Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Zostać domownikiem samego Boga

    fot.Apostolstwo Chorych, Mądrość Krzyża

    ***

    Brytyjski samolot odbywał swój regularny lot z Istanbułu do Londynu. Na pokładzie znajdowało się 70 pasażerów i 6 członków załogi. Lot odbywał się w warunkach pomyślnych i zbliżał się już do celu podróży – lotniska Heathrow. Przez głośniki podano wiadomość, aby przygotować się do lądowania. Samolot jednak nie wylądował, ale kontynuował swój lot, który zamienił się w lot kołujący. Powodem była awaria podwozia, które nie chciało się wysunąć. Powiadomiono o tym wieżę kontrolną lotniska. Były kolejne próby, ale bezskuteczne – ponieważ czasami tak bywa, że po kilku usiłowaniach nagle urządzenie zaczyna działać. Dla uspokojenia pasażerów zapowiedziano, iż z przyczyn technicznych trzeba kontynuować lot i lądowanie samolotu nieco się opóźni. Samolot chwilami unosił się nad kanałem La Manche, a później znowu nad rozległym Londynem. W kabinie załogi zrobiła się gorąca atmosfera. Kapitan był blady i pot spływał mu z czoła. Ponawiane próby kończyły się fiaskiem. Taki stan rzeczy trwał już przez godzinę i zapasy paliwa zaczęły się wyczerpywać. Nawiązano ponownie łączność z wieżą kontrolną lotniska, aby uzyskać pozwolenie lądowania w wsuniętym podwoziem. Szanse szczęśliwego lądowania w takich warunkach były minimalne, prawie żadne, ale nie było innego wyboru. Lotnisko Heathrow po wyrażeniu zgody ogłosiło równocześnie stan alarmowy – a więc straże pożarne, karetki pogotowia i wszystko co jest niezbędne w takiej sytuacji. Kapitan samolotu zdecydował, iż należy o tym powiadomić pasażerów, jednak z pewną dozą ostrożności, aby nie wywołać paniki. Jego komunikat brzmiał w ten sposób: ‘Wskutek awarii podwozia samolotu zmuszeni jesteśmy lądować ze schowanym podwoziem. Sytuacja jest bardzo poważna. Daj Boże, żeby udało się nam szczęśliwie wylądować’. Tym religijnym akcentem zakończył swoją relację, co zwiększyło jeszcze powagę sytuacji. Słowa kapitana wywołały jednak panikę. Dotychczas nikt z pasażerów nie zdawał sobie sprawy z groźnej sytuacji. Pasażerowie mniej odporni psychicznie doznali szoku. Byli tacy, którzy w pośpiechu opróżniali butelki z alkoholem łudząc się, że w odurzonym stanie unikną makabrycznych scen umierania. Inni zażywali w nadmiarze środki uspokajające w nadziei, że zasną i nie będą oglądać okropności, które już za moment mogą się wydarzyć z ich udziałem. Przy oknie w jednym z foteli siedział Polak, Edmund Skołuda, od którego dowiedziałem się o tej historii. Na swoich skroniach poczuł zimny pot. Był człowiekiem wierzącym i praktykującym. Wiedział, że śmierć jest faktem bezspornym i że umrzeć trzeba – prędzej czy później. Ale kiedy śmierć zagraża bezpośrednio?… Bał się. Przeanalizował szybko całe swoje życie. Bóg sprawiedliwy, karzący za popełnione winy nie fascynował go tak, jak Bóg, który jest nieskończenie miłosierny. Nagle jego sąsiad, który dotąd siedział milcząco, zwrócił się z zapytaniem:

    Czy jest pan człowiekiem wierzącym?

    Kiedy usłyszał twierdzącą odpowiedź od razu uchwycił się jego ręki i zadał kolejne pytanie:

    Czy Chrystus naprawdę jest Miłością i czy jest teraz z nami, kiedy tak bardzo potrzebujemy Jego obecności?

    Jestem przekonany – mówił pan Edmund – że w chwili obecnej, gdy tak dotkliwie odczuwamy osamotnienie i dlatego trzymamy się za ręce, Chrystus jest wśród nas.

    No tak, ale – martwił się sąsiad – czy może mi wybaczyć to, że oddaliłem się od Niego? Jestem człowiekiem bardzo zamożnym. Może już za moment będzie to brzmiało w czasie przeszłym. Przez moją matkę byłem wychowany w duchu nauki Chrystusa, ale później zapomniałem o Bogu. Zdobyłem duży majątek. Miałem wszystko – co tylko zapragnąłem. Obracałem się wśród ludzi, gdzie liczył się tylko pieniądz. Innych nie dostrzegałem. Zlekceważyłem podstawowe przykazanie Chrystusa o miłości bliźniego. Czasami rodziły się we mnie wątpliwości, że to co mam wcale nie daje pełnego zadowolenia i tak naprawdę – wcale nie uszczęśliwia, ale od razu odsuwałem od siebie takie myśli. Zresztą byłem człowiekiem bardzo zajętym. Nie miałem czasu na rozmyślania, a tym bardziej na zmianę swojego życia. Łudziłem samego siebie, przesuwając te sprawy na okres mojej starości, że wtedy będę miał dużo wolnego czasu. A tu niespodziewanie przychodzi kres mojego życia. Mam wątpliwości czy Bóg mi przebaczy w tej sytuacji? Jeżeli jest w tej chwili wśród nas i słucha mojego opowiadania o moim niedoskonałym życiu, a jest Miłością, to może przekaże mi choć promyk nadziei.

    To wyznanie win i ta pokora – powiedział pan Edmund – pozwalają, aby ufać w Boże Miłosierdzie.

    Tymczasem kapitan samolotu podchodził do lądowania pomimo zamkniętego podwozia. Raz jeszcze wykonano próbę uruchomienia i wtedy – nie do wiary – urządzenie zadziałało. Podwozie wysunęło się, wyzwalając poczucie ulgi i radości wśród wszystkich pracowników lotniska. Członkowie załogi samolotu, bladzi, spoceni, zmęczeni do granic wytrzymałości, a równocześnie szczęśliwi, że koła samolotu dotknęły ziemi. Ogromna radość pasażerów, którzy przeżyli chwile strasznej grozy. Pan Edmund Skołuda po wyjściu z samolotu, żegnając się ze swoim sąsiadem powiadomił go, że idzie do kościoła podziękować Panu Bogu za cudowne ocalenie i zaproponował, aby i on udał się z nim. Ale sąsiad odrzekł:

    Niestety, nie mogę, bo nie mam czasu. I tak jestem już spóźniony o całe dwie godziny na bardzo ważną konferencję.

    Ile razy człowiek ignoruje mowę Boga, która jest mową faktów i zdarzeń. Są one przecież czytelne dla każdego, bo w sercu każdego wypisał Bóg swoje przymierze, przez co każdy może rozpoznać Pana – jak mówi prorok Jeremiasz w I Czytaniu. Bywa, że człowiek potrafi nawet i przez moment wzruszyć się, jak ów pasażer, ale zaraz potem znowu pozostaje na zewnątrz – jakby nie potrzebował nawrócenia.

    Dzisiejsze Słowo Boże bardzo mocne jest w swojej wymowie – jest wstępem do Męki Pańskiej. Lud Jerozolimy na rozmowę Syna Bożego z Ojcem Przedwiecznym zareagował jedynie, że „zagrzmiało!” A przecież Pan Jezus wyraźnie zaznacza: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony”. Czy mogę w takiej sytuacji pozostawać obojętnym, widzem stojącym tylko z boku? Nie daj Boże! Obym zrozumiał całym moim życiem co to znaczy kiedy Chrystus porównuje siebie do ziarna pszenicznego, które musi obumrzeć, aby wydać obfity plon. Pan Jezus pociągnie wszystkich do siebie – to znaczy – ocali i uratuje, ale dopiero z wysokości Krzyża. Jeżeli się nie zaangażuję – w taki sposób jak na przykład kiedy już jestem na wąskiej i stromej ścieżce – to niewiele dla mnie będą znaczyły słowa z dzisiejszego II Czytania: „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał”. Jezusowa modlitwa została wysłuchana i Jezusowa ofiara została przyjęta, bo przyniosła ocalenie – odtąd grzechy ludzkie mogą być odpuszczone i są odpuszczane. A więc każdy ma szansę zostać domownikiem samego Boga.

    „Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Bezinteresowna Boża miłość

    fot. ze strony Apostolstwo chorych

    ***

    Tak jak w Adwencie w połowie jego trwania, tak i również w połowie Wielkiego Postu Liturgia wyraża radość. Pan jest już blisko – przypominają adwentowe dni. Zaś w okresie przygotowywania do Tajemnic Wielkiego Tygodnia – Kościół zapewnia, że Boże wybawienie jest już niedaleko. W pierwszym okresie chodzi o to, aby wytrwać w adwentowym oczekiwaniu, a w obecnym czasie Wielkiego Postu – aby nie zaniechać czynienia pokuty poprzez modlitwę, post i uczynki miłosierne – bo to one, według słów Pisma św., mogą wyprosić łaskę odkrycia na nowo Bożego Oblicza w każdym ludzkim sercu. 

    W Szkocji, której brzegi z trzech stron otoczone są wodami oceanu i morza północnego, wiele jest legend i opowiadań związanych z rybakami. Według jednego z tych opowiadań, nad morzem mieszkała matka ze swoim synem. Ona troszczyła się o sprawy domowe, a syn każdego wieczoru wypływał na swojej ulubionej łodzi daleko w morze, aby łowić ryby. Wracał dopiero nad ranem, ciesząc się tym co złowił, bo to było ich jedyne źródło utrzymania. Praca syna była bardzo trudna i niebezpieczna. Pewnej nocy rozszalała się gwałtowna burza. Wiatr miotał łodzią. Wokół zapanowała tak wielka ciemność, że młody rybak stracił zupełnie orientację. Nie wiedział już gdzie jest brzeg, jak płynąć. Pomyślał, że to już koniec. Nie ma ratunku. Nagle dostrzegł w oddali słup ognia migocący w ciemności. Nie wiedział jeszcze, że pali się ich drewniana chata. Podpaliła ją matka. Nie spała nigdy, dopóki syn nie wrócił z morza. Nie spała i tej nocy. Miała przeczucie, że z synem jest źle, że trzeba mu pomóc, wskazać brzeg; ale jak to zrobić? Serce szybko podpowiedziało, bo trzeba było się śpieszyć. Nie myśląc wiele, podpaliła słomianą strzechę. Nieważny już był nawet dom, dorobek całego życia. Ważny był tylko syn. Jak mówi opowiadanie, pomoc była skuteczna. Zagubiony na wodach wzburzonego morza syn dzięki temu, że dostrzegł ogień wrócił szczęśliwie i ostatkiem sił wpadł w ramiona swojej matki.

    Ten przykład pokazuje do czego jest zdolna ludzka miłość. Jak bardzo człowiek kochając drugiego człowieka potrafi zapomnieć o sobie – byleby tylko ocalić ukochaną osobę, bo znalazła się w niebezpieczeństwie. Cierpienie i ryzyko jakie wtedy trzeba ponieść – wcale nie są brane w kategoriach trudu czy ciężaru. A przecież ta ludzka miłość czym jest w porównaniu do Bożej miłości? W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus tłumaczy Nikodemowi: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.

    Pan Jezus jest więc objawieniem swojego Ojca, do którego, ja zwykły, biedny, grzeszny człowiek, mogę mówić: „Ojcze nasz”. Dziś przy różnych modnych wynaturzeniach ludzkiej egzystencji staje przed człowiekiem pytanie: Co to jest ojcostwo i na czym ono polega? Właśnie na tym, że ojciec potrafi kochać całkowicie bezinteresownie swoje dziecko, które jeszcze nic dla niego nie uczyniło.

    Słowo Boże w liście do Rzymian mówi tak: „Rzadko przydarza się, aby ktoś życie oddał za człowieka sprawiedliwego, za dobrego człowieka zgodziłby się może ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje miłość swą ku nam przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami”.

    Kiedy się rodzi dziecko, jaką można mieć pewność, że będzie ono szczęśliwe, ofiarne, wdzięczne, kochające? Jedno jest tylko pewne: „będę je tak kochać, cierpieć z jego powodu tak cierpliwie, będę mu tak często przebaczać, że nadejdzie dzień, w którym i ono mnie pokocha tak, jak ja je kocham” – czy nie tak mówi ojciec, matka?

    Czyż to nie jest ta jedyna pewność, którą Bóg ma względem człowieka? Kochając tak naprawdę drugiego człowieka kocha się go nie z powodu jego wspaniałomyślności, ale ze względu na dobroć własnego serca. Ludzkie serce – takie jakie Bóg dał każdemu – potrafi być i mocne i wierne – tak, że pewnego dnia zdolne jest obudzić miłość w drugim sercu. I to jest ta wspaniałomyślność miłości, że rodzi życie.

    Ks. Ludwik Evely, aby opisać miłość rodziców do swoich dzieci proponuje: „Spójrzcie na dwoje w pełni dojrzałych ludzi, którzy pochylają się z całym poświęceniem nad maleństwem, podporządkowują się mu w pełnym oddaniu, przypisują mu nieskończoną wartość, gotowi oddać swą krew, swe dobro, swe życie dla niego, dla tego małego stworzenia… I dzięki tej szczodrobliwości rodziców, dziecko się rodzi, żyje, uśmiecha się, znajduje po prostu normalne warunki swojej egzystencji i budzi się pewnego dnia do miłości, która je stworzyła”.

    Tu człowiek odnajduje swoje podobieństwo do Boga, przez którego został stworzony z miłości. Pan Bóg daje życie, daje radość, obdarowuje – po to, aby ludzkie serce zaznało radości życia i kochania. Bo kiedy zazna się smaku tych Bożych radości nie można już nie stać się darem i nie mieć upodobania w dawaniu.

    Niestety, bywa i to często, że rodzicielstwo ogranicza się jedynie do przekazania życia fizycznego – dlatego ile dzieci jest już sierotami od chwili swoich narodzin. Bo ich rodzice nie obudzili ich do innego życia, jak tylko do życia ciała i łez. A przecież tu chodzi przede wszystkim o obudzenie nowego życia do wiary, do ufności, do miłości, do prawdy, do radości. To jest prawdziwe ojcostwo – duchowe. „Gdy zostałem ojcem – mówi Goriot – zrozumiałem dopiero, co może znaczyć: być Bogiem”.

    Dzisiejsze Jezusowe Słowa niech mnie poruszą do głębi: „Bóg tak umiłował świat, że oddał Syna Swego Jednorodzonego, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne”. Jakiż czyn mógł Go więcej kosztować? Jakiż gest wymagał więcej miłości? Niech ci, którzy są ojcami, odpowiedzą: Przyjść Samemu, czy dać to, co ma się najdroższego?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    El Greco, Christ Driving the Money Changers from the Temple, c1570.
     Minneapolis Institute of Arts

    ***

    Być wolnym Bożą wolnością 

    Do ptaka, którego od lat zamknięto w klatce, przyfrunął jego towarzysz. Rozejrzał się wokoło i powiedział:
    – Dobrze ci tu jest, bo dostajesz regularnie jadło.
    – Ty widzisz tylko jadło, ale nie widzisz klatki, w której jestem zamknięty.

    Podobnie mówi rosyjskie przysłowie: „Ptak woli zwykłą gałązkę niż złotą klatkę”.

    A nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz ujął tę prawdę w takich słowach: 
    „Lepszy w wolności kęsek lada jaki
    Niźli w niewoli przysmaki”. 

    „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” – mówi Pismo św. I mimo, że jest to prawda tak oczywista – człowiek bardzo często nie umie sobie poradzić z otrzymanym darem wolności. Dlaczego?

    Pan Bóg w cudowny sposób wyprowadził swój naród wybrany z niewoli egipskiej, równie cudownie przeprowadził go przez Morze Czerwone i po tylu okazanych dowodach swojej ojcowskiej opieki naród nie wytrzymał nawet czterdziestu dni pod górą Synaj. Gdy Mojżesz wracał ze szczytu u podnóża zobaczył złotego cielca, wokół którego Żydzi tańczyli, oddając mu cześć. Za to sprzeniewierzenie się prawdziwemu Bogu Mojżesz zawrzał świętym gniewem. Dlatego rzucił na skalne zbocze kamienne tablice z bożymi przykazaniami. Zaś cielca spalił w ogniu, starł na proch, rozsypał w wodzie i kazał ją pić niewiernemu ludowi, jakby chciał siłą wepchnąć zło tam, skąd wyszło.

    W Ewangelii opisany jest podobny gniew, który ogarnął samego Jezusa. Zbliżała się pora Paschy. I Pan udał się, zgodnie z przepisami kahału, do świątyni jerozolimskiej. Kiedy zobaczył na tym świętym miejscu ogromne targowisko – uniósł się gniewem. Czytany dziś tekst bardzo dokładnie opisuje co Chrystus uczynił i co powiedział do handlarzy: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska!”

    W roku 1991 Ojciec Święty Jan Paweł II odbywał kolejną pielgrzymkę w naszej Ojczyźnie. I był dziwnie zafrasowany wolnością, z którą, patrząc na sytuację dzisiejszą, już wtedy nie umieliśmy sobie poradzić. Podczas swoich homilii dosłownie kilka razy krzyczał – jak nigdy przedtem. Postawił przed nami Dziesięcioro przykazań. Ks. Janusz Pasierb napisał wtedy taki komentarz: „Wyglądało to chwilami jak przykładanie lusterka do ust ciężko chorego, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycha? Przeżyliśmy, przetrwaliśmy, ale jak wyglądamy po zdjęciu kostiumu męczennika, czy szlachetnego opozycjonisty?”

    Pierwsze przykazanie, które brzmi: „Ja jestem Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – może wydawać się, że Bóg likwiduje wszelką suwerenność człowieka, że jest Bogiem zazdrosnym, jakby się obawiał konkurencyjnych bóstw, które aż nader często człowiek sobie funduje. A tymczasem nie ma ważniejszego przykazania dla suwerenności, dla godności i dla wolności człowieka – jak to właśnie pierwsze przykazanie. W tym przykazaniu widać jak bardzo Bóg okazuje się miłością.

    W moich notatkach z rekolekcji, które prowadził ks. Pasieb, znalazłem między innymi taki tekst: „Tylko Bóg jeden wie jaką władzę mają nad człowiekiem fałszywe bóstwa. Tylko Bóg jeden wie w jaką siłę jesteśmy wyposażeni. Na czym polega nasza duchowa rama. Ta mianowicie, że nieustannie musimy tworzyć sobie bóstwa, że właściwie niczego innego przez całe życie nie robimy – tylko zakochujemy się i klękamy. I mamy tę samą władzę, co ów baśniowy król w starożytności, który czegokolwiek się dotknął, to zamieniał na złoto. My nie potrafimy – dopóki w nas jeszcze pali się serce, dopóki naprawdę jesteśmy jeszcze żywi – nie możemy żyć bez zakochiwania i ubóstwiania. I tylko Bóg jeden wie, jak straszną grozą dla człowieka jest, gdy sobie funduje fałszywe bóstwa”.

    Kult bożków to nie jest coś co działo się w zamierzchłej historii. To jest wciąż i nieustannie zniewalająca pokusa. Można powiedzieć: produkt bieżąco fabrykowany, codzienna produkcja. Człowiek współczesny wplątany jest w ten sam dramat co ludzie Starego i Nowego Testamentu. Dlatego wciąż są nowi prorocy-męczennicy, którzy muszą umierać, ponieważ obalają ołtarze i tłuką fałszywe bóstwa.

    W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus mówi do tych, którzy żądają od Niego znaku: „Zburzcie tę świątynię, a ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. I Pismo św. zaznacza, że Chrystus mówił tu o świątyni swego ciała.

    Był czas, że wznoszono kościoły, które przypominały sylwetkę człowieka. Ciało i nogi – to były nawy, a rozłożone ręce – to nawy poprzeczne. Na przecięciu zaś tych naw umieszczano ołtarz. U człowieka tam właśnie znajduje się serce. A więc ludzkie serce jest ołtarzem. Ołtarz zaś nie może być pusty. Dlatego wciąż odbywa się nieustanna intronizacja.

    Więc jaki jest Bóg w moim sercu? Czy Bóg prawdziwy?

    Bo tylko Bóg prawdziwy jest tym, który wyprowadza z ziemi egipskiej, z domu niewoli – tzn. z niewoli grzechu, z niewoli nałogów i z niewolnictwa rutyny religijnej.

    W ten Wielki Post oby Pan Jezus powyrzucał ze świątyni mojego serca – używając języka ks. Jana Twardowskiego: „barana pychy i złości, uległego wołu lenistwa, trzepoczącego się gołębia lekkomyślności”. Bo wtedy odnajdę dawną bojaźń Bożą i świeżość mojej miłości do Boga.

    ks. Marian Łękawa SAC

    „Wypędzenie przekupniów ze świątyni”
    Wypędzenie przekupniów ze świątyni”/fot. Graziako/Niedziela
  • II Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Tajemnica łaski i potęga życia

     

    Pan Jezus podczas swojego ziemskiego życia tylko jeden jedyny raz przemienił się wobec swoich uczniów. Odsłonił na moment swoją boską naturę. Ale zanim zabrał Piotra, Jakuba i brata jego Jana na Górę Przemienienia „wskazywał uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie.” I zaraz potem mówił do nich, na czym polega pójście za Nim. Uczniowie jednak nawet po przeżyciu Przemienienia swojego Mistrza tkwią nadal w stanie absolutnego niezrozumienia – bo co to znaczy użyty przez Jezusa zwrot: „powstać z martwych”? Zmartwychwstanie, zarówno Chrystusa jak i nasze jest nie do wyobrażenia.

    Kardynał Jean-Marie Lustiger tłumaczy, że ukazanie Bożego Oblicza na górze Tabor „nie jest zerknięciem ukradkiem, jakby za kulisy, na to, co dzieje się poza trudną zewnętrzną warstwą życia Jezusa. I mówi się: Oto potęga Chrystusa jest ukryta; ma On cierpieć. Trzeba więc dać uczniom, dla pobudzenia ich odwagi, odrobinę jakby przedsmaku Jego boskiego stanu. Uchyla się zatem rąbka zasłony, która okrywa los człowieczy i daje się im naprzód zaznać smaku chwały i zmartwychwstania, by nie stracili otuchy.

    Podobnie można by powiedzieć: Ażeby chrześcijanie mieli nieco odwagi, aby mieli siły do pokonania tego kawałka drogi, nawet jeśli jest ona kamienista, trzeba, żeby od czasu do czasu otrzymali z wyprzedzeniem jakiś przedsmak tego, co ich czeka potem”.

    Według Kardynała Lustiger’a takie spojrzenie jest zwodnicze, bowiem tekst Ewangelii idzie w innym kierunku. Głos z nieba już raz przemówił, wskazując na Jezusa jako na Syna umiłowanego, tego, w którym Bóg złożył całą swoją miłość. Było to podczas chrztu w Jordanie. Ale ów głos skierowany był wówczas jedynie tylko do Jezusa. Zaś w chwili Przemienienia Apostołom dane jest słyszeć ten sam głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” Kardynał komentuje te Boże Słowa w taki sposób: „Oto człowiek, któremu będziecie towarzyszyć w Jego Męce, w waszych oczach niepojętej, absurdalnej, oburzającej. Oto człowiek, którego wy macie za sprawiedliwego, niewinnego, wybrańca Bożego, który pomimo to zostanie skazany. Oto człowiek, którego, jak utrzymujecie, kochacie, ale jednak Go zdradzicie. Oto człowiek, któremu będziecie zarzucać, że nie wysławia się jasno, nie umie się bronić, że nie okazuje swej potęgi, którą jak mniemacie, posiada, nie spełnia też waszych marzeń. O Nim Ojciec sam mówi wam, że właśnie w tym człowieku, poprzez Jego życie, właśnie takie, wypełnia się obietnica Boża”.

    A więc usłyszany Głos Boga zapowiada, że ten człowiek, którego losem jest być wydanym na śmierć, poprzez swoją Mękę objawia tajemnicę miłości, jaką Bóg żywi ku ludziom. Tu mam odnaleźć całą moją nadzieję, bowiem przez uczestnictwo w losie Jezusa odsłania się tajemnica łaski i potęga życia.

    Aby lepiej oswoić się z tą bardzo trudną, zupełnie niezrozumiałą prawdą Przemienienia poprzedza ją Czytanie o ofierze Abrahama. Hans Urs von Balthasar bardzo zwięźle ujmuje owo głębokie powiązanie: „Podczas Przemienienia Pańskiego Ojciec ukazuje, kim jest naprawdę Jego ‘Syn umiłowany’, którego pozwoli ludziom i dla ludzi ‘zabić’. Słusznie ofiara Abrahama jest dla Żydów kulminacyjnym punktem w ich stosunkach z Bogiem; podkreślają oni również, że jest to podwójna ofiara: ojca, gdy podnosi nóż, oraz syna, który zgadza się na śmierć”.

    Nie ma co ukrywać: wiara jest próbą, straszną próbą, która ostatecznie jest próbą miłości. „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu”- mówi Pismo św. A psalmista woła: „Chociaż byś mnie zabił, ufać Ci będę”. Dlatego ten kto nie ma miłości, nie może zrozumieć podobnego wymagania, przeciwnie, uzna je za skandal, i to jaki…

    Bóg złożył całe swoje szczęście w swojej miłości. Całe swoje upodobanie złożył w swoim Synu, dlatego w tej tajemnicy Przemienienia Ojciec nie siebie sławi i nie o sobie mówi, ale wskazuje na swojego Syna: „To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.

    Matka, która naprawdę kocha swoje dzieci na pytanie: ‘Jak się pani miewa? – całkiem naturalnie odpowiada: ‘Stasio zdrów, Marysia to…, a Paweł tamto’… Bo to, co w niej najbardziej żywe, to są jej dzieci. Już tylko w nich mieści się jej życie. Tylko one mają dla niej znaczenie. U prawdziwej matki takie całkowite przylgnięcie dokonuje się w sposób naturalny – bo ona całe swoje upodobanie złożyła w swoich dzieciach. Ojciec niebieski jest Tym, który w swoim Synu złożył wszystkie swoje upodobania.

    Ks. Ludwik Evely pisze bardzo zdecydowanie: „Nie zna się Boga, jeżeli się nie zna miłości. Nie zna Boga ten, kto nie staje się coraz bardziej Bogiem. Tyle tylko poznamy z Istoty Bożej, na ile pozwolimy Mu wzrastać w nas. Poznamy Boga, jeżeli Go przyjmiemy, jeżeli zrobimy Mu miejsce, jeżeli ustąpimy Mu miejsca.

    Gdyby nam Bóg dał tylko możność przyjmowania, nie byłby nam dał niczego z siebie. Gdyby nam nie dał nic więcej, niż byśmy byli miłowani, nie byłby nam udzielił nic ze swego osobistego życia. Ponieważ Bóg kocha, więc też daje”.

    Czy nie tak mówią słowa z Ewangelii: „Ale każdy kto miłuje, z Boga jest zrodzony i zna Boga”?

    Dlatego ten kto jest kochany, a sam nie kocha, jest naprawdę biednym człowiekiem, godnym pożałowania. Kto zaś kocha – nawet nie będąc kochanym i nadal kocha, jeszcze wspaniałomyślniej, żywiej i boleśniej – jak bardzo upodabnia się do Boga. Takiemu jest dane poznać Boże upodobania, sposób kochania Boga – po prostu – Bożą miłość.

    Obym odkrywał coraz głębiej proponowane swojego czasu przez Ojca Świętego Orędzie na Wielki Post, w którym myślą przewodnią był werset z Dziejów Apostolskich: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. Jan Paweł II tak skomentował ten tekst: „Skłonność do dawania jest wpisana w ludzkie serce: każdy człowiek odczuwa potrzebę kontaktu z innymi i realizuje się w pełni, gdy dobrowolnie czyni dar z siebie”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • I Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Wsłuchiwać się w Jego głos

    Pustynia Judzka/ Misyjne drogi.pl/ fot. Hubert Piechocki

    ***

    Cztery dni temu, w środę Popielcową, Kościół rozpoczął kolejny okres Liturgii, który jest czasem podejmowania wielkiej próby. Mówimy – Wielki Post.

    Jezusowe nawoływanie z każdym rokiem słyszę coraz wyraźniej i głośniej: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Z całym moim życiem, które Bóg dał, a które układa się na kształt krzyża – co widać teraz wyraźniej niż dawniej – mogę wciąż wchodzić w ślady Jezusowych stóp. Na pustynnym piachu ludzkie stopy zostawiają swój ślad. Wtedy naśladuję, jeżeli stawiam moje stopy w ślady stóp tego, kto idzie przede mną. To nic, że zmienia się moja twarz, że staje się starsza i pomarszczona, że włosy siwieją. Ważne jest jedynie to czy spełniam swoje powołanie, czy rzeczywiście idę śladami Chrystusa, czy stawiam moje stopy w ślady Jego pokrwawionych stóp?

    Po chrzcie w Jordanie Pan Jezus przebywał na pustyni, aby pościć i medytować przez czterdzieści dni i nocy. Ten okres nawiązuje między innymi do czasów Noego kiedy to „upusty nieba otworzyły się i przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy padał deszcz na ziemię”. Dzisiejsze Pierwsze Czytanie opisuje wydarzenie, które nastąpiło po zakończeniu potopu. Mianowicie „Bóg zawarł przymierze z każdym człowiekiem i z wszelką istotą żywą”, a znakiem tego przymierza była tęcza.

    Stoję więc przed Bożą propozycją. I żeby nie zmarnować tych tęczowych promieni Bożej łaski trzeba mi otworzyć na oścież swoje serce przed Bogiem i wsłuchiwać się w Jego głos. Ewangelia zaznacza, że to „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię”.

    Zmarły po długiej chorobie ksiądz werbista Antoni Czeczko w swoich rozważaniach pisał, że „wiele epizodów ludzkiego losu może odegrać rolę pustyni. To może być osamotnienie, niezrozumienie, odtrącenie, pustka wewnętrzna, choroba, cierpienie duszy, niepowodzenie, bezsilność i wiele innych jeszcze doznań. Tego rodzaju doświadczenia i udręczenia są udziałem każdego człowieka. I można przyjąć, że Bóg ma wobec człowieka w sytuacji ‘duchowej pustyni’ bardzo często taki sam zamiar, jaki miał wobec ludu izraelskiego”.

    Poprzez proroka Ozeasza zdradzony Bóg, który siebie nazywa Oblubieńcem, mówi o swoim wybranym narodzie: „Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca.” Czy tak nie jest w moim życiu? Kiedy Bóg wyprowadza mnie na te pustynne doświadczenia – to dlatego, bo chce przemówić do mnie jakby mocniej, aby nie być zagłuszonym innymi głosami. A Bóg mówi o sprawie wagi najwyższej: o pierwszej miłości. Co prawda – pocieszam się, że przecież wciąż jest ona we mnie, ale czy na pierwszym miejscu? Moje niewierności zepchnęły ją na dalszy plan. Tli się nikłym płomykiem, usiłując przebić warstwy popiołu.

    Żeby zdać sobie sprawę jak bardzo potrzebuję ożywienia tego nikłego płomyka dobrze jest popatrzeć jaki jest mój stosunek do Pana Boga poprzez pryzmat codziennych wydarzeń.

    Słyszałem taką historię jak pewna pani zgubiła klucze od mieszkania. Natychmiast wróciła szybko do biura, przetrząsnęła wszystko, nawet kosz ze śmieciami. Potem razem z mężem wyjmowała fotele z samochodu. Szukała w śniegu, szukała w kałuży. Całą noc nie spała, bo bez przerwy nasłuchiwała, czy ktoś nie zakrada się do domu. Rano wyznaczyła dyżury na cały dzień, żeby pilnować domu. Wieczorem zaś postanowiła wymienić wszystkie zamki, bo klucze nie znalazły się.

    Kawałek metalu, który zaginął, spowodował tak wielką mobilizację energii całej rodziny. Utrata poczucia bezpieczeństwa postawiła cały dom na nogi w poszukiwaniu kluczy, które okazały się tak ważne.

    Zapytam siebie wprost: Czy tak ważny jest Bóg w moim życiu? Czy też tak potrafię chodzić i szukać Go na kolanach, rozmontowując swoje codzienne sprawy tylko dlatego, aby Boga odnaleźć? Czy tak przeżywam nieprzespane noce, bo bez Boga nie czuję się bezpieczny?

    Boże Nieskończenie Miłosierny gorąco błagam, aby promienie Twojej łaski w tegoroczny Wielki Post wydobyły z mego serca prawdziwy wizerunek Twojego Syna – ubrudzony naleciałościami kurzu, brudów. Bo moje serce – widzę już – przykryte jest rutyną pobożności, czysto zewnętrznymi formułkami.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • VI Niedziela Zwykła – ROK B

    Trąd ciała, trąd duszy

    Uzdrowienie trędowatego”, Marko Ivan Rupnik(XXI wiek)
    Uzdrowienie trędowatego”, Marko Ivan Rupnik (XXI wiek)/fot. Graziako

    ***

    Raoul Follereau znalazł się kiedyś w leprozorium na pewnej wyspie Oceanu Spokojnego. Było to miejsce przerażające: niesamowicie zniekształcone ludzkie ciała, gnijące rany, rozpacz i złość.

    Był tam jednak pewien starzec, który mimo ogromu cierpienia miał oczy ciągle błyszczące i uśmiechnięte. Jego ciało było obolałe, lecz on nie poddawał się rozpaczy, cieszył się życiem, a do innych trędowatych odnosił się życzliwie i serdecznie.

    Zaciekawiony tym prawdziwym cudem życia w piekle leprozorium, Follereau zapragnął wyjaśnić przyczyny owego niezwykłego zjawiska: cóż takiego mogłoby obdarzyć cierpiącego staruszka taką radością życia?

    Zaczął go dyskretnie obserwować. Odkrył, że codziennie o brzasku stary mężczyzna z trudem posuwał się do ogrodzenia leprozorium, siadał zawsze w tym samym miejscu i rozpoczynał oczekiwanie.

    Nie czekał jednak – jak się okazało – na piękne widoki słońca wschodzącego nad wodami Pacyfiku. Siedział tak długo, aż z drugiej strony ogrodzenia pojawiała się kobieta, równie stara jak on, o twarzy pokrytej siatką cieniutkich zmarszczek i oczach pełnych pogody i spokoju.

    Kobieta nic nie mówiła, uśmiechała się tylko nieśmiało. Na ten widok twarz mężczyzny rozjaśniała się i on także radośnie się uśmiechał.

    Ta rozmowa bez słów nigdy nie trwała długo – po kilku minutach starzec podnosił się i odchodził w stronę baraków. Tak było każdego ranka: coś w rodzaju codziennej komunii. Trędowaty człowiek, pożywiony i umocniony tym uśmiechem, był w stanie znosić cierpienia kolejnego dnia i dotrwać do nowego spotkania z uśmiechniętą kobietą.

    Gdy Follereau zagadnął go o to, staruszek odparł:

    To moja żona. A po chwili ciszy dodał:
    Zanim tutaj przyszedłem, ona mnie leczyła, w tajemnicy przed wszystkimi, czym tylko mogła. Miała taką specjalną maść, którą codziennie smarowała mi twarz. Zagoiła się jednak tylko część policzka, gdzie mogła składać swój pocałunek. Kiedy wszelkie starania okazały się beznadziejne, wtedy mnie zabrano i przyprowadzono tutaj. Ona podążyła za mną. Kiedy widzę ją każdego dnia, wiem, że żyję tylko dzięki niej i jedynie dla niej.

    Dzisiejsze Słowo Boże pokazuje tę okropną chorobę, która sprawiała podwójny ból – bo nie dość, że człowiek sam był chory na trąd, to jeszcze musiał doświadczać całkowitego odrzucenia i to daleko od ludzkich skupisk. Trąd był i wciąż jest szczególnie odrażającą chorobą, dlatego, że ciało trędowatego gnije za życia. Przypadkiem gdyby znalazł się w pobliżu ludzi zdrowych musiał wołać dla ostrzeżenia: nieczysty! nieczysty! A jeszcze do tego powszechne przekonanie u ludzi Starego Testamentu, że szczególnie ta choroba jest karą za grzechy, odrzuceniem od Jahwe i tym samym wyłączeniem – jak pisze ojciec jezuita Józef Majkowski – z teokratycznej społeczności, bo samo słowo „trędowaty” znaczyło tyle, co „napiętnowany przez Boga”, „powalony przez Boga”. Stąd nie dziwi pytanie trędowatego z dzisiejszej Ewangelii pełne wątpliwości, czy aby zbliżający się Jezus zechce zatrzymać się i zwrócić uwagę na kogoś kompletnie odrzuconego? Ów człowiek nie poddawał w wątpliwość Bożej mocy, ale ta jego ustawiczna izolacja od ludzi spowodowała niepokój i niepewność: Czy Boża wszechmoc może i jego ogarnąć właśnie teraz, w tym momencie? Na kolanach prosi Jezusa: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. I słyszy odpowiedź: „Chcę, bądź oczyszczony”. Jaki prosty jest ten dialog – a ile w nim mieści się światła i ciepła. W gruncie rzeczy człowiek potrzebuje przede wszystkim miłości. Dlatego posłużyłem się przykładem opowiedzianym na początku, który bardzo dobrze opisuje tę sytuację. Bo tylko miłość zdolna jest, aby przezwyciężyć odrazę, którą wzbudza widok człowieka trędowatego.

    Dzisiejsze Słowo Boże posługuje się takim obrazem odrażającym, abym zobaczył, że jeżeli choroba potrafi zdeformować, zniekształcić, zeszpecić do tego stopnia ludzkie ciało – to jak wygląda we mnie, po dotknięciu trądem zła i grzechu, miejsce, które zamieszkuje Bóg?

    To do mnie skierowane jest dziś Słowo Boga. Czy poddam się tej terapii szokowej? Czy zdecyduję się wreszcie, będąc tak często „grobem pobielanym” upaść na kolana i błagać: „Panie, jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jakie to jest nieprawdopodobne, że Pan Jezus jest moim Zbawicielem. Jest naszym Zbawicielem, bo Eucharystyczne spotkanie trwa.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Zwykła – ROK B

    On nas pokrzepi 

    V Niedziela Zwykła - Rok B
    uzdrowienie teściowej Piotra – John Bridges/Biblia-wiara.pl

    ***

    Dzisiejsze święte teksty ukazują najpierw postać Hioba, na którego spadły tak wielkie i tak ciężkie doświadczenia, że on marzy już tylko o jedynym wybawieniu – o śmierci. Cierpienia, które dotykają człowieka od razu poruszają rozpaczliwe i wciąż powtarzające się pełne pretensji pytanie: Gdzie jest Bóg – skoro dopuszcza taki ogrom ludzkiego cierpienia? Ile napisano już książek, które z jednej strony usiłują obciążyć Boga za ten stan rzeczy – a z drugiej – próbują znaleźć przyczyny dlaczego na tym Bożym świecie jest tyle cierpienia i zła. 

    We wstępie do Księgi Hioba napisanym przez ks. Józefa Sadzika można przeczytać między innymi: „Nie jesteśmy bowiem w stanie ‘zobiektywizować’ ani zła, ani cierpienia przeszywającego konkretną jednostkę. Każdy cierpi ‘dla siebie’, w samotności, indywidualnie, w sposób i na miarę tylko jemu wiadome. Podobnie jest ze złem doświadczanym albo czynionym przez danego człowieka. Nie cierpi się, nie kocha się, nie umiera się. To ja cierpię, kocham i umrę…

    Problem cierpienia i zła. Niezbadany, bezdenny, okrutny, idący z nami od kolebki do grobu, przywarty do każdego człowieka, do wszystkich ludzi – poprzez całe dzieje. Cierpienie i zło, które jednych odrzucało od Boga, innych przynaglało do wpadnięcia w Jego ramiona. Ileż to śladów rozpaczy lub ukojenia, wyrytych drżącymi palcami, pozostało na ścianach kazamat rozsianych po naszej dobrej ziemi!”

    Cierpienia nie można ani pojąć ani wytłumaczyć. Można jedynie przyjąć je albo odrzucić.

    Rabin Johanan zachorował na straszliwą chorobę i jego cierpienie było tak ogromne, że był bliski psychicznego załamania. Całe to swoje beznadziejne położenie, całą swoją rozpacz wyznał swojemu przyjacielowi Haninie. Wtedy ten pobożny mąż zaczął go pocieszać:

    – Mój przyjacielu, te słowa nie pasują w ogóle do takiego męża jak ty; do takiego, który jest pobożny i świątobliwy. Mów raczej, że Bóg jest sprawiedliwy w cierpieniach, jakie nam zsyła, że jest sprawiedliwy w nagrodzie, jaką obiecuje cierpiącym.

    Te religijne rozważania „podreperowały” rzeczywiście schorowanego Johanana. Po paru latach zachorował Hanina i też został przez cierpienie całkowicie wytrącony z równowagi. Przyjaciel Johanan chciał go teraz pocieszyć jego własnymi, wcześniejszymi słowami, ale Hanina odpowiedział:

    – Jakże chętnie zrezygnowałbym z tych męczarni i z obiecanej zapłaty!

    Na to odparł Johanan:

    – W mojej chorobie byłeś dla mnie mistrzem pociechy i podnoszenia na duchu. Z religii uczyniłeś balsam na rany, znalazłeś słowa, które niosły mi pokój serca. Dlaczego nie powiesz sobie samemu tych słów dźwigających?

    – Ponieważ byłem wtedy na zewnątrz – odpowiedział spokojnie chory rabin – byłem wolny, mogłem ręczyć za innych; teraz jednak, gdy jestem wewnątrz, jakże mogę być dla siebie poręką?

    Czy biblijny Hiob jest odpowiedzią na problem cierpienia i zła? W jego cierpieniu widoczne jest jedynie zmaganie się z jakąś w bezlitosną i okrutną próbą wiary. Dlatego Hiob wybucha skargami pełnymi sprzeczności. Jego rozdarcie wznosi się aż do bluźnierczego krzyku: „Odstąp ode mnie, abym miał trochę radości”. Ale w całym tym szamotaniu pozostał wierny Bogu. Hiob całkowicie osamotniony, bo nie znajduje zrozumienia ani u przyjaciół, ani nawet u żony, wierzy jednak Bogu do końca, iż jego utrapienia muszą mieć jakiś sens, choć przed nim jest to zakryte. W języku polskim ‘wierność’ i ‘wiara’ ma ten sam źródłosłów. Cierpienie Hioba jest przepowiedzeniem Jezusowej męki łącznie z wołaniem na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!?” Hiob jest zapowiedzią rzeczywistości, która miała się ziścić, a której realizację widać już w dzisiejszej Ewangelii. Mowa o wieczorze nie jest tylko przypadkową wzmianką. Jest to odniesienie do udręczonego Hioba, który marzył, aby wreszcie nastał ten wieczór wybawienia i ochłody: „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Jezusa wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi.”

    Pan Jezus po to przyszedł na tę naszą ziemię, aby „wziąć na siebie nasze słabości i nosić nasze choroby”. To On „leczy złamanych na duchu i przewiązuje rany”. I ten wieczór nie minął, ale trwa. Ojciec Jacek Salij tłumaczy, że „chodzi tylko o to, żebyśmy naprawdę zaprosili Jezusa Boskiego Cudotwórcę do naszych domów i w nasze życie. Jeśli Jezus przepędzi z naszych domów i serc różne złe duchy – ducha nienawiści, ducha kłamstwa, ducha rozpusty, ducha chciwości – to automatycznie będzie wśród nas znacznie mniej krzywd i nieszczęść i cierpień, niż jest ich obecnie. Jeśli z kolei w nasze choroby oraz w inne utrapienia będziemy zapraszali Jezusa, to na samych sobie przekonamy się, jak głęboko prawdziwa jest Jego obietnica, żebyśmy przyszli do Niego wszyscy, którzy jesteśmy utrudzeni i obciążeni, a On nas pokrzepi. Albowiem jarzmo Jego jest słodkie, a Jego brzemię lekkie.”

    Teściowa Piotra, którą uzdrowił Jezus, od razu zaczęła usługiwać innym.

    Apostoł Paweł wyzwolony ze swojego zaślepienia mocą Zmartwychwstałego, od razu głosi Dobrą Nowinę.

    Dlaczego we mnie wciąż jest bezwład, paraliż i niemoc – brak fascynacji darami, które dał Pan?

    Modlę się więc słowami Hioba:

    „Wiem, że Ty wszystko możesz, i nie wzbroniony jest Tobie żaden zamysł”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Zwykła – ROK B

    Czy wyrzekasz się szatana?

    Podczas udzielania sakramentu chrztu kapłan pyta rodziców dziecka i chrzestnych czy wyrzekają się szatana i tego wszystkiego, co prowadzi do zła, aby grzech ich nie opanował. Również biskup przy udzielaniu sakramentu bierzmowania wymaga tych samych deklaracji. 

    A tymczasem w rozmowach bardzo często można zauważyć taki drwiący uśmieszek, gdy mowa jest o diable – i to nawet u osób, które jak najbardziej uważają się za wierzących. Czyżby opętania przez ducha nieczystego, o którym jest mowa w dzisiejszym Bożym Słowie były nieobecne za dni naszych? Jak można być aż tak naiwnym nie widząc wręcz mody na oddawanie czci szatanowi, chorobliwej fascynacji okultyzmem, czarną i białą magią, astrologią i horoskopami, seansami i kartami tarota? Demonologia cieszy się niemałą popularnością w wydawnictwach, w filmie czy w świecie muzyki skoro na pierwszym miejscu potrafiła znaleźć się swego czasu piosenka zespołu The Rolling Stnes: „Sympathy for the Devil”. W jednym z wywiadów Lewis mówił o wyraźnej presji, jaką odczuwał on i jego rodzina, kiedy pisał swoją sławną książkę „Listy starego diabła do młodego”. Oto jego słowa: „mistrz kamuflażu nie jest zadowolony, gdy zrywa się jego maskę. Ale jestem teraz bardziej niż przedtem przekonany, że Chrystus odniósł zwycięstwo nad złem w każdej postaci i formie. Zakończenie historii potwierdzi ten fakt”.

    Diabeł jest złym duchem nie dlatego, że takim został stworzony, ale dlatego, iż zbuntował się i uznał Pana Boga za swojego głównego rywala. Odchodząc od Bożego świata zamknął się w swojej pysze, egoizmie. Jego główną siłą stała się nienawiść, a nie miłość, która jest właściwym motorem w całym dziele stworzenia i odkupienia, bo „powstaliśmy z miłości i w miłość się obrócimy” – w takich słowach wyraził tę prawdę w „Pieśni” Roman Brandstaetter.

    W codziennym życiu nie sposób nie zauważyć jak człowiek łatwo ulega i wchodzi na niebezpieczny grunt. Mówimy wtedy o jakichś ciemnych siłach, o złych uczuciach czy ślepej żądzy i zaciętej nienawiści. Dziewczyna, która rozbija cudze małżeństwo i odbiera dzieciom ojca tłumaczy się, że to jest silniejsze od niej. Albo ktoś uczynił wielkie zło, a potem stwierdza, że sam nie wie jak to się stało. Opętanie człowieka może spowodować drugi człowiek. Mogą spowodować ideologie – choćby wspomnieć te, które w minionym wieku zebrały ogromne żniwo także i w naszej Ojczyźnie. Również nałogi są bardzo często takim opętaniem. I to szatan jest ojcem tych wszystkich sytuacji, w których człowiek traci kontrolę nad sobą.

    „Cały czas odnosiłem wrażenie, że mam do czynienia z człowiekiem opętanym przez diabła” – powiedział kanclerz Schuschingg, wychodząc od Hitlera. Takie stwierdzenie wcale nie było metaforą, bo mając do czynienia z pokutującymi grzesznikami słyszę jak w swoich zwierzeniach mówią, że „szatan mnie opętał”, że „szatan we ,mnie siedział”, że „diabeł mnie zaślepił”. Bardzo trafnie istotę opętania przedstawił w swoich rzeźbach znany ludowy artysta Józef Lurka: ogromny wąż oplata człowieka i usiłuje go śmiertelnie ukąsić. W ten sposób odbiera mu wolność, doprowadzając do śmierci duchowej.

    Dzisiejsza Ewangelia chce mnie uwrażliwić, że zły duch świetnie zdaje sobie sprawę kim jest Chrystus. Właściwie diabeł staje się kaznodzieją, bo głosi prawdę o Panu Jezusie, który jest Synem Bożym. Jemu chodzi tylko o jedno: żeby wszystko pozostało po staremu, żeby mógł nadal pozostawać w człowieku, którym już zawładnął.

    Ojciec Jacek Salij pisze, że niektórzy Ojcowie Kościoła widzieli w opętaniu małpowanie przez szatana tajemnicy Wcielenia: ”Mianowicie szatan, przeczuwając w Chrystusie głównego swego wroga i domyślając się tajemnicy Wcielenia, próbował wówczas dawać również spektakularne popisy swojego panowania nad ludźmi i na swój szatański sposób wcielał się w ludzi”. Dziś, choć wciąż bywają takie opętania, jakie są opisane w Ewangelii, diabelska taktyka doprowadziła do optymalnej dla niego sytuacji – po prostu wielu ludzi w jego istnienie nie wierzy, a ludzkie zniewolenia wydają się być często całkiem niewinne, bo nieczysty duch folguje ludziom, gdy znajdują się w jego zasięgu. Ale kiedy człowiek przekroczy granicę – od razu widać jego złość. Ktoś, kto powiedział księdzu, że nie wierzy w istnienie diabła taką usłyszał odpowiedź: Czyżby? Spróbuj mu się opierać przez chwilę, a zaraz w niego uwierzysz.

    Za kilka dni będziemy obchodzić święto Matki Bożej Gromnicznej. W tym mądrym i cwanym świecie, gdzie diabeł nieźle miesza – żebym się nie wstydził wziąć do ręki zapalonej świecy – bo tym światłem i wilki odpędzę, i strasznego Heroda się nie przestraszę, a Ciebie, Panie Jezu Chryste, proszę słowami dziewiętnastowiecznego poety Goszczyńskiego:

    „Niechaj życie pod śmiercią nie miota się dłużej,
    Niech pęknie nad Twym ludem dusząca go warstwa
    Ze skorup samolubstwa, z mózgów niedowiarstwa,
    Z umysłów najeżonych żądzą górowania (…)
    Wybaw ducha polskiego, ziemię polską od niej,
    Strzaskaj tę warstwę, przeorz choćby Twoim gromem,
    Rozmiękcz Twoją miłością, Twym słowem zapłodnij
    I sam już odtąd władaj Twoim polskim domem.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Zwykła – ROK B

    Bóg patrzy na człowieka z miłością

    powołanie apostołów Piotra i Andrzeja – Ottavio Vannini

    ***

    Dzisiejsze Słowo Boże brzmi jakby rozpoczynał się już Wielki Post. Pan Jezus mówi: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. To samo przesłanie zawiera również I Czytanie. Jest w nim mowa i o nawróceniu i o pokucie. Bóg poleca Jonaszowi iść do Niniwy. A on po długich perypetiach nie znajduje nic bardziej pocieszającego, bardziej zachęcającego i mobilizującego, jak to krótkie zdanie: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona”. Mieszkańcy jednak tego „bardzo rozległego miasta – na trzy dni drogi” zaczęli pokutować i Bóg ulitował się nad ich niedolą. Właśnie dlatego Jonasz uciekał aż do Tarszisz. On wiedział, że „Bóg jest łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą”. W Księdze Jeremiasza sam Bóg mówi o swojej miłości do ludzi, która jest zawsze gotowa ulitować się nad ich niedolą i zaniechać swojej kary: „Raz postanawiam przeciw narodowi lub królestwu, że je wyplenię, obalę i zniszczę. Lecz jeśli ten naród, przeciw któremu orzekłem karę, nawróci się ze swej nieprawości, będę żałował nieszczęścia, jakie zamierzałem na niego zesłać”. Tak właśnie Bóg postąpił z Niniwą.

    W 1811 roku we Włoszech, z okazji zaślubin królewskich, ogłoszono dla amnestię dla więźniów. Kiedy ułaskawienie otrzymał jeden z więźniów, który już 26 lat przebywał w więzieniu, a miał karę dożywocia – dziwna rzecz – on nie ucieszył się wiadomością o amnestii. Zmieszany zaczął prosić, by zrobiono wyjątek, co do jego osoby. Tłumaczył, ze już przywykł do swej celi i do więziennego trybu życia, że w świecie pewnie czułby się obco i nie umiałby juz żyć pomiędzy ludźmi.

    Pan Jezus w dzisiejszym przesłaniu mówi bardzo wyraźnie: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże (Mk 1,15). Co to znaczy „pełnia czasu”? Bo może i mnie już trudno uczynić refleksję nad swoim życiem? A czas mija i to bardzo szybko mija. Ów uwięziony od 26 lat czy nie jest mi bliski w moim przyzwyczajeniu się do rutynowego powtarzania tych samych błędów, do życia w ciasnej i ciemnej celi własnego więzienia, w którym ponuro, ale jakoś swojsko. Już nie chcę sięgać po lepszy, inny świat i marzyć o pięknie Bożego Królestwa. Słowa, które napisał był swego czasu Władysław Krygowski: „Do gór trzeba dorosnąć, a nie góry obniżać do siebie” – już mnie nie poruszają. Bo może już uwierzyłem w coraz głośniejsze przekazy z masowych środków, które sprytnie osaczają mnie złymi, niedobrymi wiadomościami, z których powstaje obraz świata już nie tylko ponury i pesymistyczny, ale wręcz katastroficzny.

    Kilkanaście lat temu święty Jan Paweł II w swoim przesłaniu na Światowy Dzień Pokoju przywołał Encyklikę świętego Jana XXIII „Pacem in Terris”. Wtedy konflikt nuklearny był prawie że nieunikniony.

    Ks. Józef Orchowski w swojej książce pt. „Rozważania Tajemnic Różańcowych” przywołuje obraz tamtej pamiętnej nocy z 12 na 13 października 1960 roku. Milion pielgrzymów zgromadziło się w Cova da Ira. Modlili się, czuwali i pokutowali przed Najświętszym Sakramentem pomimo deszczu, który ich zupełnie przemoczył. Gdy w tym samym czasie około 300 diecezji łączyło się duchowo z pielgrzymami w modlitwie i pokucie w Fatimie, jednocześnie odbywało się posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego ONZ, na którym przemawiał Nikita Chruszczow. W przemówieniu tym zagroził posiadaną przez Rosję „bronią absolutnej zagłady”. Aby wymowniej podkreślić swoją groźbę zdjął z nogi but i bił nim w pulpit przed przerażonym Zgromadzeniem. To nie były jałowe straszenia. Chruszczow wiedział, ze jego naukowcy pracowali nad rakietą zdolną przenosić broń atomową. Prace były już zakończone i zamierzali zaprezentować ją, aby uczcić 43 rocznicę rewolucji.

    13 października, zaraz po biciu butem w pulpit, Nikita Chruszczow w pośpiechu odleciał do Moskwy. Dlaczego tak postąpił?

    Marszałek Nedelin, najwyższy rangą dowódca wojsk rakietowych, kierował bezpośrednio próbami owej rakiety. Gdy skończyło się odliczanie, rakieta nie wystartowała. Nedelin wraz ze swoją liczną świtą opuścił bunkier, ażeby ustalić przyczynę awarii. W tej samej chwili rakieta eksplodowała, a Marszałek i jego 300 ludzi zginęło na miejscu.

    Zdarzyło się to wówczas, gdy świat katolicki na kolanach, przed Najświętszym Sakramentem u stóp Królowej Różańca Świętego w Fatimie, błagał, aby nie doszło do wojny atomowej.

    Moc modlitwy różańcowej po wielokroć dawała ludzkości obronę daleko mocniejszą i pewniejszą aniżeli najbardziej niebezpieczne i inteligentne bronie, którymi wciąż pragną posługiwać się wielcy tego świata.

    W tym współczesnym obrazie świata nie można nie zauważyć, że jest ktoś komu bardzo zależy, aby coraz głębiej pogrążać cały ludzki świat w jakiś paraliż, w zupełną niemoc. Kreując prognozy katastroficznych wizji łatwo jest pozbawiać ludzi jakiejkolwiek nadziei. To jest metoda rodem z piekła. Na przykładzie Niniwy można zrozumieć na czym polegało największe nieszczęście mieszkańców tego miasta. Przecież największa kara za grzech jest zawarta w samym grzechu. O. Jacek Salij pisze, że „w mieście tym zagasło światło Bożych przykazań, śmierć duchowa zapanowała nad większością jego mieszkańców. A gdzie ludzie zgubili swoje ukierunkowanie ku życiu wiecznemu i nie liczą się z Bogiem, tam nie pamiętają również ani o zasadach sprawiedliwości, ani o swojej godności – toteż ich świat staje się nieludzki. Takim właśnie miastem, nieludzkim miastem, zastał Niniwę prorok Jonasz”.

    I to jest ta istotna kara za grzechy, kiedy grzech staje się jedynym wymiarem ludzkiego życia. Wtedy taki człowiek już nawet nie umie szukać Boga. Zło, w którym jest zanurzony – nawet nie wydaje mu się złem. A dobro będąc od niego oddalone – zupełnie jest niezrozumiałe.

    Pan Jezus, wzywając do nawrócenia, najlepiej wie jak nieszczęśliwy jest człowiek oddzielony od Boga. U Jeremiasza ubolewa Bóg, że „naród mój popełnił podwójne zło: opuścili Mnie, źródło żywej wody i wykopali sobie cysterny, cysterny popękane, które nie mogą utrzymać wody”.

    Kiedy Pan Jezus mówił o nawracaniu zaraz potem spojrzał na czterech swoich pierwszych uczniów i powiedział im: „Chodźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”.

    O taką łaskę radykalnej przemiany życia modlę się. Nawrócenie bowiem, które stało się udziałem tak wielu ludzi, daje tę wewnętrzną pewność, że sam Bóg patrzy na człowieka z miłością. I ta Boża miłość czyni człowieka mocnym, zdolnym zerwać wielorakie uwikłania z grzechem i zawierzyć całkowicie Bogu. I wtedy słowa, które powtarzam za psalmistą, stają się moją modlitwą:

    „Chociażbym przechodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty, Boże jesteś ze mną”.

    „Bo Ty Boże jesteś dla nas ucieczką i mocą. Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia i góry zapadały w otchłań morza”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • II Niedziela Zwykła – ROK B

    Bóg wyznacza każdemu miejsce

    Opus Dei - Teologia Powołania (I)
    fot. Opus Dei.pl

    ***

    Żyjąc wśród szkockich kalwinów, mam okazję spotykania się na co dzień z nieco inną strukturą niż ta, która trwa w Kościele katolickim.

    Na przykład powoływanie poszczególnych pastorów odbywa się, tak jak w sektorze czysto świeckim na różne funkcje czy stanowiska, poprzez wybór tego kto jest lepszy. Głosowanie według prawideł demokratycznych jest dziś tak powszechne i oczywiste, że wielu nie ma wątpliwości: to co wybiera większość jest słuszne, choćby nawet ten wybór był niezgodny z prawem naturalnym. Istnieje więc wielkie niebezpieczeństwo – jeżeli tę metodę próbuje się stosować do wszystkich dziedzin ludzkiej egzystencji.

    Przy wyborze pastorów bywają nieraz przeróżne sytuacje, nawet i zabawne. W jednej z parafii na zwolnione miejsce rada tzw. „starszych” ogłosiła konkurs. Zgłosiło się kilku kandydatów, ale rada zadecydowała, że żaden z nich się nie nadaje. Pierwszy nie potrafił głosić kazań. Drugi miał tak cichy głos, że nawet mikrofony nie wiele mogły pomóc. Trzeci nie umiał śpiewać. Więc żaden nie wchodził w rachubę.

    Wtedy pastor, który właśnie zwolnił swoje miejsce, przechodząc na emeryturę, powiedział, że ma jeszcze jednego kandydata. Jest to ktoś, kto do tej pory nigdzie nie zagrzał miejsca. Nie wiedział on, czy ten kandydat kogoś ochrzcił, czy też nie. Jest on również chory, cierpi na postępującą ślepotę. Ma jednak Ducha Świętego i potrafi głosić kazania. Ale chyba on też nie znajdzie uznania w tej parafii.

    Nie, nie – odpowiedziała rada parafii – takiego też na pewno nie potrzebujemy.

    Tak, ale chcę państwu jeszcze tylko powiedzieć – odparł pastor – że to jest apostoł Paweł.

    Św. Paweł nie potrzebował żadnego ludzkiego wyboru, aby mógł głosić Dobrą Nowinę – bo sam Pan powołał go na drodze do Damaszku.

    Dzisiejsze Słowo Boże opisuje w jaki sposób Bóg wyznacza poszczególnym ludziom zadania.

    W I Czytaniu widać tę ciągłość, kontynuację Bożych wezwań. Samuel, bardzo jeszcze młody, pełnił funkcję w świątyni. Pilnował lampy, która płonęła na znak obecności Pana. Służył Bogu w świątyni z całym oddaniem, bo pomimo młodego wieku nie uległ zgorszeniu, jakie rozsiewali wokół siebie synowie arcykapłana Helego. Dominikanin ojciec Jacek Salij komentuje to w ten sposób: „Panu Bogu jakby było mało gorliwej służby Samuela. Przychodzi do młodego chłopca z niezwykle trudnym wezwaniem: Idź i upomnij arcykapłana z powodu jego bezbożnych synów! Na szczęście Pan Bóg, ilekroć wyznacza nam jakieś trudne zadanie, sam troszczy się o takie ułożenie różnych okoliczności, abyśmy to zadanie mogli wykonać. Tak było też w przypadku Samuela”.

    A w Ewangelii moment powołania dwóch uczniów Jana Chrzciciela dokonał się tak bardzo zwyczajnie. Kiedy Jezus przechodził – dotychczasowy ich mistrz powiedział o Nim: „Oto Baranek Boży”. To wystarczyło, że poszli za Jezusem. Jezus więc zwrócił się do nich i zapytał: „Czego szukacie?” A oni zaskoczeni takim pytaniem zastosowali unik: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Jezus na pewno musiał mieć wtedy na twarzy pobłażliwy uśmiech, bo im odpowiedział: „Chodźcie, a zobaczycie”. Św. Jan pisząc Ewangelię już jako starzec wciąż pamiętał, że „było to około godziny dziesiątej”. Z kolei Pan posłużył się nimi, bo oni przyprowadzili swoich braci, których On też powołał.

    Bóg powołując człowieka zawsze zwraca się do niego po imieniu. Tak jest i dziś. Czemu więc wielu nie słyszy? A nawet kiedy usłyszy Boże wezwanie: „Pójdź za mną” zachowuje się tak jak bogaty młodzieniec. Bo Bóg zawsze wzywa do czegoś więcej. A wtedy człowieka ogarnia obawa i lęk przed nieznanym. I pyta sam siebie: czy nie wystarczy strzec tylko 10 przykazań Bożych? Bywa i to nie rzadko, że człowiek przechodzi długą i ciężką drogę, zanim uzna sprawy Królestwa Bożego za najważniejsze. Wciąż coś go wstrzymuje, jak garb wielbłąda w przejściu przez ciasną bramę. I to niekoniecznie muszą być wielkie bogactwa. Ileż człowiek potrafi nagromadzić w sobie i wokół siebie przeróżnych drobiazgów, nawet śmiesznych i błahych, które urastają do wielkich rozmiarów, jak ten przysłowiowy garb. Przy czym tłumaczy sobie, że to wszystko mu się przyda. I tak pozostaje jak na uwięzi.

    Albo Boże wezwanie nie dochodzi do człowieka, bo człowiek odgrodził się swoimi grzechami jak murem obronnym. I tkwi w tych grzechach i wyrządza straszną krzywdę, bo nie jest w stanie nawet uświadomić sobie ogrom dobra jaki Bóg mógłby przez niego wypełnić, gdyby nie jego trwanie w martwej stagnacji. Kiedy człowieka dotyka cierpienie, krzywda, kiedy czuje się samotny i nie widzi sensu swojego życia – wtedy człowiek najczęściej czyni winnym Boga za ten stan rzeczy, a nie ciemność, którą sprawił jego egoizm.

    Świat jest wielką rodziną i to sam Bóg wyznacza każdemu właściwe miejsce i niepowtarzalne zadane do spełnienia. Władysław Reymont wypowiedział takie bardzo znamienne zdanie: „Życie nie daje nam tego, co chcemy, tylko to, co dla nas ma”. I w tym, co życie dla nas ma, co Bóg nam daje, trzeba odnaleźć siebie, swoje miejsce, swoje zadanie. Przy czym nie do mnie należy mierzyć znaczenie różnych powołań moją ludzką miarą. My wszyscy stanowimy Mistyczne Ciało Chrystusa. Dlatego św. Paweł w dzisiejszym II Czytaniu bardzo mocno podkreśla: „Czyż nie wiecie, że wasze ciała są członkami Chrystusa? Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci”.

    ks. Marian Łękawa SAC