzwi. Wacław zobaczył go i rzekł: «Bracie, dobrym byłeś dla nas wczoraj». Szatan jednak podszepnął Bolesławowi, uczynił przewrotnym jego serce, tak iż wyciągnąwszy miecz, odezwał się: «Teraz pragnę być jeszcze lepszym». To powiedziawszy, uderzył go mieczem w głowę. Wacław, zwróciwszy się do niego, rzekł: «Co czynisz, bracie?». Pochwyciwszy go, rzucił na ziemię. Tymczasem podbiegł jeden ze wspólników Bolesława i ciął Wacława w rękę. Ten, porzuciwszy brata, ze zranioną ręką uszedł do kościoła. W drzwiach kościoła zabili go dwaj zamachowcy. Trzeci, przybiegłszy, przebił mu bok. Wówczas Wacław oddał ostatnie tchnienie z tymi słowami: «W ręce Twoje, Panie, oddaję ducha mego»”.

    Św. Wacław męczennik ur. ok. 907 r. zm. 28 września ok. 929 r.

    Marian Banasik/Tygodnik Nedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 września

    Święty Wincenty a Paulo, prezbiter

    ZGROMADZENIE KSIĘŻY MISJONARZYSeminarium Internum Księży Misjonarzy
    Wincenty urodził się w Pouy (obecnie St-Vincent-de-Paul w południowo-zachodniej Francji) 24 kwietnia 1581 r. jako trzecie z sześciorga dzieci, w biednej, wiejskiej rodzinie. Jego dzieciństwo było pogodne, choć od najmłodszych lat musiał pomagać w ciężkiej pracy w gospodarstwie i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Rodzice marzyli o tym, by ich syn w przyszłości wyrwał się ku łatwiejszemu życiu. Czternastoletniego Wincentego wysłali więc do szkoły franciszkanów w Dax. Na opłacenie szkoły Wincenty zarabiał dawaniem korepetycji kolegom zamożnym, a mniej uzdolnionym lub leniwym. Po ukończeniu szkoły nie bez zachęty ze strony rodziny podjął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat został kapłanem; jednak kapłaństwo było dla niego jedynie szansą na zrobienie kariery. Chciał w ten sposób pomóc swojej rodzinie. Studia w Tuluzie Wincenty zwieńczył bakalaureatem w 1604 r. Później pogłębił swoje studia jeszcze na uniwersytecie w Rzymie i w Paryżu, zdobywając licencjat z prawa kanonicznego (1623).
    Kiedy udał się Morzem Śródziemnym z Marsylii do Narbonne, został wraz z całą załogą i pasażerami napadnięty przez tureckich piratów i przewieziony do Tunisu jako niewolnik. W ciągu dwóch lat niewoli miał kolejno czterech panów. Ostatnim z nich był renegat z Nicei Sabaudzkiej. Młody kapłan zdołał go jednak nawrócić. Obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Właściciel Wincentego znalazł w Rzymie przytułek. Wincenty przez ten rok nawiedzał w Rzymie miejsca święte i dalej się kształcił. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji w nieznanej bliżej misji na dwór Henryka IV. Pozyskał sobie zaufanie królowej, Katarzyny de Medicis, która obrała go sobie za kapelana, mianowała go swoim jałmużnikiem i powierzyła mu opiekę nad Szpitalem Miłosierdzia.
    Wincenty przeżył ogromny kryzys religijny. Był skoncentrowany wyłącznie na tym, co może osiągnąć jedynie własnymi siłami. Zmianę w jego sposobie myślenia przyniosły dopiero lata 1608-1620. Poznał wówczas w Paryżu wielu wyjątkowych ludzi, m.in. ks. Pierre’a de Berrulle’a, który zgromadził wokół siebie kapłanów, ukazując im wielkość i znaczenie posługi kapłańskiej. Wincenty niemało zawdzięczał też św. Franciszkowi Salezemu i św. Franciszce de Chantal. Przez pewien czas głosił Chrystusa galernikom (więźniom, którzy pracowali jako wioślarze). Zaczął dostrzegać ludzką nędzę – materialną i moralną.
    Prawdopodobnie duże znaczenie w życiu Wincentego odegrało zdarzenie, jakie miało miejsce 25 stycznia 1617 r. w Folleville. Wincenty głosił wówczas rekolekcje. Wezwano go do chorego, cieszącego się opinią porządnego i szanowanego człowieka. Na łożu śmierci wyznał mu on, że jego życie całkowicie rozminęło się z prawdą, że ciągle udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. W liturgii tego dnia przypadała uroczystość Nawrócenia św. Pawła. Dla Wincentego był to wstrząs. Zrozumiał, że Bóg pozwala się dotknąć w ubogich, w nich potwierdza swoją obecność. Odtąd Wincenty zaczął gorliwie służyć ubogim i pokrzywdzonym. Złożył Bogu ślub poświęcenia się ubogim. Głosił im Chrystusa i prawdę odnalezioną w Ewangelii. Zgromadził wokół siebie kilku kapłanów, którzy w sposób bardzo prosty i dostępny głosili ubogim Słowo Boże. W ten sposób w 1625 r. powstało Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów.
    Wincenty w sposób szczególny dbał o przygotowanie młodych mężczyzn do kapłaństwa. Organizował specjalne rekolekcje przed święceniami, powołał do życia seminaria duchowne. Wincenty założył również stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, które w sposób systematyczny i instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrakami, kalekami. Spotkanie ze św. Ludwiką zaowocowało powstaniem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (1633 r.), zwanych szarytkami (od franc. charite – miłosierdzie). W okresie frondy (zamieszki polityczne w Paryżu w latach 1648-1653) Wincenty niósł pomoc rzeszom głodujących, dotkniętym nieszczęściami i zniszczeniami wojennymi. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Zajmując tak wysokie stanowisko pozostał cichy i skromny.
    Wincenty zmarł w 1660 r. w wieku 79 lat. Jego misjonarze pracowali wtedy już w większości krajów europejskich, dotarli też do krajów misyjnych w Afryce północnej. W 1651 r. przybyli również do Polski. W roku 1729 papież Benedykt XIII wyniósł Wincentego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XII kanonizował go w roku 1737. W 1885 r. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Jest także patronem zgromadzenia lazarystów (założonego przez Wincentego zgromadzenia księży misjonarzy), szarytek, kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów.W ikonografii św. Wincenty a Paulo przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp, krucyfiks.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście!

     FAMVIN NowinyPL

    ***

    Postaci św. Wincentego a Paulo i św. Ludwiki de Marillac – współtwórców katolickich dzieł miłosierdzia – przypomniał Benedykt XVI w rozważaniach przed modlitwą Anioł Pański 26 września w Castel Gandolfo. Po ich wygłoszeniu odmówił z wiernymi modlitwę maryjną i udzielił zebranym na dziedzińcu letniej rezydencji papieskiej błogosławieństwa apostolskiego oraz pozdrowił ich w różnych językach, m.in. po polsku.

    Oto przemówienie Ojca Świętego:

    Drodzy bracia i siostry!

    W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę (Łk 16, 19-31) Jezus opowiada przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu. Ten pierwszy żyje w luksusie i egoizmie, i gdy umiera, trafia do piekła. Ubogiego natomiast, który żywił się odpadkami ze stołu bogacza, w chwili jego śmierci aniołowie zabrali do wiecznego mieszkania Boga i świętych. „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy – powiedział Pan swoim uczniom – albowiem do was należy Królestwo Boże” (Łk 6, 20). Przesłanie przypowieści idzie jednak dalej: przypomina, że przebywając na tym świecie, powinniśmy słuchać Pana, który przemawia do nas przez Pismo Święte i żyć zgodnie z Jego wolą, w przeciwnym bowiem wypadku po śmierci będzie już za późno, aby się poprawić. Przypowieść ta mówi nam zatem o dwóch sprawach: po pierwsze, że Bóg kocha ubogich i podnosi ich z ich uniżenia, po drugie, że nasze ostateczne przeznaczenie jest uwarunkowane naszą postawą, że powinniśmy kroczyć drogą, którą Bóg nam pokazał, abyśmy osiągnęli życie, a drogą tą jest miłość, rozumiana nie jako uczucie, ale jako służba innym, w miłości Chrystusa.

    Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że jutro będziemy obchodzić liturgiczne wspomnienie św. Wincentego a Paulo – patrona katolickich organizacji charytatywnych, którego 350. rocznicę śmierci teraz wspominamy. W XVII-wiecznej Francji zetknął się on namacalnie z silnym kontrastem między najbogatszymi a najbiedniejszymi. Jak kapłan miał bowiem okazję bywać zarówno w środowiskach arystokratycznych, jak i na wsi oraz wśród elementów przestępczych Paryża. Pobudzany miłością Chrystusa Wincenty a Paulo potrafił stworzyć stałe formy posługiwania osobom z marginesu, powołując do życia tzw. „szarytki”, czyli grupy kobiet, które oddawały własny czas i dobra do dyspozycji najbardziej zmarginalizowanych. Wśród tych wolontariuszek niektóre wybrały całkowite poświęcenie się Bogu i biednym i tak oto wraz ze św. Ludwiką de Marillac św. Wincenty założył wspólnotę „Córek Milosierdzia” – pierwsze żeńskie zgromadzenie zakonne, które żyło konsekracją „w świecie”, wśród ludzi, z chorymi i potrzebującymi.

    Drodzy przyjaciele, tylko Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście! Pokazuje to także inny świadek – młoda dziewczyna, która wczoraj została ogłoszona błogosławioną tu, w Rzymie. Mówię o Klarze Badano – młodej Włoszce, urodzonej w 1971, którą choroba doprowadziła do śmierci w wieku niespełna 19 lat, ale która stała się dla wszystkich promieniem światła, jak na to wskazuje jej przydomek: „Chiara Luce” [Klara Światło lub jasne światło – KAI]. Jej parafia, diecezja Acqui Terme i Ruch Focolari, do którego należała, przeżywają dziś święto – i jest to święto wszystkich młodych, którzy mogą znaleźć w niej przykład spójnego życia chrześcijańskiego. Jej ostatnie słowa, pełne przylgnięcia do woli Bożej, brzmiały: „Żegnaj, mamo. Bądź szczęśliwa, bo ja nią jestem”. Wychwalajmy Boga, gdyż Jego miłość jest silniejsza od zła i śmierci i dziękujmy Maryi Pannie, która prowadzi młodych, także wśród trudności i cierpień, do zakochania się w Jezusie i odkrycia piękna życia.

    wiara.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Duszpasterz książąt i nędzarzy – św. Wincenty a Paulo

    Duszpasterz książąt i nędzarzy - św. Wincenty a Paulo
    św. Wincenty a Paulo/Simon François de Tours (PD)

    ***

    Był najbardziej szanowanym i poszukiwanym księdzem we Francji, ale wciąż powtarzał: „Jestem tylko biednym chłopem, który pasał świnie, a moja matka pracowała jako służąca”.

    MIŁOŚĆ PRZEZ WIELKIE M

    Ponoć poświęcono mu już około 1500 biografii. Trzeba przyznać, że życie miał rzeczywiście niezwykle barwne. Aż szkoda, że zazwyczaj docierają do nas tylko strzępy z fascynujących CV świętych. Św. Wincenty Paulo, bo o nim mowa, żył w siedemnastowiecznej Francji. Wyposażony był w genialną inteligencję. Chciał uciec od biedy, od swojej wioski z glinianymi chałupami, zagubionej między mokradłami, od chłopskiej rodziny, od pilnowania świń. Jego talent dostrzegł miejscowy pan.

    Przekonał ojca, aby oddał go na naukę – na księdza. Wincenty postanowił zapomnieć o swoim pochodzeniu. Kiedy w kolegium, gdzie się uczył, pojawił się z wizytą ojciec, chłopiec wstydził się go. Nie chciał, by jego koledzy zobaczyli, że rozmawia z biedakiem. Na starość wracał wielokrotnie ze łzami w oczach do tego wydarzenia: „Nie chciałem iść rozmawiać z ojcem i z tego powodu dopuściłem się wielkiego grzechu”. Został najbardziej szanowanym i poszukiwanym księdzem we Francji, ale wciąż powtarzał: „Jestem nie kim innym, jak tylko biednym chłopem, który pasał świnie, a moja matka pracowała jako służąca”.

    Przyjął święcenia kapłańskie, mając zaledwie 19 lat. Jego życie wypełniały potem dziwne przygody. Prawdopodobnie przez dwa lata żył jako niewolnik w Tunisie. W końcu trafił do Rzymu. Miał talent do pozyskiwania sobie ludzi. Jak sam potem wyzna, znalazł się w miedzianym tyglu ambicji i przebiegłości, próbując zrobić kościelną karierę. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji, w nieznanej bliżej misji, na dwór Henryka IV. Tam pozyskał zaufanie królowej, która obrała go sobie za kapelana. Później stał się nauczycielem domowym w szlacheckiej bogatej rodzinie Gondi.

    W wygodnym zamku ks. Wincenty stał się doradcą duchowym całej rodziny. Aby zrównoważyć duchowy dyskomfort, zajął się nauczaniem katechizmu biednych wieśniaków z rozległych dóbr swoich panów. Pewnego dnia potajemnie uciekł z zamku, aby stać się proboszczem w biednej i opuszczonej parafii Chatillon les Dombes. Służba najuboższym – ten kierunek życia utrzymał do końca. Jednocześnie duchową troską obejmował nadal wyższe sfery. Stał się kapelanem galerników, ale dwór wezwał go z kapłańską posługą do umierającego króla Ludwika XIII. Założył Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia (szarytki) oraz Zgromadzenie Księży Misjonarzy. Przez wiele był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Pracował nad reformą kształcenia duchowieństwa, głosił niestrudzenie konferencje, zakładał seminaria, posyłał misjonarzy. Umarł w roku 1660 r. w wieku 79 lat. Ostatnim słowem, które wypowiedział, było słowo Jezus.

    W brewiarzu w dzień wspomnienia św. Wincentego jest czytanie, fragment jego listu. Zakreśliłem sobie słowa: „Miłość jest ważniejsza niż wszystkie przepisy, owszem, właśnie do niej wszystkie one powinny zmierzać. Ponieważ miłość to wielka władczyni, dlatego wszystko, co rozkaże, należy czynić”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty a Paulo – patron dzieł miłosierdzia

    Za największych misjonarzy w Kościele Świętym uznaje się św. Pawła Apostoła i św. Franciszka Ksawerego. Za największych teologów – św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. A w dziełach miłosierdzia? Kto szczególnie wybija się na tym polu? Tutaj palmę pierwszeństwa oddajemy wielkiemu św. Wincentemu à Paulo, którego wspomnienie liturgiczne przypada 27 września.

    Święty Wincenty urodził się 24 kwietnia 1581 roku w Pouy – obecnie Saint-Vncent-de-Paul – we Francji w rodzinie ubogich gaskońskich rolników. Uczył się dzięki pomocy i wsparciu miejscowego proboszcza, który dostrzegł w nim nie tylko talent, ale także wiarę i gotowość do ofiarnej służby ubogim.

    Próba charakteru

    Jedną z pierwszych prób charakteru, jakich doświadczył młody Wincenty, zanim ksiądz przyjął go na naukę, była wizyta w szpitalu, gdzie musiał pracować jako pielęgniarz. Choć było to dla niego niezwykle ciężkie doświadczenie – trzeba pamiętać, że w owych czasach, mówiąc łagodnie, w szpitalach panowały trudne warunki sanitarne – to przyszły święty zdał ten swoisty egzamin doskonale. Dzięki ofiarności rodziców i rodzeństwa młody Wincenty mógł kontynuować studia teologiczne na uniwersytecie w Paryżu. W 1600 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Następnie kontynuował studia w Tuluzie, a potem w Rzymie i Paryżu, gdzie zdobył licencjat z prawa kanonicznego.

    Między „wielkim światem” a „głęboką prowincją”

    W 1612 roku objął parafię w Clichy, gdzie ze szczególną troską opiekował się najuboższymi i cierpiącymi. Przed upływem roku kardynał Piotr de Berulle mianował ks. Wincentego nauczycielem i wychowawcą dzieci rodziny de Gondi. Była to wpływowa, arystokratyczna rodzina – Filip Emanuel de Gondi był generałem galer królewskich i głównodowodzącym floty królewskiej. Święty – jak sam wspominał – doświadczył wtedy „życia wielkiego świata”. Jednocześnie wzorowo wypełniał swe powołanie kapelana pałacowego i spowiednika małżonki pana de Gondi oraz nauczyciela i wychowawcy ich dzieci. Jednak i ta posługa nie była stworzona dla ks. Wincentego.

    W liście do kardynała de Berulle napisał, że czuje w sobie wewnętrzne wymaganie Boże udania się na głęboką prowincję i oddania się służbie i nauczaniu prostych chłopów. Kardynał wyraził zgodę i mianował ks. Wincentego proboszczem parafii Chatillon les Dombes. Tamtejsi parafianie początkowo nieufnie przyjęli księdza z „wielkiego” Paryża. Przekonały ich jednak pokora, skromność oraz oddanie i pracowitość nowego proboszcza, który własnymi rękami naprawiał i sprzątał kościół. Zyskał ich serca także dobrocią i gotowością służenia Bogu i ludziom w każdej chwili.

    Pewnej niedzieli do ks. Wincentego podszedł jeden z parafian i opowiedział o rodzinie, która pośród moczarów ginęła z głodu i nędzy. Proboszcz wezwał ludzi do pomocy biednej rodzinie – jeszcze tego samego dnia setki ludzi ruszyło na pomoc opuszczonym.

    W niewoli arabskiej

    Życie świętego Wincentego obfitowało w wiele wydarzeń, które on odczytywał jako Boże znaki. Pewnego razu podczas morskiej podróży, statek na którym płynął nasz bohater, napadli piraci. Wincenty miał wkrótce zostać biskupem, w tej sytuacji jednak plany te trzeba było zweryfikować…

    Św. Wincenty został sprzedany na galery, potem pracował jako niewolnik arabskiego alchemika w Tunezji, by w końcu zostać sprzedanym innemu właścicielowi, który go zatrudnił przy kopaniu rowów. Nasz święty dając świadectwo wiary, przemienił serce swego nowego pana – byłego księdza, który zaparł się Chrystusa ze strachu przed śmiercią… Przy jego pomocy powrócił do Francji. Doświadczywszy wielkiego upokorzenia, ale i wielkiej łaski od Boga, Wincenty à Paulo postanowił nie przyjmować żadnych godności, by jak najlepiej służyć potrzebującym.

    Dzieła Miłosierdzia

    Święty Wincenty doświadczył wiele nędzy ludzkiej – tak materialnej, jak i duchowej. Zapatrzony w Zbawiciela mówił: Nie zadowalajcie się mówieniem: jestem chrześcijaninem! Ale żyjcie tak, żeby można było o was powiedzieć: widziałem człowieka kochającego Boga z całego serca i zachowującego Jego przykazania. Pod wpływem kardynała Piotra de Berulle po kilku latach pracy duszpasterskiej wśród zaniedbanej ludności wiejskiej oraz więźniów dokonała się w nim wielka przemiana – postanowił poświęcić resztę życia ubogim, składając nawet stosowny ślub.

    Wyjątkowym dniem w jego życiu był 25 stycznia 1617 roku. Jako gorliwy kapłan, zatroskany o powierzoną mu owczarnię, wygłosił kazanie na temat spowiedzi generalnej z całego życia. Pod wpływem homilii miały miejsce liczne nawrócenia. Od tego momentu św. Wincenty zaczął głosić konferencje i nauki w wiejskich parafiach, a w 1625 roku powołał do życia Zgromadzenie Misji (księża misjonarze-lazaryści – od nazwy szpitala opactwa św. Łazarza, do którego przenieśli się uczniowie św. Wincentego), które do dziś kontynuuje jego pracę głoszenia Ewangelii ubogim jak również troskę o przygotowanie i wykształcenie gorliwych kapłanów (zgromadzenie to zostało sprowadzone do Polski w roku 1651).

    Święty cały czas pomagał najbardziej potrzebującym. Błagał i żebrał u możnych o pomoc finansową dla nędzarzy. Przez jego ręce przechodziły ogromne środki finansowe, a Wincenty skrupulatnie rozliczał się z każdego grosza. Kolejnym dziełem świętego było założone w 1633 roku wraz ze św. Ludwiką de Marillac Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, czyli szarytek (w Polsce od 1654 r.). Pewnym novum było wtedy zwolnienie sióstr ze ścisłej klauzury. Domy zakonne szarytek nie były zamknięte. Ich powołaniem była troskliwa opieka nad chorymi i biednymi. Święty mawiał do swych sióstr: Waszą klauzura jest szpital i dom ubogich.

    Gorliwy obrońca czystości wiary

    W tym czasie, gdy św. Wincenty zadziwiał swymi dziełami miłosierdzia, szerzył we Francji swe błędne nauki kapłan Korneliusz Janssens, głosząc że po grzechu pierworodnym człowiek nic nie może zrobić dla swojego zbawienia. Posunął swą herezję do skrajności, twierdząc, że człowiek nawet nie może współpracować z łaską Bożą. Nadto janseniści przedstawiali Boga wyłącznie jako surowego władcę, mszczącego się na swych stworzeniach.

    Dzięki zabiegom św. Wincentego, wykładającego zdrową naukę katolicką, sekta jansenistów została dwukrotnie potępiona przez papieży – Innocentego X w 1653 roku oraz przez Aleksandra VII w 1656 r. Od tego czasu święty był bezwzględnie atakowany przez jansenistów. Przyjmował te ataki z pokorą, ale z jeszcze większym zapałem bronił Prawdy. Święty Wincenty przyczynił się także do odnowy życia religijnego we Francji. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej, tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszelkie sprawy Kościoła. Co znamienne, piastując wysokie stanowisko zachował głęboką pokorę i skromność.

    Ponadto zakładał „małe seminaria” duchowne przede wszystkim dla ubogich chłopców i tak układał program wychowawczy i wykładów naukowych, by ukierunkować ich do kapłaństwa.

    * * *

    Wszystkie instytucje które założył św. Wincenty, powstały, by ulżyć ludzkiemu cierpieniu. Niósł pomoc duchową ludziom zaniedbanym religijnie. Swym przykładem, wpatrzony w swego Mistrza Jezusa Chrystusa i Matkę Miłosierdzia, skutecznie ewangelizował. Do każdego nowego zadania podchodził z pokorą i bezgraniczną wiarą w Opatrzność Bożą. Co ciekawe, ten wzór pokory, dobroci i hojności był z natury człowiekiem porywczym, a niektóre źródła mówią o nim, że brak mu było „pociągających cech zewnętrznych”.
    Bóg posłużył się nim, by Kościół zajaśniał nowymi dziełami miłosierdzia.

    Zasłużona Nagroda

    Święty Wincenty odszedł po zasłużoną nagrodę wieczną 27 września 1660 roku. W 1729 roku został beatyfikowany przez Papieża Benedykta XIII. Osiem lat później Klemens XII wyniósł go do chwały świętych.

    Papież Leon XIII ogłosił go patronem wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele katolickim. Jego ciało spoczywa w kryształowej trumnie w kaplicy domu macierzystego św. Łazarza w Paryżu. Serce św. Wincentego znajduje się w osobnym relikwiarzu w paryskiej kaplicy domu Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac. A więc tam, gdzie w 1830 roku św. Katarzynie Labouré trzykrotnie objawiła się Matka Najświętsza, polecając jej wybicie Cudownego Medalika.

    Wincenty-piekny

    Święty Wincenty à Paulo jest patronem zgromadzenia misjonarzy-lazarystów, szarytek, duchowieństwa, organizacji charytatywnych, szpitali, podrzutków i więźniów.

    W ikonografii przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp i krucyfiks.

    Bogusław Bajor/PRZYMIERZE Z MARYJĄ

    ________________________________________________________________________


    Św. Wincenty a Paulo – patron dzieł miłosierdzia

    Relikwiarz św. Wincentego/ FLLL/ wikimedia.commons / licencja GNU

    ***

    Za największych misjonarzy w Kościele Świętym uznaje się św. Pawła Apostoła i św. Franciszka Ksawerego. Za największych teologów – św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. A w dziełach miłosierdzia? Kto szczególnie wybija się na tym polu? Tutaj palmę pierwszeństwa oddajemy wielkiemu św. Wincentemu à Paulo, którego wspomnienie liturgiczne przypada 27 września.

    Święty Wincenty urodził się 24 kwietnia 1581 roku w Pouy – obecnie Saint-Vncent-de-Paul – we Francji w rodzinie ubogich gaskońskich rolników. Uczył się dzięki pomocy i wsparciu miejscowego proboszcza, który dostrzegł w nim nie tylko talent, ale także wiarę i gotowość do ofiarnej służby ubogim.

    Próba charakteru

    Jedną z pierwszych prób charakteru, jakich doświadczył młody Wincenty, zanim ksiądz przyjął go na naukę, była wizyta w szpitalu, gdzie musiał pracować jako pielęgniarz. Choć było to dla niego niezwykle ciężkie doświadczenie – trzeba pamiętać, że w owych czasach, mówiąc łagodnie, w szpitalach panowały trudne warunki sanitarne – to przyszły święty zdał ten swoisty egzamin doskonale. Dzięki ofiarności rodziców i rodzeństwa młody Wincenty mógł kontynuować studia teologiczne na uniwersytecie w Paryżu. W 1600 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Następnie kontynuował studia w Tuluzie, a potem w Rzymie i Paryżu, gdzie zdobył licencjat z prawa kanonicznego.

    Między „wielkim światem” a „głęboką prowincją”

    W 1612 roku objął parafię w Clichy, gdzie ze szczególną troską opiekował się najuboższymi i cierpiącymi. Przed upływem roku kardynał Piotr de Berulle mianował ks. Wincentego nauczycielem i wychowawcą dzieci rodziny de Gondi. Była to wpływowa, arystokratyczna rodzina – Filip Emanuel de Gondi był generałem galer królewskich i głównodowodzącym floty królewskiej. Święty – jak sam wspominał – doświadczył wtedy „życia wielkiego świata”. Jednocześnie wzorowo wypełniał swe powołanie kapelana pałacowego i spowiednika małżonki pana de Gondi oraz nauczyciela i wychowawcy ich dzieci. Jednak i ta posługa nie była stworzona dla ks. Wincentego. 

    W liście do kardynała de Berulle napisał, że czuje w sobie wewnętrzne wymaganie Boże udania się na głęboką prowincję i oddania się służbie i nauczaniu prostych chłopów. Kardynał wyraził zgodę i mianował ks. Wincentego proboszczem parafii Chatillon les Dombes. Tamtejsi parafianie początkowo nieufnie przyjęli księdza z „wielkiego” Paryża. Przekonały ich jednak pokora, skromność oraz oddanie i pracowitość nowego proboszcza, który własnymi rękami naprawiał i sprzątał kościół. Zyskał ich serca także dobrocią i gotowością służenia Bogu i ludziom w każdej chwili. 

    Pewnej niedzieli do ks. Wincentego podszedł jeden z parafian i opowiedział o rodzinie, która pośród moczarów ginęła z głodu i nędzy. Proboszcz wezwał ludzi do pomocy biednej rodzinie – jeszcze tego samego dnia setki ludzi ruszyło na pomoc opuszczonym.

    W niewoli arabskiej

    Życie świętego Wincentego obfitowało w wiele wydarzeń, które on odczytywał jako Boże znaki. Pewnego razu podczas morskiej podróży, statek na którym płynął nasz bohater, napadli piraci. Wincenty miał wkrótce zostać biskupem, w tej sytuacji jednak plany te trzeba było zweryfikować…

    Św. Wincenty został sprzedany na galery, potem pracował jako niewolnik arabskiego alchemika w Tunezji, by w końcu zostać sprzedanym innemu właścicielowi, który go zatrudnił przy kopaniu rowów. Nasz święty dając świadectwo wiary, przemienił serce swego nowego pana – byłego księdza, który zaparł się Chrystusa ze strachu przed śmiercią… Przy jego pomocy powrócił do Francji. Doświadczywszy wielkiego upokorzenia, ale i wielkiej łaski od Boga, Wincenty à Paulo postanowił nie przyjmować żadnych godności, by jak najlepiej służyć potrzebującym.

    Dzieła Miłosierdzia

    Święty Wincenty doświadczył wiele nędzy ludzkiej – tak materialnej, jak i duchowej. Zapatrzony w Zbawiciela mówił: Nie zadowalajcie się mówieniem: jestem chrześcijaninem! Ale żyjcie tak, żeby można było o was powiedzieć: widziałem człowieka kochającego Boga z całego serca i zachowującego Jego przykazania. Pod wpływem kardynała Piotra de Berulle po kilku latach pracy duszpasterskiej wśród zaniedbanej ludności wiejskiej oraz więźniów dokonała się w nim wielka przemiana – postanowił poświęcić resztę życia ubogim, składając nawet stosowny ślub.

    Wyjątkowym dniem w jego życiu był 25 stycznia 1617 roku. Jako gorliwy kapłan, zatroskany o powierzoną mu owczarnię, wygłosił kazanie na temat spowiedzi generalnej z całego życia. Pod wpływem homilii miały miejsce liczne nawrócenia. Od tego momentu św. Wincenty zaczął głosić konferencje i nauki w wiejskich parafiach, a w 1625 roku powołał do życia Zgromadzenie Misji (księża misjonarze-lazaryści – od nazwy szpitala opactwa św. Łazarza, do którego przenieśli się uczniowie św. Wincentego), które do dziś kontynuuje jego pracę głoszenia Ewangelii ubogim jak również troskę o przygotowanie i wykształcenie gorliwych kapłanów (zgromadzenie to zostało sprowadzone do Polski w roku 1651). 

    Święty cały czas pomagał najbardziej potrzebującym. Błagał i żebrał u możnych o pomoc finansową dla nędzarzy. Przez jego ręce przechodziły ogromne środki finansowe, a Wincenty skrupulatnie rozliczał się z każdego grosza. Kolejnym dziełem świętego było założone w 1633 roku wraz ze św. Ludwiką de Marillac Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, czyli szarytek (w Polsce od 1654 r.). Pewnym novum było wtedy zwolnienie sióstr ze ścisłej klauzury. Domy zakonne szarytek nie były zamknięte. Ich powołaniem była troskliwa opieka nad chorymi i biednymi. Święty mawiał do swych sióstr: Waszą klauzura jest szpital i dom ubogich.

    Gorliwy obrońca czystości wiary

    W tym czasie, gdy św. Wincenty zadziwiał swymi dziełami miłosierdzia, szerzył we Francji swe błędne nauki kapłan Korneliusz Janssens, głosząc że po grzechu pierworodnym człowiek nic nie może zrobić dla swojego zbawienia. Posunął swą herezję do skrajności, twierdząc, że człowiek nawet nie może współpracować z łaską Bożą. Nadto janseniści przedstawiali Boga wyłącznie jako surowego władcę, mszczącego się na swych stworzeniach. 

    Dzięki zabiegom św. Wincentego, wykładającego zdrową naukę katolicką, sekta jansenistów została dwukrotnie potępiona przez papieży – Innocentego X w 1653 roku oraz przez Aleksandra VII w 1656 r. Od tego czasu święty był bezwzględnie atakowany przez jansenistów. Przyjmował te ataki z pokorą, ale z jeszcze większym zapałem bronił Prawdy. Święty Wincenty przyczynił się także do odnowy życia religijnego we Francji. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej, tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszelkie sprawy Kościoła. Co znamienne, piastując wysokie stanowisko zachował głęboką pokorę i skromność.

    Ponadto zakładał „małe seminaria” duchowne przede wszystkim dla ubogich chłopców i tak układał program wychowawczy i wykładów naukowych, by ukierunkować ich do kapłaństwa.

    * * *

    Wszystkie instytucje które założył św. Wincenty, powstały, by ulżyć ludzkiemu cierpieniu. Niósł pomoc duchową ludziom zaniedbanym religijnie. Swym przykładem, wpatrzony w swego Mistrza Jezusa Chrystusa i Matkę Miłosierdzia, skutecznie ewangelizował. Do każdego nowego zadania podchodził z pokorą i bezgraniczną wiarą w Opatrzność Bożą. Co ciekawe, ten wzór pokory, dobroci i hojności był z natury człowiekiem porywczym, a niektóre źródła mówią o nim, że brak mu było „pociągających cech zewnętrznych”.

    Bóg posłużył się nim, by Kościół zajaśniał nowymi dziełami miłosierdzia.

    Zasłużona Nagroda

    Święty Wincenty odszedł po zasłużoną nagrodę wieczną 27 września 1660 roku. W 1729 roku został beatyfikowany przez Papieża Benedykta XIII. Osiem lat później Klemens XII wyniósł go do chwały świętych.

    Papież Leon XIII ogłosił go patronem wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele katolickim. Jego ciało spoczywa w kryształowej trumnie w kaplicy domu macierzystego św. Łazarza w Paryżu. Serce św. Wincentego znajduje się w osobnym relikwiarzu w paryskiej kaplicy domu Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac. A więc tam, gdzie w 1830 roku św. Katarzynie Labouré trzykrotnie objawiła się Matka Najświętsza, polecając jej wybicie Cudownego Medalika.

    Święty Wincenty à Paulo jest patronem zgromadzenia misjonarzy-lazarystów, szarytek, duchowieństwa, organizacji charytatywnych, szpitali, podrzutków i więźniów.

    W ikonografii przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp i krucyfiks.

    PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________

    To są nasi Panowie i Mistrzowie – tak mówił o ubogich św. Wincenty a Paulo

    ŚWIĘTY WINCENTY A PAULO
    GFreihalter/Wikipedia | CC BY-SA 3.0

    ***

    Św. Wincenty był mistykiem działania.

    ZSiostrą Bogumiłą ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo z Krakowa rozmawia Joanna Szubstarska.

    Joanna Szubstarska: Święty Wincenty a Paulo (1581-1660) otwarty na natchnienia Ducha Świętego odkrył nędzę materialną i duchową swoich czasów i poświęcił swoje życie służbie i ewangelizacji ubogich. Mówił o sobie: „Jestem tylko biednym chłopem, który pasał świnie”. Jaka była droga św. Wincentego, która zawiodła go do służby ubogim?

    Siostra Bogumiła: Wincenty bardzo wcześnie został księdzem, w wieku zaledwie 20 lat. W ówczesnych warunkach, dla człowieka pochodzenia wiejskiego kapłaństwo było jedyną drogą do awansu społecznego. Początkowo, ks. Wincenty miał nadzieję na zrobienie „kariery”, zabiegał o dobra materialne, które umożliwiłyby mu wspomaganie rodziny.

    Miał bowiem świadomość zaciągniętego długu wobec rodziców, którzy sprzedali nawet parę wołów, by zapewnić mu przygotowanie do kapłaństwa. Przez pierwszych dziesięć lat kapłaństwa usiłował realizować własne plany. Napotykał jednak trudności. Nawrócenie Wincentego i odkrycie planów Bożych nie dokonało się natychmiast i spektakularnie. To był proces, który trwał około ośmiu lat. W tym czasie jego kierownikiem duchowym był Piotr de Bérulle. Był on jedną z najwybitniejszych postaci ówczesnego Kościoła francuskiego. Bóg jednak prowadził Wincentego przez różne wydarzenia. Przeżył on dramatyczne doświadczenie niewoli w Tunisie.

    W Paryżu został niesłusznie oskarżony o kradzież, dodatkowo księża przez trzy niedziele z ambon wymieniali jego nazwisko jako winowajcy. Wincenty był wówczas już na tyle uformowany, że nie tłumaczył się, nie kierował podejrzeń na nikogo, wiedział, iż „Bóg zna prawdę”. Prawda ujawniła się dopiero po sześciu latach.

    W swoim młodzieńczym życiu przeżył też kryzys wiary, wziął na siebie wątpliwości przeciw wierze, jakie przeżywał pewien teolog. Pokusy te trwały cztery lata. Było to dla Wincentego bardzo trudne doświadczenie. Został od nich uwolniony, wtedy gdy podjął postanowienie poświęcenia swego życia – z miłości do Jezusa – służbie ubogim. Był to rozstrzygający przełom w jego życiu. Z tej próby wyszedł przemieniony. Spotkał Boga i odnalazł samego siebie.

    W 1612 r. został wiejskim proboszczem w Clichy na obrzeżach Paryża i tu odkrywa wielkość powołania kapłańskiego. Z wielką gorliwością oddaje się pracy duszpasterskiej. Można powiedzieć, że Clichy stanowi skrótowy zarys całości dzieł Wincentego.

    W jego pracy parafialnej w mniejszej skali zawarte było to, co rozwijał w późniejszej działalności: troska o ewangelizację ludu wiejskiego, mobilizacja możnych na rzecz potrzebujących ubogich, miłosierdzie, formacja kleru. W tym czasie zostaje także kapelanem rodziny de Gondi i wychowawcą ich synów. Odwiedzając posiadłości Gondich spotyka się z nędzą duchową i materialną wiejskiego ludu i z zaniedbaniami duchowieństwa.

    Czym się kierował w postrzeganiu swojej misji?

    W jego życiu dwa fragmenty Pisma św. okazały się znaczące. To słowa Ewangelii oświetliły jego drogę. Pierwszy fragment to słowa proroka Izajasza, które Jezus cytuje w synagodze w Nazarecie i odnosi je do siebie:

    „Duch Pański spoczywa na Mnie,
    ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie,
    abym ubogim niósł dobrą nowinę,
    więźniom głosił wolność,
    a niewidomym przejrzenie;
    abym uciśnionych odsyłał wolnymi”.

    Drugi fragment to opis Sądu Ostatecznego (Mt 25,31–46), w którym Jezus, utożsamia się z ubogimi, głodnymi, chorymi, więźniami – najmniejszymi. Zasługą św. Wincentego a Paulo jest odkrycie Jezusa jako Ewangelizatora ubogich, Wielbiciela Ojca i Sługi Jego planu Miłości. I takiego Jezusa pragnął Wincenty naśladować, ewangelizując i służąc Mu w ubogich. Uważał, że jest to dla niego bardzo ważne wezwanie.

    Mówi się o wydarzeniu, które oświeciło jego dalszą drogę – tj. o wezwaniu z ambony do pomocy rodzinie, które spotkało się z odpowiedzią parafian.

    Tak, to było ważne wydarzenie w życiu Wincentego, ale poprzedziło je inne także ważne – spowiedź pewnego chorego człowieka w posiadłościach państwa Gondich, u których, jak wspomniano wcześniej, Wincenty był nauczycielem i kapelanem. Człowiek ten, zachęcony przez Wincentego, odbył spowiedź generalną i, wyznał publicznie, gdyby nie łaska tej spowiedzi, zostałby potępiony z powodu tajenia grzechów podczas wcześniejszych spowiedzi.

    To wydarzenie skłoniło Wincentego do wygłoszenia kazania na temat spowiedzi generalnej. Uczynił to 25 stycznia 1617 r. w Follevile, zachęcając wiernych do odprawiania spowiedzi generalnej z całego życia; odzew był taki, że chętnych do spowiedzi było tak wielu, że trzeba było prosić jezuitów z sąsiedniej miejscowości do pomocy w konfesjonałach.

    Wincenty przekonał się o nędzy duchowej ubogich mieszkańców wsi, zrozumiał, że ci ludzie naprawdę są bardzo biedni, że nie znają podstawowych prawd wiary, że idą na potępienie. Zrozumiał, że wcześniejsze postanowienie służenia ubogim musi rozpocząć od głoszenia im Ewangelii. Po latach stwierdził, że to było jego pierwsze kazanie misyjne. I tę datę przyjmuje się nieoficjalnie za początek Zgromadzenia Misji – początek charyzmatu.

    Wincenty zaczął głosić misje parafialne w posiadłościach państwa Gondich. Okazało się, że ewangelizacja ubogich mieszkańców wsi wymaga zaangażowania na stałe większej liczby księży. Powstała myśl stworzenia większego zespołu, co zaowocowało powołaniem do życia w 1625 roku Zgromadzenie Misji.

    Jako proboszcz w parafii Chȃtillon-les-Dombes w diecezji lyońskiej, przeżył kolejne znamienne doświadczenie. W niedzielę 20 sierpnia 1617 roku przed mszą świętą powiadomiono go o dramatycznej sytuacji biednej rodziny doświadczonej chorobą i pozbawionej środków do życia. W czasie kazania wspomniał o tym w słowach tak przejmujących, że wielu parafian pospieszyło z pomocą potrzebującym. Dzięki wielkodusznej odpowiedzi na to wezwanie do pomocy rodzina została ocalona. Gdy sam odwiedził tę rodzinę przekonał się, że miłosierdzie parafian było nadzwyczajne, ale źle zorganizowane.

    Wincenty doszedł do wniosku, że miłosierdzie może być skuteczne, jeżeli nada mu się formy zorganizowane. Wydarzenie to stało się inspiracją do założenia pierwszego Bractwa Miłosierdzia. Wincenty pisze regulamin bractwa, który jest arcydziełem organizacji i troski o ubogich i chorych. Potem stopniowo powstają kolejne bractwa. Obecnie znamy je jako „Międzynarodowe Stowarzyszenie Miłosierdzia” (AIC).

    Zgromadzenie Misji ma za zadanie głoszenie Ewangelii ubogim, jak również troskę o wykształcenie gorliwych kapłanów. Co chciał zmienić w posłudze kapłanów?

    Początkowo Zgromadzenie Misji zajmowało się wyłącznie głoszeniem misji parafialnych i zakładaniem Bractw Miłosierdzia, jednakże wkrótce Opatrzność zesłała mu nowe zadanie: przygotowanie duchowe i duszpasterskie kandydatów do święceń kapłańskich. Podjęło to zadanie z całą odpowiedzialnością. Ksiądz Wincenty opracował program.

    Następstwem kursów formacyjnych były tzw. Konferencje Wtorkowe jako stowarzyszenie duchownych zaangażowanych w odnowę kleru. Podczas tych spotkań rozważano zagadnienia z dziedziny duchowości, liturgii i teologii moralnej. Rekolekcje dla kandydatów do święceń prowadzone niemal we wszystkich domach Zgromadzenia dały początek seminariom zalecanym przez sobór trydencki. Wincenty wiedział, że niektórzy księża mieli podstawowe braki w przygotowaniu do pełnienia posługi kapłańskiej. Wiedział o zaniedbaniach w pracy duszpasterskiej.

    W parafiach wiejskich spotkał księży, którzy nie znali formuły rozgrzeszenia, dlatego chciał stworzyć kapłanom warunki do uzupełnienia wiedzy, zachęcał ich do gorliwości o zbawienie dusz. Przekonywał, że ewangelizacja jest istotną misją Kościoła – dokonuje się poprzez słowa i dzieła. Widział konieczność nawrócenia Kościoła do ubogich, aby dzięki temu był prawdziwym obrazem Jezusa Chrystusa. Kościół ubogich powinien być wspólnotą miłosierdzia. Staje się wiarygodny dzięki miłosierdziu.

    Wincenty bardzo duże wymagania stawiał księżom ze Zgromadzenia Misji. Mocno akcentował, że mają głosić nie siebie, ale Chrystusa. Wzorem dla nich miał być Jezus Chrystus głosiciel Ewangelii ubogim. Ewangelia miała być przekazywana w duchu prostoty według metody opracowanej przez Wincentego, a nazwanej z pokorą małą metodą. Nakazywała ona posługiwanie się językiem zrozumiałym dla wiejskiego ludu.

    W posłudze powinni odznaczać się cnotami, które są cnotami Jezusa: prostotą, pokorą, łagodnością, umartwieniem i gorliwością o zbawienie dusz. Pod kierunkiem Wincentego a Paulo Zgromadzenie Misji włączyło się w dzieło rechrystianizacji społeczeństwa francuskiego.

    Głoszone Misje przynosiły nadzwyczajne owoce: nawracali się odstępcy od wiary, naprawiano wyrządzone krzywdy, regulowano związki małżeńskie, przywracano zgodę, porzucano pijaństwo i przekleństwa, odnawiano praktyki sakramentalne. Spełniały najważniejsze zadanie określane przez Wincentego: dawały ubogim znajomość Boga i Jego Królestwa, które jest dla nich przeznaczone.

    Celem zgromadzenia, powołanego przez św. Wincentego i Ludwikę de Marillac, jest pomaganie chorym oraz działalność charytatywna. W jaki sposób siostry realizują swoją misję?

    Mówi się, że szarytki, bo tak potocznie nazywane są Siostry Miłosierdzia są darem Boga dla ubogich. Celem Zgromadzenia Służenie Chrystusowi w ubogich w duchu pokory, prostoty i miłości. Charakterystyczna dla św. Wincentego jest służba całemu człowiekowi – zarówno służba co do ducha, jak i co do ciała. Święty mówił, że trzeba najpierw zaspokoić podstawowe potrzeby człowieka – nakarmić go, gdy jest głodny, a potem mówić o Bogu.

    Inspiracją służby ubogim był dla św. Wincentego bezpośredni kontakt z Bogiem, to Bóg dał ubogim św. Wincentego. Ks. Wincenty polecał, aby człowieka ubogiego, chorego przyjmować z szacunkiem i w duchu wiary widzieć w nim cierpiącego Jezusa. To są nasi Panowie i Mistrzowie – tak mówił o ubogich. Wincenty był mistykiem działania.

    W 1633 roku wokół Ludwiki de Marillac zgromadziło się 12 dziewcząt – był to początek Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Trzeba jednak powiedzieć, że wzorem dla tych dziewcząt była Małgorzata Naseau, wiejska, prosta dziewczyna, która odwiedzała ubogich w ich domach i wykonywała względem potrzebujących najprostsze posługi: opatrywała rany, prała bieliznę, sprzątała. Przyjęła do swojego mieszkania bezdomną, chorą kobietę, od której się zaraziła, w następstwie czego wkrótce zmarła, w 1633 r. Św. Wincenty mówił, że Małgorzata Naseau z Suresnes była pierwszą siostrą, która „miała szczęście wskazać drogę innym”.

    Dziś rodzina wincentyńska liczy około 2 mln osób. Założyciel – św. Wincenty a Paulo, jego charyzmat i duchowość – stanowią pień mocno zakorzeniony w Bogu, z którego wyrasta ogromne drzewo o wielu konarach. Główne konary to: Międzynarodowe Stowarzyszenie Miłosierdzia, Zgromadzenie Misji, Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, Stowarzyszenie św. Wincentego a Paulo, Wincentyńska Młodzież Maryjna, Stowarzyszenie Cudownego Medalika, Świeccy Misjonarze św. Wincentego a Paulo i Zakonnicy św. Wincentego.

    Jako Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo posługujemy m.in. w szpitalach, hospicjach, domach pomocy społecznej, ośrodkach dla bezdomnych, przedszkolach, domach dziecka, świetlicach dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych, ośrodkach dla bezdomnych, domach rekolekcyjnych, odwiedzamy chorych i starszych samotnych w ich domach, katechizujemy dzieci.

    Joanna Szubstarska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 września

    Święci męczennicy Kosma i Damian

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Najświętsza Maryja Panna Leśniańska
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    ***
    Święci Kosma i Damian

    Na temat życia tych dwóch świętych nie wiemy niestety nic pewnego. Historia nie pozostawiła po nich żadnych wiarygodnych dokumentów. Istnieją jedynie różne legendy, w których z całą pewnością jest i ziarno prawdy historycznej. Mówią one m.in. o tym, że byli prawdopodobnie bliźniakami. Rodzina dała im solidne wychowanie chrześcijańskie, dzięki któremu zdolni byli do ofiarnego życia, aż do oddania go za wiarę. Być może pochodzili z Arabii. Stamtąd udali się do Syrii, do Cylicji w Małej Azji, by doskonalić się w sztuce lekarskiej. Zamieszkali w Egei, w portowym mieście Cylicji. Byli lekarzami, cieszyli się więc szeroką sławą; leczyli bowiem wielu chorych – również pogan, przez co wielu z nich doszło do Chrystusa.

    Święci Kosma i Damian

    Odznaczali się niezwykłą sumiennością, dzięki czemu stali się wybitnymi lekarzami. Przedmiotem ich troski był każdy potrzebujący ich pomocy, chory człowiek. W szczególny sposób zajmowali się biednymi. Podkreśla się, że za swe usługi nie pobierali zapłaty (stąd źródła wschodnie nazywają ich anargyrami, prawosławni zaś 

    biezsriebriennikami). Uważali, że wszystko mają od Boga i należy to do Boga i Jego stworzeń. Pragnęli postępować zgodnie z poleceniem Zbawiciela: “Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8).
    Godnie i cierpliwie znieśli okrutne tortury, do końca nie wyparli się Chrystusa. Pozostali niezłomnymi do ostatniej chwili swego życia. Do sędziego podczas procesu mieli powiedzieć: “Jesteśmy chrześcijanami”.Według legendy ich męczeństwo miało miejsce ok. 300 r. podczas prześladowań za czasów Dioklecjana. Zginęli w Cyrze (Kyrros) w Syrii, gdzie zostali pochowani. Ich grób od razu zasłynął cudami, a kult wzrastał, czego mamy dowody w piśmiennictwie wczesnochrześcijańskim. Nad grobem męczenników wzniesiono wspaniałą bazylikę, która do czasów przybycia Arabów, a potem Turków, była celem licznych pielgrzymek. Stamtąd ich kult rozpowszechniał się bardzo szybko i objął cały Kościół. W Konstantynopolu cesarz Justynian Wielki (+ 565) wystawił ku ich czci dwie świątynie, gdyż – jak twierdził – dzięki ich wstawiennictwu wyzdrowiał z ciężkiej choroby.
    Już w VI wieku św. Grzegorz z Tours był w posiadaniu ich relikwii. W Rzymie papież św. Symmach (498-514) wybudował ku ich czci oratorium, a papież Feliks IV (526-530) kościół świętych Kosmy i Damiana przy Forum Romanum – dziś jest to główne miejsce ich kultu. Tam znajduje się znaczna część relikwii obu Świętych. Pozostałe relikwie odbierają cześć w różnych miejscach świata; w sposób szczególny w kościele katedralnym w Amalfi, na południu Włoch. Fragment relikwii znajduje się także w Polsce – w cerkwi na Bacieczkach w Białymstoku.
    Święci Kosma i Damian są patronami Florencji, aptekarzy, farmaceutów, lekarzy, chirurgów, akuszerek, dentystów, fryzjerów, fizyków, cukierników, wytwórców substancji chemicznych, mędrców; są też opiekunami fakultetów medycznych, przemysłu chemicznego, ludzi niewidomych i osób chorych na nowotwory; chronią przed epidemiami, przed przepukliną i przed chorobami koni. Ich imiona są wymieniane w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii święci Kosma i Damian przedstawiani są jako ludzie młodzi, ubrani w wytworne szaty, z narzędziami medycznymi, szkiełkami, pudełkami maści, łyżką aptekarską do nabierania maści, moździerzem, laską Eskulapa, a także podczas męczeństwa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 września

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Kleofas, uczeń Pański
    ***
    Błogosławiony Władysław z Gielniowa

    Marcin Jan (takie imiona otrzymał na chrzcie) urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
    W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną św. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci Szymona pełnił zajmowany wcześniej przez niego urząd kaznodziei.
    W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, troszcząc się o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
    Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najbardziej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które – zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) – stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
    Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej. Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem. Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem. Na modlitwę poświęcał wiele godzin. Miał dar łez i ekstaz. Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy. Boso także (w trepkach) odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże. Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
    Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem. Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych. W swoich konstytucjach wyznacza bardzo surowe kary wobec przełożonych, którzy zaniedbują opiekę nad chorymi braćmi. Silnie zabiegał, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by nie ważyli się kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek, zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu. Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób. Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy. Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
    Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję. Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam je układał i uczył wiernych śpiewać. Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Nie tylko sam układał teksty, ale zachęcał do tego także swoich współbraci. Ponadto układał w języku polskim koronki, godzinki i inne nabożeństwa.
    Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny. Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, także Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus. Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.
    W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie. Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek. Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: “Jezu, Jezu!”.
    Zaraz po śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym. 13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardynała-legata papieskiego, Franciszka Commendone, i nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy. W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII. Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otworzyła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.
    Benedykt XIV wydał urzędowy akt beatyfikacji 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300. rocznicą przybycia bernardynów do Polski. W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy. 19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił go głównym patronem Warszawy. Obecnie bł. Władysław jest patronem drugorzędnym, a główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z wizerunku znajdującego się w kościele jezuitów przy archikatedrze na Starym Mieście.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 września

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard, biskup i męczennik
      •  Błogosławiona Kolumba Gabriel, zakonnica
      •  Znalezienie ciała św. Klary
      •  Święta Tekla, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Herman Kaleka
      •  Błogosławiony Antoni Marcin Slomšek, biskup
      •  Święty Pacyfik z San Severino, prezbiter
      •  Święty Liberiusz, papież
    ***
    Kościół katedralny w Bielsku-Białej
    Prawdopodobnie już w chwili lokacji Bielska pod koniec XIII w. istniał w nim drewniany kościółek, otoczony cmentarzem. Wzrost znaczenia miasta i jego rozbudowa skłoniła księcia Wacława I do budowy nowego, murowanego kościoła, wybudowanego w stylu gotyckim w latach 1443-1447. Jego patronem został św. Mikołaj, biskup, uważany w średniowieczu za opiekuna kupców. W 1447 r. kościół ten stał się kościołem parafialnym, a św. Mikołaj – patronem całego miasta. W 1559 r. w wyniku reformacji kościół bielski został zamieniony w zbór protestancki. W ręce katolików wrócił dopiero w 1630 r. W 1659 r. spłonął doszczętnie w wyniku pożaru. Został szybko odbudowany dzięki finansowej pomocy właścicieli Bielska. W 1682 r. powstańczy oddział węgierskiej armii obrabował miasto, nie oszczędzając również kościoła św. Mikołaja.
    Na początku XVIII w. ufundowano nowe, barokowe wyposażenie (m.in. ołtarz główny). W 1750 r., w wyniku uderzenia pioruna, wnętrze kościoła ponownie spaliło się. Wkrótce podjęto jego odbudowę i wyposażono w ołtarz główny i 6 bocznych w stylu barokowym. W 1783 r. zlikwidowano okalający kościół cmentarz. W 1792 r. do kościoła trafił łaskami słynący obraz – cudowna kopia wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. W 1808 r. nastąpił kolejny pożar; kościół odbudowano i ufundowano tym razem barokowo-klasycystyczne wyposażenie. W 1836 r. mniejszy pożar dotknął jedynie dach i wieżę kościoła, oszczędzając jego wnętrze. Ostatni, również niegroźny pożar, miał miejsce w 1860 r.
    W 1893 r. kościół zelektryfikowano (jako pierwszy kościół w diecezji wrocławskiej). W latach 1908-1910, wskutek szybkiego rozwoju miasta i znacznego wzrostu liczby parafian, dokonano rozbudowy dotychczasowej świątyni. Dobudowano drugą część nawy, utrzymaną w stylu neoromańskim. Jej poświęcenia dokonał w 1911 kard. Jerzy Kopp.Po II wojnie światowej, w wyniku migracji ludności, parafia w Bielsku po raz pierwszy w swej historii stała się jednonarodowościowa; dotychczas, zwłaszcza od czasów reformacji, raczej zgodnie koegzystowali w niej Polacy i Niemcy. 25 marca 1992 r. św. Jan Paweł II na mocy bulli Totus Tuus Poloniae Populus powołał do istnienia diecezję bielsko-żywiecką. Tym samym, w 545. rocznicę konsekracji, podniósł kościół św. Mikołaja do rangi katedry, a do rangi konkatedry – kościół Narodzenia NMP w Żywcu. Obecnie ordynariuszem diecezji jest bp Roman Pindel. Pomaga mu biskup Piotr Greger oraz biskupi seniorzy: Tadeusz Rakoczy i Janusz Zimniak.
    Diecezja bielsko-żywiecka zajmuje obszar ok. 3 tys. km kwadratowych, liczy ok. 760 tys. mieszkańców i jest podzielona na 22 dekanaty, obejmujące 210 parafii. Pracuje w niej ok. 550 kapłanów diecezjalnych i ok. 140 zakonnych. Patronami diecezji są św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Kanty i św. Jan Sarkander.
    Najważniejszym wydarzeniem w historii tej diecezji była wizyta św. Jana Pawła II, który 22 maja 1995 r., w trakcie pielgrzymki do Czech, gdzie dzień wcześniej kanonizował św. Jana Sarkandra, odwiedził Bielsko-Białą, Żywiec i Skoczów. Mówił wtedy m.in.:
    Z waszym miastem związany byłem od wczesnego dzieciństwa, gdyż w Białej urodził się mój ojciec, tutaj i w okolicy mieszkali moi krewni, a w bielskim szpitalu pracował mój starszy brat – lekarz; tam też zmarł, służąc chorym. Potem doszły związki innego rodzaju, wynikające z mojej posługi biskupiej w Kościele krakowskim, który jeszcze do niedawna obejmował Białą, aż po rzekę Białkę.
    To, co uderza w Bielsku-Białej, to fakt spotkania i harmonijnego przenikania się tutaj dwóch tradycji kulturowych i kościelnych: to znaczy tradycji krakowskiej i śląskiej. Jest to wielkie bogactwo tego miasta i całego regionu. Ta wielość w jedności stanowi także wielkie bogactwo duchowe nowej diecezji bielsko-żywieckiej. Trzeba, ażebyście, drodzy bracia i siostry, umiejętnie z tych zasobów czerpali, a także ciągle je pomnażali. Niech ta wymiana darów duchowych przyczynia się do pogłębienia i rozwoju życia chrześcijańskiego wszystkich i każdego z osobna!
    Bielsko-Biała jest obecnie nie tylko miastem wojewódzkim, ale także stolicą diecezji, czyli Kościoła lokalnego. To jest nowa jakość w życiu tego miasta. Jest to także jakieś nowe zadanie. Stolica diecezji to nie tylko centrum administracyjne, lecz przede wszystkim centrum duchowego promieniowania na cały region. Życzę więc, aby Bielsko-Biała do tej ważnej roli coraz bardziej dorastała, ku pożytkowi wszystkich.

    2 lipca 1995 r. Ojciec Święty kanonizował także św. Melchiora Grodzieckiego, kapłana pochodzącego z Cieszyna – miasta leżącego na terenie nowo powstałej diecezji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________
    Okruchy historii

    Świątynia katedralna należy do najstarszych zabytków miasta.

    Choć pierwszeństwo w tym względzie przypada pochodzącej najprawdopodobniej z XII wieku świątyni św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Starym Bielsku, gdzie istniała najstarsza bielska parafia.
    W rozwijającym się dynamicznie w średniowieczu grodzie, położonym na szlaku handlowym łączącym Kraków i Morawy, z czasem stanął zamek książęcy, a w jego sąsiedztwie cały kompleks zabudowań miejskich. Tu także, zgodnie z postanowienie fundatora: księcia Wacława I z dynastii Piastów, od 1443 roku powstawał gotycki kościół św. Mikołaja. Był budowany z kamienia i cegły, a konsekrowany został w 1447 roku. Prawdopodobnie zastąpił stojącą w tym miejscu wcześniej drewnianą świątynię.

    Początki parafii
    W tym samym 1447 roku erygowana została parafia św. Mikołaja, która zarazem otrzymała status głównej parafii miasta. Przy kościele św. Mikołaja obok zabudowań plebanii powstał szpital i szkoła. W pierwszym okresie przy świątyni znajdował się cmentarz. Patron parafii, otaczający szczególną opieką kupców, był też patronem miasta.
    Od 1654 r. na mocy dekretu biskupa wrocławskiego Karola Ferdynanda proboszczom bielskim przysługiwał tytuł archiprezbitera, dziekana, a pozostałe świątynie, wznoszone w Bielsku i okolicznych wsiach, m.in. w Wapienicy czy Kamienicy, miały status kościołów filialnych, podobnie jak najstarszy kościół: św. Stanisława w Starym Bielsku.
    W tamtym okresie Bielsko było najdalej wysuniętą w kierunku wschodnim parafią diecezji wrocławskiej. Wskutek zmian politycznych po 1770 r. znalazło się w obrębie wydzielonego przez biskupa wrocławskiego generalnego wikariatu dla austriackiej części tej diecezji, obejmującej głównie teren Śląska Cieszyńskiego. Po 1925 r. wraz z pozostałymi parafiami polskiej części Śląska Cieszyńskiego weszło w skład diecezji katowickiej, a od 1992 r. Bielsko-Biała znalazło się w obrębie utworzonej przez papieża Jana Pawła II bullą „Totus Tuus Poloniae populus” diecezji bielsko-żywieckiej. Mocą tej samej bulli Bielsko-Biała stało się stolica diecezji, a kościół św. Mikołaja został podniesiony do rangi katedry.

    Wnętrze świątyni – widok z chóru.

    ***

    Wstawała z popiołów
    W wyniku reformacji od 1559 r. kościół św. Mikołaja, podobnie jak większość świątyń katolickich na terenie Śląska Cieszyńskiego, znajdował się w rękach ewangelików. Na początku siedemnastego stulecia na wysokości prezbiterium, od strony północnej, dobudowana została kaplica rodowa Sunneghów, którzy jako właściciele Bielska sprawowali też obowiązki kolatorów świątyni. Wspólnocie katolickiej zwrócony został w 1630 r. Od tego roku wznowiona została także działalność szkoły.
    Na przestrzeni wieków świątynia kilkakrotnie padała ofiarą pożarów, które niszczyły ją podobnie jak okoliczną zabudowę miasta. Po pierwszym z pożarów, który dotknął miasto w 1659 r., dzieło odbudowy kościoła wspierał ówczesny właściciel Bielska baron Juliusz Sunnegh. Wtedy powstała pierwsza kościelna wieża, dobudowana do nawy kościoła.
    Kolejny fundator, Juliusz Gotlieb Sunnegh zakupił dla świątyni nowe wyposażenie wnętrza, w tym ołtarze boczne i ołtarz główny z obrazem św. Mikołaja, poświęcone w 1719 r. Radość parafian z nowego wystroju świątyni nie trwała długo.
    Wnętrze kościoła uległo całkowitemu zniszczeniu podczas następnego pożaru, wywołanego w 1750 r. przez uderzenie pioruna. Wtedy zniszczone zostały również dzwony i zegar kościelny. Fundusze na odnowienie zniszczone świątyni przekazał ówczesny właściciel Bielska Aleksander Józef książę Sułkowski, a to dzieło wsparli także zamożniejsi mieszczanie: kupcy i rzemieślnicy. Ród książąt Sułkowskich sprawował opiekę nad świątynią od 1752 roku aż do 1945 roku.

    Wnętrze świątyni – widok od strony ołtarza.

    ***

    Kolejna rozbudowa
    Odbudowany kościół poświęcony został ponownie w 1756 roku. W kolejnych dziesięcioleciach miasto dotknęły trzy trzęsienia ziemi, jednakże nie naruszyły one konstrukcji kościoła w poważniejszy sposób. Ogromne straty spowodował natomiast pożar, do którego doszło w 1808 roku. Spłonęła wówczas cała świątynia z wyposażeniem i plebanią. Gruntowna odbudowa trwała kilkanaście lat, a nowy wystrój wnętrza, obejmujący m.in. ołtarz główny i pięć ołtarzy bocznych, był dziełem wiedeńskich artystów i powstał w stylu późnego baroku i klasycyzmu.
    Kościół w nowej postaci nie przetrwał zbyt długo, ponieważ w 1836 roku doszło do kolejnego pożaru. Tym razem dzieło odbudowy połączone zostało z szeregiem dodatkowych prac budowlanych, w tym dobudowaniem wieży. Czuwał nad nimi ks. dr Mateusz Opolski, który był proboszczem i zarazem pełnił też funkcję generalnego wikariusza cieszyńskiego. Kolejny czas budowlanych zmian, związanych też z adaptacją budowli do nowych rozwiązań technicznych w zakresie oświetlenia i ogrzewania, rozpoczął się pod koniec XIX wieku, kiedy proboszczem został ks. dr Józef Bulowski, sprawujący tę funkcję do 1932 r. Na jego zlecenie powstał kompleksowy projekt przebudowy i poszerzenia świątyni, a autorem tego projektu był Leopold Bauer, znany architekt z Wiednia. W ramach tych prac przedłużona została nawa główna, dobudowano dwie nawy boczne i wysoką wieżę z czterema dzwonami. Wkrótce po wybuchu I wojny światowej dzwony skonfiskowano na potrzeby armii austriackiej, a kolejne padły ofiarą konfiskaty dokonanej przez wojska hitlerowskie. Obecne dzwony ufundowano w 1958 r.
    Wielokrotne odbudowy spowodowały, że w architektonicznej bryle potężnej świątyni odcisnęły się ślady wielu epok i stylów, od zachowanych elementów pierwszej gotyckiej konstrukcji zachowanej w elementach murów prezbiterium czy średniowiecznych pozostałości części nawy, aż po dobudowane w pierwszych latach dwudziestego wieku nawy boczne, część nawy głównej i wejście główne zwieńczone trzema wieżami, a ozdobione portalem z rzeźbionymi postaciami dwunastu apostołów, a także ustawionymi na cokołach figurami patronów: św. Mikołaja, św. Jana Nepomucena i św. Jadwigi Śląskiej. Rozbudowaną świątynię w 1911 roku poświecił biskup wrocławski kard. Jerzy Kopp.

    Wieża wzorowana na kampanili św. Marka w Wenecji.

    ***

    Ze św. Mikołajem i Maryją
    Obecnie w ołtarzu głównym znajduje się obraz św. Mikołaja pochodzący z 1845 roku, a twórcą figury patrona umieszczonej na fasadzie, podobnie jak dwóch pozostałych rzeźb, był artysta Othmar Schimkowitz z Wiednia.
    W wystroju kościoła uwagę zwracają zachowane piękne witraże. Najstarsze, wykonane jeszcze w 1894 roku, przedstawiają m.in. Serce Pana Jezusa, św. Józefa z Dzieciątkiem, św. Annę z Matką Boską. Drugą grupę stanowią secesyjne witraże z 1911 roku autorstwa Ryszarda Halfingera, przedstawiające sceny z życia Pana Jezusa, m.in. pokłon Trzech Króli, a także wydarzenia Triduum Paschalnego.
    Od 1792 r. w kaplicy Sunneghów czczony jest do dzisiaj obraz MB Częstochowskiej, pochodzący z XVII wieku a przywieziony do Bielska przez krewnego właścicieli miasta, Teodora Sułkowskiego. Jego syn, Józef Sułkowski, był adiutantem Napoleona Bonapartego. Przed tym wizerunkiem Matki Bożej często modlił się ks. Józef Stojałowski, twórca licznych bielskich organizacji katolickich i działacz społeczny.
    W nawie boczne od strony północnej kościoła po rozbudowie znalazł się obraz Pana Jezusa w Ogrójcu, a w prawej nawie bocznej znajdują się dziś epitafia Salomei i Zuzanny Rodler z 1622 roku.
    Po wprowadzonych przez ks. Leopolda Pietroszka w latach 60. dwudziestego wieku radykalnych zmianach posoborowych z kościoła zniknęła większość elementów wystroju, a polichromie zamalowano. Od 1983 roku staraniem ks. prał. Zbigniewa Powady przywrócone zostały niektóre elementy, a w 1998 r. zrealizowano według projektu architekta Stanisława Niemczyka dostosowanie prezbiterium do wymogów swiątyni katedralnej. W tym samym czasie zrekonstruowane zostały freski, które w 1936 roku wykonali w kościele św. Mikołaja artyści: Marian Konarski i Michał Gadocha.

    Tabernakulum z motywami eucharystycznymi: rybami, kłosami i winogronami.

    *

    ze strony parafii św. Mikołaja w Bielsku-Białej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 września

    Święty Pio z Pietrelciny, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Linus, papież i męczennik
      •  Błogosławiona Emilia Tavernier Gamelin, zakonnica
    ***
    Święty ojciec Pio

    Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie (na południu Włoch) 25 maja 1887 r. Już w dzieciństwie szukał samotności i często oddawał się modlitwie i rozmyślaniu. Gdy miał 5 lat, objawił mu się po raz pierwszy Jezus. W wieku 16 lat Franciszek przyjął habit kapucyński i otrzymał zakonne imię Pio. Rok później złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne. W 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już wtedy od dawna miał poważne problemy ze zdrowiem. Po kilku latach kapłaństwa został powołany do wojska. Ze służby został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo i tam przebywał aż do śmierci. Był kierownikiem duchowym młodych zakonników.

    Ojciec Pio przed wizerunkiem Ukrzyżowanego

    20 września 1918 r. podczas modlitwy przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego o. Pio otrzymał stygmaty. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiły się otwarte rany – znaki męki Jezusa. Wkrótce do San Giovanni Rotondo zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów i dziennikarzy, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego kapucyna. Stygmaty i mistyczne doświadczenia o. Pio były także przedmiotem wnikliwych badań ze strony Kościoła. W związku z nimi o. Pio na 2 lata otrzymał zakaz publicznego sprawowania Eucharystii i spowiadania wiernych. Sam zakonnik przyjął tę decyzję z wielkim spokojem. Po wydaniu opinii przez dr. Festa, który uznał, że stygmatyczne rany nie są wytłumaczalne z punktu widzenia nauki, o. Pio mógł ponownie publicznie sprawować sakramenty.

    Ojciec Pio ze stygmatami na dłoniach

    Ojciec Pio był mistykiem. Często surowo pokutował, bardzo dużo czasu poświęcał na modlitwę. Wielokrotnie przeżywał ekstazy, miał wizje Maryi, Jezusa i swojego Anioła Stróża. Bóg obdarzył go również darem bilokacji – znajdowania się jednocześnie w dwóch miejscach. Podczas pewnej bitwy w trakcie wojny, o. Pio, który cały czas przebywał w swoim klasztorze, ostrzegł jednego z dowódców na Sycylii, by usunął się z miejsca, w którym się znajdował. Dowódca postąpił zgodnie z tym ostrzeżeniem i w ten sposób uratował swoje życie – na miejsce, w którym się wcześniej znajdował, spadł granat.

    Ojciec Pio odprawiający Eucharystię

    Włoski zakonnik niezwykłą czcią darzył Eucharystię. Przez długie godziny przygotowywał się do niej, trwając na modlitwie, i długo dziękował Bogu po jej odprawieniu. Odprawiane przez o. Pio Msze święte trwały nieraz nawet dwie godziny. Ich uczestnicy opowiadali, że ojciec Pio w ich trakcie – zwłaszcza w momencie Przeistoczenia – w widoczny sposób bardzo cierpiał fizycznie. Kapucyn z Pietrelciny nie rozstawał się również z różańcem.


    Ojciec Pio niedługo przed śmiercią

    W 1922 r. powstała inicjatywa wybudowania szpitala w San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio gorąco ten pomysł poparł. Szpital szybko się rozrastał, a problemy finansowe przy jego budowie udawało się szczęśliwie rozwiązać. “Dom Ulgi w Cierpieniu” otwarto w maju 1956 r. Kroniki zaczęły się zapełniać kolejnymi świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki wstawienniczej modlitwie o. Pio. Tymczasem zakonnika zaczęły powoli opuszczać siły, coraz częściej zapadał na zdrowiu. Zmarł w swoim klasztorze 23 września 1968 r. Na kilka dni przed jego śmiercią, po 50 latach, zagoiły się stygmaty.W 1983 r. rozpoczął się proces informacyjny, zakończony w 1990 r. stwierdzeniem przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych jego ważności. W 1997 r. ogłoszono dekret o heroiczności cnót o. Pio; rok później – dekret stwierdzający cud uzdrowienia za wstawiennictwem o. Pio. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji o. Pio w dniu 2 maja 1999 r., a kanonizował go 16 czerwca 2002 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Przebity zakonnik

    Przebity zakonnik
    KEYSTONE PICTURES /ZUMA PRESS/FORUM

    *****

    Stygmaty były dla świętego ojca Pio źródłem cierpienia, ale też szczęścia. Bóg nigdy nie daje jednego bez drugiego.

    Był piątkowy poranek 23 września 1918 r. Zakonnik klęczał przed krucyfiksem w chórze klasztoru w San Giovanni Rotondo. Nagle ogarnęło go uczucie, jakby zapadał w słodki sen. „Wszystkie zmysły, wewnętrzne i zewnętrzne, jak również wszystkie zmysły duszy zatopiły się w niewysłowionym spokoju. Otaczała mnie całkowita cisza, która ogarnęła także moje wnętrze. Pojawił się pełny spokój i aprobata dla całkowitego wyrzeczenia się wszystkiego oraz wytchnienie od boleści” – relacjonował później w liście do o. Benedetto, swojego kierownika duchowego, datowanym na 22 października 1918 r. W tej chwili ujrzał przed sobą tajemniczą postać. Była podobna do tej, którą widział już wieczorem 5 sierpnia. Spowiadał wtedy kleryków, gdy „niebiańska osoba” przebiła jego duszę jakby rozpalonym sztyletem. Ojciec Pio odczuł wtedy ogromny ból, który trwał dwa dni.

    Teraz jednak Nieznajomy wyglądał inaczej: jego ręce, nogi i bok ociekały krwią.

    „Ten widok mnie przeraził, nie potrafię opisać, co czułem w tamtej chwili. Czułem, że umieram, i zapewne umarłbym, gdyby Pan nie pospieszył mi z pomocą i nie podtrzymywał mego wyrywającego się z piersi serca. Wtedy tajemnicza postać znikła, a ja zobaczyłem, że moje ręce i nogi, i bok zostały przebite i ociekają krwią” – pisał kapucyn.

    Bóg chce więcej

    Zdarzenie to zostało poprzedzone pragnieniem duszy ojca Pio. „Od jakiegoś czasu odczuwam w sobie potrzebę ofiarowania siebie Panu jako żertwy za biednych grzeszników i za dusze czyśćcowe. To pragnienie stale wzrasta w moim sercu do tego stopnia, że stało się ono wręcz moją mocną pasją” – zwierzał się kierownikowi duchowemu. Sama obecność stygmatów była dla zakonnika cierpieniem. Po raz pierwszy otrzymał je już we wrześniu 1910 roku, gdy miał 23 lata. W tamtym czasie jednak Bóg wysłuchał jego próśb i mistyczne znaki ukrył przed oczyma ludzi.

    Po śmierci ojca Pio znaleziono jego notatkę z 21 marca 1912 roku: „Od czwartku wieczorem aż do soboty, a także i we wtorki przeżywam bolesny dramat. Czuję, że me serce, ręce i nogi przeszywa jakaś szpada. Czuję jednak ból i nic więcej”.

    We wrześniu 1918 roku Bóg chciał jednak, żeby było „więcej”. Rany stały się widoczne. Stygmaty nie dały się zaleczyć, ale nie ropiały, a wokół nich unosił się delikatny zapach kwiatów. Ojciec Pio starał się je ukryć, dlatego na rękach stale miał półrękawiczki.

    Kapucyn nosił na swoim ciele jeszcze jedną ranę. Wspomniał o niej księdzu z Polski, Karolowi Wojtyle. Do spotkania obu przyszłych świętych miało dojść w San Giovanni Rotondo w kwietniu 1948 r. Młody kapłan zapytał podobno kapucyna, która z ran sprawia mu najwięcej cierpienia. Zakonnik miał mu się zwierzyć, że „ta na ramieniu, o której nikt nie wie i która nie jest opatrywana”. Chodziłoby zatem o ranę, którą u Chrystusa spowodowała belka krzyża. Informację o tym zdarzeniu podaje Francesco Castelli w swojej książce „Przesłuchanie Ojca Pio. Odtajnione archiwa Watykanu”.

    Dystans i niedowierzanie

    Zachowało się zdjęcie z tamtego czasu, na którym o. Pio prezentuje stygmaty na dłoniach. Była to ostatnia rzecz, jaką zrobiłby z własnej woli. Tego jednak zażądał przełożony. Widać po twarzy, jak zawstydzony i zażenowany jest przyszły święty.

    Pierwszym badającym stygmaty ojca Pio był miejscowy lekarz Andrea Cardone. Stwierdził na obu dłoniach kapucyna obecność dziur o około półtoracentymetrowej średnicy. Ręce były przebite na wylot tak, że z drugiej strony prześwitywało światło. Sprawdzając, czy rany są zabliźnione, włożył w jedną z nich kciuk i palec wskazujący, próbując zetknąć palce ze sobą. „Doktorze! Jesteś jak święty Tomasz. Mnie te rany bolą!” – wykrzyknął nietypowy pacjent.

    Po Italii gruchnęła wieść o zakonniku, który nosi na ciele rany Chrystusa. Do San Giovanni Rotondo zaczęły ściągać tłumy ludzi. Każdy chciał zobaczyć ojca Pio, wielu też pragnęło się u niego wyspowiadać, jako że znany stał się również jego dar czytania w duszach. „Nie mam wolnej minuty, a cały czas poświęcam na wydzieranie braci z sideł szatana. Przybywają tu nieprzeliczone rzesze ludzi ze wszystkich klas społecznych i obu płci tylko w tym celu, by się wyspowiadać, i tylko o to mnie proszą. Zdarzają się tu wielkie nawrócenia” – pisał święty w czerwcu 1919 roku.

    San Giovanni Rotondo z sennego miasteczka przeobraziło się w centrum pielgrzymkowe. Kościół jednak, dopóki się nie upewni, na takie „pielgrzymki”, a jeszcze bardziej na ich przyczynę, z zasady spogląda z rezerwą. Nie inaczej było w tym przypadku. Kilkanaście lat temu włoski watykanista Francesco Castello, wykładowca historii Kościoła, opublikował odnalezione w archiwach watykańskich zeznania, jakie w czerwcu 1921 r. składał pod przysięgą ojciec Pio. Przesłuchiwał go wówczas wysłannik Świętego Oficjum bp Carlo Rossi. Watykański wizytator był zimny, skryty, a nawet, czego nie ukrywał, uprzedzony do zakonnika. 15 czerwca o godzinie 17 zwrócił się do ojca Pio słowami: „Proszę zeznać wyłącznie na okoliczność tak zwanych stygmatów”.

    Ojciec Pio był świadom, że stoi przed uprawnionym przez Chrystusa reprezentantem Kościoła. Widać to jasno w treści zeznań. Odpowiadał prosto i zwięźle. Bez protestu i z pokorą poddawał się oględzinom stygmatów i przeszukiwaniu pokoju.

    Weź udział

    Oświadczenie świętego zawiera nieznane wcześniej ważne szczegóły dotyczące stygmatów. Ojciec Pio mówił: „20 września 1918 roku po odprawieniu Mszy, gdy zatrzymałem się w chórze na stosowne dziękczynienie, dostałem nagle wielkich dreszczy na całym ciele. Potem nastał spokój i zobaczyłem Naszego Pana w postawie jak na krzyżu, choć miałem wrażenie, że nie było krzyża, skarżącego się na brak wzajemności u ludzi, szczególnie u tych, którzy Mu się poświęcili i przez Niego są szczególnie umiłowani. Widać było, że cierpi i chce, by dusze ludzkie dzieliły z Nim Jego cierpienie. Zapraszał mnie, abym przejął się Jego cierpieniem i medytował nad nim, a jednocześnie troszczył się o zbawienie braci. Na te słowa poczułem się przepełniony współczuciem dla cierpiącego Pana i zapytałem Go, co mógłbym zrobić. Usłyszałem głos: »Weź udział w mojej Męce«. Po tych słowach, gdy wizja się skończyła, wszedłem w głąb siebie i rozpamiętywałem to, co się wydarzyło. Wtedy zobaczyłem te znaki, z których kapały krople krwi. Przedtem nic takiego nie miałem”.

    Dwa dni później biskup w towarzystwie lekarza badał stygmaty. Ich wygląd został dokładnie opisany, a sam ojciec Pio wyjaśnił, co czuje z ich powodu. „Ciągły ból. Nieraz nie mogę go wytrzymać. Często towarzyszy mu bardzo wysoka gorączka. Czuję się wtedy jak w piecu” – mówił.

    „Dlaczego stygmaty wydzielają specyficzny, podobny do aromatu lilii zapach? To perfumy?” – pytał biskup. Odpowiedź: „Nie, w celi nie mam nic prócz mydła”. Kolejne pytanie: „Jakie umartwienia poza tymi, które są nakazane wszystkim, ojciec podejmuje?”. „Żadne. Przyjmuję te, które zsyła mi Pan” – czytamy.

    Wreszcie biskup zapytał: „Czy ojciec przysięga na świętą Ewangelię, że nigdy nie spowodował żadnych zmian na swojej skórze?”. Przejmująca jest reakcja ojca Pio. „Przysięgam, na miłość Boską. Na miłość Boską! O, jakże byłbym wdzięczny Panu, gdyby mnie od tego uwolnił!” – zawołał.

    Wobec rezerwy bp. Rossiego wymownie brzmi jego końcowe oświadczenie, w którym potwierdził autentyczność stygmatów ojca Pio: „Stygmaty są. Stoimy przed faktem i trudno go kwestionować”.

    Nawet ślady znikły

    Raport biskupa Rossiego nie zamknął sprawy. Stygmaty ojca Pio były badane jeszcze wielokrotnie przez komisje składające się z lekarzy wierzących i niewierzących. Przed kapucynem była jeszcze próba posłuszeństwa po tym, jak władze kościelne, dmuchając na zimne, zakazały mu wszelkich wystąpień publicznych, a nawet spowiadania. Święty przeszedł ją z pokorą. Postawa ojca Pio ostatecznie przekonała Święte Oficjum co do autentyczności jego stygmatów.

    Rany na ciele świętego krwawiły przez 50 lat. W 1966 roku zaczęły stopniowo znikać. 22 września 1968 roku widać było już tylko stygmat na lewej dłoni. Tego dnia święty odprawił swoją ostatnią Mszę. Następnego dnia odszedł do nieba. Na jego ciele nie znaleziono po stygmatach nawet małej blizny. Pozostał za to trwały ślad w duszach niezliczonych chrześcijan, którzy duchowo skorzystali ze świętości ojca Pio. I korzystają do dziś.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ____________________________________
    Ojciec Pio – sługa konfesjonału

    Ojciec Pio – sługa konfesjonału
    Sanktuarium w San Giovanni Rotondo. Kościół z zachowanym konfesjonałem ojca Pio/ fot.Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    *****

    To nie cudowne przenikanie duszy penitenta, czytanie z wnętrz ludzkich ani szorstkie traktowanie grzesznika, który unika przemiany, czyniło ze świętego ojca Pio charyzmatycznego spowiednika, lecz upór w doprowadzeniu człowieka do misterium zmartwychwstania.

    Przez ciemności nocy przesuwa się tłum pielgrzymów, któremu towarzyszy światło. Pochodnie, lampiony, latarki pomagają nie potknąć się na drodze krzyżowej, która w cieniu wysokich drzew biegnie zboczem wzgórza Castellano. Wije się serpentynami w górę, przecinając „schody do nieba”, jak nazwano szeroki kamienny trakt o długości 150 metrów. Wielu pielgrzymów wraca nimi na przykościelny plac. Francesco Messina, projektant i wykonawca tej drogi, której budowę rozpoczęto w 1967 roku, osiemnaście lat wcześniej, po spotkaniu z ojcem Pio, przeżył nawrócenie. Cztery lata później poświęcił ją arcybiskup Neapolu, kardynał Corrado Ursi. Przy piątej stacji ojciec Pio zastępuje Szymona Cyrenejczyka i pomaga Chrystusowi nieść krzyż. Trudno lepiej oddać rolę włoskiego mistyka w drodze krzyżowej Chrystusa. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę sakrament pokuty i pojednania, którego był niestrudzonym szafarzem, zwanym często „więźniem konfesjonału”. Od tego założenia trzeba wyjść, aby właściwie zrozumieć, dlaczego ojciec Pio był spowiednikiem, oględnie mówiąc, specyficznym.

    Czy szorstki, chwilami niemiły spowiednik, który potrafi odesłać penitenta bez rozgrzeszenia, może być skuteczny? Owszem, o ile nazywa się ojciec Pio.

    Szorstki święty

    Spowiedź u niego rzadko trwała dłużej niż pięć, sześć minut. Ba, stosunkowo często kończyła się po kilku sekundach… wyrzuceniem penitenta. „Siedział na krześle, często opierając stopę o dolną część klęcznika lub ramię o jego górną część” – napisał Luigi Peroni w dwutomowej biografii świętego, dodając: „Czasami bawił się dużą, błękitną chustką, a czasami sprawiał wrażenie skupionego na starannym wydzielaniu porcji tabaki. Gdy słuchał spowiadającego się penitenta, często utkwiwszy w nim spojrzenie, powolnym ruchem uderzał się w pierś. Słuchał uważnie; rzadko przerywał, prosząc o sprecyzowanie wypowiedzi. Tuż przy konfesjonale ci, którzy czekali na swoją kolej, aby się wyspowiadać, stali pogrążeni w głębokim milczeniu. Jakże inaczej odczuwali istotę sakramentu, do którego wielokrotnie w innych miejscach zbliżali się z nadmierną lekkością”. Te odmienne niż zazwyczaj emocje mogły towarzyszyć penitentom z rozmaitych przyczyn – spowiednik znany był przecież zarówno z nadzwyczajnych darów, dzięki którym przenikał duszę spowiadającego się – wiedząc nawet, co ten ukrywa, jak i z szorstkiego momentami zachowania. Stąd oczekiwanie na spowiedź często było nerwowe i pełne niepokoju, nierzadko towarzyszyło mu drżenie i strach. „Święta szorstkość ojca Pio” – zatytułowano jedną z ulotek rozpowszechnianych wśród członków Grup Modlitwy ojca Pio, w której przytoczono słowa kapucyna wypowiedziane do jednego ze współbraci, którego odprawił z konfesjonału bez rozgrzeszenia: „Jak bardzo cierpiałem! Tak bardzo chciałem go objąć!”. Te szorstkie, czasem obcesowe zachowania nazywał „kuksańcami”, którymi przywołuje do porządku swoje dzieci. Czy w epoce, w której neguje się stosowanie jakichkolwiek kar, a cielesnych szczególnie, wobec dzieci, ten typ spowiednika miałby kogo spowiadać? Czy garnęłyby się do niego tłumy? Czy przełożeni nie kazaliby mu powtarzać studiów pastoralnych? Trudno stwierdzić. Zapewne podręczników do penitencji pisać nie powinien, co nie znaczy, że ci, których wyspowiadał, mają czego żałować. I że żałować nie powinni ci, którzy spowiedzi u niego nie dostąpili.

    Ciężki krzyż trybunału

    Ponoć święty z San Giovanni Rotondo powtarzał często, że zasiadanie „w trybunale konfesjonału” jest bardzo trudnym obowiązkiem. Skojarzenie z Cyrenejczykiem nasuwa się po raz drugi – czy „przymuszony” do zmiany planów, napotkany po drodze zmęczony wędrowiec obarczony krzyżem przeszedłby w jakikolwiek inny sposób do historii? Robert Janson, słynny polski muzyk, na jednej ze swoich płyt nagrał piosenkę „Father Pio”. Zaśpiewał: „Ojcze Pio. Przyszedłem do Ciebie, gdyż cierpię (…) Między dziecięcymi grami i wojnami kretynów, między torturami i ulgą pomóż mi znaleźć mój dom”. W tej literackiej wizji święty ojciec Pio odpowiada: „Synu, jesteś tylko narzędziem losu, małym kawałkiem wieczności. Synu, możesz zmienić swoją drogę. Wszystko, co masz do zrobienia, to zmienić siebie”. Jansonowi udało się uchwycić sedno charyzmatu świętego spowiednika. Choć towarzyszyły mu cudowności, których większość posługujących w sakramencie pokuty i pojednania nie doświadcza, nie one były najważniejsze. Owszem, pomagały w różnych momentach. Na przykład wtedy, gdy pewien mężczyzna nie był w stanie przypomnieć sobie, ile czasu upłynęło od jego ostatniej dobrej spowiedzi. Wiedział doskonale, że jego spowiedzi od wielu lat były świętokradcze, ponieważ przystępował do nich właściwie tylko ze względu na swoją żonę. Ojciec Pio pomógł mu natychmiast, przypominając, że jego ostatnia dobrze odprawiona spowiedź miała miejsce zaraz po powrocie z podróży poślubnej.

    Największym jednak charyzmatem spowiednika nie było przypominanie przeszłości, lecz pomoc w wewnętrznej przemianie. Wszystko, co masz do zrobienia, to zmienić siebie, zdawał się mówić kapucyn z San Giovanni Rotondo.

    Jeśli więc przed tą zmianą uciekałeś, a pomimo tego klękałeś przy kratkach konfesjonału, trudno mu się dziwić, że cię odsyłał. Nie da się pomagać Chrystusowi nieść krzyża, nie biorąc go jednocześnie na swoje ramiona!

    Zmartwychwstanie grzesznika

    W siódmym roku swojego pontyfikatu Jan Paweł II podpisał adhortację apostolską Reconciliatio et poenitentia poświęconą tematyce sakramentu pokuty i pojednania. Napisał w niej między innymi, że każdy człowiek jest jak syn marnotrawny „owładnięty pokusą odejścia od Ojca, by żyć niezależnie; ulegający pokusie; zwiedziony ową pustką, która zafascynowała go jak miraż; samotny, zniesławiony, wykorzystany, gdy próbuje zbudować świat tylko dla siebie; w głębi swej nędzy udręczony pragnieniem powrotu do jedności z Ojcem”. To udręczenie człowieka pragnieniem powrotu zdawało się w życiu ojca Pio być główną przyczyną umiłowania posługi w konfesjonale. Peroni napisał: „Słowa: Ego te absolvo (Ja odpuszczam tobie grzechy) często wypowiadane przez spowiednika z wysiłkiem, przerywanym głosem, i ręka, która wzniesiona w geście rozgrzeszenia, nierzadko opadała jakby obciążona tajemniczym ciężarem, stanowiły żywy symbol tragedii penitenta i spowiednika. Jednak wraz z wypowiadaniem kolejnych słów formuły odpuszczenia grzechów poczucie odprężenia i radości napełniały spowiednika i penitenta, ponieważ zostały odrzucone więzy z szatanem, zaś drogi wiodące do życia wiecznego zostały przetarte na nowo. Misterium wielkanocne, misterium zmartwychwstania grzesznika zostały prawdziwie odprawione”.

    Znów przypomina się droga krzyżowa ze wzgórza Castellano: na jej początku ustawiono figurę świętego ojca Pio. Na jej końcu – zmartwychwstałego Chrystusa. Trudno bardziej obrazowo przedstawić życie i posługę świętego kapucyna jako „więźnia konfesjonału”. Ojciec Tarcisio z Cervinary ujął to dosadnie: „Stygmatyk z Gargano jest jedynym widzialnym znakiem pośród tysięcy udzielających sakramentu pokuty, który symbolizuje misterium męki i zmartwychwstania Chrystusa”.

    Nauczyciel spowiedników

    Czy faktycznie spośród tysięcy udzielających sakramentu pokuty i pojednania ojciec Pio był „jedynym”, jak to ujął Tarcisio, „widzialnym znakiem”? Trudno ocenić. Sakrament pokuty przynależy do najbardziej intymnych spotkań człowieka z Bogiem, w których – pomimo intymności – uczestniczy trzecia osoba. Jakkolwiek by nie interpretować zachowań świętego zakonnika w konfesjonale, zamiast dziwić się (czy gorszyć!) pozornym brakiem empatii wobec zestresowanego penitenta, warto raczej wsłuchać się w to, co sam o spowiedzi mówił. Zawsze po zakończeniu spowiadania udawał się do kościoła, gdzie długo się modlił skoncentrowany przede wszystkim na ogromnej odpowiedzialności, której się podjął, odpuszczając grzechy. Tę zasadę warto przypominać zarówno współczesnym penitentom, jak i ich spowiednikom. „Szukam najważniejszego błędu” – tłumaczył kapucyn, dodając: „Szukałem przez całe życie, lecz nie mogłem go znaleźć. Odchodzę od konfesjonału i oto pojawia się wątpliwość: czy dobrze wykonałem swoje zadanie, czy może źle? I nie mogę znaleźć argumentów, które by mnie oskarżały, ani takich, które by mnie usprawiedliwiały. Potrząsam głową i idę naprzód, łudząc się tym, aby uspokoić duszę. Spowiadam i mówię, że wyspowiadałem, nawet jeśli w wielu przypadkach popełniłem błąd, ale wątpliwość nigdy mnie nie opuszcza. Sądzisz, że to niewielkie cierpienie? Dręczy mnie to w dzień i w nocy i zadaję sobie pytanie, kim jestem? Nie wiem. Tym, który sam siebie łudzi? Nie wiem”. Biorąc pod uwagę obiegowe opinie na temat surowości ojca Pio jako spowiednika, skądinąd uzasadnione, trzeba przyznać, że powyższe słowa, będące zapisem wewnętrznego zmagania spowiednika, świadczą przede wszystkim o tym, jak poważnie traktował pełnioną przez siebie posługę. Nie o cukierkowate skojarzenia czułych pocieszeń wszak powinno chodzić, ale o przemianę człowieka. A zarówno ci penitenci, którym ojciec Pio rozgrzeszenia udzielił, jak i ci, którym go odmówił, odchodząc od konfesjonału, byli przekonani, że nie wydarzyło się nic rutynowego czy banalnie formalnego, ale dokonał się właśnie akt prawdziwej walki o siebie. To kolejna nauka zarówno dla spowiedników, jak i dla spowiadających się: zamiast tracić czas na pocieszanie, warto zająć się konkretną pomocą w walce. Bo bez niej – w kontekście grzechu – ani rusz. O ile chce się poważnie potraktować siebie, „w głębi swej nędzy udręczonego pragnieniem powrotu do Ojca”.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________

    Kapucyn o imieniu Pio

    Stygmatyk z Pietrelciny znany jest powszechnie jako charyzmatyczny spowiednik i wybitny kierownik duchowy. Na sprawowane przez niego Msze święte przybywały tłumy. Był także zakonnikiem, bratem mniejszym kapucynem. Czym charakteryzowało się jego podejście do zakonu, w którym wzrastał duchowo, cierpiał i umarł szczęśliwy?

     

     Archiwum “Głosu Ojca Pio”

    Francesco (Franciszek) Forgione – przyszły Ojciec Pio – dzięki danym mu od Boga duchowym wizjom, jeszcze przed wstąpieniem do zakonu zrozumiał, że jego życie będzie walką, duchową walką z wrogiem zbawienia i nieprzyjacielem człowieka – diabłem. Jednakże w kampanii tej zajął miejsce po stronie Zwycięzcy, a poprzez mistyczne widzenia poznał także, że zawsze może liczyć na Boże wsparcie, które wyprowadzi go z każdej trudności.

    Pragnienia

    Ojciec Pio, jak wspominał, od najmłodszych lat czuł wyraźne powołanie do życia zakonnego, a doznawane wizje określały tylko tę specyficzną drogę, na której nigdy nie będzie sam.

    Jednym z najważniejszych źródeł poznania początków życia zakonnego zaledwie piętnastoletniego Francesco był jego autobiograficzny list z 1922 roku – a więc napisany niespełna dwadzieścia lat po rozpoczęciu drogi zakonnej. W tym niezwykle cennym piśmie zanotował pełne przejęcia słowa, które niczym w soczewce skupiają jego doświadczenie sprzed wstąpienia do zakonu kapucyńskiego: „Gdzie mógłbym lepiej służyć Ci, o Panie, jeśli nie w klasztorze, pod sztandarami Biedaczyny z Asyżu? A On, widząc moje zakłopotanie, uśmiechnął się, a uśmiech ten pozostawił w moim sercu niewypowiedzianą rozkosz. Wtedy poczułem, że jestem naprawdę blisko; wydało mi się, że dostrzegam cień, a moje ciało i całe moje jestestwo rozradowało się w swoim Zbawicielu, w swoim Bogu. I poczułem wówczas dwie siły w swoim wnętrzu, ścierające się gwałtownie ze sobą i rozrywające mi serce: jedną był świat, który chciał mnie zagarnąć dla siebie, a drugą Bóg, który wzywał mnie do nowego życia”.

    Szczera chęć podjęcia życiowego zadania, jakim niewątpliwie jest powołanie zakonne, wyrażała się u młodego Pio widocznym zaangażowaniem i gorliwością, w której trudno było komukolwiek mu dorównać. Choć nowicjacki rygor nie należał do łatwych (m.in. z uwagi na surowe zasady wprowadzone przez jego mistrza nowicjatu – o. Tommaso z Monte Sant’ Angelo), młody nowicjusz z Pietrelciny pościł więcej, niż było to wymagane, oraz praktykował nocne czuwania i biczowania. Wszystko to było ewidentnym przejawem jego skłonności do umartwienia – niezwykle ważnej broni w walce duchowej.

    Cytowany powyżej autobiograficzny list kończą zdania ukazujące gorliwość, jakiej nie sposób zbagatelizować. Pio pisze do adresata listu (dziś nie ma pewności, kto nim był) następujące słowa: „Pomódl się więc za mnie do Niego, aby wyświadczył mi łaskę, żebym stał się synem nie mniej godnym niż św. Franciszek; abym stał się przykładem dla moich współbraci, aby zapał trwał ciągle i wzrastał we mnie zawsze, tak bym stał się doskonałym kapucynem. Polecam Cię Najświętszemu Sercu Jezusa i błogosławię z wielką miłością”.

    Upragniony dzień pierwszych ślubów zakonnych nadszedł 22 stycznia 1904 roku. Wtedy to młody Pio stał się zakonnikiem – spełniło się jego wielkie marzenie. Do klasztoru nowicjackiego w Morcone przybyła jego mama i inni krewni. Po złożeniu profesji zakonnej na ręce ministra prowincjalnego – o. Pio z Benewentu – młody neoprofes zachowywał milczenie i powściągliwość, co wprawiło jego rodzinę w niemałe zakłopotanie. Gdy jego matka zrozumiała, że w tym momencie skierował on swoją duszę w stronę Boga i odtąd rzeczy światowe będzie zostawiał raczej za sobą, powiedziała do niego: „Teraz jesteś już prawdziwym synem św. Franciszka!”.

    Realizacja

    Gorliwość w podejściu do życia duchowego szła u brata Pio w parze z oddaniem w wypełnianiu zwyczajnych obowiązków. Podczas studiów, gdy nie brakowało pracy intelektualnej i fizycznej (młodzi bracia byli często proszeni do pomocy w kuchni, ogrodzie i w innych prostych posługach klasztornych), młody zakonnik często dawał z siebie więcej, niż mógł. Pewnego razu, gdy przy jakiejś budowie trzeba było przenosić kamienie z jednego miejsca w inne, im bardziej był zmęczony, tym większe kamienie brał na siebie. Ta jego swoista „taktyka” wprawiała w zdziwienie współbraci, którzy raczej chętnie sięgali po najlżejsze egzemplarze.

    Powyższa cecha ujawniała się także w życiu duchowym brata Pio. Podczas studiów męczyły go znaczne wątpliwości. Jednak nie wynikały one ze skrupułów związanych z niepewnością co do słuszności własnego postępowania. Nie były podyktowane także strachem przed Bogiem, paraliżującym tych, którzy noszą w sobie Jego nieprawdziwy obraz, uważając Go za bezlitosnego sędziego. Wątpliwości, które przeżywał, spowodowane były tylko obawą, aby nie rozczarować Boga swoją osobą. Pragnął on bowiem zrobić więcej i lepiej, niż jest to możliwe.

    Pio nie chciał być po prostu kapucynem, ale doskonałym kapucynem i wzorem dla współbraci. Nie realizował jednak tego programu, by zdobyć pozycję, posłuch i podziw w środowisku. Był głęboko przekonany, że szczere życie Regułą św. Franciszka z Asyżu, przestrzeganie zakonnych Konstytucji i tradycji to jego droga do świętości. Zawsze przed czasem przychodził na modlitwy, po nich często ostatni wychodził z zakonnego chóru, chętnie rozmawiał z braćmi podczas rekreacji i angażował się w życie wspólnoty braterskiej. Na szczególną uwagę zasługuje także głęboka więź łącząca go z kierownikiem duchowym i spowiednikiem, dzięki której mógł wzrastać duchowo, korzystając z doświadczenia braci, którzy mu towarzyszyli.

    Czytając listy Ojca Pio, nie sposób nie ulec przekonaniu, że przynależność do zakonu kapucyńskiego była dla niego realizacją pięknego marzenia. Szczególnie wyraźnie, a jednocześnie dramatycznie ukazuje to sytuacja, która zdarzyła się 7 grudnia 1911 roku. Wtedy z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Pio zmuszony został do opuszczenia klasztoru, w którym mieszkał, i udania się na tymczasowy odpoczynek do Pietrelciny. Zapowiedź tego zdarzenia otrzymał podczas duchowej wizji od samego św. Franciszka, któremu się żalił: „O seraficki mój Ojcze, wyrzucasz mnie z Twojego zakonu? Nie jestem już Twoim synem? Pierwszy raz, kiedy mi się objawiasz, święty ojcze Franciszku, mówisz mi, abym poszedł do tej ziemi wygnania? Ale, Jezu mój, pomóż mi… A jaki ukażesz mi znak, że mnie tam chcesz? Odprawię mszę… Dobrze, mój Jezu, niech Tobie będą dzięki”.

    Sytuacji, w których Ojciec Pio musiał opuszczać klasztor, było niestety wiele, a jego reakcje na nie ujawniają jego wewnętrzne nastawienie do życia zakonnego i są niezwykle cennymi świadectwami. W liście do Raffaeliny Cerase z 15 czerwca 1914 napisał: „Jak słodko jest żyć w cieniu Pana – tam, w świętym konwencie! Być może stałem się niegodny, aby odpoczywać w tym świętym miejscu, do którego z taką miłością mnie powołał. Dlatego z powodu mojej niewdzięczności Pan jakby na siłę chciał mnie stamtąd oddalić. Niech się stanie Jego wola, bo wszystko, co rozkazuje, jest słuszne!”.

    Miesiąc później relacjonował boleśnie: „Nie potrafię powstrzymać łez, czując się niemal siłą wyrzuconym z klasztoru, do którego Pan miłosierny z ogromną miłością mnie powołał. To wspomnienie jest dla mnie jak miecz, który przebija moje serce, powodując nieustanną agonię”.

    W kontekście licznych wyrazów nieufności co do chorób Ojca Pio wygłaszanych przez sceptycznie nastawionych do niego ludzi, trudno wyobrazić sobie bardziej szczere wyznania tego zakonnika, który nie tylko pragnął autentycznego życia franciszkańskiego, ale chciał być nade wszystko doskonałym kapucynem.

    Aktualizacja

    Jedną z największych tajemnic życia Ojca Pio było niewątpliwie jego doświadczenie cierpienia. To ono w sposób zupełnie szczególny stało się narzędziem jego duchowej walki, ale także, co znamienne, troski o współbraci! Przyjmował je jako wynagrodzenie za innych. Pewnego razu w liście do Raffaeliny Cerase zapisał: „Tak, oby nasz najsłodszy Jezus zechciał ekskomunikować mnie, odłączyć od Niego. Niech mnie opuści i pozostawi w ramionach obelg i cierpień przeznaczonych dla moich braci. Niech wymaże mnie nawet z księgi życia, byleby tylko zbawił moich braci, mych towarzyszy wygnania, i byle mi nie odmówił swej miłości i łaski, od której nic nigdy nie będzie w stanie mnie oddzielić”.

    To bardzo mocne wyznanie nie było jedynie pobożną deklaracją. Liczne przykłady oddania braterskiej wspólnocie dowodziły autentyczności postawy tego wyjątkowego zakonnika.

    Podczas poszukiwania w pozostawionej przez niego korespondencji aktualnych podpowiedzi od starszego współbrata, jak dziś prowadzić życie zakonne, nie sposób nie zwrócić uwagi na list skierowany 12 września 1968 roku do papieża Pawła VI. Zamieszczone w nim słowa o umiłowanym zakonie posłużyć mogą niewątpliwie za cenną wskazówkę dla kapucynów XXI wieku: „Zakon kapucynów zawsze stał w pierwszym szeregu w okazywaniu miłości, wierności, posłuszeństwa i oddania Stolicy Apostolskiej. Proszę Pana, by takim pozostał i trwał w tradycji religijnej prostoty i powagi, ubóstwa ewangelicznego, wiernego przestrzegania reguły i konstytucji, odnawiając się zarazem duchowo dzięki swej witalności zgodnie ze wskazaniami Soboru Watykańskiego II, by był coraz lepiej przygotowany do zaradzania potrzebom matki Kościoła na każdy znak Waszej Świątobliwości”. Te szczere i jakże mocne w wyrazie słowa z pewnością rzucają bezcenne światło także na dzisiejszą potrzebę odnowy w charyzmacie franciszkańsko-kapucyńskim.

    Noc, podczas której Ojciec Pio zmarł, była świadkiem dwóch znaczących wydarzeń dopełniających obrazu zakonnika. Miał on świadomość, że jego osoba i życie, a nade wszystko licznie gromadzące się tłumy wiernych były niemałym wyzwaniem dla wspólnoty braterskiej, w której żył. Około wpół do pierwszej w nocy, po przystąpieniu do spowiedzi, do spowiadającego go i towarzyszącego mu tej nocy o. Pellegrino z Sant’ Elia a Pianisi powiedział: „Jeśli Pan powoła mnie dzisiaj, poproś współbraci o przebaczenie za wszystkie przykrości, jakich im przysporzyłem. Poproś też współbraci i dzieci duchowe, aby odmówili modlitwę za moją duszę”. Ta pełna pokory, szczera postawa musiała w takim momencie przemawiać z wielką siłą. Ojciec Pio często wspominał, że ma się za największego grzesznika. Choć przeczyły temu tłumy, on wolał przepraszać i raz jeszcze prosić o modlitwę za siebie.

    Po tym akcie wyznał, że chce jeszcze odnowić śluby zakonne. Była to jedna z ostatnich czynności w jego życiu. Jednak i tu wykazał się pragnieniem bycia doskonałym kapucynem, gdy poprosił o. Pellegrino: „Najpierw mów ty… będę powtarzał za tobą…”. Spowiednik skomentował to później w następujący sposób: „Tak, jakby chciał być dokładniejszy, albo nie ufając już własnej pamięci, chciał oprzeć się na mojej”.

    Teraz my

    Święty Ojciec Pio inspiruje od ponad stu lat! Inspirował jako młodzieniec, jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, inspirował jako charyzmatyczny spowiednik i kierownik duchowy. Prowadził do Boga istne rzesze – pośród nich także swoich współbraci. Życie zakonne w każdej epoce potrzebuje odnowy. Na przestrzeni setek lat różnie ona wyglądała. Nawet złote wieki zakonu franciszkańskiego potrzebowały prawdziwych świadków! Ojciec Pio, jako brat mniejszy kapucyn, nie tylko może być, ale jest wzorem realizacji zakonnego powołania. Drogi, która zawsze inspiruje, gdy jest przeżywana autentycznie.

    Brat Wojciech Czywczyński – kapucyn, wicedyrektor Wydawnictwa Serafin, zastępca redaktora naczelnego „Głosu Ojca Pio”. Współbrat Ojca Pio/źródło: Głos Ojca Pio nr 1 (133) styczeń/luty 2022

    ______________________________________________________________________________________________

    Tajemnica stygmatów Ojca Pio

    W 2018 r. minęło 100 lat od chwili, kiedy Ojciec Pio podczas modlitwy w chórze zakonnym przed krucyfiksem otrzymał stygmaty: 5 ran na rękach, boku i nogach – w miejscach ran Jezusa Chrystusa zadanych Mu w czasie ukrzyżowania. Jak obliczyli lekarze, którzy go wielokrotnie badali, z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3,4 tys. litrów krwi. Po śmierci Ojca Pio, 23 września 1968 r., rany zniknęły bez śladu, a według raportu lekarskiego, ciało było zupełnie pozbawione krwi.

    o. Pio
    św. Ojciec Pio
     Archiwum Głosu Ojca Pio

    *****

    Chwilę, w której Ojciec Pio otrzymał ten niezwykły dar od Boga, opisał później w liście tak: „Ostatniej nocy stało się coś, czego nie potrafię ani wyjaśnić, ani zrozumieć. W połowie mych dłoni pojawiły się czerwone znaki o wielkości grosza. Towarzyszył mi przy tym ostry ból w środku czerwonych znaków. Ból był bardziej odczuwalny w środku lewej dłoni. Był tak wielki, że jeszcze go czuję. Pod stopami również czuję ból”.

    Dowiadujemy się tego m.in. z najnowszej biografii ilustrowanej pt. „Ojciec Pio. Potęga świętości”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Biały Kruk.

    „Ojciec Pio – zdradza współautor książki br. Maciej Zinkiewicz OFMCap – prosił Pana Boga wręcz o to, aby mu zabrał te widoczne znaki i zostawił tylko ból i cierpienie za grzeszników. Zwierzał się swojemu spowiednikowi, że nie chce być w centrum zainteresowania. Plany Pana Boga były jednak inne, a stygmaty zostały dane Ojcu Pio, aby poświadczyły istnienie Pana Boga. Były żywym dowodem Jego istnienia, zwłaszcza dla tych, którzy wybrali drogę bez wiary. Stygmaty towarzyszyły Ojcu Pio przez 50 lat po to, aby ci, którzy nie wierzą, zadawali sobie pytanie, czy Bóg istnieje i kim jest”.

    Ojcu Pio przez całe życie przypisywano różne nadprzyrodzone umiejętności, jak np. czytanie w ludzkich sercach, bilokacja, tzn. przebywanie w dwóch miejscach jednocześnie, czy lewitacja. Ponad wszelką wątpliwość obdarzony był darem proroczym, m.in. przepowiedział młodemu ks. Karolowi Wojtyle, że zajmie „najwyższe stanowisko w Kościele”. Jest bardzo wiele dowodów na cudowne uzdrowienia i nawrócenia uzyskane za wstawiennictwem św. Ojca Pio. Mimo tego od początku podważano jego niezwykłe charyzmaty, posądzano go o oszustwa (nawet finansowe!), o wypalanie sobie ran fenolem (sic!). Władze kościelne też były sceptyczne, zakazano mu nawet w pewnym momencie odprawiania Mszy św. oraz spowiadania. Spotkało się to z masowymi protestami wiernych, toteż w 1933 r. papież Pius XI zaczął stopniowo zdejmować z Ojca Pio zakazy, a wybrany w 1939 r. jego następca, Pius XII, zachęcał już wiernych do odwiedzania Ojca Pio.

    Książka „Ojciec Pio. Potęga świętości” dzięki bogatemu kalendarium pozwala prześledzić życie świętego z Pietrelciny krok po kroku – od narodzin przez burzliwy czas I wojny światowej, dramatyczny moment otrzymania od Boga stygmatów (20 września 1918 r.), aż do chwili budowy niezwykłego szpitala nazwanego Domem Ulgi w Cierpieniu w San Giovanni Rotondo i odejścia do wieczności. Wieść o stygmatach i wyjątkowej więzi Ojca Pio z Bogiem jeszcze za jego życia szybko się rozeszła.

    Był człowiekiem wielkiej modlitwy, która we wszystkim dodawała mu sił. Cechowała go wielka pokora, głęboko przeżywał każdą Eucharystię. Potęgę jego świętości ilustruje również fakt, że wielkim czcicielem i propagatorem Ojca Pio był święty papież Jan Paweł II, który beatyfikował go w 1999 r. i już 3 lata później kanonizował. Również kolejni papieże zwracali uwagę na tę niezwykle pokorną świętość kapucyna z Pietrelciny. Dlatego ważnym elementem książki „Ojciec Pio. Potęga świętości” są właśnie teksty trzech papieży: Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. Wskazują one na to, że zwłaszcza dziś Ojciec Pio jest ważnym wzorem. „Jak wszyscy wielcy ludzie Boży, Ojciec Pio sam stał się modlitwą, duszą i ciałem. Jego dni były przeżywanym różańcem, to znaczy nieustannym rozważaniem i przyswajaniem tajemnic Chrystusa, w duchowej jedności z Maryją Dziewicą” – napisał Benedykt XVI.

    Tej nauki potrzeba nam również dziś. „Ojciec Pio dla ludzi był znakiem, że rzeczywistość nie jest tylko tym, co widzimy i czego codziennie doświadczamy, ale że jest czymś znacznie większym, co wykracza poza nasze zmysły” – wyjaśnia br. Zinkiewicz, autor książki.

    Dzieło Ojca Pio, potęga jego świętości stają się szczególnie potrzebne i widoczne w ostatnich czasach, kiedy przez świat przelewa się fala ateizacji.

    Joanna Szczerbińska/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Nieznany stygmat, który sprawiał o. Pio największy ból. Wiedział o nim tylko Jan Paweł II

    web-father-padre-pio-baby-jesus-christmas-public-domain-pd
    Domena publiczna

    *****

    Ojciec Pio nigdy nikomu nie powiedział, że nosił na ciele jeszcze jeden stygmat. Zdradził to jedynie przyszłemu papieżowi, Karolowi Wojtyle.

    Stygmaty ojca Pio

    Ojciec Pio z Pietrelciny był jednym z niewielu świętych noszących na ciele widzialne i namacalne znaki męki Chrystusa. Źródłem przeraźliwego bólu był dla niego jednocześnie jeszcze inny ślad na ciele, będący potwierdzeniem tego, co sam Jezus objawił św. Bernardowi, mówiąc o wyjątkowo bolesnej i nieznanej ranie na ramieniu.

    Kolejnego zaskakującego odkrycia dotyczącego bólu w plecach, jaki odczuwał o. Pio, dokonał po śmierci świętego jeden z jego synów duchowych należący do grona najbliższych przyjaciół, brat Modestino z Pietrelciny.

    Brat ten, który pochodził z rodzinnych stron świętego i pomagał mu w różnych zajęciach domowych, pewnego dnia pośrednio zetknął się ze wspomnianą raną. Święty o. Pio wyznał mu, że jedną z najboleśniejszych chwil był dla niego moment zmiany koszulki.

    Brat Modestino nie zrozumiał wtedy, co kryło się w tych słowach – był przekonany, że chodziło o ból, jaki święty odczuwa przy okazji odrywania fragmentu bielizny od rany w boku. Dopiero po 3 latach, dokładnie 4 lutego 1971 roku, podczas porządkowania ubrań zmarłego, uświadomił sobie, co o. Pio miał na myśli.

    Ojciec furtian polecił mu zebrać wszystkie przedmioty należące do o. Pio i zabezpieczyć je w opieczętowanych nylonowych torbach. Odkrył on, że na koszulce na wysokości prawego ramienia, niedaleko obojczyka, widniała duża plama. Miała ona około 10 centymetrów średnicy (odpowiadającą w przybliżeniu tej, która widnieje na Całunie Turyńskim). Kiedy rana była otwarta, musiała powodować niesamowity ból przy zdejmowaniu koszulki.

    „Poinformowałem niezwłocznie o tym odkryciu ojca przełożonego – wspomina brat Modestino – a on polecił mi sporządzić na ten temat krótką notatkę. Ponadto o. Pellegrino Funicelli, który przez lata towarzyszył o. Pio, zwierzył mi się, że przy wielu okazjach, kiedy to pomagał świętemu przebrać noszoną przez niego wełnianą koszulkę, widział zawsze okrągły krwiak, czasem na prawym, a czasem na lewym ramieniu”.

    Powiernik w osobie Wojtyły  

    O tej ranie wiedziała tylko jedna osoba – przyszły papież Jan Paweł II. A skoro święty zakonnik jemu jednemu o niej opowiedział, musiały przyświecać mu jakieś szczególne motywy.

    W swojej książce Przesłuchanie Ojca Pio. Odtajnione archiwa Watykanu”Francesco Castelli, historyk i wykładowca historii Kościoła nowożytnego i współczesnego na Wyższym Instytucie Nauk Teologicznych im. R. Guardiniego w Tarencie (Włochy), podaje, że kard. Andrzej Maria Deskur w jednym z wywiadów wspomniał o spotkaniu, do jakiego doszło w San Giovanni Rotondo w kwietniu 1948 pomiędzy ks. Karolem Wojtyłą a zakonnikiem obdarzonym stygmatami.

    To właśnie wtedy, jak podaje Agencja Zenit, św. Pio wyjawił przyszłemu papieżowi istnienie tej „najdotkliwszej rany”.

    Widzenie o. Pio

    Brat Modestino wyznaje, że otrzymał prywatne objawienie o. Pio po jego śmierci.

    „Pewnej nocy, przed snem, poprosiłem w modlitwie: «Kochany Ojcze, jeżeli naprawdę nosiłeś tę ranę, daj mi jakiś znak”. Potem usnąłem, ale dokładnie pięć minut po godzinie pierwszej, kiedy spokojnie spałem, obudził mnie nagle ostry ból ramienia. Czułem, jak gdyby ktoś nożem próbował mi wydłubać kość obojczykową. Gdyby ten ból potrwał jeszcze parę minut, myślę, że bym tego nie przeżył.

    Usłyszałem wtedy głos: «Ja właśnie tak cierpiałem!». Otoczyła mnie przepiękna woń wypełniająca jednocześnie całą moją celę. Serce miałem przepełnione miłością do Boga. Następnie dziwnie się poczułem: fakt, że zniknął ten niewyobrażalny ból, był dla mnie jeszcze bardziej przykry. Ciało wzbraniało się przed nim, ale dusza go pragnęła. Był rozdzierający, ale słodki zarazem. W końcu to zrozumiałem!”.

    Gelsomino del Guercio?Aleteia.pl

    _______________________________________________________________________________________

    O. Pio: „Krzyknąłem z bólu. Czułem, że umieram”. Niezwykłe okoliczności otrzymania stygmatów

    ojciec Pio
    św. o. Pio/Marek Bazak/East News

    *****

    Ojciec Pio siedział w swoim konfesjonale. Nagle poczuł przeszywający strach. Zobaczył przed sobą nigdy wcześniej niewidzianą istotę, która zbliżała się do niego z żelazną włócznią w ręce…

    Był piątek, 20 września 1918 r. Ojciec Pio skończył właśnie sprawować poranną mszę i zatrzymał się jeszcze na chórze, aby odprawić dziękczynienie. Mijał czas, trwał zatopiony w modlitwie. Gdy się ocknął, było koło dziesiątej. Nic nie zapowiadało, że właśnie tego dnia Jezus naznaczy go kolejnymi ranami miłości.

    Od ponad roku ojciec Pio doświadczał wstrząsających zjawisk mistycznych, a jego duszę spowijała ciemność. Nie wiedział, że zarówno duchowe jak i fizyczne cierpienia były tylko preludium, przygotowaniem do wielkiego obdarowania.

    San Giovanni Rotondo

    W San Giovanni Rotondo trzeba poruszać się powoli. Znaleźć czas na udział we mszy świętej, odprawienie drogi krzyżowej na zboczach stromego wzgórza i modlitwę w krypcie przy ciele stygmatyka w ozdobionym mozaikami kościele.

    Poza wypiciem kapucyńskiej kawy warto też wybrać się na zwiedzanie muzeum, na które zamieniono część starego klasztoru. Ojciec Pio mieszkał tu od 1916 r. aż do śmierci w 1968 r. i dziś zwiedzanie to tak naprawdę wędrówka po śladach świętego.

    To korytarze, którymi codziennie przechodził do kaplicy i na chór. To cela, w której mieszkał, i kościółek z konfesjonałem. Tym samym, w którym spędzał kilkanaście godzin dziennie. Jest  ściana pełna listów, które przez całe życie otrzymywał. Przychodziły ze wszystkich zakątków świata.

    W gablotach rzeczy osobiste: grzebień, okulary w rogowej oprawie i stosy białych rękawiczek. W celi, obok łóżka leżą zakonne sandały. Klęcznik i stolik nocny. Nad łóżkiem ściana wytarta od dotyku rąk i pościeli. Ślady, które nie mają ceny.

    PADRE PIO
    fot. Maria Paola Daud-ALETEIA

    *****

    Rany miłości

    Ale mnie najbardziej wzruszył krzyż Chrystusa, pod którym 20 września 1918 r. ojciec otrzymał stygmaty. Chrystus wiszący na belce jest wyrzeźbiony z cyprysowego drzewa. I wywołuje drżenie.

    Ten, który cierpiał za wszystkich, podzielił się z nim cierpieniem. Wtajemniczył ojca Pio w dramat i głębię swojego bólu. Ale też w jego trwanie w czasie.

    Można spekulować, dyskutować, po ludzku próbować tłumaczyć istotę stygmatów. Jednak pod tym krzyżem pozostaje tylko wiara, że to było możliwe, podarowane i boskie – a nie ludzkie – naznaczenie. I że są to rany miłości.

    Cierpienie w ciemności

    „Po raz kolejny w tych dniach dusza moja zeszła do piekieł, raz jeszcze Pan ukazał mi furię szatana. Jego ataki są gwałtowne i nieustanne. Ten okryty niesławą odstępca pragnie wydrzeć mi z serca to, co jest w nim najświętsze: wiarę. Atakuje mnie w każdej godzinie dnia i w każdym miejscu, zaprawia goryczą sen w godzinach nocy” – pisał 19 czerwca 1918 r. w liście do o. Benedetto.

    Ale wcześniej, bo w listopadzie 1917 r., a więc zaledwie rok po przybyciu do San Giovanni Rotondo, pisał: „Jestem zupełnie pozbawiony światła i to wystarcza, aby napełnić mnie grozą, a także przekonać mnie, że zostałem poddany surowym regułom sprawiedliwości Bożej… Ojciec niebieski nie zapomina również o tym, abym uczestniczył w cierpieniach, także fizycznie, Jego jedynego Synaczka. Cierpienia te są tak straszliwe, że nie sposób ani ich opisać, ani wyobrazić sobie…”.

    „Gdzie mam szukać mojego Boga?” – pytał rozpaczliwie w innym liście do o. Benedetto z lipca 1918 r.

    Rana serca: podczas spowiadania

    Zmiana nastąpiła w sierpniu. Wieczorem 5 sierpnia, w wigilię święta Przemienienia Pańskiego ojciec Pio siedział w swoim konfesjonale, spowiadał chłopców. Nagle poczuł przeszywający strach.

    Zobaczył przed sobą nigdy wcześniej niewidzianą istotę, która zbliżała się do niego z żelazną włócznią w ręce. Ostrze włóczni miało dobrze naostrzony koniec,  z którego – tak zapamiętał – buchał ogień.

    „Patrzenie na to wszystko i doświadczenie, jak ta postać wbija z całą gwałtownością to narzędzie w moją duszę, było jednym i tym samym. Z trudem krzyknąłem z bólu, czułem, że umieram. To męczeństwo trwało aż do poranka siódmego dnia sierpnia. Tego, jak bardzo cierpiałem w tym bolesnym okresie, nie umiem opisać. Zostałem śmiertelnie zraniony” – pisał w liście.

    Ojciec Agostino zanotował w pamiętniku: „Szóstego sierpnia ukazał mu się Jezus pod postacią niebiańskiej istoty, uzbrojony w lancę, którą przebił mu serce. Czuł, jak jego serce rozdziera się na kawałki, a krew rozlewa się po wszystkich członkach ciała”.

    Ojciec Pio notował w kolejnych listach, że wszystkie te zdarzenia przerażają go, nie tylko w wymiarze duchowym, ale przede wszystkim fizycznym. Bo jak sobie wyobrazić dalsze życie z przebitym sercem? I w jakim celu ta rana jest mu zadawana? Jak długo będzie cierpiał i czuł upływ krwi? „Rana otwarta we mnie powtórnie krwawi i krwawi cały czas” – pisał.

    Rany rąk, stóp i boku

    Wrześniowego poranka siedział w ostatnim z trzech rzędów spróchniałych, drewnianych krzeseł ustawionych na posadzce chóru, przodem do głównego ołtarza. Kościół Matki Bożej Łaskawej, nad którego główną nawą znajdował się zakonny chór, był całkiem pusty.

    Kobiety licznie biorące udział w nabożeństwie już się rozeszły, świątynia tonęła w lekkim półmroku. Światło dnia wpadające przez jedyne na chórze maleńkie okienko oświetlało osiemnastowieczny krucyfiks zawieszony na balustradzie chóru. Jezus na tym krzyżu patrzył wprost na modlącego się ojca.

    PADRE PIO
    fot. Maria Paola Daud-ALETEIA

    *****

    Gdyby mógł się wychylić, zobaczyłby ciągnące się za oknem drzewa migdałowców. Ale ojciec też migdałowców nie widział, siedział do nich tyłem, pogrążony w modlitwie. W tym dniu rozpoczął nowennę do Michała Archanioła. Był zmęczony, obolały i cierpiący. Rana w sercu pulsowała.

    Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Całą moją duszę wypełnia jasny obraz mojej mizerii… Widzę całe zło mojej natury i moją niewdzięczność. O ja nieszczęsny! Któż uwolni mnie ode mnie samego?” – modlił się bezradny i skupiony na własnym bólu.

    I właśnie wtedy to się stało. Wszystkie zmysły wewnętrzne i zewnętrzne zatopiły się w niewysłowionym spokoju. Wokół zapanowała całkowita cisza, Ojciec upadł zemdlony i gdy odzyskał świadomość zobaczył, że jego ręce, nogi i bok zostały przebite. I mocno krwawią. Co robić?

    Bolesne naznaczenie

    Najpierw nie chciał o tym mówić nikomu. Ujawnianie zjawisk mistycznych, których doznawał, wywoływało u niego ból i zawstydzenie. Relacjonował je ojcu duchowemu tylko i wyłącznie z racji posłuszeństwa.

    „Mój Boże, jak bardzo jestem zawstydzony i jakiego upokorzenia doznaję, kiedy muszę wyjawić to, czego Ty dokonałeś w tym swoim mizernym stworzeniu! Na chórze, po odprawieniu mszy świętej nagle ogarnął mnie stan spoczynku, podobny do słodkiego snu. Otaczała mnie całkowita cisza, która ogarnęła także moje wnętrze. Pojawił się pełny spokój i aprobata dla całkowitego wyrzeczenia się wszystkiego oraz wytchnienie od boleści.

    Wszystko to wydarzyło się w okamgnieniu! Czułem, że umieram i zapewne umarłbym, gdyby Pan nie pospieszył mi z pomocą…” – zeznawał w liście napisanym miesiąc później.

    Pięć ran Chrystusa

    Czy to sam Chrystus naznaczył ojca Pio stygmatami? To samo pytanie zadał mu jego przyjaciel, Giuseppe Orlando.

    „Wśród wielkiej światłości ukazał mi się Chrystus, pokryty ranami. Nic nie powiedział. Zniknął… Kiedy się ocknąłem, spostrzegłem, że leżę poraniony na ziemi. Dłonie, stopy i serce krwawiły i bolały tak bardzo, że nie miałem siły się podnieść. Na czworakach wlokłem się z chóru przez cały długi korytarz aż do celi. Rzuciłem się na łóżko i modliłem się, aby powtórnie ujrzeć Jezusa. Lecz później zanurzyłem się w siebie, przypatrzyłem się moim ranom i zapłakałem, wznosząc hymny dziękczynienia i modlitwy” – odpowiedział.

    Ślady odwiecznej miłości nosił przez pięćdziesiąt lat, od 20 września 1918 r. do 23 września 1968 r., a więc do dnia śmierci. Lekarze, którzy wielokrotnie badali ojca Pio obliczyli, że od dnia stygmatyzacji w ciągu 50 lat z jego ran wypłynęło 3-4 tys. litrów krwi. Po śmierci ojca rany zniknęły bez śladu, a raport lekarski podaje, że ciało było zupełnie pozbawione krwi.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    na podstawie książek:
    – G. F. Majka OFMCap, „Życie Ojca Pio”,
    – L. Peroni, „Ojciec Pio. Pełna biografia w 40. rocznicę śmierci”
    .

    _________________________________________________________________________________

    Najważniejsza kobieta w życiu o. Pio? Po jego śmierci płakała przez cztery dni…

    PIO
    operapadrepio.it

    *****

    To była więź, która trwała aż do śmierci ojca Pio. Wierna, czuła, pełna miłości. Piękna Włoszka Cleonice nie tylko dbała o bieliznę, bandaże i rękawiczki stygmatyka, ale była dla niego cząstką rodziny, którą przed laty musiał zostawić w Pietrelcinie. Była jego duchową córką i świadkiem jego ostatniej Mszy św.

    W2015 r. dzięki wydawnictwu Serafin ukazała się książka pt. Moje życie w bliskości Ojca Pio. Tajemny dziennik duchowy autorstwa Cleonice Morcaldi. Zapiski były ukrywane przez lata w kapucyńskich archiwach w San Giovanni Rotondo. Obawiano się, że ich wydanie przysporzy o. Pio kłopotów. Że historia ich znajomości zostanie źle zrozumiana, wypaczona i sprowadzona do podejrzenia, że święty kapucyn ulegał być może fascynacji piękną dziewczyną.

    Okazało się, że to jednak nieznajomość dziennika rodzi takie domysły, a jego poznanie może odsłonić piękno tej niezwykłej, duchowej więzi ojca i córki – jaką czuła się wobec zakonnika Cleonice.

    „Opowiem o tym, co Pan Bóg i Ojciec uczynili dla mojej duszy, co radził mi podczas spowiedzi. Wspomnę o jego cierpieniach, o jego duchowej sile, o tym, co dane mi było zrozumieć. Opowiem zatem o tym, co widziałam i co słyszałam od niego.

    Zważywszy, że – dzięki Bogu – niemal wszyscy przełożeni pozwalali mi ucałować każdego dnia rękę Ojca, miałam okazję zadać mu kilka pytań duchowych i otrzymać od niego odpowiedzi. Wszystko to zapisywałam w pamiętniku. Doświadczałam tej wielkiej łaski aż do dnia poprzedzającego jego odejście do raju” – pisała w dzienniku.

    Duchowe córki ojca Pio

    Rzeczywiście, ojciec Pio był otoczony kobietami. W jego czasach duszpasterstwo kobiet raczkowało, zakonnicy trzymali wobec niewiast duży dystans, a ociepleniu relacji zwykle towarzyszyły plotki i nieżyczliwe domysły. Ojciec, odkąd zamieszkał w San Giovanni  Rotondo, zasadniczo zmienił ten zwyczaj. Kobiety szukały kierownictwa duchowego, a mądrość i delikatność zakonnika sprawiały, że szukały jego pomocy. Ojciec Pio kierował ich życiem na wszystkich poziomach, zżywał się z nimi i ich rodzinami, skracał dystans.

    Nina Campanile, jedna z pierwszych duchowych córek, pisała: „W kierownictwie duchowym ojciec Pio nie ograniczał się jedynie do słuchania o sprawach dotyczących pobożnych praktyk, lecz wchodził we wszystkie szczegóły dnia, w całe życie naszej rodziny…”.

    „Zanim poznałam Ojca, wyśniłam go – pisze Cleonice w dzienniku. – Spojrzał na mnie i powiedział: Ze mną poznasz franciszkańską poezję, ze mną wejdziesz do rodziny świętych! Kogo się spodziewasz u Matki Bożej Łaskawej? Zostaw ten świat, bądź posłuszna, a będziesz szczęśliwa przez całą wieczność”.

    Cleonice Morcaldi – najdroższa z córek ojca Pio

    Cleonice Morcaldi urodziła się w San Giovanni Rotondo. „Urodziłam się w roku, miesiącu i w dniu, gdy ojciec Pio składał swe śluby zakonne: 22 stycznia 1904 r. Ojciec mówił mi, że bardzo się nacierpiał, żeby wyrwać mnie z tego świata i ofiarować Panu Jezusowi. Rzeczywiście, miałam naturalną awersję i wstręt do wszystkiego, co światowe, ale Szatan dobrze zna swoje rzemiosło, wie, jak wciągnąć w błoto nawet tych, którzy żyją w samotności klauzury i na pustelni. Aby w jego sieci wpadały dusze niewinne i nieostrożne, potrzebuje do pomocy złych ludzi” – zanotowała w dzienniku.

    Jej ojciec Filippo zmarł w 1915 r., gdy miała zaledwie jedenaście lat. Matka, Carmela Fiorentino, zmarła 2 kwietnia 1937 roku. Cleonice była przedostatnim z dziewięciorga ich dzieci. Matka, która pochodziła z bogatego rodu, a po śmierci męża doświadczyła trudności i ubóstwa, wychowywała dzieci w dużej karności. „Matka wychowywała mnie bardzo surowo. Nie pozwalała mi przesiadywać na progu domu albo na balkonie, ani przyjaźnić się z dziewczętami z sąsiedztwa, ani wychodzić na plac” – wspominała Cleonice.

    Wysłana na naukę do Foggii mieszkała u biednych ludzi, często szła do szkoły głodna, a na przerwach wstydziła się wyjmować swój suchy kawałek chleba widząc pachnące kiełbasą kanapki koleżanek. W ostatnim roku szkoły bała się porażki i przed trudnym egzaminem z pedagogiki napisała pierwszy list do ojca Pio, prosząc go o modlitwę w swoich sprawach. Ojciec odpisał natychmiast! Od tego listu zaczęła się jej przygoda bycia duchową córką jednego z najpopularniejszych świętych na świecie.

    Nabrała odwagi i powtarzała sama sobie: „Zrób wszystko, co możesz i bądź pewna, że resztą zajmie się drogi ojciec razem z Panem Jezusem”. Robi niesamowite postępy. Po pewnym czasie jest chwalona przez wszystkich profesorów, jej ubóstwo nie przeszkadza w relacjach z koleżankami. Jest szczęśliwa, a egzamin dyplomowy, którego tak się bała, zdała bezbłędnie, z najwyższymi notami, co odnotowała lokalna gazeta.

    Ożywcze dialogi z ojcem Pio

    – Ojcze, bardzo się boję, że zgrzeszę brakiem wierności Bogu!
    – Dopóki się boisz, nie zgrzeszysz. Powinnaś się bać wtedy, gdy przestaniesz się bać.

    – Jestem smutna, bo obraziłam Pana Jezusa.
    – Noś zawsze w sercu ten ból. Ukochaj go. Rób wszystko, aby współpraca z łaską pogłębiała się tam, gdzie pogłębia się grzech.

    – Czy Jezus ukrzyżowany miał wyniszczone trzewia?
    – Raczej wypalone ogniem miłości!

    – Co Pan Jezus czuje podczas komunii?
    – Rozkoszuje się swoim stworzeniem.

    – Na kim spoczęło ostatnie spojrzenie umierającego Jezusa?
    – Na Jego Matce.

    – Wreszcie nieprzyjaciel zostawił mnie w spokoju.
    – Baczność! Kiedy milczy, to znak, że szykuje coś nowego. Zawsze miej pod ręką broń modlitwy.

    Więź dwóch serc

    Łączyła w sobie ewangeliczną Marię i Martę – wspominał brat Gherardo Leone. Troszczyła się o jego bieliznę i ubrania, opiekowała się nim, gdy źle się czuł. Zastępowała mu najbliższą rodzinę, której troski ojciec Pio bardzo potrzebował (choć się jej nie domagał) choćby ze względu na swoją kondycję zdrowotną, tylko pozornie dobrą, bo nadwyrężoną wieloletnimi stygmatami.

    Ojciec Pio nie okazywał tego, ale przecież potrzebował wyjątkowej dbałości o odzież, stykającą się nieprzerwanie z ranami: podkoszulki, opaski, które nakładał na klatkę piersiową, by wchłaniały krew, skarpety, rękawiczki – białe na noc, brązowe na dzień. Jego ubrania nie trafiały do wspólnego prania w klasztorze, ale były prane i prasowane przez najbliższych – między innymi przez ojca Raffaele, współbrata, przyjaciela i przez pewien czas spowiednika, a przede wszystkim przez zaufane córki duchowe, a wśród nich – Cleonice. Dla niej ojciec był alter Christus – i tak go traktowała. Przypominała kobietę, która rzucił się Jezusowi do stóp i włosami wytarła Mu stopy.

    „Zdarzało mi się widzieć Cleonice w takich momentach, gdy musiała podjąć jakąś decyzję – była skupiona, zanurzona w modlitwie, jej oczy były spuszczone, usta poruszały się niemal niedostrzegalnie. Być może właśnie słała swego anioła stróża do ojca Pio z prośbą o pomoc i światło. Miałem mocne przekonanie, że taka łączność duchowa nie była wyjątkowym i niespotykanym doznaniem wśród tych, którzy znali ojca Pio. On nas sam zachęcał, by posyłać do niego aniołów stróżów, gdy poczujemy taką potrzebę i wszyscy tak robiliśmy” – wspominał brat Leone.

    Śmierć ojca Pio

    Po śmierci ojca Pio Cleonice cztery dni spędziła na piętrze galerii kościoła, w którym była wystawiona trumna. Modliła się i płakała. „Panie Jezu, Ty dałeś mi Ojca i Ty mi go odebrałeś. Bądź wola Twoja” – szeptała. Ból rozrywał jej serce, a myśli wracały do obrazów z poprzednich dni – telefonu o trzeciej w nocy z informacją, że „Ojciec jest w niebie”. Biegu przez klasztorny ogród i werandę. Przekroczenia klauzury i widoku ojca leżącego bez życia. Do pocałunków, którymi obsypywała jego zimną, stygnącą twarz i ręce. W końcu do proroctwa, które wypowiedział jej przed laty: „W chwili mojej śmierci przyjdziesz, ucałujesz mnie, a potem umrzesz”.

    Czwartego dnia Cleonice poprosiła gwardiana klasztoru, aby pozwolił jej uczestniczyć  w pochówku, ale nie otrzymała zgody. To był właśnie ten przepowiedziany moment duchowej śmierci. I wtedy przypomniała sobie rozmowę, którą kiedyś przeprowadzili: „Ojcze, powiedz Panu Jezusowi, aby dał mi siłę uczestniczyć w Twoim pochówku, taką samą, jaką dał Bolesnej Matce. Odparł: Nie będziesz tam ani ty, ani ja…”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    Wszędzie działa Bóg, tylko trzeba umieć Go zauważyć. Wiedział o tym o. Pio

    Jak pięknie i dobrze jest żyć, mając pewność, że Ktoś wszystko przemyślał i zna sens. Wszędzie działa bowiem Bóg, tylko trzeba umieć Go zauważyć. Wiedział o tym Ojciec Pio.

    św. o. Pio/pl.wikipedia.org

    *****

    Przez przypadek cię spotkałem…, przypadkiem się dowiedziałem, że…, przypadkiem zdarzyło się… Często słowa te można usłyszeć z ust wielu ludzi, może nawet sami je wypowiadamy. Zrządzenie losu, splot wydarzeń, traf, pech – to im przypisujemy niekiedy winę za zdarzenia, które nas spotykają… Czy naprawdę przypadek rządzi naszym życiem, wyborami i doświadczeniami?

    Smutne i przykre byłoby takie życie, a my tylko bezwolnymi marionetkami w rękach losu, przypadku, pecha, skazanymi na sytuacje, nad którymi nikt nie czuwa, miotanymi to tu, to tam bez żadnego planu, głębszego sensu czy konkretnego celu. Przypadek decydowałby o tym, kim jesteśmy, kiedy umrzemy, a najgorsze – czy zostaniemy zbawieni… Osobiście nie chciałbym takiego życia. Na szczęście tak nie jest…

    Znasz wszystkie ścieżki

    Na szczęście bowiem to Bóg stworzył człowieka, powołał do istnienia cały świat i – jak mówi Pismo Święte – wszystko to było bardzo dobre w jego oczach (por. Rdz 1,31), chciane, kochane, sensowne, mające konkretny cel, przeznaczenie, a więc absolutnie nieprzypadkowe. Bóg, widząc naszą słabość, cierpienie oraz niemoc po popełnieniu grzechu, tak zaplanował i pokierował historią świata, by przygotować ludzkie dzieje na dzieło zbawienia i odkupienia dokonane w Jego Synu, Jezusie Chrystusie. Dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu nie tylko wyprowadził nas z krainy ciemności i grzechu, ale mocą swojego miłosierdzia przygotował nam raj i do niego nas prowadzi. Tam obiecał nam pełnię życia sięgającego nieśmiertelności.

    Psalm 139 mówi: „Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i odpoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane… Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę… Gdzież odejdę daleko od Twojego ducha… Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś, jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę. Gdybym wziął skrzydła jutrzenki, zamieszkał na krańcu morza, tam również Twa ręka będzie mnie wiodła i podtrzyma mnie Twoja prawica… Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie matki… I dobrze znasz moją duszę… Mnie w zalążku widziały Twoje oczy i w Twojej księdze zostały spisane wszystkie dni, które zostały przeznaczone, chociaż żaden z nich jeszcze nie nastał… Wybadaj mnie, Boże, i poznaj moje serce; doświadcz mnie i poznaj moje troski, i zobacz, czy nie podążam drogą nieprawości, a prowadź mnie drogą odwieczną”.

    Słowa te potwierdza kolejny psalm. Jego autor nazywa Pana swoim pasterzem, dzięki któremu niczego mu nie brakuje. To On przywraca życie, prowadzi po właściwych ścieżkach, dodaje otuchy, troszczy się, a przede wszystkim JEST (por. Ps 23).

    Całe Pismo Święte daje świadectwo tego, że świat oraz wszystko, co dzieje się w życiu człowieka, pochodzi z woli Boga, który każdego z nas zna po imieniu, każdego z nas wybrał i powołał, zanim jeszcze pojawiliśmy się na ziemi i każdego z nas prowadzi łagodnie do swojej chwały.

    Ktoś wszystko przemyślał

    Każdy chrześcijanin powinien tak patrzeć na swoje życie, na swoją historię, na wszystkie wydarzenia i sytuacje; odczytywać wszystko w perspektywie wiary, przekonany, że Bóg jest blisko, czuwa, łagodnie prowadzi, nigdy nie opuszcza. Nie ma więc, nie może być przypadków, zrządzeń losu, pecha… Jak pięknie, jak dobrze jest żyć, mając pewność, że Ktoś wszystko przemyślał i zna sens. Wszędzie działa bowiem Bóg, tylko trzeba umieć Go zauważyć.

    Wierzyli w to głęboko święci, którzy – choć każdy z nich na swój sposób – potrafili zaufać Bogu nawet w najtrudniejszych doświadczeniach, dostrzegać oczami wiary nawet w najprostszych wydarzeniach swojego życia Jego prowadzenie i odnajdywać Bożą wolę. Taki był także Ojciec Pio, którego charakteryzowała ogromna wrażliwość i otwartość na najdrobniejsze oznaki Bożej obecności.

    Często głęboko analizował nawet proste, codzienne sprawy, a przede wszystkim poddawał je pod rozeznanie swoich kierowników duchowych, nie chcąc popełnić błędu w odczytywaniu woli Pana. Nie tylko z wielkim zaufaniem wsłuchiwał się w odpowiedzi i wskazówki, które otrzymywał od nich w odniesieniu do konkretnych problemów życia duchowego, jak i codziennych sytuacji poruszanych w listach lub rozmowach osobistych, ale w całej dynamice ich wzajemnych relacji można było dostrzec jego synowskie oddanie i ogromne posłuszeństwo.

    Wnioski z milczenia

    Ukazuje to korespondencja Ojca Pio z opiekunami duchowymi z marca 1918 roku. Otóż na początku lutego, w związku z wezwaniem do wojska, Ojciec Pio miał stawić się w Neapolu. Napisał wówczas list do o. Agostina, w którym prosił między innymi o wskazówki i rozeznanie dotyczące swojego pragnienia, by po drodze odwiedzić najpierw o. Benedetta – swojego drugiego towarzysza duchowego, pełniącego w owym czasie funkcję ministra prowincjalnego. Nie otrzymawszy odpowiedzi, mimo że o. Agostino napisał w tym czasie dwa listy, Ojciec Pio pod koniec lutego zareagował w następujący sposób: „Postanowiłem, zanim stawię się w Neapolu, udać się do Prowincjała, dlatego pytałem Was o zdanie. Z Waszego milczenia wywnioskowałem, że nie jest to wolą Bożą, i choć mój stan się jeszcze pogorszył, podejmuję decyzję, by do niego wcześniej nie jechać” (Epistolario, list nr 468).

    Z braku odpowiedzi o. Agostina Ojciec Pio wywnioskował, iż pragnienie, które rodziło się w jego sercu, nie jest zgodne z wolą Bożą. Dlatego zrezygnował z odwiedzenia o. Benedetta, o czym poinformował go w liście z 1 marca 1918 roku, przedstawiając mu te same motywacje: „Moim ogromnym pragnieniem było przybyć do Was, zanim stawię się na milicji. Jednak Jezus nie chciał udzielić mi tej łaski, a więc fiat!” (Epistolario, list nr 469).

    Po kilku dniach dotarła do niego odpowiedź o. Agostina, z której wynika, iż jego milczenie nie było zaplanowane: „Nie radziłem Ci udać się do Prowincjała, ponieważ sądziłem, że już tam pojechałeś” (Epistolario, list nr 470). Przypadek? Zbieg okoliczności? Niezrozumienie między braćmi? Po ludzku można tak na to patrzeć. Ale fakt ten pokazuje niesamowitą postawę Ojca Pio, który nawet w tak prozaicznych wydarzeniach, wydawać by się mogło bez znaczenia, próbował doszukiwać się Bożych znaków i zawsze odczytywać swoją codzienność w duchu wiary.

    Nawet jeśli nie rozumiał

    Gdy popatrzymy na całe życie Ojca Pio, wszystkie momenty trudnych doświadczeń, duchowych zmagań i fizycznych cierpień, licznych oskarżeń i prześladowań, nawet ze strony braci i hierarchii Kościoła, znoszonych z wielką pokorą i głęboką wiarą, szybko możemy przekonać się, że on nigdy nie postrzegał ich przez pryzmat przypadku. Dla niego wszystko, co działo się w jego codzienności, nawet jeśli tego do końca nie rozumiał, nie było przykrym zrządzeniem losu, ale tajemniczym i pełnym miłości prowadzeniem Pana.

    Obserwując choćby poszczególne etapy jego życia, możemy dostrzec, iż w naturalny, duchowy proces rozwoju osobowego, wspomagany zwyczajnym oddziaływaniem środowiska, stopniowo, ale i bardzo skutecznie wpisywało się prawdziwe i nadprzyrodzone działanie samego Boga. Nadzwyczajna łaska towarzysząca zwyczajnym etapom życia zakonnika pozwalała mu odkryć wyjątkowe powołanie oraz szczególną misję, do zrealizowania której został wezwany. A przecież nie ma nic bardziej osobistego, nic bardziej zobowiązującego, nic bardziej nieskrępowanego, jak poddanie własnej wolności absolutnej próbie w powołaniu zakonnym czy kapłańskim. Jak mawiał kiedyś papież Paweł VI: „Jest to z pewnością̨ bardzo trudne, ale i najpiękniejsze”.

    Zapewne trudno było Ojcu Pio rozeznać, przyjąć w sercu i odpowiedzieć na tajemniczy głos Pana, który już od wczesnego dzieciństwa rozbrzmiewał w jego wnętrzu i zapraszał do pójścia za Nim. Gdzie? Którędy? Jaką drogą? Jak być pewnym, że to rzeczywiście Bóg wzywa, zaprasza, powołuje? Jak wytłumaczyć bliskim, którzy nie zawsze potrafią przyjąć i zrozumieć wybór swojego dziecka, brata, przyjaciela?… Ojciec Pio wspominał, że zanim udał się do nowicjatu w Morcone, pewnego dnia − a było to Objawienie Pańskie, 6 stycznia 1903 roku – kiedy wrócił do domu po mszy świętej, zastał wielu ludzi bliskich płaczu. Mama, gdy przyszła chwila pożegnania – opowiadał – wzięła go za ręce i powiedziała: „Synu mój, rozdzierasz mi serce! W tej chwili jednak nie myśl o bólu twojej matki, to św. Franciszek cię wezwał, a więc idź!”.

    Czy dziełem przypadku było, że to właśnie w tej okolicy kwestował kapucyn − brat Camillo, który swoją prostotą, pogodą ducha, a przede wszystkim brązowym habitem z kapturem i długą brodą na tyle zachwycił młodego Francesca Forgione, że ten zdecydował się wstąpić właśnie do zakonu kapucynów? Na pewno nie. Ojciec Pio miał rzeczywiście ogromną zdolność odczytywania Bożych znaków w swoim życiu, w każdym wydarzeniu i sytuacji doszukując się prowadzenia Pana. Całym sobą chciał bowiem pełnić Jego wolę. I choć był cyrenejczykiem niosącym ogromny ciężar krzyża, który po ludzku wydawał się niekiedy nie do uniesienia, wytrwał przy Jezusie, na drodze swojego powołania do końca, gdyż wierzył w obietnicę Pana – obietnicę życia wiecznego. Odnalazł swój skarb, swoją drogocenną perłę i nie zawahał się, by dla niej oddać, stracić, porzucić wszystko inne – na zawsze…

    A jak jest z nami? Może warto, naśladując choć trochę Stygmatyka z Gargano, popatrzeć głębiej, szukać i pytać gorliwiej oraz wierzyć, że naprawdę całe nasze życie nigdy nie jest dziełem przypadku, ale dowodem miłości Boga i Jego wielkiej dobroci?

    Tomasz Protasiewicz – kapucyn, wikariusz prowincjalny, odpowiedzialny za formację zakonną w Prowincji Krakowskiej. Wykłada pedagogikę (dydaktykę i teorię wychowania) w Wyższym Seminarium Duchownym Kapucynów w Krakowie. Jest autorem książki “Msza Święta Ojca Pio”.

    o.Tomasz Protasiewicz OFMCap/“Głos Ojca Pio”

    _______________________________________________________________________________________

    Ukochana Święta Ojca Pio

    To do niej św. Ojciec Pio modlił się każdego dnia. Historia młodej dziewczyny, która swoje życie oddała Jezusowi, zadziwia do dzisiaj

    San Giovanni Rotondo, Ojciec Pio właśnie zakończył odprawianie Mszy św. Nagle pada jak rażony piorunem. Leży tak dłuższą chwilę nieruchomo przed ołtarzem. Widzi to przerażony brat zakrystian i biegnie po proboszcza. „Zakonnik nie żyje” – niemal krzyczy, trzęsąc się z emocji. Proboszcz jednak uspokaja go. „Spokojnie. Zostaw klucze, by ojciec mógł zamknąć kościół, gdy skończy się modlić” – mówi.

    Scena z leżącym u stóp ołtarza Ojcem Pio powtarzała się wielokrotnie. Zakonnik, po zakończeniu Eucharystii, zatapiał się w ten sposób w krwawym misterium męki Pańskiej, Chrystus pozwolił mu bowiem zbliżyć się do tajemnicy swojej śmierci, obdarzył Ojca Pio stygmatami. Pogrążony w modlitwie zakonnik przyjmował w ten sposób Boży dar, by poświęcić siebie w intencji odkupienia kolejnych dusz.

    Wzór św. Gemmy

    Cierpienie Ojca Pio dla wielu było zagadką. Nie w pełni pojmowały je nawet osoby z jego otoczenia. Kapłan z Pietrelciny przyjął stygmaty – bolesny dar od Chrystusa. W dodatku Bóg dopuszczał w jego przypadku również udręki duchowe, jak chociażby spotkania z osobowym złem, nieznośne pokusy, a czasem wręcz fizyczne walki z szatanem.

    Jednym ze wzorów życia dla Ojca Pio była Gemma Galgani – włoska mistyczka, która jako młoda dziewczyna oddała swoje życie Jezusowi. Bóg powołał ją do cierpienia. Była stygmatyczką, a jej krótkie życie naznaczone było wieloma smutkami i trudami.

    Gemma urodziła się 12 marca 1878 r. w miejscowości Borgonuovo di Camigliano we włoskiej Toskanii. Od dziecka odznaczała się wyjątkową religijnością. Poznawała brewiarz, wiele czasu poświęcała modlitwie. Matka – Aurelia, dostrzegłszy niezwykle pobożną postawę córki, postanowiła pomóc jej w rozwijaniu duchowości. Objaśniała jej brzydotę grzechu oraz poświęcała wiele czasu na kształtowanie jej charakteru. Mówiła także o wielkim szczęściu płynącym z przynależności do Boga. Silna więź Gemmy z matką została zerwana, gdy przyszła święta miała 8 lat – Aurelia zmarła na gruźlicę.

    Poznać Chrystusa Ukrzyżowanego

    Gemma uchodziła za niezwykle wrażliwą dziewczynkę, a cierpienie Chrystusa od dziecka wywierało na niej nieprzeciętne wrażenie. Gdy po raz pierwszy usłyszała od sióstr zakonnych całą opowieść o Pasji, rozchorowała się na kilka dni.

    Cierpienie Chrystusa stało się od tej chwili bardzo bliskie małej Gemmie. To zainteresowanie pogłębiało się tym bardziej, im bardziej cierpiała ona sama i jej bliscy. Gdy miała 18 lat, zmarł jej ukochany brat Gino. Wydarzenie to wstrząsnęło nią tak bardzo, że niemal otarła się o śmierć. Zapewne żarliwa modlitwa ojca sprawiła, że Gemma odzyskała zdrowie.

    Od tego momentu jednak nie tylko coraz bardziej wnikała w misterium męki Chrystusa, ale także coraz bardziej pragnęła nieba. To pragnienie wzmagało się, gdy – podobnie jak w przyszłości św. Ojciec Pio – przeżywała wewnętrzne lokucje. Po przyjęciu Komunii św. słyszała głos Chrystusa. Objawiał się jej także Anioł Stróż, który udzielał jej wskazówek duchowych. Wreszcie, w wieku 18 lat, Gemma zapragnęła cierpieć jak Chrystus. Na wzór św. Pawła chciała poznać Jezusa Ukrzyżowanego. Pewnego dnia, gdy klęczała przed krzyżem, osunęła się ebie. Była to jednak zapowiedź jej cierpienia. Chrystus spełnił jej prośbę: dopuścił ją do tajemnicy swojej męki.

    Słodkie cierpienie

    Niedługo po tym wydarzeniu okazało się, że Gemma choruje na raka kości. Jej stan wymagał szybkiej operacji. Należało jak najszybciej pozbyć się nowotworu, w przeciwnym razie groziła jej amputacja. Zabieg przebiegał w okrutnych, ale typowych dla tamtych czasów warunkach. Chirurdzy bez znieczulenia zeskrobywali z kości stopy Gemmy guza. Świadkowie tego zdarzenia wspominają, że dziewczyna cierpiała z nadzwyczajną wręcz wytrwałością. Niemal nie krzyczała, tylko płakała i cicho pojękiwała. Jak sama napisała w swojej autobiografii, cierpienie oddała Jezusowi.

    Jej cierpienie było potworne. Nie była w stanie sama wykonać żadnego ruchu. By zmienić choćby położenie ręki, musiała prosić o pomoc członków rodziny. W chwilach, gdy była bliska załamania, Jezus przypominał jej o sobie. Pewnego wieczoru, gdy Gemma podupadała na duchu, ukazał jej się Anioł Stróż. „Jeżeli Jezus umartwia twoje ciało, to zawsze po to, żeby oczyścić duszę. Bądź posłuszna”.

    Wkrótce Gemma przeżyła kolejny bolesny zabieg – na kręgosłupie. Przy okazji lekarze wykryli u niej raka mózgu. Dziewczyna nie ustawała jednak w modlitwie. Odmawiała intensywnie m.in. nowennę do błogosławionej Marii Małgorzaty Alacoque. Wreszcie przyszedł do niej sam Pan Jezus. Zapytał wprost: „Gemmo, czy chcesz wyzdrowieć?”. Ostatniego dnia nowenny dziewczyna po prostu… wstała z łóżka, ku zdumieniu wszystkich.

    Dla św. Ojca Pio Gemma Galgani była wzorem oddania Bogu oraz pracy nad sobą, dziewczyna bowiem dążyła do ascezy, okiełznania swojego nie zawsze łatwego charakteru. Ćwiczyła się w posłuszeństwie, odrzucała zbytki tego świata, np. troskę o ładny wygląd. W jej życiu liczył się tylko Chrystus, Jego męka oraz pragnienie nieba.

    Tekst powstał na podstawie książki ks. Bernarda Gallizii „Gemma Galgani. Święta, do której codziennie modlił się Ojciec Pio”. Wydawnictwo Esprit.

    ks. Łukasz Jaksik/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________________

    Św. Gemma Galgani. 5 rzeczy, których nauczył się od niej ojciec Pio

    GEMMA GALGANI, OJCIEC PIO
    Domena publiczna

    *****

    Ojciec Pio codziennie modlił się o wstawiennictwo niezwykłej świętej Gemmy Galgani. Jej życie głęboko go poruszało, a na wielu etapach swojej drogi duchowej odkrywał w jej biografii bezcenną naukę.

    Włoska święta Gemma Galgani jest jedną z najbardziej niezwykłych postaci Kościoła. Obrazki z jej wizerunkiem miało na biurkach wielu herosów duchowych, jak ojciec Pio czy Dolindo Ruotolo. O jej wstawiennictwo modlił się także Maksymilian M. Kolbe. Jednak największą czcią otaczał ją właśnie święty z Pietrelciny. Czego się od niej uczył?

    1. Pokora

    Gemma nigdy nie była zmuszana do życia w pokorze. Wręcz przeciwnie – jej ojciec Enrico był stosunkowo zamożnym człowiekiem i nie w pełni akceptował fascynacje duchowe ukochanej córki. Nie podobało mu się, że Gemma każdego dnia udaje się do kościoła, wiele godzin poświęcając na modlitwę. Uważał, że powinna korzystać z życia. I choć sam był wierzącym człowiekiem, autentycznie martwił się o córkę. Dziewczyna tymczasem sama wybrała drogę absolutnego poświęcenia Bogu. Złożyła śluby czystości i starała się wstąpić na drogę zakonną.

    Ojciec Pio niewątpliwie nauczył się od Gemmy odrzucania licznych pokus materialnych. Gemma marzyła o życiu zakonnym i podporządkowała mu bardzo wiele. Z kolei święty z Pietrelciny został zakonnikiem, jednak przez lata wystawiany był na ciężką próbę. Badany przez Święte Oficjum, wielokrotnie był karany. Musiał wówczas bardzo cierpieć, jednak pokora wobec decyzji Kościoła okazała się ostatecznie nie do przełamania.

    2. Walka o zbawienie człowieka.

    Święta Gemma, mimo kruchego zdrowia i młodego wieku, była prawdziwą wojowniczką. Liczne cierpienia przyjmowała w pokorze, ofiarowując je za zbawienie dusz i nawrócenie trwających w grzechu.

    Słynęła przy tym z niezwykle zawziętego temperamentu. Niejednokrotnie wręcz targowała się z Panem Jezusem! Pewnego razu postanowiła ofiarować wyjątkowo bolesne cierpienie fizyczne w intencji nawrócenia jednej ze znanych jej osób. Żarliwie modliła się, błagając Boga o cud. Doświadczyła wówczas lokucji wewnętrznej, podczas której Jezus wyznał ze smutkiem, iż niemal nie dostrzega nadziei dla tego człowieka. Ten bowiem lekceważył dotąd wiele znaków oraz napomnień.

    Usłyszawszy te słowa od samego Jezusa, Gemma jeszcze mocniej się zawzięła. Zaczęła żarliwiej modlić się o wstawiennictwo Matki Bożej, wiedząc, iż Jezus nie odmówi prośbom swojej Matki. W pewnej chwili do drzwi jej izby zapukał ów grzesznik. Otworzyła mu, zaś on ze łzami w oczach zawołał: „Muszę się wyspowiadać. Pomóż mi”.

    Święty Ojciec Pio toczył równie zawzięte boje o każdego grzesznika. Nie tylko tego zatwardziałego, ale o każdą duszę, która zdawała się być daleko od Boga. Słynne są historie o świętym z Pietrelciny ciskającym gromy na penitentów w konfesjonale, napominającym, by nie zatajali grzechów.

    Uchodził na niezwykle surowego spowiednika, ale nie zmieniało to faktu, że do jego konfesjonału zawsze ustawiały się tłumy ludzi. On zaś spędzał w nim długie godziny. Zapytany kiedyś przez jednego ze współbraci, dlaczego jest taki surowy dla spowiadających się, odparł z rozbrajającą szczerością: „Wiem, że lepiej być zganionym przez człowieka, tu, na ziemi, niż przez Pana Boga po śmierci”.

    3. Modlitwa

    Włoska święta od dziecka uchodziła za bardzo pobożną dziewczynę. Pragnęła zgłębiać teologię, Pismo Święte, niezwykle rezolutnie potrafiła odpowiadać na wiele trudnych pytań dotyczących wiary. Uwielbiała się modlić. Każdego dnia odczuwała głęboki głód Boga. Głód – dodajmy – fizyczny.

    Dlatego przystępowała regularnie do Komunii Świętej. Odmawiała często różaniec. Jej relacja z Panem Jezusem była głęboka do tego stopnia, że wielokrotnie prowadziła dialogi z Panem Jezusem, Matką Bożą czy Aniołem Stróżem.

    Święty ojciec Pio również uchodził za niezwykle rozmodlonego kapłana. Po mszy świętej potrafił przez wiele godzin leżeć krzyżem i modlić się. Jeden z nowych współbraci świętego zakonnika zobaczywszy tę scenę, pobiegł do przełożonego ile sił w nogach, wołając o pomoc dla Pio, który – jego zdaniem – zasłabł, ponieważ leżał nieruchomo przed ołtarzem. Starszy zakonnik wysłuchał młodego ze stoickim spokojem, po czym wyciągnął pęk kluczy i wręczając mu je powiedział: „Bracie, zostaw klucze w zakrystii. Gdy Ojciec Pio skończy się modlić, zamknie kościół”.

    4. Sens cierpienia

    To chyba najtrudniejsze zagadnienie, które dręczy wielu, w tym wierzących. Gemma przez większość swojego niedługiego życia zgłębiała sens cierpienia. Rozważała pasję Chrystusa, przeżywając ją niezwykle intensywnie. Gdy po raz pierwszy, jako dziecko, usłyszała o cierpieniu Jezusa, zobaczyła tamte wydarzenia na własne oczy, po czym zemdlała.

    Modliła się przed Ukrzyżowanym Chrystusem, by Ten dopuścił ją do udziału w Jego cierpieniu jako zadośćuczynienie za grzechy świata. Nosiła stygmaty, głęboko przeżywała – także fizycznie – Triduum Paschalne. Umierając, wyznała, że wszystko, co miała oddała Bogu. Całe życie Gemmy stanowiło usilną próbę zrozumienia istoty cierpienia człowieka.

    Ojciec Pio również cierpiał – zarówno fizycznie, jak i duchowo. Bolała go zatwardziałość penitentów, którzy zatajali grzechy, doświadczał także bólu związanego z krwawiącymi stygmatami. Obrazek Gemmy przypominał mu o oddaniu się Bogu tej pięknej i młodej dziewczyny, pragnącej mieć swój udział w Chrystusowej pasji.

    5. Gra Miłości

    Jest to jedna z największych tajemnic relacji człowieka z Bogiem. Poczucie opuszczenia przez Boga. Nie chodzi o tzw. ciemną noc, gdy wierzącym targają wątpliwości, obawa przed duchową pustką. To znacznie bardziej zaawansowane duchowo doświadczenie, gdy w bliskiej relacji z Jezusem człowiek odczuwa w pewnym momencie brak Boga.

    W Ewangelii Chrystus doświadczył tego na krzyżu, gdy toczyła się ostateczna rozgrywka między dobrem a złem. Gemma, która przeszła z Chrystusem w fizycznym cierpieniu niemal całą drogę krzyżową, poczucie braku obecności Boga określiła, jako najstraszniejsze cierpienie.

    A trzeba pamiętać, że przez wiele miesięcy była unieruchomiona przez chorobę, operowana bez znieczulenia, przeżyła także śmierć wyjątkowo bliskiej jej matki. Gdy ponownie odczuła obecność Boga – nie posiadała się ze szczęścia.

    Ojciec Pio stan uczucia braku Boga nazywał właśnie „grą Miłości”. Niewątpliwie doświadczenie Gemmy wzmacniało go w takich sytuacjach. Zdawał sobie sprawę, iż jest to rodzaj duchowego treningu, mającego pomóc człowiekowi silniej związać się z Bogiem. „Usuwam się po to jedynie, aby następnie silniej cię objąć” – mówił Jezus do Gemmy w trakcie wewnętrznych lokucji, gdy po długich chwilach pustki poczuła jego obecność.

    Krzysztof Gędłek/aleteia.pl

    *Tekst powstał w oparciu o książkę ks. Bernarda Galizzi „Gemma Galgani. Święta, do której modlił się ojciec Pio”, Esprit, Kraków 2017

    _______________________________________________________________________________________

    Piękna Gemma Galgani. Poznajcie świętą, która „kłóciła się” z Jezusem

    ŚWIĘTA GEMMA GALGANI
    Wikipedia

    *****

    Świadkowie usłyszeli jak „rozkazywała” Jezusowi nawrócić zatwardziałego grzesznika, a gdy On wzbraniał się z powodu jego potwornych grzechów, dziewczyna uciekła się do „szantażu”.

    Jeśli zadaniem hagiografii jest wzbudzanie w nas pragnienia znalezienia się w niebie, to w przypadku Gemmy – mnie przynajmniej – wystarczyłoby samo zdjęcie.

    Z przyjemnością usiadłbym tuż obok niej w którymś tam rzędzie niebiańskich krzeseł. Nie na darmo ta dwudziestopięcioletnia Włoszka uważana jest za najpiękniejszą wśród świętych kobiet.

    Córka boleści

    Jej życie było dość krótkie i zdecydowanie nie najłatwiejsze. Na tyle trudne, że rodacy do dziś mówią o niej: figlia del dolore, czyli córka boleści. Od wczesnego dzieciństwa odznaczała się błyskotliwą inteligencją. Nauka w szkole prowadzonej przez siostry zakonne, do której oddano ją jeszcze przed ukończeniem ósmego roku życia, nie sprawiała jej najmniejszego kłopotu.

    W spontaniczny sposób rozwijało się także jej życie duchowe. Nie mając nawet dziesięciu lat obiecała sobie zawsze utrzymywać bliską relację z Jezusem ukrytym w Eucharystii – „zwłaszcza gdy będę strapiona”, jak zapisała w swoim dziecięcym dzienniku. A strapień miało jej nie zabraknąć. Jeszcze w tym samym roku została niespodziewanie osierocona przez ukochaną mamę, a jako nastolatka musiała opuścić szkołę, by zająć się chorym na gruźlicę bratem.

    To jednak jest anioł

    Pozostawała w bliskiej, zażyłej relacji ze swoim aniołem stróżem. Ten nieraz ją upominał w bardzo bezpośredni sposób. Pewnego razu, gdy Gemma otrzymała w prezencie złoty zegarek, z którego była bardzo dumna, anioł zwrócił jej uwagę, że dla oblubienicy Chrystusa jedyną odpowiednią ozdobę stanowi krzyż i ciernie. To wtedy nastoletnia mistyczka odczuła głębokie pragnienie poznania i zjednoczenia się z męką Zbawiciela i zaczęła gorąco prosić o tę łaskę.

    Niebawem miała zostać wysłuchana. Warto jednak dodać, że bezpośredniość w stosunkach z aniołem działała w obie strony. Gemmie zdarzało się używać go jako „listonosza”, by dostarczał jej listy przebywającemu w Rzymie spowiednikowi, a nieraz i spierać się ze swoim niebiańskim opiekunem. Zaniepokojony spowiednik czuł się w obowiązku przypominać jej, że ma do czynienia z sługą samego Boga, któremu jednak winna szacunek i posłuszeństwo.

    Koiła ją Eucharystia

    Wkrótce nadszedł czas, gdy Ukrzyżowany postanowił spełnić pragnienia swojej oblubienicy. Zaczęły się ogromne cierpienia. Zmarł ojciec Galganich, a na barkach młodej dziewczyny spoczęła troska o pozostałe, młodsze rodzeństwo. Znaleźli się w fatalnej sytuacji finansowej, którą właściwiej byłoby określić jako skrajną nędzę.

    Jej nadwyrężone zdrowie i siły zaczęły poważnie szwankować. Zapadła na zapalenie opon mózgowych, traciła stopniowo słuch i włosy. Prawie rok spędziła przykuta do łóżka z powodu niemal kompletnego paraliżu kończyn. Gdy skarżyła się Jezusowi, że nie jest już w stanie się modlić, usłyszała, że te cierpienia służą oczyszczeniu jej duszy. Odtąd przyjmowała je z wielką ufnością.

    Chwile wielkiego wytchnienia i ulgi przeżywała, przyjmując komunię świętą. Wreszcie, zupełnie niespodziewanie, została uzdrowiona. Wiedziała już, że najlepszym sposobem okazania Jezusowi jej wielkiej miłości jest nie przestawać dla niego cierpieć i uparcie przypominała Mu, że jest na to gotowa.

    Stygmatyczka

    Jezus nie dał się długo prosić. W wieku dziewiętnastu lat Gemma otrzymała dar stygmatów. W każdy czwartek wieczorem wchodziła w stan bolesnej ekstazy, w której jednoczyła się z męką swego Ukochanego. Trwało do zazwyczaj do godziny trzeciej po południu w piątek lub nawet do sobotniego poranka. Wtedy stygmaty znikały, pozostawiając po sobie ślady w postaci blizn, by znów otworzyć się w następnym tygodniu.

    W tym czasie Gemma mieszkała już u pobożnej rodziny, u której miejsce znalazł jej spowiednik, gdyż w małym domu Galganich brakło dla niej miejsca. Rodzina Gianninich oraz dwaj pasjoniści, prałat Volpi i ojciec Germano, wielokrotnie byli świadkami ekstaz Gemmy i jej zażyłości z Jezusem.

    Kłótnie z Jezusem

    Była to zażyłość tak bliska i serdeczna, że aż zdumiewająca. Dwudziestoletnia mistyczka pozwalała sobie nawet na „kłótnie” ze swoim Boskim Oblubieńcem. O co? O grzeszników. Za którymś razem świadkowie usłyszeli, jak „rozkazywała” Jezusowi nawrócić zatwardziałego grzesznika, a gdy On wzbraniał się z powodu jego potwornych grzechów, dziewczyna uciekła się do „szantażu”, mówiąc: „Twoja Matka też się za niego modli. Jej nie możesz odmówić!”.

    Jakie było zdumienie jednego z ojców, gdy wychodząc z mieszkania, w którym był świadkiem tej sceny, wpadł na zapłakanego mężczyznę, który na kolanach zaczął go błagać o spowiedź i okazał się nosić nazwisko chwilę wcześniej wymieniane uparcie przez Gemmę w rozmowie z Jezusem.

    Niespełnione marzenie

    Wkrótce Gemma zapadła na gruźlicę i próchnicę kości. Wytrzymywała bolesne zabiegi bez znieczulenia. Jej znieczuleniem był krzyż, w który wpatrywała się niemal bez przerwy wzrokiem pełnym miłości. Postępująca choroba ostatecznie przekreśliła jej szanse na zrealizowanie swojego największego marzenia – by wstąpić do klauzurowego zgromadzenia sióstr pasjonistek, oddanych rozważaniu męki Chrystusa.

    Już wcześniej siostry kilkukrotnie jej odmawiały – a to z powodu zobowiązań rodzinnych, a to ze względu na stan zdrowia, a trochę też z obawy przed jej sławą mistyczki. Poniekąd dla pocieszenia ojciec Germano przyjął od niej cztery prywatne śluby identyczne co do treści ze ślubami składanymi w zakonie pasjonistek. Złożyła je już na łożu boleści, z którego miała się nie podnieść aż do swojej śmierci w Wielką Sobotę 1903 roku.

    Najwierniejsza kopia Jezusa

    Siostry, które nie chciały jej przyjąć za życia, zrobiły to po śmierci, pozwalając na jej pochówek w swoim klasztornym kościele w Lukce, gdzie dziś znajduje się jej sanktuarium. Jej duchowym pięknem zachwycili się kolejni papieże. Pius XI dokonując jej beatyfikacji nazwał ją „najwierniejszą kopią, również zewnętrznie, Ukrzyżowanego Odkupiciela”, a Pius XII określił „gwiazdą swojego pontyfikatu” i kanonizował w 1940 roku.

    Jest patronką aptekarzy, studentów i wszystkich, którzy cierpiąc, jednoczą się z Ukrzyżowanym Jezusem.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Ojciec Pio, bat na ateistów, znak dany przez Boga

    Ojciec Pio, bat na ateistów, znak dany przez Boga

    W życiu wielu świętych mistyków odnotowano przypadki bilokacji, czyli stanu, w którym dana osoba znajduje się równocześnie w dwóch różnych miejscach, nieraz oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Jest to jedno z najbardziej tajemniczych zjawisk w życiu mistyków.

    Ojciec Pio posiadał dar bilokacji, z którego bardzo często korzystał, aby nieść pomoc ludziom będącym w potrzebie. Kiedyś zwierzył się, że śpi tylko siedem godzin w roku. Dla niego dzień bilokacji rozpoczynał się, kiedy kładł się na nocny spoczynek. Udawał się w bilokacjach tam, gdzie posyłał go Chrystus, do konkretnych osób, z duchowym wsparciem, radą i pomocą. W tych “bilokacyjnych podróżach” często towarzyszyli mu św. Antoni Padewski lub św. Franciszek z Asyżu. Faktu bilokacji nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Przypuszcza się, że duch opuszcza ciało i udaje się w inne miejsce, natomiast ciało pozostaje w bezruchu. Kiedy św. Alfons Liguori udał się w bilokacji do Rzymu, aby być przy śmierci papieża Klemensa XIV i uczestniczyć w jego pogrzebie, przez dwa dni siedział jak skamieniały w fotelu, w miejscu swego zamieszkania. Zjawisko bilokacji w życiu o. Pio jest bogato udokumentowane.

    Obronił San Giovanni Rotondo przed zbombardowaniem

    Piloci wojsk alianckich stacjonujących w okolicach Bari od września 1943 r. byli podczas lotów świadkami nadzwyczajnych spotkań. Za każdym razem, kiedy odbywali loty bojowe i zbliżali się w okolice San Giovanni Rotondo, widzieli pojawiającego się na niebie zakonnika, który nie dopuszczał do zrzucenia bomb i zawracał samoloty. Wszystkie miejscowości w okolicy były mocno bombardowane, natomiast na San Giovanni Rotondo nie spadła ani jedna bomba. “Kiedy piloci wracali po wykonaniu lotu – wspomina generał Rossini – opowiadali, że w pewnym momencie na niebie ukazywał się im zakonnik i wtedy samoloty natychmiast same zmieniały kurs”.

    Początkowo wielu nie dowierzało tym nieprawdopodobnym historiom. Jednak kiedy coraz więcej pilotów dzieliło się podobnymi doświadczeniami (a byli wśród nich Amerykanie, Anglicy, Polacy, Żydzi, katolicy, protestanci, niewierzący), naczelny dowódca, którym był amerykański generał, postanowił osobiście sprawdzić wiarygodność tych opowieści.

    Poprowadził eskadrę bombowców, która miała zniszczyć niemiecki magazyn amunicji, znajdujący się w pobliżu San Giovanni Rotondo. Była to któraś z kolei misja, wszystkie poprzednie nie powiodły się, z powodu tajemniczej zjawy pojawiającej się na niebie.

    Wszyscy w napięciu czekali, jak tym razem powiedzie się lot bombowe; Kiedy eskadra wróciła do bazy, ameryf kański generał był w prawdziwym szoku. Opowiedział, że kiedy byli już blisko celu bombardowania, nagle zauważyli na wysokości lecących samolotów, postać zakonnika ze wzniesionymi rękami. W pewnym momencie we wszystkich samolotach bomby samoczynnie się odczepiły spadając na okoliczne lasy. Natomiast samoloty, same, bez ingerencji pilotów wróciły w kierunku bazy. Wydarzenie to stało się głownym temeatem tematem rozmów w całej jednostce. W czasie dyskusji ktoś zasugerował, że tym zakonnikiem może być stygmatyzowany o. Pio, przebywający w klasztorze w San Giovanni Rotondo. Generał stwierdził, że jak tylko przesunie się linia frontu, to osobiście pojedzie do klasztoru, aby to sprawdzić. Kiedy Niemcy wycofali się Generał wybrał się z kilkoma pilotami do San Giovanni Rotondo. Przy wejściu do zakrystii natychmiast zauważył, że w grupie zakonników jest ten, który zawracał samoloty. Ojciec Pio podszedł do generała, położył mu rękę na ramieniu i powiedział: “To ty chciałeś nas wszystkich wysadzić w powietrze!”. Słysząc te słowa i widząc o. Pio generał przeżył duchowy wstrząs. Później długo jeszcze rozmawiali ze sobą, doskonale się rozumieli, chociaż generał mówił po angielsku, a o. Pio w swoim rodzinnym dialekcie z Benewentu. Po tym spotkaniu, generał, protestant przeszedł na katolicyzm.

    Ślad ręki na szybie

    Ojciec Placid Bux w 1957 r. zachorował na marskość wątroby i w stanie beznadziejnym leżał w szpitalu w San Severo. W nocy zauważył, że przy jego łóżku stoi o. Pio, który pocieszając go zapewnił, że wyzdrowieje, później podszedł do okna, odcisnął dłoń na Szybie i zniknął. Rano o. Placid czuł się bardzo dobrze, spojrzał w okno i zobaczył na szybie odciśniętą dłoń Stygmatyka, co go upewniło, że nocna wizyta o. Pio rzeczywiście miała miejsce. Wiadomość rozeszła się po szpitalu i po całym mieście. Do pokoju chorego o. Placido zaczęło przychdzić mnóstwo ciekawskich ludzi, aby obejrzeć odbicie dłoni o. Pio. Władze szpitala nakazały, aby je zmyć. I chociaż użyto wszystkich dostępnych środków czyszczących, śladu dłoni o. Pio nie udało się usunąć. O. Placido całkowicie wyzdrowiał i po wyjściu ze szpitala natychmiast pojechał do San Giovanni Rotondo. Kiedy spotkał o. Pio na klasztornym korytarzu , usłyszał pytanie: “Jak się czuje nasz o. Placido? Wspaniale” – odpowiedział i korzystając z okazji zapytał: “Czy rzeczywiście był ojciec u mnie w szpitalu i zostawił ślad ręki na szybie?” Patrząc mu prosto w oczy o. Pio odpowiedział: “I ty w to wątpisz. Byłem tam, ale nikomu o tym nie mów”.

    Dziękuję za uratowanie mi życia

    Pewnego dnia po Mszy św. w zakrystii o. Pio zdejmował szaty liturgiczne. Podszedł wtedy do niego mężczyzna, który upadł na kolana i płacząc mówił: “Ojcze, dziękuję, że uratowałeś mi życie”. Był to kapitan piechoty. W czasie wojny przebywał na froncie, wokół szalała bitwa. W pewnym momencie zobaczył, że kilkanaście metrów od niego stoi jakiś zakonnik, daje mu znak ręką i mówi: “Niech pan kapitan jak najprędzej ucieka z miejsca, gdzie pan teraz jest, i stanie obok mnie”. Kapitan natychmiast podbiegł do zakonnika i w tym momencie uderzył granat, dokładnie w to miejsce, w którym przez chwilą stał. Kiedy oficer odwrócił się, aby podziękować zakonnikowi, jego już tam nie było, zniknął bez śladu. Kapitan po wojnie przyjechał do San Giovanni Rotondo i wtedy rozpoznał, że tym tajemniczym zakonnikiem był właśnie o. Pio.

    List z Czechosłowacji

    Wśród wielkiej ilości listów, które nadeszły do San Giovanni Rotondo, była też korespondencja z krajów bloku komunistycznego. Świadczą one o tym, że o. Pio często udawał się tam w bilokacji. Był w Jugosławii, przy arcybiskupie Alojzym Stepinaciu podczas jego procesu. Towarzyszył prymasowi Węgier, kard. Józefowi Mindszentiemu, w czasie, gdy był w więzieniu. Sekretarz prymasa Węgier opowiadał, że podczas pobytu w wiezieniu, w 1956 r., kardynał bardzo pragnął odprawić Mszę św. Pewnego dnia o. Pio zjawił się w jego więziennej celi, przynosząc ze sobą to, co potrzebne do sprawowania Eucharystii, nawet służył mu do Mszy św. Odchodząc zabrał wszystko ze sobą .

    W Czechosłowacji władze komunistyczne, rozwiązały zakony, a księża zostali uwięzieni. Jedna ze wspólnot zakonnych sióstr prowadziła życie ukryte. Siostry nie nosiły habitów, w ciągu dnia pracowały na roli, a w nocy zbierały się na wspólną modlitwę. Właśnie te siostry napisały list do o. Pio, dziękując mu za to, że specjalnie przyjechał do nich, aby odprawić Mszę św. Przykro im było tylko, że o. Pio nie przyjął zaproszenia na skromny posiłek. W liście pytały również, jak udała mu się powrotna podróż i czy miał problemy na przejściu granicznym. Z tego listu wynika, że siostry były absolutnie przekonane, że o. Pio opuścił San Giovanni Rotondo i wybrał się w podróż do Czechosłowacji. A była to podróż bilokacyjna.

    Cudowny zapach

    Z krwawiących ran o. Pio emanował wyjątkowy, niespotykany zapach, który przypominał mieszaninę fiołków, róż, lilii i kadzidła. Nie sposób go jednak opisać ponieważ zawiera obok znanych aromatów – nowe, dotąd nieznane elementy. Te cudowne zapachy emanowały również z przedmiotów związanych z o. Pio. Często pojawiały się znienacka, trwały krótko lub długo. O. Pio wyjaśnił, że zapach ten jest znakiem, który mówi, że przez jego pośrednictwo Bóg zsyła łaskę, pociesza, ostrzega przed niebezpieczeństwem, pokusą lub grzechem.

    Od ludzi świętych, zjednoczonych w miłości z Bogiem, emanowała cudowna woń. I tak na przykład ciało św. Marcina de Porres wydzielało subtelny zapach. Kiedy po 25 latach od śmierci 5 otwarto jego grób, z ciała emanował ten sam aromat. Niezaprzeczalną wiarygodność faktu cudownego zapachu o. Pio potwierdzają i tysiące świadectw ludzi, którzy go doświadczyli nie tylko za życia o. Pio. ale również i po jego śmierci.

    Dr Giorgio Festa przywiózł z San Giovanni Rotondo do swojego gabinetu w Rzymie, mały kawałek bandaża nasiąkniętego krwią z rany boku o. Pio. Przez długi czas ten mały kawałek płótna, zamknięty w szafce, emanował tak silnym zapachem, że wszyscy przychodzący pacjenci pytali doktora Festę o pochodzenie tej subtelnej, niespotykanej woni.

    Gwardian klasztoru w San Giovanni Rotondo – o. Rosario napisał, że przez pierwsze trzy miesiące swego urzędowania jako przełożony o. Pio, każdego dnia czuł przedziwny zapach, rozchodzący się z celi Stygmatyka, z którym sąsiadował.

    Giuseppe Onufrio z Palermo wspomina, że podczas spowiedzi ojciec Pio trzymał go za prawą rękę. Kiedy wrócił do domu poczuł, że prawa ręka emanuje zapachem o. Pio. Pomimo wielokrotnego mycia rąk zapach nie ustępował przez wiele dni. Ojciec Pio nałożył mu pokutę, która miała trwać przez trzy miesiące. W tym okresie Onufrio odczuwał niezwykle intensywny i przyjemny zapach. Pojawiał się niespodziewanie, a potem ustawał. Kiedy skończył się czas pokuty, zapach ustał.

    Rosa Baldi miała bardzo wysoką gorączkę dochodzącą do 40°C. Lekarze byli bezradni, nie potrafili ustalić jej przyczyn. Pani Baldi wysłała swego syna do San Giovanni Rotondo, aby prosił o pomoc o. Pio. Podczas spowiedzi chłopiec poprosił ojca o uzdrowienie mamy. W dzień powrotu syna, w domu pani Baldi wszyscy poczuli niesamowity zapach. Tego samego dnia jej gorączka nagle zniknęła. W ten sposób o. Pio dał znać o swojej duchowej obecności i łasce uzdrowienia, którą wymodlił.

    Przez cudowny zapach o. Pio dawał i ciągle daje znak swoim duchowym synom i córkom, że chociażby przeżywali najciemniejszą życiową noc, największe niebezpieczeństwa i trudności, , to nigdy nie są sami, bo jest z nimi zawsze kochający Bóg. “Kiedy próby są bardzo ciężkie – pisze o. Pio – powtarzam ci w nieskończoność, że nie musisz się lękać, bo nawet jeżeli widzisz, że twa dusza stoi na skraju przepaści, to przecież jest z tobą Jezus. Musisz nieprzerwanie wznosić swój głos do nieba, nawet kiedy atakuje twą duszę strapienie i przytłacza cię samotność. Krzycz głośno razem z bezgranicznie cierpliwym Hiobem, który, doświadczając za przyzwoleniem Bożym tego, co ty teraz przeżywasz, wołał: Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam”.

    Dwumiesięcznik Miłujcie się/Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________________


    10 mało znanych faktów z życia św. Ojca Pio. Jak dobrze znasz świętego stygmatyka?

    fot. Justyna Galant /Family News Service

    *****

    Ojciec Pio to jeden z najpopularniejszych świętych XX wieku. Miał dar bilokacji, młodemu Karolowi Wojtyle przepowiedział papieską przyszłość, a ze stygmatów, które otrzymał w ciągu 50 lat wypłynęło 3,4 tys. litrów krwi. Family News Service przypomina mniej znane fakty z życia włoskiego zakonnika.

    23 września w Kościele katolickim przypada liturgiczne wspomnienie św. Ojca Pio z Pietrelciny – kapucyna stygmatyka, mistyka i jednego z najpopularniejszych świętych XX wieku. Duchowny zmarł 23 września 1968 roku w klasztorze San Giovanni Rotondo, we Włoszech. Kapłanowi również dziś przypisuje się wiele cudów, nawróceń i uzdrowień. Obdarzony był darem bilokacji – obecności w dwóch miejscach na raz. To on przepowiedział młodemu Karolowi Wojtyle, że zostanie papieżem. Jego dewizą życia była miłość do Boga w drugim człowieku. Sprawdź czego jeszcze nie wiesz o tym świętym zakonniku.

    1. Imię na cześć świętego papieża Piusa V

    6 stycznia 1903 roku, w wieku 15 lat, Francesco Forgione rozpoczął nowicjat w Zakonie Braci Mniejszych Kapucynów w Morcone. 22 stycznia złożył śluby zakonne, otrzymał habit franciszkański oraz przyjął imię brata Pio, na cześć świętego Piusa V, patrona Pietrelciny, przed którego relikwiami modlił się w pobliskim kościele.

    2. Służba w wojsku

    Po kilku latach kapłaństwa Ojciec Pio został powołany do wojska, do służby medycznej. Często jednak chorował i musiał wracać do domu na rekonwalescencję. W 1916 roku został zwolniony ze służby ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo, gdzie pozostał aż do śmierci.

    3. Przepowiednia o papieżu Janie Pawle II

    Znana jest opowieść o tym, że Ojciec Pio przepowiedział młodemu Karolowi Wojtyle papieską przyszłość. W wieku 28 lat polski duchowny udał się do San Giovanni Rotondo, aby się wyspowiadać. Młody kapłan uczestniczył też w mszy świętej odprawianej przez włoskiego zakonnika. Podczas wymiany kilku zdań, kapucyn miał przepowiedzieć Wojtyle, że zostanie głową Kościoła katolickiego.

    4. Dar bilokacji

    Według zeznań żołnierzy walczących na froncie II wojny światowej, zakonnik w brązowym habicie często ukazywał się na niebie i nakazując samolotom odlecieć, i zakazując bombardowania. Żadna bomba nie spadła na strefę San Giovanni Rotondo. W tym samym czasie widziano zakonnika w San Giovanni Rotondo oraz Urugwaju, gdzie udzielił ostatniego namaszczenia kapłanowi.

    5. 3400 litrów krwi w ciągu 50 lat

    Ojciec Pio otrzymał stygmaty w piątek – 20 września 1918 roku. Po mszy świętej udał się na chór zakonny, aby tam odprawić dziękczynienie przed krucyfiksem. Gdy kontemplował Jezusa Ukrzyżowanego na jego ciele pojawiły się stygmaty na dłoniach, stopach oraz w boku, – w miejscach ran Jezusa, które zadano Mu podczas ukrzyżowania. Jak przekazali lekarze, którzy wielokrotnie badali zakonnika, z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3,4 tys. litrów krwi. Po śmierci Ojca Pio stygmaty zniknęły bez śladu.

    6. Niesamowite wizje i niestrudzona walka z szatanem

    Włoski zakonnik bardzo często miewał wizje oraz objawienia. Opowiadał o spotkaniach z Jezusem, Maryją oraz Aniołem Stróżem. Niektóre doświadczenia opisywał w listach do ojca Augustyna – duchowego powiernika. Najbardziej przejmująca jest wizja dotycząca apokalipsy, która miała miejsce w grudniu 1902 roku. Widział Jezusa zapowiadającego koniec świata i liczne wojny, które dotkną świat. Kapucyn mówił, że apokaliptyczne wydarzenia mają trwać 3 dni i 3 noce. Ojciec Pio wielokrotnie był dręczony przez szatana i toczył z nim walki. Zakonnik uwalniał również ludzi od dręczeń szatańskich.

    7. Uzdrowienia i cuda

    Włoskiemu kapucynowi przypisuje się wiele cudów i licznych uzdrowień. Jednym z nich jest uzdrowienie Gemmy de Giorgi, która obecnie mieszka w Riberze we Włoszech. Dziewczyna od urodzenia była niewidoma, nie miała źrenic. Lekarze nie dawali jej szans na wyzdrowienie. Babcia Gemmy gorliwie modliła się za wstawiennictwem Ojca Pio o przywrócenie wzroku wnuczki. Kobieta napisała nawet list do zakonnika z prośbą o modlitwę. Ojciec Pio zapewnił o swojej pamięci i zaprosił w odwiedziny. Babcia z wnuczką pojechały do San Giovanni Rotondo. Wyspowiadały się, a Gemma z rąk zakonnika przyjęła Komunię świętą. Kapucyn uczynił znak krzyża na oczach dziewczynki. Wracając pociągiem do domu, Gemma odzyskała wzrok. Za przyczyną Ojca Pio dokonało się także nawrócenie masońskiego dziennikarza – Alberto del Fante. Mężczyzna na łamach prasy ośmieszał zakonnika. Po pewnym czasie, poważnie zachorował jego siostrzeniec – Enrico. Chłopiec zmagał się z gruźlicą kości i płuc. Krewni z rodziny Alberto pojechali do Ojca Pio. Kapucyn zapewnił ich, że chłopczyk wyzdrowieje. Alberto, nie dając wiary w zapewnienia zakonnika, stwierdził, że jak Enrico wróci to zdrowia, to on pojedzie z pielgrzymką do San Giovanni Rotondo. Enrico odzyskał zdrowie, a mężczyzna dotrzymał obietnicy. W San Giovanni Rotondo odbył długą spowiedź u Ojca Pio i się nawrócił.

    8. Ostatnia msza święta Ojca Pio

    Ojciec Pio odprawił swoją ostatnią mszę świętą 22 września 1968 roku. Obchodził wówczas 50. rocznicę otrzymania stygmatów. „Będę się modlił za was na wieki” – miał powiedzieć na zakończenie.

    Włoski zakonnik zmarł 23 września 1968 roku. W jego pogrzebie uczestniczyło 100 000 osób. Beatyfikacji dokonał papież Jan Paweł II 2 maja 1999 roku, trzy lata później odbyła się jego kanonizacja – 16 czerwca 2002 roku

    9. Dom Ulgi w Cierpieniu

    Założony z inicjatywy Ojca Pio szpital, zgodnie z jego słowami, miał być ulgą nie tylko dla ciała, lecz także dla duszy. Inicjatywa wybudowania kliniki w San Giovanni Rotondo powstała w 1922 roku. Z każdym kolejnym rokiem placówka zapełniała się pacjentami i ich świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki modlitwie wstawienniczej Ojca Pio. Dziś jest prężnie działającą polikliniką oraz centrum badań nad leczeniem nowotworów.

    10. Relikwia św. Ojca Pio

    Ekshumacji ciała Ojca Pio dokonano w 2008 roku. Doczesne szczątki włoskiego zakonnika zostały wystawione na widok publiczny. W ciągu kilku miesięcy nawiedziło je blisko 9 mln ludzi. 25 maja 2010 r., z okazji 123. rocznicy urodzin świętego do Pietrelciny przywieziono niezwykłą relikwię – kość gnykową (mała kość znajdująca się z przodu szyi), która w sposób naturalny oddzieliła się od ciała Ojca Pio podczas przeprowadzonej ekshumacji.

    fot. Justyna Galant/Family News Service

    PCh24.pl/źródło: Family News Service

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 września

    Błogosławiony Józef Stanek SAC,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Stanek

    Józef Stanek urodził się w 1916 r. w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej, na pograniczu polsko-słowackim. Był ósmym, najmłodszym dzieckiem Józefa i Agnieszki, którzy zajmowali się rolnictwem. W 1923 r. rodzinę nawiedziła tragedia. Epidemia tyfusu w ciągu dziewięciu miesięcy pochłonęła życie obojga rodziców i dwóch dziadków. Opiekę nad Józefem przejęło starsze rodzeństwo, w szczególności 34-letnia najstarsza siostra Stefania i brat Wendelin.
    W 1929 r. Józef po ukończeniu podstawowej edukacji został wysłany do Wadowic. Tam ukończył szkołę średnią prowadzoną przez pallotynów. Nie było to łatwe, bo gdy przyjeżdżał do tej szkoły, nie znał dobrze języka polskiego – w domu rodzinnym mówiono bowiem spiską, góralską gwarą.
    Po maturze, w 1935 r., wstąpił do pallotynów w Sucharach nad Notecią k. Nakła. Tam odbył nowicjat. Pierwszą profesję złożył dwa lata później. Studia filozoficzno-teologiczne rozpoczął w seminarium pallotynów w Ołtarzewie koło Ożarowa. Gdy wybuchła II wojna światowa, klerycy z Ołtarzewa zostali ewakuowani przed najeżdżającymi Rzeczpospolitą wojskami niemieckimi – na wschód. Tam wpadli w ręce sowieckie.
    Józkowi udało się na szczęście uciec z naprędce zorganizowanego obozu przejściowego. Powrócił do rodzinnego Spiszu, w międzyczasie przyłączonego do współpracującego z Niemcami państwa słowackiego. Po krótkim pobycie w rodzinnych stronach wrócił do Ołtarzewa. Spotkał się tam z wieloma innymi seminarzystami, którzy po wojnie obronnej 1939 r. zdołali powrócić. Święcenia kapłańskie przyjął w 1941 r. w katedrze w Warszawie.
    Rozpoczął studia specjalistyczne na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Złożył też, gdzieś w 1941 r., przysięgę Związku Walki Zbrojnej ZWZ, przemianowanej w 1942 r. na Armię Krajową, stając się jej członkiem i rozpoczynając działalność w podziemnej konspiracji. Jednocześnie posługiwał jako duszpasterz i kapelan Zakładu Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach przy ul. Hożej w Warszawie. Tam też, 1 sierpnia 1944 r., zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.
    Do drugiej połowy sierpnia ofiarnie spełniał posługę na Koszykach, pełniąc rolę kapelana, także w prowizorycznych szpitalach powstańczych. Wtedy to przełożeni skierowali go do pracy w Zgrupowaniu AK “Kryska”, walczącym w okolicy ul. Czerniakowskiej na Powiślu. Ksiądz Józef przybrał pseudonim “Rudy”. Rozpoczął szeroką i wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Odprawiał Msze św. polowe i spowiadał. Często odwiedzał polowe szpitale, niosąc duchową pomoc i nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych.
    Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach Powstania na przyczółku czerniakowskim, jednym z regionów Warszawy znajdującym się jeszcze w ręku powstańców.
    Chociaż miał możliwość uratowania życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej. Oddał przeznaczone dla niego miejsce rannemu żołnierzowi. Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym, walczącym brzegu rzeki. Od 10 do 23 września trwały krwawe walki o przyczółek Czerniakowski. Teren opanowany przez powstańców nieustannie zmniejszał się. Wkrótce część żołnierzy ewakuowała się kanałami na Mokotów, inni dostali się na prawy brzeg Wisły.
    23 września 1944 r. Niemcy wysłali na tereny bronione przez “Kryskę” parlamentariuszy – przedstawicieli ludności cywilnej – z wezwaniem do poddania się i całkowitej kapitulacji. Powstańcy podjęli rozmowy. Działania zostały przerwane. Nastąpiła ewakuacja rannych i ludności cywilnej. W pertraktacjach wziął udział kapelan “Kryski” – Józef Stanek “Rudy”. Rozmowy nie dały jednak rezultatów. Powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków. Józef Stanek został zatrzymany przez Niemców jako zakładnik.
    Ściągnął na siebie specjalną nienawiść Niemców między innymi za to, że polecił powstańcom, na własną odpowiedzialność, przed poddaniem niszczyć broń. Każdego bowiem schwytanego powstańca z bronią w ręku rozstrzeliwano. Ks. Józef nie chciał także, aby broń dostała się w ręce hitlerowców i służyła zabijaniu Polaków.
    Dla ks. Józefa Niemcy przygotowali specjalny rodzaj śmierci. Bity, popychany przez hitlerowskich siepaczy, został odprowadzony pod szubienicę – wystającą z muru żelazną belkę. Podchodził do niej spokojnie, z powagą i majestatem… W sąsiedztwie Niemcy pędzili – jak się okazało do niewoli, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – opuszczającą płonącą Warszawę ludność cywilną i ukrywających się wśród niej żołnierzy AK. Chcieli im pokazać, jaki los spotyka “głównego bandytę Powstania”. Zarzucono mu pętlę na szyję (ponoć była to jego stuła). Ks. Stanek, w czarnej sutannie, choć bez oznak Armii Krajowej, wyprostował się i w ostatnich chwilach życia, spod szubienicy, błogosławił przechodzących żołnierzy i ludność cywilną, których wcześniej spowiadał i podnosił na duchu. Powieszono go na zapleczu magazynu przy ulicy Solec.
    W 1945 r. jego szczątki ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie (ogółem, w dwóch mogiłach, pochowano 278 pomordowanych). Rok później przeniesiono je na Powązki. Szczątki, w sutannie, były dobrze zachowane – na szyi widać było odciśniętą pętlę. W kieszeni sutanny znajdował się kapłański brewiarz. W 1987 r. spoczęły one w kwaterze zgrupowania AK “Kryska” na tym cmentarzu. Przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec w 1994 r. postawiono pomnik księdza oraz innych żołnierzy i powstańców walczących na tym terenie.
    Beatyfikacji ks. Józefa Stanka dokonał św. Jan Paweł II w grupie 108 polskich męczenników za wiarę w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie. W 2000 r. relikwie bł. ks. Józefa Stanka zostały przeniesione do dolnego kościoła Chrystusa Króla w parafii pw. św. Wincentego Pallottiego w Warszawie. Cztery lata później ks. Józefa ustanowiono patronem kaplicy w nowo otwartym Muzeum Powstania Warszawskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________________

    Ksiądz, powstaniec, patriota. Powieszony przez Niemców na swojej własnej stule

    W ciągu 63 dni Powstania Warszawskiego oprócz wielu żołnierzy i ludności cywilnej, wzięli w nim udział również duchowni, którzy stale towarzyszyli walczącym.


    /Powstanie Warszawskie/wikipedia.org

    ***

    Zajmowali się organizowaniem Eucharystii i wspólnych modlitw, udzielali sakramentów, towarzyszyli poległym na ostatniej drodze, a niejednokrotnie oddawali własne życie w walce o wolność Ojczyzny.

    Jednym z nich był pallotyn ks. Józef Stanek – kapelan powstańców na Czerniakowie, zamordowany przez hitlerowców 23 września, wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła w gronie 108 męczenników II wojny światowej. Obecnie trwają modlitwy o rychłą kanonizację niezłomnego kapłana.

    Ks. Józef Stanek, noszący pseudonim “Rudy”, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego posługiwał jako kapelan w Zakładzie Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach. Od 1 sierpnia 1944 uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. W trudnych warunkach odprawiał nabożeństwa, udzielał pomocy rannym i umierającym, wspierał ludność cywilną i personel medyczny w szpitalach polowych. W drugiej połowie sierpnia zajął się towarzyszeniem żołnierzom zgrupowania AK “Kryska”, walczącym na Czerniakowie.

    Duchowny z oddaniem i gorliwością służył powstańcom. Jego zaangażowanie w sprawowanie sakramentów i zwykłe rozmowy z wiernymi, miały niebagatelny wpływ na morale walczących. Wielokrotnie znosił z pola walki rannych powstańców, posługując niemal w każdym miejscu walczącego Czerniakowa. Zjawiał się nawet w najbardziej niebezpiecznych punktach oporu powstania, by wspierać załamanych cywili, głosić Ewangelię i udzielać sakramentów.

    Podczas trwania powstania duchowny dostał propozycję przeprawy na prawy brzeg, co miało zapewnić mu bezpieczeństwo. Ustąpił jednak miejsca w pontonie rannemu żołnierzowi, rezygnując z przeprawienia się przez Wisłę. Nie zdecydował się na opuszczenie walczących powstańców i do końca pozostał w ruinach konającego Czerniakowa.

    Był dla nich wsparciem do ostatnich chwil. Świadkowie życia młodego pallotyna podkreślają jego heroiczną miłość bliźniego. Nazywano go „niestrudzonym Samarytaninem”. Śmierć poniósł mając zaledwie 28 lat, po 5 latach kapłaństwa. Jego altruistyczna i bohaterska postawa sprawiła, że zyskał wielki szacunek i uznanie ze strony wszystkich walczących.

    W dniu kapitulacji Czerniakowa 23 września, duchowny dostał się w ręce SS. Odważnie pertraktował z wrogiem, aby ocalić jak najwięcej powstańców. Był poddawany wielu szczególnie brutalnym torturom, a następnie powieszony na własnej stule. Kiedy na szyję duchownego nałożono pętlę, pobłogosławił on jeszcze powstańców i ludność cywilną prowadzoną przez Niemców do obozów.

    Jednym ze świadków jego egzekucji był inny wybitny kapelan powstania jezuita, o. Józef Warszawski. Ks. Stanek ściągnął na siebie szczególną nienawiść m.in. dlatego, że polecił żołnierzom polskim zniszczyć broń, ponieważ hitlerowcy niemal każdego uzbrojonego Polaka natychmiast rozstrzeliwali. Nie chciał także, aby broń dostała się w ręce Niemców i służyła zabijaniu powstańców.

    Ks. Stanek święcenia kapłańskie przyjął już w latach okupacji w 1941 roku. Po święceniach studiował na tajnym Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.

    Zwłoki duchownego ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie 14 kwietnia 1945 r. Następnie w 1946 roku przeniesiono je na cmentarz Powązkowski. 4 listopada 1987 w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej przy ul. Zagórnej odbyło się nabożeństwo żałobne połączone z ekshumacją i pogrzebem, 5 listopada 1987 szczątki pallotyna złożono w powązkowskiej kwaterze zgrupowania AK „Kryska”. W 1994 roku przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec postawiono pomnik ku czci ks. Józefa Stanka oraz innych bohaterów walczących na tym terenie w oddziałach Armii Krajowej i Wojska Polskiego.

    13 czerwca 1999 roku w Warszawie Jan Paweł II ogłosił ks. Józefa Stanka błogosławionym w gronie 108 męczenników II wojny światowej oraz drugim pallotynem – ks. Józefem Jankowskim.

    Kaplicę im. bł. ks. Józefa Stanka można odwiedzić w Muzeum Powstania Warszawskiego. Poświęcił ją kard. Józef Glemp podczas otwarcia Muzeum 31 lipca 2004 r. Do kaplicy wniesiono wówczas relikwie kapelana powstańców na Czerniakowie.

    „Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami” – tak mówił o bł. ks. Józefie Stanku, pallotynie i męczenniku ks. dr Jan Korycki SAC w homilii wygłoszonej podczas Mszy św. w 74. rocznicę śmierci duszpasterza Powstańców Warszawskich.

    KAI/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________

    Dziś wspomnienie bł. ks. Józefa Stanka, prezbitera i męczennika - określanego przez Niemców jako "główny bandyta Powstania Warszawskiego"
    fot. via www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Jozef_Stanek

    ***

    Dziś wspomnienie bł. ks. Józefa Stanka, prezbitera i męczennika – określanego przez Niemców jako “główny bandyta Powstania Warszawskiego”

    Józef Stanek urodził się w 1916 r. w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej, na pograniczu polsko-słowackim. Był ósmym, najmłodszym dzieckiem Józefa i Agnieszki, którzy zajmowali się rolnictwem. W 1923 r. rodzinę nawiedziła tragedia. Epidemia tyfusu w ciągu dziewięciu miesięcy pochłonęła życie obojga rodziców i dwóch dziadków. Opiekę nad Józefem przejęło starsze rodzeństwo, w szczególności 34-letnia najstarsza siostra Stefania i brat Wendelin.

    W 1929 r. Józef po ukończeniu podstawowej edukacji został wysłany do Wadowic. Tam ukończył szkołę średnią prowadzoną przez pallotynów. Nie było to łatwe, bo gdy przyjeżdżał do tej szkoły, nie znał dobrze języka polskiego – w domu rodzinnym mówiono bowiem spiską, góralską gwarą.

    Po maturze, w 1935 r., wstąpił do pallotynów w Sucharach nad Notecią k. Nakła. Tam odbył nowicjat. Pierwszą profesję złożył dwa lata później. Studia filozoficzno-teologiczne rozpoczął w seminarium pallotynów w Ołtarzewie koło Ożarowa. Gdy wybuchła II wojna światowa, klerycy z Ołtarzewa zostali ewakuowani przed najeżdżającymi Rzeczpospolitą wojskami niemieckimi – na wschód. Tam wpadli w ręce sowieckie.
    Józkowi udało się na szczęście uciec z naprędce zorganizowanego obozu przejściowego. Powrócił do rodzinnego Spiszu, w międzyczasie przyłączonego do współpracującego z Niemcami państwa słowackiego. Po krótkim pobycie w rodzinnych stronach wrócił do Ołtarzewa. Spotkał się tam z wieloma innymi seminarzystami, którzy po wojnie obronnej 1939 r. zdołali powrócić. Święcenia kapłańskie przyjął w 1941 r. w katedrze w Warszawie.

    Rozpoczął studia specjalistyczne na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Złożył też, gdzieś w 1941 r., przysięgę Związku Walki Zbrojnej ZWZ, przemianowanej w 1942 r. na Armię Krajową, stając się jej członkiem i rozpoczynając działalność w podziemnej konspiracji. Jednocześnie posługiwał jako duszpasterz i kapelan Zakładu Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach przy ul. Hożej w Warszawie. Tam też, 1 sierpnia 1944 r., zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.

    Do drugiej połowy sierpnia ofiarnie spełniał posługę na Koszykach, pełniąc rolę kapelana, także w prowizorycznych szpitalach powstańczych. Wtedy to przełożeni skierowali go do pracy w Zgrupowaniu AK “Kryska”, walczącym w okolicy ul. Czerniakowskiej na Powiślu. Ksiądz Józef przybrał pseudonim “Rudy”. Rozpoczął szeroką i wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Odprawiał Msze św. polowe i spowiadał. Często odwiedzał polowe szpitale, niosąc duchową pomoc i nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych.

    Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach Powstania na przyczółku czerniakowskim, jednym z regionów Warszawy znajdującym się jeszcze w ręku powstańców.
    Chociaż miał możliwość uratowania życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej. Oddał przeznaczone dla niego miejsce rannemu żołnierzowi. Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym, walczącym brzegu rzeki. Od 10 do 23 września trwały krwawe walki o przyczółek Czerniakowski. Teren opanowany przez powstańców nieustannie zmniejszał się. Wkrótce część żołnierzy ewakuowała się kanałami na Mokotów, inni dostali się na prawy brzeg Wisły.

    23 września 1944 r. Niemcy wysłali na tereny bronione przez “Kryskę” parlamentariuszy – przedstawicieli ludności cywilnej – z wezwaniem do poddania się i całkowitej kapitulacji. Powstańcy podjęli rozmowy. Działania zostały przerwane. Nastąpiła ewakuacja rannych i ludności cywilnej. W pertraktacjach wziął udział kapelan “Kryski” – Józef Stanek “Rudy”. Rozmowy nie dały jednak rezultatów. Powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków. Józef Stanek został zatrzymany przez Niemców jako zakładnik.

    Ściągnął na siebie specjalną nienawiść Niemców między innymi za to, że polecił powstańcom, na własną odpowiedzialność, przed poddaniem niszczyć broń. Każdego bowiem schwytanego powstańca z bronią w ręku rozstrzeliwano. Ks. Józef nie chciał także, aby broń dostała się w ręce hitlerowców i służyła zabijaniu Polaków.

    Dla ks. Józefa Niemcy przygotowali specjalny rodzaj śmierci. Bity, popychany przez hitlerowskich siepaczy, został odprowadzony pod szubienicę – wystającą z muru żelazną belkę. Podchodził do niej spokojnie, z powagą i majestatem… W sąsiedztwie Niemcy pędzili – jak się okazało do niewoli, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – opuszczającą płonącą Warszawę ludność cywilną i ukrywających się wśród niej żołnierzy AK. Chcieli im pokazać, jaki los spotyka “głównego bandytę Powstania”. Zarzucono mu pętlę na szyję (ponoć była to jego stuła). Ks. Stanek, w czarnej sutannie, choć bez oznak Armii Krajowej, wyprostował się i w ostatnich chwilach życia, spod szubienicy, błogosławił przechodzących żołnierzy i ludność cywilną, których wcześniej spowiadał i podnosił na duchu. Powieszono go na zapleczu magazynu przy ulicy Solec.

    W 1945 r. jego szczątki ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie (ogółem, w dwóch mogiłach, pochowano 278 pomordowanych). Rok później przeniesiono je na Powązki. Szczątki, w sutannie, były dobrze zachowane – na szyi widać było odciśniętą pętlę. W kieszeni sutanny znajdował się kapłański brewiarz. W 1987 r. spoczęły one w kwaterze zgrupowania AK “Kryska” na tym cmentarzu. Przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec w 1994 r. postawiono pomnik księdza oraz innych żołnierzy i powstańców walczących na tym terenie.

    Beatyfikacji ks. Józefa Stanka dokonał św. Jan Paweł II w grupie 108 polskich męczenników za wiarę w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie. W 2000 r. relikwie bł. ks. Józefa Stanka zostały przeniesione do dolnego kościoła Chrystusa Króla w parafii pw. św. Wincentego Pallottiego w Warszawie. Cztery lata później ks. Józefa ustanowiono patronem kaplicy w nowo otwartym Muzeum Powstania Warszawskiego.

    brewiarz.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 września

    Błogosławiona
    Bernardyna Maria Jabłońska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci Maurycy i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Emmeran, męczennik
      •  Święty Ignacy z Santhià, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Maria od Krzyża Mendez, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławieni Tomasz Sitjar, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Błogosławieni Dionizy Pamplona, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks IV, papież
    ***
    Błogosławiona Bernardyna Maria Jabłońska

    Maria Jabłońska urodziła się 5 sierpnia 1878 roku we wsi Pizuny koło Lubaczowa. Była jednym z czworga dzieci niezamożnych rolników Grzegorza i Marii. Do szkoły nie chodziła, pisać i czytać nauczył ją domowy nauczyciel. W wieku 18 lat po spotkaniu Brata Alberta Chmielowskiego wstąpiła do Albertynek. Została główną kucharką w Miejskim Domu Kalek. W jej zapiskach można przeczytać: “Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególnie Jego miłosierdzia nad nędzami duszy i ciała bliźnich”.
    24-letnią siostrę Marię, która w zakonie przybrała imię Bernardyna, brat Albert mianował przełożoną generalną Albertynek. W testamencie napisała: “Czyńcie dobrze wszystkim” – jakby uzupełniając słowa Adama Chmielowskiego: “Trzeba być dobrym jak chleb”. Siłę siostra Bernardyna odnajdywała w Eucharystii. W dzień zajęta sprawami Zgromadzenia i ubogich, nie miała czasu na dłuższą modlitwę, więc wynagradzała Panu Bogu, trwając nocą godzinami przed Najświętszym Sakramentem. To umiłowanie Jezusa w Eucharystii przekazała swoim siostrom, zachęcając je do częstej adoracji. Zmarła 23 września 1940 roku.
    Beatyfikacji Bernardyny Jabłońskiej dokonał 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas Mszy św. odprawianej pod Krokwią w Zakopanem. W homilii mówił on między innymi:

    Św. Jan Paweł II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej, Zakopane, 6 czerwca 1997 r.

    Maria Bernardyna Jabłońska – duchowa córka św. brata Alberta Chmielowskiego, współpracownica i kontynuatorka jego dzieła miłosierdzia – żyjąc w ubóstwie dla Chrystusa poświęciła się służbie najuboższym. Kościół stawia nam dzisiaj za wzór tę świątobliwą zakonnicę, której dewizą życia były słowa: “dawać, wiecznie dawać”. Zapatrzona w Chrystusa, szła wiernie za Nim, naśladując Go w miłości. Chciała zadośćuczynić każdej prośbie ludzkiej, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choćby słowem każdą cierpiącą duszę. Chciała być dobrą zawsze dla wszystkich, a najlepszą dla najbardziej pokrzywdzonych. “Ból bliźnich moich jest bólem moim” – mawiała. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych.
    Ta wielka heroiczna miłość dojrzewała na modlitwie, w ciszy pobliskiej pustelni na Kalatówkach, gdzie przez jakiś czas przebywała. W najtrudniejszych chwilach życia – zgodnie z zaleceniami jej duchowego opiekuna – polecała się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jemu ofiarowała wszystko, co posiadała, a zwłaszcza cierpienia wewnętrzne i udręki fizyczne. Wszystko dla miłości Chrystusa! Jako przez wiele lat przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Posługujących Ubogim III Zakonu św. Franciszka – albertynek, nieustannie dawała swoim siostrom przykład tej miłości, która wypływa ze zjednoczenia ludzkiego serca z Najświętszym Sercem Zbawiciela. To Serce Jezusa było jej umocnieniem w heroicznej posłudze najbardziej potrzebującym.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________

    Wspomnienie bł. Bernardyny Jabłońskiej – duchowej córki św. Brata Alberta

    Prawdziwym przełomem w życiu bł. Bernardyny okazało się spotkanie z Bratem Albertem. „Tęskniła do życia w kontemplacji i Pan wypełnił jej pragnienie w sposób, którego się nie spodziewała, bo jej życie upłynęło na ciężkiej pracy wśród bezdomnych, zranionych przez życie, nędzarzy. To w nich odkrywała twarz umiłowanego Nauczyciela i z miłości do Niego pragnęła dawać, wiecznie dawać” – mówił o bł. Bernardynie bp Damian Muskus.

    pl.wikipedia.org

    ***

    Według niego, jej życie i posługa najsłabszym są świadectwem, że wielkie dzieła miłości rodzą się „z patrzenia na Jezusa, z nieustannego bycia z Nim, słuchania Go i uczenia się Jego stylu”. Stwierdził, że siostry albertynki „w cichości zmieniają świat, zaprowadzając w jego najciemniejszych zakamarkach ewangeliczne reguły dobra, miłości i całkowitego oddania Jezusowi”.

    Kaznodzieja podkreślał, że tajemnicą kobiecej siły jest niestrudzona i wierna miłość. „Miłość, która jest ofiarowaniem siebie do końca, mocniejsza niż poniżenia, rozpacz i pogarda, silniejsza niż cierpienie na krzyżu odrzucenia i samotności” – dodał. Jego zdaniem, gdyby Matka Bernardyna nie kochała, gdyby nie patrzyła na Jezusa i Jego ubogich z miłością i z taką samą miłością nie słuchała Jego słów, jej dzieło prawdopodobnie nigdy by nie powstało.

    „O takiej miłości pisał Jan Paweł II, który w geniuszu kobiety upatrywał lekarstwa na społeczną nieczułość i obojętność. Kobieca wrażliwość na ludzkie niedole, wyobraźnia serca i gotowość pomocy, umiejętność dostrzegania potrzeb i reagowania na nie, zmieniają świat, obdarzając dobrocią i troską tych, którzy z różnych powodów cierpią: fizycznie i duchowo”- podkreślał biskup.

    Bł. Bernardyna Jabłońska urodziła się w 1878 roku. Prawdziwym przełomem w jej życiu okazało się spotkanie z Bratem Albertem. 18-letnia Maria wstąpiła w Krakowie do nowego zgromadzenia albertynek, przyjmując imię Bernardyna. Została przełożoną Miejskiego Domu Kalek i Starców pod wezwaniem św. Anny, a kilka lat później, jako zaledwie dwudziestoczterolatka, przełożoną generalną swojego zakonu. Kiedy do niego wstępowała, w zgromadzeniu było 41 sióstr w 6 domach, a kiedy umierała – było ich już ok. 500 w 56 domach. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych. Miłość do nędzarzy, zapomnianych przez ludzi i odtrącanych, dojrzewała w modlitwie.

    Zmarła 23 września 1940 r. w Krakowie, przekazując siostrom zalecenie: „Czyńcie dobrze wszystkim”. Jej relikwie znajdują się w sanktuarium Ecce Homo w Krakowie, a w tamtejszym Domu Generalnym Sióstr Albertynek zachował się pokój, w którym mieszkała, modliła się i cierpiała błogosławiona współzałożycielka zakonu. Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował duchową córkę św. Brata Alberta w 1997 r. w Zakopanem.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 września

    Święty Mateusz, Apostoł i Ewangelista

    Zobacz także:
      •  Jonasz, prorok
    ***
    Święty Mateusz

    Ewangeliści Marek i Łukasz nazywają Mateusza najpierw “Lewi, syn Alfeusza” (Mk 2, 14; Łk 5, 27), dopiero później w innych miejscach wymieniane jest imię Mateusz. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Pochodzi ono z hebrajskiego Mattaj lub Mattanja, co po polsku oznacza “dar Boga” (Teodor, Deusdedit, Bogdan).
    Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów.

    Nawrócenie świętego Mateusza

    W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei.
    Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami (Mt 9, 11; 11, 19; Mk 2, 15. 16; Łk 3, 12; 5, 29-30; 7, 34; 15, 12; 19, 2), to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich (Łk 19, 9-10; Mt 9, 10-11), nawet z nimi jadał (Łk 5, 29-33), jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści (Łk 18, 9-14). Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia (Łk 19, 8). Kiedy Żydzi postawili zarzut: “Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie św. Mateusz (Mt 9, 12-13).
    O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania (Mt 9, 1-8). O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Być może Mateusz słuchał wcześniej mów pokutnych Jana Chrzciciela. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.
    O powołaniu Mateusza na Apostoła piszą w swoich Ewangeliach także św. Marek i św. Łukasz (Mk 2, 13-17; Łk 5, 27-32). Jest to jednak równocześnie pierwsza i ostatnia osobna wzmianka o nim w Piśmie świętym. Potem widzimy go jedynie w spisach ogólnych na liście Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). W katalogach Apostołów figuruje on na miejscu siódmym lub ósmym.

    Święty Mateusz

    Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Najstarsza tradycja kościelna za autora pierwszej Ewangelii zawsze uważała Mateusza. Twierdzą tak m.in. Papiasz, biskup Hierapolis, Klemens Aleksandryjski, Orygenes i Ireneusz. Pierwotnie Ewangelia według św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Tłumacze pozostawili część słownictwa aramejskiego, chcąc zachować tzw. ipsissima verba Iesu – najbardziej własne słowa Jezusa.
    Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.
    Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Relikwie Mateusza miały być przewiezione ze Wschodu do Paestum (Pasidonii) w Italii. Jego ciało przewieziono do Italii w X w. Znajduje się ono obecnie w Salerno w dolnym kościele, wspaniale ozdobionym marmurami i mozaikami. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Mateusz uznawany jest za męczennika.
    Z apokryfów o Mateuszu dochowały się jedynie tzw. Ewangelia (inna, oczywiście) i Dzieje. Pierwszy utwór nieznanego autora pochodzi z VI w. i zdradza duże zapożyczenie w Protoewangelii Jakuba (aż 24 rozdziały są niemal identyczne). Pozostałe rozdziały tej Pseudo-ewangelii zawierają w sobie tak wiele cudowności i legend, że nie stanowią wiarygodnego źródła.W ikonografii św. Mateusz przedstawiany był w postaci młodzieńca, później – zwłaszcza w sztuce bizantyjskiej – jako siwowłosy, stary mężczyzna. W sztuce zachodniej od czasów średniowiecza dominuje obraz silnie zbudowanego, brodatego mężczyzny w średnim wieku. Ubrany bywa w tradycyjną długą, białą suknię apostolską i w tunikę. Bywa także ukazywany w postawie siedzącej, kiedy pisze – przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda, postać uskrzydlonego młodzieńca, sakwa z pieniędzmi u stóp, torba podróżna.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Wiara w Ewangelii św. Mateusza
    Powołanie św. Mateusza/Hendrick Ter Brugghen/CC 1.0

    ***

    Benedykt XVI:

    Celnik Mateusz świadkiem miłosierdzia Pana

    Audiencja generalna, 30 sierpnia 2006 r.

    Kontynuując cykl portretów 12 Apostołów, który rozpoczęliśmy kilka tygodni temu, zatrzymamy się dzisiaj przy postaci św. Mateusza. Mówiąc prawdę, niemożliwe jest właściwie pełne nakreślenie jego postaci, gdyż wiadomości, jakie dotyczą jego osoby, są nieliczne i fragmentaryczne. To, co możemy uczynić, to ukazać nie tyle jego biografię, co raczej jej zarys, jaki przekazuje nam Ewangelia. 

    Okazuje się, że jest on zawsze obecny na liście Dwunastu wybranych przez Jezusa (por. Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Jego hebrajskie imię oznacza „dar Boga”. Pierwsza Ewangelia kanoniczna nosi jego imię i wymienia go na liście Dwunastu, z wyraźnie określonym mianem: „celnik” (Mt 10, 3). W ten sposób zostaje on zidentyfikowany jako człowiek siedzący na komorze celnej, którego Jezus powołuje, by poszedł za Nim: „Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». A on wstał i poszedł za Nim” (Mt 9, 9). Również Marek (por. 2, 13-17) oraz Łukasz (por. 5, 27-30) opowiadają o powołaniu człowieka, który siedział na komorze celnej, jednak nazywają go Lewi. Aby wyobrazić sobie scenę opisaną u Mateusza (9, 9), wystarczy przypomnieć sobie wspaniały obraz Caravaggia, zachowany tutaj, w Rzymie, w kościele francuskim św. Ludwika. W Ewangelii ukazany jest jeszcze jeden rys jego biografii. We fragmencie, który bezpośrednio poprzedza opowiadanie o jego powołaniu, znajdujemy odniesienie do cudu, jakiego Jezus dokonał w Kafarnaum (por. Mt 9, 1-8; Mk 2, 1-12) oraz wspomnienie bliskości Morza Galilejskiego, to znaczy Jeziora Tyberiadzkiego (por. Mk 2, 13-14). Z tego można wnioskować, że Mateusz wykonywał swoją funkcję egzekutora celnego w Kafarnaum, znajdującym się właśnie „nad jeziorem” (Mt 4, 13), gdzie Jezus był stałym gościem w domu Piotra. 

    Na podstawie tych prostych obserwacji, jakie znajdujemy w Ewangelii, możemy sformułować parę refleksji. Pierwsza jest ta, że Jezus przyjmuje do grupy swoich najbliższych człowieka, który – zgodnie z obiegową opinią w Izraelu ówczesnych czasów — był uważany za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste, z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale współpracował również z obcą władzą, tak bardzo znienawidzoną, która mogła ustalać podatki, również w sposób arbitralny. Z tych powodów Ewangelie wielokrotnie mówią jednostronnie o „celnikach i grzesznikach” (Mt 9, 10; Łk 15, 1) oraz o „celnikach i nierządnicach” (Mt 21, 31). Oprócz tego widzą one w celnikach przykład ludzi interesownych (por. Mt 5, 46: kochają tylko tych, którzy ich kochają) i wymieniają jednego z nich, Zacheusza, jako „przełożonego celników i bardzo bogatego” (Łk 19, 2), podczas gdy powszechna opinia łączyła ich ze „zdziercami, niesprawiedliwymi i cudzołożnikami” (Łk 18, 11). Na pierwszy rzut oka, na podstawie tych wspomnianych akcentów, wydaje się, że Jezus nie wyłącza nikogo z własnej przyjaźni. Co więcej, właśnie kiedy siedział za stołem w domu Mateusza – Lewiego, w odpowiedzi komuś, kto gorszył się jego kontaktami z niegodnym towarzystwem, złożył ważne oświadczenie: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2, 17). 

    Dobra Nowina to przede wszystkim dar łaski Bożej dla grzesznika! Oprócz tego, swoją słynną przypowieścią o faryzeuszu oraz celniku, którzy weszli do świątyni, aby się modlić, Jezus wskazuje nawet anonimowego celnika jako godny przykład pokornej ufności w Boże miłosierdzie. Podczas gdy faryzeusz szczyci się własną doskonałością moralną, „celnik (…) nie śmie nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bije się w piersi, mówiąc: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!»”. Jezus komentuje: „Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18, 13-14). W osobie Mateusza Ewangelie proponują nam prawdziwy paradoks: kto pozornie jest najbardziej daleki od świętości, może stać się nawet wzorem przyjęcia miłosierdzia Boga i pozwolić zobaczyć cudowne efekty Jego działania we własnym życiu. Św. Jan Chryzostom przekazał nam znaczącą obserwację w tej kwestii: zauważa, że tylko w przekazie o niektórych powołaniach znajdujemy odniesienie do pracy, którą powołani wykonywali. Piotr, Andrzej, Jakub i Jan zostali powołani podczas łowienia ryb, zaś Mateusz – w trakcie zbierania opłat celnych. Mowa tutaj o pracy mało znaczącej – komentuje Chryzostom – „gdyż nie ma nic bardziej godnego pogardy, jak zbieranie opłat, ani nic bardziej powszedniego, jak łowienie ryb” (In Matth. Hom.: PL 57, 363). Powołanie ze strony Jezusa dociera zatem również do osób należących do mało znaczących kręgów społecznych, w trakcie gdy zajmują się swoją codzienną pracą. 

    Inna refleksja, jaka płynie z opowiadania ewangelicznego, to ta, że na powołanie ze strony Jezusa Mateusz odpowiada natychmiast: „A on wstał i poszedł za Nim” (Mt 9,9). Zwięzłość tego zdania podkreśla w sposób ewidentny gotowość Mateusza w odpowiedzeniu na powołanie. Oznacza to dla niego porzucenie wszystkiego, przede wszystkim tego, co gwarantowało mu źródło pewnego dochodu, chociaż często niesprawiedliwego i niegodnego. Z pewnością Mateusz zrozumiał, że przyjaźń z Jezusem nie pozwala mu kontynuować aktywności, której Bóg nie akceptuje. Łatwo jest dostosować taką postawę do czasu obecnego: również dzisiaj nie jest dopuszczalne przywiązanie do rzeczy, które są niezgodne z naśladowaniem Jezusa, jak ma to miejsce w przypadku nieuczciwego bogactwa. Pewnego razu Jezus powiedział bardzo jasno: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!” (Mt 19, 21). Tak uczynił Mateusz: wstał i poszedł za Nim! W tym „wstaniu” możemy spokojnie odczytać oderwanie się od grzesznej sytuacji oraz świadome przylgnięcie do nowego życia, uczciwego, w komunii z Jezusem. 

    Przypomnijmy wreszcie, że tradycja starożytnego Kościoła jest zgodna w przypisywaniu Mateuszowi autorstwa pierwszej Ewangelii. Ma to miejsce już od Papiasza, Biskupa Gerapoli we Frygii, około roku 130. Pisze on: „Mateusz zebrał słowa [Pana] w języku hebrajskim i każdy je interpretował tak, jak mógł” (Euzebiusz z Cesarei, Hist. Eccl. III, 39, 16). Historyk Euzebiusz dodaje taką wiadomość: „Mateusz, który najpierw przepowiadał wśród Żydów, gdy zdecydował się pójść do innych ludów, napisał w swoim ojczystym języku Ewangelię, którą głosił; w ten sposób próbował zastąpić pismem, wśród tych, od których się odrywał, to, co oni tracili wraz z jego odejściem” (tamże, III, 24, 6). 

    Nie mamy już Ewangelii napisanej przez Mateusza po hebrajsku czy aramejsku, jednakże w Ewangelii w wersji greckiej, którą mamy, nieustannie słyszymy przekonujący głos celnika Mateusza, który będąc apostołem, kontynuuje ogłaszanie nam zbawczego miłosierdzia Boga. Słuchajmy tego przesłania św. Mateusza, medytujmy je ciągle na nowo, abyśmy również my nauczyli się wstawać i iść za Jezusem zdecydowanie.

    mod/niedziela.pl/fronda.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Święty Mateusz – Apostoł i Ewangelista

    21 września obchodzimy święto św. Mateusza, jednego z dwunastu Apostołów, autora pierwszej Ewangelii. Imię Mateusz jest odtworzeniem imienia Matthaios z hebrajskiej formy matthai, pochodzącej od Mattanjahu albo martanja (por. Ezdr 10, 33; 1 Krn 9, 15) i znaczy “dar Boga” .

    Św. Mateusz, apostoł i ewangelista zm. ok.60 r.

    św. Mateusz, apostoł i ewangelista/Grażyna Kołek

    ***

    W Ewangelii św. Marka Mateusz – celnik nosi też drugie semickie imię Lewi, syn Alfeusza (Mk 2, 14-17), podobnie w Ewangelii św. Łukasza ( Łk 5, 27 32). Imię Lewi było znane w Starym Testamencie, ponieważ tak nazywał się syn Jakuba i Lei (Rdz 29, 34; 49, 5).

    Mateusz był celnikiem galilejskim pracującym w Kafarnaum. Do jego obowiązków należało pobieranie cła i podatków za przejazd i przewóz towarów przez jezioro Genezaret. Jako celnik, był znienawidzony przez współziomków, ponieważ ściągał pieniądze od swych rodaków na rzecz okupantów – w ówczesnym czasie – Rzymian. Celnicy znani byli z tego, że nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska, Traktowano ich na równi z grzesznikami i poganami, a ten, kto z nimi przebywał, stawał się nieczysty i musiał poddać się obmyciom rytualnym.

    Tymczasem został powołany przez Chrystusa z grona najmniej szanowanej warstwy ówczesnego społeczeństwa żydowskiego, wprost od jego “warsztatu pracy” w Kafarnaum. Pewnego razu Pan Jezus, przechodząc nad jeziorem Genezaret, “zobaczył celnika imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: ´Pójdź za Mną!´. On zostawił wszystko, wstał i poszedł za Nim” (Łk 5, 27-28). Mateusz nawrócony i uszczęśliwiony przygotował w swoim domu ucztę dla Mistrza i Jego uczniów. Zaprosił na nią również celników i współpracowników. “Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: ´Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?´ Lecz Jezus im odpowiedział: ´Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych lecz grzeszników´” ( Łk 5, 29-32, por. Mt 9, 9-13).

    Według tradycji, po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz pozostał przez jakiś czas w Palestynie. Napisał Ewangelię, która jako jedyna księga Nowego Testamentu została napisana po aramejsku, a nie w języku greckim. Napisał ją dla Żydów, aby poznali naukę Chrystusa. Starał się wykazać, że Jezus Chrystus jest Mesjaszem – Zbawicielem, na co wskazują proroctwa mesjańskie Starego Testamentu. Czas jej powstania nie jest pewny. Mogło to mieć miejsce między 50 a 60 r. Nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył Ewangelię wg św. Mateusza na język grecki. Nie zachowały się ślady oryginału.

    Istnieje wiele często przeciwstawnych sobie wersji dalszych losów Ewangelisty – po Zmartwychwstaniu Pana Jezusa i Zesłaniu Ducha Świętego. Ojcowie Kościoła nie są zgodni co do tego, gdzie znajdowało się nowe miejsce pracy. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię, Macedonię. Jednak najwięcej argumentów przemawia za Etiopią.

    Nie wiadomo dokładnie, czy św. Mateusz zmarł śmiercią naturalną, czy też otrzymał koronę męczeństwa. Według historycznej tradycji chrześcijańskiej, poniósł śmierć męczeńską w Etiopii. Okoliczności śmierci nie są znane. Jego relikwie od X w. znajdują się w Salerno w pobliżu Neapolu, we Włoszech.

    Św. Mateusz jest patronem celników, poborców, komorników, księgowych, urzędników finansowych, bankowców.

    Ikonografia najczęściej przedstawia św. Mateusza z księgą Ewangelii w ręku, w towarzystwie uskrzydlonej postaci ludzkiej – jest to nawiązanie do wizji proroka Ezechiela i Apokalipsy (Ez 1, 1-14; Ap 4, 6-8). Przedstawia się go także z halabardą, z torbą podróżną, czasami z mieczem w ręku, ponieważ według podania miał ponieść śmierć od miecza.

    Niech słowa modlitwy z dnia naszego Patrona dodadzą nam wiary i siły do przemiany życia: “Boże, Ty w niewysłowionym miłosierdziu wybrałeś celnika Mateusza na apostoła, spraw za jego wstawiennictwem, abyśmy jak on szli za Chrystusem i wiernie przy Nim trwali” (kolekta) .

    Justyna Wołoszka/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 września

    Święci męczennicy
    Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter,
    Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica
      •  Błogosławiony Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
    ***
    Święty Andrzej Kim Tae-gŏn

    Andrzej Kim Tae-gŏn był pierwszym kapłanem koreańskim. Urodził się w 1821 r. w koreańskiej prowincji Tcziong-Czu w rodzinie katolickiej. Jego pradziadek, Pius Kim Chin-hu, z powodu wiary spędził ponad 10 lat w więzieniu, gdzie zmarł, a jego ojciec, bł. Ignacy Kim, zginął w czasie prześladowań w roku 1839 (został beatyfikowany w 1925 r.). Po chrzcie, który Andrzej przyjął mając 15 lat, przebył kilkaset kilometrów do seminarium w Makao (Chiny). Po sześciu latach zdołał wrócić do swojego kraju poprzez Mandżurię. W tym samym roku przebył Morze Żółte i w Szanghaju w 1845 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do przygotowania bezpiecznej przeprawy wodnej dla misjonarzy chrześcijańskich, tak aby udało im się ujść straży granicznej. Andrzej został aresztowany i po torturach ścięty niedaleko stolicy swojego kraju, Seulu, 16 września 1846 r.

    Święty Paweł Chŏng Ha-sang

    Paweł Chŏng Ha-sang był współpracownikiem i tłumaczem kapłanów. Przez dwadzieścia lat przewodził wspólnocie chrześcijańskiej w Korei. W wieku 44 lat jako kleryk seminarium poniósł śmierć męczeńską, ścięty mieczem 22 kwietnia 1839 r.Chrześcijaństwo dotarło do Korei podczas japońskiej inwazji w 1592 r., kiedy to ochrzczono zaledwie kilku Koreańczyków (prawdopodobnie dokonali tego katoliccy żołnierze japońscy). Ewangelizacja była utrudniona, ponieważ Korea przez wiele dziesiątków lat całkowicie izolowała się od innych państw. Jedynym kontaktem ze światem była doroczna wyprawa oficjalnej delegacji do Pekinu, z urodzinowymi życzeniami dla chińskiego cesarza. W jednej z takich ekspedycji uczestniczył niejaki Li Sung-Hun. W Chinach spotkał jezuickich misjonarzy, zafascynował się ich nauczaniem, przyjął chrzest, przybierając imię Piotr. W 1784 roku wrócił do ojczyzny, szmuglując tyle chrześcijańskiej – pisanej po chińsku – literatury, ile tylko zdołał. Ochrzcił pierwszych uczniów. Wokół nich zaczęła gromadzić się potajemnie chrześcijańska wspólnota, która bardzo szybko zaczęła się rozrastać. Sami świeccy, bez udziału nawet jednego duchownego, wprowadzili chrześcijaństwo do swojego kraju i stali się pierwszymi misjonarzami. Wiara umacniała się i szerzyła przez lekturę Biblii i książek katolickich, które tłumaczono z chińskiego na koreański. Kiedy dwanaście lat później udało się na teren Korei przedostać chińskiemu księdzu, zastał on tam już około 4 tys. chrześcijan – żaden z nich dotąd nie widział nigdy kapłana. Siedem lat później chrześcijan w Korei było już prawie 10 tys. Wolność religijną wprowadzono dopiero w 1887 r., po podpisaniu traktatu z Francją. W XIX w. poniosło śmierć męczeńską 3 biskupów katolickich, 10 kapłanów i ponad 10 tys. wiernych. Z nich tylko część dostąpiła chwały ołtarzy.

    Męczennicy koreańscy

    Św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty apostolskiej w Korei w 1984 r. kanonizował, oprócz Andrzeja Kim Tae-gŏn i Pawła Chŏng Ha-sang, także 98 Koreańczyków i trzech misjonarzy francuskich, którzy ponieśli śmierć męczeńską pomiędzy 1839 a 1867 rokiem. Wśród nich byli biskupi i księża; większość z nich jednak to ludzie świeccy (47 kobiet i 45 mężczyzn).
    Wśród męczenników koreańskich była m.in. 26-letnia Kolumba Kim. Została ona umieszczona w więzieniu, gdzie przypalano ją za pomocą gorących narzędzi i rozżarzonych węgli. Wraz ze swoją siostrą, Agnieszką, były trzymane przez dwa dni w jednej celi z osądzonymi już przestępcami, czekającymi na wykonanie wyroku. Obie zostały ścięte. Inny męczennik, 13-letni chłopiec, Piotr Ryou, był tak mocno umęczony, że mógł ściągać z siebie skórę, a następnie rzucać nią w sędziów. Został uduszony. Protazy Chong, 41-letni szlachcic, po uwięzieniu wyparł się wiary i został uwolniony. Wkrótce jednak wrócił, przyznał się ponownie do Jezusa i został zamęczony.
    W Korei Płd. w ciągu ostatnich dziesięcioleci niezwykle dynamicznie wzrasta liczba chrześcijan. Dzisiaj Kościół katolicki w Korei Płd. liczy około 4 milionów wyznawców, żyjących w 19 diecezjach (9 proc. ludności). Każdego roku sakrament chrztu przyjmuje około 150 tys. dorosłych.
    Zagadką jest natomiast to, co działo się i dzieje z wierzącymi w Korei Płn., rządzonej przez reżim komunistyczny. Oficjalnie nie ma tam ani jednego katolickiego księdza. Liczbę katolików szacuje się dzisiaj na 3-4 tysiące. Św. Jan Paweł II nazwał ich Kościołem milczenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Święci męczennicy koreańscy, módlcie się za nami!
    fot. Vatican via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Święci męczennicy koreańscy, módlcie się za nami!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 września

    Najświętsza Maryja Panna z La Salette

    Zobacz także:
      •  Święty Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
      •  Święty Józef z Kupertynu, prezbiter
      •  Błogosławiony Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
      •  Święta Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
    ***
    Matka Boża z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.
    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.
    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
    Słowo pommes de terre wprawiło w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używało w tamtej okolicy, na ziemniaki mówiło się las truffas. Pasterka zwróciła się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedziła: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.
    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.
    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.
    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.
    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Matka Boża z La Salette

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.
    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.
    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.
    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.
    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Odpowiedz Płaczącej Pani. Poznaj przestrogi Matki Bożej z La Salette

    LaSall3

    19 wrzesień 1846 roku dla Melanii i Maksymiliana miał być kolejnym, zwykłym dniem pracy. Rozpoczętym inaczej, bo wspólnie. Nieprzypadkowo. Mali pastuszkowie mieli stać się bowiem powiernikami tajemnicy Płaczącej Pani z La Salette, zatroskanej o losy pogubionego dziecka – ludzkości.

    Nikt nie spodziewał się, że zagubiona gdzieś w Alpach wioska La Salette stanie się świadkiem tak ważkich wydarzeń. Także 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud, na co dzień wypasający bydło, nie mogli przewidzieć, że doznają zaszczytu spotkania z Matką Boga. Bo jakaż przygoda mogła im się przydarzyć? Dopilnowanie stada nie wykraczało ponad ich możliwości. A jednak.

    Po pracowitym poranku, dzieci korzystały z dobrodziejstw przyrody i bawiły się w swoim „raju”. Nastał czas odpoczynku. Ogarnęła ich senność. Jednak przebudziło ich uczucie niepokoju o los krów. Bydło pasło się spokojnie, ale w dole dostrzegli wielkie światło „przy którym słońce zdawało się blednąć”, a w nim „postać Pani o jeszcze większej jasności”. „Wyglądała, jak osoba, którą trapi głębokie zmartwienie. Siedziała na jednym z kamieni ławeczki, z łokciami wspartymi na kolanach i obliczem ukrytym w dłoniach”.

    To spotkanie z Najświętszą Marią Panną miało całkowicie zmienić życie małych pastuszków. Zostali wybrani, by stać się powiernikami orędzia dla ludzkości i strażnikami tajemnicy Matki Bożej. „Święta Dziewica wymawiała wszystkie słowa albo w formie sekretu, albo w sposób bardzo ogólny. Mogłam odgadnąć i dotrzeć do znaczenia Jej słów tylko dlatego, że zasłona została uniesiona. Zdarzenia odkrywały się przed oczami mej wyobraźni, w miarę jak Ona wypowiadała każde kolejne słowo. I wielka scena dokonywała się przede mną. Widziałam wydarzenia, zmiany w postawie ludzi na ziemi, widziałam Boga, niezmiennego w swej chwale, który patrzył na Dziewicę, pochylającą się, by mówić do pasterzy” – opowiadała Melania.

    Matka Boża przekazała dzieciom przestrogę. Mówiła, że jeśli ludzie nie zechcą się nawrócić, będzie zmuszona „puścić ramię” swego Syna. „Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymywać” – mówiła Maryja. „Od jak dawna cierpię tak za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona nieustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie” – kontynuowała Pani z La Salette. „Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie, i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna” – mówiła. Matka Boża wytknęła też ludziom, iż przeklinają, mieszając z przekleństwami Imię Syna. Maryja wskazała na nieurodzaj, który stanowił znak prawdziwości wizji. Matka wyznała przy tym, że powodem klęski były właśnie wspomniany brak uszanowania dnia świętego i powszechny nawyk bluźnierstwa. Najświętsza Maryja Panna przestrzegła też, że brak zmiany w postępowaniu ludzi spowoduje kolejne klęski: wielki głód, czy śmierć dzieci.

    Zapowiedzi te znalazły spełnienie w rzeczywistości i stały się dowodem autentyczności przekazu Maryi posługującej się pastuszkami. Ci zaś na lata zostali powiernikami przekazanej im drugiej części posłania – tajemnicy, którą mogli wyjawić dopiero w 1858 roku, co też starannie wypełnili.

    Oczywiście nie wszyscy ludzie przyjęli słowa Maryi. Przodowali tu francuscy „liberalni” czy też „socjalistyczni” katolicy, którym los Kościoła nie był obojętny, bo dążyli do… zniszczenia go od wewnątrz. To w nich uderzało orędzie z La Salette, „demaskowało i obnażało ich najskrytsze, rewolucyjne zamiary”. Po drugiej stronie byli pobożni katolicy, którzy orędzie przyjęli. Spełniające się ostrzeżenia powodowały pokuty i nawrócenia. Miejsce objawienia stało się celem pielgrzymów. Szły dobre zmiany. Wkrótce też (bo już w kwietniu 1847 roku) dokonały się pierwsze cuda – uzdrowienie siostry Saint-Charles.

    Rodzące się dobro wywołało wściekłą reakcję środowisk liberalnych i „nagonkę przeciw La Salette”. Pojawiły się fałszywe orędzia, nieprawdziwe relacje i oskarżenia wierzących o głupotę. W nagonkę zaangażowało się nawet Ministerstwo Sprawiedliwości, ale na próżno szukano prawnych haków na które można by „nadziać” objawienie. Właśnie w tego rodzaju zajściach „widać wyraźnie, jak zajadłe były serca ludzi żyjących w oddaleniu od Kościoła, lecz również podziwiać należy mądrość Najświętszej Maryi Panny, która w tak stanowczy sposób wyraziła naganę dla szerzącego się na świecie zła”.

    Tajemnica z La Salette została przekazana w 1858 roku, w wyznaczonym przez Maryję czasie. Wtedy to też Matka Boża objawiła się w Lourdes. Wizjonerzy do końca swych dni odpowiadali na niezliczone pytania, wątpliwości i prośby o dodatkowe wyjaśnienie spisanych wizji. 21 listopada 1878 roku Melania przekazała opracowanie, które uznała za definitywne.

    Tajemnica

    Sekret przekazany dzieciom przez Najświętszą Marię Pannę odnosił się do upadku kleru. „Księża, słudzy mego Syna, z powodu złego życia, lekceważącego i bluźnierczego sprawowania świętych Tajemnic, zamiłowania do pieniędzy, pogoni za zaszczytami i przyjemnościami stali się ściekiem nieczystości. Ściągają na siebie pomstę i pomsta zawisła nad ich głowami. Biada księżom i innym osobom Bogu poświęconym, które niewiernością i złym życiem krzyżują na nowo mego Syna!” – mówiła Maryja. Matka przestrzegała też, że kiedy Bóg wyleje swój gniew, nikt przed nim nie ujdzie. Zwracała uwagę, że „przewodnicy Ludu Bożego” zaniedbali modlitwę oraz pokutę, a szatan zaćmił ich umysły.

    „Bóg dopuści, by starodawny wąż zasiał podziały między panującymi, w każdej ludzkiej społeczności i we wszystkich rodzinach. Fizyczne i moralne udręki dosięgną ludzkość. Bóg pozostawi ludzi samym sobie i ześle kary, które będą następować jedne po drugich przez ponad 35 lat”. Maryja ostrzegła też papieża Piusa IX przed Napoleonem III, który ma „dwoiste serce” i chce być papieżem i cesarzem. Sugerowała, by Pius IX nie opuszczał Rzymu do 1859 roku. Mówiła też o cierpieniu papieża i wielkim kryzysie Kościoła

    Matka Boża objawiła też, że Włochy zostaną ukarane za dążenie do „zrzucenia jarzma Pana nad Pany”. Mówiła o uwikłaniu w wojnę, zamknięciu i profanowaniu kościołów oraz wypędzeniu zakonników i księży oraz wyrzeczeniu się przez nich wiary. Maryja ujawniła, że w 1864 roku „Lucyfer, a z nim wielka liczba demonów, zostanie wypuszczony z piekła” i krok po kroku obalą wiarę „nawet u osób poświęconych Bogu”. Mówiła o powstaniu kościołów służącym złym duchom, powstaniu zmarłych, które będą demonami pod ich postacią oraz negowaniu Ewangelii.

    Najświętsza Maryja Panna objawiła, też że Francja, Włochy, Hiszpania i Anglia będą w stanie wojny, a „Francuz będzie walczyć z Francuzem, Włoch z Włochem, a potem nastąpi wojna powszechna, która będzie straszliwa”. Przepowiedziała cierpienia sprawiedliwych, którzy będą wołać o miłosierdzie i prosić Matkę o pomoc. To wówczas Jezus Chrystus w akcie sprawiedliwości rozkaże Aniołom, „by wszyscy jego wrogowie zostali wydani na śmierć”. Po tej Bożej interwencji tajemnica wskazuje na erę, w której „Kościół zapanuje nad odnowionym chrześcijańskim światem”. „Wtedy nastanie pokój i pojednanie Boga z ludźmi. Ludzie będą służyć Jezusowi Chrystusowi, czcić Go i wysławiać. Wszędzie zakwitnie miłość” – ogłosiła Maryja.

    Pokój – jak przekazała Matka – nie będzie długotrwały, bo po upływie ćwierć wieku dobrobytu ludzie zapomną, że to grzech był przyczyną kar. Ludzkość znów stanie się gnuśna i zacznie zapominać o Bogu. Na ziemię spadną plagi, zawładną nią wojny. Jednakże zanim to nastąpi zapanuje „pewnego rodzaju fałszywy pokój” – nie będzie się myślało o niczym innym jak tylko żeby się bawić. Tak znów zapanuje Antychryst, który zasiądzie w Rzymie. „Bóg jednak będzie się troszczył o swoje wierne sługi i o ludzi dobrej woli; Ewangelia będzie głoszona wszędzie, wszystkie ludy i wszystkie narody poznają prawdę!”

    Maryja w swym orędziu ogłosiła też pojawienie się apostołów czasów ostatnich, legionu świętych, który zostanie wskrzeszony przez Opatrzność Bożą, by „zwalczyć i obalić rewolucyjną niesprawiedliwość i zapewnić nową przyszłość dla Królestwa Maryi.” Melania modliła się o nadejście owych apostołów i zmarła z przekonaniem, że mieli się dopiero pojawić. Najświętsza Maryja Panna po przekazaniu całego orędzie przekazała jeszcze Melanii regułę zakonu apostołów czasów ostatecznych. Po dokończeniu rozmowy z dziećmi wstąpiła do Nieba, utwierdzając jeszcze pastuszków w misji rozpowszechniania sekretu.

    Fragmenty dialogu Matki Bożej z Melanią i Maksymilianem oraz treści przekazanego w La Salette sekretu na podstawie książki Luisa Eduardo Dufaura „La Salette. Wezwanie do nawrócenia”.

    MA/PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Sanktuarium Matki Bożej Saletyńskiej Bazylika Mniejsza Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    W sobotę 19 września 1846 r. ukazuje się „Piękna Pani” dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi GIRAUD i prawie piętnastoletniej Melanii CALVAT, które pilnują swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegają nagle kulę ognia – „jakby tam spadło słońce”.

    W oślepiającej jasności rozpoznają siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach.

    Piękna Pani podnosi się i mówi do nich po francusku:

    „Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”

    Robi kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegają ze zbocza na dół.

    Stają teraz tuż przy niej. Piękna Pani cały czas płacze. Jest wysoka i cała ze światła. Ubrana jak miejscowe kobiety w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegnie brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymuje na jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa znajdują się obcęgi, po lewej młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływa cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzy iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczają wieńcem jej głowę, obrębiają jej chustę, zdobią obuwie.

    Oto, co Piękna Pani mówi do pasterzy, najpierw po francusku:

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by Mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście się nie wiedzieć, jak modlili, nie wiedzieć, co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię Mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię Mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię Mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię Mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale.”

    Słowo „pommes de terre” wprawia w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używa w tej okolicy, na ziemniaki mówi się „las truffas”. Pasterka zwraca się więc do Maksymina… ale Piękna Pani ją uprzedza:

    „Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej.”

    Piękna Pani powtarza ostatnie zdanie i prowadzi dalszą rozmowę w narzeczu z Corps:

    „si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”

    W tym miejscu Piękna Pani powierza tajemnicę Maksyminowi, później — Melanii. Następnie mówi do obojga dzieci:

    „Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?”

    — „Nie bardzo, proszę Pani!” — odpowiadają obydwoje.

    „Ach! moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej „Ojcze nasz i Zdrowaś,” a jeżeli będziecie mogły módlcie się więcej. W lecie ma mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?”

    — „Nie. proszę Pani” — odpowiadają dzieci.

    Wówczas Piękna Pani zwraca się do Maksymina:

    „Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: „Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje”. Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Corps, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: „Masz dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło.”

    — „O tak, proszę, Pani!” — odpowiada Maksymin — „teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem.”

    I Piękna Pani kończy, nie w gwarze, ale po francusku:

    „A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi.”

    Później posuwa się naprzód, przekracza strumyk i nie oglądając się, powtarza z naciskiem:

    „A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi.”

    Piękna Pani wspina się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę le Collet (mała przełęcz). Tam, unosi się do góry. Dzieci dobiegają do niej. Ona spogląda w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, „rozpływa się w świetle.” Potem znika również światłość…

    Dnia 19 września 1851 r., po „przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań” zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup z Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że „objawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom, 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette,… posiada wszelkie znamiona prawdy i że wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu.”

     sanktuarium@saletyni.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mama płacze w La Salette. Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

    LA SALETTE
    Figura płaczącej Maryi w La Salette/fot. A. Bugała

    ***

    To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Łzy matki

    Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…

    Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.

    Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?

    La Salette

    Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.

    Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.

    Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?

    Po co przychodzi Matka?

    Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.

    Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.

    Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.

    Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.

    Mama Jezusa płacze

    19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.

    Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?

    Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.

    To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.

    Co mówiła Maryja w La Salette?

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.

    Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.

    „Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.

    Czy Mama może płakać?

    „Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.

    Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?

    Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?

    A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?

    Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    _________________________________________________________________________________

    Smutna i płacząca nad nami Matka Boża. Bolesne objawienia Maryi z La Salette

    SANKTUARIUM W LA SALETTE
    fot. Magdalena Galek

    ***

    Przesłanie „Pięknej Pani” z La Salette pasuje do naszych czasów. Maryja przyszła do dzieci zaniedbanych religijnie. Dlaczego akurat do nich i akurat w tym miejscu?

    Wróćcie do mnie – tak można streścić dramatyczne słowa, które Bóg przez Maryję powiedział podczas prywatnego objawienia we francuskim La Salette dwojgu dzieciom. Choć było to w połowie XIX wieku, dziś równie dobrze Maryja mogłaby ukazać się płacząc, tak jak wtedy, nad pogubieniem naszego społeczeństwa.

    Objawienia 19 września 1846 roku

    15 kilometrów od miasteczka Corps, które zamieszkiwało ok 700 osób, na zboczach Alp dwoje dzieci, Melania Calvat (15 l.) i Maksymin Giraud (11 l.), podobnie jak i dziś okoliczni mieszkańcy, pracowali jako pasterze. Mieli pod opieką stado krów.

    W pewnym momencie zauważyli „świetlistą kulę” unoszącą się nad pobliskim kamieniem. Dzieci opisywały to jako „słońce, które spadło na ziemię, ale o wiele piękniejsze i jaśniejsze niż słońce”.

    Po chwili świetlistość zaczęła się rozrzedzać i w jej środku widoczna była siedząca, pochylona kobieta, która podtrzymywała dłońmi twarz, tak jakby płakała. Po chwili wstała, podeszła do dzieci i zaczęła z nimi rozmawiać. Dzieci wspominały, że przez cały czas po jej twarzy spływały łzy. Spotkanie trwało niespełna pół godziny, po czym Maryja przeszła kilka kroków pod górę, a następnie, jak relacjonowały dzieci „roztopiła się”, unosząc się.

    Co Maryja powiedziała w La Salette

    Bóg posłał Maryję do Francuzów, których wiara została zniszczona przez rewolucję francuską. Melania i Maksymin pomimo swojego wieku nie przyjęli jeszcze sakramentu Eucharystii, co pokazuje, że byli zaniedbani religijnie, zapewne podobnie jak ich rówieśnicy.

    Z wypowiedzi Maryi dowiadujemy się też, że nie przestrzegano przykazań: „Woźnice przeklinają, wymawiając Imię Mojego Syna” – mówiła, niedziela była normalnym dniem pracy, mało kto uczestniczył we mszy świętej, a post odszedł w zapomnienie. Z tych właśnie powodów Maryja przepowiadała klęskę żywieniową, która już powoli się zaczynała.

    Maryja zapowiada klęskę żywieniową

    Czy to kara? Tak właśnie można pomyśleć w pierwszej chwili. Ale gdy zajrzymy do Pisma Świętego, znajdziemy wiele sytuacji, w których gniew Boga był powodowany miłością i ostateczną formą wezwania do opamiętania się.

    Spójrzmy choćby na słowa św. Pawła: „Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście” (I Kor. 3, 16-17).

    Skoro więc ludność Francji dotknęła samodegradacja, Bóg może zdecydował się na ostateczność, aby otrząsnęli się i wrócili do życia w porządku ustalonym przez Niego, do życia w Chrystusie?

    Kościół uznał objawienia w La Salette

    Przekaz „Pięknej Pani”, jak zwały Maryję dzieci (być może nawet nie zdawały sobie do końca sprawy, z kim rozmawiały) został od razu spisany – Melania i Maksymin opowiedziały o zdarzeniu proboszczowi w Corps.

    Sprawę zaczął badać biskup Grenoble Philibert de Bruillard. Powołał 2 komisje: kanoników katedralnych i profesorów seminarium duchownego. Po 5 latach badań, weryfikacji zgodności przekazu zjawionej kobiety z La Salette z Objawieniem, obserwacji natychmiastowych i masowych przemian w lokalnych społecznościach uznano, że „objawienie się Najświętszej Maryi Panny dwojgu pastuszkom na jednej z gór należących do łańcucha Alp, położonej w parafii La Salette, dnia 19 września 1846 roku, posiada w sobie wszystkie cechy prawdziwości i wierni mają uzasadnione podstawy uznać je za niewątpliwe i pewne”.

    Przesłanie objawień z La Salette

    Choć pewne fragmenty orędzia Matki Bożej budzą u niektórych wątpliwości (to temat na osobny artykuł), to jednak jego treść była adekwatna do tamtych czasów i pozostaje taką do dziś. Doskonale skomentował to bp Guy de Kerimel w rozmowie z Radiem Watykańskim w 2016 r. z okazji 170. rocznicy objawienia:

    Przesłanie Matki Bożej z La Salette dla naszych czasów jest jasne: jeśli zapomina się o Bogu, zastępując Go bożkami, które proponuje społeczeństwo konsumpcyjne, człowiek się wyjaławia, nie ma na czym budować życia osobistego ani społecznego. Społeczeństwo konsumpcyjne, kultura indywidualizmu i wszystkie związane z tym pseudowyzwolenia prowadzą do katastrofy i cierpień.

    Widzimy to właśnie dzisiaj. Maryja płacze z tego powodu, bo widzi ludzkie cierpienia, widzi negatywne konsekwencje, które były już w przeszłości i są również teraz. Wbrew temu, co mówią nam media, wśród nas są ogromne rzesze ludzi zagubionych, zdezorientowanych, którzy doświadczają ogromnych cierpień. Dlatego jak Maryja w La Salette mamy nad nimi płakać i być blisko nich, aby pomóc odnaleźć im Boga, drogę prawdziwego życia i prawdziwej duchowej wolności.

    Całą treść przekazu Matki Bożej oraz dokładny opis zjawienia można znaleźć na oficjalnej stronie polskiej prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy Saletynów.

    Magdalena Galek/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    Sanktuarium zostało wybudowane na wysokości 1800 metrów n.p.m. we francuskich Alpach w regionie Isère.

    W 1852 roku postawiono tu małą kaplicę, a następnie w jej miejscu – bazylikę według projektu diecezjalnego architekta Alfreda Berruyera. Budowa w tym trudno dostępnym miejscu trwała 13 lat.

    fot. Magdalena Galek/Aleteia.pl

    • fot. Magdalena Galek/Aleteia.pl

    To fragment kamienia, na którym siedziała Maryja, gdy Melania i Maksymin zobaczyli Ją z daleka, pasąc krowy na zboczach tutejszych gór.

     fot. Magdalena Galek/Aleteia.pl

    Widok z zejścia z Gargas w maju.

    •   fot. Magdalena Galek/Aleteia.pl

     fot. Magdalena Galek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 września

    Święty January, biskup i męczennik

    Męczeństwo świętego Januarego

    Niewiele informacji zachowało się o świętym Januarym. Wiadomo, że urodził się około roku 270 i że był biskupem Benewentu. Według dokumentu z V w., kiedy wybuchło prześladowanie chrześcijan za cesarza Dioklecjana, został aresztowany jego diakon Sozjusz. January udał się do więzienia, aby go pocieszyć. Towarzyszyli mu diakoni: św. Festus i św. Dezyderiusz. Wszystkich aresztowano. Kiedy nie chcieli złożyć ofiary bożkom, namiestnik Drakoncjusz skazał ich na pożarcie przez dzikie niedźwiedzie w amfiteatrze.
    Powleczono ich do miasta Puteoli. Przeciwko tak okrutnemu wyrokowi zaprotestowali: św. Prokul, diakon, i dwie osoby świeckie – św. Eutyches i św. Akucjusz – wszyscy zostali skazani na śmierć. Ponieważ byli obywatelami rzymskimi, nie mogli ginąć jak January i jego diakoni na arenie, ale zostali wyprowadzeni na rynek i tam ich publicznie ścięto. Bardzo dawne dokumenty liturgiczne dowodzą, że wszyscy ponieśli śmierć za wiarę tego samego dnia, tj. 19 września 305 r. Dokładniejsze badania wykazały jednak, że każdy męczennik poniósł śmierć na innym miejscu: January, Festus i Dezyderiusz – w Benewencie, Sozjusz – w Miseno, a Prokulus, Eutyches i Akucjusz – w Puteoli. Według jednego z podań dzikie zwierzęta nie chciały tknąć św. Januarego i dlatego karę wykonano przez ścięcie mieczem. Gdy ciało męczennika krwawiło po ścięciu głowy, jedna z chrześcijańskich kobiet miała zebrać do flakonika jego krew.
    Relikwie św. Januarego przechodziły różne koleje. Biskup Neapolu, św. Jan I (+ 432), przeniósł je do katakumb neapolitańskich w pobliżu Puteoli, jak głosi kamień zachowany po dzień dzisiejszy. W latach 413-432 znajdowały się one w grobowcu pewnego znakomitego obywatela, który zamieniono na kaplicę. W roku 831 książę Benewentu, Sikone, po zdobyciu Neapolu zabrał relikwie Januarego do Benewentu i umieścił je w kościele Matki Bożej Jerozolimskiej. W roku 1154 król Wilhelm I dla bezpieczeństwa przeniósł je na Monte Vergine. Znaleziono je pod ołtarzem głównym w roku 1480 i w kilka lat potem (1497) przeniesiono do Neapolu, gdzie spoczywają do dzisiaj; św. January jest głównym patronem tego miasta. 25 lutego 1964 r. arcybiskup Neapolu, kardynał Alfons Castaldo, dokonał kanonicznego badania relikwii św. Januarego. Znaleziono napis, stwierdzający ich autentyczność.

    Ampułki z krwią św. Januarego

    Kilkakrotnie w ciągu roku w Neapolu powtarza się tzw. cud św. Januarego. Obok relikwii, blisko czaszki umieszczonej w relikwiarzu, znajdują się dwie hermetycznie zamknięte ampułki z zakrzepłą krwią Januarego. Na oczach pielgrzymów zakrzepła krew Świętego staje się płynna i pulsująca, jakby świeżo wylana. Zjawisko to jest notowane od XIV wieku. Kościół urzędowo o tym zjawisku się nie wypowiedział. Kilkakrotnie zaś ponawiane badania zdają się wskazywać, że fakt ten ma charakter nadprzyrodzony. O relikwiach św. Januarego tak napisał boloński kardynał Lambertini, przyszły papież Benedykt XIV: “Istnieje w Neapolu krew, która nie może doczekać się zmartwychwstania…”W ikonografii
     św. January przedstawiany jest w stroju biskupim z paliuszem lub w tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: fiolki z krwią w dłoniach aniołów, gałązka palmowa, korona, krzyż biskupi trzymany przez anioła, lwy u jego stóp, miecz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Powtórzył się cud św. Januarego. Krew męczennika znów się upłynniła [Wideo]
    fot. screenshot – YouTube (Fanpage.it)

    ***

    Powtórzył się cud św. Januarego. Krew męczennika znów się upłynniła

    “Znak krwi po raz kolejny” – powiedział abp Domenico Battaglia, metropolita Neapolu ogłaszając tym samym, że przechowywana w specjalnej ampułce krew św. Januarego znów się upłynniła. Cud ten powtarza się w Neapolu od kilkuset lat, w dniu wspomnienia męczennika, 19 września.

    Ogłoszenie cudu poprzedza celebracja. Biskup udaje się do Skarbca, gdzie w specjalnym sejfie przechowywany jest relikwiarz. Po wyjęciu go, zanosi relikwiarz w procesji do ołtarza, gdzie na oczach wiernych potwierdza, czy cud się dokonał.

    Jak co roku we wspomnienie patrona Neapolu, tak i dziś biskup wyjął ampułkę z relikwiarza i pokazał zebranym. „Znak krwi po raz kolejny” – powiedział, jak donoszą włoskie media o godzinie 9: 26 metropolita Neapolu, abp Domenico Battaglia tym samym ogłaszając, ze cud ponownie się wydarzył. Towarzyszyło temu tradycyjne machanie białą chustą.

    3 daty cudu św. Januarego

    19 września to jedna z trzech dat, kiedy wierni spodziewają się powtórzenia Cudu św. Januarego. Czekają na niego także w sobotę poprzedzającą pierwszą niedzielę maja oraz 16 grudnia. W tym roku wierni mogli być świadkami cudu 2 maja.

    Zazwyczaj wspomnienie św. Januarego gromadzi w katedrze w Neapolu tysiące wiernych. Ze względu na obostrzenia dziś w uroczystości mogło wziąć udział tylko 450 osób wewnątrz świątyni i 200 na zewnątrz. Przed rokiem, z powodu epidemii, katedra była niemal pusta.

    Cud św. Januarego – „Neapol jest bezpieczny”

    Zwykle przez cały rok znajdująca się w ampułkach substancja – co do której Kościół wierzy, że jest krwią świętego męczennika – pozostaje w stanie stałym, w kilku grudkach. Wieki temu zaobserwowano, że zmienia stan skupienia w dniu wspomnienia św. Januarego czyli 19 września.

    Ponieważ jednak nie zawsze tak się dzieje, wierni przypisują temu nadprzyrodzonemu zjawisku rodzaj komunikatu od świętego: jeśli cud nastąpi, prawdopodobnie nic złego się miastu nie przydarzy; jeśli zaś nie nastąpi – można oczekiwać jakiejś klęski. Przed takim jednak odbieraniem tego zjawiska zawsze przestrzegali kapłani. Zwłaszcza, że nie zawsze następuje taka zbieżność. Bywa, że gdy cud się nie wydarza, nic złego nie spotyka Neapolu.

    Święty January, męczennik pierwszych wieków chrześcijaństwa

    January był biskupem starożytnego Benewentu, rówieśnikiem takich świętych jak Kosma i Damian, Zuzanna, Chryzogon czy Małgorzata. Tak jak i oni padł ofiarą prześladowań religijnych chrześcijan za cesarza Dioklecjana – jednych z najkrwawszych w historii Kościoła. Ponieważ tak jak oni nie chciał też zgodzić się na złożenie publicznej ofiary pogańskim bożkom, został skazany na pożarcie przez dzikie zwierzęta. Wskutek wsparcia, jakim obdarzyli go przed urzędnikami wysoko postawieni bracia w wierze, kara została zamieniona na ścięcie. Ci, co się za nim wstawiali także padli jej ofiarą.

    Biskupa Januarego i jego towarzyszy ścięto publicznie 19 września 305 r. Według podań jedna z pobożnych niewiast miała zebrać krew tryskającą z odciętej głowy biskupa do flakonika i obok jego kości dostarczyć jedną z ważniejszych relikwii.

    Nie znamy dokładnie losów flakonika od czasu zebrania krwi do momentu odnotowania faktu przechowywania go w katedrze w Neapolu od roku 1389. To zatem aż tysiąc lat nieudokumentowanej historii. Można jednak założyć, że skoro wtedy z taką czcią zaczęto pisać o cudzie św. Januarego, mógł on być obserwowany przez lud Neapolu również wcześniej.

    mp/ilmattino.it, napolitoday, LaRepubblica, Stacja7/19.09.2022/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 września

    Święty Stanisław Kostka, zakonnik
    patron Polski

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Kut, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Stanisław Kostka patron naszego domu

    Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
    Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim “nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
    Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za “dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami “jezuity” i “mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę “normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
    W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

    STANISŁAW KOSTKA
    Sailko/Wikipedia | CC BY 3.0
    ***

    Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
    Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

    Św. Stanisław Kostka na Kwirynale w Rzymie
    św. Stanisław Kostka na Kwirynale w Rzymie 
    ***

    Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
    Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”.
    Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).
    W ikonografii św. Stanisław Kostka przedstawiany jest w stroju jezuity. Jego atrybutami są: anioł podający mu Komunię, Dziecię Jezus na ręku, krucyfiks, laska pielgrzymia, lilia, Madonna, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Polscy królowie prosili o jego kanonizację.

    Jan III Sobieski wołał do niego: „Ratuj!”

    ŚWIĘTY STANISŁAW KOSTKA
    Sailko/Wikipedia | CC BY 3.0

    ***

    Tak bardzo zapisał się w historii Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, że w starania o jego beatyfikację włączyli się najważniejsi Polacy, a przez cały wiek XVII kolejni polscy królowie wysyłali piękne listy do papieży, przekonani o świętości młodego Polaka, który podbił Wieczne Miasto. Czy już wiesz, o jakiego świętego chodzi?

    Szybka beatyfikacja

    Chyba niewielu przypuszczało, że Stanisław Kostka, młody szlachcic z Rostkowa na Mazowszu, który zmarł 15 sierpnia 1568 r., będzie pierwszym wyniesionym do chwały ołtarzy jezuitą. Wyprzedził nawet Ignacego Loyolę, założyciela Towarzystwa Jezusowego, i jego pierwszych współpracowników.

    W XVI w. procedura beatyfikacji nie była jeszcze precyzyjnie uregulowana prawem. Różne prośby, kierowane do Stolicy Świętej, a przede wszystkim ciągle żywa pamięć o życiu młodego nowicjusza jezuickiego, pochowanego na Kwirynale, przekonały papieża Pawła V, by w 1605 r. pozwolił na zapalenie lampy wotywnej przed wizerunkiem Stanisława przy jego relikwiach.

    Od tego czasu zaczęto mówić o nim błogosławiony, a na terenie całej Rzeczypospolitej ozdabiano promieniami głowę Stanisława na jego wizerunkach, dodawano wota dziękczynne i urządzano uroczyste procesje, zwłaszcza 13 listopada, w dniu jego święta. Klemens X na mocy breve papieskiego z 10 stycznia 1674 r. ogłosił św. Stanisława Kostkę patronem Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, pozwalając także, by jego święto było obchodzone nie tylko 13 listopada, ale i w niedzielę po tym dniu w całej Rzeczypospolitej.

    Królewska” kanonizacja

    W staraniach o rychłą kanonizację bł. Stanisława Kostki uczestniczyli kolejni królowie polscy, wśród nich m.in. Zygmunt III Waza wraz z królową Konstancją, potem ich syn Władysław IV, następnie Jan II Kazimierz, Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan III Sobieski.

    Choć już w 1618 r. były znane dokumenty z Rzymu, które pozwalały na przyspieszenie zabiegów o kanonizację, to zmiana prawa kanonicznego za pontyfikatu Urbana VIII spowolniła te procedury.

    Wspomniane listy królewskie zachowały się m.in. w archiwum dzisiejszej watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W ostatnim czasie przetłumaczył je na język polski ks. prof. dr hab. Waldemar Turek z Sekcji Łacińskiej Sekretariatu Stanu. Niektóre z nich zostały umieszczone w publikacji: „Stanisław Kostka. Święty z Rostkowa 1550-1568” (Warszawa 2018), inne zostaną przedstawione podczas 41. Sympozjum Koła Naukowego Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku, które odbędzie się 15 listopada br. i będzie poświęcone postaci i dziedzictwu św. Stanisława Kostki.

    „Kostko, ratuj!”

    Niezwykle ciekawe są świadectwa wstawiennictwa Stanisława Kostki podczas obrony Rzeczypospolitej przed najazdami tureckimi w XVII i XVIII w., do których odwoływali się władcy polscy w swoich pismach. Zwycięstwo chocimskie z 10 października 1621 r. zostało upamiętnione w liturgii specjalnym formularzem mszalnym, a przypisywano je właśnie wstawiennictwu Stanisława z Rostkowa po tym, jak na prośbę króla Zygmunta III przysłano z Rzymu relikwie głowy Świętego, która przybyła w dniu wycofywania się wojsk tureckich z Polski.

    Przed bitwą pod Beresteczkiem w 1651 r. król Jan Kazimierz modlił się całą noc przed obrazem św. Stanisława Kostki w kościele jezuitów w Lublinie, a po zwycięstwie ufundował do tego wizerunku srebrną sukienkę. W 1657 r. w liście, zredagowanym w języku łacińskim, ten sam król przekazywał papieżowi Aleksandrowi VII informację o mianowaniu prokuratorem procesu kanonizacyjnego Stanisława Kostki jezuitę, o. Urbana Ubaldiniego. Chciał bowiem „tę tak pobożną i świętą sprawę Stanisława Kostki (…) jak najszybciej załatwić”.

    Podobne cudowne zwycięstwo miało miejsce pod Kamieńcem w 1672 r., jednak najbardziej chyba spektakularny fakt orędownictwa Stanisława Kostki miał miejsce pod Wiedniem w 1683 r. Król Jan III Sobieski, który rozgromił z armią sprzymierzonych tureckich wojaków, znany był z nabożeństwa do bł. Kostki, a powtarzał często słowa: „Kostko, ratuj!”. Jeszcze przed wiktorią wiedeńską, 3 lutego 1683 r., z kancelarii królewskiej wysłano pokorny list, zredagowany w języku włoskim, z prośbą o włączenie do katalogu świętych Stanisława Kostki.

    „Najpokorniejszy sługa Jego Świątobliwości” – jak podpisał się sam król, tak pisał do papieża Innocentego XI: „(…) Widząc w tym czasie, że mnożą się cudowne znaki tego Wielkiego Błogosławionego, i że każdy kto, jak ja, ucieka się w sposób odpowiedni do jego wstawiennictwa, otrzymuje nieoczekiwane łaski, i bez końca, ośmielam się powtórzyć moje pobożne usilne prośby do Waszej Świątobliwości”.

    Dekret kanonizacyjny był przygotowany w 1714 r., za pontyfikatu Klemensa XI, jednak śmierć papieża przerwała procedurę prawną. Ostatecznie, 31 grudnia 1726 r., Benedykt XIII umieścił Stanisława Kostkę wraz z Alojzym Gonzagą w katalogu świętych. Pewnie nikt z rodziny Kostków nie przypuszczał, że Stanisław, młodzieniec z małej mazowieckiej wsi, stanie się wielkim orędownikiem polskich królów.

    ks. Wojciech Kućko /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 września

    Święta Hildegarda z Bingen,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
      •  Święty Jan Macías, zakonnik
      •  Stygmaty św. Franciszka z Asyżu
      •  Święty Piotr z Arbués, męczennik
      •  Święty Marcin z Finojosa, biskup
      •  Święty Lambert z Liege, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Hildegarda z Bingen

    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.
    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.
    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.
    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.
    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.
    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.
    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.
    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.
    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili.
    Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Hildegarda – święta nie tylko od diet i postów

    Św. Hildegarda, którą w Kościele wspominamy 17 września, to nie tylko autorka znanych diet i postów, jak często ją kojarzymy. To przede wszystkim wielka święta, której duchowość może zachwycić niejednego z nas.

    eSPe

    ***

    • Nigdy jednak nie wbiła się w pychę – przeciwnie, pozostała nad wyraz skromna, nawet kiedy przemawiała w imię autorytetu danego jej z góry
    • Mnich Gwibert z Gembloux chwalił macierzyńską postawę Hildegardy, która okazywała wielką miłość swoim ukochanym córkom i nikomu nie odmawiała uwagi i bliskości, dodając ducha nawet grzesznikom
    • Po pogrzebie świętej dwóch chorych ludzi doznało natychmiastowego uzdrowienia. Opowiadano również, że wokół jej grobu unosił się wspaniały zapach

    Jako prorokini i teolog uwierzytelniona przez Stolicę Apostolską zdobyła taką sławę, że nie mogła dłużej pozostawać w zamknięciu swojego klasztoru. Wyruszyła więc w drogę po męskich i żeńskich wspólnotach monastycznych, aby wzywać duchownych i świeckich do nawrócenia.

    Nigdy jednak nie wbiła się w pychę – przeciwnie, pozostała nad wyraz skromna, nawet kiedy przemawiała w imię autorytetu danego jej z góry. W razie konieczności okazywała stanowczość wobec upartych i zatwardziałych serc, w głębi duszy jednak była słaba i zawsze potrzebowała wsparcia modlitewnego oraz zaufanych osób, pojętnych i oświeconych, takich jak drogi jej mnich Wolmar, którego pewnego dnia zabrała śmierć.

    “Wtedy wielka żałość przeniknęła mą duszę i ciało, gdyż wskutek przeznaczenia śmierci zostałam pozbawiona owego człowieka, mędrca tego świata.”

    Wciąż była rozdarta – a przez to upokorzona – między chorobą, która okresowo unieruchamiała ją w łóżku, a odpowiedzialnością przewodniczki w Kościele.

    Z biegiem czasu, po przejściu arcytrudnych prób, zrozumiała, że w ludzkiej słabości dopełnia się moc Chrystusa wedle słów św. Pawła Apostoła: Mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.

    “Nigdy nie zaznałam spokoju, lecz męczyłam się z powodu licznych utrapień, aż [Bóg] wylał na mnie rosę swojej łaski. […] Ale zarazem tak mnie dotknął wieloma krzywdami, że nie ośmielałam się [nawet] myśleć, jak wielką łaskę mi okazuje w swojej dobroci, kiedy jeszcze widziałam wielkie opory ze strony tych, którzy sprzeciwiali się prawdzie Bożej.”

    Życie w Rupertsbergu było ciągłym współzawodnictwem w cnotach. Święta Hildegarda stała się wspaniałym przykładem tego, czym jest osoba kobiety w zamyśle Bożym: zbudowaniem bliźniego, dążeniem do wzniosłości, bliskością wobec spraw nieba.

    Mnich Gwibert z Gembloux, który odwiedził opactwo w 1177 roku, pozostawił cenne o nim świadectwo w liście do znajomego Bovo:

    Matka otacza córki taką miłością, a one podporządkowują się matce z takim uszanowaniem, że trudno ocenić, czy w tym wielkim zapale matka prześciga córki, czy raczej one matkę. Te pobożne służebnice gorliwie oddają cześć Bogu jednozgodnymi uczuciami, sobie samym – swoją dyscypliną, sobie nawzajem – szacunkiem i posłuszeństwem. Pałają taką żarliwością, że dzięki pomocy Chrystusa doprowadziły do zwycięstwa płci słabej nad sobą, światem i demonem, a widok ten raduje serce. Pamiętają bowiem o wezwaniu Pana: „Oswobodźcie swoje serce, a poznacie, że ja jestem Bogiem”.

    W dni świąteczne zakonnice przerywały pracę i zasiadały w milczeniu w klauzurze, aby z zapałem oddawać się lekturze i nauce śpiewu. W dni robocze natomiast poza porami modlitwy pilnie pracowały: przepisywały księgi, szyły ubiory liturgiczne, haftowały, zajmowały się ogrodem, pielęgnowały kwiaty, uprawiały rośliny lecznicze, prowadziły infirmerię i aptekę… Działała także szkoła, ponieważ szlachta powierzała mniszkom wychowanie swoich córek, i to niezależnie od ich powołania zakonnego.

    W klasztornym skryptorium ciągle zużywano atrament na przepisywanie woluminów Hildegardy. Poza tym czytano treści duchowe dla zbudowania dusz i pracowano dla odpędzenia próżniactwa, wroga duszy, tym sposobem przeciwdziałając spłyceniu, które zagraża tam, gdzie wspólnie spędza się czas na bezczynności.

    Mnich Gwibert z Gembloux chwalił macierzyńską postawę Hildegardy, która okazywała wielką miłość swoim ukochanym córkom i nikomu nie odmawiała uwagi i bliskości, dodając ducha nawet grzesznikom. Za św. Paweł Apostołem mogła powtórzyć: Nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam.

    Na terenie klasztoru Rupertsberg mieszkały nie tylko, jak wiemy, córki szlacheckich rodzin, lecz także służba, którą należycie szanowano i wynagradzano. Niektórzy jednak krytykowali to rozwiązanie, dopatrując się w nim uprzedzeń klasowych.

    Jej córki duchowe pozostawiły świadectwo, że ich matka po niezliczonych, ciężkich bojach, rozpoczętych już we wczesnym dzieciństwie, pragnęła wreszcie umrzeć, aby zjednoczyć się z Chrystusem. Pan jej wysłuchał i objawił, kiedy nastąpi jej odejście.

    Rano w poniedziałek 17 września 1179 roku Hildegarda oddała ducha w wieku osiemdziesięciu jeden lat. Świadkowie opowiadali, że ujrzano wtedy na niebie niezwykły znak – dwa różnobarwne łuki. W najwyższym punkcie ich przecięcia świeciło w oddali jasne światło w kształcie księżyca, a w nim ukazał się czerwony, stopniowo rosnący krzyż. Otaczały go liczne różnobarwne kręgi, w których tworzyły się kolejne małe krzyże lśniące czerwono, z własnymi wieńcami dookoła. Najpierw powiększały się na firmamencie, aby następnie rozpostrzeć się nad domostwem, w którym umarła św. Hildegarda, i cała Góra św. Ruperta została zalana promienistym światłem.

    Po pogrzebie świętej dwóch chorych ludzi doznało natychmiastowego uzdrowienia. Opowiadano również, że wokół jej grobu unosił się wspaniały zapach.

    Wbrew temu, jak zwykło się postępować ze zmarłymi założycielami, św. Hildegardy nie pochowano przed ołtarzem w kościele, lecz w zwykłym, poświęconym miejscu na przyklasztornym cmentarzu. Niemniej z racji dużej liczby pielgrzymów, którzy przybywali nawiedzać jej grób, ciało przeniesiono właśnie przed główny ołtarz świątyni w Rupertsbergu.

    Napływ pielgrzymów wciąż się jednak nasilał i wymykał spod kontroli, dlatego arcybiskup Moguncji postanowił przybyć do opactwa i stanąwszy przed grobem ksieni, uroczyście nakazał jej zaprzestać wstawiennictwa. Hildegarda – jak piórko mogąca swobodnie wzlatywać już nie w wizjach, lecz w osiągniętej rzeczywistości królestwa niebieskiego – posłuchała.

    Cristina Siccardi/Tygodnik Niedziela

    _________________________________

    Artykuł zawiera fragmenty z książki Cristiany Siccardi “Święta Hildegarda z Bingen. Życie i Duchowość”, wyd. eSPe

    _________________________________________________________________________________________________

    Św. Hildegarda, mistyczka, która już od 3. roku życia rozmawiała z Bogiem
    fot. screenshot – YouTube (Sede Santos Oficial)

    ***

    Św. Hildegarda, mistyczka, która już od 3. roku życia rozmawiała z Bogiem

    Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet.

    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.

    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.

    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.

    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.

    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.

    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.

    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.

    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.

    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili. Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.

    ren/brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 września

    Święci męczennicy
    Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Edyta, ksieni
      •  Święta Eufemia, męczennica
      •  Święty Doroteusz z Tebaidy
      •  Błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, męczennicy
    ***
    Święty Korneliusz

    Korneliusz był synem Kastyna z rodu Cornelia. Jako kapłan rzymski był bliskim współpracownikiem papieża św. Fabiana (236-250). Z listu św. Cypriana z Kartaginy dowiadujemy się, że Korneliusz został namiestnikiem Chrystusa nie dzięki własnej inicjatywie, ale został wybrany głosem ludu rzymskiego ze względu na swoją pokorę, łagodność i roztropność. Cyprian pisze, że Korneliusz przeszedł wszystkie stopnie w hierarchii kościelnej, zanim został wybrany biskupem rzymskim. Z tego wynika, że w Kościele rzymskim był już od dłuższego czasu. Po męczeńskiej śmierci św. Fabiana (+ 250), poniesionej w czasie prześladowania, jakie rozpętał cesarz Decjusz, Stolica Rzymska była przez dłuższy czas nieobsadzona. W tym okresie Kościołem zarządzali wspólnie duchowni, których rzecznikiem był prezbiter Nowacjan.
    Gdy prześladowania ustały, wybór większości padł na Korneliusza, a nie – jak się spodziewał Nowacjan – na niego. Mniejszość gminy ogłosiła w tym czasie papieżem Nowacjana. Nowacjan, by zyskać dla siebie zwolenników, zaczął rozsyłać do biskupów listy i swoich wysłańców. Nawet Cyprian nie był pewien, kto jest właściwie biskupem rzymskim. Wysłał swoich delegatów, by na miejscu zorientowali się w sytuacji. Kiedy przekonał się, że prawowitym biskupem rzymskim jest Korneliusz, udzielił mu całkowicie swojego wsparcia. Skłonił także biskupów Afryki, by go uznali. Nowacjanowi natomiast udało się pozyskać dla siebie biskupa Antiochii.
    Korzystając z chwilowego pokoju, jaki nastał dla Kościoła po śmierci Decjusza (+ 251), papież Korneliusz zwołał do Rzymu synod, na którym Nowacjan został potępiony i wyłączony ze wspólnoty Kościoła. Aktualne wówczas stało się pytanie, co należy uczynić z tymi, którzy za prześladowania Decjusza ze strachu wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić (z łac. lapsi). Rygoryści byli za tym, by ich do Kościoła ponownie nie przyjmować; jednak dzięki papieżowi uchwalono, że ich powrót do Kościoła – po spełnieniu określonych warunków – będzie możliwy.
    Korneliusz rządził Kościołem w latach 251-253. Po raz pierwszy w historii Kościoła Korneliusz wymienił w swoich pismach wszystkie stopnie duchowieństwa rzymskiego. Kościół w Rzymie liczył za jego panowania 46 kapłanów, 7 diakonów, 7 subdiakonów, 42 akolitów, 52 egzorcystów, a także kilkunastu lektorów i ostiariuszy. Cała gmina chrześcijańska w Rzymie liczyła wówczas, jak się przypuszcza, ok. 10 tysięcy wiernych.

    Święci Korneliusz i Cyprian

    Po krótkotrwałym pokoju w Rzymie wybuchła epidemia (252). Dla przebłagania bóstw urządzano publiczne procesje i modły, składano ofiary. Chrześcijanie nie mogli w nich uczestniczyć. Rozjuszony tłum rzucał się na domy modlitwy chrześcijan i burzył je. Atakowano chrześcijan i zabijano ich, uważając, że to oni są sprawcami zarazy, bo swoim kultem wywołali gniew bogów. W takiej właśnie sytuacji w 253 r. poniósł śmierć męczeńską Korneliusz. Według innej wersji Korneliusz został skazany przez cesarza Trebonaniusa Gallusa na wygnanie do Civitavecchia, a tam, źle traktowany – zmarł.
    Cyprian w swoich listach nazywa go męczennikiem – i taką też Korneliusz odbiera cześć. Tytuł znaleziony w katakumbach św. Kaliksta potwierdza, że już w początkach chrześcijaństwa Korneliusz odbierał cześć jako męczennik. Grób św. Korneliusza ozdobił pięknym wierszem w katakumbach papież św. Damazy (366-384). Relikwie św. Korneliusza rozdzielono z czasem po różnych kościołach Włoch, Francji i Niemiec.
    Hieronim pisze, że już za jego czasów doroczną rocznicę św. Korneliusza liturgia rzymska łączyła ze wspomnieniem św. Cypriana. Dlatego ich wspomnienie przypada dzisiaj, chociaż śmierć zastała Korneliusza zapewne w lipcu 253 r.W ikonografii św. Korneliusz przedstawiany jest w stroju papieskim z paliuszem, czasami w tiarze. Jego atrybutami są korona w ręku, gałązka palmowa, mieczróg, tiara.

    Święty Cyprian

    Thascius Caecilius Cypria nus urodził się około 210 r. w rodzinie pogańskiej, najprawdopodobniej w Kartaginie. Jego ojciec był senatorem i należał do najznakomitszych obywateli miasta. Początkowo jego życie było podobne do życia ówczesnej złotej młodzieży z arystokracji rzymskiej. Sam mówi, że “oddany był złym nałogom”, z których nawrócił go dopiero kapłan Cecyliusz. Miało to miejsce w 246 r. Wtedy też Cyprian przyjął chrzest. Przez wdzięczność dla mistrza i ojca duchowego przybrał jego imię. Rozpoczął wówczas w odosobnieniu pokutę za swe grzechy.
    Przykładnym, prawdziwie chrześcijańskim życiem uzyskał takie poważanie, że w 247 roku został wyświęcony na prezbitera przy jednomyślnym poparciu wiernych z Kartaginy. Kiedy w roku 248 umarł Donatus, biskup Kartaginy, Cyprian, mimo ucieczki i stawianego oporu, został odszukany i konsekrowany na biskupa. Sprzeciw wyraziło jednak pięciu kapłanów, którzy zazdrościli Cyprianowi tak szybkiego awansu. Odtąd stali się jego śmiertelnymi wrogami.
    Jako biskup Cyprian z całym zapałem zabrał się do naprawy obyczajów, do zwalczania błędów, do opieki nad powierzonymi sobie duszami, wreszcie także do misji, jaka go czekała wśród większości pogańskiej. Te wszystkie zabiegi przerwało jednak jedno z najkrwawszych prześladowań, jakie rozpoczął cesarz Decjusz (249-251). Nowy władca obrał sobie za cel wzmocnienie państwa w oparciu o pogan. Sobie nakazywał oddawać cześć boską. Ponieważ chrześcijanie kultu takiego oddawać mu nie chcieli i nie mogli, w odwecie nakazał ich tępić jako wrogów cesarstwa. Żądał, aby torturami zmuszać opornych do wyrzeczenia się wiary. Szczególną nienawiść obrócił przeciwko hierarchii kościelnej. Lud zaczął się domagać w amfiteatrze, aby biskupa Cypriana oddać na pożarcie lwom. Cyprian, idąc za radą Ewangelii i znanymi mu przykładami roztropnych i świątobliwych pasterzy, ukrył się na czas prześladowania (na początku 250 r.). Ze swego ukrycia przez kilka lat rządził Kościołem kartagińskim zarówno za pośrednictwem licznych listów pasterskich, jak i emisariuszy, których starannie wybierał spośród biskupów i prezbiterów.
    Po śmierci Decjusza powrócił do Kartaginy. Tu spotkał się z nowym problemem: wielu chrześcijan wystraszonych torturami wyparło się wiary. Teraz chcieli powrócić do wspólnoty z Kościołem. Rygoryści byli zdania, że nie wolno ich przyjmować. Inni znowu z biskupów afrykańskich przyjmowali ich na łono Kościoła zbyt łatwo. Na synodzie, zwołanym do Kartaginy, Cyprian przeprowadził zasadę, że “upadłych” (łac. lapsi) należy przyjmować ponownie do ich gmin, ale pod warunkami, które gwarantowałyby, że nie powtórzą już tego występku. Podobne stanowisko zajął w Rzymie papież Korneliusz, ale przeciwko niemu stanęła opozycja z antypapieżem Nowacjanem na czele. Cyprian nie tylko poparł papieża, ale nawet napisał osobny traktat: O jedności Kościoła. W tej samej sprawie napisał potem także drugi traktat: O upadłych. Na oba dzieła i na dekrety synodu kartagińskiego rygoryści odpowiedzieli zarzutem, że takie postępowanie będzie tylko zachętą, by przy najbliższej okazji ponownie wyprzeć się wiary.
    Niedługo potem północną Afrykę nawiedziła epidemia, która pochłonęła wiele ofiar. Podobnie jak w Rzymie, poganie urządzali procesje do świątyń swoich bóstw i składali ofiary. Chrześcijanie milczeli. Poganie uznali to za oznakę nienawiści do nich, a zarazę poczytali za gniew obrażonych bóstw. Cyprian napisał nowy traktat – O nieśmiertelności – w którym zbijał zarzuty stawiane przez pogan wyznawcom Chrystusa. Wykorzystał czas pokoju na to, by uzupełnić szeregi kleru swojej diecezji. Zwoływał synody dla przywrócenia karności i jedności w Kościele, organizował nowe gminy. Zyskał sobie w całej Afryce tak wielką powagę, że zwracano się do niego ze wszystkich stron po radę.
    W roku 255 powstał nowy problem: czy należy chrzcić na nowo tych, którzy wyrzekli się błędów heretyckich i połączyli się z Kościołem. Rzym stanął na stanowisku, że chrzest, jeśli był udzielony ważnie, nie może być ponawiany. Inaczej twierdzili jednak biskupi afrykańscy. Na synodzie w Kartaginie uchwalili oni w 256 r., że heretyków powracających na łono Kościoła, a ochrzczonych w herezji, należy chrzcić na nowo. Uchwałę tę podpisało w okręgu kartagińskim 72 biskupów, a w okręgu Mauretanii – 87. Cyprian popierał tę decyzję i stosowne uchwały przesłał do Rzymu, do papieża św. Stefana.
    Wybuchło w tym czasie kolejne prześladowanie zorganizowane przez cesarza Waleriana. Pod karą śmierci zakazał on zebrań liturgicznych. Wyłamujących się z tego zakazu karano konfiskatą majątku, banicją i śmiercią. Do dzisiaj zachował się dokładny opis przewodu sądowego i tekst wyroku śmierci na biskupa Cypriana. Po aresztowaniu został zesłany do miasteczka Kombis (257 r.). Przebywał tam prawie rok. Korzystając ze względnej wolności, w ukryciu nadal rządził swoją diecezją przez listy i swoich wysłanników. W lipcu 258 r. postawiono go przed sędzią, którym był ówczesny namiestnik cesarski (prokonsul), Galeriusz Maksym. Został skazany na śmierć przez ścięcie głowy. Wyrok wykonano w obecności zebranego ludu 14 września 258 r. W tym samym czasie w Rzymie odbywało się przeniesienie relikwii św. Korneliusza. Imiona obu męczenników wymienia się w Kanonie rzymskim.
    Św. Cyprian z Kartaginy jest największą postacią wśród świętych Kościoła Afryki północnej, obejmującej wybrzeże Morza Śródziemnego od Cieśniny Gibraltarskiej do Libii i Egiptu (wyłącznie).W ikonografii św. Cyprian przedstawiany jest w szatach biskupich. Jego atrybuty to biskupi krzyż, księga, gałązka palmowa, miecz, paliusz, pastora
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 września

    Najświętsza Maryja Panna Bolesna

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Genueńska
      •  Błogosławiony Antoni Maria Schwartz, prezbiter
      •  Błogosławiony Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Paweł Manna, prezbiter
    ***
    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Maryja siedmiokrotnie przebita mieczem boleści

    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Maryja Bolesna

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.
    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej
    Matka Boża Staniątecka/fot. H. Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.

    Od dwóch świąt do jednego wspomnienia

    Dwa święta obchodził niegdyś Kościół dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej i 15 września – Siedmiu Boleści Najświętszej Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je „Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich huszyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.

    Drugie święto miało nieco inny charakter. Czciło Bożą Matkę jako Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Zaczęli to święto wprowadzać Serwici. Od roku 1667 wprowadza się je w niektórych diecezjach. Papież Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X podniósł je do rangi drugiej klasy i ustalił na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 roku zawiera Mszę: „De tribulatione Beatae Virgini” oraz drugą: „De quinque doloribus B.M.Virginis”. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.

    Łatwo zauważyć, że oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła święto przed Niedzielą Palmową.

    Królowa Męczenników

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie rozumienia Ksiąg świętych, gdzie na tylu miejscach i tak szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie wszystko rozumiała, co się działo, że pewne wydarzenia ewangeliczne były dla niej zagadkowe i tajemnicze, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Boskiego Syna. Czytamy bowiem u św. Łukasza: „A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono” (Łk 2,33). „Oni jednak tego nie rozumieli, co im powiedział” (Łk 2,50). Być może, Maryja nie pojmowała wszystkiego, co się przy Niej działo. Jednak przyznać musimy, że wiedziała więcej, niż inni, czemu daje wyraz, kiedy o sobie samej wypowiada w Magnificat prorocze słowa.

    Jest rzeczą pewną, że Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale że miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok cierpień syna. Im syn dla niej jest więcej ukochany, tym cierpienia matki są większe. Cóż dopiero musiała wycierpieć Matka Boża na widok tylu przeogromnych cierpień Swego Syna! Możemy bez przesady powiedzieć, że Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Ogrom cierpień Maryi wzrośnie, kiedy przeniesiemy je w wymiar nadprzyrodzony. Maryja zdawała sobie sprawę, że Jej Syn jest przecież Zbawicielem rodzaju ludzkiego, że ma dać Ojcu niebieskiemu ekspiację za grzechy całego świata. Jeśli św. Jan wiedział, że Chrystus jest Barankiem Bożym: „który gładzi grzechy świata” (J l,36), to Maryja musiała wiedzieć więcej o tajemnicy posłannictwa Jej Syna.

    Tradycja chrześcijańska wskazuje na pewne etapy cierpień Maryi. Mają one silne oparcie w tekstach Pisma świętego. I tak musiała Maryja bardzo wiele wycierpieć już w czasie swojej podróży do Betlejem, kiedy będąc bliska rozwiązania, nie miała dachu nad głową i musiała zrodzić Chrystusa w najuboższych warunkach – w grocie pasterzy. Bólem napełniło się Jej serce, gdy usłyszała bolesne kwilenie swojej Dzieciny w chwili Jego obrzezania, kiedy to po raz pierwszy polała się krew Zbawiciela świata. Starzec Symeon wprost zapowiada: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35). Ucieczka do Egiptu, udręka dalekiej podróży przez pustynię, pobyt w obcej ziemi wśród obcych ludzi w Egipcie, a potem nader skromne i ubogie życie w Nazarecie, to wszystko przyczyniało Maryi wiele cierpień, zwłaszcza, że zdawała sobie sprawę, że Jej Dziecię jest Synem Bożym. Było dla Niej tajemnicą, dlaczego taka jest wola Ojca niebieskiego. Samo postępowanie Pana Jezusa było w pewnych wypadkach niezrozumiałe dla Maryi, jak np. to, że nic Jej nie powiedział, iż pozostanie w świątyni i zbolała, pełna lęku musiała Go szukać przez trzy dni, aż Go znalazła nauczającego wśród kapłanów (Łk 2,41-50).

    W podróżach apostolskich nie towarzyszyła wprawdzie stale swojemu Synowi. Ewangeliści podają imiona innych niewiast (Łk 8,2-3). Niemniej była świadkiem tułaczego życia Chrystusa Pana i musiała bardzo nad tym boleć. A kiedy pod koniec życia starszyzna żydowska jawnie zaczęła występować przeciwko Panu Jezusowi, kiedy zaczęły się na Jego życie zamachy, jakże bardzo musiała cierpieć Maryja i jak wielkim lękiem napełniał ją każdy dzień! Wreszcie nie da się opisać, jaki ogrom cierpienia i bólu zwalił się na Nią w czasie samej męki Chrystusowej. Obecnie wymienia się jako „Siedem Boleści Maryi”: przepowiednię Symeona (Łk 2,34-35), ucieczkę do Egiptu (Mt 2,13-15), zgubienie Pana Jezusa w świątyni (Łk 2,41-52), drogę na Golgotę, Ukrzyżowanie Pana Jezusa, zdjęcie z krzyża i Jego pogrzeb.

    Kult Matki Bożej Bolesnej w Kościele

    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić: Siedmiu Założycieli zakonu Serwitów (w. XIII), św. Bernardyna (+ 1444), naszego bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela Pasjonistów (+1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie nawet imię obrał zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).

    Ikonografia chrześcijańska w trojaki sposób zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze od wieku XIV jako Pietę, czyli Maryję z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś czy też serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie.

    Średniowiecze, które wyeksponowało mękę Pana Jezusa, często także przedstawiało wizerunki Matki Bożej Bolesnej. Nie było chyba ani jednego artysty wielkiej miary, który by nie uwiecznił również i tej tajemnicy na swoich płótnach, na plafonach kościołów czy w rzeźbie.

    Do największych arcydzieł świata zalicza się Piętę – dzieło Michała Anioła. Barbarzyńska próba jej zniszczenia przez pewnego szaleńca w roku 1973 spotkała się z powszechnym oburzeniem.

    Jak miłe jest Bożej Matce to nabożeństwo, świadczy, że tak wiele jest na świecie wizerunków Matki Bożej Bolesnej, które zasłynęły niezwykłymi łaskami. W Italii jest ich ponad 40. W Polsce tych wizerunków jest kilkanaście, z tych kilka koronowanych koronami papieskimi, jak np. obraz Matki Bożej Bolesnej w kościele Franciszkanów w Krakowie, czy figura Matki Bożej w Limanowej, obraz w Oborach, Sulisławicach, w Chełmie i w Staniątkach. Posiadają wizerunki Matki Bożej Bolesnej: Warszawa, Kraków (4), Jarosław, Poniatowo, Mądre, Melentyn, Skrzatusz, Boleszyn, Rymanów, Kościerzyn, Chełmno, Młodzawy, Orłowa, Czarny Potok, Brzozowice i Osiek. Wymieniamy jedynie wizerunki uznane za cudowne. Zakonów ku czci Matki Bożej Bolesnej, zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską, jest obecnie 21: dwa męskie i dziewiętnaście żeńskich.

    A oto inne objawy nabożeństwa do Matki Bożej Bolesnej w naszej ojczyźnie.

    Od XI wieku znane są godzinki do Matki Bożej Bolesnej. W 1595 roku przy kościele franciszkanów w Krakowie zostało założone bractwo M.B. Bolesnej. W 1607 roku zostały napisane konstytucje tego bractwa. Należeli do niego najznakomitsi Polacy: królowie – Zygmunt III, Władysław IV i Jan Kazimierz, wielu biskupów i magnatów. W wieku XVII i XVIII mamy drukiem wydane dzieła o Męce Pańskiej i o boleściach Maryi. Od wieku XIV spotykamy liczne obrazy Matki Bożej Bolesnej: z mieczem (mieczami) przebijającym Jej Serce, jako Piętę czy też stojącą pod krzyżem.

    Najdawniejszym śladem tego nabożeństwa w literaturze polskiej są powstałe na przełomie XIV i XV w. „Treny Matki Pana Jezusowej” a w muzyce polskiej „Stabat Mater” Grzegorza Gorczyckiego z wieku XVI skomponowany na cztery głosy. Sekwencja ta była także natchnieniem dla Elsnera (w. XIX) i Surzyńskiego, a przede wszystkim dla nieśmiertelnego „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego.

    Sekwencja Stabat Mater

    Bolejąca Matka stała
    U stóp krzyża, we łzach cała,
    Kiedy na nim zawisł Syn

    A w Jej pełnym jęku duszy
    Od męczarni i katuszy
    Tkwił miecz ostry naszych win.

    Jakże smutna i strapiona
    Była ta Błogosławiona,
    Z której się narodził Bóg
    !
    Jak cierpiała i bolała.
    Jakże drżała, gdy widziała
    Dziecię swe wśród śmierci trwóg.

    Któryż człowiek nie zapłacze,
    Widząc męki i rozpacze Matki
    Bożej w żalu tym?

    Któż od smutku się powstrzyma,
    Mając Matkę przed oczyma,
    Która cierpi z Synem swym?

    Widzi, jak za ludzkie winy
    Znosi męki Syn jedyny,
    Jezus, jak Go smaga bat.

    Widzi, jak samotnie kona
    Owoc Jej czystego łona,
    Dając życie za ten świat.

    Matko, coś miłości zdrojem.
    Przejmij mnie cierpieniem swoim,
    Abym boleć z Tobą mógł.

    Niechaj serce moje pała,
    By radością mą się stała
    Miłość, którą Chrystus Bóg.

    Matko święta, srogie rany,
    Które zniósł Ukrzyżowany,
    Wyryj mocno w duszy mej.

    Mękę Syna rodzonego,
    Co dla dobra cierpiał mego,
    Ze mną się podzielić chciej.

    Pragnę płakać w Twym pobliżu,
    Cierpiąc z Tym, co zmarł na krzyżu,
    Po mojego życia kres.

    Chcę pod krzyżem stać przy Tobie,
    Z Tobą łączyć się w żałobie
    I wylewać zdroje łez.

    Panno czysta nad pannami,
    Niechaj dobroć Twoja da mi
    Płakać z żalu z Tobą współ.

    Bym z Chrystusem konał razem,
    Męki Jego był obrazem.
    Rany Jego w sobie czuł.

    Niech mnie do krwi rani zgraja,
    Niech mnie męki krzyż upaja
    I Twojego Syna krew.

    W ogniu, Panno, niech nie płonę,
    Więc mnie w swoją weź obronę,
    Gdy nadejdzie sądu gniew.
    .
    Gdy kres dni przede mną stanie,
    Przez Twą Matkę dojść mi, Panie,
    Do zwycięstwa palmy daj.

    Kiedy umrze moje ciało,
    Niechaj duszę mą z swą chwałą
    Czeka Twój wieczysty raj. Amen.

    Napisali o Matce Bożej Bolesnej

    O. Piotr Semenenko: „Kazania na niedziele i święta” (fragment)
    „Oto Matka twoja!” – Wielka, święta, słodka tajemnica, dzieło łaski, sakrament miłości; święty i wieczny skutek owego Boskiego pragnienia, a pragnienia wspólnego z Maryją. Chce nam dać ciało swe za pokarm, za napój, a przez to dać nam życie, stać się nowym Ojcem naszym… Ale to ciało jest ciałem Maryi i krew Jego Jej krwią… Więc jeżeli On staje się Ojcem, to Maryja stać się musi Matką. Jedno od drugiego nierozłączne. Wspólna przyczyna i wspólny skutek. Oto Ojciec nasz, oto Matka! Ich ciało staje się naszym ciałem, ich krew naszą krwią…

    Tak to wprzódy stajemy się synami Jezusa i Maryi, potem dopiero i przez to synami Boga. Tak więc, kto nie ma Maryi za Matkę, nie może mieć Boga za Ojca… O Maryjo! Tam pod krzyżem Tyś patrzyła, jak Syn Twój umierał w człowieczeństwie swoim; patrzyłaś w boleściach największych. Ile męczarni na krzyżu, tyle mieczy w Twej duszy… Ale wtedy najwyższa boleść zamieniła się w najsłodszą pociechę nowych urodzin. W tej boleści nadludzkiej i nas urodziłaś. Od Ciebie bierzemy ciało Chrystusowe, od Ciebie krew Jego, od Ciebie nowe życie. I tak stajemy się dziećmi Twymi a Ty stajesz się naszą Matką (Kazania na niedziele i święta, Lwów 1913).

    Goethe: „Faust” (fragment)
    Modlitwa Małgosi przed ołtarzem Matki Bożej Bolesnej. Ołtarzyk jest w murze, we wnęce. Małgosia stroi obraz Matki Bożej i tak się modli:

    Przed Tobą staję
    grzeszna i drżąca,
    spójrz na mnie,
    Matko. O, Bolejąca!

    Miecz w Twojej piersi,
    Matko Jedyna!
    Patrzysz na męki
    swojego Syna!

    ,,Ojcze w niebiesiech” –
    szepcą Twe wargi –
    „ukój mą boleść,
    usłysz me skargi”

    Takam zstrachana
    i taka biedna –
    Matko Bolesna,
    Ty wiesz to jedna!

    Wieczny ból we mnie,
    ból za mną, ze mną –
    oczy spłoszone
    już się nie zdrzemną.

    Samotna jestem
    i przeto płaczę –
    łzami dróg nędzę
    skraplam i znaczę.

    A w Twoim sercu
    rany wieczyste –
    a na Twych kwiatach
    łzy me rzęsiste.

    Rwałam je Tobie
    w dzisiejsze rano,
    godziną wczesną
    i zapłakaną.
    Jeszcze złocista
    nie zeszła zorza –
    rozpacz mnie gnała
    z zimnego łoża.

    Spójrz na mnie, Matko,
    z gwiaździstej drogi,
    ochroń od śmierci,
    od hańby srogiej.

    Przed Tobą staję
    grzeszna i drżąca,
    spójrz na mnie, Matko!
    O, Bolejąca!

    Teofil Lenartowicz: „Stabat Mater”

    Wiatr w przelocie skonał chyżym,
    Przeniknęła ziemię groza.
    Krzyż na skale, a pod krzyżem
    Stabat Mater Dolorosa.

    Żadnych słów i żadnych głosów,
    Krew z korony bożej spływa;
    Wobec Boga i niebiosów
    Stała Matka Boleściwa.

    Na konania patrząc bóle,
    Rany, pręgi od powroza,
    Na łzy oczu, cierń na czole,
    Stabat Mater Dolorosa.

    Konająca od współmęki,
    Przyjmująca śmierć za żywa,
    Cierń i gwoździe bożej ręki,
    Stała Matka Boleściwa.

    Jak świat wielki opuszczona,
    Gdy ją zdjęła życia zgroza.
    Przerażona, że Bóg kona,
    Stabat Mater Dolorosa.

    Z wysokości więc boleści.
    Która ludzkie gładzi grzechy,
    Na jęk trwogi, żal niewieści,
    Jeszcze promień spadł pociechy:

    – Nie zostawię Cię sierotą.
    Ukochana do ostatka,
    O, Niewiasto, Syn Twój oto!
    Janie, oto twoja Matka! –

    O, pociecho, jakżeś sroga!
    O, radości z sercem sprzeczne!
    Za człowieka oddać Boga,
    Za doczesne oddać wieczne…

    O Maryjo, nie gardź nami,
    Patrząc na łzę, co nam ścieka,
    Że częstokroć mniej kochamy
    Stwórcę Boga, niż człowieka.

    Oczyść nas Twej szaty płótnem,
    Jedynym wiewem złotej poły,
    Niech się kocham w życiu smutnym
    I w wieczności Twej wesołej!

    A w dzień zgonu – Bolejąca –
    Nim do wiecznych zejdę mroków,
    Niech mi żal nie będzie słońca,
    I powietrza, i obłoków.

    Od siedmiu boleści

    Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.

    „Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.

    Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.

    Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    autorem tekstu “Od siedmiu boleści” jest ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Matka Boża Bolesna u franciszkanów w Krakowie

    fot: Wikimedia Commons

    *******

    Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej jest szczególnym dniem dla krakowskich franciszkanów. To u nich znajduje się słynący łaskami obraz Smętnej Dobrodziejki Krakowa. 

    Kaplica z cudownym obrazem Matki Bożej Bolesnej, zwanej Smętną Dobrodziejką Krakowa stanowiła niegdyś czwarte ramię krużganków klasztoru franciszkanów, a dopiero od 1879 r., kiedy zamurowano przejście między krużgankami i wybito do niej drzwi z nawy głównej, stanowi odrębną, zamkniętą całość. Styl gotycki zachowały krzyżowo-żebrowe sklepienia.

    W ołtarzu umieszczony jest późnogotycki obraz Matki Bożej Bolesnej z pierwszej połowy XV wieku, malowany na desce. Niepewne jest autorstwo omawianego obrazu. Niektórzy historycy dopatrują się tu pędzla Mistrza Jerzego, znanego z innych dzieł, m.in. na Wawelu, lub kogoś z jego szkoły. Wiadomo jednak, że Mistrz Jerzy podpisywał się na swoich obrazach, a nasz Wizerunek jest anonimowy.

    Być może jednak obraz znajdujący się w kaplicy nie stanowi całości dzieła, lecz część modnego w średniowiecznej konwencji Kościoła łacińskiego dyptyku przedstawiającego Maryję stojącą pod krzyżem lub tryptyku ukazującego pod krzyżem z jednej strony Matkę Bożą, a z drugiej – Chrystusowego ucznia i ewangelistę – św. Jana. Słuszność tej hipotezy zdaje się potwierdzać ustawienie postaci Madonny, skierowana ku lewej stronie. Artysta po mistrzowsku przedstawił w rysach twarzy i w całej postaci zastygłą boleść i smutek. Tło obrazu ma złoty deseń. Suknia koloru brunatnego, płaszcz niebieski, okolona białą chustą twarz, ułożenie ust, oczy przepełnione łzami i załamane ręce – wszystkie te elementy podkreślają boleść Matki patrzącej na cierpiącego Syna. Serce Jej przeszywa miecz.

    Od samego początku obraz był otoczony ogromną czcią i kultem wiernych. W 1895 roku restaurację obrazu przeprowadził Bronisław Abramowicz. W 1908 r. biskup krakowski, kard. Jan Puzyna dokonał koronacji obrazu Smętnej Dobrodziejki Krakowa koroną papieską, wzorowaną na andegaweńskiej koronie bł. królowej Jadwigi. Przy kaplicy istnieje Arcybractwo Matki Bożej Bolesnej założone w początkach 1892 roku.

    Piękna i bogata polichromia pochodzi z roku 1897, a wykonali ją Piotr Niziński i Stefan Matejko. W lunetach arkad od strony kościoła widzimy malowidła przedstawiające bolesne sceny z życia Matki Bożej i Mękę Chrystusa.

    Tuż przy ołtarzu znajduje się rzeźbiony w czerwonym marmurze i kamieniu manieryczny pomnik Jana Chrzciciela Gemmy, Wenecjanina, doktora medycyny, przybocznego lekarza Zygmunta III Wazy. Wśród innych znajdujących się w kaplicy nagrobków i epitafiów możemy wyróżnić poświęcony pamięci Jana Roszkowicza (+ 1622), Barbary z Popław Radoszewskiej (+ 1608), Jadwigi Głoczyńskiej (+ 1646), Anny Konstancji Przerembskiej (+ 1665) oraz bardzo zasłużonych dla zakonu i tej bazyliki franciszkanów – o. Samuela Raissa (+ 1901) i o. Mariana Sobolewskiego (+ 1922).

    Już w XV wieku przy kościele krakowskim istniało stowarzyszenie czcicieli Pana Jezusa Cierpiącego i Matki Bożej Bolesnej. Natomiast w 1881 roku powstało tam Bractwo Matki Bożej Bolesnej, które zatwierdził biskup krakowski Albin Dunajewski. Zostało ono oficjalnie erygowane jedenaście lat później i istnieje do dziś. Bractwo ma swojego duszpasterza (jest nim zawsze jeden z ojców krakowskiego klasztoru), stanowi jednak rodzaj luźnego stowarzyszenia, bez stałej administracji i statutów. 

    Stabat Mater

    Jedną z istotnych cech duchowości św. Franciszka był właśnie kult pasyjny. Pielęgnują go zatem i franciszkanie od początku powstania Zakonu. Świadczy o tym chociażby istnienie najsłynniejszej sekwencji poświęconej Matce Bożej cierpiącej pod krzyżem „Stabat Mater”, której autorem jest właśnie franciszkanin, Jacopone da Todi, a którą do dziś Kościół czyta w uroczystość Matki Bożej Bolesnej.

    Stała Matka Boleściwa / obok krzyża ledwo żywa, / gdy na krzyżu wisiał Syn.

    Duszę Jej, co łez nie mieści, / pełną smutku i boleści, / przeszedł miecz dla naszych win.

    O, jak smutna i strapiona / Matka ta błogosławiona, / której Synem niebios Król!

    Jak płakała Matka miła, / jak cierpiała, gdy patrzyła / na boskiego Syna ból.

    Gdzież jest człowiek, co łzę wstrzyma, / gdy mu stanie przed oczyma / w mękach Matka ta bez skaz?

    Kto się smutkiem nie poruszy, / gdy rozważy boleść duszy / Matki z Jej Dziecięciem wraz?

    Za swojego ludu zbrodnię, / w mękach widzi tak niegodnie, / zsieczonego Zbawcę dusz.

    Widzi Syna wśród konania, / jak samotny głowę skłania, / gdy oddawał ducha już.

    Matko, coś miłości zdrojem, / spraw, niechaj czuję w sercu moim / ból Twój u Jezusa nóg.

    Spraw, by serce me gorzało, / by radością życia całą / stał się dla mnie Chrystus Bóg.

    Matko, ponad wszystko świętsza, / Rany Pana aż do wnętrza / w serce me głęboko wpój.

    Cierpiącego tak niezmiernie / Twego Syna ból i ciernie / niechaj duch podziela mój.

    Spraw, niech leję łzy obficie / i przez całe moje życie / serce me z Cierpiącym wiąż.

    Pragnę stać pod krzyżem z Tobą, / z Twoją łączyć się żałobą, / w płaczu się rozpływać wciąż.

    Panno Święta, swe dziewicze / zapłakane wznieś oblicze / jeden niech nas łączy płacz.

    Spraw, niech żyję Zbawcy zgonem, / na mym sercu rozżalonym / Jego ból wycisnąć racz.

    Niech mnie męki gwoździe zranią, / niechaj, kiedy patrzę na nią, / krew upoi mnie i krzyż.

    Męką ognia nieustanną / nie daj gorzeć, Święta Panno, / w sądu dzień swą pomoc zbliż.

    A gdy życia kres nastanie, / przez swą Matkę, Chryste Panie, / do zwycięstwa dojść nam daj.

    Gdy ulegnie śmierci ciało, / obleczone wieczną chwałą, / dusza niech osiągnie raj. Amen

    Jacopone da Todi, włoski poeta i mistyk, franciszkanin, autor pieśni duchownych i traktatów o życiu wewnętrznym urodził się w latach 30. XIII wieku w Todi. Tam też po studiach w Bolonii pracował jako notariusz. Porzucił jednak życie świeckie i w wieku około 40 lat rozdał ubogim swój majątek i wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych. Związany był ze stronnictwem tzw. spirytuałów, żądających rygorystycznej interpretacji Reguły. Po narażeniu się papieżowi Bonifacemu VIII został ekskomunikowany i aresztowany. Uwolnił go dopiero papież Benedykt XI po śmierci swojego poprzednika. Ostatnie lata życia Jacopone spędził jako pustelnik niedaleko Orvieto. Zmarł w klasztorze klarysek w Collazzone, 25 grudnia 1306 roku. 

    Jacopone da Todi jest autorem kilkudziesięciu laud w języku włoskim. Uważany jest za najwybitniejszego poetę włoskiego przed Dante Alighierim. Jego twórczość odznacza się ogromną plastycznością i teatralnością z umiejętnie umiejscowionymi dramatycznymi napięciami.

    franciszkanie.pl/k.gorgoń/red.

    _________________________________________________________________________

    Złoty Miecz wbity w serce Matki Bożej Bolesnej
    fot. Andrzej Prugar/fronda.pl

    *******

    Złoty Miecz wbity w serce Matki Bożej Bolesnej

    W bazylice franciszkanów w Krakowie znajduje się otoczony kultem wizerunek Matki Bożej Bolesnej. Często modlił się tam Karol Wojtyła, jako kleryk, a także jako biskup, o czym przypomina pamiątkowa tabliczka umieszczona na jednej z ławek. Obraz ten posiada wielkie bogactwo symboliki, która z pewnością wpływała na duchowość Św. Jana Pawła II. Treści duchowe, jakie możemy tam odczytać dogłębnie zanalizował o. Andrzej Prugar OFMConv. Wybieramy fragment interpretujący symbolikę Złotego Miecza.

    Pełnia i pokój przez krzyż Jezusa Chrystusa! Jak to ukazać? Odwołajmy się dziś, na początek nowenny do obrazu w kaplicy Matki Bożej Bolesnej (bazylika Franciszkanów w Krakowie), a właściwie do jego tła. Człowiek, który namalował obraz Bolesnej Matki pod krzyżem był wierzący i dobrze wykształcony: większa część tła to złoto. Złoty kolor symbolizuje „złotą rzeczywistość”, przebóstwioną rzeczywistość, dzieło Jezusa. Ten dar „nowej rzeczywistości”, „nowego wina” „nowych szat” przychodzi przez krzyż i zmartwychwstanie, jest darem w nocy cierpienia, który symbolizuje miecz. Maryja jest zanurzona w złotym tle, ale również dosięga ją miecz bólu, współcierpienia z Jezusem. Przyjmuje to cierpienie, bierze na siebie, stając się wezwaniem dla wszystkich dzieci, bardziej lub mniej zbuntowanych, aby nie tracić nadziei na poranek zmartwychwstania, na dzień chwały, kiedy z pielgrzymów „z daleka od Pana”, staniemy się jedno z Nim. Miecz, którym raniliśmy i byliśmy ranieni, choć teraz może bardzo boleć, zostanie ostatecznie stopiony w miłości Jezusa; widać to proroczo na obrazie; miecz jest jeszcze widoczny; choć złoty, choć złoty – jest mieczem.

    Jeszcze o tle i mieczu, który choć przebija serce Maryi jest „wtopiony” w złote tło… Owszem rani, ale te rany przynoszą nam „nowe życie” – przebóstwienie. Jest takie opowiadanie o starym człowieku i skorpionie. Zauważył człowiek, ze skorpion spadł ze skarpy na brzeg morza, wzmagające się fale przypływu zalewały ostatni skrawek ziemi, pozostały tylko korzenie drzewa, zbyt odległe jednak od skorpiona. Położył się na nich człowiek i wyciągnął rękę, aby stać się ratunkiem dla skorpiona. Skorpion owszem doszedł do ręki, ale uderzył ratownika kolcem pełnym jadu. Tak było wiele razy, człowiek mimo tego wyciągał rękę i choć coraz bardziej raniony i opuchnięty stał się przedmiotem krytyki przechodniów. Dlaczego pomagasz? Przecież znowu Cię ukąsił! Odpowiedział stary człowiek: naturą skorpiona jest uderzać, a natura człowieka jest pomagać. Jezus z Jego ranami na krzyżu i miłością z jaka stanął pomiędzy nami i jest z każdym cierpiącym do końca, daje ze swej pełni „nowe” tym, którzy z wiara stają pod konarami drzewa krzyża. „Przez krew Jego krzyża” (Kol 1,20) daje nam pokój i pełnię. Z dzieci kąśliwych, niewdzięcznych, leniwych, upartych stajemy się ludźmi nowymi, uratowani spośród fal zagłady, pokus, beznadziei i bezsensu. Krew Jezusa ma taka moc wobec grzesznika, który uwierzy. Niepokalana i Bolesna miała dar nowości życia od początku, ale przyjmowała ten dar dzień po dniu pośród grzeszników bez buntu, bez grzechu. Uczestniczy w przebóstwionej rzeczywistości, prosząc za nas, abyśmy kolejny raz dali się dotknąć – przyjęli wyciągnięta dłoń Ukrzyżowanego. Chcemy uczyć się i prosić Bolesną Matkę o spojrzenie wiary. Wiara ocala.

    fragment rozważań o. Andrzeja Prugara OFMConv podczas Nowenny do Matki Bożej Bolesnej, Kraków, 6-14 września 2013 r.

    oprac.MP/mp/Fronda.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Litania do Matki Bożej Bolesnej

     opoka.photo
    o. Marko Ivan Rupnik/fot. ks. Robert Capała/opoka.pl

    *******

    Kyrie elejson! Chryste elejson! Kyrie elejson!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko, módl się za nami.
    Święta Panno nad pannami, módl się za nami.
    Matko, męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca, módl się za nami.
    Matko Bolesna, módl się za nami.
    Matko płacząca, módl się za nami.
    Matko żałosna, módl się za nami.
    Matko opuszczona, módl się za nami.
    Matko stroskana, módl się za nami.
    Matko, mieczem przeszyta, módl się za nami.
    Matko w smutku pogrążona, módl się za nami.
    Matko trwogą przerażona, módl się za nami.
    Matko sercem do krzyża przybita, módl się za nami.
    Matko najsmutniejsza, módl się za nami.
    Krynico łez obfitych, módl się za nami.
    Opoko stałości, módl się za nami.
    Nadziejo opuszczonych, módl się za nami.
    Tarczo uciśnionych, módl się za nami.
    Wspomożenie wiernych, módl się za nami.
    Lekarko chorych, módl się za nami.
    Umocnienie słabych, módl się za nami.
    Ucieczko umierających, módl się za nami.
    Korono Męczenników, módl się za nami.
    Światło Wyznawców, módl się za nami.
    Perło panieńska, módl się za nami.
    Radości Świętych Pańskich, módl się za nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    _________________________________________________________________________________

    Bolesna Matka Najświętsza

    i Koronka do Jej Siedmiu Boleści

    Bliska jest nam Maryja Niepokalana, kochamy Ją jako Królową, jakże zachwycająca jest w dniu swego Wniebowzięcia. Ale najbardziej bliska, najbardziej człowiecza jest Maryja Bolesna. Dlaczego właśnie Ona?

    Adobe Stock.pl

    *******

    Chyba dlatego, że żadna matka na ziemi nie przeżyła tyle i nie przecierpiała tyle, co Matka Zbawiciela. Jakże bolesnym echem odbiły się w Jej sercu prorocze słowa Symeona, wypowiedziane w świątyni jerozolimskiej w dniu ofiarowania Pana Jezusa: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (por. Łk 2,35). Stąd jakże bardzo Maryja – jako Matka Boża Bolesna rozumie każdego człowieka, każdego cierpiącego, wszystkich, którzy jesteśmy Jej dziećmi.

    Kult Matki Bożej Bolesnej kształtował się powoli. Od poł. XVII wieku okresem oddawania czci Współodkupicielce – Matce Bożej Bolesnej stał się wrzesień. Z upływem lat wspomnienie boleści Najświętszej Maryi Panny zaczęło zbliżać się do dnia wyznaczonego jako następny po uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego (najpierw jego obchód wyznaczono na trzecią niedzielę września). Od 1735 r., tj. 8 lat po wprowadzeniu przez papieża Benedykta XIII święta Matki Bożej Bolesnej w całym Kościele, czczono – zwłaszcza w Hiszpanii – boleści Najświętszej Maryi Panny 17 września. Następnie, za sprawą papieża Piusa VII, w 1814 r. ustalona została w całym Kościele data czci na 18 września. Jednak na początku XX wieku (1908 r.) dzięki inicjatywie papieża Piusa X ostateczny wyznacznik tego święta został ustalony na dzień 15 września. Ojciec Święty Paweł VI, reformując w 1969 r. kalendarz rzymski, ustanowił na ten właśnie dzień wspomnienie obowiązujące. Nowy formularz mszalny z 1970 r. mówi o współcierpieniu Matki Bożej z Chrystusem, która pod krzyżem stała się Matką Kościoła.

    >W celu podkreślenia cierpień duchowych i fizycznych Świętej Bożej Rodzicielki, mających ścisły związek z misją zbawczą Boga-Człowieka, przywołuje się na pamięć tajemnice bolesnych dla Najświętszej Maryi Panny zdarzeń z życia Pana Jezusa, ukazanych na kartach Ewangelii. Miejsce Bogarodzicy w Bożym planie zbawczym, Jej rolę w historii zbawienia na kanwie współcierpień z Synem Bożym można prześledzić, kontemplując Jej siedem boleści. Trzy bolesne dla Maryi zdarzenia dotyczą dzieciństwa Jezusa. Stanowią je: proroctwo Symeona (por. Łk 2,34-35), ucieczka do Egiptu (por. Mt 2,13-15) oraz poszukiwanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni jerozolimskiej (por. Łk 2,43-51). Cztery kolejne, związane z Męką Pańską, to: spotkanie na Drodze Krzyżowej (por. Łk 23,26-32; J 19,16-17), Ukrzyżowanie (por. J 19,25-27), zdjęcie z krzyża (por. Łk 23,50-52; J 19,38), złożenie do grobu (por. Łk 23,53-56; J 19,39-42).

    Wśród wielu modlitw do Matki Bożej Bolesnej zalecanych przez Kościół Święty i odmawianych w wielu sanktuariach jest Koronka ku czci Jej Siedmiu Boleści. Na Koronce tej rozważa się ziemskie życie i cierpienia Matki Najświętszej:


    1. Boleść – Proroctwo Symeona,
    2. Boleść – Ucieczka do Egiptu,
    3. Boleść – Zgubienie Pana Jezusa,
    4. Boleść – Spotkanie na Drodze Krzyżowej,
    5. Boleść – Trwanie pod krzyżem,
    6. Boleść – Piastowanie po zdjęciu z krzyża Ciała Pana Jezusa,
    7. Boleść – Złożenie do grobu.

    O tej modlitwie mówiła w Kibeho w Rwandzie Matka Boża, przedstawiając się widzącym Ją dzieciom jako Matka Słowa. (Wypada wspomnieć, iż w latach 1981-83 w Kibeho miały miejsce objawienia Matki Bożej, zatwierdzone przez Kościół). W uznaniu objawień z Kibeho za autentyczne dużą rolę odegrał fakt, że Matka Boża, płacząc, zapowiedziała widzącym, że w Rwandzie będą się działy przerażające rzeczy. Dziewczęta widziały rzeki pełne krwi, mordujących się wzajemnie ludzi, porozrzucane, zmasakrowane ciała i wiele innych wstrząsających obrazów.

    Odpowiadały one dokładnie temu, co zdarzyło się w tym kraju w 1994 r. podczas niebywałej zbrodni międzyplemiennej, która pochłonęła ponad milion ofiar, a niezliczone rzesze ludzi okaleczyła fizycznie i psychicznie.

    W czasie objawień Maryja mówiła tam m.in.: „Gdy objawiam się komuś i rozmawiam z nim, zwracam się do całego świata (…). Możesz rozpowszechnić to nabożeństwo po całym świecie, nawet nie ruszając się z tego miejsca. Łaska jest wszechmogąca…”.

    Maryja wielokrotnie powtarzała: „Obudźcie się. Wstańcie. Obmyjcie się i rozejrzyjcie uważnie. Musicie oddać się modlitwie. Musicie rozwinąć w sobie cnoty miłości, oddania i pokory. (…) Okażcie skruchę, żałujcie, żałujcie! Nawróćcie się, kiedy jeszcze jest czas”.


    W czasie swych objawień w Kibeho Matka Najświętsza szczególnie poleciła rozważać Mękę Pańską, odmawiać Różaniec oraz Koronkę do Siedmiu Boleści Matki Bożej. Rozpoczyna się wrzesień, miesiąc, w którym Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę Bolesną. Sięgnijmy w tym czasie w swojej pobożności maryjnej także po tę ostatnią formę modlitwy, świadomi, że rozważając te tajemnice, w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________

    Panna Maryja zawsze pomaga.

    Niezwykłe historie interwencji Matki Bożej

    Przy bratysławskiej kaplicy-grocie z Lourdes, pośród dziesiątków innych dziękczynnych wotów wisi i kamienna tablica, na której po węgiersku napisano: Szűz Mária mindig segít! – „Panna Maryja zawsze pomaga”. Napis ten opatrzony jest datą i podpisem. Data wskazuje na czasy twardego komunizmu – trzeba więc było nie lada odwagi, aby podobne wyznanie podpisać własnym imieniem i nazwiskiem. Tym bardziej, że brzmiały one: Pál Korbuly. Autor tej dziękczynnej tablicy był stalinowskim sędzią, odpowiedzialnym za niesprawiedliwe wyroki w wielu procesach politycznych.

    Pokaźna grupka słowackich wyznawców – spośród których niektórzy, jak Tytus Zeman i Zdenka Schellingová, zostali wyniesieni na ołtarze – wychodziła sprzed jego oblicza z ciężkimi wyrokami, jako tzw. muklowie. MUKL to muž určeny k likvidácie, osoba przeznaczona do likwidacji – bez wyroku śmierci wprawdzie, czasem i bez dożywocia; ale z pewnością, że na wolność już nie wyjdzie – chyba że na ostatnie tygodnie życia (żeby nie produkować męczenników zmarłych za kratami). A śmierć w więziennych warunkach zbliżała się do muklów bardzo szybkim krokiem. Czemu trudno się dziwić, jeśli na przykład w kopalniach uranu urabiali gołymi rękoma radioaktywną masę, albo ścierali na pył szkło bez ochrony oczu i dróg oddechowych.

    Ciężkie było sumienie stalinowskiego sędziego! Niejeden MUKL modlił się jednak za niego – a już od starożytności wiadomo, że modlitwa męczenników za swych prześladowców ma szczególną moc. Korbuly popadł w niełaskę, sam spędził krótki czas w więzieniu. Łaska tymczasem pukała do jego serca – i oto, cud nad cudy! – dokonało się jego nawrócenie. I to jakie! Pokutując za zbrodnie sądowe, jakich się dopuścił, stał się w komunistycznej Bratysławie publicznym pokutnikiem.

    Codziennie na kolanach przechodził trasę pomiędzy dwoma bratysławskimi kościołami, nie zwracając uwagi na zdziwienie, a niekiedy i kpiny przechodniów. Pokutował – tym bardziej, że miał świadomość, że gdzieś tam w kopalniach uranu, w twierdzy Leopoldov, w więzieniach Mirovie i Ilavie, i w wielu innych miejscach powolną śmiercią dogorywali święci, których on na los ten skazał… Ciężkie było jego sumienie! Ale nie bał się. Nie bał się już ani swoich dawnych kolegów, ani przesłuchań i więzienia. Nie można pewnie powiedzieć, by nie bał się Bożego Sądu – bo któż może się go nie bać? Ale i ten lęk był czymś zupełnie innym aniżeli paniczny, paraliżujący strach człowieka zaszczutego jak zwierzę (ileż razy widział ten strach u podsądnych przyznających się do najbardziej absurdalnych przestępstw, byle uniknąć kolejnej nocy tortur!).

    Mindig segít, zawsze pomaga… To Ona, Królowa Męczenników i Wyznawców pomagała bł. Tytusowi Zemanowi i innym wybaczyć – i modlić się za swoich prześladowców… To Ona, Ucieczka grzeszników, wlała w serce zbrodniarza otuchę, że i on może być zbawiony! To Ona, Wspomożenie wiernych, dawała mu teraz siłę do tego, by wiernie wyznawał – i swego Boga, i swoje winy. To Ona – Matka ofiary zbrodni sądowej, która przyjęła na siebie bycie Matką katów własnego Syna – przycisnęła do matczynego Serca biednego stalinowskiego sędziego…

    Ileż podobnych przykładów można by przytoczyć ku większej chwale Boga i ku ozdobie Tej, którą On uczynił Szafarką swego miłosierdzia! Zaiste, „choćby kto był jedną nogą w piekle, jeszcze może stać się świętym, skoro wzywać będzie pomocy Maryi”, jak mówił święty Maksymilian. Zaiste, „nigdy nie słyszano, aby opuściła tego, kto się do Niej ucieka”, jak modlił się święty Bernard. Zaiste, Jej wstawiennictwo jest niezawodne, czego doświadczyła święta Gemma Galgani wobec odmowy samego Pana Jezusa… Nie dlatego, żeby Maryja była potężniejsza od swego Syna. Nie dlatego, by rzeczywiście z Nim bojowała o ludzkie zbawienie, nawet jeśli niekiedy tak to przedstawiają mistycy. I w takim przedstawianiu jest ukryta prawda, ale prawda olśniewająco pocieszająca: Pan Jezus chce, aby Maryja, którą uczynił szafarką miłosierdzia, przemagała nawet sprawiedliwy Boży gniew.

    Tekst pochodzi z książki „Czyńcie, cokolwiek Wam powie”

    Czyńcie, cokolwiek Wam powie – wydanie drugie, poszerzone o dwie katechezy oraz przedmowę

    O. Wawrzyniec M. Waszkiewicz

    Premiera: 1 września 2022

    Format: 120 x 180,  sztywna oprawa

    Liczba stron: 124

    Wydawca: rosa-mystica.pl

    Ojciec Waszkiewicz zaprasza nas na spacer po kartach Ewangelii, gdzie z lakonicznych wypowiedzi Maryi wydobywa bogactwo treści i głębi Jej życia duchowego. Analiza autora nie pełni jednak funkcji akademickiej, ale głównie duszpasterską. Jej celem jest próba zbliżenia nas do Matki Jezusa oraz naszej i praktykowanie Jej cnót w codzienności.

    Autor wplata w swoje rozważania przykłady i komentarze świętych Kościoła, jednocześnie demonstrując wnikliwość osobistej refleksji, która wypływa z jego rozmodlonej maryjnej duszy. Ponadto uroku lekturze dodaje barwny styl zakonnika, przywołujący ducha minionej epoki.

    „Czyńcie, cokolwiek wam powie” – to ostatnie słowa Maryi zapisane w Ewangeliach i jako takie stanowią Jej swoisty testament. Oby był on naszym drogowskazem na pokrętnych drogach życia duchowego.

    o. Wawrzyniec Maria Waszkiewicz – ur. w 1985 we Wrocławiu. Kapłan, Misjonarz Matki Bożej Anielskiej, administrator węgierskojęzycznej parafii na południu Słowacji. Autor książek: biografii włoskiej matematyczki i mistyczki Marii Gaetany Agnesi Piękna dusza, podręcznika duchowego Alchemik, rekolekcji wielkopostnych Nunc Coepi, biografii św. Wawrzyńca z Brindisi pt. Bosy generałoraz – wspólnie z A. Canavesim – tomu opowiadań historycznych Pokój, dobro, wojna.

    PCh24.pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    "A Twoją duszę miecz przeniknie...". Święto Matki Bożej Bolesnej
    fot. via Wikipedia, CC 0

    *******

    “A Twoją duszę miecz przeniknie…”

    Święto Matki Bożej Bolesnej

    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.

    Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.


    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.

    Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.


    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.

    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).

    Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).

    Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 września

    Podwyższenie Krzyża Świętego

    Zobacz także:
      •  Święty Albert, biskup
    ***

    Aniołowie adorujący Krzyż

    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis,
     to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”

    Podwyższenie Krzyża

    W 614 r. na Ziemię Świętą napadli Persowie pod wodzą Chozroeza. Zburzyli wówczas wszystkie kościoły, także i kościół Bożego Grobu, a wiedząc, jak wielkiej czci doznaje Krzyż Pana Jezusa, zabrali go ze sobą. Cały świat modlił się o odzyskanie Krzyża Świętego. Po zwycięstwie, jakie cesarz Herakliusz odniósł nad Chozroezem, w traktacie pokojowym Persowie zostali zmuszeni do oddania świętej relikwii (628). Podanie głosi, że kiedy sam cesarz chciał na swoich ramionach zanieść Krzyż Chrystusa na Kalwarię, mógł to uczynić dopiero wówczas, kiedy zdjął swoje królewskie szaty. Jest to legenda, gdyż ze świadectwa św. Cyryla Jerozolimskiego (+ 387) wiemy, że już za jego czasów czcigodną relikwię podzielono na drobne części i rozesłano je niemal po wszystkich okolicznych kościołach.Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).

    Relikwiarz Krzyża św. z Olkusza

    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).

    Krzyż celtycki z Irlandii

    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Dziś święto Podwyższenia Krzyża Świętego

    Claudio CC 2.0/Gość Niedzielny

    ***

    Witaj, Krzyżu Święty, czyli burzliwa historia święta Podwyższenia Krzyża Świętego

    “Chrystus umarł za nas wszystkich, abyśmy zyskali wzór, dzięki któremu będziemy w stanie nienawiść czy zabójcze odtrącenie przemieniać w osobistą gotowość do przebaczenia” – pisze Ks. Jan Sochoń.

    KRZYŻ GOLGOTY

    Dowodzi powyższego święto Podwyższenia Krzyża obchodzone obecnie 14 września. Miało ono burzliwe losy, pełne spornych datacji, skomplikowanych powiązań z historycznymi wydarzeniami. Niekiedy trudno oddzielić to, co było w procesie jego kształtowania wynikiem legendy, a co wywodzi się ze sprawdzalnych faktów i udokumentowanych źródeł. W każdym razie jedno pozostaje niezmienne i zasadnicze: w centrum święta odnajdujemy Krzyż — serce religijnej praktyki. Nie chodzi jednakowoż o zwyczajny krzyż, lecz o ten, który dźwigał Jezus na Golgotę, krzyż-relikwię, czczony przez wiernych, nieustannie adorowany, pozostający znakiem indentyfikacyjnym tego, co ściśle chrześcijańskie, odnaleziony — jeśli zaakceptujemy wersję, jaką przedstawił Sokrates Scholastyk w dziele Historia Kościoła — przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna, być może 14 września 335 roku. Wówczas wyznawcy Chrystusa cieszyli się już sporymi przywilejami: byli między innymi zwalniani przez Konstantyna od płacenia podatków oraz nie podlegali służbie wojskowej, mogli też świętować niedziele jako dni wolne do pracy, kiedy to nie należało prowadzić procesów sądowych i transakcji handlowych, nadto otrzymali unormowane prawo małżeńskie i inne społeczne honory potwierdzane cesarskimi dekretami.

    ŚWIADECTWO CESARZOWEJ HELENY

    Helena od lat poszukiwała Krzyża, na którym umęczono Zbawiciela. Udała się więc (około 326 roku) do Ziemi Świętej, gdzie spełniły się jej pragnienia. Przejęta profanacją, jakiej dokonał po stłumieniu powstania Bar Kochby (132-135) cesarz Hadrian, instalując na miejscu świątyni żydowskiej przybytek Afrodyty, kazała usunąć posąg bóstwa, wybrać ziemię z tego miejsca i oczyścić je z nawarstwień. W trakcie tych prac natknięto się na trzy krzyże znajdujące się w grobie: jeden najświętszy, na którym rozpięto kiedyś Chrystusa, oraz dwa inne, na których zmarli ukrzyżowani z Jezusem łotrzy. Z tej racji, dzięki dotacjom z cesarskiego skarbca, Helena ufundowała okazałe bazyliki: Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Świętego Krzyża (Bazylika Męczenników — Martyrium) i Zmartwychwstania Pańskiego (Anastasis) na Kalwarii w Jerozolimie oraz Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej.

    Odtąd Jerozolima stała się miejscem kultu relikwii Krzyża, który to kult rozszerzał się niezwykle szybko; fragmenty odnalezionego Krzyża znalazły się w wielu miejscach ówczesnego cesarstwa, zwłaszcza w Konstantynopolu. Ale nie tylko. Kiedy w 1204 roku krzyżowcy podczas czwartej wyprawy złupili doszczętnie stolicę nad Bosforem, relikwiarze z drzewem Krzyża zostały rozdysponowane niemal po całej tamtejszej Europie.

    Z tak ukształtowanej tradycji wywodzi się święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Uroczysta konsekracja sanktuarium Grobu Pańskiego 13 września 335 roku, na którą przybyli liczni biskupi sprowadzeni tam przez cesarza z pobliskiego Tyru, gdzie zebrali się na synod, i liczne rzesze pątników, jak też wystawienie następnego dnia relikwii Krzyża św. do publicznej adoracji, stało się uroczystością celebrowaną każdego kolejnego roku. Z biegiem czasu charakter tych obchodów skoncentrowano na samym uwielbieniu Krzyża, zwłaszcza po tym, jak Persowie w 614 roku zrabowali święty Znak, plądrując i burząc Jerozolimę.

    Na szczęście cesarz Herakliusz w 628 roku odniósł nad nimi zwycięstwo i odzyskał cenną relikwię, która została ukryta w Konstantynopolu. W ten sposób uroczystość ku czci Krzyża przyjęła się w innych Kościołach Wschodu, gdzie ze szczególną estymą dokonywano obrzędu ukazywania relikwii Krzyża. Święto przyjęło się również na Zachodzie. W Rzymie prawdopodobnie papież Sergiusz (zm. 701) wprowadził wystawienie i adorację relikwii Krzyża przechowywanych w pałacu laterańskim, który to zwyczaj — co potwierdzają dzieje liturgii — przetrwał do początków XIII wieku.

    KRZYŻ WZNIESIONY KU NIEBU

    Dzisiaj staramy się rozwijać teologię krzyża, przywołując teksty biblijne i liturgiczne. Nie jesteśmy w stanie, co oczywiste, uzasadnić, czy przed chrześcijaństwem istniał kult krzyża w sensie znaku lub symbolu narzędzia zbawienia. Nawet greckie mity i platońska wizja „boga umęczonego na palu” niewiele tu wnoszą. Dopiero teksty Nowego Testamentu, nawiązujące do tradycji starotestamentalnej, dają podstawy do dyskusji o rozwiniętej już mistyce krzyża. W katakumbach spotykamy zarówno znak krzyża, jak i znak ryby (gr. ichtys)Pierwsze litery greckiej formuły „Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel” tworzą ten właśnie wyraz. Św. Justyn (II wiek po Chrystusie) pisał, że „Rogi bawołu nie oznaczają nic innego, tylko kształt, czyli figurę krzyża”.

    To symbolika wyjątkowo istotna, ponieważ krzyż jest znakiem zbawienia przez mękę Syna Bożego oraz wyrazem nadziei, że również nasze cierpienia prowadzą do chwały zmartwychwstania, jeżeli otworzymy je na moc płynącą z cierpienia Chrystusa. Dlatego oddajemy cześć krzyżowi, ukazujemy go, unosimy (exaltatio) ponad nasze codzienne troski i ograniczenia, aby one w nim mogły się przeboleć. Nie czcimy jednak krzyża jako narzędzia zbrodni czy wyjątkowego okrucieństwa, tylko jako narzędzie zbawienia, dzięki któremu nienawiść przemienia się w miłość. Jezus sam wybrał sposób, w jaki tego kosmicznego aktu miał dokonać. Nie wypełniał żadnego rozkazu swojego Ojca, żadnego odwiecznego zrządzenia losu. Byłoby to czymś absurdalnym i należącym zaledwie do sfery mitologicznej; raczej powinniśmy przyjąć, że śmierć na krzyżu stanowi szczyt całego Jezusowego życiowego czynu, nakierowanego w pierwszym rzędzie na przebóstwienie człowieka.

    Trudno zaakceptować przypuszczenie, że Bóg miałby jakieś szczególne upodobanie w śmierci i krwi. Ofiary w znaczeniu kultyczno-rytualnym, jakim usiane są religijne krajobrazy Starego Przymierza, nie powinny obezwładniać naszej wyobraźni. Patrzmy na Krzyż oczyma wiary, w perspektywie wszystkich dokonań Jezusa, szczególnie zaś radości, pojednania i powszechnego pokoju. Ostatecznie przecież chodzi o zwycięstwo nad grzechem i osiągnięcie wiecznego szczęścia. Z tej racji tak długo będziemy pozostawali chrześcijanami, jak długo utrzymamy wewnętrzną więź z Chrystusem, co też oznacza — znamy bowiem swe słabości — konieczność ciągłego wysiłku (oświetlonego Bożą życzliwością), dzięki któremu bywamy zdolni do powrotu na ewangeliczną ścieżkę życia. Nie wypada więc mówić, że jesteśmy ludźmi apostolskiego zawierzenia, ale że wciąż się nimi stajemy. Wynosimy i podwyższamy krzyż właśnie dlatego, aby — raz jeszcze podkreślmy — uwypuklić centralną zasadę chrześcijaństwa: Chrystus umarł za nas wszystkich, abyśmy zyskali wzór, dzięki któremu będziemy w stanie nienawiść czy zabójcze odtrącenie przemieniać w osobistą gotowość do przebaczenia. O własnych siłach nie moglibyśmy wszakże wznieść się na takie wyżyny. Jezus odkupił nas w sposób czynny, a my staramy się odpowiadać na ten dar autentyzmem wiary i gorliwym świadectwem. Krzyż staje się przeto drogą nawrócenia i siłą napędową chrześcijańskiej nadziei.

    CHLUBIĆ SIĘ KRZYŻEM

    Ludzkie nadzieje związane z odzyskaniem utraconego przez grzech szczęścia mogą się spełniać, bo Chrystus przyjął śmiertelne ciało. Jego śmierć nie była dziełem przypadku. Przepowiedział ją swoim uczniom i wypił „kielich goryczy”, czyli swój los, za „nasze grzechy”. Nie było to żadnego rodzaju zadośćuczynienie złożone Bogu, ale gest miłości i zwycięstwa nad śmiercią. Jak do tego doszło? Wiemy, że Jezus-Człowiek rozpoczął swe życie w społeczności skażonej grzechem, wraz z jej historią, polityką, ograniczeniami języka aramejskiego i nieszczęściami, w Palestynie rządzonej przez Rzymian, którym zależało jedynie na pomnażaniu własnych korzyści. Nie kontynuował On pracy cieśli w Nazarecie, lecz — nagle czy też stopniowo — postanowił prowadzić życie kaznodziei, jako nauczający rabbi. Zamiast politycznego przywództwa wybrał postawę bezbronnego proroka, jak „Baranek na rzeź prowadzony”.

    Najpierw łączył przyjście Królestwa Bożego z nawróceniem najbliższych słuchaczy. Swoje cierpienie zaczął przepowiadać — i to tylko w kręgu swoich uczniów — dopiero wtedy, gdy ujrzał zatwardziałość przywódców żydowskich. Jako że okoliczności zewnętrzne przynoszą Mu rozeznanie, że wolą Jego Ojca jest wypełnienie zadania Sługi Jahwe aż do końca, to znaczy poniesienie śmierci, aby przyprowadzić wielu do sprawiedliwości. To wyraża Jego bezwzględne posłuszeństwo oraz doskonałą ofiarę. W tej kenozie Chrystus nie przesłonił swego Bóstwa, lecz właśnie przez nią objawił Bóstwo zarówno swoje, jak i Ojca, ponieważ „Bóg jest miłością”, która nie zwraca się ku sobie, ale ukazuje się w Jezusie jako w człowieku dla wszystkich aż po śmierć na krzyżu. To radykalne „samowyniszczenie” objawia się w miłości, jaka trwa w obliczu zadanej Mu śmierci, w miłości, jaka świadomie poddaje się tej śmierci za swoich wrogów. Dlatego odważamy się powiedzieć, że śmierć jest dla chrześcijanina zdecydowanie zyskiem, bo jego życiem jest sam Chrystus „wywyższony” na krzyżu. Im bardziej gruntowne samowyniszczenie, tym pełniejszy wylew miłości ku nam, lecz również tym bardziej zupełna ufność skierowana ku Ojcu — nadzieja wbrew wszelkiej nadziei, że miłość płynąca z Bożego Serca zwycięży.

    Niezwykła to tajemnica. Kiedy zatem uczestniczymy w celebracji Podwyższenia Krzyża Świętego, od razu uświadamiamy sobie, że tworzymy wspólnotę zabarwioną krzyżowym ościeniem. Z natury rzeczy nie możemy owego znamienia zmazać czy wykreślić z codzienności. Żyć — oznacza zanurzyć się w to, co słabe, grzeszne, powodujące ból i cierpienie. Ale równocześnie doświadczamy czegoś na wskroś umacniającego, co pozwala na chwile duchowego wytchnienia, a nawet radości. Przenika naszą świadomość i nasze ciało niemal „fizyczne odczucie”, że nie istnieje najmniejsza kropla cierpienia, której nie przeżyłby Syn Boży. Stąd nigdy nie jesteśmy w swoim cierpieniu osamotnieni. Przenikliwie zauważono, że udręka kobiet, mężczyzn i dzieci podczas wieków ujawnia niewyczerpaną głębię Bożego umęczenia, której przebłysk widzieliśmy w Ogrodzie Gethsemani.

    Najgłębszym sensem dziejów człowieka jest dopisywanie kolejnych rozdziałów męki Chrystusa. Dopóki one trwają, historia cierpienia Chrystusa nie zostaje w pełni opowiedziana. Dlatego tak żywotna jest coroczna liturgia Krzyża, szacunek oddawany znakowi krzyża. Jan Chryzostom wyjaśniał: „Gdy się więc żegnasz, przypomnij sobie całą treść krzyża, uśmierz w sobie gniew i wszystkie inne namiętności. Gdy się żegnasz, ozdób wtedy czoło swoje wielką ufnością, uwolnij swoją duszę. Przez krzyż wszystko, co było nam nieprzyjazne, zostało powalone na ziemię i zdeptane”.

    Teraz rozumiemy i z pokorą przyjmujemy, że w życiu krzyż ma uprzywilejowane miejsce. Stoi na piedestale, na duchowym widoku, nie tylko z okazji święta. Został niejako wtopiony w naszą religijną wrażliwość, dzięki której odczuwamy (często gorzki) smak istnienia, jak i radość z przebłysków dosięgającego naszych serc szczęścia.

    ks. Jan Sochoń/”Msza Święta” (Miesięcznik biblijno-liturgiczny)

    ___________________________________________________________________________

    Święta Helena. Zawdzięczamy jej odnalezienie Krzyża Pańskiego, oraz… Konstantyna Wielkiego

    Historia Kościoła dostarczyła wielu przykładów świątobliwych matek, których wiara i gorliwa modlitwa przyczyniły się do nawrócenia „marnotrawnych synów”. Wśród przekazów obrazujących tę zasadę znajdziemy i takie, które pokazują, że powodowana wiarą w Boga matczyna miłość rodzi owoce, które smakować może już nie tylko dziedzic, ale też rzesze wyznawców Chrystusa. Z taką sytuacją spotykamy się, studiując żywot św. Heleny, matki cesarza Konstantyna I Wielkiego, która – według relacji różnych podań – przyczyniła się do odnalezienia Drzewa Świętego, na którym zawisło nasze Zbawienie.

    W syryjskim tekście legendy o Judzie Kyriaku, nawróconym na chrześcijaństwo żydzie, czytamy o wizji Konstantyna, jaką ten otrzymał w ostatnią noc przed wielką bitwą. Na widok licznie zgromadzonego wojska barbarzyńców nad rzeką Dunaj cesarz zaczął odczuwać lęk. Wówczas ujrzał wyraźnie cudowne światło, które rozbłysło nad nim w kształcie krzyża, a litery ułożone przez gwiazdy oznajmiły mu: „w tym (znaku) zwyciężysz”. Poruszony tym obrazem, kazał sporządzić coś na kształt tego, co zobaczył, a następnie rozkazał nieść to przed sobą podczas boju, który zakończył się dla niego zwycięstwem.

    Następnie – jak czytamy w tzw. tekście Petersburskim syryjskiej wersji legendy – po kilku dniach, kazał przywołać kapłanów rzekomych bóstw. Pokazał im znak, który mu się objawił i zapytał ich: „Do którego z bóstw należy ten znak?” Odrzekli mu: „Nie jest to znak ziemskich bóstw, które czcimy, lecz potężny Znak Boga niebios. Kiedy bowiem ten znak przechodził, wszystkie bóstwa naszych świątyń padały i rozbijały się, a ich świątynie rozpadały się”. W tym samym czasie przyszli do cesarza chrześcijanie, których słudzy przedstawili mu jako Nazarejczyków, i powiedzieli mu: „Panie, racz nas wysłuchać! To zwycięstwo, jakie zapowiedziano ci z nieba, (pochodzi) od Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, żyjącego w wieczności. Kiedy On widział, że rodzaj ludzki ginie, nie wzgardził nim, lecz zstąpił jako jedyny Bóg, aby dać życie i odkupić swoje stworzenie. On to dobrowolnie podjął cierpienie i przez swe ukrzyżowanie sprowadził nas do Boga”. Kiedy cesarz Konstantyn usłyszał te słowa, wysłał poselstwo do świętego Euzebiusza, biskupa Rzymu. A gdy już został przez niego pouczony i stał się prawdziwie wierzącym, wtedy przyjął chrzest wraz ze swą matką i wielką liczbą dworzan. Następnie z wielką radością i mocą wyznanej wiary posłał swą matkę na Wschód, aby odszukała Krzyż Chrystusa i odbudowała Jerozolimę.

    Legenda o Judzie Kyriaku to jedna z trzech wersji legendy o znalezieniu Krzyża Świętego. Opowiada o przybyciu cesarzowej Heleny do Jerozolimy w poszukiwaniu Krzyża Jezusowego. Z rozkazu matki Konstantyna pięciuset uczonych w Piśmie stanęło przed cesarzową, która zaczęła ich pouczać tymi słowami:

    „Zaiste nierozumni jesteście, synowie Izraela, jak mówi Pismo (por. Ps 14,1; 53,1), bo postępujecie w ślepocie waszych przodków, tych morderców, którzy twierdzili, że Chrystus nie jest Bogiem. Czytacie Prawo i Proroków, ale nie rozumiecie”. Oni odrzekli: „Czytamy i rozumiemy. Co znaczą twoje słowa skierowane do nas, o Pani?” Mów do nas jaśniej i daj nam poznać, abyśmy również mogli odpowiedzieć twemu majestatowi według naszych możliwości”. Odrzekła im: „Idźcie i wybierzcie ludzi, którzy są najlepszymi znawcami Prawa”. Po odejściu mówili oni między sobą: „Dlaczego cesarzowa nałożyła na nas tak wielkie zadanie?”

    Gdy tak zaskoczeni intencją Heleny dysputowali, jeden z nich (Juda) stwierdził, że szuka ona drzewa Krzyża. Wtedy żydzi posłali go do cesarzowej, on jednak nie umiał wskazać miejsca, gdzie pogrzebano zostało drzewo Krzyża. Za to rodzicielka cesarza wrzuciła Judę do studni na siedem dni. Wtedy to bowiem nieszczęśnik zdecydował się spełnić wolę Heleny: udał się na Golgotę i prosił Boga, by wskazał mu miejsce, gdzie ukryty został poszukiwany skarb. Bóg odpowiedział na modlitwę i objawił wołającemu o pomoc miejsce, w którym znalezione zostały trzy krzyże. Prawdziwy rozpoznano po cudzie wskrzeszenia, jaki stał się za jego przyczyną. Po tym wydarzeniu Juda się nawrócił, przyjął chrzest i nawet został biskupem Jerozolimy. Czyniąc zadość woli Heleny Juda Kyriakos, czyli przynależący do Chrystusa, odnalazł też gwoździe, którymi przebite były niegdyś dłonie Syna Bożego. Cesarzowa natomiast zbudowała w miejscu odnalezienia drzewa Krzyża kościół. Gdy się to wszystko spełniło, Helena rozkazała wypędzić żydów z Jerozolimy i Judei, a dzień odnalezienia Krzyża świętować co roku.

    Zainteresowanie legendą o odnalezieni Krzyża przez cesarzową Helenę wzrosło, gdy światło dzienne ujrzał jej przekład łaciński (1889 r.), zapisał ją po grecku Gelazjusz, biskup Cezarei Palestyńskiej (ok. 390 r.) Również publikacja zawartej w rękopisach syryjskich wersji, stanowiącej lokalną adaptację legendy o Helenie, przyczyniła się do wzrostu zainteresowania wątkiem cesarzowej w odnalezieniu drzewa Krzyża. Współcześnie dyskurs wokół tej problematyki wiąże znalezienie relikwii z budową bazyliki Konstantyna na Golgocie. Nie rozstrzygnięty pozostaje udział Cesarzowej w tym wydarzeniu. Niektórzy badacze twierdzą, że legenda należy do liturgii jerozolimskiej i była czytana w święto Znalezienia Krzyża (13 września). Inni, że dopiero w 2. Poł. IV wieku połączono fakt odnalezienia Krzyża z imieniem cesarzowej Heleny, a twórcą legendy był żyjący w IV w. Cyryl, patriarcha Jerozolimy.

    Niezależnie od sygnalizowanych powyżej wątpliwości warto zwrócić uwagę na osobę św. Heleny, którą św. Ambroży nazwał „Wielką Panią”, a Paulin z Noli, biskup i poeta, wychwalał za jej wielką wiarę. Matkę Konstantyna cechowało niezwykle miłe usposobienie. Za wszelkie okazane synowi dobro ten wynagrodził ją w stosownym czasie tytułem Cesarzowej, która miała realny wpływ na to, co dzieje się w państwie, gdyż Konstantyn bardzo liczył się z jej zdaniem. W otoczeniu władcy przebywało wielu chrześcijan, jako że wyznawcy Chrystusa stanowili w tym czasie wcale niemałą grupę poddanych. Pod ich wpływem przyszła Święta Kościoła katolickiego i prawosławnego przyjęła chrzest (ok. 311-315). Pragnienie czynienia dobrych uczynków Cesarzowa spełniała, włączając się – jak to byśmy dzisiaj powiedzieli – w dzieła charytatywne. I tak, rozdawała jałmużnę ubogim, uwalniała więźniów, pomagała banitom w powrocie do ojczyzny. Stosunek matki Konstantyna do bliźnich wyrażają upamiętniające jej czyny ówczesne monety, na których Helena przedstawiona jest jako uosobienie miłosierdzia, przygarniająca do siebie sieroty. W dokumentach pisano o niej: piissima (najpobożniejsza), venerabilis (czcigodna) czy też clementissima (najłaskawsza).

    Trudno dzisiaj dokładnie oszacować wpływ św. Heleny na zarządzenia państwowe wychodzące z cesarskiej kancelarii, podejrzewać jednak należy, że był on wcale niemały. I choć cesarz Konstantyn odwlekał przyjęcie Chrztu świętego do ostatnich dni swojego życia (337 r.), to stanowione przez niego prawo wychodziło naprzeciw potrzebom wyznawców Chrystusa, by wspomnieć tylko o wydanym w 313 r. edykcie mediolańskim, dającym swobodę wyznania chrześcijan, zakazie wykonywania kary śmierci przez ukrzyżowanie, ustanowieniu niedzieli jako dnia świątecznego, wolnego od pracy dla wiernych Kościoła, zwolnieniu kapłanów chrześcijańskich z podatków i służby wojskowej, zatwierdzeniu nowego prawa małżeńskiego, które ograniczało możliwość rozwodu, wprowadzało karę śmierci dla cudzołożników, zakazywało trzymania konkubin, jak też otaczało opieką sieroty i wdowy. Pozostałe rozporządzenia zabraniały też znęcania się nad niewolnikami czy organizowania walk gladiatorów, natomiast sądownictwo chrześcijan, nawet w sprawach czysto świeckich, oddano w ręce biskupów.

    Helena zmarła przy boku syna w Nikomedii między 327 a 330 r., w wieku około osiemdziesięciu lat. Na ostatniej drodze oddano należne Cesarzowej honory. Jej szczątki przewieziono do Rzymu, a następnie umieszczono w pięknym sarkofagu w mauzoleum przy via Lavicana. Od chwili śmierci rozwijał się kult Cesarzowej, którą Euzebiusz z Cezarei, kanclerz na dworze cesarskim, nazwał „godną wiecznej pamięci” W martyrologium rzymskim napisano, że Kościół obchodzi uroczystość „świętej Heleny, matki bogobojnego Konstantyna Wielkiego, który pierwszy dał wszystkim władcom wspaniały przykład, jak należy bronić Kościoła i jak go rozszerzać”. Historia dwojga władców Imperium Romanum pokazuje, że matczyna miłość i synowskie oddanie staje się motorem napędowym dziejów, gdy nad tak niezwykłą relacją świeci Słońce Sprawiedliwości, jakim jest Chrystus. Być może na ten osobliwy układ wpływ wywarło Słowo Boże, które poucza nas w Księdze Przysłów „Synu mój, słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauk swej matki, gdyż one ci są wieńcem powabnym dla głowy i naszyjnikiem cennym dla szyi” (1, 8-9).

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________

    Święto Podwyższenia Krzyża – geneza i znaczenie

    Święto Podwyższenia Krzyża - geneza i znaczenie

    14 września Kościół obchodzi Święto Podwyższenia Krzyża. Wiąże się ono z odnalezieniem drzewa krzyża, na którym umarł Jezus Chrystus, a także wyraża głęboki sens krzyża w życiu chrześcijanina. Istotą święta jest ukazanie tajemnicy Krzyża jako ceny zbawienia człowieka.

    Początki święta związane są z odnalezieniem przez św. Helenę relikwii krzyża na początku IV wieku i poświęceniem w Jerozolimie bazyliki ku jego czci w 335 r. Na pamiątkę, tego wydarzenia, ostatecznie 14 września, w Kościele obchodzi się uroczystość Podwyższenia Krzyża świętego.

    Znak krzyża był obecny w chrześcijaństwie od śmierci Jezusa. W początkach Kościoła nieraz przyjmował formę kotwicy albo trójzębu. Jako przedmiot kultu upowszechnił się i nabrał znaczenia po roku 313. W tym bowiem roku, według przekazu, cesarz Konstantyn Wielki, przed bitwą z uzurpatorem Maksencjuszem, zobaczył na tle słońca znak krzyża i słowa „w tym znaku zwyciężysz”. Poza tym tenże cesarz zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie.

    Do VI w. na krzyżu nie umieszczano postaci Chrystusa. Także później nie ukazywano Jezusa umęczonego lecz chwalebnego: jako Króla z diademem zamiast cierniowej korony na głowie, albo jako Arcykapłana, albo jako Dobrego Pasterza. Od wieku XII pojawia się motyw cierpienia. Od tego czasu aż do dziś w Kościele łacińskim zwykle używany jest krzyż gotycki, pasyjny, który wskazuje na mękę i śmierć Chrystusa jako cenę zbawienia. W tradycji prawosławnej do dziś używany jest krzyż chwalebny.

    Od czasów Konstantyna, kiedy to chrześcijanie uzyskali wolność wyznawania swojej wiary, krzyż stał się znakiem rozpoznawczym chrześcijan. Od tego czasu jest bardzo często używany w liturgii i uświęca całe życie chrześcijańskie: zaczyna i kończy modlitwę, dzień i każdą ważniejszą czynność, uświęca przestrzeń i jest używany przy wszelkich błogosławieństwach.

    Ojcowie Kościoła podkreślali, że krzyż jest symbolem, w którym streszczają się najistotniejsze prawdy wiary chrześcijańskiej. Św. Jan Damasceński pisze: „Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, a nie cokolwiek innego, zwyciężył śmierć, zgładził grzech praojca, pokonał piekło, darował nam zmartwychwstanie, udzielił siły do wzniesienia się ponad doczesność i ponad samą śmierć, zgotował powrót do dawnej szczęśliwości, otworzył bramy raju, umieścił naturę naszą po prawicy Boga, uczynił nas Jego dziećmi i dziedzicami”.

    Znak krzyża rozpoczyna i kończy modlitwę chrześcijanina. W liturgii jest gestem błogosławieństwa. Krzyż zawieszany na szyi, w mieszkaniu, w pracy, stawiany na szczytach świątyń przypomina wierzącym o ich powołaniu. Jego znaczenie staje się szkołą życia dla chrześcijan widzących w nim ostateczne zwycięstwo dobra nad złem.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 września

    Święty Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Jan Chryzostom

    Jan urodził się ok. 349 r. (jak uważają katolicy) lub ok. 347 r. (jak podają prawosławni) w Antiochii, ówczesnej metropolii prowincji syryjskiej, jednym z największych miast świata. Pochodził z możnej rodziny. Jego ojciec był oficerem cesarskim. Wcześnie osierocił syna. Wszechstronne wykształcenie zapewniła Janowi matka. U jej boku wiódł życie na pół mnisze. Rozczytywał się w klasykach i uczył się ich na pamięć. Lubił jednak także rozrywkę i nie gardził młodzieńczymi figlami.
    Chrzest przyjął dopiero, gdy miał 20 lat. To był punkt zwrotny w jego dotychczasowym życiu. Wstąpił do stanu duchownego. Jako lektor uczestniczył w służbie liturgicznej u boku biskupa Antiochii, Melecjusza. Jednak po śmierci matki (372) opuścił Antiochię i udał się na pustkowie, by tam prowadzić życie ascetyczne. W grocie spędził 4 lata. Zbyt surowe życie tak dalece nadwyrężyło mu zdrowie, że musiał pustynię opuścić. Powrócił więc do Antiochii, gdzie ponownie pełnił obowiązki lektora (378), a potem diakona (381). Święcenia kapłańskie przyjął w roku 385, gdy miał już ok. 36 lat.
    W roku 387 w Antiochii wybuchły rozruchy przeciwko cesarzowi, Teodozemu I Wielkiemu. Rozjuszony tłum zaczął rozbijać pomniki cesarza, co wywołało ze strony władz represje. Wtedy to Jan wygłosił słynne Mowy wielkopostne, w których zganił popędliwość ludu, a równocześnie wstawiał się za nim. Wpłynął także na biskupa Antiochii, Flawiana, by ten osobiście wstawił się za swoim ludem u cesarza. Cesarz ogłosił amnestię i zakazał swojemu namiestnikowi represji. To zjednało Janowi wielką wdzięczność ludu i przydomek Złotousty (Chryzostom). Na jego kazania przybywały tłumy.
    W roku 397 zmarł patriarcha Konstantynopola. Urząd ten cesarz ofiarował Janowi. Konsekrowany na biskupa przez patriarchę Aleksandrii, Jan z całym zapałem wziął się do pracy dla dobra swojej owczarni. Udało mu się najpierw pojednać ze Stolicą Apostolską biskupa Antiochii, Flawiana. W ten sposób zakończyła się przykra schizma z Rzymem. Na swoim dworze Jan zniósł wszelki przepych, jakim dotąd otaczali się jego poprzednicy. Zachęcał swoje duchowieństwo do podobnej reformy. Lud zjednał sobie wspaniałymi kazaniami, jakie regularnie głosił, i troską o potrzeby zwykłych ludzi. Piętnował nadużycia, nie szczędząc także dworu cesarskiego. Dla ubogich i bezdomnych wystawiał gospody i schroniska. Użyczył azylu nawet ministrowi cesarskiemu, kiedy ten popadł w niełaskę. Wysyłał misjonarzy na obszary objęte przez Arabów.
    Tradycja przypisuje św. Janowi Chryzostomowi autorstwo jednej z form celebracji Boskiej Liturgii, nazywanej jego imieniem, która do dziś jest praktykowana w obrządku bizantyjskim. Jest to tzw. zwyczajna (czyli odprawiana przez większą część roku) liturgia prawosławna i grekokatolicka.

    Święty Jan Chryzostom

    Z czasem pojawili się przeciwnicy radykalnego patriarchy. Duchowni mieli mu za złe, że zbyt wiele od nich wymagał; klasztory – że wprowadzał w nich pierwotną karność, a zwalczał rozluźnienie obyczajów. Ponadto Jan naraził się na gwałtowne ataki ze strony św. Epifaniusza tym, że dał u siebie schronienie zwalczanym zwolennikom nauki Orygenesa. Zarzucano mu, że okazuje jawnie sympatię dla Orygenesa. Najwięcej kłopotów wywołało jednak to, że Jan zaatakował w swoich kazaniach zbyt swobodne życie dworu cesarskiego, przede wszystkim cesarzowej Eudoksji. Z polecenia cesarzowej zwołano pod Chalcedonem synod, zwany później synodem “Pod Dębem” (nazwa wywodzi się od miejscowości Onercia – Dąb). Wrogowie Jana pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii, Teofila, posunęli się do tego, że usunęli Jana z urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go na banicję. Wywieziono go do Prenetos w Bitynii. Lud jednak tak gwałtownie wystąpił w obronie swego pasterza, że cesarzowa była zmuszona przywrócić biskupowi wolność.
    Spokój trwał jednak krótko. Cesarzowa kazała wystawić sobie pomnik przed samą katedrą Mądrości Bożej, gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nie licujące ze świętym miejscem. Jan potępił to w kazaniu z całą stanowczością. W odwecie cesarzowa zwołała do Konstantynopola synod swoich zwolenników, który ponownie deponował Jana. Na mocy orzeczeń tegoż synodu, w roku 404, cesarzowa skazała Jana na wygnanie. Wśród szykan i niewygód prowadzono go do Cezarei Kapadockiej, stąd do Tauru, wreszcie do Pontu nad Morzem Czarnym. Zima była bardzo surowa, co wymagało od biskupa szczególnego hartu. On jednak nie załamał się. Pisał listy do papieża oraz do wpływowych i wiernych sobie osób. Papież pięknym listem pochwalił bohaterstwo Chryzostoma i wysłał legatów w jego obronie do Konstantynopola. Dwór cesarski jednak ich nie przyjął.

    Święty Jan Chryzostom

    Jan Złotousty zmarł w drodze, w mieście Comana, 14 września 407 r. Już w roku 428 Kościół w Konstantynopolu obchodził doroczną pamiątkę św. Jana Chryzostoma. W roku 438, na żądanie patriarchy stolicy cesarstwa – św. Proklusa, cesarz Teodozy II nakazał sprowadzić relikwie Chryzostoma. 27 stycznia 438 r. triumfalnie witał je Konstantynopol. Ciało złożono w kościele Dwunastu Apostołów. W roku 1489 sułtan turecki Bajazed II podarował te relikwie królowi francuskiemu Karolowi VIII. Od roku 1627 relikwie znajdują się w Rzymie, w bazylice św. Piotra, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Ponadto relikwie św. Jana Chryzostoma znajdują się dzisiaj także na Górze Athos, w Brugii, Clairvaux, Dubrowniku, Kijowie, Maintz, Messynie, Moskwie, Paryżu i Wenecji.
    Jan pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką: kanon liturgii świętej (Boska Liturgia św. Jana Złotoustego), liczne pisma teologiczne (traktaty o naturze boskiej i ludzkiej Jezusa, o Eucharystii – jako identycznej ofierze z ofiarą na Krzyżu, o prymacie papieskim, O kapłaństwie, O wychowaniu syna oraz Przeciwko Żydom i poganom), kazania, które są w znacznej mierze komentarzem do Pisma świętego, mowy i szeroką korespondencję (w tym 17 listów do św. Olimpii, diakonisy). Jan Złotousty wyróżniał się przede wszystkim jako znakomity znawca pism św. Pawła Apostoła. Całość dzieł Chryzostoma obejmuje kilka opasłych tomów.
    Św. Jan Chryzostom należy do czterech wielkich doktorów Kościoła wschodniego (obok św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Atanazego). Na Wschodzie cieszy się tak wielkim kultem, że jego imię wspomina się w roku liturgicznym kilka razy. Papież Pius V ogłosił go doktorem Kościoła (1568). Jest patronem kaznodziejów i studiujących teologię oraz orędownikiem w sytuacjach bez wyjścia.W ikonografii św. Jan Chryzostom przedstawiany jest jako patriarcha w stroju rytu ortodoksyjnego (z dużymi krzyżami), czasami jako biskup Kościoła katolickiego, zazwyczaj z krótką, niekiedy spiczastą bródką i łysiną czołową. Prawą rękę ma uniesioną w błogosławieństwie, w lewej trzyma Ewangelię. Niekiedy wyobrażany jest z krzyżem w dłoni. W ikonografii często spotykany jest na ikonach “Trzech Wielkich Hierarchów” razem ze św. Bazylim Wielkim i św. Grzegorzem Teologiem, spośród których wyróżnia się przede wszystkim najkrótszą brodą.
    W sztuce zachodniej jego atrybutami są: księga, osioł, pisarskie pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 września

    Najświętsze Imię Maryi

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Piekarska
      •  Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
      •  Święty Gwidon z Anderlecht
      •  Święty Piotr z Tarentaise, biskup
      •  Błogosławiona Maria od Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Luiza Prosperi, zakonnica
    ***
    Najświętsza Maryja Panna

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się “Mój Pan jest wielki”.
    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna

    Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu
    Obraz Matki Bożej Adorującej w katedrze wrocławskiej/ fot. Agata Combik/ Gość Niedzielny

    ***

    Najświętszego Imienia Maryi – 12 IX

    To przede wszystkim moc wiary kazała królowi i jego wojsku stanąć w obliczu śmiertelnego zagrożenia, w obronie wolności Europy i Kościoła, i wypełnić tę historyczną misję aż do końca.

    24.1 Kiedy przed ponad trzystu laty na wzgórzach Lasu Wiedeńskiego toczyła się decydująca bitwa, dla ludzi w oblężonym mieście słowa Psalmisty nabrały nowego, konkretnego znaczenia: Wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc? Pomoc mi przyjdzie od Pana (Ps 121 (120), 1-2). Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej na wzgórzu Kahlenberg „przypomina, że również ci, którzy nieśli miastu wyzwolenie, wiedzieli, jak bardzo zdani są na pomoc z góry. Nie chcieli rozpoczynać bitwy, zanim nie poprosili Boga o pomoc. I tę prośbę ponieśli z sobą w bój: Jezus, Maryja, pomóżcie nam. Tak w owych miesiącach pełnych lęku zagrożony naród podtrzymywała ufność w potężne orędownictwo Maryi. A szczęśliwe zwycięstwo tak dalece przypisywano Jej macierzyńskiemu wstawiennictwu, że od owego czasu dzień 12 września stał się świętem Imienia Maryi. (…) Nigdy niech nie ustaje modlitwa i śpiew, także dzisiaj Imię Maryi jest naszą ucieczką. Mamy nie mniej powodów, by wołać do Niej nieustannie: Maryjo, okryj nas swym płaszczem, uczyń zeń naszą tarczę i obronę; spraw, byśmy trwali pod nim bezpieczni, dopóki nie ustaną wszelkie nawałnice[1].

    „Na kartach Starego Testamentu Prorocy, duchowi przywódcy narodu wybranego, wskazują, że jedynym środkiem prowadzącym do zwycięstwa i odzyskania utraconej wolności jest wewnętrzne nawrócenie, ład moralny, wiara i wierność przymierzu zawartemu z Bogiem. W takich też kategoriach trzeba patrzeć na wiedeńską wiktorię. To przede wszystkim moc wiary kazała królowi i jego wojsku stanąć w obliczu śmiertelnego zagrożenia, w obronie wolności Europy i Kościoła, i wypełnić tę historyczną misję aż do końca. Jakże znamienne jest, że król na swojej drodze do Wiednia zatrzymał się na Jasnej Górze, gdzie odbył spowiedź i uczestniczył we Mszach świętych. Klęczał w Krakowie w kościele ojców Karmelitów przed wizerunkiem Pani Krakowa, a wymarsz z tego miasta ustalił na dzień Wniebowzięcia. Modlił się przed cudownym obrazem w Piekarach Śląskich”[2]. Przekonanie, że zwycięstwo zostało wymodlone, król wyraził zawiadamiając o nim Papieża słowami: Venimus, vidimus, Deus vicit! Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwuciężył! Te słowa możemy odczytać u stóp obrazu Jana Matejki Bitwa pod Wiedniem, znajdującego się w Muzeach Watykańskich. Tylko Pan Bóg daje nam prawdziwe zwycięstwo, czyli zwycięstwo nad grzechem.

    Każdy z nas doświadcza wewnętrznego rozdarcia. Z tego też powodu całe życie ludzi „przedstawia się jako walka, i to walka dramatyczna, między dobrem i złem, między światłem i ciemnością”[3]. Potrzebna jest do tej walki cnota męstwa – tak bardzo ceniona u bohaterów. Cnota ta „zapewnia wytrwałość w trudnościach i stałość w dążeniu do dobra. Umacnia decyzję opierania się pokusom i przezwyciężania przeszkód w życiu moralnym. Cnota męstwa uzdalnia do przezwyciężania strachu, nawet strachu przed śmiercią, do stawienia czoła próbom i prześladowaniom. Uzdalnia nawet do wyrzeczenia i do ofiary z życia w obronie słusznej sprawy”[4].

    Tak jak wytrwałość w walce, tak i prawdziwe zwycięstwa są możliwe tylko dzięki modlitwie. Głęboka pobożność jest kluczem do miłości, a miłość drogą do zwycięstwa. Św. Josemaría, nawiązując do innych sławnych bitew w obronie chrześcijaństwa – pod Las Navas de Tolosa (1212) i pod Lepanto (1571) – pisał: „Żyj Miłością, a zawsze zwyciężysz – choćbyś został zwyciężony – w każdym Navas i Lepanto twej walki wewnętrznej”[5]. „Konieczną i pilną potrzebą jest to, żebyś poczuł się słabym, pozbawionym wszystkiego. Wówczas rzucisz się pod opiekuńczy płaszcz naszej Matki Niebieskiej z aktami strzelistymi, czułymi spojrzeniami i praktykami nabożeństwa maryjnego… które tkwią w głębi twego synowskiego ducha.

    – Ona cię ochroni”[6].

    24.2 Błogosławiona jesteś, Dziewico Maryjo, przez Boga Najwyższego, więcej niż wszystkie niewiasty na ziemi; tak bowiem wsławił Twe imię, że Twoja chwała nie zejdzie z ust ludzi[7]. Gdy wymawiamy słodkie imię Maryi, mamy na myśli szczególnie ową zbawienną słodycz pocieszenia, miłości, radości, ufności, męstwa, jakie wlewa zazwyczaj imię Maryi w tych, którzy Jej pobożnie wzywają. Św. Bernard, pałając miłością do Maryi, wołał do Niej z uniesieniem: „O wielka, o litościwa, wszelkich pochwał godna Matko Najświętsza. Twe imię jest tak słodkie i urocze, że nie można go wymówić, żeby zaraz serce tego, który je wymawia, nie zapłonęło miłością ku Bogu; wystarczy nawet, że się nasunie na myśl Twych czcicieli, a już doznają pociechy i serce przepełnia się miłością”[8].

    Oddychanie jest oznaką życia, podobnie „częste wzywanie imienia Maryi jest znakiem życia w łasce Bożej albo że wkrótce życie wróci do tych, którzy go wzywają”[9]. Inny autor pisze zaś: „Uważam, że każde Zdrowaś Maryjo, każde pozdrowienie Najświętszej Maryi Panny jest nowym uderzeniem rozkochanego serca”[10].

    Jeżeli spojrzymy w głąb naszej duszy, nawet gdy zagłębimy się nieznacznie – przerazimy się! Ile w niej słabości, małości, nędzy. Czyż nie jest więc prawdą, że potrzebujemy Kogoś, kto wstawiłby się za nami przed naszym Bogiem, Kogoś, kto znając nas, przymyka oko i mówi dobre rzeczy o nas, grzesznych synach Ewy? Jakież wielkie rzeczy mówili nam święci o Maryi! Najświętsza Maryja Panna jest „odpocznieniem pracujących, pociechą dla płaczących, lekarstwem dla chorych, portem dla miotanych przez burzę, wybaczeniem dla grzeszników, słodkim pocieszeniem strapionych, ratunkiem dla tych, którzy się modlą”[11].

    Bramo niebios zawsze otwarta, Gwiazdo morza! Wspomóż upadły lud, gdy powstać usiłuje[12]. Stale opiewamy Ją w pieśni Witaj, Królowo. Matko miłosierdzia jako naszą Nadzieję. Ostatni sobór ponownie przypomniał nam, że „Kościół katolicki pouczony przez Ducha Świętego darzy Ją synowskim uczuciem czci jako matkę najmilszą”[13]. Ona, dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swego Syna, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa. Ona, „póki nie nadejdzie dzień Pański, przyświeca Ludowi Bożemu jako znak pewnej nadziei i pociechy”[14].

    „Należy kochać Najświętszą Maryję Pannę: nigdy nie będziemy Jej kochać dostatecznie! Kochaj Ją bardzo! – Niech ci nie wystarczy wystawianie Jej podobizn, pozdrawianie ich i odmawianie aktów strzelistych. Naucz się w swoim życiu pełnym męstwa codziennie ofiarować Jej jakieś małe poświęcenie jako oznakę swojej miłości i pragnienia, aby cała ludzkość żywiła do Niej taką samą miłość”[15].

    „Zatem niechaj odstąpią owi zarozumialcy, którzy obawiają się, że nadmiernie czcimy Dziewicę. Ona jest godna wszelkiej czci oddawanej czystemu stworzeniu, tak duchowemu, jak i cielesnemu. Ci, którzy nie są wynaturzeniem chrześcijaństwa, lecz należą do prawdziwego pokolenia Jezusa Chrystusa, kochają tę Panią, czczą Ją i błogosławią we wszystkim i za wszystko: Błogosławione będą odtąd wszystkie pokolenia[16].

    24.3 Kiedy czasami przyjdzie nam czuwać przy chorym, nieprzytomnym człowieku, wtedy trzymając go za rękę gorąco powtarzamy jego imię mając nadzieję, że nas słyszy. I bywa, że w świadomości chorego głos bliskiej mu osoby rozpala światło i człowiek budzi się, odzyskuje przytomność. Nasza miłość i nadzieja dodają mu sił i przywracają chęci do walki z chorobą.

    Maryja jest naszą matką od chwili, gdy jej Syn konając na Krzyżu powierzył Jej nas. Odtąd nie wypuszcza nas ze swoich miłujących dłoni. Czuwa nad nami od pierwszych chwil życia na wszystkich naszych drogach. Nic nie umniejsza Jej miłości do nas, ani nasze zdrady, ani kłamstwa. Jest matką przywykłą do bólu i w chwilach naszych niewierności obejmuje nas, z czułością powtarzając nasze imię. Nigdy nie traci nadziei, że wygramy walkę ze złością, niecierpliwością, kłamstwem czy strachem. A codziennie tyle ich musimy stoczyć. Kiedy boimy się przyznać do błędu – imię Maryi doda nam odwagi. Gdy pokusa wydaje się nie do przezwyciężenia – wyszeptane imię Matki wznosi wysoko nasze szańce. Kiedy skłonność do gniewu zaczyna przeradzać się w agresję, krzyczmy: Maryjo! – Ona uchroni nas przed grzechem.

    „Nasze dusze są zimne, potrzebują ciepła. Jesteśmy rozproszeni; potrzebujemy skupienia. Błądzimy w ciemnościach; potrzeba nam światła. Pielgrzymujemy jak ludzie oschli, zagubieni, uśpieni, leniwi i grzeszni; trzeba, byśmy schronili się u tej, która jest w pełna łaski, u Matki Miłosierdzia. Wzywaj Ją z wiarą, nadzieją i miłością, gdyż Ona jest gwarancją, że droga, którą kroczymy zaprowadzi nas do świętości. W Jej łonie wielu znalazło schronienie! Uciekaj się do Maryi tak jak święci. Niewiasto obleczona w słońce! Wędrujemy po ciemku, oświetl nam drogę. Brak ci wiary? Maryja napełni cię betlejemskim światłem i oświetli twe noce. Ogarnia cię smutek? Ona obdarzy się radością, jak w Kanie, na twoje święta rodzinne. Czujesz się zniechęcony? Maryja doda ci sił w twojej codziennej pracy. Nie masz na nic siły? Maryja da ci siły, byś kroczył drogą krzyża, jak na Kalwarii. Znajdujesz się w opłakanej sytuacji? Nowa Królowa Estera dokona wszystkich niezbędnych cudów, żeby wyprowadzić nas z opresji”[17].

    I miłosierdzie Jego z pokoleń na pokolenia (Łk 1,50). To nie na jedno, dwa, trzy, ani nawet na pięć pokoleń rozciąga się miłosierdzie Boże, lecz na wieki – z pokoleń na pokolenia dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego (Łk 1, 50-51). Choć słaby przystąpisz do Pana, jeśli się go boisz, usłyszysz obietnicę, którą ci Pan daje dla twej bojaźni”[18]. Maryja, Matka Miłosierdzia, okrywa naszą słabość płaszczem swej mocy. To Jej delikatność i słodycz otwierają najzatwardzialsze serca na łaskę zbawienia. „Sancta Maria, Stella maris! – Święta Maryjo, Gwiazdo morza, prowadź nas!

    Wołaj tak z mocą, gdyż nie ma takiego sztormu, który mógłby zatopić Najsłodsze Serce Panny Maryi. Kiedy zobaczysz, że zbliża się burza i schowasz się w tej pewnej Przystani, jaką jest Maryja, nie zaznasz niebezpieczeństwa rozbicia czy zatonięcia”[19].

    Specjalnie do wydania polskiego opracowano medytacje na święta św. Brygidy Szwedzkiej Patronki Europy, św. Teresy Benedykty od Krzyża, św. Maksymiliana Marii Kolbego, Matki Bożej Częstochowskiej, św. Jacka Odrowąża, św. Faustyny Kowalskiej, św. Jana Kantego i bł. Karoliny Kózkówny, Najświętsze Imię Maryi, oraz święto Niepodległości. Większość z nich przez śp. Jana Jarco.


    * Święto Imienia Maryi zostało ustanowione przez papieża bł. Inocentego IX na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Wiedniem, odniesionego w roku 1683 przez króla Jana Sobieskiego i sprzymierzone wojska chrześcijańskie. W samym dniu bitwy o świcie król służył do Mszy świętej odprawianej przez kapucyna, bł. ojca Marka d’Aviano i razem z Księciem Lotaryńskim przystąpił do Komunii świętej. Donosząc o wiktorii, która wzbudziła wielką radość w całym świecie chrześcijańskim, pisał do papieża, prafrazując słowa Cezara: Venimus, vidimus, Deus vicit, a przez ojca Marka przesłał mu zieloną chorągiew wielkiego wezyra Kara Mustafy.


    [1] Jan Paweł II, Przemówienie, Wiedeń (Kahlenberg), 13 IX 1983.

    [2] Tamże.

    [3] Sobór Watykański II, konst. Gaudium et spes, 13.

    [4] Katechizm Kościoła Katolickiego, 1808.

    [5] Św. Josemaría Escrivá, Droga, 433. (Na pamiątkę zwycięstwa w bitwie pod Lepanto św. Pius V ustanowił święto Matki Bożej Różańcowej).

    [6] Św. Josemaría Escrivá, Kuźnia, 354.

    [7] Mszał Rzymski, antyfona na wejście.

    [8] Św. Bernard z Clairvaux, w: św. Alfons Maria Liguori, Pochwały Maryi.

    [9] Tamże.

    [10] Św. Josemaría Escrivá, Kuźnia, 615.

    [11] Św. Jan Damasceński, Homilia na Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny.

    [12] Antyfona Matko Okupiciela (Alma Redemptoris Mater), cyt. za: Przewodnik modlitwy, wybór i opr. ks. J. Socías, ks. J. O’Dogherty, Kraków – Ząbki 2008, s. 591.

    [13] Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 53.

    [14] Tamże, 68.

    [15] Św. Josemaría Escrivá, Kuźnia, 527.

    [16] Św. Franciszek Salezy, Kazanie na Zesłanie Ducha Świętego.

    [17] J. Urteaga Loidi, Wady świętych, Ząbki 2000, s. 2

    [18] Orygenes, Homilia na temat hymnu MagnificatTeksty o Matce Bożej, t. I, s. 32.

    [19] Św. Josemaría Escrivá, Kuźnia, 1055.

    Opus Dei

    _______________________________________________________________________________

    12 września: imieniny Matki Bożej

    The Virgin in Prayer Artist: Sassoferrato Date made: 1640-50 / The National Gallery, London

    ***

    Z Jej imieniem na sztandarze dokładnie 12 września 1683 r. król Jan III Sobieski ruszał na pole bitwy pod Wiedniem i – wygrał. Od tego czasu co roku 12 września Kościół świętuje imieniny Matki Bożej

    Miriam, Mariam, Mariamme a może po prostu Maria? Nie wiemy jak dokładnie św. Anna zwracała się do swojej Córki, ani też jak sama Maryja wymawiała swoje imię. Wiemy, że było to imię w Ziemi Świętej popularne, wszak tylko w Ewangelii kobiet imieniem Maria wymienionych jest kilka. Wiemy też, że wśród wielu jego znaczeń najczęściej wymienia się „Mój Pan jest wielki”.
    Według apokryficznej Protoewangelii Jakuba imię to nie zostało wymyślone przez Rodziców Matki Bożej, lecz przekazane przez anioła, który zapowiedział im narodziny niezwykłej córki.

    Wdzięczność za zwycięstwo pod Wiedniem

    Imieniu Matki Bożej wielką cześć oddawano osobno najpierw w XVI-wiecznej Hiszpanii, ale Jego kult istniał wówczas także w Polsce i w obu miejscach związany był ze świętem Narodzin Najświętszej Maryi Panny 8 września. Dla całego Kościoła obchód dnia Imienia Maryi ustanowił papież Innocenty XI i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Miało to ścisły związek z odsieczą wiedeńską, bowiem król Jan III Sobieski wyraźnie wspominał o tym, że szedł do walki z Imieniem Maryi na sztandarze. Wcześniej o Bożą pomoc w walce z zagrażającymi Europie Turkami modlił się przed obrazem Matki Bożej Piekarskiej, również czczonej 12 września. Święto Jej imienia miało być wyrazem wdzięczności Kościoła za Bożą pomoc w ten znaczącej bitwie.

    Imię należące tylko do Matki Boga

    Cześć dla Imienia Matki Bożej była przez wiele wieków tak duża, że nie zalecano wiernym nadawania dziewczynkom imienia Maria. Było ono zarezerwowane wyłącznie dla Matki Boga. “Imię Maryja od czasu, gdy je nadano dziecięciu Joachima i Anny, wywołuje i będzie zawsze wywoływało wrażenie niezwykłe – to imię tak słodkie, czyste, wdzięczne i święte; imię najbardziej rozpowszechnione, a zarazem najbardziej pospolite; imię, co choć nadane tym, którzy je noszą, nigdy do nich nie przywiera, nigdy do nich właściwie nie należy, tak dalece jest ono wyłączną własnością Matki Chrystusa” – pisze w książce “Życie Maryi Matki Bożej Jean Jacques Nickolas. Aby jednak przywoływać wstawiennictwa Maryi nad nowonarodzonym dzieckiem płci żeńskiej nadawano najczęściej imię pochodne: Marianna, Mariola, Maryla, Marzena czy Marlena.

    Stacja 7. pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 września

    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Prot i Hiacynt
      •  Święty Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio

    Franciszek Jan urodził się 7 września 1912 r. w Piranie, mieście na adriatyckim półwyspie Istria, stanowiącym wówczas część cesarstwa austro-węgierskiego (dziś Słowenia). Uczył się w szkole podstawowej w rodzinnym mieście, będąc jednocześnie ministrantem w parafii św. Franciszka z Asyżu. Już w wieku 12 lat znalazł się w niższym seminarium w miejscowości Koper. W 1932 r. zakończył nauki na poziomie gimnazjalnym i licealnym i został przeniesiony do seminarium duchownego w Gorycji. Tam studiował filozofię i teologię. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie w Trieście.
    Jego pierwszą placówką duszpasterską było Cittanova na półwyspie Istria. Tam swoją posługę rozpoczął od stworzenia oddziału Akcji Katolickiej. W 1939 r. został mianowany proboszczem niewielkiej parafii Villa Gardossi. Również i tu odtworzył Akcję Katolicką. Założył chór. Nauczał religii w lokalnej szkole. Zorganizował niewielką bibliotekę. Prawie codziennie, mimo chronicznej astmy i nieustannie atakującego go kaszlu, odwiedzał swoich parafian, szczególnie starszych, chorych i z małymi dziećmi, podróżując na rowerze albo pieszo, opierając się na lasce, z nieodłącznie towarzyszącym mu psem.
    W czerwcu 1940 r. II wojna światowa dotarła do Istrii. Do 1943 r. nie wpływała jednak znacząco na życie mieszkańców. Gdy jednak 8 września 1943 r. nowy rząd Włoch ogłosił zawieszenie broni z nacierającymi od południa siłami alianckimi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, sytuację starali się natychmiast wykorzystać komuniści, zarówno włoscy, jak i jugosłowiańscy. Zaczęli się organizować w Istrii, która stała się terenem starć między komunistami a faszystami. W połowie września do Istrii wkroczyli Niemcy, wspierający słabnące siły faszystowskie. W lasach nieopodal Villa Gardossi zaczęli pojawiać się partyzanci.
    Ks. Franciszek starał się dalej posługiwać swoim parafianom, choć sytuacja stawała się krytyczna. Z narażeniem życia próbował odzyskiwać ciała poległych partyzantów i chować je po chrześcijańsku. Zapobiegł podpaleniu przez Niemców domu, którego mieszkańców podejrzewano o przechowywanie partyzantów. Interweniował w dowództwie sił faszystowskich w miejscowości Buje protestując przeciw zamordowaniu miejscowego chłopa. Uratował przed rozstrzelaniem przez partyzantów innego parafianina, którego komuniści podejrzewali o donosicielstwo. Ukrywał też młodzież, która nie chciała być powołana do nowej faszystowskiej armii.
    W maju 1945 r. Niemcy poddali się. Włoskie wojska zostały wypędzone z Istrii przez zwycięskich komunistycznych partyzantów Józefa Broz Tito. Natychmiast rozpoczęły się prześladowania Kościoła. Organizowano “masówki”, na które zapędzano wieśniaków i indoktrynowano ich, oskarżając Kościół o “wstecznictwo”. Komunaziści zastąpili formalnie religijne święta świętami komunistycznymi. Zaczęto zapisywać wszystkich uczęszczających na Msze św. i nabożeństwa kościelne. Donosicielstwo stało się normą życia.
    Franciszek kontynuował swoje posłannictwo. Ostrzegano go, że wśród jego parafian niektórzy zaczęli służyć nowym panom. Radzono, by nikomu nie ufał. Nie zastosował się do tych rad, mimo że realnie oceniał coraz bardziej zaciskającą się pętlę komunistycznych rządów. Wkrótce znalazł się, z wieloma innymi księżmi, na “czarnej” liście komunistycznej. Propaganda zaczęła go oskarżać o “antykomunizm i działalność wywrotową”.
    W czerwcu 1946 r. komuniści pobili biskupa Antoniego Santin, ordynariusza Triestu i Koper, przełożonego Franciszka, gdy udawał się na bierzmowanie w Koprze. 1 września 1946 r. ks. Franciszek miał mówić w kazaniu: “Chrystus kocha grzeszników, jest dobrym pasterzem, który szuka zagubionych owiec. Pragnie ich nawrócenia. Kocha nawet zdrajcę i nazywa go przyjacielem. Kocha swoich katów: prosi swego Ojca w niebie o łaskę wybaczenia dla nich”.
    11 września 1946 r. Franciszek, wracając z posługi w jednej z miejscowości, gdzie słuchał spowiedzi, został porwany i wywieziony w nieznanym kierunku. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Ostatni raz widziano go ok. godziny 16.00, gdy został zatrzymany przez kilku komunistycznych milicjantów. Prawdopodobnie został zakatowany na śmierć: istnieją niepotwierdzone relacje o tym, że Franciszek był bity, okradziony z odzienia, bity kamieniami po głowie i w końcu dwukrotnie zasztyletowany, po czym wrzucony do jednej z wielu okolicznych jam krasowych. Przypuszcza się, że na samej Istrii komuniści jugosłowiańscy, z pomocą rosyjskich doradców, zamordowali w masakrach od 4 do 20 tys. osób.
    Przez dziesięciolecia nad życiem i śmiercią ks. Franciszka panowała cisza. Dopiero ok. 1970 r. pojawiły się pierwsze relacje opisujące prawdopodobny przebieg ostatnich chwil jego życia. W 1998 r., w krypcie narodowego, włoskiego, sanktuarium Maryi Matki i Królowej, na wzgórzu Grisa niedaleko Triestu umieszczono cenotaf – symboliczny grób Franciszka. Został beatyfikowany 8 października 2008 r. w Trieście przez biskupa Eugeniusza Ravignani, ordynariusza Triestu, i reprezentującego papieża Benedykta XVI abp. Angelo Amato SDS.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 września

    Święta Pulcheria, cesarzowa

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Ogleriusz, opat
      •  Błogosławiony Franciszek Gárate, zakonnik
      •  Święty Mikołaj z Tolentino, prezbiter
    ***
    Fresk przedstawiający św. Pulcherię

    Pulcheria urodziła się 19 stycznia 399 r. w Konstantynopolu jako jedno z pięciorga dzieci cesarza Arkadiusza. Po śmierci ojca, matki i siostry została oddana na wychowanie pod opiekę eunucha, Antiocha, dzięki któremu otrzymała wszechstronne wykształcenie. Władała doskonale nie tylko językiem greckim, ale również łacińskim.
    14 lipca 414 r. jej brat, Teodozjusz, został cesarzem. Natychmiast do współrządów powołał Pulcherię i nadał jej tytuł Augusty (cesarzowej). W senacie umieszczono jej popiersie obok popiersia cesarza. Odtąd dzieliła z bratem rządy, wywierając na niego przemożny, ale też i dobroczynny wpływ. Z jej inicjatywy wyszły dekrety przeciwko montanistom i eunomianom (415), a potem przeciwko nestorianom (429). Wydała także ustawę zabraniającą poganom przyjmowania publicznych urzędów i stanowisk państwowych (416). Hierarchii Kościoła okazywała wielki szacunek, wspierała kościoły i klasztory. Złożyła ślub dozgonnej czystości, składając na odpowiednim dokumencie własnoręczny podpis. Skłoniła do tego samego również dwie swoje siostry. Oddawała się w wolnym czasie pilnie studiom Pisma świętego, modlitwie i dziełom miłosierdzia. Jej osobistą zasługą było to, że stosunki pomiędzy Rzymem a Konstantynopolem ułożyły się bardzo pomyślnie. Korespondowała z papieżem św. Leonem I Wielkim i sama także otrzymywała od niego listy. Popierała rozwój kultury, wspierała budowę nowych świątyń.
    Po pewnym czasie na zaplecze władzy cesarskiej dostał się ambitny minister Chryzapiusz. Miał on tak wielki wpływ na cesarza, że stał się niemal wszechwładny. Swoimi intrygami doprowadził do tego, że Pulcheria musiała opuścić dwór cesarski i zamieszkać w pałacu w Hebdomon, gdzie wiodła życie na pół klasztorne. Patriarcha Konstantynopola, Nestoriusz, dla przypodobania się cesarzowi i jego ministrowi, jawnie okazywał cesarzowej swoją niechęć. Posunął się tak daleko, że nie pozwalał jej uczestniczyć w niedzielnej liturgii. Zniszczył też jej portret zawieszony przy ołtarzu obok złożonych przez nią darów i dokumentu ślubu dozgonnego dziewictwa. Pulcheria jawnie potępiła jego błędy i okazywała swoją przyjaźń największemu pogromcy jego herezji, św. Cyrylowi Aleksandryjskiemu. Kiedy za zezwoleniem cesarza zwołano do Efezu synod i dotkliwie pobito na nim wyznawców prawowiernych przekonań (przeszedł on do historii pod nazwą synodu “zbójeckiego”), Pulcheria dała publicznie wyraz swojemu oburzeniu (449). Papież św. Leon I wyraził jej za to podziękowanie i uznanie. Cesarzowa odpowiedziała listem, domagającym się zwołania soboru powszechnego.
    28 lipca 450 r. zmarł cesarz Teodozy II. Pulcheria natychmiast powróciła na dwór cesarski, usunęła Chryzapiusza i objęła rządy. Niedługo potem poślubiła prawie 60-letniego i chorowitego dowódcę wojska, senatora Marcjana, który jako cesarz objął z nią współrządy. Postawiła wszakże warunek, że małżeństwo będzie dziewicze. Koronacja odbyła się 25 sierpnia 450 r. Papież św. Leon I wysłał delegację z gratulacjami. Cesarzowa z tej okazji (451) dokonała uroczystej translacji (przeniesienia) relikwii św. Flawiana, patriarchy Konstantynopola, który na synodzie “zbójeckim” tak został pobity, że niebawem zmarł. Jego relikwie przeniesiono do kościoła Dwunastu Apostołów, który odgrywał wówczas rolę narodowego mauzoleum cesarstwa. Znajdowały się tam relikwie Apostołów (stąd nazwa kościoła) i znakomitych świętych Kościoła wschodniego.

    Moneta z wizerunkiem św. Pulcherii z V w.

    Ostatnim wielkim dziełem św. Pulcherii było zwołanie Soboru Chalcedońskiego w roku 451, na którym została definitywnie i ostatecznie potępiona nauka Nestoriusza. W jednej z sesji cesarzowa uczestniczyła osobiście i odebrała hołd od ojców soboru. Papież po odbytym soborze wysłał osobne pismo z podziękowaniem do cesarzowej.
    Pulcheria panowała 39 lat. Zmarła w roku 453, mając 54 lata. Jej ciało umieszczono w kościele Dwunastu Apostołów. Cesarz Leon, następca Marcjana, na grobowcu Pulcherii umieścił jej portret. Kazał także na jednym z placów Konstantynopola umieścić jej posąg. Czczona jest jako święta zarówno przez katolików, jak i prawosławnych.W ikonografii święta Pulcheria przedstawiana jest w stroju cesarskim, w koronie na głowie. W dłoni trzyma model kościoła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 września

    Święty Piotr Klawer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Pébrac, prezbiter
      •  Błogosławiony Jakub Laval, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr Bonhomme, prezbiter
    ***
    Święty Piotr Klawer

    Piotr Klawer urodził się 25 czerwca 1580 r. w Verdú (Katalonia w Hiszpanii) w zamożnej rodzinie rolniczej. Wcześnie stracił matkę i starszego brata. W roku 1596 rozpoczął studia na uniwersytecie w Barcelonie, który prowadzili wówczas jezuici. Zawarł z nimi przyjaźń i wstąpił w ich szeregi. W latach 1602-1604 odbył nowicjat i złożył pierwsze śluby. Praktykę pedagogiczną jako kleryk odbył w roku szkolnym 1604/1605 w Geronie. W czasie studiów filozoficznych (1605-1608) w kolegium jezuickim w Palma na Majorce zetknął się z bratem zakonnym, św. Alfonsem Rodriguezem. Ten przepowiedział mu, że polem jego misyjnej pracy będzie troska o Murzynów w Ameryce Południowej.
    Studia teologiczne Piotr odbywał w Barcelonie (1608-1610). Właśnie w tym czasie jezuici otworzyli w Kolumbii misję. Piotrowi nakazano przerwać studia i wyjechać tam do pracy wśród niewolników murzyńskich, których wówczas masowo zwożono z Afryki w charakterze niewolników – jako darmowej, najtańszej siły roboczej. Przewożeni w najprymitywniejszych warunkach, często nieszczęśliwi, nie wytrzymywali długiej podróży. Bezceremonialnie wyrzucano ich wtedy na pożarcie rekinom, które gromadami towarzyszyły tragicznym konwojom. Epidemie niemniej licznie dziesiątkowały ofiary barbarzyństwa. Nie znano bowiem współczesnych środków sanitarnych, zresztą uważano je za rzecz zbędną. Sumienie uspokajano naiwnym twierdzeniem, że Murzyni nie są ludźmi i nie mają duszy.

    Święty Piotr Klawer chrzczący Murzynów

    Wstrząśnięty niedolą i krzywdą czarnych braci, Piotr Klawer oddał się posłudze wobec nich; stał się niewolnikiem niewolników. Swoim bezgranicznym poświęceniem chciał chociaż w małej części wynagrodzić im krzywdę. Na kartce formuły ślubów zakonnych Piotr dopisał znamienne słowa: Piotr Klawer, sługa Etiopczyków. Tak wówczas nazywano Murzynów.
    Święcenia kapłańskie Piotr otrzymał w 1616 r. w Kartagenie. Jako kapłan mógł służyć Murzynom wszechstronną pomocą duchową i materialną: starał się dla spragnionych o orzeźwiający napój, dla wygłodniałych o posiłek, dla nagich o jakiś ubiór, dla chorych o lekarstwa. Energicznie interweniował tak u osób prywatnych, jak i u władz, by ulżyć niedoli niewolników. Osobnym ślubem zobowiązał się im służyć. Jego bezgraniczne miłosierdzie otwierało mu ich serca. Miał pozyskać dla wiary i osobiście ochrzcić kilkadziesiąt tysięcy Murzynów.
    Siły do ponad czterdziestoletniej posługi Piotr Klawer znajdował w rozważaniu Męki Pańskiej, w codziennej Mszy świętej i w serdecznym nabożeństwie do Matki Bożej. Odszedł po nagrodę do nieba 8 września 1654 r. Choć proces beatyfikacyjny rozpoczęto na tyle wcześnie, że zeznania złożyli bezpośredni współpracownicy Piotra Klawera (w tym niewolnicy-tłumacze), jednak dopiero po 200 latach papież Pius IX w roku 1851 włączył go do grona błogosławionych. Powodem tego opóźnienia było zawieszenie procesu w okresie kasaty zakonu jezuitów. Papież Leon XIII zaliczył Piotra Klawera do grona świętych w roku 1888 (jednocześnie z jego mistrzem duchowym, br. Alfonsem Rodriguezem). Ten sam papież ogłosił św. Piotra Klawera patronem misji wśród Murzynów (1896).
    Dwa lata wcześniej (1894) Polka, bł. Maria Teresa Ledóchowska (+ 1922), założyła Stowarzyszenie św. Piotra Klawera dla Misji Afrykańskiej, które niebawem przeobraziło się w nową rodzinę zakonną, zatwierdzoną przez Stolicę Apostolską w roku 1910. Istnieją ponadto jeszcze dwa inne zgromadzenia zakonne, które obrały sobie św. Piotra Klawera za szczególnego patrona. Są to siostry św. Piotra Klawera w Kolumbii i w Italii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________


    9 września

    Błogosławiona Aniela Salawa, dziewica

    Błogosławiona Aniela Salawa

    Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w wielodzietnej, ubogiej rodzinie chłopskiej w Sieprawiu pod Krakowem. Jej rodzice byli bardzo pobożni, a matka mimo wielu zajęć i obowiązków nie zaniedbywała wspólnej modlitwy rodzinnej, głośnego czytania książek i czasopism religijnych. Aniela odznaczała się niezwykłą urodą. Ukończyła jedynie dwie klasy szkoły elementarnej, ponieważ musiała pomagać matce przy gospodarstwie. Mimo wątłego zdrowia zawsze była bardzo chętna do pracy.
    Jako młoda dziewczyna, jesienią 1897 r. udała się do Krakowa, gdzie podjęła pracę jako służąca. W dwa lata później bardzo przeżyła śmierć swojej dwudziestopięcioletniej siostry. Uświadomiła sobie wówczas, jak bardzo kruche jest życie. Po głębokim namyśle zdecydowała się na złożenie ślubu dozgonnej czystości. W 1900 r. przystąpiła do Stowarzyszenia Sług Katolickich św. Zyty, którego zadaniem było niesienie pomocy służącym. Miała więc okazję, aby bardzo owocnie prowadzić apostolstwo w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wywierała bardzo silny wpływ na otoczenie. Dzieliła się pożywieniem i pieniędzmi z biedniejszymi od siebie. Garnęły się do niej zwłaszcza najmłodsze służące, dla których była matką i przyjaciółką.
    W 1912 r. Aniela Salawa wstąpiła do III zakonu św. Franciszka i złożyła profesję. Zafascynowana duchowością Biedaczyny z Asyżu, okazywała niezwykłą wrażliwość na działanie Ducha Świętego. Modlitwa umacniała ją w cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża. Wszelkie urazy i poniżenia składała w ofierze Bogu za grzeszników. Umiała przebaczać i odpłacać dobrem za zło.
    W czasie I wojny światowej – mimo że bardzo pogorszył się jej stan zdrowia, nasiliły się dolegliwości płuc i żołądka – pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc pomoc i wsparcie rannym żołnierzom. Opiekowała się także jeńcami wojennymi. W 1916 r. podupadła jednak na zdrowiu tak, że konieczna stała się hospitalizacja. Po wypisaniu ze szpitala nie mogła już podjąć pracy zarobkowej. Ostatnie pięć lat życia spędziła w nędzy, z pogodą ducha dźwigając krzyż choroby. Swoje cierpienia ufnie ofiarowała Chrystusowi jako wynagrodzenie za grzechy świata. W tym czasie wiele też modliła się, czytała, rozmyślała. Obdarzona została przeżyciami mistycznymi.
    Zmarła na gruźlicę 12 marca 1922 r. w krakowskim szpitalu św. Zyty. Umierała samotnie, opuszczona przez wszystkich, wśród straszliwych cierpień, ale w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem jako tercjarka franciszkańska. Beatyfikowana została 13 sierpnia 1991 r. przez św. Jana Pawła II na krakowskim Rynku.W ikonografii bł. Anielę przedstawia się w pomieszczeniu kuchennym. Jej atrybutem jest także szczotka do zamiatania.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________

    Błogosławiona z Sieprawia

    Jest patronką ojczyzny, tercjarzy franciszkańskich, służących, studentów, nieuleczalnie chorych oraz chorych na stwardnienie rozsiane. Jej atrybutem jest różaniec.

    bł. Aniela Salawa/MFS/Niedziela

    ***

    Sto lat temu, 12 marca 1922 r., zmarła Aniela Salawa. Jej ostatnie chwile życia doczesnego opisał redemptorysta o. Franciszek Świątek w książce pt. W blaskach Anioła. Bł. Aniela Salawa. Autor przypomina, że na 4 dni przed śmiercią przeniesiono ją (cierpiącą z powodu chorób płuc, gardła, krtani, raka żołądka i rozsianego stwardnienia rdzenia kręgowego) z maleńkiego pomieszczenia w suterenie do szpitalika św. Zyty. Umierająca nie mogła mówić, 11 marca odzyskała jednak głos, ożywiła się i nabrała niezwykłego blasku. Z zachowanych relacji wynika, że przed śmiercią zobaczyła Matkę Bożą. W niedzielę 12 marca w 1922 r. około południa, gdy przyjęła Komunię św., jej twarz bardzo się zmieniła. Anna – jej rodzona siostra zapamiętała, że oczy Anieli zajaśniały, stały się błękitne. Odniosła wrażenie, że kogoś widzi…

    Kult i beatyfikacja

    Grób Anieli Salawy na cmentarzu Rakowickim przyciągał potrzebujących pomocy; najpierw jej koleżanki, potem coraz więcej osób. Ich modlitwy były wysłuchiwane. Po II wojnie światowej o. Joachim Bar, franciszkanin, zgromadził materiał do kościelnego procesu informacyjnego, który odbył się w Kurii Metropolitalnej w Krakowie. W 1949 r. dokonano ekshumacji szczątków Anieli Salawy, które przeniesiono do bazyliki Franciszkanów, gdzie znajdują się do dziś. Przy jej grobie modlili się książę kard. Adam Stefan Sapieha i przyszły papież – kard. Karol Wojtyła. Zanim jeszcze Aniela Salawa została beatyfikowana, wypraszano tu wiele łask. I tak jest do dzisiaj, przychodzą tutaj nie tylko mieszkańcy Krakowa, by prosić bł. Anielę o pomoc w utrapieniach.

    13 sierpnia 1991 r., na Rynku Głównym w Krakowie, Jan Paweł II dokonał beatyfikacji Anieli Salawy. Jej czciciele modlą się 9. dnia każdego miesiąca w krakowskiej bazylice Franciszkanów o jej rychłą kanonizację.

    Szczególnym kultem bł. Aniela cieszy się w rodzinnej miejscowości – w Sieprawiu, gdzie jest pierwsze sanktuarium jej poświęcone. W kaplicy, która znajduje się w bocznej nawie kościoła, modlą się nie tylko parafianie, ale też liczni jej czciciele z całej Polski, a nieraz i spoza granic. Na stronie internetowej www.sanktuarium-siepraw.katolicki.eu , w zakładce „droga do świętości”, zainteresowani znajdą kompendium wiedzy na temat bł. Anieli Salawy. Także w Sieprawiu trwa modlitwa o rychłą kanonizację błogosławionej. Czciciele dziękują za łaski otrzymane za jej wstawiennictwem i zanoszą prośby. Ten kult objawia się szczególnie w uroczystości odpustowe ku jej czci (9 września).

    W szkole życia

    Pierwszy kustosz sanktuarium – ks. prał. Piotr Kluska, dziś emerytowany proboszcz, potrafi godzinami opowiadać o życiu i powołaniu, które zrealizowała ta wiejska dziewczyna, o jej drodze do świętości. – Błogosławiona Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w Sieprawiu. Była dziewiątym dzieckiem Bartłomieja i Ewy z d. Bochenek. Po latach wspominała o trudnym dzieciństwie. Mama uczyła swoje dzieci dużo pracować, a mało jeść… – opowiada ks. Piotr i dodaje: – Na utrzymanie rodziny ojciec dorabiał usługami kowalskimi. Dzięki temu w domu była bieda, ale nie było nędzy. Pomimo materialnych niedostatków rodzinę było stać na religijne książki, które w wolnym czasie wspólnie czytano.

    O wyborach bł. Anieli mówił z uznaniem w homilii wygłoszonej w Sieprawiu kard. Stanisław Nagy: „W wieku lat 16 wyszła dobrowolnie na służbę w krakowskich domach. Wybrała świadomie ten standard życia, upokarzający, ocierający się przecież tak często o nędzę, jak się o nędzę także ona otarła. I wiedziała, co brała. I wiedziała z całą świadomością, że nie będzie deptała po krakowskich wielkich ścieżkach, błyszczących dostojeństwem, nie będzie uczęszczała na krakowskie uczelnie i nie będzie startowała do wielkości naukowych. Zostanie służącą…”. Równocześnie zauważył: „Miała swoją własną szkołę. Szkołę przede wszystkim życia pokornego, szkołę życia w cierpieniu i szkołę modlitwy”.

    Ksiądz Kluska przypomina, że Jan Paweł II stawiał bł. Anielę Salawę obok św. Jadwigi Królowej. – Papież podkreślał, że tę samą prawdę wyrażają życie wielkiej królowej i życie prostej służącej. W dniu beatyfikacji powierzył jej opiece naszą ojczyznę, wołając: „Naucz nas być wolnymi!”.

    Służąca i mistyczka

    Mój rozmówca przekonuje, że Aniela Salawa była przede wszystkim wielką mistyczką. – W swoim Dzienniku prawie nie wspomina o ciężkiej pracy służącej – zauważa i dodaje: – Zawarła w nim osobistą historię odkrywania Boga i dążenia do zjednoczenia z Chrystusem, zwłaszcza cierpiącym. Poznajemy też jej zmagania duchowe, pobożność, mistyczne świadectwa.

    W kolejne rocznice beatyfikacji czciciele spotykają się przy źródełku, z którego czerpała wodę ich błogosławiona rodaczka, i uczestniczą w sprawowanej tu Mszy św. Spalony kościół, w którym była chrzczona, odbudowano. Ksiądz Piotr informuje: – Po 30 latach od pożaru, w 10. rocznicę beatyfikacji Anieli Salawy, świątynię podźwignięto z ruin. To pomnik dziedzictwa kultury i wotum za beatyfikację. Tu błogosławiona otrzymała chrzest. A gdy opuszczała rodzinny Siepraw, by pójść na służbę do Krakowa, uklękła na progu tej świątyni i powierzyła się opiece Matki Bożej Sieprawskiej.

    Z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę w Sieprawiu między starym i nowym kościołem stanął pomnik upamiętniający św. Jana Pawła II i bł. Anielę, która w czasie I wojny światowej w Krakowie niosła pomoc rannym żołnierzom. Lokalna społeczność jest dumna ze swej rodaczki. Samorząd gminy Siepraw zwrócił się do metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego o ustanowienie bł. Anieli Salawy patronką gminy. Samorządowcy wyjaśniają, że także w ich pracę jest wpisana służebna rola wobec mieszkańców. Przypominają patriotyzm błogosławionej, w tym napisany przez nią miesiąc przed śmiercią Akt ofiarowania się za Polskę.

    Błogosławiony kard. Stefan Wyszyński w swych więziennych zapiskach napisał o Anieli Salawie: „(…) im bardziej zdobywał ją sobie Bóg, tym więcej oddawała się ludziom w przedziwnej gotowości ofiary i usłużności, a nawet zastępczego cierpienia. Jest to doskonała patronka na czasy współczesne”. Także na te nasze!

    Maria Fortuna-Sudor/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka
      •  Błogosławiona Serafina de Montefeltro
      •  Błogosławiony Alan de la Roche, prezbiter
      •  Błogosławiony Fryderyk Ozanam
      •  Święty Sergiusz I, papież
      •  Błogosławiony Wilhelm z Saint-Thierry, opat
      •  Błogosławiony Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
    ***
    Narodziny Maryi

    Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
    Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.

    Narodziny Maryi

    Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim: Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba. Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, jest więc bardzo bliska Ewangelii według św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele w dniu 21 listopada wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do bazyliki Matki Bożej Większej.
    Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu – w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno – wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

    Narodziny Maryi

    W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
    We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria – a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej – najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny; Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello – znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że “będą Ją chwalić wszystkie pokolenia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Narodzenie NMP – 8 września

    Z radością obchodzimy Narodzenie Najświętszej Maryi Panny, z Niej wzeszło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem.

    fragment narodzenia NMP, Jusepe Leonardo (1601–1652)

    ***

    23.1Z radością obchodzimy Narodzenie Najświętszej Maryi Panny, z Niej wzeszło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem[1].

    Zaproszenie do radości występuje już na samym początku tekstów liturgicznych na dzisiejsze święto. Jest to czymś naturalnym: skoro zawsze rodzina, przyjaciele i sąsiedzi cieszą się z narodzin dziecka i skoro każde urodziny obchodzi się radośnie, to dlaczego nie mielibyśmy być w pełni radośni w święto narodzenia naszej Matki? To szczęśliwe wydarzenie zapowiada, że Mesjasz jest już blisko: Maryja jest Gwiazdą Zaranną, która uprzedza wschód słońca i zapowiada nadejście Zbawiciela, Słońca sprawiedliwości, w historii rodzaju ludzkiego. „Wypadało – stwierdza pisarz duchowy z dawnych wieków – aby to promienne i zdumiewające przyjście Boga do ludzi poprzedzało jakieś wydarzenie, które by nas przygotowało na przyjęcie z radością wielkiego daru zbawienia. I takie jest znaczenie święta, które dzisiaj sprawujemy, gdyż Narodzenie Matki Bożej jest wstępem do tej skarbnicy dóbr (…). Niechaj więc całe stworzenie wyśpiewuje z zadowolenia i na swój sposób przyczyni się do radości właściwej temu dniowi. Niechaj niebo i ziemia złączą się w tych obchodach i niechaj świętuje wszystko, co jest na świecie i ponad światem”[2].

    Liturgia dzisiejszej Mszy świętej odnosi do Najświętszej Maryi Panny fragment z Listu do Rzymian (Rz 8,28-30), w którym św. Paweł opisuje miłosierdzie Boga wybierającego ludzi do wiekuistego przeznaczenia. Maryja przed wiekami została przeznaczona przez Trójcę Przenajświętszą na Matkę Syna Bożego i w tym celu przyozdobiona została wszelkimi łaskami: „Dusza Maryi była najpiękniejsza wśród stworzonych przez Boga, tak iż po wcieleniu Słowa była ona największym i najgodniejszym dziełem, którego Wszechmocny dokonał na tym świecie”[3]. Łaska wypełniająca duszę Maryi w chwili poczęcia przewyższała łaski wszystkich świętych i aniołów razem wziętych, gdyż Bóg każdemu daje łaskę odpowiadającą jego misji w świecie. Ogromna łaska dana Maryi była dostateczna i proporcjonalna do szczególnej godności, do której przed wiekami[4] powołał Ją Bóg. Maryja w swej świętości i pięknie była tak wspaniała, ponieważ – jak mówi św. Bernard – nie wypadało, ażeby Bóg posiadał inną Matkę ani też nie wypadało, ażeby Maryja miała innego Syna niż Boga[5]. A św. Bonawentura twierdzi, że Bóg mógł uczynić większym świat, ale nie mógł uczynić doskonalszej Matki od Matki Bożej[6].

    Przypomnijmy sobie dzisiaj, że my również otrzymaliśmy od Boga powołanie do świętości, do spełnienia konkretnej misji w świecie. Oprócz rozpamiętywania pełni łaski i piękna Matki Bożej powinniśmy także pamiętać, że Bóg każdemu z nas daje łaski niezbędne i wystarczające do zrealizowania jego powołania w świecie. Możemy być też pewni, że pragnienie obchodzenia naszych urodzin jest czymś naturalnym, gdyż Bóg wyraźnie chciał, żebyśmy się urodzili i wezwał nas do wiecznej szczęśliwości i miłości.

    23.2 Boże,(…) napełnij (…) [swój Kościół] radością w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, która dla całego świata stała się nadzieją i jutrzenką zbawienia[7].

    Ile lat kończy dziś nasza Matka?… Dla Niej czas już nie płynie, gdyż osiągnęła pełnię wieku, tę wieczną i całkowitą młodość pochodzącą z uczestniczenia w młodości Boga, który – jak mówi św. Augustyn – „jest młodszy od wszystkich”[8] właśnie dlatego, że jest wieczny i niezmienny. Może mieliśmy możliwość przyjrzenia się z bliska radości i wewnętrznej młodości jakiejś świętej osoby i zauważyliśmy, jak z ciała niosącego w sobie ciężar wieku tryskała młodość serca o niepowstrzymanej energii i żywotności. Ta wewnętrzna młodość jest tym głębsza, im ściślejsze jest zjednoczenie z Bogiem. Maryja, będąc stworzeniem najściślej z Nim zjednoczonym, jest najmłodsza ze wszystkich stworzeń. Obecne są w Niej razem młodość i dojrzałość. Tak samo jest z nami, kiedy podążamy wprost ad Deum qui laetificat iuventutem meam (Ps 43 (42), 4), do Boga, który codziennie odmładza nas od wewnątrz swoją łaską i zalewa nas radością.

    Już w swojej młodości Najświętsza Maryja Panna cieszyła się pełną i proporcjonalną do swego wieku dojrzałością. Teraz, w Niebie, z pełnią łaski – tej, którą posiadała od początku, i tej, którą osiągnęła przez swoje zasługi, łącząc się z dziełem Syna – spogląda na nas i przysłuchuje się naszym pochwałom i naszym prośbom. Dzisiaj słucha pieśni, którą śpiewamy Bogu, dziękując za to, że Ją stworzył, patrzy na nas i rozumie, gdyż właśnie Ona – po Bogu – wie najwięcej o naszym życiu, o naszych trudach, o naszym zaangażowaniu.

    Wszyscy rodzice, kiedy urodzi im się dziecko, uważają, że jest nieporównywalne z żadnym innym i najwspanialsze. Tak samo pewnie myśleli św. Joachim i św. Anna, kiedy urodziła się Maryja, i z pewnością mieli rację. Wszystkie pokolenia nazywają Ją błogosławioną. Owego dnia Joachim i Anna nie mogli jeszcze domyślać się, czym będzie ów owoc ich czystej miłości. Nigdy nie wiadomo. Każde dziecko jest tajemnicą Boga, które przychodzi na świat ze szczególnym zadaniem od Stwórcy.

    Dzisiejsze święto każe nam z głębokim szacunkiem traktować poczęcie i narodzenie każdej istoty ludzkiej, której Bóg przez rodziców dał ciało i w którą wlał nieśmiertelną i niepowtarzalną duszę, stworzoną bezpośrednio przez Niego w chwili poczęcia. Wielka radość, którą jako wierni przeżywamy z powodu narodzenia Matki Bożej wymaga równocześnie, abyśmy cieszyli się, gdy w łonie jakiejś matki kształtuje się dziecko i kiedy przychodzi na świat. Także wtedy, kiedy nowo narodzone dziecko wymaga wysiłków, wyrzeczeń, ograniczeń, obciążeń, powinno zawsze zostać przyjęte i czuć, że jest chronione miłością rodziców. Każda poczęta istota ludzka jest powołana do synostwa Bożego, do wielbienia Go i do wiecznej szczęśliwości.

    Bóg Ojciec, patrząc na nowo narodzoną Maryję, ucieszył się radością nieskończoną na widok istoty ludzkiej bez grzechu pierworodnego, pełnej łaski, najczystszej, mającej być na zawsze Matką Jego Syna. Bóg użyczył Joachimowi i Annie szczególnej radości, wynikającej z uczestniczenia w łasce wylanej na ich Córkę, ale o ileż większą odczuwaliby radość, gdyby mogli przewidzieć przeznaczenie tej istoty, która przyszła na świat tak jak wszystkie inne? W innym porządku również my możemy się domyślać niezmiernej skuteczności naszego pielgrzymowania po ziemi, jeżeli będziemy wierni otrzymanym łaskom niezbędnym do realizacji powołania, które otrzymaliśmy od Boga przed wiekami.

    23.3 Narodzeniu Maryi nie towarzyszyło żadne szczególne wydarzenie i Ewangelie nic nam o nim nie mówią. Urodziła się zapewne w jakimś miasteczku Galilei, prawdopodobnie w samym Nazarecie, i owego dnia nic osobliwego na jej temat nie zostało ludziom objawione. Świat nadal przywiązywał wagę do innych wydarzeń, które potem zostały całkowicie wymazane z ludzkiej pamięci, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. To, co jest ważne dla Boga, często przechodzi niepostrzeżenie przed oczyma ludzi, którzy szukają czegoś nadzwyczajnego, co by ulżyło ich egzystencji. Jedynie w Niebie przeżywano święto, wielkie święto.

    Najświętsza Panna przeżyła potem wiele lat niezauważona przez nikogo. Cały Izrael oczekiwał tej dziewicy zapowiedzianej przez Pismo (por. Rdz 3, 15; Iz 7, 14), ale nikt nie wiedział, że ona już żyje wśród ludzi. Na pozór prawie nie różniła się od innych. Odznaczała się silną wolą, pragnęła i kochała z trudną do zrozumienia siłą, miłością, która we wszystkim dostosowywała się do miłości Boga. Swoją inteligencję oddała w służbę tajemnicom, które stopniowo odkrywała, doskonale rozumiała związek między nimi i proroctwa mówiące o Odkupicielu, a swoje umiejętności wykorzystywała przy tkaniu, gotowaniu i innych pracach domowych. Odznaczała się dobrą pamięcią: chowała wiernie wszystkie (…) sprawy w swym sercu (Łk 2, 51) i przechodziła od jednego wspomnienia do drugiego, posługiwała się konkretnymi faktami. Najświętsza Maryja Panna posiadała żywą wyobraźnię, dzięki czemu Jej życie było pełne inicjatyw, służenia innym, przynoszenia ulgi w ich egzystencji, czasami bolesnej z powodu choroby lub nieszczęścia… Bóg spoglądał na Nią z miłością, jak wykonywała drobne obowiązki każdego dnia, a te niepozorne zajęcia przynosiły Jej wielką radość. Maryja wiedziała, że „by się Bogu przypodobać, jednego potrzeba, to jest, aby najdrobniejsze rzeczy czynić z wielkiej miłości – miłość i zawsze miłość”[9].

    Gdy patrzymy na Jej zwyczajne życie, uczmy się wykonywać codzienne czynności pamiętając o obecności Bożej. Służmy innym bez hałasu, bez ustawicznego podkreślania swoich praw lub przywilejów, które przecież zostały nam dane, wykonujmy rozpoczętą pracę do końca. Jeżeli będziemy naśladować Najświętszą Maryję Pannę, nauczymy się doceniać drobiazgi monotonnych dni, nadawać nadprzyrodzony sens uczynkom, których może nikt nie widzi: czyszczeniu mebli, uaktualnianiu danych w komputerze, ścieleniu łóżka, szukaniu dokładnych informacji i danych do przygotowywanej lekcji. Te małe rzeczy, wykonywane z miłością, przyciągają miłosierdzie Boże i ustawicznie powiększają łaskę uświęcającą w duszy. Maryja jest doskonałym przykładem takiego codziennego oddania się, które polega na uczynieniu ze swego życia ofiary dla Pana.

    „Przy maszynach skomplikowanych znajduje się bardzo wiele rzeczy małych. Na przykład w samolocie można zauważyć całą moc agrafek. Wobec tak dużego samolotu agrafki są czymś bardzo małym. A służą one do tego, aby się śrubki nie odkręcały. Zastępują sztyfcik, jak to mówią mechanicy. I gdyby taka agrafka wypadła, a śrubka się odkręciła, mogłaby być katastrofa całego samolotu. A przecież to drobnostka wobec całego aparatu. Podobnie i w maszynie drukarskiej czy rotacyjnej, niechby tylko zatkał się mały przewód doprowadzający oliwę, a mielibyśmy zupełne zniszczenie łożysk. To nie tylko w maszynach i rzeczach materialnych tak bywa, ale tym bardziej w rzeczach duchowych – w staraniu się o uświęcenie duszy. Od małych rzeczy wiele zależy. Sam Pan Jezus powiedział w przypowieści o talentach, że kto nie będzie wierny w małych rzeczach, powoli upadnie w większych”[10]. Wiele narodów obchodzi dzisiejsze święto pod różnymi nazwami, wykazując trafną intuicję, gdyż, „jeżeli Salomon – poucza św. Piotr Damiani – z okazji poświęcenia materialnej świątyni wraz z całym ludem Izraela składał tak wielką i wspaniałą ofiarę, jakaż musi być radość ludu chrześcijańskiego z powodu świętowania narodzenia Najświętszej Maryi Panny, do której łona, jak do najświętszej świątyni osobiście zszedł Bóg, by przyjąć od Niej ludzką naturę i żyć widzialnie wśród ludzi?”[11]. Jako dobre dzieci nie zaniedbujmy dziś oddawania czci naszej Matce.

    * Przekazy o tym święcie Najświętszej Maryi Panny są bardzo dawne. Najpierw obchodzono je na Wschodzie, w Jerozolimie uroczystość poświęcenia bazyliki w miejscu narodzenia się Matki Bożej obchodzono już w V wieku. W Kościele powszechnym to święto obchodzi się od VII w., stało się ono jednym z głównych świąt maryjnych. Święto narodzenia Maryi – Matki Boga i naszej Matki – jest bardzo radosne, ponieważ Jej przyjście na świat zapowiada bliskie zbawienie.


    [1] Mszał Rzymski, Msza św. z dnia, antyfona na wejście.

    [2] Św. Andrzej z Krety, Rozprawy, 1.

    [3] Św. Alfons Maria Liguori, Pochwały Maryi, II, 2.

    [4] Por. tamże, III, zag. 7, art. 10.

    [5] Św. Bernard z Clairvaux, Kazanie 4 na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, 5.

    [6] Św. Bonawentura, Speculum, 8.

    [7] Mszał Rzymski, modlitwa po Komunii.

    [8] Św. Augustyn, Homilie na Księgę Rodzaju, 8, 26, 48.

    [9] Św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 140.

    [10] Cyt za: J. Domański, Co dzień ze św. Maksymilianem, Niepokalanów 1994, s. 130.

    [11] Św. Piotr Damian, Kazanie 45, 4.

    ze strony: Opus Dei

    ___________________________________________________________________________________-

    Świat odnowiony w miłości – święto Narodzenia NMP

    Świat odnowiony w miłości - święto Narodzenia NMP

    8 września Kościół obchodzi święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Pismo Święte nie wspomina o narodzinach Maryi. Trzeba było, aby Stwórca ludzi, który miał się narodzić jako człowiek, wybrał spośród wszystkich niewiast, albo raczej utworzył, taką Matkę, jaka byłaby godna i Jemu miła… 

    „Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko,

    zwiastowało radość całemu światu:

    z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości,

    Chrystus, Bóg nasz. On zniweczył przekleństwo,

    dał nam błogosławieństwo, śmierć pokonał,

    życie wieczne nam darował”.

    (Liturgia Bizantyjska)

    Nadeszła godzina w której – można by powiedzieć – ustało tykanie zegara świata. Cisza i nasłuchiwanie. Nastaje niezmiernie ważny punkt w historii. Rodzi się Ta, w której „Pan przygotował Źródło życia”. 8 września Kościół obchodzi święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Pismo Święte nie wspomina o narodzinach Maryi. Według tradycji Anna uważana jest za matkę Maryi, a Joachim, członek królewskiego rodu Dawida, za ojca. Byli oni pobożnymi Żydami. Ponieważ ich małżeństwo pozostawało bezpotomne gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.

    Nie znamy miejsca ani daty urodzenia Maryi

    Nie znamy miejsca ani daty urodzenia Maryi. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa. Z pism apokryficznych dowiadujemy się, że mając cztery lata została poświęcona Panu. W polskiej tradycji dzień 8 września nosi także nazwę święta Matki Bożej Siewnej i jest związany z poświęceniem ziarna na nowy zasiew. Według dawnego zwyczaju dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Chciano bowiem, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła najpierw Boża Rodzicielka. We Włoszech i niektórych krajach łacińskich możemy spotkać się z kultem Maryi-Dziecięcia. W takich włoskich sanktuariach jak Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej, Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia i Mercatello są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce.

    Kilka okruchów informacji

    To zaledwie kilka okruchów informacji, które możemy zebrać o narodzeniu Najświętszej Maryi Panny. Jedno jest pewne, że cała Jej wielkość i niezwykłość pochodzi z daru miłości Boga i wybrania na Matkę Jednorodzonego Syna. Św. Bernard, doktora Kościoła, w następujący sposób wysławia Jej tajemnicę: „Trzeba było, aby Stwórca ludzi, który miał się narodzić jako człowiek, wybrał spośród wszystkich niewiast, albo raczej utworzył, taką Matkę, jaka byłaby godna i Jemu miła… Nie znaleziono Jej przypadkiem, w ostatniej chwili, ale od wieków została wybrana, przewidziana i przygotowana przez Najwyższego, strzeżona przez aniołów, zapowiedziana przez patriarchów, obiecana przez proroków… Dlatego spośród wszystkich poruszeń duszy, spośród wszystkich uczuć i przeżyć, jedynie miłość rozjaśnia wszystko i pozwala Maryi  odpowiedzieć swemu Stwórcy wzajemnością, wprawdzie nie równą, ale podobną…”.

    Miłość rozjaśnia wszystko

    „…jedynie miłość rozjaśnia wszystko…” mówi św. Bernard – także tajemnicę narodzenia Maryi, tajemnicę Jej wybrania na Matkę Jezusa, tajemnicę Jej fiat, wiernie spełnianego aż po krzyż. To w Maryi – jak podkreślał Jan Paweł II –  „poznajemy przemieniającą moc miłości Bożej. W Niej dostrzegamy świat odnowiony w miłości…” (por. Ecclesia de Euchristia, 62).

    Maryjo – Nadziejo i Jutrzenko zbawienia świata – naucz nas miłości, która wszystko wyjaśnia…

    sM. Edyta Kapij

    Zgromadzenie Sióstr Służebniczek

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kiedy urodziła się Maryja?

    Kiedy urodziła się Maryja?
    Narodziny Maryi. Scena z ołtarza Wita Stwosza w kościele Mariackim w Krakowie fot. H. Przondziono/GN

    ***

    Kościół katolicki obchodzi 8 września święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Nie wiemy dokładnie, kiedy narodziła się Maryja, a data tego święta wynika z tradycji kultu maryjnego.

    Świętowane tego wydarzenia niesie głęboką treść teologiczną. Narodzenie Maryi było bezpośrednią zapowiedzią przyjścia Zbawiciela. Ojcowie Kościoła mówili, że Maryja poprzedza przyjście Mesjasza tak jak nastanie jutrzenki zapowiada pełny blask dnia. W liturgii bizantyjskiej prawdę tę wyrażają słowa: „Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko, zwiastowało radość całemu światu: z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości, Chrystus, nasz Bóg”, a w liturgii zachodniej prośba o wstawiennictwo tej, która „dla całego świata stała się nadzieją i jutrzenką zbawienia”.

    Biblijne objawienie często podkreśla znaczenie urodzin osoby, która odgrywa ważną rolę dla historii zbawienia. Symbolika narodzin jest zapowiedzią nowego życia w wierze, chrztu, Bożego błogosławieństwa. W kanonie Pisma Świętego nie znajdujemy jednak opisu narodzenia i dzieciństwa Maryi, choć temat ten podejmują liczne apokryfy m. in. „Protoewangelia Jakuba”. Trudno jednak na podstawie tych pism odtworzyć prawdziwe wydarzenia z życia Matki Bożej.

    Tradycja mówi o tym, że jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim, którzy doczekali się córki dopiero w późnym wieku. Należy pamiętać, że Kościół wyznaje wiarę w niepokalane (ale nie dziewicze, jak w przypadku Jezusa Chrystusa) poczęcie Maryi, która została w ten sposób zachowana od skażenia grzechem pierworodnym. O randze święta Narodzenia NMP świadczy fakt, iż uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi jest obchodzona 8 grudnia, czyli dziewięć miesięcy przed wspomnieniem jej narodzin.

    Historia święta sięga czasu poświęcenia jerozolimskiego kościoła św. Anny, wzniesionego w V w. na domniemanym miejscu urodzenia Maryi. Z Jerozolimy, gdzie otacza się czcią figurkę Maryi jako małego dzieciątka, święto przeniesiono w VI w. do Konstantynopola a następnie na Zachód. Pod koniec VIII wieku w Rzymie obchodzono je bardzo uroczyście z procesją stacyjną przy świecach i pochodniach, a przyczynił się do tego papież Sergiusz I.

    Współcześnie kult Maryi Dzieciątka (Madonna Bambina) jest silnie rozpowszechniony we Włoszech. W polskiej tradycji dzień 8 września nosi także nazwę święta Matki Bożej Siewnej i jest związany z poświęceniem ziarna na nowy zasiew. Jednym z polskich sanktuariów maryjnych, które obchodzi uroczystości odpustowe w tym dniu, jest Gietrzwałd niedaleko Olsztyna a także bazylika katedralna w Tarnowie.

    Gość Niedzielny/kai.pl

    _______________________________________________________________________

    Matki Bożej Siewnej

    8 września wspominamy ze czcią i wdzięcznością narodziny Matki Bożej. Święto to pobudza nas w szczególny sposób do dziękczynienia za ten wielki dar Bożej Miłości.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Rodzi się bowiem Ta, która – jak śpiewamy w jednej z pieśni maryjnych – została „przed wiekami przejrzana i za Matkę wybrana, Jezusowi Chrystusowi Niepokalana” (pieśń Witaj, Święta…). Kościół, ciesząc się Maryją, woła w dzień Jej święta słowami liturgii: „Twoje narodzenie, Bogurodzico Dziewico, zwiastowało radość całemu światu; z Ciebie się narodziło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem. On uwolnił nas od potępienia i przywrócił nam łaskę. On zwyciężył śmierć i dał nam życie wieczne” (antyfona na „benedictus”). Przeto Kościół nazywa Ją Gwiazdą Zaranną zwiastującą już bliski wschód słońca, czyli spełnienie obietnicy. „Istotnie, tak jak gwiazda owa, «jutrzenka», poprzedza wschód słońca, tak Maryja, od swego Niepokalanego Poczęcia, poprzedziła przyjście Zbawiciela, wschód Słońca sprawiedliwości w dziejach rodzaju ludzkiego” (Jan Paweł II, Redemptoris Mater, nr 3).

    Ewangelia nie mówi o narodzeniu Maryi. Gdy św. Mateusz kończy rodowód Chrystusa słowami: „Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem” (Mt 1, 16), wymienia Ją po raz pierwszy i od razu ukazuje jako Matkę Zbawiciela. Boskie macierzyństwo było główną przyczyną narodzenia się Maryi. Ona po to została stworzona, aby porodzić Jezusa Chrystusa. Ewangelia nie wymienia też imion rodziców Maryi i miejsca Jej narodzenia. Braki te uzupełniają pisma apokryficzne, które są ważnym przekazem wiary chrześcijan żyjących w pierwszych wiekach. Wśród nich wyróżnia się Protoewangelia Jakuba, napisana w połowie II wieku. Apokryf ten podaje imiona rodziców Maryi, którymi są Joachim i Anna. Mówi o miejscu narodzenia i dzieciństwie Maryi, o oddaniu Jej przez rodziców na dalsze wychowanie do świątyni.

    Istnieje wiele niejasności i rozbieżności co do właściwej daty narodzin Matki Bożej. Jeżeli przyjmiemy, że Jezus narodził się w pierwszym roku, to Maryja – między 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Chrystusa. Istnieje również wiele hipotez dotyczących miejsca Jej narodzin. Wskazują one Setoris i Betlejem, trzecia hipoteza – tzw. zachodnia – wskazuje na Nazaret, czwarta – wschodnia, powołująca się na św. Jana Damasceńskiego, wskazuje na Jerozolimę – miasto, w którym na miejscu obecnego kościoła św. Anny miał stać dom rodziców Maryi.

    W Jerozolimie miało również początek święto Narodzenia Maryi, które obchodzono co roku 8 września, w rocznicę poświęcenia kościoła pw. Matki Bożej.

    W naszej Ojczyźnie święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w szczególny sposób upodobał sobie wiejski lud, nazywając je świętem Matki Boskiej Siewnej. Był bowiem taki dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i po przygotowaniu pól zaczynano jesienny siew:

    Gdy o Matce Bożej zasiano,
    To ani za późno, ani za rano.

    To święto kościelne staje się również tematem dla poetów. Poświęca mu jeden ze swoich wierszy Józef Skóra. W wierszu: Matka Boża Siewna pisze:

    Idzie Matka Boska Siewna
    po jesiennej roli,
    wsiewa ziarno w ziemię czarną
    w złotej aureoli.
    Rzuca swe płomienne blaski
    na pola i sioła,
    Miłosierna, pełna łaski
    patrzy dookoła…

    W święto Matki Bożej Siewnej, jak każe dawny zwyczaj, rolnicy przynoszą ziarno przeznaczone na tegoroczny zasiew. Kapłan, poświęcając je, wypowiada następującą modlitwę: „Boże, Ty sprawiasz, że wszelkie nasiona wpadłszy w ziemię obumierają, aby wydać plon (…). Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna zbóż i inne nasiona. Zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźnij rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny (…) przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli”.

    I tak zaorane zagony czekają na przyjęcie nowego daru – ziemia wkrótce otrzyma nowe ziarno; ono jeszcze przed nadejściem zimy uraduje nasze oczy zielenią. Na wiosnę ziarno przygarnięte przez ziemię, wraz z całą naturą, wybuchnie bogatym wzrostem. Pod koniec lata znów uraduje nas plonem stokrotnym.

    Nic więc dziwnego, że Kościół pragnie 8 września, a więc pod koniec lata i na progu jesieni, uczcić Matkę Bożą, wspominając Jej narodzenie. Jej przyjście na świat tak bardzo przywołuje w wyobraźni obraz jesiennego siewu. W Maryi bowiem Bóg powierzył ziemi drogocenne „ziarno”, które w przyszłości wyda plon.

    „Błogosławiony jest owoc żywota Twojego…” – modlą się dziś tysiące ludzi wierzących na całej ziemi.

    ks. Zenon Mońka/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________

    160 razy Maryja – 145. rocznica objawień w Gietrzwałdzie

    160 razy Maryja – 145. rocznica objawień w Gietrzwałdzie
    Bazylika Narodzenia Maryi w Gietrzwałdzie – Mazaki, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Jak w La Salette (1846), Lourdes (1858) i Fatimie (1917), tak w Gietrzwałdzie w roku 1877 Maryja objawiła się prostaczkom. Komunikowała się z dziećmi w języku, którego używały na co dzień. W Lourdes i w Gietrzwałdzie z ust Pięknej Pani padły słowa o Jej Niepokalanym Poczęciu. W Lourdes, Gietrzwałdzie i w Fatimie różaniec był modlitwą, którą odmawiały dzieci, albo też o nią szczególnie prosiła Maryja. W La Salette, Lourdes i Gietrzwałdzie są źródełka związane z objawieniami. Tyle podobieństw…  Różnice? W Gietrzwałdzie Maryja objawiła się ok. 160 razy. Były dni, kiedy działo się to nawet trzykrotnie. Objawienia gierzwałdzkie są jedynymi w Polsce, które uznał Kościół. Najświętsza Maryję Pannę Gietrzwałdzką wspominamy 8 września.

    Gietrzwałd 145 lat temu…
    W niewielkiej warmińskiej mieścinie, w której – podobnie jak w całych Prusach – Kulturkampf coraz mocniej ograniczał życie Kościoła i równocześnie wzmacniał działania germanizacyjne, dzieci przygotowywały się do I komunii świętej. Był 27 czerwca 1877 roku.  Justyna Szafryńska (13 lat) właśnie wracała po egzaminie, który trzeba było zdać, aby przystąpić do Stołu Pańskiego. Udało się. Biły dzwony, dziewczynka zaczęła odmawiać Anioł Pański.

    Modlitwa do Matki Bożej wniebowziętej

    Wtedy na klonie rosnącym nieopodal plebanii pojawiła się niespotykana jasność. Pojawiła się Piękna Pani siedząca na tronie ozdobionym perłami. Ukazał się też anioł. Kiedy dziewczynka odmówiła Pozdrowienie Anielskie obie postacie uniosły się do nieba. Kolejnego dnia, na Anioł Pański sytuacja powtórzyła się. Klon zajaśniał a dziewczynka poproszona o to, by znów się przy nim pojawić ponownie zobaczyła Maryję. Tym razem jeden z aniołów przyniósł Jej Dziecię Jezus, a inny trzymał krzyż. Takie były początki objawień, które potrwają aż do 16 września.

    Justyna opowiedziała to wszystko swojemu proboszczowi. A był nim ks. Augustyn Weischel – z pochodzenia Niemiec, który przez blisko 40 lat posługiwał wiernym w Gietrzwałdzie. Wspierał miejscową ludność i był propagatorem objawień. Taka postawa była powodem prześladowań ze strony władz (represje, więzienie, a nawet zakaz sprawowania posługi duszpasterskiej).

    Matka Boża jakby przeszła całą katolicką Europę, ratując słabnącą wiarę, napominając i pocieszając, i rozbudzając nowe życie i zapał religijny (Bł. o. Honorat Koźmiński).

    30 czerwca wraz z Justyną przy klonie była Barbara Samulowska (12 lat) i tym razem obu nastolatkom, pochodzącym z ubogich, religijnych rodzin, ukazała się Matka Boża. Była sama. I to właśnie wtedy starsza z dziewczynek zapytała: Czego żądasz Matko Boża? W odpowiedzi dzieci usłyszały: Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec. Kolejnego dnia Piękna Pani zapytana kim jest odpowiedziała: Jestem Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta.

    Bazylika Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie - I, Bogitor, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    Bazylika Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie – I, Bogitor, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Codzienne objawienia, których doświadczały obie nastolatki, zaczęły się od początku lipca. Odbywały się w czasie wieczornych nabożeństw różańcowych. 10 lipca pisano o nich w prasie, a między 7 a 9 września 1877 roku, kiedy obchodzono święto Narodzenia Matki Bożej do Gietrzwałdu przybyło ok. 50 tysięcy pielgrzymów. Ogółem w trakcie objawień, o których wieści szybko się rozchodziły się, podobno pojawiło się ich nawet ok. 300 tys. i 200 duchownych.  Przybywali mimo zakazów i restrykcji władz. Natomiast władze kościelne badały wydarzenia już od 20 sierpnia. Teolodzy badali wydarzenie, a później i lekarze analizowali stan wizjonerek. Ostatecznie, autentyczność objawień uznano w 1977 roku, tym samym należą one do 12 na świecie, które zaaprobowała Stolica Apostolska.

    Nigdy nie słyszano jeszcze, aby tak długo i tak przystępnie i do tego w sposób tak uroczysty ukazała się Matka Boża (Bł. o. H. Koźmiński).

    W trakcie objawień, za pośrednictwem Justyny i Barbary, wierni powierzali Matce Bożej to, co leżało im na sercu. Od pytań o zbawienie przez to, co niosła codzienność – problemy ze zdrowiem, rodzinne czy te związane z nałogami. Pytali o sytuację Kościoła, tego na Warmii, gdzie cierpiały „osierocone”, pozbawione kapłanów parafie. Pytali: Czy Kościół w Polsce będzie oswobodzony? Maryja odpowiadała, a Jej obecność zmieniała nie tylko okolicznych mieszkańców. Ożywienie religijne było odczuwalne i w Królestwie Kongresowym, jak też w Rosji – pielgrzymowano, odmawiano różaniec, pojawiły się działania związane z propagowaniem trzeźwości, wzrosła ilość powołań zakonnych.  Pod wpływem objawień w Gietrzwałdzie, ich wielki orędownik i propagator, kapucyn bł. o. Honorat Koźmiński założył zgromadzenie Sióstr Służek NMP Niepokalanej.

    Nie sama tylko moja parafia, ale też cała okolica stała się pobożniejsza po objawieniach. Dowodzi tego wspólne odmawianie różańca świętego po wszystkich domach, wstąpienie do klasztoru bardzo wielu osób, regularne uczęszczanie do Kościoła (A. Weischel, proboszcz gietrzwałdzkiej parafii).

    Współcześnie sanktuarium w Gietrzwałdzie odwiedza ok. 1 mln pielgrzymów rocznie. Kilka lat po objawieniach kościół, obok którego miały miejsce, został powiększony. Od 1970 roku ma on tytuł bazyliki mniejszej. Znajduje się w niej słynący łaskami, koronowany obraz Maryi. Natomiast jeszcze 16 września 1877 w miejscu objawień została wzniesiona kapliczka z figurą Matki Bożej, a już od 8 września, ze źródełka (dziś studzienki) pobłogosławionego przez Matkę Bożą, pielgrzymi mogą czerpać wodę, która przynosi ulgę w cierpieniu i uzdrawia.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________

    Gietrzwałdzkie przesłania Maryi dziś bardzo aktualne

    Gietrzwald Fot arch. 10.09.2017 r. Obchody 140. rocznicy objawień gietrzwaldzkich /Lukasz Dejnarowicz / Forum

    ***

    Gdy przyjrzymy się dokładnie przesłaniom, szczególnie tym prawie zapomnianym, jakie Maryja 145 lat temu w Gietrzwałdzie ofiarowała wierzącym, uderza ich aktualność. Wzrusza też matczyna prostota, czułość i serdeczność Królowej Nieba i Ziemi, z którą przemawiała Ona do nas Polaków, w naszym ojczystym języku.     

    Matka Boża na wiejskim krześle

    Był wieczór, 27 czerwca roku pańskiego 1877. Anna Szafryńska, kobieta bardzo pobożna, czekała przed plebanią na 13-letnią córkę Justynkę, która zdawała właśnie egzamin u księdza Augustyna Weichsela, proboszcza gietrzwałdzkiej parafii. Od tego jak wypadnie egzamin, zależało czy Justynka zostanie dopuszczona do I Komunii Świętej. Nastolatce nauka szła dość opornie (egzamin do Komunii zdawała z opóźnieniem) więc czekająca na wynik testu – mama, była pełna obaw. Na szczęście okazały się one płonne. Justynka wyszła z plebanii szeroko uśmiechnięta. – Matulu zdałam. Wszystko to dzięki Matce Najświętszej, do której mocno się modliłam o pomoc – prawie wykrzyczała uradowana Justynka. – Bogu dzięki – pochwaliła Najwyższego Anna.

    Kiedy tylko to powiedziała odezwał się dzwon na kościelnej wieży. Była godzina 21.00 i jak zwykle o tej porze donośny dźwięk dzwonu wzywał wiernych do modlitwy Anioł Pański. Szafryńskie odmówiły modlitwę pobożnie. Zaraz potem mama Justynki, nie oglądając się na córkę, obróciła się i szybko ruszyła drogą w stronę domu. Mieszkały we wsi Woryty, do której z Gietrzwałdu trzeba było iść, i to raźnym krokiem, co najmniej godzinę. Anna miała dziś jeszcze sporo domowej roboty. Jej mąż Wilhelm nie mógł jej pomóc, bo o tej porze pracował we młynie. Sądząc, że córka idzie za nią, Anna uszła tak ze sto kroków. Dopiero wtedy obróciła się za siebie i zobaczyła, że Justynka nadal stoi pod starym klonem, rosnącym koło kościoła.

    Mama wróciła, wzięła za rękę córkę i ponaglała ją do drogi. Według dawnych, pisemnych relacji dziewczynka miała jej wtedy powiedzieć: Czekajcie no matulu, aż zobaczę, co to takiego białego jest na drzewie. Mama nie chciała czekać i mocno ciągnęła Justynkę za rękę. Ta jednak ani drgnęła. Anna zdziwiła się nawet, że jej córka jest taka silna. Justynka wciąż mówiła o jakiejś tajemniczej jasności, bijącej spośród konarów klonu. Siłowały się tak przez chwilę, kiedy z plebanii wyszedł ksiądz proboszcz August. Anna poskarżyła mu się, że Justynka nie chce iść, do domu, bo niby widzi jakieś światło na drzewie. Proboszcz zwrócił uwagę dziewczynce, jeszcze raz odezwała się też do niej mama, ale ona jakby ich nie słyszała. Wzrok miała utkwiony w konarach klonu.

    Ksiądz powiedział do Anny, aby podprowadzić córkę, bliżej drzewa, to może wtedy wyraźniej ujrzy, to co widzi. Podprowadzili dziewczynkę pod klon, tym razem nie opierała się temu. Zapytali co teraz widzi. Justynka powiedziała: Widzę siedzącą na żółtym krześle piękną Panią w bieli. Jej włosy są długie i jaśnieją.  Według słów opisu tego pierwszego objawienia, do Matki Bożej miał zstąpić z obłoków Anioł w postaci dziecka. Anioł ukłonił się Maryi, po czym razem wznieśli się ku niebu. Pierwsza wizja zakończyła się. Uderza prostota Królowej Nieba i Ziemi, która nie chcąc porazić wiejskiej dziewczynki swoim majestatem, siada nie na królewskim tronie, ale na prostym krześle. 

    Ksiądz proboszcz Augustyn Weichsel, kapłan „według Serca Jezusowego”, był pod wielkim wrażeniem zachowania się Justynki, które nie było do niej podobne. Znał ją niemal od urodzenia i tak opisał jej cechy w swoim pamiętniku: „Dziewczę wstydliwości wielkiej, chodzi między ludźmi jakby ich nie widziała. Kiedy pomaga w pracy, nie odrywa oczu od roboty swojej”. Zdziwił się więc proboszcz wielce, że Justynka z taką śmiałością i pewnością siebie opisywała co widzi. Ksiądz August żegnając się z Szafryńskimi, poprosił Justynkę, żeby jutro też przyszła modlić się pod klonem. Powiedział dokładnie: „Nie bój się, przyjdź też jutro o tym samym czasie i odmawiaj Różaniec”. 

    Dziewczynka posłuchała prośby księdza proboszcza i przyszła pod klon, dla odwagi przyprowadzając ze sobą koleżanki. Była wśród nich kuzynka Justynki – 12-letnia Basia Samulowska, również ze wsi Woryty, dziewczynka o diametralnie innym charakterze niż Justynka. Basia była bardzo żywa, towarzyska, a nauka nie sprawiała jej żadnych trudności. Kiedy dzwon zabrzmiał o godzinie 21.00 dziewczynki zaczęły odmawiać Różaniec. Widzenie Justynki powtórzyło się – ujrzała Panią w bieli w asyście dwóch Aniołów. To samo zobaczyła Basia Samulowska. Po odejściu Pani do nieba dwie małe wizjonerki opowiedziały wszystko księdzu proboszczowi. Ten zapytał je czy piękna Pani coś do nich mówiła? Dziewczynki odpowiedziały, że nic nie mówiła. Proboszcz August poprosił więc, aby podczas następnego widzenia, zapytały świetlistą postać przepięknej kobiety, czego Ona potrzebuje.

    Przesłania bardzo aktualne

    Justynka i Basia zadały to pytanie Jasnej Pani 30 czerwca, w przeddzień I Komunii Świętej w gietrzwałdzkiej parafii. Ona, odzywając się do dziewczynek po raz pierwszy, odpowiedziała – „Chcę abyście codziennie odmawiały różaniec”. Co bardzo ciekawe, Pani przemówiła do Justynki i Basi w języku polskim, którego one używały na co dzień. Przypomnijmy, iż były to czasy zaborów. Warmia była pod zaborem pruskim i obowiązywał tu język niemiecki. Dziewczynki uczono w szkole pisać i mówić wyłącznie po niemiecku.

    Objawieniem, które wyjaśniło kim jest piękna Pani ukazująca się dziewczynkom, miało miejsce 1 lipca 1877 roku w niedzielę. Tego świątecznego dnia dzieci z parafii, m.in. Justynka Szafryńska, przystępowały do I Komunii Świętej. Kiedy przyszła godzina 21.00 pod przykościelnym klonem stał już tłum ludzi, gdyż wieść o objawieniach rozeszła się już szeroko po okolicy. Justynka, kiedy ujrzała piękną Panią, która jakby miękko spłynęła z nieba, zaraz Ją zapytała – kim jest. W odpowiedzi usłyszała bardzo wyraźnie „Jam jest Najświętsza Maryja Panna, Niepokalanie Poczęta”.

    Basia Samulowska tego dnia spóźniła się nieco i kiedy przyszła pod klon ujrzała na nim bardzo jasne światło, postaci Matki Najświętszej nie widziała i nic nie usłyszała. Żałowała, że się spóźniła. Nawet z tego powodu gorzko zapłakała. W odpowiedzi na ten szczery żal dziecięcego serca, Matka Najświętsza ukazała się jej jeszcze tej samej nocy podczas snu. Basia zapytała Ją, tak jak prosił o to proboszcz, „Kim jesteś piękna Pani”. Tym razem odpowiedź była krótsza – „Jam jest Niepokalane Poczęcie”. Przypomnijmy, iż dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny papież Pius IX ogłosił 8 grudnia 1854 roku. Tak więc w czasie objawień w Gietrzwałdzie dogmat ten nie był jeszcze powszechnie znany, a już na pewno nie znały go dwie dziewczynki, mieszkające w małej wsi na Warmii. Może to wskazywać, iż Maryi zależało bardzo na tym, aby dobrą nowinę o Jej Niepokalanym Poczęciu, szerzyć po całym świecie. 

    To co usłyszały od Matki Bożej, mówiącej do nich po polsku, dokładnie powtórzyły księdzu proboszczowi. Kapłan był ich relacją wstrząśnięty, miał jednak jeszcze pewne wątpliwości, czy mówią prawdę, czy może uczestniczą w jakieś prowokacji. Postanowił więc przeprowadzić próbę. Podczas kolejnego objawienia, kazał im stanąć daleko od siebie, tak aby nie mogły się ze sobą komunikować. Poprosił dziewczynki, aby zapytały Matkę Bożą czy można przyprowadzić do Niej chorych, aby Maryja ich uzdrowiła. Po objawieniu, najpierw poprosił na plebanię Justynę, która oznajmiła mu, że Maryja odpowiedziała na jego pytanie „Później”. Następnie dodała „Ci, którzy chcą być uzdrowieni, niech zaczną już odmawiać różaniec”. Justyna przekazała proboszczowi jeszcze inne Jej przesłania, o których usłyszała tego dnia.

    Następnie proboszcz, osobno, wysłuchał Basi. Ta powtórzyła swoimi słowami dokładnie takie same treści co Justyna, m.in. zapowiedź Maryi „Będę tu jeszcze dwa miesiące” i rzeczywiście objawienia zakończyły się po dwóch miesiącach.  Ten „eksperyment” przekonał księdza Augustyna, iż dziewczynki mówią prawdę  i od tej pory z wielkim oddaniem szerzył wieść o objawieniach oraz przesłaniach, które przekazywała podczas nich Matka Boża.

    Między wieloma pytaniami jakie zadawały Maryi w Gietrzwałdzie dzieci było to „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony, a osierocone parafie na południowej Warmii otrzymają kapłanów?”. W odpowiedzi dziewczynki usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!” Maryja, za pośrednictwem młodych wizjonerek,  przekazała też obietnice bliskiego uwolnienia Kościoła od prześladowań, obsadzenie kapłanami osieroconych parafii diecezji warmińskiej oraz otoczenie opieką jej czcicieli w życiu doczesnym i wiecznym. Wszystko to się spełniło.

    Wielka siła modlitwy

    Maryja ukazywała się dzieciom każdego dnia przez ponad dwa miesiące. Prosiła m.in. o ustawienie obok kościoła krzyża oraz figury symbolizującej Jej Niepokalane Poczęcie. Tak też uczyniono. Figurę Matki Bożej zamówiono u mistrza rzeźbiarskiego w Monachium. Gotową rzeźbę Niepokalanej umieszczono w kapliczce, którą zbudowano za środki pieniężne zebrane przez parafian. Za zorganizowanie tej zbiórki, srogimi grzywnami ukarano wiernych oraz proboszcza ks. Augustyna, który za szerzenie wieści o objawieniach w Gietrzwałdzie był przez władze pruskie aż 70 razy stawiany przed sądem, a nawet przez kilka dni więziony w Olsztynie. Kapliczka, a w niej figura Niepokalanie Poczętej, jednak stanęła. Wkrótce modlący się tam chorzy, zaczęli doznawać łask uzdrowienia. Również na prośbę Maryi dziewczynki poszły do wskazanego przez Nią źródełka, które znajduje się na łąkach koło kościoła. Matka Boża pobłogosławiła to źródełko. Do dziś wierni, przy sadzawce zasilanej woda ze źródełka, otrzymują wiele łask.   

    Podczas objawień Matka Boża kilka razy skarżyła się dzieciom, że wielu ludzi nie ma dla Niej szacunku, co Maryję bardzo boli. Na prośbę proboszcza dziewczynki zapytały Maryi skąd w tych czasach tyle zła. Matka Boża dała odpowiedź, która i dziś jest bardzo aktualna „Teraz, przed końcem świata, szatan obchodzi ziemię jak zgłodniały pies, aby pożreć ludzi”.

    Maryja wskazywała konkretne grzechy, które wtrącają naród polski w szatańską niewolę. Wymieniła m.in. pijaństwo. Niestety to wskazanie jest do dziś bardzo aktualne. Jak mówił ostatnio ks. bp Tadeusz Bronakowski, statystyki pokazują, iż w ubiegłym roku spożycie czystego alkoholu „na głowę” wyniosło niemal 12 litrów. To liczba porażająca!  

    Matka Zbawiciela nie na wszystkie pytania dzieci odpowiadała. Niektóre pytania pozostawiała bez odpowiedzi, uznając pewnie, że odpowiedzi na te pytania w niczym by ludziom nie pomogły. Jednym z takich pytań bez odpowiedzi było: „Czy biskup warmiński będzie aresztowany?” Maryja reagując na tego typu „ciekawskie” zapytania powiedziała dziewczynkom: „Tak nie należy pytać, zamiast tego lepiej się więcej modlić”. Ogólnie główny ciężar przesłań Maryi przekazanych ludziom w Gietrzwałdzie położony był na potrzebę modlitwy. Matka Boża podkreślała, że modlitwa ma wielką moc, tak ogromną, iż potrafi wyznaczyć historię świata oraz historię życia poszczególnych osób.

    Oprócz konkretnego wskazania na modlitwę różańcową, jako potężną broń przeciw złu, Maryja podkreślała też wielokrotnie podczas objawień, iż centrum, sercem modlitwy katolików jest żywy udział w Eucharystii. Kiedy podczas jednego z objawień Justynka Szafryńska, zapytała wprost Matki Bożej, jaka jest hierarchia modlitw – Eucharystii i Różańca, Maryja odpowiedziała: „Największą modlitwą jest udział we Mszy Świętej. Jeżeli więc macie wybierać, to najpierw uczestniczcie w Eucharystii, a potem zmówcie Różaniec. Ponieważ tamta jest ważniejsza od tego”.

    Królowa Ziemi i Nieba odpowiadała też w Gietrzwałdzie na pytania bardzo szczegółowe, dotyczące losów tutejszych obywateli. Proboszcz zapytał za pośrednictwem dziewczynek czy żyje jeszcze jego przyjaciel ksiądz misjonarz o nazwisku Fox. Maryja prosiła dziewczynki aby przekazały swojemu proboszczowi, że misjonarz żyje i ma się dobrze. Skierowano też pytanie do Matki jak potoczyły się losy pewnego mieszkańca Gietrzwałdu, który wiele lat temu wyruszył w świat w poszukiwaniu szczęścia. Maryja poinformowała zainteresowanych, za pośrednictwem Justynki oraz Basi, że jest on już szczęśliwy, ale po drugiej stronie życia. Wizyty Matki Bożej w gietrzwałdzkiej parafii miały więc czasem charakter bardzo rodzinny i swojski. Mateczka rozmawiała po prostu ze swoimi dziećmi o wszystkim co dla rodziny ważne, o sprawach wielkich, ale i o tych mniejszych.  

    Kiedy nadszedł czas pożegnania, również miało ono charakter bardzo rodzinny. Było to 8 września roku pańskiego 1877, święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, a jednocześnie odpust w gietrzwałdzkiej parafii, której kościół nosi to piękne wezwanie. Wieść o objawieniach Maryjnych w Gietrzwałdzie zdążyła się już rozejść bardzo szeroko po całym świecie. Na odpust do tej niedużej wsi przybyło około 70 tysięcy wiernych, w ogromnej większości Polaków. Podczas objawienia 8 września Justynka i Basia zapytały Matkę Bożą czy powinny pójść do zakonu i poświęcić się życiu konsekrowanemu. Maryja  odpowiedziała: „Powinnyście iść do klasztoru”. Tak też zrobiły. Żegnając się ze swoimi ziemskimi dziećmi w Gietrzwałdzie Maryja pocieszyła nas i umocniła w wierze mówiąc: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 września

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Melchior Grodziecki, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Eugenia Picco, zakonnica
    ***
    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski

    Ignacy urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu w patriotycznej i głęboko wierzącej rodzinie. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Dalsze kształcenie podjął w seminarium duchownym w Lublinie i w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej.
    Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Jednocześnie w lubelskim seminarium duchownym od 1892 r. przez czternaście lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego. Pracował też w wikariacie katedralnym, a potem był rektorem kościoła św. Stanisława (w tym czasie pomagał prześladowanym unitom).
    Swojej działalności nie ograniczał do obowiązków duszpasterskich. Był wrażliwy na potrzeby innych i nie pozostawał obojętnym wobec biedy i upadku moralnego, z którymi zetknął się w czasie swojej pracy. Z myślą o bezdomnych i bezrobotnych już w 1893 r. stworzył Lubelski Dom Zarobkowy, w którym mogli oni pracować w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Zadbał również o kształcenie zacofanego społeczeństwa, inicjując szkołę rzemieślniczą. Trzy lata później dla moralnie upadłych kobiet założył Przytułek św. Antoniego. Zakładał też domy opieki dla starców i sierocińce.
    Z pomocą bogatych ziemian zainicjował też założenie w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich; pomagały mu w tym także siostry zgromadzenia Służek Niepokalanej z Mariówki, za co Ignacego spotkały represje ze strony władz rosyjskich.
    Pisał, wydawał i rozpowszechniał modlitewniki oraz tanie broszurki religijno-patriotyczne. Wydawał: dziennik “Polak-Katolik”, tygodniki “Posiew” i “Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci), miesięczniki “Dobra Służąca” i “Kółko Różańcowe”. Łączny ich nakład wyniósł ponad 8 milionów egzemplarzy. Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował “Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać “Głos Kapłański”. Zakładał też księgarnie.
    W 1908 r. przeniósł się z działalnością wydawniczą do Warszawy, aby ją rozwinąć na szerszą skalę. Mimo kłopotów z cenzurą, trudności finansowych i krytyki ze strony prasy liberalnej, trwał wiernie przy tej formie apostolstwa.
    W Warszawie prowadził także pracę duszpasterską. W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem dominikańskiego kościoła przy ul. Freta, którym opiekowało się duchowieństwo diecezjalne po usunięciu zakonników w ramach carskich represji. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Pelnił rownież funkcje dziekana praskiego i kanonika gremialnego kapituły warszawskiej.
    Kierując się chęcią zapewnienia ciągłości zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 r. założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które kontynuują dzieło ks. Kłopotowskiego, prowadząc drukarnię oraz wydawnictwo, w którym ukazuje się wiele pism i książek.
    Ks. Ignacy przyczynił się do powstania domów noclegowych, przytułków dla starców i kobiet oraz ochronek dla dzieci i młodzieży również w Warszawie. W 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Dziś Loretto stało się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej.
    Ks. Kłopotowski organizował dla najbiedniejszych bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.
    Ludzie, którzy zetknęli się z nim, nazywali go “prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Jako kapłan odznaczał się wielką gorliwością, umiłowaniem Boga i bliźniego, wiernością modlitwie, szczególną czcią Najświętszej Eucharystii i gorącym nabożeństwem do Matki Najświętszej.

    Grób bł. Ignacego KłopotowskiegoI

    gnacy Kłopotowski zmarł nagle 7 września 1931 r., w wigilię święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W dniu śmierci ostatnią Mszę św. swego życia odprawił przy Jej ołtarzu w kościele św. Floriana.
    Początkowo został pochowany na Powązkach, ale zgodnie z jego wolą 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto, a w 2000 r. prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.
    Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 1988 r. W grudniu 2004 r. w obecności papieża św. Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót ks. Ignacego. 3 maja 2005 r. Stolica Apostolska orzekła, że złożone w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych udokumentowane świadectwo uzdrowienia ks. Antoniego Łatko z Szerokiej ma charakter cudu dokonanego za pośrednictwem ks. Kłopotowskiego. Beatyfikacja ks. Ignacego odbyła się 19 czerwca 2005 r. w Warszawie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    6 września

    Błogosławiony Michał Czartoryski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Magnus z Füssen
    ***
    Błogosławiony Michał Czartoryski

    Jan Franciszek Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej. Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą, zarówno matka, jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. W wieku trzech lat Jan przeszedł ciężką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wychowania w domu, uczył się w prywatnej szkole “Ognisko” prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod Warszawą. Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych.
    Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży “Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów “Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.
    W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wypełniło większość jego życia zakonnego. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na warszawskim Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 r. został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.
    Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył o. Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK “Konrad” i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy “Alfa-Laval” u zbiegu ulic Tamka i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niosąc otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze.
    W nocy z 5 na 6 września 1944 r. odziały III Zgrupowania AK “Konrad” wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile i o. Michał. Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji; jak przekazał jeden ze świadków, “łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach nie opuści”. Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14 w szpitalnym pomieszczeniu został rozstrzelany wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Ciała zabitych wywleczono na barykadę, oblano benzyną i podpalono. Ocalałe resztki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Kiedy w rok później przeprowadzono ekshumację szczątek w celu przeniesienia ich do wspólnego grobu powstańców na Woli, ciała o. Michała już nie rozpoznano.
    Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 13 czerwca 1999 r. w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 września

    Święta Matka Teresa z Kalkuty,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktoryn, męczennik
    ***
    Święta Matka Teresa z Kalkuty

    Matka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”.
    Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia.
    W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci.
    Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996).
    Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych.
    Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie.
    Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    Matka Teresa z Kalkuty widziała Pana jak św. Faustyna
    fot. via Wikipedia (John Mathew Smith & www.celebrity-photos.com from Laurel Maryland, USA), CC BY-SA 2.0

    ***

    Matka Teresa z Kalkuty widziała Pana jak św. Faustyna

    Nawet jej wielki przyjaciel i przez niemal 30 lat kierownik duchowy, ojciec Sebastian Vazhakal, nie zawsze wiedział, że Matka Teresa rozmawiała z Jezusem i miała nadprzyrodzone wizje. Najbardziej mistyczna część jej życia miała miejsce jeszcze przed tym nim założyła zgromadzenie Misjonarek. Ta część jej duchowych doświadczeń została ujawniona dopiero po jej śmierci i dla wielu “To było wielkie odkrycie,” jak twierdzi ten kapłan, Misjonarz Miłosierdzia, dla telewizji CNA.

    Matka Teresa zmarła w opinii świętości i już w samej chwili śmierci można się było spodziewać, że jej wszelkie zapiski potrzebne będą do procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego. Zatem jej dokumenty były zabezpieczane i stopniowo gromadzone w archiwach jezuitów w Kalkucie. Jej proces kanonizacyjny został otwarty wyjątkowo szybko, bo już w dwa lata po jej śmierci. Odnaleziono wówczas także jej korespondencję z kierownikiem duchowym ojcem Vazhakala, który współtworzył z nią Zgromadzenie Sióstr. W tych pismach czytamy o tym że Jezus przemawiał do Matki Teresy podczas bezpośrednich objawień i wizji, tak jak pokazywał się św Siostrze Faustynie.

    Według tych dokumentów objawienia te trwały od 10 września 1946 do 3 grudnia 1947 roku. Wówczas św. Matka Teresa była w stałym dialogu z Jezusem poprzez słowa i wizje. Wówczas była jeszcze zakonnicą w innym zgromadzeniu i uczyła w szkole w Kalkucie. Matka Teresa pisze, że jednego dnia podczas Komunii świętej, usłyszała jak Jezus powiedział do niej: “Chcę aby powstało zgromadzenie indyjskich zakonnic, ofiar miłości mojej, które byłyby jak Maria i Marta, które byłyby tak zjednoczone ze mną, aby promieniowały moją miłością na dusze”. To dzięki temu i innym słowom Jezusa Eucharystycznego, Matka Teresa otrzymała ukierunkowanie w kształtowaniu tworzonego przez nią zgromadzenia Misjonarek Miłości. Jej kierownik duchowy twierdzi że istotnie była ona tak zjednoczona z Jezusem, że to właściwie nie ona kochała, ale sam Jezus kochał ludzi przez nią.

    Jezus powiedział jej dokładnie, powstania jakiego rodzaju zgromadzenia zakonnic by oczekiwał. Jezus chciał aby były skryte w ubóstwie Krzyża, aby były posłuszne posłuszeństwem Krzyża, aby były pełne miłości. Ten okres duchowej pociechy i wsparcia nie trwał jednak długo. Po tym okresie radości około 1949 roku Matka Teresa zaczęła doświadczać “straszliwej ciemności i oschłości” w jej życiu duchowym, mówiła o tym cierpieniu do ks Vazhakala. “że na początku myślała, że ​​to opuszczenie jest z powodu jej własnej grzeszności, niegodności, jej własnych słabości. Kierownik duchowy Matki Teresy pomógł jej zrozumieć, że ta duchowa oschłość, to był tylko kolejny sposób na jaki Jezus pragnął, aby uczestniczyła w nędzy ubogich z Kalkuty. Okres ten trwał prawie 50 lat, aż do śmierci i był ​​bardzo bolesny. To właśnie z tej oschłości św Matka Teresa jest bardziej znana niż z mistycznych wizji.

    Ale nawet te duchowe cierpienia św Matka Teresa znosiła w łączności z Jezusem. Powiedziała kiedyś “Jeżeli moja ciemność i oschłości może być światłem dla jakiejś duszy, to pozwól abym była w tym pierwsza. Jeśli moje życie, jeśli moje cierpienie, może pomóc w czymś duszom, wówczas chcę cierpieć i umierać, choćby miało to trwać od stworzenia świata aż do końca czasu. “

    Ludzie na całym świecie wiedzą o widocznych aktach miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty, o jej czynach wobec ubogich, ale jej życie wewnętrzne z etapu objawień Jezusa nie jest ludziom znane

    Mottem Matki Teresy, wezwaniam jej zgromadzenia, były słowa Jezusa wypowiedziane z Krzyża: “Pragnę”. I chociaż to opiekowanie się Jezusem obecnym w bliźnich miało bardzo materialny charakter, poprzez karmienie osób umierających w zakładanych przez nią domach opieki, to źródło tego pragnienia i siły do realizacji tych wielkich dzieł tkwiły w jej nadzwyczajnej relacji z Jezusem. Ta codzienna modlitwa motywowała ją do ofiar i działania niemal bez odpoczynku.

    Matka Teresa nie zamierzała odpoczywać po swojej śmierci. Mówiła: “Kiedy umrę i pójdę do domu Boga, wówczas będę mogła przyprowadzić jeszcze więcej dusz do Boga”, Jej kierownik duchowy wspomina, że powiedziała “Nie będę spać w niebie, ale idę do cięższej pracy w innej formie.”

    Maria Patynowska/za: www.catholicnewsagency.com/fronda.pl

    _______________________________________________________________________________

    Specjalistka od ciemności

    Matka Teresa z Kalkuty
    św. Matka Teresa z Kalkuty
    Makata z katedry w Kosowie/fot. H.Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    „Jeśli kiedykolwiek będę świętą, na pewno będę świętą od ciemności. Będę nieobecna w Niebie, aby zapalać światło tym, którzy są w ciemności na ziemi” – pisała o sobie.

    O matce Teresie z Kalkuty napisano grube tomy, z których najbardziej poruszająca jest opasła książka „Pójdź, bądź moim światłem”. Z materiałów zebranych przez Briana Kolodiejchuka, postulatora jej procesu kanonizacyjnego, wyłania się postać poruszająca się w duchowym mroku, zawstydzająca swą wiarą otoczenie, a jednocześnie, w ukryciu, wołająca desperacko: „Boże, jeśli istniejesz, zmiłuj się nade mną!”.

    Jaka była urodzona 112 lat temu w macedońskim Skopje Agnes Gonxha Bojaxhiu? „Niestrudzenie niosąca pomoc najuboższym, uśmiechnięta, bez reszty oddana innym” – wymienimy na jednym oddechu. To prawda. Najlepiej o jej wierze, zdolnej przenosić góry, opowiadają historie z jej życia. Jak na dłoni ukazują jej świętość i radykalizm wyborów.

    Mawiała: „Jeżeli chcecie być szczęśliwe, nigdy nie dopuszczajcie do siebie goryczy. Jeżeli naprawdę oddacie się Bogu, w waszym »tak« zawarte będzie upokorzenie, porażka, sukces, smutek, ból. Nigdy, ale to nigdy nie obrażajcie się, kiedy zostaniecie upomniane. Obrażanie się jest owocem dumy”.

    – Wylądowałem w Indiach, gdzie pracowała już matka Teresa – opowiadał misjonarz o.  Marian Żelazek. – Nasze pierwsze spotkanie? Platforma kolejowa. Było strasznie gorąco, z 47 stopni. Patrzę, a z daleka idą trzy siostry. Umęczone upałem. Kupiłem coca-colę i mówię jakiemuś chłopakowi: „Zanieś to siostrom”. Za chwilę wrócił z pełnymi butelkami i mówi: „Nie chcą”. „Jak to?”. I wtedy jedna z nich podeszła do mnie i rzuciła: „Jestem matka Teresa”. „Dlaczego siostry nie piją coca-coli?”. „Bo mamy regułę: nie przyjmujemy nic w czasie podróży. Na platformie jest wielu biednych. Kupiłby ojciec im wszystkim ten napój?”.

    – To była miłość w akcji – opowiadał mi przed laty karmelita o. John Gibson, kuzyn słynnego Mela, przez lata spowiednik założycielki kalkutek. – Namówiła mnie, bym ruszył do Albanii, najbiedniejszego kraju Europy. Przebywałem tam przez trzy lata. W tym czasie otwarłem 40 parafii i ochrzciłem około 5 tysięcy ludzi. Przyjechała do mnie na chwilę. Pewnego dnia zapytała: „Chciałabym tu zostać, ale mam jeszcze kilka spraw do załatwienia w Kalkucie. Czy zgodzisz się na mój powrót?”. Jej pokora całkowicie mnie zaskoczyła. Miała już Pokojową Nagrodę Nobla, a teraz ta kobieta prosi mnie, zwyczajnego amerykańskiego księdza, o pozwolenie na powrót do domu!

    Po otrzymaniu wspomnianej nagrody w rozmowie z dziennikarzem matka Teresa powiedziała, że poprzez swoje powołanie należy do całego świata, jednak jej serce należy całkowicie do Jezusa.

    5 września 1997 roku o godzinie 20.00 – gdy zaczęła mieć trudności z oddychaniem – nieoczekiwanie zabrakło prądu i dom zgromadzenia pogrążył się w ciemności. Po raz pierwszy w historii wysiadły dwa niezależne źródła zasilania. „Święta od ciemności” odchodziła, gdy Kalkuta pogrążyła się w gęstym mroku.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 września

    Bł. Maria Stella i Towarzyszki,
    męczennice z Nowogródka

    Zobacz także:
      •  Święta Rozalia, dziewica
      •  Najświętsza Maryja Panna, Matka Pocieszenia
      •  Błogosławieni męczennicy francuscy
      •  Święty Bonifacy I, papież
      •  Błogosławiona Katarzyna z Racconigi
      •  Błogosławiona Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
      •  Mojżesz, prorok i prawodawca
    ***
    Błogosławione męczennice z Nowogródka

    Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom.
    Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele.
    6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków.
    Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął.
    31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach.
    Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna.
    Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli.
    Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele.
    5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________-

    4 września – wspomnienie nazaretanek męczennic z Nowogródka

    Sample

    fot. www.nazaretanki.krakow.pl

    ***

    Kościół katolicki wspomina 4 września błogosławioną siostrę nazaretankę Marię Stellę (Adela Mardosewicz) i jej 10 towarzyszek z klasztoru w Nowogródku. 1 sierpnia 1943 r. rozstrzelali je Niemcy w lesie oddalonym o kilka kilometrów od ich macierzystego domu. Zakonnice ofiarowały swe życie za aresztowanych mieszkańców miasta, wypełniając w heroiczny sposób nazaretański charyzmat służby rodzinie. Błogosławionymi ogłosił je 5 marca 2000 w Watykanie św. Jan Paweł II.

    „Jesteście najcenniejszym dziedzictwem zgromadzenia nazaretanek. Jesteście dziedzictwem całego Kościoła Chrystusowego po wszystkie czasy, zwłaszcza na Białorusi” – powiedział w czasie beatyfikacji papież.

    Obok swej przełożonej zginęły wówczas siostry: Imelda (Jadwiga Żak), Rajmunda (Anna Kukołowicz), Daniela (Eleonora Jóźwik), Kanuta (Józefa Chrobot), Sergia (Julia Rapiej), Gwidona (Helena Cierpka), Felicyta (Paulina Borowik), Heliodora (Leokadia Matuszewska), Kanizja (Eugenia Mackiewicz) i Boromea (Weronika Narmontowicz).

    Do dziś zachował się wstrząsający wiersz-modlitwa s. Imeldy: „Spraw Panie, by moja modlitwa była jak ciężki kamień sięgający dna boskiej głębi, a na powierzchni wód zataczała coraz szersze kręgi…”.

    Nazaretanki przybyły do Nowogródka w 1929 r. na zaproszenie ówczesnego biskupa pińskiego Zygmunta Łozińskiego, obecnie sługi Bożego. Miały objąć opiekę nad miejscową Białą Farą – kościołem Przemienienia Pańskiego oraz zająć się wychowaniem i nauczaniem miejscowych dzieci. Mieszkańcy miasteczka kochali swoje siostry, wysoko cenili ich pracę i zaangażowanie. Mówili o nich „nasze siostry”, a dla licznych tam innowierców w tym wieloetnicznym regionie były one „paniami siostrami”. Były najlepszymi siostrami dla wszystkich i najpokorniejszymi służebnicami Pana – wspominają do dzisiaj ci, którzy je pamiętają.

    Zakonnice, otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, jeszcze bardziej udzielały się w czasie okupacji, gdy trzeba było pocieszać, pomagać, modlić się i współczuć rodzinom prześladowanych, więzionych i mordowanych.

    W Nowogródku wojna rozpoczęła się w niedzielę 17 września 1939, gdy do zebranych na mszy w farze dotarła wiadomość o przekroczeniu granicy Rzeczpospolitej przez armię sowiecką. Siostrom zaraz odebrano szkołę. Przeniosły się do zabudowań gospodarczych, ale i te najeźdźcy im zabrali. Aby przeżyć, musiały szukać mieszkania i pracy zarobkowej w mieście, gdzie Polaków było coraz mniej. Rosjanie masowo ich aresztowali i wywozili na Syberię i do Kazachstanu. Najliczniejsze deportacje nastąpiły w lutym 1940 r. i w kwietniu 1941 r.

    Terror okupacyjny po zajęciu tych ziem przez Niemców rozpoczął się w 1942 r. eksterminacją Żydów, po czym nastąpiła fala aresztowań ludności polskiej. Na wiosnę tego roku Niemcy wydali zakaz używania języka polskiego w kościołach. Ukoronowaniem tych działań było aresztowanie w nocy z 28 na 29 czerwca 1942 r. wielu Polaków, głównie spośród inteligencji oraz zbiorowa egzekucja ponad 60 osób, w tym dwóch kapłanów.

    Podobna sytuacja powtórzyła się 18 lipca 1943 r., gdy aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania uwięzionych. Wówczas siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Poinformowała o tym kapelana i rektora fary ks. Aleksandra Zienkiewicza pełniąca obowiązki przełożonej s. Stella, wypowiadając w imieniu wszystkich sióstr słowa: „Mój Boże, jeśli potrzebna jest ofiara z życia, niech raczej nas rozstrzelają, aniżeli tych, którzy mają rodziny, modlimy się nawet o to”.

    Uwięzieni nie mieli pojęcia, że ktoś za nich chciał oddać życie. Wkrótce wywieziono ich na roboty do Niemiec, a kilku nawet zwolniono. Wobec dalszego zagrożenia życia jedynego w całej okolicy kapłana, wspomnianego ks. Zienkiewicza, siostry ponowiły gotowość ofiary za niego: „Boże mój, Boże, Ksiądz Kapelan jest o wiele potrzebniejszy na tym świecie niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg ofiarę przyjął. Zarówno uwięzieni, jak i kapłan ocaleli. To oni właśnie stali się głosicielami wiary w skuteczność pośrednictwa sióstr u Boga.

    Błogosławione siostry Stella i 10 jej towarzyszek ofiarą z życia heroicznie wypełniły nazaretański charyzmat służby rodzinie. Niemcy uwięzili je 31 lipca, a rankiem następnego dnia wywieźli za miasto i rozstrzelali nad przygotowanym uprzednio dołem. W nim też spoczęły 1 sierpnia 1943 r. Ich egzekucję w pobliżu położonej kilka kilometrów za Nowogródkiem leśniczówki „Batorówka” przedstawił na swym obrazie Adam Styka.

    S. Małgorzata Banaś, która pozostała przy życiu, gdyż w tym czasie pracowała w szpitalu, odnalazła wkrótce miejsce stracenia swoich współsióstr. 19 marca 1945 r. ekshumowano ciała rozstrzelanych zakonnic, a ludność Nowogródka z głęboką czcią i wdzięcznością urządziła im triumfalny pogrzeb, składając ich trumny przy kościele farnym. Nad sarkofagiem w kaplicy Matki Bożej Nowogródzkiej widnieje cytat: „On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci”.

    Już wkrótce zaczęto się zwracać do nowogródzkich męczennic z prośbami o wstawiennictwo w różnych potrzebach. Liczne łaski wypraszane w niebie przez zakonnice zostały wysłuchane przez Boga. W lutym 2003 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny s. Małgorzaty, zmarłej 26 kwietnia 1966 r. w wieku 70 lat. „Pozostała tutaj przez resztę swego życia, była bardzo znana, kochana, wszystkie się modlimy o jej rychłą beatyfikację, bo sobie na to naprawdę zasłużyła” – powiedziała s. Adriana. W czerwcu tegoż roku doczesne szczątki sługi Bożej s. Małgorzaty przeniesiono do fary i spoczęły w kaplicy obok jej 11 błogosławionych współsióstr.

    Wspomnienie liturgiczne 11 męczennic nazaretańskich obchodzone jest 4 września. Tego dnia w 1929 r. do Nowogródka przyjechały dwie pierwsze siostry, aby objąć „stałą i niezależną opiekę nad starożytną farą”, w której m.in. został ochrzczony Adam Mickiewicz.

    Teresa Sotowska (KAI) | Nowogródek

    _________________________________________________________________________

    Zakonnice brutalnie zamordowane przez Niemców. „Ich śmierć to wezwanie do modlitwy o pokój”
    fot. Fczarnowski via: CC BY-SA 4.0

    ***

    Zakonnice brutalnie zamordowane przez Niemców. „Ich śmierć to wezwanie do modlitwy o pokój”

    4 września przypada wspomnienie Błogosławionych Nazaretanek. S. Maria Stella i jej towarzyszki zostały brutalnie zamordowane przez Niemców 1 sierpnia 1943 roku, ofiarowując swoje życie za uratowanie kapłana i ojców rodzin z Nowogródka. Przełożona prowincji warszawskiej Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek s. Wiesława Hyzińska podkreśla, że ich męczeńska śmierć jest dziś „wezwaniem do modlitwy za rodziny i o pokój”.

    W 1939 roku Nowogródek został okupowany przez Armię Czerwoną. W 1941 roku do miasta wkroczyły jednak wojska niemieckie, które już trzy tygodnie po jego zajęciu rozpoczęły publiczne egzekucje. W lipcu 1943 roku 11 nazaretanek zgłosiło się na gestapo, aby ofiarować swoje życie za 120 przeznaczonych do rozstrzelania osób. Aresztowanym zamieniono karę śmierci na przymusowe roboty w Niemczech, a nielicznych uwolniono. Wszyscy wywiezieni przeżyli wojnę. Zakonnice zostały rozstrzelane 1 sierpnia.

    – „Męczennice z Nowogródka wskazują, że modlitwa, ofiarne życie i troska o drugiego człowieka są wyzwaniem rzuconym potędze wojny, zła i nienawiści”

    – podkreśliła przełożona prowincji warszawskiej Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek s. Wiesława Hyzińska, z okazji dzisiejszego wspomnienia liturgicznego błogosławionych męczennic.

    Przypominając o posłudze Błogosławionych Sióstr z Nowogródka w czasie II wojny światowej, s. Hyzińska wskazała, że również dziś nazaretanki służą rodzinom udręczonym wojną na Ukrainie.

    kak/Gość.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 września

    Święty Grzegorz Wielki,
    papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Marinus, pustelnik
      •  Święta Feba z Kenchr, wdowa
      •  Błogosławiony Gerard z Jerozolimy, zakonnik
      •  Błogosławiony Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
    ***
    Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

    Święty Grzegorz Wielki

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Święty Grzegorz Wielki - reformator śpiewu kościelnego

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.

    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

    Zurbaran: Święty Grzegorz Wielki
    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    (…) Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy.

    Drodzy bracia i siostry!

    W ubiegłą środę mówiłem o mało znanym na Zachodzie Ojcu Kościoła – Romanie Pieśniarzu, dziś chciałbym przedstawić postać jednego z największych Ojców w dziejach Kościoła, jednego z czterech doktorów Zachodu, papieża św. Grzegorza, który był biskupem Rzymu od 590 do 604 roku i któremu tradycja nadała tytuł Magnus, Wielki. Grzegorz rzeczywiście był wielkim papieżem i wielkim doktorem Kościoła! Urodził się w Rzymie około roku 540 w zamożnej rodzinie patrycjuszów z rodu Anicjuszy, który wyróżnił się nie tylko swą szlachecką krwią, ale także ze względu na służbę Stolicy Apostolskiej. Z rodziny tej wyszło dwóch papieży: Feliks III (483-92), pradziad Grzegorza i Agapit (535-36). Dom, w którym wychował się Grzegorz, znajdował się na Clivus Scauri, otoczonym przez szacowne gmachy, będące świadectwem wielkości starożytnego Rzymu i duchowej siły chrześcijaństwa. Szczytne uczucia chrześcijańskie wpajali mu także swoim przykładem rodzice – Gordian i Sylwia, oboje czczeni jako święci, oraz dwie ciotki ze strony ojca, Emiliana i Tarsylia, mieszkające we własnym domu jako dziewice konsekrowane i żyjące modlitwą i ascezą.

    Grzegorz rozpoczął wcześnie karierę administracyjną, której poświęcił się także jego ojciec i w 572 r. osiągnął jej szczyt, zostając prefektem miasta. Urząd ten, skomplikowany z powodu ponurych czasów, pozwolił mu zająć się w szerokim wymiarze wszelkiego rodzaju problemami administracyjnymi i zdobyć doświadczenie do zadań czekających go w przyszłości. W szczególności pozostało mu głębokie poczucie porządku i dyscypliny: zostawszy papieżem, podpowie biskupom, by postawili sobie za wzór w zarządzaniu sprawami Kościoła skrupulatność i poszanowanie praw właściwe funkcjonariuszom cywilnym. Życie to musiało go jednak nie zadowalać, skoro niedługo potem postanowił zrezygnować ze wszystkich urzędów świeckich, by zamknąć się w domu i podjąć życie mnicha, przekształcając rodzinny dom w klasztor św. Andrzeja na Celio. Z tego okresu życia monastycznego, życia w nieustannym dialogu z Panem we wsłuchiwaniu się w Jego słowo, pozostanie mu nieustanna tęsknota, która wciąż na nowo i coraz bardziej przebija z jego homilii: pośród myśli podyktowanych troskami pasterskimi powracać będzie do niego w swoich pismach jako do czasu szczęśliwego zatopienia w Bogu, oddania się modlitwie i spokojnej nauce. W ten sposób mógł zdobyć głęboką wiedzę o Piśmie Świętym i Ojcach Kościoła, która służyła mu później w jego dziełach.

    Klauzura Grzegorza nie trwała jednak długo. Cenne doświadczenie zdobyte w administracji cywilnej w okresie brzemiennym w poważne problemy, stosunki, jakie nawiązał, pełniąc ten urząd, z Bizantyńczykami, powszechny szacunek, jaki sobie zaskarbił, skłoniły papieża Pelagiusza do mianowania go diakonem i wysłania do Konstantynopola w charakterze swego apokryzariusza, dziś byśmy powiedzieli – nuncjusza apostolskiego, by przyczynić się do przezwyciężenia ostatnich resztek sporu z monofizytyzmem a przede wszystkim, aby pozyskać poparcie cesarza dla wysiłków powstrzymania naporu Longobardów. Pobyt w Konstantynopolu, gdzie wraz z grupą mnichów podjął na nowo życie monastyczne, był dla Grzegorza niezwykle ważny, umożliwił mu bowiem bezpośrednie poznanie świata bizantyńskiego, jak również zbliżenie się do problemu Longobardów, który na trudną próbę wystawił później jego biegłość i energię w latach pontyfikatu. Po kilku latach papież wezwał go do Rzymu i mianował go swoim sekretarzem. Były to trudne lata: nieustanne deszcze, rzeki występujące z brzegów, głód nękały wiele obszarów Italii i sam Rzym. W końcu wybuchła też zaraza, która pociągnęła liczne ofiary, wśród których był także papież Pelagiusz II. Duchowieństwo, lud i senat jednogłośnie wybrały na jego następcę na Stolicy Piotrowej właśnie Grzegorza. Starał się temu opierać, próbując nawet ucieczki, ale nic to nie dało i w końcu musiał ulec. Był rok 590.

    Widząc w tym, co się stało, wolę Boga, nowy papież przystąpił natychmiast z zapałem do pracy. Od samego początku wykazał się wyjątkowo przenikliwym osądem rzeczywistości, z którą musiał się zmierzyć, niezwykłą zdolnością pracy w podejmowaniu spraw zarówno kościelnych, jak i cywilnych, stałym zachowywaniem równowagi w podejmowaniu decyzji, nawet śmiałych, jakich wymagał od niego sprawowany urząd. Zachowała się bogata dokumentacja związana z jego rządami dzięki Rejestrowi jego listów (ponad osiemset), w których znalazło odbicie codzienne borykanie się ze złożonymi pytaniami, jakie trafiały na jego biurko. Były to problemy nadsyłane przez biskupów, opatów, duchownych a nawet przez władze świeckie różnego szczebla i rangi. Wśród problemów, które dręczyły wówczas Włochy i Rzym, jeden był szczególnej wagi dla życia zarówno obywatelskiego, jak i kościelnego: sprawa Longobardów. Poświęcił jej papież całą swą energię, mając na względzie jej prawdziwie pokojowe rozwiązanie. W odróżnieniu od cesarza Bizancjum, który wychodził z założenia, że Longobardowie to jedynie nieokrzesane jednostki i łupieżcy, których należy pokonać lub wytępić, św. Grzegorz patrzył na tych ludzi oczyma dobrego pasterza, troszcząc się o głoszenie im słowa zbawienia, nawiązując z nimi braterskie stosunki w perspektywie przyszłego pokoju, opartego na wzajemnym szacunku i pokojowym współistnieniu między Italią, Cesarstwem Wschodnim i Longobardami. Zajął się nawracaniem młodych narodów i nowym układem sił w Europie: Wizygoci w Hiszpanii, Frankowie, Saksończycy migrujący do Brytanii oraz Longobardowie byli uprzywilejowanymi adresatami jego misji ewangelizacyjnej. Obchodziliśmy wczoraj liturgiczne wspomnienie św. Augustyna z Canterbury, stojącego na czele grupy mnichów wysłanych przez Grzegorza do Brytanii, by ewangelizować Anglię.

    Papież zaangażował się w osiągnięcie rzeczywistego pokoju w Rzymie i w Italii – był prawdziwym mediatorem – podejmując szybkie rokowania z królem Longobardów Agilulfem. Rokowania doprowadziły do zawieszenia broni, które trwało prawie trzy lata (598-601), po czym można było zawrzeć w 603 trwalszy rozejm. Ten pozytywny rezultat osiągnięty został dzięki równoległym kontaktom, jakie papież utrzymywał z królową Teodolindą, która była księżniczką bawarską i w odróżnieniu od wodzów innych plemion germańskich katoliczką, głęboką katoliczką. Zachował się szereg listów papieża Grzegorza do tej królowej z wyrazami szacunku i przyjaźni do niej. Teodolinda zdołała stopniowo doprowadzić króla do katolicyzmu, przygotowując w ten sposób drogę dla pokoju. Papież zatroszczył się nawet o wysłanie jej relikwii do bazyliki św. Jana Chrzciciela, którą kazała wznieść w Monzy, nie omieszkał też wystosować do niej życzeń i cennych darów dla tejże katedry w Monzy z okazji narodzin i chrztu syna Adaloalda. Postawa tej królowej stanowi piękne świadectwo znaczenia kobiet w historii Kościoła.
    W gruncie rzeczy Grzegorz stale stawiał przed sobą trzy cele: powstrzymać ekspansję Longobardów w Italii; ochronić królową Teodolindę od wpływu schizmatyków i umocnić jej katolicką wiarę oraz pośredniczyć między Longobardami a Bizantyńczykami w perspektywie porozumienia, które zapewniłoby pokój na półwyspie, a zarazem pozwoliłoby prowadzić działalność ewangelizacyjną wśród samych Longobardów. Dwojaka była więc zawsze jego stała orientacja w tej złożonej historii: dążyć do porozumień na płaszczyźnie dyplomatyczno-politycznej, szerzyć orędzie prawdziwej wiary wśród ludności.

    Obok działalności czysto duchowej i duszpasterskiej papież Grzegorz brał czynny udział w wielorakiej działalności społecznej. Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy. Ponadto tak w Rzymie, jak i w innych częściach Włoch, podjął dzieło starannego uporządkowania administracji, wydając dokładne polecenia, aby dobra Kościoła, służące jego utrzymaniu i działalności ewangelizacyjnej na świecie, zarządzane były z całkowitą prawością i zgodnie z zasadami sprawiedliwości i miłosierdzia. Wymagał, by rolnicy chronieni byli przed nadużyciami dzierżawców gruntów należących do Kościoła, a w razie oszustwa by otrzymywali natychmiastowe odszkodowanie, aby oblicza Oblubienicy Chrystusa nie zatruł nieuczciwy zysk.

    Tę intensywną działalność Grzegorz prowadził mimo słabego zdrowia, które zmuszało go do częstego leżenia w łóżku przez długie dni. Posty praktykowane w latach życia monastycznego spowodowały poważne zaburzenia układu trawienia. Ponadto miał bardzo słaby głos, tak iż często zmuszony był do powierzania diakonowi lektury swoich kazań, aby obecni w rzymskich bazylikach wierni mogli go słyszeć [Dzięki Bogu mamy dziś w rzymskich bazylikach mikrofony]. Robił jednak wszystko, aby odprawiać w dni świąteczne Missarum sollemnia, czyli uroczystą Mszę św. i wówczas osobiście spotykał się z ludem Bożym, który był do niego bardzo przywiązany, widział w nim bowiem wiarygodny punkt odniesienia, z którego czerpać można było pewność: nieprzypadkowo szybko przylgnął do niego przydomek „consul Dei”. Mimo niezwykle trudnych warunków, w jakich przyszło mu działać, zdołał dzięki świętości życia i bogatemu człowieczeństwu zdobyć zaufanie wiernych, osiągając naprawdę ogromne rezultaty na swoje czasy i na przyszłość. Był człowiekiem zatopionym w Bogu: pragnienie Boga było stale żywe w jego duszy i właśnie dlatego był zawsze bliski bliźniemu, potrzebom ludzi swoich czasów. W czasach nieszczęść, wręcz beznadziejnych potrafił wnosić pokój i dawać nadzieję. Ten mąż Boży pokazuje nam, gdzie znajdują się prawdziwe źródła pokoju, skąd płynie prawdziwa nadzieja, i w ten sposób staje się przewodnikiem także dla nas, dzisiaj.

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI -2008/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________

    Św. Grzegorz Wielki, doktor Kościoła, który wprowadził zwyczaj odprawiania za zmarłych Mszy św. gregoriańskich

    Św. Grzegorz Wielki, doktor Kościoła, który wprowadził zwyczaj odprawiania za zmarłych Mszy św. gregoriańskich

    “Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo…”

    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.

    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru. 

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.

    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.

    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.

    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.

    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.

    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.

    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu. 

    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.

    ren/brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 września

    Błogosławieni męczennicy Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel, Seweryn Girault oraz Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Beatrycze z Silvy, dziewica
      •  Święty Wilhelm, biskup
      •  Błogosławiona Ingrida Szwedzka, zakonnica
    ***
    Ścięcie na gilotynie - powszechna metoda wykonywania wyroków śmierci w czasie rewolucji francuskiej

    Wielka Rewolucja Francuska (1789-1799) miała wśród swoich celów m.in. zniesienie katolicyzmu we Francji. Radykałowie przeforsowali uchwałę stanowiącą o tym, że wszystkie dobra kościelne mają przejść na własność skarbu państwa, a duchowni, jak wszyscy urzędnicy, będą otrzymywali pensję. Zaczęły się sypać jedne po drugich uchwały i dekrety wrogie Kościołowi. 13 lutego 1790 r. uchwalono kasatę większości zakonów, ocalały jedynie te oddane pracy charytatywnej lub oświatowej. Zabroniono składania ślubów zakonnych na terenie Francji.
    12 lipca 1790 r. uchwalono Konstytucję cywilną duchowieństwa, która redukowała liczbę diecezji i stolic biskupich według liczby i granic departamentów. Ograniczono władzę biskupów, zniesiono kapituły. Odtąd biskupów i proboszczów mieli wybierać sami parafianie i diecezjanie. Równocześnie wszyscy członkowie stanu duchownego otrzymali prawo opuszczenia go i przejścia do stanu świeckiego. Odtąd to państwo, a nie papież miało być zwierzchnikiem Kościoła we Francji, chociaż ustanowiona została funkcja pośrednika między państwem a papieżem. Duchowieństwo zobowiązano do składania przysięgi na wierność nowej konstytucji, która była wręcz wroga Kościołowi. Już kilka dni później jej treść potępił ostro papież Pius VI. Mimo tego protestu król Ludwik XVI 23 lipca wyraził aprobatę wobec przegłosowanego projektu ustawy, a 26 grudnia zgodził się formalnie również na dekret wprowadzający ustalenia konstytucji w praktyce.
    4 stycznia 1791 r. rozpoczęły się ceremonie składania przysięgi na konstytucję przez wszystkich księży. Jako pierwsi przysięgali deputowani duchowieństwa do Konstytuanty; z tego grona 80 biskupów odmówiło tego aktu. Konstytucja była przyjmowana z podobnymi oporami we wszystkich diecezjach: uroczyste przysięgi były zależnie od regionu przeprowadzane przez cały styczeń i luty, jednak zdecydowana większość biskupów i około połowa proboszczów nie zaakceptowała ustawy. Istniały nawet regiony, w których większość duchownych odmówiła złożenia przysięgi, jak Bretania, Alzacja i Prowansja. W ten sposób kler francuski podzielił się na księży konstytucyjnych i niekonstytucyjnych. Dylemat, przed którym stanęli księża, powiększało jeszcze nieprzejednanie papieża, który ponowił swój sprzeciw wobec ustawy w breve Quod aliquantum z 10 marca 1791 r. oraz Caritas z 13 kwietnia 1791 r. W dokumentach tych uznawał on postanowienia konstytucji cywilnej za świętokradztwo i herezję, a wszystkich duchownych wzywał do nieskładania przysięgi lub jej odwołania.
    Zaczęło się krwawe prześladowanie. Tych, którzy odmówili złożenia przysięgi, traktowano jako wrogów rewolucji, skazywano ich na banicję, więzienie, a często na śmierć. 21 września 1792 r. wprowadzono rozwody. Duchowieństwu zakazano nosić strój kościelny poza kościołem. Zniesiono bractwa i stowarzyszenia religijne. Wprowadzono śluby cywilne, zniesiono celibat, a dekretem z 7 listopada 1793 r. w miejsce chrześcijaństwa wprowadzono “religię rozumu i natury”. Zaczęto likwidować kościoły. Niedziele zastąpiono dekadami, a święta katolickie uroczystościami rewolucyjnymi.W okresie Rewolucji śmierć poniosło kilkanaście tysięcy katolików: duchownych, zakonników i świeckich. Największą grupę stanowią męczennicy z Paryża, gdzie między 2 a 6 września 1792 r. (w czasie tzw. masakr wrześniowych) zamordowano około 1400 osób, w tym ok. 300 duchownych i zakonników. Byli oni więzieni i zginęli w benedyktyńskim opactwie Saint-Germain-des-Pres, w seminarium św. Firmina, więzieniu La Force i kościele Saint Nicolas du Chardonnet. Ponad 100 osób, w większości prezbiterów, zginęło także w klasztorze karmelitów przy Rue de Vaugir.
    Wśrod nich byli franciszkanie: Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel i Seweryn Girault. Zostali oni beatyfikowani w dniu 17 października 1926 r. przez papieża Piusa XI w gronie 191 osób, których męczeństwo udało się udokumentować.Jan Franciszek Burté urodził się w 1740 r. Wstąpił do franciszkanów w Nancy w wieku 16 lat. Po przyjęciu święceń kapłańskich wykładał teologię młodszym braciom. Został gwardianem klasztoru w Paryżu. Tam został aresztowany i uwięziony w klasztorze karmelitów.

    Błogosławiony Apolinary Morel

    Apolinary Morel urodził się w 1739 r. w Szwajcarii. Wstąpił do kapucynów i zyskał z czasem sławę wspaniałego kaznodziei, spowiednika i wychowawcy kleryków. Aby mógł podjąć działalność misyjną na Wschodzie, wysłano go do Paryża na studia języków wschodnich. Tam zastała go rewolucja. Gdy odmówił wyrzeczenia się wiary, aresztowano go i zamknięto w klasztorze karmelitów.Seweryn Girault urodził się w 1728 r. w Rouen. W 1750 r. wstąpił do III Zakonu Franciszkańskiego. Cztery lata później przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy wybuchła rewolucja, był spowiednikiem franciszkanek w Paryżu. Gdy zapytano go, czy chce pozostać w klasztorze i ryzykować życie, czy też woli uciec z klasztoru i rozpocząć życie świeckie, bez wahania wybrał pozostanie wiernym regule i siostrom, którym służył. Wkrótce aresztowano go. Jako pierwszy poniósł śmierć: kiedy odmawiał brewiarz, odcięto mu głowę.Trzech wyżej wspomnianych męczenników oraz 182 innych, włączając w to kilku biskupów oraz wielu kapłanów zakonnych i diecezjalnych, zostało zamęczonych w klasztorze karmelitów w Paryżu 2 września 1792 r. Więźniowie otrzymali tego dnia tajną wiadomość, że zbliża się dzień ich śmierci. Wszyscy zakonnicy i kapłani tam spędzeni odbyli spowiedź i cały czas poświęcili na modlitwę. O godzinie 16 wyprowadzono ich – niby na spacer – na podwórze więzienne. Tam czekał na nich tłum, który rzucił się na więźniów. Rozpoczęła się rzeź. Pozostałych wpędzono do kościoła, gdzie zaimprowizowano trybunał sądowy. Każdego pytano: “Obywatelu, czy złożyłeś przysięgę?” Gdy padała odpowiedź: “Nie!”, wyprowadzano ofiary przed kościół i tam je mordowano siekaniem szablami i strzałami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 września

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Bronisława, dziewica
      •  Święta Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
      •  Święta Dulcelina
      •  Jozue, praojciec
      •  Gedeon, sędzia Izraela
      •  Rut
    ***
    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.
    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.
    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    Maryja - Królowa Pokoju

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.
    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.
    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku.Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Obraz Matki Bożej Królowej Pokoju

    Biskup Mikołaj Szyszkowski do świątyni w Stoczku sprowadził obraz Salus Populi Romani z rzymskiej Bazyliki Matki Bożej Większej. Wizerunek stał się sławny w świecie chrześcijańskim od czasów zwycięstwa wojsk chrześcijańskich nad tureckimi w bitwie pod Lepanto w 1571 roku.

    W dniu, gdy w Rzymie odbywała się procesja ulicami miasta z obrazem i odmawiano modlitwę różańcową, flota chrześcijańska odniosła zwycięstwo, przypisane wstawiennictwu Matki Bożej, czczonej, od tego czasu jako Matka Boża Zwycięska albo Różańcowa. Obraz stoczkowski jest kopią rzymskiego oryginału. Został namalowany przez nieznanego artystę na płótnie, wysokość obrazu wynosi 2, 30m, a szerokość 1, 60 m. Na obrazie przedstawiona jest frontalnie postać Maryi. Obie postacie mają większą niż naturalna wielkość. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci, a Dzieciątko w lewej swej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono dwiema koronami, a w 1687 r. obraz udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. Przed jego konsekracją dodano berło w 1700 roku. Koronacji obrazu dokonał Jan Paweł II na wałach Jasnej Góry dnia 19 czerwca 1983 roku.

    ze strony: Stoczek Klasztorny (Warmiński)

    ____________________________________________________________________________

    „Totus Tuus” Prymasa Wyszyńskiego

    Jest wieczór, 26 sierpnia 2012 r. Dobiega końca dzień, w którym Polacy świętują uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Także w sanktuarium Matki Bożej Pokoju w Stoczku na Warmii Msza św.odprawiana jest według formularza tej uroczystości. Liturgia kończy się około dwudziestej, następnie kościół zostaje zamknięty, a opiekujący się sanktuarium księża marianie udają się na kolację. Nikt nie domyśla się, że za antepedium bocznego ołtarza św. Anny ukrył się przestępca, który ma zamiar ukraść liczącą trzy wieki srebrną sukienkę na obrazie Najświętszej Maryi Panny.

    Następnego dnia księża marianie odkrywają kradzież. Jak się później okaże, sukienka została bezpowrotnie stracona. Ujęty przez policję złodziej twierdził, że wrzucił ją do Wisły, jednak bardziej prawdopodobne jest, że sprzedał ją paserowi, a srebro zostało przetopione.

    Dziwnym zbiegiem okoliczności ocalał różaniec ofiarowany przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, który spędził w Stoczku pierwszy rok swojego więzienia. Zsunął się on z sukienki, gdy złodziej niósł ją przez kościół. W sejfie zaś pozostały oryginalne korony nałożone przez papieża Jana Pawła II. Złodziej ukradł kopie.

    Dziś jest już prawie gotowa nowa sukienka – dokładna kopia skradzionej. Dzięki ofiarności wiernych ozdobi ona obraz w tym niezwykłym roku dwóch rocznic: 30. rocznicy koronacji obrazu Matki Pokoju, której dokonał bł. Jan Paweł II na Jasnej Górze, oraz 60. rocznicy uwięzienia sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego.

    Koronacja

    W 1983 r. Jan Paweł II przyjeżdżał do Polski po wprowadzeniu stanu wojennego i zdławieniu „Solidarności”. Ojciec Święty osnuł tę pielgrzymkę wokół kilku postaci. Jedną z nich był Prymas Tysiąclecia – człowiek, który prowadził Kościół w Polsce przez niemal cały okres rządów komunistycznych – od czarnej nocy stalinizmu po wybuch wolności przyniesionej przez ruch „Solidarności”. I chyba właśnie z tego powodu doszło do koronacji obrazu Matki Pokoju ze Stoczka.

    3 maja 1983 r., na miesiąc przed przyjazdem Papieża, podczas Konferencji Episkopatu Polski ówczesny administrator apostolski diecezji warmińskiej bp Jan Obłąk dowiedział się, że Jan Paweł II ma koronować na Jasnej Górze trzy obrazy Najświętszej Maryi Panny: z Brdowa, Lubaczowa i Zielenic. Zaproponował, aby dołączyć do nich obraz ze Stoczka. Wydawało się to niemożliwe, ponieważ koronacja wymaga specjalnej procedury. Polscy biskupi poparli jednak pomysł, a sekretarz Konferencji Episkopatu Polski abp Bronisław Dąbrowski osobiście przedstawił sprawę Papieżowi. „Trzeba to zrobić – powiedział Ojciec Święty – bo przecież w cieniu tego obrazu cierpiał i modlił się Prymas Tysiąclecia”.

    I tak 19 czerwca 1983 r. na Jasnej Górze Ojciec Święty nałożył korony na przywieziony ze Stoczka obraz. Zauważył wtedy bursztynowy różaniec zawieszony na srebrnej sukience. Gdy dowiedział się, że to podarunek od Prymasa, ofiarował także swój – perłowy. „Wypraszajcie w Stoczku pokój dla całej ziemi” – prosił.

    Tego samego dnia wieczorem Jan Paweł II odniósł się do minionych miesięcy, które przyniosły Polsce przemoc, pogwałcenie praw człowieka i narodu. Wówczas też wspomniał o zamachu na swoje życie. Jak pamiętamy, miało to miejsce dwa tygodnie przed śmiercią Prymasa.

    „W dniu 13 maja minęły dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na Placu świętego Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia.

    Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać.

    Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny.

    Wielki Twój czciciel, kard. August Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział te słowa: «Zwycięstwo – gdy przyjdzie – przyjdzie przez Maryję».

    «Totus Tuus»!”.

    Niewolnik

    Sanktuarium Matki Pokoju na Warmii powstało w 1641 r., po szwedzkim potopie, z myślą, aby dziękować za zwycięstwo nad Szwedami i prosić o pokój dla umęczonej wojnami Polski. W 1687 r. ówczesny prymas Polski Michał Radziejowski, bratanek króla Sobieskiego, ofiarował srebrną sukienkę na obraz Najświętszej Maryi Panny jako wotum za zwycięstwo nad Turkami pod Wiedniem.

    Może się to wydawać zaskakujące, ale prymas Wyszyński nie wiedział, że uwięziono go w klasztorze przylegającym do tego sanktuarium. Kiedy przyjechał do Stoczka dwa lata po wyjściu z więzienia, nazwał patronkę tego miejsca Nieznaną Opiekunką. „Choć jej nie znałem – powiedział wtedy – ale czułem Jej troskliwą, macierzyńską opiekę”.

    Tym bardziej wymowny staje się fakt, że właśnie tu dokonał on aktu, który zaważył – jak się wydaje – na całej jego późniejszej drodze. 8 grudnia 1953 r. zapisał: „Oddaję się Tobie, Maryjo, całkowicie w niewolę, a jako Twój niewolnik poświęcam Ci ciało i duszę moją, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych uczynków moich zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga, w czasie i w wieczności”.

    Był to akt całkowitego zawierzenia, rezygnacji ze swojego „ja” na rzecz całkowitego i bezwarunkowego posłuszeństwa Bogu. Swoje uwięzienie Prymas potraktował jako szansę, aby przygotować się do tej ważnej decyzji.

    „Pragnę przez Ciebie, z Tobą, w Tobie i dla Ciebie stać się niewolnikiem całkowitym Syna Twojego, któremu Ty, o Matko, oddaj mnie w niewolę, jak ja Tobie oddałem się w niewolę”.

    Zobowiązaniu temu pozostał wierny przez całe życie. Więzienie, będące po ludzku powodem wielorakiego cierpienia, stało się dla niego przygotowaniem – swoistymi rekolekcjami, obumieraniem ziarna, z którego potem narodził się tak obfity owoc: Wielka Nowenna, Tysiąclecie Chrztu Polski i wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Związek między tymi wydarzeniami a narodzinami „Solidarności” i upadkiem systemu komunistycznego jest dziś oczywisty. To wszystko zaczęło się w Stoczku.

    Do aktu oddania Prymas przygotowywał się w oparciu o wskazówki św. Ludwika Marii Grignion de Montfort. Ten francuski zakonnik napisał „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, w którym znajdują się słowa: „Totus Tuus ego sum, et omnia mea Tua sunt. Accipio te in mea omnia. Praebe mihi cor Tuum, Maria” (Cały Twój jestem i wszystko moje jest Twoje. Daj mi serce Twoje, Maryjo).

    Słynne „Totus Tuus” Jana Pawła II pochodzi z tego właśnie zdania.

    1953-1983-2013

    Z trzech lat spędzonych w więzieniu tu Prymas cierpiał najbardziej – zarówno duchowo, jak i fizycznie. A jednocześnie – jak sam twierdzi – był to okres bardzo owocny duchowo. Rzecz ciekawa – powolne odradzanie się sanktuarium rozpoczęło się w 1957 r., niedługo po uwolnieniu Prymasa. Dziś dzięki opiece Zgromadzenia Marianów stało się ono przepięknym, zadbanym miejscem, które z roku na rok ściąga coraz liczniejsze pielgrzymki. Niestety, ściągnęło też złodzieja, o którym była już mowa. Człowieka tego ujęto, niemniej – decyzją sądu – miał odpowiadać z wolnej stopy. Przed 60 laty Stoczek stał się więzieniem dla niewinnego – obecnie winny pozostał na wolności. Został osadzony w areszcie dopiero wtedy, gdy okradł następny kościół…

    Na szczęście Stoczek jest znakiem czasu nie tylko ze względu na to smutne wydarzenie. Przede wszystkim jest to miejsce, które przypomina, że – jak to w 1983 r. mówił Jan Paweł II – dla chrześcijanina nie ma sytuacji beznadziejnych. Prymas Wyszyński na progu swego uwięzienia napisał: „Wiem od początku, że «moja sprawa» wymaga czasu i cierpliwości, że będzie trwała długo. Jest Bogu potrzebna: jest nie tyle sprawą «moją», ile sprawą Kościoła. A takie sprawy trwają długo”.

    Co to znaczy „długo”? Nie dochodził tego. Starał się wykorzystać czas jak najlepiej, wierząc, że i on sam, i ci, którzy go prześladują, są w ręku mocniejszego od nich. Pielgrzym odwiedzający Stoczek dzisiaj może odkryć to samo.

    Paweł Zuchniewicz/Niedziela Ogólnopolska 26/2013, str. 22-23

    _______________________________________________________________________________

    Per Mariam – Omnia Soli Deo!

    50-lecie oddania się Prymasa Tysiąclecia Matce Bożej

    Stefan Kardynał Wyszyński podczas internowania w Stoczku Warmińskim ułożył

    Akt osobistego oddania się Matce Najświętszej:

    Święta Maryjo, Bogurodzico Dziewico, obieram sobie dzisiaj Ciebie za Panią, Orędowniczkę, Patronkę, Opiekunkę i Matkę moją.
    Postanawiam sobie mocno i przyrzekam, że Cię nigdy nie opuszczę, nie powiem i nie uczynię nic przeciwko Tobie. Nie pozwolę nigdy, aby inni cokolwiek czynili, co uwłaczałoby czci Twojej.
    Błagam Cię, przyjmij mnie na zawsze za sługę i dziecko swoje. Bądź mi pomocą we wszystkich moich potrzebach duszy i ciała oraz w pracy kapłańskiej dla innych.
    Oddaję się Tobie, Maryjo, całkowicie w niewolę, a jako Twój niewolnik poświęcam Ci ciało i duszę moją, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych uczynków moich – zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga, w czasie i w wieczności.
    Pragnę przez Ciebie, z Tobą, w Tobie i dla Ciebie stać się niewolnikiem całkowitym Syna Twojego, któremu Ty, o Matko, oddaj mnie w niewolę, jak ja Tobie oddałem się w niewolę.
    Wszystko, cokolwiek czynić będę, przez Twoje ręce niepokalane, Pośredniczko łask wszelkich, oddaję ku chwale Trójcy Świętej – „Soli Deo!”.
    Maryjo Jasnogórska, nie opuszczaj mnie w pracy codziennej i okaż swe czyste Oblicze w godzinę śmierci mojej. Amen.

    Stoczek, 8 grudnia 1953 r.

    Prymas Polski Stefan Kardynał Wyszyński oddał się Matce Bożej w Jej macierzyńską niewolę miłości 50 lat temu – 8 grudnia 1953 r. w Stoczku Warmińskim, w drugim miejscu swojego uwięzienia.
    Jak do tego doszło?
    Już 14 lutego tegoż roku, kiedy komuniści robili wszystko, aby zniszczyć Kościół w Polsce, wiarę Narodu i osobiście Księdza Prymasa, bardzo tym udręczonego, nagle, po Mszy św., Ojciec (tak będę pisała o Kardynale Wyszyńskim) wypowiedział w kaplicy te znane już dzisiaj powszechnie słowa: „Wszystko postawiłem na Maryję!”. Odtąd rzeczywiście wszystko na Nią stawiał, co było widoczne w coraz bardziej promiennej jego twarzy i w całym zachowaniu.
    Kiedyś, po kilkugodzinnych audiencjach, gdy wychodził z gabinetu warszawskiego – szarozielony – zapytaliśmy: „Ojcze, co się stało?”. Odpowiedział: „Same kamienie, same kamienie!…”. „Jak to? I nie ma żadnej pociechy, żadnego światła?”. Po chwili milczenia padła odpowiedź: „Jest, Ona, Maryja, dana ku obronie Narodu Polskiego i – dana mnie ku pomocy”.
    Tak było niejednokrotnie. Widoczne się stawało, jak Ojciec, coraz bardziej prześladowany i udręczony ciosami zadawanymi Kościołowi w Polsce i kościelnym instytucjom, szukał ratunku i pomocy w ramionach Matki Chrystusowej, niezawodnej Wspomożycielki. Wszak „wszystko na Nią postawił”, a Ona nigdy go nie zawiodła. Nieraz dawał do zrozumienia, jak bardzo pragnie oddać się Jej „na przepadłe”, ale szukał odpowiedniego czasu, aby się do tego dobrze przygotować. Pragnie więc oddać Jej się aż w niewolę, aby tym aktem bezgranicznego zaufania i pokory wyprosić u Jej Syna, Jezusa Chrystusa, wolność dla Kościoła w Polsce i obronę zagrożonego ducha Narodu.
    I przyszedł taki czas, kiedy mógł tego aktu dokonać, po długim i rzetelnym przygotowaniu. Stało się to w więzieniu, w Stoczku Warmińskim. Sam Prymas pisze o tym w swoim dzienniku Pro memoria.
    8 XII 1953, wtorek
    Przez 3 tygodnie przygotowywałem duszę swoją na ten dzień. Idąc za wskazaniami bł. Ludwika Marii Grignion de Montfort, zawartymi w książce: „O doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” – oddałem się dziś przez ręce mej Najlepszej Matki w całkowitą niewolę Chrystusowi Panu. W tym widzę łaskę dnia, że sam Bóg stworzył mi czas na dokonanie tego radosnego dzieła.
    Postanowiłem sobie, że pierwszą parafię, którą będę mógł erygować, uczczę tytułem „Bożego Macierzyństwa Maryi”.
    Akt oddania się osobistego w niewolę Maryi według św. Ludwika Marii Grignion de Montfort ma charakter zupełnie bezinteresowny – na chwałę Maryi. Gdy Ojciec składał swój Akt oddania, miał wyraźną intencję: za wolność Kościoła w Polsce i za obronę ducha Narodu. Mówił później o tym przy różnych okazjach. Było to w Ojcu tak silne, że kiedyś nawet powiedział i napisał: „Maryjo, jeśli Ci to jest potrzebne, to nawet zabij mnie, ale uratuj Kościół w Ojczyźnie i Naród”.
    Z tego osobistego Aktu oddania się Ojca Maryi w Stoczku wyrosły potem jego wielkie dzieła maryjne:
    – Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego;
    – Nawiedzenie kopii Cudownego Obrazu Jasnogórskiego we wszystkich parafiach;
    – Wielka Nowenna Tysiąclecia;
    – Czuwania Soborowe z Maryją Jasnogórską;
    – Milenijny Akt Oddania Polski w niewolę Maryi za wolność Kościoła Chrystusowego na całym świecie.
    Deo gratias! Za wielkiego Prymasa Tysiąclecia. Za jego ufne oddanie się Maryi i za wszystkie jego Maryjne dokonania.

    Maria Okońska/Niedziela Ogólnopolska 49/2003

    ____________________________________________________________________________

    Sanktuarium Prymasa

    Gietrzwałd, Święta Lipka i Stoczek Klasztorny. To najczęściej odwiedzane warmińskie sanktuaria maryjne. Ale tylko Stoczek w szczególny sposób zapisał się w naszej najnowszej historii. Przez rok więziono tu prymasa Stefana Wyszyńskiego

    Warmia – kraina gotyku, zamków i jezior, wymarzone miejsce dla miłośników przyrody, leśnych łazików, miłośników historii, przygód i sportów wodnych, szczególnie spływów kajakowych. Przyciągają lasy, jeziora i meandrujące rzeki, ciekawe zamki, pałacyki i kościoły. I opinia, że jak chcemy oderwać się od miejskiego zgiełku, warto przyjechać właśnie tu.

    Odpoczywając w okolicach Olsztyna czy Lidzbarka Warmińskiego, warto odwiedzić tamtejsze sanktuaria, z których jedno – sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Stoczku Klasztornym – szczególnie przemawia także do miłośników historii najnowszej. Oczywiście poprzez postać więzionego tam przez komunistów prymasa Stefana Wyszyńskiego.

    Prymas w Stoczku

    „Ściany wewnętrzne mokre, kamienne posadzki strasznie zimne. Woda ściekała ze ścian. Zimą ściany zamieniały się przez to w lodowate tafle. Od dnia przyjazdu do Stoczka do końca pobytu ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp” – opisywał Prymas swój pobyt w Stoczku. Prymas Tysiąclecia trafił tam w październiku 1953 r., jako więzień komunistycznej władzy. W Stoczku wydzielono mu część pomieszczeń pierwszego piętra nieużytkowanego od lat klasztoru. W tych warunkach, z czasem nieznacznie tylko poprawionych, spędził rok.

    Dziś celę, w której przebywał Prymas, można zwiedzać, oglądać fotografie, listy, książki, które napisał w tym czasie. W pomieszczeniu są też meble, święte obrazy, tablica z rozkładem dnia Prymasa, z którego można się dowiedzieć, że wstawał codziennie o piątej rano i że dużo czasu poświęcał na modlitwę, w tym na codzienny Różaniec.

    Za oknami rozciąga się ogród klasztorny otoczony wysokim murem. Pozwolono Prymasowi na codzienny spacer w tym ogrodzie zapewne dlatego, że fakt, iż Prymas jest więziony właśnie w Stoczku, był otoczony ścisłą tajemnicą. W tamtym czasie zresztą okna w budynku były pozabijane deskami, żeby nikt nie zauważył, kogo kryją mury sanktuarium.

    Po uwolnieniu Prymasa długo jeszcze o Stoczku Klasztornym nie wolno było wspominać. Pewnie dlatego sanktuarium nie było tak bardzo znane, jak te w Świętej Lipce czy Gietrzwałdzie. Ludzie jednak przyjeżdżali, by modlić się, m.in. w intencji pokoju. Tak jest do dziś.

    Uwięzienie w Stoczku Klasztornym było dla Prymasa Tysiąclecia miejscem przemyśleń, które miały potem doniosłe skutki dla polskiego Kościoła. „W Stoczku na Warmii zrozumiałem znaczenie Matki Najświętszej w Kościele polskim, jako siły jednoczącej, siły, w imię której można poruszyć Polaków i zmobilizować ich dla każdej wielkiej i słusznej sprawy. Wtedy to oddałem się Matce Najświętszej w Jej macierzyńską niewolę” – mówił kard. Wyszyński po latach.

    „Macierzyńska niewola” stała się kilkanaście lat później podstawą proklamowanego przez kard. Wyszyńskiego programu wielkiej nowenny przed Milenium Chrztu Polski i odnowieniem Jasnogórskich Ślubów Narodu.

    Figura przy dębie

    Początku kultu maryjnego w Stoczku należy szukać w XVII wieku. Z inicjatywy ojców bernardynów powołano w 1671 r. komisję historyczno-teologiczną. W jej sprawozdaniu czytamy, że dwie dziewczynki pracowały przy grabieniu siana na łące nieopodal Stoczka, w miejscu, gdzie obecnie wznosi się kościół. W spróchniałym częściowo pniu starego dębu znalazły piękną, koloru kości słoniowej, figurkę Matki Bożej.

    Gdy zaniosły ją do Stoczka, mieszkańcy postanowili wybudować kaplicę, aby ją w niej umieścić. By nie narazić się innym mieszkańcom, figurkę ukryto. Jednak następnego dnia znów znaleziono ją przy dębie. Miejscowy proboszcz, dowiedziawszy się o tym, umieścił figurkę w kościele w Kiwitach, jednak ponownie, w niewyjaśniony sposób, znalazła się ona pod dębem. Poruszony tym proboszcz razem z mieszkańcami okolicy wybudował kaplicę i umieścił w niej figurkę.

    Z czasem miejsce to stało się celem pielgrzymek. Poza rzeszą pątników przybywających pod figurę znalazło się trzech mieszkańców Stoczka, którzy wykradli figurę z kaplicy i ją rozbili. Mimo zniszczenia figury miejsce to nadal było nawiedzane przez wyznawców przybywających z różnych miejscowości.

    Świątynia Pokoju

    Powstanie sanktuarium związane jest z sytuacją XVII-wiecznej Polski. Była ona nękana wojnami z Rosją, Turcją i Szwecją. Północne krańce, w tym również diecezja warmińska, ucierpiały dotkliwie od Szwedów. W latach dwudziestych XVII wieku zagarnęli oni pas nadbrzeżny, w tym także północną część diecezji warmińskiej, grabiąc ziemie z dóbr materialnych i kulturowych. Gdy w 1629 r. zawarto rozejm sześcioletni w Starym Targu, a działania wojenne zawieszono, wciąż wiele miast, m.in. Frombork, znajdowało się pod okupacją szwedzką. Według przekazu jednego z duchownych, król Władysław IV, chcąc przebłagać Boży Majestat i uspokoić dziejową burzę, po zasięgnięciu opinii miejscowego biskupa zadecydował, że w miejscu wskazanym przez Boga powstanie Świątynia Pokoju na cześć Pani Nieba.

    Gdy po traktacie pokojowym w Sztumskiej Wsi Polska bez konieczności prowadzenia wojny odzyskała ziemie na Pomorzu i w Prusach, uznano to za łaskę Opatrzności Bożej. Na budowę kościoła-wotum biskup warmiński wybrał Stoczek.

    W 1641 r. po wybudowaniu świątyni – w stylu barokowym, w formie rotundy o piętnastometrowej średnicy zewnętrznej – sprowadzono kopię obrazu Matki Bożej Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego) z kościoła Santa Maria Maggiore w Rzymie. Koronacji obrazu dokonano w 1700 r., nadając świątyni tytuł Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Opiekę nad sanktuarium powierzono zakonowi Ojców Bernardynów.

    W kształcie podkowy

    Kult Matki Bożej w Stoczku z każdym rokiem stawał się coraz większy. Powiększono klasztor, świątynię otoczono krużgankami. W czterech narożnikach umieszczono kaplice. Dobudowano prezbiterium, a nad całością umieszczono wysoką wieżę, w której zawieszono dzwony. Z czasem zabudowa klasztorna przybrała formę podkowy.

    Ciężkie czasy dla Stoczka zaczęły się po inkorporacji Warmii do protestanckich Prus, wrogo nastawionych do ludności polskiej i Kościoła rzymskokatolickiego. W 1810 r. klasztor został przejęty przez Skarb Państwa. Wiele dzieł sztuki wywieziono, w budynku klasztornym urządzono szkołę elementarną, a kościół, aż do lat 40. XIX wieku, stał pusty i niszczał. Po wielu latach pierwszą Mszę św. odprawiono w nim w marcu 1841 r. Sanktuarium ponownie ożywiło swą działalność religijną, odżył ruch pielgrzymkowy.

    Gdy po zakończeniu II wojny światowej Warmia ponownie znalazła się w granicach Polski, bernardyni próbowali na nowo objąć klasztor i zorganizować w nim życie religijne. Nieskutecznie – klasztor na początku lat 50. ubiegłego wieku przejęły władze państwowe. Kiedy po październiku 1956 r. zwrócono go diecezji warmińskiej, miejscowy ordynariusz powierzył sanktuarium Księżom Marianom, wysiedlonym przez władze komunistyczne z warszawskich Bielan. Marianie doprowadzili świątynię do świetności. Odzyskała ona dawny charakter oraz splendor barokowy. Samodzielną parafią Stoczek Klasztorny stał się w 1981 r.

    Papieska koronacja

    W 1983 r. obraz Matki Pokoju został koronowany na Jasnej Górze przez Jana Pawła II. Cztery lata później Papież Polak włączył kościół Najświętszej Maryi Panny Matki Pokoju w Stoczku w poczet bazylik mniejszych.

    Na początku czerwca, tuż przed 30. rocznicą koronacji, zakończyła się kompleksowa konserwacja słynącego łaskami obrazu Matki Pokoju. Można też podziwiać nową, wotywną szatę zdobiącą wizerunek Maryi. Srebrna suknia jest kopią zabytkowej, siedemnastowiecznej sukni, która w ubiegłym roku została skradziona. W kościele można też podziwiać pochodzące z XVII wieku obrazy, organy, dwa barokowe boczne ołtarze. Na uwagę zasługują także pochodzące z XVIII wieku ambona kuta z żelaza i chór muzyczny. W Stoczku na każdym kroku wyczuwa się historię…

    Goszcząc w okolicy, nie należy zapominać o odwiedzeniu najbardziej obleganych warmińskich sanktuariów w Gietrzwałdzie i Świętej Lipce, ale także tych mniej znanych, np. w Lwowcu k. Sępopola – sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej, znajdujące się we wsi słynącej z ogromnej liczby gnieżdżących się tu bocianów (m.in. na dachu kościoła), i Krośnie k. Ornety.

    Witold Dudziński/Niedziela Ogólnopolska 33/2013, str. 42-43

    __________________________________________________________________________________

    Nawet w więzieniu nie dał się złamać. Dziś rocznica powrotu z internowania Prymasa Tysiąclecia

    Stoczek Warmiński .pl – miejsce uwięzienia Prymasa Stefana Wyszyńskiego

    ***

    Kard. Stefan Wyszyński 64 lata temu wrócił do Warszawy z internowania, jakie zgotowały mu komunistyczne władze. Razem z Prymasem Tysiąclecia czekając na dzień jego beatyfikacji przypomnijmy sobie jego postawę podczas uwięzienia czytając poniższy fragment książki “Prymas Wyszyński. Ojciec Ojczyzny” pióra Czesława Ryszki.

    ***

    „Zapiski więzienne”

    Kardynała Prymasa dowieziono nad ranem do zamieszkanego przez kilku ojców klasztoru Kapucynów w Rywałdzie koło Grudziądza. W zakonnej celi, do której wprowadzono Prymasa, okna zaklejono papierem, chcąc jak gdyby w ten urągający sposób zasłonić Prymasa Polski przed światem. Nad łóżkiem zobaczył Kardynał obraz Matki Bożej z podpisem: „Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. To był pierwszy znak, który wywołał w nim wielką radość. Domyślał się, że jest osadzony gdzieś na północy Polski.

    Na korytarzu ulokowali się pilnujący żołnierze. Było ich dwudziestu ubranych po cywilnemu. Cały czas było słychać ich kroki. Prymasowi przywieziono książki z pałacu na ulicy Miodowej, mógł też w pokoju odprawiać Mszę św. W takich warunkach Prymas przebywał do 12 października, a więc ponad dwa tygodnie.

    Być może pod wpływem protestów z  Zachodu, jakie w  tym czasie nadeszły do Warszawy w obronie uwięzionego Prymasa, m.in.  od  prezydenta USA Dwighta Eisenhowera (1890–1969), deputowanych z Anglii i Francji, postanowiono go lepiej ukryć. Przewieziono więźnia do poklasztornego budynku w Stoczku Warmińskim, odizolowanego od świata wysokim murem, na którym znajdowały się zwoje drutu kolczastego. Mimo że zawilgocony budynek nie nadawał się do dłuższego zamieszkania, Prymas spędził tu cały rok. 30 żołnierzy w cywilnych ubraniach pilnowało go dzień i noc. W międzyczasie w Warszawie w Ministerstwie Bezpieczeństwa przygotowywano plan wytoczenia Prymasowi procesu sądowego i skazania go na wieloletnie więzienie.

    Prymasowi dano do pomocy wspomnianego już ks. Stanisława Skorodeckiego i siostrę zakonną Marię Leonię Graczyk, więźniarkę przywiezioną z Grudziądza. Z dwojgiem swoich współwięźniów zorganizował w Stoczku Warmińskim, a później również w kolejnym więzieniu w Prudniku, życie klasztorne. Przebiegało ono według ściśle zaplanowanego harmonogramu, z przeznaczeniem większości dnia na modlitwę. Dla współwięźniów głosił rekolekcje wielkopostne, rozważania podczas nabożeństw różnych okresów liturgicznych. Był człowiekiem głębokiej wiary zawsze i wszędzie.

    Ten rok był pełen doświadczeń i upokorzeń. Właściwie Prymasowi nie było wolno uczynić niczego bez porozumienia z pilnującymi go „ubowcami”. Nic. Żadnych listów, korzystania z gazet, radia, rozmów z innymi. Przydzielony mu do pomocy ksiądz Stanisław Skorodecki wspominał, że  „ubowcy” pilnujący ich w  Stoczku Warmińskim mieli przekonanie, iż Prymas został aresztowany na  prośbę Episkopatu Polski (sic!). Miał tak długo przebywać w odosobnieniu, aż ułożą się dobre stosunki między państwem a Kościołem. Na każdym więc kroku mógł się spodziewać Kardynał kłamstwa i podstępu, mógł nawet w osobie przydzielonego mu „z urzędu” kapelana widzieć jakiegoś podstawionego „ubowca”, szpicla w sutannie.

    Prymas jednakże przyjął od początku założenie, że przydzielony kapelan jest autentycznym księdzem, kimś równie nieszczęśliwym jak on  sam. Powiedział w  czasie pierwszego spotkania: „Chcę widzieć w księdzu tylko współbrata – więźnia, jak i ja sam jestem więźniem. A resztę wyjaśni przyszłość”.

    Prymas Wyszyński. Ojciec Ojczyzny

    Czesław Ryszka

    W czasach komunistycznego sztormu stanął za sterem łodzi polskiego Kościoła. Bohatera tej książki, Prymasa Tysiąclecia, wyróżniały siła moralna, odwaga i upór, co pozwalało mu nawet w więzieniu trwać niezłomnie w decyzjach głęboko przemodlonych i przemyślanych.

    Ksiądz Stanisław Skorodecki, świadek i współwięzień, zwolniony później przez Prymasa z obowiązku dochowania tajemnicy, wspominał, że Prymas nie grał roli człowieka skrzywdzonego, nie stroił się w jakąś sztuczną świętość, ale starał się zachować tak godność własną, jak i drugiego człowieka. Na przykład Kardynał zamiast protestować, milczy, modli się, pisze i rozmyśla. Wydawałoby się, po ludzku rzecz biorąc, że powinien pisać o przemocy, czuć się jej ofiarą, że powinien wylać na papier swoją gorycz i krzywdę. Nic podobnego. Od pierwszego momentu uwięzienia Prymas wykazał heroizm ducha, o czym świadczy notatka w Zapiskach więziennych: „Większość księży i biskupów, z którymi pracowałem, przeszła przez więzienia. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego: nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza ‘przyjacielem’. Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają…”.

    Zamiast słów zemsty znajdujemy pytania: Kto zawinił? W jakim stopniu to, co się stało, jest ze szkodą dla Kościoła? Modlił się słowami, które pokazują, że gotów był oddać życie za Kościół: „Jeśli Ci to potrzebne, zabij mnie, byleby tylko Kościół w Polsce i Naród był wolny, żył i pracował dla Twojej Chwały”. Potem często mawiał: „Ja nie mam wrogów, tylko ludzi, którzy się uważają za moich wrogów”. Tę postawę dobrze oddaje zapis z czasu uwięzienia; napisał, że Serce Boga Człowieka „związane z sercem Maryi, odżywia się Jej krwią, a Serce Maryi pracuje dla Serca Jezusa (…) i odtąd te dwa Serca ze sobą zespolone, będą na służbie człowieka, ‘co wpadł między zbójców’” (Zapiski więzienne).

    Kiedy więzienny trud przyprawia go o chorobę, stara się zapanować nad uczuciem krzywdy. Notuje: „Nie zmuszą mnie niczym do  tego, abym ich znienawidził (…). Nie umiałbym im zrobić najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się (…), że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi”. I dalej: „Czy może być inny stosunek kapłana do swoich prześladowców? Przecież oni też muszą się zbawić, muszą doznać miłości i łaski Bożej…” (Zapiski więzienne).

    W Stoczku Warmińskim Prymas podupadł na zdrowiu. Przebywając cały czas w wilgotnej, nieogrzewanej celi, zaczął skarżyć się na płuca. Wezwany lekarz doradzał przeniesienie go w lepsze warunki klimatyczne. Władze ostatecznie zgodziły się na to i kolejnym miejscem odosobnienia Prymasa stał się Prudnik Śląski (6 października 1954 – 27 października 1955), dokąd przewieziono więźnia samolotem. Znowu był poklasztorny budynek, tym razem zabrany franciszkanom czarnym. Zabezpieczono go wokół parkanem z drutem kolczastym, aby, broń Boże, ktoś z zewnątrz nie dowiedział się o miejscu uwięzienia Prymasa Polski. Warunki były już znośniejsze, także w aspekcie politycznym, można było nieco spokojniej pracować, czytać i pisać.

    Osamotniony Kardynał mógł więcej spacerować po ogrodzie, a nierzadko obserwował przyrodę zza okna, podziwiając piękno Bożego stworzenia. Kiedyś podpatrzył, jak we framudze okna uwiły sobie gniazdo muchołówki. Przyglądał się przez miesiąc ptakom, radując się wspaniałą szkołą życia. I jak zanotował, chociaż przedtem uczył się przez wiele lat socjologii, polityki społecznej, ekonomii, prawa i innych nauk, to jednak przez ten miesiąc nauczył się więcej aniżeli na uniwersytetach!

    Pisał: „Przyjrzałem się, jak wygląda ład w ciasnym gniazdeczku, gdzie jest pięć piskląt, ojciec i matka. Było to wzruszające i budujące. Oglądałem prawdziwe dzieło społeczne. Można napisać traktat socjologiczny i pedagogiczny, patrząc przez miesiąc, jak w ciasnym i maleńkim gniazdku rozwija się życie, jaki tam jest ład i porządek, jak wszystko jest właściwie skoncentrowane i skupione w kierunku życia. Po raz pierwszy wzbudziła się we mnie wątpliwość, że chyba pomiędzy rozumem a tak zwanym instynktem jest bardzo cienka granica – tyle tam było rozumu, ładu społecznego, tyle zdrowej ekonomii i praw życia” (Warszawa, 27 grudnia 1959).

    29 października 1955 roku komunistyczne władze przewiozły Prymasa do nowego miejsca uwięzienia, do klasztoru sióstr Nazaretanek w Komańczy w Bieszczadach. W tym ostatnim miejscu Prymas miał już swobodę poruszania się, oczywiście tylko po terenie miejscowości, którą od tego czasu włączono do pasa granicznego. Każdy kto tu przybywał, musiał posiadać przepustkę wydaną nie jak każda inna przez zwykłą komendę MO, ale wyłącznie przez władze partyjne i rządowe. Nie ograniczano natomiast widywania się z Prymasem miejscowej ludności. Kiedy więc wiadomość o pobycie Księdza Kardynała u nazaretanek rozeszła się po okolicy, ludzie bardzo licznie gromadzili się w zakonnej kaplicy na Mszy św. odprawianej przez Prymasa. Pozwolono również dojeżdżać do miejsca księżom biskupom i rodzinie. Jednymi z pierwszych byli biskupi Michał Klepacz i Zygmunt Choromański, księża Hieronim Goździewicz i Bronisław Dąbrowski.

    W Komańczy po raz pierwszy Ksiądz Prymas miał dostęp do czytania gazet, z których dowiedział się o dalszych perfidnych metodach komunistów, jakimi walczono z Kościołem. Zabolał go zwłaszcza fakt, że nigdzie nie znalazł wzmianki na swój temat, jakby jednego dnia przestał istnieć. Nie mógł w tym czasie wiedzieć, że jego uwięzienie mimo wszystko odbiło się bardzo na wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Jego nieobecność stała się milczącym krzykiem o sprawiedliwość. Prymas dowiedział się natomiast o tym, że komunistom nie udało się skłonić jego sekretarza, ks. bp. Antoniego Baraniaka, przebywającego w  więzieniu mokotowskim, do złożenia obciążających go zeznań. Tym sposobem upadł plan wytoczenia mu procesu i skazania na wieloletnie więzienie. W tej sytuacji podjęto wobec Prymasa nie mniej perfidną próbę, by za cenę uwolnienia dobrowolnie zrzekł się pełnienia funkcji biskupich. Odpowiedział stanowczo, że tylko Papież może zwolnić biskupa z jego obowiązków, ponieważ od Papieża je otrzymał.

    bialykruk.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • wrzesień – ogłoszenia 2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA ZAPRASZA NA RÓŻAŃCOWE REKOLEKCJE, KTÓRE BĘDZIE PROWADZIŁ KS. ROMAN SZCZYPA, SALEZJANIN W DNIACH OD 6 – 9 PAŹDZIERNIKA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    roman szczypa - misje salezjanie
    Ks. Rekolekcjonista święcenia kapłańskie przyjął w roku 2003 w Łodzi. Kilka lat temu był duszpasterzem w szkockiej parafii w Glasgow a obecnie pracuje w Młodzieżowym Ośrodku Rekolekcyjnym (Savio House) w Bollington, w Anglii.

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIK

    GODZ. 18.00 – GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 7 PAŹDZIERNIK

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ RÓŻAŃCOWEJ

    GODZ. 18.00 – GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 8 PAŹDZIERNIK

    GODZ. 17.00 – SPOTKANIE REKOLEKCYJNE

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. – III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 9 PAŹDZIERNIK

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. – IV NAUKA REKOLEKCYJNA

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem”/Bartolomé Esteban Murillo/ fot. Wikimedia commons / Domena publiczna

    **********

    Święty o. Pio o modlitwie różańcowej

    Różaniec był wielkim pocieszeniem w jego życiu ofiarowywanym wciąż za innych.

    Nie wypuszczał go nigdy z ręki. Mawiał: Niech ci Maryja przemieni w radość wszystkie cierpienia.

    „Ona przychodzi, ilekroć Jej pomocy potrzebuję”.

    Różaniec nazywał „bronią Madonny” i wszystkich wzywał:

    „Przylgnijcie do różańca. Okazujcie wdzięczność Maryi, bo to Ona dała nam Jezusa”.

    Często, nawet w godzinie śmierci powtarzał :

    Zawsze odmawiaj różaniec”.

    Ledwie się obudzisz, nie pozostawiaj ani sekundy szatanowi, zaczynaj odmawiać Różaniec.

    Nawet wtedy, gdy pracujesz: myjesz naczynia czy cokolwiek innego robisz, módl się – bo wtedy nie dajesz miejsca szatanowi, żeby pracował w twoich myślach. A poza tym kroczysz w wolności i zawsze jesteś spokojny. Z tą swoją bronią przeciwko atakom szatana nie rozstawaj się nigdy. Zawsze odmawiaj różaniec”.

    Gdy jedno z jego duchowych dzieci zwróciło się z prośbą, by nauczył je modlitwy, która sprawi przyjemność Matce Najświętszej, Ojciec Pio odrzekł:

    „A czyż jest inna, piękniejsza i przyjemniejsza niż ta, której Ona sama nas nauczyła; piękniejsza od modlitwy różańcowej?

    Zawsze odmawiaj różaniec”.

    Pewnego dnia jeden z penitentów rzekł do o. Pio:

    „Ojcze, mówi się dzisiaj, że różaniec jest modlitwą, która należy już do przeszłości, że minęła”moda” na różaniec. W tylu kościołach już się go nie odmawia”.

    O. Pio:

    „Czyńmy to, co czynili nasi ojcowie, a znajdziemy dobro .

    A ów człowiek dodał:

    „Przecież szatan rządzi dzisiaj światem”.

    O. Pio:

    „Ponieważ dają mu możność rządzenia; czy może jakiś duch, tak sam z siebie rządzić, jeśli nie złączy się z ludzką wolą? Nie mogliśmy się narodzić w bardziej nieszczęsnym świecie. Kto dużo się modli na różańcu, ten się zbawia, kto mało się modli, ten jest narażony na niebezpieczeństwo. Kto się nie modli na różańcu jest już w niebezpieczeństwie. Kto się nie modli, ten się potępia. „Tym się zwycięża szatana” – mówił, biorąc do ręki koronkę Różańca Kochajcie Maryję i starajcie się, by Ją kochano.

    Odmawiajcie zawsze Jej różaniec i czyńcie dobro.Dzięki tej modlitwie szatan spudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi.

    Modlitwa różańcowa jest syntezą naszej wiary, podporą naszej nadziei, żarem naszej miłości.

    „A szatan tak lęka się Maryi, że kiedy człowiek wypowiada Jej imię, on pierwszy stawia się na jego wołanie, by uniemożliwić, przeszkodzić, wytrącić z ręki różaniec…

    Podajcie mi moją broń – mówił Ojciec Pio, gdy czuł, że traci siły w walce ze złem.

    Tym się zwycięża szatana – wyjaśniał, biorąc do ręki różaniec Na dwa dni przed swoją śmiercią o. Pio powiedział i powtórzył jeszcze raz tę myśl:

    „Kochajcie Madonnę i czyńcie wszystko, by Ją kochano. Odmawiajcie różaniec, odmawiajcie go zawsze, jak tylko możecie”.

    Inny świadek relacjonuje:

    „Kiedy konał i już z nami nie mógł rozmawiać, jego jedyną odpowiedzią było pokazanie różańca i szeptane słowa: Zawsze, zawsze…”

    (Diecezjalna Grupa Modlitewna Św. ojca Pio w Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej)

    z archiwum zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Krakowska

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 WRZEŚNIA – XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    Po MSZY ŚW. – KORONKA do BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    14 września br. minęła 86. rocznica objawienia Koronki do Miłosierdzia Bożego, którą Pan Jezus podyktował Siostrze Faustynie w Wilnie w 1935 roku.

    fot.B.M.Sztajner/TygodnikNiedziela

    *****

    Na mocy dekretu Penitencjarii Apostolskiej z 12 stycznia 2002 r. „Odpustu zupełnego pod zwykłymi warunkami udziela się w granicach Polski wiernemu, który z duszą całkowicie wolną od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu pobożnie odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu Eucharystii, publicznie wystawionego lub też przechowywanego w tabernakulum. Jeżeli zaś ci wierni z powodu choroby (lub innej słusznej racji) nie będą mogli wyjść z domu, ale odmówią Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, to pod zwykłymi warunkami również zyskują odpust zupełny”.

    ____________________________________________________________________________________________________________

    26 WRZEŚNIA – PONIEDZIAŁEK

    PORADNICTWO RODZINNE OD GODZ. 18.00 – 19.00

    (przy KAPLICY IZBY JEZUSA MIŁOSIERNEGO)

    ***

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 WRZEŚNIA WTOREK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    _____________________________________________________

    4 i 11 PAŹDZIERNIKA NIE BĘDZIE SPOTKANIA

    _____________________________________________________

    Od 22 lutego w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również jest zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    GODZ. 18.30 – KATECHEZA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 WRZEŚNIA – ŚRODA

    Koronka do Bożego Miłosierdzia na ulicach świata.

    Iskra wyszła z Polski

    "Koronka na ulicach miast" - kolejna edycja 28 września
    fot. Łukasz Sianożęcki/Gość Niedzielny

    ***

    Dziś w 173 miastach w Polsce oraz w 44 miejscach na całym świecie wierni modlą się Koronką do Bożego Miłosierdzia. Koronka na ulicach miast po raz pierwszy odbyła się 28 września 2007 roku w Łodzi. Od tej pory ta inicjatywa co roku odbywa się w rocznicę beatyfikacji bł. ks. Michała Sopoćki, spowiednika św. siostry Faustyny Kowalskiej.

    Skrzyżowania ulic oraz place miast, miasteczek i wsi zamieniły się dziś o godz. 15.00 w miejsca modlitwy. Wierni z różańcem w ręku prosili Boga o miłosierdzie dla nas i całego świata. „Wierzymy, że 10 minut błagania do Boga może zmienić nasze rodziny, nasze miasta i cały świat” – podkreślili organizatorzy.

    “Zapraszamy do modlitwy wszystkich, nawet z najdalszych zakątków naszego globu, by stanąć na ulicy, przed swoim domem, biurem, fabryką, szkołą, kościołem i połączyć się z Jezusem konającym na krzyżu, a następnie odmówić wraz z nami koronkę do Miłosierdzia Bożego. Dla świata nic nieznaczący kwadrans, dla Boga wielkie wołanie grzeszników” – podkreślili organizatorzy akcji.

    Modlitwa Koronką do Bożego Miłosierdzia po raz pierwszy miała miejsce 28 września 2007 r. na 111 skrzyżowaniach w Łodzi. W 2009 roku do akcji przyłączyło się już ponad 50 miejscowości z Polski i kilkunastu państw ze wszystkich kontynentów. Na przestrzeni ostatnich lat w “Koronkę do Bożego Miłosierdzia na ulicach miast świata” włączyli się wierni z kilkudziesięciu państw świata i setek miast i miasteczek w Polsce.

    Koronkę do Bożego Miłosierdzia podyktował św. siostrze Faustynie Pan Jezus podczas prywatnego objawienia w 1935 roku. Jeżeli z wielką ufnością modlimy się tymi słowami – to Miłosierny Chrystus obiecał wysłuchać prośby tak bardzo potrzebne dla całej ludzkości.  

    ___________________________________________________________________________________________

    W martwym punkcie

    W martwym punkcie
    bł. ks. Michał Sopoćko/fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    *****

    Prymas otrzymał od Świętego Oficjum nakaz udzielenia spowiednikowi Faustyny „najwyższego upomnienia”. „Czekam na karę” – powiedział po chwili milczenia ks. Sopoćko. „Już samo wysłuchanie tych słów było wystarczającą karą” – usłyszał od kard. Wyszyńskiego.

    Dzień Dziecka 86 lat temu. Najprawdopodobniej wówczas spotkali się po raz pierwszy. 1 czerwca 1933 r. do skromnego drewnianego klasztoru przyszedł jak co tydzień „spowiednik zwyczajny” – 45-letni ks. Michał Sopoćko. Młodsza o 17 lat s. Faustyna mieszkała na Antokolu dopiero od kilku dni. I choć ujrzała księdza Michała po raz pierwszy… znała go. W czasie spowiedzi wyszeptała: „Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus”. Czy ks. Michał (był kapłanem od dziewiętnastu lat, kończył pisać habilitację z teologii pastoralnej) miał świadomość, że właśnie usłyszał plan na kolejne 42 lata życia? Czy ten ascetyczny samotnik z Juszewszczyzny domyślał się, że słowa, które padły zza kratek konfesjonału, będą początkiem pasma niekończących się kłopotów?

    Przygotuj się na cierpienia

    „Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swą na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, prześladowaniem, będą na ciebie patrzyć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Jeżeli będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi” – zapowiedział s. Kowalskiej.

    Problemy rozpoczęły się już po roku, gdy Jezus zażądał umieszczenia na trzy dni obrazu Miłosierdzia na zakończenie tygodnia wielkanocnego w Ostrej Bramie. Udało się, bo proboszcz tej parafii nieoczekiwanie zaproponował ks. Michałowi wygłoszenie kazań w tych właśnie dniach. Arcybiskup wileński nie przyjął tych poczynań z entuzjazmem. Potraktował je jako samowolę.

    – Myślę, że największe, po ludzku, trudności ks. Michał miał z jednym słowem: »zakaz« – opowiada s. Maria Kalinowska, która przez trzy kadencje była matką generalną założonego przez ks. Sopoćkę zgromadzenia.

    Pięć lat po zakończeniu II wojny i 11 lat po śmierci Faustyny białostocka kuria wydała zarządzenie dla proboszczów. Zakazywało rozpowszechniania na terenie archidiecezji broszur, druków i wszelkich opracowań o miłosierdziu Bożym pisanych przez spowiednika Faustyny. Zakaz obejmował nawet opracowania, które posiadały imprimatur innych diecezji („zawierają wiele rzeczy budzących poważne zastrzeżenia”). Zakaz wydano w celu zapobieżenia „błędnemu ujęciu prawd świętej wiary i praktyki kościelnej”.

    Po dwóch latach Komisja Episkopatu Polski poprosiła abp. Romualda Jałbrzykowskiego, metropolitę Wilna, który osiadł w Białymstoku (przed wojną wielokrotnie spowiadał Faustynę), o wydanie opinii na temat nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Bardzo sceptyczny wobec tych objawień, wypowiedział się krytycznie. Wystarczy zacytować sam tytuł: „O rzekomych objawieniach-widzeniach siostry Faustyny”. „Zabroniłem księdzu Sopoćce rozgłaszania tych quasi-objawień (…). Moje zapatrywania są bardzo negatywne” – napisał w opinii. Podobno wpłynęła na nią w jakiejś mierze osobista niechęć do księdza Sopoćki. Co ciekawe, kuria podtrzymała to stanowisko nawet po jego śmierci.

    Ksiądz Michał otrzymywał cios za ciosem. We wrześniu 1953 roku negatywną opinię o obrazie Jezusa Miłosiernego na posiedzeniu polskiego episkopatu wydał biskup przemyski Franciszek Barda. Skrytykował dzieło Adolfa Hyły pod względem liturgicznym i artystycznym. W efekcie episkopat zalecił usunięcie z kościołów obrazów Jezusa Miłosiernego.

    15 marca 1958 roku poznański arcybiskup Antoni Baraniak rozesłał do wszystkich biskupów w kraju i za granicą oświadczenie, że kult Miłosierdzia Bożego opiera się na zmyślonych informacjach. Wiadomość dotarła również do Watykanu. Wystąpienie to ks. Michał Sopoćko odebrał raczej jako nieporozumienie, a nie złą wolę hierarchy.

    Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań. W efekcie 19 listopada 1958 roku Święte Oficjum przyjęło dekret w sprawie objawień Faustyny. Został on opublikowany po czterech miesiącach, 6 marca 1959 roku.

    Co ciekawe, teksty te znacząco się różnią. W dokumencie z listopada czytamy, że „nie należy obstawać przy nadprzyrodzoności objawień Siostry Faustyny”, nie powinno się wprowadzać święta Miłosierdzia Bożego, zakazane jest rozpowszechnianie obrazków i pism propagujących to nabożeństwo. W ostatecznej wersji notyfikacji autorzy wycofali się jednak z sądu co do prawdziwości objawień i nie zajęli już żadnego stanowiska w sprawie święta Bożego Miłosierdzia. O kwestii usuwania obrazów mieli natomiast decydować poszczególni biskupi: mogli je usuwać lub pozostawiać w świątyniach.

    Ona wszystko przewidziała!

    Prymas musiał udzielić księdzu Sopoćce „najwyższego upomnienia” (gravissimum monitum). Po watykańskiej notyfikacji nie można było otwarcie mówić o siostrze Kowalskiej, a księża nie mogli głosić kazań o kulcie Bożego Miłosierdzia. „Wreszcie nastąpiło to, co przepowiedziała siostra Faustyna” – pisał ks. Sopoćko. „Musimy podporządkować się decyzji najwyższej władzy w Kościele. Co do przyszłości jestem jednak zupełnie spokojny, bowiem s. Faustyna to wszystko przewidziała”.

    Sama mistyczka pisała o nim proroczo: „Ujrzałam wysiłki tego kapłana w sprawie Bożej. Serce jego zaczyna kosztować tego, czym było przepojone Serce Boże w czasie tego ziemskiego żywota. Za wysiłki – niewdzięczność. (…) Podziwiam, tyle upokorzeń i cierpień, które podejmuje ten kapłan w całej tej sprawie”.

    „Dziś kończę osiemdziesiąt lat. Moje ręce są puste” – notował ks. Sopoćko w białostockim mieszkaniu przy Poleskiej 42. Zmarł 15 lutego 1975 roku w Białymstoku w dniu imienin Faustyny, nie doczekawszy nowej watykańskiej notyfikacji z 1978 roku.

    Jak proroczo brzmi jego wyznanie: „Jeżeli Bóg będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 WRZEŚNIA CZWARTEK

    DZIŚ KOŚCIÓŁ OBCHODZI ŚWIĘTO ARCHANIOŁÓW – MICHAŁA, GABRIELA i RAŁAFA

    Trzej Archaniołowie; Francesco Botticini, Domena publiczna

    ***

    “Aniołowie są stworzeniami duchowymi, które nieustannie wielbią Boga i służą Jego zbawczym zamysłom wobec innych stworzeń. Aniołowie współdziałają we wszystkim, co dla nas dobre.

    Aniołowie posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi. Przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały.”

    Katechizm Kościoła KatolickiegoAniołowie

    Michał Archanioł hebrajskie imię Mika’el znaczy: “Któż jak Bóg”.

    “I nastąpiła walka w niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło”.

    Apokalipsa 12, 7-8

    W V wieku w południowych Włoszech św. Michał Archanioł objawił się biskupowi Sipontu, św. Wawrzyńcowi. Niebiański dowódca powiedział: “Ja jestem Archanioł Michał, stojący przed obliczem Boga. Grota (Góra Gargano) jest mnie poświęcona; ja jestem jej strażnikiem. Tam, gdzie się otwiera skała, będą przebaczone grzechy ludzkie. Modlitwy, które będziecie tu zanosić do Boga, zostaną wysłuchane. Idź w góry i poświęć tę grotę dla kultu chrześcijańskiego”.

    Na Górę Gargano pielgrzymował m.in. papież Jan Paweł II w 1987 r. Wyznał wówczas, że przychodzi jako pielgrzym, aby uczcić “Wodza niebieskich zastępów” i “błagać go o pomoc w czasach, kiedy tak trudno dawać autentyczne świadectwo chrześcijańskie bez popadania w kompromisy i łatwe przystosowania… Walka z demonem, który jest przeciwieństwem postaci św. Michała Archanioła, jest aktualna również dzisiaj, ponieważ demon wciąż jest żywy i działa w świecie”.

    W Rzymie w roku 590 w czasie trwania epidemii dżumy, papież Grzegorz I zarządził przebłagalne modlitwy, aby ustała epidemia. Wyznaczał siedem kościołów, w których modlono się w tej intencji. W oznaczonym czasie ze wszystkich tych świątyń wyruszyły procesje pokutne, kierując się do bazyliki Santa Maria Maggiore. Papież wygłosił tam kazanie i jak mówi Tradycja, nad mauzoleum Hadriana zobaczył postać Archanioła Michała chowającego do pochwy skrwawiony miecz. Na pamiątkę tych wydarzeń mauzoleum nazywane jest Zamkiem Świętego Anioła, nad którym wznosi się posąg św. Michała Archanioła.

    Archanioł Gabriel – hebrajskie Gabri-El znaczy: “Mąż Boży”, “Bóg jest mocą”.

    W Piśmie świętym to Archanioł Gabriel zwiastował Najświętszej Maryi Pannie, że zostanie Matką Syna Bożego. Wcześniej ukazuje się kapłanowi Zachariaszowi podczas liturgii świątynnej zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela.

    Archanioł Rafał – hebrajskie Rafa-El znaczy: „Bóg uzdrawia”, “Bóg uleczy”.

    W Księdze Tobiasza jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański”. Towarzyszy również młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Raga w Medii. Opiekuje się nim i chroni go przed demonami. Po powrocie uzdrowił jego ojca.

    ___________________________________________________________________________________

    Modlitwa do św. Michała Archanioła.

    Dlaczego św. Jan Paweł II zachęcał do jej odmawiania?

    web-saint-michael-archangel-sky-martinidry-shutterstock_35555443
    Martinidry – shutterstock

    ***

    100 lat po tym, jak papież Leon XIII napisał swoją słynną modlitwę, św. Jan Paweł II wzywał katolików do odnowienia zwyczaju jej odmawiania.

    Jak papież Leon XXIII ułożył modlitwę do Michała Archanioła

    Modlitwa do Michała Archanioła została ułożona w 1884 r. przez papieża Leona XIII. Po odprawieniu mszy świętej papież pozostał w kościele, aby odmówić modlitwę dziękczynienia przy ołtarzu. Pod koniec usłyszał dialog – rozmowę dwóch głosów, z których jeden był łagodny, a drugi ostry. Przypominało to trochę „targowanie” się Szatana z Bogiem zapisane w Księdze Hioba.

    Szatan przechwalał się w ten mniej więcej sposób: choć Jezus powiedział, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła, to on mógłby go zniszczyć, „gdyby tylko miał trochę czasu i mocy – w 75 do 100 lat”.

    Według ojca Domenico Pechenino, który zeznawał jako świadek tego wydarzenia, twarz papieża Leona, słyszącego ten dialog, wyrażała przerażenie i trwogę. W końcu jednak – wróciwszy do swoich zmysłów – lekko, ale zdecydowanie uderzył dłonią w blat i wstał. Udał się do swojego prywatnego gabinetu.

    Jego asysta podążyła za nim z niepokojem i troską, szepcąc: „Ojcze Święty, czy dobrze się czujesz? Potrzebujesz czegoś?”. Odpowiedział: „Nie, nie”. Około pół godziny później wezwał sekretarza jednej z kongregacji i wręczając mu kartkę papieru, poprosił o rozesłanie jej treści do wszystkich biskupów ordynariuszy na całym świecie.

    Modlitwa do Michała Archanioła odmawiana na koniec Mszy św.

    Modlitwa ta została rozpowszechniona jako modlitwa do św. Michała Archanioła. Dwa lata później papież Leon XIII zadekretował, że będzie ona odmawiana na koniec Mszy św. w całym Kościele. Po Soborze Watykańskim II odstąpiono od tego obowiązku, ale zalecano, aby wierni kontynuowali odmawianie jej prywatnie.

    Sto lat po tym, jak papież Leon XIII ułożył swoją modlitwę, św. Jan Paweł II – nie przywracając oficjalnie praktyki modlitwy po Mszy św. – poprosił wszystkich katolików, aby powrócili do tego błagania adresowanego do Księcia Aniołów.

    W 1984 r. – podczas międzynarodowego Roku Rodziny – przestrzegał, że los ludzkości jest w poważnym niebezpieczeństwie i wzywał ludzi Kościoła do odmawiania tej modlitwy codziennie, aby pokonać siły ciemności i zła na świecie.

    W swoim rozważaniu po „Regina Coeli” w niedzielę, 24 kwietnia 1994 r. Jan Paweł II także przywołał modlitwę papieża Leona XII, mówiąc: „Niech ta modlitwa umacnia nas do walki duchowej, o której mowa w Liście do Efezjan: W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi (Ef 6, 10). A jest to ta sama walka, do której odnosi się Apokalipsa, przywołując przed nasze oczy obraz św. Michała Archanioła. Przed oczami papieża Leona XIII była zapewne właśnie ta scena, kiedy pod koniec XIX stulecia zapoczątkował specjalną modlitwę do św. Michała”.

    Aleteia.pl

    ***

    Modlitwa do św. Michała Archanioła:

    Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 WRZEŚNIA – PIĄTEK – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 PAŹDZIERNIKA – I SOBOTA MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXVII NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca


     fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    Osobom, które będą uczestniczyć w pierwszosobotnich nabożeństwach, Maryja obiecuje towarzyszenie w chwili śmierci i ofiarowanie im wszystkich łask potrzebnych do zbawienia.

    1. Wielka obietnica Matki Bożej Fatimskiej

    W Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je uratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli uczyni się to, co wam powiem, wielu zostanie przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej części tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925 r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce. Dzieciątko powiedziało: “Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał”.

    Maryja powiedziała: “Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

    2. Dlaczego ma to być „pięć sobót” wynagradzających, a nie dziewięć lub siedem na cześć Matki Bożej Bolesnej?

    Siostra Łucja odpowiada: „Pozostając przez część nocy z 29 na 30 maja 1930 roku w kaplicy z naszym Panem i rozmawiając z Nim o czwartym i piątym pytaniu, poczułam się nagle mocniej owładnięta Bożą obecnością. Jeśli się nie mylę, zostało mi objawione, co następuje: Córko, motyw jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
    Pierwsze: Bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu.
    Drugie: Przeciwko Jej Dziewictwu.
    Trzecie: Przeciwko Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka.
    Czwarte: Bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki.
    Piąte: Bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach. Oto, droga córko, motyw, który kazał Niepokalanemu Sercu Maryi prosić mnie o ten mały akt wynagrodzenia. A poza względem dla Niej chciałem poruszyć moje miłosierdzie, aby przebaczyło tym duszom, które miały nieszczęście Ją obrazić. Co do ciebie, zabiegaj nieustannie swymi modlitwami i ofiarami, aby poruszyć Mnie do okazania tym biednym duszom miłosierdzia”.

    Jezus powiedział do siostry Łucji: „To prawda, moja córko, że wiele dusz zaczyna, lecz mało kto kończy i ci, którzy kończą, mają za cel otrzymanie przyrzeczonych łask. Ja jednak wolę tych, którzy odprawią pięć pierwszych sobót w celu wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu twojej Matki Niebieskiej, niż tych, którzy odprawią piętnaście, bezdusznie i z obojętnością”.

    3. Warunki nabożeństwa pierwszych sobót – co jest wymagane, aby uczynić zadość temu nabożeństwu

    Warunek 1 – Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca.

    „Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i że mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi”. Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę: Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2 – Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca. Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę: Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3 – Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca. Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę: Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.

    Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić modlitwę: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Warunek 4 – Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca. Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę: Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie! Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną) 4.1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz. 4.2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy. 4.3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego. 4.4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen. 5.5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe. Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża. 4. A jeśli ktoś nie może spełnić warunków w sobotę, czy może wypełnić je w niedzielę? Siostra Łucja odpowiada: „Tak samo zostanie przyjęte praktykowanie tego nabożeństwa w niedzielę następującą po sobocie, jeśli moi kapłani ze słusznej przyczyny zezwolą na to duszom”.

    5. Korzyści: jakie łaski zostały obiecane tym, którzy choć raz je odprawią? „Duszom, które w ten sposób starają się mi wynagradzać – mówi Matka Najświętsza – obiecuję towarzyszyć w godzinie śmierci z wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia”.

    6. Intencja wynagradzająca. Jak ważna jest intencja zadośćuczynienia, przypomina sam Jezus, który mówił siostrze Łucji, że wartość nabożeństwa uzależniona jest od tego, czy ludzie „mają zamiar zadośćuczynić Niepokalanemu Sercu Maryi”. Dlatego siostra Łucja rozpoczyna swe zapiski uwagą: „Nie zapomnieć o intencji wynagradzania, która jest bardzo ważnym elementem pierwszych sobót”.

    7. Warunki rzeczywiście proste, ale czy są wypełniane? „Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy”- mówi Maryja. Trzeba zatem wypełnić to, o co prosi Niebo. Prośba Maryi dotyczy czterech warunków, zatem wszystkie cztery należy wypełnić, a nie jedynie dowolnie wybrane. Jeśli mowa jest o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, to taka intencja winna nam przyświecać w trakcie nabożeństwa pierwszych sobót. Matka Boża prosi, by Jej towarzyszyć przez 15 minut, rozmyślając o tajemnicach różańcowych, zatem nie zapominajmy o medytacji, której temat jest jasno sprecyzowany i nie ma tu dowolności. Maryja prosi ponadto nie tylko o różaniec, ale również o rozmyślanie, zatem zwróćmy uwagę, by nie utożsamiać rozważań w czasie różańca z rozmyślaniem o tajemnicach różańcowych. Pamiętajmy: medytacja, niezależna od modlitwy różańcowej, jest niezmiernie istotna i nie możemy jej pomijać.

    8. Czy nabożeństwo pierwszych sobót jest jeszcze dziś aktualne? Ojciec Święty Benedykt XVI odpowiada: „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona”. „W tym sensie posłanie nie jest zakończone, chociaż obydwie wielkie dyktatury zniknęły. Trwa cierpienie Kościoła i trwa zagrożenie człowieka, a tym samym nie ustaje szukanie odpowiedzi; dlatego wciąż aktualna pozostaje wskazówka, którą dała nam Maryja. Także w obecnym utrapieniu, gdy siła zła w najprzeróżniejszych formach grozi zdeptaniem wiary. Także teraz koniecznie potrzebujemy tej odpowiedzi, której Matka Boża udzieliła dzieciom”. Do dziś pozostają również aktualne słowa siostry Łucji: „Najświętsza Maryja Panna obiecała odłożyć bicz wojny na później, jeśli to nabożeństwo będzie propagowane i praktykowane. Możemy dostrzec, że odsuwa Ona tę karę stosownie do wysiłków, jakie są podejmowane, by je propagować. Obawiam się jednak, że mogliśmy uczynić więcej niż czynimy i że Bóg, mniej niż zadowolony, może podnieść ramię swego Miłosierdzia i pozwolić, aby świat był niszczony przez to oczyszczenie. A nigdy nie było ono tak straszne, straszne”. Nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca jest wciąż wezwaniem dla Kościoła i każdego z nas; nadal możemy twierdzić, iż moglibyśmy więcej uczynić, by było ono znane i praktykowane. Rodzi się jednak pytanie: po cóż nam dziś to nabożeństwo? Nie zapominajmy jednak, iż to „Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Zatem sam Stwórca Nieba i Ziemi wyciąga pomocną dłoń człowiekowi przez Maryję, a to zupełnie zmienia postać rzeczy. Siostra Łucja z wielką prostotą poucza wszystkich wątpiących w sens tego nabożeństwa, iż „Bóg jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci” i pragnie „ułatwić nam drogę dostępu do Siebie”.

    Przypomnienie tego nabożeństwa, w czasie, kiedy trwa Wielka Nowenna Fatimska, nabiera szczególnego znaczenia. Stanowi ono bowiem istotę przesłania Matki Bożej i jest wezwaniem skierowanym do każdego z nas. Jeśli mówimy o pobożności fatimskiej, to nie możemy jej utożsamiać jedynie z 13. dniem miesiąca od maja do października. Fatima bowiem woła o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca. Nie wypełnimy fatimskiego przesłania, jeśli nie będziemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi w pierwsze soboty.

    Sekretariat Fatimski os. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane tel. 18/ 20 66 420 www.sekretariatfatimski.pl e-mail: fatima@smbf.pl

    _______________________________________________________________________

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny – Łucja, Franciszek i Hiacynta przeżywali trzykrotne spotkania z Aniołem Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.

    Trzecie objawienie miało miejsce na początku jesieni 1916 roku, tak jak poprzednie w grocie Cabeço. Siostra Łucja opisuje je w następujący sposób: 


    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anio
    ła:

    O Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie i miłuję Ciebie. Proszę Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i Ciebie nie miłują”.

    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:

    Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”.

    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:

    “Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga”.

    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Trójco Przenajświętsza … etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piąte objawienie 13 września 1917 …

    utworzone przez Araldimissioni-admin | październik 25, 2019 

    Fragment książki: „Fatima, Moje Niepokalane Serce Zariumfuje!”

    Autor: João Scognamiglio Clá Dias, założyciel Heroldów Ewangelii.

    Podczas kolejnych objawień Madonny na Cova da Iria wzrosła liczba osób, które uwierzyły. Tak więc 13 września nastąpił niezwykły napływ pielgrzymów do błogosławionego miejsca, pełen szacunku tłum, liczył od 15 do 20 tysięcy osób, a może i więcej.

    (…) W końcu dotarliśmy do Cova da Iria, w pobliżu dębu ostrolistnego i zaczęliśmy wspólnie ze zgromadzonym tłumem odmawiać Różaniec. Wkrótce potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz potem Matkę Bożą nad dębem. (Powiedziała nam) :

    Siostra Łucja opowiada:

    „Gdy zbliżała się wyznaczona godzina, poszłam tam z Hiacyntą i Franciszkiem, poprzez tłum, który ledwo nas przepuścił. Ulice były pełne ludzi – wszyscy chcieli nas zobaczyć i porozmawiać, (…) prosząc, abyśmy przedstawili Matce Bożej ich potrzeby. (…) W końcu dotarliśmy do Cova da Iria, w pobliżu dębu ostrolistnego i zaczęliśmy wspólnie ze zgromadzonym tłumem odmawiać Różaniec. Wkrótce potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz potem Matkę Bożą nad dębem. (Powiedziała nam) :

    – Nie przestawajcie odmawiać Różańca, aby wojna się zakończyła. W październiku przybędą również Nasz Pan, Matka Boża Bolesna Karmelitańska, Święty Józef z Dzieciątkiem Jezus, aby pobłogosławić świat. Bóg jest zadowolony z waszej ofiary, ale nie chce, abyście spali ze sznurem pokutnym, noście go tylko w ciągu dnia.
    – Poproszono mnie, abym poprosiła o wiele rzeczy: uzdrowienie, niektórych chorych, o pewnego głuchoniemego.
    – Tak, niektórych uleczę, innych nie. W październiku uczynię cud, i wszyscy uwierzą.
    I unosząc się zniknęła jak zwykle “.

    Według świadectw niektórych świadków, w czasie tego objawienia Madonny, podobnie jak podczas poprzednich, miały miejsce różne zjawiska atmosferyczne.

    Obserwowano „świecącą kulę, która przesuwała się ze wschodu na zachód, płynąc powoli i majestatycznie w przestrzeni”.

    Ponadto nastąpiło „zmniejszenie światła słonecznego”, do tego stopnia, że można było zobaczyć księżyc i gwiazdy na firmamencie. (…) Powietrze przybrało żółtawy odcień; mała biała chmura, widoczna aż do krawędzi Cova, owinęła dąb, a wraz z nim pastuszków.

    Z nieba padało coś na kształt białych kwiatów lub płatków śniegu, które nie dotykały ziemi, ale rozpływały się na pewnej wysokości, lub wtedy, gdy próbowano zebrać je do kapelusza lub w dłonie.
    Objawienie Najświętszej Dziewicy, choć krótkie, sprawiło, że dzieci były bardzo szczęśliwe, pocieszone i umocnione w wierze.

    Szczególnie Franciszek czuł się przepełniony radością na myśl o tym, że zgodnie z obietnicą Królowej Nieba i Ziemi za miesiąc ujrzy Jezusa.

    Szóste i ostatnie objawienie

    13 października 1917 …

    Wreszcie przyszedł długo oczekiwany dzień szóstego i ostatniego objawienia się Madonny trzem pastuszkom.
    Była już późna jesień. Poranek był zimny. Uporczywy i obfity deszcz przekształcił Cova da Iria w ogromne trzęsawisko i przemoczył do suchej nitki rzesze 50 lub 70 tysięcy pielgrzymów przybyłych na miejsce ze wszystkich zakątków Portugalii. Około wpół do jedenastej morze ludzi otworzyło przejście odświętnie ubranej trójce dzieci.
    Oto jak Siostra Łucja opisuje co wówczas nastąpiło:

    “Po dotarciu do Cova da Iria, w pobliże dębu ostrolistnego, pod wpływem wewnętrznego natchnienia, poprosiłem zgromadzonych, o zamknięcie parasoli by odmówić Różaniec. Niedługo potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz po tym Matkę Bożą nad dębem.
    – Czego Pan życzy sobie ode mnie?
    – Chcę ci powiedzieć, aby zbudowano tutaj kaplicę na moją cześć ponieważ jestem Matką Boską Różańcową i żebyście kontynuowali odmawiać Różaniec każdego dnia. Wojna wkrótce się skończy, a żołnierze wrócą do swoich domów.
    – Chciałbym prosić Panią o wiele rzeczy. O uzdrowienie chorych i nawrócenie grzeszników itp.
    – Niektórzy tak, inni nie. Muszą wiele naprawić. Muszą prosić o wybaczenie za swoje grzechy. I ze smutnym wyrazem twarzy (dodała Matka Boża): nie obrażajcie Boga, Pana naszego, który już jest bardzo obrażony.
    Znowu rozchyliła dłonie promieniejące w blasku słonecznym. Gdy się unosiła, Jej własny blask spływał na ziemię ”.

    Kiedy Matka Boża zniknęła w tym świetle, którym sama promieniowała, trzy nowe wizje ukazały się na Niebie, jak obrazy symbolizujące radosne, bolesne i chwalebne Tajemnice Różańca.

    W pobliżu słońca pojawiła się Święta Rodzina: 

    Święty Józef z Dzieciątkiem Jezus w ramionach i Matka Boska Różańcowa.

    Dziewica była ubrana w białą tunikę i niebieski płaszcz, święty Józef był również ubrany na biało, a Dzieciątko Jezus na czerwono. Święty Józef trzykrotnie uczynił w powietrzu znak krzyża, błogosławiąc lud, a Dzieciątko Jezus uczyniło to samo.

    Dwie kolejne sceny zobaczyła tylko Łucja. W pierwszej, Jezusa przepełnionego cierpieniem, jak w drodze na Kalwarię, i Matkę Bolesną, ale bez miecza w piersi. Również Boski Odkupiciel pobłogosławił zgromadzonych.
    Następnie pojawiła się chwalebna Matka Boska z Góry Karmel ukoronowana na Królową Nieba i Ziemi, z Dzieciątkiem Jezus na ręku.

    „Spójrz na słońce!”

    Podczas gdy pastuszkowie kontemplowali niebiańskie postacie, obiecany cud miał miejsce na oczach tłumu.
    Przez cały czas objawienia padał deszcz. Łucja pod koniec rozmowy z Najświętszą Dziewicą krzyknęła do ludzi: „Spójrz na słońce!” Chmury otworzyły się i słońce wyglądało jak ogromny srebrny dysk. Pomimo swojego intensywnego światła można było na niego spojrzeć gołym okiem bez uszczerbku dla wzroku. Ludzie kontemplowali je zachwyceni, gdy nagle gwiazda zaczęła „tańczyć”. Odwróciło się szybko jak gigantyczne koło ognia. Zatrzymało się nagle, by zacząć od nowa wkrótce po tym, jak obróciło się z zadziwiającą szybkością. Wreszcie, w zawrotnym wirze, jego krawędzie przybrały szkarłatny kolor, rzucając czerwone płomienie we wszystkich kierunkach.

    Wszystko to odbijało się na ziemi, na drzewach, na krzakach, na twarzach skierowanych w stronę nieba, lśniąc wszystkimi kolorami tęczy. Ognisty dysk zawirował szaleńczo trzykrotnie, z kolorami, które za każdym razem stawały się coraz bardziej intensywne, drżał strasznie i niezwykłym zygzakiem, rzucił się w stronę przerażonego tłumu. Pojedynczy i ogromny krzyk wyrwał się ze wszystkich ust. Wszyscy padli na kolana w błocie, myśląc, że będą spaleni przez ogień. Wielu modliło się głośno aktem skruchy. Stopniowo słońce zaczęło unosić się, kreśląc ten sam zygzak do punktu horyzontu, z którego zstąpiło. Wtedy było już niemożliwe, aby spojrzeć na nie gołym okiem. Znowu było to normalne słońce.

    Cykl wizji Fatimskich zakończył się.

    Cud ten trwał około 10 minut i można go było obserwować do 40 kilometrów od miejsca objawień.

    Wszyscy patrzyli na siebie poruszeni. Potem wybuchła radość:

    „Cud! Dzieci miały rację!” Okrzyki entuzjazmu rozległy się echem po sąsiednich wzgórzach i wielu zauważyło, że ich ubrania, przemoczone kilka minut wcześniej, były całkowicie suche.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czego chciała od nas Matka Boża w Fatimie?

    OUR LADY
    Lawrence OP CC/Aleteia.pl

    ***

    Ogłoszenie treści trzeciej tajemnicy fatimskiej przez Jana Pawła II, stało się jednym z największych wydarzeń Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Dowiedzieliśmy się, że ta prorocza wizja w dużej mierze odnosiła się do dramatycznych wydarzeń zamachu na Papieża 13 maja 1981 r.Prorocza wizja


         Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm. Miejsce tych dramatycznych wydarzeń przedstawione jest w symbolicznym obrazie: Papież, biskupi, kapłani, zakonnicy, zakonnice wchodzą na stromą górą, na której szczycie jest wielki Krzyż. Czytamy w trzeciej tajemnicy fatimskiej: “Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z haku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji (…)”.

         Z perspektywy 88 lat jakie dzielą nas od objawień fatimskich, możemy stwierdzić, że w widzeniu opisanym w trzeciej części tajemnicy możemy rozpoznać dramatyczne wydarzenia kończącego się stulecia. W minionym XX w. na skutek wielkiego kryzysu wiary, doszli do władzy ateiści, którzy doprowadzili do moralnej degeneracji społeczeństw, upadku kultury, straszliwego zniewolenia przez podeptanie podstawowych praw osoby ludzkiej, oraz dokonywanych zbrodni ludobójstwa. W tym czasie Kościół przeszedł prawdziwą drogę krzyżową. Kard. Ratzinger wyjaśniał, że “w drodze krzyżowej minionego stulecia postać Papieża odgrywa szczególną rolę. W obrazie uciążliwego wchodzenia na szczyt góry można z pewnością dostrzec jednocześnie odwołanie do różnych papieży, którzy poczynając od Piusa X aż do obecnego Papieża mieli udział w cierpieniach swojego stulecia i starali się iść przez nie drogą wiodącą ku krzyżowi. W wizji również Papież zostaje zabity na drodze męczenników. Czyż Ojciec Święty, kiedy po zamachu z 13 maja 1981 roku polecił przynieść sobie tekst trzeciej tajemnicy, mógł nie rozpoznać w nim własnego przeznaczenia. Tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci i sam tak wyjaśniał potem swoje ocalenie: macierzyńska dłoń kierowała biegiem kuli i Papież (…) w agonii (…) zatrzymał się na progu śmierci. Fakt, iż macierzyńska dłoń zmieniła bieg śmiercionośnego pocisku, jest tylko jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię, i że ostatecznie modlitwa okazuje się potężniejsza od pocisków, a wiara od dywizji”.Największe zagrożenie… to odrzucenie Boga


         Trzecia część tajemnicy dotyczy naszej wiary, ponieważ mówi o historycznych konsekwencjach kryzysu wiary i moralności, a więc o tym, jakie mogą być skutki odrzucenia fatimskiego orędzia. Ponieważ wezwanie do pokuty i nawrócenia zawarte w orędziu nie zostało przyjęte tak, jak być powinno, wobec tego jesteśmy świadkami, że to smutne proroctwo w dużej mierze się spełniło. Objawiając się w Fatimie w 1917 r. w czasie trwania pierwszej wojny światowej i na progu wybuchu rewolucji Październikowej w Rosji, Matka Boża przekazała trzyczęściowe orędzie, w którym pragnie uświadomić wszystkim ludziom, że życie takie jakby Boga nie było, jest największą tragedią człowieka i całych narodów, jest większym zagrożeniem od wojny nuklearnej i różnych katastrof. Faktem jest, że na początku XX w. nastąpił wielki kryzys wiary. To właśnie wtedy ateiści, w wydaniu masońskim, komunistycznym jak i faszystowskim, doszli do władzy, co doprowadziło do największych w historii ludzkości zbrodni ludobójstwa. Więcej chrześcijan zginęło w XX w. z powodu nienawiści do ich wiary aniżeli w pierwszych XIX wiekach od narodzenia Chrystusa. Trzeba tu wspomnieć o niezwykle krwawych prześladowaniach Kościoła katolickiego w Meksyku (1926-1930) przez zionący nienawiścią do wierzących ateistyczno-masoński rząd. Tysiące księży i wiernych zostało zamordowanych z powodu swojej wiary. Podobna była sytuacja w Hiszpanii (1936-1939), kiedy rządy komunistów i socjalistów, kierując się nienawiścią do Chrystusa, wymordowały 13 biskupów, 4184 księży, 2648 zakonników i zakonnic oraz dziesiątki tysięcy zwykłych wiernych. Kościół katolicki był traktowany zarówno przez komunizm, jak i przez ateistyczny nazizm hitlerowski, jako największy wróg, którego trzeba unicestwić. Ostatecznym celem zarówno masonów, komunistów jak i hitlerowców było całkowite zniszczenie chrześcijaństwa. Dlatego w tak bezwzględny i bestialski sposób męczono i mordowano duchowieństwo i ludzi wierzących zarówno w łagrach sowieckich jak i w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Historia uczy nas, że ilekroć ludzie odrzucali Chrystusa oraz cały system wartości, który On nam przekazał, zawsze prowadziło to do powstania zbrodniczych systemów totalitarnych, ludobójstwa, upadku kultury, wolności oraz moralnej degeneracji społeczeństw, a więc do stworzenia prawdziwego piekła na ziemi.

     Matka Boża w fatimskim orędziu przypomina, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest demoralizacja, utrata wiary, odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez tę najbardziej rozpowszechnioną mentalność życia takiego, jakby Bóg nie istniał, jak i ateizmu w wydaniu komunistycznym, faszystowskim, satanistycznym czy propagowanym przez ideologię New Age. Wyrazem obecnego kryzysu wiary w Europie jest upadek moralny, wyrażający się w braku szacunku do życia, masowym mordowaniu nienarodzonych, eutanazji, rozwiązłości seksualnej, antykoncepcji, pladze rozwodów, narkomanii, itd. Odrzucenie chrześcijańskiego systemu wartości prowadzi zawsze do zabójczego totalitaryzmu władzy, a ostatecznie do samozniszczenia. Z tego powodu tak bardzo niebezpieczni są ci politycy, którzy popierają aborcję, eutanazję, pornografię i moralny relatywizm. Ojciec Święty ostrzegał: “Po upadku w wielu krajach ideologii, które wiązały politykę z totalitarną wizją świata – przede wszystkim marksizmu – pojawia się dzisiaj nie mniej poważna groźba zanegowania podstawowych praw osoby ludzkiej i ponownego wchłonięcia przez politykę nawet potrzeb religijnych, zakorzenionych w sercu każdej osoby ludzkiej: jest to groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu w sposób radykalny, zdolność poznawania prawdy. Jeśli bowiem nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm (Veritatis splendor, 101).Najbardziej radykalne zło – potępienie


         W pierwszej, najważniejszej części swojego fatimskiego orędzia (pierwsza tajemnica) Matka Boża mówi, że ostateczną konsekwencją odrzucenia Boga przez człowieka jest piekło. Ukazała dzieciom (Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie) przerażającą wizję piekła, a potem powiedziała do nich: “Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je ratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo mego Niepokalanego Serca. Jeżeli się zrobi to, co wam powiem, zostanie wielu przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

         Jan Paweł II podczas pobytu w Fatimie 13 maja 1982 r. w swojej homilii nawiązał do tego orędzia Matki Bożej, które pragnie nas przestrzec i uchronić przed najbardziej radykalnym złem, jakim jest piekło: Największą przeszkodą w drodze człowieka do Boga jest grzech, trwanie w grzechu, a w końcu wyparcie się Boga. Świadome wyrzucenie Boga ze świata ludzkiej myśli. Oderwanie od Niego całej ziemskiej aktywności człowieka. W rzeczywistości wieczne zbawienie człowieka znajduje się tylko w Bogu. Odrzucenie Boga przez człowieka – jeżeli jest zdecydowane – prowadzi logicznie do odrzucenia człowieka przez Boga (por. Mt 7, 23; 10, 33), do potępienia. Czy Matka, która całą miłością, jaką budzi w Niej Duch Święty, pragnie zbawienia każdego, może milczeć w obliczu kwestionowania samej podstawy ich zbawienia? Nie, nie może. Tak więc, ponieważ orędzie Matki Bożej Fatimskiej jest orędziem macierzyńskim, jest ono silne i jednoznaczne. Brzmi poważnie. Brzmi jak mowa Jana Chrzciciela nad brzegiem Jordanu. Nawołuje do pokuty. Ostrzega. Wzywa do modlitwy. Poleca różaniec. Orędzie jest skierowane do każdego człowieka.

    Matka Boża w Fatimie przypomniała, że największą tragedią i nieszczęściem człowieka jest grzech i trwanie w grzechu, które stopniowo prowadzi do całkowitego odrzucenia Boga, czyli do piekła. Ukazując przerażającą wizję piekła Matka Boża uświadomiła nam, że wiele dusz dobrowolnie idzie na wieczne potępienie jeżeli pogrąża się w niewoli grzechów, odrzuca przykazania, przestaje się modlić, korzystać z sakramentów i wyrzeka się wiary w Boga. Wieczne piekło jest rzeczywistością, do której człowiek konsekwentnie zmierza, jeżeli odrzuca Boga, Jego Miłość i Miłosierdzie żyjąc tak, jakby On nie istniał. Do pierwszej tajemnicy fatimskiej nawiązuje orędzie Bożego Miłosierdzia, objawione św. Faustynie: “Z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła (…), aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. Tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło” (Dz 741). Pan Bóg “pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tym 2, 4). Jednak, jak pisze Jan Paweł II, istnieje najbardziej radykalne zło, jakim jest odrzucenia Boga przez człowieka, którego konsekwencją jest wieczne potępienie, czyli odrzucenie człowieka przez Boga. Czy jednak “Bóg, który tak umiłował człowieka, może zgodzić się na to, aby tenże Go odrzucił i przez to został skazany na męki wieczne? A jednak słowa Chrystusa sąjednoznaczne. U Mateusza wyraźnie mówi o tych, którzy pójdą na męki wieczne (por. 25, 46). Którzy to będą? Na ten temat Kościół się nigdy nie wypowiadał. Jest to niezgłębiona tajemnica pomiędzy świętością Boga a ludzkim sumieniem. Milczenie Kościoła jest więc w tym miejscu jedynym właściwym stanowiskiem chrześcijanina (…). Czy Bóg, który jest miłością, nie jest także ostateczną sprawiedliwością? Czy może się zgodzić na te straszliwe zbrodnie, czy mogą one przejść bezkarnie? Czy kara ostateczna nie jest w jakimś sensie potrzebna dla uzyskania równowago moralnej w tak zawikłanych dziejach ludzkości? Czy piekło nie jest poniekąd ostatnią “deską ratunku” dla świadomości moralnej człowieka?” – pisze Jan Paweł II (Przekroczyć próg nadziei, s. 140-141).

    Piekło jest ostateczną konsekwencją odrzucenia Boga przez człowieka. Jest to proces, który dokonuje się w ciągu całego ziemskiego życia. Każdy świadomie i dobrowolnie popełniony grzech pogłębia w człowieku egoizm, niszcząc w nim zdolność do miłości. Jeżeli zniewolenie przez zło będzie tak wielkie, że w człowieku zostanie całkowicie zniszczona zdolność do przyjęcia i odpowiedzi na miłość Chrystusa, to wtedy tak ukształtowana ludzka osoba w momencie śmierci z nienawiścią odrzuci zbawczą miłość Boga. I to jest piekło. Tacy ludzie będą definitywnie wykluczeni z królestwa Bożego. “Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje (w życiu na ziemi), to i żąć będzie (w życiu po śmierci): kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu jako plon ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6, 8). Św. Paweł ostrzega: “Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą”(Ga 5, 19-21). Tego typu ludziom, w czasie sądu, Chrystus ogłosi wyrok potępienia: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25, 41). Taką postawę całkowitego zamknięcia się na miłość Boga, Pan Jezus nazywa grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Ten grzech dlatego nie może zostać odpuszczony, ponieważ człowiek sam, w radykalny sposób odrzuca możliwość nawrócenia się (por. Mt 12, 31-33). Wieczne piekło jest więc owocem i ukoronowaniem całego ziemskiego życia człowieka, który dobrowolnie się oddał w niewolę zła. Dlatego kochający Bóg ostrzega nas: “Nie dążcie do śmierci przez swe błędne życie, nie gotujcie sobie zguby własnymi rękami” (Mdr 1, 12). “Miłosierdzie Boże – pisze św. Faustyna – dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakby wszystko było stracone, lecz nie tak jest; dusza, oświecona promieniami silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga przebaczenie win i kar. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale, o zgrozo! Są także dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło, udaremniają wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i nawet same wysiłki Boże” (Dz 1698).Druga część tajemnicy fatimskiej


         Matka Boża w drugiej tajemnicy fatimskiej wskazuje na najskuteczniejszy sposób ratunku przed piekłem. Jest nim poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi i modlitwa różańcowa. Ojciec Święty Jan Paweł II wyjaśnia, że “poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Matki oznacza powrót pod krzyż Syna. Oznacza poświęcenie świata przebitemu Sercu Zbawiciela, przyprowadzenie go z powrotem do źródła odkupienia. Odkupienie pozostaje zawsze większe, niż grzech człowieka i Ťgrzech światať. Moc odkupienia jest nieskończenie wyższa, niż całe zło w człowieku i w świecie. Poświęcenie się Maryi oznacza przyjęcie Jej pomocy w ofiarowaniu nas samych i całej ludzkości jedynemu naszemu Zbawicielowi Jezusowi Chrystusowi”. To właśnie Matka Boża najpewniej prowadzi nas drogami wiary i bezgranicznej ufności do swojego Syna Jezusa Chrystusa, aby mógł nas uwalniać z niewoli grzechów mocą swojego nieskończonego Miłosierdzia. “Pragnę zaufania od swoich stworzeń” – mówił Jezus św. Faustynie – “Niechaj się nie lęka do mnie zbliżyć dusza słaba, grzeszna, a choćby miała więcej grzechów niż piasku na ziemi, utonie wszystko w otchłani miłosierdzia mojego… Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego”. Siostra Łucja powiedziała, że Matka Boża trzy razy jej powtórzyła: “Zbliżamy się do czasów ostatecznych”. Najważniejszym środkiem służącym ratunkowi ludzkości jest poświęcenie się Jej Niepokalanemu Sercu i modlitwa różańcowa. Maryja skarżyła się również, że nie wszystkie ofiarowane dotąd środki zbawcze zostały przyjęte przez ludzkość, dlatego Ona ofiaruje teraz swoje łzy.

     Kochani Czytelnicy! Matka Boża prosi każdego z nas o włączenie się w dzieło zbawienia świata, ratowania siebie, swoich najbliższych, Polski i świata. Wiemy, że tylko miłość Chrystusa może przezwyciężyć całą grozę zła, które ciąży nad nami i nad całą ludzkością. Chrystus potrzebuje jednak naszej zgody, aby mógł działać przez nas i docierać swoją miłością do największych grzeszników. Jesteśmy więc wezwani do zjednoczenia się z Niepokalanym Sercem Matki Najświętszej, aby nas uczyła żywej wiary i ufności, która ma się wyrazić:

    1. W odwróceniu się od grzechu i życiu zgodnie z zasadami moralnymi i nauką Kościoła Katolickiego; 
    2. W codziennej modlitwie różańcowej i medytacji Pisma św.; 
    3. W praktyce pierwszych piątków i sobót miesiąca w intencji wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Matki Bożej za grzechy własne i świata; 
    4. W comiesięcznej spowiedzi i jak najczęstszym przyjmowaniu Jezusa w Eucharystii, a także, jeżeli to jest możliwe, poście o chlebie i wodzie w środy i piątki. Spełnienie tych próśb Matki Boskiej Fatimskiej jest ratunkiem dla każdego z nas, Polski, Europy i świata.
    Miłujcie się!

    _________________________________________________________________________________

    _________________________________________________________________________________

    2 PAŹDZIERNIKA – XXVII NIEDZIELA ZWYKŁA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    Po MSZY ŚW. – KORONKA do BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC WRZESIEŃ 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, aby kara śmierci, która godzi w nienaruszalność i godność osoby, została zniesiona w ustawodawstwie wszystkich państw świata.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Matko Bolesna, niechaj Twoje łzy i cierpienia, odwrócą Bożą chłostę, która ciąży nad światem, aby czym prędzej nastało panowanie Najświętszego Serca Jezusowego. Wiem, że krzyżowanie Twojego Syna a Pana naszego Jezusa Chrystusa wciąż trwa z powodu naszych grzechów. Dlatego proszę o łaskę, abym nie bał się pokutować ze skruszonym sercem za popełnione niegodziwości moje i świata całego.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Wasze tajemnice otrzymaliście na maila w środę 31 lipca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na ten adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O spotkaniu dwojga świętych myślących „powszechnie”

    bł.Pauline Jaricot (1799-1862) ©.Diocèse de Lyon

    Ojciec Święty Franciszek upoważnił Kongregację Spraw Kanonizacyjnych do opublikowania ośmiu nowych dekretów kanonizacyjnych i beatyfikacyjnych, w tym Pauliny Jaricot, założycielki Dzieła Rozkrzewiania Wiary. O Czcigodnej Paulinie pisałem już nie raz. Powód bardzo prosty: to jedna ze świętych z „orbity Pallottiego”. W rzeczy samej, w opublikowanej dwa lata temu Chronologii życia św. Wincentego Pallottiego czytamy: „W czerwcu 1835 roku, Wincenty Pallotti spotkał się z Pauliną Marią Jaricot, założycielką Lyońskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary, która przybywszy do Rzymu pod koniec maja 1835 roku, zatrzymała się w klasztorze Najświętszego Serca na rzymskim wzgórzu Trinità dei Monti”.

    Kim była Paulina? Młodsza od Pallottiego o 4 lata, urodziła się 22 lipca 1799 roku w Lyonie (Francja), jako córka bogatego przemysłowca. Z korespondencji ze swoim bratem studiującym w seminarium misji zagranicznych w Paryżu oraz z listów misjonarzy, dowiedziała się o niezwykle trudnej sytuacji finansowej na misjach i tragicznej sytuacji dzieci w Chinach, które umierały z głodu. Myśl ta nie dawała jej spokoju. Zaczęła więc szukać pomocy. Wtedy właśnie ujawnił się jej geniusz organizacyjny. Utworzyła koła, w które chętnie zaangażowały się robotnice zakładu przemysłowego, odkładając drobne sumy z tygodniowych zarobków. Z dziesiątek kół wyłaniały się nowe koła i rosły w setki, tworząc fundusz na działalność misyjną Kościoła i rozkrzewianie wiary.

    Podobnie jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Paulina nigdy nie wyjechała na misje, a jako świecka kobieta, młoda i piękna, stała się założycielką jednego z największych misyjnych dzieł w Kościele. Bóg posłużył się nią jak „zapałką, by rozpalić wielki ogień”. Faktycznie, inicjatywy Pauliny okazały się bardzo znamienne i nadzwyczaj płodne dla całego Kościoła. Znamienne, ponieważ Dzieło to było inicjatywą osób świeckich, należących do różnych zawodów i środowisk. Płodne, ponieważ rozwój Dzieła Rozkrzewiania Wiary w różnych krajach był tak szybki, iż w 1922 roku Stolica Apostolska została niejako zmuszona nadać mu status Dzieła Papieskiego i ustanowić jego światową siedzibę w Rzymie.

    Paulina zaangażowała się również w rozwiązywanie problemów zubożałych rodzin robotniczych we Francji. Cały swój majątek zainwestowała w budowę gmachu, który miał być idealnym ośrodkiem przemysłowym, gdzie robotnicy z rodzinami mieli cieszyć się pracą roztropnie kierowaną i sprawiedliwie wynagradzaną. Inwestycja upadła jednak wskutek oszustwa nieuczciwych ludzi. Paulina do końca życia spłacała długi. Pogrążona w ubóstwie, chorobie i całkowitym opuszczeniu zmarła 9 stycznia 1862 roku ze słowami: „Boże mój, wybacz im i obdarz błogosławieństwem, na miarę cierpień, jakie mi zadali”.

    Według tradycji pallotyńskiej, Wincenty Pallotti miał spotkać po raz pierwszy Paulinę Jaricot w 1835 roku, w klasztorze Trinità dei Monti przy Placu Hiszpańskim. Faktycznie, za życia Pallottiego, Paulina gościła w Rzymie dwa razy: w 1835 i 1839 roku. Jak doszło do tego spotkania? Otóż, w 1835 roku Paulina ciężko zachorowała i za radą ks. Jana Marii Vianneya, świętego proboszcza z Ars, udała się do Włoch, a konkretnie do Mugnano, nieopodal Neapolu, by prosić świętą Filomenę o łaskę zdrowia, którą tamże otrzymała 10 sierpnia uczestnicząc we Mszy św. W drodze do i z Mugnano, zatrzymywała się w Rzymie. To właśnie wtedy miała spotkać Wincentego Pallottiego, który od razu rozpoznał w Fundacji tej młodej Francuzki coś ze swego Apostolato Powszechnego. Dlatego też rok później, za pozwoleniem kard. Odescalchiego, Pallotti zaczął zapisywać do Dzieła Lyońskiego swoich członków Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego.

    Wzajemne przenikanie się obu Dzieł nie przeszkadzało na początku nikomu. W roku 1837 papież Grzegorz XVI nakazał nawet powołanie Centralnej Rady Dzieła Lyońskiego w Rzymie, tak jak istniały już takowe w Lyonie i w Paryżu, prosząc księdza Pallottiego, by zajął się organizacją tejże rady. Pallotti oddał wtedy do dyspozycji Dzieła czterech członków Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego: kardynała Giacomo Luigi Brignole, który został jego prezesem, ojca Luigi Togni (kamilianina), księcia Pompeo Gabrielli i Pana Giacomo Perelli (Por. OOCC V, 181-182).

    Ks. Franciszek Amoroso, jeden z najpłodniejszych włoskich biografów Pallottiego twierdzi, iż trzy rzeczy św. Wincenty cenił szczególnie u Pauliny. Najpierw, jej apostolski zapał; następnie, jej współpracę ze wszystkimi środowiskami w organizacji pomocy na rzecz misji; wreszcie, powszechność jej ducha, która sprawiała, iż dzieliła się dobrami duchowymi i materialnymi z misjami na całym świcie. „Jesteśmy katolikami – powtarzano wtedy w środowisku Dzieła Liońskiego. W konsekwencji nie powinniśmy pomagać takiej czy innej misji, ale wszystkim misjom rozproszonym po całej ziemi”.

    Na początku wszystko układało się bardzo dobrze. Ale dość szybko pojawiła się opozycja „bez imienia i bez twarzy”. Insynuowano, że Zjednoczenie Pallottiego jest przeszkodą w rozwoju Dzieła Liońskiego, gdyż jest jego niepotrzebnym duplikatem. W rzeczywistości, to nie o duplikat chodziło, ale o pieniądze i nazwę Dzieła Pallottiego: „Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego”. Przeszkadzała ona niektórym rzymskim hierarchom, którzy postanowili ją usunąć.

    30 lipca 1838 roku zdarzyło się coś, co głęboko dotknęło samego Pallottiego i poruszyło całą jego fundację. Podczas jednego z zebrań, które miało miejsce w kościele św. Chryzogona na Zatybrzu, abp Ignacy Cadolini, Sekretarz Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, przekazał księdzu Pallottiemu kopię listu zaadresowanego do Wikariusza Papieskiego, kard. Carlo Odescalchi, w którym między innymi czytamy: „Biorąc pod uwagę istniejące już w Rzymie Dzieło Rozkrzewiania Wiary, nowe Zjednoczenie o nazwie Apostolstwo Katolickie, okazuje się całkowicie nieużyteczne i zbyteczne. W związku z powyższym, wierni przynależący do tak zwanego Apostolstwa Powszechnego winni ów związek opuścić i przyłączyć się do Dzieła Rozkrzewiania Wiary”. Pan Bóg, na szczęście, potrafi pisać prosto po krzywych liniach, i tylko dzięki Niemu oba Dzieła przetrwały do dnia dzisiejszego.

    ks. Stanisław Stawicki SAC

    ____________________________________________________________________________________

    Patronką XXI Róży Żywego Różańca jest:

    św. Filomena – patronka na nasze czasy

    by Ralph Hammann (own work) [CC0], via Wikimedia Commons

    ***

    11 sierpnia przypada główne święto św. Filomeny. Ta święta, choć mało jeszcze znana w Polsce, jest patronką m.in.  szczęśliwych narodzin, matek i dzieci. Sakramentalium z nią związane – sznur św. Filomeny – jest najbardziej pomocne w czasie pokus przeciwko cnocie czystości.

    O tym, jak wielką świętą jest Filomena, może świadczyć zdanie św. Jana Maria Vianney’a. Proboszcz z Ars powierzał jej wszystkie wielkie sprawy Kościoła. Kiedyś powiedział: to nie ja cuda czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… zwróćcie się do świętej Filomeny. Ilekroć prosiłem o co Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany. Czcicielami św. Filomeny był także papież Leon XII, który mówił: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie”. Czcią otaczał ją także bł. Pius IX, Grzegorz XVI oraz Paweł VI.

    Filomena była prostą dziewczyną i to w dodatku żyjącą wiele wieków temu. To chrześcijanie wyprosili jej narodziny i wówczas jej rodzice, którzy byli poganami, nawrócili się i przyjęli chrzest. Filomena, jako dziecko, złożyła Chrystusowi ślub wierności i dziewictwa. Zniewolona przez cesarza Dioklecjana, tyrana i prześladowcę chrześcijan, powiedziała: „Lepiej jest stracić życie na ziemi, by osiągnąć wiekuiste szczęście, niż uniknąć śmierci doczesnej i zasłużyć na wiekuistą karę. Pozostanę wierna Jezusowi nawet za cenę mojego życia!”.

    Aż 40-dni przebywała w więzieniu, następnie skazaną ją na śmierć. Była wielokrotnie męczona. Ostatecznie ścięto ją katowskim toporem 10 sierpnia 302. Jej szczątki zostały odkryte po 1500 latach w katakumbach św. Pryscyll 24 maja 1802 roku. Na grobowcu wyryte były: napis LUMENIA PAX TIBI (Pokój Tobie, Filomeno), kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii – symbole nawiązujące do jej męczeństwa.

    Po latach, kiedy za jej wstawiennictwem została z choroby serca uzdrowiona Paulina Jaricot, Założycielka Stowarzyszenia Żywego Różańca, opowiedziała o swoim uzdrowieniu Grzegorzowi XVI. Papież wysłuchał jej i zatwierdził oficjalny kult św. Filomeny. 30 września 1837 roku Filomena została wyniesiona na ołtarze.

    Dziś św. Filomena jest patronką nie tylko Żywego Różańca, ale także m.in. patronką szczęśliwych narodzin, matek i dzieci i ludzi interesu. W Gniechowice na Dolnym Śląsku, gdzie znajduje się jedyna w Polsce parafia jej poświęcona, przy jej relikwiach każdego 11 dnia miesiąca odbywa się modlitwa połączona z prośbami i podziękowaniami. Jej czciciele proszą ją o szczęśliwe rozwiązanie, o rozeznanie powołania, nawrócenie, w różnych sprawach związanych z nauką, o pracę, o dar potomstwa, w różnych sprawach finansowych, o dobrą żonę czy męża.

    Choć św. Filomena jest jeszcze mało znana, jej kult rozwija się. Wielu jej czcicieli nosi sznur św. Filomeny w kolorach biało-czerwonym. Biała barwa symbolizuje dziewictwo a czerwona męczeństwo. Na obu końcach znajdują się węzły, które symbolizują jej podwójny tytuł: Dziewicy i Męczennicy. Noszący sznur św. Filomeny powinni każdego dnia odmawiać modlitwę: „Święta Filomeno, dziewico i męczennico, módl się za nami, abyśmy za twym cudownym i możnym wstawiennictwem zachowali czystość ducha i serca, która zaprowadzi nas do całkowitej miłości Boga. Amen”.

    pam/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Zwróćcie się do świętej Filomeny!

    Święta Filomena znalazła mnie sama. Te wydarzenia uświadomiły mi, że należy pokazać ludziom, jak wielkie łaski za Jej wstawiennictwem mogą uzyskać. Opowiadałem o Świętej wszystkim, którzy chcieli słuchać – mówi ksiądz ks. Zbigniew Neumüller z parafii pod wezwaniem św. Wawrzyńca w Luzinie (woj. pomorskie).

    W jaki sposób święta Filomena pojawiła się w życiu Księdza

    To Ona mnie znalazła.

    W sierpniu 2013 roku pracowałem w ogrodzie, gdy zadzwonił telefon. Dzwoniła ciocia, która powiedziała, że szuka mnie jakaś pani w ważnej sprawie i koniecznie chce się ze mną spotkać. Bardzo nie pasował mi ten telefon, bo miałem dużo pracy, pojechałem jednak. Czekała na mnie kobieta, którą pierwszy raz widziałem na oczy. Wymieniliśmy pozdrowienia, usiedliśmy przy stole i usłyszałem taką opowieść: „Bardzo Księdza szukam, jednak nikt tu nie chciał mi pomóc. Pytałam wiele osób, każdy miał jakąś wymówkę i informował mnie, kiedy są odprawiane Msze święte. Pomimo, że starałam się spotkać Księdza w kościele, zawsze gdy byłam w świątyni, inny duchowny sprawował Eucharystię. Dziś, zdeterminowana poszłam na cmentarz i zaczęłam modlić się za dusze w czyśćcu cierpiące prosząc je również o pomoc w moim kłopocie. Tak sobie szłam modląc się, gdy zobaczyłam starszą osobę oporządzającą nagrobek. Pozdrowiłam zapracowaną kobiecinę i bez wielkiej nadziei zapytałam, czy nie wie, jak mogę skontaktować się z księdzem Zbigniewem. Ku mojemu zdziwieniu staruszka powiedziała, że tu… o tu za rogiem mieszka ciocia Księdza … i tak udało mi się tu dotrzeć”.

    I jak potoczyło się to spotkanie?

    Jakież było moje zaskoczenie, kiedy otrzymałem niebieską buteleczkę z olejem, mały różaniec i instrukcję obsługi: „Proszę wziąć ten olej i posmarować chore miejsca – powiedziała kobieta – a następnie proszę modlić się na tej koronce do świętej Filomeny. Jeżeli nie ma Ksiądz tej modlitwy, proszę zmówić 3 razy Ojcze nasz na białych paciorkach i 13 razy Zdrowaś Maryjo na czerwonych koralikach. Mam jednak prośbę… Proszę dać mi jedną kropelkę tego oleju”.

    Bardzo się zdziwiłem i chciałem jej odlać przyniesionego oleju, jednak pani powiedziała:

    „Nie mogę. To nie jest przeznaczone dla mnie. Ten olej dostałam od pewnego księdza egzorcysty, który nie chciał mi go dać. Nie pomagały tłumaczenia, że to w ważnej sprawie i dla chorego kapłana. Powiedział Nie! i zamknął mi drzwi przed nosem. Uklękłam na schodach i modliłam się. Tamten ksiądz pewnie pomyślał, że się mnie nie pozbędzie – wyszedł i dał mi, to, o co prosiłam”.

    Słuchałem z wielkim przejęciem tej opowieści. Podzieliłem się otrzymanym darem. Podziękowałem i pożegnaliśmy się. W drodze do domu kupiłem książeczkę o świętej Filomenie, bo przecież nie miałem pojęcia, kto zacz. Po powrocie do domu postąpiłem zgodnie z instrukcjami. Pomyślałem, że skoro ktoś tak bardzo się postarał żeby mi to dostarczyć – nie mogę tego zmarnować. Nie posmarowałem chorych miejsc (bo przecież stwardnienie zanikowe boczne, na które choruję, atakuje cały organizm), ale zjadłem kilka kropel na cukrze. Moja modlitwa tego wieczoru była pięknym spotkaniem z Bogiem.

    Po jakimś czasie dowiedziałem się o chorobie znajomego. Miał w wardze guz, który po wycięciu okazał się nowotworem złośliwym. Twarz chorego była bardzo opuchnięta, boląca i sina. Mój znajomy był załamany i pomimo, że teoretycznie był osobą wierzącą, nie potrafił prosić Boga o zdrowie. Mało tego, nie chciał, żebym i ja za niego się modlił. Po krótkim spotkaniu wychodziłem równie zakłopotany jak mój gospodarz. W kuchni poprosiłem osobę opiekującą się nim o wacik, który nasączyłem kilkoma kroplami mojego oleju. Poprosiłem by przemyła tym wacikiem rany zrezygnowanego człowieka i jednocześnie prosiła Boga, Jego Matkę i świętą Filomenę o zdrowie dla niego. Ustaliliśmy, że nie powie mu o naszym „małym spisku”. Sam pojechałem do domu i również modliłem się o jego zdrowie.

    Następnego dnia pani, z którą „spiskowałem” zadzwoniła i z wielkim przejęciem powiedziała, że wszystko się zagoiło. Nie ma opuchlizny. Rana pooperacyjna zabliźniła się. Nie było śladu po siniakach. Było to wielkie zaskoczenie, również dla mnie. Przecież upłynął dopiero jeden dzień. Rana była pooperacyjna, duża i znacznie bardziej rozległa niż na przykład po zwykłym wyrwaniu zęba. Tu stało się coś niezwykłego.

    Już wtedy znałem życie świętej Filomeny i kochałem Ją całym sercem. Czułem, że jest to wielka moja orędowniczka, i że jeżeli zawierzę jej życie swoje i innych, którzy o to poproszą, to nie tylko będę szedł drogą miłą Bogu, ale otrzymamy to, co będzie nam niezbędne.

    Po jakimś czasie pojechałem do tamtego domu. Po rozmowie z chorym opiekunka zapytała, co jej dałem wtedy na waciku. Przyznała się, że zdradziła nasz sekret choremu. Wtedy poprosiłem by przekazała podopiecznemu, że jeżeli poprosi Boga, to będzie uzdrowiony.

    Obiecałem modlitwę i pożegnaliśmy się. Nie poprosił, niestety. Pomimo tak wielkiego znaku – nie uwierzył.

    Jak wygląda „codzienny” kult świętej w życiu Księdza oraz parafii, w której posługuje?

    Święta Filomena znalazła mnie. Te wydarzenia uświadomiły mi, że należy pokazać ludziom, jak wielkie łaski za Jej wstawiennictwem mogą uzyskać. Opowiadałem o Świętej wszystkim, którzy chcieli słuchać. Błogosławiłem olejem potrzebującym. Modliłem się i rozdawałem słowa modlitw tym, którzy byli w potrzebie. Moje czyny, bez szczególnego własnego planu, były bardzo skoncentrowane na szerzeniu kultu świętej Filomeny, a za Jej pośrednictwem – Matki Bożej oraz Dobrego Boga. Moja determinacja była tym większa, że ze wszystkich stron słyszałem o uzyskanych łaskach, uzdrowieniach czy rozwiązanych problemach.

    W tamtym czasie byłem duszpasterzem Apostolstwa Dobrej Śmierci. Była to niewielka, około siedmioosobowa grupa modlitewna starszych pań. Odmawialiśmy Różaniec do Siedmiu Boleści Matki Bożej, włączając w to nową Patronkę. Zaproponowałem, by nasze spotkania przenieść do kościoła. Powiedziałem jednak, że na tym spotkaniu będziemy się modlić do Boga za pośrednictwem Matki Bożej i św. Filomeny. Panie oczywiście nie miały nic przeciwko temu, jednak trudno było o wolne terminy. Właściwie przez cały tydzień w godzinach popołudniowych kościół był zajęty. Pozostał jedynie wtorek o godzinie 20:00. Zwróciłem się do mojego przełożonego, a on stwierdził, że modlitwy nie można hamować i zgodził się.

    W niedzielę ogłosiliśmy to nabożeństwo. Poprosiłem organistę o pomoc. Wszystko układało się jak z płatka. Jednak nadal nie wiedziałem, ile osób przyjdzie, tym bardziej, że dotychczas była nas garstka, a świętą Filomenę znała również garstka ludzi. Modliłem się by moja Orędowniczka nie opuszczała mnie w tych działaniach.

    29 października 2013 r. na nabożeństwie w kościele nie było nas już siedem osób tylko, co najmniej 70. W listopadzie ławki kościoła były już całkowicie pełne, a nasza modlitwa jeszcze gorliwsza. Dzisiaj na każdym spotkaniu jest co najmniej 700, a czasami nawet ponad 1 700 osób.

    Natomiast ja jestem szczęśliwy, że mogę być duszpasterzem tak wspaniałej wspólnoty. Razem błagamy o pomoc w niezliczonych intencjach, a także dziękujemy za otrzymane łaski. Dzięki świadectwom wiernych czcicieli, kult świętej Filomeny zatacza coraz większe kręgi. Modlą się z nami wierni z całej Polski, a także poza granicami naszego kraju.

    W każdy ostatni wtorek miesiąca, o godzinie 20:00 transmitujemy spotkania „Przez Matkę Bożą i św. Filomenę do Jezusa” poprzez stronę internetową www.filomena.org.pl, za pośrednictwem naszego kanału na YouTube. Docieramy w ten sposób do wiernych z całego świata. Na tej stronie publikujemy wszelkie informacje dotyczące św. Filomeny oraz świadectwa o łaskach otrzymanych za Jej przyczyną i za przyczyną Matki Bożej.

    I tak to się zaczęło. Kontaktują się ze mną ludzie z całej Polski i opowiadają o opiece tej „Małej Wielkiej Świętej”, jednak takie cykliczne nabożeństwo jest tylko w Luzinie. Czasami też wyjeżdżam do innych parafii. Pojechaliśmy z naszym nabożeństwem, na zaproszenie tamtejszej parafii, również do Niemiec.

    Kto szczególnie powinien przyzywać orędownictwa świętej Filomeny? Jakim sprawom patronuje Ona w sposób szczególny?

    Orędownictwa świętej Filomeny może przyzywać każdy potrzebujący. Kościół przyjmuje, że jest patronką Żywego Różańca oraz szczęśliwych narodzin dzieci. Ta Święta jest wspaniałą orędowniczką matek i dzieci, ludzi interesu, a także w potrzebach finansowych. Również osoby zdające egzaminy znajdą w niej swoją wspomożycielkę. Jako swoją patronkę obierają ją szkoły oraz zakonnicy. To za przyczyną tej małej dziewczynki jest wiele nawróceń a tym, którzy Jej zaufają wyprasza spokojną i szczęśliwą śmierć. Tak, więc jest to patronka na nasze czasy. I ze świadectw, jakie nieustannie otrzymuję, wiem, że kto zwraca się do tej Niej o wstawiennictwo z wiarą i ufnością, uzyskuje pomoc. Często słyszę, że ludzie mówią: „Księże, powierzyłem tą sprawę św. Filomenie a ona tak pokierowała moim życiem, że nawet nie spodziewałem się, że tak może się to wszystko ułożyć”. Święci są naszymi adwokatami u Pana Boga, a ta patronka zna się na swojej robocie i dobrze reprezentuje nasze interesy przez Miłosiernym Bogiem. Oddając się opiece świętej Filomeny możemy być pewni, że nasze życie będzie toczyło się zgodnie z wolą Bożą.

    Święta Filomena poniosła śmierć w wieku zaledwie 13 lat, dodajmy śmierć męczeńską. W jakich okolicznościach do niej doszło?

    Była córką małżonków rządzących małym państwem w Grecji. Rodzice początkowo byli poganami, jednak za namową swojego lekarza przyjęli wiarę chrześcijańską i dzięki Bożej pomocy doczekali się upragnionego dziecka. Przy narodzinach dano Jej imię Lumena („światło wiary”). W dniu chrztu została Filomeną, gdyż tego dnia stała się dzieckiem wiary.

    Wychowywana w wielkiej miłości do Jezusa Chrystusa, jako 11-letnia dziewczynka złożyła śluby czystości. Gdy miała 13 lat, jej tata, by uchronić swoje państwo przed wojną, pojechał wraz z rodziną na audiencję do Dioklecjana. Rzymski cesarz olśniony urodą Filomeny powiedział, że spełni każdą prośbę greckiego władcy, jeżeli jego córka zostanie cesarzową. Rodzice uznali, że to nie jest zbyt wysoka cena za pokój – zwłaszcza, że cesarz obiecywał dobro dla ich córki i narodu. Filomena jednak nie zgodziła się mówiąc, iż jej przysięga czystości i wierności Bogu jest najważniejsza. Rozgniewany cesarz postanowił ją przekonać do ślubu więzieniem i torturami. 37. dnia w swej celi ujrzała Najświętszą Maryję Pannę, która oznajmiła, że to nie koniec cierpień, jednak zapewniła uwięzioną, że darzy ją szczególną miłością. Imię, które otrzymała na Chrzcie świętym, jest dowodem Jej podobieństwa do Syna Bożego i Matki Bożej.

    Świętą Filomenę biczowano. Kiedy jednak nie zmarła, ale w cudowny sposób została wyleczona z ran, Dioklecjan postanowił wrzucić Ją do Tybru wraz z kotwicą przywiązaną do szyi. Tym razem aniołowie wyjęli ją rzeki. Wtedy została uznana za czarownicę, którą Dioklecjan polecił przebić strzałami rozpalonymi w ogniu. Strzały jednak zmieniały kierunek i ze zdwojoną siłą godziły w łuczników. Ostatecznie, cesarz widząc swą niemoc, skazał Ją na śmierć przez ścięcie głowy.

    Ten życiorys był przez długi czas nieznany. Dopiero Matka Maria Luiza od Jezusa z Królestwa Neapolu otrzymała we śnie od samej świętej Filomeny świadectwo o Jej życiu, uznane następnie przez Kościół.

    Co spowodowało, że wspomnienie świętej Filomeny zostało usunięte z kalendarza liturgicznego?

    Przyznam, że nieznane są mi powody wydania w 1961 r. dekretu Kongregacji ds. Obrządku, gdzie dokonana została taka zmiana. Jednak Paweł VI zatroskanemu biskupowi z Mysore (stoi tam katedra św. Filomeny) poradził: „Róbcie dalej tak jak do tej pory i nie wzburzajcie ludu!”.

    Pragnę podkreślić, że wykreślenie świętego lub świętej z kalendarza liturgicznego z jakiegoś powodu nie oznacza bynajmniej odmawiania mu (jej) świętości, bo kto raz został uznany za świętego i wpisany do „Martyrologium”, pozostaje świętym na zawsze, chociażby wypisano go ze wszystkich kalendarzy liturgicznych na całym świecie. Jakie by nie były powody wykreślenia wspomnienia św. Filomeny z kalendarza liturgicznego, pozostaje Ona nadal wielką świętą, do której zwracali się wielcy ludzie.

    Papież Leon XII mówił: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie”.

    Papież Leon XIII podniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa i zatwierdził „sznur Świętej Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą.

    Papież Paweł VI po reformie kalendarza liturgicznego w 1961 roku zalecał szerzyć kult św. Filomeny z dotychczasowym zapałem.

    Święty Jan Maria Vianney mówił: „Ja cudów nie czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… Zwróćcie się do świętej Filomeny. Ilekroć prosiłem o co Boga przez Jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany”.

    Służebnica Boża Paulina Jaricot mówiła: „Słyszałam jak demony mówiły podczas egzorcyzmu: Dziewica i Męczennica, święta Filomena, jest naszym przeklętym wrogiem. Nabożeństwo do Niej jest nową straszną bronią przeciw piekłu”. „Miejcie wielkie zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla Was wszystko, o co Ją poprosicie”.

    Czy dostrzega Ksiądz analogie między pomiędzy drogą ku świętości Filomeny i błogosławionej Karoliny Kózkównej? Obie w tak młodym wieku zostały zabrane z tego świata.

    Są to dwie bardzo młodziutkie święte, które swoje życie oddały za zachowanie dziewictwa. Historie ich życia są różne, jednak jestem przekonany, że każdy z nas ma swojego świętego, który jest mu najbliższy. Święta Filomena jest mi bardzo bliska, a czciciele mówią, że czują Jej opiekę. Jest na to wiele świadectw. To jest nasza patronka, dzięki, której czujemy się bezpiecznie. Jestem przekonany, że wiele osób powierza swoje życie także błogosławionej Karolinie, polskiej męczennicy.

    W Luzinie jesteśmy wspólnotą ludzi, którzy zwracają się do Boga za pośrednictwem Matki Bożej i św. Filomeny, prosząc o różne ważne sprawy. Często nasze modlitwy są wysłuchiwane, ale czasami zdarza się, że Bóg pokazuje nam swój plan, który jest inny od naszych oczekiwań. Taka sytuacja miała miejsce, gdy modliliśmy się o zdrowie piętnastoletniego Adama. Chorował na raka. Były przerzuty. Cierpiał bardzo. Cała wspólnota modliła się o jego zdrowie. Po roku chłopiec zmarł. Smutek wielki, jednak, co może wydawać się dziwne, nie spowodowało to zwątpienia w modlących. Rodzina tego chłopca, pomimo wielkiego bólu, nie miała pretensji, że Adam odszedł. Pamiętając o tym, ile siły ich syn otrzymywał przez modlitwę i jak spokojnie odszedł, dziś jest przekonana, że ma nowego orędownika u Boga. Wszyscy, choć nie bez smutku, przyjęliśmy wolę Boga. W tym samym czasie modliliśmy się o zdrowie chorej na białaczkę osiemnastoletniej Pauliny, która po ponad rocznym pobycie w szpitalu dziś już jest zdrowa w domu.

    Jest bardzo dużo uzdrowień fizycznych z raka, poprawia się wzrok a lekarze odstępują od operacji, bo okazuje się, że już nie ma takiej potrzeby, ludzie budzą się ze śpiączki.

    Czterdziestoletni mężczyzna po poważnym zawale nie mógł pracować, a chodzić mógł tylko po mieszkaniu. Dzięki wstawiennictwu świętej Filomeny nie tylko pracuje, ale i jeździ na rowerze. Siedmioletni chłopiec potrącony przez duży samochód wybudził się ze śpiączki, pomimo iż lekarze mówili, że nie ma szans na przeżycie. Dziś trwa rehabilitacja i Nikodem zaczyna chodzić.

    Ja sam jestem świadectwem działania modlitwy zanoszonej do Boga za pośrednictwem Niepokalanej Maryi i św. Filomeny. Cierpię na SLA. To okropna choroba, która zabija, odbierając człowiekowi wszystko, prócz jasności umysłu. Lekarze mówią, że żyje się z nią do pięciu lat. Ja dzięki Bogu żyję z nią znacznie dłużej. Chorzy, których odwiedzam, pytają, jak to możliwe… Mogę im tylko powiedzieć, że taki jest plan Boży i że żyję dzięki modlitwie. W czerwcu ubiegłego roku stan mojego zdrowia znacznie się pogorszył. Wylądowałem w szpitalu mając poważne problemy z chodzeniem, również aparat mowy został zaatakowany. Wieść o tym rozeszła się bardzo szybko. Ludzie wzięli do ręki różańce i modlili się. Kiedy wychodziłem ze szpitala, lekarze powiedzieli, że nie wiedzą dlaczego żyję, i że jestem ich cudem.

    Święta Filomena prowadzi nas za rękę, zanosi nasze prośby do Boga jednocześnie ucząc nas miłości i zaufania do Boga.

    Rodzina młodego człowieka po wypadku poprosiła mnie o błogosławieństwo olejem i modlitwę nad nieprzytomnym chorym. Pojechałem. Gdy Grzesiu, który do tej pory nie słyszał o świętej Filomenie, obudził się, w pierwszych słowach zapytał: „Kim jest Filomena?”. Nie wiedział nawet, że to święta. To wszystko zasługa modlitwy i ufności w plan Boży. Jesteśmy świadkami nie tylko wielkich uzdrowień, ale wiem, że jest wiele nawróceń, również wśród młodych ludzi i uwolnień. Bardzo wiele osób dziękuje za spokój ducha, i za to, że potrafi pogodzić się z, czasem trudną, wolą Bożą. Dostaliśmy od Boga świętą przyjaciółkę, która wskazuje nam właściwą ścieżkę życia.

    rozmawiał Łukasz Karpiel/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________

    Święta Filomena – Patronka na czasy apokaliptyczne.

    Oto specjalna modlitwa do Boga o ratunek i ocalenie dla was

    św. Filomena, Giuseppe Bezzuoli, 1840

    ***

    Św. Jan Paweł II ostrzegał Polaków: „Przyszłość Polski zależy od tego, jaką drogą pójdzie nasz naród. Jeśli odrzucimy Dekalog i wybierzemy szatańską cywilizację śmierci, będziemy pogrążać się w otchłani samozniszczenia”

    Jesteśmy świadkami nasilającej się z roku na rok walki z Bogiem, Dekalogiem i Kościołem. Na naszych oczach rozpowszechnia się „cywilizacja śmierci”, która jak określił św. Jan Paweł II „jest bezpośrednim działaniem szatana” (mordowanie nienarodzonych dzieci, przez eutanazję, przez in vitro, legalizację związków homoseksualnych, walka z rodziną i ze świętością i nierozerwalnością  małżeńską, powszechnie obecna pornografia, deprawacja dzieci w szkołach przez ideologię gender i inne zbrodnie przeciwko  Bogu i ludzkości).

         Na te czasy ostateczne Bóg daje nam orędowniczkę bezkonkurencyjną wśród mieszkańców Nieba – św. Filomenę. Oręduje u swego Boskiego Oblubieńca we wszystkich ludzkich sprawach; trudnościach, dolegliwościach i cierpieniach niezależnie od czasu i przestrzeni geograficznych. Jest Świętą ,Której Bóg niczego nie odmawia.

    Proboszcz Sanktuarium św. Filomeny ks. Jarosław Wawak pisze:
    W tych trudnych czasach epidemii warto się zwracać i prosić Ją o wstawiennictwo. Znamienne jest to, że w tym roku – 10 sierpnia – Metropolita Wrocławski – Arcybiskup Józef Kupny ustanowił Sanktuarium św. Filomeny w Gniechowicach koło Wrocławia. Ostatnio wśród szpargałów znalazłem niepodpisane orędzie tejże Świętej wraz z modlitwą w tych trudnych czasach:

    Św. Filomena przychodzi do Polskiego Narodu jako jego Patronka!

                Oto ja Święta Filomena przychodzę z orędziem miłości i wezwania do modlitwy, do pokuty, do ofiary. Oto przychodzę do ciebie w tym szczególnym czasie, kiedy tak wiele zła jest na całym świecie, kiedy to zło dotyka tak wielu ludzkich serc i oto przemawiam do ciebie, aby wezwać do większej ofiary, do modlitwy, do pokuty, do zadośćuczynienia za grzechy całej ludzkości. Oto jesteś powołany, aby wiernie wypełniać Świętą Wolę Bożą. Oto Pan wybrał ciebie, abyś idąc za Nim przekazywał  Słowa Boże, wszystkim tym, którzy otwierają swoje serca i pragną żyć w prawdzie, miłości, całkowitym zawierzeniu Bożej Opatrzności. I oto ja przychodzę do ciebie, aby wskazać ci drogę twojego pielgrzymowania.

                Tak wiele ludzkich serc oczekuje na Słowa Prawdy, albowiem tej prawdy nie znajdą w tak wielu miejscach, dlatego potrzeba, abyś przekazywał Słowa Prawdy tak wielu ludzkim sercom, które są otwarte. Oto jest szczególny wezwania do nawrócenia, do pokuty, albowiem świat odszedł od Boga i jest całkowicie zagubiony w grzechu, nieprawości, w odstępstwie od prawdy. Dlatego przychodzę do ciebie, aby wezwać wszystkich tych, którzy są otwarci na Boże Słowa- do wielkiej modlitwy. Oto Ja Święta Filomena przysłana przez Pana Jezusa, jestem w szczególny sposób Patronką tych czasów, czasów ostatecznych. Ja przychodzę do was, z tym orędziem, aby pobudzić do modlitwy i działania na rzecz duchowej odnowy Polskiego Narodu, albowiem całe Niebo oczekuje na wasze działanie, na wasze zawierzenie, że odpowie na to wybranie cały Polski Naród. Tak bardzo pragnie Jezus, abyście otworzyli się na Jego wezwanie. On tak bardzo pragnie uczynić was świętymi, swoim ludem całkowicie Mu oddanym i oto posyła Mnie z tym orędziem, abyście zrozumieli to wybranie. Dlatego jeszcze raz wzywam was do całkowitego  zawierzenia Bożej Opatrzności, wiernego wypełnienia wszystkich Bożych poleceń i podążania każdego dnia za Chrystusem, każdego dnia, w każdej chwili waszego życia.

                Oto Ja Święta Filomena wypraszam dla was łaski, dla całego Polskiego Narodu. Jestem szczególną Opiekunką waszego Narodu, tak Pan Bóg zdecydował i tak też się dzieje. To jest szczególny czas waszej modlitwy o ocalenie i duchową odnowę Polskiego Narodu. Potrzeba, aby ta modlitwa dotarła do tak wielu ludzkich serc w całym Polskim Narodzie, aby dzięki tej modlitwie mogło przyjść ocalenie i duchowa odnowa Polskiego Narodu. Ja oto proszę Boga i proszę was, aby wasze  serca były nieustannie otwarte na Boże Słowa, abyście wiernie wypełniali  wszystkie Boże polecenia, od tego zależą losy waszego Narodu. Każdy kto jest wierny Bogu, otrzymuje Jego szczególne Błogosławieństwo, siłę i moc realizacji Bożych postanowień i oto Ja wzywam was do wierności, do nieustannego trwania w prawdzie, w całkowitym oddaniu się Bogu. Ten czas jest czasem szczególnym, albowiem tak wiele zła jest na tym świecie, dlatego też Ja proszę was, aby wasze serca były czyste, całkowicie oddane Bogu, abyście mogli błagać za całym światem o jego osobistą świętość. Im więcej ludzi świętych, tym więcej jest tych, którzy się nawracają, albowiem ci święci wypraszają wielkie łaski dla całej ludzkości i tak wiele dusz ludzkich nawraca się do Boga- a to jest najważniejsze. Oto Ja wzywam was: bądźcie wierni, ni ustawajcie  na modlitwie, podejmijcie się postu, modlitwy, wyrzeczenia i nieustannego podążania  za Jezusem Chrystusem, który przychodzi  do was, aby przemienić ludzkie serca, aby poprowadzić je drogą zbawienia wiecznego. Oto cały Polski Naród jest wezwany do nawrócenia, do pokuty, do ofiary, aby zadośćuczynić za swoje grzechy, aby łaska Bożej Miłości mogła spłynąć na was, abyście idąc za Najświętszym Dzieciątkiem Jezus mogli otrzymywać wszystko to, co jest wam potrzebne do wypełnienia Bożej Woli.

                Oto Ja święta Filomena nieustannie wstawiam się za wami. Oto Jezus kieruje te słowa przeze mnie, abyście zrozumieli, że macie Orędowniczkę w Niebie, wielką Orędowniczkę, albowiem Pan wybrał mnie i udzielił Mi wielkich łask. Jestem blisko Boga i mogę wam wyprosić strumienie łask i tak też czynię. Dlatego teraz przychodzę do was właśnie z tym orędziem, abyście się zwracali do mnie, a Ja będę prosić za wami. Oto Ja Święta Filomena, przychodzę  z tak odległych czasów, początków chrześcijaństwa, kiedy to, żyjąc  w czasie prześladowań trwałam przy Chrystusie i czyniłam wszystko, aby wiernie  wypełniać Jego Świętą Wolę, gdyż On był dla mnie najważniejszy, był moim Mistrzem i Panem; Ja słuchałam Jego głosu i wiernie wypełniałam wszystkie Jego polecenia, aż po śmierć męczeńską. Przelałam krew z miłości do Chrystusa, nie pozwoliłam, aby zło dotknęło Mojego ciała. Ja będąc z Bogiem w wiecznej chwale, adoruję Naszego Pana i Stwórcę i wysławiam Jego dobroć, Jego wielką Miłość i proszę za grzesznym światem o jego nawrócenie, a w sposób szczególny  za waszym Narodem, albowiem Pan wybrał Mnie za Narodu Polskiego  w tych jakże trudnych czasach. Oto Ja zostałam posłana przez Boga z tym orędziem, aby przekazać wam Słowa nadziei, otuchy i zarazem wezwania do nawrócenia, pokuty, do ofiary, gdyż nie ma innej drogi, aby ratować Polski Naród. To jest jedyna droga waszego zwycięstwa.

                Oto Ja Święta Filomena posłana przez Boga do was wzywam was do jedności, do miłości, do wiernego wypełniania Świętej Woli Bożej. Idźcie za Nim, a ja będę się za wami wstawiać, abyście mogli doświadczyć Bożej Miłości, abyście mogli doświadczyć Bożego Pokoju.

                Oto Ja Święta Filomena chcę wam podyktować specjalną modlitwę za Moją przyczyną do Boga o ratunek i ocalenie  dla was, a oto i modlitwa:

    Boże w Trójcy Świętej Jedyny błagam Cię i proszę o ratunek i ocalenie dla Polskiego Narodu. Proszę Cię Boże przyjmij moją modlitwę i spraw, aby nasz Naród przyjął Twoje wezwanie do nawrócenia, do pokuty, do ofiary. Oto ja nędzny grzesznik, proszę Cię racz wysłuchać mojego wołania za przyczyną Świętej Filomeny, naszej Patronki. Proszę Cię Boże racz wysłuchać  mojego wołania, przyjmij tę modlitwę i uczyń mnie zdolnym do wiernego służenia Tobie, każdego dnia w każdej chwili mojego życia, aby dokonało się nasze zbawienie, aby przyszło ocalenie i duchowa odnowa Polskiego Narodu.

    Dziękuję Ci Boże za tę wielką łaskę Świętej Filomeny, która wstawia się za nami, za całym Polskim Narodem. Pragniemy Cię wielbić Boże i wysławiać Twoje Święte Imię, aby Twoja łaska mogła spłynąć na nas i na cały Polski Naród. Bądź uwielbiony Boże  w Trójcy Świętej Jedyny przez Niepokalane Serce Maryi za wstawiennictwem Świętej Filomeny i wszystkich Świętych Pańskich. Amen

                To jest modlitwa, którą powinniście odmawiać każdego dnia, aby wypraszać te łaski dla całego Polskiego Narodu za moją przyczyną. Módlcie się w ten sposób, a Ja będę wstawiać się za wami, aby przyszło  ocalenie i ratunek dla was. Oto Ja Święta Filomena wstawiam się za wszystkimi, którzy będą czytać te słowa i przyjmą je do swoich serc i wiernie wypełnią.

    Więcej o św. Filomenie można się dowiedzieć na stronie internetowej sanktuarium: www.filomena.gniechowice.info  W Sanktuarium św. Filomeny można nabyć książki, obrazki, medaliki z wizerunkiem Świętej Filomeny

    ze strony: W obronie Wiary i Tradycji Katolickiej/Sanktuarium św. Filomeny w Gniechowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Post wyjedna to, o co prosi modlitwa, a miłosierdzie to otrzyma

    Istnieją trzy rzeczy, bracia, na których stoi wiara, wspiera się pobożność i trwa cnota. Są to: modlitwa, post i uczynki miłosierdzia. To, o co kołata modlitwa, zjednywa post, a osiąga miłosierdzie. Modlitwa, uczynki miłosierdzia i post – te trzy rzeczy stanowią jedno i dają sobie wzajemnie życie.

    Duszą bowiem modlitwy jest post, a życiem postu miłosierdzie. Niech ich nikt nie rozłącza, gdyż nie znają podziału. Jeśli ktoś ma tylko jedno z nich lub nie posiada wszystkich razem, ten nic nie ma. Kto się więc modli, niech pości, a kto pości, niech spełnia uczynki miłosierdzia, niech wysłucha proszącego, który chce być słyszany. W ten sposób otwiera dla siebie uszy Boga, który nigdy się nie zamyka na głos błagającego.

    Niech rozumie post ten, kto pości. Niech dostrzega głodnego ten, kto pragnie, aby Bóg widział, że on też łaknie. Miłosierdzie okazuje ten, co sam spodziewa się miłosierdzia. Kto szuka życzliwości, niech ją sam praktykuje. Każdy, kto pragnie otrzymywać, niech sam daje. Bezwstydnym niegodziwcem jest ten, który innym odmawia tego, o co sam prosi dla siebie.

    Człowieku, niechże miłosierdzie będzie twoją naturą! Wtedy i ty dostąpisz miłosierdzia tak, jak tego pragniesz, ile tylko pragniesz i tak szybko, jak tylko pragniesz. Bądźże w taki sam sposób miłosierny dla innych.

    A więc modlitwa, uczynki miłosierdzia i post niech będą naszą jedyną obroną u Boga, jedynym wstawiennictwem, jedną trójpostaciową modlitwą.

    To, co stracimy przez wykroczenia, starajmy się odzyskać postem, w którym składajmy w ofierze nasze dusze, ponieważ nic godniejszego Bogu ofiarować nie możemy, jak to potwierdza prorok, gdy mówi: “Ofiarą dla Boga jest duch skruszony. Sercem skruszonym i uniżonym Bóg nie wzgardzi”.

    Człowiecze, złóż Bogu w ofierze swoją duszę i ofiaruj dar postu, aby był czystą żertwą i żywą ofiarą, która i tobie pozostaje, i Bogu jest oddana. Jeżeliby ktoś odmówił Panu tego daru, nie będzie usprawiedliwiony, ponieważ nikt nie może nie posiadać siebie jako daru do ofiarowania.

    Żeby jednak modlitwa i post zostały przyjęte, muszą się do nich przyłączyć uczynki miłosierdzia. Post nie zaowocuje, jeżeli nie będzie użyźniony miłosierdziem. Posucha miłosierdzia powoduje uschnięcie postu. Czym dla ziemi jest deszcz, tym miłosierdzie dla postu. Chociaż bowiem post kształci serce, oczyszcza ciało, wykorzenia grzechy, zasiewa cnoty, to jednak gdy zabraknie orzeźwiających wód miłosierdzia, poszczący nie zbierze żadnych owoców.

    Ty, który pościsz, pamiętaj, że gdy pości miłosierdzie, pości i twoja rola; jeżeli natomiast jesteś hojny w uczynkach miłosierdzia, twój spichlerz będzie obfitował. A zatem, człowieku, bacz, byś nie gubił oszczędzając, lecz zbieraj rozdzielając. Dając ubogiemu, daj samemu sobie, ponieważ czego nie zostawisz drugiemu, tego i sam nie będziesz miał.

    święty Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła/brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziś w Warszawie XVII Narodowy Marsz dla Życia i Rodziny

    © Centrum Życia i Rodziny, fot. T. Ozdoba

    ***

    Narodowy Marsz dla Życia i Rodziny w tym roku odbywa się pod hasłem „I ślubuję Ci”. Jest to nawiązanie do słów przysięgi małżeńskiej i przypomnienie znaczenia i wartości instytucji małżeństwa.

    To już siedemnasta edycja ogólnopolskiego Marszu dla Życia i Rodziny. Wydarzenie rozpocznie się na Placu Zamkowym punktualnie o godz. 11:00.

    Organizatorzy z Centrum Życia i Rodziny podkreślają, że instytucja małżeństwa jest fundamentem życia rodzinnego, i społecznego. Współczesne programy i agendy polityczne próbują zawłaszczyć pojęcie małżeństwa i radykalnie zmienić jego znaczenie. W takiej sytuacji trzeba zdecydowanie stanąć w obronie małżeństwa i wartości.

    – Małżeństwo kobiety i mężczyzny, nierozerwalny związek dwóch kochających się osób to fundament życia społecznego i rodzinnego. Współczesne realia zmuszają nas do przypominania czym jest sakramentalny związek małżeński. W Polsce statystycznie rozpada się dziś co trzecie małżeństwo. W obliczu tak bolesnych statystyk, maszerując pod hasłem „I ślubuję Ci”, chcemy dać publiczne świadectwo o znaczeniu i wartości małżeństwa jako nierozerwalnego związku kobiety i mężczyzny – wskazuje Paweł Ozdoba, prezes Centrum Życia i Rodziny.

    Honorowy patronat nad tegorocznym Narodowym Marszem dla Życia i Rodziny objęła Konferencja Episkopatu Polski. Organizatorem wydarzenia jest Centrum Życia i Rodziny.

    Pierwszy Marsz dla Życia i Rodziny odbył się w 2006 r. w Warszawie.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Arcybiskup Stanisław Gądecki:

    Aborcja to nie prawo człowieka, to prawo nazistowskie

    Przewodniczący Episkopatu Polski w jednoznacznych słowach odniósł się do politycznych postulatów chcących dostrzegać w procederze zabijania dzieci poczętych prawo człowieka.

    Donald Tusk zadeklarował niedawno, że nie wpuści na listy wyborcze Platformy Obywatelskiej nikogo, kto nie będzie popierał aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia dziecka poczętego. Natomiast polskie MSZ rekomendowało polskiemu przedstawicielowi przy ONZ poparcie rezolucji nazywającej aborcyjny proceder prawem człowieka. Teraz przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w jednoznacznych słowach przypomniał nauczanie Kościoła w sprawie piątego przykazania Dekalogu.

    „Sprowadzanie aborcji tylko do sprawy wolności kobiety jest wysoce nieszlachetne, i nieludzkie. Chcąc nie chcą, to zawsze jest decyzja dotycząca drugiego człowieka, nie tylko matki. Trzeba zachować cały szacunek dla matki, i trzeba zachować cały szacunek dla tego dziecka, które się poczęło, i które się rozwija. Nie można więc definiować aborcji jako prawa człowieka, ponieważ oznacza to poparcie dla praw nazistowskich, które kierowały się taką samą logiką” – powiedział metropolita poznański w rozmowie z portalem polityce.pl.

    Arcybiskup podkreślił również: „Przecież medycyna uczy, kiedy zaczyna się życie człowieka i w jaki sposób on się rozwija. Nie musimy więc odwoływać się do nauczania Kościoła, wystarczy trzymać się osiągnięć medycyny, żeby stwierdzić, że ten człowiek rozwija się, przechodzi różne etapy, ale w każdym momencie to jest inna, osobna osoba.

    ren/wpolityce.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji

    fot. Pixabay

    ***

    W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?

    Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.

    Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”

    W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.

    Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.

    Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.

    Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.

    źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Stewardesa ODWAŻNIEJSZA NIŻ Krzysztof Szczerski.

    Jan Pospieszalski o prawdziwej postawie pro-life

    Cywilizacja miłości może wygrać z cywilizacją śmierci. Potrzeba jednak determinacji, hartu ducha, walecznego serca i opieki Pana Boga. A tego zabrakło naszym przedstawicielom w ONZ – podkreśla Jan Pospieszalski na antenie PCh24TV.

    Dziennikarz i publicysta przybliżył widzom PCh24TV proces Sharlene Carter, amerykańskiej stewardessy linii lotniczych South West Airlines, zwolnionej z pracy postawę pro-life. Wszystko zaczęło się od 2016 r., kiedy w mediach społecznościowych bardzo mocno oprotestowała udział związków zawodowych transportu lotniczego w pro-aborcyjnej manifestacji. Sharlene powiedziała, że nie będzie pozwalała by pieniądze z jej składek szły na takie bezeceństwa. Do krytyki w mediach społecznościowych dołączyła również filmiki pokazujące prawdę o tym czym jest aborcja, jak wygląda dziecko w 12. tygodniu. Stewardessa za swoją postawę została wyrzucona z pracy, pod pretekstem „promocji pełnego nienawiści i nietolerancji” przekazu, uderzającego w wizerunek firmy.

    Sprawa toczyła się w sądzie przez 5 lat. Przełomowym momentem procesu była jej mowa końcowa. Sharlene w obecności mediów, ławy przysięgłych i sądu opowiedziała świadectwo, gdy jako 19-latka zaszła w ciążę i jej chłopak namówił ją do dokonania aborcji w klinice Planned Parenthood. Tam „dowiedziała się”, że jej dziecko to tylko zlepek komórek i nic więcej. Mimo wątpliwości, za namową chłopaka i obsługi, zdecydowała się je zabić. Sam proces, podczas którego zobaczyła rozkawałkowane części swojego dziecka w morzu krwi wrył się w jej pamięć i prześladował latami. Dopiero po czternastu latach od tego wydarzenia ułożyła sobie życie i urodziła dziecko. Od tego czasu zaczęła świadczyć publicznie o złu aborcji, a dzięki mediom społecznościowym docierać ze swoim przekazem do całego kraju.

    – Ta mowa zrobiła piorunujące wrażenie. Sharlene wygrała proces, a jej pełnomocnik postuluje 5 mln dolarów odszkodowania. Ale tu nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Świadectwo kobiety jest dostępne dla wszystkich, również pracowników linii lotniczych i związkowców. Rozchodzi się dzisiaj jak promienie światła, zmieniając serca i sumienia – wyjaśnił publicysta.

    – Opowiadam tę historię, kiedy słyszymy, że stałe polskie pełnomocnictwo przy ONZ nie zdobyło się na odwagę aby poprzeć protest wobec skrajnie proaborcyjnej rezolucji. Tylko Nigeria, reprezentująca 30 państw wyraziła zdecydowany protest, którego Polska nie poparła. Milczenie oznacza zgodę na rezolucję, w której de facto uznaje się proceder za „prawo człowieka”. Szkoda, bo odwaga i determinacja Sharlene Carter pokazuje, że cywilizacja miłości może wygrać z cywilizacją śmierci. Potrzeba jedynie determinacji, hartu ducha, walecznego serca i opieki Pana Boga – podkreśla autor programu „W pośpiechu”.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is Largs-Pl.jpg

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot. Magdalena Pijewska/Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Chodzi więc nie o oglądanie widocznych przymiotów sakramentalnych postaci eucharystycznych, ale o kontemplowanie samej istoty Boga, tego, kim On jest i co dla nas robi.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ksiądz biskup Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fobie wobec ludzi i „ubóstwianie” zwierząt
    fot. via Pixabay.com

    ***

    Fobie wobec ludzi i „ubóstwianie” zwierząt

    Z języka greckiego słowo phóbios oznacza strach. Stąd słownik wyrazów obcych określa fobię jako psychiczny uporczywy, chorobliwy lęk przed określonymi przedmiotami lub sytuacjami [1]. Tutaj chodzi o wytwarzanie lęku w świadomości ludzi na tle procesów demograficznych, które wystąpiły po drugiej wojnie światowej – szybkiego przyrostu ludności na naszym globie. Miłośnicy i obrońcy przyrody (których oby było jak najwięcej) w skrajnych jednak postawach walczą z człowiekiem. „Zgłaszane są postulaty uznania osobowej godności zwierząt, którym towarzyszy niechęć, a nawet nienawiść do człowieka. Raz po raz słychać nawoływania do radykalnej redukcji liczby ludności dla dobra Matki Ziemi. Przy czym autorzy tych apeli mają na myśli raczej eliminację innych, a nie siebie. David M. Graber, jeden z liderów organizacji ekologicznej, deklarował: «Staliśmy się plagą dla samych siebie na Ziemi. […] Dopóki homo sapiens nie zdecyduje się powrócić do natury, niektórzy z nas mogą tylko mieć nadzieję, że pojawi się odpowiedni wirus». W domyśle wirus, który wykończy człowieka” [2].

    Tym samym tokiem myślenia podąża R. Gere, powołując się na słowa Walta Whiturana: „Czemu nie możemy już być jak zwierzęta, zamiast cały czas borykać się z Bogiem” [3]. Właśnie tu jest nasz ludzki egzystencjalny problem, który zaistniał na początku dziejów człowieka, po jego stworzeniu: rozbudzone pragnienie – „bądźcie jako bogowie, znając dobre i złe” (Rdz 3,5).

    Trzeba powiedzieć, iż z podszeptu szatana, człowiek zdecydował, aby być „bogiem” i ustalać normy, co jest dobre i co jest złe. Wśród starożytnych kultur, tych najbliższych początku, jest kultura egipska. „Dla starożytnego Egipcjanina cały świat był pełen rozmaitych bóstw, bogów i bogiń. Szerzył się także kult świętych drzew, zwierząt i ludzi. Zwierzęta uznawano za istoty boskie, a nawet za boskie wcielenia. Niektóre z nich były nawet po śmierci balsamowane; byk z Memfis, baran z Mendes […]. W celu uzyskania osobistego kontaktu z bogami cofnięto się aż do kultu zwierząt, uważanych za ich wcielenie (np. kult byka Apisa utożsamianego z Ozyrysem) [4].

    Patrząc na bałwochwalczy kult Egipcjan, Izraelici wyprowadzeni z niewoli pod przewodnictwem Mojżesza, gdy on przebywał na górze Synaj, zwrócili się do Aarona: „Wstań, uczyń nam bogów, którzy by szli przed nami […] I rzekł do nich Aaron: «Pobierzcie nausznice złote z uszu żon i synów i córek waszych i przynieście do mnie». I uczynił lud, co rozkazał, przynosząc nausznice do Aarona. A on wziąwszy je, uformował robotę odlewniczą i uczynił z nich cielca ulanego. I rzekli: «Ci są bogowie twoi, Izraelu, którzy cię wywiedli z ziemi egipskiej»” (Wj 32,1-4). Biskup Tadeusz Pikus, podejmując badanie religijności starożytnych Egipcjan, stwierdza, że „gdy utrzymywano jako świętość jakieś zwierzę, jego karmienie uznawano za czynność sakralną. W Memfis np. zbudowano zagrodę, aby święty byk Apis mógł spełniać swoje czynności i dostarczano mu specjalnej paszy. W Tajum budowano olbrzymią skrzynię dla świętego krokodyla, a kapłani zwyczajowo podążali za gadem, otaczając skrzynię z ofiarami przynoszonymi przez wiernych. W Epidaur natomiast znajdowała się głęboka okrągła wnęka wykuta w skale, z niszą w centrum, gdzie święty wąż mógł być kontemplowany i żywiony bez możliwości ucieczki” [5].

    Kult otaczającej przyrody i kosmosu jako wielorakich bóstw był udziałem starożytnych Babilończyków, Greków i Rzymian, przenikał również do Izraelitów, choć ich patriarcha Abraham i prawodawca Mojżesz czcili jednego Boga – Stwórcę wszechrzeczy. Religijni przywódcy Izraela – prorocy i kapłani – zwalczali kult bałwochwalczy, czego wyrazem są słowa: „Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy, lecz ogień, wiatr, powietrze chyże, gwiazdy dokoła, wodę burzliwą lub światła niebie-skie uznali za bóstwa, które rządzą światem.

    Jeżeli urzeczeni ich pięknem wzięli je za bóstwa, winni byli po-znać, o ile wspanialszy jest ich władca, stworzył je bowiem Twórca piękności; a jeśli ich moc i działanie wprawiały ich w podziw, winni byli z nich poznać, o ile jest potężniejszy Ten, który je uczynił. Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,1-9).

    Człowiek jako osoba – istota rozumna i wolna , z otaczającego świata i wewnętrznej refleksji sumienia nad sobą – poznaje Boga, w akcie wolnego wyboru przyjmuje Go i miłuje. Odkrywa pełnię miłości Ojca przez Syna – Jezusa Chrystusa. Każdego dnia w wierze i wolnym wyborze… Mam właśnie to wewnętrzne przekonanie, że Stanisław Obirek w głębokiej wierze w Boga Ojca, Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego wstąpił do Towarzystwa Jezusowego, przyjął godnie święcenia kapłańskie, do pewnego czasu był chlubą w zakonie jezuitów… z jakichś powodów (do końca tylko jemu wiadomych) porzucił stan duchowny, stał się apostatą i ateistą, i oto co proponuje ludziom XXI wieku: „Słuszny wydaje mi się powrót do panteizmu, czyli uznawania wielu bóstw […] To zadanie dla Franciszka, dla imanów i rabinów, żeby pozwolić ludziom utrzymać iskierkę bożą bez konieczności utożsamiania jej z określonym Kościołem. Mamy u siebie zakodowany program boski, i ważne, by nikt go nie zepsuł religijną socjalizacją” [6].

    Propozycja S. Obirka dla czytelników „Gazety Wyborczej” jest niezwykła: przechodzimy na panteizm. Wszystko dla ciebie może być bogiem. Przyczynisz się do rozmontowania Kościoła katolickiego w Polsce, gdy go porzucisz. Współcześni przywódcy religii monoteistycznej (głoszący wiarę w jednego Boga – Stwórcę) – wskazuje Obirek: papież Franciszek, imani i rabini niech pozwolą ludziom odejść od Boga i niech ukazują „iskierkę bożą” we wszystkim, co masz ochotę uznać za boga. Aktualnym przejawem kultu religijnego wobec zwierząt jest około 400 milionów świętych krów indyjskich, czczonych przez Hindusów [7].

    Święty Jan Paweł II przestrzegał, że manipulacji jest wiele, ale najbardziej ogólnie można powiedzieć, że dotyczą one – według hierarchii wartości – najpierw odrzucenia Boga, co deklarują jako ateiści: Walt Whitman, Paeter Singer, Paula Cavalieri, Richard Dawlins, Jane Koodall i inni. W miejsce Boga – Stwórcy człowieka i wszechświata wprowadzają ewolucję, wraz z równymi prawami dla homo sapiens i całej przyrody. Tym nurtem płynie S. Obirek.

    Odsuwający Boga degradują człowieka, który zaistniał jako obraz i podobieństwo Stwórcy i został powołany do panowania nad światem (Rdz 1,27-28). Z tą pomyłką odrzucenia prawdziwego Boga – Stwórcy spotkał się Paweł z Tarsu w kulturze greckiej i rzymskiej, gdy pisze: „Zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów. Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądanie ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć i służyli jemu zamiast służyć Stwórcy” (Rz 1,23-25).

    Rzeczywiście, starożytność ubóstwiła przyrodę… i dziś, w XXI wieku do tej pogańskiej wizji ludzie wracają, ubóstwiając zwierzęta. Dzieje się tak dlatego, iż Stwórcy – Boga „od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że od winy wymówić się nie mogą. Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu, ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnili w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce” (Rz 1,20-21).

    Doświadczył tego wszystkiego św. Augustyn, który przed chrztem żył w owym pogańskim świecie. Mówi wprost do Boga – Stwórcy, którego odkrył i uwierzył: „Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. […] Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę; dotknąłeś, a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju” [8].

    Po drugie, następuje degradacja człowieka, „bo skutkiem przyznania praw zwierzętom jest odebranie praw człowiekowi” [9]. Tych praw, które zostały mu nadane przez Boga w akcie stworzenia, a następnie w dziele odkupienia, którego dokonał Jezus Chrystus. Na podstawie Biblii i ciągłej Tradycji trwającej dwa tysiące lat, chrześcijanie wierzą, że Jezus z Nazaretu jest odwiecznym Synem Bożym, który wszedł w ludzką historię, przyjął ludzką naturę, gdy został poczęty w łonie Maryi Dziewicy i narodził się w Betlejem.

    Pan Jezus wyjaśnia, dlaczego przyjął naszą ludzką naturę: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony” (J 3,16-17). Każdy człowiek w Chrystusie ma perspektywę duchową, transcendentną wiecznego zbawienia, które wysłużył nam Chrystus przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie.

    „Skoro zaś Bóg stał się człowiekiem, to każdy z nas ma w sobie coś boskiego – pisze B. Radziejewski – To «coś» to właśnie nasza osobowość, stawiająca nas wyżej od roślin i zwierząt, przesądzająca o naszej szczególnej podmiotowości. Nie ma jednak osoby bez jej związku z Bogiem, bo to właśnie Stwórca nadaje nam specjalny status we wszechświecie” [10].

    Trzeba jeszcze w roku kanonizacji Świętego Jana Pawła wrócić do jego nauczania z 1 czerwca 1991 r. w Koszalinie: „«Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną». To pierwsze słowa Dekalogu, pierwsze przykazanie, od którego zależą dalsze przykazania. Całe prawo Boże – wypisane niegdyś na kamiennych tablicach, a równocześnie wpisane odwiecznie w sercach ludzkich. Tak, że i ci, co nie znają Dekalogu, znają jego istotną treść. Bóg głosi prawo moralne nie tylko słowami Przymierza – Starego Przymierza z góry Synaj i Chrystusowej Ewangelii – głosi je samą wewnętrzną Prawdą tego rozumnego stworzenia, jakim jest człowiek. […] My wszyscy ochrzczeni w imię Trójcy Przenajświętszej w mocy Chrystusowego Odkupienia przez krzyż «jesteśmy wydawani na świat», tak jak Chrystus przyjął śmierć na krzyżu – «aby życie Jego stało się widoczne w naszym śmiertelnym ciele» (2 Kor 4,11). Tak. Życie Chrystusa. Jego zmartwychwstanie. Poczynając od sakramentu chrztu, uczestniczymy w odkupieńczej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Nosimy więc w sobie skarb, niewypowiedziany skarb życia Bożego. […]

    Jednakże, drodzy bracia i siostry – «ten skarb przechowywujemy w naczyniach glinianych» (por. 2 Kor 4,7). Czasy, w których żyjemy, ludzkość współczesna, europejska cywilizacja i postęp mają już za sobą owo szukanie Boga po omacku. […] Tylko w mocy tego pierwszego przykazania można myśleć o prawdziwym humanizmie. […] «Stworzenie […] bez Stworzyciela zanika» głosi Sobór (Gaudium et spes). Bez Boga pozostają ruiny ludzkiej moralności […].

    Stąd, znad Bałtyku, proszę was, wszyscy moi rodacy, synowie i córki wspólnej Ojczyzny, abyście nie pozwolili rozbić tego naczynia, które zawiera Bożą Prawdę i Boże Prawo. Proszę, abyście nie pozwolili go zniszczyć. Abyście sklejali je z powrotem, jeśli popękało.

    Abyście nigdy nie zapominali:

    «Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną!»” [11].

    Prośba Jana Pawła II skierowana do naszego narodu, abyśmy zachowali wiarę w Boga, objawianą Izraelitom, a przyjętą przez Mieszka I u początku naszych narodowych dziejów, została przez Ojca Świętego teologicznie i egzystencjalnie uzasadniona. Trzeba jednak pamiętać, iż Boga wyrywano z serc i umysłów ludzkich. Pamiętam wiersze z okresu mojego dzieciństwa, których uczyliśmy się w szkole na pamięć i otrzymywaliśmy oceny. Oto fragment jednego z nich:

    „Pieśni matek przez krainy płyną…
    W sercu Moskwy zamek Kreml tam stoi,
    Śnij spokojnie szczęśliwa dziecino,
    Bo sam Stalin czuwa nad snem twoim.

    W latach pięćdziesiątych XX wieku Stalin był bogiem, płynęły do niego pieśni matek z szerokich krain, a dzieci były bezpieczne i szczęśliwe – wedle powszechnie uprawianej propagandy. Podobnym kultem otaczano A. Hitlera w III Rzeszy i Mao Zedonga w komunistycznych Chinach. Ale bogowie pojawiają się nie tylko na piedestałach władzy; pojawiają się w naszym codziennym życiu w postaci psa czy innego zwierzęcia. Następuje to wtedy, gdy przekraczamy przykazanie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Czyli Bóg jest największym Dobrem – ma być w życiu na pierwszym miejscu: nikt przede Mną! Żadnych cudzych bogów! To oczywiste, bo jak głosi św. Paweł Apostoł: „w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,27-28). Jest naszym Stwórcą, dawcą naszego istnienia.

    Znakomity psycholog religii Karol Gustaw Jung dowodzi, że „Bóg nie jest stwarzany, lecz wybierany” [12], a więc nie jest wymyślony przez człowieka. Stając przed przywódcą Izraela Mojżeszem, Bóg mówi: „«Jam JEST którym JEST». Rzekł: «Tak powiesz synom Izraelowym: JEST posłał mnie do was»” (Wj 3,14). To wieczne trwanie w Bogu Ojcu wyznał też przed Żydami Jezus Chrystus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM” (J 8,58).

    Dla człowieka wierzącego, to znaczy takiego, który wybrał Boga i codziennie wybiera, On jest największą wartością – Ojcem naszym, z którym trzeba rozmawiać, trzeba przebywać „sam na sam” – w samotności, jak to czynił Jezus (Mt 14,23; Mt 26,36-39; Łk 9,18). Rozmowa z Bogiem to modlitwa – skierowanie myśli i uczuć do Ojca dla uczczenia Go. Pan Jezus nauczył nas, jak mamy rozmawiać z Bogiem: „Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz, który jesteś w niebie” (Mt 6,8-13). Znamy tę modlitwę od dzieciństwa. Jednak nie zawsze… Były przypadki, że kandydaci do zawarcia sakramentu małżeństwa „potykali się” przy odmówieniu Pańskiej modlitwy. Może to być grzech zaniedbania, a nierzadko bałwochwalstwo, bo „nie mamy czasu” na rozmowę z Bogiem, natomiast dla psa poświęcamy godziny. Nie idziemy do kościoła, aby uczestniczyć w Mszy św., bo nogi od-mawiają posłuszeństwa, ale z pieskiem na spacer koniecznie… i to kilka razy dziennie. K. G. Jung stwierdza (na podstawie licznych ba-dań swoich pacjentów), że „dewaluacja” Boga [13], czyli nieprzeżywanie Go na pierwszym miejscu w życiu, wiedzie do bałwochwalstwa i ateizmu.

    ks. Jan Śledzianowski/Fronda.pl

    Fragment książki: Dehumanizacja człowieka i humanizacja zwierząt, Wydawnictwo Jedność

    Przypisy:

    [1] J. Tokarski (red.), Słownik wyrazów obcych, Warszawa 1977, s. 225.

    [2] T. Jaklewicz, Kościół przeciw zwierzętom?, „Gość Niedzielny” nr 1, 2010, s. 23.

    [3] K. Rübesamen, Z psem do nirwany, „Forum” nr 46, 2009, s. 37.

    [4] T. Pikus, Z Egiptu wezwałem Syna mego. Studium religioznawcze, Warszawa 2008, s. 82-86.

    [5] Tamże, s. 92.

    [6] Por. S. Obirek,Słowotok, „Gość Niedzielny” nr 29, 2012, s. 8; „Gazeta Wyborcza” 13.06.2012.

    [7] Ch. Booker, R. North, Zmowa gigantów, „Forum” nr 5, 2010, s. 9.

    [8] Św. Augustyn, Wyznania, Księga 7,27.

    [9] F. Kucharczyk, Prawa ludzkie, dz. cyt., s. 23.

    [10] B. Radziejewski, Uczłowieczanie przyrody, zezwierzęcanie człowieka, „Gość Niedzielny” nr 26, 2009, s. 38

    [11] Jan Paweł II, Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną, Homilia podczas Mszy św. odprawianej 1 czerwca 1991 w Koszalinie przy kościele Świętego Ducha, „L’Osservatore Romano” (wydanie polskie), numer specjalny 1-9 czerwca 1991, s. 7-8.

    [12] K. G. Jung, Psychologia a religia, Warszawa 1970, s. 104.

    [13] Tamże, s. 191-192.

    mp/Dehumanizacja człowieka i humanizacja zwierząt, Wydawnictwo Jedność

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nawet chrześcijanin ma skłonność do tworzenia bożków
    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna, Adoracja złotego cielca (mal. Nicolas Poussin, 1633)

    ***

    Nawet chrześcijanin ma skłonność do tworzenia bożków

    – W Kościele powinna trwać nieustanna walka między wiarą a bałwochwalstwem, powinien on dokonywać jasnego rozgraniczenia między obydwoma stanami, nie wolno mu nigdy stać się Izraelem Achaba, do którego prorok Eliasz musiał wołać: Dopókiż będziecie chwiać się na obie nogi? Jeżeli Jahwe jest prawdziwym Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu! (1 Krl 18,21) – pisze Enzo Bianchi w książce pt. “Radykalizm chrześcijański”.

    Nawet chrześcijanin ma skłonność do tworzenia bożków …

    Objawienie może nam przeszkadzać, razić nas, ale pierwszym celem Słowa Bożego jest właśnie objawianie, uchylanie zasłony, ukazywanie nam tego, czego nie chcielibyśmy zobaczyć.

    Jeśli jesteśmy skłonni do zaliczania ateizmu do nowych zjawisk, zaistniałych w ostatnich stuleciach, to nie tylko dlatego, że z filozoficznego punktu widzenia zrodził się on jako element kultury naukowej i racjonalistycznej, ale także dlatego, że nam, wierzącym, wygodnie jest wyróżniać się na tym ateistycznym tle, wygodnie nam z możliwością wyznaczania linii demarkacyjnej, prawdziwego muru między nami a tymi, którzy nazywają siebie ateistami, czynienia się „deistami” w przeciwieństwie do „bez–bożnych”. Pokusa odczytania tej alternatywy raczej jako alternatywy wiara–ateizm niż wiara–bałwochwalstwo, ukazuje pragnienie samookreślenia się wierzących wobec świata. Stawiając problem w kategoriach wiary-bałwochwalstwa, siłą rzeczy wszyscy jesteśmy weń zaangażowani. Bałwochwalstwo jest bowiem pokusą Kościoła, jego grzechem, tym, który czyni go ladacznicą, oblubienicą nie jednego Pana, ale i innych panów. Chrześcijanin zamiast wznosić mur nieprzyjaźni między wierzącymi a ateistami, powinien przyznać, że podlega powszechnej kondycji grzechu, bałwochwalstwa, uznać, że wezwany jest do wyjścia z niej przez wiarę, prowadząc rzeczywistą i osobistą walkę z wszechobecnymi bożkami, idolami tego świata, które zawsze są także jego własnymi idolami.

    Słowo Boże rozstrzyga tu w sposób jasny i wyraźny: nie ma ateistów i ludu Bożego, lecz są bałwochwalcy i wierzący, których również pociąga bałwochwalstwo, a którzy mogą jednak, dzięki potędze Słowa i mocy Zmartwychwstałego, poddawać się każdego dnia zwierzchnictwu Jedynego Boga, rozpoznając i odrzucając coraz nowsze i coraz bardziej kuszące bożki.

    Paweł ma odwagę twierdzić, że choćby byli na niebie i na ziemi tak zwani bogowie – jest zresztą mnóstwo takich bogów i panów – dla nas istnieje tylko jeden Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi i dla którego my istniejemy, oraz jeden Pan, Jezus Chrystus, przez którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy. Lecz nie wszyscy mają wiedzę (1 Kor 8,5–7).

    Dopókiż będziecie chwiać się na obie nogi?

    Czy ta „wiedza” o rzeczywistości, która powinna prowadzić nas do odrzucenia uzależnienia człowieka od wielu bogów, fałszywych bożków, wielu panów, panuje jeszcze w sercach chrześcijan, stanowi część ich światopoglądu?

    W Kościele powinna trwać nieustanna walka między wiarą a bałwochwalstwem, powinien on dokonywać jasnego rozgraniczenia między obydwoma stanami, nie wolno mu nigdy stać się Izraelem Achaba, do którego prorok Eliasz musiał wołać: Dopókiż będziecie chwiać się na obie nogi? Jeżeli Jahwe jest prawdziwym Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu! (1 Krl 18,21).

    Chrześcijanin walczący, spowiadający się, walczy przede wszystkim z bałwochwalstwem i do niego należeć będzie zwycięstwo na krzyżu, tam, gdzie mocarze i władcy tego świata zostali pokonani i ujarzmieni na zawsze. Wybór między bałwochwalstwem a posłuszeństwem Bogu jest najistotniejszym wymogiem postawionym nam przez Słowo Boże, nigdy nie spełnionym całkowicie, ponieważ bałwochwalstwo jest czymś, co zapuszcza korzenie w naszym ludzkim sercu, w sercu Adama, czyli człowieka, który od początku chciał być jak Bóg, samowystarczalny, poza Jego jedynym i absolutnym panowaniem (por. Rdz 3,5 i nn).

    Horyzont dzisiejszego człowieka nadal jest horyzontem takim jak w Biblii: zapełnionym bałwanami, nie zaś – ateistycznym. Baalów, starożytnych bożków, panów Izraela zastąpiły nowe wyobrażenia człowieka na swój własny temat, czynione w prometejskiej próbie zapanowania nad życiem i historią poza planem Bożym. Ubóstwione i zabsolutyzowane ideologie, które ukazują swe trupie oblicza, posługując się fanatyzmem, w tym religijnym, lub terroryzmem, władza polityczna, ustrój państwowy, hegemonia zinstytucjonalizowana w przeciwstawnych blokach, państwo, któremu nadaje się sakralny charakter Molocha, partia, w której człowiek odnajduje całego siebie i czuje się wyzwolony: oto niektóre z nowych bożków, zapewne najbardziej wyraziste.

    Nawet chrześcijanin ma skłonność do tworzenia bożków: uważa je za świętsze, tylko dlatego, że należą do niego: panowanie Kościoła – byleby tylko miało charakter religijny – nad światem, instytucja wyjęta spod prymatu Ducha, prawo oderwane od miłosierdzia, są pokusami bałwochwalstwa dla tego, kto, będąc pewnym swej przynależności religijnej i nigdy nie czując się grzesznikiem, powtarza: Świątynia Pańska, świątynia Pańska, świątynia Pańska! (por. Jr 7,4).

    Trzeba więc odejść od powszechnej koncepcji bałwochwalstwa jako kultu obrazów lub obcych bogów. Prorocy nazwali bałwochwalstwem również wszelkie sprzeniewierzenie się człowieka człowiekowi, wszelkie ubóstwione ideologie ukute jako osłona dla pewnych ustrojów społecznych, wszelkie pewniki spreparowane przez ludzi dla usprawiedliwienia najstraszniejszych sił niesprawiedliwości i ucisku. Paweł naucza, że trzeba wybrać Chrystusa, rozpoznać Jego Ciało i odrzucić wszystkie bożki, aby mieć udział w Ciele Pańskim i przebywać w Duchu Świętym (por. 1 Kor 10,14 i n; 1 Kor 11,29). W jego pojęciu tymi bożkami są: szukanie własnej korzyści (1 Kor 10,24), fałszywa wolność wszystko mi wolno (1 Kor 6,12nn), chełpienie się posiadaniem własnego ciała (1 Kor 6,19), rozpusta, nieczystość, chciwość (Ef 5,5).

    Enzo Bianchi

    Radykalizm chrześcijański

    mp/Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kto roztrzaskał lustro Zachodu?
    fot. screenshot – YouTube (PCh24TV – Polonia Vhristiana)

    ***

    Kto roztrzaskał lustro Zachodu?

    „Żeby pokonać wroga, trzeba zdemoralizować jego dzieci. Prosto. Strzał w serce” – mówi Piotr Podlecki w filmie Jarosława Mańki „Rewolucja totalnej wolności”.

    POPULARYZACJA RUCHU LGBT, DEMORALIZACJA, DESTABILIZACJA I KRYZYS…

    „Żeby pokonać wroga, trzeba zdemoralizować jego dzieci. Prosto. Strzał w serce” – mówi Piotr Podlecki w filmie Jarosława Mańki „Rewolucja totalnej wolności”.

    Cywilizacja zachodnia – Europa i Stany Zjednoczone Ameryki – jest obiektem totalnej wojny ideologicznej, informacyjnej i psychologicznej prowadzonej przez Kreml. To znaczy obiektem wojny, która nie weszła jeszcze w gorącą fazę. Na razie to wojna o dusze, umysły i świadomość przedstawicieli cywilizacji zachodniej. Wojna o demoralizację i destabilizację Zachodu. Ta wojna rozpoczęła się dawno temu i nie zatrzymała się nawet w najtrudniejszych dla Moskwy czasach.

    Jest to zaprojektowany na dziesięciolecia, szeroko zakrojony plan dywersji ideologicznej i działalności wywrotowej. W latach 60. sowiecka Moskwa wykorzystała napięcia społeczne w krajach Europy Zachodniej w celu ich demoralizacji i destabilizacji poprzez popularyzację lewackiej idei totalnej wolności, w tym ruchu LGBT, co w 1968 roku doprowadziło do zamieszek w trakcie tzw. rewolucji totalnej wolności na Zachodzie. Dziś Kreml zmienił swoją politykę o 180 stopni i stara się pozycjonować siebie jako głównego obrońcę tradycyjnych wartości. Ale w rzeczywistości dla elit Rosji nie ma znaczenia, jakie wartości propagować, ponieważ jego głównym celem jest podział i destabilizacja Zachodu. Dlatego macki Kremla sięgają zarówno do lewicowych, jak i prawicowych ruchów w państwach Europy i w Stanach Zjednoczonych.

    „Siła napędowa tej wojny ma niewiele wspólnego z naturalnymi dążeniami ludzi do lepszego życia i większej wolności. Aspiracje te wykorzystywane są przez manipulatorów i podpalaczy wojennych. Prawdziwą siłą napędową tej wojny jest i d e o l o g i a. Integralną częścią tej wojny jest działalność wywrotowa lub sabotaż ideologiczny w celu zatruwania umysłów ludzi” – pisał jeszcze w 1984 roku Jurij Bezmienow, były agent KGB, specjalista od propagandy, działań wywrotowych i dezinformacji, jeden z najbardziej znanych sowieckich dezerterów, który zbiegł w 1970 roku z Indii (gdzie pracował jako oficer prasowy ambasady ZSRS) do Kanady i przyjął nazwisko Tomas David Schuman. W swoich artykułach, książkach i wywiadach ujawniał cechy tak zwanej wojny hybrydowej, którą ówczesny szef KGB Jurij Andropow nazywał „ostateczną walką o umysły i serca ludzi”.

    Jeszcze w 1985 roku Jurij Bezmienow już jako Tomas D. Schuman udzielił wywiadu telewizji amerykańskiej, w którym przedstawił istotę rosyjskiej wojny informacyjno-psychologicznej przeciwko Zachodowi. Gorąco polecamy Czytelnikom duży fragment tej rozmowy:

    „G. Edward Griffin: – Kiedy Sowieci używają wyrażania „przewrót ideologiczny”, co mają na myśli?

    Tomas D. Schuman: – Przewrót ideologiczny to proces, który jest legalny, jawny i otwarty; możesz to zobaczyć na własne oczy. Wszystko, co musisz zrobić, co wszystkie amerykańskie media muszą zrobić, to wyciągnąć zatyczki z uszu, otworzyć oczy i zobaczyć to.

    To nie tajemnica. Nie ma nic wspólnego ze szpiegostwem. Wiem, że zbieranie informacji wywiadowczo-szpiegowskich wygląda bardziej romantycznie. Sprzedaje się więcej dezodorantów dzięki reklamie, prawdopodobnie. Dlatego wasi producenci z Hollywood mają takiego bzika na punkcie thrillerów w rodzaju Jamesa Bonda. Ale w rzeczywistości główny nacisk KGB nie dotyczy w ogóle tej dziedziny.

    Według mojej opinii i opinii wielu dezerterów mojego pokroju tylko około 15 proc. czasu, pieniędzy i ludzkich wysiłków przeznaczane jest na tego typu szpiegostwo. Pozostałe 85 proc. to powolny proces, który nazywamy przewrotem ideologicznym lub aktywnymi środkami – w języku KGB – albo wojną psychologiczną.

    To co w istocie oznacza, to zmiana percepcji rzeczywistości każdego Amerykanina w takim stopniu, że mimo dużej liczby informacji, nikt nie jest w stanie dojść do sensownych wniosków dotyczących obrony samych siebie, swych rodzin, społeczeństwa i kraju. To jest proces wielkiego prania mózgów, który przebiega bardzo powoli i dzieli się na cztery etapy:

    DEMORALIZACJA
    DESTABILIZACJA
    KRYZYS
    „NORMALIZACJA”.

    Pierwszy etap to demoralizacja. Trzeba od 15 do 20 lat, aby zdemoralizować naród. Dlaczego aż tyle? To minimum czasu, który trzeba poświęcić, aby wyedukować jedno pokolenie studentów w kraju wroga, wystawić na ideologię wroga. Innymi słowy, ideologia marksizmu-leninizmu jest wpajana w umysły przynajmniej trzech generacji amerykańskich studentów, nie jest kwestionowana, ani zrównoważona przez tradycyjne amerykańskie wartości (amerykański patriotyzm).

    Rezultat? Rezultat możesz zobaczyć. Większość ludzi, którzy kończyli szkołę w latach 60., zajmuje teraz kierownicze stanowiska w rządzie, służbie cywilnej, biznesie, mass mediach i systemie edukacji. Spotykasz się z nimi. Nie możesz od nich uciec. Są skażeni, są zaprogramowani, aby myśleć i reagować na pewne bodźce według pewnego wzoru.

    Nie możesz zmienić ich umysłów, nawet jeśli przedstawisz im prawdziwe informacje, nawet jeśli udowodnisz im, że białe jest białe, a czarne jest czarne, ciągle nie możesz zmienić podstaw ich percepcji i logiki zachowań. Innymi słowy, ci ludzie… proces demoralizacji jest kompletny i nieodwracalny. Aby zmienić społeczeństwo takich ludzi, potrzeba kolejnych 15 czy 20 lat edukacji nowego pokolenia patriotycznych i zdroworozsądkowych ludzi, którzy działaliby na rzecz i w interesie Stanów Zjednoczonych.

    Griffin: – I jeszcze, ci ludzie, którzy zostali zaprogramowani, i jak mówisz, są na miejscu i są gotowi otwierać się na sowieckie koncepcje… to są ci sami ludzie, którzy będą przeznaczeni na zagładę w tym kraju?

    Schuman: – Większość z nich tak. Głównie z powodu szoku psychologicznego, gdyż kiedy zobaczą w przyszłości co piękne społeczeństwo „równości” i „sprawiedliwości społecznej” oznacza w praktyce, oczywiście podniosą bunt. Będą bardzo nieszczęśliwymi i sfrustrowanymi ludźmi i reżim marksizmu-leninizmu nie będzie tego tolerować. Oczywiście przyłączą się do ligi dysydentów.

    W przeciwieństwie do obecnych Stanów Zjednoczonych w przyszłej marksistowsko-leninowskiej Ameryce nie będzie miejsca dla dysydentów. Tutaj możesz mieć osoby popularne jak Daniel Ellsberg i obrzydliwie bogate jak Jane Fonda, będące „dysydentami” z tego tytułu, że krytykują Pentagon. W przyszłości tacy ludzie zostaną po prostu zgnieceni jak karaluchy. Nikt nie zapłaci im nic za ich piękne, szlachetne idee równości. Tego nie rozumieją i będzie to największym szokiem dla nich, oczywiście.

    Proces demoralizacji w Stanach Zjednoczonych jest w zasadzie już zakończony. Przez ostatnie 25 lat… właściwie jest to spełnione w nadmiarze, ponieważ demoralizacja obejmuje takie obszary, o których wcześniej nawet towarzysz Andropow i wszyscy jego eksperci nie mogli marzyć, o tak ogromnym sukcesie. Większość została wykonana przez samych Amerykanów dla Amerykanów dzięki brakowi standardów moralnych.

    Jak wspomniałem wcześniej, głoszenie prawdziwych informacji nie ma już znaczenia. Osoba, która została zdemoralizowana, jest niezdolna do oceny prawdziwych informacji. Fakty nic jej mówią. Nawet gdybym obsypał ją informacjami, autentycznymi dowodami, dokumentami, zdjęciami; nawet gdyby siłą zaprowadził ją do Związku Sowieckiego i pokazał obóz koncentracyjny, nie będzie dawała temu wiary, dopóki nie zostanie skopana. Kiedy wojskowy but połamie jej kości…, wtedy zrozumie. Ale nie wcześniej. To jest tragedia sytuacji demoralizacji.

    Więc w zasadzie Ameryka utknęła w demoralizacji i chyba… nawet gdybyście teraz, tutaj, w tej chwili rozpoczęli edukację nowego pokolenia Amerykanów, będzie potrzeba kolejnych 15, 20 lat, aby odwrócić losy ideologicznej percepcji rzeczywistości i wrócić do normalizacji i patriotyzmu.

    Następnym etapem jest destabilizacja. Jest to czas burzenia ustroju społecznego, który nie dba o swoje idee i wzorce konsumpcji; czy jesz fast foody i przytyjesz i zwiotczejesz, to nie ma większego znaczenia. W tym czasie – a potrzeba od 2 do 5 lat, aby zdestabilizować naród – liczą się już tylko najważniejsze rzeczy: gospodarka, stosunki zagraniczne i systemy obronne. I możesz zobaczyć całkiem jasno, że w pewnych obszarach, w takich wrażliwych obszarach jak obrona i ekonomia, wpływ idei marksizmu-leninizmu jest absolutnie fantastyczny. Nigdy nie mogłem uwierzyć, 14 lat temu, kiedy wylądowałem w tej części świata, że proces pójdzie tak szybko.

    Kolejny etap to oczywiście kryzys. Wystarczy tylko 6 tygodni, aby zaprowadzić kraj na skraj kryzysu. Możesz to obecnie zauważyć w Ameryce Środkowej.

    A po kryzysie, z gwałtownymi zmianami władzy, struktury i gospodarki, następuje tzw. okres normalizacji. To jest definitywny koniec. Normalizacja to cyniczny termin zapożyczony z sowieckiej propagandy. Kiedy sowieckie czołgi wjechały do Czechosłowacji w ’68, towarzysz Breżniew powiedział: „Teraz sytuacja w braterskiej Czechosłowacji jest znormalizowana”. […]

    Większość amerykańskich polityków, mediów i nauczycieli następnej generacji to ludzie, którzy myślą, że żyją w pokojowych czasach. Nieprawda, Stany Zjednoczone są obiektem wojny: niezadeklarowanej, totalnej wojny przeciwko podstawowym zasadom i fundamentom tego systemu”.

    „Istotę działalności wywrotowej najlepiej wyraża dobrze znane marksistowskie hasło (jeśli zastąpić słowo »proletariuszy« bardziej odpowiednim słowem): »Pożyteczni idioci wszystkich krajów, łączcie się!«. Aby osiągnąć pożądany efekt, ci, którzy angażują się w działania wywrotowe, muszą najpierw oddzielić idiotów od normalnych ludzi, zanim przekształci się tych ludzi w homogeniczną masę pożytecznych zjednoczonych idiotów. Czołgi i pociski mogą być używane na ostatnim etapie, ale niekoniecznie” – pisał Bezmienow.

    Moskwa nadal podsyca kłótnie, nienawiść i zamieszki w krajach zachodnich. Kreml dokłada wszelkich starań, aby skłócić czarnoskórych i białych, republikanów i demokratów w USA, Europejczyków i Amerykanów, Polaków i Ukraińców, muzułmanów i chrześcijan, zwolenników tradycyjnych wartości i przedstawicieli LGBT, prawicę i lewicę, w Polsce zwolenników PiS i PO…

    Rosyjskie trolle i agenci wpływu skupiają się na podsycaniu w państwach zachodnich konfliktów we wszystkich sferach: społecznej, politycznej, socjalnej, rasowej, etnicznej i religijnej. To jest wojna hybrydowa. Kreml prowadzi wojnę hybrydową przeciwko Zachodowi. Dopóki tego sobie nie uświadomimy, wszyscy będziemy marionetkami w rękach lalkarzy z Kremla, Łubianki i fabryki trolli z Olgino.

    Jagiellonia.org/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Müller:

    Chcą z nas zrobić biomasę, ludzki surowiec, tłum zaczipowanych botów

     Kard. Müller: Franciszek nie reaguje proporcjonalnie na zagrożenia jedności Kościoła
    Kard. Gerhard Ludwig Muller/ fot. R. Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Globaliści dążą do sprowadzenia 99 proc. populacji światowej do roli biomasy, ludzkiego surowca, zaczipowanych botów, którzy będą mieli jakąkolwiek wartość tylko jako narzędzia podtrzymywania systemu wyzysku. Mówił o tym kardynał Gerhard Müller.

    Purpurat o budowaniu nowego porządku świata mówił w rozmowie z austriackim portalem Kath.net.

    „Historyczne doświadczenie wskazuje, że każda próba nadania światu porządku zgodnego z ludzkim rozumieniem i ludzką władzą, bez żadnych wyjątków prowadzi do katastrofy. Nie potrzebujemy sięgać daleko wstecz. Kolonializm i imperializm XIX stulecia, totalitarne systemy władzy narodowego socjalizmu, japońskie myślenie wielkomocarstwowe, leninowsko-stalinowski komunizm, wreszcie wszystkie dyktatury małych państw w Ameryce Południowej, Azji i Afryce… Wszystko to dowodzi, że sięganie po władzę światową, to znaczy budowanie nowego porządku światowego, jest wynikiem myślenia diaboliczno-destruktywnego, a nie teo-logicznego” – powiedział kardynał.

    „Program nowego światowego porządku zakładający totalną ekonomizację człowieka, w którym samozwańcze elity finansowe i polityczne mają rolę myślącego i nadającego kierunek podmiotu, może odbyć się za cenę depersonalizacji mas. Człowiek staje się biologicznym surowcem, wyposażonym w komputer w totalnej sieci informacji. Nie ma już osoby, nie ma nieśmiertelności duszy, nie ma żyjącej istoty z sercem i rozumem, jej wrażliwością i wolną wolą. Pozostaje konstrukt bez ojczyzny i bez nadziei” – dodał.

    „Oznacza to zredukowanie 99 proc. światowej populacji do zaczipowanej biomasy, do ludzkiego materiału albo grupy konsumentów, do botów. Człowiek ma tu wartość (wartość rozumianą ekonomicznie, nie moralnie) o tyle, o ile przyczynia się do istnienia tego systemu panowania i eksploatacji oraz na ile w nim funkcjonuje” – stwierdził hierarcha.

    Odwołując się do publikacji Klausa Schwaba i Nicholasa Davisa Czwarta rewolucja przemysłowa z 2016 roku wskazał, że globaliści mówią nawet o implantowaniu w naszych mózgach urządzeń, które będą mogły czytać nasze myśli i wpływać na nasze postępowanie.

    Purpurat wskazał, że Hannah Arendt dobrze i zwięźle ujęła korzenie tego ideologicznego prądu: kiedy człowiek nie wierzy już, że Bóg jest jego stworzycielem i sędzią, wówczas wszystko (sic) jest dozwolone. Według kardynała są wprawdzie od XVII stulecia podejmowane próby stworzenia ateistycznej, ewolucyjno-materialistycznej etyki, jednak są one skazane na niepowodzenie, bo moralność istnieje tylko wówczas, gdy człowiek wie, iż musi odpowiedzieć przed Bogiem.

    źródło: Kath.net/PCh.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Robert Skrzypczak: Bitwa o seksualność, czyli o oddzielenie obrazu Boga w człowieku
    fot. screenshot – YouTube (Dobra Nowina)

    ***

    Ks. prof. Robert Skrzypczak:

    Bitwa o seksualność, czyli o oddzielenie obrazu Boga w człowieku

    – Seksualność jest polem bitwy o oddzielenie człowieka od Boga. Dlaczego? Bo to w niej Bóg umieścił swój obraz i podobieństwo – mówi ks. dr hab. Robert Skrzypczak.

    Napisał ksiądz książkę o nauce Jana Pawła II na temat rodziny i ludzkiej seksualności. Nauka Kościoła jest w zasadzie znana: nie wolno uprawiać seksu przed ślubem, nie wolno stosować antykoncepcji, są techniki dozwolone i niedozwolone – łatwo je wyliczyć. Czy Karol Wojtyła coś tutaj dodał?

    Jan Paweł II nigdy nie wychodził od zakazów. Interesowała go jak najbardziej kompleksowa, pełna wizja człowieka. Koncentrował się na jak najgłębszym poznaniu człowieka od strony tajemnicy osoby. Także na poznaniu człowieka jako mężczyzny i kobiety. Interesowały go szanse zbudowania jak najbardziej trwałej oraz satysfakcjonującej relacji między ludźmi, która pozwala rozwijać człowieka, nasycać go wartościami. Dlatego też od samego początku zwracał uwagę na ludzką miłość. Na to jakie warunki muszą być spełnione, żeby miłość była trwała, uszczęśliwiała ludzi, tworzyła związek trwały, wierny, ale także stawała się podstawą do wybudowania – jak on sam mówił – najbardziej podstawowego środowiska osobotwórczego, jakim jest rodzina.

    Bo to rodzina jest miejscem, gdzie przyjmuje się wspaniałomyślnie nowe osoby – dzieci, które wzrastają tam i są nasycane wartościami. To tam uczą się pojęć, świata, rozróżniania dobra i zła. Już w Niegowici, czyli w pierwszej parafii, do której trafił po powrocie ze studiów doktoranckich w Rzymie próbował przeobrazić kółka różańcowe w grupy, gdzie podejmował pracę z narzeczonymi czy z młodymi małżonkami. Odkąd stał się duszpasterzem w Krakowie rozpoczął systematyczne duszpasterstwo osób zakochanych, potem narzeczonych i małżonków, również wtedy, kiedy stawali się rodzicami. To wszystko działo się w czasie, kiedy jeszcze w Kościele nie było regularnych przygotowań przedmałżeńskich, nie było usystematyzowanego duszpasterstwa rodziny.

    Na ile nauczanie młodego Karola Wojtyły, potem Jana Pawła II było nowością, a na ile kontynuacją tego, co już w Kościele istniało?

    Wówczas mało się jeszcze mówiło w Kościele o sprawach związanych z ludzką płciowością, seksualnością, otwartością na życie. W duszpasterstwie było dużo manicheizmu.

    Czym przejawiał się manicheizm w odniesieniu do nauki o rodzinie?

    Ten teologiczny błąd polegał m.in. na podejściu do ludzkiej cielesności jak do czegoś drugiej kategorii. To, co się liczy, co człowieka buduje i nobilituje, to duchowość. Ten sposób myślenia wprowadzał radykalny podział na to, co duchowe i to, co cielesne, spychając cielesność do sfery rzeczy koniecznych, ale nieuszlachetniających. Przed Soborem Watykańskim II mówiono o tzw. celach małżeńskich. Pierwszym celem było zrodzenie potomstwa, drugim – uniknięcie pożądliwości. Mówiono: jeśli masz płonąć i z twoim ciałem iść do piekła, to lepiej się ożeń.

    To myślenie było chyba mocno zakorzenione, bo można w ten sposób interpretować niektóre fragmenty listów św. Pawła czy pism św. Augustyna. Ten nurt wydaje się istnieć do dziś.

    Przeżyliśmy bardzo dużą przemianę mentalności, zwłaszcza od czasów Soboru Watykańskiego II, który w konstytucji „Gaudium et spes” bardzo zbliżył się do rozpoznania na nowo tajemnicy małżeństwa w świetle Ewangelii, a także w świetle podstawowej wiedzy o człowieku – antropologii. Sobór przestawił akcenty w podejściu do małżeństwa. Głównym celem małżeństwa jest pielęgnowanie miłości i relacji między dwiema osobami, drugim jest zrodzenie potomstwa. Nie ma już podejścia negatywnego, pesymistycznego, według którego małżeństwo miało być lekarstwem na pożądliwość.

    W jaki sposób Karol Wojtyła zgłębiał temat rodziny i płciowości?

    Karol Wojtyła już w latach 60. jako młody biskup rozwijał nauczanie na temat seksualności. W latach 1959-1960 prowadził także wykłady na KUL dotyczące małżeństwa i rodziny. Wyjeżdżał z młodymi ludźmi na wakacje, przysłuchując się im, wchodząc w dialog, towarzysząc także narzeczonym i małżonkom. Z tego narodziła się w 1960 r. książka „Miłość i odpowiedzialność”, która została potem przetłumaczona na język francuski z przedmową Henri de Lubaca i dotarła do papieża Pawła VI. To był czas, kiedy Paweł VI przygotowywał encyklikę „Humanae Vitae” dotyczącą ludzkiej płodności, a także etyki przekazu życia w małżeństwie. Encyklikę opublikowano w 1968 r. Karol Wojtyła został zaproszony przez Pawła VI do grona ekspertów, którzy mieli przygotować bazę teoretyczną do powstania tej pracy. I Wojtyła, jak się okazuje, należał do nielicznych osób, które wsparły Pawła VI w podejściu, jakie ten zademonstrował w encyklice „Humanae Vitae”. Papież pisał: nie wolno dopuścić do oderwania się seksualności od miłości, a także wierności od małżeństwa.

    Czy wezwanie Pawła VI odniosło skutek?

    Już wtedy zauważano pierwsze skutki rewolucji seksualnej, dzisiaj mamy mamy do czynienia z wieloma konsekwencjami tamtego przełomu. Obecnie wielu ludzi uprawia seks wcale nie biorąc odpowiedzialności za życie drugiej osoby. Seks przestał być wyrazem miłości. Bardzo często jest sposobem na odstresowanie, albo na ułożenie sobie relacji z ludźmi, wkradania się we względy jakiegoś środowiska. Bardzo często mamy dziś do czynienia z samotnością w wielkim mieście i wszystkimi tego skutkami, takimi jak dewastujący problem seksu wirtualnego.

    Karol Wojtyła zdawał sobie sprawę z tego, co się działo?

    Wojtyła widział w którą stronę podąża post-nowoczesna dewastacja człowieka. Wiedział, że w przyszłości człowiek będzie płacić cenę za nieumiejętność korzystania z własnej seksualności. Dlatego to nie jest tak, że są jakieś zakazy, które Kościół stawia. Reguły nauczane przez Kościół są znakami drogowymi, które pomagają nie zrobić sobie, albo komuś innemu krzywdy, nie zdeformować własnego człowieczeństwa. W ten sposób należy odczytywać tzw. reguły, które proponował papież Paweł VI czy później Jan Paweł II dotyczące kwestii seksu przedmałżeńskiego czy w ogóle seksualności, małżeństwa, otwartości na życie, środków antykoncepcyjnych, dzisiaj także problemu pigułek wczesnoporonnych, problemu pornografii itd. Kościół staje w obronie w pełni przeżywanego społeczeństwa po to, żeby człowiek się nie odczłowieczył. Żeby drugiego nie traktował jak przedmiot.

    Pozytywną odpowiedzią na zagrożenia, o których ksiądz mówi jest coś, co Karol Wojtyła nazywa metafizyką miłości. Co to takiego?

    Metafizyka miłości jest spojrzeniem na miłość od strony osoby. Jest podmiotowym przeżywaniem miłosnej relacji z drugim człowiekiem. Chodzi o zbudowanie relacji z drugą osobą tak, żeby doświadczała on w tym swojego ubogacenia. Wojtyła był przekonany, że człowiek nie wystarcza sam sobie. Człowiek nauczył się tego w raju, gdzie doświadczył swojej pierwotnej samotności. Odkrył wtedy swoje własne „ja”, ale też dowiedział się, że aby rozwijać swoje „ja”, czyli poczcie swojej tożsamości i wartości, potrzebuje znaleźć drugą osobę, która jest mu podobna, równa i której mógłby się podarować. Metafizyka miłości jest pewnym spojrzeniem na sens i cel ludzkiego życia, przeżywania człowieczeństwa w najgłębszej postaci. Tak, żeby życie smakowało. Aby nasze człowieczeństwo było doświadczane jako udane potrzebujemy przeżyć swoje życie jako bezinteresowny dar z siebie samego.

    Jak się to odbywa?

    Człowiek przeżywa to na różnych poziomach. Na poziomie intelektualnym, emocjonalnym, ale także na poziomie cielesnym, seksualnym, gdzie seksualność staje się narzędziem podarowania się drugiej osobie. Jeśli seksualność jest oderwana od tej postawy podarowania się drugiemu, jeśli nie idzie za nią pragnienie, by wziąć odpowiedzialność za życie drugiego człowieka, jeśli nie weźmiemy na siebie całej konsekwencji powiedzenia drugiemu człowiekowi „kocham cię”, to w takim razie seksualność podobnie jak słowa może stać się kłamstwem i może być raniąca. Dzisiaj niestety mamy całe pokolenie ludzi bardzo poranionych tym, że wzajemnie się okłamali. Nie tylko deklarując coś, za czym nie poszła postawa i fakty życia, ale też wchodząc w seksualność, która przestała być językiem poprzez który wyraża siebie osoba, która kocha. Wielu ludzi jest dzisiaj albo uzależnionych od seksu, który stał się mową-trawą, paplaniną, jazgotem, albo jest sceptycznie nastawiona do seksu jako do czegoś, co zostało pozbawione mistyki, poezji i głębszej treści.

    Czy w takim razie można powiedzieć, że nauka Jana Pawła II na temat rodziny i ludzkiej seksualności jest przyjmowana? Czy jest znana?

    Cały czas toczy się batalia. Pracowałem na dokumentach związanych z działalnością Karola Wojtyły jako księdza w Krakowie, jako biskupa, kardynała…

    … to m.in. mało znane notatki, które dała księdzu Wanda Półtawska.

    Tak, dostałem te dokumenty od pani Wandy Półtawskiej dzięki pani redaktor Ewie Ablewicz z Polskiego Radia. To były zapisy szkoleń, które abp Karol Wojtyła organizował w Krakowie. Powstał tam Instytut Rodziny, którym zajmowała się dr Półtawska i w którym organizowano całe cykle kursów i dla duchownych i małżonków. Także dla osób, które miały prowadzić poradnie rodzinne przygotowujące do małżeństwa. A najciekawszy był cykl corocznych konferencji, które kard. Karol Wojtyła organizował u siebie w Krakowie. Zapraszał profesorów medycyny, psychologii i teologii, chcąc holistycznie, całościowo objąć spojrzeniem człowieka. Te konferencje były poświęcone różnym trudnym zagadnieniom dotyczącym wyzwań, jakie stawia przed człowiekiem budowanie relacji i rodziny. Podejmowano także kwestie tego, co zostało zdewastowane w sposobie przeżywania rodziny i małżeństwa w efekcie pewnej ideologii, która pokazywała fałszywy obraz życia człowieka.

    Jakie to były zagadnienia?

    Pierwsza konferencja była poświęcona tzw. syndromowi postaborcyjnemu, czyli temu, jak ogromne cierpienie na różnych poziomach: duchowym, psychologicznym i także z punktu widzenia medycznego powoduje decyzja o usunięciu własnego dziecka. Zarówno w przypadku kobiety, jak i mężczyzny, który jest współodpowiedzialny za tę decyzję, a także innych członków rodziny. Druga konferencja była poświęcona problemowi tzw. mentalności antykoncepcyjnej. Chodziło o sprawę głębszą niż same środki czy techniki unikania ciąży. Wojtyłę interesowało, jak głęboko sięga pewna deformacja, którą powoduje stosowanie antykoncepcji. Mówił o tym, jak głęboko sięga patologia patrzenia na siebie wzajemnie przez kobietę i mężczyznę spowodowana używaniem antykoncepcji.

    Trzecia konferencja dotyczyła czystości przedmałżeńskiej i małżeńskiej, czyli problemu wierności, nierozerwalności, lojalności, zdrady. Słowem tego czego obecnie ludzie częściej doświadczają, a o czym mniej rozmawiają.

    A potem było konklawe.

    Wojtyła nie pojawiał się na żadnych listach faworytów. Wiele osób słysząc jego nazwisko myślało, że to Afrykańczyk. Okazało się jednak, że ma bardzo dobrze przemyślany pontyfikat. Jego pierwsza decyzja to zwołanie w listopadzie 1978 r. synodu poświęconego rodzinie. Potem były katechezy środowe prowadzone przez 5 lat. Dotyczył one właśnie rodziny, teologii ciała, seksualności. Jan Paweł II miał przemyślaną i przemodloną wizję człowieka, dla którego liczy się seksualność. Mówił o aborcji, antykoncepcji, rozwodach. To jest to, co jego biograf George Weigel nazwał bombą z opóźnionym zapłonem. To intelektualny i duchowy potencjał, z którego nie potrafimy korzystać, którego nie potrafmy odblokować.

    Także Franciszek zwołał synod poświęcony rodzinie.

    Podczas tego synodu o rodzinie pojawił się niepokojący symptom. Wśród niektórych biskupów pojawił się postulat przeskoczenia „Humanae Vitae” i „Familiaris consortio”, jakby Jan Paweł II był jakimś etapem do przejścia, wręcz balastem. Te hasła podnosili zwolennicy rozciągnięcia pojęcia małżeństwa na związki homoseksualne czy w ogóle na wolne związki. Napisałem tę książkę będąc pod wrażeniem tego, że Jan Paweł II zgłębiał tematykę seksualności, podarowania się, miłości i rodziny przewidując, gdzie stoczy się batalia o oddzielenie człowieka od Boga. Minęły dziesięciolecia. Nastała epoka naznaczona ateizmem, w której Bóg jest brany w nawias, traktowany jak intruz. I okazało się, że walka nie toczy się na katedrach uniwersyteckich, jak uważano w połowie XX w., nie w komitetach centralnych partii komunistycznych, jak sądzono podczas rewolucji, ale na poziomie ludzkiej seksualności. To tutaj odrywa się człowieka od jego boskich korzeni. Myślenie genderowe jest tego najlepszym przykładem. To rodzaj schlebiania sobie i myślenia, że można być stwórcą samego siebie, że nic nie jest podarowane. Dlaczego to seksualność jest polem bitwy? Bo to w niej Bóg umieścił swój obraz i podobieństwo.

    Rozmawiał Jakub Jałowiczor

    ks. dr hab. Robert Skrzypczak, „Wiara i seks. Jan Paweł II o małżeństwie i rodzinie”, Wydawnictwo AA, Kraków 2015

    (wywiad pierwotnie ukazał się w 2015 r.)

    mp/Ks. dr hab. Robert Skrzypczak, „Wiara i seks. Jan Paweł II o małżeństwie i rodzinie”, Wydawnictwo AA, Kraków 2015

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Robert Skrzypczak:

    Miłość potrzebuje sakramentu

    – Przyczyną zagubienia wielu ludzi układających sobie życie afektywne i rodzinne jest ignorancja wielkiego daru, jakim jest chrześcijański sakrament małżeństwa. Jak niedawno doniosła „Rzeczpospolita”, „coraz mniej ślubów wyznaniowych zawieranych jest w całej Polsce. Ich odsetek spada zarówno na laickim zachodzie kraju, jak i na wciąż mocno wierzącym Podkarpaciu – wynika z najnowszego raportu opracowanego przez demografów z Uniwersytetu Łódzkiego”. Wśród przyczyn, podano następującą: „jest to wyraz kształtującego się w Polsce nowego sposobu wyznawania wiary. Dziś coraz mniej osób jest zainteresowanych obrządkiem religijnym, a więcej tym, by wiarę przeżywać w sposób indywidualny […]. Młodzi, którzy nie chcą ślubować w kościele, pokazują, że nie zależy im na dozgonnym związku, pełnym więzi z Chrystusem i Kościołem, a to znak ich płytkiej wiary – pisze na łamach książki „Miłość warta obrączek. Jak zbudować małżeństwo na całe życie” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    Miłość potrzebuje sakramentu

    Czym jest małżeństwo dla człowieka bez wiary? Seksualną przygodą? Przecież każdy zdrowy mężczyzna potrzebuje kobiety, kobieta zaś szuka mężczyzny. Lecz same ciała są smutne i wyją z rozpaczy na myśl o utracie atrakcyjności, uciekanie się zaś do technik współżycia i „sztuki kochania” jest sposobem na udział w reklamowej propagandzie piekła. Czy współczesny człowiek, który chce uczynić swe życie weselszym, ucząc się z podręczników partnerskiego survivalu nie roznosi ze sobą zapachu rozpaczy? Czym wiec może być małżeństwo? Wspólną inwestycją w życie, kumulacją wysiłków i kapitału, romantyczną podróżą we dwoje? Podczas, gdy jedni definiują związek małżeński jako „układ wzajemnych wymagań”, inni zaś usiłują mu nadać znaczenie „kontraktu zezwalającego na wzajemne używanie ciał i innych dóbr materialnych”, Jezus z Nazaretu obiecuje: „Będą dwoje jednym ciałem” (Mt 19, 5; por. Ef 5, 31). Kłopotliwa precyzja tych słów. Z całą pewnością chodzi o coś innego, niż „podstawowa komórka społeczna” lub romantyczne „zjednoczenie serc”.

    We Włoszech do lat sześćdziesiątych 99 par na sto zawierało w Kościele związek małżeński. Potem przyszła rewolucja seksualna i referendum o dopuszczalności rozwodów w 1974 roku i nagle to, co dotąd było trwałe i bezpieczne zaczęło zamieniać się we względne i płynne. Prawna możliwość uwolnienia się od partnera stała się nie tylko, jak pierwotnie zakładano, procedurą do zastosowania w nieudanych związkach, ale i czynnikiem determinującym powszechną utratę sensu wierności względem drugiej osoby i wzmacniającym poziom egoizmu w relacjach. W listopadowym numerze amerykańskiego Times’a z 2010 roku na okładce pojawił się tytuł „Komu potrzebne jest małżeństwo?”, wewnątrz zaś obfity tekst dowodził: nikomu!105 Instytucja podtrzymująca cywilizację zachodnią wychodzi z użycia. W przeciągu ostatniego półwiecza w Italii ilość par sakramentalnych spadła o około 40 procent, natomiast liczba rozwodów galopująco wzrasta: od 10% pod koniec lat sześćdziesiątych do 50 % w 2005 roku. Skoro małżeństwo jest pierwszą przyczyną rozwodów – dowodzili sarkastycznie niektórzy – należy zatem z nich zrezygnować. Nie ma małżeństw, nie będzie też i rozwodów. I takim sposobem mentalnie dotarliśmy do postnowoczesnego rozwiązania zwanego związkiem partnerskim, oferującego partnerom maksimum praw i minimum odpowiedzialności, komfortowe antropologiczne upośledzenie. W Paryżu ponad 70 % par żyje już w tej postaci legalnego zakontraktowania. Związek lekkostrawny i light-owy. Tradycyjna instytucja małżeńska z takiej perspektywy coraz powszechniej spostrzegana jest jako wyczyn snobistyczny.

    Tymczasem psychologowie zauważają ukazującą się pod różnymi symptomami ukrytą tęsknotę za tradycyjnym małżeństwem. Ceremonie zwykłego „partnerskiego” zarejestrowania są obsługiwane przez sklepy listami prezentów przypominającymi obdarowywanie nowożeńców, restauracje serwują weselne menu dla gości zaproszonych na dzień rejestracji, agencje turystyczne kuszą partnerów odpowiednikami podróży poślubnej, dziewczyny kupują nowe sukienki z okazji zalegalizowania związku, sami zainteresowani poddają się uprzednim upiększającym dietom, mimo że na stół wjadą wielopiętrowe torty z zatkniętą na wierzchołku parą partnerów ubranych jak nowożeńcy. Na portalach społecznościowych pojawiają się fotki z przystrojonymi i wypudrowanymi “partnerami” w pozach, uściskach, pocałunkach, ze spojrzeniem romantycznie utkwionym w zachodzącym słońcu nad rzeką. Można zresztą zaobserwować dziwne przenikanie się dwóch kultur: ceremonie ślubne zbliżają się formą do zwykłych, banalnych procedur rejestracji w postaci ślubu zawieranego po cichu, w 15 minut, podczas gdy partnerskie związki, zamiast obdarzyć stosowną pogardą archaiczne zaślubiny, coraz chętniej je kopiują, obrastając w bukiety, orszaki, bankiety, a nawet obrączki na palec.

    Niemniej w świecie wolnych związków coraz częściej pojawiają się oznaki powrotu do instytucji małżeństwa, a przynajmniej jego apologii. Przykładem książka francuskiego pisarza Pascala Brucknera pod znamiennym tytułem Czy małżeństwo z miłości się nie udało?, będąca wyrazem przewidywanego końca epoki panseksualizmu lat 60. Dzisiejsze szukanie w związkach nade wszystko satysfakcji miłosnej i erotycznej z definicji skazane jest na porażkę, ponieważ marzeniom nie odpowiada niestała i niestabilna kondycja cielesno-uczuciowa współczesnych kobiet i mężczyzn. Obecny kryzys relacji bierze się z idealizmu: “Ponieważ wierzymy w miłość, usiłujemy zmieniać partnera. Lecz dziś mężczyźni i kobiety żyją w klimacie nieufności, niezgody i rozwodu… By doprowadzić do pojednania płomiennej namiętności z długotrwałą miłością, musimy wyrzec się uczuciowego paroksyzmu. Jeśli chcemy wyzwolić się spod tyranii ciała i pożądliwości, powinniśmy sprzyjać powrotowi czystości. I raz na zawsze pojąć, że narzędzia naszego wyzwolenia przemieniły się w narzędzia tortur. Wszyscy poszukujemy szczęścia i wszyscy leczymy się z depresji. Im bardziej gonimy za szaloną miłością, tym bardziej pozostajemy sami i zgorzkniali. Potrzeba zmienić kierunek”106. Dla autora remedium na zastaną sytuację tkwi w myśli absolutnie politycznie niepoprawnej: w powrocie do małżeństwa z rozsądku, przymierza zawieranego za porozumieniem stron nie tylko w imię czułości oraz przyjaźni, ale i odpowiedzialnej wspólnoty wychowania potomstwa, jak również zarządzania wspólnym majątkiem.

    Jakkolwiek bym miał oceniać konkluzje autora, muszę stwierdzić, ze przyczyną zagubienia wielu ludzi układających sobie życie afektywne i rodzinne jest ignorancja wielkiego daru, jakim jest chrześcijański sakrament małżeństwa. Jak niedawno doniosła „Rzeczpospolita”, „coraz mniej ślubów wyznaniowych zawieranych jest w całej Polsce. Ich odsetek spada zarówno na laickim zachodzie kraju, jak i na wciąż mocno wierzącym Podkarpaciu – wynika z najnowszego raportu opracowanego przez demografów z Uniwersytetu Łódzkiego”. Wśród przyczyn, podano następującą: „jest to wyraz kształtującego się w Polsce nowego sposobu wyznawania wiary. Dziś coraz mniej osób jest zainteresowanych obrządkiem religijnym, a więcej tym, by wiarę przeżywać w sposób indywidualny […]. Młodzi, którzy nie chcą ślubować w kościele, pokazują, że nie zależy im na dozgonnym związku, pełnym więzi z Chrystusem i Kościołem, a to znak ich płytkiej wiary”107.

    Czym jest dla wierzącego sakrament małżeństwa? Kodeks Prawa Kanonicznego podaje następujące wyjaśnienie: “Przymierze małżeńskie, przez które mężczyzna i kobieta tworzą ze sobą wspólnotę całego życia, skierowaną ze swej natury na dobro małżonków oraz do zrodzenia i wychowania potomstwa, zostało między ochrzczonymi podniesione przez Chrystusa Pana do godności sakramentu”108. To „podniesienie” oznacza zakorzenienie życia i możliwości małżonków w Chrystusowym zwycięstwie nad złem i śmiercią. „Jezus daje siłę i łaskę do przeżywania małżeństwa w nowych wymiarach Królestwa Bożego” – wyjaśnia w bardziej egzystencjalnym znaczeniu Katechizm109. Jest zasadnicza różnica między małżonkami, którzy czerpią duchową moc z sakramentu, a partnerami, którzy swą decyzję o budowaniu związku opierają na własnych siłach. To, jakby człowiek kupił pole wiedząc, iż tam, w głębi, leżą bogate złoża nafty. Jeśli się zdoła w nie wwiercić, będzie milionerem; jeśli nie, ryzykuje spędzić całe mozolne życie na powierzchni, bez żadnych profitów. Chrześcijańscy małżonkowie zostają wyposażeni w ogromny kapitał duchowy. Nie są postawieni jedynie wobec wymagań i obowiązków wynikających ze zgody na wspólne budowanie rodziny. Ich miłość i wierność zostanie nieustannie podtrzymywana i nasycana stałą obecnością pośród nich Kogoś, kto „powrócił z cmentarza” – Chrystusa zmartwychwstałego. Od Niego będą mogli nieustannie czerpać siłę i mądrość do pokonywania samych siebie i przekraczania swych skromnych ludzkich możliwości. Dzięki sakramentowi „prawdziwa miłość małżeńska włącza się w miłość Bożą”110.

    Chrystus „pozostaje z nimi, daje im moc pójścia za Nim i wzięcia na siebie swojego krzyża, podnoszenia się po upadkach, przebaczania sobie wzajemnie, wzajemnego noszenia swoich ciężarów. Pomaga im, by byli «sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej» (Ef 5, 21) i miłowali się miłością nadprzyrodzoną, delikatną i płodną. W radościach ich miłości i życia rodzinnego daje im już tutaj przedsmak uczty Godów Baranka”111. „Przez sakrament małżeństwa małżonkowie są uzdolnieni do życia wiernością i do świadczenia o niej. Przez ten sakrament nierozerwalność małżeństwa zyskuje nowy i głębszy sens […]. Związanie się na całe życie z drugim człowiekiem może wydawać się trudne, a nawet niemożliwe. Tym ważniejsze jest głoszenie Dobrej Nowiny, że Bóg nas kocha miłością trwałą i nieodwołalną, że małżonkowie mają udział w tej miłości, że Bóg ich prowadzi i podtrzymuje oraz że przez swoją wierność mogą oni być świadkami wiernej miłości Boga. Małżonkowie, którzy z pomocą łaski Bożej dają to świadectwo, często w bardzo trudnych warunkach, zasługują na wdzięczność i wsparcie wspólnoty eklezjalnej”112.

    W zbiorze żydowskich midraszy znajduje się następująca opowieść o rabinie Izaaku, synu Jekla z Krakowa: „Po latach ubóstwa, które to nigdy nie zachwiały jego wiarą w Boga, przyśnił mu się ktoś, kto podpowiedział mu, aby udał się do Pragi i szukał skarbu pod mostem królewskim. Kiedy sen powtórzył się po raz trzeci, rabin Izaak, syn Jekla, przygotował się do podróży i przybył do Pragi. Ale most był strzeżony dzień i noc i nie zdołał rozpocząć kopania. Niemniej przychodził tu każdego ranka i spacerował do wieczora, wyczekując okazji. Wreszcie kapitan straży, który go zauważył, zapytał grzecznie, czy szuka tutaj czegoś, czy może czeka na kogoś. Rabin Izaak opowiedział mu o tym, co mu się przyśniło i przywiodło z daleka. Kapitan roześmiał się: «I to z powodu snu, biedaku, zdarłeś buty, aby przybyć tutaj! Gdybym i ja uwierzył w to, co mi się przyśniło, wyruszyłbym w poszukiwaniu skarbu do Krakowa i kopałbym pod piecem w pokoju jakiegoś Żyda – Izaaka, syna Jekla, tak się nazywa! Izaak, syn Jekla! Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wędruję od domu do domu i poszukuję kogoś, kto w połowie nazywa się Izaak, a w drugiej połowie Jekl». I zaśmiał się po raz drugi. Rabin Izaak skłonił się, wrócił do domu i wykopał skarb spod swojego pieca”113. Niejeden mąż czy żona, przygnieceni codziennym ciężarem swych powinności i zmęczenia, zamartwiają się obawami, czy i na ile wystarczy im jeszcze sił i chęci do kontynuowania małżeńskiego „kieratu”, i nawet na myśl im nie przyjdzie, że w głębi ich związku, „pod podłogą”, posiadają skarb. Skarb tyle cenny, co nieodkryty. Sakrament jest właśnie takim duchowym skarbem. Zapewnia on małżonkom stały dostęp do niewyczerpanych źródeł przeogromnej mocy Chrystusowej miłości. Ta moc – o ile z niej nauczą się czerpać – będzie jakby „wartością dodaną” przenoszącą ich poza ramy własnych możliwości i wyobraźni ku miłości w wymiarze Krzyża. Jednakże Szymon nie odnalazłby skarbu we własnym domu, gdyby nie wyruszył wcześniej w drogę. My też zechciejmy wyruszyć w drogę poszukując swojego duchowego skarbu.

    ks. prof. R. Skrzypczak. Fragment książki „Miłość warta obrączek. Jak zbudować małżeństwo na całe życie”, Fundacja Instytut Globalizacji. Do kupienia tu www.globalizacja.org

    mp/„Miłość warta obrączek. Jak zbudować małżeństwo na całe życie”, Fundacja Instytut Globalizacji

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Robert Skrzypczak:

    Maryja chce nas uratować. Co mówi w objawieniach?

    – Ta wzmożona działalność Maryi jest niesamowitym znakiem nadziei. Matka Boża nie pozostaje nieruchomym symbolem, wizerunkiem zamkniętym w pięknych ramach. Nie tylko wysłuchuje modlitw, ale jest aktywnym i żywym członkiem Kościoła. Jest jego Matką, Matką naszych ponownych narodzin. Wzywa nas do nawrócenia, ostrzega. Kataklizmy i nieszczęścia są przez Nią zapowiadane zawsze warunkowo. Najpierw Maryja próbuje ostrzec: uważajcie, bo czyniąc dalej tak, jak czynicie, doprowadzicie siebie i świat do katastrofy – mówi w wywiadzie zawartym w książce „Ogień w Kościele” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    Matka Boża przemawia do nas nie tylko poprzez dogmaty, ale – zwłaszcza w ostatnich dziesięcioleciach – także poprzez prywatne objawienia. Dlaczego tak często interweniuje? Co chce nam powiedzieć, przed czym nas ostrzec?

    Maryja mówi do nas często w momentach grozy, zapowiadając trudne wydarzenia dla Kościoła i dla ludzkości. W 1830 roku Katarzyna Labouré otrzymała objawienia maryjne i dokładny opis medalika, który miał służyć wyrazowi wiary w Chrystusa. Później, w La Salette, w roku 1846, objawiła się Maryja płacząca; uczyniła to w przededniu krwawej łaźni zgotowanej Kościołowi przez Komunę Paryską i narodziny ateistycznych ideologii. Matka Boża mówiła do ludzi także w przededniu wybuchu rewolucji bolszewickiej, w Fatimie w roku 1917, oraz w Banneux w Belgii, w roku 1930, przed dojściem do władzy Hitlera w Niemczech. W czasach nam bliższych Maryja objawiła się w 1981 roku w rwandyjskim Kibeho, w sercu Afryki, przestrzegając przed straszliwym ludobójstwem. Są jeszcze Tre Fontane, Akita, Amsterdam, Garabandal, Medjugorje, Civitavecchia… Od pewnego czasu mamy do czynienia z intensyfikacją interwencji maryjnych w historię Kościoła i dzieje świata. Maryja towarzyszyła Jezusowi do końca; to Ona nosiła w sobie świadectwo zwycięstwa Chrystusa, podczas gdy apostołowie byli słabi. To nie Maryja potrzebuje apostołów, ale to apostołowie potrzebują Jej. Kościół potrzebuje Maryi. Dlatego im trudniejsze są czasy, tym bardziej Ona wstawia się za nami.

    Na razie nie wszystkie z tych objawień zostały uznane przez Kościół.

    To prawda, rozpoznanie ich ze strony Kościoła wciąż trwa. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że mają one wszystkie pewien wspólny mianownik. Maryja nie męczy się wzywaniem nas do powrotu do Jezusa Chrystusa. Jest absolutnie chrystocentryczna. Wie, skąd płynie zbawienie; wie, co może uratować świat. Interweniuje dlatego, że czuje powierzoną Jej przez Chrystusa pod krzyżem macierzyńską misję wobec Kościoła. Reaguje jak matka. Tak samo czyniła w Kanie Galilejskiej. Gdy podczas wesela wszyscy się bawili, ona miała oczy otwarte, dostrzegła, że nie ma już wina. Ona pierwsza reaguje, gdy zagrożone jest zbawienie człowieka.

    Ma oczy otwarte – i napomina; można chyba powiedzieć, że wręcz usilnie prosi o powrót do szczerej wiary w Chrystusa.

    Ta wzmożona działalność Maryi jest niesamowitym znakiem nadziei. Matka Boża nie pozostaje nieruchomym symbolem, wizerunkiem zamkniętym w pięknych ramach. Nie tylko wysłuchuje modlitw, ale jest aktywnym i żywym członkiem Kościoła. Jest jego Matką, Matką naszych ponownych narodzin. Wzywa nas do nawrócenia, ostrzega. Kataklizmy i nieszczęścia są przez Nią zapowiadane zawsze warunkowo. Najpierw Maryja próbuje ostrzec: uważajcie, bo czyniąc dalej tak, jak czynicie, doprowadzicie siebie i świat do katastrofy.

    Tak jak robiła to w Fatimie. W 2017 roku obchodziliśmy stulecie objawień fatimskich. Dlaczego Kościół wciąż tak silnie żyje tymi – wydawałoby się – odległymi objawieniami?

    To prorocze przesłanie, które dotyczy Kocioła i świata. Maryja nie posłużyła się w Fatimie specjalistami, nie zwróciła się do dziennikarzy, teologów, do papieża. Nie – wybrała dzieci. Zawsze wybiera maluczkich. To Boża logika. Podobnie przecież było ze zmartwychwstaniem. Kto ogłosił je ludziom? Maria Magdalena, kobieta, która jeszcze do niedawna źle się prowadziła; neurotyczny rybak znad Jeziora Galilejskiego, który jednego dnia mówi „tak”, a drugiego „nie”. Człowiek chwiejny. To są uczniowie Jezusa, to są świadkowie zmartwychwstania. Osoby, które, zdawałoby się, należy brać pod uwagę jako ostatnie. Maryja działa podobnie – jak wcześniej w Lourdes, gdzie objawiła się czternastoletniej Bernadecie. W Fatimie wybiera troje dzieci: Łucję dos Santos i rodzeństwo Franciszka i Hiacyntę Marto. To wydarzenie prorocze, bo Maryja nie tylko próbuje odsłonić przed nami przyszłość świata i Kościoła, ale także uczy nas odczytywania Boga poprzez wydarzenia. Jej działanie jest nastawione na pobudzenie zmysłów w Kościele. Oczywiście, idzie nam to opornie i trudno; same dzieci fatimskie też często ponosiły porażkę w przekazywaniu urzędnikom kościelnym tego, co słyszały od Maryi.

    Do dzisiaj nie jesteśmy pewni, jak wygląda sprawa ­zwłaszcza z trzecią tajemnicą fatimską.

    Łucja, jedyna z wizjonerów, która przeżyła aż do 2005 roku, długo czekała ze spisaniem tej tajemnicy. Uczyniła to dopiero między 1941 a 1944 rokiem w klasztorze w Coimbrze. Arcybiskup José Alves Correia da Silva bardzo o to prosił. Biskup przekazał treść tajemnicy Piusowi XII w 1957 roku – a więc czterdzieści lat po objawieniach. Prosił, by papież odsłonił ją dopiero w roku 1960. Pierwszym następcą św. Piotra, który mógł to zrobić i który zapoznał się ze spisaną trzecią tajemnicą, był Jan XXIII. Jak dowiedzieliśmy się potem od jego osobistego sekretarza ks. Lorisa Capovilli, Ojciec Święty odczytał tekst tajemnicy,
    a potem kazał ją na nowo zapieczętować i zapisał na kopercie: „nie decydujemy się na ocenę”. Jan XXIII jakoby nie miał w sobie pewności, czy tekst jest prawdziwy, czy zmyślony. Wiemy, że również Paweł VI odczytał trzecią tajemnicę fatimską, po czym nakazał trzymanie jej skrzętnie schowanej w sejfach Kongregacji Nauki Wiary. Jan Paweł II zainteresował się Fatimą po zamachu na swoje życie. Poprosił, żeby przynieść mu całe dossier dotyczące tej sprawy do Kliniki Gemelli, w której był leczony. Zauważył wtedy związek między nieudanym zamachem na swe życie a Maryją Fatimską. Przecież po ludzku – gdyby nie interwencja Matki Bożej – nie powinien wyjść z tego żywy. Z okazji Roku Jubileuszowego 2000 Jan Paweł II postanowił podać trzecią tajemnicę fatimską do wiadomości publicznej. Komentarz teologiczny do tego wydarzenia przedstawił kard. Joseph Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary. Dowiedzieliśmy się, że trzecia tajemnica miałaby dotyczyć cierpienia papieża oraz wielkiego ataku Złego na Kościół. Wydawało się, że cała jej treść mówi o tym, co się już wydarzyło w przeszłości. Czyżby Fatima była już nieaktualna? Benedykt XVI, lecąc dziesięć lat później samolotem do Fatimy, powiedział na pokładzie, iż byłoby naiwnością zakładać, że wszystko, co zawierała trzecia tajemnica, już się urzeczywistniło. Ta tajemnica zatem ciągle trwa. Jej odniesienie do zamachu na św. Jana Pawła II nie wyjaśnia jeszcze wszystkiego. Wiemy, że Maryja przestrzegała przed złem, które miało się wylać z Rosji na cały świat. Mówiła to w kontekście rewolucji bolszewickiej i komunizmu, ale czyniła też aluzję do potwornej wojny, do której miało dojść, jeżeli ludzie nie zwrócą się do Jej Syna. Domagała się aktu poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu. Cały czas żyjemy pomiędzy kolejnymi próbami spełnienia tej prośby; chcemy się przekonać, czy została ona już w zadowalający Matkę Bożą sposób urzeczywistniona. Wspominałem już o tym, jak Jan Paweł II dokonał poświęcenia w 1984 roku, nie wymieniając jednak expressis verbis Rosji, ale ukrywając ją pod stwierdzeniem, że poświęca te kraje, których poświęcenia Maryja chciała.

    Komunizm został wprawdzie przezwyciężony, ale świat zalewa nowa fala neomarksizmu. Czy to nie są te same w istocie, choć zewnętrznie zmodyfikowane, błędy Rosji?

    To zło rzeczywiście cały czas się wylewa. Istnieje prorocza wizja abp. Fultona Sheena z 1948 roku. Arcybiskup Sheen powołał się wtedy na Krótką opowieść o Antychryście Włodzimierza Sołowjowa. Dzieło, które powstało na Paschę 1900 roku, miało dotyczyć tego, co spotka Kościół i świat sto lat później, czyli u zarania XXI wieku. Sołowjow obwieścił wówczas pojawienie się tajemniczego Antychrysta. W jego powieści Antychryst jest uśmiechniętym trucicielem, człowiekiem, który z jednej strony wierzy w Boga, a z drugiej robi wszystko, żeby uwagę skupić na sobie i sobą zasłonić Chrystusa. Ma okazać się przedmiotem zachwytu, fascynacji i adoracji ludzi na całym świecie. Ma się wspiąć na szczyty uwagi i uwielbienia. W wyobraźni Sołowjowa Antychryst jest wspaniałym humanistą, bojownikiem praw człowieka i zwierząt, wielkim zwolennikiem ekumenii, ekologii i pokoju na świecie. Najpierw zostanie wybrany prezydentem zjednoczonej Europy – taką wizję miał Sołowjow już w 1900 roku! – a także stanie na czele organizacji zjednoczonych narodów świata. Autor mówił też o jego społecznej wrażliwości, wykształceniu i naturalnej błyskotliwości. Wyobrażał sobie, że Antychryst będzie laureatem doktoratu honoris causa na wydziale biblijnym w Tybindze, wspaniałym biblistą, ale robiącym wszystko, by odwrócić uwagę ludzi od Chrystusa. W momencie prawdy, gdy pokaże światu swoją autentyczną twarz, okaże się kimś przejętym odrazą i wstrętem do Chrystusa. Chrystus będzie dla niego wielkim przegranym, tym, który wprowadził na świat miecz zamiast pokoju, który zamiast ludzi pojednać, podzielił ich. On sam natomiast, Antychryst, naprawi to wszystko. Podaruje ludzkości coś lepszego. Bohater reaguje wściekłością na przekonanie chrześcijan, że Chrystus żyje, że zmartwychwstał. „On umarł, zgnił, leży cuchnący w grobie” – wrzeszczy. U Sołowjowa nie chodzi, być może, o żadną postać historyczną, ale o mentalność, pewien sposób widzenia i oceniania spraw.

    fragment książki „Ogień w Kościele” – wywiadu-rzeki Pawła Chmielewskiego z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem (Wydawnictwo Esprit, Kraków 2021)

    mp/„Ogień w Kościele”, Wydawnictwo Esprit

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ___________________________________________________________________________________________

    Królowo Pokoju, módl się za nami!

    Królowo Pokoju, módl się za nami!
    fot. via Pixabay

    ***

    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.

    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.

    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.

    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.

    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku.

    Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.

    Brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 września 1939 roku, w dzień pierwszego piątku miesiąca, rozpoczęła się II wojna światowa

    archiwum/wikipedia/Tygodnik Niedziela

     ***

    … “uderzyło mnie to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!”(bł. Ks. Prymas Stefan Wyszyński)

    ***

    Św. Jana Pawła II, w Orędziu na XXX Światowy Dzień Pokoju – 1 stycznia 1997 roku, zwrócił uwagę, że

    „nie istnieje (…) żadna sprzeczność między przebaczeniem a sprawiedliwością. Przebaczenie bowiem nie usuwa ani nie umniejsza konieczności naprawienia zła, będącej nakazem sprawiedliwości”.

    dla przypomnienia:

    Der Spiegel potwierdza, że przemowa Hitlera o unicestwieniu Polaków to autentyk

    “Nielegalnie sporządzone streszczenie tajnego przemówienia Adolfa Hitlera do niemieckiej generalicji przed atakiem na Polskę w 1939 roku jest dokumentem autentycznym” – czytamy na łamach Der Spiegel. W tym przemówieniu Hitler powiedział m. in. o “bezlitosnym wysyłaniu na śmierć mężczyzn, kobiet i dzieci polskiego pochodzenia”.

    Osławione przemówienie Hitler wygłosił w dniu 22 sierpnia 1939 roku w swojej rezydencji w Obersalzbergu. Adresatami przemówienia byli dowódcy Wehrmachtu i Kriegsmarine (marynarki wojennej III Rzeszy).

    Na stronie tygodnika Der Spiegel ukazał się materiał historyka Normana Domeiera, który m. in. opisuje kulisy wygłoszenia przemowy, nielegalnego wówczas zanotowania jej treści. Domeier rozprawia się także z twierdzeniami, jakoby notatka miała być fałszywa, a Hitler miał nigdy podobnych słów nie wygłosić.

    “Naszą siłą jest szybkość i brutalność. Czyngis-chan posłał na śmierć miliony kobiet i dzieci, świadomie i w radosnym nastroju. Historia widzi w nim jedynie wielkiego twórcę państwa. Jest mi obojętne, co twierdzi o mnie słaba zachodnioeuropejska cywilizacja” – mówil Hitler do swoich dowódców.

    “Wydałem rozkaz – i każę rozstrzelać każdego, kto pozwoli sobie na chociażby jedno słowo krytyki – że celem wojny nie jest osiągnięcie określonych linii, lecz fizyczne unicestwienie przeciwnika. Dlatego wystawiłem, na razie tylko na Wschodzie, moje oddziały trupiej czaszki (SS) z rozkazem, by bez miłosierdzia i litości wysyłali na śmierć mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia i języka” – kontynuował.

    Domeier podkreślił, że większość dowódców przyjęła słowa Hitler z wielkim entuzjazmem. Wyjątkiem był z kolei szef wywiadu wojskowego generał Wilhelm Canaris.

    To właśnie Canaris sporządził notatki z przemówienia wodza Niemiec i udostępnił je swoim współpracownikom następnego dnia.

    Po zakończeniu wojny współpracownicy Canarisa zdecydowali o udostępnieniu notatki korespondentowi amerykańskiej agencji prasowej Associated Press (AP) Louisowi Lochnerowi. Domeier w swojej publikacji wskazał, że grupa współpracowników Canarisa utrzymywała kontakty z Lochnerem od wielu lat.

    Jak czytamy na łamach Spiegla, konserwatywni historycy niemieccy, tacy jak Andreas Hillgruber, kwestionowali autentyczność notatki oraz wygłoszonych przez Hitler słów. Ich celem było wybielenie Wehrmachtu i umniejszenie jego roli w zbrodniach wojennych.

    Notatka stanowi zaś dowód, że najwyższe niemieckie dowództwo nie dość, że o zbrodniczych zamiarach wiedziało, to jeszcze entuzjastycznie je wspierało.

    “Atak i unicestwienie Polski rozpocznie się w sobotę o poranku. Wyślę kilka kompanii w polskich mundurach na Górny Śląsk lub do Protektoratu. Gówno mnie obchodzi, czy świat mi uwierzy. Świat wierzy tylko w sukces. (…) Bądźcie twardzi, bezwzględni, działajcie szybciej i bardziej brutalnie niż inni” – mówił do dowódców Hitler.

    Domeier podkreśla, że zdaniem historyków kwestionujących autentyczność notatki, Hitler mógł w podobny sposób zwracać się do polityków NSDAP, ale nie do wychowanych w pruskiej tradycji generałów. “W rzeczywistości Hitler w sierpniu 1939 roku znajdował się w „wojennym amoku”, co miało także wpływ na jego język” – pisze jednak Domeier.

    Upubliczniona przy pomocy ambasady brytyjskiej notatka nigdy nie została jednak wykorzystana jako dowód w procesie norymberskim. Lochner przekazał co prawda dokument Trybunałowi, jednak nie wyraził zgody na przesłuchanie w charakterze świadka.

    “Streszczenie przemówienia w wersji upowszechnionej przez Lochnera jest „kluczowym dokumentem nazistowskiego światopoglądu Hitlera opierającego się na dwóch filarach – władzy nad światem i zagładzie” – konkluduje historyk. Lochner nie chciał ponadto ujawniać swoich kontaktów z niemieckimi oficerami.

    jkg/deutsche welle/fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    Generał Stanisław Maczek w Częstochowie

    W kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze zainaugurowana została (23.09) uroczystość „Generał Maczek w Częstochowie” Mszą św. w intencji generała Stanisława Maczka i jego żołnierzy. 

    Stanisław Maczek, 1944
    Generał Stanisław Maczek, 1944/Wikipedia/autor nieznany; domena publiczna
    ***

    To wydarzenie upamiętniające 80. rocznicę utworzenia 1. Dywizji Pancernej i pobyt w latach 1935-1938 płk. dypl. Stanisława Maczka w Częstochowie. Msza św. w intencji generała i jego żołnierzy sprawowana będzie o godz.11.00. Po niej w Sali Rycerskiej będzie miało miejsce odznaczenie weteranów 1.Dywizji Pancernej medalami „Milito Pro Christo”(łac. Walczę dla Chrystusa) – polskie odznaczenie kościelne Ordynariatu Polowego WP. W Kaplicy Pamięci Narodu odbędzie się ceremonia złożenia ziemi z cmentarzy pól bitewnych dywizji.

    W latach 1935-1938 płk. dypl. Stanisław Maczek, późniejszy gen. broni, legendarny twórca i dowódca 1. Polskiej Dywizji Pancernej, pełnił służbę w Częstochowie na stanowisku dowódcy 7. Dywizji Piechoty. Dowództwo stacjonowało w okresie międzywojnia w zabytkowej kamienicy przy al. NMP 47 – na jej ścianie odsłonięta zostanie tablica przypominająca lata służby płk. dypl. Stanisława Maczka w Częstochowie. Tablicę ufundował zarząd Federacji Organizacji Polskich Pancerniaków (FOPP).

    Kamienicę zbudowano w 1875 r. w stylu klasycystycznym. Początkowo była siedzibą duchowieństwa prawosławnego, stąd jej nazwa Popówka, później domem biskupa rzymskokatolickiego. Po 1945 r. do lat 70. XX w. mieścił się tu Powiatowy Sztab Wojskowy. W 1973 r. obiekt przekazano Muzeum Częstochowskiemu z przeznaczeniem na stałą wystawę malarstwa polskiego, prezentowaną do 1996 r. Potem Galerię zamknięto. Po kilkunastoletniej przerwie spowodowanej remontem obiektu i zmianą jego funkcji wystawa dzieł sztuki polskiej powróciła do Popówki. Od 2013 r. można tu zwiedzać stałą wystawę malarstwa i grafiki polskiej zatytułowaną „Sztuka Polska XIX i XX wieku” oraz wystawy czasowe.

    Uroczystości organizuje zarząd FOPP z siedzibą w Żaganiu, z inicjatywy członkini zarządu Małgorzaty Kaczyńskiej – mieszkanki Częstochowy, córki żołnierza 1.Polskiej Dywizji Pancernej plut. Wacława Musiała, wraz z Urzędem do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Zbiega się ona z obchodami rocznic: 130. urodzin gen. Stanisława Maczka i 80-lecia powołania 1. Polskiej Dywizji Pancernej, organizowanymi w Polsce i poza jej granicami, m.in. w Szkocji, w Belgii, w Holandii i we Francji.

    Izabela Tyras @JasnaGóraNews (za www.muzeumczestochowa.pl)

    ***

    Polska Pierwsza Dywizja Pancerna pod dowództwem gen. Stanisława Maczka powstała 25 lutego 1942 roku w Szkocji i była najsłynniejszą polską jednostką pancerną z okresu II wojny światowej. Wywodziła się z 10. Brygady Kawalerii, która z kolei była pierwszą zmotoryzowaną wielką jednostką w dziejach Wojska Polskiego. Broń pancerna po przez swe zadania na polu walki nawiązywała do husarii, dlatego w oznace rozpoznawczej 1. Dywizji Pancernej można zobaczyć szyszak i husarskie skrzydło.

    W sierpniu 1944 r. 1. Dywizja Pancerna pod dowództwem gen. Maczka wzięła udział w bitwie pod Falaise. Była to pierwsza i zarazem największa bitwa „Czarnej Kawalerii” w kampanii 1944-1945. Zadecydowała ona o porażce Niemiec w Normandii i otworzyła aliantom drogę do Paryża. Zwycięski szlak bojowy dywizji wiódł następnie przez Belgię i Holandię, by 5 maja 1945 r. zakończyć się w niemieckim porcie wojennym w Wilhelmshaven.

    W 1945 r. gen. Maczek został odznaczony Komandorią Krzyża Legii Honorowej, a później awansowany do stopnia generała dywizji; do demobilizacji dowodził polskimi oddziałami w Wielkiej Brytanii.

    Po wojnie osiadł na stałe w Szkocji, a ponieważ nie przysługiwała mu emerytura, pracował m.in. jako barman. W 1946 r. pozbawiony został obywatelstwa polskiego, które zostało mu przywrócone w 1971 r. W 1990 r. otrzymał awans do stopnia generała broni, a w 1992 r. został kawalerem Orderu Orła Białego. Na wniosek mieszkańców Bredy nadano mu honorowe obywatelstwo Holandii.

    Stanisław Maczek zmarł 11 grudnia 1994 r. w Edynburgu. Został pochowany na cmentarzu żołnierzy polskich w Bredzie.

    Kai/Jasna Góra

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 WRZEŚNIA – I CZWARTEK MIESIĄCA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________

    Jakie czasy, tacy księża?

     

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Kapłaństwo się nie starzeje

    W okolicach Cezarei Filipowej Jezus dokonał sondażu opinii publicznej. Pytał uczniów, za kogo ludzie Go uważają. Odpowiedź nie była trudna, ponieważ wystarczyło przywołać opinie o Jezusie. Trudniej było odpowiedzieć na drugie pytanie, które wymagało osobistego zaangażowania. Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Umożliwiło to Apostołowi poznanie siebie samego i roli, jaką ma odegrać w Kościele. Później Jezus zapytał go jeszcze o miłość. Konieczne są znajomość Mistrza i miłość do Niego, aby głosić Ewangelię, sprawować sakramenty i służyć potrzebującym w Jego imieniu.

    Odpowiedź na pytanie: „co znaczy być dzisiaj dobrym księdzem?”, nie różni się od udzielanych wówczas, gdy Jezus powoływał i posyłał uczniów. Zmieniły się tylko zewnętrzne okoliczności życia. Człowiek w swej najgłębszej istocie pozostaje ten sam. Także misja kapłańska ma te same cele. Dobrym księdzem był, jest i zawsze będzie ten, kto wierzy Jezusowi, jest Mu posłuszny, kocha Boga ponad wszystko i tak jak Mistrz jest do dyspozycji ludzi. Z uwagi jednak na nowe wyzwania na bieżąco trzeba nasłuchiwać, co Duch Święty mówi do Kościoła. Jan Paweł II, gdy nauczał na temat przygotowania kandydatów do kapłaństwa i życia samych kapłanów, wpierw wskazywał na potrzebę formacji ludzkiej. Trzeba się stawać dojrzałym człowiekiem, aby brać na siebie odpowiedzialność za innych. Na fundamencie człowieczeństwa – tak jak na naturze opiera się łaska – buduje się formację duchową, intelektualną i duszpasterską. Nie musimy być specjalistami od wszyskiego ani też się na nich kreować. Nade wszystko mamy się znać na sprawach duchowych. Mamy tworzyć wspólnotę Bosko-ludzką, a nie przywiązywać ludzi do nas. Zostaliśmy dani wspólnocie wiernych na pewien czas jako jedno z wielu ogniw w sztafecie pokoleń. Stąd potrzeba pamięci i wdzięczności duszpasterzy oraz parafian wobec tych, którzy nas poprzedzili; konieczna jest troska o tych, którzy po nas przyjdą. Uważam, że dobry ksiądz daje ludziom poczucie bezpieczeństwa i pewności, że jako przewodnik razem z nimi podąża ku niebu. Pomimo szarości dnia żyje pasją rozumianą jako fascynacja Bożym działaniem i zarazem gotowością na krzyż. Świadomość własnych ograniczeń pozwala mu zawsze i wszędzie służyć sercem miłosiernym.

    Pytanie o bycie dobrym księdzem to okazja do rachunku sumienia oraz pokornego przyjęcia oceny innych. Każdy lubi być doceniony, ale należy się uczyć wolności od ludzkich opinii. Niebezpieczne jest oczekiwanie pochwał. Krytyka natomiast – podyktowana troską o Kościół i kapłanów – jest wskazana. Ostatecznie jednak tylko ocena Jezusa Chrystusa jest do końca prawdziwa, ponieważ my znamy siebie i innych tylko fragmentarycznie. Bóg ogarnia całość.

    Jestem księdzem od ponad 24 lat i od chwili święceń wielokrotnie doświadczyłem, że nie ja piszę scenariusze. Gdybym sam je tworzył, życie nie byłoby tak fascynujące. Mam wciąż poczucie, że jestem u początków kapłaństwa, które się nie starzeje i nie powszednieje. Wiem też, że Jezus zna moje serce i daje mi pragnienie bycia dobrym księdzem. Trudno mi powiedzieć, na ile z tą łaską współpracuję.

    ks. Janusz Chyła

    ***

    Pokorni i otwarci na ludzi

    Jakiego księdza potrzebują ludzie? Na tak postawione pytanie odpowiedź wydaje się oczywista: świętego. Każda reforma Kościoła w historii zaczynała się od świętych kapłanów. Problem zaczyna się jednak w momencie, gdy próbujemy zdefiniować ową świętość.

    Poznawanie prawdy o sobie, uznanie niejednokrotnie swojej słabości wymaga pokory, a ta wydaje mi się fundamentalna dla posługi, którą ma pełnić kapłan w środowisku. Nie mam co do tego wątpliwości, że ludzie bardziej kochają drugiego człowieka pomimo jego słabości niż z powodu jego wspaniałych dokonań. Jestem podejrzliwy w stosunku do tych, którzy stają „u szczytu schodów”, lśnią medalami, szczycą się tytułami. Znam wielu „plebanów”, którzy weszli w rolę panów (czy to sami, czy też taką im narzucono), a przy tym zapomnieli, że są jedynie sługami. Tacy bowiem daleko są od ludzi, a jak mówił w homilii podczas Mszy krzyżma w Wielki Czwartek papież Franciszek, „pasterz musi pachnieć owcami, a nie drogimi perfumami”.

    Święty Paweł w Liście do Koryntian daje bardzo jasną wykładnię tej posługi, pisząc, że stał się „wszystkim dla wszystkich” (por. 1 Kor 9, 19). To oddanie się posłudze mówi o dwóch rzeczach: gorliwości i braterstwie. Obie wydają mi się dziś niezwykle ważne. Bardzo często się zdarza, że dzisiaj księża ze wszystkich świętych najbardziej kochają „święty spokój”. Wyznaczony tygodniowy grafik nabożeństw, zajęć w szkole, obowiązków duszpasterskich traktują niczym Torę, z której nie można usunąć ani jednej litery. Wszystko, co wykracza poza ten porządek i tym samym narusza ich czas wolny, jest absolutnie niemożliwe. Druga kwestia dotyczy relacji. Czytany niejednokrotnie w ciągu roku komentarz św. Augustyna, który przyznaje: „Biskupem jestem dla was, chrześcijaninem jestem razem z wami. Tamto jest przyjętym obowiązkiem, to łaską”, wydaje się pustymi słowami. Być może w ostatnich latach ów lęk przed wchodzeniem w braterskie relacje chrześcijańskie z wiernymi w parafiach jest nieco mniejszy, niemniej sam spotkałem się z przestrogami udzielanymi szczególnie młodym kapłanom, by uważali na parafian, bo ci z zasady stoją pod drugiej stronie muru. Muru? Nie ma dla Kościoła niczego bardziej deprymującego niż podział na chrześcijan „A” i chrześcijan „B”: bardziej i mniej godnych, lepszych i gorszych, tak jakby Chrystus nie oddał życia za wszystkich i nie powołał każdego na tych samych zasadach do Kościoła. Jedyne, co ma nas różnić, to sposoby posługiwania według tego, co daje Duch.

    Ostatnia kwestia to kapłan nauczający in persona Christi. Chciałbym widzieć księży, którzy w homiliach łamią słowo, wyjaśniają Pisma jak Chrystus podczas spotkania z uczniami w Emaus, którzy nie „przemawiają”, ale mówią, bez fałszywej pobożności, bez charakterystycznej emfazy, bez maniery i wyuczonego katechetycznego języka. Księży, którzy będą mieli świadomość, że wychodząc do ołtarza, mają pełnić wolę Boga – nie swoją.

    Wracając zatem do postawionego pytania, powtórzę, że potrzeba nam dzisiaj kapłanów świętych: stojących w prawdzie, pokornych, otwartych na drugiego człowieka, prostych, wchodzących w relacje, gotowych do ewangelizacji, wychodzenia poza bezpieczne mury kościoła. Nie budowniczych, ekonomów czy naukowców, ale świadków Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego.

    Adam Regiewicz

    ***

    Kapłański radykalizm

    Tylko ten, kto z Jezusem tworzy relację uczeń-Mistrz, jest dobrym księdzem. Najważniejsza jest głęboka więź z Jezusem Chrystusem – to się liczy najbardziej. Oczywiście, są różne kryteria, na podstawie których ludzie określają, czy ktoś jest dobrym kapłanem. Dla pewnej grupy osób liczą się zdolności organizacyjne, dla innych – kaznodziejskie, dla jeszcze innych – odpowiednie uwarunkowania pedagogiczne albo zaangażowanie charytatywne, ale moim zdaniem, dobry ksiądz to człowiek, który idąc za Jezusem, trzyma się z całych sił Jego drogi. A to jest droga paschalna. Tę drogę trzeba przejść razem z innymi, we wspólnocie Kościoła. Nie można jej pokonać w izolacji, indywidualnie, ponieważ jest to droga miłości i służby. Bez głębokiej więzi z Jezusem Chrystusem nie ma dobrego kapłaństwa, ponieważ tylko wtedy, gdy ksiądz ma ciągle przed oczami swojego Mistrza, może rozszerzać swoje serce i troszczyć się o to, by nie wygasła miłość.

    Można tak powiedzieć, ale tylko w takim znaczeniu, że kapłani są powoływani przez Pana Boga ze świata do posługi konkretnym ludziom, którzy żyją w kontekście niepowtarzalnych uwarunkowań społecznych i historycznych. Zewnętrzne okoliczności zawsze kształtują człowieczeństwo kapłana, czego przykładem są święci naszych czasów. Męczeństwo św. Maksymiliana M. Kolbego i bł. ks. Jerzego Popiełuszki jest wpisane w kontekst totalitaryzmów XX wieku. Świętość Jana Pawła II wyrosła z wiary przekazanej w domu rodzinnym, a później kształtowała się w kontekście II wojny światowej, prześladowania Kościoła w Polsce, uwięzienia Prymasa Tysiąclecia, doświadczenia Soboru Watykańskiego II itd. W tym sensie księża niosą w sobie znamię tego świata.

    Ale jednocześnie ksiądz jako prorok musi wykraczać poza swoją epokę. To jest wpisane w tożsamość kapłańską. Duchowość, sposób myślenia i światopogląd muszą wyrastać z doświadczenia Boga, który jest niezmienny. Kapłan powinien dążyć do tego, żeby jak najmocniej odbijać w sobie piękno Boga i Jego prawdę. To oznacza bliskość wobec każdego człowieka i zaangażowanie się we wszystko, co służy jego zbawieniu. W związku z tym kapłan musi być wolny, zwłaszcza wtedy, gdy wzywa do nawrócenia.

    Posługa kapłańska we współczesnym Kościele i świecie jest bardzo dużym wyzwaniem dla młodych księży. Zaciera się bowiem granica między tym, co jest sacrum, a tym, co jest wytworem ludzkiego myślenia. Stąd poszukiwanie tożsamości kapłańskiej, właściwego osadzenia wewnętrznych pragnień, z którymi się idzie do kapłaństwa. To czasami prowadzi do radykalizacji postaw. Radykalizm jest potrzebny, ale musi być dobrze rozumiany. To słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika radix i oznacza „korzeń”, „rdzeń”. Jeśli młody kapłan jest całkowicie wkorzeniony w Jezusa Chrystusa, w tajemnicę Jego miłości, to taki radykalizm jest zawsze pożądany. Z niego bowiem wyrasta to, co w odniesieniu do kapłaństwa bardzo trafnie wyraził kilka miesięcy temu papież Franciszek: „Kapłan musi mieć serce dostatecznie «poszerzone», by uczynić miejsce dla bólu powierzonego mu ludu, a jednocześnie, jak strażnik, ogłaszać jutrzenkę Bożej łaski, która objawia się właśnie w tym cierpieniu”.

    ks. Piotr Kot

    ***

    Zwyczajnie lubią ludzi

    Znam księdza, który nie jest wybitnym intelektualistą, ale jego kazania trafiają do mnie jak mało które, bo mówi o tym, jak sam doświadcza wiary, o swoich trudnościach, o swoich radościach ze spotkania z Bogiem, o codzienności, która może być święta. Bez prostych recept czy bagatelizowania. Za to jego słowa przynoszą prawdziwą pociechę, również w sytuacjach trudnych. Znam też księdza, który kilka razy wyprostował moje postrzeganie Bożej rzeczywistości, przy czym nigdy nie sprawił, że poczułam się głupio. Choć rzadko mam okazję z nim rozmawiać, to za każdym razem, gdy nam się to udaje, mam wrażenie, że przeżywam minirekolekcje. Wskazuje drogę i nie wypowiada przy tym słowa: „musisz”, a ja i tak chcę przynajmniej spróbować. Znałam księdza zanurzonego w Piśmie Świętym – każdego dnia, strona po stronie. Domyślam się, że właśnie to przyczyniało się do niespotykanej uniwersalności jego wypowiedzi. Mimo wieku znajdował nić porozumienia nawet z nastolatkami i zupełnie nie potrzebował się silić na bycie młodzieżowym.

    Znam księży, którzy zwyczajnie lubią ludzi. Ich słowa, uśmiechy, gesty, czyny – wszystko o tym świadczy. I znam takich, którzy zamiast straszyć, bić się na argumenty, powalać elokwencją i prześcigać się w ripostach – po prostu pokazują, że Bóg jest dobry. I takich (tych lubię szczególnie), którzy z ujmującą czułością błogosławią dzieci.

    Co łączy tych kapłanów? Żyją Panem Bogiem. Każdy po swojemu, bo też każdy z nich jest inny. A jednocześnie każdy z nich jest autentyczny w swoim przeżywaniu wiary. Kiedy mówią, ja im wierzę. Nawet jeśli nie wszyscy są wielkimi mówcami.

    Czy można powiedzieć, że to księża idealni? Nie sądzę, nie jestem zresztą pewna, czy ktoś taki w ogóle istnieje. Na pewno są to księża prawdziwi – w swoim powołaniu, w swojej relacji z Bogiem, w głoszeniu Słowa (nie siebie), w trosce o bliźnich, ale też w swoich zmaganiach, a trochę ich mają. Przy niewątpliwym szacunku dla swojego kapłaństwa potrafią zachować zdrowy dystans do samych siebie. Nie muszą dopasowywać się do innych, nikogo nie udają, po prostu wskazują Chrystusa – i to jest klucz do ich sukcesu. Podziwiam to, jak szanują ludzi. I wciąż pamiętają, że księdzem jest się „dla”. A poza tym – i to raczej nie jest przypadek – każdy z nich jest naprawdę sympatycznym człowiekiem. Wiem, to wszystko jest pewnie mało spektakularne i jakieś takie zwyczajne. Ale właśnie ta zwyczajność jest tym, co mnie do nich przekonuje.

    Cieszę się, że są i że wcale nie jest ich tak mało. I dziękuję, że wciąż chce im się takimi być.

    Katarzyna Krawcewicz

    _________________________________________________________________________

    siostra Małgorzata Borkowska:

    Nie wyrzucajcie nas, sióstr zakonnych, do kosza


    „Są tacy, którzy by chętnie karnie egzekwowali od zakonnic wszystko, co ich rozczarowuje. Tylko że nie oczekują tego od innych grup społecznych” – powiedziała s. Małgorzata Borkowska, benedyktynka.

    UNSPLASH.COM

    ***

    W rozmowie z „Gościem Niedzielnym” odniosła się do kryzysu w Kościele i w zgromadzeniach zakonnych. 

    Zaznaczyła, że żeńskie zakony to specyficzne środowiska, które mają swoje wady i zalety.

    „Środowisko zakonów żeńskich ma swoje mocne strony, ale również przechodzi kryzys, choćby dlatego że drastycznie zmalała liczba powołań. Poza tym, podobnie jak w przypadku księży, nasz świat ma swoje punkty hańby. Na pewno ma ich mniej niż świat męski, ale jednak…”

    Jak wytłumaczyła, miała na myśli głośną sprawę sióstr betanek, ale również sytuacja w DPS-ie w Jordanowie była trudna. Zaapelowała, aby „nie stosować do nas innej miary, niż stosuje się do świeckich”.

    „Niektórzy komentatorzy zaczęli głosić tezy, że siostrom zakonnym trzeba odebrać DPS-y, że zakonnice trzeba odsunąć od pracy z osobami z niepełnosprawnościami. Jeszcze nie słyszałam, żeby po nadużyciach w państwowym zakładzie powiedziano, że trzeba wszystkich świeckich odsunąć od takiej pracy. Wielu świeckich patrzy dzisiaj na zakonnice jak na coś obcego. A skoro jest obce, tym bardziej musi być wszystkiemu winne” – opowiadała. 

    Podkreśliła, że to zrozumiałe, że od sióstr zakonnych wiele się wymaga, „tylko że wymagać, a chcieć zlikwidować czy wyrzucić wszystkie zakonnice z pracy, to dwie różne sprawy”. 

    „Są tacy, którzy by chętnie karnie egzekwowali od zakonnic wszystko, co ich rozczarowuje. Tylko że nie oczekują tego od innych grup społecznych. Nie wyrzucajcie nas do kosza tylko dlatego, że mamy problemy, bo musielibyście wszyscy też do tego kosza wleźć” – zaznaczyła siostra.

    Jak tłumaczyła, problem opieki w DPS-ach jest złożony, a „zakonnice oberwały za wszystkich”.

    „Może są inne sposoby opanowania trudnych pacjentów. Nie znam się na tym. Ale ten problem, z którym w Jordanowie zmierzyły się siostry zakonne, staje również przed świeckim terapeutą. Oczywiście od sióstr oczekuje się więcej. Zgoda. Siostry nie dały sobie rady z problemem. Ale są inne siostry, które takie zakłady prowadzą bez zarzutów”.

    Zauważyła również, że przyczyną kryzysu w Kościele nie są skandale, ale „skandale są kryzysem”. Do skandalu mogą doprowadzić na przykład niewłaściwe zachowania duchownych.

    „Ale tutaj znowu rodzi mi się refleksja, czy przypadkiem skandal nie wywołuje dzisiaj u niektórych świeckich westchnienia ulgi… Już nie trzeba przejmować się nauką Kościoła, można wszystko wyrzucić, bo tam jest zło, więc kończymy z tym złem. Można mieć święty spokój. Ale czy to jest dobre? Czy to coś zmienia? Uczono mnie kiedyś takiej sentencji: «Krytykujesz – proponuj; proponujesz – wykonuj». Zawsze łatwiej jest się wycofać na «moralną pozycję» i z daleka osądzać, niż coś zrobić, żeby było dobrze. Kiedy się widzi jakieś zło, należy możliwie szybko spełnić jakieś dobro, dla równowagi, a nie wycofywać się na kanapę w roli zgorszonej ciotki”.

    Zapytana o drogi wyjścia z kryzysu, odpowiedziała, że nie trzeba ich szukać daleko ani wymyślać. „Drogi wyjścia są cały czas praktykowane przez zakonników, zakonnice, osoby duchowne i świeckie: przez wszystkich, którzy zamiast dużo mówić, po prostu dużo robią”.

    Zauważyła, że takie osoby są pomijane w mediach, bo nie przyniosą klikalności. Lepiej sprzedają się w mediach te złe historie. Dotyczy to i księży, i sióstr zakonnych. „Ci, którzy dobrze pracują, są właśnie drogą wyjścia z kryzysu”. 

    Jak tłumaczyła, przez 40 lat badała historię wspólnot zakonnych i widać, że liczebność powołań w Kościele falowała. Dlatego podkreśliła, że obecny spadek powołań jest naturalnym zjawiskiem, ale nie jest czymś stałym. Stała jest tęsknota człowieka za Bogiem.

    „Mogą się zmienić środki wyrazu, ale pragnienie Boga nigdy w ludziach nie wygaśnie. Nigdzie nie jest powiedziane, że pewne rzeczy muszą trwać wiecznie, że jakiś zakon albo pojedynczy klasztor musi trwać do końca świata. Nie musi. Ale poszukiwanie Boga trwa zawsze. I przetrwa. Nie widzę powodu do paniki. Życie zakonne jest pomyślane jako próba możliwie bliskiego kontaktu z Bogiem. Ta próba była praktykowana zawsze i jest praktykowana nadal, jako wypróbowana; ale są także inne” – podkreśliła benedyktynka. 

    źródło: „Gość Niedzielny”

    _________________________________________________________________________________

    Bez paniki

    Bez paniki
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    – Kiedy się widzi jakieś zło, należy możliwie szybko spełnić jakieś dobro, dla równowagi, a nie wycofywać się na kanapę w roli zgorszonej ciotki – mówi s. Małgorzata Borkowska, benedyktynka.

    Judyta Syrek: Mam ostatnio okazję przyglądać się życiu zakonnic w polskich klasztorach. Spotykam się z silnymi osobowościami. Siostra też do takich osobowości należy. Patrząc na Was, zastanawiam się, czy zakonnice mogą dzisiaj wyprowadzić Kościół z kryzysu?

    S. Małgorzata Borkowska OSB: Nie mam pełnego obrazu żeńskich zakonów. Myślę, że to jest prawda i nieprawda zarazem. Środowisko zakonów żeńskich ma swoje mocne strony, ale również przechodzi kryzys, choćby dlatego że drastycznie zmalała liczba powołań. Poza tym, podobnie jak w przypadku księży, nasz świat ma swoje punkty hańby. Na pewno ma ich mniej niż świat męski, ale jednak…

    Punkty hańby? Ma Siostra na myśli ostatnią sprawę w DPS-ie w Jordanowie?

    Myślę na przykład o sprawie sióstr betanek, która była głośna swego czasu. Natomiast co do sytuacji w Jordanowie i licznych komentarzy, które się przy tej okazji wylały na zakonnice, prosiłabym, żeby nie stosować do nas innej miary, niż stosuje się do świeckich.

    W jakim sensie?

    Niektórzy komentatorzy zaczęli głosić tezy, że siostrom zakonnym trzeba odebrać DPS-y, że zakonnice trzeba odsunąć od pracy z osobami z niepełnosprawnościami. Jeszcze nie słyszałam, żeby po nadużyciach w państwowym zakładzie powiedziano, że trzeba wszystkich świeckich odsunąć od takiej pracy. Wielu świeckich patrzy dzisiaj na zakonnice jak na coś obcego. A skoro jest obce, tym bardziej musi być wszystkiemu winne.

    Wielu obserwatorów, patrząc na sytuację w Jordanowie, zaznacza, że od sióstr zakonnych oczekuje się i wymaga czegoś więcej. Ludzie poczuli się zgorszeni.

    Jeżeli się wymaga, to słusznie. Tylko że wymagać, a chcieć zlikwidować czy wyrzucić wszystkie zakonnice z pracy, to dwie różne sprawy. Są tacy, którzy by chętnie karnie egzekwowali od zakonnic wszystko, co ich rozczarowuje. Tylko że nie oczekują tego od innych grup społecznych. Nie wyrzucajcie nas do kosza tylko dlatego, że mamy problemy, bo musielibyście wszyscy też do tego kosza wleźć.

    Ojciec Jacek Prusak, jezuita i psychoterapeuta, sugerował w jednej z wypowiedzi, że do zakonu przychodzą dzisiaj siostry z nieprzepracowaną przeszłością, z traumą, która ujawnia się w trudnych warunkach. Jego zdaniem może to być powód złych zachowań.

    Może. Ale przecież do wszystkich innych zawodów też przychodzą osoby z nieprzepracowaną przeszłością. I wtedy się nie mówi, że ten zawód należy zlikwidować. Ile jest nadużyć w wojsku. I co w związku z tym? Zlikwidujemy armię? Ile jest nadużyć w świecie nauczycielskim. Czy to znaczy, że trzeba zlikwidować szkoły? Zakonnice są dzisiaj surowo oceniane i wylewają się na nie komentarze, w których jest więcej emocji niż rozsądnych propozycji.

    Może dobrą propozycją byłoby prowadzenie psychoterapii w zakonach? Takie głosy pojawiają się wśród księży terapeutów czy spowiedników zakonnych.

    Za taką propozycją stoi teza, że każdy potrzebuje psychoterapii. A to nie jest prawda. Pokażcie najpierw, że macie problemy, potem się leczcie. Problem DPS-u w Jordanowie jest złożony. I nieważne, czy prowadzą go zakonnice z problemami, czy osoby świeckie z nieprzepracowaną traumą. Problemy w pracy z osobami z niepełnosprawnościami są złożone. Znam kogoś, kto ma kilkoro dzieci. Najstarszy syn jest niepełnosprawny. Miewa bardzo agresywne zachowania. Wiem, co znaczą takie problemy. Nie można osądzać jednoznacznie tych sytuacji, nie da się rozwiązać poważnych problemów w kilku komentarzach. Problem opieki w DPS-ach jest złożony. Zakonnice oberwały za wszystkich. Może są inne sposoby opanowania trudnych pacjentów. Nie znam się na tym. Ale ten problem, z którym w Jordanowie zmierzyły się siostry zakonne, staje również przed świeckim terapeutą. Oczywiście od sióstr oczekuje się więcej. Zgoda. Siostry nie dały sobie rady z problemem. Ale są inne siostry, które takie zakłady prowadzą bez zarzutów.

    Na przykład dominikanki z Broniszewic.

    No właśnie.

    Wróćmy do pytania o szansę. Czy zakonnice mogą wyprowadzić Kościół z kryzysu?

    Zakonnice mogą (jak i wszyscy inni w Kościele) włączyć się w to dzieło i rzeczywiście (jak inni w Kościele) robią, co potrafią, ale obawiam się, że tu jest pewne nieporozumienie co do tych silnych osobowości. W potocznym rozumieniu to byłby taki wódz na białym koniu, który przyjedzie, zadmie w róg i wszystko odmieni, tłumy dadzą się porwać, a media będą robić reportaże. Otóż obawiam się, że w naszym pojęciu silna osobowość to nie jest ta, którą w mediach widać najlepiej, ale ta, która najciszej i najofiarniej spełnia swoje zadanie. A o takich bardzo rzadko się pisze reportaże. I może dobrze, bo spokojniej mogą pracować. Tyle że zrozumienie sensu naszego życia nadal jest bardzo małe. Może to i nie jest dziwne: każda z nas wyszła z rodziny świeckiej, więc znamy świeckie życie, ale nasi rozmówcy, nie mając doświadczenia życia zakonnego, nie rozumieją nas. Znają na ogół parę stereotypów na nasz temat i to im wystarcza. Na przykład, że zakonnica to ponura baba w czarnym habicie, która sobie i innym robi na złość. Albo że wspólnota zakonna to „stado baranów prowadzone przez wilka” (podwładne głupie, przełożona tyran). I wreszcie, że zakonnice to kobiety, którym w życiu coś się nie udało: „Poszły do zakonu, bo nie miały co ze sobą zrobić, narzeczony umarł…”.

    To taki staroświecki stereotyp.

    Powiedzmy, że romantyczny, dziewiętnastowieczny, bo nie wcześniejszy. Wcześniej ludzie nie myśleli w ten sposób. Zdarzały się pomysły, szczególnie w XVI wieku, żeby pozbywać się nadliczbowych córek, bo klasztory nie wymagały zbyt dużego posagu. Ale to był czas, kiedy mieliśmy do czynienia z drastycznym upadkiem życia zakonnego, także żeńskiego, i klasztory na kilkadziesiąt lat stały się czymś, co uważało się za ludzki śmietnik.

    Chce Siostra powiedzieć, że do zakonu szła panna, która w życiu świeckim nie miała szansy.

    Tak. Nikt jej nie chciał, bo brzydka, kulawa, chora, niebogata…

    To wywoływało chyba spore napięcia w żeńskich zakonach. Jak sobie z nimi radzono?

    W tamtej epoce głównie przez mnożenie praw, co zupełnie nie skutkowało. Po co było jeszcze bardziej utrudniać życie komuś, kto znalazł się w klasztorze tylko dlatego, że nie miał gdzie się podziać, a nie z pragnienia służenia Bogu? Ale właśnie wtedy, po Soborze Trydenckim, pojawiła się wielka fala takich, które szukały służby Bożej, i to one odmieniły sytuację.

    Wróćmy do obrazu zakonów żeńskich dzisiaj.

    Tak jak powiedziałam wcześniej, mamy przeciw sobie różne stereotypy i ludzie traktują nas jak ufoludki. Toteż rodzi się u nich ksenofobia. Patrzymy na siebie przez jednostronne szkło. My rozumiemy świeckich, świeccy nie rozumieją nas.

    Ale przecież są świeccy, którzy przyjeżdżają do Was po to, by odnaleźć sens w życiu, coś od nowa poukładać, złapać oddech.

    Tak, ale jest ich niewielu. Są świeccy, którzy korzystają z pobytu u nas. A są tacy, którzy nigdy progu klasztoru nie przestąpią. Ich jest więcej. Kiedy wstąpiłam do zakonu, a było to prawie 60 lat temu, znajomy moich rodziców, ateista, przyjechał kiedyś na wakacje niedaleko Żarnowca. Jego córki chciały mnie odwiedzić. Przywiózł je pod nasze opactwo, ale sam czekał w bezpiecznej odległości w aucie. Założył sobie, że jego noga nie postanie w klasztorze. A nuż coś by się przyczepiło do pana ateisty.

    Gdy patrzy się na kryzys w Kościele z perspektywy osoby świeckiej, od razu nasuwa się jedno słowo: skandal. Skandale doprowadziły nas do kryzysu?

    Nie. Skandale nie doprowadziły nas do kryzysu. Skandale są kryzysem. Tym, co doprowadziło nas do skandalu, mogą być zachowania duchownych. Ale tutaj znowu rodzi mi się refleksja, czy przypadkiem skandal nie wywołuje dzisiaj u niektórych świeckich westchnienia ulgi… Już nie trzeba przejmować się nauką Kościoła, można wszystko wyrzucić, bo tam jest zło, więc kończymy z tym złem. Można mieć święty spokój. Ale czy to jest dobre? Czy to coś zmienia? Uczono mnie kiedyś takiej sentencji: „Krytykujesz – proponuj; proponujesz – wykonuj”. Zawsze łatwiej jest się wycofać na „moralną pozycję” i z daleka osądzać, niż coś zrobić, żeby było dobrze. Kiedy się widzi jakieś zło, należy możliwie szybko spełnić jakieś dobro, dla równowagi, a nie wycofywać się na kanapę w roli zgorszonej ciotki.

    Jaka jest więc możliwość wyjścia z kryzysu w Kościele? I jak długo ten kryzys może potrwać?

    Odpowiem w taki sposób. Jedna z naszych pensjonariuszek wakacyjnych prowadziła w Gdyni antykwariat. To było w czasach PRL. Miała książki, które ludzie przynosili. Trudno było przewidzieć, ile tych książek otrzyma w ciągu roku. Kiedyś partyjni panowie kazali jej zaplanować z góry obroty na cały rok. To była kobieta odważna, po dużych doświadczeniach życiowych. Odpisała więc, że prosi o urzędowe przydzielenie szklanej kuli i czarnego kota. Często przypominam sobie tę historię, kiedy ktoś prosi mnie, bym przepowiedziała przyszłość Kościoła.

    Znakomita historia! Ale jakieś poszukiwania dróg wyjścia z kryzysu trwają.

    Drogi wyjścia są poszukiwane, owszem, ale wszyscy myślą, że one są gdzieś daleko, że trzeba je wymyślić. Nie. Drogi wyjścia są cały czas praktykowane przez zakonników, zakonnice, osoby duchowne i świeckie: przez wszystkich, którzy zamiast dużo mówić, po prostu dużo robią. Takich osób może się dzisiaj nie widzi, bo one są niemedialne. Jeden zły ksiądz zrobi więcej tak zwanego „klikania w internecie” niż stu porządnych. Podobnie jest z siostrami. Ci, którzy dobrze pracują, są właśnie drogą wyjścia z kryzysu. Można powiedzieć, że złe zachowania księży zasłaniają dobry obraz. Ale to nie jest cała rzeczywistość duchowa. Przez około 40 lat pracowałam nad historią wspólnot zakonnych w Kościele, prowadziłam badania. Wiem, że w Kościele liczebność zawsze falowała. Były okresy wzrostu liczby powołań i jej spadku. Dlatego nie będę się przejmować tym, że teraz mamy okres spadku: to naturalne zjawisko. A tęsknota za Bogiem jest odwieczna i wieczna. Mogą się zmienić środki wyrazu, ale pragnienie Boga nigdy w ludziach nie wygaśnie. Nigdzie nie jest powiedziane, że pewne rzeczy muszą trwać wiecznie, że jakiś zakon albo pojedynczy klasztor musi trwać do końca świata. Nie musi. Ale poszukiwanie Boga trwa zawsze. I przetrwa. Nie widzę powodu do paniki. Życie zakonne jest pomyślane jako próba możliwie bliskiego kontaktu z Bogiem. Ta próba była praktykowana zawsze i jest praktykowana nadal, jako wypróbowana; ale są także inne.

    A mimo to odejścia ludzi z Kościoła bolą.

    Myślę, że dzisiaj ludzie, zamiast szukać przyczyn obrażania się na Kościół, powinni po prostu zacząć szukać Boga w modlitwie.

    Poza Kościołem?

    Poza kościołem przez małe k, poza budynkiem, można się modlić akurat tak samo jak w nim. Szukać modlitwy trzeba we własnej duszy, a nie w jakimś miejscu. Szukać Boga można wszędzie. Nawet „nudna, szara” praca biurowa jest miejscem modlitwy i spotkania Boga. Bo nie jest ważna nuda, ale to, że daną pracę wykonuje się dla Boga i dla bliźniego. Bardzo ważne jest to, jak potraktujemy osoby, którym przez pracę mamy służyć. Współpracowników, petentów. Kiedyś Bóg może nam powiedzieć: „Byłem twoim petentem, a…”. Jeśli natomiast chodzi o Kościół przez duże K, o wspólnotę wierzących, to w nim znajduję sakramenty, które umożliwiają bezpośredni kontakt z Chrystusem. I tego tam przede wszystkim szukam, i bez tego trudno by mi było się obejść. To stąd rozlewa się łaska modlitwy na resztę życia.

    Samodzielne szukanie może grozić błądzeniem, zejściem na drogę dewocji…

    Dewocja jest skrzywieniem postawy, w której szuka się Boga, jest karykaturą; ale grozi głównie tam, gdzie człowiek bierze coś wprawdzie z nauki Kościoła, ale tylko to, co w niej najmniej istotne. Natomiast jeśli ktoś w ogóle odrzuci naukę Kościoła, pozostaje zdany na własne domysły, i to już jest raczej duchowa dewiacja niż dewocja. Szukanie Boga to szukanie Go wszędzie tam, gdzie jesteśmy. Może to być oczywiście pielgrzymka, ale nie jest konieczna. Bóg jest obecny we wszystkim. Wszystkie miejsca mogą być miejscami modlitwy. Modlitwa nie polega na liczeniu Różańców. Modlitwa jest trwaniem w relacji do Boga. Oczywiście trzeba wykorzystać wszelkie istniejące pomoce do tego, ale istotna jest intencja.

    Zapytam jeszcze o duchownych. W „Oślicy Balaama” kierowała Siostra apel do księży, by inaczej traktowali zakonnice. A czy nie jest potrzebny apel, by inaczej zaczęli też traktować świeckich? Dzisiaj duchowni z ambon nie szczędzą moralnych pouczeń pod ich adresem, a święty Paweł mówił, że najpierw Jezus, a potem moralność.

    To nie dzisiaj dopiero mamy taki problem. To jest spaczenie, które zdarzało się często. Mogłybyśmy o tym długo rozmawiać. Dlatego powiem krótko: jeżeli duchowny traktuje Kościół nie jako miejsce spotkania z Bogiem, tylko jako instytucję, to nieuchronnie będzie się zajmował wyłącznie żądaniem posłuszeństwa dla siebie i będzie głosił tylko pouczenia moralne. Umoralnianie jest chorobą odwieczną i ciężką. O wiele łatwiej jest człowiekowi mówić o czymkolwiek niż o samym Bogu. Jest taki dzień w roku, kiedy w prawie żadnym kościele w Polsce kazanie nie jest na temat. To niedziela Trójcy Świętej. O Trójcy nie mówi się wcale albo mówi się bardzo niewiele. Ten temat jest zbyt trudny. A przecież to właśnie w tajemnicy Trójcy Świętej jest cała rzeczywistość i nasze pochodzenie, stąd płynie sens naszego życia i tam jest jego cel. Rozmyślanie nad tym nie jest łatwe, ale jest owocne. Oczywiście łatwiej jest mówić o moralności niż o Trójcy. Ale co możemy powiedzieć o moralności, jeżeli jej nie wysnuwamy z teologii?

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Eucharystia. Jedyne lekarstwo na śmierć
    fot. via Pixabay

    ***

    Eucharystia. Jedyne lekarstwo na śmierć

    Eucharystyczny cud w Sokółce, tak jak i inne eucharystyczne cuda, które miały miejsce w historii Kościoła, są znakiem szczególnego objawienia się wszechmocy Boga, który wzywa nas do nawrócenia się, a równocześnie wychowuje nas i edukuje.

    Poprzez nadzwyczajne znaki, jakimi są cuda eucharystyczne, Chrystus potwierdza, że w Eucharystii uobecnia się Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie, że pod postaciami chleba i wina jest rzeczywiście obecny w swoim zmartwychwstałym, uwielbionym człowieczeństwie.

    SERCE JEZUSA

    Zestawmy wyniki naukowych badań trzech najbardziej znanych cudów eucharystycznych.

    Podczas Cudu Eucharystycznego w Buenos Aires (1996 r.) konsekrowana Hostia, która była sprofanowana przez nieznanych sprawców, również zamieniła się w mięsień ludzkiego serca. Stwierdzili to w 1999 r. amerykańscy naukowcy w Nowym Jorku pod kierunkiem prof. F. Zugibego, znanego kardiologa i patologa medycyny sądowej.

    Badając przesłaną z Buenos Aires próbkę, nowojorscy naukowcy nie wiedzieli, skąd została ona wzięta. Stwierdzili, że badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego, znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Jest on w stanie zapalnym i znajduje się w nim wiele białych ciałek, co wskazuje na fakt, że serce żyło w chwili pobierania z niego wycinka.

    Ponieważ białe ciałka wniknęły w tkankę, wskazuje to na fakt, że to serce cierpiało – jak na przykład  u kogoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej.

    Jeden z najsłynniejszych cudów eucharystycznych miał miejsce w VIII w. w Lanciano we Włoszech. Bazyliański mnich podczas odprawiania Mszy św. miał wątpliwości, czy w czasie konsekracji chleb rzeczywiście staje się Ciałem Chrystusa, a wino Jego Krwią. Gdy wymawiał słowa konsekracji, chleb zamienił się w Ciało, a wino w Krew, i to w taki sposób, że można było to stwierdzić ludzkimi zmysłami.

    18 listopada 1970 r. papież Paweł  VI zlecił grupie włoskich naukowców szczegółowe badania tych świętych postaci eucharystycznych.

    Zakończone 4 marca 1971 r. wyniki naukowych ekspertyz potwierdziły przekaz tradycji. Z naukowego punktu widzenia w cudownej Hostii jest kompletne ludzkie serce. Są w nim obecne wszystkie elementy, które je tworzą.

    Badania wykazały, że to serce jest zasuszone, bez żadnych śladów cięcia, a w środku tkanek są żywe białka.

    Zachowało się również pięć bryłek skrzepniętej krwi. Badania wykazały, że jest to prawdziwa ludzka krew grupy AB.

    Tę samą grupę krwi znaleziono na Całunie Turyńskim – płótnie grobowym, w które było zawinięte po śmierci ciało Jezusa i na którym znajduje się Jego odbicie w fotograficznym negatywie.

    W 1976 r. lekarze wydelegowani przez ONZ chcieli zweryfikować badania naukowców włoskich z 1971 r. Pobrali próbki Ciała i Krwi z postaci eucharystycznego cudu z Lanciano i przebadali je.

    Wyniki ich badań potwierdziły naukowe ekspertyzy lekarzy włoskich z 1971 r.

    W Sokółce większa część przenajświętszej Hostii przemieniła się w mięsień ludzkiego serca, będącego w stanie agonii i bardzo cierpiącego. Struktura włókien mięśnia sercowego jest tak ściśle zintegrowana ze strukturą opłatka, iż całkowicie wykluczona jest jakakolwiek ingerencja ze strony człowieka.

    CÓŻ WIĘKSZEGO JEZUS MÓGŁ UCZYNIĆ DLA NAS?

    Poprzez nadzwyczajne znaki, jakimi są cuda eucharystyczne,  Chrystus w sposób jasny i jednoznaczny pragnie na nowo uświadomić nam, że podczas sprawowania Eucharystii staje się obecny cały dramat Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. W ten sposób każdy człowiek może uczestniczyć w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią, szatanem i grzechem.

    „Cóż większego Jezus mógł uczynić dla nas? Prawdziwie, w Eucharystii objawia nam miłość, która posuwa się »aż do końca« (por. J 13,1)  – miłość, która nie zna miary” (EE 11).

    Eucharystia jest sakramentalnym uobecnieniem męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

    „Jest ofiarą Krzyża, która trwa przez wieki, (…) gdy Kościół sprawuje Eucharystię – pisze św. Jan Paweł II – pamiątka śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i »dokonuje się dzieło naszego Odkupienia«” (EE 11).

    Nie ogranicza się ono do przeszłości, dlatego że

    „to, kim Chrystus jest, to, co uczynił i co wycierpiał dla wszystkich ludzi, uczestniczy w wieczności Bożej, przekracza wszelkie czasy i jest w nich stale obecne” (EE 11).

    W Bogu jest ciągłe „teraz”, nie ma przeszłości i przyszłości. Dlatego Jezus Chrystus jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek wziął z historii każdego człowieka wszystkie cierpienia i grzechy, doświadczył konsekwencji grzechów wszystkich ludzi w czasie swojej męki i śmierci na krzyżu.

    W tym doświadczeniu największego zła On, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, powierzył oraz ofiarował siebie i wszystkich ludzi Bogu Ojcu. Święty Jan Paweł II podkreśla, że

    „jest to tajemnica »ofiary, którą Ojciec przyjął, odwzajemniając bezgraniczne oddanie swego Syna, kiedy Ten stał się posłuszny aż do śmierci (por. Flp 2,8), swoim Ojcowskim oddaniem — a był to dar nowego Życia nieśmiertelnego w zmartwychwstaniu«” (EE 13).

    Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystus zgładził wszystkie nasze grzechy, definitywnie zwyciężył szatana, otworzył dla każdego „bramy nieba” i nadał sens naszemu cierpieniu i śmierci.

    Dzięki Chrystusowi każde nasze cierpienie (jeżeli Mu je ofiarujemy i zjednoczymy się z Nim w Jego cierpieniu za zbawienie świata) staje się drogą naszego zbawienia i źródłem największych łask.

    Dzięki Chrystusowi również nasza śmierć będzie uczestnictwem w Jego ostatecznym zwycięstwie nad śmiercią w zmartwychwstaniu, jeśli tylko Mu zaufamy i przez Niego pojednamy się z Bogiem.

    Pamiętaj, kiedy dotyka cię jakiekolwiek cierpienie, a szczególnie cierpienie niezawinione, podziękuj Jezusowi za to doświadczenie i zawierz Mu siebie, odmawiając następującą modlitwę:

    „Panie Jezu, łączę swoje cierpienie z Twoim cierpieniem. Całego (całą) siebie, swój ból fizyczny i udrękę duchową składam w Twoich ranach, bo w nich jest moje uzdrowienie”.

    ANTIDOTUM NA ŚMIERĆ

    Dzięki sakramentowi Eucharystii możemy jednoczyć się z Chrystusem w Jego ofierze krzyżowej, doświadczać radości zmartwychwstania i uczestniczyć w życiu i miłości Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Powinniśmy zawsze pamiętać, że

    „Ofiara Chrystusa i ofiara eucharystyczna są jedną ofiarą” (KKK 1367),

    a kiedy uczestniczymy we Mszy św., mamy wraz z Chrystusem ofiarowywać samych siebie Bogu Ojcu.

    Zmartwychwstały Chrystus staje się dla nas w Eucharystii „chlebem życia” (J 6,35). Pan Jezus mówi:

    „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6,51);

    „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił. (…) Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,55-58).

    „Eucharystia kieruje do ostatecznego celu – pisze św. Jan Paweł II – jest przedsmakiem pełni radości obiecanej przez Chrystusa (por. J 15,11); w pewnym sensie jest antycypacją Raju. (…)

    Kto się karmi Chrystusem w Eucharystii, nie potrzebuje wyczekiwać zaświatów, żeby otrzymać życie wieczne: posiada je już na ziemi, jako przedsmak przyszłej pełni, która obejmie człowieka do końca. W Eucharystii otrzymujemy także gwarancję zmartwychwstania ciał, które nastąpi na końcu świata:

    »Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym« (J 6,54).

    Ta gwarancja przyszłego zmartwychwstania wypływa z faktu, że Ciało Syna Bożego, pozostawione jako pokarm, jest chwalebnym Ciałem Zmartwychwstałego. W Eucharystii – żeby tak powiedzieć – staje się dostępna »tajemnica« zmartwychwstania.

    Dlatego też słusznie św. Ignacy Antiocheński określał Chleb eucharystyczny jako

    »lekarstwo dające nieśmiertelność, antidotum na śmierć«” (EE 18).

    TO WAS GORSZY?

    Żydzi byli zszokowani i zgorszeni, gdy słyszeli to, co Jezus mówił na temat Eucharystii, i pytali się:

    „Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?” (J 6,52).

    „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6,60)

    – mówili z kolei Jego uczniowie. Wtedy Pan Jezus wypowiada słowa, które tłumaczą istotę Eucharystii:

    „To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem” (J 6,61-63).

    Kiedy Pan Jezus mówi:

    „A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem?”,

    wskazuje na tajemnicę uwielbienia (wywyższenia) Jego człowieczeństwa (ciała i krwi) w śmierci na krzyżu, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu.

    W innym miejscu Jezus powiedział do apostołów:

    „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja Jestem” (J 8,28),

    czyli że po Jego śmierci i zmartwychwstaniu rozpoznają, że jest On Bogiem. Wywyższenie wskazuje więc na przemianę człowieczeństwa Chrystusa, która się dokonała w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Wtedy człowieczeństwo Jezusa zostało uwielbione i tak przemienione, że zamieszkała w Nim

    „cała Pełnia: Bóstwo na sposób ciała” (Kol 2,9; por. Kol 1,19).

    Od tego momentu Jezus Chrystus zakończył na ziemi swą fizycznie widzialną obecność i w swoim człowieczeństwie rozpoczął nowy rodzaj egzystencji.

    Po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Chrystus jest niewidzialny, ale wszechobecny w swoim człowieczeństwie i dlatego staje się możliwa Jego rzeczywista, substancjalna obecność w Eucharystii.

    „Ten, który zstąpił, jest i Tym, który wstąpił ponad wszystkie niebiosa, aby wszystko napełnić” (Ef 4,10) – pisze św. Paweł.

    Człowieczeństwo (ciało i krew) Jezusa w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu zostało uwielbione mocą Ducha Świętego i stało się prawdziwym duchowym pokarmem i napojem.

    Eucharystia to zmartwychwstały Chrystus w swoim uwielbionym człowieczeństwie, który daje nam siebie cały, aby uczynić nas „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4).

    Ustanawiając sakrament Eucharystii podczas Ostatniej Wieczerzy, Pan Jezus antycypował zbawcze wydarzenia śmierci i zmartwychwstania i dawał apostołom do spożywania pod postaciami eucharystycznymi swoje uwielbione Człowieczeństwo (Ciało i Krew).

    Pan Jezus daje nam w Eucharystii siebie samego, swoje prawdziwe ciało i krew, ale już w stanie uwielbionym. Dając nam siebie pod postaciami chleba i wina, przemienia nas mocą Ducha Świętego, abyśmy już teraz na ziemi uczestniczyli w miłości i wiecznym życiu Trójcy Świętej. Dlatego Jezus przestrzega nas:

    „Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53).

    Inaczej mówiąc, jeśli nie żyjemy w stanie łaski uświęcającej i nie przyjmujemy Eucharystii z wiarą w tajemniczą obecność w niej Jego Ciała i Krwi, to w ten sposób sami siebie pozbawiamy udziału w życiu wiecznym.

    Kiedy Jezus skończył wyjaśniać tajemnicę Eucharystii, to wtedy tak powiedział do apostołów:

    „»Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą«. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać” (J 6, 64).

    „»Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem«.

    Mówił zaś o Judaszu, synu Szymona Iskarioty” (J 6,70-71).

    Zdrada Judasza rozpoczęła się wtedy, gdy nie uwierzył w to, co Jezus mówił na temat Eucharystii. Tak samo zdradza Chrystusa każdy, kto odrzuca lub lekceważy objawioną prawdę o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii lub kto przyjmuje niegodnie Komunię św.

    Miłujcie się!

    ______________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    Msze św. sprawowane przez Ojca Pio to wielkie duchowe przeżycie – mówią świadkowie

    OJCIEC PIO
    ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK

    *****

    To podczas sprawowania Eucharystii św. Ojciec Pio realnie przeżywał mękę i śmierć Jezusa. Nie liczyło się wówczas nic, co wokół – pozostawał w zjednoczeniu z Miłością.

    Msze święte sprawowane przez Ojca Pio trwały nieraz trzy godziny. Zawsze z ogromną pokorą się do nich przygotowywał: rozmyślał, modlił się wcześniej na różańcu, powoli zakładał szaty liturgiczne. Towarzyszyło mu skupienie i wzruszenie. Miał świadomość daru, w którym będzie współuczestniczył. Najboleśniej przeżywał moment przeistoczenia, zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu. Podczas Eucharystii niejednokrotnie zdarzały się cuda, uwolnienia od złych duchów i nawrócenia.

    Święcenia kapłańskie Ojciec Pio przyjął w katedrze w Benewencie w 1910 roku. Na swoim obrazku prymicyjnym umieścił taki oto wpis:

    Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą.

    Kiedy Ojciec Pio odprawiał Mszę świętą, wszyscy czuli i widzieli, jakby łączył się z Chrystusem. To w nim dostrzegali obraz Zbawiciela, cierpiącego i zmartwychwstałego. Msza święta była w centrum jego życia, określał ją jako „święty związek z Męką Jezusa”. Momentami widać było krew spływającą po jego rękach. Nie dało się tego ukryć. Ojciec Pio powtarzał słowa, które Jezus wypowiedział na krzyżu, ale i zwracał się także do Maryi: „Oto synowie Twego Syna”.

    Ojciec Pio – jakby widział Chrystusa

    21.09.1962 roku w Eucharystii sprawowanej przez zakonnika uczestniczył także o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów. Jako szczególnie ważny wspomina moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż. (…) Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio, niebo przy ołtarzu”.

    Msze święte odprawiał w języku łacińskim, po reformie liturgicznej Pawła VI otrzymał zgodę na to, by pozostać przy tym języku. Zwłaszcza, że pod koniec życia Ojciec Pio był już schorowany i prawie niewidomy. Swoją ostatnią Mszę świętą odprawił 22.09.1968 roku, w 50. rocznicę otrzymania stygmatów.

    Zawsze z pokorą zbliżał się do ołtarza, był blisko Jezusa i świadkowie potwierdzają, że można było to zobaczyć i odczuć. Do kościoła przychodziły tłumy. Msza święta odprawiana przez niego o godzinie 5.00 rano gromadziła bardzo wielu ludzi. Niektórzy czekali na placu przy kościele już o godzinie 2.00, aby zająć miejsce blisko ołtarza. W książce Marii Winowskiej pt. „Prawdziwe oblicze Ojca Pio” autorka pisze, że twarz zakonnika przeobrażała się, gdy stawał u stopni ołtarza: „Nagle wielkie łzy tryskają mu z oczu, a ramiona wstrząsane łkaniem zdają się uginać pod przytłaczającym ciężarem”.

    Cierpienie Ojca Pio podczas Mszy św.

    Ojciec Bernard Ramagnoli, obecny na mszy świętej sprawowanej przez Ojca Pio, wspominał, że patrząc na świętego zakonnika, on sam przeżywał mękę Jezusa, widać było tę „ofiarę miłości i cierpienia”. Ludzie przybywali nieraz z daleka, byle tylko uczestniczyć w liturgii. Papież Jan Paweł II mówił, że oprócz konfesjonału to ołtarz był dla Ojca Pio „biegunem” życia i dodał: „nie można było się zmęczyć patrzeniem na niego, jak odprawiał Mszę świętą”.

    Zwłaszcza od momentu konsekracji do Komunii Świętej na twarzy kapucyna widoczne było cierpienie, choć jak sam twierdził, nie tak doskonałe, jak u naszego Zbawiciela. Niejednokrotnie ubolewał nad tym, że musi sprawować liturgię będąc odwróconym do ludzi. Doskonale wiedział, czym jest ta uobecniana przez niego ofiara.

    Znamienne i ważne są słowa wypowiedziane przez niego: „Świat mógłby istnieć bez słońca, lecz nie mógłby istnieć bez Mszy świętej”. Ojciec Pio często ubolewał nad tym, że ludzie nie doceniają mszy świętej, lekceważą ją, a przecież jest to tajemnica, która łączy każdego z nas z Jezusem, jest ofiarą Miłości, która wymaga kontemplacji i otwartości serca na łaskę i dary, jakie płyną z uczestnictwa w niej.

    Anna Gębalska-Berekets/Aletaia.pl 

    na podstawie książek: Tarcisio z Cervinara, „Msza święta Ojca Pio”, tłum. B. Winczyk-Sowa, Łódź 2002; o. B. Strzechmiński, „Przerażająca tajemnica”, „Głos Ojca Pio”, 15.03.2002; M. Winowska, „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, London-Warszawa 2000.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa „Duszo Chrystusowa”.

    Dotknij duszy Boga

    web3-eucharist-priest-altair-church-thoom-shutterstock
    fot. Thoom/Shutterstock

    ***

    „Duszo Chrystusowa” to bardzo stara modlitwa, która za każdym razem brzmi jak intymne wyznanie. Śpiewane wiele razy, a czy na pewno usłyszane i zrozumiane?

    Trzynastowersowa modlitwa Duszo Chrystusowa tylko pozornie wygląda na zestaw próśb. Jest w niej wszystko – katechizmowa nauka na temat tego, kim jest Bóg, wyznanie miłości, tęsknota i prośba. Emocje i teologia.

    Nawet na końcu jest porządne „amen” – człowiek ma poczucie, że uroczyście potwierdza wszystko, co powiedział wcześniej. W wersji śpiewanej jest piękna, poruszająca melodia, która daje pole do popisu chórowi.

    Nic dziwnego, że w kościołach często śpiewa się tę pieśń tuż po Komunii, czyli w momencie najbliższego zjednoczenia z Bogiem. Szkoda, że tylko w Wielkim Poście.

    Niezasłużona sława Ignacego

    W śpiewnikach można znaleźć informację, że autorem modlitwy jest św. Ignacy Loyola. To nieprawda. Założyciel jezuitów jedynie kilka razy nawiązał do niej w swoich „Ćwiczeniach duchowych”, więc w jednym z wczesnych wydań umieszczono tekst na początku książki.

    Najstarszy zapis modlitwy Anima Christi (oczywiście po łacinie) pochodzi z 1370 r. – ponad sto lat przed urodzeniem się św. Ignacego.

    Bóg przyjął śmiertelne ciało

    Z modlitwy dowiadujemy się, że Bóg przyjął śmiertelne ciało, żeby nas zbawić i uświęcić. Eucharystia jest dla nas pokarmem, a męka Jezusa nas oczyszcza.

    Dowiadujemy się też co robić, kiedy pojawiają się trudności i cierpienia. Wtedy trzeba pamiętać, że pokrzepienie zawsze przychodzi „z góry”. Wszystko, co możemy zrobić, to ukryć się w ranach Chrystusa i prosić, żeby nie pozwolił nam odłączyć się od Niego. Jest też prosta prośba – najprostsza ze wszystkich: „Dobry Jezu, wysłuchaj mnie”.

    A na koniec rzut oka na cel naszej wędrówki: „W godzinę śmierci mojej wezwij mnie”. Nie ma tu nic o zdrowiu, o stanie konta bankowego ani o fajnych wakacjach, a jednak pozostaje przemożne wrażenie, że się już poprosiło o wszystko.

    Duszo Chrystusowa, uświęcaj mnie.
    Ciało Chrystusowe, zachowaj mnie.
    Krwi Chrystusowa, napój mnie.
    Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
    Męko Chrystusowa, pokrzepiaj mnie.
    O dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
    W ranach Twoich ukryj mnie.
    Nie pozwól mi odpaść od siebie.
    Od wroga złośliwego obroń mnie.
    W godzinę śmierci mojej wezwij mnie.
    I każ mi przyjść do siebie,
    Abym z świętymi Twymi chwalił Cię
    Na wieki wieków. Amen.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

     _____________________________________________________________________________________________________________

    Szokująca profanacja w Szwajcarii.

    Kobieta… „koncelebrowała” Mszę świętą

    Szokująca profanacja w Szwajcarii. Kobieta… „koncelebrowała” Mszę świętą
    screenshot: rumble.com / LSNTV

    ***

    Kiedy papież Franciszek próbuje zdusić środowiska tradycji skupione wokół liturgii sprawowanej w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, środowiska modernistyczne dopuszczają się kolejnych niewyobrażalnych do niedawna profanacji Mszy św., mając świadomość, że w ich przypadku Stolica Apostolska nie będzie reagować. Do kolejnego skandalu doszło w Szwajcarii, gdzie kobieta symulowała „koncelebrowanie” Najświętszej Ofiary.

    Nagranie z szokującego zdarzanie opublikowali dziennikarze portalu Life Site News. Widzimy na nim kobietę, która w czasie modlitwy eucharystycznej zajmuje miejsce obok celebransa i wspólnie z innymi koncelebransami rozkłada ręce, a nawet wypowiada słowa konsekracji. Co ciekawe, we Mszy św. uczestniczy diakon, który ma na sobie stułę nie w kolorze liturgicznym, a w kolorach utożsamianych z ruchem LGBT.

    Kanon 1378 Kodeksu Prawa Kanonicznego wskazuje, że „podlega wiążącej mocą samego prawa karze interdyktu, kto nie mając święceń kapłańskich usiłuje sprawować liturgiczną czynność Ofiary eucharystycznej”. Zarejestrowana na nagraniu kobieta nie może więc przyjmować sakramentów, o czym najpewniej nie została poinformowana przez kapłanów, z którymi „koncelebrowała” Msze świętą.

    kak/PCh24.pl, LSNTV/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 WRZEŚNIA – I PIĄTEK MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    Dziewięć pierwszych szans

    Pierwsze piątki miesiąca znane są najczęściej od czasu Pierwszej Komunii św. W ten sposób uczyliśmy się m.in. systematyczności w praktykowaniu spowiedzi. Czy jednak dziś są one równie popularne jak dawniej?

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Kapłani podkreślają, że penitentów jest mniej niż kiedyś. Bywają parafie, w których w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi systematycznie przystępuje tylko garstka tych najbardziej świadomych wiernych. Są jednak takie rejony Polski, gdzie wciąż w ten dzień do konfesjonałów ustawiają się długie kolejki. Co zatem zrobić: odpuścić sobie tę praktykę jako niemodną czy może jednak propagować i wskazywać aktualność przesłania pierwszych piątków?

    Obietnice

    Początki praktyki pierwszych piątków miesiąca sięgają 1673 r., gdy francuskiej zakonnicy – św. Małgorzacie Marii Alacoque podczas adoracji Najświętszego Sakramentu objawił się Pan Jezus. Przez ponad 1,5 roku Boski Mistrz ukazywał jej swoje Najświętsze Serce i zapraszał do umiłowania Go w tej tajemnicy. Orędzie zostało spisane i przekazane wiernym na całym świecie. Idea praktyki pierwszych piątków sprowadza się do podjęcia zaproszenia Pana Jezusa, by przez 9 kolejnych pierwszych piątków przystąpić do Komunii św. i ofiarować ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego. Kto zaś podejmie to zaproszenie, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu – nie umrze bez Jego łaski.

    Pan Jezus miał św. Małgorzacie przekazać jeszcze dwanaście innych obietnic dotyczących czcicieli Najświętszego Serca: „Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wyleję obfite błogosławieństwo na wszystkie ich przedsięwzięcia. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych. Imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w moim Sercu i na zawsze w Nim pozostaną. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Sianie

    Najczęściej uczymy dzieci praktykowania pierwszych piątków przy okazji Pierwszej Komunii św. Duszpasterze podkreślają, że dzięki temu dzieci uczą się systematyczności w życiu duchowym. Co także istotne – gdy połączymy okres przygotowania do Pierwszej Komunii św. z nabożeństwem pierwszych piątków miesiąca, wydłużamy czas ich formacji liturgicznej do blisko 2 lat.

    – W mojej wspólnocie parafialnej od wielu lat są praktykowane wśród dzieci, które były u Pierwszej Komunii św., spowiedź i Komunia św. w pierwsze piątki. Dzieci podczas „białego tygodnia” otrzymują książeczki, w których zbierają podpisy. W ciągu 9 lat, jak jestem proboszczem w tej parafii, zauważam, że taka forma pobożności jest dobrze przeżywana przez dzieci i rodziców – podzielił się swoim doświadczeniem ks. Jacek Makowski, proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytoniu.

    O tym, że warto szerzyć ideę tego nabożeństwa wśród najmłodszych, przekonany jest także ks. Michał Gławdel z parafii Trójcy Świętej w Gorzowie. Podkreśla jednak potrzebę odpowiedniego zmotywowania dzieci. – Do wielu spraw przymusić się nie da, ale można je pozytywnie wypromować. Osobiście już w czasie przygotowania do Pierwszej Komunii św., podczas comiesięcznych spotkań dla rodziców, podejmuję ten temat. Pierwszy raz na spotkaniu pt. „Spowiedź św. dziecka”, już w lutym, wyjaśniam wartość stałej, regularnej spowiedzi. Spotkania formacyjne kończymy tematem: „Komunia św. i co dalej?”. To katecheza w całości poświęcona formacji dziecka w klasie IV i klasach następnych, a szczególnie pierwszym piątkom miesiąca. Z pierwszymi piątkami startujemy po wakacjach. Czas urlopów, kolonii, obozów może być trudny dla praktyki pierwszych piątków, zaś w roku szkolnym mamy 10 miesięcy na naukę, a nam potrzeba ich tylko 9. Dzieci w październiku dostają motywacyjne kalendarze, by samemu się sprawdzić i kontrolować swoje postępy. To pozwala nam całość zakończyć w czerwcu wspólną rocznicą Komunii św. – podkreślił duchowny.

    Owoce

    Z czasem może się jednak zrodzić przekonanie, że pierwsze piątki są tylko dla najmłodszych. Ciekawe doświadczenie w tej sprawie mają duszpasterze z parafii Mariackiej w Słupsku. – Zaczęło się od tego, że nasz proboszcz przywiózł obrazki do zbierania pierwszych piątków i powiedział, że trzeba coś z tym zrobić – opowiada ks. Wojciech Marcinkiewicz. – Akurat ja miałem dyżur kaznodziejski i zdecydowałem się powiedzieć o pierwszych piątkach kazanie. To była ostatnia niedziela sierpnia ub.r. Na koniec powiedziałem, że przy wyjściu można zabrać ze sobą te obrazki i podjąć osobiście praktykę. Efekt był taki, że do maja przez tych 9 miesięcy przy konfesjonałach był prawdziwy tłum. Dopiero w czerwcu parafian przyszło mniej. Na koniec sierpnia znów przypomnimy o tej praktyce i zachęcimy do kolejnego cyklu. Także dzieci, które rok temu przystąpiły do Pierwszej Komunii św., podjęły tę praktykę. Gdy była kwarantanna i nie mogły wychodzić z domu, rodzice sami dzwonili na parafię i prosili, by kapłan przyszedł ze spowiedzią do ich dziecka.

    Na praktykę pierwszych piątków warto spojrzeć jak na szansę dla całej rodziny, a szczególnie dla rodziców, którzy mają pomagać swoim dzieciom w rozwoju sumienia. – Pierwsza Komunia św. i pierwsza spowiedź za każdym razem były w naszej rodzinie wydarzeniem wyjątkowym – opowiadają Anna i Hubert Kowalewscy ze Szczecina. – Troje z naszych dzieci już je przeżywało. Rodzinna katecheza oraz parafialne przygotowania były bazą dla zachowania regularności przystępowania do comiesięcznej spowiedzi. Na początku zachętą dla dzieci były obrazki z zaznaczonymi pierwszymi piątkami miesiąca, rozdawane przez księdza proboszcza. Przywiązywaliśmy ogromną wagę do tego, aby wspólnie z dziećmi przygotowywać się i przystępować do spowiedzi. Jest to dla całej naszej rodziny bardzo ważne, że o relacji z Panem Bogiem, o modlitwie, o sakramentach rozmawiamy i nigdy nie sprowadziliśmy tego do jakichś „intymności”, o których się nie wspomina. Mimo że dzieci są już duże, mają 21, 18 i 13 lat, o zbliżającej się spowiedzi zwyczajnie przypominamy.

    Dobrze wykorzystana praktyka pierwszych piątków z pewnością przyniesie obfite owoce w życiu zarówno parafii, jak i poszczególnych rodzin.

    ks. Adrian Put/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________________

    14 WRZEŚNIA – ŚRODA

    MSZA ŚW. O GODZ. 7.30 w KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    Święto Podwyższenia Krzyża Świętego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    14 września 335 r. dokonano konsekracji Bazyliki Zmartwychwstania, którą wybudował cesarz Konstantyn blisko miejsca ukrzyżowania Chrystusa. Od tego czasu Wschód chrześcijański obchodził tego dnia uroczyste święto na cześć Krzyża Zbawiciela.

    Krzyż jest miejscem zwycięstwa Chrystusa. Z wysokości Krzyża Jezus pociąga do siebie wszystkich grzeszników (zob. J 12, 32) i objawia im miłość Ojca, który Go posłał. Oddając na nim ostatnie tchnienie, ofiarował się jako żertwa przebłagalna za grzechy całego świata i oddał chwałę Ojcu z wszystkimi, których zbawił.

    Krzyż nie jest więc znakiem słabości Jezusa, lecz Jego chwały. Spojrzenie na przybitego Jezusa przynosi uzdrowienie i zbawienie nam, którzy jesteśmy śmiertelnie zatruci jadem świata. Wobec Krzyża nie można przejść obojętnie, bowiem budził on i zawsze budzi niepokój ludzkiego sumienia. Jest znakiem miłości, która się otwiera na każdego człowieka.

    Jezus, otwierający na Krzyżu swe ramiona, rezygnuje z jakiejkolwiek ochrony, jaką my często roztaczamy wokół siebie. Ten gest jest wzmocniony obrazem otwartego serca, które oddaje do dyspozycji wszystkich to, co najbardziej intymne i osobiste. Jezus na Krzyżu zrezygnował ze swojej siły, by „cicha” moc Boga okazała się silniejsza niż siła wszystkich ludzi i uświadomiła nam, że zawsze do niej będzie należeć ostatnie słowo.

    Krzyż jest koniecznym etapem na drodze do chwały. Dlatego Jezus zaprasza nas: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Krzyż jest nieustannym wezwaniem, by zaakceptować to, czego doświadczamy każdego dnia. Przypomina nam, że nie wszystko jest dla nas proste, jak sobie zaplanujemy. Musimy się więc pogodzić się z codziennymi utrudnieniami i tym, co krzyżuje nasze plany. Dla osoby cierpiącej Krzyż jest pocieszeniem, przypomina, że nie jest ona w swym cierpieniu sama, ale Ktoś idzie z nią w najgłębszą ciemność aż do samotności i opuszczenia, aż po największą niemoc śmierci.
    Krzyż zmusza nas, byśmy zastanowili się nad sobą. Każe nam szukać odpowiedzi na pytanie: Kim jesteśmy? Obraz Krzyża towarzyszy nam wszędzie i przybliża do prawdziwego człowieczeństwa. Nie pozwala, byśmy w przekonaniu o własnej wielkości uciekli od prawdy o naszym życiu. Ukazuje on naszą ograniczoność i ukierunkowanie na śmierć. I jedynie ten, kto gotów jest przyjąć śmierć, staje się prawdziwie człowiekiem.
    Akceptacja Krzyża przejawia się w spokojnej, milczącej i opanowanej postawie wobec życia. Człowiek, przyjmując Krzyż, przyjmuje niepowodzenia, ma odwagę przyjąć siebie takiego, jaki jest. Krzyż wyzwala go od samego siebie, wyjawia mu prawdę, od której ucieka. Znoszona z wiarą choroba jest posłuszeństwem Bogu i twórczą gotowością, staje się dla nas objawieniem odkupienia i w radykalny sposób przemienia nasze życie. Akceptacja cierpienia jest jednocześnie drogą do wyzwolenia się z niego. Wielu ludzi cierpi dzisiaj na nerwice, bo nie przyjmują Krzyża, nie chcą przyjąć prawdy o sobie.

    W chrześcijaństwo wpisany jest Krzyż i jest on znakiem tożsamości każdego z nas, jest naszym znakiem rozpoznawczym. Chrześcijanie mają w nim swoje korzenie, ale nie utożsamiają go z cierpiętnictwem. Krzyż wskazuje na głęboki sens cierpienia i otwiera człowieka na misterium samego Boga. Jest bramą, wprowadzającą w Boże życie i nasze zbawienie. Krzyż jest znakiem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem.

    Przyjęcie Krzyża przynosi owoce wewnętrznej przemiany, dodaje człowiekowi sił do owocnej pokuty i nawrócenia. Krzyż jest proklamacją życia, nadziei, chrześcijańskiego optymizmu i wolności. Zapowiada radość Zmartwychwstania, której nie stłumi już żadna ziemska moc zła i nie zaciemni panowanie grzechu. Cierpienie ludzkie odniesione do cierpienia Jezusa zwiastuje radość wieczną, nie odniesione do Niego staje się rozpaczą, która nigdy się nie skończy. Krzyż demaskuje wszelką pozorną radość.

    Krzyż jest znakiem Miłości, która choć nie jest kochana, nie zna granic. Miarą bowiem miłości jest miłość bez granic. Nawet śmierć jej nie kończy. Krzyż Chrystusa pyta nas o miłość, o nasze chrześcijaństwo. Zaprasza, byśmy przyszli do Niego ze swoim cierpieniem, spowodowanym zranieniem przez innych, różnego rodzaju prześladowaniem, ubóstwem, bezdomnością, bezrobociem, pokrzywdzeniem przez los. U stóp Krzyża znajdziemy wszystko.

    s. Anna Siudak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 WRZEŚNIA – CZWARTEK

    MSZA ŚW. O GODZ. 19.00 w KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ SIEDMIU BOLEŚCI

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    *******

    Przez przypadające 15 września wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie stały się udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    Jak przypomina Brewiarz, przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej – oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto, wprowadzone w 1423 r. w Niemczech, w 1727 r. papież Benedykt XIII rozszerzył na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową. Drugie święto czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników – bardziej w aspekcie historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Jako pierwsi zaczęli wprowadzać je serwici. W 1814 r. Pius VII rozszerzył je na cały Kościół. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. Oba święta są niejako odpowiednikiem świąt Męki Pańskiej – pierwsze łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze z nich.

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Matka Boża prosiła o odmawianie koronki w uznanych przez Kościół objawieniach. Po raz ostatni – w trakcie objawień w Kibeho (Rwanda), ukazując się od 2 marca do 15 września 1982 r. uczennicy tutejszej szkoły średniej Marie Claire Mukangango. Matka Boża przypomniała, że trzeba rozważać mękę Jezusa i głęboki ból Jego Matki. Wskazała też na potrzebę odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści NMP, która popadła w zapomnienie. „Jeśli będziecie odmawiać tę koronkę, rozważając ją, będziecie mieli siłę do wzbudzenia w sobie skruchy. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już prosić o przebaczenie. Ci ludzie znów krzyżują Syna Bożego” – usłyszała dziewczyna podczas pierwszego widzenia.

    Echo Katolickie/opoka.pl

    _________________________________

    Dziś odmów Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi

    fot. Stanislav Traykov via: Wikipedia CC BY 2.5

    *******

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Kult Matki Bożej Bolesnej: osobista droga do Pana Boga

    Matka Bolesna/fot.Dorota Niedźwiecka

    *******

    Cześć Matce Bożej Bolesnej oddawali polscy królowie: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz. Za patronkę obierali święci i zakony. Cierpienie, którego w swoim życiu doświadczyła Maryja, jest szczególną wskazówką, gdy w codzienności pojawia się krzyż, którego nie udaje się zdjąć z ramion.

    Matka Boża cierpiała w swoim życiu dużo – podkreślają teologowie. Wielu z nich mówi o Jej roli Współodkupicielki. Tak nazywali Ją papieże, święci i błogosławieni. Nie w takim sensie, że zbawczej Ofierze Chrystusa miałoby brakować czegoś, co dopełniła Maryja. Teologowie podkreślają w ten sposób Jej pełną otwartości i miłości współpracę z Łaską, co w praktyce życia przekładało się na ścisłą współpracę z Jezusem w historycznym dziele Odkupienia.

    Tylko w Polsce: kilkanaście cudownych wizerunków

    Znaków czci Matki Bożej Bolesnej odnajdziemy w tradycji, kulturze i sztuce niezliczoną ilość. Szereg modlitw i nabożnych pieśni, powstałych niekiedy setki lat temu, jak pochodzące z XI wieku „Godzinki o Matce Bożej Bolesnej”, śpiewane na tradycyjną melodię godzinek czy pieśń pasyjna z XIII wieku „Stabat Mater Dolorosa”.

    Maryja Bolesna przedstawiana jest  w sztuce najczęściej na trzy sposoby: pod krzyżem Chrystusa, z Jego ciałem na kolanach lub z mieczami wbitymi w serce. Często siedmioma, gdyż nawiązują do Siedmiu Boleści Maryi – o czym za chwilę. Co ciekawe często przedstawiana jest jako młoda kobieta, mimo iż w momencie śmierci Chrystusa miała ok. pięćdziesięciu lat. Ku Jej czci powstały tak znamienite arcydzieła jak watykańska „Pieta” Michała Anioła. Obrazów i rzeźb Matki Bożej Bolesnej, uznanych za cudowne, nie sposób zliczyć. Na przykład tylko we Włoszech jest ich ponad czterdzieści, w Polsce – kilkanaście. Wiele wyróżnionych papieskimi koronami, co świadczy o szczególnej czci jaką ludzie oddają Maryi w konkretnym wizerunku i o otrzymywaniu w danym miejscu licznych łask.

    Papieskimi koronami udekorowano m.in.  obrazy Matki Bożej Bolesnej w kościele franciszkanów w Krakowie, w kościołach w Sulisławicach i Chełmie oraz figurę piety w Limanowej. „Dziękczynienia naszej Matce Bożej, spisywane od 1947 r., zajmują sześć opasłych tomów” – podkreśla ks. prałat Józef Poręba, wieloletni kustosz limanowskiego sanktuarium. Wśród licznych uzdrowień około dziesięciu posiada dokumentację medyczną, które wskazują na niezwykłość uzdrowienia.  

    Czcili Ją biskupi i magnaci

    Ku czci Matki Bożej Bolesnej powstało dwadzieścia jeden zakonów, zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską: dziewiętnaście żeńskich i dwa męskie. W 1595 roku przy kościele franciszkanów w Krakowie założono Bractwo Matki Bolesnej, do którego należeli m.in. królowie: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz oraz wielu biskupów i magnatów. Szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej wyróżniało się wielu świętych, m.in. założyciele zakonu serwitów, św. Paweł od Krzyża, założyciel pasjonistów, bł. Władysława z Gielniowa.

    Ku czci Matki Bożej Bolesnej obchodzono przez pewien czas w Kościele dwa święta. W 1423 r. zaczęto celebrować w Niemczech w diecezji kolońskiej pierwsze z nich, czcząc „współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. W roku 1727 papież Benedykt XIII zalecił obchodzenie go w całym Kościele, w piątek przed Niedzielą Palmową. Święto jest obecnie zniesione. Drugie święto wprowadzili serwici – ku czci Siedmiu Boleści Maryi, a rozszerzył na cały Kościół w 1814 r. Pius VII. Św. Pius X ustalił jego datę na 15 września. Obecnie nazywa się ono świętem Matki Bożej Bolesnej.

    Z tajemnicą cierpienia Maryi w szczególny sposób wiąże się zaproszenie każdego z nas do pokuty. „To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować” –  mówiła Matka Boża podczas objawień w Kibeho w Rwandzie (1981-83), uznanych przez hierarchę Kościoła katolickiego, biskupa miejsca Augustina Misago za autentyczne. „Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec (…). Proszę Cię powiedz o tym całemu światu”.

    Koronka, o której mówi Maryja, znana jest od co najmniej trzech wieków. Została zatwierdzona przez papieża Benedykta XIII w 1724 r. W jej kolejnych tajemnicach rozważa się cierpienie Maryi, którego doświadczała przez proroctwo Symeona, podczas ucieczki do Egiptu, zgubienia Jezusa w świątyni, spotkania z Jezusem na drodze krzyżowej, Jego ukrzyżowania i śmierci, zdjęcia Jego ciała z krzyża oraz złożenia Go do grobu.

    Cierpienie posiada sens duchowy

    Postawa Maryi wobec cierpienia zdaje się podpowiadać, jak odnaleźć sens, gdy w życiu pojawia się ból. Podobnie jak Maryję, Bóg w tajemniczy sposób zaprasza każdego z nas do współpracy, byśmy w swoim ciele dopełniali „braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (1Kol 1,24). Czyni tak, chociaż zadość czyniąca i uświęcająca męka Chrystusa była stuprocentowo skuteczna i niczego jej nie brakuje (por. Hbr 7,27; Hbr 9,12; Hbr 10,10).

    Zaproszenie Boga nie dotyczy tylko sytuacji szczególnie dramatycznych. Każdy z nas w intencji swojej lub innych może ofiarować zarówno codzienne trudności, lekkie dolegliwości, jak też sytuacje głęboko bolesne i trudne. To niezwykle cenny duchowo dar.

    Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ KAŻDEGO MIESIĄCA PO MSZY ŚW. SERDECZNIE ZAPRASZAM NA NABOŻEŃSTWO DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ. RÓŻAŃCEM DO SIEDMIU BOLEŚCI ROZWAŻAMY TE TAJEMNICE, KTÓRE MIECZ BOLEŚCI PRZEBIŁ NIEPOKALANE SERCE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ PODCZAS OFIAROWANIA PANA JEZUSA.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Jacek Salij OP: Czy cierpienie ma sens?
    screenshot Youtube – Salve TV

    o. Jacek Salij OP:

    Czy cierpienie ma sens?

    Różne postawy wobec pytania o sens cierpienia

    (tekst odczytu wygłoszonego w Klubie Medyka w Warszawie, 4 listopada 1980)

    Cierpienie dotyka wszystkich ludzi, ale istnieją całe kultury, w których cierpienie jest traktowane jako nieodłączna cząstka ludzkiego losu: człowiek wie, że są i muszą być różne choroby, nieszczęścia i utrapienia, i nawet do głowy mu nie przyjdzie szemrać z tego powodu na życie lub na Pana Boga. Czasem nie przyjdzie mu nawet do głowy, że można przeciwstawiać się cierpieniu, jakie spotyka mnie lub moich najbliższych, albo że powinienem podać życzliwą dłoń komuś, kto pozostawiony sam sobie nie zdoła udźwignąć swojego utrapienia. Co więcej, niekiedy tak dalece można nie dostrzegać w cierpieniu żadnego dramatu, że zadaje się je innym bezmyślnie i – nawet z utylitarnego punktu widzenia – niepotrzebnie, i to nie z diabelskiej złośliwości, ale po prostu dlatego, że zadawanie ludziom cierpienia nie budzi szczególnych oporów moralnych.

    Jak zupełnie inaczej, niż do tego przywykliśmy, można podchodzić do cierpienia, niech zaświadczy hinduski mędrzec Nisargadatta, którego myśl rozpowszechniali niedawno jego polscy entuzjaści: „Życiu nic złego się nie dzieje, gdy kształty rozpadają się, a niektóre nazwiska są wymazywane z listy mieszkańców. Złotnik przetapia starą biżuterię, aby zrobić nową. Nierzadko dobry fragment ulega zniszczeniu wraz ze złym. Złotnik przechodzi nad tym do porządku, bo wie, że złota nie ubyło. (…) Zło jest fetorem rozsiewanym przez chory umysł. Proszę uzdrowić swój umysł, a to zatrzyma projekcję skrzywionych, strasznych obrazów. (…) Jeśli będzie pan tylko obserwatorem; nie będzie pan cierpiał. Zobaczy pan, że świat jest tylko przedstawieniem, bardzo interesującym przedstawieniem. (…) Kto wierzy, że się urodził, jest bardzo przerażony śmiercią. Dla kogoś, kto zna siebie, śmierć jest szczęśliwym wydarzeniem” [Rozmowy z Nisargadattą Maharajem, b.m.w. 1978, s. 63n. 71. 74.].

    Mentalność, której przedstawicielem jest Nisargadatta, nawet nie próbuje podejmować pytania o sens cierpienia. Wskazuje się tu raczej na to, że samo pytanie jest bezsensowne, bo cierpienie jest czymś pozornym. Toteż zamiast szukać odpowiedzi na bezsensowne pytanie, należy raczej demaskować jego bezsensowność, tzn. ujawniać złudę cierpienia.

    Przykład innej jeszcze mentalności, która nie widzi w ludzkim cierpieniu żadnego dramatu: W niektórych środowiskach traktuje się cierpienie jako nieuniknioną konieczność. Tołstoj zachwycał się spokojną rezygnacją, z jaką rosyjscy wieśniacy przyjmują choroby i nieszczęścia. Pamiętam, z jakim zdumieniem czytałem kiedyś – bodaj czy nie w Wieczorze listopadowym Kijowskiego – relację o powstaniu dekabrystów. Żołnierze, którym nakazano się buntować, nie byli w stanie nawet uświadomić sobie, jak bezsensowne z wszystkich punktów widzenia (łącznie z wojskowym) było wielogodzinne stanie na przejmującym mrozie, bezpośrednio pod lufami armat. Ale również oficerowie, ludzie niewątpliwie szlachetni, nawet ex post nie byli zdolni zadać sobie pytania o odpowiedzialność za niepotrzebne cierpienia i śmierć, jakie z ich winy spotkały niewinnych ludzi, którzy nie rozumieli nawet, o co w tym wszystkim chodziło. A przecież sam fakt sprawowania nad kimś władzy nie upoważnia do zadawania mu cierpienia.

    Krótko mówiąc, nie ma żadnej konieczności, aby sam fakt cudzego lub własnego cierpienia budził dramatyczne problemy egzystencjalne. Żeby się spotkać z taką postawą, nie trzeba wcale jechać do obcych krajów. Kiedyś mimowolnie słyszałem rozmowę dwojga staruszków. Dziadek rzeczowo i bez cienia współczucia „pocieszał” znajomą, której właśnie umarł brat: „No tak, w tych latach to już czas!”.

    Do czego zmierzam? Otóż twierdzę, że dopiero w świetle wiary chrześcijańskiej ujawnia się cała dramatyczność pytania, dlaczego cierpimy. Chrześcijaństwo bowiem podnosi dwie prawdy, z których każda jest jakby nie do pogodzenia z samym faktem cierpienia. Po pierwsze, wiara chrześcijańska obwieszcza niewyobrażalną wręcz godność człowieka: człowiek jest nie tylko istotą rozumną, zdolną – jako jedyne spośród stworzeń cielesnych – do czynienia dobra, wezwaną do wolności itd. Człowiek jest osobą, każdy z nas jest jedyny, niepowtarzalny, a więc kimś, kogo nie wolno degradować do roli liścia na drzewie narodu czy ludzkości, albo kółka w machinie społecznej. Więcej jeszcze, człowiek został wezwany do synostwa Bożego, sam Bóg chce nas sobą ogarnąć i przeniknąć, aby upodobnić nas do Syna Jednorodzonego, który jest prawdziwym Bogiem równym Ojcu. Jeśli więc sobie uświadomić, że ktoś taki podlega cierpieniu, pytanie, dlaczego cierpimy, staje się niezwykle dramatyczne.

    Po wtóre, wiara chrześcijańska z całą mocą głosi, że Bóg jest samą dobrocią i miłosierdziem, każdego z nas kocha szczególnie; nie tylko każdego zna po imieniu, ale Jego Opatrzność rozciąga się nad poszczególnymi wydarzeniami mojego życia. Jak to więc możliwe, że wszechmogący i miłosierny Bóg dopuszcza na nas cierpienie? Przecież cierpimy niekiedy potwornie, ponad – tak nam się przynajmniej wydaje – nasze siły, cierpią nawet niewinne dzieci! Jak to pogodzić z Bożą dobrocią i miłosierdziem?

    Poszukiwania filozofów

    W chrześcijańskiej Europie pytanie o sens cierpienia było zawsze niezwykle żywe. Zanim sięgniemy do odpowiedzi, jakie na ten temat daje wiara w Chrystusa, pożytecznie będzie przypatrzeć się paru odpowiedziom cząstkowym, jakie pojawiały się w myśli filozoficznej.

    Zacznijmy od Leibniza (1646-1716), twórcy teodycei, doktryny, jakobyśmy żyli na najlepszym ze światów. Nie mógł on ominąć pytania, dlaczego na tym, jego zdaniem najlepszym ze światów, jest tyle zła i cierpienia. I odpowiadał w sposób, przeciw któremu trudno się nie buntować: Zło składa się na różnorodność, a więc i na bogactwo świata, ponadto pozwala nam docenić wartość dobra; cierpienie jest niezbędne, żeby zaznać pełnego smaku radości. Nader często wybitni kompozytorzy z dźwiękami harmonicznymi mieszają dysonanse, aby pobudzić uwagę i niejako zaniepokoić słuchacza; dzięki temu bowiem słuchacz; jakby niespokojny o wynik ostateczny, niebawem, gdy wszystko znów wróci do porządku, tym większej dozna radości. (…) Na tej samej zasadzie nierozsądnie jest żywić się ustawicznie słodkimi pokarmami: trzeba również dodawać ostre, kwaśne, a nawet gorzkie, aby smak pobudzić. Kto nie skosztował goryczy, ten nie zasłużył na słodycz i nawet jej nie docenia. Takie jest właśnie prawo radości: żeby przyjemność nie trwała bez przerwy i jednostajnie; rodzi bowiem przesyt i wywołuje w nas otępienie, zamiast dawać radość” [G.W. Leibniz, O ostatecznym źródle rzeczy; w: tenże, Wyznanie wiary filozofa, Warszawa 1969, s. 239.].

    A więc, zdaniem Leibniza, rzeczowa obserwacja pozytywnych aspektów cierpienia ujawnia całą pozorność naszego dramatyzowania na ten temat. Przy całym szacunku dla tego wielkiego filozofa, trudno mu jednak przyznać rację. Pomijając nawet egzystencjalną niewystarczalność takiej odpowiedzi, polega ona na relatywizowaniu dobra: jak gdyby dobro konstytuowało się dopiero poprzez swoje odniesienie do zła. Zauważmy przy okazji, jak głęboko ta niezbyt szczęśliwa myśl Leibniza weszła do naszej kultury: Czyż nie zdarza się nam słyszeć, a może nawet samemu powtarzać twierdzenia, że gdyby na świecie było samo tylko dobro, życie byłoby nudne i nieciekawe. Jeżeli powtarzamy takie twierdzenia, znaczy to, że albo nie wiemy, co mówimy, albo nasze egzystencjalne doświadczenie dobra jest żałośnie ubogie.

    Więcej słuszności należy przyznać Wolterowi (1694-1778), który w swoim utworze Zadig czyli los [Polski przekład tego utworu opublikowany między innymi w tomie: Wolter, Powiastki filozoficzne, Warszawa 1955.] zwracał uwagę na to, że nasze trudności ze zrozumieniem sensu nieszczęść i utrapień wynikają z ograniczoności naszej perspektywy. Opatrzność Boża – taka jest naczelna myśl Zadiga – ma całościowy obraz naszego dobra i właśnie w imię naszego dobra całościowego dopuszcza na nas cierpienia. Wolter kontynuował w ten sposób jeden z tradycyjnych wątków chrześcijańskich na temat cierpienia. „Czy nie o wiele lepiej byłoby dla rozbójnika – pisał św. Augustyn w Wykładzie Ewangelii św. Jana – który wychodzi, żeby zabić człowieka, gdyby chorował? (…) Będąc chory, jest bardziej niewinny, mając zdrowie, jest bardziej występny. Bóg więc wie, co dla nas jest pożyteczne. O to się tylko starajmy, aby serce nasze było zdrowe, a jeśli ciało chłostane jest cierpieniami, prośmy Go o pomoc” [Św. Augustyn, Homilie na Ewangelię i Pierwszy List św. Jana, t.1, Warszawa 1977, s. 122.].

    Rousseau (1712-1778) jest bodaj pierwszym nowożytnym filozofem, który ostrze pytania o sens cierpienia próbował stępić przez program rezygnacji z naszej odrębności osobowej. Okazji dostarczyło tragiczne trzęsienie ziemi, które w roku 1755 zniszczyło Lizbonę. Wolter publicznie ogłosił wówczas swoje zwątpienia w Bożą Opatrzność, na co Rousseau odpowiedział mu słynnym Listem o Opatrzności. Źródłem większości cierpień – wywodził jest nasze odejście od natury. „To nie natura skupiła w Lizbonie dwadzieścia tysięcy domów, od sześciu do siedmiu pięter każdy. Gdyby mieszkańcy tego wielkiego miasta byli rozproszeni, rozlokowani równomierniej i luźniej, straty w ludziach byłyby znacznie mniejsze lub może nie byłoby żadnych” [J.J. Rousseau, List do Woltera o Opatrzności; w: tenże, Umowa społeczna, Warszawa 1966, s. 522n.].

    Program powrotu do natury jest u tego filozofa zarazem programem depersonalizacji: jest naturalne, że dobro jednostki (zauważmy: jednostki, nie osoby!) podlega całkowicie i bez reszty dobru ogólnemu. „Jeśli w układzie tego świata jest konieczne dla zachowania rodzaju ludzkiego krążenie substancji między ludźmi, zwierzętami i roślinami, indywidualne nieszczęście jednostki przyczynia się do ogólnego dobra. Umieram, zjada mnie robactwo, lecz moje dzieci, moi bracia będą żyli, jak żyłem ja, mój trup użyźni ziemię, której produkty będą jedli. Czynię to na rozkaz natury i dla wszystkich ludzi. (…) Nie chodzi o to, czy każdy z nas cierpi, czy nie, lecz o to, czy dobrze jest, iż wszechświat istnieje, i czy jego istnienie czyni nasze nieszczęścia nieuniknionymi” [Dz. cyt., s. 534n.].

    W miarę jak człowiek przestaje być osobą” Opatrzność Boża – rzecz jasna – coraz bardziej oddala się od ludzi. Człowiek, który swoją miłością obdarza raczej abstrakcyjną ludzkość niż konkretnych ludzi, zaczyna sądzić, że Pan Bóg jest mu podobny. „Należy sądzić – pisze Rousseau – że poszczególne wydarzenia są niczym w oczach Władcy wszechświata; że jego Opatrzność jest wyłącznie powszechna; że kontentuje się zachowywaniem rodzajów i gatunków oraz troską o całość, nie zajmując się sposobem, w jaki poszczególne jednostki spędzają krótkie swoje życie” [Dz. cyt., a. 538.].

    Szczególnie radykalnym wyznawcą tezy, że źródłem cierpienia jest nasza odrębność osobowa, był Artur Schopenhauer (1988-1860), który swoją myśl formułował pod wyraźnym wpływem filozofii hinduskiej. Cierpienie jest karą za grzech istnienia. Człowiek ma chorobliwą chęć wyodrębnienia się z ogółu bytów, pożerają go ambicje niemożliwe do urzeczywistnienia – i właśnie to jest źródłem naszych życiowych dramatów. Dlatego z cierpieniem należy nie tyle walczyć, co raczej wysuszać jego źródła: trzeba zmniejszać nasze ambicje i szukać pojednania z wszechbytem.

    I na zakończenie tego bardzo wyrywkowego przeglądu przytoczmy wielce oryginalny pogląd M. Schlicka (1882-1936), twórcy Koła Wiedeńskiego, czołowego neopozytywisty. Moritz Schlick w następujący sposób wskazuje na twórczy sens cierpienia: „Wydaje się, że słowo „cierpienie” w ścisłym znaczeniu używane było zawsze dla określenia stanów mieszanych, przeżyć bardziej skomplikowanych, których ton uczuciowy nigdy nie bywa czystą bez reszty przykrością. (…) Większość form przykrości zwykła zawierać jakby ukryty przyjemny składnik, a dotyczy to zarówno gniewu, jak trwogi, troski, smutku. Nawet głęboki ból, z jakim stoimy nad śmiertelnym łożem ukochanego człowieka, owiany jest tą specyficzną słodyczą, od której myśl o śmierci rzadko bywa wolna i na której, być może, opiera się jej wzniosłość. (…) Być może, iż rzeczywiście, z nieznanych powodów, raczej cierpieniu niż radości przysługuje moc poruszania psychiki aż do jej warstw najgłębszych przy czym ból przeoruje ją jak ostry lemiesz glebę. (…) To, że cierpieniu łatwiej się udaje wzburzyć psychikę aż do wielkiego wstrząsu, dzięki któremu jest potem zdolna do najwyższych rozkoszy, wiąże się zapewne z tym, że intensywna przykrość dostarcza w ogóle najsilniejszych impulsów w działaniach rozmyślnych. Wiadomo przecież, że bolesny stan skłania znacznie silniej do zmiany niż stan przyjemny. (…) Prawdziwy postęp kultury polegałby, być może, właśnie na tym, że cierpienie stawałoby się coraz mniej niezbędne do wzniecenia wielkich, tworzących radość sił, rolę tę zaś przejmowałoby w coraz większym stopniu wzruszenie radosne, jak to już teraz ma miejsce u ludzi szczególnie hojnie przez naturę obdarzonych” [M. Schlick, Rozkosz cierpienia; w: tenże, Zagadnienia etyki, Warszawa 1960, s. 162-169.].

    Ból a cierpienie

    Co na temat sensu cierpienia mówi wiara chrześcijańska? O ile dotychczas mogliśmy poprzestać na intuicyjnych odczuciach czym jest cierpienie, o tyle przystępując do tego pytania musimy pokusić się o jakąś definicję cierpienia. Otóż cierpieniem nazywam to wszystko, co w ludzkim bólu jest owocem grzechu, co w swoim pierwotnym znaczeniu jest absurdalne, niepotrzebne, niszczące.

    Bo w ludzkim bólu dostrzec można również co najmniej trzy aspekty pierwotnie pozytywne, które zapewne działałyby nawet w wypadku, gdyby człowiek nie popadł w grzech pierworodny. Po pierwsze, ból alarmuje organizm o stanie zagrożenia. Być może cierpienie zwierząt da się prawie całkowicie sprowadzić do jego wymiaru biologicznego. „Nie wyolbrzymiajmy cierpień zwierząt – pisze E.L. Mascall. – Nawet intensywna fizyczna niedogodność nie stanowi wielkiego cierpienia, jeśli nie towarzyszą temu wspomnienia przeżytych podobnych chwil w przeszłości, czy też ewentualnej możliwości podobnego cierpienia w przyszłości. Można znieść najgorsze nawet udręki, jeśli nie tylko nie zagrażają nam więcej, lecz gdy nawet nie wyobrażamy sobie, by mogły nas spotkać ponownie. Mamy zupełne prawo sądzić, że doświadczenia najwyżej stojących zwierząt całkowicie lub prawie całkowicie ograniczają się do chwili obecnej. Badania bowiem fizjologów mózgu dowodzą, że przywodzenie na pamięć przeszłych przeżyć i uprzedzanie przyszłych wiąże się nie tylko z wykształconym systemem nerwowym, lecz z wysoko rozwiniętą korą przedmózgowia. Ta właśnie część mózgu najdobitniej odróżnia człowieka od zwierząt. „Cierpienie – pisze C. E. Raven – nie odgrywa szczególnej roli w przeżyciach istot stojących niżej od człowieka; życie dzikich stworzeń dalekie jest od nieustannego lęku, jest raczej bardzo czynne, rytmiczne i – rzec można – radosne”” [E.L. Mascall, Teologia chrześcijańska a nauki przyrodnicze, Warszawa 1964, s. 52.].

    Po wtóre, wrażliwość na ból jest niezwykle ważnym instrumentem naszego otwarcia na rzeczywistość. Ten wymiar w ludzkim bólu szczególnie wnikliwie opisuje znany współczesny psychiatra, V. E. Frankl [V.E. Frankl, Homo patiens, Warszawa 1976 passim.]. Opisał on między innymi odrębną jednostkę chorobową, melancholia anaestetica, która charakteryzuje się znacznym zanikiem wrażliwości na ból, co – wbrew temu, co można by na ten temat spontanicznie sądzić – głęboko unieszczęśliwia chorego.

    Ponadto ból (taki na przykład, jak zmęczenie całodzienną naprawdę twórczą pracą) składałby się zapewne – po trzecie – na ludzką drogę do doskonałości: również gdyby ludzkość zdołała ustrzec się od grzechu. Obecnie tę swoją funkcję ból spełnia również, ale rzadko występuje ona w klarownej postaci, przeważnie zasłaniają ją mroki cierpienia. Ponadto nie sposób praktycznie oddzielić tę pierwotnie pozytywną funkcję bólu od oczyszczającej – i jakże błogosławionej (o czym poniżej) – funkcji cierpienia.

    Powtarzam więc: pytając o sens cierpienia, pytam o sens tego wszystkiego, co w ludzkim bólu najgorsze, bo pierwotnie bezsensowne. Pytam o sens tego wszystkiego, o co – wskutek grzechu – ludzki ból powiększył się i zmienił jakościowo, stał się znakiem przekleństwa grzechu.

    Że grzech pogłębia dramat ludzkiego cierpienia, często można stwierdzić empirycznie. Nawet sam sobie powiększam egzystencjalną udrękę: jeśli nie umiem i nie chcę rozpoznać, co w życiu najważniejsze, i uganiam się za rzeczami, które nie są tego warte.

    Cierpi człowiek, bo służy sam sobie za kata:
    Sam sobie robi koło i sam się w nie wplata

    – powiada Mickiewicz. Albo ile niepotrzebnego bólu przeżywamy na skutek cierpień wyimaginowanych: wielu z nas przyzwyczaiło się do odgrywania roli istot nieustannie poszkodowanych przez życie, niedocenianych, wykorzystywanych. Nie ma człowieka, któremu niepotrzebna byłaby modlitwa: „Broń mnie, Boże, przede mną samym!”.

    Bardziej widoczne są te cierpienia, jakie zadajemy sobie wzajemnie. Są to zarówno potworne krzywdy, których symbolem jest, Oświęcim, jak różne małe niegodziwości, którymi zatruwamy życie nawet naszym najbliższym. Chodzi tu zarówno o zło zinstytucjonalizowane w różnych niesprawiedliwych strukturach i skumulowane w niedobrych tradycjach, jak o zło, które czynimy naszym bliźnim w sposób całkowicie wolny i spontaniczny. Są również cierpienia, które przychodzą z winy jednocześnie mojej i cudzej, jak na przykład ta obojętna na bliźnich samotność, która tak masowo odbiera radość życia ludziom współczesnym.

    Chrześcijanie wierzą, że każde cierpienie jest owocem grzechu, nawet jeśli w sferze empirycznej tej zależności nie widać. Ale również wówczas, kiedy ten związek cierpienia z grzechem jest widoczny, źródła cierpienia z całą pewnością przekraczają sferę empirii. Podobnie jak przekracza ją ten grzeszny mrok, od którego nie jest wolny żaden człowiek.

    Tajemnica cierpienia

    Chrześcijańska odpowiedź na pytanie o sens cierpienia jest krótka: jest to tajemnica. Zauważmy jednakże, że tajemnica to coś bardzo różnego od zagadki. Karykaturalnie też pojmowalibyśmy tajemnicę, gdybyśmy ją traktowali jako coś, czego nie da się zrozumieć, i wobec tego powstrzymywali się od prób jej zrozumienia.

    Tajemnica to coś, czego nie da się zrozumieć do końca. Nie dlatego, że to zostało przed nami zakryte, ale dlatego, że tak wielkie bogactwo treści nas przekracza. Ale ciągle należy szukać zrozumienia tajemnicy i można ją rozumieć coraz więcej. Zrozumienia należy szukać nie tylko intelektem, ale całym sobą, intelektu oczywiście nie wyłączając. Im więcej zaś zrozumiemy z tajemnicy, tym więcej wzrośliśmy i jako ludzie, i jako dzieci Boże.

    Że sens cierpienia jest tajemnicą, trudno się dziwić: przecież to łaska samego Chrystusa sprawia, że cierpienie – coś pierwotnie bezsensownego – może się stać czynem duchowym, który jednocześnie oczyszcza, uzdrawia i buduje nowego człowieka. Moc Chrystusa wobec człowieka jest zbyt wielka, żeby ją na tej ziemi zrozumieć do końca. „Hieroglif cierpienia, na ziemi niepojęty, zrozumialszy w niebie” – powiada Norwid. Ale nawet dziecku dostępne jest poczucie, że cierpienie przyjmowane w duchu Bożym ma większy sens niż jesteśmy to w stanie zrozumieć. „Nie cierpię, ale uczę się cierpieć” – wyznał P. Claudelowi mały chłopak.

    Postawę wiary wobec cierpienia, czyli praktyczne poszukiwanie sensu cierpienia, sprowadziłbym do czterech punktów. Po pierwsze, o ile się da, z cierpieniem należy walczyć, „Bo Bóg śmierci nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” (Mdr 1,13). Podobnie cierpienia Bóg nie uczynił, przyszło ono na nas jako zapłata grzechu. Nie wolno więc nam cierpienia (tego wszystkiego, co w bólu pierwotnie bezsensowne) sprowadzać ani na siebie, ani na naszych bliźnich. Należy też usuwać przyczyny cierpienia i – na ile to możliwe – zmniejszać cierpienie, które już stało się faktem.

    Po wtóre, nie każdą jednak cenę warto płacić by uniknąć cierpienia. „Lepiej bowiem – jeżeli taka jest wola Boża – cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czynić Źle” (1 P 3,17). Są ceny, których nie wolno człowiekowi płacić nigdy, np. nasza ludzka godność, uczciwość, wiara w Chrystusa. Z tego punktu widzenia, Henryk Elzenberg wystawił surowy rachunek przedwojennemu pacyfizmowi: „Pierwszą i naczelną pobudką pacyfizmu ideowego jest chęć oszczędzenia cierpień bliźniemu. Chęć godziwa lub raczej szlachetna: bo cierpienie jest złem niewątpliwym. Ale zgroza wobec cierpienia rozrosła się u pacyfisty do rozmiarów jakiejś idiosynkrazji – obłędu, w którym ginie poczucie, gdzie jaka rzecz ma swe miejsce w skali wartości. Że najgorszym lub zgoła jedynym złym sposobem postępowania jest wojna, w to wierzy on tylko dlatego, że najgorszym albo jedynym złem, mogącym spaść na człowieka, jest przedwczesna śmierć albo cierpienie. Ale tak czuć, to już nie jest godziwe. Cierpienie jest złem największym tylko dla zwierząt; mieć zmiażdżoną łapę, stracić potomstwo, być pożartym lub zastrzelonym, to jest katastrofa katastrof dla kota, dla psa, dla zająca. Takie sprawy lub podobne czynić złem ostatecznym człowieka, uważać, że nie ma rzeczy tak wielkiej, która by je równoważyła i dla której by się w ogólnym bilansie opłaciła nadwyżka cierpienia, to traktowanie człowieka na równi z kotem, psem czy zającem” [H. Elzenberg, Ahimsa i pacyfizm; w: tenże, Próby kontaktu, Kraków 1966, s. 197n.].

    Walka z cierpieniem podobna jest do walki z brudem: sprzątać oczywiście trzeba, ale należy to czynić mądrze, należy unikać stosowania takich środków czyszczących, które zanieczyszczają środowisko znacznie niebezpieczniej niż brud, jaki usuwają. Również cierpienie należy usuwać, ale nie za cenę jeszcze większego zła.

    Otóż my w XX wieku nazbyt często w walce z cierpieniem płacimy ceny niedozwolone. Podam trzy zjawiska, które łączy ta właśnie fałszywa postawa: terroryzm, instytucja rozwodów, nadużywanie środków uśmierzających. Czy uzurpacja władzy nad życiem drugiego człowieka, chociażby winnego, może prowadzić do usunięcia niesprawiedliwości? Co do instytucji rozwodów, została ona wprowadzona po to, aby oszczędzić małżeństwom niedobranym męki wspólnego życia. Nie pomyślano jednak o tym, jak bardzo samo istnienie tej instytucji odbiera ludziom ochotę do pozytywnego przezwyciężania małżeńskich kryzysów, ułatwia decyzje lekkomyślne i owocuje cierpieniem niewinnych dzieci. Co do trzeciego problemu, wolno nam oczywiście uśmierzać ból przy pomocy środków chemicznych, ale my często próbujemy przy pomocy tych środków wykupić się od obowiązku kochającej obecności przy cierpiącym. Ponadto środki te mogą przemieniać człowieka w bezwolną kukłę, odebrać mu możność świadomego przeżywania własnej choroby i śmierci.

    Po trzecie, powinniśmy sobie wzajemnie pomagać w sensownym przyjmowaniu cierpienia. Zauważmy, że człowieka cierpiącego drażni okazywanie współczucia, a zarazem ciągle go się domaga, okazując swą rozpacz i opuszczenie. W ten sposób stworzona przez Boga natura woła – choć nieudolnie – nie tyle o współczucie w sensie litości, co o współczującą miłość. Przysłowie powiada, że dzielona radość staje się podwójną radością, a dzielone cierpienie maleje do połowy.

    Tutaj warto przypomnieć oryginalność chrześcijańskiej agape w stosunku do greckiego erosa. Eros (dopiero znacznie później termin ten skojarzył się z dziedziną ludzkiej płciowości) to miłość szukająca doskonałości, pnąca się w górę. Jej naczelne wskazanie brzmi: Kochaj lepszych od siebie, a w ten sposób sam staniesz się lepszy! Inaczej agape. Jej wzorem jest Syn Boży, który pochylił się nad naszą ludzką nędzą i z miłości do nas stał się człowiekiem i dał się ukrzyżować. Tę miłość realizował Dobry Pasterz, poszukujący cierpliwie zagubionej owieczki a również Samarytanin, który pochylił się miłosiernie nad pobitym przez zbójców, aby wlać w jego rany wina i oliwy: Naczelne wskazanie tej miłości brzmi: Bądź bratem wszystkich, ale zwłaszcza tych, którzy znaleźli się w jakimś niebezpieczeństwie lub utrapieniu. Przy tej postawie, sprawa własnej doskonałości schodzi na dalszy plan. Natomiast przed wywyższaniem się nad tego, komu się pomaga, chroni świadomość, że w ostatecznym wymiarze jeden tylko Bóg wie, kto komu większe miłosierdzie świadczy. Wystarczy sobie uświadomić, że kiedy Cyrenejczyk pomagał Chrystusowi dźwigać krzyż, przecież to Chrystus świadczył mu miłosierdzie, a nie odwrotnie.

    Gdzieś tutaj znajdziemy najważniejszą – choć bardzo trudną – odpowiedź na pytanie, dlaczego dzieci umierają na raka. Nie wiemy dlaczego, ale to wiemy, że jeśli nasza miłość obecna przy umieraniu dziecka będzie prawdziwa (szukająca mądrości, oczyszczająca się z egocentryzmu), śmierć dziecka będzie bardziej ludzka, będzie miała w sobie coś z czynu duchowego. W tak tragicznych sytuacjach, daleko lepiej jest szukać w Bogu mocy i mądrości, niż przeciw Niemu bluźnić. Na pewno bardziej realnie pomożemy w ten sposób temu, na którego cierpienie musimy patrzeć bezradnie.

    Ważny postulat na temat naszego uczestnictwa w cudzym cierpieniu sformułował Max Scheler: „Postawę duchową typową dla pielęgniarki chrześcijańskiej cechuje siła, wesołość, rześkość i zadowolenie przy sprawianiu dobra, mocne „nerwy”, bynajmniej zaś nie sentymentalne uczestnictwo w stanie chorego. Z kolei takie „współczucie” rodzi tylko gesty obliczone na wywołanie współczucia drugiej strony, tak iż ci co cierpią i ci co im współczują, potęgują wzajemnie swoje nieszczere cierpienie” [M. Scheler, Resentyment a moralność, Warszawa 1977, s. 140].

    Po czwarte, moje własne cierpienie – które już jest i które przyjdzie – może i powinno stać się czynem duchowym. Słyszy się niekiedy, że człowiek, który jeszcze prawdziwie nie cierpiał, nie powinien mówić o cierpieniu. Mędrcy mówili raczej odwrotnie: że cierpienie z bliska jest jakby łagodniejsze niż z daleka. „Cierpienia tego świata są przerażające, gdy się patrzy na nie z daleka. Gdy człowiek sam cierpi, przyzwyczaja się do nich, a łaska Boża wszystko czyni znośnym” – pisał XVII-wieczny mistyk: Zapewne prawdziwe są oba te poglądy. Zapewne cierpienie zawsze jest trudniejsze, niż potrafimy to sobie wyobrazić, ale zarazem – jeśli człowiek chce je przeżywać w mądrości i wierze – cierpienie jakby traci swoje ostrze i staje się łagodniejsze, niż się tego obawialiśmy. „Ludzie mówią o Tobie, jedyny mój Boże – modlił się J. H. Newman – że Twoje sądy są surowe, a kary przez Ciebie wymierzane – nadmierne. Ja mogę tylko powiedzieć, że nie stwierdziłem tego na moim własnym przykładzie. Niech inni mówią za siebie samych, a Ty spotkasz ich i pokonasz ku ich zawstydzeniu w dniu obrachunków” [J.H. Newman, Rozmyślania i modlitwy, Warszawa 1967, s. 59.].

    „Kto jest całkowicie przekonany o miłości Bożej i w pełni poddany Jego woli, może uznać najbardziej dokuczliwy ból za coś, za co można Bogu dziękować, a co staje się środkiem uświęcenia tak dla cierpiącego, jak i tych, na których rzecz cierpienie swe ofiarowuje. Takie pozytywne wykorzystanie cierpienia stwierdza się w wielu heroicznych żywotach. A jeśli cierpiący sam nie widzi sprzeczności pomiędzy cierpieniem a miłością Boga, dlaczego ktoś inny miałby ją widzieć? Przypuszczalnie nie usuwa to problemu od tych, którzy cierpią nie korzystając ze swego cierpienia w ten sposób. Ale staje się jasne, że ostatecznie zło cierpienia leży nie w tym, że Bóg je dopuścił, lecz w tym, że wielu z nas nie odnosi zeń pozytywnego pożytku; sedno problemu leży nie w świecie poza nami, lecz w nas samych. Mamy więc dalszy argument na rzecz uznania tradycyjnego poglądu, według którego zło fizyczne – tylko w tym sensie stanowi bowiem zło realny problem dla wiary – jest wynikiem upadku człowieka” [E.L. Mascall, dz. cyt., s. 366n.].

    Właśnie w tym duchu otrzymał odpowiedź na pytanie o sens swoich cierpień Hiob sprawiedliwy. Świadomy swojej uczciwości, buntował się przeciw Bogu z powodu doznanych nieszczęść. Wystarczyło jednak, że Bóg stanął przed nim, aby Hiob zrozumiał, że jego zarzuty przeciw Niemu były bezpodstawne. Podobnie jest z nami: jeśli w naszych utrapieniach buntujemy się przeciw Bogu, jest to nieomylny znak, że jesteśmy jeszcze od Niego daleko. Trzeba nam bardziej zbliżyć się do Boga, a wówczas nasze cierpienie zobaczymy w zupełnie nowym świetle. Tę samą prawdę wyraża tak częsty w Biblii obraz drzewa zasadzonego nad wodą, któremu żaden upał nie tylko nie może zaszkodzić, ale pomaga mu do głębszego zapuszczenia korzeni: Sprawiedliwy „jest jak drzewo zasadzone nad wodą, co swe korzenie kieruje do strumienia; niczego się nie boi, gdy upał nadejdzie, i liście jego zostają zielone; nie cierpi biedy nawet w roku posuchy i nie przestaje przynosić owoców” (Jr 17,8).

    „Powstrzymajmy się na moment od głośnego wypowiadania oburzenia na widok zła doświadczanego niewinnie. Zamiast tego spróbujemy odpowiedzieć na dwa pytania: Po pierwsze, w jaki sposób ludzie wielcy – a nie myślę o ludziach przyzwyczajonych do sukcesu, o ekspertach w sztuce urządzania się i przepychania w świecie, o genialnych badaczach i artystach, lecz o tych, którzy w sposób wyborny urzeczywistnili swoje człowieczeństwo i których odpowiedzi na zasadnicze pytania egzystencji uważamy za trafne – otóż w jaki sposób ci wielcy ludzie (Sokrates, Franciszek z Asyżu, Gandhi) pojmują i przyjmują zło wyrządzone im przez innych ludzi? Czy jest wśród nich choć jeden, kto traktowałby zło jako wydarzenie w ostatecznym rozrachunkuţ niesprawiedliwe? Po wtóre, gdy nas samych spotyka coś złego, jakieś zło nieuniknione i nieodmienne, jak wówczas brzmi „prawidłowa odpowiedź”, zgodna z naszym ostatecznym przekonaniem? Przyjęcie czy bunt? Czy nie żyje w nas tajemnicza wiedza, że nigdy nie spotka nas coś, co byłoby tylko i wyłącznie krzywdą?” [J. Pieper, Śmierć i nieśmiertelność, Paryż 1970,. s. 54.]. Czy nie jest to dowód, że jakaś bardzo rzeczywista łączność z Bogiem jest możliwa również dla tych, którzy nie wiedzą nawet, czy Bóg istnieje, i nie znają Zbawiciela po imieniu?

    Różnie wyrażają ludzie swoje przekonanie, że bez naszej woli nie spotka nas nigdy nieszczęście ostateczne oraz że nieuniknione cierpienie może mieć sens. Według Fatum Norwida, nieszczęście znika w momencie, kiedy człowiek zaczyna się przypatrywać, jak je dla siebie wykorzystać.

    „Wypłakałam jakieś ciężkie grube lody zalegające serce„ – wyznaje Anna Kamieńska. W obrazie zaś Krasińskiego, cierpienie jest ogniem, przemieniającym grzesznika w istotę godną nieśmiertelności:

    Lecz się grzechy mazać winny,
    Gdy z grzesznika człowiek inny
    Wylatuje śród cierpienia -
    Tak jak Feniks, co się zmienia -
    Nieśmiertelny - śród płomienia
    (Psalm miłości).

    Chrześcijanina najbardziej interesują jednak biblijne odpowiedzi na pytanie, jak szukać sensu w naszym cierpieniu. Ostateczną odpowiedź na to pytanie znajdziemy oczywiście na Kalwarii. Nie zapominajmy, że na Kalwarii umierał nie tylko Chrystus. Trzy krzyże stały na Kalwarii i trzej różni ludzie na nich cierpieli. Cierpienie człowieka z lewej strony zachowało pierwotny wymiar niszczącej i przeklętej zapłaty grzechu; grzech jest bezsensowny, więc i jego owoc jest bezsensowny. Człowiek z prawej strony też zasłużył sobie na karę, ale mocą Chrystusa jego cierpienie stało się drogą powrotu do człowieczeństwa. Dlatego człowiek ten usłyszał słowa: „jeszcze dziś będziesz ze mną w raju!”. I wreszcie Chrystus: cierpiał za cudze grzechy, za nasze grzechy, a w swoim cierpieniu nie tylko nie dał się oderwać od Ojca, lecz nas wszystkich do Niego przybliżył.

    Oto trzy krzyże: krzyż przekleństwa, krzyż pokuty oraz krzyż zbawczy. Są to trzy sposoby przeżywania cierpienia. Jesteśmy grzesznikami, dlatego nikt z nas nie jest godzien cierpieć wyłącznie na krzyżu Chrystusa. Zapewne nasze cierpienia dokonują się na wszystkich trzech krzyżach jednocześnie. Chodzi jednak o to, żeby możliwie jak najwięcej przeżywać je na krzyżu Chrystusa oraz dobrego łotra, a jak najmniej cierpieć bezsensownie, na tym krzyżu z lewej strony.

    Opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnica cierpienia - trudne pytania
    fot. via Pixabay.com

    ***

    Tajemnica cierpienia – trudne pytania

    – Koniecznym warunkiem uwolnienia człowieka z niewoli zła jest żal za grzechy i oddanie siebie do całkowitej dyspozycji Stwórcy. Po grzechu pierworodnym „obraz i podobieństwo Boga” w człowieku (rozum, wolna wola oraz zdolność do miłości) zostały do tego stopnia zdeformowane, że człowiek o własnych siłach nie był w stanie pozwolić Bogu, aby go wyzwolił z niewoli grzechu i śmierci. To jest zasadniczy powód, dla którego Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, członkiem wspólnoty ludzkiej. Będąc prawdziwym Bogiem (w Bogu nie ma przeszłości i przyszłości, lecz ciągłe „teraz”), Jezus Chrystus mógł z historii każdego człowieka wziąć na siebie całe zło i wynikające z niego cierpienie: „On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści. (…) On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. (…) Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich” (Iz 53, 4-6) – pisze ks. Mieczysław Piotrowski.

    Trudne pytanie

    W głębi serca cierpiącego człowieka rodzi się pytanie o przyczynę i sens cierpienia. To pytanie jest szczególnie palące, gdy mamy do czynienia z cierpieniem niewinnych dzieci, z milionami ofiar obozów koncentracyjnych i wojen. Jeżeli Bóg istnieje, to dlaczego wydaje się tak nieczuły na cierpienia niewinnych? Dlaczego pozwala na całą krzyczącą niesprawiedliwość i zło?

    „I jest rzeczą dobrze znaną – pisze Jan Paweł II – że na gruncie tego pytania dochodzi nie tylko do wielorakich załamań i konfliktów w stosunkach człowieka z Bogiem, ale bywa i tak, że dochodzi do samej negacji Boga. Jeśli bowiem istnienie świata otwiera jakby wzrok duszy ludzkiej na istnienie Boga, na Jego mądrość, wszechmoc i wspaniałość, to zło i cierpienie zdają się zaćmiewać ten obraz – czasem w sposób radykalny, zwłaszcza wobec codziennego dramatu tylu niezawinionych cierpień, a także tylu win, które uchodzą bezkarnie. Ta przeto okoliczność – może bardziej jeszcze niż jakakolwiek inna – wskazuje, jak doniosłe jest pytanie o sens cierpienia i z jaką wnikliwością trzeba traktować zarówno samo to pytanie, jak też wszelką możliwą na nie odpowiedź” (Salvifici doloris, 9). Każdy człowiek nie tylko ma prawo, ale powinien pytać się o sens cierpienia, co więcej – to sam Bóg prowokuje to pytanie w biblijnej historii Hioba, którego dotknęło niezawinione cierpienie. Cierpienie jest złem, a jego jedynym źródłem i przyczyną jest grzech. Pytając więc o sens cierpienia, trzeba się pytać o istotę zła i jego pochodzenie.

    Ostateczna przyczyna każdego cierpienia

    Pan Bóg nie tylko zachęca nas do stawiania pytań o sens cierpienia, ale równocześnie daje nam na nie odpowiedź. Z Pisma św. dowiadujemy się, że największy dramat w historii ludzkości rozegrał się w samych początkach jej istnienia. Adam i Ewa ulegli pokusie złego ducha. Uwierzyli sugestii kusiciela, że nieposłuszeństwo Bogu da im pełnię szczęścia. Przestali wierzyć Bogu, że największą tragedią człowieka jest grzech, który niszczy jego człowieczeństwo, zadając mu straszne cierpienie przez zniewolenie siłami zła i śmierć ducha. Kiedy mówimy o grzechu pierworodnym, to powinniśmy pamiętać, że to Adam i Ewa – a więc cała wspólnota ludzka powiedziała Bogu „nie” i zerwała łączące ją z Nim więzy życia i miłości, pogrążając się w cierpieniu i śmierci. Trzeba mieć świadomość, że cała ludzkość jest wspólnotą na podobieństwo żywego organizmu, a wszyscy ludzie powiązani są ze sobą więzami solidarności w dobrym i złym. Stan grzechu, w którym znaleźli się wszyscy ludzie, pogrążył ich w największym i beznadziejnym cierpieniu. Nie możemy jednak zapominać – stwierdza Jan Paweł II – „że cały ogrom zła, które obecne jest w świecie, nie jest jedynie konsekwencją grzechu pierworodnego, lecz także skutkiem nękających i ukrytych działań szatana, który zastawia pułapkę na równowagę moralną człowieka. Szatan działa w ukryciu jako podstępny zwodziciel, wślizgujący się do naszego postępowania po to, by wprowadzić do niego różne dewiacje, zarówno szkodliwe, jak i pozornie zbieżne z naszymi instynktownymi aspiracjami” (Jan Paweł II, 24.05.1987 r.)

    Dlaczego bez osobistej winy dziedziczymy grzech pierworodny i jego konsekwencje?

    Z Objawienia wiemy, że każdy człowiek od momentu poczęcia staje się czę­ścią ro­dzi­ny ludz­kiej i dzie­dzi­czy obec­ne w niej zło, a więc staje się spadkobiercą grzechu pierworodnego wraz ze wszystkimi jego konsekwencjami. Grzech pier­wo­rod­ny oraz wszystkie inne grzechy tworzą w „żywym organizmie” wspólnoty ludzkiej obiektywnie istniejącą rzeczywistość zła, która do­ty­ka i zadaje cier­pie­nie wszyst­kim, rów­nież niewinnym dzieciom. Tak więc źródłem i przyczyną każdego ludzkiego cierpienia jest obiektywnie istniejące zło we wspólnocie ludzkiej. Cier­pie­nie ro­dzi się z grzechu, a więc ze znisz­cze­nia obiek­tyw­ne­go do­bra w sa­mym czło­wie­ku, w re­la­cjach mię­dzy­ludz­kich oraz w re­la­cji czło­wie­ka z Bogiem. W tej sytuacji cier­pie­nie nie jest karą, jaką Bóg wy­mie­rza za grzech, ale nie­unik­nio­nym do­świad­cze­niem skut­ków obiek­tyw­nie ist­nie­ją­ce­j rzeczywistości zła – „grze­chu świa­ta” (J 1, 29). Oprócz cierpienia całkowicie niezawinionego istnie­ją także cier­pie­nia, któ­re są na­stęp­stwem oso­bi­stej winy (jak na przykład skutki nadużywania alkoholu, zażywania narkotyków, palenia papierosów itd.).

    Przez biblijnego Hioba Bóg uświa­da­mia nam, że mamy do czy­nie­nia z wielką tajemnicą cier­pie­nia, które nie zawsze jest zwykłą kon­se­kwen­cją osobistych grze­chów. Jeżeli cier­pie­nie spo­wo­do­wa­ne jest jednak winą człowieka, to czy wtedy moż­na je tłu­ma­czyć jako karę, którą Bóg wy­mie­rza grzesz­ni­ko­wi? (por. Ga 6, 8)? Z przy­po­wie­ści o synu mar­no­traw­nym do­wia­du­je­my się, że Bóg, kie­ru­jąc się oj­cow­ską miłością, nie wy­mie­rza kary mar­no­traw­ne­mu synowi – po­zwa­la mu tylko skon­su­mo­wać owoce jego grze­sznych wyborów. Czyni to w tym celu, aby się opa­mię­tał i na­wró­cił. Tak więc naj­większą karą za grzechy są same kon­se­kwen­cje grze­chów. Jan Paweł II podkreśla, że wtedy „cierpienie ma służyć nawróceniu, czyli odbudowaniu dobra w podmiocie, który w wezwaniu do pokuty może rozpoznać Miłosierdzie Boże. Pokuta ma na celu przezwyciężenie zła, które pod różną postacią drzemie w człowieku, oraz ugruntowanie dobra zarówno w nim samym, jak też w stosunkach z innymi, a zwłaszcza z Bogiem” (Salvifici doloris, 12).

    Sens cierpienia

    Koniecznym warunkiem uwolnienia człowieka z niewoli zła jest żal za grzechy i oddanie siebie do całkowitej dyspozycji Stwórcy. Po grzechu pierworodnym „obraz i podobieństwo Boga” w człowieku (rozum, wolna wola oraz zdolność do miłości) zostały do tego stopnia zdeformowane, że człowiek o własnych siłach nie był w stanie pozwolić Bogu, aby go wyzwolił z niewoli grzechu i śmierci. To jest zasadniczy powód, dla którego Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, członkiem wspólnoty ludzkiej. Będąc prawdziwym Bogiem (w Bogu nie ma przeszłości i przyszłości, lecz ciągłe „teraz”), Jezus Chrystus mógł z historii każdego człowieka wziąć na siebie całe zło i wynikające z niego cierpienie: „On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści. (…) On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. (…) Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich” (Iz 53, 4-6).)

    (Grzech i wynikające z nie­go cier­pie­nie same w so­bie są bez­sen­sow­ne i po­zo­sta­ły­by takie, gdy­by nie fakt, że to sam Bóg przyj­ął na sie­bie grze­chy i cier­pie­nia wszyst­kich lu­dzi. To sam Bóg w swoim prawdziwym człowieczeństwie doświadcza, jak strasznym cierpieniem jest grzech.) On, całkowicie niewinny, staje się „dla nas grzechem” (2 Kor 5, 21). Umierając na krzyżu, Bóg-Człowiek dobrowolnie doświadcza największego zła i cierpienia spowodowanego przez grzechy wszystkich ludzi. Wyraża to w słowach: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34). To sam Bóg doświadcza w swojej prawdziwej ludzkiej świadomości cierpienia spowodowanego największym złem, jakim jest odrzucenie Boga przez człowieka. W ten sposób Bóg dociera swoją miłością wszędzie tam, gdzie dotarła niszcząca moc grzechu. Jednoczy się z człowiekiem w jego upadku, aby go podnieść, aby mu przebaczyć i obdarzyć go wolnością, a cierpienie uczynić drogą zbawienia i dojrzewania do miłości.

    W doświadczeniu niewyobrażalnego cierpienia w momencie śmierci Jezus najpełniej otwiera swoje człowieczeństwo na miłość Ojca, z całkowitym posłuszeństwem zawierza i oddaje Mu siebie. W ten sposób przezwycięża wszelki grzech, który jest zawsze nieposłuszeństwem stworzenia wobec Stwórcy. Czyni to w imieniu nas wszystkich.

    Jan Paweł II podkreśla, że „wraz z tym straszliwym brzemieniem, mierząc się z »całym« złem odwrócenia od Boga, jakie zawiera się w grzechu, Chrystus poprzez Boską głębię synowskiego zjednoczenia z Ojcem doznaje w sposób po ludzku niewyrażalny tego cierpienia, jakim jest odłączenie – odtrącenie od Ojca, zerwanie z Bogiem. Ale właśnie przez takie cierpienie dokonuje Odkupienia – i może, konając, powiedzieć: »Wykonało się!« (J 19, 30)” (Salvifici doloris, 18). Papież dodaje „Można powiedzieć, że jest to cierpienie »zastępcze«, nade wszystko jednak jest ono »odkupieńcze«. (…) W Jego cierpieniu grzechy zostają zgładzone właśnie dlatego, że On jeden, jako Jednorodzony Syn, mógł je podjąć, wziąć na siebie, z tą miłością ku Ojcu, która przewyższa zło wszelkiego grzechu, unicestwia niejako to zło w duchowej przestrzeni stosunków pomiędzy Bogiem a ludzkością i wypełnia tę przestrzeń dobrem” (Salvifici doloris, 17).

    Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystus sprawił, że każde ludzkie cierpienie zjednoczone z Nim, staje się drogą zbawienia i dojrzewania do miłości – a więc ma nieskończoną wartość zbawczą. Jezus objawia nam również, że ile razy cier­pie­nie spotyka człowie­ka, Bóg za każdym razem jest pierw­szym, któ­ry nie­sie jego cię­żar. To sam Zba­wi­ciel jest obec­ny i cierpi w każ­dym z mi­lio­nów istnień ludz­kich żyjących w nę­dzy i po­ni­że­niu, bru­tal­nie wy­zy­ski­wa­nych, umie­ra­ją­cych z gło­du, w ofia­rach tor­tur i ter­ro­ry­zmu. Tę wstrzą­sa­ją­cą rze­czy­wi­stość mi­ło­ści Boga współ­cier­pią­ce­go z czło­wie­kiem, aby go zbawić, moż­na odkryć tyl­ko wzrokiem wia­ry. Patrząc z wiarą na krzyż Chrystusa, odkrywamy, że każde cierpienie, a szczególnie to naj­bar­dziej bez­sensow­ne i nie­win­ne, sta­je się dro­gą zba­wie­nia, gdy cierpiący człowiek zjednoczy się z cierpieniem Chrystusa, bezgranicznie ufając i powie­rzając się Jego miłosierdziu. Wtedy człowiek odkrywa w swoim cierpieniu wielki dar i łaskę, gdyż zdaje sobie sprawę, że współuczestniczy z Chrystusem w zbawieniu świata, a obecne cierpienia są tylko drogą prowadzącą do wiecznej radości w niebie: „Skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by też wspólnie z Nim mieć udział w chwale. Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić” (Rz 8, 17-18); „ (…) cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się cieszyli i radowali przy objawieniu się Jego chwały” (1 P;4, 13). „Niewielkie bowiem utrapienia nasze obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne” (2 Kor 4, 17-18).

    Święta Edyta Stein, któ­ra zgi­nę­ła śmiercią męczeńską w obozie Auschwitz, tak od­po­wia­da na py­ta­nie o sens cier­pie­nia: „Na­tu­ra ludz­ka, któ­rą Chry­stus przy­jął, dała Mu moż­ność cier­pie­nia i śmier­ci. Na­tu­ra Bo­ska, któ­rą posiadał od­wiecz­nie, nada­ła temu cierpieniu i śmier­ci war­tość nieskończo­ną i moc od­ku­pień­czą. Męka i śmierć Chry­stu­sa po­wta­rza­ją się w Jego ciele Mistycznym i jego człon­kach. Każdy czło­wiek musi cier­pieć i umierać, lecz jeśli jest ży­wym człon­kiem Mi­stycz­ne­go Cia­ła, jego cier­pie­nie i śmierć na­bie­ra­ją od­ku­pień­czej mocy dzię­ki Bosko­ści Tego, któ­ry jest jego gło­wą. Oto istot­ny po­wód, dla któ­re­go każdy święty tak pra­gnął cier­pie­nia”.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr

    artykuł pochodzi z dwumiesięcznika “Miłujcie się”/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ból i cierpienie czyli w cierpieniu człowiek doświadcza obecności Boga

    W życiu człowieka są sprawy, cele, których osiąganie sprawia nam wielką przyjemność a nawet radość z podejmowanego trudu. Jest to trud i ból zdobywania czegoś, co akceptujemy dla dobra wyższego. Jest jednak różnica między bólem, który jest nam niespodziewanie dany w różnych wydarzeniach naszego życia, a tym, na który sami się zgadzamy… Mimo wszystko, ludzie starają się unikać cierpienia i bólu. Rodzi się więc pytanie: dlaczego, mimo unikania cierpienia, jest ono w naszym życiu tak bardzo powszechne?

    Odpowiedzi jest tyle, ile bólu i cierpienia na świecie. Są bardzo osobiste, i dotyczą każdego człowieka. Cierpienie jest po prostu, tak jak śmierć i życie, integralną częścią naszego człowieczeństwa.

    Papież Jan Paweł II w Liście apostolskim Salvifici doloris, poświęconym cierpieniu mówi:

    To, co wyrażamy w słowie „cierpienie”, wydaje się szczególnie współistotne z człowiekiem. Jest tak głębokie jak człowiek – właśnie przez to, że na swój sposób odsłania głębię właściwą człowiekowi, i na swój sposób ją przerasta[1].

    A zatem, czy jest możliwe osiąganie w życiu czegoś wartościowego bez bólu i cierpienia? Czy można być w pełni prawdziwym człowiekiem bez cierpienia? A czy w ogóle możliwe jest życie – jako takie – bez doznawania bólu i cierpienia?

    Cierpienie zdaje się przynależeć do transcendencji człowieka: jest jednym z tych punktów, w których człowiek zostaje niejako „skazany” na to, ażeby przerastał samego siebie – i zostaje do tego w tajemniczy sposób wezwany[2].

    Cierpienie jest więc wpisane w kondycję człowieka. Jest integralną jego częścią. Można pytać: skąd się wzięło cierpienie na świecie? Ale, skoro istnieje powszechnie, skupmy naszą uwagę na pytaniu: jaki jest sens cierpienia? Pytanie o sens cierpienia i bólu jest podstawowym pytaniem każdego żyjącego człowieka bez względu na sprawność fizyczną czy umysłową. Odkrywanie jego sensu jest tak samo ważne, jak odkrywanie sensu życia i umierania. Rola lekarzy, osób duchownych, terapeutów[3], znachorów[4], czy szamanów[5], wobec ludzi chorych i cierpiących, jest tu nieoceniona.

    Ks. J. Tischner w rozważaniu o ludzkich wartościach, mówi o cierpieniu tak:

    Cierpienie jest podstawowym faktem ludzkim, a nawet czymś więcej – jest próbą człowieczeństwa człowieka, próbą jego wewnętrznej prawdy. Przechodząc poprzez tę próbę człowiek okazuje się taki, jaki jest. Jego maski opadają, traci sens wszelka gra[6].

    I dodaje:

    Kluczowe jest tu pojęcie sumienia. Nie przy każdym bólu odzywa się w człowieku jego sumienie, ale przy tym, który jest tak podstawowy, że nie pozwala mu być człowiekiem. Głos sumienia jest wtedy zdumiewająco prosty: „ocalić człowieka”[7].

    Zanim człowiek podejmie tę próbę „ocalenia siebie”, doznając już cierpienia, reaguje sprzeciwem na ów stan. Mówi: „To niemożliwe!”; nie akceptuje tego, buntuje się wobec faktu choroby. Dlaczego? Bo jest to próba jego wewnętrznej prawdy – jak wspomniał ks. Tischner. Jeden z najtrudniejszych momentów naszego ludzkiego życia. Opadają wszelkie maski, tu nie może być „gry”. Człowiek upewnia się, czy to na pewno poważna choroba, jakie jest źródło bólu, którego nie akceptuje; a gdy dopuści do siebie prawdę sytuacji, zaczyna walkę, następnie próbuje pogodzić się z tym, co go spotkało, a dopiero później następuje akceptacja i ostatecznie oczekiwanie.

    Cierpienie przybiera różne formy: pojawić się może jako świadomość konieczności śmierci, może to być cierpienie związane z procesem umierania, może to być cierpienie jako ból fizyczny, może to być cierpienie z powodu przeżywania jakiejkolwiek niemocy, również może to być najtrudniejsze cierpienie związane z koniecznością przebywania z ludźmi z niższym stopniem świadomości. Doświadczenie uczy, że najbardziej boimy się bólu fizycznego. Patrząc, na przykład, na Jezusa w Getsemani, przed Jego męką, i widząc Go ukrzyżowanego, można zapytać: czego najbardziej się bał, mówiąc: „Ojcze, oddal ode Mnie ten kielich” i dlaczego mówił: „Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”? Myślę, że bał się, jak każdy człowiek, który lęka się straszliwego bólu (odczuwał bliską zdradę i zaparcie się ucznia, czekało Go biczowanie, koronowanie cierniem, bicie) i miał świadomość wielkiego niezrozumienia ze strony uczniów i odrzucenia przez rodaków Jego nauki: Bóg jest Miłością; kocha każdego człowieka bez wyjątku. Większość badaczy Całunu Turyńskiego jako bezpośrednią przyczynę śmierci „Człowieka z Całunu” podaje: nie wytrzymało Jego serce. Cierpienie Boga związane z przebywaniem z ludźmi o zatwardziałym sercu, nadal trwa. Czy tylko Chrystus cierpi z powodu niezrozumienia najgłębszych intencji serca wobec tych, których kocha?

    „Ocalić człowieka” znaczy zachować jego wyjątkowość, niepowtarzalność jego osoby, jego historii, przeżyć, jego rozumienia siebie i świata. By „ocalić człowieka” niezmiernie istotna jest, według ks. Tischnera, rozmowa z chorym. W rozmowie ważna jest wartość słowa, kierowanego do chorego. Rozważając rolę słowa w terapii, w leczeniu, w stawianiu człowieka na nogi, ks. Tischner zauważa pewien paradoks. Zestawia dwóch „przeciwnych” myślicieli, takich jak np. św. Jan od Krzyża z jednej, a Zygmunt Freud z drugiej strony i mimo ogromnej różnicy dostrzega w nich pewne podobieństwo. Otóż Freud mówi, że:

    Istnieją słowa, które działają na człowieka jak magia i przywracają mu zdrowie…. Słowo magiczne działa nie tylko przez swoją siłę, ale działa przede wszystkim przez to, że pokazuje sens. Co to jest sens? Sens jest to współczesna nazwa światła. Człowiek żyje w świetle, chodzi, porusza się w świetle, a dzięki słowu może rozumieć, może żyć. Słowo, które rzuca światło na coś, może także żyć[8].

    Św. Jan od Krzyża mówi natomiast o tzw. słowach substancjalnych, pojawiających się w dialogu człowieka z Bogiem, który dokonuje się przede wszystkim poprzez czytanie tekstu świętego, poprzez Biblię:

    Nagle człowiek natrafia na słowo, które – zdaniem św. Jana od Krzyża – jest substancjalne w tym sensie, że nie tylko opisuje to, o czym mówi, ale także to, o czym mówi, stwarza. Gdy np. człowiek słyszy słowa: ”bądź spokojny”, wtedy od razu spokój wraca do jego duszy, a więc słowo, które tworzy, a nie tylko opisuje[9].

    W Książce Oskar i Róża autor, Eric-Emmanuel Schmitt, opisuje świat cierpienia widziany oczami Oskara, dziecka chorego na wodogłowie. Zaprzyjaźniona Pani Róża, pielęgniarka, pokazując niewierzącemu chłopcu ludzką postać przybitą do krzyża, pyta:

    –     Zastanów się, Oskarze. Który z nich wydaje ci się bliższy? Bóg, który nic nie czuje, czy Bóg, który cierpi?

    –     Ten, który cierpi, oczywiście. Ale gdybym był nim, gdybym był Bogiem, gdybym miał takie możliwości jak on, uniknąłbym cierpienia.

    –     Nikt nie może uniknąć cierpienia. Ani Bóg, ani ty. Ani twoi rodzice, ani ja.

    –     No dobrze. Ale dlaczego cierpimy?

    –     Właśnie. Jest cierpienie i cierpienie. Popatrz uważnie na jego twarz. Przyjrzyj mu się. Widać po nim, że cierpi?

    –     Nie. To ciekawe. W ogóle po nim nie widać.

    –     Bo są dwa rodzaje bólu, Oskarku. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe. Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera[10].

    Skoro nawet Chrystus cierpiał i doznawał bólu, zapytajmy: jaki jest związek cierpienia z Bogiem?

    Zaskakujące są relacje osób, które doświadczyły niebywałego bólu i cierpienia. Schorowana i cierpiąca ponad 50 lat prosta kobieta, Marta Robin (1902-1981), w wyniku paraliżu przykuta do łóżka, niewidoma, stygmatyczka, mistyczka, opowiada o swym życiu:

    Jedynie miłość mnie pociąga. Nie pragnę już cierpienia, zostało mi ono dane! Dzięki niemu wydawało mi się czasami, że dopływam do wybrzeży niebios[11].

    Żyję, aby umrzeć. Śmierć… nie jest końcem, ale początkiem pięknych narodzin… Pozwala nam oddać się wreszcie bez przeszkód obcowaniu z wieczną Miłością, odkrywać, że otrzymujemy ją w darze i zanurzyć się w Niej na zawsze..[12]..

    Mimo doświadczenia ogromnego bólu i cierpienia chorzy o głębokim życiu religijnym podejmują wysiłek trwania przy życiu, by swe cierpienie łączyć z Chrystusem, by uczynić z niego modlitwę za innych, za świat. Cierpienie w większości odbierają jako dar; możliwość lepszego poznania siebie w prawdzie o sobie, a zarazem doświadczenia w nim obecności Boga jako Miłości, tej miłości, której tak bardzo potrzebuje człowiek.

    Św. o. Pio cierpiąc z powodu stygmatów, jakie otrzymał, pisał:

    Wiem z całą pewnością, że odczuwam bardzo gwałtowne pragnienie cierpienia i zarazem ustawiczną potrzebę mówienia wciąż do Pana: „Albo cierpieć, albo umrzeć”, a nawet: „Zawsze cierpieć, a nigdy nie umrzeć”[13] .

    Jakieś ogromnie wielkie zadowolenie napełnia całe moje serce. Czuję się szczęśliwy i zadowolony. Cierpię jednak zarazem i chciałbym zawsze jeszcze bardziej cierpieć. Czuję, że coraz bardziej spala mnie i wyniszcza jakiś wewnętrzny ogień i pragnę, bym nieustannie był wyniszczany z jeszcze większym natężeniem[14].

    Św. Faustyna Kowalska, krakowska mistyczka, prosta dziewczyna, napisała jeden z najpiękniejszych traktatów o Trójcy Świętej. W swych doświadczeniach odczuwania obecności Boga, mówi o trwaniu z Nim w pięknej Miłości i jednocześnie o doświadczeniu trwogi, lęku, niepewności, udręk, goryczy:

    O Piękności niestworzona,

    kto Ciebie rozpozna

    ten nic innego kochać nie może.

    Czuję, że tonę w Nim

    jako jedno ziarenko piasku

    w bezdennym oceanie.

    Czuję, że nie ma ani jednej kropli krwi we mnie,

    która by nie płonęła miłością do Niego.

    Czuję otchłań swej duszy bezdenną

    i nic jej nie wyrówna

    jeno Bóg sam.

    Więc dziękuję Ci Jezu

    za trwogi, lęki, niepewności,

    za ciemność i gęsty mrok wewnętrzny,

    za udręki, które wypowiedzieć trudno,

    w których nas nikt nie zrozumie,

    za godzinę śmierci, za ciężkość walki w niej,

    za całą jej gorycz[15].

    W cierpieniu człowiek doświadcza obecności Boga. Tu jest tajemnica trwania w cierpieniu, pragnienie cierpienia, przeżywania go: człowiek w cierpieniu doświadcza Boga jako Miłości. W miarę, jak uczestniczy w tej miłości, człowiek w cierpieniu odnajduje w końcu siebie: odnajduje „duszę”, którą zdawało mu się, że przez cierpienie „stracił”[16].

    A „zwykli” ludzie? Za co oni mogą dziękować? Kto może? A kto nigdy nie podziękuje?

    Założyciel Stowarzyszenia „Integracja” Piotr Pawłowski, gdy odwiedził nas w Tyńcu, powiedział, że na początku, nie mógł pogodzić się ze swoim cierpieniem, z faktem, że nie będzie mógł chodzić. Czekał, aż wróci do normalnego funkcjonowania. Teraz, po dwudziestu latach siedzenia na wózku, stwierdza, że gdyby był zdrowy, nie poznałby tylu wspaniałych ludzi, nie mógłby dokonać tak wspaniałych rzeczy. Pozostanie tajemnicą: dlaczego?

    Albert Camus miał żonę, której  nie kochał, ale czuł się za nią bardzo odpowiedzialny. Podczas jej choroby, gdy cierpiała, a gdy i jemu samemu było trudno, opiekował się nią. Cierpienie i zmaganie się z nim zapoczątkowało odkrywanie innego sensu jego małżeństwa.

    Przykładów „zwykłych” ludzi można podać tu więcej. Przyglądanie się takim sytuacjom życia jest wejściem w inną logikę życia. Zauważyć można, że kondycja ludzka woła w doświadczeniu cierpienia o coś więcej. Jest wołaniem o wydobycie z człowieka nie tylko odpowiedzi o sens tego doświadczenia, ale o możliwość przerastania samego siebie, o bycie człowiekiem w jego najgłębszej prawdzie, o ocalenie człowieka. Nie trzeba cierpieć wraz z Chrystusem, by czuć swoją ludzką godność, by czuć głębię swego człowieczeństwa. Samo cierpienie „zmusza” jednak człowieka do przekraczania samego siebie, wejścia jeszcze bardziej w głąb, dotknięcia wewnętrznej prawdy o sobie, kieruje też ku solidarności z cierpiącymi. Można w tym momencie czuć się samotnym, opuszczonym. Można też być tak umęczonym z powodu cierpienia, że zamazywać się będzie jego sens. Można nie wytrzymać bólu i cierpienia…

    To doświadczenie jednak u większości cierpiących okazuje się momentem spotkania z Chrystusem, z Tym, który rozumie ludzkie cierpienie. Cierpiący dostrzegają Tego, KTÓRY JEST obecny w ludzkim cierpieniu, który jest naszym bratem („W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”- Dzieje Apostolskie 17, 28).

    Każdy, kto przyjmuje swoje cierpienie, jedna się ze swym cierpieniem…, ten tylko może pomóc innym… Mamy zaufanie tylko do takich osób, które mają odwagę przyznać się do swych ran…[17]. Ten moment jest też owym „przerastaniem samego siebie”. To chwila, w której powstajemy ze snu naszych złudzeń i wyruszamy ku prawdziwemu życiu[18]. O. Anselm Grűn OSB twierdzi, że: niektórzy ludzie za bardzo zatrzymują się przy swoich ranach. Ciągle szukają nowych metod radzenia sobie z nimi. Prowadzi to do skupienia się na sobie samym i do utrwalenia nastroju przygnębienia, który jest charakterystyczny dla naszego społeczeństwa[19]. Zrozumienie i przyjęcie cierpienia może być momentem zwrotnym czyjegoś życia. W zależności od podejścia można za nie dziękować Bogu, życiu, losowi, albo zupełnie nie dostrzegać wartości tego doświadczenia i szukać winnych swego nieszczęścia.

    Tymczasem doświadczenie cierpienia nie musi być „nieszczęściem” człowieka. Papież Jan Paweł II mówi, że: Cierpienie, które pod tylu różnymi postaciami obecne jest w naszym ludzkim świecie, jest w nim obecne także i po to, ażeby wyzwalać w człowieku miłość, ów właśnie bezinteresowny dar z własnego„ja” na rzecz innych ludzi, ludzi cierpiących (VII, 29). Cały Jego List apostolski Salvifici doloris jest wnikliwym rozważaniem sensu ludzkiego cierpienia w świetle Ewangelii. Papież zaznacza, że cała Biblia mówi o cierpieniu. W poszukiwaniu odpowiedzi o sens cierpienia człowiek jest skłonny zadawać to pytanie nie tylko drugiemu człowiekowi, ale także Bogu. Okazuje się, że cierpienie w odróżnieniu od moralnie rozumianej kary za zło może też być cierpieniem niezawinionym. Jak wskazuje przykład Hioba, może być też próbą. Odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia nie można więc wiązać całkowicie z porządkiem moralnym[20]. Papież mówi, że: jest ono tym, co może służyć odbudowie dobra w człowieku. Istotę cierpienia można zrozumieć jedynie przez miłość[21].Chrystus był ciągle blisko świata ludzkiego cierpienia. Uzdrawiał chorych, pocieszał strapionych, karmił głodnych, wyzwalał ludzi od głuchoty, ślepoty, trądu, opętania i różnych kalectw, trzykrotnie przywrócił umarłego do życia. Był wrażliwy na każde ludzkie cierpienie, zarówno cierpienie ciała, jak i duszy. Najbardziej jednak przybliżył się do cierpienia przez to, że niezawinione wziął na siebie dobrowolnie[22]. Ci, którzy odnajdując sens swego cierpienia w łączności z Chrystusem, odnajdują w swoim cierpieniu„pokój wewnętrzny”, a nawet „duchową radość”. Szczególna moc, jaka tkwi w cierpiących, może służyć im samym, dla ich własnych słabości i dla słabości innych, i ułomności świata. Miłosierny Samarytanin jest przykładem „zatrzymania się” przy cierpiącym i „bycia wrażliwym” na ludzkie cierpienie, daje cierpiącemu dar z samego siebie[23].

    Świat ludzkiego cierpienia przyzywa niejako bezustannie inny świat: świat ludzkiej miłości – i tę bezinteresowną miłość, jaka budzi się w jego sercu i uczynkach, człowiek niejako zawdzięcza cierpieniu (29). Żadna instytucja nie zastąpi ludzkiego serca, ludzkiego współczucia, ludzkiej miłości, ludzkiej inicjatywy, w przypadku wyjścia naprzeciw cierpieniu drugiego człowieka[24].

    Pozwolę sobie zakończyć zdaniem Jana Pawła II – człowieka „obdarowanego” cierpieniem:

    Cierpienie jest w świecie po to, ażeby wyzwalało miłość, ażeby rodziło uczynki miłości bliźniego, ażeby całą ludzką cywilizację przetwarzało w „cywilizację miłości”[25].

    o. Jan Paweł Konobrodzki OSB


    [0] Jan Paweł II, List apostolski Salvifici doloris, Rzym 1984, Wstęp, 1

    [1] Jan Paweł II, Salvifici doloris, dz. cyt., 2

    [2] j.w.

    [3] Mark Baker, Największy psycholog naszych czasów. Jezus i mądrość duszy, Warszawa 2003

    [4] Por. Abp Bolesław Pylak, Poznawać w świetle wiary, Warszawa 2003, rozdz. W kręgu świata widzialnego i niewidzialnego (radiestezja i bioenergoterapia), s. 37-92; oraz, art.: Bronięznachorów XXI wieku, Abp Bolesław Pylak, w: Nieznany świat, Nr 5/2002(137) Maj, ss. 56-59.

    [5] Zob. Mircea Eliade, Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, Warszawa 1994

    [6] Zob. Ks. J. Tischner, Myślenie według wartości, Kraków 2000, s. 305

    [7] j.w.

    [8] Za: J. Tischner, Śmierć i słowo, w książce: Rozmowa z chorym, t. I, red. Anna Grajcarek, Kraków 1996, , ss. 5-15

    [9] j.w., s. 14

    [10] Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar I Pani Róża, Kraków 2004, s. 46

    [11] Jean Jackues Antier, Marta Robin. Nieruchoma podróż, Łódź 2000, s. 227

    [12] j.w. s. 221

    [13] O. Gracjan Majka OFMCap, Na drodze do Boga. Życie i wybrane pisma Ojca Pio, kapucyna stygmatyka, Poznań 1986, s. 137

    [14] j.w., s.139

    [15] Por. Teksty Św. Faustyny Kowalskiej, w: Dzienniczek, Warszawa 1993

    [16] Jan Paweł II, Salvifici doloris, dz. cyt,, 23

    [17] Anselm Grűn OSB, Zamienić rany w perły, Kraków 2002, s. 13

    [18] Anselm Grűn OSB, Doświadczyć radości zmartwychwstania, Kraków 2002, s. 6.

    [19] j.w.

    [20]Cierpienie ma tysiąc twarzy. Jan Paweł II i chorzy, oprac. Zdzisław Ryn, Kraków 1988, s.70-71

    [21] Jan Paweł II, Salvifici doloris, dz. cyt., 18

    [22] j.w.

    [23] Por. Cierpienie ma tysiąc twarzy, dz. cyt., s. 72

    [24] j.w., s. 73

    [25] Jan Pawł II, Salvifici doloris, dz. cyt., 30

    mp/tyniec.com.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 znaków końca świata. Wstrząsające objawienia ks. Gobbiego!
    fot. via Pixabay.com

    ***

    5 znaków końca świata. Wstrząsające objawienia ks. Gobbiego!

    O włoskim wizjonerze Stefano Gobbi nie mówi się zbyt wiele w oficjalnym nurcie. Bardzo dużo o jego objawieniach mówi przede wszystkim ks. Piotr Glas, a założony przez włoskiego duchownego Kapłański Ruch Maryjny w Polsce robi wszystko, by popularyzować jego przesłanie. Tymczasem Matka Boża, która objawiała się ks. Gobbiemu, konkretnie mówiła do niego o tym, jak rozpoznamy nadejście czasów ostatecznych.

    Ks. Stefano Gobbi doświadczał objawień przez kilkadziesiąt lat. Jak czytamy w jego pierwszej polskiej biografii „Ksiądz Stefano Gobbi. Sekretarz Maryi”, pozostawał on w bliskiej relacji z Maryją. Objawienia te skrupulatnie spisywał. Wydano je w słynnej książce „Do kapłanów, umiłowanych synów Matki Bożej”, która posiada imprimatur Kościoła.

    Co takiego mówiła Maryja do ks. Gobbiego? Przede wszystkim wskazywała, na niebezpieczeństwa, jakie grożą światu. Mówiła o zamęcie i niebezpieczeństwie, w jakim znajdzie się Kościół. Zapowiadała, że koniec świata może nadjeść wkrótce i wzywała do pokuty oraz modlitwy.

    Jednym z najbardziej porażającym wyznań Maryi jest objawienie 5 znaków końca czasów. Co to za znaki?

    1. Rozszerzanie się błędów, prowadzących do utraty wiary i odstępstwa.

    „Błędy te rozszerzają fałszywi nauczyciele, słynni teolodzy, którzy nie nauczają już prawdy Ewangelii, lecz głoszą zgubne herezje – oparte na błędnym i ludzkim rozumowaniu. Z powodu tego głoszenia błędów gubi się prawdziwa wiara i rozszerza się wszędzie wielkie odstępstwo. «Strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem Mesjaszem. I wielu w błąd wprowadzą. Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą.» «Dzień ten nie nadejdzie, dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo.» «Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje. Wyprą się oni Władcy, który ich nabył, a sprowadzą na siebie rychłą zgubę. A wielu pójdzie za ich rozpustą, przez nich zaś droga prawdy będzie obrzucona bluźnierstwami; dla zaspokojenia swej chciwości obłudnymi słowami was sprzedadzą.»”.

    2. Wybuch wojen i walki bratobójcze. Doprowadzą one do szczytu przemoc i nienawiść, a miłość – do powszechnego wystygnięcia. Będą się też mnożyć katastrofy naturalne, takie jak epidemie, głód, powodzie i trzęsienia ziemi.

    «Będziecie słyszeć o wojnach i o pogłoskach wojennych; uważajcie, nie trwóżcie się tym. To musi się stać… Powstanie bowiem naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będzie głód i zaraza, a miejscami trzęsienia ziemi. Lecz to wszystko jest dopiero początkiem boleści. …ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony»

    3. Trzeci znak to krwawe prześladowanie tych, którzy pozostaną wierni Jezusowi oraz Jego Ewangelii i będą niewzruszenie trwać w prawdziwej wierze. Ewangelia będzie jednak głoszona we wszystkich częściach świata.

    „Pomyślcie, najmilsi synowie, o wielkich prześladowaniach, którym poddany jest Kościół, oraz o apostolskiej gorliwości ostatnich Papieży – przede wszystkim Mojego Papieża Jana Pawła II, głoszącego Ewangelię wszystkim narodom ziemi.

    «Wtedy wydadzą was na udrękę i będą was zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów, z powodu mego imienia. Wówczas wielu zachwieje się w wierze; będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić (…). A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec.»”

    4. Czwarty znak to straszne świętokradztwo dokonane przez tego, który sprzeciwia się Chrystusowi, to znaczy przez Antychrysta. Wejdzie on do Świętej Świątyni Bożej i zasiądzie na swoim tronie, każąc siebie adorować jako Boga.

    „«…objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć… Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, działanie z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości…»

    «…ujrzycie ‘ohydę spustoszenia’, o której mówi prorok Daniel, zalegającą miejsce święte – kto czyta, niech rozumie».

    Najmilsi synowie, aby zrozumieć, na czym polega ohyda spustoszenia, przeczytajcie to, co zostało przepowiedziane przez proroka Daniela: «Idź, Danielu, bo słowa zostały ukryte i obłożone pieczęciami aż do końca czasu. Wielu ulegnie oczyszczeniu, wybieleniu, wypróbowaniu, ale przewrotni będą postępować przewrotnie i żaden z przewrotnych nie zrozumie tego, lecz roztropni zrozumieją. A od czasu, gdy zostanie zniesiona codzienna ofiara, zapanuje ohyda ziejąca pustką, upłynie tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt dni. Szczęśliwy ten, który wytrwa i doczeka tysiąca trzystu trzydziestu pięciu dni.»”

    Msza Święta jest codzienną ofiarą – ofiarą czystą składaną Panu na wszystkich ołtarzach od wschodu aż do zachodu słońca. Ofiara Mszy Świętej uobecnia ofiarę, którą Jezus złożył na Kalwarii.

    Przyjmując protestancką naukę, będzie się mówić, że Msza nie jest ofiarą, lecz jedynie świętą ucztą – to znaczy tylko pamiątką tego, czego dokonał Jezus w czasie Swojej Ostatniej Wieczerzy. Zniesie się w ten sposób odprawianie Mszy Świętej. Na tym właśnie zniesieniu codziennej ofiary polega straszliwe świętokradztwo dokonane przez Antychrysta. Trwać to będzie około trzy i pół roku, to znaczy tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt dni.

    5. Ostatni znak stanowią nadzwyczajne znaki, które pojawią się na niebie.

    „«… słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku; gwiazdy zaczną padać z nieba i moce niebios zostaną wstrząśnięte.»

    Cud słońca – dokonany w Fatimie w czasie Mojego ostatniego objawienia się – wskazuje, że weszliście obecnie w czasy, w których spełniają się wydarzenia przygotowujące was na powrót Jezusa w chwale.

    «Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego i wtedy będą narzekać wszystkie narody ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą.»”.

    Wiele z tych znaków możemy obserwować współcześnie. I choć niektórzy bagatelizują proroctwa ks. Gobbiego, to przekaz, jaki otrzymał, wiele rozjaśnia w trwającym współcześnie zamęcie. Wydaje się, że ks. Gobbi otrzymał dar proroctwa, wszak na spisanych przez niego objawieniach można dostrzec opis współczesnych czasów, pełnych niepokoju, także w Kościele.

    Tekst powstał na podstawie książki „Ks. Stefano Gobbi. Sekretarz Matki Bożej”. Książkę znajdziesz tutaj: https://www.znak.com.pl/ksiazka/ksiadz-stefano-gobbi-sekretarz-matki-bozej-mariadele-tavazzi-136939

    źródło: twojawalkaduchowa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki o błogosławieństwach związków homoseksualnych: Kościół nie może błogosławić grzechu
    Abp Stanisław Gądecki (episkopat.pl)

    ***

    Abp Gądecki o błogosławieństwach związków homoseksualnych: Kościół nie może błogosławić grzechu.

    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup metropolita poznański Stanisław Gądecki w kontekście postulatu błogosławienia związków jednopłciowych wyjaśnił, że „Kościół nie błogosławi i nie może błogosławić grzechu”.

    Arcybiskup poznański zauważył, że środowisko osób homoseksualnych dzieli się zasadniczo na dwie grupy. Pierwszą z nich stanowią osoby, które „aprobują nauczanie Kościoła i pragną żyć w czystości, zmierzając – nie bez trudności – w tym kierunku z pomocą spowiednika”.

     Natomiast druga z nich składa się z osób, które „promują – często nieświadomie – pewną ideologię, której celem jest propagowanie homoseksualizmu, homoseksualnego stylu życia oraz – będącej u ich podstaw – błędnej koncepcji antropologicznej”. Zdaniem abp. Gądeckiego  „dokonuje się to poprzez realizację konkretnych celów społecznych i politycznych, które nie są zgodne z nauczaniem Ewangelii”. „Takie osoby, w punkcie wyjścia wykluczają same siebie z jakiegokolwiek duszpasterstwa, a nam pozostaje modlitwa w ich intencji” – powiedział przewodniczący KEP.

    „Gdy idzie o pierwszą kategorię, wskazane jest duszpasterstwo indywidualne a nie grupowe, ponieważ gromadzenie ludzi o tej samej inklinacji może stanowić dodatkową trudność” – przekonywał metropolita poznański.

    Abp Stanisław Gądecki zwrócił również uwagę na fakt, że „w niektórych obszarach kościelnych rozpowszechniają się projekty i propozycje błogosławieństw dla związków osób tej samej płci”. Jak podkreślił pasterz Kościoła poznańskiego „ponieważ błogosławieństwa osób mają związek z sakramentami, błogosławieństwo związków homoseksualnych nie może być uznane za dozwolone, ponieważ w pewnym sensie stanowiłoby ono naśladowanie lub analogiczne odniesienie do błogosławieństwa zaślubin, wzywanego nad mężczyzną i kobietą, którzy jednoczą się w sakramencie małżeństwa, ponieważ „nie istnieje żadna podstawa do porównywania czy zakładania analogii, nawet dalekiej, między związkami homoseksualnymi a planem Bożym dotyczącym małżeństwa i rodziny”.

    Jak przypomniał arcybiskup „Kościół nie błogosławi i nie może błogosławić grzechu. On błogosławi grzesznika, aby ten uznał, że jest częścią Jego planu miłości i pozwolił się przemienić przez Niego. On bowiem “przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy, ale nigdy nas takimi nie zostawia” .

    „Wspólnota chrześcijańska i duszpasterze są wezwani do przyjmowania z szacunkiem i delikatnością osób o skłonnościach homoseksualnych, do tego by umieli znaleźć najbardziej odpowiednie sposoby, zgodne z nauczaniem Kościoła, aby głosić im pełnię Ewangelii” – powiedział abp Gądecki.

    ren/idziemy.pl/fronda.pl/03.09.2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy żyjemy w czasach antychrysta? Jan Henryk Newman opisał je w proroczym kazaniu

    JOHN HENRY NEWMAN
    św. kardynał Jan Henryk Newman/Herbert Rose Barraud/ PD

    ***

    Na hiszpańskim portalu katolickim pojawił się artykuł, w którym przytoczono wizję czasów Antychrysta, naszkicowaną przez jednego z najbardziej cenionych teologów w historii Kościoła. Kard. Jan Henryk Newman opisał epokę nadejścia „człowieka zatracenia” w jednym ze swoich kazań. Opierając się na przepowiedniach Nowego Testamentu i przekonaniach Ojców Kościoła święty przewidywał, jakie znaki poprzedzą ponowne przyjście Chrystusa. Jego opis doskonale przystaje do atmosfery postmodernizmu.

    Według zapowiedzi teologa główną cechą czasów ostatecznych będzie „powszechne odstępstwo” od wiary. Jak przestrzegał na kartach Nowego Testamentu Chrystus, jego powtórnemu przyjściu towarzyszyć ma wyjątkowo nasilona aktywność „fałszywych proroków”, głoszących przekłamane obrazy Objawienia.

    W atmosferze powszechnego kuszenia i zamętu pojawić ma się „człowiek grzechu”, czyli właśnie antychryst. Zdaniem kard. Newmana wydarzenie historyczne, od którego można mówić o stanie powszechnego „odstępstwa”, to rewolucja francuska, która odrzuciła religię i najkrwawszymi środkami dążyła do budowy zateizowanego życia społecznego.

    „Czy nie ma we wszystkich krajach energicznego i zjednoczonego ruchu, który chciałby obalić Kościół Chrystusowy? Czy nie ma gorączkowego i pracowitego wysiłku, aby pozbyć się potrzeby religii w publicznych stosunkach? Próba edukacji bez religii? … próba całkowitego zastąpienia religii?…”, pisał już w swoich czasach święty. Od tamtego czasu akcja ateistyczna nie tylko przybrała na siłę, ale zamęt i „odstępstwo” wdarły się do samego Kościoła katolickiego, wraz z pleniącymi się dziś herezjami i wypaczeniami w życiu religijnym.

    Angielski teolog podkreślał, że sposoby, na jakie „przeciwnik” będzie przywodzić ludzi do błędów będą wyszukanymi obietnicami, pozornie nie wymierzonymi w samą wiarę.  „Czy myślisz, że jest tak niezdarny w swoim fachu, że otwarcie i prosto poprosi cię o przyłączenie się do niego w jego wojnie przeciwko Prawdzie?”, pisał o sposobie działania złego kardynał. „Nie; zaoferuje przynęty, które Cię skuszą. Przyobieca ci wolność obywatelską; równość; obieca ci handel i bogactwo; obieca ulgę podatkową; Obieca Ci reformację… obieca oświecenie – oferuje wiedzę, naukę, filozofię, poszerzenie umysłu. Kpi z minionych czasów; kpi z każdej instytucji, która je czci”, przestrzegał dalej.

    Zapowiedź Newmana zdaje się zbliżać do coraz większego wypełnienia w naszych czasach. Jeszcze w ubiegłym wieku konfrontacja ateizmu z chrześcijaństwem miała charakter otwarty, katolików prześladowano w komunistycznych państwach, oficjalnie deklarowano dążenie do wykorzenienia religii ze społeczeństwa. Dziś te bezpośrednie chwyty, jako nieskuteczne odeszły do lamusa. Kuszenia dokonuje się za pomocą haseł tolerancji, praw człowieka i sprzedając obietnicę powszechnego pokoju.

    źródło: Aciprensa.com/PCh24.pl

    __________________________________________________________________________________

    Kłamstwo totalnej wolności. Musimy używać rozumu, inaczej czeka nas zagłada

    National Museum of Capodimonte, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Współczesna kultura Zachodu proponuje człowiekowi absolutną autonomię moralną. Twierdzi się, że to sam człowiek jest ostatecznym źródłem wszelkiego prawa. Dlatego, na przykład, gdy dwie osoby na coś się zgadzają, przestają jakby obowiązywać jakiekolwiek zasady czy normy moralne – w końcu to ich autonomiczna zgoda miałaby być najwyższą wartością. O tym problemie i o sposobach na jego przezwyciężenie mówił w rozmowie z PCh24 TV prof. Paweł Skrzydlewski, filozof, znawca myśli św. Tomasza i Feliksa Konecznego, rektor Akademii Zamojskiej.

    „Kryzys zaczął się od kryzysu metafizycznego. To porzucenie realistycznego sposobu poznania świata. Temu zaczęło towarzyszyć działanie zmierzające do zabsolutyzowania człowieka. Ostatecznym wyjaśnieniem tego zagadnienia będzie zwrócenie uwagi na działanie złego ducha. To się ostatecznie kończy tym, że w sercu człowieka pojawia się diabelskie zawołanie non serviam, nie będę służył nikomu – żadnemu Bogu, żadnemu zewnętrznemu autorytetowi” – powiedział prof. Skrzydlewski.

    „Klasyczna metafizyka budowała nasze racjonalne życie. Pokazywała realny porządek. Na Zachodzie zerwano z nią z jednej strony za sprawą protestantyzmu, który postawił objawienie również pana Boga pod pręgierzem indywidualnego rozsądku i wolności sumienia. Z drugiej strony dokonało się to za sprawą Kartezjusza i całej tradycji, w której przedmiotem poznania stała się idea, czyli to, co istnieje w świadomości. Odkąd filozofowie zaczęli poznawać i myśleć swoje myśli, nastąpiło zerwanie kontaktu człowieka z rzeczywistością. Rozpoczęła się tendencja by widzieć w sobie, po pierwsze, kreatora Boga, kreatora norm i kogoś, kto przez nic nie jest mierzony, nie jest uwarunkowany, kto jest absolutem. W ostatecznym rozrachunku to jest ten proces zgubnego absolutyzowania człowieka” – stwierdził rektor Akademii Zamojskiej.

    „Człowiek się wyalienował. Doszło do zgubnej emancypacji. Człowiek uznał siebie za Boga. To ubóstwienie wydaje się ostatecznie być głównym źródłem wszystkich naszych współczesnych kłopotów” – dodał.

    Według profesora jednym z głównych propagatorów tej absolutyzacji człowieka był Jan Jakub Rousseau. „To wszystko zaczęło się w epoce Oświecenia. Jak pamiętamy z historii filozofii, pojawił się Jan Jakub Rousseau. Człowiek, który nigdzie nie studiował, był samoukiem i straszliwym rozpustnikiem. Człowiek, który dał nowożytnej Europie koncepcję człowieka, która legła u podstaw tej absolutyzacji i autonomizacji. […] To jest koncepcja człowieka jako istoty nieskalanej, doskonałej, bez grzechu pierworodnego. Według Rousseau człowiek rodzi się jako dobry i nosi w sobie naturę, która się sama rozwinie. Taka jednostka według Rousseau powinna mieć nieskrępowaną wolność. Skoro jest doskonała, to nikt nie może nią kierować; będzie robić, cokolwiek chce, bo cokolwiek chce, jest dobre. Ta naturalistyczna i angelizująca człowieka wizja weszła do pedagogiki, polityki i życia społecznego. Stała się podstawą indywidualizmu i liberalizmu. Na tej kanwie pojawił się autonomizm, który mówi, że jeśli jest jakaś zewnętrzna norma, która miałaby być wzorem i determinantem dla człowieka, to jest to zawłaszczanie ludzkiej wolności, zniszczenie ludzkiej autonomii i pogwałcenie godności człowieka” – powiedział prof. Paweł Skrzydlewski.

    Jak wskazał, Jan Jakub Rousseau nie był oryginalny; czerpał z myśli Tomasza Hobbesa i innych; był myślicielem niesamodzielnym, eklektycznym, którego wielkość polega na tym, że sprawnie używał języka i był zdolny wypowiadać paradoksy. Dalej prof. Skrzydlewski wskazał na dorobek filozoficzny Immanuela Kanta. „To w jakiejś mierze wybrzmiewa też u Kanta w jego słynnym zawołaniu – niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie. Ono może być różnie interpretowane, ale u Kanta oznacza generalnie, że to ja sam stanowię zasadę swojego działania. Kant był przecież wielkim orędownikiem autonomii podmiotu moralnego. Ostatecznie doprowadziło to do wielkiego osamotnienia człowieka, totalitaryzmów, nihilizmu kultury Zachodu” – ocenił rozmówca PCh24 TV.

    Zapytany, jak w takim razie wskazywać współczesnemu człowiekowi na konieczność powrotu do racjonalności, zwrócił uwagę na konieczność konfrontowania się z rzeczywistością.

    „Można przede wszystkim odwoływać się do doświadczenia. Ojciec Święty Benedykt XVI zwracał uwagę, że człowiek zaczyna używać rozumu, kiedy przychodzi do człowieka jakieś poważne zło. Tym złem dla człowieka będzie na przykład śmierć. Trzeba się odwoływać do zdrowego rozsądku. Zdrowy rozsądek pokazuje nam, że umrzemy. Rodzi się pytane, czy śmierć jest absolutnym końcem, czy też początkiem nowego życia” – powiedział.

    „Powrót do normalności musi się dokonać poprzez przywrócenie człowiekowi racjonalności. Wydaje mi się, że to wymaga w pierwszej kolejności odcięcie człowieka od toksycznych mediów, które w dużej mierze zabierają nam nie tylko czas, ale również rozum. Gdy popatrzymy na świat, na jego ład i porządek, to prędzej czy później pojawia się w nas myśl o przyczynie tego wszystkiego. Dojdziemy w końcu do wniosku, że tą przyczyną jest Bóg, Absolut, który powołuje świat do bytu oraz nadaje mu porządek i dobroć oraz nieustannie utrzymuje ten świat w istnieniu. Jeżeli człowiek uzyska w sobie takie rozumienie rzeczywistości, łatwo mu dostrzec hierarchię dobra” – wskazał dalej filozof.

    „Powrót do dostrzeżenia tego, że jesteśmy zdeterminowani nie tylko własnymi sądami i własną hierarchią dobra, ale również obiektywnym porządkiem, on może się dokonać w pierwszej kolejności poprzez odcięcie człowieka od wszystkich alienujących go elementów kultury, w drugiej poprzez powrót do poznawania rzeczywistości” – zaznaczył. „Tutaj ogromną rolę pełni religia i płynące ze strony Pana Boga różnego rodzaju łaski, które otwierają nas na używanie rozumu i uległość wobec Pana Boga i Jego daru, jakim jest rzeczywistość i tkwiąca w niej hierarchia dobra” – uzupełnił.

    Na koniec red. Paweł Chmielewski zapytał, czy da się przywrócić kulturze Zachodniej wymaganą racjonalność bez sięgnięcia do myśli Arystotelesa poprzez nauczanie św. Tomasza z Akwinu. W odpowiedzi prof. Paweł Skrzydlewski zwrócił uwagę na fundamentalność dorobku Akwinaty.

    „Kochamy św. Tomasza i będziemy go czytać, bo jest u niego prawda – on do prawdy prowadzi. Dzięki Leonowi XIII, Piusowi XI, naszemu papieżowi św. Janowi Pawłowi II, który pisał encyklikę Veritatis splendor, mamy wskazanie, że są pewne osoby w dziejach kultury Zachodu, które mają znaczenie fundamentalne. Akwinata to nie tylko największy filozof, jakiego ziemia nosiła, to nie tylko największy teolog, ale to również człowiek, który uratował naukę, teologię i cywilizację Zachodu” – powiedział filozof. „Pamiętajmy o słynnym komentarzu Akwinaty do dzieła Arystotelesa, który mówi, że w filozofii nie chodzi o to, aby ludzie wiedzieli, co inni myślą, ale żeby znali prawdę rzeczy. Rzeczywistość ma swoją prawdę, chcemy poznać prawdę o człowieku, prawdę o Bogu, prawdę o rzeczywistości. Św. Tomasz tego nas uczył” – podsumował rektor Akademii Zamojskiej.

    źródło: PCh24 TV/Pach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Roy Schoeman o nawróconych Żydach i swojej własnej drodze do Chrystusa
    fot. screenshot – YouTube (JewishCatholic)

    ***

    Roy Schoeman o nawróconych Żydach i swojej własnej drodze do Chrystusa

    – Po latach zrozumiał, że odrzucał i zwalczał to, czego nie znał. Kształcił się pod okiem wybitnych rabinów, był bardzo zdolny, więc sukcesy przychodziły mu łatwo. Wtedy myślał, że tylko Żydzi znają Boga i że tylko oni umieją Mu oddawać cześć. O Jezusie myślał, że to jakiś szczególnie błądzący Żyd, który założył eklektyczną wersję judaizmu, znaną jako chrześcijaństwo – czytamy o nawróconym Żydzie Roy’u Schoemanie, autorze książki o innych nawróconych Żydach pt. „Miód ze skały. Historie nawróconych Żydów”.

    Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony. (Dz 9, 18)

    Kiedy usłyszałam po raz pierwszy tytuł polecanej dziś książki – „Miód ze skały. Historie nawróconych Żydów” Roy’a Schoemana – pomyślałam o św. Pawle Apostole. Wydaje mi się, że właśnie ten żarliwy założyciel wielu wspólnot chrześcijańskich w I wieku jest takim archetypem nawróconych Żydów. Wcześniej zwalczał chrześcijan, w tym właśnie celu udał się do Damaszku z upoważnienia Sanhedrynu, „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich […]. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?” (Dz 9, 1-4). I właśnie w tym momencie – ku jego zaskoczeniu zagorzałego faryzeusza – doznał łaski nawrócenia. Potem jego życie potoczyło się diametralnie.

    Akt nawrócenia zdarza się w najmniej spodziewanym momencie – mówią bohaterowie prezentowanej książki, Żydzi (wśród nich jest także autor). W „Przedmowie” czytamy: „Miód ze skały” to szesnaście wstrząsających historii współczesnych Żydów, kobiet i mężczyzn, którzy odnaleźli pełnię judaizmu i wypełnienie się przymierza w Jezusie Chrystusie. Niektórzy pochodzą z zeświecczonych, liberalnych, a nawet ateistycznych rodzin żydowskich, podczas gdy inni wywodzą się z domów ortodoksyjnych lub nawet chasydzkich. Niektórzy nie posiadali głębokiej znajomości judaizmu, podczas gdy inni obracali się wśród najbardziej wykształconych w dziedzinie teologii Żydów swoich czasów. Niektórzy byli bogaci i odnieśli ogromny sukces w życiu, inni żyli na marginesie społeczeństwa. Ale cechą wspólną ich wszystkich była głęboka tęsknota za Bogiem, która nie dawała im spokoju, póki nie odnaleźli Boga we własnej osobie w Kościele katolickim.

    Od siebie dodam, że nie ma w tej książce żadnej fikcji literackiej, wymyślonych postaci, chociaż przedstawione tutaj zdarzenia często wymykają się racjonalnemu czy zmysłowemu poznaniu, po prostu – nie mieszczą się w naszych ludzkich, ziemskich możliwościach wiedzy, zdumiewają, zaskakują, nie podlegają konwencji prawdopodobieństwa, a mimo to są faktograficzne.

    Jednym z tych nawróconych jest autor prezentowanej książki, Roy Schoeman – historię własnego nawrócenia przedstawił w ostatnim rozdziale prezentowanych świadectw, a nadał mu znamienny tytuł: „Zaskoczony łaską”. Z czasem sam zaczął szukać i rozpoznawać nawróconych Żydów w Kościele katolickim (co stale podkreśla, odkąd rozumie różnicę między katolicyzmem a protestantyzmem), i o nich jest to dzieło.

    „Zaskoczony łaską” Roy Schoeman (ur. w 1951 r.) – czytamy – jest synem niemieckich Żydów, uchodźców z Holokaustu. Jego rodzice poznali się po wojnie w Nowym Jorku, oboje pochodzili z pobożnych rodzin, więc w nowym środowisku szybko włączyli się w życie konserwatywnej synagogi, w takim też duchu wychowywali dzieci. Roy w zasadzie dobrze się czuł z tą wyraziście określoną tożsamością, dłużej niż rówieśnicy pozostał we wspólnocie żydowskiej, nawet kształcił się w „szkole hebrajskiej”, a w synagodze czuł się najbardziej „we własnej skórze”. Był z natury pobożny, pragnął podobać się Bogu. Jako dziecko miał kontakt z chrześcijanami, „chcę choinkę!” powtarzał bez przerwy ku irytacji rodziców i starszej siostry, w jakimś dziecięcym doznaniu duchowym tęsknił za nieznanym. „Pamiętam dobrze – wspomina – to, co kierowało moim monotonnym naleganiem: poczucie ciepła, miłości, radości Bożego Narodzenia i bardzo rzeczywista obecność Dzieciątka Jezus w centrum tego wszystkiego”. To „uwrażliwienie na chrześcijańską obecność przekształciło się później w niechęć i wrogość wobec wszystkiego, co chrześcijańskie” – wyznaje Roy. Po latach zrozumiał, że odrzucał i zwalczał to, czego nie znał. Kształcił się pod okiem wybitnych rabinów, był bardzo zdolny, więc sukcesy przychodziły mu łatwo. Wtedy myślał, że tylko Żydzi znają Boga i że tylko oni umieją Mu oddawać cześć. O Jezusie myślał, że to jakiś szczególnie błądzący Żyd, który założył eklektyczną wersję judaizmu, znaną jako chrześcijaństwo. „Jednocześnie zaś – wspomina Roy – głęboko, wewnętrznie odczuwałem wciąż obecność Jezusa i czułem Jego przyciąganie. Widziałem spokój i radość na twarzach ‘błądzących’ chrześcijan, często byłem odbiorcą ich bezkrytycznej akceptacji i miłości. Nie mogłem przestać chcieć tego, co oni zdawali się mieć”. Pod wpływem rabina mentora wyjechał do Izraela, myślał nawet o studiowaniu w jerozolimskiej jesziwie, ale zniechęcała go jakaś sterylność i chłód, które tam zaobserwował. Powrócił do Stanów, ukończył studia, robił karierę, w wieku 29 lat został nawet profesorem w szkole wyższej, należał do intelektualnej i społecznej elity, ciągle stawiał sobie nowe cele i stale odczuwał jakiś niepokój, jakiś niedosyt. Euforia z powodu prestiżu, społecznej nobilitacji, pochlebstwa studentów zaspokajały jego ego przez pewien czas, ale szybko przeminęły. Roy popadał w coraz głębszą rozpacz, używanie życia w najgorszym znaczeniu tego słowa też nie było tym, czego szukał. Mówi: „popadłem – albo raczej popędziłem na złamanie karku – w grzech”. Z biegiem lat rozluźniły się także jego więzi z gminą żydowską, uległ nowoczesnej kulturze, oddawał się coraz to nowym rozrywkom, np. przez kilka lat uprawiał narciarstwo, by zagłuszyć ukryte pragnienie. I to właśnie w Alpach austriackich, wśród naturalnego piękna odkrył na nowo świadomość istnienia Boga. Później przebywał także w Alpach francuskich. Pewnego razu, na wydmach w rezerwacie przyrody na Cape Cod, doznał tak wyraźnie obecności Boga, że zapragnął poznać Jego imię, i o to prosił w modlitwie, by wiedzieć, jaką religię ma wyznawać, zaznaczając: „o ile tylko nie jesteś Chrystusem, a ja miałbym zostać chrześcijaninem!” Od tego dnia czuł się szczęśliwy. To była pierwsza część łaski. Potem coraz częściej zdarzały się sytuacje, które go zaskakiwały. Na przykład u mistyka i kabalisty, do którego się udał, by rozpoznać przy jego pomocy to, co czuł, wpadła mu w ręce książka o objawieniach NMP w Fatimie – nigdy wcześniej o tym nie słyszał. Dokładnie w rok później uzyskał drugą „połówkę” swojego nawrócenia: we śnie zobaczył najpiękniejszą młodą kobietę, wiedział, że jest to Najświętsza Maryja Panna, a Ona odpowiedziała na wszystkie jego pytania. Zrozumiał także, że Bóg, którego obecność odczuł rok wcześniej na plaży w rezerwacie, to był Chrystus. Uświadomił sobie: „nie pragnę niczego bardziej, niż stać się na tyle prawdziwym i dobrym chrześcijaninem, na ile to jest możliwe”. Zaczął szukać kontaktów z chrześcijanami, najpierw byli to protestanci. Szybko zrozumiał, że to błąd, kiedy pastor wyraził się bez szacunku o Maryi. Cały wolny czas zaczął spędzać w sanktuariach maryjnych, wreszcie zapragnął pełnego uczestnictwa w Eucharystii. Po owym śnie znowu odpoczywał w Alpach francuskich, był w La Salette. Przez pewien czas przebywał w klasztorze kartuzów. Tu ze zdumieniem stwierdził, że ci chrześcijańscy mnisi modlą się psalmami, że do niego – Żyda – odnoszą się z sympatią. Po powrocie do Nowego Jorku udał się do pewnego mnicha trapisty (nawróconego Żyda) i – jak pisze – „po prostu palnąłem: Chcę przyjąć Komunię, a nie dacie mi jej, dopóki się nie ochrzczę!” Zaraz pomyślał, że mnich go za tę bezczelność wyrzuci, ale jego reakcja była zupełnie inna, niż się spodziewał. Mnich „ze zrozumieniem pokiwał głową i powiedział: – A, tutaj działa Duch Święty…”

    Roy Schoeman w wieku lat 41 został ochrzczony i bierzmowany. Potem rozeznawał swoje powołanie, dlatego raz jeszcze pojechał do Wielkiej Kartuzji. Mnichem nie został, jego powołaniem jest pisanie książek, wygłaszanie konferencji. Dobiegając sześćdziesiątki, wyznał: „Po tej stronie nieba nigdy się nie dowiem, czyje modlitwy i ofiary nabyły dla mnie łaskę całkowicie niezamierzonego i niezasłużonego nawrócenia…”

    Maria Studencka
    Piotrowice, 14 kwietnia 2020 r.

    Źródło: Roy Schoeman, Miód ze skały. Historie nawróconych Żydów, Wydawnictwo Agape, Poznań 2016.

    Tekst pierwotnie ukazał się na stronie biblioteki Parafii Rzymskokatolickiej Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Jana Bosko.

    mp/nspj.katowice.pl/fronda.pl/02.09.2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prof. Roszkowski: moje podejście do historii opiera się na logice, etyce i zdrowym rozsądku

    Moje podejście do historii opiera się nie na ideologii, ale na logice, etyce i zdrowym rozsądku. Ten wykład ma nauczyć, co było, a czego nie było, co jest ważne, a co nieważne i jak to oceniać według zasad etyki – powiedział w Studiu PAP autor podręcznika do HiT prof. Wojciech Roszkowski.

    Prof. Wojciech Roszkowski
    Prof. Wojciech Roszkowski/fot.Leszek Szymański/PAP

    ***

    Prof. Wojciech Roszkowski był w piątek gościem Studia PAP. Wyjaśnił, że kontrowersje wzbudził nie tylko jego podręcznik, ale także przedmiot historia i teraźniejszość.

    “Historia najnowsza budzi wśród części naszej elity, głównie politycznej, pewne obawy. Historyk dziejów najnowszych jest narażony na pretensje zawsze, bo to co dzieje się w najnowszej historii, to jest polityka” – wyjaśnił.

    Według prof. Roszkowskiego w Polsce mało kto pamięta o wydarzeniach z nieodległej przeszłości. Dotyczy to zarówno elit, jak i całego społeczeństwa.

    “Ta niepamięć jest korzystna dla niektórych. Dlatego na ten przedmiot i na mój podręcznik tak nerwowo reagują politycy czy dziennikarze, którym można by przypomnieć to i owo” – ocenił.

    Jak zastrzegł, historia najnowsza jest źródłem kłótni między politykami.

    “Oni sobie nawzajem wyrzucają, że coś, co ta druga strona zrobiła niedawno, trochę licząc na to, że publiczność oglądająca takie programy już nie pamięta, nie kojarzy i daje się wmanewrować w taką fałszywą pamięć. Moim zdaniem stąd się generalnie bierze niechęć elit politycznych i części opinii publicznej, która jest wciągnięta w tę bijatykę polityczną” – stwierdził.

    Prof. Roszkowski zaznaczył, że po publikacji podręcznika stał się przedmiotem hejtu i manipulacji.

    “Czasami trudno powiedzieć, o co tym ludziom chodzi, poza tym, że chcą się jakoś wyżyć. To jest bardzo smutne” – mówił prof. Roszkowski.

    Jednocześnie zastrzegł, że w przypadku jego podręcznika zaszło coś, co nazwał “efektem Kazika Staszewskiego”.

    “To znaczy, że im większy hejt na kogoś spada, tym bardziej nakład mu rośnie. Więc właściwie powinienem podziękować tym wszystkim, którzy mnie atakują, bo nagle ten podręcznik stał się sławny” – zaznaczył.

    Przyznał, że jest to sukces połowiczny, ponieważ podręcznik nie wszedł do szkół. “Argumenty, które były przeciwko temu przytaczane, są na tyle bałamutne, że trudno z nimi polemizować. Najczęściej to jest: nie, bo nie” – ocenił prof. Roszkowski.

    Dodał, że czasem pojawiają się zarzuty, że podręcznik jest “motywowany ideologicznie politycznie lub jest kościółkowy”.

    “Proszę mi powiedzieć, czy w historii Polski nie powinien się pojawić prymas Stefan Wyszyński czy obchody Milenium (chrztu Polski – PAP), a w historii powszechnej Sobór Watykański II? Historia najnowsza w Polsce jest w dużej mierze związana z historią Kościoła, nie tylko władzy komunistycznej, ale Kościoła, który stanowił przez wiele lat jedyną alternatywę, w sensie nie tyle politycznym, ale duchowym, kulturowym. I co? Mamy o tym nie pisać?” – pytał.

    Zapytany, czy podręcznik nie narzuca czytelnikowi jego narracji światopoglądowej i ideologicznej, prof. Roszkowski odpowiedział: “Światopoglądową zgoda, ideologiczną – nie “. “Ja na początku podręcznika odcinam się od myślenia ideologicznego” – zapewnił.

    Zaznaczył, że jego podejście do historii opiera się nie na ideologii, ale na “logice, etyce i zdrowym rozsądku”.

    “Ten wykład historii ma nauczyć, co było, a czego nie było, co jest ważne, a co mniej ważne i co z czego wynika oraz jak to oceniać według zasad etyki” – stwierdził.

    Przyznał, że jako kryterium etyczne proponuje Dekalog, który “nie jest kościółkowy, ale judeochrześcijański”. “Jeżeli ktoś mówi, że zna inne podstawy moralności cywilizacji zachodniej niż Dekalog, to bardzo proszę, niech je przedstawi” – powiedział prof. Roszkowski.

    Autor podręcznika wyjaśnił, że nauczyciele będą mieli wybór i nie będą zmuszani do korzystania z jego podręcznika.

    “Nauczyciel i tak traktuje podręcznik w sposób pomocniczy (…). Więc proszę mi nie wmawiać, że ja, pisząc ten podręcznik, kogokolwiek do czegoś zmuszam. Ja przedstawiam ofertę, pewną wizję historii i pewne kryteria oceny, które dla mnie są jedyne, słuszne” – mówił.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża zawsze wkracza w sytuacje największych kryzysów! Musimy teraz wybrać opcję Maryi!
    fot. screenshot – YouTube (Wydawnictwo Esprit)

    ***

    Matka Boża zawsze wkracza w sytuacje największych kryzysów! Musimy teraz wybrać opcję Maryi!

    Matka Boża wielokrotnie na przestrzeni wieków pokazywała, że Jej wstawiennictwo przyczynia się do cudów. Czy obecnie widoczny kryzys w Kościele, masowe apostazje i wojny na świecie jest w stanie przerwać jej interwencja? Na czym polega „opcja Maryi”, która pomoże uratować nasze serca? Odpowiada amerykańska teolog – Carrie Gress.

    Czym jest proponowana przez Panią w książce opcja Maryi?

    Carrie Gress: Przede wszystkim opcja Maryi to wejście w głęboką relację z Matką Bożą. Jest to również pewnego rodzaju uznanie, że kiedy chrześcijanie mają kłopoty, Maryja przychodzi do nas z pomocą. W książce „Opcja Maryi” pokazuję, że Ona na wiele sposobów pomagała chrześcijanom w kryzysowych sytuacjach na przestrzeni wieków. Zazwyczaj działo się to, gdy pojawiały się takie problemy jak: wkraczający do świata islam, sekularyzm, herezje, choroby, szerzące się pogaństwo. Były one wielokrotnie rozwiązywane przez Matkę Bożą i za Jej wstawiennictwem. Wiele z nich widzimy także i dzisiaj..

    Dlaczego interwencje Matki Bożej miały takie znaczenie dla naszej historii i Kościoła?

    Matka Boża pomagała chrześcijanom przez wieki, ale szczególnie widzimy Jej działanie w ostatnim tysiącleciu. Co ciekawe, wcześniej wydaje się, że św. Michał Archanioł był bardziej znany i przyzywany w trudnych czasach. Ostatnio jak zauważamy, w wielu kościołach, znowu zaczęliśmy się do niego zwracać. A rękę Maryi widzimy m.in. w odzyskaniu Hiszpanii po 800 latach islamskiej okupacji, w odkryciu obu Ameryk i w jednym z najbardziej znanych wydarzeń w historii – objawieniu się w Guadalupe w 1531 roku, które spowodowało nawrócenie około 4 milionów ludzi. To był niesamowity cud! Dostrzegamy, także Jej ogromny wpływ na wyzwolenie z komunizmu. A to tylko kilka przykładów ważnych wydarzeń, które zmieniły bieg historii. Mogłabym wymienić więcej, ale od razu widzimy, że interwencje Matki Bożej zatrzymywały potężne siły zła, które chciało rozprzestrzeniać się na świecie. Ona jako nasza Dobra Matka, nie może patrzeć, jak cierpią jej dzieci, dlatego interweniuje.

    WIĘCEJ O INTERWENCJACH MATKI BOŻEJ PRZECZYTASZ W KSIĄŻCE „OPCJI MARYI”

    Dlatego mówimy, że Maryja jest ratunkiem dla współczesnego świata?

    Tak, dokładnie dlatego! Wyjaśniłabym to tak – na przestrzeni dziejów mogliśmy zaobserwować, jak Bóg posyłał świętych, aby odpowiadali na najważniejsze grzechy i kryzysy każdej epoki. Na przykład św. Benedykt pojawili się w momencie, gdy starożytny Rzym się rozpadał, a św. Franciszek, przybył, gdy Kościół dusił się od bogactwa. Nietrudno zauważyć, że nasza kultura przeżywa obecnie kryzys. W 2020 roku, kiedy wszyscy skupiali się na wirusie z Wuhan, a na całym świecie dokonano aż 42 milionów aborcji! Matka Boża, właśnie była w tym czasie niezwykle pomocna i obecna dla wielu ludzi. Widzimy bezsprzecznie wzrost pobożności maryjnej, również w Polsce. Maryja jest naszym antidotum potrzebnym do zmiękczenia i odbudowy serc. To Ona pomoże w odbudowie małżeństw, rodziny, Kościoła.

    Czy jest zatem sprawdzony sposób, by żyć zgodnie z opcją Maryi?

    Opcja Maryi jest dość prosta – to trochę tak, jakby dziecko szarpało matkę za spódnicę prosząc o pomoc i wołając: „Mamo, Mamo?”. Ale zamiast tego powinniśmy chwycić się naszych różańców i prosić o jej pomoc, mądrość i przewodnictwo. To naprawdę jest bardzo proste i składa się na: codzienne odmawianie różańca, częste przystępowanie do sakramentów i budowanie relacji z Maryją. Matka Boża wie lepiej niż ktokolwiek na ziemi, do czego każdy z nas jest powołany, jakie są nasze misje, więc im bliżej się do Niej zbliżymy, tym lepiej będzie nas prowadzić, abyśmy mogli wykorzystać dary, które Bóg dał nam na te bardzo specyficzne czasy.

    CARRIE GRESS jest doktorem filozofii na Katolickim Uniwersytecie Ameryki, redaktorką internetowego magazynu dla kobiet „Theology of Home” i autorką wielu książek. Często występuje w telewizji Fox, BBC i EWTN. Jej prace zostały przetłumaczone na dziewięć języków.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym byłaby Polska bez kultu Matki Bożej?
    fot. screenshot – YouTube

    ***

    Czym byłaby Polska bez kultu Matki Bożej?

    – Idąc śladem tego toposu ku współczesności, można dostrzec, jak Matka Pana staje się Tą, „w którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy”, jak to ujął Jan Lechoń w wierszu-modlitwie z 1942 roku – pisze prof. Magdalena Zowczak na łamach TEOLOGII POLITYCZNEJ CO TYDZIEŃ.

    Kult maryjny w różnorodności swoich form kształtował kulturę religijną w Polsce, przekraczając niejednokrotnie nie tylko granice etniczne czy narodowe, ale i wyznaniowe. Przekracza również granice środowisk społecznych i w tym sensie stanowi fenomen łączący różne, czasem skrajnie odmienne, typy wrażliwości i estetyki. W polskiej tradycji łączył wieś i dwór, czego przykładem może być wydawnictwo „Królowa Niebios. Legendy ludowe o Matce Boskiej” z 1894 roku. Autor tekstów legend, łączących elementy ewangeliczne z apokryfami, Marian Gawalewicz, czerpał z opublikowanych wcześniej materiałów etnograficznych. Wygładził je i uporządkował nadając formę literacką, ale zachował elementy struktury i słownictwa oryginalnych przekazów ustnych. Ilustrował je Piotr Stachiewicz, malarz, który stworzył cykl wizerunków maryjnych osadzonych w pejzażach polskiej wsi, sięgając do ludowej i narodowej symboliki. Przetworzył je w symbolicznym, sielankowym stylu, bliższym malarstwu prerafaelitów niż surowej ekspresji sztuki ludowej (podobno również, tak jak prerafaelici mieli w zwyczaju, sportretował na nich swoją żonę). Były to przedstawienia budzące powszechną akceptację salonowej publiczności ówczesnej Warszawy, Krakowa, a nawet Wiednia. Madonny Stachiewicza reprodukowano też na pocztówkach. Zasiliły wyobraźnię kolejnych pokoleń Polaków, powracając okrężną drogą od elit do ludu. Są to jednak wyobrażenia rodem z dziewiętnastowiecznego szlacheckiego zaścianka, który komunikował się z ludem i tworzył dla niego literaturę i obrazy w duchu narodowej solidarności. Maryjne przedstawienia wyjątkowo nadawały się do tego celu. Pamiętam z dzieciństwa mały obrazek dewocyjny z wczesnych lat powojennych z czarno-białą reprodukcją Matki Boskiej Gromnicznej, jednego z bardziej udanych obrazów Stachiewicza. Dziewczęca, zjawiskowa Maria zimową nocą odpędza gromnicą stadko wilków od opłotków zaśnieżonej wioski, wtapia się w śnieg bielą sukni.

    Być może właśnie pod wpływem tych obrazów Stefan Czarnowski, socjolog i agnostyk, autor syntetycznego eseju „Kultura religijna wiejskiego ludu polskiego”, ukształtował wiedzę kilku pokoleń na temat ludowego kultu Najświętszej Panienki. Opublikowany w 1937 roku esej sięga do doświadczeń autora z dzieciństwa, z dworku pod Płońskiem. „Spośród osób Świętej Rodziny na pierwsze miejsce wysuwa się Matka Boska, od której Dzieciątko jest nieodłączne” (…), pisze Czarnowski, „jeśli nie naczelna w znaczeniu hierarchicznym, to w każdym razie najpowszechniej i najgorliwiej czczona postać święta”. Ludowe wyobrażenia maryjne mają charakter dwoisty, narodowy i lokalny. Matka Boska Częstochowska – jako rodzaj narodowego emblematu – łączy „chłopa naszego z narodem polskim jako całością i jednością”, bo „więź narodowa przedstawia się u ludu w więzi kultowej” (1958: 86). Specyfika wyobrażeń ludowych wyraża się w cechach Opiekunki i Orędowniczki, przeciwstawionej włoskim „boginiom matczynym” oraz zachodnioeuropejskim wizerunkom „możnej feudalnej Pani, otoczonej dworem, sprawującej sądy”. „Jest przede wszystkim piękną i dobrą łaskawą Panienką wstawiającą się za czcicielami swymi u Syna, podobnie jak – według pragnień chłopa polskiego z okresu pańszczyźnianego – winna by się za nim wstawiać dobra panienka ze dworu”. Jej dziecięca niewinność, nieskalana czystość, nieograniczona dobroć łączą się z „wyższością natury”. Wydaje się to oczywiste, zważywszy, że chodzi o wyobrażenia religijne, a zatem – o transcendencję. Nie to, a przynajmniej nie tylko to, miał jednak Czarnowski na myśli. Matka Boska bowiem, „mimo że boso, jak chłopska dziewczyna po wsiach i po polach przechadzała się – wyobrażana jest jakby pańskie dziecko”, jest bowiem „najbardziej świętą osobą po Bogu”. Świadczyć to ma o „arystokratyzmie chłopskim”, co oznacza „cześć dla wyższości natury pańskiej tym większą, gdy istota wyższego rzędu miesza się z pospólstwem” (1958: 88-89).

    „Arystokratyzm chłopski”, dwuznaczne określenie łączące ziemską hierarchię społeczną z porządkiem transcendencji, świadectwo klasowego dystansu, wytknął Czarnowskiemu po latach Czesław Hernas w monografii dotyczącej źródeł folklorystyki w Polsce. „To termin mylący i wyrósł jak gdyby z przekonania, że chłop jest rzeczywiście gorszy!”, oburza się Hernas, i proponuje w zamian „chłopskie poczucie godności” jako cechę obyczajowości i twórczości ludowej, towarzyszącą przejęciu przez lud „motywów chrześcijańskich” (1965: 123). Korekta ta tworzy kontekst filologicznej analizy Hernasa, który ukazał wzajemną adaptację kultury chłopskiej i katolicyzmu między XVI a XVIII wiekiem. Analiza ta pogłębia wprowadzone przez Czarnowskiego pojęcie kultury religijnej.

    Podstawowym terminem staje się w niej semantyka paraleliczna, która pomaga skrzyżować ze sobą odrębne i nieprzystające wzajemnie języki: teoretyczny i abstrakcyjny język prawd kościelnych z konkretnym, sensualistycznym językiem folkloru. Termin ten znajduje zastosowanie zarówno na poziomie ich poetyki, jak i wyrażanych przez nie prawd – odmiennych, często wręcz sprzecznych obrazów świata. A przy tym uchyla kolejne wartościujące terminy badaczy religijności ludowej, takie jak „nacjonalizm wyznaniowy” (Czarnowski), czy „prymitywizm, niezdolny do wyrażenia czegoś w sposób oderwany” (Jan S. Bystroń). Ów „prymitywny” język – pisze Hernas – „ujawnia pełną sprawność w poznaniu artystycznym i posiada własne prawidłowości w stosowaniu typów paralel zgodnie z ich kodem znaczeniowym upowszechnionym w danym środowisku” (1965: 106-107).

    Pomimo konfliktu języków, reprezentujących odrębne kody semantyczne, nastąpiła jednak w końcu ich wzajemna adaptacja. W centrum powstałego w efekcie, wieloaspektowego obrazu, przedstawionego przez Hernasa na przykładzie pastorałek, znajduje się oczywiście Święta Rodzina i kult maryjny. Ich paralelizm socjologiczny zestawia ewangeliczny dramat z losem chłopskiej rodziny w duchu średniowiecznych apokryfów, wykorzystując szczególnie topos ubogiego macierzyństwa, nieco podobny, ale estetycznie odmienny od dziewczęcej Panienki ze Dworu, która króluje na rycinach Stachiewicza.

    Jeśli bowiem przyjmiemy za przedmiot refleksji rzeczywistą ludową ekspresję osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej rzeźby sakralnej z przydrożnych kapliczek i figur, wciąż jeszcze żywą za czasów Stachiewicza, wskaże nam ona inny topos: topos cierpienia, przedstawianego często aż nazbyt dosadnie za pośrednictwem popularnych typów ikonograficznych Matki Bożej Bolesnej i Piety, a także ludowych modlitw. Godne uwagi wydaje się pomijanie tego aspektu kultu maryjnego w różnych jego charakterystykach, poczynając od Czarnowskiego aż po teksty z lat 80. ubiegłego wieku, jakby powaga cierpienia była zarezerwowana dla kultury narodowej w wersji elitarnej. A przecież słynne rysy na pełnym smutku obliczu Częstochowskiej Królowej (cecha charakterystyczna, podkreślana w jej ludowych „kopiach”) mają swoje symboliczne analogie właśnie w ludowych rzeźbach Matki Boskiej Bolesnej, w wizerunkach jej przebitego mieczami serca. Jest więc swoisty doloryzm typem estetyki, łączącym w wyniku kolejnych powstań i wojen egzystencjalne doświadczenia ludu (czyli, zgodnie z polską tradycją, przede wszystkim chłopów) i narodu, choćby pierwotnie było to cierpienie odmienne genezą i znaczeniem.

    Współcierpienie Marii z Chrystusem (Compassio) oraz Jej współudział w odkupieniu (Corredemptio) teologicznie umacniają główne aspekty popularnego kultu maryjnego. Reprezentujące je przedstawienia literackie i plastyczne dziedziczą wyobrażenia i zwroty najstarszych zachowanych zabytków literatury staropolskiej jak Lament świętokrzyski, datowany na koniec XV wieku. Przenikały się z niechrześcijańską obrzędowością pogrzebową i eliminowanymi przez Kościół archaicznymi, śpiewnymi lamentami żałobnymi przy składaniu zmarłego do grobu. Zachowane w folklorze fragmenty staropolskich dialogów Marii z Jezusem, z Archaniołem Gabrielem, ze św. Janem, nacechowane są ekspresją wciąż ożywianą doświadczeniem kobiecego cierpienia. Anna Kunczyńska-Iracka, badaczka sztuki ludowej, pisała: „rzeźby Matki Boskiej Bolesnej i Piety zawierają najwięcej dramatycznej ekspresji. Wydaje się też, że w przypadku Piety świątkarze niemal z reguły wzorowali się na znanych im z własnego otoczenia twarzach steranych życiem wiejskich kobiet. (…) Rzeźby Piety i Marii pod krzyżem należą do najciekawszych osiągnięć artystycznych polskiej sztuki ludowej. W ich też przypadku korelacje dzieł plastycznych z tekstami literackimi są wyjątkowo liczne i dawno zakorzenione w tradycji pieśni pasyjnych” (1988: 251).

    Wróćmy jednak do adaptacji kultu maryjnego w kulturze rolniczej, które również łączyły wieś i dwór. Jeśli ludowe interpretacje Biblii można postrzegać jako pewien symboliczny system, to głównie ze względu na przenikanie się trzech rytmów czasowych: wyznaczanych przez święta roku kościelnego, zwłaszcza związane z życiem Jezusa i Jego Matki, rytm  wegetacji, powiązany z praktykami gospodarczymi, oraz cykl ludzkiego życia z jego momentami zwrotnymi – zmianami statusu społecznego. Te trzy miary czasu i ich symbolika przenikały się, tworząc system paralelnych odniesień i wyznaczając rytm świata, wspólnoty i podporządkowanej im jednostki. Stąd podwójne nazwy świąt maryjnych, dopisujące do oficjalnej, liturgicznej, wegetacyjno-gospodarczą, a przy tym modelujące ludzkie życie. Żeby wspomnieć o najpopularniejszych przypadkach: święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny (8 września) – czyli Matki Boskiej Siewnej, Zwiastowania NMP (25 marca) – czyli Zagrzewnej lub Roztwornej, bo „otwiera” zamarzniętą ziemię, Nawiedzenia NMP (dawniej 2 lipca, obecnie 31 maja), w czasie mniej intensywnych prac rolniczych przed żniwami – Jagodnej, Wniebowzięcie NMP (15 sierpnia) – Zielnej, Ofiarowanie w Świątyni (2 luty) – Gromnicznej. I tak np. to ostatnie, tak obrazowo uchwycone przez Stachiewicza, uchodziło za wzór obrzędowego wywodu, czyli oczyszczenia położnicy i jej dziecka, którego dokonywał kapłan przed ołtarzem w 40 dni po porodzie. Dzięki temu matka mogła wyobrażać sobie, że uczestniczy w takim samym ewangelicznym rytuale jak Maria z Nazaretu, a i w sztuce ludowej Gromniczna przedstawiana była jak wiejska kobieta, podążająca od wywodu z zapaloną świecą w ręku – „tak, jak Matka Boska szła”, jak powiedziała jedna z moich rozmówczyń. Przedstawienie Stachiewicza nawiązuje do innego rytuału, związanego z mocą poświęconej w tym dniu świecy. Zapalona, miała chronić od gromu, wilków, a także, włożona w ręce umierającego, oświecać mu drogę w zaświaty.

    Co do jednego, Czarnowski miał rację: Matka Boska ludowa, rzeźbiona czy malowana przez wiejskiego artystę dla własnego środowiska, rzadko bywała królową, skoro modelami były – jak to dostrzegła Kunczyńska-Iracka – wiejskie kobiety. Podczas badań w podkrakowskiej wsi Mników na przełomie lat 70/80 odnotowałam tam obecność dwóch obrazów maryjnych, przy których odprawiano liturgię. Jednym z nich był obraz Częstochowskiej Madonny, zwany Matką Boską Dworską, w kaplicy sióstr albertynek. Drugim – Matka Boska Skalska, namalowana bezpośrednio na opadającym pionowo zboczu skały w pobliskim wąwozie. To właśnie przedstawienie mieszkańcy Mnikowa otaczali szczególnym kultem, chociaż msze na tamtejszym polowym ołtarzu odprawiane były tylko okazjonalnie. Dzięki temu, że malowidło w Skałach odnowiono przed moim przyjazdem, mogłam usłyszeć i porównać opinie na temat dwóch wersji tego wizerunku. Opowiadano, że dawna Matka Boska, „prawdziwa Skalska”, była bardzo ładna: „jakby baba ze wsi”, „wsiowa Matka Boska”, „poważna, jakby niewiasta rzeczywiście już leciwa”, „okrąglutka na twarzy”, „w spódnicy, w zapasce długiej”, „rączki miała rozłożone, że widziało się, że tak wszystkich przygarnia do siebie”, „miała z jednej ręki promienie, a w drugiej sierp”[1]; „u rączek szły takie promienie, łaski wyobrażały”. Niestety, po odnowieniu wizerunek rozczarował wiernych: „to taka raczej pani, nie Matka Boża”, „więcej dziewicza”, młodsza; „tą zrobili tak, jak królowa Jadwiga”, taka okropna baba”, w dodatku – bez promieni!

    Opisana przez rozmówców symbolika i charakter wcześniejszego przestawienia podkreślają jego swojską bliskość – to wizerunek mnikowskiej gospodyni, konkurencyjny wobec nowszej, młodej dziewicy-królowej, a także wobec Matki Boskiej Dworskiej, czyli – Częstochowskiej. Matka Boska Skalska była tak bardzo „ich”, że nawet koronę cierniową w jej dłoni postrzegali jako sierp.

    Tyleż charakterystycznym dla polskiej kultury religijnej, co uniwersalnym toposem kultu maryjnego jest rola, która w litanii Loretańskiej nazwana została Ucieczką grzeszników. Odnosi się do tego toposu gest opieki – okrywania wiernych płaszczem czy welonem (jak w ikonie Matki Bożej Pokrowy)[2], albo ze schematem wyciągania pokutujących duszyczek z otchłani z pomocą różańca, szkaplerza lub sieci. Jeden z moich rozmówców nazwał wiszący w izbie wizerunek maryjny „Matką Boską Polską, co dusze z czyśćca wyprowadza”. Rozpowszechniane przez bractwa przedstawienia Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel, święto obchodzone w dniu 16 VII) oraz Różańcowej (7 X), na których Maria trzyma w dłoniach owe narzędzia łaski, w dolnych rejestrach ukazują często grzeszników palonych ogniem czyśćcowym; nosicieli szkaplerza wyciągają aniołowie z płomieni. Bywają również przedstawienia samej Marii, bez Dzieciątka, wyciągającej dusze z czyśćca[3]. Według wierzeń notowanych w XIX wieku Matka Boska w każdą środę i sobotę, czyli w dni jej poświęcone, zstępuje z orszakiem aniołów i świętych do czyśćca, „podaje różaniec jednej duszyczce uwolnionej, i tę przez różaniec z czyśćca do raju wprowadza kamienną bramą”[4]. Wzorem dla takiej interpretacji była ikona Zmartwychwstania Chrystusa, który ujmuje ręce pierwszych rodziców, aby wyprowadzić ich z otchłani wraz z orszakiem Patriarchów, Proroków i innych sprawiedliwych. W modlitwie ludowej

    „Matuchnicka Boża swym płascykiem cierpła –

    Chytajcie się, dusze, płascyka mojego –

    Zaprowadze ja was do raju wiecnego –

    Tam będziecie na wieki królować –

    Na wieki królować, ceść, chwałe Bogu dać […][5].

    W modlitwach ludowych Jezus często występuje jako surowy Sędzia, obiecuje jednak swojej Matce łaskę dla grzeszników za Jej wstawiennictwem. Toteż wpuszcza Ona grzeszne dusze do nieba nawet wbrew wyrokowi Jezusa, „boczną furtką”, pomijając św. Piotra pilnującego głównej bramy.

    Semantycznie zbieżny z ludowymi wierzeniami okazuje się wiersz ks. Jana Twardowskiego:

    „którędy do Ciebie
    czy tylko przez oficjalną bramę
    za świętymi bez przerwy
    w sztywnych kołnierzykach
    niosącymi przymusowy papier z pieczątką
    może od innej strony
    na przełaj
    trochę naokoło
    od tyłu
    poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
    poprzez poczekalnię II i III klasy
    z biletem w inną stronę
    bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
    przez ratunkowe przejścia na wszelki wypadek
    z zapasowym kluczem od Matki Boskiej
    przez wszystkie małe furtki zielone otwierane z haczyka”.

    Od czasów romantyzmu można wskazać dla tego toposu wyraźne paralele folkloru i poezji. Oto mistrz Twardowski, czarnoksiężnik, niesiony przez czarta do piekła, układa Godzinki do Najświętszej Panny i dzięki temu czart traci moc i porzuca go na progu piekła. Oto Konrad w „Dziadach” rzecze: 

    „Słuchaj ty! – tych mnie imion przy kielichach wara.

    Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,

    Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji,

    Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi”.

    Idąc śladem tego toposu ku współczesności, można dostrzec, jak Matka Pana staje się Tą, „w którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy”, jak to ujął Jan Lechoń w wierszu-modlitwie z 1942 roku. Wiersz ten z muzyką Zbigniewa Raja i w wykonaniu Oli Maurer stał się jednym z przebojów „Piwnicy pod Baranami”.

    Ludwik Stomma zwrócił uwagę na „bardzo silne pierwiastki matriarchalne” w rolniczym, osiadłym życiu polskiej wsi (1986: 225), odwrotnie niż Czesław Hernas, który podkreślał znaczenie idei patriarchalnych w zaszczepionym chłopu przez Kościół, organicznym „micie adaptacyjnym”, opartym na pojęciu władzy ojca i organizacji rodziny (1965 :88). Można ich chyba pogodzić: kult maryjny jest niewątpliwym źródłem wsparcia dla doświadczenia, praktyk i tożsamości kobiet w kontekście struktur patriarchalnych. Wyobrażenia maryjne są istotnym probierzem wrażliwości estetycznej i w tym sensie lustrem, odbijającym środowisko społeczne, w którym się formują. Nie dziwi więc, kiedy dziś bardziej umiarkowane feministki interpretują maryjne „Fiat” nie jako znak posłuszeństwa, ale duchowej sprawczości Marii z Nazaretu i w ramach estetyki kampowej kolekcjonują „maryjki” – obrazki dewocyjne. Od interpretacji kultu maryjnego postrzeganego zbyt często w kategoriach „magicznych” nastąpił radykalny zwrot do traktowania go jako „fantazmatu” – modelu relacji społecznych, a od obrazu łaskawej Panienki ze Dwora – do sprawczej duchowo Feministki.

    Skrajnie odmienny, męski i militarny charakter kultu maryjnego reprezentują ruchy z pogranicza oficjalnego życia religijnego, dążące do koronacji Chrystusa na króla Polski. Rycerzy Niepokalanej zastąpili Rycerze Chrystusa Króla. Internet to dar Maryi, twierdzi ks. Natanek w swojej ChristusVincit TV, jednak Częstochowska Królowa już nie wystarcza. Tylko proklamacja Chrystusa na Króla Polski przez Sejm, Senat i biskupów ocali świat: umożliwi poskromienie szatana i otworzy tysiącletnią erę Ducha Świętego. Fotografie figur maryjnych, zatytułowane „Zdjęcia powstańcze Armaty Matki Bożej” promują akcję postawienia figury na każdym podwórku („Armatą” są nazywane figury Maryi w podpisach fotografii, a inicjuje je „Armata z Grzechyni”).

    Zasada konstruowania własnej, społecznej tożsamości z pomocą interpretacji fenomenu kultu maryjnego jest znana i wykorzystywana przez polityków, jak choćby w przypadku „cudu nad Wisłą” jako nazwy bitwy warszawskiej 1920 roku, skutecznie wprowadzonej przez przeciwników marszałka Piłsudskiego. Objawienia maryjne pozostają mocnym środkiem ekspresji, podatnym na eksperymenty i innowacje religijne, a zarazem służącym konstruowaniu dyskursów tożsamościowych na wszystkich możliwych poziomach.

    Prof. Magdalena Zowczaka

    *******

    [1] Według fotografii z lat 50. Matka Boska Skalska trzymała w lewej ręce koronę cierniową.

    [2] Takim gestem okrywania – brania w opiekę, ale i w posiadanie, według dawnego prawa zwyczajowego panna mogła ocalić skazańca od śmierci, jak to uczyniła Danuśka wobec Zbyszka w „Krzyżakach” H. Sienkiewicza.

    [3] Obraz taki wisiał kilka lat temu w przedsionku kościoła franciszkanów w Wejherowie.

    [4] O. Kolberg, s. 21, 23. Takie wierzenia rozpowszechniły się zapewne pod wpływem bractw szkaplerznych i przywileju sobotniego, tzw. Sabbatina.

    [5] F. Kotula, Hej, leluja, czyli o wygasających starodawnych pieśniach kolędniczych w Rzeszowskiem. Warszawa 1970, s. 498. O wpuszczaniu dusz boczną furtką M. Zowczak, Biblia ludowa, s.

    Literatura

    S. Czarnowski, Kultura religijna wiejskiego ludu polskiego [w:] Kultura. Państwowe Wydawnictwo Naukowe Warszawa 1958, s. 80-99

    M. Gawalewicz, P. Stachiewicz, Królowa Niebios. Legendy ludowe o Matce Boskiej, Nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1894

    C. Hernas, W kalinowym lesie. U źródeł folklorystyki polskiej. T.1, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965

    J. Lechoń, Aria z kurantem. Biblioteka Polska. Nowy Jork 1945

    O. Kolberg, Krakowskie. Dzieła Wszystkie, t. 7, PTL, Wrocław 1962.

    F. Kotula, Hej, leluja, czyli o wygasających starodawnych pieśniach kolędniczych w Rzeszowskiem. Warszawa 1970

    A. Kunczyńska-Iracka, Madonna w dawnej polskiej sztuce ludowej, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 1988, R. 44, nr 4

    K. Moisan, B. Szafraniec, Maryja Orędowniczka wiernych. Red. ks. J. Pasierb, t. 2. Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1987

    J. Salij, Matka Boska niewierzących, „W drodze” 1983, nr 5

    L. Stomma,: Antropologia kultury wsi polskiej XIX wieku, Inst. Wyd. PAX, Warszawa 1986

    J. Twardowski, ks. „Którędy”

    http://www.apostol.pl/twardowski/poezja/

    M. Zowczak, Biblia ludowa. Interpretacje wątków biblijnych w kulturze wsi. Wyd. FUNNA, Wrocław 2000

    mp/TEOLOGIA POLITYCZNA CO TYDZIEŃ (NR 20)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 8 WRZEŚNIA 2022

    Co stało się na Jasnej Górze 76 lat temu?

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    8 września 1946 r., w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, milionowa rzesza pielgrzymów dokonała poświęcenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi. Było to podjęcie dokonanego 31 października 1942 r. przez Piusa XII aktu zawierzenia świata Sercu Maryi – celem ubłagania upragnionego pokoju. Bezpośrednio było to wypełnienie gorącego życzenia Maryi, wyrażonego podczas objawień w Fatimie, aby uchronić świat od wojny i nieszczęść, jakie niósł ze sobą bezbożny komunizm. Podczas II wojny światowej, gdy Papież dokonywał tego aktu, w Polsce było to niemożliwe. Po wojnie, gdy komunizm zaczynał powoli dzieło spustoszenia, podjęto ten akt, unikając jednak jakichkolwiek odniesień do Fatimy. Już wtedy, jak i przez cały okres zniewolenia bolszewickiego, władze bały się przesłania fatimskiego, gdyż była w nim wyraźna mowa, że Matka Boża zetrze głowę węża, którego Europa wyhodowała sobie w Rosji.
    Po intensywnym przygotowaniu w całej Polsce – 8 września 1946 r. na Jasnej Górze stanęła milionowa rzesza, aby dziękować Maryi za opiekę i prosić o wytrwanie w nadchodzących trudnych czasach. Pielgrzymi przybyli – pomimo niewygód, trudności i morderczych warunków podróży koleją, wozami, zatłoczonymi ciężarówkami, nawet pieszo – z najodleglejszych miejscowości. Korespondenci zagraniczni oraz prasa katolicka w Polsce pisała o wielkiej modlitwie, która jak żar biła ku niebu. Taki milion serc – pisano – musi dokonać cudu! Milczeniem zbyła to niezwykłe wydarzenie jedynie prasa rządowa, gdyż chyba dotarło do świadomości ówczesnej władzy, że oddanie Sercu Maryi odwołuje się do objawień fatimskich. Nawet prasa częstochowska, przerażona swoistą „inwazją” ludzi, którzy chcą autentycznego dobra Polski, nie potrafiła dostrzec, że ta rzesza kilkakrotnie przekroczyła liczbę mieszkańców Częstochowy. Sami zaś częstochowianie otworzyli na oścież swoje domy dla pielgrzymów i gremialnie stawili się na Jasnej Górze, wyludniając całkowicie miasto.
    Biskupi polscy w Komunikacie z Konferencji Plenarnej Episkopatu, która odbyła się na Jasnej Górze w dniach 9-10 września 1946 r., pisali m.in.: „Dokonał się na Jasnej Górze pamiętny akt poświęcenia narodu Najświętszej Królowej wszechświata i Jej Niepokalanemu Sercu. (…) Powtarzali biskupi i wierni za Kardynałem Prymasem [Hlondem] ślubowanie, że jak przez ubiegłe wieki, tak i na przyszłość naród polski wyznawać będzie Boga i Zbawiciela świata, czcić będzie swą Niebieską Królową, niezłomnie trwać będzie przy Kościele Chrystusowym. Był to moment do głębi wzruszający, gdy z ust (…) padały słowa dziejowej przysięgi wytrwania w świętej wierze ojców, która wyprowadziła naród z tylu kryzysów i niebezpieczeństw moralnych minionych wieków”.
    Wytężona praca duszpasterska nad wprowadzeniem w życie tych ślubowań trwała jeszcze przez długi czas. Nie tylko przygotowywała naród do nowych Ślubów Jasnogórskich, ale też dodawała otuchy w coraz bardziej mrocznej nocy komunistycznego terroru.
    Żyjemy w wolnej Ojczyźnie, której oblicze jest jednak pełne blizn i ran po przeżyciach okresu komunistycznego upodlenia. Niekiedy odzywają się głosy niewolniczej „tęsknoty za komuną”. Nadal istnieją środowiska, które – pomimo pięknych zapewnień o wyzwoleniu się z obciążeń tamtych czasów – chcą mieć władzę i decydować o losie Ojczyzny, ale nie zależy im na Polsce, w której „bez Boga ani do proga”. W obliczu tych zagrożeń, biorąc też pod uwagę relatywizm moralny, wady społeczne i deprawację moralną, potrzebna jest nam świadomość, że wszystkie śluby narodowe nadal nas obowiązują, i że tylko na tej drodze możemy być spokojni, bo obroni nas najlepsza Matka i Królowa.

    o. Jan Pach OSPPE/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gietrzwałd. Dziękujemy Ci, Maryjo 

    Pielgrzymka piesza do Gietrzwałdu
    W Gietrzwałdzie Matka Boża powiedziała: „Nie smućcie się, Ja zawsze będę z wami”/ fot. K. Kozlowski/Gość Niedzielny

    ***

    – Maryi w tym miejscu polecamy nasze rodziny, ich świętość i poszanowanie w nich życia od poczęcia aż do naturalnego końca – mówił abp Tadeusz Wojda.

    Do Gietrzwałdu przyzywa nas nieustanna obecność Maryi – podkreślał abp Tadeusz Wojda w homilii wygłoszonej podczas Mszy św. odpustowej w miejscu objawień Matki Bożej.

    W Gietrzwałdzie odbyła się uroczysta Msza św. odpustowa Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, połączona z obchodami 145. rocznicy objawień Matki Bożej i archidiecezjalnymi dożynkami. Przybyłych pielgrzymów przywitał metropolita warmiński abp Józef Górzyński.

    – Jak co roku spotykamy się na gietrzwałdzkim odpuście, aby świętować narodzenie Maryi, Pani Gietrzwałdzkiej. Życie każdego roku podsuwa nam szczególną intencję. W tym roku jest nią nasze gorące błaganie o pokój w Ukrainie. Do indywidualnych intencji przyniesionych dzisiaj w naszym sercu, dołączamy modlitwę za naszą umiłowaną ojczyznę, za Kościół powszechny i za naszą warmińską diecezję. Tradycyjnie dołączamy dziękczynienie Bogu za tegoroczne plony. Dziękujemy za wszystkie dary, którymi dobry Bóg nasz obdarza – mówił abp Górzyński.

    Homilię wygłosił abp Tadeusz Wojda, metropolita gdański. Na wstępie podkreślał, że jesteśmy pielgrzymami, którzy przybyli do Matki Bożej, do miejsca pięknego naturalnie i duchowo, gdzie bije źródło nieprzeliczonych łask i darów duchowych. – Tchnie ono wyjątkowym klimatem modlitewnym, dlatego że doznało ono szczególnego błogosławieństwa i niecodziennego nawiedzenia. 145 lat temu niebo wybrało sobie to piękne i malownicze miejsce, aby nawiązać kontakt z mieszkańcami tej ziemi, a przez nich z całą Polską i wszystkimi Polakami – mówił arcybiskup.

    Nakreślił tło historyczne okresu objawień, kiedy Polska od dziesięcioleci była pod zaborami, gdzie walczono z polskością, katolicyzmem i kulturą narodową, a zaborcy karali za używanie języka polskiego i przechowywanie symboli związanych z Polską. – Bardziej niepokornych kapłanów i zgromadzenia zakonne rugowano z Warmii, aby nie były zarzewiem katolicyzmu i polskości. Naród cierpiał, ale nie przestawał się modlić do Boga i do Maryi, którą król Jan Kazimierz parę wieków wcześniej w katedrze Lwowskiej proklamował Królową Polski i Jej w opiekę oddał cały naród – przypominał pasterz.

    Maryja objawiła się dwóm nastoletnim dziewczynkom: Justynie Szafrańskiej i Barbarze Samulowskiej. – To z nimi Maryja w czasie objawień rozmawiała, ale nie po niemiecku, jak należało, tylko po polsku. Rozmawiała w języku zakazanym, co rozbudziło ogromny entuzjazm pośród ludności polskiej i konsternację władz pruskich. W ten sposób Maryja dała ważny znak, że sama staje w obronie polskich katolików i polskiej społeczności. Pokazała, że niebu nikt nie może rozkazywać, do nieba trzeba zanosić w pokorze modlitwy i nieba trzeba słuchać – podkreślał kaznodzieja.

    Objawienia trwały przez dwa i pół miesiąca. Początkowo Matka Boża objawiała się raz na dzień, potem dwa, a w końcu nawet trzy razy dziennie. Dziewczynki rozmawiały z Matka Bożą na różne tematy, stawiały wiele pytań dotyczących konkretnych osób i zdarzeń, chorych i zaginionych, trudności z modlitwą i wyznawaniem wiary. – Maryja zaś udzielała odpowiedzi, niekiedy napominała, ale nade wszystko zachęcała do modlitwy Anioł Pański i Różańca – nakreślał abp Wojda.

    Zauważał, że jednym z najważniejszych przesłań płynących z objawień w Gietrzwałdzie jest wolność – ta historyczna, zapowiadająca odzyskanie przez Polskę niepodległości, jak i duchowa, będąca wynikiem nawrócenia, a której owocami jest trzeźwość, wierność Bożym przykazaniom i odwrócenie się od grzechów. Maryja mówi do dzieci: „Jeśli ludzie będą się lepiej modlić, wszystko obróci się na dobro” i prosi o zwrócenie swoich serc ku Sercu Jezusowemu, jak i zaleca, aby ufać kapłanom, często korzystać z sakramentu pojednania, uczestniczyć w Eucharystii i wiernie trwać przy Chrystusie. – Po wielokroć Maryja zachęcała dziewczynki do modlitwy, do modlitwy przebłagania, do modlitwy zadośćuczynienia i do modlitwy różańcowej – mówił kaznodzieja.

    Maryja rozbudziła w Polakach nadzieję wolności. Pod ich wpływem naród rozbudził się duchowo, zmieniło się życie moralne. – Tutejsze sanktuarium stało się miejscem odnowy wiary Polaków przybywających ze wszystkich zaborów. Naród jeszcze bardziej wzmógł modlitwę w intencji swojego nawrócenia. Podjęto walkę z nałogami narodowymi. Rozbudziła się świadomość narodowa, która stała się iskrą i źródłem nadziei. Polska odzyskała wolność i suwerenność narodową, zjednoczyła się wewnętrznie mimo 123 lat rozbicia, i wreszcie umocniła duchowo. Ta przemiana była tak mocna i wyraźna, że nawet mimo pozostających różnic politycznych, kulturowych i społecznych, Polska stała się na powrót narodem – przypominał abp Wojda.

    Zadawał pytania, dlaczego po 145 latach powracamy do Gietrzwałdu, czy to sentyment, ciekawość, czy chęć przeżycia emocji każą nam tu przyjeżdżać? W odpowiedzi twierdził, iż przyzywa nas tu nieustanna żywa obecność Maryi, która prowadzi do wewnętrznego nawrócenia, wyzwolenia z grzechów i słabości, ożywia wiarę. – Przyjeżdżamy tu, bo widzimy, że w Polsce dzisiaj dzieje się wiele zła. Nasze społeczeństwo jest mocno podzielone i skłócone, wylewa się wiele nienawiści i hejtu. Promowane są postawy, które nie mają nic wspólnego z dobrem społecznym ani godnością człowieka. Wręcz przeciwnie, aborcję i eutanazję zaczyna nazywać się „prawem” i „osiągnięciem cywilizacyjnym”! Wielu nie ma odwagi dawać świadectwo swojej wiary, ani też bronić wartości, które tak mocno zakorzenione były w naszej chrześcijańskiej kulturze – podkreślał arcybiskup.

    Mówił o wierze, która wiedzie nas do Matki, że zniknie mowa nienawiści i powróci język serca i miłości, poszanowania godności, język poprawności społecznej i politycznej zastąpi język miłosierdzia, przebaczenia i wzajemnej za siebie modlitwy. – Wierzymy, że Ona, jako nasza Matka i Królowa, może nam pomóc w zachowaniu naszej wiary i naszej tożsamości narodowej w poszanowaniu wartości, które jednoczą i budują zgodnie z wolą Bożą – przekonywał pasterz.

    Na zakończenie homilii cytował słowa bł. kard. Wyszyńskiego wypowiedziane w Warszawie 7 maja 1958 r.: „Jeśli rodzina domowa będzie rodzić żywych, to i naród będzie żył; jeśli rodzina domowa uszanuje dziecię, będzie uszanowany w tej Ojczyźnie człowiek. Jeśli nie będą umieli uszanować maleńkiego życia, które rodzi się w komórce ogniska domowego, nie uszanuje się życia obywateli, bo mordować nauczą się już w rodzinie”.

    – Przychodzimy wreszcie, aby jeszcze raz usłyszeć wypowiedziane przy końcu objawień przez Maryję te pocieszające słowa: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”. Dziękujemy Ci za to Maryjo Królowo Polski – mówił metropolita gdański.

    Krzysztof Kozłowski/GOŚĆ NIEDZIELNY

    __________________________________________________________________________________________________

    Maryja przemówiła w Gietrzwałdzie

    W Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, w Fatimie – sześć. W Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy ok. 160 razy.

    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie
    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie/sanktuariummaryjne.pl

    ***

    W niewielkiej miejscowości Gietrzwałd, leżącej kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna, w czerwcu 1877 r. pojawiła się Piękna Pani, która wkrótce przedstawiła się jako Maryja Niepokalanie Poczęta.

    Taki był początek trwających do 16 września objawień – jedynych na terytorium Polski oficjalnie uznanych przez Kościół. W tym roku obchodzimy 145. rocznicę tamtych wydarzeń.

    Specyfika

    Objawienia w Lourdes (1858 r.), Gietrzwałdzie (1877 r.) i Fatimie (1917 r.) nazywane są czasami objawieniami różańcowymi i można się doszukać wielu podobieństw między nimi. Podczas wszystkich tych objawień Matka Boża ukazywała się dzieciom z ubogich, lecz pobożnych rodzin wiejskich. W Gietrzwałdzie były to 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska. Wszędzie Maryja wskazywała wprost lub pośrednio na swoje Niepokalane Poczęcie: w Gietrzwałdzie Justynie przedstawiła się jako „Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”, Barbarze – jako „Maryja Niepokalane Poczęcie”. Zawsze nawoływała do odmawiania Różańca i obiecywała udzielenie licznych łask przez tę modlitwę. Wszystkie objawienia zyskały dużą popularność już w okresie swojego trwania lub bezpośrednio po nim. Przy czym popularność Gietrzwałdu wśród Polaków w tym początkowym okresie być może nawet przewyższała popularność Lourdes wśród Francuzów czy Fatimy wśród Portugalczyków (co uległo zmianie, gdy Lourdes i Fatima zyskały międzynarodową popularność). W roku objawień (praktycznie przez 6 miesięcy) Gietrzwałd odwiedziło ok. pół miliona pątników, podczas gdy stałych mieszkańców było ok. 400.

    Istnieją jednak różnice między Lourdes i Fatimą a Gietrzwałdem. Pierwszą z nich – i bardzo zaskakującą – jest niezwykła intensywność warmińskich objawień. O ile w Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, a w Fatimie – sześć, to w Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy pojawiła się ok. 160 razy: do 24 lipca Maryja ukazywała się prawie codziennie, a od tego dnia do końca objawień nawet i trzy razy w ciągu dnia! Drugą różnicą jest intensywność nawoływań do odmawiania Różańca. W Fatimie, znanej z wagi, jaką Maryja przywiązywała do modlitwy różańcowej, wzywała głównie do błagań w intencji nawrócenia grzeszników. W Gietrzwałdzie Piękna Pani (bo tak nazywały Maryję widzące) wskazywała na Różaniec jako na środek na wszystkie kłopoty – w życiu zarówno osobistym, jak i społecznym.

    Panaceum

    Ważnym aspektem objawień w Gietrzwałdzie – o wyraźnym znaczeniu ponadczasowym – jest szczególny nacisk na potrzebę modlitwy różańcowej odmawianej w najróżniejszych sytuacjach kryzysowych. Jedne z pierwszych zanotowanych podczas warmińskich objawień słów Maryi brzmiały: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec”, słowa ostatnie zaś: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Między tymi dwoma wezwaniami znajdziemy różne zachęty do odmawiania Różańca (a dodajmy jeszcze, że wiele wizji nawiedzało Justynę i Barbarę podczas odprawianych w parafii nabożeństw różańcowych).

    Jak to bywa w czasie objawień maryjnych, w trakcie rozmów z Bogurodzicą widzący zadają pytania, na które Maryja odpowiada. Nie inaczej było w Gietrzwałdzie: za pośrednictwem Justyny i Barbary ludzie pytali, a Niepokalana odpowiadała. I na podstawie tych odpowiedzi rysuje się obraz wszechstronnej skuteczności modlitwy różańcowej: potrzebne jest uzdrowienie z choroby – należy odmawiać Różaniec; chcemy czyjegoś nawrócenia – Różaniec; pomyślne rozwiązanie problemów Kościoła – Różaniec… Podczas gietrzwałdzkich objawień Najświętsza Maryja Panna ukazuje nam więc modlitwę różańcową jako swoiste panaceum – lekarstwo na wszystkie prawie dolegliwości ducha i ciała, indywidualne i społeczne.

    Gietrzwałd i polityka

    Objawienia gietrzwałdzkie mają też znaczenie polityczne. W najśmielszych wizjach komentatorów objawienia w małej warmińskiej wsi mocno wpłynęły na losy ówczesnej Europy i świata, zapobiegając w drugiej połowie XIX wieku ni mniej, ni więcej, tylko światowej wojnie i opóźniając ten konflikt o prawie 40 lat (I wojna światowa trwała w latach 1914-18). W skromniejszym wymiarze wskazuje się na rolę Gietrzwałdu w procesie odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Pamiętajmy, że w 1877 r. Polska pozostawała pod zaborami, a w zaborze pruskim, gdzie leżał Gietrzwałd (wówczas Dietrichswalde), szalał Kulturkampf, czyli wytężona akcja germanizacyjna, skierowana przeciwko polskości i katolicyzmowi. W zaborze rosyjskim natomiast był to wciąż okres brutalnych prześladowań po powstaniu styczniowym (1863 r.). Widoki na odzyskanie niepodległości były więc w tej sytuacji niewielkie. Tymczasem Święta Dziewica objawia się dwóm polskim dziewczynom i mówi do nich po polsku (dzisiaj ostrożnie mówi się o miejscowym dialekcie, tylko że ten dialekt jako przejaw polskości był tępiony przez Prusaków). Mówiąca po polsku (choć w dialekcie) i o Polsce Maryja przyciągała do Gietrzwałdu setki tysięcy głównie polskich pielgrzymów z wszystkich zaborów. W tym kontekście objawienia były jednym z impulsów wzmocnienia polskości, które zaowocowało odzyskaniem niepodległości w 1918 r. Wpływ objawień gietrzwałdzkich na losy Polski ma znaczenie przede wszystkim dla Polaków, lecz jego wydźwięk jest również uniwersalny – jako kolejny znak zbawczego zaangażowania Boga w losy ludzkości. Kardynał Karol Wojtyła w kazaniu z 11 września 1977 r., podczas obchodów 100. rocznicy objawień, zinterpretował je jako Boże potwierdzenie praw wszystkich narodów i regionów do podmiotowości oraz wolności, czyli m.in. własnego wyznania, kultury, języka i tradycji.

    Przesłanie

    Objawienia gietrzwałdzkie, nieco zapomniane przez Polaków, są przesłaniem nadziei, ponieważ wskazują na działanie Bożej Opatrzności w dziejach poszczególnych ludzi i całych narodów. Mieszczą się one w szeregu licznych świadectw, które wskazują, że człowiek nie jest bezbronną igraszką mrocznych i przytłaczających sił drzemiących w jego psychice czy też geopolitycznych planów mocarstw dążących do podporządkowania sobie narodów, lecz ma Obrońcę i Opiekuna, czyli jest dzieckiem Boga, który w dzisiejszej dobie historii chce działać szczególnie przez Niepokalane Serce Maryi. Jest to przesłanie podobne do tego, które znamy z Lourdes czy Fatimy oraz wielu innych miejsc objawień: ratunek jest w nawróceniu, na porzuceniu grzechów i zaufaniu Bogu, a środkiem do tego jest modlitwa, zwłaszcza różańcowa. W Gietrzwałdzie przesłanie to zostało skierowane do Polski i świata w naszym języku (przy wszystkich zastrzeżeniach, o których było wyżej), a przez to spotkały nas nie tylko zaszczyt, ale i szczególne zobowiązanie do pamiętania i realizowania wezwań Pięknej Pani z podolsztyńskiej miejscowości.

    Jarosław Mitek/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________________

    Wizjonerka z Gietrzwałdu to patronka wiernego wykonywania codziennych obowiązków

    SŁUGA BOŻA SIOSTRA STANISŁAWA BARBARA SAMULOWSKA OBRAZ ZE STRONY SANKTUARIUM W GIETRZWAŁDZIE: HTTP://SANKTUARIUMMARYJNE.PL/

    ***

    Siostra Barbara Samulowska uczy nas wierności wybranemu powołaniu, nie tylko zakonnemu, ale też np. małżeńskiemu. W dzisiejszych czasach, kiedy ludzie łatwo się zniechęcają, to patronka wiernego wykonywania codziennych obowiązków – mówi w rozmowie z KAI ks. prof. Lucjan Świto, delegat biskupi trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym Barbary Samulowskiej, jednej z dwóch wizjonerek, którym w Gietrzwałdzie ukazywała się Matka Boża.

    Dorota Abdelmoula (KAI): Księże Profesorze, w tym roku minie 67 lat od śmierci s. Barbary Samulowskiej, wizjonerki z Gietrzwałdu, która 50 lat życia spędziła jako szarytka na misjach w Gwatemali. Czy pomimo tej odległości – czasowej i geograficznej – polska misjonarka inspiruje także dziś?

    Ks. prof. Lucjan Świto: Tak i tych inspiracji jest bardzo wiele. To przede wszystkim wierność powołaniu. S. Barbara Samulowska uczy nas wierności wybranemu powołaniu, nie tylko zakonnemu, ale też np. małżeńskiemu. W dzisiejszych czasach, kiedy ludzie łatwo się zniechęcają, to patronka wiernego wykonywania codziennych obowiązków. S. Samulowska większość życia spędziła w Gwatemali, w jednym mieście i w jednym klasztorze.

    A jednak było w niej coś takiego, że kolejki ustawiały się do niej po rady w trudnych sprawach życiowych, małżeńskich, zawodowych, a nawet związanych z funkcjonowaniu miasta po trzęsieniu ziemi. Ta kobieta miała w sobie “magnes”, który sprawiał, że ludzie garnęli się do niej, potrzebowali jej obecności i rady. Nie zawdzięczała tego spektakularnym darom, ale była to konsekwencja osobistej bliskiej więzi z Panem Bogiem. Ta więź zawsze sprawia, że człowiek jest atrakcyjny także dla innych, gdziekolwiek by nie pracował.
    Na pewno s. Samulowska uczy też otwartego serca i troski o człowieka. Nie tylko na chorych, wśród których pracowała, ale też obiecujących choć ubogich studentów, dla których szukała sponsorów, organizowała liczne stypendia.
    Z jednym z nich rozmawialiśmy w Gwatemali, zbierając materiały do procesu beatyfikacyjnego. To emerytowany chirurg, który swój zawód i swoją karierę zawdzięczał s. Samulowskiej. Mówił, że jako student nie miał pieniędzy na kontynuowanie nauki i chciał ją porzucić, ale polska zakonnica zainspirowała go do dalszych starań i postarała się o znalezienie sponsorów. W konsekwencji nie tylko skończył studia, ale też zrobił specjalizację w Stanach Zjednoczonych i przez lata pracował w zawodzie. Dziś to starszy mężczyzna, któremu na samo imię s. Samulowskiej łzy płyną do oczu. Podobnych osób jest bardzo wiele.

    Zanim została gorliwa misjonarką, Barbara Samulowska, była jedną z dwóch nastolatek, którym w Gietrzwałdzie aż 160 razy objawiła się Matka Boża. Czego może nauczyć dzisiejszych młodych ludzi?

    – Na pewno była osobą rozmodloną, ale nie wiem, czy specjalnie się różniła od dzisiejszych nastolatków. To zwykła dziewczyna, która przygotowywała się do I Komunii Św., chodziła na nabożeństwa majowe… Pamiętajmy, że Matka Boża nie objawiała się osobom niezwykłym, a to szczególne doświadczenie, które było udziałem młodej Barbary Samulowskiej, było Bożym planem, który niezwykle zaowocował.
    Mija 140 lat, a sanktuarium cały czas jest żywe, pomimo tego, że zmieniają się grupy społeczne, m.in. wskutek roszad po II wojnie światowej. Kult trwa i jest to trwały ślad w Gietrzwałdzie. Nie udałoby się go sztucznie podtrzymywać przez tyle lat. Tu wciąż dzieje się coś szczególnego.

    Jaką rolę odegrała zatem Maryja w drodze do świętości s. Samulowskiej? Pamiętamy, że była ona nie tylko świadkiem gietrzwałdzkich objawień, ale też spędziła 12 lat w paryskim klasztorze przy Rue du Bac, gdzie Matka Boża objawiała się jej współsiostrze, Katarzynie Labouré.

    – Współsiostry s. Samulowskiej zapamiętały jej wielkie umiłowanie Matki Bożej. Mówiły, że lubiły patrzeć na nią, kiedy się modliła, zwłaszcza na różańcu, że wówczas biła od niej ogromna radość, ale też ogromne skupienie.
    Natomiast o swoich objawieniach s. Samulowska nigdy nie opowiadała. Było wiadomo, że widziała Matkę Bożą, natomiast kiedy próbowano ją o dopytać o szczegóły, jedynie się uśmiechała i nie odpowiadała. Z pewnością jednak była bardzo mocno związana z Matką Bożą, a same objawienia odegrały w jej życiu ważną rolę.
    Pamiętajmy, że w procesach beatyfikacyjnych tego rodzaju nadprzyrodzone zjawiska, jak objawienia, stygmaty, czy np. lewitacja, traktuje się nie jako dowód świętości, ale jako pewien znak, których Pan Bóg udziela.

    A na jakim etapie jest obecnie ten proces?

    – Jeśli chodzi o stronę formalną, zakończył się pierwszy, diecezjalny etap procesu, i dokumenty zostały przekazane do Rzymu. Trwa także opracowywanie tzw. positio (tj. księgi dokumentującej dotychczasowy przebieg procesu i zawierającej m.in. krytyczną biografię kandydata na ołtarze – przyp. KAI).
    Czekamy także na potwierdzony cud kanoniczny. Mamy wprawdzie dokumentację cudu uzdrowienia, przypisywanego wstawiennictwu Barbary Samulowskiej, jednak lekarze orzekli, że zdarza się to, w niezwykle rzadkich przypadkach. Zatem nie może być on zakwalifikowany cud kanoniczny, ponieważ mówimy o nim wówczas, kiedy uzdrowienie lub inne zjawisko jest niewytłumaczalne w sposób naukowy.

    Ksiądz Profesor miał okazję rozmawiać z osobami, które spotykały s. Samulowską. Jak ją wspominają?

    – Rozpoczynając zbieranie materiałów dotyczących Barbary Samulowskiej, sam zastanawiałem się, jak może się zapisać siostra zakonna, która większość życia spędziła w jednym miejscu. Tym bardziej, że pierwsze procesy beatyfikacyjne, jakimi się zajmowałem, były procesami męczenników w naszej archidiecezji. To zazwyczaj bardzo dynamiczne i okrutne historie.
    Kiedy jednak zaczęliśmy się spotykać z naocznymi świadkami w Gwatemali – byłem absolutnie urzeczony ich wspomnieniami. Większość z nich miała łzy w oczach, kiedy wspominali polską misjonarkę.
    Była osobą, która budziła ogromną sympatię i miała wielki autorytet. Wiele osób szukało u niej rady. I to osób bardzo poważnych, jak lekarze, władze szpitala i jego personel. Nigdy nie traciła trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość, nawet wobec dramatycznych wydarzeń, jak np. trzęsienia ziemi, które często nawiedzały Gwatemalę. Troszczyła się także o młodzież pozyskując fundusze na stypendia dla dobrze zapowiadających się studentów medycyny, których nie było stać na naukę.
    Jej zasługi czasem trudno ubrać w konkretne fakty. Świadkowie mówią, że chciało się z nią cały czas przebywać. Nawet karcić umiała w taki sposób, że chciało się jeszcze raz być skarconym, by spotkać się z jej troską i miłością. Jedna z sióstr wspominała, że jako nowicjuszka musiała zostać ukarana przez przełożoną, którą była wówczas s. Samulowska. Było to skarcenie tak słodkie, że młoda siostra po wyjściu z jej gabinetu chciała ponownie popełnić przewinienie, by tę karę powtórzyć.

    Zatem przypomnijmy: proces beatyfikacyjny s. Samulowskiej nie był zainspirowany samymi objawieniami, ale stylem życia misjonarki?

    – Oczywiście. Analogicznie do św. ojca Pio, o którego świętości nie świadczyły przecież same stygmaty, ale to, że ludzie do niego lgnęli, spowiadali u niego, za jego wstawiennictwem się modlili. Istotny jest styl życia, a znaki, jakie temu towarzyszą, są brane pod uwagę, ale nie one inspirują do zainteresowania się daną osobą.
    W rozpoczęciu tego procesu istotną rolę odegrali kanonicy regularni, którzy opiekując się gietrzwałdzkim sanktuarium, zadawali pytanie o początki tego miejsca, o to, co dzieje się z osobami, które dostąpiły objawień. To m.in. ks. Jan Brzozowski, który – wizytując Gwatemalę – był zauroczony wspomnieniami, jakie pozostawiła tam po sobie s. Samulowska. Ta pamięć do dziś jest absolutnie żywa, a s. Samulowska nie jest jedynie jedną z sióstr, które pracowały w Gwatemali. Dzięki swojej postawie, pozostawiła tam po sobie ważne wspomnienia.

    Dziękuję za rozmowę.

    wywiad przeprowadziła Dorota Abdelmoula/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziś dzień beatyfikacji Jana Pawła I: zadaniem kapłana jest służyć
    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    4 września dzień beatyfikacji Jana Pawła I: zadaniem kapłana jest służyć

    W dniu dzisiejszym w Watykanie będzie miała miejsce beatyfikacja Jana Pawła I. Żył w latach 1912-1978. Pochodził z alpejskiej miejscowości Canale d’Agordo w północnych Włoszech. Po święceniach był wikarym w swej rodzimej miejscowości, a następnie wykładowcą w seminarium w Belluno i w końcu wikariuszem generalnym swej diecezji. Od 1958 r. był biskupem, najpierw w Vittorio Veneto, a następnie, od 1969 r. w Wenecji. Uczestniczył we wszystkich sesjach Soboru Watykańskiego II. W 1978 r. został następcą św. Piotra.

    Jego pontyfikat trwał jednak zaledwie 33 dni. Świadectwem jego świętości była więc przede wszystkim jego uprzednia posługa jako kapłana i biskupa. O tym jak sam pojmował duszpasterską misję świadczy jego homilia, którą wygłosił podczas święceń kapłańskich w 1968 r.

    – „Niech kapłan będzie sługą wszystkich. To jest szczególnie jego zadanie, jego miejsce: służyć. A lud potrafi to rozpoznać. Wie, kiedy kapłan jest naprawdę sługą, który poświęca się dla innych. Wtedy mówią: Mamy dobrego księdza. Wtedy są szczęśliwi, wtedy są naprawdę szczęśliwi. (…) Słowo głoszone najpierw, jeśli to możliwe, musi być przeżywane; nie mogę mówić do innych: bądźcie dobrzy, jeśli ja sam nie jestem najpierw wystarczająco dobry; i gdybyście wiedzieli, jakie to krępujące dla biskupa stanąć przed ludźmi i powiedzieć: Bądźcie dobrzy, bądźcie lepsi, bo ja sam może nie zrobiłem wystarczająco dużo, ja też nie jestem wystarczająco dobry. Byłoby wspaniale, gdybym ja, przed głoszeniem kazań innym, zrobił wszystko, co zalecam innym. Nie zawsze jest to możliwe. Trzeba być zadowolonym z podejmowanych starań, mamy swój temperament, mamy też słabości. Ale kapłan, jeśli chce być kapłanem, nie może przychodzić i głosić innym, jeśli sam najpierw nie próbował przynajmniej – z podejmowanym wciąż na nowo wysiłkiem – robić tego, o co prosi innych.“

    mp/radio watykańskie, vatican news

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przed 40 laty wybrano Jana Pawła I – “uśmiechniętego papieża”

    Przed 40 laty – 26 sierpnia 1978 r. wybrano na papieża patriarchę Wenecji kard. Albino Lucianiego. Zmarł po 33 dniach zasiadania na Stolicy Piotrowej. Od razu po swym wyborze Jan Paweł I zdobył sympatię świata. Z przekrzywioną białą piuską na głowie i uśmiechem dziecka “bezradnie” rozkładał ręce w loggii Bazyliki św. Piotra, jakby chciał powiedzieć: “Zobaczcie, co mi zrobili”. Włosi poufale nazywali go Gianpaolo. W listopadzie 2017 r. papież Franciszek ogłosił dekret o heroiczności jego cnót i tym samym do beatyfikacji „papieża uśmiechu” konieczne jest już tylko stwierdzenie autentyczności cudu za jego przyczyną.

    wikipedia.org

    ***

    Jako pierwszy w historii papież przyjął dwa imiona. Wytłumaczył się z tego nazajutrz po wyborze, w pierwszym przemówieniu do tłumów zgromadzonych na Placu św. Piotra: “Pomyślałem sobie: Papież Jan osobiście udzielił mi sakry biskupiej w tej tu bazylice św. Piotra. Następnie, choć niegodny, objąłem po nim katedrę św. Marka w Wenecji, w tej Wenecji, która jeszcze teraz pełna jest Papieża Jana. Wspominają go gondolierzy i zakonnice, wszyscy. Ale papież Paweł nie tylko kreował mnie kardynałem, ale na kilka miesięcy przedtem, na kładkach, na zalanym wodą placu św. Marka sprawił, że cały zaczerwieniłem się wobec 20 tysięcy ludzi, ponieważ zdjął stułę i nałożył ją na moje ramiona. Jeszcze nigdy się tak nie zaczerwieniłem! Z drugiej strony Papież ten przez 15 lat swego pontyfikatu nie tylko mnie, ale całemu światu pokazał jak kochać, jak służyć, jak pracować i cierpieć dla Kościoła Chrystusowego. Dlatego powiedziałem sobie: będę się nazywał Jan Paweł. Nie mam mądrości serca Papieża Jana, ani przygotowania i kultury Papieża Pawła, ale jestem na ich miejscu, muszę więc starać się służyć Kościołowi. Ufam, że będziecie mnie wspierać swoimi modlitwami”.

    Słowa te, przerywane burzliwymi oklaskami, bp Władysław Rubin, ówczesny sekretarz generalny Synodu Biskupów, nazwał “uczciwym przyznaniem się do swoich możliwości” i “świadectwem ogromnej pokory”.

    Przemówienie Jana Pawła I uderzało prostotą. Papieże zwyczajowo przemawiali używając w stosunku do siebie liczby mnogiej “my”. Papa Luciani natomiast mówił jak ojciec do swych dzieci. Skądinąd po raz pierwszy od 75 lat – gdy katedrę św. Piotra objął św. Pius X, skądinąd także przybyły z Wenecji – papieżem został doświadczony duszpasterz. Luciani bowiem nigdy nie pracował ani w Kurii Rzymskiej, ani w papieskiej dyplomacji. Mówiono wręcz, że do Rzymu jeździł tak rzadko, jak to było możliwe… Obcy mu był kurialny savoir-vivre.

    Biskup katecheta

    Albino Luciano przyszedł na świat 17 października 1912 r. w Forno di Canale – górskiej wiosce położonej w Dolomitach na północy Włoch. Pochodził z ubogiej rodziny. Jego ojciec w poszukiwaniu pracy jeździł za granicę jako sezonowy robotnik, a w końcu zatrudnił się przy produkcji szkła w Wenecji. Był socjalistą i antyklerykałem, toteż gdy syn oznajmił mu, że zostanie księdzem, z trudem zaakceptował jego decyzję.

    Już jako dziecko Albino bardzo dużo czytał, głównie literaturę włoską, francuską i angielską. Uwielbiał zwłaszcza książki Charlesa Dickensa.

    Po święceniach kapłańskich, które przyjął w Belluno 7 lipca 1935 r., Albino został wikariuszem w swej rodzinnej wiosce, a następnie w pobliskim Agordo. To tam zdobywał pierwsze doświadczenia katechetyczne – dziedzina ta stałą się jego pasją na całe życie. W wieku 25 lat ks. Luciani był już wicerektorem seminarium duchownego w Belluno. Wykładał tam też teologię dogmatyczną i moralną, prawo kanoniczne i sztukę sakralną. Podjął też zaoczne studia na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, zdobywając w 1947 r. doktorat z teologii dogmatycznej. Pisał o pochodzeniu duszy ludzkiej według Antonio Rosminiego – XIX-wiecznego teologa, którego publikacje długo znajdowały się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych.

    Odtąd powierzano mu coraz poważniejsze obowiązki w diecezji Belluno. Był wicekanclerzem kurii biskupiej, sekretarzem synodu diecezjalnego, zastępcą wikariusza generalnego, wikariuszem generalnym. Kierował też wydziałem katechetycznym kurii, co zaowocowało wydaniem dwóch książek: “Catechesi in briciole” (1949), którą wielokrotnie wznawiano, i “Nuovo briciole di catechetica” (1961), zawierającą praktyczne wskazówki dla duchowieństwa.

    Mianowany w grudniu 1958 r. biskupem Vittorio Veneto poświęcił się pracy duszpasterskiej i katechetycznej. Gdy przedstawiono mu kandydaturę Lucianiego, Jan XXIII miał powiedzieć: “Znam go. Ten człowiek sprawi mi radość”. Sam Luciani wspominał o swych kontaktach z Roncallim: “Kilkakrotnie podróżowałem z nim koleją, ale wówczas to on najczęściej mówił..”..

    W dniu konsekracji biskupiej Jan XXIII przeczytał Lucianiemu fragment książki Tomasza á Kempis “O naśladowaniu Chrystusa”: “Mój synu, próbuj postępować raczej zgodnie z wolą innych niż swoją. Zawsze staraj się posiadać mniej niż więcej. Zawsze wybieraj najskromniejsze miejsce i dąż do tego, by mniej znaczyć niż wszyscy inni. Zawsze zmierzaj ku temu i módl się o to, by w twoim życiu całkowicie urzeczywistniała się wola Boga. Przekonasz się, że człowiek, który bierze sobie to wszystko do serca, będzie poruszał się po krainie ciszy i pokoju”. Młody biskup wziął sobie te zachęty do serca i wcielił w życie.

    Często porównywano go z Janem XXIII: “Było tak, jak gdyby papież Roncalli był w tej diecezji i pracował z nami. Podczas posiłków gościł u siebie zazwyczaj dwóch lub trzech księży. Nie potrafił po prostu inaczej, jak tylko dzielić z innymi to, co posiadał oraz siebie samego. Zdarzało się, że bez zapowiedzi odwiedzał chorych lub kalekich. W szpitalu zawsze pojawiał się nieoczekiwanie, przybywał nagle na rowerze lub w swoim starym samochodzie; swojemu sekretarzowi polecał czekać na zewnątrz i czytać dokumenty, a sam wizytował pokoje chorych. W chwilę później pojawiał się w górskiej wiosce, by z tamtejszymi księżmi przedyskutować określony problem”. Najczęściej nosił zwykłą, czarną księżowską sutannę.

    Uczestniczył w obradach Soboru Watykańskiego II, które relacjonował w listach do księży. Nie był jednak

    jego aktywnym uczestnikiem, raczej przysłuchiwał się dyskusjom i zawierał przyjaźnie z biskupami z całego świata. “Sobór przeniknął do jego ciała i krwi. Znał na pamięć dokumenty. Co więcej, wyciągał z nich praktyczne konsekwencje” – wspomina jeden z ówczesnych współpracowników Lucianiego.

    W grudniu 1969 r. został patriarchą Wenecji, a trzy lata później wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch. W tym samym 1972 r. jego gościem w Wenecji był papież Paweł VI. W swoim domu przyjmował wszystkich, którzy przychodzili. Troszczył się o los ubogich, podejmując liczne akcje charytatywne. Dużo szumu wywołał jego apel do księży, by sprzedali kościelne kosztowności, aby wesprzeć ośrodek dla upośledzonych. “Mierząc w kategoriach finansowych – pisał – niewiele to wyniesie, ale może będzie to miało jakąś wartość, jeśli pomoże zrozumieć ludziom, że prawdziwymi skarbami Kościoła, jak powiedział św. Wawrzyniec, są biedni i słabi, których trzeba wspierać nie okazjonalną jałmużną, lecz dopomaganiem im w stopniowym osiągnięciu owego standardu życia i owego poziomu kultury, do jakich mają prawo”. Baczną uwagę zwracał na robotników, organizując dla nich duszpasterstwo. W marcu 1973 r. został kardynałem.

    Ludzie, którzy zetknęli się z Lucianim powtarzali, że już sama myśl o nim nastrajała pogodnie, uśmiechali się, ich twarze odprężały się i nabierały łagodnego wyrazu. Mówiono o nim: pobożny, świątobliwy, pokorny, ubogi, człowiek o pozytywnym nastawieniu do świata. Od dziecka wprost “pożerał” książki. Uwielbiał zwłaszcza powieści Charlesa Dickensa. Mówił po niemiecku, francusku, portugalsku i angielsku. Dużo podróżował, nie tylko po Europie; był także w Brazylii i Afryce – jeszcze jako biskup Vittorio Veneto nawiązał partnerstwo z diecezją Kiremba w Burundi. Wśród jego znajomych byli nie tylko katoliccy hierarchowie (m.in. kard. Karol Wojtyła), lecz także niekatolicy (m.in. sekretarz generalny Światowej Rady Kościołów Philip Potter) i niechrześcijanie. Z niepokornym teologiem Hansem Küngiem wymieniał listy i książki.

    Zanim został papieżem najbardziej znany był jako… publicysta. Często ogłaszał artykuły w weneckim “Il Gazettino”. Dla “Messagero di Sant’Antonio” napisał cykl listów do sławnych postaci z przeszłości (króla Dawida, Hipokratesa, św. Teresy z Lisieux, Carla Goldoniego itp.), a także do… postaci literackich (np. do Cyrulika Sewilskiego i do “czterech jegomościów z Klubu Pickwicka”), poruszając aktualne problemy współczesności. Pisał o życiu rodzinnym, związkach zawodowych, narkomanii, przemocy, nauce, sztuce. Teksty te złożyły się na książkę “Ilustrissimi” (po polsku wydano ją jako “Listy do sławnych postaci”).

    “Niebezpieczeństwo”

    Gdy 6 sierpnia 1978 r. zmarł Paweł VI grupa znanych teologów opublikowała ogłoszenie: “Poszukuje się przepełnionego nadzieją, świątobliwego człowieka, który potrafi się śmiać. (…) Podania (…) prosimy kierować do kolegium kardynalskiego w Watykanie”.

    “Trudno będzie znaleźć właściwą osobistość, która mogłaby poradzić sobie z (…) licznymi problemami, stanowiącymi naprawdę ciężkie brzemię – pisał Luciani w przeddzień konklawe do swej siostrzenicy. – Na szczęście mnie nie grozi to niebezpieczeństwo”. Konklawe rozpoczynało się w sobotę, a już na wtorek zamierzał wracać do Wenecji.

    Jednak to właśnie on został wybrany papieżem 26 sierpnia 1978 r., po konklawe trwającym zaledwie jeden dzień. Ostatni raz tak szybko wybrano następcę św. Piotra w 1939 r., gdy został nim Pius XII. Niezwykła jednomyślność kardynałów była tym bardziej zaskakująca, że po raz pierwszy Biskupa Rzymu wybierało konklawe tak liczne: aż 111 kardynałów (spośród 114 uprawnionych) było obecnych w kaplicy Sykstyńskiej. Nie przybyli jedynie trzej chorzy: kard. Valerian Gracias z Indii, kard. John Wright z USA i kard. Bolesław Filipiak z Polski. Kardynałowie pochodzili z kilkudziesięciu państw z wszystkich kontynentów. Spodziewano się więc, że konklawe będzie trwało długo, gdyż dojdzie do konfrontacji kultur i konieczne będą kompromisy. Tymczasem – jak napisali nazajutrz polscy kardynałowie: Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński w wydanym w Rzymie komunikacie – “dokonany w ciągu jednego dnia wybór Papieża jest widomym znakiem Opatrzności Bożej. Objawił się w nim «dar jedności w Duchu Świętym», o który Kościół prosi na początku Mszy św.”..

    A oto jak sam Papież wspominał te wydarzenia w swym pierwszym przemówieniu: “Wczoraj rano poszedłem spokojnie do Kaplicy Sykstyńskiej na głosowanie. Nigdy mi do głowy nie przyszło, że stanie się to, co się stało. Jak tylko zbliżyło się w moją stronę niebezpieczeństwo, dwóch siedzących obok mnie kardynałów zaczęło mi szeptać słowa otuchy. Jeden z nich powiedział: «Odwagi! Jeżeli Pan nakłada ciężar, to i da siły do niesienia go». Drugi natomiast: «Nie obawiaj się! Na całym świecie tylu ludzi modli się za nowego papieża». Przyszedł moment: przyjąłem”. Niedługo potem zwierzał się w prywatnym liście: “Nie wiem, jak to się stało, że przyjąłem wybór. Dzień później już tego żałowałem, ale było za późno”.

    Pierwsze chwile nowego Papieża ujawnił kard. Alexandre Renard z Lyonu: “Kiedy Duch Święty przemówił ustami zgromadzonych na konklawe, on po prostu powiedział: tak. Nie zaczął płakać, nie był zmieszany. Powiedział: przyjmuję imiona Jana i Pawła, by kontynuować dzieło moich poprzedników”. “Szukałem tego, który wydawał mi się najlepiej odpowiadać potrzebom dzisiejszego świata” – tłumaczył głosowanie na Lucianiego kard. François Marty z Paryża. Francuscy kardynałowie dostrzegli w patriarsze Wenecji “pokorę, łagodność, ducha nadprzyrodzonego, ale także odwagę”. “Wiemy, że będzie on zarazem stanowczy i otwarty, przyjazny dla wszystkich, ale zwłaszcza – on, syn robotnika – dla biednych i maluczkich” – napisali w oświadczeniu wydanym po konklawe. Kard. George Basil Hume nazwał Jana Pawła I “kandydatem Boga”.

    Jego wybór został powitany z radością także poza kolegium kardynalskim. “Jestem przekonany, że Bóg dał nam we właściwej godzinie papieża, którego powinniśmy mieć” – wyznał na wieść o wyborze swego przyjaciela Dom Helder Camara. Rzecznik prymasa Kościoła anglikańskiego oznajmił: “Celem Kościoła anglikańskiego jest, abyśmy się mogli pewnego dnia zjednoczyć z Kościołem katolickim. Mamy nadzieję, że dzień ten nadejdzie szybko, dzięki wyborowi kardynała Luciani”. Niezadowolony był jedynie krytyk Soboru Watykańskiego II abp Marcel Lefebvre: “Wybrał imię Jana Pawła i jeśli to imię świadczy, że zamierza kontynuować dzieło Jana XXIII i Pawła VI, to wyznaję, że nie jest to dla nas dobry znak”.

    Kard. Luciani nie był uważany za faworyta do sukcesji po Pawle VI. W gronie papabili wymieniał go jedynie pewien hiszpański dziennik i polski tygodnik “Perspektywy”, zaś włoskie gazety – jak sam żartował – umieszczały go “najwyżej na liście C”. “Jakoś ukrył go Pan Jezus i ochronił przed tym całym hałasem i rejwachem prasy włoskiej i światowej, przed tym przetargiem i przelicytowywaniem się poszczególnych dziennikarzy” – komentował na gorąco kard. Wojtyła wychodząc z konklawe.

    Boży meteor

    Bożym meteorem nazwał Jana Pawła I jeden z jego biografów. Po 33 dniach jego pontyfikatu Kościół nie mógł już być taki jak przedtem. Nadał papiestwu nowy styl. Przede wszystkim zrezygnował z koronacji tiarą, zastępując ją Mszą św. inaugurującą pontyfikat, w czasie której, tak jak każdy metropolita (a papież jest metropolitą rzymskiej prowincji kościelnej), włożono mu na ramiona wełniany paliusz. Potrójna papieska korona oznaczała m.in. świecką władzę papieży nad światem. Rezygnując z tiary Jan Paweł I wyrzekł się tym samym jakiejkolwiek innej władzy poza duchową. “Monarcha zmienił się w pasterza” – komentowano.

    Na pierwszą audiencję ogólną przyszedł piechotą. Postanowił zrezygnować z noszenia w sedia gestatoria – tronie-lektyce, którego używali jego poprzednicy. Jednak wkrótce uległ namowom otoczenia i na kolejne audiencje dawał się wnosić, aby mogli go widzieć zgromadzeni wierni.

    Tym, co najbardziej odróżniało Jana Pawła I od swych poprzedników był sposób mówienia. Przemawiał językiem, który ludzie rozumieli. Często improwizował, używając mało teologicznych, za to chwytliwych medialnie sformułowań. Polemizował z twierdzeniem: Ubi Lenin, ibi Jeruzalem. O Bogu powiedział, że jest nie tylko naszym Ojcem, ale także Matką. Duszę porównał do silnika samochodu, a modlitwę do używania mydła. O św. Pawle mówił, że gdyby żył w dzisiejszych czasach, byłby szefem agencji Reutera i starałby się o czas antenowy w telewizji. Słynne były jego rozmowy podczas środowych audiencji ogólnych z chłopcami z watykańskiego chóru, przypominające szkolną katechezę. Cytował Marka Twaina, mówił o Pinokiu…

    W swym programowym orędziu wygłoszonym nazajutrz po wyborze Jan Paweł I przypomniał, że podstawowym obowiązkiem Kościoła jest ewangelizacja, czyli głoszenie orędzia zbawienia. Chciał, aby prowadzili ją “wszyscy synowie Kościoła”. Upatrywał w niej ratunku dla świata spragnionego miłości i prawdy. “Różnica między księdzem parafialnym w Canale a mną polega tylko na liczbie wiernych, ale zadanie jest to samo: przypominanie Chrystusa i jego przesłania” – powiedział kiedyś. W październiku chciał to przesłanie przypominać w Meksyku, przed Bożym Narodzeniem zamierzał udać się do Libanu.

    Jan Chrzciciel?

    Zmarł niespodziewanie 28 września 1978 r. Tak niespodziewanie, że zaczęto tworzyć scenariusze o spisku na życie Papieża, który został otruty, gdyż chciał wprowadzić śmiałe reformy: zezwolić katolikom na antykoncepcję, poprzeć teologię wyzwolenia, przeciąć niejasne powiązania watykańskich finansistów z mafią itp. Jednak nawet ówczesny komunistyczny ambasador PRL w Rzymie Kazimierz Sidor nazwał te teorie “absurdalnymi supozycjami”. To raczej “schorowane serce nie podołało ciężarowi obowiązków wikariusza Chrystusowego”. W podobnym duchu wypowiadał się długoletni rzymski korespondent PAP Zdzisław Morawski: “Nie brak było w Rzymie głosów, że jedną z przyczyn przedwczesnego i niespodziewanego zgonu było stałe napięcie, w jakim żył od chwili wyboru na papieża ów skromny człowiek, czujący, że problemy, którym musi stawić czoła jako najwyższy zwierzchnik Kościoła uniwersalnego, przerastają jego możliwości”. “Gdybym wiedział, że pewnego dnia zostanę papieżem, więcej bym się uczył” – miał powiedzieć Papa Luciani do swej bratanicy.

    Ktoś napisał, że Jan Paweł I miał powołanie Jana Chrzciciela: przygotował drogę papieżowi znad Wisły.

    Paweł Bieliński/Kai/Watykan

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ROLA I OBOWIĄZKI RODZICÓW CHRZESTNYCH

    Uroczystość Chrztu Świętego to pierwsze, najważniejsze wydarzenie nie tylko w życiu dziecka, lecz także jego rodziców i chrzestnych. Jaka jest rola chrzestnych i co należy do ich obowiązków?

    Przy wyborze rodziców chrzestnych ważne jest – czy nadają się w ogóle do pełnienia roli chrzestnej/chrzestnego oraz czy będzie dawać odpowiedni przykład dziecku. Nie tylko bierze się pod uwagę kryterium duchowe, ale także materialne – bo nieraz może być tak, że na przykład w przypadku śmierci obojga rodziców albo ich niezdolności do dalszego wychowywania dziecka, to właśnie rodzice chrzestni powinni zapewnić mu opiekę i wychowanie.

    Wybierając chrzestnych warto mieć także na uwadze fakt, czy będą oni mieli systematyczny kontakt z dzieckiem, tak, aby móc zbudować z nim odpowiednią więź. Dziecko powinno mieć świadomość, iż ciocia/wujek nie są tylko osobami, które przynoszą prezenty na różne okazje, ale zawsze o nim pamiętają, posyłają mu życzenia oraz są osobami, do których zawsze może się zwrócić, porozmawiać, poprosić o radę.

    Aby zostać rodzicem chrzestnym należy spełniać wymagane przez Kościół warunki. Chrzestną/chrzestnym może zostać osoba, która:

    ·       Jest osobą wyznania katolickiego;

    ·       Przyjęła sakrament bierzmowania;

    ·       Ukończyła 16 rok życia;

    ·       Jeśli są małżonkami – muszą pozostawać w sakramentalnym związku małżeńskim;

    ·       Prowadzi życie w zgodzie z wiarą katolicką.

    Kościół stawia takie wymagania dlatego, iż podczas uroczystości chrztu świętego, chrzestni składają wyznanie wiary nie tylko w swoim imieniu, lecz także w imieniu nowo narodzonego dziecka.

    Pierwszym z obowiązków należących do rodziców chrzestnych jest przygotowanie odpowiednich atrybutów niezbędnych do chrztu. Matka chrzestna odpowiedzialna jest za zakup białej szatki, natomiast ojciec chrzestny kupuje świecę-gromnicę. Zaraz po namaszczeniu, matka chrzestna kładzie białą szatkę dziecku, natomiast ojciec chrzestny zapala gromnicę od paschału znajdującego się na ołtarzu – symbolizuje to otrzymanie przez dziecko światłości, które zostało oświecone przez Chrystusa, aby zawsze kierowało się w życiu zgodnie z wiarą katolicką.  

    Do pozostałych obowiązków chrzestnych należy także systematyczne utrzymywanie kontaktu z dzieckiem, co często wiąże się z pomocą rodzicom w wychowaniu dziecka, oczywiście w miarę możliwości i zaistniałej potrzeby. Rodzice chrzestni powinni także dawać dziecku przykład wiary chrześcijańskiej w codziennym życiu, np. zabierać na Mszę Świętą oraz modlić się za nie.

    Uczestnictwo w najważniejszych uroczystościach, które będą miały miejsce w dalszym życiu dziecka, np. w I Komunii Świętej, Bierzmowaniu, itd. to także obowiązek, którego rodzice chrzestni powinni być świadomi i który powinni wypełnić.

    Pamiętajmy, żeby zawsze pełnić rolę rodziców chrzestnych z pełną świadomością i miłością wobec chrzczonego dziecka.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego chrzcimy dzieci?

    Przyszła kiedyś do ośrodka „Cyrenejczyk” kobieta – matka, która żaliła się na swojego syna. Miał on do niej i do swojego ojca pretensje o to, że został ochrzczony jako dziecko, że nie zostawiono mu możliwości wyboru! Kiedy indziej, w czasie kolędy, trafiłem do młodego małżeństwa, które jeszcze nie ochrzciło swojego syna. W rozmowie okazało się, że po prostu nie chcą „łamać” jego sumienia i chrzcić go „na siłę” – chcą, aby sam dokonał wyboru gdy dorośnie.

    fot. Karol Porwich /Niedziela

    ***

    Chrzest dzieci nie jest czymś nowym w Kościele. Już w Dziejach Apostolskich czytamy o tym, że apostołowie chrzcili „całe domy” (por. Dz 16, 15. 33; 18, 8; 1 Kor 1, 16) czyli: rodziców, dzieci, służbę, niewolników. O praktyce chrztu dzieci wspominają wyraźnie dokumenty z II wieku po Chrystusie. Piszą o nim także Tertulian, Cyprian, Orygenes. Niektórzy pisarze chrześcijańscy powoływali się tu na samego Jezusa, który zganił apostołów, mówiąc do nich: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie, nie przeszkadzajcie im!” (Mk 10, 14).

    Wiara, żywa i dobrze rozumiana, stanowi część mnie samego, wyznacza to, kim jestem, stanowi o mojej tożsamości (tak samo jak język, wykształcenie, narodowość, więzi rodzinne i środowiskowe).

    Wychowując dziecko, staramy się przekazać mu to, co mamy najcenniejszego, to, co stanowi nas samych. Czy ktoś czeka z wyborem imienia (czy nazwiska) dla swojego dziecka aż dorośnie i będzie mogło świadomie zdecydować jak chce, by na nie wołano? Czy pozostawiamy dziecku wolność w wyborze języka, narodowości, środowiska, w którym ma wzrastać i się wychowywać? A przecież to one w dużej mierze kształtują naszą świadomość, nasz sposób patrzenia na świat. Idąc dalej, można zapytać, czy zastanawiamy się nad tym, czy nasze dziecko chciałoby być poczęte przed ślubem czy po nim (jak wielu współczesnych ludzi poprzez swoją nieroztropność skazuje swoje dzieci na bycie „nieślubnymi” nie patrząc na to, jakie będzie to miało znaczenie dla ich psychiki)? Takie pytania i przykłady moglibyśmy mnożyć w nieskończoność.

    Dla osoby wierzącej najważniejsze jest zbawienie: moje i moich najbliższych. Udzielenie chrztu dziecku jest otwarciem przed nim bram nieba. Czy ktoś, kto kocha swoje dziecko może to zlekceważyć? Czy dobrzy rodzice nie robią wszystkiego, by ich dziecko było zdrowe i szczęśliwe? Odmówić dziecku chrztu to tak jak zabronić mu kontaktów z dziadkami, starszym rodzeństwem czy dobrą ciotką. Chrzest jest przecież wejściem w relacje z Jezusem. Otwiera serce człowieka na Jego łaskę. Więcej: chrzest oczyszcza serce z grzechu i otwiera je na dobro.

    Rezygnacja z chrzczenia dzieci jest również wyborem: pozbawia je obrony przed złymi duchami, a zatem w większym lub mniejszym stopniu oddaje dziecko w ręce złego.

    Wreszcie, jako ludzie wierzący, musimy sobie uświadomić, że dziecko nie jest naszą własnością, że otrzymaliśmy je od Boga – tak jak ono otrzymało od Niego dar życia. Chrzest nie jest więc niczym innym jak oddaniem Panu Bogu tego, co się jemu należy, co jest Jego własnością. „Rodzice chrześcijańscy powinni uznać, że taka praktyka odpowiada także ich roli opiekunów życia, powierzonej im przez Boga” (KKK 1251).

    ks. Marian Tomasz Kowalski/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________

    Sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego

    Chrzest, bierzmowanie i Eucharystia, które są fundamentami życia chrześcijańskiego nazywamy sakramentami wtajemniczenia chrześcijańskiego. Łączą się one ściśle ze sobą i stanowią jakby analogie do życia naturalnego: chrzest powołuje nas do życia wiarą i odradza, bierzmowanie umacnia naszą wiarę, a eucharystia jest pokarmem życia wiecznego. Razem prowadzą do pełnej dojrzałości chrześcijańskiej.

     

    fot. Wiesław Ochotny/Niedziela

    ***

    Samo pojęcie „wtajemniczenia” (inicjacji) było używane już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, i oznaczało włączenie do wspólnoty chrześcijańskiej. Osoby dorosłe, wstępujące do Kościoła przyjmowały je równocześnie w jednym obrzędzie (tak dzieje się także dzisiaj, gdy chrzczone są osoby dorosłe!). Przyjmujący je otrzymują odpuszczenie grzechów, zostają zaliczeni do ludu Bożego, dostępują przybrania za synów Bożych, zostają przez Ducha Świętego wprowadzeni w obiecaną pełnię czasów a dzięki ofierze i uczcie eucharystycznej otrzymują przedsmak dóbr królestwa Bożego. Z czasem zostały one w praktyce Kościoła rozdzielone, wiązało się to miedzy innymi z powszechną praktyką chrztu dzieci.

    Chrzest określa nas jako chrześcijan – dzięki niemu stajemy się dziećmi Bożymi. Bierzmowanie pobudza nas do działania – to przez nie stajemy się odpowiedzialni za naszą wiarę i nasze bycie w Kościele. Wreszcie Eucharystia, która jest źródłem życia wiary, pobudza nas do działania i umacnia w nim.

    Przez chrzest wszczepieni w Chrystusa stajemy się ludem Bożym. Odradzając się z wody i z Ducha Świętego, stajemy się nowym stworzeniem. Naznaczeni darem tegoż Ducha Świętego w sakramencie bierzmowania, tym dokładniej upodabniamy się do Pana i napełniamy Duchem Świętym, tak abyśmy niosąc o Nim świadectwo światu, doprowadzili jak najrychlej Ciało Chrystusa do pełni. Uczestnicząc następnie w zgromadzeniu eucharystycznym, przyjmujemy Ciało Syna Człowieczego i pijemy Jego Krew, aby otrzymać życie wieczne.

    ks. Marian Tomasz Kowalski/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________

    Moje chrzcielne imię “mówi” o mnie Bogu

    ***

    Przed wielu laty na recepcji dużego domu pielgrzymkowego zadzwonił telefon i rozmówca przedstawił się następująco: ” Halo! Tu dzwoni z lotniska Mieczysław Fogg. Czy to nazwisko coś panu mówi?” Oczywiście, że to nazwisko mówiło. Legenda polskiej muzyki jeszcze w okresie przedwojennym, a potem przez dziesięciolecia niekwestionowany lider piosenki lirycznej. To zdanie wypowiedziane przez telefon: “Czy to nazwisko coś panu mówi?” przypomina jak to jest mieć nazwisko, które “mówi”. Nasze nazwiska i imiona “mówią” coś raczej tylko najbliższym. Dla nich mają szczególne znaczenie – dla mamy, ojca, rodziny i przyjaciół… Dla innych często nic “nie mówią”.

    Zupełnie inaczej jest przed Bogiem. Dla Niego nie jesteśmy tylko anonimowymi numerami PESEL, kimś w tłumie. On nie zwraca się do nas bezosobowo. Dla Niego jestem jedyny. Jemu moje imię coś “mówi”. Tak naprawdę Bogu jednemu wszystko “mówi” i nigdy nie pomyli mnie z kimś innym. Gdy zmartwychwstały Chrystus spotkał Marię Magdalenę, ona nie rozpoznała Jezusa. Sądziła, że stoi przed nią ogrodnik, którego posądzała, że jest odpowiedzialny za zniknięcie ciała Pana z grobu. Wtedy Jezus powiedział tylko jedno słowo – jej imię: “Mario”. A ona już wiedziała wszystko. Bo nikt tak nie wypowiadał jej imienia jak Jezus. Nikt nie potrafił zawrzeć w tym jednym słowie tyle miłości i przebaczenia, ciepła i czułości, wiedzy o tym co najbardziej ukryte i radości z piękna, którego była nosicielem. Znać czyjeś imię to znać istotę człowieka, całe bogactwo ludzkiego serca: wszystko to co w nim wzniosłe i piękne, ale także co grzeszne i słabe.

    Świadectwa takiego rozumienia imienia odnajdujemy na kartach Pisma Świętego. Bóg nadaje pierwszemu człowiekowi imię, a potem Adam nazywa imieniem także swoją żonę. W Księdze Proroka Izajasza Bóg zwraca się do Izraela: “nie lękaj się niczego, bo Ja cię wykupiłem, przywołałem cię po imieniu i należysz do Mnie” (Iz 43,1) Powołanie Samuela rozpoczyna się od wołania jego imienia. Nawet wobec niewolnicy, do której nikt nie zwracał się po imieniu, Bóg postępuje inaczej i pyta ją: “Hagar, niewolnico Saraj, skąd przychodzisz i dokąd idziesz?” (Rdz 16,8). Bóg Starego Przymierza występuje zawsze jako Bóg konkretnych ludzi: Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza, Dawida. W Nowym Testamencie Jezus powołuje po imieniu dwunastu Apostołów. Niektórym z nich zmienia imię, jak np. Szymonowi synowi Jana, który odtąd będzie się nazywał Skała – Piotr. A charakteryzując swą misję powie, że Dobry Pasterz “woła swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych”. Ostatnia księga Pisma Świętego, Apokalipsa, przedstawia obietnicę 4złożoną kościołowi w Pergamonie: “Zwycięzcy dam mannę ukrytą oraz biały kamień z wypisanym na nim nowym imieniem. A imię to nie będzie znane nikomu prócz tego, który je otrzymuje” (Ap 2,17). To obietnica, która także nas dotyczy. W starożytnym greckim świecie sędziowie posługiwali się białymi i czarnymi kamieniami oznaczającymi niewinność lub winę. Biały kamień był symbolem niewinności. Zatem wręczając u bram nieba biały kamień Jezus mówi, że cała nasza grzeszna przeszłość została zmazana. Nowe imię wypisane na kamyku niewinności wiąże się tylko z tym, co w nas godne jest życia wiecznego.

    W Biblii imienia się nie wymyślało. Można je było wyłącznie odkryć. Gdy rozpoczynamy nowe życie przez chrzest zanurzający w Chrystusa, otrzymujemy także imię. Wybierają nam je na ogół rodzice, dla których jest to zarazem test ich wiary. Gdy pada pytanie celebransa: “jakie imię wybraliście dla swojego dziecka?” czekamy na odpowiedź, która wyrasta z modlitwy i prośby o odkrycie bożej woli dla przyjmującego chrzest dziecka. Niestety w dzisiejszej mentalności zadanie “odkrywania imienia” w wierze bywa zastępowane modą, estetyką, czy pragnieniem zwrócenia uwagi. Stąd czasem takie dziwne imiona, które rodzice nadają swoim dzieciom.

    Bardzo piękna jest tradycja Kościoła. Według niej w wyborze imienia dziecka kierowano się kalendarzem świętych Kościoła. Imię wiąże wtedy z konkretnym patronem. Kimś, kto z nieba będzie opiekował się mną na mojej drodze życia, abym i ja dołączył do grona świętych. Dlatego liturgia chrzcielna zawiera także litanię do Wszystkich Świętych, bowiem w tej ważnej chwili pragniemy włączyć w zanurzenie w Bogu nie tylko ziemię ale i całe niebo.

    Moje chrzcielne imię “mówi” o mnie Bogu. Ono mówi także o wierze moich rodziców, o moim patronie, którego warto poznać i zaprzyjaźnić się z nim. Jest też ciągle tajemnicą do odkrycia. Warto odczytać co znaczy moje imię, z jakiego języka pochodzi i z jakimi świętymi patronami mnie wiąże. Warto też często po imieniu zwracać się do moich braci i sióstr, bo przecież po imieniu zna nas sam Bóg i tak się też do nas zwraca.

    ks. dr Włodzimierz Skoczny/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Czy sakramenty tracą ważność?

    Adobe Stock/Niedziela

    ***

    Ksiądz, który „udzielał mi” ślubu i chrzcił moje dzieci, przestał być księdzem. Czy sakramenty, których nam udzielił, są ważne? (Czy w razie gdybym chciała „unieważnić” swój ślub, to może być brane pod uwagę?)

    Odpowiedź eksperta pozwoliłem sobie ująć w cudzysłów sformułowania z pytania: „udzielanie ślubu” i jego „unieważnienie”, gdyż pojęcia te nie są adekwatne do języka kanonicznego. Ksiądz nie udziela ślubu, a wyłącznie przy nim asystuje, a prawo Kościoła w materii nieważności małżeństwa posługuje się kategorią orzeczenia lub stwierdzenia nieważności, co zakłada, że małżeństwo od samego początku było nieważnie zawarte (w odróżnieniu do pojęcia unieważnienia, które sugeruje, że coś początkowo było ważne, a później da się to unieważnić). Zachowanie precyzji języka jest istotne, aby mieć odpowiednią wrażliwość na rzeczywistość sakramentalną.

    W odpowiedzi dla Niedzieli nr 42 z 17 października 2021 r. wspomniałem o trzech możliwościach utraty stanu duchownego. Piszę o tym dlatego, że sposoby te różnią się od siebie, a w konsekwencji ważność niektórych sprawowanych przez księdza sakramentów zależy od konkretnego sposobu utraty stanu duchownego. Zajmijmy się jednak najczęstszym sposobem, czyli porzuceniem, a także jego następstwami – czy zostanie mu udzielona dyspensa od święceń, czy też zostanie karnie wydalony ze stanu duchownego. Porzucenie stanu duchownego oznacza, że ksiądz był ważnie wyświęcony, ale na skutek różnych okoliczności, kryzysu, a także kary kościelnej nie sprawuje już sakramentów. Oczywiście, wszystkie sprawowane przez niego sakramenty z zasady nie utraciły swojej ważności (mogły być w poszczególnych sytuacjach nieważne, jeśli nie zostały spełnione warunki określone przez Kościół do ich udzielania/sprawowania). Skoro tak, to porzucenie stanu duchownego nie może być argumentem za nieważnością małżeństwa, przy którym ten konkretny duchowny asystował.

    Warto podkreślić, że ksiądz, który porzucił stan duchowny, w sensie ontologicznym dalej jest księdzem, gdyż sakrament święceń (podobnie jak sakrament chrztu i bierzmowania) należy do tych, które mają „niezatarty charakter duchowy”. Nie da się tego wymazać. Oczywiście, ksiądz zamiast koloratki ubierze krawat, ale zmiana będzie jedynie zewnętrzna i wizerunkowa. Bardzo ciekawą normę, która podkreśla istotę sakramentu święceń, znajdujemy w części dotyczącej sprawowania sakramentu pokuty. W myśl tego przepisu ksiądz, który nawet porzucił stan duchowny, może skorzystać z władzy święceń w przypadku niebezpieczeństwa śmierci, w którym znajduje się penitent: „Każdy kapłan, chociażby nie miał uprawnienia do spowiadania, ważnie i godziwie rozgrzesza jakichkolwiek penitentów znajdujących się w niebezpieczeństwie śmierci z wszelkich cenzur i grzechów, nawet gdy jest obecny kapłan uprawniony”. To od woli penitenta znajdującego się w niebezpieczeństwie śmierci zależy, u którego kapłana chce się wyspowiadać, i nie obowiązuje tutaj zasada pierwszeństwa dla księdza, który jest „czynny” i ma uprawnienie do spowiadania.

    ks. Michał Wieczorek, doktor prawa kanonicznego/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pan Jezus gotowy nieustannie przebaczać – Tajemnice obrazu Jezusa Miłosiernego

    Wizerunek Jezusa Miłosiernego jest niezwykły z wielu powodów. Choćby dlatego, że jego współautorem jest sam Pan Jezus. Rozsławiony, za sprawą świętej siostry Faustyny, na całym świecie stanowi źródło nadziei i pociechy dla milionów ludzi w różnych zakątkach ziemi. Co jeszcze skrywa ten cudowny obraz?

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Zapraszamy do cyklu rozmów Katarzyny Supeł-Zaboklickiej z siostrą Rachelą Waszkiewicz ZSJM. Program był nagrywany w Ostrówku, gdzie mieszkała św. Faustyna. Pan Jezus stał się niewolnikiem wolności i miłości. Co oznacza wyciągnięta dłoń i bose stopy? Odpowiedzi na te pytania w tym odcinku serii o obrazie Bożego Miłosierdzia.

    Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Siostro, my ciągle gdzieś biegniemy. To nasze życie to jest taka nieustanna gonitwa, nieustanna wędrówka. Zmierzamy od punktu A do punktu B. Droga Jezusa a wędrówka Jezusa i to przechodzenie Jezusa czym jest?

    Siostra Rachela Waszkiewicz ZSJM: Tak słuchając pani, myślę sobie, że Pan Jezus z tego obrazu próbuje nadążyć za nami.

    Katarzyna Supeł-Zaboklicka: A czasami to my powinniśmy nadążyć za Jezusem.

    Siostra Rachela Waszkiewicz ZSJM: Właśnie pytanie, czy Jezus idzie przed nami? Czy Jezus idzie za nami i jest z nami? To jest pytanie do każdego z nas, mimo że to nie jest taka jednoznaczna odpowiedź.

    https://youtube.com/watch?v=iRylkUz63zc%3Fenablejsapi%3D1%26rel%3D0%26wmode%3Dtransparent

    Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Bo my Jezusa też widzimy przez cały czas w drodze.

    Siostra Rachela Waszkiewicz ZSJM: Tak naprawdę taki Jezus na tym obrazie On też idzie. On nie stoi, nie mówi: „podziwiają mnie, kłaniają się, jestem Bogiem”.

    Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Oto jestem.

    Siostra Rachela Waszkiewicz ZSJM: Na pewno jest, ale nie po to, żeby zostać na obrazie i zamknąć się w ramach tego obrazu. Ale Jezus wychodzi. Jezus, kiedy żył pośród ludzi i zaczął nauczać, On nie miał swego domu. On ciągle wędrował. Sam powiedział o sobie, że jest drogą. Więc Jezus też na tym obrazie idzie. Jestem bardzo poruszona Bogiem, który nieustannie przychodzi, bo Jezus wcielił się. Bóg dał nam Jezusa, który stał się człowiekiem w łonie Maryi. I to też jest przychodzenie Boga. Później Maryja Go zaniosła do Elżbiety. Też będą nieśli Go do Betlejem i tak dalej, i tak dalej. Aż przyszedł dzień, kiedy Jezus sam wyszedł. Jan Chrzciciel nazwał Jezusa Barankiem Bożym. I Jezus z uczniami, których powoływał, poszedł dalej. Poszedł do teściowej Piotra, poszedł do domu Łazarza, poszedł do konkretnych ludzi, poszedł do Zachariasza. Spotkał się w drodze z Mateuszem, też z bogatym młodzieńcem, który chciał być uczniem Jezusa. I wiele pragnień jest też w nas, żeby iść za Jezusem. Ale to też jest pragnienie Boga, pójść do człowieka, być człowiekiem. Jezus do każdego ucznia zawołał: „Pójdź za mną!”. Dosłownie. Greckie tłumaczenie brzmi „Towarzysz mi”, czyli Jezus zaprasza, żebyśmy Jemu towarzyszyli w drodze. Jezus przyłącza się do uczniów idących z Emaus po śmierci Jezusa. Jest wsłuchany w to, co mówią. Jezus też chce przyłączyć się do naszego życia.

    Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Siostro, a co my powinniśmy zrobić? Bo to, że Jezus chce się przyłączyć do nas, do tej naszej drogi życia, też wymaga od nas zaproszenia Go, żeby nam towarzyszył, a właściwie żebyśmy my też Jemu towarzyszyli, żebyśmy stali się jego przyjaciółmi w tej wędrówce.

    Siostra Rachela Waszkiewicz ZSJM: Tak, Jezus w pewnym momencie nazywał uczniów przyjaciółmi, ale żeby stać się czyimś przyjacielem, najpierw trzeba go najpierw poznać, najpierw jeszcze wcześniej trzeba go spotkać, zaciekawić. I myślę, że jest pytanie o nasze pragnienie, czy my jesteśmy ciekawi Jezusa? Czy my chcemy poznać Jezusa i dopiero to zaciekawienie Nim może w nas zacząć rodzić pragnienia, żeby dołączyć się do drogi Jezusa i powiedzieć: „Jezu, pójdź przede Mną, a Ja pójdę za Tobą”. Oczywiście, jeśli ktoś jest na drodze wiary, może się zmagać z różnymi wyzwaniami naszej wiary, z różnymi wyzwaniami, które stawia Jezus na drodze. Ale to też jest możliwość dialogu z Bogiem, który jest Bogiem dialogu, Bogiem miłości. I możemy z Nim porozmawiać o tym, co przed nami trudne i ostatecznie Mu zaufać, żeby wejść na tę drogę, którą On nam proponuje.

    Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Obraz Jezusa Miłosiernego to jest obraz Jezusa w drodze. Jak Jezus w tej drodze wygląda, jak wyglądają Jego stopy? Są bose.

    Siostra Rachela Waszkiewicz ZSJM: Odsłoniły się bose stopy. Bose w tamtych czasach oznaczały, że są to stopy niewolnika. I możemy się zapytać: Bóg jest wolny, a tutaj się pokazuje nam jako niewolnik, więc czyim jest niewolnikiem? Moje osobiste odkrywanie brzmi: Jezus jest niewolnikiem miłości. Stał się niewolnikiem krzyża, który jest znakiem zbawienia, miłości i miłosierdzia do człowieka. I On, jeśli staje się niewolnikiem, to tylko człowieka po to, żeby go zbawić. On zajął twoje i moje miejsce na krzyżu, bo zapłatą za grzech jest śmierć. Więc Jezus stał się niewolnikiem miłości i miłosierdzia przez to, że umarł za nasze grzechy, po to, żeby nas uwolnić i byśmy mogli być z Nim i z Ojcem w niebie. Więc stał się niewolnikiem wolności.

    SalveNET/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Płocku wszystko się zaczęło – 90. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego

    Wieczorem, kiedy byłam w celi – zapisała w swym „Dzienniczku” św. Siostra Faustyna – ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie” (Dz. 47)

    To wydarzenie miało miejsce w celi płockiego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy Starym Rynku 22 lutego 1931 roku

    ***

    Dziś mija 90 lat od pierwszego objawienia Pana Jezusa Miłosiernego św. s. Faustynie Kowalskiej w celi płockiego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. W tym samym miejscu, a w dzisiejszym Sanktuarium Bożego Miłosierdzia o godz. 17.00. Eucharystii przewodniczyć będzie abp Jan Romeo Pawłowski, sekretarz ds. Reprezentacji Papieskich w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej, a koncelebrować ją będą biskupi Piotr Libera i Mirosław Milewski, rektor sanktuarium ks. Tomasz Brzeziński, księża z instytucji diecezjalnych.

    W liście, jaki z tej okazji Franciszek wystosował do biskupa płockiego Piotra Libery, papież pozdrawia biskupa oraz wspólnotę Kościoła Płockiego. Zaznaczył, że jednoczy się w modlitwie z biorącymi udział w uroczystej celebracji w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego i uczestniczącymi w niej za pośrednictwem środków społecznego przekazu.

    Wymaluj obraz – pierwsze objawienie

    Pierwsze objawienie było początkiem misji zwykłej zakonnicy s. Faustyny Kowalskiej, która znana jest dziś na całym świecie i którą papież Jan Paweł II kanonizował w roku 2000. „Dzienniczek” opisujący jej przeżycia duchowe jest dziełem polskiego autora najczęściej tłumaczonym na wszystkie języki świata.

    Siostry Matki Bożej Miłosierdzia były obecne w Płocku od kwietnia 1899 r., gdy odpowiadając na zaproszenie bp. Antoniego Juliana Nowowiejskiego zaopiekowały się tam kobietami moralnie zagubionymi i ubogimi. Od maja 1931 roku do listopada 1932 r. w przyklasztornej piekarni, kuchni i sklepie – pracowała przyszła święta.

    22 lutego 1931 r. s. Faustyna Kowalska, zakonnica drugiego chóru o sześcioletnim stażu, wypiekająca chleb w klasztorze, ujrzała postać Jezusa. Nie była to jej pierwsza wizja, ale właśnie w tym dniu zaczęła odkrywać misję, jaką powierzył jej Chrystus.

    „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady (…). Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem ‘Jezu, ufam Tobie’” (Dz. 47) – opisuje to wydarzenie w „Dzienniczku”.

    Pan Jezus polecił jej także, aby druga niedziela po Wielkiej Nocy obchodzona była w Kościele jako święto Bożego Miłosierdzia.

    Z objawieniem obrazu miłosierdzia Bożego Jezus złączył także obietnicę – że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie, odniesie zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinie śmierci, a On sam bronić ją będzie jako swej chwały.

    Jak na zakonnicę drugiego chóru wymagania były bardzo wielkie, dlatego wtajemniczone przełożone i spowiednicy odnosili się do orędzia, przekazywanego przez s. Faustynę z dużym sceptycyzmem.

    Ta niewspółmierność funkcji pełnionej w Kościele z celem wyznaczonym przez Chrystusa była dla s. Faustyny źródłem wielkiego cierpienia, ale do końca życia starała się z ufnością wypełnić Jego polecenia.

    „Apostołka Miłosierdzia” z czasem odkrywała, że jest jedynie narzędziem, bardzo słabym i ograniczonym. Cztery lata po pierwszym objawieniu wileński malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz według wskazówek zakonnicy. Pośredniczył przy tym jej spowiednik ks. Michał Sopoćko. Malowany kilka miesięcy obraz Pana Jezusa został wystawiony w Ostrej Bramie w czasie Triduum w kwietniu 1935 r., dwa lata później został przeniesiony do kościoła św. Michała. W 1948 r. obraz został skonfiskowany przez sowietów, ale niebawem wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty na wiele lat.

    Płockie sanktuarium

    Klasztor przy Starym Rynku 14/18 funkcjonował także przez tragiczne lata wojny, pomagając potrzebującym. Praca sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku trwała do 1950 r., gdy decyzją władz komunistycznych zakonnice musiały w ciągu dwóch godzin opuścić klasztor, w którym pracowały ponad pół wieku. Nowi włodarze wykorzystywali zagrabioną nieruchomość przy Starym Rynku według uznania – klasztor został zburzony, wiele pamiątek zostało zniszczonych.

    Klasztor sióstr został w czasach PRL zburzony, ale w piwnicach zachował się duży piec, w którym św. Faustyna wypiekała chleb. Gdy zakonnice odebrały w 1990 r. zagrabioną własność i zaczęły odbudowywać klasztor, zbiegło się to z przygotowaniem do beatyfikacji Apostołki Miłosierdzia, która odbyła się trzy lata później. W miejscu, w którym znajdowała się cela świętej, urządzono kaplicę, podniesioną później przez biskupa płockiego do rangi sanktuarium. Została podjęta decyzja o budowie nowej świątyni oraz zaplecza duszpasterskiego i socjalnego dla pielgrzymów. Kamień węgielny (z Kalwarii w Jerozolimie) pod rozbudowę poświęcił bp Piotr Libera w Święto Miłosierdzia 19 kwietnia 2009 roku. 15 maja 2015 roku rozpoczęła się rozbudowa sanktuarium.

    A sam Płock staje się obowiązkowym punktem na szlaku pielgrzymów, którzy pragną iść śladami Apostołki Miłosierdzia. Nazywany jest Betlejem i stolicą Bożego Miłosierdzia. Rocznie – przed okresem pandemii – przybywało tu ponad 200 tys. pielgrzymów z różnych krajów świata.

    Rozwój kultu Bożego Miłosierdzia

    Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.

    Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.

    W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.

    Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.

    Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt “Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.

    Zastrzeżenia Świętego Oficjum

    W tej sytuacji zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Były dwa główne powody wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu. Na pierwszy złożyło się rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i “poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji, drugim zaś było – co może dziś szokować – stanowisko większości polskich hierarchów. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.

    W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.

    Rola kard. Karola Wojtyły – Jana Pawła II

    Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu.

    Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął bardzo mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.

    Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwag na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa. Zlecił ekspertyzę teologiczną “Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, która dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.

    W 1980 r. Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu.

    Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 roku w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta.

    5 maja 2000 roku Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.

    17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    Tygodnik Niedziela/Płock/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jezus Miłosierny

    obraz w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Częstochowie

    fot. Radio Fiat

    ***

    Abp Depo w Dolinie Miłosierdzia:

    musimy okazać wierność Odkupicielowi

    Obecny czas, w którym przyszło nam żyć jest czasem miłosierdzia, w którym musimy okazać wierność Odkupicielowi jakiej od nas oczekuje na miarę łaski, którą każdy z nas otrzymał – mówił w homilii abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, który 21 lutego przewodniczył Mszy św. w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Częstochowie, w Dolinie Miłosierdzia. Uroczysta Eucharystia była dziękczynieniem za orędzie miłosierdzia przekazane przez Jezusa św. s. Faustynie 90 lat temu.

    Mszę św. z metropolitą częstochowskim koncelebrowali m.in.: Ks. Przemysław Podlejski, vice prowincjał Prowincji Zwiastowania Pańskiego Księży Pallotynów w Poznaniu, ks. Kamil Wolan, przełożony częstochowskiej wspólnoty Księży Pallotynów, ks. Michał Wójciak proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Częstochowie oraz ks. dr Mariusz Trojanowski, sekretarz arcybiskupa metropolity częstochowskiego.

    Uroczystość była transmitowana przez TVP. Poczta Polska wydała z racji 90. rocznicy objawienia orędzia miłosierdzia św. s. Faustynie jubileuszowy znaczek.

    – Pragniemy dzisiaj wyrazić wdzięczność Bogu za orędzie miłosierdzia, które przekazał 90 lat temu posługując się św. s. Faustyną – mówił na początku Mszy św. ks. Michał Wójciak proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Częstochowie.

    W homilii abp Depo przypomniał, że „rozpoczynając okres Wielkiego Postu bardziej niż kiedykolwiek dotąd uświadamiamy sobie fakt konieczności ciągłego wybierania, a co za tym idzie, konieczność podejmowania osobistych i odpowiedzialnych decyzji”.

    – Już w Środę Popielcową ciemna grudka prochu pobłogosławiona modlitwą Kościoła uczy nas nieustannie realizmu: „Pamiętaj człowiecze, że prochem jesteś i w proch się obrócisz” oraz „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – mówił abp Depo i dodał: „Te słowa zmuszają nas do refleksji nad człowieczym losem i wołaniem o odpowiedzialność”.

    Odnosząc się do czytań mszalnych arcybiskup zaznaczył, że „dramat potopu jest potężną lekcją historii ludzkości, ukazującą z jednej strony wszechmoc Boga, który w krótkim czasie może unicestwić życie na ziemi, a z drugiej strony Jego wielką troskę, by nie unicestwiać, lecz przez przebaczenie przeobrażać i ocalać”.

    – Dostrzegamy to Boże światło, kiedy Pan Bóg po klęsce potopu zawiera z ludzkością przymierze, którego reprezentantem jest Noe i jego trzej synowie. A symbolem tego przymierza stał się łuk na obłokach, siedmiobarwny znak, który w naszym czasie zamiast przypominać o zobowiązaniach płynących z przymierza z Bogiem stał się wolnościową prowokacją – kontynuował i podkreślił, że „jako obmyci w chrzcie świętym jesteśmy zobowiązani do dobrego sumienia i życia wobec Boga”.

    – Potrzeba wierności temu naszemu pierwszemu przymierzu. Przyjmijmy wezwanie Chrystusa do nawrócenia i do wiary – zaapelował arcybiskup.

    Metropolita częstochowski przypomniał słowa poety, jak zauważył „ spychanego dziś na margines”, Zbigniewa Herberta: „Walkę podejmuje się nie tylko dla wygranej, bo to byłoby zbyt łatwe, i nie tylko dla samej walki, ale w obronie wartości, dla których warto żyć i za które warto umrzeć”.

    – To, że jesteśmy w tym punkcie historii w XXI wieku jest możliwe dzięki temu, że wcześniejsze pokolenia i konkretne osoby wytrwały i zachowały te wartości, związane z Bogiem, Kościołem i Ojczyzną – mówił arcybiskup.

    Abp Depo wskazał, że „Bóg na pewnym etapie historii Kościoła i Polski wybrał św. Faustynę Kowalska i św. Jana Pawła II, aby pomogli nam odkryć i potwierdzić tożsamość naszych dróg, pomogli odkryć drogę duchowego zawierzenia Jezusowi miłosiernemu”.

    Metropolita częstochowski przypomniał orędzie miłosierdzia skierowane do św. s. Faustyny w I Niedzielę Wielkiego Postu 22 lutego 1931 r. w w celi płockiego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy Starym Rynku n. 14. „Wieczorem, kiedy byłam w celi – zapisała w swym „Dzienniczku” św. Siostra Faustyna –ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady”.

    – Wpatrując się w Oblicze Zbawiciela usłyszała słowa: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci” – mówił abp Depo.

    – Obecny czas, w którym przyszło nam żyć jest czasem miłosierdzia. Został on oficjalnie ogłoszony światu przez posługę Jana Pawła II. Najpierw przez encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym miłosierdziu z 30 listopada 1980 r., a następnie przez ustanowienie święta Bożego miłosierdzia i kanonizację s. Faustyny, a końcu przez uroczyste oddanie w Łagiewnikach krakowskich całego świata Bożemu miłosierdziu 17 sierpnia 2002 r. – kontynuował arcybiskup i przypomniał słowa św. Jana Pawła II z Łagiewnik: „Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść «iskra, która przygotowuje świat na ostateczne Jego przyjście»”.

    Metropolita częstochowski przypomniał również słowa św. Jana Pawła II z encykliki „Dives in misericordia”: „Im większy zaś może być opór dziejów ludzkich, im większa obcość ziemskich cywilizacji, im większa miara negacji Boga w ludzkim świecie, tym większa w gruncie rzeczy bliskość tej tajemnicy, która — ukryta w Bogu przed wiekami — w czasie stała się udziałem człowieka w Jezusie Chrystusie” – napisał Jan Paweł II.

    – Oto czas miłosierdzia, w którym musimy okazać wierność Odkupicielowi jakiej od nas oczekuje na miarę łaski, którą każdy z nas otrzymał. Jemu zawierzamy losy Kościoła, Ojczyzny i świata oraz nas samych – zakończył arcybiskup.

    Przed końcowym błogosławieństwem abp Depo przypomniał słowa św. Jana Pawła II z przemówienia pożegnalnego na lotnisku w Krakowie 19 sierpnia 2002 r.: „ Polsko, Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna!”.

    Sanktuarium w Dolinie Miłosierdzia znajduje się u podnóża Jasnej Góry. W roku 1947 w tym miejscu osiedlili się księża pallotyni, aby kontynuować pracę apostolską w duchu św. Wincentego Pallottiego, założyciela stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego SAC. Wówczas w miejscu starej cegielni rozpoczęto budowę domu i kaplicy z materiałów odzyskanych z rozbiórki starych zabudowań i komina cegielni. W ten sposób powstały zręby pallotyńskiej placówki oraz przyszłego sanktuarium. W grudniu 1949 roku ks. bp. Teodor Kubina, pierwszy ordynariusz diecezji częstochowskiej, uroczyście poświęcił kaplicę i dom. W czasie uroczystości wypowiedział słowa: „To miejsce niech służy Miłosierdziu Bożemu w cieniu Jasnogórskiej Pani. Każdy kto nawiedzi ten kościół, niech dozna w sposób szczególny Miłosierdzia Bożego”. Parafia w Dolinie Miłosierdzia jest prawdopodobnie pierwszą na świecie, która otrzymała wezwanie Miłosierdzia Bożego. Została ona oficjalnie erygowana dekretem z 12 września 1960 r. Wcześniej, bo od 1952 r., istniała tam tzw. ekspozytura. W 1952 r. umieszczono w głównym ołtarzu obraz Jezusa Miłosiernego, namalowany przez artystę malarza Adolfa Hyłę z Krakowa (tego samego, który malował obraz znajdujący się w kaplicy klasztornej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach).

    Święto Miłosierdzia Bożego częstochowscy pallotyni obchodzili po raz pierwszy uroczyście w II Niedzielę Wielkanocną, 22 kwietnia 1979 r. Mszę celebrował i Słowo Boże wygłosił bp Stefan Bareła, ówczesny ordynariusz częstochowski.

    Starania o obchodzenie tego Święta rozpoczął już w 1979 ks. Edmund Boniewicz. Wtedy to, 28 lutego, udał się z delegacją Czcicieli Miłosierdzia Bożego do papieża Jana Pawła II, składając na jego ręce memoriał z prośbą o ustanowienie w Kościele powszechnym święta Miłosierdzia. 14 marca papież Jan Paweł II przekazał ustne pozwolenie, aby Dolina Miłosierdzia mogła sprawować to święto. Na prośbę Episkopatu Polski Ojciec Święty w 1995 r. wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. W dniu kanonizacji s. Faustyny 30 kwietnia 2000 r. papież ogłosił to święto dla całego Kościoła.

    Obecnie w Dolinie Miłosierdzia jest wzniesione nowe Archidiecezjalne Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Wnętrze sanktuarium ozdabiają mozaiki, które wykonał ks. Marco Rupnik.

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    Msza św. w Dolinie Miłosierdzia

    Msza św. w Dolinie Miłosierdzia

    Msza św. w Dolinie Miłosierdzia

    Msza św. w Dolinie Miłosierdzia

    Msza św. w Dolinie Miłosierdzia

    Msza św. w Dolinie Miłosierdzia

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miłosierdzie na cenzurowanym

    Miłosierdzie na cenzurowanym
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    *

    Św. Jan Paweł II i św. siostra Faustyna, chociaż nigdy się nie spotkali, stali się „narzędziami” do wypromowania w świecie Bożego Miłosierdzia.

    Usuwanie z kościołów wizerunków Jezusa Miłosiernego. Zakaz publicznego odmawiania koronki. Kult Bożego Miłosierdzia ma zostać „wyciszony”. To nie wytyczne władz komunistycznych, ale… Stolicy Apostolskiej z lat 50. XX wieku. Dlaczego Kościół przez długi czas miał problem z orędziem przekazanym światu przez siostrę Faustynę?

    Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale kult Bożego Miłosierdzia nie zawsze był w Kościele oczywisty. Przez lata obowiązywał watykański zakaz szerzenia go w wersji przekazanej przez siostrę Faustynę. Dopiero dzięki nieustępliwej walce Karola Wojtyły Kościół uznał nadprzyrodzony charakter objawień polskiej zakonnicy. Czy u źródła tych problemów leżał fakt, że miłosierdzie to oficjalnie najważniejszy, a zarazem w praktyce ciągle najbardziej… „podejrzany” przymiot Boga? Czy może to naturalna – w porządku łaski – droga rozeznawania przez Kościół objawień prywatnych?

    Skandal musi być

    W roku 1958 wydawało się, że kult Bożego Miłosierdzia na zawsze pozostanie na cenzurowanym. Wszystko za sprawą dokumentu Świętego Oficjum (dawnej Inkwizycji, a dzisiejszej Kongregacji Nauki Wiary), które sprzeciwiało się kultowi proponowanemu przez autorkę „Dzienniczka”. Wpływ na to miały dwie kwestie: błędne – jak się okazało po latach – tłumaczenia na język włoski i francuski pism siostry Faustyny (a często tłumaczenia ich interpretacji) oraz… negatywna opinia naszych biskupów. A dokładnie rzecz ujmując: wyraźna prośba polskiego episkopatu, wystosowana w liście do Świętego Oficjum, by kult Bożego Miłosierdzia „został wyciszony”. Nieznane wcześniej fakty związane z niezwykłą historią „dobijania się” Bożego Miłosierdzia do świadomości Kościoła i świata przedstawiła m.in. Ewa Czaczkowska w książce „Papież, który uwierzył. Jak Karol Wojtyła przekonał Kościół do kultu Bożego Miłosierdzia”. Droga, jaką przeszła weryfikacja orędzia siostry Faustyny, pokazała jedną ważną rzecz: że kłopot z Miłosierdziem, które jest największym przymiotem, imieniem Boga, nie polegał tylko na zawiłych (choć koniecznych) procedurach uznawania autentyczności objawień. Problem tkwi w nas, bo tak naprawdę to, kim Bóg jest w swej istocie, jest skandalem z punktu widzenia logiki tego świata. Logiki, która, jak widać, przeniknęła również do życia Kościoła. Historia kościelnych zmagań z orędziem Miłosierdzia tylko to potwierdziła, choć teoretycznie „wszyscy wiemy”, że prawda o Bożym Miłosierdziu ma umocowanie nie tylko w Nowym, ale również w Starym Testamencie.

    Konkurencja dla starych form?

    W swojej książce Ewa Czaczkowska znakomicie pokazuje źródła ostrożności czy wręcz niechęci, jaką w kręgach kościelnych wzbudzały objawienia siostry Faustyny. Trzeba wyraźnie podkreślić, że cała ta fascynująca historia potwierdza trzy sprawy: pokorę Boga, który – można by powiedzieć – cierpliwie czeka na decyzję swojego Kościoła, mądrość i ostrożność Kościoła w badaniu takich przypadków oraz prorockie wyczucie i obcowanie świętych, którzy stali się narzędziami do wypromowania Bożego Miłosierdzia – św. Faustyny i św. Jana Pawła II. Nie spotkali się nigdy osobiście. A jednak z perspektywy czasu można powiedzieć, że w przedziwny sposób współpracowali ze sobą w dotarciu do świata z zapomnianą także w Kościele prawdą o miłości miłosiernej Boga. Być może dla polskiego czytelnika szokiem okazały się zawarte w książce informacje, że biskupi polscy bali się rozpowszechnienia kultu Bożego Miłosierdzia z powodu… potencjalnej „konkurencji”, jaką nowa forma pobożności mogła stanowić dla nabożeństwa do Serca Jezusowego. Ksiądz Michał Sopoćko, kierownik duchowy siostry Faustyny, musiał przekonywać kard. Stefana Wyszyńskiego, że jedna pobożność uzupełnia drugą. Ale nie przekonało to większości hierarchów. Nie bez znaczenia dla negatywnej opinii polskiego episkopatu, wysłanej następnie do Rzymu, był również fakt intensywnych przygotowań do obchodów millenium chrztu Polski. Prymas Wyszyński 3 maja 1957 roku na Jasnej Górze rozpoczął dziewięcioletnią Wielką Nowennę, a cały program duszpasterski miał silny rys pobożności maryjnej, „dlatego wprowadzenie nowego rodzaju kultu mogło być postrzegane jako rozpraszanie duchowej i duszpasterskiej energii” – pisze Czaczkowska. „Nie musiało to jednak oznaczać braku wrażliwości na ideę Bożego Miłosierdzia, lecz jedynie wybór duszpasterskich priorytetów” – dodaje. Niemniej w dalszej części książki autorka przyznaje, że na decyzję Świętego Oficjum duży wpływ miał także ostry już sprzeciw arcybiskupa poznańskiego Antoniego Baraniaka. Kwestionował on rozgłaszaną informację o tym, jakoby kard. Hlond był autorem modlitwy o beatyfikację siostry Faustyny. Tymczasem modlitwę miały otrzymać od samego Hlonda siostry ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Arcybiskup Baraniak później pisał też osobiście do kard. Wyszyńskiego, że cofnął imprimatur na wydanie w Polsce książki o siostrze Faustynie.

    „Legalizacja” miłosierdzia

    To w takim klimacie musiał działać ksiądz, biskup, a później arcybiskup i kardynał Karol Wojtyła, który o Faustynie i jej objawieniach dowiedział się już w czasie II wojny światowej od swojego przyjaciela Andrzeja Deskura, również późniejszego kapłana i kardynała. Można powiedzieć, że to temu duetowi zawdzięczamy dziś powszechność kultu Bożego Miłosierdzia i uznanie objawień oraz świętości siostry Faustyny. Duchownych łączyła nie tylko silna przyjaźń, ale równie silne przekonanie, będące wynikiem duchowej wrażliwości, że orędzie Jezusa zostawione siostrze Faustynie, jest autentyczne i że trzeba zrobić wszystko, by cofnąć zakaz Świętego Oficjum z 1958 roku. Obaj wiedzieli też, iż trzeba działać ostrożnie. Dzięki ks. Deskurowi, który w latach 60. XX wieku był już dobrze obeznanym z watykańskimi realiami dostojnikiem, abp Wojtyła dostał się na rozmowę z kard. Ottavianim, ówczesnym szefem Świętego Oficjum. Przedstawił mu sprawę siostry Faustyny i zapytał, co można zrobić, by udowodnić, że tamta decyzja była oparta na niewłaściwych źródłach (m.in. na tłumaczeniach interpretacji, a nie oryginalnych pism zakonnicy). Ottaviani miał doradzić, by rozpocząć proces informacyjny dotyczący życia i heroiczności cnót Faustyny Kowalskiej. Dziś to po prostu pierwszy etap procesu beatyfikacyjnego na poziomie diecezjalnym. Z rozmowy Wojtyły z Ottavianim wynikało, że jeśli w procesie tym uzna się świętość siostry, to pociągnie to za sobą również uznanie nadprzyrodzonego charakteru jej objawień, a jednocześnie uznanie kultu Miłosierdzia Bożego w formie przez nią przekazanej. Odtąd abp Wojtyła miał dodatkowe wsparcie i motywację. Później był jeszcze nieznany wcześniej list do papieża Pawła VI, w którym kard. Wojtyła rzeczowo i dokładnie przedstawiał historię sporu o siostrę Faustynę i kult Miłosierdzia. W każdym razie faktem jest, że w 1978 roku, pół roku przed wyborem kard. Wojtyły na papieża, notyfikacja z 1958 roku została cofnięta. Kult Bożego Miłosierdzia według wskazań siostry Faustyny stał się legalny.

    Miłosierdzie górą

    Wszystko, co wydarzyło się potem – encyklika Jana Pawła II o miłosierdziu (Dives in misericordia), beatyfikacja i kanonizacja siostry Faustyny oraz rosnąca liczba pielgrzymujących do sanktuarium w Łagiewnikach – pokazuje prawdę o „przebiciu się” Bożego Miłosierdzia do świadomości i życia Kościoła. Co wcale nie oznacza, że w praktyce przyswoiliśmy sobie tę podstawową prawdę o Bogu w sposób niewymagający ciągłej „aktualizacji”. Przeciwnie: surowość, z jaką traktujemy samych siebie i innych (nawet w dobrej wierze i czasem zgodnie z zasadą sprawiedliwości), nierzadko przesłania nam prawdę większą od naszego i cudzego grzechu. Podświadomie ciągle uzależniamy miłosierdzie Boga od spełnienia przez nas szeregu warunków, a nie przyjmujemy tego, że On po prostu jest Miłosierdziem i … nie potrafi być inny.

    Gdy kilka lat temu papież Franciszek ogłaszał Rok Jubileuszowy poświęcony Bożemu Miłosierdziu, można było usłyszeć głosy: a co w tym nowego, Kościół głosi tę prawdę od 2 tysięcy lat, a w ostatnim czasie, za sprawą św. Faustyny i św. Jana Pawła II, jest to praktycznie dominujący temat w nauczaniu. Teoretycznie to prawda. Praktycznie – z miłosierdziem mieliśmy i ciągle mamy problem. Boimy się, że akcentowanie go może przerodzić się w zbyt łatwe rozgrzeszanie. Nam, przywiązanym do pierwszeństwa sądu i sprawiedliwości nad łaską i przebaczeniem, trudno przyjąć, że u Boga kolejność jest odwrotna. – Jeśli jest jakiś opór przed „nadmiernym” celebrowaniem miłosierdzia, to dlatego, że na co dzień robimy wszystko, by niejako wyprzedzić i zastąpić Boga w sądzie nad światem, który On zostawia na koniec czasów, teraz zaś daje czas łaski – mówił mi przed laty ks. Henryk Bolczyk, były moderator generalny Ruchu Światło–Życie.

    Dojrzewanie do prawdy

    Można chyba śmiało powiedzieć, że Rok Miłosierdzia był jakąś klamrą, kropką nad „i” w drodze, jaką musiało przejść orędzie przekazane siostrze Faustynie przez Jezusa. Rok Miłosierdzia był potrzebny, żebyśmy mogli odkryć w swoim własnym życiu to, co Kościół odkrył ponownie dzięki objawieniom siostry Faustyny i rozeznaniu duchowemu Karola Wojtyły. Franciszek w bulli na ten jubileusz pisał:

    Główną belką, na której wspiera się życie Kościoła, jest miłosierdzie (…). Być może przez zbyt długi czas zapomnieliśmy wskazywać i żyć drogą miłosierdzia. Z jednej strony pokusa, która podpowiada, aby brać pod uwagę tylko i zawsze sprawiedliwość, sprawiła, że zapomnieliśmy, iż jest to tylko pierwszy krok, jakkolwiek konieczny i nieodzowny, ale Kościół potrzebuje wznieść się ponad to, aby osiągnąć cel wyższy i o wiele bardziej znaczący. Z drugiej strony ze smutkiem obserwujemy, jak doświadczenie przebaczenia w naszej kulturze staje się coraz rzadsze (…). Nadszedł znowu czas dla Kościoła, aby przyjąć na siebie radosne głoszenie przebaczenia. To jest czas powrotu do tego, co istotne, aby wziąć na siebie słabości i trudności naszych braci.

    Pamiętam wystąpienie abp. Grzegorza Rysia, który odpierał zarzuty, że Rok Miłosierdzia „nic nowego” w życie Kościoła nie wniósł: „To, co proponuje papież, to jest pewna nowość. Ja wiem, że Jan Paweł II napisał Dives in misericordia, ja wiem, że była Faustyna i brat Albert… i Pan Jezus. Ale w Misericordiae vultus Franciszek mówi, że Bóg jest Miłosierdziem w odniesieniu do człowieka. I papież nas zaprasza: doświadczmy tego razem w Roku Jubileuszowym, a jak doświadczymy tego, jaki jest Pan Bóg, będziemy wiedzieć, jaki ma być Kościół w relacji do człowieka. Bo jeśli my jako Kościół staniemy obok tej relacji, którą ma Bóg do człowieka, to jaki jest sens naszego bycia Kościołem? W tym widzę Franciszka jako proroka, bo prorok to ktoś, kto rozumie rzeczywistość, w jakiej się znalazł. I jeśli ten papież stwierdza, że w dzisiejszym świecie doświadczenie miłosierdzia jest najrzadszym z możliwych doświadczeń, to antidotum na to jest odkrycie Boga, który jest miłosierdziem. Nie gadanie o tym, tylko przeżycie tego, doświadczenie. Bo ten, kto przeżyje, kim jest Bóg, będzie próbował przekazywać to dalej” – mówił abp Ryś. Droga, jaką przeszło orędzie św. Faustyny Kowalskiej, jest fascynująca. To droga nigdy niezakończonego dojrzewania Kościoła do odkrywania najtrudniejszej, jak się okazuje, prawdy o Bogu. „Gość Extra” – w całości poświęcony św. siostrze Faustynie i miłosierdziu Bożemu.

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    (tekst pochodzi z wydania „Gościa Extra”, w całości poświęconego Bożemu Miłosierdziu i św. siostrze Faustynie Kowalskiej /30.09.2022)

    Miłosierdzie na cenzurowanym

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wileńska i krakowska twarz Bożego Miłosierdzia

    Obraz wileński miał burzliwą historię, co znacznie wpłynęło na jego stan. Konserwację wykonała Edyta Hankowska-Czerwińska z Włocławka Fot. Marian Paluszkiewicz

    Obraz Jezusa Miłosiernego znany jest chyba na całym świecie. W większości kościołów znajdziemy jednak nie ten wzorowany na obrazie wileńskim, ale na dużo późniejszym dziele Adolfa Hyły.

    Do Krakowa ludzie mieli o wiele łatwiejszy dostęp niż do Wilna w czasach sowieckich. Często również z Polski ludzie wyjeżdżali na Zachód Europy i na inne kontynenty, przewożąc ze sobą reprodukcje obrazu Hyły. Ludzie bardzo polubili ten obraz, ale nie tylko. Można powiedzieć, że Bóg zsyłał na łaski, również przez ten obraz, mimo że nie był on tak wierny wizji s. Faustyny — opowiada „Kurierowi” s. Iwona ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego.

    Pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego powstał w Wilnie w pracowni Eugeniusza Kazimirowskiego według wskazówek s. Faustyny i dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki w 1934 r. Kapłan postarał się, by został zawieszony w kościele pw. św. Michała, którego był rektorem. Obraz wisiał tam przez cały czas wojny. Po wejściu Armii Czerwonej rozpoczął się nowy okres w dziejach Wileńszczyzny, znaczony także prześladowaniami wiary i Kościoła. W 1948 r. kościół zamknięto. Obraz uratowały dwie kobiety, członkinie sodalicji Mariańskiej.

    — Zobaczyły, że w kościele pojawili się robotnicy. Drzwi były uchylone, więc weszły do środka. Udało im się nakłonić robotników, by za pewną sumę pieniędzy pozwolili im wyjąć obraz z ramy i wynieść z kościoła. Tłumaczyły, że zależy im na obrazie, ponieważ jest on ich pamiątką rodzinną — opowiada s. Iwona.

    Kilka lat obraz przeleżał na strychu zwinięty w rulon, w niezbyt dobrych warunkach. Zainteresował się nim dopiero przyjaciel ks. Sopoćki ks. Józef Grasewicz, który w 1956 r. powrócił do Wilna po kilkuletnim uwięzieniu w sowieckim obozie pracy.

    — Ks. Grasewicz znalazł go w kościele pw. Ducha Świętego. Zapytał, czy może go zabrać. Proboszcz bez wahania powiedział „bierz” i tak obraz znalazł się na Białorusi, w Nowej Rudzie — wyjaśnia nam s. Faustyna ze Zgromadzenia Matki Miłosierdzia, którego ks. Grasewicz był współzałożycielem.

    — Obraz był u nas do 1970 r. Zawieszony został bardzo wysoko, pod samym sufitem. Ludzie bardzo się do niego przywiązali, odmawiali koronki. Wreszcie kościół zamknięto. Władze nakazały wywieźć z niego wszystkie sprzęty. Ks. Grasewicz bardzo bał się o obraz. Chciał go przewieźć do ks. Sopoćki do Polski, ale to było zbyt niebezpieczne. Powiedział więc „Chyba Pan Jezus chce wrócić do Wilna”. Nie było to jednak łatwe. Po pierwsze dlatego, że ludzie nie chcieli go oddać. Wiedzieliśmy jednak, że grozi mu zniszczenie i trzeba go zabrać. Nasze dwie siostry — Cecylia i Benigna — weszły więc w nocy przez dach i zamieniły go na kopię — opowiada s. Faustyna.

    Obraz został więc ocalony, wywieziony co prawda z Białorusi, ale nadal pozostawał na terenie Związku Sowieckiego, co sprawiało, że znacznie trudniej było rozpowszechniać wiadomości o nim.

    — Ks. Sopoćko myślał o przewiezieniu obrazu na teren Polski, jednak granica między Związkiem Sowieckim a PRL była trudną do przekroczenia, zwłaszcza, gdyby ktoś chciał przewieźć tak dużą rzecz. Obraz Kazimirowskiego był więc oddzielony od Zachodniego świata o wiele bardziej niż obraz krakowski. Kontakty między Polską a krajami Europy Zachodniej były o wiele łatwiejsze, co pozwalało na łatwiejsze rozprzestrzenianie się wiadomości — wyjaśnia s. Iwona ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego.

    Tymczasem o namalowanie kolejnego obrazu według wizji s. Faustyny zabiegały siostry z jej zgromadzenia. Już po śmierci świętej szukały malarza, którzy mógł namalować obraz, podobny do tego, jaki znajdował się wcześniej w kaplicy sióstr w Warszawie na Żytniej, jednak został spalony razem z domem w czasie Powstania Warszawskiego. Siostry miały do dyspozycji czarno-białe zdjęcia i opis w dzienniczku.

    — Zgłosił się Adolf Hyła. Do tych informacji, jakie przekazały mu siostry, dołożył on swoją fantazję. Malował tak, by obraz był jak najpiękniejszy. Jego pierwszy obraz przedstawiał Jezusa na tle krajobrazu łąki. Ksiądz Sopoćko, gdy zobaczył i porównał dzieło Hyły z obrazem, który nosił w sercu, był przerażony. Nie był ujęty pięknem obrazu, ale akcentował różnicami z opisem s. Faustyny — zauważa s. Iwona.

    Siostry podkreślają, że obraz wileński jest jak ikona, każdy szczegół ma w nim znaczenie symboliczne i teologiczne.

    — Obraz Hyły zawiera wiele z fantazji malarza. Ks. Sopoćko prosił malarza, aby zmienił obraz — przede wszystkim, jeśli chodzi o tło. Chciał również, aby ręka Jezusa była umieszczona nieco wyżej, aby jego spojrzenie było inne, by postać była dostojna. Hyła, zanim zmienił cokolwiek na obrazie, który znajduje się w Łagiewnikach, namalował ok. 200 kopii i rozesłał je po całym świecie. Ten wizerunek bardzo się ludziom podobał, był kolorowy, bardzo przyjemny. Nieznana była przecież symbolika obrazu — opowiada s. Iwona.

    Obraz wileński przedstawia Jezusa na ciemnym tle, ze spojrzeniem skierowanym ku ziemi. Na pierwszym obrazie Hyły czarne tło zastąpił łagiewnicki pejzaż, a wzrok Jezusa skierowany jest na wprost. Obraz nie mieścił się jednak w ołtarzowej wnęce w Łagiewnikach, dlatego siostry zleciły artyście namalowanie duplikatu. Poświęcenie drugiego obrazu nastąpiło 16 kwietnia 1944 r., w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, dzisiaj Święto Miłosierdzia Bożego.
    Obraz natychmiast zasłynął łaskami. W 1954 r. na prośbę ks. Sopoćki artysta zamalował krajobraz ciemnym tłem. Ks. Sopoćko nie był jednak zadowolony z dzieła krakowskiego malarza. Ze względu na trudności z przewiezieniem oryginalnego obrazu na teren PRL-u zabiegał o zorganizowanie konkursu na nowy obraz. Zwyciężyło dzieło Ludomira Sleńdzińskiego, jednak temu obrazowi nie udało się zastąpić znanego już dobrze obrazu z Łagiewnik.

    Warto przy okazji zauważyć, że krakowski obraz nie był zwykłym zamówieniem, ale wotum wdzięczności za ocalenie rodziny malarza.

    — Adolf Hyła przywiązywał wielką wagę do modlitwy w Łagiewnikach, uważał, że to wtedy ważyły się losy jego i jego bliskich, stąd też można chyba powiedzieć, że obraz tworzył z potrzeby serca. Obraz Kazimirowskiego był natomiast wyrazem posłuszeństwa, zarówno s. Faustyny jak również ks. Sopoćki i malarza — zauważa s. Partycja ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego.

    Kult Miłosierdzia napotykał na przeszkody nie tylko na terenie ZSRS. Szerzenie jego było ograniczane również w samym Kościele.

    — Kult Miłosierdzia Bożego rozwijał się w pewny nie do końca kontrolowany sposób. Fragmenty „Dzienniczka” siostry Faustyny były przepisywane na maszynie i szły w świat. Przy robieniu kolejnych kopii w ten sposób pojawiały się błędy. Zdarzało się np. że słowa, które w oryginale były podawane jako słowa Jezusa, w maszynopisach występowały jako słowa s. Faustyny. Co więcej — takie kopie tłumaczono na inne języki, co jeszcze bardziej zniekształcało przesłanie. Dla czytających te teksty s. Faustyna jawiła się nie jako posłuszna zakonnica, ale jako osoba, uważająca siebie za kogoś niezwykłego — wyjaśnia s. Iwona.

    Kult Miłosierdzia zgodnie z przesłaniem, jaki w swoim „Dzienniczku” spisała s. Faustyna, został na pewien czas zakazany.

    — Kościół podjął prawidłową decyzję, że sprawę trzeba zbadać. Zanim została zbadana, trzeba było w jakiś sposób ograniczyć kult. Notyfikacja o zakazie kultu według, jak mówiono „rzekomych objawień s. Faustyny” była ogłoszona w L’Osservatore Romano, a wcześniej list, jako poważne ostrzeżenie, był przekazany ks. Sopoćce przez kard. Wyszyńskiego. Ks. Sopoćko był proszony, by zaprzestał szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Od tej pory ks. Sopoćko pisał tylko do szuflady, powołując się na Pismo Święte i na ojców Kościoła — uważa nasza rozmówczyni.

    Biskupi w Polsce zdecydowali, że obrazy Jezusa Miłosiernego mogą pozostać w tych kościołach, gdzie wierni już się do nich przyzwyczaili, ale Koronka nie może być odmawiana publicznie.

    Mimo że na całym świecie bardziej znany jest obraz krakowski, w domach sióstr znajdują się najczęściej wizerunki zbliżone do wileńskiego Fot. Marian Paluszkiewicz

    — Dotyczyło to także naszego zgromadzenia. Siostry przez długi czas mogły się modlić nią tylko indywidualnie. Ks. Sopoćko zmarł na kilka lat przed oficjalnym zatwierdzeniem przez Kościół kultu Bożego Miłosierdzia, o jakim mówiła s. Faustyna. Kościół postępuje mądrze, ma czas, czeka, aż sprawa się wyjaśni. Ks. Sopoćko pisał zresztą w swoim dzienniku, że nie obawia się trudności, bo sama s. Faustyna mówiła, że na jakiś czas wszystko będzie zamknięte jakby w ciemnej skrzyni, a później jeszcze raz wybuchnie z nową siłą. On sam doskonale rozumiał, że ta sprawa potrzebuje oczyszczenia — dodaje s. Iwona.

    S. Partycja z wykształcenia jest malarką. Do tej pory wykonała kilka mniejszych kopii obrazu Kazimirowskiego, ale przyznaje, że nie ma odwagi zająć się większą pracą.

    — Dla mnie ten obraz to tajemnica. Wydaje mi się, że w jego przypadku najlepszym sposobem na rozpowszechnianie są kopie cyfrowe. Teraz technika daje ogromne możliwości, zresztą widzimy, że wileński wizerunek jest coraz bardziej rozpoznawany na całym świecie — wyjaśnia.

    Według niej najważniejsza jest symbolika, jakiej pełen jest wileński obraz.

    Najbardziej znanym obecnie na świecie obrazem Jezusa Miłosiernego jest obraz autorstwa Adolfa Hyły

    — Spojrzenie Jezusa na obrazie Kazimirowskiego to spojrzenie z krzyża. Ważne jest także ułożenie ręki, które odpowiada wymogom przedsoborowej liturgii. W tym obrazie możemy dostrzec dwie największe tajemnice chrześcijaństwa — Mękę i Zmartwychwstanie. Dwa promienie, które w obrazie Kazimirowskiego się łączą, to symbole sakramentów: biały promień, który usprawiedliwia duszę, to symbol pokuty i pojednania. Czerwony to pokarm dla dusz, czyli symbol Eucharystii. Czarne tło również nie jest przypadkowe — jest symbolem ciemności grzechu w naszej duszy. Jezus przychodząc przynosi światło, którego źródłem na obrazie wileńskim wyraźnie jest serce Jezusa — opowiada.

    Mimo że na całym świecie bardziej znany jest obraz krakowski, w domach sióstr znajdują się najczęściej wizerunki zbliżone do wileńskiego.

    — Właśnie do tego obrazu, także ze względu na opinię ks. Sopoćki, przywiązane jest nasze zgromadzenie. Ten wileński obraz był otaczany jego szczególną opieką od samego początku. Właśnie on najlepiej oddaje przesłanie s. Faustyny. Zresztą Jezus wielokrotnie mówił s. Faustynie, że nie w pięknie obrazu jest siła. Ma on o wiele głębszy wymiar, który nie ogranicza się do przedstawienia postaci Jezusa — podkreśla s. Patrycja.

    — I w Krakowie obraz obwieszony jest wieloma wotami, i w Wilnie ludzie otrzymują wiele łask za jego pośrednictwem. My jesteśmy przywiązani do oryginału, dlatego że powstawał właśnie tutaj według wskazówek s. Faustyny — mówi s. Iwona.

    ze strony:WIERZĘ UFAM MIŁUJĘ

    „W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Malarz Bożego Miłosierdzia

    Obraz Jezusa Miłosiernego autorstwa Adolfa Hyły jest rozpoznawalny na całym świecie. W 2022 r. przypada 125. rocznica urodzin malarza.

    Adolf Hyła

    Z tej okazji, 2 maja, miała miejsce premiera unikatowej, długo wyczekiwanej biografii artysty z krakowskich Łagiewnik, autorstwa ks. Piotra Szwedy, misjonarza saletyna, historyka sztuki i teologa duchowości: Adolf Hyła. Malarz Bożego Miłosierdzia.

    Z Białej do Łagiewnik

    Adolf Hyła urodził się 2 maja 1897 r. w miejscowości Biała (dziś stanowi ona część miasta Bielsko-Biała). Tu zaczęła się jego droga odkrywania tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Malarstwa uczył się u Jacka Malczewskiego. Studiował także prawo i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, nauczał rysunku w gimnazjach w Będzinie i Krakowie. W czasie II wojny światowej osiadł w krakowskich Łagiewnikach, w pobliżu klasztoru Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. Zmarł w Krakowie w Boże Narodzenie 1965 r.

    Biografia malarza ma formę albumu, w którym na kilkuset stronach autor opisał historie powstania blisko 800 obrazów Adolfa Hyły. Zawiera też ponad 500 czarno-białych i kolorowych ilustracji związanych z artystą, które przedstawiają m.in. jego dzieła rozsiane po Polsce i całym świecie, dotychczas nieznane i niepublikowane na taką skalę.

    Publikacja została podzielona na pięć rozdziałów, w których autor opowiada kolejno o młodości i formacji artysty, jego działalności jako nauczyciela, historii przedstawień chrystologicznych jego autorstwa, ikonografii maryjnej i hagiograficznej w jego twórczości oraz o przedstawieniach niereligijnych (tj. autoportretach, portretach rodzinnych, wizerunkach postaci historycznych, kompozycjach rodzajowych, pejzażach etc.).

    W przedmowie do książki abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski, napisał: „Prezentowana książka autorstwa ks. dr. Piotra Szwedy, misjonarza saletyna, badacza od kilkunastu lat zajmującego się życiem i twórczością Adolfa Hyły, w sposób obszerny, kompletny i unikalny na skalę światową prezentuje ouvre artysty z krakowskich Łagiewnik, malarza Bożego Miłosierdzia. Pochylenie się nad życiem i twórczością autora najbardziej znanego na świecie obrazu, będącego wotum wdzięczności za ocalenie życia rodziny – może nasuwać myśl, że ten tylko może być świadkiem miłosierdzia, kto sam go dostąpił. Wotum wdzięczności artysty stało się bowiem najbardziej rozpoznawaną formą szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia”.

    Benedyktyńska praca

    Proces powstawania biografii Adolfa Hyły to mozolna, benedyktyńska praca: przez kilkanaście lat kwerendy, od USA przez Australię aż do Zambii. Jej rezultaty niejednokrotnie zaskakują. Niektóre wątki historii poszczególnych dzieł malarza mogą posłużyć jako scenariusz serialu kryminalnego.

    Treść książki, obok ukazania losów życia Adolfa Hyły, stanowi bogata spuścizna artystyczna malarza. Swoją twórczością, zwłaszcza przez liczne obrazy Jezusa Miłosiernego, zwracał się on w stronę Bożego Miłosierdzia i w ten sposób, służąc swoim talentem, dawał innym ludziom możliwość podążania ku Bogu. Malował również obrazy świętych i błogosławionych, portrety ludzi Kościoła, papieży, kapłanów. Jego dzieła są rozsiane po całej Polsce. Niektóre z nich można znaleźć także poza granicami kraju: w Austrii, Australii, Brazylii, Czechach, we Francji, w Kanadzie, na Słowacji, w USA, Wielkiej Brytanii, we Włoszech czy w Zambii. Warto podkreślić, że artysta nie ograniczał się do tematyki religijnej – wykonywał także portrety ludzi świeckich, niejednokrotnie na zamówienie, by móc w ten sposób zarobić na utrzymanie swoich najbliższych.

     Zuzanna Polańska/Tygodnik Niedziela

    ____________________

    Książkę można nabyć na www.bratnizew.pl i w każdej dobrej katolickiej księgarni w całej Polsce.

    Adolf Hyła.
    Malarz Bożego Miłosierdzia
    Ks. Piotr Szweda MS
    Wydawnictwo: Instytut Studiów Franciszkańskich w Krakowie

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 września 2021 kard. Stefan Wyszyński i Matka Czacka zostali wyniesieni do chwały ołtarzy

    Magdalena Pijewska/Portrety Beatyfikacyjne

    ***

    Dziś mija rok od beatyfikacji matki Róży Czackiej i kard. Stefana Wyszyńskiego

    12 września mija rocznica beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego, człowieka wielkiej wiary, umiejącego przebaczać wrogom, kochającego ojczyznę i męża stanu, który przeprowadził Kościół w Polsce przez trudne lata komunizmu i matki Elżbiety Róży Czackiej, pionierki polskiej tyflologii i opiekunki niewidomych.

    Róża Maria Czacka (imię zakonne Elżbieta) urodziła się 22 października 1876 r. w Białej Cerkwi na Ukrainie. Ze środowiska rodzinnego wyniosła gruntowne i wszechstronne wykształcenie, ideały patriotyczne i społeczne, a także żywą i pogłębioną wiarę. Grała na fortepianie i kochała muzykę. Znała biegle angielski, niemiecki, francuski, orientowała się w łacinie kościelnej i średniowiecznej.

    Od dzieciństwa groziła jej ślepota. Po wielu nieudanych próbach ratowania resztek wzroku utraciła go ostatecznie w wieku 22 lat. Od polskiego okulisty usłyszała nie tylko prawdę o nieuchronnej ślepocie, ale też wezwanie, by zająć się sprawą niewidomych, o których w Polsce nikt się nie troszczył.

    “Przyjmując swoją sytuację utraty wzroku jako powołanie do służby, postanowiła pomóc tym, którzy przeżywają podobne doświadczenie” – powiedziała PAP s. Gabriela z założonego przez Czacką Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.

    “Korzystając z międzynarodowego dorobku tyflologii, w szczególności francuskiej, gdzie zostało opracowane pismo brajlowskie i liczne pomoce dydaktyczne, w 1908 r. Róża Czacka podjęła pierwsze próby praktycznej realizacji własnej koncepcji pracy na rzecz osób niewidomych na ziemiach polskich. W 1910 r. utworzyła w Królestwie Polskim Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, które oficjalnie zostało zatwierdzone przez władze carskie 11 maja 1911 r. Na jego działalność przeznaczyła własne fundusze odziedziczone po rodzicach. Następnie organizowała kwesty publiczne, zwracając się o ofiary do osób prywatnych i o dotacje państwowe” – powiedziała s. Gabriela.

    “Na początku XX wieku osoby niewidome żyły na marginesie społeczeństwa. Nie miały wsparcia medycznego, wykształcenia czy pracy. Pochodząca z rodziny hrabiowskiej Róża Czacka, sama stając się osobą ociemniałą, postanowiła przyjść z pomocą tym, którzy znaleźli się w podobnej do niej sytuacji, ale nie mieli zaplecza materialnego. Chciała, żeby niewidomi byli pełnoprawnymi członkami społeczności, by zdobywając wykształcenie i umiejętności, mogli na równi z innymi osobami funkcjonować, rozwijać swoje umiejętności, talenty” – wyjaśnił PAP prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Paweł Kasprzyk.

    Staraniem matki Czackiej było powstanie Zakładu dla Niewidomych w Laskach na terenie dawnego folwarku podarowanego przez rodzinę Daszewskich ociemniałej hrabinie, gdzie osoby niewidome mogły się kształcić, uczyć prostych czynności. Na miejscu w Laskach powstała biblioteka brajlowska. Pomoc otrzymywały także rodziny dorosłych niewidomych.

    W latach 1915-1918 zrodziła się w Czackiej myśl o powołaniu do życia nowego zgromadzenia, którego zadaniem byłaby troska o niewidomych na każdym etapie ich życia. Uzyskawszy pozwolenie biskupa łucko-żytomierskiego, Róża Czacka przyjęła habit III Zakonu św. Franciszka i 15 sierpnia 1917 r. złożyła śluby wieczyste, przyjmując imię s. Elżbiety.

    W listopadzie 1918 r. uzyskała zgodę władz kościelnych i przyjęła pierwsze kandydatki do nowego zgromadzenia, które od 1 grudnia 1918 r. nosi nazwę Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Wielokrotnie radą i poparciem służył w jej pionierskiej pracy nuncjusz apostolski Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI.

    Będąc niewidomą i cierpiącą na różne choroby, matka Elżbieta Czacka kierowała całością dzieła, na które składał się Zakład dla Niewidomych w Laskach, Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i współpracownicy Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Całość była przestrzenią rozwoju duchowego, dialogu ekumenicznego i światopoglądowego.

    Pisała również i publikowała prace z dziedziny tyflologii. Opracowała polską wersję alfabetu Braille’a i systemy skrótów ortograficznych. Zredagowała konstytucję Zgromadzenia, wygłaszała konferencje dla sióstr i przyjmowała wszystkich, którzy szukali u niej rady i wewnętrznej siły, które sama czerpała z głębokiego życia duchowego, modlitwy i kontemplacji – powiedziała PAP s. Gabriela.

    Laski, kierowane przez Czacką, stały się nowoczesną placówką przygotowującą niewidomych do samodzielnego życia w poczuciu własnej wartości i przywracającą im godność.

    Jej największym pragnieniem było, by niewidomi, przyjmując swoją niepełnosprawność, stali się apostołami wśród widzących, zwłaszcza “niewidomych na duszy”, czyli ludzi oddalonych od Boga wskutek słabej wiary lub grzechu, których oczy są zamknięte na świat duchowych wartości.

    Ks. Władysław Korniłowicz dzieło matki Czackiej, w którym współpracują na równych zasadach niewidomi, świeccy i siostry, nazwał “Dziełem Triuno” (troista jedność). Nazwa ta wyrażała cześć dla Trójcy Świętej, czyli podkreślała religijny charakter działalności wspólnoty, z drugiej odzwierciedlała struktury samej grupy, którą na równych prawach tworzyli niewidomi, świeccy współpracownicy Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.

    W czasie bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 r. została ciężko ranna w głowę. Straciła oko, które trzeba było usunąć, a konieczną operację przeprowadzono bez znieczulenia. Po miesiącu wróciła do Lasek, aby kierować odbudową zniszczonego działaniami wojennymi zakładu.

    W okresie poprzedzającym Powstanie Warszawskie podjęła decyzję o zorganizowaniu szpitala powstańczego w Domu Rekolekcyjnym.

    W 1950 r., wskutek pogarszającego się stanu zdrowia, przekazała kierownictwo zgromadzenia swojej następczyni i wspierała dzieło ofiarą cierpienia i modlitwy.

    Matka Elżbieta Róża Czacka zmarła w opinii świętości 15 maja 1961 r. Pochowano ją na cmentarzu zakładowym w Laskach.

    Za zgodą papieża Franciszka 9 października 2017 r. promulgowano dekret o heroiczności jej życia i cnót. Papież 27 października 2020 r. uznał cud za jej wstawiennictwem, jakim było uzdrowienie 13 września 2010 r. siedmioletniej dziewczynki Karoliny Gawrych, która doznała ciężkiego urazu głowy, gdy przygniotła ją konstrukcja huśtawki.

    Beatyfikacja odbyła się 12 września 2021 r. w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Zgodnie z decyzją papieża jej wspomnienie obchodzone jest w Kościele katolickim w Polsce 19 maja.

    Kard. Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w Zuzeli nad Bugiem. Święcenia kapłańskie przyjął 3 sierpnia 1924 r. we Włocławku.

    Na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał w 1929 r. doktorat na podstawie rozprawy “Prawa rodziny, Kościoła i państwa do szkoły”. Rok później został profesorem prawa kanonicznego i socjologii w Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku.

    Ks. Stefan Wyszyński 4 marca 1946 r. został wyznaczony przez papieża Piusa XII biskupem diecezjalnym diecezji lubelskiej. Sakrę biskupią przyjął 12 maja 1946 r. na Jasnej Górze z rąk prymasa Polski kard. Augusta Hlonda. Za swoje biskupie zawołanie przyjął słowa “Soli Deo honor et gloria”, czyli “Samemu Bogu cześć i chwała”.

    Dwa lata później, po śmierci kardynała Hlonda, został podniesiony do godności arcybiskupa metropolity warszawsko-gnieźnieńskiego, prymasa Polski, a 12 stycznia 1953 r. otrzymał kapelusz kardynalski. Nie mógł go odebrać osobiście, gdyż władze komunistyczne odmówiły mu wydania paszportu.

    Przeprowadził Kościół w naszym kraju przez trudne lata komunizmu. “Wiedział, kiedy można zawrzeć kompromis z władzą, ale w sprawach zasadniczych nigdy się nie wycofywał. Zawsze stał na straży podstawowych wartości” – powiedział PAP abp Gądecki.

    Władze PRL aresztowały go 25 września 1953 r. i internowały. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach, gdzie napisał tekst odnowionych ślubów narodu. 26 października 1956 r. wrócił z internowania do Warszawy.

    Jak podkreślił abp Stanisław Gądecki, heroiczną cechą charakteru prymasa Wyszyńskiego była umiejętność przebaczania wrogom. Po śmierci Bolesława Bieruta, który wydał nakaz jego aresztowania, prymas zaczął się za niego modlić, a w zapiskach zanotował: “Pragnę modlić się o miłosierdzie Boże dla człowieka, który mnie skrzywdził. Jutro odprawię mszę św. za zmarłego”.

    W latach 1957-1965 prowadził Wielką Nowennę przed jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. Poszczególne lata obchodów odbywały się pod hasłami wierności Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego pasterzom, łasce uświęcającej i pokucie, życiu i sakramentowi Eucharystii, małżeństwu, rodzinie, wychowaniu chrześcijańskiemu, miłości i sprawiedliwości, odnowieniu kultury chrześcijańskiej i Maryi.

    Kard. Wyszyński występował do władz w obronie życia dzieci nienarodzonych. Temu tematowi poświęcił wiele homilii i konferencji skierowanych do lekarzy, pielęgniarek i do małżonków.

    Brał także udział w obradach Soboru Watykańskiego II. Na jego prośbę 21 listopada 1964 r. papież ogłosił Maryję Matką Kościoła.

    Prymas Tysiąclecia brał także udział w kilku konklawe. Podczas ostatniego, w październiku 1978 r., uczestniczył w wyborze kard. Karola Wojtyły na papieża.

    Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Ceremonia pogrzebowa, której przewodniczył sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Agostino Casaroli, odbyła się 31 maja. Trumna z ciałem prymasa została umieszczona na kamiennym sarkofagu w podziemiach archikatedry warszawskiej. W 1986 r. sarkofag prymasa przeniesiono z krypty arcybiskupów w podziemiach do poświęconej mu kaplicy w lewej nawie świątyni.

    Proces beatyfikacyjny kard. Wyszyńskiego na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1983 r., a zakończył 6 lutego 2001 r. Akta zebrane w toku procesu liczą w sumie 37 tomów wraz załącznikami.

    W listopadzie 2016 r. kard. Kazimierz Nycz złożył w watykańskiej Kongregacji ds. Kanonizacyjnych trzytomowe “Positio super virtutibus”, opracowane pod kierunkiem postulatora procesu ks. prof. Zbigniewa Sucheckiego. Dokumentacja bierze pod uwagę cnoty teologalne: wiarę, nadzieję i miłość; kardynalne: roztropność, sprawiedliwość, męstwo, umiarkowanie; i moralne: czystość, ubóstwo, posłuszeństwo i pokorę.

    Podczas sesji zwyczajnej 12 grudnia 2017 r. kardynałowie i biskupi z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych wydali pozytywną opinię o heroiczności cnót kard. Wyszyńskiego, a 19 grudnia 2017 r. papież Franciszek podpisał stosowny dekret. Ty samym zakończyły się prace Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych nad “Positio super virtutibus”.

    28 maja 2013 r. podczas uroczystości w bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie zamknięto diecezjalny proces o domniemanym uzdrowieniu młodej osoby za przyczyną Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dokumentacja trafiła do Watykanu.

    W styczniu 2019 r. komisja lekarzy w watykańskiej kongregacji zatwierdziła dokumentację dotyczącą cudu uzdrowienia kobiety z raka tarczycy za wstawiennictwem kard. Wyszyńskiego. Następnie dekret zatwierdziła komisja teologów, a 2 października 2019 r. podpisał go papież Franciszek.

    Beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia odbyła się 12 września w Warszawie. Zgodnie z decyzją papieża wspomnienie liturgiczne bł. kard. Wyszyńskiego obchodzone jest w Kościele katolickim w Polsce 28 maja.

    Gość Niedzielny/PAP/12.09.2022

    _________________________________________________________________________________________

    W niedzielę 11 września na Kahlenbergu uczczono 339. rocznicę zwycięstwa króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

    Tablica upamiętniająca króla Jana III Sobieskiego/fot. wikipedia

    ***

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Piotr Turzyński podczas Mszy św. na Kahlenbergu przypomniał, że dziękujemy dziś Panu Bogu za piękną i bardzo ważną postać króla Jana III Sobieskiego, który czuł odpowiedzialność za Polskę, ale także za Europę i za chrześcijaństwo.

    Zwrócił również uwagę, że mądrości uczy nas przede wszystkim Boże Słowo, ale również i historia. Przed szarżą król Jan Sobieski mówił do naszych polskich rycerzy, że choć tym razem przyszło im walczyć na obcej ziemi, nadal walczą dla Polski oraz dla Europy, dla chrześcijaństwa i dla Boga.

    Warto pamiętać, że król Jan III Sobieski miał świadomość kto w tym zmaganiu jest najważniejszy. Przed wyruszeniem do boju służył do Mszy św. i przyjął Komunię św. Jak mówią świadkowie tamtych wydarzeń przez większość Mszy miał ręce wzniesione do góry. Natomiast jeszcze nocą po zwycięstwie napisał do papieża pamiętne słowa: „Venimus, Vidimus, Deus Vicit” („Przybyliśmy, Zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”).

    Z kolei ambasador RP w Wiedniu, Jolanta Róża Kozłowska przypomniała, że Polonia 100 lat temu zakupiła zdewastowane resztki klasztoru, który już podczas drugiego oblężenia przez Turków został spalony, w którym modlił się król Polski o zwycięstwo. „Prosił wtedy Matkę Boską, Królową Polski, o pomoc w tym zwycięstwie i został wysłuchany. To był pierwszy cud, kiedy wojska zjednoczonej Europy zwyciężyły, jednak losy Europy się zmieniły. Dlatego to miejsce jest symbolem zjednoczonej Europy i naszej polskiej historii. Cieszy mnie, że przybywają tutaj nie tylko Polacy żyjący w Austrii, ale przyjeżdża coraz więcej turystów, młodych ludzi, również z Polski, którzy czytają jakie Polonika można tu zobaczyć. Niektórzy dowiadują się po raz pierwszy o tym wydarzeniu. Te ruiny zostały wykupione przez Polonię. Kościół został oddany księżom zmartwychwstańcom”.

    Z Kahlenbergu rozciąga się najpiękniejsza panorama Wiednia. Dziś miasto jest rozległe, wtedy był to gród otoczony murem. Wokół znajdowały się dziesiątki tysięcy namiotów i ciemny Las Wiedeński. „Tutaj dopiero wyobrażamy sobie jaki był trud ówczesnych żołnierzy, jaka była logistyka działań. Tym bardziej to zwycięstwo zasługuje na to, żeby o nim nie zapomnieć. Dowodzi jak wspaniałych mieliśmy, nie tylko króla i dostojników, ale i polskie rycerstwo”.
    „To była wielka bitwa dla Europy, dla chrześcijaństwa. Ważne były odwiedziny Jana Pawła II, który na to miejsce przyjeżdżał jeszcze jako kardynał, a potem jako papież w 1983 r.

    Wyprawa sprzymierzonych wojska, w tym polskich, przeciwko armii tureckiej w 1683 r. pod Wiedeń znana jest jako Odsiecz Wiedeńska. Była konsekwencją umowy zawartej przez polskiego króla Jana III Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I. Na czele wyprawy stanął polski monarcha, który dowodził rycerzami polskimi oraz wojskami niemieckimi i austriackimi. Sprzymierzone siły pokonały liczniejszych Turków, których liczebność sięgała 110-115 tys. Szczególne znaczenie w bitwie miała szarża polskiej husarii (ok. 20 tys. jazdy), która jest do dzisiaj największą tego typu operacją w dziejach. Wielkie zwycięstwo pod Wiedniem zahamowało ekspansję turecką na Bałkanach. Na uwagę zasługuje także doskonała taktyka zastosowana przez króla w tamtej pamiętnej bitwie, która do dziś jest podziwiana”.

    (fragmenty przemówień z wiadomości: Gość Niedzielny/polskifr.fr)

    Jan Matejko, Bitwa pod Wiedniem, 1883, Muzea Watykańskie, Rzym, licencja PD

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • XXII Niedziela Zwykła – ROK C

    Szata pokory

    Sułtan Mahomet IV wypowiadając wojnę cesarzowi Leopoldowi i królowi Janowi Sobieskiemu przesłał list, w którym napisał takie słowa: „Z łaski Boga rządzącego w niebie, my Mola Mahomet, sławny i wszechmocny cesarz Babilonii i Judei, Wschodu i Zachodu, król wszystkich królów ziemskich i niebieskich, sułtan świętej Arabii i Mauretanii, urodzony i sławny król jerozolimski, władca i pan Grobu Krzyżowanego Boga niewiernych – tobie cesarzu Wiednia i tobie królu Polski daję święte słowo i waszym stronnikom, że zamierzam rozpętać wojnę w twoim kraju małym i poprowadzimy z sobą 13 królów z 1300000 wojownikami konno i pieszo. Tym wojskiem twój kraik stratujemy żelaznymi hufcami bez litości i miłosierdzia, ogniem i mieczem zniszczymy, w sposób, o którym ty i twoi stronnicy nie możecie mieć wyobrażenia. Przede wszystkim rozkazujemy ci, abyś nas oczekiwał w swojej stolicy w Wiedniu, abyśmy mogli ci ściąć głowę. Także i ty króliku polski uczyń to samo”…

    Można po dziś dzień oglądać ten dokument w wiedeńskim archiwum i uświadomić sobie jak śmieszny a zarazem bardzo niebezpieczny może być człowiek nadęty pychą. A tymczasem ludzka droga jednakowo kończy się dla każdego. Jest nią brama, przez którą każdy przejść musi.

    Kiedy zmarła ostatnia cesarzowa Austrii Zita w wieku lat 97 pogrzeb jej odbywał się według następującego ceremoniału. Kondukt pogrzebowy dotarł do klasztoru ojców kapucynów w Wiedniu i wtedy mistrz ceremonii zapukał do bramy grobowca Habsburgów. Strażnik stojący po drugiej stronie zapytał:

    – Kto prosi o wpuszczenie do środka?

    – Zita, cesarzowa Austrii, ukoronowana królowa Węgier, królowa Dalmacji, Kroacji… Jerozolimy; arcyksiężna Taskany i Krakowa; księżna Lotaryngii… Salzburga; wielka księżna Siedmiogóry; księżna Dolnego i Górnego Śląska; hrabina Habsburga i Tyrolu; księżniczka Portugalii”…W sumie mistrz ceremonii wyliczył aż 54 tytułów.

    – Nie znam – odpowiedział strażnik.

    Prowadzący kondukt zapukał trzykrotnie do bramy i usłyszał znowu ten sam głos i to samo pytanie:

    – Kto prosi o wpuszczenie do środka?

    – Zita, Wasza Wysokość, cesarzowa i królowa!

    – Nie znamy jej!

    Nastąpiło kolejne trzykrotne pukanie i po raz trzeci to samo pytanie strażnika:

    – Kto prosi o wpuszczenie?

    Dopiero wtedy mistrz ceremonii odpowiedział:

    – Zita, śmiertelny i grzeszny człowiek.

    I brama natychmiast otworzyła się na oścież i równocześnie strażnik wypowiedział słowa:

    – Wejdźcie do środka.

    Ale to nie tylko wielcy tego świata otaczają swoje nazwisko przeróżnymi ozdobnikami, tracąc przy tym często właściwe proporcje. Pycha umie się ubrać również i w przymilne szaty obezwładniając swoją mocą nawet tych, którym dane jest być blisko Bożych spraw. Trafnie postawił swego czasu pytanie ks. prof. Włodzimierz Sedlak: Kto powiedział, że pycha nie lubi się modlić? Bardzo lubi – byleby ubrać się jeszcze przy tym w złotą kapę, w pięknym kościele wypełnionym po brzegi. No bo czy jest w tym coś złego, że ja pokażę się dla chwały Bożej?

    Słyszałem taką historię o rabinie, kantorze oraz stróżu synagogi, którzy przygotowywali się do nadchodzącego Dnia Pokuty. Rabin bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Kantor bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Stróż także bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Poczym rabin do kantora ze zdziwieniem taki zrobił komentarz:

    – Spójrz tylko, kto śmie mówić, że jest niczym!

    Liturgia ostatniej sierpniowej niedzieli dotyka bardzo czułego punktu, który w ludzkiej naturze głęboko jest osadzony. Jezus na przyjęciu, które urządził przywódca faryzeuszów, nie mówi o przepisach savoir-vivre’u jak należy zachować się przy stole. Chodzi o daleko głębszą i o niezmiernie ważną prawdę. Hans Urs von Balthasar tłumaczy w ten sposób co to znaczy „zajmowanie ostatniego miejsca”: „Można powiedzieć, że Ewangelia traktuje o pokorze. Z tym, że pokorę trudno jest zdefiniować jako cnotę. Na dobrą sprawę nie można dążyć do jej osiągnięcia, bo wtedy chce się czymś być; nie można się w niej ćwiczyć, gdyż wtedy chcemy coś osiągnąć. Nikt, kto tę cnotę posiadł, nie może o tym wiedzieć, stwierdzić jej u siebie. Tak więc istotę pokory można ująć tylko poprzez negację: człowiek nie powinien pragnąć niczego dla siebie. I wtedy już sam, nie myśląc o tym, nie usiądzie na zaszczytnym miejscu, gdzie go wszyscy widzą, zwracają na niego uwagę, doceniają. Podobnie, gdy zaprasza na przyjęcie, nie powinien z premedytacją dobierać sobie takich gości, którzy mu się odwdzięczą zaproszeniem. Człowiek pokorny, gdy siada na ostatnim miejscu, to nie po to, by podziwiano jego pokorę, a gdy zostanie poproszony, by przesiadł się wyżej, to cieszy się nie ze względu na zaszczyt, lecz z powodu okazanej mu życzliwości. Człowiek taki w ogóle siebie nie ocenia, gdyż nie interesuje go wcale pozycja, jaką zajmuje wśród ludzi. A gdy Pan powie mu, że za swą postawę otrzyma odpłatę „przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”, człowiek pokorny pojmie to po prostu w ten sposób, że będzie u Boga. Albowiem tylko ta jedna myśl zaprząta jego serce: że Bóg stoi tak nieskończenie wyżej od niego – pod względem dobroci, potęgi, majestatu.”

    Od razu na myśl przychodzą słowa napisane przez Adama Mickiewicza: „Panie, czymże ja jestem przed Twoim obliczem? Prochem i niczem; Ale gdybym Tobie moją nicość wyspowiadał, Ja, proch, będę z Panem gadał”.

    Łacińskie słowo „humilitas” – znaczy pokora. Pochodzi ono od „humus” – czyli ziemia. Bo człowiek jest uczyniony Bożymi rękoma z mułu ziemi. I żyje na tej ziemi razem z innymi.

    O. Jacek Salij porównuje ludzką społeczność do rośliny: „Cała roślina mobilizuje się do tego, żeby zakwitnąć i pachnieć i wydawać owoce. A przecież nawet korzonki spełniają w roślinie rolę niezastąpioną i bez nich roślina by zwiędła. My cieszymy się z tego, że możemy czynić dobro zarówno wtedy, kiedy przypadła nam rola korzonków, jak wtedy, kiedy znaleźliśmy się na pierwszym miejscu.” Bo jak pisze św. Paweł: „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich.”

    ks.Marian Łękawa SAC

  • XXI Niedziela Zwykła – ROK C

    Ciasne drzwi

    Ksiądz Jerzy Mirewicz, znany jezuita, szczególnie tu na Wyspach Brytyjskich, od kilknastu lat –  już świętej pamięci, w jednej ze swoich książek napisał między innymi takie słowa: „Chrześcijanie ujmują swoje życie jako podróż do wiecznej ojczyzny, jako pielgrzymowanie do nieba, do domu. Jest to dom Ojca. Jezus Chrystus jest tego domu Panem. Wszyscy ludzie, dopóki żyją na ziemi, mogą osiągnąć ten cel wyznaczony nam przez Trójcę Przenajświętszą, jeżeli idą – mówiąc językiem Ewangelii – wąską drogą i usiłują wejść do królestwa Bożego ciasnymi drzwiami. Czy zaraz na początku homilii nie przelękliście się tej wąskiej drogi i ciasnych drzwi? Czy przypadkiem nie sądzicie, jak niektórzy, że należy tak przekazywać naszym czasom katolicki dogmat i etykę, „żeby katolicyzm był łatwiejszy do przyjęcia i przyjemniejszy do przeżycia”.

    Rzeczywiście bardzo często powtarzana jest opinia przez sporą liczbę chrześcijan, że w Kościele musi coś się zmienić. Pytanie, które w dzisiejszej Ewangelii postawił Chrystusowi człowiek nieznany z imienia: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?” – jest pytaniem bardzo wielu ludzi. Ale czy prawdziwa intencja tak zadanego pytania nie jest głęboko ukryta gdzieś za fasadą rzekomej troski o Kościół, o którym mówi się z zatroskaniem: No bo przecież przybędzie wiernych. Konfesjonały częściej będą słyszały dyskretne stuknięcia, ponieważ uklękną przy kratkach ci, którzy dotychczas nie mogli, albo nie zgadzali się z nauką Kościoła uważając, że już jest najwyższy czas, aby zrzucić maskę zacofania i stanąć wreszcie w szeregu nowoczesnych instytucji. A faktycznie, tak naprawdę chodzi przede wszystkim – jakby powiedział ksiądz  profesor Włodzimierz Sedlak – o pewien rabat etyczny, pewien luz moralny, coś w rodzaju amnestii duchowej. Po prostu chodzi o ulgę natury ewangelicznej.

    Swego czasu zapytano Ojca Świętego Jana Pawła II: „Czy nie stawia za dużych wymagań członkom Kościoła?” Wtedy on odpowiedział: „Też sobie stawiam takie pytanie. Ale jeżeli chce się być wiernym Jezusowi i Jego Ewangelii nie można nie wymagać od siebie”.

    Kiedy Matkę Teresę jeden z dziennikarzy zapytał co jej zdaniem należałoby zmienić w Kościele, ona odpowiedziała krótko i zdecydowanie: „Ciebie i mnie, drogi panie!”

    Wspomniany już ksiądz profesor Sedlak bardzo trafnie ujął rozumowanie takich katolików nazywając je nawet słusznym – tylko idąc konsekwentnie za taką logiką „należałoby znieść w blokach górne piętra, ponieważ ludzie słabi, niedołężni, kalecy nie są w stanie tam dojść. W ramach umasowienia turystyki należałoby trotylem wysadzić szczyt Giewontu, żeby inwalidzi, sercowi, paralitycy też mieli ambicję zdobyć szczyt. W imię tej samej logiki należałoby obniżyć poziom szkoły, ażeby ułomni na umyśle też mieli pretensje pretendować do pierwszego ucznia. Tylko logika słuszna w obrębie chrześcijańskich zasad przetransponowana na życie codzienne stwarza szereg paradoksów niemożliwych do przyjęcia, paradoksów, które w imię codziennej, normalnej logiki nie uznaje nikt zupełnie. W sporcie, w turystyce, w nauce stawia się ciągle coraz większe wymagania. Od Kościoła katolickiego żąda się, przynajmniej w swoich nadziejach, żeby poprzez wysoko postawioną poprzeczkę przez Chrystusa przed XX wiekami, dzisiaj ze względu na cherlactwo duchowe człowieka obniżyć tę poprzeczkę, żeby on również mógł być olimpijczykiem etycznym i miał prawo do nazywania się świętym w dzisiejszych kategoriach wymiaru”.

    Odpowiedź Jezusa: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi” – nie jest odpowiedzią jakiej spodziewał się człowiek, który postawił swoje pytanie. Przechodzenie przez ciasne drzwi i wspinanie się niewygodną drogą mówi o trudzie, o wysiłku, a nie o wygodnym sposobie życia. „Nie wiecie czyjego ducha jesteście” – powiedział Chrystus Pan do nie pojmujących Jego nauki. Dziś, po tylu wiekach, mówi te same słowa jeszcze z większym naciskiem, bo ci, którzy powinni widzieć – wciąż nie widzą właściwego sensu chrześcijaństwa. Dlatego pytają czy Kościół nie zmodyfikuje swoich surowych reguł, w których nie ma żadnej tolerancji dla ludzkich uczuć? Nie mogą zrozumieć, jak można nakazać trwać w bólu niedobranej parze małżeńskiej. Jeżeli kogoś znienawidziło się – czy można go zmusić na siłę do kochania? Kościół chyba nie rozumie, że instynkt płciowy jest naturalnym instynktem człowieka. To są pytania, które wystarczą, aby Chrystusa i Jego Kościół głoszący Ewangelię dzisiejszemu światu całkowicie zdyskredytować.

    A tymczasem nie widzi się i nie chce się widzieć, że to nie Chrystus uważa, iż można wziąć ludzkie serce jak łodygę i nagiąć do świata, przywiązać palikiem i ono krzywo urośnie. Chrystus nie przemoc proponuje, ale jeżeli ludzkie serce wybiera drugie serce – to żeby było za nie odpowiedzialne. Chodzi więc o pewną mądrość, dojrzałość, która potrafi zobaczyć przede wszystkim człowieka a nie tylko jego cielesność. Chodzi więc o rozwagę, o mądrość, o siłę wewnętrzną. Tu dopiero nabierają wyrazistości Jezusowe słowa: „Jarzmo moje jest słodkie, a brzemię lekkie”. Tu dopiero człowiek naprawdę odkrywa, że Pan Jezus nie pozostawia go samego tylko z wymaganiami. Gdyby tak było – byłby Bogiem okrutnym. Ale On przecież samego siebie daje i stale towarzyszy na człowieczej drodze ze swoim nieskończonym miłosierdziem. Byleby tylko człowiek zechciał usiłować przechodzić przez ciasną bramę. Ta ciasna brama oznacza ciągłe zrzucanie ze swojego serca pychy, bo to ona uniemożliwia przechodzenie. Jezusowa brama oznacza godzenie się ze swoją małością i niewystarczalnością, a tym samym uznanie całkowitej swojej zależności od Boga. Moje zaufanie jest nie we mnie, ale tylko i wyłącznie w Bogu jest i w Jego łasce.

    Owe ciasne drzwi, o których jest mowa w dzisiejszej Ewangelii, są nie tylko obrazem ludzkiego wysiłku. Drzwiami do Bożego królestwa jest sam Chrystus Pan. On sam tak siebie nazwał: „Ja jestem bramą. Jeśli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony”. Pan Jezus cichy i pokorny, kochający aż do śmierci na krzyżu jest więc tą ciasną bramą, przez którą przechodząc mam się upodobniać do Niego. Wciąż, każdego dnia, każdej chwili.

    O świętym Izydorze z Sewilli opowiadają, że miał duże trudności z nauką, do której zresztą zbytnio się nie przykładał. Pewnego dnia usiadł obok małego źródełka. Patrzył na wydrążenia w skale, które wyżłobiła woda, kapiąc kropla po kropli przez długie lata. Widok ten sprawił, że odtąd odmienił zupełnie styl swojego życia. Wrócił do domu i zaczął systematycznie wymagać od siebie coraz więcej, tak, że nie tylko nie było już kłopotu z nauką, ale z czasem stał się jednym z największych uczonych swojej epoki. Dla niego te zwykłe krople wody stały się zbawienne. To one sprawiły, że stał się cenionym historykiem Hiszpanii. Co więcej – jest doktorem Kościoła i przez ten Kościół jest czczony jako święty.

    ks.Marian Łękawa SAC

  • XX Niedziela Zwykła – Rok C

    Boży ogień

    Po wysłuchaniu dzisiejszego Bożego Słowa wielu z nas może być zaskoczonych. Bo co to znaczy: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął!” O jakim ogniu mówi Pan Jezus? W Piśmie Świętym ogień bardzo często oznacza Boże działanie – na przykład Pan Bóg objawia się Mojżeszowi w krzewie ognistym, który płonął, ale się nie spalał. Albo w czasie narodzin Kościoła w dniu Pięćdziesiątnicy, Duch Święty w postaci ognistych języków spoczął na głowach apostołów zgromadzonych w wieczerniku. Ogień w Starym Testamencie zapoczątkował uwolnienie narodu wybranego z niewoli egipskiej. Zaś w dzień Zesłania Ducha Świętego Boży ogień dał życie, dał moc i rozgrzał  Bożą miłością. Bóg więc chce być dla nas już nie tylko – jak w czasach Mojżesza –naszym Obrońcą i Wyzwolicielem, ale pragnie dawać nam samego siebie. „Jakże bardzo pragnę, żeby ten ogień już zapłonął” – te słowa wyrażają bardzo gorące pragnienie Pana Jezusa, żebyśmy wszyscy, każdy z nas, otworzyli się na ten święty ogień Bożej Miłości, którym jest sam Duch Święty. Dlatego Kościół nieustannie modli się i to z wielką żarliwością: „Przyjdź Duchu Święty i rozpal w nas ogień Twojej miłości”. 

    Ale ogień Bożej miłości oznacza również oczyszczenie, co zawsze połączone jest z trudem, z cierpieniem i przede wszystkim z wyborem Bożej woli, która niestety krzyżuje się i to bardzo często z  naszą ludzką wolą. To znaczy, że pojęcie pokoju może być różne. Jest pokój według Bożego objawienia, który aniołowie zwiastują pasterzom w noc Bożego Narodzenia, śpiewając: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania”. Wtedy nie było miejsca w żadnej ludzkiej gospodzie na Boże narodziny – wręcz przeciwnie,  te narodziny spowodowały rzeź niewiniątek, ucieczkę świętej Rodziny do obcego kraju. Dlaczego – bo byli tacy, którzy chcieli mieć “święty spokój” – jak król Herod i cała Jerozolima. Mieli swoje wyobrażenie świata, w której to przestrzeni żyli całkowicie zamknięci na Boży świat. Tymczasem Pan Jezus mówi wyraźnie: “Pokój mój daję wam, nie taki jaki daje świat”. A więc przyniósł pokój, który powoduje na tym świecie rozłam.

    Boży pokój nie ma nic wspólnego ze złem, jeżeli jest osiągany kosztem słabszego albo za cenę kłamstwa i oszustwa. Jeżeli pragniemy być ludźmi Jezusowego pokoju, na taki fałszywy pokój nie wolno nam się godzić. Podczas swojej męki Pan Jezus dał nam najwyższy przykład niezgody na pokój fałszywy. W czasie procesu, na  pytanie Annasza, czy jest Synem Bożym, albo na pytanie Piłata, czy jest Królem żydowskim, dał świadectwo prawdzie. Symeon przepowiedział podczas ofiarowania w świątyni jerozolimskiej, że to maleńkie 40 dniowe Dziecko będzie znakiem sprzeciwu. 

    Zaraz po tym pierwszym zdaniu Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii następuje kolejne – również bardzo trudne do przyjęcia. „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. Chrystus chrztem nazywa swoją świętą mękę, a więc swoje biczowanie, cierniem ukoronowanie i przybicie do krzyża. Cała droga krzyżowa – to jest ten straszliwie gorzki kielich,  który Pan Jezus wypił do samego końca, na krzyżu został ochrzczony we własnej krwi, bo „umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”.

    Skoro Panu Bogu aż tak bardzo zależy na każdym z nas, bo tylko On wie co dla nas jest najważniejsze, co nas jedynie naprawdę może uszczęśliwić – to jak nie wyrazić zgody na przyjęcie tego Bożego pokoju. Ten prawdziwy, Boży pokój jest nie da pogodzenia z pokojem fałszywym, takim, który zupełnie ignoruje Boże przykazania. Często stajemy przed takim wyborem, że trzeba wejść w niezgodę nawet z własnym ojcem, matką, z rodzonym dzieckiem, czy z kimkolwiek ze swoich bliskich, aniżeli szukać porozumienia wbrew Bożym przykazaniom. 

    Ojciec Jacek Salij bardzo konkretnie pokazuje w jaki sposób ma zachować się człowiek, który  idzie za Jezusem: “Jeżeli własny twój ojciec lub matka usiłują rozbić twoje małżeństwo i nie chcą pamiętać o tym, że przecież ze swoją żoną czy mężem jesteście złączeni sakramentem i przysięgaliście sobie w obliczu Boga i aniołów – przypomnij sobie wtedy słowo Chrystusa Pana z dzisiejszej Ewangelii, że nieraz trzeba, ażeby syn stanął przeciwko ojcu, a synowa przeciw teściowej. Ale też z drugiej strony – jeżeli twój syn porzucił swoją żonę i wiąże się z inną kobietą, nie udawaj, że nie dzieje się nic złego.

    Niedobra to zgoda, którą osiągamy za cenę deptania Bożych przykazań. Toteż jeżeli rodzony ojciec namawia ciebie do bardzo korzystnych, ale niegodziwych decyzji ekonomicznych, nie słuchaj go i nie bój się zaryzykować tego, że rozgniewa się na ciebie. Nie lękaj się też odmówić złożenia w sądzie fałszywego świadectwa, nawet jeżeli ciebie o to prosi ktoś bardzo tobie bliski. 

    Jeżeli twoja córka lub siostra zaczyna myśleć o aborcji, ty podaj jej rękę i zrób wszystko, żeby dodać jej otuchy. A jeśli to ty jesteś kuszona do aborcji, może nawet przez rodzoną matkę – wiedz swoje i przypomnij sobie, że przykazanie „Nie zabijaj” znaczy również: Nie zabijaj własnego dziecka. Właśnie w odniesieniu do takich sytuacji Pan Jezus mówi nam dzisiaj: „Nie przyniosłem wam pokoju, ale rozłam”.

    Żeby w mojej rodzinie płonął ogień Bożej miłości, muszę wiedzieć, że miłość wymaga ofiary, wymaga poświęcenia. Miłość, która za wszelką cenę chce uciec od krzyża – nie jest miłością prawdziwą.

    Święty Jan Paweł II przekonywał nas, przemawiając w Nowym Sączu, “…żebyśmy nie bali się takiego krzyża, którego dźwiganie służy dobru małżeństwa i rodziny. W żadnych okolicznościach wartość małżeństwa, tego nierozerwalnego związku miłości dwojga osób, nie może być podawana w wątpliwość.  Jakiekolwiek rodziłyby  się trudności, nie można rezygnować z obrony tej pierwotnej miłości, która zjednoczyła dwoje ludzi i której Bóg nieustannie błogosławi. Małżeństwo jest drogą świętości, nawet wtedy, gdy staje się drogą krzyżową”.

    Często bywa tak, że obydwoje rodzice na chrzcie świętym przyrzekają wychowywać swoje dziecko po katolicku, a potem po latach, jedno z nich – zdecydowanie częściej ojciec – przestaje chodzić do kościoła, co zazwyczaj negatywnie wpływa na religijność dziecka. Wtedy rodzice mogą usłyszeć takie bardzo niepokojące słowa, jakie kiedyś kilkuletni chłopiec powiedział swemu ojcu: „Nie mogę się doczekać aż będę dorosły i jak mój tata nie będę już musiał chodzić do kościoła”. 

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz opisuje jeszcze inną sytuację, wobec której ludzie wierzący stają dziś coraz częściej:  “Kiedy kolega, znajomy czy przyjaciel zaprasza na swój ślub cywilny, który ma być początkiem nowego związku z tak zwaną drugą żoną, rodzi się dylemat: Czy iść do Urzędu Stanu Cywilnego, uśmiechać się miło, wręczyć tak zwanym nowożeńcom bukiet kwiatów, życzyć im szczęścia, mając na uwadze to, że oboje lub jedno z nich zostawia swojego prawego współmałżonka, że kilka ulic dalej dzieci tego tak zwanego pana młodego cierpią, bo tata poszedł sobie do innej pani? Czy mam uśmiechać się i być miły, kiedy ci tak zwani nowożeńcy na oczach wszystkich łamią jedyny ślub, jaki kiedyś składali przed Bogiem i Kościołem? W istocie jest to przecież smutna i tragiczna uroczystość. Czy w niej uczestniczyć? Znam ludzi, którzy nie przyjęli takiego zaproszenia. Stać ich było na takie postawienie sprawy. Nierzadko przez to tracili przyjaciela czy koleżankę. Nierzadko byli za swoją postawę boleśnie piętnowani przez całe otoczenie. Przyjazne relacje spłonęły w ogniu wierności Jezusowi”. 

    Święty Piotr bardzo wyraźnie stwierdził przed Sanhedrynem: “Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Jednak w naszej codzienności zdarza się i to bardzo często, że dla świętego spokoju, dla przypodobania się ludziom, albo z lęku przed wyśmianiem, oskarżeniem o fanatyzm i dewocję – dezerterujemy. Dlatego tak bardzo potrzebna jest nam moc Ducha, aby wytrwać. 

    Hinduski kapłan Rufus Pereira opowiadał swego czasu, jak przyszli do niego mężczyzna i kobieta. Oboje byli bardzo chorzy. Prosili księdza Rufusa, aby pomodlił się nad nimi w intencji ich uzdrowienia. Gdy rozpoczął modlitwę poczuł natychmiast wyraźny duchowy opór. Poprosił ich, by przyszli następnego dnia rano. Ale i wtedy modlitwa wydawała się też być czymś  blokowana. „Usiądźmy i porozmawiajmy chwilę” – zaproponował ksiądz Pereira. „W którym kościele braliście ślub?” – zapytał schorowaną parę. „A my nie mamy ślubu kościelnego”. „Nie jesteście związkiem sakramentalnym?” – dopytywał się ksiądz. A gdybyście zostali uzdrowieni, to co byście zrobili?” – „Będziemy żyli dalej razem jak dotychczas”. – „Jak mąż z żoną, czyli prosicie Boga o zdrowie i siły, by żyć dalej w grzechu” – pytał ks. Rufus. Zmieszani mężczyzna i kobieta wyglądali na mocno zakłopotanych. 

    To pytanie księdza Pereira powinno nas zastanowić, bo często prosimy o wstawiennictwo, żeby na przykład mąż przestał pić albo żeby zapanowała harmonia w rodzinie, a nie kłótnie, albo prosimy aby, różne choroby nie dotykały nas i naszych bliskich. I jeśli Bóg spełni nasze prośby – czy wtedy tymi darami będziemy służyć Panu Bogu z czystym sercem pełnym wdzięczności, zachowując Boże przykazania? 

    ks.Marian Łękawa SAC

  • XIX Niedziela Zwykła – ROK C

    Bóg chce być kochany

    Pan Jezus przekazuje dziś bardzo ciepłe i serdeczne słowa: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo”. Obiecuje, że to królestwo, z którego przyszedł, stanie się udziałem tych, którzy weń uwierzą. Dla dzisiejszego człowieka zanurzonego w sprawach tego świata, Jezusowe słowa brzmią – trzeba przyznać – trochę archaicznie.

    A poza tym tu, na tej ziemi, przyobiecana rzeczywistość jest całkowicie zakryta. Ludzkie oko nie jest w stanie jej wypatrzyć. Ale ona jest. Jezus zaświadczył o niej aż do przelania swojej krwi. Dzięki temu Jego obietnica mogła się ziścić. Zanim jednak dokonał otwarcia Bożych bram, Chrystus swoim nauczaniem przybliżał Królestwo, które nie jest z tego świata, poprzez różne przypowieści. Między innymi przyrównał tę Bożą rzeczywistość do skarbu ukrytego na roli, który kiedy człowiek odkryje gotów jest oddać wszystko, ponieważ zapragnął posiąść go całym swoim sercem – „bo gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje”.

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz bardzo trafnie przetransponował tę prawdę na dzisiejsze realia: „Każdy z nas musi się uczciwie zapytać, gdzie jest jego serce. Zanurzone w serialach telewizyjnych? W magazynach piłkarskich? W robieniu kariery? Każdy z nas musi zapytać siebie: jaka wiadomość, jaka sprawa spowodowałaby, abym w nocy wstał, ubrał się i wyszedł z domu? Za co oddałbym wszystkie pieniądze? Każdy z nas ma takie sprawy, tak kochane osoby, takie wartości. I to jest w ewangelicznym przekazie niezwykłe, że Bóg chce być przez nas właśnie tak mocno, całym sercem kochany! Dokładnie tak! Wiem, to dla wielu szokujące, to dla wielu niemożliwe, to dla wielu zupełna abstrakcja. Owszem, pomodlić się, zachowywać przykazania, iść do kościoła. Ale kochać Boga aż tak?! Odpowiedź jest jedna: dokładnie tak! Zaangażować serce w Boga bardziej niż w samochód, komputer, serial, pieniądze”…

    Tymczasem bardzo często słyszę w rozmowie z ochrzczonymi ludźmi zadawalanie się jedynie najmniejszym minimum. Co gorzej – uważa się to za normalne i wystarczające, by pójść tylko do kościoła i to jeszcze z kilkuminutowym opóźnieniem. I znowu też nie co niedziela – no bez przesady! Raz na rok przystąpić do spowiedzi – wcale nie z potrzeby serca – tylko żeby mieć już z głowy. Błyskawiczna modlitwa z cichym westchnieniem: „o, jak mi się nie chce”. A tymczasem Pan Jezus stawia bardzo wysoko poprzeczkę mówiąc o wąskiej i stromej ścieżce, która prowadzi do Jego Królestwa. Wygodna i szeroka droga nie zaprowadzi do Bożego świata. I choćbym wmawiał sobie, że Jezusowe wymagania są po prostu absurdalne – to jednak tak naprawdę tylko Bóg jest całkowicie po stronie mojego serca. Żeby zrozumieć ten Boży zamysł dobrze jest przyjrzeć się, jak proponuje cytowany już wyżej ksiądz Piotr Pawlukiewicz, ludzkim relacjom choćby w rodzinach: „Czyż też nie oczekujemy od bliskich miłości? Żona pragnie nie tylko rzuconej na stół pensji, ale i serca, uśmiechu, zainteresowania, czułości ze strony męża. Córka oczekuje od matki nie tylko postawionego na stole obiadu, ale często rozmowy, przyjaźni, zrozumienia. W ilu domach można usłyszeć słowa: ”Czego się czepiasz? Przecież utrzymuję dom, daje pieniądze!” Tak, to prawda. Można dla kogoś pracować, być z nim, rozmawiać, a wcale go nie kochać, sercem być zupełnie gdzie indziej – w marzeniach, w gazetach, w telewizji. Chyba wielu z nas zdarzyło się, że ktoś, na kim mi zależało, wcale nie miał dla nas serca. Był z nami, rozmawiał, ale tylko z grzeczności, tylko z musu”.

    Przywołując takie doświadczenia mogę łatwiej zobaczyć moją ogromną niewdzięczność dla Boga, który uczynił dla mnie wszystko, aby mnie uratować i uszczęśliwić – a ja, owszem idę do kościoła na Mszę św., tyle że z obowiązku, może z przyzwyczajenia. Psalmista woła: „Ucieszyłem się, że pójdziemy do domu Pana”. Czy rzeczywiście jest we mnie radość, by móc uczestniczyć w Wielkiej Tajemnicy Wiary? Na ile zdaję sobie z tego sprawę? A modlitwa, do której jestem dopuszczony mając ten nieprawdopodobny i niewyobrażalny przywilej, że moje słowo dociera do samego Boga i Boży głos we mnie jest słyszalny – czym jest dla mnie, skoro odbywa się byle jak i byle szybciej, bo w telewizji zaczyna się już ciekawy film?

    Pan Bóg jednak nie zraża się i nie odwraca ode mnie swojej miłości, a równocześnie tak dalece szanuje moją wolną wolę – co też jest jedną z niepojętych Bożych tajemnic. Nie zmusza mnie do kochania siebie, ale poprzez najrozmaitsze sytuacje, poprzez wysyłanych aniołów i ludzi pragnie ocalić moje prawdziwe życie i uczynić je szczęśliwym. I czyni to w sposób tak delikatny, aby w niczym nie urazić mojego serca. Dokąd więc będę śpiewał ustami tylko: „Kiedyż, o kiedyż, słodki mój Panie, poznamy Serca Twego kochanie? Kiedyż Twa miłość rozpali nas? O, dobry Jezu, czas to już, czas!”

    Pan Bóg zrobił wszystko, aby zasłużyć sobie na miłość człowieka. Przede wszystkim dał swojego Syna przez którego każdy może stać się Bożym domownikiem. A jednak nie tylko św. Franciszek zwykł mówić: „Miłość nie jest kochana”. To smutne stwierdzenie jest widoczne w każdym ludzkim pokoleniu, w którym tylko „małe trzódki” odnajdują swój skarb – Jezusa. Kochają Go całym swoim sercem, tak jak tylko potrafią, idąc wytrwale po śladach Jego stóp. To nic, że ciągle upadają potykając się o ostre kamienie walające się na drodze ich życia. Z każdego upadku powstają i wciąż idą dalej, aby wytrwać do końca. To o nich mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał”. Ale Pan już dziś, już teraz klęka przed każdym uczestnikiem Eucharystii i umywa nogi – tak jak wtedy kiedy ustanowił ten Przenajświętszy Sakrament. Czy widzę to co czyni Jezus – mój Pan, mój Bóg? Na pewno widzą te „małe trzódki” obecne w każdym zakątku świata, dla których słowa z Liturgii stają się żywe: „Wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”. To poprzez nich Pan Jezus wciąż przyprowadza nowe twarze i przyprowadza o różnych porach dnia i nocy i nie tylko z rynków świata, ale i z przeróżnych opłotków, bo mieszkań w domu Ojca jest wiele.

    ks.Marian Łękawa SAC

  • Matka Boża i Święci Pańscy – SIERPIEŃ

    This image has an empty alt attribute; its file name is Duccio_di_Buoninsegna_-_Maest%C3%A0_Madonna_with_Angels_and_Saints_-_WGA06742.jpg

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    31 sierpnia

    Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Józef z Arymatei
      •  Święty Nikodem
      •  Święty Arystydes Marcjanus, męczennik
      •  Święty Jan z Riły, pustelnik
      •  Święty Rajmund Nonnat, kardynał
    ***
    Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret

    Piotr urodził się 30 maja 1905 r. w Manresie (nieopodal Barcelony), w rodzinie robotniczej. Całe wykształcenie zdobył dzięki stypendiom za bardzo dobre wyniki w nauce. W 1921 r. rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Barcelonie. Egzaminy zdawał z wyróżnieniem; w wieku 23 lat otrzymał dyplom lekarza. Bardzo lubił swoją pracę.
    Jeszcze jako uczeń gimnazjum wstąpił do Federacji Młodzieży Chrześcijańskiej. Był gorliwym apostołem młodzieży i cenionym publicystą. Mimo wielu obowiązków lekarskich zawsze znajdował czas na spotkania lokalnych grup stowarzyszenia w całej Katalonii.
    Wybuch wojny domowej w Hiszpanii w 1936 r. zastał go na rekolekcjach w sanktuarium w Montserrat. Przez ponad rok Piotr musiał ukrywać się w różnych domach w Barcelonie. Przez ten czas dużo się modlił, czytał i pisał. Stopniowo odkrywał też swe powołanie kapłańskie.
    Pod koniec 1938 r. został powołany do Armii Republikańskiej. Jeszcze podczas wojny potajemnie przygotowywał się do kapłaństwa, studiując łacinę i filozofię. Po zakończeniu konfliktu powrócił do pracy jako lekarz, angażując się jednocześnie w działalność Akcji Katolickiej i kontynuując studia w seminarium duchownym w Barcelonie. W przeddzień święceń pisał: “Mam tylko jeden cel, Panie – być świętym kapłanem, nieważne, za jaką cenę!” Sakrament kapłaństwa otrzymał 30 maja 1942 r. w Barcelonie.
    Pracował krótko w jednej z parafii w Barcelonie, a w 1943 r. rozpoczął studia na uniwersytecie w Salamance, uwieńczone w 1944 r. licencjatem z teologii. Po powrocie do Barcelony rozwinął ożywioną działalność duszpasterską. Był odpowiedzialnym za działalność charytatywną w diecezji, ojcem duchownym w seminarium, profesorem w katolickiej szkole nauk społecznych i kapelanem w szpitalu dla prostytutek. Żył bardzo skromnie. Żywo interesował się kwestiami społecznymi i duszpasterstwem robotników. Odwiedzał rodziny w ubogich dzielnicach miasta i opiekował się chorymi na gruźlicę. Z myślą o nich założył specjalistyczną klinikę.
    W wieku 45 lat zachorował na raka. Wielkie cierpienia ofiarował Bogu w intencji uświęcenia duchowieństwa. Zmarł w założonej przez siebie klinice w Barcelonie 31 sierpnia 1950 r. Beatyfikował go papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Loreto 5 września 2004 r.
    opracowano na podstawie L’Osservatore Romano
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Świadkowie męki

    Józef z Arymatei i Nikodem

     Sisto Rosa Badalocchio, Złożenie do grobu (1610) / wikipedia

    ***

    Obaj musieli być zamożnymi i wpływowymi ludźmi, skoro powołano ich na członków Sanhedrynu – Wysokiej Rady Żydowskiej. Obaj uchodzili za zwolenników Jezusa. Zasiadali w ławach Rady podczas przesłuchań Jezusa u Kajfasza. Śledzili przebieg Jego procesu przed Piłatem.

    ***

    Według św. Jana Ewangelisty, Nikodem od dawna interesował się Jezusem. Już wiele miesięcy wcześniej, kiedy tylko arcykapłani usiłowali Go pojmać, a nawet zabić, stanął w Jego obronie, domagając się Jego formalnego procesu (J 7, 50-51). Śledził wieści o cudach i uzdrowieniach, jakich Jezus dokonywał, dowiadywał się o tym, czego Jezus nauczał, szukał z Nim kontaktu, gdyż chciał Mu zadać kilka pytań. Ze względu na swoją pozycję lękał się jednak otwartego spotkania i poprosił o nocną, dyskretną rozmowę. W ten sposób doszło do długiej i ciekawej rozmowy Jezusa z Nikodemem (por. J 3,1-21). Jezus mówił wtedy o potrzebie powtórnego narodzenia się, o swojej zbawczej misji, o konieczności wiary w Niego, gdyż jest światłem; o tym, że ci, którzy dopuszczają się nieprawości, unikają tego światła, aby nie potępiono ich uczynków. Według późniejszej tradycji, w domu Nikodema Jezus z uczniami spożywał wieczerzę paschalną przed swoją męką.

    Jan Dobraczyński w powieści Listy Nikodema czyni go świadkiem całej publicznej działalności Jezusa, łącznie z procesem, ukrzyżowaniem, pogrzebem i zmartwychwstaniem. Polecam lekturę tego powstałego w XX wieku polskiego apokryfu.

    Już w IV wieku znana była Ewangelia Nikodema, zwana także Aktami Piłata. Według niej, Nikodem wraz z Józefem z Arymatei interweniowali podczas procesu toczącego się przed Piłatem, aby wypuścił on Jezusa, gdyż nie zasługiwał na śmierć.

    Według św. Jana Ewangelisty, razem z Józefem z Arymatei Nikodem zajął się pogrzebem Jezusa. Czasu było niewiele, gdyż za kilka godzin rozpoczynał się wielki paschalny szabat. Po uzyskaniu zgody Piłata na wydanie ciała Jezusa, zdjęli je z krzyża i zanieśli do pobliskiego ogrodu, w którym Józef miał wykuty dla siebie w skalnym urwisku grobowiec (por. Mt 27,60).

    Nikodem zakupił około 30 kg mirry i aloesu. Namaszczono ciało wonnościami, zawinięto według zwyczaju w zakupione płótno. Na wejście do grobu zatoczono kamień. Płótno, w którym Józef złożył do grobu ciało Jezusa, według tradycji, zachowało się do naszych dni. Jest nim słynny Całun Turyński.


    W Bazylice Grobu w Jerozolimie, zaraz przy wejściu, znajduje się kamienna płyta, na której, jak głosi tradycja, dokonano namaszczenia ciała Jezusa. W 326 r. matka cesarza Konstantyna, św. Helena, wybudowała nad grobem oraz nad wzgórzem Golgoty okazałą bazylikę. Wiele razy była ona burzona i odbudowywana. W XI wieku, aby odzyskać to najświętsze dla chrześcijaństwa miejsce, zorganizowano wyprawy krzyżowe. Niestety, zakończyły się one niepowodzeniem. Grób Chrystusa do dziś jest w rękach wyznawców islamu. Katolicy, prawosławni, koptowie i inne wyznania mogą w nim celebrować swoją liturgię, kluczami jednak do bramy bazyliki zawiadują muzułmanie.


    Lucjan, kapłan jerozolimski, pisze, że w 415 r. odnalazł relikwie Nikodema i św. Szczepana. Według niego, Nikodema ochrzcił św. Piotr. Żydzi chcieli go zabić, ale obronił go jego wuj – Gamaliel, szanowany i wielce uczony rabbi. Ukrył go w swej wiejskiej posiadłości, gdzie Nikodem zmarł i został pogrzebany. W Martyrologium Rzymskim wspominano go 3 sierpnia. Według jednej z legend, był rzeźbiarzem; miał wykonać krucyfiks czczony do dziś we Włoszech, w Lucce.
    Sztuka malarska, od IX wieku, przedstawia Józefa i Nikodema we wzruszającej scenie zdejmowania ciała Jezusa z krzyża. Nikodem wyciąga gwoździe z rąk Chrystusa, natomiast Józef przyjmuje ciężar Jego zwisającego ciała na swoje barki.


    Nikodem jest patronem grabarzy i pracowników cmentarzy.

    ***

    Józef z Arymatei nie tylko, jak Nikodem, sympatyzował z Jezusem, ale Jan Ewangelista pisze, że „był Jego uczniem, lecz ukrytym z obawy przed Żydami” (por. J 19, 38). Żaden jednak z Ewangelistów nie wspomina o jakichkolwiek kontaktach Józefa z Jezusem czy Jego uczniami. Arymatea była niewielkim miasteczkiem, leżącym ok. 50 km na północ od Jerozolimy.
    Św. Łukasz stwierdza, że Józef „nie zgodził się na uchwałę i postępowanie Wysokiej Rady” (por. Łk 23, 51). Ewangeliści Mateusz i Marek, identycznie jak św. Łukasz, stwierdzają, że Józef śmiało poprosił Piłata o ciało Jezusa, kupił płótna, zdjął ciało z krzyża i złożył w grobie, który wykuty był w skale, a na wejście zatoczył kamień. Mateusz dodaje, że był to grób, który Józef wykuł dla siebie (por. Mt 27, 57-60; Mk 15, 42-46).


    Posiadanie prywatnego grobu na terenie własnej posiadłości było zwyczajem przejętym przez zamożniejszych Żydów od Rzymian. Pod koniec XIX wieku niedaleko od Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie odkryto dwukomorowy, wykuty w skalnym urwisku grób. Jego odkrywcy utrzymują, że był to grób Chrystusa. Faktycznie został wykuty pod koniec I wieku i należał do bogatej rodziny żydowskiej. Pielgrzymom do Świętego Miasta polecam jednakże odwiedzenie tego miejsca, gdyż grób ten podobny jest do grobu, w którym złożono ciało Chrystusa. Otaczający go ogród sprzyja skupieniu.


    Charakterystyczne jest, że Mateusz, Marek i Łukasz nie wspominają w ogóle Nikodema, lecz całą zasługę pogrzebania ciała Jezusa przypisują Józefowi. Niektórzy komentatorzy zauważają, że czynią to, by nie narażać jeszcze żyjącego Nikodema na szykany arcykapłanów czy innych członków Wysokiej Rady. Dopiero Jan, piszący swoją Ewangelię wiele dziesiątków lat później, mógł ukazać także zasługi Nikodema.


    Według późnośredniowiecznej legendy o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu, arcykapłani na wieść o zmartwychwstaniu Jezusa wtrącili Józefa do lochu. Jezus nie zapomniał jednak oddanej Mu przysługi i po swym zmartwychwstaniu ukazał mu się w więzieniu, przekazując kielich, do którego według jednych Nikodem, według innych Józef zebrał po zdjęciu z krzyża krew, jaka wypływała z ran Jezusa. Był to ten sam kielich, którym Jezus posługiwał się podczas wieczerzy paschalnej. Kielich ten, nazwany Graalem, stanowi główny wątek tej legendy. Mówi ona, że Józefa po kilku latach z więzienia miał uwolnić sam cesarz, który zabrał go do Rzymu. Potem wysłał Józefa do Anglii, gdzie kielich niebawem zaginął.

    Poszukiwali go rycerze króla Artura: Lancelot i Persifal. Legenda ta posiada kilka wariantów. Według innej wersji, Józef przekazał kielich w spadku swoim synom. Przekazywany z pokolenia na pokolenie, trafił w ręce patriarchy Jerozolimy, który w 1257 r. ofiarował go królowi Anglii Henrykowi III. Inna legenda utrzymuje, że Józef razem z Łazarzem, Martą i Marią, uciekajac przed prześladowaniami, dopłynęli statkiem do Marsylii, gdzie głosili Gallom Dobrą Nowinę o Jezusie, Synu Bożym. Jeszcze inna legenda ukazuje Józefa w Hiszpanii, dokąd udał się razem ze św. Jakubem Apostołem, który ustanowił go tam biskupem. W Grecji obchodzono jego święto 31 lipca. W Gruzji – 31 sierpnia. W starym Martyrologium Rzymskim wspominano św. Józefa z Arymatei 17 marca, z racji kultu relikwii jego ramienia, przechowywanej w Bazylice Watykańskiej.

    Karol Kwiatkowski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 sierpnia

    Przebicie serca św. Teresy od Jezusa,
    dziewicy i doktora Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Ward, męczennica
      •  Święci Gwaryn i Amadeusz, biskupi
      •  Święty Junipero Serra, prezbiter
      •  Błogosławiony Ghebre Michał, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alfred Ildefons Schuster, biskup
      •  Rebeka, żona Izaaka
    ***
    Bernini: Ekstaza św. Teresy
    Święta Teresa od Jezusa, odnowicielka Karmelu, w Księdze Życia wspomina wydarzenie, które miało miejsce w klasztorze w Avili w 1560 r. Na prośbę jej duchowych synów i córek papież Benedykt XIII w 1726 roku zgodził się na ustanowienie specjalnego święta przebicia serca świętej Matki Teresy, które zakony karmelitańskie obchodzą 30 sierpnia.Widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej (…). Nie był wysokiego wzrostu, raczej mały, a bardzo piękny. Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą, złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu. Nie jest to ból cielesny, ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny ma w nim udział. Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył (Księga Życia, rozdz. 29, 13).
    Serce św. Teresy, wyjęte po śmierci z jej ciała i umieszczone w specjalnym relikwiarzu, znajduje się w klasztorze mniszek w Alba de Tormes.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    W szkole Ducha Świętego

    W szkole Ducha Świętego

    s. Immakulata Adamska OCD, Dziedzictwo ducha


    Ojciec Święty Jan Paweł II w uroczystość Zesłania Ducha Świętego (7.6.1981 r.) przemówił do Episkopatu całego świata, zebranego w bazylice watykańskiej: “O, jakże szczodry jest Pan! Dał Apostołom Ducha Świętego. (…) Powiedział: «Weźmijcie». Czyż nie bardziej jeszcze oddał ich Duchowi Świętemu ? Czyż człowiek może wziąć Boga Żywego i posiadać Go «na własność»? Więc Chrystus oddał Apostołów, tych, którzy byli zaczątkiem nowego ludu i fundamentem Jego Kościoła, Duchowi Świętemu. Oddał, aby Go przyjęli jako Dar”.

    Te słowa rzucają snop światła na wizję św. Teresy streszczającą w geście Ojca Niebieskiego jej relację do Trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Pisze ona: “Zdało mi się, że Osoba Ojca przygarnia mnie do Siebie. Między innymi powiedział do mnie na dowód swojej miłości: “Oddałem ciebie Synowi mojemu i Duchowi Świętemu (…) Cóż ty za to możesz oddać Mnie?”.

    Oddanie domaga się wzajemnego oddania. Teresa zaczęła je od codziennego poddawania się działaniu Ducha Świętego, bez względu na to, dokąd i w jaki sposób prowadził. Przede wszystkim trwała przy Nim wiernie, gdy doświadczała pustki, nieładu, bezkształtu i ciemności swego serca. Przez więcej niż połowę życia przeżywała w sobie mękę chaosu i mogła odnieść do siebie słowa Księgi Rodzaju: “ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami”. Ku unoszącemu się nad jej wewnętrznym chaosem Duchowi wyciągała błagalnie swe ręce, aż poczuła szelest Jego skrzydeł, wzywający ją do lotu. Wierzyła, że mocen jest zaprowadzić w niej Boży ład, że jest Sprawcą nowego stworzenia. Kiedy w wierze dotknęła Jego potęgi i sama doznała Jego dotknięcia, została przemieniona tak, że prawdziwie mogła napisać w autobiografii: “Odtąd zaczyna się inna, nowa księga, to jest inne, nowe życie, życie, którym Bóg żył we mnie, bo bez Niego niepodobna, bym mogła w tak krótkim czasie wyzwolić się. Chwała niech będzie Panu, iż mnie wybawił ode mnie”.

    Łaski mistyczne



    Kontemplacja ziemskiego życia Jezusa i wzorowanie się na nim to najowocniejsza współpraca z Duchem Świętym. Przełom w życiu Teresy – jak wiemy – spowodował wstrząs na widok wizerunku skatowanego Chrystusa. Po raz pierwszy pojęła straszliwą rzeczywistość Ubiczowania; była do głębi wstrząśnięta, “oglądając Pana w takim stanie“. Żal, skrucha, poczucie niewdzięczności, a jednocześnie miłość i jakaś wyzwalająca moc rozrywały dotychczasowe ograniczenia jej duszy, tak że – jak pisze – zdawało się jej, że serce w niej pęka. Rzuciła się na kolana i błagała Chrystusa o umocnienie. aby Go już więcej nie obrażała.

    To przeżycie z 1555 r. zapoczątkowało jej nową relację do Boga – modlitwę wewnętrzną – i przygotowało “jej ducha na niebieskie zaślubiny z Duchem niestworzonym“.

    Trzy lata trwały zmagania Świętej o czystość i wolność serca, gdy wspaniałość Bożego wezwania wyniosła ją na wyżyny niewielu dostępne. Sam Duch Święty przyszedł w pomoc jej mozolnym wysiłkom zrozumienia i wypełnienia prostej prawdy, że “gdy dusza opróżni siebie z wszelkiego przywiązania do rzeczy stworzonych i oderwie się od nich dla miłości Boga, Bóg niechybnie napełni ją sobą“.

    Sceneria pierwszej łaski zachwycenia, jakiej Święta doznała na oczach sióstr w klasztorze Wcielenia w 1558 r., nie była wyreżyserowana. Teresa z wewnętrznym oporem myślała o poleceniu o. Jana Pradanosa TJ swego ówczesnego kierownika, by porzuciła pewne przyjaźnie, “w których – jak pisze – choć nie było obrazy boskiej, było jednak dużo ludzkiego przywiązania. Wymawiałam się spowiednikowi. Kiedy nie ma w tym obrazy Bożej mówiłam – czemuż więc miałabym okazywać się niewdzięczną? On na to zachęcił mnie, abym przez kilka dni polecała tę sprawę Bogu, odmawiając hymn Veni Creator“.

    W czasie tej modlitwy przyszło na mnie zachwycenie tak nagłe, że prawie całkiem odeszłam od siebie. Usłyszałam słowa: «nie chcę już, byś obcowała z ludźmi, jeno z aniołami».

    Na dźwięk tych słów – pisze – “wielki mnie strach ogarnął, tak z powodu silnego wstrząsu, jaki w mej duszy wywołało zachwycenie, jak i dlatego, że słowa one brzmiały gdzieś w najdalszej głębi mojego ducha“.

    Ta łaska dała jej bezpośredni stosunek do rzeczywistości nadprzyrodzonej. W ekstazie stykają się z sobą najbardziej odległe bieguny: poczucie własnej małości i grzeszności a jednocześnie wyniesienie do wyżyn serafina. Wyznaje z pokorą: “Chcieć zrobić z siebie anioła, póki się jest na tej ziemi – zwłaszcza gdy kto tak głęboko ugrzązł w ziemi jak ja – jest to nierozum“. A jednak zaświadcza z mocą: “Od tego dnia nabrałam wielkiego męstwa do opuszczenia wszystkiego dla Boga. Spodobało się Jemu w jednej chwili – przemienić swoją służebnicę w innego człowieka“.

    Teresa weszła w zasięg działania Ducha Świętego. Stała się czułą anteną dla Jego impulsów i oświeceń. Zrozumiała, że “kto łączy się z Panem, jest z Nim jednym Duchem“; że “Bóg sam jest Sprawcą i Dawcą jej życia, o czym świadczą Jego tajemne natchnienia i porywy. Maluczka kryniczka wysącza strumyczki wody żywej. Dusza czuje ukryte w niej działanie i Boskie źródło; że jest w jej wnętrzu Wyższy nad nią, Ktoś, Kto ją wodą żywą, z Niego płynącą ochładza, i wypuszcza te strzały, które ją ranią i życie dają jej duchowemu życiu“.

    Przebicie serca



    Zranienia boskim grotem przez serafina doznała Święta dwa lata później (w 1560 r.). Ujrzała anioła, “a w jego ręku długą włócznię złotą, której grot był jakby z ognia. Tą włócznią, zdało mi się – pisze – kilkoma nawrotami serce mi przebijał, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Pozostawił mnie całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Ból tego przebicia był tak wielki, że wyrywał mi z piersi jęki; lecz to męczeństwo sprawia zarazem taką przewyższającą wszystko słodycz, że nie czuję najmniejszego pragnienia, by się ono skończyło, i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, jeno w Bogu samym“.

    Bernini w sławnej rzeźbie w kościele S. Maria della Vittoria w Rzymie usiłował przedstawić tę scenę z plastyczną wyrazistością upojenia Świętej. Cała postać zdaje się być tylko jednym uczuciem zachwytu i bólu. W swej próbie uzmysłowienia zjawiska, Bernini, mimo że w zestawieniu upojenia i religijności posunął się do granic tego, co dopuszczalne, dał przecież tylko słaby zarys rzeczywistości.

    Bo jak oddać wołania Teresy, która każdym nerwem swej istoty modli się: “Któż by zdołał zbadać, jak głęboko sięga ta rana i skąd pochodzi? I czym by się dała uśmierzyć ta męka, tak bolesna zarazem i rozkoszna? (…) Jakże prawdziwie mówi oblubienica w Pieśni: «Miły mój dla mnie, a ja dla Niego». Najpierw mówi. «Miły mój dla mnie» – bo niepodobna, by taka miłość boska poczęła się z tak niskiego źródła, jakim jest miłość moja. (…) Już więc Miły mój dla mnie, a ja dla Niego! Któż teraz pokusi się rozdzielić i zagasić te dwa ognie, takim płomieniem płonące? Próżny by był wysiłek, bo oba się złączyły z sobą i zamieniły się w jeden”.

    Św. Jan od Krzyża, przed którym Teresa wypowiadała się swobodniej niż w opisie literackim daje nam jej teologiczną interpretację tej łaski, wskazując na Ducha Świętego jako jej sprawcę. Pisze: “Ranę zadał Duch Święty, w celu uszczęśliwienia duszy, a Jego pragnienie, by ją uszczęśliwić, jest wielkie. (…) Możemy powiedzieć, że to upalenie i ta rana są najwyższym stanem, jaki można osiągnąć w tym życiu. (…) Zachodzi tu bezpośrednie, bez żadnej formy i figury rozumowej czy wyobrażeniowej, dotknięcie duszy przez Bóstwo“.

    To dotknięcie – według św. Jana od Krzyża – udarowuje duszę charyzmatem duchowego ojcostwa czy macierzyństwa. “Mało dusz dochodzi do tego stanu; osiągają go te zwłaszcza, których moc i duch mają przejść w spuściźnie na ich dzieci. Bóg w pierwocinach ducha daje rodzicom bogactwa i zasoby, odpowiednio do liczby tych, którzy mają przejąć ich naukę i dziedzictwo“.

    O łasce zranienia Miłością, zwanej również “Chrztem Ducha Świętego”, będącej równocześnie łaską dla całego Karmelu terezjańskiego, mówi modlitwa mszalna i brewiarzowa na uroczystość “Przebicia serca św. Teresy”, obchodzoną w rodzinie karmelitańskiej corocznie w dniu 26 sierpnia: “Panie, Boże nasz, któryś w cudowny sposób rozpalił serce naszej św. Matki Teresy ogniem Twojego Ducha Świętego i umocniłeś ją do podjęcia trudnych zadań na chwałę Twego Imienia, spraw za jej przyczyną, abyśmy przeżywali w sobie moc Twojej Miłości, która by nas pobudzała do wielkodusznej pracy dla Ciebie“.

    Mszał rzymski, choć tej modlitwie nadaje powściągliwszą formę, treść przecież zostawia tę samą: “O Boże, Ty za pośrednictwem Twego Ducha kierowałeś św. Teresą, aby ukazała Kościołowi drogę poszukiwania doskonałości, spraw, abyśmy karmili się skarbem jej nauki duchowej, i racz nas zapalić pragnieniem prawdziwej świętości“.

    Oszołamiające bezmiarem swej tajemnicy ekstazy Teresy trwały zaledwie krótkie chwile, ale wynagradzały lata. Koniec zachwytu i powrót do zwykłego życia był  dla niej jak wygnanie z raju. Pisze: “Czułam ból w nerwach i w całym ciele, jak gdybym wszystkie członki miała rozbite i stargane“. I znów wkraczała w nowy okres mąk duchowej oschłości, których misterium zastrzeżone jest świętym. Gdy zaś ten dar uznała za łaskę cenniejszą nad zachwyty, bo zespalającą ją z wolą Bożą, Duch z jeszcze większą mocą porywał ją na szczyty zjednoczenia z sobą.

    Gołębica i Trójca Przenajświętsza



    Sprawozdaniach duchownych Teresy z r. 1571 czytamy: “We wtorek po Wniebowstąpieniu Pańskim, pozostając jakiś czas na modlitwie, po Komunii z oschłością przyjętej (…) żaliłam się Panu na nędzę naszej natury. Niebawem dusza moja zaczęła płonąć żarem niebieskim i zdało mi się, że jasno, w widzeniu umysłowym, widzę obecną całą Trójcę Przenajświętszą. (…) Na krótko przed tym widzeniem, przystępując do Komunii św., zanim mi ją podano i gdy Najświętsza Hostia była jeszcze w puszce, ujrzałam nad nią jakby gołębicę, z szelestem poruszającą skrzydłami“.

    Wizja ta ukazuje nam znowu rolę Ducha Świętego w mistycznych doświadczeniach Teresy. Jego związek z Eucharystią wyraża już sama nazwa Eucharystii jako Daru – donum per excellentiam – wypływającego z Ducha Świętego, Daru Wiekuistego, który jest w Eucharystii z całą swą istotą i mocą. Dlatego zapewne dawne naczynia do przechowywania Eucharystii miały kształt gołębicy dla wyrażenia, że Duch Święty, Sprawca Najświętszego Sakramentu, obejmuje Go i przenika i jednocześnie w Nim przebywa z całą naturą i mocą.

    Druga, trynitarna część tej wizji jest niejako dopełnieniem pierwszej. “Jedność bowiem życia i substancji zachodząca między Ojcem i Synem znajduje w Eucharystii możliwie najdoskonalsze swoje odbicie i przez nią przechodzi na nas. (…) W ciele Słowa, pełnym Ducha Świętego, my tego Ducha niejako ssiemy z piersi i z Serca samego Słowa, od którego pochodzi i skąd wylewa się na wszystkie członki mistycznego Ciała. Łączy się On z nami dwoma sposobami posłannictwa: najpierw przez tchnienie Bożego życia, świętej miłości, która zwłaszcza tutaj dochodzi do szczytu, gdzie my dzięki jedności z Synem łączymy się tak ściśle z Jego Niebieskim Ojcem, kiedy jako zadatek miłości Boga daje się nam za pokarm; po wtóre jako pieczętujący nasze przybrane synostwo i zjednoczenie z Bogiem, które w Eucharystii osiąga swą pełnię i doskonałość“.

    To, co staraliśmy się objaśnić długim wywodem teologicznym ks. Macieja Józefa Scheebena, św. Teresa objaśnia w kilku słowach: “Poznałam, w jaki sposób Bóg jest jeden w trzech Osobach. Wydało mi się zarazem, że wszystkie trzy Osoby, wyraźnie przedstawiające mi się we wnętrzu duszy, oznajmiają mi, że każda z nich osobnej użycza mi łaski“.

    Zwróćmy jeszcze uwagę na to, co Święta sama łączy we wzajemnej relacji pisząc, że na krótko przed objawieniem Trójcy Przenajświętszej widziała gołębicę nad konsekrowaną Hostią. Duch Święty jest więc przyczyną sprawczą tego objawienia, ukazującą jedyną drogę do Prawdy. Tylko w Duchu Świętym i poprzez Niego człowiek może dotknąć misterium Trójjedynego Boga. Jezus powiedział: “Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej Prawdy” (J 16, 13).

    Tajemnica wewnętrznego życia Bożego jest dostępna jedynie Duchowi Świętemu. On sam mógł uzdolnić Teresę do wniknięcia poza zasłonę wiary i tak ją kształtować, że cała otworzyła się pokornie na światło przychodzące z pozarozumowego źródła, na miłość i dziecięcą wiarę. Przenikając poza głowa, myśli i uczucia, dotknęła nie tylko tajemnicy Boga, ale także tajemnicy swej własnej istoty, powołanej do obcowania z Nim i włączonej w obcowanie z sobą Osób Boskich w wiekuistej miłości, w której Ojciec i Syn, razem złączeni, przelewają swoją Boską naturę na Ducha Świętego, będącego płomieniem ich nieogarnionej miłości.

    Wołaniach duszy do Boga Święta zachęca: “Rozważaj wielką rozkosz miłości, jaką ma Ojciec, poznając swego Syna, i Syn Ojca Swego, i zapał, z jakim Duch Święty jednoczy się z Ojcem i Synem! Żadna z trzech Osób nie może się odłączyć od tej miłości i od tego poznania, bo wszystkie trzy jedną są istotnością“.

    Następną wielką wizję Ducha Świętego przeżyła Teresa trzy lata później, w wigilię uroczystości Zielonych Świąt 1574 r. W czasie modlitwy przyszło na nią uniesienie wewnętrzne i ujrzała nad swą głową gołębicę, poruszającą skrzydłami, jakby ją wzywała do lotu. “Chwała tego zachwycenia – wspomina – była ogromna. Większą część świąt chodziłam jak pogrążona w sobie i nieprzytomna, że nie wiedziałam, co z sobą począć, ani jakim sposobem taka niezmierna łaska i szczęśliwość może się we mnie zmieścić. Nic prawie nie widziałam ani nie słyszałam od tej wielkiej szczęśliwości i rozkoszy wewnętrznej. Od onego dnia czuję w sobie bardzo wielki postęp, nierównie wyższy stopień miłości Bożej i niezmiernie silniejsze w cnotach utwierdzenie. Chwała bądź Panu i dziękczynienie za nieskończoną dobroć Jego na wieki! Amen“.

    Gdzie Duch, tam wolność



    Nasuwa się pytanie, czy taka działalność Ducha świętego umniejszała osobistą wolność Teresy. Nie! Jej wolność została przeniknięta pierwiastkiem Bożym i umocniona, na miarę jej prawości, uległości i pokory. Będąc w strefie panowania Ducha Świętego, była jednocześnie w punkcie spotkania wolności Boga z jej własną wolnością. Jedynie Bóg wie, w jaki sposób Jego najwyższa wolność, pełna miłości do słabego człowieka, może go prowadzić, nie ograniczając jego osobistej wolności. Działanie Ducha nie zastąpiło własnego działania Teresy, lecz On sprawiał, że jasno widziała i pragnęła tego, co sam dla niej przygotował. Jedynie Bóg jest nieskończenie wolny, a Duch Święty jest wolnością samego Boga w człowieku, i tylko On czyni go wolnym. Teresa była osobą aktywną, niezłomnym świadkiem Ewangelii, ale równocześnie była zachwycona Chrystusem i na tym zasadza się wolność jej wyborów, sterowana impulsami Ducha Świętego. Były one w życiu Teresy bardzo osobiste i niepowtarzalne, jak niepowtarzalną była jej osobowość. Duch Święty, przenikając najgłębsze sfery jej istoty, działał zgodnie z jedynością jej charakteru; i choć to działanie najczęściej pozostawało nieuchwytne nawet dla niej samej, przecież cytowane wizje pozwalają dojrzeć pewne jego charaktery styczne rysy.

    Nie, Boże mój, nie! – modli się Teresa. – Nigdy już nie będę polegała na żadnej rzeczy, której bym sama chciała dla siebie! Ty za mnie chciej i ze mną czyń, cokolwiek pragniesz! Ja chcę również tego, bo wszystko dobro moje w tym, bym czyniła Twoją wolę! Gdybyś Ty, Panie, chciał czynić moją i spełniać wszystkie moje pragnienia i chęci, wyszłoby to na moją zgubę. «O jakże mizerna jest mądrość śmiertelnego człowieka, jak niepewne wszelkie jego przewidywania!» (Mdr 9, 14). Ty sam Twoją mądrością i opatrznością upatruj i podaj środki potrzebne, aby dusza moja służyła Ci raczej według Twojego upodobania, a nie mojego! Nie karz mnie, dając mi, czego chcę i pragnę, a czego by nie chciała Twoja miłość, która niech wiecznie żyje we mnie! (…) Jaka większa i nędzniejsza niewola nad niewolę duszy, wyłamującej się z rąk swego Stwórcy? Błogosławiony, kto dobrodziejstwy miłosierdzia Bożego tak się czuje związany jakoby mocnymi łańcuchami, iż nie ma już władzy ani siły z nich się wyzwolić. «Mocna jest jak śmierć miłość, twarda jak otchłań» (Pieśń 8, 6)“.

    O wolna wolo, jesteś nędzną niewolnicą twojej wolności, jeśli nie żyjesz przybita i przytwierdzona gwoździami bojaźni i miłości Tego, który cię stworzył! O, kiedyż nastanie ten dzień szczęśliwy, w którym ujrzysz siebie zanurzoną w nieskończonym morzu najwyższej prawdy i już nie będziesz miała wolności do grzechu ani byś już jej nie chciała, bo będziesz bezpieczna od wszelkiej nędzy staniesz się uczestniczką natury i życia twego BOGA“.

    Miłość za miłość



    Poznanie Teresy sterowane światłem Ducha Świętego dawało jej energię do działania w miłości. Dobrze się stało, że karmelitanki z takim pietyzmem przechowały i powielały Pisma swej Matki, gdyż dzięki temu możemy do dziś korzystać z tego skarbu światła i wiedzy, który wcześnie stał się depozytem całego Kościoła. Światłem jest dla nas wszystko, co Teresa zrozumiała z tajemnicy Boga, z misterium Chrystusa i zbawienia oraz z tajemnicy człowieka. Udział w kontemplacji Ojca przez Chrystusa dawał jej nadzwyczaj jasne i wierne poznanie, pewność prawdy i mądrość, zdolną przemienić jej serce i umysł. Jej osobista odpowiedź na miłość przez miłość posiada moc zapalania do miłości także naszych serc.

    Wiemy, że za każdą łaskę Ducha Świętego była Mu wzruszająco wdzięczna. On sam nauczył ją – jak Maryję – “rozważać w sercu”. Chodziła więc po dróżkach Jego łask, szukając sposobu, jak by Go bardziej uczcić. W ten sposób jeden wylew Ducha Świętego pociągnął za sobą drugi.

    Sprawozdaniu duchowym z dn. 23.5.1575 r. czytamy: “W drugi dzień Zesłania Ducha Świętego, gdy bawiłam w Sewilli dla założenia tamtejszej fundacji (…) stanęła mi na myśl wielka łaska, jaką mi uczynił Duch Święty w takiż dzień uroczysty i powstało we mnie wielkie pragnienie oddania Jemu jakiej bardzo znacznej usługi. (…) Przyszło mi na myśl, że choć uczyniłam już ślub posłuszeństwa, mogę go przecież uczynić w sposób jeszcze doskonalszy i że przyjemną Mu będzie ta ofiara“. Złożyła więc ślub posłuszeństwa o. Gracjanowi, co było to rzeczywiście ofiarą, wiążącą ją na całe życie i na mocy posłuszeństwa zobowiązującą do nadludzkich często wysiłków”. “Powiedziałam sobie – pisze dalej – że ofiara ta im jest cięższa, tym będzie lepsza; że ślub ten uczynię dla miłości Ducha Świętego i tym samym jakoby zobowiążę Go, aby dawał światło temu Ojcu, by on mógł mnie oświecać“.

    “Miłość za miłość” tkwi korzeniami w tajemnicy paschalnej, w konieczności przechodzenia przez śmierć do życia. Teresa więc przyzywała różnych form tej śmierci, aby otrzymać łaskę najpełniejszego zanurzenia w tajemnicy życia. “Daj mi, Panie, utrapienia, daj prześladowania! – woła. – (…) Dusza chce naśladować, jak tylko może, to życie najboleśniejsze, jakim żył Chrystus“.

    Warto też ukazać jej prostą i dziecięcą miłość do trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej oraz zażyłość z Nią, w codziennej praktyce każdemu dostępnej. Z żarliwym naleganiem prosiła nieustannie Ducha Świętego o pomoc i – jak można zauważyć – nigdy nie prosiła daremnie. Wzywała Go w każdej pracy, w nagłówkach listów i swoich Pism. Najwięcej tych inwokacji znajdujemy w Twierdzy wewnętrznej, gdzie zresztą wpływ Ducha Świętego jest bardzo widoczny. Przy IV Mieszkaniu pisze: “Wielką odczuwam potrzebę polecić siebie, jak to i uczyniłam, Duchowi Świętemu i błagać Go, aby odtąd już sam mówił za mnie, abym zdołała powiedzieć nieco o dalszych mieszkaniach, jakie nam jeszcze pozostają, tak iżbyście je zrozumiały. Tu bowiem zaczynają się rzeczy nadprzyrodzone, które niezmiernie ciężko jest objaśnić w sposób zrozumiały, jeśli Pan sam tego nie uczyni“. “Niech łaska Jego raczy to sprawić, bym zdołała choć w cząstce jakiej objaśnić te rzeczy tak trudne; bo jeśliby On sam i Duch Święty nie prowadził pióra mego, rzecz pewna, że byłoby to zadanie niepodobne“.

    Św. Teresa doświadczyła osobowej mocy Ducha i była świadoma, że On na to ją umacnia, aby ona z kolei mogła umacniać innych. W Drodze doskonałości zachęca siostry: “Jakkolwiek miałybyście umysł roztargniony, gdy jeno stawicie się myślą między takim Synem i takim Ojcem, z konieczności znajdziecie tam i Ducha Świętego. On będzie działa w woli waszej, i serce wam zagrzeje, i umysł tak ustali, że jeśli nie wzgląd na własną korzyść, to siła Jego miłości przywiąże was do Niego“.

    Biblijne symbole Ducha Świętego w pismach św. Teresy



    Od wczesnych lat Teresa ma przeczucie tajemnicy kryjącej się w symbolu “żywej wody”. “Gdy byłam jeszcze dzieckiem – pisze – i nie rozumiałam, jak to dziś rozumiem, jej głębokiego znaczenia, błagałam Pana po wiele razy, aby mi dał tej wody; później też wszędzie, gdziekolwiek przebywałam, miałam przy sobie obraz przedstawiający tę tajemnicę, a pod nią wypisane słowa Samarytanki do siedzącego przy studni Zbawiciela: «Domine, da mihi hanc aquam» (Panie, daj mi tej wody)“. Dlatego w odnowionej liturgii Karmelu terezjańskiego we Mszy św. ku czci św. Teresy czyta się teksty o wodzie żywej.

    Twierdzy wewnętrznej spotykamy opis przeżycia, który wraz z odniesieniem do Psalmu 118, 32 “Dilatasti cor meum” (rozszerzyłeś moje serce) w oryginalny sposób objaśnia znaczenie “wody żywej” i jest osobistym doświadczeniem przez Świętą słów Chrystusa: “Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza. A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego“.

    W przeżyciu świętej Teresy wygląda to tak: “Woda tryska do duszy ze zdroju, którym jest sam Bóg (…) i sprawuje w niej duchowe rozkosze, które z niewypowiedzianym pokojem, cichością i słodyczą przenikają aż do dna istności. Następnie woda ta rozlewa się i nurtuje po wszystkich mieszkaniach duszy, po jej wszystkich władzach, aż w końcu dochodzi i do ciała“. Wielu teologów nie waha się porównywać tego doświadczenia z “chrztem w Duchu Świętym”.

    Innym ulubionym przez Teresę symbolem jest biblijny symbol ognia, któremu nadaje swoistą interpretację. W Podnietach miłości w ogniu Ducha Świętego widzi przelewający się z Boga zdrój Jego życia. Pisze: “Niekiedy wiekuiste Słońce przedrze na chwilę obłok jasnym promieniem swojej nieskończonej miłości i da duszy ujrzeć i uczuć. jak blisko jest przy Jego Boskim Majestacie. (…) Ja sądzę, że Duch Święty działa tu jako pośrednik między duszą a Bogiem. On sam wznieca w niej te żarliwe pragnienia i tak ją rozpala, że cała staje się ogniem“. Rozdział nosi tytuł: “O skarbach, jakimi wzbogaca się dusza przez działanie Ducha Świętego“.

    W swej autobiografii św. Teresa wyznaje: Zdumiewałam się nad cudowną potęgą tego ognia wewnętrznego, który snadź prosto od Boga i z wiekuistego ogniska miłości jego zstępuje w duszę; bo jak nieraz już mówiłam, jakkolwiek bym pragnęła i aż do wyniszczenia siebie wysilała się, nie jest w mojej mocy zdobyć choć jedną jego iskierkę, jeśli Pan sam w swej Boskiej łaskawości użyczyć mi go nie raczy. Ogień ten, gdy zstąpi na duszę, pochłania w sobie starego człowieka i wszystkie jego niedostatki, niemoce i nędze. (…) Dusza wychodzi z niego inna niż była, pełna większych i świętszych niż przedtem pożądań i wielkiego męstwa”.

    Ognia tego doświadczyła Święta podczas wizji otwartego nieba. Wyraża ją językiem Apokalipsy, ale wnosi nowe swoiste elementy osobistego przeżycia Bóstwa i Jego chwały, a także odblasku chwały aniołów. Stwierdza: “Wydają się oni jakby na wskroś ogniem płonący“. A więc w jej rozumieniu i aniołowie są prześwietleni ogniem Ducha. “Usłyszałam głos – pisze dalej – mówiący mi, że wobec tego objawienia nic innego mi nie pozostaje jak rozumieć, że niczego tu zrozumieć nie zdołam, i uznać, że w porównaniu z tym niewidzialnym dobrem, wszystkie rzeczy widzialne są samym nicestwem“.

    Potwierdza to prawdę, że Ducha Świętego poznaje się tylko, wewnętrznie; trzeba Mu się dać prowadzić, z pokorą i ufnością zdając się na Jego kierownictwo. Jest Duchem życia, miłości i wolności, ale oczami tego świata nie może być poznany, według słów Jezusa: “(…) świat Go nie może  przyjąć, ponieważ Go nie widzi ani nie zna” (J l4, 17).

    Widzenie Ducha staje się jedynie udziałem serca kochającego i pokornego, jak mówi Pan: “Ale wy Go znacie, ponieważ przebywa u was i w was będzie” (J 14, 18). “O głębokości tajemnic Bożych! – woła Teresa. – Tu już nic innego nie pozostaje, jeno uniżyć przed nimi nasz rozum i wyznać, że do rozumienia wielmożności Pańskich siła jego nie starczy. Dobrze tu wspomnieć na przykład Najświętszej Panny, która choć ze wzniosłą mądrością zapytała anioła: «Jakże się to stanie?», na jego odpowiedź: «Duch Święty zstąpi na Ciebie, a moc Najwyższego Cię zacieni» (Łk 1, 34-35) – dalszych pytań i roztrząsań zaniechała. Mając bowiem żywą wiarę i prawdziwą mądrość zrozumiała natychmiast, że wobec oznajmionego Jej działania Ducha Świętego i mocy Najwyższego nie ma już nad czym myśleć czy wątpić.

    Jakże inaczej postępują pewni uczeni, (…) którzy i pierwszych początków życia duchowego nie mają, a tak wszystko biorą na rozum i tak argumentami swymi wszystkiego chcą dochodzić, jak gdyby mogli nauką zgłębić całą wielkość Bożą. Oby tacy choć w cząstce zechcieli wziąć sobie naukę i przykład z pokory Panny Najświętszej“.

    Według św. Jana od Krzyża nawet śmierć św. Teresy była dziełem miłości Ducha Świętego. Pisze bowiem: “Duch Święty pobudza duszę i zaprasza ją do tej niezmiernej chwały, którą jej stawia przed oczy różnymi cudownymi sposobami”. Ten wewnętrzny “zalew” Ducha Świętego określa Jan słowem “spotkanie”, w którym “dusza czuje bezgraniczne pragnienie, by się skończyło jej ziemskie życie (…) Bóg przenika samą jej substancję, ubóstwiając ją przez całkowite pochłonięcie jej w swój byt. To jest przyczyna, dla której zbliżył się do niej i przeniknął ją na wskroś w Duchu Świętym“.

    Dlatego naturalna śmierć Teresy, “chociaż jest podobna do innych przez swe działanie na naturę, to jednak co do swej przyczyny i sposobu była zupełnie inna“. Chociaż umarła w chorobie i dopełnieniu się lat, jednak nie to odłączyło jej duszę od ciała, “ale uderzenie i spotkanie miłości, większe, potężniejsze i silniejsze niż przedtem, tak iż mogło zerwać zasłonę i unieść perłę duszy“.

    Umierająca Teresa modliła się: “Czas, byśmy się już zobaczyli, Boże mój! Niech dusza moja pójdzie z Tobą, niech się z Tobą zjednoczy po tak długim czekaniu!“. Jan od Krzyża odnosi to wołanie bezpośrednio do Ducha Świętego, gdy wyraża je słowami: “O Płomieniu Ducha Świętego, który tak dogłębnie i czule przenikasz substancję mej duszy i wypalasz ją swym błogosławionym żarem! Jesteś teraz tak łaskawy, że pragniesz mi się oddać w życiu wiecznym. (…) Zerwij nikłą zasłonę tego życia! (…) Chcę Cię bowiem już kochać z całą pełnością i nasyceniem, bez kresu ni końca“.

    W szkole Ducha Świętego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 sierpnia

    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Beatrycze z Nazaretu, dziewica
      •  Błogosławiona Teresa Bracco, dziewica i męczennica
      •  Święta Eufrazja od Najświętszego Serca Jezusa, zakonnica
      •  Błogosławiony Dominik Jędrzejewski, prezbiter i męczennik
    ***
    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Jan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa.
    Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia odbijały się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.

    Głowa św. Jana Chrzciciela

    Zainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim prorokiem Starego Testamentu.Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego Kościół czci w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca – w uroczystość jego narodzenia, i 29 sierpnia – we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________

    Prorok znad Jordanu – św. Jan Chrzciciel

    Prorok znad Jordanu - św. Jan Chrzciciel
    św. Jan Chrzciciel/El Greco(PO)/wiara.pl

    ***

    Wiele dzieci każdego dnia na świat przychodzi. Ale nie każde jest zapowiadane przez anioła. Wielu ludzi świętuje swoje urodziny. Ale nie wszystkie są wspominane przez dwadzieścia wieków.

    Prorok znad Jordanu

    Gdy Archanioł oznajmił: „Nie bój się Zachariaszu! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan” (Łk 1,13), wszystko zostało między Archaniołem i Zachariaszem. Dziewięć miesięcy później urodził się zapowiedziany syn. Ewangelista pisze: „W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło” (Łk 1,65). Ale przecież cała ta „górska kraina” to kilkanaście kilometrów w każdą stronę, a wszystko razem bardzo dalekie od głośnych spraw świata. Dziwnie ułożył to Reżyser dziejów. Ale bardzo konsekwentnie przygotował On role wszystkim.

    Bóg przeznaczył rolę Głosu

    A była to rola niebagatelna. Bóg jest Słowem. Słowem stwarza świat. Słowem Dekalogu — jak mieczem — kreśli granicę między dobrem i złem. Słowem prorockiego napomnienia burzy ludzkie knowania, a słowem pociechy budzi nadzieję. Dlatego w Prologu czwartej Ewangelii czytamy: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” (J 1,1). Słowo, które stało się ciałem, zanim przemówiło samo — potrzebowało Głosu. Jan, syn Zachariasza, był świadom tego. Gdy przyszli go przepytywać, za kogo się uważa, powiedział: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz” (J 1,23).

    Ale dlaczego przyszli go pytać? Czym zwrócił na siebie uwagę? Wyglądem? Bez wątpienia tak: „Nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny” (Mt 3,4). Dodajmy do tego niestrzyżone włosy — znak człowieka Bogu poświęconego, który wyrzekł się miłości do kobiety, i wina. Gromił ów głos srogo. Ale gdy czytam, że „ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem” (Mt 3,5), domyślam się, że ludzi przyciągała Janowa dobroć i szlachetność. Proroków, których głównym zajęciem jest karcenie i łajanie, tłumy omijają. Wszak Bóg jest dobrocią.

    Dobroć Jana Chrzciciela była bardzo konsekwentna

    Nie była to dobroć pobłażania, lecz dobroć stojąca na straży Dobra. Potrzebna tu duża litera. Bo jest, istnieje Dobro obiektywne, Dobro będące najgłębszą i ostateczną normą oraz wzorcem każdego dobra. Jezus powiada: „Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Łk 18,19). Żywe Słowo Boga, jak miecz obosieczny, przenika wszystko (Hbr 4,12) i kreśli granice dobra — zatem ten, który był Głosem, musiał — i chciał — być wierny Słowu. Dlatego poszedł do króla, by mu powiedzieć: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Poszedł, by położyć kres złu. Drogo to Jana kosztowało. Czytamy w Ewangelii: „Herod czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał”.

    Czyż to nie obraz każdego człowieka, który wie, gdzie jest dobro — ale nie ma dość siły, by je spełnić? Herodiada też wiedziała, gdzie przebiega granica między dobrem i złem. Dlatego „zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić” (Mk 6,17nn). Czy tylko ona jedna chciała uciszyć Głos? Ależ skąd! Każdego dnia wielu ludzi próbuje zagłuszyć głos swego sumienia. Różnych sposobów imamy się wtedy. Tak, tak — my… Bo któż z nas nie próbował choć raz w życiu uciszyć głosu sumienia?

    Wskazać na Jezusa

    Takiemu człowiekowi Bóg powierzył misję wskazania na Jezusa jako na Oczekiwanego. Spełnił to nad Jordanem, gdy wśród tłumu grzeszników rozpoznał Świętego. Wzbraniając się, spełnił swą powinność: obmył Jezusa wodą pokuty. Na tę chwilę przygotował go Bóg. A Jan został tej chwili wierny, tak jak zawsze był wierny dobru. Tę wierność przypłacił życiem. Jako Głos do końca był wierny Słowu. Jako człowiek zasłużył na jedyną w swoim rodzaju pochwałę z ust Jezusa: „Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana” (Łk 7,28). Wielki powołaniem, wielki wiernością, wielki dobrocią Prorok znad Jordanu. Zniknął w blasku Jezusa — ale do tego został powołany, aby Jezus wzrastał, a on sam się umniejszał (J 3,30).

    Popularny jak Jan

    Niewątpliwie jest to najbardziej znany święty. Ewangeliści poświęcają mu niemal tyle miejsca, co samej Najświętszej Maryi Pannie, bo aż 133 wierszy. A przecież jest także o nim mowa: w Dziejach Apostolskich (Dz 1,13; 3,4; 8,14-15) i w Listach Apostołów (Ga 2,9). Do dnia dzisiejszego imię Jan należy do najczęściej spotykanych. Kościół wyniósł na ołtarze kilkuset Janów. Papieży Janów było również najwięcej – bo 23. W samej Polsce kościołów pod wezwaniem św. Jana jest przeszło 350. To już samo mówi za siebie. O tym, że św. Jan Chrzciciel w hagiografii katolickiej zajmuje szczególne miejsce, świadczy fakt, że doroczną jego pamiątkę obchodzi Kościół jako uroczystość- a więc w rzędzie największych świąt. Nadto jest jeszcze czczona pamiątka jego śmierci męczeńskiej (29 sierpnia).

    Historia św. Jana Chrzciciela według Ewangelii

    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co „Bóg jest łaskawy”. Św. Jan był synem kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1,5). Cudowne jego narodzenie i posłannictwo zwiastował anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten w świątyni okadzał ołtarz (Łk 1,8-17). Przyszedł na świat w sześć miesięcy przed narodzeniem Pana Jezusa (Łk 1,36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 niejaki Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał, zgodnie z poleceniem anioła, imię Jan, co znaczy: „Bóg jest łaskawy” albo „Jahwe się zmiłował”.

    Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1,68-79). Poprzez swoją matkę, Elżbietę, był krewnym Pana Jezusa (Łk 1,36), starszy od Niego o sześć miesięcy. Zachariasz był niemy aż do nadania imienia dziecku, gdyż nie chciał uwierzyć obietnicy anioła i żądał znaku. Cud odzyskania mowy przy nadawaniu imienia Janowi rozsławił imię dziecka.

    Tajemnicze jest zdanie św. Łukasza, że „Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1,80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z Esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumram swoją wspólnotę.

    Kiedy św. Jan miał lat 30, wtedy wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Tak też uczynił, a było to w roku piętnastym panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3,1), czyli w 30 roku naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.

    Według zgodnego świadectwa Ewangelistów zjawienie się św. Jana wywołało w Ziemi Świętej żywy oddźwięk. Sprawiła to sama nowina, jaką głosił, że Mesjasz oczekiwany przez tak wiele lat, jest już blisko. Nie mniejsze wrażenie musiał wywołać sam jego strój i tryb życia: „Miał bowiem za odzienie sierść wielbłąda i pas skórzany na biodrach. Żywił się zaś jedynie szarańczą i miodem leśnym” (Łk 3,2-6; Mt 3,1-6). Jako herold Mesjasza podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy cielesna przynależność do pokolenia Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał w rzece Jordan chrztu pokuty (Łk 3,7-14; M t 3,7-10; Mk 1,8).

    Ruch religijny, zapoczątkowany przez św. Jana, ogarnął całą Palestynę. Garnęła się do niego; „Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3,5; Mk1,5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Św. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że „Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów”(Mt 3,11).

    Pewnego dnia zjawił się nad rzeką Jordan sam Jezus Chrystus: „żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymał Go mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» (Mt 3,13-14). Po przyjęciu chrztu z rąk św. Jana Chrzciciela miała miejsce epifania Trójcy Świętej. Jan niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1,29.36). Wiemy, że na skutek tego wyznania dwaj pierwsi uczniowie zjawili się przy Chrystusie Panu – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1,37-40).

    Św. Jan Chrzciciel nauczał w pobliżu miasta Jerycha, gdzie był bród. Czasem jednak przenosił się do innych miejsc np. Betanii (J 1,28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (/J 3,23).

    Na działalność św. Jana zwrócili baczną uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli więc raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1,19; Mt 3,7).

    Osobą św. Jana zainteresował się także władca Galilei. Kto wie, czy sam nie wezwał św. Jana, aby go wypytać, jaką to ma misję do spełnienia. Był nim Herod II Antypas (J 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Ten to Antypas w trzy lata potem wyśmieje Chrystusa wobec swojego dworu i przyoblecze Go w białą szatę głupca, szaleńca (Łk 23,8-12). Można się domyślać, że Herod wezwał św. Jana do swojego zamku, Macheront. Była to forteca nadgraniczna, położona na wschód od Morza Martwego, otoczona głębokimi wąwozami. Wystawił ją Herod Wielki i uczynił z niej twierdzę nie do zdobycia. Z właściwym też przepychem królewskim wyposażył wnętrze zamku. Po swojej śmierci oddał Macheront synowi, Herodowi Antypasowi, czyniąc go dziedzicem Galilei i Perei – a więc okolicy, w której znajdowała się twierdza. Gorzko jednak żałował Herod swojej ciekawości. Św. Jan bowiem skorzystał z okazji, aby mu prosto rzucić w oczy: „Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6,18). Rozgniewany król z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał św. Jana aresztować. W dniu zaś urodzin swoich wydał ucztę, w czasie której pijany pod przysięgą zobowiązał się córce Herodiady, Salome, dać wszystko cokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy św. Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14,1-12). W taki to sposób do korony wyznawcy dołączył św. Jan drugą – męczeństwa. Jezus Chrystus wystawił św. Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: „Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: – Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę – Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11,7-11; Łk 7,24-27).

    Św. Jan działał także przez swoich uczniów. Tworzyli oni prawdopodobnie jakąś organizację religijną. Jest bowiem mowa w Ewangeliach o postach jego zwolenników (Mt 9,14; Mk 2,18) i o pewnych formułach modlitw (Łk 11,1). Widzimy uczniów św. Jana nawet daleko poza granicami Palestyny jak np. w Efezie (Dz 19,1-7).

    Kult św. Jana Chrzciciela

    Kult św. Jana w Kościele jest bardzo dawny. Sięga początków chrześcijaństwa. Dowodem czci szczególniejszej, jaką jego osobę się otacza, jest sama klasa dzisiejszego święta. Jest ono zaliczane do uroczystości, a więc do świąt klasy najwyższej. Od wieku IV powstają świątynie ku czci św. Jana Chrzciciela. Do najstarszych i najsławniejszych należy Bazylika Św. Jana na Lateranie w Rzymie.

    Do najwspanialszych budowli Damaszku należy słynny meczet Dżamije el-Oumawi. Stała tu kiedyś świątynia rzymska, wzniesiona ku czci Jowisza. Cesarz Teodozjusz I Wielki (379-395) zamienił ją na Bazylikę Św. Jana Chrzciciela. Turcy zamienili ją na meczet. Liczy on 131 m długości i 38 m szerokości. W zachodniej części tegoż meczetu znajdować się ma według miejscowej tradycji głowa św. Jana Chrzciciela w przepięknym marmurowym grobowcu, gęsto obwieszonym złotymi lampami. Turcy bowiem czczą świętego Jana jako jednego z proroków.

    Powstały nawet zakony ku jego czci. Najwięcej znany w historii Kościoła – to Joannici. W początkach był to zakon rycerski. Ich dom macierzysty powstał przy kościele św. Jana Chrzciciela w Amalfii w Italii w roku 1048. Regułę zatwierdził papież Innocenty II w roku 1130. Nosili oni czarny płaszcz z krzyżem białym. Do Polski sprowadził ich książę Henryk Sandomierski. Mieli swój klasztor w Zagościu. Potem mieli ich znacznie więcej zwłaszcza na ziemiach zachodnich. Po upadku Jerozolimy w roku 1187 przenieśli się do twierdzy Akko, a po jej upadku (1291) na wyspę Rodos. W roku 1522 musieli wyspę oddać Turkom i wtedy Joannici przenieśli się na Maltę. Stąd znana ich nazwa Kawalerów Maltańskich. Sporo też kościołów chlubi się, że posiada relikwie św. Jana Chrzciciela, jak np: czaszka w Amiens we Francji, relikwie kości w drogocennym relikwiarzu w Katedrze w Genui, duża kość w relikwiarzu katedry w Brukseli, czy do roku 1596 pokazywana czaszka Świętego w Toruniu. Już w V wieku pisze św. Hieronim, że ciało Męczennika było w wielkiej czci w Sebaście w Samarii. Jego relację w tym samym czasie potwierdza Rufin i Teodoret. Pokazywano tam również przez wiele lat ramię Świętego w relikwiarzu. Posiadaniem głowy św. Jana szczycą się nadto: bazylika Laterańska, Lyon, Beauvais, Turyn, Nimes, Aosta, Leon, Burgos. Można by wymienić dosłownie kilkadziesiąt miejscowości, które mają: głowę, ramię, palec, zęby i inne relikwie. Czym to tłumaczyć? Wielką popularnością tego Świętego, którego relikwie chciano mieć wszędzie. Jest rzeczą pewną, że do naszych czasów nie dochowała się żadna pamiątka po św. Janie. Są one świadectwem czasów, które nawet w wątpliwych relikwiach widziały przypomnienie wielkiego proroka Chrystusa i szukały impulsu do jego szczególnej czci.

    Kult św. Jana w Polsce

    O popularności imienia Jana w Polsce świadczą liczne przysłowia:

    • Chrzest Jana w deszczowej wodzie trzyma zbiory na przeszkodzie.
    • Święty Jan przynosi jagód dzban.
    • Jak się św. Jan obwieści, takich będzie dni czterdzieści.
    • Kiedy się Jasio rozczuli, to go dopiero Matka Boska utuli.
    • Jutro św. Janek, puść na wodę wianek.
    • Już św. Jana, ruszajmy do siana.
    • Patrzaj, jak wiele imion masz z jednego Jana:
    • Janusza i Hanusa, Iwana, Isztwana, Jaśka, Jasinka, Jacha i Jasiątko.
    • Jeden ród: wołek, ciołek, krówka i cielątko.

    Wielu wybitnych Polaków nosiło w przeszłości to imię.

    A oto ważniejsi Polacy, którzy nosili to imię: królowie polscy: Jan I Olbracht (+ 1501); Jan II Kazimierz Waza (+ 1672); Jan III Sobieski (+ 1696); Janusz I (+ 1429); książę mazowiecki; Janusz III (+ 1526), ostatni książę mazowiecki; Janko z Czarnkowa (+ ok. 1367), kronikarz; Jan z Kolna (w. XV), podróżnik, żeglarz; Jan Długosz (+ 1480), pierwszy historyk polski; Jan Kochanowski (+ 1584), poeta; Jan Zamoyski (+ 1605), kanclerz wielki koronny, założyciel Akademii Zamojskiej; Jan Karol Chodkiewicz (+ 1621), hetman wielki litewski; Jan Chryzostom Pasek (+ ok. 1701), pamiętnikarz; Jan Chrzciciel Albertrandy (+ 1808), historyk, pierwszy prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk; Jan Henryk Dąbrowski (+ 1818), generał, twórca legionów polskich we Włoszech; Jan Kiliński (+ 1819), przywódca insurekcji warszawskiej; Jan Czeczot (+ 1847), poeta, przyjaciel Mickiewicza, współzałożyciel Filomatów; Jan Nepomucen Kamiński (+ 1855), aktor; Jan Leon Kozietulski (+ 1821), pułkownik, dowódca pod Samosierrą; Jan Matejko (+ 1893), najwybitniejszy malarz historyczny; Jan August Kisielewski (+ 1918), dramaturg, krytyk literacki; Jan Kasprowicz (+ 1926) poeta; Janusz Kusociński (+ 1940), mistrz olimpijski na 10 km (1932); Janusz Korczak (+ 1942), pedagog, lekarz, zginął dobrowolnie z dziećmi żydowskimi w Treblince; Jan Bułhak (+ 1950), twórca polskiej fotografii artystycznej; Jan Adam Maklakiewicz (+ 1954), kompozytor; Janusz Witold Domaniewski (+ 1954), zoolog, ornitolog; Jan Kiepura (+ 1966), światowej sławy tenor; Jan Czekanowski (+ 1965), antropolog i etnolog; Jan Cybis (+ 1973), malarz; Jan Lechoń (+ 1956), a właściwie Leszek Serafinowicz, poeta.

    Ilość miejsc pochodnych od imienia Jana sięga do 670. Wśród nich jest kilka miast np. Janowiec Wielkopolski, Janów Lubelski i Janów Podlaski.

    Spośród kościołów wystawionych w Polsce ku czci św. Jana (jest ich ponad 350) wypada wymienić: katedrę warszawską, wrocławską i w Kamieniu Pomorskim, katedrę w Toruniu.

    Postać św. Jana Chrzciciela widnieje w herbie 18 miast i osad polskich. Chlubią się nim jako swoim szczególnym patronem: Bielsk, Brzozów, Dobrzyce, Głowno, Kiszkowo, Mysłowice, Nowe Miasto, Nysa, Łasin, Pisz, Pluskowęsy, Proszowice, Puchaczów, Radziejów, Skarszewy, Włazów, Zalewo i Zduny.

    Powiedzieli o Janie Chrzcicielu

    Świadectwo Józefa Flawiusza (37-120) o św. Janie: „Niektórzy Judejczycy uważali, że to Bóg wytracił wojsko Heroda, sprawiedliwie wymierzając królowi karę za zgładzenie Jana, zwanego Chrzcicielem. Ów Jan, którego kazał zabić Herod, był zacnym mężem. Zachęcał Judejczyków, by kształcili w sobie cnotę i by do chrztu przystępowali zachowując sprawiedliwość w stosunkach wzajemnych, gorliwie czcząc Boga. Miły Bogu będzie taki chrzest – głosił – jeśli potraktują go nie jako przebłaganie za jakieś występki, ale jako oczyszczenie ciała, duszę już przedtem dogłębnie oczyściwszy sprawiedliwością. Gdy zewsząd nadciągały rzesze, bo nauki Jana roznieciły wśród ludzi niesłychany entuzjazm, Herod uląkł się, by tak wielki autorytet owego męża nie popchnął ich do buntu przeciw władzy. Wyglądało bowiem na to, że na wezwanie Jana gotowi byliby ważyć się na wszystko. Dlatego wolał raczej pozbyć się go, zanim zażegwi on jakiś niepokój w państwie, niż potem wobec nieodwołalnych już wydarzeń być zmuszonym do zmiany postępowania. Z powodu więc takiego podejrzenia Heroda spętano Jana i zaprowadzono do wyżej wspomnianej twierdzy Macheront, gdzie go też zabito, a Judejczycy potem uznali, że zagłada wojska była pomstą Bożą na Herodzie za śmierć męża” (Dawne Dzieje Izraela, XVIII, 2).

    Św. Ambroży: „Zrodziła Elżbieta syna, a krewni jej tego winszowali. Narodziny świętych budzą radość u wielu, gdyż są wspólnym dobrem. (…) Jan jest jego imię. A więc nie my mu je nadajemy, gdyż je od Boga otrzymał. Ma swoje imię, które my przyjmujemy, ale którego wybór nie zależał od nas. To jest właśnie zasługą świętych, że imiona swoje otrzymują od Boga. Tak np. Jakub został nazwany Izraelem. Tak Pan nasz został nazwany Jezusem, zanim się narodził, któremu imię nadał nie anioł, ale Ojciec (…)”.

    Św. Augustyn: „Poza narodzeniem świętym Pana nie czytamy, by jako święto obchodzono inne narodziny, jak Jana Chrzciciela. U innych świętych i wybrańców Bożych, wiemy, że obchodzi się jako święto (czci się) dzień końca ich trudów ziemskich i triumfalnego zwycięstwa (…), co do niego zaś pierwszy już dzień, pierwsze początki ludzkiego istnienia się konsekruje. (…) Nienarodzony jeszcze a już z tajemniczego łona matki przepowiada i daje świadectwo o świetle, którego sam doświadczył” (Sermo de Sanctis).

    Piotr Skarga: „Gdy przyjść miał z wysokości Bóg w ciele ludzkim, aby nas oświecił w ciemnościach i wyjął z niewoli wiecznej i gniewu Boskiego – rozgłosił przyjście swoje, dawne obiecane u Proroków, przesławnym Janem, jako przesłańcem swym, aby się ludzie osłyszawszy do przyjęcia tak niewysławionego dobrodziejstwa, do zapoznania Króla, Zbawiciela i Boga swego, w ciele i widomie idącego, nagotować się mogli. Posłał przed sobą wielką i głośną trąbę, człowieka cudami dziwnymi przy narodzeniu, żywotem niesłychanym i nauką straszliwą wsławionego, iż wszystka ziemia żydowska, która najpierw Mesjasza czekała, oko i uszy swoje podnieść na niego i obrócić musiała” (Żywoty Świętych Pańskich).

    Fr. M. Willam: „Św. Łukasz wprowadza nas do świątyni w dniu, gdy kapłan, imieniem Zachariasz, wybrany został przez losowanie do złożenia Bogu ofiary kadzielnej. Szczególniejszy bieg miało życie owego kapłana. Wszystkim pobożnym Izraelitom przyobiecał Bóg potomstwo, tak aby chociaż przez przyszłe pokolenia mogli oglądać dni przyjścia Zbawiciela świata. Zdawało się, że Zachariasz zasłużył przez pobożne życie, by spełniła się dla niego obietnica Pańska. Jako młody jeszcze kapłan pojął żonę z wysokiego Aaronowego rodu kapłańskiego i przestrzegał wspólnie z nią wiernie i dokładnie przez cały bieg długiego, bogobojnego życia, wszelkich praw i przepisów Zakonu. A przecież nie mieli syna. Teraz był już w tak podeszłym wieku, że nie mogli liczyć na potomstwo. Patrzano w Izraelu z pogardą na bezdzietne małżeństwa. (…) Kapłani mianowicie byli podzieleni na 24 klasy, a każda z tych zmian pełniła przez tydzień służbę w świątyni dwa razy w roku. (…) Naturalnym wynikiem tych okoliczności było to, że kapłani starali się mieszkać możliwie blisko Jerozolimy” (Życie Jezusa).

    J. Ricciotti: „W ósmym dniu po urodzeniu, jak tego wymagały przepisy, należało obrzezać nowo narodzonego oraz nadać mu imię. Ale co do tej ostatniej kwestii wybuchł spór. Zazwyczaj nadawało się dziecku imię dziadka, by w ten sposób zachować imię rodowe i uniknąć mylenia syna z ojcem. W tym jednak wypadku, ponieważ ojciec był niemy i w wieku dziadka, można było odstąpić od zwyczaju i ze względu na tradycje rodu nadać synowi imię ojca. Jedynie matka upierała się przy imieniu Jan i dobrze wiedziała, dlaczego to czyni. (…) Znak próby i oczyszczenia, który zapowiedział Zachariaszowi anioł, to jest utrata mowy, nie był już potrzebny. Wszystko co się stać miało, dokonało się (…)” (Życie Jezusa Chrystusa).

    Zwyczaje polskie

    Trzeba przyznać, że żaden święty nie wyrył w zwyczajach polskich tak silnych śladów, jak św. Jan Chrzciciel. Jego dzień przypada właśnie wtedy, kiedy najdłuższy jest dzień a noc najkrótsza. Ale też ze św. Janem zaczyna się również przesilenie i dzień staje się krótszy, aż noc osiągnie swoje apogeum 24 grudnia. Stąd już w czasach pogańskich 23 czerwca (dzień właściwego przesilenia) i 24 czerwca urządzano uroczystości ku czci ognia.

    I takie jest przekonanie wśród ludu, że przed 24 czerwca nie wolno się kąpać w wodzie, bo jeszcze św. Jan jej nie poświęcił. Noc z 23/24 czerwca – to noc nadziemskich potęg, uczty czarownic, badania przyszłości. Człowiek szuka sposobu, aby się zabezpieczyć od czarów a przygotować sobie szczęście. Stąd baśń o kwiecie paproci, który pokazuje się właśnie w tę noc i obiecuje szczęście temu, kto go znajdzie. Będzie miał bowiem dzięki niemu wszystko, co tylko zapragnie. Lud chodzi także i szuka niektórych ziół, które zerwane tej nocy mają szczególną moc leczniczą. Dziewczęta sadowią się między dwoma zwierciadłami, przy świecach w nocy i szukają cienia swojego przyszłego męża. Chłopcy na łódkach płyną rzeką (stawem)ze światłem. Dziewczęta puszczają wianki na wodę przystrojone w świeczki i śledzą pilnie ich bieg, kiedy zatoną i jak długo będą świecić. Z tego wyciągają wróżby. Chłopcy przechwytują je jadąc na łódkach. Której dziewczynie „rabuś” wianek pierwszy pochwyci, ta ma pewność, że pierwsza będzie miała wesele. Kolberg przytacza, że w dawnej Warszawie puszczano tysiące tych wianków na Wisłę ze świeczkami. Niektóre z nich miały różne napisy i wierszyki np. „Czy wolisz, panie Janie, wianek mój ruciany, czy Zosi dukatami worek wypychany”. Albo „Mój wianek różany pewno nie utonie, Janeczek kochany ujmie w swoje dłonie”.

    W wigilię św. Jana po zachodzie słońca był zwyczaj w niektórych stronach, że zatykano w płoty i wrota, w drzwi domów gałęzie olszyny, które tkwiły tam do 25 czerwca. Przed wschodem słońca zebrane te gałązki miały mieć moc odpędzania złych duchów i przynosić szczęście. Wieczorem 24 czerwca kobiety szły do obór z wiankami, poświęconymi w Boże Ciało i na rozpalonych węglach spalały je wolno, okadzając wymiona krów, aby dobrze dawały mleko i by były wolne od chorób. W wigilię święta owijano bydłu rogi gałązkami lipy lub bzu w tym samym celu. Przystrajano figurki przydrożne św. Jana w kwiaty i śpiewano przy nich pieśni pobożne.

    Najpopularniejszy zwyczaj obok puszczania wianków – to w dawnych wioskach „kupały” i „sobótki” czyli palenie ognisk i skakanie przez nie. Zwyczaj ten zachował się do dnia dzisiejszego w Warszawie i Krakowie, gdzie puszcza się tegoż dnia sztuczne, barwne ognie, a na Wisłę rzuca się wianki z zapalonymi świeczkami. Wianek to symbol dziewictwa. Dlatego mogły je puszczać na wodę tylko panny w nadziei i wróżbie szczęśliwego a rychłego zamążpójścia. O sobótce napisał wiersz Jan Kochanowski. Na św. Jana dawniej w Polsce zawierano umowy: o kupno, dzierżawę, pożyczkę itp.

    Program niezwykłego życia


    ”Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on” (Mt 11,11) – trudno chyba sobie wyobrazić bardziej paradoksalną rekomendację od tej, jakiej udzielił Jezus Janowi Chrzcicielowi; oddaje jednak ona jakoś prawdę jego powołania.

    Narodziny, które są proroctwem

    Jan Chrzciciel jest jedynym świętym – oprócz Maryi – którego narodzenie wspominamy w liturgii. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze opis jego narodzenia, ściśle spleciony z opisem poczęcia samego Jezusa, zajmuje poczesne miejsce w pierwszym rozdziale Ewangelii wg św. Łukasza. Po drugie, postać Jana zajmuje w historii zbawienia miejsce niezwykłe: stoi niejako pomiędzy dwoma Przymierzami – o sześć miesięcy starszy od Jezusa zachowuje się i naucza jak prorok Starego Testamentu, lecz już nie tylko zapowiada Jego przyjście, ale konkretnie wskazuje go ludowi; nie dane jest mu jednak oglądać dokonujące się zbawienie – ginie wcześniej z rąk Heroda – tylko jego uczniowie mogą być świadkami tryumfu Chrystusa nad śmiercią.

    Śledząc Łukaszowy opis wydarzeń, towarzyszących poczęciu i narodzeniu Jana Chrzciciela, trudno nie zapytać wraz ze świadkami owych wydarzeń: ”Kimże będzie to dziecię?” (Łk 1,66). Żyjącym na co dzień Słowem Bożym Starego Testamentu Żydom może nieco łatwiej, niż nam dzisiaj, przychodziło odczytanie głębszego znaczenia owych wydarzeń – pasują bowiem one do pewnego schematu opisu narodzin wielkich mężów Bożych Starego Przymierza. Schemat ten składa się z trzech podstawowych elementów:

    1. Przyszli rodzice są zwykle w podeszłym wieku i nie mogą mieć dzieci – obdarzenie dzieckiem niepłodnej pary jest szczególnym znakiem Bożego miłosierdzia i zwiastunem nowego życia, jakie udzielone zostanie całemu ludowi.
    2. Bóg – zwykle przez swego anioła – objawia się jednemu lub obojgu małżonkom i zapowiada poczęcie dziecka, wskazując jednocześnie na jego przyszłą misję i obiecując, że będzie mu towarzyszył swoją obecnością i mocą.
    3. Sam Bóg nadaje imię dziecku, lub też imię to zostaje wybrane ze względu na objawienie się Boga. Jest to imię w jakiś sposób ”programowe” – określające istotę przyszłego posłannictwa lub obietnicy, jaką Bóg składa ludowi.

    Elementy te – z drobnymi różnicami – odnajdziemy w historiach narodzin kluczowych postaci Starego Testamentu, np. Izaaka, Samsona, Samuela. Ale nie tylko. Także opis narodzin Jezusa zbudowany jest według tego schematu, przy czym w miejsce motywu poczęcia niepłodnej pojawia się cud nieskończenie większy: poczęcie dziewicy z Ducha Świętego.

    Trudno więc się dziwić, że świadkowie narodzenia Jana ”brali sobie do serca” (Łk 1,66) to, co się działo: niepłodna Elżbieta poczęła, Zachariasz w wyniku widzenia pozostał niemy i dopiero nadając synowi niezwykłe dla swego rodu imię, odzyskał mowę. A imię to – ”Jan”, ”Johhanan” – oznacza ”Bóg jest łaskawy”. Wszystko wskazywało na to, że Bóg pragnie rychło okazać swą łaskawość ludowi. I że uczyni to właśnie za pośrednictwem Jana.

    ks. Grzegorz Strzelczyk

    Przygotujcie drogę Panu

    Jednak ze wszystkich wydarzeń towarzyszących narodzeniu Chrzciciela trudno było odczytać prawdziwą istotę jego misji. Mówiła o niej jedynie krótka wzmianka w hymnie, który wyśpiewał Zachariasz, odzyskawszy mowę: ”pójdziesz przed Panem przygotować mu drogi” (Łk 1,76). Powołanie dorosłego już Jana Ewangeliści zgodnie określają przez cytat z proroka Izajasza: ”Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego!” (30,3, por. Łk 3,4). Jego nauczanie, chrzest pokuty i nawrócenia, którego udzielał nad Jordanem, nie miały innego celu, jak przygotowanie ludzi do przyjęcia doskonalszego nauczania i skuteczniejszego chrztu – tych, które miał przynieść Jezus Chrystus.

    Jan Chrzciciel miał jasną świadomość ograniczonego, czy podporządkowanego charakteru własnego posłannictwa: ”Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem” (Mt 3,11). W rzeczywistości bowiem skuteczność tego, co czynił, była wciąż ograniczona grzechem, który nie został jeszcze przezwyciężony. Uczynki pokutne, post, jałmużna, sam chrzest w Jordanie były znakami ludzkiego nawrócenia, lecz nie mogły dawać tego, co najcenniejsze: odpuszczenia grzechów, odnowienia relacji z Bogiem. Prawdziwe zbawienie miało przyjść dopiero w Jezusie Chrystusie! I wraz z Jego przyjściem dobiegała też końca misja Jana. O jego wielkości świadczy może przede wszystkim umiejętność pokornego uznania: ”Ja nie jestem Mesjaszem, ale zostałem przed Nim posłany. (…) Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,28.30).

    Tylko Jezus zbawia

    Czy jednak wszystko z nauczania i posłannictwa Jana uległo ”przedawnieniu” wraz z przyjściem Jezusa? Tak mogłoby się wydawać, bo przecież z nauczania Jana przetrwały tylko maleńkie fragmenty wobec wielkiego bogactwa Ewangelii. Chrzest Janowy został zastąpiony o wiele skuteczniejszym chrztem w imię Trójcy. Jego uczniowie stali się uczniami i apostołami Jezusa… Na pewno aktualne pozostało świadectwo męczeństwa Jana w obronie sprawiedliwości. Ale czy tylko?

    Być może warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jan Chrzciciel z niezwykłą konsekwencją podkreślał, iż prawdziwe zbawienie przychodzi jedynie w osobie Jezusa Chrystusa. Wszystko, co człowiek może uczynić ze swej strony – wysiłek doskonalenia życia, pokuta, post itd. – ma swoją wartość i znaczenie, ale zawsze i tylko jako podprowadzenie do spotkania z Chrystusem. Jan czuł wyraźnie, że dopóki Jezus nie przyjdzie, wszystko, co człowiek uczyni, by się zbawić, pozostanie nieskuteczne. To samo jednak dotyczy nas, którzy żyjemy już po przyjściu Jezusa: nie mogą nas zbawić nasze uczynki, jeśli nie będziemy połączeni żywą więzią z Jezusem Chrystusem. Nie zbawi nas odmawianie pacierzy, jeśli nie będziemy z Nim rozmawiać. Nie zbawi nas chodzenie do kościoła, jeśli nie będziemy się z Nim spotykać. Nie zbawi nas spowiadanie się co miesiąc, jeśli nie będzie w nas pragnienia Jego przebaczenia. Nie zbawi nas sponsorowanie organizacji charytatywnych, jeśli nie dostrzeżemy Jego oblicza w obliczach ubogich. Tylko Jezusa zbawia. Postać Jana Chrzciciela nie przestaje nam o tym przypominać.

    ks. Tomasz Horak/wiara.pl

    __________________________________________________________________________________

    Wymowne gesty rąk

    Wymowne gesty rąk
    „Chrystus między Maryją a św. Janem Chrzcicielem”
    Jan Gossaert, zwany Mabuse,/olej na desce, 1510–1515, Muzeum Prado Madryt

    ***

    Postać św. Jana Chrzciciela pełni w sztuce rolę szczególną. Jako ostatni prorok Starego Testamentu, jako ten, który pierwszy rozpoznał w Chrystusie Mesjasza, pojawia się często na obrazach w sytuacjach, w których fizycznie na pewno nie był obecny, na przykład w scenie ukrzyżowania Chrystusa. Również flamandzki artysta Jan Gossaert uznał za stosowne w najbliższym otoczeniu Jezusa przedstawić Matkę Bożą i właśnie Jana Chrzciciela.

    Artysta wzorował się na wcześniejszym o kilkadziesiąt lat dziele swojego rodaka – Jana van Eycka „Adoracja mistycznego baranka”, gdzie siedzącemu na tronie Jezusowi również towarzyszą Maryja i Jan. Gossaert namalował jednak te osoby nieco inaczej, duże znaczenie przywiązując zwłaszcza do gestów rąk. Umieszczony w centrum Chrystus błogosławi prawą ręką. Zbawiciel jest ubrany w królewski, czerwony płaszcz, co symbolizuje Jego panowanie nad światem. Błogosławieństwo jest więc skierowane do całej ludzkości.

    Maryja i Jan Chrzciciel są bardzo blisko Jezusa i nachylają się w Jego kierunku. Ręce obojga nie są ułożone przypadkowo. Matka Boża ma je złożone do modlitwy i skierowane w stronę Syna. Maryja ma na głowie koronę. Oznacza to, że modli się do Jezusa za całą ludzkość uznającą Ją za królową. Jan Chrzciciel palcem prawej ręki wskazuje Jezusa. Ten gest przypomina, że to właśnie on rozpoznał i wyjawił ludziom, w jakim celu Chrystus przyszedł na świat. Lewą dłoń święty złożył na sercu, co oznacza jego pełne oddanie Chrystusowi. Powyżej, nad głową Jezusa, artysta namalował anioła trzymającego w rękach nuty, śpiewającego na Bożą chwałę.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI: O męczeństwie św. Jana Chrzciciela
    fot. via Wikipedia, domena publiczba

    ***

    Benedykt XVI: O męczeństwie św. Jana Chrzciciela

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tę ostatnią środę sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie męczeństwa św. Jana Chrzciciela, poprzednika Jezusa. Jest to jedyny święty, w którego przypadku w kalendarzu rzymskim obchodzone jest zarówno narodzenie, 24 czerwca, jak i męczeńska śmierć. Dzisiejsze wspomnienie związane jest z poświęceniem krypty w Sebaste w Samarii, gdzie już od połowy IV w. otaczano czcią jego głowę. Kult rozprzestrzenił się później w Jerozolimie, w Kościołach wschodnich i w Rzymie, pod nazwą: Ścięcie św. Jana Chrzciciela. W Martyrologium Rzymskim mówi się o drugim odnalezieniu cennej relikwii, przeniesionej wówczas do kościoła św. Sylwestra na Polu Marsowym w Rzymie.

    Te wzmianki historyczne pozwalają nam zrozumieć, jak dawne i głębokie jest nabożeństwo do św. Jana Chrzciciela. W Ewangeliach dobrze ukazana jest jego rola w odniesieniu do Jezusa. W szczególności św. Łukasz opowiada o jego narodzinach, życiu na pustyni, przepowiadaniu, a św. Marek w dzisiejszej Ewangelii mówi o jego dramatycznej śmierci. Jan Chrzciciel rozpoczyna swoje głoszenie za czasów cesarza Tyberiusza, w 27-28 r. po Chrystusie, i w wyraźny sposób wzywa ludzi, którzy przybywali, by go słuchać, do przygotowywania drogi na przyjęcie Pana, do prostowania krzywych ścieżek własnego życia poprzez radykalne nawrócenie serca (por. Łk 3, 4). Chrzciciel nie ogranicza się jednak do głoszenia pokuty, ale uznając, że Jezus jest «Barankiem Bożym», który przyszedł, by zgładzić grzech świata (por. J 1, 29), z głęboką ufnością wskazuje na Jezusa jako na prawdziwego wysłannika Boga, usuwając się w cień, aby Chrystus mógł wzrastać, być słuchany i naśladowany. Przelanie własnej krwi na świadectwo wierności przykazaniom Bożym, jest ostatnim aktem Chrzciciela, który nie ugiął się i niczego nie wyparł, wypełniając do końca swoją misję. Św. Beda, mnich z IX w., tak mówi w swoich Homiliach: «Św. Jan za [Chrystusa] oddał swoje życie, choć nie kazano mu wyprzeć się Jezusa Chrystusa, kazano mu tylko przemilczeć prawdę» (por. Hom. 23: CCL 122, 354). Nie przemilczał prawdy i umarł za Chrystusa, który jest Prawdą. Właśnie z miłości do prawdy nie poszedł na kompromis i nie lękał się upominać w ostrych słowach tych, którzy zagubili Bożą drogę.

    Patrzymy na tę postać, tę gorącą pasję, która opiera się możnym. Pytamy: skąd bierze się to życie, ta wielka siła wewnętrzna, tak prawa, tak konsekwentna, tak całkowicie oddana Bogu i przygotowaniu drogi Jezusowi? Odpowiedź jest prosta: z więzi z Bogiem, z modlitwy, która jest nicią przewodnią całej jego egzystencji. Jan jest darem Bożym, o który długo prosili jego rodzice, Zachariasz i Elżbieta (por. Łk 1, 13); wielkim darem, na który po ludzku nie mogli mieć nadziei, ponieważ oboje byli w podeszłym wieku, a Elżbieta była bezpłodna (por. Łk 1, 7); «dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego» (Łk 1, 36). Zapowiedź tych narodzin nastąpiła właśnie w miejscu modlitwy, w świątyni jerozolimskiej, i to wręcz w momencie, gdy Zachariasza spotkał wielki przywilej, by wejść do przybytku w świątyni i złożyć Panu ofiarę kadzenia (por. Łk 1, 8-20). Również narodzinom Chrzciciela towarzyszy modlitwa: pieśń radości, uwielbienia i dziękczynienia, którą Zachariasz wznosi do Pana i którą odmawiamy codziennie rano w Jutrzni, «Benedictus», uwydatnia działanie Boga w historii i profetycznie wskazuje misję jego syna Jana: poprzedza on Syna Bożego — który stał się ciałem — by Mu przygotować drogi (por. Łk 1, 67-79). Całe życie Poprzednika Jezusa ożywia więź z Bogiem, w szczególności okres spędzony na pustkowiu (por. Łk 1, 80); pustkowie jest miejscem kuszenia, ale też miejscem, gdzie człowiek odczuwa swoje ubóstwo, bo jest pozbawiony oparcia i bezpieczeństwa materialnego, i rozumie, że jedynym trwałym punktem odniesienia jest sam Bóg. Jednakże Jan Chrzciciel nie jest tylko człowiekiem modlitwy, utrzymującym stały kontakt z Bogiem, ale również przewodnikiem w tej relacji. Ewangelista Łukasz, przytaczając modlitwę, której Jezus uczy swoich uczniów, Ojcze nasz, odnotowuje, że uczniowie wyrażają swoją prośbę następującymi słowami: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów» (Łk 11, 1).

    Drodzy bracia i siostry, obchody męczeństwa św. Jana Chrzciciela przypominają również nam, współczesnym chrześcijanom, że nie jest możliwy kompromis z miłością do Chrystusa, do Jego słowa, do Prawdy. Prawda jest Prawdą, nie ma kompromisu. Życie chrześcijańskie wymaga, że tak powiem, «męczeństwa» codziennej wierności Ewangelii, a więc odwagi, potrzebnej, by pozwolić Chrystusowi, by wzrastał w nas i nadawał kierunek naszym myślom i uczynkom. Może to nastąpić w naszym życiu tylko wtedy, kiedy więź z Bogiem jest mocna. Modlitwa nie jest czasem straconym, nie jest odbieraniem czasu działaniu, nawet apostolskiemu, a wręcz przeciwnie: tylko wtedy, gdy potrafimy pielęgnować życie modlitwy wiernej, stałej i ufnej, Bóg da nam zdolności i siłę, by żyć w sposób szczęśliwy i pogodny, pokonywać trudności i z odwagą dawać Mu świadectwo. Niech św. Jan Chrzciciel wstawia się za nami, abyśmy potrafili zawsze dawać pierwszeństwo Bogu w naszym życiu. Dziękuję.

    Benedykt XVI

    audiencja generalna 29 sierpnia 2012— Castel Gandolfo

    ___________________________________________________________________________

    Św. Jan Chrzciciel - Człowiek Słowa, które w nim żyło
    fot. via: Pxere.com CC0

    ***

    Św. Jan Chrzciciel – Człowiek Słowa, które w nim żyło

    „Co mamy czynić?” – pytają ludzie Jana Chrzciciela. Jego niezwykła osobowość przyciągała tłumy, zaś zdecydowanie i niezwykłość jego słów rodziły w ludzkich sercach przypuszczenia, czy ten surowy mężczyzna nie jest przypadkiem zapowiadanym przez proroków Mesjaszem. Mimo iż Jan zdecydowanie zaprzeczał, jego popularność nie słabła.

    Co dziwne – nie mówił też rzeczy łatwych. Nie schlebiał słuchaczom, nie starał się zaspokajać ich oczekiwania. Daleko mu było do ówczesnej odmiany „politycznej poprawności” i słownego „głaskania” słuchających go tłumów.

    Człowiek Słowa

    A jednak słuchali go. Przychodzili z daleka. Znosili ścisk i niewygodę – a potem, przełamując wstyd, wchodzili do Jordanu, by wyznać swe grzechy i przez gest obmycia zadeklarować swą gotowość do nawrócenia, do przemiany życia, do powitania mającego już wkrótce nadejść Zbawiciela. A działo się tak dlatego, że Jan był wiarygodny – bowiem sam żył według zasad, których nauczał. Nie był jak faryzeusze, zachęcający do wielkich wyrzeczeń – zaś sami stroniący od nich niczym przysłowiowy diabeł od święconej wody. Nie był jak uczeni w Piśmie, którzy starannie „unieszkodliwiali” słowo Boże, owijając je w mniej lub bardziej uczone (i niezrozumiałe zarazem) wyjaśnienia.

    Ci, którzy przychodzili do Jana, widzieli, że On nie tylko głosi Słowo, ale jest człowiekiem Słowa. Że ono żyje w nim. Dlatego też, słuchając głoszonej przez niego dobrej nowiny, z całym zaufaniem pytali go: „Co mamy czynić?”. To znaczy: jak mamy to Słowo wprowadzić w czyn, w życie? Jak sprawić, by nie było tylko martwą literą, sztuką dla sztuki? Błyskotliwym popisem kaznodziejskim, który rodzi chwilowe wzruszenie i nawet podziw dla mówcy, ale nijak nie przekłada się na życie?

    Tu i teraz

    Byli zapewne tacy, którzy słysząc odpowiedź Jana, krzywili się, nazywając ją moralizatorstwem. Bo przecież nie dawał on żadnych spektakularnych pouczeń. Nie mówił mądrze o egzystencjalnym charakterze słowa Bożego. Mówił rzeczowo – pokazując, że słowo Boże jest skierowane wprost do każdego człowieka i niesie konkretne wskazania i wezwania do realizowania go. Te wezwania są proste i zwyczajne, niczym życie przeciętnego człowieka i sprowadzają się do jednego: wypełniaj dobrze swoje obowiązki – tam, gdzie Pan Bóg cię postawił. Nieważne, czy jesteś profesorem na uniwersytecie, sprzątaczką w szpitalu, czy też lekarzem, kierowcą, urzędnikiem… Bóg dziś do ciebie kieruje swoje Słowo. Tu i teraz.

    Ten Janowy głos w naszych czasach podjęła święta Tereska od Dzieciątka Jezus, pisząc w jednym ze swych listów, że w świecie wiary, gdy ktoś podnosi igłę z podłogi i robi to z miłością, ten gest zbawia dusze. Ta droga do świętości – zwana „małą drogą” – do dziś przyciąga i fascynuje wielu, którzy chcą ją naśladować.

    Pustynia

    To słowo Boże Jan głosi na pustyni. Nie powinniśmy jednak rozumieć tej pustyni zbyt dosłownie, nie chodzi tu o wskazanie konkretnego punktu na mapie. W języku Biblii pustynia nie oznacza miejsca czy przestrzeni wypełnionej piaskiem. W języku Biblii pustynia oznacza samotność, oschłość, bezradność, wypalenie… Oznacza sytuację bezradności, odcięcia od wszystkich naszych dotychczasowych przyzwyczajeń i przywiązań. Oznacza ciemność i duchową pustkę, która wydaje się człowieka osaczać i przytłaczać.

    Nie trzeba jechać na Saharę, by znaleźć się na pustyni. Życie samo prowadzi nas ku sytuacjom, które tworzą pustynię duchową; które sprawiają, że czujemy się zagubieni, bezradni, przygnieceni, pozbawieni radości życia, spontaniczności, puści…

    Wszelkie duchowe i psychiczne cierpienia, nieporozumienia, upadki, straty; doświadczenie niesprawiedliwości i pogardy, odrzucenia… Wszystko to, co nas „biczuje” lub wręcz „krzyżuje”, co nas trapi, przekreśla nasze pragnienia i plany, boli, kaleczy. Poczucie winy, rozczarowania, smutku, cierpienia, samotności… wszystko to jest realną częścią naszego życia i wszystko to wprowadza w nie element pustyni.

    Na pustyni człowiek jest sam. Nie jest w stanie nikomu przekazać swojego stanu. Nie jest w stanie przyjąć pocieszenia ze strony innych. Pustynia przenika go całego, nie można od niej uciec.

    I może się wydać zdumiewające, że przy wszystkich powyższych znaczeniach – pustynia jawi się w Piśmie św. także jako miejsce nadziei. Miejsce oczyszczenia, spotkania z Bogiem. „Konieczny punkt odniesienia dla zdezorientowanego życia, któremu zagraża rozpad, zagłada, które jałowy niepokój pozbawia treści” (A. Pronzato, Rozważania na piasku). Miejsce, gdzie oczyszczamy się z pośpiechu, niecierpliwości, tyranii terminów, pośpiechu. Miejsce, gdzie uczymy się pokory, czekania i cierpliwości.

    Zarówno Naród Wybrany, jak i wielkie postacie biblijne (Mojżesz, Abraham, Jakub) przechodzili przez doświadczenie pustyni. Podobnie wielcy mistycy i święci.

    Dlatego nie uciekajmy przed pustynią. Ona wkracza w nasze życie niespodziewanie, potrafi je wywrócić…, ale paradoksalnie jest wielkim darem Boga. Jest szansą na to, by usłyszeć Jego głos. By doświadczyć Jego wielkiej miłości, mocy i opieki. By przywrócić właściwy porządek naszemu życiu. I dziwne: gdy doświadczenie pustyni już się kończy, człowiek tęskni za pustynią – gdyż czuje, że właśnie wtedy był w pełni sobą, był autentyczny, nieuwikłany w tysięczne gry i gierki, jakie nieraz w życiu prowadzi sam ze sobą, z innymi ludźmi, a wreszcie z samym Bogiem.

    ks. Andrzej Adamski/Echo Katolickie/opoka.org.pl/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 sierpnia

    Święty Augustyn, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria od Krzyża (Joanna Jugan), zakonnica
      •  Błogosławiony Alfons Maria Mazurek, prezbiter i męczennik
      •  Ezechiasz, król
    ***
    Święty Augustyn z matką, św. Moniką

    Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie do spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostawał rozdarty między wpływem matki i ojca.
    Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie wiadomo, kiedy go sobie nadał.
    W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii – Wyznaniach – z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Jego ulubionym autorem był Wergiliusz.
    Jako młodzieniec Augustyn żył swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej, i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. “dany od Boga”). Augustyn żył z tą dziewczyną przez 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr – to był jego ulubiony żywioł.

    Święty Augustyn

    Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem.

    W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego – pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat.
    W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął słuchać jego kazań. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią przekazywanej treści.
    Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawła Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14).
    Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco, i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła w Ostii jego matka, św. Monika; wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł także jego syn. Po przybyciu do Tagasty Augustyn rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi – św. Alipiuszem i Ewodiuszem – zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.Więcej informacji o nawróceniu św. Augustyna – pod datą 24 kwietnia.

    Święty Augustyn

    W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: “Augustyn kapłanem!” Ten, zalany łzami, przyjął propozycję biskupa i ludu. Po przyjęciu święceń nie zmienił jednak trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: św. Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz konsekrował wkrótce Augustyna na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności (396) i Augustyn został jego następcą, biskupem Hippony.

    Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych (m.in. augustianów, kanoników regularnych, dominikanów i paulinów). Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako okazję do apostolstwa. Korespondował m.in. ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles.
    Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić – zwanych lapsi. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym pozyskał sobie donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona.
    W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją do tego, aby jako pierwszy z Ojców mógł gruntownie wyjaśnić teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia.
    Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów.
    Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.



    Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą: Wyznania (386-387), O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary (396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Święty pedagog – św. Augustyn z Hippony

    Święty pedagog - św. Augustyn z Hippony
    św. Augustyn/Justus Van Gent(PD)

    ***

    Znamy go jako filozofa, człowieka poszukującego prawdy, wielkiego konwertytę i teologa. Święty Augustyn z Hippony był mistykiem zakochanym w Bogu, duszpasterzem zatroskanym o powierzony mu lud i pisarzem, który pozostawił po sobie przebogatą spuściznę. Obrazy przedstawiają go najczęściej w roli nauczyciela – jako wykładowcę retoryki, potem na katedrze biskupiej.

    Jednak w dwóch znanych ikonografiach pojawia się jako dziecko. Jeden z tych obrazów przekazał sam Augustyn w swoich Wyznaniach; drugi żyje w legendzie z Żywotów świętych.

    Wielki Bóg mówi ustami małych

    Był sierpień 386 r. Mediolan. Augustyn miał 32 lata, był wykładowcą retoryki. Pod wrażeniem opowieści o pustelniku Antonim z Egiptu i jego naśladowcach rozmyślał nad swoim dotychczasowym życiem i toczył duchową walkę. Widział piękno ideału, pragnął go, a jednocześnie nie znajdował w sobie sił do podjęcia ostatecznej decyzji. Pełen wewnętrznej rozterki i cierpienia płakał i modlił się w ogrodzie, u stóp figowego drzewa.

    Nagle usłyszał z sąsiedniego domu dziecięcy głos, który co chwila powtarzał słowa: Tolle, lege! Weź to, czytaj! Tamto zdarzenie potraktował jako nakaz Boży, aby otworzyć książkę i przeczytać ten fragment, na który natrafi. Słowa z Listu św. Pawła do Rzymian spowodowały przełom w jego życiu: wyrzekł się małżeństwa, kariery, bogactwa, sławy – wybrał nową drogę życia bez reszty poświęconego Bogu.

    Pokora dziecka

    Kaznodzieje i malarze często przedstawiają inną scenę. Rzecz miała miejsce nad morzem. Św. Augustyn już jako biskup Hippony, przechadzając się samotnie po piaszczystym brzegu, rozważał tajemnicę Trójcy Świętej. Spotkał dziecko bawiące się na plaży: mały chłopiec czerpał muszlą wodę z morza i wlewał ją do dziury wykopanej w piasku. Augustyn zrozumiał, że prędzej ono wyczerpie morze muszelką i zmieści je w małym dołku, niż on zrozumie i wyjaśni tajemnicę Trójcy.

     Gustaw Gwozdecki /Bolando / CC-SA 3.0Sen Św. Augustyna
    Kończąc dwudziestoletnią pracę nad traktatem „O Trójcy” – De Trinitate, św. Augustyn napisał: W tym wszystkim, o czym tak wiele mówiłem, nie śmiem uznać, żebym powiedział coś, co by było godne tej najwyższej i niewyrażalnej Trójcy. Raczej wyznaję, że to przedziwne poznanie przewyższa moje siły.

    Wzór wychowawców

    Dla wspólnot augustiańskich święty Augustyn jest szczególnie bliski jako Ojciec i prawodawca. Zajmują się one nauczaniem i wychowaniem dzieci i młodzieży. Historia myśli pedagogicznej dostrzega w Augustynie przykład nowego podejścia do okresu dzieciństwa, zainteresowania jego bogactwem i złożonością. W swoich Wyznaniach, które są niezwykłą autobiografią – modlitwą, a także w licznych kazaniach i komentarzach biblijnych Augustyn podejmuje tematykę związaną z dziecięcym okresem życia.

    Panie, nie wiem, skąd tu przybyłem – modli się Augustyn. – Ukształtowałeś mnie w czasie z ojca i matki, w której łonie przebywałem. W Bogu, który jest przed wszystkim, odnajduje przyczynę i podstawę wszelkiego stworzenia i swoją własną tożsamość. Życie jest piękne, jest darem Boga.
    Ale Augustyn zaznacza też, że jest ono biedne, pełne trudów i niebezpieczeństw, nędzy i pokus. Radość życia przeplata się z tym, co należy opłakiwać. Mogłoby śmiać się niemowlę, które się rodzi; czemu zaczyna żyć z płaczem? Jeszcze nie umie się śmiać, a już umie płakać? Przychodząc na świat, dziecko zaczyna kroczyć drogą pielgrzymów zdążających do prawdziwej ojczyzny. Tu jest miejsce płaczu, ale również nadzieja radości.

    Zatrważająca aktualność

    Starożytna cywilizacja rzymska doceniała potrzebę kształcenia dzieci. Jednocześnie dopuszczała takie praktyki jak dzieciobójstwo, sprzedawanie dzieci, składanie ich w ofierze bóstwom czy wykorzystywanie seksualne. Dzieci, zwłaszcza zrodzone z nieprawych związków, były często porzucane. Pod wpływem chrześcijaństwa pozycja dzieci zaczęła się powoli poprawiać. Porzucone dzieci znajdowały wychowanie w klasztorach. Ci, którzy adoptowali porzucone dzieci, a byli ubodzy, mieli prawo do pieniężnych zapomóg ze strony państwa. Augustyn wypowiada piękne słowa o przybranej matce, stawiając ją ponad rodzoną: Porzuca ta, co urodziła, bierze ta, co nie urodziła. Tamta wzgardziła, ta ukochała. Tamta na próżno matką ciałem, ta słuszniej uczuciem. Przyjęcie dziecka z miłością przez rodziców w życiu doczesnym jest dla Augustyna obrazem całkowitego i bezwarunkowego przyjęcia człowieka przez Boga, którego dziećmi jesteśmy.

    Ludzie rodzą dzieci na własną pociechę i na pomoc w starości – pisze Augustyn. Zdarza się, że myśląc tylko w kategoriach doczesności, w dzieciach pokładają całą nadzieję, dla nich tylko żyją i pracują. Do takich Augustyn kieruje uwagę o wyższości dóbr duchowych nad doczesnymi: nie jest jeszcze szczęściem mieć dzieci, ale mieć dobre dzieci.

    Małe dzieci, pieszczone przez kochających rodziców, przypominają dorosłym jeszcze jedną prawdę – prawdę o przemijaniu. Czyż urodziły ci się dzieci na ziemi po to, żeby z tobą żyć, czy raczej po to, żeby ciebie zastąpić i po tobie nastąpić? Nikt rozsądny przecież nie pragnie, aby zawsze pozostały dziećmi, każdy życzy sobie, aby wzrastały, osiągały dojrzałość. Także i same dzieci chcą rosnąć, aby pozbyć się swej zależności od starszych i cieszyć się samodzielnością.

    * * *

    Wczytując się w dzieła Świętego z Hippony, można odnieść wrażenie, że nie tylko historia jest nauczycielką życia. Z jednej strony nadzieją napawa fakt, że jest wiele postaci, których dzieła mogą wytyczać szlaki dzisiejszemu człowiekowi, z drugiej zaś daje do myślenia aktualność uwag wypowiadanych przed wiekami. Bardziej jesteśmy admiratorami świętych niż ich naśladowcami.

    Nawrócę się jutro

    Andrzej Macura

    Nadszedł dzień, w którym stanąłem sam przed sobą obnażony. A sumienie nie szczędziło mi chłosty. św. Augustyn, ‘Wyznania’

    Jak na biskupa i świętego życiorys miał niezbyt budujący. Dziś nie przeszedłby pomyślnie żadnej lustracji. Nieślubne dziecko, konkubinat, długie hołdowanie niebezpiecznej herezji i astrologii. To tylko najbardziej znane spośród grzechów św. Augustyna. Grzechów burzliwej młodości, ale ta młodość trwała bardzo długo.
    Urodził się w połowie czwartego wieku, w leżącej w północnej Afryce Tagaście. Szybko stracił ojca.

    Studiował, a później także nauczał retoryki. Ciągle poszukiwał. W książkach, wykładach, dysputach i rozmowach. Szukał prawdy, a jednocześnie próbował usprawiedliwiać swoje słabości. Jego sumieniem była matka, święta Monika. Uciekł przed nią aż do Rzymu. Ale Bóg powoli, krok po kroku, przygotowywał go do przyjęcia prawdy. Przez słuchanie kazań św. Ambrożego, przez spotkanie z sędziwym kapłanem Symplicjanem i cesarskim urzędnikiem Pontycjanem, przez rozmowy z przyjaciółmi Alipiueszem i Nebrydiuszem. W końcu też przez matkę, która podążyła za nim, gorąco pragnąc, by w końcu się ustatkował. Chrzest przyjął, dopiero mając 33 lata.

    Cztery lata później wyświęcono go na kapłana, a po kolejnych pięciu latach został biskupem Hippony. Oszałamiająca kariera. Resztę swego życia, ponad 30 lat, poświęcił pracy dla Ewangelii. Świetnie wykształcony, w sporach teologicznych błyskotliwy. Jako ekspert dyskutował z nieuznającymi prawowitych biskupów donatystami. Zwalczał herezję pelagianizmu. Przyjmując u siebie uciekinierów z walącego się pod wpływem wewnętrznych walk i naporem barbarzyńców cesarstwa, snuł w swoim dziele „O państwie Bożym” wizję nowego porządku świata. Jego myśl zapłodniła umysły teologów wielu wieków. Ale pozostawił po sobie coś dla zwykłego człowieka znacznie cenniejszego. Zapis swoich błędów. „Wyznania”.

    „Moja młodość była szczególnie obłędna – pisze w »Wyznaniach« – zwłaszcza zaś jej świt, gdy tak Ciebie prosiłem o czystość obyczajów: »Daj mi czystość i umiarkowanie, ale jeszcze nie w tej chwili«. Był we mnie lęk, że mógł-byś mnie zbyt rychło wysłuchać i od razu uleczyć z choroby pożądania, które chciałem raczej nasycić niż zgasić. (…) Udawałem wobec samego siebie, że przyczyną, dla której z dnia na dzień odkładam chwilę odepchnięcia wszelkich rachub doczesnych, aby pójść tylko za Tobą, było to, iż mi się jeszcze nie ukazała żadna pewność, ku której mógłbym kroczyć. Lecz teraz nadszedł dzień, w którym stanąłem sam przed sobą obnażony. A sumienie nie szczędziło mi chłosty. (…) [Moja dusza] stanęła, nie chciała iść naprzód, chociaż teraz nie miała już żadnych usprawiedliwień. Rozpadły się bowiem i rozwiały wszelkie jej argumenty. Została tylko niema trwoga. Bo niby śmierci lękała się dusza oderwania od owego nurtu przyzwyczajenia, który niósł ją ku śmierci”. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Ludzkie serce jest zawsze takie samo.

    s. Krystyna Abramczuk OSA/wiara.pl

    _______________________________________________________________________

    Św. Augustyn
    św. Augustyn/fot. Henryk PrzondzionaRZONDZIONO /Gość Niedzielny
    Malowidło w sanktuarium w Leśniowie

    ***

    (…) Rzadko kiedy cywilizacja znajdowała tak wielkiego ducha, który potrafił podejmować jej wartości i podnosić wpisane w nią bogactwo, wynajdując idee i formy, którymi mieli się karmić potomni.

    Drodzy bracia i siostry!
    Po wielkich uroczystościach Bożego Narodzenia chciałbym powrócić do rozważań na temat Ojców Kościoła i mówić dziś o największym Ojcu Kościoła łacińskiego – świętym Augustynie: o tym wielkim świętym i doktorze Kościoła, człowieku pełnym namiętności i wiary, najwyższej inteligencji i niestrudzonej troski pasterskiej, wiedzą często, przynajmniej ze słyszenia nawet ci, którzy nie znają chrześcijaństwa czy nie mają z nim styczności, ponieważ pozostawił on głęboki ślad w życiu kulturalnym Zachodu i całego świata. Ze względu na swe wyjątkowe znaczenie św. Augustyn wywarł ogromny wpływ i można by rzec, że z jednej strony wszystkie drogi chrześcijańskiej literatury łacińskiej prowadzą do Hippony (dziś Annaby na wybrzeżu Algierii) – miejsca, gdzie był biskupem, z drugiej, że z tego miasta Afryki Rzymskiej, którego Augustyn był biskupem od 395 roku aż do śmierci w roku 430, rozchodzi się wiele dróg późniejszego chrześcijaństwa, jak i samej kultury zachodniej.

    Rzadko kiedy cywilizacja znajdowała tak wielkiego ducha, który potrafił podejmować jej wartości i podnosić wpisane w nią bogactwo, wynajdując idee i formy, którymi mieli się karmić potomni, jak to podkreślił także Paweł VI: “Można powiedzieć, że cała myśl starożytności łączy się w jego dziele, z niego zaś biorą początek nurty myśli, które przenikają całą tradycję doktrynalną późniejszych stuleci” (AAS, 62, 1970, s. 426). Augustyn jest też Ojcem Kościoła, który pozostawił największą liczbę pism. Jego biograf Posydiusz mówi: wydawało się czymś niemożliwym, aby jeden człowiek mógł napisać tak wiele w ciągu swego życia. O tych rozlicznych dziełach mówić będziemy podczas przyszłych spotkań. Dzisiaj skupimy uwagę na jego życiu, które można odtworzyć z jego pism, a w szczególności z Wyznań (Confessiones), niezwykłej autobiografii duchowej, napisanej ku chwale Bożej, które są jego najsławniejszym dziełem. Słusznie więc właśnie “Wyznania” Augustyna, skupiające uwagę na sprawach wewnętrznych i psychologii, stanowią jedyny w swoim rodzaju przykład w literaturze zachodniej i nie tylko zachodniej, także tej niereligijnej aż do naszych czasów. To skupienie uwagi na życiu duchowym, na tajemnicy własnego ja, na tajemnicy Boga, który ukrywa się w owym ja, jest czymś niezwykłym, bezprecedensowym i pozostaje na zawsze, by tak rzec, duchowym “szczytem”.

    Przejdźmy jednak do jego życia. Augustyn urodził się w Tagaście – w prowincji Numidii w Afryce Rzymskiej – 13 listopada 354 roku jako syn Patrycjusza, poganina, który potem został katechumenem, i Moniki, żarliwej chrześcijanki. Ta pełna zapału niewiasta, czczona jako święta, wywarła ogromny wpływ na syna i wychowała go w wierze chrześcijańskiej. Augustyn otrzymał nawet sól jako znak przyjęcia do katechumenatu. I zawsze był zafascynowany postacią Jezusa Chrystusa; co więcej, mówi on, że zawsze miłował Jezusa, jednakże oddalał się coraz bardziej od wiary Kościoła, od praktyki kościelnej, jak to i dziś się zdarza wielu młodym ludziom.

    Augustyn miał też brata Nawigiusza i siostrę, której imienia nie znamy, a która, zostawszy wdową, stanęła później na czele klasztoru żeńskiego. Chłopiec, obdarzony żywą inteligencją, otrzymał staranne wykształcenie, nawet jeśli nie zawsze był wzorowym uczniem. W każdym razie poznał dobrze gramatykę, najpierw w swoim rodzinnym mieście, potem w Madurze, a od 370 roku studiował retorykę w Kartaginie, stolicy Afryki Rzymskiej: opanował doskonale język łaciński, nie doszedł jednak do równie biegłego władania greką i nie nauczył się języka punickiego, którym mówili jego rodacy. Właśnie w Kartaginie Augustyn po raz pierwszy przeczytał “Hortensjusza” – dzieło Cycerona, które później zaginęło a które zapoczątkowało jego drogę do nawrócenia. Tekst ten rozbudził w nim bowiem umiłowanie mądrości, jak napisze później już jako biskup w “Wyznaniach”: “To właśnie ta księga zmieniła uczucia moje” do tego stopnia, że “nagle straciła wszelką wartość próżna nadzieja i zapragnąłem z nieopisanym żarem serca nieśmiertelności mądrości” (III, 4, 7).

    Ponieważ jednak był przekonany, że bez Jezusa nie można mówić o rzeczywistym znalezieniu prawdy i ponieważ w tej pasjonującej księdze brakowało tego imienia, natychmiast po jej przeczytaniu zabrał się do lektury Pisma Świętego, Biblii. Rozczarował się nią jednak. Nie tylko dlatego, że styl łacińskiego przekładu Pisma Świętego był niedoskonały, ale też dlatego, że sama treść wydała mu się niezadowalająca. Opisy wojen i innych zachowań ludzkich w Piśmie nie stały, według niego, na wysokości filozofii i właściwego mu blasku poszukiwania prawdy. Nie chciał jednak żyć bez Boga i dlatego poszukiwał religii odpowiadającej na jego pragnienie prawdy, a także na pragnienie zbliżenia się do Jezusa. Wpadł tedy w sieć manichejczyków, którzy jawili się jako chrześcijanie i obiecywali religię całkowicie racjonalną. Twierdzili, że świat dzieli się na dwie zasady: dobro i zło. I tym można wytłumaczyć całą złożoność dziejów ludzkich. Św. Augustynowi podobała się też dualistyczna moralność, ponieważ zakładała wysokie morale wybranych: a ktoś, kto – tak jak on – dopiero wstąpił do nich, mógł wieść życie znaczni bardziej stosowne do sytuacji swego czasu, zwłaszcza gdy był młody.

    Został więc manichejczykiem, przekonany był bowiem wówczas, że znalazł syntezę racjonalizmu, poszukiwania prawdy i miłości do Jezusa Chrystusa. Miał też z tego konkretną korzyść życiową: związanie się z manichejczykami ułatwiało mu bowiem zrobienie kariery. Przystąpienie do owej religii, do której należało wiele wpływowych osobistości, pozwalało mu na kontynuowanie związku z pewną kobietą i robienie kariery. Z kobietą tą miał syna – Adeodata, którego bardzo kochał, niezwykle inteligentnego, który będzie później obecny przy jego przygotowaniach do chrztu nad jeziorem Como, biorąc udział w owych “Dialogach”, które św. Augustyn nam pozostawił. Niestety chłopie zmarł młodo. Zostawszy nauczycielem gramatyki w wieku około dwudziestu lat w swoim rodzinnym mieście, powrócił wkrótce do Kartaginy, gdzie został błyskotliwym i uznanym nauczycielem retoryki. Jednakże z czasem Augustyn zaczął się oddalać od wiary manichejczyków, którzy rozczarowali go właśnie z intelektualnego punktu widzenia, gdyż nie byli zdolni rozwiązać jego wątpliwości, i przeniósł się do Rzymu, a następnie do Mediolanu, gdzie miał wówczas swoją siedzibę dwór cesarski, na którym otrzymał prestiżowe stanowisko dzięki zainteresowaniu i rekomendacji prefekta Rzymu, poganina Symmacha, wrogo nastawionego do biskupa Mediolanu, św. Ambrożego.

    W Mediolanie Augustyn miał zwyczaj słuchać – zrazu w celu wzbogacenia swego bagażu retoryki – przepięknych kazań biskupa Ambrożego, który był przedstawicielem cesarza na północne Włochy i słowo wielkiego duchownego mediolańskiego oczarowało afrykańskiego retora; nie tylko retoryka biskupa, ale przede wszystkim treść poruszała coraz bardziej serce Augustyna. Wielki problem Starego Testamentu, brak pięknej retoryki, na wysokości filozofii, rozwiązany został w przepowiadaniu św. Ambrożego dzięki typologicznej interpretacji Starego Testamentu: Augustyn zrozumiał, że cały Stary Testament jest drogą do Jezusa Chrystusa. I tak znalazł klucz do zrozumienia piękna, głębokości także filozoficznej Starego Testamentu i pojął całą jedność tajemnicy Chrystusa w historii, a także syntezę filozofii, racjonalności i wiary w Logosie, w Chrystusie Słowie przedwiecznym, które stało się ciałem.

    W krótkim czasie Augustyn zdał sobie sprawę, że alegoryczna interpretacja Pisma i filozofia neoplatońska, praktykowana przez biskupa Mediolanu, pozwalały mu rozwiązać trudności intelektualne, jakie, gdy był młodszy, w pierwszym zetknięciu się z tekstami biblijnymi, wydawały mu się nie do przezwyciężenia.

    Po lekturze dzieł filozofów Augustyn przystąpił do ponownej lektury Pisma, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Nawrócenie na chrześcijaństwo, 15 sierpnia 386 roku, przypadło zatem na szczyt długiej i burzliwej drogi wewnętrznej, o której będziemy jeszcze mówić w innej katechezie, Afrykanin zaś przeniósł się na wieś na północ od Mediolanu w pobliżu jeziora Como – z matką Moniką, synem Adeodatem i małą grupą przyjaciół – by przygotować się do chrztu. I tak w wieku 32 lat Augustyn został ochrzczony przez Ambrożego 24 kwietnia 387 roku podczas wigilii paschalnej w katedrze mediolańskiej.

    Po chrzcie Augustyn postanowił powrócić do Afryki wraz z przyjaciółmi z zamiarem praktykowania życia wspólnotowego typu monastycznego, w służbie Bogu. Jednakże w Ostii, w oczekiwaniu na wyjazd, niespodziewanie rozchorowała się i wkrótce potem zmarła matka, łamiąc serce syna. Powróciwszy wreszcie do ojczyzny, nowo nawrócony osiedlił się w Hipponie, aby założyć tam klasztor. W tym mieście na wybrzeżu afrykańskim, mimo jego sprzeciwu, w 391 r. został wyświęcony na kapłana i rozpoczął wraz z kilkoma przyjaciółmi życie monastyczne, o którym myślał od dawna, dzieląc czas między modlitwę, studium i kaznodziejstwo. Pragnął jedynie służyć prawdzie, nie czuł powołania do życia duszpasterskiego, zrozumiał jednak potem, że powołaniem Boga było, aby był pasterzem dla innych i w ten sposób ofiarowywał innym dar prawdy. W cztery lata później, w 395 r. został w Hipponie, konsekrowany na biskupa. Pogłębiając nadal poznawanie Pisma i tekstów tradycji chrześcijańskiej Augustyn był wzorowym biskupem w swym niezmordowanym zaangażowaniu duszpasterskim: wielokrotnie w ciągu tygodnia głosił swym wiernym kazania, wspierał biednych i sieroty, troszczył się o formację duchowieństwa oraz o organizację klasztorów żeńskich i męskich. W krótkim czasie dawny retor stał się jednym z najwybitniejszych przedstawicieli chrześcijaństwa owych czasów: niezwykle aktywny w zarządzaniu swoją diecezją – w znaczący sposób także w sprawach cywilnych – w ciągu ponad 35 lat swej posługi biskup Hippony wywierał mianowicie wielki wpływ na kierowanie Kościołem katolickim w Afryce Rzymskiej i szerzej jeszcze – na chrześcijaństwo swoich czasów, przeciwstawiając się uporczywym i niszczycielskim tendencjom religijnym i herezjom, jak manicheizm, donatyzm i pelagianizm, które wystawiały na szwank chrześcijańską wiarę w jedynego Boga, bogatego w miłosierdzie.

    Bogu zaś zawierzał się Augustyn codziennie, aż do ostatniego dnia swego życia: zachorowawszy na febrę, gdy od niemal trzech miesięcy jego Hipponę oblegali najeźdźcy – Wandalowie, biskup – opowiada przyjaciel Posydiusz w swym Żywocie Augustyna – poprosił, aby przepisano mu wielkimi literami psalmy pokutne “i kazał zawiesić arkusze na ścianie, by leżąc w łóżku mógł widzieć je i czytać, i płakał nieustannie gorącymi łzami” (31,2). Tak upłynęły ostatnie dni życia Augustyna, który zmarł 28 sierpnia 430 roku, nie mając jeszcze 76 lat. Jego dziełom, jego orędziu i jego postawie wewnętrznej poświęcimy najbliższe spotkania.


    (…) Choć stary i zmęczony, Augustyn trwał jednak na posterunku, pocieszając siebie i innych modlitwą i rozważaniem tajemniczych planów Opatrzności. W związku z tym mówił o „starości świata” (…) Starość, powiadał, obfituje w dolegliwości: kaszel, katar, wrzody, niepokój, wycieńczenie. Ale jeśli świat się starzeje, Chrystus jest zawsze młody.

    Drodzy bracia i siostry!
    Dziś, tak jak w ubiegłą środę, chciałbym mówić o wielkim Biskupie z Hippony, świętym Augustynie. Na cztery lata przed śmiercią wyznaczył on swego następcę. W tym celu 26 września 426 roku zgromadził lud w Bazylice Pokoju w Hipponie, by przedstawić wiernym tego, który miał objąć to stanowisko. Powiedział: „W tym życiu jesteśmy wszyscy śmiertelni, lecz ostatni dzień tego życia jest dla każdego zawsze niepewny. Wszelako w dzieciństwie ma się zawsze nadzieję osiągnąć okres dojrzewania; w wieku dojrzewania młodość; w młodości wiek dorosły; w wieku dorosłym wiek dojrzały; w wieku dojrzałym starość. Nie ma pewności osiągnięcia jej, ale ma się nadzieję. Starość natomiast nie ma przed sobą żadnego okresu, na jaki może liczyć; niepewna jest nawet jej długość… Ja z woli Bożej przybyłem do tego miasta w sile wieku; teraz jednak minęła moja młodość i jestem już stary” (Listy: 213, 1). W tym miejscu Augustyn ujawnił imię wyznaczonego na następcę kapłana Herakliusza. Na znak aprobaty zgromadzenie odpowiedziało oklaskami, powtarzając dwadzieścia trzy razy: „Bogu niech będą dzięki! Niech będzie pochwalony Chrystus!”. Wierni przyjęli też przez aklamację to, co Augustyn powiedział im na temat swoich planów na przyszłość: lata, które mu pozostały, chciał poświęcić na intensywne studiowanie Pisma Świętego (por. List 213, 6).

    Rzeczywiście były to cztery lata niezwykłej działalności intelektualnej: zakończył ważne dzieła, zaczął inne, nie mniej ambitne, prowadził publiczne debaty z heretykami – zawsze dążył do dialogu – zabiegał o pokój w prowincjach afrykańskich zagrożonych od południa przez plemiona barbarzyńskie. W tej sprawie pisał do księcia Dariusza, przybyłego do Afryki, by położyć kres sporom między księciem Bonifacym a dworem cesarskim, co wykorzystywały plemiona Maurów, dokonując swych najazdów: „Największy tytuł do chwały – stwierdzał w liście – to zabić wojnę słowem, zamiast zabijać ludzi mieczem, i wprowadzić bądź zachować pokój za pomocą pokoju, a nie wojny. Pewnie, że ci, którzy walczą, jeśli są dobrymi ludźmi, szukają niewątpliwie pokoju, jednak za cenę rozlewu krwi. Ty, przeciwnie, zostałeś posłany właśnie po to, aby zapobiec przelaniu krwi kogokolwiek” (List: 229, 2). Niestety, nadzieje na pokój na obszarach afrykańskich, zawiodły: w maju 429 roku Wandalowie, wysłani do Afryki w odwecie przez tegoż Bonifacego, przeprawili się przez Cieśninę Gibraltarską i zalali Mauretanię. Zajęli też szybko inne bogate prowincje Afryki. W maju lub w czerwcu 430 r. „burzyciele cesarstwa rzymskiego”, jak Posydiusz określa tych barbarzyńców (Żywot, 30, 1), podeszli pod mury Hippony i przystąpili do jej oblężenia.

    W mieście znalazł schronienie także Bonifacy, który pojednawszy się zbyt późno z dworem, daremnie starał się teraz powstrzymać najeźdźców. Biograf Posydiusz opisuje ból Augustyna: „Łzy, bardziej niż zwykle, były jego chlebem w noc i w dzień, i będąc już u kresu żywota, bardziej od innych wiódł swą starość w goryczy i żałobie” (Żywot, 28 ,6). I wyjaśnia: „Widział bowiem, ten mąż Boży, zabójstwa i zniszczenia miast; zburzone domy na wsi i mieszkańców zabitych przez nieprzyjaciół bądź zmuszonych do ucieczki i pierzchających; kościoły pozbawione kapłanów i sług, dziewice święte i zakonników przegnanych na różne strony; wśród nich innych zamęczonych w torturach, innych zabitych mieczem, jeszcze innych wziętych do niewoli, pozbawionych nieskazitelności duszy i ciała, a nawet wiary, sprowadzonych przez nieprzyjaciół do bolesnego i długiego niewolnictwa” (tamże, 28, 8).

    Choć stary i zmęczony, Augustyn trwał jednak na posterunku, pocieszając siebie i innych modlitwą i rozważaniem tajemniczych planów Opatrzności. W związku z tym mówił o „starości świata” – i rzeczywiście stary był ten świat rzymski – mówił o tej starości, jak przed laty, by pocieszyć uchodźców z Italii, gdy w 410 roku Goci Alaryka najechali Rzym. Starość, powiadał, obfituje w dolegliwości: kaszel, katar, wrzody, niepokój, wycieńczenie. Ale jeśli świat się starzeje, Chrystus jest zawsze młody. Stąd wezwanie: „Nie odrzucaj odmłodnienia w łączności z Chrystusem, nawet w starym świecie. On mówi ci: Nie lękaj się, twoja młodość odnowi się, jak młodość orła” (por. Kazanie 81,8).

    Chrześcijanin zatem nie może załamywać się nawet w sytuacjach trudnych, lecz winien starać się pomagać potrzebującym. To właśnie wielki Doktor radzi, odpowiadając biskupowi Tiabe – Honoratowi, który pytał go, czy pod naporem najazdu barbarzyńców biskup, ksiądz czy jakikolwiek człowiek Kościoła może ratować życie ucieczką: „Kiedy niebezpieczeństwo jest jednakowe dla wszystkich, to jest dla biskupów, duchownych i świeckich, niech ci, którzy potrzebują innych, nie będą porzucani przez tych, których potrzebują. W takim przypadku niech wszyscy przeniosą się w bezpieczne miejsce; jeśli jednak niektórzy muszą zostać, niech nie opuszczają ich ci, których obowiązkiem jest opiekować się nimi przez świętą posługę, tak aby albo ocaleli razem, albo razem znosili nieszczęścia, których zechce im zesłać Ojciec rodziny” (List 228,2). I kończył: „Oto najwyższa próba miłości” (tamże, 3). Jakże nie rozpoznać w tych słowach heroicznego przesłania, jakie tylu kapłanów w ciągu wieków usłyszało i wzięło do siebie?

    Hippona trzymała się jednak. Dom-klasztor Augustyna otworzył swe bramy, by przyjąć kolegów w biskupstwie, którzy prosili o gościnę. Wśród nich był Posydiusz, który w ten sposób mógł pozostawić nam bezpośrednie świadectwo tych ostatnich, dramatycznych dni. „W trzecim miesiącu oblężenia – opowiada – położył się do łóżka z gorączką: była to jego ostatnia choroba” (Żywot, 29, 3). Święty Starzec skorzystał z tego czasu wreszcie wolnego, by z większym zapałem oddać się modlitwie. Zwykł był twierdzić, że nikt: biskup, zakonnik czy świecki, jakkolwiek nienaganne by się mogło wydać jego postępowanie, nie może stawić czoła śmierci bez odpowiedniej pokuty. Dlatego nieustannie powtarzał ze łzami psalmy pokutne, które tyle razy odmawiał wraz z ludem (por. tamże, 31, 2).

    Im bardziej zaostrzała się choroba, tym bardziej umierający Biskup odczuwał potrzebę samotności i modlitwy: „Aby nikt nie przeszkadzał mu w skupieniu, na jakieś dziesięć dni przed wyjściem z ciała poprosił nas obecnych, by nie wpuszczać nikogo do jego pokoju poza godzinami wizyt lekarzy lub kiedy przynoszono mu posiłki. Jego wola została dokładnie spełniona i cały ten czas mógł poświęcić modlitwie” (tamże, 31,3). Zakończył życie 28 sierpnia 430 roku: jego wielkie serce wreszcie znalazło ukojenie w Bogu.

    „Aby pochować jego ciało – podaje Posydiusz – złożona została Bogu ofiara, przy której byliśmy, po czym został pogrzebany” (Żywot, 31,5). Ciało jego, co do daty nie ma pewności, przewieziono później na Sardynię, a stamtąd, około 725 roku, do Pawii, do bazyliki św. Piotra in Ciel d’oro, gdzie spoczywa do dzisiaj. Jego pierwszy biograf wydaje o nim taki ostateczny sąd: „Zostawił Kościołowi liczne duchowieństwo, jak również klasztory męskie i żeńskie pełne osób, które ślubowały wstrzemięźliwość w posłuszeństwie swoim przełożonym, wraz z bibliotekami zawierającymi księgi i mowy jego i innych świętych, z czego poznać można, jaka była z łaski Boga jego zasługa i jego wielkość w Kościele, w których wierni zawsze odnajdą go żywego” (Posydiusz, Żywot, 31, 8). Możemy przyłączyć się do tego osądu: w jego pismach i my „odnajdujemy go żywego”. Gdy czytam pisma św. Augustyna, nie odnoszę wrażenia, że mam do czynienia z człowiekiem, który umarł mniej więcej tysiąc sześćset lat temu, ale odczuwam go jako dzisiejszego człowieka: przyjaciela, współczesnego, który mówi do mnie, przemawia do nas swoją świeżą i aktualną wiarą. W świętym Augustynie, który przemawia do nas, przemawia do mnie w swych pismach, widzimy stałą aktualność jego wiary; wiary, która płynie od Chrystusa, wcielonego Słowa Przedwiecznego, Syna Bożego i Syna człowieczego. I możemy zobaczyć, że wiara ta nie należy do wczoraj, choć przepowiadana była wczoraj; jest zawsze dzisiejsza, ponieważ prawdziwie Chrystus jest wczoraj, dziś i na wieki. On jest Drogą, Prawdą i Życiem. Tym samym św. Augustyn zachęca nas, byśmy zaufali temu Chrystusowi zawsze żywemu i w ten sposób znaleźli drogę życia.

    (…) „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie, bezładnie chwytając rzeczy piękne, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą”.

    Drodzy przyjaciele,

    po Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan powracamy dziś do wielkiej postaci św. Augustyna. Mój drogi poprzednik Jan Paweł II w roku 1986, czyli 1600. rocznicę jego nawrócenia, poświęcił mu długi i treściwy dokument, list apostolski „Augustinum Hipponensem”. Sam papież określił ten tekst jako „dziękczynienie Bogu za dar, jaki uczynił Kościołowi, a za jego pośrednictwem całej ludzkości, przez to cudowne nawrócenie” (AAS, 74, 1982, s. 802). Do tematu nawrócenia chciałbym powrócić w czasie jednej z najbliższych audiencji. Jest to zagadnienie o podstawowym znaczeniu nie tylko dla jego życia osobistego, ale także dla naszego. W Ewangelii z ubiegłej niedzieli sam Pan zawarł swoje przepowiadanie w słowie: „Nawracajcie się”. Przemierzając drogę św. Augustyna będziemy mogli zastanowić się nad tym, czym jest nawrócenie: jest to rzecz ostateczna, decydująca, ale ta podstawowa decyzja musi rozwijać się i realizować w całym naszym życiu.

    Dzisiejsza katecheza poświęcona jest natomiast tematowi wiary i rozumu, który jest tematem rozstrzygającym czy raczej tematem rozstrzygającym dla biografii św. Augustyna. Jako dziecko nauczył się on od swej matki Moniki wiary katolickiej. Ale jako młodzieniec porzucił tę wiarę, ponieważ nie mógł już w niej dostrzec rozsądku, a nie chciał religii, która nie byłaby także dla niego wyrazem rozumu, to jest prawdy. Jego pragnienie prawdy było radykalne, doprowadzając go do odejścia od wiary katolickiej. Jednakże jego radykalizm był taki, że nie mógł się zadowolić filozofiami, które nie docierały do samej prawdy, które nie docierały do Boga. I to do Boga, który nie byłby jedynie ostatnią hipotezą kosmologii, lecz który byłby prawdziwym Bogiem, Bogiem dającym życie i który wkracza w nasze własne życie. I tak cała intelektualna i duchowa droga św. Augustyna stanowi aktualny również dziś wzór relacji między wiarą a rozumem, tematu nie tylko dla ludzi wierzących, ale dla każdego człowieka, poszukującego prawdy, tematu centralnego dla równowagi i przeznaczenia każdej istoty ludzkiej. Obu tych wymiarów: wiary i rozumu nie należy rozdzielać ani sobie przeciwstawiać, ale raczej powinny one iść zawsze w parze. Jak napisał sam św. Augustyn po swym nawróceniu, wiara i rozum to „dwie siły, które prowadzą nas do poznania” (Contra Academicos, III, 20, 43). W związku z tym zasłużoną sławą cieszą się dwie augustiańskie formuły (Kazania, 43, 9), które wyrażają tę spójną syntezę wiary i rozumu: crede ut intelligas („uwierz, aby zrozumieć”) — wiara otwiera drogę do przekroczenia bramy prawdy – ale także i nierozdzielnie, intellige ut credas („zrozum, aby uwierzyć”), zgłębiaj prawdę, by móc znaleźć Boga i uwierzyć.

    Oba te stwierdzenia Augustyna wyrażają ze skuteczną bezpośredniością i z takąż głębią syntezę tego problemu, w której Kościół katolicki upatruje wyraz własnej drogi. Historycznie synteza ta kształtuje się, jeszcze przed przyjściem Chrystusa, w spotkaniu wiary żydowskiej i myśli greckiej w judaizmie hellenistycznym. Później w dziejach syntezę tę podejmowało i rozwijało wielu myślicieli chrześcijańskich. Harmonia między wiarą a rozumiem oznacza przede wszystkim, że Bóg nie jest daleki: nie jest daleko od naszego rozumu i od naszego życia; jest bliski każdej istocie ludzkiej, bliski naszemu sercu i bliski naszemu rozumowi, jeżeli rzeczywiście wyruszymy w drogę.

    Właśnie tę bliskość Boga do człowieka z niezwykłą intensywnością postrzegał Augustyn. Obecność Boga w człowieku jest głęboka a zarazem tajemnicza, można ją jednak rozpoznać i odkryć we własnej duszy: nie wychodź na zewnątrz – stwierdza nawrócony – lecz „powróć do siebie; w człowieku wewnętrznym mieszka prawda; a jeśli odkryjesz, że natura twoja jest zmienna, przekrocz samego siebie. Pamiętaj jednak, że kiedy przekraczasz siebie, przekraczasz duszę, która rozumuje. Dąż więc tam, gdzie zapala się światło rozumu” (De vera religione, 39, 72). Tak właśnie, jak sam to podkreśla, w słynnym stwierdzeniu na początku Wyznań – autobiografii duchowej napisanej na chwałę Bożą: „Stworzyłeś nas jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” (I, 1, 1).

    Oddalenie od Boga oznacza więc oddalenie od samych siebie. „A Ty – przyznaje Augustyn (Wyznania, III, 6, 11), zwracając się wprost do Boga – byłeś bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie było najbardziej osobiste, a zarazem wyżej nade mną, niż mogłem myślą sięgnąć kiedykolwiek”, interior intimo meo et superior summo meo; do tego stopnia, że – dodaje w innym miejscu, wspominając okres przed nawróceniem – „Ty byłeś tuż przede mną, ja zaś odszedłem nawet od samego siebie. Nie mogłem siebie odnaleźć. Jakże miałbym znaleźć Ciebie?” (Wyznania, V, 2, 2). Właśnie dlatego, że Augustyn w pierwszej osobie przeżył tę wędrówkę intelektualną i duchową, potrafił oddać ją w sposób tak bezpośredni, głęboki i mądry, uznając w dwóch innych znanych fragmentach Wyznań (IV, 4,9 oraz 14,22), że człowiek jest „wielką zagadką” (magna quaestio) i „wielką otchłanią” (grande profundum), zagadką i otchłanią, które dopiero Chrystus oświeca i zbawia. To jest ważne: człowiek, który jest daleko od Boga, jest też daleko od siebie, wyobcowany z samego siebie, i może odnaleźć siebie, tylko spotykając się z Bogiem. W ten sposób dochodzi także do siebie, do swego prawdziwego ja, do swej prawdziwej tożsamości.
    Istota ludzka – podkreśla z kolei Augustyn w rozprawie O państwie Bożym (XII, 27) – jest społeczna z natury, lecz antyspołeczna z nawyku, i jest zbawiona przez Chrystusa, jedynego pośrednika między Bogiem a ludzkością, i „uniwersalną drogę wolności i zbawienia”, jak powtarzał mój poprzednik Jan Paweł II (Augustinum Hipponensem, 21): poza tą drogą, której nigdy nie zabrakło rodzajowi ludzkiemu – stwierdza dalej Augustyn w tym samym dziele – „nikt nigdy nie został uwolniony, nikt nie jest uwalniany, nikt nie będzie nigdy uwolniony” (O państwie Bożym, X, 32, 2). Jako jedyny pośrednik zbawienia, Chrystus jest głową Kościoła i jest z nim w mistyczny sposób zjednoczony, do tego stopnia, że Augustyn może stwierdzić: „Staliśmy się Chrystusem. W istocie bowiem jeśli On jest głową, my Jego członkami, cały człowiek to On i my” (Homiletyczny komentarz do Listu św. Jana, 21, 8).

    Lud Boży i dom Boży, Kościół w wizji Augustyna jest więc ściśle związany z pojęciem Ciała Chrystusowego, oparty na chrystologicznym odczytaniu Starego Testamentu i na drodze sakramentalnej, skupionej na Eucharystii, w której Pan daje nam swoje Ciało i przemienia nas w swoje Ciało. Jest więc rzeczą fundamentalną, aby Kościół, lud Boży w sensie chrystologicznym, a nie w sensie socjologicznym, był rzeczywiście włączony w Chrystusa, który – stwierdza Augustyn na przepięknej karcie – „modli się za nas, modli się w nas, jest przez nas proszony; modli się za nas jako nasz kapłan, modli się w nas jako nasza głowa, jest proszony przez nas jako nasz Bóg: rozpoznajemy więc w Nim nasz głos, a w nas Jego głos” (Homiletyczny wykład Psalmów, 85, 1).

    Na zakończenie listu apostolskiego „Augustinum Hipponensem” Jan Paweł II zapytał samego świętego, co ma do powiedzenia ludziom dzisiejszym i odpowiedział przede wszystkim słowami, które Augustyn zawarł w jednym z listów, podyktowanych wkrótce po swym nawróceniu: „Wydaje mi się, że należy przywieść ludzi do nadziei na znalezienie prawdy” (Listy, 1,1); tej prawdy, którą jest sam Chrystus, prawdziwy Bóg, do którego skierowana jest jedna z najpiękniejszych i najbardziej znanych modlitw z Wyznań (X, 27, 38): „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie, bezładnie chwytając rzeczy piękne, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie – rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawic, rozświetliłaś ślepotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią – i oto dyszę pragnieniem Ciebie. Skosztowałem – i oto głodny jestem i łaknę. Dotknęłaś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim”.

    Tak oto Augustyn spotkał Boga i przez całą swą drogę doświadczył tego tak bardzo, że rzeczywistość ta – która jest przede wszystkim spotkaniem z Osobą, Jezusem – odmieniła jego życie, jak zmienia żywoty tak wielu kobiet i mężczyzn, którzy w każdym czasie doznają łaski spotkania Go. Prośmy, aby Pan obdarzył nas tą łaską i pozwolił nam tym samym zaznać pokoju.

    Spis dzieł Augustyna powstał z wyraźnym zamiarem ocalenia pamięci o nim w chwili, gdy najazd Wandali zalewał całą Afrykę rzymską i liczy 1300 pism ponumerowanych przez Autora wraz z innymi, “których nie można ponumerować, ponieważ nie dał im żadnego numeru”.

    Drodzy bracia i siostry,

    po przerwie na rekolekcje wielkopostne w ubiegłym tygodniu powracamy dziś do wielkiej postaci św. Augustyna, o którym już kilka razy mówiłem w środowych katechezach. Jest on Ojcem Kościoła, który pozostawił największą liczbę dzieł i o nich zamierzam pokrótce dziś mówić. Niektóre z pism Augustyna mają kapitalne znaczenie nie tylko dla historii chrześcijaństwa, ale dla formacji całej kultury Zachodu: najjaśniejszym tego przykładem są „Confessiones”, niewątpliwie jedna z najbardziej nadal czytanych ksiąg starożytnego chrześcijaństwa. Podobnie jak wielu Ojców Kościoła z pierwszych wieków, lecz w stopniu nieporównanie większym, również Biskup Hippony wywarł szeroki i trwały wpływ, jak widać to z obfitej tradycji rękopiśmiennej jego dzieł, które rzeczywiście są bardzo liczne.

    On sam dokonał ich przeglądu na kilka lat przed zgonem w „Retractationes”, a wkrótce po jego śmierci zostały one skrupulatnie spisane w „Indiculus” (“Wykazie”), dołączonym przez wiernego przyjaciela Possydiusza do biografii św. Augustyna – “Vita Augustini”. Spis dzieł Augustyna powstał z wyraźnym zamiarem ocalenia pamięci o nim w chwili, gdy najazd Wandali zalewał całą Afrykę rzymską i liczy 1300 pism ponumerowanych przez Autora wraz z innymi, “których nie można ponumerować, ponieważ nie dał im żadnego numeru”.

    Possydiusz, biskup sąsiedniego miasta, podyktował te słowa właśnie w Hipponie – gdzie schronił się i był świadkiem śmierci przyjaciela – i niemal na pewno opierał się na katalogu osobistej biblioteki Augustyna. Dziś istnieje ponad trzysta zachowanych listów biskupa Hippony i blisko sześćset homilii, pierwotnie jednak było ich znacznie więcej, może nawet trzy do czterech tysięcy, a były one owocem czterdziestoletniego przepowiadania dawnego retora, który postanowił iść za Jezusem i zwracać się już nie do wielkich na dworze cesarskim, ale do prostych mieszkańców Hippony.

    Jeszcze niedawno odkrycie zbioru listów i kilku kazań wzbogaciło naszą wiedzę o tym wielkim Ojcu Kościoła. “Wiele ksiąg – pisze Possydiusz – on sam napisał i ogłosił, wiele kazań wygłosił w kościele, przepisał i poprawił, zarówno po to, by odeprzeć licznych heretyków, jak i po to, aby interpretować Pismo Święte ku zbudowaniu świętych synów Kościoła. Dzieła te – podkreśla Biskup przyjaciel – są tak liczne, że z trudem uczony może je przeczytać je i zapoznać się z nimi” (Vita Augustini, 18,9).

    W twórczości literackiej Augustyna – a więc w ponad tysiącu publikacji, podzielonych na pisma filozoficzne, apologetyczne, doktrynalne, moralne, monastyczne, egzegetyczne, antyheretyckie, nie mówiąc już o listach i kazaniach – wyróżniają się dzieła niezwykłe o dużym rozmachu teologicznym i filozoficznym. Trzeba przede wszystkim pamiętać o wspomnianych już “Confessiones” [Wyznaniach] – trzynastu księgach, spisanych między 397 a 400 rokiem na chwałę Bożą. Są one jakby autobiografią w formie dialogu z Bogiem. Ten rodzaj literacki odzwierciedla właśnie życie św. Augustyna, które nie było zamknięte w sobie, roztrwonione na wiele spraw, lecz było przeżywane zasadniczo jako dialog z Bogiem i tym samym życiem z innymi. Już sam tytuł “Confessiones” ukazuje specyfikę tej autobiografii. Słowo confessiones, wywodzące się w chrześcijańskiej łacinie z tradycji Psalmów, ma dwa znaczenia, które jednak splatają się z sobą. Przede wszystkim wskazuje ono na wyznanie własnych słabości, nędzy grzechów; jednocześnie jednak confessiones oznacza wysławianie Boga, wdzięczność wobec Boga. Ujrzenie własnej nędzy w świetle Boga staje się wysławianiem Boga i dziękczynieniem, Bóg bowiem miłuje nas i akceptuje, przemienia nas i podnosi ku sobie. O tych Confessiones które cieszyły się powodzeniem już za życia św. Augustyna, on sam napisał: “Wywarły one na mnie tak wielki wpływ, gdy je pisałem i wywierają jeszcze, kiedy je czytam ponownie. Wielu jest braci, którym dzieła te podobają się” (Retractationes, II, 6): i muszę przyznać, że ja także jestem jednym z tych “braci”. A dzięki “Confessiones” możemy krok po kroku prześledzić wewnętrzną drogę tego niezwykłego człowieka, rozmiłowanego w Bogu.

    Mniej rozpowszechnione, ale równie oryginalne i bardzo ważne są „Retractationes”, spisane w dwóch księgach około roku 427, w których stary już św. Augustyn dokonuje “rewizji” (retractatio) całego swego spisanego dzieła, pozostawiając tym samym wyjątkowy i niezwykle cenny dokument literacki, ale także przykład szczerości i pokory intelektualnej.

    „De civitate Dei” – dzieło imponujące i o decydującym znaczeniu dla rozwoju zachodniej myśli politycznej i dla chrześcijańskiej teologii historii – powstało między rokiem 413 a 426 w dwudziestu dwóch księgach. Okazją było splądrowanie Rzymu przez Gotów w 410 r. Wielu ówczesnych pogan, ale także liczni chrześcijanie, mówiło: Rzym upadł, teraz Bóg chrześcijan i apostołowie nie mogą chronić miasta. Podczas obecności pogańskich bóstw Rzym był caput mundi – wielką stolicą i nikt nie myślał, że mógłby wpaść w ręce wrogów. Obecnie, wraz z Bogiem chrześcijan, to wielkie miasto nie wydawało się już bezpieczne. A więc Bóg chrześcijan nie chronił, nie mógł być Bogiem, któremu można by się zawierzyć. Na to zastrzeżenie, które przenikało do głębi także serca chrześcijan, św. Augustyn odpowiada tym wielkim dziełem, „De civitate Dei”, wyjaśniając, czego powinniśmy oczekiwać od Boga a czego nie, jaki jest związek między dziedziną polityczną i dziedziną wiary, Kościoła. Również dziś księga ta jest źródłem dla właściwego określenia prawdziwej świeckości i kompetencji Kościoła, prawdziwej wielkiej nadziei, jaką daje nam wiara.

    Ta wielka księga przedstawia dzieje ludzkości kierowanej przez Bożą Opatrzność, obecnie jednak podzielonej przez dwie miłości. I to jest plan podstawowy, jego interpretacja historii, która jest walką dwóch miłości: miłości do siebie “aż po obojętność wobec Boga” i miłości do Boga “aż po obojętność wobec siebie” (De civitate Dei, XIV, 28), aż do pełni wolności od siebie dla innych w świetle Boga. Jest to zatem być może największe dzieło św. Augustyna, posiadające nieprzemijającą wagę.

    Równie ważne jest „De Trinitate” – dzieło w piętnastu księgach na temat głównego rdzenia wiary chrześcijańskiej, wiary w Boga Trójjedynego, napisane w dwóch okresach: między rokiem 399 a 412 pierwszych dwanaście ksiąg, ogłoszonych bez wiedzy Augustyna, który około roku 420 uzupełnił je i przejrzał całość. Zastanawia się on tu nad obliczem Boga i stara się pojąć tę tajemnicę Boga, który jest jedyny, jedyny stwórca świata, nas wszystkich, a jednak właśnie ten jedyny Bóg jest w trzech Osobach, kręgiem miłości. Autor stara się pojąć niezgłębioną tajemnicę: właśnie bycie w trzech Osobach jest najbardziej rzeczywistą i najgłębszą jednością jedynego Boga. Natomiast „De doctrina Christiana” to prawdziwe i właściwe kulturowe wprowadzenie do interpretacji Biblii a w ostateczności do samego chrześcijaństwa, które miało decydujące znaczenie dla formacji kultury zachodniej.

    Mimo całej swojej skromności, Augustyn bez wątpienia miał świadomość własnej wielkości intelektualnej. Jednakże ważniejsze od tworzenia wielkich dzieł o wysokiej wartości teologicznej było dlań niesienie chrześcijańskiego orędzia prostym ludziom. Ta jego głębsza intencja, która kierowała nim przez całe życie, ukazana została w liście napisanym do kolegi Ewodiusza, w którym oznajmia mu o czasowym zaniechaniu dyktowania ksiąg „De Trinitate”, “ponieważ jest to zbyt uciążliwe i myślę, że niewielu może je zrozumieć; dlatego pilniej potrzebne są teksty, które, miejmy nadzieję, będą przydatne dla wielu” (Epistulae, 169,1,1). Bardziej więc pożyteczne było dla niego przekazywanie wiary w sposób zrozumiały dla wszystkich, niż pisanie wielkich dzieł teologicznych. Wyraźnie odczuwana odpowiedzialność za upowszechnianie orędzia chrześcijańskiego była z kolei źródłem takich pism, jak „De catechizandis rudibus” – o teorii i praktyce katechezy czy „Psalmus contra partem Donati”. Donatyści stanowili poważny problem w Afryce czasów św. Augustyna, schizmę z zamierzenia afrykańską. Twierdzili oni, że prawdziwym chrześcijaństwem jest afrykańskie. Sprzeciwiali się jedności Kościoła. Przeciw tej schizmie wielki Biskup walczył przez całe życie, starając się przekonać donatystów, że tylko w jedności także afrykańskość może być prawdziwa. I aby zrozumieli go ludzie prości, którzy nie byli w stanie pojąć wielkiej łaciny retora, rzekł: muszę pisać także z błędami gramatycznymi, bardzo uproszczoną łaciną. I uczynił tak przede wszystkim w owym „Psalmusie” – swego rodzaju prostej poezji przeciwko donastystom, aby pomóc wszystkim ludziom zrozumieć, że tylko w jedności Kościoła urzeczywistnia się dla wszystkich w sposób realny nasz związek z Bogiem i wzrasta pokój na świecie.

    W tej twórczości, przeznaczonej dla szerokiego odbiorcy, szczególne znaczenie ma mnóstwo kazań, często mówionych “z głowy”, przepisywanych przez skrybów podczas ich wygłaszania i natychmiast puszczanych w obieg. Spośród nich wyróżniają się przepiękne „Enarrationes in Psalmos”, bardzo czytane w wiekach średnich. Właśnie praktyka ogłaszania tysięcy kazań Augustyna – często poza kontrolą Autora – tłumaczy ich popularność i późniejsze zaginięcie, ale także ich żywotność. Albowiem kazania biskupa Hippony ze względu na sławę ich autora stawały się szybko bardzo poszukiwanymi tekstami i służyły także innym biskupom i kapłanom za wzór dostosowywany do stale nowego kontekstu.

    Tradycja ikonograficzna, już na pewnym fresku laterańskim sięgającym VI wieku, przedstawia św. Augustyna z księgą w ręku, niewątpliwie aby wyrazić jego twórczość literacką, która tak bardzo wpłynęła na mentalność i myśl chrześcijańską, ale także jego miłość do ksiąg, do lektury i poznania wielkiej kultury przeszłości. Po śmierci nie zostawił nic, opowiada Possydiusz, ale “zalecał stale, by starannie zachować dla potomnych bibliotekę kościelną ze wszystkimi kodeksami”, przede wszystkim tymi, które dotyczyły jego dzieł. W nich, podkreśla Possydiusz, Augustyn “jest zawsze żywy” i służy każdemu, kto czyta jego pisma, chociaż, jak kończy, “myślę, że mieli większą korzyść z kontaktu z nim ci, którzy mogli widzieć i słyszeć, gdy osobiście przemawiał w kościele, a przede wszystkim ci, którzy widzieli jego życie pośród ludzi” (Vita Augustini, 31). Tak, również nam by się podobało móc słyszeć go na żywo. Jednakże jest prawdziwie żywy w swoich pismach, jest obecny w nas i w ten sposób widzimy też nieustanną żywotność wiary, której oddał całe swoje życie.

    (…) Św. Augustyn był namiętnym poszukiwaczem prawdy: był nim od początku i pozostał przez całe życie.

    Drodzy bracia i siostry,

    dzisiejszym spotkaniem chciałbym zakończyć prezentację postaci św. Augustyna. Po omówieniu jego życia, jego dzieł i niektórych aspektów jego myśli, chcę dziś powrócić do jego życia wewnętrznego, które sprawiło, że jest on jednym z największych konwertytów w historii chrześcijaństwa. Tym jego przeżyciom poświęciłem zwłaszcza swoją refleksję podczas pielgrzymki, którą odbyłem w ubiegłym roku do Pawii, by uczcić doczesne szczątki tego Ojca Kościoła. Pragnąłem w ten sposób wyrazić cześć całego Kościoła katolickiego, ale także ukazać w sposób widzialny me osobiste oddanie i uznanie tej postaci, z którą czuję się bardzo związany ze względu na rolę, jaką odegrała w moim życiu teologa, kapłana i pasterza.

    Jeszcze dziś można prześledzić postawę św. Augustyna przede wszystkim dzięki „Confessiones”, napisanym na chwałę Bożą, które zapoczątkowały jedną z najbardziej typowych form literackich Zachodu – autobiografię, czyli osobiste wyrażenie samoświadomości. Otóż ktokolwiek weźmie do rąk tę niezwykłą i porywającą książkę, jeszcze dziś bardzo czytaną, bez trudu zobaczy, że nawrócenie Augustyna ani nie było nagłe, ani nie dokonało się w pełni na samym początku, lecz można je określić raczej jako prawdziwą i właściwą drogę, która pozostaje wzorem dla każdego z nas. Itinerarium to zakończyło się bez wątpienia nawróceniem, a następnie chrztem, nie dobiegło jednak końca w ową wigilię paschalną 387 roku, gdy w Mediolanie afrykańskiego retora ochrzcił biskup Ambroży. Droga nawrócenia Augustyna trwała bowiem pokornie do końca jego życia, tak iż prawdziwie można powiedzieć, że jego kolejne etapy – a można bez trudu wyróżnić trzy etapy – są jednym wielkim nawróceniem.

    Św. Augustyn był namiętnym poszukiwaczem prawdy: był nim od początku i pozostał przez całe życie. Pierwszy etap na drodze jego nawrócenia dokonał się właśnie w stopniowym zbliżaniu się do chrześcijaństwa. Rzeczywiście otrzymał on od swej matki Moniki, z którą był zawsze związany, wychowanie chrześcijańskie, a chociaż w latach młodzieńczych prowadził hulaszcze życie, zawsze odczuwał głęboki pociąg do Chrystusa, ponieważ miłość do imienia Pana wypił z mlekiem matczynym, jak sam to podkreśla (por. Confessiones, III, 4,8). Ale także filozofia, zwłaszcza ta spod znaku platonizmu, przyczyniła się do późniejszego zbliżenia go do Chrystusa, ukazując mu istnienie Logosu, czyli twórczego rozumu. Księgi filozofów pokazywały mu, że jest rozum, z którego pochodzi następnie cały świat, nie mówiły mu jednak, jak dotrzeć do tego Logosu, który wydawał się tak daleki. Dopiero lektura Lisów św. Pawła w świetle wiary Kościoła katolickiego, objawiła mu całą prawdę. Doświadczenie to Augustyn zawarł na jednej z najsłynniejszych kart “Confessiones”: opowiada tam, że gdy w udręce rozmyślań wyszedł do ogrodu, usłyszał niespodziewanie dziecięcy głos, który powtarzał nie słyszany przezeń nigdy wcześniej refren: tolle, lege, tolle, lege, „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj!”(VIII, 12, 29). Przypomniał sobie wówczas o nawróceniu Antoniego, ojca monastycyzmu, i z zapałem powrócił do kodeksu Pawłowego, który miał w rękach przed chwilą, otworzył go i wzrok jego padł na List do Rzymian, gdzie Apostoł wzywa do porzucenia dzieł ciała i przyobleczenia się w Chrystusa (13, 13-14). Zrozumiał, że słowa te w tym momencie skierowane były osobiście do niego, pochodziły od Boga za pośrednictwem Apostoła i wskazywały mu, co robić w owej chwili. Tym samym poczuł, że rozwiewają się mroki zwątpienia i stał się wreszcie wolny, by oddać się całkowicie Chrystusowi: „Nawróciłeś mnie ku sobie”, skomentował (Confessiones, VIII, 12,30). Było to pierwsze i decydujące nawrócenie.

    Ten podstawowy etap dla swojej długiej drogi afrykański retor osiągnął dzięki swemu umiłowaniu człowieka i prawdy, namiętności, która doprowadziła go do poszukiwania Boga, wielkiego i niedostępnego. Wiara w Chrystusa pozwoliła mu zrozumieć, że Bóg, pozornie tak daleki, w rzeczywistości takim nie był. Stał się bowiem bliski nam, stając się jednym z nas. W tym sensie wiara w Chrystusa uwieńczyła długie poszukiwania, jakie Augustyn prowadził na drodze prawdy. Dopiero Bóg, który stał się „dotykalny”, jednym z nas, był wreszcie Bogiem, którego można było prosić, dla którego i z którym można było żyć. Oto droga, którą należy przebyć z odwagą i jednocześnie z pokorą, otwierając się na ustawiczne oczyszczenie, którego każdy z nas zawsze potrzebuje. Ale, jak powiedzieliśmy, droga Augustyna nie zakończyła się wraz z ową wigilią paschalną 387 roku. Po powrocie do Afryki i założeniu małego klasztoru, schronił się w nim wraz z kilkoma przyjaciółmi, by oddać się życiu kontemplacyjnemu i studiom. Było to marzeniem jego życia. Teraz został powołany do życia całkowicie dla prawdy, z prawdą, w przyjaźni z Chrystusem, który jest prawdą.

    Ten piękny sen trwał trzy lata, do czasu, gdy wbrew swej woli, wyświęcony został na kapłana w Hipponie i wyznaczony do służby wiernym, żyjąc wprawdzie nadal z Chrystusem i dla Chrystusa, ale służąc wszystkim. Było to dla niego bardzo trudne, od samego początku jednak zrozumiał, że tylko żyjąc dla innych, a nie po prostu dla swej prywatnej kontemplacji, mógł rzeczywiście żyć z Chrystusem i dla Chrystusa. I tak wyrzekając się życia tylko dla medytacji, Augustyn nauczył się, częstokroć nie bez trudności, oddawać do dyspozycji innych owoce swej inteligencji. Nauczył się przekazywać swoją wiarę prostym ludziom i żyć dla nich w mieście, które stało się jego miastem, prowadząc niestrudzenie wielkoduszną i absorbującą działalność, którą tak opisał w jednym ze swych przepięknych kazań: „Nieustannie przepowiadać, dyskutować, przywoływać, budować, być do dyspozycji wszystkich – to ogromne brzemię, wielki ciężar, niezmierny trud” (Serm. 339, 4). Jednakże wziął on na siebie ten ciężar, rozumiejąc, że właśnie w ten sposób mógł być bliżej Chrystusa. Zrozumienie, że do innych dociera się z prostotą i pokorą, było jego prawdziwym i drugim nawróceniem.

    Ale jest jeszcze ostatni etap drogi Augustyna, trzecie nawrócenie: to, które prowadziło go każdego dnia życia do proszenia Boga o przebaczenie. Początkowo myślał, że skoro został ochrzczony, w życiu jedności z Chrystusem, w Sakramentach, w sprawowaniu Eucharystii, powinien był osiągnąć życie przedstawione w Kazaniu na Górze: doskonałość otrzymaną na chrzcie i utwierdzoną w Eucharystii. W ostatniej części swego życia zrozumiał, że to, co mówił w swych pierwszych kazaniach na temat Kazania na Górze – a mianowicie, że teraz my, jako chrześcijanie, żyjemy na stałe tym ideałem – było błędne. Tylko Chrystus realizuje prawdziwie i w pełni Kazanie na Górze. My stale potrzebujemy, aby Chrystus nas obmył, gdy myje nam nogi, i by nas odnowił. Potrzebujemy stałego nawrócenia. Aż do końca potrzebujemy tej pokory, by uznać, że jesteśmy grzesznikami w drodze tak długo, aż Pan nie pomoże nam ostatecznie i nie wprowadzi nas do żywota wiecznego. W tej ostatniej postawie pokory, przeżywanej dzień po dniu, Augustyn zmarł.

    Ta postawa głębokiej pokory w obliczu jedynego Pana Jezusa doprowadziła go również do doświadczenia pokory intelektualnej. Albowiem Augustyn, który jest jedną z największych postaci w historii myśli, w ostatnich latach swego życia postanowił poddać jasno uściślonej krytyce wszystkie swoje tak liczne dzieła. Tak powstały „Retractationes” (Sprostowania), które w ten sposób wprowadzają jego rzeczywiście wielką myśl teologiczną do pokornej i świętej wiary tego, który nazywa on po prostu Catholica, czyli Kościoła. „Zrozumiałem – pisze właśnie w tej niezwykle oryginalnej księdze (I, 19, 1-3) – że jedno tylko jest prawdziwie doskonałe i że słowa Kazania na Górze realizują się w pełni w jednym tylko: w samym Jezusie Chrystusie. Cały Kościół natomiast – my wszyscy, włącznie z Apostołami – musimy modlić się każdego dnia: odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

    Nawrócony do Chrystusa, który jest prawdą i miłością, Augustyn szedł za Nim przez całe życie i stał się wzorem dla każdej ludzkiej istoty, dla nas wszystkich szukających Boga. Dlatego na zakończenie mej pielgrzymki do Pawii chciałem symbolicznie przekazać Kościołowi i światu, przy grobie tego wielkiego człowieka, rozmiłowanego w Bogu, mą pierwszą encyklikę, zatytułowaną „Deus caritas est”. Zawdzięcza ona bowiem wiele, zwłaszcza w swej pierwszej części, myśli św. Augustyna. Także dziś, jak za jego czasów, ludzkość potrzebuje poznać, a przede wszystkim przeżywać tę podstawową rzeczywistość: Bóg jest miłością i spotkanie z Nim stanowi jedyną odpowiedź na niepokój ludzkiego serca. Serca, w którym mieszka nadzieja, być może niejasna jeszcze i nieuświadamiana sobie przez wielu naszych współczesnych, która jednak dla nas, chrześcijan, już dziś otwiera się na przyszłość, tak iż św. Paweł napisał, że „w nadziei już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,24). Nadziei postanowiłem poświęcić swoją drugą encyklikę „Spe salvi” i ona też w dużej mierze jest zaciągnięciem długu wobec Augustyna i jego spotkania z Bogiem.

    W jednym z przepięknych tekstów św. Augustyn określa modlitwę jako wyraz pragnienia i stwierdza, że Bóg odpowiada, poszerzając ku sobie nasze serce. Z naszej strony musimy oczyścić nasze pragnienia i nasze nadzieje, aby przyjąć łagodność Boga (por. In I Ioannis, 4, 6). Tylko ona bowiem, otwierając nas także na innych, zbawia nas. Módlmy się zatem, aby w naszym życiu codziennie dane nam było naśladować przykład tego wielkiego konwertyty, spotykając, podobnie jak on, w każdej chwili naszego życia Pana Jezusa, jedynego, który nas zbawia, oczyszcza i obdarza prawdziwą radością, prawdziwym życiem.

    Na przykład św. Augustyna jako przewodnika w poszukiwaniu prawdy wskazał Benedykt XVI podczas audiencji ogólnej 25 sierpnia. Za trzy dni przypada wspomnienie tego Doktora Kościoła, szczególnie bliskiego obecnymu papieżowi. Jego katechezy w Castel Gandolfo wysłuchało ok. 5 tys. wiernych.

    Oto polski tekst nauczania Ojca Świętego:

    Drodzy bracia i siostry!

    W życiu każdego z nas są osoby bardzo drogie, których bliskość odczuwamy w sposób szczególny. Niektóre z nich są już w ramionach Boga, a inne dzielą jeszcze z nami drogę życia: są to nasi rodzicie, krewni, wychowawcy, osoby, którym wyświadczyliśmy dobro lub od których otrzymaliśmy dobro. Są to osoby, o których wiemy, że możemy na nie liczyć. Ale jest też ważne, abyśmy mieli „towarzyszy podróży” na drodze naszego życia chrześcijańskiego: myślę o kierowniku duchowym, o spowiedniku, o osobach, z którymi możemy dzielić nasze doświadczenie wiary, ale myślę też o Matce Bożej i świętych. Każdy powinien mieć jakiegoś świętego, który byłby mu szczególnie bliski, aby odczuwać jego bliskość w modlitwie i wstawiennictwie, a także, aby go naśladować. Chciałbym was więc zachęcić do lepszej znajomości świętych, począwszy od tych, których imiona nosicie, odczytując ich życie i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, aby jeszcze bardziej ukochać Pana i cenną pomocą w waszym rozwoju chrześcijańskim i ludzkim.

    Jak wiecie, ja również jestem w sposób szczególny związany z niektórymi postaciami świętych. Jest wśród nich, obok św. Józefa i św. Benedykta, których imiona noszę, a także innych, święty Augustyn. Otrzymałem wielki dar, by poznać go, że tak powiem, z bliska, przez naukę i modlitwę. Stał się on dobrym “towarzyszem podróży” w moim życiu i posłudze. Chciałbym jeszcze raz podkreślić ważny aspekt jego doświadczenia ludzkiego i chrześcijańskiego, aktualny także w naszych czasach, w których, zdaje się, jakby relatywizm był paradoksalnie „prawdą”, która powinna kierować myślą, decyzjami i zachowaniami.

    Św. Augustyn to człowiek, który nigdy nie żył powierzchownie. Jedną z głębokich cech jego istnienia było pragnienie, niespokojne i nieustanne poszukiwanie Prawdy, ale nie „ pseudo-prawd” niezdolnych do obdarzenia trwałym pokojem serca, lecz tej Prawdy, która nadaje sens istnieniu i jest „domem”, w którym serce odnajduje spokój i radość. Jak wiemy, jego droga nie była łatwa: sądził, że napotka Prawdę w prestiżu, karierze, w posiadaniu rzeczy, w głosach obiecujących mu błyskawiczne szczęście. Popełnił błędy, doświadczył smutków i niepowodzeń, nigdy jednak nie zatrzymał się, nigdy nie zadowolił się tym, co mu dawało jedynie przebłysk światła. Potrafił spojrzeć głęboko w samego siebie i przeczuwał, jak sam napisał w „Wyznaniach”, że owa Prawda, ten Bóg, którego szukał o własnych siłach, był mu bliższy niż on sam sobie, że zawsze był przy nim, nigdy go nie opuścił, oczekując, aby mógł wejść ostatecznie w jego życie (por. III, 6, 11, X, 27, 38). Jak już mówiłem, komentując niedawny film o jego życiu, św. Augustyn w swych niespokojnych poszukiwaniach zrozumiał, że to nie on odnalazł Prawdę, ale że sama Prawda, którą jest Bóg, dogoniła go i odnalazła (por. „L’Osservatore Romano”, 4 września 2009, str. 8). Romano Guardini, komentując fragment trzeciego rozdziału „Wyznań”, mówi, że św. Augustyn zrozumiał, iż Bóg jest „chwałą, która powala nas na klęczki, napojem, który gasi pragnienie, skarbem który nas uszczęśliwia, [… miał] uspokajającą pewność tego, kto w końcu zrozumiał, ale także rozkosz miłości, która wie: To jest wszystko i mi wystarcza” (Pensatori religiosi Brescia 2001, str. 177).

    W Księdze IX tychże „Wyznań” nasz święty donosi opisuje rozmowę ze swoją matką, św. Moniką, której wspomnienie obchodzone jest pojutrze, w najbliższy piątek. Jest to bardzo piękna scena: wraz z matką przebywają w gospodzie w Ostii i z okna widzą niebo i morze, przekraczają niebo i morze, przez chwilę dotykają serca Boga w milczeniu stworzeń. I tu pojawia się idea podstawowa na drodze ku Prawdzie: stworzenia winny milczeć, jeśli ma nastąpić cisza, w której może mówić Bóg. Jest to zawsze prawdziwe także w naszych czasach: niekiedy istnieje swego rodzaju lęk przed ciszą, skupieniem, zastanowieniem się nad własnymi działaniami, nad głębokim sensem własnego życia. Często wybiera się jedynie życie umykającą chwilą, łudząc się, że przyniesie to trwałe szczęście. Często ludzie wolą żyć powierzchownie, bez myślenia, bo wydaje się, że tak jest łatwiej. Istnieje lęk przed poszukiwaniem Prawdy lub może, że to Prawda nas znajdzie, pochwyci i przemieni nam życie, tak jak się to stało w przypadku św. Augustyna.

    Drodzy bracia i siostry, pragnę powiedzieć wszystkim, także tym, którzy przeżywają chwile trudności na swej drodze wiary, tym, którzy rzadko uczestniczą w życiu Kościoła, lub tym, którzy żyją tak, „jakby Boga nie było” – aby nie lękali się Prawdy i nigdy nie zaprzestawali poszukiwania głębokiej prawdy o samych sobie i o rzeczach wewnętrznym spojrzeniem serca. Bóg nie przestanie obdarzać Światłem, abyśmy widzieli i Ciepłem, abyśmy odczuli sercem, że nas miłuje i pragnie być miłowanym.

    Niech nam na tej drodze towarzyszy wstawiennictwo Matki Bożej, św. Augustyna i św. Moniki.

    KAI/WIARA.PL

    _______________________________________________________________________________

    „Późno Cię umiłowałem”. Jedna z najpiękniejszych medytacji chrześcijańskich

    Ręce złożone do modlitwy
    Shutterstock

    ***

    Ten fragment „Wyznań” św. Augustyna to prawdziwe arcydzieło. Można je przywoływać jako medytację lub część modlitwy osobistej.

    „Wyznania” zawierają zapis niezwykłej duchowej podróży św. Augustyna. Podróży, która doprowadziła go do głębokiego zjednoczenia z Bogiem. Wiele musiało się wcześniej w jego życiu wydarzyć, stąd owo „Późno Cię umiłowałem”, które wydaje się wyrazem żalu i dziękczynienia jednocześnie.

    Poniższe wybrane fragmenty „Wyznań” to arcydzieło świętego pisarza i biskupa. Można je przywoływać jako medytację lub część modlitwy osobistej.

    Późno Cię umiłowałem

    Późno Cię umiłowałem,
    Piękności tak dawna, a tak nowa,
    późno Cię umiłowałem.

    W głębi duszy byłaś,
    a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie,
    bezładnie chwytając rzeczy piękne, które stworzyłaś.
    Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą.

    One mnie więziły z dala od Ciebie
    – rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były.

    Zawołałaś, krzyknęłaś,
    rozdarłaś głuchotę moją.
    Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica,
    rozświetliłaś ślepotę moją.

    Rozlałaś woń, odetchnąłem nią
    – i oto dyszę pragnieniem Ciebie.
    Skosztowałem – i oto głodny jestem, i łaknę.
    Dotknęłaś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim.

    (…)

    Jakże wielki jesteś, Panie. Jakże godzien, by Cię sławić.
    Wspaniała Twoja moc. Mądrości Twojej nikt nie zmierzy.
    Pragnie Cię sławić człowiek, cząsteczka tego, co stworzyłeś (…).

    Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie.
    I niespokojne jest serce nasze,
    dopóki w Tobie nie spocznie.

    Któż mi da spoczynek w Tobie?
    Kto sprawi, że wnikniesz w serce moje, że je upoisz?
    Niechbym zapomniał o niedolach moich
    i tak przycisnął do piersi jedyne moje dobro, Ciebie…

    Czymże Ty jesteś dla mnie?
    O, sprawić racz, żebym to umiał wyrazić.
    Ach, Panie Boże mój, ulituj się nade mną
    i objaw mi, czym jesteś dla mnie.

    Powiedz duszy mojej: „Zbawieniem twoim jestem”.
    Tak powiedz, abym usłyszał.
    Czeka na Twój głos dusza moja, przemów do niej,
    powiedz duszy mojej: „Zbawieniem twoim jestem”.

    Pobiegnę za tym głosem,
    pochwycę Ciebie, Panie!

    święty Augustyn, „Wyznania”, przeł. Z. Kubiak, Warszawa 1982. Księga I i X./Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 sierpnia

    Święta Monika

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dominik od Matki Bożej Barberi, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Pilar Izquierdo Albero, zakonnica
    ***
    Święta Monika

    Monika urodziła się ok. 332 r. w Tagaście (północna Afryka), w rodzinie rzymskiej, ale głęboko chrześcijańskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, Patrycjusza, członka rady miejskiej w Tagaście. Małżeństwo nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia chrztu. W wieku 22 lat urodziła syna – Augustyna. Po nim miała jeszcze syna Nawigiusza i córkę, której imienia historia nam nie przekazała. Nie znamy także imion innych dzieci.
    W 371 r. zmarł mąż Moniki. Monika miała wówczas 39 lat. Zaczął się dla niej okres 16 lat, pełen niepokoju i cierpień. Ich przyczyną był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca, żył bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę; z tego związku narodziło się nieślubne dziecko. Ponadto młodzieniec uwikłał się w błędy manicheizmu. Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając dla niego u Boga o nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by zetknąć się z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika odnalazła syna. Pewien biskup na widok jej łez, kiedy wyznała mu ich przyczynę, zawołał: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. To były prorocze słowa. Augustyn pod wpływem kazań św. Ambrożego w Mediolanie przyjął chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie (387).

    Święta Monika i jej syn, św. Augustyn

    Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii w 387 r. Daty dziennej Augustyn nam nie przekazał. Wspomina jednak jej pamięć w najtkliwszych słowach.
    Ciało Moniki złożono w Ostii w kościele św. Aurei. Na jej grobowcu umieszczono napis w sześciu wierszach nieznanego autora. W 1162 r. augustianie mieli zabrać święte szczątki Moniki do Francji i umieścić je w Arouaise pod Arras. W 1430 r. przeniesiono je do Rzymu i umieszczono w kościele św. Tryfona, który potem otrzymał nazwę św. Augustyna. Św. Monika jest patronką kościelnych stowarzyszeń matek oraz wdów.W ikonografii św. Monika przedstawiana jest w stroju wdowy. Jej atrybutami są książka, krucyfiks, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Monika od modlitwy upartej

    fot. Autorstwa Ary Scheffer/Radio Maryja

    ***

    Gdyby data Dnia Matki ustalana była według kalendarza wspomnień liturgicznych, dzień ten powinien przypadać 27 sierpnia. Bo wśród wszystkich kanonizowanych matek to właśnie ona była najwytrwalsza wbrew logice i nadziei.

    Gdyby data Dnia Matki ustalana była według kalendarza wspomnień liturgicznych, dzień ten powinien przypadać 27 sierpnia. Bo wśród wszystkich kanonizowanych matek to właśnie ona była najwytrwalsza – wbrew logice i nadziei.

    Święta Monika urodziła się około 332 roku w Tagaście, w północnej rodzinie, w rodzinie rzymskiej. Jej syn, św. Augustyn pisał o niej w swoich „Wyznaniach”:  „Urodziła się w domu chrześcijańskim, w jednej ze szlachetnych komórek Kościoła, i zawsze powtarzała, że dobre wychowanie zawdzięcza nie tyle zabiegom własnej matki, ile troskliwości pewnej sędziwej służącej, która już jej ojca, gdy był niemowlęciem, na plecach nosiła, jak to dorastające dziewczęta zwykle noszą małe dzieci. Za to, jak też ze względu na sędziwy wiek i nienaganne obyczaje, pan i pani domu odnosili się do niej z respektem, jak do szacownego członka tej chrześcijańskiej rodziny. Dlatego też powierzyli jej wychowanie swoich córek, co ona sumiennie wypełniała. Ilekroć było to konieczne, surowo je karciła, powołując się na prawo Boże, a przez rozsądne pouczenia przygotowywała je do trzeźwego życia. Poza bardzo skromnymi posiłkami przy stole rodziców nie pozwalała im — choćby je paliło pragnienie — nawet pić wody, aby się w nich nie rozwinęły złe nawyki. Ciągle też powtarzała to zbawienne upomnienie: «Teraz pijecie wodę, bo wam nie wolno pić wina. Ale kiedy wyjdziecie za mąż i będziecie paniami spiżarni i piwnic, obrzydnie wam woda, a nawyk picia okaże się silniejszy od was»”.

    Małżeństwo

    Kiedy Monika była młodą dziewczyną, wydaną ją za mąż za bogatego urzędnika, członka rady miejskiej, poganina. Jej małżeństwo nie było udane. Mąż był skory do gniewu, niewierny, a teściowa, z którą mieszkali – nieprzychylnie nastawiona do Moniki. Ona jednak nie dawała się wciągnąć w żadne spory – spokojnie przeczekiwała wybuchy mężowskiej złości, a potem mądrze i cierpliwie rozmawiała i tłumaczyła, niejednokrotnie przekonując męża do swoich racji. Udało jej się również z czasem pozyskać przychylność teściowej, która przestała wierzyć plotkom służy, kierowanym przeciw synowej.

    Pierwszy syn Augustyn urodził się, gdy Monika miała 22 lata. Później na świat przyszedł jeszcze Nawigiusz i córka, której imienia nie znamy. Gdy Monika miała 39 lat, zmarł jej mąż, a najstarszy syn Augustyn zaczął przysparzać nie lada problemów.

    Syn

    Augustyn, syn Moniki, żył bardzo podobnie do swojego ojca. Był leniwy, jako osiemnastolatek wszedł w związek z prostą dziewczyną, która urodziła mu syna – żyli ze sobą bez ślubu. Kiedy miał 19 lat, na dziewięć lat przyłączył się do sekty manichejczyków. Nawet, gdy zachorował ciężko i groziła mu śmierć, nie poprosił o chrzest. Po latach sam pisał o sobie, że zachował się jak błazen, i że ocaliła go miłość matki.

    Monika nie umiała przejść do porządku dziennego nad tym, co działo się z jej dzieckiem. Jeździła za nim do Kartaginy, Rzymu i Mediolanu. Kiedy widziała go w duchowych rozterkach – rozmawiała z nim. I znów wspomina Augustyn: „Matka powiedziała mi – z największym spokojem, z taką pogodą, jaką daje zupełna ufność – iż wierzy, że zanim odejdzie z tego świata, ujrzy mnie wierzącym katolikiem. Tyle do mnie rzekła. Do Ciebie zaś, który zdrojem jesteś miłosierdzia, jeszcze goręcej się modliła, płacząc, prosiła, abyś jak najrychlej wspomógł mnie i rozświetlił moje ciemności Twoim światłem”.

    Modlitwa

    Nie słowa jednak i rozmowy, ale modlitwa św. Moniki miała wielką moc. Monika bowiem przez 17 lat bez przerwy modliła się o nawrócenie swojego dziecka. 17 lat – nawet wtedy, gdy wydawało się, że jej modlitwy pozostaną niewysłuchane, że Bóg tego nie chce – ona wciąż prosiła, uparcie, nieustępliwie. Kiedy spotkała się z jednym z biskupów, szukając pocieszenia i pomocy, usłyszała od niego: „Proś dalej, nic więcej. Nie jest możliwe, aby poszedł na zatracenie syn tylu łez”.

    Prosiła więc dalej, nie zważając na przeciwności – bo tak kazała jej miłość. I miłość kazała jej miesiąc po miesiącu, rok po roku składać te same słowa błagania w jednej, jedynej tylko intencji, nie za siebie, ale za niego, za Augustyna.

    I trwało długie lata, zanim Augustyn dotarł wreszcie do Mediolanu, zanim spotkał wreszcie biskupa Ambrożego, zanim zapragnął wreszcie przyjąć chrzest. Stało się to na Wielkanoc 387 roku – biskup Ambroży ochrzcił Augustyna i jego syna Adeodata. I kiedy wracali do rodzinnej Tagasty, Monika zachorowała na febrę i zmarła, patrząc na nowoochrzczonych syna i wnuka – jej misja była zakończona. A jej syn Augustyn, został kapłanem i biskupem, a potem świętym i Doktorem Kościoła. A nie byłoby jego, gdyby nie było jej modlitw.

    Jak ona

    Święty Franciszek Salezy mówił do kobiet: – Panie, jeśli chcecie być prawdziwie chrześcijańskimi matkami, utkwijcie wasz wzrok w św. Monice. Czytajcie jej żywot, a znajdziecie w nim wiele rzeczy, które was pocieszą.

    Patronka strapionych matek, zachęta do wytrwałości w modlitwach za kochanych ludzi, wytrwale szturmująca niebo jak wdowa z ewangelicznej przypowieści. Gdyby więcej było takich kobiet, pewnie więcej byłoby i świętych mężczyzn – ich synów i mężów.

    Monika Białkowska/Przewodnik Katolicki

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Monika – misją jej życia było doprowadzenie bliskich do Chrystusa

    ŚWIĘTA MONIKA
    G.dallorto/Wikipedia

    ***

    Wiedziała, że będąc żoną i matką jej misją jest zaprowadzenie bliskich do Chrystusa, do Nieba. Z jednej strony cicha i pokorna, z drugiej silna i walcząca kobieta. Swoją drogę do wieczności przeszła modląc się i potykając o grzechy bliskich. Zrobiła to jednak w doskonałym stylu, nie wstydząc się swojej kobiecej delikatności oraz łez.

    Urodzona ok. 332 roku, w rodzinie o chrześcijańskich korzeniach, święta Monika nie miała łatwego zadania do spełnienia. Wychodząc za mąż w młodym wieku, za człowieka o porywczym i gniewnym charakterze, nie wiedziała jeszcze, jak dużo będzie musiała wycierpieć. Towarzysz jej życia, będący poganinem, nie przejmował się rozwiązłym i hedonistycznym trybem życia ich najstarszego syna Augustyna.

    Nawet wtedy, gdy okazało się, że jego konkubina urodziła mu syna. Św. Monika, która wiedziała, jak wielkim i ważnym darem jest chrzest, prosiła Boga i pragnęła, by mąż i nierozsądny syn go przyjęli. Niestety. przez lata nic się nie zmieniało. Ona jednak, właściwie odczytując swoje powołanie jako żony oraz matki, zanosiła każdego dnia gorące prośby do Boga, który mógł uczynić wszystko. A jej modlitwa i łzy zmieniały zatwardziałe serca męża i syna. Po latach św. Augustyn napisał: „Czy mogłeś wzgardzić jej łzami, czy mogłeś nie wysłuchać jej modlitw, w których błagała Cię nie o srebro i złoto, nie o jakiekolwiek dobra zmienne i przemijające, lecz o zbawienie duszy swego syna? Z Twojej przecież łaski była taka, jaka była. Nie mogłeś jej Panie odmówić pomocy”I miał rację…

    Wiara, Nadzieja, Miłość

    Po zakończonych w Kartaginie studiach retoryki, św. Augustyn wrócił do Tagasty, rodzinnego miasta, w którym sam zaczął uczyć. Szybko zafascynował się i związał z manichejczykami. Jego matka była tym faktem przerażona, ale nie przestawała się modlić o jego nawrócenie. W 371 r. umarł mąż św. Moniki, Patrycjusz. Przed śmiercią zdążył przyjąć chrzest. Nie miało to jednak żadnego wpływu na zafascynowanego sztuką Cycerona najstarszego syna

    Zaplątany w świat manichejskich filozofów przeżył w nim jeszcze prawie dekadę. Po latach św. Augustyn wspomni ten okres w tych słowach: „nurzałem się głęboko w bagnie i ciemności fałszu. Nieraz usiłowałem się z niego wydobyć, miotałem się, ale wtedy błoto jeszcze gęściej mnie oblepiało i głębiej zapadałem”. Pod wpływem rozważań i refleksji filozoficznych syn św. Moniki postanawia wyruszyć do Rzymu, by tam założyć swoją szkołę retoryki i nauczać. Jego matka, zamartwiając się, wyrusza w podróż za nim.

    Spełnienie misji życia

    Św. Monika odnajduje swojego pierworodnego syna, w momencie, gdy jest on już nawrócony i uczęszcza do katechumenatu. Przygotowując się do chrztu, św. Augustyn wyjeżdża na wieś, gdzie doświadcza nadprzyrodzonego przeżycia duchowego. Przebywając w ogrodzie, nagle słyszy głos dziecka mówiącego: „weź to i przeczytaj!”. Otwierając Biblię, trafia na fragment dotyczący zaprzestania ucztowania i uprawiania rozpusty oraz słowa „o przyobleczeniu się w Chrystusa”.

    Po tym doświadczeniu św. Augustyn postanawia zostać celibatariuszem. Zanim to się jednak staje, przyjmuje on chrzest z rąk biskupa mediolańskiego, św. Ambrożego. Św. Monika będąc świadkiem tego wspaniałego i podniosłego wydarzenia, stwierdza, że jej misja została już zakończona. Słowa te zdają się być prorocze, bo czekając na statek powrotny do Tagasty, św. Monika umiera na febrę, w ramionach swojego nawróconego syna.

    We wspomnieniach, po latach, św. Augustyn napisze „Matka powiedziała mi – z największym spokojem, z taką pogodą, jaką daje zupełna ufność – iż wierzy, że zanim odejdzie z tego świata, ujrzy mnie wierzącym katolikiem. Tyle do mnie rzekła. Do Ciebie zaś, który zdrojem jesteś miłosierdzia, jeszcze goręcej się modliła, płacząc, prosiła, abyś jak najrychlej wspomógł mnie i rozświetlił moje ciemności Twoim światłem”. Wola św. Moniki została spełniona, Bóg wszedł do serca jej syna i zamieszkał w nim już na zawsze.

    Powołanie i modlitwa

    Każdy człowiek rodząc się, został obdarzony konkretnym powołaniem. Św. Monika, pomimo trudu i łez właściwie odczytała swoje. Wiedziała, że będąc żoną i matką, ma misję zaprowadzenia bliskich do Chrystusa, do Nieba. Z jednej strony cicha i pokorna, z drugiej silna i walcząca kobieta.

    Swoją drogę do wieczności przeszła, modląc się i potykając o grzechy bliskich. Zrobiła to jednak w doskonałym stylu, nie wstydząc się swojej kobiecej delikatności oraz łez. Została patronką matek, żon, wdów oraz kobiet zamężnych, które przeżywają trudności małżeńskie. To właśnie do niej odprawia się modlitwy w intencji ratowania duszy dziecka oraz męża. A czy ty nie boisz się walczyć o zbawienie swoje oraz bliskich ci osób w sposób stanowczy, ale równocześnie wrażliwy, poprzez modlitwę i łzy?

    Monika Lender- Gołębiowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Częstochowska

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna Elżbieta Bichier des Ages, dziewica
      •  Święta Teresa od Jezusa Jornet e Ibars, dziewica
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów Ginard Marti, zakonnica i męczennica
    *
    Klasztor na Jasnej Górze
    Wśród bardzo licznych w Polsce sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie nawiedza ją od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.
    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
    Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu.
    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie.
    Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.
    Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).

    Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.
    Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie.

    Cudowny Obraz Maryi z Jasnej Góry

    Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.
    Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem w 1999 r.

    Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum.
     Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.
    Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem

    Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni. Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.



    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 sierpnia

    Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Mała Arabka), dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Ludwik IX, król
      •  Błogosławiona Maria del Transito od Jezusa Sakramentalnego, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Troncatti, zakonnica
    ***
    Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego

    Miriam Baourdy, zwana także Małą Arabką, urodziła się 5 stycznia 1846 r. w Abellin, pod starożytną Ptolemaidą, w Galilei. Jej ojciec pochodził z Damaszku, a matka – z Libanu. Gdy Maria miała trzy lata, straciła rodziców. Na wychowanie zabrał ją wtedy wuj. W dwunastym roku życia przynaglano ją już do małżeństwa, ale wybroniła się przed nim i złożyła ślub czystości. Poszukując pracy, dotarła do Marsylii, gdzie została służącą.
    W 1865 r. wstąpiła do józefitek, ale te – widząc, że Maria doznaje ekstaz i jest stygmatyczką – skierowały ją do karmelu w Pau. Tam to dziewczyna przyjęła imię Marii od Jezusa Ukrzyżowanego. W 1870 r. razem z innymi wyjechała do Indii, aby w Mangalore założyć nowy klasztor. Do Francji wróciła z tych samych powodów, dla których józefitki oddały ją karmelitankom.
    W Pau spotkała ks. Piotra Estrate, przełożonego sercanów w Betherram, który podjął się kierownictwa duchowego, a po latach został jej biografem. W roku 1875 Maria zaczęła realizować dzieło swych dawnych marzeń: założenie karmelu w Betlejem. Zainicjowała ponadto nowy klasztor w Nazarecie.
    22 sierpnia 1878 r. przeżyła upadek ze schodów, w trakcie którego złamała lewą rękę. Błyskawicznie rozwinęła się gangrena i Miriam zmarła 26 sierpnia 1878 r. w Betlejem. Nie pozostawiła żadnych pism, była zresztą prawie analfabetką. Zachowały się jednak relacje osób, które się z nią stykały. Dowiadujemy się z nich o jej wizjach, ekstazach, spełnionych proroctwach, także o improwizowanych poematach. Wszystko to przeżywała w sposób zupełnie zwyczajny, jak gdyby chodziło o rzeczy najnormalniejsze w świecie, nieświadoma swojej niezwykłości. Wywierała ogromny wpływ na otoczenie. Szerzyła przede wszystkim nabożeństwo do Ducha Świętego.
    Św. Jan Paweł II dokonał jej beatyfikacji 13 listopada 1983 r. w Rzymie. Papież Franciszek włączył ją do grona świętych 17 maja 2015 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________

    25 sierpnia

    Święty Józef Kalasanty, prezbiter

    Święty Józef Kalasanty
    Józef urodził się w Paralta de la Sal na terenie Aragonii (Hiszpania) 31 lipca 1556/1557 r. Pochodził z rodziny szlacheckiej, w której jeszcze dość żywe były tradycje rycerskie. Do stanu duchownego został przygotowany dobrze w szkołach w Estadella, w Leridzie, w Huesca i w Walencji. W 1583 roku, gdy miał 27 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Pierwsze lata kapłaństwa spędził na posłudze duszpasterskiej w Barbastro, Urgel i Tremp oraz na pracy w administracji kościelnej. W 1592 r. towarzyszył kardynałowi Markowi Colonnie w podróży do Rzymu.Do Hiszpanii już nigdy nie powrócił. Związał się wkrótce z bractwem młodych kapłanów, którzy za cel swojej pracy apostolskiej uznali nauczanie religii wśród ludu i dzieci. Józef spostrzegł jednak, że praca prowadzona tylko dorywczo i okazyjnie, uzależniona od dobrej woli jednostek oraz ich wolnego czasu, dawała niewiele. Dlatego postanowił sam prowadzić katechizację w zakresie mniejszym, ale zorganizowanym i stałym. W 1597 r. otworzył pierwszą prywatną bezpłatną szkołę w Europie. Założył ją na Zatybrzu, w najuboższej dzielnicy Rzymu. Dziełu swojemu dał nazwę “Szkół Pobożnych”. Zamierzał osiągnąć cel podwójny: przez bezpłatną naukę pociągnąć do siebie młodzież najuboższą, a więc i najbardziej zaniedbaną; nauczanie zaś tak przepoić nauką i życiem chrześcijańskim, by młodzież, wychodząca z jego szkół, była wierząca. Zdarzało się, że dzieci trzeba było najpierw nakarmić chlebem, a nieraz dać im dach nad głową. Do tak rozległej akcji Józef potrzebował ludzi dobrej woli, wspomagających go bezpośrednią współpracą. Powstało więc nowe zgromadzenie zakonne pod nazwą “Zgromadzenie Pawłowe dla Ubogich Matki Bożej od Szkół Pobożnych” (popularnie zwane pijarami). Swoją rodzinę zakonną nazwał “Pawłową” ku czci papieża, Pawła V, któremu oddał pod opiekę swoje dzieło. Był to rok 1617. Papież Grzegorz XV w roku 1621 podniósł kongregację do stopnia zakonu o ślubach uroczystych. Jeszcze za życia Założyciela pijarzy otworzyli dom i szkołę w Ołomuńcu, w Czechach (1631) i w Warszawie (1642).

    Święty Józef Kalasanty

    W 1621 r. Józef został generałem zgromadzenia. Jego następne lata wypełniły cierpienia fizyczne i duchowe. Znaleźli się ludzie, którzy pozazdrościli mu sławy, a równocześnie chcieli nowemu dziełu narzucić własne idee i programy. Przez nieuczciwą propagandę zdołali pozyskać sobie większość w zakonie. Ciemną postacią był tu przede wszystkim o. Mariusz, pijar, który stanął na czele opozycji przeciwko Założycielowi. Te kłótnie sprzyjały interesom kierowników szkół i szkółek prywatnych, którzy w pijarach ujrzeli groźnego rywala, mogącego pozbawić ich zarobku. Oni także podnieśli niemniej krzykliwą wrzawę przeciwko Józefowi. Doszło nawet do tego, że wraz ze swoimi asystentami został aresztowany przez inkwizycję. Po kilku dniach wszyscy zostali wprawdzie uwolnieni, ale pozbawieni urzędów. Wizytator papieski, poinformowany jednostronnie i fałszywie przez zbuntowanych, przedstawił zakon w tak czarnych barwach, że Rzym nosił się nawet z myślą jego likwidacji. Tak też niebawem uczynił Innocenty X, który dekretem z dnia 16 marca 1646 r. zredukował zakon do kongregacji bez ślubów i poddał ją pod władzę miejscowych biskupów. Nadto członkowie otrzymali zezwolenie ogólne, że w każdej chwili mogą opuścić szeregi pijarów.
    Józef poddał się tym wydarzeniom z cichością i pokorą. Cierpiał bardzo nie dla własnej miłości i ambicji, ale z żalu, że tak wiele ubogiej dziatwy zostanie pozbawionej nauki Bożej i oświaty. Zmarł jako 92-letni starzec w dniu 25 sierpnia 1648 r. Pozostawił po sobie ok. 5000 listów, będących bogatym źródłem wiedzy o nim samym i o jego dziele. Jego relikwie znajdują się w kościele św. Pantaleona w Rzymie.
    W 1748 roku papież Benedykt XIV wyniósł sługę Bożego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XIII w 1767 roku wpisał go uroczyście do katalogu świętych. Rehabilitacji doczekało się też jego dzieło. Klemens IX w 1669 roku przywrócił pijarom formę kongregacji zakonnej i wszystkie przywileje sprzed roku 1646. W 1948 roku, w 300-lecie śmierci św. Józefa Kalasancjusza, papież Pius XII ogłosił go patronem wszystkich katolickich szkół podstawowych.

    Święty Józef Kalasanty

    Józef Kalasancjusz w swojej szkole wychowawczej kładł wielki nacisk na sakrament pokuty. Wiedział dobrze, jak wielkie kryją się w nim wartości. Sakrament ten bowiem zmusza człowieka do zastanowienia się nad sobą, do żałowania swoich win i do poprawy życia. W czasach, kiedy kara fizyczna była w szkołach powszechnie stosowana, Józef zniósł ją u siebie całkowicie. Gdyby zaś była ona konieczną, doradzał, by była zawsze proporcjonalnie mniejsza od winy. Pod żadnym pretekstem nie pozwalał też przyjmować jakichkolwiek wynagrodzeń. Szkoły pijarów były bezpłatne. Opłacano jedynie w miarę możliwości konwikt. Istota systemu nauczania i wychowania pijarskiego zawierała się w haśle, jakie Założyciel zostawił swoim duchowym synom: Pobożność i nauka.
    Do Polski pijarów zaprosił w 1642 r. król Władysław IV. Największą chwałą okrył zakon w Polsce ks. Stanisław Konarski (+ 1773), autor pism, które miały na celu przeprowadzenie reform w Polsce. Z jego inspiracji po kasacie jezuitów w 1773 roku powstała Komisja Edukacji Narodowej, pierwsze w świecie ministerstwo oświaty i wychowania. Pijarzy zainicjowali w naszej Ojczyźnie kult Serca Pana Jezusa. Założyli bractwo Najświętszego Serca Pana Jezusa, zatwierdzone przez papieża Klemensa XI w 1705 r.W ikonografii św. Józef Kalasancjusz przedstawiany jest w habicie zgromadzenia. Jego atrybutami są: lilia, księga, mitra i kapelusz kardynalski jako znak odmówionych godności, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 sierpnia

    Święty Bartłomiej, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święta Emilia de Vialar, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia (Vincenta Rosal), dziewica
      •  Błogosławiony Mirosław Bulesić, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Poznańska Piątka, męczennicy
    ***
    Święty Bartłomiej

    Święty Bartłomiej jest jednym z dwunastu Apostołów, których wybrał sobie Jezus spośród kilkudziesięciu uczniów.
    W Ewangeliach spotykamy dwa imiona: Bartłomiej i Natanael. Synoptycy (Mateusz, Łukasz i Marek) używają nazwy pierwszej, natomiast Jan posługuje się imieniem drugim. Jednak według krytyki biblijnej i tradycji chodzi w tym wypadku o jedną i tę samą osobę. Jan pisze o Natanaelu jako o Apostole (J 1, 35-51; 21, 2). Ponadto akcentuje wyraźnie, że Natanaela łączyła przyjaźń z Filipem Apostołem, a synoptycy umieszczają Bartłomieja zawsze właśnie przy Filipie w katalogach Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14). Co więcej, są oni nawet wymienieni ze spójnikiem “i”: “Filip i Bartłomiej”.
    Aramejskie słowo Bartolmaj znaczy tyle, co “syn Tolmaja”. Z tym imieniem spotykamy się w Biblii kilka razy (Joz 15, 14; 2 Sm 3, 3). Wyraz Natanael jest imieniem hebrajskim i znaczy tyle, co “Bóg dał” – byłby więc odpowiednikiem greckiego imienia Teodoros czy łacińskiego Deusdedit oraz polskiego Bogdan. Z imieniem Natanael spotykamy się w Piśmie świętym znacznie częściej (Lb 1, 8; 2, 5; 7, 18; 10, 15; 1 Krn 2, 14; 15, 24; 24, 6 i in.). Jeśli Bartłomiej jest tożsamy z Natanaelem, to jego imię brzmiałoby poprawnie: Natanael, bar Tholmai (Natanael, syn Tolmaja).

    Święty Bartłomiej

    Synoptycy wymieniają imię św. Bartłomieja jedynie w katalogach Apostołów. Św. Jan podaje, że pochodził z Kany Galilejskiej. Szczegółowo zaś opisuje pierwsze spotkanie Natanaela z Chrystusem (J 1, 35-51), którego był naocznym świadkiem. To Filip, uczeń Pana Jezusa, późniejszy Apostoł, przyprowadził Natanaela do Chrystusa i dlatego zawsze w wykazie Apostołów Natanael znajduje się tuż za Filipem. Niektórzy uważają, że to właśnie na weselu Natanaela w Kanie był Chrystus z uczniami i Matką, gdzie na Jej prośbę dokonał pierwszego cudu.
    Z opisu pierwszego spotkania wynika, że Natanael nie był zbyt pozytywnie nastawiony do mieszkańców Nazaretu. Kiedy jednak usłyszał słowa Chrystusa i poznał, że Chrystus przeniknął głębię jego wnętrza, serce i duszę, od razu zdecydowanie w Niego i Jemu uwierzył. Świadczy to o wielkiej prawości jego serca i otwarciu na działanie łaski Bożej. Odtąd już na zawsze pozostał przy Chrystusie. O Natanaelu św. Jan Ewangelista wspomina jeszcze raz – brał on udział w cudownym połowie ryb na jeziorze Genezaret po zmartwychwstaniu Chrystusa (J 21, 2-6).Tradycja chrześcijańska ma niewiele do powiedzenia o św. Bartłomieju. Zainteresowanie innymi Apostołami jest znacznie większe, postać św. Bartłomieja jest raczej w cieniu. Pierwszy historyk Kościoła, św. Euzebiusz, pisze, że ok. roku 200 Pantenus znalazł w Indiach Ewangelię św. Mateusza. Wyraża przy tym przekonanie, że zaniósł ją tam właśnie św. Bartłomiej. Podobną wersję podaje św. Hieronim. Natomiast św. Rufin i Mojżesz z Horezmu są zdania, że św. Bartłomiej głosił naukę Chrystusa w Etiopii. Pseudo-Hieronim zaś twierdzi, że św. Bartłomiej apostołował w Arabii Saudyjskiej. Jeszcze inni są zdania, że św. Bartłomiej pracował wśród Partów i w Mezopotamii. Ta rozbieżność pokazuje, jak mało wiemy o losach Apostoła po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.

    Święty Bartłomiej odzierany ze skóry

    Z apokryfów o św. Bartłomieju zachowały się Ewangelia Bartłomieja i Apokalipsa Bartłomieja. Znamy je jednak w dość drobnych fragmentach. Zachował się również obszerniejszy apokryf Męka Bartłomieja Apostoła. Według niego Bartłomiej miał głosić Ewangelię w Armenii. Tam miał nawet nawrócić brata królewskiego – Polimniusza. Na rozkaz króla Armenii, Astiagesa, został pojmany w mieście Albanopolis, ukrzyżowany, a w końcu ścięty. Od św. Izydora (+ 636), biskupa Sewilli, rozpowszechniła się pogłoska, że św. Bartłomiej został odarty ze skóry. Stąd też został uznany za patrona rzeźników, garbarzy i introligatorów. Jako przypuszczalną datę śmierci Apostoła podaje się rok 70.

    Święty Bartłomiej

    Zaraz po śmierci Bartłomiej odbierał cześć jako męczennik za wiarę Chrystusową. Dlatego i jego relikwie chroniono przed zniszczeniem. Około roku 410 biskup Maruta miał je przenieść z Albanopolis do Majafarquin, skąd przeniesiono je niedługo do Dare w Mezopotamii. Stamtąd zaś relikwie umieszczono w Anastazjopolis we Frygii w Azji Mniejszej ok. roku 507. Kiedy jednak najazdy barbarzyńców groziły zniszczeniem i profanacją, w roku 580 przewieziono je na Wyspy Liparyjskie, a w roku 838 do Benewentu. Obecnie znajdują się pod mensą głównego ołtarza tamtejszej katedry. Część tych relikwii została przeniesiona za panowania cesarza Ottona III do Rzymu. Władca ten wystawił bazylikę na Wyspie Tyberyjskiej (dla przechowania relikwii św. Wojciecha), do której to bazyliki sprowadzono potem relikwie Apostoła, zmieniając jej tytuł.

    Święty Bartłomiej

    Kult św. Bartłomieja datuje się od V w. Grecy obchodzą jego uroczystość 11 czerwca, Ormianie 8 grudnia i 25 lutego, Etiopczycy 18 lipca i 20 listopada. Kościół łaciński święto Apostoła od wieku VIII obchodzi 24 sierpnia. W VI w. spotykamy już pierwszy kościół wzniesiony ku jego czci na wyspie Eolia. Piza, Wenecja, Pistoia i Foligno wystawiły mu okazałe świątynie. W Polsce kult św. Bartłomieja był niegdyś bardzo żywy – wystawiono ku jego czci na naszych ziemiach ponad 150 kościołów. Miał on nawet w Polsce swoje sanktuaria, np. w Polskich Łąkach koło Świecia, gdzie na odpust ściągały tłumy z daleka.W ikonografii św. Bartłomiej jest przedstawiany w długiej tunice, przepasanej paskiem, czasami z anatomiczną precyzją jako muskularny mężczyzna. Bywa ukazywany ze ściągniętą z niego skórą. Jego atrybutami są: księga, nóż, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 sierpnia

    Błogosławiony Władysław Findysz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Róża z Limy, dziewica
      •  Błogosławiony Bernard z Offidy, zakonnik
      •  Święty Filip Benicjusz, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Władysław Findysz

    Władysław Findysz urodził się 13 grudnia 1907 roku w Krościenku Niżnym koło Krosna, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej, jako trzecie dziecko. Następnego dnia przyjął chrzest. Jego rodzinny dom był miejscem głębokiego przeżywania wiary, a przy tym szacunku dla tradycji i historii Polski. Dzieciństwo przygotowało go do prób, które Pan Bóg zaplanował dla niego w przyszłości. Gdy miał zaledwie pięć lat, śmierć zabrała mu ukochaną matkę, a w niedługim czasie także troje spośród rodzeństwa. W 1913 roku rozpoczął naukę w szkole ludowej w rodzinnej miejscowości, a następnie w szkołach krośnieńskich. Tam poznał Sodalicję Mariańską i zaangażował się w jej działania. Z daleka doświadczał skutków tragicznej wojny. Już w odrodzonej Polsce w 1927 roku, po maturze, zdecydował się na wstąpienie do seminarium duchownego w Przemyślu. 19 czerwca 1932 roku przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni wysłali ks. Władysława w charakterze wikariusza do parafii kolejno w Borysławiu, Drohobyczu, Strzyżowie i Jaśle. Dwie pierwsze obejmowały tereny przemysłowe, zamieszkane przez ludność zróżnicowaną narodowościowo, religijnie i materialnie. Strzyżów i Jasło, duże parafie miejskie, choć mniej zróżnicowane narodowościowo, stanowiły wielkie wyzwanie dla młodego kapłana – czas posługi w nich zbiegł się z okresem II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. W Strzyżowie przez pierwszy rok wojny (1939-1940) ks. Władysław był administratorem parafii, gdyż zmarł tamtejszy proboszcz. W Jaśle związał się z ruchem oporu, przyjmując na siebie obowiązki kapelana. Już w 1941 r. pełnił urząd administratora, a od 1942 roku proboszcza parafii pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła w Nowym Żmigrodzie.
    Władysław przywiązywał dużą wagę do formacji wewnętrznej i zachowywania praktyk ascetycznych. Był przy tym skromny i pełen szacunku dla ludzi. Praca w Nowym Żmigrodzie przypadła na burzliwy okres najnowszych dziejów Polski. W czasie okupacji hitlerowsko-sowieckiej ks. Władysław niósł pomoc potrzebującym, zrozpaczonych podnosił na duchu, a błądzących upominał. Był świadkiem prześladowania Polaków, Żydów i przedstawicieli innych narodów. Najtrudniejszy był ostatni okres okupacji, kiedy został wysiedlony. Parafia została bez pasterza. Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, wrócił do Nowego Żmigrodu, by zająć się pracą nad odnową moralną mieszkańców i odbudową materialną parafii. Wierni zagrożeni propagandą ateistyczną znajdowali w jego posłudze pomoc i oparcie.

    Błogosławiony Władysław Findysz

    Organizował katolickie pogrzeby ofiar wojny i pomoc materialną dla poszkodowanych, bez względu na narodowość i wyznanie. Dzięki temu wiele rodzin łemkowskich uniknęło wysiedlenia w ramach Akcji “Wisła”. Brał udział w odbudowie miasteczka. Katechizował dzieci i młodzież, najpierw w szkole, dopóki władze komunistyczne pozwalały, a potem poza nią. Wiernie i z oddaniem realizował swe obowiązki. Jego gorliwa działalność duszpasterska naraziła go szybko na prześladowania ze strony władz komunistycznych. Śledzono go, nagrywano kazania. Wielokrotnie odmawiano mu wydania przepustki na pobyt w strefie nadgranicznej, uniemożliwiając tym samym posługę kapłańską wśród mieszkających tam parafian. Był też nieustannie inwigilowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
    W 1963 roku apelował do parafian o włączenie się do prowadzonej przez Kościół w Polsce akcji tzw. “soborowych czynów dobroci”. Zadenuncjowali go ludzie, którzy poczuli się urażeni listami, w których zachęcał ich do pojednania się z Bogiem i Kościołem. Tym, którzy żyli w związkach niesakramentalnych, oferował pomoc w doprowadzeniu ich do ołtarza.
    Oskarżony o złamanie dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania, w 1963 roku został aresztowany. Przewieziono go na komendę w Rzeszowie, gdzie był przesłuchiwany, a w jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję. Był już wtedy ciężko chory – rozpoznano raka przełyku. Postawiono mu zarzut zmuszania do praktyk religijnych. Wkrótce odbył się pokazowy proces. Skazano go na karę dwóch i pół roku więzienia. Mimo złego stanu zdrowia przez kilka miesięcy był więziony. Przez kilka miesięcy odbywał karę na Zamku w Rzeszowie, a na wiosnę 1964 r. został przeniesiony do krakowskiego więzienia dla więźniów politycznych na Montelupich. Komuniści sprawę ks. Findysza wykorzystali dla zastraszenia innych niepokornych księży. W obronie uwięzionego kapłana, wymagającego natychmiastowego leczenia, interweniowały władze diecezji przemyskiej. Prokuratura odrzucała kolejne prośby i apele.
    Do gwałtownego pogorszenia zdrowia ks. Władysława przyczyniły się fizyczne i psychiczne tortury. Miesiące spędzone w uwłaczających ludzkiej godności warunkach i brak opieki lekarskiej wpłynęły na radykalne pogorszenie stanu jego zdrowia. Kiedy 29 lutego 1964 roku, po uchyleniu aresztu przez Sąd Najwyższy, opuszczał więzienie, był skrajnie wyczerpany. Nie rokowano mu powrotu do zdrowia.
    Zmarł 21 sierpnia tego roku w Nowym Żmigrodzie. Jego pogrzeb stał się okazją do manifestacji przywiązania do wiary katolickiej. Uczestniczyło w nim 130 kapłanów oraz tysiące wiernych. Ksiądz Findysz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Nowym Żmigrodzie.
    Komuniści nawet po jego śmierci nie dali mu spokoju. Przez wiele lat nie można było wszcząć procesu beatyfikacyjnego. Wśród parafian pozostała jednak żywa pamięć o jego posłudze. Wyróżniał się w ich przekonaniu jako wzór wypełniania obowiązków pasterskich, a zwłaszcza jako obrońca wiary i moralności chrześcijańskiej. Dopiero zmiana sytuacji politycznej po 1989 roku pozwoliła podjąć starania o beatyfikację ks. Władysława, które rozpoczęto w 2000 roku.
    Już 20 grudnia 2004 roku Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wydała dekret o męczeństwie ks. Findysza, ponieważ zmarł on w wyniku cierpień zadanych mu w więzieniu z powodu nienawiści do wiary (in odium fidei).
    19 czerwca 2005 r., w imieniu papieża Benedykta XVI, prymas Polski kardynał Józef Glemp, podczas Eucharystii sprawowanej w Warszawie, włączył ks. Władysława w poczet błogosławionych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Królowa

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Agatonik i Towarzysze
      •  Błogosławiony Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik
    ***
    Guido Reni: Dziewica na tronie z Dzieciątkiem

    Wspomnienie Maryi Królowej zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII encykliką Ad caeli Reginam (Do Królowej niebios), wydaną 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Już w czasie Soboru Watykańskiego I w roku 1869 biskupi francuscy i hiszpańscy prosili o to święto. Pierwszy Krajowy Kongres Maryjny w Lyonie (1900) prośbę tę ponowił. Uczyniły to również międzynarodowe kongresy maryjne odbyte we Fryburgu (1902) i w Einsiedeln (1904). Od roku 1923 wyłonił się specjalny ruch pro regalitate Mariæ. Początkowo wspomnienie Maryi Królowej obchodzone było w dniu 31 maja, ale w wyniku posoborowej reformy kalendarza liturgicznego przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia Maryi – 22 sierpnia. To właśnie wydarzenie ukoronowania Maryi wspominamy w piątej tajemnicy chwalebnej różańca.W Piśmie świętym nie mamy tekstu, który by wprost mówił o królewskim tytule Najświętszej Maryi Panny. Są jednak teksty pośrednie, które tę prawdę zawierają. W raju pojawia się zapowiedź Niewiasty, która skruszy głowę węża (Rdz 3, 15). Archanioł Gabriel i Elżbieta wołają do Maryi: “Błogosławiona jesteś między niewiastami” (Łk 1, 28. 43) – a więc spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi Ty jesteś pierwsza. Sama też Maryja w proroczym natchnieniu wypowiada o sobie słowa: “Oto błogosławić Mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” (Łk 1, 48). Apokalipsa zawiera taką relację: “Potem ukazał się znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod Jej stopami, a na Jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12, 1) – tą Niewiastą, według Tradycji Kościoła, jest właśnie Maryja.
    Drugim źródłem naszej wiary w królowanie Maryi jest podanie ustne, które objawia się w zwyczajnym nauczaniu Kościoła i w pismach jego Ojców. Tu mamy już świadectwa wprost, a jest ich bardzo wiele. Św. Efrem (+ 373) już 1600 lat temu tak pisze o Maryi: “Dziewico czcigodna, Królowo i Pani”, “po Trójcy jest Panią wszystkich”, “jest Panią wszystkich śmiertelnych”. Samego siebie nazywa “sługą Maryi”. Św. Piotr Chryzolog (+ 451), również doktor Kościoła, nazywa Matkę Bożą “Panią” (Domina). W dawnej terminologii oznaczało to słowo godność władcy i króla. Św. Ildefons, biskup Toledo (+ 669), nazywa Maryję nie tylko Panią, ale “panującą nad wszystkimi ludźmi”. Przy tej okazji wypowiada przepiękne słowa: “Stałem się sługą Twoim, boś Ty się stała Matką mojego Stworzyciela”. Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), nazywa Maryję “Królową wszystkich mieszkańców ziemi”, a św. Jan Damasceński (+ 749) “Królową rodzaju ludzkiego” i “Królową wszystkich ludzi”, “Panią wszechstworzenia”.

    .Maryja - Królowa nieba i ziemi

    Potwierdzenie powszechnej wiary w to, że Maryja jest Królową nieba i ziemi, wyraża również ikonografia chrześcijańska, która od lat najdawniejszych przedstawia Maryję na tronie, z nimbem, w którym przedstawiano tylko cesarzy. Spotykamy taki sposób przedstawiania Najświętszej Maryi Panny już od III w. w katakumbach. Na ikonach bizantyjskich od wieku VI Matka Boża jest zawsze na tronie. Tego rodzaju obrazy, a potem figury nosiły nazwę Basilissa, czyli Królowa, lub Theantrōpos, czyli Pani siedząca na tronie, mająca na kolanach Dziecię Boże. Często dla podkreślenia, że Maryja jest także Królową aniołów, przedstawiano Jej postać w ich otoczeniu. W obrazach wczesnośredniowiecznych aniołowie podtrzymują koronę nad Jej głową. Ten typ obrazów nosił grecką nazwę Panagia angeloktistos. Od X w. powszechnym zwyczajem staje się przedstawianie Maryi na tronie i z koroną, w szatach królewskich, a nawet siedzącej po prawicy Chrystusa. Od XIV w. ulubionym tematem artystów staje się scena “koronacji” Maryi przez Pana Jezusa i Boga Ojca.W VIII w. jako forma walki z obrazoburcami przyjął się zwyczaj prywatnego koronowania obrazów i figur Matki Bożej, zwłaszcza słynących szczególnymi łaskami. W 732 r. papież św. Grzegorz III ukoronował obraz Matki Bożej szczerozłotymi koronami z diamentami. Papież Grzegorz IV w roku 838 podobną koronę ofiarował Matce Bożej w kościele św. Kaliksta w Rzymie. Od XVII w. zwyczaj ten stał się urzędowo zastrzeżony Stolicy Apostolskiej. Początkowo koronacje te były zastrzeżone jedynie w stosunku do cudownych obrazów włoskich. Wkrótce jednak rozszerzono je na cały świat. Pierwszym obrazem, który doczekał się zaszczytu papieskiej koronacji, był obraz Matki Bożej w zakrystii bazyliki św. Piotra w Rzymie (1631). W Polsce tego zaszczytu dostąpił jako pierwszy obraz Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (1651), a następnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej w roku 1717.
    Do najdawniejszych i najbardziej popularnych modlitw Kościoła należą “Pod Twoją obronę” (Sub Tuum præsidium) i “Witaj, Królowo” (Salve Regina) oraz Litania Loretańska, gdzie ostatnie wezwania wychwalają Matkę Bożą jako Królową.
    Tytuł Maryi Królowej podkreślony został także w dokumentach Soboru Watykańskiego II, szczególnie w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen gentium:

    Koronacja Maryi na Królową nieba i ziemi

    Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59). Tytuł “Królowa” podkreśla stan Maryi w czasach ostatecznych jako Tej, która zasiada obok swego Syna, Króla chwały. W ten sposób wypełniły się słowa Magnificat:
     “Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Maryja ma uczestnictwo w chwale zmartwychwstałego Chrystusa, gdyż miała udział w Jego dziele zbawczym. Jest Jego Matką, nosiła Go w swoim łonie, urodziła Go, zadbała o Jego wychowanie, towarzyszyła Mu nieustannie podczas Jego nauczania – aż do krzyża, a potem Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy.
    Maryja nie jest Królową absolutną, najwyższą i jedyną. Jest nad Nią Bóg i tylko On ma najpełniejsze prawo do tego tytułu. Jeśli więc Maryję nazywamy Królową, to jedynie ze względu na Jej Syna. Godność Jej Boskiego Macierzyństwa wynosi Ją ponad wszystkie stworzenia, czyni Ją Królową aniołów i wszystkich Świętych, Królową nieba i ziemi. Królewskość Maryi jest więc pośrednia. Tylko Pan Bóg jest władcą najwyższym i jedynym. Maryja ma władzę jedynie honorową i zleconą, pełni na ziemi rolę “Regentki”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Maryja to królowa, która służy

    Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59).

    ***

    22 sierpnia 2012 roku Królowaniu Maryi poświęcił papież Benedykt XVI swoją katechezę podczas audiencji ogólnej w Castel Gandolfo. Ojciec Święty zaznaczył, że temat ten obrał w związku z przypadającym dziś w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

    thepapalvisit.org.uk/fot. Mazur/PCh24.pl

    Drodzy bracia i siostry,

    Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny przyzywanej jako „Królowa”. Święto to wprowadzono niedawno, chociaż jego pochodzenie i kult są bardzo dawne. Ustanowił je Czcigodny Sługa Boży Pius XII w 1954 roku, na zakończenie Roku Maryjnego, wyznaczając jego datę na 31 maja (por. Encyklika Ad Caeli Reginam, 11 octobris 1954: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową, bardziej niż wszelka inna istota stworzona ze względu na wyniesienie Jej duszy i doskonałość otrzymanych darów. Nieustannie obsypuje Ona ludzkość wszystkimi skarbami swej miłości i troski (por. Discorso in onore di Maria Regina, 1° novembre 1954). Obecnie, po posoborowej reformie kalendarza liturgicznego zostało ono umieszczone osiem dni po uroczystości Wniebowzięcia NMP, aby podkreślić ścisły związek między królowaniem Maryi a Jej uwielbieniem w duszy i ciele, u boku swego Syna. W konstytucji dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen gentium czytamy: „Maryja z ciałem i duszą została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna” (n. 59).

    Tutaj jest źródło dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ jest związana w sposób wyjątkowy ze swym Synem, zarówno w życiu doczesnym, jak i w chwale nieba. Jak stwierdza Efrem Syryjczyk, królewskość Maryi pochodzi z Jej Boskiego macierzyństwa: jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), a ukazuje nam Jezusa jako nasze życie, zbawienie i nadzieję. Jak już przypominał Sługa Boży Paweł VI w adhortacji apostolskiej Marialis Cultus: „W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy: mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił darami, jakich nikomu innemu nie udzielił”(n. 25),

    Pytamy się teraz, co oznacza, „ Maryja-Królowa”? Czy to jeden z tytułów między innymi, czy korona jest jedną z ozdób? Jak już wskazałem jest to konsekwencja Jej zjednoczenia z Synem, przebywania w niebie, czyli w jedności z Bogiem. Ma Ona udział w odpowiedzialności Boga za świat i miłości Boga wobec świata. Istnieje popularne pojęcie króla czy królowej, zgodnie z którym miała by to być osoba obdarzona władzą i bogactwem. Nie jest to jednak ten rodzaj królowania, właściwy Jezusowi i Maryi. Pomyślmy o Panu Jezusie. Królowanie Chrystusa jest utkane z pokory, służby i miłości. Jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, gdy Piłat napisał „Król żydowski”. Na krzyżu ukazał On, że jest królem i w jaki sposób jest królem – cierpiąc za nas, z nami, miłując aż do końca i w ten sposób rządzi, tworzy prawdę, miłość, sprawiedliwość. Czy też podczas Ostatniej Wieczerzy, pochylając się i obmywając stopy swoim uczniom. Tak więc królowanie Jezusa nie ma nic wspólnego z panowaniem władców tego świata, jest Królem, który służy swoim sługom. Ukazał to na przestrzeni całego swego życia ziemskiego.

    Tak samo jest z Maryją: jest Ona Królową w służbie Bogu i ludzkości; jest Królową miłości, przeżywającą dar z siebie dla Boga, aby wejść w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: „Oto ja, Służebnica Pańska”, a w Magnificat wyśpiewuje: „Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy”. Pomaga nam i jest Królową właśnie miłując nas, kochając nas. W każdej naszej potrzebie jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.

    Jak Maryja sprawuje tę królewskość służby i miłości? Czuwając nad nami, Jej dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej podziękować lub wypraszać Jej macierzyńską opieką i Jej niebiańską pomoc, być może zagubiwszy drogę, uciskani bólem lub udręką z powodu smutnych i trudnych perypetii życiowych. W pomyślności czy też mrokach życia zwracamy się do Maryi, powierzając się jej nieustannemu wstawiennictwu, aby wyjednywała nam u Syna wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne na nasze pielgrzymowanie po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata zwracamy się ufni, za pośrednictwem Maryi Panny. Jest Ona od wieków przyzywana, jako Królowa Nieba. Po modlitwie Różańca Świętego osiem razy jest Ona w Litanii Loretańskiej przyzywana jako Królowa aniołów, patriarchów, proroków, apostołów, męczenników, wyznawców, dziewic, Wszystkich Świętych i rodzin. Rytm tych starożytnych wezwań i codziennych modlitw, jak na przykład Salve Regina, pomaga nam w zrozumieniu, że Najświętsza Dziewica jako nasza Matka u boku Syna swego Jezusa w chwale niebios jest z nami zawsze, w dniu powszednim naszego życia. Tak więc tytuł „Królowej” jest więc tytułem zaufania, radości, miłości. Wiemy, że Ta, która ma po części w ręku losy świata jest dobra, kocha nas i pomaga w naszych trudnościach.

    Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie zwracamy się do Niej ufni. Maryja nie omieszka wstawiać się za nami u swego Syna. Spoglądając na Nią, naśladujmy Jej wiarę, pełną gotowość wypełniania Bożego planu miłości, hojne przyjęcie Jezusa, uczymy się od Maryi życia. Maryja jest Królową Nieba, bliska Bogu, ale jest również matką bliską każdego z nas, miłującą nas i wysłuchującą nasz głos. Dziękuję za uwagę.

    Kai/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Benedykt XVI: Co oznacza, że Maryja jest Królową?

    “Tytuł Królowa jest zatem tytułem wyrażającym zaufanie, radość, miłość. Wiemy, że Ta, która ma w swych dłoniach po części losy świata, jest dobra, kocha nas i pomaga nam w naszych trudnościach”

    Benedykt XVI: Co oznacza, że Maryja jest Królową?
    fot. SICDAMNOME via Wikipedia, CC 4.0

    ***

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Dziś przypada wspomnienie liturgiczne Najświętszej Maryi Panny, czczonej tytułem Królowa. Święto to zostało ustanowione niedawno, choć jego początki i kult sięgają odległych czasów. W istocie ustanowił je czcigodny Pius XII w 1954 r. , na zakończenie Roku Maryjnego, i wybrał na jego obchody datę 31 maja (por. enc. Ad caeli Reginam, 11 października 1954 r.: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową bardziej niż jakiekolwiek inne stworzenie, ze względu na szlachetność Jej duszy i wspaniałe dary, jakie otrzymała. Nieustannie obdarowuje Ona hojnie ludzkość wszelkimi skarbami swojej miłości i otacza ją swoją opieką (por. przemówienie ku czci Maryi Królowej, 1 listopada 1954 r.). Po reformie posoborowej kalendarza liturgicznego zostało ono usytuowane w ósmym dniu po uroczystości Wniebowzięcia, aby uwydatnić ścisły związek między królewskością Maryi i Jej wyniesieniem z duszą i ciałem do chwały, jaką odbiera u boku Syna. W Konstytucji dogmatycznej o Ko ściele Soboru Watykańskiego II czytamy: Maryja «została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna» (Lumen gentium, 59).

    Taka jest geneza dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ w jedyny sposób jest złączona ze swoim Synem, zarówno w ziemskiej wędrówce, jak i w chwale nieba. Wielki święty syryjski, Efrem Syryjczyk, twierdzi, że królewskość Maryi wynika z Jej macierzyństwa: Ona jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), i wskazuje nam Jezusa jako życie, zbawienie i nadzieję dla nas. Sługa Boży Paweł VI przypominał w swojej adhortacji apostolskiej Marialis cultus: «W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy, mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę, pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił Ją darami, jakich nikomu innemu nie udzielił» (n. 25).

    A teraz zastanówmy się, co oznacza, że Maryja jest Królową. Czy jest to tylko tytuł, dodany do innych, korona, ozdoba jak inne? Co to oznacza? Czym jest ta królewskość? Jak już zostało wspomniane, jest ona konsekwencją Jej zjednoczenia z Synem, tego, że przebywa w niebie, czyli w komunii z Bogiem; Ona ma udział w odpowiedzialności Boga za świat i w miłości Boga do świata. Panuje powszechne, pospolite wyobrażenie o królu lub królowej, że jest to osoba mająca władzę, bogactwo. Ale nie tego rodzaju jest królewskość Jezusa i Maryi. Weźmy pod uwagę Pana: na królewskość i bycie królem Chrystusa składa się pokora, służba, miłość: jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, mówił o tym napis umieszczony z polecenia Piłata: «Król żydowski» (Mk 15, 26). W owej chwili na krzyżu okazuje się, że jest On królem. A w jaki sposób jest królem? Cierpiąc z nami, za nas, kochając do końca, i w taki sposób panuje i stwarza prawdę, miłość, sprawiedliwość. Pomyślmy też o innej chwili: w czasie Ostatniej Wieczerzy pochyla się, by umyć nogi swoim uczniom. A zatem królewskość Jezusa nie ma nic wspólnego z królewskością możnych tej ziemi. Jest Królem, który służy swoim sługom; pokazywał to całym swoim życiem. To samo dotyczy Maryi: jest Królową w służbie Boga dla ludzkości, jest Królową miłości, która swoje życie czyni darem dla Boga, aby włączyć się w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: «Oto ja służebnica Pańska» (Łk 1, 38), a w Magnificat śpiewa: Bóg «wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej» (Łk 1, 48). Pomaga nam. Jest Królową właśnie przez to, że nas kocha, że nam pomaga w każdej naszej potrzebie; jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.

    I tak doszliśmy do sedna: w jaki sposób urzeczywistnia Maryja to królestwo służby i miłości? Czuwając nad nami, swoimi dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej dziękować lub prosić o Jej matczyną opiekę, Jej niebieską pomoc, gdy być może zgubiły drogę, udręczone cierpieniem lub niepokojem z powodu smutnych i bolesnych kolei życia. W pogodnych lub mrocznych chwilach życia zwracamy się do Maryi, zawierzając się Jej nieustannemu wstawiennictwu, aby u Syna wyjednywała nam wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne w naszym pielgrzymowaniu po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata, zwracamy się z ufnością za pośrednictwem Maryi Dziewicy. Ona od wieków jest przyzywana jako niebieska Królowa niebios; ośmiokrotnie, po modlitwie różańcowej, wzywana jest w Litanii Loretańskiej jako: Królowa Aniołów, Patriarchów, Proroków, Apostołów, Męczenników, Wyznawców, Dziewic, Wszystkich Świętych i Rodzin. Rytmiczne powtarzanie tych starodawnych inwokacji i codzienne modlitwy, takie jak Salve Regina, pomagają nam zrozumieć, że Święta Dziewica, jako nasza Matka przebywająca w chwale niebios u boku Syna Jezusa, jest z nami zawsze, towarzyszy nam w codziennym życiu.

    Tytuł Królowa jest zatem tytułem wyrażającym zaufanie, radość, miłość. Wiemy, że Ta, która ma w swych dłoniach po części losy świata, jest dobra, kocha nas i pomaga nam w naszych trudnościach.

    Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie pamiętajmy, by zwracać się do Niej z ufnością. Maryja niezawodnie będzie orędować za nami u swojego Syna. Patrzmy na Nią i naśladujmy Jej wiarę, pełne otwarcie na Boży zamysł miłości, wielkoduszne przyjęcie Jezusa. Uczmy się żyć od Maryi. Maryja jest Królową nieba, bliską Boga, ale jest także Matką bliską każdego z nas, która nas kocha i wysłuchuje naszego głosu. Dziękuję za uwagę.

    po polsku:

    Pozdrawiam polskich pielgrzymów. Najświętszej Maryi Pannie Królowej zawierzam was, tu obecnych, Wasze rodziny i Waszą Ojczyznę. Poddając się pod Jej matczyne panowanie, radujcie się Jej opieką i Bożym błogosławieństwem! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Benedykt XVI/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 sierpnia

    Święty Pius X, papież

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Brunon Zembol, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiona Wiktoria Rasoamanarivo
    ***
    Święty Pius X

    Giuseppe (Józef) Sarto urodził się 2 czerwca 1835 r. w rodzinie wiejskiego listonosza, w Riese koło Wenecji. Uczęszczając do szkoły podstawowej w Riese, uczył się równocześnie języka łacińskiego u kapelana tej wioski, ks. Alojzego Horacjusza. W 1846 r. został przyjęty do gimnazjum w Castelfranco Veneto. Codziennie musiał więc przebiegać 14 km (po 7 km tam i z powrotem do domu). Trwało to przez 4 lata (1846-1850). W 1845 r. otrzymał sakrament bierzmowania; pierwszą Komunię świętą przyjął dwa lata później, kiedy miał 12 lat.
    Za pieniądze kardynała Jakuba Monico Józef podjął studia w seminarium w Padwie. Przebywał tam 8 lat (1850-1858). W tym czasie zmarł jego ojciec (1852) i była obawa, że Józef będzie musiał przerwać studia, aby pomagać matce. Matka jednak zdecydowała się dorabiać krawiectwem, aby synowi nie przerywać studiów. Święcenia kapłańskie Józef otrzymał 18 września 1858 r.
    Pierwszą placówką młodego kapłana była kapelania w Tombolo. Wyróżniał się tam jako doskonały kaznodzieja. Dlatego zapraszano go chętnie z kazaniami z różnych okazji. Swoje kazania przygotowywał bardzo starannie, każde z nich zapisując. Budował wiernych pobożnością i gorliwością kapłańską. Opiekował się ubogimi. Po 9 latach (1858-1867) biskup przeznaczył go na proboszcza do Salvano. Tu zajął się szczególnie katechizacją dzieci, uczeniem chóru śpiewu liturgicznego i biednymi. Sam będąc wiele razy głodny jako chłopiec, umiał zrozumieć głód innych. Był tak szczodry dla ubogich, że siostra częstokroć z płaczem skarżyła się mu, że nie ma co do garnka włożyć, a wstydzi się brać w sklepie na kredyt. Miał dwóch wikariuszy do pomocy, z którymi codziennie wieczorem omawiał potrzeby parafii. Po 8 latach został zwolniony z parafii i mianowany kanonikiem w Treviso. Niebawem biskup mianował ks. Józefa Sarto swoim kanclerzem (1875). Po śmierci biskupa został wybrany na wikariusza kapitulnego diecezji (1882).

    Święty Pius X w ówczesnym uroczystym stroju papieskim

    W 1884 r. papież Leon XIII mianował ks. Sarto biskupem Mantui i sam udzielił mu sakry biskupiej. Jako pasterz diecezji Józef umiał być kochającym i życzliwym dla wszystkich ojcem, ale bywał także stanowczy, kiedy tego wymagała chwała Boża. Sam przyświecał swojemu duchowieństwu przykładem modlitwy, ubóstwa i gorliwości kapłańskiej. Baczną uwagę zwrócił na seminarium duchowne, by mogli stąd wychodzić odpowiednio przygotowani do przyszłej misji kapłani. Osobiście zwizytował wszystkie kościoły i parafie diecezji, by się przekonać naocznie o ich potrzebach materialnych i duchowych. Na zakończenie wizytacji zwołał synod diecezjalny (1888), którego nie było od 250 lat. W 1891 roku urządził wielkie uroczystości w 300-lecie śmierci św. Alojzego Gonzagi, który pochodził z Mantui.
    W 1892 r. zmarł patriarcha Wenecji, kardynał Dominik Agostini. Leon XIII wyznaczył na jego miejsce biskupa Józefa Sarto. W trzy dni potem nowy patriarcha Wenecji otrzymał nominację na kardynała Kościoła. Całe swoje doświadczenie i gorliwość oddał do usług nowej archidiecezji. Rozwinął więc akcję katechizacji, by ją postawić na poziomie i ożywić ją we wszystkich parafiach oraz rektoratach swojej metropolii. W seminarium oprócz teologii dogmatycznej i moralnej wprowadził studia biblijne, historię Kościoła i ekonomię społeczną. Rozpoczął akcję oczyszczania muzyki kościelnej z elementów świeckich, jakie powszechnie wówczas wdarły się do liturgii. Pomagał mu w tym znany muzyk, Wawrzyniec Perosi. W roku 1895 zorganizował uroczystości jubileuszu 800-lecia konsekracji bazyliki św. Marka. W roku 1900 celebrował rocznicę 100-lecia konklawe, na którym w Wenecji został wybrany papieżem Pius VII. Jako patriarcha Wenecji mawiał do swoich kapłanów: “Głosicie wiele dobrych kazań. Niektóre zdradzają ogień najcudowniejszej wymowy i przewyższają nawet aktorów gestami i grą twarzy. Ale bądźmy szczerzy. Co mają z tego nasi biedni rybacy? Ile z tego rozumieją służące, robotnicy portowi i tragarze? Można dostać zawrotu głowy od tych hamletycznych salw huraganowych, ale serce, bracia, serce pozostaje puste. Proszę was, bracia, mówcie prosto oraz zwyczajnie, żeby i najprostszy człowiek was zrozumiał. Mówcie z dobrego i pobożnego serca, wtedy traficie nie tylko do uszu, ale i do duszy waszych słuchaczy”.

    Święty Pius X

    W 1903 r. zmarł wielki papież Leon XIII. 62 kardynałów po siódmym głosowaniu w dniu 4 sierpnia wybrało na jego następcę kardynała Józefa Sarto. Wybór przyjął zalany łzami. Uroczysta koronacja odbyła się 9 sierpnia. Nowy papież przyjął imię Piusa X. W dwa miesiące później (4 października 1903 r.) wydał swą pierwszą encyklikę Ad diem illum, w której wyłożył program swojego pontyfikatu: odnowić wszystko w Chrystusie (restaurare omnia in Christo). W 1906 r. wydał drugą z kolei encyklikę, dotyczącą karności i reformy duchowieństwa. W 1908 r. zaprowadził reformę kurii papieskiej i zmiany w procedurze konklawe. Rozpoczął reformę prawa kanonicznego, którą dokończył papież Benedykt XV, jego następca, wydaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (1918). W 1905 r. ukazał się Katechizm Piusa X najpierw dla diecezji rzymskiej, potem dla całego Kościoła z instrukcją o nauczaniu dzieci prawd wiary. Za pomocą listu motu proprio z 1903 r. Pius X wprowadził reformę muzyki kościelnej. Zreformował również brewiarz. Dekretem z 1905 r. zniósł konieczność przystępowania do spowiedzi przed każdym przyjęciem Komunii świętej, a dekretem Quam singulari Christus amore (z 8 sierpnia 1910 r.) obniżył wiek dzieci mogących przyjąć Komunię świętą.
    Z całą energią zwalczał współczesne błędy. Największym niebezpieczeństwem był modernizm – prąd, który obalał niemal wszystkie dogmaty. W encyklice Pascendi dominici gregis z 8 września 1907 r. modernizm został uroczyście potępiony, a kapłani zostali zobowiązani do składania przysięgi antymodernistycznej. Dla podniesienia wagi nauk biblijnych i dla przeciwstawienia się szerzonym błędom racjonalistycznym Pius X ustanowił Papieski Instytut Biblijny, istniejącą do dziś najwyższą szkołę biblijną (1909).
    Z całą stanowczością stawał w obronie Kościoła. Na tym tle doszło do gwałtownego zatargu z rządem francuskim, który w roku 1905 samowolnie zerwał konkordat z roku 1801 i usiłował narzucić Kościołowi ograniczające jego wolność prawa. Wtedy właśnie wypędzono z Francji zakonników i zlikwidowano niemal wszystkie klasztory. Papież mianował 40 biskupów na nie obsadzonych dotąd diecezjach, nie konsultując tego z rządem.
    Pius X bywa nazywany papieżem dzieci. Kochał je i pragnął, by jak najwcześniej spotkały się z Panem Jezusem, zanim szatan zajmie jego miejsce. Po wydaniu dekretu o wczesnej Komunii świętej otrzymał moc listów od dzieci. Pan Bóg obdarzył go także darem łask niezwykłych, m.in. uzdrawiania chorych.Święty Pius X - papież Eucharystii
    25 maja 1914 r. zdołał jeszcze zwołać konsystorz i ogłosić na nim wybór 13 nowych kardynałów. Z tej okazji dał wyraz swojemu przeczuciu bliskiej śmierci z powodu choroby nerek i oskrzeli, na którą od dawna cierpiał. 28 czerwca 1914 r. padł w Sarajewie od kuli zamachowca następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Wojna wisiała na włosku. Papież wydał orędzie do państw, usiłując zatrzymać groźbę wojny. Nie udało mu się to – 28 lipca stała się ona faktem. 21 sierpnia 1914 r. o godzinie 1 w nocy papież Pius X przeniósł się do wieczności. Następnego dnia odbył się jego pogrzeb i złożenie ciała do podziemi watykańskich pod bazyliką św. Piotra. 3 czerwca 1951 r. Pius XII dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego, a w trzy lata później, 29 maja 1954 r., ten sam papież dokonał jego uroczystej kanonizacji. Ciało św. Piusa X znajduje się w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Jest on czczony jako patron esperantystów.W ikonografii św. Pius X przedstawiany jest w stroju papieskim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 sierpnia

    Święty Bernard z Clairvaux,
    opat i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik
      •  Samuel, prorok
    ***
    Święty Bernard z Clairvaux

    Bernard urodził się w rycerskim rodzie burgundzkim, na zamku Fontaines pod Dijon (Francja) w 1090 r. Jego ojciec, Tescelin, należał do miejscowej arystokracji jako wasal księcia Burgundii. Jego matka (Aletta) była córką hrabiego Bernarda z Montbard. Jako chłopiec Bernard uczęszczał do szkoły prowadzonej przez kanoników diecezjalnych w St. Vorles, gdzie ojciec Bernarda miał swoją posiadłość. Ojciec marzył dla syna o karierze na dworze księcia Burgundii. W Boże Narodzenie Bernardowi miało się pojawić Dziecię Boże i zachęcać chłopca, aby poświęcił się służbie Bożej. Kiedy Bernard miał 17 lat (1107), umarła mu matka. Zwrócił się wówczas do Maryi, by mu zastąpiła matkę ziemską. Będzie to jeden z rysów charakterystycznych jego ducha: tkliwe nabożeństwo do Bożej Matki.
    Mając 22 lata wstąpił do surowego opactwa cystersów w Citeaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa. Żywoty Bernarda głoszą, że wśród niewiast powstała panika, iż nie będą miały mężów, bo wszystko, co było najszlachetniejsze, Bernard zabrał do zakonu.
    Nadmierne pokuty, jakie Bernard zaczął sobie zadawać, tak dalece zrujnowały jego organizm, że był już bliski śmierci. Kiedy tylko poczuł się nieco lepiej, wraz z 12 towarzyszami został wysłany przez św. Stefana, opata, do założenia nowego opactwa w pobliżu Aube, w diecezji Langres, któremu Bernard od pięknej kotliny nadał nazwę Jasna Dolina (Clara Vallis – Clairvaux). Jako pierwszy opat tegoż klasztoru otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 25 lat. W tym opactwie pozostał przez 38 lat jako opat. Stąd też rozpowszechniał dzieło św. Roberta (+ 1110) i św. Stefana (+ 1134) przez założenie 68 nowych opactw, toteż słusznie nadano mu tytuł współzałożyciela zakonu cystersów. Bernard nadał mu bowiem niebywały dotąd rozwój w całej Europie. Co więcej, oprócz nowych kandydatów w szeregi jego synów duchowych zaczęli się zaciągać także zwolennicy reformy z wielu opactw benedyktyńskich.

    Francisco Goya: Święty Bernard przyjęty do cystersów

    Bernard był nie tylko gorliwym opatem swojej rodziny zakonnej. Zasłynął także jako myśliciel, teolog i kontemplatyk. Umiał łączyć życie czynne z mistyką. Mając do dyspozycji na rozmowę z Bogiem tak mało czasu w ciągu dnia, poświęcał na nią długie godziny nocy. Założył około trzystu fundacji zakonnych, w tym także cysterską fundację w Jędrzejowie. Wywarł wpływ na życie Kościoła swej epoki. Był jedną z największych postaci XII wieku. Nazwano go “wyrocznią Europy”. Był obrońcą papieża Innocentego II. Położył kres schizmie Anakleta w Rzymie. Z polecenia Eugeniusza III ogłosił II krucjatę krzyżową. Napisał regułę templariuszy, zakonu powołanego w 1118 r. do ochrony pielgrzymów od napadów i stania na straży Grobu Chrystusa. Wyjednał także u papieża jej zatwierdzenie.

    Święty Bernard z Clairvaux - gorliwy czciciel Maryi

    Bernard bardzo żywo bronił czystości wiary. Wystąpił przeciwko tezom Abelarda, znanego dialektyka, bardzo awanturniczego i zbyt intelektualizującego prawdy wiary. Skłonił go do pojednania z Kościołem.
    Bernard zasłynął także swymi pismami. Jest ich wiele: od drobnych rozpraw teologicznych, poprzez utwory ascetyczne, kończąc na listach i kazaniach. Z traktatów najważniejsze to: O łasce i wolnej woli, O stopniach pokory i pychy, Księga o miłowaniu Boga, Pięć ksiąg do papieża Eugeniusza III. Z jego kazań najpiękniejsze to komentarze do Pieśni nad pieśniami (1136) i O Najświętszej Maryi Pannie. Wśród listów zachował się także list do biskupa krakowskiego.
    Bernard wyróżniał się także nabożeństwem do Męki Pańskiej. Na widok krzyża zalewał się obfitymi łzami. Bracia zakonni widzieli nieraz, jak czule rozmawiał z Chrystusem ukrzyżowanym. Dla wyrażenia swojej miłości do NMP nie tylko pięknie o Niej pisał, ale często Ją pozdrawiał w Jej świętych wizerunkach. Powtarzał wówczas radośnie Ave, Maria! Legenda głosi, że raz z figury miała mu odpowiedzieć Matka Boża na to pozdrowienie słowami: Salve, Bernardzie! Ikonografia często przedstawia go w tej właśnie sytuacji. Nadzwyczajny dar wymowy zjednał mu tytuł “doktora miodopłynnego”.

    Święty Bernard z Clairvaux - czciciel Męki Pańskiej

    Zmarł w Clairvaux 20 sierpnia 1153 r. Do chwały świętych wyniósł go papież Aleksander III w 1174 roku. Doktorem Kościoła ogłosił Bernarda papież Pius VIII w 1830 roku. W osiemsetną rocznicę jego śmierci Pius XII w 1953 r. wydał ku czci św. Bernarda piękną encyklikę, zaczynającą się od słów Doktor miodopłynny. Bernard jest czczony jako patron cystersów, Burgundii, Ligurii, Genui, Gibraltaru, Pelplina, a także pszczelarzy; wzywany jako opiekun podczas klęsk żywiołowych, sztormów oraz w godzinie śmierci.W ikonografii Bernard przedstawiany jest w stroju cysterskim. Jego atrybutami są m.in.: księga, krzyż opacki, krucyfiks; Matka Boża z Dzieciątkiem, narzędzia Męki Pańskiej, pióro pisarskie, różaniec, trzy infuły u stóp, rój pszczeli, ul.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Cysterski król – św. Bernard z Clairvaux

    Cysterski król - św. Bernard z Clairvaux
    FRA BARTOLOMEO: “WIZJA ŚW. BERNARDA ZE ŚW. BENEDYKTYNEM I ŚW. JANEM EWANGELISTĄ” (PD)Św. Bernard z Clairvaux

    ***

    Bernard uczył, że do Boga człowiek zbliża się raczej przez pokorę i miłość niż przez rozum.

    Pomoc Matki Bożej

    Pomoc Matki Bożej
    Filippino Lippi, “Wizja św. Bernarda”, olej na płótnie, 1486, kościół Badia Fiorentina, Florencja.

    ***

    Święty Bernard z Clairvaux, założyciel zakonu cystersów i doktor Kościoła, przerywa na chwilę pisanie kolejnego traktatu teologicznego. Jest wyraźnie zmęczony. Podnosi oczy i widzi stojącą przed nim Maryję.

    Otoczona aniołami jak gromadką dzieci Matka Boża patrzy łagodnie na świętego i podtrzymuje ręką karty jego traktatu. To dodaje mu sił do dalszej pracy. Skalisty krajobraz, w którym pracuje Bernard, symbolizuje wstrzemięźliwość świętego. Prowadził on surowe, pełne wyrzeczeń życie, wystrzegał się też wszelkiego blichtru. Zakazywał nawet dekorowania klasztornych kościołów. Na skale nad głową Bernarda artysta namalował karteczkę z łacińską dewizą, którą święty powtarzał za rzymskim filozofem Epiktetem z Hierapolis: Sustine et abstine (cierp i panuj nad sobą).

    W tle po prawej stronie widzimy cystersów przy swych codziennych zajęciach – modlitwie i pracy. Poniżej, za plecami świętego, w skalnej rozpadlinie siedzą dwa demony. Jeden z nich gryzie z wściekłością łańcuch, którym są skute. To symbol grzechów, poskromionych przez Maryję i św. Bernarda.

    Jeszcze niżej, na pierwszym planie, jakiś mężczyzna pobożnie składa ręce. To zamożny mieszczanin z Florencji, Francesco del Pugliese, ojciec fundatora dzieła. Jego syn Piero postanowił udekorować rodzinną kaplicę we florenckim kościele Badia Fiorentina i zamówił u Filippino Lippiego to malowidło.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    _____________________________________________________

    Opat z Clairvaux zachęca do kontemplacji i mistycyzmu. Tylko Jezus jest „miodem w ustach, kantykiem w uchu, radością w sercu.

    Drodzy bracia i siostry,

    dziś chciałbym mówić o świętym Bernardzie z Clairvaux, nazywanym „ostatnim z Ojców” Kościoła, ponieważ w XII wieku raz jeszcze odnowił i uobecnił wielką teologię Ojców. Nie znamy szczegółów jego dzieciństwa; wiemy jednak, że urodził się w 1090 roku w Fontaines we Francji, w dość zamożnej rodzinie wielodzietnej. Jako młodzieniec wyróżnił się w nauce tak zwanych sztuk wyzwolonych – zwłaszcza gramatyki, retoryki i dialektyki – w szkole kanoników kościoła w Saint-Vorles, w Châtillon-sur-Seine i dojrzewał w nim powoli zamiar podjęcia życia zakonnego. W wieku około dwudziestu lat wstąpił do Cîteaux – nowej fundacji monastycznej, lżejszej od starych i czcigodnych ówczesnych klasztorów, jednocześnie jednak bardziej wymagającej, gdy chodzi o praktykowanie rad ewangelicznych. Kilka lat później, w 1115, św. Stefan Harding, trzeci opat Cîteaux wysłał Bernarda do założenia klasztoru w Clairvaux. Tu młody opat, który miał zaledwie 25 lat, mógł wydoskonalić swoje pojęcie życia monastycznego i zaangażować się we wcielanie go w życie. Widząc dyscyplinę panującą w innych klasztorach, Bernard zdecydowanie podkreślał konieczność życia wstrzemięźliwego i umiarkowanego tak przy stole, jak i w stroju i w zabudowaniach klasztornych, zalecając utrzymanie i troskę o ubogich. Tymczasem wspólnota w Clairvaux rosła wciąż liczebnie i mnożyła swoje fundacje.

    W owych latach, przed rokiem 1130, Bernard prowadził bogatą korespondencję z wieloma osobami, zarówno ważnymi, jak i skromnej kondycji społecznej. Do licznych Lisów z tego okresu należy dodać równie liczne Kazania, a także Sentencje i Traktaty. Na ten okres przypada też wielka przyjaźń Bernarda z Wilhelmem – opatem Saint-Thierry i Wilhelmem z Champeaux, należącymi do najważniejszych postaci XII stulecia. Od roku 1130 zajmował się wieloma poważnymi sprawami Stolicy Apostolskiej i Kościoła, dlatego coraz częściej musiał opuszczać swój klasztor, a czasami i Francję. Założył też kilka klasztorów żeńskich i był uczestnikiem ożywionej wymiany korespondencji z Piotrem Czcigodnym, opatem Cluny, o którym mówiłem w ubiegłą środę.

    Swoje pisma polemiczne skierował przede wszystkim przeciwko Abelardowi, wielkiemu myślicielowi, który zapoczątkował nowy sposób uprawiania teologii, wprowadzając przede wszystkim dialektyczno-filozoficzną metodę konstruowania myśli teologicznej. Innym frontem, na którym walczył Bernard, była herezja katarów, którzy gardzili materią i ludzkim ciałem, pogardzając tym samym Stwórcą. On natomiast czuł się w obowiązku występować w obronie Żydów, potępiając oraz bardziej szerzące się nawroty antysemityzmu. Ze względu na ten ostatni aspekt jego działalności apostolskiej, kilkadziesiąt lat później Efraim, rabin Bonn, oddał Bernardowi przejmujący hołd. W tym samym okresie święty Opat napisał swoje najsławniejszego dzieła, jak głośne Kazania o Pieśni nad pieśniami.

    W ostatnich latach swego życia – zmarł w 1153 roku – Bernard musiał ograniczyć podróże, nie rezygnując z nich jednak zupełnie. Wykorzystał to do ostatecznego przejrzenia zbioru Listów, Kazań i Traktatów. Na wspomnienie zasługuje książka dość wyjątkowa, którą ukończył właśnie w tym okresie, w 1145, kiedy jeden z jego uczniów, Bernardo Pignatelli, został papieżem, przyjmując imię Eugeniusz III. Z tej okazji Bernard, jako ojciec duchowy, skierował do tego swego syna duchowego tekst zatytułowany „De Consideratione”, zawierający wskazania, jak być dobrym papieżem. W księdze tej, która pozostaje lekturą odpowiednią dla papieży wszystkich czasów, Bernard nie mówi jedynie, jak być dobrym papieżem, ale ukazuje też głęboką wizję tajemnicy Kościoła i tajemnicy Chrystusa, która prowadzi ostatecznie do rozważania tajemnicy Boga Trójjedynego: „Należałoby nadal szukać tego Boga, którego jeszcze nie dość szukany”, pisze święty Opat, „być może jednak uda się szukać lepiej i łatwiej w modlitwie niż w dyskusji. Zakończmy więc na tym księgę, ale nie poszukiwania” (XIV, 32: PL 182, 808), nie drogę ku Bogu.

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 21 PAŹDZIERNIKA 2009

    ___________________________________________________________________________

    Opowiadali, że gdzie tylko się pojawił, tam kobiety wpadały w przerażenie, że zabraknie dla nich mężów, ponieważ najszlachetniejszych okolicznych młodzieńców pociągał za sobą do zakonu. Św. Bernard z Clairvaux (1090–1153) zakonnik, mistyk, teolog, płomienny kaznodzieja o przywódczym, gwałtownym temperamencie był bez wątpienia geniuszem religijnym, jedną z osobowości, która ukształtowała oblicze średniowiecznej Europy.

    Pochodził z rycerskiego burgundzkiego rodu z Fontaines pod Dijon. W wieku 22 lat postanowił zostać mnichem. Wraz z nim zakonnikami zostali jego czterej bracia i 25 przyjaciół. Wybrał opactwo w Citeaux, zreformowany klasztor benedyktyński, który dał początek nowej rodzinie zakonnej – cystersom. Już trzy lata później Bernard został założycielem i opatem klasztoru w Clairvaux. Głównie jego charyzmie cystersi zawdzięczają niezwykły rozwój w pierwszej połowie XII wieku. O skali zjawiska świadczy fakt, że w chwili, gdy Bernard został cystersem, istniał tylko jeden macierzysty klasztor w Citeaux. Kiedy umierał, 41 lat później, w całej Europie było już 350 cysterskich fundacji, wśród nich także polski Jędrzejów.

    Sam Bernard założył 63 klasztory. Nazywano go „niekoronowanym władcą” Europy. Prowadził korespondencję z wszystkim znaczącymi postaciami swoich czasów. Zachowało się 500 jego listów, wśród nich także list do biskupa krakowskiego. Doradzał papieżom, kardynałom, królom, książętom. Wpływał na nominacje biskupie. Słynął jako żarliwy kaznodzieja, dlatego nadano mu przydomek „Doktor Miodopłynny”. Był wielkim czcicielem Maryi. Nawoływał do zorganizowania drugiej krucjaty, a jednocześnie łagodził konflikty wewnątrz Kościoła. Niezwykłą aktywność zewnętrzną godził z głębokim życiem modlitwy i radykalnymi umartwieniami. Zrezygnował z mitry biskupiej, do śmierci pozostał opatem w Clairvaux.

    Św. Bernard polemizował z rodzącą się właśnie teologią scholastyczną. Uważał, w przeciwieństwie do scholastyków, że rola filozofii i rozumu w poznawaniu Boga jest ograniczona. Gwałtowny spór Bernarda z Abelardem dotyczył pytania, jak dalece rozum może być użyteczny w przestrzeni wiary. Opat z Clairvaux uważał, że granice między rozumem i wiarą są ściśle wytyczone. Istnieją prawdy wiary, które znajdują się ponad rozumem. Przekraczanie granic rozumu w poszukiwaniu wiary byłoby przejawem pychy, wręcz zamachem na Bożą tajemnicę. Św. Bernard drogę do Boga widział raczej w ascezie i kontemplacji niż w rozumowaniu.

    Akcentował, że poznawanie Boga jest osobistym wewnętrznym doświadczeniem, które jest łaską. Podstawowymi warunkami otrzymania tej łaski jest pokora i miłość. Celem mistycznej drogi jest ekstaza, czyli moment, w którym dusza wychodzi jakby z samej siebie, jednoczy się z Bogiem i staje się podobna do Niego. Na pytanie, jak uzasadnić miłość, Bernard odpowiadał: „Miłość sama przez się wystarcza. Poza sobą nie szuka dla siebie uzasadnienia ani korzyści. Jej korzyścią jest miłowanie. Miłuję dlatego, bo miłuję, miłuję po to, by miłować”.

    ____________________________________________________________________

    Uważaj!

    Matki ukrywały synów, by poruszeni mową Bernarda nie zechcieli, broń Boże, wstąpić do cystersów!

    Jego płomienne kazania porywały tłumy. Kroniki podawały, że matki ukrywały synów, by poruszeni jego mową nie zechcieli, broń Boże, wstąpić do cystersów! Nic dziwnego, że Bernard z Clairvaux zyskał tytuł Doktora Miodopłynnego. „Bóg się rodzi, moc truchleje. Pan niebiosów obnażony, Ogień krzepnie, blask ciemnieje. Oj, trzeba się wziąć za zmywanie naczyń…” – czytam w najnowszej książce trapisty o. Michała Zioło. Tęskniąc za przyjściem Jezusa, za Jego dotykiem, czekamy na jakieś wyjątkowe wydarzenie.

    Tymczasem – podkreśla o. Michał – istnieją piękne średniowieczne opowieści, w których Jezus zaskakuje cysterskich mnichów swoją mistyczną, rozpalającą serce obecnością w najbardziej zwykłych miejscach: w drewutni przy rąbaniu drewna, w stajni, na pastwisku przy pilnowaniu wołów… Bądź uważny. Bóg przychodzi, kiedy chce, często robi takie właśnie psikusy, że przychodzi, gdy kompletnie nie jesteśmy do tego przygotowani. Nie jesteśmy ani umyci, ani dobrze ubrani, jesteśmy w trakcie przebierania się na modlitwę i wtedy jest dotknięcie. Mocne dotknięcie.

    W komentarzach do Pieśni nad pieśniami Bernard z Clairvaux pisał często o nawiedzeniu mnichów przez Słowo (tak nazywał Jezusa). „Słowo przyszło – notował – nie wiem, kiedy. Nie wiem, jak. Ale było. I nagle odeszło”. Urodził się dokładnie 920 lat temu w rodzinie arystokratycznej, na zamku Fontaine koło Dijon we Francji. Choć jako mnich nauczał, by w życiu duchowym nie czekać na owoce, sam widział ich mnóstwo. Wystarczy spojrzeć na statystyki. Gdy młodziutki arystokrata został w 1112 roku mnichem w klasztorze cystersów w Cîteaux, przekonał do tego samego pięciu swoich braci, a także wuja i 30 innych mężczyzn.

    Gdy trzy lata później założył klasztor w Clairvaux i został jego pierwszym opatem, świątynia przeżywała nieprawdopodobny rozkwit. Przykład życia mnichów tak porywał młodych Francuzów, że jak grzyby po deszczu wyrastały nowe klasztory. Powstało ich aż sto sześćdziesiąt osiem! Bernard zreformował macierzystą regułę, kładąc większy nacisk na kontemplację. Znany był też ze swej miłości do Maryi. Legenda głosi, że gdy któregoś dnia pozdrowił ją jak zwykle: „Ave Maria!”, ta uśmiechnęła się: „Salve Bernardzie!”.

    Marcin Jakimowicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 sierpnia

    Święty Jan Eudes, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Tolomei, opat
      •  Błogosławiony Gweryk, opat
      •  Święty Ludwik, biskup
      •  Święty Sykstus III, papież
    ***
    Święty Jan Eudes

    Jan Eudes urodził się 14 listopada 1601 r. w rodzinie wieśniaków, w Ry (Normandia). Po ukończeniu szkół podstawowych Jan wstąpił do kolegium jezuickiego w Caen. Tutaj pogłębił w sobie życie wewnętrzne. Znajomość języka łacińskiego opanował w tak doskonałym stopniu, że mógł się nim posługiwać na równi z językiem ojczystym. Jako wzorowy uczeń został przyjęty do Sodalicji Mariańskiej. Po ukończeniu kolegium w 1623 roku wstąpił do głośnego wówczas we Francji “Oratorium Jezusa”. Przyjął go sam założyciel tej instytucji, kardynał Piotr de Berulle, wówczas najwyższy autorytet moralny we Francji. W dwa lata potem Jan przyjął święcenia kapłańskie (1625).
    W 1627 r. powrócił do Argentan, kiedy dowiedział się, że panuje tam zaraza. Niósł pomoc zarażonym. Następnie został przeznaczony do Caen. Powierzono mu obowiązki wędrownego kaznodziei, by głosił rekolekcje, misje, słowo Boże z okazji odpustów i świąt. Tę wyczerpującą pracę prowadził przez 44 lata (1632-1676). Za podstawę obrał sobie katechizm. Systematycznie uczył prawd wiary i moralności tak dzieci, jak i dorosłych, wieśniaków, jak i mieszczan. Co roku przeprowadzał 3 do 4 misji, a każda z nich trwała od 4 do 8 tygodni. Przez całe swe życie przeprowadził 110 misji. W ciągu kilkudziesięciu lat przemierzył całą Normandię, Bretonię i część Burgundii. Wielu kapłanów i wiele sióstr zakonnych poddało się pod jego kierownictwo duchowe.
    Za poradą spowiednika wystąpił z Oratorium (1643) i postanowił założyć własne zgromadzenie misyjne (eudystów) dla nauczania i katechizowania ludu, który był pod tym względem mocno zaniedbany. Ponieważ wyróżniał się nabożeństwem do Serca Jezusa i Maryi, cześć dla tych Serc szerzył niezmordowanie żywym słowem i pismem. Założył szereg seminariów duchownych w diecezjach, w których ich jeszcze nie było, mimo bardzo surowych zaleceń soboru trydenckiego (1545-1563): w Coutances (1650), w Lisieux (1653), w Rouen (1658), w Evreux (1667) i w Rennes (1670), skąd wyszło wielu gorliwych kapłanów. Seminaria te prowadzili jego synowie duchowi.
    W swoich wędrówkach apostolskich zauważył, że po miastach szerzyła się rozpusta. Wiele młodych niewiast i dziewcząt w tego rodzaju życiu widziało jedyną dla siebie szansę zdobycia utrzymania. Nieustanne wojny i zamieszki, zarazy i pożary pomnażały nędzę, która pchała kobiety w ramiona rozpusty. Jan utworzył więc nową, żeńską rodzinę zakonną do opieki nad moralnie upadłymi dziewczętami, pod nazwą Sióstr Matki Bożej od Miłości. Tego rodzaju inicjatywa była potrzebna, gdyż nowy zakon otworzył swoje placówki w Caen (1642), w Rennes (1673), w Hennebont (1676) i w Guingamp (1676). Papież Aleksander VII zatwierdził nowe dzieło bullą w 1666 roku.
    Jan znajdował też czas na twórczość pisarską. Do najcenniejszych jego pism należą Królestwo Chrystusa (1637), Katechizm misyjny (1642), Kontrakt człowieka z Bogiem przez Chrzest święty (1654), Pamiętnik życia kościelnego (1681), Dobry spowiednik (1666) i Kaznodzieja apostolski (1685). Niektóre z tych dziełek ukazały się w druku dopiero po jego śmierci.

    Święty Jan Eudes

    Największe zasługi Jan Eudes położył jako niezmordowany apostoł nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i Serca Jego Matki. Jako pierwszy wystąpił publicznie z rozpowszechnianiem nabożeństwa, które było dotąd zarezerwowane tylko dla wybranych. Rozpowszechniał wśród ludu i duchowieństwa obrazy i obrazki Najświętszych Serc, modlitwy i pobożne wezwania. U biskupów poszczególnych diecezji otrzymał zezwolenie na obchodzenie święta Serca Jezusa (20 października) i Serca Maryi (8 lutego). Ułożył do tekstu Mszy świętej i brewiarza osobne czytania i hymny. Rodziny zakonne, które założył, oddał pod opiekę Serca Maryi i Jezusa. Jako hasło i codzienne pozdrowienie wprowadził do swoich klasztorów: Zdrowaś, Serce Najświętsze! Zdrowaś, Najukochańsze Serce Jezusa i Maryi! Nabożeństwo to szerzył także poprzez misje urządzane przez siebie i swoich synów duchowych. Nakazał odprawiać je w seminariach, które prowadził jego zakon. W roku 1650 Jan założył bractwo Serca Jezusa i Maryi. W Coutance wystawił pierwszy kościół ku czci Serca Pana Jezusa i Matki Bożej.
    Właśnie ta akcja przysporzyła mu jednocześnie najwięcej cierpień. Naraził się bowiem jansenistom. Oratorianie, z których szeregów wystąpił, także nie mogli mu tego darować. Posądzono go o herezję. Doszło do tego, że król nakazał mu usunąć się z Paryża. Kapłan bronił się. Przekonywał, że teologicznie nabożeństwo to nie jest błędne, a z powodów duszpastersko-ascetycznych ma wielkie znaczenie. Opatrzność czuwała nad dziełem. Znaleźli się dygnitarze, którzy udzielili poparcia pięknej inicjatywie. Jan dla ostrożności oddał teksty liturgiczne, ułożone przez siebie, do przeglądu wybitnym teologom. Ci je zatwierdzili (1670). W 1672 roku Jan Eudes wysłał pismo do sześciu domów swojego zgromadzenia męskiego, w których polecił obchodzić święto Serca Pana Jezusa (20 października) jako święto patronalne zgromadzenia. W tym samym liście polecił równocześnie, by uroczystość tę poprzedziła uroczystość Serca Maryi (8 lutego). Za eudystami poszły z wolna inne zakony. Święto Serca Pana Jezusa przyjęły m.in. benedyktynki od Najświętszego Sakramentu (1674) i benedyktynki z Montmartre (1674). Po śmierci Jana w 1681 r. ukazało się w druku dziełko Przedziwne Serce Najświętszej Matki Bożej, w którym Jan wyłożył naukę dotyczącą tego nabożeństwa. Nosił się z myślą wydania podobnej pracy o Najświętszym Sercu Jezusowym, ale śmierć przerwała mu przygotowanie pracy.Zmarł w Caen 19 sierpnia 1680 r. Jego beatyfikacja miała miejsce w 1909 r., dokonał jej papież Pius X. Uroczystej kanonizacji dokonał jego następca, Pius XI, w roku świętym 1925.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święty Jan Eudes

     pl.wikipedia.org

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie św. Jana Eudesa, niestrudzonego apostoła nabożeństwa do Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, który żył we Francji w XVII wieku – stuleciu naznaczonym przez przeciwstawne sobie zjawiska religijne i poważne problemy polityczne. Był to czas wojny trzydziestoletniej, która zniszczyła nie tylko dużą część centralnej Europy, ale także dusze. Gdy ze strony niektórych panujących wówczas prądów myślowych szerzyła się pogarda dla wiary chrześcijańskiej, Duch Święty wzbudzał pełną mocy odnowę duchową, dzięki postaciom tej rangi, co de Bérulle, św. Wincenty a Paulo, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort i św. Jan Eudes. Jednym z owoców tej wielkiej „francuskiej szkoły” świętości był również św. Jan Maria Vianney. Tajemniczym zrządzeniem Opatrzności mój czcigodny Poprzednik Pius XI ogłosił świętymi jednocześnie 31 maja 1925 r. Jana Eudesa i Proboszcza z Ars, dając Kościołowi i całemu światu dwa niezwykłe wzory kapłańskiej świętości.
    W kontekście Roku Kapłańskiego chciałbym podkreślić zapał apostolski św. Jana Eudesa, skierowany zwłaszcza na formację duchowieństwa diecezjalnego. Święci są prawdziwą interpretacją Pisma Świętego. Święci zweryfikowali w doświadczeniu życia prawdę Ewangelii; w ten sposób wprowadzają nas w poznanie i w zrozumienie Ewangelii. W 1563 r. Sobór Trydencki ogłosił rozporządzenia dotyczące tworzenia seminariów diecezjalnych i formacji kapłańskiej, zdawał sobie bowiem sprawę, że cały kryzys reformacji spowodowany był także niewystarczającą formacją kapłanów, którzy nie byli właściwie przygotowani do kapłaństwa, zarówno intelektualnie, jak i duchowo, w sercu i w duszy. Miało to miejsce w 1563 r.; jednakże z powodu opóźniania wprowadzania w życie i wypełniania tych norm zarówno w Niemczech, jak i we Francji, św. Jan Eudes dostrzegał skutki tych zaniedbań. Mając pełną świadomość wielkiej potrzeby pomocy duchowej, jaką odczuwały dusze właśnie z powodu nieprzystosowania się dużej części duchowieństwa, święty ten, który sam był proboszczem, założył zgromadzenie zajmujące się w sposób szczególny formacją kapłanów. W uniwersyteckim mieście Caen założył swe pierwsze seminarium – było to doświadczenie wyjątkowo cenne, które szybko objęło także inne diecezje. Fundamentem drogi świętości, jaką sam przebył i zaproponował swoim uczniom, była mocna ufność w miłość, którą Bóg objawił ludzkości w kapłańskim Sercu Chrystusa i w macierzyńskim Sercu Maryi. W owych czasach okrucieństw, utraty życia wewnętrznego, zwrócił się on ku „sercu”, które jest słowem z Psalmów, tak pięknie interpretowanym przez św. Augustyna. Chciał zwrócić uwagę ludzi – a przede wszystkim przyszłych kapłanów – na serce, ukazując kapłańskie Serce Chrystusa i macierzyńskie Serce Maryi. Każdy kapłan musi być świadkiem i apostołem tej miłości Serc Chrystusa i Maryi. I tu dochodzimy do naszych czasów.
    Dziś także odczuwa się potrzebę kapłanów, którzy dawaliby świadectwo nieskończonemu miłosierdziu Boga całym swoim życiem, „zdobytym” przez Chrystusa i uczyli się tego przez lata swojego seminaryjnego przygotowania. Papież Jan Paweł II, po synodzie w 1990 r., ogłosił adhortację apostolską „Pastores dabo vobis”, w której podjął i uaktualnił wskazania Soboru Trydenckiego, podkreślając zwłaszcza konieczność ciągłości między początkiem a formacją stałą; dla niego i dla nas jest to prawdziwy punkt wyjścia do autentycznej reformy życia i apostolatu kapłanów, a także węzłowy punkt, aby nowa ewangelizacja nie była jedynie atrakcyjnym sloganem, ale by przekładała się na rzeczywistość. Podwaliny położone podczas formacji w seminarium stanowią niezastąpiony „humus spirituale” (grunt duchowy), na którym, „ucząc się Chrystusa”, stopniowo upodabnia się do Niego, jedynego Najwyższego Kapłana i Dobrego Pasterza. Czas pobytu w seminarium należy zatem postrzegać jako aktualizację tej chwili, w której Pan Jezus, po powołaniu Apostołów – ale przed rozesłaniem ich, by przepowiadali – prosi ich, by z Nim byli (por. Mk 3,14). Św. Marek, opowiadając o powołaniu Dwunastu Apostołów, mówi nam, że Jezus miał dwojaki cel: najpierw chciał, aby pozostali z Nim, a następnie, aby zostali posłani do głoszenia nauki. Jednakże podążając wciąż za Nim, rzeczywiście głoszą Chrystusa i niosą światu rzeczywistość Ewangelii.
    Podczas tego Roku Kapłańskiego proszę Was, drodzy Bracia i Siostry, abyście modlili się za kapłanów i za tych, którzy przygotowują się do otrzymania wyjątkowego daru kapłaństwa sakramentalnego. Na zakończenie kieruję do wszystkich wezwanie św. Jana Eudesa, który mówi do kapłanów: „Ofiarujcie się Jezusowi, by wejść w bezkres Jego ogromnego Serca, zawierającego Serce Jego Świętej Matki i wszystkich świętych, i aby zatracić się w tej otchłani miłości, miłosierdzia, pokory, czystości, posłuszeństwa i świętości” („Coeur admirable”, III, 2).

    Audiencja Generalna, 19 sierpnia 2009 – Benedykt XVI – papież

    z oryginału włoskiego tłumaczył o. Jan Pach OSPPE

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 sierpnia

    Błogosławiona Sancja Szymkowiak, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Albert Hurtado, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort
    ***
    Błogosławiona Sancja Szymkowiak

    Janina Szymkowiak urodziła się 10 lipca 1910 r. w Możdżanowie koło Ostrowa Wielkopolskiego. Z domu rodzinnego wyniosła silną wiarę, zasady moralne i gorącą miłość ojczyzny. W 1929 roku, po ukończeniu gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim, podjęła studia romanistyki na Uniwersytecie Poznańskim. Od wczesnej młodości prowadziła głębokie życie religijne. Codziennie uczestniczyła we Mszy św. i przyjmowała Komunię św. Cechowała ją prawość w postępowaniu, wierność przyjętym zobowiązaniom i miłość bliźniego. W 1934 r. uzyskała absolutorium i wyjechała do Francji. Zamieszkała u sióstr oblatek. Chodziło jej o doskonalenie języka przed złożeniem magisterium.
    Udział w pielgrzymce do Lourdes zadecydował o dalszym jej życiu. Pozostała u oblatek i rozpoczęła postulat. Jednak na usilne prośby rodziców, po kilku miesiącach wróciła do Polski. Matka i ojciec doradzali jej wybór zakonu w kraju. Wkrótce zetknęła się z siostrami serafitkami i w 1936 r. wstąpiła do nich w Poznaniu. Otrzymała wówczas zakonne imię Sancja. Pracowała jako wychowawczyni, nauczycielka, furtianka i refektarka. W czasie wojny pozostała w klasztorze, mimo że przełożeni dali jej możliwość czasowego powrotu do domu rodzinnego. Niemcy zamienili dom sióstr w Poznaniu na hotel. Sancja pomagała jako tłumaczka angielskim i francuskim jeńcom, którzy nazywali ją “aniołem dobroci”.
    Wycieńczona ciężką pracą i skromnymi, klasztornymi warunkami, zachorowała na gruźlicę gardła. Cierpienia związane z chorobą ofiarowała Bogu za grzeszników. Przed śmiercią powiedziała: “Umieram z miłości, a Miłość miłości niczego odmówić nie może”. Ciężko chora złożyła śluby wieczyste. Umarła 29 sierpnia 1942 r. z nadzieją, a nawet pewnością, że nadal będzie pomagać innym. Jej grób znajduje się w kościele św. Rocha w Poznaniu.
    W 1996 r. za wstawiennictwem s. Sancji została cudownie uzdrowiona nowo narodzona dziewczynka z Poznania, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Po zbadaniu tego wydarzenia przez odpowiednich ekspertów Stolica Apostolska ogłosiła dekret o cudownym charakterze tego uzdrowienia. To otworzyło drogę do beatyfikacji s. Sancji. Dokonał jej podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. 18 sierpnia 2002 r. na krakowskich Błoniach mówił on o bł. Sancji Szymkowiak: Drogę powołania zakonnego bł. Sancji Janiny Szymkowiak, serafitki, wyznaczało dzieło miłosierdzia. Już z domu rodzinnego wyniosła gorącą miłość do Najświętszego Serca Jezusowego i w tym duchu była pełna dobroci dla wszystkich ludzi, a szczególnie dla najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących. Przynależąc do Sodalicji Mariańskiej i Kółka Miłosierdzia św. Wincentego, niosła im konkretną pomoc, zanim jeszcze wstąpiła na drogę życia zakonnego, by potem jeszcze pełniej oddać się na służbę innym. Ciężkie czasy hitlerowskiej okupacji przyjęła jako okazję do całkowitego oddania siebie potrzebującym. Swoje powołanie zakonne zawsze uznawała za dar Bożego miłosierdzia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________
    Życiorys bł. s. Sancji Szymkowiak

    Bł. siostra Sancja Szymkowiak
    Bł. siostra Sancja Szymkowiak/pl.wikipedia.org
    ***

    Błogosławiona Siostra Sancja Janina Szymkowiak (1910-1942) to osoba podobna do przejrzystości kryształu. Tajemnicę jej krótkiego życia można wyrazić w słowach wypowiedzianego przez nią pragnienia: Pragnę, aby całe moje życie było jednym aktem miłości. Tak ujęty program życia dawał jej najpiękniejszą perspektywę świętości, opartą na całkowitym oddaniu się Sercu Bożemu. Realizacja jej powołania, w duchowym wymiarze zbieżna z ”małą drogą” św. Tereni, wskazuje na to, że każdy czyn – wielki, czy mały, podjęty z miłości ku Bogu i bliźniemu, ma swoją nieocenioną wartość. S. Sancja, to Błogosławiona świadcząca o potędze miłości odkrytej w Bogu i dzielonej z innymi poprzez prostotę życia codziennego oraz wskazująca na wielkość człowieka, rodzącą się w jego sercu.

    Jeżeli chcesz, możesz poznać sekret jej życia przemienionego w jeden akt miłości.

    Narodziny „królewny”.

    Przyjście na świat Janiny było wielkim świętem w rodzinie Szymkowiaków. Dzień 10 lipca 1910 roku wpisał się w jej dzieje jako dzień spełnionych marzeń. Augustyn i Marianna mieli już czterech synów, narodziny jedynej i najmłodszej z rodzeństwa córki przyniosło im wielkie szczęście. Od początku pretendowała na „królewnę” rodziny, którą była szczególnie dla ojca. Dom w Możdżanowie k. Ostrowa Wielkopolskiego, w którym witano nowe dziecko, wypełnił się radością i nadzieją. Dziewczynka na chrzcie św. otrzymała dwa imiona: Janina Ludwika.

    Kiełkowanie ziarna.

    Wszystko to, co stanowiło o szlachetności charakteru Janiny, miało swój początek w kręgu rodzinnym. Jej rodzice byli ludźmi głęboko religijnymi, żyjącymi na co dzień wartościami chrześcijańskimi. Troszczyli się o dobre, mądre, oparte o wiarę wychowanie swych dzieci. Przez modlitwę i świadectwo życia zasiewali w ich sercach ziarna miłości, prawdy, pracowitości i ofiarności. Często chodzili do kościoła i przystępowali do sakramentów św. Odznaczali się głęboką czcią Serca Bożego. Wychowywali dzieci ucząc je miłości do Ojczyzny i patriotyzmu. Polska w tym okresie historycznym była pod zaborami, a tereny, na których zamieszkiwali, włączone były do Niemiec. Szymkowiakowie, nie mając innych możliwości, posyłali dzieci do szkoły niemieckiej. Zależało im jednak, by ich dzieci wzrastały w poczuciu tożsamości narodowej, by posiadały wiedzę dotyczącą dziejów ojczyzny, by znali odpowiednie pieśni, umieli czytać i pisać po polsku, aby wyrastały na ludzi umiejących bronić własnych ideałów. Matka w domu uzupełniała ich wykształcenie w duchu narodowym. Pieczęcią potwierdzającą autentyzm postawy patriotycznej było cierpienie, jakie rodzina poniosła od władz niemieckich za przemycanie ulotek agitacyjnych i śpiewy polskich kolęd. Represje obejmowały internowanie ojca i brata, wybuch wrzuconego do zamieszkiwanego budynku granatu oraz ucieczkę na niedługi czas z domu przed dalszymi szykanami.

    Janina, będąc bardzo wrażliwym dzieckiem, przeżywała wszystko głęboko. Chłonąc atmosferę rodzinnego domu, na stałe gruntowała w sobie praktykowane wartości. Jej szaroniebieskie oczy zdradzały szczęście i radość, błyskotliwość i pogodne usposobienie, a jasne, długie, splecione jak kłosy zbóż warkocze, dodawały jej szczupłej sylwetce uroku. Była dziewczynką spontaniczną, żywiołową i uczuciową, serdeczną, ambitną i upartą. Mając kontakt z przyrodą, lubiła też samotność, a jej dusza uczyła się odnajdywać Boga w szumie lasu i przestrzeniach wielkopolskich pól. Kiełkujące ziarna zasiane w jej sercu coraz bardziej rosły i rozwijały się w stronę błękitnego nieba.

    Wzrastanie w łasce i w mądrości.

    Po dziewięciu latach szczęśliwego dzieciństwa spędzonego w gronie najbliższych osób, po ukończeniu niemieckiej elementarnej szkoły w Szklarce, Janina, już w wolnej ojczyźnie, opuściła dom i zamieszkała na stancji, w celu podjęci dalszego kształcenia. W 1919 roku rozpoczęła naukę w Żeńskim Liceum i Gimnazjum Humanistycznym w Ostrowie Wielkopolskim. Po niedługim czasie, rodzice Janiny zakupili dom w Ostrowie Wielkopolskim i dzięki temu znowu wszyscy mogli zamieszkać razem. Czas nauki w gimnazjum dawał Janinie przestrzeń, w której rozwijała się religijnie, intelektualnie i społecznie. Nowe wyzwania jeszcze mocniej ujawniały cechy jej charakteru i pozwalały na tworzenie silnej osobowości. W otoczeniu koleżanek szybko dała się poznać jako osoba prawa, dobra, otwarta, umiejąca głośno wyrazić swoje zdanie, a przy tym skromna, wewnętrznie skupiona, pogodna. W nauce była pilna, systematyczna, ambitna. W sposobie bycia naturalna, szczera, koleżeńska, ale nie narzucająca się nikomu. Wszyscy znali ją z postawy uczciwości – nigdy nie dawała odpisywać zadań, za to chętnie pomagała w ich odrabianiu. Prostolinijność i bezpośredniość wyrobiły jej opinię koleżanki, na którą zawsze można było liczyć. W środowisku szkolnym, ze względu na jej żywość usposobienia, drobną budowę, a także cichość, chętnie nazywana była „Myszką” albo „Chrząszczem”. Lata szkolne ujawniły u niej zdolności językowe oraz szeroki zakres zainteresowań.

    Pobyt w Ostrowie Wielkopolskim był dla Janiny czasem coraz bardziej świadomego życia wiarą. W 1921 roku przyjęła I Komunię św., a dwa lata potem sakrament bierzmowania. Nigdy nie afiszowała się swoją pobożnością, dawało się jednak zauważyć, że Bóg stawał się dla niej najważniejszy. Chętnie rozmawiała z Nim na modlitwie, przystępowała do sakramentów św., czytała książki religijne, brała udział w rekolekcjach, trwała w ciszy na adoracji. Przynależąc do Sodalicji Mariańskiej i Kółka św. Wincentego à Paulo, mogła czynnie wyrażać swoją miłość do Boga i człowieka. Wydarzeniem, które jeszcze bardziej rozbudziło jej pragnienie pogłębienia przyjaźni z Jezusem, były święcenia i prymicje jej brata Eryka. Odtąd Janina, czując się przez brata rozumianą, często otwierała przed nim swoje serce.

    W maju 1928 roku Janina pomyślnie złożyła egzamin dojrzałości. Rodzina i świat roztoczyły przed nią różne możliwości podjęcia dalszego życia. A Jezus, widząc jej czyste serce, stanął u jego drzwi i zaczął cichutko pukać. Chciał roztoczyć przed nią najpiękniejszą ścieżkę życia – świętość.

    Przerwany szlak.

    Janinie, po zdaniu matury, przyszło zmierzyć się z planami rodziców, którzy pragnęli wydać ją za mąż i pozostać przy niej w podeszłym wieku. Po roku pobierania nauki prowadzenia domu, udało się jej przekonać najbliższych i rozpocząć studia na Uniwersytecie Poznańskim, na filologii romańskiej. Poważne podejście do zdobywania wiedzy, rzetelne korzystanie z wykładów i dodatkowych fakultetów, dawało jej możliwość szerokiego rozwoju intelektualnego. Równocześnie, ta chłonność wiedzy szła w parze z głębokim życiem duchowym. Z całą gorliwością kontynuowała formację podjętą w gimnazjum. Nadal brała czynny udział w pracach Sodalicji Mariańskiej: w spotkaniach, konferencjach, rekolekcjach zamkniętych oraz podejmowała apostolstwo wśród potrzebujących. Szczególnym miejscem, gdzie znano jej odwagę i ofiarność była najbardziej zaniedbana dzielnica Poznania tzw. “Wesołe Miasteczko”. Spieszyła tam z pomocą ubogim dzieciom, dając im swój czas na wspólną naukę, a także skromne dary materialne. Coraz wyraźniej było widać, że jej pobożność, zwłaszcza eucharystyczna, nie była jakimś dodatkiem do zajęć, ale rzeczywistością integrującą wszystko wokół Boga. Każdy dzień rozpoczynała uczestnictwem we Mszy św. i przyjmowaniem Komunii św., a potem, w kolejnych godzinach dnia znajdywała czas na modlitwę i adorację Najświętszego Sakramentu. Jej koleżanka Irena napisała: Janina szybko i niepostrzeżenie znikała z towarzystwa, chyba z obowiązkowości i tęsknoty do Miłości Najwyższej, Jedynej – Ukrytego w tabernakulum, bo w tej szkole dojrzewała. Inna koleżanka wspomina: Powiedziała do mnie, że imię św. Teresy było wypisane na niebie i że ona też chcę zostać świętą”.

    W 1934 roku podjęła zaproszenie Sióstr Oblatek Serca Jezusowego i wyjechała do ich wspólnoty we Francji, by w ten sposób lepiej przygotować się do egzaminu magisterskiego z języka francuskiego. Korzystając z okazji wzięła udział w pielgrzymce do Lourdes. Był to moment, który w sposób decydujący przerwał szlak jej dotychczasowego życia, który jak jutrzenka rzucił na niebo jasne łuny Wschodzącego Słońca.

    Strumień światła.

    Janina, modląc się w Lourdes u stóp Maryi Niepokalanej, doznała szczególnej łaski wewnętrznej: Matka Boża z Lourdes (…) raczyła objawić mojemu biednemu sercu Serce Swojego Boskiego Syna. Ja nie przestanę dziękować Bogu za tę niezapomnianą łaskę, powtarzając Mu nieustannie Magnifikat z całego mojego serca. Nie wracając już do domu rodzinnego wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Oblatek w Montluçon i tam rozpoczęła formację w postulacie. Była bardzo szczęśliwa mogąc całkowicie oddać się Jezusowi, którego Serce czciła od dzieciństwa. Nie dane jej jednak było realizowanie łaski powołania w tym Zgromadzeniu. Po siedmiu miesiącach, na usilną interwencję rodziny, zmuszona była opuścić Francję i wrócić do kraju. Chociaż było to bardzo bolesne przeżycie, to jednak strumień światła, jaki przepełniał jej serce, dawał jej nadzieję na spełnienie się woli Bożej w życiu. Po powrocie do domu nie przestała myśleć o wstąpieniu do klasztoru, co też wyraźnie odczuwali rodzice. Zanurzona w ciszy i w modlitwie, trwała nieprzerwanie w duchowej jedności ze swoim Panem. Zrozumienie i oparcie znalazła w bracie Eryku, który w tym czasie był proboszczem parafii w Drobninie. Spotkanie z bratem okazało się opatrznościowe.

    Ewangeliczny prostaczek.

    Parafia w Drobninie stała się nowym punktem zwrotnym w życiu Janiny. Ksiądz Eryk, chcąc pomóc jej odczytać zamiary Boga, skontaktował ją z siostrami Serafitkami, które pracowały w jego parafii. Mając okazję poznać siostry, ich duchowość i posługę, Janina odczuła wewnętrzną pewność, że Bóg powołuje ją do tego właśnie Zgromadzenia. Dnia 27 czerwca 1936 r. poprosiła o przyjęcie w domu prowincjalnym w Poznaniu przy ul. św. Rocha 13 i tam rozpoczęła formację. Przy obłóczynach otrzymała nowe imię: Maria Sancja.

    Siostra Sancja, spełniając różne obowiązki: wychowawczyni, nauczycielki, tłumaczki, furtianki, refektarki, potrafiła wszystko czynić z miłości do swojego Oblubieńca. Wykształcona, utalentowana, wyrobiona duchowo, z pokorą otworzyła się na najwyższą Mądrość – Jezusa Chrystusa. W Nim upatrywała swoją wielkość, szczęście i pokój serca. Wobec Niego przyjęła pozycję „prostaczka”, który raduje się łaską Jego bliskości, darem objawienia Tajemnicy Bożej Miłości. Tej Miłości służyła z wielkim oddaniem, w Jej mocy pochylała się nad bliźnimi, dla Niej ponosiła trudy i cierpienia, wynagradzała za grzechy świata. Od początku odznaczała się nieprzeciętną gorliwością oraz wiernością przepisom i zobowiązaniom wypływającym ze ślubów zakonnych i prawa zakonnego. Jej heroiczne posłuszeństwo było konsekwencją gorącej miłości do posłusznego Jezusa, za którym, jak mówiła, gotowa była iść na Kalwarię. Świętość, której tak bardzo pragnęła, która coraz bardziej uwidaczniała się w jej postępowaniu, na co dzień umacniana była przekonaniem: Jak się oddać Bogu, to się oddać na przepadłe. Potrafiła przyjmować każdy kolejny dzień z jego zwyczajnością i prostotą, i przeżywać tę zwyczajność w sposób niezwyczajny. Dewizę tak pojmowanej rzeczywistości zawarła w słowach; Zwracać uwagę na wszystko i starać się o najwyższą doskonałość w małych rzeczach. Nic nadzwyczajnego nie ma być we mnie, wszystko zwyczajne, ale nie zwyczajnie. Tą niezwyczajną miarą, przez jaką patrzyła na ludzi i wydarzenia było głębokie zjednoczenie z Bogiem oraz coraz gorętsza miłość do Serca Zbawiciela. Czciła Serce Boże szczególnie obecne w Eucharystii, z wiarą przyjmując Komunię św. i trwając na adoracji.

    „Anioł dobroci”.

    Wybuch i działania II wojny światowej wypełniały wszystkich lękiem i cierpieniem. Złowroga fala okrucieństwa okupanta dosięgła również siostry w poznańskim klasztorze. Wiele z nich wyjechało do domów rodzinnych. Siostra Sancja pozostała we wspólnocie zakonnej i wspólnie z siostrami przeżywała narastające trudności dotykające ich dom. Codzienność wypełniona była ciągłym zagrożeniem, brakiem ciepła i pożywienia. Internowane w klasztorze siostry poddane były ciężkiej, przymusowej pracy na rzecz niemieckich żołnierzy. W wielkiej konspiracji przyjmowały sakramenty św. i odprawiały swoje modlitwy. W tym pełnym trwogi czasie, Siostra Sancja ożywiała otoczenie siłą swojej wiary i zaufania oraz duchem męstwa. Sama ciężko chora na gruźlicę gardła, wycieńczona pracą i brakiem podstawowych środków do życia, włączała się w pomoc na wszystkich odcinkach posługi. Czyniła to z wielkim poświęceniem, bezinteresownością i delikatnością, przenikając wszystko nieustanną modlitwą i ofiarnością. W otoczeniu ujawniła się jej prawdziwa świętość, wypływająca z głębokiej komunii z Bogiem. Każdy mógł przyjść do niej i zaczerpnąć światła potrzebnego do przebycia gęstej ciemności zła. Wielkości jej ducha szczególnie doświadczyć mogli jeńcy francuscy i angielscy, przetrzymywani w pobliżu klasztoru, którym służyła z narażeniem życia jako tłumacz. Idąc do nich ze skromnym pożywieniem, widząc ich rozpacz i załamanie, niosła im przede wszystkim nadzieję i duchowe wsparcie. Wdzięczni za wszystko więźniowie nazywali ją “aniołem dobroci” i “świętą Sancją”.

    Ze względu na nasilające się objawy choroby gruźlicy gardła, dnia 6 lipca 1942 roku złożyła śluby wieczyste, jednocząc się ze swoim Oblubieńcem. Nie bała się śmierci. Była świadoma, że tak jak całe jej życie napełnione było miłością, tak ostatni jego moment będzie samą miłością. Z utęsknieniem oczekiwała przyjścia swojego Pana. Ufając Mu bezgranicznie, mówiła do sióstr: Polecajcie mi wasze sprawy, a ja przedstawiać je będę Panu, bo umieram z miłości, a Miłość miłości niczego odmówić nie może. Zmarła 29 sierpnia 1942 roku, mając 32 lata życia.

    Błogosławiona Siostra.

    Życie i śmierć Siostry Sancji zaowocowały blaskiem świętości. Otoczona czcią, cieszyła się wielkim zaufaniem i sławą. Wkrótce jej kult stał się żywy i rozszerzał się coraz bardziej. Zaczęto upraszać łaski u Boga przez jej pośrednictwo. Znalazła wiernych czcicieli nie tylko w swoim Zgromadzeniu, ale przede wszystkim wśród młodzieży uczącej się i szukającej głębszego sensu życia. To sprawiło, że Zgromadzenie Sióstr Serafitek podjęło starania o jej beatyfikację. Aktu beatyfikacyjnego dokonał Ojciec Święty Jan Paweł II w Krakowie 18 sierpnia 2002 r. Została ogłoszona patronką młodzieży uczącej się i polskich romanistów.

    Niech jej miłość i młodzieńczy entuzjazm zapalają nas i prowadzą drogą dziecięcego zaufania Bogu.

    ze strony Sióstr Serafitek

    _____________________________________________________________________________


    18 sierpnia

    Święta Helena, cesarzowa

    Święta Helena

    Flawia Julia Helena Augusta urodziła się ok. 255 r. w Depanum w Bitynii (późniejsze Helenopolis). Była córką karczmarza. Została żoną (lub konkubiną – na co zezwalało ówczesne prawo rzymskie) Konstancjusza Chlorusa, zarządcy prowincji. 27 lutego pomiędzy rokiem 271 a 284 Helena urodziła mu syna Konstantyna.
    W 285 r. mąż Heleny udał się do Galii. Podążyła za nim Helena. Konstancjusz Chlorus musiał wykazać się niezwykłymi zaletami wodza, skoro 1 marca 293 r. został wyniesiony do godności cesarskiej przez Dioklecjana. Stary cesarz dla zapewnienia bezpieczeństwa w imperium rzymskim wobec naciskających coraz groźniej barbarzyńców germańskich podzielił imperium rzymskie pomiędzy współcesarzy: Maksymiana Herkulesa, któremu oddał w zarząd Italię; Konstancjusza Chlorusa, który otrzymał odcinek najbardziej zagrożony – Galię, Brytanię i część Germanii; Galeriusza, który otrzymał Wschód. Dla siebie cesarz zatrzymał Bliski Wschód ze stolicą w Nikomedii. Wiosną 289 r. Konstancjusz poślubił pasierbicę cesarza Maksymiana, Teodorę. Wtedy też odsunął od siebie Helenę, wstydząc się jej niskiego pochodzenia. Wyrachowanie polityczne i nacisk ze strony prawej żony wzięły górę nad uczuciem. Dla Heleny i jej syna nastały bolesne dni. Na dworze cesarskim w Trewirze byli w cieniu, ledwie tolerowani jako niepożądani intruzi.
    W 306 r. Konstancjusz umarł, a w jego miejsce legiony obwołały cesarzem Konstantyna. Cesarz natychmiast po swoim wyniesieniu wezwał do siebie matkę. Odtąd dzielił z nią rządy przez 20 lat. Dla wynagrodzenia Helenie krzywd, uczynił ją pierwszą po sobie osobą. Z biegiem lat pokonał swoich rywali i został jedynowładcą całego imperium rzymskiego. Najpierw doszło do wojny z Maksencjuszem, synem Maksymiana Herkulesa. Chrześcijanie opowiedzieli się za Konstantynem, gdyż Maksencjusz, podobnie jak jego ojciec, okazywał im jawną nienawiść. 28 października 312 r. doszło do bitwy o Rzym na moście Milwińskim, gdzie zginął Maksencjusz, a jego wojsko poniosło zupełną klęskę. Jako akt wdzięczności dla chrześcijan, którzy poparli go w tej wojnie, Konstantyn ogłosił w roku 313 w Mediolanie edykt tolerancyjny, deklarujący chrześcijanom całkowitą swobodę kultu, anulujący wszystkie dotychczasowe dekrety prześladowcze, wymierzone przeciwko Kościołowi. Po tym zwycięstwie Konstantyn przeniósł się do Rzymu. W 323 r. odniósł decydujące zwycięstwo nad władcą całej wschodniej części imperium, Licyniuszem. Stał się w ten sposób panem całego imperium rzymskiego.

    Święta Helena

    Tymczasem Helena – prawdopodobnie około roku 315 – przyjęła chrzest. W roku 324 Helena otrzymała od syna najwyższy tytuł “najszlachetniejszej niewiasty” i “augusty”, czyli cesarzowej, jak też związane z tym tytułem honory. W znalezionych monetach z owych czasów widnieje popiersie cesarza z popiersiem Heleny, jego matki. Jej głowę zdobi korona-diadem, który nałożył na głowę matki sam kochający ją syn. Dokoła widnieje napis: “Flavia Helena Augusta”. Na innej monecie, znalezionej pod Salerno, można przeczytać inny, zaszczytny napis: “Babka cesarzy”. Byli nimi Konstans I i Konstancjusz II.
    Pod wpływem matki Konstantyn otaczał się na swoim dworze tylko chrześcijanami. Spośród nich mianował oddanych sobie urzędników, a w czasie orężnej rozprawy z Maksencjuszem pozwolił na sztandarach umieścić krzyże. Zakazał kary śmierci na krzyżu, kapłanów katolickich zwolnił od podatków i od służby wojskowej, wprowadził dekret o święceniu niedzieli jako dnia wolnego od pracy dla chrześcijan (321). W duchu kościelnym unormował prawo małżeńskie i zakazał trzymania konkubin (326), ograniczył też rozwody (331). Biskupom przyznał prawo sądzenia chrześcijan, nawet w sprawach cywilnych.
    W 326 roku Helena udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Korzystając ze skarbca cesarskiego, wystawiła wspaniałe bazyliki: Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Świętego Krzyża oraz Zmartwychwstania na Golgocie w Jerozolimie, Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej. Wstrząśnięta profanacją, jakiej na Kalwarii dokonał cesarz Hadrian, umieszczając na miejscu odkupienia rodzaju ludzkiego ołtarz i posąg Jowisza, nakazała oczyścić to miejsce i wystawiła wspaniałą bazylikę. Pilnym poszukiwaniom Heleny chrześcijaństwo zawdzięcza odnalezienie relikwii Krzyża Chrystusowego. Piszą o tym szczegółowo św. Ambroży (+ 397), św. Paulin z Noli (+ 431), Rufin (+ 410), św. Jan Chryzostom (+ 407), Sokrates (+ 450), Teodoret (+ 458) i inni. Ku czci św. Lucjana, męczennika, Helena wystawiła bazylikę w Helenopolis, a także w Trewirze i w Rzymie ku czci św. Piotra i św. Marcelina.
    Helena zasłynęła także z hojności dla ubogich. Szczodrze rozdzielała jałmużny dla głodnych, uwalniała więźniów, troszczyła się o powrót skazanych na banicję. Wpłynęła na syna, aby wydał osobne ustawy, gwarantujące ze strony państwa opiekę nad wdowami, sierotami, porzuconymi dziećmi, jeńcami i niewolnikami.
    Cesarzowa Helena zmarła między 328 a 330 rokiem w Nikomedii, gdzie chwilowo się zatrzymała. Jej ciało przewieziono do Rzymu, gdzie w pobliżu bazyliki św. Piotra i św. Marcelego, męczenników, cesarz wystawił jej mauzoleum. Od samego początku w całym Kościele doznawała czci liturgicznej. Euzebiusz, który jako kanclerz cesarski znał ją osobiście, nazywa ją “godną wiecznej pamięci”. Św. Ambroży nazywa ją “wielką panią”. Św. Paulin z Noli wychwala jej wielką wiarę. Jest patronką m.in. diecezji w Trewirze, Ascoli, Bambergu, Pesaro, Frankfurcie, miasta Bazylei; farbiarzy, wytwórców igieł i gwoździ.

    Święta Helena i jej syn, cesarz Konstantyn

    W ikonografii święta Helena przedstawiana jest w stroju cesarskim z koroną na głowie lub w bogatym wschodnim stroju, czasami w habicie mniszki. Jej atrybutami są: duży krzyż stojący przy niej, krzyż, który otacza ramieniem, mały krzyż w dłoni, trzy krzyże, krzyż i trzy gwoździe, model kościoła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 sierpnia

    Święty Jacek, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi
      •  Święta Klara z Montefalco, dziewica
      •  Święta Joanna Delanoue, zakonnica
      •  Błogosławiony Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter
    ***
    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Być może jego nauczycielem był bł. Wincenty Kadłubek, który w kapitule krakowskiej mógł wówczas sprawować godność kanonika scholastyka (1183-1206). Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pełki lub bł. Wincentego. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim – został mianowany nim przez Iwona. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. Sam wykształcony w Paryżu i w Vicenza, chciał, by i jego bratanek zdobył wiedzę i nabrał europejskiej ogłady. Jednak o tym źródła milczą.
    W 1215 r. biskup Iwo – przebywając jako kanclerz księcia Leszka Białego na Soborze Laterańskim – poznał św. Dominika Guzmana. Po raz drugi zetknął się ze św. Dominikiem być może w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd (obediencję) nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby św. Dominik wysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem. Iwo wrócił do Polski, a Jacek i Czesław pozostali w Rzymie u boku św. Dominika.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Pojawił się on w zakonie św. Dominika dopiero w 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w rzymskim klasztorze św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów przez Jacka i Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia św. Dominika w czasie Mszy świętej, uniesionego w ekstazie w górę. Tego właśnie dnia św. Dominik wskrzesił Napoleona, siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Jacek i Czesław odbyli jedynie półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce św. Dominika.

    Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii. Szli pieszo o żebranym chlebie, jak to było wówczas w zakonie w zwyczaju, a nie konno, jak w czasie, gdy przybywali do Rzymu w orszaku biskupa Iwona. W Bolonii znajdował się wówczas główny i największy klasztor Zakonu Kaznodziejskiego. Pozostali tam rok, dokształcając się duchowo i umysłowo w obserwancji zakonu. Zdaniem niektórych pisarzy, dopiero teraz w roku 1220 lub nawet w 1221 Jacek i Czesław złożyli śluby, a nie w roku 1219. W maju 1221 r. w same Zielone Święta wzięli, być może, udział w kapitule generalnej Zakonu, na której utworzono pięć prowincji.
    W roku 1221 św. Dominik lub jego pierwszy następca, bł. Jordan z Saksonii, wysłał grupę 4 braci do Polski. Prowincjałem ustanowił Pawła Węgra. Ponieważ ten musiał chwilowo zostać w Bolonii, na czele wyprawy ustanowił Jacka. Do Polski udali się więc pieszo Jacek, Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek niósł ze sobą, jak to było w zwyczaju, odpis bulli papieskiej polecającej biskupom nowy zakon. Za nimi po pewnym czasie podążył Paweł Węgier.
    Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii zatrzymali się na dłuższy czas u kanoników regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej św. Dominika. Jacek zostawił więc we Fryzaku jednego z kapłanów i brata Hermana Niemca wraz z nowymi kandydatami, a sam udał się do Lorch koło Linzu w Austrii. Stąd podążył do Pragi Czeskiej. Biskup Pragi przyjął ich bardzo serdecznie i prosił, by tam zostali. Ponieważ nie było jeszcze konkretnych propozycji, Jacek udał się z towarzyszami dalej do Krakowa.
    Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. To świadczy o tym, że Jacek nie miał jeszcze konkretnego planu działania. Św. Dominik polecił mu badać po drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jesienią 1221 r. (6 sierpnia tego roku zmarł św. Dominik, jego następcą został wybrany bł. Jordan z Saksonii) Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie. 1 listopada w Krakowie pierwszych synów św. Dominika uroczyście przyjął biskup Iwo. Zamieszkali oni początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Koszty poniósł w całości biskup Iwo. Konsekracji nowego kościoła dokonał legat papieski kardynał Grzegorz Krescencjusz. W 1227 r. biskup Iwo dokonał uroczyście aktu przekazania fundacji. Dokument ten zachował się szczęśliwie po nasze czasy. Kiedy w dwa lata potem (1229) zmarł biskup Iwo w czasie swojej podróży do Włoch, dominikanie z wdzięczności sprowadzili jego ciało do Polski i umieścili je w swoim kościele w Krakowie. Biskup zażywał tak wielkiej czci, że oddawano mu cześć jako błogosławionemu aż do wydania dekretu przez papieża Urbana VIII (1634), który zabraniał oddawania czci osobom, które nie otrzymały oficjalnej aprobaty Stolicy Apostolskiej. Biskup Iwo darzył wielką czcią św. Dominika i sam zamierzał wstąpić do dominikanów krakowskich. Wystarał się nawet o zgodę papieża Honoriusza III (+ 1227). Jednak na wieść o tym z Polski posypały się protesty i papież zezwolenie swoje wycofał. Zachowały się listy papieża z grudnia 1223 r., pisane do biskupa Wrocławia i do kapituły krakowskiej, w których papież wyjaśnia, dlaczego najpierw wyraził swoją zgodę, a teraz ją cofa.
    W roku 1225 przeorem w Krakowie został mianowany Gerard. Prowincjałem polsko-węgierskim był wówczas po Pawle Węgrze Teodoryk. Być może Jacek w tym czasie był już na Pomorzu, gdzie w Gdańsku i w okolicy miasta rozwijał żywą działalność. Zakon cieszył się niebywałym wzięciem. Garnęło się w jego szeregi wiele wybitnych jednostek. W bardzo krótkim czasie zaczęły się więc także mnożyć klasztory. Już w 1226 r. powstała odrębna prowincja polska. Jej pierwszym przełożonym został były student uniwersytetu paryskiego, Gerard. Na pierwszej kapitule prowincjalnej uchwalono wysłanie dominikanów do Pragi, Wrocławia, Kamienia Pomorskiego, Gdańska i Sandomierza. To, że kapituła uchwaliła założenie klasztorów w Gdańsku i Kamieniu Pomorskim, mogło być zasługą Jacka. Do Pragi został wysłany bł. Czesław, który jeszcze w tym samym roku założył tam klasztor, a w roku 1230 – w Iławie. W 1226 r. bł. Czesław założył konwent we Wrocławiu.
    W 1228 roku Jacek został wybrany na kapitule prowincji delegatem na kapitułę generalną. Udał się więc w podróż w towarzystwie przeora konwentu sandomierskiego, Marcina, i prowincjała, Gerarda. Kapituła odbyła się w Paryżu. Wybór Jacka na delegata prowincji świadczy, że cieszył się on wówczas wielkim autorytetem. Na kapitule paryskiej wydzielono 6 klasztorów jako odrębną prowincję polską. Należały do niej domy w Krakowie, Gdańsku, Kamieniu Pomorskim, Sandomierzu, Pradze i we Wrocławiu. Liczba polskich dominikanów wynosiła wtedy ok. 50.

    Święty Jacek wskrzesza Napoleona

    W latach 1233-1236 głową polskiej prowincji był bł. Czesław. Jacek w tym czasie zakładał placówki dominikańskie na Pomorzu. Polska prowincja, zatwierdzona ostatecznie na kapitule generalnej w 1228 roku jako dwunasta z kolei, przeżywała swój prawdziwy rozkwit. Na Pomorzu dominikanów przyjął życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku i w Kamieniu Pomorskim (po roku 1225), w Chełmie i w Płocku (1233), w Elblągu (1236), potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu.
    Jacek ustanowił przełożonym nad klasztorami pomorskimi swojego ucznia, Benedykta, a nad klasztorami litewskimi – Wita. Obaj do czasu wydania wspomnianego wcześniej dekretu papieża Urbana VIII (1634) cieszyli się chwałą błogosławionych. Wierny swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w Kijowie (po roku 1228). Misja ta musiała rokować wielkie nadzieje, skoro z tego czasu mamy aż pięć bulli papieskich. Jednak w 1233 r. książę kijowski, podburzony przez prawosławnych kniaziów, zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu, gdzie Jacek założył również konwent (1238). Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu (1235).
    Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Ci, zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała Zakonu Kaznodziejskiego, bł. Jordana, o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała chętnie Krzyżakom z pomocą pospieszyli dominikanie z klasztorów w Gdańsku, Chełmnie i Płocku. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. 2 października 1233 r. odbył się w Kwidzynie zjazd, w którym wzięli udział przywódcy krzyżaccy, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki, arcybiskup gnieźnieński Pełka i bł. Czesław – ówczesny prowincjał polski. Był na tym zjeździe również Jacek. Omawiano na nim plan akcji nawrócenia Prus. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów: biskupem Chełmna został były prowincjał polski, Henryk z Lipska (1245), diecezję pomezańską (Kwidzyn) otrzymał dominikanin Ernest (1249), a biskupem sambijskim (w Królewcu) został Theward (1251). Biskupem na Litwie w Wilnie został uczeń Jacka, Wit. Książę litewski Mendog przyjął chrzest i otrzymał z rąk papieża Innocentego IV koronę królewską (1253). W tym samym czasie książę ruski, Daniel, przystąpił do unii z Kościołem rzymskim i otrzymał z rąk tegoż papieża koronę (1253). Wcześniej, w 1248 r., zostali wyświęceni na biskupów inni uczniowie Jacka: Henryk dla Jaćwingów, Bernard dla Halicza i Gerard dla reszty Rusi. Były starania, aby w Łukowie utworzyć stałe biskupstwo dla nawracania pogańskich Jadźwingów. Wreszcie biskupem łotewskim został mianowany inny uczeń Jacka, Meinard. Wszyscy wymienieni biskupi cieszyli się chwałą błogosławionych. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Litwę źle usposobił przeciwko chrześcijaństwu zaborczy i bezwzględny zakon Krzyżaków, tak że odpadła wtedy od Kościoła. Podobnie stało się z Jaćwingami. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa.
    Według listy cudów, jakie nam zostawił biograf Jacka – lektor dominikański, o. Stanisław – wynika, że od roku 1240 Jacek mieszkał już w konwencie krakowskim. Przyczyną zaprzestania tak rozległej i dynamicznej akcji mogła być niechęć prawosławnych książąt ruskich, najazd Tatarów na Ruś i zaborcza polityka Krzyżaków, którzy paraliżowali wszelkie misyjne wysiłki polskich dominikanów. Zachowały się dwa dokumenty z lat 1236 i 1238, które zawierają podpis Jacka. Przyznają one Krzyżakom przywileje odnośnie ziem pruskich. Jacek występuje w nich jako świadek. Dowodzi to, że piastował wtedy jakiś urząd, przez co jego podpis był konieczny. Jednak rychło Jacek zawiódł się na zakonie rycerskim. Jako prawy syn św. Dominika nie mógł zrozumieć, że można ideę misyjną tak dalece wypaczyć.Lektor Stanisław podaje, że Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Być może forsowne podróże misyjne, w ówczesnych warunkach bardzo prymitywne i męczące, zniszczyły jego organizm. W tym czasie liczba klasztorów dominikańskich dochodziła do 30, w tym liczba konwentów, czyli pełnych, kanonicznych klasztorów, dochodziła do 20: w Polsce, w Prusach i na Pomorzu było ich 12, w Czechach i na Morawach – 8, a 10 klasztorów – na Śląsku. Liczba zakonników była szacowana na 300-400. Prowincja czeska została wyłoniona z polskiej dopiero w roku 1311.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jacek musiał swoim braciom zostawić wzór niezwykłej świętości i zakonnej obserwancji, skoro od samego początku jego grób był otoczony wielką czcią i otrzymywano przy nim niezwykłe łaski. W zapiskach konwentu krakowskiego z roku 1277 czytamy taki fragment: “W klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać zmarłych”. Rozpoczęto także starania o kanonizację, jak świadczy o tym fakt prowadzenia księgi cudów. Księga ta, prowadzona przy grobie Jacka w latach 1257-1290, przytacza ponad 35 niezwykłych wypadków. Jednak najazdy tatarskie, a potem walki o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. Wskutek tych działań papież Klemens VII w roku 1427 zezwolił na obchodzenie święta św. Jacka w prowincji polskiej. Intensywne dalsze starania poparte przez królów polskich Stefana Batorego i Zygmunta III dały rezultat. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Jacek był siódmym z kolei dominikaninem wśród świętych, a piątym spośród Polaków wyniesionych na ołtarze. Relikwie św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Kiedy w roku 1612 została utworzona dominikańska prowincja ruska, otrzymała za patrona św. Jacka. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce (zwłaszcza w Krakowie i na Śląsku), ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji.
    Jak głosi tradycja, Jacek Odrowąż nie przyjmował żadnych godności zakonnych. Skupił się na ważnych celach zakonu dominikańskiego na terenie Polski. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?” “Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?” Jednak na polecenie z nieba, kiedy uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie pokazują dużą statuę kamienną pod nazwą “Matki Bożej Jackowej”.W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej.



    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Potrafi wskrzeszać zmarłych – św. Jacek

    Potrafi wskrzeszać zmarłych - św. Jacek
    św. Jacek/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Skromne życie Odrowąża i jego pasjonująca opowieść o Bogu porwała wielu mu współczesnych. Jego przykład porywa i dziś.

    Świetnie się zapowiadał. Pochodził ze znakomitej rodziny. Nic dziwnego, że wysłano go na zagraniczne studia. Wylądował w Rzymie. Przechodząc przez jeden z gwarnych, kolorowych placów, ujrzał wielki tłum. Gapie cisnęli się i… rozdziawiali usta ze zdumienia. Na placu stał szczupły mnich. Obok niego na bruku leżał martwy człowiek. Mnich – jak donoszą stare kroniki – „wyciągnął ręce w górę, uniósł się w powietrze i swoją modlitwą wyrwał brata ze śmierci”. Człowiek podniósł sięi otworzył oczy. Tłum zamarł… Taką scenę ujrzał Jacek Odrowąż – pierwszy polski dominikanin. Miał 37 lat, był dojrzałym mężczyzną. Wydarzenie było dla jego wiary trzęsieniem ziemi. Zmieniło go całkowicie. Mnichem, którego spotkał, był św. Dominik. Połączyło ich ogromne pragnienie zaniesienia Ewangelii na krańce świata.

    Dominik znał swych braci króciutko, ale już po kilku miesiącach wysyłał ich z misją zakładania (w jego imieniu!) klasztorów. Miał do nich ogromne zaufanie. Jacek dopiero co spotkał założyciela zakonu, a już został wysłany nad Wisłę. Dominikanie zaczęli modlić się w Krakowie. Do dziś przywdziewają białe habity już w pierwszych dniach nowicjatu. Nikt nie zna jeszcze tych chłopców, nie wie, co naprawdę siedzi w ich gorących głowach, ale przechodnie już pozdrawiają ich na ulicy: „Szczęść Boże, Ojcze”. Widziałem, jak chłopcy rumienią się. Boją się tych słów na wyrost. „Ojcami” zostaną dopiero za siedem lat.

    Dominik zaufał Jackowi. Wysłał go na wschód. Jacek szedł pieszo przez Alpy, do grodu Kraka dotarł na Wszystkich Świętych 1222 roku. Podobnie jak dziś wróżono Kościołowi rychły upadek, nieustannie mnożyły się oskarżenia o brak ubóstwa i sprzeniewierzenie się duchowi Ewangelii. Skromne życie Odrowąża i jego pasjonująca opowieść o Bogu porwała ogromną część krakowskiej inteligencji. Pojawili się pierwsi polscy dominikanie. Jacek zostawił ich i wyruszył na wiele podróży misyjnych. Dotarł do Kijowa, gdzie pracował nieprzerwanie przez cztery lata, oraz do Gdańska i Prus.

    O pobycie w Kijowie opowiadano legendy. Gdy w 1240 roku na miasto napadli Tatarzy, niszcząc i paląc wszystko, Jacek chwycił monstrancję z Najświętszym Sakramentem i zamierzał uciec. I wówczas usłyszał głos: „Jacku, mego Syna zabierasz, a mnie zostawiasz? Weź mnie ze sobą!”. Odwrócił się. Ujrzał figurkę Maryi. Przytulił ją i schował pod pachę. Podobno przeszedł suchą nogą przez rwące fale Dniepru. Dziś mnisi dopatrują się w tej legendzie opowieści o niebywałej sile wiary Świętego.
    Wrócił do Krakowa. Zmarł 15 sierpnia 1257 roku. Po jego śmierci przy grobowcu miało miejsce wiele cudownych uzdrowień, a nawet… wskrzeszeń. Obok sarkofagu przeczytasz napis: „Tu leży św. Jacek mocen wskrzeszać zmarłych”.

    Pies na cuda

    Franciszek Kucharczak

    Święty Jacek jest bardzo popularny. Wszyscy o nim wiedzą. Że był. A zasługuje na dużo więcej.
    Jesień 1228 roku była deszczowa. Na brzegu Wisły koło Wyszogrodu stało czterech mężczyzn w czarnych kapach narzuconych na białe habity. Wpatrywali się bezradnie w toczące się przed nimi wezbrane wody rzeki. Nie było mowy o przeprawie brodem. Nigdzie też nie było ani łodzi, ani przewodnika.

    A bardzo chcieli przejść. Dopiero co wyruszyli na Ruś, gdzie mieli nadzieję przekonać prawosławnych książąt do unii z Rzymem albo przynajmniej zająć się tamtejszymi wiernymi Kościoła łacińskiego. A potem – kto wie? – może pójdą dalej? Mieli zachętę papieża, który błogosławił Braci Kaznodziejów w ich drodze „na ziemie Rusinów i pogan”. Nic dziwnego, bo też niedawno założony zakon dominikanów był znakomitym narzędziem w głoszeniu Ewangelii. Zakonnicy jak prawdziwe „psy pańskie” (od łacińskiego Domini canes) rozbiegli się po Europie, zapalając chrześcijan nową gorliwością.

    Błyskawicznie powstała sieć klasztorów, a te równie szybko wypełniły się zapaleńcami w habitach. W Polsce pierwszym z nich był Jacek Odrowąż. To jego właśnie, z trzema współbraćmi, zatrzymała Wisła. – Prośmy Boga Wszechmogącego, któremu niebo i ziemia, morze i rzeki są posłuszne, żeby nam pomógł przeprawić się przez tę rzekę – miał wówczas powiedzieć Jacek. Nakreślił znak krzyża nad wzburzoną wodą i… poszedł. Stąpał po powierzchni rzeki, niczym Jezus po jeziorze Genezaret. Po chwili odwrócił się i zachęcił współbraci do pójścia w jego ślady. Ale tamci nie mieli odwagi tego zrobić. Jacek wrócił, rozpostarł na wodzie swoją czarną kapę i zaproponował wystraszonym zakonnikom, żeby skorzystali z niej, jakby była łodzią. „Płynęli więc na kapie pod kierownictwem świętego Jacka” – zapisał niespełna sto lat później dominikanin Stanisław, lektor krakowskiego klasztoru. Opisując to wydarzenie, opierał się, jak sam informuje, na wspomnieniach towarzyszy Jacka.

    Maryję można unieść
    Wieść o tym wydarzeniu musiała się mocno roznieść, bo jego ślady (w różnych wersjach) znaleźć można w wielu żywotach świętego Jacka. W jednej z legend widzimy Świętego uciekającego z płonącego Kijowa po falach Dniepru. Musiałoby to nastąpić 6 grudnia 1240 roku, gdy miasto zdobyli Tatarzy. Tyle że wtedy Jacka już prawdopodobnie tam nie było. Założył w Kijowie klasztor, ale – jak stwierdził Jan Długosz – kilka lat przed najazdem Tatarów dominikanie musieli opuścić miasto. Tak życzył sobie prawosławny książę kijowski. Wiadomo jednak, że dominikanie byli na Rusi, gdy spadła na nią tatarska nawałnica. I to właśnie z Kijowem wiąże się najpopularniejsza Jackowa legenda. Jacek, uchodząc z kościoła, miał zabrać Najświętszy Sakrament. Gdy przechodził obok figury Matki Boskiej, ta odezwała się do niego: „Jacku, zabierasz mojego Syna, a mnie tu zostawiasz?”.

    – Jestem za słaby, żeby udźwignąć tak wielką figurę – miał powiedzieć Święty. Na to Maryja obiecała, że figura będzie lekka, co też istotnie się stało. Nie wiadomo, jak było rzeczywiście. Legenda ta jednak opisuje prawdziwego Jacka, bo właśnie taki wyłania się ze źródeł historycznych – z Najświętszym Sakramentem i z Maryją. Wygląda na to, że on rzeczywiście się z Nimi nie rozstawał. Lektor Stanisław napisał, że Jacek „miał zwyczaj bardzo częstego przepędzania nocy w kościele – bardzo rzadko miał stałe miejsce na spoczynek, lecz złożywszy przed ołtarzem znużone członki i głowę oparłszy o kamień lub położywszy na gołą ziemię, trochę odpoczywał”. Krótko po przybyciu do Krakowa Jacek „pobożnie i ze łzami” modlił się w kościele. Miał wtedy doznać widzenia. Ujrzał wielką światłość spływającą na ołtarz, a w niej Matkę Boską. „Synu, Jacku, ciesz się, bo modlitwy twoje są miłe przed obliczem mego Syna, Zbawiciela, i o cokolwiek prosić będziesz za moim pośrednictwem, otrzymasz od Niego” – powiedziała do niego Maryja. Podobno od tamtej chwili Święty „o cokolwiek tylko prosił, zawsze bywał wysłuchany”.

    Grad przegrał

    A prosił często. Kiedyś, w dniu św. Stanisława biskupa, opodal Skałki, spotkał żałobników i kobietę, niejaką Falisławę, płaczącą nad swoim jedynym synem Piotrem, który utonął w Wiśle poprzedniego dnia. Ulitował się nad nią. Pomodlił się i… zmarły wstał. Podobna historia zdarzyła się z synem Przybysławy ze wsi Serniki, który utonął w Rabie. Również jego Bóg wskrzesił na prośbę Jacka. Innym razem, pod Wawelem, do nóg Świętemu przypadła mieszczka krakowska, matka niewidomych bliźniaków. Modlitwa Jacka wyjednała im wzrok. Niejakiej Felicji z Gruszowa, kobiecie która przez dwadzieścia lat małżeńskiego życia nie mogła doczekać się dziecka, Jacek wymodlił syna.

    W 1238 roku Klemencja z Kościelca, która często spowiadała się u Jacka, zaprosiła Świętego do swojej miejscowości na 18 lipca z okazji uroczystości św. Małgorzaty. Miało być wielkie święto, ale przyjście zakonnika poprzedziła gwałtowna burza z gradobiciem. Zboże i wszelkie inne zasiewy leżały na polach całkowicie zniszczone. Gdy więc Jacek przybył na miejsce, Klemencja powitała go łzami. Płakali też wszyscy mieszkańcy Kościelca, którym w oczy zajrzało widmo śmierci głodowej. Jacek uspokoił zrozpaczonych. – Idźcie do domów i przez całą noc czuwajcie na modlitwie – powiedział. On sam też modlił się do rana. O świcie wszyscy wyszli z domów – i ujrzeli kołyszące się na wietrze dorodne łany zbóż z kłosami pełnymi ziarna. Tak jakby nic się nie stało.

    Opisy tych cudów znalazły się w najstarszym zachowanym żywocie św. Jacka, spisanym przez lektora Stanisława. Tradycja przechowała też opowieści o wielu innych – w części zapewne legendarnych – nadzwyczajnych zdarzeniach z udziałem Świętego. Święty zawsze zaradza w nich ludzkim biedom i nieszczęściom, na przykład przez wymodlenie uzdrowienia krowy – żywicielki. Jakkolwiek nie sposób dziś dojść do tego, jak było rzeczywiście, jedno jest pewne – modlitwy Jacka były miłe Bogu. Ludzie musieli to widzieć, i oczywiste dla nich było, że Jacek to mąż Boży. Nikogo więc nie zaskoczyła data jego śmierci – w dzień wniebowzięcia jego ukochanej Matki Boskiej. Było to w Krakowie 15 sierpnia 1257 roku – dokładnie 750 lat temu. Zanim Jacek odszedł, zwołał starszych braci. – Pragnę wam pozostawić to, co usłyszałem z ust ojca naszego, Dominika, żebyście byli pokorni, mieli wzajemną miłość i zachowali dobrowolne ubóstwo. Bo to jest testament wiecznego dziedzictwa – powiedział.

    Aktywność pośmiertna

    Zmarłego pochowano w dominikańskim kościele Świętej Trójcy. Cały Kraków wyległ, żeby pożegnać Świętego. Ceremoniom przewodniczył biskup Jan Prandota. Gdy wrócił z pogrzebu, wszedł do katedry, żeby się pomodlić. Tam nagle zapadł w sen. Miał wówczas ujrzeć św. Stanisława biskupa z Jackiem, obu idących w anielskim orszaku. Św. Stanisław wyjaśnił śpiącemu biskupowi, że właśnie wprowadza Jacka do chwały nieba. W dniu śmierci Jacka podobne widzenie miała jego krewna, błogosławiona Bronisława, norbertanka z klasztoru na pobliskim Zwierzyńcu. Ujrzała Najświętszą Maryję Pannę, trzymającą za rękę dominikanina o jaśniejącej postaci. Matka Boska oznajmiła jej, że prowadzi do nieba brata Jacka z Zakonu Kaznodziejskiego.

    W dniu pogrzebu Kraków obiegła wieść o kolejnym cudzie. Oto młodzieniec Żegota skręcił kark przy upadku z konia. Zrozpaczeni rodzice przynieśli ciało martwego syna do kościoła dominikanów i położyli je przed grobem świętego Jacka. Po godzinie modlitw młodzieniec wstał zdrowy, bez śladów wypadku.

    Te wydarzenia skłoniły dominikanów z Krakowa do notowania cudów dokonanych za pośrednictwem brata Jacka. To z tych protokołów czerpał lektor Stanisław, niestety później zaginęły. Mimo to kult trwał, wzmagany kolejnymi świadectwami cudów. Znamienne zdarzenie miało miejsce w 1519 roku, gdy pewna kobieta poroniła. Pełna smutku rodzina przygotowywała się do złożenia zmarłego bez chrztu dziecka do grobu. Ojciec o imieniu Jan, pełen bólu, zwrócił się do św. Jacka. W czasie jego modlitwy niemowlę, na oczach osłupiałych świadków, wróciło do życia. Komentując tę opowieść, dominikanin o. Jacek Salij zauważa: „Kiedy czytamy o planowanym pogrzebie nieszczęśliwie poronionego dziecka, czyż nie przychodzi nam na myśl, że dzisiaj wiele dzieci – niechcianych przez rodziców – nie ma nawet własnych grobów?”.

    Zachowało się też podanie o kobiecie, którą mąż źle traktował. Gdy urodziła dziecko, zagłodziła je. Miał to być rodzaj zemsty na okrutnym mężu. Dopiero gdy morderczyni ujrzała martwe ciało, pojęła, jak strasznej zbrodni się dopuściła. Zaczęła błagać wszystkich świętych, zwłaszcza Andrzeja Apostoła o wstawiennictwo, żeby Bóg wybaczył jej dzieciobójstwo. We śnie miała ujrzeć świętego Andrzeja, który poradził jej, żeby zwróciła się do św. Jacka z Krakowa. Kobieta upadła na kolana i złożyła ślub świętemu Jackowi, że uda się do jego grobu. Wtem dziecko zaczęło się ruszać i wkrótce wróciło do zdrowia. Po kilku latach kobieta zjawiła się z dzieckiem u grobu Świętego i zaświadczyła o cudzie. Dziś istnieje tendencja do spłaszczania rzeczywistości nadprzyrodzonych, do tłumaczenia cudów przypadkiem, zbiegiem okoliczności lub nieznanym fenomenem natury. Kiedy jednak czyta się o nadprzyrodzonych interwencjach dokonanych za pośrednictwem Jacka, nasuwa się myśl, że to przecież bardzo podobne do tego, co robił Pan Jezus.

    Podniesienie powalonych nawałnicą zasiewów było nawet dla ludzkiego życia rzeczą ważniejszą niż zmiana wody w wino na weselu. Pewnie Jezus zrobiłby to samo, co Jacek. I – po prawdzie – właśnie to zrobił, bo Jacek stał się w ręku Boga znakomitym narzędziem. Mówi się, że nie cuda są najważniejsze w życiu świętego Jacka. Zapewne. Ale one były potrzebne ludziom. Zaświadczały, że to, co mówi ten człowiek, jest prawdziwe. Mówiły, że to, o czym mówi, działa i że za tym stoi siła. W dużej mierze dlatego Jacek był taki skuteczny. Dlatego szlak jego wędrówek znaczą klasztory, a zakon dominikański w Polsce szybko zdobył sobie silną pozycję. Świat potrzebuje dowodów Bożej mocy, a tylko niedostatek świętych Jacków – czyli ludzi oddanych Bogu bez żadnego „ale” – skłania chrześcijańskich teoretyków do tłumaczenia, że cuda są mało ważne.

    Jacek schodzi z kolumnady

    ks. Marek Łuczak

    – Prawie zdobyliśmy Rzym – mówi jeden z pielgrzymów. Mieszkańcy stolicy chrześcijaństwa tańczyli w rytmie ludowych „pieśniczek”.
    Przez trzy dni w Rzymie było głośno o Śląsku. Z okazji 750. rocznicy śmierci św. Jacka w auli Pawła VI odbył się wyjątkowy koncert zespołu „Śląsk”. Miała tam także miejsce prapremiera filmu Adama Kraśnickiego pt. „Lux ex Silesia”.

    W stronę słońca
    Kościół św. Sabiny na Awentynie nosi zaszczytny tytuł bazyliki. Jak to było w zwyczaju wczesnochrześcijańskim, absyda skierowana jest ku wschodowi. Kiedy wczesnym rankiem w witrażach pojawiało się słońce, chrześcijanie wychwalali Chrystusa. Dla Polaków pielgrzymujących do stolicy chrześcijaństwa ten wschodni kierunek nabierał wyjątkowego znaczenia: stąd na słowiańskie ziemie wyruszył św. Jacek. Tutaj też rozpoczęła się dziękczynna pielgrzymka metropolii górnośląskiej za 750. rocznicę jego narodzin dla nieba. – Długo czekaliśmy, by jako metropolia po raz pierwszy zgromadzić się w Rzymie – mówił na rozpoczęcie obchodów abp Damian Zimoń. – Choć dzisiaj za sprawą Jacka Odrowąża odsłania się przed naszymi oczyma płaszczyzna historyczna, czujemy także jego oddziaływanie na współczesność. Nawet przyszłość staje się dla nas jaśniejsza, bo ten wielki Ślązak wytyczył nam drogę – pokreślił metropolita katowicki. – W jaki sposób św. Jacek staje się patronem współczesności? – pytał abp Nossol. – Odpowiedź jest prosta: nie znał granic, podobnie jak my, którzy się integrujemy z Europą. Ale jednocześnie rozumiał, że całemu naszemu kontynentowi potrzebna jest nowa ewangelizacja.

    Jackowy sposób na mroki
    Przenieśmy się w czasy średniowiecza. Według niektórych historyków tamten okres zasługuje na miano mrocznego. Inni, szukając przyczyn upadku ówczesnego świata, wskazują na kryzys duchowy. Mówił o tym abp Szczepan Wesoły, dla którego czytelne są analogie pomiędzy współczesnością a wiekiem XIII. – W roku jackowych obchodów przy różnych okazjach staramy się przybliżyć postać św. Jacka jako postaci historycznej – mówił. – Ale ta wielka osobowość silnie promieniuje także na dzisiejsze czasy. Gdyby wiek XIII porównać z teraźniejszością, wspólną cechą byłby upadek wiary. Od strony cywilizacyjnej te dwa okresy są oczywiście niemożliwe do zestawienia, ale duchowo różnimy się w niewielkim stopniu, wtedy także mówiliśmy o upadku wiary.

    Św. Jacek dostrzegł także intelektualny upadek ówczesnego społeczeństwa. Dlatego zakładał kolejne klasztory Zakonu Kaznodziejskiego, które inspirowały do działania licznych uczniów i następców. – Dziś także stoimy wobec wyzwań neopogaństwa i relatywizmu – podsumował abp Wesoły. – Lekarstwem może być radykalizm chrześcijański. Ten sam, który św. Jacka zmuszał do ciągłego posuwania się naprzód.

    Kij w mrowisko
    Na dominikańskim uniwersytecie Angelicum miała miejsce ciekawa sesja na temat misyjnego zapału dominikanów. Referenci z kilku krajów ukazali postać św. Jacka, który, jak chciała reguła, ustawicznie posuwał się naprzód. Zaraz po otrzymaniu powołania od św. Dominika przemierzał ogromne przestrzenie Europy, by w nowej rzeczywistości zadbać o nowoczesne centra krzewienia wiary.

    – Dzisiaj nie jesteśmy pewni, czy św. Jacek rzeczywiście w swojej wędrówce doszedł do miejsc, które podaje się w jego hagiografiach – mówił dominikański diakon Adam Dobrzyński. – Jedno jest pewne: potrafił włożyć kij w mrowisko. To znaczy miał zdolność inspirowania braci.

    Referenci byli zgodni co do jednego. Ogromne zdolności organizacyjne muszą cechować człowieka, który w cywilizacyjnie trudnych czasach potrafił przyczynić się do wybudowania wielkiej liczby klasztorów. Musiał też cieszyć się wielkim autorytetem, skoro zaufali mu tak liczni współbracia

    Nikogo więc nie może dziwić widok figury św. Jacka na kolumnadzie Berniniego wokół Placu św. Piotra. Wśród 118 świętych można na niej dostrzec tylko jednego, który pochodził z Polski.

    Od 15 do 17 października w Rzymie przebywali wierni metropolii górnośląskiej z księżmi biskupami i prezbiterami. Obecni byli także kardynał Stanisław Nagy oraz biskup Wiktor Skworc z Tarnowa. Podczas pielgrzymki Bóg powołał do wieczności biskupa seniora Ignacego Jeża z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.

    Marcin Jakimowicz/wiara.pl

    __________________________________________________________________________

    św. Jacek Odrowąż

    Żywot świętego Jacka, Wyznawcy

    (Żył około roku Pańskiego 1257)

    Święty Jacek, brat błogosławionego Czesława Odrowąża, urodził się około roku 1183 we wsi Kamień na Śląsku Opolskim. Początkowe nauki pobierał wraz z bratem w szkole katedralnej w Krakowie, po czym udali się na dalsze studia zagranicę, najpierw do Pragi, a potem, zapewne za radą swego stryja Iwona, na uniwersytet paryski, gdzie studiowali teologię i filozofię; stamtąd udali się do Włoch na uniwersytet boloński, na studia z zakresu prawa. Było to w latach 1209 i 1214. Zdobywszy stopnie akademickie powrócili do kraju i przyjęli z rąk biskupa krakowskiego błogosławionego Wincentego Kadłubka święcenia kapłańskie, a wkrótce potem otrzymali od niego kanonie przy katedrze krakowskiej.

    W roku 1216 nastąpiły na krakowskiej stolicy biskupiej ważne zmiany: błogosławiony Wincenty Kadłubek zrezygnował z urzędu, a jego następcą został wybrany Iwon Odrowąż. Wybór był jednomyślny, mimo to jednak Stolica Apostolska odmówiła prośbie księcia i kapituły o przyjęcie rezygnacji błogosławionego Wincentego. Gdy i ponowna prośba nie odniosła skutku, w roku 1218 udał się do Rzymu celem ostatecznego załatwienia sprawy sam Iwon, zabierając z sobą obu synowców, Czesława i Jacka.

    W tym samym mniej więcej czasie przybył do wiecznego miasta św. Dominik, aby w nim założyć dwa nowe klasztory swojego zakonu, męski i żeński. Zakon kaznodziejski istniał dopiero trzy lata, ale dzięki nowości idei św. Dominika i jej niezwykłej żywotności był przedmiotem gorącego zainteresowania wszystkich, którym dobro Kościoła prawdziwie leżało na sercu. Niemniej niż zasadniczy cel: kaznodziejstwo poświęcone obronie wiary i Kościoła, przykuwały ich uwagę środki, jakie obrał św. Dominik, opierając swój zakon na regule, która w przedziwny sposób łączyła życie wewnętrzne z czynnym, gdyż źródłem, z którego jego synowie duchowni mieli czerpać siłę do ratowania dusz pogrążonych w błędach przeciw wierze lub obyczajom chrześcijańskim, miała być modlitwa i rozmyślanie. Św. Dominik był tedy na ustach całego Rzymu, nie wyłączając dworu papieskiego i kardynałów. Szczególnie gorąco zajmował się nim i jego zakonem, kardynał biskup z Ostii Hugolin, późniejszy papież Grzegorz IX, dawny towarzysz i przyjaciel Iwona z lat studiów w Paryżu. Iwon odnowił tę zażyłą znajomość, toteż łatwo przyszło do tego, że wraz z swoim otoczeniem zaczął się gorąco zajmować zakonem dominikańskim, którego założyciel bawił właśnie w Rzymie. Reszty dokonało osobiste zetknięcie się z św. Dominikiem.

    Św. Dominik, jak już wspomnieliśmy, przybył do Rzymu w sprawach swojego zakonu, ale jako gorliwy łowca dusz i tutaj, w stolicy chrześcijaństwa, nie zaniedbywał pracy dla Pana i płomiennymi kazaniami zapalał serca tysięcznych rzesz prawdziwą miłością Bożą. Pewnego dnia pośród słuchaczy jego natchnionych nauk znaleźli się także przybysze z dalekiej Polski, biskup Iwon i jego towarzysze. Iwon, do głębi przejęty potęgą jego myśli i pełen podziwu dla świętości jego, życia, postanowił sprowadzić do Polski założony przez niego zakon, wielkie jej z tego rokując korzyści. Inna, choć z tego samego źródła płynąca myśl zaczęła kiełkować w sercach jego synowców: porzucić świat, godności i bogactwa, porzucić wszystko, tak jak to zrobił Dominik, jak oni potomek znakomitego rodu, uczony, dostojnik Kościoła – i pójść za nim, stanąć w szeregach jego uczniów, których jedynym celem jest Bóg i ratowanie błądzących ludzkich dusz.

    Pragnienia te wprowadzili w czyn pod wpływem niezwykłego zdarzenia, a mianowicie cudu zdziałanego przez św. Dominika, którego byli naocznymi świadkami. Było to w klasztorze św. Sykstusa, w dzień uroczystych obłóczyn pierwszych sióstr dominikanek. Wnętrze kościoła wypełniały tłumy ludu i liczne grono kapłanów, zakonników i dostojników Kościoła, z głębokim skupieniem uczestnicząc w ofierze Mszy św., którą odprawiał św. Dominik, gdy wtem do kościoła wpadł goniec, i przedarłszy się do sędziwego kardynała Stefana de Fosseneuve, doniósł mu o śmierci jego synowca, Napoleona Orsiniego, który spadłszy z konia zabił się na miejscu. Nieszczęśliwy starzec, usłyszawszy tę tragiczną wieść, zemdlał z żalu i boleści. Na pełne radości tłumy, zapełniające kościół padł cień żałoby. W chwilę potem wniesiono do kościoła mary, na których spoczywały zwłoki nieszczęśliwego młodzieńca, i złożono je u stóp ołtarza, przy którym św. Dominik składał Bogu bezkrwawą ofiarę. Odprawiwszy Mszę św., zbliżył się św. Dominik do mar, ukląkł przy nich i począł się modlić, po czym trzykrotnie włożył ręce na martwe ciało młodzieńca i przeżegnawszy je zawołał: “Napoleonie! w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa rozkazuję ci: wstań!”

    Z piersi tłumu wydarł się nagle okrzyk trwogi i radości. Oto nieżyjący już od kilku godzin młodzieniec poruszył się i powstał, pełen sił i życia! Pośród uniesionej bezgranicznym zapałem rzeszy stał biskup Iwon, do głębi przejęty widokiem cudu, a obok niego klęczeli jego synowcy, Czesław i Jacek, pogrążeni w żarliwej modlitwie. W ich serca, dotąd szarpane sprzecznymi uczuciami, zstąpiła cisza. Pojęli, że głos, który odzywał się w ich duszach i nawoływał, aby poszli w ślady świętego męża, jest głosem Bożym.

    Gdy wyszli z kościoła, biskup Iwo podszedł do św. Dominika i zaczął go prosić, aby przysłał kilku braci ze swego zakonu do Polski. Odpowiedź świętego obróciła w niwecz jego pragnienia i nadzieje. Młody, niedawno do życia powołany zakon za mało jeszcze liczył członków, a poza tym nie było wśród nich nikogo, kto by znał język polski. Gdy święty skończył, obydwaj bracia, Czesław i Jacek, upadli mu do nóg, prosząc o przyjęcie do zakonu, a za nimi dwóch jeszcze młodzieńców z orszaku biskupa Iwona, Herman, rodem Niemiec, i Henryk, Morawianin.

    Po uroczystych obłóczynach w starożytnym kościele św. Sabiny, w którym po dziś dzień w nawie bocznej znajduje się stare malowidło przedstawiające to wydarzenie, rozpoczęli czterej kandydaci nowicjat. Trwał on krótko, gdyż św. Dominik, pochłonięty sprawami Kościoła i zakonu, w ciągłych podróżach i wędrówkach, nie miał czasu na długie, powolne urabianie duszy swoich uczniów. Były to jednak pierwsze lata istnienia zakonu, kiedy w jego szeregi wiodło ludzi jedynie prawdziwe powołanie, oparte na głębokiej wierze i pragnieniu apostolstwa, a św. Dominik miał dar przenikania ludzkich dusz. Ci, których przyjmował do grona swych uczniów, musieli na to zasługiwać w całej pełni i nie potrzebowali ani zawiłych, mozolnych studiów, ani osobliwych ćwiczeń duchownych, aby mogli godnie sprostać zadaniu. Tak było i z św. Jackiem oraz jego bratem Czesławem i towarzyszami. Kilka miesięcy, które spędzili w nowicjacie, wystarczyło, aby w ich sercach rozgorzał ogień prawdziwej, wszystko ogarniającej miłości Bożej, i aby nabyli cnót, które winny zdobić zakonnika, to też św. Dominik, nie czekając końca rocznej próby, pozwolił im złożyć śluby zakonne, i po czym uroczyście wyprawił ich do ojczyzny.

    Podróżowali pieszo, starym rzymskim szlakiem wiodącym przez Tyrol i Karyntię, zatrzymując się często po drodze, aby głosić słowo Boże. Najdłużej, bo około pół roku, zabawili w Fryzaku, mieście leżącym w Karyntii, gdyż kazania ich wzbudziły w jego mieszkańcach taki zapał dla spraw Bożych, że postanowili zbudować klasztor, który wkrótce zapełnił się nowicjuszami. Św. Jacek wraz z bratem Czesławem i towarzyszami pozostali z nimi przez pewien czas, aby wzbudzić w nich ducha zakonnego, a gdy dokonali dzieła, św. Jacek, który był przewodnikiem ich drużyny, ustanowił przeorem nowego klasztoru jednego z towarzyszy, Niemca Hermana. Była to pierwsza placówka zakonu dominikańskiego na ziemiach niemieckich.

    Dotarłszy do Moraw zatrzymali się znowu przez czas dłuższy w Ołomuńcu, gdyż pod wpływem ich nauk stało się tutaj to samo, co w karyntyjskim Fryzaku. Św. Jacek mianował przeorem klasztoru, wzniesionego przez mieszkańców Ołomuńca, Morawianina Henryka, po czym wraz z Czesławem ruszył w dalszą drogę do niedalekiej już Polski.

    Wieści o ich apostolskich czynach dawno już były dotarły do Krakowa, toteż nie tylko biskup Iwon, który osobiście zetknął się z św. Dominikiem i jego uczniami, ale i książę oraz szerokie warstwy ludu pokładali w nich wielkie nadzieje i niecierpliwie oczekiwali ich przybycia; nic też dziwnego – jakkolwiek pokorni zakonnicy niemało byli tym zdumieni – że gdy zbliżali się do bram Krakowa, wyszedł na ich powitanie biskup Iwon wraz z duchowieństwem, książę w otoczeniu dworu, oraz ogromne tłumy ludu. Było to pod koniec r. 1219 lub z początkiem roku 1220.

    Pierwszym ich pomieszkaniem i skromnym zaczątkiem klasztoru, który miał się stać domem macierzystym późniejszych licznych siedzib dominikańskich na ziemiach polskich, był drewniany dwór biskupi, w którym przebywali przez cztery lata, do 25 marca roku 1223, w którym to dniu uroczyście objęli dawny parafialny kościół św. Trójcy i klasztor wybudowany przez Iwona.

    Lata, które zabrała Iwonowi budowa klasztoru i nowej świątyni parafialnej pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, zeszły błogosławionemu Czesławowi i św. Jackowi na gorliwej publicznej pracy apostolskiej i krzewieniu zasad życia zakonnego wśród stale rosnącej gromadki nowicjuszów. Zapał był wielki, mimo to jednak brak odpowiedniego pomieszczenia utrudniał im pracę i zmuszał ich do przebywania w Krakowie, jakkolwiek niwę tę przeorali już do głębi a w ich duszach płonęło pragnienie szerszej działalności. Rok 1223, w którym przenieśli się do nowo wzniesionego klasztoru, rozwiązał im ręce. Nadeszła godzina, w której mieli się rozstać. Błogosławiony Czesław udał się z kilku braćmi do Wrocławia, natomiast św. Jacek pozostał jeszcze jakiś czas w Krakowie, aby rozniecić życie zakonne w nowo wzniesionym klasztorze przy kościele św. Trójcy.

    św. Jacek

    ***

    Dom ten, wzniesiony pod bacznym okiem obu świętych braci, urządzony był niezmiernie prosto i ubogo, stosownie do myśli św. Dominika, który Święty Jacek nauczał, że klasztor powinien ułatwiać zakonnikom modlitwę i rozmyślanie. Św. Jacek uczynił z tego skromnego schronienia wspaniałe ognisko miłości Bożej i wszelkich cnót, stając się dla swych uczniów żywym przykładem szczytnego pojmowania i spełniania obowiązków zakonnych. Zawsze pełen pokory, łagodności, miłości i pobożności, wiódł życie niezmiernie surowe i nad wyraz pracowite. Nie przyjąwszy celi, sypiał w krużgankach klasztornych lub w kościele na gołej ziemi, co noc – za przykładem św. Dominika – trzykrotnie się biczował, a w piątki i w wigilie świąt Najświętszej Maryi Panny i apostołów żywił się tylko chlebem i wodą. Nieprzyjaciel próżnowania, co dzień wygłaszał kazania, albo też pisał, spowiadał grzeszników i odwiedzał chorych, resztę zaś czasu trawił na modlitwie.

    Pełen głębokiej czci dla Najświętszej Maryi Panny, był św. Jacek pierwszym krzewicielem modlitwy różańcowej w Polsce. Piękne to nabożeństwo przyjęło się z biegiem czasu w całym narodzie, w wszystkich stanach i warstwach: modlili się na różańcu biskupi i kapłani, szlachta i wieśniacy, królowie i magnaci, uczeni i prostacy. Jego znaczenie dla rozwoju życia religijnego w narodzie, nie tylko w czasach kiedy apostołował św. Jacek, ale i w znacznie późniejszych, było wprost ogromne, gdyż sztuka czytania znana była tylko nielicznym jednostkom, wskutek czego stałe obcowanie z prawdami wiary musiało się opierać nie na słowie pisanym, lecz na codziennym odmawianiu modlitw i rozpamiętywaniu żywota Pana Jezusa i Najświętszej Maryi Panny.

    “Rok Boży w liturgii i tradycji Kościoła świętego”
    Wydawnictwo Św. Stanisława Sp. Z o. Odp., Katowice 1931 rok

    ***

    Oświecił serca Polaków światłem wiary

    “Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką”. Stwórca wszechświata na początku tworząc niebo i ziemię, pozostawił ciemności nad bezmiarem wód. I rzekł: “Niechaj się stanie światłość. I stała się światłość”. I w ten sposób Bóg oświecił świat. A to, co uczynił u początku, dokonał też i przez błogosławionego Jacka. On, niby promień nowego słońca, rozproszył w Polsce ciemności grzechu, a serca Polaków oświecił światłem wiary. Światło dzienne przynosi ulgę w cierpieniach, budzi śpiących, każe śpiewać ptakom, a dzikie zwierzęta zapędza do ich kryjówek. Tak i święty Jacek, wysłany do Polski przez błogosławionego Dominika, wyzwolił Polaków z występków, obudził ich z uśpienia, skierował ku niebu i oswobodził z władzy szatana.

    Imię Jacek wywodzi się ze słowa hiacynt, które oznacza zarówno kwiat, jak i szlachetny kamień. Oba te znaczenia dobrze się odnoszą do błogosławionego Jacka. Hiacynt bowiem jest rośliną o purpurowym kwiecie, Jacek zaś był w pokorze serca jak roślinka, co nie wystrzela wysoko w górę, był jak kwiat czysty i zdobny dobrowolnym ubóstwem. A szlachetny kamień tej samej nazwy, o blasku czerwieni, jest podobny do złota i jak złoto trwały. Tak i błogosławiony Jacek jaśniał światłością życia i głoszeniem Ewangelii, niezłomny w szerzeniu katolickiej wiary. Tak więc się tłumaczy znaczenie tego imienia.

    Błogosławiony Jacek surowość życia przejął jak ze źródła od świętego Dominika. Odznaczał się bowiem pokorą serca, dziewiczą czystością, gorącą miłością Boga i bliźnich; była ona tak wielka, że widok strapionych i płaczących wyciskał z jego oczu strumienie łez i z płaczem błagał dla nich o zmiłowanie Boże. Miał zwyczaj spędzać noce w kościele i rzadko kiedy udawał się na spoczynek, a zmęczony czuwaniem, kładł się na kamieniu przed ołtarzem lub na ziemi i tak odpoczywał, a ciało swoje co noc aż do krwi chłostał. W piątki oraz w wigilie błogosławionej Dziewicy i Apostołów pościł o chlebie i wodzie, a wszystkie chwile swojego życia Bogu poświęcał. Zawsze bowiem oddawał się czy to nauce, czy głoszeniu słowa Bożego, czy słuchaniu spowiedzi, czy modlitwie lub też nawiedzaniu chorych i tak słowem i przykładem budował bliźnich.

    W przeddzień uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny święty Jacek modlił się przed Jej ołtarzem w kościele swojego zakonu w Krakowie i gdy tak we łzach i modlitewnym uniesieniu rozważał Jej radosne i cudowne Wniebowzięcie, ujrzał wielkie światło spływające na ołtarz. Zbliżyła się do niego błogosławiona Dziewica i rzekła: “Synu mój, Jacku, raduj się, albowiem twoje modlitwy miłe są mojemu Synowi i Zbawicielowi i o cokolwiek będziesz prosił za moją przyczyną, to otrzymasz”. To rzekłszy, wśród świateł i chórów anielskich odeszła do nieba. A święty mąż Jacek, pocieszony tym objawieniem, z ufnością wypraszał u Boga to, czego pragnął.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, dzięki Twojej łasce święty Jacek przez wytrwałe głoszenie Ewangelii odnowił i umocnił w wierze wiele narodów, + za jego wstawiennictwem pomnóż naszą wiarę, * abyśmy byli zdolni pracować dla Twojej chwały i zbawienia ludzi. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, + który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Z dzieła Życie i cuda świętego Jacka, spisane przez Stanisława z Krakowa,
    lektora Zakonu Kaznodziejskiego
    (Wyd. L. Ćwikliński, MHP, IV, 1961, s. 841-894)

    źródło: Brewiarz.pl – Godzina czytań

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 sierpnia

    Święty Stefan Węgierski, król

    Zobacz także:
      •  Święty Roch
      •  Błogosławiona Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi, dziewica i męczennica
    ***
    Stefan według legendy przyjmuje chrzest z rąk św. Wojciecha

    Stefan był synem księcia węgierskiego Gejzy i Adelajdy – córki księcia polskiego Mieszka I. Urodził się w ówczesnej stolicy Węgier, Ostrzychomiu (Esztergom) ok. 969 r. Według legendy chrztu udzielił mu św. Wojciech, biskup czeskiej Pragi, czczony jako patron Polski. Biskup Wojciech udzielił natomiast na pewno młodemu księciu sakramentu bierzmowania. W 995 roku Stefan poślubił bł. Gizelę, siostrę św. Henryka II, cesarza Niemiec. Po śmierci ojca w 997 r. i pokonaniu wielmożów objął rządy.
    Jego największą zasługą jest zjednoczenie i umocnienie państwa po okresie rozbicia dzielnicowego. Rządził państwem węgierskim przez 41 lat. Stworzył organizację kościelną i gorliwie szerzył chrześcijaństwo. W nagrodę otrzymał od papieża Sylwestra II koronę królewską jako pierwszy król Węgier i zaszczytny tytuł “króla apostolskiego”. Koronacja nastąpiła 25 grudnia, w uroczystość Bożego Narodzenia, w roku 1000. Nadto papież przysłał Stefanowi krzyż procesjonalny i nadał mu przywilej obsadzania stolic biskupich w kraju. Król założył słynne opactwo benedyktyńskie w Pannohalma oraz cztery inne klasztory. Za zezwoleniem papieża ufundował metropolię w Ostrzychomiu i dziewięć zależnych od niej stolic biskupich. Niedługo potem założył drugą metropolię w Kalotsa. Sprowadził na Węgry kapłanów i zakonników, zakładał ośrodki duszpasterskie.
    Zostawił po sobie pamięć doskonałego, mądrego prawodawcy. Dzięki pomocy duchowieństwa wyszły dekrety królewskie, które państwu węgierskiemu zapewniły ład i dobrobyt. Dla ułatwienia administracji król podzielił państwo na komitaty (okręgi).
    W 1030 r. Stefan musiał stoczyć wojnę z cesarzem niemieckim, Konradem II, który chciał politycznie uzależnić Węgry od siebie. Wielkim ciosem dla Stefana była śmierć jego jedynego syna, św. Emeryka (Imredy), w 1031 r. W planach Stefana miał on być następcą tronu. Wychowawcą królewicza był św. Gerard (Gellerd), późniejszy biskup Csanad. Po śmierci Emeryka król stał się świadkiem dworskich intryg.

    Relikwie św. Stefana

    Stefan zmarł w Ostrzychomiu 15 sierpnia 1038 roku. Wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej, którą zwykł nazywać “Wielką Panią Węgrów”. Relikwie św. Stefana spoczęły w katedrze w Szekesfehervar, którą wystawił. Papież św. Grzegorz VII w 1083 r. zezwolił na uroczyste “podniesienie” relikwii św. Stefana, co równało się wówczas kanonizacji. Tenże papież na prośbę św. Władysława, króla, zezwolił równocześnie na kult św. Emeryka, który doznaje czci jako patron katolickiej młodzieży węgierskiej. Św. Stefan jest patronem Serbii i Węgier oraz tkaczy.W ikonografii św. Stefan przedstawiany jest w stroju królewskim, w koronie. Jego atrybutami są: chorągiew z Matką Bożą, glob, a na nim krzyż – symbol misyjnej działalności, korona, makieta kościoła w ręku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 sierpnia

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna z Rokitna
      •  Matka Boża Zwycięska
      •  Najświętsza Maryja Panna z Kalwarii Pacławskiej
      •  Święty Tarsycjusz, męczennik
    ***
    Prawda o Wniebowzięciu Matki Bożej stanowi dogmat naszej wiary, choć formalnie ogłoszony stosunkowo niedawno – przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus:“…powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105)

    Wniebowzięcie Maryi

    Orzeczenie to papież wypowiedział uroczyście w bazylice św. Piotra w obecności prawie 1600 biskupów i niezliczonych tłumów wiernych. Oparł je nie tylko na innym dogmacie, że kiedy przemawia uroczyście jako wikariusz Jezusa Chrystusa na ziemi w sprawach prawd wiary i obyczajów, jest nieomylny; mógł je wygłosić także dlatego, że prawda ta była od dawna w Kościele uznawana. Papież ją tylko przypomniał, swoim najwyższym autorytetem potwierdził i usankcjonował.Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.
    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to “jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: “Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.
    U Ormian uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. Liturgia ormiańska na ten dzień mówi m.in.: “Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (…) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna”.
    W liturgii abisyńskiej, czyli etiopskiej, w tę uroczystość Kościół śpiewa: “W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani”.
    15 sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Chaldejczycy, Syryjczycy i maronici. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa Wniebowzięcie ciała Matki Bożej do nieba.

    Wniebowzięcie Maryi

    Różne bywają nazwy tej uroczystości: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie, Odpocznienie Maryi. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego także Pius XII w swojej konstytucji apostolskiej nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz “zasypiając”.Warto przytoczyć dość jasne wypowiedzi Ojców Kościoła na temat wniebowzięcia Maryi. Na Zachodzie pierwszą wzmiankę o tym niezwykłym przywileju Maryi podaje św. Grzegorz z Tours: (+ 594):I znowu przy Niej stanął Pan, i kazał Jej przyjąć święte ciało i zanieść w chmurze do nieba, gdzie teraz połączywszy się z duszą zażywa wraz z wybranymi dóbr wiecznych, które się nigdy nie skończą.Św. Ildefons (+ 667):Wielu przyjmuje jak najchętniej, że Maryja dzisiaj przez Syna Swego (…) do pałaców niebieskich z ciałem została wyniesiona.Św. Fulbert z Chartres (+ 1029) pisze podobnie:Chrześcijańska pobożność wierzy, że Bóg Chrystus, Syn Boży, Matkę swoją wskrzesił i przeniósł Ją do nieba.Św. Piotr Damiani (+ 1072) tak opiewa wielkość tajemnicy dnia Wniebowzięcia:Wielki to dzień i nad inne jakby jaśniejszy, w którym Dziewica królewska została wyniesiona do tronu Boga Ojca i posadzona na tronie. (…) Budzi ciekawość aniołów, którzy Ją pragną zobaczyć. Zbiera się cały zastęp aniołów, aby ujrzeć Królową, siedzącą po prawicy Pana Mocy w szacie złocistej w ciele zawsze niepokalanym.Z innych świętych można by wymienić: św. Anzelma (+ 1109), św. Piotra z Poitiers (+ 1112), św. Bernarda (+ 1153) i św. Bernardyna (+ 1444).

    Wniebowzięcie Maryi

    Najpiękniej jednak o tej tajemnicy piszą Ojcowie Wschodu. Św. Jan Damasceński (+ ok. 749) podaje, jak cesarzowa Pulcheria (ok. roku 450) wystawiła kościół ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu i prosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o relikwie Matki Bożej. Juwenalis odpisuje jej na to, że relikwii takich nie ma, gdyż ciało Jej zostało wzięte do nieba “jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania”.Z kolei św. Jan Damasceński opisuje śmierć Maryi Panny w otoczeniu Apostołów:Kiedy zaś dnia trzeciego przybyli do grobu, aby opłakiwać Jej zgon, ciała już Maryi nie znaleźli.Kazanie swoje kończy refleksją:To jedynie mogli pomyśleć, że Ten, któremu podobało się wziąć ciało z Dziewicy Maryi i stać się człowiekiem; Ten, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem. (…) W czasie tego wniebowzięcia, o Matko Boża, wojska anielskie przejęte radością i czcią okryły swoimi skrzydłami Twoje ciało, wielki namiot Boży.Św. Modest, biskup Jerozolimy (+ 634), niemniej pewnie opowiada się za tajemnicą Wniebowzięcia Maryi:Jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, wskrzesił Ją z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy.Św. Andrzej z Krety (+ 740):Był to zaiste nowy widok, przechodzący siły rozumu, gdy niewiasta, która swoją czystością przewyższała niebian, w ciele (swoim) weszła do niebieskich przybytków. Jak przy narodzeniu Chrystusa nienaruszonym był Jej żywot, tak samo po Jej śmierci nie rozsypało się Jej ciało. O dziwo! Przy porodzeniu pozostała nieskażoną i w grobie również nie uległa zepsuciu.Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), w kilku kazaniach sławi tę tajemnicę, a nawet opisuje przymioty ciała Maryi po Jej wzięciu do nieba:Najświętsze ciało Maryi już powstaje z martwych, jest lekkie i duchowe, gdyż zostało już przemienione na zupełnie nieskazitelne i nieśmiertelne. (…) Tak jak napisano, jesteś piękna i Twoje dziewicze ciało jest święte, jest przybytkiem Boga i dlatego zostało zachowane od obrócenia się w proch. (…) Niemożliwym było, aby Twoje ciało, to naczynie godne Boga, w proch się rozsypało po śmierci. (…) Ciało Twoje dziewicze jest całkiem święte, choć jest ciałem ludzkim. Ponieważ dostąpiło najdoskonalszego żywota nieśmiertelnego (…), nie może ulec śmierci.Św. Kosma, biskup z Maiouma (+ 743), mówi:Rodząc Boga, Niepokalana, zdobyłaś palmę zwycięstwa nad naturą, (…) zmartwychwstałaś dla wieczności. Grób i śmierć nie mogą zatrzymać pod swoją władzą Bogurodzicy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Teolodzy Kościoła usiłują nie tylko stwierdzić fakt istnienia tej tajemnicy, ale także go uzasadnić. O tej tajemnicy pisali św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Jan Gerson (+ 1429), Suarez (+ 1617) i inni. Kiedy w XV w. Jan Marcelle w kazaniu na Wniebowzięcie Maryi wypowiedział zdanie, że “nie jesteśmy wcale zobowiązani pod grzechem śmiertelnym wierzyć, że Maryja została z ciałem do nieba wziętą”, gdyż nie jest to dogmat, cały fakultet uniwersytetu paryskiego wystąpił z całą stanowczością przeciwko niemu i zażądał, by te słowa odwołał, gdyż tego rodzaju wypowiedź pobrzmiewa herezją i jest sprzeczna z ogólnie wyznawaną prawdą.
    Pisarze kościelni podkreślają, że skoro Matka Chrystusowa była poczęta bez grzechu, skoro Bóg obdarzył Ją przywilejem Niepokalanego Poczęcia, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Śmierć bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień.
    Dlaczego jednak dopiero od VI w. ta prawda przenika tak mocno świadomość wierzących? W Kościele jest więcej takich prawd, które rozwijały się i zostały wyjaśnione definitywnie później. Tak było np. odnośnie do osoby Jezusa Chrystusa, gdy występowano przeciwko Jego naturze Boskiej, przeciwko prawdzie o Jego dwóch naturach, dwóch wolach (arianizm, nestorianizm, monofizytyzm), a nawet przeciwko Jego naturze ludzkiej. Ogłoszenie prawdy o wniebowzięciu Maryi jako dogmatu wiary było przypieczętowaniem i ukoronowaniem starożytnej tradycji Kościoła.

    Wniebowzięcie Maryi

    Według Tradycji Matka Boża ostatnie lata swego życia spędziła w Jerozolimie w pobliżu Wieczernika albo w Efezie. Większość badaczy przychyla się do pierwszej możliwości. Istnieje przekaz, że św. Jan Apostoł opuścił Ziemię Świętą w czasie pierwszego wielkiego prześladowania Kościoła w roku 34 i udał się z Maryją do Efezu. Chciał Ją w ten sposób uchronić przed niebezpieczeństwami prześladowań. Jednakże w pierwotnej literaturze chrześcijańskiej nie ma żadnej wzmianki o takiej podróży. Ponadto ustalono, że św. Jan udał się do Efezu dopiero ok. 68 roku, Maryja miałaby więc wtedy około 85-90 lat. Św. Paweł Apostoł, który wkrótce po śmierci Chrystusa przybył do Efezu, nic nie wspomina, aby przed nim w tym mieście był św. Jan z Maryją. Nie napotkał tam też żadnych śladów chrześcijaństwa.

    Apokryficzne Acta Johannis z drugiej połowy II w. wspominają, że Jan, gdy przybył do Efezu, sam był już stary, nie ma też żadnej wzmianki, by Maryja była tam z nim. Aeteria, pątniczka nawiedzająca miejsca święte w latach 385-386, wspomina, że Jan był pogrzebany w Efezie, natomiast nie wie nic, aby tam był grób Maryi. Pseudo-Dionizy Areopagita pisze, że w czasie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 363-364 dowiedział się od św. Cyryla Jerozolimskiego, patriarchy Jerozolimy, że grób Maryi był w Jerozolimie w Dolinie Jozafata. Podobny opis zawiera apokryf Księga Jana z IV w. W apokryfie tym jest mowa o tym, że Maryja umarła śmiercią naturalną w Jerozolimie, została pogrzebana u stóp Góry Oliwnej w Dolinie Jozafata i że została wzięta do nieba. Wszystkie znane starożytne apokryfy wskazują, że grób Maryi jest w Getsemani w Dolinie Jozafata. Obecnie znajduje się tam kościół, którym opiekują się prawosławni Grecy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Kult Maryi Wniebowziętej był w Kościele bardzo żywy i zdecydowanie wyróżniał się wśród wielu innych. Wystawiono tysiące świątyń pod wezwaniem Matki Bożej Wniebowziętej. W ciągu wieków powstało 8 zakonów pod tym wezwaniem: 1 męski (asumpcjoniści – Augustianie od Wniebowzięcia) i 7 żeńskich. W ikonografii scena Wniebowzięcia Maryi należy do bardzo często przedstawianych (dla przykładu: Fra Angelico – w kilku obrazach, Taddeo di Bartolo, Ottaviano Nelli, Giotto, Pinturicchio, C. Bellini, Raffael, Tycjan, Tintoretto, Tiepolo, Perugino, Procaccini, Filippino Lippi, Veronese, Murillo, Velasquez, Konrad von Goest; rzeźbiarze: Liberale da Verona, L. della Robbia, Michał Pacher, Wit Stwosz). Pod opiekę Maryi Wniebowziętej oddał Węgry król św. Stefan, a Francję – król Ludwik XIII (powtórzył to także Ludwik XV).W polskiej (i nie tylko) tradycji dzisiejsze święto zwane jest również świętem Matki Bożej Zielnej. Na pamiątkę podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli kwiaty, poświęca się kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Lud wierzy, że zioła poświęcone w tym dniu za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy tego dnia dziękują Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Stoi Królowa po Twojej prawicy

    fot. Graziako/Niedziela

    ***

    Wniebowzięcie (łac. assumptio) Najświętszej Maryi Panny oznacza udzielony Jej przez Boga nadprzyrodzony przywilej, na mocy którego, zakończywszy swoje ziemskie życie, została wzięta do nieba z ciałem i duszą. Najstarsza tradycja chrześcijańska używała także określenia „zaśnięcie” (łac. dormitio) i „przejście” (łac. transitus), podkreślając związek losu Maryi z Paschą („przejściem”) Jej Syna oraz postrzeganym jako „przejście” dniem narodzin dla nieba męczenników.

    Przywilej wniebowzięcia jest nierozerwalnie związany z przywilejem niepokalanego poczęcia Maryi, czyli zachowaniem Jej od zmazy grzechu pierworodnego. Obydwa przywileje wskazują na wielką godność ludzkiego ciała, które współuczestniczy w obdarowywaniu człowieka łaską zarówno w doczesności, jak i w wieczności. Prawda o wniebowzięciu nie rozstrzyga, czy Maryja umarła, czy raczej przeszła na drugą stronę życia w inny sposób, znany jedynie Bogu. Tak czy inaczej, nieobecność jakiegokolwiek grzechu oraz trwałe dziewictwo i Boże macierzyństwo przesądziły o absolutnie wyjątkowym zakończeniu przez Nią ziemskiego życia. Jak grób, w którym złożono ciało Jezusa jest pusty, stanowiąc świadectwo Jego zmartwychwstania, tak nie ma również grobu Maryi z Jej ciałem ani nie ma Jej relikwii.

    Czytania mszalne pochodzą z Nowego Testamentu, bo tajemnica wniebowzięcia Maryi nie mieści się w obszarze wiary biblijnego Izraela, która poprzedziła wcielenie Syna Bożego. Apokalipsa św. Jana, odwołując się do starotestamentowych obrazów, maluje wizerunek „Niewiasty obleczonej w słońce i księżyc pod Jej stopami”. Wydała Ona na świat Syna, po czym zbiegła na pustynię, „gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga”. Mamy tu, być może, subtelne nawiązanie do losu Maryi, którą tajemnica Wcielenia skazała na samotność, chronioną i wspieraną przez Boga. Ponieważ zaufała Mu całkowicie, doczekała się niezwykłej nagrody.

    Święty Paweł wyjaśnia Koryntianom: „Chrystus zmartwychwstał jako pierwociny spośród tych, co pomarli. Ponieważ przez człowieka przyszła śmierć, przez Człowieka też dokona się zmartwychwstanie”. Dostąpiwszy u kresu swego życia uczestnictwa w zmartwychwstaniu i wywyższeniu Syna Bożego, wniebowzięcie Maryi zapowiada i potwierdza nadzieję na powszechne zmartwychwstanie i życie wieczne z Bogiem. Eschatologiczne wywyższenie obejmuje całego człowieka. Paradoksem jest to, że w dobie dominującej dzisiaj i powszechnej apoteozy cielesności właśnie ta prawda i związana z nią nadzieja eschatologiczna natrafiają na największe opory i sprzeciwy.

    Prawda o wniebowzięciu Maryi nie jest, a w każdym razie nie powinna być, wyłącznie przedmiotem rozumowych dociekań, lecz – jak każda tajemnica wiary – modlitwy uwielbienia i dziękczynienia. Właśnie takie jest przesłanie Magnificat zachowanego w Ewangelii według św. Łukasza. Ten wspaniały hymn wielbi Boga jako Ojca, Pana i Zbawiciela pokornych. Okazując miłosierdzie z pokolenia na pokolenie, nie poprzestaje On na darach, z których korzystamy w doczesności, lecz otwiera bramy życia wiecznego. Ukrzyżowane i uwielbione ciało Jezusa oraz dziewicze i uwielbione ciało Jego Matki są wzorem Kościoła – Oblubienicy, która bez zmarszczki ani skazy dopełni swego ostatecznego przeznaczenia wtedy, gdy zakończy drogę zapoczątkowaną wraz ze stworzeniem świata i człowieka.

    ks. prof. Waldemar Chrostowski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 sierpnia

    Święty Maksymilian Maria Kolbe,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Meinard, biskup
      •  Święci Antoni Primaldo i Towarzysze, męczennicy z Otranto
      •  Kościół archikatedralny w Gdańsku-Oliwie
    ***
    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Rajmund Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę: w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień.
    Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
    Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: “Mundziu, co z ciebie będzie?” Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby Ona sama odpowiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy chce je otrzymać. “Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, czerwona – że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”. Działo się to w kościele parafialnym w Pabianicach.
    W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców obaj udali się do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady także najmłodszy brat, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe i jego współbracia

    Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec – do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał zakonne imię Maksymilian.

    W tym czasie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go jednak na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji.
    1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje duszy, napisane przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura dzieła św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z tekstem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję.
    Kiedy wybuchła I wojna światowa, klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkrótce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Po wojnie Franciszek założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914).
    W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jednak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).

    Święty Maksymilian Maria Kolbe i Rycerz Niepokalanej

    Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla realizacji tego celu członkowie Rycerstwa mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian poświęcił się odtąd z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo.
    8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny – również ze stopniem naukowym doktora.
    W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam przez osiem miesięcy, po czym przełożeni za radą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 r. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Przełożeni, zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanej franciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą maszynę drukarską i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5.000 wzrósł on do 70.000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma o. Kolbe otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił.
    Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. – w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
    Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (
    Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18.000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20.000, a grudniowy – 25.000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono – Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół.
    W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanej osiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik – nakład codzienny 137 tys., a niedzielny – 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowano Informator Rycerstwa Niepokalanej, Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa. Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.


    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostawali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu.
    O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3 tys. miejsc dla wysiedlonych Polaków z województwa poznańskiego, wśród których było ok. 2 tys. Żydów. Ojciec Maksymilian znowu zdołał skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp.
    17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź “wierzę”, wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału “Krwawego Krotta”, znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie, ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej.
    Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportführer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciało o. Maksymiliana zostało spalone w krematorium.
    Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. św. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Święty Maksymilian Maria Kolbe jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz – jak powiedział św. Jan Paweł II – “naszych trudnych czasów”.W ikonografii
     św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony – czerwona i biała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    Święty Maksymilian prowadzi na wojnę

    Walka, obrona i zdobywanie, właściwa postawa wobec trudności, przeciwności i prześladowań – te motywy często pojawiały się w przemowach świętego ojca Maksymiliana do braci, których zgromadził wokół siebie pod sztandarem Matki Bożej. Regularnie powracające wątki tych wystąpień dotyczyły przede wszystkim zmagań duchowych. Założyciel Niepokalanowa ze wszystkich sił starał się przygotować współbraci również do wyzwań, które miała przynieść i przyniosła wojna w swym najbardziej dosłownym znaczeniu i wymiarze.

    Podstawą życia zakonnego dla tak wybitnego naśladowcy świętych Franciszka oraz Ludwika Marii Grignon de Montfort były: ciągłe dążenie do uświęcania się, zwłaszcza przez gorliwe wykonywanie obowiązków, posłuszeństwo przełożonym, ćwiczenie się w pokorze i miłości wobec bliźnich. Choć wskazania kierowane przez ojca Maksymiliana do współbraci dotyczyły ludzi w pełni oddanych Panu Bogu poprzez wybór stanu duchownego, z wielu tych rad mogą przecież obficie czerpać również ludzie świeccy.

    Jeden z najbardziej znanych polskich świętych poddał zupełnie własne życie umiłowanej przez siebie bezgranicznie Matce Bożej, a swój pobyt na ziemi „jedynie” spuentował bohaterskim męczeństwem w niemieckim obozie Auschwitz. Czuł się głęboko odpowiedzialny również za tych, których skupił wokół idei zdobycia całego świata dla Niepokalanej. W założonym przez siebie klasztorze, na misjach w Rzymie czy Japonii, nawet w niemieckich obozach podczas II wojny światowej wygłaszał swe konferencje i przemówienia, pobudzając współbraci do większej gorliwości, wskazując drogi do uświęcenia, przestrzegając przed duchowymi pułapkami. Możliwość zapoznania się z treścią tych wystąpień zawdzięczamy łącznie ponad trzydziestu zakonnikom, którzy tak jak mogli najwierniej notowali słowa swego niezwykłego przewodnika.

    Pewnego razu święty Maksymilian przechadzał się ze współbraćmi w Niepokalanowie. Opowiedział im historię powstania modlitwy Dunsa Szkota: „Dozwól mi chwalić Cię, Panno Przenajświętsza i daj mi moc przeciwko nieprzyjaciołom swoim”. – A kto to byli ci nieprzyjaciele Niepokalanej? To byli teologowie – chociaż nie ze złej woli byli nieprzyjaciółmi. Niepokalana skłoniła głowę na tę modlitwę na znak, że się Jej ona podobała – wyjaśniał słuchaczom.

    Na początku 1937 roku na polecenie władz zakonnych miał wyjechać do Rzymu. Przemawiając do podopiecznych pozostawił im wskazówki dotyczące głównie życia duchowego. Podobnie jak w wielu innych swych konferencjach kładł akcent na całkowite zawierzenie Matce Bożej, chętne przyjmowanie trudności i wierne wypełnianie zobowiązań wynikających ze złożonych ślubów. Mówił między innymi o posłuszeństwie, będącym jednym z fundamentów dobrego życia w zgromadzeniu.

    – Jeżeli natychmiast pełni się posłuszeństwo – nawracają się poganie. I tam będzie skutek naszych modlitw. W Bolszewii zło teraz triumfuje, ale przyjdzie czas, że na Kremlu zatkniemy sztandar Niepokalanej – zapowiadał, a w naszych czasach wyczekujemy wypełnienia się tych słów szczególnie niecierpliwie.

    Jako człowiek modlitwy, kontemplacji, głębokiej więzi z Maryją i Panem Bogiem, miał świadomość nadchodzącej z oddali własnej śmierci. 15 lutego 1938 roku uprzedzał współbraci, żeby unikali podziałów, a także wywyższania własnej osoby ponad innych członków wspólnoty. Mówił: – Jeszcze w pierwszych wiekach Kościoła święty Paweł mówił do wiernych, że on wie, iż jak odejdzie, przyjdą wilcy drapieżni i przestrzegał przed nimi. Ja was przestrzegam tak samo.

    – Już niedługo pożyję i niedługo pobędę z wami. Wy jesteście fundamentem i musicie bardzo na to baczyć i wiedzieć o tym, że przyjdą wilcy drapieżni. Próba musi być. Trzeba się przygotować żeby miłości wzajemnej nie zerwali. Żeby Niepokalanów chcieli ominąć – trudno przypuścić – dodał.

    Śmierć traktował zresztą nie po „światowemu”, lecz po… katolicku. Gdy w nastoletnim wieku rozstał się z doczesnym życiem gorliwy nowicjusz o imieniu Annuncjatus, święty żegnał go przypomnieniem, że to, co zwykle uważa się za dramat i powód do smutku, czy nawet rozpaczy, jest tak naprawdę drogą do nieba. – Rozmawiałem nieraz na temat czyśćca z braćmi, którzy mnie o to zapytywali i mówiłem im, że z Niepokalanowa do czyśćca się nie idzie – wyznał nieco prowokacyjnie. Sprecyzował zaraz, że chodzi tu o „ducha Niepokalanowa”, czyli postawę oddania się Niepokalanej bez żadnych zastrzeżeń. Podał też przykłady świadczące o tym, że śmierć współbraci niejednokrotnie poprzedzała jakieś dobre przedsięwzięcie – czy to początek wydawania „Rycerza Niepokalanej” (niedługo po narodzinach dla Nieba sługi Bożego ojca Wenantego Katarzyńca), czy wyprawę na poszukiwania terenu pod budowę Niepokalanowa. – Ci, co schodzą z tego świata, rozpoczynają dopiero „tam” swe dzieło – dowodził.

    Dla większego dobra

    Pod koniec marca 1938 roku ojciec Marian Wójcik z klasztoru pod Teresinem wybrał się na spotkanie z dziennikarzami zorganizowane w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Mówiono tam o narastającym niepokoju w Europie. To bodaj pierwsza w zbiorze konferencji ojca Maksymiliana wzmianka o zbliżającej się powoli wojnie. Święty powiedział też między innymi, że klasztor poprzedniego dnia odwiedził rotmistrz, który „cieszył się, że mamy obszerny szpitalik i wiele budynków, czyli że dużo zmieści się rannych”. Podobnie jak w wielu późniejszych przemowach czciciel Maryi potraktował nadchodzącą pożogę jako okazję do uświęcenia się, do jeszcze gorliwszej służby Matce Najświętszej. – W jaki sposób mamy się przygotowywać by w razie takiej zawieruchy nie tylko nie stracić, ale jeszcze skorzystać i dla sprawy Niepokalanej zyskać? Ryby na zimę zaopatrują się w tłuszcz a nam trzeba zaopatrzyć się w gorącego ducha. Żeby się do tego przygotować, trzeba mieć jasno przed oczyma cel. Takim dobrym przygotowaniem jest powtarzanie słów świętego Bernarda: „Po coś tu przyszedł?”. Chodzi o to, żeby ten cel był żywy i by wszystko do niego zmierzało. Każdy do siebie te słowa może zastosować – radził.

    Zaledwie kilka dni później wojna była już tematem omawianym powszechnie. Święty Maksymilian swą naukę wygłaszaną do zakonników poświęcił przygotowaniom do jej wybuchu. Nawiązał do pierwszych wieków Kościoła i trwających wówczas krwawych prześladowań, które dosięgały wyznawców Chrystusa. – Krew męczenników była posiewem nowych chrześcijan – przypominał. – Jeden z historyków ówczesnych pisze, że przez lat około czterdziestu, kiedy był spokój, napsuło się dużo chrześcijan. Dlatego radował się z tego, że znowu zaczęły się prześladowania. Tak samo i my możemy się cieszyć, bo w czasie różnych trudności będziemy się pobudzać do gorliwości. Zrozumiemy lepiej potrzebę większej modlitwy i umartwienia. Zbliża się bardzo poważna walka. Jakie będą jej etapy, trudno przewidzieć – wskazywał. Podkreślił, że „najszczytniejszym ideałem byłoby położyć życie dla Niepokalanej”. – Raz się żyje i raz się umiera. Ale najlepiej jak Niepokalana chce. Zresztą – to Niepokalanej rzecz, bośmy Jej własnością. Nasze sprawy są Jej sprawami, a my się troszczymy o Jej sprawy – zaznaczył.

    1 maja 1938 r. mówił zaś do profesów solemnych między innymi: – Mogą przyjść prześladowania i wojny. Wojna jest bliższa niż się wydaje. Prześladowania w czasie wojny są możliwe. Wy, którzy macie być ojcami duchowymi Niepokalanowa, przygotujcie się na to. Oczywiście, że Niepokalana może dopuścić to tylko dla naszego dobra. Kiedy by nie było trudności, wytworzyłaby się przeciętność – podkreślał.

    – Mówią, że kiedy się chce rozruszać ryby w stawie, wpuszcza się szczupaka. Tak samo i w zakonach. Gdyby nie było prześladowań, byłby zastój. Pan Bóg dopuszcza, żeby był nieprzyjaciel, żeby nie przyszła gnuśność i zanik heroizmu. Dziś dzieła Boże przechodzą bardzo duże walki. Gdybyśmy zaprzestali walki, daliby nam spokój. Im więcej się wysilamy, tym więcej nas prześladują – dodał.

    Za najważniejsze dla dobrych przygotowań zakonników na wojenny czas uznał gorliwość i poważne postanowienie dążenia do świętości. Zwracał uwagę, że o ile ludzie świeccy mają nieraz trudności z rozpoznaniem woli Bożej w swoim życiu, to już w przypadku duchownych wystarczy, że posłuchają przełożonych.

    Przy innej okazji zapewniał braci: – Pan Bóg dopuszcza takich Stalinów, Hitlerów i prześladowania jak w Meksyku czy Hiszpanii. To wszystko jest dla większego dobra. Cała doskonałość w dążeniu do szerzenia chwały Bożej polega jedynie na tym, żeby być narzędziem Niepokalanej, żeby być Jej – żeby być Jej rzeczą i własnością – podkreślał.

    – Starajmy się osiągnąć to, co Pan Bóg zamierzał względem nas dopuszczając wojnę – mówił z kolei 25 sierpnia 1940 roku. – Pan Bóg mógł jedynie zamierzyć większe dobro nasze, czyli uświęcenie, żebyśmy się poprawili. I dlatego trzeba, żebyśmy zwracali więcej uwagę na życie wewnętrzne, by żyć aktami miłości.

    – Może jeszcze przeceniamy zewnętrzną działalność – kontynuował. – Pamiętajmy, że wszystkie prace bardzo dobre, bardzo wzniosłe, jak prowadzenie szpitali, szkół, misji, a nawet męczeństwo – jeśli nie miały w sobie miłości, nie są warte jednego aktu miłości. I ten jeden akt miłości pomaga więcej Kościołowi w uświęceniu dusz aniżeli wszystkie wspomniane rzeczy razem wzięte.

    Pomogło bombardowanie

    Krótko po wybuchu wojny starostwo powiatu sochaczewskiego, w związku z szybkim posuwaniem się wojsk niemieckich zarządziło ewakuację, w którą włączony został także klasztor franciszkanów. – Drogie dzieci, teraz idziecie na misje – oznajmił współbraciom ojciec Maksymilian. Przeprosił ich za zgorszenia i przykrości. Wezwał do tego, by pośród ludzi świecili dobrym przykładem. – Wspomnijcie na to, co tyle razy Wam powtarzałem, że Niepokalanów to nie te opłotki budynki czy maszyny. Gdzie znajduje się niepokalanowianin, tam także ma być Niepokalanów. Niepokalanów ma być w sercach i duszach Waszych – apelował. Dał słuchającym szereg praktycznych rad włącznie z tą by zakonnicy udający się do swoich rodzin, zabrali tych, którzy nie mają się gdzie podziać. Skłonił słuchających do złożenia przyrzeczenia, że nie będą pić wódki ani palić papierosów. – Po zakończeniu wojny, gdy już będą możliwości powrotu, to ogłosi się w prasie i przez radio, że już można wracać. Wówczas niech wszyscy wracają, ażeby stanąć do dalszej pracy – dodał, po czym pobłogosławił odprawianych w świat.

    We wrześniu 1939 roku ojciec Kolbe wraz z braćmi został wywieziony do niemieckich obozów. Z Ostrzeszowa okupanci zwolnili go w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Do ponownego aresztowania 17 lutego 1941 roku przebywał w klasztorze.

    Nie przestawał podnosić towarzyszy na duchu, wskazując na duchową szansę, jaką dają prześladowania i wojna. We wtorek 30 kwietnia 1940 roku brat Witalian Miłosz zanotował słowa mówiące o pokorze i uświęceniu. Współbracia usłyszeli między innymi: – Mówi się, że burza oczyszcza powietrze. Słyszy się też nieraz, że ta burza pomogła wielu ludziom i zakonnym osobom do dobrego. Słyszałem od jednego ze starszych zakonników, że ostatnie wypadki zrobiły duże wrażenie. Nie pomagały argumenty ani książki  bombardowanie pomogło. W takiej walce zastarzałe i zaśniedziałe dusze wzruszają się i oczyszczają. Gdyby bowiem nie było tych wypadków na większe dobro, to by ich Pan Bóg nie dopuścił.

    Podczas sierpniowej kapituły ojciec Maksymilian przestrzegał przed luzowaniem zakonnych rygorów pod pretekstem nadzwyczajnych warunków. Mówił: – Słyszy się czasem, że niektóre przepisy nie obowiązują – bo wojna. Bardzo to niebezpieczne zdanie. Jeśli mamy kontakt z przełożonym, to nie możemy sami rozstrzygać, które przepisy obowiązują, a które nie. Prawda, że w czasach wyjątkowych, jeśli ktoś znajduje się sam, z dala od przełożonych, może swobodnie decydować według własnej roztropności. Jeśli jednak mamy możność porozumienia się z przełożonymi, oni rozstrzygają wszelkie wątpliwości – bo na to ślubowaliśmy posłuszeństwo – przypomniał.

    Roman Motoła/PCh24.pl

    __________________________________________________________________________

    Da Vinci z Niepokalanowa

    Gdyby nie wybuch II wojny światowej, o. Kolbe mógłby trafić na listę czołowych polskich wynalazców. Jego myśl techniczna wyprzedzała o wiele lat epokę, w której żył.

    O. Maksymilian Kolbe był tytanem pracy
    Archiwum MI Niepokalanów
    O. Maksymilian Kolbe był tytanem pracy

    ***

    Heroiczny akt poświęcenia własnego życia dla ratowania współwięźnia Franciszka Gajowniczka, skazanego na śmierć w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, jest najbardziej znanym faktem z biografii św. Maksymiliana. Mało kto jednak wie, że już jako nastolatek wykazywał on nieprzeciętne zdolności techniczne i pasjonował się matematyką oraz fizyką.

    Od telegrafu do rakiety

    Maksymilian Kolbe w wieku 15 lat wysłał do urzędu patentowego we Lwowie własnoręcznie wykonane projekty urządzeń takich jak telegraf, który stanowił pierwowzór dzisiejszego faksu, oraz „aparat zapisujący mowę i głosy natury”.

    Z czasem w kręgu zainteresowań przyszłego świętego znalazło się lotnictwo. Jako kleryk przesłał do włoskiego urzędu patentowego projekt pojazdu, który miał umożliwić loty w kosmos. Nazwał go „etereoplanem”. Miał to być statek służący do dotarcia do innych planet, a niewykluczone, że nawet do odległych gwiazd. Niestety, jego projekt nie został opublikowany, a zarys pomysłu oraz rysunki konstrukcji statku zachowały się jedynie w postaci notatek z czasów studiów w Rzymie.

    Innowacyjność pomysłu Maksymiliana polegała m.in. na odejściu od dotychczasowego sposobu poruszania się przy pomocy koła czy śmigła. Zasadą poruszania się „etereoplanu” w przestrzeni kosmicznej miał być odrzut. Kleryk przewidywał także podróż w nim człowieka po pokonaniu siły ciążenia i stworzenie pełnej „klimatyzacji” wewnątrz pojazdu. Opis tego wynalazku z licznymi wykresami i matematycznymi obliczeniami Maksymilian wysłał do czasopisma Scienza per Tutti. Napisał: „Najpierw można by przecież wysłać sam aparat, zaopatrzony w odpowiednie urządzenia, określając na podstawie dokładnych obliczeń wpierw drogę krótką, którą by mógł powrócić na ziemię. Po powrocie należałoby przestudiować różnicę zaistniałą pomiędzy przewidzianym a rzeczywistym zachowaniem się aparatu i po wyeliminowaniu niedociągnięć należałoby wysłać go na odległość większą i ponownie przeanalizować wyniki. Gdy już aparat okaże się bezpieczny, a zwierzęta w nim umieszczone do odbycia pierwszych podróży zniosą je dobrze, wówczas będzie można bez niebezpieczeństwa dla życia zaryzykować podróż”.

    Jak podkreślają współcześni specjaliści, projekt „etereoplanu” był wówczas genialnym błyskiem myśli technicznej. Warto zwrócić uwagę, że choć prawa fizyczne, które Kolbe chciał wykorzystać w „etereoplanie”, nie były jeszcze wtedy całkowicie odkryte, zarówno zasady działania statku, jak i przewidywane problemy jego poruszania się w przestrzeni kosmicznej są poprawne i zgodne z dzisiejszymi stanem wiedzy w tym zakresie.

    Wracam z budowy

    Ojciec Kolbe skończył teologię i filozofię, ale tajemnic przed nim nie miało także budownictwo. Potrafił bez wielkich zasobów postawić stabilne i wytrzymałe konstrukcje. Od 1927 r. pracował przy budowie klasztoru Franciszkanów w Niepokalanowie. Był tak bardzo zaangażowany w swoją pracę, że zdarzało mu się przyjść na spotkanie do biskupa w brudnych butach i habicie. Kiedy inni duchowni zwracali mu uwagę, że tak nie wypada, odpowiadał: „Wracam właśnie z budowy”.

    Ojciec Maksymilian używał prostych i tanich materiałów budowlanych, jednak do działalności wydawniczej wybierał najdroższe maszyny drukarskie. Założone przez niego wydawnictwo zużywało rocznie ok. 1,6 tys. ton papieru na prawie 60 mln egzemplarzy drukowanych czasopism. Nakład Rycerza Niepokalanej dochodził do miliona egzemplarzy. Wybór drogich narzędzi o. Kolbe wyjaśniał jednym zdaniem: „Matce Bożej się nie skąpi”.

    W latach 1931-35 zakonnik przebywał na misjach w Japonii, gdzie powołał do istnienia odpowiednik Niepokalanowa. Jego upór i konsekwencja sprawiły, że wybudowano klasztor nie w centrum katolickiej dzielnicy Nagasaki, ale na skraju góry. Wiele osób nie aprobowało tego pomysłu, jak się jednak później okazało, dzięki takiemu położeniu klasztor ocalał po zrzuceniu bomby atomowej przez Amerykanów.

    Telewizja, radio i lotnisko

    Ojciec Maksymilian na bieżąco śledził pojawiające się wynalazki i osiągnięcia techniki. W 1936 r. był jednym z pierwszych pasażerów kolei linowej na Kasprowy Wierch, a w 1938 r. uczestniczył w Berlinie w pierwszym pokazie telewizyjnym. W tym samym roku na terenie swojego klasztoru założył pierwszą w Polsce katolicką rozgłośnię – Radio Niepokalanów. Ponadto planował budowę lotniska, które miało służyć do celów wydawniczych. Radio Niepokalanów nadawało na przełomie lat 1937 i 1938, pokrywając swoim zasięgiem praktycznie obszar całego kraju.

    W czasie pobytu w Japonii o. Kolbe zapoznał się z technicznymi wymogami raczkującej wówczas telewizji i rozpoczął prace, które miały przygotować do nadawania w Polsce. Jego starania o ogólnopolską koncesję radiową przerwał wybuch wojny. Podobnie jak budowę lotniska. Mimo to gotowych do latania, po odbytym kursie pilotażu, było już dwóch braci zakonnych. Klasztor miał też własną bocznicę kolejową.

    Specjaliści od zarządzania zauważają, że techniki menedżerskie o. Maksymiliana były porównywalne do tych, które zaczęto stosować na Zachodzie w latach 70. XX wieku.

    Skąd inspiracje?

    Bez wątpienia o. Kolbe był wielkim apostołem, organizatorem i przedsiębiorcą. Można się zastanawiać, skąd czerpał siły do tak aktywnego i owocnego życia. Odpowiedź znajdujemy w jego życiu duchowym. Był przede wszystkim człowiekiem głębi – mistykiem, który ponad wszystko kochał Boga i nieustannie zabiegał o spotkanie z Nim, nawet podczas krótkiej adoracji.

    Ojciec Maksymilian przywiązywał wielką wagę do porządku – przede wszystkim wewnętrznego, z którego wypływało również uporządkowanie zewnętrzne. W życiu kierował się zasadą: „Zachowaj porządek, a porządek zachowa ciebie”. Wszystkie działania miał dokładnie zaplanowane. W swojej działalności czerpał z doświadczenia różnych systemów organizacji i zarządzania. To właśnie planowanie i konsekwencja działania według powziętego planu charakteryzują ludzi uporządkowanych. Podkreślał, że choć codzienne – powoli, krok za krokiem – wykonywanie postawionych sobie zadań i celów może się wydawać monotonią, to ostatecznie wprowadza ono ład i wyciszenie. Wiedział także doskonale, że każde zamierzenie musi prowadzić do jakiegoś dobrego celu. Porządek w życiu nakazuje nie tracić czasu na rzeczy bezcelowe i złe. Uważał, że czas jest darem Boga i będziemy z niego rozliczeni.

    Genialność pomysłów, zapał i wyjątkowa skuteczność w ich realizacji były owocami Ducha Świętego, współpracy z Bożą łaską i wielkiej pracowitości św. Maksymiliana. Jego życie pokazuje, że nowoczesność i innowacyjność nie muszą być przeszkodą w osiągnięciu świętości. Przeciwnie – mogą się stać drogą, która do świętości prowadzi.

    Łukasz Krzysztofka/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________

    Patent na świętość

    O 80. rocznicy śmierci św. Maksymiliana Kolbego, jego duchowym dziedzictwie i szaleństwie zdobywania świata dla Niepokalanej.

    misericors.org

    ***

    Monika M. Zając: Mówi się, że święci nie przemijają, ale cały czas wołają o świętość. Czy św. Maksymilian odnalazłby się we współczesnych warunkach?

    O. Mirosław Kopczewski: Z pewnością bardzo dobrze odnalazłby się w naszych czasach. Miał ścisły umysł, był bardzo praktyczny, stawiał na rozwój techniki i korzystał z jej najnowszych osiągnięć. Założył drugą w Polsce stację po Radiu Polskim, drukarski park maszynowy, chyba najlepszy w przedwojennej Polsce, myślał nawet o założeniu lotniska.

    O pomyśle budowy lotniska mało kto słyszał. Czego jeszcze nie wiemy o planach o. Kolbego?

    Może nie każdy wie, że był także wynalazcą, a swoje odkrycia zgłaszał do urzędu patentowego. Planował loty kosmiczne, robił związane z tym wyliczenia, rysował rakiety. Ponadto pisał o tym, jak przekazywać dźwięk na odległość, a studiując we Lwowie, myślał nad jego fortyfikacją. Miał zatem bardzo szerokie spojrzenie na rzeczywistość.

    Jego rozpęd i wyprzedzanie epoki może nas zawstydzać. Jednocześnie my cierpimy z powodu zagubienia w postępie technicznym. Co różniło jego nowoczesność od naszej?

    Często współczesny człowiek nie ma wyznaczonego celu, próbuje wyeliminować Boga z życia. A jeśli stawiamy siebie swój osobisty rozwój w centrum, to wchodzimy w błędne koło. Maksymilian wiedział, czego chce, po co żyje na tym świecie, jaki jest jego cel. Napisał o tym w Regulaminie życia w 1920 r.: „Muszę być świętym jak największym”. Dlatego i nam mówi dzisiaj: Nie zapominajcie o Bogu! Fajnie, że macie osiągnięcia, że się rozwijacie, ale to nie jest najważniejsze, to są środki, cel jest gdzie indziej. Dla niego najważniejszy był nie sukces biznesowy czy marketingowy, tylko przede wszystkim świętość – i to nie byle jaka, ale w pierwszym szeregu.

    W jaki sposób ten apostolski rozmach św. Maksymiliana jest źródłem inspiracji dla Ojców Franciszkanów dzisiaj?

    Patrzymy na to z perspektywy charyzmatu, który on otrzymał. Chciał zdobyć cały świat dla Niepokalanej. Gdy tylko dostał pozwolenie przełożonego na realizację kolejnej inicjatywy, to znaczyło, że jest to wolą Bożą i całkowicie poświęcał się tej sprawie. Być może dziś boimy się takiego rozmachu, bo zaczynamy liczyć, czy nam wystarczy środków, ludzi, sił. Owszem, kontynuujemy dzieło Radia Niepokalanów, Rycerza Niepokalanej, który niedługo będzie obchodził 100 lat, mamy także transmisje na YouTube. Ale jeszcze nie doganiamy Maksymiliana w tym zapale i poświęceniu.

    Kolejna rocznica śmierci to wezwanie, by ponownie spojrzeć na dziedzictwo życia o. Maksymiliana. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że pozostanie poważnym świętym z obrazka, na widok którego powiemy: „Co ja mam z nim wspólnego?” i przejdziemy obojętnie obok…

    Trzeba pokazywać Maksymiliana na różne sposoby. Jako kapłana, zakonnika, patriotę oraz jako człowieka z krwi i kości, bardzo trzeźwo stąpającego po ziemi, który nie bał się prawdy. To ktoś kto przychodzi nam z pomocą w czasach zastraszenia, kiedy boimy się wielu rzeczy: że z powodu wiary źle o nas pomyślą, zakwalifikują nas jako „katoli” ze średniowiecza, że stracimy pracę. Ktoś, kto wzywa, żebyśmy nawet w obliczu zagrożenia nie bali się dawać swoim życiem świadectwa.

    Który z wymiarów jego posługi jest współcześnie najbardziej pociągający? Święty misjonarz, męczennik, a może apostoł mediów?

    Z pewnością różne grupy wskazałyby odmienne, ważne dla siebie rysy jego apostolstwa. Jednak podkreśliłbym jego duchowość maryjną. Dla Niepokalanej potrafił pracować po 16 godzin dziennie, np. kręcąc korbą, żeby wydać kolejny numer Rycerza. Od kilku lat w Polsce obserwujemy boom na oddanie się Matce Bożej, na nabożeństwo pierwszych sobót. Ludzie pragną bliskości z Matką Bożą. Nie chodzi tu tylko o kwestie pobożności, ale także o wymiar praktyczny.

    To znaczy?

    Żyjemy w epoce walki duchowej, która przejawia się na różnych polach, i dlatego potrzebujemy ochrony i przewodnictwa. Matka Boża jest Tą, która depcze głowę szatana. I tu z pomocą przychodzi duchowa „jednostka militarna” założona przez św. Maksymiliana – Rycerstwo Niepokalanej, powołane do walki z grzechem, ze złem.

    Zło i grzech coraz częściej dotykają podstaw człowieczeństwa. A to właśnie „głęboko zbolała sprawa ludzka” – jak mówił św. Jan Paweł II – leży u podnóża świętości Maksymiliana.

    Przez zwycięstwo piękna człowieczeństwa o. Kolbe pokazał, że człowiek jest czymś więcej, że nie jest tak łatwo go zniszczyć. Oddał życie, by ratować nie tylko jednego człowieka, ale tysiące innych więźniów, którym dał nadzieję, że nawet w tym czasie bardzo trudnym, gdzie zdawało się, że nie ma Boga, można pokazać siłę wiary i miłości. Bo zło zwycięża tam, gdzie damy mu pole do zwycięstwa, gdy sami damy sobie wmówić kłamstwo. Ale jeśli będziemy trwać przy zdrowej nauce, nie poddając się modzie czy naciskom medialnym, robiąc swoje, to prawda i dobro się obronią. Chrystus jest większy, to On pokonał szatana na krzyżu. Zwycięstwo już się dokonało, my mamy tylko pod krzyżem wytrwać.

    Wyrazem tego wspólnego trwania będą również obchody 80. rocznicy męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana w Niepokalanowie.

    Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa! W sobotę 14 sierpnia Mszy św. o godz. 11 przewodniczył będzie kard. Robert Sarah. Uroczystości uświetni występ zespołu „Mazowsze” o godz. 12 w bazylice. W nocy udamy się w pielgrzymce pokutnej z Miedniewic do Niepokalanowa w intencji odnowy rodzin w duchu Dekalogu. W niedzielę 15 sierpnia Eucharystii o godz. 13 przewodniczył będzie kard. Kazimierz Nycz. Podczas każdej Mszy św. ponowimy zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi. Szczegółowy program obchodów na stronie: http://niepokalanow.pl/sanktuarium/wielkie-zawierzenie.

    z o. Mirosławem Kopczewskim rozmawiała Monika M. Zając/Tygodnik Niedziela

    (ojciec Mirosław Kopczewski, franciszkanin, wicekustosz sanktuarium w Niepokalanowie, inicjator Wielkiego Zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Kalwaryjska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Poncjan, papież, i Hipolit, prezbiter
      •  Święty Maksym Wyznawca
      •  Błogosławieni męczennicy Filip Munarriz, prezbiter, i Towarzysze
    Bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej
    W ufundowanym przez Mikołaja Zebrzydowskiego na początku XVII w. klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Płaczącej. Znajduje się on w bocznej kaplicy bazyliki Matki Bożej Anielskiej. Został on ukoronowany w dniu 15 sierpnia 1887 r. przez kard. Albina Dunajewskiego.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej (bez sukienek)

    Sam obraz o wymiarach 74 cm x 90 cm, nieznanego autorstwa, pochodzi z I połowy XVII w. Namalowano go farbą olejną na grubym, lnianym płótnie. Jego twórca wzorował się na obrazie znajdującym się w kościele parafialnym w Myślenicach koło Krakowa. Madonna z tulącym się do Niej Dzieciątkiem przedstawiona jest w półfigurze, z wyraźnym nachyleniem w stronę Dzieciątka. Jej lewa dłoń, z szeroko rozpostartymi palcami, spoczywa na wysokości piersi. Uwagę zwracają ciemne, zamyślone oczy Maryi, ze spojrzeniem skierowanym w dół, w stronę widza. Wysokie czoło, wolne od zmarszczek, okalają brązowe włosy okryte welonem. Głowę przykrywa ozdobny czepiec. Pulchne Dzieciątko zostało przedstawione w pozycji stojącej od kolan, wyraźnie przechyla się w stronę Madonny. Lewą rączką obejmuje Jej szyję, prawą zaś chwyta fałdy Jej płaszcza. Szeroko otwarte, ciemne oko, kieruje ufne spojrzenie w stronę Matki. Usta pozostają lekko rozchylone. Ciemnowłosą główkę okrywa czepiec. Delikatna szata osłaniająca biodra opada miękko w dół.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej

    Bazylika i klasztor bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej położone są na południe od miasta, a na południe i wschód od nich znajdują się 42 kaplice i kościoły dróżek. Jest to jedno z ważniejszych miejsc kultu pasyjnego i maryjnego. Znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Od 1979 r. głównemu kościołowi w Kalwarii przysługuje tytuł bazyliki mniejszej.
    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej szczególnie czułym kultem otaczał kard. Karol Wojtyła, a potem – również papież św. Jan Paweł II. Wielokrotnie modlił się przed tym obrazem, zarówno w czasie swojej posługi arcybiskupa metropolity Krakowa, jak i następcy św. Piotra. W sanktuarium modlił się także papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________


    13 sierpnia

    Błogosławiony Marek z Aviano, prezbiter

    Błogosławiony Marek z Aviano

    Karol Dominik przyszedł na świat 17 listopada 1631 roku w Aviano koło Wenecji. Wzrastał w rodzinie bogatych mieszczan, ale bogactwo nie stało się dla niego celem życia. Wybrał drogę doskonałości w zakonie kapucynów, który już wówczas w swym gronie miał wielu świętych mężów. W 1648 roku Karol wstąpił do klasztoru, przyjmując imię Marek. Siedem lat później przyjął święcenia kapłańskie. Jako kaznodzieja wędrował po wielu krajach, głosił słowo Boże w Tyrolu, Niderlandach, Szwajcarii, Francji, Austrii i Hiszpanii. Wielkim zaufaniem darzyli go papieże, dlatego wysyłali go często w charakterze legata na dwory królewskie. Był wędrownym kaznodzieją, spowiednikiem i powiernikiem władców.
    Za jego przyczyną dochodziło do wielu nawróceń i uzdrowień, które szybko przyniosły mu sławę w całej Europie. Sam określał się mianem “duchowego lekarza Europy”. Został mianowany przełożonym klasztorów w Bellono (1672-1674) i Oderzo (1674-1675).
    Marek z Aviano należał do najwybitniejszych kaznodziedziejów XVII-wiecznych. Jemu właśnie przypisuje się zjednoczenie chrześcijańskich wojsk pod Wiedniem. Odegrał tam rolę duchowego przywódcy. Przed decydującą bitwą odprawił Mszę świętą w namiocie króla Jana III Sobieskiego, gdzie znajdował się wielki obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Na zakończenie Mszy skierował do króla przemówienie, w którym zachęcał do zaufania Bogu. O zwycięstwie ojciec Marek poinformował papieża, kończąc słowami: “Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył!”
    Marek zmarł 13 sierpnia 1699 roku w Wiedniu. Do grona błogosławionych włączył go dopiero św. Jan Paweł II w dniu 27 kwietnia 2003 r., w niedzielę Bożego Miłosierdzia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    Marek z Aviano – z Sobieskim ratował chrześcijaństwo

    Marek z Aviano - z Sobieskim ratował chrześcijaństwo
    Bitwa pod Wiedniem/Jan Matejko

    ***

    Kim był ten kapucyn, skoro obok króla Jana III Sobieskiego zajmuje tak zaszczytne miejsce? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy bliżej zapoznać się z jego życiem i działalnością.

    Jan Matejko w 200 rocznicę odsieczy wiedeńskiej uwiecznił na płótnie zwycięstwo króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem i obraz ten ofiarował papieżowi Leonowi XIII (oglądać go można w Muzeum Watykańskim). Po lewej stronie zwycięzcy spod Wiednia malarz umieścił kapucyna o. Marka z Aviano.

    W doskonałej biografii Jana III pióra Zbigniewa Wójcika o. Marek nazwany został, jednym „z głównych bohaterów epopei wiedeńskiej”[1] . Mało kto jednak w Polsce interesował się, kim był ów bohater, jakie były życiowe losy, poprzestawano na ogólnikowych wzmiankach[2] . Kim był ten kapucyn, skoro obok króla Jana III Sobieskiego zajmuje tak zaszczytne miejsce? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy bliżej zapoznać się z jego życiem i działalnością.

    1. Wiek młodzieńczy i wstąpienie do zakonu
    Przyszły legat papieski w dniach odsieczy wiedeńskiej przyszedł na świat 17 XI 1631 r. jako trzecie z jedenaściorga dzieci małżonków Marka Christofori i Róży Zenoni. Urodził się w miejscowości Aviano, w diecezji Concordia – Pordenone, w północnych Włoszech. Rodzice należeli do ludzi względnie dobrze sytuowanych i mogli sobie pozwolić na kształcenie dzieci. Trzeci ich potomek, Karol Dominik, bo takie imiona otrzymał na chrzcie, został wysłany do kolegium ojców jezuitów w Gorycji. Tam pozostał do 16 roku życia. Pewnego dnia, nie wiadomo z jakich powodów, chłopiec uciekł z kolegium. Prawdopodobnie chciał wziąć udział w wojnie z Turcją, którą toczyła wówczas Najjaśniejsza Republika Wenecka (1645-1669). Udał się do Capodistria, by wsiąść na statek i odbyć podróż. Spotkało go niepowodzenie. Wyrzucony ze statku, znalazł się bezdomny przed tutejszym klasztorem kapucynów.

    Przełożony klasztoru zaopiekował się nim i odesłał do rodziców. Kontakt z kapucynami spowodował, że Karol Dominik już 21 XI 1648 r. zgłosił się do prowincjała weneckiego kapucynów, wyrażając wolę wstąpienia do tego zakonu. W kilka dni później rozpoczął nowicjat w Conegliano, przyjmując ku czci swego ojca zakonne imię Marka. Dn. 21 XI 1649 złożył śluby zakonne, zobowiązując się żyć według Reguły św. Franciszka i zachowywać Ewangelię Pana naszego Jezusa Chrystusa. Potem rozpoczął 6-letnie studia teologiczne. Współbracia oceniali go jako dobrego współbrata, życzliwego i przyjaznego wszystkim oraz wiernego swym obowiązkom. Przełożeni widzieli w nim niezbyt bystrego studenta, o dosyć przeciętnych zdolnościach. Sądzili, że po otrzymaniu święceń będzie nadawał się – poza spełnianiem kultu liturgicznego – najwyżej do pilnowania kościoła i zakrystii. Była to niezbyt wesoła perspektywa dla młodego kapucyna, który marzył o kaznodziejstwie.

    Święcenia kapłańskie otrzymał 18 XI 1655 r. W zakonie, by otrzymać tzw. „patent kaznodziejski” od generała zakonu, trzeba przejść solidne przygotowanie. To go nie przeraziło. Pracę tę oparł nie tylko na kształceniu intelektu, ale przede wszystkim na życiu ascetycznym: modlitwie, praktyce samotności i pokuty. Kazania przygotowywał na piśmie nie tylko dlatego, że było to obowiązkiem wszystkich młodych kapłanów, ale czynił to ze szczególną sumiennością, by przekazać wiernym bogactwo wiary.

    2. Kaznodzieja i apostoł „aktu żalu”

    We wrześniu 1664 r., a więc po 9 latach od daty święceń kapłańskich, otrzymał misję głoszenia Słowa Bożego w różnych miastach prowincji weneckiej. I – wbrew przewidywaniom – zaczął ujawniać talent kaznodziejski. Przemawiał z wielkim zapałem i wewnętrznym zaangażowaniem. Na jego kazania adwentowe i wielkopostne zaczęły ściągać rzesze wiernych. Większość kazań głosił o Męce Pańskiej. Najczęściej występował z krzyżem w ręku, gdyż trwałym znakiem tej tradycji są wyobrażenia na ambonach kapucyńskich ręki trzymającej krzyż. Przemawiał słowami „prostymi i pokornymi, ale przepełnionymi miłością i Bożym zapałem”. Był kaznodzieją ludowym w najlepszym tego słowa znaczeniu. Potrafił swymi kazaniami pociągać ludzi uczonych i prostych, arystokratów i lud. Przemawiał głosem pełnym dramatyzmu, przeżycia, niekiedy ze łzami w oczach. Z tego czasu zachowała się relacja, że gdy o. Marek razu pewnego nie dostrzegł znaku skruchy na twarzach dwóch swoich słuchaczy, publicznych grzeszników, rzucił w nich krzyżem, który zazwyczaj trzymał w ręku podczas kazań. Czy ci się poprawili, nie wiadomo, ale krzyż się połamał. Stąd nadano mu przydomek „Spezzacristi”, co można przetłumaczyć „łamiący Chrystusa”.

    O. Marek wytworzył sobie własny styl głoszenia kazań wielkopostnych, adwentowych czy też okolicznościowych. Rozpoczynał je zwykle od wzbudzania ufności w dobroć Bożą, dążąc do tego, aby słuchacze, świadomi łask otrzymywanych od Boga, z wdzięcznością odpowiadali na Jego dobroć. Z biegiem czasu kazanie stawało się jakby dialogiem pomiędzy kaznodzieją a słuchaczami, poprzez żywą reakcję ludu. Po wyrażeniu aktów wiary i ufności starał się, by słuchacze wyrazili akt żalu za grzechy. Potrafił wytworzyć taką atmosferę, że wierni bili się w piersi, prosząc Boga miłosiernego o odpuszczenie grzechów. Zachęcał do spowiedzi, wierząc, że najlepsze kazanie nie będzie miało wielkiej wartości, jeżeli nie doprowadzi do wyznania grzechów i otrzymania rozgrzeszenia w konfesjonale. Na zakończenie nauki odmawiał ułożony przez siebie akt żalu, a potem udzielał specjalnego błogosławieństwa. Istotnie po jego kazaniach wielu słuchaczy garnęło się do konfesjonałów.

    ako kaznodzieja stał się sławny w całej Republice Weneckiej, a wkrótce niemal w całej Europie. W miarę swoich ówczesnych możliwości drukował kartki z aktem żalu i rozdawał wśród ludzi, aby dopomagać im do nawrócenia. Jego oddziaływanie zataczało coraz szersze kręgi na Italię i poza nią. Wierni nazwali go „apostołem aktu żalu”.

    3. Cudotwórca i apostoł Europy

    Przełomową datą w życiu i działalności o. Marka był rok 1676. We wrześniu głosił kazania w Padwie. Podczas jednego z nich uzdrowiona została zakonnica, od 13 lat chora nieuleczalnie. Fakt ten stał się bardzo głośny. Przełożeni zakonni zaniepokojeni zbyt wielkim poruszeniem, jakie powstało wokół jego osoby, próbowali go przenieść to do jednego, to do innego klasztoru. Wywołało to protesty ludzi i władze zakonne musiały zezwolić mu na dalszą publiczną działalność kaznodziejską. Tymczasem po kazaniach o. Marka poczęły się mnożyć nadzwyczajne wypadki nie tylko nawróceń, ale uzdrowień. Papież Innocenty XI niebawem nazwał go „cudotwórcą swego wieku – il taumaturgo del secolo”. Mianował go misjonarzem apostolskim. W tym charakterze o. Marek zaczął przemierzać całą Europę. Wzywali go biskupi i książęta, zaprosił go książę elektor bawarski Maksymilian Filip i cesarz Leopold I. W 1680 r. udał się do Monachium. Naoczni świadkowie stwierdzali, że kazaniom o. Marka towarzyszyła nadprzyrodzona atmosfera i szczególne Boże działanie.

    Z Monachium udał się do Innsbrucka, Salzburga, Passawy i Linzu, gdzie jako gość cesarza przebywał przez 3 tygodnie. Potem jego droga wiodła przez Regensburg, Neuburg, Ingolstadt, Bamberg do Wirzburga, Kolonii, Augsburga. Wróciwszy na krótko do rodzimej prowincji weneckiej, udał się następnie do Francji, Holandii i Szwajcarii.

    4. Podróże religijne i dyplomatyczne

    Marek z Aviano był nadto misjonarzem apostolskim szczególnego rodzaju. Papież Innocenty XI, świadomy zagrożenia Europy przez Turcję, usilnie starał się wskrzesić ideę krucjat i pozyskać dla niej władców chrześcijańskich. Marek z Aviano, również przejęty tą ideą, pracować miał na dworach europejskich nad jej urzeczywistnieniem. Doprowadził najpierw do sojuszu bawarsko-cesarskiego. W 1681 r., na prośbę cesarza Leopolda I, udał się do Ludwika XIV z ofertą zgody i przyjaźni. Został jednak u bram Paryża zatrzymany przez agentów policji, załadowano go na furę siana i odstawiono do granicy. Miał opinię zdecydowanego stronnika Habsburgów, stąd innym razem, gdy chciał pojechać do Hiszpanii, wzbroniono mu przejazdu przez Francję.
    W 1682 r. na polecenie władz zakonnych udał się na dwór cesarza Leopolda I do Wiednia. Napisał wówczas do cesarza: „Skoro została mi nałożona tak poważna odpowiedzialność […] nie będę się starał o nic innego, jak tylko o dobro Waszego Cesarskiego Majestatu. Proszę pozwolić, że będę się kierował myślą Bożą, będę się kierował duchem prostoty, bezinteresownej szczerości i prawdy, której we współczesnym złudnym świecie nie pozwala się wchodzić na dwory wielkich tego świata, co przynosi szkodę tak publiczną, jak i prywatną”. W innym liście dodał: „Moje dobre rady oparte są na Bogu, przez którego we wszystkim i przez wszystko chcę być kierowany”. Cesarz upodobał sobie kapucyna. Zawiązała się między nimi przyjaźń. Gdy o. Marek oddalał się od cesarskiego dworu, wymieniali między sobą korespondencję. Zachowały się 164 listy cesarza do o. Marka i 154 o. Marka do cesarza[3].

    Leopold I został cesarzem w młodym wieku. Osobiście był człowiekiem wspaniałomyślnym, szczerym, inteligentnym, wykształconym, moralnie prawym, natomiast jako władca pozostawiał wiele do życzenia, szczególnie z racji braku energii i stanowczości. Tragizm jego rządów polegał na tym, że nie zdawał sobie sprawy z istniejących nadużyć, urągających podstawowym zasadom sprawiedliwości, i nie było nikogo, kto by mu otworzył na to oczy i powiedział prawdę. Starał się to czynić o. Marek, prawdopodobnie bez większych rezultatów. Jednak jego działalność kaznodziejska na dworze cesarskim była świadectwem, że jest ktoś, kto ma odwagę sprawy te podnosić.

    5. Legat papieski

    Cesarz darzył o. Marka wielkim zaufaniem, zwierzał mu się z różnych problemów. 29 XI 1682 r pisał do niego: „Obawiam się, że będziemy mieli wojnę z Turkami. Gdybym mógł odbyć tę kampanię mając Ojca przy sobie, mógłbym powiedzieć – jeśli Bóg jest z nami, któż przeciw nam?”. Wkrótce obawy te stały się rzeczywistością. W maju następnego roku armia turecka ruszyła na wyprawę wojenną. Cesarz dwukrotnie pisał do o. Marka wyrażając życzenie, by przybył do niego. Ten w odpowiedzi z dn. 26 V 1682 r. stwierdził: „Jestem w Padwie, zawsze gotów służyć Waszej Cesarskiej Mości we wszystkim, co mi rozkaże”. 7 VII 1683 r. Wiedeń został otoczony przez wojska tureckie. Cesarz opuścił miasto, a z nim 60000 mieszkańców. Przeniósł się do Linzu, skąd znów pisał: „Ojcze Marku, polegam na Tobie i całe zaufanie pokładam w Twojej modlitwie, a także w Twojej obecności przy armii”.

    Dn. 14 VIII 1683 r., na prośbę cesarza, o. Marek z Aviano mianowany został przez Innocentego XI legatem papieskim przy cesarzu i jego armii, a 5 IX przybył do Linzu. Zaraz dopuszczony został do narad wojskowych. Cesarz ciągle się wahał, czy ma objąć naczelne dowództwo nad wojskami koalicyjnymi. Król polski Jan III stawiał sprawę zdecydowanie twierdząc, że to on powinien być naczelnym dowódcą, na co z kolei nie chcieli zgodzić się książęta niemieccy, uważając, że dowodzenie armią sprzymierzoną należy się Karolowi Lotaryńskiemu. O. Marek zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Znał zapewne kwalifikacje i bogate doświadczenie wojenne w wojnach z Turkami króla polskiego. Stanowczo więc opowiedział się za powierzeniem mu naczelnego dowództwa. Sam Jan III w liście do Marii Kazimiery z 9 IX 1683 r. napisał: „Był u mnie na tamtej stronie Dunaju na audiencji [o. Marek] z Aviano, więcej niż pół godziny; powiedział co mówił z cesarzem prywatnie, jako przestrzegał, napominał, pokazował, dlaczego P. Bóg te tu karze kraje. Na wojnę mu samemu iść ani tu się zbliżać nie kazał i kiedy wczoraj rozgłoszono, iż cesarz jedzie, że mu gospody tu w Tulnie rozpisują, on się tylko uśmiechał, a głową pokazował, że nie”[4] . Zachował się też list cesarza Leopolda do o. Marka z 8 IX 1683 r., w którym ten pisał: „Chciałbym, abyś Wasza wielebność powiadomił mnie o tej sprawie, o której rozmawialiśmy ostatnim razem wieczorem. Czy król (polski) ma jakieś trudności odnośnie do przybycia mojej osoby i czy jest bardzo przeciwny temu mojemu przybyciu. Czy Wasza wielebność uważa, tak jak przedtem, że nie powinienem przybyć, czy też mógłbym przybyć. Ja jednak nie chcę, by moje przybycie było ze szkodą dla Wiednia i dla dobra publicznego […] Gdyby Wasza wielebność miał przeciwne zdanie, proszę zaraz dać mi znać…”[5] .

    Nie ulega wątpliwości, że dzięki zabiegom dyplomatycznym o. Marka z Aviano ostatecznie Jan III objął dowództwo nad wojskami sprzymierzonych. Pertraktacje ciągnęły się niemal do ostatniej chwili. O. Marek wspominać będzie tę sytuację jeszcze w 5 lat po odsieczy wiedeńskiej, pisząc list do cesarza Leopolda 8 XII 1688 r. „Pamięta zapewne Wasza Cesarska Mość, że podczas oblężenia Wiednia miałem wielką łaskę od Boga, by na 10 dni przed bitwą przynieść skuteczną pomoc. Gdybym się spóźnił o 5 dni, Wiedeń byłby upadł i dostał się w ręce nieprzyjaciół. Dwa razy spotkałem się z królem polskim, zniechęconym z wielu powodów, ale z niemałym wysiłkiem doprowadziłem do tego, by Wiedeń wyzwolono, co z pomocą Bożą też się stało”[6] . O. Marek, w wirze licznych zajęć, nie zapomniał o swej istotnej powinności – duchowego przygotowania wojsk chrześcijańskich do walki. Już 8 IX, w święto Narodzenia NMP, odprawił specjalną Mszę św. Jan III w liście do Marysieńki z 9 IX 1683 r. tak opisywał to doniosłe wydarzenie: „Myśmy dzień wczorajszy tu strawili na nabożeństwie, gdzie nam dawał padre Marco z Aviano benedykcję, umyślnie tu przysłany imieniem Ojca św. Komunikował nas z rąk swoich: mszę miał i egzortę niezwyczajnym sposobem, bo pytał: «Jeśli macie ufność w Panu Bogu?» i odpowiadaliśmy mu wszyscy, że mamy. Potem kilka razy kazał za sobą mówić głośno: «Jezus Maryja, Jezus Maryja». Mszę miał z dziwnym nabożeństwem: prawdziwie to jest człowiek złączony z P. Bogiem, nie prostak i nie bigot”[7] . Z tą Mszą św. wiąże się nawet legenda. Autor Diariusza wiedeńskiej okazyji Mikołaj na Dyakowicach Dyakowski napisał, że o. Marek kończąc Mszę św. zamiast słów: Ite, missa est – tj. Idźcie msza się skończyła, powiedział Vnces Joannes”[8] .

    W sam dzień zaplanowanej bitwy, 12 IX o świcie, o. Marek odprawił Mszę św. w zrujnowanej kaplicy klasztoru kamedułów dla króla i dowódców. Jan III z synem Jakubem służyli do Mszy. Wszyscy obecni w kaplicy przyjęli Komunię św. Po Mszy o. Marek odmówił specjalną modlitwę. Oto jej fragmenty:

    „Wielki Boże zastępów, spojrzyj na nas stojących przed Twoim Majestatem: prosimy Cię, przebacz nam nasze winy. Spowodowaliśmy Twój gniew i słusznie powstały wojska, by nas uciskać. O wielki Boże, prosimy Cię o przebaczenie z całego serca. Miej litość nad nami, miej litość nad Kościołem, który złość i potęga niewiernych chce zniszczyć.
    Pamiętaj, że przez trud i przelanie Twej Najświętszej Krwi wyrwałeś wszystkich z niewoli Szatana. Nie dozwól, by niewierni chełpili się i powtarzali: «Gdzie jest ich Bóg, że nie mógł ich wybawić z naszych rąk?».[…] Umocnij Twą łaską Twego i naszego cesarza Leopolda, umocnij duchem króla polskiego, księcia lotaryńskiego, książąt bawarskich i saksońskich i te wspaniałe oddziały (wojsk), które stają, by walczyć dla chwały Twojego imienia i dla obrony i rozszerzenia Twojej wiary. […]Ty sam jesteś możny i możesz dać lub odjąć zwycięstwo i tryumf. Rozciągam moje ręce jak Mojżesz, aby błogosławić Twoich żołnierzy. Podtrzymaj ich i daj im Twoją potęgę, aby zniszczyli nieprzyjaciół Twoich i naszych; na chwałę Twojego imienia. Amen”[9] .

    Po odmówieniu modlitwy, legat papieski udzielił wszystkim obecnym apostolskiego błogosławieństwa na życie i na śmierć. Zważywszy, że działo się to przed decydującą bitwą, był to moment ogromnie uroczysty i pełen religijnej żarliwości.

    O. Marek był obecny wśród wojska podczas bitwy. Przebiegał wśród walczących z uniesionym krzyżem w ręku lub stawał na wzniesieniu, by go widziano, krzepiąc żołnierzy swym widokiem i modlitwą. Powtarzał słowa odmawiane w czasie odprawiania egzorcyzmów: “Ecce crux Domini, fugite partes adversae – Oto krzyż Pana, uciekajcie wrogie siły”. Jeden z autorów tak ocenił postawę o. Marka: „Tylko głębokie studium z dziedziny psychologii mogłoby oświetlić moralną stronę działania ojca Marka w tych godzinach zbrojnej rozprawy i unaocznić ogrom jego moralnej odpowiedzialności jaką przyjął na siebie prowadząc bezpośrednio na polu walki zbieraninę wojsk, jaką była armia cesarska, na dwakroć silniejsze zastępy doskonałych – oczekujących nagrody Allaha w raju – wojsk tureckich”[10] Tę doniosłą rolę potwierdził Dominik Conti, ambasador wenecki na dworze cesarskim, napisał potem, 26 IX 1683 r.: „O. Marek z Aviano, kapucyn, postać znana ze swej świętości przybył, by towarzyszyć wojskom cesarskim… był tam, gdzie trwała najostrzejsza walka, modląc się z krzyżem w ręku”[11] .

    Gdy pod koniec dnia nastąpiło zwycięstwo, O. Marek nie krył swej radości. „Padre z Aviano, który mnie nacałować nie mógł, powiada, że widział gołębicę białą nad wojskami się naszemi przelatującą”, pisał Jan III do Marii Kazimiery[12] . Nie towarzyszył jednak królowi polskiemu w triumfalnym wjeździe do Wiednia, w swej pokorze usunął się w zacisze kościoła kapucynów, by przed Najświętszym Sakramentem modlić się, dziękować Bogu za zwycięstwo i polecać mu dusze poległych chrześcijan i mułzumanów. Jan III napotkawszy go następnego dnia powiedział: „Wasze błogosławieństwo i Wasz pobożny udział (w bitwie) dały nam wczoraj wielką victorię”. O. Marek odrzekł: „Nie, Wasza Królewska Mość, Bóg dał nam victorię, a męstwo Waszej Królewskiej Mości ją wywalczyło”[13] . O. Marek pisząc po zwycięstwie do papieża Innocentego XI z całą mocą stwierdził, że wyzwolenie Wiednia nastąpiło „w sposób cudowny”[14]

    Dn. 15 IX, po uzgodnieniu spraw ceremonialnych, nastąpiło spotkanie króla polskiego z cesarzem. Mile rozpoczęte zakończyło się zgrzytem, wywołanym zachowaniem się cesarza wobec królewicza Jakuba i wojska polskiego. „Po tym się widzeniu – pisał Jan III do Marysieńki 17 IX 1683 r — zaraz tak wszystko się odmieniło, jakoby nas nigdy nie znano […] Chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzeleni, których bardzo siła, a ja na nich uprosić nie mogę szkuty jednej, abym ich mógł do Peszburku spuścić i tam ich swoim sustentować kosztem; bo nie tylko im, ale mnie gospody, a przynajmniej w niej sklepu za moje pieniądze pokazać nie chcieli, aby było rzeczy złożyć z wozów tych, od których konie pozdychały. Ciał zmarłych na tej wojnie zacniejszych żołnierzów w kościołach w mieście chować nie chcą, pokazując pole albo spalone po przedmieściach, pełne trupów pogańskich cmentarze; którym zaś grobu w mieście pozwolą, trzeba nie tylko pieprzem, ale i solą dobrze osolić! […] Wiemy, że Ojciec św. daje, że i sreber kościelnych nie żałuje, że i prywatni ludzie składają wielkie sumy – a na cóż się to zejdzie? […] Cokolwiekeśmy hazardowali, uczyniliśmy to wszystko w nadzieję obietnicy Ojca św., a teraz żałośnie nam tylko wzdychać przychodzi, patrząc na ginące wojsko nasze, nie od nieprzyjaciela, ale od największych, którzy by nam być powinni, przyjaciół naszych”[15] .

    W dalszym ciągu opisu tej smutnej rzeczywistości Jan III tak donosił o zachowaniu się wówczas legata papieskiego: „Marco z Aviano, święty i poczciwy człowiek, płacze patrząc na te rzeczy, a czyni, co może w Wiedniu, aby ich te tam rady zagrzał i do jakiejkolwiek przywiódł rezolucji”[16] . W liście z 24 IX 1683 r. dodawał: „Padre z Aviano, który odjechał zaraz z Wiednia do Linzu, a stamtąd miał zaraz jechać do Włoch, narzekał na srogie grzechy dworu i miasta wiedeńskiego, których równi nigdzie nie kładł; na ministrów cesarskich, na pychę, na niesprawiedliwość, na rozpustę srogą miasta i dworu; na cesarza zaś grzechy z omission (opuszczenia) i że pozwala tych niesprawiedliwości ministrom swym, sam się nie aplikując, sam w te rzeczy nie wglądając. Ze mną czasu bardzo mało miał mówić. Obiecował przecie wiktorii; prawda, że czasem niby przez zęby. Po wiktorii obłapiał mię, całował, a wzdychał, prosił, aby continuer (kontynuować) bez omieszkania czasu. Narzekał na lenistwo drugich, na niedbalstwo; mówił, co należało, a potem, nie mogąc na to i patrzeć, odjechał”[17] .

    Jakkolwiek w słowach tych pisanych przez króla polskiego w ogromnym rozgoryczeniu jawi się też nuta pretensji pod adresem o. Marka, przecież wynika z nich także, że Jan III zdawał sobie sprawę, że świątobliwy kapucyn osamotniony nic nie mógł zdziałać i ten chwilowy żal nie zmącił uczucia sympatii czy nawet przyjaźni, jakim go darzył. Świadectwem tego jest list, jaki król napisał do o. Marka 11 X 1683 r., po bitwie pod Parkanami. „Żyje w nas Boże błogosławieństwo, które wyjednałeś nam, kiedy nasza armia walczyła wraz z wojskiem cesarskim”, a następnie opisał mu przebieg walk[18] . Z kolei, król podczas triumfalnego powrotu z wyprawy wiedeńskiej, witany w kraju m.in. przez przełożonego polskich kapucynów, o. Jakuba z Rawenny, miał mu powiedzieć: „Poznałem waszego ojca Marka z Awianu. Był on nieodstępnym moim towarzyszem podczas wielkiej bitwy. Uwiadomiłem go o mojem niebezpieczeństwie pod Parkanami i o zwycięstwie pod Strygoniem. Donieść teraz, szanowny ojcze, władzy swojej do Rzymu, że mnie wielce cieszą cnoty Marka, które w nim widziałem”[19] .

    6. Dalsze akcje dyplomatyczne

    O. Marek mimo swoich zabiegów dyplomatycznych na dworze cesarskim, jak też gorliwości apostolskiej, w której srogo upominał źle czyniących, niewiele czy prawie nic nie osiągnął dla poprawy sytuacji wojska polskiego. Odchodząc spod Wiednia zachował w sercu życzliwość dla króla Jana III, obrońcy chrześcijaństwa. Świadczy o tym list z 1688 r. „Odnośnie Króla Polski […] robię wszystko, aby podtrzymywać zaufanie i kontynuować korespondencję z Nim, ponieważ to tak bardzo dopomaga do sprawy wspólnej dla całego chrześcijaństwa; i ufam, że król będzie czynił to samo w swoim zakresie”[20] . Taką samą życzliwość zachował dla niego również król Jan.

    O. Marek pozostał wierny idei zwycięstwa do końca. Po krótkotrwałej chorobie w 1684 r. podejmuje akcje, spotykając się z cesarzem. Otrzymał przedłużenie pełnomocnictw Legata papieskiego przy cesarzu i jego armii na lata 1684-1688. Działał na rzecz scementowania ligi antytureckiej, inspirując i wykonując różne poczynania Stolicy Apostolskiej w tej mierze. Przez jakiś czas przebywał z wojskiem cesarskim na Węgrzech[21] . W 1686 r. uczestniczył w wyzwoleniu Budapesztu. W trzy lata później był przy odbiciu Belgradu. Niestrudzenie krzepił ducha wojsk chrześcijańskich, organizował wśród żołnierzy wielkie akcje pokutne połączone z głoszeniem słowa Bożego, spowiedzią i komunią św. oraz udzielaniem apostolskiego błogosławieństwa. Wrócił do Włoch, gdy w 1690 r. Belgrad znów przeszedł w ręce tureckie. Jeździł potem, raz po raz, do cesarza podtrzymując go na duchu w toczonej wojnie z Turcją, upominając jego książąt, by troszczyli się o walczących żołnierzy i płacili im sprawiedliwie żołd. Przy każdej sposobności starał się budzić sumienia panujących, dowódców i żołnierzy.

    7. Śmierć i droga do chwały ołtarzy

    Po zakończeniu swej misji Legata papieskiego podejmował dalsze podróże misyjne we Włoszech i Europie. Rok 1699 był ostatni w życiu o. Marka. Widocznie tracił siły nadwyrężone intensywną pracą apostolską i dyplomatyczną. Maria Kazimiera, królowa-wdowa po Janie III Sobieskim w Wenecji odwiedziła przebywającego „il veneratissimo padre Marco” (najczicigodniejszego O. Marka). Był to z jej strony piękny gest i wyraz sympatii, jaką w stosunku do O. Marka przekazał jej zmarły małżonek. W maju tegoż roku, mimo słabego zdrowia, z polecenia Stolicy Apostolskiej, podjął podróż do Wiednia by być świadkiem zaślubin króla Józefa (późniejszego cesarza Józefa I) z Wilhelminą Amalią hanowerską. Wybierając się w drogę napisał bilet do swego towarzysza O. Kosmy:

    „Poświęcam się dla dobra chrześcijaństwa, ale nigdy nie spotkałem sytuacji tak skomplikowanych jak tutaj” I jeszcze dodał: „Właściwie nie mogę, ale papież poleca więc winieniem to spełnić z największa dokładnością. Niech Bóg sprawi, aby z tego wyszło dobro”[22] . Powierzoną mu misję spełnił. W czerwcu ciężko zachorował, cierpiąc na raka. Choroba okazała się śmiertelna. Od 25 lipca nie mógł wstawać. Do jego łoża w klasztorze kapucynów przybywały różne osobistości. Dn. 13 sierpnia przybył cesarz wraz z małżonką, aby złożyć hołd temu, którego uważał za swego kierownika duchowego. Wkrótce po odwiedzinach cesarskich nastąpił zgon.

    Z rozporządzenia cesarza, trumna ze zwłokami o. Marka do 17 sierpnia została wystawiona dla publiczności. Niezliczone tłumy oddały mu cześć, tak jak świętemu. Uroczysty pogrzeb odbył się 17 sierpnia, któremu przewodniczył arcybiskup Wiednia. Uczestniczyły w nim też wysokie osobistości kościelne, cała rodzina i dwór cesarski oraz rzesze wiernych… Ubogi i świątobliwy zakonnik miał wspaniały pogrzeb. Niektórzy twierdzili, że pogrzeb był jakby uprzedzającą kanonizacją. Zwłoki z polecenia cesarza, złożono w krypcie kościoła kapucynów obok grobów cesarskich. W 1935 r. Wiedeńczycy na jednym z placów Wiednia O. Markowi wystawili pomnik.
    O. Marek z Aviano odszedł z tego świata w opinii świętości. Między innymi po krótkich z nim kontaktach stwierdził to król Jan III Sobieski pisząc w liście do Marysieńki: “prawdziwie to jest człowiek złączony z Bogiem”[23] . “Marco Z Aviano, święty i poczciwy człowiek”[24] . Życie o. Marka z Aviano jako zakonnika było wyjątkowo aktywne. Większą część roku przebywał poza klasztorem, oddając się pracy kaznodziejskiej, jeżdżąc w różnych misjach na dwory książęce i do cesarza, apostołując wśród żołnierzy i prostego ludu. Wszystkie jednak swe zajęcia zaczynał i kończył modlitwą. Wśród żołnierzy panowało przekonanie, że „jego serce zawsze wzniesione było do Boga”.

    Często ujmował sobie snu, by należny czas poświęcić modlitwie. Często wzdychał, by znaleźć się w swej zakonnej celi i cały czas poświęcić kontemplacji. W jego pobożności wybijał się kult Eucharystii. W duchu tradycji swego zakonu specjalnie czcił Matkę Boską, nazywając ją najczęściej tytułami „Wspomożenie wiernych”, „Ucieczko grzeszników”. Wszystkie listy zaczynał od imienia Jezusa i Maryi. Przed udzieleniem błogosławieństwa również kazał wołać wiernym „Jezus Maryja, Jezus Maryja”. Motorem jego życia była wiara. Swych słuchaczy często pytał też: „Czy macie wiarę? Czy wierzycie?”. Gotów był przelać swą krew, by tylko nawrócili się grzesznicy i niewierni. Bliskie mu były także doczesne sprawy ludzi. Starał się o chleb w czasie głodu w Sernide w 1677 r., w Bassano del Grappa w 1960 r. we Fratta Polesine w 1693 r. Zabiegał o usunięcie niezgody, jak np. wśród mieszkańców miasta Salo w 1682 r., wśród chrześcijan i żydów w Padwie w 1684 r. Protestował przeciw niesprawiedliwości, brał w obronę ubogich i słabych, jak np. podczas pobytu na Węgrzech. Nie miał życia łatwego. Doświadczył wiele dla obrony prawdy, sprawiedliwości, jedności i pokoju. Mówią o tym słowa z jego listu do cesarza: „Kto chciałby przeciwstawić się niesprawiedliwości i złu tego świata, ten stałby się najbardziej umęczonym męczennikiem na tej ziemi, a widzę to po sobie, gdyż piekło robiło wszystko, aby mnie unicestwić”[25] .

    Cesarz Leopold I zalecił też wszczęcie procesu beatyfikacyjnego o. Marka. Jednak przedwczesna śmierć monarchy w 1705 r. odwlokła zrealizowanie tego planu. Kapucyni pilnie zachowywali wszystkie pisma i pamiątki. Postarali się też o opracowanie biografii. Sprawa wszczęcia formalnego procesu odwlokła się jednak o blisko 200 lat[26] . Rozpoczął go dopiero w Wiedniu w 1891 r. kard. Antoni Gruska. Dodatkowy proces w Wenecji został przeprowadzony w 1904 r. za rządów Patryarchy Józefa Sarto, późniejszego św. Piusa X. Wszystkie procesy zostały zakończone w 1904 r. Akta procesów przekazano do Kongregacji Obrzędów. Proces apostolski został o heroiczności cnót został rozpoczęty w Wiedniu i w Wenecji w 1912 r. i zakończony w 1920 r. Pozycja historyczna o heroiczności cnót O. Marka została opracowana i złożona w Kongregacji w 1966 r. Kard. Franciszek Koenig, Arcybiskup Wiednia czynił starania o doprowadzenie sprawy beatyfikacji O. Marka do końca. Zabiegał o listy postulacyjne, popierające sprawę. Biskupi polscy zebrani na 176 Konferencji plenarnej w dniu 16 X 1980 r. napisali: „Ojcze Święty, w oczekiwaniu na Jubileusz 300-lecia odsieczy wiedeńskiej 1683-1983, w której znaczny udział miał zasłużony O. Marek z Aviano, z serca polecamy sprawe beatyfikacji i knonzacji tego zakonnika z Zakonu OO. Kapucynw […] Działalność O. Marka była wkładem w dzieło zjednoczenia całj Europy w wierze Chrystusa”[27] . Proces z różnych racji, nie pomijając politycznych, nie został ukończony i beatyfikacja nie mogła się odbyć podczas wizyty papież Jana Pawła II w Austrii w 1983 r.

    Dopiero w latach 1990-1991 została przedyskutowana heroiczność cnót, a Ojciec Święty Jan Paweł II, 6 lipca 1991 r. zatwierdził stosowny Dekret. Czytamy w nim cytowane słowa O. Marka: „Bóg wie, że celem wszystkich moich poczynań było jedynie wypełnienie woli Bożej. Nie miałem żadnej innej intencji jak tylko troskę o chwałę Bożą i zbawienie dusz. Jestem zawsze najposłuszniejszym synem Świętej Matki Kościoła, gotowym przelać krew i oddać życie”[28] . W tymże dokumencie dalej czytamy: „Dokąd mu sił starczyło, dążył do doskonałości, dnie i noce spędzał na modlitwie, z największa gorliwości sprawował Najświętszą Ofiarę, wykazywał szczególną cześć dla Eucharystii i płonął żywą miłością do Matki Najświętszej, zwłaszcza tajemnicy Niepokalanego Poczęcia, doskonale zachowywał śluby zakonne i przepisy Reguły św. Franciszka, której nigdy nie sprzeniewierzył się czy to będąc w klasztorze, czy w czasie męczących podróży, czy też znajdując się na dworach możnych tego świata”[29] „O. Marek, zatroskany o chwałę Bożą i zbawienie dusz, był światłem dla wielu narodów Europy. Przez swoją świętość i zapał apostolski, wśród wielu ludzi ożywił wiarę i skłonił ich do uległości nakazom Kościoła”[30]

    W 1941 r. wydarzyło się nadzwyczajne uzdrowienie małego chłopca Antonino Geremia. W miesiąc po operacji wycięcia migdałów w szpitalu w Padwie,chłopiec niezpodziewanie doznał wysokiej gorączki połączonej z silnym bólem głowy. W tym samym szpitalu 26 maja 1941 r.lekarze stwierdzili ostre ropne zapalenie opon mózgowych połączone z wymiotami i bardzo niebezpieczne dla życia. W tej beznadziejnej sytuacji 27 maja żona ordynatora szpitala i inne bliskie osoby zaczęły modlić się do Boga za wstawiennictwem Sługi Bożego. Wieczorem tego samego dnia stan zdrowia chłopca poprawił się a następnego dnia rano chłopiec całkowicie wyzdrowiał.

    Konsulta Lekarska, podczas posiedzenia w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych 28 czerwca 2001, orzekła niewytłumaczalność uzdrowienia chłopca w świetle wiedzy medycznej. Kongres konsultorów teologów w dniu 9 listopada 2001 potwierdził opinię biegłych lekarzy. Komisja Kardynałów i Biskupów dniu 8 stycznia 2002 r. definitywnie orzekła cudowność uzdrowienia. Dekret o cudownym uzdrowieniu został ogłoszony 23 kwietnia 2002 r.[31] Ten końcowy akt prawny zdecydował, ze może odbyć się beatyfikacja o. Marka z Aviano.

    Zakończenie
    Po przeszło 300 latach, ten wybitny kapucyn doczekał się wyniesienia do chwały ołtarzy. Duchowa spuścizna jego życia i działalności trwa do dnia dzisiejszego. Do naczelnych spraw, jakie leżały mu na sercu, była sprawa jedności ludów chrześcijańskich Europy. Jej poświęcił swe zdolności i zabiegi dyplomatyczne, przechodząc do historii jako jeden „z głównych bohaterów epopei wiedeńskiej”. Miedzy innymi, dzięki O. Markowi z Aviano, Europa została obroniona i zachowała swoje dziedzictwo chrześcijańskie. Należy ufać, że z nieba będzie orędował za współczesną Europą i za swoim umiłowanym Zakonem Braci Mniejszych Kapucynów.

    Przypisy:

    1 Z. Wójcik, Jan Sobieski 1629-1696, Warszawa 1983, s. 329. Inny współczesny historyk polski określił go “jedną z najciekawszych postaci tych czasów”, J. Wimmer, Wiedeń 1683. Dzieje kampanii i bitwy, Warszawa 1983, s. 145. Portret Marka z Aviano (ze zbiorów w Wilanowie) reprodukowany w książce A. Śliwińskiego, Jan Sobieski, Warszawa 1924, s. 146.
    2 Pierwszy polski życiorys ogłoszony został dopiero z okazji 300-lecia odsieczy wiedeńskiej: A. Kostrzewski, Ojciec Marek z Aviano, Tygodnik Powszechny, 1983, nr 37.
    Podstawowe dane biograficzne i literaturę podał G. da Cittadella, Marco z Aviano., [w:] Enciclopedia Cattolica, Citta del Vaticano 1952, t. VIII, s. 38-39. Niniejszy artykuł napisany został przede wszystkim na podstawie dokumentacji procesu beatyfikacyjnego: Vienen seu Venetiarum, Beatifications et Canonizationis Yenerabilis Servi Dei P. Marci ab Aviano, sacerdotis professi OFMCap. (+ 1699). Positio super virtutibus ex officio concinnata, Roma 1966; A. M. da Carmignano di Brenta, Una vita per U bene dell ‘Europa cristiana U venerabile padre Marco z Aviano, Santi e Santita nell Ordine Cappucino, Roma 1980, vol. l, s. 367-397; V. Reiner, Padre Marco z Aviano nella liberazione di Yienna nel 1683, Rovigo 1981.
    3 Cała korespondencja ogłoszona jest w Vienen seu Venetiarum, Positio super virtutibus, Roma 1966.
    4 Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, oprac. L. Kukulski, Warszawa 1970, s. 514.
    5 Vienen seu Venetiarum, Positio de heroicitate virtututibus, s. 325-326.
    6 Tamże, s. 326.
    7 Jan Sobieski, Listy., s. 513-514.
    8 M. Dyakowski, Dyariusz wiedeńskiej okazyi, Warszawa 1983, s. 57.
    9 Vienen seu Venetiarum, Positio super virtutibus., s. 334-336.
    10 Cyt za. Andrzej Kostrzewski, Ojciec Marek z Aviano,w: Tygodnik Powszechny, nr 37, s. 6
    11 Vienen. seu Venetiarum. Positio super virtutibus, s. 331.
    12 Jan Sobieski, Listy, s. 525
    13 A. Kostrzewski, art., cyt nr 37, s. 6
    14 Marco z Aviano, w: Sulle Orme dei Santi. Il Santorale Cappuccino: Santi, Beati, Venerabili, Servi di Dio, Roma 2000, s. 312.
    15 Jan Sobieski, Listy s. 529-531.
    16 Tamże, s. 532.
    17 Tamże, s. 540.
    18 Yienen, seu Venetiarum, Positio super virtutibus, s.338 .
    19 M. Baliński, Fundacya Zakonu i Kościoła Księży Kapucynów w Warszawie, [w:] Alleluja, Warszawa 1840, s. 107-185.
    20 Vienen seu Venetiarum, Positio super virtutibus, s. 357.
    21 M. in. zabiegał o porozumienie między Leopoldem I a przywódcą antyhabsburskich powstańców węgierskich Emerykiem Thokolym, Z. Wojcik, dz. cyt.., s. 366.
    22 P. Venanzio Reiner ofm cap, Beato Marco, lavita l’anima, 203, s. 31.
    23 Jan Sobieski, Listy., s. 514
    24 Tamże, s. 522.
    25 Cyt. za. A. Kostrzewski, art. cyt. , nr 37. S. 6.
    26 Arturo M. da Carmignano di Brenta, Una vita per il bene del’Europa cristiana: il venerabile padre Marco z Aviano, w: Santi e Santità nell’Ordne Cappuccino, vol. 1, Roma 1980, s. 396.
    27 Archiwum Sekreteriatu Prymasa Polski w Warszawie.
    28 Dekret o heroiczności cnót O. Marka z Aviano, w: Analcta Ordinis Fratrum Minorum Cappuccinorum, An et Vol. 107, Oct.-Dec. 1991, n. 4, s. 464.
    29 Tamże.
    30 Tamże, s.463.
    31 Dekret o cudownym uzdrowieniu, w: Venanzio Reiner ofm cap, dz. cyt. s. 78-80.

    o. Gabriel Bartoszewski OFMCAP/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 sierpnia

    Święta Joanna Franciszka de Chantal, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Innocenty XI, papież
      •  Błogosławiony Izydor Bakanja, męczennik
      •  Błogosławiony Karol Leisner, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Florian Stępniak, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Straszewski, prezbiter i męczennik
    ***
    de Chantal
    fot. Wikipedia
    ***

    Joanna urodziła się w Dijon (w tym samym mieście urodził się też św. Bernard z Clairvaux i dominikanin Lacordaire) 23 stycznia 1572 r. Jej ojciec był prezydentem parlamentu Burgundii. Mając niecałe 2,5 roku Joanna straciła matkę, która zmarła przy porodzie jej młodszego brata, Andrzeja. Odtąd wychowywała się pod okiem opiekunki. Otrzymała staranne wykształcenie.
    W 1592 r. 20-letnia Joanna poślubiła Krzysztofa II, barona de Chantal, z którym miała sześcioro dzieci. Święta matka przyświecała swoim dzieciom przykładem życia chrześcijańskiego, a przede wszystkim wyczuleniem na potrzeby biednych. Toteż ci licznie nawiedzali codziennie jej dwór. Pan Bóg wynagrodził jej złote serce, bowiem gdy pewnego dnia zabrakło ziarna, a był głód, cudownie je rozmnożył. W 1601 r. w czasie polowania przyjaciel – przez lekkomyślną nieostrożność – zabił jej męża. Owdowiawszy w 29. roku życia, poświęciła się wychowaniu dzieci i podjęła głębokie życie wewnętrzne. Cios przeżyła tak boleśnie, że omal nie przypłaciła go utratą zdrowia. Wspaniałomyślnie jednak darowała nieumyślnemu zabójcy wyrządzoną jej i jej dzieciom krzywdę.
    Przeniosła się teraz do ojca, do Dijon, a potem do teścia w Monthelon. Ten jednak okazał się dla niej bardzo przykry i na każdym kroku dawał jej odczuć, że jest dla niego ciężarem. Jeszcze więcej Joanna cierpiała ze strony wszechwładnej na zamku służącej-metresy. Zachęcana do ponownego zamążpójścia, pomimo obiecujących ofert, Joanna postanowiła oddać się wyłącznie wychowaniu dzieci i służbie Bożej.
    W marcu 1604 r. spotkała św. Franciszka Salezego. Od tego czasu datuje się ich wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju przyjaźń duchowa. Święty zaszczepił w niej własny styl życia: dobroci i życzliwości dla wszystkich, naturalnego sposobu życia, przepojonego stałą pamięcią o obecności Bożej i czynienia wszystkiego dla Boga. Joanna zarzuciła więc dotychczasowy surowy styl życia, a oddawała się w wolnych chwilach posłudze chorym i ubogim. W trzy lata później św. Franciszek przedstawił baronowej projekt zgromadzenia akcentujący umartwienie wewnętrzne. W 1610 r. Joanna, zapewniwszy przyszłość dzieciom, opuściła Dijon. W Annecy założyła pierwszy klasztor nowego zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny – wizytek. Święty umyślnie dał tę nazwę swojemu zakonowi, gdyż w planie pierwotnym był on przeznaczony dla posługi ubogim. Niestety, Rzym na to nie zezwolił. Obawiał się, że to nowość zbyt śmiała, bez precedensu, by zakonnice wychodziły poza mury klasztoru i w pracy czynnego posługiwania bliźnim narażały własną duszę na niebezpieczeństwo. Św. Robert Bellarmin oraz Joanna zachęcali Franciszka, by nie ustępował. Może by i wygrał, ale pod naciskiem Rzymu ustąpił w obawie, że zakonu jego nie zatwierdzi.

    Święta Joanna Franciszka de Chantal

    W 1611 roku trzy pierwsze wizytki złożyły profesję. Jako pieczęć i herb dla swojego zakonu Franciszek Salezy obrał Serce Pana Jezusa, otoczone koroną cierniową z wyrastającym z niego krzyżem, oraz dwa miecze przecinające to Serce, wyobrażające miłość Boga i bliźniego.
    28 grudnia 1622 roku Franciszek zmarł. Dzięki energicznym zabiegom Joanny jego ciało zostało umieszczone w Annecy, w kościele wizytek. Joanna zajęła się również bardzo troskliwie zebraniem wszystkich pism Franciszka. Rozpoczęła także proces wstępny do kanonizacji Założyciela zakonu. Oddała teraz swój zakon pod bezpośrednią opiekę duchową św. Wincentego a Paulo. Przez 40 lat Wincenty udzielał rad i wskazań oraz prowadził siostry na wyżyny doskonałości chrześcijańskiej. Przez następne lata Joanna założyła 87 fundacji. Ostatnie lata życia spędziła na niezmordowanym wizytowaniu i umacnianiu powstałych klasztorów, jak też na zakładaniu nowych. Ostatnim domem przez nią założonym był klasztor w Turynie (1638).
    Zmarła podczas podróży 13 grudnia 1641 r. Wincenty a Paulo miał widzieć jej duszę idącą do nieba. Serce Joanny zatrzymano w Moulins, a jej ciało przewieziono uroczyście do Annecy, gdzie złożono je obok relikwii św. Franciszka Salezego w kościele wizytek. Uroczystej beatyfikacji dokonał w bazylice Św. Piotra papież Benedykt XIV w 1751 roku, a niedługo potem – w 1767 r. – papież Klemens XIII dokonał jej kanonizacji. Jest patronką sióstr wizytek. Do Polski zakon ten sprowadziła już w 1650 r. królowa Maria Ludwika Gonzaga, żona Jana Kazimierza.
    Św. Joanna zostawiła po sobie wiele pism. Jej duchowe córki zebrały je wszystkie z pietyzmem i wydały w ośmiu tomach. Składają się na nie listy i pouczenia duchowe, ascetyczne oraz okólniki organizacyjne.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________

    Baronowa de Chantal – św. Joanna

    Baronowa de Chantal - św. Joanna
    św. Joanna Franciszka de Chantal/Valentin Metzinger (PD)

    ***

    Trzymajmy zawsze nasze serca głęboko ukryte w świętej ranie Jego boku… – pisał św. Franciszek Salezy do św. Joanny.

    Św. Joanna de Chantal (1572–1642) to jeszcze jedna z szeregu świętych kobiet, które zostawiły trwały ślad w życiu Kościoła. W tym roku mija dokładnie 400 lat od założenia Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, czyli wizytek. Zakon zawdzięcza swoje powstanie duchowej przyjaźni, która połączyła Joannę de Chantal z biskupem Genewy św. Franciszkiem Salezym. Oboje spoczywają w kościele wizytek w Annency (Francja).

    Joanna doświadczyła w swoim życiu kilku powołań. Była żoną, matką, wdową, w końcu zakonnicą. Pochodziła z arystokratycznej rodziny z Dijon. Jako dwudziestolatka poślubiła barona de Chantal. To było szczęśliwe małżeństwo, które dało życie sześciorgu dzieciom. Joanna okazała się nie tylko dobrą żoną i matką, ale i dynamiczną organizatorką. Wyprowadziła z długów majątek męża. Dziewięć lat po ślubie baron de Chantal został śmiertelnie postrzelony podczas polowania. Joanna ciężko przeżyła śmierć męża. Jako 29-letnia wdowa postanowiła poświęcić swoje życie Bogu, mimo rodzinnych nacisków na kolejne zamążpójście. Przez kilka lat Joanna zajmowała się wychowaniem dzieci i opiekowała marudnym teściem.

    W 1604 roku baronowa de Chantal poznała bp. Franciszka Salezego. To spotkanie okazało się opatrznościowe. Salezy stał się jej kierownikiem duchowym i pomógł złagodzić pewną wrodzoną surowość Joanny. W 1610 roku, kiedy zapewniła już przyszłość dzieciom, powstał pierwszy dom nowego zakonu. W Annency baronowa de Chantal wraz z dwoma towarzyszkami złożyła pierwsze śluby. Ideałem, który przyświecał obojgu założycielom, było połączenie kontemplacji z czynnym apostolstwem. Rzym obawiał się jednak tego eksperymentu i ostatecznie zatwierdził regułę zakonu kontemplacyjnego.

    Joanna założyła 87 domów wizytek w całej niemal Europie, co było owocem jej talentu organizacyjnego i świętości. Osobiście przez 40 lat przeżywała jednak chwile całkowitego zwątpienia. Ciosem była nagła śmierć św. Franciszka. Płakała długo, potem zadbała o wydanie jego pism, zniszczyła tylko własne listy do niego. Szkoda, bo może dowiedzielibyśmy się więcej o tej niezwykłej przyjaźni. Choć, czy zrozumielibyśmy to…? Zachowały się listy Franciszka do Joanny. W jednym z nich pisze: „Trzymajmy zawsze nasze serca głęboko ukryte w świętej ranie Jego boku, nie martwmy się niczym”. Może tu tkwi sekret.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Żywot świętej
    Joanny Franciszki de Chantal,
    założycielki zakonu

    (żyła około roku Pańskiego 1641)

    Urodziła się święta Joanna we Francji w mieście Dijon w roku 1572 z rodziców znakomitego rodu. Po rychłej śmierci matki zajął się jej wychowaniem ojciec jej, Benignus Fremiot, namiestnik Burgundii, człowiek wysokich zalet. Joanna była panienką niezwykłej, urody, dowcipną, żywą, pojętną, a przy tym bardzo nabożną i wielką czcicielką Matki Boskiej.

    Z namowy ojca poszła za barona Chantala, dworzanina i ulubieńca króla Henryka IV. Podczas gdy mąż był ciągle na usługach dworskich, Joanna zamieszkała w zamku Bourbilly i zarządzała majątkiem.

    Dwudziestoletnia pani była wzorem chrześcijańskiej matrony. Wstając najrychlej, ostatnia kładła się na spoczynek. Wszystkim zajmowała się osobiście, płaciła służbie hojne zasługi, zatrudniała ją pożytecznie i przestrzegała porządku i wzajemnej miłości między czeladką pałacową. Nadto słuchała co dzień w kaplicy Mszy św., gromadziła co wieczór domowników na wspólną modlitwę i chodziła z nimi w niedziele i święta do dość odległego kościoła. Służba kochała i szanowała ją jak matkę. Gdy męża nie było w domu, żyła samotnie, rzadko tylko przyjmowała odwiedziny, trawiła czas na modlitwie i pocieszała chorych i biednych.

    święta Joanna Franciszka Chantal

    ***

    Gdy w roku 1599 zapanował wielki głód, z sześciomilowego okręgu zbiegali się ubodzy do zamku, a Joanna niestrudzona rozdawała im pożywienie. Ochmistrzyni doniosła, że niektórzy żebracy nadużywają jej szczodrobliwości i pobierają po trzy, a nawet po cztery razy na dzień pożywienie. Joanna rzekła na to z uśmiechem: “Wiedziałam ci ja to sama; ale mimo to daję, ile razy żebrzą, obawiając się, aby Pan Jezus i mnie nie powiedział, iż już mi raz dał. Bylibyśmy nieszczęśliwi, gdyby nam było wzbronione prosić co dzień o chleb duszy!” Niedługo potem ochmistrzyni poczęła narzekać: “Cóż teraz poczniemy? Mamy tylko jeden korzec mąki i korzec żyta, co nie wystarczy nawet na potrzeby dworu!” Joanna odrzekła: “Dzielmy się, póki mamy, a Pan Jezus nam dopomoże”. I stał się cud, albowiem sąsiek nie wypróżnił się przez pół roku, dopóki trwał głód.

    Straciwszy męża przez nieszczęśliwy wypadek na polowaniu, pozostała Joanna sama na świecie z czworgiem drobnych dziatek, z których najmłodsze liczyło dopiero trzy tygodnie. Od tej chwili wstąpiła na drogę krzyżową, ciernistą i bolesną, ale kroczyła nią jak mężna niewiasta. Złożywszy ślub czystości, rozdarowała kosztowną odzież i złotolite materie kościołom, zaprowadziła oszczędności w wydatkach, a czas swój podzieliła między pracę ręczną, nauczanie swych dzieci i modlitwę, na której spędzała większą część nocy.

    Miała Joanna spowiednika, kapłana bardzo zacnego, który jednak nie umiał prowadzić tej osobliwej duszy. Kazał jej ciągle modlić się, pościć, biczować, co nie przyczyniało się do uspokojenia i pociechy jej serca, mimo to jednak spełniała jak najskrupulatniej jego zlecenia. Wolne godziny spędzała u chorych i u nędzarzy, a niewiastę pewną, której rak stoczył nos, wargi i policzki, pielęgnowała z rzadkim poświęceniem przez cztery lata.

    W roku 1604 poznała Joanna świętego Franciszka Salezego i pod jego kierownictwem zaczęła robić wielkie postępy w doskonałości, aż wreszcie powzięła zamiar całkowitego poświęcenia się Bogu. Święty Franciszek po dłuższej zwłoce poddał jej myśl założenia nowego zgromadzenia pod nazwą “Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny” (stąd też zwykła nazwa “Wizytek”). Zamiar Joanny spotkał się z olbrzymimi trudnościami ze strony rodziny, ale Święta, wiedząc że tam, gdzie Bóg woła, trzeba iść choćby przebojem, usunęła wszystkie przeszkody, a gdy jej piętnastoletni syn położył się na progu drzwi, aby zagrodzić matce wyjście, Joanna ze łzami w oczach, mimo ciężkiej walki, jaka toczyła się w jej sercu, przeszła przez tę żywą zaporę i poszła dokąd ją wzywała miłość Boża. Było to w roku 1610.

    Przyjęła habit z rąk świętego Franciszka Salezego w mieście Annecy, z dwiema towarzyszkami, wkrótce jednak przybyło im dziesięć nowych towarzyszek. Wszystkie po roku nowicjatu zaczęły pełnić dzieła miłosierdzia, które były głównym celem nowego zgromadzenia. Cierpiały zrazu wielki niedostatek, ale zapał Joanny umiał wszystkiemu zaradzić, wszystkim zadośćuczynić i wszelkie potrzeby zaspokoić. Ź1i ludzie i zły duch stawiał jej nieprzezwyciężone na pozór przeszkody, ale mężna niewiasta wszystko pokonała. Niebawem nowe zgromadzenie liczyło już siedemdziesiąt cztery domy. Podróże, walki, utrapienia, trudy i starania Joanny były niesłychane, ale umiała wszystko znieść i przezwyciężyć. Zaczęły ją też trapić cierpienia ciała, pokusy duszne, rozmaite wątpliwości i niezwykła bojaźń grzechu, mimo to jednak nie upadała na duchu. Często też powtarzała: “Z wszystkich nieprawości najwstrętniejszą jest mi rozpacz, gdyż Bóg chce, by nędza nasza była tronem Jego miłosierdzia”.

    Od roku 1619 do 1622 rządziła Joanna domem, który założyła na przedmieściu św. Antoniego w Paryżu. Tu poznała św. Wincentego z Pauli, któremu św. Franciszek powierzył jej duchowne kierownictwo, ona zaś służyła mu radą przy zakładaniu zgromadzenia Córek Miłosierdzia. Po śmierci św. Franciszka Salezego Joanna przeniosła jego ciało do Annecy i zebrawszy jego pisma, ogłosiła je drukiem, jako też starała się o jego beatyfikację.

    Zwiedzając klasztory zgromadzenia w roku 1641, zachorowała niebezpiecznie w Moulins. W obliczu śmierci podyktowała list pożegnalny do swych córek duchownych, przyjęła sakramenta święte i skonała z imieniem Jezus na ustach dnia 12 grudnia tegoż roku. Wspaniały pogrzeb w Annecy był chlubnym świadectwem powszechnego uwielbienia i miłości, jaką się cieszyła “matka Chantal”. Papież Benedykt XIV policzył ją w poczet Błogosławionych, a Klemens XIII w roku 1767 między Świętych.

    Nauka moralna

    Krótki rys żywota świętej Joanny słaby tylko daje obraz tej pięknej duszy. Umieszczamy tutaj jej przemówienie o zaparciu się samego siebie, które wygłosiła do sióstr zakonnych:

    “Pan nasz przywiązał nagrodę miłości swej i naszego szczęścia wiekuistego do zwycięstwa, jakie odnosimy nad samymi sobą. Zamiarem waszym przy wstąpieniu do stowarzyszenia “Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny” powinno być rozłączenie się z sobą, a połączenie z Bogiem. Osobistość nasza jest czymś lichym i nędznym: cała wasza praca będzie bezowocna, jeśli się nie zaprzecie siebie samych. Wtedy tylko będziecie oblubienicami Chrystusowymi, jeżeli ujarzmicie swój rozum, wolę, skłonności, aby się stać podobnymi Bogu. Oblubieniec serc waszych pragnie, abyście z Nim wstąpiły na Górę Oliwną. Woła was tam, gdzie się dał ukoronować cierniową koroną, poranione ciało odrzeć z szat, przybić do krzyża, napoić żółcią, zelżyć, słowem, gdzie poniósł za was mąk tyle. Tam powinnyście chętnie i z weselem obrać sobie mieszkanie, tam wiernie Go naśladować, a naśladowanie to polega właśnie na zaparciu się samego siebie i dążeniu do doskonałości. Przychodzimy na świat surowe, nieogładzone, pełne złych skłonności, które stłumić w sobie należy. Jeżeli tego zaniechamy, nigdy nie zbliżymy się do Niego w świętości i doskonałości”.

    “Winnyście się nadto umartwiać i oddać się w ręce tych, którzy wam przewodniczą, słuchać ich w prostocie i pokorze ducha, nakazać milczenie drażliwości. Opierając się woli przełożonych, nigdy nie zostaniecie oblubienicami Chrystusa i nie dojdziecie do doskonałości. Gdy się dobrowolnie wyrzeczecie własnej woli, uczujecie słodycz w służbie Bożej i skosztujecie rozkoszy, polegającej na pokonaniu natury. Taka jest nagroda zwycięzców; mówi Pan: “Dam im mannę ukrytą”, ale pamiętajcie, że tylko zwycięzcy skosztują manny, która nie jest przeznaczona dla dusz bojaźliwych, lecz dla silnych i odważnych, dla dusz, które stanowczo sobie przedsięwzięły wyrzec się wszystkiego, co się sprzeciwia woli Bożej i co jest grzeszne; wreszcie też dla dusz, które tłumią w sobie wszelkie złe zachcenia i wszystkiego się wyrzekają. Takie dusze wszystko posiędą”.

    Modlitwa

    Boże, któryś swą służebnicę Joannę Franciszkę w jej cierpieniach dziwną natchnął siłą zdania się na Twoją świętą wolę, racz i nam dać tę łaskę, abyśmy we wszystkich strapieniach i przeciwnościach poddali się Twym świętym wyrokom i tym sposobem osiągnęli szczęście wiekuiste. Przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem świętym w jedności żyje i króluje po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937

    ________________________________________________________________________________

    12 sierpnia

    Błogosławiona Wiktoria Díez y Bustos de Molina,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Wiktoria Díez y Bustos de Molina

    Wiktoria urodziła się 11 listopada 1903 r. w Sewilli, w skromnej i głęboko religijnej rodzinie. Była jedynym dzieckiem małżonków Józefa Díez Moreno i Wiktorii Bustos de Molina. Uczęszczała do szkoły podstawowej, prowadzonej przez siostry Karmelitanki od Miłości, założone w 1826 roku w Vic koło Barcelony przez św. Joachimę de Vedruna. One też przygotowały ją do pierwszej Komunii św., którą przyjęła 18 maja 1913 r. Od dzieciństwa wykazywała duże zdolności artystyczne. Dlatego też rodzice skierowali ją na studia do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Sewilli, gdzie uczestniczyła także w zajęciach z rysunku i malarstwa w Szkole Sztuk Pięknych.
    Wyróżniając się wielką wiarą i bogatym życiem wewnętrznym, interesowała się życiem Kościoła i często brała udział w rekolekcjach czy innego rodzaju spotkaniach religijnych. W 1925 r. zetknęła się z niektórymi członkiniami Instytutu Terezjańskiego i wzięła udział w cyklu konferencji wygłoszonych przez ks. Piotra Povedę i Józefę Grosso w Sewilli, z okazji inauguracji Dzieła Akademii Terezjańskich w tym mieście. W następnym roku wstąpiła do Instytutu, przekonana, że będzie mogła w nim zrealizować osobiste pragnienie świętości i jednocześnie rozwijać działalność apostolską, szczególnie na polu wychowawczym.
    W 1927 r., po uzyskaniu dyplomu magisterskiego, rozpoczęła pracę jako nauczycielka w państwowej szkole w niewielkiej miejscowości Chelez, w powiecie Badajoz, nieopodal granicy z Portugalią. Wkrótce jednak, pragnąc być bliżej swych rodziców, poprosiła o przeniesienie w okolice rodzimej Sewilli. Zamieszkała w miasteczku Hornachuelos (Sierra de Cordoba), w połowie drogi między Kordobą a Sewillą.
    Uczestniczyła w comiesięcznych dniach skupienia, organizowanych w Jaén dla członkiń żyjących samotnie, podczas których dzieliła się ze współsiostrami swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami dotyczącymi wychowania młodzieży. Z wielką gorliwością i poświęceniem oddawała się posłudze w szkole, gdzie do współpracy w prawdziwym zaangażowaniu na rzecz dobrego wychowania młodzieży pozyskała wielu członków grona nauczycielskiego. Cieszyła się też szczególną sympatią wychowanków, wśród których założyła m.in. koło przyjaciół ks. Povedy. Szkoła stała się prawdziwym ośrodkiem chrześcijańskiej edukacji. Wiktoria, opierając się na wytycznych Ministerstwa Oświecenia Publicznego, wydanych w 1928 r., nalegała na władze, aby przeprowadzono remont i rozbudowę budynków szkolnych, dzięki czemu poprawiły się warunki nauki. Postarała się także o to, aby w pobliżu szkoły urządzono plac gier dla dzieci i boisko sportowe dla młodzieży. Równocześnie prowadziła dzieci na wspólne nabożeństwa do kościoła parafialnego i stosując nowoczesne metody wychowawcze organizowała dla wychowanków różnego rodzaju konkursy religijne, recytacje poezji i wystawy sztuki sakralnej.
    Wiktoria zaangażowała się także ofiarnie w pracę apostolską w miejscowej parafii, głównie w dzieło katechizacji i w działalność charytatywną. Sama żyjąc bardzo skromnie i ubogo, dzieliła się tym, co miała, z najbiedniejszymi, a zwłaszcza z dziećmi, które uczyła, a które często cierpiały niedostatek. Moc do działalności apostolskiej czerpała, zgodnie z terezjańską duchowością Instytutu, z lektury i medytacji Bożego słowa i z przykładu Maryi.
    Gdy w 1932 r. wydano w Hiszpanii zakaz umieszczania krzyża i symboli religijnych w salach szkolnych i innych miejscach publicznych, Wiktoria zawiesiła w klasach obrazy Chrystusa i Madonny pędzla znanych hiszpańskich malarzy Velazqueza i Murillo.
    Wkrótce po wybuchu wojny domowej 20 lipca 1936 r. uwięziono proboszcza z Hornachuelos, z którym od dawna współpracowała i którego starała się teraz zastąpić, urządzając dla parafian nabożeństwa paraliturgiczne z czytaniem słowa Bożego, modlitwą i Komunią św. duchową. Niestety, wkrótce pozbawiono parafian i jej apostolskiej posługi. Niespełna miesiąc później także Wiktoria została osadzona w więzieniu. Wiele ludzi radziło jej wcześniej, aby opuściła miasteczko i ukryła się gdzieś przed groźbą aresztowania. Nie uczyniła jednak tego, bo jak twierdziła, “nie wolno opuszczać bliźnich w niebezpieczeństwie”.
    Do ostatniej chwili życia wierzyła w Opatrzność Bożą i zachowując wielką pogodę ducha, zatopiona w ustawicznej modlitwie, dodawała otuchy wątpiącym współwięźniom. W dwa tygodnie po męczeńskiej śmierci założyciela Instytutu Terezjańskiego, ks. Piotra Povedy Castroverde, tj. 12 sierpnia 1936 roku, wraz z 17 więźniami, wśród których znajdował się także jej proboszcz, została zamordowana przez komunistów. Świadkami masowego mordu byli tylko jego wykonawcy. Egzekucji dokonano nad opustoszałym szybem kopalnianym, stawiając ofiary pojedynczo na jego obrzeżach, i strzelając do każdej z osobna. Ciała męczenników wpadały więc na dno szybu. Wiktoria była ostatnią z rozstrzelanych. Próbowano wymusić na niej odstępstwo od wiary. Wierna do końca Jezusowi, jedynemu Oblubieńcowi swego serca, wznosząc ręce do góry, wykrzyknęła: “Widzę niebo otwarte. Niech żyje Chrystus Król. Niech żyje moja mama”. Matka Wiktorii była wtedy poważnie chora.
    Proces beatyfikacyjny Wiktorii rozpoczął się w Kordobie w 1962 r. Jej życie i działalność jest wzorem dla nauczycieli katolickich i dla osób świeckich, zwłaszcza dla kobiet zaangażowanych w dzieło ewangelizacji. Św. Jan Paweł II beatyfikował Wiktorię wraz z ks. Piotrem Povedą i innymi męczennikami wojny hiszpańskiej 10 października 1993 r. na placu św. Piotra w Rzymie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Świętolipska
    Matka jedności chrześcijan

    Zobacz także:
      •  Święta Zuzanna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Alojzy Biraghi, prezbiter
    ***
    Bardzo często tytuł Matki Bożej jest związany z miejscowością, w której znajduje się Jej cudowny obraz. Tak jest w wypadku “Matki Bożej Częstochowskiej”, podobnie jak w odniesieniu do Najświętszej Maryi Panny Świętolipskiej, której obraz znajduje się we wsi Święta Lipka, położonej na Warmii, w kościele pod wezwaniem Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny.

    Matka Boża Świętolipska, Matka jedności chrześcijan

    Obraz, który od XVII wieku cieszy się niesłabnącym kultem, stanowi kopię obrazu Matki Bożej Salus Populi Romani z bazyliki rzymskiej. Namalowany został w 1640 roku przez niderlandzkiego malarza Bartłomieja Pensa i umieszczony w Świętej Lipce.
    Początki sanktuarium i kultu Matki Bożej są jednak wcześniejsze i sięgają XIII wieku. Tradycja wspomina o skazańcu w Kętrzynie, który w przeddzień egzekucji miał otrzymać od Matki Bożej polecenie, by wyrzeźbił Jej wizerunek, za co Ona okaże mu swe miłosierdzie. Skazaniec pracował całą noc i z klocka drzewa wykonał piękną rzeźbę Matki Bożej. Był to człowiek, który dotąd nie miał nic wspólnego z rzeźbieniem. Sędziowie uznali to za szczególny znak łaski Bożej i następnego ranka ułaskawiono skazańca. Wracając z więzienia, umieścił on figurę na przydrożnej lipie w okolicy Reszla.
    Miejscowa ludność otoczyła szczególną czcią wspomnianą rzeźbę; wybudowano kapliczkę. Krzyżacy, po przejściu na protestantyzm, zaczęli prześladować przybywających tutaj pielgrzymów. Zniszczyli nawet kapliczkę, a świętą figurkę porąbali, dla nieposłusznych zaś pątników – którzy mimo zakazów przybywali tutaj modlić się i oddawać cześć Matce Bożej – wystawili szubienicę.
    Zmiana sytuacji nastąpiła w XVII wieku, kiedy to energiczne wystąpienia dworu króla polskiego zmusiły pruskich lenników do szanowania wolności religijnej wśród Polaków zamieszkujących te ziemie. Kult maryjny zaczął się z powrotem rozwijać; w 1639 roku przybyli do Świętej Lipki jezuici. Sprowadził ich tutaj sekretarz króla polskiego Zygmunta III Wazy, Stefan Sandorski, który też był fundatorem odbudowanej kaplicy. Wtedy zaczyna się prawdziwy “złoty wiek” tego sanktuarium, odżywają tradycje pielgrzymkowe; ściągają Polacy z różnych stron kraju, zwłaszcza z Mazur, Warmii i Kurpi. Właśnie wtedy jezuici umieścili tutaj wspomniany poprzednio obraz, który wkrótce zasłynął łaskami.
    Rektor kolegium jezuickiego w pobliżu Reszla podawał, że w latach 1640-1658 odnotowano ok. 600 cudownie wysłuchanych próśb uleczeń, nie mówiąc o nieprzeliczonych łaskach wewnętrznych, których nie notują żadne statystyki. Przybywali tu królowie polscy: Zygmunt III, Władysław IV, Jan Kazimierz, Jan III Sobieski. Wśród paramentów liturgicznych znajduje się ornat własnoręcznie haftowany przez żonę Jana III – królową Marysieńkę.
    Wkrótce kaplica okazała się za mała. W 1681 r. jezuici przystąpili do budowy nowej, okazałej świątyni. Ofiary na ten cel napływały z całej Polski. Konsekracji dokonał w 1693 roku biskup warmiński Stanisław Zdąbski. Z chwilą rozbiorów Święta Lipka stała się, obok Gietrzwałdu, główną oazą polskości i wiary dla mieszkańców Warmii i Mazur. Mówiono wówczas: “Czym Częstochowa dla Polski i Ostra Brama dla Litwy, tym Lipka dla Warmii i Mazur”. Przez cały okres zaborów byli w tym sanktuarium polscy kaznodzieje i aż do hitlerowskiego zakazu w 1939 roku głoszono tu kazania w języku polskim. Do 1939 roku działała tu także polska szkoła.
    Dla miłośników sztuki świętolipska świątynia jest jednym z najwspanialszych zabytków baroku w architekturze, rzeźbie i malarstwie. Została uznana za najpiękniejszy kościół barokowy w Europie północno-wschodniej. Dodatkową atrakcją są przepiękne organy ze sceną przedstawiającą Zwiastowanie Najśw. Maryi Panny. W świętolipskiej szkole muzycznej uczył się wielki syn Warmii – Feliks Nowowiejski; improwizował na miejscowych organach. Z murów starej świątyni wyszła też muzyka Nowowiejskiego do słów Roty Konopnickiej: “Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”. Jednakże przepyszny barok nie może przesłonić cichej, dyskretnej rzeczywistości, że tutaj właśnie Maryja obrała sobie miejsce. Po II wojnie światowej powrócili jezuici i objęli opiekę nad sanktuarium, którego szczególnym charyzmatem jest wspólność pielgrzymowania oraz modlitwy protestantów i katolików.Dzień 11 sierpnia 1968 roku przeszedł do historii sanktuarium jako szczególny; w tym bowiem dniu Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński, dokonał koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Świętolipskiej. Jednym z uczestników tego aktu był także metropolita krakowski, kard. Karol Wojtyła. W uroczystości wziął udział prawie cały Episkopat Polski.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    11 sierpnia

    Święta Klara, dziewica



    Klara urodziła się w Asyżu w 1193 lub 1194 r. Była najstarszą z trzech córek pana Favarone z rycerskiego rodu Offreduccio i jego żony Ortolany. Jej matka, podczas ciąży, w trakcie modlitwy usłyszała słowa: “Nie bój się, gdyż to dziecko zabłyśnie swym życiem jaśniej niż słońce!” Pod wpływem tych słów nadała dziewczynce imię Klara (z języka łacińskiego clara – jasna, czysta, sławna).

    Święta Klara

    Klara wzrastała w atmosferze miłości i pobożności. Gdy miała 12 lat, w Asyżu zaczął swą działalność Jan Bernardone, przyszły św. Franciszek. Z czasem zaczął zdobywać ludzi, którzy poświęcali swe życie Bogu. Klara często spotykała się z nim, by zrozumieć jego słowa. Rodzice, zamożni mieszczanie, daremnie dwa razy usiłowali wydać córkę za mąż. Klara poprosiła bowiem Franciszka, by zwrócił się z prośbą do biskupa Asyżu, aby mogła stać się siostrą Braci Mniejszych. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. z całą rodziną poszła do pobliskiego kościoła. Po poświęceniu palm każdy odbierał palmę z rąk biskupa. Biskup Gwidon podszedł jednak sam do Klary i wręczył jej palmę – był to umówiony wcześniej znak zgody. Tej samej nocy dziewczyna wymknęła się z domu, by oddać życie Chrystusowi. Z rąk św. Franciszka otrzymała zgrzebny habit i welon zakonny. Po pewnym czasie przyłączyła się do niej jej siostra, bł. Agnieszka.

    Święta Klara

    Klara odmówiła powrotu do domu swoim krewnym, którzy przyjechali, by ją do tego przekonać. Franciszek wystawił siostrom mały klasztor przy kościółku św. Damiana. Pierwszą jego ksienią została Klara. Franciszek bardzo cieszył się z powstania tej rodziny żeńskiej. Kiedy bowiem bracia byli zajęci życiem apostolskim, siostry miały dla nich stanowić zaplecze pokuty i modlitwy. Zakon nosił nazwę Pań Ubogich, potem nazwano je II Zakonem, a popularnie klaryskami. W 1215 roku Innocenty III nadał zakonowi Klary “przywilej ubóstwa”. Siostry nie mogły posiadać żadnej własności, a powinny utrzymywać się jedynie z pracy swoich rąk. Odtąd San Damiano stało się kolebką nowego Zakonu. Wstępowały do niego głównie córki szlacheckie, pozostawiając wszystko i wybierając skrajne ubóstwo.

    Święta Klara


    Swoje żarliwe modlitwy Klara wspierała surowym życiem, częstymi postami i nocnymi czuwaniami. Dokonywała już za życia cudów – cudownie rozmnożyła chleb dla głodnych sióstr, uzdrawiała je, wyjednała im opiekę Jezusa. Pod koniec życia doznała cudownej łaski; kiedy bowiem nadeszła noc Narodzenia Pańskiego, osłabiona i chora Klara pozostała na swym posłaniu. Otrzymała jednak łaskę widzenia i słyszenia Pasterki, odprawianej w pobliskim kościele z udziałem Franciszka i jego braci. Z tego też powodu św. Klara została patronką telewizji. Po śmierci św. Franciszka cały trud utrzymania zakonu spadł na jej barki.
    Klara w klasztorze św. Damiana żyła przez 42 lata. Wyczerpujące posty, umartwienia i czuwania spowodowały, że 11 sierpnia 1253 r. umarła. Następnego dnia odbył się jej uroczysty pogrzeb, któremu przewodniczył papież Innocenty IV. Jej ciało złożono w grobie, w którym przedtem spoczywało ciało św. Franciszka. Już dwa lata później Aleksander IV, po zebraniu koniecznych materiałów kanonizacyjnych, ogłosił ją świętą. Papież dokonał jej uroczystej kanonizacji w Anagni w 1255 roku.Ikonografia najczęściej przedstawia św. Klarę z monstrancją w ręku. Podanie bowiem głosi, że w czasie najazdu Saracenów na Asyż Klara miała ich odstraszyć Najświętszym Sakramentem, który wyniosła z kościoła. Blask płynący z Hostii miał jakoby porazić wroga i zmusić go do ucieczki. Legenda powstała zapewne na tle szczególnego nabożeństwa, jakie miała św. Klara do Eucharystii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    „Iść drogą świętej prostoty, pokory i ubóstwa”. Dziś wspomnienie św. Klary

    „Iść drogą świętej prostoty, pokory i ubóstwa”. Dziś wspomnienie św. Klary
    fot. screenshot YouTube

    ***

    „Napominam i zachęcam w Panu Jezusie Chrystusie wszystkie moje siostry, obecne i przyszłe, aby zawsze starały się iść drogą świętej prostoty, pokory i ubóstwa i prowadzić życie święte” – pisała do współsiostr z założonego przez siebie zakonu klarysek w swym testamencie św. Klara z Asyżu.

    Klara wzrastała w atmosferze miłości i pobożności. Gdy miała 12 lat, w Asyżu zaczął swą działalność Jan Bernardone, przyszły św. Franciszek. Z czasem zaczął zdobywać ludzi, którzy poświęcali swe życie Bogu. Klara często spotykała się z nim, by zrozumieć jego słowa. Rodzice, zamożni mieszczanie, daremnie dwa razy usiłowali wydać córkę za mąż. Klara poprosiła bowiem Franciszka, by zwrócił się z prośbą do biskupa Asyżu, aby mogła stać się siostrą Braci Mniejszych.

    W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. z całą rodziną poszła do pobliskiego kościoła. Po poświęceniu palm każdy odbierał palmę z rąk biskupa. Biskup Gwidon podszedł jednak sam do Klary i wręczył jej palmę – był to umówiony wcześniej znak zgody. Tej samej nocy dziewczyna wymknęła się z domu, by oddać życie Chrystusowi. Z rąk św. Franciszka otrzymała zgrzebny habit i welon zakonny. Po pewnym czasie przyłączyła się do niej jej siostra, bł. Agnieszka.

    Klara odmówiła powrotu do domu swoim krewnym, którzy przyjechali, by ją do tego przekonać. Franciszek wystawił siostrom mały klasztor przy kościółku św. Damiana. Pierwszą jego ksienią została Klara. Franciszek bardzo cieszył się z powstania tej rodziny żeńskiej. Kiedy bowiem bracia byli zajęci życiem apostolskim, siostry miały dla nich stanowić zaplecze pokuty i modlitwy. Zakon nosił nazwę Pań Ubogich, potem nazwano je II Zakonem, a popularnie klaryskami. W 1215 roku Innocenty III nadał zakonowi Klary “przywilej ubóstwa”. Siostry nie mogły posiadać żadnej własności, a powinny utrzymywać się jedynie z pracy swoich rąk. Odtąd San Damiano stało się kolebką nowego Zakonu. Wstępowały do niego głównie córki szlacheckie, pozostawiając wszystko i wybierając skrajne ubóstwo.

    Swoje żarliwe modlitwy Klara wspierała surowym życiem, częstymi postami i nocnymi czuwaniami. Dokonywała już za życia cudów – cudownie rozmnożyła chleb dla głodnych sióstr, uzdrawiała je, wyjednała im opiekę Jezusa. Pod koniec życia doznała cudownej łaski; kiedy bowiem nadeszła noc Narodzenia Pańskiego, osłabiona i chora Klara pozostała na swym posłaniu. Otrzymała jednak łaskę widzenia i słyszenia Pasterki, odprawianej w pobliskim kościele z udziałem Franciszka i jego braci. Z tego też powodu św. Klara została patronką telewizji. Po śmierci św. Franciszka cały trud utrzymania zakonu spadł na jej barki.Klara w klasztorze św. Damiana żyła przez 42 lata. Wyczerpujące posty, umartwienia i czuwania spowodowały, że 11 sierpnia 1253 r. umarła. Następnego dnia odbył się jej uroczysty pogrzeb, któremu przewodniczył papież Innocenty IV. Jej ciało złożono w grobie, w którym przedtem spoczywało ciało św. Franciszka. Już dwa lata później Aleksander IV, po zebraniu koniecznych materiałów kanonizacyjnych, ogłosił ją świętą. Papież dokonał jej uroczystej kanonizacji w Anagni w 1255 roku.

     ren/brewiarz.pl, “św. Franciszek. Św. Klara. Pisma” Kraków 2002

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 sierpnia

    Święty Wawrzyniec, diakon i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Amadeusz Portugalski, zakonnik
      •  Święta Filomena, męczennica
      •  Błogosławiony Edward Detkens, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Edward Grzymała, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Wawrzyniec

    Wawrzyniec był jednym z siedmiu diakonów Kościoła rzymskiego za czasów papieża Sykstusa II. Mimo że wiele osób sławiło jego bohaterską śmierć – m.in. św. Ambroży (+ 397), św. Augustyn (+ 430), św. Maksym z Turynu (+ ok. 467), św. Piotr Chryzolog (+ 450) i św. Leon Wielki (+ 461) – wiadomości historyczne o nim posiadamy bardzo skromne. Właściwie jedynym źródłem jest Liber Pontificalis (Księga Papieży), który śmierć Wawrzyńca wiąże bezpośrednio z męczeństwem papieża św. Sykstusa II, który zginął dnia 6 sierpnia 258 r. wraz ze swoimi czterema diakonami. Niektórzy pisarze współcześni w tym samym dniu i w tych samych okolicznościach sytuują męczeństwo Wawrzyńca. Temu jednak stanowczo sprzeciwia się powszechna i najdawniejsza tradycja rzymska. Jej wyrazem jest Passio, czyli opis męki wielkiego diakona.
    Według niej Wawrzyniec miał być wyłączony z grupy skazanej na śmierć, która stanowiła orszak papieża. Wawrzyniec był bowiem administratorem majątku Kościoła w Rzymie. Miał równocześnie zleconą opiekę nad ubogimi. Namiestnik rzymski liczył, że namową i kuszącymi obietnicami, a w razie potrzeby katuszami, wymusi na nim oddanie całego majątku kościelnego w jego ręce. Wawrzyniec miał wówczas poprosić o kilka dni, aby mógł zebrać “skarby Kościoła” i pokazać je namiestnikowi. Kiedy nadszedł oznaczony dzień, diakon zgromadził wszystką biedotę Rzymu, którą wspierała gmina chrześcijańska. Miał przy tym wypowiedzieć słowa: “Oto są skarby Kościoła!” Zawiedziony tyran poddał go wyjątkowym katuszom. Walerian nakazał rozciągnąć go na żelaznych rusztach i wolno podgrzewać i piec żywcem w ogniu. Wawrzyniec miał się zdobyć jeszcze na słowa: “Widzisz, że ciało moje jest już dosyć przypieczone. Obróć je teraz na drugą stronę!” Św. Leon Wielki daje do tych słów piękny komentarz: “Jak silny musiał być ogień miłości Chrystusowej, skoro gasił on żar ognia naturalnego!”.
    Według wspomnianego opisu męki Wawrzyniec miał być przedtem biczowany knutami z drutu, potem wieszano go wyrywając członki ze stawów. W żywocie jest podany jeszcze jeden szczegół. Kiedy prowadzono papieża św. Sykstusa na śmierć z jego diakonami, chciał iść z nim także Wawrzyniec. Wymawiał mu nawet słodko: “Gdzie idziesz, Ojcze, bez syna? Jakże obejdziesz się bez swojego diakona? Nigdy nie odprawiałeś Eucharystii bez niego, czymże więc mogłem ściągnąć na siebie twoją niełaskę?” Na to św. Sykstus miał odpowiedzieć: “Dla mnie, steranego wiekiem, jest przygotowana mniejsza próba. Ciebie czekają wiele większe cierpienia, ale też i piękniejsza czeka cię korona”. Niektórzy z krytyków są skłonni uznać ten dialog za późniejszy, dodany do opisu męczeństwa ku zbudowaniu wiernych.

    Święty Wawrzyniec

    Niezwykłe okoliczności męczeńskiej śmierci, poniesionej 10 sierpnia 258 r., rozbudziły w Kościele rzymskim niezwykły kult Wawrzyńca. Św. Augustyn pisze, że jak Jerozolima szczyci się św. Szczepanem, tak Rzym jest dumny ze św. Wawrzyńca. Największy zaś poeta starożytnego chrześcijaństwa, Prudencjusz (+ 440), w natchnionych strofach podaje, że bohaterska śmierć Wawrzyńca zadała cios bałwochwalstwu, które od tego czasu zaczęło chylić się ku upadkowi aż do ostatecznego zwycięstwa Chrystusowego Kościoła.
    Ciało Męczennika pogrzebał św. Justyn, kapłan, w posesji św. Cyriaki. Co roku wierni tłumnie gromadzili się wokół jego grobu. Jego imię włączono do kanonu Mszy świętej i do Litanii do Wszystkich Świętych. Cesarz Konstantyn Wielki nad jego grobem w roku 330 wystawił bazylikę. Jeden z najdawniejszych zbiorów tekstów liturgicznych, zwany Sakramentarzem Leoniańskim, posiada kilkanaście różnych tekstów na uroczystość św. Wawrzyńca. Z Rzymu kult Męczennika rozszerzył się na cały Kościół. Niemcy przypisywali mu swoje zwycięstwo nad Madziarami w X w. Król hiszpański Filip II (+ 1598) ku czci św. Wawrzyńca wystawił w Escorial w pobliżu Madrytu na stokach gór Sierra de Guadarrama monumentalny zespół architektoniczny, obejmujący pałac królewski, klasztor augustianów i kościół – jako wotum za zwycięstwo odniesione nad Francuzami w bitwie pod Saint-Quentin 10 sierpnia 1557 r.
    Wawrzyniec był w starożytności i średniowieczu jednym z najbardziej popularnych świętych. Już w pierwszej połowie IV stulecia na cmentarzu przy Via Tiburtina obchodzono święto męczennika Wawrzyńca. Doznawał on czci jako szczególny patron ubogich, piekarzy, kucharzy i bibliotekarzy. Wzywano go na pomoc w czasie pożarów i przeciw chorobom reumatycznym. Postać jego otoczono wieloma legendami. Jemu także przypisywano, że co piątek schodzi do czyśćca, aby wybawić stamtąd choć jedną duszę.

    Święty Wawrzyniec

    Kult Wawrzyńca wcześnie rozprzestrzenił się także na ziemie polskie. Jest patronem Hiszpanii i Norymbergi, diecezji pelplińskiej i Wodzisławia Śląskiego.W ikonografii
     św. Wawrzyniec przedstawiany jest jako diakon w dalmatyce, czasami jako diakon ze stułą. Jego atrybutami są: księga, krata, palma, otwarta szafka, a w niej księgi Ewangelii, sakiewka, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    10 sierpnia

    Święta Filomena, męczennica



    Filomena przez ponad 150 lat należała do najbardziej czczonych świętych. Jej kult został zapoczątkowany w oparciu o znalezisko. W czasie wykopalisk prowadzonych w Katakumbach Pryscyli w Rzymie 25 maja 1802 r. odnaleziono grób z ceramiczną tabliczką, na której znajdowały się symbole strzały, palmy, lilii, bicza oraz napis Pax tecum, Filemena. Wyciągnięto wniosek, że w miejscu tym pochowana została męczennica nosząca imię Filomena. Proboszcz parafii w Mugnano w diecezji Nola w Kampanii przeniósł 10 sierpnia 1805 r. odnalezione szczątki do Mugnano, miasta położonego na wzgórzu niedaleko Neapolu. Temu wydarzeniu towarzyszyły liczne cuda. Od tego dnia zaczął rozwijać się silny kult Filomeny, który wkrótce rozprzestrzenił się po świecie i został powiązany z legendą o rzymskiej męczennicy. W latach 1824-1836 wstawiennictwu św. Filomeny przypisywano wiele nagłych uzdrowień. Papież Grzegorz XVI zaaprobował Mszę i oficjum ku czci Świętej. Również kolejni papieże pozytywnie odnosili się do kultu św. Filomeny. Dopiero w roku 1961 Kościół katolicki zniósł święto Filomeny, chociaż do dziś jej kult jest dość żywy, szczególnie w Mugnano.
    Sama zaś legenda mówi, że ojciec Filomeny był greckim królem, który nawrócił się na chrześcijaństwo. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować ją, a na koniec z kotwicą przywiązaną do szyi wrzucić do Tybru, gdzie strzelano do niej z łuku. Ponieważ Filomena przeżyła, a co więcej nie odniosła żadnych ran, cesarz zarządził jej ścięcie, co miało nastąpić około 303 roku.
    Została formalnie kanonizowana po długim i dojrzałym rozważeniu oraz po zbadanym i potwierdzonym uzdrowieniu Służebnicy Bożej Pauliny Jaricot (założycielki Krzewienia Wiary i Żywego Różańca) przez papieża Grzegorza XVI.
    Do najbardziej oddanych czcicieli św. Filomeny należał św. Jan Maria Vianney, który wraz z Pauliną Jaricot przyczynił się do powstania tego szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa do Filomeny, z którego słynęła Francja. Medaliki błogosławione przez Vianney’a wysyłane były do wszystkich regionów Francji i stawały się kanałami niezliczonych błogosławieństw nimi obdarowanych, a uzdrowienia wszelkiego rodzaju miały miejsce dzięki użyciu oleju, który płonął dniem i nocą przed figurą Filomeny w kościółku w Ars, gdzie teraz znajduje się kaplica Cudotwórczyni.
    Do czcicieli św. Filomeny należeli też św. Magdalena Zofia Barat, założycielka zakonu Najświętszego Serca, św. Piotr Chanel, pierwszy męczennik Oceanii i św. Piotr Eymard, założyciel Ojców od Najświętszego Sakramentu (tzw. eucharystów).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Św. Filomena – patronka biznesmenów i pomoc dla ludzi żyjących w lęku

    św. filomena

    W Internecie nazywają św. Filomenę patronką ludzi interesu, dziś powiedzielibyśmy biznesmenów i w potrzebach finansowych, ale również Królestwa Neapolu, czy Kółek Żywego Różańca. Zastanawiam się, co 13 letnia święta ma wspólnego z ludźmi interesu, bo jej żywot, przynajmniej ten który znamy, na to nie wskazuje. Pewne jest natomiast, że jest to święta o niezwykłej urodzie i odwadze jakiej dotąd nie spotkałam.

    ŚW. FILOMENA – DŁUGO OCZEKIWANE DZIECKO

    Życiorys świętej znamy z objawienia zaakceptowanego przez Kościół, udzielonego siostrze Marii Luizie od Jezusa. Filomena przyszła na świat jako długo oczekiwana córka króla jednego z greckich dominiów. Jej rodzice byli poganami. Długo nie mieli potomstwa mimo rozlicznych, niemal desperackich starań. Po jakimś czasie, jeden z krewnych – lekarz, wyznający chrześcijaństwo, opowiedział im o Jezusie i zachęcił ich do chrztu obiecując im łaskę potomstwa. Za namową krewnego małżonkowie przyjęli chrzest i w niedługim czasie istotnie spodziewali się potomstwa. Urodziła im się śliczna dziewczynka, która otrzymała na chrzcie imię Filomena, czyli światło. Jej dzieciństwo było pełne niczym niezmąconego szczęścia. Rodzice, a szczególnie ojciec otaczali ją nieustanną opieką i troską.

    CIEMNE CHMURY NAD GŁOWĄ ŚW. FILOMENY

    Kiedy Filomena miała 13 lat, w Europie cesarz Dioklecjan siał zamęt wywołując coraz to nowe wojny i prześladowania. Jej ojciec widząc swoją słabą pozycję udał się na dwór cesarza aby szukać możliwości zawarcia pokoju. W tę podróż zabrał ze sobą żonę i córkę. Po wielu staraniach udało mu się dostać na audiencję do cesarza, na której obie panie mu towarzyszyły.  Kiedy tylko Dioklecjan ujrzał Filomenę, nie mógł oderwać od niej oczu. Zaproponował ojcu dziewczyny pokój w zamian za rękę córki. Ojciec chcąc uniknąć rozlewu krwi przyjął propozycję, niestety jak się później okazało św. Filomena miała zgoła odmienne zdanie w tej sprawie. Dwa lata wcześniej złożyła śluby czystości i stanowczo oznajmiła ojcu, że wyklucza to zupełnie możliwość poślubienia cesarza.

    ŚW. FILOMENA – POMOC W TRUDNYCH DECYZJACH

    Mimo usilnych namów ze strony rodziców, a nawet błagań, dziewczyna nie ustąpiła. Strapiony ojciec udał się na dwór cesarza oznajmiając mu odmowę Filomeny. Cesarz wpadł we wściekłość i nie chciał zwolnić ojca z danej mu obietnicy. Ojciec więc wrócił do córki z błaganiami, aby ta zmieniła zdanie. Jednak i tym razem bez skutku. Mimo to, wobec nieprzejednanej woli Dioklecjana przyprowadził córkę do jego pałacu, aby cesarz sam mógł z nią porozmawiać i nakłonić dziewczynę do zmiany zdania. Nie trudno się domyśleć, że jak konsekwentnie odmawiała ojcu i matce, których przecież bardzo kochała, tak odmówiła również samemu cesarzowi – czym przypieczętowała swój los.

    ŚW. FILOMENA PRZYKŁAD ODWAGI I NIESPOTYKANEGO MĘSTWA

    Cesarz rozwścieczony odmową wtrącił ją do więzienia, gdzie przez niemal miesiąc trzymał ją zakutą w kajdany, o chlebie i wodzie. Codziennie też przychodził aby zapytać czy Filomena zmieniła zdanie. Liczył, że głód, samotność i upokorzenie zmiękczą jej stanowisko. Niestety Filomena nie drgnęła w postanowieniu nawet milimetr. Upokorzony nieustannymi odmowami cesarz kazał więc Filomenę ubiczować. Kiedy dziewczyna zemdlała od kolejnych razów, zakrwawioną i nieprzytomną straże wtrącili do lochu, licząc że wyzionie ducha. Filomena również była przekonana, że zakończy swój żywot, jednak w nocy odwiedzili ją dwaj aniołowie, którzy opatrzyli jej rany i uzdrowili ją, tak iż rano, na jej ciele nie znaleziono śladu dzień wcześniej zadanych razów, a sama dziewczyna była w pełni zdrowa. Zdumiony cesarz był przekonany, że dziewczyna zawdzięcza uzdrowienie Jowiszowi i po raz kolejny namawiał ją, by przyjęła ofertę zostania cesarzową. Kiedy Filomena odmówiła cesarz zaprzysiągł jej śmierć. Kazał utopić ją w Tybrze, przywiązując do szyi Filomeny sznur z wielką kotwicą. Święta została wrzucona wraz z kotwicą do wody, kiedy jednak się w niej znalazła, znów na pomoc przybyło dwóch aniołów, którzy uwolnili ją z więzów i na rękach, całą suchą wynieśli ją z wody na brzeg. Wielu mieszkańców Rzymu, którzy to widzieli nawróciło się i uwierzyło w Boga, którego czciła Filomena. Wobec nieudanej próby utopienia, cesarz rozkazał wlec dziewczynę ulicami miasta, a następnie strzelać do niej łucznikom. Jej umęczone ciało przeszyło wiele strzał, z ran obficie płynęła krew, ale mimo to dziewczyna ciągle żyła. W takim stanie ponowie wrzucono ją do lochu, mając nadzieję, że tam skona. Jednak i tym razem Bóg nie zostawił jej bez pomocy. Dziewczyna wycieńczona usnęła, a gdy obudziła się nad ranem, była zupełnie zdrowa. Wobec kolejnego niewytłumaczalnego wyzdrowienia, furia Dioklecjana nie miała granic. Następnego dnia rozkazał łucznikom, aby strzelano do Filomeny płonącymi strzałami, skoro poprzednie okazały się niewystarczające. Jednak stała się kolejna niewytłumaczalna rzecz. Wszystkie strzały wypuszczone w kierunku Filomeny zawróciły, raniąc samych łuczników. Sześciu z nich poniosło w ten sposób śmierć. Nie mogąc poradzić sobie w inny sposób cesarz rozkazał wreszcie zgilotynować świętą, mając nadzieję na definitywne pozbawienie jej życia. Istotnie po  trzech dniach publicznych katuszy, Bóg pozwolił św. Filomenie wejść do nieba jako dziewicy i męczennicy. Jednak ku niezadowoleniu cesarza, publiczne świadectwo odwagi jakie złożyła młodziutka dziewczyna przysporzyło chrześcijanom wielu nowych wyznawców w samym Rzymie, a potem poza jego granicami.

    ŚWIĘTA PATRONKA BIZNESMENÓW, OSÓB ŻYJĄCYCH W LĘKU I ZMAGAJĄCYCH SIĘ Z TRUDNYMI DECYZJAMI

    Mnie w życiorysie tej świętej zadziwia odwaga z jaką trwała przy swoim stanowisku, mimo świadomości ceny jaką za to zapłaci oraz jasność z jaką umiała wybierać i oceniać co jest ważniejsze. Z całą pewnością jest więc właściwą orędowniczką dla wszystkich, którym brakuje odwagi w dokonywaniu życiowych wyborów. Wszyscy tchórzliwego serca mogą znaleźć u niej wsparcie i pomoc.

    Prowadzenie biznesu codziennie wymaga podejmowania wielu trudnych decyzji, a wzięcie na siebie odpowiedzialności utrzymania wielu pracowników i ich rodzin rodzi wiele obaw, może dlatego warto prowadząc firmę mieć za orędowniczkę, świętą Filomenę?

    J.G./ze strony: Czas doskonalenia dusz

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Filomena – patronka na nasze czasy

    by Ralph Hammann (Own work) [CC0], via Wikimedia Commons

    ***

    10 sierpnia przypada główne święto św. Filomeny. Ta święta, choć mało jeszcze znana w Polsce, jest patronką m.in.  szczęśliwych narodzin, matek i dzieci. Sakramentalium z nią związane – Sznur św. Filomeny – jest najbardziej pomocne w czasie pokus przeciwko cnocie czystości.

    O tym, jak wielką świętą jest Filomena, może świadczyć zdanie św. Jana Maria Vianney’a. Proboszcz z Ars powierzał jej wszystkie wielkie sprawy Kościoła. Kiedyś powiedział: to nie ja cuda czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… zwróćcie się do świętej Filomeny. Ilekroć prosiłem o co Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany. Czcicielami św. Filomeny był także papież Leon XII, który mówił: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie”. Czcią otaczał ją także bł. Pius IX, Grzegorz XVI oraz Paweł VI.

    Filomena była prostą dziewczyną i to w dodatku żyjącą wiele wieków temu. To chrześcijanie wyprosili jej narodziny i wówczas jej rodzice, którzy byli poganami, nawrócili się i przyjęli chrzest. Filomena, jako dziecko, złożyła Chrystusowi ślub wierności i dziewictwa. Zniewolona przez cesarza Dioklecjana, tyrana i prześladowcę chrześcijan, powiedziała: „Lepiej jest stracić życie na ziemi, by osiągnąć wiekuiste szczęście, niż uniknąć śmierci doczesnej i zasłużyć na wiekuistą karę. Pozostanę wierna Jezusowi nawet za cenę mojego życia!”.

    Aż 40-dni przebywała w więzieniu, następnie skazaną ją na śmierć. Była wielokrotnie męczona. Ostatecznie ścięto ją katowskim toporem 10 sierpnia 302. Jej szczątki zostały odkryte po 1500 latach w katakumbach św. Pryscyll 24 maja 1802 roku. Na grobowcu wyryte były: napis LUMENIA PAX TIBI (Pokój Tobie, Filomeno), kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii – symbole nawiązujące do jej męczeństwa.

    Po latach, kiedy za jej wstawiennictwem została z choroby serca uzdrowiona Paulina Jaricot, Założycielka Stowarzyszenia Żywego Różańca, opowiedziała o swoim uzdrowieniu Grzegorzowi XVI. Papież wysłuchał jej i zatwierdził oficjalny kult św. Filomeny. 30 września 1837 roku Filomena została wyniesiona na ołtarze.

    Dziś św. Filomena jest patronką nie tylko Żywego Różańca, ale także m.in. patronką szczęśliwych narodzin, matek i dzieci i ludzi interesu. W Gniechowice na Dolnym Śląsku, gdzie znajduje się jedyna w Polsce parafia jej poświęcona, przy jej relikwiach każdego 11 dnia miesiąca odbywa się modlitwa połączona z prośbami i podziękowaniami. Jej czciciele proszą ją o szczęśliwe rozwiązanie, o rozeznanie powołania, nawrócenie, w różnych sprawach związanych z nauką, o pracę, o dar potomstwa, w różnych sprawach finansowych, o dobrą żonę czy męża.

    Choć św. Filomena jest jeszcze mało znana, jej kult rozwija się. Wielu jej czcicieli nosi sznur św. Filomeny w kolorach biało-czerwonym. Biała barwa symbolizuje dziewictwo a czerwona męczeństwo. Na obu końcach znajdują się węzły, które symbolizują jej podwójny tytuł: Dziewicy i Męczennicy. Noszący sznur św. Filomeny powinni każdego dnia odmawiać modlitwę: „Święta Filomeno, dziewico i męczennico, módl się za nami, abyśmy za twym cudownym i możnym wstawiennictwem zachowali czystość ducha i serca, która zaprowadzi nas do całkowitej miłości Boga. Amen”.

    pam/PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________

    Idź do Filomeny

    Św. Filomena namalowana przez Katarzynę Buszydlik

    św. Filomena namalowana przez Katarzynę Buszydlik

    ***

    W sanktuarium św. Jana Marii Vianneya w Czeladzi został zawieszony i poświęcony wizerunek św. Filomeny. Poświęcenia dokonał ks. kan. Paweł Nowak – penitencjarz diecezjalny.

    To najbardziej znana para świętych w historii Kościoła: św. Jan Maria Vianney i św. Filomena. Święty Proboszcz z Ars mawiał: „Ilekroć prosiłem o coś Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany”. Twierdził, że to wielka święta, którą Bóg wyjątkowo uwielbia. W Polsce istnieje jedyna parafia i sanktuarium tej świętej w Gniechowicach (archidiecezja wrocławska). W wielu miejscach, m.in. w Mzykach (archidiecezja częstochowska), w Luzinie (diecezja gdańska) rozwija się jej kult i odbywają się nabożeństwa. Do tych wyjątkowych miejsc przez namalowany przez Katarzynę Buszydlik obraz dołączyło sanktuarium w Czeladzi-Piaskach.

    O Filomenie zaczęło się robić głośno od 1802 r., kiedy to odkryto jej relikwie w rzymskich katakumbach św. Pryscylli przy Via Salaria Nova. Na grobowcu widniał napis: „Pokój Tobie, Filomeno” oraz symbole nawiązujące do jej męczeństwa: kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii. Doczesne szczątki nieznanej dotąd świętej, dzięki ks. Franciszkowi Lucia trafiły do Mugnano, koło Neapolu, a tam zaczęły dziać się liczne cuda. W konsekwencji papież Leon XII zezwolił na propagowanie jej kultu przez wzniesienie ołtarzy i kościołów na jej cześć, a papież Grzegorz XVI w 1837 r. ją kanonizował. Przyczyniła się do tego Założycielka Stowarzyszenia Żywego Różańca, Paulina Jaricot, która została uzdrowiona przy jej relikwiach z choroby serca. Ona sama powiedziała: „Słyszałam, jak demony mówiły podczas egzorcyzmu – «dziewica i męczennica, św. Filomena, jest naszym przeklętym wrogiem. Nabożeństwo do niej jest nową, straszną bronią przeciw piekłu»”. Wymowny tytuł „Patronka Dzieci Maryi” nadał jej papież Pius IX, a św. Leon XIII zaaprobował bractwo i zezwolił na noszenie sznura św. Filomeny. Nie zachowały się żadne relacje ani dokumenty, z których można by było odtworzyć żywot świętej. W 1805 r. Filomena ukazać się miała włoskiej zakonnicy Marii Luizie od Jezusa, której opowiedziała o swym 13-letnim życiu i męczeństwie. Św. Filomena jest patronką m.in. Żywego Różańca, Dzieci Maryi, Neapolu, szczęśliwych narodzin dzieci, młodzieży. Wzywana jest w problemach finansowych, zdawaniu egzaminów i nawróceń.

    Zakochana w Bogu

    Św. Filomena żyła na przełomie III i IV w., za czasów okrutnych prześladowań chrześcijan przez cesarza Dioklecjana. Była podobno wyjątkowo piękna, a jej serce należało wyłącznie do Jezusa. Kiedy odrzuciła względy cesarza, on skazał ją na śmierć. Najpierw męczył ją przez biczowanie, potem chciał ją utopić zawieszając kotwicę u szyi i topiąc w Tybrze. Następnie chciał ja zabić płonącymi strzałami, a kiedy to nic nie dało obcięto jej głowę. Miała zaledwie 13 lat. Swoim świadectwem życia zachwyca dziś po wielu wiekach od swojej męczeńskiej śmierci.

    – O Filomenie mało słyszałam. Dopiero kiedy zaczęłam pracować w czeladzkim sanktuarium dowiedziałam się, że była to ulubiona święta św. Jana Marii Vianneya. Pomyślałam, że może warto było więcej o niej się dowiedzieć i mieć jej wizerunek. Po przedstawieniu tej postaci ks. Józefowi Handerkowi został namalowany jej obraz. Nieoczekiwanie zawisł w kościele 24 maja tego roku. Zrządzeniem Bożej Opatrzności to właśnie 24 i 25 maja 1802 r., wiele lat wcześniej, zaczęto prace w rzymskich katakumbach i odkryto jej doczesne szczątki. I tu, w Czeladzi, św. Filomena została raz jeszcze odkryta. Przygotowujemy nabożeństwo ku jej czci i pragniemy sprowadzić jej relikwie – opowiada s. Akwila, karmelitanka Dzieciątka Jezus z Czeladzi.

    ks. Tomasz Zmarzły/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________

    Św. Filomena o sobie

    Matka Maria Luiza od Jezusa była pobożną zakonnicą w ówczesnym Królestwie Neapolu, która otrzymała od św. Filomeny świadectwo o jej życiu. Siostra Maria Luiza od Jezusa otrzymała dalsze objawienia o Piśmie św. Nie kto inny, lecz sam papież Pius IX czytał w swym wolnym czasie jej pisemne zapisy tych objawień.

    Gdy 3 sierpnia 1833 r. zakonnica Maria Luiza od Jezusa zabierała się do modlitwy dziękczynnej po Komunii św., oczy jej się zamknęły i nie mogła ich znowu otworzyć – mimo wysiłku z jej strony. Od posągu św. Filomeny usłyszała miły głos:

    Moja ukochana siostro, 10 sierpnia jest tym dniem, w którym zakończyłam ten żywot ziemski i wstąpiłam do Nieba, gdzie mój Niebiański Oblubieniec dał mi w posiadanie wieczne dobra, których rozkoszy nie jest w stanie objąć żaden ludzki rozum. Dlatego też Jego Mądrość tak zrządziła, że przewiezienie mego ciała do Mugnano – nie zważając na ustalone plany księdza, który otrzymał moją śmiertelną powłokę – nie nastąpiło 5 sierpnia, jak on sobie tego życzył, lecz dopiero 10 sierpnia i że nie zostałam po cichu zaniesiona do jego kaplicy domowej, jak sobie tego również życzył, lecz do kościoła w zupełnie nadzwyczajny sposób wśród ogólnych wiwatów i okrzyków radości, gdzie mnie się teraz czci, tak że dzień mej męczeńskiej śmierci stał się dla mnie również dniem triumfu. (…) Moja ukochana siostro, jestem córką księcia, który rządził małym państwem w Grecji, i też moja matka była z królewskiego rodu. Ponieważ jednak nie mieli dzieci i byli jeszcze poganami, składali swym fałszywym bogom nieustannie ofiary, aby otrzymać dziecko. Jeden lekarz z Rzymu, o imieniu Publiusz, który znajduje się teraz w Niebie, był na służbie u mego ojca i mieszkał w naszym pałacu. Był chrześcijaninem. Widząc utrapienie mych rodziców i współczując im ze względu na ich ślepotę duchową, odważył się, za natchnieniem Ducha Świętego, rozmawiać z nimi o naszej wierze chrześcijańskiej. Obiecał im, że, o ile dadzą się ochrzcić, otrzymają potomstwo. Łaska, która towarzyszyła jego słowom, oświeciła ich umysł i zwyciężyła nad ich wolą. Przyjęli wiarę chrześcijańską i otrzymali przedmiot swych pragnień, który Publiusz obiecał im w nagrodę za przyjęcie chrztu. Przy moich narodzinach dano mi imię LUMENA, które oznacza światło wiary, której owocem byłam. W dniu, w którym zostałam ochrzczona, nazwano mnie FILOMENĄ, gdyż tego dnia stałam się dzieckiem wiary. Czuła miłość, którą darzyli mnie ojciec i matka, była tak wielka, że chcieli mnie mieć wciąż wokół siebie. To też było przyczyną tego, że zabrali mnie do Rzymu, gdy mój ojciec musiał odbyć tam podróż, gdyż tyrański cesarz Dioklecjan groził mu niesprawiedliwą wojną. Miałam wówczas dopiero 13 lat. Przybywszy do stolicy świata, udaliśmy się wszyscy troje do pałacu cesarskiego, gdzie zostaliśmy dopuszczeni do audiencji. Gdy tylko Dioklecjan mnie ujrzał, nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Widać było, że przez cały czas, gdy mój ojciec rozmawiał z nim i ciepłymi słowy odwoływał się do jego serca, podając powody swego usprawiedliwienia, cesarz nie mógł ukryć swego zmieszania. Gdy mój ojciec wszystko powiedział, cesarz mu odrzekł, że nie ma się dalej niepokoić, o wszelkich troskach zapomnieć i myśleć tylko o swym szczęściu oraz dodał:

    – Daję ci całą władzę swego cesarstwa do twej dyspozycji i nie żądam niczego innego niż ręki twej córki. Mój ojciec, zaślepiony zaszczytem, który prześcignął wszelkie jego oczekiwania, przyjął z radością prośbę cesarza. Gdy wróciliśmy do naszego mieszkania, mój ojciec i moja matka dokładali wszelkich możliwych starań, aby mnie skłonić do zgody na ich i Dioklecjana życzenie.

    Powiedziałam im:

    – Co? Czyż wy chcecie, żebym po to, aby się przypodobać człowiekowi, złamała ślubowanie, które złożyłam już dwa lata temu Jezusowi Chrystusowi? Moje dziewictwo pozostaje poświęcone Bogu; nie mogę już sobą dysponować.

    Ojciec ale odparł mi:

    – Aby złożyć takie ślubowanie, byłaś wówczas jeszcze za młoda. Nakazał mi, abym przyjęła ofertę Dioklecjana i dołączył do tego najokropniejsze groźby. Ale Łaska Boża sprawiła, że byłam nie do pokonania. Mój ojciec przedstawił moje sprzeciwy cesarzowi Dioklecjanowi. Ponieważ ów nie chciał go zwolnić z danego mu słowa, czuł się on zmuszony zaprowadzić mnie samą do niego. Ale kilka chwil przedtem musiałam jeszcze znieść burzę niechęci i czułości ze strony ojca. Moja matka również przytakiwała mu i używała wszystkich sposobów – pieszczot i gróźb, aby zachwiać moje przekonanie. W końcu padli mi oboje do nóg, zaklinali mnie ze łzami w oczach i błagali, abym zlitowała się nad nimi.

    – Moje dziecko – wołali – miej litość nad twym ojcem i twoją matką, zlituj się nad twoją ojczyzną i naszymi poddanymi.

    Odpowiedziałam:

    – Nie mogę; moje dziewictwo, które przyrzekłam Bogu, ma pierwszeństwo przed wami, pierwszeństwo przed ojczyzną, pierwszeństwo przed wszystkim innym. Królestwem moim jest Niebo. Te moje słowa wprawiły ich w rozpacz. Zaprowadzili mnie przed cesarza. Użył on natychmiast wszelkich środków, jakie tylko były w jego mocy, aby mnie zdobyć. Ale wszystkie jego obietnice, wszystkie jego pochlebstwa i groźby były bezskuteczne. Wpadł w ostry gniew. Podburzony przez szatana, kazał wrzucić mnie do więzienia w swym pałacu, gdzie zakuto mnie w kajdany. Mniemając, że ból i hańba złamią moją odwagę, którą natchnął mnie mój Boski Oblubieniec, przychodził do mnie codziennie, aby mnie zobaczyć. Kazał wówczas zdejmować mi kajdany, abym mogła przyjąć do siebie tę odrobinę chleba i wody, które dawano mi do jedzenia. Następnie powtarzał swoje uwodzicielskie pokusy, które bez szczególnej pomocy Bożej mogły być bardzo niebezpieczne dla mej dziewiczej czystości. Opór, na jaki napotykał podczas tych prób narażenia mojej niewinności, pobudzał go do zadawania mi coraz nowszych mąk. Ale modlitwa podtrzymywała mnie i nie ustawałam w polecaniu się mojemu Jezusowi i jego przeczystej Matce. Gdy jednak Królowa Aniołów dodała, że dlatego zostanę wypuszczona z więzienia, aby cierpieć jeszcze większe męki, i że jeszcze straszniejszą walkę przejdę, niż do tej pory, moja radość przemieniła się w wielki strach. Robiłam sobie bowiem nadzieję, że zostanę natychmiast zabita. Na to rzekła do mnie Maryja:

    – Odwagi, moja córko! Wiesz przecież, że darzę cię szczególną miłością. Imię, które otrzymałaś na Chrzcie św., jest dowodem tego, że masz podobieństwo do mego Syna i do mnie. Zowią cię Lumeną (Światłością) i też twój Oblubieniec zwany jest ŚWIATŁOŚCIĄ, GWIAZDĄ i SŁOŃCEM. Mnie nazywają JUTRZENKĄ, GWIAZDĄ, KSIĘŻYCEM, SŁOŃCEM. Nie bój się; będę z tobą. Teraz natura egzekwuje swe prawa wobec ciebie, abyś upokorzyła się w swej słabości; lecz potem, gdy dojdzie do walki, Łaska da ci swą siłę i twój anioł stróż, który też był moim, Anioł Gabriel, którego imię oznacza „Siłę”, przyjdzie ci z pomocą. Polecę Cię całkiem szczególnie jego pieczy jako moją wielce ukochaną córkę, którą kocham przed wszystkimi innymi. Te słowa Królowej Dziewic natchnęły mnie odwagą. Objawienie znikło, pozostawiając niebiański zapach, który wypełnił moje całe więzienie. To, co mi zapowiedziano, wkrótce się spełniło. Dioklecjan zwątpił w możliwość zmuszenia mnie do ustępstwa i postanowił kazać mnie publicznie męczyć. Rozpoczął od tego, że kazał mnie biczować.

    Powiedział:

    Skoro ona się nie wstydzi tego, że zamiast mnie, cesarza, woli złoczyńcę, skazanego przez swój własny naród, to po sprawiedliwości zasługuje na takie samo potraktowanie, jak to, które jego spotkało.

    Nakazał więc, aby mnie obnażono i przywiązano do słupa. Następnie kazał mnie w obecności licznych dostojnych dworzan do tego stopnia biczować, że moje całe ciało tryskało krwią i wydawało się być jedną wielką raną. Gdy tyran zobaczył, że zemdlałam i byłam już bliska śmierci, rozkazał usunąć mnie sprzed swych oczu i zawlec mnie ponownie do więzienia. Uważał, że wyzionę tam swego ducha, lecz zawiódł się w swych oczekiwaniach. Też ja zawiodłam się w słodkiej nadziei, że wkrótce dotrę do mego ukochanego Oblubieńca. Dwa świetliście lśniące anioły ukazały mi się i wlały balsam w moje rany. Poczułam się wówczas bardziej wzmocniona, niż byłam przed kaźnią. Następnego poranka już z samego rana powiadomiono o tym cesarza. Kazał mi przyjść przed swe oblicze. Ze zdumieniem przypatrywał mi się i chciał mnie przekonać, że moje uzdrowienie zawdzięczam Jowiszowi, któremu służył. Chciał mnie na siłę mieć jako cesarzową Rzymu, składał mi czcze obietnice, z którymi wiązał pochlebstwa i pieszczoty. Chciał dopełnić piekielnego dzieła, które sobie wytknął za cel. Ale Duch Święty, któremu zawdzięczam swą wytrwałość, oświecił mnie w tak dużym stopniu, że ani Dioklecjan, ani nikt inny z jego dworzan nie mógł nic zarzucić mym dowodom, którymi broniłam prawdy naszej wiary. To go ponownie rozzłościło. Rozkazał, aby zatopiono mnie z kotwicą na szyi w falach Tybru. Rozkaz wykonano. Ale Bóg zapobiegł jego skutkom, gdyż w chwili, gdy mnie wrzucano do rzeki, ponownie przybyły mi z pomocą dwa anioły, które odwiązały linę, na której kotwica wisiała u mej szyi, tak że kotwica poszła na dno Tybru, gdzie znajduje się do tej pory.

    Mnie ale zaniosły bardzo delikatnie na brzeg w obliczu niesamowitej ilości ludzi na brzegu. Cud ten wywołał u widzów szczęśliwe skutki. Wielu nawróciło się na chrześcijaństwo. Ale Dioklecjan, który przypisał to nieznanej mocy czarodziejskiej, kazał mnie wówczas wlec po ulicach miasta Rzymu i rozkazał strzelić do mnie gradem strzał. Moje ciało było całe przeszyte, krew ściekała ze wszystkich stron. Wyczerpaną, jaką byłam, i prawie umierającą, na rozkaz cesarza zabrano mnie z powrotem do więzienia. Ale Niebo ponownie ułaskawiło mnie w cudowny sposób. Zapadłam w słodki sen. Po przebudzeniu się zobaczyłam, że jestem zupełnie zdrowa. Dioklecjan dowiedział się o tym, wpadł w gniew i wykrzyknął jak szalony:

    – Żwawo! Przeszyć ją ponownie ostrymi strzałami, aby zmarła od tej męki!

    Jego rozkaz został natychmiast wykonany. Łucznicy napięli swe łuki i wytężyli wszystkie swe siły. Ale strzały odmówiły im posłuszeństwa. Cesarz, osobiście obecny, wychodził z siebie z wściekłości i nazwał mnie czarownicą. Sądząc, że niszczycielska siła ognia oprze się mojej czarodziejskiej mocy, nakazał rozżarzyć strzały w piecu i wtedy ponownie je do mnie wystrzelić.

    Tak też uczyniono. Ale strzały, gdy przeleciały pewną odległość, obrały nagle odwrotny kierunek i poleciały na tych, którzy je wystrzelili. Sześciu z tych łuczników zginęło na miejscu, wielu innych z nich odwróciło si ę od pogaństwa. Lud publicznie uznał wszechmoc Boga, który mnie ochronił. Tyran, przerażony szemraniem i okrzykami ludu, pospieszył się z położeniem kresu memu życiu, każąc ściąć mi głowę. Moja dusza wzbiła się do Nieba do mego Boskiego Oblubieńca, aby otrzymać od Niego koronę dziewictwa i palmę męczeństwa i cieszyć się szczególnym pierwszeństwem przed wieloma wybranymi w Jego obecności. Ten tak radosny dla mnie dzień, w którym wstąpiłam w chwałę niebieską, był piątkiem, a godzina mojej śmierci była trzecią godziną po południu.

    Tyle relacja, którą św. Filomena zdała zakonnicy Marii Luizie. Teraz znano już szczegóły z jej życia. Niniejsza wizja nie jest jedynym Źródłem, z którego dowiadujemy się więcej o św. Filomenie. Siostra Maria od Jezusa została przy różnych okazjach zaszczycona głębszym wniknięciem w tajemnicę śmierci i kultu św. Filomeny.

    za:filomena.org.pl/history/sw-filomena-o-sobie

    ______________________________________________________________________________________

    LITANIA DO ŚW. FILOMENY, którą ułożył św. Jan Maria Vianney.

    Boże, zmiłuj się nad nami,
    Chryste, zmiłuj się nad nami,
    Boże zmiłuj się nad nami,
    Chryste, usłysz nas,
    Ojcze z Nieba Boże, zmiłuj się nad nami,
    Synu, Odkupicielu świata Boże, zmiłuj się nad nami,
    Duchu Święty Boże, zmiłuj się nad nami,
    Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami,
    Święta Filomeno, módl się za nami,
    Święta Filomeno, z chwilą poczęcia łaskami napełniona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wierna naśladowczyni Maryi, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wzorze dziewic, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Świątynio doskonałej wiary, módl się za nami,
    Święta Filomeno, ożywiona zapałem do Chwały Bożej, módl się za nami,
    Święta. Filomeno, Ofiaro miłości Chrystusa, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Przykładzie siły i wytrwałości, módl się za nami,
    Święta Filomeno, niezwyciężona siło czystości, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Zwierciadło heroicznej cnotliwości, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wytrwała i nieustraszona w męczarniach, módl się za nami,
    Święta Filomeno, jak Twój Niebiański Oblubieniec biczowana, módl się za nami,
    Święta Filomeno, gradem strzał przebita, módl się za nami,
    Święta Filomeno, skuta łańcuchami, przez Matkę Najświętsza pocieszana, módl się za nami,
    Święta Filomeno, w więzieniu cudownie uzdrowiona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, w czasie tortur przez aniołów wspierana, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która wybrałaś mękę i śmierć nad wspaniałości tronu królewskiego, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która nawróciłaś świadków swego męczeństwa, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która znosiłaś furię swoich oprawców, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Opiekunko niewinnych, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Patronko młodzieży, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Ucieczko nieszczęśliwych, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Zdrowie chorych i słabych, módl się za nami,
    Święta Filomeno, nowe Światło Kościoła Walczącego, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która zwalczasz bezbożność świata, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która przywracasz wiarę i dajesz odwagę jej wyznawania, módl się za nami,
    Święta Filomeno, której imię sławione jest w niebie, a straszne dla piekieł. módl się za nami,
    Święta Filomeno, wspaniałymi cudami sławiona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, mocą Bożą wzmocniona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, panująca w chwale, módl się za nami,
    Święta Filomeno, patronko Dzieci Maryi, módl się za nami,
    Święta Filomeno, patronko Żywego Różańca, módl się za nami,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zachowaj nas Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Módl się za nami święta Filomeno,
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się: Błagamy Cię, Panie, przez wstawiennictwo Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zawsze Ci miłej przez jej nieskalaną czystość i praktykowanie wszelkich cnót, przebacz nam grzechy nasze i udziel nam łask nam potrzebnych (nazwij łaskę, której specjalnie potrzebujesz). Amen.

    Radio Niepokalanów

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 sierpnia

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein),
    dziewica i męczennica, patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Irena, cesarzowa
      •  Święta Marianna Cope z Molokai, zakonnica
      •  Błogosławiony Jan Guarna z Salerno, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan z Alwerni, prezbiter
      •  Błogosławiony Franciszek Jägerstätter, męczennik
    ***
    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę.
    W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Następnie wróciła do domu i z nowym zapałem podjęła dalszą naukę w gimnazjum. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta w wieku 20 lat uważała się za ateistkę. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. “Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą” – pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla, zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała u niego tytuł doktorski. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki temu, że w Getyndze spotkała Maxa Schelera, po raz pierwszy poznała idee katolickie.


    W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie – szukając prawdy – znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę – Różę. 1 stycznia 1922 r. przyjęła chrzest i I Komunię św. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania.
    Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów na konferencjach i przy innych różnych okazjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące – gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: “żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża”. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste.
    W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam 9 sierpnia 1942 roku obie zostały zagazowane i spalone.
    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________

    „Uderz w kamień (stein), a wytryśnie mądrość”

    Edyta Stein przyszła na świat w wielodzietnej, zamożnej rodzinie żydowskiej, była najmłodszym, jedenastym dzieckiem. Urodziła się 12 października 1891 roku we Wrocławiu w żydowskie Święto Pojednania. Mama Edyty jako pobożna wyznawczyni judaizmu chciała zaszczepić w dzieciach przede wszystkim wstręt do grzechu, ale zarazem miłość bliźniego. Dzieci wspominały, jak dokumentują listowne wspomnienia, że matka była dla nich „zwierciadłem cnót”. Dwa lata po narodzeniu najmłodszej córki zmarł Siegfried Stein. Wdowa Augusta Stein kontynuowała prowadzenie firmy męża wraz z opieką nad dziećmi. Wtedy to ujawniło się jej szczególne miłosierdzie wobec ubogich, gdyż zdarzało się, że tym, którzy dokonywali u niej zakupu drewna zwracała pieniądze, wczuwając się w ich sytuację.

    Archiwum Towarzystwa Edyty Stein we Wrocławiu

    ***

    Mała Edyta była zdolnym dzieckiem, odznaczała się łatwością dobrego zapamiętywania. To się ujawniło w następnych latach, gdy z łatwością przyswajała naukę języków obcych. Jako nastolatka towarzyszyła matce w wypełnianiu religijnych praktyk, ale bez osobistego zaangażowania. W wieku 14 lat zadeklarowała się jako ateistka. Matka obawiała się, że zainteresowanie filozofią u Edyty przyniesie skutek w przejęciu postawy liberalizmu.

    Edyta była niezwykle zdolna i spragniona wiedzy. Po studiach z psychologii, podczas których natknęła się na książkę Alfreda Husserla zaczęła marzyć o filozofii. Wyjechała do Getyngi zainspirowana zgłębianiem wiedzy z zakresu fenomenologii. Ostatecznie została doktorantką, a potem nawet asystentką Husserla. Nie można pominąć faktu, że przed obroną pracy doktorskiej powodowana duchem patriotyzmu zgłosiła się na wolontariat w roli pielęgniarki na oddziale zakaźnym szpitala w Hranicach na Morawach po wybuchu I wojny światowej. Profesor Husserl docenił pracę panny Stein w charakterze pielęgniarki.

    Zanim została asystentką Husserla została zaproszona do Getyngi przez zaprzyjaźnioną panią Reinach, by pomóc uporządkować dorobek twórczy niedawno zmarłego męża. Dla panny Stein było zdumiewające, jak wdowa ta mimo wewnętrznego cierpienia po stracie ukochanej osoby umiała wpisać to doświadczenie w perspektywę własnego krzyża niesionego wraz z Chrystusem. „Było to moje pierwsze zetknięcie z krzyżem i z jego boską mocą, jakiej udziela on tym, którzy go niosą. Po raz pierwszy widziałam naocznie zrodzony ze zbawczego cierpienia Chrystusa Kościół (…). Był to moment, w którym moja niewiara załamała się, judaizm zbladł, a Chrystus zajaśniał: Chrystus w tajemnicy krzyża”. (Pani Reinach należała do kościoła ewangelickiego).

    W celu zdobycia stopnia naukowego poświęcała się lekturze i samodzielnym badaniom od szóstej rano do północy. Obroniła doktorat z wynikiem summa cum laude. Jako asystentka Husserla pełniła rolę stenotypistki. Po dwóch latach porzuciła tę pracę, gdyż czuła w sobie wewnętrzną pasję niezależnego badacza, pragnienie ekspresji, której nie miała szansy urzeczywistnić jako prywatna sekretarka Mistrza.

    Pewnego razu panna Stein w domu swojej przyjaciółki zetknęła się z dziełem świętej Teresy z Avila o tytule „Twierdza wewnętrzna”. Lektura ta przyniosła owoc w pragnieniu przejścia Edyty na katolicyzm. Tak też się stało, gdyż wkrótce po tym przystąpiła do sakramentów świętych. Spełniała się jako naukowiec, publikowała i wygłaszała wykłady. Poświęcała je m. in. walce o równouprawnienie kobiet i ich prawa do pracy, w której mogą liczyć na samorealizację. Była coraz bardziej znaną i docenianą w Niemczech intelektualistką. Pozostawała w kontaktach z ówczesną elitą ze świata filozofii między innymi z Maxem Schelerem, Romanem Ingardenem, znała Etienne Gilsona.

    Jesienią 1933 roku wstąpiła do Karmelu. Matka nigdy nie pogodziła się z decyzją Edyty a także jej siostry Róży dotyczącej wyboru drogi życia zakonnego. Przyjęła imię Teresy Benedykty od Krzyża. Kilka lat później z powodu eskalacji prześladowań Żydów przeniesiono ją do Domu zakonnego w Echt w Holandii. Zginęła śmiercią męczeńską w obozie koncentracyjnym wraz ze swoją siostrą Różą 9 sierpnia 1942 roku w Brzezince (Autschwitz-Birkenau) przez zagazowanie.

    Pozostawiła po sobie cenny dorobek myśli filozoficznej, ale także poświęconej życiu duchowemu, jak na przykład: „O zagadnieniu wczucia. Rozprawa doktorska, ”Wiedza Krzyża”, „Twierdza duchowa”. Była osobą wyjątkowo pracowitą, a zarazem rozmodloną. „Jej widok modlącej się w kościele, gdzie i poza nabożeństwem klęczała często godzinami, był przejmującym kazaniem” – wspomina młoda nauczycielka ze Spiry. „Milczenie duszy jest milsze Bogu niż wiele słów” – konstatuje Edyta już jako siostra karmelitanka w swoim dziele „Wiedza Krzyża,,. W publikacji tej odnosi się m. in. do świętego Jana od Krzyża, ukazując dynamikę wzrostu duchowego w kierunku mistycznej jedności z Bogiem, od którego człowiek czerpie jedyną radość i mądrość, zaakceptowany zaś i wdzięcznie przyjęty krzyż prowadzi duszę na wyżyny. O modlitwie osobistej Doktor Stein zanotowała: „chodzi tylko o to, żeby w końcu zdobyć się na jakąś spokojną chwilę, w której można by przestawać z Bogiem tak, jak gdyby poza tym nic nie istniało, i to codziennie”.

    Jako wykładowczyni wyróżniała się serdecznym podejściem do uczniów, umiała podbudowywać słowem. Do jednej z dziewcząt nie posiadających daru elokwencji Edyta powiedziała: „jeśli całkowicie oddajemy się w ręce Boga, to wolno nam ufać, że On coś z nas wykrzesze. Do Niego należy sąd”. Emanowała prostotą i skromnością. Była znana z różnorakich uczynków miłosierdzia oraz praktykowania ascezy jeszcze zanim została karmelitanką.

    Jej myśli na temat roli kobiety w społeczeństwie nie tracą na aktualności: „być matką – czyli piastować autentyczne człowieczeństwo i strzec go i dopomagać w jego rozwoju”. W maju 1987 roku została ogłoszona błogosławioną Kościoła, kilka lat później odbyła się kanonizacja. W 1999 roku ogłoszono świętą Teresę Benedyktę od Krzyża patronką Europy.

    Agata Płatek/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________

    Św. Teresa Benedykta od Krzyża – karmelitańska patronka Europy
    fot. screenshot YouTube (Archidiecezja Krakowska)

    ***

    Św. Teresa Benedykta od Krzyża – karmelitańska patronka Europy

    Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę.

    W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Następnie wróciła do domu i z nowym zapałem podjęła dalszą naukę w gimnazjum. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta w wieku 20 lat uważała się za ateistkę. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. “Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą” – pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla, zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.

    Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała u niego tytuł doktorski. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki temu, że w Getyndze spotkała Maxa Schelera, po raz pierwszy poznała idee katolickie.

    W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie – szukając prawdy – znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę – Różę. 1 stycznia 1922 r. przyjęła chrzest i I Komunię św. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania.

    Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów na konferencjach i przy innych różnych okazjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.

    W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące – gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: “żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża”. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste.

    W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam 9 sierpnia 1942 roku obie zostały zagazowane i spalone.

    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.

    brewiarz.pl

    ____________________________________________________________________________

    Świadek krzyża

    Świadek krzyża
    ARCHIWUM PRYWATNE

    ***

    Co człowiekowi XXI wieku ma do powiedzenia św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) mówi dr Jadwiga Guerrero van der Meijden.

    Andrzej Grajewski: Jakie jest współczesne znaczenie św. Teresy Benedykty od Krzyża?

    Dr Jadwiga Guerrero van der Meijden: Jan Paweł II, ogłaszając Edytę Stein patronką Europy, nazwał ją symbolem tragedii XX wieku. Ta wybitna filozof, współtwórczyni kultury niemieckiej, która została zgładzona przez własny naród, bez sądu i procesu, jest symbolem wszystkich tragedii spowodowanych przez totalitaryzmy, jakie miały miejsce w ubiegłym stuleciu. W jej dorobku, osobie i przesłaniu sens cierpienia i przyjęcia ofiary jest szczególnie podkreślany. Imię zakonne, które przyjęła: Teresa Benedykta od Krzyża, zostało przez Jana Pawła II w trakcie uroczystości beatyfikacji wyjaśnione jako Teresa Pobłogosławiona przez Krzyż (z wł. Teresa Benedicta a Cruce). Jej mottem było zawołanie: „Ave Crux spes unica” (Witaj, Krzyżu, jedyna nadziejo!). Wiemy, że Edyta Stein świadomie przyjęła cierpienie w ofierze składanej Bogu w kilku intencjach.

    W momencie aresztowania w klasztorze w Echt w Holandii miała powiedzieć do swej siostry Róży: „Idziemy za nasz naród”.

    Te słowa padły 2 sierpnia 1942 r., kiedy pod bramą klasztoru pojawili się funkcjonariusze gestapo, aby aresztować ją i jej rodzoną siostrę oraz pozostałe zakonnice o żydowskim pochodzeniu. Odbywało się to w odwecie po liście holenderskich biskupów, protestujących przeciwko deportacjom Żydów z tego kraju. W klasztorze w Echt ukrywała się rodzona siostra Edyty Stein – Róża, która także przeszła na katolicyzm, ale nie wstąpiła do zakonu. Kiedy wkroczyło gestapo, Edyta prowadziła refleksję w kaplicy. Poinformowana o tym, co się wydarzyło, wyszła z klasztoru. Od innych sióstr dostała jakiś tobołek z rzeczami na drogę. Następnie razem z Różą i kilkoma towarzyszkami musiała przejść do samochodu, którym przyjechało gestapo. W tym momencie siły opuściły Różę, tak że nie mogła wykonać tych kilku kroków. Wtedy Edyta wyciągnęła do niej rękę ze słowami: „Chodź, idziemy za nasz naród”. Tak tę scenę zapamiętali świadkowie. Edyta Stein zawsze przedstawiała się jako Żydówka. Nigdy nie negowała swego dziedzictwa. Jednocześnie stale podkreślała, co jest ważne, że jest Niemką. Poczuwała się do przynależności do narodu niemieckiego i uważała to wszystko, co się w Niemczech dzieje, za wielką tragedię jej narodu. Mamy także zapis jej ofiary, jaką za zgodą władz klasztornych złożyła, przewidując niejako swój los. Rok przed śmiercią ofiarowała siebie w ofierze całopalnej „za święty Kościół […], aby Pan został przyjęty przez swoich, […] za uratowanie Niemiec i pokój na świecie, […] za moich bliskich […] i wszystkich, których Bóg mi dał”. Ten fragment jest w różny sposób interpretowany, gdyż oczywiste jest, że miała na myśli naród żydowski, ale jej ofiara dotyczyła także Niemców.

    W jej dorobku filozoficznym jest próba zmierzenia się z kwestią poznania Boga. Drogą do tego prowadzącą jest Einfühlung, wczucie. Jak można wyjaśnić tę koncepcję?

    „Wczucie” w filozofii Edyty Stein to podążanie za wewnętrzną dynamiką przeżyć drugiej subiektywności, drugiego podmiotu. Podjęła badanie nad wczuciem z powodów teoretycznych. Mianowicie dostrzegła lukę w wyjaśnieniu zjawiska intersubiektywności w fenomenologicznym sposobie opisu świata przedstawianym przez Husserla. Pierwsze rozważania o tym prowadziła jako ateistka, gdyż jako nastolatka świadomie zerwała z judaizmem. Zachowała jedynie pozory wiary wobec swojej matki, której nie chciała ranić. Jako ateistka napisała doktorat o zagadnieniu „wczucia”. Stawia w nim na marginesie pytanie, czy szczególnym przedmiotem naszego doświadczenia nie mógłby być Bóg, nie mogłoby być sacrum. To zdumiewające, gdyż pisze to zdeklarowana ateistka. Niemniej jednak pojęcie „wczucia” w jej doktoracie nie nabiera znaczenia religijnego. Dzieje się tak dopiero w ostatniej pracy. Siostry, które po aresztowaniu Teresy Benedykty w sierpniu 1942 r. weszły do jej celi, zauważyły na biurku otwartą księgę „Wiedzy Krzyża”. Był to jej komentarz przygotowywany na 600-lecie śmierci św. Jana od Krzyża. Tam wraca do pojęcia analizowanego w doktoracie, aby nadać mu sens religijny. Podejmuje wtedy zagadnienie wczucia w Ukrzyżowanego, w Osobę Boską. Jest to moim zdaniem praktyczne zalecenie religijne kontemplacji Boga także w ten sposób, że podążamy za wewnętrzną dynamiką Jego przeżyć. Nie wiem, czy to jest nowatorskie, gdyż podobnego typu refleksja stale towarzyszyła Kościołowi przez kontemplację męki Pańskiej czy siedmiu ostatnich słów Chrystusa wypowiedzianych na krzyżu. Ona jednak kładzie intelektualne i filozoficzne podwaliny pod te praktyki.

    Po jej beatyfikacji pojawiły się zarzuty, że to próba chrystianizacji Shoah. Zginęła nie dlatego, że była karmelitanką, ale dlatego, że była Żydówką – argumentowali przeciwnicy tego aktu.

    Nikt nie kwestionował tego, że zginęła jako ofiara Holokaustu, czyli zagłady narodu żydowskiego. Kościół stał jednak na stanowisku, że jednocześnie jest ona męczennicą za wiarę. Przypominał, że jej aresztowanie nastąpiło w ramach aktu odwetowego za list biskupów holenderskich, o którym już wspominałam. Pozostało także świadectwo jej dobrowolnego złożenia siebie w ofierze Bogu. Dlatego możemy mówić w jej przypadku o męczeństwie. Jeśli mówimy o reakcji środowisk żydowskich na wybory Edyty Stein, wypada zacząć od jej matki Augusty Stein z domu Courant. Na wiadomość o nawróceniu córki, a później wstąpieniu do klasztoru, zerwała z nią wszelki kontakt. Nie potrafiła jej wyboru zrozumieć ani go nie wybaczyła. Takie postawy w środowiskach żydowskich pojawiają się i dzisiaj. Ważne jednak jest to, że sama Edyta zawsze czuła się spadkobierczynią żydowskiego dziedzictwa. W 1933 r., pisząc list do papieża Piusa XI z apelem o reakcję na to, czego naziści dopuszczają się w Niemczech, stwierdziła, że zniewaga, jakiej doświadczają Żydzi, jest zniewagą człowieczeństwa samego Zbawiciela, który pochodził z narodu żydowskiego.

    Jan Paweł II, ogłaszając Edytę Stein patronką Europy, chciał m.in. podkreślić jej wkład w promocję kobiet w historii naszego kontynentu. To istotny element w jej biografii?

    Gdy Edyta Stein, jeszcze jako ateistka, rozpoczęła studia we Wrocławiu, zapisała się do Pruskiego Związku dla Prawa Głosu dla Kobiet, zabiegającego o nadanie kobietom prawa wyborczego, ale także umożliwienia wykonywania tzw. zawodów męskich. Jej życiorys naukowy jest naznaczony tragedią niemożliwości zdobycia wyższych stopni naukowych i kariery akademickiej. Jej kandydatura do habilitacji została odrzucona przez uczelnie w Getyndze i Fryburgu Bryzgowijskim tylko dlatego, że była kobietą. Można więc powiedzieć, że przez całe życie zmagała się z problemem wykluczenia społecznego kobiet i Żydów. Ale to nigdy nie był ten rodzaj feminizmu, który wysuwa się na plan pierwszy dzisiaj. To była walka o prawo kobiet do głosu, prawo do wykonywania przez kobiety niektórych zawodów, zarezerwowanych dla mężczyzn, a znaczących w hierarchii społecznego prestiżu. W opublikowanym w 2020 r. XXVIII tomie krytycznego wydania pism Edyty Stein umieszczono jej odnaleziony artykuł o prawie kobiet do głosu. Dotychczas w historii Kościoła nie zdarzało się, aby w pismach któregoś z patronów Europy (Brygida Szwedzka, Katarzyna Sieneńska, Cyryl i Metody, Benedykt z Nursji…) znajdowały się uwagi na temat aktualnych problemów i wydarzeń politycznych. Edyta Stein jednak jest kojarzona przede wszystkim z aktem oddania swego życia Bogu – w wybranej intencji; jako osoba stale adorująca krzyż i świadomie wybierająca męczeństwo. Ono w jej zamyśle nie było celem samym w sobie. Jak pisała, krzyż jest znakiem wskazującym w górę na inną perspektywę. „To jest laska pasterska Bożego Dawida, który wyrusza przeciwko piekielnemu Goliatowi, aby zapukać potężnie do bram niebios i je otworzyć”. Widziała w krzyżu głęboki sens i to jest najważniejsze przesłanie, jakie zostawiła współczesnym.

    Poświęciła się Pani studiom nad myślą św. Teresy Benedykty od Krzyża. Kim ona jest dla Pani?

    Jestem filozofem i dlatego dla mnie jest ona przede wszystkim postacią, która w bezkompromisowy sposób dążyła do prawdy. Po nawróceniu o swoim wcześniejszym życiu mówiła, że dążenie do prawdy było jej jedyną modlitwą. Gdy zaś komentowała śmierć swego mistrza Edmunda Husserla, który był nawróconym na protestantyzm Żydem, napisała: „Kto szuka prawdy, ten szuka Boga, choćby o tym nie wiedział”. Wiadomo także, w jakich okolicznościach się nawróciła. W domowej bibliotece swoich przyjaciół znalazła świadectwo życia św. Teresy z Avila i czytała tę książkę do rana, aby potem wykrzyknąć: „To jest prawda!”. Chrzest przyjęła 1 stycznia 1922 r. Całe życie dociekała prawdy na sposób filozoficzny, a kiedy rozpoznała ją w osobowym Bogu, podążyła za nią w sposób bezkompromisowy.•

    Jadwiga Guerrero van der Meijden

    doktor filozofii, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz w Dominikańskim Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Prowincji Polskiej. Przygotowuje anglojęzyczną monografię poświęconą godności człowieka w pismach ojców i doktorów Kościoła.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________

    80 lat temu do wieczności przeszła św. Edyta Stein. Niemcy zgładzili świętą w komorze gazowej

    (fot. flickr.com/ WBUR Boston’s NPR News Station)

    ***

    9 sierpnia 1942 roku w obozie koncentracyjnym Auschwitz- Birkenau śmierć z rąk Niemców poniosła karmelitańska święta, siostra Teresa Benedykta od Krzyża, znana również jako św. Edyta Stein. To już 80 rocznica tego wydarzenia.

    Uroczystości upamiętniające śmierć nawróconej na katolicyzm Żydówki odbędą się we wtorek w Brzezince i Oświęcimiu, a udział w nich wezmą biskupi z Polski i Niemiec.  

    Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu zakomunikowało, że uroczystości rozpocznie o godzinie 10. „Droga Modlitewna”, która będzie przebiegała wzdłuż rampy kolejowej w byłym obozie Birkenau. Wierni przejdą do pomnika ofiar, który znajduje się między ruinami dwóch największych komór gazowych i krematoriów.

    „Obchody rozpocznie metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski, a bp Bertram Meier z Augsburga na zakończenie wygłosi słowo w imieniu Episkopatu Niemiec” – poinformowała instytucja.

    Po południu uczestnicy i zaproszeni goście, wśród których będą m.in. członkowie Towarzystw Edyty Stein z Polski, Austrii, Niemiec i Holandii oraz polska młodzież, spotkają się w Centrum na modlitwie o pokój. Połączą się wirtualnie z Niemcami oraz ze studentami z katolickiego Uniwersytetu z Nagasaki. 9 sierpnia obchodzona jest również rocznica zrzucenia bomby atomowej na to japońskie miasto. Wieczorem w klasztorze sióstr karmelitanek w Oświęcimiu zostanie odprawiona msza św. pod przewodnictwem kard. Michaela Czernego, prefekta watykańskiej dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka.

    Edyta Stein urodziła się we Wrocławiu w żydowskiej rodzinie w 1891 r. Była doktorem filozofii. W wieku 30 lat przeszła na katolicyzm. Dwanaście lat później wstąpiła do zakonu karmelitanek. Przyjęła imię Teresa Benedykta od Krzyża. W wyniku narastających prześladowań Żydów pod koniec 1938 r. została przeniesiona do klasztoru Karmelitanek w Echt na terenie Holandii.

    2 sierpnia 1942 r. zakonnica została aresztowana w klasztorze przez gestapo i osadzona w policyjnym obozie tranzytowym Amersfoort. Dwa dni później została przeniesiona do obozu zbiorczego w Westerbork w okupowanej Holandii. Stamtąd Niemcy deportowali zakonnicę – wraz z blisko 1 tys. Żydów – do Auschwitz. Wśród nich znajdowało się kilkudziesięciu ochrzczonych, a także siostra świętej – Róża. Transport wyruszył 7 sierpnia 1942 r. i dotarł do obozu w następnym dniu.

    Po selekcji na rampie kolejowej, tzw. Judenrampe, znajdującej się pomiędzy obozem macierzystym Auschwitz I i Auschwitz II-Birkenau, do obozu skierowano niespełna połowę przywiezionych. Pozostałych, w tym Edytę i Różę, Niemcy zgładzili 9 sierpnia w jednej z pierwszych komór gazowych w Birkenau, tzw. czerwonym lub białym domku. Ofiary czekały na śmierć w niewielkim lasku na terenie obozu.

    Papież Jan Paweł II beatyfikował Teresę Benedyktę od Krzyża w 1987 roku. 11 lat później została kanonizowana. Edyta Stein jest pierwszą Żydówką, która porzuciła judaizm i doczekała się wyniesienia na ołtarze.

    Niemcy założyli obóz Auschwitz w 1940 r., aby więzić w nim Polaków. Auschwitz II-Birkenau powstał dwa lata później. Stał się miejscem zagłady Żydów. W kompleksie obozowym funkcjonowała także sieć podobozów. W Auschwitz Niemcy zgładzili co najmniej 1,1 mln ludzi. 

    oprac. FA/PAP/PCh24.pl

    _________________________________________________________________________

    9 sierpnia

    Ks. Manfred Deselaers o św. Edycie Stein: Ona jest światłem w naszych czasach

    Ks. Manfred Deselaers o św. Edycie Stein: Ona jest światłem w naszych czasach
    Pomnik Edyty Stein/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    – Jej przesłanie jest ciągle aktualne i głębokie. Ona jest światłem w naszych czasach – mówi ks. dr Manfred Deselaers o św. Teresie Benedykcie od Krzyża – Edycie Stein, której 80. rocznica męczeńskiej śmierci w Auschwitz przypada 9. sierpnia. 9 sierpnia, Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, którego niemiecki duchowny był wieloletnim dyrektorem, organizuje obchody związane z męczeńską śmiercią św. Edyty Stein w niemieckim Obozie Koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau.

    Ks. Manfred Deselaers zwraca uwagę, że na pierwszy rzut oka św. Teresa Benedykta od Krzyża może wydawać się trudną świętą – była filozofką, Żydówką, Niemką, ofiarą Auschwitz. Ale coraz więcej osób dostrzega, jak wiele ma do powiedzenia dzisiaj na temat relacji polsko-niemieckich. W tym kontekście kapłan od wielu lat pracujący na rzecz pojednania w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu wskazuje na przyjaźń Edyty Stein z Romanem Ingardenem czy fakt, że uczyła się ona języka polskiego, aby czytać polską literaturę w oryginale.

    – Kiedy po pierwszej wojnie światowej Polska odzyskała niepodległość, Edyta Stein wyrażała nadzieję, że mur który dzieli nasze narody nigdy nie będzie aż tak wysoki, żeby nie można było sobie ponad nim podać ręki – mówi ks. Manfred Deselaers dodając, że filozofka miała nawet pomysł, aby powstał jakiś instytut polsko-niemieckiego pojednania.

    Kapłan wskazał też na wizję człowieka jaką miała Edyta Stein – nie da się zrozumieć człowieka bez transcendencji, bez Boga.

    – W tej Bożej miłości sama składała swoje nadzieje. Także w czasach trudnych – przed wojną, gdy Hitler doszedł do władzy. Widać to w jej pismach z klasztoru, jak promieniuje nadzieją – podkreśla duszpasterz na zagranicę Episkopatu Niemieckiego.

    Ks. Manfred Deselaers przyznaje, że od lat wzrusza go fakt, że Teresa Benedykta wiedziała, że wojna wisi w powietrzu, a los narodu żydowskiego będzie tragiczny. Ona była na to przygotowana. W 1939 r., jeszcze przed wybuchem wojny, była w klasztorze w Holandii. Poprosiła swoją przełożoną, aby pozwoliła jej dokonać aktu poświęcenia swojego życia Sercu Jezusowemu „za prawdziwy pokój” i aby nie wybuchła kolejna wojna światowa.

    – Pomyślałem, że w tym roku to jest bardzo aktualne i trzeba dużo się modlić, bo w naszym sąsiedztwie toczy się wojna. W modlitwie możemy szukać wskazówek, co robić w praktyce – zaznacza kapłan i dodaje, że przesłanie świętej jest ciągle aktualne i głębokie. – Ona jest światłem w naszych czasach – podkreśla.

    Dyrektor oświęcimskiego Centrum, ks. dr Paweł Baran zwraca uwagę, że Edyta Stein żyła w czasie dwóch wojen światowych, co nie przeszkodziło jej szukać sensu życia. – Edyta Stein, jeszcze jako Żydówka, w młodości porzuciła swoją wiarę. Ale poszukiwania prawdy, poprzez studia teologiczne zaprowadziły ją do odkrycia na nowo Pana Boga w Kościele katolickim – przypomina duchowny. Zaznacza, że dziś – ze względu na pandemię i wojnę w Ukrainie – czasy znowu są bardzo niepewne, ale to nie przeszkadza w poszukiwaniach Pana Boga, ale jeszcze bardziej mobilizuje nas do stawiania pytań o sens życia i najważniejsze wartości.

    Ks. Baran podkreśla, że Edyta Stein była doktorem filozofii, fenomenologiem, a nauka nie oddaliła jej od wiary, ale wręcz przeciwnie – pomogła odnaleźć drogę do Pana Boga. Święta w sposób praktyczny zrealizowała w swoim życiu to, o czym pisał św. Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio”: „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”.

    Komentując słowa św. Teresy Benedykty od Krzyża, które stały się mottem tegorocznych obchodów: „…proszę mi pozwolić oddać się Sercu Jezusa w przebłagalnej ofierze za prawdziwy pokój…”, ks. Paweł Baran zaznacza, że jadąc do Birkenau karmelitanka miała świadomość, co ją tam czeka. Był to dla niej wyraz zjednoczenia ze swoim narodem, którego nigdy się nie wyrzekła, ale motywacja oddania życia była chrześcijańska. Tak dramatyczne okoliczności nie stały się dla niej powodem beznadziei czy zrezygnowania, ale motywowały do uczynienia ofiary z siebie.

    Edyta Stein została zgładzona w niemieckim Obozie Koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau najprawdopodobniej 9 sierpnia 1943 r. W tym dniu czczona jest w Kościele katolickim jako święta i patronka Europy. W tym też dniu Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu zaprasza do udziału w jubileuszowych uroczystościach ku jej czci.

    O godz. 10.00 uroczystości rozpocznie „Droga Modlitewna”, która będzie przebiegać wzdłuż Rampy w Auschwitz-Birkenau aż do pomnika między ruinami komór gazowych i krematoriów. – Przejdziemy ostatnią drogą, którą szła Edyta Stein razem ze swoim narodem do zagłady – mówi ks. Manfred Deselaers zaznaczając, że teksty modlitwy przygotowało Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu wspólnie z Polską Radą Chrześcijan i Żydów. Odczytany zostanie m.in. list Edyty Stein do papieża, w którym prosiła o słowo Piusa XI w obronie Żydów.

    Obchody rozpocznie metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski, a bp Bertram Meier z Augsburga na zakończenie wygłosi słowo w imieniu Episkopatu Niemiec.

    Po południu uczestnicy i zaproszeni goście spotkają się w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu na modlitwie o pokój, połączeni wirtualnym mostem: Polska – Niemcy – Japonia, razem ze studentami z katolickiego Uniwersytetu z Nagasaki i członkami Towarzystwa Edyty Stein z Niemiec, ponieważ 9 sierpnia obchodzona jest również rocznica zrzucenia w 1945 roku bomby atomowej na Nagasaki, gdzie niedaleko klasztor zbudował o. Maksymilian Kolbe, co też łączy ich z Auschwitz. Będzie to również okazja do spotkania i rozmowy w małych grupach na temat wybranych tekstów św.Teresy Benedykty od Krzyża.

    O godz. 17.00 w klasztorze Sióstr Karmelitanek w Oświęcimiu zostanie odprawiona uroczysta Msza św. pod przewodnictwem kard. Michaela Czernego SJ, prefekta watykańskiej dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka. Ks. Manfred Deselaers zwraca uwagę, że babka kard. Czernego była w Auschwitz, a jego matka w obozie w Terezinie, co sprawia, że św. Edyta Stein jest mu szczególnie bliska.

    – Ta uroczystość od początku ma wymiar międzynarodowy. To jest bardzo ważne, bo Jan Paweł II ogłosił św. Teresą Benedyktę od Krzyża patronką Europy, a to znaczy, że ona ma dla nas jakieś przesłanie – mówi ks. Manfred Deselaers przypominając, że papież Polak pisał, że ma nadzieję, że Edyta Stein będzie budowała w Europie mosty wzajemnego szacunku, pojednania i tolerancji. – Tego bardzo potrzebujemy – dodaje niemiecki kapłan.

    Szczegółowe informacje o obchodach 80. rocznicy męczeńskiej śmierci św. Terasy Benedykty od Krzyża dostępne są na stronie internetowej:https://cdim.pl/.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 sierpnia

    Święty Dominik Guzman, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Bonifacja Rodríguez Castro, zakonnica
      •  Święta Maria od Krzyża Helena MacKillop, zakonnica
      •  Błogosławiony Zefiryn Gimenez Malla, męczennik
      •  Błogosławiony Włodzimierz Laskowski, prezbiter i męczennik
      •  Bazylika katedralna w Sosnowcu
    ***
    Święty Dominik

    Święty Dominik urodził się około 1170 roku w Caleruega w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu kastylijskiego Guzmanów. Jego ojcem był Feliks Guzman, a matką – bł. Joanna z Azy. Miał dwóch braci – bł. Manesa (który wstąpił potem do założonego przez Dominika zakonu) i Antoniego, kapłana diecezjalnego. Gdy Dominik miał 14 lat, rodzice wysłali go do szkoły w Palencji. Następnie studiował w Salamance. W 1196 roku, po ukończeniu studiów teologicznych, przyjął święcenia kapłańskie i wkrótce został mianowany kanonikiem katedry w Osmie. Pięć lat później został wiceprzewodniczącym tej kapituły. Gorliwie pracował tam nad sobą i nad bliźnimi, głosząc im słowo Boże.

    Święty Dominik

    Król Kastylii, Alfons IX, wysłał biskupa diecezji, w której pracował Dominik, Dydaka, z poselstwem do Niemiec i Danii. Dydak był przyjacielem Dominika, dlatego też przyszły święty towarzyszył biskupowi w podróży, w czasie której znalazł się w okolicach Szczecina i polskiego Pomorza. Dominik był świadkiem najazdu pogańskich Kumanów z Węgier na Turyngię. Wkrótce po zakończeniu powierzonej im misji udał się do Rzymu, by prosić Innocentego III o zezwolenie na pracę misyjną wśród Kumanów. Papież jednak takiej zgody nie udzielił.
    Wracając do Hiszpanii, Dydak i Dominik zetknęli się w południowej Francji z legatami papieskimi, wysłanymi tam do zwalczania powstałej właśnie herezji albigensów i waldensów. Sekta ta pojawiła się ok. 1200 r. w mieście Albi. Jej członkowie zaprzeczali ważnym prawdom wiary, m.in. Trójcy Świętej, Wcieleniu Syna Bożego, odrzucali Mszę świętą, małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli kościoły i klasztory, niszczyli obrazy i krzyże.

    Święty Dominik

    W porozumieniu z legatami Dominik postanowił oddać się pracy nad nawracaniem odszczepieńców. Do tej akcji postanowił włączyć się bezpośrednio także biskup Dydak. Ponieważ heretycy w swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi atakowali go za majątki i wystawne życie duchownych, biskup i Dominik postanowili prowadzić życie ewangeliczne na wzór Pana Jezusa i Jego uczniów. Chodzili więc od miasta do miasta, od wioski do wioski, by prostować błędną naukę i wyjaśniać autentyczną naukę Pana Jezusa. Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. W centrum herezji znajdowało się miasto Prouille, położone pomiędzy Carcassonne a Tuluzą. Tam Dominik założył klasztor żeński, w którym życie zostało oparte na całkowitym ubóstwie.
    Pojawiły się pierwsze sukcesy. Niebawem biskup musiał powrócić do swojej diecezji. Natomiast do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili wieść podobny tryb życia apostolskiego. Z nich właśnie w 1207 r. powstał zalążek nowej rodziny zakonnej. W tym samym jednak roku papież ogłosił przeciwko albigensom i waldensom zbrojną krucjatę na wiadomość, że heretycy ruszyli na kościoły, plebanie i klasztory, paląc je i niszcząc. To skomplikowało pracę apostolską Dominika. Wtedy Dominik zwiększył posty, umartwienia, częściej się modlił. Dotychczasowe doświadczenie wykazało, że okazyjnie werbowani do tej akcji kapłani często nie byli do niej wystarczająco przygotowani. Wielu zniechęcał prymitywny rodzaj życia i połączone z nim niewygody.
    Dominik wybrał więc spośród swoich współtowarzyszy najpewniejszych. Na jego ręce złożyli oni śluby zakonne w 1215 r. Tak powstał Zakon Kaznodziejski – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Założyciel wymagał od zakonników ścisłego ubóstwa, panowania nad sobą i daleko idącego posłuszeństwa. Dzięki poparciu biskupa Tuluzy, Fulko, w Tuluzie powstały wkrótce aż dwa klasztory dominikańskie, które miały za cel nawracanie albigensów i waldensów. W tym samym roku odbył się Sobór Laterański IV. Dominik udał się wraz ze swoim biskupem, Fulko, do Rzymu. Innocenty III po wysłuchaniu zdania biskupa Tuluzy ustnie zatwierdził nową rodzinę zakonną.
    Zaraz po powrocie z soboru (1216) Dominik zwołał kapitułę generalną, na której przyjęto za podstawę regułę św. Augustyna i konstytucje norbertanów, którzy wytyczyli sobie podobny cel. Wprowadzono do konstytucji jedynie te zmiany, które w zastosowaniu do specyfiki zakonu okazały się konieczne. Kiedy Dominik po odbytej kapitule ponownie udał się do Rzymu, papież Innocenty III już nie żył (+ 1216). Bóg pokrzepił jednak Dominika tajemniczym, proroczym snem: pojawili mu się Apostołowie św. Piotr i św. Paweł, i zachęcili go, by na cały świat wysyłał swoich synów duchowych jako kaznodziejów. Dlatego kiedy tylko powrócił do Tuluzy, rozesłał grupę 17 pierwszych zakonników: do Hiszpanii, Bolonii i do Paryża. W dniu 22 grudnia 1216 r. papież Honoriusz III zatwierdził nowy zakon. Co więcej, wydał polecenie dla biskupów, by udzielili nowej rodzinie zakonnej jak najpełniejszej pomocy.
    Dominik założył również zakon żeński, zatwierdzony przez Honoriusza III dwa lata później.

    Święty Dominik

    Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. odrzuciła z reguły i z konstytucji to wszystko, co okazało się nieaktualne. W miejsce odrzuconych wstawiono nowe artykuły, wśród których znalazł się między innymi ten, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób zakon wszedł do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.
    W 1220 r. kard. Wilhelm ufundował dominikanom w Rzymie klasztor przy bazylice św. Sabiny, który odtąd miał się stać konwentem generalnym zakonu. Niemniej hojnym okazał się sam papież, który ofiarował dominikanom własny pałac. Tutaj właśnie Dominik miał wskrzesić bratanka kardynała Stefana z Fossanuova. Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry.
    Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Zakładał nowe klasztory zakonu, który bardzo szybko się rozpowszechnił. W 1220 r. Honoriusz III powołał Dominika na generała zakonu.

    Święty Dominik

    Dominik prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach, wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa”. Zmarł 6 sierpnia 1221 r. na rękach swych współbraci. W jego pogrzebie wziął udział kardynał Hugolin i wielu dygnitarzy kościelnych. Dominik został pochowany w kościele klasztornym w Bolonii, w drewnianej trumnie, w podziemiu (w krypcie) tuż pod wielkim ołtarzem. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci. Notowano za jego wstawiennictwem otrzymane łaski. Dlatego papież Grzegorz IX nakazał rozpocząć proces kanoniczny. Po jego ukończeniu wyniósł sługę Bożego do chwały świętych w 1234 r.
    Dominik odznaczał się wielką prawością obyczajów, niezwykłą żarliwością o sprawy Boże oraz niezachwianą równowagą ducha. Potrafił współczuć. Jego radosne serce i pełna pokoju wewnętrzna postawa uczyniły z niego człowieka niebywale serdecznego. Oszczędny w słowach, rozmawiał z Bogiem na modlitwie albo o Nim z bliźnimi. Żył nader surowo. Bardzo cierpliwie znosił wszelkie przeciwności i upokorzenia.Imię Dominik
     pochodzi od łacińskiego dominicus, co znaczy Pański, należący do Boga. Przed św. Dominikiem imię to było znane, ale właśnie Dominik Guzman spopularyzował to imię w całej Europie.
    Największą zasługą św. Dominika i pamiątką, jaką po sobie zostawił, jest założony przez niego Zakon Kaznodziejski. Zakon dał Kościołowi wielu świętych. Wśród nich do najjaśniejszych gwiazd należą św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), doktor Kościoła, św. Rajmund z Penafort (+ 1275), św. Albert Wielki (+ 1280), doktor Kościoła, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), św. Antonin z Florencji (+ 1459), papież św. Pius V (+ 1572), św. Ludwik Bertrand (+ 1581), św. Katarzyna ze Sieny (+ 1380), doktor Kościoła i patronka Europy, oraz św. Róża z Limy (+ 1617). Zakon położył wielkie zasługi na polu nauki, wydając uczonych na skalę światową w dziedzinie teologii, biblistyki czy liturgii. Kiedy zostały odkryte nowe lądy, dominikanie byli jednymi z pierwszych, którzy na odkryte tereny wysyłali swoich misjonarzy.

    Herb Zakonu Kaznodziejskiego
    W ikonografii św. Dominik przedstawiany jest w dominikańskim habicie. Jego atrybutami są: gwiazda sześcioramienna, infuła u stóp, lilia – czasami złota, księga, podwójny krzyż procesyjny, pastorał, pies w czarne i białe łaty trzymający pochodnię w pysku (symbol zakonu: Domini canes – “Pańskie psy”), różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    8 sierpnia

    Kościół czci św. Dominika

    Giovanni Bellini/The National Gallery/pl.wikipedia.org

    ***

    8 sierpnia Kościół czci św. Dominika, założyciela Zakonu Kaznodziejskiego, zwanego dominikańskim. Dominik Guzman urodził się ok. 1170 r. w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu szlacheckiego. Po skończeniu studiów teologicznych w 1196 r. przyjął święcenia kapłańskie i został kanonikiem w katedrze w Osmie. W czasie podróży do Danii, kiedy przejeżdżał przez Francję i Niemcy, zetknął się z ruchami katarów i albigensów, które niepokoiły i destabilizowały życie Kościoła.

    Po otrzymaniu od Stolicy Apostolskiej misji nawracania albigensów na terenie Francji, Dominik pieszo przemierzał kraj, nauczając słowem i przykładem surowego życia. Bł świadom, że jedynie ubodzy ewangelizatorzy dotrą do odbiorców. Przyłączyło się do niego wówczas wielu entuzjastów takiego sposobu życia, z którymi Dominik utworzył Zakon Kaznodziejski. Papież Honoriusz III w 1216 r. potwierdził powstanie zakonu, którego celem było głoszenie słowa Bożego. Szczególnie duży nacisk kładziono w nim na ubóstwo oraz zdobycie gruntownego wykształcenia, aby móc odpierać zarzuty przeciwko wierze i przekazywać jej nieskażoną wykładnię.

    Dominik odbywał liczne podróże, wszędzie głosząc Ewangelię. Jego ostatnie słowa, przekazane braciom, brzmiały: “Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa”. Zmarł 6 sierpnia 1221 r. w klasztorze Bolonii.

    Papież Grzegorz IX, który kanonizował św. Dominika w 1234 r., powiedział o nim: “Spotkałem w nim człowieka, który w pełni realizował regułę życia apostołów, i nie wątpię, że połączył się z nimi w ich chwale w niebie”.

    Św. Dominik Guzman i św. Franciszek z Asyżu, zakładając w XIII wieku dwa zakony żebracze, nieodwracalnie zmienili oblicze Kościoła. Jak podają źródła historyczne – w tym m.in. XIII-wieczny pisarz franciszkański br. Tomasz z Celano – św. Dominik spotykał się ze św. Franciszkiem z Asyżu, łączyła ich przyjaźń. Obaj święci żyli niemal w tym samym czasie: Franciszek w latach 1181-1226, a Dominik w latach 1170-1221. Po raz pierwszy spotkali się oni w czasie IV Soboru Laterańskiego w 1215 r. w Rzymie.

    Włoski poeta Dante Alighieri w “Boskiej komedii” przedstawia tych świętych jako dwa koła jednego rydwanu. Przykładem duchowego oddziaływania tych dwu wielkich charyzmatyków, jest wspólnota dominikanów świeckich, od kilku lat istniejąca przy klasztorze franciszkanów w Sanoku. Patronami tej fraterni są święci ojcowie: Dominik i Franciszek.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 sierpnia

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Zobacz także:
      •  Święty Sykstus II, papież i męczennik
      •  Święty Kajetan, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy Agatanioł i Kasjan
      •  Święty Albert z Trapani, prezbiter
      •  Błogosławiony Tadeusz Dulny, męczennik
    ***
    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 r. w Grabonogu. W dzieciństwie został cudownie uzdrowiony za przyczyną Matki Bożej Bolesnej, czczonej na Świętej Górze w Gostyniu.
    Otrzymał staranne wychowanie w katolickiej rodzinie. Poważna choroba uniemożliwiła mu ukończenie studiów filozoficznych, które podjął na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie. Po intensywnej kuracji zamieszkał w rodzinnej miejscowości. Chociaż wykazywał zainteresowania literackie, jego głównym charyzmatem okazała się praca społeczna i charytatywna. Zakładał czytelnie dla ludu, rozpowszechniając dobre czasopisma, by w ten sposób pomagać ubogiej młodzieży w zdobywaniu wykształcenia. Dał się poznać jako człowiek wielkiej wytrwałości i dobroci serca. Wielokrotnie był zapraszany do uczestnictwa w stowarzyszeniach niosących pomoc ubogim. Podczas epidemii cholery w 1849 r. poświęcił się służbie zarażonym.

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Będąc człowiekiem głęboko religijnym i praktykującym, na każdego człowieka, a zwłaszcza na biedne dziecko, patrzył przez pryzmat miłości do Boga. Mimo słabego zdrowia robił wszystko, by nieść pomoc zaniedbanemu ludowi wiejskiemu przez organizowanie ochronek dla dzieci i opieki nad chorymi, troszcząc się jednocześnie o podniesienie moralności dorosłych. Chociaż był człowiekiem świeckim, 3 maja 1850 r. założył zgromadzenie zakonne Sióstr Służebniczek Maryi Niepokalanej.
    Problemy zdrowotne uniemożliwiły mu realizację marzeń o kapłaństwie, chociaż podejmował próby studiów seminaryjnych.
    Dla otoczenia był zawsze przykładem heroicznej wiary, prostoty, miłości i ufności w Bożą Opatrzność. Już za życia przez wielu ludzi uznawany był za człowieka świątobliwego. Doczesne życie zakończył 7 sierpnia 1871 r. na plebanii w Górce Duchownej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 sierpnia

    Przemienienie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Oktawian, biskup
      •  Święty Hormizdas, papież
      •  Błogosławiony Bronisław Kostkowski, męczennik
    ***
    Przemienienie Pańskie

    Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe. Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa.
    Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też “jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21).
    Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą.
    Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu.
    W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.

    Girolamo de Sermoneta: Przemienienie Pańskie

    Termin “Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie “zmienić formę zewnętrzną (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała.
    Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem.
    Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: “Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: “Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Dziś ważne święto! Przemienienie Pańskie

    Dziś ważne święto! Przemienienie Pańskie
    fot. screenshot YouTube (Chrobry szlak)

    ***

    Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe.

    Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa.

    Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też “jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21).

    Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą.
    Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu.

    W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.

    Termin “Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie “zmienić formę zewnętrznš (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).

    Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.

    Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała.

    Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem.

    Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: “Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: “Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Śnieżna

    Zobacz także:
      •  Święty Oswald, król i męczennik
      •  Błogosławiony Fryderyk Janssoone, prezbiter
    ***
    Bazylika Sancta Maria Maior

    Przypadające dzisiaj wspomnienie dotyczy rocznicy poświęcenia bazyliki Najświętszej Maryi Panny “Większej” w Rzymie. Przymiotnik ten wynika z faktu, że jest to pierwszy i największy kościół rzymski poświęcony Maryi. Jest to także jedna z pierwszych na świecie świątyń poświęconych Matce Bożej. Kościół tak dalece ją wyróżnia, że należy ona do czterech tzw. bazylik większych Rzymu, które każdy pielgrzym nawiedzał w roku świętym, jeśli pragnął uzyskać odpust zupełny. Należą do nich: bazylika laterańska św. Jana (będąca katedrą biskupa Rzymu), bazylika św. Piotra na Watykanie, bazylika św. Pawła za Murami i właśnie bazylika Matki Bożej Większej.
    W Bazylice tej czci się Matkę Bożą Śnieżną. Według tradycji, w 352 r. Maryja ukazała się papieżowi Liberiuszowi i rzymskiemu patrycjuszowi Janowi, nakazując im budowę kościoła w miejscu, które im wskaże. 5 sierpnia, w okresie upałów, Wzgórze Eskwilińskie pokryło się śniegiem – tam zbudowano świątynię. Musiała być ona niewielka i być może uległa zniszczeniu. Sykstus III (432-440), pragnąc uczcić zakończenie soboru w Efezie, na którym ogłoszono dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi (Theotokos), postanowił przebudować gruntownie tę bazylikę. Wspomnienie tego wydarzenia obchodzono pierwotnie jedynie w samej bazylice, z czasem jednak kolejni papieże rozszerzali je najpierw na teren Rzymu, a potem już całego Kościoła.
    W ciągu wieków wielu papieży tę bazylikę upiększało i powiększało: Eugeniusz III (1145-1153) powiększył przedsionek i dał dzisiejszą przepiękną posadzkę; Mikołaj IV (1288-1293) dał nową bogatą absydę; za czasów Grzegorza XI (1370-1378) wzniesiono wieżę-dzwonnicę romańską; dziełem Klemensa X (1670-1676) jest tylny front bazyliki; Benedykt XIV (1740-1758) dokonał gruntownej przebudowy wnętrza, które podziwiamy po dzień obecny, oraz dał nowy, okazały, do dziś zachowany front główny bazyliki; Pius XI dla uczczenia 1500. rocznicy ogłoszenia na soborze efeskim dogmatu o Boskim Macierzyństwie Maryi (431-1931) odnowił wspaniałe pierwotne mozaiki, które znajdują się na łuku triumfalnym. Sykstus V (1585-1590) wystawił “Kaplicę Sykstyńską” w głębi prawej nawy, gdzie jest przechowywany Najświętszy Sakrament. Tam też spoczęły relikwie papieży św. Piusa V i Sykstusa V. Dziełem Pawła V (1605-1621) jest usytuowana naprzeciw Kaplicy Sykstyńskiej wspaniała Kaplica Matki Bożej Większej z Jej cudownym wizerunkiem (w kaplicy po lewej stronie bazyliki). Tu spoczęły śmiertelne szczątki papieży: Pawła V i Klemensa VIII.
    Starożytne mozaiki rzymskiej świątyni, dotyczące Bożego macierzyństwa Maryi, świadczą o tym, że Kościół już w wieku V przejął do celów religijnych znajomość najlepszej sztuki pogańskiego cesarstwa rzymskiego. W bazylice znajdują się relikwie żłóbka betlejemskiego i starożytny obraz Matki Bożej. Jest on największym skarbem bazyliki. Paweł V wystawił ku jego czci przebogatą kaplicę, od jego rodu zwaną także Borghese. Ołtarz, w którym mieści się obraz, jest wykładany agatami, ametystami i lazurytem. Całość kaplicy jest wyłożona najkosztowniejszymi marmurami.

    Salus Populi Romani

    Sam obraz Matki Bożej pochodzi z XII w. Ma wyraźne cechy bizantyjskie, o czym świadczą litery greckie. Dziecię Jezus trzyma księgę Ewangelii. Maryja trzyma Dziecię na lewym ręku i obejmuje je prawą. Ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym, kosztownym krzyżem. Jest piękny zwyczaj, że co roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej (5 sierpnia) właśnie w kaplicy Matki Bożej z kopuły zrzuca się płatki białych róż, przypominające płatki śniegu. Są one również symbolem niezliczonych łask, jakie wyprasza sobie tu lud rzymski. Obraz jest uważany za cudowny. Jest też koronowany koronami papieskimi. Lud rzymski nazywa go Salus Populi Romani – Ocaleniem Ludu Rzymskiego, gdyż w Rzymie panuje powszechne przekonanie, że ten obraz wiele razy ratował Wieczne Miasto. Był bowiem dawny zwyczaj, że – na wzór Arki Przymierza – w czasach klęsk i niebezpieczeństw obnoszono ten obraz po ulicach Rzymu. Obraz Matki Bożej Większej stał się prototypem dla wielu innych obrazów Matki Bożej tak dalece, że mamy dzisiaj setki (w Polsce kilkadziesiąt) sanktuariów, w których znajdują się kopie tego obrazu. Wiele z nich (w Polsce kilkanaście) doczekało się koronacji koronami papieskimi. Można powiedzieć, że jest to najczęściej spotykany w świecie wizerunek Maryi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Matka Boska Śnieżna

    IKONA SALUS POPULI ROMANI
    L’Osservatore Romano

    ***

    Tytuł “Śnieżna”, nadany przez tradycję Matce Bożej, związany jest z Bazyliką Matki Bożej Większej w Rzymie

    Tytuł „Śnieżna”, nadany przez tradycję Matce Bożej, związany jest z największą świątynią Jej dedykowaną na Zachodzie, mianowicie Bazyliką Matki Bożej Większej w Rzymie. Według legendy, upowszechnionej w końcu XIII wieku, „za papieża Liberiusza (352-366) patrycjusz rzymski Jan i jego szlachetna małżonka, nie mając potomstwa postanowili Matkę Bożą uczynić spadkobierczynią swego wielkiego majątku. Oboje małżonkowie prosili gorąco Boga, by wola Najświętszej Panny dotycząca dobrego zużytkowania ich posiadłości została im w jakiś sposób objawiona. Matka Boża wysłuchała ich prośby i potwierdziła to niezwykłym zjawiskiem. W nocy 5 sierpnia, a więc w czasie, gdy w Rzymie bywają największe upały, część wzgórza eskwilińskiego pokryła się śniegiem. Tej nocy Matka Boża objawiła się we śnie obojgu małżonkom i każdemu z nich przedłożyła swoje życzenie, aby tam, gdzie znajdą śnieg na wzgórzu, ku Jej czci zbudowali kościół. W taki właśnie sposób chciała zostać ich spadkobierczynią. Patrycjusz Jan powiadomił o tym papieża Liberiusza, który miał identyczny sen. Rano więc udał się papież, otoczony klerem i ludem, w uroczystej procesji na pokryte śniegiem wzgórze i tam oznaczył miejsce na budowę kościoła Panny Maryi” (J. J. Kopeć). Bazylika rzeczywiście została wybudowana za papieża Liberiusza i przez niego poświęcona. Kolejni papieże przebudowywali tę świątynię i ją upiększali. W tej Bazylice są relikwie żłóbka Pana Jezusa, groby siedmiu papieży, wśród nich relikwie św. Piusa V oraz kaplica z cudownym obrazem Matki Bożej Śnieżnej, zwanym też Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego.

    Ikona Matki Bożej pochodzi z XII wieku i należy do bizantyjskiego typu Panagia Hodegetria. Tego rodzaju przedstawienia Matki Bożej „ukazującej drogę” do Chrystusa opierały się na wzorze ikony przypisywanej św. Łukaszowi, czczonej w jednym z kościołów Konstantynopola. Matka Boża jest ukazana w postawie stojącej, w półpostaci, Maryja podtrzymuje na lewym ramieniu błogosławiące Dzieciątko Jezus, które trzyma w lewej ręce księgę. Matka Boża ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym kosztownym krzyżem. Maryja w ręku trzyma chustę. Popularnie tłumaczy się, że Matka Boża tą chustą ociera ludzkie łzy, jest Matką Pocieszenia. Obraz jest ozdobiony papieskimi koronami (K. S. Moisan, W. Zaleski).

    Nazwa ikony — Ocalenie Ludu Rzymskiego- nawiązuje do przekonania mieszkańców Wiecznego Miasta, że Matka Boska Śnieżna wiele razy spieszyła im z pomocą. Najbardziej tego doświadczono w roku 1571, w którym miała miejsce jedna z największych bitew morskich pomiędzy zjednoczonymi flotami chrześcijańskimi a flotą turecką. W dniu 7 października, niedaleko miejscowości Lepanto, zjednoczona armada Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego odniosła zwycięstwo nad o wiele większą flotą turecką. Tego dnia pod przewodnictwem papieża Piusa V odbywała się w Rzymie wielka pokutna procesja różańcowa. W procesji papież szedł boso, niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej. Uczestnicy procesji byli przekonani, że to Matka Boża kolejny raz przyszła z pomocą i ocaliła chrześcijaństwo. Na tę pamiątkę papież Pius V wprowadził święto Matki Bożej Różańcowej, obchodzone współcześnie 7 października jako wspomnienie obowiązujące.

    W dzień dedykacji Bazyliki Matki Bożej Większej, 5 sierpnia, w kaplicy Matki Bożej z kopuły spuszcza się płatki białych róż na znak wielu łask, jakie spływają na ludzi za Jej wstawiennictwem. Maryjna świątynia z biegiem czasu nabrała wielkiego symbolicznego znaczenia. „W myśl legendy w żarze namiętności, które zżerają rodzaj ludzki, Maryja stoi jak śnieg nietknięta w swoim dziewictwie, czysta jak pierwszy śnieg” (J. Drozd). W tej Bazylice przed cudownym obrazem często modlił się św. Stanisław Kostka. Z dniem Matki Boskiej Śnieżnej łączy się śmierć kardynała Stanisława Hozjusza, biskupa warmińskiego, który tego dnia rano odmawiał brewiarz w kaplicy Matki Bożej wraz ze swoim sekretarzem ks. Tomaszem Treterem, który w mowie pogrzebowej wspominał: „tak tedy w dzień Najświętszej Maryi Panny, którą zawsze szczególną otaczał pobożnością, w wigilię Przemienienia przeszedł do wesela” (J. J. Kopeć).

    Święto Matki Boskiej Śnieżnej rozpowszechniło się w Polsce w wieku XV, natomiast liczne Jej wizerunki, często przywożone z Rzymu, zaczęły się upowszechniać od 1600 roku. Często te obrazy umieszczano w kaplicach bractw różańcowych, dlatego też nazywano je obrazami Matki Bożej Różańcowej. W Archidiecezji Białostockiej, w parafii Klimówka, cieszy się kultem obraz Matki Boskiej Śnieżnej od roku 1689 i w dniu 5 sierpnia jest tam uroczystość odpustowa. Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Krypnie nosi nazwę Matki Bożej Pocieszenia, a w kościele parafialnym w Białymstoku Bacieczkach jest czczony pod tytułem Najświętszej Maryi Panny Królowej Rodzin. Również w kościele pw. św. Andrzeja Boboli w Białymstoku znajduje się obraz Matki Boskiej Śnieżnej.

    Liturgiczny obchód ku czci Matki Boskiej Śnieżnej nosi nazwę „ Rocznicy Poświęcenia Rzymskiej Bazyliki Najświętszej Maryi Panny”, ma charakter dowolny i przypada na dzień 5 sierpnia.

    W tym dniu modlimy się: „Miłosierny Boże, odpuść winy nam, swoim sługom, a ponieważ nasze czyny nie mogą się Tobie podobać, niech nam wyjedna zbawienie Matka Twojego Syna, Jezusa Chrystusa”.

    opoka.pl/opr. aw/aw

    _____________________________________________________________________________

    Cud ze śniegiem, czyli Matka Boża Śnieżna

    Na dzień 5 sierpnia przypada rocznica konsekracji rzymskiej bazyliki Santa Maria Maggiore, w której czci się Matkę Bożą Śnieżną. 

    Śnieg w upale 

    Tradycja mówi, że w 352 r. Matka Boża objawiła się papieżowi Liberiuszowi i patrycjuszowi Janowi, nakazując wznieść kościół w miejscu, które wskaże. We wspomnianym, upalnym dniu Eskwilin pokrył się śniegiem, co odczytano jako dany przez Maryję znak. Trzynastowieczna legenda mówi, że „za papieża Liberiusza (352–366) patrycjusz rzymski Jan i jego szlachetna małżonka, nie mając potomstwa, postanowili uczynić Matkę Bożą spadkobierczynią swego wielkiego majątku. Oboje małżonkowie prosili gorąco Boga, aby wola Najświętszej Panny, dotycząca dobrego spożytkowania ich posiadłości, została im w jakiś sposób objawiona. Matka Boża wysłuchała ich prośby i potwierdziła to niezwykłym zjawiskiem. W nocy 5 sierpnia, a więc w czasie, gdy w Rzymie bywają największe upały, część Wzgórza Eskwilińskiego pokryła się śniegiem. Tej nocy Matka Boża objawiła się we śnie obojgu małżonkom i każdemu z nich przedłożyła życzenie, aby tam, gdzie znajdą śnieg na wzgórzu, ku Jej czci zbudowali kościół. W taki właśnie sposób chciała zostać ich spadkobierczynią. Patrycjusz Jan powiadomił o tym papieża Liberiusza, który miał identyczny sen. Rano więc udał się papież, otoczony klerem i ludem, w uroczystej procesji na pokryte śniegiem wzgórze i tam oznaczył miejsce na budowę kościoła Panny Maryi”. Po soborze efeskim (431 r.), na którym proklamowano dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi, papież Sykstus III postanowił gruntownie przebudować bazylikę. Na pamiątkę cudu ze śniegiem corocznie 5 sierpnia zrzuca się z kopuły w kaplicy Matki Bożej płatki białych róż, symbolizujące łaski. 

    Przedziwny obraz 

    Obraz Matki Bożej Śnieżnej ma dwunastowieczną genezę. „Pokryty” greckimi literami, ukazuje Maryję z pierścieniem, kosztownym naszyjnikiem oraz z chustką w dłoni. Znajdujące się na lewej ręce Matki Bożej, obejmowane przez Nią Dzieciątko trzyma księgę Ewangelii. Wspomniana chustka zaowocowała przekonaniem, że Matka Boża ociera nią ludzkie łzy, dlatego Maryję z Santa Maria Maggiore zaczęto nazywać Matką Pocieszenia. W związku z tym, iż należący do bizantyńskiego typu Panagia Hodegetria (Wskazująca Drogę), cudowny wizerunek miał wielokrotnie ocalić Rzym, nazwano go Salus PopuliRomani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Matka Boża Śnieżna pośpieszyła z ratunkiem na przykład w 1571 r., podczas bitwy morskiej chrześcijan z Turkami pod Lepanto. W jej trakcie w Rzymie w wielkiej, pokutnej procesji różańcowej (z papieżem Piusem V na czele) niesiono obraz Matki Bożej Śnieżnej. Nie można też pominąć faktu, że w bazylice Santa Maria Maggiore przed tym obdarzonym odpustami wizerunkiem modlił się często św. Stanisław Kostka. Natomiast papież Jan Paweł II polecił, by przed tą ikoną, najbardziej od stuleci czczoną w Rzymie, paliła się zawsze lampka oliwna.  

    Historia mówi, że to krzyżowcy przywieźli do Rzymu obraz z rządzonego przez siebie w latach 1204–1261 Konstantynopola. Wizerunek ten, namalowany w VIII w., miały unieść fale morskie do Rzymu. Powiadomił o tym papieża Grzegorza II w liście patriarcha German. Po kilku dniach, zgodnie z otrzymanym we śnie poleceniem, papież udał się nad brzeg Tybru. Wtedy to, kiedy zaczął modlitwę, z fal rzeki wyłoniła się ikona i osiadła na papieskich rękach. Jeszcze inna opowieść mówi, że po bizantyńskim ikonoklazmie, za pontyfikatu papieża Sergiusza II, wizerunek opuścił kościół i cudownie przeniósł się nad Tybr, a „uspokoił się” dopiero po modlitwie przerażonych wiernych. Niektórzy natomiast wierzyli, że ową ikonę namalował ewangelista Łukasz, a przywiozła ją św. Helena, matka cesarza Konstantyna I Wielkiego. Ikona znalazła się w Konstantynopolu, w bazylice Chalkoprateia, czczona w niej przez stulecia jako „La Romana”. Jeszcze inna opowieść podaje, że kiedy pierwsi chrześcijanie zamierzali wznieść kościół w Liddzie oraz poprosili apostołów Piotra i Jana o przybycie Maryi na jego konsekrację, Matka Boża rzekła: „Idźcie z radością, jestem z wami”. Gdy obaj apostołowie znaleźli się w Liddzie, zobaczyli na kolumnie nowo wzniesionej świątyni wizerunek typu acheiropoietos (nieuczyniony ręką ludzką), który pobłogosławiła Maryja, odwiedziwszy miejscowość. Obraz przetrwał także próbę zniszczenia go w IV w. z rozkazu cesarza Juliana Apostaty. 

    Kiedy natomiast za pontyfikatu papieża Grzegorza I Wielkiego Rzym zaatakowała epidemia dżumy, papież, wyniósłszy w Wielkanoc z bazyliki Święty Wizerunek, dotarł z nim w procesji pod mauzoleum cesarza Hadriana. Gdy usłyszawszy anielski chór wykonujący łaciński hymn maryjny: „Królowo nieba, wesel się, alleluja. Albowiem Ten, któregoś nosić zasłużyła, alleluja, zmartwychwstał, jak powiedział, alleluja”, odpowiedział: „Módl się za nami do Boga, alleluja”, nad mauzoleum pojawił się archanioł Michał. Po włożeniu przezeń miecza do pochwy ustąpiła zaraza. Wtedy to papież nazwał Madonnę Salus Populi Romani Miłosierną. Swój kult Matka Boża Śnieżna zawdzięcza jezuitom. Trzeci z kolei generał Towarzystwa Jezusowego, św. Franciszek Borgiasz, jako pierwszy poprosił papieża o pozwolenie na umieszczanie kopii maryjnego wizerunku z Santa Maria Maggiore w pokojach jezuickich domów. Rzymski oryginał koronował papież Klemens VIII, następnie Grzegorz XVI i Pius XII.  

    Rodzima Śnieżna Madonna 

    W Polsce istnieje kilkadziesiąt maryjnych wizerunków, dla których rzymski obraz Matki Bożej Śnieżnej stał się prototypem. Kilkanaście takich przedstawień ukoronowano, między innymi z Poznania, Goliny, Kawnic, Lewiczyna, Jodłówki, Przasnysza, Stoczka Klasztornego, Zielenic, Krypna, Janowa Lubelskiego, Ostrowąsa, Czernej, Orchówka i Mrzygłodu. Kopie rzymskiego wizerunku zyskały popularność począwszy od 1600 r., a umieszczane były często w kaplicach bractw różańcowych (dlatego nazywano je obrazami Matki Bożej Różańcowej). Kult Matki Bożej Śnieżnej w Polsce rozpowszechnił się w XV w.

    Do najbardziej znanych kopii rzymskiego wizerunku należy obraz Matki Bożej Różańcowej u krakowskich dominikanów. Wizerunkowi temu zawdzięczano zwycięstwo pod Chocimiem. Obraz miał być darem matki dla św. Stanisława Kostki, a święty ów miał przy nim umrzeć. Później zdobił grób tego jezuickiego nowicjusza, by następnie w 1597 r. trafić do rąk biskupa łuckiego Bernarda Maciejowskiego, szkolnego kolegi św. Stanisława Kostki z lat wiedeńskich. Hierarcha powierzył obraz krakowskim dominikanom. Jeszcze inna kopia obrazu Matki Bożej Śnieżnej znalazła się w kościele parafialnym w Zielenicach. Dostarczona w 1613 r. z mieszczącego się w Krakowie jezuickiego nowicjatu do wspomnianego kościoła, ukoronowana została w Częstochowie 19 czerwca 1983 r. przez papieża Jana Pawła II.  

    Wskażmy też na Matkę Bożą Mirowską z kościoła franciszkanów-reformatów w Pińczowie – obraz wzbogacony o postaci świętych Wojciecha i Stanisława biskupa. Kolejne wizerunki to obraz Matki Bożej Pocieszenia (kiedyś w lwowskim kościele jezuickim, obecnie w kościele św. Klemensa Dworzaka we Wrocławiu) oraz obraz Matki Bożej Różańcowej w kościele jezuitów w Poznaniu. Przed pierwszym z wymienionych modlili się: Jan Kazimierz, Stefan Czarniecki, Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jerzy Ossoliński i Jan III Sobieski. To tutaj, przed tym obrazem, po raz pierwszy użyto w Litanii Loretańskiej wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami”. Drugi z wizerunków, bardziej przypominający renesansowy obraz niż bizantyńską ikonę, ukoronowany został w 1968 r. przez biskupa Antoniego Baraniaka, niezłomnego Sługę Bożego.

    MATKA BOŻA SANTA MARIA MAGGIORE/Misyjne Drogi

    Justyna Sprutta, doktor nauk humanistycznych historii o specjalizacji historia sztuki (UKSW) oraz doktor nauk teologicznych z zakresu teologii dogmatycznej o specjalizacji teologia ikony (KUL).

    _____________________________________________________________________________________

    5 sierpnia: Matka Boża Śnieżna

    Cudowny obraz Matki Bożej Śnieżnej znajduje się w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore, która jest pierwszą w Europie i największą świątynią pod wezwaniem Matki Bożej. Czy to możliwe, aby 5 sierpnia spadł w Italii śnieg? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Właśnie w tym dniu w 352 r. rzymskie wzgórze Eskwilin pokryły płatki śniegu. Ten cud był znakiem zapowiedzianym przez Maryję patrycjuszowi Janowi. Matka Boża obiecała mu narodziny długo oczekiwanego potomka, ale w zamian miał wybudować poświęconą Jej świątynię.

    Hymn do Matki Bożej Śnieżnej

    Matko co z płatków śniegu
    utkałaś nam całun wiary – do Boga
    Wspomnij gdy w życia biegu 
    zapomnę gdzie prawdy droga

    Matko Boska, co prószysz śniegiem
    Błądzę, szukam, wciąż czegoś nie wiem
    Wołam, proszę, zmień coś we mnie zmień
    Przed Twym ołtarzem
    klęczę, a w darze
    daję kolejny dzień

    Matko dla swego ludu
    Przykryłaś zło dając znak – dla świata
    Czasem pragniemy cudu
    Jak śniegu w środku lata

    Ocalenie Ludu Rzymskiego

    Cudowny obraz Matki Bożej Śnieżnej znajduje się w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore, która jest pierwszą w Europie i największą świątynią pod wezwaniem Matki Bożej. Czy to możliwe, aby 5 sierpnia spadł w Italii śnieg? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Właśnie w tym dniu w 352 r. rzymskie wzgórze Eskwilin pokryły płatki śniegu. Ten cud był znakiem zapowiedzianym przez Maryję patrycjuszowi Janowi. Matka Boża obiecała mu narodziny długo oczekiwanego potomka, ale w zamian miał wybudować poświęconą Jej świątynię. Legenda głosi, że podobną wizję miał papież Liberiusz, którego niejako uprzedzono 🙂 o konieczności wydania zgody na budowę. Obaj dowiedzieli się, że Maryja sama wybierze miejsce lokalizacji świątyni, a znakiem będzie śnieg. I rzeczywiście – 5 sierpnia wzgórze zasypał rzadko spotykany w Rzymie, a już na pewno nie latem, biały puch.  Świątynia jest dziś jedną z rzymskich bazylik mniejszych, tłumnie odwiedzaną przez pielgrzymów pragnących pomodlić się przed cudownym obrazem. Najczęściej kopiowany i najpopularniejszy wizerunek Najświętszej Maryi Panny pochodzi z XII wieku. Bizantyjski w stylu obraz zdobią greckie litery. Przedstawia Matkę Boską Śnieżną obejmującą prawą ręką dzieciątko Jezus, które trzyma na lewym przedramieniu. Widoczna dłoń ozdobiona jest pierścieniem, zaś na naszyjniku wisi duży krzyż. Dzieciątko trzyma w dłoni Ewangelię. Obraz, otoczony kultem jako cudowny, zdobią papieskie korony. Wymodlono przed nim wiele łask i cudów.
    Z tym świętem wiąże się piękna tradycja. Aby przypomnieć o cudownym pojawieniu się śniegu w środku upalnego rzymskiego lata z kopuły bazyliki zrzuca się płatki białych róż.  Matka Boża Śnieżna jest patronką kobiet oczekujących poczęcia dziecka, ludzi dotkniętych chorobami oczu, sportowców i turystów.

    Madonna Szwedzka

    Cudowny obraz Matki Bożej Śnieżnej znajdziemy również w Krakowie w noszącym Jej imię kościele sióstr dominikanek na Gródku (ul. Mikołajska 21). Jego fundatorką była Anna z Branickich Lubomirska – świątynia miała być votum za zwycięstwo wojsk polskich pod Chocimiem. W bitwie brał czynny udział jej syn Stanisław Lubomirski. Klasztor dominikanek wbudowano we fragment średniowiecznych murów Krakowa, co wyjaśnia nazwę – Gródek. Kościół podpalono podczas potopu szwedzkiego i był zagrożony zniszczeniem podczas konfederacji barskiej. Jednak za każdym razem ocalał. A legendy przypisują ten fakt jego patronce – Matce Bożej Śnieżnej. Jej obraz sprowadzono z Rzymu i od początku darzono kultem. Podczas pożaru w 1638 r. widziano Madonnę podobną do tej z obrazu, jak własnym płaszczem okrywa budynki klasztorne i kościół, chroniąc je przed zniszczeniem. Podobna wizja powtórzyła się podczas potopu szwedzkiego – Madonna ponownie ocaliła Gródek przed zagładą. Do dziś znajdujący się na klasztornym murze (przy zachowanym fragmencie Bramy Rzeźniczej od strony Plant) wizerunek Matki Bożej adorowanej przez św. Katarzynę  i św. Dominika nazywa się Madonną Szwedzką.

    Matka Boża Odnaleziona

    W grudniu 2016 r. w benedyktyńskim opactwie w Tyńcu ponownie uroczyście zawieszono w kaplicy tzw. Ciemnej cudowny obraz Matki Bożej Śnieżnej cudownie 🙂 odnaleziony  po latach. Wizerunek ten pojawił się w opactwie w I poł XVII w. i od początku darzony był czcią i kultem. Podobnie jak rzymski obraz przedstawia Madonnę Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego). Po opuszczeniu Tyńca przez benedyktynów obraz popadł w zapomnienie i niszczał. Gdy mnisi powrócili do swojego opactwa, nie znając już jego historii, uznali go za mało wartościowy i w 1939 r. wyniesiono go do magazynu na strychu… Kaplica Ciemna stała się zaś miejscem adoracji Najświętszego Sakramentu. Po ponad 70 latach podczas prac remontowych odnaleziono i rozpoznano obraz, który po renowacji zawisł w dawnym miejscu. Potocznie nazywa się go Matką Bożą Odnalezioną.

    Pieśń o Matce Bożej Śnieżnej

    Życie, ach życie
    Choć pierwej ranisz nim uśmiercasz
    Olśniewasz mnie i trwam w zachwycie
    Z każdym mocniejszym drgnieniem serca
    Boś wiarą w to, że ma sens życie.

    Nad łąką oddech ptak wstrzymuje
    Gdy babie lato skrzydłem muśnie
    Mnie dech zapiera, gdy znajduję
    Na twej pochmurnej twarzy uśmiech
    Przed światem, co zagraża światu
    Ty Matko Boska Śnieżna ratuj!

    Życie, ach życie
    Choć pierwej ranisz, nim uśmiercasz
    Olśniewasz mnie i trwam w zachwycie
    Z każdym mocniejszym drgnieniem serca
    Boś wiarą w to, że ma sens życie.

    To nic, że ludzie wciąż próbują
    Tasować dni me, tak jak karty
    Oni – z kart domy swe budują
    Ja wiem, dlaczego żyć jest warto.
    Przed światem co zagraża światu
    Ty Matko Boska Śnieżna ratuj!

    Mariola Wiertek/Franciszkanie.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 sierpnia

    Święty Jan Maria Vianney, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Rajner, biskup
      •  Błogosławiony Henryk Krzysztofik, prezbiter i męczennik
    ***
    web3-john-marie-vianney-priest-saint
    Philipp Hertzog/Wikipedia | CC BY 4.0
    ***

    Jan urodził się w rodzinie ubogich wieśniaków w Dardilly koło Lyonu 8 maja 1786 r. Do I Komunii przystąpił potajemnie podczas Rewolucji Francuskiej w 1799 r. Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Ponieważ szkoły parafialne były zamknięte, nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat.
    Po ukończeniu szkoły podstawowej, otwartej w Dardilly w 1803 roku, Jan uczęszczał do szkoły w Ecully (od roku 1806). Miejscowy, świątobliwy proboszcz udzielał młodzieńcowi lekcji łaciny. Od służby wojskowej Jana wybawiła ciężka choroba, na którą zapadł. Wstąpił do niższego seminarium duchownego w 1812 r. Przy tak słabym przygotowaniu i późnym wieku nauka szła mu bardzo ciężko. W roku 1813 przeszedł jednak do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, litując się nad nim, radzili mu, by opuścił seminarium. Zamierzał faktycznie tak uczynić i wstąpić do Braci Szkół Chrześcijańskich, ale odradził mu to proboszcz z Ecully. On też interweniował za Janem w seminarium. Dopuszczono go do święceń kapłańskich właśnie ze względu na tę opinię oraz dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 roku Jan otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 29 lat.
    Pierwsze trzy lata spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu swego kapłaństwa natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Po jego śmierci biskup wysłał Jana jako wikariusza-kapelana do Ars-en-Dembes. Młody kapłan zastał kościółek zaniedbany i opustoszały. Obojętność religijna była tak wielka, że na Mszy świętej niedzielnej było kilka osób. Wiernych było zaledwie 230; dlatego też nie otwierano parafii, gdyż żaden proboszcz by na niej nie wyżył. O wiernych Ars mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Ks. Jan przybył tu jednak z dużą ochotą. Nie wiedział, że przyjdzie mu tu pozostać przez 41 lat (1818-1859).
    Całe godziny przebywał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Sypiał zaledwie po parę godzin dziennie na gołych deskach. Kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadł nędznie i mało, można mówić o wiecznym poście. Dla wszystkich był uprzejmy. Odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko. Powoli wierni przyzwyczaili się do swojego pasterza. Kiedy biskup spostrzegł, że ks. Jan daje sobie jakoś radę, erygował w 1823 r. parafię w Ars. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.


    Pomimo tylu zabiegów nie wszyscy jeszcze zostali pozyskani dla Chrystusa. Ks. Jan wyrzucał sobie, że to z jego winy. Uważał, że za mało się za nich modli i za mało pokutuje. Wyrzucał także sobie własną nieudolność. Błagał więc biskupa, by go zwolnił z obowiązków proboszcza. Kiedy jego błagania nie pomogły, postanowił uciec i skryć się w jakimś klasztorze, by nie odpowiadać za dusze innych. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Posłuszny, uczynił to.
    Nie wszyscy kapłani rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni podśmiewali się z dziwaka. Większość wszakże rozpoznała w nim świętość i otoczyła go wielką czcią.
    Sława proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza parafię Ars. Napływały nawet z odległych stron tłumy ciekawych. Kiedy zaś zaczęły rozchodzić się pogłoski o nadprzyrodzonych charyzmatach księdza Jana (dar czytania w sumieniach ludzkich i dar proroctwa), ciekawość wzrastała. Ks. Jan spowiadał długimi godzinami. Miał różnych penitentów: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Bywało, że zmordowany jęczał w konfesjonale: “Grzesznicy zabiją grzesznika!” W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ich ok. 80 000. Łącznie przez 41 lat jego pobytu w tym miejscu przez Ars przewinęło się około miliona ludzi.
    Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Do cierpień fizycznych dołączyły duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Jakby tego było za mało, szatan przez 35 lat pokazywał się ks. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami wybryków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.

    Proboszcz z Ars: charyzmat św. Jana Marii Vianneya jest wciąż aktualny

    Jako męczennik cierpiący za grzeszników i ofiara konfesjonału, zmarł 4 sierpnia 1859 r., przeżywszy 73 lata. W pogrzebie skromnego proboszcza z Ars wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6000 wiernych. Nabożeństwu żałobnemu przewodniczył biskup ordynariusz. Śmiertelne szczątki złożono nie na cmentarzu, ale w kościele parafialnym. W 1865 r. rozpoczęto budowę obecnej bazyliki. Papież św. Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 roku, a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 Pius XI. Ten sam papież ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego w roku 1929. W stulecie śmierci proboszcza z Ars Jan XXIII wystosował osobną encyklikę, w której przypomniał tę piękną postać.W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju duchownym ze stułą na szyi, często w otoczeniu dzieci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    Św. Jan Maria Vianney – patron proboszczów

    4 sierpnia Kościół przypomina nam postać wielkiego kapłana, pomagającego tysiącom ludzi spotkać Boga, którego papież Pius XI ogłosił patronem wszystkich proboszczów – św. Jana Marię Vianneya. To postać niecodzienna, którą w kontekście współczesnych dyskusji na temat kapłaństwa, warto przypomnieć. Ten nietuzinkowy kapłan stanowi doskonały wzór do naśladowania dla dzisiejszych duchownych.

    Wizerunek św. Jana Vianneya autorstwa Marka Gajewskiego w sanktuarium św. Jana Vianneya w Czeladzi
    Wizerunek św. Jana Vianneya autorstwa Marka Gajewskiego w sanktuarium św. Jana Vianneya w Czeladzi/fot. ks.Tomasz Zmarzły

    ***

    Ciekawa była droga życia tego świętego; Bóg go powoływał, ale kazał mu przejść przez wiele trudności, pokonać niejedną przeszkodę.
    Urodził się w Dardilly pod Lyonem 8 maja 1786 r. jako syn małorolnego chłopa. Pisać nauczył się dopiero w 17 roku życia. Wkrótce zaczął myśleć o kapłaństwie. Napotkał jednak na wielkie przeszkody. Z powodu słabych zdolności (zwłaszcza do łaciny), dwukrotnie odmawiano mu przyjęcia do seminarium. W czasie studiów również miał niejedną trudność (egzaminy trzeba było składać po łacinie). W końcu, dzięki poparciu i pomocy proboszcza z sąsiedniej miejscowości ks. Abbe Balleya dobrnął do kapłaństwa.
    Przez dwa lata był wikariuszem, a potem. (1818 r.) rozpoczął duszpasterzowanie w maleńkiej parafii (230 wiernych) Ars, w której pozostał już aż do śmierci. Była to tzw. ciężka parafia; o jej wiernych mówiono, że tylko sam chrzest odróżnia ich od istot nierozumnych. Proboszcz zabrał się energicznie do pracy duszpasterskiej. Nie odznaczał się zbytnią erudycją, więc i jego kazania były bardzo proste, nie obejmowały też szerokiej tematyki. W jego nauczaniu ciągle powracały podstawowe prawdy: o grzechu i jego skutkach, o pokucie i odzyskaniu łaski uświęcającej, o Eucharystii, modlitwie… Wkrótce jednak przekonano się, że w jego prostych słowach zawarta jest niezwykle wielka siła przekonywania. Chciało się go słuchać i trzeba mu było przyznać rację.
    Niedługo trzeba było czekać, aby wierni odkryli w kapłanie wspaniałego spowiednika, prawdziwego lekarza duszy. Przenikał sumienia, czytał w sercu człowieka, widział nawet przyszłość. W tej sytuacji jest zupełnie zrozumiałe, że do Ars zaczęły napływać tłumy ludzi. Byli tacy, którzy osiadali tutaj na stałe, jednak większość dowoził codziennie dyliżans z Lyonu. Sprowadzała ich nie ciekawość zobaczenia „człowieka niezwykłego”, ile chęć nawrócenia, lub odnowy swojego dotychczasowego życia.
    Zdarzali się i „ciekawscy”, a nawet złośliwi, ale tych czekała tutaj miła niespodzianka. Pewnego razu miał do Ars przybyć jakiś dziennikarz paryski, który chciał przygotować reportaż ośmieszający ludzką naiwność. Kiedy poprosił ks. Vianneya o wywiad, nie otrzymał go. Świątobliwy proboszcz zaproponował dziennikarzowi spowiedź. Ten próbował się oprzeć, ale w końcu „uległ”. Po zakończeniu spowiedzi, zapytany przez proboszcza, czy chce teraz przeprowadzić wywiad, odpowiedział, że „nie”. Wrócił do Paryża już jako inny, przemieniony duchowo człowiek.
    Spowiedź u proboszcza nie trwała długo, ale była skuteczna. Krótkie napomnienia przenikały do duszy niby strzały. Słuchając spowiedzi pewnego mężczyzny, któremu najwidoczniej brakowało żalu, Święty Proboszcz rozpłakał się i płakał tak długo, aż zaniepokojony tym penitent zapytał o przyczynę. Usłyszał wtedy: „płaczę dlatego, że ty nie płaczesz”.
    Pewnemu młodemu mężczyźnie, który ze względów ludzkich nie miał odwagi publicznie wyznać wiary, zadał za pokutę wziąć udział w procesji Bożego Ciała: „Pójdziesz zaraz za baldachimem”.
    To nie do wiary, ale Święty codziennie spędzał w konfesjonale do 17 godzin, a penitentów miał w ciągu roku około 30 tys. Ten nietuzinkowy kapłan, patron wszystkich proboszczów, choć nie imponował elokwencją a w swoich przechodzonych butach i wytartej sutannie musiał wyglądać bardzo mizernie, był autentycznym gigantem duchowym swojej epoki! Przybywali do niego ludzie z całej Europy i Ameryki, czekali w długiej kolejce do konfesjonału, w którym spowiadał.
    Nie oszczędził mu Bóg i cierpień. Nadchodziły listy z pogróżkami, pojawiały się oszczercze pomówienia, wiele przykrości doznał nawet ze strony współpracownika, który miał mu świadczyć pomoc. To nie zniechęcało go. Rzeczywiście można powiedzieć o nim to, co Ewangelia mówi o Chrystusie: „widząc tłumy ludzi litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza”. Święty chciał uczynić wszystko, aby wskazać innym drogę zbawienia.
    Swoją żarliwą i ufną wiarą, świadectwem ubogiego życia i surową ascezą ks. Jan Vianney pociągnął do Boga parafian i licznych przybyszów. Odmienił ich nie do poznania. Przez wiele lat modlił się i pościł w ich intencji, a nocami toczył zmagania z szatanem. Zmarł 4 sierpnia 1859 r. Kanonizowano go w 1925 r.
    Ilekroć każdego roku wspominam liturgicznie postać tego Świętego Proboszcza, przypominają mi się słowa mojego ojca duchownego z Seminarium, który na I roku studiów w czasie konferencji ascetycznej powiedział do nas: Ten dobry ksiądz i spowiednik powinien mieć: kieliszek mądrości, szklankę roztropności i morze cierpliwości”. Kiedy patrzę na św. Jana Marię Vianneya, widzę w nim wzór takiego kapłana.
    Dla Ojca Świętego Jana Pawła II, który w 1986 r. z okazji 200. rocznicy urodzin Świętego modlił się przy jego grobie, jest – jak wówczas powiedział – „Proboszcz z Ars przykładem silnej woli i kapłańskiej gorliwości”. Dzisiaj kiedy toczą się dyskusje na temat modelu kapłaństwa, może trzeba zapatrzeć się na tegoż ubogiego proboszcza z Ars i starać się kształtować przyszłych kapłanów właśnie w takim duchu, dbając, by pierwiastek intelektualny nie zdominował ich formacji kosztem sfery duchowej. Wizytówką kapłana nie powinien być przede wszystkim jego intelekt ale pokora, skromność i umiłowanie Boga w człowieku, tak jak nam to pokazał św. Jan Maria Vianney.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________

    Św. Jan Maria Vianney

    św. Jan Maria Vianney. Portret namalowany po śmierci proboszcza z Ars

    ***

    Urodził się 8 maja 1786 r. we Francji, w miejscowości Dardilly, niedaleko Lionu. Był jednym z siedmiorga dzieci państwa Mateusza i Marii Vianney, prostych rolników, posiadających dwunastohektarowe gospodarstwo. Jan już od wczesnych lat ukochał modlitwę. Przykładem i zachętą byli dla niego rodzice, którzy codziennie wieczorem wraz ze swoimi dziećmi modlili się wspólnie. Po latach powiedział: „W domu rodzinnym byłem bardzo szczęśliwy mogąc paść owce i osiołka. Miałem wtedy czas na modlitwę, rozmyślania i zajmowanie się własną duszą. Podczas przerw w pracy udawałem, że odpoczywam lub śpię jak inni, tymczasem gorąco modliłem się do Boga. Jakież to były piękne czasy i jakiż ja byłem szczęśliwy”.
    Należy pamiętać, iż lata młodości Jana Vianneya, to okres bardzo trudny w historii Francji. W tym czasie bowiem szalała rewolucja, która w dużej mierze przyczyniła się do pogłębienia kryzysu między duchowieństwem a państwem. Walka z Kościołem sprawiła, że wielu księży odeszło od tradycji, składając przysięgę na Konstytucję Cywilną Kleru. Wzrost laicyzacji i głęboko posunięte antagonizmy to tylko główne problemy ówczesnej francuskiej rzeczywistości. Mimo tak trudnych warunków nie zaprzestano sprawowania sakramentów i katechizacji dzieci. Przygotowania do Pierwszej Komunii trwały 2 lata. Spotkania odbywały się w prywatnych domach, zawsze nocą i jedynie przy świecy. Jan przyjął Pierwszą Komunię w szopie zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Miał on wówczas 13 lat.
    Od czasu wybuchu Rewolucji w Dardilly nie było nauczyciela. Z pomocą zarządu gminnego otwarto szkołę, w której uczyły się nie tylko dzieci, ale i starsza młodzież, a wśród niej Jan Maria. Przez dwie zimy uczył się czytać, pisać i poprawnie mówić w ojczystym języku. Stał się bliską osobą miejscowego proboszcza i stopniowo dojrzewało w nim pragnienie zostania księdzem. Ojciec początkowo zdecydowanie sprzeciwiał się, bowiem gospodarstwo potrzebowało silnych rąk do pracy, a poza tym brakowało pieniędzy na opłacenie studiów i utrzymanie młodzieńca. Jednak pod wpływem nalegań syna, ojciec ustąpił.

    Droga do kapłaństwa

    Jesienią 1806 r. Jan Maria opuścił Dardilly, i zamieszkał w Ecully u swego wuja Humberta. Umiał czytać, natomiast pisał bardzo słabo, zaś po francusku mówił posługując się małym słowniczkiem. Przed nim stała kolejna trudność – opanowanie łaciny, języka, w którym w owym czasie nie tylko odprawiało się msze święte, ale także odbywało się studia teologiczne.
    Od 1806 r. przebywał u proboszcza w Ecully – ks. Balleya, który uczył go języka francuskiego i łaciny. Kłopoty z pamięcią sprawiały, iż nauka szła mu bardzo opornie, z mizernymi skutkami. Jesienią 1809 r. został powołany do wojska, ale od służby wybawiła go ciężka choroba. Po wyjściu ze szpitala przez pewien czas ukrywał się u wdowy Katarzyny Fagot. W międzyczasie otrzymał z Dardilly list z informacją, że jego sytuacja wojskowa jest już uregulowana. Bowiem młodszy brat Franciszek wyciągnął szczęśliwy los, jednak postanowił iść do wojska w zastępstwie starszego brata. Wyjechał do Niemiec, gdzie zginął w nieznanych okolicznościach w 1813 r. Jan Maria przez całe życie opłakiwał brata, który w pewnym sensie oddał za niego życie.
    W 1811 r. Jan powrócił do Ecully i zamieszkał na plebanii u księdza Balleya. Po upływie trzech miesięcy proboszcz przedstawił go w kurii biskupiej jako kandydata do kapłaństwa. W roku 1812 wstąpił do niższego seminarium duchownego. Z wielkim trudem przeszedł w 1813 r. do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, mając na względzie wielkie trudności, jakie miał z nauką radzili, by opuścił seminarium. Ostatecznie Vianneya dopuszczono do święceń przede wszystkim dzięki opinii i staraniom ks. Balleya a także dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 r. Jan Maria Vianney otrzymał święcenia prezbiteratu. Miał wówczas 29 lat.

    Posługa duszpasterska

    Pierwsze trzy lata swego kapłaństwa spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu kapłańskiej drogi natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Nastał cichy wyścig między proboszczem a wikariuszem, mistrzem a uczniem, w zakresie dobrych uczynków, modlitwy i ducha pokuty. Po śmierci proboszcza Balley’a, biskup skierował Jana Vianneya do Ars-en-Dembes.
    Jeden z raportów, jaki posiadało arcybiskupstwo na temat samego Ars, niezwykle obrazowo przedstawia ówczesną rzeczywistość: „Wszyscy mieszkańcy tej gminy w liczbie 370 wyznają religię katolicką. Sakramenty przyjmowały jedynie kobiety, dziewczęta i dzieci będące po Pierwszej Komunii. Wszyscy mężczyźni, zarówno panowie, jak i służba trzymali się od nich z daleka. Jednakże w nabożeństwach brali udział. Lekcje religii odbywały się cztery razy w tygodniu, przychodziły na nie jedynie dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii. W Ars znajdowała się także szkoła koedukacyjna dla dzieci z gminy. Prowadził ją jeden z mieszkańców, księdzu zostawiając obowiązek nauczania religii, co było zajęciem bardzo uciążliwym ze względu na głupotę i brak zdolności charakteryzujący te dzieci, których większość chrzest różnił od bydląt”. Ksiądz Vianney od samego początku pracy w parafii wykazywał się niezwykłą gorliwością. Wiele godzin spędzał przed Najświętszym Sakramentem na modlitwie. Sypiał zaledwie po kilka godzin na twardych deskach. Kiedy w roku 1824 otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadał tak nędznie i mało, że można mówić o nieustannym poście. Był człowiekiem bardzo uprzejmym, zatroskanym o swoich parafian. Często ich odwiedzał prowadząc przyjacielskie rozmowy. Powoli wierni zaczęli przyzwyczajać się i przywiązywać do swojego duszpasterza.

    Najgorliwszy proboszcz

    W roku 1823 biskup postanowił otworzyć w Ars parafię. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste, lecz z serca płynące powoli nawracały dotąd zaniedbanych i zobojętnionych duchowo ludzi. Kościółek zaczął z wolna napełniać się wiernymi. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów świętych: pokuty i Eucharystii. Mimo wielkiego wysiłku duszpasterskiego świadomość, że nie do wszystkich dociera nauka Chrystusa sprawiła, iż poprosił biskupa, aby go zwolnił z obowiązku proboszcza. Kiedy jednak nalegania nie pomogły, postanowił uciec i ukryć się w klasztorze, by zwolnić się z odpowiedzialności za dusze innych ludzi. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Ksiądz Vianney okazując posłuszeństwo biskupowi, uczynił to i pełnił dalej posługę duszpasterską w parafii.
    Nie wszyscy księża rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni śmiali się z niego, jeszcze inni prowadzili uszczypliwe dyskusje na jego temat. „Sława” niezwykłego proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza granice parafii w Ars. Nawet z odległych stron napływały tłumy ludzi, którzy pragnęli ujrzeć i wyspowiadać się u Świętego.
    Jan Vianney długie godziny spędzał w konfesjonale. Penitentów miał bardzo różnych: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Zdarzało się czasami, że wycieńczony spowiedzią wypowiadał w konfesjonale: „Grzesznicy zabiją grzesznika”

    Ars – cel pielgrzymów

    W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ok. 80 000 penitentów. Łącznie przez 41 lat Ars odwiedziło blisko milion osób. Nadmierne pokuty osłabiły i wyczerpały Jana Vianneya. Do cierpień fizycznych dołączyły się także cierpienia duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Wreszcie jakby tego wszystkiego było za mało, szatan pokazywał się św. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając mu nawet kilka godzin wypocząć.
    Wśród świętych Pańskich po Matce Bożej, Jan Vianney najbardziej upodobał sobie św. Filomenę. W 1833 r. wybudował przy kościele kaplicę pod wezwaniem świętej Filomeny, gdzie złożył jej relikwie. Kierował tam pielgrzymów, aby modląc się prosili św. Filomenę, o wstawiennictwo przed Bogiem. Jako męczennik cierpiący za grzeszników i jako ofiara konfesjonału, Jan Vianney zasnął w Panu 4 sierpnia 1859 r. Kiedy konającemu podano Wiatyk, zawołał: „Skoro ja nie mogę przyjść do Niego, On przychodzi do mnie”.
    Papież Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 r., a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 papież Pius XII. Tenże papież w 1929 r. ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego. Niewątpliwie postać św. Jana Vianneya jest dla nas dzisiaj wielkim świadectwem umiłowania Boga, Kościoła, a także wzorem prawdziwie chrześcijańskiej egzystencji opartej na Ewangelii. Wpatrując się w historię jego życia chcemy wciąż na nowo uświadamiać sobie powołanie każdego człowieka do świętości, a także uczyć się podążania drogą, która zaprowadzi nas do szczęścia wiecznego razem ze wszystkimi świętymi.

    ks. Daniel Gołębiowski/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________

    Św. Jan Maria Vianney o modlitwie

    Św. Jan Maria Vianney o modlitwie
    fot. Gość Niedzielny

    ***

    Pokażę Ci drogę do nieba. W człowieku brzmią dwa głosy – wołanie anioła i krzyk bestii. Modlitwa jest wołaniem anioła, a grzech jest krzykiem bestii.

    Skarb chrześcijanina znajduje się w niebie, a nie na ziemi. Myśli nasze powinny podążać tam, gdzie jest nasz skarb. Człowiek został powołany do dwóch wspaniałych rzeczy: do miłości i do modlitwy. Modlić się i miłować – w tym zawiera się szczęście człowieka na ziemi. Modlitwa jest niczym innym jak zjednoczeniem z Bogiem. Człowiek czuje wtedy jakby łagodny balsam koił jego serce, do którego przenika wielkie światło. W osobistym zjednoczeniu Bóg i dusza są jak dwa kawałki stopionego wosku, których nie sposób rozdzielić. Piękną jest rzeczą zjednoczenie Boga ze swoim maleńkim stworzeniem – to szczęście nie do pojęcia. (…) Moje dzieci, macie takie małe serca, lecz modlitwa je poszerza i uzdalnia do tego, byście kochali Boga. Modlitwa jest przedsmakiem nieba, wylaniem na nas rajskich darów. (…) Ciężary życia topnieją w jej promieniach jak śnieg w wiosennym słońcu. (…)

    Brzmią w człowieku dwa głosy – wołanie anioła i krzyk bestii. Modlitwa jest wołaniem anioła, a grzech jest krzykiem bestii. Człowiek, który się nie modli, coraz bardziej zniża się do ziemi i staje się podobny do kreta, który kopie sobie norę w ziemi, żeby się w niej schować. Człowiek, który się nie modli, zajmuje się wyłącznie sprawami tego świata, cały jest nimi pochłonięty i myśli tylko o tym, co przemijające, zupełnie jak ów skąpiec, któremu udzielałem ostatnich sakramentów. Kiedy podałem mu do ucałowania srebrny krucyfiks, powiedział: „Ten krzyż musi ważyć dobre dziesięć uncji”. Gdyby mieszkańcy nieba któregoś dnia przestali adorować Boga, niebo nie byłoby już niebem. A gdyby nieszczęśni potępieńcy w piekle mogli, mimo swoich cierpień, choć przez chwilę adorować Pana, piekło przestałoby być piekłem. Mieli serce stworzone do kochania Boga i język, aby Go nim chwalić, do tego bowiem zostali powołani. Jednak sami skazali się na to, że teraz przez całą wieczność będą Boga już tylko przeklinali. Gdyby mogli mieć nadzieję, że kiedyś dane im jeszcze będzie modlić się, chociaż przez krótką chwilę, czekaliby na tę godzinę z taką niecierpliwością, że samo to oczekiwanie przyniosłoby im ulgę w cierpieniach.

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie – czyż to nie wspaniałe, że mamy w niebie Ojca! Przyjdź królestwo Twoje – jeśli pozwolę Bogu królować w moim sercu, kiedyś On pozwoli mi królować w chwale wespół z Nim. Bądź wola Twoja – nie ma nic słodszego i nic doskonalszego nad pełnienie woli Bożej. Aby dobrze wykonać to, co do nas należy, trzeba czynić to tak, jak chce Bóg, w całkowitej zgodności z Jego zamysłami. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj – składamy się z ciała i duszy. Prosimy Boga, aby karmił nasze ciało, a On w odpowiedzi na tę modlitwę sprawia, że ziemia stale rodzi dla nas pokarm. Prosimy Go także, aby karmił naszą duszę, tę najpiękniejszą cząstkę naszej osoby, lecz ziemia z całym swoim bogactwem jest zbyt uboga, aby móc ją nasycić. Dusza bowiem jest głodna Boga i jedynie Bóg sam potrafi ją napełnić. Dlatego Bóg nie widział nic przesadnego w tym, że sam przyszedł na ziemię, przyjął ludzkie ciało po to, aby mogło ono stać się pokarmem dla naszych dusz. Chleb dla naszych dusz znajduje się w tabernakulum. Gdy kapłan pokazuje wam Hostię, wasza dusza może mówić: oto mój pokarm! O dzieci moje, toż to nadmiar szczęścia, który pojmiemy dopiero w niebie.

    z książki Alfreda Monnina SJ „Zapiski z Ars”. Promic – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2009

    ______________________________________________________________________

    Francja: 200 lat temu św. Jan Maria Vianney przybył do Ars

    Dwieście lat temu św. Jan Maria Vianney przybył do Ars-sur-Formans. Był tam proboszczem przez 41 lat, doprowadzając do nawrócenia niezbyt wcześniej praktykujących mieszkańców tej wioski. Dwudniowym uroczystościom ku czci patrona proboszczów przewodniczył tam 3-4 sierpnia arcybiskup Wiednia kard. Christoph Schönborn.

    fot. ks. Sławomir Marek

    ***

    Obchody rocznicowe rozpoczęły się konferencją kardynała nt. „Przybycie Świętego do Ars – jakie przesłanie?”. Po Mszy św. w intencji powołań kapłańskich, odprawionej pod przewodnictwem ordynariusza diecezji Belley-Ars bp. Pascala Rolanda, odbył się „wieczór miłosierdzia”, obejmujący m.in. adorację eucharystyczną i sakrament pokuty.

    Drugiego dnia obchodów głównej Mszy św. przewodniczył kard. Schönborn. Po południu ulicami Ars przeszła procesja z relikwią serca św. Jana Marii Vianneya, zakończona nieszporami w kościele Matki Bożej Miłosierdzia.

    Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 r. w chłopskiej rodzinie we wsi Dardilly koło Lyonu. Powołanie kapłańskie zaczęło się w nim kiełkować pod wpływem proboszcza z Ecully. Dopiero w wieku 25 lat mógł wstąpić do seminarium duchownego, jednak został z niego usunięty z powodu trudności w nauce, zwłaszcza łaciny, wynikających z braku wykształcenia w dzieciństwie. W końcu pozwolono mu zdawać egzaminy nie po łacinie, ale po francusku, i w 1815 r. mógł przyjąć święcenia kapłańskie. Trzy lata później został proboszczem w wiosce Ars, zamieszkałej przez 230 osób. Po czterech dziesięcioleciach z jego posługi chciało korzystać 80 tys. ludzi zjeżdżających tam z całej Francji. Jak tego dokonał?

    Pozwól mi nawrócić parafię

    W zaniedbanej religijnie parafii nie szczędził sił, by przywrócić ludzi do przyjaźni z Bogiem. „O Boże mój, wolałbym umrzeć miłując Ciebie, niż żyć choć chwilę nie kochając… Kocham Cię mój Boski Zbawicielu, ponieważ za mnie zostałeś ukrzyżowany… ponieważ pozwalasz mi być ukrzyżowanym dla Ciebie” – taka postawa prowadziła go do nadzwyczajnej gorliwości duszpasterskiej. Jego modlitwa: „O Boże mój, pozwól mi nawrócić moją parafię: zgadzam się przyjąć wszystkie cierpienia, jakie zechcesz mi zesłać w ciągu całego mego życia”, świadczy o głębokim poczuciu odpowiedzialności za ludzi powierzonych jego duszpasterskiej trosce. To poświęcenie siebie samego dla zbawienia innych wyrażało się w połączeniu stałych postów i długich godzin spędzonych na modlitwie z aktywnością duszpasterską, skupioną na katechezie, Eucharystii i sakramencie pokuty.

    To właśnie spowiadanie stało się jego szczególnym charyzmatem. Bywało, że spędzał w konfesjonale nawet kilkanaście godzin dziennie. Płakał nad grzechami ludzi. Starał się budzić w penitentach pragnienie skruchy za zło, którego się dopuścili, a jednocześnie „podkreślał piękno Bożego przebaczenia”. Dzięki temu, a także podejmowanej w ich intencji pokucie, udało mu się pojednać z Bogiem wielu grzeszników i doprowadzić ich do Eucharystii, co było powodem jego niewysłowionego szczęścia.

    Przyczyna upadku kapłana

    Mszę św. uważał bowiem za ośrodek duszpasterstwa. Był przekonany, że „wszystkie dobre dzieła razem wzięte nie dorównują ofierze Mszy św., gdyż są to dzieła ludzi, podczas gdy Msza św. jest dziełem Boga”. Zachęcał, by księża sprawując Eucharystię, sami siebie składali Bogu w ofierze, wcześniej zaś przygotowali się do jej odprawiania. Sam za każdym razem poświęcał na to przynajmniej 15 minut. Przestrzegał, że „przyczyną upadku kapłana jest brak skupienia podczas Mszy”.

    Miał też świadomość stałej obecności Chrystusa w Eucharystii. Dlatego spędzał przed tabernakulum długie godziny na adoracji, „o świcie lub wieczorem”. „On tam jest!” – mawiał w czasie kazań, wskazując na tabernakulum. Świadom własnych ograniczeń, „pracowicie przygotowywał swe kazania i rozczytywał się wieczorami w dziełach teologów i mistrzów duchowych”. Uważał bowiem, że „Pan nasz, który jest samą prawdą, nie przywiązuje mniejszej wagi do swego słowa, niż do swego ciała”. Jego kazania były krótkie i proste. Wolał w nich ukazywać „pociągający aspekt cnót niż brzydotę wad”, a także „szczęście płynące ze świadomości, że jest się kochanym przez Boga, zjednoczonym z Bogiem, że żyje się w Jego obecności, dla Niego”.

    Kapłan nie żyje dla siebie

    Kapłan „nie żyje dla siebie; żyje dla was” – powtarzał swym parafianom św. Jan Maria. Dlatego, zdaniem Jana Pawła II, osoba Proboszcza z Ars jest „wymowną odpowiedzią” na próby kwestionowania tożsamości kapłana, która opiera się nie na uznaniu ze strony świata, lecz na jego uczestnictwie w staraniach Boga o to, aby wszyscy ludzie byli zbawieni. „Nasza kapłańska tożsamość objawia się w twórczym rozwijaniu przejętej od Jezusa Chrystusa miłości dusz” – tłumaczy Jan Paweł II. Z tego względu – jak to lapidarnie ujął papież Jan XXIII w encyklice „Sacerdotii Nostri primordia”, wydanej w setną rocznicę śmierci św. Jana Marii – kapłanowi nie wolno „żyć dla siebie”; ma kochać „wszystkich bez wyjątku”; nawet jego „myśli, wola, uczucia nie należą już do niego, lecz do Jezusa Chrystusa, który jest jego życiem”. Taki ideał kapłana ucieleśniał Proboszcz z Ars.

    Wyniszczony ascezą i chorobami ks. Vianney zmarł 4 sierpnia 1859 r. po 41 latach pobytu w Ars. Został beatyfikowany w 1905 r. przez św. Piusa X. Natomiast Pius XI kanonizował go w 1925 r., a cztery lata później ogłosił św. Jana Marię patronem wszystkich proboszczów Kościoła katolickiego. Jego imię zostało również włączone do Litanii do Wszystkich Świętych.

    Św. Jan Paweł II poświęcił św. Janowi Marii swój „List do kapłanów na Wielki Czwartek” w 1986 r. Nazwał go wzorem silnej woli w dążeniu do kapłaństwa.

    Z kolei w 150. rocznicę jego śmierci Benedykt XVI ogłosił w całym Kościele katolickim Rok Kapłański. Trwał on od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. Jego tematem była „Wierność Chrystusa, wierność kapłana”. Papież chciał, by ten rok jubileuszowy przyczynił się do pogłębienia „wartości i ważności posługi kapłańskiej”, a także stanowił okazję do modlitwy o to, by Bóg „obdarzył swój Kościół licznymi i świętymi kapłanami”. Ojciec Święty zamierzał też ogłosić Świętego Proboszcza z Ars patronem wszystkich kapłanów, ostatecznie jednak z tego zrezygnował. „Wolał zachować mu tytuł patrona proboszczów, gdyż właśnie tę posługę pełnił – wyjaśnił ówczesny dyrektor watykańskiego biura prasowego. – Również liczni inni wybitni kapłani mogą być natchnieniem i wzorem dla księży pełniących różne inne formy posługi kapłańskiej” – dodał ks. Federico Lombardi.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________

    Św. Jan Maria Vianney o pracy w niedzielę: To zaprzedawanie duszy diabłu

    Św. Jan Maria Vianney o pracy w niedzielę: To zaprzedawanie duszy diabłu
    fot. screenshot YouTube (ChwalmyBoga)

    ***

    “Pracujecie, pracujecie, moje dzieci, lecz to, co zarabiacie rujnuje wam dusze i ciała. Gdyby zapytano kogoś, kto pracował w niedzielę, co zyskał, odpowiedź brzmiałaby: „Sprzedałem swoją duszę diabłu, ukrzyżowałem Chrystusa i wyrzekłem się chrztu. Skazałem się na piekło. Przez całą wieczność będę opłakiwał swe marne postępowanie” – powiedział w jednym ze swych kazań święty proboszcz z Ars.

    “Myli się ten, kto sądzi, że pracując w niedzielę zarobi więcej pieniędzy lub szybciej upora się z robotą. Czyż zyski z niedzielnej pracy są w stanie wynagrodzić szkodę, jaką wyrządza się własnej duszy, łamiąc Boże przykazanie?

    Niedziela jest dniem Bożym. To dzień Pański, dzień Jemu samemu należny. Pan oddał Wam sześć dni, a sobie pozostawił tylko ten jeden. Jakim prawem sięgacie po to, co do was nie należy? Wiecie przecież, że kradzione nie tuczy.

    Dzień skradziony Panu nie przyniesie Wam żadnego pożytku. Znam dwa sposoby, żeby zostać nędzarzem: pracować w niedzielę i kraść dobra należące do bliźnich” – mówił o łamaniu trzeciego przykazania Dekalogu poprzez niedzielną pracę św. Jan Maria Vianney.

    ren/”Zapiski z Ars” Alfred Monnin SJ, Warszawa 2009/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 sierpnia

    Święta Lidia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Augustyn Kazotić, biskup
    ***
    Święta Lidia

    Lidia to postać znana z kart Nowego Testamentu. Mieszkała w Filippi, w Macedonii. Była zapewne osobą zamożną, bowiem purpura – tkanina, którą sprzedawała – stanowiła towar luksusowy. Kiedy św. Paweł przybył do miasta, w którym mieszkała, Lidia była poganką skłaniającą się ku monoteizmowi. Spotkawszy Apostoła, przyjęła chrzest. Tekst Łukasza odnotowuje, że udzieliła mu gościny:Odbiwszy od lądu w Troadzie, popłynęliśmy wprost do Samotraki, a następnego dnia do Neapolu, a stąd do Filippi, głównego miasta tej części Macedonii, które jest [rzymską] kolonią. W tym mieście spędziliśmy kilka dni. W szabat wyszliśmy za bramę nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. I usiadłszy, rozmawialiśmy z kobietami, które się zeszły. Przysłuchiwała się też nam pewna bojąca się Boga kobieta z Tiatyry, imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swoim domem, poprosiła nas: “Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu – powiedziała – przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim”. I wymogła to na nas (Dz 16, 14-15).Paweł pozyskał ją dla Chrystusa jako pierwszą pogankę w Europie w czasie swojej drugiej podróży, która obejmowała Małą Azję, Macedonię oraz Grecję. Miała ona miejsce w latach 50-52. Łukasz podaje, że spotkanie Apostoła Narodów z Lidią odbyło się nad rzeką. Taki był bowiem u Żydów zwyczaj, że jeśli nie mieli jeszcze własnego domu modlitwy (synagogi), zbierali się w pobliżu rzeki dla obmyć rytualnych. Te miejsca nazywano proseuche, czyli miejscem modlitwy.
    Z mieszkańcami Filippi św. Paweł zawarł wielką przyjaźń, którą przypieczętował osobnym Listem; wchodzi on w skład ksiąg Nowego Testamentu. Apostoł chwali w nim nie tylko gorliwość tamtejszych chrześcijan, ale także ich niezwykłą ofiarność, jakiej nigdzie nie napotkał (Flp 4, 15). W tych słowach kryje się chyba również wyraźna pochwała dla św. Lidii, która pierwsza udzieliła Apostołowi gościny i zapewne nadal hojnie go wspierała w jego potrzebach.
    O dalszych losach św. Lidii nie wiemy nic więcej. Baroniusz wprowadził jej imię do Martyrologium Rzymskiego w wieku XVI (1584). Jest patronką farbiarzy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Aniołów
    Odpust Porcjunkuli

    Zobacz także:
      •  Święty Euzebiusz z Vercelli, biskup
      •  Błogosławiona Joanna z Azy
      •  Błogosławiony August Czartoryski, prezbiter
      •  Święty Piotr Faber, prezbiter
      •  Błogosławiony Justyn Maria Russolillo od Trójcy Przenajświętszej, prezbiter
      •  Święty Stefan I, papież
    ***
    Porcjunkula we wnętrzu Bazyliki MB Anielskiej

    U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwany Porcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał – Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie. Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał świątyni św. Franciszek z Asyżu. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek zimą 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:“Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 6-10).Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.
    W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą “Ubogich Pań”. Niebawem w ślady św. Klary poszła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku.
    11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.

    Ikona Matki Bożej - Królowej Aniołów

    Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie “Królowo Aniołów, módl się za nami” zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.

    Święty Franciszek przed obliczem Chrystusa i Jego Matki

    W 1216 roku św. Franciszkowi objawił się Pan Jezus, obiecując zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto – oprócz kościołów franciszkańskich – Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej.
    Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża – nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Dziś święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli

    Dziś święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli
    Kapliczka Porcjunkuli znajduje się dziś we wnętrzu bazyliki Matki Bożej Anielskiej/fot.Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Tego dnia w kościołach można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli.

    Była letnia noc 1216 roku. W pewnej chwili śpiący w celi Franciszek miał usłyszeć głos wzywający go do kaplicy (chodzi o kościółek Porcjunkula pod Asyżem, który dziś znajduje się wewnątrz bazyliki Matki Bożej Anielskiej). Jak podaje tradycja, gdy wszedł do środka, ujrzał Jezusa i Maryję w otoczeniu aniołów. „Proś o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” – usłyszał święty.

    Franciszek upadł na twarz i poprosił, „aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”.

    „Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi” – usłyszał w odpowiedzi.

    Rzeczywiście, niebawem papież Honoriusz III udzielił takiego odpustu na 2 sierpnia, to jest na rocznicę poświęcenia kapliczki Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkuli właśnie. Początkowo odpust można było uzyskać tylko w tym kościele, później rozszerzono ten przywilej na wszystkie kościoły franciszkańskie, a w 1911 roku Pius X objął odpustem Porcjunkuli wszystkie kościoły.

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego Porcjunkuli:
    – pobożnie nawiedzić kościół,
    – odmówić w nim Ojcze nasz i Wyznanie Wiary,
    – przystąpić do spowiedzi,
    – przyjąć Komunię świętą,
    – pomodlić się w intencjach Ojca Świętego
    – wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________________________

    2 sierpnia

    Święto Matki Bożej Anielskiej (Porcjunkuli). Dziś możesz uzyskać odpust zupełny!

    Święto Matki Bożej Anielskiej (Porcjunkuli). Dziś możesz uzyskać odpust zupełny!
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwany Porcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał – Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie.

    Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał świątyni św. Franciszek z Asyżu. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek zimą 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:

    “Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 6-10).

    Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.

    W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą “Ubogich Pań”. Niebawem w ślady św. Klary poszła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku.

    11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.

    Ikona Matki Bożej – Królowej Aniołów Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie “Królowo Aniołów, módl się za nami” zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.

    Święty Franciszek przed obliczem Chrystusa i Jego Matki W 1216 roku św. Franciszkowi objawił się Pan Jezus, obiecując zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto – oprócz kościołów franciszkańskich – Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej.

    Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża – nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.

    brewiarz.pl

    ___________________________________________________________________________

    2 sierpnia

    Odpust Porcjunkuli

     Vatican News

    ***

    2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.

    Trochę historii

    Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli? Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.

    W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.

    Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.

    Skąd odpust Porcjunkuli?

    Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.

    Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.

    By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:

    – pobożnie nawiedzić kościół,

    – odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,

    – przystąpić do spowiedzi świętej,

    – przyjąć Komunię świętą,

    – pomodlić się według intencji Ojca Świętego,

    – wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

    Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________

    2 sierpnia

    Święty Piotr Julian Eymard, prezbiter

    Święty Piotr Julian Eymard - apostoł Eucharystii

    Piotr Julian Eymard urodził się 4 lutego 1811 r. w La Mure (Francja) w ubogiej rodzinie. Od najmłodszych lat wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Eucharystii. Przy pierwszej Komunii świętej złożył Panu Jezusowi przyrzeczenie, że będzie kapłanem, aby mógł szerzyć wśród wiernych kult Najświętszego Sakramentu. Ojciec jednak po stracie kilkorga dzieci stanowczo sprzeciwiał się oddaniu ostatniego dziecka na służbę Kościołowi. Dlatego syn-jedynak mógł wypełnić swoje plany dopiero po śmierci ojca.
    Piotr wstąpił do seminarium w Grenobli. Musiał je jednak opuścić z powodu choroby. Nigdy nie udało mu się do końca od niej uwolnić. Po okresowej poprawie stanu zdrowia udało mu się dokończyć studia. Święcenia kapłańskie otrzymał 20 lipca 1834 roku, gdy miał 23 lata. Był przyjacielem św. Jana Marii Vianneya.
    Zaraz po święceniach został proboszczem parafii. Parafie były w owych czasach religijnie obojętne i bardzo zaniedbane moralnie. Kiedy gorliwy pasterz zorientował się, że jego nawoływania i zachęty odnoszą mały skutek, przerażony odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze, potajemnie opuścił parafię i wstąpił do misyjnego zgromadzenia marystów. Nie wysłano go jednak, jak tego gorąco pragnął, na misje, ale przez 17 lat sprawował w niedawno założonej rodzinie zakonnej funkcje: przełożonego domów, prowincjała i generalnego asystenta.
    Z wolna dojrzała w nim myśl, by dla podniesienia pobożności i religijności założyć zgromadzenie zakonne, które wzięłoby sobie za główny cel szerzenie nabożeństwa do Najświętszej Eucharystii. Po naradzie ze swoim spowiednikiem i innymi poważnymi osobami opuścił więc zgromadzenie marystów, osiadł w willi w Paryżu, która była kiedyś własnością słynnego katolickiego pisarza, Chateubrianda, i skupił przy sobie grupę oddaną pięknemu dziełu. W 1859 r. założył drugi dom w Marsylii. W 1864 roku otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, zatwierdzający nowe zgromadzenie zakonne – kapłanów od Najświętszego Sakramentu (eucharystów lub ejmardystów). Założył podobne zgromadzenie żeńskie. Dopomogła mu w tym Małgorzata Guillot, która została pierwszą matką generalną nowej rodziny zakonnej. Obie rodziny rozwijały się pomyślnie, zakładając coraz to nowe placówki.
    Z czasem domy obu zgromadzeń zaczęły przeżywać liczne trudności, m.in. finansowe. Idea i dzieło ks. Piotra wyprzedziły o wiele lat przemiany, jakie przyniosły dwa sobory watykańskie. To on – między innymi – zabiegał o zorganizowanie kongresów eucharystycznych, które skupiałyby wierzących wokół tajemnicy Chrystusa obecnego pod postacią chleba. Miłość do Eucharystii szerzył niezmordowanie słowem i czynem. W jego klasztorach odbywała się nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Założył także bractwo Najświętszego Sakramentu, do którego zapisywał wszystkich ludzi dobrej woli. Był również apostołem częstej Komunii świętej.

    Święty Piotr Julian Eymard - apostoł Eucharystii

    Miłość i cześć dla Eucharystii szerzył także piórem. Zostawił w rękopisie dzieło, obejmujące dwa grube tomy, o Najświętszym Sakramencie. Drukiem wydał także dwie broszury: Miesiąc Maryi i Miesiąc św. Józefa; nie wyobrażał sobie, by ktoś oddawał cześć Panu Jezusowi, a nie miłował Jego Matki i ziemskiego Opiekuna. Za Patronkę swoich wszystkich dzieł obrał Matkę Bożą od Najświętszego Sakramentu. Pozostawił po sobie także sześć tomów listów i dziewięć tomów medytacji.
    Podczas dłuższego pobytu w Rzymie Piotr Julian doświadczył przeżyć mistycznych.
    Zmarł 1 sierpnia 1868 r. Jego śmiertelne szczątki w czasie procesu kanonicznego przeniesiono z cmentarza komunalnego do kościoła Bożego Ciała, który oddano w zarząd jego zgromadzeniu. Do chwały błogosławionych wyniósł go papież Pius XI w roku świętym 1925; kanonizacji dokonał Jan XXIII 9 grudnia 1962 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Przyjaciel Eucharystii

    Święty Piotr Julian Eymard był przyjacielem św. Jana Marii Vianneya. Papież Dobroci nazwał go wielkim przyjacielem Eucharystii.

    Święty Piotr Julian Eymard
    święty Piotr Julian Eymard

    ***

    Urodził się w ubogiej rodzinie. Od dzieciństwa pragnął zostać kapłanem. Podczas Pierwszej Komunii św. złożył Panu Jezusowi przyrzeczenie, że kiedyś nim będzie.

    W homilii podczas kanonizacji Piotra Juliana Eymarda 9 grudnia 1962 r. papież św. Jan XXIII powiedział: „Pięcioletni chłopczyk, którego zastano przy ołtarzu z główką pochyloną i opartą o drzwiczki tabernakulum – to ten sam, który w przyszłości założy Towarzystwo Kapłanów od Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu oraz tchnie w nieprzeliczone zastępy kapłanów adorujących swą tkliwą miłość do Chrystusa żyjącego w Eucharystii”. Dla Papieża Dobroci był to bardzo bliski święty. „Jest to święty, który stał się Nam bliski od wielu już lat, jak powiedzieliśmy przed chwilą w czasie Naszej służby w Nuncjaturze Apostolskiej Francji, mogliśmy udać się do miejscowości jego urodzenia, do Mure d’Isere koło Grenoble” – wspomniał w homilii.

    Święcenia kapłańskie otrzymał 20 lipca 1834 r. Następnie został proboszczem parafii, a po pewnym czasie wstąpił do misyjnego zgromadzenia marystów. Cały czas jednak rozwijało się w nim pragnienie szerzenia kultu Eucharystii. Po naradzie ze swoim spowiednikiem opuścił zgromadzenie marystów, osiadł w Paryżu i skupił przy sobie grupę oddaną nowemu dziełu. W 1859 r. założył drugi dom w Marsylii. W 1864 r. otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej zatwierdzający nowe zgromadzenie zakonne – Towarzystwo Kapłanów od Najświętszego Sakramentu (eucharystów lub eymardystów). Założył podobne zgromadzenie żeńskie – Służebnic Najświętszego Sakramentu. Za patronkę swoich wszystkich dzieł obrał Matkę Bożą od Najświętszego Sakramentu. Zabiegał o zorganizowanie kongresów eucharystycznych. W jego klasztorach odbywała się nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Założył także bractwo Najświętszego Sakramentu, do którego zapisywał wszystkich ludzi dobrej woli. Był apostołem częstej Komunii św.

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 sierpnia

    Święty Alfons Maria Liguori,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Etelwold, biskup
      •  Błogosławiony Aleksy Sobaszek, prezbiter i męczennik
      •  Eleazar, uczony w Piśmie
    ***
    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Maria urodził się 27 września 1696 r. w Marinelli pod Neapolem, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. W dwa dni potem otrzymał chrzest. Jego ojciec marzył dla niego o karierze urzędniczej. W rodzinnym pałacu Alfons miał doskonałych nauczycieli. Wykazywał także od dziecka niezwykłą pilność do nauki i duże zdolności. Gdy ukończył szkołę podstawową, został wysłany na studia prawnicze na uniwersytet w Neapolu. Miał wtedy zaledwie 12 lat (1708). Kiedy miał zaledwie 17 lat, był już doktorem obojga praw. Ojciec planował Alfonsowi odpowiednie małżeństwo. Wybrał mu nawet córkę księcia, Teresinę. Ta jednak wstąpiła do zakonu i niebawem zmarła. Alfons po kilku latach praktyki adwokackiej, zniechęcony przekupstwem w sądownictwie, ku niezadowoleniu ojca postanowił spełnić swoje marzenia. Przed obrazem Matki Bożej w Porta Alba złożył swoją szpadę i rozpoczął studia teologiczne (1723).
    Po 4 latach studiów Alfons przyjął święcenia kapłańskie (1727). Miał wówczas 31 lat. Pragnąc życia doskonalszego, marzył o zakonie. Zamierzał najpierw wstąpić do teatynów, potem do filipinów albo do jakiejś kongregacji misyjnej. Nie mógł się jednak zdecydować. Z zapałem oddał się więc pracy apostolskiej wśród młodzieży rzemieślniczej i robotniczej. Gromadził ją w dni wolne od pracy, grał z nimi na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie pieśni, uczył prawd wiary. Zasłynął też jako doskonały kaznodzieja. Po trzech latach nadludzkiej pracy musiał udać się na wypoczynek do Amalfi. Nie przestał tam jednak pracować. Zetknął się z rodziną Sióstr Nawiedzenia. Zajął się nimi i przekształcił je na Kongregację Zbawiciela. Był to młody zakon kontemplacyjny. W przyszłości będzie on stanowił żeńską gałąź redemptorystów.
    Alfons zauważył, że tamtejsi górale nie mają dostatecznej opieki duszpasterskiej. Dojrzała więc w nim myśl utworzenia zgromadzenia męskiego, które oddałoby się pracy wśród najbardziej opuszczonych oraz zaniedbanych. Tak powstało dzieło “Najświętszego Odkupiciela” (redemptorystów). Był to rok 1732. Na zatwierdzenie reguł nowej rodziny zakonnej Alfons nie czekał długo. Zatwierdził ją niebawem papież Benedykt XIV (1749).
    W 1762 r. papież Klemens XIII mianował Alfonsa biskupem-ordynariuszem w miasteczku S. Agata dei Goti. Alfons miał wtedy już 66 lat. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym w Kościele, udał się do Rzymu, by przedstawić się papieżowi. Z Rzymu podążył do Loreto, by w tym sanktuarium uprosić sobie błogosławieństwo u Matki Bożej. Pomimo wieku, z młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy: wizytował, przemawiał, spowiadał, odwiedzał kapłanów i zagrzewał ich do gorliwości, reformował klasztory, budził nowe powołania kapłańskie i zakonne. Wszystkie dochody, jakie mu pozostawały dzięki nader skromnemu życiu, oddawał ubogim i fundacjom nowych placówek swojej kongregacji. Kiedy nastał głód, sprzedał sprzęty i naczynia domu biskupiego, aby za to kupić chleb dla głodujących. Jako biskup nie tylko nie zmienił surowego trybu życia, ale go nawet obostrzył, twierdząc, że teraz musi pokutować za swoich wiernych. Sypiał mało, jadł tylko zupę, chleb i jarzyny, nosił włosiennicę i kolczasty łańcuch, biczował się często do krwi.
    Nadmierne trudy, wiek i surowy tryb życia wyniszczyły jego organizm tak, że poczuł się zmuszony prosić papieża o zwolnienie z obowiązków pasterza diecezji. Paraliż kręgosłupa był dla niego bolesnym krzyżem. Po 13 latach pasterzowania powrócił więc do swoich duchowych synów (1775). Wskutek zatargu politycznego rozdzielono redemptorystów na dwie odrębne grupy. Papież ustanowił nad redemptorystami, zamieszkałymi na terenie Państwa Kościelnego, osobnego przełożonego, a redemptorystów neapolitańskich pozbawił wszelkich przywilejów. Założyciel bolał nad tym, ale znosił to cicho, z poddaniem się woli Bożej. Do tych cierpień przyczyniły się cierpienia fizyczne: reumatyzm, skrzywienie kręgosłupa i inne. Pochylony do ziemi, nie mógł już chodzić i został przykuty do fotela. Bóg doświadczył go także falą udręk moralnych: pokus, oschłości i skrupułów.

    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Liguori zmarł 1 sierpnia 1787 r. w wieku 91 lat. Sława jego świętości była tak wielka, że Pius VI już w 1796 roku nakazał rozpoczęcie procesu kanonicznego. W 11 lat potem (1807) został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Alfonsa. Pius VII dokonał jego uroczystej beatyfikacji w 1816 roku, a Grzegorz XVI kanonizował go w 1839 roku. W 10 lat potem Pius IX osobiście nawiedził grób św. Alfonsa (1849) i przy jego relikwiach odprawił Mszę świętą. Z tej okazji jako wotum ofiarował swój pierścień. Podobny pierścień ofiarował Jan XXIII w 1960 roku na wieść o kradzieży, jakiej dokonano w kaplicy św. Alfonsa. Pius IX ogłosił św. Alfonsa doktorem Kościoła (1871), a papieże Benedykt XV, Pius XI i Pius XII w publicznych wypowiedziach oddali mu najwyższe pochwały.Św. Alfons Liguori był ekspertem w tym, co dzisiaj nazywane jest teologią pastoralną. W swojej kapłańskiej pracy wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji. Najwięcej jednak zasłużył się Kościołowi Chrystusa jako pisarz, jeden z najpłodniejszych, jakich znają dzieje chrześcijaństwa. Do dzieł, które mu zjednały największą sławę, należą: Teologia moralna, Uwielbienia Maryi, które zdobyły aż 324 wydania w różnych językach; rekordową popularność osiągnęła mała książeczka Nawiedzenie Najśw. Sakramentu i Najśw. Maryi Panny, która doczekała się ponad 2000 wydań w różnych językach. Łącznie wymienia się 160 tytułów prac, napisanych przez św. Alfonsa, których liczba wydań sięgnęła 17 125 w 61 językach! Św. Alfons pisał dla wszystkich: dla kapłanów, kleryków, zakonników, spowiedników, wiernych. Dzieła jego obejmują teologię dogmatyczną, moralną i ascetyczną. 26 kwietnia 1950 roku papież Pius XII ogłosił św. Alfonsa patronem spowiedników i profesorów teologii moralnej. Nauczanie duchowe św. Alfonsa zdominowało życie chrześcijańskie Italii XVIII w. Jest patronem zakonu redemptorystów; adwokatów, osób świeckich, spowiedników, teologów, zwłaszcza moralistów.

    .Święty Alfons Maria Liguori

    W ikonografii św. Alfons przedstawiany jest w czarnej, zakonnej sutannie lub w szatach biskupich. Czasami trzyma krzyż lub ma różaniec na szyi. Bywa, że stoi przy nim anioł z pastorałem i mitrą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    Piękna modlitwa do Pana Jezusa św. Alfonsa Marii Liguori

    PIĘKNA modlitwa do Pana Jezusa św. Alfonsa Marii Liguori
    fot. Giuseppe Antonio Lomuscio via Wikipedia, CC BY-SA 4.0

    ***

    Jezu mój, przez upokorzenie, jakie okazałeś, myjąc nogi swym uczniom, proszę Cię o łaskę prawdziwej pokory, abym się upokarzał względem wszystkich, szczególniej zaś względem tych, co mną gardzą.

    Jezu mój, przez smutek, jakiego doznałeś w Ogrójcu, a który wystarczał do zadania Ci śmierci, proszę, byś mnie uchronił od smutku w piekle, gdzie bym musiał żyć zawsze oddalony od Ciebie, nie mogąc już Cię miłować.

    Jezu mój, przez odrazę, jaką widok mych grzechów już wówczas Ci sprawiał, udziel mi prawdziwego żalu za wszystkie zniewagi, jakie Ci wyrządziłem.

    Jezu mój, przez boleść, jakiej doznałeś, gdy Judasz zdradził Cię pocałunkiem, użycz mi łaski, bym zawsze był Ci wierny i nie zdradzał Cię już więcej, jak to czyniłem w przeszłości.

    Jezu mój, przez ból, jaki odczuwałeś, gdy wiązano Cię jako zbójcę, aby do sędziów Cię zaprowadzić, proszę, byś związał mnie z sobą słodkimi łańcuchami swej miłości, abym się już nigdy nie odłączył od Ciebie, me dobro jedyne.

    Jezu mój, przez te wszystkie zniewagi, policzki, plwociny, jakich doznałeś owej nocy w domu Kajfasza, użycz mi siły, bym z miłości ku Tobie znosił z spokojem wszystkie zniewagi, jakich doznam od ludzi.

    Jezu mój, przez owe szyderstwa, jakich Herod Ci nie szczędził, postępując z Tobą jak z szaleńcem, udziel mi łaski, bym znosił cierpliwie, cokolwiek ludzie o mnie powiedzą, obchodząc się ze mną, jako z nędznym, głupim lub niegodziwcem.

    Jezu mój, przez zniewagę, jaką Żydzi Ci wyrządzili, przenosząc nad Ciebie Barabasza, daj mi łaskę, abym z cierpliwością to przyjmował, gdy innych nade mnie będą przenosić.

    Jezu mój, przez boleść, jakiej doznałeś w najświętszym swym ciele, gdy tak okrutnie Cię ubiczowano, użycz mi łaski, bym znosił z poddaniem wszystkie cierpienia, spowodowane przez choroby, szczególniej zaś te, jakich doznam w godzinę śmierci.

    Jezu mój, przez boleść, jakiej doznawała najświętsza Twa głowa cierniami przebita, daj, bym nigdy nie przyzwolił na myśli, które by Cię mogły obrazić.

    Jezu mój, przez owo Twe poddanie się śmierci na krzyżu, na jaką Piłat Cię skazał, udziel mi łaski, bym przyjął z poddaniem śmierć moją wraz z wszystkimi cierpieniami, jakie jej będą towarzyszyć.

    Jezu mój, przez mękę, jakiej doznałeś, niosąc krzyż na Kalwarię, spraw, bym cierpliwie znosił wszystkie krzyże swego życia.

    Jezu mój, przez owe cierpienia, jakie odczuwałeś, gdy przebijano Ci ręce i nogi, proszę Cię, byś przybił do nóg swoich mą wolę, abym tego tylko pragnął, czego Ty sobie życzysz.

    Jezu mój, przez gorycz, jakiej doznałeś, gdy napojono Cię żółcią, użycz mi łaski, bym nie obrażał Cię nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu.

    Jezu mój, przez boleść, jaką odczułeś, żegnając się na krzyżu z swą świętą Matką, uwolnij mnie od nieporządnego przywiązania do mych krewnych i w ogóle do jakiegokolwiek stworzenia, aby me serce całkowicie do Ciebie należało.

    Jezu mój, przez smutek, jakiego doznałeś przy śmierci, widząc się być opuszczonym nawet przez swego Ojca Przedwiecznego, daj mi łaskę, abym znosił spokojnie wszystkie utrapienia, nie tracąc ufności w Twej dobroci.

    Jezu mój, przez wzgląd na te trzy godziny cierpień, jakie konając na krzyżu poniosłeś, spraw, bym z poddaniem z miłości ku Tobie znosił cierpienia mego konania w godzinę śmierci.

    Jezu mój, przez tę wielką boleść, jakiej doznałeś, gdy Twa najświętsza dusza w chwili śmierci odłączyła się od Twego najświętszego ciała, udziel mi łaski, bym w chwili śmierci ofiarował Ci swe cierpienia wraz z aktem doskonałej miłości, aby następnie kochać Cię w niebie twarzą w twarz ze wszystkich sił przez całą wieczność.

    I Ty, Najświętsza Panno i Matko moja Maryjo, przez ten miecz, jaki przeszył Twe serce, gdyś ujrzała, iż ukochany Twój Syn skłania głowę i umiera, proszę Cię, abyś mi towarzyszyła w chwili śmierci, bym mógł Cię w niebie chwalić i składać Ci tam dzięki za wszystkie łaski, jakieś u Boga mi wyjednała.

    Św. Alfons Maria Liguori, Uwagi o Męce Pana Jezusa dla dusz pobożnych. Przełożył z włoskiego O. Władysław Szołdrski C. SS. R., Toruń 1931, ss. 282-285.

    Św. Alfons Maria Liguori/Uwagi o Męce Pana Jezusa dla dusz pobożnych

    Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.
    fot. screenshot – YouTube (Aleteia.pl)

    ***

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    Wspominany dziś przez Kościół założyciel zgromadzenia redemptorystów bardzo dużą wagę przykładał do częstego karmienia się przez wierzących komunią św. i przestrzegał tych, którzy pod pozorem pobożności unikają częstego umacniania się Chlebem eucharystycznym.

    XVIII-wieczny włoski święty, który zmarł na zaledwie 2 lata przed wybuchem rewolucji francuskiej, pozostawił po sobie wiele niezwykle cennych i wartościowych myśli na temat

    „Osoby, które często i z prawdziwym pragnieniem przyjmują Boga do swego serca, szybko wzrastają w miłości Bożej i czynią wielkie postępy w dążeniu do doskonałości. Pan okazuje im wielkie łaski i obdarza coraz hojniej swoją miłością”.

    „Powstrzymywanie się od przyjmowania Komunii św. nie uczyniło nikogo doskonalszym. Chrześcijanin nie staje się lepszy poprzez oddalenie od sakramentu Eucharystii”.

    „Cała doskonałość tego sakramentu polega na zjednoczeniu duszy z Panem Bogiem. Komunia jest aktem najbliższego zjednoczenia. Ponad ten akt nie można uczynić nic milszego Bogu”.

    „Kto mówi, że czuje swą niegodność, powinien wiedzieć, że im bardziej ociąga się z przystąpieniem do stołu Pańskiego, tym bardziej niegodność jego się zwiększa. Im rzadziej przyjmuje Najświętszy Sakrament, tym bardziej wzrastają jego wady, bo pozbawia się łask i pomocy duchowych, których ten sakrament jest źródłem”.

    „Bardziej pokorna jest ta osoba, która często przyjmuje komunię św. niż ta, która się wymawia od niej swoją niegodnością. Pierwsza szuka bowiem lekarstwa na swoje choroby, podczas gdy druga w rzeczywistości oddala się od Boga”.

    „Nie wymawiajmy się więc od częstej Komunii św. pod pozorem, że rzadziej będziemy ją przyjmowali z większą pobożnością. Im rzadziej bowiem karmimy się Chlebem eucharystycznym, tym trudniej jest ustrzec się grzechu i oprzeć pokusom”.

    “Sakrament Eucharystii jest dla nas obfitym źródłem światła i mocy. Przynosi nam więcej łask niż wszystkie inne sakramenty, wprowadza bowiem do dusz naszych Jezusa Chrystusa, źródło łask wszelkich”.

    św. Alfons Maria Liguori “Droga do świętości. O ćwiczeniach duchowych”, Kraków 2011

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – sierpień 2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II – ojciec „Solidarności”
    fot. Beyond Forgetting via Flickr, CC 2.0

    ***

    Św. Jan Paweł II – ojciec „Solidarności”

    „Nie byłoby sierpnia 1980 roku bez czerwca 1979 i pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do umiłowanej Polski. Papież jest ojcem Solidarności” – podkreślał kard. Stanisław Dziwisz. W 42. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych warto wrócić do słynnej homilii wygłoszonej przez papieża z Polski na placu Zwycięstwa w 1979 roku.

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Umiłowani Rodacy, Drodzy Bracia i Siostry, Uczestnicy eucharystycznej Ofiary, która sprawuje się dziś w Warszawie na placu Zwycięstwa,

    1. Razem z wami pragnę wyśpiewać pieśń dziękczynienia dla Opatrzności, która pozwala mi dziś jako pielgrzymowi stanąć na tym miejscu.

    Pragnął – wiemy, że bardzo gorąco pragnął – stanąć na ziemi polskiej, przede wszystkim na Jasnej Górze, zmarły niedawno papież Paweł VI. Pierwszy po wielu stuleciach papież-pielgrzym. Do końca życia nosił to pragnienie w swoim sercu i z nim zszedł do grobu. I oto czujemy, że pragnienie to było tak potężne i tak głęboko uzasadnione, że przerosło ramy jednego pontyfikatu i – w sposób po ludzku trudny do przewidzenia – realizuje się dzisiaj. Dziękujemy więc Bożej Opatrzności za to, że dała Pawłowi VI tak potężne pragnienie. Dziękujemy za cały ten styl papieża-pielgrzyma, jaki zapoczątkował wraz z Soborem Watykańskim II. Gdy bowiem Kościół cały uświadomił sobie na nowo, iż jest Ludem Bożym – Ludem, który uczestniczy w posłannictwie Chrystusa, Ludem, który z tym posłannictwem idzie przez dzieje, który “pielgrzymuje”, papież nie mógł dłużej pozostać “więźniem Watykanu”. Musiał stać się na nowo Piotrem pielgrzymującym, tak jak ten pierwszy, który z Jerozolimy przywędrował poprzez Antiochię do Rzymu, aby tam dać świadectwo Chrystusowi i przypieczętować je swoją krwią.

    Dzisiaj dane mi jest wypełnić to pragnienie zmarłego papieża Pawła VI wśród was, umiłowani synowie i córki mojej Ojczyzny. Kiedy bowiem – z niezbadanych wyroków Bożej Opatrzności po śmierci Pawła VI i po kilkutygodniowym zaledwie pontyfikacie mojego bezpośredniego poprzednika Jana Pawła I – zostałem głosami kardynałów wezwany ze stolicy św. Stanisława w Krakowie na stolicę św. Piotra w Rzymie, zrozumiałem natychmiast, że moim szczególnym zadaniem jest spełnienie tego pragnienia, którego Paweł VI nie mógł dopełnić na milenium chrztu Polski.

    Jako więc wasz rodak, syn polskiej ziemi, a zarazem jako papież-pielgrzym witam was wszystkich! Witam najdostojniejszego Prymasa Polski. Witam wszystkich obecnych tutaj arcybiskupów, biskupów, pasterzy Kościoła w naszej Ojczyźnie. Pozwólcie, że pośród naszych gości powitam w sposób szczególny kardynała-arcybiskupa Santo Domingo. To tam wypadało mi skierować pierwsze kroki papieskiego pielgrzymowania w miesiącu styczniu. Tam po raz pierwszy ucałowałem ziemię, na której stanęła kiedyś stopa Krzysztofa Kolumba, po której przeszły stopy tylu głosicieli Ewangelii, a wśród nich także i naszych rodaków i polskich żołnierzy. Dzisiaj, wspólnie z wami, tego świadka mojej pierwszej papieskiej podróży witam w Warszawie.
    Czyż moja pielgrzymka do Ojczyzny w roku, w którym Kościół w Polsce obchodzi dziewięćsetną rocznicę śmierci św. Stanisława, nie jest zarazem jakimś szczególnym znakiem naszego polskiego pielgrzymowania poprzez dzieje Kościoła – nie tylko po szlakach naszej Ojczyzny, ale zarazem Europy i świata?

    Odsuwam tutaj na bok moją własną osobę – niemniej muszę wraz z wami wszystkimi stawiać sobie pytanie o motyw, dla którego właśnie w roku 1978 (po tylu stuleciach ustalonej w tej dziedzinie tradycji) został na rzymską stolicę św. Piotra wezwany syn polskiego narodu, polskiej ziemi. Od Piotra, jak i od wszystkich apostołów Chrystus żądał, aby byli Jego “świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (Dz 1,8).

    Czyż przeto nawiązując do tych Chrystusowych słów, nie wolno nam wnosić zarazem, że Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa? Że właśnie stąd – z Warszawy, a także z Gniezna, z Jasnej Góry, z Krakowa, z całego tego historycznego szlaku, który tyle razy nawiedzałem w swoim życiu i który w tych dniach znów będę miał szczęście nawiedzić, że właśnie stąd ze szczególną pokorą, ale i ze szczególnym przekonaniem trzeba głosić Chrystusa?

    Że właśnie tu, na tej ziemi, na tym szlaku, trzeba stanąć, aby odczytać świadectwo Jego Krzyża i Jego Zmartwychwstania? Ale, umiłowani rodacy – jeśli przyjąć to wszystko, co w tej chwili ośmieliłem się wypowiedzieć – jakżeż ogromne z tego rodzą się zadania i zobowiązania! Czy do nich naprawdę dorastamy?

    2. Dane mi jest dzisiaj, na pierwszym etapie mojej papieskiej pielgrzymki do Polski, sprawować Najświętszą Ofiarę w Warszawie, na placu Zwycięstwa. Liturgia sobotniego wieczoru, w przeddzień Zesłania Ducha Świętego przenosi nas do wieczernika w Jerozolimie, w którym nazajutrz apostołowie – zgromadzeni wokół Maryi, Matki Chrystusa – mają otrzymać Ducha Świętego. Otrzymają Ducha, którego Chrystus im wyjednał przez krzyż, aby w mocy tego Ducha mogli wypełnić Jego polecenie.

    “Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28,19-20). W takich słowach Chrystus Pan przed swym odejściem ze świata przekazał apostołom swe ostatnie polecenie, swój “mandat misyjny”. I dodał: “A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20).

    Dobrze się stało, że moja pielgrzymka do Polski, związana z dziewięćsetną rocznicą męczeńskiej śmierci św. Stanisława, wypadła w okresie Zesłania Ducha Świętego oraz uroczystości Trójcy Przenajświętszej. W taki bowiem sposób mogę, dopełniając jakby pośmiertnie pragnienia Pawła VI, przeżyć raz jeszcze tysiąclecie chrztu na ziemi polskiej i wpisać tegoroczny Stanisławowy jubileusz w to tysiąclecie, z którego wzięły początek całe dzieje narodu i Kościoła.

    Właśnie uroczystość Zesłania Ducha Świętego oraz Trójcy Przenajświętszej szczególnie nas przybliża do tego początku. W apostołach, którzy otrzymują Ducha Świętego w dzień Zielonych Świąt, są już niejako duchowo obecni wszyscy ich następcy, wszyscy biskupi, również ci, którym od tysiąca lat wypadło głosić Ewangelię na ziemi polskiej. Również ten Stanisław ze Szczepanowa, który swoje posłannictwo na stolicy krakowskiej okupił krwią przed dziewięcioma wiekami.
    I są w tych apostołach i wokół nich – w dniu Zesłania Ducha Świętego – zgromadzeni nie tylko przedstawiciele tych ludów i języków, które wymienia księga Dziejów Apostolskich. Są wokół nich już wówczas zgromadzone różne ludy i narody, które przyjdą do Kościoła poprzez światło Ewangelii i moc Ducha Świętego w różnych epokach, w różnych stuleciach. Dzień Zielonych Świąt jest dniem narodzin wiary i Kościoła również na naszej polskiej ziemi. Jest to początek przepowiadania wielkich spraw Bożych również w naszym polskim języku. Jest to początek chrześcijaństwa również w życiu naszego narodu: w jego dziejach, w jego kulturze, w jego doświadczeniach.

    Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa.

    I dlatego Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię. Dzieje ludzi! Dzieje narodu są przede wszystkim dziejami ludzi. A dzieje każdego człowieka toczą się w Jezusie Chrystusie. W Nim stają się dziejami zbawienia.

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła. Otóż tego, co naród polski wniósł w rozwój człowieka i człowieczeństwa, co w ten rozwój również dzisiaj wnosi, nie sposób zrozumieć i ocenić bez Chrystusa. “Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus” (Piotr Skarga, Kazania sejmowe). Trzeba iść po śladach tego, czym – a raczej kim – na przestrzeni pokoleń był Chrystus dla synów i córek tej ziemi. I to nie tylko dla tych, którzy jawnie weń wierzyli, którzy Go wyznawali wiarą Kościoła. Ale także i dla tych, pozornie stojących opodal, poza Kościołem. Dla tych wątpiących, dla tych sprzeciwiających się.

    3. Jeśli jest rzeczą słuszną, aby dzieje narodu rozumieć poprzez każdego człowieka w tym narodzie – to równocześnie nie sposób zrozumieć człowieka inaczej jak w tej wspólnocie, którą jest jego naród. Wiadomo, że nie jest to wspólnota jedyna. Jest to jednakże wspólnota szczególna, najbliżej chyba związana z rodziną, najważniejsza dla dziejów duchowych człowieka. Otóż nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbe w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego jeszcze jednego i tego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus.

    Tysiąclecie chrztu Polski, którego szczególnie dojrzałym owocem jest św. Stanisław – tysiąclecie Chrystusa w naszym wczoraj i dzisiaj – jest głównym motywem mojej pielgrzymki, mojej dziękczynnej modlitwy wspólnie z wami wszystkimi, drodzy rodacy, których Jezus Chrystus nie przestaje uczyć wielkiej sprawy człowieka. Z wami, dla których Chrystus nie przestaje być wciąż otwartą księgą nauki o człowieku, o jego godności i jego prawach. A zarazem nauki o godności i prawach narodu.

    Księże Prymasie! Pragnę tę Najświętszą Ofiarę wspólnie z braćmi biskupami i kapłanami złożyć we wszystkich intencjach, które Wasza Eminencja wymienił na początku.

    W dniu dzisiejszym na tym placu Zwycięstwa w stolicy Polski proszę wielką modlitwą Eucharystii wspólnie z wami, aby Chrystus nie przestał być dla nas otwartą księgą życia na przyszłość. Na nasze polskie jutro.

    4. Stoimy tutaj w pobliżu Grobu Nieznanego Żołnierza. W dziejach Polski – dawnych i współczesnych – grób ten znajduje szczególne pokrycie. Szczególne uzasadnienie. Na ilu to miejscach ziemi ojczystej padał ten żołnierz. Na ilu to miejscach Europy i świata przemawiał swoją śmiercią, że nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie? Na ilu to polach walk świadczył oprawach człowieka wpisanych głęboko w nienaruszalne prawa narodu, ginąc “za wolność naszą i waszą”? “Gdzie są ich groby, Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej – i Bóg wie na niebie!” (Artur Oppman, Pacierz za zmarłych).

    Dzieje Ojczyzny napisane przez Grób jednego Nieznanego Żołnierza. Przyklęknąłem przy tym grobie, wspólnie z Księdzem Prymasem, aby oddać cześć każdemu ziarnu, które – padając w ziemię i obumierając w niej – przynosi owoc. Czy to będzie ziarno krwi żołnierskiej przelanej na polu bitwy, czy ofiara męczeńska w obozach i więzieniach. Czy to będzie ziarno ciężkiej, codziennej pracy w pocie czoła na roli, przy warsztacie, w kopalni, w hutach i fabrykach. Czy to będzie ziarno miłości rodzicielskiej, która nie cofa się przed daniem życia nowemu człowiekowi i podejmuje cały trud wychowawczy. Czy to będzie ziarno pracy twórczej w uczelniach, instytutach, bibliotekach, na warsztatach narodowej kultury. Czy to będzie ziarno modlitwy i posługi przy chorych, cierpiących, opuszczonych. Czy to będzie ziarno samego cierpienia na łożach szpitalnych, w klinikach, sanatoriach, po domach: “wszystko, co Polskę stanowi”. Skąd przychodzą te słowa? Księże Prymasie, tak głosi Akt milenijny, złożony przez ciebie i Episkopat Polski na Jasnej Górze: “wszystko, co Polskę stanowi”. To wszystko w rękach Bogarodzicy – pod krzyżem na Kalwarii i w wieczerniku Zielonych Świąt.

    To wszystko: dzieje Ojczyzny, tworzone przez każdego jej syna i każdą córkę od tysiąca lat – i w tym pokoleniu, i w przyszłych – choćby to był człowiek bezimienny i nieznany, tak jak ten żołnierz, przy którego grobie stoimy…

    To wszystko: i dzieje ludów, które żyły wraz z nami i wśród nas, jak choćby ci, których setki tysięcy zginęły w murach warszawskiego getta.

    To wszystko w tej Eucharystii ogarniam myślą i sercem i włączam w tę jedną jedyną Najświętszą Ofiarę Chrystusa na placu Zwycięstwa.

    I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:

    Niech zstąpi Duch Twój!
    Niech zstąpi Duch Twój!
    I odnowi oblicze ziemi.
    Tej Ziemi!

    Amen.

    31.08.2022/sanctus.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is Largs-Pl.jpg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot. Magdalena Pijewska/Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Chodzi więc nie o oglądanie widocznych przymiotów sakramentalnych postaci eucharystycznych, ale o kontemplowanie samej istoty Boga, tego, kim On jest i co dla nas robi.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ksiądz biskup Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 SIERPNIA – SOBOTAKOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXII NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 28 SIERPNIA, Z RACJI DOROCZNEJ PIELGRZYMKI DO CARFIN, NIE BĘDZIE MSZY ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    Exodus, mozaika z Centrum JP2 w Krakowie
    Exodus, mozaika o. Marka Ivana Rupnika SJ/Sanktuarium św.Jana Pawła II w Krakowie-Łagiewnikach/ fot.s. Amata CSFN
    ___________________________________________________________________________________________

    Każdego roku w ostatnią niedzielę sierpnia Polacy mieszkający w Szkocji pielgrzymują do szkockiego sanktuarium w Carfin, aby wspólnie modlić się i duchowo łączyć z Matką Bożego Syna, która jest i naszą Matką co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie


    24.09.2021 | Michał Jarka (Radio BOBOLA)/fot. Michał Jarka/Sancta Familia Media/Carfin Grotto

    Pielgrzymowanie Polaków do Carfin ma swój początek jeszcze w czasach II wojny światowej. To tutaj przybywali w wojskowych mundurach razem ze swoim polowym Księdzem Biskupem Józefem Gawliną. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził był Szkocję nasz wielki Rodak.

    ______________________________________________

    Z GLASGOW ORGANIZOWANA JEST JUŻ TRADYCYJNIE PIESZA PIELGRZYMKA.

    KAŻDY UCZESTNIK IDZIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ, A MŁODZIEŻ NIEPEŁNOLETNIA  MUSI BYĆ POD OPIEKĄ OSOBY DOROSŁEJ.

    ZBIÓRKA  I WYMARSZ – OKOŁO GODZ. 8.00 RANO Z  PARKINGU MORRISONS W CAMBUSLANG.

    PO DRODZE BĘDZIEMY MODLIĆ SIĘ PRZESUWAJĄC PACIORKI RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO.

    DŁUGOŚĆ TRASY – OKOŁO 25  KMCZĘSTO  POLNYMI ŚCIEŻKAMI. OZNACZA TO OKOŁO  6 – 7 GODZIN INTENSYWNEGO  MARSZU I KRÓTKIE POSTOJE.

    JEST MOŻLIWOŚĆ DOŁĄCZENIA DO PIELGRZYMKI PODCZAS PLANOWEGO POSTOJU  W BLANTYRE  PRZY MUZEUM DAVIDA LIVINGSTONE  OKOŁO GODZ. 11-TEJ.

    ZAINTERESOWANYCH PROSIMY O KONTAKT NA MAILA:  rozaniec@kosciolwszkocji.org,  DODAMY DO GRUPY PIELGRZYMKOWEJ NA WHATSAPPIE

    W CARFIN CENTRALNYM PUNKTEM PIELGRZYMKI JEST MSZA ŚW. O GODZ. 16:00 W TYM ROKU BĘDZIE JEJ PRZEWODNICZYŁ KSIĄDZ ARCYBISKUP ADRIAN GALBAS, PALLOTYN, KOADIUTOR ARCHIDIECEZJI KATOWICKIEJ.

    POCZĄTEK PIELGRZYMKI O GODZ. 14.00

    PROCESJA RÓŻAŃCOWA ZAKOŃCZY SIĘ ADORACJĄ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM PRZY POLSKIEJ KAPLICY.

    O GODZ. 15.00 – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA I SAKRAMENT POJEDNANIA W KOŚCIELE.

    ____________________________________________________________________________________________________________

    Bp Turzyński: przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej w Szwajcarii oddaliśmy pod Jej opiekę Polskę i Polaków

    Udaliśmy się do obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Tam oddaliśmy pod Jej opiekę Polskę całą i Polaków, gdziekolwiek mieszkają. To bardzo piękny i wzruszający moment – powiedział portalowi polskifr.fr delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Piotr Turzyński, który w miniony weekend przewodniczył Ogólnoszwajcarskiej Pielgrzymce Polonii na Wielką Przełęcz Świętego Bernarda.

    Archiwum bp. Turzyńskiego

    ***

    Od 2008 r. Polacy mieszkający w Szwajcarii pielgrzymują na Wielką Przełęcz Świętego Bernarda, która ma 2469 m n.p.m. Zlokalizowana jest na granicy szwajcarsko-włoskiej. „Jest tam kaplica i schronisko, hospicjum prowadzone przez Kanoników Regularnych św. Bernarda. W tym kościółku w kaplicy bocznej jest umieszczony obraz Matki Bożej Jasnogórskiej” – poinformował bp Turzyński.

    Ciekawa jest historia tego obrazu. Namalował go legionista, który walczył w Legionach Piłsudskiego – Edmund Ernest-Kosmowski. Obraz ten został umieszczony po wojnie na tej Przełęczy. Jak przypomniał delegat KEP, Przełęcz jest bardzo ważnym miejscem komunikacyjnym na trasie pielgrzymkowej z Canterbury do Rzymu. To jest tzw. Via Francigena czyli Droga Franków, którą wędrowali pielgrzymi z Europy do Rzymu, do Grobu Apostołów. „Pięknie, że Polacy mają tu swoje miejsce” – dodał bp Turzyński.

    Archiwum bp. Turzyńskiego

    ***

    Pielgrzymka Polonii jest organizowana rokrocznie w ostatni weekend sierpnia, w okolicach uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej.. „Polacy chcą oddać cześć Maryi i prosić o łaski. Słyszałem, że wielu pielgrzymów w tym miejscu otrzymało łaski od Matki Bożej. Ich modlitwy zostały wysłuchane. Podjęliśmy również i w tym roku tę piękną tradycję” – podkreślił delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej.

    W tegorocznej pielgrzymce uczestniczyło ponad 200 pielgrzymów. Część z nich wędrowała pieszo. Wśród pielgrzymujących byli także Wojownicy Maryi, którzy nieśli figurę Matki Bożej Fatimskiej. „To było dla nich wielkie wydarzenie. Przyjechali też tacy pielgrzymi, którzy nie mogli wędrować pod górę. Była także grupa sześciorga młodych ludzi, którzy przyjęli sakrament bierzmowania. Uroczystość była bardzo podniosła” – poinformował bp Turzyński.

    W kazaniu delegat KEP zwrócił uwagę na trzy kwestie. Maryja jest Królową Polski, która wybrała sobie Polaków. Polacy obrali ją na Królową w uroczystych Ślubach Jana Kazimierza. Maryja opiekuje się polskim narodem w ciągu jego niełatwych dziejów. Biskup mówił również, że chrześcijanin jest człowiekiem, który wie skąd wychodzi i dokąd zmierza. „Nie jesteśmy włóczęgami, ale wyszliśmy od Boga Stwórcy i zmierzamy do wieczności. Ważne jest, żebyśmy pamiętali o celu naszego życia” – mówił biskup. Delegat KEP przypomniał, że bierzmowanie jest potwierdzeniem tego, co otrzymaliśmy na chrzcie św. Ducha Święty umacnia bierzmowanych, aby odważnie świadczyli o wierze.

    Pielgrzymi po Mszy św. udali się do obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. „Tam oddaliśmy pod Jej opiekę Polskę całą i Polaków, gdziekolwiek mieszkają. To bardzo piękny i wzruszający moment. Bierzmowani przynieśli Matce Bożej w imieniu nas wszystkich kosz biało-czerwonych róż. To był dar naszych serc. Zakończyliśmy apelem” – podsumował bp Turzyński.

    Po zakończonych uroczystościach odbył się piknik.

    Bp Turzyński zatrzymał się w Marly, niedaleko Fryburga, w Polskiej Misji Katolickiej założonej przez o. Józefa Marię Bocheńskiego, który wiele lat pracował na uniwersytecie we Fryburgu, gdzie był rektorem. On wykupił ziemię i wybudował miejsce dla Polaków – dom z kaplicą. Koordynatorem PMK w Szwajcarii jest ks. prof. Krzysztof Wojtkiewicz. Bp Piotr wyraził wdzięczność koordynatorowi szwajcarskiej PMK za gościnę i wzorową organizację.

    „W tym roku jak zawsze dopisała pogoda. Przybyło wiele osób, z czego bardzo się cieszymy. Szczególnym wydarzeniem było też udzielenie sakramentu bierzmowania przez ks. bp. Piotra Turzyńskiego. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni. Pielgrzymka skończyła się piknikiem. Chcemy w przyszłym roku również wyruszyć na tę trasę” – powiedział ks. prof. Wojtkiewicz.

    „Bardzo się cieszę, że mogłem uczestniczyć w dorocznej pielgrzymce Polaków na Wielką Przełęcz Świętego Bernarda. Byłem zaskoczony liczbą uczestników, którzy pieszo pokonali dystans przez góry, ale także wiarą w czasie tej pielgrzymki. Pielgrzymi nieśli wielką figurę Matki Bożej Fatimskiej. Z wieloma miałem okazję porozmawiać. Prawie cały czas spowiadałem. To było dla mnie także wielką radością. Oprócz pięknych duchowych uniesień nie zabrakło oczywiście niezapomnianych widoków; pogoda była wspaniała i przede wszystkim było to piękne doświadczenie: coś dla ciała, coś dla ducha.. Serdecznie polecam wszystkim, którzy może myślą o takiej pielgrzymce w przyszłości” – zachęcił ks. Kordian Broniarczyk, uczestnik pielgrzymki.

    „Dla nas Polaków mieszkających w Szwajcarii jest to miejsce szczególne, bardzo ważne, takie nasze. Znajduje się tam obraz naszej Matki Bożej Częstochowskiej. Pojechaliśmy tam z mężem, aby podziękować Matce Bożej za otrzymane łaski, za wsparcie, za łaskę zdrowia, ale też prosić o dalsze wsparcie, dalsze błogosławieństwo dla naszej rodziny. Byliśmy tam też po to, aby swoją modlitwą, swoją obecnością dać świadectwo łączności ze wspólnotą, z innymi Polakami, świadectwo wiary i miłości do Matki Bożej. Mocno zachęcam do pielgrzymowania fizycznego i duchowego. Z serca polecam naszą pielgrzymkę. Zapraszam serdecznie do Szwajcarii na Przełęcz w przyszłym roku” – powiedziała Ewa Lenart ze Szwajcarii.

    „Pochodzę z Radomia. Przyjechałem tu pierwszy raz, aby uczestniczyć w pielgrzymce do Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda do obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Jestem przeszczęśliwy, zbudowany postawą Polonii szwajcarskiej, która krzewi tu polskość i pokazuje, że jesteśmy jako naród katolikami. Pomimo wieku udało mi się przejść całą drogę pielgrzymki, bo miałem różne intencje. Dziękuję Panu Bogu, że tu jestem. Widziałem też prześliczne widoki. Poznałem wspaniałych Polaków tu mieszkających” – podkreślił inny z uczestników, Wojciech Danisz z Radomia.

    polskifr.fr/Family Service News/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 SIERPNIA WTOREK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 18.30 – KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ***

    Od 22 lutego w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również jest zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    ks. Robert Szkrzypczak tłumaczy na czym polega sekret życia z Chrystusem:

    … “Biskup Karol Wojtyła w czasie Soboru Watykańskiego II domagał się przywrócenia inicjacji chrześcijańskiej jako klucza do odnowionego duszpasterstwa. „Inicjacja nie dokonuje się przez sam tylko chrzest, ale też przez katechumenat, kiedy człowiek dorosły jest przygotowywany do kierowania całym swym życiem w sposób chrześcijański” – tłumaczył. I dodał: „Takie rozszerzenie pojęcia »inicjacji chrześcijańskiej« powinno mieć wielkie znaczenie szczególnie w naszych czasach, kiedy nawet ludzie ochrzczeni nie są wystarczająco wprowadzeni w całą prawdę życia chrześcijańskiego”. W Katechizmie Kościoła Katolickiego proponowany jest tak zwany „katechumenat pochrzcielny”, mający służyć tym, którzy nie odebrali odpowiedniej formacji duchowej i moralnej. Z coraz większym trudem i mniejszym skutkiem radzą sobie w tym względzie rodzina, szkoła i parafia.

    Takiej poważnie potraktowanej, mądrej i sięgającej w głąb ludzkiej duszy formacji – podobnej do tej, jaką proponował Kościół ludziom w pierwszych wiekach chrześcijaństwa – domaga się ważnie przez nas przyjęty chrzest, który jest zbyt cenną perłą, aby miała ona spoczywać zakopana w glebie obojętności czy ignorancji. Idea ponownego odkrycia tego sakramentu oznacza sięgnięcie do skarbca dóbr duchowych, które już potencjalnie czynią nas Bożymi milionerami, świętymi. Według Jana Pawła II samo życie po chrzcie „staje się niejako wtórnym katechumenatem” i domaga się „wewnętrznej gotowości trwania w wierze i rozwijania się w wierze”. Jak stwierdził Benedykt XVI, wielu chrześcijan znajduje się nieustannie „na etapie katechumena”. A szwajcarski kardynał Kurt Koch pewnego razu zauważył: „Ponieważ nie możemy więcej w naszym zachodnim społeczeństwie żyć z zamkniętymi oczami wobec wyzwań misyjnych, musimy dostrzec szansę duszpasterską w ponownym odkryciu katechumenatu. Jego przywrócenie okazuje się kwestią życia i przeżycia także w odniesieniu do tradycyjnych Kościołów”. Wszelki kryzys w Kościele może być przełamany tylko siłą nawrócenia. A to oznacza powrót do Chrystusa i do życia „ukrytego z Nim”. By zaś katolicy mogli odzyskać swą chrześcijańską dumę i tożsamość, potrzebują zanurzyć się ponownie w swój chrzest. To za jego sprawą można mówić nie tylko o różnicy, lecz wręcz o przepaści między człowiekiem „naturalnym”, który bazuje na własnych zasobach psychiczno-duchowych, a chrześcijaninem obdarzonym nową naturą, otrzymaną od Boga w Chrystusie.”

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________________________________________________________________________

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC SIERPIEŃ 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, aby mali i średni przedsiębiorcy, poważnie dotknięci kryzysem gospodarczym i społecznym, znaleźli środki niezbędne do kontynuowania swojej działalności w służbie społeczności, w których żyją.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * 22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą wspólnotą do dyspozycji naszej Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    *** 

    Intencja dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II)

    i św. Moniki: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 19 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 18 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – (brakuje jeszcze 3 osoby do kompletu)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozżarzone węgle

    Rozżarzone węgle
    ISTOCKPHOTO

    *****

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za wstawiennictwem św. Michała Archanioła

    fot. Wikimedia commons / Domena publiczna

    ***

    Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce,
    a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną.
    Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy,
    a Ty, Wodzu niebieskich zastępów,
    szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
    mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    ***

    Zanim zadzwonisz do egzorcysty…

    Demony można „widzieć” wszędzie albo wcale ich nie zauważać. Problemem jest uchwycenie właściwej perspektywy. Świat jest w rękach Boga.

    Faktem jest, że dziś poszukuje się egzorcystów, choć przed kilkoma laty tego zjawiska nie było. Jeżeli nie będziemy ostrożni i nie przejmiemy się wskazaniami Kościoła, to owo poszukiwanie egzorcystów może stać się taką samą formą zabobonu, jak np. zwracanie się o pomoc do magów” (ks. Gabriele Amorth, Egzorcyści i psychiatrzy, s. 137-138).

    Gdzie ta trucizna?

    Te słowa ks. Amortha, specjalisty w zakresie egzorcyzmów, przypominają, że ten temat, jak wiele innych, można potraktować z przesadą lub lekceważeniem. Demony można „widzieć” wszędzie albo wcale ich nie zauważać. Problemem jest uchwycenie właściwej perspektywy. W pewnym filmie dokumentalnym poświęconym katastrofie w Czarnobylu dziennikarz zapytał staruszka, który nie zgodził się na ewakuację: „Pan się nie boi? Przecież tu wszystko zatrute!”. W odpowiedzi usłyszał: „Gdzie ta trucizna, przecież nic nie śmierdzi”. Wielu dzisiaj sądzi, że diabeł powinien zalatywać siarką i mieć widły. On jednak, parafrazując tytuł znanego filmu, „ubiera się u Prady”. Drugą skrajnością jest zapominanie o tym, że świat jest w rękach Boga i do Niego należy ostatnie słowo. Wówczas każde nieszczęście, kłopot i grzech zrzuca się na demony. Zdaniem ks. Amortha, przyczyną takiej sytuacji jest „brak wiary, połączony z całkowitą ignorancją religijną” (tamże, s. 138).

    Gdy omawia się ten problem, nie można pominąć jeszcze jednej sprawy. W Polsce jest zarejestrowanych ok. 15 tys. firm zajmujących się przepowiadaniem przyszłości oraz ponad 100 tys. wróżek i jasnowidzów. Ponadto w 2010 r. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na listę oficjalnych zawodów wpisało wróżbitów, astrologów, bioenergoterapeutów i radiestetów. To wszystko rodzi realne zagrożenia i problemy duchowe.

    5 środków zaradczych

    Co zatem robić? Odpowiedź ks. Amortha jest jednoznaczna: „Z pewnością błędem jest gorączkowe poszukiwanie egzorcysty. Pierwszym krokiem, który należy uczynić, jest na pewno oddanie się pod opiekę kochającego Boga” (Egzorcyści…, s. 139). Egzorcyści podkreślają, że relacja z Bogiem jest fundamentalna. Nie wolno pozwolić na jej osłabienie, zakłócenie czy zaburzenie. Obroną są sakramenty, ale Bóg nie może działać bez zgody człowieka, bez jego wiary.

    Cóż więc trzeba zrobić, jeśli mamy uzasadnione podejrzenie, że za naszymi problemami stoją złe moce? Doświadczenia egzorcystów wskazują następujące środki zaradcze:

    1. Spowiedź i związane z nią życie w łasce uświęcającej. Szwajcarska stygmatyczka Adrienne von Speyr radzi: „Spowiedź stanowi najlepszą ochronę przed demonami”. Ksiądz Amorth nazwał ten sakrament „pierwszym egzorcyzmem”. Zanim więc zadzwoni się do egzorcysty, trzeba pójść do spowiedzi, najlepiej generalnej, i pamiętać o związanych z nią przebaczeniu i postanowieniu poprawy! Należy pamiętać, że grzechy zatajone w konfesjonale mają moc przyciągania złych duchów. Przystępowanie do Komunii św. bez spowiedzi, co stało się nagminne na Zachodzie, nie przynosi błogosławieństwa, lecz przekleństwo, bo jest świętokradztwem.

    2. Drugim środkiem zaradczym jest Najświętsza Eucharystia. Oddajmy znowu głos ks. Amorthowi, który stwierdza, że zarówno Eucharystia, jak i spowiedź mają większą wartość i moc niż egzorcyzmy. „Jednak ludzie zazwyczaj są leniwi i chcą, aby inni wszystko za nich zrobili, wyzwalając ich z własnych problemów. Najczęściej właśnie brakuje im w tej dziedzinie osobistego zaangażowania” (Egzorcyści…, s. 141). Nie bez powodu w okresie wychodzenia ze zniewolenia egzorcyści zalecają przyjmowanie codziennie nawet dwukrotnie Komunii św. – rano i wieczorem.

    3. Kolejną pomocą otrzymaną od Boga w tym zakresie, a jednocześnie powszechnie dostępną, jest Biblia. Lektura Pisma Świętego jest ważną częścią liturgii egzorcyzmu, podczas którego zawsze czytane są Ewangelia oraz jeden z psalmów.

    4. Modlitwa to kolejny środek obrony przed atakami demonów. Szczególnie skuteczne są modlitwy biblijne oraz Różaniec. Modlitwy skierowane do Matki Bożej są uciekaniem się pod opiekę Królowej Aniołów, której boją się wszelkie złe duchy. Wielką moc mają także Koronka do Bożego Miłosierdzia i litanie. Modlitwa powinna być odmawiana z wiarą, systematycznie i pobożnie. Osoba poszukująca pomocy najpierw powinna zacząć się codziennie modlić i prowadzić uporządkowane życie sakramentalne. Ksiądz Amorth w swoich Wspomnieniach egzorcysty napisał: „Jeśli ktoś żyje w łasce Bożej i prowadzi życie modlitwy, zło z trudem go dosięgnie. Z wielkim trudem” (s. 119).

    5. Ostatnim środkiem, po który warto sięgnąć przed zadzwonieniem do egzorcysty, są sakramentalia – woda święcona, relikwie świętych, błogosławieństwa, święte wizerunki, egzorcyzmowane sól i oliwa… Katechizm Kościoła Katolickiego tak o nich pisze: „Są to święte znaki, które na podobieństwo sakramentów wskazują przede wszystkim na duchowe dobra, osiągane dzięki wstawiennictwu Kościoła. Przygotowują one ludzi do przyjęcia właściwego skutku sakramentów i uświęcają różne okoliczności życia” (nr 1667). Egzorcyści zgodnie zaświadczają, że skuteczność sakramentaliów widać wyraźnie podczas egzorcyzmów. Oczywiście, muszą być one używane z wiarą, poprawnie, bez popadania w myślenie magiczne. Uwagę zwraca fakt, że ludzie opętani, którzy przyjeżdżają do Polski, zwłaszcza zza wschodniej granicy, doznają w Polsce dziwnego uczucia. Egzorcyści wiążą to z tym, że Polska jest w porównaniu z innymi państwami krajem omodlonym, z wielką liczbą kościołów, kapliczek, miejsc poświęconych Bogu. We wszystkich tych miejscach codziennie sprawowana jest Eucharystia, codziennie modlą się ludzie. To tworzy niezwykłą wprost atmosferę duchową.

    Nie od razu karetka

    Celem niniejszego artykułu nie było przekonanie, że egzorcyzmy nie są potrzebne, ale przypomnienie innych sposobów walki ze złem i radzenia sobie w chwilach realnych duchowych zagrożeń. Skaleczywszy się przy goleniu, nie trzeba zaraz wzywać karetki pogotowia, a gdy przeżywamy ataki zła, niekoniecznie natychmiast potrzebujemy egzorcyzmów. Oczywiście poza dyskusją pozostawiamy wszelkie przypadki chorób psychicznych, gdy bardziej potrzebny jest psychiatra niż kapłan. Benedykt XVI w artykule Kościół a skandal wykorzystywania seksualnego, szukając dróg pokonania tragicznego zła pedofilii, napisał: „Moc zła wynika z naszej odmowy kochania Boga. Odkupiony jest ten, kto powierza się miłości Boga. Nauka kochania Boga jest zatem drogą odkupienia ludzi”.

    ks. Jarosław Kaźmierczak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 SIERPNIA – PONIEDZIAŁEK – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ

    Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

    “Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

    papież Pius XII

    W Konstytucji dogmatycznej o Kościele “Lumen gentium” również pojawia się tytuł Maryi Królowej:

    “Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

    Sanktuarium św.Jana Pawła II w Krakowie-Łagiewnikach/o. Marko Ivan Rupnik SJ

    Scena ukoronowania Matki Bożej na Królową nieba i ziemi przez Jej Syna a Pana naszego Jezusa Chrystusa, ukazuje prawdziwy sens ludzkiego życia, które zmierza do świętości. Najświętsza Maryja Panna przedstawia tutaj także całe Mistyczne Ciało, jakim jest Kościół.

    MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą wspólnotą do dyspozycji naszej Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 SIERPNIA – PIĄTEK – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ CZĘSTOCHOWSKIEJ

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    W roku 1957 Prymas Polski Kardynał Stefan Wyszyński zabiera do Rzymu wierną kopię Jasnogórskiego Obrazu, przeznaczoną na wędrówkę po całym kraju. Papież Pius XII uroczyście poświęca ja i błogosławi plan peregrynacji.

    26 sierpnia Pani Jasnogórska w swoim nowym, pięknym wizerunku, wychodzi z Jasnej Góry, aby nawiedzić każdą świątynię, aby spojrzeć w ręce każdego Polaka. W każdej parafii obraz przebywa 24 godziny. W tym czasie nieustannie odprawiane są Msze św., trwają adoracje i modlitwy. Ludzie wypraszają u Matki i Królowej niezliczone łaski.

    Oto jedna z nich według relacji pewnej kobiety: „Dwóch moich braci przestało praktykować. Od kilku lat nie spowiadali się… Błagałam Matkę Boża, by ratowała wiarę moich braci. Chciałam ich przygotować do uroczystości Nawiedzenia, ale bałam się, aby moje namowy nie miały odwrotnego skutku. Tak już nieraz, niestety, bywało. Ufałam, że tym razem Matka Boża przyjdzie mi z pomocą. Razem z kolegami w pracy postanowiliśmy kupić kwiaty dla naszej Matki. Nie było ich na miejscu. Poszłam więc do najstarszego brata i mówię: ponieważ jeździsz do pracy do miasta, musisz mi kupić kwiaty. Zaraz się zainteresował, z jakiej okazji. Odpowiedziałam mu, jak tylko umiałam, o wędrówce Królowej Polski. Zaczął wypytywać o szczegóły. Czułam, że Ona sama mi pomaga. Za kilka dni uklękłam w kościele, aby przyjąć Komunię św. Podnoszę oczy i widzę naprzeciw obu moich braci, również oczekujących na Pana Jezusa. Wierzę, że to Najświętsza Panna doprowadziła ich do spowiedzi”.

    W roku 1966 Obraz odstawiono na Jasna Górę z nakazem niewywożenia go stamtąd. Nawiedzenie jednak trwa nadal. Płonąca świeca i pusta rama symbolicznie przedstawiają duchowa obecność Królowej Narodu. Łaski nawróceń nie są mniejsze. 80 – 90 procent ludzi, czasem wszyscy mieszkańcy danej miejscowości przystępują do sakramentów świętych. Tak trwa do 18 czerwca 1972 roku. Od tego czasu bez przeszkód Jasnogórska Matka znowu w swoim budzącym zachwyt wizerunku jedna swe dzieci ze swoim Synem. Wędruje ciągle, niestrudzenie po polskich wioskach i miastach.

    Tymczasem powstają inne kopie Jasnogórskiego Obrazu. Za ich pośrednictwem Królowa Polski pomaga swoim dzieciom w Australii, w Afryce, a także w Ameryce, gdzie wiele polskich parafii, drużyn harcerskich i różnych organizacji polonijnych czci obraz Częstochowskiej Pani. Na szczególną uwagę zasługuje kult Jasnogórskiej Maryi w Amerykańskiej Częstochowie w Doylestown.

    Wśród setek polskich sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie to sanktuarium nawiedza od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.

    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz).W rękopisie tym czytamy:

    Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełzkim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk, zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy mgła otoczyła nieprzyjaciół, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieść obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.

    Dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi, obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

     25 sierpnia 2020/wobroniewiary

    ***

    Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
    Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
    i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
    Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
    Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
    była rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim.
    Amen. 

    ***

    Matka Boska Częstochowska w kulcie i kulturze polskiej

    Ks. Janusz Pasierb: Matka Boska Częstochowska w kulcie i kulturze polskiej

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski. Już w 1655 roku król szwedzki Karol Gustaw pisał do generała Mullera, że „atakowanie obrazu Maryi wywoła u Polaków jeszcze większy gniew”. Potwierdzić się to miało na początku XVIII wieku w dobie rozdarcia Polski między „Sasem” i „Lasem” – Augustem II i Stanisławem Leszczyńskim – pisał ksiądz Janusz Pasierb o kulcie Najświętszej Maryi Panny na Jasnej Górze. Przypominamy ten tekst w przededniu Święta Matki Boskiej Częstochowskiej.

    Zacznijmy od początków, od historii i legendy Jasnej Góry. Cofnijmy się do roku 1382, kiedy to – jak wynika z najstarszych, niezbyt pewnych dokumentów – przybyli z Węgier paulini obejmują parafię Najświętszej Maryi Panny na górze Starej Częstochowy. Była to prawdopodobnie fundacja króla Ludwika Węgierskiego. Do parafii należały dwie wsie i huta żelaza, którą oddano paulinom w użytkowanie.
    Najbardziej przydatny do rekonstrukcji początkowych dziejów Jasnej Góry jest tekst Translacio tabule. Zachowany egzemplarz pochodzi z pierwszej połowy XV wieku, oryginał natomiast jest prawdopodobnie wcześniejszy. Jest tam mowa o wykonanym z drzewa cyprysowego „stole Świętej Rodziny”, na którym – jak chce legenda – Święty Łukasz miał namalować wizerunek Matki Boskiej. Fakt, że w cudownie przeniesionym do Loreto domu Świętej Rodziny nie ma stołu, nie zawsze był dla Polaków koronnym dowodem prawdziwości opisanej wyżej historii. Czytając Translacio tabule, dowiadujemy się, że wizerunek Matki Boskiej został namalowany w trzynaście lat po śmierci Chrystusa, że był następnie przechowywany w Jerozolimie, skąd zabrał go do Konstantynopola Konstantyn Wielki. Jak podaje kodeks starosłowiański, opublikowany przez Zimorowica, w roku 1278 obraz stał się własnością księcia Lwa (Leona) i książąt lwowskich. W czasie wojny prowadzonej przez Ludwika Węgierskiego, Władysław Opolczyk, namiestnik króla na Rusi, znalazł obraz w Bełzie i stamtąd zabrał go do Polski, do Częstochowy. Według Piotra Risiniusa i jego Historia pulchra z 1523 roku, obraz miał dotrzeć do Częstochowy 31 sierpnia 1384 roku. Tyle źródła najwcześniejsze.

    Legendarne czy historyczne informacje podane wyżej nie dotyczą jednak tego obrazu, który znamy dzisiaj. Aktualna wersja wizerunku Matki Boskiej pochodzi z lat 1431-1433. Został on namalowany według bizantyjskiego wzoru przez malarzy z zachodniej Europy. Jego najstarszy opis zawdzięczamy Janowi Długoszowi: dziejopis zawarł go w Liber beneficiorum, relacjonując, że w klasztorze jasnogórskim „pokazują obraz Maryi przechwalebnej i najczcigodniejszej dziewicy, władczyni świata i naszej, dziwnym a rzadko spotykanym kunsztem wykonany, o bardzo łagodnym wyrazie twarzy, z którejkolwiek strony by mu się przyglądać. Mówią, że jest jednym z tych, które namalował własnoręcznie Święty Łukasz Ewangelista (…). Spoglądających na ten obraz przenika szczególna pobożność, jakbyś patrzył na żywą osobę”.

    Aktualna wersja wizerunku Matki Boskiej pochodzi z lat 1431-1433. Został on namalowany według bizantyjskiego wzoru przez malarzy z zachodniej Europy

    Chcąc relacjonować dzieje wizerunku, trzeba wspomnieć o wydarzeniu, które ze względu na pewien pietyzm czy uczucie czci nie było do niedawna zbyt dobrze znane. Opisuje je Długosz w Historiae Polonicae libri XIII. W czasie, gdy z całej Polski i z krajów sąsiednich, a szczególnie ze Śląska, Moraw, Prus, Węgier, ciągnęły z darami ogromne rzesze pielgrzymów, gdy kult obrazu jasnogórskiego stawał się coraz żywszy i powszechniejszy, w czasie Wielkiej Nocy 1430 roku doszło do aktu świętokradztwa. Jedna z grasujących wówczas band rozbójników, składająca się z Polaków, Czechów, Niemców, Rusinów, zachęcona legendarnymi skarbami Jasnej Góry, zaatakowała pauliński klasztor. Ludźmi tymi – gdy wnikniemy głębiej w motywy ataku – kierowała może nie tylko chęć zysku, lecz także jakaś chęć zamachu obrazoburczego. Rozbójnicy mogli przecież poprzestać na rabunku kosztowności, nie podnosząc ręki na sam święty obraz. Oto, co zapisał Długosz: „Gromada rozbójników, dowiedziawszy się, że klasztor na Jasnej Górze posiada wielkie skarby i pieniądze na święto Wielkiej Nocy dokonała napadu na klasztor Paulinów. Nie znalazłszy skarbów wyciągnęli świętokradcze dłonie po sprzęty święte, jak kielichy, krzyże, ozdoby. Sam nawet obraz naszej Pani odarli ze złota i klejnotów, w jakie przez ludzi pobożnych był przyozdobiony”. Dodajmy na marginesie, że badania rentgenologiczne potwierdziły istnienie pod obecną warstwą malarską licznych otworów po gwoździach, co wskazuje, że rzeczywiście kiedyś na licu obrazu znajdowały się ozdoby. Dalej Długosz podaje: „nie poprzestając na grabieży, przebili oblicze na wylot mieczem, a tablicę, na której się obraz znajdował połamali. Po dokonaniu przestępstwa, bardziej skalani zbrodnią niż wzbogaceni, uciekli z nieznacznym łupem”. O dalszych losach obrazu dowiadujemy się z dzieła Risiniusa, o którym już wspomniałem, oraz z książki Andrzeja Gołdonowskiego Diva Claromontana z roku 1642. Paulini zawieźli zniszczony obraz do Krakowa i tam czekali na powrót króla Jagiełły z wojny pruskiej. Wiadomo, że Jagiełło był z paulinami bardzo zaprzyjaźniony. To on, w roku 1424, popierał skierowaną do pierwszego renesansowego papieża – Marcina V prośbę zakonników o przyznanie odpustu pielgrzymującym na Jasną Górę.

    Wróćmy jednak do samego obrazu. Spróbujmy zrekonstruować to, co się działo, zanim obraz dotarł do Krakowa i został przedstawiony królowi. Na pewno wstrząs wywołany świętokradztwem musiał być silny, lecz z drugiej strony – wiemy to choćby ze smutnej sprawy ojca Damazego Macocha – właśnie po takich wydarzeniach budziła się chęć zadośćuczynienia i tym samym wzrastał kult zbezczeszczonego świętego wizerunku. Wydarzenie było straszne, lecz nie można było obrazu schować i czekać, skoro ciągle napływali pielgrzymi. Można przypuszczać, że zakonnicy, chcąc obraz wystawić na widok publiczny, scalili połamane deski, sam wizerunek nieco retuszując. Największe zniszczenia nastąpiły w miejscu styku desek, gdzie odprysnął grunt i warstwa malarska. Warto dodać, opierając się już na zdaniu komisji fachowców badających obraz, że trzy deski, składające się na tablicę obrazu, są opracowane bardzo prymitywnie, na odwrocie grubo ciosane, bez pietyzmu czy staranności. Z jednej strony świadczyłoby to o wiekowości dzieła, z drugiej – i to zdumiewa najbardziej – nie zgadza się z powszechną wówczas metodą przygotowywania tablic pod ikony, co czyniono z wielką dokładnością i poszanowaniem każdego szczegółu, jako że dzieło miało być obiektem świętym. Jest to sprawa zagadkowa. Wróćmy do wieku XV. Zakonnicy, dokonując pobieżnej renowacji obrazu, nie zatarli śladów po cięciach mieczem. Tak okaleczony wizerunek wierni oglądali co najmniej rok. Należy przypuszczać, że zaszło coś, co można nazwać „przyzwyczajaniem się” ludzi do widoku poranionego obrazu. Potwierdza to fakt, że po odrestaurowaniu, a właściwie namalowaniu wizerunku na nowo, odtworzono rany na licu Matki Boskiej, odciskając je ostrym narzędziem i pokrywając cynobrem. Tak więc w tej chwili mamy do czynienia z pamiątką, symbolem cierpienia, a nie pozostałością po smutnym wydarzeniu.

    W jaki sposób przebiegała w Krakowie, na dworze Władysława Jagiełły, restauracja wizerunku? Niestety, nie znamy dokładnej daty rozpoczęcia prac. Mogło to być w połowie roku 1433, a może rok lub dwa lata wcześniej. Wiadomo natomiast, że do pracy przystępowały kolejno dwie grupy malarzy, różniące się nie tylko stosowaną technologią malarską, lecz także ogólnym pojmowaniem sztuki. Najpierw obrazem zajęli się artyści malujący more greco. Z opisem tego sposobu malowania spotykamy się w źródłach włoskich. Giannozzo Manetti i inni pisarze, wychwalając sztukę Giotta, przypisywali całą winę za dekadencję sztuki średniowiecznej Bizantyjczykom, „Grekom”. Ci „Grecy”, czyli artyści wywodzący się ze słowiańskiego kręgu Bizancjum, którego kulturę Jagiełło szczególnie sobie upodobał, jako pierwsi otrzymali zadanie rekonstrukcji obrazu. I oto stała się rzecz dziwna. Jak podaje Risinius – za jakimś wcześniejszym rękopisem – farby spłynęły z lica już w następnym dniu po ich położeniu. Druga próba także się nie powiodła. Można wysnuć wniosek, że obraz malowany był jakąś techniką tłustą, zbliżoną do enkaustyki, co wpływało na małą przyczepność farb do powierzchni obrazu. Wówczas przystąpiła do pracy druga grupa artystów, tym razem „cesarskich”, a więc związanych z cesarskim dworem Habsburgów. Istnieje wiele hipotez odnośnie do środowiska, z jakiego ci malarze mogli się wywodzić. Mówi się o wpływach włoskich, o kręgu Simone Martiniego, lub jakiegoś ośrodka czeskiego. Wysuwano tezę, że był to ktoś ze szkoły Pietra Cavalliniego. Uzasadnione wydaje się przypuszczenie, że mamy do czynienia z wpływami kręgu andegaweńskiego, jako że właśnie wtedy na szacie Matki Boskiej pojawiły się lilie andegaweńskie. W każdym razie i tym artystom nie powiodło się przy pierwszej próbie. Cytowany tu Risinius zapisał, że przystąpili oni do malowania z wielkim tupetem i pewnością siebie, sądząc bardzo nisko kunszt swoich poprzedników. Dopiero druga próba zakończyła się sukcesem. Obraz odnowiono, tyle że słowo „odnowiono” należy opatrzyć dużym cudzysłowem. Do czego to „odnawianie” się sprowadziło, możemy się przekonać, analizując stan podobrazia i dzisiejszy wygląd wizerunku. Ponieważ lico obrazu było nieprzyczepne, zniszczono starą warstwę malarską. Deski dopasowano, wyrównano, ubytki załatano nowymi kawałkami drewna. Naklejono na nie drobno tkane płótno, na to wszystko położono zaprawę kredową grubości dwóch, trzech milimetrów, która po wyszlifowaniu stała się podkładem dla nowej wersji malowidła. Przy naszej dzisiejszej czci dla autentyku podobny zabieg „konserwatorski” wywołuje dreszcze, jednak ówcześni malarze musieli mieć inne podejście do tego typu pracy. Przede wszystkim chodziło o te trzy cyprysowe, a raczej – jak się okazało – lipowe deski ze stołu Świętej Rodziny (nie wiadomo dotychczas, czy jest to gatunek lipy rosnącej w naszych szerokościach geograficznych, czy jest to lipa pochodząca z Bliskiego Wschodu). Malarze, mając do czynienia z relikwią, ją w pierwszym rzędzie postanowili zachować – ważny był już sam przedmiot. Jeśli idzie o obraz, powtórzono w sensie ikonograficznym wiernie pierwowzór, bizantyjską Hodegetrię, traktującą ją jednak pod względem formalnym zgodnie z zasadami gotyckiego „stylu miękkiego”. Powstał w ten sposób obraz wschodnio-zachodni, jakby emblematycznie odbijający sytuację i kulturę narodu, którego stał się największą świętością. Nie można tu nie przypomnieć słów międzywojennego poety, Jerzego Lieberta, o Warszawie i chyba o Polsce w ogóle:

    Ani tu Zachód, ani Wschód —
    Coś tak, jak gdybyś stanął w drzwiach…
    (Piosenka do Warszawy)

    Z kolei współczesny nam poeta, ksiądz Jan Twardowski, napisał, że Matka Boska Częstochowska „dlatego jest cudowna, że kiedy patrzymy na nią, przypomina się Polska”. Wizerunek jasnogórski uległ jeszcze jednemu przekształceniu: brat Makary Sztyftowski, złotnik z zawodu, odnawiając obraz od 1 czerwca do 22 grudnia 1705 roku, na szczęście nie przemalował twarzy Madonny i Dzieciątka, lecz za to przemalował – „podniósł” prawą rękę Madonny. Dalsze, fachowe już, konserwacje obrazu miały miejsce w latach 1925-1926 (Jan Rutkowski), 1945 (Henryk Kucharski), 1948 i 1950-1951 (Rudolf Kozłowski).

    Brat Makary Sztyftowski, złotnik z zawodu, odnawiając obraz od 1 czerwca do 22 grudnia 1705 roku, „podniósł” prawą rękę Madonny

    Opiewana w wierszach i pieśniach, haftowana na sztandarach, grawerowana na ryngrafach husarskich, ikona jasnogórska okrywana była już od drugiej połowy XVII wieku drogocennymi sukienkami; we wspomnianym czasie były cztery takie sukienki, a wykonał je zdolny hafciarz – brat Klemens Tomaszewski; w 1981 roku było ich pięć. Wyzłacane nimby wokół głowy Madonny i Dzieciątka już od około 1431 roku były przykryte nimbami trybowanymi w pozłacanym srebrze, a blachy, rytowane od XV wieku, zakrywały tło obrazu. Złote korony na głowach Madonny i Dzieciątka podarował papież Pius X w roku 1910, w związku z ponowną koronacją obrazu. Wizerunek pokazuje się także bez wspomnianych kosztownych sukienek, które nie pozwalają na to, by przemówił autentyczny koloryt malowidła. I właśnie w tej prostocie obraz najsilniej działa na widza. Bizantyjska powaga zmiękczona przez słodycz i liryzm malarstwa europejskiego pierwszej połowy wieku XV warunkuje ten jedyny w swoim rodzaju czar, jaki wizerunek Madonny wywiera na pielgrzymach i zwiedzających.

    Tyle w skrócie o samym obrazie i jego historii. Zwróćmy teraz uwagę na problemy kultu i kultury, jakie wiążą się z obrazem jasnogórskim i których nie sposób pominąć. Zazwyczaj tak się dzieje, że oddziaływanie jakiegoś sanktuarium obejmuje najpierw najbliższe okolice, później rozszerza się na region, z czasem na cały kraj, by wreszcie wyjść poza jego granice. Jasna Góra jest pod tym względem miejscem nietypowym. Opisany proces w jej przypadku przebiegł odwrotnie. Wiąże się to z początkami obecności paulinów, którzy zaraz po przybyciu z Węgier na Jasną Górę założyli konfraternię pod wezwaniem swojego patrona, Świętego Pawła Pustelnika. Klasztor pauliński stał się miejscem pielgrzymek tych wiernych, którzy chcieli zachować stały związek z konfraternią. Dopiero później konfraternia stopniowo przekształcała się w bractwo Matki Boskiej Częstochowskiej lub po prostu konfraternię jasnogórską. Trzeba wiedzieć, że była to forma pod względem społecznym i narodowym bardzo otwarta. W zachowanych rejestrach znajdujemy Polaków i cudzoziemców, zwłaszcza z krajów najbliższych, spotykamy przedstawicieli wszystkich warstw społecznych.

    Od roku 1517 na Jasnej Górze prowadzono księgę, do której wpisywano przybywających pielgrzymów. Warto przytoczyć kilka znajdujących się tam informacji. Członkowie konfraterni, przybywający na Jasną Górę, otrzymywali pewne przywileje – i nie chodziło tylko o modlitwę czy mszę świętą odprawianą w ich intencji. Kto przyjeżdżał do klasztoru, miał prawo do mieszkania i jedzenia razem z paulinami, a po śmierci mógł być pochowany w habicie zakonu w podziemiach wybranego kościoła klasztornego. W okresie od 1517 do 1613 roku przyjęto na Jasnej Górze 4426 osób, w tym osiemset czternastu Polaków. Tak więc na początku kult Matki Boskiej Częstochowskiej miał zdecydowanie międzynarodowy charakter. Fakt ten trzeba mocno podkreślić. Jasna Góra nie miała być nigdy miejscem demonstrowania polskiego nacjonalizmu, wręcz przeciwnie. Właśnie tutaj dawał się zauważyć charakter kultury polskiej, otwartej, uniwersalistycznej, tej dawnej kultury polskiej, do której odwołujemy się w momentach naszych narodowych przełomów i odrodzeń.

    Polski aspekt kultu Jasnej Góry wyrażał się określeniami, jakie nadawano Matce Boskiej Częstochowskiej. Długosz w Liber benefidorum powtarza za anonimem z 1474 (?) roku, że na obrazie jasnogórskim „jest przedstawiona najdostojniejsza Królowa Świata i nasza”. Uwagę zwraca kolejność tych określeń, akcentująca uniwersalistyczny wymiar panowania Matki Boskiej. Jej królestwem było średniowieczne universum, które swym charakterem, na zasadzie – jak mawiają socjologowie kultury – „pierwszego wdrukowania”, naznaczyło kulturę polską. Obok tego królewskiego określenia pojawiło się wiele innych, wskazujących, czego poszukiwano na Jasnej Górze, jakie funkcje spełniał święty wizerunek. Wiele z nich zachowało się w Liber miraculorum, czyli Księdze cudów, prowadzonej na Jasnej Górze od roku 1402, to znaczy od czasu pierwszego wydarzenia uznawanego za cudowne. I tak, od Średniowiecza począwszy, najczęściej spotykanymi określeniami były: „Matka Opiekunka”, „Pośredniczka Miłosierdzia”. Zapis z roku 1617 mówi o ucieczce do „Matki Miłosierdzia”. W latach 1646-1712 dość często pojawia się określenie „Pocieszycielka”, a następnie „Najłaskawsza Patronka Miłosierdzia”, „Dziewica – Pocieszycielka Strapionych”. W 1705 roku napotykamy określenie „Uzdrowicielka”, w 1712 roku bardzo piękne – „Dobrodziejka Najdobrotliwsza”, a w 1724 roku – „Protektorka w beznadziejności” – wezwanie zupełnie na nasze czasy. Najczęstsze były, oczywiście, określenia – „Bogurodzica” lub „Bogarodzicielka”. W naszych czasach ciągle pojawiały się nowe określenia. Gilbert Keith Chesterton, będąc przed wojną w Polsce, przypomniał wiersz Hilaire’a Belloca, napisany jako wotum dla Matki Boskiej Częstochowskiej:

    Wspomożycielko na wpółpokonanych, Domie złoty,
    Relikwiarzu oręża i Wieżo z kości słoniowej.

    Dla nas, Polaków, jedno wezwanie jest szczególnie ważne. Tytuł „Królowa Polski” (nie królowa polska, bo to oznaczałoby żonę króla polskiego) pojawił się już w drugiej połowie XIV wieku i później był często wykorzystywany w tekstach literackich, na przykład Grzegorz z Sambora pisał w 1562 roku o „Królowej Polski i Polaków”. Nie traktowano tego „przenośnie” czy tylko „honorowo”. Jak w średniowiecznej Francji od grobu Świętego Dionizego, jako patrona królestwa, tak sprzed tego obrazu wyruszali królowie i hetmani polscy na pola bitew i tu wracali, by wraz z podziękowaniem za odniesione zwycięstwa składać wota, niekiedy zdobyte na nieprzyjacielu. Istotną cechą tego kultu był jego „demokratyzm”: w ślady możnowładców szła szlachta, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi; właśnie ze sznurów korali, stanowiących główną ozdobę kobiecego stroju ludowego, powstała jedna ze wspomnianych wspaniałych sukienek służących do przesłaniania obrazu, a inną, sporządzoną w roku 1966, poza ozdobieniem rubinami, klejnotami, pochodzącymi głównie z XVII i XVIII wieku, naszyto setkami obrączek, złożonych tu w ofierze przez pary małżeńskie, i stąd nosi ona nazwę „sukienki wierności”. Emaliowane klejnoty, prawdziwe małe arcydzieła kunsztu złotniczego, wysadzane diamentami, szmaragdami, perłami i rubinami, złożone na Jasnej Górze ex voto, zostały wkomponowane w najbogatszą z sukienek, zwaną diamentową.

     Tytuł „Królowa Polski” pojawił się już w drugiej połowie XIV wieku i później był często wykorzystywany w tekstach literackich

    Teologiczne uzasadnienia tytułu królewskiego Matki Boskiej Częstochowskiej dali między innymi Szymon Starowolski w 1640 roku i ojciec Andrzej Gołdonowski w dwa lata później. Ten ostatni podkreślał międzynarodowy charakter kultu. Czyniono to zresztą i wcześniej, i później w XVII stuleciu: w 1620 roku pisał o tym Jan Skiba, a w roku 1623 ojciec Śniadecki stwierdzał, że Jasna Góra przyciąga „ludzi różnych nacyi”.

    Inne określenia, nawiązujące do królowania Maryi Jasnogórskiej, mówiły o jej obowiązkach wobec Polaków. Znakomity dramaturg, Mikołaj z Wilkowiecka, nazwał Ją „patronką”, podobnie Risinius. Patronką nazywał Ją również biskup krakowski Marcin Szyszkowski. Ów biskup na synodzie odbytym w Krakowie w 1621 roku wydał ustawę dotyczącą między innymi tworzenia świętych wizerunków, w tym także obrazów Matki Boskiej. Był to czas przenoszenia na grunt polski – trzeba przyznać, że z niejakimi oporami – reformy Soboru Trydenckiego, był to okres kontrreformacji i nowych założeń uprawiania sztuki kościelnej. Biskup Szyszkowski wspomniał o wizerunkach Matki Boskiej malowanych niestosownie, na wzór świecki. Z ambon kaznodzieje gromili malarzy, mówiąc, że nie może być tylu typów Matki Boskiej, ile artyście podobać się może pięknych kobiet. Tenże biskup jako model, wzór do przedstawiania Matki Boskiej, wskazał wizerunek częstochowski. Na marginesie można dodać, że zarzuty stawiane malarzom w najmniejszym stopniu dotyczyły artystów polskich. Po zaleceniu biskupa Szyszkowskiego (oczywiście, istniała możliwość wyboru, i tak na przykład w Wielkopolsce malowano według przedstawień Matki Boskiej Śnieżnej), Hodegetria częstochowska stała się pierwowzorem dla wielu barokowych malowideł, co spowodowało różne zderzenia ikonograficzne i stylistyczne. Analogiczne zjawisko można zaobserwować w wielu barokowych kościołach włoskich, gdzie w centrum wspaniałych kompozycji plastycznych znajduje się maleńka ikona bizantyjska. Ogólnie można powiedzieć, że w tym okresie tryumfu Kościoła potrydenckiego i restauracji katolicyzmu ikony bizantyjskie odegrały wielką rolę. Nie zapowiadało jej negatywne stanowisko, jakie wobec malarstwa bizantyjskiego zajęła epoka Renesansu.

    Pewne wydarzenia w szczególny sposób związały obraz i Jasną Górę z kulturą i historią narodową. Wiemy, że Jasna Góra odgrywała w czasie reformacji doniosłą rolę, miało tu miejsce wiele konwersji i rekonwersji na katolicyzm. Wspomniany ojciec Gołdonowski chwalił się, że jako „spowiednik apostolski” sprowadził na łono Kościoła katolickiego trzydzieści tysięcy heretyków w ciągu piętnastu lat. Wkrótce Jasna Góra stanie się prawdziwą twierdzą duchową katolickiej Polski. Taką rolę odegrała ona w czasie pamiętnego oblężenia, które trwało od 18 listopada do 26 grudnia 1655 roku. Wojskami szwedzkimi – przeważnie zaciężnymi – dowodził generał Burchard Muller, mając pod sobą dwunastu oficerów i 3275 żołnierzy. Musiał on odstąpić od klasztoru, bronionego przez nieliczną załogę, złożoną ze stu sześćdziesięciu żołnierzy „wziętych przeważnie od pługa”, dwudziestu szlachty i czeladzi i siedemdziesięciu zakonników pod wodzą przeora Augustyna Kordeckiego, który okrył się nieśmiertelną sławą i awansowany został przez historię i legendę na bohatera narodowego, zwłaszcza że targnięcie się na sanktuarium przez Szwedów wzbudziło oburzenie, wzmogło opór polskiej społeczności i zmieniło zasadniczo nastroje na rzecz króla Jana Kazimierza, który wyparty ze stolicy, znajdował się podczas oblężenia Jasnej Góry w Opolu. Fakt obronienia się klasztoru uznano ponadto za zjawisko cudowne i przypisano je opiece Matki Boskiej Częstochowskiej, którą też król Jan Kazimierz 1 kwietnia następnego roku ogłosił we Lwowie Królową Polski. Wzmogło to wszystkie sympatie dla dzielnych obrońców klasztoru za to, że – jak pisał ojciec Kordecki – „życie swe niżej ceniąc niż dobro konwentu, nie szli za chęcią własnej woli, byle miejsce święte pozostało wolne od przemocy wroga”. Obrona Jasnej Góry stała się tematem licznych malowideł – tak znajdujących się w samym klasztorze, jak i poza nim – oraz rycin. Ważne jest to, że obrońcy Jasnej Góry bronili nie obrazu, gdyż ten – jak wiemy – został przewieziony na Śląsk, ale świętego miejsca. Było już bardzo blisko poddania klasztoru i sanktuarium, o czym pisze z rozbrajającą szczerością i pokorą ojciec Kordecki. Stało się jednak inaczej. Jasna Góra, klasztor-forteca, ale twierdza o charakterze bardziej ornamentalnym niż obronnym, stała się twierdzą duchową, symboliczną, i tego symbolu broniono. Obrona nie miała, wbrew głoszonej legendzie, tak wielkiego znaczenia militarnego, była natomiast znakiem mobilizującym duchowo wszystkich Polaków. Od 1655 roku Jasna Góra trwa w społecznej świadomości jako wyspa ostatniego ratunku, oblana zewsząd morzem obcości i wrogości. Niedaleko tu jesteśmy od ideologii przedmurza!

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski. Już 1 grudnia 1655 roku król szwedzki Karol Gustaw pisał do generała Mullera, że „atakowanie obrazu Maryi wywoła u Polaków jeszcze większy gniew”. Potwierdzić się to miało na początku XVIII wieku w dobie rozdarcia Polski między „Sasem” i „Lasem” – Augustem II i Stanisławem Leszczyńskim. Przed wojskami saskimi i szwedzkimi bronili Jasnej Góry (w latach 1702, 1704 i 1705) prowincjał Izydor Krasuski i przeor Innocenty Pokorski, a sprawa – jak pisał 27 stycznia 1704 roku sekretarz króla szwedzkiego, Olof Hernelin, do swego brata – „zaalarmowała cały kraj, ten naród uważa bowiem ten klasztor za Sanctissimum”.

    Jasna Góra stała się nietykalną stolicą Królowej Polski 

    Klasztor dzielił losy kraju także po utracie niepodległości. Fortyfikacje Jasnej Góry zostały zburzone z rozkazu cara Aleksandra I. Z kolei Aleksander II po powstaniu styczniowym, ukazem z roku 1864, skasował klasztory paulińskie poza Jasną Górą, której odebrano własną administrację zakonną, a majątki poddano zarządowi skarbu królestwa. Zaiste, prorocze aż do końca miały się okazać słowa, jakie konwent około roku 1770 skierował do Stanów Rzeczypospolitej: „Wierny swym królom i narodowi, jeżeli do ulżenia losów ojczyzny swojej nie przykładał się, to ich nie pogarszał nigdy. Tyle klęsk, tyle nieszczęśliwości wytrzymał cierpliwie; doznane szkody i straty były mu nawet i miłe, bo za swoich królów, za ojczyznę własną poniesione”.

    Kult Matki Boskiej jako królowej i pani kraju podkreślały kolejne koronacje obrazu. Pierwsza miała miejsce 8 września 1717 roku, jako pierwsza koronacja na prawach papieskich poza Rzymem. Król August II podarował korony, których jednak nie nałożono, uznając je za nie dość godne – przyjęto dopiero te, które przysłał papież Klemens XI. Przypomnijmy, że następne korony, już w naszym stuleciu, po kradzieży tych z XVIII wieku, przysłał w roku 1910 papież Pius X. W 1744 roku nastąpił akt oddania króla Augusta III i całej Polski Matce Bożej, a sejm z roku 1764 w swoich ustawach nazwał Matkę Boską Częstochowską – Królową Polski.

    Nadchodziły jednak czasy coraz burzliwsze i coraz ciemniejsze. Jasnej Górze, gdzie ongiś – jako w najbezpieczniejszym miejscu – prymas Szembek doradzał ukryć insygnia koronne, zaczęli znów zagrażać wrogowie. W 1771 roku bronili się tutaj konfederaci barscy. Potem Prusacy zapragnęli zawładnąć skarbami Jasnej Góry, a nawet samym obrazem. Deputacja sejmowa w 1793 roku odpowiedziała, że „obraz Najświętszej Panny, który jako starożytny monument pobożności ich przodków, wielu ofiarami uczczony, za własność całego narodu winien być poczytany”. Obraz pozostał na Jasnej Górze, nie przeniesiono go na teren wolnej jeszcze części Polski. Jednak Stanisław August polecił wpuścić do klasztoru księcia Golicyna i tak zaczęły się rabunki. Nie oszczędzali klasztoru ani wrogowie ani sojusznicy – choćby w czasach napoleońskich – ale pozostała związana z nim idea wolności Polaków. Matka Boska Częstochowska pozostała patronką niepodległości, nieprzyjaciele nazywali Ją „główną rewolucjonistką Polski”, paulini szerzyli Jej kult w kazaniach i pismach ulotnych. W Litanii loretańskiej umieszczano dalej wezwania „Regina Regni Poloniae” lub „Regina Regni nostri”. Obecna w wielkiej literaturze romantycznej, towarzyszyła uchodźcom i wygnańcom jako „Patronka wygnaństwa polskiego”, jako „Sybiraczka polska”. Matka Polaków była matką Polką wpatrzoną w ukrzyżowanego Syna. W 1863 roku umieszczono Ją na piersiach białego orła.

    Wizerunek ten był przyczyną wielu represji ze strony zaborców, zwłaszcza Prusaków i Rosjan, którzy upatrywali w nim symbolu patriotyzmu i polskiego buntownictwa. Nie pomogły jednak ani wzmożone represje, ani zamknięte granice. Podczas jubileuszu w 1882 roku zebrało się w Częstochowie około trzystu tysięcy wiernych ze wszystkich zaborów i z zagranicy – ktoś przybył nawet z Jerozolimy! (trudno pojąć, jak to było możliwe).

    Podczas jubileuszu w 1882 roku zebrało się w Częstochowie około trzystu tysięcy wiernych ze wszystkich zaborów i z zagranicy

    Matka Boska trafiła na sztandary Polski odrodzonej. Pani Jasnogórska otrzymała swoje święto, ustalone przez Piusa XI na 26 sierpnia, oraz przeznaczony na tę okazję formularz mszalny Fundamenta Eius. Z czasem zmieniono perykopę ewangeliczną przeznaczoną na ten dzień. Zamiast tekstu opisującego ból Matki pod krzyżem Chrystusa, zaczęto czytać opis cudu w Kanie Galilejskiej. Najpierw świętowano uroczystość patronki ludzkiej boleści, potem patronki ludzkiej radości. Dzięki kopiom, plakietom, ryngrafom i medalikom wizerunek jasnogórski trafił wszędzie tam, gdzie żyli Polacy: stał się on jednym z symboli jedności narodu.

    W czasie okupacji hitlerowskiej Matka Boska Częstochowska była patronką Polski Walczącej, stawiającej opór, wbrew wszystkiemu – wolnej. W Dzienniku generalnego gubernatora Hansa Franka zachowały się niezapomniane słowa: „Gdy wszystkie światła dla Polski zagasły, to wtedy zawsze jeszcze była Święta z Częstochowy i Kościół”. Nawet w czasie okupacji pielgrzymowano tutaj, odnawiano ślubowania młodzieży akademickiej.

    Po wojnie, 8 września 1946 roku, wobec milionowej rzeszy, prymas August Hlond, a za nim cały naród złożyli Pani Jasnogórskiej uroczyste śluby. Niezapomniane były obchody dziesięciolecia tej uroczystości z pustym miejscem przygotowanym dla prymasa Wyszyńskiego. Zbliżały się uroczystości tysiąclecia chrześcijańskiej Polski, poprzedzone wielką nowenną, uroczystości z pustym tronem Pawła VI. Tu odbywały się modlitewne „czuwania soborowe”.

    Trzeba pamiętać o niezwykłej pielgrzymce obrazu po kraju, kiedy to Matka Boska Częstochowska, jak pisał ksiądz Twardowski, okazała się „najpiękniejszą pątniczką, bez biżuterii wędrującą polskimi drogami”. Kiedy zaaresztowano wędrującą kopię wizerunku i odesłano do Częstochowy, Jasna Góra przeżywała swoje ostatnie – jak do tej pory – oblężenie. Sprawdzano nawet, czy ktoś nie próbuje wywieźć obrazu w bagażniku samochodu. W tym czasie wędrowały po Polsce puste ramy obrazu nawiedzenia i nieobecność wizerunku mówiła tym silniej o obecności Maryi wśród swego ludu.

    Pielgrzymki na Jasną Górę przestały być zjawiskiem tylko polskim: zaczęła – łącząc się przeważnie z pieszą pielgrzymką warszawską – przybywać młodzież z wielu krajów europejskich i pozaeuropejskich, odnajdując tu ludowe ciepło, niepowtarzalny koloryt i poczucie braterstwa, prawdziwą lekcję bycia Kościołem w marszu. To dzięki tej pielgrzymce odradza się ta zamarła na Zachodzie forma pobożności. Tak wielką liczbą pielgrzymów nie może się poszczycić żadne sanktuarium na świecie. Wielu z przybywających witał niestrudzony pielgrzym, kardynał prymas Wyszyński. Maryja przedstawiona w obrazie jasnogórskim była tą, której oddał swe życie i której zawierzył to, co mu było najdroższe: losy Ojczyzny. Tu przeżył swój największy tryumf, gdy w czerwcu 1979 roku witał papieża Polaka. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział Jan Paweł II, wstąpiwszy na szczyt Jasnej Góry, przepełnione były radością i jakby niedowierzaniem, że do tego doszło: „Jestem tutaj, jestem tutaj”.

    W ciągu kilku niezapomnianych dni tej pielgrzymki przeżyliśmy właśnie ten fakt, że jesteśmy tutaj, w tym miejscu Europy, może tylko dzięki temu, że Ona jest tutaj; to przecież dzięki Niej – jak powiedział papież – „tu zawsze byliśmy wolni” tą osobliwą polską wolnością, nie wynikającą z ziemskich przesłanek. Czuli to pielgrzymi, którzy w XIX wieku przekradali się na tysiące sposobów przez granice zaborów, aby przed obrazem Pani Jasnogórskiej pooddychać życiem Polski dawnej. Tutaj Polacy ciągle byli jednym narodem. Zachowało się to w świadomości społecznej aż do dziś.

    Obchody jasnogórskiego jubileuszu w 1982 roku – niestety, bez Jana Pawła II – były przypomnieniem jasnych i ciemnych chwil. Maryja Jasnogórska „dana ku obronie narodu naszego” – jak mawiał prymas Wyszyński – spełnia tę swoją rolę. Matka wszystkich ludzi była w tym miejscu dla swych polskich dzieci „miastem ucieczki”, gdzie mogły przeżywać swoją tożsamość, odnajdywać samych siebie. Zobaczeni oczyma Matki, widzieli się większymi i lepszymi i to pozwalało im trwać, żyć, rozwijać się wbrew sprzysiężeniom zła. Tu widzieli także swoją małość, niedorastanie, niedojrzałość. Stąd może wywodzi się fakt, że tyle tu zawsze było rachunków sumienia, pokuty, nawróceń. Niewiele można wyliczyć na Jasnej Górze cudów, które mogłyby sprostać wymogom komisji lekarskiej, jaka urzęduje w Lourdes. Cudowność Jasnej Góry wydaje się polegać na czymś innym. Dzieją się tu cuda przede wszystkim moralne. I na tym w gruncie rzeczy polega obecność cudownego obrazu w dziejach polskich i w kulturze polskiej: nie na fakcie, że otoczyły go jak wieńcem wspaniałe dzieła sztuki i wota, nie na tym, że był kopiowany i opisywany przez największych poetów, lecz na tym, że promieniował na życie osobiste i społeczne milionów Polaków.

    Ks. Janusz Pasierb 

    tekst pochodzi z książki autorstwa ks. Janusza Pasierba „Na początku była kultura” wydanej nakładem Księgarni św. Jacka. 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 lat temu Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu

    20 lat temu Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu

    20 lat temu, 17 sierpnia 2002 roku, Ojciec Święty Jan Paweł II, w krakowskich Łagiewnikach, dokonał Aktu Zawierzenia Świata Bożemu Miłosierdziu.  „To zwieńczenie jego dążeń do rozpowszechnienia kultu Bożego Miłosierdzia na całym świecie i wyznanie, że tylko Bóg może uratować świat” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.

    Rzecznik Episkopatu podkreślił, że Jan Paweł II odegrał wielką rolę w zwróceniu uwagi świata na Boże miłosierdzie. „To właśnie Bożemu miłosierdziu była poświęcona jego encyklika Dives in misericordia wydana w pierwszych latach posługi piotrowej. Papież Polak w roku 2000 ustanowił Święto Miłosierdzia Bożego oraz kanonizował siostrę Faustynę Kowalską, której objawiał się Jezus Miłosierny” – przypomniał ks. Gęsiak.

    Aktu zawierzenia rodzaju ludzkiego Bożemu miłosierdziu, Ojciec Święty Jan Paweł II dokonał pod koniec swojego pontyfikatu, w czasie ostatniej pielgrzymki do Polski. „Papież tym aktem oddał świat i każdego człowieka miłosierdziu Boga, wyznając, że tylko Bóg – właśnie poprzez swoje miłosierdzie – może świat uratować i uczynić go lepszym” – powiedział rzecznik Episkopatu. Zwrócił też uwagę na to, że kult Bożego miłosierdzia jest elementem łączącym pontyfikat Jana Pawła II z posługą obecnego papieża Franciszka.

    Główne obchody 20. rocznicy dokonania Aktu Zawierzenia Świata Bożemu Miłosierdziu odbędą się już w najbliższą niedzielę, 14 sierpnia, w Bazylice Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Uroczystości rozpoczną się Mszą św. pod przewodnictwem abp. Marka Jędraszewskiego o godz. 10, podczas której zostaną także poświęcone dwa Dzwony Nadziei dla Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Winnicy w diecezji kamieniecko-podolskiej w Ukrainie oraz dla kościoła Miłosierdzia Bożego w Lower Chittering w diecezji Perth w Zachodniej Australii.

    Przygotowanie do jubileuszu rozpoczęło się już rok temu, 22 sierpnia 2021 roku, w czasie VIII Pielgrzymki Czcicieli Bożego Miłosierdzia do Łagiewnik. Przez kolejnych 11 miesięcy, od września do lipca, w modlitwę mogły się włączyć  sanktuaria i kościoły Bożego Miłosierdzia na wszystkich kontynentach.  Od 12 czerwca trwa natomiast nowenna tygodni bezpośrednio przygotowująca do uroczystości rocznicowych. Nowenna zakończy się 13 sierpnia.

    Akt zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu

    Boże, Ojcze miłosierny,
    który objawiłeś swoją miłość
    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,
    Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi,
    ulecz naszą słabość,
    przezwycięż wszelkie zło,
    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
    doświadczyć Twojego miłosierdzia,
    aby w Tobie, trójjedyny Boże,
    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze przedwieczny,
    dla bolesnej męki
    i zmartwychwstania Twojego Syna,
    miej miłosierdzie dla nas
    i całego świata!

    mp/episkopat.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dokładnie 20 lat temu św. Jan Paweł II zawierzył Maryi siebie i Kościół w Polsce w Kalwarii Zebrzydowskiej

    Kalwaria Zebrzydowska: Dokładnie 20 lat temu Jan Paweł II zawierzył Maryi siebie i Kościół w Polsce
    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w sanktuarium Pasyjno-Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej/ fot.Monika Łącka /Gość Niedzielny

    ***

    Dzisiaj mija 20 lat od ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do kalwaryjskiego sanktuarium. 19 sierpnia 2002 roku, w akcie zawierzenia Matce Bożej, papież błagał by Matka Boża wypraszała dla niego siły ciała i ducha – “bym mógł wypełnić do końca misję, którą mi zlecił Zmartwychwstały”.

    Prosił też, aby Maryja upraszała światło Ducha Świętego dla biskupów, a kapłanów uczyła naśladować Chrystusa – “w oddawaniu co dnia życia za swe owce”.

    W trzecim dniu wizyty w Ojczyźnie św. Jan Paweł II przybył do Matki Miłosierdzia, którą od dziecięcych lat czcił w kalwaryjskim obrazie. Po dotarciu do sanktuarium, papież modlił się w ciszy przed cudownym obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej.

    W homilii podczas Mszy św. Papież ze wzruszeniem przypominał, jak ważne dlań osobiście jest to sanktuarium, do którego przybywał już jako dziecko i w wieku młodzieńczym, a także jako kapłan i biskup Krakowa. Przyznał, że tu właśnie zawierzał Maryi sprawy archidiecezji i tych wszystkich, którzy zostali powierzeni jego pasterskiej pieczy.

    Wskazując na Krzyżowej, zostało wzbogacone także o inne “dróżki”, upamiętniające także przeżycia Maryi. Doprowadziło to do powstania jedynej w swoim rodzaju formy pielgrzymowania, pod nazwą “Drogi Współcierpienia Matki Bożej”. “To miejsce w przedziwny sposób nastraja serce i umysł do wnikania w tajemnicę tej więzi, jaka łączyła cierpiącego Zbawcę i Jego współcierpiącą Matkę” – mówił Jan Paweł II.

    Nawiązując do głównego motywu swojej pielgrzymki, jakim jest miłosierdzie Boże, Papież ukazywał Matkę Bożą jako Matkę Miłosierdzia, co od wieków jest ważnym rysem kultu maryjnego. Mówił, że sam wielokrotnie doświadczał, że “Matka Bożego Syna zwraca swe miłosierne oczy ku troskom człowieka strapionego” i wyprasza potrzebne łaski.

    Papież podkreślił też rolę, jaką sanktuarium kalwaryjskie odegrało w historii Polski, szczególnie jako czynnik budujący jedność społeczeństwa podczas zaborów. Dziś, gdy nasz kraj stanowi terytorialną i narodową jedność, słowa te nie tracą aktualności, nabierają tylko nowego znaczenia. “Trzeba je dziś powtarzać, prosząc Maryję, by wypraszała jedność wiary, jedność ducha i myśli, jedność rodzin i jedność społeczną” – podkreślał Jan Paweł II.

    Przejmujący charakter miał ułożony osobiście przez Papieża Akt Zawierzenia Maryi, w którym prosił m.in. by Matka Boża wypraszała także dla niego siły ciała i ducha – “bym mógł wypełnić do końca misję, którą mi zlecił Zmartwychwstały”.

    Nie zapominając o trudnych polskich sprawach, Ojciec Święty prosił, aby Maryja zwróciła swe miłosierne oczy “na bezrobotnych, by mogli spotkać pracodawcę”, a “wyrzucani na bruk znaleźli dach nad głową”. Prosił Boga o perspektywy na przyszłość dla młodych a dla dzieci o ratunek przed zgorszeniem.

    Ojciec Święty prosił też, aby Maryja upraszała światło Ducha Świętego dla biskupów, a kapłanów uczyła naśladować Chrystusa “w oddawaniu co dnia życia za swe owce”. Słowami swego papieskiego zawołania “Totus Tuus”, Jan Paweł II zawierzał opiece Maryi losy Kościoła w Polsce i całego narodu.

    Tuż przed błogosławieństwem, Papież podziękował kalwaryjskim pielgrzymom za duchowe wsparcie. Przypomniał, że kiedy nawiedził to sanktuarium w 1979 roku, prosił o modlitwę w swojej intencji “za życia i po śmierci”. Teraz ponowił prośbę: “Nie ustawajcie w tej modlitwie”.

    Papieski akt zawierzenia Maryi:

    Matko Kalwaryjska, spraw, «byśmy byli między sobą jedno, – i z Tobą».

    «Przeto, Orędowniczko nasza,

    one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego,

    po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!»

    Wejrzyj, łaskawa Pani, na ten lud,

    który od wieków pozostawał wierny Tobie i Synowi Twemu.

    Wejrzyj na ten naród,

    który zawsze pokładał nadzieję w Twojej matczynej miłości.

    Wejrzyj, zwróć na nas swe miłosierne oczy,

    wypraszaj to, czego dzieci Twoje najbardziej potrzebują.

    Dla ubogich i cierpiących otwieraj serca zamożnych.

    Bezrobotnym daj spotkać pracodawcę.

    Wyrzucanym na bruk pomóż znaleźć dach nad głową.

    Rodzinom daj miłość,

    która pozwala przetrwać wszelkie trudności.

    Młodym pokazuj drogę i perspektywy na przyszłość.

    Dzieci otocz płaszczem swej opieki,

    aby nie ulegały zgorszeniu.

    Wspólnoty zakonne ożywiaj łaską wiary, nadziei i miłości.

    Kapłanów ucz naśladować Twojego Syna

    w oddawaniu co dnia życia za owce.

    Biskupom upraszaj światło Ducha Świętego,

    aby prowadzili ten Kościół jedną i prostą drogą

    do bram Królestwa Twojego Syna.

    Matko Najświętsza, Pani Kalwaryjska,

    wypraszaj także i mnie siły ciała i ducha,

    abym wypełnił do końca misję,

    którą mi zlecił Zmartwychwstały.

    Tobie oddaję wszystkie owoce mego życia i posługi;

    Tobie zawierzam losy Kościoła;

    Tobie polecam mój naród;

    Tobie ufam i Tobie raz jeszcze wyznaję:

    Totus Tuus, Maria!

    Totus Tuus. Amen.

    Gość Niedzielny/Kai

    _____________________________________________________________________________________

    Spotkania z Matką 19 sierpnia 1917

    Spotkania z Matką 19 sierpnia 1917
    EPA /PAP, MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    W sierpniu Maryja nie zjawiła się 13. dnia miesiąca w Cova da Iria, ponieważ dzieci zostały zatrzymane przez miejscowego starostę. Objawienie miało miejsce 19 sierpnia w Valinhos.

    To była ciężka próba dla fatimskich dzieci. Lokalny starosta, niejaki Artur de Oliveira Santos, postanowił położyć kres „zabobonom” i wezwał rodziców z dziećmi na przesłuchanie do starostwa w Vila Nova de Ourém. Starosta przesłuchiwał dzieci, usiłując wydobyć z nich tajemnicę. Ponieważ pastuszki nie chciały niczego zdradzić, posunął się do zamknięcia ich w więzieniu. Opowiadał, że zostaną wrzucone do kotła z rozgrzanym olejem. Dla dzieci, które miały od 7 do 10 lat, była to psychiczna tortura. Zniosły ją dzielnie. Były autentycznie gotowe oddać życie za dochowanie wierności Matce Bożej. Tymczasem 13 sierpnia w Cova da Iria zgromadził się kilkutysięczny tłum, który czekał na Maryję przy dębie. Kiedy dzieci wróciły w końcu do domu 15 sierpnia, były pełne smutku, że nie spotkały się z Panią z nieba.

    Maryja ukazała się im jednak kilka dni później. Najprawdopodobniej 19 sierpnia. Łucja wspomina:

    „Kiedy z Franciszkiem i jego bratem Janem prowadziłam owce do miejsca, które się nazywa Valinhos, odczułam, że zbliża się i otacza nas coś nadprzyrodzonego. Przypuszczałam, że Matka Boska może nam się ukazać i żałowałam, że Hiacynta może Jej nie zobaczyć. Poprosiłam więc jej brata Jana, żeby po nią poszedł. Ponieważ nie chciał iść, dałam mu 20 groszy; zaraz pobiegł po nią.Tymczasem zobaczyłam z Franciszkiem blask światła, któreśmy nazwali błyskawicą. Krótko po przybyciu Hiacynty zobaczyliśmy Matkę Boską nad dębem skalnym.– Czego Pani sobie życzy ode mnie?

    – Chcę, abyście nadal przychodzili do Cova da Iria trzynastego i odmawiali codziennie Różaniec. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.

    – Co mamy robić z pieniędzmi, które ludzie zostawiają w Cova da Iria?

    – Zróbcie dwa przenośne ołtarzyki. Jeden będziesz nosiła ty z Hiacyntą i dwie inne dziewczynki ubrane na biało, drugi niech nosi Franciszek i trzech chłopczyków. Pieniądze, które ofiarują na te ołtarzyki, są przeznaczone na święto Matki Boskiej Różańcowej, a reszta na budowę kaplicy, która ma tutaj powstać.

    – Chciałam prosić o uleczenie kilku chorych.

    – Tak, niektórych uleczę w ciągu roku – i przybierając wyraz smutniejszy, powiedziała: wiele czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.

    I jak zwykle zaczęła unosić się w stronę wschodu”.

    opracował: ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego czwarte objawienie Matki Bożej miało miejsce nie 13 a 19 sierpnia?

    W okresie Objawień rząd Portugalii pozostawały pod silnym wpływem organizacji masońskich. Prowadzono świadomą wojnę z Kościołem i z religią. Kiedy o objawieniach w Fatimie zaczęło być w kraju coraz głośniej, władze uznały, że wydarzenia z Cova da Iria mogą zniweczyć wysiłki mające na celu laicyzację Portugalii. Dla władz Fatima stała się wielkim zagrożeniem.

    Burmistrzem okręgu Vila Nova de Ourem, do którego należała Fatima, w tym czasie był Artur de Oliveira Santos. Był on jednocześnie członkiem Sądu Najwyższego i przez długi czas aktywnie działał w masonerii. Mając w ręku znaczącą władzę, uknuł spisek przeciwko fatimskim wydarzeniom, szczególnie trójce małych dzieci. Burmistrz polecił rodzicom pastuszków, aby stawili się u nie­go wraz z dziećmi w dniu 11 sierpnia. Manuel Marto poszedł jednak sam i oświadczył stanowczo, że taka podróż jest zbyt męcząca dla jego dzieci: Franciszka i Hiacynty. Łucja pojechała na osiołku w towarzystwie swojego ojca. Droga była wyboista i mała dziewczynka spadała kilkakrotnie ze zwierzęcia. Chociaż burmistrz używał różnych sposobów, to jednak ani prośbami, ani groźbami nic nie osiągnął.

    13 sierpnia w dzień oczekiwanego następnego Objawienia, burmistrz przyjechał do Fatimy. Najpierw udał się do proboszcza, a następnie do Aljustrel, aby się spotkać z rodzicami dzieci.

    W Aljustrel oznajmił, że bardzo chciałby się udać osobiście na miejsce objawień.

    – Zabiorę dzieci moim samochodem…

    Jak święty Tomasz póki nie zobaczę, nie uwierzę!

    Pomimo odmowy dzieci, on stanowczo nalegał. Do rodziców powiedział, iż najpierw wstąpią do domu proboszcza w Fatimie. Tam Ksiądz zadał Łucji parę pytań, jednak dziewczynka z całą stanowczością stwierdziła, że nie przyznaje się do żadnego kłamstwa.

    – Jeżeli kłamcy idą do piekła, ja tam na pewno nie pójdę, po­nieważ wszystko, co mówiłam, jest prawdą. Jeżeli chodzi o lu­dzi, którzy zdążają do Cova, to idą tam, ponieważ sami chcą iść, my ich do niczego nie namawiamy.

    – Czy to prawda, że Pani przekazała wam jakąś tajemnicę?

    – Tak to prawda, ale nie mogę niczego powiedzieć. Jeżeli ksiądz pragnie o tym wiedzieć, zapytam Piękną Panią i jeżeli Ona pozwoli, to księdzu powiem.

    Burmistrz dodał: To są sprawy nadprzyrodzone. Idziemy!

    Wstał, wyszedł z pokoju i zmusił dzieci, aby powtórnie wsiadły do samochodu. Zależało mu jednak, by rodzice tego me zauważyli, gdyż burmistrz, zamiast udać się w kierunku Cova, skręcił w drogę prowadzącą do Vila Nova de Ourem. Sprawca porwania przykrył dzieci płachtą, aby nie były widocz­ne W międzyczasie przybyli pielgrzymi (było ich około 6 tysięcy) do Cova oczekiwali wizjonerów. Wiadomość o ich uwięzieniu wywołała wzburzenie i uczucia gniewu skierowane na osobę burmistrza i niesłusznie przeciwko proboszczowi, któ­rego podejrzewano o pomoc w porwaniu.

    “Rozgniewany tłum umilkł, kiedy nagle rozległ się grzmot i niebo rozświetliła błyskawica. Wielu ludzi zobaczyło mały ob­łoczek nad dębem, który jednak szybko zniknął. Matka Boża wiedziała, że dzieci nie przyjdą na spotkanie, nie pozostawiła jednak zgromadzonych pątników i przybyła, ukazując im znak widoczny podczas poprzednich objawień.

    W Ourem dzieci zostały zamknięte w pokoju i zagrożono im, iż nie zostaną wypuszczone, dopóki nie ujaw­nią tajemnicy. Używano różnych sposobów, aby zmusić je do mówienia lecz bezskutecznie. W celi więziennej nawet straszono ich smażeniem w oleju, ale nic to nie dało.

    Ze względu na więzienie dzieci sierpniowe objawienie nastąpiło później i miało miejsce 19 sierpnia w Valinhos, blisko Aljustrel. Łucja i tu zapytała jak wcześniej:

    – Czego Pani sobie życzy ode mnie?

    – Chcę, abyście nadal przychodziły do Cova da Ina trzynaste­go dnia miesiąca i odmawiały codziennie różaniec. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.

    – Co mamy robić z pieniędzmi, które ludzie zostawiają w Cova da Iria?

    – Zróbcie dwa przenośne ołtarzyki. Jeden będziesz nosiła ty z Hiacynta i dwie inne dziewczynki ubrane na biało, drugi niech nosi Franciszek i trzech chłopców. Pieniądze, które ludzie ofia­rują na te ołtarzyki, są przeznaczone na święto Matki Bożej Ró­żańcowej, zaś reszta na budowę kaplicy, jaka ma tutaj powstać.

    – Chciałam prosić o uleczenie kilku chorych.

    – Tak, niektórych uleczę w ciągu roku. Módlcie, módlcie się wiele i czyńcie ofiary, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.

    (ze strony: Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Polanicy Zdrój)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Proroctwa nie lekceważcie!

    Bóg do szaleństwa kocha swoje dzieci, ale absolutnie nie toleruje grzechu. Grzech zabija człowieka, niszczy w nim zdolność do miłości i prowadzi do straszliwych konsekwencji, nazywanych piekłem. Dlatego Bóg robi wszystko, by nas przestrzec przed grzechem i doprowadzić do nawrócenia.

    Prawo Mojżeszowe różni się diametralnie od wszystkich starożytnych i współczesnych dokumentów, zawierających nakazy i zakazy wraz z przewidywaną karą za ich złamanie. Żaden prawodawca nie odważyłby się wprowadzić do kodeksów prawa nakazów moralnych, ponieważ człowiek nie byłby w stanie sprawdzić, czy drugi człowiek miłuje bliźniego, czy okazuje miłosierdzie, czy osądza innych, czy żyje w zgodzie z własnym sumieniem. Tylko Bóg, Stwórca i Władca wszechświata, zna wszystkie czyny i myśli człowieka (Iz 66,18) i tylko On mógł sformułować przykazania typu „nie pożądaj”, „będziesz miłował” itp. I dlatego tylko On ma prawo domagać się od swojego ludu przestrzegania tych przykazań przy pomocy proroków.

    Rola proroka

    W naszym potocznym rozumieniu prorok to ten, kto zna przyszłość. Biblia jednak pokazuje proroków jako tych, którzy mają powierzone przez Boga zadanie napominać ludzi tkwiących w grzechach, nawoływać do pokuty i nawrócenia, wskazywać drogę uwolnienia z grzechu i przestrzegać o tragicznych konsekwencjach nieposłuszeństwa Bogu. I właśnie z powodu tych konsekwencji, które czasami następują znacznie później niż grzech, pojawia się potrzeba mówienia o przyszłości – ale jedynie po to, by skłonić do nawrócenia, by uświadomić, że odrzucenie Boga przez człowieka prowadzi do wieczności piekła, by nikt potem nie tłumaczył się, że nie wiedział i nie otrzymał ostrzeżenia.

    W historii zbawienia prorocy odegrali bardzo ważną rolę. Kiedy Izraelici otrzymali Prawo Boże na górze Synaj, cały czas Bóg dawał im proroków, którzy wyjaśniali, jak należy to Prawo stosować w życiu codziennym w zgodzie z wolą Boga Prawodawcy. Właśnie prorocy pomagali ludowi Bożemu wystrzegać się błędów i powracać na drogę pojednania z Bogiem.

    Wiemy, że historia zbawienia osiągnęła punkt kulminacyjny w osobie Jezusa Chrystusa, który urodził się z Maryi Dziewicy, a potem został skazany na mękę i śmierć za nasze grzechy. Księgi Biblii zawierają kilkaset proroctw, mających pomóc narodowi żydowskiemu rozpoznać w Jezusie Chrystusie prawdziwego Boga, który dla naszego zbawienia stał się prawdziwym człowiekiem. Przykładowo pierwsze rozdziały Ewangelii wg św. Mateusza co chwila przywołują wypowiedź jakiegoś proroka, która się spełniła w Jezusie Chrystusie. Wielu Żydów uwierzyło w Niego właśnie dlatego, że nikt inny nie odpowiada obrazowi Mesjasza nakreślonemu z polecenia Boga przez proroków. Dlatego warto czytać księgi prorockie, by utwierdzać się w przekonaniu, że Bóg konsekwentnie realizował swój plan zbawienia ludzkości przez kilka tysięcy lat, stopniowo objawiając swoje zamiary przez swoje sługi – proroków żydowskich.

    Ale nie tylko to. Większość napomnień wygłoszonych przez proroków Starego Testamentu pozostaje aktualna również dzisiaj; a może nawet dzisiaj jeszcze bardziej niż w tamtych czasach. Również dzisiaj ludzie porzucają jedynego prawdziwego Boga i zaczynają oddawać cześć bałwanom, angażując się w praktyki magiczne, okultystyczne lub nawet religijne kultów pogańskich. Również dzisiaj ludzie udają, że Bóg nie istnieje i nigdy nie upomni się o swoje, i dlatego wyrządzają krzywdę bliźniemu. Również dzisiaj ludzie szukają przyjemności i zaczynają uprawiać rozpustę (często w zboczonej postaci), i chwalą innych, którzy tak samo postępują. Tracąc osobistą więź z Bogiem, człowiek stopniowo ulega pokusom, popełnia jeden grzech za drugim, aż znajdzie się w sytuacji rozpaczy i załamania, kiedy zauważy ogrom popełnionego przez siebie zła.

    I właśnie dlatego słowa proroków są nam koniecznie potrzebne do życia. Podam przykład tylko dwóch proroków Starego Testamentu, którzy kierują słowa Boga bezpośrednio do nas.

    Grzechy Izraela i prorok Amos

    Pierwszy z nich to prorok Amos. Człowiek ten mieszkał w miasteczku Tekoa niedaleko Betlejem, w południowym państwie żydowskim (Judei). Był rolnikiem, pasł stada owiec i hodował figi, ale jednocześnie kochał słowo Boże i regularnie studiował istniejące już wtedy księgi Biblii. Około roku 750 przed Chr. Bóg przemówił do Amosa w widzeniu, powołując go do misji prorockiej (Am 1,1).

    Pierwsza rzecz, która przeraża w księdze Amosa, to wyliczanie zbrodni narodów otaczających Izrael. Są wymienieni wszyscy najbliżsi sąsiedzi Izraela, od Gazy i Aszkelonu na południu po Damaszek, Tyr i Sydon na północy. Dlaczego Bóg oczekiwał od tych narodów pełnienia swojej woli? Przecież nie zawarł z nimi przymierza, tak jak z Izraelem, i nie nadał im swojego Prawa. Ale mimo to Bóg oczekiwał, że ludy mające bezpośrednie kontakty z narodem wybranym przejmą się bojaźnią Bożą i zaczną przestrzegać zasad moralnych. Tak się jednak nie stało, m.in. z powodu niewierności samego Izraela, który nie trzymał się zawartego z Bogiem przymierza.

    I w tym miejscu pojawia się druga przerażająca rzecz: Bóg, który przemawia ze swojej Świątyni w Jerozolimie (Am 1,2), zapowiada zniszczenie samej Jerozolimy (Am 2,5)! Bóg nie ma zamiaru oszczędzić własnego ludu, skoro lud sprzeniewierzył się Jego woli. Zastanówmy się, jakie przewinienia wywołały tak straszny gniew Boga.

    Werset 3,10 w Księdze Amosa mówi o skarbach pochodzących ze zdzierstwa i grabieży. Nie muszę czynić żadnych aluzji, by przekonać czytelnika, że również dzisiaj na całym świecie popełniane są przestępstwa gospodarcze, ludzie są oszukiwani i wyzyskiwani, a publiczne pieniądze nie zawsze są wydawane zgodnie z potrzebami obywateli. Zatem możemy mieć pewność, że nasz „podział dóbr” wywołuje gniew Boga. W połączeniu z korupcją i naginaniem prawa (Am 5,12) powtarzamy dokładnie te same grzechy, za które Bóg postanowił ukarać swój lud w czasach proroka Amosa (czyli pozwolił mu skonsumować skutki jego własnego złego postępowania).

    Werset 3,14 mówi o zbrodniach w połączeniu z ołtarzem w Betel. Wiadomo, że był to ołtarz samowolnie ustawiony 160 lat wcześniej przez Jeroboama (1 Krl 12,28-31), który zapoczątkował masowe odstępstwo Izraelitów od wiary w jedynego prawdziwego Boga. Naród wybrany przez Boga zaczął kłaniać się obcym bożkom, radzić się wróżek, uprawiać rozpustę połączoną z kultem bogów płodności, interesować się horoskopami, a nawet sięgać po praktyki okultystyczne. Czyż i dzisiaj wielu ludzi nie postępuje podobnie? W wielu krajach europejskich więcej ludzi chodzi do wróżek niż do kościoła, więcej ludzi czyta horoskopy niż Biblię, w całej Europie więcej ludzi się rozwodzi lub żyje na kocią łapę, niż zawiera sakramentalne związki małżeńskie. Czy możemy myśleć, że to, co się dzieje dziś, podoba się Bogu, skoro już wtedy Bóg jednoznacznie potępił takie rzeczy i zapowiedział nieszczęście dla narodów postępujących w taki sposób?

    Jednak Bóg nie jest Bogiem nieszczęścia i nie ma upodobania w cierpieniu człowieka. Bóg wzywa ludzi do odwrócenia się od wszelkiego zła: „Szukajcie Mnie, a żyć będziecie!” (Am 5,4). Wystarczy po prostu przyjąć Boże standardy moralności i uczciwości, by uniknąć klęski (5,14-15). I właśnie po to prorok Amos wyszedł do ludzi, by przekazać im orędzie życia, orędzie miłosierdzia Bożego, ponieważ Bóg pragnie naszego nawrócenia się i chętnie rezygnuje z wymierzenia nam kary (zob. Am 7,3 oraz 7,6).

    Tymczasem reakcja ludzi na przesłanie proroka Amosa była negatywna. Zamiast przyznać się do błędów i pojednać się z Bogiem, oni po prostu wypędzili proroka ze swojego kraju: „Idź do swojej ziemi judzkiej i nie prorokuj już tu w Betelu” (Am 7,12-13). Jak w tej sytuacji miał się zachować Bóg? Musiał pozwolić Izraelitom i okolicznym narodom doświadczyć konsekwencji ich grzechów, skoro nie chcieli dostąpić przebaczenia. Z historii wiemy, że najazd asyryjski doprowadził do totalnej klęski północnego Izraela oraz wszystkich ościennych państw, jednak Jerozolima nie była zdobyta, ponieważ król Ezechiasz i jego poddani uznali przed Bogiem swoją grzeszność i zmienili swoje postępowanie (2 Krn 32,20-23).

    Grzechy pogan i prorok Jonasz

    Drugim prorokiem, którego przesłanie jest niezwykle aktualne, jest Jonasz. Jonasz był prawdziwym patriotą: ubolewał nad losem swojego narodu i nienawidził najeźdźców asyryjskich. Dlatego gdy otrzymał od Boga zadanie udać się do Niniwy z misją prorocką, wyruszył w drugą stronę, nie chcąc mieć do czynienia z zawziętym wrogiem Izraela. 

    Ostatecznie, po wielu perypetiach, Jonasz przyszedł do Niniwy i wędrując przez miasto i rozległe okolice, zwiastował rychłą klęskę.

    Dlaczego Asyryjczycy posłuchali Jonasza, uwierzyli w Boga i ogłosili post i pokutę? Z religijnego punktu widzenia było to nieracjonalne, ponieważ (jak powszechnie wierzono) to właśnie asyryjscy bogowie z Aszurem na czele zapewniali swojemu narodowi pomyślność i zwycięstwa nad innymi ludami. Z punktu widzenia ówczesnej religijności to żydowski Bóg okazał się słabeuszem i nie potrafił obronić Izraelitów przed Asyryjczykami. Każdy widział klęskę Izraela i oszołamiający sukces Asyrii, która opływała w bogactwa zdobyte na innych narodach. Dlaczego więc ci pewni siebie poganie, zdobywcy prawie całego świata, ukorzyli się przed Bogiem malutkiego podbitego narodu?

    Możliwe, że właśnie dlatego, iż nie dali rady zdobyć Jerozolimy. Z wołania Jonasza wynikało dla Asyryjczyków, że to właśnie Bóg Izraela umożliwił im zdobycie całego świata, wymierzając karę swojemu ludowi – ale kiedy część ludu okazała skruchę, Asyryjczycy nie byli w stanie kontynuować działań wojennych. Tajemnicze okoliczności rozproszenia wojska asyryjskiego oraz śmierci dowódcy (2 Krn 32,20-23) mogły zadecydować, że król i mieszkańcy Niniwy odczuli powagę sytuacji. Z Bogiem Izraela nie ma żartów.
    A Bóg, kiedy zobaczył ich szczerą pokutę i pragnienie przemiany, darował im karę (Jon 3,10).

    Miłosierdzie Boże

    Czy za wiele oczekuje Bóg od nas? Wystarczyło wołanie do Boga o miłosierdzie i postanowienie poprawy (Jon 3,8), aby Bóg zlitował się nad grzesznymi ludźmi i dał im kolejną szansę. Jednak wobec naszej zatwardziałości, odstępstwa i zamiłowania do grzechów Bóg pozostaje konsekwentnie nieubłagalny: jeśli żyjemy bezbożnie, trwamy w rozpuście, postępujemy nieuczciwie, oszukujemy i kłamiemy, to nic nie uchroni nas przed gniewem Bożym. Ostatnia deska ratunku dla nas to ufność w miłosierdzie Boga, który w Jezusie Chrystusie pragnie darować nam wszystkie nasze występki, pragnie oczyścić nas ze wszelkiego zła i uzdolnić do pełnienia Jego woli.

    Czytamy w Dzienniczku św. Faustyny: „Napisz: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce moje, gdy oni wracają do Mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili serce moje, a cieszę się z ich powrotu. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie ręki mojej. Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem moim, wpadną w sprawiedliwe ręce moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im, czego pragną” (1728).

    Jedyne, co jest od nas wymagane, to byśmy zwrócili się „ku Bogu, odwracając się od bożków, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać z nieba Jego Syna, Jezusa, wskrzeszonego z martwych. On nas wybawi od nadchodzącego gniewu” (1 Tes 1,10). Zaufajmy więc Jezusowi i zerwijmy z każdym grzechem, który nas zniewala.

    Mirosław Rucki/artykuł z dwumiesięcznika “MIŁUJCIE SIĘ”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Lepiej się nawróćcie!

    Niesamowite świadectwo włoskiej mistyczki

    Natuzza Evolo, słynna włoska mistyczka i stygmatyczka miała wyjątkowy charyzmat kontaktu ze zmarłymi przebywającymi w niebie i w czyśćcu oraz z osobami potępionymi, które z wyraźnego rozkazu Boga musiały dawać świadectwo o wiecznej karze piekła.

    Pan Bóg udzielił Natuzzy specjalnego daru: mogła widzieć i spotykać zmarłych. Najczęściej widziała ich obok osób, które przychodziły do niej  z prośbą o modlitwę  i duchową pomoc.

    „Często się zdarza, że gdy przychodzi do mnie jakiś człowiek – mówiła Natuzza – to widzę obok niego zmarłą osobę; może to być jego brat, siostra, ojciec lub matka. I wtedy ci zmarli mówią mi ważne rzeczy, które przekazuję ich krewnym lub znajomym. Rozpoznaję tylko dusze, które są w niebie, dlatego że promieniują one wielkim szczęściem i lekko unoszą się nad ziemią. Natomiast dusze czyśćcowe trudno jest mi odróżnić od ludzi żyjących na ziemi. Wiele razy dawałam im krzesło, aby sobie usiadły, a wtedy mi mówiły: „nie potrzebuję, ponieważ jestem duszą z innego świata”.

    Orędzia przekazywane przez zmarłych, za pośrednictwem Natuzzy, ludziom żyjącym na ziemi często dotyczyły także małżonków oraz wychowania dzieci. I tak na przykład 5 października 1947 r. Maria Mesiano zapisała następujące słowa zmarłej kobiety: „Mówię najpierw do matek: troszczcie się o wychowywanie swoich dzieci; będą takimi, jakimi ich wychowacie. Biada matkom, które przez antykoncepcję sprzeciwiają się poczęciu, a przez zbrodnię aborcji narodzinom dzieci. Jeżeli się nie nawrócą, grozi im wieczne potępienie w przerażających cierpieniach. Dlaczego chcecie niszczyć życie najbardziej niewinnych i bezbronnych ludzkich istot? Czy nie wiecie, że Bóg powołuje je do wspólnoty życia ze sobą, aby stały się aniołami w niebie i świętymi?”.

    Zmarli apelowali o regularne korzystanie z sakramentu pokuty, aby natychmiast podnosić się z każdego śmiertelnego grzechu i trwać w łasce uświęcającej: „Może ktoś sobie pomyśli: dlaczego mam spowiadać się u księdza, który może być większym grzesznikiem ode mnie? – mówiła jedna z dusz czyśćcowych Odpowiedź jest prosta: ponieważ każdy kapłan w tajemnicy spowiedzi reprezentuje samego Boga i jest Jego narzędziem. Poprzez sakrament kapłaństwa działa sam Chrystus i dokonuje cudu odpuszczenia wszystkich grzechów. Proście Pana Boga o przebaczenie wszystkich śmiertelnych grzechów, żałując i postanawiając poprawę. Po popełnieniu grzechu śmiertelnego natychmiast idźcie do spowiedzi. Prosząc Boga o przebaczenie grzechów, zostajemy uchronieni od wiecznego potępienia. Natomiast wszystkie konsekwencje grzechów trzeba będzie odpokutować w czyśćcu, doświadczając różnorakich, nieraz bardzo wielkich cierpień, ale już w pewności zbawienia”.

    Każdy, kto prosił Natuzzę o informacje dotyczące bliskich zmarłych, otrzymywał od nich, za pośrednictwem mistyczki, tak konkretną i szczegółową odpowiedź, że pytający nabierał pewności, iż zmarli żyją oraz że istnieje niebo, czyściec i piekło.

    I tak na przykład Pasquale Barberio pisał, iż podczas swojego pierwszego spotkania z Natuzzą dowiedział się, że jego zmarły w 1944 r. ojciec przebywa w czyśćcu i prosi o modlitwę. Natuzza widziała go stojącego obok Pasquale, mogła się z nim porozumieć i później szczegółowo opisać synowi, jak wyglądał i co chciał mu przekazać. Tego samego wieczoru, podczas modlitwy różańcowej, w której uczestniczył również Barberio, mistyczka zobaczyła zmarłe siedmioletnie dziecko z zabandażowanymi nogami. Okazało się, że był to siostrzeniec Barberia, zmarły w 1937 r. na zapalenie szpiku kostnego. To jedno spotkanie z Natuzzą wystarczyło, aby Pasquale Barberio zmienił całkowicie swoje życie. Od tej pory zaczął codziennie się modlić i regularnie przystępować do sakramentów św. Pasquale zrozumiał, że czasu ziemskiego życia nie można marnować, ponieważ jest to okres dojrzewania do miłości i życia wiecznego w niebie.

    Ksiądz Giuseppe Mina opowiadał, jak pewnego dnia ukazali się Natuzzy zmarli rodzice pewnego proboszcza i bardzo ją prosili, aby w ich imieniu zaapelowała do syna, by całkowicie zerwał z grzechem. Natuzza odkładała spełnienie tej prośby, ponieważ bardzo krępowała się przekazać kapłanowi takie upomnienie. Wtedy dusze zmarłych rodziców księdza kilkakrotnie pojawiły się u Natuzzy i wypominały jej, że ociąga się z wypełnieniem woli Boga. W końcu mistyczka zdobyła się na odwagę i poszła, aby przekazać upomnienie proboszczowi. Po ucałowaniu jego ręki powiedziała, że przychodzi w imieniu jego rodziców. Proboszcz uśmiechnął się i stwierdził, że przecież jest to niemożliwe, gdyż jego rodzice już dawno nie żyją. Wtedy Natuzza w szczegółach opisała, jak wyglądali i co mówili, gdy ich spotkała, i dodała, że proszą go, aby zmienił swoje postępowanie. Ksiądz był wstrząśnięty tym wszystkim, co usłyszał. Wzruszony do łez obiecał, że odtąd całkowicie zmieni swoje życie”.

    Natuzza oprócz daru widzenia i bezpośredniego kontaktowania się ze zmarłymi zapadała w ekstazę, podczas której obecni obok niej ludzie słyszeli głosy zmarłych.

    Podczas ekstaz Natuzzy dr Valente z Paravati dokładnie notował to, co mówili zmarli. Podawali oni swoje imię i nazwisko, miejsce swego życia na ziemi oraz dokładną datę swej śmierci.

    I tak na przykład grupa 15 osób zgromadzonych w mieszkaniu Natuzzy rozpoznała głos biskupa Enrica Montalbettiego z Reggio di Calabria, który zginął podczas bombardowań w 1943 r. Biskup, ze swoim charakterystycznym akcentem, wygłosił do nich budujące kazanie.

    Maria Domenica Silipo usłyszała głos swojego dziadka, który nagle zmarł w 1944 r. bez przyjęcia sakramentów  św. Był cholerykiem i często bluźnił, ale litował się nad biednymi, z którymi dzielił się pożywieniem i którym przygotowywał posiłki. Powiedział, że przed potępieniem uratowały go uczynki miłosierdzia.

    Za pośrednictwem Natuzzy Pan Bóg nakazywał niektórym potępionym, aby świadczyli o istnieniu piekła. Jednym z nich był znany we Włoszech filozof i pisarz katolicki, który znalazł się w piekle, dlatego że popełnił bardzo ciężkie grzechy, a przed śmiercią w swojej pysze nie chciał się wyspowiadać, żałować za popełnione zło i przyjąć daru Bożego Miłosierdzia.

    Zmarli mogli objawiać się Natuzzy, gdyż taka była decyzja Pana Boga, a nie dlatego, że ona lub ktoś z ludzi o to prosił lub tego żądał. Jeśli ktoś z obecnych nalegał, aby osoba zmarła powiedziała coś więcej, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie ma pozwolenia od Pana Boga, abyśmy więcej mówili. Bądźcie cierpliwi, zostawcie nas w spokoju, wiemy, czego oczekujecie i czego chcecie się dowiedzieć, ale obecnie jest to niemożliwe”.

    Wszyscy, którzy byli świadkami ekstaz Natuzzy, podczas których mówiły zmarłe osoby, stwierdzają, że działo się to wszystko na skutek bezpośredniego działania Pana Boga, bez udziału jej woli.

    Przewodniczący Sądu Apelacyjnego w Mediolanie Eugenio Mauro, który praktykował okultyzm, zajmował się spirytyzmem i był znanym okultystycznym medium, sądził, że Natuzza tak jak on posługuje się tajemniczą mocą duchową. Kiedy przyjechał do Paravati i był świadkiem mistycznych ekstaz Natuzzy, podczas których słyszał, co mówili zmarli, wtedy się przekonał, że praktykowane przez niego wywoływanie zmarłych było otwieraniem się na działanie diabelskich mocy. Sędzia Eugenio Mauro przeżył duchowy wstrząs, nawrócił się, wyrzekł się wszelkich praktyk okultystycznych, poszedł do spowiedzi i stał się gorliwym katolikiem.

    Rosa Silipo usłyszała głos swojego zmarłego małego brata (20 dni po urodzeniu w 1932 r.), który był w niebie i mówił pięknym, słodkim głosem: „Jestem Pinuccio Silipo. Sprawiliście mi razem z mamą wielką przykrość. Dlatego, że nigdy nie przekazujecie mi żadnego podarunku. Wszystkie dzieci oddają Jezusowi jakiś dar, ja jestem zawsze w tyle, gdyż nie mam co ofiarować Jezusowi”. Zaskoczona Rosa odpowiedziała na to: „Przecież jesteś aniołkiem w niebie i nie potrzebujesz żadnych modlitw”. „To prawda – odpowiedział Pinuccio – my nie potrzebujemy modlitw, ale oddajemy je Jezusowi, a On przydziela je tym, którzy ich najbardziej potrzebują. Pragniemy bardzo waszych modlitw”.

    Podczas ekstaz Natuzzy dr Valente rozpoznawał głosy zmarłych, których doskonale znał za ich życia na ziemi; był pod wielkim wrażeniem tego wszystkiego, co słyszał. Doktor Valente miał możność porozmawiania ze swoim synem, zmarłym w wieku dziecięcym. Dziecko mówiło: „Czy rozpoznajesz mnie, tatusiu?”. „Oczywiście, że Cię poznaję. Czy czegoś potrzebujesz?” – odpowiedział ojciec. „Nie, tatusiu, ale proszę Cię, bądź cierpliwy, kiedy pracujesz z pacjentami”. Doktor Valente był dobrym człowiekiem, ale szybko się denerwował i niecierpliwił. Kiedy usłyszał słowa swojego syna, rozpłakał się ze wzruszenia.

    Podczas jednego ze spotkań u Natuzzy w pewnym momencie słychać było głos adwokata X.Y., którego dr Valente doskonale znał. Adwokat mówił strasznym głosem: „Jestem potępiony, jestem potępiony! Mówcie wszystkim, aby się nawrócili i pokutowali! Jakbym chciał wrócić na ziemię, aby pokutować!”. Natomiast dusze czyśćcowe miały głos bardziej spokojny, a potępione mówiły w sposób budzący lęk i przerażenie. „Jestem w ogniu wiecznym – krzyczała jedna z potępionych dusz – za dawanie fałszywego świadectwa, kalumnie, uporczywe trwanie w grzechach nieczystości i wzgardzenie Bożym Miłosierdziem. Gdybym się wyspowiadała, Jezus by mi przebaczył. Nie ma dla mnie teraz żadnej nadziei”.

    Dlaczego wieczne potępienie?

    Całe nasze ziemskie życie powinno być czasem przygotowania do tego najważniejszego momentu, jakim jest chwila śmierci, spotkanie z Chrystusem twarzą w twarz, już bez pośrednictwa wiary. To właśnie wtedy zadecyduje się nasza wieczność: zbawienie albo wieczne potępienie. Co będzie się działo się z nami w momencie śmierci?

    Doświadczymy pełni miłości Chrystusa i będziemy musieli podjąć ostateczną decyzję. Tak – powiedziane Chrystusowi – stanie się niebem lub czyśćcem, natomiast odrzucenie Jego miłości – stanie się piekłem.

    Bóg kocha i pragnie zbawić wszystkich ludzi. Każdy człowiek otrzymuje szansę zbawienia. Nie ma ludzi przeznaczonych na potępienie. Nie można jednak zapominać, że oprócz Bożej woli zbawienia wszystkich ludzi istnieje wolna ludzka wola, która może odrzucić Boga i wzgardzić Nim. Pan Jezus wielokrotnie mówił, że odrzucenie Boga przez człowieka prowadzi do wiecznego potępienia, a więc bezbożnicy będą definitywnie wyłączeni z życia wiecznego: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25,41). Wszyscy nieposłuszni Bogu usłyszą: „Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości” (Mt 7,23); „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne, kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży” (J 3,36). Odrzucenie tych wszystkich, którzy nie przyjęli zaproszenia na ucztę, jest absolutne: „Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty” (Łk 14,24). Wyjaśnienie przez Chrystusa przypowieści o sieci nie jest metaforą: „Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 13,40-50). Znajdujemy w Piśmie św. teksty mówiące o absolutnym wyłączeniubezbożników z królestwa Bożego: „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6,9-10; por. Ga 5,19; Ef 5,5). W cytowanych tekstach formuły potępienia mają charakter absolutny: „nikt z tych ludzi nie skosztuje mojej uczty”; „nie zobaczy życia”; „nie posiądzie królestwa”.

    Pan Jezus mówi także, że „każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu nie będzie odpuszczone (…) ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12,31 i n.). Jan Paweł  II w encyklice Dominum et Vivificantem (n. 46) wyjaśnia, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu polega na „odmowie przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego”. Jest to postawa całkowitego zamknięcia się człowieka na miłość Boga, postawa człowieka, „który broni rzekomego prawa do trwania w złu, we wszystkich innych grzechach i który w ten sposób odrzuca odkupienie”. Jest to więc grzech nieodpuszczalny z samej swojej natury, ponieważ jest owocem całkowitego odrzucenia Bożego Miłosierdzia. Wyraża się on w postawie absolutnego egoizmu, czyli całkowitego zamknięcia się ludzkiej wolności na miłość Chrystusa. Taka postawa kształtuje się w człowieku w ciągu całego ziemskiego życia. Każdy w pełni świadomy i dobrowolny wybór zła przyczynia się do strasznych duchowych zniszczeń w człowieku. Wyrażają się one w pogłębieniu niewrażliwości na miłość Boga i w postępującej niezdolności do miłości bliźniego. Jeżeli przez całe ziemskie życie człowiek będzie żył tak, jakby Boga nie było, i radykalnie odrzucał możliwość nawrócenia się, nazywając zło dobrem, a dobro złem, to wtedy realnie istniejąca siła zła każdego grzechu do tego stopnia może zniszczyć jego osobę, że stanie się absolutnym egoistą – a więc kimś takim, kto kocha siebie miłością posuniętą aż do nienawiści Boga. Tak zaczyna się piekło.

    Kochani Czytelnicy! W codziennej modlitwie polecajmy Jezusowi najzatwardzialszych grzeszników, prosząc o ich nawrócenie. Ludzie, którzy odrzucają Dekalog i gardzą miłością Boga, idą drogą prowadzącą do zguby wiecznej. Nie łudźmy się: „Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,7-8). Dlatego naszym codziennym obowiązkiem jest modlitwa o nawrócenie grzeszników. Tak jak Pan Jezus prosił s. Faustynę, tak też dzisiaj prosi każdego z nas: „Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie, i daję im, czego pragną” (Dz. 1728).

    Miłość Boża całkowicie respektuje wolność swojego stworzenia – także wtedy, kiedy decyduje się ono na definitywne odrzucenie Boga. Tak więc piekło nie jest nieprzewidzianą czy niesprawiedliwą karą. Człowiek sam, wybierając grzech na swoją odpowiedzialność, idzie drogą prowadzącą do piekła. Istnieje piekło, ponieważ istnieje grzech. Piekło jest niczym innym jak grzechem chcianym jako cel, przyjętym jako ostateczne spełnienie, rozciągającym się w nieskończoność. Prawda o niebie, czyśćcu i piekle nadaje naszemu ziemskiemu życiu niepowtarzalność i dramatyczną wyjątkowość. Przypomina nam, że jeżeli grzech, który jest największym nieszczęściem dla człowieka, bagatelizuje się i traktuje się go jako dobro, to wtedy wprowadza nas on w rzeczywistość piekła.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr

    tekst pochodzi ze strony www.milujciesie.org.pl

    _______________________________________________________________________________

    Mistyczka z Paravati

    Natuzza Evolo nazywana jest przez włoskich dziennikarzy ojcem Pio w spódnicy

    WWW.VIBONESIAMO.IT

    – Jej życie było ofiarą za cierpiących. A dziedzictwem są setki Wieczerników modlitwy – mówi o. Enzo Gabrieli, postulator procesu beatyfikacyjnego Natuzzy Evolo.


    Tobie błogosławi sam Jezus – powiedział w czasie jednego ze spotkań z Natuzzą Evolo o. Pio z Pietrelciny. Był przekonany o jej świętości. „Natuzza jest już świętą w niebie” – mówił z kolei w 2009 r. do 30 tysięcy uczestniczących w pogrzebie stygmatyczki bp Luigi Renzo, metropolita Mileto na południu Kalabrii. Zgromadzeni wokół sanktuarium, które na polecenie Matki Bożej kazała wznieść Włoszka, krzyczeli: „Santa subito!”. I pięć lat później, 1 listopada 2014 r., ruszył proces beatyfikacyjny Natuzzy. 


    Żartobliwie włoska prasa nazywała ją ojcem Pio w spódnicy. Jej historia jest przejmująca. Włoszkę odwiedzali Matka Boża i Jezus (najpierw jako chłopczyk – wtedy Natuzza grała z nim w piłkę!). Natuzza potrafiła, jak święty z Pietrelciny, prześwietlić ludzkie dusze, miała dar bilokacji. Choć nie umiała pisać ani czytać, rozmawiała z obcokrajowcami i teologami. „Wszystko tłumaczyli mi aniołowie” – mówiła. Odwiedzali ją Franciszek z Paoli oraz św. Tomasz z Akwinu i Jan Ewangelista. W czasie Mszy św. Natuzza widziała anioły lecące w stronę ołtarza w czasie ofiarowania. Z jej domu dochodziły anielskie chóry. Jakie były misja i życie tej matki pięciorga dzieci? 


    Cierpienie


    
Kalabria na południu Półwyspu Apenińskiego to ubogi region Włoch. Jej mieszkańcy mówią dziwnym dialektem. W latach 20. XX w., kiedy w małej wiosce Paravati przychodzi na świat Natuzza, wszędzie panuje skrajna nędza. Ojciec dziewczynki porzuca matkę i jedzie do Argentyny. Mama Natuzzy wpada w różne związki, z każdego ma dzieci. Pewnego dnia, kiedy z głodu kradnie kurę sąsiada, policja wtrąca ją do więzienia. Właścicielka mieszkania, za które kobieta nie płaci, wyrzuca jej dzieci na ulicę. Natuzza ma dopiero sześć lat. Odtąd staje się jedyną opiekunką młodszych braciszków. Dzieci szukają w śmietnikach jedzenia, śpią na ulicy. Natuzza czasem dostaje chleb od piekarza, ale ten nie pozwala jej dzielić się nim z braćmi, bo to „bękarty”. Piekarz zmusza Natuzzę do zjedzenia bochna chleba w jego obecności. Dziewczynka jednak odrywa skrawki, chowa pod bluzką i zanosi je rodzeństwu. 
Do takiej rzeczywistości przychodzi Jezus. Najpierw ma postać rówieśnika Natuzzy. Bawi się z dziećmi, grają w kule. Natuzza nie rozumie jeszcze, kim jest Tajemniczy Przybysz.

    „Wybrałem cię w łonie twej matki, zanim się urodziłaś. Zakochałem się w tobie, a ty we Mnie. (…) Kiedy byłaś dziewczynką, bawiłem się z tobą, jak robiłby to ziemski ojciec. Wychowywałem cię” – wyjaśnia Jezus Natuzzie po wielu latach. 
Dziewczynką opiekuje się też „uśmiechnięta piękna nastolatka o ciemnej karnacji, oświetlona mocnym światłem”. To Matka Boża znajduje dla sierot mieszkanie.

    Obecność tych Osób oraz aniołów w życiu Kalabryjki jest rzeczą naturalną. Podobnie przyjmą ten fakt później jej własne dzieci. „Myśleliśmy, że do każdej mamy przychodzą święci” – mówią. 


    Rok 1932. Natuzza ma 13 lat. Jest dzień jej Pierwszej Komunii świętej. Kiedy dziewczynka wraca do ławki, czuje w ustach krew. Po Mszy biegnie do księdza. Ten jest wstrząśnięty. Obawia się o reakcję ludzi. Wmawia więc dziewczynce, że gryząc Hostię, skaleczyła się w język. Natuzza jednak w domu patrzy do lustra – jej język nie jest przygryziony. Dziewczynka zaczyna się bać. 
To czas, kiedy Natuzza pracuje w domu adwokata Silvio Colloca. I wówczas zaczynają ją odwiedzać święci i dusze z raju i czyśćca. Przekazują jej prośby o modlitwy. Na ubraniach dziewczynki w Wielkim Poście zaczynają pojawiać się tzw. hemografie: krwią pisane znaki krzyża, cytaty z Pisma Świętego po łacinie i w grece.

    Wieści o nadprzyrodzonych zjawiskach szybko obiegają Kalabrię. Wszyscy chcą zobaczyć Natuzzę. Księża z jej parafii w obawie, że to mistyfikacja Szatana, decydują się na egzorcyzmy nad Natuzzą. Dziewczynka płacze: „Modlicie się, żeby Bóg wyzwolił mnie od demona, a ja tu widzę pełno aniołów!”. Egzorcysta daje spokój, stwierdzając: ta dziewczynka jest święta.

    Tego dnia 13-latkę odwiedza św. Tomasz z Akwinu. Jest w dominikańskim ubraniu, o surowym wyrazie twarzy, z kapturem na głowie. „Błogosławię ci” – mówi święty, przedstawiając się. „Od teraz będziesz codziennie widziała anioły i rozmawiała ze zmarłymi”. 


    W 1960 r. Natuzza otrzymuje stygmaty, które krwawią w okresach Wielkiego Postu. Wtedy cierpi z Chrystusem i, jak mówi, „bierze na siebie cierpienia innych”. Prowadzi też rozmowy z Jezusem. „Dialogi”, wydane we Włoszech z imprimatur Kościoła, są lekturą przejmującą. Chrystus dotyka w nich współczesnych problemów: rozpadu rodzin („Rodzice nie widują dzieci, bo wracają do domu, gdy te już śpią, nie są ich nauczycielami”; „Lepiej jeść chleb z cebulą, ale cieszyć się miłością dzieci”), równouprawnienia (które „prowadzi do grzechu”) czy pedofilii w Kościele (to jest wielka rana w sercu Jezusa). Jezus wzywa do modlitwy i przystępowania do sakramentów, szczególnie młodzież.

    Ostatnie zapisy pochodzą z 2009 r. Natuzza zadaje Jezusowi palące nas wszystkich pytania – o sens zła i o to, czemu Bóg go nie zniszczy. „Nie mogę, bo dałem wam wolność” – odpowiada Jezus. A kiedy Włoszka pyta, gdzie jest dom Jezusa, słyszy: „Wy jesteście moim domem, a Ja jestem waszym. Moje serce jest ogromne. Wszyscy się tam zmieścicie, także wielcy grzesznicy”.


    Nie chcę was utracić


    Podobnie jak w przypadku o. Pio sprawą Natuzzy interesuje się franciszkanin, o. Agostino Gemelli. Zamyka dziewczynę w zakładzie psychiatrycznym. Pisze w relacjach do Świętego Oficjum: „To histeryczka”. Mimo izolacji Natuzzy fenomeny nie ustają. Wbrew staraniom franciszkanina lekarze oświadczają, że Natuzza jest zdrowa psychicznie. 
Włoszka za namową Matki Bożej wychodzi za mąż, ma piątkę dzieci. Jej dom jednak oblegają tysiące pielgrzymów. Mówią o niej „Mamma Natuzza”. Wielu nawraca się, po latach przystępują do spowiedzi. Najwięcej przychodzi księży. Incognito. Ale mistyczka rozpoznaje ich. Natuzzę odwiedzają też biskupi. Częstym gościem jest kard. Javier Lozano Barragan z Meksyku. O stygmatyczce wie Jan Paweł II – Natuzza zresztą bardzo go kocha. 


    Natuzzę, podobnie jak o. Pio, nęka Szatan. Bije ją, rzuca o ściany, szantażuje, że zniszczy jej dzieci. Ale Natuzza ma obrońcę: jej Aniołem Stróżem jest sam Michał Archanioł. Zresztą relacja Natuzzy z aniołami jest niezwykła. Tak opisuje te pozaziemskie istoty: „Mają ludzkie ciało, skrzydła i jasne długie włosy. Noszą biało-błękitne szaty. Widzę je po prawej stronie człowieka. U księży po lewej, bo kapłani są wyższej rangi »ministrami Boga« niż aniołowie, nawet jeśli są niedoskonałymi ludźmi”.

    
Kongregacja ds. Świętych przy
jęła złożone przez biskupów Kalabrii dossier Natuzzy. Postulatorem procesu beatyfikacyjnego jest o. Enzo Gabrieli, świadek życia stygmatyczki. „Życie Natuzzy było wielkim ołtarzem i ofiarą za cierpiących. A dziedzictwem Mammy Natuzzy są setki Wieczerników modlitwy, jakie od 1994 r. wyrosły w różnych zakątkach świata” – mówił dla dziennika „Avvenire”. 
Wieczerniki powstały na prośbę Jezusa, by „ludzie modlili się o pokój”. Wcześniej, bo 13 maja 1987 r., powołano też Fundację Niepokalanego Serca Matki Bożej z Rifugio, którą zaaprobował ówczesny biskup Mileto, Domenico Cortese. Pod auspicjami Kościoła według wskazówek Natuzzy powstaje m.in. Centrum Nadziei dla Terminalnie Chorych. Ma pomieścić trzy tysiące chorych i ich rodziny. Obok rośnie kościół. 
Według jej wizji wyrzeźbiono też figurę Jezusa, przed którą tysiące pielgrzymów otrzymuje łaski. Chrystus Natuzzy jest ubrany na biało, ma rozpostarte ramiona. Na szyi widzimy subtelny złoty haft. Ma jasne oczy i uśmiecha się. Kasztanowe włosy lekko opadają na ramiona. Broda bez wąsów jest ledwie zaznaczona. Chrystus jest pogodny i jakby zaprasza do relacji. „Chcę być waszym przyjacielem” – wyjaśnia w Wielkanoc 2002 r. Natuzzie. „Jeśli Mnie przyjmiecie, dam wam pokój, miłość, schronienie. Nie wy przychodzicie do Mnie, ale Ja wychodzę was szukać, bo to jest dla was ratunek. Nie chcę was utracić”.

    Joanna Bątkiewicz-Brożek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    78 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie, które trwało 63 dni

    78 lat temu w Warszawie wybuchło powstanie - największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie
    Pomnik małego powstańca/ fot.Henryk Przomdziono/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Wyjątkowe proroctwo dla Polski! Niemcy pokazali prymasowi Wyszyńskiemu jedno zdjęcie

    Figura Chrystusa niosącego krzyż, znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu bez wątpienia jest jednym z najbardziej wymownych symboli II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W cyfrowym archiwum fotografii zebranych przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji znajduje się fotografia z adnotacją w języku angielskim, z której wynika, że „w zrujnowanej Warszawie posąg Chrystusa, w cudowny sposób pozostał nietknięty”. Na tym jednak symbolika związana z monumentem się nie skończyła. Niesamowitą historię przytacza w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał – prymas Polski.

    Narodowe Archiwum Cyfrowe/Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji; https://en.wikipedia.org/wiki/Public_domain

    ***

    To jeden z symboli Powstania Warszawskiego. Chrystus niosący Krzyż – figura sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. Postawiono ją w 1858 roku, na kilka lat przez wybuchem Powstania Styczniowego. Fundatorem był Andrzej Zamoyski, który niedaleko miał swój „dom”, duży budynek czynszowy. To z okna jednego z mieszkań Moskale na bruk wyrzucili fortepian Chopina – historię i burzliwe losy figury Chrystusa przybliża na łamach portalu niezalezna.pl Tomasz Łysiak

    Figura stała na swoim miejscu nietknięta aż do września 1944. Wówczas wskutek detonacji Goliatów (samobieżnych min niemieckich) pomnik upadł na bruk w taki sposób, że Chrystus wskazywał dłonią napis „Sursum corda” (łac. w górę serca) znajdujący się na cokole.

    W swoich wspomnieniach z czasów Powstania Warszawskiego prymas Wyszyński opisał niezwykłe wydarzenie związane z tym pomnikiem.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”
     – relacjonował kard. Stefan Wyszyński we wspomnieniach 17 czerwca 1962 r.

    Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przypomina, że Powstanie Warszawskie zastało ks. prof. Stefana Wyszyńskiego w podstołecznych Laskach, w Puszczy Kampinoskiej, gdzie od 1942 r. był kapelanem miejscowego zakładu dla niewidomych.
     
    Jeszcze przed wybuchem powstania zgłosił się do niego ks. Jerzy Baszkiewicz, ps. Radwan II, naczelny kapelan Zgrupowania AK „Kampinos”, z taką wiadomością:
    „Księże Profesorze, przychodzę z dość trudną misją. To jest dobra wola, propozycja, a nie konieczność. Jestem kapelanem Puszczy Kampinoskiej i mam zorganizować służbę duszpasterską. Czy Ksiądz Profesor mógłby wziąć udział w tej akcji?”.

    Ks. Wyszyński odparł bez wahania: „Jestem do dyspozycji”, a następnie złożył przysięgę wojskową na ręce młodszego o 13 lat – ale starszego rangą – ks. Baszkiewicza i przyjął pseudonim Radwan III.
     
    Ks. kapelan Wyszyński był jednym z organizatorów szpitala powstańczego w Laskach. Pracował tam tylko jeden lekarz – dr Kazimierz Cebertowicz, wspomagany przez pielęgniarki – siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz personel świecki.  Z relacji świadków i pacjentów szpitala wynika, że obecność ks. Wyszyńskiego przynosiła rannym spokój. Zapamiętano go jako tego, który gotów jest ryzykować własne życie dla bliźnich.
     
    Częstym obrazem z tamtych czasów był widok ks. Wyszyńskiego błogosławiącego oddziałom powstańczym wyruszającym do lasu. 


    POWSTANIE OCZAMI KS. KAPELANA STEFANA WYSZYŃSKIEGO

    Pierwszego sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatniego lipca zebraliśmy się tutaj, w sąsiedniej sali i poświęciliśmy szpital powstańczy.
    Stefan Wyszyński, Laski, 3 sierpnia 1960, Laski
     
    Szpital zapełniał się bardzo szybko. Wkrótce stał się za mały. Musieliśmy rannych żołnierzy kłaść, gdzie tylko się dało. Zajęliśmy cały dom rekolekcyjny i domek obok. Spowiadało się zazwyczaj tych, który czekali na operację tutaj, w tej kaplicy. Przynoszeni byli na noszach albo na jakimś kocu. Tutaj czekali, potem przenosiło się ich na stół operacyjny. Prześcieradła i koce, na których leżeli, były przesiąknięte krwią.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko , przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało.
    Stefan Wyszyński, Warszawa, 31 stycznia 1965 r.
     
    […] ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach.
    Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie franciszkanek w Laskach. Tam się z nimi spotkałem, spowiadałem go i przygotowałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować. […]
    Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było.

    Stefan Wyszyński, Stryszawa, 1 sierpnia 1963 r.
     
    Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotować do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: „Będziesz miłował…”. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… „Będziesz miłował…”.
    Stefan Wyszyński, Droga życia

    Piotr Łukawski | Niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________

    Świadkowała historii

     Archiwum/wikipedia

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża, która była świadkiem wielkich wydarzeń w historii Polski, ostatnią wojnę przetrwała cudem. Mija 70 lat od ponownego umieszczenia figury na Krakowskim Przedmieściu

    Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, kościół Świętego Krzyża przechodził z rąk do rąk. 5 sierpnia Niemcy podpalili część kościoła, a po zdobyciu go przez Powstańców ostrzeliwali pociskami artyleryjskimi, powodując wielkie zniszczenia. Gdy na początku września Niemcy ponownie zdobyli kościół i zdetonowali ładunki wybuchowe, rozbita została fasada świątyni, zniszczone ołtarze, załamało się sklepienie.

    Wtedy także figura Chrystusa dźwigającego krzyż spadła na bruk. Jak pokazują dawne zdjęcia, legła w gruzach z ręką uniesioną w górę. Tak przeleżała kilka tygodni. Już po upadku Powstania, Niemcy wywieźli figurę w nieznanym kierunku.

    W górę serca

    Warszawiacy zżyli się z figurą Chrystusa. Po raz pierwszy stanęła przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie w 1858 r. Jej autorem był Andrzej Pruszyński, znany warszawski rzeźbiarz, a odlano ją początkowo w cemencie. Jednak uszkodzona kilkanaście lat później przez nieznanych sprawców, została zastąpiona przez nową. Nowy odlew – tym razem z brązu – wykonał w Rzymie uczeń Pruszyńskiego – Pius Weloński.

    Pomnik ustawiono na nowym cokole z czarnego granitu, ze złoconym napisem „Sursum Corda” (W górę serca). Cementową figurę Chrystusa umieszczono na grobowcu Lubomirskich w Kruszynie (i do dziś znajduje się ona przed tamtejszym kościołem).

    Podczas sympozjum, zorganizowanego w 150-lecie powstania figury, ks. Marian Wnuk CM zwrócił uwagę, że była ona przez lata świadkiem przeróżnych wydarzeń. W marcu 1861 r. przeszła tędy wielka 150-tysięczna manifestacja patriotyczna po śmierci tzw. Pięciu Poległych, zabitych przez rosyjskich żołnierzy.

    W czasie Powstania Styczniowego figura była też świadkiem nieudanego zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika i spalenia przez Rosjan fortepianu Fryderyka Chopina. Księża Misjonarze, prowadzący parafię, przechowywali archiwum powstańcze, czego następstwem była kasata zgromadzenia w 1864 r.

    Jak zrozumieć to miasto

    To o tej figurze św. Jan Paweł II mówił w 1979 r., w czasie pamiętnej Mszy św. na dzisiejszym pl. Piłsudskiego. – Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu – mówił Ojciec Święty.

    W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej, trwały tu nieustanne nabożeństwa i modły o zwycięstwo, w których brał udział m.in. nuncjusz Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. W 1944 r. trwały tu jedne z najbardziej zaciętych walk powstańczych. W 1968 r. figura była świadkiem tzw. wydarzeń marcowych.

    Figura była też świadkiem pogrzebów zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisława Moniuszki, Edwarda Odyńca, Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, Józefa Piłsudskiego, Marii Rodziewiczównej, Jana Kiepury, Karola Szymanowskiego, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego i Ignacego Paderewskiego.

    W przydrożnym rowie

    Po upadku Powstania Warszawskiego figurą leżącą na zgliszczach kościoła z ręką uniesioną w górę zainteresowali się Niemcy. W końcu października wywieźli ją z Warszawy w nieznanym kierunku. Figura nie świadkowała już ostatecznemu aktowi zniszczenia kościoła Świętego Krzyża, który Niemcy dokonali parę miesięcy później, kilka dni przed wycofaniem się ze zniszczonego miasta, wysadzając w powietrze wieżę, na której wisiały dzwony.

    Nie świadkowała też w styczniu 1945 r. pierwszej Mszy św. odprawionej przez ks. Antoniego Czaplę CM na gruzach kościoła i powrotowi do Warszawy Księży Misjonarzy, wywiezionych wcześniej przez Niemców.

    Figurę Niemcy najpewniej chcieli przetopić w hucie na Dolnym Śląsku. Jednak nie zdążyli. Porzucili ją na złomowisku, w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Znaleźli i rozpoznali ją tam kilka miesięcy później, razem z pomnikiem Mikołaja Kopernika, żołnierze Berlinga.

    Na początku lipca 1945 r. odesłano figurę do Warszawy. Tu poddano ją renowacji w słynnej pracowni Braci Łopieńskich i oficjalnie przekazano jej właścicielowi: parafii Świętego Krzyża. Posąg ponownie stanął przed kościołem, został poświęcony w obecności ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Wkrótce rozpoczęto też odbudowę kościoła. W 1951 r. ukończono odbudowę wież, a dwa lata później zrekonstruowano fasadę kościoła. W 1969 r. prymas Polski Stefan Wyszyński poświęcił rekonstruowany przez lata główny ołtarz.

    Witold Dudziński/Niedziela warszawska 26/2015

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego
    fot. screenshot – YouTube (Rekonstrukcja Cyfrowa)/Adrian Grycuk via: Wikipedia CC BY-SA 3.0 pl

    ***

    Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

    Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

    Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

    3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

    W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

    W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
    Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

    Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.

    Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

    W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

    Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

    Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

    Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

    Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
    Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

    Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

    Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

    Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
    Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
    Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

    Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

    Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

    Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

    Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
    Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

    Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.

    Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

    Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

    Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

    Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

    Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.

    Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.

    Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!

    Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
    Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
    Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.

    W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?

    1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

    Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.
    Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:
    [….]

    1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.

    Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
    Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
    Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
    Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…

    Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!

    Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).

    Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.

    Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
    Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!

    Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
    Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !

    Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!

    Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.

    W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.

    4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
    Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
    I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”

    12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.

    Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!

    Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
    . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
    . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
    ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
    . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
    . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
    . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
    . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
    . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
    . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!

    Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Widziałam wielkie zagniewanie Boże”. Czy zniszczenie Warszawy było karą za grzechy?

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Rok po śmierci świętej Siostry Faustyny na polskiej ziemi wybuchł zbrojny konflikt, który przerodził się z czasem w wojnę o światowym zasięgu. Towarzyszące działaniom wojennym hitlerowskie okrucieństwo wobec ludności cywilnej wprawiło w osłupienie nawet tych, których oczy widziały niejedną straszliwą zbrodnię. Do najkrwawszych przewinień niemieckiego okupanta względem Polski zaliczyć można dokonany na mieszkańcach powstańczej Warszawy mord. Wraz z bestialsko tłumioną insurekcją niszczono dobytek całych pokoleń. Czy w wydarzeniu tym należy dopatrywać się Bożej kary, która – zgodnie z wizją wspomnianej mistyczki i stygmatyczki – miała spaść na „najpiękniejsze w Ojczyźnie miasto” za rozliczne grzechy jej mieszkańców?

    Trudno, by odwiedzającym stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego nie zakręciła się łezka w oku po seansie wyświetlanego tam filmu ukazującego zgliszcza polskiej stolicy po niemieckiej, niszczycielskiej nawałnicy, jaka przez nią przeszła po upadku sierpniowej insurekcji. Malowniczy, architektoniczny krajobraz miasta, nazywanego czasem „Paryżem Północy”, hitlerowski okupant przeistoczył w smętne gruzowisko, wraz z usunięciem którego żegnano opiewany w tak wielu dziełach przedwojenny świat. Granice powojennej Warszawy wyznaczyły obszar rozległego cmentarzyska, w którym obok żołnierza z karabinem leżała matka ze swym niemowlęciem. Powracającym do stolicy mieszkańcom widok ruin tętniącego niegdyś życiem miejsca mógł nasuwać biblijne obrazy miast ukaranych przez Boga za ich liczne występki.

    W upamiętniających sierpniowe wydarzenia roku 1944 tekstach spotkać się można czasem z wizją zniszczonej Warszawy jako kary Bożej za jej rozliczne przewinienia. Za takim sposobem patrzenia na dziejowy moment w historii miasta przemawiają zapisane w „Dzienniczku” słowa św. Siostry Faustyny: Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być [taka], jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce.

    Uważa się, że powodem Bożego zagniewania była dokonująca się w majestacie polskiego prawa zbrodnia na nienarodzonych. O duchowej wadze tej winy świadczy ogrom cierpienia, jakie Sekretarka Bożego Miłosierdzia musiała znosić, czyniąc zadość Stwórcy za wołające o pomstę do Nieba krzyki mordowanych w łonach kobiet dzieci.

    Dziś tak gorąco pragnęłam odprawić godzinę św. przed Najświętszym Sakramentem – czytamy w „Dzienniczku” – jednak inna była wola Boża; o godzinie ósmej dostałam tak gwałtownych boleści, że musiałam się natychmiast położyć do łóżka; wiłam się w tych boleściach trzy godziny, to jest do jedenastej wieczorem. Żadne lekarstwo mi nie pomogło, co przyjęłam, to zrzuciłam; chwilami odbierały mi te boleści przytomność. Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia Sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek. (…)Mówiłam lekarzowi, że jeszcze nigdy w życiu podobnych cierpień nie miałam, on oświadczył, że nie wie co to za cierpienie. Teraz rozumiem co to za cierpienie, bo mi Pan dał poznać… Jednak kiedy pomyślę, że może kiedyś jeszcze będę w podobny sposób cierpieć, to dreszcz mnie przenika, (…). Obym tymi cierpieniami uratować mogła choćby jedną duszę od morderstwa.

    Prenatalne dzieciobójstwo nie było jedynym uchybieniem, jakiego dopuścił się wobec Boga polski naród, o czym Święta wzmiankuje wiele razy w swoim dziele. Duchowy stan rodaków przynaglał ją do nieustannego orędownictwa. Św. Siostra Faustyna pisała:

    Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.

    Trudno wyobrazić sobie los Polaków bez przemożnego wstawiennictwa Apostołki Bożego Miłosierdzia. Rąbek tajemnicy uchyla Siostra Faustyna w następującym fragmencie „Dzienniczka”:

    Widziałam gniew Boży ciążący nad Polską. I teraz widzę, że jeśliby Bóg dotknął kraj nasz największymi karami, to byłoby to jeszcze Jego wielkie miłosierdzie, bo by nas mógł ukarać wiecznym zniszczeniem za tak wielkie występki. Struchlałam cała, jak mi Pan choć trochę uchylił zasłony. Teraz widzę wyraźnie, że dusze wybrane podtrzymują w istnieniu świat, aby się dopełniła miara.

    Wśród ogromu ludzkich przewinień, których ciężar poznać miała polska Święta, były grzechy przeciwko ciału.

    Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego i zaraz nastąpiło biczowanie. Ujrzałam czterech mężczyzn, którzy na zmianę dyscyplinami siekli Pana. Serce mi ustawało patrząc na te boleści; wtem rzekł mi Pan te słowa: – „cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz?” I dał mi Jezus poznać za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste. O, jak strasznie Jezus cierpiał moralnie, kiedy się poddał biczowaniu – pisała.

    Gdy w kontekście przywołanych słów spróbujmy naszkicować duchową mapę przedwojennej Polski, to nietrudno będzie nam zauważyć wyróżniającą się na tle pozostałych miast ilość stołecznych domów rozpusty. Gdyby zapytać przedwojennego policjanta – czytamy w książce Pawła Rzewuskiego pt. „Warszawa. Miasto grzechu. Prostytucja w II RP” – co stanowi największy problem Warszawy, odpowiedziałby, że prostytucja. Co prawda stolicy Polski daleko było do Berlina z czasów Republiki Weimarskiej, barwnie ukazanego w filmie „Kabaret”, to jednak proceder ten był powszechny. I niezwykle widoczny.

    „Przybytki rozkoszy” rozlokowane były nawet w wokół Bożych Świątyń, co niezgodne było zresztą z obowiązującym wówczas prawem. Na warszawskiej mapie grzechu niechlubnie wyróżniały się dzielnice: Wola, Muranów, Powiśle i Stare Miasto. Warto zauważyć, że to właśnie w tych miejscach okupant przelał brutalnie najwięcej polskiej krwi w czasie Powstania. W labiryncie ulokowanych w centralnej części miasta uliczek przybyszowi trudno było z kolei znaleźć miejsce na nocleg, jako że właścicielom lokali opłacało się bardziej wynajmować pokoje na tak zwane „godziny”. Im dalej od śródmieścia, tym trudniej spotkać było córy Koryntu, co potwierdzą dane wskazujące na centrum stolicy jako na teren, w którym znaleźć można było najwięcej lunaparów.

    W próbie zrozumienia problemu przedwojennej prostytucji w Warszawie nie sposób nie odnieść się do przepisów regulujących ten aspekt życia II RP. W odrodzonej Polsce zakazano prowadzenia domów publicznych, legalna była natomiast prostytucja pod warunkiem stawiania się przez osobę zajmującą się nierządem na regularne badania lekarskie. Panie do towarzystwa zobowiązane były do posiadania karty zdrowia, czyli tak zwanej „czarnej książeczki”, którą – zgodnie z opisem – nie należało traktować jako „zachętę do rozpusty ani przeszkodę dla pracy”. Wszystko to było jednak papierową fikcją, ponieważ po warszawskim niebem czynne stały domy publiczne, w których zamieszkiwały zarówno zarejestrowane, jak i nielegalne prostytutki.

    Możemy być niemal pewni, że jednym ze skutków pleniącego się w stolicy nierządu były usługi płatnych morderców nienarodzonych dzieci. Trudno określić dokładną ich ilość, ponieważ tego typu przestępstwa zatajano lub nie zgłaszano organom ścigania.

    Z fragmentarycznych danych ogólnopolskich wynika, że w latach 1924–1928 odnotowywano rocznie 1233 do 1393 zgłoszeń dotyczących przeprowadzenia nielegalnych aborcji. Według obliczeń dokonanych przez Adama Czyżewicza na podstawie danych statystycznych dotyczących liczby kobiet z rozpoznaniem poronienia, które zostały przyjęte do szpitali, wynika natomiast, że w latach 1922–1938 przestępstw dokonywano rocznie od 256213 do 513237 tego typu – czytamy w artykule Mateusza Łodygi pt. „Metody i środki stosowane w procederze aborcyjnym w okresie międzywojennym na przykładzie spraw z terenu siedleckiego okręgu sądowego”.

    Skala tego procederu pokazuje, że w aborcyjnym podziemiu ginęły nie tylko dzieci zdeprawowanych matek. Kwestia „zabiegów” i środków służących przeprowadzaniu nielegalnych aborcji stanowiła swego rodzaju „tajemnicę poliszynela” w II RP, w której, co warto podkreślić, legalnie zabić można było nienarodzonego człowieka ze względu na stan zdrowia ciężarnej matki lub gdy ciąża była wynikiem przestępstwa (czyn nierządny z nieletnią lub upośledzoną, zgwałcenie, kazirodztwo). Za te, wołające o pomstę do Nieba grzechy, najdotkliwiej cierpiała znana prawie na całym świecie polska mistyczka.

    Czy wobec powyższego możemy domniemywać, że to właśnie te przewinienia ściągnęły pod koniec wojny na miasto Bożą karę, zgodnie z zapowiedzią, jaką otrzymała Apostołka Bożego Miłosierdzia? Ks. Sopoćko w swoich wspomnieniach opisuje jedną z ostatnich wizyt u chorej na gruźlicę zakonnicy:

    Znalazłem Siostrę Faustynę w szpitalu zakaźnym na Prądniku już zaopatrzoną na śmierć.(…) Jeszcze opisała mi wygląd kościółka i domu pierwszego zgromadzenia oraz ubolewała na losem Polski, którą bardzo kochała i za którą często się modliła. (…)W tym wypadku również nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa. Sama mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała.

    Modlitwa za Polskę była jedną z najczęstszych, jakich się podejmowała, o czym mówi nam sama Święta na łamach „Dzienniczka”: Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów do ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu. Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna. Nie bez powodu intencja ta była tak droga sercu zakonnicy. Wagę jej ustawicznego orędownictwa za ojczyznę dostrzec można lepiej w perspektywie cierpień, które stały się udziałem ludności cywilnej w czasie wojny. Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym.

    Powiązanie skutków sierpniowej insurekcji z przyczyną, jaką miały być grzechy zamieszkujących w stolicy ludzi, budzi do dzisiaj wiele emocji, dzieląc włączających się w dyskusję o tym na zwolenników i przeciwników takiej tezy. Trudno rozstrzygnąć powstały spór, jako że dotyka materii wymagającej spojrzenia na nią oczami wiary. Bez tej optyki nie sposób zrozumieć skierowanych do Siostry Faustyny słów Zbawiciela o szczególnym umiłowaniu przez Niego naszej ojczyzny. W obliczu dramatycznej historii obywateli II RP dane mistyczce słowo jawi się jako niedorzeczność, którą przemóc może w jakiejś mierze znajomość Biblii. W perspektywie ukazanych tam dziejów zobaczyć możemy nie tylko Bożą Sprawiedliwość, ale też Boże Miłosierdzie względem grzesznika, a w związku z tym pedagogiczny wymiar kary.

    Uprawniony wydaje się zatem sąd, że dopuszczone przez Boga skutki ludzkich działań są z jednej strony konsekwencją danej człowiekowi wolności, z drugiej zaś ukazują w jakiś sposób Bożą pedagogię w prowadzeniu człowieka. Nie możemy więc wykluczyć Bożego dopustu, jakim było zniszczenie Warszawy z powodu rozlicznych grzechów jej mieszkańców. Rozważając problem w takim ujęciu, jednego możemy być pewni. Wraz z cierpiącymi mieszkańcami stolicy współcierpiał Jezus. Prawdę tę pięknie ujął Paul Claudel, pisząc: „Ach, Panie, (…)wiemy, że Cię boli, gdy w nas uderzasz”.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    „Krew będzie płynęła rynsztokami”

    fot. kadr z filmu

    ***

    Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.

    Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).

    Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji. Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.

    Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.

    Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.

    Znakomita część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.

    Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.

    To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.

    Zapowiedź kary

    Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:

    „Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.

    Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.

    „Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).

    Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.

    Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…

    Łukasz Karpiel/PCh24.pl

    TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 70. ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego chrzcimy dzieci?

    Przyszła kiedyś do ośrodka „Cyrenejczyk” kobieta – matka, która żaliła się na swojego syna. Miał on do niej i do swojego ojca pretensje o to, że został ochrzczony jako dziecko, że nie zostawiono mu możliwości wyboru! Kiedy indziej, w czasie kolędy, trafiłem do młodego małżeństwa, które jeszcze nie ochrzciło swojego syna. W rozmowie okazało się, że po prostu nie chcą „łamać” jego sumienia i chrzcić go „na siłę” – chcą, aby sam dokonał wyboru gdy dorośnie.

    fot. Karol Porwich /Niedziela

    ***

    Chrzest dzieci nie jest czymś nowym w Kościele. Już w Dziejach Apostolskich czytamy o tym, że apostołowie chrzcili „całe domy” (por. Dz 16, 15. 33; 18, 8; 1 Kor 1, 16) czyli: rodziców, dzieci, służbę, niewolników. O praktyce chrztu dzieci wspominają wyraźnie dokumenty z II wieku po Chrystusie. Piszą o nim także Tertulian, Cyprian, Orygenes. Niektórzy pisarze chrześcijańscy powoływali się tu na samego Jezusa, który zganił apostołów, mówiąc do nich: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie, nie przeszkadzajcie im!” (Mk 10, 14).

    Wiara, żywa i dobrze rozumiana, stanowi część mnie samego, wyznacza to, kim jestem, stanowi o mojej tożsamości (tak samo jak język, wykształcenie, narodowość, więzi rodzinne i środowiskowe).

    Wychowując dziecko, staramy się przekazać mu to, co mamy najcenniejszego, to, co stanowi nas samych. Czy ktoś czeka z wyborem imienia (czy nazwiska) dla swojego dziecka aż dorośnie i będzie mogło świadomie zdecydować jak chce, by na nie wołano? Czy pozostawiamy dziecku wolność w wyborze języka, narodowości, środowiska, w którym ma wzrastać i się wychowywać? A przecież to one w dużej mierze kształtują naszą świadomość, nasz sposób patrzenia na świat. Idąc dalej, można zapytać, czy zastanawiamy się nad tym, czy nasze dziecko chciałoby być poczęte przed ślubem czy po nim (jak wielu współczesnych ludzi poprzez swoją nieroztropność skazuje swoje dzieci na bycie „nieślubnymi” nie patrząc na to, jakie będzie to miało znaczenie dla ich psychiki)? Takie pytania i przykłady moglibyśmy mnożyć w nieskończoność.

    Dla osoby wierzącej najważniejsze jest zbawienie: moje i moich najbliższych. Udzielenie chrztu dziecku jest otwarciem przed nim bram nieba. Czy ktoś, kto kocha swoje dziecko może to zlekceważyć? Czy dobrzy rodzice nie robią wszystkiego, by ich dziecko było zdrowe i szczęśliwe? Odmówić dziecku chrztu to tak jak zabronić mu kontaktów z dziadkami, starszym rodzeństwem czy dobrą ciotką. Chrzest jest przecież wejściem w relacje z Jezusem. Otwiera serce człowieka na Jego łaskę. Więcej: chrzest oczyszcza serce z grzechu i otwiera je na dobro.

    Rezygnacja z chrzczenia dzieci jest również wyborem: pozbawia je obrony przed złymi duchami, a zatem w większym lub mniejszym stopniu oddaje dziecko w ręce złego.

    Wreszcie, jako ludzie wierzący, musimy sobie uświadomić, że dziecko nie jest naszą własnością, że otrzymaliśmy je od Boga – tak jak ono otrzymało od Niego dar życia. Chrzest nie jest więc niczym innym jak oddaniem Panu Bogu tego, co się jemu należy, co jest Jego własnością. „Rodzice chrześcijańscy powinni uznać, że taka praktyka odpowiada także ich roli opiekunów życia, powierzonej im przez Boga” (KKK 1251).

    ks. Marian Tomasz Kowalski/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________

    Sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego

    Chrzest, bierzmowanie i Eucharystia, które są fundamentami życia chrześcijańskiego nazywamy sakramentami wtajemniczenia chrześcijańskiego. Łączą się one ściśle ze sobą i stanowią jakby analogie do życia naturalnego: chrzest powołuje nas do życia wiarą i odradza, bierzmowanie umacnia naszą wiarę, a eucharystia jest pokarmem życia wiecznego. Razem prowadzą do pełnej dojrzałości chrześcijańskiej.

     

    fot. Wiesław Ochotny/Niedziela

    ***

    Samo pojęcie „wtajemniczenia” (inicjacji) było używane już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, i oznaczało włączenie do wspólnoty chrześcijańskiej. Osoby dorosłe, wstępujące do Kościoła przyjmowały je równocześnie w jednym obrzędzie (tak dzieje się także dzisiaj, gdy chrzczone są osoby dorosłe!). Przyjmujący je otrzymują odpuszczenie grzechów, zostają zaliczeni do ludu Bożego, dostępują przybrania za synów Bożych, zostają przez Ducha Świętego wprowadzeni w obiecaną pełnię czasów a dzięki ofierze i uczcie eucharystycznej otrzymują przedsmak dóbr królestwa Bożego. Z czasem zostały one w praktyce Kościoła rozdzielone, wiązało się to miedzy innymi z powszechną praktyką chrztu dzieci.

    Chrzest określa nas jako chrześcijan – dzięki niemu stajemy się dziećmi Bożymi. Bierzmowanie pobudza nas do działania – to przez nie stajemy się odpowiedzialni za naszą wiarę i nasze bycie w Kościele. Wreszcie Eucharystia, która jest źródłem życia wiary, pobudza nas do działania i umacnia w nim.

    Przez chrzest wszczepieni w Chrystusa stajemy się ludem Bożym. Odradzając się z wody i z Ducha Świętego, stajemy się nowym stworzeniem. Naznaczeni darem tegoż Ducha Świętego w sakramencie bierzmowania, tym dokładniej upodabniamy się do Pana i napełniamy Duchem Świętym, tak abyśmy niosąc o Nim świadectwo światu, doprowadzili jak najrychlej Ciało Chrystusa do pełni. Uczestnicząc następnie w zgromadzeniu eucharystycznym, przyjmujemy Ciało Syna Człowieczego i pijemy Jego Krew, aby otrzymać życie wieczne.

    ks. Marian Tomasz Kowalski/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________

    Moje chrzcielne imię “mówi” o mnie Bogu

    fot. Bożena Sztajner/Niedziela

    ***

    Przed wielu laty na recepcji dużego domu pielgrzymkowego zadzwonił telefon i rozmówca przedstawił się następująco: ” Halo! Tu dzwoni z lotniska Mieczysław Fogg. Czy to nazwisko coś panu mówi?” Oczywiście, że to nazwisko mówiło. Legenda polskiej muzyki jeszcze w okresie przedwojennym, a potem przez dziesięciolecia niekwestionowany lider piosenki lirycznej. To zdanie wypowiedziane przez telefon: “Czy to nazwisko coś panu mówi?” przypomina jak to jest mieć nazwisko, które “mówi”. Nasze nazwiska i imiona “mówią” coś raczej tylko najbliższym. Dla nich mają szczególne znaczenie – dla mamy, ojca, rodziny i przyjaciół… Dla innych często nic “nie mówią”.

    Zupełnie inaczej jest przed Bogiem. Dla Niego nie jesteśmy tylko anonimowymi numerami PESEL, kimś w tłumie. On nie zwraca się do nas bezosobowo. Dla Niego jestem jedyny. Jemu moje imię coś “mówi”. Tak naprawdę Bogu jednemu wszystko “mówi” i nigdy nie pomyli mnie z kimś innym. Gdy zmartwychwstały Chrystus spotkał Marię Magdalenę, ona nie rozpoznała Jezusa. Sądziła, że stoi przed nią ogrodnik, którego posądzała, że jest odpowiedzialny za zniknięcie ciała Pana z grobu. Wtedy Jezus powiedział tylko jedno słowo – jej imię: “Mario”. A ona już wiedziała wszystko. Bo nikt tak nie wypowiadał jej imienia jak Jezus. Nikt nie potrafił zawrzeć w tym jednym słowie tyle miłości i przebaczenia, ciepła i czułości, wiedzy o tym co najbardziej ukryte i radości z piękna, którego była nosicielem. Znać czyjeś imię to znać istotę człowieka, całe bogactwo ludzkiego serca: wszystko to co w nim wzniosłe i piękne, ale także co grzeszne i słabe.

    Świadectwa takiego rozumienia imienia odnajdujemy na kartach Pisma Świętego. Bóg nadaje pierwszemu człowiekowi imię, a potem Adam nazywa imieniem także swoją żonę. W Księdze Proroka Izajasza Bóg zwraca się do Izraela: “nie lękaj się niczego, bo Ja cię wykupiłem, przywołałem cię po imieniu i należysz do Mnie” (Iz 43,1) Powołanie Samuela rozpoczyna się od wołania jego imienia. Nawet wobec niewolnicy, do której nikt nie zwracał się po imieniu, Bóg postępuje inaczej i pyta ją: “Hagar, niewolnico Saraj, skąd przychodzisz i dokąd idziesz?” (Rdz 16,8). Bóg Starego Przymierza występuje zawsze jako Bóg konkretnych ludzi: Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza, Dawida. W Nowym Testamencie Jezus powołuje po imieniu dwunastu Apostołów. Niektórym z nich zmienia imię, jak np. Szymonowi synowi Jana, który odtąd będzie się nazywał Skała – Piotr. A charakteryzując swą misję powie, że Dobry Pasterz “woła swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych”. Ostatnia księga Pisma Świętego, Apokalipsa, przedstawia obietnicę 4złożoną kościołowi w Pergamonie: “Zwycięzcy dam mannę ukrytą oraz biały kamień z wypisanym na nim nowym imieniem. A imię to nie będzie znane nikomu prócz tego, który je otrzymuje” (Ap 2,17). To obietnica, która także nas dotyczy. W starożytnym greckim świecie sędziowie posługiwali się białymi i czarnymi kamieniami oznaczającymi niewinność lub winę. Biały kamień był symbolem niewinności. Zatem wręczając u bram nieba biały kamień Jezus mówi, że cała nasza grzeszna przeszłość została zmazana. Nowe imię wypisane na kamyku niewinności wiąże się tylko z tym, co w nas godne jest życia wiecznego.

    W Biblii imienia się nie wymyślało. Można je było wyłącznie odkryć. Gdy rozpoczynamy nowe życie przez chrzest zanurzający w Chrystusa, otrzymujemy także imię. Wybierają nam je na ogół rodzice, dla których jest to zarazem test ich wiary. Gdy pada pytanie celebransa: “jakie imię wybraliście dla swojego dziecka?” czekamy na odpowiedź, która wyrasta z modlitwy i prośby o odkrycie bożej woli dla przyjmującego chrzest dziecka. Niestety w dzisiejszej mentalności zadanie “odkrywania imienia” w wierze bywa zastępowane modą, estetyką, czy pragnieniem zwrócenia uwagi. Stąd czasem takie dziwne imiona, które rodzice nadają swoim dzieciom.

    Bardzo piękna jest tradycja Kościoła. Według niej w wyborze imienia dziecka kierowano się kalendarzem świętych Kościoła. Imię wiąże wtedy z konkretnym patronem. Kimś, kto z nieba będzie opiekował się mną na mojej drodze życia, abym i ja dołączył do grona świętych. Dlatego liturgia chrzcielna zawiera także litanię do Wszystkich Świętych, bowiem w tej ważnej chwili pragniemy włączyć w zanurzenie w Bogu nie tylko ziemię ale i całe niebo.

    Moje chrzcielne imię “mówi” o mnie Bogu. Ono mówi także o wierze moich rodziców, o moim patronie, którego warto poznać i zaprzyjaźnić się z nim. Jest też ciągle tajemnicą do odkrycia. Warto odczytać co znaczy moje imię, z jakiego języka pochodzi i z jakimi świętymi patronami mnie wiąże. Warto też często po imieniu zwracać się do moich braci i sióstr, bo przecież po imieniu zna nas sam Bóg i tak się też do nas zwraca.

    ks. dr Włodzimierz Skoczny/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Czy sakramenty tracą ważność?

    Adobe Stock/Niedziela

    ***

    Ksiądz, który „udzielał mi” ślubu i chrzcił moje dzieci, przestał być księdzem. Czy sakramenty, których nam udzielił, są ważne? (Czy w razie gdybym chciała „unieważnić” swój ślub, to może być brane pod uwagę?)

    Odpowiedź eksperta pozwoliłem sobie ująć w cudzysłów sformułowania z pytania: „udzielanie ślubu” i jego „unieważnienie”, gdyż pojęcia te nie są adekwatne do języka kanonicznego. Ksiądz nie udziela ślubu, a wyłącznie przy nim asystuje, a prawo Kościoła w materii nieważności małżeństwa posługuje się kategorią orzeczenia lub stwierdzenia nieważności, co zakłada, że małżeństwo od samego początku było nieważnie zawarte (w odróżnieniu do pojęcia unieważnienia, które sugeruje, że coś początkowo było ważne, a później da się to unieważnić). Zachowanie precyzji języka jest istotne, aby mieć odpowiednią wrażliwość na rzeczywistość sakramentalną.

    W odpowiedzi dla Niedzieli nr 42 z 17 października 2021 r. wspomniałem o trzech możliwościach utraty stanu duchownego. Piszę o tym dlatego, że sposoby te różnią się od siebie, a w konsekwencji ważność niektórych sprawowanych przez księdza sakramentów zależy od konkretnego sposobu utraty stanu duchownego. Zajmijmy się jednak najczęstszym sposobem, czyli porzuceniem, a także jego następstwami – czy zostanie mu udzielona dyspensa od święceń, czy też zostanie karnie wydalony ze stanu duchownego. Porzucenie stanu duchownego oznacza, że ksiądz był ważnie wyświęcony, ale na skutek różnych okoliczności, kryzysu, a także kary kościelnej nie sprawuje już sakramentów. Oczywiście, wszystkie sprawowane przez niego sakramenty z zasady nie utraciły swojej ważności (mogły być w poszczególnych sytuacjach nieważne, jeśli nie zostały spełnione warunki określone przez Kościół do ich udzielania/sprawowania). Skoro tak, to porzucenie stanu duchownego nie może być argumentem za nieważnością małżeństwa, przy którym ten konkretny duchowny asystował.

    Warto podkreślić, że ksiądz, który porzucił stan duchowny, w sensie ontologicznym dalej jest księdzem, gdyż sakrament święceń (podobnie jak sakrament chrztu i bierzmowania) należy do tych, które mają „niezatarty charakter duchowy”. Nie da się tego wymazać. Oczywiście, ksiądz zamiast koloratki ubierze krawat, ale zmiana będzie jedynie zewnętrzna i wizerunkowa. Bardzo ciekawą normę, która podkreśla istotę sakramentu święceń, znajdujemy w części dotyczącej sprawowania sakramentu pokuty. W myśl tego przepisu ksiądz, który nawet porzucił stan duchowny, może skorzystać z władzy święceń w przypadku niebezpieczeństwa śmierci, w którym znajduje się penitent: „Każdy kapłan, chociażby nie miał uprawnienia do spowiadania, ważnie i godziwie rozgrzesza jakichkolwiek penitentów znajdujących się w niebezpieczeństwie śmierci z wszelkich cenzur i grzechów, nawet gdy jest obecny kapłan uprawniony”. To od woli penitenta znajdującego się w niebezpieczeństwie śmierci zależy, u którego kapłana chce się wyspowiadać, i nie obowiązuje tutaj zasada pierwszeństwa dla księdza, który jest „czynny” i ma uprawnienie do spowiadania.

    ks. Michał Wieczorek, doktor prawa kanonicznego/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa „Duszo Chrystusowa”.

    Dotknij duszy Boga

    web3-eucharist-priest-altair-church-thoom-shutterstock
    fot. Thoom/Shutterstock

    ***

    „Duszo Chrystusowa” to bardzo stara modlitwa, która za każdym razem brzmi jak intymne wyznanie. Śpiewane wiele razy, a czy na pewno usłyszane i zrozumiane?

    Trzynastowersowa modlitwa Duszo Chrystusowa tylko pozornie wygląda na zestaw próśb. Jest w niej wszystko – katechizmowa nauka na temat tego, kim jest Bóg, wyznanie miłości, tęsknota i prośba. Emocje i teologia.

    Nawet na końcu jest porządne „amen” – człowiek ma poczucie, że uroczyście potwierdza wszystko, co powiedział wcześniej. W wersji śpiewanej jest piękna, poruszająca melodia, która daje pole do popisu chórowi.

    Nic dziwnego, że w kościołach często śpiewa się tę pieśń tuż po Komunii, czyli w momencie najbliższego zjednoczenia z Bogiem. Szkoda, że tylko w Wielkim Poście.

    Niezasłużona sława Ignacego

    W śpiewnikach można znaleźć informację, że autorem modlitwy jest św. Ignacy Loyola. To nieprawda. Założyciel jezuitów jedynie kilka razy nawiązał do niej w swoich „Ćwiczeniach duchowych”, więc w jednym z wczesnych wydań umieszczono tekst na początku książki.

    Najstarszy zapis modlitwy Anima Christi (oczywiście po łacinie) pochodzi z 1370 r. – ponad sto lat przed urodzeniem się św. Ignacego.

    Bóg przyjął śmiertelne ciało

    Z modlitwy dowiadujemy się, że Bóg przyjął śmiertelne ciało, żeby nas zbawić i uświęcić. Eucharystia jest dla nas pokarmem, a męka Jezusa nas oczyszcza.

    Dowiadujemy się też co robić, kiedy pojawiają się trudności i cierpienia. Wtedy trzeba pamiętać, że pokrzepienie zawsze przychodzi „z góry”. Wszystko, co możemy zrobić, to ukryć się w ranach Chrystusa i prosić, żeby nie pozwolił nam odłączyć się od Niego. Jest też prosta prośba – najprostsza ze wszystkich: „Dobry Jezu, wysłuchaj mnie”.

    A na koniec rzut oka na cel naszej wędrówki: „W godzinę śmierci mojej wezwij mnie”. Nie ma tu nic o zdrowiu, o stanie konta bankowego ani o fajnych wakacjach, a jednak pozostaje przemożne wrażenie, że się już poprosiło o wszystko.

    Duszo Chrystusowa, uświęcaj mnie.
    Ciało Chrystusowe, zachowaj mnie.
    Krwi Chrystusowa, napój mnie.
    Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
    Męko Chrystusowa, pokrzepiaj mnie.
    O dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
    W ranach Twoich ukryj mnie.
    Nie pozwól mi odpaść od siebie.
    Od wroga złośliwego obroń mnie.
    W godzinę śmierci mojej wezwij mnie.
    I każ mi przyjść do siebie,
    Abym z świętymi Twymi chwalił Cię
    Na wieki wieków. Amen.

    Joanna Operacz/Aleteia

    _________________________________________________________________________________________

    Eucaristia.jpg
    Sanktuarium Fatimskie/Eucharystia

    ***

    Msza św. pierwszych chrześcijan. Czy była podobna do dzisiejszej?

    Jak poszczególne części Eucharystii powstawały i kształtowały się na przestrzeni wieków? Kiedy odprawiono pierwszą Mszę św.?

    Historia Mszy św. sięga czasów Ostatniej Wieczerzy, kiedy to w ramach tej uczty Jezus „ustanowił eucharystyczną Ofiarą Ciała i Krwi swojej, aby w niej po wszystkie wieki powierzyć pamiątką swej Męki i Zmartwychwstania” (Konstytucja soborowa o Liturgii świętej, nr 47).

    Jezusowe słowa ustanowienia Najświętszej Ofiary przekazali ewangeliści oraz św. Paweł. Są w nich zawarte trzy podstawowe elementy Mszy św. – obrzęd przygotowania darów, modlitwa eucharystyczna i udzielenie Komunii św. i już wiemy, skąd te trzy części wzięły swój początek.

    Na przestrzeni wieków do liturgii ustanowionej przez Jezusa, Kościół dodawał oprawę obrzędowo-modlitewną, stale pogłębiając swoją wiarę i pobożność. Natchnienie czerpał z religijnych nabożeństw żydowskich i zwyczajów dawnych środowisk. Obrzędy stale były kontrolowane przez kompetentne władze kościelne, podobnie jak to się dzieje obecnie. Świadczą o tym na przykład: zmiana języka z łacińskiego na języki narodowe czy przybliżenie ołtarza do wiernych.

    Chrześcijanie w każdą niedzielę gromadzili się dla uczestniczenia w Eucharystii – najpierw po domach, w których były odpowiednie warunki, a po uzyskaniu swobody religijnej, rozpoczęli budować świątynie dla celów kultycznych. Układ Mszy św. w pierwszych wiekach przedstawiał się następująco: składał się z czytania ksiąg biblijnych (Dz 13, 15), słuchania homilii (Dz 20, 7), śpiewu psalmów i hymnów (Ef 5, 19), odmawiania wspólnych modlitw (1 Tm 2, 1-2), pocałunku pokoju (Rz 16, 16) i zbiórki na cele charytatywne (Rz 15, 26).

    Uczestnikom spotkań eucharystycznych stawiano wymagania. Komunię św. mógł przyjmować tylko ten, kto wierzył w wiarygodność przekazywanej nauki, prócz tego został oczyszczony z grzechów, jak również żył według przykazań Chrystusa. Nieobecnym zanoszono Komunię św. do domów, co dzieje się również współcześnie, kiedy to nadzwyczajni szafarze komunii świętej to czynią. Natomiast zebrane ofiary podczas Mszy św. dawano sierotom, wdowom, ubogim i potrzebującym.

    Następne wieki przyniosły kolejny etap rozwoju Kościoła. Dodawano też nowe elementy do Mszy św. Do wyżej wymienionych, dołożono jeszcze śpiewy pomiędzy czytaniami, obmywanie rąk, błogosławieństwa, procesje, elementy muzyczne, litanie i różne pieśni dostosowane do okresu roku liturgicznego. Sobór Watykański II polecił przestrzeganie przepisów liturgicznych w odprawianiu Mszy św. Zwrócił uwagę na to, by wierni dobrze ją rozumieli i świadomie w niej uczestniczyli (KL 48). W tym celu teksty i obrzędy tak uporządkowano, aby jaśniej wyrażały święte tajemnice (KL 21). Szczególny akcent położono na czytania biblijne.

    Można stwierdzić, że wszelkie zmiany układu Mszy św. na przestrzeni wieków miały na celu tylko i wyłącznie jeszcze lepsze przybliżenie Ofiary Chrystusa wiernym, którzy mogą coraz łatwiej zgłębiać tajemnicę Eucharystii jak również lepiej w niej uczestniczyć.

    Starajmy się uczestniczyć w każdej części Mszy św. jak najbardziej świadomie, a otrzymamy na pewno sporo Bożych łask płynących z Eucharystii.

    Red. Anna Guzik, ks. Janusz Diament/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ‘Selfie’ Jezusa.

    Niezwykła historia chusty z Manopello

    'Selfie' Jezusa. Niezwykła historia chusty z Manopello
    Chusta z Manopello (Screenshot YouTube – Piotr Muzolf)

    ***

    „Głęboko we wnętrzu, namalowany tym samym odcieniem światła, ukazał mi się nasz obraz, na dnie którego odkryłem swoje własne oblicze”. Dante

    Pewnego słonecznego, lipcowego południa zakupiłem książkę Paula Badde „Boskie Oblicze – całun z Manoppello”. Wychodząc z księgarni z nową zdobyczą nie przypuszczałem wówczas, że jej treść wywrze na mnie tak duży wpływ. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się bowiem, aby przeczytanie jakiejkolwiek książki skutkowało decyzją o natychmiastowej podróży. Jej lektura tak mnie zafascynowała, że kilka dni później siedziałem już w samolocie, który zmierzał do stolicy słonecznej Italii. Trzymając w dłoniach otwartą książkę doczytywałem jej ostatnie stronice delektując się co chwilę widokami z okna. A tam, przez dziury w chmurach mogłem już podziwiać wyłaniające się połacie Półwyspu Apenińskiego. Wszystkie drogi prowadziły dziś do Rzymu!

    Akcja książki rozpoczyna się w bazylice św. Piotra. To tam, w jednym z filarów jak sądzono, przechowywana jest najcenniejsza relikwia chrześcijaństwa: chusta św. Weroniki. Acheiropoietos! Wizerunek stworzony w nadnaturalny sposób! Vero – eikon! Prawdziwa ikona! Chusta na której winno znajdować się oblicze człowieka będące prototypem wszystkich średniowiecznych ikon przedstawiających Chrystusa. Autor książki uzyskawszy zgodę na obejrzenie relikwii odkrywa, że na chuście którą raz do roku okazuje się pielgrzymom w bazylice św. Piotra, nie można dojrzeć nic, poza kilkoma plamami. Zawiedziony tym faktem próbuje rozwikłać zagadkę poszukując brakujących puzzli wśród eksponatów muzeum watykańskiego. Odnajduje tam starą, srebrną ramę w której przechowywano niegdyś tę cenną relikwię. Paul Badde wpada na prawdziwy trop. Odkrywa, że stare ramy wcale nie pasują do chusty pokazywanej w bazylice watykańskiej, ale do zupełnie innej. Znajdującej się na wschód od Rzymu.

    Trop wiódł do Manoppello. To właśnie tam, w górach Abruzji, w niewielkim kościółku, nad głównym ołtarzem wystawiona jest w srebrnej monstrancji przezroczysta jak jedwab, tajemnicza chusta. Delikatna jak pajęczyna a jednocześnie niezniszczalna. Nie trawi jej ogień, wszelkie kwasy czy alkohole. Jest odporniejsza  na ogień od azbestu a zarazem tak delikatna, że można przez jej pryzmat czytać gazetę. Widnieje na niej oblicze człowieka, z którego można wyczytać cierpienie jakie stało się jego udziałem. Co więcej! Rama przechowywana w muzeum watykańskim pasuje jak ulał do chusty z Manoppello. Dwie kryształowe szyby – jak mówi Badde – musiały przecież skrywać coś co jest widoczne z obu stron. Ponadto wielkość chusty i ram są jednolite. Czy to właśnie ta chusta przyciągała niegdyś do wiecznego miasta miliony pielgrzymów? Czy to o tej chuście pisali Petrarka, św. Brygida Szwedzka czy Dante Alighieri?

    Kolejną zagadką z jaką musiał się zmierzyć Badde to sposób w jaki chusta dostała się do Manoppello. Wszystkie ślady urywały się w czasach, kiedy na murach bazyliki wybudowanej przez Konstantyna powstawała nowa bazylika Św. Piotra. Autor książki dociera do manuskryptów o. Donata la Bomby, wedle którego w roku 1506 przybył do Manoppello pewien pielgrzym, któremu na drodze stanął dr Giacomantionio Leonelli. Tajemniczy przybysz prosi doktora o wejście do świątyni i tam wręcza mu tajemnicze zawiniątko. Kiedy zdumiony doktor Leonelli odwraca się chcąc podziękować nieznajomemu za podarunek, tego już nie ma. Od tamtego czasu chusta przechodzi przez ręce wielu właścicieli, aż w końcu zniszczona trafia do klasztoru kapucynów gdzie przechowywana jest do dziś. Oficjalnie zaś została im  wręczona w roku 1683 przez niejakiego De Fabritisa.

    Badde, który z pasją detektywa odkrywa tajemnice najcenniejszej relikwii chrześcijaństwa wpada na prawdziwe odkrycie! To chusta z grobu Jezusa o której czytamy w jednej z Ewangelii. „A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.” J 20:5  Nie chodzi bowiem o chustę, którą wedle tradycji miała obetrzeć twarz Jezusowi kobieta o imieniu Weronika. Nazwa „chusty świętej Weroniki” nawiązuje do łacińskiego vera (prawdziwa) i greckiego ikon (ikona).

    Czytając „Boskie oblicze” poznajemy nową bohaterkę książki. Paul Badde spotyka na swej drodze niemiecką trapistkę, siostrę Blandinę Paschalis, którą tajemnicze oblicze z Manoppello podobnie jak jego, przyciągnęło aż z Niemiec. Siostra Blandina dokonuje przełomowego odkrycia za pomocą metody, którą nazywa „transsubpozycją.” Przez nałożenie foliogramu z obliczem Chrystusa z całunu turyńskiego na całun z Manoppello odkrywa, że oba całuny pokrywają się w stu procentach. Człowiek z całunu turyńskiego i ten z chusty z Manoppello to z pewnością ten sam człowiek. Potwierdza to prof. o. Andeas Resch – wykładowca na papieskim Uniwersytecie Laterańskim, który udowadnia, że matematycznie wszystkie rysy twarzy, wielkość zgadzają się ze sobą w sposób zdumiewający i nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Ale to jeszcze nie koniec.

    Wszystko przepowiedziała kilkadziesiąt lat wcześniej mistyczka Maria Valtorta, której Jezus wyjawia następujące słowa: „Chusta Weroniki jest bodźcem dla waszych sceptycznych dusz. Wy, racjonaliści, oziębli, chwiejący się w wierze, którzy przeprowadzacie bezduszne badania, porównajcie odbicie twarzy na chuście z odbiciem na całunie (chodzi o Całun Turyński). To pierwsze jest Twarzą Żyjącego, to drugie to Zmarłego. Jednak długość, szerokość, cechy somatyczne, kształt, charakterystyka są takie same. Nałóżcie na siebie te dwa odbicia. Zobaczycie, że sobie odpowiadają. To Ja jestem. Pragnę przypomnieć wam, kim byłem i kim stałem się z miłości dla was. Abyście się nie zagubili, nie stali się ślepcami, powinny wam wystarczyć te dwa odbicia, aby doprowadzić was do miłości, do nawrócenia, do Boga”.

    Siostra Blandina Paschalis stawia śmiałą hipotezę, że chusta z Manoppello  to całun pogrzebowy Jezusa, położony nie bezpośrednio na ciało, ale na płótna zakupione przez Józefa z Arymatei, czyli te, które dziś znamy pod nazwą „całunu turyńskiego”. Ewangelie milczą jednak nad sposobem w jaki chusta mogła trafić do grobu. Trop Badde wiódł do Marii Magdaleny, która na jednym z obrazów Raffaello Santi podtrzymuje w jednej ręce przebitą dłoń Jezusa. Trzyma też w ręku przeźroczystą jak jedwab chustę, ale jeszcze bez widniejącego na niej wizerunku. Czy to ona położyła chustę na owinięte płótnami ciało Chrystusa? W jaki sposób powstały tajemnicze wizerunki na całunie turyńskim i chuście z Manoppello?

    Kolejny sekret stanowił materiał z którego wykonana jest chusta. Jego częściowe rozwiązanie przychodzi wraz z pojawieniem się kolejnej bohaterką książki. Jest nią Chiara Vigo – jedyna na  świecie specjalistka, która przejęła rodzinne tajniki wytwarzania bisioru- najdroższej w świecie antycznym tkaniny. Bisior, zwany również jedwabiem morskim, powstaje po zetknięciu wydzieliny jednego z gatunków małży z wodą.

    Kiedy Chiara Vigo przybywa na zaproszenie Badde do Włoch udają się wspólnie w podróż do Manoppello. Wchodząc do bazyliki Świętego Oblicza i spoglądając pierwszy raz na tajemniczy wizerunek, Chiara czyni znak krzyża i mówi: „O Boże)…„ma oczy baranka i lwa jednocześnie. On Jest Panem Nieba i Ziemi.” Chiara potwierdza z całą pewnością: to bisior! Na darmo szukać go dziś w najdroższych sklepach świata. Od dwóch tysięcy lat nie można go nigdzie kupić. Na całym świecie zachowały się zaledwie nieliczne jego pozostałości, a ten w Manoppello jest jednym z największych skrawków. Chiara Vigo tłumaczy, że na bisiorze nie da się niczego namalować. Bisior po prostu nie przyjmuje farby. Można go zabarwić w sposób naturalny, ale w żadnym wypadku nie można na nim nic namalować. Potwierdzają to przeprowadzone nieinwazyjne badania, które dowodzą, że na całunie nie ma śladów farby. Choć wizerunek jest i to nad wyraz czytelny!

    Z Rzymu do Manoppello wybraliśmy się autem. Była sobota, 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Przedmieścia Rzymu skąpane  w letnim słońcu połyskiwały ciemną czerwienią dachów kontrastując z lazurem włoskiego nieba. Za szybą auta przesuwał się obraz słonecznej Italii, a moim oczom ukazywał się z czasem coraz to bardziej górzysty krajobraz. Serce drżało, emocje rosły z każdą chwilą a każdy postój przeznaczony na espresso powodował moje zniecierpliwienie. Nie obyło się również bez obaw. Może nad chustą prowadzone są badania, albo kościół jest w remoncie, a może siesta? W myślach przypominałem sobie psalm Dawidowy: „O Tobie mówi moje serce: Szukaj Jego oblicza! Szukam, o Panie, Twojego oblicza; swego oblicza nie zakrywaj przede mną, nie odpędzaj  z gniewem swojego sługi! Ty jesteś moją pomocą, więc mnie nie odrzucaj i nie opuszczaj mnie, Boże, moje Zbawienie!” Ps. 27:8.

    Kiedy krętymi uliczkami dojeżdżaliśmy do sanktuarium „Santo Volto” wykrzyknąłem radośnie: jest! Po chwili wjeżdżaliśmy już na główny plac, który znałem z opisów i fotografii zamieszczonych w książce. Zamiast tysięcy pielgrzymów zobaczyłem kilku przechadzających się tubylców. Życie w Manoppello toczyło się swoim naturalnym, niczym niezmąconym rytmem. Tu Włosi dopijający espresso, tam biesiadująca przy stole rodzina. Słowem: totalny spokój. Żadnego poruszenia! Niczego co mogłoby wskazywać, że to właśnie tam za drzwiami kościółka znajduje się prawdziwa, zapomniana chusta św. Weroniki. Najcenniejsza relikwia chrześcijaństwa!

    Wszedłem do środka. Właśnie trwała Msza Święta a pierwsze słowa które usłyszałem to wypowiedziane po włosku: „Pokój Wam”. Uścisnąłem dłonie nieznajomym i ze wzrokiem utkwionym w niewielką monstrancję nad ołtarzem stałem i nie mogłem uwierzyć, że w końcu tu jestem. Ileż razy czytałem o tym, jak Paul Badde wchodził właśnie do tej świątyni by przyjrzeć się tajemniczemu wizerunkowi? Ileż razy autor książki wracał tu, aby spojrzeć jeszcze raz w oblicze Jezusa!?  Po skończonej Mszy ruszyłem boczną nawą w kierunku ołtarza i tak jak autor książki wszedłem po schodkach na specjalne podwyższenie w którym umieszczony jest  relikwiarz z chustą. A tam w szklanej gablocie tajemnicza chusta z wizerunkiem oblicza Jezusa. W głowie kołatały mi słowa Paula Badde: „Obchodzę ołtarz z lewej strony, wchodzę po znajdujących się za nim schodach i opieram głowę o szybę…”(…) Moje pierwsze spojrzenie. Jest! „Teraz wpatruję się w małe okienko monstrancji, z którego spogląda na mnie żywe Oblicze…”(…) „Widzę twarz brodatego mężczyzny z lokami na skroniach i złamanym, wąskim nosem. Prawy policzek jest spuchnięty, broda częściowo wyrwana”. Patrzę na człowieka i widzę oblicze Boga. Czy to ja patrzę na Niego, czy to On patrzy na mnie? Wyciągam biblię, którą zabieram ze sobą we wszystkie podróże. Czytam jeszcze raz fragment o odnalezieniu płócien  i chusty w grobie Jezusa. Niepostrzeżenie trafiam na fragment: „Kto widzi mnie, widzi Tego, który mnie posiał” (J 12,45) Kontempluję oblicze Boga. „Kto mnie widział, widział także Ojca” (J 14,9)  A także „On, istniejąc w postaci Bożej nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem,  lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.” Flp. 2:6 Adoruję oblicze Boga w ciszy…

    Siadam na schodach przed fasadą sanktuarium. W ręku trzymam kopię chusty zakupioną w sklepiku przylegającym do sanktuarium. Rozkładam ją starając się przysłonić nieco zawieszone na lazurowym nieboskłonie słońce. Patrzę jeszcze raz na Boskie Oblicze. Przypominam sobie słowa kardynała Fiorenzo Angelini, który zobaczywszy chustę z Manoppello powiedział: „To jest oblicze Jezusa! Kiedy będę w niebie, powiem: „Jezu, widziałem Cię już w Manoppello”.

    Arkadiusz Jurek/fronda.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    1 WRZEŚNIA – I CZWARTEK MIESIĄCA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________

    Jakie czasy, tacy księża?

     

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Kapłaństwo się nie starzeje

    W okolicach Cezarei Filipowej Jezus dokonał sondażu opinii publicznej. Pytał uczniów, za kogo ludzie Go uważają. Odpowiedź nie była trudna, ponieważ wystarczyło przywołać opinie o Jezusie. Trudniej było odpowiedzieć na drugie pytanie, które wymagało osobistego zaangażowania. Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Umożliwiło to Apostołowi poznanie siebie samego i roli, jaką ma odegrać w Kościele. Później Jezus zapytał go jeszcze o miłość. Konieczne są znajomość Mistrza i miłość do Niego, aby głosić Ewangelię, sprawować sakramenty i służyć potrzebującym w Jego imieniu.

    Odpowiedź na pytanie: „co znaczy być dzisiaj dobrym księdzem?”, nie różni się od udzielanych wówczas, gdy Jezus powoływał i posyłał uczniów. Zmieniły się tylko zewnętrzne okoliczności życia. Człowiek w swej najgłębszej istocie pozostaje ten sam. Także misja kapłańska ma te same cele. Dobrym księdzem był, jest i zawsze będzie ten, kto wierzy Jezusowi, jest Mu posłuszny, kocha Boga ponad wszystko i tak jak Mistrz jest do dyspozycji ludzi. Z uwagi jednak na nowe wyzwania na bieżąco trzeba nasłuchiwać, co Duch Święty mówi do Kościoła. Jan Paweł II, gdy nauczał na temat przygotowania kandydatów do kapłaństwa i życia samych kapłanów, wpierw wskazywał na potrzebę formacji ludzkiej. Trzeba się stawać dojrzałym człowiekiem, aby brać na siebie odpowiedzialność za innych. Na fundamencie człowieczeństwa – tak jak na naturze opiera się łaska – buduje się formację duchową, intelektualną i duszpasterską. Nie musimy być specjalistami od wszyskiego ani też się na nich kreować. Nade wszystko mamy się znać na sprawach duchowych. Mamy tworzyć wspólnotę Bosko-ludzką, a nie przywiązywać ludzi do nas. Zostaliśmy dani wspólnocie wiernych na pewien czas jako jedno z wielu ogniw w sztafecie pokoleń. Stąd potrzeba pamięci i wdzięczności duszpasterzy oraz parafian wobec tych, którzy nas poprzedzili; konieczna jest troska o tych, którzy po nas przyjdą. Uważam, że dobry ksiądz daje ludziom poczucie bezpieczeństwa i pewności, że jako przewodnik razem z nimi podąża ku niebu. Pomimo szarości dnia żyje pasją rozumianą jako fascynacja Bożym działaniem i zarazem gotowością na krzyż. Świadomość własnych ograniczeń pozwala mu zawsze i wszędzie służyć sercem miłosiernym.

    Pytanie o bycie dobrym księdzem to okazja do rachunku sumienia oraz pokornego przyjęcia oceny innych. Każdy lubi być doceniony, ale należy się uczyć wolności od ludzkich opinii. Niebezpieczne jest oczekiwanie pochwał. Krytyka natomiast – podyktowana troską o Kościół i kapłanów – jest wskazana. Ostatecznie jednak tylko ocena Jezusa Chrystusa jest do końca prawdziwa, ponieważ my znamy siebie i innych tylko fragmentarycznie. Bóg ogarnia całość.

    Jestem księdzem od ponad 24 lat i od chwili święceń wielokrotnie doświadczyłem, że nie ja piszę scenariusze. Gdybym sam je tworzył, życie nie byłoby tak fascynujące. Mam wciąż poczucie, że jestem u początków kapłaństwa, które się nie starzeje i nie powszednieje. Wiem też, że Jezus zna moje serce i daje mi pragnienie bycia dobrym księdzem. Trudno mi powiedzieć, na ile z tą łaską współpracuję.

    ks. Janusz Chyła

    ***

    Pokorni i otwarci na ludzi

    Jakiego księdza potrzebują ludzie? Na tak postawione pytanie odpowiedź wydaje się oczywista: świętego. Każda reforma Kościoła w historii zaczynała się od świętych kapłanów. Problem zaczyna się jednak w momencie, gdy próbujemy zdefiniować ową świętość.

    Poznawanie prawdy o sobie, uznanie niejednokrotnie swojej słabości wymaga pokory, a ta wydaje mi się fundamentalna dla posługi, którą ma pełnić kapłan w środowisku. Nie mam co do tego wątpliwości, że ludzie bardziej kochają drugiego człowieka pomimo jego słabości niż z powodu jego wspaniałych dokonań. Jestem podejrzliwy w stosunku do tych, którzy stają „u szczytu schodów”, lśnią medalami, szczycą się tytułami. Znam wielu „plebanów”, którzy weszli w rolę panów (czy to sami, czy też taką im narzucono), a przy tym zapomnieli, że są jedynie sługami. Tacy bowiem daleko są od ludzi, a jak mówił w homilii podczas Mszy krzyżma w Wielki Czwartek papież Franciszek, „pasterz musi pachnieć owcami, a nie drogimi perfumami”.

    Święty Paweł w Liście do Koryntian daje bardzo jasną wykładnię tej posługi, pisząc, że stał się „wszystkim dla wszystkich” (por. 1 Kor 9, 19). To oddanie się posłudze mówi o dwóch rzeczach: gorliwości i braterstwie. Obie wydają mi się dziś niezwykle ważne. Bardzo często się zdarza, że dzisiaj księża ze wszystkich świętych najbardziej kochają „święty spokój”. Wyznaczony tygodniowy grafik nabożeństw, zajęć w szkole, obowiązków duszpasterskich traktują niczym Torę, z której nie można usunąć ani jednej litery. Wszystko, co wykracza poza ten porządek i tym samym narusza ich czas wolny, jest absolutnie niemożliwe. Druga kwestia dotyczy relacji. Czytany niejednokrotnie w ciągu roku komentarz św. Augustyna, który przyznaje: „Biskupem jestem dla was, chrześcijaninem jestem razem z wami. Tamto jest przyjętym obowiązkiem, to łaską”, wydaje się pustymi słowami. Być może w ostatnich latach ów lęk przed wchodzeniem w braterskie relacje chrześcijańskie z wiernymi w parafiach jest nieco mniejszy, niemniej sam spotkałem się z przestrogami udzielanymi szczególnie młodym kapłanom, by uważali na parafian, bo ci z zasady stoją pod drugiej stronie muru. Muru? Nie ma dla Kościoła niczego bardziej deprymującego niż podział na chrześcijan „A” i chrześcijan „B”: bardziej i mniej godnych, lepszych i gorszych, tak jakby Chrystus nie oddał życia za wszystkich i nie powołał każdego na tych samych zasadach do Kościoła. Jedyne, co ma nas różnić, to sposoby posługiwania według tego, co daje Duch.

    Ostatnia kwestia to kapłan nauczający in persona Christi. Chciałbym widzieć księży, którzy w homiliach łamią słowo, wyjaśniają Pisma jak Chrystus podczas spotkania z uczniami w Emaus, którzy nie „przemawiają”, ale mówią, bez fałszywej pobożności, bez charakterystycznej emfazy, bez maniery i wyuczonego katechetycznego języka. Księży, którzy będą mieli świadomość, że wychodząc do ołtarza, mają pełnić wolę Boga – nie swoją.

    Wracając zatem do postawionego pytania, powtórzę, że potrzeba nam dzisiaj kapłanów świętych: stojących w prawdzie, pokornych, otwartych na drugiego człowieka, prostych, wchodzących w relacje, gotowych do ewangelizacji, wychodzenia poza bezpieczne mury kościoła. Nie budowniczych, ekonomów czy naukowców, ale świadków Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego.

    Adam Regiewicz

    ***

    Kapłański radykalizm

    Tylko ten, kto z Jezusem tworzy relację uczeń-Mistrz, jest dobrym księdzem. Najważniejsza jest głęboka więź z Jezusem Chrystusem – to się liczy najbardziej. Oczywiście, są różne kryteria, na podstawie których ludzie określają, czy ktoś jest dobrym kapłanem. Dla pewnej grupy osób liczą się zdolności organizacyjne, dla innych – kaznodziejskie, dla jeszcze innych – odpowiednie uwarunkowania pedagogiczne albo zaangażowanie charytatywne, ale moim zdaniem, dobry ksiądz to człowiek, który idąc za Jezusem, trzyma się z całych sił Jego drogi. A to jest droga paschalna. Tę drogę trzeba przejść razem z innymi, we wspólnocie Kościoła. Nie można jej pokonać w izolacji, indywidualnie, ponieważ jest to droga miłości i służby. Bez głębokiej więzi z Jezusem Chrystusem nie ma dobrego kapłaństwa, ponieważ tylko wtedy, gdy ksiądz ma ciągle przed oczami swojego Mistrza, może rozszerzać swoje serce i troszczyć się o to, by nie wygasła miłość.

    Można tak powiedzieć, ale tylko w takim znaczeniu, że kapłani są powoływani przez Pana Boga ze świata do posługi konkretnym ludziom, którzy żyją w kontekście niepowtarzalnych uwarunkowań społecznych i historycznych. Zewnętrzne okoliczności zawsze kształtują człowieczeństwo kapłana, czego przykładem są święci naszych czasów. Męczeństwo św. Maksymiliana M. Kolbego i bł. ks. Jerzego Popiełuszki jest wpisane w kontekst totalitaryzmów XX wieku. Świętość Jana Pawła II wyrosła z wiary przekazanej w domu rodzinnym, a później kształtowała się w kontekście II wojny światowej, prześladowania Kościoła w Polsce, uwięzienia Prymasa Tysiąclecia, doświadczenia Soboru Watykańskiego II itd. W tym sensie księża niosą w sobie znamię tego świata.

    Ale jednocześnie ksiądz jako prorok musi wykraczać poza swoją epokę. To jest wpisane w tożsamość kapłańską. Duchowość, sposób myślenia i światopogląd muszą wyrastać z doświadczenia Boga, który jest niezmienny. Kapłan powinien dążyć do tego, żeby jak najmocniej odbijać w sobie piękno Boga i Jego prawdę. To oznacza bliskość wobec każdego człowieka i zaangażowanie się we wszystko, co służy jego zbawieniu. W związku z tym kapłan musi być wolny, zwłaszcza wtedy, gdy wzywa do nawrócenia.

    Posługa kapłańska we współczesnym Kościele i świecie jest bardzo dużym wyzwaniem dla młodych księży. Zaciera się bowiem granica między tym, co jest sacrum, a tym, co jest wytworem ludzkiego myślenia. Stąd poszukiwanie tożsamości kapłańskiej, właściwego osadzenia wewnętrznych pragnień, z którymi się idzie do kapłaństwa. To czasami prowadzi do radykalizacji postaw. Radykalizm jest potrzebny, ale musi być dobrze rozumiany. To słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika radix i oznacza „korzeń”, „rdzeń”. Jeśli młody kapłan jest całkowicie wkorzeniony w Jezusa Chrystusa, w tajemnicę Jego miłości, to taki radykalizm jest zawsze pożądany. Z niego bowiem wyrasta to, co w odniesieniu do kapłaństwa bardzo trafnie wyraził kilka miesięcy temu papież Franciszek: „Kapłan musi mieć serce dostatecznie «poszerzone», by uczynić miejsce dla bólu powierzonego mu ludu, a jednocześnie, jak strażnik, ogłaszać jutrzenkę Bożej łaski, która objawia się właśnie w tym cierpieniu”.

    ks. Piotr Kot

    ***

    Zwyczajnie lubią ludzi

    Znam księdza, który nie jest wybitnym intelektualistą, ale jego kazania trafiają do mnie jak mało które, bo mówi o tym, jak sam doświadcza wiary, o swoich trudnościach, o swoich radościach ze spotkania z Bogiem, o codzienności, która może być święta. Bez prostych recept czy bagatelizowania. Za to jego słowa przynoszą prawdziwą pociechę, również w sytuacjach trudnych. Znam też księdza, który kilka razy wyprostował moje postrzeganie Bożej rzeczywistości, przy czym nigdy nie sprawił, że poczułam się głupio. Choć rzadko mam okazję z nim rozmawiać, to za każdym razem, gdy nam się to udaje, mam wrażenie, że przeżywam minirekolekcje. Wskazuje drogę i nie wypowiada przy tym słowa: „musisz”, a ja i tak chcę przynajmniej spróbować. Znałam księdza zanurzonego w Piśmie Świętym – każdego dnia, strona po stronie. Domyślam się, że właśnie to przyczyniało się do niespotykanej uniwersalności jego wypowiedzi. Mimo wieku znajdował nić porozumienia nawet z nastolatkami i zupełnie nie potrzebował się silić na bycie młodzieżowym.

    Znam księży, którzy zwyczajnie lubią ludzi. Ich słowa, uśmiechy, gesty, czyny – wszystko o tym świadczy. I znam takich, którzy zamiast straszyć, bić się na argumenty, powalać elokwencją i prześcigać się w ripostach – po prostu pokazują, że Bóg jest dobry. I takich (tych lubię szczególnie), którzy z ujmującą czułością błogosławią dzieci.

    Co łączy tych kapłanów? Żyją Panem Bogiem. Każdy po swojemu, bo też każdy z nich jest inny. A jednocześnie każdy z nich jest autentyczny w swoim przeżywaniu wiary. Kiedy mówią, ja im wierzę. Nawet jeśli nie wszyscy są wielkimi mówcami.

    Czy można powiedzieć, że to księża idealni? Nie sądzę, nie jestem zresztą pewna, czy ktoś taki w ogóle istnieje. Na pewno są to księża prawdziwi – w swoim powołaniu, w swojej relacji z Bogiem, w głoszeniu Słowa (nie siebie), w trosce o bliźnich, ale też w swoich zmaganiach, a trochę ich mają. Przy niewątpliwym szacunku dla swojego kapłaństwa potrafią zachować zdrowy dystans do samych siebie. Nie muszą dopasowywać się do innych, nikogo nie udają, po prostu wskazują Chrystusa – i to jest klucz do ich sukcesu. Podziwiam to, jak szanują ludzi. I wciąż pamiętają, że księdzem jest się „dla”. A poza tym – i to raczej nie jest przypadek – każdy z nich jest naprawdę sympatycznym człowiekiem. Wiem, to wszystko jest pewnie mało spektakularne i jakieś takie zwyczajne. Ale właśnie ta zwyczajność jest tym, co mnie do nich przekonuje.

    Cieszę się, że są i że wcale nie jest ich tak mało. I dziękuję, że wciąż chce im się takimi być.

    Katarzyna Krawcewicz

    _________________________________________________________________________

    siostra Małgorzata Borkowska:

    Nie wyrzucajcie nas, sióstr zakonnych, do kosza


    „Są tacy, którzy by chętnie karnie egzekwowali od zakonnic wszystko, co ich rozczarowuje. Tylko że nie oczekują tego od innych grup społecznych” – powiedziała s. Małgorzata Borkowska, benedyktynka.

    UNSPLASH.COM

    ***

    W rozmowie z „Gościem Niedzielnym” odniosła się do kryzysu w Kościele i w zgromadzeniach zakonnych. 

    Zaznaczyła, że żeńskie zakony to specyficzne środowiska, które mają swoje wady i zalety.

    „Środowisko zakonów żeńskich ma swoje mocne strony, ale również przechodzi kryzys, choćby dlatego że drastycznie zmalała liczba powołań. Poza tym, podobnie jak w przypadku księży, nasz świat ma swoje punkty hańby. Na pewno ma ich mniej niż świat męski, ale jednak…”

    Jak wytłumaczyła, miała na myśli głośną sprawę sióstr betanek, ale również sytuacja w DPS-ie w Jordanowie była trudna. Zaapelowała, aby „nie stosować do nas innej miary, niż stosuje się do świeckich”.

    „Niektórzy komentatorzy zaczęli głosić tezy, że siostrom zakonnym trzeba odebrać DPS-y, że zakonnice trzeba odsunąć od pracy z osobami z niepełnosprawnościami. Jeszcze nie słyszałam, żeby po nadużyciach w państwowym zakładzie powiedziano, że trzeba wszystkich świeckich odsunąć od takiej pracy. Wielu świeckich patrzy dzisiaj na zakonnice jak na coś obcego. A skoro jest obce, tym bardziej musi być wszystkiemu winne” – opowiadała. 

    Podkreśliła, że to zrozumiałe, że od sióstr zakonnych wiele się wymaga, „tylko że wymagać, a chcieć zlikwidować czy wyrzucić wszystkie zakonnice z pracy, to dwie różne sprawy”. 

    „Są tacy, którzy by chętnie karnie egzekwowali od zakonnic wszystko, co ich rozczarowuje. Tylko że nie oczekują tego od innych grup społecznych. Nie wyrzucajcie nas do kosza tylko dlatego, że mamy problemy, bo musielibyście wszyscy też do tego kosza wleźć” – zaznaczyła siostra.

    Jak tłumaczyła, problem opieki w DPS-ach jest złożony, a „zakonnice oberwały za wszystkich”.

    „Może są inne sposoby opanowania trudnych pacjentów. Nie znam się na tym. Ale ten problem, z którym w Jordanowie zmierzyły się siostry zakonne, staje również przed świeckim terapeutą. Oczywiście od sióstr oczekuje się więcej. Zgoda. Siostry nie dały sobie rady z problemem. Ale są inne siostry, które takie zakłady prowadzą bez zarzutów”.

    Zauważyła również, że przyczyną kryzysu w Kościele nie są skandale, ale „skandale są kryzysem”. Do skandalu mogą doprowadzić na przykład niewłaściwe zachowania duchownych.

    „Ale tutaj znowu rodzi mi się refleksja, czy przypadkiem skandal nie wywołuje dzisiaj u niektórych świeckich westchnienia ulgi… Już nie trzeba przejmować się nauką Kościoła, można wszystko wyrzucić, bo tam jest zło, więc kończymy z tym złem. Można mieć święty spokój. Ale czy to jest dobre? Czy to coś zmienia? Uczono mnie kiedyś takiej sentencji: «Krytykujesz – proponuj; proponujesz – wykonuj». Zawsze łatwiej jest się wycofać na «moralną pozycję» i z daleka osądzać, niż coś zrobić, żeby było dobrze. Kiedy się widzi jakieś zło, należy możliwie szybko spełnić jakieś dobro, dla równowagi, a nie wycofywać się na kanapę w roli zgorszonej ciotki”.

    Zapytana o drogi wyjścia z kryzysu, odpowiedziała, że nie trzeba ich szukać daleko ani wymyślać. „Drogi wyjścia są cały czas praktykowane przez zakonników, zakonnice, osoby duchowne i świeckie: przez wszystkich, którzy zamiast dużo mówić, po prostu dużo robią”.

    Zauważyła, że takie osoby są pomijane w mediach, bo nie przyniosą klikalności. Lepiej sprzedają się w mediach te złe historie. Dotyczy to i księży, i sióstr zakonnych. „Ci, którzy dobrze pracują, są właśnie drogą wyjścia z kryzysu”. 

    Jak tłumaczyła, przez 40 lat badała historię wspólnot zakonnych i widać, że liczebność powołań w Kościele falowała. Dlatego podkreśliła, że obecny spadek powołań jest naturalnym zjawiskiem, ale nie jest czymś stałym. Stała jest tęsknota człowieka za Bogiem.

    „Mogą się zmienić środki wyrazu, ale pragnienie Boga nigdy w ludziach nie wygaśnie. Nigdzie nie jest powiedziane, że pewne rzeczy muszą trwać wiecznie, że jakiś zakon albo pojedynczy klasztor musi trwać do końca świata. Nie musi. Ale poszukiwanie Boga trwa zawsze. I przetrwa. Nie widzę powodu do paniki. Życie zakonne jest pomyślane jako próba możliwie bliskiego kontaktu z Bogiem. Ta próba była praktykowana zawsze i jest praktykowana nadal, jako wypróbowana; ale są także inne” – podkreśliła benedyktynka. 

    źródło: „Gość Niedzielny”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 znaków końca świata. Wstrząsające objawienia ks. Gobbiego!
    fot. via Pixabay.com

    ***

    5 znaków końca świata. Wstrząsające objawienia ks. Gobbiego!

    O włoskim wizjonerze Stefano Gobbi nie mówi się zbyt wiele w oficjalnym nurcie. Bardzo dużo o jego objawieniach mówi przede wszystkim ks. Piotr Glas, a założony przez włoskiego duchownego Kapłański Ruch Maryjny w Polsce robi wszystko, by popularyzować jego przesłanie. Tymczasem Matka Boża, która objawiała się ks. Gobbiemu, konkretnie mówiła do niego o tym, jak rozpoznamy nadejście czasów ostatecznych.

    Ks. Stefano Gobbi doświadczał objawień przez kilkadziesiąt lat. Jak czytamy w jego pierwszej polskiej biografii „Ksiądz Stefano Gobbi. Sekretarz Maryi”, pozostawał on w bliskiej relacji z Maryją. Objawienia te skrupulatnie spisywał. Wydano je w słynnej książce „Do kapłanów, umiłowanych synów Matki Bożej”, która posiada imprimatur Kościoła.

    Co takiego mówiła Maryja do ks. Gobbiego? Przede wszystkim wskazywała, na niebezpieczeństwa, jakie grożą światu. Mówiła o zamęcie i niebezpieczeństwie, w jakim znajdzie się Kościół. Zapowiadała, że koniec świata może nadjeść wkrótce i wzywała do pokuty oraz modlitwy.

    Jednym z najbardziej porażającym wyznań Maryi jest objawienie 5 znaków końca czasów. Co to za znaki?

    1. Rozszerzanie się błędów, prowadzących do utraty wiary i odstępstwa.

    „Błędy te rozszerzają fałszywi nauczyciele, słynni teolodzy, którzy nie nauczają już prawdy Ewangelii, lecz głoszą zgubne herezje – oparte na błędnym i ludzkim rozumowaniu. Z powodu tego głoszenia błędów gubi się prawdziwa wiara i rozszerza się wszędzie wielkie odstępstwo. «Strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem Mesjaszem. I wielu w błąd wprowadzą. Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą.» «Dzień ten nie nadejdzie, dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo.» «Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje. Wyprą się oni Władcy, który ich nabył, a sprowadzą na siebie rychłą zgubę. A wielu pójdzie za ich rozpustą, przez nich zaś droga prawdy będzie obrzucona bluźnierstwami; dla zaspokojenia swej chciwości obłudnymi słowami was sprzedadzą.»”.

    2. Wybuch wojen i walki bratobójcze. Doprowadzą one do szczytu przemoc i nienawiść, a miłość – do powszechnego wystygnięcia. Będą się też mnożyć katastrofy naturalne, takie jak epidemie, głód, powodzie i trzęsienia ziemi.

    «Będziecie słyszeć o wojnach i o pogłoskach wojennych; uważajcie, nie trwóżcie się tym. To musi się stać… Powstanie bowiem naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będzie głód i zaraza, a miejscami trzęsienia ziemi. Lecz to wszystko jest dopiero początkiem boleści. …ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony»

    3. Trzeci znak to krwawe prześladowanie tych, którzy pozostaną wierni Jezusowi oraz Jego Ewangelii i będą niewzruszenie trwać w prawdziwej wierze. Ewangelia będzie jednak głoszona we wszystkich częściach świata.

    „Pomyślcie, najmilsi synowie, o wielkich prześladowaniach, którym poddany jest Kościół, oraz o apostolskiej gorliwości ostatnich Papieży – przede wszystkim Mojego Papieża Jana Pawła II, głoszącego Ewangelię wszystkim narodom ziemi.

    «Wtedy wydadzą was na udrękę i będą was zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów, z powodu mego imienia. Wówczas wielu zachwieje się w wierze; będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić (…). A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec.»”

    4. Czwarty znak to straszne świętokradztwo dokonane przez tego, który sprzeciwia się Chrystusowi, to znaczy przez Antychrysta. Wejdzie on do Świętej Świątyni Bożej i zasiądzie na swoim tronie, każąc siebie adorować jako Boga.

    „«…objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć… Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, działanie z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości…»

    «…ujrzycie ‘ohydę spustoszenia’, o której mówi prorok Daniel, zalegającą miejsce święte – kto czyta, niech rozumie».

    Najmilsi synowie, aby zrozumieć, na czym polega ohyda spustoszenia, przeczytajcie to, co zostało przepowiedziane przez proroka Daniela: «Idź, Danielu, bo słowa zostały ukryte i obłożone pieczęciami aż do końca czasu. Wielu ulegnie oczyszczeniu, wybieleniu, wypróbowaniu, ale przewrotni będą postępować przewrotnie i żaden z przewrotnych nie zrozumie tego, lecz roztropni zrozumieją. A od czasu, gdy zostanie zniesiona codzienna ofiara, zapanuje ohyda ziejąca pustką, upłynie tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt dni. Szczęśliwy ten, który wytrwa i doczeka tysiąca trzystu trzydziestu pięciu dni.»”

    Msza Święta jest codzienną ofiarą – ofiarą czystą składaną Panu na wszystkich ołtarzach od wschodu aż do zachodu słońca. Ofiara Mszy Świętej uobecnia ofiarę, którą Jezus złożył na Kalwarii.

    Przyjmując protestancką naukę, będzie się mówić, że Msza nie jest ofiarą, lecz jedynie świętą ucztą – to znaczy tylko pamiątką tego, czego dokonał Jezus w czasie Swojej Ostatniej Wieczerzy. Zniesie się w ten sposób odprawianie Mszy Świętej. Na tym właśnie zniesieniu codziennej ofiary polega straszliwe świętokradztwo dokonane przez Antychrysta. Trwać to będzie około trzy i pół roku, to znaczy tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt dni.

    5. Ostatni znak stanowią nadzwyczajne znaki, które pojawią się na niebie.

    „«… słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku; gwiazdy zaczną padać z nieba i moce niebios zostaną wstrząśnięte.»

    Cud słońca – dokonany w Fatimie w czasie Mojego ostatniego objawienia się – wskazuje, że weszliście obecnie w czasy, w których spełniają się wydarzenia przygotowujące was na powrót Jezusa w chwale.

    «Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego i wtedy będą narzekać wszystkie narody ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą.»”.

    Wiele z tych znaków możemy obserwować współcześnie. I choć niektórzy bagatelizują proroctwa ks. Gobbiego, to przekaz, jaki otrzymał, wiele rozjaśnia w trwającym współcześnie zamęcie. Wydaje się, że ks. Gobbi otrzymał dar proroctwa, wszak na spisanych przez niego objawieniach można dostrzec opis współczesnych czasów, pełnych niepokoju, także w Kościele.

    Tekst powstał na podstawie książki „Ks. Stefano Gobbi. Sekretarz Matki Bożej”. Książkę znajdziesz tutaj: https://www.znak.com.pl/ksiazka/ksiadz-stefano-gobbi-sekretarz-matki-bozej-mariadele-tavazzi-136939

    źródło: twojawalkaduchowa.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 WRZEŚNIA – I PIĄTEK MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    Dziewięć pierwszych szans

    Pierwsze piątki miesiąca znane są najczęściej od czasu Pierwszej Komunii św. W ten sposób uczyliśmy się m.in. systematyczności w praktykowaniu spowiedzi. Czy jednak dziś są one równie popularne jak dawniej?

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Kapłani podkreślają, że penitentów jest mniej niż kiedyś. Bywają parafie, w których w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi systematycznie przystępuje tylko garstka tych najbardziej świadomych wiernych. Są jednak takie rejony Polski, gdzie wciąż w ten dzień do konfesjonałów ustawiają się długie kolejki. Co zatem zrobić: odpuścić sobie tę praktykę jako niemodną czy może jednak propagować i wskazywać aktualność przesłania pierwszych piątków?

    Obietnice

    Początki praktyki pierwszych piątków miesiąca sięgają 1673 r., gdy francuskiej zakonnicy – św. Małgorzacie Marii Alacoque podczas adoracji Najświętszego Sakramentu objawił się Pan Jezus. Przez ponad 1,5 roku Boski Mistrz ukazywał jej swoje Najświętsze Serce i zapraszał do umiłowania Go w tej tajemnicy. Orędzie zostało spisane i przekazane wiernym na całym świecie. Idea praktyki pierwszych piątków sprowadza się do podjęcia zaproszenia Pana Jezusa, by przez 9 kolejnych pierwszych piątków przystąpić do Komunii św. i ofiarować ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego. Kto zaś podejmie to zaproszenie, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu – nie umrze bez Jego łaski.

    Pan Jezus miał św. Małgorzacie przekazać jeszcze dwanaście innych obietnic dotyczących czcicieli Najświętszego Serca: „Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wyleję obfite błogosławieństwo na wszystkie ich przedsięwzięcia. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych. Imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w moim Sercu i na zawsze w Nim pozostaną. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Sianie

    Najczęściej uczymy dzieci praktykowania pierwszych piątków przy okazji Pierwszej Komunii św. Duszpasterze podkreślają, że dzięki temu dzieci uczą się systematyczności w życiu duchowym. Co także istotne – gdy połączymy okres przygotowania do Pierwszej Komunii św. z nabożeństwem pierwszych piątków miesiąca, wydłużamy czas ich formacji liturgicznej do blisko 2 lat.

    – W mojej wspólnocie parafialnej od wielu lat są praktykowane wśród dzieci, które były u Pierwszej Komunii św., spowiedź i Komunia św. w pierwsze piątki. Dzieci podczas „białego tygodnia” otrzymują książeczki, w których zbierają podpisy. W ciągu 9 lat, jak jestem proboszczem w tej parafii, zauważam, że taka forma pobożności jest dobrze przeżywana przez dzieci i rodziców – podzielił się swoim doświadczeniem ks. Jacek Makowski, proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytoniu.

    O tym, że warto szerzyć ideę tego nabożeństwa wśród najmłodszych, przekonany jest także ks. Michał Gławdel z parafii Trójcy Świętej w Gorzowie. Podkreśla jednak potrzebę odpowiedniego zmotywowania dzieci. – Do wielu spraw przymusić się nie da, ale można je pozytywnie wypromować. Osobiście już w czasie przygotowania do Pierwszej Komunii św., podczas comiesięcznych spotkań dla rodziców, podejmuję ten temat. Pierwszy raz na spotkaniu pt. „Spowiedź św. dziecka”, już w lutym, wyjaśniam wartość stałej, regularnej spowiedzi. Spotkania formacyjne kończymy tematem: „Komunia św. i co dalej?”. To katecheza w całości poświęcona formacji dziecka w klasie IV i klasach następnych, a szczególnie pierwszym piątkom miesiąca. Z pierwszymi piątkami startujemy po wakacjach. Czas urlopów, kolonii, obozów może być trudny dla praktyki pierwszych piątków, zaś w roku szkolnym mamy 10 miesięcy na naukę, a nam potrzeba ich tylko 9. Dzieci w październiku dostają motywacyjne kalendarze, by samemu się sprawdzić i kontrolować swoje postępy. To pozwala nam całość zakończyć w czerwcu wspólną rocznicą Komunii św. – podkreślił duchowny.

    Owoce

    Z czasem może się jednak zrodzić przekonanie, że pierwsze piątki są tylko dla najmłodszych. Ciekawe doświadczenie w tej sprawie mają duszpasterze z parafii Mariackiej w Słupsku. – Zaczęło się od tego, że nasz proboszcz przywiózł obrazki do zbierania pierwszych piątków i powiedział, że trzeba coś z tym zrobić – opowiada ks. Wojciech Marcinkiewicz. – Akurat ja miałem dyżur kaznodziejski i zdecydowałem się powiedzieć o pierwszych piątkach kazanie. To była ostatnia niedziela sierpnia ub.r. Na koniec powiedziałem, że przy wyjściu można zabrać ze sobą te obrazki i podjąć osobiście praktykę. Efekt był taki, że do maja przez tych 9 miesięcy przy konfesjonałach był prawdziwy tłum. Dopiero w czerwcu parafian przyszło mniej. Na koniec sierpnia znów przypomnimy o tej praktyce i zachęcimy do kolejnego cyklu. Także dzieci, które rok temu przystąpiły do Pierwszej Komunii św., podjęły tę praktykę. Gdy była kwarantanna i nie mogły wychodzić z domu, rodzice sami dzwonili na parafię i prosili, by kapłan przyszedł ze spowiedzią do ich dziecka.

    Na praktykę pierwszych piątków warto spojrzeć jak na szansę dla całej rodziny, a szczególnie dla rodziców, którzy mają pomagać swoim dzieciom w rozwoju sumienia. – Pierwsza Komunia św. i pierwsza spowiedź za każdym razem były w naszej rodzinie wydarzeniem wyjątkowym – opowiadają Anna i Hubert Kowalewscy ze Szczecina. – Troje z naszych dzieci już je przeżywało. Rodzinna katecheza oraz parafialne przygotowania były bazą dla zachowania regularności przystępowania do comiesięcznej spowiedzi. Na początku zachętą dla dzieci były obrazki z zaznaczonymi pierwszymi piątkami miesiąca, rozdawane przez księdza proboszcza. Przywiązywaliśmy ogromną wagę do tego, aby wspólnie z dziećmi przygotowywać się i przystępować do spowiedzi. Jest to dla całej naszej rodziny bardzo ważne, że o relacji z Panem Bogiem, o modlitwie, o sakramentach rozmawiamy i nigdy nie sprowadziliśmy tego do jakichś „intymności”, o których się nie wspomina. Mimo że dzieci są już duże, mają 21, 18 i 13 lat, o zbliżającej się spowiedzi zwyczajnie przypominamy.

    Dobrze wykorzystana praktyka pierwszych piątków z pewnością przyniesie obfite owoce w życiu zarówno parafii, jak i poszczególnych rodzin.

    ks. Adrian Put/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________________

    3 WRZEŚNIA – I SOBOTA MIESIĄCAKOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXIII NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Piąte objawienie 13 września 1917 …

    utworzone przez Araldimissioni-admin | październik 25, 2019 

    Fragment książki: „Fatima, Moje Niepokalane Serce Zariumfuje!”

    Autor: João Scognamiglio Clá Dias, założyciel Heroldów Ewangelii.

    Podczas kolejnych objawień Madonny na Cova da Iria wzrosła liczba osób, które uwierzyły. Tak więc 13 września nastąpił niezwykły napływ pielgrzymów do błogosławionego miejsca, pełen szacunku tłum, liczył od 15 do 20 tysięcy osób, a może i więcej.

    (…) W końcu dotarliśmy do Cova da Iria, w pobliżu dębu ostrolistnego i zaczęliśmy wspólnie ze zgromadzonym tłumem odmawiać Różaniec. Wkrótce potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz potem Matkę Bożą nad dębem. (Powiedziała nam) :

    Siostra Łucja opowiada:

    „Gdy zbliżała się wyznaczona godzina, poszłam tam z Hiacyntą i Franciszkiem, poprzez tłum, który ledwo nas przepuścił. Ulice były pełne ludzi – wszyscy chcieli nas zobaczyć i porozmawiać, (…) prosząc, abyśmy przedstawili Matce Bożej ich potrzeby. (…) W końcu dotarliśmy do Cova da Iria, w pobliżu dębu ostrolistnego i zaczęliśmy wspólnie ze zgromadzonym tłumem odmawiać Różaniec. Wkrótce potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz potem Matkę Bożą nad dębem. (Powiedziała nam) :

    – Nie przestawajcie odmawiać Różańca, aby wojna się zakończyła. W październiku przybędą również Nasz Pan, Matka Boża Bolesna Karmelitańska, Święty Józef z Dzieciątkiem Jezus, aby pobłogosławić świat. Bóg jest zadowolony z waszej ofiary, ale nie chce, abyście spali ze sznurem pokutnym, noście go tylko w ciągu dnia.
    – Poproszono mnie, abym poprosiła o wiele rzeczy: uzdrowienie, niektórych chorych, o pewnego głuchoniemego.
    – Tak, niektórych uleczę, innych nie. W październiku uczynię cud, i wszyscy uwierzą.
    I unosząc się zniknęła jak zwykle “.

    Według świadectw niektórych świadków, w czasie tego objawienia Madonny, podobnie jak podczas poprzednich, miały miejsce różne zjawiska atmosferyczne.

    Obserwowano „świecącą kulę, która przesuwała się ze wschodu na zachód, płynąc powoli i majestatycznie w przestrzeni”.

    Ponadto nastąpiło „zmniejszenie światła słonecznego”, do tego stopnia, że można było zobaczyć księżyc i gwiazdy na firmamencie. (…) Powietrze przybrało żółtawy odcień; mała biała chmura, widoczna aż do krawędzi Cova, owinęła dąb, a wraz z nim pastuszków.

    Z nieba padało coś na kształt białych kwiatów lub płatków śniegu, które nie dotykały ziemi, ale rozpływały się na pewnej wysokości, lub wtedy, gdy próbowano zebrać je do kapelusza lub w dłonie.
    Objawienie Najświętszej Dziewicy, choć krótkie, sprawiło, że dzieci były bardzo szczęśliwe, pocieszone i umocnione w wierze.

    Szczególnie Franciszek czuł się przepełniony radością na myśl o tym, że zgodnie z obietnicą Królowej Nieba i Ziemi za miesiąc ujrzy Jezusa.

    Szóste i ostatnie objawienie

    13 października 1917 …

    Wreszcie przyszedł długo oczekiwany dzień szóstego i ostatniego objawienia się Madonny trzem pastuszkom.
    Była już późna jesień. Poranek był zimny. Uporczywy i obfity deszcz przekształcił Cova da Iria w ogromne trzęsawisko i przemoczył do suchej nitki rzesze 50 lub 70 tysięcy pielgrzymów przybyłych na miejsce ze wszystkich zakątków Portugalii. Około wpół do jedenastej morze ludzi otworzyło przejście odświętnie ubranej trójce dzieci.
    Oto jak Siostra Łucja opisuje co wówczas nastąpiło:

    “Po dotarciu do Cova da Iria, w pobliże dębu ostrolistnego, pod wpływem wewnętrznego natchnienia, poprosiłem zgromadzonych, o zamknięcie parasoli by odmówić Różaniec. Niedługo potem zobaczyliśmy błysk światła i zaraz po tym Matkę Bożą nad dębem.
    – Czego Pan życzy sobie ode mnie?
    – Chcę ci powiedzieć, aby zbudowano tutaj kaplicę na moją cześć ponieważ jestem Matką Boską Różańcową i żebyście kontynuowali odmawiać Różaniec każdego dnia. Wojna wkrótce się skończy, a żołnierze wrócą do swoich domów.
    – Chciałbym prosić Panią o wiele rzeczy. O uzdrowienie chorych i nawrócenie grzeszników itp.
    – Niektórzy tak, inni nie. Muszą wiele naprawić. Muszą prosić o wybaczenie za swoje grzechy. I ze smutnym wyrazem twarzy (dodała Matka Boża): nie obrażajcie Boga, Pana naszego, który już jest bardzo obrażony.
    Znowu rozchyliła dłonie promieniejące w blasku słonecznym. Gdy się unosiła, Jej własny blask spływał na ziemię ”.

    Kiedy Matka Boża zniknęła w tym świetle, którym sama promieniowała, trzy nowe wizje ukazały się na Niebie, jak obrazy symbolizujące radosne, bolesne i chwalebne Tajemnice Różańca.

    W pobliżu słońca pojawiła się Święta Rodzina: 

    Święty Józef z Dzieciątkiem Jezus w ramionach i Matka Boska Różańcowa.

    Dziewica była ubrana w białą tunikę i niebieski płaszcz, święty Józef był również ubrany na biało, a Dzieciątko Jezus na czerwono. Święty Józef trzykrotnie uczynił w powietrzu znak krzyża, błogosławiąc lud, a Dzieciątko Jezus uczyniło to samo.

    Dwie kolejne sceny zobaczyła tylko Łucja. W pierwszej, Jezusa przepełnionego cierpieniem, jak w drodze na Kalwarię, i Matkę Bolesną, ale bez miecza w piersi. Również Boski Odkupiciel pobłogosławił zgromadzonych.
    Następnie pojawiła się chwalebna Matka Boska z Góry Karmel ukoronowana na Królową Nieba i Ziemi, z Dzieciątkiem Jezus na ręku.

    „Spójrz na słońce!”

    Podczas gdy pastuszkowie kontemplowali niebiańskie postacie, obiecany cud miał miejsce na oczach tłumu.
    Przez cały czas objawienia padał deszcz. Łucja pod koniec rozmowy z Najświętszą Dziewicą krzyknęła do ludzi: „Spójrz na słońce!” Chmury otworzyły się i słońce wyglądało jak ogromny srebrny dysk. Pomimo swojego intensywnego światła można było na niego spojrzeć gołym okiem bez uszczerbku dla wzroku. Ludzie kontemplowali je zachwyceni, gdy nagle gwiazda zaczęła „tańczyć”. Odwróciło się szybko jak gigantyczne koło ognia. Zatrzymało się nagle, by zacząć od nowa wkrótce po tym, jak obróciło się z zadziwiającą szybkością. Wreszcie, w zawrotnym wirze, jego krawędzie przybrały szkarłatny kolor, rzucając czerwone płomienie we wszystkich kierunkach.

    Wszystko to odbijało się na ziemi, na drzewach, na krzakach, na twarzach skierowanych w stronę nieba, lśniąc wszystkimi kolorami tęczy. Ognisty dysk zawirował szaleńczo trzykrotnie, z kolorami, które za każdym razem stawały się coraz bardziej intensywne, drżał strasznie i niezwykłym zygzakiem, rzucił się w stronę przerażonego tłumu. Pojedynczy i ogromny krzyk wyrwał się ze wszystkich ust. Wszyscy padli na kolana w błocie, myśląc, że będą spaleni przez ogień. Wielu modliło się głośno aktem skruchy. Stopniowo słońce zaczęło unosić się, kreśląc ten sam zygzak do punktu horyzontu, z którego zstąpiło. Wtedy było już niemożliwe, aby spojrzeć na nie gołym okiem. Znowu było to normalne słońce.

    Cykl wizji Fatimskich zakończył się.

    Cud ten trwał około 10 minut i można go było obserwować do 40 kilometrów od miejsca objawień.

    Wszyscy patrzyli na siebie poruszeni. Potem wybuchła radość:

    „Cud! Dzieci miały rację!” Okrzyki entuzjazmu rozległy się echem po sąsiednich wzgórzach i wielu zauważyło, że ich ubrania, przemoczone kilka minut wcześniej, były całkowicie suche.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 WRZEŚNIA – XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    GODZ. 15.00 – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W SOBOTĘ 9 WRZEŚNIA PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ. POPRZEZ RÓŻANIEC DO SIEDMIU BOLEŚCI W DRUGĄ SOBOTĘ KAŻDEGO MIESIĄCA ROZWAŻAMY TE TAJEMNICE, KTÓRE MIECZ BOLEŚCI PRZEBIŁ NIEPOKALANE SERCE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ PODCZAS OFIAROWANIA PANA JEZUSA.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża zawsze wkracza w sytuacje największych kryzysów! Musimy teraz wybrać opcję Maryi!
    fot. screenshot – YouTube (Wydawnictwo Esprit)

    ***

    Matka Boża zawsze wkracza w sytuacje największych kryzysów! Musimy teraz wybrać opcję Maryi!

    Matka Boża wielokrotnie na przestrzeni wieków pokazywała, że Jej wstawiennictwo przyczynia się do cudów. Czy obecnie widoczny kryzys w Kościele, masowe apostazje i wojny na świecie jest w stanie przerwać jej interwencja? Na czym polega „opcja Maryi”, która pomoże uratować nasze serca? Odpowiada amerykańska teolog – Carrie Gress.

    Czym jest proponowana przez Panią w książce opcja Maryi?

    Carrie Gress: Przede wszystkim opcja Maryi to wejście w głęboką relację z Matką Bożą. Jest to również pewnego rodzaju uznanie, że kiedy chrześcijanie mają kłopoty, Maryja przychodzi do nas z pomocą. W książce „Opcja Maryi” pokazuję, że Ona na wiele sposobów pomagała chrześcijanom w kryzysowych sytuacjach na przestrzeni wieków. Zazwyczaj działo się to, gdy pojawiały się takie problemy jak: wkraczający do świata islam, sekularyzm, herezje, choroby, szerzące się pogaństwo. Były one wielokrotnie rozwiązywane przez Matkę Bożą i za Jej wstawiennictwem. Wiele z nich widzimy także i dzisiaj..

    Dlaczego interwencje Matki Bożej miały takie znaczenie dla naszej historii i Kościoła?

    Matka Boża pomagała chrześcijanom przez wieki, ale szczególnie widzimy Jej działanie w ostatnim tysiącleciu. Co ciekawe, wcześniej wydaje się, że św. Michał Archanioł był bardziej znany i przyzywany w trudnych czasach. Ostatnio jak zauważamy, w wielu kościołach, znowu zaczęliśmy się do niego zwracać. A rękę Maryi widzimy m.in. w odzyskaniu Hiszpanii po 800 latach islamskiej okupacji, w odkryciu obu Ameryk i w jednym z najbardziej znanych wydarzeń w historii – objawieniu się w Guadalupe w 1531 roku, które spowodowało nawrócenie około 4 milionów ludzi. To był niesamowity cud! Dostrzegamy, także Jej ogromny wpływ na wyzwolenie z komunizmu. A to tylko kilka przykładów ważnych wydarzeń, które zmieniły bieg historii. Mogłabym wymienić więcej, ale od razu widzimy, że interwencje Matki Bożej zatrzymywały potężne siły zła, które chciało rozprzestrzeniać się na świecie. Ona jako nasza Dobra Matka, nie może patrzeć, jak cierpią jej dzieci, dlatego interweniuje.

    WIĘCEJ O INTERWENCJACH MATKI BOŻEJ PRZECZYTASZ W KSIĄŻCE „OPCJI MARYI”

    Dlatego mówimy, że Maryja jest ratunkiem dla współczesnego świata?

    Tak, dokładnie dlatego! Wyjaśniłabym to tak – na przestrzeni dziejów mogliśmy zaobserwować, jak Bóg posyłał świętych, aby odpowiadali na najważniejsze grzechy i kryzysy każdej epoki. Na przykład św. Benedykt pojawili się w momencie, gdy starożytny Rzym się rozpadał, a św. Franciszek, przybył, gdy Kościół dusił się od bogactwa. Nietrudno zauważyć, że nasza kultura przeżywa obecnie kryzys. W 2020 roku, kiedy wszyscy skupiali się na wirusie z Wuhan, a na całym świecie dokonano aż 42 milionów aborcji! Matka Boża, właśnie była w tym czasie niezwykle pomocna i obecna dla wielu ludzi. Widzimy bezsprzecznie wzrost pobożności maryjnej, również w Polsce. Maryja jest naszym antidotum potrzebnym do zmiękczenia i odbudowy serc. To Ona pomoże w odbudowie małżeństw, rodziny, Kościoła.

    Czy jest zatem sprawdzony sposób, by żyć zgodnie z opcją Maryi?

    Opcja Maryi jest dość prosta – to trochę tak, jakby dziecko szarpało matkę za spódnicę prosząc o pomoc i wołając: „Mamo, Mamo?”. Ale zamiast tego powinniśmy chwycić się naszych różańców i prosić o jej pomoc, mądrość i przewodnictwo. To naprawdę jest bardzo proste i składa się na: codzienne odmawianie różańca, częste przystępowanie do sakramentów i budowanie relacji z Maryją. Matka Boża wie lepiej niż ktokolwiek na ziemi, do czego każdy z nas jest powołany, jakie są nasze misje, więc im bliżej się do Niej zbliżymy, tym lepiej będzie nas prowadzić, abyśmy mogli wykorzystać dary, które Bóg dał nam na te bardzo specyficzne czasy.

    CARRIE GRESS jest doktorem filozofii na Katolickim Uniwersytecie Ameryki, redaktorką internetowego magazynu dla kobiet „Theology of Home” i autorką wielu książek. Często występuje w telewizji Fox, BBC i EWTN. Jej prace zostały przetłumaczone na dziewięć języków.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. Jacek Salij:

    Czy chrześcijaństwo przemija?

    O. Jacek Salij: Czy chrześcijaństwo przemija?

    fot. screenshot – YouTube (Salve TV)

    ***

    – Obecne ataki na wiarę chrześcijańską wydają się groźniejsze niż te, które cierpieliśmy od komunizmu. Komuniści byli na swój sposób prostolinijni w swojej walce z wiarą. Mówili wyraźnie, że odrzucają Boga i Chrystusa, nie ukrywali swojej niechęci do Kościoła, jasno odcinali się od moralności kierującej się miłością jako pierwszą zasadą moralną – piesze o. Jacek Salij.

    Słyszy się czasem opinię ludzi niewierzących, że chrześcijaństwo już wyczerpało swoją formułę, weszło w okres swojej starości i trzeba myśleć o religii nowej, na miarę naszych czasów. Że chrześcijaństwo jest religią jednej tylko cywilizacji

    A dziś, mówią, potrzebna nam religia dla całej ludzkości. Mówią, ze powinna to być religia, która będzie streszczała w sobie wszystko, co naprawdę cenne w różnych religiach, a zarazem wyzwolona z ich ograniczeń.

    Leszek Kołakowski napisał gdzieś o dwóch dziewczynkach, które się ścigały. Ta, która przegrywała, kiedy zorientowała się, że nie dopędzi koleżanki, zaczęła wołać: „jestem pierwsza, jestem pierwsza, jestem pierwsza”. Wówczas ta, która naprawdę była pierwsza, nerwowo nie wytrzymała, zatrzymała się i zaczęła płakać. I w tej sposób jej konkurentka rzeczywiście do mety dobiegła pierwsza. Stworzenie faktu psychologicznego, w tym przypadku mijającego się całkowicie z obiektywnym stanem rzeczy, okazało się niezwykle skuteczną manipulacją.

    Przypomniała mi się opowieść o dwóch dziewczynkach, bo osobiście nie lekceważyłbym tej agresji psychologicznej, jakiej przeciwko wierze chrześcijańskiej dokonują dzisiaj teozofowie, moonowcy oraz zwolennicy różnych sekt dalekowschodnich i gnostyckich. Istnieniu Kościoła agresja ta z pewnością nie zaszkodzi, bo jego budowniczym i obrońcą jest sam Bóg, ale zniszczyć może ona wiarę w niejednym chrześcijaninie nie dość jeszcze w wierze utwierdzonym.

    Powrót utopii

    Spontanicznie porównuję sobie antychrześcijańską agresję do walki z Kościołem w czasach zwycięskiego komunizmu, tzn. w epoce Bieruta i Gomułki. Mimo wszystkich różnic to jedno obu agresjom jest wspólne: komuniści również głosili nadejście nowej epoki, nowego człowieka, nowej moralności. Kościół i chrześcijaństwo to było dla ówczesnych komunistów coś przestarzałego, co tylko przypadkiem dotarło do naszych czasów, bo powinno przeminąć razem z epoką, do której należało, ale co i tak w krótkim czasie zaniknie.

    Dziś komunizm przechodzi już do historii, i to niechlubnie, a Kościół, Bogu dziękować, ma się nie gorzej niż w tamtych czasach. Za jakiś czas zjawiskiem tylko historycznym będzie New Age, ale zapewne pojawi się jakaś następna utopia, oferująca swoje konkurencyjne wobec wiary chrześcijańskiej obietnice. Chyba że wcześniej spodoba się naszemu zmartwychwstałemu Panu wrócić na ziemię i dokonać podsumowania ludzkiej historii.

    Obecne ataki na wiarę chrześcijańską wydają się groźniejsze niż te, które cierpieliśmy od komunizmu. Komuniści byli na swój sposób prostolinijni w swojej walce z wiarą. Mówili wyraźnie, że odrzucają Boga i Chrystusa, nie ukrywali swojej niechęci do Kościoła, jasno odcinali się od moralności kierującej się miłością jako pierwszą zasadą moralną.

    Natomiast wyznawcy różnych nurtów New Age’u wiele mówią o Bogu, ale tylko niekiedy powiedzą wyraźnie, że ich bóg to wszechświat albo sam człowiek. Nieraz powołują się na Chrystusa i na różne Jego słowa, ale traktują Go tylko jako jednego z wielu nauczycieli ludzkości, odrzucają albo zupełnie przeinaczają prawdę o Jego zmartwychwstaniu i dokonanym przez Niego odkupieniu, niekiedy z całą pychą ogłaszają, że dopiero oni dokonają tego, co Chrystusowi Panu podobno się nie udało.

    W ich tekstach wiele pisze się o miłości, powszechnym pojednaniu i pokoju. Dziwne to rozszerzanie miłości, które polega m.in. na budzeniu niechęci do chrześcijaństwa i oszczerczym przypisywaniu chrześcijaństwu wszystkiego, co negatywne. Jeśli zaś uważnie przypatrzyć się treściom, jakimi wypełnione jest New Age’owskie przesłanie o miłości, okazuje się, że jest to głoszenie zwyczajnej łatwizny. Nic się tam nie mówi o tym, że miłość nieraz wymaga ofiary i poświęcenia. Mówi się natomiast nieustannie, że miłość bliźniego należy budować na miłości samego siebie (nie na miłości Boga, tylko samego siebie!) i że należy się wyzwolić od poczucia winy.

    Natomiast co do pomysłu stworzenia nowej religii, która byłaby syntezą wszystkiego co najlepsze w dotychczasowych religiach, położyłaby kres dotychczasowym antagonizmom religijnym i stałaby się powszechną religią ludzkości, to najtrafniej rozpoznał go rosyjski myśliciel Włodzimierz Sołowjow w napisanej przed stu laty „Krótkiej opowieści o Antychryście”. Bo kiedy ktoś nie wierzy, że Jezus Chrystus jest największym i ostatecznym darem Boga dla ludzi, to jest to człowiek niewierzący. Ale kiedy ktoś osiąga ten poziom zuchwałości, że czuje się powołany do stworzenia jakiejś nowej religii i nie waha się użyć do tej bezbożnej roboty imienia samego nawet Chrystusa, niestety, trzeba to nazwać po imieniu: „taki jest zwodzicielem i Antychrystem” (2 J 7; por. 1 J 4,1–3).

    Toteż ilekroć widzimy jakieś próby relatywizowania naszej wiary chrześcijańskiej, niech to będzie dla nas okazją do odnowienia naszego własnego stosunku do Chrystusa Pana: że my w Niego wierzymy naprawdę! „On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (J 4,42). „Ty masz słowa życia wiecznego! — mówmy Chrystusowi wraz z Apostołem Piotrem. — A myśmy poznali i uwierzyli, że Ty jesteś Świętym Boga” (J 6,69).

    Bóg wieczny i bliski

    Chrystus Pan nie jest zwyczajnym założycielem religii, takim żeby Jego dzieło miało się zestarzeć i zdezaktualizować. On jest Synem Bożym, przez którego świat został stworzony, a przyszedł do nas nie tylko jako Nauczyciel Bożej mądrości, ale również jako Dawca życia wiecznego. Jest więc Darem Przedwiecznego Ojca dla ludzi nie tylko aż do skończenia świata, ale na całe życie wieczne: „Raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie. A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden jest ofiarowany dla zgładzenia grzechów, drugi raz ukaże się dla zbawienia tych, którzy Go oczekują” (Hbr 9,26–28; por. 10,12–14).

    Bóg prawdziwy jest Bogiem wiecznym, On nie przemija ani się nie starzeje, toteż jest jednakowo bliski każdemu ludzkiemu pokoleniu: „Ja, Pan, jestem pierwszy, z ostatnimi również Ja będę” (Iz 41,4; por. 43,10n). Otóż w tej właśnie perspektywie należy widzieć Chrystusa Pana, On sam tak o sobie mówił: „Jam jest Pierwszy i Ostatni, i żyjący. Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani” (Ap 1,17).

    Ta wieczna nowość i nieprzemijalność Chrystusa Pana budziła już w czasach apostolskich opory ze strony ludzkiej niewiary. Toteż w Nowym Testamencie wielokrotnie poucza się nas, jak mamy się w takich pokusach zachować. „Fundamentu — powiada Apostoł Paweł — nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3,11). Chrystus Pan — wtóruje Pawłowi Apostoł Piotr — „jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym. (…) Kto w Niego wierzy, na pewno nie zostanie zawiedziony” (1 P 2,4.6). I jeszcze przytoczmy List do Hebrajczyków: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki. Nie dajcie się zwieść różnym i obcym naukom, dobrze jest wzmacniać serce łaską, a nie pokarmami, które nie przynoszą korzyści tym, co się o nie ubiegają” (13,8n).

    Owszem, i Kościół, i nasza wiara chrześcijańska mogą się starzeć. Polega to na tym, że każdy z nas, a również cała wspólnota może zapomnieć o tym, żeśmy „zwlekli z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga, według obrazu Tego, który go stworzył” (Kol 3,9n; por. Rz 8,10n). Krótko mówiąc, Kościół może się zestarzeć naszymi grzechami: jeśli zaniedbujemy to, żeby wiara i łaska „odnawiała nas z dnia na dzień” (2 Kor 4,16).

    Warto w tym miejscu przypomnieć — bardzo dawny, pochodzący z połowy II wieku — opis kuracji odmładzającej, jaką Chrystus Pan umożliwia swojemu Kościołowi. Autor tego tekstu, Hermas, zobaczył oczyma ducha Kościół jako zupełną już staruszkę, „ponieważ duch wasz się zestarzał i wyczerpał, i siłę stracił, ze względu na waszą rozwiązłość i chwiejność” (Pasterz, wizja 3,11,2). Ale w następnym widzeniu owa staruszka ukazuje mu się jako „młoda i piękna, i wesoła”, a to dlatego, że „dostąpiliście odrodzenia duchów waszych” (wizja 3,13,1n).

    Zatem kiedy niepokoi nas czyjś zarzut, jakoby chrześcijaństwo już się zestarzało, starajmy się odnowić w sobie wiarę w Chrystusa Pana nie tylko naszym umysłem. Starajmy się uczynić to naprawdę całymi sobą. Ów starorzymski chrześcijanin napisał ze wzruszającą prostotą: „A zatem ci, którzy pokutują, odzyskają zupełną młodość” (wizja 3,13,4). Rzecz jasna, młodość duchową, młodość na życie wieczne.

    Obecne ataki na wiarę chrześcijańską wydają się groźniejsze niż te, które cierpieliśmy od komunizmu.

    Wieczna nowość i nieprzemijalność Chrystusa Pana budziła już w czasach apostolskich opory ze strony ludzkiej niewiary.

    o. Jacek Salij OP/Idziemy /Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. Jacek Salij:

    Mądrość mistyczna i nadprzyrodzona

    Mądrość to coś więcej niż pełnienie Bożych przykazań i bogobojność. Biblijna mądrość płynie z Boga i praktycznie utożsamia się z miłością, rzecz jasna, z miłością realizowaną, a nie tylko deklarowaną – przypominamy fragment jego książki „Wiara i teologia” ojca Jacka Salija wydanej przez wydawnictwo “W drodze”.

    Przypomnijmy na początku, czym jest teologia i co to jest mądrość. Otóż teologia chrześcijańska jest to realizowana w wierze refleksja nad Bożym objawieniem, jakie się dokonało ostatecznie w Jezusie Chrystusie, Synu Bożym i Zbawicielu wszystkich ludzi. W wydanym w roku 2012 dokumencie Międzynarodowej Komisji Teologicznej Teologia dzisiaj przypomniano propozycję św. Tomasza z Akwinu, według którego teologia to „jakby odbicie Bożej wiedzy, która jest jedną i niezłożoną znajomością wszechrzeczy”[1].

    Starogreckie oraz biblijne rozumienie Mądrości

    Z kolei mądrość jest w naszej europejskiej kulturze pojęciem dynamicznym, kształtującym się w nieustannym napięciu między jej rozumieniem starogreckim oraz biblijnym. Arystoteles – na samym początku swojej Metafizyki – definiuje mądrość jako poznanie w świetle najgłębszych przyczyn i wymienia sześć następujących cech prawdziwej mądrości:

    1. Mądrość obejmuje całość rzeczywistości. Nie chodzi tu o znajomość wszystkich poszczególnych bytów; mądrość stara się ogarnąć i zrozumieć to, co w rzeczywistości najbardziej powszechne.
    2. Drugą cechą mądrości jest umiejętność pokonywania trudności, jakie się pojawiają w trakcie poznawania najgłębszych wymiarów rzeczywistości.
    3. Mądrość prowadzi do pewności – przy czym nie chodzi tu o pewność psychologiczną, ale o taką pewność, która wynika z obiektywnego poznania najgłębszych źródeł rzeczywistości.
    4. Mądrość jest dobrem społecznym. Szukając prawdy, korzystamy z tego, co przed nami znaleźli inni, natomiast tym, co sami znaleźliśmy, chcemy dzielić się z tymi, którzy jej szukają.
    5. Mądrości szuka się dla niej samej. Nie ma innej przyczyny, dla której ubiegamy się o mądrość, jak tylko ta, żeby być mądrym.
    6. Mądrość dąży do porządku zarówno w myśleniu, jak w działaniu (ad sapientiam pertinet ordinare). Natomiast centralnym przesłaniem Starego Testamentu na temat mądrości jest prawda, że „bojaźń Pańska jest początkiem mądrości” (Ps 111,10): „U podstaw tego stwierdzenia jest intuicja mędrców Izraela, mówiąca, że mądrość Boga działa w stworzeniu i w historii i że ten, kto to pojmuje, pojmie też znaczenie świata oraz wydarzeń. »Bojaźń Boża« jest właściwą postawą w obecności Boga (coram Deo). Mądrość jest sztuką poznania świata i ukierunkowania własnego życia na oddawanie czci Bogu”[2].

    Zatem mądrość to coś więcej niż pełnienie Bożych przykazań i bogobojność. Biblijna mądrość płynie z Boga i praktycznie utożsamia się z miłością, rzecz jasna, z miłością realizowaną, a nie tylko deklarowaną. Ponieważ w Bogu ma swoje źródło i ku Niemu zmierza – mądrość ostatecznie utożsamia się z samym Bogiem. W Nowym Testamencie Syn Boży kilkakrotnie został nazwany Mądrością (Mt 11,19; 1 Kor 1,24), co stanowi kontynuację częstego w mądrościowych księgach Starego Testamentu wątku mądrości upersonifikowanej.

    Dość przypomnieć, że w Biblii poznanie związane jest z zaangażowaniem; więcej nawet, w zaangażowaniu się dopełnia. Toteż słowem „poznać” Biblia określa eufemistycznie akt małżeński: „Adam poznał swą żonę Ewę, a ona poczęła i urodziła Kaina” (Rdz 4,1). Dlatego też o poznaniu zła mówili Żydzi z najwyższym wstrętem, jako o czymś absolutnie niepożądanym i niedopuszczalnym; tak naprawdę bowiem poznajemy zło, kiedy się w nie zaangażujemy. Również nieustanne wezwania Biblii, aby poznać Boga, nie dotyczą oczywiście studiowania teologii, tylko czegoś dużo ważniejszego, co dokonuje się w osobowym oddaniu Bogu.

    Współczesny kryzys Mądrości

    Trudno się nie zgodzić z Janem Pawłem II, który w encyklice Fides et ratio niepokoi się tym, że mądrość we współczesnym świecie znalazła się w kryzysie, przedstawia przejawy tego kryzysu oraz wzywa do jego przezwyciężenia. Opisując współczesny kryzys mądrości oraz pobudzając nas do nadziei na jego przezwyciężenie, św. Jan Paweł II korzysta zarówno z przedstawionego w MetafizyceArystotelesa, jak z biblijnego ujmowania mądrości.

    Mądrość – twierdził Arystoteles – jest to poznanie w świetle najgłębszych przyczyn. Tradycyjnie, pierwszym poszukiwaniem i porządkowaniem mądrości zajmowała się w naszej Europie – zgodnie z etymologią swojej nazwy – filozofia. Tymczasem – diagnozował we wspomnianej encyklice Jan Paweł II – nowoczesna filozofia zapomniała, że to byt winien stanowić przedmiot jej badań, i skupiła się na poznaniu ludzkim. Zamiast wykorzystywać zdolność człowieka do poznania prawdy, woli podkreślać jego ograniczenia oraz uwarunkowania, jakim podlega. Doprowadziło to do powstania różnych form agnostycyzmu i relatywizmu, które sprawiły, że poszukiwania filozoficzne ugrzęzły na ruchomych piaskach powszechnego sceptycyzmu. W ostatnich czasach doszły też do głosu różne doktryny próbujące podważyć wartość nawet tych prawd, o których pewności człowiek był przekonany. Uprawniona wielość stanowisk ustąpiła miejsca bezkrytycznemu pluralizmowi, opartemu na założeniu, że wszystkie opinie mają równą wartość: jest to jeden z najbardziej rozpowszechnionych przejawów braku wiary w istnienie prawdy, obserwowanego we współczesnym świecie[3]. (…)

    Żarliwa obrona filozofii, a zwłaszcza metafizyki, z jaką wystąpił Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio, była wielkim upomnieniem się o przywrócenie filozofii jej wymiaru mądrościowego. Ponieważ zaś rozum i wiara stanowią dwa skrzydła, wznoszące nas ku kontemplacji prawdy, encyklika ta była zarazem ważnym głosem w obronie mądrościowego wymiaru teologii.

    Przypomnijmy szczególnie mocne sformułowania Jana Pawła II w obronie mądrości filozoficznej: Potrzebna jest filozofia o zasięgu prawdziwie metafizycznym, to znaczy umiejąca wyjść poza dane doświadczalne, aby w swoim poszukiwaniu prawdy odkryć coś absolutnego, ostatecznego, fundamentalnego. (…) Nie chcę tutaj mówić o metafizyce jako o konkretnej szkole lub określonym nurcie powstałym w przeszłości. Pragnę jedynie stwierdzić, że rzeczywistość i prawda wykraczają poza granice tego, co faktyczne i empiryczne; chcę też wystąpić w obronie ludzkiej zdolności do poznania tego wymiaru transcendentnego i metafizycznego w sposób prawdziwy i pewny, choć niedoskonały i analogiczny[4]. (…)

    W cytowanej tu encyklice przypomniano, że św. Tomasz z Akwinu, mówiąc o mądrości, na pierwszym miejscu wymienia mądrość, która „zstępuje z góry” (Jk 1,17) i która jest darem Ducha Świętego: „Choć Doktor Anielski uznaje pierwszeństwo tej mądrości, nie zapomina jednak o istnieniu jej dwóch innych, komplementarnych form: mądrości filozoficznej, która opiera się na zdolności rozumu do badania rzeczywistości w granicach wyznaczonych przez jego naturę; oraz mądrości teologicznej, która opiera się na Objawieniu i bada treści wiary, docierając do tajemnicy samego Boga”[5]. Dokument Teologia dzisiaj wprowadza do tej typologii mądrości swojego rodzaju korektę[6], ale do tego tematu jeszcze wrócimy. Otóż nie tylko w poszukiwaniach filozoficznych, ale również teologicznych szczególnie ważną rolę odgrywa metafizyka. „Teologia pozbawiona wymiaru metafizycznego nie potrafiłaby wyjść poza analizę doświadczenia religijnego, a intellectus fidei nie mógłby z jej pomocą poprawnie wyrazić uniwersalnej i transcendentnej wartości prawdy objawionej”[7].

    Miejsce teologii wśród innych nauk

    Dowartościowanie mądrościowego wymiaru teologii chroni jej tożsamość oraz zapewnia należne jej miejsce wśród innych nauk. Obecność teologii i teologów w sercu życia uniwersyteckiego – czytamy w dokumencie Teologia dzisiaj – oraz dialog z innymi dyscyplinami, umożliwiony przez taką obecność, przyczyniają się do promowania szerokiej, analogicznej i integralnej wizji życia intelektualnego. Jako scientia Dei i scientia fidei teologia pełni ważną rolę w symfonii nauk, a zatem domaga się właściwego sobie miejsca w świecie akademickim[8].

    Zarazem od dziesiątków lat słychać żądania wyrzucenia teologii z uniwersytetów. Osobiście podzielam pogląd błogosławionego kard. Johna Henry’ego Newmana, że teologię da się usunąć z mapy nauk jedynie poprzez niepisany traktat rozbiorowy. Z chwilą, kiedy się jej odmawia instytucjonalnej obecności na uniwersytecie, teologia nie zostaje stamtąd usunięta, tylko zaczyna być tam uprawiana w sposób nieprofesjonalny, a nieraz karykaturalny. (…)

    Nieuchronnym rezultatem aktu kasacyjnego (czy wykluczenia teologii z dialogu interdyscyplinarnego) będzie jedynie wzrost w środowiskach uniwersyteckich myślenia pseudoteologicznego. Mówiąc obrazowo, teologia jest to taki ogród, którego nie da się zlikwidować, można jedynie postanowić go nie uprawiać. Otóż w nieuprawianym ogrodzie jabłoń zapewne jeszcze zaowocuje, a nawet marchewka potrafi wyrosnąć, przede wszystkim jednak plenią się chwasty. Rzecz jasna, również w ogrodzie uprawianym pojawiają się chwasty, ale jakoś trudno byłoby zgodzić się z poglądem, że w gruncie rzeczy to wszystko jedno, czy się ogród uprawia, czy nie.

    Niekompetentne i dezinformujące wkraczanie na teren nie swojej dyscypliny jest w nauce zjawiskiem zapewne nieuniknionym, bo w ogóle czymś nieuniknionym jest wchodzenie uczonego na teren cudzych dyscyplin (jako że badana przez nas rzeczywistość jest jedna, a związki między różnymi dyscyplinami różnorodne) i od czasu do czasu muszą się zdarzać nieporozumienia, a nawet nadużycia. Normalnie jednak przedstawiciele dyscypliny, na której teren wkroczono niekompetentnie, sygnalizują nadużycie i przymuszają amatora interdyscyplinarnej arogancji do opuszczenia granic nie swojej dyscypliny.

    Ten mechanizm międzydyscyplinarnej kontroli przestaje działać w momencie, kiedy jakaś dyscyplina zostaje wyrzucona ze społeczności uniwersyteckiej. Ogród należący do tej dyscypliny jest uważany wówczas za bezpański i wchodzą do niego dowolnie zarówno ludzie dobrych zamiarów, jak i różni agresorzy.

    Przykładów takiego nonszalanckiego stosunku do problematyki teologicznej można podać wiele. Podam pierwszy z brzegu. Oto światowej sławy fizyk potrafi napisać, że we wszechświecie, jaki poznaliśmy dzięki współczesnej fizyce, nie ma nic do roboty dla Stwórcy, inny zaś uczony modeluje sobie Boga jako kogoś, kto przy stwarzaniu świata musiał się podporządkować prawom wyższym od Niego.

    A wydawałoby się, że na temat Boga osiągnęliśmy już zgodę przynajmniej w dwóch punktach. Po pierwsze, że jeśli się nie zamierza mówić o Nim poważnie, to nie powinno się o Nim mówić wcale. I po wtóre, że nawet jeśli ktoś nie wie, czy Bóg w ogóle istnieje, to powinien wiedzieć przynajmniej jedno: że jeśli Bóg istnieje, to na pewno nie jest On nie-Bogiem. Otóż jeden z bytów wszech- świata, jak widzi Boga ów światowej sławy fizyk, czy ktoś, kto musi podporządkować się prawom wyższym od siebie, z pewnością nie jest Bogiem.

    Innym przykładem uprawiania teologii po dyletancku, a nieraz i z domieszką arogancji – bo teologia autentyczna nie tylko, że została wyrzucona z wielu uniwersytetów, ale nie ma dostępu do osobistych bibliotek wielu uczonych – jest pojawienie się profesorów, którzy lepiej od Kościoła wiedzą, w co Kościół wierzy i czego naucza. I tak ktoś potrafi „przypomnieć” naukę św. Tomasza z Akwinu, jakoby w przypadku konfliktu prawa natury z prawem stanowionym należało iść za tym ostatnim – i mało go to obchodzi, że św. Tomasz jednoznacznie nauczał czegoś dokładnie odwrotnego.

    Ktoś inny, z grubą ignorancją faktów i z lekceważeniem podstawowych zasad hermeneutyki tekstów, będzie „przypominał”, jakoby Kościół przez całe wieki zgadzał się na aborcję przez pierwszych czterdzieści dni od poczęcia. I nie pomogą tu żadne sprostowania ani protesty: ogród, który niegdyś należał do teologii, jest przecież bezpański i każdy może w nim robić wszystko, co mu się podoba!

    Że świat uczonych instynktownie poczuwa się tu do jakiejś zbiorowej winy, świadczy o tym widmo teologa, od czasów oświecenia przywoływane nieraz na salach wykładowych i w tekstach pisanych przez przedstawicieli różnych nauk. Ów teolog to postać wciąż mijająca się ze zdrowym rozsądkiem, stawiająca problemy pozorne, nielicząca się ani z niezbitymi faktami, ani z zasadami logiki – zatem słusznie zasługująca na wyszydzenie i wciąż na nowo wyszydzana. Wystarczy przywołać to widmo i usłyszeć, jak rozśmiesza ono studentów, żeby minęły wszelkie niepokoje sumienia z powodu zdystansowania się współczesnego uniwersytetu od takich „uczonych”. (…)

    Komplementarność Mądrości teologicznej i Mądrości mistycznej

    Na koniec zwróćmy uwagę na znamienną korektę, jaką do przedstawionej w encyklice Fides et ratio, 44, typologii mądrości wprowadzono w dokumencie Teologia dzisiaj, 91–92. W wykładzie na ten temat nie podano zresztą – zapewne przez respekt dla wielkiego papieża – żadnego odnośnika do wspomnianej encykliki. Otóż św. Jan Paweł II, przedstawiając naukę św. Tomasza z Akwinu na temat mądrości, napisał – z pewnością przez niedopatrzenie – że mądrość, która „zstępuje z góry” i która jest darem Ducha Świętego, ma swoje dwie komplementarne formy, mądrość filozoficzną oraz mądrość teologiczną. Przecież trudno wątpić, że mądrość filozoficzna, która – jak trafnie przedstawia ją we wskazanym fragmencie encykliki Jan Paweł II – „opiera się na zdolności rozumu do badania rzeczywistości w granicach wyznaczonych przez jego naturę”, jest sprawnością naturalną i nie jest darem Ducha Świętego[9].

    W dokumencie Teologia dzisiaj podano poprawną typologię mądrości. Odróżnia się tam – z należnym szacunkiem dla nich obu – mądrość naturalną, filozoficzną oraz mądrość wyższą, nadprzyrodzoną. Ta ostatnia, przerastająca czysto ludzką mądrość filozofii, przybiera dwie wzajemnie się wspierające formy, których jednak nie należy mylić: mądrość teologiczną i mądrość mistyczną. Mądrość teologiczna jest dziełem rozumu oświeconego przez wiarę. Jest zatem mądrością nabytą, pomimo że oczywiście zakłada ona dar wiary. Podaje całościowe wyjaśnienie rzeczywistości w świetle najwyższych prawd Objawienia[10].

    Natomiast mądrość mistyczna „jest darem Ducha Świętego, wypływającym ze zjednoczenia z Bogiem w miłości”[11]. Żadnej z tych dwóch form nadprzyrodzonej mądrości nie da się zredukować do drugiej. Obie różnią się od mądrości filozoficznej swoim wymiarem moralnym i duchowym. Obie realizują się i rozwijają w wierze, obie domagają się osobowych relacji z Bogiem i te relacje pogłębiają, obie potrzebują coraz czystszego serca i w czystości serca utwierdzają, obie wykazują zrozumienie dla znaczenia krzyża w Bożych zamysłach zbawczych.

    o. prof. Jacek Salij OP

    Fragment książki „Wiara i Teologia” wydanej przez wydawnictwo W drodze (2017)

    źródło: teologiapolityczna.pl

    *******

    [1] „(…) quaedam impressio divinae scientiae, quae est una et simplex omnium” (Summa theologiae 1, q. 1, a. 3 ad 2. Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, Teologia dzisiaj, 67, Kraków 2012).

    [2] Tamże, 87.

    [3] Jan Paweł II, Encyklika Fides et ratio, 5.

    [4] Fides et ratio, 83.

    [5] Tamże, 44.

    [6] Por. Teologia dzisiaj, 91–92.

    [7] Fides et ratio, 83.

    [8] Teologia dzisiaj, 84.

    [9] Nawet jeżeli pamiętać o głębokim przeświadczeniu Akwinaty, że „omne verum a quocumque dicatur a Spiritu Sancto est” (Summa theologiae, 1–2, q. 109, a. 1 ad 1), byłoby oczywistą nadinterpretacją przypisywać mu tezę, jakoby darem Ducha Świętego było to, że poznajemy prawdę rozumem naturalnym.

    [10] Teologia dzisiaj, 91.

    [11] Tamże.

    mp/teologiapolityczna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 SIERPNIA 2022

    Nauka wspiera dogmaty o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny

    Kaplica w Niepokalanowie
    Kaplica wiecznej adoracji w Niepokalanowie/fot. Agnieszka Bugała
    ***

    Czy nauka może dać wsparcie dla tak ważnych dla katolika dogmatów, jak Niepokalane Poczęcie i Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny? Okazuje się, że… tak. Takiego przynajmniej zdania jest Elizabeth Scalia – oblatka benedyktyńska, blogerka, autorka artykułów i książek, w tym wydanych po polsku: Obcy bogowie. Ukryte bożki życia codziennego.

    Autorka uczęszczając na wykłady z anatomii i fizjologii, choć zachwycała się budową i funkcjonowaniem ciała ludzkiego, stwierdziła w „Our Sunday Visitor”, że „nic, co przedstawiano na wykładzie, nie wywołało u niej głośnej reakcji aż do chwili, gdy przedmiotem studiów stał się proces mikrochimeryzmu.

    Gdy tylko profesor zaczął mówić o tym procesie, odezwał się mój katolicki dzwonek:

    – Ależ to całkowicie tłumaczy Wniebowzięcie! – wypaliłam na głos pośród moich zaskoczonych kolegów i koleżanek ze studiów. Profesor popatrzył na mnie przez chwilę zaintrygowany i powiedział: – Ok-eeej, w każdym razie, w mikrochimeryzmie chodzi o to…

    Dalej autorka zauważa, że mikrochimieryzm „tak głęboko wyjaśnia i usprawiedliwia nasz dogmat, że powinien być włączony do naszej katechezy mariologicznej”, gdyż pozwala to nam docenić fakt, „jak nauka i religia potrafią się uzupełniać i dopełniać nawzajem, i zachwycać w oniemiałym z wrażenia podziwie, że nasz Kościół wyjaśnił tę rzeczywistość bez pomocy mikroskopu dawno temu”.

    Czym jest proces mikrochimeryzmu? To „proces, który powoduje, że odrobina komórek żyje w ciele żywiciela, ale są one zupełnie odrębne od niego”. Nie tak dawno media, także w Polsce, obiegła wiadomość, że według naukowców dziecko zostawia w ciele matki „mikroskopijną cząstkę samego siebie”. Co zresztą niesie ze sobą intrygujące implikacje, gdyż „wszystkie te komórki pozostają w niej na zawsze”, a więc także komórki nienarodzonego dziecka, które zostało zabite w wyniku aborcji.

    Jakie ma to znaczenie w przypadku Maryi? E. Scalia pisze o tym, że wcześniej po prostu przyjmowała dogmat o Wniebowzięciu i nie próbowała się nawet nad nim zastanawiać, bo przekraczało to jej możliwości. Kiedy dowiedziała się o mikrochimeryzmie „nagle to wszystko nabrało sensu: niewielka ilość komórek Jezusa Chrystusa pozostała w Maryi na całe Jej życie”. Katolicy mają w ograniczonym stopniu takie doświadczenie, kiedy przyjmują Eucharystię, natomiast „Maryja była prawdziwym tabernakulum, w którym Bóg faktycznie nieustannie mieszkał”.

    Przytaczając Psalm 16,10 Scalia podkreśla, że ciało Chrystusa nie doznało zepsucia w grobie, a „z tego wynika, że ciało Jego Matki, zawierając ślady komórkowe Boga (a cząstka Boga jest Bogiem całkowicie)” również nie mogło ulec rozkładowi. I tutaj nauka idzie ręka w rękę z teologią, gdyż wynika z tego logicznie, że „ciało Najświętszej Panny, zawierając wewnątrz Chrystusa, nie mogło pozostać na ziemi; oczywiście musiało przyłączyć się do Chrystusa w wymiarze niebiańskim”.

    Co więcej, zdaniem autorki, tłumaczy to także inny „bardzo piękny dogmat” katolicki odnoszący się do Maryi, a mianowicie dogmat o Niepokalanym Poczęciu. Przecież skoro wcielenie miało się dokonać przez Maryję, to „naczynie”, które miało do tego celu posłużyć „musiało być z konieczności czyste”. Jak wyjaśnia autorka: „Kiedy argumentujemy, że Maryi jako Arce Nowego Przymierza, miano oszczędzić zmazy grzechu pierworodnego, wiedza o tym, że Chrystus nie tylko skorzystał z Jej ciała, ale miał nieustannie w nim mieszkać, jedynie jeszcze bardziej wspiera tę dobrze uzasadnioną wiarę”. Tak oto wiara i rozum splatają się w „piękną całość”.

    Jan J. Franczak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda to nie złuda

    Cuda to nie złuda
    ISTOCKPHOTO/GOŚĆ NIEDZIELNY

    ***

    Nadprzyrodzone zjawiska nie są niebiańską fanaberią i duchowym dziwactwem. Ich cel jest jasny i konkretny – jak wszystko, co pochodzi od Boga.

    Była noc 22 stycznia 1993 roku. 59-letnia Libanka Nouhad Al-Chami miała dziwny sen. Zobaczyła przy swoim łóżku dwóch zakonników. W jednym z nich rozpoznała św. Szarbela, którego bardzo czciła. Ostatnio każdego dnia prosiła go, żeby wymodlił jej przejście na tamten świat, bo bardzo cierpiała z powodu udaru mózgu wywołanego niedrożnością tętnic szyjnych. Szarbel powiedział jej, że przyszedł ją zoperować. Chora przestraszyła się, widząc, że mnisi nie mają narzędzi chirurgicznych ani środków znieczulających. Uległa jednak. Poczuła, jak Szarbel dotyka jej szyi. Pojawił się wielki ból, ale Nouhad nie potrafiła się poruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Po skończonej operacji podszedł drugi mnich, pomógł jej usiąść i podał szklankę wody. „Nie mogę pić inaczej, jak tylko przez słomkę” – powiedziała. Zakonnik zapewnił ją, że może, bo jest już zdrowa.

    Gdy kobieta się obudziła, stwierdziła, że istotnie nic jej nie dolega – wszelkie objawy choroby znikły. Kiedy podeszła do lustra, ujrzała po obu stronach szyi dwie blizny, z których zwisały końcówki nici chirurgicznych. Jej szyja i koszula nocna były całe zakrwawione…

    Lekarze, którzy nazajutrz zobaczyli zdrową Nouhad, byli zszokowani. Zdumiewało ich nie tylko nagłe wyzdrowienie kobiety, ale nawet perfekcja założonych szwów. Po Libanie gruchnęła wieść o cudzie tak oczywistym, że nie sposób mu zaprzeczyć. Kiedy kobieta, żeby uniknąć bezustannie napływających tłumów, przeniosła się do syna, znów ukazał się jej we śnie św. Szarbel. „Zoperowałem cię, aby ludzie się nawracali, widząc, że zostałaś cudownie uzdrowiona. Wielu ludzi oddaliło się od Boga, przestali się modlić, przystępować do sakramentów, żyją tak, jakby Bóg nie istniał” – powiedział. Poprosił ją też, żeby 22. dnia każdego miesiąca brała udział we Mszy św. w klasztorze Annaya. I dodał: „Na pamiątkę twojego uzdrowienia, do końca ziemskiego życia, w każdy pierwszy piątek miesiąca oraz 22. dnia każdego miesiąca twoje rany pooperacyjne będą krwawić”. I tak się dzieje.

    Zbadane i niewyjaśnione

    Nadprzyrodzone cuda, wiarygodne z punktu widzenia Kościoła, to wcale nie zjawiska nieuchwytne. To nie mgliste przekonanie o doznanej łasce albo skutek zastosowania jakiegoś duchowego placebo, lecz zdarzenia konkretne i dające się zweryfikować. Na przykład unoszenie się w ekstazie w powietrzu albo jednoczesna obecność w dwóch różnych miejscach to zjawiska dobrze udokumentowane, choć niedające się po ludzku wyjaśnić.

    Trudno sobie wyobrazić coś bardziej konkretnego niż cud przywrócenia amputowanej kończyny – a taki zdarzył się 29 marca 1640 r. w Calandzie w Hiszpanii. Jego bohaterem był Miguel Juan Pellicer, który 29 miesięcy wcześniej stracił prawą nogę. Młody mężczyzna był gorącym czcicielem Matki Bożej i wytrwale modlił się do Niej o cud. Ten nastąpił, gdy Miguel spał. Zdarzenie zostało bardzo dokładnie zbadane i opisane.

    Nieraz cuda dzieją się w obecności większej liczby ludzi. Tak było na przykład w miejscowości Olivenza w Hiszpanii w 1949 roku. Proboszcz otworzył tam przy parafii darmową kuchnię dla biednych. W niedzielę 23 stycznia obiad miało otrzymać około stu osób. Okazało się jednak, że w spiżarni jest tylko 750 gramów ryżu. Kucharka Leonarda Rebollo Vasquez, wsypując do garnka cały ten ryż, westchnęła: „Błogosławiony, ubodzy bez obiadu”. Miała na myśli bł. Jana Macias, którego proces kanonizacyjny wówczas się toczył. Po kwadransie zauważyła, że ryżu jest w garnku o wiele więcej, niż wsypała, i wciąż go przybywa. Wezwane na pomoc kobiety oraz kleryk Józef Velariusz Ferrera zaczęli przekładać ryż do innych garnków. Zaalarmowany zdumiewającym zjawiskiem przybył proboszcz, a wraz z nim wielu ciekawych. Gdy ryżu było już nadto, duchowny kazał zdjąć pierwszy garnek z ognia. W tym momencie ryż przestał się rozmnażać. Wystarczyło go na 154 obfite porcje. Zdarzenie to zostało dokładnie zbadane i zatwierdzone przez Kościół i posłużyło w procesie kanonizacyjnym bł. Jana Macias.

    Deszcz róż

    Bywa, że święci swój udział w nadprzyrodzonych zdarzeniach potwierdzają pojawieniem się przyjemnego „mistycznego zapachu” o różnym natężeniu, zazwyczaj podobnego do woni kwiatów. Czasem bywa to zapach charakterystyczny dla danego świętego. Na przykład zapach fiołków często kojarzy się ze św. ojcem Pio. Niektórzy porównują ten zapach do innych kwiatów albo kadzidła, ale wszyscy potwierdzają, że jego obecność wiąże się z odczuciem pokoju i radości. W przypadku kapucyna z San Giovanni Rotondo ten „rajski zapach” towarzyszył mu jeszcze za życia.

    Zapach róż najczęściej kojarzony jest ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus. Święta karmelitanka często pozostawia także róże jako „bileciki” na znak, że to ona stoi za wysłuchanymi prośbami. Kwiaty te znajdowane są często w zaskakujących miejscach i okolicznościach, na przykład wyrastające spod śniegu i kwitnące pomimo panującego mrozu. W ten sposób Teresa realizuje swoją obietnicę złożoną na łożu śmierci. „Czuję, że moja misja właśnie teraz się zacznie, mam sprawić, aby ludzie kochali Boga tak, jak ja Go kocham. Moją misją jest uczyć dusze małej drogi. Jeśli Bóg spełni te prośby, pobyt w niebie spędzę na ziemi, aż do skończenia świata. Tak, niebem moim będzie czynić dobrze na ziemi. Po śmierci spuszczać będę na ziemię deszcz róż” – zapisała krótko przed odejściem z tego świata.

    Istotnie, Teresa wciąż daje o sobie znać, pomagając ludziom w cudowny sposób, i ucząc ich „małej drogi”, czyli życia heroicznie pokornego i nadzwyczajnego w codziennej zwyczajności. Jedną z jej uczennic była s. Dulcissima, Helena Hoffmann, zmarła przed II wojną młoda zakonnica. Helena jeszcze jako dziecko znalazła na polu medalion z wizerunkiem zakonnicy trzymającej krzyż i róże. Nie wiedziała, kim ona jest, ale przypomniała sobie, że przed pierwszą spowiedzią śniła się jej taka postać. Później podczas snu Teresa przedstawiła się dziewczynce i od tamtej pory razem „bawiły się, pracowały i prowadziły poważne rozmowy”. Karmelitanka mówiła jej, w jakich intencjach ma się modlić, i zachęcała do podejmowania ofiar. Gdy Dulcissima zmarła w Brzeziu nad Odrą w wieku 26 lat, siostry ze zgromadzenia mówiły o niej to samo, co karmelitanki z Lisieux mówiły o zmarłej Teresie: „Nic takiego nie zrobiła, chorowała, cierpiała i tylko się modliła”.

    Teresę po śmierci ogarnął „huragan chwały”, a jej uczennica Dulcissima jest w drodze na ołtarze. Otoczona miłością ludzi, którzy świadczą o wyproszonych przez nią łaskach, jest świadectwem tego, jak świętość rodzi świętość.

    Przykładów realności nieba, które daje o sobie znać m.in. w postaci cudów, jest znacznie więcej, niż się na ogół wydaje. Ingerencje nadprzyrodzone zawsze są odpowiedzią na czyjąś wiarę. Kościół orzeka autentyczność tylko niektórych z nich, zazwyczaj w kontekście procesu beatyfikacyjnego bądź kanonizacyjnego. W takich wypadkach badania są bardzo drobiazgowe, prowadzone według niezwykle surowych kryteriów.

    Żeby się nawrócili

    Przytoczone wyżej słowa św. Szarbela, że cud zdarzył się po to, żeby ludzie się nawracali, są spójne z tym, co robił Jezus za swoich ziemskich dni. „Wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił” – zapisał ewangelista Jan (2,23). To głównie z powodu cudów tłumy chodziły za Chrystusem, a ludzie, przejęci tym, co widzieli, przyjmowali to, co On mówił. Sam Jezus także powoływał się na czynione znaki. „Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” – wołał (J 10,37-38).

    Cuda pokazują, że świat nadprzyrodzony nie jest mrzonką; uświadamiają, że Bóg nie zapomniał o świecie, który stworzył. Nade wszystko jednak mają skłaniać do przyjęcia Ewangelii. Dlatego mówi autor Dziejów Apostolskich, że uczniowie „nauczali odważnie, ufni w Pana, który potwierdzał słowo swej łaski cudami i znakami, dokonywanymi przez ich ręce” (14,3). Chodzi zatem o potwierdzenie słowa łaski. „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą” – zapewnia Chrystus (Mk 16,17). To było powszechne doświadczenie wczesnego Kościoła, ale przecież dotyczy to każdej epoki. Dziś nie mniej niż wtedy potrzeba znaków mocy Bożej – i nie dotyczy to tylko wypraszania łask z „zaświatów”, lecz ukazywania potęgi Słowa działającego dziś, wśród ludzi współczesnych.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co naprawdę znaczy, że nasze ciała zmartwychwstaną?

    fot. via Wikipedia, CC 0 [Fragment obrazu Francesco Botticiniego]

    ***

    Co naprawdę znaczy, że nasze ciała zmartwychwstaną?

    Formuła „wierzę w (…) ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny” jest końcowym fragmentem wyznania wiary, jednego z najstarszych w Kościele, które zwiemy Symbolem bądź Składem Apostolskim. Wielu z nas odmawia je podczas modlitwy porannej i wieczornej, na „różańcowym krzyżyku”. I bardzo dobrze, bo już w IV wieku pisał o takiej praktyce św. Ambroży, biskup Mediolanu: „Symbol ten jest pieczęcią duchową, jest rozważaniem naszego serca i zawsze obecną obroną; z całą pewnością jest skarbem naszej duszy”.

    Żaden fragment Apostolskiego Składu nie wywołuje — od początku istnienia Kościoła po dziś dzień — tyle niezrozumienia i oporu, jak właśnie owa formuła stanowiąca tytuł naszej refleksji: „wierzę w… ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny”. Już w Dziejach Apostolskich i Pawłowych Listach do Koryntian znajdują się wyraźne ślady pierwszych błędów, zgorszeń, sporów i wyjaśnień na temat tej sprawy. Św. Augustyn, uczeń i duchowy spadkobierca Ambrożego, pisze: „W żadnym punkcie wiara chrześcijańska nie spotyka więcej sprzeciwu niż w stosunku do zmartwychwstania ciała”.

    Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 roku, dokument zakorzeniony głęboko w Tradycji Kościoła, ale też znakomicie „czujący” współczesną mentalność, nazywa rzecz po imieniu i pyta w imieniu nas wszystkich: „Bardzo powszechnie jest przyjmowane przekonanie, że po śmierci życie osoby ludzkiej trwa w sposób duchowy. Ale jak wierzyć, że to ciało, którego śmiertelność jest tak oczywista, mogłoby zmartwychwstać do życia wiecznego?” (KKK, 996)

    Fundamentem i zasadniczym motywem wiary w „ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny” jest to, co kryje się za „trzykropkiem” w tytule naszych rozważań. „Wierzę w” to pierwsze słowa Składu Apostolskiego; „ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny” — ostatnie. Po nich pojawia się już jedynie pełna ufności pieczęć hebrajskiego słowa Amen, które wyraża niezawodność Prawdy Bożej, wierność Stwórcy wobec stworzenia. Natomiast cały „środek” Credo jest wyznaniem wiary Kościoła w to, co stanowi podstawę naszej doczesnej i przyszłej nadziei: we Wszechmocną Miłość Trójjedynego Boga — Stworzyciela, Zbawiciela i Uświęciciela.

    Chrześcijańska wiara w zmartwychwstałą wieczność człowieka czerpie swoją siłę, swoją życiową i argumentacyjną moc z Wszechmocy Boga-Miłości, Stwórcy i Zbawiciela. Kim On jest, czego On pragnie dla człowieka i co On może pokazuje Wydarzenie Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.

    Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa są tym miejscem historii świata i człowieka, w którym to miejscu najpełniej objawił się człowiekowi Bóg: objawił, kim jest i objawił, czego chce dla człowieka. Jest to również to samo miejsce, w którym Bóg objawił najpełniej człowieka człowiekowi: kim jest i jaka jest jego przyszłość. Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa są w ludzkich dziejach ostatnim i ostatecznym słowem Boga na te tematy. I jest to największa w dziejach świata nowina. Dobra Nowina.

    Co właściwie mamy na myśli, kiedy mówimy, że „Chrystus zmartwychwstał”? Jeżeli stało się to, co się stało, mianowicie Jezus został zabity za bluźnierstwo, a Bóg się za Nim ujął i powiedział, że to On mówił dobrze, że On się właściwie do Niego zwracał, On był umiłowanym Synem, to tym samym Bóg objawia swoje ojcostwo. Nie zdołano Jezusowi odebrać przyszłości, kiedy odebrano Mu życie. Okazało się, że zabity Jezus ma przyszłość. Więcej: że przyszłość należy właśnie do Niego (…) Jego zmartwychwstanie nie jest ani tylko przywróceniem życia, które minęło, ani prostą jego kontynuacją, ani cudownym do niego dodatkiem, ale dzięki Bogu jest prawdziwą i prawdziwie nową przyszłością tego, co samo w sobie minęło, jest nowym stworzeniem.

    Dobra Nowina, którą chrześcijaństwo głosi światu dwadzieścia wieków, mówi o tym, że powtórzymy los Jezusa, czyli, że „na drodze do tego życia, którego dla nas wszystkich chce Bóg, staje śmierć — a jednak nie zdoła ona przeszkodzić widzialnemu i dotykalnemu objawieniu się tego życia”. Ludzkiego życia „nie pokonała i już nie pokona śmierć. Jego źródłem jest zmartwychwstanie Jezusa. W śmierci i nowym życiu Jezusa objawia się cel i sens Bożego działania w ludzkiej historii — miłość do końca”…

    Chrystus, choć nie wrócił do życia ziemskiego, to jednak zmartwychwstał w swoim własnym ciele: „Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem”. Tak samo w Nim „wszyscy zmartwychwstaną we własnych ciałach, które mają teraz” (Sobór Laterański), ale ciało to będzie przekształcone w chwalebne, duchowe. W sposób niezrównany, choć nie zrywając zasłony tajemnicy, pisze na ten temat Paweł do kuszonych spirytualistyczną gnozą Koryntian: „Lecz powie ktoś: A jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele? O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wcześniej nie obumrze. To, co zasiewasz, nie jest od razu ciałem, którym ma się stać potem, lecz zwykłym ziarnem… Zasiewa się zniszczalne — powstaje zaś niezniszczalne… Trzeba, ażeby to, co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodziało się w nieśmiertelność”.

    „Skoro zmarli nie zmartwychwstają, to jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy”. A więc: życie jest przemijające, krótkie, mało sensowne, gorzkie. Jedyne, co warto z nim zrobić, to wycisnąć je jak cytrynę. Do szklanki życia skapnie wówczas przynajmniej kilka kropel przyjemności. Chrześcijaństwo odpowiada następująco: żyje się wprawdzie raz, ale za to wiecznie. Człowiek ma w sobie (na mocy aktu i faktu stworzenia „na obraz Boży”) „od-Boski” zaczyn wieczności. Jest nim nieśmiertelna dusza, ta „składowa” ludzkiego bytu, która jest tak Boża, że nawet śmierć sobie z nią nie potrafi poradzić. To jedno z najważniejszych źródeł odpowiedzialności za każdą chwilę ziemskiego życia i za każdy doczesny czyn. Znajdą one bowiem swoje przedłużenie i konsekwencje w wieczności.

    Ale „wieczne życie” to nie tylko rozciągnięte w nieskończoność czasu „nagie trwanie”. „Życie” w najgłębszym biblijnym sensie to nie tyle „ilość”, co raczej „jakość”: zdrowie, dobrobyt, szczęście, poczucie pełni. Zaś „wieczność” w Piśmie Świętym należy do atrybutów samego Boga. Tylko On jest wieczny, czyli bezgraniczny. Człowiek jest wielorako ograniczony. Mieć życie wieczne znaczy więc mieć udział w pełni życia Boga. I to właśnie jest nasza przyszłość: udział w pełni życia Trójjedynego Boga. Wiemy o tym dzięki zmartwychwstaniu Jezusa. Dobra to Nowina.

    Chrześcijaństwo rodzi się z entuzjazmu wiary i z tęsknoty za wiecznym życiem w Bogu: życiem autentycznie ludzkim, to znaczy duchowo-cielesnym. I z tego entuzjazmu i tęsknoty za niebem uczeń zmartwychwstałego Chrystusa czerpie siłę do przemiany ziemi. Taki jest ideał. Wszyscy zostaniemy ocaleni. Zakochani i konający. Wszyscy powtórzymy los Jezusa. Zmartwychwstaniemy w wieczność. Taka jest wielkanocna Dobra Nowina.

    *****

    Kiedy myślimy o zmartwychwstaniu nasuwa się pytanie: po co nam właściwie ciało po tamtej stronie? To pytanie tak naprawdę jest konsekwencją dualistycznego pojmowania człowieka: ciało i dusza to dwa nieprzystające do siebie autonomiczne fragmenty mojej osoby. Ciało to więzienie, przykry balast dany za karę szlachetnej duszy. W takim ujęciu wszystko co dobre w człowieku będzie przypisywane duszy, ciało będzie jawić się jako nic nie warte, ulegające niewybrednym pokusom źródło niedogodności i problemów. Jest to jednak spojrzenie niewiele mające wspólnego z prawdą o człowieku objawioną Piśmie Świętym. Bóg wcale nie traktuje naszego ciała jako wypadku przy pracy. Cały człowiek, a zatem zarówno dusza jak i ciało, zostały stworzone z miłości. Ciało jest integralnym elementem każdej osoby, równie ważnym jak dusza. Skoro Bóg stworzył mnie z duszą i z ciałem, takim też chce mnie odzyskać. Po co zatem ciało po śmierci? Po to, żeby każdy z nas mógł pozostać tym, kim stworzył go Bóg.

    Nie wiemy dokładnie, jak będzie wyglądać nasze nowe – zmartwychwstałe – ciało. Nie potrafimy nawet zrozumieć czym jest wieczność, a cóż dopiero ze zrozumieniem tego, jak ta wieczność będzie wyrażać się w konkretach. W naszych spekulacjach na temat zmartwychwstałego ciała przypominamy gąsienicę, która wyobraża sobie niebo jako nieskończenie wielki liść kapusty, a nawet nie wie, że za chwilę zamieni się w motyla. Jedyną przesłanką, która mamy na temat tego, jak będzie wyglądać nasze nowe ciało, jest to, co wiemy o Ciele Zmartwychwstałego Jezusa. Wiemy, że Maria rozpoznała Go dopiero wtedy, kiedy ją zawołał po imieniu i że uczniowie w drodze do Emaus początkowo nie domyślili się, że to On im towarzyszy. Wiemy też, że Ciało zmartwychwstałego Jezusa obdarzone było pewnymi nadnaturalnymi właściwościami, chociażby tym, że było w stanie przeniknąć przez zamknięte drzwi. Jednocześnie Jezus zachowywał się zupełnie naturalnie: jadł z Apostołami chleb i rybę. Pozostał sobą. Dlatego my, chrześcijanie także jesteśmy przekonani, że chociaż ciało zostanie przemienione, ciągle będzie tym samym ciałem, które znamy.

    Czy będą tam góry, lasy, rzeki? Czy świat, który wyłoni się na końcu czasów, będzie umiejscowiony na kuli ziemskiej? A może to będzie zupełnie inne miejsce? To są pytania, na które nie znajdziemy w Piśmie Świętym jednoznacznych odpowiedzi. Bądźmy jednak pewni, że to wszystko, co jest dla nas ważne, to, co nasza miłość próbuje ocalić tutaj na ziemi, na pewno nie pójdzie na zmarnowanie, nie zostanie zniszczone. Wszystko to, co prawdziwie kochamy, zostanie ocalone.

    Czy po zmartwychwstaniu zachowamy swoją płeć? Każdy z nas zmartwychwstanie w swoim własnym ciele, a więc różnica płci będzie zachowana: mężczyzna zmartwychwstanie w ciele mężczyzny, kobieta w ciele kobiety. Ale świat, jaki zastaniemy po zmartwychwstaniu, nie będzie tylko udoskonaloną wersją ziemskiej rzeczywistości. Nie będzie tam na nas czekało królestwo wystawnych uczt i uciech seksualnych. Wystarczy przytoczyć słowa Jezusa: „Przy zmartwychwstaniu bowiem nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić” , czy też św. Pawła: „Królestwo Boże to nie sprawa tego co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym”. Mogłoby się zatem wydawać, że taka wizja zmartwychwstania jest rodzajem Bożej zemsty za ludzką skłonność do grzechu ukrytą w cielesności (rozwiązłość, obżarstwo, pijaństwo itp.). Bo jak można mówić o autentycznym zmartwychwstaniu ciała, skoro wszystko to, co z nim kojarzymy, nie będzie się już tak realizować, jak dotychczas? Czy ciało zmartwychwstałe nie będzie zatem jakąś atrapą? Zanim jednak się zapędzimy w naszych osądach zastanówmy się, dlaczego tak ważna jest dla nas chociażby płciowość. Najbardziej podstawowa odpowiedź mówi, że aktywność seksualna powołuje nowe życie – to oczywiste, ale nie mniej ważnym momentem naszej seksualności jest możliwość budowania więzi, wzmacniania uczucia miłości między małżonkami. Nasza szeroko rozumiana seksualność jest wyrazem tęsknoty za miłością, za poczuciem bliskości, spełnienia. Skoro w niebie zostaniemy całkowicie napełnieni prawdziwą Miłością, zostaną zatem ugaszone wszystkie nasze tęsknoty i pragnienia. Stąd być może nasza seksualność nie będzie objawiać się w takim wymiarze, w jakim znamy ją z ziemi.

    *****
    Czy potępione dusze zmartwychwstaną? Zmartwychwstanie nie jest nagrodą za przykładne życie, jest konsekwencją Bożej miłości, która dotyka każdego życia. Każdy z nas, bez względu na przekonania religijne, polityczne zostanie obdarzony ciałem w dniu Sądu Ostatecznego. Jak podkreśla Pismo Święte nawet ludzie żyjący w grzechu zostaną wskrzeszeni, aczkolwiek jedni zmartwychwstaną ku życiu, inni zmartwychwstaną ku potępieniu. Czy jednak ktoś będzie z pewnością potępiony, czy w piekle już ktoś jest? Kościół był zawsze jak najdalej od myślenia w kategoriach „piekła dla innych”. To nie przypadek, że beatyfikacje i kanonizacje przeprowadzane są w sposób uroczysty. Kościół nigdy nikogo nie potępił, nigdy nie przeprowadził procesu, w którym orzekł, że ktoś swoim życiem zasłużył na piekło i z całą pewnością właśnie tam spędza wieczność. Jeżeli ja myślę o piekle, to o piekle, w którym ja sam mogę się znaleźć, nie znam serca drugiego człowieka. Tylko Bóg wie, co się w nim kryje. „Dobry Łotr” niemal całym swoim życiem zasłużył sobie na piekło. A jednak te kilka sekund, w czasie których wyznał swoją wiarę w Jezusa, uratowało go. Być może piekło pozostanie na zawsze miejscem pustym. Ale to jest nadzieja, a ona wspiera nas w walce o dobre życie: swoje i innych, a nie uczy zuchwałości.

    *****
    W jakim wieku będzie zmartwychwstałe ciało? Na ten temat nie wiemy właściwie nic, chociaż różnie to sobie wyobrażano. Św. Tomasz z Akwinu za najodpowiedniejszy uważał wiek zmartwychwstałego Jezusa. Odmiennego zdania był św. Augustyn, który chyba z nutką sentymentu wspominał swoją młodość, bo uznał, że najpewniej zmartwychwstaniemy w wieku młodzieńczym. Ktoś inny twierdził natomiast, że idealnym wiekiem jest wiek dziecięcej niewinności. Kościół jednak zawsze dystansował się od takich spekulacji.

    *****
    Credo chrześcijańskie – wyznanie naszej wiary w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz w Jego stwórcze, zbawcze i uświęcające działanie – osiąga punkt kulminacyjny w głoszeniu zmartwychwstania umarłych na końcu czasów oraz życia wiecznego.

    Wierzymy mocno i mamy nadzieję, że jak Chrystus prawdziwie zmartwychwstał i żyje na zawsze, tak również sprawiedliwi po śmierci będą żyć na zawsze z Chrystusem Zmartwychwstałym i że On wskrzesi ich w dniu ostatecznym. Nasze zmartwychwstanie, podobnie jak zmartwychwstanie Chrystusa, będzie dziełem Trójcy Świętej: Jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha.

    Pojęcie „ciało” oznacza człowieka w jego kondycji poddanej słabości i śmiertelności „Zmartwychwstanie ciała” oznacza, że po śmierci będzie żyła nie tylko dusza nieśmiertelna, ale że na nowo otrzymają życie także nasze „śmiertelne ciała”.

    Wiara w zmartwychwstanie zmarłych była od początku istotnym elementem wiary chrześcijańskiej. „Zmartwychwstanie umarłych jest ufnością chrześcijan; ta wiara nas ożywia”: Dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania? Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara… Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli.
    Bóg stopniowo objawiał swojemu ludowi prawdę o zmartwychwstaniu umarłych. Nadzieja na cielesne zmartwychwstanie zmarłych pojawia się jako wewnętrzna konsekwencja wiary w Boga, Stwórcę całego człowieka, z duszą i ciałem. Stwórca nieba i ziemi jest także Tym, który zachowuje wiernie swoje przymierze z Abrahamem i jego potomstwem. W tej podwójnej perspektywie zacznie wyrażać się wiara w zmartwychwstanie. Męczennicy machabejscy wyznają w godzinie próby:
    Król świata… nas, którzy umieramy za Jego prawa, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego. Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, w Bogu pokładać nadzieję, że znów przez Niego będziemy wskrzeszeni.

    Jezus łączy wiarę w zmartwychwstanie ze swoją Osobą: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. To Jezus jest Tym, który w ostatnim dniu wskrzesi tych, którzy będą wierzyć w Niego i którzy będą spożywać Jego Ciało i pić Jego Krew. Już teraz daje tego znak i zadatek, przywracając do życia niektórych zmarłych, Zapowiadając w ten sposób własne zmartwychwstanie, które jednak nastąpi w innym porządku. Jezus mówi o tym wyjątkowym wydarzeniu jako o „znaku proroka Jonasza” i znaku Świątyni; zapowiada swoje zmartwychwstanie trzeciego dnia po wydaniu Go na śmierć.
    Być świadkiem Chrystusa – to znaczy być „świadkiem Jego zmartwychwstania”, „z Nim jeść i pić po Jego zmartwychwstaniu”. Chrześcijańska nadzieja na zmartwychwstanie jest cała naznaczona do świadczeniem spotkań z Chrystusem Zmartwychwstałym. My zmartwychwstaniemy jak On, z Nim i przez Niego.

    Od początku chrześcijańska wiara w zmartwychwstanie spotykała się z niezrozumieniem i oporami. „W żadnym punkcie wiara chrześcijańska nie spotyka więcej sprzeciwu niż w stosunku do zmartwychwstania ciała”. Bardzo powszechnie jest przyjmowane przekonanie, że po śmierci życie osoby ludzkiej trwa w sposób duchowy. Ale jak wierzyć, że to ciało, którego śmiertelność jest tak oczywista, mogłoby zmartwychwstać do życia wiecznego?

    Co to znaczy zmartwychwstać? W śmierci, będącej „rozdzieleniem duszy i ciała, ciało człowieka ulega zniszczeniu”, podczas gdy jego dusza idzie na spotkanie z Bogiem, chociaż trwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbionym ciałem. Bóg w swojej wszechmocy przywróci ostatecznie naszym ciałom niezniszczalne życie, jednocząc je z naszymi duszami mocą Zmartwychwstania Jezusa.

    Kto zmartwychwstanie? Wszyscy ludzie, którzy umarli: „Ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny na zmartwychwstanie potępienia”.
    W jaki sposób? Chrystus zmartwychwstał w swoim własnym ciele: „Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem”; nie powrócił On jednak do życia ziemskiego. Tak samo w Nim „wszyscy zmartwychwstaną we własnych ciałach, które mają teraz”, ale to ciało będzie przekształcone w „chwalebne ciało”, w „ciało duchowe”: Lecz powie ktoś: A jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele? O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wcześniej nie obumrze. To, co zasiewasz, nie jest od razu ciałem, którym ma się stać potem, lecz zwykłym ziarnem… Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne… Trzeba, ażeby to, co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodziało się w nieśmiertelność.

    To „w jaki sposób” przekracza naszą wyobraźnię i nasze rozumienie; jest dostępne tylko w wierze. Udział w Eucharystii daje nam już zadatek przemienienia naszego ciała przez Chrystusa: Podobnie jak ziemski chleb dzięki wezwaniu Boga nie jest już zwykłym chlebem ale Eucharystią, a składa się z dwóch elementów, ziemskiego i niebieskiego, tak również my, przyjmując Eucharystię, wyzbywamy się zniszczalności, ponieważ mamy nadzieję zmartwychwstania.

    Kiedy? W sposób definitywny „w dniu ostatecznym”; „na końcu świata”. Istotnie, zmartwychwstanie zmarłych jest wewnętrznie złączone z powtórnym Przyjściem (Paruzją) Chrystusa: Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi.
    Jeśli jest prawdą, że Chrystus wskrzesi nas „w dniu ostatecznym”, to jest także prawdą, że w pewien sposób już jesteśmy wskrzeszeni z Chrystusem. Istotnie, dzięki Duchowi Świętemu życie chrześcijańskie jest uczestniczeniem w Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa już na ziemi: Razem z Nim pogrzebani w chrzcie… razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił… Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga.

    Śmierć jest kresem życia ziemskiego. Czas jest miarą naszego życia; w jego biegu zmieniamy się i starzejemy. Jak w przypadku wszystkich istot żyjących na ziemi, śmierć jawi się jako normalny koniec życia. Ten aspekt śmierci jest pewnym przynagleniem dla naszego życia; pamięć o naszej śmiertelności służy także jako przypomnienie, że mamy tylko ograniczony czas, by zrealizować nasze życie:

    Pomnij… na Stwórcę swego w dniach swej młodości… zanim wróci się proch do ziemi, tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał.

    Śmierć jest konsekwencją grzechu. Urząd Nauczycielski Kościoła, który autentycznie interpretuje wypowiedzi Pisma świętego i Tradycji, naucza, że śmierć weszła na świat z powodu grzechu człowieka. Chociaż człowiek posiadał śmiertelną naturę, z woli Bożej miał nie umierać. Śmierć była więc przeciwna zamysłom Boga Stwórcy, a weszła na świat jako konsekwencja grzechu. „Śmierć cielesna, od której człowiek byłby wolny, gdyby nie był zgrzeszył”, jest „ostatnim wrogiem” człowieka, który musi zostać zwyciężony.

    Śmierć została przemieniona przez Chrystusa. Także Jezus, Syn Boży, przeszedł przez cierpienie śmierci, właściwej dla kondycji ludzkiej. Mimo swojej trwogi przed śmiercią, przyjął ją aktem całkowitego i dobrowolnego poddania się woli Ojca. Posłuszeństwo Jezusa przemieniło przekleństwo śmierci w błogosławieństwo.

    Dzięki Chrystusowi śmierć chrześcijańska ma sens pozytywny. „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. „Nauka to zasługująca na wiarę: Jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy”. Istotna nowość śmierci chrześcijańskiej polega na tym, że przez chrzest chrześcijanin już w sposób sakramentalny „umarł z Chrystusem”, by żyć nowym życiem. Jeżeli umieramy w łasce Chrystusa, przez śmierć fizyczną wypełnia się to „umieranie z Chrystusem” i dopełnia w ten sposób nasze wszczepienie w Niego w Jego akcie odkupieńczym:

    Wolę umrzeć w Chrystusie Jezusie, niż panować nad całą ziemią. Szukam Tego, który za nas umarł; pragnę Tego, który dla nas zmartwychwstał. I oto bliskie jest moje narodzenie… Pozwólcie chłonąć światło nieskalane. Gdy je osiągnę, będę pełnym człowiekiem.

    W śmierci Bóg powołuje człowieka do siebie. Dlatego chrześcijanin może przeżywać wobec śmierci pragnienie podobne do pragnienia św. Pawła: „Pragnę odejść, a być z Chrystusem”; może przemienić własną śmierć w akt posłuszeństwa i miłości wobec Ojca, na wzór Chrystusa. Moje upodobania zostały ukrzyżowane i nie ma już we mnie ziemskiego pożądania. Jedynie żywa wola przemawia do mnie z głębi serca: „Pójdź do Ojca” . Chcę widzieć Boga, ale trzeba umrzeć, by Go zobaczyć. Ja nie umieram, ja wchodzę w życie.

    Chrześcijańska wizja śmierci jest wyrażona szczególnie trafnie w liturgii Kościoła: Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie.

    Śmierć jest końcem ziemskiej pielgrzymki człowieka, czasu łaski i miłosierdzia, jaki Bóg ofiaruje człowiekowi, by realizował swoje ziemskie życie według zamysłu Bożego i by decydował o swoim ostatecznym przeznaczeniu. Gdy zakończy się „jeden jedyny bieg naszego ziemskiego żywota”, nie wrócimy już do kolejnego życia ziemskiego. „Postanowione ludziom raz umrzeć”. Po śmierci nie ma „reinkarnacji”.

    „Cialo jest podstawą zbawienia”. Wierzymy w Boga, który jest Stwórcą ciała; wierzymy w Słowo, które stało się ciałem dla odkupienia ciała; wierzymy w ciała zmartwychwstanie, dopełnienie stworzenia i odkupienie ciała.

    Przez śmierć dusza zostaje oddzielona od ciału, ale w zmartwychwstaniu Bóg udzieli naszemu przemienionemu ciału niezniszczalnego życia, ponownie łącząc je z duszą. Jak Chrystus zmartwychwstał i żyje na zawsze, tak wszyscy zmartwychwstaniemy w dniu ostatecznym.
    „Wierzymy w prawdziwe zmartwychwstanie tego ciała, które teraz posiadamy”. Składa się jednak do grobu ciało zniszczalne, zmartwychwstanie ciało niezniszczalne, „ciało duchowe”.

    Na skutek grzechu pierworodnego człowiek musi podlegać śmierci cielesnej, „od której byłby wolny, gdyby nie był zgrzeszył”.

    Jezus, Syn Boży, dobrowolnie przeszedł dla nas przez cierpienie śmierci w całkowitym i dobrowolnym poddaniu się woli Boga, swojego Ojca. Przez swoją Śmierć zwyciężył On Śmierć kończy życie człowieka jako czas otwarty na przyjęcie lub odrzucenie łaski Bożej ukazanej w Chrystusie. Nowy Testament mówi o sądzie przede wszystkim w perspektywie ostatecznego spotkania z Chrystusem w Jego drugim przyjściu, ale także wielokrotnie potwierdza, że zaraz po śmierci każdego nastąpi zapłata stosownie do jego czynów i wiary. Przypowieść o ubogim Łazarzu i słowa Chrystusa wypowiedziane na krzyżu do dobrego łotra, a także inne teksty Nowego Testamentu mówią o ostatecznym przeznaczeniu duszy, które może być odmienne dla różnych ludzi.

    Każdy człowiek w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym, który polega na odniesieniu jego życia do Chrystusa i albo dokonuje się przez oczyszczenie, albo otwiera bezpośrednio wejście do szczęścia nieba, albo stanowi bezpośrednio potępienie na wieki. Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni z miłości.

    Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem oraz są doskonale oczyszczeni, żyją na zawsze z Chrystusem. Są na zawsze podobni do Boga, ponieważ widzą Go „takim, jakim jest, twarzą w twarz: Powagą apostolską orzekamy, że według powszechnego rozporządzenia Bożego dusze wszystkich świętych… i innych wiernych zmarłych po przyjęciu chrztu świętego, jeśli w chwili śmierci nie miały nic do odpokutowania… albo jeśliby wówczas miały w sobie coś do oczyszczenia, lecz doznały oczyszczenia po śmierci… jeszcze przed odzyskaniem swoich ciał i przed Sądem Ostatecznym, od chwili Wniebowstąpienia Zbawiciela, naszego Pana Jezusa Chrystusa, były, są i będą w niebie, w Królestwie i w raju niebieskim z Chrystusem, dołączone do wspólnoty aniołów i świętych. Po męce i śmierci Pana Jezusa Chrystusa oglądały i oglądają Istotę Bożą widzeniem intuicyjnym, a także twarzą w twarz, bez pośrednictwa żadnego stworzenia.

    Żyć w niebie oznacza „być z Chrystusem”. Wybrani żyją „w Nim”, ale zachowują i – co więcej – odnajdują tam swoją prawdziwą tożsamość, swoje własne imię:

    Żyć, to być z Chrystusem; tam gdzie jest Chrystus, tam jest życie i Królestwo.

    Jezus „otworzył” nam niebo przez swoją Śmierć i swoje Zmartwychwstanie. Życie błogosławionych polega na posiadaniu w pełni owoców odkupienia dokonanego przez Chrystusa, który włącza do swej niebieskiej chwały tych, którzy uwierzyli w Niego i pozostali wierni Jego woli. Niebo jest szczęśliwą wspólnotą tych wszystkich, którzy są doskonale zjednoczeni z Chrystusem.

    Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego wiecznego zbawienia, przechodzą po śmierci oczyszczenie, by uzyskać świętość konieczną do wejścia do radości nieba.

    To końcowe oczyszczenie wybranych, które jest czymś całkowicie innym niż kara potępionych, Kościół nazywa czyśćcem. Naukę wiary dotyczącą czyśćca sformułował Kościół przede wszystkim na Soborze Florenckim i na Soborze Trydenckim. Tradycja Kościoła, opierając się na niektórych tekstach Pisma świętego, mówi o ogniu oczyszczającym: Co do pewnych win lekkich trzeba wierzyć, że jeszcze przed sądem istnieje ogień oczyszczający, według słów Tego, który jest prawdą. Powiedział On, że jeśli ktoś wypowie bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu, nie zostanie mu to odpuszczone ani w tym życiu, ani w przyszłym. Można z tego wnioskować, że niektóre winy mogą być odpuszczone w tym życiu, a niektóre z nich w życiu przyszłym.

    Nauczanie Kościoła stwierdza istnienie piekła i jego wieczność. Dusze tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą do piekła, gdzie cierpią męki, „ogień wieczny”. Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga; wyłącznie w Bogu człowiek może mieć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie.

    Stwierdzenia Pisma świętego i nauczanie Kościoła na temat piekła są wezwaniem do odpowiedzialności, z jaką człowiek powinien wykorzystywać swoją wolność ze względu na swoje wieczne przeznaczenie. Stanowią one równocześnie naglące wezwanie do nawrócenia: „Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!”: Ponieważ nie znamy dnia ani godziny, musimy w myśl upomnienia Pańskiego czuwać ustawicznie, abyśmy zakończywszy jeden jedyny bieg naszego ziemskiego żywota, zasłużyli wejść razem z Panem na gody weselne i być zaliczeni do błogosławionych i aby nie kazano nam, jak sługom złym i leniwym, pójść w ogień wieczny, w ciemności zewnętrzne, gdzie „będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

    Bóg nie przeznacza nikogo do piekła; dokonuje się to przez dobrowolne odwrócenie się od Boga (grzech śmiertelny) i trwanie w nim aż do końca życia. W liturgii eucharystycznej i w codziennych modlitwach swoich wiernych Kościół błaga o miłosierdzie Boga, który nie chce „niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia”: Boże, przyjmij łaskawie tę ofiarę od nas, sług Twoich, i całego ludu Twego. Napełnij nasze życie swoim pokojem, zachowaj nas od wiecznego potępienia i dołącz do grona swoich wybranych.

    Zmartwychwstanie wszystkich zmarłych, „sprawiedliwych i niesprawiedliwych”, poprzedzi Sąd Ostateczny. Będzie to „godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny – na zmartwychwstanie potępienia”. Wówczas Chrystus „przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim… Zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie… I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego”. W obliczu Chrystusa, który jest prawdą, zostanie ostatecznie ujawniona prawda o relacji każdego człowieka z Bogiem. Sąd Ostateczny ujawni to, co każdy uczynił dobrego, i to, czego zaniechał w czasie swego ziemskiego życia, łącznie z wszystkimi tego konsekwencjami.

    Sąd Ostateczny nastąpi podczas chwalebnego powrotu Chrystusa. Jedynie Ojciec zna dzień i godzinę sądu. Tylko On decyduje o jego nadejściu. Przez swego Syna Jezusa Chrystusa wypowie On wówczas swoje ostateczne słowo o całej historii. Poznamy ostateczne znaczenie dzieła stworzenia i ekonomii zbawienia oraz zrozumiemy przedziwne drogi, którymi Jego Opatrzność prowadziła wszystko do ostatecznego celu. Sąd Ostateczny objawi, że sprawiedliwość Boga triumfuje nad wszystkimi niesprawiedliwościami popełnionymi przez stworzenia i że Jego miłość jest silniejsza od śmierci.
    Prawda o Sądzie Ostatecznym wzywa do nawrócenia, podczas gdy Bóg daje jeszcze ludziom „czas pomyślny, dzień zbawienia”. Pobudza świętą bojaźń Bożą. Angażuje na rzecz sprawiedliwości Królestwa Bożego. Zapowiada „błogosławioną nadzieję” powrotu Pana, który „przyjdzie, aby być uwielbionym w świętych swoich i okazać się godnym podziwu dla wszystkich, którzy uwierzyli”.
    Pismo święte nazywa to tajemnicze odnowienie, które przekształci ludzkość i świat, „nowym niebem i nową ziemią”. Będzie to ostateczna realizacja zamysłu Bożego, „aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi”.

    „Nie znamy czasu, kiedy ma zakończyć się ziemia i ludzkość, ani nie wiemy, w jaki sposób wszechświat ma zostać zmieniony. Przemija wprawdzie postać tego świata zniekształcona grzechem, ale pouczeni jesteśmy, że Bóg gotuje nowe mieszkanie i nową ziemię, gdzie mieszka sprawiedliwość, a szczęśliwość zaspokoi i przewyższy wszelkie pragnienia pokoju, jakie żywią serca ludzkie”.
    „Oczekiwanie jednak nowej ziemi nie powinno osłabiać, lecz ma raczej pobudzać zapobiegliwość, aby uprawiać tę ziemię, na której wzrasta ciało nowej rodziny ludzkiej, mogące dać pewne wyobrażenie nowego świata. Przeto, choć należy starannie odróżniać postęp ziemski od wzrostu Królestwa Chrystusowego, to przecież dla Królestwa Bożego nie jest obojętne, jak dalece postęp ten może przyczynić się do lepszego urządzenia społeczności ludzkiej”.

    Każdy człowiek w swojej duszy nieśmiertelnej otrzymuje na sądzie szczegółowym, bezpośrednio po śmierci, wieczną zapłatę od Chrystusa, Sędziego żywych i umarłych.

    „Wierzymy, że dusze tych wszystkich, którzy umierają w łasce Chrystusa… są Ludem Bożym po śmierci, która zostanie całkowicie zniszczona w dniu zmartwychwstania, kiedy te dusze zostaną złączone ze swymi ciałami” .

    „Wierzymy, że wiele dusz, które są zgromadzone w raju z Jezusem i Maryją, tworzy Kościół niebieski, gdzie w wiecznym szczęściu widzą Boga takim, jakim jest, a także w różnym stopniu i na różny sposób uczestniczą wraz z aniołami w sprawowaniu Boskiej władzy przez Chrystusa uwielbionego, gdzie wstawiają się za nami oraz wspierają naszą słabość swoją braterską troską”.

    Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego zbawienia wiecznego, przechodzą po śmierci oczyszczenie, by uzyskać świętość konieczną do wejścia do radości Boga.

    Wierząc w „komunię świętych”, Kościół poleca zmarłych miłosierdziu Bożemu i ofiaruje im pomoce, szczególnie Ofiarę eucharystyczną.

    Idąc za przykładem Chrystusa, Kościół uprzedza wiernych o „smutnej i bolesnej rzeczywistości śmierci wiecznej”,, nazywanej także „piekłem”.

    Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga; wyłącznie w Bogu człowiek może osiągnąć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie.

    Kościół modli się, by nikt nie ściągnął na siebie potępienia: „Panie, nie dozwól mi nigdy odłączyć się od Ciebie”. Jeżeli jest prawdą, że nikt nie może zbawić sam siebie, to jest również prawdą, że Bóg „pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni”, i że „u Boga wszystko jest możliwe”.

    „Święty Kościół rzymski mocno wierzy i stanowczo utrzymuje, że w dniu Sądu wszyscy ludzie staną przed trybunałem Chrystusa w swoich ciałach i zdadzą sprawę ze swoich czynów” .

    Na końcu czasów Królestwo Boże osiągnie swoją pełnię. Wtedy sprawiedliwi, uwielbieni w ciele i duszy, będą królować z Chrystusem na zawsze, a sam wszechświat materialny zostanie przemieniony. Bóg będzie w życiu wiecznym „wszystkim we wszystkich”.1061 Wyznanie wiary (Credo), tak samo jak ostatnia księga Pisma świętego, jest zakończone hebrajskim słowem Amen. Spotyka się

    je często na końcu modlitw Nowego Testamentu. Także Kościół kończy swoje modlitwy słowem „Amen”.

    W języku hebrajskim Amen pochodzi od tego samego rdzenia, co słowo „wierzyć”. Wyraża ono trwałość, niezawodność, wierność. Rozumiemy więc, dlaczego „Amen” można powiedzieć o wierności Boga w stosunku do nas i o naszym zaufaniu do Niego.

    Końcowe „Amen” w Credo podejmuje więc i potwierdza jego pierwsze słowa: „Wierzę”. Wierzyć znaczy odpowiadać „Amen” na słowa, obietnice, przykazania Boże; znaczy powierzyć się całkowicie Temu, który jest „Amen” nieskończonej miłości i doskonałej wierności. Codzienne życie chrześcijańskie będzie wówczas odpowiedzią „Amen” na słowa: „Wierzę” Wyznania wiary naszego chrztu:

    Niech twoje „Wyznanie wiary” będzie dla ciebie jakby zwierciadłem. Przeglądaj się w nim, by zobaczyć, czy wierzysz w to wszystko, co wypowiadasz. I każdego dnia raduj się twoją wiarą.

    *****

    Ktoś słusznie stwierdził, że chrześcijaństwo przez swoje cmentarze może sprawiać wrażenie religii, która uważa materię i ciało za coś niegodnego człowieka. Gdyby jakiś przybysz z daleka, zupełnie nie znający nauki Kościoła, chciał dojść do jakichś wniosków na podstawie nagrobkowych napisów, to zapewne w żadnej mierze nie mógłby odkryć, że chrześcijanie wierzą w zmartwychwstanie ciała. A przecież św. Paweł dobitnie wołał: Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, że byliśmy fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstaną, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa (1 Kor 15, 13-15). 

    W świadomości wielu chrześcijan zmartwychwstanie zmarłych okazuje się mało istotne; rozważania i modlitwy dotyczą życia duszy po śmierci, a bardzo rzadko odnoszą się do nadziei zmartwychwstania. Na grobach znajdujemy najczęściej napisy mniej więcej takiej oto treści: „Niech spoczywa w pokoju”, „Pokój jego duszy”, „Pokój jego cieniom”. Niezwykle rzadko nagrobek odwołuje się wprost do wiary w zmartwychwstanie. A przecież można byłoby sformułować niejedno zdanie, które by jasno ukazywało, iż mamy nadzieję, że ten, którego doczesne zwłoki pożegnaliśmy na cmentarzu, zmartwychwstanie mocą Chrystusowej obietnicy. Dlaczego nie stawiamy na grobach figur Jezusa zmartwychwstałego i nie umieszczamy napisów jak na przykład: „Oczekuje w pokoju na dzień zmartwychwstania” lub „Odszedł do Pana w nadziei zmartwychwstania”?

    Być może jest tak, że w naszej wierze w życie wieczne prawda o nieśmiertelności duszy wyparła obietnicę zmartwychwstania. „Dusza ludzka jest nieśmiertelna”, głosi jedna z katechizmowych prawd wiary. Cóż jednak ta prawda w gruncie rzeczy oznacza? Czy nie stała się ona jakimś zracjonalizowanym mitem, w którym nie ma miejsca na Boże działanie? Wyrażenie „zracjonalizowany mit” oznacza, że człowiek stara się oswoić nadprzyrodzoną tajemnicę, pozbawiając ją cechy niespodzianki i zaskoczenia. Innymi słowy, zamiast przyjąć niewyrażalną prawdę o spotkaniu człowieka z Bogiem po śmierci i ufnie powierzyć się Bożej wszechmocy, w pewnym sensie przywłaszczamy sobie Boże obietnice, a Jego samego czynimy dostępnym dla naszych koncepcji i wysiłków. Istnieje taki sposób rozprawiania o nieśmiertelnej duszy, który naraża nas na niebezpieczeństwo zbytniego przywiązania się do naszych wyobrażeń i spekulacji, gdy tymczasem Bóg oraz rzeczywistość, jaką nam przygotował, przerasta nieskończenie nasze koncepcje.

    Trzeba uważać, aby nasze wyobrażenia o życiu po tamtej stronie nie były zbytnio greckie, a za mało biblijne. W filozofii Platona dusza jest nieśmiertelna i wieczna, a ciało jest dla niej więzieniem. Arystoteles zrywa z Platonem, gdyż duszę uważa za formę ciała, bez którego jednak dusza nie mogłaby istnieć. Z drugiej jednak strony, mówi o obecnym w człowieku duchu, który jest nieśmiertelny i reprezentuje to, co boskie w człowieku. Logicznym następstwem tego rodzaju koncepcji była filozoficzna pogarda dla ciała, które duszę lub ducha sprowadzało z wyższych rejonów doskonałości ku nędzy ziemskiego istnienia. Dlatego też, kiedy Paweł Apostoł przemawiał na Areopagu w Atenach, to słuchano go z pewnym zainteresowaniem do czasu, kiedy nie zaczął mówić o wskrzeszeniu z martwych. Dzieje Apostolskie lakonicznie stwierdzają: Gdy usłyszeli o zmartwychwstaniu, jedni się wyśmiewali, a inni powiedzieli: „Posłuchamy cię o tym innym razem”. Tak Paweł ich opuścił. Wyśmiewali się, ponieważ dla ludzi wychowanych na filozofii greckiej orędzie o zmartwychwstaniu ciał musiało brzmieć zupełnie absurdalnie.

    W Biblii natomiast nie ma takiego pojęcia duszy jak w myśli greckiej. Człowiek biblijny jest „cały z jednej bryły”. Człowiek nie tyle ma ciało, co jest ciałem, a zatem cały jest kruchy i śmiertelny. Stan ten może być przezwyciężony jedynie mocą Ducha Bożego. Duch zaś zawsze jest darem Boga. Nie można zatem uważać duszy za „nieśmiertelną boginię”; jest ona raczej nastawieniem człowieka wobec Boga. Być blisko Boga oznacza bowiem w Biblii bliskość życia i oddalenie śmierci. Ponadto skoro człowiek jest cielesno-duchową jednością, to jest nie do pojęcia, jak mógłby cieszyć się życiem wiecznym bez ciała.

    Sama idea zmartwychwstania narodziła się w Biblii nie z jakiejś refleksji nad ludzką naturą, ale z zadumy nad Bożą wiernością i sprawiedliwością. Taka jest właśnie wymowa starotestamentalnych świadectw o zmartwychwstaniu. Choć w Biblii rozróżnia się różne wymiary życia człowieka (materialny, psychiczny, duchowy), to są one w tak ścisłej jedności, że nadzieja życia wiecznego nie może dotyczyć tylko jednego z tych elementów: do przekraczającej granicę śmierci wspólnoty z Bogiem zaproszony jest cały człowiek. Dlatego módlmy się nie tyle za, na przykład, duszę śp. Jana, ale po prostu za śp. Jana.

    Wyrażenie „ciało duchowe” może wydawać się samo w sobie sprzeczne. Czy „duchowe” oznacza, że nie jest „cielesne”, co z kolei prowadziłoby do jakichś dziwnych koncepcji „ciała bezcielesnego”? W istocie św. Paweł nie zamierza tworzyć jakichś karkołomnych konstrukcji filozoficznych, ale chce podkreślić, że rzeczywistości zmartwychwstania nie należy rozumieć według materialistycznych wyobrażeń Żydów, którzy pytają, czyją żoną będzie po zmartwychwstaniu kobieta, która za życia miała kilku prawowitych mężów. Zmartwychwstały posiada ciało chwalebne, to znaczy taki sposób egzystencji, który odpowiada chwale Boga. „Ciało duchowe” jest ciałem przemienionym przez Ducha ożywiającego, radykalnie przekształconym na wzór Chrystusa zmartwychwstałego w chwale. 

    W Drugim Liście do Koryntian apostoł wyznaje: Mamy jednak nadzieję… i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana. Nie oznacza to jednak odrzucenia cielesności jako platońskiej klatki dla duszy, ale wskazuje na pragnienie ciała przemienionego przez moc Ducha Świętego. Również z nauczania Jezusa na kartach Ewangelii wynika, że przyszłego życia nie da się porównać z życiem ziemskim: Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie. I znowu trzeba podkreślić, że wypowiedź ta nie jest zaprzeczeniem cielesności zmartwychwstania, lecz wskazaniem, że będzie to cielesność przemieniona.

    Skoro jednak ciało zmartwychwstałe jest radykalnie przemienione, to rodzi się niepokojące pytanie o ciągłość pomiędzy ciałem ziemskim a zmartwychwstałym. Czy ciało zmartwychwstałe będzie rzeczywiście naszym ciałem, czy też jakąś zewnętrzną szatą narzuconą na duchowe „ja”? Czy niebo będzie jakoś związane z tym, co piękne na ziemi? Zacytujmy raz jeszcze Pawła Apostoła: Wiemy bowiem, że kiedy nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie. Czy w tym domu nie ręką uczynionym będziemy czuć się u siebie? To zwątpienie w zdolność Boga do uszczęśliwienia człowieka po śmierci wyrażało wielu filozofów i poetów. 

    Św. Paweł, mówiąc o relacji ciała ziemskiego do zmartwychwstałego, używa różnych antytez: zniszczalne i niezniszczalne, niechwalebne i chwalebne, słabe i mocne, zmysłowe i duchowe. Operuje też przeciwstawieniem „przed” i „potem”, ale nie chodzi tu o grecką opozycję pomiędzy materialnym i niematerialnym, ale o jednoczesne podkreślenie ciągłości i zmian. Zmiana będzie radykalna, tak że trudno wyobrazić nam sobie jej rezultat, ale – z drugiej strony – owa zmiana nie oznacza zerwania ciągłości: w niebie i w nowym ciele będziemy czuć się całkowicie sobą i to w łączności z życiem ziemskim. Analogicznie zapłodniona ludzka komórka jajowa w niczym nie przypomina dorosłego człowieka, który się z niej rozwinie, choć przecież jest to ten sam człowiek. W śmierci i zmartwychwstaniu nie chodzi ani o całkowite zniszczenie oraz nowe stworzenie z niczego), ani też o proste ożywienie zwłok, lecz o odkupienie naszego ciała.

    W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wiara w zmartwychwstanie zmieniła się z czasem w przekonanie o reanimacji. Wypowiedzi w tym duchu znajdziemy u Ireneusza, u Tacjana czy Justyna. Ten ostatni pisał między innymi: „Wierzymy i spodziewamy się, że umarłe i w ziemi pochowane ciała nasze z powrotem otrzymamy, bo twierdzimy, iż dla Boga nie ma nic niemożliwego”. Rozumienie zmartwychwstania jako ostatecznej reanimacji miało niewątpliwie wpływ na szczególną troskę chrześcijan o miejsce spoczynku swoich zmarłych. Dla niektórych nieznajomość miejsca spoczynku bliskiego zmarłego wiązała się z niepokojem o jego zmartwychwstanie. Mylenie zmartwychwstania z reanimacją owocuje również w dzisiejszych czasach przekonaniem niektórych, że grób zmarłego będzie miejscem jego zmartwychwstania. Zresztą nie brak obrazów, które tak właśnie przedstawiają wydarzenie zmartwychwstania: blade, wychudzone postaci podnoszą się ze swych grobów.

    Jednym z przejawów wiary w zmartwychwstanie oraz w związek ciała ziemskiego ze zmartwychwstałym jest kult relikwii. Już w Kościele pierwotnym otaczano wielkim szacunkiem doczesne szczątki męczenników. W relikwiach świętych Kościół dostrzegał szczególną zapowiedź ostatecznego zwycięstwa Chrystusa w dniu paruzji i powszechnego zmartwychwstania. Ciała zmarłych świętych umieszczano pod ołtarzami, aby wskazać na związek ich życia, śmierci oraz nadziei na zmartwychwstanie z ofiarą Chrystusa. Niejednokrotnie jednak błędnie sądzono, że wartość relikwii bierze się stąd, iż w dniu zmartwychwstania staną się one częścią uwielbionego ciała świętego. Zapominano o nowotestamentalnej nauce o przemienionym ciele duchowym.

    Z wiarą w zmartwychwstanie wiąże się problem tak zwanego stanu przejściowego. Tradycja każe nam sądzić, że w śmierci następuje oddzielenie duszy od ciała, po czym dusza podlega sądowi jednostkowemu i zostaje posłana do piekła, czyśćca lub nieba, gdzie oczekuje na zmartwychwstanie, czyli na nowe ciało. Stan przejściowy to właśnie oczekiwanie duszy na połączenie się ze swoim ciałem. Czy jednak można mówić o prawdziwym życiu bez ciała? W Nowym Testamencie da się dostrzec pewną ewolucję poglądów na ten temat. W pierwszym okresie panowało wśród chrześcijan przekonanie o szybkim nadejściu paruzji, czyli końca doczesnego świata, a zatem nie zajmowali się oni ewentualnym okresem przejściowym. W Pierwszym Liście do Tesaloniczan św. Paweł stwierdza: zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi [tak] pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób na zawsze będziemy z Panem. Ale już na przykład w Liście do Filipian Paweł Apostoł zdaje się przyjmować jakieś istnienie poza ciałem w czasie pomiędzy śmiercią a zmartwychwstaniem: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze; pozostawać zaś w ciele – to bardziej konieczne ze względu na was. Z czasem ugruntował się pogląd, że choć wierni zbawieni zaraz po śmierci posiadają już pełnię życia w jedności z Chrystusem, to jednak zmartwychwstanie ciała pozostaje jeszcze kwestią przyszłości.

    Niektórzy teolodzy dostrzegają w koncepcji stanu pośredniego nie objawioną prawdę wiary, ale jeden z możliwych, lecz niedoskonałych modeli sposobu realizacji Bożej obietnicy życia wiecznego. W konsekwencji proponują inne modele, jak na przykład koncepcję zmartwychwstania w śmierci. Hipoteza ta odwołuje się do biblijnego przekonania o nieusuwalnej jedności całego człowieka. Dusza ludzka nie byłaby tak naprawdę człowiekiem, lecz jedynie właśnie duszą człowieka. Jeśli zaś Boże obietnice dotyczą po prostu człowieka, to po tamtej stronie życia powinniśmy mieć do czynienia nie z „gołą” duszą, ale również z ciałem, co z kolei prowadzi do wniosku, że cielesne zmartwychwstanie jednostki dzieje się w momencie śmierci: człowiek zostawia doczesne szczątki i jednocześnie otrzymuje nowe ciało.

    Możemy zatem wyobrażać sobie, że święci dostępują obecnie niebieskiej chwały nie tylko w formie duszy, ale jako pełni ludzie, czyli w ciele przemienionym. Przy czym to ciało – choć jest niepowtarzalnym ciałem każdego z nich – nie stanowi niebiańskiej wersji ziemskiego ciała z jego fizjologią, ale jest ciałem duchowym, uformowanym dzięki mocy Ducha. I my zmierzamy ku takiemu stanowi. Warto o tym pomyśleć, kiedy cieszymy się lub smucimy naszym ciałem

    o. D. Kowalczyk SJ/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________