Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    El Greco, Christ Driving the Money Changers from the Temple, c1570.
     Minneapolis Institute of Arts

    ***

    Być wolnym Bożą wolnością 

    Do ptaka, którego od lat zamknięto w klatce, przyfrunął jego towarzysz. Rozejrzał się wokoło i powiedział:
    – Dobrze ci tu jest, bo dostajesz regularnie jadło.
    – Ty widzisz tylko jadło, ale nie widzisz klatki, w której jestem zamknięty.

    Podobnie mówi rosyjskie przysłowie: „Ptak woli zwykłą gałązkę niż złotą klatkę”.

    A nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz ujął tę prawdę w takich słowach: 
    „Lepszy w wolności kęsek lada jaki
    Niźli w niewoli przysmaki”. 

    „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” – mówi Pismo św. I mimo, że jest to prawda tak oczywista – człowiek bardzo często nie umie sobie poradzić z otrzymanym darem wolności. Dlaczego?

    Pan Bóg w cudowny sposób wyprowadził swój naród wybrany z niewoli egipskiej, równie cudownie przeprowadził go przez Morze Czerwone i po tylu okazanych dowodach swojej ojcowskiej opieki naród nie wytrzymał nawet czterdziestu dni pod górą Synaj. Gdy Mojżesz wracał ze szczytu u podnóża zobaczył złotego cielca, wokół którego Żydzi tańczyli, oddając mu cześć. Za to sprzeniewierzenie się prawdziwemu Bogu Mojżesz zawrzał świętym gniewem. Dlatego rzucił na skalne zbocze kamienne tablice z bożymi przykazaniami. Zaś cielca spalił w ogniu, starł na proch, rozsypał w wodzie i kazał ją pić niewiernemu ludowi, jakby chciał siłą wepchnąć zło tam, skąd wyszło.

    W Ewangelii opisany jest podobny gniew, który ogarnął samego Jezusa. Zbliżała się pora Paschy. I Pan udał się, zgodnie z przepisami kahału, do świątyni jerozolimskiej. Kiedy zobaczył na tym świętym miejscu ogromne targowisko – uniósł się gniewem. Czytany dziś tekst bardzo dokładnie opisuje co Chrystus uczynił i co powiedział do handlarzy: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska!”

    W roku 1991 Ojciec Święty Jan Paweł II odbywał kolejną pielgrzymkę w naszej Ojczyźnie. I był dziwnie zafrasowany wolnością, z którą, patrząc na sytuację dzisiejszą, już wtedy nie umieliśmy sobie poradzić. Podczas swoich homilii dosłownie kilka razy krzyczał – jak nigdy przedtem. Postawił przed nami Dziesięcioro przykazań. Ks. Janusz Pasierb napisał wtedy taki komentarz: „Wyglądało to chwilami jak przykładanie lusterka do ust ciężko chorego, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycha? Przeżyliśmy, przetrwaliśmy, ale jak wyglądamy po zdjęciu kostiumu męczennika, czy szlachetnego opozycjonisty?”

    Pierwsze przykazanie, które brzmi: „Ja jestem Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – może wydawać się, że Bóg likwiduje wszelką suwerenność człowieka, że jest Bogiem zazdrosnym, jakby się obawiał konkurencyjnych bóstw, które aż nader często człowiek sobie funduje. A tymczasem nie ma ważniejszego przykazania dla suwerenności, dla godności i dla wolności człowieka – jak to właśnie pierwsze przykazanie. W tym przykazaniu widać jak bardzo Bóg okazuje się miłością.

    W moich notatkach z rekolekcji, które prowadził ks. Pasieb, znalazłem między innymi taki tekst: „Tylko Bóg jeden wie jaką władzę mają nad człowiekiem fałszywe bóstwa. Tylko Bóg jeden wie w jaką siłę jesteśmy wyposażeni. Na czym polega nasza duchowa rama. Ta mianowicie, że nieustannie musimy tworzyć sobie bóstwa, że właściwie niczego innego przez całe życie nie robimy – tylko zakochujemy się i klękamy. I mamy tę samą władzę, co ów baśniowy król w starożytności, który czegokolwiek się dotknął, to zamieniał na złoto. My nie potrafimy – dopóki w nas jeszcze pali się serce, dopóki naprawdę jesteśmy jeszcze żywi – nie możemy żyć bez zakochiwania i ubóstwiania. I tylko Bóg jeden wie, jak straszną grozą dla człowieka jest, gdy sobie funduje fałszywe bóstwa”.

    Kult bożków to nie jest coś co działo się w zamierzchłej historii. To jest wciąż i nieustannie zniewalająca pokusa. Można powiedzieć: produkt bieżąco fabrykowany, codzienna produkcja. Człowiek współczesny wplątany jest w ten sam dramat co ludzie Starego i Nowego Testamentu. Dlatego wciąż są nowi prorocy-męczennicy, którzy muszą umierać, ponieważ obalają ołtarze i tłuką fałszywe bóstwa.

    W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus mówi do tych, którzy żądają od Niego znaku: „Zburzcie tę świątynię, a ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. I Pismo św. zaznacza, że Chrystus mówił tu o świątyni swego ciała.

    Był czas, że wznoszono kościoły, które przypominały sylwetkę człowieka. Ciało i nogi – to były nawy, a rozłożone ręce – to nawy poprzeczne. Na przecięciu zaś tych naw umieszczano ołtarz. U człowieka tam właśnie znajduje się serce. A więc ludzkie serce jest ołtarzem. Ołtarz zaś nie może być pusty. Dlatego wciąż odbywa się nieustanna intronizacja.

    Więc jaki jest Bóg w moim sercu? Czy Bóg prawdziwy?

    Bo tylko Bóg prawdziwy jest tym, który wyprowadza z ziemi egipskiej, z domu niewoli – tzn. z niewoli grzechu, z niewoli nałogów i z niewolnictwa rutyny religijnej.

    W ten Wielki Post oby Pan Jezus powyrzucał ze świątyni mojego serca – używając języka ks. Jana Twardowskiego: „barana pychy i złości, uległego wołu lenistwa, trzepoczącego się gołębia lekkomyślności”. Bo wtedy odnajdę dawną bojaźń Bożą i świeżość mojej miłości do Boga.

    ks. Marian Łękawa SAC

    „Wypędzenie przekupniów ze świątyni”
    Wypędzenie przekupniów ze świątyni”/fot. Graziako/Niedziela
  • II Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Tajemnica łaski i potęga życia

     

    Pan Jezus podczas swojego ziemskiego życia tylko jeden jedyny raz przemienił się wobec swoich uczniów. Odsłonił na moment swoją boską naturę. Ale zanim zabrał Piotra, Jakuba i brata jego Jana na Górę Przemienienia „wskazywał uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie.” I zaraz potem mówił do nich, na czym polega pójście za Nim. Uczniowie jednak nawet po przeżyciu Przemienienia swojego Mistrza tkwią nadal w stanie absolutnego niezrozumienia – bo co to znaczy użyty przez Jezusa zwrot: „powstać z martwych”? Zmartwychwstanie, zarówno Chrystusa jak i nasze jest nie do wyobrażenia.

    Kardynał Jean-Marie Lustiger tłumaczy, że ukazanie Bożego Oblicza na górze Tabor „nie jest zerknięciem ukradkiem, jakby za kulisy, na to, co dzieje się poza trudną zewnętrzną warstwą życia Jezusa. I mówi się: Oto potęga Chrystusa jest ukryta; ma On cierpieć. Trzeba więc dać uczniom, dla pobudzenia ich odwagi, odrobinę jakby przedsmaku Jego boskiego stanu. Uchyla się zatem rąbka zasłony, która okrywa los człowieczy i daje się im naprzód zaznać smaku chwały i zmartwychwstania, by nie stracili otuchy.

    Podobnie można by powiedzieć: Ażeby chrześcijanie mieli nieco odwagi, aby mieli siły do pokonania tego kawałka drogi, nawet jeśli jest ona kamienista, trzeba, żeby od czasu do czasu otrzymali z wyprzedzeniem jakiś przedsmak tego, co ich czeka potem”.

    Według Kardynała Lustiger’a takie spojrzenie jest zwodnicze, bowiem tekst Ewangelii idzie w innym kierunku. Głos z nieba już raz przemówił, wskazując na Jezusa jako na Syna umiłowanego, tego, w którym Bóg złożył całą swoją miłość. Było to podczas chrztu w Jordanie. Ale ów głos skierowany był wówczas jedynie tylko do Jezusa. Zaś w chwili Przemienienia Apostołom dane jest słyszeć ten sam głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” Kardynał komentuje te Boże Słowa w taki sposób: „Oto człowiek, któremu będziecie towarzyszyć w Jego Męce, w waszych oczach niepojętej, absurdalnej, oburzającej. Oto człowiek, którego wy macie za sprawiedliwego, niewinnego, wybrańca Bożego, który pomimo to zostanie skazany. Oto człowiek, którego, jak utrzymujecie, kochacie, ale jednak Go zdradzicie. Oto człowiek, któremu będziecie zarzucać, że nie wysławia się jasno, nie umie się bronić, że nie okazuje swej potęgi, którą jak mniemacie, posiada, nie spełnia też waszych marzeń. O Nim Ojciec sam mówi wam, że właśnie w tym człowieku, poprzez Jego życie, właśnie takie, wypełnia się obietnica Boża”.

    A więc usłyszany Głos Boga zapowiada, że ten człowiek, którego losem jest być wydanym na śmierć, poprzez swoją Mękę objawia tajemnicę miłości, jaką Bóg żywi ku ludziom. Tu mam odnaleźć całą moją nadzieję, bowiem przez uczestnictwo w losie Jezusa odsłania się tajemnica łaski i potęga życia.

    Aby lepiej oswoić się z tą bardzo trudną, zupełnie niezrozumiałą prawdą Przemienienia poprzedza ją Czytanie o ofierze Abrahama. Hans Urs von Balthasar bardzo zwięźle ujmuje owo głębokie powiązanie: „Podczas Przemienienia Pańskiego Ojciec ukazuje, kim jest naprawdę Jego ‘Syn umiłowany’, którego pozwoli ludziom i dla ludzi ‘zabić’. Słusznie ofiara Abrahama jest dla Żydów kulminacyjnym punktem w ich stosunkach z Bogiem; podkreślają oni również, że jest to podwójna ofiara: ojca, gdy podnosi nóż, oraz syna, który zgadza się na śmierć”.

    Nie ma co ukrywać: wiara jest próbą, straszną próbą, która ostatecznie jest próbą miłości. „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu”- mówi Pismo św. A psalmista woła: „Chociaż byś mnie zabił, ufać Ci będę”. Dlatego ten kto nie ma miłości, nie może zrozumieć podobnego wymagania, przeciwnie, uzna je za skandal, i to jaki…

    Bóg złożył całe swoje szczęście w swojej miłości. Całe swoje upodobanie złożył w swoim Synu, dlatego w tej tajemnicy Przemienienia Ojciec nie siebie sławi i nie o sobie mówi, ale wskazuje na swojego Syna: „To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.

    Matka, która naprawdę kocha swoje dzieci na pytanie: ‘Jak się pani miewa? – całkiem naturalnie odpowiada: ‘Stasio zdrów, Marysia to…, a Paweł tamto’… Bo to, co w niej najbardziej żywe, to są jej dzieci. Już tylko w nich mieści się jej życie. Tylko one mają dla niej znaczenie. U prawdziwej matki takie całkowite przylgnięcie dokonuje się w sposób naturalny – bo ona całe swoje upodobanie złożyła w swoich dzieciach. Ojciec niebieski jest Tym, który w swoim Synu złożył wszystkie swoje upodobania.

    Ks. Ludwik Evely pisze bardzo zdecydowanie: „Nie zna się Boga, jeżeli się nie zna miłości. Nie zna Boga ten, kto nie staje się coraz bardziej Bogiem. Tyle tylko poznamy z Istoty Bożej, na ile pozwolimy Mu wzrastać w nas. Poznamy Boga, jeżeli Go przyjmiemy, jeżeli zrobimy Mu miejsce, jeżeli ustąpimy Mu miejsca.

    Gdyby nam Bóg dał tylko możność przyjmowania, nie byłby nam dał niczego z siebie. Gdyby nam nie dał nic więcej, niż byśmy byli miłowani, nie byłby nam udzielił nic ze swego osobistego życia. Ponieważ Bóg kocha, więc też daje”.

    Czy nie tak mówią słowa z Ewangelii: „Ale każdy kto miłuje, z Boga jest zrodzony i zna Boga”?

    Dlatego ten kto jest kochany, a sam nie kocha, jest naprawdę biednym człowiekiem, godnym pożałowania. Kto zaś kocha – nawet nie będąc kochanym i nadal kocha, jeszcze wspaniałomyślniej, żywiej i boleśniej – jak bardzo upodabnia się do Boga. Takiemu jest dane poznać Boże upodobania, sposób kochania Boga – po prostu – Bożą miłość.

    Obym odkrywał coraz głębiej proponowane swojego czasu przez Ojca Świętego Orędzie na Wielki Post, w którym myślą przewodnią był werset z Dziejów Apostolskich: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. Jan Paweł II tak skomentował ten tekst: „Skłonność do dawania jest wpisana w ludzkie serce: każdy człowiek odczuwa potrzebę kontaktu z innymi i realizuje się w pełni, gdy dobrowolnie czyni dar z siebie”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • I Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Wsłuchiwać się w Jego głos

    Pustynia Judzka/ Misyjne drogi.pl/ fot. Hubert Piechocki

    ***

    Cztery dni temu, w środę Popielcową, Kościół rozpoczął kolejny okres Liturgii, który jest czasem podejmowania wielkiej próby. Mówimy – Wielki Post.

    Jezusowe nawoływanie z każdym rokiem słyszę coraz wyraźniej i głośniej: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Z całym moim życiem, które Bóg dał, a które układa się na kształt krzyża – co widać teraz wyraźniej niż dawniej – mogę wciąż wchodzić w ślady Jezusowych stóp. Na pustynnym piachu ludzkie stopy zostawiają swój ślad. Wtedy naśladuję, jeżeli stawiam moje stopy w ślady stóp tego, kto idzie przede mną. To nic, że zmienia się moja twarz, że staje się starsza i pomarszczona, że włosy siwieją. Ważne jest jedynie to czy spełniam swoje powołanie, czy rzeczywiście idę śladami Chrystusa, czy stawiam moje stopy w ślady Jego pokrwawionych stóp?

    Po chrzcie w Jordanie Pan Jezus przebywał na pustyni, aby pościć i medytować przez czterdzieści dni i nocy. Ten okres nawiązuje między innymi do czasów Noego kiedy to „upusty nieba otworzyły się i przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy padał deszcz na ziemię”. Dzisiejsze Pierwsze Czytanie opisuje wydarzenie, które nastąpiło po zakończeniu potopu. Mianowicie „Bóg zawarł przymierze z każdym człowiekiem i z wszelką istotą żywą”, a znakiem tego przymierza była tęcza.

    Stoję więc przed Bożą propozycją. I żeby nie zmarnować tych tęczowych promieni Bożej łaski trzeba mi otworzyć na oścież swoje serce przed Bogiem i wsłuchiwać się w Jego głos. Ewangelia zaznacza, że to „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię”.

    Zmarły po długiej chorobie ksiądz werbista Antoni Czeczko w swoich rozważaniach pisał, że „wiele epizodów ludzkiego losu może odegrać rolę pustyni. To może być osamotnienie, niezrozumienie, odtrącenie, pustka wewnętrzna, choroba, cierpienie duszy, niepowodzenie, bezsilność i wiele innych jeszcze doznań. Tego rodzaju doświadczenia i udręczenia są udziałem każdego człowieka. I można przyjąć, że Bóg ma wobec człowieka w sytuacji ‘duchowej pustyni’ bardzo często taki sam zamiar, jaki miał wobec ludu izraelskiego”.

    Poprzez proroka Ozeasza zdradzony Bóg, który siebie nazywa Oblubieńcem, mówi o swoim wybranym narodzie: „Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca.” Czy tak nie jest w moim życiu? Kiedy Bóg wyprowadza mnie na te pustynne doświadczenia – to dlatego, bo chce przemówić do mnie jakby mocniej, aby nie być zagłuszonym innymi głosami. A Bóg mówi o sprawie wagi najwyższej: o pierwszej miłości. Co prawda – pocieszam się, że przecież wciąż jest ona we mnie, ale czy na pierwszym miejscu? Moje niewierności zepchnęły ją na dalszy plan. Tli się nikłym płomykiem, usiłując przebić warstwy popiołu.

    Żeby zdać sobie sprawę jak bardzo potrzebuję ożywienia tego nikłego płomyka dobrze jest popatrzeć jaki jest mój stosunek do Pana Boga poprzez pryzmat codziennych wydarzeń.

    Słyszałem taką historię jak pewna pani zgubiła klucze od mieszkania. Natychmiast wróciła szybko do biura, przetrząsnęła wszystko, nawet kosz ze śmieciami. Potem razem z mężem wyjmowała fotele z samochodu. Szukała w śniegu, szukała w kałuży. Całą noc nie spała, bo bez przerwy nasłuchiwała, czy ktoś nie zakrada się do domu. Rano wyznaczyła dyżury na cały dzień, żeby pilnować domu. Wieczorem zaś postanowiła wymienić wszystkie zamki, bo klucze nie znalazły się.

    Kawałek metalu, który zaginął, spowodował tak wielką mobilizację energii całej rodziny. Utrata poczucia bezpieczeństwa postawiła cały dom na nogi w poszukiwaniu kluczy, które okazały się tak ważne.

    Zapytam siebie wprost: Czy tak ważny jest Bóg w moim życiu? Czy też tak potrafię chodzić i szukać Go na kolanach, rozmontowując swoje codzienne sprawy tylko dlatego, aby Boga odnaleźć? Czy tak przeżywam nieprzespane noce, bo bez Boga nie czuję się bezpieczny?

    Boże Nieskończenie Miłosierny gorąco błagam, aby promienie Twojej łaski w tegoroczny Wielki Post wydobyły z mego serca prawdziwy wizerunek Twojego Syna – ubrudzony naleciałościami kurzu, brudów. Bo moje serce – widzę już – przykryte jest rutyną pobożności, czysto zewnętrznymi formułkami.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • VI Niedziela Zwykła – ROK B

    Trąd ciała, trąd duszy

    Uzdrowienie trędowatego”, Marko Ivan Rupnik(XXI wiek)
    Uzdrowienie trędowatego”, Marko Ivan Rupnik (XXI wiek)/fot. Graziako

    ***

    Raoul Follereau znalazł się kiedyś w leprozorium na pewnej wyspie Oceanu Spokojnego. Było to miejsce przerażające: niesamowicie zniekształcone ludzkie ciała, gnijące rany, rozpacz i złość.

    Był tam jednak pewien starzec, który mimo ogromu cierpienia miał oczy ciągle błyszczące i uśmiechnięte. Jego ciało było obolałe, lecz on nie poddawał się rozpaczy, cieszył się życiem, a do innych trędowatych odnosił się życzliwie i serdecznie.

    Zaciekawiony tym prawdziwym cudem życia w piekle leprozorium, Follereau zapragnął wyjaśnić przyczyny owego niezwykłego zjawiska: cóż takiego mogłoby obdarzyć cierpiącego staruszka taką radością życia?

    Zaczął go dyskretnie obserwować. Odkrył, że codziennie o brzasku stary mężczyzna z trudem posuwał się do ogrodzenia leprozorium, siadał zawsze w tym samym miejscu i rozpoczynał oczekiwanie.

    Nie czekał jednak – jak się okazało – na piękne widoki słońca wschodzącego nad wodami Pacyfiku. Siedział tak długo, aż z drugiej strony ogrodzenia pojawiała się kobieta, równie stara jak on, o twarzy pokrytej siatką cieniutkich zmarszczek i oczach pełnych pogody i spokoju.

    Kobieta nic nie mówiła, uśmiechała się tylko nieśmiało. Na ten widok twarz mężczyzny rozjaśniała się i on także radośnie się uśmiechał.

    Ta rozmowa bez słów nigdy nie trwała długo – po kilku minutach starzec podnosił się i odchodził w stronę baraków. Tak było każdego ranka: coś w rodzaju codziennej komunii. Trędowaty człowiek, pożywiony i umocniony tym uśmiechem, był w stanie znosić cierpienia kolejnego dnia i dotrwać do nowego spotkania z uśmiechniętą kobietą.

    Gdy Follereau zagadnął go o to, staruszek odparł:

    To moja żona. A po chwili ciszy dodał:
    Zanim tutaj przyszedłem, ona mnie leczyła, w tajemnicy przed wszystkimi, czym tylko mogła. Miała taką specjalną maść, którą codziennie smarowała mi twarz. Zagoiła się jednak tylko część policzka, gdzie mogła składać swój pocałunek. Kiedy wszelkie starania okazały się beznadziejne, wtedy mnie zabrano i przyprowadzono tutaj. Ona podążyła za mną. Kiedy widzę ją każdego dnia, wiem, że żyję tylko dzięki niej i jedynie dla niej.

    Dzisiejsze Słowo Boże pokazuje tę okropną chorobę, która sprawiała podwójny ból – bo nie dość, że człowiek sam był chory na trąd, to jeszcze musiał doświadczać całkowitego odrzucenia i to daleko od ludzkich skupisk. Trąd był i wciąż jest szczególnie odrażającą chorobą, dlatego, że ciało trędowatego gnije za życia. Przypadkiem gdyby znalazł się w pobliżu ludzi zdrowych musiał wołać dla ostrzeżenia: nieczysty! nieczysty! A jeszcze do tego powszechne przekonanie u ludzi Starego Testamentu, że szczególnie ta choroba jest karą za grzechy, odrzuceniem od Jahwe i tym samym wyłączeniem – jak pisze ojciec jezuita Józef Majkowski – z teokratycznej społeczności, bo samo słowo „trędowaty” znaczyło tyle, co „napiętnowany przez Boga”, „powalony przez Boga”. Stąd nie dziwi pytanie trędowatego z dzisiejszej Ewangelii pełne wątpliwości, czy aby zbliżający się Jezus zechce zatrzymać się i zwrócić uwagę na kogoś kompletnie odrzuconego? Ów człowiek nie poddawał w wątpliwość Bożej mocy, ale ta jego ustawiczna izolacja od ludzi spowodowała niepokój i niepewność: Czy Boża wszechmoc może i jego ogarnąć właśnie teraz, w tym momencie? Na kolanach prosi Jezusa: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. I słyszy odpowiedź: „Chcę, bądź oczyszczony”. Jaki prosty jest ten dialog – a ile w nim mieści się światła i ciepła. W gruncie rzeczy człowiek potrzebuje przede wszystkim miłości. Dlatego posłużyłem się przykładem opowiedzianym na początku, który bardzo dobrze opisuje tę sytuację. Bo tylko miłość zdolna jest, aby przezwyciężyć odrazę, którą wzbudza widok człowieka trędowatego.

    Dzisiejsze Słowo Boże posługuje się takim obrazem odrażającym, abym zobaczył, że jeżeli choroba potrafi zdeformować, zniekształcić, zeszpecić do tego stopnia ludzkie ciało – to jak wygląda we mnie, po dotknięciu trądem zła i grzechu, miejsce, które zamieszkuje Bóg?

    To do mnie skierowane jest dziś Słowo Boga. Czy poddam się tej terapii szokowej? Czy zdecyduję się wreszcie, będąc tak często „grobem pobielanym” upaść na kolana i błagać: „Panie, jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jakie to jest nieprawdopodobne, że Pan Jezus jest moim Zbawicielem. Jest naszym Zbawicielem, bo Eucharystyczne spotkanie trwa.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Zwykła – ROK B

    On nas pokrzepi 

    V Niedziela Zwykła - Rok B
    uzdrowienie teściowej Piotra – John Bridges/Biblia-wiara.pl

    ***

    Dzisiejsze święte teksty ukazują najpierw postać Hioba, na którego spadły tak wielkie i tak ciężkie doświadczenia, że on marzy już tylko o jedynym wybawieniu – o śmierci. Cierpienia, które dotykają człowieka od razu poruszają rozpaczliwe i wciąż powtarzające się pełne pretensji pytanie: Gdzie jest Bóg – skoro dopuszcza taki ogrom ludzkiego cierpienia? Ile napisano już książek, które z jednej strony usiłują obciążyć Boga za ten stan rzeczy – a z drugiej – próbują znaleźć przyczyny dlaczego na tym Bożym świecie jest tyle cierpienia i zła. 

    We wstępie do Księgi Hioba napisanym przez ks. Józefa Sadzika można przeczytać między innymi: „Nie jesteśmy bowiem w stanie ‘zobiektywizować’ ani zła, ani cierpienia przeszywającego konkretną jednostkę. Każdy cierpi ‘dla siebie’, w samotności, indywidualnie, w sposób i na miarę tylko jemu wiadome. Podobnie jest ze złem doświadczanym albo czynionym przez danego człowieka. Nie cierpi się, nie kocha się, nie umiera się. To ja cierpię, kocham i umrę…

    Problem cierpienia i zła. Niezbadany, bezdenny, okrutny, idący z nami od kolebki do grobu, przywarty do każdego człowieka, do wszystkich ludzi – poprzez całe dzieje. Cierpienie i zło, które jednych odrzucało od Boga, innych przynaglało do wpadnięcia w Jego ramiona. Ileż to śladów rozpaczy lub ukojenia, wyrytych drżącymi palcami, pozostało na ścianach kazamat rozsianych po naszej dobrej ziemi!”

    Cierpienia nie można ani pojąć ani wytłumaczyć. Można jedynie przyjąć je albo odrzucić.

    Rabin Johanan zachorował na straszliwą chorobę i jego cierpienie było tak ogromne, że był bliski psychicznego załamania. Całe to swoje beznadziejne położenie, całą swoją rozpacz wyznał swojemu przyjacielowi Haninie. Wtedy ten pobożny mąż zaczął go pocieszać:

    – Mój przyjacielu, te słowa nie pasują w ogóle do takiego męża jak ty; do takiego, który jest pobożny i świątobliwy. Mów raczej, że Bóg jest sprawiedliwy w cierpieniach, jakie nam zsyła, że jest sprawiedliwy w nagrodzie, jaką obiecuje cierpiącym.

    Te religijne rozważania „podreperowały” rzeczywiście schorowanego Johanana. Po paru latach zachorował Hanina i też został przez cierpienie całkowicie wytrącony z równowagi. Przyjaciel Johanan chciał go teraz pocieszyć jego własnymi, wcześniejszymi słowami, ale Hanina odpowiedział:

    – Jakże chętnie zrezygnowałbym z tych męczarni i z obiecanej zapłaty!

    Na to odparł Johanan:

    – W mojej chorobie byłeś dla mnie mistrzem pociechy i podnoszenia na duchu. Z religii uczyniłeś balsam na rany, znalazłeś słowa, które niosły mi pokój serca. Dlaczego nie powiesz sobie samemu tych słów dźwigających?

    – Ponieważ byłem wtedy na zewnątrz – odpowiedział spokojnie chory rabin – byłem wolny, mogłem ręczyć za innych; teraz jednak, gdy jestem wewnątrz, jakże mogę być dla siebie poręką?

    Czy biblijny Hiob jest odpowiedzią na problem cierpienia i zła? W jego cierpieniu widoczne jest jedynie zmaganie się z jakąś w bezlitosną i okrutną próbą wiary. Dlatego Hiob wybucha skargami pełnymi sprzeczności. Jego rozdarcie wznosi się aż do bluźnierczego krzyku: „Odstąp ode mnie, abym miał trochę radości”. Ale w całym tym szamotaniu pozostał wierny Bogu. Hiob całkowicie osamotniony, bo nie znajduje zrozumienia ani u przyjaciół, ani nawet u żony, wierzy jednak Bogu do końca, iż jego utrapienia muszą mieć jakiś sens, choć przed nim jest to zakryte. W języku polskim ‘wierność’ i ‘wiara’ ma ten sam źródłosłów. Cierpienie Hioba jest przepowiedzeniem Jezusowej męki łącznie z wołaniem na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!?” Hiob jest zapowiedzią rzeczywistości, która miała się ziścić, a której realizację widać już w dzisiejszej Ewangelii. Mowa o wieczorze nie jest tylko przypadkową wzmianką. Jest to odniesienie do udręczonego Hioba, który marzył, aby wreszcie nastał ten wieczór wybawienia i ochłody: „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Jezusa wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi.”

    Pan Jezus po to przyszedł na tę naszą ziemię, aby „wziąć na siebie nasze słabości i nosić nasze choroby”. To On „leczy złamanych na duchu i przewiązuje rany”. I ten wieczór nie minął, ale trwa. Ojciec Jacek Salij tłumaczy, że „chodzi tylko o to, żebyśmy naprawdę zaprosili Jezusa Boskiego Cudotwórcę do naszych domów i w nasze życie. Jeśli Jezus przepędzi z naszych domów i serc różne złe duchy – ducha nienawiści, ducha kłamstwa, ducha rozpusty, ducha chciwości – to automatycznie będzie wśród nas znacznie mniej krzywd i nieszczęść i cierpień, niż jest ich obecnie. Jeśli z kolei w nasze choroby oraz w inne utrapienia będziemy zapraszali Jezusa, to na samych sobie przekonamy się, jak głęboko prawdziwa jest Jego obietnica, żebyśmy przyszli do Niego wszyscy, którzy jesteśmy utrudzeni i obciążeni, a On nas pokrzepi. Albowiem jarzmo Jego jest słodkie, a Jego brzemię lekkie.”

    Teściowa Piotra, którą uzdrowił Jezus, od razu zaczęła usługiwać innym.

    Apostoł Paweł wyzwolony ze swojego zaślepienia mocą Zmartwychwstałego, od razu głosi Dobrą Nowinę.

    Dlaczego we mnie wciąż jest bezwład, paraliż i niemoc – brak fascynacji darami, które dał Pan?

    Modlę się więc słowami Hioba:

    „Wiem, że Ty wszystko możesz, i nie wzbroniony jest Tobie żaden zamysł”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Zwykła – ROK B

    Czy wyrzekasz się szatana?

    Podczas udzielania sakramentu chrztu kapłan pyta rodziców dziecka i chrzestnych czy wyrzekają się szatana i tego wszystkiego, co prowadzi do zła, aby grzech ich nie opanował. Również biskup przy udzielaniu sakramentu bierzmowania wymaga tych samych deklaracji. 

    A tymczasem w rozmowach bardzo często można zauważyć taki drwiący uśmieszek, gdy mowa jest o diable – i to nawet u osób, które jak najbardziej uważają się za wierzących. Czyżby opętania przez ducha nieczystego, o którym jest mowa w dzisiejszym Bożym Słowie były nieobecne za dni naszych? Jak można być aż tak naiwnym nie widząc wręcz mody na oddawanie czci szatanowi, chorobliwej fascynacji okultyzmem, czarną i białą magią, astrologią i horoskopami, seansami i kartami tarota? Demonologia cieszy się niemałą popularnością w wydawnictwach, w filmie czy w świecie muzyki skoro na pierwszym miejscu potrafiła znaleźć się swego czasu piosenka zespołu The Rolling Stnes: „Sympathy for the Devil”. W jednym z wywiadów Lewis mówił o wyraźnej presji, jaką odczuwał on i jego rodzina, kiedy pisał swoją sławną książkę „Listy starego diabła do młodego”. Oto jego słowa: „mistrz kamuflażu nie jest zadowolony, gdy zrywa się jego maskę. Ale jestem teraz bardziej niż przedtem przekonany, że Chrystus odniósł zwycięstwo nad złem w każdej postaci i formie. Zakończenie historii potwierdzi ten fakt”.

    Diabeł jest złym duchem nie dlatego, że takim został stworzony, ale dlatego, iż zbuntował się i uznał Pana Boga za swojego głównego rywala. Odchodząc od Bożego świata zamknął się w swojej pysze, egoizmie. Jego główną siłą stała się nienawiść, a nie miłość, która jest właściwym motorem w całym dziele stworzenia i odkupienia, bo „powstaliśmy z miłości i w miłość się obrócimy” – w takich słowach wyraził tę prawdę w „Pieśni” Roman Brandstaetter.

    W codziennym życiu nie sposób nie zauważyć jak człowiek łatwo ulega i wchodzi na niebezpieczny grunt. Mówimy wtedy o jakichś ciemnych siłach, o złych uczuciach czy ślepej żądzy i zaciętej nienawiści. Dziewczyna, która rozbija cudze małżeństwo i odbiera dzieciom ojca tłumaczy się, że to jest silniejsze od niej. Albo ktoś uczynił wielkie zło, a potem stwierdza, że sam nie wie jak to się stało. Opętanie człowieka może spowodować drugi człowiek. Mogą spowodować ideologie – choćby wspomnieć te, które w minionym wieku zebrały ogromne żniwo także i w naszej Ojczyźnie. Również nałogi są bardzo często takim opętaniem. I to szatan jest ojcem tych wszystkich sytuacji, w których człowiek traci kontrolę nad sobą.

    „Cały czas odnosiłem wrażenie, że mam do czynienia z człowiekiem opętanym przez diabła” – powiedział kanclerz Schuschingg, wychodząc od Hitlera. Takie stwierdzenie wcale nie było metaforą, bo mając do czynienia z pokutującymi grzesznikami słyszę jak w swoich zwierzeniach mówią, że „szatan mnie opętał”, że „szatan we ,mnie siedział”, że „diabeł mnie zaślepił”. Bardzo trafnie istotę opętania przedstawił w swoich rzeźbach znany ludowy artysta Józef Lurka: ogromny wąż oplata człowieka i usiłuje go śmiertelnie ukąsić. W ten sposób odbiera mu wolność, doprowadzając do śmierci duchowej.

    Dzisiejsza Ewangelia chce mnie uwrażliwić, że zły duch świetnie zdaje sobie sprawę kim jest Chrystus. Właściwie diabeł staje się kaznodzieją, bo głosi prawdę o Panu Jezusie, który jest Synem Bożym. Jemu chodzi tylko o jedno: żeby wszystko pozostało po staremu, żeby mógł nadal pozostawać w człowieku, którym już zawładnął.

    Ojciec Jacek Salij pisze, że niektórzy Ojcowie Kościoła widzieli w opętaniu małpowanie przez szatana tajemnicy Wcielenia: ”Mianowicie szatan, przeczuwając w Chrystusie głównego swego wroga i domyślając się tajemnicy Wcielenia, próbował wówczas dawać również spektakularne popisy swojego panowania nad ludźmi i na swój szatański sposób wcielał się w ludzi”. Dziś, choć wciąż bywają takie opętania, jakie są opisane w Ewangelii, diabelska taktyka doprowadziła do optymalnej dla niego sytuacji – po prostu wielu ludzi w jego istnienie nie wierzy, a ludzkie zniewolenia wydają się być często całkiem niewinne, bo nieczysty duch folguje ludziom, gdy znajdują się w jego zasięgu. Ale kiedy człowiek przekroczy granicę – od razu widać jego złość. Ktoś, kto powiedział księdzu, że nie wierzy w istnienie diabła taką usłyszał odpowiedź: Czyżby? Spróbuj mu się opierać przez chwilę, a zaraz w niego uwierzysz.

    Za kilka dni będziemy obchodzić święto Matki Bożej Gromnicznej. W tym mądrym i cwanym świecie, gdzie diabeł nieźle miesza – żebym się nie wstydził wziąć do ręki zapalonej świecy – bo tym światłem i wilki odpędzę, i strasznego Heroda się nie przestraszę, a Ciebie, Panie Jezu Chryste, proszę słowami dziewiętnastowiecznego poety Goszczyńskiego:

    „Niechaj życie pod śmiercią nie miota się dłużej,
    Niech pęknie nad Twym ludem dusząca go warstwa
    Ze skorup samolubstwa, z mózgów niedowiarstwa,
    Z umysłów najeżonych żądzą górowania (…)
    Wybaw ducha polskiego, ziemię polską od niej,
    Strzaskaj tę warstwę, przeorz choćby Twoim gromem,
    Rozmiękcz Twoją miłością, Twym słowem zapłodnij
    I sam już odtąd władaj Twoim polskim domem.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Zwykła – ROK B

    Bóg patrzy na człowieka z miłością

    powołanie apostołów Piotra i Andrzeja – Ottavio Vannini

    ***

    Dzisiejsze Słowo Boże brzmi jakby rozpoczynał się już Wielki Post. Pan Jezus mówi: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. To samo przesłanie zawiera również I Czytanie. Jest w nim mowa i o nawróceniu i o pokucie. Bóg poleca Jonaszowi iść do Niniwy. A on po długich perypetiach nie znajduje nic bardziej pocieszającego, bardziej zachęcającego i mobilizującego, jak to krótkie zdanie: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona”. Mieszkańcy jednak tego „bardzo rozległego miasta – na trzy dni drogi” zaczęli pokutować i Bóg ulitował się nad ich niedolą. Właśnie dlatego Jonasz uciekał aż do Tarszisz. On wiedział, że „Bóg jest łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą”. W Księdze Jeremiasza sam Bóg mówi o swojej miłości do ludzi, która jest zawsze gotowa ulitować się nad ich niedolą i zaniechać swojej kary: „Raz postanawiam przeciw narodowi lub królestwu, że je wyplenię, obalę i zniszczę. Lecz jeśli ten naród, przeciw któremu orzekłem karę, nawróci się ze swej nieprawości, będę żałował nieszczęścia, jakie zamierzałem na niego zesłać”. Tak właśnie Bóg postąpił z Niniwą.

    W 1811 roku we Włoszech, z okazji zaślubin królewskich, ogłoszono dla amnestię dla więźniów. Kiedy ułaskawienie otrzymał jeden z więźniów, który już 26 lat przebywał w więzieniu, a miał karę dożywocia – dziwna rzecz – on nie ucieszył się wiadomością o amnestii. Zmieszany zaczął prosić, by zrobiono wyjątek, co do jego osoby. Tłumaczył, ze już przywykł do swej celi i do więziennego trybu życia, że w świecie pewnie czułby się obco i nie umiałby juz żyć pomiędzy ludźmi.

    Pan Jezus w dzisiejszym przesłaniu mówi bardzo wyraźnie: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże (Mk 1,15). Co to znaczy „pełnia czasu”? Bo może i mnie już trudno uczynić refleksję nad swoim życiem? A czas mija i to bardzo szybko mija. Ów uwięziony od 26 lat czy nie jest mi bliski w moim przyzwyczajeniu się do rutynowego powtarzania tych samych błędów, do życia w ciasnej i ciemnej celi własnego więzienia, w którym ponuro, ale jakoś swojsko. Już nie chcę sięgać po lepszy, inny świat i marzyć o pięknie Bożego Królestwa. Słowa, które napisał był swego czasu Władysław Krygowski: „Do gór trzeba dorosnąć, a nie góry obniżać do siebie” – już mnie nie poruszają. Bo może już uwierzyłem w coraz głośniejsze przekazy z masowych środków, które sprytnie osaczają mnie złymi, niedobrymi wiadomościami, z których powstaje obraz świata już nie tylko ponury i pesymistyczny, ale wręcz katastroficzny.

    Kilkanaście lat temu święty Jan Paweł II w swoim przesłaniu na Światowy Dzień Pokoju przywołał Encyklikę świętego Jana XXIII „Pacem in Terris”. Wtedy konflikt nuklearny był prawie że nieunikniony.

    Ks. Józef Orchowski w swojej książce pt. „Rozważania Tajemnic Różańcowych” przywołuje obraz tamtej pamiętnej nocy z 12 na 13 października 1960 roku. Milion pielgrzymów zgromadziło się w Cova da Ira. Modlili się, czuwali i pokutowali przed Najświętszym Sakramentem pomimo deszczu, który ich zupełnie przemoczył. Gdy w tym samym czasie około 300 diecezji łączyło się duchowo z pielgrzymami w modlitwie i pokucie w Fatimie, jednocześnie odbywało się posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego ONZ, na którym przemawiał Nikita Chruszczow. W przemówieniu tym zagroził posiadaną przez Rosję „bronią absolutnej zagłady”. Aby wymowniej podkreślić swoją groźbę zdjął z nogi but i bił nim w pulpit przed przerażonym Zgromadzeniem. To nie były jałowe straszenia. Chruszczow wiedział, ze jego naukowcy pracowali nad rakietą zdolną przenosić broń atomową. Prace były już zakończone i zamierzali zaprezentować ją, aby uczcić 43 rocznicę rewolucji.

    13 października, zaraz po biciu butem w pulpit, Nikita Chruszczow w pośpiechu odleciał do Moskwy. Dlaczego tak postąpił?

    Marszałek Nedelin, najwyższy rangą dowódca wojsk rakietowych, kierował bezpośrednio próbami owej rakiety. Gdy skończyło się odliczanie, rakieta nie wystartowała. Nedelin wraz ze swoją liczną świtą opuścił bunkier, ażeby ustalić przyczynę awarii. W tej samej chwili rakieta eksplodowała, a Marszałek i jego 300 ludzi zginęło na miejscu.

    Zdarzyło się to wówczas, gdy świat katolicki na kolanach, przed Najświętszym Sakramentem u stóp Królowej Różańca Świętego w Fatimie, błagał, aby nie doszło do wojny atomowej.

    Moc modlitwy różańcowej po wielokroć dawała ludzkości obronę daleko mocniejszą i pewniejszą aniżeli najbardziej niebezpieczne i inteligentne bronie, którymi wciąż pragną posługiwać się wielcy tego świata.

    W tym współczesnym obrazie świata nie można nie zauważyć, że jest ktoś komu bardzo zależy, aby coraz głębiej pogrążać cały ludzki świat w jakiś paraliż, w zupełną niemoc. Kreując prognozy katastroficznych wizji łatwo jest pozbawiać ludzi jakiejkolwiek nadziei. To jest metoda rodem z piekła. Na przykładzie Niniwy można zrozumieć na czym polegało największe nieszczęście mieszkańców tego miasta. Przecież największa kara za grzech jest zawarta w samym grzechu. O. Jacek Salij pisze, że „w mieście tym zagasło światło Bożych przykazań, śmierć duchowa zapanowała nad większością jego mieszkańców. A gdzie ludzie zgubili swoje ukierunkowanie ku życiu wiecznemu i nie liczą się z Bogiem, tam nie pamiętają również ani o zasadach sprawiedliwości, ani o swojej godności – toteż ich świat staje się nieludzki. Takim właśnie miastem, nieludzkim miastem, zastał Niniwę prorok Jonasz”.

    I to jest ta istotna kara za grzechy, kiedy grzech staje się jedynym wymiarem ludzkiego życia. Wtedy taki człowiek już nawet nie umie szukać Boga. Zło, w którym jest zanurzony – nawet nie wydaje mu się złem. A dobro będąc od niego oddalone – zupełnie jest niezrozumiałe.

    Pan Jezus, wzywając do nawrócenia, najlepiej wie jak nieszczęśliwy jest człowiek oddzielony od Boga. U Jeremiasza ubolewa Bóg, że „naród mój popełnił podwójne zło: opuścili Mnie, źródło żywej wody i wykopali sobie cysterny, cysterny popękane, które nie mogą utrzymać wody”.

    Kiedy Pan Jezus mówił o nawracaniu zaraz potem spojrzał na czterech swoich pierwszych uczniów i powiedział im: „Chodźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”.

    O taką łaskę radykalnej przemiany życia modlę się. Nawrócenie bowiem, które stało się udziałem tak wielu ludzi, daje tę wewnętrzną pewność, że sam Bóg patrzy na człowieka z miłością. I ta Boża miłość czyni człowieka mocnym, zdolnym zerwać wielorakie uwikłania z grzechem i zawierzyć całkowicie Bogu. I wtedy słowa, które powtarzam za psalmistą, stają się moją modlitwą:

    „Chociażbym przechodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty, Boże jesteś ze mną”.

    „Bo Ty Boże jesteś dla nas ucieczką i mocą. Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia i góry zapadały w otchłań morza”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • II Niedziela Zwykła – ROK B

    Bóg wyznacza każdemu miejsce

    Opus Dei - Teologia Powołania (I)
    fot. Opus Dei.pl

    ***

    Żyjąc wśród szkockich kalwinów, mam okazję spotykania się na co dzień z nieco inną strukturą niż ta, która trwa w Kościele katolickim.

    Na przykład powoływanie poszczególnych pastorów odbywa się, tak jak w sektorze czysto świeckim na różne funkcje czy stanowiska, poprzez wybór tego kto jest lepszy. Głosowanie według prawideł demokratycznych jest dziś tak powszechne i oczywiste, że wielu nie ma wątpliwości: to co wybiera większość jest słuszne, choćby nawet ten wybór był niezgodny z prawem naturalnym. Istnieje więc wielkie niebezpieczeństwo – jeżeli tę metodę próbuje się stosować do wszystkich dziedzin ludzkiej egzystencji.

    Przy wyborze pastorów bywają nieraz przeróżne sytuacje, nawet i zabawne. W jednej z parafii na zwolnione miejsce rada tzw. „starszych” ogłosiła konkurs. Zgłosiło się kilku kandydatów, ale rada zadecydowała, że żaden z nich się nie nadaje. Pierwszy nie potrafił głosić kazań. Drugi miał tak cichy głos, że nawet mikrofony nie wiele mogły pomóc. Trzeci nie umiał śpiewać. Więc żaden nie wchodził w rachubę.

    Wtedy pastor, który właśnie zwolnił swoje miejsce, przechodząc na emeryturę, powiedział, że ma jeszcze jednego kandydata. Jest to ktoś, kto do tej pory nigdzie nie zagrzał miejsca. Nie wiedział on, czy ten kandydat kogoś ochrzcił, czy też nie. Jest on również chory, cierpi na postępującą ślepotę. Ma jednak Ducha Świętego i potrafi głosić kazania. Ale chyba on też nie znajdzie uznania w tej parafii.

    Nie, nie – odpowiedziała rada parafii – takiego też na pewno nie potrzebujemy.

    Tak, ale chcę państwu jeszcze tylko powiedzieć – odparł pastor – że to jest apostoł Paweł.

    Św. Paweł nie potrzebował żadnego ludzkiego wyboru, aby mógł głosić Dobrą Nowinę – bo sam Pan powołał go na drodze do Damaszku.

    Dzisiejsze Słowo Boże opisuje w jaki sposób Bóg wyznacza poszczególnym ludziom zadania.

    W I Czytaniu widać tę ciągłość, kontynuację Bożych wezwań. Samuel, bardzo jeszcze młody, pełnił funkcję w świątyni. Pilnował lampy, która płonęła na znak obecności Pana. Służył Bogu w świątyni z całym oddaniem, bo pomimo młodego wieku nie uległ zgorszeniu, jakie rozsiewali wokół siebie synowie arcykapłana Helego. Dominikanin ojciec Jacek Salij komentuje to w ten sposób: „Panu Bogu jakby było mało gorliwej służby Samuela. Przychodzi do młodego chłopca z niezwykle trudnym wezwaniem: Idź i upomnij arcykapłana z powodu jego bezbożnych synów! Na szczęście Pan Bóg, ilekroć wyznacza nam jakieś trudne zadanie, sam troszczy się o takie ułożenie różnych okoliczności, abyśmy to zadanie mogli wykonać. Tak było też w przypadku Samuela”.

    A w Ewangelii moment powołania dwóch uczniów Jana Chrzciciela dokonał się tak bardzo zwyczajnie. Kiedy Jezus przechodził – dotychczasowy ich mistrz powiedział o Nim: „Oto Baranek Boży”. To wystarczyło, że poszli za Jezusem. Jezus więc zwrócił się do nich i zapytał: „Czego szukacie?” A oni zaskoczeni takim pytaniem zastosowali unik: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Jezus na pewno musiał mieć wtedy na twarzy pobłażliwy uśmiech, bo im odpowiedział: „Chodźcie, a zobaczycie”. Św. Jan pisząc Ewangelię już jako starzec wciąż pamiętał, że „było to około godziny dziesiątej”. Z kolei Pan posłużył się nimi, bo oni przyprowadzili swoich braci, których On też powołał.

    Bóg powołując człowieka zawsze zwraca się do niego po imieniu. Tak jest i dziś. Czemu więc wielu nie słyszy? A nawet kiedy usłyszy Boże wezwanie: „Pójdź za mną” zachowuje się tak jak bogaty młodzieniec. Bo Bóg zawsze wzywa do czegoś więcej. A wtedy człowieka ogarnia obawa i lęk przed nieznanym. I pyta sam siebie: czy nie wystarczy strzec tylko 10 przykazań Bożych? Bywa i to nie rzadko, że człowiek przechodzi długą i ciężką drogę, zanim uzna sprawy Królestwa Bożego za najważniejsze. Wciąż coś go wstrzymuje, jak garb wielbłąda w przejściu przez ciasną bramę. I to niekoniecznie muszą być wielkie bogactwa. Ileż człowiek potrafi nagromadzić w sobie i wokół siebie przeróżnych drobiazgów, nawet śmiesznych i błahych, które urastają do wielkich rozmiarów, jak ten przysłowiowy garb. Przy czym tłumaczy sobie, że to wszystko mu się przyda. I tak pozostaje jak na uwięzi.

    Albo Boże wezwanie nie dochodzi do człowieka, bo człowiek odgrodził się swoimi grzechami jak murem obronnym. I tkwi w tych grzechach i wyrządza straszną krzywdę, bo nie jest w stanie nawet uświadomić sobie ogrom dobra jaki Bóg mógłby przez niego wypełnić, gdyby nie jego trwanie w martwej stagnacji. Kiedy człowieka dotyka cierpienie, krzywda, kiedy czuje się samotny i nie widzi sensu swojego życia – wtedy człowiek najczęściej czyni winnym Boga za ten stan rzeczy, a nie ciemność, którą sprawił jego egoizm.

    Świat jest wielką rodziną i to sam Bóg wyznacza każdemu właściwe miejsce i niepowtarzalne zadane do spełnienia. Władysław Reymont wypowiedział takie bardzo znamienne zdanie: „Życie nie daje nam tego, co chcemy, tylko to, co dla nas ma”. I w tym, co życie dla nas ma, co Bóg nam daje, trzeba odnaleźć siebie, swoje miejsce, swoje zadanie. Przy czym nie do mnie należy mierzyć znaczenie różnych powołań moją ludzką miarą. My wszyscy stanowimy Mistyczne Ciało Chrystusa. Dlatego św. Paweł w dzisiejszym II Czytaniu bardzo mocno podkreśla: „Czyż nie wiecie, że wasze ciała są członkami Chrystusa? Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Niedziela Chrztu Pańskiego – ROK B

    Boży zamysł

    Wspomnienie chrztu Jezusa
    Ikona Chrztu Pańskiego – Kiko Arguello/reprodukcja:Jakub Szymczuk/ GN

    ***

    Dzisiejsza uroczystość jest dalszym ciągiem Bożego Objawienia. I chociaż sytuacja dzisiejszego czasu pandemii pozbawiła nas atmosfery Bożych Narodzin, które w Liturgii Kościoła wciąż trwa aż do uroczystości Ofiarowania Pańskiego w świątyni jerozolimskiej czyli do święta Matki Bożej Gromnicznej. Ale przecież możemy śpiewać w naszych domach kolędy i składać sobie życzenia łamiąc się się opłatkiem, bo jesteśmy u początku Nowego Roku Pańskiego. Odkryjmy na nowo domowy kościół.

    Słowo Boże, które dziś do nas mówi umiejscawia nas coraz głębiej w Bożej rzeczywistości ukazując Boży zamysł. Oto Pan Jezus ma lat już trzydzieści. Jest na  drodze, która prowadzi ku Jerozolimie. Ta droga ma wymiar trzech lat. Na tej drodze   dokona się nie tylko naprawienie człowieczego losu, ale wyprowadzenie ludzkości z beznadziejnej sytuacji doprowadzjąc aż do wejścia w rejony Bożego życia. Rozpoczyna więc Syn Boży swój przełomowy moment od chrztu pokuty, którego udzielał Jan Chrzciciel w wodach Jordanu. Co prawda „Jan Go powstrzymywał mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie”. Ale odpowiedź Jezusowa była zdecydowana: „Pozwól teraz, bo tak się godzi nam wypełnić wszystko, co jest sprawiedliwe”. Co oznacza owe „wypełnienie wszystkiego, co jest sprawiedliwe”? Oznacza, że każdy grzech, że każdą winę On przyjął na siebie, aby zanieść aż na Kalwarię. W ten sposób utożsamił się z każdym człowiekiem  równocześnie dając każdemu człowiekowi nieprawdopodobną szansę. Bo jak zauważa ks. biskup Pietraszko: „Również twoje i moje winy i grzechy zeszły w Chrystusie i z Chrystusem już wtedy i tam    w nurt świętej rzeki miłosierdzia Bożego. W jakiś nieznany nam, ludziom, sposób – zaczątkowy, ale skuteczny, rozpoczęło się obmywanie i oczyszczanie każdego z nas ku zbawieniu. Sytuacja ta, zapoczątkowana nad Jordanem we chrzcie Chrystusowym, czeka dziś na dopowiedzenie i dopełnienie od naszej strony. Dzieło zapowiedziane powinno być przez nas dokończone. Sprawa rozpoczęta i ustawiona we właściwym kierunku powinna być przez nas podjęta. I my powinniśmy wejść w wody Jordanu, wejść w wody pokuty, by się na nas również dokonało to wielorakie obmycie, które symbolizuje nurt tamtej rzeki, w którą wstąpił Chrystus”.

    Na osobie Jana Chrzciciela widać bardzo wyraźnie, jak on z coraz większym zaufaniem wchodzi w te Boże plany. Bo oto on – w momencie swojej największej popularności będąc na ustach całego tłumu i o którym sam Jezus powiedział, że „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy” – zrozumiał, że jego pierwsza misja już się zakończyła: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał”. Jan teraz miał wypełnić inne zadanie, które poprzez samotność i cierpienie doprowadza go aż do męczeństwa. Taka była jego droga i w dzisiejszej Ewangelii widać jak się do niej przygotowywał: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów”.

    Nieodzowna jest zatem świadomość szukania właściwej proporcji: kim jest Bóg i kim jest człowiek. Bóg zawsze „pysznym się sprzeciwia a pokornym łaskę daje”. Magnificat, który wyśpiewała Maryja wciąż rozbrzmiewa. Oby dotarł do każdego ludzkiego serca. Bo wtedy Tajemnice wód Jordanu i Tajemnice gór Przemienienia dotykają ziemi a człowiek może dotykać Nieba doświadczając relacji, które istnieją pomiędzy Bożymi Osobami. Ojciec nie sam siebie sławi i nie o sobie mówi. Ale wskazuje na swojego Syna: „To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” Dlatego ma Syna doskonałego, który jest Mu doskonale podobny. Czy więc ja, człowiek dumny, w którym wciąż drzemie „pycha żywota” potrafię zrozumieć wędrówkę  Bożego Syna, który nie tylko „…porzucił szczęście swoje, wszedł między lud ukochany, dzieląc z nim trudy i znoje. Niemało cierpiał, niemało, żeśmy byli winni sami”, ale „uniżył samego siebie stając się posłusznym aż do śmierci i to śmierci krzyżowej”?   

    W rzece Jordan dokonał się paradoks – bo oto “NAJŚWIĘTSZY grzesznik” wstąpił w jej nurty. I odtąd wody Jordanu symbolizują Bożą moc. Stają się materią sakramentu, który oczyszcza człowieka i ubiera go w godność bożego domownika.

    Na czym polega to przedziwne wyciągnięcie człowieka posłużę się prawdziwym przykładem z życia Helen Keller. Kiedy miała półtora roku straciła wzrok i słuch. W wieku lat sześciu   zrozumiała, że chce wzrastać, ale obezwładniał ją całkowicie mur milczenia. Jej rodzice głęboko zatroskani po długich poszukiwaniach znaleźli w końcu dla niej nauczycielkę, pannę Sullivan. Po kilku miesiącach ćwiczeń umiała już na swoich palcach przeliterowywać wiele wyrazów, choć wtedy nie wiedziała jeszcze, że istnieją jakieś wyrazy i że one coś oznaczają.  I oto wydarzyło się w jej życiu coś co ona nazywa cudem. Panna Sullivan próbowała wbić jej do głowy, że mug to kubek, a water to woda. Ale Helen wciąż i wciąż myliła te dwa wyrazy. Nauczycielka zrezygnowała z dalszego ćwiczenia. Postanowiła, że wyjdą na spacer. Idąc koło fontanny nagle ręka Helen, prowadzona ręką Sullivan, znalazła się pod zimnym strumieniem wody. Wtedy na drugiej ręce zaczęły znowu literować słowo „woda”, najpierw powoli, potem szybko. Trwało to jakiś czas, aż nagle Helen doznała olśnienia. Tajemnica języka stanęła przed nią otworem: każda rzecz ma swoją nazwę!

    Teraz już wiedziała, że woda to coś cudownie zimnego, co obmywa jej rękę. To żywe słowo obudziło w niej duszę do życia, podarowało jej światło, nadzieję, radość i uwolniło ją z kajdań!

    Tego samego dnia będąc pełna chęci do nauki nauczyła się wielu nowych wyrazów. Między nimi były takie słowa jak „matka”, „ojciec”, „siostra” – słowa, którymi zakwitł dla niej świat.

    Helen Keller została uwolniona z „ciasnego więzienia” dzięki „wodzie”, która obmywała jej rękę.

    Poprzez historię tej dziewczynki można zobaczyć w maleńkim fragmencie co dzieje się w ludzkim sercu, które przyjmuje chrzest. Wtedy rzeczywiście dusza budzi się do nowego, Bożego życia i doznaje uwolnienia od kajdan grzechu pierworodnego.

    Ten chrzest miał miejsce w moim życiu. Dlaczego więc potrafię tak często pozostawać obojętnym wobec Jezusa, który nie tylko, że sam na siebie włożył moje nieprawości, aby „wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”, ale, jeszcze jakby nie dość było tego, jest obecny w moim życiu i to z nieprawdopodobną delikatnością: „nie krzyczy ani głosu nie podnosi, trzciny nadłamanej nie łamie, a knotka o nikłym płomyku nie gasi”.

    A sam Bóg takie daje o Nim świadectwo: „On jest moim Synem umiłowanym, w którym mam upodobanie”.

      

  • Akt Komunii Świętej duchowej

    Klękam u Twoich stóp, o mój Jezu, i ofiarowuję Tobie skruchę mego serca, które pogrąża się w nicości i Twojej świętej obecności.
    Uwielbiam Ciebie w Sakramencie Twej miłości, pragnę Cię przyjąć w ubogim mieszkaniu mego serca.
    W oczekiwaniu na szczęście Komunii sakramentalnej pragnę Cię przyjąć w Duchu.
    Przyjdź do mnie, o mój Jezu, abym przyszedł do Ciebie.
    Niech Twoja miłość rozpali całą moją istotę na życie i na śmierć.
    Wierzę w Ciebie, ufam Tobie, kocham Ciebie.
    Niech się tak stanie.

    Tekst Aktu Komunii Świętej duchowej, zaproponowany w dniu 19 marca 2020 r. przez papieża Franciszka wiernym, którzy uczestniczą we Mszach św. transmitowanych za pośrednictwem mediów – radia, telewizji, internetu. ************************************************************************

    Komunię duchową można przyjmować nie tylko podczas Mszy św.

    To „najskuteczniejsza pomoc”

    MASKA W KOŚCIELE
    Jair Ferreira Belafacce | Shutterstock

    Do komunii duchowej możesz przystąpić także wówczas, gdy udaje ci się osobiście być na mszy i przyjąć komunię. Komunia duchowa nie tylko częściowo zastępuje przyjmowanie Eucharystii w fizycznej postaci, ale wzmaga nasz głód sakramentu. I sprawia, że jego faktyczne przyjęcie staje się jeszcze bardziej owocne.

    Komunia duchowa: modlitwa

    W ostatnich miesiącach z powodu pandemii powróciliśmy do praktykowania duchowej komunii. To akt wyrażający wielkie pragnienie oraz błaganie, by Jezus przybył do naszej duszy. I działał tak, jak byśmy przyjęli Go sakramentalnie podczas Mszy św.

    Św. Tomasz z Akwinu nauczał, że możemy „duchowo spożywać” Eucharystię, jeśli tylko mocno jej pragniemy. A także otrzymywać łaskę sakramentu, gdy nie możemy Go przyjąć fizycznie.

    Kiedy odprawiałem mszę i transmitowałem ją przez internet, po pieśni „Baranek Boży” trzymałem kielich i hostię skierowaną do kamery i zastygałem na chwilę. Chciałem, by wirtualna wspólnota, gdziekolwiek się wówczas znajdowała, dostąpiła aktu duchowej komunii. Modliłem się:

    Jezu mój! Wierzę, że jesteś obecny w Najświętszym Sakramencie. Miłuję Cię nade wszystko i pragnę Cię posiadać w duszy mojej. Ponieważ teraz nie mogę Cię przyjąć sakramentalnie, przyjdź przynajmniej duchowo do serca mojego. Obejmuję Cię jakobyś już do mnie przyszedł i cały z Tobą się łączę. Nie dozwól, abym się miał oddalić od Ciebie. (św. Alfons Maria Liguori)

    Nie rezygnuj z duchowej komunii

    Zanim wybuchła pandemia, wielu katolików zapewne nigdy nie słyszało o tej wielowiekowej tradycji. Teraz natomiast odkryli dzięki niej, że jest to sposób na rozbudzenie w sobie miłości do Eucharystii.

    Jako że powróciliśmy – choć w ograniczony sposób – do odprawiania publicznych mszy, kusząca wydaje się rezygnacja z tego nabożeństwa oraz zachowanie go na kolejny kryzys.

    Tymczasem, katolicy – czy to uczestniczą we mszy wirtualnie, czy osobiście – powinni kontynuować przystępowanie do codziennych komunii duchowych zarówno w dobrych, jak i złych czasach, w zdrowiu i w chorobie.

    Św. Teresa z Ávili, która doświadczała potężnych owoców tej praktyki, radziła:

    Kiedy nie możesz przyjąć komunii i nie uczestniczysz we Mszy św., możesz przystąpić do komunii duchowej, będącej bardzo korzystną praktyką, dzięki której uświadomisz sobie miłość Boga.

    Głód sakramentu

    Jednak do komunii duchowej możesz przystąpić także wówczas, gdy udaje ci się osobiście być na mszy i przyjąć komunię. Komunia duchowa nie tylko częściowo zastępuje przyjmowanie Eucharystii w fizycznej postaci. Ale też wzmaga nasz głód sakramentu. I sprawia, że jego faktyczne przyjęcie staje się jeszcze bardziej owocne.

    Wyobraźmy sobie przyjaciół, którzy są od siebie daleko, ale regularnie komunikują się ze sobą na odległość. Kiedy dochodzi do ich osobistego spotkania, dzięki tej systematycznej komunikacji jest ono piękne, swobodne i naturalne.

    Św. Alfons Maria Ligouri polecał, by w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu lub na mszy przystępować do komunii duchowej trzy razy. Na początku, w środku i na końcu. W rzeczywistości nie ma oczywiście żadnych ograniczeń co do częstotliwości przyjmowania komunii. Św. Alfons napisał:

    Bł. Agata od Krzyża praktykowała 200 duchowych komunii w ciągu dnia. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy Ignacego Loyoli, miał w zwyczaju mówić, że duchowe komunie są najskuteczniejszą pomocą w przyjmowaniu świętej Eucharystii w odpowiedniej postawie.

    Miłość do wielkiej tajemnicy

    Podczas gdy duchowa komunia często jest polecana świeckim, zwłaszcza tym, którzy nie mogą wyjść z domu lub są hospitalizowani, księża także mogą czerpać korzyści z tej praktyki. Przez kilka niedziel biernie przysłuchiwałem się temu, jak ludzie pobożnie odmawiają słowa komunii duchowej (powyżej). Poruszyło mnie to i postanowiłem modlić się w ten sposób także poza Mszą św.

    Akt duchowej komunii powtarzany w ciągu dnia stał się dla mnie ponownym przeżywaniem Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty oraz wytęsknionym oczekiwaniem na Niedzielę Wielkanocną. Choć do 200 duchowych komunii dziennie brakuje mi wciąż bardzo wiele, to jednak praktyka ta rozbudziła moją miłość oraz szacunek dla wielkiej tajemnicy, którą celebruję z Kościołem każdego dnia.

    Komunia duchowa nie jest jedynie rozwiązaniem na czas pandemii czy innych nadzwyczajnych okoliczności. Komunia duchowa jest na każdy czas.

    O. Quang D. Tran SJ /Aleteia.pl

    ************************************************************************

    Komunia duchowa – praktyczne porady

    Ks. prof. Ireneusz Mroczkowski

    Sample
    fot. Mazur/Catholicnews.org.uk

    W obecnej sytuacji, gdy wielu katolików z obawy przed zarażeniem nie przystępuje do Komunii sakramentalnej, duszpasterze powinni zachęcać parafian do korzystania z komunii duchowej. Czym jest „komunia duchowa” i w jaki sposób winniśmy ją przeżywać – wyjaśnia w analizie dla KAI ks. prof. Ireneusz Mroczkowski, profesor nauk teologicznych, specjalista z zakresu teologii moralnej i etyki.

    W kontekście przeżywanej zarazy oraz niemożności przystępowania niektórych wiernych do Komunii św. sakramentalnej, powraca dyskusja o komunii duchowej. W obecnej sytuacji, gdy wielu katolików z obawy przed zarażeniem nie przystępuje do Komunii sakramentalnej, duszpasterze powinni zachęcać parafian do korzystania z komunii duchowej. Przy okazji można i trzeba wyjaśnić związek komunii duchowej z sakramentem Eucharystii oraz odróżniać „komunię duchową” od „pragnienia Komunii świętej”.

    Związek „komunii duchowej” z Eucharystią

    Trzeba zacząć od swoistego paradoksu. Z jednej strony wielu współczesnych publicystów katolickich powtarza, że komunia duchowa jest „starą, wypracowaną w ciągu wieków praktyką duchową, opartą na wierze i miłości”, z drugiej zaś nie ma o niej wzmianki w Katechizmie Kościoła Katolickiego, nie znajdziemy takiego terminu w indeksie rzeczowym dokumentów Soboru Watykańskiego II, ani nie wspomina o niej „Leksykon duchowości katolickiej” [Lublin 2002].

    Ci, którzy chcą oprzeć się na nauce soborowej, cytują na ogół zapis „Dekretu o Najświętszym Sakramencie” [1551 r.] Soboru Trydenckiego. Ojcowie tego Soboru mówią w nim o komunii duchowej w kontekście korzystania z Eucharystii. Jest ona wymieniona obok dwu innych sposobów korzystania z tego sakramentu: pierwszy – niegodny, gdy przyjmuje się sakrament w stanie grzechu, drugi – duchowy, czyli przez pragnienie – „żywą wiarą, która działa przez miłość”[Gal 5,6] oraz trzeci – gdy przyjmuje się Najświętszy Sakrament i duchowo i sakramentalnie.

    Ojcowie tego Soboru najwyżej cenią trzeci sposób korzystania z Eucharystii, kiedy ludzkie pragnienie, ożywione wiarą i miłością łączy się z sakramentem. Podkreślony przez Sobór Trydencki związek Eucharystii i „pragnienia duchowego” staje się oczywisty we współczesnej teologii sakramentów, korzystającej z chrześcijańskiego ujęcia osoby i symbolu. W tej teologii nie tylko integruje się wszystkie aspekty Eucharystii (ofiara, realna obecność, sakrament), ale podkreśla znaczenie osobowego oddania Bogu przez uczestnika Eucharystii. Duchowo-religijny aspekt przeżywania Eucharystii polega na tym, że – jak podkreśla G. L. Műller – „w konsekrowanych znakach chleba i wina wierzący nawiązuje łączność z człowieczeństwem Jezusa Chrystusa. To z kolei jest realnym symbolem Bosko-ludzkiej komunikacji, sięgającej do wspólnoty Trójjedynego Boga” (Dogmatyka katolicka, Kraków 2015, s.722).

    Tu ma swoje źródło „łączność, zjednoczenie, więź, wspólnota” chrześcijanina z Chrystusem, czyli komunia duchowa. Tak ją przeżywali święci, począwszy od Ojców Kościoła (Grzegorz z Nyssy, Jan Chryzostom, św. Augustyn) aż po św. Teresę od Jezusa, św. Alfonsa Liguoriego czy św. Jana Pawła II. Ten ostatni napisał: „W Eucharystii znajduje swój kres wszelkie ludzkie pragnienie, ponieważ tu otrzymujemy Boga i Bóg wchodzi w doskonałe zjednoczenie z nami. Właśnie dlatego warto pielęgnować w duszy stałe pragnienie Sakramentu Eucharystii. Tak narodziła się praktyka ‘komunii duchowej’, szczęśliwie zakorzeniona od wieków w Kościele i zalecana przez świętych mistrzów życia duchowego” (Jan Paweł II, Encyklika „Ecclesia de Eucharystia”, nr 34).

    Dzisiejsze trudności z rozumieniem komunii duchowej wynikają z racjonalizmu współczesnej kultury oraz deficytu wrażliwości sakramentalnej u wielu wiernych. Duchowość kojarzy się przeciętnemu konsumentowi kultury masowej z czymś ezoterycznym, wewnętrznym, czasami z emocjami, w najlepszym razie z rozumnością i wolnością człowieka. Z drugiej strony nie zawsze potrafimy wytłumaczyć wiernym związek sakramentu z cielesnością człowieka. Nad tym ubolewał Jan Paweł II w słynnych „Katechezach środowych” poświęconych „teologii ciała”. Bo przecież chrześcijanin, który nie przekroczy zbanalizowanego rozumienia duchowości, a w dodatku podejrzliwie traktuje swoją cielesność, nie będzie zdolny do przeżywania komunii duchowej.

    W braku możliwości uczestnictwa w Eucharystii, komunia duchowa karmi się tęsknotą za nią. Skuteczność komunii duchowej zależy więc od żarliwości tęsknoty. Jeśli jest szczera i żarliwa, może prowadzić do mistycznego zjednoczenia z Jezusem Eucharystycznym, o czym opowiadają życiorysy świętych, np. Stanisława Kostki. Jeśli jest zmieszana z wątpliwościami, letniością ducha, brakiem modlitwy, owoce jej są mizerne.

    Komunia duchowa zakłada trzy akty: akt wiary w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii; akt miłości skierowanej ku Jezusowi oraz akt pragnienia osobistego spotkania z Jezusem. Dobrą ilustracją związku komunii duchowej z Eucharystią są ewangeliczni uczniowie idący do Emaus. Uciekając z Jerozolimy czuli się tak samo zawiedzeni jak i tęsknili za Jezusem. Najważniejszą pamiątkę, która ostatecznie ich ocaliła, nieśli w sercu w postaci przeżytej z Mistrzem ostatniej Wieczerzy. Rozpoznając Go przy „łamaniu chleba”, mieli szczęście doświadczyć owoców komunii duchowej w bezpośredniej konfrontacji ze Zbawicielem. Można przypuszczać, że po tamtej Eucharystii, najlepiej wiedzieli, czym jest komunia duchowa. Jej owoce zależą od pamięci eucharystycznej oraz tęsknoty do Jezusa z Wieczernika, Golgoty i poranka wielkanocnego.

    Tak rozumiana komunia duchowa, poza brakiem możliwości uczestniczenia w Eucharystii, może być pielęgnowana jako jedna z form duchowości eucharystycznej, np. podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Pisał o tym Jan Paweł II w cytowanej wyżej Encyklice: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca. Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim sztuką modlitwy, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”(„Ecclesia de Eucharystia”, nr 25).

    Pragnienie Komunii św.

    We współczesnej dyskusji na temat komunii duchowej pojawiła się tendencja, aby komunii duchowej nie warunkować stanem łaski uświęcającej. W konsekwencji z komunii duchowej mogłyby korzystać osoby żyjące np. w związkach niesakramentalnych. Takie stanowisko prezentuje m.in. niemiecki kardynał, Paul J. Josef Cordes, określający komunię duchową, jako dyspozycję serca, której nie da się ostatecznie ocenić prawem. Jeśli prawo kanoniczne zabrania osobom żyjącym w związkach niesakramentalnych przystępować do Komunii św. sakramentalnej, to nie znaczy, że nie mogą one żywić „pragnienia pełnego zjednoczenia z Chrystusem”, utożsamianym przez Kardynała z komunią duchową.

    Innego zdania jest abp Stanisław Gądecki, który w kontekście Synodu Biskupów 2014 – 2015 podkreślił, że z komunii duchowej mogą korzystać osoby będące w stanie łaski, którym prześladowania, brak kapłanów czy fizyczna trudność uniemożliwiają przystąpienie do Komunii św. Arcybiskup odróżnił „serdeczną modlitwę, pełną tęsknoty” osób rozwiedzionych żyjących w nowych związkach od „komunii duchowej”. Ta druga zakłada stan łaski uświęcającej („Wiadomości” KAI 2015, nr 17, s. 9.). Warto zauważyć, że obydwa wyrażenia występują w adhortacji „Sacramentum caritatis” Benedykta XVI: “Nawet wtedy, kiedy nie jest możliwe przystąpienie do sakramentalnej Komunii, uczestnictwo we Mszy św. pozostaje konieczne, ważne, znaczące i owocne. W tej sytuacji dobrze jest żywić pragnienie pełnego zjednoczenia z Chrystusem, za pomocą, na przykład, praktyki komunii duchowej, przypomnianej przez Jana Pawła II i polecanej przez świętych mistrzów życia duchowego.” (Rzym 2007, nr 55).

    Święci mistrzowie życia duchowego interpretowali komunię duchową w kontekście łaski uświęcającej. Należy więc „komunię duchową” odróżnić od „pragnienia zjednoczenia z Chrystusem”, które żywią osoby nie mogące uczestniczyć w komunii sakramentalnej. Niezależnie jednak od tradycyjnego rozumienia komunii duchowej, przyszedł czas, aby „pragnieniu zjednoczenia z Chrystusem”, które odczuwają osoby żyjące w związkach niesakramentalnych poświęcić więcej uwagi. Zachęca nas do tego papież Franciszek, a inspiruje teologia Miłosierdzia Bożego i społeczne struktury grzechu, reflektowane przez społeczną naukę Kościoła. Bóg dotyka łaską żalu także ludzi, którzy nie potrafią zniszczyć struktur zła w sobie i wokół siebie. Nawet jeśli wtedy nie jest możliwe rozgrzeszenie sakramentalne, to nie wolno lekceważyć głębi duchowej tęsknoty duchowej, tak samo jak nie wolno pomniejszać owoców oczyszczenia sakramentalnego.

    Komunia duchowa w czasie zarazy

    Z duszpasterskiego punktu widzenia istotne jest, aby katolicy w czasie zarazy odnowili w sobie potrzebę komunii duchowej. Jest to proces duchowy, który zachodzi między pełnym niepokoju człowiekiem i Bogiem Miłosiernym. Okoliczności, jakie stwarza stan pandemii, wraz z niemożliwością przyjmowania Komunii św. sakramentalnej, powinny pobudzić „tęsknotę eucharystyczną” u naszych wiernych. Można to też nazwać postem eucharystycznym, który powinien oczyszczać przejawy rutyny, powierzchowności czy – nie daj Boże – świętokradzkiego sposobu przystępowania do Komunii św.

    Komunia duchowa przeżywana w czasie zarazy powinna w miarę możliwości łączyć się z adoracją Najświętszego Sakramentu. Przytoczone wyżej świadectwo Jana Pawła II podpowiada, gdzie w czasie niepewności i lęku szukać ukojenia, nadziei i chrześcijańskiego męstwa bycia. Skutkiem komunii duchowej przeżywanej na adoracji może być doświadczenie nieskończonej miłości Serca Jezusa. „Litania do Serca Pana Jezusa i Akt ofiarowania Sercu Jezusowemu”, odmawiane zwykle w pierwsze piątki miesiąca, mogą stać się modlitwami pobudzającymi żarliwość komunii duchowej.

    Praktycznie najczęstszą podczas obecnej zarazy okazją do przeżywania komunii duchowej jest uczestnictwo we Mszy św. transmitowanej przez radio, telewizję czy Internet. Można też łączyć się duchowo ze Mszą św. odprawianą o określonej godzinie w kościele parafialnym. Telewizja i radio umożliwiają nie tylko słuchanie Słowa Bożego i homilii, ale i egzystencjalne przeżywanie całej liturgii. Komunia duchowa jest tu wkomponowana w całość przeżycia Mszy św. Do transmisji religijnej należy przygotować się wewnętrznie i zewnętrznie, czyli zadbać o wyłączenie telefonu, porządek w pokoju, nie mówiąc o znakach religijnych. Przed Mszą św. można odmówić jedną z ulubionych modlitw przed Komunią, a w chwili jej rozdawania w kościele upokorzyć się przed Panem Jezusem, wyznać Mu miłość i przyjąć do duszy.

    Kiedy chcemy przyjąć komunię duchową niezależnie od transmisji radiowej czy telewizyjnej, trzeba to uczynić w miejscu odosobnionym, na przykład w pokoju, gdzie aktualnie nikogo nie ma. Pomaga to w skupieniu i zapewnia intymność spotkania z Jezusem. Jeśli dysponujemy czasem, można komunię duchową włączyć w domowe nabożeństwo eucharystyczne z aktem żalu, wyznaniem wiary w obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Modlitwa „Ojcze nasz” ułatwia przyjęcie postawy dziecka Bożego i otwiera serce dla Jezusa Chrystusa. Słowa, którymi zapraszamy Pana, powinny być proste, szczere, żarliwe.

    Podobnymi słowami i z otwartym sercem można przyjmować Jezusa w komunii duchowej dowolną ilość razy, w dowolnym czasie i w dowolnym miejscu, zwłaszcza w czasach zarazy. Słuszną przyczyną może być zarówno zagrożenie własnego życia i zdrowia, widok cierpiących osób, jak i prośba o solidarność społeczną czy wrażliwość charytatywną katolików. Z owoców komunii duchowej skorzystać mogą wszyscy. Św. Franciszek Salezy ujął to z właściwą sobie precyzją: „dwa są rodzaje ludzi, którzy powinni często komunikować: doskonali, aby stać się jeszcze doskonalszymi, i niedoskonali, aby stać się doskonałymi; mocni, żeby nie osłabnąć, słabi, by się stać mocnymi”.

    Ks. Ireneusz Mroczkowski, profesor nauk teologicznych, specjalista z zakresu teologii moralnej i etyki.

    Katolicka Agencja Informacyjna KAI

    ************************************************************************

    Co to jest post eucharystyczny?

    W czasach, w których przyszło nam żyć, przeżywanie Eucharystii jako tajemnicy zbawienia, dokonującej się tu i teraz, coraz częściej staje się tylko zewnętrzną praktyką, pozbawioną duchowego i wewnętrznego przygotowania. Dlaczego tak się dzieje? Czy jest to tylko wpływ otaczającego nas świata, który za cel stawia sobie tylko wygodne życie, pozbawione jakiegokolwiek wysiłku i umartwień? Można ulec tym pokusom, jednak czy na tym polega dojrzałe przeżywanie swojej wiary?

    fot. Andrzej Niedźwiecki/Niedziela

    ***

    Dobrze przeżyta Eucharystia, może dać człowiekowi prawdziwe szczęście, o które tak trudno, we współczesnym świecie. To w Komunii św. najpełniej można doświadczyć przeogromnej miłości Jezusa, który staje się dla nas prawdziwym pokarmem na drodze wiary. Stąd też wypływa potrzeba, jak najlepszego przygotowania swego serca, na przyjęcie tak wielkiego daru.
    Jednym z licznych sposobów przygotowania się do Mszy św., jest post eucharystyczny. Początków tej praktyki należy szukać w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jednak konkretne wskazania na ten temat pojawiają się dopiero po Soborze Trydenckim. Zgodnie z prawem kanonicznym, obowiązującym w tamtym czasie, każdy kto chciał przystąpić do Komunii św. musiał powstrzymywać się od spożywania pokarmów i napojów od północy aż do momentu przyjęcia Eucharystii. Dlatego też w tamtym czasie, Msza św. była sprawowana przeważnie rano.
    Od roku 1953 rozpoczyna się proces, łagodzenia dyscypliny postnej. Najpierw papież Pius XII pozwala wiernym na spożywanie wody, w czasie bezpośredniego przygotowania do Eucharystii, a po kilku latach skraca obowiązujący czas postu do trzech godzin. Kolejne zmiany w omawianej praktyce, przynoszą nam już czasy po II Soborze Watykańskim. Papież Paweł VI skraca ten czas do jednej godziny.

    Ważną informację w tej dziedzinie, przynosi nam instrukcja: Immensae caritatis z 1973 r., która dla osób chorych przebywających w szpitalach lub w domach oraz dla osób starszych niemogących opuszczać domu, a także dla osób, które im posługują, skraca czas postu do piętnastu minut.
    Wydany z kolei w 1983 roku, nowy Kodeks Prawa Kanonicznego nie wspomina już o kwadransie, lecz ogólnie stwierdza, że wyżej wymienione osoby „mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” (kan. 919 § 3).
    W normalnych warunkach, post obowiązuje wszystkich, którzy pragną przystąpić do Komunii św., natomiast czas zachowania godziny postu, liczy się do momentu przyjęcia Ciała i Krwi Pańskiej, a nie do rozpoczęcia Mszy św.
    Konferencja Episkopatu Polski w swoich wskazaniach do Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego podkreśla także, doniosłą rolę przygotowania do Eucharystii.
    W punkcie trzecim czytamy: „Wszyscy udający się na sprawowanie Eucharystii powinni się do niej przygotować przez post i modlitwę, przez pojednanie z Bogiem i braćmi, a także przez rozważanie słowa Bożego i przygotowanie daru ofiarnego”. Tak rozumiany i praktykowany post eucharystyczny, daje nam szczególną okazją do owocnego przygotowania się na przyjście Chrystusa do naszych serc. Post ten jest także czasem łaski, w którym człowiek dobrowolnie rezygnuje z przyjemności tego świata, bo pragnie być bliżej Boga. Przychodząc na Eucharystię, każdy z nas przynosi w tym właśnie poście swoje radości i smutki, pragnienia i nadzieje, które chce złożyć Bogu, jako miłą dla niego ofiarę.

    Anna Guzik, ks. Stanisław Araszczuk/Niedziela legnicka

    ******************************************

    O każdej porze


    Pan Jezus w kaplicy wieczystej adoracji w panewnickiej bazylice.
    fot. Przemysław Kucharczak/ GOŚĆ NIEDZIELNY

    ****

    Nad Katowicami wisiała noc. Jan klęczał przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy bazyliki w Panewnikach. – Jezu, czy Ty tu naprawdę jesteś? Czy Ty mnie słuchasz? – zapytał. – Po tych pytaniach zapanowała kompletna cisza! – wspomina. To nie była jednak zwykła cisza.

    Już 7. rocznicę pierwszej nocnej adoracji świętuje 6 grudnia ekipa, która zapewnia dyżury przed Najświętszym Sakramentem w bazylice w Katowicach-Panewnikach. Dzięki tym dyżurom każdy może tam przyjść o dowolnej porze dnia lub nocy, żeby modlić się przed obliczem Pana. Adoracja trwa tutaj non stop, 24/7. W trakcie pandemii drzwi kaplicy wieczystej adoracji zostały zamknięte tylko raz, na przeszło tydzień w październiku. W panewnickim klasztorze 18 franciszkanów zachorowało wtedy na COVID-19. Pozostali bracia byli objęci kwarantanną. – Mimo to adoracja nie została przerwana, tylko przyjęła inną formę. Bardzo wiele osób o tych porach, w których były zadeklarowane, zapalało świecę i adorowało Pana Jezusa w swoich domach – mówi Barbara Mrozek z ekipy dyżurujących. – Z kolei nasz proboszcz o. Alan napisał nam, że w czasie kwarantanny siadał w bazylice po stronie wiernych i opowiadał Panu Jezusowi o swoich parafianach – relacjonuje. Jej zdaniem, ta sytuacja paradoksalnie w wielu mieszkaniach przyniosła pozytywne rezultaty. – Obecność Pana Jezusa w naszych domach scala rodziny. Jedna z pań mówiła później, że kiedy zaczęła swoją domową adorację, dołączył do niej mąż, który też wstał o drugiej w nocy – opowiada. Jezus patrzy Zeszyt, w którym adorujący wpisują podziękowania, puchnie od świadectw. Ludzie wspominają o niewytłumaczalnych powrotach do zdrowia swoich bliskich, które tutaj wyprosili, albo o wymodlonych tu dzieciach. Jedna z pań opisała, że w czasie, gdy w nocy adorowała Jezusa, jej zięć i wnuki uczestniczyli w straszliwie wyglądającym wypadku samochodowym, ale wyszli z niego cało i zdrowo. Wielu ludzi przekonało się tutaj, że Pan Bóg żyje i kocha. Nawiązali z Nim osobistą więź. Trzeba wysiłku, żeby wybrać się na adorację w nocy. Modlący się twierdzą jednak, że – ku ich zdziwieniu – następnego dnia tej godziny bez snu wcale im nie brakuje. Za to modlitwa w nocy, wśród uśpionego miasta, jest często głębsza. Łatwiej się skupić, gdy w kieszeni nie brzęczy telefon, a naszych myśli nie zaprząta lista spraw do załatwienia przed wieczorem. Nie trzeba wcale dużo mówić, wystarczy patrzeć na Pana Jezusa i pozwolić, żeby On patrzył na nas. Jan do adorowania Najświętszego Sakramentu musiał dojrzeć. Najpierw „jego” modlitwą był Różaniec. Dziś sądzi, że to Maryja przyprowadziła go na spotkania ze swoim Synem w kaplicy wieczystej adoracji. Z początku nie było to łatwe. – Podczas gdy adoracje trwały, miałem wrażenie, że nic się nie zmienia; do tego stopnia, że zadałem pytanie: „Jezu, czy Ty tu naprawdę jesteś? Czy Ty mnie słuchasz?”. Po tych pytaniach zapanowała kompletna cisza! Cisza, która, o dziwo, przestaje mnie niepokoić – opisuje. Stało się coś jeszcze. – Trochę to trwało, zanim zauważyłem jej wpływ na mnie. Coraz częściej nie dawałem się sprowokować do kłótni. Nie starałem się wszystkiego zrozumieć, w sercu zagościły słowa „Jezu, Ty się tym zajmij” – mówi.

    Od ciszy do bliskości

    Jan opowiada, że na adoracji Jezus otula go ciszą. Z czasem wraz z tą ciszą zaczęło go przenikać zaufanie do Boga, przyjemne poczucie akceptacji, ciepło bliskości.

    Gdy wybuchła pandemia, Jan zawiesił swoją nocną adorację w kaplicy bazyliki, by nie narażać bliskich. – Starałem się adorować Jezusa w domu, ale to było jakoś dziwnie inne. Po około dwóch miesiącach brak spotkań z Jezusem w kaplicy wywołał ogromną tęsknotę za ciszą, która mnie uspokajała. Tęsknotę, która nie była przygnębiająca, ale bardzo zachęcająca. W sercu zagościło poczucie, że Jezus na mnie czeka, że za mną tęskni, że się wszystkim zajmie – stwierdza.

    Teraz Jan znowu przychodzi o stałej porze na adorację w nocy. Mówi, że wróciły cisza i spokój. Skądś pojawiła się też w nim myśl: „Jezu, tak bardzo cieszę się, że dajesz mi odczuć, że jestem Ci potrzebny, że jestem potrzebny na adoracji. Oto jestem, Panie”.

    Adorować Pana Jezusa można w Katowicach-Panewnikach o każdej porze w kaplicy wieczystej adoracji. Można do niej wejść bocznym wejściem do bazyliki, otwartym również w nocy.

    Barbara Mrozek podkreśla, że zwłaszcza w nocy, gdy nie ma rozproszeń, człowieka, który adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie, otula święta cisza. – Później adorujący zabiera tę ciszę do domu. Gdziekolwiek idzie, ta cisza w nim trwa – mówi. Zachęca, żeby adorowanie Pana Jezusa w modlitwie uwielbienia i dziękczynienia, w każdym doświadczeniu, dołączyć do postanowień adwentowych. – Czy poświęcisz jedną godzinę swojego cennego czasu raz w tygodniu, w dzień lub w nocy, by być tylko z Nim? – pyta.

    Przemysław Kucharczak/ GOŚĆ NIEDZIELNY49/2020

    ************************************************************************

    Kilka rad kard. Krajewskiego, jak być gotowym na śmierć

    RADY DUCHOWE KONRADA KRAJEWSKIEGO
    fot. Grzegorz Galazka/SIPA/East News

    ***

    Pewnego dnia kard. Krajewski zapytał Franciszka: „Ojcze Święty, jak bronisz się przed tymi wszystkimi pokusami?”. Odpowiedział…

    Jałmużnik papieski kard. Konrad Krajewski 24 października 2018 r. objął swój rzymski kościół tytularny pw. Matki Bożej Niepokalanej na Eskwilinie. Warto u początku listopada wrócić do jego homilii, którą wtedy wygłosił.

    W niej bowiem podzielił się swoimi kilkoma prostymi i cennymi radami duchowymi, co jemu pomaga codziennie być gotowym na spotkanie Pana. Wyraził tym też słowa pociechy i umocnienia dla rodziców zmarłego zaledwie dwa dni wcześniej Ignasia, który przebywał w Rzymie na specjalistycznym leczeniu.

    Śmierć jak złodziej

    Piękny spokojny wieczór tworzył niepowtarzalny rodzinny, przyjacielski klimat. „Ksiądz Konrad”, jakim nadal pozostał dla osób przychodzących do niego codziennie rano na mszę św. do bazyliki św. Piotra, zgodnie ze swoim zwyczajem homilię całkowicie poświęcił Ewangelii z dnia, a była to przypowieść z Ewangelii wg św. Łukasza o słudze oczekującym Pana.

    „Tego wieczoru spróbujmy pokontemplować dzisiejszą Ewangelię. Co pragnie powiedzieć nam Pan właśnie dziś wieczór – zwrócił się do zebranych. – On prosi nas, byśmy byli gotowi, bo śmierć przychodzi jak złodziej. Nikt nie wie kiedy, gdzie i jak.

    Jedyną rzeczą pewną jest to, że przyjdzie. Dziś wieczór dobrze o tym wie dwoje młodych rodziców, którzy są z nami, których syn zmarł dwa dni temu. Śmierć przyszła jak złodziej. Są to rodzice Ignacego”.

    „Co mamy zrobić, żeby czuwać?” – zapytał zebranych kard. Krajewski i dał im trzy wskazówki:

    1. Codzienna lektura czytań z dnia

    „Pierwszym mistrzem, który nauczył mnie naprawdę wiele, jak być gotowym wobec Pana, był jeden kardynał. Kardynał Deskur, wielki przyjaciel Jana Pawła II. Nie wiem, czy pamiętacie – zaraz po wyborze Jan Paweł II udał się do Gemelli, by odwiedzić swojego przyjaciela, który miał wylew. Ten kardynał wzywał mnie każdego wieczoru do siebie. Już był leżący. Wiecie po co? By mu przeczytać Ewangelię z następnego dnia.

    Mówił mi: „Konradzie, z czym położę się spać, z tym się obudzę. Jeśli pójdę spać ze słowem Bożym, wstanę ze słowem Bożym. Jeśli położę się pijany, obudzę się z bólem głowy”.

    Kiedy byłem kapelanem Polikliniki Umberto I i rano przychodziłem na mszę do niego, on wyciągał z Ewangelii zdanie, motto, powiedzenie, które mi radził nieść przez cały dzień”.

    „Dziś obudziłem się o 5 rano – mówił dalej kard. Krajewski – i od razu przyszła mi ta myśl: Konradzie, musisz być gotowy. Musisz być gotowy. Spróbowałem to zdanie rozgryźć przez cały dzień, w drodze do biura. Czasem je zapominam. Muszę więc ponownie otworzyć i przeczytać Ewangelię, bo dzień był tak intensywny, że zapomniałem. Przed pójściem spać staram się przypomnieć sobie jeszcze raz, co dzisiejsza Ewangelia mi mówi? I to mi pomaga być gotowym przed Panem”.

    2. Codzienna Msza św? To za mało

    Jednocześnie jałmużnik papieski przestrzegł, że samo uczestnictwo w codziennej Eucharystii nie wystarczy, jeśli z niej „nie wychodzi się z Jezusem”.

    „Nie wiem, czy wiecie – wyznał – ale moim poprzednikiem był Judasz. Wiele stuleci temu jeden z apostołów był jałmużnikiem, otrzymywał pieniądze z kolegium apostolskiego. Po Eucharystii, po umyciu nóg, wyszedł. Wszyscy myśleli, że poszedł rozdać pieniądze ubogim. Tymczasem wziął je, by sprzedać Jezusa.

    Nie wystarcza Eucharystia. Trzeba wyjść z kościoła razem z Jezusem jako żywe tabernakulum. Nieść Jego obecność, gdziekolwiek się udam, tak, by „nie przysłonić Go moim charakterem, ale pokazać Go poprzez mój sposób mówienia, reagowania, patrzenia, odpowiadania. By być naprawdę Jego nośnikiem. Kto mnie dotyka, powinien dotykać Jezusa. Już nie mnie”.

    3. Codzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Tej praktyki ks. Konrad nauczył się od papieża Franciszka, który na początku pontyfikatu wyznał, że każdego dnia od 19.00 do 20.00 idzie do kaplicy przed Najświętszy Sakrament, by się „opalać”, by nabrać siły.

    „Godzinę. Godzinę, by mówić, być z Jezusem. Ja też od lat go naśladuję. Ustaliłem sobie godzinę. Przyznam się wam – na początku było to bardzo trudne. Bardzo się uspokoiłem. Mam trudny charakter, gwałtowny, charakter trochę silny. Wszystko ma być zrobione natychmiast. Tymczasem nie. Ta chwila modlitwy daje mi wiele pokoju. Czasem wystarczy być obecnym. Nic nie mówić. Później zaczynam mówić o moich współpracownikach, o moich przewinieniach, o łaskach otrzymanych”.

    Jałmużnik powtórzył tu często cytowane słowa papieża Franciszka, który wyznał, że zdarza mu się po trudnym intensywnym dniu zasnąć przed tabernakulum. Ale jak to tłumaczy sam Ojciec Święty: „Lepiej przed Panem niż przed telewizorem”.

    „To mi uzmysławia, że to On ma być na pierwszym miejscu. I wszystko w moim życiu się układa” – dodał kardynał.

    4. Różaniec

    Odnosząc się do św. Jana Pawła II, papieski jałmużnik wyznał: „Ostatnia rzecz, która mi bardzo pomaga być gotowym, by mieć lampy zapalone, jak mówi Ewangelia, by być zawsze czuwającym, to różaniec. Tu jest mistrz papieskich ceremonii, maestro Piero Marini, on jest świadkiem, że często Jan Paweł II podnosił rękę, tak że sekretarze musieli brać różaniec z ręki, bo on pozdrawiał osoby. Podczas pewnej audiencji wyjął różaniec z kieszeni sutanny i powiedział: oto najprostszy egzorcyzm, który istnieje na świecie. Zapamiętajcie!”.

    Jałmużnik wyznał: „To mi pomaga bardzo, ponieważ mogę medytować życie Jezusa, tajemnice, używam słów Archanioła Gabriela. Modlę się, prosząc Maryję, żeby modliła się za mną w trudnych momentach mojego życia”.

    5. Znak krzyża

    Następnie kard. Krajewski wspomniał jeszcze jedną praktykę, którą zaczerpnął od papieża Franciszka: czynienie znaku krzyża wodą święconą.

    „On zaraz po swoim wyborze zwołał wszystkich kardynałów do Kaplicy Paulińskiej. Powiedział tak:

    Drodzy bracia kardynałowie: miło być z wami, ale powiem wam od razu – pierwszym kuszonym przez diabła jestem ja, kolejni jesteście wy”.

    „Pewnego dnia zapytałem: Ojcze Święty, jak bronisz się przed tymi wszystkimi pokusami? Odpowiedział mi:

    Konradzie, ja mam wodę święconą koło łóżka. Kiedy się budzę, robię znak krzyża, kiedy idę spać, robię znak krzyża. Kiedy wychodzę z apartamentu, robię znak krzyża. Jak wiele litrów wody święconej potrzeba papieżowi!

    Więc szybko kupiłem pojemniczki na wodę święconą i mam je w pokoju, w mieszkaniu, także w biurze. I to mi pomaga być gotowym i zawsze pamiętać o Jego obecności. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ponieważ jestem słaby, jestem bardzo słaby i bez tej pomocy nie jestem w stanie dalej żyć”.

    Anna Artymiak/Aleteia.pl