Month: May 2026

  • ogłoszenia – maj 2026

    ***

    31 maja

    Niedziela Trójcy Świętej

    Leon XIV: Trójca Święta uczy nas miłości

    “Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich” – powiedział papież Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” w Watykanie.

    fot. Vatican Media

    ***

    Ojciec Święty zaznaczył, iż celebrując tajemnicę Trójcy Świętej, odkrywamy na nowo życie Boże ofiarowane nam w Jezusie Chrystusie,  aby tworzyć Kościół jako wspólnotę spotkania i komunii. Papież podkreślił, iż w czytanym dziś fragmencie Ewangelii (J 3, 16-18) Pan Jezus tę tajemnicę miłości ukazuje Nikodemowi, który przyszedł do Niego nocą, szukając prawdy.

    Leon XIV o Trójcy Świętej

    Leon XIV wskazał, iż w tajemnicy Ojca, Syna i Ducha Świętego odnajdujemy nasz dom. Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich. Odkrywamy, że każde stworzenie zostało stworzone do komunii, relacji i spotkania. A przez przeciwieństwo rozumiemy, dlaczego podziały, polaryzacje i pogarda dla różnorodności niosą światu zniszczenie, smutek i jałowość – stwierdził papież.

    Dodał, iż także my jesteśmy dziś zaproszeni, by przyjąć Ducha komunii i żyć radością Ewangelii. Kończąc Ojciec Święty zachęcił, byśmy wraz z Maryją mówili tak” względem miłości Trójcy Przenajświętszej.

    Papież pozdrowił polskich mężczyzn, którzy idą w wyjątkowej pielgrzymce

    Leon XIV pozdrowił mężczyzn i chłopców uczestniczących w „wielkiej” – jak powiedział – pielgrzymce do sanktuarium Matki Bożej Sprawiedliwości Społecznej w Piekarach Śląskich. W wydarzeniu wzięło udział w tym roku ok. 80 000 wiernych.

    W tym wielkim wydarzeniu często uczestniczył kard. Karol Wojtyła. Arcybiskup wezwał w Piekarach mężczyzn do obrony tradycyjnego modelu małżeństwa i rodziny. „Wy, chrześcijańscy mężczyźni, jeśli chcecie się wykazać prawdziwą odwagą, to stańcie do obrony prawdy o małżeństwie i rodzinie” – mówił metropolita katowicki.

    Bliskość z chorymi i cierpiącymi

    Leon XIV po modlitwie Anioł Pański przypomniał, że w maju cały Kościół zgodnie wołał o pokój na świecie, szczególnie poprzez modlitwę różańcową. Stanowiła ona niejako nieprzerwany łańcuch, w którym powierzano wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny narody doświadczone przez wojnę – wskazał Leon XIV.

    Ojciec Święty modlił się, by Boża Mądrość w szczególny sposób oświetlała sumienia sprawujących władzę i kierowała ich decyzje ku szczerej trosce o sprawiedliwy i trwały pokój.

    Papież przekazał wyrazy bliskości osobom chorym i cierpiącym oraz wszystkim, którzy niosą im pomoc i wsparcie, z okazji obchodzonego dziś 25. Dnia Ulgi w Cierpieniu.

    KAI, Vatican Media

    ***

    Jak Trójcę Świętą można odnaleźć w całym stworzeniu

    Asteroida została nazwana na cześć polskiego jezuity o. Roberta Janusza

    Jakub Badelek | Shutterstock

    Niezależnie od tego, czy spoglądamy w gwiazdy, czy przyglądamy się mikroskopijnym organizmom, wszędzie znajdziemy ślady Trójcy Świętej.

    ***

    Czasami możemy błędnie wyobrażać sobie Boga jako kogoś istniejącego „poza” światem – jakby mieszkał gdzieś ponad chmurami, które widzimy na niebie.

    To prawda, że Bóg istnieje poza czasem i przestrzenią. Jednocześnie jest obecny w całym swoim stworzeniu. Każda rzecz stworzona – zarówno na ziemi, jak i na księżycu – nosi w sobie obecność Trójcy Świętej.

    Jak przypomina The Catholic Encyclopedia: „Sługa Boży lub dusza pobożna może być świadoma Jego obecności także w inny sposób – poprzez rozum oświecony wiarą. Widzi Boga w ziemi, morzu, powietrzu i we wszystkich rzeczach”.

    Ślad Trójcy

    Myśl tę rozwinął także Benedykt XVI w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański w uroczystość Trójcy Świętej w 2009 roku:

    Możemy to dostrzec, obserwując zarówno makrokosmos: naszą ziemię, planety, gwiazdy i galaktyki, jak i mikrokosmos: komórki, atomy oraz cząstki elementarne. Imię Trójcy Przenajświętszej jest w pewnym sensie odciśnięte we wszystkich rzeczach, ponieważ wszystko, co istnieje – aż po najmniejszą cząstkę – pozostaje w relacji. W ten sposób dostrzegamy Boga jako relację, a ostatecznie jako stwórczą Miłość.

    Papież wyjaśniał dalej, że wszystko, co istnieje, zawiera w sobie cząstkę miłości Trójcy:

    „Wszystko pochodzi z miłości, ku miłości zmierza i porusza się dzięki miłości, choć oczywiście z różnym stopniem świadomości i wolności. «O Panie, nasz Panie, jak przedziwne Twe imię po całej ziemi!» (Ps 8,2) – woła psalmista”.

    Człowiek jako obraz Boga

    Zdaniem Benedykta XVI najmocniejszym dowodem Bożej miłości jest sam człowiek:

    Najmocniejszym dowodem na to, że zostaliśmy stworzeni na obraz Trójcy, jest fakt, że tylko miłość czyni nas szczęśliwymi. Żyjemy bowiem w relacji i żyjemy po to, by kochać i być kochanymi. Posługując się analogią z biologii, można powiedzieć, że człowiek nosi w swoim «genomie» głęboki ślad Trójcy – Boga, który jest Miłością.

    Bóg nie jest istotą samotną, lecz samą komunią: Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Jego natura wzywa nas więc nie tylko do jedności z Nim, ale także do jedności między sobą. Bóg pragnie, aby wszyscy stanowili jedno w Nim.

    Trójca Święta pozostaje jednak wielką tajemnicą, trudną do pełnego zrozumienia. Podobnie jak otaczający nas świat, wymaga całego życia, by uchwycić choć niewielką część jej głębi.

    Dopiero po śmierci będziemy mogli w pełni poznać tajemnicę Trójcy.

    Philip Kosloski Aleteia.pl

    ***

    6 wspaniałych darów dobrze znanej modlitwy:

    „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”

    68972.jpg
    źrodło: youtube.com/Blessed Trinity Orlando FL

    ***

    Znamy ją doskonale od dzieciństwa. Trwa kilka sekund. Można ją odmawiać wiele razy w ciągu dnia i w każdych okolicznościach, wciąż od nowa korzystając z jej głębi i owoców.

    Najstarszy zapis formuły trynitarnej, czyli wymieniającej razem wszystkie Trzy Osoby Boskie – Ojca, Syna i Ducha Świętego – znajdujemy w zakończeniu Ewangelii wg św. Mateusza (50-60 r.). Jezus wyraźnie poleca uczniom udzielać „chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19).

    W tym wypadku pełni ona przede wszystkim funkcję impresywną – jest precyzyjnie wyrażonym nakazem, poleceniem.

    Doksologie nowotestamentalne

    Z kolei w listach apostolskich natrafiamy na dość liczne doksologie (gr. doksa = chwała), czyli formuły mające na celu wyrażenie i oddanie chwały, czci Osobom Boskim. Najczęściej są one skierowane ku Bogu Ojcu lub ku Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi:

    Bogu, który jedynie jest mądry, przez Jezusa Chrystusa, niech będzie chwała na wieki wieków. Amen (Rz 16,27).

    Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i od Pana Jezusa Chrystusa (…) Jemu to chwała na wieki wieków! Amen (Ga 1,3-5).

    Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen (Ef 3,20-21).

    Bogu zaś i Ojcu naszemu chwała na wieki wieków! Amen (Flp 4,20).

    A Królowi wieków nieśmiertelnemu, niewidzialnemu, Bogu samemu – cześć i chwała na wieki wieków! Amen (1 Tm 1,17).

    Wyrwie mię Pan od wszelkiego złego czynu i wybawi mię, przyjmując do swego królestwa niebieskiego. Jemu chwała na wieki wieków! Amen (2 Tm 4,18).

    [Bóg] niech was uzdolni do wszelkiego dobra, byście czynili Jego wolę, sprawując w was, co miłe jest w oczach Jego, przez Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków! Amen (Hbr 13,21).

    … aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (1 P 4,11).

    Wzrastajcie zaś w łasce i poznaniu Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa! Jemu chwała zarówno teraz, jak i do dnia wieczności! Amen (2 P 3,18).

    Jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen (Jud 25).

    Tak samo w Apokalipsie:

    … i uczynił nas [Jezus] królestwem – kapłanami Bogu i Ojcu swojemu, Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (Ap 1,6).

    Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków! (Ap 5,13)

    Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen (Ap 7,12).

    Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc u Boga naszego… (Ap 19,1)

    Chwała Ojcu przez Syna

    Jak nietrudno spostrzec, w żadnej z nowotestamentowych doksologii nie jest wprost wymieniony Duch Święty. Zanim jednak zajmiemy się tym „brakiem” i spróbujemy go wyjaśnić, najpierw zwróćmy uwagę na co innego: Najczęściej doksologie dotyczą Boga Ojca; kilkukrotnie Ojca i Syna; rzadziej samego Syna. Natomiast w części formuł pojawia się konstrukcja mówiąca o chwale oddawanej Ojcu  p r z e z  Jezusa – w znaczeniu: przez Jego pośrednictwo. Tak ujmuje to św. Paweł:

    … przez Niego wypowiada się nasze „Amen” Bogu na chwałę. (2 Kor 1,20)

    To ważny trop w naszych rozważaniach. Formuły doksologiczne, które napotykamy w pismach Nowego Testamentu, nie są nigdy prywatnym aktem kultu zapisującego je autora. Są wezwaniem, w które (przynajmniej intencjonalnie) włączona jest społeczność adresatów, czyli Kościół. Ten z kolei nie oddaje Bogu czci sam z siebie, ale przez Jezusa, jako Pośrednika, swoją Głowę i „pierworodnego między wielu braćmi” (por. Rz 8,29). To zaś jest możliwe dzięki Duchowi Świętemu:

    Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze!” (Ga 4, 6).

    Spiritus movens

    Możemy zatem dość śmiało postawić tezę, że brak wzmianek o Duchu Świętym w nowotestamentalnych doksologiach wynika nie tyle z braku zainteresowania Trzecią Osobą Trójcy, ile z przekonania, że jest ona bezpośrednio „zaangażowana” w sam akt doksologii, który faktycznie dokonuje się dzięki niej. Jakby nie patrzeć, już na samym początku Dziejów Apostolskich Duch Święty objawia się jako spiritus movens Kościoła.

    Chwała… – mała doksologia

    Trynitarna doksologia, wymieniająca wszystkie Trzy Osoby Boskie ukształtowała się niedługo po okresie apostolskim. Już pisarze wczesnochrześcijańscy, jak Hipolit Rzymski (+235), Tertulian (+240), czy Orygenes (+254) wspominają niejednokrotnie o znaku krzyża czynionym z przywołaniem Trójcy Świętej, jako o stałej i powszechnie znanej wśród chrześcijan praktyce.

    Najprawdopodobniej równolegle z tą praktyką powstawały pierwsze trynitarne formuły doksologiczne. Najczęściej oddawały one cześć Ojcu przez [gr. dia] Syna z [gr. meta] Duchem Świętym. Już na początku IV wieku zaczęto stosować w nich spójnik „i” [gr. kai], aby w ten sposób odróżnić się od arian, uważających Syna za niższego od Ojca i podporządkowanego Mu. W ten sposób powstała znana nam dziś wersja:

    Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu… zwana zwyczajowo „małą doksologią”.

    Credo nicejsko-konstantynopolitańskim (381 r.) mowa jest o Duchu Świętym, „który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę”. Z czasem ukształtowało się także znane nam dzisiaj zakończenie formuły: …jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.

    W tej części Chwała… występują dziś różnice pomiędzy różnymi chrześcijańskimi tradycjami. W wersji używanej przez Kościół prawosławny nie występuje fraza „jak była na początku”. Tekst syryjski natomiast ogranicza się do samego „na wieki wieków. Amen”.

    Chwała… w modlitwie Kościoła

    W Kościele łacińskim doksologia w znanej nam formie już w starożytności chrześcijańskiej używana była jako zakończenie psalmów, pieśni i hymnów. Do dziś w Liturgii godzin, czyli tzw. brewiarzu, kończy się nią każdy psalm i pieśń (z jednym tylko wyjątkiem Kantyku Trzech Młodzieńców, który posiada własną trynitarną formułę doksologiczną).

    Chwała Ojcu… znalazło także swoje stałe miejsce w modlitwie różańcowej. To dlatego, że początkowo stanowiła ona substytut Liturgii godzin. Chwała Ojcu… odmawiane (lub śpiewane) jest także w liturgii Wigilii Paschalnej przy poświęceniu wody chrzcielnej oraz każdorazowo przy udzielaniu sakramentu chrztu świętego – zaraz po trzykrotnym polaniu głowy przyjmującego chrzest.

    To bodajże jedyne „miejsce” w liturgii, gdzie dwie formuły trynitarne występują w bezpośrednim sąsiedztwie (najpierw przy polaniu głowy w formie: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” i bezpośrednio potem jako doksologia: Chwała Ojcu…). Mała doksologia pojawia się także w różnego rodzaju nabożeństwach.

    Doksologia trynitarna w Mszy świętej

    W obecnym kształcie liturgii mszy świętej (mówimy już tylko o Kościele łacińskim) mała doksologia nie występuje. Niegdyś kończyła zwyczajowo odmawiane w trakcie liturgii psalmy. Dzisiejsza msza (tak samo jak dawna) zawiera natomiast tzw. wielką doksologię, która wieńczy modlitwę eucharystyczną i ze względu na swój charakter zasadniczo powinna być śpiewana przez celebransa:

    Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Kilka sekund, wiele skutków

    Podobnie jak znak krzyża czyniony „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, tak i mała doksologia odmawiana „prywatnie” za każdym razem osadzać ma nas w kontekście, jaki naświetliliśmy na początku tego tekstu. Bynajmniej nie jest to tylko nasz osobisty, jednostkowy akt pobożności.

    Przez modlitwę tę włączamy się w nieustanne uwielbienie Ojca przez Syna, które dzięki działaniu Ducha Świętego dokonuje się w Mistycznym Ciele tegoż Syna. Krótkie Chwała Ojcu… to zatem modlitwa, która:

    1. Zanurza nas w pełne miłości (a właściwie będące samą miłością) wewnętrzne życie Trójcy Świętej,
    2. Jednoczy nas z Jezusem oddającym Ojcu nieustanną cześć w miłości,
    3. Jest doświadczeniem działania w nas Ducha Świętego, dzięki któremu możemy ją wypowiedzieć,
    4. Wyrywa nas z naszych samotności, włączając nas w działanie całego Kościoła,
    5. Stanowi najkrótsze wyznanie wiary, będące jednocześnie aktem modlitwy (a więc „teoria” od razu staje się w niej „praktyką”),
    6. Przypomina nam i umacnia w nas naszą chrześcijańską tożsamość.

    Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ***

     czwartek 28 maja

    Uroczystość Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Jezus Chrystus - kapłan nowego przymierza
    Stacja7.pl

    ***

    Msza święta w języku angielskim w kościele św. Piotra o godz. 19.00

    Przed Mszą św. – godzinna adoracja przed Najświętszym Sakramentem

    ***

    Święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele katolickim od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r.

    Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. To nowe święto jest zachętą dla duchownych, by wpatrywali się w Chrystusa Kapłana.

    Dla wiernych świeckich ten dzień jest okazją do medytacji nad znaczeniem kapłaństwa służebnego i wspierania duchownych w trosce o prowadzenie ludzi do Chrystusa. Liturgiczna celebracja zaprasza do rozważenia tajemnicy świętości i piękna kapłaństwa Chrystusowego oraz skłania do intensywnej modlitwy o uświęcenie duchowieństwa. Obecne czasy wskazują na aktualność duchowej walki, jaka toczy się w świecie i podkreślają rolę kapłanów, jako wybranych przez Chrystusa na głosicieli Słowa, szafarzy sakramentów i przewodników Ludu Bożego. Treścią doświadczeń mistycznych wielu świętych XX i XXI wieku było Boże wezwanie do troski o świętość kapłanów i wspieranie ich w duchowej walce z mocami zła.

    Papież Benedykt XVI  ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Poszczególne episkopaty miały prawo zdecydować, czy przyjmą to święto w swoich krajach. Episkopat Polski na konferencji w listopadzie 2012 roku podjął decyzję o wprowadzeniu święta w Polsce. Warto pamiętać, że początki święta Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana sięgają 1952 r., gdy na prośbę biskupa José María García Lahiguera, założyciela kontemplacyjnego Zgromadzenia Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana, papież Pius XII wyraził zgodę na obchodzenie go w Hiszpanii.

    Tak, jak ustanowienie sakramentu Eucharystii, które miało miejsce w Wieczerniku, jest obchodzone w specjalnej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwanej potocznie Bożym Ciałem. Tak też pragnieniem wiernych było ustanowienie specjalnego święta umożliwiającego celebrację ustanowienia sakramentu kapłaństwa. Chrystus w Wieczerniku objawia prawdę, że jest najwyższym Kapłanem który na krzyżu złoży ofiarę ze swego życia za grzechy całego świata. Wybierając do pełnienia sakramentalnej posługi, ludzi, których wyposaża w świętą władzę, Odkupiciel chce kontynuować dzieło zbawienia przez posługę słowa i sprawowanie świętych misteriów.

    W celebracji święta Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana Kościół w Polsce nawiązuje także do życiowego przesłania św. Jana Pawła II, które wyraża się w medytacji nad jego tekstami kierowanymi do kapłanów w listach na Wielki Czwartek oraz przyjęciu za swoją odmawianej przez niego litanii do Chrystusa Kapłana i Ofiary. Swoje przeżywanie kapłaństwa papież Polak przedstawił w książce „Dar i Tajemnica”.

    PAN PRYZYSIĄGŁ I TEGO nie odwoła: Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka[1].

    List do Hebrajczyków dokładnie określa kapłana, mówiąc, że jest on spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy (Hbr 5, 1). Dlatego kapłan, jako pośrednik między Bogiem i ludźmi, jest ściśle związany ze składaną Ofiarą, gdyż jest ona głównym aktem kultu, w którym wyraża się uwielbienie Stwórcy przez stworzenie.

    W Starym Testamencie składano Bogu ofiary jako wyraz uznania dla Jego panowania i wdzięczności za otrzymane dary. Polegały one na całkowitym lub częściowym spaleniu darów ofiarnych na ołtarzu. Stanowiły symbol i obraz prawdziwej ofiary, którą Chrystus wraz z nadejściem pełni czasu złożył na Kalwarii. Ustanowiony Najwyższym Kapłanem na zawsze, Jezus ofiarował samego Siebie jako Ofiarę miłą Bogu, o wartości nieskończonej: sam stał się Kapłanem, Ołtarzem i Barankiem ofiarnym[2]. „Trzeba, ażeby człowiek oddawał Stwórcy cześć z wdzięcznością i uwielbieniem za wszystko, co od Niego otrzymał. Człowiek nie może stracić poczucia tego długu, który tylko on jeden spośród ziemskich istot może rozpoznać i spłacać jako stworzenie uczynione na obraz i podobieństwo Boga. A zarazem, biorąc pod uwagę jego ograniczoność jako stworzenia oraz fakt, że naznaczony jest grzechem, człowiek nie byłby zdolny do tego aktu sprawiedliwości wobec Stwórcy, gdyby sam Chrystus, współistotny Ojcu Syn i prawdziwy Człowiek, nie podjął tej eucharystycznej inicjatywy”[3]. Na Kalwarii Jezus, Najwyższy Kapłan, złożył Bogu najmilszą ofiarę uwielbienia i dziękczynienia. Ofiara Chrystusa była tak doskonała, że nie do pomyślenia jest jakakolwiek wyższa ofiara[4]. Była to równocześnie ofiara przebłagania i zadośćuczynienia za nasze grzechy. Jedna kropla Krwi Chrystusa wystarczyłaby na odkupienie grzechów ludzkości wszech czasów. Prośba Chrystusa na Krzyżu za jego braci, ludzi, została wysłuchana przez Ojca z największym upodobaniem i teraz pozostaje taka sama w niebie, bo Chrystus wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi (Hbr 7, 25). Jezus Chrystus prawdziwie jest kapłanem, ale kapłanem dla nas, nie dla siebie, ofiarując Ojcu Przedwiecznemu pragnienia i uczucia religijne w imieniu rodzaju ludzkiego. Podobnie jest On ofiarą, ale dla nas, ofiarując sam siebie zamiast człowieka obarczonego winą. Otóż owe słowa apostoła: abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili wymagają od wszystkich chrześcijan, ażeby odtwarzali w sobie, jak tylko jest to możliwe, te same uczucia, które żywił Boski Odkupiciel, kiedy składał Siebie w ofierze, czyli ażeby naśladowali Jego pokorę i zanosili przed Najwyższy Majestat Boży uwielbienie, cześć, chwałę i dziękczynienie. Wymaga ponadto, ażeby w jakiś sposób podzielili los ofiary, wyrzekając się siebie według przykazań ewangelicznych, oddając się dobrowolnie i chętnie pokucie, każdy wyrzekając się swoich grzechów i wyznając je[5]. Uczyńmy dzisiaj takie postanowienie.

    „CHRYSTUS JEZUS, Najwyższy i Wieczny Kapłan pragnął, aby Jego jedyne i niepodzielne kapłaństwo stało się udziałem Jego Kościoła”[6]. W odkupieńczej misji Chrystusa Kapłana uczestniczy cały Kościół „i zaleca się wszystkim członkom Ludu Bożego, ażeby przez sakramenty wtajemniczenia stali się uczestnikami kapłaństwa Chrystusowego w celu ofiarowania Bogu duchowej ofiary i dawania ludziom świadectwa o Jezusie Chrystusie”[7]. Wszyscy wierni uczestniczą w tym kapłaństwie Chrystusa, jakkolwiek w sposób zasadniczo odmienny od kapłanów. Dzięki duszy prawdziwie kapłańskiej uświęcają świat przez swoje doczesne działania, wykonywane w sposób po ludzku doskonały i we wszystkim dążą do chwały Bożej: matka troszcząca się o ognisko domowe, żołnierz dający przykład miłości do ojczyzny przez cnoty wojskowe, przedsiębiorca starający się o rozwój swojego zakładu i praktykujący sprawiedliwość społeczną i wszyscy ludzie wynagradzający za grzechy popełniane codziennie na świecie i ofiarujący podczas Mszy św. swoje życie i swoje prace.

    Kapłani – biskupi i prezbiterzy – zostali wyraźnie „wydzieleni w jakiś sposób z Ludu Bożego, jednak nie w celu odłączenia ich od niego lub od jakiegokolwiek człowieka, lecz by całkowicie poświęcili się dziełu, do którego powołuje ich Pan. Nie mogliby być sługami Chrystusa, gdyby nie byli świadkami i szafarzami innego życia niż ziemskie; lecz nie potrafiliby też służyć ludziom, gdyby pozostali obcymi w stosunku do ich życia i warunków”[8]. Kapłan został wzięty z ludu i obdarzony godnością, która wprawia w zachwyt samych aniołów, lecz zostaje ludziom na nowo przywrócony, aby im służyć zwłaszcza w sprawach dotyczących Boga, co jest jego szczególną i jedyną misją w dziele zbawienia. Kapłan w wielu okolicznościach zastępuje na ziemi Chrystusa. Ma władzę odpuszczania grzechów, naucza drogi do nieba, a nade wszystko użycza swego głosu i swoich rąk Chrystusowi w doniosłym momencie Mszy św.: w Ofierze Ołtarza dokonuje konsekracji in persona Christi, w osobie Chrystusa. Żadna godność nie dorównuje godności kapłańskiej. Jedynie boskie macierzyństwo Maryi przewyższa tę Boską tajemnicę.

    Kapłaństwo jest olbrzymim darem Jezusa Chrystusa dla Kościoła. „Podczas gdy kapłaństwo wspólne wiernych urzeczywistnia się przez rozwój łaski chrztu, przez życie wiarą, nadzieją i miłością, przez życie według Ducha, to kapłaństwo urzędowe służy kapłaństwu wspólnemu. Przyczynia się ono do rozwoju łaski chrztu wszystkich chrześcijan. Jest ono jednym ze środków, przez które Chrystus nieustannie buduje i prowadzi swój Kościół”[9]. Kapłan to „codzienne i bezpośrednie narzędzie zbawczej łaski, którą zdobył nam Chrystus. Jeśli rzeczywiście się to zrozumiało, jeśli przemyślało się to w aktywnej ciszy modlitwy, jak można uważać kapłaństwo za rezygnację? Jest ono zyskiem, którego nie można obliczyć. Nasza Święta Matka Maryja, najświętsza ze stworzeń – większy niż Ona tylko Bóg – raz jeden przyniosła na świat Jezusa. Kapłani przynoszą Go na naszą ziemię, do naszych ciał, do naszych dusz każdego dnia: przychodzi Chrystus, aby pożywić nas, aby ożywić nas, aby być, już teraz, zaczątkiem przyszłego życia”[10].

    Dzisiaj powinniśmy podziękować Jezusowi za ten wielki dar. Dzięki, Panie, za powołania kapłańskie, które codziennie kierujesz do ludzi! Uczyńmy postanowienie, że będziemy traktować kapłanów z coraz większą miłością, szacunkiem, widząc w nich Chrystusa, który przechodzi, przynoszącego nam najcenniejszy dar, jakiego człowiek może zapragnąć – życie wieczne.

    ŚWIADOM GODNOŚCI i odpowiedzialności kapłanów św. Jan Chryzostom na początku sprzeciwiał się wyświęceniu na kapłana i usprawiedliwiał się tymi słowami: „Jeżeli kapitan wielkiego okrętu, pełnego wioślarzy i naładowanego cennymi towarami, kazałby mi zasiąść przy sterze i polecił przepłynąć Morze Egejskie lub Tyrreńskie, natychmiast bym odmówił. A gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego, odpowiedziałbym od razu: ponieważ nie chcę zatopić okrętu”[11]. Ale, jak dobrze zrozumiał święty, Chrystus zawsze jest blisko kapłana, blisko okrętu. Ponadto zechciał On, żeby kapłanów ustawicznie otaczał szacunek i modlitwy wszystkich wiernych Kościoła. „Sami wierni (…) niech się odnoszą do nich, pasterzy swych i ojców, z synowską miłością. Uczestnicząc także w ich troskach, niechaj ile możności modlitwą i czynem będą pomocą dla swoich prezbiterów, by mogli lepiej przezwyciężać przeszkody i owocniej wykonywać swe zadania”[12]. Powinni się modlić, aby kapłani zawsze świecili przykładem i swoją skuteczność opierali na modlitwie, aby sprawowali Mszę św. z wielką miłością, aby z żarliwością dbali o katechezę, aby zawsze zachowywali radość, która rodzi się z oddania i która tak bardzo pomaga nawet najbardziej oddalonym od Pana.

    W dniu dzisiejszym możemy się modlić za kapłanów bardziej żarliwie niż zazwyczaj, żeby zawsze byli otwarci na wszystkich i oderwani od siebie samych. Kapłan nie należy do siebie, jak nie należy do swoich krewnych i przyjaciół, ani też do określonej ojczyzny. Same jego myśli, wola, uczucia nie należą do niego, ale do Chrystusa, który jest jego życiem.

    Kapłan jest narzędziem jedności. Pan pragnie, ut omnes unum sint, aby wszyscy stanowili jedno (J 17, 21). On sam zaznaczał, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie pustoszeje a miasto pozbawione jedności nie ostoi się. Kapłani powinni usiłować zachować jedność. To wezwanie św. Pawła „dotyczy głównie tych, którzy otrzymali święcenia kapłańskie w tym celu, by dalej podtrzymywać posłannictwo Chrystusa”[13]. Właśnie kapłan powinien czuwać nad zgodą między braćmi, czuwać, żeby jedność w wierze była mocniejsza niż antagonizmy spowodowane przez różnice w poglądach na sprawy nieistotne i doczesne. Kapłan powinien swoim przykładem i słowem utrzymywać wśród braci świadomość, że żadna ludzka sprawa nie jest tak ważna, by mogła zniszczyć tę cudowną rzeczywistość jedności. Cor unum et anima una (Dz 4, 32), którymi żyli pierwsi chrześcijanie, a którą my również powinniśmy praktykować. To posłannictwo jedności można pełnić łatwo, jeżeli jest się otwartym na wszystkich, jeżeli jest się cenionym przez swoich braci. „Módl się za kapłanów, tych obecnych i tych, którzy przyjdą, by prawdziwie miłowali swoich braci – ludzi, coraz bardziej i bez względu na osobę, i by potrafili pozyskać ich miłość dla siebie”[14].

    Jan Paweł II, zwracając się do wszystkich kapłanów świata, zachęcał ich tymi słowami: „Sprawując Eucharystię na tylu ołtarzach świata, dziękujmy Wieczystemu Kapłanowi za dar udzielony nam w sakramencie kapłaństwa. I w tym dziękczynieniu można by słyszeć słowa, które Ewangelista wkłada w usta Maryi z okazji odwiedzin u Jej krewnej Elżbiety: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię (Łk 1, 49). Podziękujmy również Maryi za niewypowiedziany dar kapłaństwa, przez który możemy służyć w Kościele każdemu człowiekowi. Niechaj to dziękczynienie rozbudzi również naszą żarliwość (…)!

    Dziękujmy za to ustawicznie, całym naszym życiem, tym wszystkim, do czego jesteśmy zdolni. Podziękujmy razem z Maryją, Matką kapłanów. Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pańskiego (Ps 116(115), 12-13)”[15].

    [1] Mszał Rzymski, Msza Św. z dnia, antyfona na wejście.

    [2] Mszał Rzymski, 5. Prefacja wielkanocna.

    [3] Św. Jan Paweł II, Dar i tajemnica, Kraków 1996, s. 72.

    [4] Por. św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, III, zag. 48, art. 5.

    [5] Por. Pius XII, enc. Mediator Dei.

    [6] Instrukcja o niektórych kwestiach dotyczących współpracy wiernych świeckich w ministerialnej posłudze kapłanów, 15 VIII 1997, 1.

    [7] Bł. Á. del Portillo, Escritos sobre el sacerdocio, Madrid 1970, s. 39.

    [8] Sobór Watykański II, dekret Presbyterorum ordinis, 3.

    [9] Katechizm Kościoła Katolickiego, 1547

    [10] Św. Josemaría Escrivá, Kochać Kościół, 39.

    [11] Św. Jan Chryzostom, Traktat o kapłaństwie, III, 7.

    [12] Sobór Watykański II, dekret Presbyterorum ordinis, 9.

    [13] Sobór Watykański II, dekret Unitatis redintegratio, 7.

    [14] Św. Josemaría Escrivá, Kuźnia, 964.

    [15] Św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1988, 25 III 1988, 8.

    Opus Dei

    ***

    To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.

    W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Nie ma w liturgii wielkopiątkowej miejsca na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.

    I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.

    Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.


    fot. Ikona Kiko Arguello

    ***

    Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).

    Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus – prawdziwy też Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).

    Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.

    Stacja7.pl

    ***

    Jezus Chrystus –
    Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza –
    jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem

    Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go słowem i wzmacniają sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.

    MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW

    O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.

    MODLITWA O POWOŁANIA

    Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza

    ***

    czwartek 28 maja

    fot. Vatican Media

    ***

    „Miał niespotykany pokój”. Jak umierał kard. Stefan Wyszyński? Ostatnie chwile Prymasa Tysiąclecia

    “To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego” – zanotowała w pamiętniku s. Józefa.


    Siostra Józefa Kozieł była pielęgniarką szpitalną, oddelegowaną do zajmowania się chorym Prymasem. Prowadziła dokładny dziennik, w którym zapisywała swoje spostrzeżenia i obserwacje z czasu tej niezwykłej swojej posługi. Od początku mówiła, że nie miała jeszcze takiego pacjenta, nie tylko z uwagi na jego funkcję, rozpoznawalność i wielki szacunek, ale przede wszystkim z uwagi na jego podejście do chorowania. Rzadko się skarżył, cierpiał w milczeniu, nawet w największym bólu zwracał uwagę na potrzeby innych. Siostra Józefa wspomina, jak na kilka dni przed śmiercią, mocno cierpiący Prymas martwił się, że… ona chodzi boso. 

    Kard. Wyszyński: „Zaczyna się początek końca”

    A wszystko zaczęło się ledwie dwa miesiące wcześniej. Była wiosna 1981 roku. Już od końca marca kardynał bardzo źle się czuł, niemal nie opuszczał łóżka. Badania, którym go poddano najpierw wykazywały, że to nie rak, by w końcu 13 kwietnia 1981 r. stwierdzić obecność komórek rakowych w jamie brzusznej. Wyrok brzmiał: nowotwór trzustki w zaawansowanej aktywności.  

    Prymas jednak od początku choroby wiedział, że jest ona śmiertelna. Dwa tygodnie przed wyrokiem lekarzy zanotował w dzienniku, że “zaczyna się początek końca”. Ciągle jednak bardziej martwił się sytuacją w kraju, niż tym, co się dzieje z nim samym. W Wielki Piątek 17 kwietnia zanotował: 

    “W tej strasznej nocy zdołałem opuścić siebie. Ale owładnęła mnie męka ludów wschodnich, które już od trzech pokoleń cierpią od zbrodniarzy, którzy mordują w ZSRR Chrystusa, Jego Kościół i znaki dobrej nowiny ewangelicznej. To jest moja nocna modlitwa od szeregu lat. A dziś była szczególnie dotkliwa. Obraz ludzi bez świątyń, bez kapłana, bez ołtarza i Mszy św., obraz dzieci bez Eucharystii i nauki Wiary św. – obraz matek bez pomocy wychowawczej, potworne udręki więźniów i »pacjentów« szpitali psychiatrycznych, nieustanne zagrożenia wojenne w tylu krajach, którym ZSRR przychodzi »z pomocą«, by umacniać zbrodniczy ustrój. A w Ojczyźnie naszej groźba interwencji w sprawy wewnętrzne Polski. To wszystko jest przedmiotem mojej modlitewnej męki i bolesnego wołania do Pani Ostrobramskiej, przecież Matki Miłosierdzia”.

    12 maja ostatni raz odprawił Mszę świętą

    Od początku swojej choroby i swego umierania Prymas był otoczony wielką modlitwą, nie tylko domowników, przyjaciół i księży, ale dosłownie całej Polski. 

    Był to z pewnością niezwykły maj. Do wielkiej modlitwy w intencji śmiertelnie chorego kard. Wyszyńskiego dołącza 13 maja kolejna wielka modlitwa: o ocalenie życia Jana Pawła II. “Kiedy dowiedział się o tym zamachu jakby skurczył się w sobie i po chwili powiedział: “Zawsze się tego bałem” – notuje ks. Bronisław Piasecki, osobisty sekretarz i kapelan Prymasa Tysiąclecia. 

    Powoli kard. Wyszyński wyłączał się z podstawowych aktywności. 12 maja ostatni raz odprawił Mszę św.; 17 maja przyjął sakrament namaszczenia chorych i tego dnia był też po raz ostatni na spacerze w ogrodzie, wieziony na wózku inwalidzkim przez opiekujące się nim pielęgniarki.

    Ciągle jednak przyjmuje gości, którzy chcą się z nim pożegnać lub którym chce przekazać ważne przesłania. Tak przyjmuje delegację Episkopatu, tak przyjmuje kard. Dziwisza, który wysłany przez papieża przybywa z Rzymu. Tak przyjmuje też swoją rodzinę.

    Pokój, w którym umarł kard. Stefan Wyszyński, stan krótko po pogrzebie | FOT. “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”

    “W tych ostatnich tygodniach był niezwykle cierpliwy, nigdy o nic sam nie prosił, trzeba było pytać albo domyślać się, czy przewrócić, czy w czymś ulżyć. Godził się wtedy i dziękował, ale sam nie występował z żadną prośbą. A przecież wszystko bolało, trudno wyobrazić sobie jak bardzo. Kiedyś zdradził się mimo woli mówiąc: <Ciekaw jestem czy Ojca Św. też tak bo­lą plecy od leżenia jak mnie…> Nigdy się nie skarżył, nie jęczał, a przecież zabiegi męczyły Go bardzo. Niektó­re trwały bardzo długo, np.: punkcja trwała czasem cztery godziny i tak przez ten czas leżał z igłą w brzuchu, pra­wie nieruchomo” – notowała siostra Józefa, pielęgnująca go dniem i nocą. Siostra zauważyła również, że ten sposób cierpienia emanował na cały dom. Mimo napięcia, w którym wszyscy żyli byli dla siebie uważni i dobrzy, zdaniem siostry – właśnie dzięki postawie samego Cierpiącego. 

    Do samego końca Prymas przyjmował Komunię Świętą

    Prymas bardzo cierpiał, nie sypiał nocami. Miał ciężkie zaburzenia krążenia i oddychania. Do ostatniego momentu jednak Prymas był w stanie przyjmować Komunię Świętą, która była mu podawana codziennie. 

    Ostatnie chwile nadeszły 27 maja. Ciągle w kaplicy jego domu trwała nieustanna modlitwa. Ok. 11, po przyjęciu ostatniej w życiu Komunii św. Prymas zapadł w głęboki, ciężki sen. Ks. Piasecki notuje, że “traci kontakt z otoczeniem”. O północy odprawiona została Msza św., przy łóżku nieustannie byli obecni lekarze, pielęgniarka i domownicy. Po Mszy podeszła do łóżka Maria Okońska i powiedziała Prymasowi, że wszyscy się za niego modlą. Prymas otworzył oczy, patrzył na nią przytomnie. Zdaniem s. Józefy – było to ostatnie jego spojrzenie.

    Agonia zaczyna się dwie godziny później, ok. 3.30 nad ranem. Nieustannie odmawiane są modlitwy za konających, lekarze monitorują na bieżąco pracę serca. Ks. Piasecki wkłada w ręce Umierającego gromnicę – znak Zmartwychwstania i Życia.

    O godz. 4.40 następuje zatrzymanie oddechu. “Tej ostatniej chwili towarzyszy cisza i spokój” – notuje ks. Piasecki. Siostra Józefa również o tym pisze, dodając, że niemal nie dało się zauważyć tego ostatniego oddechu.

    “Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie. Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ich ostatniej chwili życia, ale tu był niespotykany pokój i majestat śmierci – a może to było samo życie, które stało się Spełnieniem. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.

    Anna Druś/Stacja7.pl


    (na podstawie książki „Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia” ks. Bronisława Piaseckiego oraz pamiętnika s. Józefy Kozieł).

    ***

    środa – 27 maja 2026

    fot. Vatican Media

    ***

    „Nie dopuścić do dezorientacji wiernych”. Leon XIV apeluje o przestrzeganie norm liturgicznych

    „Wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych” – powiedział papież podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.

    LEON XIV – katecheza papieża

    Omawiając soborową konstytucję o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” papież mówił dziś o reformie liturgii – tradycji i rozwoju.


    Drodzy Bracia i Siostry!

    W Encyklice Mediator Dei, Czcigodny Sługa Boży Pius XII pisał: „Niewątpliwie Kościół jest żywym zespołem członków, dlatego także i w zakresie świętej liturgii rozrasta się, rozwija się i ulega z biegiem czasu przemianom według potrzeb i okoliczności, do których się dostosowuje, nie naruszając przy tym czystości swojej nauki” (I,V)[1].

    W pełnej ciągłości z tą zasadą Sobór Watykański II we Wstępie do Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) uznaje, że „do jego zadań należy szczególna troska o odnowienie i rozwój liturgii” (n. 1). Zgromadzenie soborowe postawiło sobie za cel „nieustanne pogłębianie chrześcijańskiego życia wiernych; lepsze dostosowanie do potrzeb naszych czasów tych instytucji, które są skłonne poddawać się zmianom; popieranie tego wszystkiego, co może przyczynić się do zjednoczenia wszystkich wierzących w Chrystusa; umacnianie tego, co prowadzi do wezwania wszystkich ludzi na łono Kościoła”.

    Zachować tradycję, a jednocześnie pozwolić na postęp

    W tamtej chwili dziejowej szczególnie mocno odczuwano potrzebę odnowy form obrzędowych, za pomocą których od wieków Kościół oddawał chwałę Bogu i uświęcał lud chrześcijański. Dzięki Ruchowi Liturgicznemu dojrzało przekonanie, wyrażone później przez św. Jana Pawła II, że „zachodzi bowiem niesłychanie ścisły, organiczny związek pomiędzy odnową liturgii a odnową całego życia Kościoła. Kościół nie tylko działa, ale wyraża się w liturgii, żyje liturgią i z liturgii czerpie siły do życia” (List Dominicae Cenae, 13)[2].

    Aby ułatwić wiernym dostęp do bogactwa darów łaski udzielanych w świętej liturgii, Konstytucja Sacrosanctum Concilium wskazuje zatem w bardzo trafnej formule kierunek, którym należy podążać: „zachować zdrową tradycję, a jednocześnie otworzyć drogę do uprawnionego postępu” (SC, 23).

    Papież Benedykt XVI dostrzegł w tej deklaracji „program reformy” Ojców soborowych, zachowujący „równowagę między wielką tradycją liturgiczną przeszłości i przyszłości”, zauważając przy tym, że „niejednokrotnie przeciwstawia się w niekorzystny sposób tradycję postępowi”, podczas gdy „w rzeczywistości obydwa pojęcia uzupełniają się: tradycja jest żywą rzeczywistością, toteż zawiera w sobie początek rozwoju, postępu. To tak jakby powiedzieć, że rzeka tradycji niesie w sobie także własne źródło i zmierza ku ujściu” (Przemówienie do uczestników Kongresu z okazji 50. rocznicy założenia Papieskiego Instytutu Liturgicznego św. Anzelma, 6 maja 2011)[3].

    Zachowywać szacunek dla tekstów i norm liturgicznych

    Sobór potwierdza zasadność takiego postępu, zakorzenionego w autentycznej Tradycji, rozróżniając w liturgii „część niezmienną, pochodzącą z Bożego ustanowienia”, oraz „części podlegające zmianom”, które „z biegiem czasu mogą, lub nawet powinny, być zmieniane, jeżeli wkradły się do nich elementy niezupełnie odpowiadające wewnętrznej naturze samej liturgii albo jeżeli te części stały się mniej odpowiednie” (SC, 21). Tego rodzaju zmiany dokonywały się nieustannie na przestrzeni wieków, aby umożliwić wiernym owocne uczestnictwo – poprzez czynności obrzędowe – w paschalnym misterium Chrystusa, stanowiącym fundament wiary chrześcijańskiej. Kult Kościoła „wcielał się” zatem w formy kulturowe poszczególnych epok, potrafiąc zarazem na nie oddziaływać, a nawet je przekształcać. Przez wieki liturgia była w ten sposób siłą napędową ewangelizacji. Dziś trzeba odnowić tę energię w ciągłości z autentyczną i żywą tradycją katolicką, to znaczy zgodnie z dynamiką, która prowadzi wierzących ku pełni prawdy.

    Staje się więc zrozumiałe, dlaczego Ojcowie soborowi zalecili, aby rewizji obrzędów – ilekroć wymaga jej „prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła” – dokonywano zawsze z zastrzeżeniem, „że nowe formy będą niejako organicznie wyrastać z form już istniejących” (SC, 23). Dla dobra całego Kościoła każdą reformę powinny zawsze poprzedzać „dokładne studia teologiczne, historyczne i pastoralne” (Tamże). W ten sposób Magisterium soborowe zachęca, by nie dopuszczać do dezorientacji wiernych, przypominając, że nikomu nie wolno na własną rękę niczego dodawać, usuwać ani zmieniać w liturgii (por. SC, 22). Postęp, o którym mówi Konstytucja soborowa, w żaden sposób nie zagraża komunii kościelnej; przeciwnie, ma ją umacniać i ją wspierać.

    Dlatego wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych – szacunek rodzący się z wewnętrznej postawy gotowości i zawierzenia Bogu, wyrażając pokorę wobec Jego wielkości oraz szczerą wierność komunii eklezjalnej.

    [1] Encyklika o liturgii (Mediator Dei), tłum. J.W. Kowalski, Kielce 1948, s. 52.
    [2] Jan Paweł II, Nauczanie papieskie, t. III,1, przygot. do druku: E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1985, s. 259.
    [3] Liturgia jest szczególnym świadkiem żywej Tradycji Kościoła, „L’Osservatore Romano” nr 7 (335)/2011, s. 24.

    KAI – Stacja7.pl

    ***

    26 maja 2026

    Modlitwa do Matki Bożej od spraw codziennych

    fot. cathopic.com

    ***

    “Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jako naszą codzienną litanię”.

    Wszędzie, w każdym miejscu,
    w tłumie ciasnym i niespokojnym,
    w autobusach, tramwajach i pociągach,
    w pośpiechu i zagonieniu,
    w kolejkach i na targach,
    w śmiechu i udręce,
    w smutku i we łzach –
    wszyscy jesteśmy tacy sami!

    Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie
    jakby naszą litanię.
    Matko naszych codziennych zadań i prac.
    Matko naszych niekończących się sprzątań i prań.
    Matko naszych dni bez radości.
    Matko naszych dni pod koniec miesiąca,
    gdy już brakuje nam pieniędzy,
    Matko naszych lat bez wakacji…

    Skromna gospodyni, sąsiadko tak niepozorna,
    zawsze do usług gotowa a w pracy wytrwała:
    od Bożego Narodzenia w stajni
    do biedy naszych mieszkań;
    od Twojego lęku o Dzieciątko podczas ucieczki do Egiptu
    do trosk naszych matek o dzieci;
    od Twoich drobnych codziennych posług domowych
    do naszych małych czynów wzajemnej pomocy –
    bądź z nami i pomagaj nam kochać i służyć.

    W Twoim życiu biednym, ale pogodnym,
    w naszych kłopotach i zabiegach
    pozdrawiamy Cię, Maryjo!

    Matko wszystkich ludzi w Synu Bożym i Twoim, w Jezusie,
    Ty czuwasz nad kolebką świata, który wciąż się rodzi.
    Ta ludzkość to Twój Syn, który rośnie.
    W Twojej ogromnej radości o poranku wielkanocnym,
    w Twojej głębokiej miłości o brzasku każdego dnia
    rozpoznajemy Jezusa Chrystusa –
    nasze Życie i nasze Zmartwychwstanie.

    Dziękujemy Ci, Matko.

    autorem tej modlitwy jest francuski ksiądz i pisarz Louis Rétif./Stacja7.pl

    ***

    Mamy codziennie święte

    Matki spełnione to te, które przyjmują swoje życie tak samo jak życie dzieci – z miłością.

    Świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie.
    ISTOCKPHOTO 

    ***

    Świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie.

    Był czerwiec 1960 roku. Iza właśnie urodziła Stasia, pierwszego syna. Miała głębokie przekonanie, że otrzymuje w depozyt skarb. – Czułam, że to dowód zaufania ze strony Boga. Zwróciłam się wtedy do Niego z taką modlitwą: „A więc, Panie Boże, ustalmy jedno: to dziecko jest Twoje. Chciałabym, żeby na końcu swej drogi powróciło do Ciebie takie, jakie mi dałeś, czyli niewinne. Ty znasz jego drogę. Gdyby miało się potknąć i wpaść w przepaść zatracenia, Ty możesz temu zapobiec. Możesz je zabrać, zanim do tego dojdzie. Nie zważaj na mój ból. Nie o mnie tu chodzi”. Układałam się z Bogiem przez całą bezsenną noc. Jestem pewna, że takiej prośbie Bóg nie odmawia – opowiada. Mówi, że taką samą „polisę ubezpieczeniową” zawarła dla kolejnych trojga dzieci. – Teraz, gdyby coś zawirowało, mogę powiedzieć: „Spokojnie, jesteście ubezpieczeni na życie” – uśmiecha się. Ma dziś 84 lata, a wszystkie jej dzieci są przekonane, że błogosławieństwo jej heroicznej modlitwy wciąż promieniuje na ich życie. Cała czwórka dzięki mamie lepiej rozumie, że świętość to w istocie pełna zaufania zgoda na działanie Boga w każdym obszarze życia.

    W czasie, gdy rodziły się kolejne dzieci Izabeli, aborcja była już zwyczajną praktyką w państwach rządzonych przez komunistów, a więc i w PRL. Preferowano model rodziny 2 plus 1. Stąd też Izabela nieraz słyszała od lekarzy standardowe: „Rodzimy czy usuwamy?”.

    Cóż, ludzkie opinie i wszelkie „trendy” nie mają żadnego znaczenia, gdy kolidują ze słowem Boga. Droga do harmonii i szczęśliwego życia niejednokrotnie wiedzie przez sprzeciw wobec tego, co mówi „świat”, gdy mówi coś innego niż Ewangelia. A „świat” dziś bardzo głośno krzyczy o prawie do aborcji. Pewnie dlatego na prośbę o nadsyłanie świadectw o współczesnych świętych matkach tak wiele osób wskazało na kluczową postawę szacunku ich rodzicielek wobec życia już na jego najwcześniejszym etapie.

    Skąd ta siła?

    – Moja mama Zofia, dziś już świętej pamięci, przy czwórce dzieci nigdy nie traciła nadziei – wspomina Żaneta. Pamięta, że od lat 60. do 90. minionego wieku mieć więcej niż dwoje dzieci było uważane za patologię. – Moja mama była namawiana do aborcji przez swojego lekarza, ośmieszały ją nawet koleżanki, z którymi pracowała, ale ona żadnego dziecka nie pozbawiłaby życia. Zawsze mówiła, że po to jest rodzina, żeby były dzieci. Uważała, że życie jest świętością i nikt nie ma prawa na nie podnosić ręki. Przekazała nam wiarę w Boga. To jest najcenniejsze w moim życiu. Pamiętam, jak ją pytałam, skąd bierze siłę na to wszystko: czworo dzieci, praca… Odpowiedziała, że jej siłą jest Różaniec – przypomina sobie córka. – Mama zasiała w nas wiarę w Boga. Dużo z nią o tym rozmawiałam i to owocuje do dziś w moim życiu. To był najcenniejszy spadek, jaki nam zostawiła – wspomina Żaneta. Dodaje, że gdy mama odchodziła z tego świata, wołała na pomoc św. Józefa, który przynosił jej pokój i ukojenie w bólu. – Gdy już nie było słychać żadnego oddechu, nagle jakby się rozpromieniła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech – wzrusza się córka. – Tego się nie zapomina – podkreśla.

    Przejmująca jest historia Anny, matki Piotra Falany. Przez wiele lat wraz z mężem bezskutecznie starali się o dziecko. Ona pracowała jako technik rentgenowski w szpitalu. – To były stare technologie, przy których narażenie na promieniowanie było bardzo duże. Kiedy wreszcie okazało się, że mama jest w ciąży, urządzenie, które bada ilość przyjętych dawek rentgenowskich, wykazało nieprawdopodobnie wysokie napromieniowanie. Jego przyczyną była prawdopodobnie awaria aparatu – opowiada Piotr. W związku z tym zalecono natychmiastową aborcję dziecka, ponieważ lekarze byli absolutnie pewni, że urodzi się potwór. – Rodzice zdecydowali się nie pójść za radą lekarzy… i urodziłem się ja – mówi syn Anny. Okazał się zupełnie zdrowym dzieckiem, dziś jest mężczyzną w sile wieku, mężem i ojcem rodziny. – W dzisiejszych czasach wielu ludzi, chcąc zachować wygodne życie, rezygnuje z posiadania dziecka. Mama nie zgodziła się na zabicie mnie, chociaż wszyscy wręcz nakazywali jej to zrobić – podkreśla z wdzięcznością Piotr Falana.

    Albo ty, albo dziecko

    Maria Stasiak nie urodziłaby się, gdyby jej matka posłuchała lekarza. – Powiedział mamie, że musi mnie usunąć, bo inaczej umrze – opowiada. Domyśla się, że musiało to być dla matki bardzo trudne, bo w domu czekało na nią dwóch synków, z których starszy chodził do pierwszej klasy. – Mama jest bardzo wierząca. Powierzyła mnie Maryi i przez całe dziewięć miesięcy leżała ze mną w szpitalu. Jestem przekonana, że dzięki temu zawierzeniu urodziłam się jako śliczna, zdrowa dziewczynka. Mama obiecała też Maryi, że jeśli urodzi się córeczka, będzie nosiła jej imię – uśmiecha się. Nazywa swoją mamę chodzącym aniołem. Gdy zachorowała jej siostra z Wielkopolski, pojechała do niej i opiekowała się nią przez osiem miesięcy. – Teraz, choć we wrześniu skończy 84 lata, opiekuje się moim niepełnosprawnym bratem, który kilkanaście lat temu uległ wypadkowi i wymaga stałej pomocy. Moja mama jest święta – podkreśla Maria.

    W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś mama Ireneusza Sobczyka, dziś franciszkanina o zakonnym imieniu Symplicjusz. Lekarz nalegał na usunięcie rozwijającego się w jej łonie dziecka. Jego zdaniem matka mogła nie przeżyć ciąży, a dziecko, nawet jeśli zdołałoby się urodzić, nie byłoby zdrowe. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości i nie posłuchała lekarza. Bardzo czekała na to dziecko, swojego drugiego syna. – Mama pozwoliła mi się urodzić, gdy lekarz chciał mnie zabić. Choć jej życie było zagrożone, wszystko oddała Matce Bożej – wspomina dziś syn. Matka przeżyła, a i dziecko urodziło się zdrowe.

    Nie byłam sama

    Wiele matek oczekujących dziecka musi dźwigać ciężar niepokoju, wzmaganego diagnozami. – W obecnych czasach już podejrzenie wady wrodzonej płodu uprawnia do aborcji. Z racji tego, że byłam w ciąży po 35. roku życia, z automatu dostałam skierowanie na badania prenatalne. Wynik: 90 proc. prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się z zespołem Downa – opowiada Agnieszka Borc. Lekarz poinformował ją, że jest kwalifikowana do amniopunkcji i że przysługuje jej prawo do „zabiegu”. – Ani na jedno, ani na drugie nie wyraziłam zgody. Co przeżyłam, to moje, a dziecko urodziło się w pełni zdrowe – cieszy się. – Czasami wiara ratuje życie i daje życie. Chwała Panu – kończy pani Agnieszka.

    Syn Marii Bober ma dziś 37 lat. – Ciąża była zagrożona, otarliśmy się z dzieckiem prawie o śmierć, ale wiem, że nie byłam sama. Z różańcem w dłoni schroniliśmy się pod płaszczem Maryi. Kiedy patrzę na syna, dziękuję Bogu za dar jego życia i za osoby, które mnie w tym czasie wspierały – wyznaje pani Maria. I przywołuje powiedzenie swojej mamy, które na zawsze zapadło jej w serce: „Lepiej na ramieniu niż na sumieniu”.

    Odmowa poddania się aborcji sugerowanej ze względów medycznych oczywiście nie zawsze kończy się przeżyciem i matki, i dziecka. Bodaj najbardziej znanym przykładem macierzyńskiej miłości, oddającej życie za dziecko, jest św. Joanna Beretta-Molla. Takich matek jest znacznie więcej, choć mało kto wie o ich poświęceniu. Irena Sawicka nie pamięta swojej matki. – Moja mama była namawiana na aborcję, bo chorowała na nerki. Ale ona nie usunęła mnie, żeby ratować swoje życie. Urodziła, wiedząc, że umrze, i rzeczywiście trzy dni po porodzie zmarła. Oddała swoje życie za mnie, za swoje dziecko, i cieszy się na pewno wielką chwałą nieba – mówi córka.

    To było w latach 80. 38-letnia kobieta zaszła w trzecią ciążę. Poszła do ginekologa i po badaniu usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia matki zalecana jest aborcja”. Wyszła z gabinetu, płacząc. Mąż, dowiedziawszy się o przyczynie łez, powiedział: „Nie zabijemy tego dziecka, z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze”. – I tak na świecie pojawiłam się ja – uśmiecha się Dorota Gaś, która opowiedziała tę historię, zaznaczając, jak ważna była postawa ojca, który stanął na wysokości zadania. – Może to opowieść nie tylko o świętej matce, która zdecydowała się mnie urodzić mimo zagrożenia swojego życia, ale też o postawie ojca w obliczu takiej wiadomości. Teraz, kiedy rodziców już ze mną nie ma, musiałam się tym podzielić – wyznaje.

    Herbata zawsze czeka

    To zrozumiałe, że świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie. O codziennej świętości matek, niezwykłych w swojej zwyczajności, świadczą ich dzieci. – Moja mama Irena poroniła dwa razy, zanim mnie urodziła. Zrezygnowała wtedy z pracy i poświęciła się, aby być ze mną. W stanie wojennym stała w kolejkach od rana, aby mi niczego nie brakowało. Miała bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała i cierpiała, wytrwale modliła się na różańcu – zapamiętała Barbara Reiman.

    Beata Bogusz jest przekonana, że jej mama jest święta już tutaj, na ziemi. – Urodzona w kochającej się, ale biednej rodzinie. Najmłodsza, ale od początku ciężko pracująca w gospodarstwach innych ludzi. Dość wcześnie wyszła za mąż za człowieka pracowitego i dobrego, ale skłonnego do uzależnień – wspomina. Pamięta, że bywały takie noce, podczas których mama musiała ją i rodzeństwo zabierać z domu z powodu awantur. Mimo to nigdy się nie skarżyła, zawsze była uśmiechnięta i dobra dla potrzebujących. – I uczyła tego nas, swoje dzieci. Zawsze się wszystkim dzieliła i dzieli: jedzeniem, piciem, czasem. Niezwykle gościnna. Odwiedzający ją goście podkreślają niezwykłą atmosferę i czekającą na nich herbatę – opowiada pani Beata. Dodaje, że mama prawie nigdy się nie skarży, a gdy jej ciężko, bierze w dłonie różaniec. I modli się, modli za wszystkich: za dzieci, wnuki, bliskich i dalszych znajomych, o pokój na świecie i w wielu innych intencjach. I codziennie także wspólnie z tatą odmawiają Różaniec. – Patrząc po ludzku, żadnej kariery nie zrobiła. Ale jest niezwykła. Taka codzienna święta – podkreśla córka.

    Matka dla zgody

    Codzienną świętość dostrzega w życiu swojej mamy także Karina Zdziebłowska. – Kiedy urodziła mnie, pierwszą z trzech córek, zrezygnowała z pracy zawodowej. Poświęciła nam swoje życie – ocenia córka. Mówi o wzruszeniu, jakie ją ogarniało, gdy codziennie wieczorem widziała mamę lub tatę modlących się na kolanach przy łóżku. Zaświadcza, że i dziś zawsze można na mamę liczyć. – Nigdy ona sama nie jest dla siebie najważniejsza. Zawsze cierpliwa i nigdy nie narzekająca. Płacząca w ukryciu, modląca się i niezwykle skromna. Zawsze staje w obronie zgody w małżeństwach swoich córek, przemilczy, gdy dzieje się źle, nie wtrąca się, ale wiem na pewno, że oddaje to Bogu. Potrafi swoją nienarzucającą się, lecz pełną miłości postawą wpłynąć na nas, by zgoda była ponad wszelkie różnice. Myślę, iż jej ogromną zasługą jest fakt, że dziś stanowimy naprawdę dużą już rodzinę, taką do tańca i do różańca – podsumowuje Karina.

    – Moja żona jest świętą mamą pięciorga naszych dzieci – podkreśla Jacek Sommer. Jak mówi, widział to, gdy małe wtedy dzieci zasypiały przy wspólnie odmawianej modlitwie. – Często żona kładła się obok nich i toczyły się długie rozmowy o Bogu, o niebie… Ciekawość dziecięcych wyobrażeń przedłużała te chwile, padało wiele pytań: jak tam jest, a co Matka Boża gotowała na obiad etc. – wspomina mąż. Zaświadcza, że były też dramatyczne momenty. Dwukrotnie stracili cały dobytek w pożarach. – Ucieczka z dziećmi w popłochu, chwile grozy… Cudem przeżyliśmy. Te i inne doświadczenia życiowe pomagają nam, gdy mamy okazję dawać świadectwo, np. wobec młodzieży przed bierzmowaniem, gdy pełniliśmy posługę katechistów archidiecezji poznańskiej – mówi pan Jacek. I dodaje z przekonaniem: – Doceniam to, co robi moja żona.

    Franciszek Kuchrczak/Gość Niedzielny

    ***

    fot. pixabay.com

    ***

    Najpiękniejsza modlitwa za mamę. Odmów ją dziś!

    Dzień Matki to jeden z bardziej wyjątkowych dni w roku. Pamiętajmy w naszej modlitwie o tych, którym tyle zawdzięczamy!


    Modlitwa za Matkę


    Boże Ojcze, dziękuję Ci za miłość do mojej mamy, która jest zaszczepiona w sercu moim. Nie dopuść, aby to uczucie kiedykolwiek wygasło we mnie; chroń mię od tego wszystkiego, co by ją zmartwić lub zasmucić mogło i nie pozwól, abym zapomniał, że jej życie, wychowanie i opiekę winien jestem. Nie mogę się jej odwdzięczyć za wszystkie dobro jakie mi wyświadczyła, Ty więc, o mój Boże, nagródź ją za mnie. Ześlij na nią wszystko co dobre, pozwól jej długo i szczęśliwie żyć, a mną tak kieruj, ażebym zawsze ją szanował i kochał, żadnej przykrości jej nie sprawił, a z czasem stał się podporą w jej starości.

    Amen.


    Modlitwa za rodziców


    Wszechmogący, wieczny Boże, Ojcze, któryś człowiekowi dał przykazanie, aby czcił swego ojca i swoją matkę – dziękuję Ci za rodziców i proszę za nimi. Kocham ich całym sercem i chcę, żeby szczęśliwi żyli jak najdłużej.

    Po Tobie, Boże, zawdzięczam im najwięcej. Oni byli Twoimi współpracownikami w daniu mi życia ciała i nadprzyrodzonego życia duszy. Wiele włożyli oni, i wkładają, troski o moje zdrowie, wykształcenie i wychowanie.

    Boże Ojcze, spraw, abym umiał docenić ich starania i umiał być im za wszystko wdzięczny. Ty zaś łaską swoją racz wynagrodzić ich trud. Daj im, Panie, zdrowie i wszystkie łaski, które im są potrzebne do szczęścia i do zbawienia. Mnie zaś, Boże Ojcze, daj być dla nich pociechą, wspomóż mnie, abym ich kochał, szanował oraz im dopomagał.

    Boże Ojcze, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i ziemi, wysłuchaj modlitwy swojego dziecka i błogosław we wszystkim moim rodzicom. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    Amen.


    Modlitwa za poczęte dziecko i jego rodziców


    Panie Jezu Chryste bardzo dziękujmy za Dar Macierzyństwa i Dar Ojcostwa. Prosimy, pobłogosław dziecko, które rozwija się pod sercem (imię mamy). Prosimy Cię aby potrafiła je otoczyć miłością i w pełni zaakceptować takie jakie jest. Ucałuj je świętym pocałunkiem. Prosimy Cię już teraz o wiarę, nadzieję i miłość dla niego (nich), dla rodziców i dla naszych najbliższych. Maryjo Matko Dzieciątka Bożego, módl się za nami.

    Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    poniedziałek. 25 maja

    Dziś obchodzimy święto Maryi, Matki Kościoła, które zawdzięczamy błogosławionemu kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu

    fot. wikimedia

    ***

    W poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego Kościół na całym świecie obchodzi święto Najświętszej Maryi Panny – Matki Kościoła. Kościołowi, rodzącemu się w dniu Pięćdziesiątnicy towarzyszy Matka Jezusa, jako ta która wspiera i ochrania wspólnotę uczniów swojego Syna.

    Choć tytuł Matki Kościoła teologowie nadawali Maryi od początku dziejów Kościoła, święto dedykowane temu imieniu Matki Bożej było pomysłem dopiero polskich biskupów w XX w. Starania zainicjował w 1964 prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podczas trzeciej sesji soboru Watykańskiego II. Wraz z polskimi biskupami postulował też, aby święto to obchodzono nie tylko w Polsce, ale też w całym Kościele. Ustanowił je jednak dopiero papież Franciszek, a 21 maja 2018 r. obchodzone było ono na świecie po raz pierwszy.

    Matka odkupionych

    W dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 11 lutego 2018 roku, podpisanym przez prefekta watykańskiej dykasterii liturgicznej kard. Roberta Saraha, przypomniano motywację biblijną i teologiczną obchodów tego święta, a także słowa bł. Pawła VI z 21 listopada 1964 roku ogłaszające Maryję Matką Kościoła. Zaznaczono, że święto to zostało wpisane do szeregu partykularnych kalendarzy liturgicznych.

    „Uroczystość ta pomoże nam także w przypomnieniu sobie, że życie chrześcijańskie potrzebuje dla swego wzrostu zakotwiczenia w tajemnicy krzyża, ofierze Chrystusa w uczcie eucharystycznej oraz w składające ofiarę Dziewicy, Matce Odkupiciela i wszystkich odkupionych” – czytamy w dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Stacja7, KAI

    ***

    Sobór, kard. Wyszyński i Matka Kościoła

    Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie.

    Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie.
    ALBUM ONLINE /EAST NEWS

    ***

    Od testamentu z krzyża („Oto Matka twoja”) do ogłoszenia Maryi Matką Kościoła musiało minąć niemal 2 tysiące lat. Kropkę nad „i” postawił Paweł VI podczas Soboru Watykańskiego II. Udział w tym miał kard. Stefan Wyszyński.

    Przeto na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest Matką całego Ludu Bożego, zarówno wiernych jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym tytułem od tej chwili Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański (…). Odpowiada to doskonale celowi, który wytknął sobie obecny Sobór, a mianowicie – aby ukazać prawdziwe oblicze Kościoła świętego, z którym Maryja jest wewnętrznie złączona i którego – jak to słusznie zauważono – jest Ona cząstką największą, cząstką najlepszą, cząstką szczególną, cząstką najwyborniejszą – mówił papież Paweł VI w dniu 21 listopada 1964 roku, na zakończenie trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II. Na tę decyzję pracował cały sztab biskupów, teologów, świeckich. Ale jedna osoba szczególnie czuła się w tym momencie szczęśliwa: prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński zakrył dłońmi twarz, ale nie zdołał ukryć płynących z oczu łez.

    Jak w Efezie

    Gdy przed laty trafiłem do ruin starożytnego Efezu, poza amfiteatrem, w którym św. Paweł wygłaszał swoje kazania, koniecznie chciałem odnaleźć również miejsce, w którym odbywał się Sobór Efeski w 431 roku. Nie prowadziły do niego żaden znak ani tablica informacyjna. Po zasięgnięciu języka miejsce „znalazło się” tuż przy bramkach wyjściowych, obok… toalet, za którymi biegnie ledwo widoczna ścieżka, zarośnięta krzakami i trawą. Po paru krokach wyłoniły się ruiny kościoła Maryi Dziewicy, z nie najgorzej – jak na ogólny stan – zachowanymi fragmentami prezbiterium. W tym miejscu efescy ojcowie soborowi ogłosili dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi (Theotokos – Boża Rodzicielka). Kiedy patriarcha Aleksandrii św. Cyryl ogłosił tę prawdę publicznie, efezjanie zaczęli świętować na ulicach. Zmysł wiary prostych ludzi utwierdzał cały Kościół.

    Przypomniałem sobie o tym, gdy parę lat później czytałem wspomnienie kard. Stefana Wyszyńskiego z Vaticanum II: „Fantastyczny entuzjazm napełnia aulę, trwają długotrwałe oklaski. Wszyscy biskupi powstają ze swoich miejsc. Uniesienie – równe może temu, które panowało w Efezie. Trwa to długą chwilę. Jest świadectwem jedności ojców soborowych, nie widać tu ani konserwatystów, ani progresistów – są biskupi wierzący, pragnący Matki” (cyt. za: Ewa Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia). Tak zareagowali ojcowie soborowi, gdy Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła. Najbardziej wzruszony był z pewnością polski prymas. Bo to jego pragnienie i „lobbing” sprawiły, że papież zdecydował się na ten krok. Reakcja ojców soborowych z całego świata pokazała jednak, że polski hierarcha tylko wymodlił i „wychodził” to, co przez całe wieki było częścią chrześcijańskiego krwiobiegu – choć nie nazwane wprost i oficjalnie, to jednak stanowiło część tożsamości Kościoła.

    Wieczernik XX wieku

    Echo tej radości ojców soborowych i samego prymasa Wyszyńskiego słychać w jego wspomnieniach: „Tegoż wieczoru Ojciec Święty zaprosił mnie do siebie na prywatną audiencję pożegnalną. Gdy przyszedłem do niego, dziękowałem za to, co uczynił – że tak życzliwie przyjął Memoriał Episkopatu Polski. Papież uśmiechnął się i powiedział: – Zapewne jesteście zadowoleni, spełniłem wasze życzenia. Odpowiedziałem: – Jesteśmy porwani, podniesieni na duchu! Mamy bolesne doświadczenia w naszej Ojczyźnie, ale są one osłodzone obecnością Świętej Bożej Rodzicielki, która jest naszą Matką, daną »ku obronie« Narodu polskiego. I dodałem jeszcze: – Dziękując jeszcze za to, co Wasza Świątobliwość uczynił dla chwały Matki Boga i ludzi, pragnę przypomnieć, że kiedyś w Wieczerniku też było tak jak dzisiaj w Bazylice Piotrowej. Był tam Piotr, pierwszy papież, i Maryja w gronie zalęknionych Apostołów. A dziś, w Bazylice Piotrowej, powtórzyło się to samo. Był Piotr w Pawle VI i była Maryja. A więc – w imię Boże”.

    Ten fragment zapisków kard. Wyszyńskiego przypomniał mi znowu o soborze w Efezie, gdzie Maryję ogłoszono Matką Boga. To nie przypadek, że mariologia triumfowała właśnie w Efezie. Tam przecież w starożytności popularny był, obok Artemidy, kult egipskiej bogini-matki. Przedstawiano ją często… z dzieciątkiem karmionym piersią. To tam właśnie św. Cyryl wygłosił pochwałę Matki Boga: „Dzięki Tobie czczona jest Trójca, dzięki Tobie w całym świecie hołd odbiera krzyż drogocenny! Dzięki Tobie cały świat pogrążony w służbie bałwanom poznaje prawdę”. W Efezie również znajduje się domek Maryi, gdzie według tradycji miała spędzić ostatnie chwile życia na ziemi i skąd miała zostać zabrana z duszą i ciałem do nieba. Ta sama nieprzypadkowość, zgodność miejsca i okoliczności wybrzmiewa w porównaniu, którego użył kard. Wyszyński: nie było lepszej okazji, by ogłosić Maryję Matką Kościoła, niż zebranie w jednym miejscu wszystkich następców apostołów pod przewodnictwem Piotra, bo to powtórzenie doświadczenia Wieczernika, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, razem z Matką Jezusa.

    Odkurzanie Kościoła

    Jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawiła, że to właśnie Sobór Watykański II stwarzał najlepsze warunki do oficjalnego ogłoszenia Maryi Matką Kościoła: sobór po raz pierwszy od wielu wieków nie zajmował się herezjami i błędami, które należało potępić, ale próbował na nowo odkryć istotę, naturę Kościoła, odkurzyć w nim to, co zostało przykryte niepotrzebną fasadą. Taki „odkurzony” Kościół miał również zdefiniować na nowo swój stosunek do świata współczesnego i swoje w nim miejsce. Skupienie się na tajemnicy Kościoła było idealną okazją, by rozważyć również rolę Maryi w jego życiu. Pierwszą osobą, która na forum zgłosiła propozycję ogłoszenia Maryi Matką Kościoła, był kardynał Giovanni Montini. Zrobił to już podczas pierwszej sesji soboru. Nikt jeszcze, łącznie z nim samym, nie wiedział, że ten właśnie kardynał będzie zamykał obrady soboru jako papież Paweł VI. Już po drugiej sesji wyraził nadzieję, że Maryja zostanie ogłoszona Matką Kościoła, co wywołało pierwsze poruszenie wśród ojców soborowych. Panował niemal powszechny entuzjazm w tej sprawie, choć nie brakowało teologów, którzy mieli wątpliwości, czy na pewno można to uczynić. Dlatego też kard. Wyszyński wraz z całym Episkopatem Polski zajął się przygotowaniem solidnego opracowania, które wyjaśniałoby wszelkie teologiczne pytania w tej kwestii.

    Miejsce dla Miriam

    Aktywność soborowa kardynała Wyszyńskiego sięga jeszcze okresu poprzedzającego sesje: w latach 1960–62 uczestniczył już w pracach Centralnej Komisji Przygotowawczej, do której powołał go papież Jan XXIII. Później współtworzył Sekretariat do Spraw Nadzwyczajnych, a w 1963 r. już nowy papież Paweł VI powołał go do Prezydium Soboru, czyli bardzo wąskiego grona kierującego pracami tego zgromadzenia biskupów z całego świata. Kard. Wyszyński zabierał również głos na forum podczas dziesięciu sesji generalnych.

    Polski prymas podejmował głównie wątki dotyczące przygotowania tekstu maryjnego – początkowo miał powstać osobny dokument poświęcony Maryi, ostatecznie zaś umieszczono obszerny fragment Jej poświęcony w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium. Kardynał Wyszyński nie ukrywał, że jego zdaniem bardziej właściwe byłoby przyjęcie osobnego dokumentu poświęconego Maryi. Był już nawet gotowy projekt takiej konstytucji dogmatycznej, ale po głosowaniu uznano, że zostanie połączony z konstytucją dogmatyczną o Kościele. Kardynał Wyszyński przekonywał wówczas, że nauka o Matce Boga nie może być tylko dodatkiem do nauki o Kościele, dołączonym na końcu dokumentu. „O najdostojniejszej Matce Boga wiele i prawdziwie należy powiedzieć raczej w traktacie o Chrystusie Odkupicielu i Jego Kościele, i to nie tylko okazjonalnie, lecz także w sposób fundamentalny i istotny”, mówił. Większość ojców soborowych miała jednak inne zdanie i trzeba przyznać, że włączenie Maryi do dokumentu o Kościele nie tylko niczego Jej nie ujmuje, ale przeciwnie, pokazuje Jej rolę w życiu uczniów Jezusa, żywą, aktywną i nierozłączną. Postulaty kard. Wyszyńskiego szły wyraźnie w kierunku uznania Maryi za Współodkupicielkę, ale to postulat, który – choć mający swoich zwolenników do dziś – swego czasu nawet kard. Joseph Ratzinger uznał za trudny do uzasadnienia na gruncie biblijnym i teologicznym. Za to jak najbardziej oparte na Biblii i Tradycji było uznanie Maryi za Matkę Kościoła. I tu również rola kard. Wyszyńskiego okazała się nieoceniona.

    Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.

    Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dowody w sprawie

    To polski episkopat, pod przewodnictwem kard. Wyszyńskiego, zwrócił się do Pawła VI z prośbą, by wspólnie z ojcami soborowymi, dokonał aktu oddania Matce Bożej całego Kościoła. Polscy biskupi wysłali papieżowi specjalny Memoriał, który został przygotowany przez teologów w Jasnogórskim Studium Mariologicznym. Memoriał postulował również, by po papieżu i soborze aktu oddania dokonali poszczególni biskupi w swoich diecezjach na całym świecie. Autorzy Memoriału i polscy biskupi byli przekonani, że stanowiłoby to potwierdzenie prawdy o Maryi jako Matce Kościoła, co byłoby równoznaczne z uznaniem tego tytułu przez cały Kościół. W tekście Memoriału biskupi odwoływali się do nauczania Kościoła od czasów patrystycznych aż do ostatnich papieży. „Dowodem w sprawie” były również teksty liturgiczne, potwierdzające wiarę ludu Bożego w duchowe macierzyństwo Maryi. W Memoriale biskupi polscy powoływali się również na wspomniane już wyżej przemówienie Pawła VI na zakończenie drugiej sesji soborowej, w której nowy papież wyraził nadzieję na przyznanie Maryi tytułu Matki Kościoła. Chodziło o te słowa Pawła VI: „że ten Sobór poda najwłaściwsze rozwiązanie kwestii schematu o Najświętszej Maryi Pannie, tak mianowicie, aby jednomyślnie i z największym pietyzmem uznano najbardziej uprzywilejowane miejsce, które Matka Boża zajmuje w świętym Kościele […], miejsce po Chrystusie najwyższe i równocześnie nam najbliższe, tak że możemy Ją uczcić imieniem »Matki Kościoła« – dla Jej chwały, a naszego pokrzepienia” (cytuję za: Jan Pach OSPPE, „Salvatoris Mater” 16/1/4).

    Sobór wyklęczany

    Ta nadzieja Pawła VI szła w parze z nadzieją polskich biskupów, zwłaszcza prymasa Wyszyńskiego. Nic dziwnego, że gdy nadzieja się spełniła i papież ogłosił Maryję Matką Kościoła, „niewzruszony kardynał” nie potrafił ukryć emocji. Arcybiskup Antoni Baraniak, który był świadkiem reakcji prymasa Wyszyńskiego, zanotował: „Gdy Papież wypowiadał słowa: Proclamamus Mariam Matrem Esslesiae – Ogłaszamy Maryję Matką Kościoła – wszyscy biskupi zerwali się z miejsc i zaczęli klaskać z ogromnej radości, długo i żarliwie. Ciągle patrzyłem na Ojca Prymasa. Ojciec stał, miał twarz zasłoniętą rękami: między palcami spływały łzy. Widziałem, że był ze wszech miar wstrząśnięty. Dokonywała się jego umiłowana sprawa, przeogromna chwała Maryi, którą on ukochał i za którą gotów był poświęcić wszystko”. Ta historia nie byłaby pełna, gdyby pominąć w niej jeden istotny fakt: za sprawą prymasa Wyszyńskiego cały Kościół w Polsce – tysiące wiernych i duchownych – modlił się za sobór przez cały czas. Czuwania w intencji soboru, zwłaszcza na Jasnej Górze, ale również we wszystkich diecezjach, były fenomenem na skalę nieznaną w innych Kościołach lokalnych. Nie ma wątpliwości, że również przyznanie, a raczej potwierdzenie przez papieża prawdy, że Matka Boga jest też Matką Kościoła, zostało wymodlone przez tysiące kolan w polskich świątyniach. To przekonanie prymasa wybrzmiewa także w tej części jego notatek: Kard. Cerejeira mówi mi: »To kardynał polski zwyciężył, bo ja nic nie mówiłem«. Odpowiadam: zwyciężył Bóg, któremu na dzisiejsze czasy potrzebna jest większa chwała Maryi” (źródło: S. Wilk, A. Wójcik, Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, cyt. za: Ryszard Matejuk SJ, „Studia Gnesnensia” 2018). Łzy kard. Wyszyńskiego płynęły także dlatego, że miał świadomość, ile serca w ten proces włożyli polscy katolicy.

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    ***

    Maryja – lustro Kościoła

    Matka to obecność. To ktoś, kto jest zawsze czynnie obecny. Ktoś, kto rodzi, wychowuje, uczy, każdego dnia oddaje życie, daje przykład, tworzy wypełnione miłością środowisko. Motywuje i ukazuje cel.

    NMP Matki Kościoła

    Neithan90 (PD)

    Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi

    ***

    Maryja jest Matką. Również Kościół jest Matką… Nie będzie on jednak dobrą Matką, jeśli nie będzie swej Matki Maryi znał, kochał i naśladował. Jeśli z Nią nie będzie. Ona pokazuje, jak ma wyglądać Kościół, by spełnił swą dziejową rolę. By historia mogła się wypełnić Bogiem po brzegi. Pomaga mu takim się stać. Podczas rekolekcji głoszonych w 1976 r. w Watykanie kard. Karol Wojtyła uczył, że „ponowne przyjście [Chrystusa] musi być przygotowane przez Ducha Świętego już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”. Według niego, Kościół ma w czasach ostatnich odzwierciedlić w pełni cechy Maryi i przejąć Jej zbawczą rolę. Innymi słowy, ma być „jak Maryja” – święty i nieskalany, stając się ikoną uniżenia, w której jest już miejsce tylko dla Boga. Wtedy – przekonywał przyszły papież – trudna historia będzie mogła przejść w chwalebną wieczność.

    Czyżbyśmy byli narodem prorockim? Wygląda na to, że wyprzedziliśmy czasy o pół wieku… Przypomnijmy fakty: w 1964 r. Paweł VI na prośbę polskiego episkopatu ogłosił Maryję Matką Kościoła. Do tego aktu przekonała go teologiczna argumentacja kard. Wojtyły. W 1971 r. za zgodą papieża święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego. Cztery lata później Kościół włączył do mszału formularz Mszy wotywnej ku czci Maryi Matki Kościoła.

    Decyzją papieża Franciszka od 2018 r. święto to stało się obowiązkowe w całym Kościele. Jest ono obchodzone – na wzór polski – w poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego. Franciszek wyjaśnił, że ustanowienie tego święta winno „pobudzić wzrost matczynego zmysłu Kościoła” i przyczynić się do „rozwoju prawdziwej pobożności maryjnej”.

    Papieskie uwagi są wymowne. Z jednej strony Ojciec Święty ostrzega, że Kościół może w swych strukturach nie mieć nic z kochającej matki – zawsze czule obecnej i pomocnej – i że istnieje pobożność maryjna, która nie przynosi owoców, ponieważ jest fałszywa. Z drugiej strony daje nam do zrozumienia, że kult Maryi jako Matki Kościoła – prawdziwy, nie zaś przestrzeganie samej litery – sprawi, iż Kościół odkryje swój profil Maryjny, czyli stanie się podobny do Matki Najświętszej, a więc: zatroskany, służebny, pokorny i radosny. Co więcej – nabożeństwo do Maryi Matki Kościoła może wyprostować i oczyścić w pobożności to wszystko, co w niej niedoskonałe lub błędne.

    Skąd to przekonanie? Przez to święto Kościół otwiera się na właściwą perspektywę, w której – jak uczył Jan Paweł II – obok profilu Piotrowego jest obecny również profil Maryjny. Wielu może zaskoczyć stwierdzenie papieża, że „profil Maryjny jest dla Kościoła równie, a może nawet bardziej istotny i charakterystyczny, niż głęboko z nim związany profil apostolski i Piotrowy”. Słyszymy nawet, że „jedynym celem potrójnego munus [misji Kościoła] jest budowanie Kościoła według tego ideału świętości, którego pierwowzorem jest Maryja”. To dlatego powtórne przyjście Chrystusa „musi być przygotowane (…) już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”.

    Z samej natury chrześcijaństwo jest maryjne. Mówił o tym Paweł VI, podkreślając, że „chrześcijański znaczy maryjny”.

    W pierwszych wiekach słowa „Kościół” i „Maryja” były słowami zamiennymi, a mariologia była częścią eklezjologii. Benedykt XVI podkreślał, że kiedy Sobór Watykański II umieścił naukę o Maryi w ostatnim rozdziale Konstytucji dogmatycznej o Kościele, po prostu powrócił do źródeł, i że zaakcentowanie relacji Maryja – Kościół pomaga zrozumieć, czym w swej istocie jest chrześcijańska wspólnota.

    Wracamy do tego sposobu myślenia. Kościół odkrywa, że Maryja jest jego lustrem, że ma się on uczyć od Niej i odkrywać, iż jego prawdziwą tożsamością jest… święta i niepokalana Dziewica i Matka.

    Bez Maryi, która jest kimś więcej niż wzorem, bo jako Matka Kościoła jest „wzorem pomagającym”, Kościołowi grozi to, że w oczach wielu ludzi będzie rzeczywistością czysto świecką, nieukazującą im Boga.

    Hans Urs von Balthasar wyjaśniał: „Bez mariologii grozi chrześcijaństwu, że będzie nieludzkie. Bez niej Kościół staje się czysto funkcyjny, bezduszny, staje się gorączkowo zabieganym przedsiębiorstwem, w którym nie ma miejsca na ciszę i spokój (…). Wszystko staje się w nim polemiczne, krytyczne, pozbawione humoru, a w końcu nudne. Ludzie masowo odchodzą od takiego Kościoła”.

    W pierwszych wiekach podkreślano utożsamianie się każdego wierzącego z Chrystusem. A to oznacza, że Matka Zbawiciela jest Matką każdego, kto jest „jak Chrystus”, kto jest „drugim Chrystusem”. Profil Maryjny musi być w nas obecny.

    Ten tytuł jest szansą na odnowę Kościoła. Przypomina, że to, co może zmienić Kościół, nie przyjdzie z jego zaangażowania w wymiar horyzontalny. Kościół nie będzie Bożym zaczynem, jeśli jego wizytówką będzie tylko samo działanie: działalność społeczna, charytatywna, mediacyjna etc. „Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5, 47) – można by zacytować słowa Chrystusa. Boska moc, która może zmienić świat, płynie z kierunku wertykalnego – z otwarcia się na Boga przez modlitwę i kontemplację. Tego poganie nie czynią. To dlatego Jan Paweł II głosił prymat życia duchowego: dla niego najważniejszą działalnością była modlitwa i adoracja. To dlatego Benedykt XVI podkreślał pierwszorzędne znaczenie liturgii. Dlatego też klasztor kontemplacyjny w Ogrodach Watykańskich, wspierający papieża „przez posługę modlitwy, adoracji, uwielbienia i zadośćuczynienia”, nosi tytuł Mater Ecclesiae.

    Tytuł Maryi Matki Kościoła uświadamia nam, że nasze rozumienie roli Najświętszej Maryi Panny rozwijało się nieustannie na przestrzeni wieków. Maryja, doskonale zjednoczona z Bogiem, ma udział w Jego tajemnicy i pozostanie nam wieczność na pełne zrozumienie tego, kim Ona jest i jaka jest Jej rola. Wciąż jeszcze nie rozumiemy w pełni Jej chwalebnej misji w Bożym planie zbawienia. Wiele „odkryć” jest jeszcze przed nami. Niektórzy proponują, aby nadać Maryi dogmatyczne tytuły Pośredniczki wszelkich łask i Współodkupicielki. Nauczanie ostatnich papieży sygnalizuje być może inny kierunek – teologowie nazwaliby go eklezjologicznym: dziś trzeba przede wszystkim zrozumieć Jej rolę w Kościele i postawić Ją Kościołowi za wzór.

    Wzywamy Maryję jako Matkę Kościoła. Gdy pojmiemy znaczenie tego tytułu, wszystko w Kościele stanie się dla nas zrozumiałe: jego misja, cel, droga, postać… A Maryja stanie się dla nas inspiracją, wzorem i motorem świętości. Aż po przywoływaną przez nas codziennie Paruzję!

     Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela

    ***

    25 maja 2026

    Encyklika Leona XIV „Dignita humanitas”

    Pełna treść pierwszej encykliki Leona XIV poświęconej człowieczeństwu w czasach sztucznej inteligencji

    fot. Vatican Media

    ***

    ENCYKLIKA

    MAGNIFICA HUMANITAS

    OJCA ŚWIĘTEGO
    LEONA XIV
    O TROSCE O OSOBĘ LUDZKĄ
    W DOBIE SZTUCZNEJ INTELIGENCJI

    ___________________________

    WPROWADZENIE

    Rzeczy nowe (res novae) naszych czasów
    Dwa obrazy biblijne
    Budować na fundamencie dobra
    Pozostać ludźmi

    ROZDZIAŁ I
    MYŚL DYNAMICZNA I WIERNA EWANGELII

    Kościół pielgrzymujący w dziejach ludzkości

    Mądrość Słowa i dialog z naukami o człowieku
    Nauka społeczna jako rozeznawanie wspólnotowe

    Rozwój Magisterium społecznego od Leona XIII do dzisiaj

    Pierwsze kroki nauki społecznej Kościoła
    Lata Soboru Watykańskiego II
    Najnowsze Magisterium 

    Odczytywanie dziejów w świetle wiary

    ROZDZIAŁ II
    PODSTAWY I ZASADY NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA

    Podstawy nauki społecznej Kościoła

    Człowiek obrazem Boga Trójjedynego
    Równa godność wszystkich istnień ludzkich
    Najwyższa wartość praw człowieka

    Zasady nauki społecznej Kościoła

    Zasada dobra wspólnego
    Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr
    Zasada pomocniczości
    Zasada solidarności
    Zasada sprawiedliwości społecznej

    Integralny rozwój człowieka
    Sprawdzian dla Kościoła

    ROZDZIAŁ III
    TECHNIKA I PANOWANIE. WIELKOŚĆ OSOBY LUDZKIEJ WOBEC OBIETNIC SZTUCZNEJ INTELIGENCJI

    Paradygmat technokratyczny i władza cyfrowa
    Sztuczna inteligencja

    Cenne wsparcie wymagające uwagi
    Odpowiedzialność, przejrzystość i zarządzanie sztuczną inteligencją

    To, czego nie możemy utracić

    Podstawowe narracje: transhumanizm i posthumanizm
    Ograniczenia, serce i wielkość istoty ludzkiej

    To, co prawdziwie „więcej niż ludzkie”: łaska i humanizm chrześcijański
    Dwa miasta i dwie miłości

    ROZDZIAŁ IV
    STRZEC CZŁOWIECZEŃSTWA POŚRÓD PRZEMIAN. PRAWDA, PRACA, WOLNOŚĆ

    Prawda jako dobro wspólne

    Prawda i demokracja
    Komunikacja i wyobraźnia zbiorowa
    Ku ekologii komunikacji
    Przymierze wychowawcze dla ery cyfrowej
    Centralna rola szkoły

    Godność pracy w okresie przemiany cyfrowej

    Wartość pracy
    Problem bezrobocia
    Ekonomia dowartościowująca godność człowieka
    Rodzina i ludzie młodzi: społeczne warunki nadziei

    Strzec wolności przed uzależnieniem i utowarowieniem

    Uzależnienia i kontrola społeczna
    Rozerwać kajdany nowych zniewoleń

    Współdzielona odpowiedzialność

    ROZDZIAŁ V
    KULTURA POTĘGI A CYWILIZACJA MIŁOŚCI

    Cywilizacja miłości w erze cyfrowej
    Kultura potęgi

    Normalizacja wojny
    Siła bez ograniczeń
    Broń i sztuczna inteligencja
    Kryzys multilateralizmu
    Rzekomy realizm polityczny

    Budować cywilizację miłości

    Wszyscy możemy wnieść swój wkład
    Rozbroić słowa
    Budować pokój w sprawiedliwości
    Spojrzeć oczami ofiar
    Pielęgnować zdrowy realizm
    Na nowo ożywić dialog
    Konieczność dyplomacji i multilateralizmu
    Modlić się i mieć nadzieję

    ZAKOŃCZENIE

    Słowo stało się ciałem
    Jedno ciało w Chrystusie
    Plac budowy naszych czasów
    Pieśń nadziei:
     Magnificat

    WPROWADZENIE

    1. Wspaniałe człowieczeństwo stworzone przez Boga staje dziś wobec decydującego wyboru: wznieść nową wieżę Babel albo budować miasto, w którym Bóg i ludzkość zamieszkują razem. Każde pokolenie otrzymuje w dziedzictwie zadanie nadania kształtu swoim czasom: doprowadzenia do dojrzewania dziejów jako przestrzeni, w której godność każdej osoby będzie otoczona troską, będzie umacniana sprawiedliwość, a braterstwo stanie się możliwe. Nad każdą jednak epoką wisi ryzyko budowania świata nieludzkiego i jeszcze bardziej niesprawiedliwego. Tam, gdzie ludzkości grozi utrata własnego oblicza, my, chrześcijanie, wznosimy oczy ku Bogu, który stał się ciałem, wiedząc, że „misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [1]. To wspaniałe człowieczeństwo w Jezusie Chrystusie staje się Drogą, Prawdą i Życiem, otwierając każdemu z nas drogę wzrastania ku pełni.
    2. Oparci na Chrystusie – żywym kamieniu – doświadczamy potężnego i tajemniczego działania Ducha Świętego oraz wierzymy, że każdy autentyczny ludzki wysiłek współpracy z Nim dla osiągnięcia dobra będzie pobłogosławiony przez Ojca niebieskiego, w którym pokładamy naszą nadzieję. Dlatego możemy z zaangażowaniem włączać się w te wszystkie inicjatywy, które budują świat bardziej sprawiedliwy, i możemy wzywać innych do współdziałania z nami na rzecz integralnego rozwoju każdej istoty ludzkiej. Pragniemy wejść w dialog ze wszystkimi mężczyznami i kobietami naszych czasów, z którymi dzielimy doświadczenia, pytania i dążenia ludzkości [2]. Chcemy razem z nimi szukać nowych dróg ku dobru wspólnemu i ku promowaniu godnego życia dla wszystkich. Taka postawa dialogu stanowi integralną część powołania Kościoła, ponieważ on – ustanowiony „w Chrystusie jakby sakramentem (…) wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” [3]– rozpoznaje w historii miejsce, w którym Ewangelia stawia pytania ludzkiemu doświadczeniu i mu towarzyszy.
    3. W tym duchu Leon XIII opublikował w 1891 r. Encyklikę Rerum novarum, której 135. rocznicę z żywą wdzięcznością obchodzimy w tym roku. Tym dokumentem mój umiłowany Poprzednik dał impuls tej refleksji nad społeczeństwem, ekonomią i polityką, którą dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”. A kiedy niektórzy stawiali zarzut, że Kościół nie powinien trwonić sił na sprawy doczesne, lecz troszczyć się o głoszenie orędzia życia wiecznego, odpowiadał on z realizmem i mądrością, iż głoszenie Ewangelii nie może pomijać konkretnego życia narodów [4]. Od tego czasu minęło wiele dziesięcioleci, a Magisterium, pasterze, teologowie i wierni nadal podejmowali refleksję nad kwestiami społecznymi w świetle Ewangelii. Dziś nauka społeczna Kościoła stanowi dziedzictwo mądrości, w którym odnajdujemy zasady myślenia, kryteria rozeznawania i osądu oraz konkretne wskazania do działania. Opiera się ona na Piśmie Świętym i Tradycji, a w dialogu z naukami pomaga nam trafnie odczytywać wyzwania teraźniejszości, wskazując drogi właściwe dla przeżywania jasnego świadectwa chrześcijańskiego, z radością i w służbie światu. Nauka społeczna Kościoła nie jest statycznym zbiorem pojęć, lecz żywym korpusem prawdy, który strzeże i interpretuje powołanie ludzkości do życia pełnego i sprawiedliwego. Do tej żywej tradycji pragnę zatem dołączyć także mój głos, przyzywając pomocy Ducha mądrości, który od początku zamieszkuje świat (por. Prz8, 22-31).

    Rzeczy nowe (res novae) naszych czasów

    1. O ile Leon XIII mówił w swoim czasie o „rzeczach nowych” ( rerum novarum), o tyle dzisiaj nie możemy po prostu powtarzać jego cennego nauczania, lecz winniśmy prosić Boga o mądrość potrzebną do odczytania wielkich tendencji naszych czasów, w szczególności postępu techniki. W ostatnich latach staje się coraz bardziej oczywiste, jak szybko i jak głęboko cyfryzacja, sztuczna inteligencja (AI) i robotyka przekształcają nasz świat. Techniki samej w sobie nie należy uważać za siłę przeciwstawną osobie ludzkiej; przeciwnie, jest ona od samego początku wpisana w nasze dzieje jako „działalność głęboko ludzka, związana z autonomią i wolnością człowieka” [5]. Rozwój technologiczny w ciągu wieków przyczyniał się do znacznej poprawy warunków życia ludzkości; zarazem jednak każdy etap postępu ukazywał także dwuznaczne oblicze narzędzi mogących wyrządzać szkody, jeśli nie są ukierunkowane ku dobru. Dziś jednak stajemy wobec nowej sytuacji, w której potęga i wszechobecność rodzących się technologii wnikają w tkankę codzienności, kształtują procesy decyzyjne i głęboko oddziałują na wyobraźnię zbiorową: „Ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą” [6]. Nowe technologie otwierają horyzont rozciągający się w kierunkach, których – choć możemy się domyślać – nie jesteśmy jeszcze w stanie w pełni przewidzieć. To sprawia, że trudniej jest ocenić ich wpływ oraz długofalowe skutki dla godności osoby i dobra wspólnego.
    2. Teraz do nas należy, aby z jasnością umysłu i poczuciem odpowiedzialności podjąć wyzwania naszych czasów. Konieczne jest przyjęcie odpowiednich narzędzi normatywnych, zdolnych strzec sprawiedliwości i ograniczać wypaczające skutki władzy technologicznej. Kwestia ta nie wyczerpuje się jednak w samej regulacji. Jak przestrzegał Papież Franciszek, trzeba z realizmem pytać, kto dzisiaj dzierży tę władzę i ku jakim celom ją ukierunkowuje: „Nie możemy jednak ignorować faktu, że energia jądrowa, biotechnologia, informatyka, znajomość naszego DNA i inne możliwości, które zyskaliśmy, (…) umożliwiają tym, którzy posiadają wiedzę – a nade wszystko władzę ekonomiczną, aby ją wyzyskiwać – niezwykłe panowanie nad całym rodzajem ludzkim i nad całym światem” [7]. Niegdyś to przede wszystkim państwa prowadziły i ukierunkowywały innowacje. Dziś natomiast głównymi motorami rozwoju są podmioty prywatne, często ponadnarodowe, dysponujące zasobami i zdolnością oddziaływania większymi niż wiele rządów. Władza technologiczna przybiera zatem nowe oblicze, w przeważającej mierze „prywatne”, a przez to jest jeszcze trudniejsza do rozeznania, uporządkowania i ukierunkowania ku dobru wspólnemu.
    3. Dlatego trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się jedynie na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych. Przeżywamy obecnie gwałtowny etap przejścia, „zmianę epoki”, w której – podczas gdy jedni współzawodniczą o przyszłość nowych technologii, a inni są zaangażowani w podejmowanie nad nimi refleksji – większość osób pozostaje w oczekiwaniu, przygląda się z oddalenia i po prostu ma nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze. Właśnie dlatego w naszym sumieniu stajemy przed rozstrzygającymi pytaniami, których nie można już dłużej uchylać: Dokąd zmierzamy? Ku jakiemu celowi pragniemy się skierować? Jaki kierunek winniśmy obrać jako wspólnota ludzka i jako narody?

    Dwa obrazy biblijne

    1. Aby odpowiedzieć na te pytania i rozeznać, jak odpowiedzialnie odnaleźć się w dobie sztucznej inteligencji, pragnę przywołać dwa obrazy biblijne: budowę wieży Babel (por. Rdz11, 1-9) oraz odbudowę murów Jerozolimy (por. Ne 2-6). W Księdze Rodzaju opowiadanie o wieży Babel pojawia się u początków dziejów ludzkości, bezpośrednio po genealogiach synów Noego. Ludzie, osiedliwszy się na równinie Szinear, postanawiają zbudować miasto i wieżę, „której wierzchołek będzie sięgał nieba” (Rdz 11, 4). Chcą w ten sposób zapewnić sobie trwałość i potęgę, a nade wszystko „rozsławić swoje imię”, lękając się rozproszenia po ziemi. Przedsięwzięcie wydaje się imponujące: jeden język, jedna technologia, jeden kierunek. Projekt ten kryje w sobie jednak wielką zasadzkę: jest to dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację. Gdy miasto budowane jest na pysze i na roszczeniu samowystarczalności, komunikacja ulega zerwaniu, języki się mieszają, a ludzie przestają się rozumieć. Owocem nie jest jedność, lecz rozproszenie. Wieża Babel ukazuje zatem ograniczenie każdej budowli, która – choćby imponująca – wyrasta z absolutyzacji tego, co ludzkie, i z ludzkiego roszczenia samowystarczalności, poświęca godność osób na rzecz skuteczności i pragnie dosięgnąć nieba bez błogosławieństwa Boga.
    2. Z kolei Księga Nehemiasza otwiera się w chwili wielkiej słabości w dziejach starożytnego Izraela. Po niewoli babilońskiej część ludu powróciła do Jerozolimy, lecz miasto nadal pozostaje w ruinie, mury są zwalone, a bramy spalone (por. Ne1-2). Nehemiasz – Żyd pozostający na służbie u perskiego króla Artakserksesa – otrzymuje wiadomość o katastrofalnym stanie miasta ojców. Zanim podejmie działanie, pości, modli się i wstawia za ludem; następnie prosi króla o pozwolenie na powrót do Jerozolimy, a gdy tam przybywa, w milczeniu ogląda zburzone miejsca. Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Opowiadanie ukazuje, że miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu: kapłanów, rzemieślników, naczelników rodów, kobiet i młodzieży. Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie. W ten sposób dawna Jerozolima odnajduje na nowo wspólny język: nie język jednolitości, lecz komunii; harmonię, która rodzi się wówczas, gdy każdy przyjmuje swoją część odpowiedzialności, a cały lud uznaje, że jego siła pochodzi od Pana.
    3. W świetle tych dwóch obrazów Duch Święty przemawia dziś do nas w kwestii relacji z techniką i z trwającą rewolucją cyfrową. Odkrycia naukowe są talentem powierzonym ludzkości po to, aby mogła z niego czerpać korzyści (por. Mt25, 14-30). Technologia może leczyć, łączyć, wychowywać, strzec wspólnego domu; może jednak także dzielić, odrzucać i rodzić nowe niesprawiedliwości. W ujęciu abstrakcyjnym sama w sobie nie stanowi ona rozwiązania problemów ludzkości, tak jak sama w sobie nie jest złem; konkretnie rzecz ujmując, nie jest jednak neutralna, ponieważ przyjmuje ona oblicze tych, którzy ją projektują, finansują, regulują i wykorzystują. Dlatego pierwszym wyborem nie jest wybór między „tak” a „nie” dla technologii, lecz między budowaniem wieży Babel a odbudową Jerozolimy: między władzą, która rości sobie pretensję do panowania nad niebem, a ludem, który – w obecności Boga – podejmuje zgodnie pracę nad odbudową murów braterskiego współistnienia.
    4. Unikajmy zatem „syndromu wieży Babel”, polegającego na bałwochwalstwie zysku, którego ofiarą padają słabi; na jednolitości spłaszczającej różnice oraz na roszczeniu do jednego języka – także cyfrowego – zdolnego przełożyć wszystko, nawet tajemnicę osoby, na dane i wydajność. Na tym polega niebezpieczeństwo dehumanizacji – budowania przyszłości z wyłączeniem Boga i zredukowania drugiej osoby do roli środka – pokusy dawnej i wciąż nowej, która dziś przybiera również oblicze techniczne. Wybierzmy natomiast „drogę Nehemiasza”, która ukazuje wartość wspólnej pracy podejmowanej po to, by uczynić miasto Boże bezpiecznym dla powracających wygnańców. Odbudowywać znaczy dzisiaj uznać, że pośród wielości głosów i wizji, przypominającej niekiedy rozproszenie języków, istnieje jednak pewna świetlana możliwość, polegająca na budowaniu razem, przemieniając różnorodność w zasób i czyniąc ze słuchania i dialogu wspólną przestrzeń, w której mogą wzrastać sprawiedliwość i braterstwo. Wewnątrz tego wspólnego dzieła chrześcijanie odnajdują zaś właściwą sobie formę budowania: jest nią ukierunkowywanie działania ku Bogu, aby w Jego świetle pluralizm nie przeradzał się w chaos, lecz – w praktyce synodalności – stawał się przestrzenią, w której ludzkość na nowo odnajduje swoje trwałe fundamenty i swój cel ostateczny. W Apokalipsie Jan widzi nowe Jeruzalem „zstępujące z nieba od Boga” (Ap21, 2) jako dar dla całej ludzkości. Ta zaś wizja łaski jest dla nas, chrześcijan, wezwaniem do wspólnej pracy nad kształtowaniem w dzisiejszych „miastach” pokojowego, sprawiedliwego i godnego życia wspólnego.

    Budować na fundamencie dobra

    1. Budowanie miasta opartego na fundamencie dobra wspólnego domaga się zatem przede wszystkim wznoszenia na skale relacji z Bogiem. Oznacza to uznać, że prawda Jego miłości wzywa nas do życia „w obfitości” ( J10, 10) oraz do komunii z Nim. Wraz ze św. Augustynem również i my możemy powiedzieć: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie” [8]. Bóg wpisał bowiem w nasze serce pragnienie szczęścia, obejmujące wszystkie wymiary życia, a Kościół – podejmując dialog z mężczyznami i kobietami naszych czasów – odczuwa pilną potrzebę pielęgnowania tego dążenia i ukierunkowywania go ku jego najgłębszej prawdzie.
    2. Po drugie, budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować. Dzisiaj właściwe istocie ludzkiej pragnienie pełni może zostać skierowane ku zwodniczym celom: przez iluzję techniki, która obiecuje wyzwolić nas od wszelkiej kruchości, albo przez modele dobrobytu, które spychają całe narody na margines. Nierzadko pokładamy nadzieję w nieograniczonym wzmacnianiu ludzkich możliwości, w formach postępu, które mogą zaostrzać nierówności, w doraźnych rozwiązaniach, które nie są zdolne uleczyć rany zadane narodom. I tak, podczas gdy jedni ulegają mirażowi nieograniczonej samorealizacji, wielu pozostaje pozbawionych tego, co konieczne. Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się ze wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów.
    3. Po trzecie, budowanie świata, w którym wszyscy mogą „rozkwitać”, domaga się odważnej współodpowiedzialności. Żadna ręka sama nie zdoła unieść ciężaru wyzwań, które dotykają współczesnego świata; i żadna nie jest tak słaba, by nie mogła dać swego wkładu: „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor12, 9). Każdemu przypadnie jego odcinek muru: uczonym i badaczom, przedsiębiorcom i pracownikom, wychowawcom i prawodawcom, społeczeństwu obywatelskiemu, ruchom społecznym i wspólnotom wiary. Taka jest logika pomocniczości, która docenia współpracę między pokoleniami, narodami, dyscyplinami i kulturami jako uprzywilejowaną drogę prowadzącą do wzrostu trwałości, pomyślności i pokoju. Napięcia i różnice nie powinny budzić lęku: mogą stać się twórczą energią, jeśli zostaną ukierunkowane przez współdzieloną odpowiedzialność.
    4. Wreszcie, budowanie na fundamencie dobra domaga się języka ewangelicznego. Unikajmy słów, które upokarzają albo przeciwstawiają jednych drugim. Wybierajmy jasność, która oświeca, a także szczerość, która otwiera drogi. Nie ulegajmy naiwnym uniesieniom i nie podsycajmy jałowych lęków. Raczej wskazujmy kryteria rozeznania, czyli: godność osoby, powszechne przeznaczenie dóbr, opcję preferencyjną na rzecz ubogich, troskę o wspólny dom i pokój – oraz przekładajmy je na praktykę: odpowiedzialne planowanie, ocenę wpływu na człowieka i życie społeczne, włączanie najbardziej kruchych, alfabetyzację cyfrową oraz badania naukowe i przemysł ukierunkowane na sprawiedliwość i pokój.

    Pozostać ludźmi

    1. Podczas niedawnego Zwyczajnego Roku Jubileuszowego 2025 wędrowaliśmy jako pielgrzymi nadziei i zostaliśmy obdarowani obfitością łask. Umocnieni tymi darami możemy z ufnością ducha podejmować trudne zadania i wymagające wyzwania, przed jakimi stoi nasza przyszłość. W dobie sztucznej inteligencji, w której godność człowieka narażona jest na przesłonięcie przez nowe formy dehumanizacji, spoczywa na nas naglący obowiązek, by pozostać prawdziwie ludźmi, z miłością otaczając troską owo wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam darowane i ukazane w całej pełni w Chrystusie, a którego żadna maszyna nigdy nie zdoła zastąpić w jego blasku. Prawdziwy postęp rodzi się zawsze z serca otwartego na drugiego człowieka, z rozumu gotowego do słuchania oraz z woli, która szuka bardziej tego, co jednoczy, aniżeli tego, co dzieli.
    2. Zwracam się z usilnym apelem do wszystkich wiernych katolików, do wszystkich chrześcijan, do wszystkich mężczyzn i kobiet dobrej woli: nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów. Módlmy się jak Nehemiasz, planujmy mądrze, pracujmy wytrwale, przywracając Boga na horyzont naszego działania, a istotę ludzką stawiając w centrum naszych wyborów. Wówczas kamienie odrzucone – ubodzy, chorzy, migranci, najmniejsi – staną się kamieniem węgielnym, a na ziemi powstanie wspólne mieszkanie – solidne i gościnne – gdzie łaskawość i wierność wreszcie spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój (por. Ps85, 11). Oto błogosławieństwo, o które błagamy Boga, i zadanie, które stoi przed nami: być budowniczymi komunii, a nie architektami wieży Babel; być sługami Królestwa, które nadchodzi, a nie właścicielami wież skazanych na upadek. Z sercem pasterza i ojca proszę zatem wszystkich, aby zatrzymać wznoszenie kolejnej wieży Babel i zjednoczyć siły w budowaniu na fundamencie dobra, tak aby ludzkość nigdy nie utraciła swego piękna i aby świat mógł raz jeszcze rozpoznać w sercu istoty ludzkiej to miejsce, w którym pragnie zamieszkać Bóg.

    ROZDZIAŁ I

    MYŚL DYNAMICZNA I WIERNA EWANGELII

    1. W tym pierwszym rozdziale pragnę pokrótce prześledzić drogę, poprzez którą nauka społeczna Kościoła kształtowała się w najnowszym nauczaniu Papieży oraz Soboru Watykańskiego II, aby ukazać jej dynamiczny charakter. W każdej bowiem epoce res novaepobudzają to nauczanie do mierzenia się z pytaniami historii w świetle Prawdy objawionej. Dlatego również sztuczną inteligencję należy rozumieć nie jako tematyczny dodatek ani jako sytuację kryzysową, którą trzeba zarządzać, lecz jako przemianę, która od wewnątrz stawia pytania kategoriom katolickiej nauki społecznej i domaga się jej dalszego rozwoju w wierności Ewangelii.
    2. Jednakże ten tok rozważań nie byłby naprawdę zrozumiały, gdybyśmy – zanim zatrzymamy się nad wkładem poszczególnych Papieży i najważniejszymi dokumentami – nie wyjaśnili pewnych podstawowych przekonań dotyczących sposobu obecności Kościoła w historii i jego relacji ze światem. Bez takiego doprecyzowania nauka społeczna mogłaby jawić się jako niewłaściwa ingerencja w kwestie doczesne albo jako zewnętrzny, narzucany odgórnie kodeks etyczny. W rzeczywistości wyrasta ona z Kościoła, który pielgrzymuje razem z ludzkością, uznaje ona autonomię rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, i właśnie dlatego stawia sobie za cel służbę dobru wspólnemu.

    Kościół pielgrzymujący w dziejach ludzkości

    Reklama

    1. Kościół obecny w świecie jako znak jedności dla całej rodziny ludzkiej w pytaniach i wyzwaniach obecnego czasu rozpoznaje miejsce, w którym urzeczywistnia własne powołanie do słuchania, dialogu i służby, pozwalając, by przemawiało do niego wszystko to, co dotyczy życia mężczyzn i kobiet naszych czasów. To splecenie życia z dziejami narodów sprawia, że coraz głębiej pojmuje on, iż jego misja ma wymiar historyczny i niesie odpowiedzialność za sposób, w jaki kształtowane są relacje społeczne. Dlatego Kościół nie może uważać się za obcy wobec dynamizmów, które kształtują oblicze społeczeństwa. Przeciwnie, z zaangażowaniem uczestniczy on w drogach, poprzez które społeczeństwo to wzrasta i organizuje się oraz wnosi własny wkład w osiąganie bardziej sprawiedliwego i braterskiego współistnienia. Papież Franciszek z mocą przypominał o tym historycznym wymiarze misji Kościoła, stwierdzając, że „nikt nie może od nas domagać się, abyśmy usuwali religię w przestrzeń tajemniczego wnętrza osób bez żadnego jej wpływu na życie społeczne i narodowe, nie przejmując się kondycją instytucji społeczeństwa świeckiego, bez wypowiadania się na temat wydarzeń, które interesują obywateli” [9].
    2. Powołanie i zaangażowanie w podążanie razem z ludzkością w konkretności dziejów prowadzą Kościół do uznania, że rzeczywistości ziemskie mają własną spójność i własny porządek. Sobór Watykański II wyraził tę zasadę ze szczególną precyzją w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, której 60. rocznicę obchodziliśmy z wdzięczną pamięcią 7 grudnia 2025 r.: „Jeżeli przez autonomię rzeczywistości ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami (…), wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać” [10]. To podkreślenie ukazuje, że stworzenie nosi w sobie odciśniętą pierwotną dobroć, której ludzkie spojrzenie winno strzec, pielęgnować i doprowadzać do dojrzałości. W tej perspektywie Kościół jawi się jako obecność pomagająca odczytywać rzeczywistość w jej głębi, wspierając z pokorną stanowczością te wybory, które służą godności każdej osoby, spójności wspólnot i dobru wszystkich. W ten sposób staje on u boku świata, nie zajmując jego miejsca, aby w każdej ludzkiej historii mogła kiełkować obietnica sprawiedliwości i pokoju, którą Duch Święty nieustannie wzbudza w sercu ludzkości.
    3. Uznając, że Bóg towarzyszy wolności istnień ludzkich w kształtowaniu się historii, Sobór Watykański II potwierdził rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, wskazując, że każda z nich winna działać w jak najpełniejszej autonomii. Obecność Kościoła w świecie wyraża się zatem również w jego relacji do społeczeństwa obywatelskiego i instytucji publicznych. Wchodząc z nimi w dialog, Kościół uznaje wartość rzeczywistości społecznych i politycznych oraz szanuje ich własną odpowiedzialność, wspierając wszystko to, co chroni życie osób i umacnia fundamenty tkanki społecznej. Nie rości sobie on pretensji do przejmowania funkcji należnych państwu; przeciwnie, ceni jego służbę dobru wspólnemu i z przekonaniem uznaje odpowiedzialność, którą instytucje cywilne sprawują w społeczeństwie. Zarazem jednak misja powierzona Kościołowi nie pozwala mu pozostawać z dala od konkretnych cierpień mężczyzn i kobiet naszych czasów. Jego bliskość nie rodzi się z zamiaru wyręczania instytucji ani tym bardziej z ukrytej krytyki ich działania, lecz z ewangelicznej miłości, która przynagla go, by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością. Kiedy Kościół interweniuje, czyni to na wzór miłosiernego Samarytanina – z dyskrecją i bliskością – świadom, że to, co rodzi się z bezpośredniej konieczności, nie może stać się normą ani zastąpić instytucjonalnej odpowiedzialności właściwej wspólnocie obywatelskiej.
    4. W świetle tego podwójnego uznania – autonomii rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienia kompetencji między wspólnotą eklezjalną a polityczną – pełniej rozumiemy kierunek, jaki Sobór Watykański II wyznaczył Kościołowi w jego relacji do świata. Gaudium et spesprzypomina: „Zadaniem całego Ludu Bożego, a zwłaszcza pasterzy i teologów, jest z pomocą Ducha Świętego wysłuchiwanie, rozważanie i interpretowanie w świetle słowa Bożego różnych form wypowiedzi naszych czasów, tak aby objawiona Prawda mogła być zawsze dokładniej ujmowana, lepiej rozumiana i właściwiej przedstawiana” [11]. Słuchanie „różnych form wypowiedzi” nie jest zwykłą uwagą socjologiczną, lecz zakłada rozeznanie duchowe, w którym Lud Boży – z pomocą Ducha – rozpoznaje w przemianach kulturowych i społecznych zarówno znaki obecności Chrystusa, który przychodzi i prowadzi historię ku jej wypełnieniu, jak i te wypaczenia, które przesłaniają Jego oblicze. W ten sposób Prawda objawiona nie ulega zmianie w swoim istotnym rdzeniu, lecz zostaje pełniej wyrażona i przyjęta jako żywe kryterium ukierunkowujące konkretne wybory, inspirujące drogi osobistego i wspólnotowego nawrócenia, wspierające reformę struktur i podtrzymujące nowe formy ewangelicznego świadectwa w życiu publicznym. Historia jest zatem jednym z miejsc, w których Kościół pozwala Duchowi pouczać się o humanizującej mocy Ewangelii i uczy się wyrażać swoje nauczanie w służbie godności każdej osoby i dobra narodów.

    Mądrość Słowa i dialog z naukami o człowieku

    1. Kościół uznaje za towarzyszy drogi wszystkich, którzy szczerze poszukują „prawdy, dobra i piękna”, widząc w nich „cennych sprzymierzeńców” [12]w obronie godności każdej osoby oraz w trosce o ochronę stworzenia. Przyjmując duszpasterski styl Soboru Watykańskiego II, który wzywa do słuchania, rozeznawania i odczytywania znaków czasu, Kościół – oświecony mądrością Słowa – nie lęka się spotkania z ludzką wiedzą. Słowo Boże daje pewne niezawodne kryteria, aby ukierunkowywać drogi sprawiedliwości oraz otwierać ścieżki pojednania i pokoju między ludźmi. Gdy zaś chodzi o zastosowanie tych kryteriów w złożonych sytuacjach naszych czasów, nieodzowny okazuje się wkład filozofii oraz nauk o człowieku i nauk społecznych, które pomagają głębiej rozumieć i wnikliwiej analizować dynamikę przemian kulturowych, ekonomicznych i politycznych. Św. Jan Paweł II przypominał, że Kościół przyjmuje wkład nauk społecznych i czerpie z nich „konkretne wskazania, aby z ich pomocą wypełniać swoją misję nauczania” [13]. Konfrontacja z tymi dziedzinami wiedzy nie osłabia mocy Ewangelii; przeciwnie, pozwala z większą jasnością rozpoznać to, co rzeczywiście służy życiu osób i wspólnot. Papież Franciszek, pozostając w tej perspektywie, podkreślał, że w wielu kwestiach szczegółowych Kościół nie rości sobie prawa do formułowania „definitywnych rozwiązań” [14], lecz uznaje znaczenie wsłuchiwania się w badania naukowe i wspierania rzetelnego oraz uczciwego dialogu między uczonymi, z poszanowaniem różnorodności opinii.
    2. Czerpiąc z tego owocnego dialogu między Ewangelią a ludzką wiedzą, Kościół stopniowo pogłębiał swoją naukę społeczną, kształtując z biegiem czasu dziedzictwo mądrości odznaczające się teologiczną i antropologiczną spójnością, zakorzenioną w chrześcijańskiej wizji osoby. Właśnie dlatego, że wyrasta ono z wiary i z jej rozumienia rzeczywistości, dziedzictwo to nie sprowadza się do zbioru rozwiązań technicznych ani do modelu ekonomicznego czy politycznego przeciwstawianego innym: należy do innego porządku [15]– do porządku zasad, które ukierunkowują odczytywanie wydarzeń i wspierają ewangeliczną interpretację procesów historycznych oraz związanych z nimi wyborów. Stąd wypływa właściwa funkcja nauki społecznej Kościoła, która nie zamierza zastępować odpowiedzialności polityki i instytucji, lecz ofiarowuje się jako wsparcie dla wspólnego rozeznawania, pomagając rozpoznawać i szerzyć to, co służy godności osób, żywotności wspólnot oraz dobru wszystkich.

    Nauka społeczna jako rozeznawanie wspólnotowe

    1. Pojmowanie prawdy jako daru, którym należy się dzielić, a nie jako własności, do której trzeba rościć sobie prawo, wyzwala Kościół z pokusy oglądania się z tęsknotą ku formom obecności opartym na władzy. Św. Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowanie „w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą” [16], aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca. W tym samym duchu przypomniałem, że Kościół „nie chce rościć sobie prawa do posiadania prawdy” [17], ponieważ prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić. Tę samą perspektywę streścił Papież Franciszek w znanych słowach, wedle których „czas przewyższa przestrzeń” [18]: nie chodzi przede wszystkim o zajmowanie przestrzeni władzy ani o obsadzanie twierdz kulturowych, lecz o zapoczątkowywanie procesów dobra i o pozwolenie, by dojrzewały; tak prawda Ewangelii nie narzuca się z góry, ale wzrasta w czasie, pośród konkretnego splotu ludzkich losów, wspólnot i kultur. Jest to prawda, która nie lęka się różnorodności, lecz ją przyjmuje i porządkuje; która nie usuwa konfliktów, ale je przemienia; która na nowo scala to, co historia skłonna jest rozproszyć. Stąd także obraz wielościanu – figury o wielu ścianach, w których z różnych perspektyw odbija się ta sama prawda Ewangelii [19].
    2. Taka postawa otwartości na prawdę – jedną, a zarazem wielorako wyrażaną – w głęboki sposób ukazuje powszechność Kościoła, który obejmuje całą rodzinę ludzką, a równocześnie żyje zanurzony w konkretnych uwarunkowaniach narodów i kultur. Sobór Watykański II przypomina, że właśnie na mocy tej katolickości „poszczególne części przynoszą innym częściom i całemu Kościołowi właściwe sobie dary” [20]; dzięki temu Kościół jako całość i każda poszczególna wspólnota wzrastają przez wzajemną wymianę oraz wspólny wysiłek ku coraz pełniejszej komunii. Wynika stąd, że Lud Boży nie tylko złożony jest z wielu narodów, lecz także wewnątrz siebie utkany jest z różnych funkcji, powołań, kultur i tradycji, wezwanych do tego, by wzajemnie się wspierać i ubogacać. W tej perspektywie św. Paweł VI dostrzegał, że ze względu na wielką różnorodność sytuacji historycznych nie sposób realistycznie oczekiwać, by nauka społeczna Kościoła mogła zaproponować jedną odpowiedź, właściwą dla wszystkich kontekstów [21]; dlatego zachęcał każdą wspólnotę chrześcijańską, by z jasnością spojrzenia i poczuciem odpowiedzialności odczytywała rzeczywistość własnego kraju. To płodne napięcie między powszechnością misji a zakorzenieniem lokalnym należy do samej istoty życia Kościoła: Kościół niesie horyzont całego świata, a zarazem przyjmuje pytania każdego kontekstu jako rzeczywiste miejsce, w którym Ewangelia przybiera ciało.
    3. W świetle tego, co zostało dotąd powiedziane, nauka społeczna Kościoła ukazuje się w swoim najbardziej autentycznym obliczu: nie jako podręczny zbiór zasad i norm do zastosowania, lecz jako droga wspólnotowego rozeznawania. Rodzi się ona ze spotkania odwiecznej prawdy Ewangelii z pytaniami historii, pozostaje uważna na znaki czasu; karmi się wkładem nauk, kultur i ludzkich doświadczeń. Dlatego, gdy godność braci bywa oszpecana, gdy polityka nie odpowiada na dramaty ludzkości, gdy ekonomia zwraca się przeciw człowiekowi albo nauka przekracza granice własnej metody [22], Kościół – wraz z innymi wyznaniami chrześcijańskimi i wyznawcami innych religii – powinien pozwolić słyszeć swój głos nie po to, by panować, lecz by służyć komunii. Tak rozumiana nauka społeczna Kościoła staje się teologią komunii w historii – miejscem, w którym Słowo, które stało się ciałem, nadal staje się dialogiem, pamięcią i proroctwem.

    Rozwój Magisterium społecznego od Leona XIII do dzisiaj

    1. Po ukazaniu sposobu, w jaki Kościół jest obecny w historii i podejmuje dialog ze światem, pragnę teraz zatrzymać się nad rozwojem nauki społecznej w Magisterium, które od XIX w. aż po nasze dni towarzyszyło wielkim transformacjom społecznym. Nie sposób oczywiście przedstawić całego bogactwa tego nauczania, którego podstawowe zasady zostały ukazane w Kompendium nauki społecznej Kościoła, a w nowszym Magisterium znalazły dalsze pogłębienie. Nie będę też mógł w sposób systematyczny podejmować tego wszystkiego, co zostało rozwinięte w Encyklikach moich ostatnich czcigodnych Poprzedników, zwłaszcza w Laudato si’Fratelli tutti. Zamierzam jednak przywołać niektóre zasadnicze linie, aby ukazać, że to, co przedstawiam, wpisuje się w ciągłość tej tradycji, a zarazem by uwydatnić, w jaki sposób trwały rdzeń prawd objawionych o osobie i o ludzkim współżyciu splata się w niej z nieustannie odnawianą zdolnością słuchania okoliczności dziejowych i przyjmowania pytań, które wynikają z teraźniejszości. Pragnę zatem prześledzić kilka decydujących etapów tego rozwoju, poczynając od czasu otwartego przez Encyklikę Rerum novarum.

    Pierwsze kroki nauki społecznej Kościoła

    1. To, co dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”, nie narodziło się nagle w czasach współczesnych, lecz zbiera i porządkuje długą tradycję eklezjalnej refleksji nad życiem społecznym, mającą swe źródła w Piśmie Świętym, u ojców Kościoła oraz w opracowaniach teologicznych i prawniczych średniowiecza i czasów nowożytnych. Wyrażenie „nauka społeczna Kościoła” zostało po raz pierwszy użyte przez Piusa XII w 1950 r. [23], lecz treść, którą ono obejmuje, rozumiana jako organiczny korpus nauczania społecznego, zaczęła zarysowywać się wraz z Encykliką Rerum novarumLeona XIII. Wobec „rzeczy nowych” swoich czasów – konfliktu między kapitałem a pracą, kwestii robotniczej, przemian gospodarczych i społecznych – Leon XIII nie ograniczył się do odnotowania trudności, lecz uznał te sytuacje za przestrzeń duszpasterskiej misji Kościoła, poddał je wnikliwemu rozeznaniu, a ich przyczyny oraz możliwe drogi wyjścia ukazał w świetle Ewangelii i integralnej wizji osoby stworzonej na obraz Boga. Św. Jan Paweł II dostrzegał w takim sposobie działania „wzór postępowania” [24] nauki społecznej Kościoła: wzorcową praktykę, przez którą Kościół wobec przemian historycznych wypełnia swoje prawo i obowiązek badania rzeczywistości społecznych, wypowiadania się na ich temat i wskazywania dróg sprawiedliwego rozwiązania. W ten sposób nieprzemijające treści wiary i dawnej mądrości eklezjalnej układają się w żywą naukę, która – pozostając wierna Ewangelii – wzrasta w konfrontacji z „rzeczami nowymi” każdej epoki.
    2. Encyklika Rerum novarumLeona XIII stanowi kamień milowy w rozwoju Magisterium społecznego. Dokument ten stawia w centrum swej refleksji godność pracy i pracownika, potwierdza prawo do sprawiedliwej płacy dla niego i jego rodziny, uznaje w osobach wartość nadrzędną względem kapitału i zysku, broni własności prywatnej wraz z jej niezbywalną funkcją społeczną, docenia zrzeszenia pracownicze oraz proponuje formy współpracy między różnymi częściami społeczeństwa jako alternatywę wobec logiki „walki klas”. Nie dziwi zatem, że Pius XI mógł nazwać ją „Wielką Kartą” ( Magna Charta[25] działania społecznego chrześcijan: w Rerum novarum dawna mądrość Kościoła dotycząca osoby i życia społecznego przybiera nową postać, zdolną zmierzyć się z epoką przemysłową i dać pierwszy wielki, systematyczny zarys tej nauki społecznej, którą następne dziesięciolecia miały dalej rozwijać. Chociaż wiele warunków historycznych opisanych przez Leona XIII uległo zmianie, co najmniej dwa osiągnięcia pozostają nadal niezwykle aktualne: prymat pracy ludzkiej nad wszelką logiką czysto produkcyjną lub finansową – a stąd także uwaga poświęcona osobom i rodzinom najbardziej narażonym na wyzysk, oraz nierozerwalny związek między głoszeniem Ewangelii a poszukiwaniem bardziej sprawiedliwego ładu społecznego. W ten sposób Rerum novarum nie przestaje przypominać nam, że nie ma autentycznej ewangelizacji, która nie dotykałaby również struktur ludzkiego współistnienia.
    3. Encyklika Quadragesimo annoPiusa XI, ogłoszona w 1931 r., w 40. rocznicę Rerum novarum i pośród wielkiego światowego kryzysu gospodarczego, stanowi dalszy krok w rozwoju Magisterium społecznego. Nie ogranicza się do ponownego podjęcia „kwestii robotniczej”, lecz poszerza spojrzenie na całościowy kształt ładu gospodarczego i politycznego. Piętnuje koncentrację władzy ekonomicznej w rękach nielicznych; krytykuje zarówno nieograniczoną konkurencję, jak i te projekty kolektywistyczne, które niweczą wolność i odpowiedzialność osób; stanowczo przypomina o prawie pracowników do zrzeszania się i ponownie podkreśla konieczność tego, by płaca była proporcjonalna nie tylko do wykonywanej pracy, ale także do potrzeb pracownika i jego rodziny. W tym kontekście formułuje w sposób systematyczny zasadę pomocniczości, która miała stać się jednym ze stałych punktów odniesienia nauki społecznej, a wedle której to, co może być dokonane przez osoby, rodziny, ciała pośrednie i wspólnoty lokalne, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższego rzędu. Obok tego Pius XI jasno przypomina społeczną funkcję własności, a w różnych wypowiedziach swego Magisterium – od Encyklik Non abbiamo bisogno i Mit brennender Sorge aż po Divini Redemptoris – potępia totalitaryzmy, które poniżają godność osoby, dławią życie społeczne, wyolbrzymiają znaczenie państwa ponad jego rzeczywistą wartość i stosują dyskryminującą kategorię rasy. Dla naszych czasów szczególnie aktualne pozostają przynajmniej trzy intuicje jego nauczania społecznego: świadomość, że niesprawiedliwości nie dotyczą jedynie zachowań indywidualnych, lecz również struktur ekonomicznych i instytucjonalnych; wartość zasady pomocniczości, która zachęca do umacniania tkanki zrzeszeniowej i wspólnotowej, unikając nowych koncentracji władzy; a także związek między godnością pracy, sprawiedliwym wynagrodzeniem i rzeczywistą możliwością prowadzenia przez rodziny życia na miarę ludzkiej godności.
    4. W dramatycznym kontekście II wojny światowej i lat powojennej odbudowy Magisterium Piusa XII wnosi znaczący wkład w rozwój nauki społecznej Kościoła, zwłaszcza poprzez bożonarodzeniowe Orędzia radiowe, w których nakreśla zasadnicze rysy ładu międzynarodowego opartego na uznaniu godności ludzkiej, na sprawiedliwości i pokoju. W tych wystąpieniach Papież proponuje dialog ze społeczeństwem, wychodząc od wymagającego odwołania do prawa naturalnego, rozumianego jako zespół obiektywnych zasad, które poprzedzają interesy jednostek i państw i które powinny regulować zarówno życie wewnętrzne narodów, jak i ich wzajemne relacje. Pius XII przypisuje ponadto doniosłą rolę stowarzyszeniom zawodowym, zrzeszeniom pracowniczym i różnym ciałom pośrednim życia gospodarczego i społecznego, uznając w tych zorganizowanych formach życia zbiorowego istotne zabezpieczenie równowagi obywatelskiej i ochrony dobra wspólnego. Podkreśla on konieczność istnienia solidnego państwa prawa, aby zapobiegać nadużyciom władzy, oraz uznaje demokrację za narzędzie sprzyjające właściwemu sprawowaniu rządów. Zarazem przestrzega przed wszelką próbą opierania prawa na użyteczności albo na sile, przypominając, że ład międzynarodowy podporządkowany korzyści silniejszych naraża narody słabsze na przemoc i podważa u samych podstaw zaufanie między państwami. Wreszcie, w głębokich nierównościach gospodarczych między krajami dostrzega jeden z czynników podsycających konflikty [26]. Dla naszych czasów, naznaczonych nowymi formami globalnej władzy i narastającymi nierównościami, szczególnie znamienne pozostają trzy wskazania: konieczność, by prawo poprzedzało interes; świadomość, że dysproporcje ekonomiczne stają się podatnym gruntem dla napięć i przemocy oraz wartość tkanki stowarzyszeniowej, zdolnej pośredniczyć między jednostką a państwem. Wskazówki te nadal dostarczają nauce społecznej Kościoła ważnych kryteriów odczytywania dynamiki globalizacji i wspierania bardziej sprawiedliwego oraz pokojowego ładu międzynarodowego.

    Lata Soboru Watykańskiego II

    1. Wraz ze św. Janem XXIII rozpoczyna się nowy etap Magisterium społecznego, naznaczony poświęceniem wyraźniejszej uwagi światowemu wymiarowi kwestii społecznych oraz językowi praw. W Mater et magistraukazuje on wiarę chrześcijańską jako światło zdolne ogarniać zarazem niebo i ziemię, przypominając, że Kościół – choć jego pierwszorzędną misją jest uświęcanie i głoszenie dóbr wiecznych – nie zaniedbuje przez to konkretnych wymogów codziennego życia osób, lecz troszczy się o wszelkie autentyczne dobro człowieka [27] . Wychodząc od tej integralnej wizji człowieka, podkreśla, że życie społeczne domaga się równowagi między inicjatywą powołanych do samoorganizacji i współdziałania obywateli i grup społecznych a działaniem państwa, które winno koordynować i wspierać, nie tłumiąc zarazem wolności i odpowiedzialności podmiotów; stąd jego uwaga poświęcona sprawiedliwemu wynagrodzeniu za pracę, uczestnictwu pracowników oraz narastającym nierównościom między państwami. Kilka lat później, w Pacem in terris, zwracając się po raz pierwszy nie tylko do wiernych, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, Jan XXIII wiąże w sposób organiczny godność osoby z uznaniem podstawowych praw i obowiązków oraz wskazuje ład współżycia – również na płaszczyźnie międzynarodowej – oparty na prawdzie, sprawiedliwości, miłości i wolności [28] . Dla naszych czasów, przenikniętych rozległymi konfliktami i nowymi formami globalnej współzależności, szczególnie znaczące pozostają wskazania: powszechny horyzont wezwania papieskiego, odwołanie do praw człowieka jako do wspólnego języka oraz przekonanie, że trwały pokój wymaga instytucji i relacji między narodami inspirowanych godnością każdej osoby.
    2. Sobór Watykański II wyznaczył punkt zwrotny w samoświadomości Kościoła wobec świata współczesnego. W Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spespozostawił nam obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych. Tekst ten podejmuje wielkie kwestie małżeństwa i rodziny, życia gospodarczego i społecznego, wspólnoty politycznej, wojny i pokoju, podkreślając, że struktury ekonomiczne i instytucjonalne są sprawiedliwe jedynie wówczas, gdy służą integralnemu rozwojowi osoby i sprzyjają odpowiedzialnemu uczestnictwu wszystkich [29] . Znaczenie tego dokumentu soborowego dla nauki społecznej Kościoła polega nie tylko na tym, że otworzył on nowe perspektywy refleksji tematycznej, lecz także na tym, że przekazał metodę rozeznawania, która zachęca do odczytywania przemian dziejowych za pomocą spojrzenia ewangelicznego i z ludzką kompetencją. Styl ten ukazuje, że dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu. W ten horyzont wpisuje się również Deklaracja Dignitatis humanae, w której Sobór uznaje, że wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i że powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiany możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy [30] . Zasada ta, mająca wielkie znaczenie również dla naszych czasów, nadal dostarcza nauce społecznej Kościoła kryteriów rozstrzygających dla ochrony osoby oraz dla budowania społeczeństw pluralistycznych i pokojowych.
    3. Z Pontyfikatu św. Pawła VI wyłania się takie rozumienie pokoju, które nie sprowadza się do braku wojny, lecz nabiera kształtu na drodze integralnego rozwoju człowieka. W Populorum progressioopisuje on rozwój jako przejście od warunków życia mniej ludzkich do warunków bardziej ludzkich i pojmuje go jako proces obejmujący każdego człowieka i całego człowieka [31] , to znaczy każdy wymiar osoby oraz wszystkie narody bez wyjątku. Na tej podstawie Paweł VI może stwierdzić, że tak rozumiany rozwój w istocie „oznacza to samo, co pokój” [32] , ponieważ zmierza do usunięcia korzeni niesprawiedliwości i konfliktu oraz do otwierania dla wszystkich przestrzeni bardziej godnego życia. Ustanowienie Papieskiej Komisji Iustitia et Pax należy także odczytywać w tym świetle jako próbę nadania tej intuicji trwałej formy na płaszczyźnie eklezjalnej i międzynarodowej, przy jednoczesnym podtrzymywaniu żywej świadomości narastającej przepaści między krajami bogatymi a ubogimi oraz potrzeby takiej polityki, która będzie sprzyjać rzeczywiście bardziej ludzkim warunkom życia dla wszystkich.
    4. W Liście apostolskim Octogesima adveniens, napisanym z okazji 80. rocznicy Rerum novarum, Paweł VI wnosi tę perspektywę w rzeczywistość społeczeństwa postindustrialnego, naznaczonego przemianami urbanistycznymi, nowymi formami ubóstwa, zmianami w świecie pracy i szybkimi przeobrażeniami kulturowymi, które stawiają pod znakiem zapytania przyszłość osób i wspólnot. Dla Pawła VI Ewangelia – chociaż została ogłoszona, napisana i wprowadzana w życie w kontekście historyczno-kulturowym bardzo odmiennym od naszego – nie jest przesłaniem „przestarzałym”, lecz wizją osoby ludzkiej, relacji, władzy i dobra wspólnego, zdolną również dzisiaj ukierunkowywać wybory ekonomiczne, polityczne i kulturowe [33]. Innymi słowy, Ewangelia pozostaje zawsze aktualna, ponieważ daje kryteria pozwalające rozpoznać to, co humanizuje, i to, co dehumanizuje; to, co wyzwala, i to, co uciska – pośród nieustannie nowych sytuacji. Dla nauki społecznej Kościoła najbardziej wymagającym dziedzictwem Pawła VI pozostaje właśnie to: dopóki w świecie będą istniały narody wyłączone z rozwoju godnego człowieka, dopóty wspólnota chrześcijańska nie będzie mogła zadowolić się abstrakcyjnym głoszeniem pokoju, lecz będzie musiała pozwolić, by Ewangelia osądzała – wychodząc od tych, którzy pozostają na marginesie – te struktury ekonomiczne i polityczne, które – jak przypomniałby Jan Paweł II – mogą stać się prawdziwymi „strukturami grzechu” [34] , tak aby żadna osoba i żaden naród nie były traktowane jako coś, co można poświęcić w procesach rozwoju.

    Najnowsze Magisterium

    1. Bogate Magisterium społeczne św. Jana Pawła II sytuuje się na styku kryzysu wielkich systemów ideologicznych XX w. oraz początków globalizacji ekonomicznej. W Encyklice Laborem exercens, napisanej dziewięćdziesiąt lat po ogłoszeniu Rerum novarum, otwiera on nowy kierunek refleksji nad pracą. Sprawiedliwa płaca zostaje tam ukazana jako konkretny sprawdzian słuszności całego systemu społeczno-gospodarczego, ponieważ odsłania, czy pracownik jest traktowany jako osoba, czy jedynie jako koszt produkcji [35]. Praca nie jest postrzegana tylko jako problem do rozwiązania lub jako środek do uzyskania dochodu, lecz jako podstawowe dobro osoby, zasada działalności gospodarczej i klucz do całej kwestii społecznej. W niej człowiek angażuje własną wolność, własną twórczość i zdolność współdziałania, przyczyniając się do kulturowego i moralnego wzrostu społeczeństwa [36] . W świetle tego różne formy niepewności, fragmentaryzacji ścieżek zawodowych i automatyzacji nie mogą być oceniane wyłącznie w kategoriach efektywności, lecz muszą być rozpatrywane z punktu widzenia godności pracownika, jego prawa do wystarczającego wynagrodzenia oraz rzeczywistej możliwości uczestnictwa w życiu społecznym.
    2. W 20. rocznicę Populorum progressio, w Encyklice Sollicitudo rei socialis, św. Jan Paweł II powraca do rany słabego rozwoju gospodarczego i uznaje niepowodzenie wielu prób przezwyciężenia ekonomicznego opóźnienia ludów ubogich oraz wspierania ich uprzemysłowienia, stwierdzając trwałość, a niekiedy nawet pogłębianie się przepaści między Północą a Południem świata [37]. Piętnuje ponadto mechanizmy gospodarcze, finansowe i handlowe, które – pozostając pod kontrolą krajów silniejszych – w sposób strukturalny służą ich interesom i dławią gospodarki słabsze, domagając się, by zostały one poddane nie tylko ocenie technicznej, lecz także poważnemu osądowi moralnemu [38] . W tym kontekście solidarność zostaje ukazana jako konkretna współodpowiedzialność osób, ludów i narodów, jako forma przyjaźni społecznej i miłości politycznej, ukierunkowana ku „cywilizacji miłości”, o której mówił św. Paweł VI [39] .
    3. W stulecie Rerum novarumEncyklika Centesimus annus przynosi wreszcie rozeznanie dotyczące upadku systemu sowieckiego oraz umacniania się demokracji i gospodarki rynkowej: św. Jan Paweł II podejmuje na nowo przesłanie Piusa XII, wedle którego Kościół może uznać wartość demokracji o tyle, o ile zapewnia ona rzeczywisty udział obywateli, pozwala na pokojowy wybór i zmianę rządzących oraz nie dopuszcza do tego, by władza została zmonopolizowana przez wąskie elity kierujące się interesami partykularnymi albo ideologicznymi [40] . Podobnie uznaje pozytywny potencjał rynku i prywatnej inicjatywy tylko wtedy, gdy pozostają one podporządkowane prawu moralnemu i ukierunkowane zasadą solidarności, nie składając najsłabszych w ofierze logice zysku [41] . W ten sposób w nauce społecznej Kościoła pozostaje szczególnie aktualne dziedzictwo: podkreślenie więzi między godnością pracy, solidarnością między narodami oraz krytyczną oceną demokracji i gospodarki rynkowej nadal dostarcza kryteriów do osądu nowych form wyzysku, wykluczenia i kryzysu reprezentacji politycznej.
    4. Papież Benedykt XVI w swojej Encyklice społecznej Caritas in veritatechciał na nowo podjąć i pogłębić pojęcie rozwoju przedstawione w Populorum progressio, odczytując je w perspektywie globalizacji. Przypomina, że taki rozwój powinien wyrażać się poprzez „realny wzrost, obejmujący wszystkich i rzeczywiście zrównoważony” [42] , to znaczy poprzez postęp gospodarczy prawdziwie inkluzywny i szanujący granice stworzenia. Stwierdza jednak, że w krajach bogatych powstają nowe kategorie ubogich i mnożą się niespotykane wcześniej formy wykluczenia, podczas gdy w regionach najuboższych niewielkie grupy żyją w konsumpcyjnym dobrobycie współistniejącym z dehumanizującą nędzą [43] . Zauważa ponadto, że nowy globalny system gospodarczo-finansowy, naznaczony wielką ruchliwością kapitału i środków produkcji, ograniczył polityczną władzę państw oraz ich zdolność do ukierunkowywania procesów gospodarczych [44] . Dlatego raz jeszcze podkreśla, że działalność ekonomiczna nie może rościć sobie pretensji do rozwiązywania problemów społecznych jedynie przez rozszerzanie logiki rynku, lecz musi być podporządkowana dobru wspólnemu, za które wspólnota polityczna ponosi odpowiedzialność własną i niezastąpioną [45] .
    5. W centrum tej reinterpretacji Benedykt XVI stawia miłość, stwierdzając, że jest ona „fundamentem nauki społecznej Kościoła” [46], pod warunkiem wszakże, że pozostaje zawsze złączona z prawdą; zarazem z niepokojem zauważa on, iż właśnie na polach społecznym, prawnym, politycznym i ekonomicznym coraz częściej usiłuje się ogłaszać jej niewielkie znaczenie moralne. Nowość jego wkładu polega na ukazaniu, że rozwój, sprawiedliwość, instytucje i rynek nie są rzeczywistościami neutralnymi, lecz przestrzeniami, w których miłość w prawdzie winna urzeczywistniać się w historii. Dla współczesności naznaczonej narastającymi nierównościami, presją rynków finansowych, kryzysem środowiskowym i nieufnością wobec polityki nauczanie to zachowuje całą swą aktualność, ponieważ domaga się oceniania każdego modelu rozwoju według jego zdolności do bycia zarazem inkluzywnym i trwałym, do ponownego zespolenia ekonomii i polityki wokół dobra wspólnego oraz do uznania miłości za siłę krytyczną i twórczą w życiu publicznym.
    6. Magisterium społeczne Papieża Franciszka rozwija się zgodnie z linią Konstytucji Gaudium et spes, która zachęca, by patrzeć na historię, wychodząc od ran i nadziei osób oraz wprowadzać je w dialog z Ewangelią. Kierunek ten ujawnia się ze szczególną jasnością w Evangelii gaudium, gdzie zostaje stwierdzone, że orędzie chrześcijańskie ma wewnętrzny wymiar społeczny, a zarazem wybrzmiewa wezwanie do Kościoła zdolnego do wsłuchania się w wołanie ubogich, migrantów i ofiar nowych form niewolnictwa. W tej samej perspektywie należy widzieć również nacisk Franciszka na Kościół synodalny, Kościół, który „idzie razem”, stara się odczytywać znaki czasu w świetle Ewangelii i pozwala, by ubodzy, z którymi dzieli historię, na nowo go ewangelizowali [47].
    7. Laudato si’Franciszek daje pierwsze wielkie, systematyczne ujęcie kryzysu środowiskowego w Encyklice społecznej, ukazując, że nie jest on kwestią ograniczoną do jednego obszaru, lecz ekologicznym aspektem współczesnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Jego propozycja ekologii integralnej łączy troskę o wspólny dom z opcją preferencyjną na rzecz ubogich i z mocą stwierdza, że „zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych” [48] nie mogą być od siebie oddzielane. W tym świetle na nowo wysuwają się na pierwszy plan: powszechne przeznaczenie dóbr, krytyka paradygmatu technokratycznego, który rości sobie pretensję do sprowadzania wszystkiego do przedmiotu panowania, obrona pracy ludzkiej zagrożonej logiką odrzucenia, wymóg sprawiedliwości między pokoleniami oraz wezwanie do prawdziwego dialogu między polityką a ekonomią, tak aby żadna z nich nie zamykała się we własnej samowystarczalności.
    8. Wobec rozpadu tkanki społecznej, „trzeciej wojny światowej w kawałkach”, globalizacji indywidualistycznej oraz skutków pandemii COVID-19 dla więzi wspólnotowych Franciszek we Fratelli tuttipodejmuje na nowo marzenie o ludzkości, która potrafi wybrać przyjaźń społeczną i powszechne braterstwo. Proponuje kulturę spotkania, „lepszą politykę”, zdolną szukać dobra wspólnego, drogi pojednania, oraz świat, który zapewni „ziemię, dom i pracę dla wszystkich” [49]. Wreszcie, w Dilexit nos ukazuje, że te wielkie zobowiązania społeczne nie dają się oddzielić od osobistej więzi z Chrystusem: wracając do Słowa Bożego, przypomina, iż najprawdziwszą odpowiedzią na miłość Serca Jezusowego jest konkretna miłość wobec braci, i stwierdza, że „nie ma większego czynu, jaki możemy Mu ofiarować, aby miłość odwzajemnić miłością” [50].

    Odczytywanie dziejów w świetle wiary

    1. Gdy spojrzy się na tę drogę jako na całość, można dostrzec, że nauka społeczna Kościoła nie jest owocem projektu opracowanego przy biurku, lecz wynikiem cierpliwie splatanej historii, w której każdy Papież – wraz z Soborem Watykańskim II – wniósł własny, oryginalny wkład w świetle „rzeczy nowych” swoich czasów. Każdy z nich, podejmując wyzwania swojej epoki i odczytując przemiany dziejowe w świetle Ewangelii, wydobywał różne aspekty jednego dziedzictwa: godność osoby, wartość pracy, powszechne przeznaczenie dóbr, solidarność i pomocniczość, troskę o stworzenie, centralne znaczenie pokoju i braterstwa. Wyłania się stąd rozwój harmonijny, choć nie zawsze linearny, charakteryzujący się różnymi akcentami, stopniowym pogłębianiem oraz niekiedy zmianami perspektywy, które nie zrywają z tym, co wcześniejsze, lecz pozwalają dojrzewać zawartym w nim konsekwencjom. Jeżeli dziś możemy mówić o korpusie wspólnych zasad i kryteriów, to dlatego, że to odczytywanie dziejów w świetle wiary nigdy nie zostało zarzucone i potrafiło podejmować wyzwania stawiane przez pytania kolejnych pokoleń. Właśnie temu zasadniczemu rdzeniowi – to znaczy wielkim zasadom nauki społecznej, które ukierunkowują rozeznanie wierzących w życiu osobistym i publicznym – pragnę teraz poświęcić uwagę, aby lepiej uchwycić ich wewnętrzną spójność i ich żywotną moc dla naszych czasów.

    ROZDZIAŁ II

    PODSTAWY I ZASADY NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA

    1. Nauka społeczna Kościoła jest rzeczywistością żywą, pozostającą w dialogu z historią, kulturami i naukami, a zarazem strzegącą rdzenia prawdy, która nie przemija. Dlatego może być uznana za formę mądrości, zdolną także dzisiaj ukierunkowywać życie osobiste i społeczne wierzących. W niniejszym drugim rozdziale pragnę zatrzymać się nad niektórymi podstawami i zasadami nauki społecznej, które pomagają odczytywać „rzeczy nowe” naszych czasów w świetle podstawowej godności osoby ludzkiej. Uważam, że dzisiaj – jeśli chcemy otoczyć troską osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji – musimy na nowo podjąć refleksję nad dobrem wspólnym, powszechnym przeznaczeniem dóbr, pomocniczością, solidarnością i sprawiedliwością społeczną. Jestem przekonany, że harmonijna relacja między tymi zasadami wymaga, aby były one rozpatrywane łącznie, tak by mogło się jasno uwidocznić, jak wzajemnie się dopełniają i objaśniają.
    2. Proponując te refleksje, pragnę przede wszystkim pomóc wiernym świeckim oraz wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli odkryć na nowo ich zadanie polegające na tym, by wnosić w codzienność – w relacje rodzinne, w pracę i w uczestnictwo społeczne – zasady, które zamierzam przypomnieć, pozwalając, by ożywiało ich pragnienie wcielania miłości Boga w konkretne wątki historii. Równocześnie chciałbym zachęcić akademie i uniwersytety, by nadały tym zasadom nowy impuls, podejmując nad nimi namysł w sposób wierny dzisiejszym realiom i skuteczny wobec wyzwań rewolucji cyfrowej. W ten sposób refleksja teologiczna i filozoficzna będzie mogła pogłębiać i wspierać drogę duszpasterską Kościoła, przyczyniając się do wypełniania przez Magisterium jego zadania oświecania sumień wierzących i ukierunkowywania ich zaangażowania na rzecz bardziej sprawiedliwego i bardziej braterskiego kształtu życia naszych społeczeństw.

    Podstawy nauki społecznej Kościoła

    Człowiek obrazem Boga Trójjedynego

    1. Nauka społeczna Kościoła prowadzi nas z powrotem do samego serca naszej wiary – do misterium Boga żywego, objawionego w Jezusie Chrystusie jako komunia Osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego – miłości w relacji, która wzajemnie się udziela i otwiera na świat [51]. Jak przypomina Sobór, osoba ludzka jest powołana do komunii z Bogiem i nie może się „w pełni odnaleźć inaczej, jak tylko przez szczery dar z siebie samego” [52]: jej najgłębszym powołaniem jest wejść w trynitarny dynamizm miłości otrzymanej i współdzielonej.
    2. Jeżeli misterium Boga-Miłości jest źródłem nauki społecznej Kościoła, to jego najbardziej konkretny obraz kontemplujemy w Jezusie Chrystusie, Słowie Wcielonym. Stając się człowiekiem, Syn Boży wchodzi w naszą historię i przyjmuje nasze ciało, wnosząc w nie tę miłość, która łączy Go z Ojcem i Duchem Świętym. „Misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [53], ponieważ Jego człowieczeństwo jest w pełni wolne, otwarte na innych, zdolne budować więzi solidarne i piękne, oddane całkowitemu darowi z siebie. Kto w Niego wierzy, zostaje włączony w wielkie dzieło odnowy zapoczątkowane przez misterium Jego męki, śmierci i zmartwychwstania oraz współdziała w budowaniu Królestwa Bożego, ucząc się przyjmować każdą kobietę i każdego mężczyznę jako siostrę i brata – dzieci jednego Ojca. W ten sposób zarówno głoszenie, jak i doświadczenie chrześcijańskie, prowadzone przez Ducha Świętego, zmierzają do wywoływania skutków społecznych w świecie [54].
    3. W centrum chrześcijańskiej wizji człowieka znajduje się wielkie twierdzenie, że mężczyzna i kobieta zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego (por. Rdz1, 26-27). Każda osoba, konstytutywnie ukierunkowana na relację, jest zamierzona i chciana przez Boga po to, by wejść w historię komunii z Nim, z innymi oraz ze stworzeniem. Jej godność nie zależy od zdolności, jakie posiada, od bogactw czy zajmowanego miejsca, od słusznych bądź błędnych wyborów, których dokonuje, lecz jest darem, który ją poprzedza i przewyższa, złożonym przez Boga jako wyraz Jego miłości, która nigdy nie ustaje. Dlatego osoba ludzka pozostaje zawsze „drogą Kościoła” [55] oraz sercem każdej autentycznej drogi integralnego rozwoju człowieka [56].

    Równa godność wszystkich istnień ludzkich

    1. Św. Jan Paweł II stwierdzał, że „pogłębiona wrażliwość na godność ludzkiej osoby i na jej wyjątkowość, a także należny respekt dla decyzji sumienia stanowi niewątpliwie pozytywny dorobek współczesnej kultury” [57]. Stwierdzenie to wpisuje się w linię wytyczoną już przez Sobór Watykański II, który odnotował wzrost świadomości wzniosłej godności każdej osoby, jej wartości przewyższającej wszelkie rzeczy oraz jej powszechnych i nienaruszalnych praw i obowiązków [58]. Ważne jest, by czuwać, aby ten wzrost świadomości godności człowieka nie został przesłonięty pod naciskiem nowych ideologii lub określonych, bardzo potężnych interesów obecnych w dzisiejszym świecie. Wśród tych ideologii za szczególnie podstępną uważam tę, która daje do zrozumienia, że każdy człowiek powinien zasłużyć na swoją wartość albo ją usprawiedliwić, do tego stopnia, iż większą wartość przypisuje się tym, którzy są bardziej wydajni i sprawniejsi. W takiej perspektywie osoba zostaje ostatecznie sprowadzona do środka służącego osiąganiu rezultatów, do zasobu, którym można się posłużyć i który można wyzyskiwać, i nie jest już ona uznawana za cel sam w sobie, który nigdy nie podlega instrumentalizacji. Tymczasem wartość osoby nie zależy od tego, co ona osiąga lub wytwarza, a pewne prawa przysługują każdemu już przez sam fakt bycia osobą. Żadna ludzka władza nie może ich prawomocnie odmówić ani arbitralnie ograniczać [59].
    2. Gdy mówimy o godności, nie zawsze używamy tego słowa w tym samym znaczeniu: niekiedy mamy na myśli godność moralną, to znaczy sposób, w jaki człowiek ukierunkowuje swoje wybory i swoje działanie; innym razem myślimy o godności społecznej, a więc o warunkach życia człowieka i o konkretnym szacunku, jakim darzy go społeczeństwo; w jeszcze innych przypadkach wskazujemy na godność egzystencjalną, to znaczy na sposób, w jaki człowiek postrzega wartość samego siebie i własnego życia. Te wymiary godności mogą wzrastać albo maleć. Oprócz tych znaczeń istnieje jednak poziom głębszy i najważniejszy, którym jest godność ontologiczna. Jest to godność przysługująca każdej istocie ludzkiej po prostu z racji jej istnienia, tego, że była chciana, stworzona i umiłowana przez Boga [60]: żaden grzech, żadne niepowodzenie, żadne upokorzenie, żadne wykluczenie nie mogą naruszyć głębokiej wartości życia ludzkiego, którego On zapragnął i które powołał do istnienia [61].
    3. Dlatego podstawowej godności każdej osoby nie nabywa się ani się na nią nie zasługuje, nie potrzebuje też ona udowadniania. Niedawna Deklaracja Dignitas infinitaprzedstawiła syntetyczne ujęcie przekonań Kościoła w tej kwestii: „Nieskończona godność, niezbywalnie związana z istotą samego bytu, przysługuje każdej osobie ludzkiej, niezależnie od jakichkolwiek okoliczności i jakiegokolwiek stanu lub sytuacji, w jakich się znajduje” [62], to znaczy zawsze i bez wyjątku. O godności tej, przysługującej każdej istocie ludzkiej, można mówić jako o nieskończonej – jak czynił to św. Jan Paweł II [63] – z dwóch racji: ponieważ nieskończona jest miłość Boga, który powołuje człowieka do przyjaźni z sobą, oraz ponieważ jest ona absolutnie bezwarunkowa, w tym sensie, że nawet gdyby szukać w nieskończoność, nigdy nie znajdzie się niczego, co mogłoby ją przekreślić albo podać w wątpliwość.

    Najwyższa wartość praw człowieka

    1. Kościół z wdzięcznością uznaje, że „dążenie do sformułowania i ogłoszenia praw człowieka jest jednym z najbardziej znaczących kroków, będących skuteczną odpowiedzią na niezbywalne wymogi ludzkiej godności” [64]. Jak zaś stwierdził św. Jan Paweł II, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, ogłoszona przez Organizację Narodów Zjednoczonych 10 grudnia 1948 r., pozostaje po dziś dzień jednym z najwznioślejszych wyrazów ludzkiego sumienia [65]. Stanowi ona „prawdziwy słup milowy na drodze postępu moralnego ludzkości” [66]. Dlatego w perspektywie chrześcijańskiej prawa człowieka nie są czymś zewnętrznie dodanym do osoby, lecz historycznym wyrazem jej przyrodzonej godności, do której ochrony i promocji jest wezwana wspólnota międzynarodowa.
    2. Prawa człowieka są nienaruszalne, ponieważ „są one wpisane w istotę osoby ludzkiej i jej godności” [67]. W konsekwencji są one powszechne i niezbywalne [68]. Właśnie dlatego, że są zakorzenione we wspólnej godności każdego mężczyzny i każdej kobiety, pociągają za sobą konsekwencje praktyczne i skutki prawne, ponieważ „daremne byłoby głoszenie praw, gdyby jednocześnie nie podejmowano wszelkich starań, by zapewnić należyte ich poszanowanie ze strony wszystkich, wszędzie i w stosunku do każdego” [69]. Wśród nich pierwszym prawem człowieka jest prawo do życia, od poczęcia aż do naturalnego kresu [70], bez którego niemożliwe jest korzystanie z jakiegokolwiek innego prawa. Gdy to podstawowe prawo bywa negowane, jak dzieje się to w przypadku aborcji, zabijania niewinnych osób i eutanazji, mamy do czynienia z wyborami, które Kościół uznaje za moralnie niedopuszczalne [71].
    3. Patrząc na nasze czasy, nie możemy nie dostrzec, że ochrona praw człowieka wystawiona jest dziś na dwa szczególnie poważne zagrożenia. Pierwszym z nich jest ryzyko, że pozostaną one jedynie deklaracją formalną, podczas gdy – równolegle z postępem technologicznym – nasilają się, w sposób ukryty lub jawny, naruszenia godności ludzkiej. Drugim zaś ryzykiem, które w istocie leży u podstaw pierwszego, jest utrata zdolności rozpoznania fundamentu ich powszechności, ponieważ zaniechano „poszukiwania najbardziej solidnych podstaw stojących za naszymi wyborami, a także naszych praw” [72]. Papież Franciszek zachęcał, by nie lekceważyć tego ostatniego problemu. Przypominał, że gdy rozum stawia sobie na serio pytania o naturę ludzką, zdolny jest odkrywać wartości obowiązujące wszystkich, ponieważ z niej właśnie one wypływają. Gdyby jednak ten wysiłek poszukiwania został zaniechany, mogłoby się zdarzyć, że prawa dziś uznawane za nienaruszalne w przyszłości zostałyby zakwestionowane lub zaprzeczone przez tych, którzy dzierżą władzę, być może po uzyskaniu jedynie pozornego przyzwolenia ze strony społeczeństw zastraszanych albo manipulowanych [73].
    4. Wraz ze wzrostem świadomości wartości każdej osoby ludzkiej i jej praw wzrosło także uznanie praw mniejszości. Jednak wciąż pozostaje długa droga do przebycia, aby na całym świecie prawa tej znacznej części społeczeństwa, którą stanowią kobiety, były rzeczywiście i wszędzie jednakowo gwarantowane. Faktem jest bowiem, że „podwójnie biedne są kobiety narażone na sytuacje wykluczenia, złego traktowania i przemocy, ponieważ często mają mniejsze możliwości obrony swoich praw” [74]. Nie wystarczy więc stwierdzać słowami, że mężczyźni i kobiety mają tę samą godność i takie same prawa; trzeba, aby znajdowało to odzwierciedlenie w konkretnych decyzjach: w prawie, w dostępie do pracy, do wykształcenia, do odpowiedzialności społecznej i politycznej, a także w sposobie, w jaki społeczeństwo słucha kobiet i docenia ich wkład. Dopóki ta przepaść będzie się utrzymywać, nie będzie można powiedzieć, że społeczeństwo naprawdę – w pełni – uznaje równą godność kobiet i mężczyzn.
    5. Liczą się konkretne osoby, każda z nich, a także ich rodziny. Ruchy społeczne, wielkie deklaracje polityczne na rzecz ludu i ideologie wspólnotowe nie znaczą nic, jeśli ostatecznie nie prowadzą do wspierania osób – mężczyzn i kobiet – wraz z ich niezbywalnymi prawami. Podobnie nie wystarczy wychwalać wolności jednostki ani prywatnej inicjatywy, jeśli zarazem godzimy się na to, by rzesze ludzi nadal żyły bez godnej pracy, bez żadnej ochrony, bez dostępu do dóbr podstawowych.

    Zasady nauki społecznej Kościoła

    Zasada dobra wspólnego

    1. Uznanie, że każda kobieta i każdy mężczyzna noszą w sobie niezbywalną godność oraz prawa, których żadna ludzka władza nie może naruszyć ani przekreślić, domaga się kształtowania sposobu, w jaki żyjemy razem, naszych wyborów ekonomicznych i politycznych oraz konkretnego oblicza naszych miast. Stąd rodzi się pierwsza wielka zasada nauki społecznej, którą pragnę przypomnieć: dobro wspólne. Możemy je określić jako społeczny kształt godności uznanej w każdym człowieku. Gdy Benedykt XVI mówił o wartościach nienegocjowalnych, których Kościół powinien zawsze bronić, zaliczył do nich również „promocję dobra wspólnego” [75]. Dla chrześcijanina bowiem wyjście z ciasnego świata własnych interesów i zaangażowanie – na miarę własnych możliwości – na rzecz dobra wspólnego jest wartością nienegocjowalną, podobnie jak obrona życia.
    2. Sobór Watykański II stwierdził, że dobro wspólne to „suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość” [76]. Ta definicja daje nam pierwszą cenną wskazówkę, ponieważ dobro wspólne nie daje się sprowadzić do zwykłego wykazu warunków czy instytucji. Nie pokrywa się ani z sumą korzyści poszczególnych osób, ani ze zbieżnością ich partykularnych interesów; jest dobrem większym, które należy do wszystkich i które można budować, pomnażać i strzec jedynie wspólnymi siłami. Można powiedzieć, że działanie społeczne osiąga swoją pełnię wtedy, gdy zmierza ku temu dobru wspólnemu, podobnie jak moralne działanie osoby znajduje swoje spełnienie w wyborze dobra prawdziwego [77].
    3. W tym sensie możemy powiedzieć, że „całość jest czymś więcej niż część” [78]i że właśnie dlatego „sama suma korzyści indywidualnych nie jest w stanie stworzyć lepszego świata dla całej ludzkości” [79]. Iluzją jest myślenie, że wystarczy zabiegać o własny postęp, aby przyczyniać się do dobra wszystkich, bez rzeczywistej troski o innych. Taka wizja pomija właściwą i specyficzną wartość dobra wspólnego: jest ono owocem „współzależności” [80], która tworzy sieć dobra społecznego, rozprzestrzeniającą się i oddziałującą na ludzi. Dobro wspólne jest czymś więcej [wł. plus], jest wynikiem wzajemnego oddziaływania i wpływu, który łączy rozmaite działania, inicjatywy, wysiłki i decyzje. Gdyby zsumować jedynie dobra jednostkowe, nie dałoby się wyjaśnić istnienia owego „więcej”, które je przewyższa, a zarazem ubogaca.
    4. To właśnie dążenie do dobra wspólnego daje początek ludowi, pojmowanemu nie jako zwykła suma jednostek, lecz jako żywa rzeczywistość, w której ludzie uczą się dostrzegać wzajemne powiązania i współodpowiedzialność za res publica. W tym sensie każda osoba przyczynia się do budowania swojego narodu przez „powolną i żmudną pracę, wymagającą gotowości integrowania się i nauczenia się tego, by można było stworzyć kulturę spotkania w wielokształtnej harmonii” [81]. Wspólna praca na rzecz dobra wszystkich oznacza posiadanie wspólnego projektu. Jest rzeczą oczywistą, że między różnymi osobami istnieje wiele różnic natury ideologicznej i pragmatycznej, istnieją rozbieżne interesy i częste kontrasty, nie znaczy to jednak, że niemożliwa jest droga dialogu prowadząca do wypracowania podstawy porozumienia, pozwalającego na tworzenie projektu dla wszystkich i podążania razem.
    5. Do państwa należy zadanie zapewnienia spójności, jedności i sprawiedliwego uporządkowania społeczeństwa obywatelskiego, tak aby dobro wspólne mogło być rzeczywiście realizowane przy udziale wszystkich. Oznacza to konkretnie, że władza publiczna ma delikatny obowiązek „sprawiedliwego harmonizowania” [82]różnych wchodzących w grę interesów, poszukując równowagi między dobrami partykularnymi a dobrem wspólnym, nie pozostawiając na boku najsłabszych. Kiedy polityka rezygnuje z długofalowej wizji i sprowadza się do krótkoterminowych kalkulacji lub jałowych polaryzacji, mówienie o dobru wspólnym traci wiarygodność, a jednocześnie narastają nierówności i pęknięcia społeczne.
    6. Dotyczy to również polityki międzynarodowej. W miarę jak rosną dystanse między narodami, torują sobie drogę logiki przeciwstawienia i agresji, a trudna droga ku światu bardziej zjednoczonemu i braterskiemu doznaje nowych i bolesnych zahamowań. W takim kontekście mówienie o wspólnej drodze ku bardziej sprawiedliwemu rozwojowi całej rodziny ludzkiej „brzmi dziś jak majaczenie” [83]. Nie możemy jednak tracić nadziei. Zachęcam wszystkich do zastanowienia się nad formami współpracy i skuteczniejszymi instytucjami międzynarodowymi, zdolnymi do strzeżenia globalnego dobra wspólnego bez zanegowania prawowitej różnorodności narodów i państw. Promowanie dobra wspólnego nie może bowiem być nigdy oddzielone od poszanowania prawa narodów do istnienia, do zachowania własnej tożsamości oraz do wnoszenia swej oryginalności do rodziny narodów [84]. Wszelka próba czy projekt unicestwienia albo podporządkowania jakiegoś narodu są czymś głęboko niemoralnym, a zatem nie do przyjęcia.

    Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr

    1. „Wśród rozlicznych wymiarów dobra wspólnego szczególnego znaczenia nabiera zasada powszechnego przeznaczenia dóbr” [85]. Zasada ta przypomina nam przede wszystkim, że dobra ziemi – gleba, woda, powietrze, zasoby naturalne – zostały dane przez Boga całej rodzinie ludzkiej, aby podtrzymywały życie wszystkich, zarówno dzisiaj, jak i w przyszłych pokoleniach, oraz że każdej osobie przysługuje pierwotne prawo do korzystania z tych dóbr. Św. Jan Paweł II przypominał, że „Bóg dał ziemię całemu rodzajowi ludzkiemu, aby utrzymywała wszystkich jego członków, nie wykluczając ani nie wyróżniając nikogo” [86]. W konsekwencji „nie jest zgodne z planem Bożym, by rozporządzać tym darem tak, że z jego dobrodziejstw korzystaliby jedynie nieliczni” [87]. Dzisiaj jesteśmy wezwani uznać, że owo powszechne przeznaczenie obejmuje nie tylko dobra materialne, lecz także dobra niematerialne i kulturowe.
    2. Istnieje prawo do własności prywatnej, które ma swój sens i właściwą sobie funkcję, ale zawsze pozostaje podporządkowane powszechnemu przeznaczeniu dóbr. Według św. Jana Pawła II podporządkowanie to stanowi złotą regułę życia społecznego i „pierwszą zasadę całego porządku społeczno-etycznego” [88]. Tradycja Kościoła postrzegała własność jako środek służący strzeżeniu dóbr i zarządzania nimi tak, aby mogły one lepiej służyć dobru wspólnemu. Ponieważ „tradycja chrześcijańska nigdy nie uznawała prawa do własności prywatnej za absolutne i nienaruszalne” [89], społeczna funkcja własności nie powinna być uważana za zwykłą opinię teologiczną, lecz za pewną doktrynę Kościoła, obecną już w Piśmie Świętym i u Ojców. Dlatego Papież Franciszek przypomniał, że solidarność przeżywana w całej swej głębi oznacza także „zwrócić ubogiemu to, co mu się należy” [90].
    3. Dzisiaj do dóbr przeznaczonych powszechnie dla wszystkich musimy zaliczyć także nowe formy własności: patenty, algorytmy, platformy cyfrowe, infrastrukturę technologiczną i dane. W kontekście, w którym bogactwo narodów coraz bardziej zależy od wiedzy i technologii, gdy dobra te pozostają skupione w rękach nielicznych, bez odpowiednich form dzielenia się nimi i dostępu do nich, powstaje nowa nierównowaga, sprzeczna z powszechnym przeznaczeniem dóbr i pogłębiająca przepaść między włączonymi a wykluczonymi, między tymi, którzy mogą uczestniczyć w rewolucji cyfrowej, a tymi, którzy pozostają na jej marginesie. Ponadto troska o wspólny dom oraz odpowiedzialność wobec ubogich i przyszłych pokoleń wymagają, aby korzystanie z dóbr stworzenia i z nowych możliwości oferowanych przez technikę było regulowane w taki sposób, by szanować środowisko, unikać marnotrawstwa i nowych form grabieży.

    Zasada pomocniczości

    1. Zasada pomocniczości wyrasta z tego samego spojrzenia na osobę, które kierowało naszymi rozważaniami nad godnością i dobrem wspólnym. Skoro każda kobieta i każdy mężczyzna są powołani, by stawać się podmiotami własnego życia i uczestniczyć w budowaniu społeczeństwa, to również organizacja życia społecznego winna szanować i wspierać tę odpowiedzialność. Nauka społeczna Kościoła nazywa „pomocniczością” zasadę, zgodnie z którą to, co mogą uczynić osoby, rodziny, wspólnoty lokalne i ciała pośrednie, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższe. Instytucje wyższego szczebla winny uznawać, chronić i wspierać wolność oraz kreatywność niższych szczebli, koordynując ich wkład tak, aby mógł on skutecznie służyć dobru wspólnemu [91].
    2. Od początku nowożytnego Magisterium społecznego, poczynając od Leona XIII, Kościół podkreślał, że ani osoba, ani rodzina nie mogą zostać wchłonięte przez państwo, lecz – na ile to możliwe i bez szkody dla dobra wspólnego – należy pozostawić im możliwość swobodnego działania [92]. Św. Jan Paweł II podjął i pogłębił tę perspektywę, przypominając, że wspólnota polityczna pozostaje w służbie społeczeństwa obywatelskiego, a państwo winno czuwać nad dobrem wspólnym, interweniując wtedy, gdy jest to konieczne, ale nie zastępując w sposób trwały odpowiedzialności organizmów pośrednich i rzeczywistości społecznych [93]. Pomocniczość nie usprawiedliwia więc wycofania się państwa, lecz ukierunkowuje jego działanie: interwencja publiczna jest potrzebna właśnie po to, aby umożliwić wszystkim podmiotom społecznym wypełnianie ich misji bez przygniatania ich ciężarem struktur wyższych. Do wspólnoty politycznej należy tworzenie takich warunków, by osoby, rodziny, stowarzyszenia i organizmy pośrednie mogły realizować swoje społeczne powołanie, nie będąc zastępowanymi ani sprowadzanymi do roli samych wykonawców [94].
    3. Zasada ta zachęca do przezwyciężania wszelkich form paternalistycznego czy czysto opiekuńczego zarządzania życiem społecznym, promując styl współodpowiedzialności: państwo, które dowartościowuje inicjatywę obywateli, oraz społeczeństwo obywatelskie zdolne do tworzenia więzi i uruchamiania sił służących dobru wspólnemu. Zgodnie z logiką pomocniczości decyzje podejmuje się na poziomie możliwie najbliższym osobom, których one dotyczą, dowartościowując życie stowarzyszeniowe, tak aby ludzie nie stawali wobec decyzji już podjętych, lecz mogli uczestniczyć w procesie ich kształtowania. Tam, gdzie rodziny, stowarzyszenia, wspólnoty lokalne, rzeczywistości wolontariatu i tak zwanego „trzeciego sektora” są uznawane i wspierane, życie społeczne staje się bliższe osobom, usługi bardziej uważne na rzeczywiste potrzeby, a odpowiedzi – bardziej twórcze i bardziej szanujące godność każdego człowieka [95].
    4. Zasada pomocniczości ma szczególne znaczenie także w kontekście rewolucji cyfrowej. Tutaj wyższym szczeblem nie jest państwo, lecz każdy duży podmiot gospodarczy i technologiczny, który faktycznie wywiera wpływ na warunki życia wspólnego. Poziomem przejmującym kompetencje, dane i zdolność decydowania stają się przedsiębiorstwa i platformy, określające warunki dostępu, zasady widoczności treści, formy relacji, a nawet możliwości ekonomiczne. Pomocniczość domaga się, aby procesy te nie były narzucane z góry w sposób nieprzejrzysty i jednostronny, lecz by były ukierunkowane na dobro wspólne dzięki przejrzystości, odpowiedzialności i rzeczywistym formom uczestnictwa (takim jak niezależne audyty, przejrzystość algorytmów, sprawiedliwy dostęp do danych i środki odwoławcze) [96].
    5. W tym kontekście państwa i instytucje ponadnarodowe są wezwane do zapewniania sprawiedliwych norm i skutecznych zabezpieczeń, aby wspólnoty lokalne, ciała pośrednie, szkoły, uniwersytety oraz rzeczywistości kościelne i stowarzyszeniowe mogły mieć głos i wnosić swój wkład w rozeznanie decyzji wpływających na życie osób: na pracę, dostęp do usług, zarządzanie danymi i środowiska cyfrowe. W decyzjach dotyczących przepływów ekonomicznych i platform cyfrowych, w zarządzaniu danymi i algorytmami nie można dopuścić do tego, by nieliczne podmioty samodzielnie wyznaczały bieg procesów; konieczne jest budowanie takich form współpracy, które uszanują różne poziomy wspólnoty światowej i uczynią je współodpowiedzialnymi za dobro wspólne [97].

    Zasada solidarności

    1. Po rozważeniu dobra wspólnego i pomocniczości pragnę zatrzymać się nad zasadą solidarności. Wyrasta ona z wizji osoby, która pochodzi z wiary: każda istota ludzka została stworzona na obraz Boga i włączona w sieć relacji wiążących ją z innymi, z narodami i z całym stworzeniem. Św. Paweł VI przypominał, że zobowiązania solidarności, sprawiedliwości i miłości zakorzenione są w ludzkim i nadprzyrodzonym braterstwie łączącym między sobą ludzi i narody [98]. Braterstwo nie jest jedynie wewnętrznym pragnieniem wierzącego, lecz społeczną i polityczną formą życia, która winna znaleźć wyraz we wspólnych wyborach i drogach działania. Solidarność jest zatem konkretnym uznaniem, że los każdego z nas związany jest z losem wszystkich: naprawdę „nikt nie ocala się sam” [99]. W ten sposób oczywisty staje się ścisły związek między pomocniczością a solidarnością. Gdy pomocniczości nie towarzyszy solidarność, łatwo przekształca się ona w zwykłą ochronę partykularnych interesów; gdy zaś solidarność nie jest wsparta pomocniczością, ulega wynaturzeniu, przeradzając się w opiekuńczość, która nie sprzyja odpowiedzialności [100]. To powiązanie odsyła również do odpowiedzialności za autentyczne uczestnictwo: solidarność wyraża się wtedy, gdy każdy – osobiście i razem z innymi – bierze udział w życiu wspólnoty, zdobywa potrzebne informacje, zrzesza się, zabiera głos, przyczynia się do podejmowania decyzji i działań publicznych – przyjmując rzeczywistą odpowiedzialność za to, by dobro wspólne przekładało się na podejmowane wspólnie wybory.
    2. W wielu obszarach doświadczamy już pewnego rodzaju „solidarności faktycznej”: nasze losy są ze sobą ściśle powiązane, ekonomia i środki komunikacji sprawiają, że to, co dzieje się w jednym miejscu, ma dalekosiężne skutki, a sieci cyfrowe łączą w czasie rzeczywistym osoby i wspólnoty z każdego zakątka świata. Ta struktura relacji nie jest jednak jeszcze solidarnością w pełnym znaczeniu, jeśli nie staje się świadomym wyborem. Wiara zachęca nas, aby odczytywać tę rzeczywistość jako wezwanie: nie jesteśmy jedynie po prostu blisko siebie, lecz zostaliśmy sobie wzajemnie powierzeni, aby każdy – na miarę swoich możliwości – brał na siebie życie i rany brata oraz siostry. Solidarność rodzi się właśnie wtedy, gdy decydujemy się nie pozostawać obojętnymi wobec tego, co spotyka naszego bliźniego, i gdy przekształcamy nieodzowne więzi – ekonomiczne, kulturowe, technologiczne – w drogi dzielenia się, współpracy i wzajemnej troski, ucząc się „mówienia i działania w kategoriach wspólnoty” [101].
    3. Magisterium społeczne podkreślało, że solidarność jest zarazem zasadą i cnotą. Jako zasada wyraża ona obiektywny porządek relacji między osobami, grupami i narodami oraz odsyła do świadomości współzależności, zgodnie z którą dobro każdego łączy się z dobrem innych. Jako cnota wymaga natomiast „mocnej i trwałej woli angażowania się na rzecz dobra wspólnego” [102], ze szczególną uwagą poświęconą najsłabszym. Papież Franciszek przypomniał, że solidarność jest „sposobem kształtowania historii” [103], który buduje ludy, a nie zwykłe masy jednostek. Dlatego zakłada ona style życia nacechowane umiarem i dzieleniem się, zdolność rezygnacji z doraźnych korzyści, aby otworzyć innym nowe perspektywy na przyszłość, a także gotowość do podawania w wątpliwość przyzwyczajeń i przywilejów – również tych związanych z konsumpcją cyfrową i używaniem technologii – kiedy uniemożliwiają one innym życie z godnością.
    4. W świecie naznaczonym coraz ściślejszymi relacjami między osobami, wspólnotami i narodami solidarność przyjmuje również wymiar globalny. Benedykt XVI dobitnie przypominał o związku między rozwojem, sprawiedliwością i odpowiedzialnością wobec przyszłych pokoleń, przypominając, że autentyczny rozwój domaga się solidarności międzypokoleniowej [104]oraz dbałości o więzi łączące nas ze środowiskiem naturalnym. Dzisiaj odpowiedzialność ta rozciąga się także na infrastrukturę cyfrową i informacyjną: podobnie jak środowisko naturalne, również „ekosystem cyfrowy” może być chroniony albo eksploatowany, współdzielony albo monopolizowany. Solidarność domaga się, by decyzje dotyczące danych, algorytmów, platform i sztucznej inteligencji brały pod uwagę nie tylko doraźną korzyść nielicznych, lecz także wpływ na całość narodów i na przyszłe pokolenia.

    Zasada sprawiedliwości społecznej

    1. Dla wspólnoty chrześcijańskiej sprawiedliwość społeczna jest konkretną formą naśladowania Jezusa i wierności Jego Ewangelii. W Nowym Testamencie Jezus głosi „dobrą nowinę ubogim” ( Łk4, 18) i utożsamia się z małymi, chorymi, więźniami i cudzoziemcami (por. Mt 25, 31-46). Tym samym uczy nas, że sprawiedliwość rodzi się i realizuje w braterstwie, ponieważ sposób, w jaki podchodzimy do najmniejszych i odnosimy się do nich, staje się konkretną miarą naszej relacji z Bogiem i z braćmi. Sprawiedliwość nie dotyczy jednak jedynie postępowania poszczególnych osób, lecz także sposobu, w jaki pomyślane i urządzone są struktury współżycia społecznego. Sobór Watykański II przypomina w tym kontekście, że każda instytucja jest wezwana do służby osobie ludzkiej i jej godności [105]. Sprawiedliwość społeczną rozpoznaje się zatem po tym, czy dany porządek społeczny, gospodarczy i polityczny pozwala wszystkim – a w szczególności najsłabszym – żyć prawdziwie po ludzku, tak by nikt nie został pominięty.
    2. Najnowsze Magisterium podkreślało, że sprawiedliwość społeczna wymaga spojrzenia rozpoczynającego się od owych ostatnich. Św. Jan Paweł II mówił o opcji preferencyjnej na rzecz ubogich [106], która winna kształtować wybory osobiste i społeczne, podczas gdy Papież Franciszek piętnował „kulturę «odrzucenia»” [107], rodzącą coraz to nowe formy wykluczenia. W tej perspektywie sprawiedliwość społeczna domaga się patrzenia na osoby i narody, wychodząc od tych, którzy są najbardziej bezbronni: od ubogich, migrantów, uchodźców, od osób przesiedlonych w obrębie własnego kraju, ofiar przemocy, osób żyjących na peryferiach miejskich i egzystencjalnych.
    3. Pojęcie „sprawiedliwości społecznej” pomaga uznać, że niesprawiedliwości nie rodzą się wyłącznie z błędnych decyzji poszczególnych osób, lecz również ze struktur, mechanizmów oraz układów ekonomicznych i kulturowych, które niemal automatycznie powodują nierówność. Św. Jan Paweł II mówił w tym sensie o strukturach grzechu [108], które sprzeciwiają się woli Bożej i domagają się zaangażowania na rzecz nawrócenia osobistego i społecznego. W tej perspektywie sprawiedliwość nie odnosi się wyłącznie do bardziej sprawiedliwego podziału dóbr czy do korygowania istniejących niesprawiedliwości, lecz nabiera także wymiaru naprawczego. Zmierza ona do odbudowy zerwanych więzi i do ponownego włączenia tych, którzy zostali wykluczeni, biorąc pod uwagę rany pozostawione przez niesprawiedliwości – wojny, kolonializm, dyskryminację rasową lub płciową, przemoc wobec całych narodów oraz wyzysk. Może to oznaczać przywracanie godności i głosu tym, którzy byli ignorowani, wspieranie procesów uzdrowienia pamięci zbiorowej, przeciwstawianie się dyskryminującym prawom i praktykom, a także konkretne wspieranie tych, którzy do dziś ponoszą skutki doznanych w przeszłości krzywd.
    4. W dzisiejszych czasach sprawiedliwość społeczna musi mierzyć się także ze środowiskiem kształtowanym przez technologie cyfrowe. Rozpowszechnianie globalnych sieci, platform i systemów sztucznej inteligencji zmienia sposób pozyskiwania informacji, komunikowania się i uzyskiwania dostępu do usług. Sprawiedliwość domaga się, by nie dopuszczać do powstawania nowych form wykluczania i pozbawiania wolności: osób i narodów, którym odmawia się lub ogranicza dostęp do podstawowych technologii, społeczności narażonych na inwazyjną inwigilację, grup społecznych krzywdzonych przez nieprzejrzyste algorytmy, powielające uprzedzenia i dyskryminację. Sprawiedliwy porządek społeczny w epoce cyfrowej to taki, który gwarantuje wszystkim równy dostęp do możliwości, chroni najmniejszych i najsłabszych, przeciwstawia się nienawiści i dezinformacji, poddaje publicznej kontroli korzystanie z danych i technologii, tak aby kryterium nie był wyłącznie zysk, lecz godność każdej osoby i dobro narodów.
    5. Jednym z decydujących sprawdzianów sprawiedliwości społecznej pozostaje dziś sytuacja migrantów, uchodźców i wszystkich tych, którzy zmuszeni są do przemieszczania się z powodu biedy, przemocy, zmian klimatycznych i katastrof środowiskowych. Sposób, w jaki społeczeństwo ich traktuje, pokazuje, czy jego rozumienie sprawiedliwości opiera się na strachu czy też braterstwie. Papież Franciszek zachęcał, by dostrzegać w migrantach nie tylko problem do rozwiązania, lecz „żywy obraz Ludu Bożego w drodze” [109]; osób obdarzonych godnością, zasobami i marzeniami, które mają prawo do bycia traktowanymi z szacunkiem i proszą o możność stania się czynną częścią społeczeństw, które je przyjmują. Sprawiedliwość społeczna w tej dziedzinie zakłada co najmniej dwa wzajemnie dopełniające się zobowiązania. Z jednej strony, strzec prawa do nadziei tych, którzy są zmuszeni do wyjazdu, zapewniając im drogi bezpieczne i legalne, godne warunki przyjęcia oraz rzeczywiste ścieżki integracji. Z drugiej zaś, wspierać także prawo do pozostania na własnej ziemi w pokoju i bezpieczeństwie, stawiając czoła głębokim przyczynom, które zmuszają do migracji, także tym związanym z niesprawiedliwościami gospodarczymi i kryzysem klimatycznym. Gdy prawa te są szanowane, migracje mogą stać się okazją do spotkania i wzajemnego ubogacenia narodów.

    Integralny rozwój człowieka

    1. W Encyklice Populorum progressiośw. Paweł VI stwierdza, że rozwój jest autentyczny jedynie wówczas, gdy jest „integralny”, to znaczy „przyczynia się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka” [110]. W następnych dziesięcioleciach nauka społeczna Kościoła podejmowała i pogłębiała to wyrażenie, aby wskazać konkretny sposób, w jaki te wielkie zasady – godność, dobro wspólne, powszechne przeznaczenie dóbr, pomocniczość, solidarność i sprawiedliwość społeczna – urzeczywistniają się w historii. Przez „integralny rozwój człowieka” rozumiemy proces, w którym wzrost osób i narodów obejmuje wszystkie wymiary egzystencji oraz otwiera przyszłość również dla przyszłych pokoleń.
    2. Rozwój, zarówno osób, jak i narodów, jest zadaniem i zarazem prawem: domaga się on minimalnych warunków, które umożliwią każdej osobie i każdemu narodowi dojrzewanie zgodnie z własną godnością, bez utrzymywania ich w zależności i bez wykluczania z dostępu do niezbędnych dóbr. Rozwój jest ludzki, gdy stawia w centrum osoby, a nie gromadzenie dóbr, a także gdy dotyczy również narodów, a nie jedynie jednostek. Sprawiedliwość wymaga uznania praw społecznych i praw narodów oraz obejmuje odpowiedzialność wobec tych, którzy przyjdą po nas. Nie jest zatem ludzki taki rozwój, który pomnaża konsumpcję niektórych, przerzucając koszty i rany na innych, albo który spycha całe regiony do ról podporządkowanych, nie pozwalając im rozwinąć własnego potencjału [111]. Rozwój jest integralny wtedy, gdy nie ogranicza się do sfery ekonomicznej, lecz promuje jakość życia w jego wymiarze duchowym, kulturowym, moralnym i relacyjnym, z poszanowaniem wspólnego domu, różnorodności narodów oraz ich sposobów życia [112].
    3. Idea integralnego rozwoju człowieka znajduje dziś decydujące kryterium weryfikacji w ekologii integralnej, która stała się nieodzownym wymiarem nauki społecznej Kościoła. Jakość rozwoju mierzy się bowiem jego zdolnością do łączenia – bez ich rozdzielania – sprawiedliwości wobec osób i troski o wspólny dom, sprzyjając godnym warunkom życia, dostępowi do niezbędnych dóbr, sprawiedliwym relacjom społecznym, trosce o stworzenie oraz zważaniu na przyszłe pokolenia. Wynika stąd, że nie jest prawdziwym postępem to, co zwiększa dobrobyt jednych kosztem degradacji ekosystemów, przerzucając koszty na wspólnoty najbardziej bezbronne albo pogarszając warunki życia tych, którzy przyjdą po nas.
    4. Tak rozumiany integralny rozwój człowieka stanowi horyzont, w ramach którego należy odczytywać przemiany naszych czasów, również te związane z rewolucją cyfrową. Innowacje technologiczne – w tym sztuczna inteligencja – nie są neutralne: mogą poszerzać uczestnictwo i sprawiedliwość, ale mogą też pogłębiać nierówności, kontrolę i wykluczenie. Dlatego należy je oceniać w świetle pytania zasadniczego: czy rzeczywiście przyczyniają się do wzrastania osób i narodów w człowieczeństwie i braterstwie, z poszanowaniem wspólnego domu i przyszłych pokoleń? Właśnie tutaj zasady nauki społecznej stają się konkretnymi kryteriami rozeznawania w dziedzinach, które podejmiemy w kolejnych rozdziałach.

    Sprawdzian dla Kościoła

    1. Na zakończenie pragnę poruszyć kwestię szczególnie mi bliską. Nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu. W kontekście eklezjalnym dobro wspólne przybiera postać synodalnego stylu dla misji w służbie Królestwa. Kościół jest bowiem „wspólnotowym i historycznym podmiotem synodalności i misji” [113]. Domaga się to troski o sposób podejmowania decyzji i sprawowania odpowiedzialności. Dokument końcowySynodu pośród praktyk decydujących o przemianie misyjnej wymienia kulturę przejrzystości, rozliczalności i oceny [114].
    2. W tej perspektywie pomocniczość staje się kryterium rządzenia i życia duszpasterskiego, które uznaje i wspiera odpowiedzialność wiernych oraz kościelnych ciał pośrednich, dowartościowuje charyzmaty i kompetencje, a zarazem pozwala unikać wszelkiego paternalizmu, który tłumi ewangeliczną wolność. W praktyce udział ochrzczonych w procesach decyzyjnych oraz ich współodpowiedzialność za misję dokonują się za pośrednictwem rzeczywistych, a nie jedynie nominalnych organów uczestnictwa [115].
    3. Solidarność w życiu wspólnoty chrześcijańskiej ma swoje źródło w misterium Chrystusa i karmi się Eucharystią. Rodzi się ona z komunii w wierze i w sakramentach: chrzest i bierzmowanie jednoczą nas w Chrystusie, abyśmy byli jednym ciałem i jednym duchem, jednym sercem i jedną duszą (por. Ef4, 4; Dz 4, 32). Eucharystia – sakrament jedności – umacnia naszą przynależność do Ciała Chrystusa i wychowuje nas do dzielenia się. Różne wrażliwości obecne w Kościele, mocne przekonania ożywiające każdego z nas są bogactwem, o ile pozostają zakorzenione w pewności, że jedność jest darem otrzymanym i zarazem zadaniem, które trzeba podjąć.
    4. Żyć sprawiedliwością w Kościele znaczy oczyszczać relacje i struktury kościelne z tych wypaczeń, które powodują nierówności, nieprzejrzystości i nadużycia. W tym względzie słuchanie ofiar wykorzystania duchowego, ekonomicznego, instytucjonalnego, seksualnego, nadużyć władzy i sumienia stanowi integrującą część drogi sprawiedliwości, obejmującej uznanie wyrządzonej szkody, sprawiedliwe zadośćuczynienie oraz prewencję. Każda władza służy komunii i misji. Każdy urząd jest w służbie Ludu Bożego. Ta diakonia wyraża się nie tylko w wierze celebrowanej i przeżywanej w sakramentach oraz w przyswajaniu stylu synodalnego, lecz także w konkretnym dzieleniu się dobrami: na wzór Kościoła pierwotnego zasoby kościelne winny rzeczywiście stawać się wspólne, aby nikt pośród nas nie cierpiał niedostatku (por. Dz4, 34) i aby zarządzanie nimi wspierało misję głoszenia Ewangelii najuboższym. Należy promować regularne formy oceny sposobu sprawowania odpowiedzialności ministerialnej, które nie byłyby sądem nad osobami, ale narzędziami uczenia się i korygowania ukierunkowanymi na misję [116]. W takiej mierze, w jakiej jesteśmy otwarci na działanie Ducha Świętego, te zasady nauki społecznej urzeczywistnią się w życiu eklezjalnym. W ten sposób Kościół jest zdolny dać społeczeństwu wiarygodny znak tego, że wspólne dążenie do dobra wszystkich – we współodpowiedzialności i braterstwie – nie jest utopią, lecz realną możliwością [117].

    ROZDZIAŁ III

    TECHNIKA I PANOWANIE. WIELKOŚĆ OSOBY LUDZKIEJ WOBEC OBIETNIC SZTUCZNEJ INTELIGENCJI

    1. Po przypomnieniu zasad, które rzucają światło na naukę społeczną Kościoła, pragnę teraz skierować spojrzenie ku niektórym wyzwaniom, dotykającym szczególnie naszego sposobu przeżywania obecnego czasu. Biblijnym obrazem, który towarzyszy tym stronom, jest obraz budowli: z jednej strony wieża Babel, gdzie wspólne dzieło kierowane jest zamysłem panowania, który ostatecznie prowadzi do dehumanizacji (por. Rdz11, 1-9); z drugiej zaś ruiny Jerozolimy, odbudowywane kawałek po kawałku pod przewodnictwem Nehemiasza jako dzieło wspólnej odpowiedzialności (por. Ne 2-6). Jesteśmy wezwani, by postawić sobie pytanie o wielki plac budowy naszej epoki: co właściwie wznosimy? Podczas gdy rozwój technologiczny szybko zmienia języki, relacje, instytucje i formy władzy, my – wierzący, możemy i powinniśmy wybrać, nad jakim projektem i w jakim duchu chcemy pracować, aby otaczać troską i doceniać wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam dane w darze. Nie chodzi o wybór dotyczący naszej przyszłości, lecz naszego teraźniejszego życia, ponieważ sztuczna inteligencja i inne nowe technologie już teraz należą do naszej codzienności.
    2. Towarzyszy mi przekonanie, że konkretny sposób przeżywania relacji społecznych w świetle Ewangelii nie jest ustalony raz na zawsze, lecz pozostaje zadaniem powierzanym wspólnocie chrześcijańskiej z pokolenia na pokolenie. Pod przewodnictwem Ducha Świętego Kościół pozwala się oświecać Słowu, aby odczytywać znaki czasu i z twórczą odwagą poszukiwać nowych dróg, dzięki którym relacje między osobami i narodami stawałyby się coraz bardziej zgodne z wymogami Królestwa Bożego [118]. Dlatego zachęcam wszystkich, a w sposób szczególny wiernych świeckich, aby nie bali się konfrontować z rzeczywistością, by umieli wzajemnie się słuchać i z mocą podejmowali własną odpowiedzialność za budowanie społeczeństwa bardziej ludzkiego i braterskiego.

    Paradygmat technokratyczny i władza cyfrowa

    1. W Encyklice Laudato si’Papież Franciszek piętnował rosnącą dominację paradygmatu technokratycznego [119] w zglobalizowanym świecie: tendencję do tego, by logika efektywności, kontroli i zysku sama rządziła wyborami osobistymi, społecznymi i gospodarczymi. Tym samym jeszcze wyraźniej widać, że technika nie jest zwykłym narzędziem i że – gdy staje się kryterium – ostatecznie sama decyduje o tym, co ma znaczenie, a co może zostać odrzucone, sprowadzając stworzenie do przedmiotu eksploatacji, a osoby do trybików systemu, który ma być coraz bardziej wydajny.
    2. Paradygmat ten szybko rozszerzył się w ostatnich latach, również wskutek rozpowszechniania sztucznej inteligencji, nauk kognitywnych, nanotechnologii, robotyki i biotechnologii. Same w sobie innowacje te mogą stać się wielką pomocą dla integralnego rozwoju człowieka i troski o wspólny dom. Jednak właśnie ze względu na swoją moc mogą pełnić funkcję akceleratora paradygmatu technokratycznego i dlatego potrzebują nowych ram duchowych, etycznych i politycznych. To, co potężniejsze, niekoniecznie znaczy lepsze. W tym sensie aktualne pozostają słowa Romana Guardiniego: „Człowiek nowoczesny nie został wychowany tak, aby umiał się posługiwać swą mocą właściwie” [120].
    3. Niebezpieczeństwo, że ludzkość stanie się ofiarą własnych zdobyczy, zostało już z wielką jasnością dostrzeżone przez św. Pawła VI, gdy przestrzegał, że „najbardziej niezwykłe postępy naukowe, najbardziej niesamowite osiągnięcia techniczne, najcudowniejszy rozwój gospodarczy, jeśli nie łączą się z autentycznym postępem społecznym i moralnym, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciw człowiekowi” [121]. Dlatego postęp techniczny – sam w sobie cenny – domaga się rozeznania co do antropologicznej wizji, która nim kieruje, oraz celów, do których zmierza. Jeżeli rozwój technologiczny dokonuje się bez odpowiedniego dojrzewania etycznego i społecznego, może się zdarzyć, że środki będą się mnożyć, natomiast nie będzie w tej samej mierze wzrastać człowieczeństwo: „ma się więcej”, ale nie „jest się bardziej”, a osoba ryzykuje, że będzie oceniana przede wszystkim na podstawie osiągów, jakie jest w stanie zagwarantować [122].
    4. Trzeba tu uznać fakt decydujący, do którego już wcześniej nawiązałem: w wielu przypadkach w kontekście cyfrowym kontrola nad platformami, infrastrukturami, danymi i mocą obliczeniową nie należy do państw, lecz do wielkich podmiotów gospodarczych i technologicznych, które de factoustalają warunki dostępu, zasady widoczności treści, a nawet same możliwości uczestnictwa. Kiedy władza o takim zasięgu koncentruje się w nielicznych rękach, ma tendencję do stawania się nieprzejrzystą i wymykania się kontroli publicznej, a zarazem wzrasta ryzyko wypaczonego rozwoju, który rodzi nowe zależności, wykluczenia, manipulacje i nierówności.
    5. W obliczu tej koncentracji władzy w świecie cyfrowym wielkie zasady nauki społecznej: zasada niezbywalnej godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności i sprawiedliwości społecznej, stają się kryteriami oceny i rozeznawania nowej sytuacji. Domagają się one sprawdzenia, czy władza infrastruktur cyfrowych i algorytmów rzeczywiście sprzyja uczestnictwu i odpowiedzialności, chroni najsłabszych, zapewnia sprawiedliwy dostęp do możliwości i pozostaje podporządkowana dobru wszystkich. Wychodząc od tych przesłanek, możemy teraz rozważyć bliżej, czym jest sztuczna inteligencja, jakie możliwości otwiera i jakie ryzyka niesie ze sobą.

    Sztuczna inteligencja

    1. Nie jest moją intencją, by w tym miejscu przedstawiać wykład na temat sztucznej inteligencji ani przytaczać bibliografię, dziś już bardzo obszerną; istnieją już bowiem autorytatywne opracowania, także w środowisku kościelnym, do których można się odwołać [123]. Ograniczę się do przypomnienia kilku elementów istotnych dla rozeznania moralnego i społecznego, które otaczają troską prymat osoby, tak aby to zawsze inteligencja ludzka – wraz ze swoim sumieniem i swoją wolnością – kierowała innowacjami technicznymi oraz odpowiedzialnie określała ich zastosowanie i granice.
    2. Wypada poprzedzić te rozważania dwiema uwagami. Po pierwsze, istnieje ryzyko, że wszelkie tezy dotyczące AI mogą się w krótkim czasie zdezaktualizować ze względu na zdumiewające tempo rozwoju tych systemów. Po drugie, wszyscy – także ci, którzy je projektują – niewiele wiemy o ich rzeczywistym funkcjonowaniu. Współczesne systemy sztucznej inteligencji są bowiem bardziej „hodowane” niż „konstruowane”: twórcy nie projektują bezpośrednio każdego ich szczegółu, lecz tworzą architekturę, na której AI „się rozwija”. W konsekwencji podstawowe aspekty naukowe – takie jak wewnętrzne reprezentacje i procesy obliczeniowe tych systemów – pozostają obecnie nieznane. Tym pilniej ujawnia się potrzeba podjęcia podwójnego wysiłku: z jednej strony pogłębiania badań naukowych, z drugiej – praktykowania rozeznawania moralnego i duchowego.
    3. Nie jest możliwe podanie jednej, jednoznacznej i wyczerpującej definicji AI. Możemy jednak stwierdzić, że należy unikać błędnego utożsamiania tej „inteligencji” z inteligencją ludzką. Systemy te naśladują niektóre funkcje ludzkiej inteligencji.Czyniąc to, często przewyższają ją szybkością i zakresem obliczeń, oferując konkretne korzyści w licznych dziedzinach. Niemniej jednak ta moc pozostaje związana wyłącznie z przetwarzaniem danych: tak zwane systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry. Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.

    Cenne wsparcie wymagające uwagi

    1. W świetle tego, co zostało powiedziane, możemy lepiej zrozumieć, dlaczego AI może być cenną pomocą, a zarazem wymagać podejścia trzeźwego i czujnego. W ostatnich latach jej prywatne wykorzystanie znacznie wzrosło i z wielu stron podejmuje się refleksję nad możliwościami i zagrożeniami związanymi z jej szybkim upowszechnieniem. W przypadku użycia osobistego należy zwrócić szczególną uwagę na trzy aspekty: łatwość uzyskania wyniku, wrażenie obiektywności oraz symulację komunikacji ludzkiej. Szybkość i prostota, z jakimi można uzyskać wskazówki, złożone opracowania, treści medialne oraz formy konkretnej pomocy upraszczają nasze życie, mogą jednak także przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność. Wrażenie obiektywności, jakie mogą wywoływać odpowiedzi i propozycje tych systemów, niesie ryzyko, że zapomnimy, iż odzwierciedlają one parametry kulturowe tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali, ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Sztuczne naśladowanie pozytywnej komunikacji ludzkiej – słów rady, empatii, przyjaźni, miłości – może być satysfakcjonujące, a nawet użyteczne, ale niewystarczająco świadomych użytkowników może wprowadzać w błąd i stwarzać złudzenie, że pozostają oni w relacji z autentycznym podmiotem osobowym. Gdy słowo jest symulowane, nie buduje relacji, lecz jedynie jej pozór. Sztuczne naśladowanie relacji opiekuńczej lub towarzyszenia może stać się niebezpieczne, gdy wkrada się w kontekst ubogi w realne relacje i uczucia: wówczas istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.
    2. Poszerzając spojrzenie na zastosowanie AI w naszych społeczeństwach, stwierdzamy, że jest ona już obecna w procesach decyzyjnych we wszystkich dziedzinach i na różnych poziomach: w komunikacji, zarządzaniu i kontroli. Korzyści w zakresie efektywności oraz potencjał poprawy niektórych usług są oczywiste; jednak szybkie i bezkrytyczne wdrażanie naraża nas na różne ryzyka, w tym także na ryzyko niedocenienia jej wpływu na środowisko. Obecne systemy AI wymagają wielkich ilości energii i wody, w sposób znaczący wpływają na emisję dwutlenku węgla i intensywnie zużywają zasoby. Wraz ze wzrostem złożoności, zwłaszcza w przypadku wielkich modeli językowych, rosną także potrzeby w zakresie mocy obliczeniowej i zdolności przechowywania danych, opierające się na całym zespole maszyn, przewodów, centrów danych i energochłonnej infrastruktury. Dlatego niezbędne jest rozwijanie bardziej zrównoważonych rozwiązań technologicznych w celu zmniejszenia wpływu na środowisko i ochrony naszego wspólnego domu [124].

    Odpowiedzialność, przejrzystość i zarządzanie sztuczną inteligencją

    1. Korzystanie z AI nigdy nie jest faktem czysto technicznym: kiedy wkracza ona w procesy oddziałujące na życie ludzi, dotyka praw, szans, reputacji i wolności. Delikatne decyzje dotyczące pracy, kredytu, dostępu do usług i reputacji osób mogą zostać powierzone całkowicie systemom zautomatyzowanym, które nie znają „współczucia, miłosierdzia, przebaczenia, a nade wszystko otwartości na nadzieję przemiany osoby” [125]i w ten sposób mogą rodzić nowe formy wykluczenia. Mogą istnieć zastosowania w oczywisty sposób antyludzkie, jak manipulowanie informacją czy naruszanie prywatności, ale może istnieć także pułapka mniej jawna, gdy systemy AI, przedstawiając się jako neutralne i obiektywne, odzwierciedlają i umacniają stereotypy lub stanowiska ideologiczne tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali.
    2. Powierzyć w praktyce algorytmowi władzę rozstrzygania o tym, kto zasługuje, a kto nie, bez tego, by ktokolwiek brał już na siebie ciężar decyzji, znaczy powierzyć mu zadanie ponownego wyznaczania granic ludzkich możliwości. Tym, czego w tym procesie brakuje, nie jest tylko empatia wobec wykluczonego, którą można sztucznie naśladować, lecz odpowiedzialność polityczna, ponieważ odrzucenie słabych zostaje przyobleczone w pozór neutralności i obiektywności, wobec których nie sposób protestować. Tym samym niesprawiedliwość staje się milcząca, a współczucie, miłosierdzie i przebaczenie – nie jako zwykły pozór, lecz jako gesty polityczne – znikają z horyzontu.
    3. Z tego wynika prosta, ale zobowiązująca konsekwencja: nie możemy uważać AI za moralnie neutralną. W rzeczywistości każde urządzenie techniczne niesie z sobą wybory i priorytety: to, co mierzy, to, co ignoruje, to, co optymalizuje, a także sposób, w jaki klasyfikuje osoby i sytuacje. Jeśli jakiś system zostaje pomyślany lub wykorzystywany w taki sposób, że traktuje niektóre życia jako mniej godne albo wyklucza je bez możliwości odwołania, nie jest on zwykłym narzędziem, „którego należy dobrze używać”: wprowadza już kryterium sprzeczne z niezbywalną godnością osoby. Dlatego rozeznawanie etyczne nie może ograniczać się do pytania, czy używamy danego systemu do celu dobrego czy złego, lecz musi także pytać, jak został on zaprojektowany i jaka wizja osoby oraz społeczeństwa została wpisana w dane i modele, które nim kierują [126].
    4. Aby AI szanowała godność ludzką i rzeczywiście służyła dobru wspólnemu, konieczne jest, by odpowiedzialność była jasno określona na wszystkich etapach: od tych, którzy projektują i trenują systemy, aż po tych, którzy z nich korzystają, oraz tych, którzy decydują o powierzeniu im konkretnych rozstrzygnięć. W wielu przypadkach jednak wewnętrzne procesy prowadzące do danego wyniku mogą pozostawać mało przejrzyste, a to utrudnia przypisanie odpowiedzialności i korygowanie błędów. Właśnie tutaj decydującego znaczenia nabiera to, co nazywamy accountability– możliwość ustalenia, kto ma „zdać sprawę” z decyzji, uzasadnić je, poddać kontroli, a gdy to konieczne – zakwestionować je i naprawić szkody, które z nich wynikają [127].
    5. Domagać się roztropności, wnikliwej weryfikacji, a niekiedy nawet spowolnienia we wdrażaniu sztucznej inteligencji nie znaczy być przeciwnikiem postępu, lecz wyrażać odpowiedzialną troskę o rodzinę ludzką. Wymóg ten jest tym pilniejszy, że często istnieje brak równowagi między szybkością rozwoju technologicznego a tempem, w jakim dojrzewają świadomość, normy, mechanizmy kontroli i instytucje zdolne zarządzać jego skutkami. Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: potrzebne są odpowiednie ramy prawne, niezależny nadzór, edukacja użytkowników oraz polityka, która nie wyrzeka się własnego zadania. W przeciwnym razie zmiana będzie zarządzana wyłącznie przez logikę technokratyczną i przedstawiana jako konieczna oraz nieuchronna, kończąc się narzucaniem reguł dyktowanych przez tych, którzy posiadają dane, infrastrukturę i zdolności obliczeniowe.
    6. Nie możemy ograniczać się do postulowania moralizacji maszyny, tak zwanego „dostosowania” (alignment) AI do wartości ludzkich, nie mając odwagi postawić jeszcze jednego warunku: możliwości dyskutowania o kodeksie etycznym, który ma zostać zastosowany, poddając go kryteriom wspólnie podzielanej sprawiedliwości społecznej. W przeciwnym razie ci, którzy kontrolują AI, narzucą własną wizję moralną, która stanie się niewidzialną infrastrukturą systemów. Nie wystarczy, by AI była bardziej moralna, jeśli o tej moralności decydują nieliczni. Potrzeba polityki bardziej obecnej, zdolnej spowalniać tam, gdzie wszystko przyspiesza, i chronić przestrzenie, w których wspólnoty mogą nadal uczestniczyć i stawiać pytania.
    7. Istotnie, jak bywa w przypadku każdego wielkiego przełomu technologicznego, AI skłonna jest pomnażać przede wszystkim władzę tych, którzy już dysponują zasobami ekonomicznymi, kompetencjami i dostępem do danych. W świetle dobra wspólnego i powszechnego przeznaczenia dóbr zjawisko to budzi poważny niepokój: małe, lecz bardzo wpływowe grupy mogą ukierunkowywać informację i konsumpcję, warunkować procesy demokratyczne i oddziaływać na dynamikę gospodarczą dla własnej korzyści, wbrew sprawiedliwości społecznej i solidarności między narodami. Dlatego niezbędne jest, by korzystaniu z AI – zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy ona dóbr publicznych i praw podstawowych – towarzyszyły jasne kryteria i skuteczne mechanizmy kontroli, inspirowane uczestnictwem i zasadą pomocniczości: wspólnoty i ciała pośrednie nie mogą zostać zredukowane do roli odbiorców decyzji podjętych gdzie indziej, lecz muszą móc wnosić swój wkład w rozeznawanie i nadzór. Ponadto własność danych nie może być powierzona wyłącznie podmiotom prywatnym, lecz musi zostać poddana regulacjom. Dane są owocem wkładu wielu osób i nie mogą być sprzedawane ani powierzane nielicznym. Potrzebna jest kreatywność zdolna zarządzać nimi jako jednym z dóbr wspólnych lub zbiorowych, w logice współdzielenia, jak sugerował już św. Jan Paweł II w odniesieniu do dóbr zbiorowych [128].
    8. Zasady nauki społecznej pomagają nam odczytywać tę nową rzeczywistość. W świecie, w którym nieliczne podmioty skupiają dane, kapitał obliczeniowy i zdolność normatywną, mówienie o dobru wspólnym oznacza demaskowanie tej nowej asymetrii epistemicznej, ekonomicznej i politycznej, nazywając po imieniu nowe monopole AI. Mówienie o powszechnym przeznaczeniu dóbr oznacza szukanie sposobów zapewnienia powszechnego dostępu do technologii i formacji. Mówienie o pomocniczości oznacza ochronę zdolności wspólnot do wybierania i korygowania, nie sprowadzając ich udziału do samego nadzoru po tym, jak standardy zostały ustalone gdzie indziej. Mówienie o solidarności zobowiązuje do uznania niewidzialnej pracy, często wykonywanej w warunkach wyzysku, która zasila modele algorytmiczne. Mówienie o sprawiedliwości oznacza pytanie o geografie władzy wyznaczające, kto może trenować modele, a kto jest jedynie przedmiotem tego treningu, oraz uznanie, że sprawiedliwość społeczna nie jest tylko celem, którego należy strzec po wdrożeniu technologii, lecz warunkiem uprzednim, który trzeba urzeczywistniać już w samym ich projektowaniu.
    9. Chciałbym wreszcie użyć słowa, które jest mi szczególnie drogie: „rozbroić”. Rozbroić AI znaczy wyrwać ją z logiki zbrojnej rywalizacji, która dzisiaj nie jest już wyłącznie militarna, lecz także ekonomiczna i poznawcza. Jest to wyścig do stworzenia najsprawniejszego algorytmu i najszerszego zbioru danych (dataset)po to, by utrwalić przewagę geopolityczną lub handlową nad wszystkimi innymi. Rozbroić znaczy zerwać tę równoznaczność między potęgą techniczną a prawem do rządzenia. Rozbroić nie znaczy wyrzec się technologii, lecz nie dopuścić, by zapanowała nad tym, co ludzkie. Znaczy wyzwolić ją spod monopoli, uczynić ją przedmiotem debaty i sprzeciwu, a tym samym przestrzenią przyjazną ludziom, przywracając ją wielości ludzkich kultur i form życia. Zadanie stojące dziś przed nami nie ma wymiaru tylko etycznego ani tylko technicznego: ma ono charakter ekologiczny w sensie najbardziej radykalnym, ponieważ dotyczy nowego wymiaru naszego wspólnego domu. Sztuczna inteligencja jest już środowiskiem, w którym jesteśmy zanurzeni, i władzą, z którą musimy się liczyć. Dlatego nie wystarczy jej regulować: trzeba ją rozbroić i uczynić przyjazną.
    10. Szczególny apel kieruję do tych, którzy zajmują się rozwijaniem systemów sztucznej inteligencji. Innowacja technologiczna może być w pewnym sensie ludzką formą uczestnictwa w Bożym akcie stworzenia. Na twórcach systemów AI spoczywa zatem szczególna odpowiedzialność etyczna i duchowa, ponieważ każda decyzja projektowa wyraża określoną wizję ludzkości. Tak jak autor dzieła artystycznego czy literackiego powinien brać pod uwagę wartości, które ono wyraża, tak i oni powinni z należytą powagą traktować wartości, które wpisują w swoje projekty: w sposób przejrzysty, z poczuciem odpowiedzialności wobec społeczności, których one dotyczą, oraz z czujnością, która pozwala zweryfikować, czy to, co jest rozwijane, rzeczywiście służy dobru.

    To, czego nie możemy utracić

    1. Po przywołaniu kwestii odpowiedzialności i zarządzania AI trzeba powrócić do naszego tematu centralnego: co to znaczy troszczyć się o to, co ludzkie. Zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować. Gdy wydajność staje się miarą wartości, człowiek ulega pokusie myślenia o sobie bardziej jako o projekcie, który należy zoptymalizować, niż jako o stworzeniu powołanym do relacji i komunii.
    2. W rzeczywistości absolutyzowanie jednego tylko wymiaru człowieka jest zawsze błędem. Nie tylko bowiem brak rodzi nieład. Również to, co wzrasta bez miary, może stać się formą biedy. W ekosystemie harmonia zostaje zachwiana, gdy jeden gatunek zaczyna dominować kosztem pozostałych. Podobnie dzieje się w przypadku człowieka, gdy jakaś jedna z jego władz rości sobie pretensję do bycia miarą wszystkiego. Tak więc inteligencja, gdy zostaje absolutyzowana, ostatecznie przesłania inne istotne wymiary życia: uczucia, wolę, oddanie i relację. Jeśli władza techniczna nie zostaje zrównoważona, nie zwiększa naszych zdolności, ale czyni nas bardziej samotnymi i bardziej wystawionymi na logikę panowania i wykluczenia. Nie chodzi oczywiście o przeciwstawianie się inteligencji, lecz o przypomnienie, że kiedy zamyka się ona w sobie samej, zapomina, iż została dana po to, by służyć życiu i osobie ludzkiej.
    3. Jakość cywilizacji mierzy się nie potęgą jej środków, lecz troską, jaką potrafi otoczyć człowieka, zdolnością uznania drugiego za twarz, a nie za funkcję. Zdolność troski jedni o drugich stanowi ważny wymiar naszego człowieczeństwa. Zdolności tej uczy się i doskonali się ją poprzez doświadczenie. Czytanie baśni dziecku, towarzyszenie osobie starszej, uczynienie jakiegoś miejsca gościnnym – to gesty przeżywane w środowisku rodzinnym, które pomagają nam uczyć się i uwewnętrzniać znaczenie troski także na poziomie społecznym oraz wyrabiają w nas zdolność uznawania drugiego człowieka za osobę godną uwagi. Technologia może wspierać także wzajemną troskę między ludźmi, na przykład, jeśli dostarcza narzędzi pomagających przewidywać i organizować, ale nie pozbawia istoty ludzkiej jej wolności i zdolności osądu, skoro to człowiek jest podmiotem relacji i ponosi odpowiedzialność za decyzje.

    Podstawowe narracje: transhumanizm i posthumanizm

    1. Próbując wydobyć kulturowe założenia towarzyszące trwającej rewolucji cyfrowej, chciałbym teraz zwrócić uwagę na niektóre nurty, które postrzegają postęp jako przekroczenie tego, co ludzkie, a które możemy określić jako transhumanizm i posthumanizm. Stanowią one ideologiczne tło obecne w niektórych ośrodkach władzy technologicznej i w uproszczonej formie kolonizują wyobraźnię zbiorową, szczególnie za pośrednictwem mediów i sieci społecznościowych, wzbudzając entuzjazm dla nowych technologii przez futurystyczną wizję „człowieka wzmocnionego” albo „człowieka zhybrydyzowanego” z maszyną.
    2. Transhumanizm i posthumanizm obejmują wielość nurtów i wrażliwości, dlatego trudno przedstawić ich jednoznaczny opis. Można je porównać do archipelagu różnych wysp pojęciowych, połączonych jednak tym samym morzem założeń, jakim jest centralne miejsce techniki i marzenie o przekroczeniu granic ludzkiej kondycji. Ogólnie rzecz biorąc, transhumanizm wyobraża sobie wzmocnienie istoty ludzkiej za pośrednictwem technologii (biomedycyny, inżynierii ciała, urządzeń i algorytmów) w celu zwiększenia jej sprawności i zdolności. Posthumanizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych odmianach, idzie jeszcze dalej: krytykuje antropocentryzm i kreśli perspektywę formy hybrydyzacji istoty ludzkiej, maszyny i środowiska, aż po wyobrażenie sobie przekroczenia progu, w którym ludzkość przezwycięży samą siebie, wchodząc w nowe stadium ewolucji. Nawet gdy hipotezy te pozostają w dużej mierze spekulatywne, nabierają znaczenia, ponieważ zmieniają wyobraźnię zbiorową, a w konsekwencji ukierunkowują wybory społeczne, gospodarcze i polityczne [129].
    3. W świetle nauki społecznej Kościoła punktem krytycznym nie jest samo używanie techniki, lecz wizja leżąca u jej podstaw: jeśli istota ludzka jest traktowana jako materiał do udoskonalenia albo do przekroczenia, wówczas łatwiej przyjąć, że niektórzy zostaną uznani za mniej użytecznych, mniej pożądanych czy mniej godnych. W imię postępu można dojść do wyobrażenia sobie „koniecznych ofiar” i kazać najsłabszym płacić cenę domniemanej optymalizacji gatunku. Wspomniana już przestroga św. Pawła VI pozostaje więc niezwykle dalekowzroczna: osiągnięcia nauki i techniki, jeśli zostają oderwane od postępu moralnego i społecznego, w końcu obracają się przeciwko człowiekowi [130]. Dlatego konieczne jest jasne odróżnienie jednego od drugiego: czym innym jest włączanie technologii w wizję ludzką i relacyjną, czym innym zaś poddanie się wyobraźni, która deprecjonuje ograniczenia i obiecuje czysto techniczne „zbawienie”.

    Ograniczenia, serce i wielkość istoty ludzkiej

    1. Wydaje się, że nasze odnoszenie się do życia znajduje się dziś w kryzysie. Wszystko to, co jawi się jako „ograniczenie” – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimoograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie. Spojrzenie na rzeczywistość w świetle wiary pomaga rozpoznać to, co nazywamy „przygodnością” rzeczy tego świata. O ile z jednej strony naszym obowiązkiem jest starać się usuwać cierpienie naznaczające ludzkie życie, o tyle z drugiej mądrze jest uznać naszą konstytutywną skończoność, wiedząc, że „doświadczenie religijne, a w szczególności wiara chrześcijańska, proponują przeżywanie – bez uproszczeń – tej ambiwalencji między wielkością a ograniczonością człowieka, odczytywanej w świetle pierwotnej i fundamentalnej relacji z Bogiem” [131].
    2. To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga. Widzimy to w wielu chwilach, gdy ograniczenie staje się w naszym życiu czymś konkretnym: gdy spotyka nas odrzucenie, gdy cierpimy z powodu choroby albo śmierci ukochanej osoby, gdy doświadczamy własnej niezdolności lub porażki. W tajemniczy sposób właśnie w takich chwilach możemy odnaleźć nową mądrość, namacalnie doświadczyć serdeczności innych ludzi i doznać obecności Pana.
    3. Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie; dlatego też przez lata nosimy w sobie nauczanie, które odciska się jak blizny – pamięć drogi przebytej pośród wolności i upadków, marzeń i rozczarowań. Dopiero dzięki splotowi tych elementów dokonują się w sercu owe duchowe cuda, które pozwalają nam kosztować najsłodszy smak naszego człowieczeństwa [132]. Rezygnacja z tej przygody – zarazem dramatycznej i wspaniałej – w imię rzekomego przezwyciężenia wszelkiego ograniczenia mogłaby oznaczać wszystko, tylko nie to, by pozostać istotą ludzką.
    4. Moralne zepsucie wynikające z ograniczoności właściwej stworzeniu – zło, które w sposób oczywisty porusza serce człowieka – rujnuje społeczeństwo i ludzkie życie, dochodząc aż do skrajnych postaci odczłowieczenia. A jednak także ta bolesna forma ograniczenia pozostawia otwarte szczeliny dla dobra. Nawet wtedy, gdy istota ludzka się dehumanizuje i wywołuje tragedie, małe światełko nadal świeci w człowieczeństwie i pozostaje zdolne rozpalić się na nowo – za łaską Boga – na drogach nawrócenia i pojednania. Viktor Frankl słusznie mówił, że w chwilach grozy „mieliśmy okazję przekonać się, jaki naprawdę jest człowiek. Jest on wszak istotą, która skonstruowała komory gazowe w Auschwitz, a zarazem tą samą istotą, która wchodziła do owych komór z podniesioną głową i modlitwą Pańską – Szema Jisrael– na ustach” [133].
    5. Kiedy skończoność zostaje przyjęta w prawdzie, nie zubaża istoty ludzkiej, lecz otwiera ją na rozpoznanie oblicza Boga i drugiego człowieka. Właśnie dlatego, że doświadcza ograniczenia – zranienia, bólu, porażki – może ona uznać własną i cudzą godność za nienaruszalną. I właśnie w tym samym doświadczeniu ograniczenia człowiek pozostaje zdolny do przeczuwania braterstwa jako większego od siebie i uznawania niesprawiedliwości jako zgorszenia. Kultura i sztuka, gdy są autentyczne, strzegą tej iskry, nie dopuszczając do normalizacji zła. W ten sposób niektóre dzieła nabrały wartości quasiprofetycznej: IX SymfoniaBeethovena jako pragnienie jedności; Guernica jako potępienie dehumanizacji; Lista Schindlera jako wezwanie, by przeszłości nie skazywać na zapomnienie.
    6. Historia jawi się nie tylko jako katalog naszych aktów przemocy, lecz także jako dowód, że człowiek potrafi tworzyć instytucje zdolne chronić wspólne życie. W ostatnich dwóch stuleciach widzimy to w kilku znamiennych osiągnięciach: w powstaniu Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (1863), którego operacyjna neutralność zapewnia wszystkim pełną współczucia opiekę; w długim procesie, który doprowadził do zniesienia niewolnictwa, a który nie był zwykłą zmianą prawną, lecz przemianą świadomości; w ustanowieniu Organizacji Narodów Zjednoczonych (1945) i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka(1948), które ustaliły wspólny język pozwalający powiedzieć – przynajmniej jako wspólny ideał – że godność jest powszechna; w Konwencji dotyczącej statusu uchodźców (1951), uznającej obowiązek ochrony wobec tych, którzy uciekają przed prześladowaniami i zagrożeniem. W tych przykładach pragnienie dobra przekłada się konkretnie na formy publiczne – normy, instytucje, praktyki – zdolne do ograniczania siły i obrony słabych. Nic z tego jednak nie zrodziło się bez zmagania się z oporem, małostkowymi interesami i kulturową inercją. Zdobyczom moralnym niemal zawsze towarzyszy oblicze drogi długiej i mozolnej, naznaczonej także porażkami: pomyślmy o przerwanych procesach pokojowych czy o powolnie wdrażanych zobowiązaniach ekologicznych. A przecież właśnie kruchość tych osiągnięć ukazuje, jak cenna jest odpowiedzialność tych, którzy je inicjują i je wspierają.
    7. Niektóre wydarzenia pomagają dostrzec, że historia może się zmieniać, kiedy choćby jeden mężczyzna lub jedna kobieta naprawdę poważnie traktują godność wszystkich: ruch na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych Ameryki, związany także ze świadectwem Martina Luthera Kinga Jr., czy też kres apartheiduw Republice Południowej Afryki po uwolnieniu Nelsona Mandeli i jego decyzji, by nie oddawać przyszłości w ręce nienawiści. W odmiennych kontekstach wyróżniły się ponadto kobiety odważne i wielkoduszne, takie jak św. Laura Mantoya, św. Teresa z Kalkuty, Dorothy Day, Maria Skłodowska-Curie, Maria Montessori, Elisabeth Elliot, Wangari Maathai, Benazir Bhutto i wiele innych ze wszystkich kontynentów, które swoim zaangażowaniem przyczyniły się do uczynienia historii bardziej ludzką.
    8. Obok tych znaków publicznych istnieje bardziej ukryta, lecz decydująca tkanka: wspólnoty zakonne, które wybierają miejsca dotknięte nędzą i niebezpieczne; męczennicy braterstwa i sprawiedliwości – jak św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Oscar Romero i bł. Enrique Angelelli, wraz ze świadkami, którzy w trudnych i często nieludzkich warunkach wcielali nadzieję Ewangelii i godność człowieka; jak czcigodny François-Xavier Nguyễn Văn Thuận. Nade wszystko zaś „męczennicy codzienności”, którzy bez rozgłosu troszczą się, wychowują, towarzyszą i pocieszają – jak rodzice, pielęgniarze, lekarze, wolontariusze, osoby pozostające u boku osoby starszej lub wykluczonej. Ich świadectwo pokazuje, że dobro nie dokonuje się automatycznie, lecz wymaga wytrwałości, pamięci i nawrócenia, które uzdalnia do zaczynania od nowa nawet po porażkach.
    9. Właśnie to połączenie sprawiedliwych instytucji, wiarygodnych świadectw i codziennych wierności podtrzymuje nadzieję i wskazuje kierunek: rozwijać technikę, nie dopuszczając do cofania się serca. Dlatego człowieczeństwo – wspaniałe i zranione – nie może zostać ani zastąpione, ani przekroczone: może przyjmować postępy techniki, by łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, pod warunkiem, że nie wyprze się tego, co stanowi o jego tożsamości, czyli zdolności do relacji i miłości. W tym miejscu nasuwa się pytanie rozstrzygające: jeśli istnieje coś, co jest autentycznie „więcej niż ludzkie”, to gdzie to się znajduje? Wiara chrześcijańska odpowiada, wskazując na spełnienie, które nie wypływa z technologicznego ubóstwienia człowieka, lecz z przebóstwienia dokonywanego przez łaskę Bożą otrzymaną w Chrystusie.

    To, co prawdziwie „więcej niż ludzkie”: łaska i humanizm chrześcijański

    1. Wyrażenie „więcej niż ludzkie” nie należy wyłącznie do języka technicznych obietnic. Od wieków tradycja chrześcijańska głosi, że istota ludzka nie jest zamknięta w granicach własnej natury, lecz jest powołana do przekraczania samej siebie – nie przez ucieczkę od rzeczywistości ani przez wzgardę dla ograniczeń, lecz po to, by osiągnąć pełnię w miłości. Wiara zna to, co wykracza „poza”, co rodzi się z daru Bożego. Ta przemiana jest dziełem Ducha Świętego. Jak nauczał św. Tomasz z Akwinu, ten proces wyniesienia i przemiany „przewyższa zdolność natury” [134], ponieważ między naszą naturą a życiem Boga istnieje nieskończony dystans [135]. A jednak możliwe jest wszczepienie nas w łono tego niewyczerpanego życia, nawet wtedy, gdy wędrujemy pośród ograniczeń tego świata. I tylko Nieskończony, który daje samego siebie, może uczynić tę wędrówkę możliwą: sam Bóg przekracza ową „nieskończoną” niewspółmierność [136]. Tak dokonuje się nowe stworzenie człowieka: „Jeżeli więc ktoś [pozostaje] w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto «wszystko» stało się nowe” ( 2 Kor5, 17).
    2. Kiedy uznajemy tę możliwość przekraczania samych siebie z pomocą łaski Boga, nie zaprzeczamy samym sobie ani nie stajemy się mniej ludzcy. Przeciwnie, jak wyjaśnia Papież Franciszek: „Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty” [137]. W tym właśnie ujawnia się radykalna różnica wobec prometejskich marzeń: człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia. Wobec tego technologia, która klasyfikuje i optymalizuje to, co już istnieje, może – niezamierzenie – stać się przeszkodą dla przemiany i wzrostu. Dla algorytmu błąd jest czymś, co należy skorygować; dla osoby może stać się początkiem głębokiej przemiany. Przyszłości osoby nie da się obliczyć, ponieważ jest ona powierzona jej wolności, wyniesionej przez niewyczerpaną łaskę Bożą, oraz więziom, które pielęgnuje.

    Dwa miasta i dwie miłości

    1. Humanizm chrześcijański nie odrzuca nauki i techniki, lecz przyjmuje je z wdzięcznością i realizmem oraz osadza je mocno w rzeczywistości, wpisując w wyższe powołanie. Twórcza inteligencja istoty ludzkiej jest darem, który może łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, musi jednak pozostawać podporządkowana dobru wspólnemu, sprawiedliwości, trosce o słabych i o stworzenie. W tym sensie rzeczywista alternatywa nie polega na wyborze między entuzjazmem a lękiem, lecz między dwoma sposobami budowania: między postępem, który służy osobie i narodom, oraz postępem, który podporządkowuje je logice władzy. Ostatecznie rozstrzygającym jest pytanie, na które wskazywał św. Jan Paweł II: czy AI „czyni życie ludzkie na ziemi pod każdym względem «bardziej ludzkim», bardziej «godnym człowieka»?” [138]. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, wówczas możemy uznać w niej dobrą możliwość, którą należy wykorzystać odpowiedzialnie na drodze cierpliwej i wspólnej odbudowy, wzorowanej na odrodzeniu Jerozolimy opisanym w Księdze Nehemiasza. Jeżeli natomiast rośnie potęga, podczas gdy serce jałowieje, a więzi się rozpadają, wówczas mamy do czynienia z nową formą wieży Babel: budowlą wspaniałą, ale nieludzką.
    2. Stawiać sobie pytanie o tę alternatywę postępu oraz o nasz sposób jej rozumienia i przeżywania, to w gruncie rzeczy zawsze pytać również o własne serce. Sposób bowiem, w jaki myślimy o relacjach, pracy i instytucjach, oraz jak je kształtujemy, ujawnia nasze podstawowe wartości i w ostatecznym rozrachunku rodzi się z tego, co jest najbliższe sercu. Prowadzi nas miłość: to, co naprawdę kochamy – jako jednostki i jako społeczeństwo – nadaje kierunek naszemu życiu i działaniu. Św. Augustyn opisuje historię ludzkości jako miejsca zmagania dwóch miłości, które zbudowały dwa sposoby zamieszkiwania świata i współżycia – dwa „miasta” [„państwa”]: z jednej strony miłość Boga i bliźniego, z drugiej zaś miłość wyłącznie siebie samego. „Dwojaka tedy miłość dwojakie państwo uczyniła: ziemskie państwo uczyniła miłość własna aż do pogardy Boga posunięta; niebieskie państwo uczyniła miłość Boża aż do pogardy siebie samego posunięta” [139]. Jak w całych dziejach ludzkości, tak i dziś te dwie miłości walczą w naszym sercu o pierwszeństwo. Epoka AI nie wymyka się tej regule: budowa wieży Babel albo Jerozolimy zaczyna się w każdym z nas.

    ROZDZIAŁ IV

    STRZEC CZŁOWIECZEŃSTWA POŚRÓD PRZEMIAN. PRAWDA, PRACA, WOLNOŚĆ

    1. Po naszkicowaniu horyzontu, w którym sytuuje się wyzwanie przemiany technologicznej, a zwłaszcza tej związanej z AI oraz nurtami transhumanistycznymi i posthumanistycznymi, nie możemy zatrzymać się na poziomie samych tylko analiz ogólnych. Gdy zmieniają się języki i narzędzia, zmieniają się również codzienne gesty i relacje społeczne. Dlatego trzeba zatrzymać się nad niektórymi przestrzeniami, w których przemiany te pociągają za sobą bardzo konkretne, a niekiedy dramatyczne konsekwencje. W świetle zasad nauki społecznej Kościoła przemiana cyfrowa domaga się od nas ponownego odkrycia prawdy jako dobra wspólnego, ochrony godności pracy oraz strzeżenia wolności przed wszelką zależnością i utowarowieniem.

    Prawda jako dobro wspólne

    Prawda i demokracja

    1. Wykorzystanie platform cyfrowych i systemów AI przyspiesza głębokie przemiany w komunikacji publicznej i politycznej. Narzędzia, które mogłyby sprzyjać debacie i uczestnictwu, bywają często wykorzystywane do tworzenia zniekształconych narracji i zacierania granic między prawdą a fałszem przez mieszanie faktów i opinii. Dezinformacja nie narodziła się wraz z AI, lecz znajduje dziś w niej potężny czynnik zwielokrotnienia. Możliwość manipulowania treściami, obrazami i filmami wystawia obywateli na jednostronne lub wprowadzające w błąd perspektywy. Problem ten dotyczy wymiaru kulturowego i moralnego, ponieważ jakość komunikacji publicznej bezpośrednio zależy od zaufania społecznego i zarazem na nie oddziałuje. Wiarygodna informacja nie rodzi się bowiem ze scentralizowanej ani zautomatyzowanej kontroli. W dyskursie publicznym prawda faktów ma wymiar racjonalny, ponieważ wymaga weryfikacji, potwierdzenia źródeł i odpowiedzialności w argumentacji; jeszcze głębiej jednak ma wymiar relacyjny: buduje się przez więzi zaufania i wspólne praktyki, w uczciwej konfrontacji z innymi i z rzeczywistością. Jedynie wspólne poszukiwanie prawdy o faktach, uznanej za dobro wspólne, może stać się podstawą sprawiedliwej komunikacji.
    2. Ci, którzy dysponują potężnymi środkami technicznymi i ekonomicznymi – a wraz z nimi także znacznymi zasobami ludzkimi potrzebnymi do oddziaływania – mają wielką zdolność wywoływania przemian kulturowych i – ostatecznie – przekonywania znacznej liczby osób co do tego, jaka jest prawda o istocie ludzkiej, o świecie, o sensie istnienia, o rodzinie, a nawet o Bogu. Jest to czysta władza pozbawiona prawdy, która w sposób subtelny lub jawny narzuca to, co chce, aby inni uznali za prawdziwe. U podłoża tego wszystkiego kryje się chora, trudna do rozpoznania przyczyna: fakt, że „człowiek współczesny żywi mylne przekonanie, że jest jedynym twórcą samego siebie, swojego życia i społeczeństwa. To mniemanie jest konsekwencją egoistycznego skupienia się na sobie” [140]. Dlatego człowiek sądzi, że może konstruować rzeczywistość i że to, co najlepiej odpowiada jego roszczeniom, samo przez się jest ważne. Św. Jan Paweł II rozważał konsekwencje „kryzysu wokół zagadnienia prawdy”, dochodząc do stwierdzenia: „Zanik idei uniwersalnej prawdy o dobru, dostępnym poznawczo dla ludzkiego rozumu, w nieunikniony sposób doprowadził także do zmiany koncepcji sumienia” [141]. W ten sposób zanika uznanie powszechnie obowiązujących prawd, które nas poprzedzają i które sumienie powinno uznać. To doprowadziło Papieża Franciszka do realistycznego pytania: „Czym jest prawo bez osiągniętego na długiej drodze ku refleksji i mądrości przekonania, że każdy człowiek jest sacrumi jest nietykalny?”, i do konkluzji: „Aby społeczeństwo mogło mieć przyszłość, konieczne jest, by dojrzał w nim zmysł poszanowania dla prawdy o godności ludzkiej, której się podporządkowujemy. Wówczas będziemy unikali zabicia kogokolwiek nie tylko, aby uniknąć społecznej pogardy i ze względu na prawo, ale i z przekonania. Jest to nieodzowna prawda, którą rozpoznajemy rozumem i akceptujemy sumieniem. Dane społeczeństwo jest szlachetne i godne szacunku również z powodu pielęgnowania poszukiwania prawdy i swego przywiązania do najbardziej podstawowych prawd” [142].
    3. Poszukiwanie prawdy stanowi istotny element demokracji, która sama jest narzędziem uczestnictwa w dobru wspólnym. Kiedy pytanie o to, co jest prawdziwe, przestaje budzić zainteresowanie, a górę bierze pragmatyzm zadowalający się tym, co wydaje się użyteczne albo skuteczne, życie demokratyczne słabnie. Nie opiera się ono bowiem wyłącznie na zasadach i procedurach, lecz nade wszystko na lojalnym stosunku do faktów i rzeczywistym ukierunkowaniu na dobro osób oraz całego ciała społecznego. Obojętność wobec prawdy powoli, lecz nieuchronnie prowadzi ku totalitaryzmowi, dla którego – jak napisała filozof Hannah Arendt – idealnym poddanym jest nie tyle człowiek ideologicznie przekonany, ile „człowiek, dla którego nie istnieje już rozróżnienie między faktem a zmyśleniem (tzn. rzeczywistość doświadczenia) i rozróżnienie między prawdą a fałszem (tzn. normy myślenia)” [143].

    Komunikacja i wyobraźnia zbiorowa

    1. W tej perspektywie trzeba pamiętać, że komunikacja „nie jest tylko przekazywaniem informacji, ale także tworzeniem kultury” [144]. Treści krążące w środowiskach cyfrowych wpływają na sposób, w jaki osoby postrzegają świat i wprowadzają do świadomości zbiorowej obrazy oraz narracje, które ukierunkowują pragnienia i oddziałują na codzienne wybory. „Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym” [145], ponieważ to, co powstaje w sieci, staje się już częścią życia ludzi, zwłaszcza młodych.
    2. Dlatego ci, którzy sprawują kontrolę nad platformami cyfrowymi i środkami przekazu, dysponują znaczną zdolnością oddziaływania na wyobraźnię zbiorową i przedstawiania określonej wizji rzeczywistości jako pożądanej. Jest to władza, która nieustannie domaga się oświecania przez poszukiwanie prawdy i poszanowanie godności człowieka, aby kultura rodząca się w sieci nie stała się narzędziem nadmiernego rozproszenia, ujednolicania i panowania, lecz przestrzenią, w której mogą dojrzewać wolność wewnętrzna i myślenie krytyczne.

    Ku ekologii komunikacji

    1. Pierwszym zadaniem, jakie stoi przed nami, jest to, by nie demonizować narzędzi ani ich nie ubóstwiać, lecz nimi kierować, wychodząc od jednej fundamentalnej zasady: prawda jest dobrem wspólnym, a nie własnością tych, którzy posiadają władzę lub są rozpoznawalni. Trzeba zatem rozwijać ekologię komunikacji: na poziomie regulacji publicznych oznacza to ustanawianie zasad, które uczynią bardziej przejrzystymi mechanizmy selekcji i wzmacniania treści, a zarazem zapewnią ochronę danych osobowych; na płaszczyźnie społecznej i kulturowej oznacza to wzmacnianie ciał pośrednich, wspieranie rzetelnego dziennikarstwa oraz takich miejsc debaty, w których większą wagę mają argumentacja i weryfikacja niż natychmiastowa reakcja; na poziomie szkoły i rodziny oznacza to dojrzewanie potrzeby nowej świadomości wychowawczej oraz formację do właściwego i krytycznego korzystania z narzędzi cyfrowych, AI oraz platform zakupowych i inwestycyjnych; na płaszczyźnie uniwersytetu zaś – podjęcie wielkiego wyzwania integracji wiedzy, rozwijając zarówno zdolność łączenia i harmonizowania różnych dziedzin poznania w celu odczytywania złożoności rzeczywistości, jak i techniki służące weryfikacji faktów.
    2. Również wspólnoty chrześcijańskie powinny angażować się w transparentną komunikację i w uczciwe poszukiwanie faktów. Niestety, nie zawsze tak bywało. Ze wstydem obserwowaliśmy bolesne i trudne odkrywanie prawdy także o niektórych członkach Kościoła i o rzeczywistościach kościelnych. W szczególności niektórzy dziennikarze autentycznie oddani prawdzie odegrali zasadniczą rolę w ujawnianiu niesprawiedliwości i wykorzystania. Właśnie im chciałbym powtórzyć słowa, które Papież Franciszek skierował do watykanistów: „Dziękuję wam także za to, co opowiadacie o tym, co w Kościele nie funkcjonuje, za to, jak pomagacie nam nie zamiatać tego pod dywan, oraz za głos, który daliście ofiarom wykorzystania” [146]. Jednak czujność i transparentność są przede wszystkim poważną odpowiedzialnością samego Kościoła i nie wolno nam czekać, aż inni zmuszą nas do zmierzenia się z niewygodną prawdą o nas samych.

    Przymierze wychowawcze dla ery cyfrowej

    1. W czasach, gdy prawda bywa tak często naginana do interesów i strategii komunikacyjnych, świat wychowania i edukacji nabiera decydującego znaczenia. Gwałtowne przemiany technologiczne ukazują jednak wyraźnie, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani na płaszczyźnie wychowawczej. Wszechobecność mediów cyfrowych rodzi kulturę natychmiastowości i hiperstymulacji, która podsyca zniechęcenie, znużenie duchowe i apatię w obliczu wysiłku niezbędnego do poszukiwania prawdy.
    2. Procesy wychowawcze potrzebują natomiast czasu na dojrzewanie, konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza pozory oraz cierpliwej drogi. Kwestia ta ma charakter radykalny, ponieważ każda technologia wychowuje tego, kto się nią posługuje. Wychowywać do korzystania ze sztucznej inteligencji oznacza zatem także wychowywać do rozeznania, kiedy i w jakich celach nienależy jej używać. Szybkość i łatwość, z jaką otrzymuje się odpowiedź albo syntezę, niosą ryzyko wygaszenia pragnienia stawiania pytań, które tylko w dłuższej perspektywie przynoszą owoc. Jak pisze Platon, rzeczy najgłębszych i najważniejszych człowiek uczy się dopiero po długim czasie i wielu wysiłkach, podejmując wraz z innymi dyskusję i „ocierając” o siebie pojęcia oraz doświadczenia niczym krzemienie, aż w nas samych zapłonie iskra zrozumienia [147]. Trzeba wychowywać się do postu od sztucznej inteligencji i chronić naszą młodzież przed obietnicą doskonałej maszyny, przed tą subtelną pokusą, która każe uznać ludzkie myślenie za zbędne właśnie wtedy, gdy jest ono najbardziej potrzebne.
    3. W ostatnich latach literatura psychologiczna i psychiatryczna z coraz większym naciskiem dokumentuje, w jaki sposób wczesna i nieograniczona ekspozycja na urządzenia cyfrowe oraz media społecznościowe może negatywnie wpływać na sen, uwagę, regulację emocjonalną i relacje, zwłaszcza w najbardziej wrażliwym wieku, co niekiedy prowadzi do dramatycznych konsekwencji. Do tego dochodzi łatwość dostępu do scen przemocy i okrucieństwa, które ranią wrażliwość, do treści pornograficznych i nadmiernie seksualizowanych, do przekazów banalizujących ciało i uczuciowość, do propozycji normalizujących zachowania ryzykowne. W sieci nie należą do rzadkości zjawiska uwodzenia, szantażu i wykorzystywania seksualnego nieletnich, tym bardziej podstępne, że wspierane przez używanie fałszywych profili, algorytmów wzmacniających niebezpieczne kontakty oraz przez narzędzia AI zdolne manipulować obrazami i nagraniami. Zbyt wczesne posiadanie osobistego telefonu i korzystanie z niego bez kontroli ze strony dorosłych może pogłębiać wrażliwość i sprzyjać uzależnieniom u młodych, wystawiając ich na dynamikę izolacji, przemocy rówieśniczej i cyberprzemocy oraz na presję dzielenia się intymnymi obrazami czy danymi wrażliwymi.
    4. Rodzicom trudno jest samodzielnie opierać się naciskowi modeli biznesowych, które czerpią zysk z uwagi i czasu człowieka. Dlatego niezbędne jest przymierze między polityką, instytucjami wychowawczo-edukacyjnymi i rodzinami, zdolne do konkretnego wspierania dorosłych w ich zadaniu. Poprzez dalekowzroczne decyzje publiczne należy przeciwstawiać się doraźnemu interesowi platform – skupionych w rękach nielicznych – ilekroć pozostaje on w sprzeczności z dobrem małoletnich. W tej perspektywie zasadne są działania legislacyjne, które ustalą granice wieku, nałożą odpowiedzialność na dostawców usług – nie przerzucając ciężaru ograniczeń na rodziny – a także przewidzą szczególne zabezpieczenia przed wszelką formą wykorzystywania i przemocy seksualnej w sieci, tak aby rzeczywiście chronić dzieciństwo i dorastanie jako dobra cenne, powierzone naszej trosce [148]. Równocześnie trzeba wychowywać dzieci, młodzież i młodych, aby uczyli się rozpoznawać manipulacje, bronić własnej godności i szanować godność innych także w środowiskach cyfrowych [149].

    Centralna rola szkoły

    1. Szkoła jest miejscem, w którym nowe pokolenia mogą uczyć się szukać i miłować prawdę, stawiać pytania o sens życia i o godność każdej osoby. Dlatego wielu rodziców, którzy pragną, aby ich dzieci wzrastały jako osoby zdolne do nawiązywania relacji, krytycznego myślenia i trwałych wartości, pokłada w niej wielkie nadzieje, widząc w niej cennego sprzymierzeńca w wychowaniu swoich dzieci. Do rodziców należy bowiem pierwszorzędne i niezbywalne prawo wyboru rodzaju nauczania i formacji, jakie mają być przekazane ich dzieciom, zgodnie z własnymi przekonaniami moralnymi, kulturowymi i religijnymi. Świat szkoły staje dziś wobec kilku wyzwań, których nie można odkładać na później.
    2. Pierwsze wyzwanie ma charakter społeczno-polityczny. Zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i między różnymi regionami świata utrzymują się poważne nierówności w dostępie do wykształcenia podstawowego i do studiów wyższych. W niemałej liczbie państw rządzący nie przeznaczyli jeszcze środków koniecznych do zapewnienia wszystkim wysokiej jakości edukacji – zarówno przez odpowiednie wspieranie publicznego systemu szkolnictwa, jak i przez wspomaganie instytucji prywatnych, oferujących tę podstawową usługę. Gdy znaczna część kształcenia na różnych poziomach powierzona jest szkołom prywatnym, może się zdarzyć, że dostęp do szkoły byłby nazbyt uzależniony od możliwości finansowych rodzin, przy braku odpowiedniego wsparcia publicznego. Wobec tego ryzyka należy jednak docenić i wspierać wkład licznych katolickich dzieł wychowawczych, które – choć są instytucjami prywatnymi – zapewniają inkluzywne przyjęcie dzieciom i młodzieży z różnych środowisk, także wtedy, gdy sytuacja materialna rodzin by na to nie pozwalała.
    3. Drugie wielkie wyzwanie ma charakter pedagogiczny. Wiele systemów kształcenia ma trudności z nadążaniem za tempem przemian i wspieraniem integralnego rozwoju uczniów. Rozwój technologii informatycznych i AI sprawia, że programy nauczania pomyślane dla innej epoki szybko stają się nieadekwatne, podczas gdy organizacja szkoły, przestrzeń, metody oceniania, a nawet sama postać nauczyciela domagają się ponownego przemyślenia w perspektywie wychowania naprawdę integralnego, otwartego na wszystkie wymiary osoby. Konieczne jest wspieranie stałej formacji nauczycieli przez cały okres ich kariery zawodowej, aby potrafili prowadzić twórczy dialog z nowymi technologiami, pomagając uczniom korzystać z nich w sposób odpowiedzialny, krytyczny i twórczy, a nie poddawać się biernie ich wpływowi.
    4. Trzecie wielkie wyzwanie ma charakter intelektualny i mądrościowy. Jeśli nie zachowamy czujności, może ukształtować się system wychowawczy pozbawiony miłości do prawdy, w którym nieustanny przepływ informacji zastępuje trud poszukiwania, refleksji i rozeznawania. Mnożą się wiadomości fragmentaryczne, ale coraz trudniej uchwycić rzeczywistość w jej całości, stawiać pytania o sens i rozwijać autentyczne myślenie krytyczne oraz twórcze. Wielu wychowawców dostrzega już oznaki możliwej dehumanizacji, w której ludzie „wiedzą wiele rzeczy”, lecz z trudem nadają kierunek własnemu życiu, także z powodu niezdolności łączenia informacji i wiedzy oraz utraty horyzontu sensu. Należy promować prawdziwą higienę uwagi: taki rytm życia, który obejmuje ciszę, pogłębione studium, lekturę i rozważną wymianę myśli – bez tych elementów wewnętrzna wolność może ulec osłabieniu.
    5. Nauka społeczna Kościoła wzywa rodziny, szkoły, wspólnoty chrześcijańskie i instytucje publiczne do odnowionego przymierza wychowawczego. Staje się ono konkretne wtedy, gdy podstawowe zasady przekładają się na cele wychowawcze: wychowywać do wstrzemięźliwości i poczucia ograniczoności; wychowywać do uznania prawa drugiego człowieka i tych, którzy przyjdą po nas, do korzystania z dóbr, które zostały nam dane lub które ludzki geniusz czyni dostępnymi; wychowywać do wolności i odpowiedzialności; wychowywać do wrażliwości na transcendencję i na dobro wspólne. Szkoła nie jest powołana do tego, by podążać za tempem świata cyfrowego, lecz by ofiarować to, czego świat cyfrowy sam dać nie może, czyli wspólny czas na naukę i relacje godne zaufania.

    Godność pracy w okresie przemiany cyfrowej

    Wartość pracy

    1. Od początku nauki społecznej – wraz z Rerum novarum– Kościół zwraca uwagę na ochronę pracowników i na konieczność przeciwstawiania się wszelkim formom wyzysku. Przede wszystkim jednak Magisterium uznało w pracy „klucz, i to chyba najistotniejszy klucz” [150] do zrozumienia całej kwestii społecznej, ponieważ przez nią osoba rozwija wiele wymiarów własnego istnienia. W tej perspektywie można lepiej pojąć również wielką intuicję św. Benedykta z Nursji, który połączył modlitwę i pracę, wskazując codzienną aktywność jako część odpowiedzi osoby na Boże powołanie. Stworzeni na obraz Stwórcy, poprzez nasze dzieła w pewien sposób przedłużamy Jego dzieło, przyczyniamy się do postępu społeczeństwa i budowania dobra wspólnego, rozwijamy otrzymane zdolności, ulepszamy i upiększamy świat, utrzymujemy nasze rodziny, wchodzimy w relacje współpracy i uczymy się wspólnie budować – w słuchaniu i dialogu – coś, czego nikt nie mógłby zrealizować samodzielnie.
    2. Z tych racji praca nie jest zwykłym narzędziem, lecz wyraża i pomnaża godność naszego życia. Jest ona wymogiem wpisanym w ludzką kondycję, zwyczajną drogą do dojrzałości, rozwoju i samorealizacji. W tej optyce pomoc materialna dla biednych pozostaje czasem konieczna w sytuacjach kryzysowych, nie może jednak stać się jedyną odpowiedzią, ponieważ celem jest zapewnienie każdemu warunków do godnego życia poprzez własną pracę [151].
    3. Dzisiaj splot automatyzacji, robotyki i AI szybko przekształca samą strukturę pracy. Mówi się, że przyniesie to dla wszystkich wielkie udogodnienia. W rzeczywistości jednak „nowe sposoby” pracy niekoniecznie są lepsze, ponieważ „choć sztuczna inteligencja obiecuje wzrost wydajności poprzez przejmowanie rutynowych zadań, często wymusza na pracownikach dostosowanie się do tempa i wymagań maszyn, zamiast być projektowaną jako wsparcie dla ludzi. W efekcie, wbrew zapowiadanym korzyściom, obecne podejścia do AI mogą paradoksalnie prowadzić do obniżenia kwalifikacji pracowników, poddawania ich automatycznemu nadzorowi oraz sprowadzania ich roli do sztywnych i powtarzalnych czynności. Konieczność nadążania za tempem technologii może osłabiać poczucie sprawczości pracowników i tłumić ich zdolność do innowacyjnego myślenia, której oczekuje się od nich w miejscu pracy” [152]. Właśnie po to, aby uniknąć takiego wynaturzenia, należy projektować systemy skoncentrowane na osobie, a nie jedynie na wydajności.

    Problem bezrobocia

    1. Św. Jan Paweł II przypominał, że bezrobocie jest poważnym złem, które – zwłaszcza gdy przybiera rozmiary masowe – może stać się prawdziwą klęską społeczną w sposób szczególny wzywającą państwo do odpowiedzialności [153]. Dzisiaj, w „czwartej rewolucji przemysłowej”, niepokój ten staje się jeszcze bardziej naglący, ponieważ innowacja bywa często przyjmowana wyłącznie ze względu na redukcję kosztów i wzrost zysków [154]. W niektórych kontekstach realna jest obawa przed znacznym i szybkim zmniejszeniem liczby dostępnych miejsc pracy – co wywołuje efekt domina – który głęboko dotyka rodziny, ludzi młodych i lokalne gospodarki. W wielu sektorach przekłada się to już na nowe formy niestabilności i nierówności: bardzo wysokie wynagrodzenia dla nielicznej, wysoko wyspecjalizowanej mniejszości oraz coraz niższe płace dla szerokiej części ludności aktywnej zawodowo.
    2. Z pewnością pożądane jest, aby technologia uwalniała człowieka od prac szczególnie uciążliwych, powtarzalnych lub niebezpiecznych oraz oferowała inteligentne wsparcie dla działalności człowieka, jednak zasadą ogólną musi pozostać ochrona miejsc pracy oraz niezastąpionej roli osoby. Cel osiągania większych zysków nie może usprawiedliwiać decyzji, które systematycznie poświęcają zatrudnienie, ponieważ osoba ludzka jest celem, a nie środkiem, a porządek gospodarczy musi pozostawać podporządkowany jej godności i dobru wspólnemu.
    3. W tym samym czasie musimy uznać, że każda rzeczywista przemiana dokonuje się w sposób nieciągły: jest nierówna, fragmentaryczna, a niekiedy konfliktowa. Nie istnieje więc jeden model zmiany ani jedno globalne rozwiązanie: istnieją konkretne terytoria i historie, które domagają się odmiennych odpowiedzi. Z powodu nierówności charakteryzujących nasz świat upowszechnianie AI i systemów obliczeniowych wywołuje odmienne skutki w różnych miejscach. Społeczeństwa zamożne automatyzują się szybko i w sposób chaotyczny, ograniczając zapotrzebowanie na pracę ludzką oraz wytwarzając obszary bezrobocia i napięć instytucjonalnych. Z kolei rozległe regiony świata pozostają uwięzione w gospodarkach hybrydowych, gdzie słabo opłacana praca ludzka i częściowe technologie współistnieją, nie prowadząc nigdy do rzeczywistej przemiany. Terytoria te stają się rezerwuarami niepewnych zasobów siły roboczej oraz ogniskami niestabilności i przymusowych migracji. Rozwiązania muszą zatem być poszukiwane na poziomie krajowym i lokalnym, z udziałem wspólnot pośrednich. Potrzebne są narzędzia zdolne do adaptacji: zróżnicowane modele, eksperymenty lokalne, stopniowa redystrybucja, nowe prawa dostępu do dóbr podstawowych. Nie chodzi o poszukiwanie abstrakcyjnej harmonii, lecz o budowanie konkretnych form ludzkiego współistnienia pośród dokonujących się transformacji.
    4. Praca pozostaje fundamentalnym wymiarem ludzkiego doświadczenia: nie jest jedynie środkiem utrzymania, lecz miejscem ekspresji, nawiązywania relacji i wkładu we wspólnotę. Dlatego problemy związane z pracą nie dotyczą wyłącznie dochodu koniecznego do utrzymania rodzin. Społeczeństwo, które zapewniałoby pracę jedynie niewielkiej części ludności, narażałoby wielu na stan przymusowej bezczynności, braku odpowiedzialności, codziennych zobowiązań i bodźców, czego skutkiem byłoby zubożenie ludzkie i kulturowe, stojące w sprzeczności z wysokim poziomem rozwoju technicznego. Stanęlibyśmy wobec paradoksu postępu materialnego i regresu antropologicznego, w którym zabrakłoby warunków dla sprawiedliwego i trwałego pokoju społecznego. Dlatego nauka społeczna Kościoła podkreśla, że dostęp do pracy dla wszystkich musi pozostać priorytetowym celem polityki publicznej i procesów ekonomicznych oraz kryterium osądu przy ocenie ludzkiej jakości danego modelu rozwoju [155]. Zresztą w tych częściach świata, w których praca ulega ograniczeniu lub radykalnej przemianie wskutek procesów technologicznych i organizacyjnych wymykających się demokratycznej kontroli, konieczne jest ponowne przemyślenie samego pojęcia pracy oraz jej związku z obywatelstwem, tak aby brak zatrudnienia nie ograniczał uczestnictwa w życiu społecznym.
    5. W świetle tego przekonania możemy na nowo odczytać także historię nauki społecznej Kościoła po Rerum novarum. Inicjatywy, które z niej wyrosły – stowarzyszenia, związki zawodowe, spółdzielnie, dzieła pomocy społecznej – w decydujący sposób przyczyniły się do poprawy ustawodawstwa dotyczącego pracy, ochrony osób najbardziej wrażliwych i promowania bardziej ludzkich warunków życia [156]. Dzisiaj jednak narzędzia te same już nie wystarczają wobec przemian przyniesionych przez AI, nową organizację rynków oraz konkurencyjność, która rzadko troszczy się o zrównoważony rozwój społeczny. Potrzebny jest nowy, wspólny wysiłek odpowiedzialnych za politykę, organizacji zrzeszających pracowników, środowiska przedsiębiorców i wspólnoty naukowej, aby w krótkim czasie wypracować odpowiednie i uzgodnione normy oraz zabezpieczenia, również na poziomie międzynarodowym [157]. Organizacje związkowe, które Kościół zawsze wspierał, są wezwane do otwarcia się na nowe formy pracy i na nowych pracowników, by ich reprezentować i bronić w sytuacji, w której – bez odważnych decyzji – rysuje się perspektywa większego ubóstwa i większych nierówności, z rzeszą wykluczonych otoczonych przez maszyny i systemy zautomatyzowane, które zajęły ich miejsce.
    6. W tej przemianie nie wystarczy reagować wtedy, gdy miejsca pracy już znikają, lecz trzeba zawczasu kierować samym procesem przemiany. Jedną z możliwych dróg jest przede wszystkim ustalenie społecznych kryteriów innowacji: każdemu wprowadzaniu automatyzacji i AI powinny towarzyszyć weryfikowalne decyzje dotyczące ochrony zatrudnienia, przekwalifikowania i udziału pracowników, tak aby technologia była ukierunkowana na uwalnianie ludzkiego czasu i zdolności, a nie na powodowanie wykluczenia. Po drugie, konieczne jest, aby aktywna polityka zapewniła wszystkim dostęp do kształcenia ustawicznego i możliwość rozwoju zawodowego, nie obciążając przy tym poszczególnych osób całym kosztem dostosowania się do zachodzących transformacji. Wreszcie, potrzebna jest odpowiedzialność przedsiębiorstw, która wśród wskaźników sukcesu uwzględnia jakość i godność pracy. Gdy warunki te są spełnione, innowacja może stać się sprzymierzeńcem bezpieczniejszej, bardziej twórczej i godniejszej pracy; gdy zaś ich brakuje, ma ona tendencję do przekształcania się w przyspieszenie niesprawiedliwości.

    Ekonomia dowartościowująca godność człowieka

    1. Rynek pracy jest jedną z tych dziedzin, w których ryzyka związane z nowymi technologiami ujawniają się z największą wyrazistością. Dlatego trzeba przypomnieć, że wolność gospodarcza nie jest absolutna i zawsze musi być mierzona dobrem wspólnym oraz godnością każdej osoby. Przedsiębiorczość może być prawdziwym powołaniem, zdolnym rodzić bogactwo i poprawiać warunki życia wszystkich, pod warunkiem jednak, że uzna tworzenie pracy godnej i wartościowej za istotną część swojej służby społeczeństwu, a nie za zmienną zależną wyłącznie od zysku [158].
    2. W duchu profetycznym Papież Franciszek przestrzegał przed wolnością gospodarczą głoszoną jedynie słowami, podczas gdy rzeczywiste warunki nie pozwalają wielu ludziom naprawdę z niej korzystać [159]. Modele ekonomiczne, które wywyższają wydajność i indywidualny sukces, mają tendencję do uznawania za bezużyteczne albo mało opłacalne inwestowanie w osoby wychodzące z sytuacji niekorzystnych lub rozwijające się wolniej, jakby ich los miał zależeć wyłącznie od zdolności dotrzymywania kroku zwycięzcom. Tymczasem społeczeństwo sprawiedliwe wymaga obecności państwa i instytucji obywatelskich zdolnych wyjść poza samą logikę wydajności, kierując zasoby, twórczość i normy wyraźnie na korzyść osób najbardziej wrażliwych [160]. Zamiast oczekiwać na korzyści ze wzrostu, który „w końcu” miałyby dotrzeć także do ubogich, potrzebne są decyzje, dzięki którym wzrost od początku będzie miał charakter inkluzywny. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że w kryzysach gospodarczych i finansowych to biedni zawsze płacą najwyższą cenę, podczas gdy teorie obiecujące automatyczny dobrobyt powszechny okazują się często iluzoryczne.
    3. Należy zauważyć, że konieczne jest przezwyciężenie obecnych wskaźników pomiaru rozwoju, które od ponad osiemdziesięciu lat pozostają zakotwiczone w pojęciu produktu krajowego brutto, a niemal systematycznie pomijają zasadnicze aspekty całościowego dobrostanu człowieka i środowiska. Zarazem dowartościowują one działania, które w krótkiej albo długiej perspektywie oddziałują negatywnie na życie naszej planety. Opracowanie parametrów i wskaźników uzupełniających PKB jest sprawą decydującą dla ulepszenia podstawowych danych wykorzystywanych do analiz, podejmowania decyzji politycznych oraz gospodarczych, a także do wyboru priorytetów regionalnych, krajowych i międzynarodowych. Wprowadzenie nowych parametrów pozwoli oceniać – spojrzeniem szerokim i odpowiadającym naszym czasom – skutki decyzji ustawodawczych i regulacyjnych dla godności pracy, wspólnego dobrobytu, redukcji nierówności i ochrony środowiska. Będzie ono oddziaływać także na samo pojęcie rozwoju, na procesy formacyjne, na mentalność i na opinię publiczną, jak i na pokój, który jest prawdziwy tylko wtedy, gdy opiera się na sprawiedliwości.
    4. W ostatnich latach finanse zyskały coraz większe znaczenie, a także uległy głębokim przemianom w wyniku wprowadzenia kryptowalut. Refleksje i wskazania zawarte w Magisterium moich Poprzedników, zwłaszcza w Encyklikach, ukazały, że funkcjonowanie pośrednictwa finansowego, „gdy zostało oderwane od odpowiednich podstaw antropologicznych i moralnych, nie tylko doprowadziło do rażących nadużyć i niesprawiedliwości, ale okazało się także zdolne do wywoływania kryzysów systemowych o zasięgu globalnym” [161]. Równie prawdziwe jest to, że dochód z kapitału jest zagrożony zastępowaniem dochodu z pracy, spychanej często na margines głównych zainteresowań systemu ekonomicznego. A przecież oszczędności, które zostają przekształcone w kredyt dla realnej gospodarki, a więc służą tworzeniu pracy – zarówno zatrudnienia, jak i samozatrudnienia – pozostają kluczowe dla rozwoju i dla inwestycji, które powinny towarzyszyć trwającym transformacjom. Społeczna funkcja kredytu pozostaje niezastąpiona. Finanse dla samych finansów są czymś zupełnie innym niż finanse służące rozwojowi oraz tworzeniu i ewolucji pracy.
    5. Perspektywę tę należy rozpatrywać w szerszym kontekście dynamiki globalnej. Światowe bogactwo wzrosło w kategoriach absolutnych, ale nasiliła się jego koncentracja w nielicznych rękach, a nierówności powiększyły się zarówno między państwami, jak i wewnątrz poszczególnych państw: „Nieliczni mają zbyt wiele, a zbyt wielu ma zbyt mało: taka jest logika dnia dzisiejszego” [162]. Postęp naukowy i technologiczny, także w dziedzinie medycyny, nie jest łatwo dostępny dla zdecydowanej większości ludności, co w sposób dramatyczny ujawniło się w czasie ostatniej pandemii COVID-19. Podczas gdy w niektórych regionach inwestuje się w rzeczy zbędne albo w marzenia o indywidualnym ulepszaniu, na które stać jedynie nieliczne osoby, w innych częściach świata nadal brakuje podstawowego wyposażenia potrzebnego do ocalenia milionów ludzkich istnień. Sądzić, że nowe technologie automatycznie przyniosą korzyść wszystkim, to ignorować oczywistość: jeśli transformacjami nie kieruje się tak, by już na etapie projektowania priorytetem było zapobieganie dalszym i nowym nierównościom, wówczas postęp technologiczny sam rodzi nierówności strukturalne. Sprawiedliwość wiąże się dziś także z dostępem do korzyści płynących z innowacji: do opieki, wiedzy, narzędzi i możliwości.
    6. Z pewnością potrzebne są sprawiedliwe prawa i narzędzia redystrybucji, które będą korygować nierówności, także przez systemy fiskalne zmniejszające obciążenia najsłabszych i wymagające więcej od tych, którzy dysponują większymi zasobami. Nie należy jednak traktować poszukiwania sprawiedliwości społecznej jako kwestii odrębnej i późniejszej wobec wytwarzania bogactwa, jak gdyby ekonomia miała jedynie tworzyć wartość, a polityka interweniować dopiero potem, aby ją rozdzielać. Przeciwnie, sprawiedliwość dotyczy wszystkich faz działalności gospodarczej: od pozyskiwania zasobów po finansowanie, od produkcji po konsumpcję, a każdy wybór niesie ze sobą konsekwencje moralne [163].
    7. Tym bardziej w epoce AI i robotyki nie można już powierzać wszystkiego samej „niewidzialnej ręce” rynku [164]: polityka ma obowiązek nadawać procesom ekonomiczno-technologicznym kierunek zgodny z dobrem wspólnym, wspierając godną pracę, integrację społeczną i sprawiedliwy podział korzyści płynących z innowacji. Ponieważ wiele decyzji gospodarczych przekracza granice państw, konieczna jest także współpraca międzynarodowa zdolna wypracowywać wspólne strategie, zwłaszcza na rzecz państw i grup najbardziej wrażliwych, aby wspierać rozwój i przezwyciężać asystencjalizm. Logiką, która powinna inspirować te wybory, jest ogromna godność każdej osoby, dobro wspólne i świat naprawdę pomyślany dla wszystkich. Współzależność między pokojem a rozwojem, o której proroczo pisał w 1967 r. św. Paweł VI [165], można dziś wyrazić na nowo: dobrobyt może przyczyniać się do budowania i umacniania pokoju tylko wtedy, gdy jest powszechny, inkluzywny i zrównoważony.
    8. Konkretnie rzecz ujmując, ukierunkowanie ekonomii na godność człowieka oznacza przyjęcie kilku stałych kryteriów działania, także w epoce AI. Przede wszystkim przejrzystość i odpowiedzialność: gdy dane i algorytmy wpływają na udzielanie kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług lub możliwości, konieczne jest, aby decyzje były zrozumiałe, możliwe do zakwestionowania i poddane kontroli, tak aby osoba nie została sprowadzona do profilu. Po drugie, inkulzywność i dostęp: korzyści z innowacji muszą iść w parze z inwestycjami w kompetencje, infrastrukturę i usługi podstawowe, tak by technologia nie pogłębiała przepaści między tymi, którzy posiadają, a tymi, którzy nie posiadają. Wreszcie, potrzebne są środki na rzecz sprawiedliwości: system podatkowy, opieka społeczna i polityka przemysłowa powinny korygować nierówności rodzące się z koncentracji bogactwa i władzy. Kryteria te nie są hamulcem dla innowacji: w rzeczywistości sprawiają one, że staje się ona znośna i bardziej ludzka.

    Rodzina i ludzie młodzi: społeczne warunki nadziei

    1. Rodzina jest podstawowym dobrem społecznym. Oparta na trwałym związku mężczyzny i kobiety, stanowi ona pierwsze środowisko, w którym każdy rozwija swoje możliwości, uświadamia sobie własną godność i uczy się pierwszych form prawdy i dobra, interioryzując nawyki przygotowujące do życia społecznego [166]. Jako pierwsza naturalna społeczność, obdarzona prawami pierwotnymi, rodzina jest podstawową i niezastąpioną komórką wszelkiego zorganizowanego życia wspólnotowego [167]. W konsekwencji, gdy projekty polityczne i wielkie decyzje gospodarcze spychają rodzinę do roli marginalnej lub drugorzędnej, zagrożony zostaje autentyczny rozwój całego ciała społecznego [168].
    2. Rodzina jest jednak kruchym dobrem społecznym, które bezpośrednio odczuwa skutki transformacji ekonomicznych i technologicznych zmieniających świat pracy i które domaga się wsparcia kulturowego, prawnego i ekonomicznego. Powszechnie znany jest niszczący wpływ bezrobocia i niestabilności zatrudnienia na tkankę rodzinną. W krótkiej perspektywie obniżanie kosztów pracy lub maksymalizowanie wydajności finansowej może wydawać się korzystne, w dłuższej podważa jednak same podstawy współżycia społecznego: podczas gdy popada się w zachwyt nad sukcesami technologicznymi, struktura społeczna ulega stopniowej erozji, niczym niszczona przez cichego wirusa.
    3. Dla ludzi młodych niestabilność zatrudnienia jest szczególnie dramatyczna. Jak przypominają biskupi Stanów Zjednoczonych Ameryki, praca nie jest jedynie źródłem dochodu, lecz decydującą przestrzenią, w której kształtuje się tożsamość, nawiązują się przyjaźnie i więzi, uczy się konkretnych odpowiedzialności i rozeznaje się własne powołanie [169]. Gdy dostęp do pracy jest utrudniony przez wysokie bezrobocie, niewystarczające systemy kształcenia albo bariery strukturalne, wielu młodych ludzi widzi zablokowaną drogę własnej realizacji ludzkiej i zawodowej. Konieczność wielokrotnej zmiany zawodu w ciągu życia domaga się dróg stałego dokształcania i przekwalifikowania, które uzdolnią nowe pokolenia do podejmowania z kompetencją i autonomią ryzyka związanego ze zmiennym i często nieprzewidywalnym kontekstem gospodarczym [170].
    4. Stąd wynika szczególna odpowiedzialność publiczna. Państwo ma obowiązek wspierać działalność przedsiębiorstw przez tworzenie warunków sprzyjających zatrudnieniu, wspierać pracę tam, gdzie jej brakuje, a także bronić jej w czasach kryzysu, ponieważ to właśnie praca jest dobrem podstawowym dla rodzin i dla społeczeństwa [171]. W sposób szczególny w okresie głębokich przemian technologicznych potrzebna jest polityczna kreatywność na rzecz pracy, stawiająca w centrum rodzinę i nowe pokolenia, jeśli nie chcemy, aby postęp ekonomiczny przełożył się na nowe formy niepewności i wykluczenia.
    5. Wspieranie rodzin i młodych w tej transformacji wymaga decyzji, które uczynią stabilność czymś realnie osiągalnym. Jak już zostało powiedziane, potrzebna jest polityka pracy sprzyjająca ciągłości i jakości zatrudnienia, przeciwstawiająca się nietrwałości jako zwyczajnemu warunkowi życia oraz wspierająca realistyczne drogi wejścia na rynek pracy i rozwoju zawodowego. Po drugie, potrzebne są rozwiązania, które zagwarantują ludzki rytm życia: bez równowagi między pracą, usługami i odpoczynkiem rodzina słabnie, a młodym trudno jest dojrzewać do odpowiedzialności. Ponadto decydujące znaczenie ma inwestowanie w dostępne szkolenia i przekwalifikowanie, aby mobilność zawodowa wymagana przez gospodarkę cyfrową nie stała się okrutną selekcją między tymi, którzy mogą się dokształcać, a tymi, którzy nie mają takiej możliwości. Wreszcie, trzeba wspierać więzi społeczne: sieci i wspólnoty wychowawcze, które towarzyszą wyborom życiowym i nie pozwalają, by niepewność rodziła samotność i uzależnienia. W ten sposób przez transformację technologiczną można przejść bez naruszania tego, co sprawia, że społeczeństwo ma potencjał twórczy, czyli zdolności do budowania przyszłości.

    Strzec wolności przed uzależnieniem i utowarowieniem

    Uzależnienia i kontrola społeczna

    1. Po rozważeniu kwestii prawdy i wychowania, pracy i rodziny, musimy teraz mówić o wpływie rewolucji cyfrowej na ludzką wolność, zastanawiając się, jak stawić czoła zarówno zagrożeniom dotykającym psychiki jednostki, jak i dramatycznym zjawiskom społecznym. Nie wolno lekceważyć subtelniejszych form uzależnienia związanych z cyfrową ekonomią uwagi, w której platformy i usługi są projektowane tak, aby pochłaniać czas i uwagę użytkowników, wykorzystując ich wrażliwość i osłabiając wolność wewnętrzną. Gdy modele biznesowe rozwijają się dzięki ludzkiej słabości, osoba traktowana jest jako środek, a nie jako cel, a ci, którzy projektują lub finansują takie systemy, przyjmują na siebie odpowiedzialność moralną, od której nie mogą się uchylić. Należy pilnie wspierać taki sposób korzystania z technologii, który umacnia wolność wewnętrzną: wychowanie do umiaru w korzystaniu z technologii cyfrowych, ochronę nieletnich oraz przeciwstawienie się modelom, które żerują na ludzkiej wrażliwości.
    2. Kolejnym zagrożeniem – mniej widocznym, ale nie mniej poważnym – jest kontrola społeczna, którą umożliwia masowe gromadzenie danych i stosowanie systemów algorytmicznych. Gdy każda aktywność – przemieszczanie się, zakupy, relacje, upodobania – pozostawia ślady, rodzi się nowa postać władzy: władza profilowania, przewidywania i ukierunkowywania zachowań, często bez pełnej świadomości samych zainteresowanych. Jeżeli dane te są wykorzystywane do podejmowania decyzji wpływających na konkretne możliwości życiowe (jak dostęp do kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług), istnieje ryzyko naruszenia wolności i dyskryminowania osób najbardziej bezbronnych. Co więcej, kontrola nie dokonuje się jedynie poprzez wyraźne zakazy, lecz także przez samą architekturę rozpoznawalności: to, co zostaje wzmocnione albo uczynione nierozpoznawalnym, to, co bywa nagradzane albo karane, ostatecznie kształtuje opinie i wybory, rodząc konformizm i autocenzurę. Dlatego wolność w epoce cyfrowej nie jest jedynie sprawą wewnętrzną: jest także kwestią publiczną, która domaga się jasnych reguł, przejrzystości, możliwości odwołania się i proporcjonalnych ograniczeń w stosowaniu inwazyjnych technologii, tak aby technika pozostawała w służbie osoby, a nie stawała się formą panowania nad sumieniami.
    3. U źródła tych problemów leży mentalność technokratyczna i posthumanistyczna, skłonna postrzegać osobę jako przedmiot manipulacji albo zasób, który należy optymalizować [172], eliminując wszystko to, co stawia granice maksymalizacji zysku: liczy się wydajność, a nie poszanowanie wolności i godności osoby ludzkiej. Niektóre nurty posthumanistyczne posuwają się wręcz do tego, że stawiają hipotezy o istnieniu istot ludzkich „drugiej kategorii”, podporządkowanych interesom elit, które uważają się za lepsze: jest to perspektywa niepokojąca, tym groźniejsza, im bardziej łączy się z narzędziami technologicznymi, które w sposób wykładniczy zwiększają władzę kontroli i selekcji. Także pewne logiki strukturalnego zadłużenia, utrzymujące całe narody w stanie zależności, ujawniają tę samą mentalność, która godzi się – w nowych formach – na relacje podporządkowania zbliżone do niewolnictwa.

    Rozerwać kajdany nowych zniewoleń

    1. Ta zniekształcona wizja osoby przekłada się dziś na różne formy zniewolenia bezpośrednio związane z gospodarką cyfrową. W świecie AI nie ma nic niematerialnego ani magicznego. Każda odpowiedź, która wydaje się natychmiastowa i doskonała, rodzi się z długiego łańcucha pośrednictw, z rozległej sieci zasobów naturalnych, z infrastruktury energetycznej, a nade wszystko z osób. Znaczna część funkcjonowania gospodarki cyfrowej opiera się na cichej pracy milionów istot ludzkich, zatrudnionych przy zajęciach mało widocznych, lecz nieodzownych: oznaczaniu danych, moderacji treści – nierzadko tych najgorszych – oraz trenowaniu modeli. W wielu przypadkach są to ludzie młodzi, przeważnie kobiety, którzy ciężko pracują za minimalne wynagrodzenie. Do tego niewidzialnego wysiłku dołącza jeszcze trud bardziej brutalny, związany z wydobywaniem surowców niezbędnych do produkcji urządzeń i mikroprocesorów, na których opiera się AI. W niektórych regionach świata nastolatki i dzieci pracują w niebezpiecznych warunkach przy kruszeniu materiałów, z których pozyskuje się pierwiastki ziem rzadkich. Ciała pokryte bliznami, okaleczone, wyniszczone po to, by nie został przerwany przepływ obliczeń. Ponadto sieci przestępcze posługują się platformami internetowymi, systemami komunikacji, anonimowymi płatnościami i technikami profilowania, by werbować, kontrolować i przemieszczać ofiary handlu ludźmi, w wielu przypadkach nieletnich, zamieniając kobiety i mężczyzn w „dane” do śledzenia i „przesyłki” do przekazywania w obrębie tych samych obiegów cyfrowych, które podtrzymują znaczną część światowej gospodarki. Ta rzeczywistość głęboko porusza sumienie moralne naszych czasów. Nie wystarczy odwoływać się do wydajności ani sławić korzyści płynących z innowacji, jeśli zbudowane są one na łańcuchu wyzysku, który pozostaje celowo ukrywany. Jeżeli jakaś technologia obiecuje wyzwolenie, a zarazem tworzy nowe formy globalnego podporządkowania, zaprzecza ona fundamentalnej zasadzie godności osoby.
    2. Walka z nowymi formami niewolnictwa jest jednym z rozstrzygających sprawdzianów etycznego rozeznawania AI i transformacji cyfrowej. W nurcie tradycji zapoczątkowanej przez Leona XIII Kościół ponawia stanowcze potępienie wszelkiej formy niewolnictwa, handlu ludźmi i utowarowienia osób, a zarazem przypomina o pilnej potrzebie szerokiego ruchu refleksji i działania, który postawi w centrum uwagi niezbywalną godność każdej istoty ludzkiej oraz dobro wspólne jako cel społeczeństwa i kryteria każdego wyboru osobistego, społecznego i politycznego. Bez tej etycznej i humanizującej refleksji rosnąca władza systemów cyfrowych może prowadzić nas ku nowym okrucieństwom – nie mniej haniebnym niż te z przeszłości – które dziś potępiamy, podczas gdy nadal uważamy się za społeczeństwa „rozwinięte” i „cywilizowane”.
    3. Handel ludźmi należy uznać za współczesną formę niewolnictwa i za ciężkie pogwałcenie godności człowieka; brak stanowczej reakcji albo jakakolwiek tolerancja wobec tych praktyk oznacza dziś – w pewnej mierze – współudział w winach popełnianych dawniej, gdy niewolnictwo bywało usprawiedliwiane lub przemilczane [173].
    4. W miarę dojrzewania swojej doktryny Kościół stopniowo uświadamiał sobie ciężar tych realiów. To prawda, że wydarzeń przeszłości nie można osądzać w oderwaniu od kontekstu historycznego, tak jakby wszystkie kryteria wypracowane z biegiem czasu były zawsze dostępne. Nie możemy jednak zaprzeczać ani umniejszać opóźnienia, z jakim Kościół i społeczeństwo potępiły plagę niewolnictwa. O ile bowiem w starożytności i w średniowieczu wiele osób i instytucji kościelnych posiadało niewolników, to już w epoce nowożytnej rzymska Stolica Apostolska, pobudzana prośbami władców, wielokrotnie interweniowała, by regulować i uprawomocniać sposoby podporządkowania, a w niektórych przypadkach także zniewolenia „niewiernych” [174]. Trzeba było czekać aż do XIX w., aby pojawiło się formalne, absolutne i powszechne potępienie niewolnictwa, zwłaszcza przez Leona XIII [175]. Stanowi to wyraźny przykład wzrastania Kościoła w rozumieniu odwiecznych prawd Objawienia, których on strzeże. Chociaż nie znajdujemy tu jednorodności co do samej kwestii – skoro przez długi czas tolerowano niewolnictwo, a dopiero później całkowicie je potępiono – to na przestrzeni dziejów widoczna jest ciągłość w przekonaniu o godności każdej istoty ludzkiej, stworzonej na obraz Boga, choć przez osiemnaście wieków nie zdołano oficjalnie wyrazić całkowitej niezgodności tego faktu z niewolnictwem. Jest to rana w pamięci chrześcijańskiej i nie możemy uważać, że nas to nie dotyczy [176]. Nie sposób nie odczuwać głębokiego bólu, gdy rozważamy ogromne cierpienie i upokorzenie, jakie niewolnictwo oznaczało dla tak wielu osób, w sprzeczności z ich nieograniczoną godnością, nieskończenie umiłowaną przez Pana. Dlatego w imieniu Kościoła szczerze proszę o przebaczenie.
    5. Właśnie dlatego pamięć o współudziale i ślepocie minionych czasów wobec niesprawiedliwości niewolnictwa staje się dla nas wezwaniem do czujności: to, czego się nauczyliśmy, musi przełożyć się na rozeznawanie i odpowiedzialność w teraźniejszości. Jeżeli nie chcemy w przyszłości prosić o przebaczenie za to, że nie byliśmy wierni skarbowi godności ludzkiej, który zawiera nasza wiara, to dziś do nas należy, byśmy bezpośrednio i stanowczo piętnowali handel ludźmi w jego wielu przejawach i wspierali, krok po kroku, wraz ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę, rzeczywiste drogi zapobiegania, ochrony, wyzwolenia i rehabilitacji.
    6. Kolonializm przybiera dziś nieznane dotąd oblicze. Nie panuje już tylko nad ciałami, lecz przywłaszcza sobie dane, przemieniając życie osobiste w informacje nadające się do wykorzystania. Całe terytoria, zwłaszcza te o mniejszym znaczeniu geopolitycznym i większej kruchości strukturalnej, zostają dziś objęte nową logiką eksploatacji: logiką przepływu danych zdrowotnych, profili epidemiologicznych, map genetycznych i danych demograficznych. To są nowe „pierwiastki ziem rzadkich” władzy: kluczowe informacje, które po skorelowaniu mogą zostać użyte do trenowania modeli predykcyjnych, kierowania strategiami inwestycyjnymi, do przewidywania kryzysów, a nade wszystko do selekcjonowania tego, kto i co ma znaczenie. Kto posiada dane zdrowotne całych populacji, gromadzone dziś często pod hasłem pomocy, badań lub innowacji, ten w rzeczywistości posiada strukturalną dźwignię wpływu na przyszłość: może modelować potrzeby i rynki. Może też decydować – wcześniej niż inni – komu przeznaczyć leki, inwestycje i środki ochronne. Właśnie tu rozgrywa się jedna z najpilniejszych kwestii moralnych naszych czasów: przekształcać wspólną wiedzę w dobro wspólne, a nie w narzędzie dominacji; zwrócić narodom nie tylko dane, które je opisują, lecz także możliwość decydowania o tym, jak będą one używane, przez kogo i dla kogo. W przeciwnym razie era cyfrowa nie będzie postkolonialna, lecz kolonialna, tylko pod inną postacią.
    7. Nowe formy niewolnictwa karmią się łańcuchami gospodarczymi i infrastrukturą cyfrową. Trzeba więc działać w wielu kierunkach: najpierw po to, aby uczynić bardziej rygorystyczną przejrzystość łańcuchów dostaw podtrzymujących przemysł technologiczny i gospodarkę cyfrową, tak by żadna przewaga konkurencyjna nie była budowana na niewidocznym wyzysku. Po drugie, konieczne jest, aby przedsiębiorstwa i inwestorzy przyjęli jasne kryteria prewencyjnej weryfikacji etycznej (due diligence), uwzględniając wśród priorytetów ochronę pracowników, przeciwdziałanie pracy przymusowej oraz społeczny wpływ modeli biznesowych opartych na danych. Ponadto platformy cyfrowe muszą zostać zobowiązane do odpowiedzialnej współpracy z władzami i ze społeczeństwem obywatelskim, aby narzędzia komunikacji, płatności i profilowania nie stawały się kanałami werbunku i kontroli ofiar. Gdy te decyzje pójdą w parze, środowisko cyfrowe może przemienić się z przestrzeni drapieżności w przestrzeń ochrony, zapobiegania i poszanowania godności.

    Współdzielona odpowiedzialność

    1. Rozważane tu poszczególne dziedziny, czyli poszukiwanie prawdy w życiu publicznym, wychowanie w środowisku cyfrowym, przemiany świata pracy, kruchość rodzin oraz nowe formy niewolnictwa – nie są zjawiskami od siebie oderwanymi. Ukazują one tę samą stawkę: jeśli technika staje się kryterium absolutnym, osoba ludzka narażona jest na to, by traktowano ją jak dane, trybik w maszynie albo towar; jeśli natomiast technika zostaje wpisana w horyzont mądrości, może stać się okazją do wzrostu, sprawiedliwości i braterstwa.
    2. W tej perspektywie nauka społeczna Kościoła proponuje współdzieloną odpowiedzialność. Domaga się ona, aby procesy te były kierowane z dalekowzrocznością: przez instytucje zdolne do regulowania bez dławienia oraz do ochrony bez zastępowania; przez przedsiębiorstwa, które w pracy i godności uznają kryterium sukcesu; przez ciała pośrednie i wspólnoty wychowawcze, które odbudowują zaufanie i więzi; przez obywateli, którzy pielęgnują odpowiedzialność, umiar, rozeznawanie i zmysł prawdy. Tylko w ten sposób innowacja będzie mogła rzeczywiście stać się integralnym rozwojem człowieka, a nie czynnikiem wykluczenia i panowania; i tylko w ten sposób obietnica postępu będzie mogła zostać uznana za prawdziwą, bo mierzona nienaruszalną godnością każdego mężczyzny i każdej kobiety.

    ROZDZIAŁ V

    KULTURA POTĘGI A CYWILIZACJA MIŁOŚCI

    1. Po rozważeniu, w jaki sposób AI przekształca niektóre wymiary życia i społeczeństwa, co ma poważne konsekwencje dla godności ludzkiej, należy zwrócić uwagę na jeszcze bardziej dramatyczną dziedzinę: na wojnę. W tym przypadku nie chodzi jedynie o skuteczność nowych narzędzi, lecz o ryzyko, że technika, oddzielona od etyki i odpowiedzialności, sprawi, że decyzje o życiu i śmierci będą podejmowane szybciej i w sposób bardziej bezosobowy, a użycie siły stanie się opcją natychmiastową i możliwą do zastosowania. W świecie pełnym współzależności pokój nie jest jednym z wielu tematów, lecz warunkiem powszechnego dobra wspólnego oraz sprawdzianem moralnej dojrzałości narodów, zwłaszcza osób, na których spoczywa odpowiedzialność za rządzenie.
    2. Rewolucja cyfrowa zmienia sposób, w jaki prowadzi się konflikty. Obok wojny widzialnej pojawiają się formy hybrydowe: cyberataki, manipulowanie informacją, kampanie wpływu, automatyzacja decyzji strategicznych. Sztuczna inteligencja wkracza w te procesy jako czynnik przyspieszający w kontekście, w którym wiele technologii ma z natury charakter ambiwalentny: to, co powstaje w celu obrony, może szybko zostać przekształcone w narzędzie ataku, a granica między ochroną a agresją ulega zatarciu. Sztuczna inteligencja może wzmacniać obronę i ochronę ludności cywilnej, ale może także obniżać próg użycia siły, zaciemniać odpowiedzialność i podsycać kulturę, w której nieprzyjaciel zostaje sprowadzony do danych, a ofiara do „ubocznych strat”. Wobec tych przemian trzeba na nowo przywołać zasady nauki społecznej Kościoła: zasadę godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności, sprawiedliwości – jako kryteria pozwalające osądzić, czy technologie rzeczywiście służą ludzkości, czy też ostatecznie ją sobie podporządkowują – oraz uznać te kryteria za wskazania dla naszych wyborów.
    3. W tym rozdziale zamierzam zatem zestawić ze sobą dwie przeciwstawne logiki, które już przywołałem za pomocą obrazów biblijnych: z jednej strony pokusę budowania wieży Babel – w ufności pokładanej w potędze i pysze, z drugiej zaś cierpliwość odbudowywania Jerozolimy, jak za czasów Nehemiasza, „kawałek po kawałku” – z troską o to, co ludzkie, i o dobro wspólne.
    4. Jeśli przyjrzymy się dynamice współczesnego świata, coraz wyraźniej dostrzegamy rozszerzanie się kultury potęgi, naznaczonej polaryzacjami i różnymi formami przemocy. Współczesna wieża Babel nie jest jedynie zglobalizowanym paradygmatem technokratycznym, lecz także starciem na odległość między przeciwstawnymi imperializmami, między mocarstwami pragnącymi zachować swoją przewagę a tymi, które dążą do jej zdobycia, przy całej wielości konfliktów lokalnych. Jest nim również wyścig w rozwijaniu coraz potężniejszych technologii albo w zapewnianiu sobie nad nimi kontroli, zgodnie z dehumanizującą dynamiką, która zdaje się nie znać ograniczeń. A jednak, obok tej tendencji można dostrzec znaczną część ludzkości, która usiłuje pozostać ludzka i podejmuje wysiłek budowania miasta współistnienia i pokoju. Wszyscy często jesteśmy jego nieświadomymi budowniczymi i nieskoordynowanymi architektami, zdolnymi do szlachetnych porywów, lecz pozbawionymi całościowej wizji: jest to budowa wolniejsza, mniej widoczna i mniej spektakularna, która domaga się lepszego zrozumienia i większej koordynacji, aby mogła stać się w ten sposób świadomym i uporządkowanym zobowiązaniem każdej wspólnoty – od rodziny aż po rządzących państwami i ich wzajemne relacje. Tę właśnie perspektywę zaangażowania, ten plac budowy nadziei nazywamy „cywilizacją miłości”.

    Cywilizacja miłości w erze cyfrowej

    1. Kiedy św. Paweł VI wprowadził wyrażenie „cywilizacja miłości” [177], świat był naznaczony zimną wojną, wyścigiem zbrojeń i głębokimi nierównościami gospodarczymi. W tym kontekście Kościół wskazywał alternatywną drogę wobec ideologicznego przeciwstawienia systemów, ukazując ład społeczny, w którym sprawiedliwość i miłosierdzie splatają się ze sobą, a miłość staje się zasadą organizującą życie gospodarcze, polityczne i kulturalne. Dzisiaj trzeba nam z nową mocą podjąć tę wizję: cywilizacja miłości nie jest naiwną utopią, lecz wymagającym projektem. Polega ona na przekładaniu miłosierdzia na struktury sprawiedliwości, na nadawaniu braterstwu kształtu instytucjonalnego oraz na uznaniu drugiego – czy to osoby, czy narodu – za niezbędnego sojusznika w budowaniu dobra wspólnego. Jak przypomniała nam Encyklika Fratelli tutti, jedynie ta miłość społeczna, zdolna stać się kulturą i normą, może zrodzić stabilny ład międzynarodowy, przemieniając współistnienie z samej tylko uzbrojonej koegzystencji we wspólnotę przeznaczenia [178].
    2. Dzisiaj, w kontekście przełomu cyfrowego, intuicja ta nabiera jeszcze większego znaczenia. Sieci cyfrowe, zglobalizowana gospodarka i rozwój AI tworzą coraz gęstsze powiązania, łącząc w czasie rzeczywistym decyzje podejmowane w jednym miejscu ze skutkami, jakie wywołują one gdzie indziej. Dlatego nadal aktualne pozostają słowa Soboru Watykańskiego II o rosnącej współzależności między narodami: dobro wspólne nabiera coraz bardziej wymiaru powszechnego, wraz z prawami i obowiązkami obejmującymi całą rodzinę ludzką [179]. Projekt cywilizacji miłości podejmuje tu zasadnicze zadanie przemiany tej wymuszonej współzależności w solidarność zamierzoną i świadomie wybieraną. Jest to kryterium ukierunkowujące procesy technologiczne: nie wystarczy, by AI czyniła nas bardziej wydajnymi albo lepiej połączonymi; powinna służyć budowaniu tej powszechnej rodziny ludzkiej – ze wspólnymi prawami i obowiązkami – w której cyfrowa bliskość staje się rzeczywistą okazją do spotkania i wzajemnej troski.

    Kultura potęgi

    1. W czasach, w których żyjemy, umacnia się kultura potęgi, w której dostępność środków i zdolność dominowania dyktują agendę i kryteria podejmowania decyzji, spychając dobro wspólne ludzkości na dalszy plan i redukując dramat narodów dotkniętych wojną do zmiennej drugorzędnej wobec interesów strategicznych. Ta kultura potęgi przenika społeczeństwo, przekształca relacje i zachowania, rozprzestrzenia się, normalizując wojnę, podsycając dążenie do coraz większej potęgi militarnej, wykorzystując kryzys multilateralizmu i podsycając fałszywy realizm, który powtarza, że alternatywy nie istnieją.

    Normalizacja wojny

    1. W 1965 r. wobec Zgromadzenia Ogólnego ONZ mocno wybrzmiał okrzyk św. Pawła VI: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej wojny!” [180]. Trzeba uznać, że pomimo pragnień pokoju i pokojowych deklaracji ostatnie sześćdziesiąt lat zostało naznaczone konfliktami o przerażającej brutalności, które często w sposób masowy dotykały ludność cywilną, powodując niewinne ofiary, fale uchodźców, destabilizację społeczną i rany trwające przez długie lata. Jednak w dyskursie publicznym powszechne było przekonanie, że wojna powinna pozostać extrema ratio, otoczoną ścisłymi ograniczeniami etycznymi i prawnymi, a w każdym razie podporządkowaną politycznemu horyzontowi pokoju. Nawiązując do przemian, które dokonały się w okresie międzywojennym, po II wojnie światowej nastąpił przełom: pokój został umieszczony w centrum ładu międzynarodowego, o czym świadczy szczególnie Karta Narodów Zjednoczonych, która stawia sobie za cel „uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny” [181]; wiele konstytucji narodowych, idąc w tym samym kierunku, ograniczało sięganie po broń do przypadków skrajnych i ściśle ograniczonych. Nawet podczas zimnej wojny – mimo istnienia poważnych konfliktów – trwała świadomość, że za wszelką cenę należy uniknąć nowego konfliktu światowego.
    2. Dziś natomiast jesteśmy świadkami prawdziwej zmiany paradygmatu w dyskursie publicznym i w decyzjach dotyczących zbrojeń, wraz z niepokojącą rehabilitacją wojny jako narzędzia polityki międzynarodowej, podczas gdy ulegają erozji właśnie te kryteria etyczne, które ograniczały jej stosowanie. Przedłużające się konflikty regionalne, eskalacja napięć i wzajemne groźby stają się niemal czymś zwyczajnym, a ponadto powracają formy konfliktu służącego ekspansji terytorialnej, które uważano za przezwyciężone. Opinia publiczna jest stopniowo ukierunkowywana i przyzwyczajana przez spolaryzowane narracje medialne, często wzmacniane przez algorytmy, które premiują konfrontację i przeciwstawianie.
    3. Jesteśmy także świadkami niepokojącej utraty pamięci historycznej. Słabnięcie bezpośredniego świadectwa Shoahoraz obu wojen światowych ułatwia wybiórcze albo zniekształcone przepisywanie przeszłości, w klimacie, w którym fałszywe wiadomości i manipulacje narracyjne zaciemniają przyswojone lekcje. Bez żywej pamięci o okrucieństwach wojny istnieje ryzyko podejmowania decyzji politycznych jedynie na podstawie kalkulacji siły, pozbawionych wizji długofalowych konsekwencji.
    4. Do tego wszystkiego dochodzi nowy i rozstrzygający element: wymiar medialny i cyfrowy. Sieci komunikacyjne, rozdrobnione środowiska informacyjne oraz algorytmy nagradzające konfrontację mogą wzmacniać polaryzację i resentyment, przyspieszać propagandę i utrudniać wspólne rozeznawanie. W ten sposób wojna jest nie tylko prowadzona, lecz także przygotowywana kulturowo poprzez upraszczające narracje, logikę „przyjaciel-wróg”, dezinformację i lęk. Gdy słabnie pamięć historyczna i rozmywają się kryteria etyczne chroniące ludność cywilną i najsłabszych, łatwiej przedstawić przemoc jako coś koniecznego, nieuchronnego, a nawet „czystego”. To właśnie w takim klimacie ludzkość stacza się w brutalną kulturę potęgi, w której pokój nie jawi się już jako zadanie do wykonania, lecz jako niepewna przerwa między konfliktami. Dziś bardziej niż kiedykolwiek trzeba potwierdzić przezwyciężenie teorii „wojny sprawiedliwej”, zbyt często przywoływanej w celu usprawiedliwiania wszelkiej wojny, przy równoczesnym zachowaniu prawa do uprawnionej obrony, rozumianej w sensie najściślejszym [182]. Ludzkość dysponuje środkami o wiele skuteczniejszymi i bardziej sprzyjającymi ludzkiemu życiu w mierzeniu się z konfliktami – narzędziami takimi jak dialog, dyplomacja i przebaczenie. Uciekanie się do siły, przemocy i broni świadczy o ubóstwie relacyjnym, które zawsze pociąga za sobą katastrofalne konsekwencje dla ludności cywilnej.

    Siła bez ograniczeń

    1. Jednym z decydujących elementów obecnej sytuacji jest rozwój przemysłu zbrojeniowego, który w niektórych państwach stał się kluczowym sektorem gospodarki. Ścisłe powiązanie interesów ekonomicznych, struktur wojskowych i decyzji politycznych tworzy „naród uzbrojony”, w którym wojna jawi się niemal jako naturalna kontynuacja polityki, a rynek zbrojeniowy staje się autonomicznym motorem decyzji wojennych. Nie możemy pomijać ogromnych interesów ekonomicznych stojących za wojną. Przemysł zbrojeniowy i kraje dostarczające broń czerpią zyski z rynku, który rozwija się właśnie dzięki konfliktom. W tym sensie istnieje również logika ekonomiczna, która przyczynia się do podsycania napięć w różnych regionach świata.
    2. Arsenały wojskowe znów skupiają na sobie uwagę. W przeszłości uznanie zagrożenia ze strony broni zdolnej zniszczyć całą ludzkość sprzyjało procesom odprężenia i negocjacjom na rzecz rozbrojenia. Niestety, oddaliliśmy się od tej perspektywy, a rozwój arsenałów nuklearnych – łącznie z perspektywą ich użycia „taktycznego” – sprawia, że sięgnięcie po taką broń wydaje się możliwością coraz mniej odległą. W tym kontekście wejście w życie w 2021 r. Traktatu o zakazie broni jądrowej, popieranego przez ponad siedemdziesiąt państw, stanowi ważny znak, lecz grozi tym, że pozostanie w znacznej mierze symbolem, ponieważ główne mocarstwa atomowe do niego nie przystępują. W ten sposób upowszechniło się błędne przekonanie, że odstraszanie nuklearne jest niezbędnym warunkiem bezpieczeństwa, co w rezultacie napędza nowy i trudny do kontrolowania wyścig zbrojeń, któremu towarzyszy stopniowe demontowanie porozumień o redukcji broni jądrowej oraz rozwój „zminiaturyzowanych” pocisków, przez co łatwiej jest uznać ich użycie za realną opcję.
    3. Tę samą logikę widać w konfliktach konwencjonalnych: siła militarna, słabość inicjatyw dyplomatycznych i złożoność wchodzących w grę interesów sprzyjają konfliktom, które mają tendencję do przedłużania się, co wiąże się z ogromnymi kosztami ludzkimi i środowiskowymi. O wiele łatwiej jest rozpocząć wojnę niż ją zatrzymać, a jednak refleksja nad zapobieganiem konfliktom pozostaje dramatycznie marginalna.
    4. Obraz ten staje się jeszcze bardziej niestabilny z powodu obecności nowych uzbrojonych podmiotów – grup dżihadystycznych, prywatnych bojówek, siatek przestępczych – które wyznaczają kres państwowego monopolu na użycie siły. Często podmioty te łączą niejasne motywacje ideologiczne z bardzo konkretnymi interesami ekonomicznymi, przemieniając wojnę w prawdziwy sposób życia dla całych pokoleń młodych ludzi i dzieci: celem nie jest już określone zwycięstwo, lecz podtrzymywanie konfliktu jako źródła władzy i dochodów.

    Broń i sztuczna inteligencja

    1. Z tym scenariuszem łączy się nieustanny rozwój systemów uzbrojenia, a zwłaszcza broni związanej z AI. Stolica Apostolska zauważyła niedawno, że rosnąca łatwość, z jaką można wykorzystywać systemy uzbrojenia o autonomii operacyjnej, sprawia, że wojna staje się bardziej „wykonalna” i mniej podlega ludzkiej kontroli, sprzeciwiając się zasadzie, wedle której użycie siły zbrojnej powinno być ostatecznością w przypadku uprawnionej obrony [183]. Dlatego rozwój i wykorzystywanie sztucznej inteligencji w działaniach wojennych muszą zostać poddane najsurowszym ograniczeniom etycznym – z poszanowaniem godności człowieka i świętości życia – tak aby zapobiec wyścigowi zbrojeń [184].
    2. Niekiedy mówi się o „sztucznych podmiotach moralnych”, jak gdyby maszyna mogła zagwarantować – z większą konsekwencją niż człowiek – rozróżnienie między dobrem a złem. Tymczasem sąd moralny nie daje się sprowadzić do obliczeń: zakłada on sumienie, osobistą odpowiedzialność i uznanie drugiego człowieka za osobę. Dlatego nie wolno powierzać sztucznym systemom decyzji śmiercionośnych ani w ogóle nieodwracalnych. Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną. Sztuczna inteligencja nie odbiera konfliktowi jego wewnętrznie nieludzkiego charakteru: może jedynie uczynić go szybszym i bardziej bezosobowym, obniżając próg uciekania się do przemocy i przemieniając obronę w operacyjne przewidywanie, przy czym ofiary zostają zredukowane do danych. W ten sposób przyzwyczaja nas ona do myśli, że przemoc jest nieuchronna i trzeba ją jedynie optymalizować. Dlatego sprawą najwyższej wagi jest wprowadzanie wartości i roztropnego osądu w programowanie tworzonych przez nas sztucznych systemów, tak aby mogły one przyczyniać się do budowania ekosystemu moralnego, w którym ludzie będą bardziej zdolni do słuchania własnego sumienia, a modelom AI zostaną wyznaczone właściwe granice.
    3. Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: trzeba wskazać konkretne kryteria rozeznawania. Pierwsze dotyczy odpowiedzialności osobistej. Gdy decyzja o ataku ulega automatyzacji albo staje się nieprzejrzysta, wzrasta ryzyko uchylenia się od odpowiedzialności. Dlatego łańcuch odpowiedzialności musi pozostawać identyfikowalny i weryfikowalny: ten, kto projektuje, kto trenuje, kto wydaje zgodę, kto używa, powinien móc zdać sprawę ze swoich wyborów. Drugie kryterium dotyczy czasu osądu moralnego. Sztuczna inteligencja ma tendencję do skracania czasu podejmowania decyzji; tymczasem na wojnie nieodwracalne decyzje nie mogą mieć za nadrzędne kryteria szybkości i skuteczności. Trzecim kryterium jest identyfikacjaoraz ochrona ludności cywilnej. Każda technologia, która ułatwia uderzenie bez oglądania twarzy drugiej osoby, obniża moralny próg konfliktu. Wybór celów i użycie siły nie mogą zacierać różnicy między walczącymi i niewalczącymi ani lekceważyć skutków dla bezbronnej ludności.
    4. Z tych kryteriów wynikają pewne nienegocjowalne wymagania. Przede wszystkim, w odniesieniu do każdego systemu używanego w działaniach wojennych muszą być zapewnione identyfikowalność i możliwość odtworzenia procesu decyzyjnego, tak aby odpowiedzialność i ewentualna wina nie rozpływały się „w maszynie”. Po drugie, decyzja o użyciu śmiercionośnej siły nie może być powierzana procesom nieprzejrzystym ani zautomatyzowanym, lecz musi pozostawać pod rzeczywistą, świadomą i odpowiedzialną kontrolą człowieka. Wreszcie, konieczne jest ustanowienie wspólnych zasad, również na poziomie międzynarodowym, które powstrzymają wyścig zbrojeń technologicznych i zapewnią szczególną ochronę ludności cywilnej oraz infrastruktury niezbędnej dla jej przetrwania.

    Kryzys multilateralizmu

    1. Kultura potęgi wyrasta również z kryzysu systemu multilateralnego. Instytucje powołane do strzeżenia idei wspólnego losu narodów i światowego dobra wspólnego wydają się osłabione, nie tylko z powodu ograniczeń strukturalnych, lecz także dlatego, że często brakuje wspólnej woli, by je wspierać, reformować i uznawać ich autorytet moralny. Zamiast iść naprzód, cofamy się wobec historycznego przełomu XX w. Po 1989 r. upadkowi reżimów komunistycznych w Europie towarzyszyła globalizacja o charakterze głównie gospodarczym, pozbawiona odpowiedniej architektury politycznej zdolnej podtrzymywać dialog i pokój. Niemal ślepo powierzono rynkom zdolność do tworzenia dobrobytu, demokracji i stabilności, podczas gdy w rzeczywistości globalizacja nie zrodziła automatycznie jedności ani pokoju, lecz wywołała reakcje fundamentalistyczne, tożsamościowe i nacjonalistyczne. Rezultat ten daleki jest od autentycznego multilateralizmu: przypomina raczej nieuporządkowaną i konfliktową wielobiegunowość, w której górę bierze nieufność wobec drugiego.
    2. Powraca pokusa budowania tożsamości zbiorowej w opozycji do wroga, podsycając narracje, w których każdy przedstawia siebie jako ofiarę uprawnioną do odwetu. Upraszczanie rzeczywistości do schematów – „najpierw ja”, „przyjaciel-wróg”, „my-oni” – ułatwia podejmowanie decyzji często nieodpowiedzialnych, które podkopują wzajemne zaufanie między narodami. Siła prawa międzynarodowego zostaje w ten sposób zastąpiona rzekomym „prawem silniejszego”, a jego narzędzia – od trybunałów właściwych w sprawach zbrodni wojennych po sądy powołane do rozstrzygania sporów między państwami – bywają często omijane albo osłabiane, z katastrofalnymi skutkami dla kultury politycznej i dla współżycia społecznego [185].
    3. W tym kontekście budowanie pokoju zeszło na dalszy plan: współpraca na rzecz rozwoju, rozbrojenie, zapobieganie konfliktom i budowanie wzajemnego zaufania są odkładane na bok w imię logiki potęgi. W ten sposób słabną również osiągnięcia prawa humanitarnego: zasada proporcjonalności w odpowiedzi na akty agresji, ochrona dostępu do wody, żywności i dóbr podstawowych, poszanowanie życia ludności cywilnej i dzieci – wszystko to bywa traktowane jak naiwne wspomnienia przeszłości.

    Rzekomy realizm polityczny

    1. Żyjemy w czasach znacznej ślepoty duchowej i kulturowej. Fałszywy pragmatyzm zachęca do odcinania korzeni pamięci, jak gdyby można było zapoczątkować swego rodzaju „nowe stworzenie” oderwane od przeszłości; także ci, którzy odwołują się do wielkich zasad moralnych, mogą popaść w ten historyczny nihilizm, łudząc się, że okrucieństwa XX w. nie mogą się już powtórzyć. W rzeczywistości te same mechanizmy powracają pod nowymi postaciami. Na nowo zdaje się narzucać logika równowagi zbrojnej i odstraszania. Jednak w przeciwieństwie do dwubiegunowego scenariusza z czasów zimnej wojny, dziś mnożenie się podmiotów i frontów konfliktu sprawia, że logika ta staje się coraz mniej stabilna. Eskalacja konfliktów popycha ku wojnom asymetrycznym i „hybrydowym”, prowadzonym także na polu gospodarczym, finansowym i informatycznym, z wykorzystaniem dezinformacji i kampanii podsycających lęk, mających na celu wywarcie wpływu na opinię publiczną. W wielu krajach, także na globalnym Południu, wzrost wydatków wojskowych przedstawiany jest jako jedyna odpowiedź na niepewną przyszłość albo na postrzegane zagrożenia, podczas gdy rzeczywisty koszt ponoszą najbiedniejsi, którzy widzą, jak kurczą się środki przeznaczone na ochronę zdrowia, kształcenie i pomoc społeczną.
    2. U podstaw tego wszystkiego leży fałszywy „realizm”, oparty nie tylko na utrwalonej logice siły, lecz także na pewnym przekonaniu kulturowym i antropologicznym, jakoby wojna była nieuchronnie częścią ludzkiej natury. Zawsze tak było – jak się powiada – z wyjątkiem krótkich przerw, i tak będzie zawsze! A zatem problemem nie jest już pokój, utracony jako punkt odniesienia na arenie międzynarodowej, lecz to, jak i kiedy podjąć działania militarne, przy równoczesnym utrzymywaniu, że nieprzygotowanie się do starcia byłoby nieodpowiedzialne. Natomiast tym, co jest naprawdę nieodpowiedzialne, jest właśnie Realpolitik– ta postać politycznego „realizmu”, która zasiewa w sumieniach i kulturze pogodzenie się z wojną jako z czymś nieuniknionym, a pokój i dialog przedstawia jako postawy utopijne albo irracjonalne, rzekomo ignorujące istniejące zagrożenia. Tymczasem pokój nie jest naiwną nadzieją ani jedynie brakiem wojny: jest owocem – zawsze możliwym – sprawiedliwości i miłosierdzia.
    3. W takiej atmosferze nihilizm i pragmatyzm splatają się ze sobą i prowadzą do normalizacji najcięższych błędów: religijne ekstremizmy i fanatyzmy tożsamościowe sprzymierzają się z irracjonalnym ekonomizmem, podczas gdy polityka z łatwością ucieka się do dezinformacji, ośmieszania przeciwnika oraz systematycznego budowania lęków i resentymentów. W ten sposób odmienność drugiego coraz częściej bywa postrzegana jako zagrożenie, podsycając pragnienie posiadania, chęć dominacji, ambicje hegemoniczne, nadużycia władzy i lęk przed różnicą, a zarazem przygotowując grunt, na którym nowe konflikty mogą dojrzewać niemal niezauważalnie [186].
    4. Jest to podatny grunt dla nowych wojen, być może jeszcze groźniejszych niż dawne, ponieważ mają one tendencję do przekraczania wszelkich granic etycznych. To, co niegdyś uważano za niedopuszczalne, dziś może być realizowane niemal bez wahania, podczas gdy reakcja międzynarodowa dostosowuje się raczej do wygody poszczególnych rządów niż do obiektywnej wagi faktów. Decyzje wydają się dziś podyktowane niemal wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, podtrzymywanym przez medialne złudzenia, sztucznie wytwarzane euforie i „marzenia”, które nieuchronnie się rozpadają, rodząc frustrację i nową przemoc. Gdy człowiek daje się przekonać, że nic nie jest naprawdę prawdziwe, a „zasady” są jedynie pustą osłoną, w samych sercach osób zapala się lont nowych wybuchów nietolerancji i agresji.
    5. W tym scenariuszu pozostaje otwarte pytanie o realne zabezpieczenia przed nową przemocą. Kiedy jakaś kultura normalizuje i usprawiedliwia konflikt, pojawia się niebezpieczna pochylnia: to, co dziś wydaje się nie do pomyślenia, jutro może zostać uznane za akceptowalne na podstawie kalkulacji użyteczności albo bezpieczeństwa. W krajach naznaczonych poważnymi napięciami społecznymi nie możemy wykluczyć, że ktoś w końcu uzna konflikt zbrojny za skuteczny sposób odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych i za narzędzie cynicznego zarządzania trudnościami.
    6. Szczególna odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy działają w świecie badań naukowych. Wszyscy uczestnicy tej dziedziny – naukowcy, przedsiębiorcy, inwestorzy, władze akademickie, politycy i inni – są wezwani do działania w duchu przejrzystości i odpowiedzialności, przy zachowaniu żywej świadomości szerokiego kontekstu, w jakim osadzony jest współtworzony przez nich postęp technologiczny, w tym ten związany z AI. Kiedy człowiek ogranicza się do patrzenia wyłącznie na własną dziedzinę, łudzi się, że wykonuje zadanie moralnie neutralne i uchyla się od pytań o cele ostateczne, które ukierunkowują określone eksperymenty; w ten sposób naraża się na współudział, być może niezamierzony, w złowrogich projektach, które zasilają nowe formy przemocy, manipulacji i dominacji.

    Budować cywilizację miłości

    1. Budowanie świata pozostającego w permanentnym stanie wojny jest złem i trzeba to nazwać po imieniu. Taki sposób opisu rzeczywistości, w której żyjemy, może wydawać się ponury albo pesymistyczny, uważam jednak, że jest to osąd konieczny. Perspektywa chrześcijańska nie wyczerpuje się jednak w samym piętnowaniu zła. Patrzymy na historię w świetle Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, któremu Ojciec dał „wszelką władzę w niebie i na ziemi” (Mt28, 18). Nie interpretujemy teraźniejszości jako zamkniętego przeznaczenia, lecz jako przestrzeń otwartą na nawrócenie osobiste i wspólnotowe. Wierzymy w siłę Królestwa, które rozwija się z małości ziarnka gorczycy, jak ziarno, które raz zasiane kiełkuje i wzrasta (por. Mk 4, 26-32). Podczas gdy otacza nas zgiełk zamętu, dobro wzrasta z ziemi w milczeniu. Jak mówi prorok: „Oto Ja dokonuję rzeczy nowej; pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43, 19).
    2. Potwierdza to uważna lektura historii. Nawet w najciemniejszych nocach Pan wzbudza mężczyzn i kobiety zdolnych do tego, by nie ulegać rezygnacji i wytrwale trwać przy dobru: są to osoby, które chronią słabych i otwierają bramy pojednania. Pamięć o świętych i sprawiedliwych, o tak często zapomnianych budowniczych pokoju, ukazuje, że łaska nie usuwa konfliktu jednym magicznym gestem, lecz rodzi czynny opór wobec zła i zaskakującą kreatywność w czynieniu dobra. Chrześcijanie dostrzegają ciemności i nazywają je po imieniu, ale nie zatrzymują się na ich kontemplowaniu: znają światłość i wiedzą, że ciemność jej nie ogarnęła i nie może jej zwyciężyć (por. J1, 5). Dlatego służą dobru także tam, gdzie wydaje się, że ostatnie słowo należy do cierpienia, podtrzymywani przez nadzieję teologalną, która wyznacza rzeczywistości horyzont i kierunek.

    Wszyscy możemy wnieść swój wkład

    1. W tym miejscu pojawia się jednak subtelna pokusa: myślenie, że problemy są zbyt wielkie, a my zbyt mali, i że wobec tego nasze wybory niczego nie zmieniają. Jest to elegancka forma kapitulacji, często ukrywająca się pod maską realizmu. Oczywiście, nie wszyscy mają taką samą możliwość oddziaływania na rzeczywistość: jedni sprawują władzę, inni decydują o inwestycjach, kierują instytucjami, prowadzą badania naukowe, wychowują, informują, wytwarzają; są też tacy, którzy zdają się mieć jedynie własne życie codzienne. A jednak nikt nie jest pozbawiony odpowiedzialności. Każdy dysponuje własną przestrzenią działania i właśnie tam – a nie gdzie indziej – jest wezwany do wyboru, czy podsycać logikę siły (choćby tylko przez obojętność, cynizm, kłamstwo czy nienawiść), czy też strzec logiki pokoju (przez prawdę, umiar, bliskość i troskę).
    2. Pewien pisarz katolicki XX w., John Ronald Reuel Tolkien, ustami jednego z bohaterów swojej powieści wyraził naszą odpowiedzialność w ten sposób: „Ale nie do nas należy panowanie nad wszystkimi falami przepływającymi przez ten świat; my mamy za zadanie zrobić, co w naszej mocy, dla tej epoki, w której żyjemy, wytrzebić chwasty ze znanego nam pola, aby przekazać następcom rolę czystą, gotową do uprawy” [187]. Cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego, spektakularnego gestu, lecz z sumy małych i wytrwałych aktów wierności, które stawiają tamę dehumanizacji. Dlatego warto zatrzymać się i rozważyć kilka aspektów tego, w jaki sposób każdy – we własnej dziedzinie – może współpracować przy jej budowaniu. Nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania tematu, proponuję pięć ścieżek codziennej i publicznej odpowiedzialności: rozbrajać słowa, budować pokój w sprawiedliwości, spojrzeć oczami ofiar, pielęgnować zdrowy realizm oraz ożywiać na nowo dialog i multilateralizm.

    Rozbroić słowa

    1. Pierwszym wkładem, jaki możemy wnieść w budowanie bardziej ludzkiej cywilizacji, jest troska o nasze słowa. „Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia świata” [188]. Potęga słów jest ogromna i doświadczamy jej w codziennej komunikacji, gdy ktoś powie nam coś, co zmienia nasze usposobienie – na lepsze albo na gorsze. „Pokój zaczyna się od każdego z nas: od sposobu, w jaki patrzymy na innych, jak ich słuchamy i jak o nich mówimy. W tym sensie sposób komunikowania się ma znaczenie fundamentalne: musimy powiedzieć «nie» wojnie słów i obrazów, musimy odrzucić paradygmat wojny” [189]. Wszyscy musimy więc uczynić rachunek sumienia w odniesieniu do słów, których używamy, do uprzedzeń, jakimi są one przeniknięte, oraz do agresji – jawnej bądź ukrytej – która w nich tkwi. Mamy realną możliwość przyczyniania się do dobra za każdym razem, gdy mówimy prawdę, dajemy mądrą radę, wspieramy tego, kto potrzebuje pocieszenia, piętnujemy niesprawiedliwość albo dajemy głos temu, kto go nie ma.

    Budować pokój w sprawiedliwości

    1. Wszyscy, na każdym poziomie, możemy przyczyniać się do budowania tego, co stanowi fundament pokoju, a mianowicie sprawiedliwości. Nie szukamy bowiem jakiegokolwiek pokoju, jakiegoś braku konfliktu za wszelką cenę, lecz tego prawdziwego pokoju, który rodzi się ze sprawiedliwości. „Istnieje ścisła zależność między sprawiedliwością każdego człowieka a pokojem wszystkich” [190]. Komentując werset Psalmu: „Ucałują się sprawiedliwość i pokój” ( Ps85, 11b), św. Augustyn pisze: „Nie ma wszak takiego, kto nie chciałby pokoju, ale nie wszyscy chcą czynić sprawiedliwość. (…) Ale czyń sprawiedliwość, ponieważ sprawiedliwość i pokój udzielają sobie pocałunku, nie kłócą się. Czemu ty kłócisz się ze sprawiedliwością? Oto sprawiedliwość powiada ci: Nie kradnij, a nie słuchasz; Nie cudzołóż, nie chcesz słyszeć; Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, nie mów drugiemu, czego nie chcesz sam posłyszeć. (…) Chcesz więc wejść do pokoju? Czyń sprawiedliwość!” [191]. Nie zniechęcajmy się zatem w dążeniu do sprawiedliwości!

    Spojrzeć oczami ofiar

    1. Są sytuacje, w których – jeśli chcemy pozostać ludźmi – musimy porzucić wahania i zająć stanowisko. Istnieją konflikty, wobec których nie godzi się zachowywać neutralności i nie wystarcza samo przekonanie o tym, że nie mamy „współudziału” [192]. Gdy stajemy wobec bombardowań ludności cywilnej, ataków na szpitale, szkoły i infrastrukturę niezbędną do życia, wobec przemocy dotykającej dzieci, znajdujemy się wobec zgorszeń raniących samo człowieczeństwo. Dlatego nie możemy pozostawać na poziomie abstrakcyjnych analiz. Jak przypomniał Papież Franciszek, musimy „dotknąć ciała” [193]cierpiących: patrzeć w twarze, słuchać historii i uznawać rany. Bolesne wydarzenia potrzebują zarówno rzetelnego opisu historycznego, jak i zachowania w pamięci: tego pierwszego, aby próbować opowiadać fakty, a drugiego, aby dawać świadectwo o tym, co zostało przeżyte.
    2. Udzielanie miejsca – w przekazie informacji i w wychowaniu – spojrzeniu i głosowi ofiar pomaga naprawdę uświadomić sobie otchłań zła zawartą w wojnie i – ogólnie rzecz biorąc – w każdej przemocy; pomaga nie uznawać logiki konfliktu za coś normalnego; nie odwracać wzroku, gdy dochodzi do zniewagi godności człowieka; pomaga przywracać ludziom dotkniętym przemocą godność bycia rozpoznanymi i wysłuchanymi [194]. Uwaga poświęcana tym głosom umacnia przekonanie, że poza brutalnymi mniejszościami ludzkość nie pragnie wojny. Kościół może być w sposób szczególny miejscem żywej pamięci ofiar. Jak przypominał św. Paweł VI, czuje się on zobowiązany uczynić własnym zarówno głos poległych w minionych wojnach, jak i głos żyjących, którzy nadal noszą ich rany, aby ich krzyk stawał się wezwaniem do pokoju i zgody, a nie zapowiedzią nowych konfliktów [195].

    Pielęgnować zdrowy realizm

    1. Potrzebujemy zdrowego realizmu, który pozwala uniknąć zarówno idealizmu politycznego, jak i cynizmu. Istnieje bowiem taki idealizm, który – chcąc ocalić swój światopogląd – wybiera fakty, nagina je i nadaje im nowe nazwy, aż w końcu zaczyna żyć w rzeczywistości skonstruowanej na miarę własnych przekonań. Istnieje jednak również realizm zdegenerowany, który myli stwierdzenie faktu z rezygnacją: skoro dominuje siła, to dochodzi do wniosku, że powinna ona panować. Autentyczny realizm nie rezygnuje z przemieniania świata: zaczyna od jasnego dostrzeżenia interesów, lęków, ograniczeń i układów sił właśnie po to, by rozeznać, co można rzeczywiście osiągnąć i jakimi drogami. Nie sprowadza polityki do moralizmu, ale też nie wydaje jej na pastwę przemocy: szuka możliwych dróg, aby pokój był czymś więcej niż tylko słowem – a więc wiarygodnych instytucji, sprawdzalnych gwarancji, cierpliwych negocjacji, zapobiegania konfliktom i ochrony ludności cywilnej.

    Na nowo ożywić dialog

    1. Aby budować cywilizację miłości, musimy praktykować dialog. Jest on głównym narzędziem współistnienia między osobami i między narodami oraz alternatywą wobec otwartego konfliktu. Przypominał o tym już Pius XII u progu II wojny światowej, gdy mówił, że dzięki pokojowi nic się nie traci, podczas gdy przez wojnę można stracić wszystko, oraz że ludzie powinni na nowo zacząć ze sobą rozmawiać, ponieważ szczera i wytrwała wymiana poglądów zawsze otwiera możliwość znalezienia honorowego rozwiązania [196].
    2. Dialog jest zwyczajnym wymiarem ludzkiego życia i nie dotyczy jedynie stosunków między państwami. Chodzi o nabycie postawy zdolnej budować więzi braterstwa, wynikające ze słuchania, szczerego spojrzenia, poświęconego czasu, a nawet czasu pozornie straconego razem. Jeżeli bowiem doświadczamy autentycznego spotkania z drugim człowiekiem – z tym, który jest odmienny, jest obcokrajowcem, migrantem – wówczas o wiele trudniej jest choćby wyobrazić sobie wojnę.
    3. Na płaszczyźnie politycznej pilnie potrzeba przejścia od „kultury potęgi” do autentycznej „kultury negocjacji”, w której dialog i relacje dyplomatyczne staną się zwyczajną drogą mierzenia się z konfliktami, jak tego pragnął Giorgio La Pira: „Metodę wojny trzeba zastąpić metodą pokoju: metodą negocjacji, spotkania, porozumienia; a więc metodą autentycznie ludzką!” [197]. Świadomość wspólnego losu narodów domaga się, aby kultura negocjacji coraz bardziej stawała się wspólnym zobowiązaniem zarówno politycznym, jak i kulturowym, zdolnym stopniowo wyprowadzać ludzkość ze spirali przemocy.
    4. Tym, którzy mają zaszczyt i obowiązek sprawowania rządów, pragnę powtórzyć słowa, które wypowiedziałem na początku mojego Pontyfikatu: „Ludy pragną pokoju, a ja, z sercem na dłoni, zwracam się do przywódców: spotkajmy się, rozmawiajmy, negocjujmy! Wojna nigdy nie jest nieunikniona, broń może i powinna zamilknąć, gdyż nie rozwiązuje problemów, lecz je pogłębia. Do historii bowiem przejdzie ten, kto sieje pokój, a nie ten, kto zbiera ofiary; ponieważ inni nie są przede wszystkim wrogami, lecz istotami ludzkimi: nie złymi, by ich nienawidzić, lecz osobami, z którymi trzeba rozmawiać. Odrzućmy manichejskie podziały, typowe dla narracji pełnych przemocy, które dzielą świat na dobrych i złych” [198].
    5. W odrzucaniu logiki przemocy rozstrzygającą rolę odgrywa dialog między religiami, ponieważ w centrum wielkich dróg duchowych znajduje się orędzie pokoju [199]. Kto posługuje się imieniem Boga, aby usprawiedliwiać terroryzm, przemoc albo wojnę, ten zdradza Jego oblicze: walczyć w imię religii znaczy w rzeczywistości uderzać w samą religię [200]. „Duch Asyżu”, zapoczątkowany przez św. Jana Pawła II i rozwijany przez zaangażowanie Papieża Franciszka – na przykład w dialogu z Wielkim Imamem Al-Azharu – ukazuje, że wierzący mogą na nowo czerpać z najautentyczniejszych źródeł własnych tradycji duchowych, gdzie nie ma miejsca na sakralizowaną nienawiść.

    Konieczność dyplomacji i multilateralizmu

    1. W stosunkach międzynarodowych dialog jest niezastąpionym narzędziem dyplomacji, służącym zapobieganiu konfliktom i odbudowywaniu więzi zaufania. W obliczu impulsywnej komunikacji, agresywnej retoryki i logiki potęgi, które naznaczają nasze czasy, „powołaniem dyplomacji jest wspieranie dialogu ze wszystkimi, w tym z rozmówcami uważanymi za szczególnie «niewygodnych», lub z tymi, których nie uważa się jako uprawnionych do negocjacji” [201], wykorzystując aż do granic wytrwałości pokorę i cierpliwość, by na nowo splatać nawet najwątlejsze oznaki dobrej woli stron pozostających w konflikcie i w ten sposób otwierać drogę do procesu pokojowego.
    2. Również cyberprzestrzeń stała się polem konfrontacji: ataki informatyczne, manipulowanie danymi, kampanie wpływu rozgrywane za pomocą AI mogą destabilizować całe kraje, zanim jeszcze dojdzie do otwartego starcia zbrojnego. Przypisanie odpowiedzialności na tym obszarze bywa często niepewne: gdy nie jest jasne, kto zaatakował, wzrasta ryzyko nieproporcjonalnych reakcji, błędów w ocenie sytuacji i eskalacji konfliktu. Dlatego potrzebna jest dyplomacja zdolna do działania także w tym nowym środowisku, negocjując wspólne zasady korzystania z technologii cyfrowych i chroniąc ludność cywilną oraz najbardziej bezbronnych przed formami przemocy niewidocznej, lecz przez to nie mniej realnej.
    3. Organizacje międzynarodowe, w szczególności ONZ, pozostają niezbędnymi narzędziami wspierania cywilizacji miłości: przez podtrzymywanie dialogu między narodami, pokojowe rozwiązywanie konfliktów, integralny rozwój ludów, ochronę osób najbardziej bezbronnych oraz rozbrojenie i troskę o stworzenie. Dzięki tym instancjom wspólnota międzynarodowa może starać się ograniczać nierówności, bronić praw uchodźców i mniejszości, uwalniać środki przeznaczane na zbrojenia, aby służyły rozwojowi człowieka, oraz chronić wspólny dom. Stolica Apostolska popiera i towarzyszy tym wysiłkom, uznając zarazem, że obecna słabość ONZ i międzynarodowego systemu politycznego ujawnia potrzebę głębokich reform: nie chodzi jedynie o korekty techniczne, ponieważ kryzys przekonań i wartości dotyka także etycznych fundamentów życia narodów i utrudnia ukierunkowanie multilateralizmu na prawdziwe dobro wspólne [202].
    4. W kontekście międzynarodowym dyplomacja Stolicy Apostolskiej przyjmuje ewangeliczną zasadę miłosierdzia jako konkretne kryterium działania politycznego. Jest to jeden ze sposobów, za pomocą których Stolica Apostolska staje w służbie ludzkości, odwołując się do sumień oraz wzywając je do miłości i prawdy, broniąc godności każdej osoby oraz stając się głosem dotkniętych biedą, migrantów i ofiar wojen. W ten sposób dyplomacja papieska wyraża powszechność Kościoła i przyczynia się do budowania cywilizacji miłości, w której także nowe technologie są ukierunkowane na dobro wspólne.

    Modlić się i mieć nadzieję

    1. Te drogi zaangażowania czerpią siłę z modlitwy i zarazem ją podtrzymują. Dla nas bowiem pokój przede wszystkim „pochodzi od Boga, Boga, który miłuje nas wszystkich bezwarunkowo” [203]. Jest on darem przekazanym przez Jezusa swoim uczniom w dniu Zmartwychwstania: „Pokój z wami! Taki jest pokój Chrystusa Zmartwychwstałego, pokój nieuzbrojony i pokój rozbrajający, pokorny i wytrwały” [204]. Tymi słowami pozdrowiłem Kościół i świat w dniu mojego wyboru na Tron Piotrowy i pragnę je powtórzyć, aby zachęcić wszystkich do proszenia o ten dar. Nie ustawajmy w modlitwie o pokój i w wysiłku, by urzeczywistniać go w naszych relacjach i w społeczeństwie.

    ZAKOŃCZENIE

    1. „Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje” (1 Kor3, 10): są to słowa św. Pawła, który zachęca chrześcijan w Koryncie, aby strzegli jedności. Najdrożsi bracia i siostry, stawialiśmy sobie pytania o świat, który budujemy, pytając zarazem, co znaczy troska o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji. Na zakończenie tej refleksji pragnę pozostawić wam pewien sposób życia chrześcijańskiego: powściągliwy i wymagający, dzięki któremu można przeżywać tę zmianę epoki w świetle Ewangelii. Jest to wędrówka, która rodzi się z kontemplacji zamysłu Bożego, żyje jednością Kościoła, karmi się Słowem Bożym i Eucharystią, buduje świat w dobru i łączy się w modlitwie z Maryją Panną.

    Słowo stało się ciałem

    1. W świecie przenikniętym tyloma działaniami mającymi na celu zdobywanie rynków i stref wpływu, a które często przybierają postać uspokajających narracji i uwodzicielskich konstrukcji ideologicznych, nasze serce odczuwa potrzebę odkrycia innego zamysłu – mądrego i łaskawego – podobnego do tego, który Maryja kontempluje w Magnificat, gdy głosi, że z pokolenia na pokolenie miłosierdzie Boga rozciąga się nad tymi, którzy się Go boją [205]. Ten zamysł miłosierdzia przenika również dziś historię, także w jej najszybszych i najbardziej niespokojnych przemianach, naznaczonych przez algorytmy i globalne sieci, oraz staje się kompasem dla ewangelicznego życia w epoce cyfrowej.
    2. W centrum znajduje się tajemnica Wcielenia: Słowo stało się ciałem i pośród nas rozbiło swój namiot. Ciało Syna – ubogie i bezbronne – przywodzi na myśl ciała tylu braci i sióstr ogołoconych z godności i skazanych na milczenie [206]; a poprzez tę bliskość dar pokoju wkracza w świat w paradoksalny sposób – jako moc stawania się dziećmi Bożymi, która budzi się w nas, gdy pozwalamy, by dotknął nas płacz najmniejszych, kruchość osób starszych, milczenie ofiar, trud tych, którzy zmagają się ze złem, którego nie chcieliby popełniać [207]. W tym zranionym i umiłowanym ciele Ojciec ukazuje nam prawdziwe człowieczeństwo – życie, które spełnia się w otwartości i komunii, aż do tego stopnia, że rodzi w nas pragnienie, by Jego wola wypełniała się jako w niebie, tak i na ziemi [208].
    3. W obietnicach transhumanizmu i niektórych nurtów posthumanistycznych, dążących do człowieczeństwa ulepszonego i niemal odcieleśnionego, rozpoznajemy pragnienie, które dotyczy także i nas: potrzebę życia pełniejszego, mniej narażonego na słabość i cierpienie. Wcielenie otwiera jednak inną drogę. Podczas gdy dawne i nowe ideologie popychają człowieka ku technicznemu przekraczaniu ograniczeń i ku wynoszeniu się ponad innych w celu umocnienia panowania, misterium Syna Bożego, który wkracza w naszą kondycję, opowiada o ruchu przeciwnym: żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli [209], bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia. Nie ma takiej chwili ani takiego stanu człowieka, który byłyby niegodny Boga: „Zgodnie z nauczaniem naszej wiary mamy i adorujemy w naszych misteriach Boga, który rodzi się w żłobie; Boga, który żyje i przemierza Judeę; Boga, który umiera na krzyżu; Boga umarłego, który spoczywa w grobie” [210]. Przyszłość ludzkości znajduje więc swoje kryterium w zdolności przyjęcia tego Bożego sposobu stawania się bliskim, współdźwigania ciężaru świata i przemieniania relacji od wewnątrz. „O, cudzie (…): człowiek jest Bogiem, a ten Bóg-Człowiek przechodzi przez wszystkie te stopnie, znosi wszystkie te stany i je uszlachetnia, uświęca, przebóstwia w sobie samym!” [211]. Tym, co zbawia człowieka, jest miłość Boża, która zstępuje aż do najdelikatniejszego punktu ludzkiej historii i odnawia ją, poczynając od głębi.
    4. Dlatego ja – jako wierzący pośród wierzących – zapraszam do kontemplacji w obliczu Syna wspaniałego człowieczeństwa, które rzuca światło także na epokę AI. W Chrystusie rozumiemy, że człowiek jest powołany, by być współpracownikiem w dziele stworzenia, a nie zrezygnowanym widzem procesów technologicznych, które ograniczają jego wolność i odpowiedzialność [212]. Godność, którą Duch Święty rzeźbi w każdym z nas, wyraża się również w zdolności do krytycznego myślenia, do dokonywania wyborów i do bezinteresownej miłości oraz do wchodzenia w autentyczne relacje. Żaden system obliczeniowy, choćby najbardziej wyrafinowany, nie rodzi serca zdolnego się ofiarować ani sumienia zdolnego rozeznawać dobro. Nawet gdy maszyny osiągają niezwykłą wydajność, centrum historii pozostaje ludzkie oblicze, które domaga się, by na nie spojrzeć. To ludzkie oblicze jest pełnią, ku której zmierza historia. Jest tajemnicą rekapitulacji, pewnością, że Ojciec postanowił przywrócić wszystko Chrystusowi – jedynej Głowie – to, co w niebiosach, i to, co na ziemi (por. Ef1, 10). W tym zamyśle nic z tego, co autentycznie ludzkie, nie zostanie utracone, lecz wszystko zostanie oczyszczone i na nowo zjednoczone w Tym, który zbiera każdy okruch życia, każdą łzę i każde autentyczne ludzkie osiągnięcie, aby wyrwać je nicości i przekazać Ojcu jako odkupione.

    Jedno ciało w Chrystusie

    1. Duchowość, której potrzebujemy, jest duchowością eucharystyczną, to znaczy duchowością eklezjalnej jedności w miłości. Wcielenie i Zmartwychwstanie objawiają Boga, który wchodzi w naszą ludzką kondycję i przemienia ją w dar z siebie. Dar ten pozostaje obecny i skuteczny w Eucharystii, w której Pan udziela samego siebie i gromadzi Kościół, aby Jego ofiara stawała się zasadą jedności i źródłem nowego życia. Z tej komunii rodzi się także solidarność chrześcijańska, ponieważ „zjednoczenie z Chrystusem jest jednocześnie zjednoczeniem z wszystkimi, którym On daje siebie” [213]. Jak św. Augustyn wyjaśnia nowo ochrzczonym w swoim Kościele, chleb i wino na ołtarzu są sakramentem jedności wiernych w Chrystusie: „To, co się widzi, ma postać materialną, to, co się rozumie, niesie owoc duchowy. Jeśli więc chcesz zrozumieć Ciało Chrystusa, słuchaj, co Apostoł mówi do wiernych: «Wy zaś jesteście Ciałem Chrystusa i członkami» ( 1 Kor12, 27). Jeśli więc jesteście Ciałem Chrystusa i Jego członkami, to tajemnica wasza jest złożona na stole Pańskim – stamtąd otrzymujecie waszą tajemnicę. Na to, czym jesteście, odpowiadacie «Amen», a tak odpowiadając, składacie podpis. Słyszysz bowiem: «Ciało Chrystusa», i odpowiadasz: «Amen». Bądź więc członkiem Kościoła, aby to «Amen» znaczyło prawdę” [214].
    2. „Amen”, które wypowiadamy w liturgii, Ciało, które spożywamy, i Krew, którą pijemy, nadają kształt całemu naszemu życiu. Eucharystia jest „bardzo osobistym spotkaniem z Panem, a jednak nie jest nigdy tylko aktem indywidualnej pobożności” [215]. W niej ukazuje się w sposób widzialny, że „jesteśmy Kościołem Chrystusa, jesteśmy Jego członkami, Jego ciałem. Jesteśmy w Nim braćmi i siostrami. I w Chrystusie, mimo że jest nas wielu i jesteśmy różni, stanowimy jedno: « In Illo uno unum»” [216]. Eucharystia otwiera nas na sprawiedliwość i dzielenie się, ze szczególną troską o tych, którzy dźwigają ciężar biedy i wykluczenia. Podczas gdy nowe sieci ekonomiczne i technologiczne mogą rodzić wykluczenie, izolację i uzależnienia, Kościół karmiony Eucharystią jest powołany, by ukazywać inną miarę, pielęgnując więzi, przywracając głos tym, którzy są niewidoczni, i ukierunkowując procesy na godność osoby.

    Plac budowy naszych czasów

    1. Duchowość, którą pragnę przekazać, jest duchowością „roztropnego budowniczego”, który – ożywiony nadzieją na Królestwo Boże – angażuje się w budowanie świata w dobru (por. 1 Kor3, 10). Jak napisałem na początku tych rozważań [217], nasze budowanie musi mieć dziś jako fundament relację z Bogiem, jako zasadę – przyjęcie ludzkiej ograniczoności jako rzeczywistości naturalnej i pozytywnej, zaś jako styl – współodpowiedzialność i język ewangeliczny. Na koniec tej wędrówki projekt cywilizacji miłości zarysowuje się wyraźniej, a plac budowy wydaje się już otwarty, zwłaszcza dzięki wielu żywym kamieniom mocno zjednoczonym z Chrystusem – kamieniem węgielnym (por. 1 P 2, 4-6). Jesteśmy wezwani, by podjąć czynny udział w tym dziele, nie uciekając się ani do spirytualizmu, ani do naszych małych światów: musimy pozostać wierni prawdzie, inwestować w wychowanie, troszczyć się o relacje oraz miłować sprawiedliwość i pokój.
    2. Pozostańmy wierni prawdzie! Żyjąc zanurzeni w nieustannym przepływie informacji, opinii i obrazów, wiemy, jak łatwo można dziś ukierunkowywać decyzje i preferencje za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych algorytmów [218]. W tym kontekście ważne jest pielęgnowanie serca, które miłuje prawdę, które bardziej pragnie tego, co słuszne, niż tego, co przyciąga uwagę, i które bardziej szuka mądrości niż natychmiastowego efektu. Prawdą, której nie wolno nam utracić, jest prawda o Bogu i o istocie ludzkiej, tak jak objawił nam ją Chrystus. Trzeba porzucić indywidualistyczną i techniczną wizję człowieka, jakby rzeczywistość była jedynie czystą materią, którą można kształtować według egoistycznych interesów, zarówno jednostkowych, jak i zbiorowych [219]. Kształtujmy natomiast to, co Papież Franciszek nazwał „antropocentryzmem umiejscowionym” [220], który uznaje człowieka za stworzenie wpisane w sieć relacji z innymi istotami żyjącymi i z całym stworzeniem. Wierność prawdzie domaga się włączenia oferowanych przez technikę możliwości w drogę mądrości, która jest zdolna strzec zarazem godności każdej osoby i przyszłości naszego wspólnego domu.
    3. Inwestujmy w wychowanie, które rozpoczyna się od nas samych! Wszyscy potrzebujemy formacji, aby na sposób ludzki żyć w świecie cyfrowym, co jest integralną częścią wychowania do wiary i do dobrego życia według Ewangelii. Musimy wychowywać samych siebie do patrzenia na świat cyfrowy jak na nowy kontynent, domagający się ewangelizacji i potrzebujący wielkodusznych i dojrzałych w wierze misjonarzy. W sposób szczególny potrzeba dziś dorosłych, którzy na nowo odkryją swoje powołanie do bycia mistrzami wychowania, gotowymi do codziennej i cierpliwej pracy, wspartej przez szerokie i wspólne przymierza wychowawcze. Towarzyszenie dzieciom i młodzieży w takim korzystaniu z technologii, by były one przestrzenią odpowiedzialnych relacji, pomaganie im w rozpoznawaniu ich zagrożeń i wybieraniu tego, co sprzyja rozwojowi wolności wewnętrznej, stanowi dziś konkretną formę miłosierdzia i ochrony ich godności. Wychowywanie nowych pokoleń do przekonania, że ewolucja technologii nie podąża nieuchronną ścieżką, lecz może być ukierunkowywana przez odpowiedzialność osobistą i zbiorową, stanowi jedną z najcenniejszych posług dla dobra wspólnego.
    4. Troszczmy się o relacje! W epoce, która dąży do przyspieszenia i fragmentaryzacji, ludzkie ciało wciąż domaga się troski i uznania ze strony rąk zdolnych do czułości, uważnych umysłów i dobrych słów. Kultura cyfrowa mnoży połączenia i otwiera nowe możliwości spotkania; serce człowieka zachowuje jednak niezbywalną potrzebę bliskości. Zachęcam do pielęgnowania miejsc i chwil, w których fizyczna obecność pozostaje niezastąpiona, a są nimi: wspólnota stołu, gromadząca się wspólnota chrześcijańska, wizyta u osób samotnych czy posługiwanie osobom biednym. Są to znaki człowieczeństwa, które wciąż wierzy, że każde ciało jest świątynią Ducha Świętego i domem Boga; właśnie to przymierze chwały i kruchości staje się kryterium oceny modeli antropologicznych proponowanych przez współczesną kulturę.
    5. Miłujmy sprawiedliwość i pokój! Te same technologie, które ułatwiają komunikację i dostęp do zasobów, mogą wspierać modele wyzyskujące najbardziej bezbronnych, podsycać nowe formy niewolnictwa i przemieniać konflikt w okazję do zysku. Każdy wybór techniczny czy ekonomiczny przekształca się w miejsce duchowego rozeznawania, sposobność do sprawdzania, czy postęp w dziedzinie AI otwiera przestrzenie sprawiedliwości i uczestnictwa, czy też skupia bogactwo i władzę w rękach nielicznych. Zachęcam, by z trzeźwością patrzeć na łańcuchy produkcji cyfrowej, na warunki pracy ukryte za naszymi urządzeniami, na mechanizmy czerpiące korzyść z manipulacji i wojny, a zarazem by szukać konkretnych dróg wzrostu sprawiedliwości, uczestnictwa i troski o stworzenie. Nadzieja, którą głosimy, przychodzi z nieba, „aby tutaj, na ziemi, stworzyć nową historię”; właśnie dlatego wierzący angażują się, aby nierówności ustępowały miejsca większej sprawiedliwości i aby „zamiast przemysłu wojny zwyciężało rzemiosło pokoju” [221].
    6. Patrząc w przyszłość, pragnę przywołać obraz Nehemiasza, którego na początku tych rozważań obraliśmy jako towarzysza i przewodnika. Nehemiasz słyszy wołanie zranionego miasta, niesie ten ból w modlitwie, rozeznaje przed Bogiem, prosi o pomoc, otrzymuje pozwolenie, by wyruszyć, organizuje pracę, stawia czoła oporowi wewnętrznemu i zewnętrznemu, a także cegła po cegle odbudowuje wraz z ludem mury Jerozolimy. W nim dostrzegamy jasną przypowieść o naszym powołaniu do życia w czasach transformacji cyfrowej: byśmy nie byli biernymi widzami społecznych i kulturowych podziałów ani zwykłymi komentatorami ruin, lecz kobietami i mężczyznami, którzy wchodzą na place budowy historii – do laboratoriów badawczych, firm technologicznych, szkół, mediów, instytucji i wspólnot lokalnych – aby podnosić to, co zostało zrujnowane, i chronić to, co jest wystawione na zagrożenie. Jak Nehemiasz, również my jesteśmy wezwani do łączenia słuchania i odwagi, modlitwy i odpowiedzialności, aby miasto ludzkie stawało się bardziej nadające się do życia, także wtedy, gdy zdają się przeważać logiki technokratyczne i partykularne interesy.
    7. Obraz odbudowy Jerozolimy przywołuje obietnicę Nowego Testamentu dotyczącą miasta świętego, które nade wszystko zostaje nam dane w darze. W Apokalipsie nowa Jerozolima zstępuje ku nam jako dar dla całego Ludu Bożego, „przystrojona jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża” (Ap21, 2). Mury Jerozolimy nie są już fortyfikacjami obronnymi, lecz drogocennymi ozdobami Oblubienicy Baranka. Jej bramy, których Nehemiasz strzegł z tak wielką troską, pozostają na stałe otwarte dla wszystkich narodów. Obecność Boga daje wszystkim światło i życie. Miasto jest nowym Edenem, z jego wodą życia darowaną spragnionym i z jego drzewem życia, którego liście „służą do leczenia narodów” (Ap 22, 2). Oczekując na wypełnienie tej wizji, mamy ją przed oczami jako zachętę, jako wezwanie do przezwyciężania naszych podziałów i do wspólnej pracy: oto droga Jezusa Chrystusa – wczoraj, dziś i na wieki.

    Pieśń nadziei: Magnificat

    1. Czwartym punktem tego programu życia chrześcijańskiego – po wierze, która kontempluje zamysł miłości Ojca; po miłości, która jednoczy nas w jednym ciele eklezjalnym; po nadziei, która podtrzymuje nasze działanie w świecie – jest modlitwa. Naszemu zaangażowaniu towarzyszy Pieśń Maryi. Gdy Elżbieta oznajmia Jej, że stała się Matką Pana, Maryja wznosi hymn uwielbienia i radości: Jej dusza wielbi Pana, a Jej duch raduje się w Bogu, Jej Zbawicielu, ponieważ On wybrał dla swego planu zbawienia młodą, ubogą i małą dziewczynę. Nagle Maryja widzi całą historię oczami tego odkrycia. Wokół Niej nic się nie zmieniło: sytuacja społeczno-polityczna Jej epoki pozostaje taka sama – Rzymianie nadal panują nad Jej ziemią, a Jej lud pozostaje podzielony i upokorzony. A jednak wszystko zmieniło się w Niej samej i to pozwala Jej dostrzec to, co niewidzialne. Bóg jużobjawił moc swego ramienia, już rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, strącił władców z tronu, wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił. Bóg już ujął się za swoim sługą Izraelem. „Opowiada się On po stronie ostatnich. Jego zamysł jest często przysłonięty nieprzejrzystą warstwą ludzkich kolei życia, gdzie jest widoczny tryumf «pysznych, władców i bogatych». A jednak w końcu ujawnia się Jego tajemnicza moc” [222].
    2. Maryja Panna nie tylko uczy nas dostrzegać niewidzialne dzieło Boga, lecz także kieruje nasze spojrzenie „na przełomowe punkty ludzkości, gdzie dochodzi do zaburzenia świata, w konflikcie między pokornymi a możnymi, między ubogimi a bogatymi, między sytymi a głodnymi”, wychowując nas „do przyjęcia innej perspektywy, aby spojrzeć na świat od dołu, oczami cierpiących, a nie z perspektywy wielkich; aby patrzeć na historię oczami maluczkich, a nie z perspektywy możnych; aby interpretować wydarzenia historyczne z punktu widzenia wdowy, sieroty, cudzoziemca, poranionego dziecka, wygnańca, uciekiniera” [223]. W ten sposób Maryja Panna staje się „poetką i prorokinią odkupienia”, ponieważ z Jej ust wypływa „najpotężniejszy i najbardziej nowatorski hymn, jaki kiedykolwiek został wygłoszony, Magnificat; to Ona objawia przeobrażający plan ekonomii chrześcijańskiej, jej historyczny i społeczny skutek, który po dziś dzień czerpie z chrześcijaństwa swoje źródło i swoją siłę” [224].
    3. Z tą samą wiarą, jaką miała Maryja, stańmy się tkaczaminadziei w naszym świecie, dzieląc się tym, kim jesteśmy i co posiadamy, tak aby pośród nas wzrastała obecność Jezusa i kształtowało się Jego Królestwo. W pokornej wierności każdego dnia również epoka AI może stać się czasem, w którym Duch Święty doprowadza do dojrzałości cywilizację miłości w naszym życiu: Pan nadal czyni wszystko nowe i pozostawia każdej epoce otwartą możliwość, by stała się historią zbawienia w świetle Wcielenia. Zawierzam to pragnienie Matce Chrystusowej, Niewieście Magnificat, aby towarzyszyła naszym krokom w zmieniającej się teraźniejszości i strzegła w każdym z nas ufności pokładanej w Ewangelii, tak abyśmy mogli dawać świadectwo o pięknie wspaniałego człowieczeństwa, w którym mieszka Bóg.

    Dano w Rzymie, u Świętego Piotra, dnia 15 maja 2026, w drugim roku mego Pontyfikatu.

    LEON PP. XIV

    [1] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 22: AAS 58 (1966), s. 1042.

    [2] Por. tamże, 11: AAS 58 (1966), s. 1033-1034.

    [3] Tenże, Konst. dogmat. Lumen gentium, 1:  AAS 57 (1965), s. 5.

    [4] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 22: ASS 23 (1890-1891), s. 653: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 52-53.

    [5] Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 69: AAS 101 (2009), s. 702.

    [6] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 104: AAS 107 (2015), s. 888.

    [7] Tamże.

    [8] Św. Augustyn, Confessiones, I, 1, 1: CCSL 27, Turnhout 1981, s. 1: Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Kraków 2007, s. 25.

    [9] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 183: AAS 105 (2013), s. 1097.

    [10] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 36: AAS 58 (1966), s. 1054; por. Tenże, Dekret Apostolicam actuositatem, 7: AAS 58 (1966), s. 843-844.

    [11] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 44: AAS 58 (1966), s. 1065.

    [12] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 257: AAS 105 (2013), s. 1123.

    [13] Św. Jan Paweł II, List apost. w formie Motu proprio Socialium scientiarum (1 stycznia 1994): AAS 86 (1994), s. 209: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 39.

    [14] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 61: AAS 107 (2015), s. 871.

    [15] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 41: AAS 80 (1988), s. 570-572.

    [16] Tenże, List apost. Tertio millennio adveniente (10 listopada 1994), 35: AAS 87 (1995), s. 27: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (168)/1994, s. 15.

    [17]  Przemówienie do członków Fundacji „Centesimus Annus Pro Pontifice” (17 maja 2025): Spotkanie i słuchanie ubogich – skarbu Kościoła i ludzkości, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 39.

    [18] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 222: AAS 105 (2013), s. 1111.

    [19] Por. tamże, 236: AAS 105 (2013), s. 1115; Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 215: AAS 112 (2020), s. 1045-1046.

    [20] Sobór Watykański II, Konst. dogmat. Lumen gentium, 13: AAS 57 (1965), s. 17.

    [21] Por. Św. Paweł VI, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4: AAS 63 (1971), s. 403: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430.

    [22] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 243: AAS 105 (2013), s. 1118.

    [23] Por. Pius XII, Adhort. apost. Menti Nostrae (23 września 1950): AAS 42 (1950), s. 657-702.

    [24] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 5: AAS 83 (1991), s. 799.

    [25] Pius XI, Enc. Quadragesimo anno (15 maja 1931), 39: AAS 23 (1931), s. 189: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 76; por. Pius XII, Orędzie radiowe w L rocznicę „Rerum novarum”AAS 33 (1941), s. 198.

    [26] Por. Pius XII, Przemówienie do członków Świętego Kolegium i Prałatury Rzymskiej (24 grudnia 1940): AAS 33 (1941), s. 13.

    [27] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Mater et magistra (15 maja 1961), 2-3: AAS 53 (1961), s. 402: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 221.

    [28] Por. Tenże, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 87 [w tłum. pol. n. 163]: AAS 55 (1963), s. 301: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 302.

    [29] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.

    [30] Por. Tenże, Dekl. Dignitatis humanae, 2: AAS 58 (1966), s. 930-931.

    [31] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.

    [32]  Tamże, 87: AAS 59 (1967), s. 299: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 416.

    [33] Tenże, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4-7: AAS 63 (1971), s. 404-406: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430-431.

    [34] Św. Jan Paweł II, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 36: AAS 80 (1988), s. 561.

    [35] Por. Tenże, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 19: AAS 73 (1981), s. 625-629.

    [36] Por. tamże, 10: AAS 73 (1981), s. 600-602.

    [37] Por. Tenże, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 14: AAS 80 (1988), s. 526-528.

    [38] Por. tamże, 16: AAS 80 (1988), s. 531.

    [39] Por. tamże, 31-33: AAS 80 (1988), s. 555-559.

    [40] Por. Tenże, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 46: AAS 83 (1991), s. 850-851.

    [41] Por. tamże, 42: AAS 83 (1991), s. 845-846.

    [42] Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 21: AAS 101 (2009), s. 656.

    [43] Por. tamże, 22: AAS 101 (2009), s. 657.

    [44] Por. tamże, 24: AAS 101 (2009), s. 658-659.

    [45] Por. tamże, 36: AAS 101 (2009), s. 671-672.

    [46]  Por. tamże, 2: AAS 101 (2009), s. 642.

    [47] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 198: AAS 105 (2013), s. 1103.

    [48] Por. Tenże, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 49: AAS 107 (2015), s. 866.

    [49] Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 127: AAS 112 (2020), s. 1013.

    [50] Tenże, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 167: AAS 116 (2024), s. 1421.

    [51] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, Kielce 2005, 32.

    [52] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 24: AAS 58 (1966), s. 1045.

    [53]  Tamże, 22: AAS 58 (1966), s. 1042.

    [54] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 38.

    [55] Św. Jan Paweł II, Enc. Redemptor hominis (4 marca 1979), 14: AAS 71 (1979), s. 284.

    [56] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 11: AAS 101 (2009), s. 647-648.

    [57] Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 31: AAS 85 (1993), s. 1159.

    [58] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.

    [59] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 11: AAS 83 (1991), s. 806-807.

    [60] Por. Dykasteria Nauki Wiary, Dekl. Dignitas infinita (2 kwietnia 2024), 7: AAS 116 (2024), s. 592-593.

    [61] Por. tamże, 8: AAS 116 (2024), s. 593-594.

    [62] Tamże, 1: AAS 116 (2024), s. 589-590.

    [63] Por. Św. Jan Paweł II, Anioł Pański z osobami z niepełnosprawnościami w Katedrze w Osnabrück (16 listopada 1980): Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. III/2, Città del Vaticano 1980, s. 1232: Byłem upośledzony i przyszliście mi z pomocą, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 634.

    [64] Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 152.

    [65] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na Pięćdziesiątym Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 2: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 731: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 5.

    [66] Tenże, Przemówienie na XXXIV Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (2 października 1979), 7: AAS 71 (1979), s. 1148: Godność osoby ludzkiej fundamentem sprawiedliwości i pokoju, Tenże, Nauczanie papieskie, t. II, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań 1992, s. 261.

    [67] Tenże, Orędzie na XXXII Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1999), 3: AAS 91 (1999), s. 379:  Poszanowanie praw człowieka warunkiem prawdziwego pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 4.

    [68] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 5 [w tłum. pol. n. 9]: AAS 55 (1963), s. 259: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 272.

    [69] Św. Paweł VI, Przesłanie na Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka (15 kwietnia 1968): AAS 60 (1968), s. 285: cyt. za: Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 153.

    [70] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 2: AAS 87 (1995), s. 402.

    [71] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 27: AAS 58 (1966), s. 1047-1048; Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 80: AAS 85 (1993), s. 1197-1198; Tenże, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 7-28: AAS 87 (1995), s. 408-427.

    [72] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 208: AAS 112 (2020), s. 1043.

    [73] Por. tamże, 209: AAS 112 (2020), s. 1043-1044.

    [74] Tamże, 23: AAS 112 (2020), s. 977. Por. Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 212: AAS 105 (2013), s. 1108.

    [75] Por. Benedykt XVI, Adhort. apost. Sacramentum caritatis (22 lutego 2007), 83: AAS 99 (2007), s. 169.

    [76] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.

    [77] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 164.

    [78] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 235: AAS 105 (2013), s. 1115.

    [79] Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 105: AAS 112 (2020), s. 1005.

    [80] Św. Jan Paweł II, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 38: AAS 80 (1988), s. 564.

    [81] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 220: AAS 105 (2013), s. 1110.

    [82] Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 169.

    [83] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 16: AAS 112 (2020), s. 974.

    [84] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na L Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 8: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 735: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 6-7.

    [85] Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 171.

    [86] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 31: AAS 83 (1991), s. 831.

    [87] Tenże, Homilia podczas Mszy św. sprawowanej dla rolników w Recife, Brazylia (7 lipca 1980), 4: AAS 72 (1980), s. 926: Ziemia jest darem Boga dla wszystkich ludzi, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 97.

    [88] Tenże, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 19: AAS 73 (1981), s. 626.

    [89] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 93: AAS 107 (2015), 884; por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 120: AAS 112 (2020), s. 1010.

    [90] Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 189: AAS 105 (2013), s. 1099.

    [91] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 187.

    [92] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 26: ASS 23 (1890-1891), s. 656: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 54-55.

    [93] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 11: AAS 83 (1991), s. 806-807.

    [94] Por. tamże.

    [95] Por. tamże, 48: AAS 83 (1991), s. 852-854.

    [96] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 169: AAS 112 (2020), s. 1028.

    [97] Por. tamże, 168: AAS 112 (2020), s. 1027-1028.

    [98] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398.

    [99] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 32, 54: AAS 112 (2020), s. 980, 988.

    [100] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 58: AAS 101 (2009), s. 693-694.

    [101] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 116: AAS 112 (2020), s. 1009.

    [102] Św. Jan Paweł II, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 38: AAS 80 (1988), s. 564.

    [103] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 116: AAS 112 (2020), s. 1009.

    [104] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 48: AAS 101 (2009), s. 685.

    [105] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 25: AAS 58 (1966), s. 1045-1046.

    [106] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 42: AAS 80 (1988), s. 572-574.

    [107] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 53: AAS 105 (2013), s. 1042.

    [108] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Sollicitudo rei socialis (30 grudnia 1987), 36-37: AAS 80 (1988), s. 561-564.

    [109] Franciszek, Orędzie na CX Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2024 (29 września 2024): AAS 116 (2024), s. 735: Bóg idzie ze swoim ludem, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 6 (463)/2024, s. 40.

    [110] Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.

    [111] Por. tamże, 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398; Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 125-127: AAS 112 (2020), s. 1012-1013.

    [112] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397; Benedykt XVI, Przemówienie do Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej (8 stycznia 2007): AAS 99 (2007), s. 73: Wolność religijna wyrazem ludzkiej wolności, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2 (290)/2007, s. 19-21; Franciszek, Przemówienie do przedstawicieli ludów rdzennych z okazji XL Sesji Rady Zarządu Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (15 lutego 2017): AAS 109 (2017), s. 244-245.

    [113]  Dokument końcowy Drugiej Sesji XVI Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów (26 października 2024), 17.

    [114] Por. tamże, 11.

    [115] Por. tamże, 103-108.

    [116] Por. tamże, 100-101.

    [117] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 94: AAS 112 (2020), s. 1001.

    [118] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 53.

    [119] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 106-109, AAS 107 (2015), s. 889-891.

    [120] R. Guardini, Das Ende der Neuzeit, Würzburg 1951, s. 89: Koniec czasów nowożytnych. Świat i osoba. Wolność, łaska, los, tłum. Z. Włodkowa, M. Turowicz, J. Bronowicz, Kraków 1969, s. 68.

    [121] Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970), AAS 62 (1970), s. 833.

    [122] Por. Franciszek, Przemówienie do Rady ds. Kapitalizmu Inkluzywnego (11 listopada 2019), „L’Osservatore Romano”, 11-12 listopada 2019, s. 8.

    [123] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), AAS 117 (2025), s. 159-210; Franciszek, Orędzie na LVII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2023), AAS 116 (2024), s. 54-64: Sztuczna inteligencja i pokój, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (459)/2024, s. 4-9; Tenże, Orędzie na LVIII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2024): AAS 116 (2024), s. 261-266: Sztuczna inteligencja i mądrość serca – dla komunikacji w pełni ludzkiej, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (460)/2024, s. 4-7; Tenże, Przemówienie podczas Sesji G7 poświęconej sztucznej inteligencji. „Narzędzie fascynujące i zarazem przerażające” (14 czerwca 2024): AAS 116 (2024), s. 866-875; Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy dotyczących przyszłości człowieka (9 lutego 2026); Orędzie na LX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2026): „L’Osservatore Romano”, 24 stycznia 2026, s. 2-3: Chronić ludzkie głosy i twarze, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (480)/2026, s. 48-51.

    [124] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 96: AAS 117 (2025), s. 201.

    [125] Franciszek, Przemówienie do uczestników spotkania „Minerva Dialogues”, zorganizowanego przez Dykasterię Kultury i Edukacji (27 marca 2023): AAS 115 (2023), s. 465.

    [126] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 41: AAS 117 (2025), s. 178.

    [127] Por. tamże, 44-45, AAS 117 (2025), s. 179-180.

    [128] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 40: AAS 83 (1991), s. 843.

    [129] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 63.

    [130] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970): AAS 62 (1970), s. 833.

    [131] Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 3.

    [132] „Jeśli serce jest dewaluowane, dewaluuje się również to, co oznacza mówienie od serca, działanie z sercem, dojrzewanie i uzdrawianie serca. Kiedy nie doceniamy specyfiki serca, tracimy odpowiedzi, których sama inteligencja nie może dać, tracimy spotkanie z innymi, tracimy poezję. Tracimy także historię i nasze dzieje, ponieważ prawdziwa osobista przygoda to ta, którą buduje się zaczynając od serca. U schyłku życia tylko to będzie się liczyć”: Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 11: AAS 116 (2024), s. 1372.

    [133] V. Frankl, Man’s Search for Meaning. An Introduction to Logotherapy, Boston 1963, s. 213: Człowiek w poszukiwaniu sensu, tłum. A. Wolnicka, Warszawa 2009, s. 197.

    [134] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, I-II, q. 112, a. 1, co.; q. 114, a. 5, co.: ed. Leonina, VII, Roma 1892, s. 323, 349.

    [135] Por. tamże, q. 114, a. 1, co.: ed. Leonina, VII, 344.

    [136] Por. Tenże, Super Boetium De Trinitate, q. 1, a. 2, ad 3: ed. Leonina, L, Roma 1992, s. 96; Summa Theologiae, I, q. 7, a. 1, ad 3: ed. Leonina, IV, Roma 1888, s. 72.

    [137] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 8: AAS 105 (2013), s. 1022.

    [138] Św. Jan Paweł II, Enc. Redemptor hominis (4 marca 1979), 15: AAS 71 (1979), s. 286-287.

    [139] Św. Augustyn, De civitate Dei, XIV, 28: CCSL 48, Turnhout 1955, s. 451: Państwo Boże, tłum. W. Kubicki, Kęty 2002, s. 546.

    [140]Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 34: AAS 101 (2009), s. 668-669.

    [141] Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 32: AAS 85 (1993), s. 1159.

    [142] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 207: AAS 112 (2020), s. 1043.

    [143] H. Arendt, The Origins of Totalitarianism, t. III, New York 1962, s. 474: Korzenie totalitaryzmu, tłum. M. Szawiel, D. Grinberg, Warszawa 1993, s. 510.

    [144]  Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 681-682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.

    [145] Benedykt XVI, Orędzie na XLVII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2013): AAS 105 (2013), s. 183: Serwisy społecznościowe: portale prawdy i wiary; nowe przestrzenie ewangelizacji, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3-4 (351)/2013, s. 11.

    [146] Franciszek, Przemówienie z okazji wręczenia insygniów Kawalera i Damy Wielkiego Krzyża Orderu Piusa IX Panu Philipowi Pullelli i Pani Valentinie Alazraki (13 listopada 2021): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2021, s. 12.

    [147] Por. Platon, List VII, 344b-c: ed. Souilhé, t. XIII/1, Paris 1931 ( CUF, Série grecque 63), s. 54: Tenże, Listy (Biblioteka Klasyków Filozofii), przeł. M. Maykowska, przedm. i koment. uzup. M. Pąkcińska, Warszawa 1987, s. 55-56.

    [148] Por. Przemówienie do uczestników Konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.

    [149] Por. Przemówienie do członków Advisory Board RCS Academy (7 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 7 listopada 2025, s. 4.

    [150] Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 3: AAS 73 (1981), s. 584.

    [151] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 128: AAS 107 (2015), s. 898.

    [152] Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 67: AAS 117 (2025), s. 188-189.

    [153] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 18: AAS 73 (1981), s. 622-625.

    [154] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 109: AAS 107 (2015), s. 891.

    [155] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 32: AAS 101 (2009), s. 666.

    [156] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 268.

    [157] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 64: AAS 101 (2009), s. 698.

    [158] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 129: AAS 107 (2015), s. 899.

    [159] Por. tamże.

    [160] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 108: AAS 112 (2020), s. 1006.

    [161] Por. Kongregacja Nauki Wiary – Dykasteria do spraw Służby Integralnemu Rozwojowi Człowieka, „Oeconomicae et pecuniariae quaestiones”. Rozważania służące etycznemu rozeznaniu niektórych aspektów współczesnego systemu gospodarczo-finansowego (6 stycznia 2018), 6: AAS 110 (2018), s. 772.

    [162] Franciszek, Pozdrowienie do pracowników Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (IFAD) (14 lutego 2019): AAS 111 (2019), s. 309. Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 22: AAS 101 (2009), s. 657.

    [163] Por. tamże, 36: AAS 101 (2009), s. 671-672.

    [164] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 204: AAS 105 (2013), s. 1105-1106.

    [165] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 87: AAS 59 (1967), s. 299.

    [166] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 39: AAS 83 (1991), s. 841.

    [167] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 211.

    [168] Por. Św. Jan Paweł II, List Gratissimam sane (2 lutego 1994), 17: AAS 86 (1994), s. 903-906: List do Rodzin z okazji Roku Rodziny 1994, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 24-25.

    [169] Por. Konferencja Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych, Sons and Daughters of the Light. A Pastoral Plan for Ministry with Young Adults (12 listopada 1996), Washington D.C. 1996, I, 3.

    [170] Por. Papieska Rada Iustitia et PaxKompendium nauki społecznej Kościoła, 290.

    [171] Por. tamże, 214.

    [172] Por. Franciszek, Orędzie na XLVIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2014), 4: AAS 107 (2015), s. 70-71: Już nie niewolnicy, lecz bracia, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (367)/2014, s. 6-7.

    [173] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, Pamięć i pojednanie. Kościół i winy przeszłości, Città del Vaticano 2000, 5.3.

    [174] Jak na przykład w Bullach Eugeniusza IV Sicut dudum (13 stycznia 1435) i Etsi suscepti (9 stycznia 1442) oraz w Bullach Mikołaja V Dum diversas (18 czerwca 1452) i Romanus Pontifex (8 stycznia 1455). Naciski polityczne, a niekiedy także ekonomiczne, przeważały nad wymogami ewangelicznymi. Ewangelizacja była w ten sposób często naginana albo błędnie interpretowana pod wpływem ingerencji władz doczesnych, co prowadziło do relatywizowania niezgodności niewolnictwa z sumieniem chrześcijańskim.

    [175] Por. Leon XIII, Enc. In plurimis (5 maja 1888): Acta Leonis XIII, t. VIII, Roma 1889, s. 169-192: Breviarium missionum. Wybór dokumentów Kościoła dotyczących dzieła misyjnego, t. 1, oprac. B. Wodecki, F. Wodecki, F. Zapłata, Warszawa 1979, s. 154-172. Warto zauważyć, że jeszcze w 1866 r. Święte Oficjum rozróżniało między niemoralnymi i moralnymi aspektami poddaństwa, nie potępiając go w pełni: Rzym, Archiwum Dykasterii Nauki Wiary, Istr. 1293: Instrukcja Świętego Oficjum w odpowiedzi na różne wątpliwości biskupa Massaia, Wikariusza Apostolskiego w kraju Galla [ Oromo], kwiecień 1866, odpowiedź na pytanie 15.

    [176] Por. Św. Jan Paweł II, Bulla Incarnationis mysterium (29 listopada 1998), 11: AAS 91 (1999), s. 139-141: Bulla ogłaszająca Wielki Jubileusz Roku 2000, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 13-15.

    [177] Por. Św. Paweł VI, Regina caeli (17 maja 1970): Insegnamenti di Paolo VI, t. VIII, Città del Vaticano 1971, s. 506.

    [178] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 183: AAS 112 (2020), s. 1033-1034.

    [179] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.

    [180] Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS 57 (1965), s. 877-881.

    [181] Organizacja Narodów Zjednoczonych, Karta Narodów Zjednoczonych (26 czerwca 1945), Preambuła.

    [182] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 258: AAS 112 (2020), s. 1060-1061. „Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie wojny były rzekomo «usprawiedliwione». Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o możliwości uprawnionej obrony przy użyciu siły zbrojnej, co oznacza wykazanie, że istnieją pewne «ścisłe warunki uprawnienia moralnego». Łatwo jest jednak popaść w zbyt szeroką interpretację tego możliwego prawa. Próbuje się w ten sposób usprawiedliwić także ataki «prewencyjne» lub działania wojenne, które łatwo pociągają za sobą «poważniejsze zło i zamęt, niż zło, które należy usunąć»”; por. KKK, 2309.

    [183] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 99: AAS 117 (2025), s. 202-203.

    [184] Por. tamże, 103: AAS 117 (2025), s. 204.

    [185] Por. Przemówienie do uczestników Zgromadzenia Dzieł Pomocy Kościołom Wschodnim (ROACO) (26 czerwca 2025): AAS 117 (2025), s. 847-849.

    [186] Por. Franciszek, Orędzie na LIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2019): AAS 112 (2020), s. 54-61: Pokój jako droga nadziei – dialog, pojednanie i nawrócenie ekologiczne, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (419)/2020, s. 4-7.

    [187] J.R.R. Tolkien, The Lord of the Rings. Part III: The Return of the King, New York 1965, s. 190: Władca Pierścieni, t. III: Powrót Króla, tłum. M. Skibniewska, Warszawa 1990, s. 148.

    [188]  Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.

    [189]  Tamże, s. 25.

    [190] Św. Jan Paweł II, Orędzie na XXXI Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1998), 1: AAS 90 (1998), s. 147: Sprawiedliwość każdego człowieka źródłem pokoju dla wszystkich, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (199)/1998, s. 4.

    [191] Św. Augustyn, Enarrationes in Psalmos, 84, 12: CCSL 39, Turnhout 1956, s. 1172-1173: Objaśnienia Psalmów. Ps 78-102, tłum. J. Sulowski, oprac. E. Stanula, Warszawa 1986, s. 83-84.

    [192] Por. Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 22: AAS 116 (2024), s. 1375-1376.

    [193] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 115: AAS 112 (2020), s. 1008-1009.

    [194] Por. tamże, 261: AAS 112 (2020), s. 1062.

    [195] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS 57 (1965), s. 878-879.

    [196] Por. Pius XII, Orędzie radiowe Un’ora grave (24 sierpnia 1939): AAS 23 (1939), s. 334.

    [197] G. La Pira, Riflessioni sul Concilio. Discorso del Sindaco di Firenze Prof. Giorgio La Pira alle «Guides de France» (Rzym, 4 września 1962), Firenze 1962, s. 6.

    [198]  Przemówienie do uczestników Jubileuszu Kościołów Wschodnich (14 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 686: Apel do przywódców: spotkajmy się, rozmawiajmy, negocjujmy!, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 30.

    [199] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 271: AAS 112 (2020), s. 1066.

    [200] Por. Tenże, Apel o pokój w Asyżu z okazji Światowego Dnia Modlitwy o Pokój „Pragnienie pokoju. Religie i kultury w dialogu” (20 września 2016): AAS 108 (2016), s. 1124.

    [201] Tenże, Przemówienie do członków Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej z okazji składanych życzeń noworocznych (9 stycznia 2025): AAS 117 (2025), s. 110: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (469)/2025, s. 47.

    [202] Por. Tenże, Przemówienie do uczestników XXXVIII Sesji FAO (20 czerwca 2013): AAS 105 (2013), s. 616-617.

    [203]  Pierwsze błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (8 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 660: Chcemy być Kościołem, który zawsze szuka pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 8.

    [204]  Tamże.

    [205] Por. Homilia podczas Pierwszych Nieszporów uroczystości Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (31 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 2 stycznia 2026, s. 1-2: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 66-67.

    [206] Por. Homilia Mszy w dzień Narodzenia Pańskiego (25 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 27 grudnia 2025, s. 3: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 59-60.

    [207] Por. tamże.

    [208] Por. Modlitwa Anioł Pański w uroczystość Objawienia Pańskiego (6 stycznia 2026): „L’Osservatore Romano”, 7 stycznia 2026, s. 3: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 73-74.

    [209] Por. Homilia Mszy w nocy Narodzenia Pańskiego (24 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 27 grudnia 2025, s. 2: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 57-59.

    [210] P. de Bérulle, Discours de l’état et des grandeurs de Jésus, Discours IV, Unité de Dieu en l’incarnation: Œuvres complètes, Paris 1856, kol. 218.

    [211] Tamże.

    [212] Por. Przemówienie na Konferencji „Artificial Intelligence and Care of Our Common Home” (5 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 5 grudnia 2025, s. 2.

    [213] Benedykt XVI, Enc. Deus caritas est (25 grudnia 2005), 14: AAS 98 (2006), s. 228-229.

    [214] Św. Augustyn, Sermones, 272: In die Pentecostes ad infantes de sacramentoPL 38, Paris 1865, kol. 1247: Karmię was tym, czym sam żyję. Ojcowie Kościoła prowadzą przez święta roku kościelnego, oprac. M. Starowieyski, komentarze J. Miazek, Kraków 2015, s. 285.

    [215] Benedykt XVI, Homilia podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej (21 kwietnia 2011): AAS 103 (2011), s. 321: Eucharystia jest tajemnicą wielkiej bliskości i komunii każdego człowieka z Panem, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 6 (334)/2011, s. 35.

    [216]  Przemówienie do Kurii Rzymskiej z okazji życzeń na święta Bożego Narodzenia (22 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 22 grudnia 2025, s. 6-7: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 56.

    [217] Por. n. 11-14 w niniejszej Encyklice.

    [218] Por. Przemówienie na konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.

    [219] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 34: AAS 101 (2009), s. 668-670.

    [220] Franciszek, Adhort. apost. Laudate Deum (4 października 2023), 67: AAS 115 (2023), s. 1059.

    [221] Por. Modlitwa Anioł Pański w uroczystość Objawienia Pańskiego (6 stycznia 2026): „L’Osservatore Romano”, 7 stycznia 2026, s. 3: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 73.

    [222] Benedykt XVI, Audiencja generalna (15 lutego 2006): „L’Osservatore Romano”, 16 lutego 2006, s. 4: „Magnificat” – Pieśń Maryi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 4 (282)/2006, s. 45-46.

    [223]  Medytacja podczas czuwania modlitewnego i modlitwy różańcowej o pokój (11 października 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 października 2025, s. 2: Medytacja podczas Jubileuszu Duchowości Maryjnej, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 10 (476)/2025, s. 61-62.

    [224] Św. Paweł VI, Homilia w sanktuarium Matki Bożej w Bonarii (24 kwietnia 1970): AAS 62 (1970), s. 301.

    ***

    Czym jest dokładnie encyklika?

    fot. Vatican Media

    ***

    Pierwsza encyklika papieża Leona XIV „Magnifica humanitas”, która zostanie ogłoszona 25 maja, będzie – według niektórych zestawień – 301 tego typu dokumentem w historii Kościoła katolickiego.

    Słowo „encyklika”, pochodzące z greki, oznacza „list okólny”. W tradycji katolickiej jest to uroczysty dokument papieski kierowany do Kościoła powszechnego. Papież, jako odpowiedzialny za cały Kościół, zwraca się w nim do Kościołów pozostających w komunii z biskupem Rzymu.

    Encyklika nie jest jedyną formą papieskiego nauczania, ale należy do jego najbardziej uroczystych i rozpoznawalnych dokumentów.

    Encykliki wywodzą się ze starożytnej praktyki wysyłania listów przez jednych biskupów do drugich, by zapewnić jedność doktryny i życia Kościoła. Praktykę tę wznowił papież Benedykt XIV (1740-1758), wysyłając „listy okólne” do biskupów na tematy doktrynalne, moralne lub dyscyplinarne, dotyczące całego Kościoła. Sam termin „encyklika” wszedł jednak do powszechnego użytku dopiero za pontyfikatu Grzegorza XVI (1831-1846).

    Najwięcej encyklik ogłosił papież Leon XIII (1878-1903) – aż 86 w ciągu 25 lat swego pontyfikatu. Dla porównania św. Jan Paweł II (1978-2005) w ciągu ponad 26 lat wydał ich 14. Wiele encyklik Leona XIII było jednak tekstami krótkimi i dziś nazwano by je raczej listami apostolskimi lub orędziami.

    Tytuł encykliki pochodzi od pierwszych słów jej oficjalnej, łacińskiej wersji. Encykliki są ważnymi dokumentami nauczania papieskiego. Zwykle dotyczą spraw doktrynalnych, moralnych, duchowych lub społecznych i służą wyjaśnieniu oraz pogłębieniu nauczania Kościoła.

    Gdy encykliki poruszają kwestie społeczne, bywają adresowane nie tylko do katolików, ale także do wszystkich ludzi dobrej woli. Praktykę tę zapoczątkował w 1963 r. św. Jan XXIII encykliką „Pacem in terris”, chociaż już słynna encyklika Leona XIII „Rerum novarum”, ze względu na podjęcie ważnego tematu społecznego, miała o wiele większy zasięg oddziaływania niż tylko w ramach Kościoła katolickiego.

    Ostatnia ogłoszona encyklika papieska to „Dilexit nos” papieża Franciszka, opublikowana 24 października 2024 r. Dotyczy „ludzkiej i Bożej miłości Serca Jezusa Chrystusa”.

    stacja7.pl, KAI

    ***

    NIEDZIELA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    24 maja

    Dziś – siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa – Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało “uzbrojone mocą z wysoka” a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.

     Adobe.Stock.pl

    ***

    W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się “Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się je 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.

    Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. “I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

    W ten sposób rozpoczyna się nowy etap – czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.

    Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz “do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.

    Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.

    Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.

    W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego – Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.

    Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są “majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.

    Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.

    Kai -Tygodnik Niedziela

    ***

    Ojciec św. Leon XIV w niedzielę zesłania Ducha Świętego mówił o pokoju po odpuszczenia grzechów i przebaczeniu

    Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju, misji i prawdy – na te trzy wymiary zwrócił uwagę Leon XIV w homilii podczas uroczystości Zesłania Ducha Świętego. „Zaskakując nas swoją miłością, właśnie On – Zmartwychwstały, mówi: «Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone»” – podkreślił Papież.

    Papież Leon XIV

    Papież Leon XIV –  Vatican Media

    ***

    Dlatego Pięćdziesiątnica jest świętem paschalnym i świętem Ciała Chrystusa, którym jesteśmy dzięki łasce.

    – podkreślił Papież.

    „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone”

    W swej homilii Leon XIV zatrzymał się na trzema aspektami. Pierwszy: „Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju”. Papież zaznaczył, że poprzez swoją Paschę Chrystus wprowadza pokój między Bogiem a ludzkością, a Duch Święty wlewa go w serca i rozlewa na świat.

    Ten pokój pochodzi z przebaczenia i prowadzi nas do przebaczenia: zaczyna się od przebaczenia darowanego przez samego Jezusa, który został przez nas zdradzony, skazany i ukrzyżowany.

    Ojciec Święty dodał, że „Pan wylewa Ducha pokoju od początku do końca dziejów, ponieważ Ten, który wszystkich odkupił od śmierci, nikogo nie wyklucza”.

    Kościół bohaterem Ewangelii, a nie tylko jej stróżem

    „Duch Zmartwychwstałego jest Duchem misji” – to drugi aspekt, na który zwraca uwagę Papież i dodaje, że sam Jezus mówi: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.

    Najdrożsi, naprawdę jesteśmy uczestnikami Ewangelii: cały Kościół jest jej bohaterem, a nie tylko jej stróżem.

    – podkreśla Leon XIV.

    Papież zaznaczył, że to mocą Ducha Świętego nasze głoszenie staje się pełne radości i nadziei, ponieważ to my – właśnie my – jesteśmy nowością świata, światłem i solą ziemi.

    Z pewnością nie dzięki naszym zasługom ani przywilejom, ale dzięki słowu Pana, które uświęca grzesznika, uzdrawia trędowatego, a z tego, kto się Go zaparł, czyni apostoła.

    Jedność buduje się w prawdzie

    Jako trzeci aspekt Leon XIV podkreślił, to, że misja rozpoczyna się od głoszenia prawdy o Bogu i o człowieku, ponieważ Duch Zmartwychwstałego jest „Duchem Prawdy”.

    Sam Pan nam to obiecał, prosząc o jedność dla swojego Kościoła – jedność opartą na miłości Boga – źródle naszej miłości. Duch, który mówił przez proroków, zawsze buduje jedność w prawdzie, ponieważ wzbudza w nas zrozumienie, zgodę i spójność życia.

    – zaznaczył Papież.

    Niech Duch Zmartwychwstałego wybawi nas od zła wojny

    Na koniec Papież apelował: „z żarliwym sercem módlmy się dzisiaj, aby Duch Zmartwychwstałego wybawił nas od zła wojny, którą zwycięża nie supermocarstwo, lecz Wszechmoc miłości. Prośmy Go, aby uleczył nas z plagi grzechu przez odkupienie ogłoszone wszystkim narodom w imię Jezusa”.

    Papież modlił się, aby ta łaska, która wlewa w Apostołów odwagę napełniła nią „również nas – dziś i zawsze – za wstawiennictwem Maryi, Matki Kościoła”.

     Vatican News/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa” – mówił Papież podczas modlitwy Anioł Pański.

    fot. Vatican Media

    „Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu” – zaznaczył Papież, dodając, że „poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu”.

    Bez Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu

    Drugimi drzwiami które otwiera Duch Święty są te do Wieczernika, czyli Kościoła. „Bez ognia DuchaŚwiętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami” – podkreślił Leon XIV.

    Kościół ma otwarte drzwi dla wszystkich

    Papież zaznaczył, że Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być «Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich».

    Duch pomagając pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia

    Papież powiedział, że „Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą”. Dodał, że tam, gdzie jest Duch Pański, „rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność”.

    „Musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte” – apelował Papież. 

    „Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła” – powiedział Leon XIV.

    „Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój” – powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Caeli w uroczystość zesłaniu Ducha Świętego, 24 maja 2026 roku.

    Cała treść przemówienia papieża.

    Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!

    W dzisiejszą uroczystość Pięćdziesiątnicy jesteśmy wezwani do kontemplacji daru Ducha Świętego, wylanego obficie na rodzący się Kościół, a dziś ponownie udzielanego jego członkom jako światło i siła towarzyszące im w każdej sytuacji życiowej.

    Możemy przyjrzeć się obrazowi Ducha Świętego, który przedstawia nam dzisiejsza liturgia: Duch otwiera drzwi. Ewangelia mówi nam bowiem, że „tam, gdzie przebywali uczniowie, […] drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami” (J 20, 19), a jednocześnie Księga Dziejów Apostolskich opowiada nam, że Duch zstąpił jak gwałtowny wicher (por. Dz 2, 2), który otworzył te drzwi, skłonił uczniów do wyjścia i głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie Zmartwychwstałym.

    Również dzisiaj możemy zadać sobie pytanie: jakie drzwi otwiera Duch Święty?

    Pierwsze drzwi prowadzą do samego Boga, ponieważ otwierają nam dostęp do Jego misterium, objawionego w Jezusie Chrystusie. Poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu. Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu.

    Drugimi drzwiami są drzwi Wieczernika, czyli Kościoła. Bez ognia Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami. Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być „Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich” (Homilia podczas Mszy św. otwierającej Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów, 4 października 2023)[1].

    Wreszcie, Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą. Tam, gdzie jest Duch Pański, rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność.

    Bracia i siostry, również w naszych czasach, a zwłaszcza w tym dniu Pięćdziesiątnicy, musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte. Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój.

    Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła.

    www.vatican.va

    ***

    sobota 23 maja 2026


    Dziś Wigilia Zesłania Ducha Świętego!

    Dziś Wigilia Zesłania Ducha Świętego! Sprawdź, gdzie w Twoim mieście organizowana jest modlitwa
    fot. Serge Taeymans / Unsplsah

    ***

    Czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego to ważne wydarzenia, które obchodzone są w wielu wspólnotach w całej Polsce i na świecie. W tym roku Wigilia Zesłania Ducha Świętego przypada w nocy z 23 na 24 maja.

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego to szczególny moment dla chrześcijan na całym świecie. Jest to święto nazywane inaczej Pięćdziesiątnicą, ponieważ Duch Święty objawił się zebranym w Wieczerniku apostołom pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Chrystusa.

    W związku z wigilią Zesłania Ducha Świętego, która przypada w wieczór poprzedzający uroczystość, w wielu parafiach w Polsce i na całym świecie organizowane są nocne czuwania połączone ze wspólną modlitwą, uwielbieniem, a często również agapą i Eucharystią. Dostępne informacje o czuwaniach można znaleźć w lokalnych ogłoszeniach parafialnych oraz w mediach społecznościowych wspólnot i parafii.

    Deon.pl

    ***

    Królowo Apostołów módl się za nami

    Brak dostępnego opisu zdjęcia.

    Dzisiejszego Dnia, w sobotę przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego, Księża Pallotyni (Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego) obchodzą swoje Patronalne Święto Królowej Apostołów – nawiązując do Wieczernika, gdzie Najświętsza Maryja Panna wraz z Apostołami oczekiwała na Ducha Pocieszyciela. Tego dnia cała wspólnota jednoczy się wokół swojej głównej Patronki, prosząc o łaskę charyzmatu apostolstwa.

    Święto Maryi Królowej Apostołów nie mówi jedynie o godności Maryi. Mówi o tajemnicy Kościoła. O źródle wszelkiego apostolstwa. O ciszy, z której rodzi się ogień. Dla św. Wincenty Pallottiego Kościół nie był jakąś religijną administracją. Był organizmem żywym, ciałem oddychającym Duchem Świętym. Bolało go chrześcijaństwo ospałe, zamknięte w zakrystiach, oddzielające świętość od życia. Był przekonany, że każdy ochrzczony nosi w sobie wezwanie do apostolstwa, jak iskra nosi w sobie możliwość wskrzeszenia potężnego ognia.

    Ale gdzie znaleźć wzór Kościoła żywego?

    Św. Wincenty Pallotti odnalazł go nie w pałacach, nie w traktatach teologicznych i nie w triumfach historii. Odnalazł go w Wieczerniku.

    To tam, pośród lęku, zamkniętych drzwi i drżących serc, rodzi się Kościół. Nie z siły ludzi, ale z mocy Boga. Apostołowie nie są jeszcze bohaterami. Są ubodzy, zagubieni i bezradni. I właśnie pośród nich trwa Ona – Maryja. Nie naucza. Nie przewodzi. Nie zajmuje miejsca Piotra. A jednak jest centrum tej ciszy, z której za chwilę wybuchnie Pięćdziesiątnica.

    Św. Wincenty Pallotti rozumiał tę tajemnicę głębiej niż wielu teologów. Wiedział, że istnieje autorytet większy od władzy: autorytet obecności. Maryja nie była Apostołem, a jednak została Królową Apostołów. Nie dlatego, że mówiła najwięcej, lecz dlatego, że najpełniej pozwoliła działać Bogu.

    W swoich duchowych zapiskach zanotował niezwykłe postanowienie:

    „Postanawiam przedstawiać sobie (…), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku (…), z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem”.

    To nie była pobożna metafora. Dla Pallottiego Wieczernik stawał się stanem duszy. Człowiek prawdziwie apostolski to ten, kto żyje nieustannie między modlitwą a ogniem Ducha Świętego.

    Dlatego także swoje dzieło, Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, budował nie na strategii, lecz na duchu Wieczernika. Uważał, że wszelkie apostolstwo umiera wtedy, gdy przestaje klękać. Aktywizm bez kontemplacji staje się tylko hałasem. Człowiek może mówić o Chrystusie całemu światu, a jednocześnie samemu oddalać się od Niego.

    Pallotti odkrył także coś jeszcze: że Maryja jest najskuteczniejszą pomocą każdego apostoła nie dlatego, że usuwa trudności, ale dlatego, że uczy miłości wiernej aż do końca. Apostoł bez miłości staje się propagandystą. Apostoł z sercem Maryi staje się świadkiem. Właśnie dlatego pod koniec życia zapragnął pozostawić swoim duchowym synom obraz. W rzymskim kościele Najświętszego Zbawiciela na Fali polecił namalować ikonę Maryi pośród Apostołów w dniu Zesłania Ducha Świętego. I znamienne jest to, że pośród Apostołów znajdują się tam również kobiety. To nie detal artystyczny. To manifest duchowy. Pallotti chciał powiedzieć Kościołowi: apostolstwo nie jest przywilejem wybranych. Duch Święty nie zna kast. Maryja w Wieczerniku nie stoi ponad Kościołem. Jest w sercu Kościoła. Jak płomień lampy, który nie zwraca uwagi na siebie, a bez którego wszystko pogrąża się w ciemności.

    I może właśnie tego najbardziej potrzeba współczesnemu chrześcijaństwu: ludzi Wieczernika, ludzi, którzy zanim zaczną mówić światu o Panu Bogu, pozwolą najpierw, by Miłosierny Pan, który jest Miłością, rozpalił ich własne serca.

    ***

    Królowa Apostołów w życiu św. Wincentego Pallottiego

    Brak dostępnego opisu zdjęcia.

    W dniu dzisiejszym przypada liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny, Królowej Apostołów, głównej patronki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Poniżej jest fragment z artykułu ks. Jana Kupki SAC opublikowany w miesięczniku „Miejsca Święte”, pod tytułem: „Królowa Apostołów, Patronka Pielgrzymów”.

    Św. Wincenty Pallotti pragnął, aby Kościół był żywym organizmem. Uważał, że wszyscy ludzie ochrzczeni powinni aktywnie uczestniczyć w realizacji apostolskiej misji Kościoła. Troska o Kościół żywy i poszukiwanie powszechnego wzoru, według którego wszyscy mogliby realizować swoje apostolskie powołanie, zaprowadziły Pallottiego do jerozolimskiego Wieczernika. Tam bowiem Duch Święty napełnił swoją mocą uczniów Chrystusa, uświęcił ich i obdarza swoimi darami, aby Kościół mógł się objawić publicznie i głosić Ewangelię, prowadząc wszystkich ludzi do Chrystusa. Dlatego Wieczernik stał się dla Pallottiego obrazem żywego Kościoła i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.

    Nic więc dziwnego, że w swoich zapiskach duchowych zanotował w 1816 roku następujące oświadczenie: „Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego” (Wybór Pism, t. III, s. 46–47).

    Pallotti dążył również do tego, aby z duchowości jerozolimskiego Wieczernika czerpać moc do swojej działalności apostolskiej i wskazać go jako model swoim synom i córkom duchowym. Opisując przeżycia duchowe, jakimi obdarzył go Bóg w Osimo w 1840 roku, zanotował, że gdy przeczytał żywot Matki Bożej, Jezus Chrystus „ukształtował w jego umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Wybór Pism, t. I, s. 201). Chodzi tu o żywot Najświętszej Maryi Panny noszący tytuł Mistyczne Miasto Boże, a napisany przez hiszpańską mistyczkę Marię z Agredy, żyjącą w latach 1602–1665. Znajdujemy tam opis zgromadzenia apostołów w Wieczerniku jerozolimskim po Wniebowstąpieniu i dokonania przez nich podziału zadań apostolskich. Po dziesięciodniowej wspólnej modlitwie i poście z Maryją św. Piotr z natchnienia Bożego „podzielił” ówczesny świat na dwanaście regionów i poprzydzielał je poszczególnym apostołom. Właśnie według tego opisu Pallotti nakreślił podczas pobytu w Camaldoli w 1839 roku gigantyczny plan apostolski obejmujący wszystkie dziedziny działalności apostolskiej Kościoła. Zadania te podzielił na 13 sektorów, które nazwał prokurami. W ten sposób rozwinął ideę o powszechnym apostolstwie i nadał jej konkretny kształt jako wzorzec apostolskiego działania w Kościele.

    Godna podkreślenia jest myśl Pallottiego, że wszyscy ludzie wierzący rozwijają swoje apostolstwo pod najskuteczniejszą opieką Niepokalanej Matki Boga, Królowej Apostołów z dwóch powodów: po pierwsze – przez swoje zasługi i wstawiennictwo wyprasza Ona u Boga wszelkie dary i łaski potrzebne apostołom, a po drugie – jest Ona dla wszystkich najdoskonalszym wzorem gorliwości i doskonałej miłości. Dlatego jak w początkach Kościoła Maryja wspierała Apostołów swoją obecnością w Wieczerniku i jednoczyła na modlitwie, tak również dzisiaj jest obecna jako Matka Kościoła, przynaglając wszystkich wyznawców Chrystusa do jednoczenia wysiłków apostolskich i działania w mocy Ducha Świętego we współczesnym świecie.

    Całą swoją duchowość dotyczącą Maryi Królowej Apostołów Wincenty Pallotti wyraził w obrazie Królowej Apostołów namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku dla kościoła Najświętszego Zbawiciela na Fali w Rzymie. Obraz ten namalował włoski malarz Serafin Cesaretti według sztychu niemieckiego malarza Johanna Friedricha Overbecka. Przedstawia on Matkę Bożą otoczoną Apostołami w dniu zesłania Ducha Świętego. Ideę Pallottiego o powszechnym apostolstwie wyraża na tym obrazie obecność dwóch kobiet pośród Apostołów.

    ***

    Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów

    Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.

    fot. Wikipedia

    ***

    Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.

    Czym jest wieczernik?

    To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.

    Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.

    Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego

    Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.

    Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?

    Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.

    Tam, gdzie jest Ona

    Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego.
    Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać.
    Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”

    s. Monika Cecot SAC/ Stacja7.pl

    Modlitwa do Maryi, Królowej Apostołów

    Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.

    (Maciej Okoński OP, „52 furtki do nieba”)

    ***

    O Wigilii Zesłania Ducha Świętego.

    Czyli po co obchodzić Wigilię Paschalną jeszcze raz?

    – Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Peter Kwasniewski. Amerykański filozof i pisarz wyjaśnia, dlaczego Kościół aż do 1955 r. – czyli przez ponad 1000 lat – obchodził Wigilię Zesłania Ducha Świętego w tak uroczysty i rozbudowany sposób.

    Wraz z reformami liturgicznymi roku 1955 papież Pius XII zniósł obrzędy Wigilii Zesłania Ducha Świętego, pozostawiając samą Mszę św. z tego dnia. Wcześniej jednak liturgia była o wiele dłuższa. Zawierała połowę (6 z 12) czytań z Wigilii Paschalnej, obrzęd poświęcenia wody chrzcielnej, Litanię do Wszystkich Świętych, a przede wszystkim – Sakrament Chrztu udzielany katechumenom. Było to swego rodzaju powtórzenie Wigilii Paschalnej w nieco skróconej formie, co dr Peter Kwasniewski trafnie nazwał „miniaturą Wigilii Paschalnej”.

    – Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Kwasniewski. – Tak jak Wigilia Paschalna łączy ciemność Wielkiej Soboty z pełnym światłem Niedzieli Wielkanocnej, tak Wigilia Zesłania Ducha Świętego sprzed 1955 roku głęboko jednoczy tajemnicę Wielkiej Nocy z wylaniem Ducha Świętego – dodaje.

    W słynnym „Roku Liturgicznym” francuski liturgista Dom Guéranger OSB pisze:

    – Dawniej Wigilia ta była sprawowana w sposób podobny do Wigilii Paschalnej. Wierni udawali się do kościoła wieczorem, aby uczestniczyć w uroczystym udzielaniu chrztu. (…) Zamiast dwunastu Proroctw, które czytano w Noc Wielkanocną, gdy kapłani odprawiali nad katechumenami obrzędy przygotowujące do chrztu, odczytywano tylko sześć; przynajmniej taki był zwyczaj, co sugeruje, że liczba chrzczonych w Zesłanie Ducha Świętego była mniejsza niż w Wielkanoc. Paschał był ponownie wnoszony tej nocy łaski, aby wzbudzić w nowo ochrzczonych szacunek i miłość do Syna Bożego, który stał się człowiekiem, aby być Światłością świata. Obrzędy już wcześniej opisane i wyjaśnione przy okazji Wielkiej Soboty były powtarzane, a Ofiara Mszy Świętej, w której uczestniczyli neofici, rozpoczynała się jeszcze przed świtem.

    Z czasem jednak – gdy chrześcijaństwo stawało się coraz powszechniejsze – liczba katechumenów spadała, bowiem Chrzest był udzielany zaraz po narodzinach. W konsekwencji niejednokrotnie nie było katechumenów przyjmujących Chrzest w Noc Pięćdziesiątnicy, lecz mimo to liturgia ta nie straciła swojej tradycyjnej treści.

    Dr Peter Kwaśniewski wyjaśnia, że udzielanie Sakramentu Chrztu właśnie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego ma podłoże teologiczne. Istnieje bowiem związek między Chrztem, Duchem Świętym i Zmartwychwstaniem Chrystusa, wskazany już przez św. Jana Apostoła w słowach: Trzej bowiem dają świadectwo: Duch, woda i krew, a ci trzej w jedno się łączą (1 J 5,7-8).

    – Te tajemnice są nierozdzielne – do tego stopnia, że celebrować chrzest to zjednoczyć człowieka ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa; to obmyć z grzechów i napełnić jego duszę łaską oraz miłością Boga, czyniąc ją mieszkaniem Ducha Świętego. Mówiąc prościej: chrzcić to wzywać Ducha Świętego, a celebrować Jego zstąpienie to albo udzielać chrztu, albo z wdzięcznością wspominać swój własny chrzest wcielający w Chrystusa i dążyć do jego pogłębienia – zwraca uwagę amerykański pisarz i filozof.

    Zaś św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6, 3-5).

    Związek między tymi trzema tajemnicami – Chrztu, Zmartwychwstania i Ducha Świętego – nadaje szczególny sens udzielaniu Sakramentu Chrztu właśnie w Noc Pięćdziesiątnicy. Dr Kwaśniewski zauważa, że w języku angielskim tradycyjna nazwa tego dnia to Whitsunday, czyli dosłownie „Niedziela biała” albo „Niedziela białych szat” – w nawiązaniu do koloru szat noszonych przez katechumenów.

    Pomiędzy obydwiema wigiliami – czyli Wielkanocnej i Zesłania Ducha Świętego – są jednak drobne różnice, a raczej ta druga jest „skróconą” wersją Wigilii Paschalnej. Wtedy nie błogosławi się już ognia ani nie śpiewa Exultetu – bo nie trzeba już ogłaszać Zmartwychwstania Chrystusa. Wciąż jednak błogosławi się wodę chrzcielną i zanurza się w niej Paschał poświęcony w Noc Wielkanocną. Te same czytania są wygłaszane ponownie, choć jest iż już tylko 6, a nie 12. Zachowane są wszystkie śpiewy pomiędzy nimi (czyli Traktusy) oraz Litania do Wszystkich Świętych, a wszystko kulminuje się – tak samo jak w Noc Wielkanocną – w uroczystym Gloria odśpiewanym na początku Mszy, podczas którego po raz pierwszy brzmią organy.

    Widać zatem głęboką mądrość starszych pokoleń i liturgistów, którzy w taki sposób ozdobili Paschalne Misterium. Kościół bowiem rozpoczyna okres Wielkanocny od „wielkiej” Wigilii Paschalnej, po czym następuje 50 dni radości wielkanocnej, zwieńczonej Oktawą Zesłania Ducha Świętego – również poprzedzaną przez Wigilię, choć tym razem już nieco uproszczoną. Szkoda, że reformy liturgiczne roku 1955 przetrwała sama Msza Wigilii Pięćdziesiątnicy, a wcześniejsze (ponad tysiącletnie!) obrzędy zostały usunięte. Jest to tym bardziej tragiczne, że drugie co do wielkości święto w roku liturgicznym straciło należny mu dzień przygotowania.

    Peter Kwaśniewski /PCh24.pl/źródło: onepeterfive.com/AF

    ***


    W Zesłanie Ducha Świętego możesz pomóc duszom czyśćcowym

    godongphoto | Shutterstock

    ***

    W uroczystość Zesłania Ducha Świętego można w bardzo konkretny sposób pomóc duszom czyśćcowym.

    Jutro, 24 maja 2026, przypada uroczystość Zesłania Ducha Świętego, która wiąże się z możliwością uzyskania odpustu zupełnego.

    Jak uzyskać odpust zupełny w uroczystość Zesłania Ducha Świętego?

    W uroczystość zesłania Ducha Świętego każdy wierny może uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami za siebie lub za jedną osobę w czyśćcu.

    Te warunki to: brak grzechu ciężkiego, przyjęcie Komunii Świętej w dany dzień, wyrzeczenie się przywiązania do najmniejszego grzechu i modlitwa w intencjach papieża Leona.

    Aby uzyskać ten opust należy odmówić lub odśpiewać hymn „O Stworzycielu Duchu, przyjdź” – „Veni Creator Spiritus”.

    Zazwyczaj jest od odmawiany w czasie Eucharystii.

    „O Stworzycielu Duchu, przyjdź”

    O Stworzycielu, Duchu, przyjdź,
    Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg.
    Niebieską łaskę zesłać racz
    Sercom, co dziełem są Twych rąk.

    Pocieszycielem jesteś zwan
    I najwyższego Boga dar.
    Tyś namaszczeniem naszych dusz,
    Zdrój żywy, miłość, ognia żar.

    Ty darzysz łaską siedemkroć,
    Bo moc z prawicy Ojca masz,
    Przez Boga obiecany nam,
    Mową wzbogacasz język nasz.

    Światłem rozjaśnij naszą myśl,
    W serca nam miłość świętą wlej
    I wątłą słabość naszych ciał
    Pokrzep stałością mocy Twej.

    Nieprzyjaciela odpędź w dal
    I Twym pokojem obdarz wraz.
    Niech w drodze za przewodem Twym
    Miniemy zło, co kusi nas.

    Daj nam przez Ciebie Ojca znać,
    Daj, by i Syn poznany był.
    I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,
    Niech wyznajemy z wszystkich sił.

    Niech Bogu Ojcu chwała brzmi,
    Synowi, który zmartwychwstał,
    I Temu, co pociesza nas,
    Niech hołd wieczystych płynie chwał.

    Amen.

    Taki sam odpust można uzyskać w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, czyli w Nowy Rok. Zazwyczaj Msze Święte w ten dzień rozpoczyna się właśnie od hymnu do Ducha Świętego.

    Dariusz Dudek /Aleteia.pl

    ***


    7 prostych sposobów, by na co dzień żyć swoim chrztem

    Pope Francis Newborn baby head baptism
    Photo by Handout / VATICAN MEDIA / AFP

    ***

    Zbliżamy się do końca okresu wielkanocnego – czasu, w którym Kościół ze szczególną mocą celebruje zmartwychwstanie Chrystusa i nasze odrodzenie w sakramencie chrztu. Choć to Wigilia Paschalna jest momentem uroczystego odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych, to świadomość bycia dzieckiem Bożym powinna nam towarzyszyć każdego dnia.

    Chrzest nie jest bowiem tylko jednorazowym wydarzeniem z przeszłości, ale fundamentem naszej tożsamości. Jak w praktyce przypominać sobie o tym, że zostaliśmy włączeni w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa? Oto 7 prostych wskazówek.

    1 Świadomy znak krzyża

    To jedna z najkrótszych, a zarazem najgłębszych modlitw. Wykonując ten gest, oddajemy nasz umysł, emocje i czyny Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Przez chrzest uczestniczymy w kapłańskiej misji Jezusa – oznacza to, że każda chwila naszej codzienności może stać się duchową ofiarą składaną Bogu. Niech znak krzyża będzie dla ciebie znakiem przynależności.

    2 Korzystanie z wody święconej

    Warto mieć ją w swoim domu (np. w małym kropielniku przy drzwiach). Znak krzyża wykonany wodą święconą to bezpośrednie nawiązanie do momentu polania głowy nad chrzcielnicą. Woda symbolizuje oczyszczenie i nowe życie. Przypomina, że w Chrystusie „umarliśmy dla grzechu”, by stać się nowym stworzeniem (por. Rz 6, 8).

    3 Modlitwa „Chwała Ojcu…”

    To najkrótsza doksologia, czyli modlitwa uwielbienia Trójcy Świętej. Jest ona ściśle związana z formułą chrzcielną. Pamiętaj, że „za wielką cenę zostaliście nabyci” (1 Kor 7, 23) i wyrwani z niewoli. Krótkie „Chwała Ojcu” wypowiedziane w ciągu dnia to akt wdzięczności za dar odkupienia.

    4 Lektura Słowa Bożego

    Chrzest włącza nas w prorocką misję Chrystusa. Prorok to ktoś, kto słucha Boga i niesie Jego słowo światu. Aby żyć zgodnie z Ewangelią, musimy ją najpierw znać. Regularne sięganie po Pismo Święte pozwala poznać naukę Mistrza i – dzięki mocy Ducha Świętego – wcielać ją w czyn.

    5 Drobne dobre uczynki

    Sakrament ten daje nam również udział w królewskiej misji Chrystusa. W chrześcijaństwie „królować” oznacza jednak „służyć”. Każdy gest życzliwości, drobna pomoc czy uśmiech to realizacja Twojego chrześcijańskiego powołania. W ten sposób upodabniasz się do Chrystusa-Sługi.

    6 Błogosławienie innych

    To szczególne zadanie dla małżonków i rodziców, ale nie tylko. Każdy ochrzczony jest powołany do tego, by „błogosławić, a nie złorzeczyć” (por. Rz 12, 14b). Możesz to robić dwutorowo: modląc się za osoby, które spotykasz, oraz dostrzegając dobro w otaczającym Cię świecie. Dzielenie się radością to także forma błogosławieństwa.

    7 Odważne dzielenie się wiarą

    Duch Święty, którego otrzymaliśmy na chrzcie (i który umocnił nas w bierzmowaniu), uzdalnia nas do świadectwa. Nie każdy musi głosić kazania, ale każdy ma swoją przestrzeń: rozmowę z przyjacielem, dyskretną pomoc potrzebującym czy zaangażowanie we wspólnocie parafialnej. Znajdź sposób dopasowany do twojej osobowości – Duch Święty podpowie ci, jak to zrobić.

    Dariusz Dudek /Aleteia.pl

    ***

    Islam i przemoc.

    Biskup Eleganti nie ma złudzeń, ostre słowa!

    obraz_2022-11-03_192057502.png
    fot. YouTube/Marian Eleganti

    Kilka dni temu islamista we włoskiej Modenie wjechał w grupę przechodniów. Ranna została również Polka. Jedna z poszkodowanych osób straciła obie nogi. Po ataku natychmiast stwierdzono, jakoby sprawca miał problemy psychiczne. Problem w tym, że wypisywał też agresywnie antychrześcijańskie e-maile… 

    O tym oczywistym akcie islamskiej przemocy mówił w rozmowie z włoską “Il Giornale” bp Marian Eleganti ze Szwajcarii, emerytowany biskup pomocniczy diecezji Chur. 

    – Dlaczego chrześcijanie nie dopuszczają się takich aktów terrorystycznych? Najwyraźniej ich religia oferuje znacznie większy potencjał indywidualnej odporności w obliczu demonicznych aktów przemocy, wymierzonych w niewinnych ludzi, którzy nie mają osobistych relacji ze sprawcą. Benedykt XVI miał absolutną rację, diagnozując problem przemocy w islamie. To oczywisty fakt – powiedział.

    – Islam jest niezgodny z naszą koncepcją społeczeństwa i państwa, ukształtowaną przez chrześcijaństwo, z naszą koncepcją wolności religijnej i osobistej wolności sumienia. Islam był religią antychrześcijańską od samego początku – dodał hierarcha.

    – Wszędzie doprowadził do zaniku lub niemal całkowitego chrześcijaństwa – podkreślił.

    – To pozostaje aktualne do dziś. Wielu lewicowców i muzułmanów podziela dziś swoją fundamentalną wrogość wobec chrześcijaństwa; a przynajmniej żaden z nich nie kiwnąłby palcem, by chrześcijaństwo przetrwało w naszych społeczeństwach. Zamiast tego marzą o erze postchrześcijańskiej – zaznaczył hierarcha. 

    Jak podkreślił, kiedy tylko muzułmanie zdobędą większość, przekonamy się o prawdziwej skali przemocy, do jakiej jest gotowy islam. – Wtedy tak zwani niewierni, czyli niemuzułmanie, nie będą mieć się już dobrze… – ocenił. 

    PCh24.pl/źródło: Il Giornale/Pach

    ***

    22 maja 2026

    „Zawsze szuka kontaktu z Bogiem”. Osobisty sekretarz ujawnia, jaki na co dzień jest Leon XIV

    Za murami Watykanu Leon XIV ma jeden niezmienny rytuał. Jego osobisty sekretarz, ks. Edgard Rimaycunaa zdradził, co papież robi każdego dnia, zanim zajmie się sprawami Kościoła.

    fot. Agustinos, youtube (printscreen)/Vatican Media

    W wywiadzie opublikowanym 18 maja przez Zakon św. Augustyn osobisty sekretarz Leona XIV, pochodzący z Peru ksiądz Edgard Rimaycunaa zdradził szczegóły dotyczące codziennego życia duchowego Ojca Świętego. Przyznał, że papież spędza każdy dzień, skupiając się na modlitwie, milczeniu i poszukiwaniu Boga, nie zapominając przy tym o obowiązkach związanych z kierowaniem Kościołem.

    Ks. Rimaycuna opisał papieża Leona jako człowieka, który „żyje zawsze w nieustannej obecności Boga”. Od początku dnia ma ustalone pory modlitwy, w tym Mszę świętą i odmawianie Liturgii Godzin; modlimy się również na różańcu – wyjaśnił.

    Dodał również, że papież przez cały dzień „zawsze szuka kontaktu z Bogiem poprzez ciszę i modlitwę przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy”. Jego zdaniem na duchowość Leona XIV głęboki wpływ ma myśl św. Augustyna. Ojciec Święty szuka Boga w sobie; rozmawia z Nim, to jest modlitwa – dodał.

    „Jest człowiekiem, który stara się budować mosty”

    Pochodzący z Peru duchowny zaznaczył, że duchowe doświadczenie Leona XIV znajduje następnie odzwierciedlenie w jego relacjach z ludźmi, z którymi pracuje. Ta bliskość przejawia się w czasie, jaki poświęca każdej osobie, która do niego przychodzi oraz w uwadze, jaką poświęca tym, którzy zwierzają się jemu ze swoich trudności lub trosk. Kiedy ktoś powierza mu konkretną intencję lub troskę, bardzo o tym pamięta – zapewnił.

    Ks. Rimaycuna opisał również Leona XIV jako człowieka cierpliwego i rozważnego w sprawowaniu rządów nad Kościołem. Nie jest człowiekiem podejmującym błyskawiczne decyzje. Zawsze myśli, słucha i bierze pod uwagę także poglądy przeciwne – powiedział. Zaznaczył, iż Ojciec Święty stara się unikać konfrontacji i promować jedność. Jest człowiekiem, który stara się budować mosty, dąży do dialogu i zawsze unika konfrontacji – stwierdził.

    Pokój: nieustanna troska

    Papieski sekretarz zwrócił również uwagę, że jednym z największych źródeł cierpienia Ojca Świętego są obecne wojny. Bardzo cierpi z tego powodu – powiedział, odnosząc się do konfliktów na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Przypomniał, że pierwsze słowa Leona XIV po wyborze na Stolicą Piotrową były wezwaniem do pokoju: „Pokój wam wszystkim”. On zawsze działa na rzecz pokoju; nieustannie wzywa władze do zawieszenia broni – podkreślił.

    Ks. Rimaycuna poprosił wiernych o nieustanne modlitwy w intencji Ojca Świętego, biorąc pod uwagę duchowy ciężar, jaki papież niesie, kierując Kościołem powszechnym.

    Watykan/Stacja7.pl

    ***

    20 maja 2026

    Co znaczy, że liturgia czyni nas Ciałem Chrystusa?

    “Liturgia jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie”.

    fot. Vatican Media

    ***

    Kontynuując cykl katechez na temat dokumentów II Soboru Watykańskiego papież rozpoczął omawianie Konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium”.


    Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!

    Rozpoczynamy dziś cykl katechez poświęconych pierwszemu dokumentowi promulgowanemu przez Sobór Watykański II, czyli Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum Concilium (SC).

    Opracowując tę konstytucję, Ojcowie soborowi chcieli nie tylko podjąć reformę obrzędów, ale także doprowadzić Kościół do kontemplacji i pogłębienia tej żywej więzi, która go tworzy i jednoczy: misterium Chrystusa. Liturgia bowiem porusza samo serce tego misterium: jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie. W liturgii bowiem „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia” (SC, 2), które czyni z nas wybrane plemię, królewskie kapłaństwo, naród święty, lud, który Bóg nabył sobie na własność (por. 1 P 2, 9).

    Jak ukazała potrójna odnowa – biblijna, patrystyczna i liturgiczna – która dokonała się w Kościele w ciągu XX w., Misterium, o którym mowa, nie oznacza jakiejś mrocznej rzeczywistości, lecz zbawczy zamysł Boga, ukryty od wieczności i objawiony w Chrystusie, zgodnie ze słowami św. Pawła (por. Ef 3, 3-6). Oto zatem Misterium chrześcijańskie: wydarzenie paschalne, to znaczy męka, śmierć, zmartwychwstanie i uwielbienie Chrystusa, które właśnie w liturgii zostaje nam uobecnione sakramentalnie, tak że ilekroć uczestniczymy w zgromadzeniu zebranym „w Jego imię” (Mt 18, 20), zostajemy zanurzeni w tym Misterium.

    Chrystus – żywe serce misterium Kościoła

    Sam Chrystus jest wewnętrzną zasadą misterium Kościoła, świętego Ludu Bożego, zrodzonego z Jego boku przebitego na krzyżu. W świętej liturgii, mocą swojego Ducha, On nadal działa. Uświęca Kościół, swoją Oblubienicę, i włącza go do swojej ofiary składanej Ojcu. Wypełnia swoje absolutnie jedyne kapłaństwo – On, który jest obecny w głoszonym Słowie, w sakramentach, w osobach celebrujących szafarzy, w zgromadzonej wspólnocie oraz – w najwyższym stopniu – w Eucharystii (SC, 7). Tak więc, według św. Augustyna (por. Sermones, 277), sprawując Eucharystię, Kościół „przyjmuje Ciało Pana i staje się tym, co przyjmuje”: staje się Ciałem Chrystusa, „by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha” (Ef 2, 22). To jest „dzieło naszego odkupienia”, które upodabnia nas do Chrystusa i umacnia nas w komunii.

    W liturgii świętej ta komunia urzeczywistnia się „przez obrzędy i modlitwy” (SC, 48). Rytuały Kościoła wyrażają jego wiarę – zgodnie ze słynnym wyrażeniem lex orandi, lex credendi – i jednocześnie kształtują tożsamość eklezjalną: głoszone Słowo, celebracja sakramentu, gesty, milczenie, przestrzeń – wszystko to ukazuje i nadaje kształt ludowi zgromadzonemu przez Ojca, Ciału Chrystusa, Świątyni Ducha Świętego. Każda celebracja staje się w ten sposób prawdziwą epifanią Kościoła trwającego na modlitwie, jak przypomniał św. Jan Paweł II (List apost. Vicesimus quintus annus, 9).

    Liturgia tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich

    Jeśli liturgia służy misterium Chrystusa, można zrozumieć, dlaczego została zdefiniowana, że „jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc” (SC, 10). To prawda, że działanie Kościoła nie ogranicza się wyłącznie do liturgii, jednak wszelka jego działalność (przepowiadanie, posługa ubogim, towarzyszenie sprawom ludzkim) zmierza ku temu „szczytowi”. Z drugiej strony liturgia wspiera wiernych, zanurzając ich nieustannie i na nowo w Paschę Pana, a zatem poprzez głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i wspólną modlitwę są oni pokrzepiani, umacniani i odnawiani w swoim zaangażowaniu w wiarę i w swojej misji. Innymi słowy, uczestnictwo wiernych w czynności liturgicznej jest jednocześnie „wewnętrzny” i „zewnętrzny”.

    Oznacza to również, że owo uczestnictwo ma konkretnie przenikać całe życie codzienne w dynamice etycznej i duchowej, tak aby celebrowana liturgia przekładała się na życie i domagała się wierności, zdolnej do urzeczywistnienia tego, co zostało przeżyte podczas celebracji: w ten sposób nasze życie staje się „ofiarą, żywą, świętą, Bogu miłą”, realizując naszą „służbę Bożą” (Rz 12, 1).

    W ten sposób „liturgia przekształca tych, którzy są wewnątrz Kościoła, w święty przybytek w Panu” (SC, 2) i tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich. Jest ona bowiem przeniknięta Duchem Świętym, wprowadza nas ona w życie Chrystusa, czyni nas Jego Ciałem i we wszystkich swoich wymiarach stanowi znak jedności całego rodzaju ludzkiego w Chrystusie. Jak powiedział Papież Franciszek: „Świat jeszcze tego nie wie, ale wszyscy są zaproszeni na ucztę weselną Baranka (Ap 19, 9)” (List apost. Desiderio desideravi, 5).

    Najdrożsi, pozwólmy, aby obrzędy, symbole, gesty, a przede wszystkim żywa obecność Chrystusa w liturgii, wewnętrznie nas kształtowały – będziemy mieli jeszcze okazję zgłębić to w kolejnych katechezach.

    Katecheza Papieża -Stacja7.pl – KAI

    ***
    Pierwsza encyklika papieża Leona XIV: Sztuczna inteligencja w rocznicę „Rerum Novarum”

    pope-leo-xiv-general-audience-st-peters-square-vatican

    Antoine Mekary | ALETEIA

    ***

    Watykańskie źródła donoszą, że 15 maja papież Leon XIV podpisze swoją pierwszą encyklikę. 

    Papież Leon wkrótce podpisze dokument poświęcony sztucznej inteligencji, pokojowi oraz ładu światowemu co będzie historycznym ukłonem w stronę katolickiej nauki społecznej. Jak podaje niemiecka agencja prasowa KNA, powołując się na „różne źródła watykańskie”, publikacja ma nastąpić już w przyszłym tygodniu. Wybór tej daty nie jest przypadkowy. Dzieło papieża stanie się kontynuacją tradycji encyklik społecznych, które ukształtowały zaangażowanie Kościoła w sprawy współczesnego świata.

    Cytat z dokumentu papieża Leona, adhortacji „Dilexi Te”:

    {"rendered":"Papiez\u0307 Leon XIV Adhortacja DILEXI TE [galeria]"}

    ***

    Dziedzictwo Leona XIII

    Precedens ten zapoczątkował papież Leon XIII swoją encykliką „Rerum Novarum, wydaną 15 maja 1891 roku. Dokument ten był pierwszą systematyczną odpowiedzią Kościoła na wstrząsy rewolucji przemysłowej – poruszał kwestie praw pracowniczych, własności prywatnej oraz moralnych obowiązków zarówno robotników, jak i pracodawców. To właśnie z tego tekstu wyrosła dzisiejsza katolicka nauka społeczna (lub inaczej: nauka społeczna Kościoła).

    Nieliczne encykliki społeczne wydane w kolejnych dekadach często ogłaszano właśnie w rocznice dokumentu Leona XIII. W tym roku przypada 135. rocznica tego wydarzenia. Leon XIV od początku dawał do zrozumienia, że jego pontyfikat jest inspirowany postacią Leona XIII i że zamierza pochylić się nad wielkimi zmianami zachodzącymi w naszym świecie – zwłaszcza tymi wywołanymi przez AI. Wydaje się więc, że data 15 maja była mu w pewien sposób pisana.

    Historyczne encykliki majowe

    W historii Kościoła publikacja encyklik często miały miesce 15 maja:

    • 1931 r. „Quadragesimo Anno”: Dokładnie w 40. rocznicę „Rerum Novarum” papież Pius XI pogłębił myśl swojego poprzednika. Pod wpływem jezuickiego myśliciela Oswalda von Nell-Breuninga sformułował zasadę pomocniczości (subsydiarności) i doprecyzował krytykę socjalizmu, wytykając mu brak poszanowania dla osoby ludzkiej i własności prywatnej.
    • 1961 r. „Mater et Magistra”: Trzy dekady później św. Jan XXIII wydał w tym samym dniu dokument opowiadający się za większym udziałem pracowników w życiu gospodarczym.

    Choć inne ważne teksty, jak „Pacem in Terris” (1963) Jana XXIII czy „Populorum Progressio” (1967) Pawła VI, ukazywały się w innych terminach, to papież Jan Paweł II starał się powrócić do „tradycji majowej”.

    Encyklika „Laborem Exercens” miała zostać opublikowana 15 maja 1981 roku, jednak plany te pokrzyżował zamach na życie papieża z 13 maja. Ostatecznie dokument ukazał się we wrześniu. Kolejna, „Centesimus Annus” – podsumowująca upadek komunizmu i oferująca wyważoną afirmację gospodarki rynkowej przy jednoczesnym akcentowaniu jej etycznych granic – została wydana w „setną rocznicę” „Rerum Novarum”, 1 maja 1991 roku.

    „Magnifica humanitas”

    Doniesienia oraz komentarze samego papieża sugerują, że pierwsza encyklika Leona XIV, roboczo zatytułowana „Magnifica humanitas” (Wspaniałe człowieczeństwo), podejmie kwestie o nie mniejszym znaczeniu. Sztuczna inteligencja budzi dziś palące pytania o ludzką sprawczość, pracę i odpowiedzialność. Dodatkową nagłość nadają publikacji kruchość prawa międzynarodowego oraz trwające konflikty zbrojne.

    To, co wyróżnia ten moment, to nie tylko tematyka, ale świadome odwołanie do historii. Wybierając datę 15 maja, Leon XIV wysyła sygnał, że nauka społeczna Kościoła nie jest statyczna. Ewoluuje ona w odpowiedzi na nową rzeczywistość, pozostając jednak zakotwiczona w niezmiennych zasadach: godności każdej osoby, prymacie dobra wspólnego oraz moralnych ograniczeniach władzy.

    Jeśli te przewidywania się potwierdzą, Leon XIV wpisze się w żywą tradycję, która niezmiennie stara się odpowiadać na najbardziej złożone wyzwania każdej epoki.

    Daniel Esparza – Kathleen N. Hattrup Aleteia.pl

    ***

    poniedziałek 18maja


    W rocznicę urodzin św. Jana Pawła II

    prezydent Polski Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą modlił się przy grobie Papieża Polaka

    W 106. rocznicę urodzin Jan Paweł II prezydent Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą Nawrocką odwiedzili Bazylikę św. Piotra w Watykanie. Przy grobie Papieża Polaka złożono kwiaty i modlono się za ojczyznę. Modlitwie przewodniczył bp Wiesław Lechowicz, biskup polowy Wojska Polskiego.

    Wizyta miała miejsce 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Po modlitwie przy grobie świętego odśpiewano hymn „Boże, coś Polskę”.

    Wcześniej przy grobie Papieża Polaka sprawowana była Msza św. w języku polskim, której przewodniczył bp Jan Ozga, ordynariusz diecezji Doumé-Abong’ Mbang w Kamerunie. Homilię wygłosił ks. Paweł Ptasznik, wieloletni współpracownik Jana Pawła II i przewodniczący Watykańskiej Fundacji Jana Pawła II.

    – Wielbimy Pana, bo w naszym skomplikowanym świecie dał nam strażnika godności każdego człowieka, strażnika rodziny, strażnika życia i wszystkich niezbywalnych wartości ludzkich i społecznych – mówił ks. Ptasznik, podkreślając, że pontyfikat Jana Pawła II pozostaje ważnym punktem odniesienia także dla kolejnych pokoleń.

    Vatican News / Gość Niedzielny

    ***

    „Dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie”

    fot. Wikimedia Commons

    ***

    W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.

    Odpowiedziami na pytania są wypowiedzi św. Jana Pawła II pochodzące z: List do rodzin Gratissimam Sane, Ojca Świętego Jana Pawła II (2 lutego 1994 r., w Święto Ofiarowania Pańskiego), Homilia w czasie pobytu w Nursji (23 marca 1980 r.), Przemówienia Ojca Świętego na zakończenie koncertów (Rzym, Wadowice) w dniu jego 80-tych urodzin (18 maja 2000 r.)


    Jakie myśli towarzyszą Papieżowi w dniu urodzin?

    W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.

    Tyle wydarzeń, tyle doświadczeń, tyle ludzkiej dobroci, tyle łaski Bożej… Jak nie dziękować za to wszystko! Z wdzięcznym sercem staję przed Bogiem i obejmuję myślą wszystkich, którzy od pierwszych chwil, przez ciche świadectwo wiary i godziwego życia, przez serdeczną przyjaźń i codzienną troskę nadawali kształt mojemu człowieczeństwu i kapłaństwu. Wiem, że tak, jak w Wadowicach, tak też w całej Polsce i na świecie jest wielu ludzi, którzy darzą mnie swoją życzliwością. Dziś w sposób szczególny pragnę im za to podziękować.

    Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej.

    W dniu urodzin, zawsze przychodzą człowiekowi na myśl pytania o sens życia, sens istnienia. Jaki jest ten sens?

    Pełną prawdę o sensie życia ludzkiego wyraził św. Paweł, gdy w liście do Filipian pisał: „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (Flp 3, 13 – 14). Te słowa napisał Apostoł narodów, nawrócony faryzeusz, dając świadectwo o swoim własnym nawróceniu i swojej wierze. Równocześnie te słowa objawione zawierają prawdę, która wraca do Kościoła i do ludzkości na różnych etapach dziejów: Ku czemu idzie człowiek? Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej. Jeśli społeczeństwa i ludzie naszego kontynentu stracili poczucie tego sensu, muszą go odnaleźć. Czy mogą w tym celu cofnąć się wstecz o piętnaście stuleci? 

    Nie, cofnąć się wstecz nie mogą. Sens życia muszą odnaleźć w kontekście naszych czasów. Nie inaczej. 

    FOT. diecezja.pl

    Czyli człowiek rodzi się dokładnie w tym momencie i czasie, w którym jest potrzebny, kochany i w którym jego istnienie nie jest przypadkowe…

    Człowiek zawsze przychodzi na świat w określonych wymiarach historii; również i Syn Boży stał się Synem Człowieczym w czasie i dał początek nowym czasom, które po Nim nastały. 

    Pomyślmy: sam Chrystus przyszedł na świat w określonych warunkach – czasu, miejsca, środowiska, sytuacji politycznej itd. – stworzonych przez ten właśnie system. 

    Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.

    Bóg powołuje do życia człowieka, bo ma on swoją bardzo dokładnie określoną rolę w świecie, określone zadanie?

    Wiemy, że człowiek rodzi się na świat dzięki swoim rodzicom. Wyznajemy, że przychodząc na świat z ziemskich rodziców, którzy są jego ojcem i matką, rodzi się zarazem do łaski Chrztu, aby zanurzając się w śmierci Chrystusa ukrzyżowanego otrzymać uczestnictwo w tym życiu, jakie On objawił swoim zmartwychwstaniem. Przez łaskę otrzymaną na Chrzcie człowiek uczestniczy w odwiecznych narodzinach Syna z Ojca Przedwiecznego, staje się bowiem Synem z Bożego przybrania: synem z Syna.

    Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.

    To dość proste, rodzimy się po, by naśladując Jezusa spełnić swoją rolę w świecie. Rodzimy się jako „synowie i córki Boga”, nasza rola jest więc ogromna.

    Jeśli mówimy, że małżonkowie jako rodzice są współpracownikami Boga-Stwórcy w poczęciu i zrodzeniu nowego człowieka, to sformułowaniem tym nie wskazujemy tylko na prawa biologii, ale na to, że w ludzkim rodzicielstwie Bóg sam jest obecny – obecny w inny jeszcze sposób niż to ma miejsce w każdym innym rodzeniu w świecie widzialnym, „na ziemi”. Przecież od Niego tylko może pochodzić „obraz i podobieństwo”, które jest właściwe istocie ludzkiej, tak jak przy stworzeniu. Rodzenie jest kontynuacją stworzenia.

    Tak więc wraz z poczęciem nowego człowieka, wraz z jego urodzeniem, rodzice stają prawdziwie wobec „wielkiej tajemnicy” (por. Ef 5,32). Nowa ludzka istota jest – tak jak oni sami – powołana do istnienia osobowego, jest powołana do życia „w prawdzie i miłości”. Powołanie zaś otwiera się nie tylko na całą doczesność. 

    Rodzice tak bardzo czekają na narodziny swojego dziecka, ale jeszcze bardziej na te narodziny czeka Bóg. Czy Jego radość jest większa?

    Człowiek jest „jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego”. Geneza człowieka – to nie tylko prawa biologii, to równocześnie stwórcza wola Boga. Należy ona do genealogii każdego z synów i córek ludzkich rodzin. Bóg „chciał” człowieka od początku – i Bóg go „chce” w każdym ludzkim poczęciu i narodzeniu. Bóg „chce” człowieka jako istoty do siebie podobnej, jako osoby. Człowiek ten – każdy człowiek – jest stworzony przez Boga „dla niego samego”. Odnosi się to do każdego człowieka, do wszystkich, również do tych, którzy przychodzą na świat z jakimś głębokim schorzeniem lub niedorozwojem. W osobową konstytucję każdego i wszystkich wpisana jest wola Boga, który chce, aby człowiek posiadał celowość jemu tylko właściwą. Bóg daje człowieka rodzinie i społeczeństwu. Rodzice, stając wobec nowej ludzkiej istoty, mają lub winni mieć pełną świadomość tego, że Bóg „chce” tego człowieka „dla niego samego”.

    domena publiczna/wikipedia

    Rodzice muszą więc mieć świadomość, że dziecko nie jest tylko ich?

    Małżonkowie chcą dzieci dla siebie. Widzą w nich zwieńczenie swej wzajemnej miłości. Chcą ich też dla rodziny, jako drogocennego daru. Trzeba, ażeby w to chcenie Boga włączało się ludzkie chcenie rodziców: aby oni chcieli nowego człowieka, tak jak go chce Stwórca. Ludzkie chcenie zawsze poddane jest prawu czasu, prawu przemijania. Boże — jest odwieczne. „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię — mówi prorok Jeremiasz — nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1,5). Genealogia osoby jest naprzód związana z wiecznością Boga, a potem dopiero z momentem ludzkiego rodzicielstwa. Już w samym poczęciu człowiek jest powołany do wieczności w Bogu.

    Jaką rolę mają spełnić rodzice w tym planie Bożym, by dziecka „nie popsuć”?

    Dobrem wspólnym małżonków jest miłość, wierność i uczciwość małżeńska oraz trwałość ich związku „aż do śmierci”. To dobro obojga jest równocześnie dobrem każdego z nich. Ma z kolei stać się dobrem ich dzieci. Należy do istoty dobra wspólnego, że łącząc poszczególnych ludzi, stanowi zarazem prawdziwe dobro każdego. 

    Jeżeli słowa przysięgi wyrażają to, co jest dobrem wspólnym małżonków, to równocześnie wskazują one też na to, co ma być dobrem wspólnym przyszłej rodziny. Aby to uwydatnić, Kościół pyta, czy są gotowi przyjąć i po chrześcijańsku wychować dzieci, którymi Bóg ich obdarzy. Pytanie to odnosi się do dobra wspólnego przyszłej rodziny. Dodatkowe pytanie o potomstwo i wychowanie pozostaje w ścisłej łączności ze ślubowaniem miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej oraz dozgonności ich związku. Przyjęcie i wychowanie potomstwa — dwa spośród podstawowych celów rodziny — są uwarunkowane wypełnieniem tego ślubu. Rodzicielstwo jest zadaniem natury duchowej — nie tylko fizycznej. Przebiega przez nie zawsze genealogia w Bogu i która do Boga także ma prowadzić.

    Dlatego tak ważne jest to, by rodzice wychowywali, kształtowali swoje dzieci razem z Bogiem, pamiętając, że one należą do Niego?

    Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny. 

    „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” (Ps 8,5) — pyta Psalmista. Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny. 

    W modlitwie rodzina odnajduje się jako pierwsze „my”, w którym każdy jest „ja” i „ty”. Tym są dla siebie wzajemnie: mężem lub żoną, ojcem lub matką, synem lub córką, bratem lub siostrą, dziadkiem lub wnukiem.

    To nowe „ty” jest takie kruche i często „my” rodzice nie mamy świadomości jaką odpowiedzialność powierzył nam Pan Bóg. Jak nauczyć się tej świadomości?

    Małżonkowie dają życie własnemu dziecku. Jest to nowe ludzkie „ty”, które pojawia się w orbicie ich rodzicielskiego „my”. Istota, do której mówić będą nowym imieniem: „nasz syn… nasza córka…”. „Urodziłam człowieka za sprawą Boga” (por. Rdz 4,1) — mówi pierwsza rodząca kobieta w Księdze Rodzaju: biblijna Ewa. Jest to człowiek naprzód oczekiwany przez dziewięć miesięcy, potem „objawiony” rodzicom i rodzeństwu. Cały ten proces — poczęcia, rozwoju w łonie matki, wreszcie zrodzenia, wydania na świat — służy do stworzenia stosownej jakby przestrzeni, aby ten nowy człowiek mógł się objawić jako „dar”. Albowiem również on — ten nowy człowiek — jest od początku takim właśnie darem. Jakże inaczej można określić tę istotę kruchą i bezbronną, która całkowicie jest zależna od swych ludzkich rodziców, całkowicie im zawierzona? Nowo narodzony człowiek oddaje siebie rodzicom przez sam fakt swojego zaistnienia. Istnienie — życie — jest pierwszym darem Stwórcy dla stworzenia.

    Dziecko to dar, ale przecież i nowe obowiązki, problemy, zadania, strach, odpowiedzialność. Chyba coraz łatwiej przychodzi nam rezygnowanie z tego daru. Co zrobić, by widzieć w narodzinach dziecka więcej łaski niż obowiązków?

    To, że narodził się człowiek, wydaje się zwykłym faktem statystycznym, który rejestruje się jak tyle innych faktów. Przelicza się ten fakt w cyfrach i bilansach demograficznych. Z pewnością dziecko oznacza dla rodziców nowy trud, nowy zasób potrzeb i kosztów. Stąd też pokusa, ażeby go nie było. Pokusa bardzo mocna w niektórych środowiskach społecznych i kulturowych. Czy więc nie jest ono darem? Czy tylko przychodzi zabierać, nie dawać? Te pytania to myśli natrętne, od których z trudem wyzwala się współczesny człowiek. Dziecko przychodzi zająć miejsce, którego i tak coraz mniej jest na świecie. Czy jednak naprawdę niczego nie wnosi do rodziny i społeczeństwa? Czyż nie jest „cząstką” tego wspólnego dobra, bez którego ludzkie wspólnoty rozpadają się i umierają? Trudno temu zaprzeczyć. Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców. Nie mogą nie odczuć jego obecności, jego uczestnictwa w ich życiu, tego, co wnosi do dobra wspólnego małżeństwa i wspólnoty rodzinnej. Poprzez wszystkie meandry ludzkiej psychologii prawda ta pozostaje oczywista w swej prostocie oraz w swej głębi. Człowiek jest dobrem wspólnym każdej ludzkiej społeczności

    I wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i mamy boską naturę? Taki jest największy sens naszego bytu?

    Jest rzeczą ogromnie znamienną, iż zwięzła historia dziecięctwa Pana Jezusa mówi prawie równocześnie o Jego narodzeniu i o zagrożeniu, któremu musi zaraz stawić czoło. Ten fakt, że Jezus jako rodzące się Dziecko został prawie od pierwszego dnia postawiony w obliczu zagrożenia swojego życia, ma wymowę profetyczną. Już jako Dziecię jest „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”. 

    W Ewangelii dziecięctwa zwiastowanie życia, które w sposób przedziwny spełnia się w narodzeniu Odkupiciela, zostaje wyraźnie przeciwstawione zagrożeniu życia. Zwiastowanie życia odnosi się do tajemnicy Wcielenia Słowa, odnosi się więc do całej rzeczywistości Bosko-ludzkiej Chrystusa. „Słowo stało się ciałem” (J 1,14), Bóg stał się człowiekiem. Do tej tajemnicy tak często odwoływali się Ojcowie Kościoła: „Bóg stał się człowiekiem, abyśmy zostali przebóstwieni”. Ta prawda wiary jest równocześnie prawdą ludzkiego bytu. 

    Aneta Liberacka ROZMOWY Z JANEM PAWŁEM II Stacja7.pl

    ***

    18 maja 2026

    Dziś rocznica urodzin Karola Wojtyły. “Miłość moich najbliższych dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy”

    Wydarzenia, jakich Karol Wojtyła doświadczył w dzieciństwie, są praktyczną lekcją jak z trudnych sytuacji wyjść silniejszym. W rocznicę urodzin Karola Wojtyły warto wrócić do tej niezwykłej lekcji miłości w rodzinie.

    fot. Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach

    ***

    Heroiczna decyzja Emilii i Karola Wojtyłów

    Niewiele brakowało, a Karol Wojtyła by się nie urodził. Z zapisków wadowickiego historyka Michała Siwica­-Cielebona dowiadujemy się o trudnej decyzji, przed którą stanęli Emilia i Karol Wojtyłowie: “Jeśli niemowlę przeżyje – ona umrze. Aby więc ratować siebie, Emilia powinna dokonać aborcji”.

    Mimo bardzo poważnego zagrożenia ciąży, życia matki i życia dziecka, Emilia nie zgodziła się na zalecaną przez lekarza aborcję i urodziła w 1920 roku syna, który później został papieżemOczywiście, była to decyzja nie tylko Emilii, tylko obojga małżonków. Wypływała z ich systemu wartości, także z głębokiej wiary, co także potwierdzali mieszkańcy Wadowic, którzy znali Wojtyłów. Nie ulega też wątpliwości, że była to decyzja heroiczna – mówi Milena Kindziuk, autorka książki „Emilia i Karol Wojtyłowie. Rodzice św. Jana Pawła II” w rozmowie ze Stacją7.

    Kiedy zbierałam materiały do biografii Wojtyłów, dotarłam do relacji o tym, że Karol o uratowanie żony i życia poczętego dziecka poprosił żydowskiego lekarza, który przyjmował na terenie koszar, doktora Samuela Tauba. To on wyraził zgodę na poprowadzenie ciąży Wojtyłowej, chociaż potwierdził, że istnieje ryzyko powikłań przy porodzie, ze śmiercią Emilii włącznie. Nie proponował jednak aborcji. Zastrzegł jedynie, że podejmie się ryzyka na wyraźną prośbę obojga małżonków oraz na ich odpowiedzialność.

    Dlaczego otrzymał imię Karol?

    Karol Wojtyła przyszedł na świat 18 maja 1920 r. Nieco ponad miesiąc później, 20 czerwca 1920 roku rodzice zanieśli synka do kościoła pw. Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie został ochrzczony, otrzymując imiona: Karol Józef. W Księdze Chrztów z 1920 roku zapisano w języku łacińskim: „Karol Józef Wojtyła, syn Karola i Emilii Kaczorowskiej, ur. 18 maja 1920 r.; ochrzczony 20 czerwca 1920 r. Rodzice chrzestni: Józef Kuczmierczyk i Maria Wiadrowska. Ochrzcił Franciszek Żak, kapelan wojskowy”.

    Już jako papież, Jan Paweł II wielokrotnie odnosił się do tego dnia, wyjaśniając dlaczego rodzice nadali mu właśnie takie imię. „A czy wiecie, dlaczego na chrzcie otrzymałem imię Karol? Dlatego, że mój ojciec żywił ogromny podziw dla cesarza Karola I, którego był żołnierzem” – wyjaśniał.

    „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki”

    Mały Karol, zwany przez najbliższych Lolkiem, od dzieciństwa doświadczał czułej opieki i miłości najbliższych. We wspomnieniach znajomych zachował się obraz Emilii Wojtyłowej, która z przekonaniem często mówiła: „Zobaczycie, mój Lolek będzie kiedyś wielkim człowiekiem”.

    Emilia, zgodnie z prognozami lekarzy, nie podźwignęła się po porodzie. Czuła się coraz gorzej, a choroba postępowała. W maju 1929 r. Karol – junior miał przystąpić do I Komunii św. Stan zdrowia jego matki znacznie się pogorszył i zmarła 13 kwietnia 1929 r., po przyjęciu ostatnich sakramentów w obecności czuwającego przy łożu męża.

    Matka zdążyła nauczyć go znaku krzyża i pierwszej modlitwy. „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki, która – składając małe dziecięce dłonie do pacierza – pokazywała, jak kreśli się krzyż – znak Chrystusa, który jest Synem Boga żywego” – wspominał po latach Jan Paweł II.

    Edmund – niezawodny brat i przyjaciel

    Niezawodnym przyjacielem dziecięcych lat Karola był jego starszy brat Edmund. Miał czternaście lat, gdy w 1920 roku urodził się jego młodszy brat, Karol. Cztery lata wcześniej tuż po urodzeniu zmarła jego siostra Olga. Edmund często samodzielnie opiekował się bratem, pomagał też matce w znoszeniu wózka z pierwszego piętra domu przy ulicy Kościelnej 7, gdzie wynajmowali mieszkanie.

    Ze wspomnień Janiny Urbanówny dowiadujemy się, że po śmierci matki, Edmund Wojtyła czuł powinność opieki nad swoim młodszym bratem KarolemEdmund kochał bardzo swego brata Karola, co jest zrozumiałe. Gdy jednak zmarła matka, poczuwał się do wzięcia jej roli na siebie. Na każdej wycieczce dużo opowiadał o Lolku. Chwalił jego zdolności. Cieszył się jego sukcesami w nauce początkowej. Miał tylko pretensje do ojca, że wymaga od Lolka świadectw z samymi piątkami. (…)

    Jego poczucie odpowiedzialności za brata niezwykle dosadnie obrazuje historia, która dotyczyła wędrówki na tatrzański szczyt. W ostatnie jego wakacje, tj. w r. 1932 wędrowaliśmy po Tatrach. Celem wycieczki był Gerlach. Ponieważ spadł w nocy śnieg i skały były oblodzone, Edmund zawahał się i odradził dalszą wędrówkę mówiąc: „Nie mogę ryzykować życiem. Mam brata, którym muszę się opiekować. Jestem mu potrzebny”.

    Życie, w które Edmund dopiero co wkraczał, przerwane zostaje nagle pod koniec 1932 roku. Po zaledwie półtora roku pracy zaraził się od młodej pacjentki szkarlatyną. Choroba zabrała go w ciągu kilku dni. Edmund umarł w niedzielny wieczór 4 grudnia 1932 roku. W wieku dwunastu lat Karol pozostał sam z ojcem, który starał się wychować syna na dobrego człowieka. W kształtowaniu charakteru Karola wspierały go trzy ważne miejsca: kościół, szkoła i teatr.

    Wielka lekcja duchowa od ojca

    Danuta Pukło, koleżanka małego Karola wspomina ich rodzinny dom po śmierci Emilii i Edmunda, mówiąc o relacji ojca do syna: Zabierał go codziennie na wczesną Mszę świętą. Żeby się nie spóźnić pomagał mu nawet sznurować buty. Gdy Karol miał narysować konia, pan Wojtyła najpierw zrobił mu wykład na temat anatomicznej budowy tego zwierzęcia (…). Ojciec Karola nie rozpaczał, kiedy został sam, nie użalał się nad sobą. Z żelazną konsekwencją wykonywał swoje ojcowskie, rodzicielskie obowiązki. Wychował synów swoją postawą uczciwego, mądrego, szlachetnego człowieka, ucząc miłości i stawiania sobie wysokich wymagań”.

    Pan Karol po stracie 45-letniej żony Emilii właściwie zastępował synkowi matkę, był dla niego troskliwym opiekunem, wspaniałym wychowawcą, wiernym towarzyszem spacerów i wycieczek turystycznych. Doskonale się zgadzali i wzajemnie rozumieli – wspominał Eugeniusz Mróz, sąsiad i szkolny kolega małego Karola.

    Jednak ojciec, przy pełnym poświęceniu i troskliwości, nie rozpieszczał syna, wymagał od niego porządku, wpajał poczucie obowiązkowości, systematycznej nauki. Sądzę, że ogromną rolę odegrał jego ojciec w ukształtowaniu prawego charakteru Lolka, jego wielkiej osobowości, mocnej postawy moralnej, w osiągnięciu wspaniałych wyników w nauce. Ten człowiek poświęcił synowi wszystkie swe siły, na pewno nie było łatwo samotnie wychować syna. Postawa tego skromnego, dzielnego ojca była wzorem szlachetności i obowiązkowości, wzorem również dla nas – kolegów jego syna”. 

    Gdy przyszły papież miał 12 lat, usłyszał od ojca pamiętne słowa: „Nie jesteś dobrym ministrantem! Nie modlisz się wystarczająco do Ducha Świętego. Musisz się do niego modlić”. Karol Wojtyła nauczył wówczas syna tej modlitwy. Papież wspominał po latach: „To była dla mnie wielka lekcja duchowa, trwalsza i mocniejsza niż wszystkie, jakie potem miałem dzięki wielu lekturom i studiom. To w jakimś sensie jemu zawdzięczam napisanie encykliki do Ducha Świętego”.

    „Po synowsku całuję próg domu rodzinnego, wyrażając wdzięczność Opatrzności Bożej za dar życia przekazany mi przez moich Rodziców, za ciepło rodzinnego gniazda, za miłość moich najbliższych, która dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy, nawet wtedy, gdy przychodziło zetknąć się z doświadczeniem śmierci i trudami codziennego życia w niespokojnych czasach” – mówił Jan Paweł II w Wadowicach 16 czerwca 1999 roku.

    domjp2.pl,KAI,Wikipedia,zś/Stacja7

    ***

    82. rocznica zwycięskiej bitwy o Monte Cassino

    Polski Cmentarz Wojenny na Monte Cassino

    fot. Agnieszka Dąbrowska/Paweł Palembas//Radio Maryja

    ***

    18 maja 1944 roku żołnierze 2 Korpusu Polskiego pod dowództwem generała Władysława Andersa zdobyli ruiny klasztoru benedyktynów na Monte Cassino. Zwycięskie natarcie Polaków zakończyło wielomiesięczne nieudane próby zdobycia wzgórza przez wojska alianckie.

    Bitwa o Monte Cassino

    Walka o zdobycie Monte Cassino rozpoczęła się w styczniu 1944 r. Brali w niej udział żołnierze dziesięciu narodowości z pięciu kontynentów. Bezskutecznie – do czasu ostatniej i tym razem zwycięskiej ofensywy, przeprowadzonej w maju 1944 roku przez polskich żołnierzy. 

    Natarcie 2 Korpusu Polskiego na wyznaczone cele rozpoczęło się 11 maja 1944 roku o godz. 23.00 przygotowaniem artyleryjskim. 12 maja do ataku ruszyła 3 Dywizja Strzelców Karpackich oraz 5 Kresowa Dywizja Piechoty. Pierwsze natarcie zakończyło się niepowodzeniem. Dopiero drugi atak, rozpoczęty 17 maja i kontynuowany następnego dnia, przyniósł sukces w postaci opanowania kluczowych celów: wzgórza „593”, Widma oraz San Angelo. Po przełamaniu niemieckich pozycji w rejonie Monte Cassino wydzielone oddziały 2 Korpusu Polskiego kontynuowały natarcie na Piedimonte san Germano, zakończone wyparciem Niemców z pozycji obronnych 25 maja 1944 roku.

    Zwycięstwo w bitwie o Monte Cassino zostało okupione olbrzymimi stratami – w walkach zginęło ponad 1 000 żołnierzy, a ok. 3 000 odniosło rany. Poległych pochowano u stóp wzgórz Monte Cassino, na Polskim Cmentarzu Wojennym, gdzie później spoczął także gen. Władysław Anders.

    Upamiętnienie polskich żołnierzy

    Polski Cmentarz Wojenny znajduje się w tzw. Dolinie Śmierci – rejonie najcięższych walk 3 Dywizji Strzelców Karpackich, które miały miejsce między Monte Cassino a wzgórzem „593”. Został zbudowany w latach 1944-1945 przez żołnierzy-uczestników bitwy. Autorami projektu nekropolii byli architekci – Wacław Hryniewicz i Jerzy Skolimowski. Prace rzeźbiarskie wykonał Michał Paszyn oraz włoski artysta prof. Duilio Cambellotti. Otwarcie cmentarza nastąpiło w 6. rocznicę wybuchu II wojny światowej – 1 września 1945 roku.

    ***

    Bp Lechowicz na Monte Casino:

    Dzisiaj wszyscy ubolewają nad podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów.

    – Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami, ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny – mówił bp Wiesław Lechowicz podczas Mszy św. polowej sprawowanej 18 maja na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino w 82. rocznicę bitwy. Po zakończeniu Mszy św. na Monte Cassino odbył się apel pamięci. W uroczystościach wziął udział prezydent Karol Nawrocki z małżonką.

    Ordynariusz polowy WP bp Wiesław Lechowicz podczas polowej Mszy świętej na Polskim Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino

    Ordynariusz polowy WP bp Wiesław Lechowicz podczas polowej Mszy świętej na Polskim Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino

    W homilii biskup polowy nawiązał do wizyty św. Jana Pawła II na Monte Cassino w 1979 r. i przytoczył jego słowa:

    Wiele razy chodziłem po tym cmentarzu. Czytałem wypisane na grobach napisy (…) Te napisy (…) nie przestają wołać (…) tak, jak wołały serca walczących tu żołnierzy: Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki….

    Ordynariusz wojskowy podkreślił, że z „przejmującego głosu” mogił płynie najważniejsza lekcja.

    Z napisów nagrobnych wynika, że żołnierze gen. Andersa różnili się wiekiem, pochodzeniem, wyznawaną wiarą. Tym, co ich łączyło była tęsknota za wolną Polską. Ona ich przyprowadziła tutaj. Dla niej, czyli dla miłości Ojczyzny, bo tęsknota bierze się z miłości, byli gotowi ofiarować swoje zazwyczaj młode życie.

    – wskazywał bp Lechowicz. Dodał, że

    jesteśmy im wdzięczni za to, że my nie musimy tak tęsknić, ale nie możemy nie troszczyć się o wolność z podobną determinacją jak oni.

    Bp Lechowicz mówił też o wymiarze jedności i odpowiedzialności, odczytywanym dzisiaj w świetle świadectwa spod Monte Cassino. Jak podkreślił, przykład żołnierzy gen. Andersa „pokazuje nam jak to czynić: mimo różnic być zjednoczonymi w wysiłkach na rzecz tego, co nazywamy polską racją stanu”.

    Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny!

    – podkreślił.

    Biskup zatrzymał się też przy pytaniu o sens ofiary, przypominając, że wielu poległych pochodziło z Kresów wschodnich Rzeczpospolitej, które po wojnie miały znaleźć się poza granicami Ojczyzny.

    Polscy żołnierze spod Monte Cassino nie wiedząc o tym, walczyli o Polskę, której w dotychczasowym kształcie już nie było. Można by postawić pytanie: jaki sens miała ich walka i śmierć? Oczami wiary inaczej się widzi. Oczy wiary dostrzegają sens tam, gdzie inni nie widzą sensu. Wiara podpowiada nam, że każda ofiara podjęta w imię dobra nie ulega przedawnieniu, zmarnowaniu, zniszczeniu.

    – powiedział. Dodał, że ofiara naszych żołnierzy też nie poszła na marne, ale niczym ziarno wrzucone w ziemię przyniosła i przynosi owoce.

    Nawiązując do Ewangelii dnia, bp Lechowicz wskazał trzy zdania Jezusa jako „filary” postawy zwycięzców. Przypomniał, że „Słowo Jezusa to pierwszy filar, na którym możemy oprzeć nasze życie, jeśli chcemy należeć do grona zwycięzców”, bo „słowo Boga, przeciwnie, nigdy nie zawodzi”. Drugi filar odczytał w słowach: „nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną”, podkreślając, że skoro Chrystus „nigdy nie był sam, nawet na krzyżu, to również i my nigdy nie jesteśmy sami”. Trzecią perspektywę nadziei i otuchy biskup wyraził cytatem: „Jam zwyciężył świat” – wskazując, że „zwycięstwo należy do tych, którzy wzorem Jezusa podążają drogą prawdy, wolności, sprawiedliwości, miłości i pokoju”.

    Wsłuchujmy się więc uważnie w głos, który dzisiaj dociera do naszych uszu, umysłów i serc – z tego cmentarza, z tych grobów i Ewangelii. Po to między innymi tu przybyliśmy.

    – powiedział.

    Na Monte Cassino przybyli ostatni żyjący żołnierze 2. Korpusu, których pobyt zorganizował Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Obecna jest Para Prezydencka Karol i Marta Nawroccy. We Mszy św. uczestniczyli m.in. Lech Parell, szef UdSKiOR, Jan Józef Kasprzyk, doradca prezydenta RP, liczne delegacje z Polski i Włoch.

    Eucharystię koncelebrowali kapelani Ordynariatu Polowego, miejscowi księża oraz duchowni z Polski pracujący we Włoszech. Obecny jest opat Monte Cassino o. Antonio Luca Fallica OSB.

    Po Mszy św. rozpoczął się apel pamięci z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego oraz ceremonia złożenia kwiatów.

    Tygodnik Niedziela/Kai

    ***

    Zdobycie masywu Monte Cassino wraz ze znajdującym się na szczycie wzgórza opactwem benedyktynów w maju 1944 r. przez żołnierzy 2. Korpusu Polskiego pozwoliło przełamać niemieckie umocnienia obronne, zwane linią Gustawa i otworzyć aliantom drogę do Rzymu. Zwiększyło też zasięg samolotów alianckich, startujących z Półwyspu Apenińskiego. Podczas walk zginęło 923 żołnierzy polskich, niemal 3000 zostało rannych, a 345 uznano za zaginionych.

    Na przełomie lat 1944-1945 decyzją gen. Władysława Andersa w miejscu bitwy powstał Polski Cmentarz Wojenny, na którym spoczęło ponad tysiąc polskich żołnierzy. W jego centralnym punkcie znajduje się grób dowódcy 2. Korpusu Polskiego, który zmarł w 1970 r. w Londynie. 40 lat później obok gen. Andersa spoczęła także jego żona Irena.

    W 1965 r. na Monte Cassino przeniesiono także ciało abp. Józefa Feliksa Gawliny, biskupa polowego w latach 1933-1947, a po wojnie protektora Polaków mieszkających poza Ojczyzną. Abp Gawlina był obecny w czasie walk o Monte Cassino, pełnił posługę sanitariusza i kapelana liniowego w czasie bitwy. Oprócz niego posługę źródła wymieniają także o. mjr. Innocentego Bocheńskiego OP, ks. kpt. Szczepana Gąsiora, ks. Bonifacego Sławika, ks. mjr. Stanisława Piotra Targosza, ks. kpt. Adama Studzińskiego OP, ks. rtm. Jana Malinowskiego i ks. kpt. Stanisława Cynara. Na kilka dni przed decydującą fazą bitwy, w rejonie punktu opatrunkowego zginął o. kpt. Augustyn Huczyński.

    ***

    Na cmentarzu wypisane są między innymi takie słowa:

    PRZECHODNIU POWIEDZ WSZYSTKIM,

    ŻE POLEGLIŚMY Z HONOREM

    DUCHA ODDALIŚMY BOGU

    SERCA POLSCE,

    CIAŁO ZIEMI WŁOSKIEJ

    ***

    Błogosławiona Matka Speranza na Monte Cassino

    Z Matką Speranzą i Polską wiąże się jeszcze jedna niezwykła historia. Przyszła błogosławiona w 1951 r. odwiedziła Monte Cassino. Obdarzona niezwykłą empatią zakonnica tak wzruszyła się historią polskich żołnierzy, że nad ich grobami prosiła Boga, by dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był towarzyszący zakonnicy w podróży o. Alfredo, który następnie tak zaświadczył:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.

    Błogosławiona Matka Speranza – jest jedną z największych mistyczek XX wieku bardzo związana z Polską

    Czy Matka Speranza, mało znana w Polsce hiszpańska mistyczka,przewidziała wybór Karola Wojtyły na papieża? Czy 13 maja 1981 r. pomogła ocalić Jana Pawła II? Czy to ona przyczyniła się do wyniesienia na ołtarze s. Faustyny Kowalskiej? Czy wyprosiła dla poległych pod Monte Cassino polskich żołnierzy łaskę nieba? Wreszcie czy to prawda, że ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji , stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi?

    Na te intrygujące pytania twierdząco– bez cienia wahania – odpowiada biograf bł. Speranzy José María Zavala. Jeśli ma rację, to zapewne już wkrótce możemy się spodziewać wybuchu zainteresowania życiem tej wyjątkowej mistyczki, a ona ma szansę dołączyć do grona ulubionych przez Polaków świętych. Tak było choćby ze św. Ritą czy ostatnio z czekającym jeszcze na wyniesienie na ołtarze o. Dolindo. Może się tak stać tym bardziej,że sensacyjna książka Zavali opisująca dogłębnie życie Matki Speranzy właśnie ukazała się w Polsce.

    Dary mistyczne

    Matka Speranza pochodziła z Hiszpanii, ale większość życia spędziła we Włoszech.Dziełem jej życia był ogłoszenie orędzia Bożego Miłosierdzia. Założyła Zgromadzenia Sióstr i Synów Miłości Miłosiernej oraz doprowadziła do powstania sanktuarium Miłości Miłosiernej w Collevalenzie. Ale tym, co czyni ją wyjątkową,są liczne dary mistyczne, które otrzymała od Boga. Dość powiedzieć,że przyjaźniła się ze św. Ojcem Pio, tyle że ich spotkania odbywały się… dzięki darowi bilokacji obydwojga mistyków.„Książka o Matce Speranzie była dla mnie wielkim odkryciem– mówi „Dobrym Nowinom” José María Zavala. – To pokrewna dusza Ojca Pio, która tak jak on miała stygmaty, rany Chrystusa na dłoniach, stopach i w boku; rozmnażała jedzenie, wykarmiając każdego dnia ponad 3 tys. osób kawałkiem chleba w czasie drugiej wojny światowej w Rzymie we Włoszech. To mistyczka, której w wieku trzynastu lat objawiła się św. Teresa z Lisieux i która czytała w duszy Jacqueline Kennedy,wdowy po J.F. Kennedym.Przyjechała do Collevalenzy na północy Rzymu, gdzie stworzyła wspaniałe sanktuarium Miłości Miłosiernej i odkryła cudowne źródełko, dzięki czemu miejsce to zostało nazwane „włoskim Lourdes”.Doszło tam do licznych uzdrowień i nawróceń, a pośród nich także do cudu, który przyczynił się do beatyfikacji Matki Sperazy w 2014 r.”.

    Przełom w procesie s. Faustyny

    Wierni w Polsce zapewne nie zdają sobie sprawy, jak wiele łączyło bł. Speranzę z naszą Ojczyzną. W 1964 r. doszło do spotkania hiszpańskiej mistyczki z Karolem Wojtyłą. Był to czas,gdy biskup z Krakowa zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego tej krakowskiej zakonnicy. Ale Matka Speranza, dzięki mistycznym darom, wiedziała więcej. Wskazała przyszłemu papieżowi,by jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka,sugerując, że wkradły się tam błędy. Biskup Wojtyła skorzystał z rad. Jak się okazało, był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny. Zavala, który jest także biografem św. Ojca Pio, a nawet wyreżyserował popularny również w polskich kinach film Tajemnica Ojca Pio, twierdzi, że do Matki Speranzy po radę skierował Karola Wojtyłę sam stygmatyk z Pietrelciny. Kilka miesięcy po spotkaniu z krakowskim biskupem zakonnica wyraziła przekonanie,że wróci on kiedyś do Collevalenzy jako… papież.U Matki Speranzy bywał też kard. Stefan Wyszyński. W 1963 r.ofiarował jej obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, który już na zawsze zawisł na ścianie jej celi.

    Zamach i ofiara krwi

    Los polskiego papieża szczególnie leżał na sercu Matce Speranzie. 13 maja 1981 r. już o drugiej w nocy mistyczka doznała potężnego ataku bólu połączonego z silnym krwotokiem.„Siostry zdecydowały się zadzwonić po jej osobistego lekarza Tomaso Bacarellego, który,kiedy przyjechał, złapał się na głowę – relacjonuje dramatyczne wydarzenia tamtego dnia Maria Isabel Matarazzo, dokumentalistka życia błogosławionej. – Obok Matki Speranzy leżało pięć ręczników nasiąkniętych krwią. Zakonnica była bardzo blada. Lekarz powiedział,że należy natychmiast przeprowadzić transfuzję krwi,Odkrywamy postać jednej z największych mistyczek XX w.Bł. Matka Speranza aby uniknąć śmierci. Kiedy jednak zaczęto badać krew, okazało się,że poziom czerwonych krwinek był absolutnie w normie. Jedyną pewną rzeczą było to, że Matka Speranza nie przestała wymiotować krwią do czasu, aż dowiedziała się, że minęło zagrożenie życia Jana Pawła II”.Nie ma wątpliwości, że hiszpańska zakonnica wiedziała wcześniej, co się wydarzy i że Ojciec Święty po zamachu straci mnóstwo krwi, co zagrozi jego życiu. Mistyczka przyjęła zatem tę formę cierpienia, ofiarowując je w intencji uratowania Jana Pawła II. Wydaje się, że sam papież również wiedział,co w dniu zamachu wydarzyło się w Collevalenzie. Na miejsce swojego dziękczynienia Bogupo uratowaniu życia wybrał bowiem właśnie sanktuarium Miłości Miłosiernej, gdzie spotkał po raz drugi Matkę Speranzę.

    Przyjaźń ze świętą

    Matka Speranza zmarła 8 lutego 1983 r. Jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II rozpoczął się proces wyniesienia jej na ołtarze. Błogosławioną została ogłoszona w 2014 r. Świadectwa tysięcy cudów wypraszanych przez nią tak za życia, jak i po jej śmierci sprawiają, że rzesze wiernych otaczają ją szczególną miłością i za jej pośrednictwem szturmują niebo. Tak że wielu Polaków żywi kult do bł. Speranzy, jak również pielgrzymuje do sanktuarium i cudownego źródełka w Collevalenzie. Pełna biografia Matki Speranzy, która po raz pierwszy ukazała się w Polsce, zapewne przyczyni się do jeszcze większego rozkwitu przyjaźni polskich wiernych z tą niezwykłą mistyczką…

    Dobre nowiny Matka Speranza

    Dobre Nowiny/Instytut Solidaryzmu

    ***

    Niedziela 17 maja

    Wniebowstąpienie Pańskie

    Adobe Stock

    ***

    Czterdzieści dni po Niedzieli Zmartwychwstania Chrystusa Kościół świętuje uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Jest to pamiątka triumfalnego powrotu Pana Jezusa do nieba, skąd przyszedł na ziemię dla naszego zbawienia przyjmując naturę ludzką.

    ***

    Leon XIV: „Wniebowstąpienie pociąga również nas ku niebieskiej chwale”

    “Jesteśmy złączeni z Jezusem jak członki z Głową w jednym Ciele, a Jego wstąpienie do nieba pociąga także nas wraz z Nim do pełnej komunii z Ojcem” – powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Coeli.

    fot. Vatican Media

    Leon XIV modlitwę „Regina caeli” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.

    Papież: Wniebowstąpienie mówi „o żywej więzi”

    Papież zauważył, że Chrystus poprzez swe człowieczeństwo „obejmuje i angażuje całą rzeczywistość świata, podnosząc i odkupując człowieka z jego stanu grzechu, niosąc światło, przebaczenie i nadzieję tam, gdzie panowały ciemności, niesprawiedliwość i rozpacz, aby doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Paschy”.

    Wniebowstąpienie mówi nam zatem „nie o odległej obietnicy, lecz o żywej więzi, która pociąga również nas ku niebieskiej chwale, poszerzając i wywyższając już w tym życiu nasz horyzont i zbliżając coraz bardziej nasze myślenie, odczuwanie i postępowanie do miary serca Bożego”.

    „Życie Boże nieustannie pociąga nas ku górze”

    Drogę tej wędrówki w górę odnajdujemy w Jezusie, „a także widzimy ją nakreśloną w Maryi Pannie i w świętych – zarówno tych, których Kościół daje nam jako uniwersalny wzór, jak i tych, których Papież Franciszek lubił nazywać świętymi «z sąsiedztwa», z którymi przeżywamy nasze dni, w tatach, mamach, dziadkach, osobach w każdym wieku i w każdym stanie, które z radością i zaangażowaniem szczerze starają się żyć zgodnie z Ewangelią”.

    Z nimi, przy ich wsparciu i dzięki ich modlitwie możemy uczyć się i my wznoszenia się dzień po dniu ku niebu, czyniąc przedmiotem naszych myśli – jak mówi św. Paweł – wszystko „to, co jest prawdziwe […], co sprawiedliwe, […] co miłe” (Flp 4, 8), i stosując w praktyce, z Bożą pomocą, to, co „słyszeliśmy i widzieliśmy” (w. 9), sprawiając, by rozwijało się w nas i dokoła nas życie Boże, które otrzymaliśmy w chrzcie, a które nieustannie pociąga nas ku górze, ku Ojcu, szerząc w świecie cenne owoce komunii i pokoju – mówił papież.

    Watykan/Stacja7.pl

    ***

    Dlaczego wpatrujecie się w niebo?

    Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego wyraża znamienny paradoks. Z jednej strony wskazuje na odejście zmartwychwstałego Pana, gdy w obecności Apostołów uniósł się w górę i „obłok zabrał Go im sprzed oczu”. Z drugiej – zawiera Jego obietnicę: „oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Ten paradoks odzwierciedla samo sedno wiary chrześcijańskiej, czyli zmysłową nieobecność pośród nas Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie, oraz Jego obecność i skuteczne wsparcie okazywane każdemu, kto z Nim związał swe życie i losy.

    Wstępując do nieba, Jezus definitywnie zakończył najbardziej niezwykły czas w dziejach ludzkości, który nastał wraz z wcieleniem Syna Bożego wtedy, gdy Maryja wypowiedziała w Nazarecie: „Niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Jezus jako człowiek został poczęty, urodził się i dorastał, a także musiał umrzeć. Ale Jego życie i śmierć nie należały jedynie do porządku naturalnego, co znalazło potwierdzenie w Zmartwychwstaniu. Przez 40 dni, które potem nastąpiły, Zmartwychwstały, ukazując się swoim uczniom, umocnił w nich dar niezłomnej wiary, że zostali wybrani do przeżycia absolutnie wyjątkowej obecności Boga, a zatem są powołani do dawania wiarygodnego świadectwa. W świecie, w którym żyjemy, fizyczna obecność Jezusa Chrystusa nie mogła trwać bez końca, co odróżnia doczesność od wieczności.

    Na takim fundamencie trwa i umacnia się nasza nadzieja. Rozważając wskrzeszenie Jezusa z martwych i posadzenie Go przez Ojca „po swojej prawicy na wyżynach niebieskich”, św. Paweł Apostoł zwraca się do chrześcijan w Efezie, a zarazem do chrześcijan wszystkich czasów, składając życzenie: „Bóg Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały (…) niech da wam światłe oczy serca, byście wiedzieli, czym jest nadzieja, do której On wzywa, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przeogromna Jego moc względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły”. Te słowa niosą wezwanie nie tylko do głębokiej refleksji teologicznej, lecz także, a nawet przede wszystkim, do pobożnej kontemplacji i medytacji. Częsty błąd polega na tym, że poprzestajemy na dociekaniach w celu zrozumienia wiary, nie godząc się na pokorne uznanie, iż rzeczywistość Boga i Jego działania przerastają wszystkie nasze o Nim wyobrażenia i pokusy racjonalizacji wiary w Niego.

    W Ewangelii według św. Mateusza pojawia się wzmianka, że będąc świadkami odejścia Jezusa, „niektórzy jednak wątpili”. Ale w co wątpili? Przecież nie w to, na co patrzyli i co widzieli. Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są słowa Jezusa: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi”. Wniebowstąpienie nie oznacza porzucenia uczniów ani zdania ich wyłącznie na siebie. Podczas gdy oni, oddając Mu pokłon, obawiali się, że nie uniosą ciężaru i wyzwań świadczenia o Nim, Jezus zapewnia ich o radykalnie nowym sposobie swej obecności w świecie. Jego słowa wkrótce zyskają potwierdzenie, kiedy w dniu Zesłania Ducha Świętego niewielkie grono Apostołów stanie się zaczynem Kościoła.

    ks. prof. Waldemar Chrostowski/ Tygodnik Niedziela -20/2026i

    ***

    sobota 16 maja

    Andrzej Bobola to „święty od cudów”, ale też patron zwyczajności

    Św. Andrzej Bobola

    fot. ks. Dariusz Sonak /Gość Niedzielny

    ***

    Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.

    Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.

    Joanna Operacz (KAI): Nie bał się Ojciec zostać proboszczem parafii świętego Andrzeja Boboli? Ten święty słynie z tego, że potrafił dość natarczywie upominać się o swój kult – na przykład ukazywał się różnym księżom, ostatnio w latach 80. XX wieku.

    Paweł Bucki SJ: Nie, nie bałem się Andrzeja Boboli [śmiech]. Jest on dla mnie bardzo ważnym świętym, mocno związanym z moim powołaniem. Tym, co budziło i nadal budzi mój respekt, jest parafia. To duża parafia w centrum Warszawy, w której spotyka się wiele grup i działa wiele duszpasterstw. Krzyżują się tutaj różne wrażliwości, różne sposoby patrzenia na świat, różne potrzeby ludzi. Trzeba to wszystko skoordynować.

    Andrzej Bobola to teraz jeden z najpopularniejszych polskich świętych w Polsce. Czy widać to w jego sanktuarium w Warszawie?

    Z popularnością świętych jest tak, że trudno ją zmierzyć. Czy liczyć kościoły i parafie pod ich wezwaniem, a może wydawane książki na ich temat? Natomiast jeśli popatrzymy na pobożność ludzi, to na pewno zauważymy coraz większą obecność świętego Andrzeja Boboli.

    Nasz kościół odwiedza rocznie kilkadziesiąt grup i wiele osób indywidualnych. Po tablicach rejestracyjnych widać, że przyjeżdżają z całej Polski i nie tylko. Także mieszkańcy Warszawy przychodzą tu na osobistą modlitwę. Mamy też coraz więcej próśb o relikwie.

    Jak uzasadniają swoje prośby ci, którzy proszą o relikwie? Dlaczego chcą się modlić za wstawiennictwem akurat tego świętego?

    Rodzaje uzasadnień są dwa. Pierwsze są bardziej ogólne: Andrzej Bobola to ważny święty, od 2002 roku patron Polski. Drugie, bardziej szczegółowe, nawiązują konkretnie do tej postaci: historii jego życia albo na przykład faktu, że ten męczennik jest patronem ewangelizacji w trudnych czasach. Trwa teraz wojna na Ukrainie, więc niektórzy zwracają uwagę na to, że święty Andrzej apostołował na wschodzie dawnej Polski, a jego relikwie były przetrzymywane w Moskwie.

    Dajemy relikwie parafiom, w których już trwa modlitwa za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli.

    Widać tu jeszcze jeden fenomen: postać świętego Andrzeja Boboli popularyzuje wielu świeckich, na przykład wspólnoty mężczyzn.

    Tak, wokół świętego Andrzeja Boboli zaangażowanych jest wielu ludzi. Większość z nich działa indywidualnie, na ogół niezależnie od siebie. Przy naszym sanktuarium istnieje Stowarzyszenie Krzewienia Kultu św. Andrzeja Boboli, które organizuje spotkania formacyjne i wykłady, ale też na przykład opiekuje się relikwiami trzeciego stopnia i prowadzi muzeum św. Andrzeja Boboli.

    Mogłoby się wydawać, że święty, który żył w XVI/XVII wieku i nie był nikim znanym, nie będzie szczególnie bliski dzisiejszym ludziom, prawda?

    W racjonalnych czy naturalnych kategoriach to jest rzeczywiście nietypowe. Andrzej Bobola jest trudnym patronem. Niełatwo o nim mówić nie tylko z powodu odległości czasowej, która nas dzieli. Zostawił po sobie niewiele zapisków, został okrutnie zamordowany. A jednak do ludzi bardzo przemawia jego wierność i wytrwałość. Żył w trudnym momencie historii – jak nie wojna, to rokosz, jak nie rokosz, to epidemia – i pomagał ludziom doświadczonym trudnościami. Dzisiaj też pomaga.

    Andrzej Bobola „robił swoje”. Jego praca to były zwykłe zadania księdza i zakonnika: był on prefektem, nauczycielem, misjonarzem ludowym, kaznodzieją, opiekunem Sodalicji Mariańskiej (czyli – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – grup parafialnych) itp. Każdy z nas, niezależnie, jaką ma sytuację życiową, zawód czy powołanie, może poczuć z nim wspólnotę.

    Niedawno odpisywałem pewnemu panu z Japonii, który napisał do nas piękną polszczyzną, że jest pielęgniarzem i że Andrzej Bobola go inspiruje, bo opiekował się chorymi podczas zarazy. Poprosił o informacje o nim i obrazki z relikwiami trzeciego stopnia.

    Czy dostajecie wiele takich listów z zagranicy?

    Sporo. Te z ostatnich tygodni, które pamiętam, przyszły na przykład z Hiszpanii, Portugalii, Filipin, Stanów Zjednoczonych, Brazylii.

    W internecie można znaleźć wiele świadectw cudów i innych łask wymodlonych za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli. Wiele osób zostawia też swoje prośby na kartkach w sanktuarium i na stronie internetowej. Czy te świadectwa są zbierane?

    Tak, zbieramy spisane świadectwa. Kilka razy zdarzyło mi się też wysłuchać takich historii i je spisać. To są piękne opowieści – bardzo różnorodne i dotyczące różnych spraw, które ludzie powierzają temu świętemu. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie.

    Pewien pan z powodu splotu niefortunnych okoliczności musiał być operowany niemal bez znieczulenia. Zwrócił się do świętego Andrzeja: „Ty zniosłeś straszne cierpienia. Pomóż mi też je znieść!”. I rzeczywiście ból został od niego jakby odsunięty. Było to zadziwiające i dla niego, i dla zespołu medycznego.

    Niedawno trafiła do nas historia, która dotyczy wydarzeń sprzed lat. Starsza pani w czasie choroby poprosiła wnuczkę, żeby modliła się z nią do św. Andrzeja, „tego od cudów”. Wnuczka nie wiedziała, o kogo chodzi. Dopiero kiedy babcia wyzdrowiała, opowiedziała, jak w czasie powrotu relikwii św. Andrzeja Boboli do Polski w 1938 r. jako kilkunastoletnia dziewczynka uczestniczyła w jednym z wydarzeń zorganizowanych z tej okazji. Podczas procesji znalazła się blisko trumny z relikwiami i zobaczyła, że ludzie pocierają o trumnę różne przedmioty, np. chusteczki i medaliki (tak powstają relikwie trzeciego stopnia). Ona akurat nie miała przy sobie nic takiego, więc podniosła płatki róż sypane podczas procesji, potarła je o trumnę i zabrała. Kiedy wróciła do domu, do rodzinnego miasta, dowiedziała się, że jej brat poważnie zachorował. Lekarz nie dawał mu szans na przeżycie. Ta pani położyła płatki kwiatów na klatce piersiowej chorego, cała rodzina zebrała się przy nim i modliła się za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli, i brat wrócił do zdrowia.

    W sanktuarium przy ulicy Rakowieckiej można zobaczyć szczątki świętego Andrzeja Boboli w szklanej trumnie. Zachowanie zwłok od rozkładu to także jest fakt, który nie ma racjonalnego uzasadnienia. W jakim stanie są te szczątki dzisiaj?

    Ciało świętego Andrzeja Boboli po odnalezieniu 45 lat po śmierci i jeszcze długo później było nietknięte rozkładem. Dzisiaj już tego powiedzieć nie można – zwłoki są zmumifikowane. Ale szczątki świętego Andrzeja są integralne, czyli zachowane w całości, co jest niezwykłe, zważywszy na fakt, że święty został zamordowany trzy i pół wieku temu. Stan zachowania ciała był zresztą powodem wielkiego zdziwienia członków komisji bolszewickiej, którzy w latach 20. XX wieku w kościele w Połocku wyrzucili je z trumny na kamienną posadzkę. Byli przekonani, że się rozpadną, a nic takiego się nie stało.

    Moi współbracia jezuici, którzy uczestniczyli w ostatnim otwarciu trumny w 1988 i 2013 roku, mówią, że relikwie są w dobrym stanie.

    Czy powie Ojciec coś więcej o swojej przyjaźni z Andrzejem Bobolą?

    Z Towarzystwem Jezusowym i świętym Andrzejem zetknąłem się po raz pierwszy jako harcerz przy okazji Duszochwatów, czyli rekolekcji organizowanych przez jezuitów na obozach harcerskich na przełomie XX i XXI wieku. Zastanawiam się teraz, skąd się wzięła ta nazwa. Może stąd, że Bobola w poszukiwaniu ludzi, którzy byli mniej lub bardziej wierzący, dużo chodził po leśnych ostępach i bagnach i docierał w różne niedostępne miejsca – całkiem jak harcerze? Kiedy zacząłem bliżej poznawać zakon, Andrzej Bobola był dla mnie zawsze ważnym punktem odniesienia i patronem.

    Dzisiaj mówimy o Andrzeju Boboli jako orędowniku jedności: z innymi chrześcijanami i jedności w narodzie. Myśli Ojciec, że to dobry święty do tej roli?

    Niektórzy mówią, że nie. Robi się z niego czasem kogoś w rodzaju wojownika. Myślę, że ten rys wojowniczy jest związany z objawieniami dominikaninowi o. Alojzemu Korzeniewskiemu na początku XIX wieku w Wilnie, kiedy Andrzej Bobola zapowiedział wielką wojnę i odzyskanie przez Polskę niepodległości. Żartujemy sobie z ojcami dominikanami, że jezuita, który ukazał się dominikaninowi, to najlepszy patron jedności [śmiech].

    Dzisiaj dominikanin o. Andrzej Bielat uważa, że święty Andrzej bardzo zaznaczył się w polskiej kulturze przez postać Andrzeja Kmicica z „Potopu”, który ponoć jest ukrytym Bobolą. Pierwowzór Sienkiewiczowskiego bohatera nazywał się Samuel Kmicic. Żył w tym samym czasie co Bobola i pochodził z okolic, na których on pracował. Musiał zetknąć się z Bobolą, który często przemierzał tamte tereny i był dobrze znany okolicznej szlachcie. W powieści dostał imię Andrzej, co ponoć było aluzją do Boboli, dobrze zrozumiałą dla czytelników, a niezrozumiałą dla carskiej cenzury. Kmicic z „Potopu” ma sympatyczny, ale niełatwy charakter, nad którym udaje mu się zapanować długą, wytrwałą pracą. To samo pisali o świętym Andrzeju Boboli jego przełożeni. Ponoć najpełniejsza analogia to opis męczeństwa Kmicica, złapanego przez Szwedów pod Jasną Górą. Nie zakończyło się ono śmiercią, ale bohater Sienkiewicza też zostaje powieszony na haku i przypalany ogniem. Myślę, że ta teoria jest bardzo prawdopodobna, bo po beatyfikacji w 1853 roku Bobola był w Polsce znaną postacią.

    Święty Andrzej jest dobrym kandydatem na patrona jedności, bo oddał za nią życie – tak jak patronami jedności są na przykład męczennicy z czasów reformacji. Posługiwał wśród unitów, a Unia Brzeska zakładała jedność przy zachowaniu różnorodności obrządków. Kiedy jego ciało zostało odnalezione na początku XVIII wieku, modlili się przy nim i rzymscy katolicy, i unici, i prawosławni. Dzisiaj też w naszym sanktuarium swoje spotkania i liturgie mają katolicy obrządków wschodnich: grekokatolicy, katolicy języka arabskiego i obrządku syro-malabarskiego z Indii.

    Święty Andrzej Bobola szedł do różnych ludzi, nie pytając ich o wyznanie, i głosił im Ewangelię. Szukał każdego człowieka – najpierw człowieka! Jak zauważył jeden z naszych współbraci, ten święty w swoich relikwiach poszedł nawet do wojujących ateistów w Moskwie. Pokazał, że coś im się wymyka, że materializm nie obejmuje całej rzeczywistości.

    W 1938 r. przy okazji powrotu integralnych relikwii Andrzeja Boboli do Polski odbyła się wielka peregrynacja relikwii po Polsce. Może warto by było dzisiaj również zorganizować coś podobnego, zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze wschodu?

    W Polsce odbywa się wiele wydarzeń, w których Andrzej Bobola uczestniczy w swoich relikwiach cząstkowych. Na przykład w Warszawie regularnie organizowane są procesje różańcowe. Najbliższa, zaplanowana na 16 maja, przejdzie od sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście do sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej.

    Gość Niedzielny

    ***

    czwartek 14 maja

    Nowenna do Ducha Świętego

    Jak co roku w oczekiwaniu na to Święto Kościół katolicki będzie odprawiał nowennę do Ducha Świętego i tym samym trwał we wspólnej modlitwie, podobnie jak apostołowie, którzy modlili się jednomyślnie po wniebowstąpieniu Pana Jezusa czekając w Jerozolimie na zapowiedziane przez Niego zesłanie Ducha Świętego.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    1. Po wystawieniu Najświętszego Sakramentu można zaśpiewać hymn: “O Stworzycielu, Duchu, przyjdź” lub sekwencję: “Przybądź, Duchu Święty” czy też inną pieśń do Ducha Świętego.

    2. Modlitwa wstępna: Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    3. Na poszczególne dni nowenny:

    Dzień pierwszy

    W ostatnim dniu oktawy Święta Namiotów, Jezus “zawołał donośnym głosem: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego” (J 7,37.39).

    Módlmy się:

    Panie Jezu Chryste, jak drzewo po przyjęciu wody rozwija się i przynosi owoce, również i my pragniemy przyjąć łaskę Ducha Świętego i przynosić owoce cnót. Amen.

    Dzień drugi

    Pismo Święte poucza:

    “Bóg zbawił nas przez obmycie odradzające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3,5-7).

    Módlmy się:

    Boże, który w Chrzcie Świętym obficie wylałeś na nas Ducha Świętego, spraw łaskawie, aby wspierał On nasze pragnienie nieba, aby nas zachęcał, uczył, oświecał, pocieszał, umacniał, leczył, usprawiedliwiał i zbawiał. Amen.

    Dzień trzeci

    Pismo Święte poucza:

    “Wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” ( 1 Kor 12,13).

    Módlmy się:

    Duchu Przenajświętszy, Boże jedności, zgody i pokoju, błagamy Cię pokornie, abyś zawsze jednoczył wszystkich wierzących w Chrystusa w Jego świętym Kościele. Amen.

    Dzień czwarty

    Pismo Święte poucza:

    “Bóg jest tym, który umacnia nas wespół z wami w Chrystusie i który nas namaścił. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1,21-22).

    Módlmy się:

    Duchu Święty, dziękujemy Ci za to, że nas opieczętowałeś Bożym podobieństwem, które jest zadatkiem szczęścia wiecznego i wezwaniem do świętości. Amen.

    Dzień piąty

    Pismo Święte poucza:

    “Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8,26-27).

    Módlmy się:

    Panie Jezu Chryste, dzięki mieszkającemu w nas Duchowi Świętemu, modlitwa nasza zdolna jest ujarzmić szatana i pokusy świata, a także zdolna jest wielbić Ciebie wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen.

    Dzień szósty

    Pismo Święte poucza:

    “Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Owocem ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Ga 5,16.22.25).

    Módlmy się:

    Panie, pomnóż w nas wiarę w Ciebie i zawsze nas oświecaj światłem Ducha Świętego, abyśmy postępowali według ducha i cieszyli się jego owocami. Amen.

    Dzień siódmy

    Pismo Święte poucza:

    “Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,19-20).

    Módlmy się:

    Boże, dopóki żyjemy w ciele, walczymy ze złem, spraw przeto, abyśmy umieli opanować wszelkie pokusy i popędy przy pomocy mieszkającego w nas Ducha Świętego, abyśmy żyli wiecznie. Amen.

    Dzień ósmy

    Pismo Święte poucza:

    “Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują. Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha – Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (1 Kor 2, 1 ).

    Módlmy się:

    Przybądź, Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości, abyśmy miłowali Boga całym sercem i otrzymali wieczne szczęście. Amen.

    Dzień dziewiąty

    Pismo Święte poucza:

    “Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,1-4).

    Módlmy się:

    Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej. Amen.

    4. Ojcze Nasz…

    5. Módlmy się:

    Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego, wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    6. Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny (lub do Serca Pana Jezusa)

    7. Zakończenie nabożeństwa błogosławieństwem eucharystycznym.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    czwartek 14 maja

    Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego

    Wniebowstąpienie Pańskie jest świętem upamiętniającym wstąpienie do nieba Zmartwychwstałego Pana Jezusa, który po 40 dniach przebywania pośród uczniów udał się na Górę Oliwną i w ich obecności uniósł się i wstąpił na niebiosa.

    40-ty dzień od Zmartwychwstania Pana Jezusa wypada zawsze w czwartek.

    W Polsce od kilku lat Konferencja Episkopatu, za zgodną Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przeniosła tę uroczystość na najbliższą niedzielę.

    W Szkocji Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego obchodzona jest zawsze w czwartek i jest świętem obowiązkowym. Dlatego Msza św. będzie odprawiona w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00.

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png
    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ***

    środa 13 maja

    Wspomnienie Matki Bożej Fatimskiej

    45 lat temu świat zatrzymał się na chwilę.

    Rocznica zamachu na św. Jana Pawła II na placu św. Piotra

    Zamach-na-Papieza.jpg
    Papież Jan Paweł II ranny w zamachu na pl. św. Piotra w Rzymie, 13 maja 1981 r. (fot. AIPN)

    ***

    45 lat temu, 13 maja 1981 roku, miał miejsce zamach na życie Jana Pawła II. Podczas audiencji generalnej na placu św. Piotra w Rzymie, o godz. 17:19 uzbrojony napastnik Mehmet Ali Agca, oddał w stronę Ojca Świętego strzały. Ciężko rannego papieża natychmiast przewieziono do kliniki w Gemelli, gdzie rozpoczęła się kilkugodzinna dramatyczna walka o jego życie. Cały świat w ogromnym napięciu śledził napływające doniesienia. Wszyscy zadawali sobie pytanie, czy Jan Paweł II przeżyje. Po latach miejsce zamachu na papieża upamiętnia płytka w bruku po prawej stronie przy kolumnadzie Placu św. Piotra.

    W czasie środowej audiencji ogólnej 13 maja 1981 r. o godz. 17:00 Ojciec Święty rozpoczął objeżdżanie papamobile Placu św. Piotra, błogosławiąc przybyłych pielgrzymów. Dziewiętnaście minut później turecki płatny morderca Mehmet Ali Agca trzykrotnie wystrzelił do papieża, ciężko raniąc go. Zamachowca ujęto w pobliżu miejsca ataku. – Agca strzelał, by zabić – wspominał po latach emerytowany metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, wieloletni sekretarz Jana Pawła II.

    Zamacowiec został szybko osądzony, ale to tragiczne wydarzenie ciągle pozostaje bez wyjaśnienia. Sprzeczne domniemania krążą do dziś na temat motywów, planu i przebiegu zamachu i ewentualnych jego zleceniodawców. Ali Agca, płatny morderca z ugrupowania “Szare wilki”, chciał zamordować “jedynego papieża z bloku wschodniego” już w 1979 r. podczas jego wizyty w Turcji. W kilka tygodni po zamachu na Placu św. Piotra włoski sąd skazał Turka na dożywocie. W grudniu 1983 r. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu.

    Zamachowiec oskarżał początkowo wywiad bułgarski, wkrótce zmienił zeznania. Wikłał się w różnych wypowiedziach kierując śledztwo na fałszywy trop. Starał się zatrzeć swoje kontakty i chronił swoich mocodawców. Jak obliczyli obserwatorzy procesu, w czasie śledztwa Agca podał ponad sto różnych wersji wyjaśnień swojego czynu.

    Wielki proces, który miał doprowadzić do wyjaśnienia wszystkich szczegółów zamachu, zakończył się w 1986 r. de facto bez rezultatów. Tylko jeden z oskarżonych został skazany na więzienie i to za nielegalne posiadanie broni. Pozostali, z braku dowodów, wyszli na wolność.

    Alego Agcę ułaskawił 13 czerwca 2000 prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi, po czym deportowano go do więzienia w Turcji, gdzie rozpoczął odbywanie kary za zabójstwo tureckiego wydawcy. Ostatecznie wyszedł na wolność w styczniu 2010 r. po odsiedzeniu wyroku w więzieniu w Ankonie.

    Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17:19. Nawiązując do tego faktu papież powiedział: – Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli. Uważał, że to Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie. W 1991 roku będąc w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: – Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność.

    Doświadczenie zamachu przyniosło za sobą konkretne owoce: papież zapoznał się z tajemnicami fatimskimi, odbył pielgrzymkę do Fatimy i zawierzył Europę oraz Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi. Pocisk, którym został raniony złożył jako wotum do sanktuarium fatimskiego; został on umieszczony w koronie figury Matki Bożej z Fatimy.

    źródło: KAI

    ***

    W miejscu, gdzie kula dosięgnęła Jana Pawła II, Leon XIV zatrzymał się na modlitwę

    Podczas przejazdu papamobilem przed audiencją generalną papież Leon XIV zatrzymał się i uklęknął w miejscu, gdzie czterdzieści pięć lat temu, 13 maja 1981 roku, doszło do zamachu na św. Jana Pawła II na Placu św. Piotra.

    Leon XIV modlił się w miejscu zamachu na Jana Pawła II

    ***

    Przejeżdżając obok miejsca zamachu, papież Leon XIV polecił zatrzymać papamobile, wysiadł z samochodu i udał się na miejsce, w którym znajduje się tablica upamiętniająca zamach. Papież modlił się w ciszy i przyklęknął.

    Rozpoczynając katechezę Leon XIV przypomniał na wstępie, że dziś przypada wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Fatimy. „Właśnie w tym dniu – mówił dalej Papież – 45 lat temu, podczas audiencji generalnej, tutaj, na Placu św. Piotra, św. Jan Paweł II padł ofiarą zamachu, który nie zakończył się śmiercią dzięki opiece Matki Bożej, co on sam wielokrotnie potwierdzał. Dlatego dzisiejszą katechezę, której tematem jest ‘Maryja Panna – wzór Kościoła’, chciałbym dedykować mojemu świętemu Poprzednikowi, którego mottem były słowa ‘Totus tuus’”.

     Vatican News

    ***

    W jaki sposób w Maryi Kościół może rozpoznać swoją Matkę

    Papież zakończył dziś omawianie konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II. Katechezę poświęcił Maryi

    Leon XIV. Fot. Vatican Media

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Sobór Watykański II zechciał poświęcić ostatni rozdział Konstytucji dogmatycznej o Kościele Najświętszej Maryi Pannie (por. Lumen gentium, 52-69). „Doznaje Ona czci jako najznakomitszy i całkiem szczególny członek Kościoła oraz jego typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości” (n. 53). Słowa te zachęcają nas, do zrozumienia, w jaki sposób w Maryi – która pod działaniem Ducha Świętego przyjęła i zrodziła Syna Bożego, który przyszedł w ciele – można rozpoznać zarówno wzór, jak i najdoskonalszego członka oraz Matkę całej wspólnoty eklezjalnej.

    Pozwalając się kształtować dziełu Łaski, które w Niej osiągnęło wypełnienie, i przyjmując dar Najwyższego ze swoją wiarą oraz ze swą dziewiczą miłością, Maryja jest doskonałym wzorem tego, czym ma być cały Kościół: stworzeniem Słowa Pańskiego i matką dzieci Bożych, rodzących się dzięki posłusznemu poddaniu działaniu Ducha Świętego. Jako zaś wierzącą w najpełniejszym znaczeniu tego słowa – Ta, w której zostaje nam ukazany doskonały kształt bezwarunkowego otwarcia na misterium Boże we wspólnocie świętego Ludu Bożego – Maryja jest najdoskonalszym członkiem wspólnoty kościelnej. Jako wreszcie Ta, która rodzi dzieci w Synu – umiłowane w odwiecznie Umiłowanym, który przyszedł pośród nas – Maryja jest Matką całego Kościoła; do Niej może on zwracać się z dziecięcą ufnością, w pewności, że zostanie wysłuchany, otoczony opieką i umiłowany.

    Wszystkie te cechy Najświętszej Maryi Panny można by wyrazić, mówiąc o Niej jako o Niewieście – ikonie Misterium. Termin Niewiasta ukazuje miejsce, jakie zajęła w historii ta młoda Córka Izraela, której dane było niezwykłe doświadczenie stania się Matką Mesjasza. Wyrażenie ikona wskazuje natomiast, że w Niej urzeczywistnia się podwójny ruch: zstępowania i wstępowania. W Maryi jaśnieje zarówno darmowe wybranie ze strony Boga, jak i wyrażona wolna zgoda wiary w Niego. Maryja jest zatem Niewiastą – ikoną Misterium, to znaczy Bożego zamysłu zbawienia, niegdyś ukrytego, a w pełni objawionego w Jezusie Chrystusie.

    Sobór pozostawił nam jasne nauczanie o szczególnym miejscu wyznaczonym Najświętszej Maryi Pannie w dziele Odkupienia (por. LG, 60-62). Przypomniał, że jedynym Pośrednikiem zbawienia jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6) i że Jego Najświętsza Matka „żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusa, lecz ukazuje jego moc” (LG, 60). Zarazem „Błogosławiona Dziewica, przeznaczona od wieków razem z wcieleniem Słowa Bożego na Matkę Boga, (…) w całkiem szczególny sposób współpracowała w dziele Zbawiciela przez posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich. Dlatego stała się nam matką w porządku łaski”.

    W Najświętszej Maryi Pannie odzwierciedla się również misterium Kościoła: w Niej Lud Boży odnajduje obraz swego początku, swego wzoru i swojej ojczyzny. W Matce Pana Kościół kontempluje własne misterium – nie tylko dlatego, że odnajduje w Niej wzór dziewiczej wiary, macierzyńskiej miłości i oblubieńczego przymierza, do których sam jest powołany, lecz także – a nawet przede wszystkim dlatego – że uznaje w Niej swój archetyp, idealny obraz tego, czym ma się stać.

     Vatican NewsStacja7.pl

    ***

    Modlitwa Anioła z Fatimy

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    Objawienia Anioła Portugalii

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ***

    Bóg lubi takie miejsca

    Bóg lubi takie miejsca

    “Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata.”

    Przybywający do Fatimy podkreślają wyjątkowy klimat tego miejsca, inny od tego, który panuje na przykład w Lourdes. Mimo sporej ilości pielgrzymów i typowego odpustowego kramu, jest tam jakoś ciszej, spokojniej, jakby skromniej. Wciąż można tam spotkać zwykłych, pobożnych Portugalczyków, przypominających trójkę dzieci, którym ukazała się Maryja. „Daleko tu od wszystkiego, co (rzekomo) ważne: od centrów dowodzenia, znaczenia decydowania, gromadzenia finansów. Nieskończenie daleko od Londynu, Paryża, Berlina i Wall Street” – notuje jeden z pielgrzymów. Jest ubogo i prowincjonalnie. Bóg lubi takie miejsca. Cenili je także papieże: Pius XII, Paweł VI, który był tam jako pielgrzym; Jan Paweł II odwiedził to miejsce dwukrotnie. Benedykt XVI właśnie dopisuje się do tej listy.

    W 1916 r. w Fatimie trójce dzieci: Hiacyncie (6 lat), jej bratu Franciszkowi (8 lat) oraz kuzynce Łucji (9 lat) ukazał się anioł, który zapowiedział zjawienie się Maryi. Pierwsze objawienie Matki Najświętszej miało miejsce 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: „Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Ostatnie, szóste objawienie, było 13 października. W dolinie zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy byli świadkami niezwykłego zjawiska. Słońce jakby obracało się wokół swej osi i szybko zniżało ku ziemi. Przesłanie Maryi: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”.

    Kościół uznał objawienia w roku 1930. Rok później, 13 maja, do sanktuarium fatimskiego przybyło ponad milion pątników. Jan Paweł II podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu z 13 maja 1981 r. w Rzymie. Kula, która go zraniła, jest dziś najcenniejszym fatimskim wotum. Po prawie 100 latach przesłanie płynące z Fatimy nie straciło nic na aktualności: modlitwa różańcowa, pokuta, wezwanie do nawrócenia. Czy nie jest to ratunek dla naszego zakręconego świata? Ale aby w to uwierzyć, trzeba mieć w sobie coś z prostoty portugalskich dzieci. Z tym bywa trudno…

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ***

    Podmieniona Łucja i inne absurdy.

    Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie.

    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.
    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.
    WIKIPEDIA

    ***

    Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.

    Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!

    Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.

    Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.

    Łucja podmieniona?

    Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.

    Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.

    Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem. Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI  z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie./WIKIPEDIA

    ***

    Złowrogie siostry

    Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.

    Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.

    Badają to w procesie

    W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.

    Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.

    Sami piszą tajemnicę

    Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.

    Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.

    Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.

    Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.

    Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.

    – Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.

    To statek UFO

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.

    Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…

    – Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.

    Jeśli – jeśli

    Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.

    Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej

    OUR LADY
    Lawrence OP CC

    ***

    Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.

    Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: “O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.

    Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że “w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.

    “Jasna Pani”

    Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października. Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej “Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.

    “Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.

    Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.

    Pierwsza tajemnica

    Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.

    Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. “Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.

    Maryja mówi dzieciom, ze pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    Druga tajemnica

    Druga część orędzia przekazana w trakcie objawień w kolejnych miesiącach – wzmacnia dotychczasowe warunki postawione ludzkości przez Matkę Bożą. Stawia ona ludzkość wobec wielkiej alternatywy: jeśli ludzie “nie przestaną obrażać Boga”, to On “ukarze świat za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Ponadto zapowiada prześladowania Kościoła i Ojca Świętego.

    Matka Boża przekazała po raz kolejny dzieciom, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą.

    Maryja zapowiada także, że przybędzie, aby poprosić o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu sercu. Dodaje, że “jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świcie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”. Warto dodać, że w lipcu 1917 r. nikt nie słyszał jeszcze o Piusie XI ani o bezbożnej dyktaturze w Rosji.

    Trzecia tajemnica

    Dwie pierwsze tajemnice zostały ujawnione w niespełna ćwierć wieku później, trzecia zaś elektryzować będzie ludzkość przez ponad 80 lat. Wcześniej została ona przekazana przez s. Łucję w tajemnicy kolejnym papieżom. Jej treść – stanowiącą zapowiedź olbrzymich prześladowań Kościoła i samego Ojca Świętego, który pada pod krzyżem – zdecydował się odsłonić dopiero Jan Paweł II w okresie Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w 2000 r.

    Objawienia fatimskie zakończyły się 13 października 1917 roku. Towarzyszył im do dziś nie wyjaśniony, “cud słońca” obserwowany przez 70-tysięczny tłum, który zebrał się aby towarzyszyć wizjonerom. O tym, że cud był realny, a nie wywołany zbiorową psychozą, świadczy fakt, że widzieli go wszyscy, ktokolwiek znajdował się w promieniu 40 km od Fatimy, nawet ludzie całkiem niewierzący.

    Dalsze objawienia s. Łucji – Maryja domaga się ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu.

    W 1929 r., papież Pius XI został poinformowany przez Jose da Silva, biskupa diecezji Leiria w której znajdowała się Fatima, o kolejnych objawieniach Matki Bożej, w którym s. Łucja (znajdująca się wówczas w zgromadzeniu sióstr doroteuszek) otrzymała od Maryi ponowną prośbę, by Ojciec Święty dokonał konsekracji Rosji w łączności ze wszystkimi biskupami.

    Te kolejne z prywatnych objawień s. Łucja doznawała poczynając od grudnia 1925 r., kiedy Maryja prosi ją by “przekazała wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad 15 tajemnicami różańca towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

    W 1929 roku po raz kolejny objawia się Łucji Matka Boża mówiąc, że “przyszła chwila, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby wspólnie ze wszystkimi biskupami świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją w ten sposób ocalić”. Z orędzia wynika po raz kolejny, że „jeżeli Rosja nawróci się, to nastanie pokój. Jeżeli nie, rozpowszechni ona swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Ojciec Święty będzie cierpiał, wiele narodów zostanie zniszczonych”.

    W 1930 roku w czasie objawień Matka Boża Mówi Łucji, że jeśli ludzie się nie nawrócą i nie będą żałować za grzechy, dojdzie do następnej wojny światowej, klęski głodu, wielu konfliktów zbrojnych i prześladowania chrześcijan, a ratunkiem jest zawierzenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.

    Mimo, że 13 października 1930 biskup Leirii Jose Coreira da Siva uznaje autentyczność objawień, to jednak Pius XI nie spełnia żądania poświęcenia Rosji.

    W kwietniu 1939 r. nowym papieżem został Pius XII. 2 grudnia 1940 r. s. Łucja napisała do niego list, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako “wojnę dwóch szatanów” nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji, obawiając się, aby nie zostało to wykorzystane przez Niemców na rzecz ich propagandy.

    W roku 1944 Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a dwa lata później przez swojego legata koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej na Królową Świata. W 1949 r. wydał zgodę na rozpoczęcie prac koniecznych do otwarcia procesu beatyfikacyjnego fatimskich dzieci, Franciszka i Hiacynty.

    Dziesięć lat po Poświęceniu Narodów Niepokalanemu Sercu Maryi, w roku 1952 Pius XII powtórzył akt, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” — ale Łucja pozostała nieprzekonana co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego.

    Jan Paweł II początkowo nie interesował się specjalnie Fatimą. Zaczęła ona nurtować go po zamachu z 13 maja 1981 r. Poprosił o tekst objawień. Po opuszczeniu Polikliniki Gemelli, Jan Paweł II oświadczył: „Zrozumiałem, że jedyną drogą uniknięcia wojny, uratowania świata przed ateizmem, jest nawrócenie Rosji zgodnie z fatimskim orędziem”. To jego przekonanie potwierdziła s. Łucja w liście adresowanym doń z 12 maja 1982 r. Pisze w nim, że trzecia część tajemnicy odnosi się do słów Matki Bożej: „Jeżeli przyjmą moje żądania, Rosja nawróci się i zaznają pokoju; jeżeli nie, rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, itd.”

    W rok po zamachu Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Fatimy, traktując ją jako wotum wdzięczności Matce Bożej za ocalenie życia. W kazaniu wyjaśnił, czemu Kościół przyjął orędzie Matki Bożej Różańcowej – jest tak dlatego, że zawiera prawdę i wezwanie, które są w swej zasadniczej treści prawdą i wezwaniem samej Ewangelii. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – to przecież pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości” – mówił.

    Będąc w Fatimie zawierzył też świat i Rosję Niepokalanemu sercu Maryi. Siostra Łucja prosiła go jednak o ponowienie tego aktu, gdyż nie był on dokonany w łączności ze wszystkimi biskupami.

    25 marca 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) w Bazylice św. Piotra zawierzył ponownie świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.

    Treść trzeciej tajemnicy

    Trzecią, ukrywaną na życzenie samej Matki Bożej część tajemnicy, siostra Łucja spisała po latach, na żądanie swojego ordynariusza, biskupa Jose da Silva 3 stycznia 1944 r. Powiadomiła biskupa, że tekst został zredagowany i jest do jego dyspozycji w zalakowanej kopercie, z adnotacją, że może ona zostać otwarta dopiero w 1960 r. Od 1957 r. koperta znajdowała się w Tajnym Archiwum Świętego Oficjum.

    Otwarcia zalakowanej koperty dokonał Jan XXIII w sierpniu 1959 r., dziesięć miesięcy po wyborze na papieża. Otworzył ją w obecności kard. Alfredo Ottavianiego, prefekta Kongregacji Świętego Oficjum. Nie będąc pewny, czy obaj rozumieją dokładnie wszystkie niuanse portugalskiego tekstu, zażądał sporządzenia jego profesjonalnego tłumaczenia. Po zapoznaniu się z nim zadecydował, że treść tajemnicy nie powinna być jeszcze ujawniona. Jednak 13 grudnia 1962 r., ustanowił święto Fatimskiej Matki Bożej Różańcowej. O fatimskim orędziu wyrażał się, że jest ono „największą nadzieją świata na pokój”.

    W 1963 r. rozpoczął się pontyfikat Pawła VI, który – po przeczytaniu pełnej treści objawień fatimskich – postanowił ich nie ujawniać, ale udać się do Fatimy osobiście. Jako pierwszy papież przybył tam z jednodniową, prywatną pielgrzymką, podczas przypadającej wówczas 50. rocznicy objawień.

    Dopiero w czerwcu 2000 r. w ramach Wielkiego Jubileuszu chrześcijaństwa, Jan Paweł II, po 56 latach od spisania przez siostrę Łucję, ujawnił trzecią tajemnicę fatimską. Zrobił to w jego imieniu kard. Joseph Ratzinger, sprawujący wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2000 roku w watykańskiej Sala Stampa. Jej tekst brzmi:

    “Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!

    I zobaczyliśmy, w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: (coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim) Biskupa odzianego w biel (mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty). Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręku konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.

    Kard. Ratzinger wyjaśniał, że opublikowany tekst ma charakter proroczej wizji. „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”.

    Prefekt kongregacji zaznaczał, że tej niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Dodał, że w ten sposób „zostaje podkreślone znaczenie wolności człowieka, gdyż przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona”.

    Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej – jego zdaniem – w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm.

    Trzecia tajemnica fatimska – jak podkreślił – jest dramatycznym ostrzeżeniem przed ateizmem, ponieważ największym zagrożeniem dla ludzkości jest odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez ateizm w wydaniu komunistycznym jak i przez ateizm ukryty w tej najbardziej rozpowszechnionej mentalności życia takiego, jakby Bóg nie istniał.

    Jednocześnie kard. Ratzigner odniósł pośrednio tę wizję do zamachu na Jana Pawła II z 1981 r. Wyjaśniał, że papież „tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci”, a jego ocalenie „jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię”.

    A jako Benedykt XVI, po pięciu latach swojego pontyfikatu, Joseph Ratzinger przybył do Fatimy 13 maja 2010 r. „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona” – mówił. A nawiązując do zbliżającego się jubileuszu objawień w 2017 r., prosił: „Oby te lata, które dzielą nas od stulecia Objawień, przyspieszyło zapowiadany triumf Niepokalanego Serca Maryi ku chwale Trójcy Przenajświętszej”.

    W tym roku, w setną rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie przybył tam 12 maja papież Franciszek. Wyniósł na ołtarze dwoje z trojga uczestników wydarzeń z 1917 r. – Franciszka i Hiacyntę Marto. W homilii wskazał, że Matka Boża zachęca, byśmy „zaciągnęli się do walki Jej Boskiego Syna, zwłaszcza przez codzienne odmawianie różańca w intencji pokoju na świecie”. Wskazał, że słowa Maryi do ludzi pośród obecnego niepokoju na świecie i niepewności o przyszłość wymagają „wytrwałości w poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi, przeżywanej codziennie przez odmawianie różańca”. Zaapelował o powstrzymywanie zła, zatrzymując je na sobie, tak jak Chrystus, zamiast przekazywać je przez wyrządzanie krzywdy innemu.

    KAI/Aleteia.pl

    Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią

    Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią
    fot. János Korom Dr. from Wien,
    Austria via Wikipedia, CC BY-SA 2.0 / Eric Draper – whitehouse.gov (wikipedia), CC0

    ***

    Kard. Sodano objawiając 13.05.2000 r. główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej stwierdził: “Według interpretacji Pastuszków, ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy.”

    Teraz już wiemy, że to proroctwo wypełniło się wieczorem 13 maja 1981 r. Cały świat obiegła wtedy wstrząsająca wiadomość o zamachu na życie Ojca Świętego. Podczas środowej audiencji, kiedy Ojciec Święty stojąc w “papamobile” po raz drugi okrążał plac św. Piotra i zbliżał się do Spiżowej Bramy, turecki terrorysta Mechmed Ali Agca oddał do niego kilka strzałów (po czwartym zaciął mu się pistolet), raniąc go w jamę brzuszną, prawy łokieć i wskazujący palec prawej ręki.

    Ks. biskup Stanisław Dziwisz wspomina: “Huk był ogłuszający. Naturalnie zrozumiałem, że ktoś strzelał. Ale kto? I zobaczyłem, że Ojciec Święty został zraniony. Chwiał się, ale nie było widać ani krwi ani ran. Zapytałem: gdzie? odpowiedział: w brzuch, spytałem jeszcze: czy bardzo boli?, a on odpowiedział: Tak. Stojąc za Ojcem Świętym podtrzymywałem go, żeby nie upadł. Pół-leżal w aucie oparty o mnie i tak dojechaliśmy do ambulansu koło centrum sanitarnego wewnątrz murów watykańskich. Ojciec Święty oczy miał zamknięte, bardzo cierpiał i powtarzał krótkie modlitwy w formie aktów strzelistych. O ile dobrze pamiętam, to najczęściej: Maryjo, Matko moja! Maryjo, Matko moja”. Doktor Buzzonetti i brat Kamil, pielęgniarz, byli ze mną w karetce. Jechała bardzo szybko. Po kilkuset metrach, syrena karetki się popsuta. Trasa, którą normalnie pokonuje się w co najmniej pół godziny, zajęła 8 minut i to w rzymskim ruchu ulicznym! W czasie drogi Ojciec Święty bardzo cierpiał i modlił się coraz bardziej słabnącym głosem. Nie wymówił ani jednego słowa rozpaczy czy urazy, jedynie słowa głębokiej modlitwy, płynącej z wielkiego cierpienia. Później Ojciec Święty powiedział mi, że zachował przytomność aż do przyjazdu do szpitala, i tam dopiero ją stracił. Sakramentu Chorych udzieliłem Ojcu Świętemu tui przed samą operacją. Operacja zaczęła się przed godziną 18. Operował profesor Crucitti, asystowali mu: profesor Manni, reanimator, kardiolog doktor Manzoni, internista doktor Breda i lekarz z Watykanu”.


    Podczas przygotowań do operacji stwierdzono, że stan Papieża jest krytyczny. Ojciec Św. stracił trzy czwarte krwi, ciśnienie spadło do stanu alarmującego. Puls był prawie niewyczuwalny. Zgon mógł nastąpić w każdej chwili z powodu wykrwawienia. Nadzieja stopniowo zaczęła wracać, kiedy podczas operacji okazało się, że żaden z ważnych dla życia narządów nie został naruszony. Operacja była bardzo skomplikowana. Trwała około 5 godz. Trzeba było oczyścić jamę brzuszną, wyrównać skutki utraty krwi, w kilku miejscach zaszyć okrężnicę oraz wyciąć 55 cm jelit.

    Kiedy Papieża przywieziono do szpitala, wszystko było gotowe do operacji, ale przecież trzeba również przygotować i rannego. To wszystko rozgrywało się w kilku minutach pomiędzy życiem a śmiercią! Podczas gdy zwożono umierającego z dziesiątego piętra do sali operacyjnej na dziewiątym piętrze, na wszystkie strony wysyłano naglące wezwania do profesora Crucitti, któremu cudem udało się dotrzeć na czas do kliniki Gemelli.“Kiedy wjechałem na dziewiąte piętro – wspomina profesor – zakonnica zawołała do mnie: Prędko! Prędko!” Asystenci i siostry dosłownie rzucili się na mnie, Żeby ze mnie zedrzeć marynarkę i spodnie, i włożyć mi strój do operacji, rozsiewając naokoło wszystko, co miałem w kieszeniach: klucze, bilon i portfel. Kiedy pobiegłem myć ręce, jeden wiązał mi na plecach fartuch, drugi wkładał mi operacyjne buty, a w tym samym czasie inny lekarz meldował mi z sali: “Ciśnienie 80, 70, spada dalej”. Kiedy wszedłem, narkoza już zaczęła działać, Papież spał, a ja miałem skalpel w ręce. Ekipa od nagłych wypadków zrobiła już wszystkie niezbędne zabiegi i miałem tylko jedną myśl: otwierać, otwierać, nie tracąc ani sekundy. Otwarłem. I zobaczyłem krew, mnóstwo krwi. Było jej może ze trzy litry w jamie brzusznej. Usuwaliśmy ją aspirując, wycierając i osuszając na wszystkie sposoby, dopóki nie ukazały się źródła krwotoku. Wtedy mogłem się zabrać do tamowania krwawienia. Z chwilą, gdy ranny nie tracił już krwi i transfuzja zaczęta działać, ciśnienie się podniosło. Teraz spokojnie mogliśmy prowadzić operację dalej. Zbadałem więc jamę brzuszną i zobaczyłem szereg ran. Były to liczne uszkodzenia j elita cienkiego i okrężnicy. Jedne powstały przez bezpośrednie obrażenie: przecięcie lub przedziurawienie pociskiem, inne przez pęknięcie. Krezka jelita cienkiego, ta błona, z której wychodzą naczynia krwionośne prowadzące do jelita cienkiego, była uszkodzona w wielu miejscach. Zrobiłem resekcję i konieczne zespolenia, przepłukałem otrzewną, założyłem szwy na esicy. Tam, w ostatniej części okrężnicy znajdowała się straszliwa rana, spowodowana bezpośrednio przejściem pocisku.

         Po zatamowaniu krwawienia, skontrolowaniu akcji układu sercowo-naczyniowego i stwierdzeniu, jak poważne są rany, pomyślałem, że sytuacja wymaga z mojej strony przede wszystkim zimnej krwi. Będąc całkowicie świadomy trudności mojego zadania, byłem jednakże przekonany, że wynik będzie pozytywny. Żaden ważny dla życia organ jak: tętnica główna, tętnica biodrowa czy moczowód nie zostały naruszone. Pocisk przeszedł przez kość krzyżową po przebiciu przedniej ściany brzucha. Obficie krwawiący system żylny przed kością krzyżową sprawił nam wiele kłopotu: dla powstrzymania krwotoku musieliśmy go powlec wyjałowionym woskiem. Ale pocisk otarł się tylko o ważne narządy, których uszkodzenie mogłoby sprowadzić śmierć i wydawało się, że sąsiadujące z nimi ośrodki nerwowe nie ucierpiały. To było zupełnie zdumiewające.”

         Kiedy operacja się zakończyła, Ojca Świętego przewieziono do sali reanimacyjnej, gdzie przebywał do 18 maja. W pierwszych dniach po operacji Ojciec Święty bardzo cierpiał, głównie z powodu drenów, ale w miarę upływu czasu wszystko powoli wracało do normy.

         Po zakończeniu skomplikowanej operacji, prof. Crucitti stwierdził, że dziewięciomilimetrowa kula przeszła przez ciało Papieża nieprawdopodobnym torem, omijając wszystkie istotne dla życia organy, jakby prowadzona niewidzialną ręką. Przeszła o kilka milimetrów od tętnicy głównej. Jej uszkodzenie grozi natychmiastową śmiercią. Ominęła rdzeń kręgowy i inne istotne dla życia narządy. Jest to fakt, który nie da się wytłumaczyć w sposób naturalny. “To był prawdziwy cud i wiem, komu go zawdzięczam. Jedna ręka trzymała pistolet, a inna prowadziła kulę”. Tak skomentował ten fakt sam Ojciec Święty. Zamach miał miejsce 13 maja, w rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Nawet godzina i minuty się zgadzały.

         Ks. biskup Dziwisz mówi, że “Ojciec Święty widział w tym wszystkim znak z nieba, a my łącznie z lekarzami, cud. Wydawało się, że wszystkim kieruje niewidzialna ręka. Nazajutrz po operacji Papież przyjął Komunię świętą. Następnego dnia już koncelebrował z nami, leżąc w łóżku. Ojciec Święty ani razu nie opuścił brewiarza. Pamiętam, że nazajutrz po zamachu jego pierwszym pytaniem po odzyskaniu przytomności było: Czy odmówiliśmy kompletę? Co wieczór odprawialiśmy Mszę św., a potem odmawialiśmy litanię do Matki Bożej. Ojciec Święty śpiewał razem z siostrami. Największym pragnieniem personelu była obecność na jego Mszy św. 23 maja lekarze podpisali komunikat, mówiący, że życiu chorego nie grozi już niebezpieczeństwo”.

         W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

    Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego zamachowca Ali Agcy. Ojciec Święty odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem Ali Agca powiedział: “Jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał? Ja wiem, że dobrze celowałem. Wiem, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

         Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie, właśnie wtedy Matka Boża apelowała do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”.

         Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”.

         13.07.1917 r. podczas objawienia w Fatimie Matka Najświętsza powiedziała: “Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci…” Natomiast 13.06.1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy oświadczyła: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa i Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”.

         W pamiętny dzień 25 marca 1984 roku Ojciec Święty, na placu św. Piotrą w Rzymie, w łączności z biskupami całego świata, dokonał aktu oddania całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność do Rzymu figurki Matki Bożej z Fatimy. Dwustu kardynałów i biskupów obecnych w tym dniu na Placu św. Piotra razem z wiernymi zdawało sobie sprawę, że jest to wydarzenie, które według fatimskiego orędzia, może zmienić losy świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu poświęcenia, aby przezwyciężyć potęgę zła, która zagraża całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch l ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy… składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po akcie oddania świata Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”.

         Dzień oddania całego świata Matce Najświętrzej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. W Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego.

         Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie.

    13 maja 1994 r. Ojciec Święty przebywał na leczeniu w klinice Gemelli, po złamaniu szyjki kości udowej w prawej nodze. W tym dniu skierował wielkanocne orędzie do włoskich biskupów, w którym napisał: “Piszę te słowa dziś, 13 maja, z polikliniki Agostino Gemelli. Pozwólcie, Bracia umiłowani, że wrócę myślą do tego, co wydarzyło się przed 13 laty na Placu św. Piotra. Wszyscy pamiętamy ten moment, kiedy po południu oddano strzały do papieża, aby go zabić. Kula, która przebiła jamę brzuszną, znajduje się obecnie w Sanktuarium w Fatimie, pas przedziurawiony tą kulą znajduje się w sanktuarium na Jasnej Górze. To macierzyńska ręka kierowała torem kuli, a umierający papież, przewieziony pośpiesznie do kliniki Gemelli, został zatrzymany na progu śmierci. We wrześniu ubiegłego roku, kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w Sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Do zdrowia powróciłaś cudem!” Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał.”

         W kontekście tych wszystkich wydarzeń niezwykłe znaczenie i wagę ma oświadczenie kard. Sodano po Mszy św. beatyfikacyjnej fatimskich Pastuszków Franciszka i Hiacynty 13.05.2000 r. “Ojciec Święty – stwierdził kardynał – po zamachu 13 maja 1981 uznał za rzecz oczywistą, że “macierzyńska ręka kierowała biegiem kuli, dzięki czemu znajdujący się w agonii Papież” zatrzymał się na progu śmierci”. Z okazji wizyty biskupa Leirii i Fatimy w Rzymie Papież postanowił przekazać kulę, którą po zamachu znaleziono w wiozącym go samochodzie, przekazać Sanktuarium Fatimskiemu. Została ona z inicjatywy biskupa umieszczona w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej.

         Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego ateizm reżimu komunistycznego. Także za to Papież dziękuje z głębi serca Najświętszej Dziewicy. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli wydarzenia, do których odnosi się trzecia część tajemnicy fatimskiej, zdają się należeć do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia. 

    M.P./Miłujcie się! 5-8/2000

    ***

    Zamach na Jana Pawła II – wstrząsające pamiątki wydarzenia sprzed ponad 40 lat

    Sample

    fot. Damian Klamka/East News | wikipedia

    ***

    Dziś, 13 maja mijają 43 lata od zamachu na Jana Pawła II. W wielu miejscach w Polsce i poza granicami, przechowywane są różnego rodzaju przedmioty związane z tym dramatycznym wydarzeniem: przestrzelona sutanna, pocisk, który ranił papieża, pistolet, z którego strzelał Mehmet Ali Agca. Te szczególne pamiątki – z których część z uwagi na ślady krwi mają charakter relikwii – przechowywane są m.in. w Wadowicach, Krakowie i portugalskiej Fatimie.

    Sutanna

    Jednym z niemych świadków wydarzenia sprzed ponad 40 lat jest sutanna, którą papież miał na sobie w czasie zamachu. Można ją zobaczyć w sanktuarium św. Jana Pawła II na krakowskich Białych Morzach, gdzie spoczywa w szklanej gablocie. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. przy przestrzelonej sutannie, noszącej ślady krwi zatrzymywali się pielgrzymi z całego świata.

    Tę niezwykłą relikwię przekazał sanktuarium kard. Stanisław Dziwisz 13 maja 2015 roku, a więc w 34. rocznicę zamachu. „Trudno ją było dłużej trzymać w domu. Trzeba było ją przekazać w miejsce, w którym będzie przechowywana. Niech będzie świadkiem tego zamachu, ale też świadkiem wielkości Jana Pawła II” – mówił kard. Stanisław Dziwisz. Od tego czasu sutanna wystawiona jest na widok publiczny w jednej z kaplic górnego kościoła sanktuarium św. Jana Pawła II, będącego częścią papieskiego Centrum „Nie lękajcie się!”. Znajduje się ono na obszarze dawnych Zakładów Sodowych „Solvay”, a więc w miejscu związanym z latami młodości Karola Wojtyły.

    Pas

    Natomiast w skarbcu sanktuarium na Jasnej Górze przechowywany jest przestrzelony i noszący ślady krwi i pocisku, biały pas sutanny Jana Pawła II. Pas po raz pierwszy publicznie pokazano pielgrzymom 4 czerwca 2004 r. w Kaplicy Matki Bożej. Umieszczono go w specjalnej, pancernej i przeszkolonej szkatule w ołtarzu jasnogórskim po lewej stronie, tuż przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.

    Kaseta, w której zawisł papieski pas, wykonana jest ze stali ozdobionej srebrem. Oglądanie pasa umożliwia kryształowa, hartowana szyba, chroniąca jednocześnie pas przed światłem i ciepłem. Kaseta waży ponad 20 kilogramów. Wieńczy ją wykonany ręcznie ze srebrnej blachy herb papieski Jana Pawła II połączony z elementami kluczy i tiary. Na wstędze widnieje napis: „Totus Tuus”. Wykonawcami kasety są Lech Dziewulski wraz z Markiem Ganewem z Krakowa.

    W czasie uroczystości udostępniania pielgrzymom tego niezwykłego przedmiotu, odtworzono nagranie słów, które Jan Paweł II wypowiedział na Jasnej Górze 19 czerwca 1983 r.: „W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na Placu Św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny”.

    Podkoszulek

    Dopiero w 2000 roku Anna Strenghellini, przełożona pielęgniarek na sali operacyjnej Polikliniki Gemelli wyciągnęła cenną pamiątkę i przekazała ją do domu prowincjalnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, z którym od lat była związana. Pani Strenghellini pełniła dyżur tamtego pamiętnego dnia. Już po operacji ciężko rannego papieża, porządkując narzędzia chirurgiczne, zobaczyła na posadzce jego zakrwawiony podkoszulek. Zawinęła go w gazę i przechowywała w szafie.

    Dziś cenna relikwia jest eksponowana w domowej kaplicy szarytek przy via Francesco Albergotti 75 w Rzymie. Na zakrwawionej bieliźnie widoczne są trzy otwory od kuli (najwidoczniej podkoszulek musiał być zagięty, że pocisk zostawił tyle śladów) a tuż przy metce zachowały się inicjały „JP” wyhaftowane czerwoną nitką przez posługujące papieżowi siostry zakonne.

    Pistolet

    W Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach przechowywany jest m.in. oryginalny pistolet Browning HP kaliber 9mm, z którego Ali Agca strzelał do papieża. Broń wypożyczona przez rzymskie muzeum kryminologii jest jednym z przedmiotów wzbudzających największe zainteresowanie wśród zwiedzających muzeum w Wadowicach. 12 maja, broń, wypożyczoną przez rzymskie muzeum kryminologii będzie można zobaczyć podczas specjalnej prezentacji na dziedzińcu Muzeum.

    W 2017 r. minister sprawiedliwości Republiki Włoskiej na prośbę wadowickiej placówki, postanowił, że pistolet pozostanie na kolejne pięć lat w depozycie polskiego muzeum. „To trudna pamiątka. Z jednej strony jest narzędziem zbrodni, ale i świadectwem wielkości i świętości Jana Pawła II, który przebaczył zamachowcowi jeszcze w drodze do szpitala” – mówił ówczesny dyrektor Muzeum ks. Jacek Pietruszka.

    W tej samej placówce można zobaczyć garnitur szefa watykańskiej ochrony Francesco Pasanisiego, który własnym ciałem osłaniał rannego Papieża przed kolejnymi strzałami. Na spodniach do dzisiaj widoczne są ślady papieskiej krwi.

    Ponadto w Wadowicach prezentowane są sprzęty z pokoju szpitalnego z Polikliniki Gemelli, w którym papież przebywał w czasie swoich pobytów w tej klinice: łóżko, szafka nocna, przeszklona szafka na leki oraz dwa krzesła.

    Kula

    Kulę, która go raniła, Jan Paweł II przekazał sanktuarium maryjnemu w Fatimie, dokąd przybył z dziękczynną pielgrzymką dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu, 13 maja 1982 r. Pocisk umieszczono w koronie wieńczącej figurę Matki Bożej. Papież uważał, że właśnie Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie.

    Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19. Nawiązując do tego faktu Papież powiedział: „Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli”. W 1991 r., podczas kolejnego pobytu w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność”.

    Kilka dni po zamachu Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nieujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej. Ujawniono ją dopiero w 2000 r.. Tekst ten mówił o „ubranym na biało biskupie, który krocząc z trudem ku krzyżowi wśród ciał zabitych męczenników [głównie duchownych i zakonnic], pada na ziemię jak martwy, rażony strzałami z broni palnej”. Według interpretacji watykańskiej, wizja ta dotyczyła zamachu na Jana Pawła II.

    Miejsce…

    Kule zamachowca dosięgły Papieża gdy papamobile znajdował się mniej więcej w połowie Placu św. Piotra, po prawej stronie patrząc na bazylikę. Miejsce to upamiętnia kwadratowa tabliczka z białego marmuru, wmontowana w bruk. Widnieje na niej herb Jana Pawła II i data zamachu zapisana w cyfrach rzymskich: XIII V MCMLXXXI.

    “Byłem właściwie po tamtej stronie”

    W książce “Pamięć i tożsamość” wydanej niedługo przed śmiercią Jana Pawła II, papież wspominał: „Agca wiedział, jak strzelać i strzelał z pewnością bezbłędnie. Tylko że jak gdyby ‘ktoś’ tę kulę prowadził. (…) Pamiętam tę drogę do szpitala. Zachowałem jeszcze przez pewien czas świadomość. Miałem poczucie, że przeżyję. Cierpiałem, był powód do strachu, ale miałem taką dziwną ufność (…) . Byłem już właściwie po tamtej stronie. (…) Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą,że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Acy nie dawało spokoju pytanie: jak to się stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swojego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać?

    opr. Tomasz Królak / pz | Warszawa Ⓒ Ⓟ/e-Kai

    ***

    Jasna Góra: przestrzelony pas Jana Pawła II jako wotum wdzięczności

    We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej Kościół katolicki przypomina o zamachu na św. Jana Pawła II, do którego doszło 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Watykanie. Strzały oddane do papieża w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie św. Jan Paweł II odczytywał w perspektywie szczególnej opieki Maryi, której przypisywał swoje ocalenie. Wspomnienie liturgiczne Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej upamiętnia pierwsze objawienie Matki Bożej trojgu pastuszkom, do którego doszło 13 maja 1917 r. w Fatima.

    Jasna Góra

     fot.Mazur/episkopat.pl

    ***

    Wotum wdzięczności w Fatimie i na Jasnej Górze

    Rok po zamachu, 13 maja 1982 r., św. Jan Paweł II udał się do Fatimy, by podziękować za uratowanie życia. Kula, która raniła papieża, została umieszczona jako wotum w koronie figury Matki Bożej Fatimskiej.

    Dwa lata po zamachu Ojciec Święty przekazał Jasnej Górze przestrzelony pas swojej sutanny. Zgodnie z jego życzeniem przez ponad 20 lat był on przechowywany w sejfie. Dopiero 4 czerwca 2004 r. Stolica Apostolska wyraziła zgodę na udostępnienie tego wotum pielgrzymom. Obecnie znajduje się ono w ołtarzu przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.

    Pas w futerale z herbem papieskim Jan Paweł II przekazał ówczesnemu generałowi Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika o. Józef Płatek.

    – Pamiętam ten moment, kiedy papież składał go jako wotum dziękczynne za ocalenie życia. Dostrzegłem wtedy łzy w oczach papieża, nigdy wcześniej nie widziałem tak wzruszonego Ojca Świętego – wspomina paulin. Jak relacjonuje, Jan Paweł II powiedział wówczas: „Jestem człowiekiem zawierzenia, ono dokonało się tutaj i chcę ten pas tu zostawić”, a następnie poprosił o możliwość samotnej modlitwy przed Cudownym Obrazem Matki Bożej, przed którym spędził blisko dwie godziny.

    – Ta szczególna pamiątka, z uwagi na ślady krwi, ma charakter relikwii i stanowi dla wiernych bezcenną pamiątkę – podkreśla o. Józef Płatek.

    Obraz Jerzego Dudy-Gracza

    O zamachu przypomina również obraz Jerzego Dudy-Gracza znajdujący się w Muzeum 600-lecia na Jasnej Górze.

    – Obraz został namalowany w 1982 roku, czyli zaraz po zamachu. Przedstawia Ojca Świętego cierpiącego, z mocno zaznaczonymi miejscami, gdzie papież został raniony. W tle widzimy wieżę Jasnej Góry, a w centralnym miejscu wizerunek Maryi – mówi s. Kornelia ze Zgromadzenie Córek Bożej Miłości.

    Zakonnica podkreśla, że dzieło pomaga przybliżać młodemu pokoleniu znaczenie wydarzeń z 13 maja 1981 r. – Trzeba opowiadać o tym zdarzeniu i przypominać, jak ogromnym przeżyciem było ono dla Polski i całego świata – zaznacza.

    Świadectwo Mariusza Drapikowskiego

    Mariusz Drapikowski, autor m.in. bursztynowej sukni na ikonę Matki Bożej Jasnogórskiej, przyznaje, że 13 maja szczególnie modli się słowami „Pod Twoją obronę”.

    – Tę modlitwę zanosiłem w dniu zamachu na Ojca Świętego i zawsze dziękuję Maryi na wzór Jana Pawła II – mówi artysta.

    Drapikowski opowiada także o własnym doświadczeniu uzdrowienia, które przypisuje wstawiennictwu św. Jana Pawła II. W wieku 40 lat zachorował na stwardnienie rozsiane, tracąc wzrok i władzę w rękach. Przełomowym momentem była audiencja u papieża sprzed 23 lat.

    – Powiedziałem Ojcu Świętemu, że moim marzeniem jest wykonanie bursztynowej sukni dla ikony Matki Bożej na Jasnej Górze. Papież położył wtedy rękę na mojej głowie. Po spotkaniu nastąpiła nagła poprawa zdrowia. To był dla mnie cud, który trwa – podkreśla.

    Jak dodaje, doświadczenie to umocniło w nim pragnienie służenia Bogu, Kościołowi oraz Matce Bożej poprzez twórczość artystyczną.

    Zamach na Placu św. Piotra

    Do zamachu na Jana Pawła II doszło 13 maja 1981 r. o godz. 17.19 na Placu św. Piotra w Watykan. Mehmet Ali Ağca trzykrotnie strzelił do papieża, który w odkrytym papamobile pozdrawiał pielgrzymów.

    Po operacji i kilkutygodniowej hospitalizacji Ojciec Święty wrócił do Watykanu, gdzie przechodził długą rekonwalescencję. Jeszcze w drodze do szpitala przebaczył zamachowcowi, co później potwierdził publicznie.

     BPJG/Anna Przewoźnik/KAI

    ***

    Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka

    13 maja 2026

    dwa-serca.jpg
    Oprac. GS/PCh24.pl

    Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.

    Deficyt wiary króla

    Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.

    Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.

    W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.

    Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.

    W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.

    Zatrzymać błędy Rosji

    Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.

    – Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.

    Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.

    – Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.

    Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.

    Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.

    Ratunek w godzinie śmierci

    Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.

    – Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.

    Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.

    Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    – Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencja habitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    (teksty objawień za: fatima.pl, pl.aleteia.org, sluzebniczki.pl, fronda.pl)

    ***

    VI Niedziela Wielkanocna – 10 maja

    Leon XIV: Jezus nas miłuje i nie zostawia nas samych w próbach życiowych

    “Kto odpowiada na miłość, jaką Jezus darzy wszystkich, w Duchu Świętym znajduje niezawodnego sprzymierzeńca” – powiedział papież w rozważaniu przed wielkanocną modlitwą Regina Coeli.

    fot. Vatican Media

    Ojciec Święty nawiązał do czytanego dziś fragmentu Ewangelii (J 14, 15-21), a szczególnie słów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14,15).

    „Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych”

    Podkreślił, iż nie oznacza to, że Bóg kocha nas jedynie wtedy, gdy jesteśmy posłuszni. Przeciwnie – to Jego miłość jest źródłem naszej zdolności do życia według przykazań.

    Jezus zaprasza nas do relacji opartej na zaufaniu i miłości, a nie na lęku czy poczuciu winy – zaznaczył. Miłość Jezusa rodzi w nas miłość. Sam Chrystus jest kryterium, normą prawdziwej miłości: na zawsze wiernej, czystej i bezwarunkowej. Miłości, która nie zna ani «ale», ani «może»; która oddaje siebie, nie chcąc posiadać; która oddaje życie, nie oczekując niczego w zamian – powiedział Leon XIV.

    Wskazał, że miłość Jezusa staje się wzorem prawdziwej miłości – wiernej, czystej i bezinteresownej. Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych. Przykazania nie są więc ciężarem, lecz drogą prowadzącą do życia i uzdrowienia serca.

    Leon XIV: „Jezus wybawia nas od zła i jednoczy nas w Kościele „

    Papież zwrócił uwagę, że Pan Jezus nie pozostawia nas samych w trudnościach. Obiecuje nam Ducha Świętego – Pocieszyciela i Ducha Prawdy, który wspiera i prowadzi wierzących. Duch Święty pomaga nam świadczyć o Bogu, który jest miłością, oraz budować jedność między ludźmi. Ojciec Święty wskazał, że Jezus dzieli się z nami swoją relacją z Ojcem i zaprasza nas do wspólnoty życia z Bogiem.

    Ta porywająca komunia życia obala argumenty Oskarżyciela, czyli przeciwnika Parakleta, ducha sprzeciwiającego się naszemu Obrońcy. Rzeczywiście, podczas gdy Duch Święty jest mocą prawdy, ów Oskarżyciel jest «ojcem kłamstwa» (J 8, 44) i chce skłócić człowieka z Bogiem oraz ludzi między sobą. Jest to dokładne przeciwieństwo tego, co czyni Jezus, który wybawia nas od zła i jednoczy nas jako lud braci i sióstr w Kościele – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy Regina Coeli i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.

    vatican.va, KAI, zś/Stacja7

    ***

    piątek – 8 maja 2026

    Król zamordował go podczas Mszy świętej… Święty Stanisław – patron ładu moralnego

    Canva Pro AI

    ***

    Brutalnie zamordowany przez króla, ogłoszony patronem Polski. Jego proces kanonizacyjny był pierwszym w historii Kościoła, w którym brał udział „adwokat diabła”.

    Protegowany króla

    Stanisław urodził się w 1030 roku w Szczepanowie, niewielkiej wsi położonej w Małopolsce. Jego rodzice mieli szlacheckie pochodzenie, dlatego też od najmłodszych lat dbali o gruntowne wykształcenie syna. Stanisław uczył się więc najpierw w domu, pod okiem prywatnych nauczycieli, później u benedyktynów w Tyńcu, aż w końcu wyjechał na studia za granicę. Źródła nie są zgodne co do miejsca, w którym studiował, jedne podają, że było to Leodium w Belgi, inne – Paryż. Pewne natomiast jest to, że skończył teologię i prawo, a po powrocie do kraju w 1060 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ówczesny biskup krakowski Lambert Suła mianował go kanonikiem katedry na Wawelu.

    Stanisław swoją pobożnością, dobrotliwością i prostotą ducha bardzo szybko zyskał sobie wiernych, którzy chętnie przychodzili do niego po porady i prośby o wstawiennictwo u króla Bolesława Śmiałego. Polski władca, który był człowiekiem bardzo porywczym niezwykle cenił sobie młodego kanonika, aż do tego stopnia, że po śmierci biskupa Lamberta wskazał Stanisława jako jego następcę. W 1072 roku Stanisław przyjął sakrę biskupią.

    Niewygodny biskup

    Nowy biskup krakowski przyczynił się do przywrócenia w 1075 roku metropolii w Gnieźnie, czym zasłużył się nie tylko dla Kościoła, ale również dla całego kraju, uniemożliwiając metropolii magdeburskiej kontrolę nad polskimi diecezjami. Jednak stosunki jakie panowały między królem Bolesławem Śmiałym a biskupem Stanisławem zaczęły się diametralnie zmieniać, gdyż duchowny otwarcie krytykował postępowanie władcy i oskarżał go o moralny upadek narodu.

    Bowiem Bolesław Śmiały zamiast sprawować władzę nad powierzonym sobie ludem, wolał organizować  wojsko i jeździć do sąsiednich krajów, by tam brać udział w zbrojnych walkach i hulankach rycerskich. A w tym czasie w kraju panoszyło się bezprawie, opuszczone żony zdradzały swoich mężów, rozpadały się małżeństwa, szerzyła się niemoralność. Biskup Stanisław wielokrotnie wzywał króla do powrotu do kraju i przywrócenia porządku. Podczas jednej z wypraw na Ruś rycerze zaczęli potajemnie opuszczać króla, gdy ten tygodniami bawił się w najlepsze.

    Kiedy Bolesław wrócił do kraju, na niewiernych rycerzy czekała okrutna kara, co wywołało ostrą krytykę ze strony biskupa Stanisława. Postawa duchownego jeszcze bardziej rozzłościła króla, który wydał na niego wyrok śmierci. Nikt jednak nie ważył się podnieść ręki na krakowskiego biskupa.

    Kanonizacja męczennika

    11 kwietnia 1079 roku król Bolesław Śmiały wtargnął do kościoła na Skałce i zamordował biskupa Stanisława, podczas sprawowania Mszy świętej, uderzając go w głowę, a później nakazał poćwiartować jego ciało. Wiadomość o męczeńskiej śmierci szybko rozniosła się po całej Polsce. Król musiał uciekać z kraju, prawdopodobnie zamknął się w benedyktyńskim klasztorze w Osjaku, gdzie odbywał surową pokutę. Krakowski biskup został pochowany w katedrze na Wawelu.

    Proces kanonizacyjny biskupa Stanisława rozpoczął w 1229 roku biskup Iwo Odrowąż, a kontynuował go biskup Prandota. Jak na tamte czasy trwał on dosyć długo. Powołano specjalną komisję do zbadania cudów jakie dokonały się za wstawiennictwem męczennika i prześledzenia szczegółów z jego życia.

    Wielkim przeciwnikiem wyniesienia na ołtarze bp. Stanisława był kardynał Rinaldo Conti, późniejszy papież Aleksander IV – odtąd każdy proces kanonizacyjny odbywa się z udziałem tzw. „adwokata diabła”, którego zadaniem jest wyciągnięcie wszystkich niejasności i ciemnych stron życia przyszłego świętego.

    Papież Jan Paweł II nazwał biskupa Stanisława patronem ładu moralnego.

    Dlaczego liturgiczne wspomnienie św. Stanisława przypada 8 maja?

    Co roku w niedzielę po 8 maja, kiedy przypada liturgiczne wspomnienie świętego biskupa Stanisława, z katedry na Wawelu wyrusza procesja na Skałkę do bazyliki świętego Michała Archanioła, gdzie biskup krakowski poniósł śmierć męczeńską.

    Ale uroczysta procesja, która gromadzi tłumy krakowian i przybyłych do Krakowa gości, nie odbywa się tylko dla upamiętnienia śmierci świętego. Przypomina ona o pochodach, które w 1253 roku wyruszyły ze wszystkich krakowskich kościołów, aby powitać delegację posłów niosących z Rzymu bullę kanonizacyjną potwierdzającą wyniesienie na ołtarze biskupa Stanisława.

    Rok po jego kanonizacji krakowski biskup Prandota zorganizował 8 maja uroczystość podniesienia relikwii św. Stanisława i dlatego w polskim Kościele właśnie tego dnia świętujemy wspomnienie biskupa, patrona Polski.

    Magdalena Wyżga/Stacja7.pl

    fot. wikimedia

    Modlitwa do świętego Stanisława Biskupa i Męczennika

    Boże, który przez świętego Stanisława
    związałeś Naród polski z Kościołem Chrystusowym
    zbudowanym na opoce Piotra,
    przyjmij nasze modlitwy,
    które Ci składamy i spraw,
    abyśmy naśladując świętego patrona,
    kształtowali nasze życie przez jedność wiary i braterską miłość
    a w Ojczyźnie naszej umacniali Chrystusowe Królestwo
    Przez Chrystusa Pana naszego.
    Amen.

    Święty Stanisławie, módl się za nami 
    W wierze wątpiących utwierdzających, módl się za nami.
    Patronie we wszystkich potrzebach, módl się za nami.
    Módl się za nami Święty Stanisławie, abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    ***

    Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednego

    7 maja 2026/Vatican Media

    ***

    O. Wiesław Dawidowski zna się z Leonem XIV, bo tak jak on jest augustianinem. W rozmowie ze Stacją7 opowiada o papieżu, który jest misjonarzem, zakonnikiem i człowiekiem Kościoła na niespokojne czasy

    STACJA7: Od 1978 roku wielu Polaków mogło powiedzieć: „Znałem papieża”. W przypadku Leona XIV takich osób jest u nas bardzo niewiele. Ojciec jest jedną z nich. Szczerze: czy naprawdę brał Ojciec pod uwagę, że Robert Prevost może zostać papieżem?

    Gdy chorował papież Franciszek, uczestniczyłem online w kilku wieczornych modlitwach różańcowych prowadzonych na placu św. Piotra przez kardynałów Kurii Rzymskiej. Jednej z takich modlitw przewodniczył kardynał Prevost. Bacznie obserwowałem jego skupienie na modlitwie i wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że może to jest przyszły papież. Wcześniej zaprosiłem kardynała Prevosta do Warszawy na liturgię Wielkiego Tygodnia do naszej parafii anglojęzycznej, ale odmówił ze względu na trudną sytuację w Watykanie – chociaż napisał mi, że to “kusząca” propozycja. 

    „Modliłem się, żeby to był on”

    W czasie wielu rozmów z braćmi dawałem wyraz przekonaniu, że przyszłym papieżem będzie właśnie o. Prevost. Zapytano mnie też o moje przeczucia co do wyboru, w programie TVP, w dniu rozpoczęcia konklawe. I szczerze? Modliłem się, żeby to był on.

    I okazało się, że to on. 

    Tak, pierwszy kardynał augustianin z czynnym głosem na konklawe od ponad 100 lat. Przed nim był to kardynał Sebastiano Martinelli, który brał udział w konklawe 1903, które po śmierci Leona XIII wybrało Piusa X. Trochę żałuję, że nie obstawiałem na ten wybór żadnych pieniędzy (śmiech). Przydałyby się nam w klasztorze. No, ale Leon XIV uczy, że nie powinniśmy aspirować do niczego, tylko cieszyć się, że wybrał nas Pan Bóg. Więc cieszę, że to jego wybrał Duch Święty głosami kardynałów. Do dzisiaj wspominam tamten dreszcz emocji, który towarzyszył mi od chwili pojawienia się białego dymu do ogłoszenia przez kardynała protodiakona imienia nowego papieża. 

    Jak właściwie wyglądała wasza znajomość? Była to relacja przełożony-współbrat, zwykła zakonna znajomość, czy może przyjaźń?

    Nie mogę aspirować do przyjaźni z papieżem Leonem, to byłaby nieprawda. Ale zna mnie – i to dość dobrze. To on – wówczas jako przełożony generalny augustianów – mianował mnie prowincjałem, przyjął ode mnie przysięgę kanoniczną przy objęciu urzędu. Spotkaliśmy się wiele razy przy okazji spraw dotyczących naszej prowincji. Gdy przyjeżdżałem do Rzymu jako przełożony prowincji, zawsze zalecał, abym zatrzymywał się w naszej Kurii Generalnej. Zresztą taki jest zwyczaj, że tam zatrzymują się przełożeni wyżsi. Sądzę, że określenie “mój współbrat” jest najtrafniejsze.  

    Jaki był Robert Prevost poza urzędem: przy stole, w zwyczajnej rozmowie, w codzienności zakonnego życia?

    Znam go “poza urzędem” z naszego pierwszego spotkania w 1999 roku. Pisałem wtedy doktorat na Gregorianie, a on był już prowincjałem w Chicago. Zawsze skromny, łagodny, słuchający uważnie. Kocha być z braćmi, to jest bardzo augustiańskie. Mogę zdradzić, że kiedy był w Polsce, zaprosiliśmy go na przykład do pewnej krakowskiej restauracji (nazwy nie zdradzę).

    Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego.

    Zawsze skromny i radosny ale też zatroskany o braci. Ostatni raz jadłem z nim obiad na pół roku przed jego wyborem na papieża. Podarowałem mu wtedy grafikę św. Augustyna autorstwa łódzkiego grafika Tadeusza Siary, a on podarował mi godzinę czasu na rozmowę o Kościele. Wspaniały czas. 

    Gdyby miał Ojciec powiedzieć komuś, kto nigdy go nie spotkał: „Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednej rzeczy” – co by to było?

    Wspólnota. I dodam: wspólnota augustiańska ze wszystkimi jej konsekwencjami i słabościami. Dwa tygodnie po swoim wyborze papież Leon powiedział do braci w międzynarodowym kolegium augustiańskim św. Moniki w Rzymie: “zmieniła się moja rola, pozycja i misja ale zawsze pozostanę augustianinem”. 

    Co z tego wynika? Wspólnotowe rozeznawanie drogi. Wspólnotowe podejmowanie decyzji. To nie jest łatwe, bo wymaga wielkiej pokory, a z drugiej strony czasami wzięcia na siebie roli lidera i wyprzedzenia decyzji braci dla wspólnego dobra. Leon XIV, jakiego znam, potrafi mierzyć siły na zamiary i lubi projekty mające konkretny kształt.

    “Nie jestem Franciszkiem II”

    Przed konklawe najczęściej wskazywano kard. Parolina, bo – chyba słusznie – szukano papieża stabilizacji, głoszącego pokój światu, który stoi na krawędzi wojny. Kardynałowie wybrali jednak Roberta Prevosta, o którym mówiło się znacznie rzadziej. Co ten wybór mówi o Kościele i o samych kardynałach? 

    Ha! Pamiętam zdziwienie kilku polskich znanych redaktorów, gdy usłyszeli o wyborze i nic nie wiedzieli o kardynale Prevoście. To tylko pokazuje, że ludzkie wybory, analizy i zakłady nie mają znaczenia. Po wyborze napisał mi kardynał Mario Grech: „Jeśli ktoś nie wie, jak działa Duch Święty na konklawe, to on może złożyć o tym świadectwo”. Oczywiście nie w sensie zdrady tajemnicy konklawe, ale w znaczeniu pewnych emocji. A kogo szukali wśród siebie kardynałowie? O to  trzeba pytać ich. Na ile znam się na języku ciała, to w dniu ogłoszenia wyboru widziałem na Loggi błogosławieństw uśmiechniętych i szczęśliwych kardynałów. I to był znak, że oni dobrze wiedzieli, jakiego Piotra naszych czasów potrzeba Kościołowi.  

    Czy w ogóle ma sens pytanie, czy Leon XIV będzie raczej „Franciszkiem II”, czy „Benedyktem XVII”? A jeśli nie, to gdzie Ojciec umieściłby go na mapie dzisiejszych napięć w Kościele?

    Przy okazji rozpoczęcia pontyfikatu rozmawiałem w Rzymie z o. Maciejem Giertychem OP i on podpowiedział mi, że w kwestii doktryny to będzie ciągłość z pontyfikatem Jana Pawła II i Benedykta XVI, a w kwestii gestów – ciągłość z pontyfikatem Franciszka. Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego. Natomiast dzisiaj, po wielu wystąpieniach publicznych papieża, wiemy już o wiele więcej. W tych dniach ukazuje się książka publikująca teksty o. Prevosta z czasów, gdy był przełożonym generalnym. My augustianie znamy te teksty, ale teraz nabierają one innego znaczenia. Aby zrozumieć Leona, trzeba zebrać te teksty. Nad wydaniem książki „Wolni utwierdzeni w łasce” trudziło się czterech zakonników. Dobrze, że ta książka ukaże się w języku polskim, bo wtedy dla wszystkich stanie się jasne, co było, jest i będzie duchowym pokarmem papieża Leona. 

    Wiadomo, że Robert Prevost rozważał imię „Augustyn”, ale ostatecznie wybrał „Leon”. Kogo Ojciec zobaczył 8 maja 2025 roku: Leona czy Augustyna? 

    Imię Leon mnie zaskoczyło, aczkolwiek dobry znajomy jezuita o.prof. Marek Inglot, twierdzi, że przewidział wybór tego imienia. Imię ma znaczenie, bo wiele mówi. Sam papież powiedział, że miał taką myśl, aby to był „Augustyn”, jednak wybrał imię Leon, po Leonie XIII, wielkim przyjacielu augustianów, wręcz dobroczyńcy naszego zakonu. Był to papież, który wychował się w augustiańskiej parafii w Carpineto, studiował teologię w kolegium w Viterbo, skąd pochodził bł. Jakub z Viterbo, augustianin, notabene twórca pierwszego podręcznika eklezjologii.   

    Augustyn na czas końca imperiów

    Amerykanin z urodzenia, Peruwiańczyk z doświadczenia, watykański kurialista z urzędu, augustianin z tożsamości. Po pierwszym roku pontyfikatu która z tych warstw wydaje się Ojcu najważniejsza? 

    Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym. Papież Leon jest człowiekiem Kościoła i to wyraża się zarówno w jego motto „In ille uno unum”, jak i w jego duchu misyjnym. Miałem szczęście być razem z reprezentacją mojego duszpasterstwa anglojęzycznego na osobistej audiencji i przyglądałem się z bliska interakcjom Ojca Świętego z rozmaitymi delegacjami. Wtedy przyszła mi myśl: to jest duszpasterz. To jest biskup Kościoła zatroskany o każdego człowieka. Rzecz jasna, że biegła znajomość języków, doświadczenie misyjne, znajomości z biskupami i kurialistami bardzo pomagają. Wiem – a powiedział mi to jo jeszcze jako kardynał – że bardzo leży mu na sercu jakość życia zakonnego we współczesnym Kościele. On naprawdę wierzy, że zakony są sercem Kościoła i jeśli to serce cierpi na stan przedzawałowy, to cierpi całe ciało. 

    Leon XIV często mówi św. Augustynem. To tylko naturalny kod augustianina, czy także świadome lekarstwo na dzisiejszą sytuację świata i Kościoła? 

    Dla nas augustianów to zupełnie naturalne myśleć i mówić św. Augustynem. Augustyn jest dla nas tym, kim św. Tomasz dla dominikanów, a w mojej formacji zakonnej i teologicznej zalecano, żeby w każdym kazaniu powołać się na autorytet biskupa Hippony.  

    Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym.

    W przeciwieństwie do Tomasza Augustyn żył na przełomie epok. Na nim kończy się starożytność i zaczyna średniowiecze. Ale Augustyn jest też świadkiem końca epoki potęgi Imperium Romanum.  Doświadczamy na naszych oczach pewnego kresu naszych Imperiów, o czym mówiłem w książce napisanej razem z Damianem Jankowskim:  „Leon XIV. Papież na niespokojne czasy”. Otóż, uważam, że żyjemy u kresu Pax Americana, a także u kresu nowożytności. To jest  oczywiście długi proces, ale na pewno do annałów odchodzi światowy porządek polityczny, jaki został skonstruowany po II wojnie światowej. Wielki amerykański gwarant pokoju już się takim nie jawi, co zresztą coraz bardziej wybija się w głosach politologów.  

    Średniowieczne wędrówki ludów, których świadkiem był Augustyn, też są paradygmatem naszych zmian kulturowych. Współczesne migracje to znak pewnej fluktuacji kultur. Proszę zwrócić uwagę, ilu cudzoziemców spotykamy na naszych ulicach i nikogo to już nie dziwi. Jeśli więc ktoś myśli, że jest w stanie urzędowo i przy pomocy aparatu państwowego zatrzymać współczesne migracje jest albo naiwnym człowiekiem, albo populistą, albo fanatykiem. Św. Augustyn był świadkiem upadku Imperium Romanum, a jednocześnie wielkim apologetą interkulturowego chrześcijaństwa. Papież Leon XIV doskonale to czuje i myślę, że w najbliższych latach będziemy wiele razy słyszeć cytaty ze św. Augustyna. 

    W Polsce św. Augustyn bywa sprowadzany do kilku szkolno-homiletycznych obrazków: późne nawrócenie, dziecko nad morzem i próba przelania morza do kałuży, „niespokojne jest serce nasze”… Czy Leon XIV może sprawić, że Augustyn stanie się postacią tej rangi, co św. Tomasz z Akwinu? 

    Augustyn nie jest łatwym pisarzem, jego styl kaznodziejski jest stylem oratorskim wzorowanym na Wergiliuszu, Horacym, Cyceronie i innych wielkich retorach starożytności i w przeciwieństwie do Tomasza nie jest teologiem systematycznym. Osobiście widzę w Polsce od lat wielkie zainteresowanie myślą Augustyna. Publikuje się coraz więcej jego tekstów. Ostatnio zespół filologów klasycznych pod kierunkiem prof. Przemysława Nehringa wydał na Uniwersytecie UMK w Toruniu monumentalne dzieło 5 tomów listów św. Augustyna, a one pozwalają nam zrozumieć rozwój myśli tego wielkiego konwertyty. Tak więc ten Augustyn jakoś zaczyna wędrować, fakt, że do elit, ale może dzięki Leonowi zawędruje też do ludzi o mniejszym wyrobieniu teologicznym i literackim.

    W czym Leon XIV najbardziej przypomina papieża Franciszka, a w czym już teraz widać wyraźną różnicę?

    Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów. Natomiast historia tak się układa, że pewne wyzwania, przed jakimi stawał papież Franciszek, trwają i one są podejmowane przez papieża Leona. Myślę tutaj chociażby o kwestii migracji, problemie eskalacji, pełzającej Trzeciej Wojny Światowej, ale też problemach natury ekologicznej. 

    Problemem są też wewnętrzne sprawy Kościoła jak chociażby kryzys katolicyzmu w Europie, spadek kandydatów do kapłaństwa, kryzys życia zakonnego wielu wspólnot, zarówno męskich jak i żeńskich. Te problemy sygnalizował już Franciszek i te kwestie podejmuje papież Leon. Tak więc nie mamy do czynienia z zerwaniem, ale wyraźną ciągłością, bo to przecież ciągle jest ten sam Kościół, głoszący ewangelię nadziei i Chrystusa zwycięzcę śmierci. 

    AI, Ameryka i moralny autorytet papieża

    Imię Leon XIV od razu przywołało skojarzenie z nauczaniem społecznym Leona XIII. Czego Ojciec spodziewa się po pierwszej encyklice tego pontyfikatu (15 maja)? Czy jej założeniem będzie powtórzenie tezy Leona XIII, że są takie problemy społeczne, których ani żadne państwo, ani Kościół samodzielnie nie rozstrzygnie, że potrzeba tu współpracy?

    Mamy już dwa tropy. Przede wszystkim – próbkę literacką i doktrynalną  w postaci adhortacji “Dilexi Te”. Wspomniałem też o książce z czasów, gdy Leon XIV był przeorem generalnym augustianów, posiadająca w tytule piękny cytat z Reguły zakonnej św. Augustyna ”Wolni, utwierdzeni w łasce”. Nie chciałbym więc  wróżyć czy przewidywać, o czym będzie pierwsza encyklika – nie mam też śmiałości napisać maila do Ojca Świętego w tej sprawie – (śmiech), ale… 

    …Coraz częściej mówi się, że pierwsza encyklika może dotyczyć sztucznej inteligencji i przemian technologicznych. Czy to byłby “temat Leona” społeczny, ale jednocześnie bardzo współczesny?

    Skoro do młodzieży amerykańskiej, łącząc się na platformie streamingowej online,  mówił o problemach mediów społecznościowych czy potrzebie przyswajania wiedzy w tradycyjny sposób, to może podejmie właśnie te kwestie. Nie tak dawno mówił księżom, aby nie polegali na sztucznej inteligencji przy pisaniu kazań, bo to zabija głębię Słowa Bożego. Więc  może będzie to encyklika o AI właśnie? Tak mówią niektórzy dziennikarze. 

    Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów. 

    Żyjemy w czasach tak szybko postępującej rewolucji technologicznej, że czasem boimy się, jaki będzie świat, gdy nam to wszystko ktoś jakąś wojną wyłączy? Boimy się też poprawiania ludzkości, a przecież musimy pamiętać że AI już wkroczyło w sferę bioetyki. Medycy są np w stanie korygować łańcuch DNA człowieka. Powstają samochody autonomiczne i jest tylko kwestią czasu jak wielu ludzi straci tradycyjną pracę na skutek postępującej robotyzacji wielu gałęzi przemysłu. To są kolosalne wyzwania, które niektórzy starsi widzą, ale młode pokolenie czuje lepiej. I te różne światy i kultury technologiczne trzeba jakoś ze sobą godzić sięgając po to co jest niezmienne i żywe czyli Słowo Boże spajające Kościół i ludzi dobrej woli.

    Katolicyzm w USA nie jest jednorodny, jest bardziej spolaryzowany niż w Polsce. Czy Leon XIV, pierwszy Amerykanin jako następca św. Piotra, jest w stanie pogodzić obie grupy?

    Pierwszy raz pojechałem do USA w 1989, będąc po drugim roku studiów teologicznych. Doświadczyłem wtedy tych dwóch różnych prędkości Kościoła: tradycyjnego i otwartego. Jednocześnie w obu tych obozach była nieprawdopodobna praca świeckich. W Polsce wtedy było czymś niewyobrażalnym, aby w kurii biskupiej pracowali świeccy, a tam, nawet w konserwatywnej diecezji Providence, Rhode Island było to normą. We frakcjach otwartych świeccy byli z księżmi na “ty”, w konserwatywnych “per ksiądz”. Na ile znam papieża Leona, nie ma w nim tendencji do antagonizowania frakcji, ale raczej zachęcania do pracy na rzecz dobra wspólnego. 

    Dawno temu biskup Fulton Sheen, dziś kandydat na ołtarze przyrównał Kościół amerykański do Kościoła Laodycei z księgi Apokalipsy. I tam jest napisane: „Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,i biedny i ślepy, i nagi”. To była prawda o Kościele w Ameryce, który bardzo mocno zmienia się w perspektywie doktryny teologicznej, jak i społecznej. Dzieje się to dzięki nowym nominacjom biskupim, które są  jasnym sygnałem, w jakim kierunku prowadzi Kościół obecny papież. 

    A tak na marginesie, czy ten cytat z Apokalipsy nie odnosi się dzisiaj do Kościoła w Polsce? My też mamy swoje lekcje do odrobienia i to naprawdę bardzo poważne.

    Massimo Franco opisał relację USA-Watykan jako spotkanie dwóch „imperiów równoległych”. Dziś na ich czele stoją dwaj Amerykanie: Donald Trump i Leon XIV. Jak Ojciec czyta niewątpliwy spór pomiędzy nimi?

    Tutaj mogę powołać się na samego papieża, a nie na moje osobiste wyczucie tematu. Przede wszystkim to Ojciec święty został zaatakowany przez prezydenta Trumpa. A Ojciec święty ze spokojem odpowiedział „Nie jestem politykiem. Mówię o Ewangelii”. 

    Trump obraził papieża mówiąc, że on jest słaby. Tymczasem to sam Trump okazał się słaby, co widać chociażby po fiasku wojny z Iranem. Świetnie to określił biskup Antonio Staglianò, w artykule „Trzeźwy Pasterz i pijany król”. Papież Leon jest pasterzem wielkiej trzeźwości umysłu i stoi po stronie prawdy. To tyle jeśli chodzi o spór. Natomiast w kwestii dwóch Amerykanów na czele dwóch imperiów to powtórzę: z jednej strony widzimy schyłek Pax Americana. A z drugiej, Papież Leon XIV jeszcze jako zakonnik nigdy nie obnosił się swoją amerykańskością. On był i jest wszystkim dla wszystkich. Dotykał biedy, ale też nie gardził ludźmi bogatymi. 

    I na koniec lżej: gdy Leon XIV przyjedzie do Polski, prawdopodobnie w 2028 roku, czy Ojciec już szykuje się do roli papieskiego tłumacza?

    Kilkukrotnie byłem już tłumaczem o. Roberta Prevosta w czasie jego wielu wizyt w Polsce. Znam biegle angielski, chociaż znam swoje miejsce w szeregu. Odpowiem dykteryjką. Ojciec Edward Daleng, nigeryjski augustianin, po wielu latach pracy w Rzymie miał wracać do Nigerii. Walizki już były spakowane, bilet kupiony i na dzień przed wyjazdem odebrał telefon od papieża. Ojciec święty poprosił go zaprosił go do siebie i poprosił, aby został vice-regensem Domu Papieskiego. 

    Tak więc papieżowi się nie odmawia. 

    rozmawiał: ks. Przemysław Śliwińsk/Stacja 7.pl

    o. Wiesław Dawidowski OSA – augustianin, doktor teologii fundamentalnej, duszpasterz i publicysta. Od 2004 roku związany jest z anglojęzycznym duszpasterstwem cudzoziemców w Warszawie, którego jest rektorem; w 2024 roku został mianowany Krajowym Dyrektorem Duszpasterstwa Migrantów przy KEP. W latach 2012-2021 był przełożonym prowincjalnym augustianów w Polsce, a wcześniej współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Osobiście poznał i pracował z o. Robertem Prevostem, późniejszym biskupem i kardynałem, dziś papieżem Leonem XIV.

    ***

    Leon XIV w rocznicę wyboru u Matki Bożej w Pompejach: Tu miłość dokonuje cudów

    Vatican Media

    ***

    Bądźcie ludźmi modlitwy, aby odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami młodzieży – mówił Leon XIV do osób zaangażowanych w dzieła charytatywne w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Przybył tu w pierwszą rocznicę swego wyboru na Stolicę Piotrową.

    Rocznica i szczególny dzień

    Równo o godz. 8.00 rano Papież helikopterem wyleciał do Pompejów. Po około godzinie podróży przybył do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. To dzień szczególny – rocznica jego wyboru na Papieża, a także dzień odmawiania supliki do Matki Bożej Pompejańskiej.

    W tym kontekście spotkanie z osobami zaangażowanymi w dzieła charytatywne Sanktuarium w Pompejach nabiera szczególnego znaczenia. „Bardzo się cieszę ze spotkania” – powiedział Ojciec Święty do osób objętych pomocą, zakonników, wychowawców i wolontariuszy.

    Śladami św. Bartola Longa

    „Cieszę się, że mogę rozpocząć tę Wizytę Duszpasterską śladami św. Bartola Longa, którego miałem radość kanonizować 19 października ubiegłego roku. Nazywał on Dolinę Pompejów ‘miejscem miłości, która ogrzewa serce’, ‘triumfem wiary i miłości bliźniego’ – cnót, które określał jako ‘dwa skrzydła złączone w jednym locie’” – dodał Ojciec Święty w pozdrowieniu.

    Jak stwierdził, tutaj, w Pompejach „Świątynia Miłości” i „Świątynia Wiary” wzajemnie się wspierają. „Modlitwa podtrzymuje gościnność, serdeczność, służbę i hojność tak wielu osób – w ośrodkach wychowawczych, domach rodzinnych oraz w jadłodajni dla ubogich, noszącej imię papieża Franciszka. A miłość dokonuje cudów, które wykraczają daleko poza wszelki wysiłek i oczekiwania: w ciałach cierpiących, a jeszcze bardziej w duszach” – podkreślił Ojciec Święty.

    Od nędzy do nadziei

    Przypomniał, że kiedy św. Bartolo po raz pierwszy przybył do Doliny Pompejów, zastał ziemię dotkniętą wielką nędzą, zamieszkaną przez nielicznych bardzo ubogich rolników, nawiedzaną przez malarię i bandytów. „Potrafił jednak dostrzec w każdym oblicze Chrystusa: w dorosłych i dzieciach, a szczególnie w sierotach i dzieciach więźniów, którym swoją czułością pozwalał odczuć bicie serca Boga” – wskazał Leon XIV.

    Miłość, która przemienia

    Przekonywał, że miłość może prowadzić ku dobru „nawet najbardziej trudnych chłopców i dziewczęta, oraz że w każdej dziedzinie działania tylko miłość bliźniego zapewnia zwycięstwa pewne, wielkie i trwałe.”

    Dzięki temu utworzył tu centrum życia chrześcijańskiego i pobożności wobec Najświętszej Maryi Panny, znane na całym świecie.

    Papież zaznaczył, że podstawą tego dzieła jest modlitwa, zwłaszcza Różaniec Święty, który jest „ukrytym motorem, który czyni możliwym całą resztę.” Papież zachęcił zatem do podtrzymywania i szerzenia tej modlitwy, dzięki której, kontemplując tajemnice życia Jezusa prostymi i macierzyńskimi oczami Maryi, „to, czego On dokonał”, przenika do naszych serc i przemienia nasze życie.

    Program życia

    „Niech to będzie wasz program życia: być ludźmi modlitwy, aby niczym czyste i pokorne zwierciadła odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób będziecie podtrzymywać gestami i słowami płomień miłości rozpalony przez św. Bartola i staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami dla tej wspaniałej młodzieży” – mówił Ojciec Święty do duszpasterzy, opiekunów i wychowawców.

    A podopiecznych zachęcił do zaufania Jezusowi – „Przyjacielowi, który nigdy nas nie opuszcza ani nie odrzuca; Bratu, który nas rozumie i zawsze idzie z nami.”

    Wojciech Rogacin/VATICANNEWS.VA

    ***

    Papież Leon XIV zawierzył się Maryi, prosi o różaniec za rodziny i pokój

    Zostałem wybrany na Następcę Piotra w dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Musiałem więc tu przybyć, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy – powiedział Leon XIV podczas Mszy przed sanktuarium maryjnym w Pompejach. Opierając się na nauczaniu św. Jana Pawła II i św. Bartłomieja Longo, założyciela sanktuarium, przypomniał o znaczeniu modlitwy różańcowej. Prosił, by na różańcu modlić się w szczególności za rodziny i o pokój.

    Vatican Media

    ***

    Leon ponawia apel Jana Pawła II: głośmy Chrystusa

    Leon XIV zwrócił uwagę na szczególną wymowę tego sanktuarium, którego budowa rozpoczęła się przed 150 laty, w miejscu, gdzie w 79 r. erupcja Wezuwiusza pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji. Papież przywołał słowa, które w tym samym miejscu powiedział w 2003 r. Jan Paweł II: „Dzisiaj podobnie, jak w czasach starożytnych Pompejów, konieczne jest głoszenie Chrystusa społeczeństwu, które oddala się od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.

    „Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania

    Papież zauważył, że różaniec, oparty na modlitwie „Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania, kiedy Słowo Boże stało się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: ‘Bądź pozdrowiona, łaski pełna’. Tak, ‘Zdrowaś Maryjo’ jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze”.

    Jezus widziany oczami i sercem Matki, wyżyny kontemplacji

    Leon XIV zauważył, że ten historyczny moment Wcielenia ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na wyżyny kontemplacji, z której rodzi się różaniec. Powtarzana w niej modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest niczym echo pozdrowienia Gabriela, które przetrwało wieki i kieruje wzrok ku Jezusowi widzianemu oczami i sercem Matki. „Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: ‘Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus’ (Ga 2,19)”.

    Wyznanie miłości, które prowadzi do Jezusa

    Ojciec Święty powiedział, że modlitwę „Zdrowaś Maryjo” można też postrzegać jako wyznanie miłości, „kocham Cię”, które po paciorkach różańca prowadzi nas do Jezusa i Eucharystii. Jak mówił bowiem św. Bartłomiej, „Eucharystia jest żywym różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej”. Potwierdził to również Jan Paweł II, kiedy nauczał, że różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne.

    Modlitwa, która była ochroną dla wielu pokoleń wierzących

    Papież przypomniał, że „pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością Dziewiczej Matki? To w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12)”.

    Jak w Wieczerniku, przypomnieć sobie Jezusa

    Leon XIV zauważył, że różaniec przenosi nas do Domu w Nazarecie, a także do Wieczernika, gdzie po wniebowstąpieniu Maryja i Apostołowie oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego, a zarazem starali się przypomnieć sobie wszystkie chwile z życia Jezusa. „Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”.

    Papież podkreślił, że odmawianie różańca jest źródłem miłości, kieruje nasz wzrok na potrzeby świata. Świadczą o tym dzieła charytatywne, które powstały przy sanktuarium w Pompejach.

    Módlcie się za rodziny i o pokój

    Jak Jan Paweł II, tak i Leon XIV w sposób szczególny zachęcił wiernych, by modlili się w dwóch intencjach: za rodzinę, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskich, oraz o pokój, któremu zagrażają napięcia międzynarodowe i ekonomia, przedkładająca handel bronią na poszanowanie ludzkiego życia. Trwające w wielu regionach świata wojny – powiedział Papież – wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.

    Wierzmy w Jezusa i w Nim pokładajmy nadzieję

    Niech za wstawiennictwem Maryi, „wszechmocnej dzięki łasce” – mówił Papież – „od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i bratnią nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność za rządzenie. Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko Boska moc miłości, którą Jezus, Pan, nam objawił i darował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!”

    Drodzy bracia i siostry!

    „Wielbi dusza moja Pana”. Te słowa, którymi odpowiedzieliśmy na pierwsze czytanie, płyną z serca Dziewicy Maryi, gdy przedstawia Elżbiecie owoc swojego łona, Jezusa, Zbawiciela. Po niej będą śpiewać dla Chrystusa Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela, oraz starzec Symeon. Te trzy kantyki wyznaczają każdego dnia uwielbienie Kościoła w Liturgii Godzin. Są one spojrzeniem starożytnego Izraela, który widzi wypełnienie swoich obietnic; są spojrzeniem Kościoła-Oblubienicy, spoglądającej ku swojemu Boskiemu Oblubieńcowi; są one niejako spojrzeniem całej ludzkości, która znajduje odpowiedź na swoje pragnienie zbawienia.

    Sto pięćdziesiąt lat temu, kładąc kamień węgielny pod to Sanktuarium, w miejscu, gdzie erupcja Wezuwiusza w 79 roku po Chrystusie pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji, chroniąc je przez wieki, św. Bartłomiej Longo wraz ze swoją żoną, hrabiną Marianną Farnararo De Fusco, położył podwaliny nie tylko pod świątynię, ale pod całe miasto maryjne. W ten sposób wyrażał świadomość Bożego planu, który św. Jan Paweł II, przemawiając w tym miejscu łaski 7 października 2003 r., na zakończenie Roku Różańca, ponownie przedstawił na Trzecie Tysiąclecie, w perspektywie nowej ewangelizacji: „Dziś – mówił- tak jak w czasach starożytnych Pompejów, trzeba głosić Chrystusa społeczeństwu, które odchodzi od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.

    Dokładnie rok temu, kiedy powierzono mi posługę Następcy św. Piotra, był to właśnie dzień Supliki do Matki Bożej. Ten piękny dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompei. Musiałem więc przybyć tutaj, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy. Wybór imienia Leon stawia mnie ponadto na śladach Leona XIII, który miał między innymi zasługę rozwijania obszernego nauczania o Różańcu. Do tego dochodzi niedawna kanonizacja św. Bartłomieja Longo, apostoła Różańca. Ten kontekst daje nam klucz do refleksji nad właśnie wysłuchanym Słowem Bożym.

    Ewangelia o Zwiastowaniu wprowadza nas w moment, w którym Słowo Boże staje się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna» (Łk 1,28; por. Sof 3,14). Tak, «Zdrowaś Maryjo» jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze. Maryja staje się w ten sposób Matką miłosierdzia. Jako uczennica Słowa i narzędzie Jego wcielenia, naprawdę objawia się jako „pełna łaski”. Wszystko w Niej jest łaską! Ofiarowując Słowu swoje ciało, staje się ona również, jak naucza Sobór Watykański II na podstawie św. Augustyna, „matką członków (Chrystusa) … ponieważ swoją miłością współdziała w tym, aby wierni, którzy są członkami owej Głowy, rodzili się w Kościele” (Konst. dogm. Lumen gentium, 53; por. św. Augustyn, De S. Virginitate, 6). W „Oto ja” Maryi rodzi się nie tylko Jezus, ale także Kościół, a Maryja staje się jednocześnie Matką Boga – Theotòkos – i Matką Kościoła.

    Wielka tajemnica! Wszystko dzieje się w mocy Ducha Świętego, który okrywa cieniem Maryję i czyni jej dziewicze łono płodnym. Ten moment historii ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na tę kontemplacyjną wysokość, na której rodzi się modlitwa Różańca Świętego. Modlitwa ta, która powstała i stopniowo rozwijała się w drugim tysiącleciu, ma swoje korzenie w historii zbawienia, a jej preludium stanowi właśnie pozdrowienie Anioła Pańskiego skierowane do Dziewicy. „Ave Maria”! Powtarzanie tej modlitwy w Różańcu jest jak echo pozdrowienia Gabriela, echo, które przetrwało wieki i kieruje wzrok wierzącego ku Jezusowi, widzianemu oczami i sercem Matki. Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: «Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus» (Ga 2,19)”.

    Poprzedzona głoszeniem Słowa Bożego, osadzona między „Ojcze nasz” a „Chwała Ojcu”, modlitwa „Zdrowaś Maryjo”, powtarzana w Różańcu, jest aktem miłości. Czyż nie jest cechą miłości powtarzanie niestrudzenie: „Kocham cię”? Akt miłości, który na paciorkach różańca, jak dobrze widać na obrazie maryjnym w tym Sanktuarium, prowadzi nas do Jezusa i do Eucharystii, „źródła i zarazem szczytu całego życia chrześcijańskiego” (Lumen gentium, 11). Był o tym przekonany św. Bartołomiej Longo, pisząc: „Eucharystia jest żywym Różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej” (Różaniec i Nowa Pompeja, 1914, s. 86). Miał rację. W Eucharystii wszystkie tajemnice życia Chrystusa odnajdują się, że tak powiem, skoncentrowane w pamiątce Jego ofiary i w Jego rzeczywistej obecności. Różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne (por. List apostolski Rosarium Virginis Mariae, 1). Jeśli Liturgię Godzin wyznacza rytm uwielbienia Kościoła, to Różaniec wyznacza rytm naszego życia, nieustannie przywracając je do Jezusa i Eucharystii.

    Pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością przez Dziewicę Maryję? To właśnie w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12). Powtarzając je w każdym Zdrowaś Maryjo, w pewien sposób doświadczamy domu w Nazarecie, niemal ponownie słysząc głos Maryi i Józefa w długich latach, kiedy Jezus mieszkał z nimi. Doświadczamy również Wieczernika, gdzie apostołowie wraz z Maryją oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego. Właśnie to wskazało nam pierwsze czytanie. Jak nie pomyśleć, że w tym czasie między Wniebowstąpieniem a Pięćdziesiątnicą Maryja i apostołowie prześcigali się w przypominaniu sobie różnych momentów życia Jezusa? Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”. Również ten wymiar był bardzo żywy u św. Bartłomieja Longo, który oferował pielgrzymom głębokie medytacje, aby uchronić Różaniec przed pokusą mechanicznego odmawiania i zapewnić mu biblijny, chrystologiczny i kontemplacyjny charakter, który powinien go cechować.

    Siostry i bracia, jeśli Różaniec jest „odmawiany” i, ośmielę się powiedzieć, „celebrowany” w ten sposób, to jest on również, co wynika z tego naturalnie, źródłem miłości. Miłość do Boga, miłość do bliźniego: dwie strony tego samego medalu, jak przypominało nam drugie czytanie, zaczerpnięte z Pierwszego Listu św. Jana, kończące się wezwaniem: „nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3,18). Dlatego św. Bartłomiej Longo był apostołem Różańca, a jednocześnie apostołem miłosierdzia. W tym maryjnym mieście przyjmował sieroty i dzieci więźniów, ukazując odradzającą moc miłości. Tutaj również dzisiaj najmłodsi i najsłabsi są przyjmowani i otoczeni opieką w dziełach Sanktuarium. Różaniec kieruje nasz wzrok na potrzeby świata, jak podkreślała List apostolski Rosarium Virginis Mariae, proponując w szczególności dwie intencje, które pozostają niezwykle aktualne: rodzina, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskiej, oraz pokój, zagrożony przez napięcia międzynarodowe i gospodarkę, która przedkłada handel bronią nad poszanowanie życia ludzkiego.

    Kiedy św. Jan Paweł II ogłosił Rok Różańca – w przyszłym roku minie ćwierć wieku – chciał go w szczególny sposób powierzyć opiece Matki Bożej z Pompei. Od tamtej pory czasy się nie poprawiły. Wojny, które wciąż toczą się w wielu regionach świata, wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.

    Pokój rodzi się w sercu. Ten sam Papież w październiku 1986 r. zgromadził w Asyżu przywódców głównych religii, zapraszając wszystkich do modlitwy o pokój. Przy różnych okazjach, również niedawno, zarówno papież Franciszek, jak i ja prosiliśmy wiernych na całym świecie o modlitwę w tej intencji. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują nam media. Z tego sanktuarium, którego fasadę św. Bartłomiej Longo zaprojektował jako pomnik pokoju, dziś z wiarą wznosimy nasze błaganie. Jezus powiedział nam, że modlitwa pełna wiary może wszystko wyjednać (por. Mt 21,22). A św. Bartłomiej Longo, myśląc o wierze Maryi, nazywa ją „wszechmocną dzięki łasce”. Niech za jej wstawiennictwem od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i braterską nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność sprawowania władzy.

    Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko boska moc miłości. Ta boska moc miłości, którą Pan Jezus nam objawił i podarował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!

     Vatican News/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Brat Różaniec” i niezwykła historia Nowenny Pompejańskiej

    nowenna-pompejanska-rozaniec.jpg
    Oprac. PCh24.pl

    ***

    „Niezbadane są wyroki Boskie” ten znany cytat z listu św. Pawła do Rzymian przychodzi na myśl, kiedy poznajemy historię powstania Nowenny Pompejańskiej i cudów jakie Matka Boża dokonuje za jej pomocą. Czy potrafimy ogarnąć rozumem to, że podobnie jak Chrystus na głosiciela Ewangelii na cały ówczesny świat wybrał swojego prześladowcę Szawła, tak Maryja na propagatora na cały współczesny świat swojej „Nowenny nie do odparcia” wybrała satanistę Bartłomieja?

    Brat Różaniec

    Autorem pierwotnej wersji nowenny pompejańskiej jest włoski prawnik Bartłomiej Longo (1841 – 1926). Choć jego rodzice byli ludźmi pobożnymi i w domu został wychowany po katolicku, to podczas studiów prawniczych w Mediolanie dał się zwieść, toksycznej dla duszy, ideologii masońskiej. Jego odstępstwo od wiary było tak głębokie, że przez pewien okres pełnił nawet wysokie funkcje w sekcie satanistycznej. To doprowadziło go niemal do obłędu. Pewnej nocy, udręczony szatańskim nękaniem, niespodziewanie usnął jak małe dziecko. Wówczas ukazał mu się jego ojciec. Jego twarz była bardzo smutna. Poprosił syna tylko o jedno – aby wrócił do Boga. Ten sen tak mocno wstrząsnął młodym studentem prawa, że szczerze zapragnął nawrócenia.

    Wówczas z pomocą przyszedł mu jego wykładowca prof. Vincenzo Pepe, człowiek głęboko wierzący, który pomógł mu odzyskać wiarę. Bartłomiej trafił pod duchową opiekę wybitnych kapłanów m.in. ojca Ludovica z Casorii (kanonizowany w roku 2014). Inny jego kierownik duchowy i spowiednik, ojciec Albert Radente, przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego. Młody prawnik, wyrwany z szatańskich sideł, wybrał sobie imię zakonne „Rosario”, czyli Różaniec. O. Albert wiele modlił się za swojego podopiecznego. Któregoś razu podczas takiej modlitwy usłyszał w duszy, że Bartłomiej dokona wielkich duchowych dzieł. Dominikanin nie omieszkał mu tego powiedzieć. Rosario zaczął od dzieła pomocy biednym i chorym. Jako, że posługiwał w przytułkach przy łóżkach chorych z zawieszonym na szyi różańcem, nazwano go „brat Różaniec”.   

    Choć Bartłomiej Longo zerwał kontakty z organizacjami, które służą złu i radykalnie zmienił swoje życie, to dawne demony wciąż nie dawały mu spokoju. „Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa. Wtedy usłyszałem w moim sercu echo słów ojca Alberta, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony.” Te słowa oświeciły moją duszę” – tak brat Rosario opisał przełomową chwilę swojego życia. Zbawienny głos zabrzmiał w jego sercu, kiedy przebywał, w sprawach służbowych, w Pompejach, słynnych z tragicznego wybuchu wulkanu Wezuwiusz, co miało swój czas w roku 79 po narodzeniu Chrystusa.

    Kościół Różańca

    Brat Rosario chodził po wsi, zwanej przez jej mieszkańców Nowe Pompeje i myślał jakby mógł propagować modlitwę różańcową na większą niż dotychczas skalę. To wówczas przyszła mu do głowy myśl, żeby zbudować w Pompejach kościół poświęcony Matce Bożej Różańcowej, który byłby centrum szerzenia Różańca. W Nowych Pompejach funkcjonowała podupadła parafia, która posiadała mały, chylący się ku ruinie kościółek. Bartłomiej postanowił więc nie czekać ani chwili. Z pomocą miejscowego proboszcza udało mu się uzyskać pozwolenie na budowę i zaraz potem zaczął realizować swój pomysł wzniesienia nowej, pięknej świątyni. Zamieszkał w Nowych Pompejach, żeby osobiście nadzorować budowę. Wówczas była to mała wioska na skraju pustkowia zastygłej lawy, która zatopiła wszystkie budynki starożytnej Pompei. 

    Stare Pompeje były siedliskiem rozpusty. Świadczą o tym odkrycia archeologiczne. Funkcjonowało tu m.in. 25 domów publicznych. Zniszczenie Pompei wskutek erupcji Wezuwiusza ówczesna rzymska wspólnota chrześcijan widziała jako karę Bożą. Bartłomiej Longo miał świadomość, że budowa w tym miejscu świątyni poświęconej Matce Bożej równa się oddaniu tej ziemi Jej królowaniu i jest w pewnym sensie ekspiacją za popełnione tu grzechy.

    Cud budowy

    W budowie, która rozpoczęła się w 1876 roku, pomagali prawie wszyscy mieszkańcy wsi. Fundusze zebrane na wzniesienie kościoła, który miał pomieścić dwa tysiące osób, były skromne, jednak Maryja czuwała nad tym dziełem. Znalazła wybitnego architekta, który tak zapalił się ideą budowy świątyni dla chłopów i wszystkich ludzi ubogich, że projekt wykonał za darmo. W ciągu 15 lat ciężkiej pracy, powstała w Nowych Pompejach przepiękna świątynia, która później stała się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. W 1894 roku Bartłomiej Longo podarował kościół w Pompejach papieżowi Leonowi XIII, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny papież). Leon XIII 4 maja 1901 roku podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej.

    Obraz zamiast porady

    W bazylice, w ołtarzu głównym, znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Obraz przedstawia Matkę Bożą siedzącą na tronie z Dzieciątkiem Jezus na kolanach. U Jej stóp, po lewej stronie, klęczy św. Dominik, a po prawej św. Katarzyna ze Sieny. Niezwykła jest historia tego malowidła. W roku 1875 Bartłomiej Longo udał się do Neapolu z zamiarem zakupienia obrazu Matki Bożej Różańcowej do nowego kościoła, w którym w tym czasie odbywały się misje. Po poradę w sprawie tego zakupu udał się do znajomej siostry Marii Concetty de Litalla. Ta zamiast porady dała mu obraz. Otrzymała go od o. Alberta Radente, kierownika duchowego brata Różańca. Obraz był w koszmarnym stanie – zniszczony, popękany i podziurawiony, w niektórych miejscach farba się wykruszyła, natomiast w górnej części obrazu brakowało fragmentu płótna. Bartłomiej, gdy go ujrzał, „załamał ręce”. Jednak za namową siostry Marii, która powiedziała mu, że dzięki temu wizerunkowi Maryi, wiele osób dostąpi łask Bożych, postanowił go przygarnąć. Malowidło udało się doprowadzić do pięknego stanu. Dziś znają go katolicy na całym świecie.

    Tak powstawała Nowenna Pompejańska

    Podczas budowy kościoła powstała pierwsza wersja Nowenny Pompejańskiej. W dramatycznych dla siebie okolicznościach utworzył ją Bartłomiej Longo. Zachorował na dur brzuszny, a lekarze stwierdzili, że medycyna nie może mu pomóc. Wtedy Bartłomiej rozpoczął błagalną modlitwę różańcową, odmawiając 15 tajemnic dziennie. Po dziewięciu dniach stał się cud – Matka wysłuchała swego oddanego sługę i przywróciła mu zdrowie. Wówczas Longo z sercem przepełnionym wdzięcznością przez kolejnych dziewięć dni modlił się 15 tajemnicami dziennie. Tak więc w pierwszej wersji Pompejankę odmawiało się przez 18 dni.  

    Początkiem historii powstania obecnej wersji nowenny, którą wierni modlą się dziś na całym świecie i za pośrednictwem Maryi upraszają przez nią u Boga wielu łask, był mały maryjny medalik. „Pan Mariano Rosati, gorliwy pomocnik w budowie świątyni, przybył do mnie i poprosił o poświęcony medalik Matki Bożej Pompejańskiej. Chciał go wręczyć swojemu przyjacielowi, doktorowi Belmontemu dla jego ciężko chorej pacjentki, Fortunatiny Agrelli” – dowiadujemy się z fragmentu książki pt. „Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach”, którą napisał Bartolo Longo. Brat Różaniec miał wówczas przeczucie, że pompejański medalik, kiedy trafi do panny Agrelli, może bardzo wiele zdziałać. Nie spodziewał się jednak – jak wiele.

    „Jeżeli Najświętsza Panna Pompejańska uzdrowi pannę Agrelli, to do grona jej czcicieli na pewno dołączy wielu neapolitańczyków. Ojciec chorej ma sporo przyjaciół. Wyślę jej także książeczkę z nowenną, niech rodzina się modli, a obrazek Matki Bożej Pompejańskiej niech zawieszą nad łóżkiem chorej” – w ten sposób Bartłomiej, we wspomnianej książce, odtworzył swój błogosławiony ciąg myśli. Obrazek miał wisieć „nad łóżkiem chorej” gdyż choroba była tak daleko posunięta, że Fortunatina nie dała rady z niego wstać. 

    Prośba do Matki

    Wszystkie  podarunki z Pompei szybko dotarły do chorej Natiny, jak ją nazywali bliscy. Gdy je otrzymała poczuła w sercu ulgę i radość. Będąc pod wpływem tych uczuć, postanowiła skierować do Maryi pisemną prośbę o uzdrowienie. „Ciężko chora Fortunatina Agrelli prosi o uzdrowienie Najświętszą Pannę Różańcową w Pompejach. Jeżeli zostanie wysłuchana, przyrzeka osobiście przybyć do Pompejów, złożyć swoje podziękowanie i przekazać ofiarę na Jej kościół” – napisała do Matki Bożej Natina. Pan Rosati odesłał ten list do Pompejów, Bartolo Longo złożył go na ołtarzu u stóp Madonny, a Fortunatina i cała jej rodzina rozpoczęła, ułożoną przez Bartłomieja, nowennę w intencji odzyskania zdrowia.

    Niezwykła wizyta

    Po kilku dniach kuracji intensywną modlitwą Matka Boża postanowiła osobiście odwiedzić swoją „pacjentkę”, gdyż miała jej coś bardzo ważnego do przekazania. Ukazała się Natinie z dzieciątkiem Jezus na kolanach i różańcem w dłoni. „Gdy ją ujrzałam, natychmiast uczyniłam znak krzyża… piękno Maryi i wspaniałość nieba mnie zachwyciły. Maryja patrzała na mnie czułym, macierzyńskim wzrokiem. Wzbudziło to moje zaufanie i zaczęłam ją błagać: Królowo Różańca Świętego w Pompejach, udziel mi łaski zdrowia! Już złożyłam Ci tę prośbę, odmówiłam nowennę, ale nie doświadczyłam jeszcze Twojego miłosierdzia. O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi jeszcze żadnej łaski. Chcę być zdrowa!” – ze szczerego serca powiedziała Natina. Maryja odpowiedziała jej bez zwłoki: „Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze odbierałaś łaski. Teraz, gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca Świętego z Pompejów, które mi jest bliższe ponad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a wyzdrowiejesz” – obiecała chorej Maryja.

    Wiara i uzdrowienie

    Po dwóch tygodniach Matka Boża znów ukazała się cierpiącej dziewczynie i oznajmiła jej „Ponieważ znosiłaś chorobę z poddaniem się woli Bożej, Bóg udzieli ci tej łaski na Moją prośbę. W 26 dniu tego miesiąca zostaniesz uzdrowiona z porażenia. 30 kwietnia ustaną wszystkie inne cierpienia. Od tego dnia będziesz mogła chodzić. Kiedy znów staniesz na nogi, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu. Zanim upłynie maj, wyjdziesz z domu”. Dokładnie tak właśnie się stało. Zanim odeszła, dodała głosem pełnym przychylności i dobroci „Ktokolwiek pragnie otrzymać łaski, niech odprawi na moją cześć trzy nowenny, odmawiając piętnaście tajemnic różańca, a potem niech odmówi znowu trzy nowenny dziękczynne”. Natina niedługo po uzdrowieniu pojechała do Bartolo Longo i powiedział mu wszystko to, co usłyszała od Matki Bożej. Bartłomiej uwierzył Natinie. Pewny wstawiennictwa Maryi, zmodernizował nowennę według Jej słów. Tak powstała Nowenna Pompejańska, którą dziś znamy.  

    Cuda z rąk Matki

    Bartłomiej Longo, który po śmierci został beatyfikowany a później kanonizowany, skrzętnie gromadził świadectwa łask słane do kościoła w Pompejach przez tysiące osób nie tylko z Włoch, ale także ze wszystkich krajów Europy, z obu Ameryk, Afryki, a nawet w Indii i Chin. Do dziś napływają one do kustosza Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Poznajmy kilka świadectw z Polski.

    Magda (nadesłane w roku 2026)

    Nowenna Pompejańska to nowenna „nie do odparcia”, to prawda. Matka Boska pokazała mi jak wielką ma moc. Moje małżeństwo się skończyło, kiedy mój mąż powiedział, że nie chce już że mną być, już mnie nie kocha. Żyliśmy ze sobą po ślubie, sześć lat. Mamy synka. Mój cały świat się zawalił, wszystko nagle się skończyło. Nie mogłam uwierzyć w te słowa… błagałam, prosiłam ale to było na nic. Nie mogłam się pogodzić z tym, co się stało, że nie jesteśmy już rodziną, o której tak bardzo marzyliśmy. Było mi tak bardzo ciężko, że nie miałam ochoty już na nic. Wiedziałam jednak, że muszę się modlić o to małżeństwo. Zaczęłam odmawiać Nowennę ale szybko ją przerwałam, bo nie miałam siły się modlić. Mój mąż był jak skała, wiedziałam, że tylko cud może nas uratować. Zaczęłam odmawiać raz jeszcze i znowu przerwałam, miałam takie wrażenie, że nie dam rady. Postanowiłam jeszcze raz spróbować i odmówiłam całą Nowennę. Moi bliscy również modlili się Nowenną Pompejańską o uratowanie mojego małżeństwa. Miałam chwile zawahań, czasami nawet wątpiłam ale modliłam się cały czas. Mój mąż był nieugięty, ja nie przestawałam w modlitwie, chociaż z każdym dniem było coraz gorzej. Nie byliśmy ze sobą rok. Już pod koniec nie wierzyłam, że coś może się wydarzyć, a Matka Boska pokazała mi swoją moc. Stał się cud wróciliśmy do siebie. Maryja cały czas była przy mnie i opiekowała się mną. Nie umiem nawet wyrazić tego, co czuję. Wiara czyni cuda, a tam na górze wszystko jest możliwe Mamusiu moja kochana dziękuję Ci za Twoją opiekę i za to, że zawsze przy mnie jesteś i czuwasz Kocham Cię całym moim sercem. Uratowałaś moją kochana rodzinę. Nigdy się nie poddawajcie, nawet jeśli już nie macie sił weźcie różaniec do ręki i zacznijcie się modlić. Matka Boska jest zawsze obok nas, a wiara czyni cuda. 

    Mateusz (2026)

    Byłem uzależniony od narkotyków – nie dawałem sobie rady. W sumie to pogodziłem się z tym, że już zawszę to będę robił aż do momentu, w którym nie przesadzę do takiego stopnia, że stanie się coś złego. Któregoś razu dowiedziałem się o nowennie pompejańskiej, zacząłem ją odmawiać – i coś się zmieniło. Mimo iż, na początku dalej brałem i popełniałem te same błędy to z każdym tygodniem to zanikało. Wiem, że to dzięki Maryi, która się za mną wstawiła tego nie robię. Wiem, że się mną opiekuję i czuję jej obecność mocno w swoim życiu. Mam nadzieję, że moje świadectwo pomoże osobom, które również zmagają się z tym nałogiem. Nie bójcie się zwrócić o pomoc do Maryi, która zawsze was wysłucha i was poprowadzi do swojego Syna.

    Aleksandra (2025)

    Piszę to świadectwo, aby wesprzeć wszystkie matki w stanie błogosławionym, które oczekują narodzin swojego dziecka, a jednocześnie muszą zmierzyć się z trudną diagnozą choroby lub wady rozwojowej… Dnia 8 maja 2025 roku – w dniu wyboru Papieża oraz w święto Matki Bożej Pompejańskiej – podczas badania USG II trymestru dowiedzieliśmy się dwóch niezwykle ważnych rzeczy. Pierwszą była radosna wiadomość, że spodziewamy się syna. Drugą – bardzo trudna diagnoza: u naszego dziecka wykryto guz w obrębie nosa, który mógł wskazywać na przepuklinę mózgu. Mój mąż od razu powiedział, że nasz syn otrzyma imię po Papieżu oraz że podejmuje Nowennę Pompejańską w intencji jego zdrowia. Ja początkowo czułam, że nie podołam tej wymagającej modlitwie. Jednak już następnego dnia, pomimo wewnętrznych obaw i trudności, również zdecydowałam się ją rozpocząć. Nadszedł dzień rozwiązania… Na sali było wielu lekarzy, przygotowanych na najgorsze. Jednak gdy nasze dziecko przyszło na świat, od razu zapłakało i zaczęło samodzielnie oddychać. Otrzymało 10 punktów w skali Apgar. Był to moment ogromnej wdzięczności i wzruszenia.


    Adam Białous/PCh24.pl   
       

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    W każdy piątek jest Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata o godz. 19.00

    ***

    W każdą sobotę od godz. 17.00 jest możliwośc spowiedzi.

    Msza św. niedzielna (Vigil Mass) jest o godz. 18.00

    W pierwszą sobotę miesiąca po Mszy św. jest nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Bożej Matce.

    ***

    W drugą sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecią sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się przed Najświętszym Sakramentem na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Pół godziny przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi. Po Mszy św. – Godzina Miłosierdzia z Koronką do Bożego Miłosierdzia.

    ***

    kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W pierwszy czwartek miesiąca Msza św. o godz. 19.00 i Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu w kapicy izbie Jezusa Miłosiernego.

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Maj – miesiąc poświęcony Matce Bożej

    Maj – miesiąc poświęcony Matce Bożej
    fot. Jakub Kołacz SJ

    ***

    W polskiej tradycji i krajobrazie maj to czas, w którym Kościół katolicki w sposób uroczysty oddaje cześć Maryi, szczególnie przez „nabożeństwa majowe”, popularnie zwane „majówkami”. Dziś zwykle odprawia się je w kościołach, ale kiedyś spotkano się przy przydrożnych figurach i kapliczkach, aby przy nich śpiewać maryjne pieśni i litanię.

    Historia ukryta w wiekach

    Choć maj kojarzy nam się z polską wiosną, korzenie maryjnego kultu sięgają znacznie głębiej. Już w V wieku na Wschodzie zaczęły powstawać pierwsze pieśni sławiące Maryję. W XIII i XIV wieku w Hiszpanii zrodził się, a potem upowszechnił zwyczaj wspólnych modlitw przed wizerunkami Bożej Rodzicielki. W XVI wieku pojawił się termin „Maj duchowy” (Niemcy) – określenie to weszło do języka za przyczyną książeczki wydanej w odpowiedzi na reformację, która oficjalnie nazywa maj miesiącem Maryi.

    Wielcy promotorzy nabożeństwa

    W popularyzację tej formy modlitwy i pobożności zaangażowanych było wielu świętych i zakonników: Bł. Henryk Suzo, nadreński mistyk, który już jako dziecko dekorował figury Maryi polnymi kwiatami; św. Filip Neri, który gromadził rzymskie dzieci na radosnej modlitwie przy maryjnych ołtarzach; o. Ansolani, jezuita z Neapolu, którego uważa się za „ojca” nabożeństw majowych w ich nowożytnej formie.

    Ewolucja i oficjalne zatwierdzenie

    Kluczowym momentem dla popularyzacji „majówek” był wiek XIX. W 1859 roku papież Pius IX zatwierdził obowiązującą do dziś strukturę nabożeństwa, na którą składa się śpiew litania Loretańskiej, nauka kapłana w formie krótkie rozważanie), całość zaś wieńczy błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.

    Litania Loretańska

    Nazwa tej najpopularniejszej litanii, odmawianej lub śpiewanej codziennie przez cały maj, pochodzi od miejscowości Loreto we Włoszech. Zbiór jej wezwań zatwierdzono już w 1587 roku i chroniono przed samowolnymi zmianami, by zachować jego teologiczną czystość. Nowe wezwania dodawane są jedynie za zgodą Stolicy Apostolskiej, co zresztą w ostatnim czasie zrobił Papież Franciszek.

    Polska tradycja i wyjątkowe wezwanie

    W Polsce nabożeństwa majowe zaczęto odprawiać w 1838 roku w Tarnopolu dzięki jezuitom. Szybko zyskały popularność i rozprzestrzeniły się cały kraj: od Warszawy po Kraków i Lwów. Polska litania jest unikalna w skali świata. W okresie międzywojennym, po oficjalnym ustanowieniu święta NMP Królowej Polski, papież Pius XI zezwolił na dołączenie do niej wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami”.
    Dziś, mimo upływu lat, majowe modlitwy przy kapliczkach, wciąż odprawiane nie tylko na wsiach – w blasku zachodzącego słońca i przy zapachu kwitnących bzów – pozostają jednym z najpiękniejszych przejawów ludowej pobożności, łączącym wszystkie pokolenia.

    Deon.pl

    ***

    Szczególny miesiąc poświęcony Bożej Matce z pięknymi nabożeństwami majowymi

    Majówki przy salwatorskich kapliczkach - krakow.gosc.pl
    Majówki przy salwatorskich kapliczkach – krakow.gosc.pl

    ***

    W Polsce wciąż żywa jest tradycja odprawiania nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, w otoczeniu „łąk umajonych” i napełnionych ptasim śpiewem lasów. W naszym kraju, szczególnie na wsiach,  ciągle można spotkać grupy ludzi szczerze modlących się Litanią do Matki Bożej i śpiewających maryjne pieśni. Podtrzymywaniu pięknej tradycji nabożeństw majowych dobrze służą programy renowacji przydrożnych kapliczek i krzyży, które podejmuje coraz więcej samorządów, stowarzyszeń oraz osób prywatnych.

    Przepiękny miesiąc maj poświęcony jest Matce Bożej. Choć zwyczaj odprawiania nabożeństw majowych, w całym Kościele trwa od połowy XIX wieku, to rodowód tej tradycji jest o wiele wcześniejszy. Gromadzenie się i śpiewanie pieśni na cześć Matki Bożej było znane na Wschodzie już w V wieku. W Kościele zachodnim w I tysiącleciu maj jako miesiąc Maryi święcono raczej sporadycznie. Dopiero na przełomie XIII i XIV wieku powstała myśl, aby ten cały, piękny miesiąc poświęcić Matce Bożej. Pierwszym, który wcielił tę myśl w czyn, był król hiszpański Alfons X, żyjący w drugiej połowie XIII wieku. Władca ów sam brał udział w nabożeństwach majowych i swoim poddanym zalecał, aby czynili podobnie.

    Wśród ważnych dat w rozwijaniu się, trwającym przez całe wieki, nabożeństwa majowego jest rok 1549, kiedy to ukazała się w Niemczech niewielka książeczka pod tytułem „Maj duchowy”, gdzie po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi. Natomiast w roku 1713 jezuita ks. Ansolani opracował kształt nabożeństwa majowego, jaki jest praktykowany po dziś dzień. Pierwsze „majowe”, lub też „majówki”, pod przewodnictwem ks. Ansolaniego, odprawiane były każdego dnia maja w kaplicy królewskiej w Neapolu.

    Papież Pius VII nabożeństwo majowe, odprawiane w kościele, obdarzył odpustami. Dalsze odpusty do tego szczególnego nabożeństwa, na które składa się Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, nauka kapłana oraz błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, w 1859 roku przypisał papież błogosławiony Pius IX. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe wprowadzili jezuici, na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, w Tarnopolu (1838). W tym samym czasie cześć „Królowej maja” szerzył w Galicji, swoją poezją, jezuita o. Karol Antoniewicz, autor słów słynnej pieśni „Chwalcie łąki umajone”. W połowie XIX wieku nabożeństwo majowe przyjęło się w niemal wszystkich krajach świata.

    Dziś w wielu miejscowościach Polski wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy przydrożnych kapliczkach czy krzyżach. Ten zwyczaj powstał na wsiach. Do świątyni było przeważnie daleko, a w maju trwają już intensywne prace polowe i „robotę” kończono późno. Dlatego wiejska wspólnota zbierała się przy kapliczce dopiero o godzinie 19.00 lub nawet 20.00. Wówczas to odmawiano Litanię Loretańską i inne modlitwy „majowe”. Osoba, która najlepiej we wsi śpiewała, intonowała maryjne pieśni, a inni się włączali. Dbano, aby w maju kapliczki i krzyże były pięknie przystrojone kwiatami i kolorowymi wstążkami.

    Obecnie tradycja odprawiania nabożeństwa majowego w plenerze, jest szczególnie żywa na Podlasiu. Przemierzając pomniejsze drogi Podlasia w maju, wieczorową porą, możemy ujrzeć grupy mieszkańców podlaskich miasteczek i wsi, jak zebrani przed kapliczką lub krzyżem odmawiają Litanię Loretańską lub śpiewem chwalą Matkę Najświętszą. Często są to całe rodziny wielopokoleniowe – babcie, dziadkowie, rodzice, dzieci. Piękny to widok, kiedy ludzie wspólnie się modlą „na Majowym” w plenerze. Kapliczki okraszone kwiatami. Wokół świeża zieleń, pół i łąk. Jakby nie tylko ludzie oddawali cześć Maryi, Królowej Nieba i Ziemi, ale i cała przyroda. Wokół cudne zapachy kwiatów, a często lasu, w którym swoje pochwalne pieśni śpiewają ptaki.

    Dla osób, które spotykają się na Majowym codziennie, jest to ważna tradycja modlitewna, ale i rodzinna, przekazywana z pokolenie na pokolenie  – Codzienną modlitwę majową odprawiam z tradycyjnej, starej książeczki. W tych nowoczesnych nie ma tej codziennej modlitwy. Ta książka ma ponad 110 lat – dostałam ją od swoje mamy, a moja mama dostała ją z kolei od swoje mamy. Myślę, że jeszcze przekażę ją swojej córce. W tej książeczce są takie modlitwy, których nie ma już w tych nowoczesnych wydaniach. To jest tradycyjne. Strzegę jej bardzo, jak ważnego dokumentu – opowiada pani Irena ze wsi Rafałówka niedaleko Białegostoku. Pani Irena nabożeństwo majowe odprawia od przeszło 40 lat. Ludzie z Rafałówki spotykają się w maju pod przydrożną kapliczką, z figurą Maryi.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Coś więcej niż tylko śpiew.

    Fenomen nabożeństw majowych

    forum-0428378356_800x460.jpg
    fot: Łukasz Zarzycki / Forum

    ***

    W majowe wieczory, gdy wiosna roztacza wokół swój zapach, wierni udają się do kościołów lub przydrożnych kapliczek, aby śpiewem litanii loretańskiej uczcić Matkę Bożą. Nabożeństwa majowe mają w sobie coś wyjątkowego, skoro co roku przyciągają liczne rzesze wiernych. Być może dzieje się tak dlatego, że odmawiając litanię loretańską, składamy Matce Bożej swoisty bukiet kilkudziesięciu pięknych wezwań.

    Historia nabożeństw majowych

    Choć dziś centralnym punktem nabożeństw majowych jest litania loretańska, ich historia sięga czasów znacznie wcześniejszych niż jej powstanie. Już w V wieku na Wschodzie wierni gromadzili się, by wspólnie śpiewać pieśni maryjne, natomiast zwyczaj odprawiania nabożeństw w maju ukształtował się na przełomie XIII i XIV wieku. Za twórcę właściwej formy nabożeństw majowych uznaje się jezuitę, ojca Ansolaniego (1713), który w kaplicy królewskiej w Neapolu codziennie w maju organizował koncert pieśni maryjnych, po którym następowało błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Z kolei papieże Pius VII oraz bł. Pius IX obdarzyli nabożeństwo majowe odpustami. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe odprawili jezuici w Tarnopolu w 1838 roku.

    Litania loretańska

    Wbrew swojej nazwie litania loretańska nie powstała w Loreto, lecz najprawdopodobniej we Francji, w XII wieku, kiedy to litanie zaczęły zyskiwać dużą popularność. Z tego okresu pochodzi jej najstarszy zachowany rękopis, przechowywany w Paryżu.

    Jak wyjaśnia historię litanii do Matki Bożej ks. Tomasz Jaklewicz, do istniejącej od V wieku Litanii do Wszystkich Świętych stopniowo dodawano kolejne wezwania ku czci Bożej Rodzicielki. „Intuicja wiernych była taka, że świętość Matki Jezusa wyrasta ponad innych świętych, dlatego dokładano ciągle nowe Jej określenia. W końcu było ich tak dużo, że powstała osobna litania”[1]

    Określenie loretańska wzięło się stąd, że właśnie w włoskim Loreto była ona szczególnie propagowana i odmawiana, a także dlatego, że używany tam jej schemat najbardziej się rozpowszechnił. W mieście tym, w bazylice, znajduje się – według tradycji przewieziony z Nazaretu – Domek Świętej Rodziny, w którym mieszkała Maryja i gdzie archanioł Gabriel zwiastował Jej poczęcie Syna Bożego. W Loreto litania odmawiana jest w każdą sobotę już od 1531 roku, a w 1575 roku dyrygent tamtejszego chóru, Constanzo Porta, opracował jej wersję chóralną na osiem głosów.

    W 1601 roku papież Klemens VIII, widząc rozpowszechnianie się różnych litanii, nierzadko zawierających niewłaściwe elementy, nakazał zniesienie wszystkich tego typu nabożeństw, czyniąc jednak wyjątek dla dwóch: Litanii do Wszystkich Świętych oraz litanii loretańskiej. Trzydzieści lat później wprowadzono obowiązek uzyskania aprobaty Stolicy Apostolskiej dla wszelkich zmian w jej tekście, co przyczyniło się do jej ujednolicenia i dalszego upowszechnienia. Istotną rolę w szerzeniu litanii odegrały również zakony: dominikanie, kapucyni i karmelici.

    Bogactwo tytułów Matki Bożej

    Liczba wezwań zawartych w litanii do Matki Bożej zmieniała się na przestrzeni wieków. W paryskim rękopisie znajduje się ich 73 – utrzymane w jednolitym rytmie i uporządkowane według starannie zaplanowanego układu. Tymczasem w modlitewniku z Loreto z 1572 roku odnajdujemy jedynie 43 wezwania. Z biegiem czasu dodawano jednak do litanii kolejne tytuły maryjne.

    Już w 1675 roku bractwa różańcowe uzyskały przywilej śpiewania wezwania Królowo Różańca Świętego, które w 1883 roku – na prośbę generała dominikanów – zostało rozciągnięte na cały Kościół. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w 1854 roku przyniosło wezwanie Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta, a dogmatu o Wniebowzięciu Matki Bożej z 1950 r. – Królowo Wniebowzięta. W kolejnych latach dodawano następne wezwania: Matko Dobrej Rady (1903), Królowo Pokoju (1917), Matko Kościoła (1980), Królowo Rodziny (1995; w Polsce w liczbie mnogiej: Królowo rodzin), a w 2020 roku: Matko MiłosierdziaMatko nadziei, oraz Pociecho migrantów.

    W Polsce przynajmniej od 1656 r. odmawiano wezwanie Królowo Korony Polskiej; oficjalnie zatwierdzone je w 1922 r., a po II wojnie światowej przyjęło ono formę Królowo Polski. Od 1954 r. w niektórych kościołach śpiewa się również wezwanie Królowo świata, a od 1983 r. w archidiecezji katowickiej – Matko sprawiedliwości i miłości społecznej. W diecezji zamojsko-lubaczowskiej dodaje się z kolei wezwanie Matko Odkupiciela.

    Wezwania zawarte w litanii do Matki Bożej dzielą się na kilka grup. Na początku Maryja przyzywana jest jako Święta, następnie jako MatkaPanna i Królowa. Z kolei środkowe wezwania nie znajdują się w żadnej z tych grup – są bardzo bogate teologicznie, choć niekiedy mogą być trudniejsze w odbiorze.

    Zwierciadło sprawiedliwości

    W Starym Testamencie sprawiedliwość utożsamiano przede wszystkim z wypełnianiem przepisów Prawa. Choć jest to istotny jej wymiar, nie wyczerpuje on jednak całego znaczenia tego pojęcia – Bóg nie oczekuje od człowieka jedynie posłuszeństwa wynikającego z lęku. Człowiek sprawiedliwy nie tylko zachowuje przykazania, lecz także prowadzi życie zgodne z Bożym zamysłem.

    Maryja jest dla nas w tym względzie wzorem, co w sposób szczególny ujawnia scena Zwiastowania. Choć słowa anioła mogły wydawać się po ludzku niezrozumiałe – że ma zostać Matką Boga, i to bez udziału mężczyzny – nie sprzeciwiła się, lecz całkowicie zaufała woli Bożej. W ten sposób stała się dla nas nie tylko przykładem sprawiedliwości, lecz także swoistym zwierciadłem: patrząc na Nią i odnosząc się do Jej postawy, możemy dostrzec, czego jeszcze nam brakuje, abyśmy mogli być nazwani ludźmi sprawiedliwymi.

    Stolica mądrości

    Ojcowie Kościoła utożsamiali Mądrość, o której mówią księgi Starego Testamentu – m.in. Księga Mądrości, Syracha czy Przysłów – z Synem Bożym, który jest SłowemLogosem, ponieważ pochodzi z Boskiego Intelektu. To On “był na początku u Boga i przez Niego wszystko się stało” (prolog Ewangelii wg św. Jana).

    Słowo „stolica” oznacza także tron. Mówimy przecież o Stolicy Piotrowej, czyli o Watykanie – między innymi dlatego, że to tam znajduje się tron pierwszego papieża i tam zasiadają jego następcy. Nic więc dziwnego, że Maryja nazywana jest Stolicą Mądrości, czyli Tronem Słowa Wcielonego, ponieważ to Jej ciało stało się pierwszym tronem, na którym spoczął na tym świecie Wcielony Bóg.

    Słowa Księgi Mądrości Kościół odnosi również do samej Matki Bożej, gdyż Ona także istniała w zamyśle Bożym od początku. Zdanie: „Od wieków zostałam ustanowiona, od początku, przed pradziejami ziemi” (Prz 8,23) odnosi się właśnie do Niej. Maryja była napełniona Duchem Świętym i całym swoim życiem świadczyła o wielkich dziełach Boga. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1,49) – mówiła, ukazując Bożą Mądrość i dając o niej świadectwo wobec ludzi, wśród których żyła.

    Róża duchowna

    Róża od wieków uchodzi za kwiat wyjątkowy, nazywany wręcz „królową” wśród kwiatów; w średniowieczu jej piękno opiewali trubadurzy w swojej poezji. Nie wiemy, jak wyglądała Matka Boża – możemy jedynie przypuszczać, że była kobietą piękną – jednak bez wątpienia odznaczała się niezwykłym pięknem duchowym. Już archanioł Gabriel nazwał Ją „pełną łaski”, a łaska Boża jest przecież światłem, które rozjaśnia wnętrze człowieka i czyni go duchowo pięknym.

    Piękno ducha Maryi przejawiało się także w tym, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (por. Łk 2,51), kontemplując dzieła Boga dokonujące się w Jej życiu. Podczas spotkania ze św. Elżbietą wyznała zaś: „raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,47). Jej dusza była nieustannie zwrócona ku Bogu i to z Niego czerpała swoje piękno.

    Można więc powiedzieć, że życie duchowe Maryi było piękne niczym róża. Dzięki szczególnej łasce, wynikającej z Jej wybrania na Matkę Bożą, została zachowana od grzechu pierworodnego. Jej dusza była czysta od samego poczęcia i pozostała nieskalana przez całe życie.

    Nie sposób wreszcie pominąć symboliki róży wyrastającej pośród cierni – znaków bólu i duchowych zmagań. A tych w życiu Maryi nie brakowało: od przejmującego proroctwa Symeona aż po złożenie ciała Jej Syna do grobu. Mimo tych doświadczeń nie zachwiała się w wierności Bogu; przeciwnie – pośród cierpienia jaśniała duchowym pięknem niczym róża.

    Wieża Dawidowa i wieża z kości słoniowej

    Wieża od zawsze pełniła podwójną funkcję: obronną i obserwacyjną. Stanowiła niezwykle istotny element fortyfikacji – z jej szczytu można było dostrzec zbliżającego się wroga, a niejednokrotnie była także ostatnim bezpiecznym schronieniem w razie ataku.

    Jak głosi tradycja, wieża Dawida została wzniesiona po jego zwycięstwie nad Filistynami, około roku 1000 przed Chrystusem, i stanowiła ważny element systemu obronnego Jerozolimy. W jej obrębie znajdowała się siedziba władcy oraz świątynia poświęcona Panu. Maryja nazywana jest Wieżą Dawidową, ponieważ przez dziewięć miesięcy nosiła w swoim łonie Władcę i Boga.

    Kość słoniowa natomiast była materiałem niezwykle cennym i kosztownym, wykorzystywanym w sztuce i budownictwie. Nazywając Matkę Bożą „wieżą z kości słoniowej”, podkreślamy Jej piękno i wyjątkowość, a także fakt, że pod swoim sercem nosiła najcenniejszy dar – samego Boga.

    Arka Przymierza i Dom złoty

    Arka Przymierza była skrzynią, w której przechowywano laskę Aarona, naczynie z manną oraz kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Dla Izraelitów stanowiła znak Bożej obecności – niesiona przez kapłanów towarzyszyła im w drodze. Otaczano ją szczególną czcią, chroniono podczas wypraw wojennych, a w czasie wędrówki do Ziemi Obiecanej pozostawała centralnym elementem kultu. Bezpośredni dostęp do niej miał jedynie arcykapłan.

    W okresie wędrówki Arkę przechowywano w Namiocie Spotkania, natomiast po zbudowaniu świątyni przez króla Salomona została umieszczona w Miejscu Najświętszym. Była dla Izraelitów widzialnym znakiem obecności Boga, który powiedział: „I uczynią Mi święty przybytek, abym mógł zamieszkać pośród nich” (Wj 25,8).

    Maryja nazywana jest Arką Przymierza, ponieważ stała się mieszkaniem Boga Wcielonego – to w Jej łonie przez dziewięć miesięcy przebywał Bóg-Człowiek. Z tego samego powodu określa się Ją również mianem Domu złotego: duchowego tabernakulum, miejsca obecności Chrystusa.

    Brama niebieska

    To właśnie dzięki Maryi na świat przyszedł Zbawiciel – Ten, który swoją Męką i Śmiercią otworzył wierzącym bramy Niebios. Nie dziwi więc, że nazywamy Ją Bramą niebieską. Istnieje jednak także inny powód tego tytułu: Maryja jest Pośredniczką do swojego Syna. Można powiedzieć, że jest bramą oddzielającą nas – ludzi, żyjących w sferze profanum – od Boga, który jest rzeczywistością sacrum. To właśnie przez tę Bramę Zbawiciel udziela nam wszelkich łask.

    Kościół zachęca również wiernych, aby w godzinie śmierci wzywali imienia Maryi, w nadziei, że Jej wstawiennictwo pomoże im stanąć przed obliczem Jej Syna. Jest to zatem jeszcze jeden powód, by nazywać Ją Bramą niebieską.

    Gwiazda zaranna

    Gwiazda zaranna to obiekt astronomiczny widoczny tuż przed wschodem Słońca. W rzeczywistości nie jest ona gwiazdą, lecz planetą Wenus. Świeci – a właściwie odbija światło słoneczne – do końca nocy; pozostaje widoczna jeszcze o świcie, by następnie zniknąć w blasku wschodzącego Słońca. Dla astronomów jest zjawiskiem szczególnym, ponieważ gdy inne gwiazdy stopniowo bledną, ona jako ostatnia pozostaje na niebie przy wschodzącym Słońcu, zapowiadając nadejście poranka; można wręcz powiedzieć, że „wprowadza” Słońce na świat.

    Nie bez powodu Kościół nazywa Maryję Gwiazdą zaranną. To Ona poprzedziła przyjście Zbawiciela – Słońca Sprawiedliwości. Zajaśniała tuż przed Jego narodzeniem i towarzyszyła Mu w czasie Jego ziemskiej misji oraz dzieła Odkupienia. Fakt, że gwiazda zaranna nie jest w istocie gwiazdą, lecz planetą, może paradoksalnie jeszcze pełniej oddawać sens tego tytułu: Maryja nie świeci własnym światłem, lecz jedynie odbija blask chwały swojego Syna.

    Bukiet dla Matki Bożej

    Ofiarowanie litanii na ręce Matki Bożej można porównać do wręczenia Jej bukietu złożonego z różnorodnych kwiatów. Nie jest to bowiem nazwanie Jej jednym czy dwoma tytułami, lecz przyzywanie Jej pod wieloma – często kilkudziesięcioma – wezwaniami. Można to rozumieć jako swoiste składanie Jej duchowych komplementów oraz wysławianie cnót oraz przywilejów, którymi obdarzył Ją Bóg.

    Choć różne melodie, na które w Polsce śpiewa się litanię loretańską, są piękne, a sam jej tekst pełen poruszających określeń, którymi oddaje się cześć Matce Bożej, wiernych do kościołów i przydrożnych kapliczek nie przyciąga jedynie nostalgia. Przede wszystkim jest to pragnienie oddania Maryi czci i złożenia Jej tego symbolicznego bukietu w postaci litanii loretańskiej.

    Litanią tą – szczególnie śpiewaną – stosunkowo łatwo się modlić. Jej obrazowy język ułatwia skupienie uwagi. Można wówczas wyobrażać sobie Maryję jako m.in. Arkę Przymierza czy Bramę Niebios i przez chwilę zatrzymać się na tych obrazach w modlitwie.

    Praktyka nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach pokazuje również, że ludzie potrafią zostawić codzienne zajęcia, by o zachodzie słońca udać się na wspólną modlitwę i odśpiewać litanię loretańską. Nierzadko gromadzą się sami z sąsiadami, znajomymi, a czasem po prostu z osobami, które – podobnie jak oni – dzielą maryjną pobożność. Wieczór jest też naturalną porą wyciszenia po całym dniu pracy, by zatrzymać się na chwilę i poświęcić czas modlitwie do Matki Bożej, która jest dla wierzących orędowniczką u swojego Boskiego Syna.

    Zawarte w litanii tytuły i obrazy nie są celem samym w sobie, ponieważ Maryja zawsze wskazuje na Chrystusa. Dlatego litania, choć tak bogata w określenia, pozostaje w istocie modlitwą skierowaną ku Bogu przez Jej wstawiennictwo.

    Adrian Fyda/PCH24.PL

    żródło: pl.aleteia.org, liturgia.pl, pl.wikipedia.org, brewiarz.pl
    Pomirska Z., Akatyst i litania loretańska w duchowości maryjnej, „Język – Szkoła – Religia”, 2013, nr 8/1, s. 147-155.

    [1] T. Jaklewicz, ks., Śpiewana ikona, „Gość Niedzielny” 32/2011, http://kosciol.wiara.pl/doc/918903.Spiewana-Ikona.

    ***

    Litania Loretańska

    Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.

     

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Dlaczego loretańska?

    Nazwa pochodzi od włoskiego miasta Loreto, gdzie w sanktuarium maryjnym, istniejącym od końca XII wieku, litania ta odmawiana jest publicznie od 1531 roku.

    Jak powstała Litania loretańska?

    To, że odmawiano ją w Loreto, nie oznacza, że tam powstała [została napisana]. Śpiewali ją w różnych formach pielgrzymi przybywający do sanktuarium, dodając wciąż nowe wezwania. Jest dziełem wielu anonimowych i nieznanych autorów. Jedna z teorii mówi o tym, że powstała w Paryżu lub jego okolicach w latach 1150-1200. Po raz pierwszy tekst Litanii loretańskiej opublikowano w 1558 roku w Dillingen, dzięki staraniom Piotra Kanizjusza, propagatora kultu maryjnego. Pierwszą znaną melodię do jej tekstu skomponował dyrygent chóru w Loreto – Constanzo Porta, w 1576 roku. Pierwotny test powstał w języku łacińskim, który obowiązywał wtedy w Kościele.

    Co oznaczają zwroty Kyrie elejson, Chryste elejson?

    W języku greckim Kyrios znaczy Pan, Władca. W Starym Testamencie słowem Kyrios zastępowano imię Boga Ojca, a w Nowym Testamencie odnosiło się ono do Chrystusa [stąd Chryste, od greckiego Christe]. Czasownik elejson znaczy „litować się”, „okazać łaskę i miłosierdzie”. Kyrie elejson tłumaczymy więc jako: „Panie, zmiłuj się”.

    Dlaczego wezwanie to powtarza się trzykrotnie?

    W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kyrie elejson powtarzano wiele razy, zwłaszcza w liturgii wschodniej. Dopiero w IX wieku liczbę wezwań ograniczono do trzech ze względu na Trzy Osoby Boskie. Pierwsze Kyrie odnosi się do Boga Ojca, drugie do Syna Bożego [zastąpiono je więc słowem Chryste], trzecie do Ducha Świętego.

    Geneza Litanii Loretańskiej jest trudna do ustalenia.

    Najprawdopodobniej w swej charakterystycznej formie i podstawowym zarysie pojawiła się w manuskrypcie paryskim z końca XII wieku. Można również wykazać, że niektóre wezwania skierowane do Maryi znajdowały się w Litanii do Wszystkich Świętych, z biegiem czasu dodawane nowe tytuły maryjne stawały się coraz liczniejsze i stopniowo utworzyły nową grupę, która oderwała się od początkowego pnia.

    Litania zwana jest „Loretańską” od miasteczka Loreto, położonym w prowincji Ancona, we Włoszech, gdzie znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Wierzono, że w XIII wieku został przeniesiony przez aniołów do Loreto Domek Nazaretański, w którym przyszła na świat Matka Boża. Faktem jest, że litania była szczególnie propagowana i odmawiana przez pielgrzymów w tym sanktuarium maryjnym. Przybrała tam ostateczną formę i zaczęła promieniować na cały Kościół. Z roku 1531 pochodzi świadectwo używania jej w tym sanktuarium. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1572 r. we Florencji i zawierała 43 wezwania. Do końca XVI wieku jeszcze co najmniej 20 razy, co świadczy o jej wielkim rozpowszechnianiu.

    W dokumentach papieskich pojawiła się o niej wzmianka w 1581 r. w bulli „Redituri” papieża Sykstusa V, który udzielił za jej odmawianie 200 dniowego odpustu i zachęcał wiernych do jej odmawiania. Kolejne odpusty przypisali do niej Pius VII oraz Pius XI w 1932 r. Natomiast papież Benedykt XIV urzędowo ją zatwierdził i zezwolił stosować w publicznym kulcie Kościoła.

    Wezwania Litanii Loretańskiej podlegały zmianom (dzisiejsza wersja litanii zawiera 52 wezwania). Usuwano lub wzbogacano ją nowymi wezwaniami w zależności od potrzeb i okoliczności. I tak w ciągu wieków oficjalnie dodano następujące inwokacje: „Wspomożenie wiernych” przypisywana Piusowi V w związku ze zwycięstwem nad Turkami pod Lepanto (1571); „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta” – Piusowi IX, dzień przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP (1854); Leon XIII wprowadził wezwanie „Królowo Różańca świętego” (1883) oraz „Matko dobrej rady” (1903). W 1908 r.

    Kościół w Polsce uzyskał zgodę na włączenie tytułu „Królowo Korony Polskiej” (przekształcone po drugiej wojnie światowej w „Królowo Polski”). „Królowo pokoju” włączył Benedykt XV (1917), a papież Pius XII – „Królowo wniebowzięta” (1950) w związku z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu NMP; „Matko Kościoła” (tytuł nadany przez Pawła VI w czasie Soboru Watykańskiego II) Jan Paweł II przyznał prawo Konferencji Episkopatów do włączenia go do litanii (1980); Janowi Pawłowi II zawdzięczamy też wezwanie „Królowo Rodziny” (1995).

    Oprócz zezwoleń na powszechne wprowadzenie inwokacji, wydano wiele zezwoleń ograniczonych do poszczególnych diecezji lub zgromadzeń zakonnych. I tak np. franciszkanie uzyskali pozwolenie na umieszczenie (na ostatnim miejscu) własnego wezwania „Królowo zakonu serafickiego” (1910), a karmelici stosują od 1689 wezwanie „Królowo szkaplerza świętego”.

    Co do pobożnej praktyki odmawiania lub śpiewania Litanii warto przytoczyć fragment „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Czytamy tam: „W wyniku rozporządzenia papieża Leona XIII o kończeniu odmawiania różańca w październiku śpiewem Litanii Loretańskiej liczni wierni byli przeświadczeni, że litania jest tylko rodzajem dodatku do różańca. W rzeczywistości jednak jest ona czymś niezależnym. Litanie bowiem mogą stanowić samodzielny element hołdu składanego Maryi, być śpiewem procesyjnym, stanowić część nabożeństwa Słowa Bożego lub innych aktów liturgicznych”.

    ks. Eugeniusz Burzyk/Justyna Wołoszka/Tygodnik Niedziela

    ***

    Litania Loretańska

     Adobe Stock

    Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.

    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, — módl się za nami.

    Święta Boża Rodzicielko,

    Święta Panno nad pannami,

    Matko Chrystusowa,

    Matko Kościoła,

    Matko miłosierdzia,

    Matko łaski Bożej,

    Matko nadziei,

    Matko nieskalana,

    Matko najczystsza,

    Matko dziewicza,

    Matko nienaruszona,

    Matko najmilsza,

    Matko przedziwna,

    Matko dobrej rady,

    Matko Stworzyciela,

    Matko Zbawiciela,

    Panno roztropna,

    Panno czcigodna,

    Panno wsławiona,

    Panno można,

    Panno łaskawa,

    Panno wierna,

    Zwierciadło sprawiedliwości,

    Stolico mądrości,

    Przyczyno naszej radości,

    Przybytku Ducha Świętego,

    Przybytku chwalebny,

    Przybytku sławny pobożności,

    Różo duchowna,

    Wieżo Dawidowa,

    Wieżo z kości słoniowej,

    Domie złoty,

    Arko przymierza,

    Bramo niebieska,

    Gwiazdo zaranna,

    Uzdrowienie chorych,

    Ucieczko grzesznych,

    Pociecho migrantów,

    Pocieszycielko strapionych,

    Wspomożenie wiernych,

    Królowo Aniołów,

    Królowo Patriarchów,

    Królowo Proroków,

    Królowo Apostołów,

    Królowo Męczenników,

    Królowo Wyznawców,

    Królowo Dziewic,

    Królowo wszystkich Świętych,

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,

    Królowo wniebowzięta,

    Królowo różańca świętego,

    Królowo rodzin,

    Królowo pokoju,

    Królowo Polski,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.

    P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, 
    † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    Antyfona

    Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.

    Modlitwa św. Bernarda

    Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. W. Amen.

    ***

    Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.

    Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

    ***

    tradycyjna przydrożna kapliczka z Maryją stojąca pośród pól, Polska
    fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Dlaczego litania jest loretańska?

    Dlaczego litanię poświęconą czci Matki Bożej nazywamy “loretańską”?

    W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga… Tekst litanii, może stać się dla nas jak rekolekcje, jak zapis kolejnych punktów do rozmyślania.

    Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wiążą się z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. Sama nazwa litanii nawiązuje do Loreto – włoskiego miasteczka, do którego w średniowieczu przeniesiono autentyczny dom rodzinny Maryi z Nazaretu. 

    Rodzinny dom Maryi

    To niezwykłe sanktuarium Maryjne, bowiem nie czci się tu przede wszystkim wizerunku Matki Bożej, ale… jej rodzinny dom. Jak podaje legenda, w średniowieczu, z powodu muzułmańskich podbojów Ziemi Świętej, dom Maryi miał być w cudowny sposób przeniesiony z Nazaretu do włoskiej wsi na wybrzeżu Adriatyku. Za niebiańskim transportem gabarytowej relikwii mieli zaś stać zwyczajnie aniołowie. 

    Badacze historii Domku Maryi, znajdującego się dziś we włoskim Loreto opowiadają ją jednak bardziej przekonująco dla współczesnych racjonalnych umysłów. Aniołami jest w niej bogata rodzina Angelich, zaś cudowny transport polegał w istocie na rozebraniu i rekonstrukcji w nowym miejscu domostwa, w którym według tradycji wychowywała się Maryja.

    Domek Maryi a Litania Loretańska

    Gdy w XIII w. krzyżowcy zaczęli ratować spod panowania muzułmańskiego kolejne relikwie swojej wiary, zadbali także o ten Domek. Dzięki pokaźnej dotacji ze strony rodziny Angelich z Włoch udało się domek precyzyjnie rozebrać, opisując każdą część i przewieźć przez Chorwację na wschodnie wybrzeże Włoch. Tam w miejscowości Loreto pieczołowicie domek odbudowano. Prace rekonstrukcyjne zaś zakończyły się dokładnie 10 grudnia 1294 r. Data wspomnienia liturgicznego Matki Bożej z Loreto została przesunięta jeden dzień później z uwagi na wcześniej obchodzony już 10 grudnia dzień św. Grzegorza III. Na przenosiny budowli ma wskazywać stan zaprawy w kamieniach, badany już współcześnie. 

    W nowej, włoskiej ojczyźnie nazaretański Domek również otoczono pokaźną bazyliką. Modlitwy do Maryi i jej kolejne wezwania powtarzane w tym miejscu przekształciły się zaś w ciągu wieków w Litanię zwaną przez nas Loretańską. 

    (fragmenty tekstów autorstwa Szymona Hiżyckiego OSB oraz Anny Druś) Stacja7.pl

    ***

    siostra Wanda Putyra:

    W młodości litania loretańska mnie nudziła. Dziś odkrywam ją na nowo!

    O nabożeństwach majowych pachnących bzem, znaczeniu i sensie modlitwy słowami Litanii Loretańskiej i budowaniu więzi z Maryją, rozmawiamy z s. Wandą Putyrą, nauczycielką muzyki, dyrygentką chóru i scholi gregoriańskiej w szkołach sióstr prezentek w Krakowie.

    Zofia Świerczyńska: Z czym kojarzy się siostrze maj?

    s. Wanda Putyra: Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, maj kojarzy mi się z kościołem, zapachem kadzidła, z organami i… Litanią Loretańską. 

    Co wyjątkowego jest w tej modlitwie?

    To jest modlitwa, która nas uczy być jak Maryja, przez nią możemy wyprosić bardzo wiele. To jest najlepsza forma do przeżycia miesiąca poświęconego czci Maryi. To również okazja do zbudowania takiej serdecznej więzi z Matką Bożą. Wyjątkowość tej modlitwy stanowią słowa, którymi otaczamy Maryję jak wiankiem z najpiękniejszych kwiatów. To słowa miłości… Chyba każda mama lubi słyszeć od swojego dziecka tyle słów czułości, wdzięczności i podziwu. A my, jako dzieci uczymy się przez to bezinteresownej miłości. Pamiętam, kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze chodziliśmy z mamą i moim rodzeństwem na nabożeństwa majowe. Moja mama uczyła mnie jak modlić się do Matki Bożej, pokazywała mi Maryję jako mądrą, dobrą i piękną kobietę. Pamiętam bzy, jaśminy, Litanię Loretańską i to piękno, którym jest otoczona Maryja. To dobre wspomnienia, do których często wracam z sentymentem.

    Nabożeństwa majowe wpisane są we wspomnienia z dzieciństwa wielu z nas. Co zrobić, by to nie było tylko wspomnienie, lecz nasza codzienność?

    Przyznam szczerze, że moja wiara w dzieciństwie to taka sielanka – majówki, litania… W czasie młodości strasznie mnie to nudziło. Nie mogłam przekonać się do tej modlitwy, bo wydawało mi się, że ciągle wołamy i wzywamy Maryję tymi samymi wezwaniami, na ciągle taką samą melodię… To było po prostu nudne! Pamiętam słowa śp. ks. Pawlukiewicza, które wtedy bardzo mnie poruszyły, i na nowo przekonały do tej modlitwy. Ksiądz Piotr powiedział, że litanie i koronki – modlitwy, które mają w sobie pewną powtarzalność słów i wyrażeń, wymyślili… mężczyźni i małe dzieci. Bo małe dzieci wołają “mamo kup, mamo kup” i mama w końcu się zlituje, a mężczyźni “pocałuj, pocałuj, pocałuj” i dziewczyna w końcu się zgodzi. Te słowa do mnie przemówiły (śmiech). I to żartobliwe porównanie pomogło mi na nowo odnaleźć sens i wrócić do tej modlitwy jaką jest Litania Loretańska.

    Które z określeń Matki Bożej najbardziej siostrę poruszają?

    Teraz, osiągnąwszy wiek troszkę większy niż naście lat (śmiech), przeżywam modlitwę litanią na nowo i odkrywam w niej Maryję jako piękną, dobrą, mądrą kobietę i wzór kobiecości dla siebie. Bardzo lubię te wezwania “Panno wierna”, “Panno łaskawa”, “Panno wsławiona”, “Panno można”. Odkrywam w nich wzór Matki duchowej, siostry która towarzyszy innym. Dla mnie cenne jest to wezwanie “Panno wierna”, bo chcę być wierna moim ślubom zakonnym, co wcale nie jest łatwe. To wezwanie i ukazanie Maryi jako kobiety wiernej, pomaga mi w codzienności.

    Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.

    W litanii słyszymy też dużo wezwań, które brzmią archaicznie, niezrozumiale…

    Z jednej strony jest to piękne, ponieważ ten język jest sięgnięciem do skarbca Kościoła, do tradycji naszych przodków. Ja to odczytuję w ten sposób, że włączam się w coś, czym Kościół żyje już kilkaset lat, dlatego ten język – choć stary – jest taki piękny. Z drugiej strony, język oczywiście jest archaiczny, ale mamy teraz takie możliwości, że wystarczy gdzieś kliknąć w Internecie i jeżeli ktoś chce poznać lepiej swoją Mamę, wystarczy wpisać hasła w wyszukiwarkę i po prostu znaleźć znaczenie tych słów. Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.

    Zgodziła się siostra wyśpiewać tą niezwykłą modlitwę. Dlaczego warto włączyć się w to wspólne “wołanie do Mamy”?

    Dla mnie to proste i oczywiste… Któż inny, jak Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzesznych i Pocieszycielka strapionych zrozumie nas lepiej, wysłucha i pomoże przejść przez to, czym teraz żyjemy? 

    Stacja7.pl

    ***


    Nabożeństwa majowe przetrwały wieki. Jakie były początki tej pobożności.

    Nabożeństwa majowe przetrwały wieki. Jakie były początki tej pobożności?
    Polskie kapliczki (fot. fot.mateusz/depositphotos.com/pl)

    ***

    Maj od wieków zajmuje wyjątkowe miejsce w duchowości katolickiej jako miesiąc szczególnie poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa majowe, czyli „majówki”, wpisały się na stałe w religijny pejzaż Polski, odbywając się wieczorami w świątyniach, przy kapliczkach, grotach i przydrożnych figurach. Ich centralnym punktem pozostaje Litania Loretańska, której wezwania przez wieki pogłębiały maryjne przeżywanie wiary.

    Początki maryjnej pobożności

    Choć źródła maryjnej pobożności sięgają V wieku na Wschodzie, dopiero na przełomie XIII i XIV wieku miesiąc maj zaczęto na Zachodzie poświęcać Maryi – głównie z inicjatywy króla Hiszpanii Alfonsa X, który zachęcał wiernych do wspólnej modlitwy przy figurach Matki Bożej.

    Tradycja ta szybko się rozprzestrzeniła, a swój rozwój zawdzięczała także postępowi technicznemu – drukowane modlitewniki, jak „Maj duchowy” z 1549 roku, popularyzowały majowe formy kultu jako odpowiedź na kryzys Reformacji.

    Włoski jezuita o. Ansolani uchodzi za ojca nabożeństw majowych. W XVIII wieku organizował w Neapolu koncerty pieśni maryjnych zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Dzieło to rozwinął o. Muzzarelli, wprowadzając „majówki” w kościele Il Gesù w Rzymie i propagując je w całej Europie.

    Majówki po raz pierwszy w Polsce

    W Polsce po raz pierwszy odnotowano nabożeństwa majowe w Tarnopolu w 1838 roku, a w kościele Świętego Krzyża w Warszawie oficjalnie odprawiono je w 1852 roku. Do końca XIX wieku zwyczaj ten przyjął się w większości polskich parafii. W wielu miejscowościach wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. Integralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska – modlitwa powstała prawdopodobnie w XII wieku, zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 roku.

    Zawiera ona wezwania dogmatyczne, historiozbawcze i eschatologiczne, wskazując na rolę Maryi w historii zbawienia i jej duchową obecność pośród wiernych. W czerwcu 2020 roku papież Franciszek zatwierdził trzy nowe wezwania do Litanii Loretańskiej: „Matko miłosierdzia”, „Matko nadziei” oraz „Pociecho migrantów”.

    „Pociecho migrantów” – nowe wezwanie papieża Franciszka

    Decyzja ta została ogłoszona przez Dykasterię ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, a jej celem było uwzględnienie aktualnych wyzwań duszpasterskich oraz pogłębienie refleksji nad rolą Maryi we współczesnym świecie. Nowe wezwania znalazły swoje miejsce w określonych punktach Litanii: „Matko miłosierdzia” po „Matko Kościoła”, „Matko nadziei” po „Matko łaski Bożej”, a „Pociecho migrantów” po „Ucieczko grzesznych”.

    W Polsce zmiany te weszły w życie pod koniec sierpnia 2020 roku, po oficjalnym zatwierdzeniu przez Konferencję Episkopatu Polski. Wezwanie „Matko miłosierdzia” funkcjonowało wcześniej w polskiej wersji litanii, jednak po wprowadzeniu zmian zostało przeniesione na nowe miejsce, zgodnie z układem wyznaczonym przez Stolicę Apostolską.

    Papież Benedykt XVI mówił w 2010 roku, że maj, jako najpiękniejszy miesiąc w roku, poświęcony jest „najpiękniejszemu kwiatowi stworzenia” – Maryi, która jest duchowym sercem Kościoła i pamięcią o Jezusie. Takie rozumienie miesiąca maryjnego nie traci na aktualności i wciąż inspiruje do codziennej, wspólnotowej modlitwy – zarówno w rodzinach, jak i w przestrzeni publicznej.

    KAI/deon.pl

    ***

    Obraz, przed którym po raz pierwszy na ziemiach polskich odprawiono nabożeństwo majowe

    MATKA BOŻA RÓŻAŃCOWA, TARNOPOLSKA

    Emerytowana nauczycielka Antonina Mrozówna wraz z siostrą z narażeniem życia przechowały ten wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej. Domena publiczna

    ***

    Zwyczaj nabożeństw majowych, o czym przypomniał już jakiś czas temu, Dominik Dubiel SJ w tekście „Majowe w czasach popkultury. Nabożeństwo bez przyszłości?”, rozpropagowali w XIX w. jezuici. Oni też wprowadzili majówki w naszym kraju.

    Jednak obraz Matki Bożej, przed którym w 1838 r. odprawiono pierwszą majówkę na ziemiach polskich, znajduje się w kościele… dominikańskim. Jak to możliwe?

    Kasaty zakonów

    Przedstawienie Matki Bożej Różańcowej z Tarnopola zostało namalowane w połowie XVIII w. do właśnie budowanego tam kościoła dominikanów. Ukończono go w latach 70. tego stulecia. A Maryi oddano do dyspozycji jedną z bocznych kaplic, ponieważ głównym opiekunem duchowym miejsca został św. Wincenty Ferreriusz.

    Kaznodzieje jednak nie nacieszyli się długo swoją świątynią. Najpierw „dokwaterowano” im parafię. Wkrótce potem nadeszły zabory i cesarz austriacki skasował ten klasztor, odsyłając ojców do ich domu zakonnego w Żółkwi.

    Pozostawili po sobie jednak całkiem nowy i zdecydowanie ładny kompleks budynków. A że w Rosji właśnie skasowano dla odmiany jezuitów, ci przybyli do Tarnopola i „tymczasowo” osiedli w miejsce dominikanów. Miało to miejsce w 1820 r. i tymczasowy pobyt przedstawicieli Towarzystwa Jezusowego wydłużył się do 1901 r.

    To właśnie sprawiło, że kiedy w 1838 r. o. Franciszek Ksawery Asum SJ postanowił odprawić pierwszą majówkę na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej, odbyła się ona przed obrazem de facto dominikańskim. Jezuici wprowadzili zresztą zwyczaj, że na maj przenosili go do ołtarza głównego, tak, aby więcej wiernych mogło wziąć udział w nabożeństwie, a przy okazji też podziwiać piękno tego przedstawienia.

    Powrót dominikanów i wyjazd obrazu

    Jezuici opuścili klasztor tarnopolski w 1901 r. (wreszcie zdołali zbudować własny), a dwa lata później wrócili do niego dominikanie, sarkając nieco na przemalowania i przebudowy dokonane przez poprzednich mieszkańców.

    Dramatycznym momentem w jego historii był wrzesień 1939 r., kiedy wtargnęli do niego sowieccy żołnierze, którzy go ograbili, a następnie podpalili. Na szczęście Matka Boża Różańcowa była już wtedy bezpieczna w rękach emerytowanej nauczycielki Antoniny Mrozówny i jej siostry, które z narażeniem życia przechowały wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941).

    Kiedy w 1945 r. bracia kaznodzieje znów zostali zmuszeni do opuszczenia Tarnopola, tym razem przez komunistyczne władze, zabrali ze sobą też cudowny obraz. Ten przez Lwów w 1946 r. trafił do Krakowa, gdzie w tamtym czasie miało miejsce coś w rodzaju zjazdu cudownych przedstawień Matki Bożej.

    Znalazły się tam wszystkie wizerunki z kresowych sanktuariów dominikańskich – Podkamienia, Czortkowa, Lwowa i właśnie Tarnopola. Ten ostatni trafił do Poznania, zapewne w tym samym roku. Przygotowywano się tam do budowy kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, więc tarnopolski wizerunek idealnie wpisywał się w kontekst.

    Nowe sanktuarium

    Wbrew trudnościom z zaopatrzeniem i tym administracyjnym, piętrzonym przez komunistyczne władze, budynek powstał i w 1949 r. odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego. Dzięki zapiskom na temat tej uroczystości wiemy, że 2 października tego roku Matka Boża Tarnopolska została umieszczona w nowym kościele w, najpierw prowizorycznym, ołtarzu głównym.

    Dziś każdy, kto chce pomodlić się przed Jej obrazem, odnajdzie go w kaplicy adoracji poznańskich dominikanów. Nie tylko jest piękny wizualnie, ale również jego historia to wspaniały przykład tego, że nie ma nic złego w konkurowaniu między sobą zakonów. Oczywiście pod warunkiem, że ścigają się w pobożności. Także maryjnej.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    ***

    Chwalcie łąki umajone

    fot. Pieśni Religijne/Polska Tradycja.pl

    ***

    1. Chwalcie łąki umajone,
    Góry, doliny zielone.
    Chwalcie, cieniste gaiki,
    Źródła i kręte strumyki!

    2. Co igra z morza falami,
    W powietrzu buja skrzydłami,
    Chwalcie z nami Panią Świata,
    Jej dłoń nasza wieniec splata.

    3. Ona dzieł Boskich korona,
    Nad Anioły wywyższona;
    Choć jest Panią nieba, ziemi,
    Nie gardzi dary naszymi.

    4. Wdzięcznym strumyki mruczeniem,
    Ptaszęta słodkim kwileniem,
    I co czuje, i co żyje,
    Niech z nami sławi Maryję!

    ***

    Chwalcie łąki umajone jest przepiękną pieśnią pochwalną ku czci Najświętszej Maryi Panny. Słowa napisał jezuicki zakonnik Karol Antoniewicz w latach 40-tych XIX wieku. Natomiast nie jest znany kompozytor melodii.

    ***

    Kim jest autor pieśniChwalcie, łąki umajone”?

    Życie naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień

    Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele  św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r.
    Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r.
    fot. ks. Marcin Siewruk/Gość Niedzielny

    ***

    Liryczne strofy, które w maju śpiewa dla Maryi cała Polska, zrodziły się w sercu człowieka doświadczonego cierpieniem Hioba. Utracił wszystko, co kochał, ale jego ból wydał zadziwiające owoce wiary i niezachwianej ufności.

    Karol Bołoz-Antoniewicz znany jest jako autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone” czy „W krzyżu cierpienie”, ale jego spuścizna literacka jest o wiele bogatsza. Tworzył wiersze, rozmyślania, wspomnienia i kazania, zostawił po sobie imponującą kolekcję napisanych przepięknym językiem listów i świadectwa duszpasterskiej żarliwości, ale prawdziwym opus magnum stało się jego życie, naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień, które wydają się nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. Był szlachcicem, powstańcem, romantycznym poetą, jezuitą i misjonarzem. Był także nieszczęśliwym, wcześnie owdowiałym mężem i zbolałym ojcem piątki dzieci, z których żadne nie przeżyło na tej ziemi więcej niż rok.

    Poeta i romantyk

    Urodził się 6 listopada 1807 roku w znanej szlacheckiej rodzinie polskich Ormian mieszkających we Lwowie. Jego ojciec Józef Antoniewicz był doktorem obojga praw i krajowym adwokatem, matka Józefa z Nikorowiczów również pochodziła z ormiańskiej rodziny. Gdy w 1818 roku ojciec zachorował, Antoniewiczowie przenieśli się do majątku we Skwarzawie k. Lwowa. Pięć lat później Józef zmarł. Pierwsze doświadczenie straty ukochanej osoby przerwało szczęśliwą młodość przyszłego jezuity, który odtąd szukał pociechy w modlitwie i samotności. Debiutancki wiersz napisał jako 17-latek i dedykował go ukochanej matce.

    Po powrocie do Lwowa rozpoczął studia prawnicze. Poznał kilka języków obcych, z zamiłowaniem grał na fortepianie, komponował muzykę. Wkrótce zaciągnął się w szeregi powstańców listopadowych, ale ta przygoda nie trwała długo. Po powrocie z powstania, ku zaskoczeniu krewnych i przyjaciół, Karol poprosił o rękę Zosię, najstarszą córkę swojego wuja Ignacego Nikorowicza, który po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Macocha zamierzała szybko wydać Zosię za mąż, choć kandydat był od niej dużo starszy. Karol więc sam poprosił o jej rękę. Nie zamierzał się wiązać, chciał tylko zyskać czas i znaleźć dziewczynie odpowiedniego kandydata. Ten fortel nie spodobał się jednak jego matce, która orzekła, że w takiej sytuacji Karol powinien ożenić się z Zofią. O zgodę trzeba było prosić papieża, bo pokrewieństwo młodych było bliskie. „Ty Zosi pokochać nie możesz, żenisz się tylko dla danego słowa – patrz, żebyś nie był nieszczęśliwy” – miał mu powiedzieć któryś z przyjaciół. Słowa te okazały się ponurym proroctwem, choć ten człowiek w jednym nie miał racji. Karol pokochał Zofię miłością głęboką, która przetrwała ciosy, jakie wkrótce, raz za razem, zaczęły spadać na młode małżeństwo.

    Litania cierpień

    Pierwsze dziecko, którego imienia nie znamy, żyło zaledwie kilka miesięcy, potem zmarła maleńka Maria i kolejna dziewczynka, również Maria. Zmarło też dwóch synków, obaj nosili imię Józef. Żałoba stała się codziennym chlebem Zofii i Karola. Po latach, już jako kapłan, pisał we wspomnieniach: „Byłem ojcem − ach to słowo, to było jedno słowo, którem posłyszał z ust dzieci moich! Jakby tylko na to przyszły na świat, aby mnie w imieniu Boga tym słowem powitać, tym słowem pożegnać. Boże! Ty wiesz, żeśmy te dzieci dla Ciebie tylko wychować chcieli, żeśmy je zawsze jak Twoją własność uważali; dziękowaliśmy Ci, gdyś je nam powierzył, nie skarżyliśmy się, gdyś je nam odebrał! Cieszyliśmy się nad ich kolebką, płakaliśmy nad ich grobem”.

    Małżonkowie szukali ukojenia w modlitwie i uczynkach miłosierdzia, troszcząc się o biednych, chorych i opuszczonych. We Lwowie podejmowali różne posługi w szpitalu sióstr miłosierdzia. To w tych murach zakiełkowało i zaczęło dojrzewać powołanie Karola. Jeszcze mocniej odezwało się w sercu jego żony. Złożyli wówczas prywatne śluby czystości. Ukochana Zofia wkrótce zachorowała na gruźlicę. Małżonkowie obiecali sobie, że jeśli wyzdrowieje, oboje wstąpią do zakonu. Zofia do szarytek, Karol – do jezuitów. Niestety, w wieku 27 lat jego żona zmarła.

    Nowe życie

    „Szukałem dla siebie jeszcze innego nieba, i wszystkom utracił i nicem nie uzyskał! − O! nie, uzyskałem wszystko; wśród łez i cierpienia ujrzałem po raz pierwszy duszą i sercem Ciebie, o Jezu, Ciebie na krzyżu rozpiętego!” – wyznawał Antoniewicz.

    Śmierć żony była dla Karola wstrząsem, który zmusił go do rewizji życia i podtrzymał w decyzji o wstąpieniu do jezuitów. „Przeczuwał, że tylko na tej drodze może odnaleźć ulgę w swym bólu, gdyż sensu cierpienia nikt mu nie wyjaśni i musi sam je w sobie przeżyć. Zrozumiał, że tajemnica życia kryje się w szczęściu przybitym do krzyża” – pisze o tym przełomowym momencie życia poety s. Bożena Leszczyńska, autorka poświęconej Antoniewiczowi książki „W Krzyżu – miłości nauka…”. Jej czytelnikami są m.in. rodzice dzieci chorych i tych, które odeszły. Siostra pracuje w szpitalu dziecięcym w Krakowie i z doświadczenia wie, że ks. Antoniewicz może stać się bliski ludziom, którzy stracili dzieci. Sama uczy się od niego pokory. – Pokory wobec tego, co przynosi życie. Pokory wobec krzyża obecnego w życiu człowieka. Zaufania do Pana Boga, przekonania, że On wszystkim kieruje, że ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro – wyjaśnia.

    „Żyje ta pamięć w głębi duszy, a jeśli ją poruszę, to chwilka po chwilce, uczucie po uczuciu, tak żywo powraca, jakby ten przeciąg czasu jednym tylko ciężkim był snem (…), chciałem się modlić, ale nie znalazłem słów, tylko łzy!” – opisywał puste mury opuszczonego domu przyszły jezuita. „Stan ten porównać można do doświadczenia nocy ciemnej opisywanej przez św. Jana od Krzyża, kiedy to Bóg prowadzi człowieka ku światłu zmartwychwstania przez ciemność, a dusza cierpi bez pociechy i nadziei światła czy duchowego dobra. (…) Poddana oczyszczeniu i wypaleniu w ogniu cierpienia, rozjaśniona zostaje przez Bożą Mądrość” – pisze s. Leszczyńska.

    Cierpienie nie złamało Antoniewicza, ale stało się fundamentem jego duchowej przemiany. „Serce jego stało się ze zbolałego tkliwym, ze smutnego rzewnym, z zamkniętego otwartym, z cierpkiego słodkim, z rozburzonego cichym, z hardego pokornym, z przygasłego gorejącym najczystszą Boga i ludzi miłością” – opisywał stan ducha poety ks. Aleksander Jełowicki. Pod krzyżem przemienił się w nowego człowieka.

    Za zakonną furtą

    Druga część życia autora pieśni „Chwalcie, łąki umajone” upłynęła we wspólnocie jezuitów. Spokój odzyskał w Starej Wsi, gdzie odbył nowicjat. To właśnie tam, zachwycony pięknem krajobrazu Pogórza Brzozowskiego, stworzył strofy tego hymnu i ubrał je w melodię, która stała się symbolem majowych nabożeństw. Klimat starowiejskiego kościoła, piękno krajobrazów i miłość Karola do Matki Bożej zaowocowały zresztą całym cyklem wierszy i pieśni ku czci Maryi, zebranych w tomiku „Wianeczek majowy”. W naznaczonym trudami życiu Antoniewicza Maryja odgrywała bardzo ważną rolę, wnosząc w nie klimat radości i szczęścia dziecka bez reszty ufającego Matce. Wielokrotnie pisał o tym, że Najświętsza Dziewica była dla niego opiekunką, pociechą i ostoją.

    W Starej Wsi ks. Karol Antoniewicz spędził lata 1839–1841. Jako wotum dla Matki Bożej zostawił tutaj najcenniejszą pamiątkę poprzedniego życia – swoją ślubną obrączkę. – Polecił, by włożyć ją w koronę figurki Matki Bożej Nowicjackiej – opowiada jezuita o. Stanisław Groń. Ta niewielka, bo 24 cm mierząca statua, kopia Matki Bożej Loretańskiej, była otoczona serdeczną modlitwą wielu pokoleń jezuickich nowicjuszy. „Przed tą statuą przez dwa lata modliłem się, codziennie odprawiałem rozmyślania i nieraz walczyłem i płakałem gorzką łzą, nie łzą żalu za światem, ale łzą żalu za grzechy, którymi tyle, tyle Boga obrażałem” – pisał ks. Antoniewicz.

    Najważniejsza ofiara

    Ostatnia dekada życia ks. Antoniewicza upłynęła pod znakiem misji, żarliwego kaznodziejstwa, niestrudzonego przemierzania wielu miast i wsi dla głoszenia Ewangelii i pokrzepiania ludności ciemiężonej przez zaborców. Karol był misjonarzem słuchanym i cenionym, ale nie przez wszystkich mile widzianym. Nie w smak były ówczesnym władzom jego dążenia do tego, by dodawać ludziom odwagi i nadziei, by podtrzymywać ich wiarę, miłość do Boga i ojczyzny. Głosił słowem i życiem, bo na pierwszym miejscu stawiał zawsze chorych i cierpiących, którym posługiwał z oddaniem, jak niegdyś z Zofią w szpitalu sióstr szarytek. Misjonarskie drogi prowadziły go do Lwowa i na Huculszczyznę, do Krakowa i niewielkich małopolskich miejscowości, na Śląsk i do Wielkopolski. Był aktywny mimo mnożących się przeciwności, mimo zakazów, jakie nakładały na niego władze, mimo wrogości różnych środowisk. Był „aniołem pociechy” dla mieszkańców Krakowa, gdy miasto ogarnął wielki pożar. Na zgliszczach kościołów głosił kazania i opatrywał rany ofiar pożogi.

    Żywiołem, który ostatecznie zakończył życie niestrudzonego jezuity, okazał się jednak nie pożar, ale epidemia. Spowiadał umierających na cholerę i nie opuszczał ich do ostatniej chwili. Szedł tam, gdzie żaden ksiądz czy lekarz nie chciał wchodzić. „Dziś od pierwszej w nocy do siódmej rano 17 chorych odwiedziłem. O! biedny, biedny lud! Powiedziałem sercu: milcz! − i milczy, bo inaczej, jeśli nie z cholery, to z boleści byłbym umarł” – pisał na początku września 1852 roku z Kościana.

    Jego ostatnią misją miało być utworzenie domu zakonnego w Obrze, gdzie dotarł 4 listopada 1852 roku. W nocy 7 listopada poczuł się jednak bardzo źle. „Gasnąca epidemia cholery upomniała się o swą najważniejszą ofiarę” – pisała s. Leszczyńska. Cierpiał przez kilka dni, do końca przytomny i rozmodlony. Zmarł 14 listopada 1852 roku. Miał 45 lat.

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ***

    Dziś Jezus mówi do wszystkich, którzy chcą zmieniać naukę Kościoła: OPAMIĘTAJCIE SIĘ!

    o. Jacek Salij OP
    fot. Screenshot – YouTube (salve tv)

    Dziś Jezus mówi do wszystkich, którzy chcą zmieniać naukę Kościoła: OPAMIĘTAJCIE SIĘ!

    Pan Jezus uzdrawiał niewidomych, głuchych, trędowatych i sparaliżowanych, uwalniał od duchów nieczystych i różne inne cuda czynił. Zatem jakiego innego znaku oczekiwali od Niego ci, którzy mówili: “Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie?” I dlaczego ta prośba tak oburzyła Pana Jezusa?PauseMute

    Otóż nauka, jaką głosił Jezus, stanowiła jedno z cudami, jakie czynił. Stanowiła też jedno z Jego miłością do Ojca, z Jego modlitwą i z Jego troską o ludzi. Faryzeuszów to wszystko nie obchodziło. Jego nauka ich denerwowała i nie zamierzali jej słuchać. To, że nauka Jezusa była pełna mocy i przelewała się coraz to nowymi cudami, raczej pobudzało ich do gniewu niż do wsłuchiwania się w to, co On mówił do ludzi.

    Otóż człowiek złej woli zazwyczaj wie o tym, że wola jest w nim zła, a jednocześnie chciałby przekonać samego siebie i innych, że postępuje właściwie. Ten właśnie mechanizm zadziałał w faryzeuszach. “Niech nam Jezus pokaże taki znak, który by nas naprawdę przekonał, bo nas nie przekonuje ani to, że niewidomi widzą, sparaliżowani chodzą, trędowaci są oczyszczeni, ani też inne cuda Jezusa.”

    Żądanie to było podwójnie przewrotne. Faryzeusze próbowali rozkazywać Panu Bogu, co On powinien zrobić, żeby oni byli łaskawi uwierzyć. 
    A ponadto żądali oni takiego cudu, który jednocześnie nie byłby cudem. Przecież samą istotą cudu autentycznego, cudu religijnego jest to, że jest on integralną częścią kierowanej do człowieka Bożej nauki. Cud oddzielony od przesłania religijnego nie jest już cudem, tylko popisem kuglarskim.

    Toteż Pan Jezus mówi im: “Ludzie, opamiętajcie się! Zacznijcie wreszcie słuchać naukę, jaką wam przyniosłem od mojego Ojca! Przecież nawet Niniwici usłyszeli naukę proroka Jonasza, a Ja jestem kimś więcej niż Jonasz. Przecież królowa Saby podjęła długą i męczącą podróż, aby słuchać mądrości Salomona, a Ja jestem kimś więcej niż Salomon. Ludzie kochani – taki jest sens słów Pana Jezusa – spróbujcie wreszcie wsłuchać się w moją naukę.”

    A swoją drogą, jakżeż często nam samym zdarzają się obie te przewrotności, którymi zgrzeszyli faryzeusze. Przecież my również próbujemy nieraz rozkazywać Panu Bogu i wyznaczać Mu warunki, które powinien On spełnić, żebyśmy byli łaskawi Mu uwierzyć.

    I jakże często jest w nas pożądanie cudów odizolowanych od nauki Ewangelii. A przecież wystarczyłoby trochę bardziej na serio żyć Ewangelią, żeby oglądać cuda pojednania skłóconych, cuda wyzwolenia z paraliżu egoizmu oraz cud wzrastającej międzyludzkiej życzliwości.

    o. Jacek Salij OP

    źródło: teologiapolityczna.pl

    ***

    środa 6 maja 2026

    „Zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne”. Leon XIV o pomijanej misji Kościoła

    Papież kontynuuje cykl katechez o Konstytucji dogmatycznej o Kościele “Lumen gentium”

    fot. Vatican Media

    ***

    Zatrzymując się dzisiaj nad fragmentem rozdziału VII soborowej Konstytucji o Kościele, rozważmy jedną z jego kluczowych cech, jaką jest wymiar eschatologiczny. Kościół bowiem pielgrzymuje przez tę ziemską historię, zawsze zmierzając ku ostatecznemu celowi, jakim jest ojczyzna niebieska. Jest to wymiar zasadniczy, który jednak często pomijamy lub pomniejszamy, ponieważ zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne, oraz na bardziej konkretnych dynamikach życia wspólnoty chrześcijańskiej.

    Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym w dziejach, a celem wszystkich jego działań jest Królestwo Boże (por. LG, 9). Jezus zapoczątkował Kościół właśnie poprzez głoszenie tego Królestwa miłości, sprawiedliwości i pokoju (por. LG 5). Jesteśmy zatem wezwani do rozważenia wspólnotowego i kosmicznego wymiaru zbawienia w Chrystusie oraz do skierowania wzroku ku temu ostatecznemu horyzontowi, aby wszystko mierzyć i oceniać w tej perspektywie.

    Kościół żyje w dziejach służąc przychodzeniu Królestwa Bożego na świat. Głosi on wszystkim i zawsze słowa tej obietnicy, otrzymuje jej zadatek w celebrowaniu sakramentów, zwłaszcza Eucharystii, realizuje i doświadcza jej logiki w relacjach miłości i służby. Ponadto Kościół wie, że jest miejscem i środkiem, w którym zjednoczenie z Chrystusem realizuje się „mocniej” (LG, 48), uznając jednocześnie, że zbawienie może być dane przez Boga w Duchu Świętym również poza jego widzialnymi granicami.

    Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego

    W tym względzie Konstytucja Lumen gentium zawiera ważne stwierdzenie: Kościół jest „powszechnym sakramentem zbawienia” (LG, 48), to znaczy znakiem i narzędziem tej pełni życia i pokoju obiecanej przez Boga. Oznacza to, że Kościół nie utożsamia się całkowicie z Królestwem Bożym, ale jest jego zalążkiem i początkiem, ponieważ wypełnienie zostanie dane ludzkości i wszechświatu dopiero na końcu czasów. Wierzący w Chrystusa kroczą zatem przez tę ziemską historię, naznaczoną dojrzewaniem dobra, ale także niesprawiedliwościami i cierpieniami, nie ulegając ani złudzeniom, ani rozpaczy; żyją oni ukierunkowani obietnicą otrzymaną od Tego, który „czyni wszystko nowe” (Ap 21, 5). Dlatego Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego. Jako strażnik nadziei, która oświeca wędrówkę, Kościół jest również obdarzony misją wypowiadania jasnych słów, aby odrzucać wszystko, co uśmierca życie i uniemożliwia jego rozwój, oraz opowiadać się po stronie ubogich, wyzyskiwanych, ofiar przemocy i wojny oraz wszystkich cierpiących na ciele i na duchu (por. Kompendium nauki społecznej Kościoła, 159).

    Będąc znakiem i sakramentem Królestwa, Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym na ziemi, który wychodząc właśnie od ostatecznej obietnicy, na podstawie Ewangelii odczytuje i interpretuje dynamikę dziejów, demaskując zło we wszystkich jego formach i głosząc słowami i czynami zbawienie, które Chrystus pragnie urzeczywistnić dla całej ludzkości, oraz Jego Królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju. Kościół nie głosi zatem samego siebie, wręcz przeciwnie, w nim wszystko musi odsyłać do zbawienia w Chrystusie.

    W tej perspektywie Kościół jest wezwany do pokornego uznania ludzkiej kruchości i przemijalności swoich instytucji, które – choć służą Królestwu Bożemu – posiadają przemijającą postać tego świata (por. LG, 48). Żadna z instytucji kościelnych nie może być absolutyzowana, lecz przeciwnie – ponieważ istnieją one w dziejach i w czasie – są wezwane do ciągłego nawracania, do odnawiania form i reformowania struktur, do ciągłego odradzania relacji, tak aby mogły naprawdę odpowiadać swojej misji.

    W perspektywie Królestwa Bożego należy również rozumieć relację między chrześcijanami, którzy dziś wypełniają swoją misję, a tymi, którzy już zakończyli swoje ziemskie życie i znajdują się w stanie oczyszczenia lub zażywają chwały. Lumen gentium stwierdza bowiem, że wszyscy chrześcijanie zrastają się w jeden Kościół oraz że istnieje komunia i współuczestnictwo w dobrach duchowych oparta na jedności wszystkich wierzących z Chrystusem, na braterskiej trosce (fraterna sollicitudo) między Kościołem ziemskim a Kościołem niebiańskim; jest nim owo obcowanie świętych (consortium cum Sanctis), którego doświadcza się w szczególności w liturgii (por. LG, 49-51). Modląc się za zmarłych i podążając śladami tych, którzy już żyli jako uczniowie Jezusa, my również otrzymujemy wsparcie w naszej wędrówce i umacniamy oddawanie czci Bogu: naznaczeni jednym Duchem i zjednoczeni w jednej liturgii, wraz z tymi, którzy poprzedzili nas w wierze, wielbimy i oddajemy chwałę Trójcy Przenajświętszej.

    Jesteśmy wdzięczni Ojcom soborowym za przypomnienie nam o tym tak ważnym i tak pięknym wymiarze bycia chrześcijanami; starajmy się pielęgnować go w naszym życiu.

    Watykan/KAI

    ***

    Niedziela 3 maja 2026

    Regina Coeli. Leon XIV mówił o atrakcyjności nieba. „Jest dostępne dla wszystkich”

    “W starym świecie… uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich” – powiedział papież.

    fot. Vatican Media

    Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!

    W okresie wielkanocnym, podobnie jak rodzący się Kościół, powracamy do słów Jezusa, które odsłaniają pełnię swego znaczenia w świetle Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. To, co wcześniej umykało uczniom lub budziło w nich niepokój, teraz powraca w pamięci, rozpala serca i daje nadzieję.

    Ewangelia czytana w tę niedzielę wprowadza nas w rozmowę Mistrza z uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy. W szczególności słyszymy obietnicę, która już teraz włącza nas w misterium Jego zmartwychwstania. Jezus mówi: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 3). Apostołowie odkrywają w ten sposób, że w Bogu jest miejsce dla każdego. Dwóch z nich doświadczyło tego już podczas pierwszego spotkania z Jezusem nad rzeką Jordan, kiedy to On zauważył, że idą za Nim, i zaprosił ich, aby tamtego popołudnia zatrzymali się w Jego domu (por. J 1, 39). Również teraz, w obliczu śmierci, Jezus mówi o domu – tym razem bardzo wielkim: jest to dom Jego Ojca i naszego Ojca, w którym jest miejsce dla wszystkich. Syn opisuje siebie jako sługę, który przygotowuje pokoje, aby każdy brat i każda siostra, przybywając tam, znaleźli gotowe swoje mieszkanie i poczuli się od zawsze oczekiwani i wreszcie odnalezieni.

    Najdrożsi, w starym świecie, w którym wciąż pielgrzymujemy, uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich. Nie traci to jednak przez to swej atrakcyjności. Wręcz przeciwnie, to, co jest otwarte dla wszystkich, przynosi teraz radość: wdzięczność zajmuje miejsce rywalizacji; gościnność usuwa wykluczenie; obfitość nie pociąga już za sobą nierówności. Przede wszystkim nikt nie zostaje pomylony z kimś innym, nikt nie jest zagubiony. Śmierć grozi wymazaniem imienia i pamięci, ale w Bogu każdy jest nareszcie sobą. W rzeczywistości jest to miejsce, którego szukamy przez całe życie, czasami gotowi na wszystko, byleby tylko uzyskać odrobinę uwagi i uznania.

    „Wierzcie” – mówi do nas Jezus. Oto sekret! „Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie” (J 14, 1). Właśnie ta wiara uwalnia nasze serce od niepokoju posiadania i zdobywania, od złudzenia pogoni za prestiżowym miejscem, by coś znaczyć. Każdy ma już nieskończoną wartość w misterium Boga, który jest prawdziwą rzeczywistością. Miłując się wzajemnie tak, jak Jezus nas umiłował, przekazujemy sobie tę świadomość. To jest nowe przykazanie: w ten sposób antycypujemy niebo na ziemi, ukazujemy wszystkim, że braterstwo i pokój są naszym przeznaczeniem. W miłości bowiem, pośród rzeszy braci, każdy odkrywa, że jest jedyny i niepowtarzalny.

    Prośmy zatem Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Kościoła, aby każda wspólnota chrześcijańska była domem otwartym dla wszystkich i wrażliwym na każdego.

    Watykan/Stacja7.pl

    ***

    Prorocze pytania przyszłego papieża. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, z którym mierzy się Kościół

    Prorocze pytania przyszłego papieża. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, z którym mierzy się Kościół
    fot. Grzegorz gałązka / galazka.deon.pl

    ***

    Pytania skierowane szesnaście lat temu do augustianów przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta brzmią szokująco aktualnie dziś w odniesieniu do Kościoła w Polsce.

    Właśnie dzisiaj, 4 maja 2026 r., do księgarń trafia opublikowana w języku włoskim przez wydawnictwo Libreria Editrice Vaticana książka pod tytułem “Wolni dzięki łasce. W szkole św. Augustyna wobec wyzwań historii”. Zawiera ona wystąpienia i przemówienia Roberta Francisa Prevosta, czyli obecnego papieża Leona XIV, z okresu, gdy był przeorem Zakonu św. Augustyna. Pretekstem do jej wydania jest przypadająca 8 maja br. pierwsza rocznica wyboru Leona XIV na Stolicę Piotrową. Wiadomo, że planowane jest opublikowanie tej książki w co najmniej trzydziestu krajach świata. Niestety nie podano, czy i kiedy ukaże się po polsku.

    Informując o nowej pozycji wydawniczej Libreria Editrice Vaticana media Stolicy Apostolskiej opublikowały w całości jeden z umieszczonych w niej tekstów. To homilia wygłoszona przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta z okazji inauguracji jednej z Kapituł Generalnych Prowincji Santo Niño de Cebù. Obecny Następca św. Piotra wygłosił ją w kościele św. Augustyna de Intramuros w Manili 19 września 2010 roku.

    Przeor Prevost przywołał w swym wystąpieniu postać Andrésa de Urdanety, słynnego szesnastowiecznego hiszpańskiego żeglarza, badacza południowego Pacyfiku, który został augustianinem. Przypomniał, że Urdenta zasłynął, ponieważ odkrył bezpieczną i szybką morską trasę powrotną z Filipin do Meksyku, określaną słowem “tornaviaje” (hiszp. podróż powrotna). Nawiązując do tego odkrycia dzisiejszy papież zwrócił uwagę, że żeglarz i zakonnik w swoim życiu odbył znacznie ważniejszą “podróż powrotną”, czyli swoje nawrócenie i wstąpienie do zakonu.

    Jeśli myśli o jednym z zamiarów wywołują zadowolenie, które wciąż przechodzi w smutek, to zamiar ten nie „wygląda” na Bożą inspirację, lecz raczej na podszept złego ducha. Jeśli natomiast myśli o drugim z zamiarów powodują trwałe zadowolenie, to zamiar ów „wygląda” na działanie Boga w sercu. (Sprawdź ➕ Rozeznawanie duchów

    Używając metafory podróży ks. Prevost powiedział: “Jako augustianie przeżywamy ją we wspólnocie życia i poprzez posługi apostolskie. Możemy jednak w pewnym momencie tej drogi zwolnić, stać się zadowoleni z siebie i rozproszeni, a nawet zatrzymać się i popaść w stagnację w życiu duchowym i pracy duszpasterskiej”. Przestrzegł, że wiele wspólnot lokalnych i jednostek zakonnych może utracić zdolność inspirowania i przyciągania innych. “Entuzjazm, pełen energii, typowy dla młodych, może stopniowo zanikać i łatwo wpadamy w codzienną rutynę – zawsze tę samą, niezmienną” – mówił w roku 2010 dzisiejszy papież.

    Postawił też pytania, odnoszące się wówczas przede wszystkim do zadania, przed którym stanęli uczestnicy augustiańskiej kapituły. “Czy chcemy zachować to, co mamy, pozostać tam, gdzie jesteśmy, czy też pragniemy wsłuchać się w niespokojne serce, słuchać w modlitwie, stać się uważnymi na Słowo Boże i wsłuchiwać się także w tych spośród nas, którzy poszukują i odczytują znaki czasu? Czy jesteśmy otwarci na możliwość wyboru czegoś innego, na nowy i odnowiony sens misji w naszym życiu?” – pytał Robert Prevost swych zakonnych współbraci. Wskazywał, że być może są rozdarci między pragnieniem pójścia za Chrystusem – bez względu na cenę – “a pragnieniem pozostania tam, gdzie jesteśmy, zadowoleni i z niewielką chęcią lub zdolnością do zmiany drogi, którą kroczymy”.


    Skrótowo mówiąc, dylemat przywołany przez przeora Prevosta brzmiał: “zachowanie czy misja?”. Pytał swoich współbraci, czy po prostu podtrzymują to, co jest, czy też duch misyjny jest żywy w ich sercach. Zwracał uwagę, że jeśli chodzi o rozumienie posługi, grupa nastawiona wyłącznie na zachowanie powie: “Musimy pozostać wierni naszej przeszłości”, natomiast wspólnota o duchu misyjnym powie: “Musimy być wierni naszej przyszłości”. Wskazywał też na różnice stylu przywództwa, zależne od przyjętego nastawienia. Wyjaśniał, że w mentalności tych, którzy preferują zachowawczość, jest on przede wszystkim menedżerski – dobrze zorganizowany i efektywny, liderzy starają się utrzymać wszystko w porządku i dopilnować, by wszystko przebiegało sprawnie. “Natomiast wspólnota obdarzona wizją prorocką i żyjąca misją będzie dążyć do innego rodzaju przywództwa: stylu, który przede wszystkim przemienia, zdolnego ukazywać wizję tego, co może się stać, z gotowością, by iść daleko i podejmować liczne ryzyka, aby ta wizja stała się rzeczywistością” – tłumaczył Leon XIV zaledwie piętnaście lat przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową.

    Pytania skierowane wtedy do augustianów brzmią szokująco aktualnie w odniesieniu do Kościoła w Polsce. Stoimy przed nimi nie od dziś, lecz od wielu lat, można śmiało powiedzieć, że od dekad. A jednak wciąż nie wybrzmiewają one wystarczająco głośno, tak głośno, aby rzeczywiście zaczęło się szukanie na nie rzetelnych i wynikających z odważnej troski odpowiedzi. Obserwacja codziennego funkcjonowania katolickiej wspólnoty w naszym kraju podpowiada, że póki co nastawieni jesteśmy o wiele bardziej na “zachowanie”, na “konserwowanie” tego, co udało się zbudować jeszcze wczasach PRL-u niż na misyjność. Paradoksalnie nawet parafialne misje adresowane są bardzo często do tych, którzy wciąż przychodzą do kościoła, a nie do tych, którzy trzymają się od świątyni daleko.

    “Polska była wierna Chrystusowi – i pragniemy, aby taka pozostała” – mówił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC 2 maja br. na Jasnej Górze w uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski. Brzmi to ze wszech miar słusznie, jednak czy nie jest równocześnie (nie do końca uświadomioną) deklaracją zachowawczości? Opowiedzeniem się zdecydowanie bardziej za wiernością przeszłości niż wiernością przyszłości?

    Opublikowana przez watykańskie media homilia, którą obecny papież wygłosił szesnaście lat temu jako augustiański przeor, może budzić skojarzenia ze słynnym “proroctwem Ratzingera”, czyli wypowiedzią późniejszego papieża Benedykta XVI z 24 grudnia 1969 roku, na zakończenie cyklu wykładów radiowych w rozgłośni Hessian Rundfunk. Zapowiadał Kościół mniejszościowy, pozbawiony przywilejów społecznych. “Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – mówił późniejszy prefekt Kongregacji Nauki Wiary. “Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – przewidywał. Takie skojarzenie wydaje się w pełni uprawnione. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, że którym w XXI stuleciu mierzy się Kościół. Zasugerował odpowiedź, jednak jak wielu katolików (także w naszej Ojczyźnie) zechce ją przyjąć?

    ks. Artur Stopka /Deon.pl

    ***

    Pierwsza sobota miesiąca 2 maja

    Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski

    Msza św. o godz. 18.00

    Kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

    fot. Agnieszka Małecka /Gość Niedzielny

    ***

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w tym roku jest przeniesiona na 2 maja

    Główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski odbędą się w tym roku na Jasnej Górze w sobotę 2 maja (a nie jak zwykle 3 maja) z uwagi na przypadającą dzień później V Niedzielę Wielkanocną.

    Uroczystość NMP Królowej Polski została ustanowiona przez papieża Benedykta XV w 1920 r. na prośbę polskich biskupów. Jest ona głęboko zakorzeniona w polskiej historii – nawiązuje do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 r., Konstytucji 3 maja oraz oddania Polski pod opiekę Maryi po uzyskaniu niepodległości.Play

    Geneza – Maryja objawia się włoskiemu jezuicie jako królowa Polski

    Już w średniowieczu na ziemiach polskich żywy był silny kult maryjny, a Matka Boża była traktowana jako szczególna opiekunka Królestwa Polskiego. Jan Długosz nazwał Maryję „Panią świata i naszą”, a maryjna pieśń Bogurodzica od XV wieku pełniła rolę nieoficjalnego hymnu państwowego.

    Mało kto wie, że po raz pierwszy Maryja została nazwana wprost Królową Polski w trakcie objawień jakich doświadczył w Neapolu włoski jezuita ojciec Juliusz Mancinelli 14 sierpnia 1608 r. Miał on objawienie, podczas którego Maryja poleciła mu, aby nazwał ją Królową Polski: „A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to Królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Treść tych objawień rozpowszechnił na ziemiach Rzeczypospolitej książę Albrecht Radził, Wielki Kanclerz Litewski.

    W czasie najazdu szwedzkiego, 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej, przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby, zawierające formułę: „Ciebie za patronkę moją i za Królowę państw moich dzisiaj obieram”. W trakcie ślubowania zobowiązywał się szerzyć cześć Maryi, wystarać się u papieża o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, a także zająć się losem chłopów i zaprowadzić w państwie sprawiedliwość społeczną.

    Temu wiekopomnemu wydarzeniu towarzyszyło odśpiewanie litanii do Najświętszej Panny. Nuncjusz apostolski abp Pietro Vidoni, który przewodniczył uroczystej Mszy św. w katedrze lwowskiej, dodał do modlitwy wezwanie “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”, które zgromadzeni biskupi i senatorowie trzykrotnie powtórzyli. Po ślubowaniu władcy, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerz koronny biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, a wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.

    Jan Kazimierz nie mógł jednak dopełnić ślubów. Państwo opanowywał wówczas coraz większy chaos, a sam władca w niedługim czasie (1668 r.) zdecydował się abdykować i wyjechać za granicę. Szczególne związanie kultu Maryi, Królowej Korony Polskiej, z Jasną Górą nastąpiło 8 września 1717 r., kiedy to dokonano koronacji jasnogórskiego obrazu, co uznano za koronację Maryi na Królową Polski.

    Odnowienie ślubów w sytuacji narodowej niewoli

    W roku 1856 r. w Paryżu, nastąpiło odnowienie ślubów Jana Kazimierza przez jednego z twórców zgromadzenia zmartwychwstańców ks. Aleksandra Jełowickiego oraz krąg osób z nim związanych m. in. Adama Mickiewicza, którzy byli przekonani, że najwłaściwszą drogą do odzyskania niepodległości jest moralne odrodzenie polskiego społeczeństwa. Te idę propagowało później powstałe w tym kręgu zgromadzenie Księży Zmartwychwstańców, a silnie oddziaływała ona na ziemie pod zaborami i kształtujący się tam ruch zakonotwórczy.

    Kolejna aktualizacja ślubów Jana Kazimierza miała miejsce w 1904 roku. Dokonał tego św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup Lwowa, który zgromadził tam przedstawicieli wszystkich zaborów. Bilczewski wskazał po raz kolejny realizację ślubów Jana Kazimierza jako drogę do odzyskania niepodległości. Papież Pius X w 1908 r. zezwolił na wpisanie wezwania „Królowo Polski” na stałe do Litanii Loretańskiej. W tym samym roku ustanowił dla diecezji lwowskiej święto Królowej Polski.

    Ustanowienie ogólnopolskiego święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV przychylił się do tej prośby 14 stycznia 1920 r. ustanawiając święto dla całej Polski.

    W obliczu zagrożenia nowym “potopem”, tym razem bolszewickim, w 1920 r. Polacy ponownie zwrócili się o pomoc Matki Bożej. Episkopat odwołał się do ślubów Jana Kazimierza, szukając umocnienia narodu na Jasnej Górze, wzywając wiernych do zachowania nadziei i postawy na wzór ojca Augusta Kordeckiego. Niedługo później, 15 sierpnia, polska armia odniosła zwycięstwo nad bolszewikami, zwane „Cudem nad Wisłą”.

    Biskupi zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską Konstytucją. W 1925 r. Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce a jako datę jego obchodów wyznaczył 3 maja.

    Śluby Jasnogórskie zainicjowane przez kard. Hlonda

    Gorącym orędownikiem odnowienia ślubów narodu polskiego był prymas August Hlond. W 1936 roku na Jasnej Górze, przybyła tam w licznie 100 tys. osób młodzież akademicka, złożyła ślubowanie, w którym wybrała Matkę Bożą na swoją patronkę, zobowiązując się kształtować życie społeczne na wartościach religijno-narodowych, w duchu chrześcijańskim.

    Podczas wojny 31 października 1943 r. Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Po II wojnie światowej – z inicjatywy kard. Hlonda – 8 września 1946 r. milionowa rzesza wiernych, złożyła na Jasnej Górze Akt Ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, tym samym ponownie uaktualniając śluby Jana Kazimierza. Uroczystość ta nawiązywała również do aktu, którego w 1943 roku dokonał Pius XII.

    Nowa wersja ślubów opracowana przez internowanego Prymasa

    W 300. rocznicę królewskich ślubów Jana Kazimierza, nową ich wersję opracował internowany wówczas w Komańczy prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. 26 sierpnia 1956 r. wierni na Jasnej Górze uroczyście ślubowali Maryi: “Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Przyrzekali “wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, strzec chrześcijańskich obyczajów, wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem”.

    Tekst ślubów odczytał biskup Michał Klepacz (pełniący w tym czasie obowiązki przewodniczącego Episkopatu). O osobie uwięzionego Prymasa przypominał pusty fotel, ustawiony przed ołtarzem.

    W 1957 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego rozpoczęła się “Wielka Nowenna” przygotowująca Kościół w Polsce do obchodów Millennium Chrztu Polski. Połączona została z peregrynacją cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Nawet “aresztowanie” obrazu przez SB nie wpłynęło na zastraszenie społeczeństwa.

    W 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski i jej główną patronką, a święto NMP Królowej Polski stało się świętem I klasy we wszystkich diecezjach polskich. W 1969 Paweł VI na prośbę prymasa Wyszyńskiego podniósł święto do rangi uroczystości.

    Podczas jasnogórskich obchodów Millennium chrztu Polski 3 maja 1966 r. cały polski Episkopat w obecności kilkuset tysięcy pielgrzymów dokonał uroczystego ślubowania NMP. W uroczystościach milenijnych pragnął uczestniczyć papież Paweł VI, na to jednak nie zgodziły się komunistyczne władze. Dopiero Jan Paweł II, mógł jako pierwszy w historii papież przybyć na Jasną Górę.

    Zawierzenie Jana Pawła II

    3 i 4 czerwca 1979 r. Jan Paweł II dokonał aktu zawierzenia Pani Jasnogórskiej: “… Zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi”.

    W 1982 r. Kościół obchodził 600-lecie obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Zwieńczeniem kilkuletnich przygotowań do tego jubileuszu była kolejna obecność w Częstochowie Jana Pawła II, który przewodniczył obchodom 18 i 19 czerwca 1983 r.

    Biskupi polscy opracowali również w 1990 r. “Drugą Wielką Nowennę”, która miała za zadanie przygotować Kościół w Polsce na kolejne tysiąclecie chrześcijaństwa.

    Od 1992 r. (tak jak w okresie międzywojennym) dzień ten jest świętem narodowym Polski – dla upamiętnienia zarówno uchwalenia Konstytucji w r. 1791, jak i święta Królowej Polski.

    Akt zawierzenia z okazji 1050-lecia chrztu Polski

    Nowego Aktu Zawierzenia Narodu Polskiego Matce Bożej – z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski – dokonał 3 maja 2016 r. ówczesny przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki.

    Poważnym współczesnym problemem – podkreślał – jest wypaczone pojęcie wolności, gdyż dla wielu współczesnych “wolność staje się wręcz religią”, skutkującą tym, że “wywyższa się człowieka kosztem Boga i liczy się tylko nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek”.

    Drugim nowym problemem – jak stwierdził – jest odniesienie do prawa Bożego, z czego – w przeciwieństwie do twórców Konstytucji 3 Maja – współcześni prawodawcy rezygnują.

    Trzecim aktualnym problemem – wskazywał ówczesny przewodniczący Episkopatu Polski – jest obecny kształt polskiego patriotyzmu. “Autentyczny patriotyzm nie zna nienawiści do nikogo (…) trzeba bezwzględnie unikać ryzyka tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm” – wyjaśniał abp Gądecki.

    Ponowne zawierzenie w „dzisiejszym trudnym doświadczeniu”

    W 2020  r. abp Stanisław Gądecki dokonał w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, kolejnego zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski. Służył temu specjalny akt zawierzenia, nawiązujący do 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II, przyszłej beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego jak również stulecia ocalenia Polski w Bitwie warszawskiej.

    „Wraz z Maryją, Bogurodzicą Dziewicą, Królową Polski i Świętymi Patronami, błagamy o ratunek dla naszej Ojczyzny w jej dzisiejszym trudnym doświadczeniu. (…) Zawierzamy Tobie naszą Ojczyznę i Naród, wszystkich Polaków żyjących w Ojczyźnie i na obczyźnie. Tobie zawierzamy całe nasze życie, wszystkie nasze radości i cierpienia, wszystko czym jesteśmy i co posiadamy, całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” – modlił się abp Stanisław Gądecki na Jasnej Górze.

    W tym roku główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski będą miały miejsce w sobotę 2 maja z udziałem Episkopatu Polski. Mszy św. sprawowanej na Jasnogórskim Szczycie o godz. 11.00 będzie przewodniczył i homilię wygłosi abp Tadeusz Wojda SAC, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

    Na prośbę przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Dykasteria ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyraziła zgodę, aby obchody uroczystości NMP Królowej Polski, przypadające w tym roku w V Niedzielę Wielkanocną, zostały przeniesione z 3 maja na 2 maja.

    Kai/Gość Niedzielny

    ***

    Jasna Góra: Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową!

    Jasnogórska Pani

    Jasnogórska Pani

    fot. Agata Combik /Gość Niedzielny

    ***

    Matka Boża jest Królową! Jest godna czci i dlatego oddajemy Jej honory królewskie, bo Ona prowadzi nas do swojego Syna – mówią pielgrzymi. Na Jasnej Górze trwają uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Mszę św. odpustową z udziałem tysięcy wiernych celebruje przewodniczący Episkopatu Polski, abp Tadeusz Wojda SAC.

    W uroczystościach biorą udział wierni z całej Polski także zorganizowane grupy pielgrzymów jak: Rycerze Orderu Jasnogórskiej Bogurodzicy, Wdowy Konsekrowane i Bractwo Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polski. 

    Szczególnie przeżywamy ten dzień; to nie tylko pierwsza sobota miesiąca, ale i nasze święto patronalne – powiedziała Maria Dziemian, starsza Bractwa. W każdą pierwszą sobotę miesiąca podejmują zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, które gromadzi w częstochowskim Sanktuarium tysiące ludzi. 

    Na zawierzenie, które przypada w tym roku w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski przyjechała z Przemyśla s. Antonia, Felicjanka. Dzień wcześniej świętowała w domu rodzinnym urodziny swojej „ziemskiej” mamy, ale jej marzeniem było przybyć tu na Uroczystość, bo jak podkreśliła, najpiękniejszym prezentem urodzinowym jest Msza św. i zawierzenie „Mamie Niebieskiej”. S. Antonia podkreśliła, że jest dumna z tego, że jest Polką. – Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową – powiedziała zakonnica. Wyraziła też wdzięczność dla Matki Bożej za Jej opiekę nad Ojczyzną, pomimo tego, że zarówno jako naród, jak i indywidualne osoby, często „nie dochowujemy wierności”. 

    W trakcie Mszy św. odnowiono też milenijny Akt Oddania Polski w Macierzystą Niewolę Maryi, Matce Kościoła, za Wolność Kościoła Chrystusowego.

    ***

    Polska duchową monarchią. Czyli co to znaczy, że Maryja jest naszą Królową?

    2 maja 2026

    MB-Czestochowska-flaga.jpg
    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Trzeciego dnia maja naród polski w szczególny sposób czci Maryję jako swoją Królową. Co Jej monarsza godność oznacza dla nas i dlaczego winniśmy oddawać Jej cześć?

    Pierwsza Księga Królewska pokazuje odmiennie zachowanie dwóch królów – Dawida i Salomona – wobec Batszeby. Kiedy Dawid był królem, a Batszeba – jego żoną, po wejściu przed jego oblicze, Batszeba uklękła i oddała mu pokłon (1 Krl 1,16). Wraz ze śmiercią Dawida, królem został ich syn – Salomon. Kiedy Batszeba weszła przed oblicze króla Salomona, wtedy to on wstał i pokłonił się jej (1 Krl 2,19).

    Dlaczego obaj władcy zachowali się tak odmiennie wobec niej? Otóż w tradycji hebrajskiej tytuł królowej przysługiwał nie żonie, ale matce króla. Za panowania Dawida, Batszeba była jedynie żoną króla, ale wraz z koronacją jej syna, przypadła jej godność królowej, co zresztą jest opisane jeszcze w tym samym wersie: A wtedy postawiono tron dla matki króla, aby usiadła po jego prawej ręce (1 Krl 2,19). Pokłon ze strony Salomona dotyczył zatem piastowanego przez nią urzędu i należnej jej królewskiej czci.

    Przytoczony fragment Pisma Świętego jest mocnym argumentem przeciwko zarzutom heretyków podważających oddawanie czci Maryi jako Matce Bożej. Do tej grupy zalicza się w zasadzie większość protestantów z Lutrem i Kalwinem na czele. W „Instytucji religii chrześcijańskiej” Kalwin pisze, że oddawanie czci Maryi jest niezgodne z nauką Pisma Świętego i powinno być uznane za bałwochwalstwo. A przecież historia Salomona i Batszeby jest świetnym kontrprzykładem do tych bzdur. Skoro bowiem sam król oddał cześć swojej matce przez wzgląd na jej monarszą godność, to o ileż bardziej winniśmy oddawać cześć Maryi my – poddani Jej Syna?

    Wbrew protestanckim zarzutom, katolicy nie oddają Matce Bożej uwielbienia przysługującego jedynie Bogu, ale cześć ze względu na Jej szczególne wybranie na Matkę Syna Bożego. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że kult Maryi choć zgoła wyjątkowy, różni się przecież w sposób istotny od kultu uwielbienia, który oddawany jest Słowu Wcielonemu na równi z Ojcem i Duchem Świętym, i jak najbardziej sprzyja temu kultowi. Wyraża się on w świętach liturgicznych poświęconych Matce Bożej oraz w modlitwie maryjnej, takiej jak różaniec, który jest “streszczeniem całej Ewangelii” (KKK 971).

    Maryja jako Matka Syna Bożego została wybrana i wywyższona ponad wszystko stworzenie. Pan Bóg potwierdził to jej wybranie w zachowaniu Jej wolną od grzechu pierworodnego, w Jej Wniebowzięciu, a wreszcie w Jej koronacji na Królową nieba i ziemi. I to właśnie do niej odnosi się opisana w Apokalipsie św. Jana wizja kobiety obleczonej w koronę z gwiazd. Ewangelista opowiada bowiem: Wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu (Ap 12,1).

    Jeśli ktoś wciąż nie dostrzega, że chodzi tu o Maryję, to słowa zapisane kilka wierszy później nie pozostawiają już żadnych wątpliwości: I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu (Ap 12,5). Tylko Chrystus może być symbolizowany przez owego Syna panującego nad narodami. Co więcej, Jezus po Swoim chwalebnym Wniebowstąpieniu zasiadł na tronie po prawicy Ojca, a dla Maryi zostało przeznaczone miejsce po chrystusowej prawej stronie. Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy – mówi Psalm 45. Królowanie Maryi nie jest w żaden sposób oderwane czy niezależne od panowania Chrystusa. Raczej, Matka Boża wypełnia królewską funkcję, jako nasza pośredniczka i orędowniczka u Chrystusa.

    Ale po co jest nam potrzebne Jej orędownictwo? Św. Ludwik de Montfort wyjaśnia to w „Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. Czytamy tam, że Chrystus łącząc w jednej Osobie dwie Natury – Boską i Ludzką – jest naszym jedynym Pośrednikiem u Ojca. Jednak skoro jest On w pełni Bogiem, to czy nie potrzebujemy pośrednika również do Niego?

    Winniśmy – czytamy w „Traktacie” – po trzech stopniach wstępować do Boga: pierwszy, najbliższy i najwięcej odpowiadający naszym zdolnościom to Maryja; drugim jest Chrystus, a trzecim Bóg Ojciec (…) By dojść do Jezusa, trzeba iść do Maryi, bo Ona jest naszą Pośredniczką w orędownictwie. By dojść do Ojca Przedwiecznego, trzeba iść do Jezusa, bo to nasz Pośrednik mocą Odkupienia.

    Myśl tę uzupełnia Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 970) mówiąc, że Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. (…) Jedyne pośrednictwo Odkupiciela nie wyklucza, ale wzbudza u stworzeń rozmaite współdziałanie, pochodzące z uczestnictwa w jednym źródle.

    Ale Maryja jest pośredniczką nie tylko każdego z nas z osobna. Polska może się bowiem szczycić faktem, że ma Matkę Bożą za swoją Królową. W ten sposób Maryja jest szczególną przewodniczką całego narodu, a Jej wstawiennictwo pomaga nam żyć zgodnie z nauką Chrystusa i oddać się pod Jego panowanie.

    Przepięknym wyrazem tego oddania i czci dla Matki Bożej były Śluby Jana Kazimierza złożone 1 kwietnia 1656 r. we Lwowie. Król zwrócił się wtedy do Maryi w słowach: Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twojego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim król, do Najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Uznając panowanie Chrystusa, monarcha oddał cały naród pod przemożną opiekę Maryi, którą obrał za Królową. Tak samego siebie, jak i moje Królestwo (…) oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam – mówi tekst Ślubów Lwowskich.

    Wreszcie Jan Kazimierz obiecał nowo wybranej Królowej, że postara się, aby Polacy mogli co roku wspominać to wydarzenie poprzez specjalne święto. I chociaż nie udało mu się tego dokonać za życia, to spełnienie tej obietnicy nastąpiło w roku 1920. Wtedy to papież Benedykt XV ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, a jego następca – Pius XI – rozciągnął je na cały kraj. Dla zwieńczenia tego dzieła, papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Maryję Królową Polski główną patronką naszego kraju, wraz ze świętymi Wojciechem i Stanisławem.

    Nie sposób nie wspomnieć tu o fragmencie Ewangelii przeznaczonym na tę liturgiczną uroczystość, którym jest opis konania Jezusa na krzyżu według św. Jana. W tych jakże dramatycznych okolicznościach Chrystus oddał swojego umiłowanego ucznia Jana – a przez niego całą ludzkość – pod opiekę Maryi. Oto Matka Twoja – brzmiały jedne z ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu. Wymowna jest reakcja Apostoła, który od tej pory wziął Maryję „do siebie”. Za jego przykładem poszedł cały naród polski, oddając się pod opiekę Maryi i uznając Ją za swoją Królową.

    A odkąd w 2016 w krakowskich Łagiewnikach – w obecności władz kościelnych i państwowych – ogłoszono Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, można by rzecz, że jesteśmy duchową monarchią. Mamy bowiem samego Boga za Króla, a Jego Matkę za Królową i Orędowniczkę.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    fot. domena publiczna/wikipedia.org

    ***

    2 maja 2019

    Dziękujemy Ci Boże, że jesteśmy Polakami

    “Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez Morze Czerwone, naucz nas być wolnymi”

    PRZEMÓWIENIE PAPIEŻA JANA PAWŁA II WYGŁOSZONE W CZASIE NABOŻEŃSTWA DZIĘKCZYNNEGO Z OKAZJI 200. ROCZNICY KONSTYTUCJI 3 MAJA

    Warszawa, 8 czerwca 1991

    „Naucz nas być wolnymi”. Ambrozjańskie słowa hymnu Te Deum laudamus – wspaniałe dziedzictwo Kościoła pierwszych stuleci – rozbrzmiewały tu, w tej katedrze, w dniu 3 maja 1791 r. Dwa wieki temu. Nasi przodkowie, ci, którym zawdzięczamy dzieło Konstytucji w tym dniu uchwalonej pod przewodnictwem króla Stanisława Augusta, przynieśli owoc swych prac „przed Twe ołtarze”: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny – Boże ojców naszych, Przenajświętszy nasz Ojcze”.

    W taki sposób dali wyraz przeświadczeniu, że Konstytucja, czyli Ustawa zasadnicza (Ustawa rządowa) jako dzieło ludzkie winna być odniesiona do Boga. On jest najwyższą Prawdą i Sprawiedliwością. Trzeba, aby prawo ustanowione przez człowieka, przez ludzki autorytet ustawodawczy, odzwierciedlało w sobie odwieczną Prawdę i odwieczną Sprawiedliwość, którą jest On sam – Bóg nieskończonego majestatu: Ojciec, Syn i Duch Święty.

    Nasi przodkowie przed dwustu laty dali temu wyraz w warszawskiej katedrze św. Jana. My przychodzimy dziś na to samo miejsce nie tylko po to, aby przypomnieć tamto wydarzenie – przychodzimy równocześnie po to, aby przenieść w naszą epokę tę samą troskę, która wtedy nurtowała twórców 3-majowej Konstytucji: tę samą troskę o dobro wspólne Rzeczypospolitej, tę samą odpowiedzialność.

    Dlatego nasze Te Deum, hymn uwielbienia dla Boga, przechodzi w żarliwą modlitwę, naprzód dziękczynienie, a potem błaganie: „Dziękujemy Ci, Boże, za to, że jesteśmy Polakami. Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez «Morze Czerwone», naucz nas być wolnymi”.

    Tak modliliśmy się w tej katedrze przed chwilą, pełni troski o dzień dzisiejszy i o przyszłość Ojczyzny, mając przed oczami Ustawę rządową, znaną pod nazwą Konstytucji 3 maja.

    Nie sposób nie dziękować Bożej Opatrzności za to, że dokument taki stanął u progu ostatnich dwóch stuleci naszego historycznego bytowania.

    Zdumiewa on dojrzałością zawartej w nim prawdy i mądrości. Przemawia w nim dusza narodu – a raczej wielu narodów, które stanowiły wraz z Polakami ówczesną Rzeczpospolitą – narodu, który czuje zagrożenia pochodzące nie tylko od zewnątrz, ale także z wnętrza własnych poczynań i działań. Umiłowanie wolności przerodziło się w nadużycie wolności. I oto twórcy Konstytucji odkrywają ten „zbiorowy Obowiązek” (Cyprian Kamil Norwid), jakim musi stać się całe społeczeństwo, jeśli chce zabezpieczyć swą wolność i swój byt.

    Po upływie dwóch wieków doceniamy pełniej jeszcze wagę tego dokumentu: odczytujemy w nim prawdę o Polsce, zakorzenioną w przeszłości, a równocześnie wychyloną w przyszłość. I dlatego Konstytucja 3 maja w tym właśnie dziejowym momencie, wobec bliskiej już groźby utraty niepodległości była dokumentem profetycznym i opatrznościowym. Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczpospolitą. Słowa tej prawdy okazały się twórcze i „stwórcze”. Synowie i córki tej ziemi nie przestali wierzyć w „odnowę jej oblicza” pod tchnieniem tego Ducha, który natchnął twórców Konstytucji 3 maja.

    Papież Pius VI przesłał dla króla i twórców Konstytucji 3 maja błogosławieństwo i wyrazy głębokiego uznania. Dzisiaj staje wśród was syn tej ziemi, którego Chrystus powołał jako następcę św. Piotra na rzymskiej stolicy w naszych czasach.

    Przeżywa on tamto wydarzenie sprzed dwóch wieków równocześnie jako jeden z was. Tradycja 3 maja należy do dziejów jego duszy, podobnie jak należy do dziejów duszy wszystkich rodaków.

    Nasze dzisiejsze modlitewne wołanie: „Naucz nas być wolnymi”, było aktualne wtedy, przed dwustu laty. Konstytucja 3 maja stanowiła na nie odpowiedź zasadniczą. Wszyscy czujemy, jak jest ono aktualne dziś, po dwustu latach.

    Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć.

    Bogarodzico Dziewico! Ty, którą ośmielamy się od stuleci nazywać Królową Polski – w szczególności w dniu 3 maja!

    W tym świętojańskim sanktuarium stolicy, które przed dwoma wiekami słyszało Te Deum naszych przodków w dniu uchwalenia Konstytucji 3 maja, stajemy dzisiaj, u progu III Rzeczypospolitej. Staje naród i parlament, prezydent państwa i rząd. Niech ta sama prawda i mądrość, jaka wyraziła się w majowej Konstytucji, ukształtuje dalszą przyszłość Rzeczypospolitej w duchu sprawiedliwości i miłości społecznej dla dobra wszystkich ludzi i chwały Boga samego.

    PCh24.pl

    ***


    Po czym poznać leniwego człowieka?

    Oto cztery jego cechy według Biblii

    LENIWA KOBIETA
    Pexels | CC0

    ***

    Zrób sobie „biblijny test na lenistwo”. Znamiennym jest, że katechizm wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości, a Thomas Merton traktuje je jako jedno z dwóch największych zagrożeń dla życia duchowego.

    Każdy z nas otrzymał talenty i możliwości ich realizacji. Jakże wielu jednak przez lenistwo marnotrawi dany czas oraz siły, dzięki którym może się rozwijać i ubogacać – nie tylko siebie, ale również świat, w którym żyje.

    Biblia pełna jest opisów różnych osobistości. Począwszy od całych życiorysów, a skończywszy na tych wymienionych tylko z imienia i ewentualnie z pochodzenia. Jedne odgrywają kluczową rolę w historii zbawienia, inne mają charakter epizodyczny. Wśród tych opisów są również takie, których nie można przypisać do nikogo konkretnego. Dlaczego? Bo mogą one pasować do każdego z nas.

    Bogate w takie opisy są księgi mądrościowe Starego Testamentu, a wśród nich Księga Przysłów. To właśnie w niej znajdziemy cztery wersety podpowiadające nam cztery cechy, jakimi charakteryzuje się człowiek z upodobaniem oddający się lenistwu (Prz 26,13-16).

    1 Nierozumne wykręty

    „Leniwy mówi: «Lwica na drodze, lew na miejscach otwartych»”.

    Nie ma się co dziwić. Leniwy zawsze znajdzie wymówkę, by nie podejmować pracy. Nie ma też znaczenia czy wymówka jest sensowna, czy też absurdalna jak powyższe zdanie. Znamiennym jest jednak, że Katechizm Kościoła katolickiego wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości – tuż obok obojętności, niewdzięczności, oziębłości, znużenia i nienawiści (KKK 2094).

    2 Nadmiar snu i wylegiwania się

    „Kręcą się drzwi na zawiasach, a leniwy na swoim łóżku”.

    Można się śmiać lub nie, lecz położenie człowieka, który unika pracy jest tragiczne. Już św. Paweł w Liście do Tesaloniczan bardzo mocno pouczył, że „Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Tes 3,10). Wynika to przede wszystkim z troski o oddającego się lenistwu człowieka, lecz także tych, którzy związani są z nim więzami wszelakich zależności społecznych.

    Na innym miejscu mówi Pismo Święte: „Jeszcze trochę snu i trochę drzemki, trochę założenia rąk, aby spocząć, a przyjdzie na ciebie nędza jak ktoś bezczelny i niedostatek jak rozbójnik” (Prz 24,33n).

    3 Niedbalstwo objawiające się nawet w jedzeniu

    „Leniwy wyciągnął rękę do misy: za trudno mu ją do ust doprowadzić”.

    Każdy brak staranności oznacza niedbalstwo lub lekceważenie. Po co robić coś dokładnie i dobrze, skoro można „po łebkach”? Tymczasem o dojrzałości człowieka świadczy m.in. to jak i czy w ogóle wykonuje powierzone sobie zadania.

    4 Zarozumiałość

    „Leniwy ma się za mądrzejszego niż siedmiu mówiących rozumnie”.

    Lubimy być specjalistami od wszystkiego. Wielepkowatość (wiem lepiej) to wspólna cecha bardzo wielu osób. Szczególnie widać to w towarzystwie oraz w internecie. Polityka, sport, prawo, nauki przyrodnicze, religia. Trudno jest powiedzieć „nie wiem”, bo to oznaka słabości, trzeba być przecież wygadanym, mieć opinię na absolutnie każdy temat… Nieważne, gdzie leży prawda, nieważne, że się na tym nie znam… Nieważne, że obok stoi specjalista. Ważne, że „ja wiem lepiej”.

    Lenistwo jest jednym z dwóch ogromnych zagrożeń, także dla życia duchowego. Ostrzega przed tym m.in. Thomas Merton, wskazując jednocześnie jak sobie z nim radzić – o czym przeczytać możecie w tekście „Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?”.

    Piotr Bogdanowicz /Aleteia.pl

    ***
    Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?

    MĘŻCZYZNA Z PARASOLEM
    Craig Whitehead/Unsplash | CC0

    ***

    Co podstępnie zabija twoje życie duchowe i jak sobie z tym radzić? Sprawa nie jest prosta. Na szczęście z pomocą przychodzi doświadczony mnich Thomas Merton.

    Nie ma chyba osób wierzących, którym nie sprawia ono trudności. Życie duchowe, bo o nim mowa, jest jednym z trudniejszych aspektów życia chrześcijańskiego. Szczególnymi jego wrogami według Thomasa Mertona są lenistwo i tchórzostwo.

    Nic w tym dziwnego. Podobnie jak Ewangelia, a razem z nią chrześcijaństwo, tak i życie duchowe oparte na Ewangelii są bardzo wymagające. Wiedział o tym doskonale Thomas Merton, którego zgłębianie przesłania ewangelicznego oraz dzieł św. Jana od Krzyża doprowadziło do kapłaństwa oraz wstąpienia do zakonu trapistów, kierującego się jedną z najsurowszych reguł zakonnych w Kościele katolickim.

    Miłość, która przegrywa z wygodnym życiem

    Kiedy mówi się w Kościele o życiu duchowym, z pewnością nie brakuje takich, którzy traktują sprawę poważnie. Jednak są i tacy, którzy albo przechodzą nad tym do porządku dziennego, albo wyobrażają sobie, że wiąże się to z ogromem wyrzeczeń, długimi godzinami spędzonymi na klęczkach, postami, ciągłą powagą i uduchowionymi myślami. Przerażeni taką wizją szybko kapitulują.

    Są i tacy, którym w natłoku codziennych zajęć po prostu nie chce się podejmować jakiegokolwiek wysiłku duchowego, usprawiedliwiając się brakiem przestrzeni, lub widzą w tym jedynie szkodliwe oderwanie od rzeczywistego życia.

    Niepodejmowanie życia duchowego z jakiegokolwiek powodu Merton streszcza w dwóch słowach: lenistwo i tchórzostwo. Te dwie postawy stają się tym groźniejsze, gdy ubierane są w płaszczyk rozwagi, ponieważ to ona „mówi nam, czego Bóg od nas żąda, a czego nie (…), ukazuje nam, kiedy wysiłek jest niepotrzebny, a kiedy konieczny”. Ostatecznie obie te postawy są wynikiem braku ufności do Boga, ufności w Jego miłość, która przegrywa z wygodnym życiem.

    Duchowość przeżywana w codzienności

    Lenistwo oraz tchórzostwo są ucieczką przed każdym możliwym ryzykiem, które jest nieuniknione, jeśli chce się pójść za Chrystusem. Tchórzostwo dodatkowo czyni człowieka chwiejnym, stawia przed dylematem: świat czy Bóg. Wiara zamiast być przewodnikiem, staje się jedną z opinii. Nadzieja zanika, a miłość pozostaje ukryta za niepewnością. Taki strach potrafi skutecznie sparaliżować również modlitwę.

    Jak się temu oprzeć? Odpowiedzią jest realizm życia. Merton zauważa, że życie duchowe należy przeżyć w codzienności, w warunkach, w których w danej chwili się funkcjonuje. Nie jest ono oderwane od świata, zawieszone między aniołami w niebie.

    Przeciwnie, chcąc być człowiekiem uduchowionym, należy żyć przede wszystkim własnym życiem, bez strachu przed obowiązkami, ale i zaniedbaniami, jakie przynosi rzeczywistość, w której postawił nas Bóg. To właśnie realizm pozwala odnaleźć wolę i mądrość Bożą.

    Żyć swoim życiem i uświęcać je

    Ponadto mnich zostawia trzy praktyczne wskazania, których przestrzeganie pomoże prowadzić życie duchowe osadzone na realizmie:

    „Jeżeli mamy stać się uduchowieni, musimy pozostać ludźmi. (…) Jezus żył zwykłym życiem ludzi swoich czasów, aby uświęcić zwyczajne życie ludzi wszystkich czasów”.

    Piotr Bogdanowicz /Aleteia.pl

    Tekst oraz cytaty na podstawie książki Thomasa Mertona „Myśli w samotności. Chleb żywy”, wyd. Znak, Kraków 1975 r.

    ***

    Trzy wady, przez które popadasz w grzechy, a których możesz nie być świadomy

    GARDEN OF EDEN
    Public Domain

    ***

    Grzech przybiera różnorodne formy, gdyż kusiciel chce sprawić, by wydał nam się atrakcyjny i byśmy w niego popadli. Dlatego musimy być czujni i unikać okazji.

    Istnieje wiele rodzajów grzechów, ponieważ zły dąży do tego, by ludzie podzielili jego smutny los. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza:

    Grzechy są bardzo zróżnicowane. Pismo święte dostarcza wiele ich wykazów. List do Galatów przeciwstawia uczynki ciała owocom ducha: „Jest… rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5, 19-21)

    Oczywiście, diabeł przedstawia nam pokusy jako atrakcyjne. W dzisiejszym świecie, gdzie dewiacje zaczęły być postrzegane jako coś normalnego, musimy uważać, dać się tym trzem wadom: naiwności, obojętności i ignorancji.

    1 NAIWNOŚĆ

    Naiwność charakteryzuje osobę pozbawioną złej woli, szczerą i pełną ufności. Mówimy, że taka osoba nie grzeszy, ale jest bezbronna i łatwa do oszukania, ponieważ nie podejrzewa tych, którzy chcą jej zaszkodzić. Księga Przysłów mówi:

    Wszystko, co mówią, przyjmuje niemądry, a człowiek rozumny na kroki swe zważa […] Udziałem łatwowiernych – głupota, umiejętność wieńczy rozumnych

    Ludzie naiwni i o dobrych intencjach mogą zostać wykorzystani przez największe zło. Dlatego musimy troszczyć się o dzieci i bezbronnych, aby unikali upadków. Ci, którzy są już wystarczająco dorośli, ale ciągle upadają, muszą nauczyć się bronić przed manipulacjami.

    2 OBOJĘTNOŚĆ

    indiferencia

    Obojętność to postawa tych, którzy, rozpoznają grzech, ale popełniają go mimo ostrzeżeń. Nie ma na to żadnej wymówki. Obojętność może przybierać różne formy, ale zawsze polega na braku miłości do Boga i bliźniego. Osoba, która nie wzrusza się cierpieniem innych i nie troszczy się o swój ostateczny los, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji. Ewangelia jest jednoznaczna:

    Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”

    Wówczas zapytają i ci: “Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” Wtedy odpowie im: “Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

    3 IGNORANCJA

    W prawie obowiązuje zasada „Ignorantia iuris non excusat”: nieznajomość prawa nie usprawiedliwia. W przypadku grzechu, nie zwalnia od odpowiedzialności, choć może ją zmniejszać. Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla:

    Ignorancja niedobrowolna może zmniejszyć winę, a nawet uwolnić od ciężkiej winy. Nikt jednak nie powinien lekceważyć zasad prawa moralnego, które są wypisane w sumieniu każdego człowieka. Impulsy wrażliwości, uczucia mogą również zmniejszyć dobrowolny i wolny charakter winy, podobnie jak naciski zewnętrzne czy zaburzenia patologiczne. Grzech popełniony ze złości, w wyniku świadomego wyboru zła jest najcięższy. 

    W dzisiejszym świecie, gdzie technologia daje dostęp do informacji, nie ma wymówek dla ignorancji. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę zamieszanie współczesności, pilną sprawą jest zwalczanie ignorancji i kształcenie katolików, by mogli podążać właściwą drogą, spełniając wolę Pana.

    Mónica Muñoz 

    Artykuł ukazał się w hiszpańskiej edycji Aletei. Tłumaczenie: redakcja Aleteia.pl

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – maj 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 maja

    Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Święta Kamila Baptysta Varano, dziewica i zakonnica
    Van der Weyden: Nawiedzenie Elżbiety przez Maryję
    Święto Nawiedzenia wywodzi się z religijności chrześcijańskiego Wschodu. Uroczystość tę wprowadził do zakonu franciszkańskiego św. Bonawentura w roku 1263. Kiedy zaś powstała wielka schizma na Zachodzie, święto to rozszerzył na cały Kościół papież Bonifacy IX w roku 1389, aby uprosić za przyczyną Maryi jedność w Kościele Chrystusowym. Sobór w Bazylei (1441) to święto zatwierdził.
    Święto Nawiedzenia obchodzimy w okresie między uroczystościami Zwiastowania Pańskiego i narodzenia św. Jana Chrzciciela. W ten sposób wspominamy przede wszystkim spotkanie Mesjasza ze swoim poprzednikiem – Janem Chrzcicielem. Jest to także spotkanie dwóch matek. Dokładny opis Nawiedzenia zostawił nam św. Łukasz w swojej Ewangelii (Łk 1, 39-56). Według tradycji miało ono miejsce w Ain Karim, około 7 km na zachód od Jerozolimy, gdzie dwa kościoły upamiętniają dwa wydarzenia – radosne spotkanie matek (kościół nawiedzenia św. Elżbiety, położony na zboczu wzgórza za miastem) i narodzenie Jana Chrzciciela (kościół położony w samym mieście). Maryja prawdopodobnie odbywała całą drogę z Nazaretu do Ain Karim – czy jak chcą niektórzy bibliści może nawet do Hebronu – pieszo. Być może przyłączyła się do jakiejś pielgrzymki, idącej do Jerozolimy. Trudno bowiem przypuścić, aby szła sama w tak długą drogę, która mogła wynosić ok. 150 kilometrów. Pragnęła podzielić się ze swoją krewną wiadomością o Zwiastowaniu, jednocześnie gratulując jej tak długo oczekiwanego potomstwa.
    Maryja po przybyciu dowiaduje się ze zdziwieniem, że Elżbieta już wszystko wie – tak dalece, że nawet zwraca się do niej słowami anioła: “Błogosławiona jesteś między niewiastami”. Elżbieta wyraża równocześnie uznanie dla Maryi, że zawierzyła słowom posłańca Bożego. Zadziwiająca jest pokora Maryi. Przychodzi z pomocą do swojej starszej krewnej, gdy ta będzie rodzić syna. Ale i Elżbieta zdobywa się na wielki akt pokory, kiedy Matkę Chrystusa wita słowami: “A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?”
    Elżbieta stwierdza równocześnie, że na dźwięk słowa Maryi poruszyło się w łonie jej dziecię. Pisarze kościelni są przekonani, że był to akt powitania Chrystusa przez św. Jana i że w tym właśnie momencie św. Jan został uwolniony od grzechu pierworodnego i napełniony Duchem Świętym. Poruszenie św. Jana często zestawia się z tańcem radości króla Dawida, idącego przed Arką.
    Słowa Elżbiety przywołujemy zawsze, ilekroć odmawiamy Pozdrowienie Anielskie. Krewna Maryi powtórzyła część pozdrowienia Gabriela: “Błogosławiona jesteś między niewiastami”, wyraźnie czyniąc aluzję, że za sprawą Ducha Świętego została we wszystko wtajemniczona. Zaraz potem dodała własne słowa: “i błogosławiony jest owoc Twojego łona”. Wydarzenie to rozważamy jako jedną z radosnych tajemnic różańca.
    Istnieją zakony żeńskie, które za główną patronkę obrały sobie Matkę Bożą w tej tajemnicy, co więcej, od tej tajemnicy otrzymały nawet swoją nazwę. Chodzi głównie o zakon wizytek, czyli sióstr nawiedzenia. Założył je w roku 1610 – wspólnie ze św. Joanną de Chantal – św. Franciszek Salezy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    30 maja

    Święty Jan Sarkander, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Zdzisława Czeska
      •  Święta Joanna d’Arc, dziewica
      •  Święty Ferdynand III, król
      •  Błogosławiona Marta Wiecka, dziewica
    Święty Jan Sarkander
    Jan urodził się 20 grudnia 1576 r. w Skoczowie nad Wisłą (na Śląsku Cieszyńskim), skąd pochodził jego ojciec, Grzegorz Maciej Sarkander. Matka natomiast, Helena z Góreckich, była szlachcianką, która po śmierci pierwszego męża przybyła z Moraw. Jan miał czterech braci: przyrodniego Mateusza oraz rodzonych Wacława, Pawła i Mikołaja. Był z nich najmłodszy. Ochrzczony został w Skoczowie. Kiedy miał 12 lat, stracił ojca (1589) i cały trud utrzymania rodziny spadł na matkę. Rodzina przeniosła się do Przybora na Morawach, gdzie mieszkał Mateusz Welczowski, syn matki Jana z pierwszego małżeństwa. Jan uczęszczał tam do katolickiej szkoły parafialnej, skąd udał się do jezuickiego kolegium w Ołomuńcu (1593). Następnie na akademii w Ołomuńcu rozpoczął studia filozoficzne, by kontynuować je na uniwersytecie w Pradze. Studia uniwersyteckie uwieńczył stopniem doktora (1603). W latach 1604-1608 odbył studia teologiczne w Grazu, już z wyraźnym zamiarem poświęcenia się na służbę Bożą. Ukończył je również zdobyciem stopnia doktora. Prawdopodobnie decyzję o wstąpieniu do stanu duchownego podjął po śmierci narzeczonej, Anny Płaheckiej. W roku 1607 przyjął niższe święcenia kapłańskie, a w roku 1609 otrzymał święcenia prezbiteratu. Miał wówczas 33 lata.
    Biskup przeznaczył młodego kapłana na wikariusza do Jaktaru koło Orawy. Następnie powierzono mu podobne stanowisko w Uszczowie, gdzie został aresztowany pod zarzutem udzielania bratu, Mikołajowi, pomocy w ucieczce z więzienia. W więzieniu w Kromieryżu Jan spędził 8 miesięcy. Po uwolnieniu wędrował po różnych parafiach jako wikariusz, wreszcie w roku 1616 został mianowany proboszczem w Holeszowie, oddalonym 10 km od Ołomuńca. Wielkorządca Moraw odebrał właśnie kościół parafialny husytom i jako katolik oddał go jezuitom. Ci zaproponowali na proboszcza Jana Sarkandra. Znany był on już bowiem wtedy jako niezłomny obrońca wiary. Gorliwy proboszcz z pomocą nie mniej gorliwych jezuitów zabrał się do odzyskania utraconych owieczek. W ciągu jednego roku zdołał przywrócić Kościołowi katolickiemu 250 odstępców. To ściągnęło na niego prześladowania ze strony husytów i protestantów. Doszło do tego, że urządzano na niego zamachy. Przez pewien czas nie mógł nawet odprawiać Mszy świętej, musiał się ukrywać.
    Kiedy w 1618 r. wybuchła wojna trzydziestoletnia, przynaglony przez swoich parafian opuścił Holeszów. Jako pielgrzym udał się do Częstochowy. Spędził tam miesiąc. Kiedy wracał, w Rybniku dowiedział się, że luteranie zajęli kościół w Holeszowie. Udał się przeto do Krakowa, gdzie zamieszkał w jednym z klasztorów. Ponieważ nie przyjęto jego rezygnacji z urzędu proboszcza, wrócił na swoją placówkę.
    W 1620 r. uchronił miasto przed grabieżą i spaleniem, wychodząc procesjonalnie naprzeciw nadciągającym wojskom lisowczyków (była to lekka jazda polska, która nie otrzymywała żołdu, a utrzymywała się z łupów wojennych). Posądzony przez protestantów o ich sprowadzenie, 13 lutego 1620 r. został aresztowany i uwięziony; był okrutnie torturowany. Wśród obelżywych słów usiłowano wymusić na proboszczu przyznanie się do zdrady stanu i narodu przez sprowadzenie najeźdźców. Chciano w ten sposób ukuć powód do powszechnego prześladowania katolików. Kiedy zaś kapłan nie chciał się przyznać do winy, której nie popełnił, zastosowano wobec niego tortury. Wyciągnięto go “na skrzypcach”, tak że pękały na nim ścięgna, a kości wychodziły ze stawów. Potem zaczęto mu palić piersi zapalonymi pochodniami. Po czwartym przesłuchaniu (17 lutego) zarzucono mu wprost, że spowiadał się u niego wielkorządca Moraw, dlatego Jan powinien powiedzieć, jakie tajemnice mu on zawierzył. Ponieważ męczennik stanowczo odmówił, ponownie zaczęto rozciągać jego ciało, przypalać ogniem, głowę ściskać żelazną obręczą, do nóg przywiązywać kamień, by mięśnie i ścięgna naciągnąć aż do zerwania. Co pewien czas zdejmowano ofiarę i grożono nowymi katuszami, byle zmusić ją do obciążających zeznań. Tortury te trwały 3 godziny. Kiedy odniesiono kapłana do więzienia, był już tylko na pół żywy. Miał jednak zdumiewająco odporny organizm. W więzieniu męczył się jeszcze miesiąc; oddał Bogu ducha 17 marca 1620 roku wskutek odniesionych obrażeń.
    Dopiero po 7 dniach udało się katolikom wydobyć ciało Męczennika z więzienia. Ubrano je w szaty liturgiczne i urządzono pogrzeb. Protestanci jednak rozbili pochód. Po długich zabiegach udało się uzyskać zezwolenie na pochowanie Jana Sarkandra w kościele Najświętszej Maryi Panny w Ołomuńcu, w kaplicy św. Wawrzyńca. Do grobu zaczęły napływać pielgrzymki. Po upływie 100 lat kardynał Wolfgang Schrattenbach rozpoczął proces kanoniczny ks. Jana. Jego ciało znaleziono wówczas w takim samym stanie, w jakim zostało pochowane. Grób Męczennika nawiedzili m.in.: król Jan III Sobieski, cesarz Karol VI i Franciszek I oraz cesarzowa Maria Teresa. Z chwilą rozpoczęcia procesu kościelnego przy jego grobie było już ok. 1200 złożonych darów wotywnych. Był czczony jako patron dobrej spowiedzi i tajemnicy spowiedzi. Papież Pius IX zaliczył Jana Sarkandra w poczet błogosławionych 6 maja 1859 r. Św. Jan Paweł II kanonizował go 21 maja 1995 r. w Ołomuńcu w Czechach – mieście męczeńskiej śmierci Jana. Następnego dnia papież odprawił Mszę dziękczynną za kanonizację w Skoczowie, miejscu urodzenia Świętego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 maja

    Święta Urszula Ledóchowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Józef Kowalski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Eliasza od św. Klemensa, dziewica
      •  Święty Paweł VI, papież
    Święta Urszula Ledóchowska
    Julia Maria urodziła się w wielodzietnej rodzinie hrabiowskiej 17 kwietnia 1865 r. w Loosdorf koło Wiednia. Była rodzoną siostrą bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, powszechnie nazywanej matką czarnej Afryki, założycielki sióstr klawerianek, beatyfikowanej przez Pawła VI w 1975 roku. W latach 1874-1883 Julia Maria kształciła się w Instytucie Najświętszej Maryi Panny prowadzonym przez Panie Angielskie w austriackim Sankt Polten. W roku ukończenia nauki przybyła wraz z rodziną do nabytego przez ojca majątku w Lipnicy Murowanej koło Bochni.
    Jako 21-letnia dziewczyna wstąpiła do klasztoru urszulanek w Krakowie i w dniu obłóczyn, 17 kwietnia 1887 r., przyjęła zakonne imię Maria Urszula. Wyróżniała się gorliwością w modlitwie i umartwieniach. Pierwszą profesję zakonną złożyła 28 kwietnia 1889 roku. Następnie pracowała w krakowskim internacie sióstr. W 1904 roku jako przełożona domu kierowała internatem. Dwa lata później założyła pierwszy na ziemiach polskich internat dla studentek szkół wyższych. Swoje powołanie do wychowania młodzieży i opieki nad nią odkryła jeszcze w nowicjacie.
    W 1907 r., mając błogosławieństwo papieża Piusa X, z dwiema siostrami wyjechała w świeckim stroju do pracy dydaktycznej w Petersburgu. Objęła tam kierownictwo zaniedbanego polskiego internatu i liceum św. Katarzyny. Już w rok później została erygowana w Petersburgu autonomiczna placówka urszulańska. Następnie s. Urszula przeniosła się do Finlandii, gdzie otworzyła gimnazjum dla dziewcząt. Podczas I wojny światowej apostołowała w krajach skandynawskich, wygłaszając odczyty o Polsce, organizowała pomoc dla osieroconych polskich dzieci. Jednocześnie nie zaniedbywała swego zgromadzenia – rozrastał się nowicjat i dom zakonny w Szwecji. Pod koniec wojny przeniosła go do Danii, gdzie założyła również szkołę i dom opieki dla dzieci polskich.
    W roku 1920 Urszula wróciła do Polski. Osiedliła się w Pniewach koło Poznania, gdzie – z myślą o pracy apostolskiej w nowych warunkach – założyła zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, zwane urszulankami szarymi. Kiedy poprosiła papieża Benedykta XV o zatwierdzenie nowego zgromadzenia, otrzymała je od razu, w dniu 7 czerwca 1920 r. Włodzimierz Ledóchowski – rodzony brat Urszuli, ówczesny generał jezuitów – był rzecznikiem dzieła swojej siostry wobec Stolicy Apostolskiej. Całe życie s. Urszuli było ofiarną służbą Bogu, ludziom, Kościołowi i ojczyźnie. Wiele podróżowała, wizytowała poszczególne domy, kształtowała w siostrach ducha ewangelicznej radosnej służby. “Naszą polityką jest miłość. I dla tej polityki jesteśmy gotowe poświęcić nasze siły, nasz czas i nasze życie” – powtarzała często.
    Umarła 29 maja 1939 r. w Rzymie. Tam też została pochowana w domu generalnym mieszczącym się przy via del Casaletto. Beatyfikowana została przez św. Jana Pawła II 20 czerwca 1983 roku w Poznaniu. W 1989 r. jej zachowane od zniszczenia ciało zostało przewiezione z Rzymu do Pniew i złożone w kaplicy domu macierzystego. 18 maja 2003 roku, w dniu swoich 83. urodzin, św. Jan Paweł II ogłosił ją w Rzymie świętą.
    Założone przez św. Urszulę Ledóchowską zgromadzenie Urszulanek Serca Jezusa Konającego realizuje swe zadania apostolskie przede wszystkim w dziedzinie wychowania i nauczania dzieci i młodzieży oraz służąc potrzebującym i pokrzywdzonym. Siostry prowadzą kilkadziesiąt dzieł w Polsce, kilkanaście we Włoszech i pojedyncze w 12 innych krajach.
    Ze zgromadzeniem zaprzyjaźniony był św. Jan Paweł II, który jako biskup krakowski spędzał nieliczne wolne chwile w gościnnym domu sióstr na Jaszczurówce w Zakopanem. Także będąc w Warszawie nocował często w domu zgromadzenia na Wiślanej. Tam spędził swoją ostatnią noc przed wylotem do Rzymu na konklawe w październiku 1978 r. Już jako papież odwiedzał domy urszulanek w Rzymie (1986 r.), w Zakopanem (1997 r.) i w Warszawie (1999 r.).W ikonografii św. Urszula przedstawiana jest w szarym zakonnym habicie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 maja

    Święta Maria Anna
    od Pana Jezusa z Paredes, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty German z Paryża, biskup
      •  Błogosławiony Lanfranck, biskup
    Święta Maria Anna od Pana Jezusa z Paredes
    Maria urodziła się 31 października 1618 r. w Quito, w dzisiejszym Ekwadorze. Była ósmym dzieckiem Hieronima, hiszpańskiego oficera, i kreolki Anny. Bardzo wcześnie straciła rodziców. Zabrała ją wówczas do siebie jej starsza siostra Hieronima, która miała już córkę Joannę, rówieśnicę Marii. W wieku lat siedmiu dopuszczono ją do pierwszej Komunii św. Było to wówczas czymś wyjątkowym. Wyjątkową jednak była też jej wczesna i bardzo intensywnie rozwijająca się pobożność. Patrząc na nią, bliscy nalegali, aby wstąpiła do zakonu. Na miejscu do wyboru miała dominikanki i franciszkanki. Skłaniała się ku franciszkankom, ale w ostatniej chwili cofnęła się przed decyzją i pozostała u siostry. W jej domu urządziła sobie małą celę i w niej wiodła odtąd życie na modłę klasztorną. Dużo się modliła, surowo pościła, usługiwała rodzinie, zajmowała się nieszczęśliwymi, leczyła chorych, godziła małżeństwa, pocieszała biedotę indiańską. Niektóre z jej uczynków miłosierdzia miały charakter cudów.
    Nie ominęły jej cierpienia, które zapewne po części wypływały ze stosowanych przez nią umartwień. Gdy w 1645 r. Quito nawiedziło najpierw trzęsienie ziemi, a potem epidemia, ofiarowała się za jego mieszkańców. Zmarła w dwa miesiące później, w dniu 26 maja 1647 r. Już wówczas nazwano ją “lilią Quito”. Pius IX beatyfikował ją w 1850 r., a sto lat później kanonizował ją Pius XII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 maja

    Święty Augustyn z Canterbury, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Fryderyk, biskup
    Święty Augustyn z Canterbury
    Augustyn, nazywany apostołem Anglii, żył w VI w. Będąc opatem benedyktyńskiego klasztoru św. Andrzeja w Rzymie, został wysłany przez Grzegorza Wielkiego wraz z 40 mnichami do Brytanii (596). Sakrę biskupią Augustyn otrzymał za zezwoleniem papieża z rąk biskupa Arles w Galii, prawdopodobnie jeszcze w drodze do Anglii. Król Kentu, św. Etelbert, wraz z małżonką Bertą (córką chrześcijańskiego władcy Paryża), przyjął ich życzliwie w Wielkanoc 597 r. Dzięki pomocy króla w jego stolicy, Canterbury, zaistniało biskupstwo i opactwo benedyktyńskie pw. świętych Piotra i Pawła. Wraz z królem i jego dworem chrzest przyjęło w Anglii około 10 tys. Sasów.Św. Augustyn z Canterbury i św. Grzegorz Wielki
    Praca ewangelizacyjna postępowała tak szybko, że już w roku 601 papież przysłał na pomoc nową grupę zakonników. Równocześnie ustanowił 2 metropolie i 24 sufraganie. Jako pierwszy prymas Anglii i metropolita Canterbury Augustyn otrzymał od papieża paliusz arcybiskupi. Druga metropolia na ziemiach angielskich powstała w Yorku dopiero po śmierci Augustyna. W 602 r. Augustyn ufundował pierwszą w Anglii katedrę w Canterbury, która obecnie znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.Św. Grzegorz wysyła mnichów do Anglii
    Augustyn zmarł 26 maja 604 lub 605 r. Został pochowany obok św. Etelberta w ufundowanym przez siebie opactwie benedyktyńskim w Canterbury. W roku 1091 jego relikwie zostały przeniesione do rozbudowanej świątyni opactwa. Miały wtedy miejsce liczne cuda, podobnie jak za życia biskupa. Wspomnienie przeniesienia relikwii obchodzone jest w Anglii 6 września. Na miejscu, gdzie św. Augustyn miał, wraz ze swoimi towarzyszami, po raz pierwszy stanąć na ziemi angielskiej w Ebbsfleet, wystawiono na pamiątkę oryginalny, do dziś stojący obelisk-krzyż. Canterbury było stolicą katolickich prymasów przez prawie 1000 lat – do czasu, kiedy król Henryk VIII wprowadził anglikanizm. Odtąd katedra w Canterbury jest stolicą tego właśnie Kościoła (od roku 1534), a katedra prymasów katolickich przeniosła się do Londynu (w wieku XIX).W ikonografii Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim lub jako benedyktyn.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 maja

    Święta Maria Magdalena de Pazzi, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Beda Czcigodny, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Święty Grzegorz VII, papież
      •  Święta Magdalena Zofia Barat, dziewica
    Święta Maria Magdalena de Pazzi
    Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się 2 kwietnia 1566 r. w możnej patrycjuszowskiej rodzinie Pazzi we Florencji. Wykształcenie i wychowanie otrzymała od sióstr, które miały we Florencji szkołę i pensjonat dla dziewcząt z lepszych rodzin. W dziesiątym roku życia przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przystępowała do niej w każdą niedzielę i w święta, co w owych czasach wywoływało zdziwienie, a nawet zastrzeżenia. W tym samym roku, w uroczystość św. Józefa, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jako dziecko wyróżniała się pobożnością, tak że już w wieku 12 lat miała szczęście rozmawiać z Matką Bożą. Odtąd podobne objawienia zdarzały się w jej życiu częściej. Kiedy miała 16 lat, wstąpiła do klasztoru karmelitańskiego Matki Bożej Anielskiej (1582 r.). Klasztor ten stoi do dzisiaj na wzgórzu na przedmieściu Florencji. Tu otrzymała imię zakonne Marii Magdaleny.
    W rok później podczas choroby złożyła śluby. Pełniła obowiązki kolejno zakrystianki, furtianki, mistrzyni nowicjatu i przełożonej domu. Wiodła życie pełne umartwień i przeniknięte modlitwą. Wyróżniała się wiernością w zachowaniu reguły, bardzo przecież surowej. Doświadczała wielu cierpień. Od niebieskiego Oblubieńca otrzymała koronę cierniową, która powodowała bardzo silne bóle głowy. 25 marca 1585 roku otrzymała dar stygmatów, czyli odbicia na swoim ciele ran Pana Jezusa; stygmaty te były na zewnątrz niewidoczne. W kilka dni potem otrzymała od Chrystusa mistyczną obrączkę jako znak duchowych zaślubin. 17 maja 1585 roku wpadła w ekstazę, która trwała bez przerwy 40 godzin. W czasie jej trwania otrzymała polecenie od Pana Jezusa, by odtąd codziennie przyjmowała tylko chleb i wodę, a jedynie w dni świąteczne – trochę pokarmu postnego. Otrzymała również polecenie, by sypiała odtąd tylko pięć godzin i to na wiązce siana, by w ten sposób wynagrodzić Panu Bogu za grzechy rodzaju ludzkiego. 8 czerwca 1585 roku rozpoczęła się nowa seria ekstaz, która trwała z krótkimi przerwami osiem dni.
    Chrystus doświadczył Marię Magdalenę także falą długotrwałych i uporczywych oschłości oraz duchowego opuszczenia. Objaśnił jej, że ta męka była konieczna dla dobra Kościoła, a także dla odnowienia ducha zakonnego w klasztorach. Kiedy w roku 1587 zmarł jej brat, Alamanno, Maria Magdalena ujrzała jego duszę w płomieniach czyśćcowych. Kiedy w roku 1590 przeszła do wieczności jej matka, ujrzała również jej duszę w czyśćcu. Otrzymała równocześnie obietnicę, że czyściec matki będzie krótki – ze względu na wiele uczynków miłosierdzia, które wyświadczyła w swoim życiu.
    W ostatnich latach życia s. Maria Magdalena przechodziła wielkie cierpienia fizyczne i duchowe. Do tego dołączyły się prześladowania z zewnątrz od postronnych osób, do których wysyłała w imieniu Chrystusa listy z napomnieniami. Odpowiedzią z ich strony były szykany, a nawet groźby. W swoich wizjach otrzymała m.in. zrozumienie tajemnicy Trójcy Przenajświętszej i Wcielenia Jezusa. Pozostawiła po sobie pisma ukazujące głębokie doświadczenia duchowości chrześcijańskiej.
    Zmarła 25 maja 1607 r. W 19 lat po śmierci, w 1626 roku papież Urban VIII dokonał jej beatyfikacji. Papież Klemens IX zaliczył ją uroczyście w poczet świętych w 1669 r. Jest patronką Florencji i Neapolu.W ikonografii św. Maria Magdalena ukazywana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, dyscyplina, gołębica, korona cierniowa, krzyż, lilia, serce trzymane w prawej dłoni, stygmaty.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 maja

    Najświętsza Maryja Panna
    Wspomożycielka Wiernych

    Zobacz także:
      •  Święci Donacjan i Rogacjan, męczennicy
    Turyński wizerunek Maryi Wspomożycielki Wiernych
    Nabożeństwo do Matki Bożej Wspomożycielki sięga początków chrześcijaństwa. Gdy tylko zaczął rozwijać się wśród wiernych kult Matki Zbawiciela, równocześnie ufność w Jej przemożną przyczynę u Syna nakazywała uciekać się do Niej we wszystkich potrzebach. Tytuł Wspomożycielki Wiernych zawiera w sobie wszystkie wezwania, w których Kościół wyrażał Najświętszej Maryi Pannie potrzeby i troski swoich dzieci.
    Pierwszym, który w historii Kościoła użył słowa “Wspomożycielka”, jest św. Efrem, diakon i największy poeta syryjski, doktor Kościoła (+ 373). Pisze on wprost, że “Maryja jest orędowniczką i wspomożycielką dla grzeszników i nieszczęśliwych”. W tym samym czasie Wspomożycielką rodzaju ludzkiego nazywa Maryję św. Grzegorz z Nazjanzu, patriarcha Konstantynopola, doktor Kościoła (+ ok. 390), kiedy pisze, że jest Ona “nieustanną i potężną Wspomożycielką”. Z treści pism doktorów Kościoła wynika, że przez słowo “Wspomożycielka” rozumieli oni wszelkie formy pomocy, jakich Matka Boża nam udziela i udzielić może.
    Miejscem najżywiej rozwiniętego kiedyś kultu Wspomożycielki była Bawaria. Pierwszy kościół pod wezwaniem Wspomożycielki w Bawarii stanął w Pasawie w roku 1624. Zasłynęła w nim rychło figura Matki Bożej, kopia obrazu Cranacha – pątnicy witają Ją okrzykiem: Maria hilf! (Maryjo, wspomagaj).7 października 1571 r. oręż chrześcijański odniósł decydujące zwycięstwo nad flotą turecką, która zagrażała bezpośrednio desantem Italii. Na pamiątkę tego zwycięstwa papież św. Pius V włączył do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie “Wspomożenie wiernych, módl się za nami”.12 września 1683 r. król Jan III Sobieski rozgromił pod Wiedniem Turków. Jako podziękowanie Matce Bożej za to zwycięstwo papież bł. Innocenty XI w roku 1684 zatwierdził w Monachium, przy kościele św. Piotra, bractwo Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych, rychło podniesione do rangi arcybractwa.W roku 1816 tytuł Matki Bożej Wspomożenia Wiernych wszedł do liturgii Kościoła, gdy papież Pius VII ustanowił święto Matki Bożej pod tym wezwaniem na dzień 24 maja jako podziękowanie Matce Bożej za to, że właśnie tego dnia, uwolniony z niewoli Napoleona, mógł szczęśliwie powrócić na osieroconą przez szereg lat stolicę rzymską.Wielu świętych miało szczególne nabożeństwo do Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych. Jej słynny wizerunek w Turynie został namalowany na zamówienie św. Jana Bosko, który oprócz salezjanów założył także zgromadzenie sióstr Córek Matki Bożej Wspomożenia Wiernych.
    Wielkim czcicielem Matki Bożej Wspomożycielki był salezjanin, prymas Polski, kardynał August Hlond. Nie mniej żarliwym apostołem Maryi Wspomożycielki był jego następca, kardynał Stefan Wyszyński. 5 września 1958 roku dzięki jego staraniom Episkopat Polski wniósł do Stolicy Apostolskiej prośbę o wprowadzenie święta Maryi Wspomożycielki Wiernych w liturgicznym kalendarzu polskim. Episkopat Polski chciał w ten sposób podkreślić, że naród polski nie tylko wyróżniał się wśród innych narodów wielkim nabożeństwem do Najświętszej Maryi Panny, ale że może wymienić wiele dat, kiedy doznał Jej szczególniejszej opieki. Polskie sanktuarium Matki Bożej Wspomożenia Wiernych zostało ustanowione w 2013 r. w salezjańskiej parafii w Rumii na Kaszubach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 maja

    Święty Jan Chrzciciel de Rossi, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Leoncjusz z Rostowa, biskup i męczennik
      •  Święta Joanna-Antyda Thouret, dziewica
    Święty Jan Chrzciciel de Rossi
    Jan Chrzciciel de Rossi urodził się w Voltaggio koło Genui (Włochy) 22 lutego 1698 roku. Kiedy miał 13 lat, pod swoją opiekę w Rzymie wziął go krewny, który pełnił obowiązki proboszcza przy kościele Matki Bożej in Cosmedin. Ksiądz kanonik Wawrzyniec de Rossi pomógł swojemu bratankowi w studiach, a potem wysłał go na studia filozoficzne do słynnego Kolegium Rzymskiego. Młodzieniec po uwieńczeniu tych studiów doktoratem poszedł za przykładem stryja i wstąpił do seminarium duchownego. W trosce o swoje uświęcenie oddał się tak intensywnie modlitwie i praktykom pokutnym, że zapadł poważnie na zdrowiu i musiał przerwać studia. W tym okresie wystąpiły u niego pierwsze objawy epilepsji, które miały go już nigdy nie opuścić. Ta choroba stanie się też bezpośrednią przyczyną jego śmierci.
    Po roku przerwy Jan de Rossi rozpoczął studia teologiczne na akademii papieskiej, prowadzonej przez dominikanów w Rzymie. Równocześnie wolny czas poświęcał młodym studentom, którzy gromadzili się przy poszczególnych kościołach w tak zwanych “oratoriach” dla swojego religijnego dokształcenia i postępu w cnotach.
    Dnia 8 marca 1721 roku Jan de Rossi otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwszą Mszę świętą odprawił w kościele jezuitów św. Ignacego przy ołtarzu św. Alojzego, którego obrał sobie za szczególnego patrona. Pokrzepiał się widokiem tysięcy pielgrzymów, nawiedzających miejsca święte w Rzymie. Ze smutkiem jednak patrzył, jak pielgrzymi ci byli zdani na własny los i jak nikt nie troszczył się o opiekę duchową nad nimi. Postanowił oddać się bez reszty posłudze wobec nich. Służył im dobrą radą, często pomocą także materialną, a najwięcej – pomocą duchową w konfesjonale. Pan Bóg nagrodził gorliwego kapłana, bo do jego konfesjonału garnęli się grzesznicy, by pojednać się z Bogiem. Po śmierci stryja ksiądz Jan de Rossi został na jego miejsce przyjęty do grona kanoników przy kościele Matki Bożej in Cosmedin. Z powodu choroby oczu został zwolniony z obowiązku wspólnego czytania brewiarza, dzięki temu mógł dłużej spowiadać. Zmęczony, robił wypady na pobliskie place, zbierał dzieci i ludzi przygodnych, by pouczać ich o prawdach wiary. W wolnych chwilach, jeśli się zdarzyły, odwiedzał ubogich i chorych w przytułkach, pocieszał ich, pouczał i zaopatrywał darami sakramentalnymi. Żył tak bardzo ubogo, że nie posiadał nawet najniezbędniejszych rzeczy, dzieląc się nimi z uboższymi od siebie.
    Tak wyczerpująca praca nie tylko wyniszczała jego siły i zdrowie, ale przyczyniła się do różnych dolegliwości głowy i żołądka, które znosił z heroiczną cierpliwością. Pomimo to dożył 66 lat. Pożegnał ziemię dla nieba 23 maja 1764 roku. Jego beatyfikacji dokonał papież Pius IX (+ 1878), a do chwały świętych wyniósł go papież Leon XIII dnia 8 grudnia 1881 roku. Wtedy też jego relikwie przeniesiono z kościoła Matki Bożej in Cosmedin do kościoła Świętej Trójcy i złożono je u stóp ołtarza, poświęconego jego czci. Ku czci Świętego również we wspomnianym kościele Matki Bożej, gdzie spędził niemal całe swoje kapłańskie życie, poświęcono mu piękną kaplicę. Wreszcie w roku 1940 pod jego imieniem wystawiono w Rzymie nowy kościół i założono nową parafię pod jego patronatem. Tam też przeniesiono jego śmiertelne szczątki w 1965 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    św. Jan Chrzciciel de Rossi, który zachęca nas do spowiedzi

    23 maja Kościół wspomina św. Jana Chrzciciela de Rossiego (1698, Genua – 1764, Rzym), włoskiego księdza, który poświęcił swoje życie niesieniu Bożego przebaczenia i miłosierdzia.

    Jan Chrzciciel de Rossi

    Jan Chrzciciel de Rossi

     pl.wikipedia.org

    ***

    Tak właśnie Jan Chrzciciel rozumiał swą posługę kapłańską, korzystając w szczególny sposób z sakramentu pojednania.

    Ojciec Rossi starał się być dobrym spowiednikiem: serdecznym, życzliwym i precyzyjnym w udzielaniu rad duchowych – cnót, których nie da się osiągnąć, jeśli nie jest się posłusznym łasce. W konfesjonale zarówno osoba spowiadająca się i udzielająca rozgrzeszenia, jak i osoba prosząca o przebaczenie, są przedmiotem miłości Boga, który pragnie, abyśmy stali się lepszymi ludźmi, świętszymi i osiągnęli niebo.

    Święty Jan Chrzciciel Rossi nabył szczególną wrażliwość, aby rozpoznać, jak wiele cierpi dusza, gdy odwraca się od Boga, jak wiele szkody wyrządza sobie i innym z powodu wpływu grzechu.

    Dzielenie się radością z wiedzy, że zostało ci wybaczone

    Święty powiedział kiedyś: „Zastanawiałem się, jaka jest droga do nieba i zbawienia wielu dusz. I odkryłem, że pomoc, jaką mogę dać tym, którzy chcą być zbawieni, polega na ich spowiedzi. To niesamowite, jak wielkie dobro można uczynić podczas spowiedzi”.

    Zawsze chciał być gotowy wysłuchać spowiedzi każdego, kto tego potrzebował: chorych, więźniów, i umierających; wszystkich tych, którzy chcieli porzucić grzeszne życie.

    Bóg uczy nas z dobrocią

    Juan Bautista Rossi urodził się w 1698 roku w miasteczku niedaleko Genui we Włoszech. W wieku 13 lat przeprowadził się do Rzymu, do domu swojego kuzyna, księdza, kanonika Santa Maria in Cosmedin.

    Jeszcze przed przyjęciem święceń kapłańskich Jan Chrzciciel prowadził intensywną działalność apostolską. Lata nauki były również latami działalności duszpasterskiej.

    Całkowite oderwanie się od dóbr materialnych

    Papież Benedykt XIV powierzył Janowi Chrzcicielowi opiekę nad schroniskiem dla bezdomnych. Święty przez wiele lat służył biednym i potrzebującym w tym miejscu. W trosce o duchowe dobro osób, które przyjmował, łączył troskliwą posługę z nauczaniem Słowa Bożego i katechizmem, dzięki czemu życie schroniska zawsze koncentrowało się wokół łaski, sakramentów i miłości Boga.

    23 maja 1764 roku ojciec Juan Bautista doznał zawału serca, w wieku 66 lat. Zmarł tak, jak żył, będąc biedakiem pośród biednych. Nie udało się nawet kupić trumny i pochować zmarłego, dlatego ludzie przekazywali pieniądze na pochówek. Jego pogrzeb był swego rodzaju wielkim wydarzeniem: wzięło w nim udział 260 księży, arcybiskup i wielu zakonników; wszystko to w towarzystwie rzeszy wdzięcznych dusz.

    Został kanonizowany przez papieża Leona XIII 8 grudnia 1881 roku.

     Red. na podst. aciprensa.com/Tygodnik Niedziela

    ***


    22 maja

    Święta Rita z Cascia, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Joachima de Vedruna, zakonnica
    Święta Rita z Cascia
    Rita należy do najbardziej popularnych świętych na świecie. Urodziła się około 1380 r. w rodzinie ubogich górali w Rocca Porena, niedaleko Cascii (Umbria) jako jedyne dziecko. Według podania miała być dzieckiem wymodlonym przez pobożnych rodziców. Na chrzcie otrzymała imię Małgorzata (Rita jest jego zdrobnieniem). Na życzenie rodziców wyszła za mąż. Związek ten był jednak bardzo nieudany. Porywczy, brutalny mąż był powodem wielu jej dramatów. Rita znosiła swój los z anielską cierpliwością. Mąż Rity zginął zabity w porachunkach zwaśnionych rodów.
    Rita była matką dwóch synów, z którymi miała kłopoty wychowawcze. Bojąc się, by nie kontynuowali wendety, prosiła Boga, aby raczej zabrał ich ze świata niż mieliby stać się zabójcami. Bóg wysłuchał tej prośby. Obaj młodzieńcy, którzy planowali pomścić ojca, zmarli podczas epidemii. Rita jako trzydziestokilkuletnia wdowa wstąpiła do zakonu augustianek, które miały swój klasztor w Cascii. Ponieważ była analfabetką, została przyjęta do sióstr “konwersek”, które były przeznaczone do codziennej posługi w klasztorze. Z całą radością, z miłości dla Oblubieńca, spełniała najniższe posługi w klasztorze. Często w ciągu dnia i nocy całowała z miłością obrączkę zakonną, która symbolizowała jej mistyczne zaślubiny z Jezusem.
    Miała szczególne nabożeństwo do Bożej męki. Widziano ją nieraz, jak leżała krzyżem, zalana łzami. Kiedy pewnego dnia kaznodzieja miał kazanie o męce Pańskiej, prosiła gorąco Jezusa, by dał jej zakosztować męki chociaż jednego ciernia, który ranił Jego przenajświętszą głowę. Została wysłuchana. W czasie modlitwy poczuła nagle w głowie silne ukłucie. Na tym miejscu wytworzyła się bolesna rana, która zadawała jej nieznośne cierpienia przez 15 lat, aż do śmierci. Aby jednak uniknąć sensacji, Rita prosiła Chrystusa, by rana była ukryta, nadal jednak sprawiając cierpienia. Tak się też stało. Rita odznaczała się posłuszeństwem, duchem modlitwy i cierpliwości. Będąc prostą i niewykształconą osobą, osiągnęła szczyty kontemplacji.
    Zmarła na gruźlicę 22 maja 1457 r. w Cascii. Tam jej nienaruszone ciało spoczywa do dziś. Sanktuarium Świętej, obejmujące jej rodzinny dom w Rocca Porena oraz klasztor i kościół w Cascii, w którym została pochowana, jest miejscem tłumnych pielgrzymek. Sława świętości zaczęła ściągać do Cascii wielu pielgrzymów. Przy grobie Rity działy się nadzwyczajne rzeczy, które napełniły sławą tamtejszy klasztor. Kiedy po kilku latach wybuchł w kościele gwałtowny pożar, mimo że spalił się cały kościół, cyprysowa trumna z ciałem Rity pozostała nietknięta. Zaczęły mnożyć się wizerunki i modlitwy do służebnicy Bożej. Papież Urban VIII w roku 1628 zatwierdził jej kult. Jednak jej uroczysta kanonizacja odbyła się dopiero 24 maja 1900 r. Dokonał jej papież Leon XIII, nazywając św. Ritę “drogocenną perłą Umbrii”.
    Św. Rita jest patronką w sprawach trudnych i beznadziejnych. Jest opiekunką wielu dzieł charytatywnych i bractw. W Polsce kult św. Rity jest bardzo żywy. Szczególnym jego miejscem jest klasztor sióstr augustianek w Krakowie, gdzie w kościele św. Katarzyny przechowywane są relikwie św. Rity.W ikonografii Święta przedstawiana jest w stroju zakonnym – w czarnym habicie i w białym welonie, z cierniem na czole. Jej atrybutami są: dwoje dzieci, krucyfiks, cierń, figa, pszczoły, róża.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    21 maja

    Święty Jan Nepomucen, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci Krzysztof Magallanes, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Eugeniusz de Mazenod, biskup
      •  Błogosławiony Jacek Cormier, zakonnik
      •  Święty Iwo z Chartres, biskup
    Święty Jan Nepomucen
    Jan urodził się w 1348 r. w Pomuku (późniejsza nazwa Nepomuk) koło czeskiej Pragi. Pierwsza pewna i ścisła wiadomość o jego życiu pochodzi z roku 1370. Wówczas, będąc jeszcze klerykiem, Jan figurował w dokumentach kurii biskupiej w Pradze w charakterze notariusza. W roku 1380 został wyświęcony na kapłana i otrzymał probostwo przy kościele św. Galla (Gawła) w Pradze. Równocześnie pełnił obowiązki notariusza przy arcybiskupie Janie Jenzensteinie. W roku 1381 studiował prawo na uniwersytecie w Pradze. W latach 1382-1387 studiował także w Padwie. W roku 1387 jako doktor prawa powrócił do Pragi. Został mianowany kanonikiem przy kolegiacie św. Idziego, a w dwa lata potem również kanonikiem przy kościele świętych Piotra i Pawła w Wyszehradzie. W roku 1390 został archidiakonem i proboszczem w Zatoc (Saaz). Stąd jednak rychło arcybiskup Pragi powołał Jana na swojego wikariusza generalnego. Był to wielki zaszczyt, bowiem urząd ten dawał Janowi pierwsze miejsce po metropolicie w diecezji.
    Podczas trwającego sporu między Wacławem IV Luksemburczykiem a arcybiskupem Pragi Jan, będąc mediatorem, został uwięziony przez porywczego króla (razem z dwoma prałatami) 20 marca 1393 r. i poddany torturom. Według relacji brał w nich udział sam król. Potem na pół żywego Jana zrzucono w nocy z mostu Karola IV do rzeki Wełtawy, która przepływa przez Pragę. Ludowa legenda dodała do żywotu, że kapłanowi przywiązano kamień młyński do szyi i że kamień ten urwał się; że niezwykła jasność obudziła mieszkańców Pragi; że król, widząc poruszenie ludu, odbył pokutę i tym podobne opowieści. Według “Kroniki” Tomasza Ebendorfera z Haselbach z 1450 r. Jan zginął, ponieważ odmówił ujawnienia tajemnicy spowiedzi małżonki królewskiej – królowej Zofii. Uważany jest za pierwszego męczennika tajemnicy spowiedzi. Ciało Męczennika znaleziono dopiero po pewnym czasie (17 kwietnia) i pochowano w kościele Świętego Krzyża, położonym blisko rzeki. Z czasem przeniesiono je do grobowca pod katedrą z napisem: Johannes de Pomuk.
    Po śmierci Wacława IV (+ 1419) kult Męczennika zaczął się szerzyć spontanicznie. Szybko pojawiły się jego pierwsze życiorysy, a nawet była mu oddawana liturgiczna cześć. W wieku XVII jest już nazywany “błogosławionym” i wymieniany wśród patronów Pragi i Czech. Oficjalny proces rozpoczęto jednak dopiero w roku 1710 z polecenia cesarza Józefa I. Innocenty XIII w 1720 roku potwierdził tytuł błogosławionego. Ten sam papież zatwierdził tekst Mszy świętej i Liturgii Godzin ku czci Błogosławionego na Czechy, Austrię, Niemcy, Polskę i Litwę. Dnia 19 marca 1729 roku papież Benedykt XII ogłosił go formalnie świętym. Podobnie jak język św. Antoniego w Padwie, tak też język św. Jana Nepomucena jest zachowany cało w artystycznym, osobnym relikwiarzu katedry praskiej.
    Święty Jan jest patronem zakonu jezuitów, Pragi, spowiedników, szczerej spowiedzi, dobrej sławy i tonących oraz orędownikiem podczas powodzi. Jest także patronem mostów. Śladami niegdyś bardzo żywego kultu św. Jana Nepomucena są liczne figury stawiane zazwyczaj na rozstajach dróg i w okolicy przepraw rzecznych. Wiele takich figur można spotkać w całej Polsce. Jest także popularnym patronem kościołów i parafii.W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju kapłańskim, w sutannie, rokiecie, birecie. W ręku palma męczeńska. Niekiedy trzyma palec na ustach (symbol zachowanej tajemnicy). Jego atrybutami są: klucz, książka, kłódka, krzyż w ręce, zapieczętowany list, most, z którego został zrzucony, pieczęć, wieniec z pięciu gwiazd, wieniec z gwiazd – w środku napis TACUI – “milczałem”; woda, zamek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 maja

    Święty Bernardyn ze Sieny, prezbiter

    Święty Bernardyn ze Sieny

    Bernardyn urodził się w rodzinie szlacheckiej 8 września 1380 r. w Massa Marittima (nieopodal Sieny w Toskanii), kilka miesięcy po śmierci najsłynniejszej sienenki, św. Katarzyny, tercjarki dominikańskiej. Kiedy miał zaledwie 3 lata, stracił matkę, trzy lata później został osierocony także przez ojca, który był gubernatorem miasteczka. Na wychowanie wziął go do siebie zamożny stryj, zamieszkały w Sienie, który opłacił mu naukę. W szkole parafialnej ukończył nauki podstawowe, a w latach 1396-1399 studiował prawo na uniwersytecie w Sienie. Równocześnie studiował Pismo święte i teologię. Po otrzymaniu licencjatu z prawa kanonicznego zapisał się do Konfraterni Najświętszej Maryi. Celem tego bractwa było wewnętrzne doskonalenie się oraz posługiwanie chorym w czasie zarazy. W czasie epidemii dżumy Bernardyn, wspomagając innych, sam się zaraził i cudem wyszedł z choroby. Później opiekował się swoją niewidomą 90-letnią stryjenką.
    W 1402 r. wstąpił do franciszkanów w Sienie. W rok potem (8 września) złożył śluby zakonne, a po kolejnym roku (8 września 1404 r.) otrzymał święcenia kapłańskie. Przełożeni przeznaczyli go do małego klasztoru, położonego na wzgórzu w pobliżu Sieny, w Capiola. Tu spędził 12 lat. Korzystając z wolnego czasu, pilnie studiował Pismo święte i ojców Kościoła oraz dzieła teologiczne, zwłaszcza św. Bonawentury. Równocześnie dał się poznać jako dobry kaznodzieja, dlatego chętnie go zapraszano z kazaniami do okolicznych kościołów. Te właśnie kazania wyrobiły mu tak wielką sławę, że w roku 1417 mianowano go kaznodzieją na całą Italię.
    Bernardyn przemierzał Włochy, nawołując do pokuty i zmiany życia. Więcej jednak od słów działały na słuchaczy i widzów jego cnoty: duch zaparcia, pokuty i modlitwy. Sławę jego imienia roznosiły nadto działane przez niego cuda. Według świadectw naocznych świadków na jego kazania garnęły się tak wielkie tłumy, że żaden kościół nie mógł ich pomieścić. Musiał głosić słowo Boże na placach. Kapłani wręcz omdlewali od długich godzin spowiadania, tysiącami rozdawano Komunię świętą. Bernardyn nawracał, godził skłócone małżeństwa, wzbudzał powołania kapłańskie i zakonne. W Piemoncie spotkał się ze św. Wincentym Ferreriuszem. Wielki dominikanin udzielił mu swego błogosławieństwa i zachęcił go do dalszej apostolskiej pracy dla zbawienia dusz.
    Bernardyn wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Imienia Jezus. Nosił je wypisane barwnie na tabliczce, aby było z dala widoczne. Każde kazanie rozpoczynał od wezwania tego najsłodszego Imienia. Raz po raz przerywał przemówienie i podnosił tabliczkę w górę, a wszyscy padając na kolana oddawali hołd Imieniu Jezusa. W tym jednak nowym nabożeństwie niektórzy zaczęli dopatrywać się herezji. Oskarżono więc go przed papieżem Marcinem V (1426), a potem także przed papieżem Eugeniuszem IV (1431) i przed ojcami soboru w Bazylei (1438). Bernardyn jednak odniósł wszędzie zwycięstwo nad swoimi przeciwnikami. Papieże darzyli go tak wielkim zaufaniem, że proponowali mu nawet trzykrotnie biskupstwo: w Sienie, w Ferrarze i w Urbino. Zakonnik jednak w swojej pokorze zdołał zawsze od tego zaszczytu się wymówić. Bernardyn w latach 1438-1442 pełnił urząd wikariusza generalnego zakonu. Brał udział w Soborze Florenckim (1439), gdzie działał na rzecz zjednoczenia greckiego Kościoła ortodoksyjnego z katolickim.
    W swoim życiu zakonnym Bernardyn bardzo bolał nad tym, że bracia mniejsi tak daleko odeszli od pierwotnej reguły św. Franciszka. Postanowił za wszelką cenę dokonać w swoim zakonie reformy. Zaczął zakładać nowe konwenty w duchu zaplanowanej przez siebie obserwy – stąd jego duchowych synów nazwano obserwantami (Ordo Fratrum Minorum Regularis Observantiae, OFMRegObs). W tej pracy pozyskał sobie uczniów, którzy rozpowszechniali jego ideę. Należeli do nich m.in.: św. Jan Kapistran (+ 1456), św. Jakub z Marchii (+ 1476), bł. Mateusz z Agrigento (+ 1450), bł. Bernardyn z Feltre (+ 1494) i bł. Bernardyn z Fossa (+ 1503). Wkrótce liczba obserwantów przewyższała liczbę franciszkanów konwentualnych.
    Zmarł w Aquili (środkowe Włochy) 20 maja 1444 r. i tam go pochowano. W 6 lat po śmierci Bernardyna, 24 maja 1450 roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, papież Mikołaj V wobec niezliczonych tłumów dokonał jego kanonizacji. W uroczystości tej wzięło udział około 4000 obserwantów. Bernardyn jest twórcą cennych dzieł teologicznych. Jest patronem bernardynów, Sieny, rodzinnej miejscowości Massa Marittima oraz tkaczy, a także orędownikiem cierpiących na choroby płuc i gardła oraz cierpiących na krwotoki. Wśród bernardynów, sprowadzonych do Polski w 1452 r. przez św. Jana Kapistrana, są także polscy błogosławieni i święci: Szymon z Lipnicy (+ 1482), Jan z Dukli (+ 1481) i Władysław z Gielniowa (+ 1505). Wywarli oni poważny wpływ na życie religijne w Polsce.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie bernardyńskim; czasem jako kaznodzieja. Jego atrybutami są: u nóg trzy infuły, których odmówił; otwarta księga; krzyż z monogramem IHS; w ręku monogram IHS w promieniach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 maja

    Matka Elżbieta Róża Czacka daje nam świadectwo wiary

    Bł. Elżbieta Czacka

    19 maja obchodzimy wspomnienia bł. Elżbiety Róży Czackiej, patronki niewidomych i słabowidzących oraz osób pracujących z niepełnosprawnymi. Sama będąc niewidomą i pracując z niewidomymi dała wspaniałe świadectwo wiary.

    Życie człowieka żyjącego z wiary, choć na pozór często szare i nudne, jest w rzeczywistości pełnym treści i światła. W swoich obowiązkach widzi on wyraz woli Bożej i dlatego stara się je spełnić dokładnie z miłości ku Niemu. Ma drogę jasno wytkniętą przed sobą i dlatego ze spokojem idzie naprzód, nie oglądając się na żadne względy ludzkie. (Laski 23 lutego 1928).

    Matka Elżbieta Róża Czacka musiała w swoim życiu zmagać się z wieloma przeciwnościami, ale we wszystkim, czego doświadczała, umiała dostrzec wolę Bożą. 

    Jej świadectwo wiary było zakorzenione w miłości do Boga i do bliźniego. Nikogo nie odrzucała. To właśnie w Laskach wiele osób, będących daleko od Kościoła odnajdywało wiarę. Błogosławiona z sercem otwartym na każdego, spotykała się zarówno z ludźmi głęboko wierzącymi, jak i z tymi, którzy wiarę utracili, albo wierzyli inaczej. W jej sercu – tak, jak w Sercu Boga – było miejsce dla każdego. 

    Matka Czacka wypowiadała również czasem mocne słowa, aby pokazać, że pobożność nie zawsze jest równa wierze:

    …dusze pobożne, znające często całą literaturę pobożną wszystkich czasów, znające wszystkie systemy rozmyślania i dyskutujące o wszystkich stanach duszy i stopniach modlitwy, tak mają duszę tymi teoriami przesiąkniętą, że zapominają o podstawowych prawdach wiary i prostym, a jedynie potrzebnym stosunku do Boga.
    Chciałyby być od razu święte, a tymczasem skażona przez grzech pierworodny natura płata im swoje figle. Zdziwione i przerażone nie umieją radzić sobie w najzwyklejszych pokusach. Zachciewa się im nadzwyczajnych stanów mistycznych, a najmniejszej ofiary dla Boga spełnić nie chcą, najmniejszej przykrości znieść dla Boga. Modlą się, jak są w nastroju, ale gdy oschłość przyjdzie, opuszczają nawet obowiązkowy pacierz. Modlitwa ich nie przygotowuje ich do życia i nie uczy ich żyć. Szukają w modlitwie przyjemności, a odwracają się od twardych i nudnych obowiązków życia codziennego. W książkach pobożnych szukają nowych wrażeń. Na ustach ich wiele słów o Bogu, a w duszy ich pustka, zamieszanie i ciemności, a w obcowaniu z bliźnimi brak miłości, sądy zuchwałe a często pogarda i ton wyższości. Biedne te dusze robią wrażenie, jakby gęś chciała udawać łabędzia. (Laski 3 marca 1929)

    Błogosławiona żyła wiarą, czyli nieustannie budowała swoją pełną miłości relację z Bogiem i z ludźmi. 

    7 czerwca będziemy podczas XIX Święta Dziękczynienia dziękować Bogu za świadectwo wiary. Błogosławiona Elżbieta Róża Czacka należy do grona świadków wiary, od których możemy uczyć się wierności Bogu. Jako błogosławiona jest dla nas nie tylko nauczycielką, ale realnym wsparciem w drodze do Boga, bo w niebie wstawia się za nami.

    ***

    Bł. Elżbieta Róża Czacka

    1876-1961

    Róża Maria Czacka urodziła się 22 października 1876 roku, w Białej Cerkwi na Ukrainie, jako szóste z siedmiorga dzieci Feliksa i Zofii z d. Ledóchowskiej. Z domu rodzinnego wyniosła głęboką wiarę oraz wszechstronne wykształcenie. Od dzieciństwa miała problemy ze wzrokiem, który całkowicie utraciła w wyniku wypadku, w wieku 22 lat. Dzięki żarliwej wierze nie załamała się, ale przyjęła to wydarzenie jako znak osobistego powołania. Postanowiła poświęcić się sprawie ociemniałych, których sytuacja w tamtych czasach była wyjątkowo trudna. Nauczyła się alfabetu Braille’a, wyjechała za granicę, by poznać nowoczesne koncepcje i metody pracy z niewidomymi. W 1908 roku założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Królestwie Polskim, a rok później, po śmierci ojca, zdecydowała o przeznaczeniu swojego majątku na pomoc niewidomym. Staraniem Towarzystwa powstały w Warszawie: ochronka, szkoła powszechna, warsztaty, biblioteka brajlowska oraz tzw. patronat, pomagający dorosłym niewidomym i ich rodzinom.

    W czasie I wojny światowej Róża Czacka nie mogła wrócić do Warszawy, pozostała więc w Żytomierzu na Wołyniu, gdzie prowadząc działalność charytatywną, przygotowywała się do podjęcia życia zakonnego tercjarki. 19 listopada 1917 roku złożyła śluby wieczyste w III Zakonie św. Franciszka. Przyjęła imię zakonne siostra Elżbieta od Ukrzyżowania Pana Jezusa.

    W 1918 roku wróciła do Warszawy. Dzięki jej staraniom 1 grudnia tego roku powstało Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, którego charyzmatem była służba niewidomym na duszy i na ciele.

    W 1922 roku Matka Elżbieta rozpoczęła budowę zakładu dla niewidomych w podwarszawskich Laskach. Powstał nowoczesny kompleks, dający wychowankom wykształcenie podstawowe i zawodowe, pozwalające na samodzielne godne życie.

    Od 1925 roku Zakład dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą, za sprawą matki Elżbiety, której towarzyszył w pracy jako kapelan Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, stał się centrum działalności na rzecz osób ociemniałych oraz ośrodkiem duchowości.

    W czasie II wojny światowej Zakład w Laskach służył wsparciem jednostkom AK, a w czasie Powstania Warszawskiego uruchomiono w nim szpital dla rannych. W latach 1942–1945 kapelanem Zakładu w Laskach był ks. Stefan Wyszyński.

    Po zakończeniu wojny Matka Elżbieta rozpoczęła odbudowę zniszczonego Zakładu dla Niewidomych. Zły stan zdrowia zmusił ją w 1950 roku do wycofania się z kierowania Zakładem dla Niewidomych i Zgromadzeniem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, ale duchowo nieustannie je wspierała. To dzieło jej życia stale się rozwija i pomaga wielu osobom nie tylko fizycznie, ale również duchowo.

    Niewidoma Matka niewidomych zmarła w opinii świętości 15 maja 1961 roku w Laskach. Swoim pokornym i cichym życiem służby dała przykład aktualnego i dziś zawołania: „Przez krzyż do nieba”. 

    Beatyfikacja kardynała Wyszyńskiego i Matki Czackiej w Świątyni Opatrzności Bożej, 12.09.2021.

    Beatyfikacja Matki Elżbiety Róży Czackiej odbyła się 12 września 2021 roku w Świątyni Opatrzności Bożej. Podczas tej samej uroczystości beatyfikowany został Prymas Stefan Wyszyński.

    Centrum Opatrzności Bożej/Warszawa Wilanów

    ***

    19 maja

    Święty Kryspin z Viterbo, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Urban I, papież
      •  Święty Iwo Helory, prezbiter
      •  Święty Piotr Celestyn, papież i pustelnik
    Święty Kryspin z Viterbo
    Piotr Fioretti urodził się 13 listopada 1668 r. w skromnej włoskiej rodzinie. W 1693 r. wstąpił w Palanzono do kapucynów. Był u nich kolejno szewcem, ogrodnikiem, infirmarzem oraz kwestarzem, najdłużej, bo w latach 1702-1748, w Orvieto. Przy tym wszystkim był zawsze pogodny. Promieniował czułym nabożeństwem do Matki Najświętszej, które nacechowane było pewną poetycznością. Słynął ponadto z niezwykłych łask oraz z mądrych rad, po które przychodziło do niego wielu. Świadectwem tej działalności są jego listy.
    Zmarł 19 maja 1750 r. w Rzymie, w klasztorze Santa Maria della Concezione (przy Vittorio Veneto). Beatyfikował go w roku 1806 Pius VII, kanonizował zaś w 1982 r. św. Jan Paweł II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 maja

    Święty Stanisław Papczyński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Jan I, papież i męczennik
      •  Święty Eryk IX Jedvardsson, król
      •  Święty Feliks z Cantalice, zakonnik
    Święty Stanisław Papczyński
    Stanisław Papczyński urodził się 18 maja 1631 r. w Podegrodziu. Był synem Tomasza Papki, kowala, i Zofii z domu Tacikowskiej. Ochrzczony został imieniem Jan, które później zmienił. Już jako dziecko bawił się inaczej niż inne dzieci. Sporządzał małe “ołtarzyki”, organizował procesje podobne do kościelnych. Od wczesnej młodości wyróżniał się wielkim nabożeństwem do Opatrzności Bożej, Męki Pańskiej, Najświętszego Sakramentu, Najświętszej Maryi Panny, był też gorącym orędownikiem modlitwy za dusze czyśćcowe. Naukę zaczął w szkole parafialnej w rodzinnym Podegrodziu, kontynuował ją natomiast w Nowym Sączu. Kształcił się też krótko w kolegium jezuickim w Jarosławiu, potem udał się do kolegium jezuitów we Lwowie, gdzie jednak nie został przyjęty. Przez pewien czas był korepetytorem, ale zapadł na ciężką chorobę i cudownie uleczony w 1649 r., wrócił do Podegrodzia. Dalszą naukę podjął kolejno w kolegium pijarów w Podolińcu i w kolegium jezuitów we Lwowie; musiał to miasto opuścić z powodu wojny; trafił także do kolegium jezuitów w Rawie Mazowieckiej.
    Po ukończeniu nauki zdecydował się wstąpić do zakonu pijarów z powodu maryjnego charakteru tego zgromadzenia. W 1656 r. złożył śluby zakonne, a 12 marca 1661 r. przyjął w Brzozowie k. Rzeszowa święcenia kapłańskie z rąk biskupa przemyskiego Stanisława Tarnowskiego. Pracował jako kaznodzieja, moderator bractwa Matki Bożej Łaskawej, prefekt w kolegium, dwukrotnie był czasowym zastępcą rektora w domu zakonnym w Warszawie. Był też cenionym spowiednikiem. Wiadomo, że spowiadał m.in. nuncjusza papieskiego w Polsce Antonio Pignatellego (przebywającego w Polsce w latach 1660-1668), który później został papieżem Innocentym XII.
    27 września 1667 r. wyjechał do Rzymu na wezwanie przełożonego generalnego. W 1668 r. został wysłany przez generała do Nikolsburga (Mikulov, Czechy), a rok później we wrześniu przyjechał do rezydencji pijarów na Kazimierzu w Krakowie. W styczniu 1670 r. został uwięziony, najpierw w domu zakonnym w Podolińcu, a później w Prievidzy (Słowacja). Po 3 miesiącach został zwolniony i wrócił na Kazimierz i oddał się pod opiekę biskupa. Zrażony panującą wśród pijarów tendencją do łagodzenia reguły, w 1670 r. poprosił o zwolnienie ze ślubów i przystąpił do zakładania nowego dzieła apostolskiego. 11 grudnia tego roku z rąk wiceprowincjała M. Krausa otrzymał dyspensę papieską i jednocześnie w obecności tych samych osób dokonał aktu oblatio z zamiarem założenia Zakonu Marianów od Niepokalanego Poczęcia NMP.
    Od 1671 r. przez dwa lata był kapelanem u Karskich w Luboczy, tu przyjął biały habit na cześć Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. 30 września 1673 r. za radą o. Franciszka Wilgi, kameduły, i za zgodą biskupa Stefana Wierzbowskiego, o. Papczyński przybył do Puszczy Korabiewskiej (zwanej potem Maryjańską, obecnie – Mariańską), gdzie został przełożonym wspólnoty pustelników. Biskup Jacek Święcicki, archidiakon i oficjał warszawski, podczas wizytacji 24 października 1673 r. zatwierdził dekretem pierwszy klasztor zakonu marianów. Ten moment uważa się za początek historii Zgromadzenia Księży Marianów. W 1677 r. fundacja instytutu Księży Eremitów Marianów w Puszczy Korabiewskiej została zaaprobowana przez Sejm Rzeczypospolitej. W tym samym roku biskup poznański Stefan Wierzbowski zaprosił marianów do tworzonej właśnie Nowej Jerozolimy (obecnie Góra Kalwaria). Stanisław Papczyński wraz ze swoją wspólnotą roztoczył tam opiekę duszpasterską nad pielgrzymami.
    W czerwcu 1684 r. Założyciel zwołał w Puszczy Korabiewskiej pierwszą kapitułę generalną, a sześć lat później pojechał do Rzymu, by uzyskać aprobatę papieską dla mariańskiego instytutu. Jednak choroba pokrzyżowała jego plany i musiał wrócić, nie osiągnąwszy celu. Jesienią 1698 r. wysłał do Rzymu w tej samej sprawie o. Joachima Kozłowskiego. 21 września 1699 r. zakon marianów uzyskał aprobatę od Stolicy Apostolskiej; po przyjęciu “Reguły Dziesięciu Cnót Najświętszej Maryi Panny” i agregacji do zakonu Braci Mniejszych zakon marianów stał się zakonem o ślubach uroczystych. 15 października tego roku powstała trzecia fundacja w Goźlinie.
    6 czerwca 1701 r. o. Stanisław Papczyński złożył w Warszawie uroczyste śluby na ręce nuncjusza apostolskiego Franciszka Pignatellego (w Polsce w latach 1700-1703). Miesiąc później przyjął profesję zakonną swoich współbraci. Przez ostatnie lata założyciel marianów stopniowo zapadał na zdrowiu i 17 września 1701 r. umarł w Górze Kalwarii, gdzie też w kościele Wieczerzy Pańskiej został pochowany. Do dziś jego doczesne szczątki doznają czci w tym maleńkim kościele na Mariankach w Górze Kalwarii.
    Beatyfikacji o. Stanisława dokonał 16 września 2007 r. w Licheniu kard. Tarcisio Bertone, legat papieski. Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 18 maja – w dniu urodzin.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    17 maja

    Błogosławiona Antonia Mesina, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Paschalis Baylon, zakonnik
    Błogosławiona Antonia Mesina
    Antonia przyszła na świat 21 czerwca 1919 roku w Orgosolo, w pobliżu Nuoro, na Sardynii. Była drugim z dziesięciorga dzieci skromnego pracownika lokalnej administracji. Jej dzieciństwo wypełnione było pokorną służbą, ubóstwem i modlitwą. Bóg już w pierwszych latach jej życia przygotowywał dziewczynkę na przyjęcie łaski męczeństwa. Swym dziecięcym sercem gorąco służyła rodzicom i Bogu.
    Nie znamy zbyt wielu faktów z jej życia. W latach szkolnych zaangażowała się w działalność Akcji Katolickiej. Już wtedy bezgranicznie chciała służyć potrzebującym i ubogim. Jej życie rozpoczęło się zaraz po wielkiej burzy I wojny światowej. Pozostało po nim świadectwo dziewiczej miłości do Boga i Matki Przenajświętszej. W ciszy radości, na uboczu, przyszła na świat. W ciszy cierpienia, na uboczu, odeszła do nieba. Był dzień 17 maja 1935 roku w Orgosolo. Zakończyła życie ziemskie w wieku 16 lat, gdy podczas zbierania chrustu, w lesie, została zamordowana przez chcącego ją zgwałcić młodzieńca. Umarła, wybaczając swemu prześladowcy. Uroczysty pogrzeb Antonii stał się pierwszym aktem czci, oddanej jej przez wszystkich mieszkańców parafii.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją papież św. Jan Paweł II w dniu 4 października 1987 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 maja

    Święty Andrzej Bobola, prezbiter i męczennik
    patron Polski

    Święty Andrzej Bobola
    Andrzej urodził się 30 listopada 1591 r. w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, bardzo przywiązanej do religii katolickiej. Nauki humanistyczne wstępne i średnie wraz z retoryką Andrzej pobierał w jednej ze szkół jezuickich, prawdopodobnie w Wilnie, w latach 1606-1611. Tu zdobył sztukę wymowy i doskonałą znajomość języka greckiego, co ułatwiło mu w przyszłości rozczytywanie się w greckich ojcach Kościoła i dyskusje z teologami prawosławnymi.
    31 lipca 1611 r., w wieku 20 lat, wstąpił do jezuitów w Wilnie. Po dwóch latach nowicjatu złożył w 1613 r. śluby proste. W latach 1613-1616 studiował filozofię na Akademii Wileńskiej, kończąc studia z wynikiem dobrym. Ówczesnym zwyczajem jako kleryk został przeznaczony do jednego z kolegiów do pracy pedagogicznej. Po dwóch latach nauczania młodzieży (1616-1618), najpierw w Brunsberdze (Braniewie), w stolicy Warmii, a potem w Pułtusku, wrócił na Akademię Wileńską na dalsze studia teologiczne (1618-1622), które ukończył święceniami kapłańskimi (12 marca 1622 r.). Rok później dopuszczony został do tak zwanej “trzeciej probacji” w Nieświeżu.
    W latach 1623-1624 był rektorem kościoła, kaznodzieją, spowiednikiem, misjonarzem ludowym i prefektem bursy dla ubogiej młodzieży w Nieświeżu. Jako misjonarz, Andrzej obchodził zaniedbane wioski, chrzcił, łączył sakramentem pary małżeńskie, wielu grzeszników skłonił do spowiedzi, nawracał prawosławnych. W latach 1624-1630 kierował Sodalicją Mariańską mieszczan, prowadził konferencje z Pisma świętego i dogmatyki. Wreszcie został mianowany rektorem kościoła w Wilnie. W latach 1630-1633 był przełożonym nowo założonego domu zakonnego w Bobrujsku. Następnie przebywał w Połocku w charakterze moderatora Sodalicji Mariańskiej wśród młodzieży tamtejszego kolegium (1633-1635). W roku 1636 był kaznodzieją w Warszawie. W roku 1637 pracował ponownie w Połocku jako kaznodzieja i dyrektor studiów młodzieży. W latach 1638-1642 pełnił w Łomży urząd kaznodziei i dyrektora w szkole kolegiackiej. W latach 1642-1643 ponownie w Wilnie pełnił funkcję moderatora Sodalicji Mariańskiej i kaznodziei. Podobne obowiązki spełniał w Pińsku (1643-1646), a potem ponownie w Wilnie (1646-1652). Od roku 1652 pełnił w Pińsku urząd kaznodziei w kościele św. Stanisława. W tym czasie oddawał się pracy misyjnej nad ludem w okolicach Pińska.
    Z relacji mu współczesnych wynika, że Andrzej był skłonny do gniewu i zapalczywości, do uporu we własnym zdaniu, niecierpliwy. Jednak zostawione na piśmie świadectwa przełożonych podkreślają, że o. Andrzej pracował nad sobą, że miał wybitne zdolności, był dobrym kaznodzieją, miał dar obcowania z ludźmi. Dowodem tego były usilne starania ówczesnego prowincjała zakonu w Polsce u generalnego przełożonego, aby o. Andrzeja dopuścić do “profesji uroczystej”, co było przywilejem tylko jezuitów najzdolniejszych i moralnie stojących najwyżej. Wytrwałą pracą nad sobą o. Andrzej doszedł do takiego stopnia doskonałości chrześcijańskiej i zakonnej, że pod koniec życia powszechnie nazywano go świętym. Dzięki Bożej łasce potrafił wznieść przeciętność na wyżyny heroizmu.
    Andrzej wyróżniał się żarliwością o zbawienie dusz. Dlatego był niezmordowany w głoszeniu kazań i w spowiadaniu. Mieszkańcy Polesia żyli w wielkim zaniedbaniu religijnym. Szerzyła się ciemnota, zabobony, pijaństwo. Andrzej chodził po wioskach od domu do domu i nauczał. Nazwano go apostołem Pińszczyzny i Polesia. Pod wpływem jego kazań wielu prawosławnych przeszło na katolicyzm. Jego gorliwość, którą określa nadany mu przydomek “łowca dusz – duszochwat”, była powodem wrogości ortodoksów. W czasie wojen kozackich przerodziła się w nienawiść i miała tragiczny finał.
    Pińsk jako miasto pogranicza Rusi i prawosławia był w tamtym okresie często miejscem walk i zatargów. Zniszczony w roku 1648, odbity przez wojska polskie, w roku 1655 zostaje ponownie zajęty przez wojska carskie, które wśród ludności miejscowej urządziły rzeź. W roku 1657 Pińsk jest w rękach polskich i jezuici mogą wrócić tu do normalnej pracy. Ale jeszcze w tym samym roku Kozacy ponownie najeżdżają Polskę. W maju roku 1657 Pińsk zajmuje oddział kozacki pod dowództwem Jana Lichego. Najbardziej zagrożeni jezuici: Maffon i Bobola opuszczają miasto i chronią się ucieczką. Muszą kryć się po okolicznych wioskach. Dnia 15 maja o. Maffon zostaje ujęty w Horodcu przez oddział Zielenieckiego i Popeńki i na miejscu ponosi śmierć męczeńską.
    Andrzej Bobola schronił się do Janowa, odległego od Pińska około 30 kilometrów. Stamtąd udał się do wsi Peredił. 16 maja do Janowa wpadły oddziały i zaczęły mordować Polaków i Żydów. Wypytywano, gdzie jest o. Andrzej. Na wiadomość, że jest w Peredilu, wzięli ze sobą jako przewodnika Jakuba Czetwerynkę. Andrzej na prośbę mieszkańców wsi, którzy dowiedzieli się, że jest poszukiwany, chciał użyczonym wozem ratować się ucieczką. Kiedy dojeżdżali do wsi Mogilno, napotkali oddział żołnierzy.
    Z Andrzeja zdarto suknię kapłańską, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano go do słupa i zaczęto bić nahajami. Kiedy ani namowy, ani krwawe bicie nie złamało kapłana, aby się wyrzekł wiary, oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z niej koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę tak, aby jednak nie pękła czaszka. Zaczęto go policzkować, aż wybito mu zęby, wyrywano mu paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Odwiązali go wreszcie oprawcy i okręcili sznurem, a dwa jego końce przymocowali do siodeł. Andrzej musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc. W Janowie przyprowadzono go przed dowódcę. Ten zapytał: “Jesteś ty ksiądz?”. “Tak”, padła odpowiedź, “moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się”. Na te słowa dowódca zamierzył się szablą i byłby zabił Andrzeja, gdyby ten nie zasłonił się ręką, która została zraniona.
    Kapłana zawleczono więc do rzeźni miejskiej, rozłożono go na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało do kości na głowie, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypywano sieczką, odcięto mu nos, wargi, wykłuto mu jedno oko. Kiedy z bólu i jęku wzywał stale imienia Jezus, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język u nasady. Potem powieszono go twarzą do dołu. Uderzeniem szabli w głowę dowódca zakończył nieludzkie męczarnie Andrzeja Boboli dnia 16 maja 1657 roku.
    Kozacy wkrótce wycofali się do miasta. Ciało Męczennika przeniesiono do miejscowego kościoła. Jezuici przenieśli je potem do Pińska i pochowali w podziemiach kościoła klasztornego. Po latach o miejscu pochowania Andrzeja zapomniano. Dnia 16 kwietnia 1702 roku Andrzej ukazał się rektorowi kolegium pińskiego i wskazał, gdzie w krypcie kościoła pod ołtarzem głównym znajduje się jego grób. Ciało znaleziono nietknięte, mimo że spoczywało w wilgotnej ziemi. Było nawet giętkie, jakby niedawno zmarłego człowieka. Zaczęły się mnożyć łaski i cuda. Od roku 1712 podjęto starania o beatyfikację. Niestety, kasata jezuitów i wojny, a potem rozbiory przerwały te starania. Ponownie Andrzej miał ukazać się w Wilnie w 1819 r. dominikaninowi, o. Korzenieckiemu, któremu przepowiedział wskrzeszenie Polski (będącej wówczas pod zaborami) i to, że zostanie jej patronem. Ku wielkiej radości Polaków beatyfikacja miała miejsce dnia 30 października 1853 roku.
    W roku 1820 jezuici zostali usunięci z Rosji, a opiekę nad ciałem Świętego objęli pijarzy (1820-1830). Relikwie przeniesiono potem do kościoła dominikanów. Wreszcie po wydaleniu dominikanów (1864) przejęli straż nad kościołem i relikwiami kapłani diecezjalni. W roku 1917 przy udziale metropolity mohylewskiego Edwarda von Roppa dokonano przełożenia relikwii. W roku 1922, po wybuchu rewolucji, ciało zostało przeniesione do Moskwy do muzeum medycznego. W roku 1923 rząd rewolucyjny na prośbę Stolicy Apostolskiej zwrócił śmiertelne szczątki bł. Andrzeja. Przewieziono je do Watykanu do kaplicy św. Matyldy, a w roku 1924 do kościoła jezuitów w Rzymie Il Gesu. 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, Pius XI dokonał uroczystej kanonizacji bł. Andrzeja (wraz z bł. Janem Leonardim i bł. Salvatorem de Horta). W roku 1938 relikwie św. Andrzeja zostały uroczyście przewiezione do kraju. Przejazd relikwii specjalnym pociągiem przez Lublianę, Budapeszt do Polski, a następnie przez wiele polskich miast (w tym Kraków, Poznań, Łódź aż do Warszawy) był wielkim wydarzeniem. W każdym mieście na trasie organizowano uroczystości z oddaniem czci świętemu Męczennikowi. W Warszawie, po powitaniu w katedrze, relikwie spoczęły w srebrno-kryształowej trumnie-relikwiarzu w kaplicy jezuitów przy ul. Rakowieckiej. W roku 1939 relikwie zostały przeniesione do kościoła jezuitów na Starym Mieście. Podczas pożaru tego kościoła trumnę przeniesiono do dominikańskiego kościoła św. Jacka, by w roku 1945 przenieść ją ponownie do kaplicy przy ul. Rakowieckiej. Tam do dziś szczątki doznają czci w nowo wybudowanym kościele św. Andrzeja Boboli, podniesionym do rangi narodowego sanktuarium. Warto jeszcze dodać, że z okazji 300-letniej rocznicy śmierci św. Andrzeja papież Pius XII wydał osobną encyklikę (16 V 1957), wychwalając wielkiego Męczennika.
    W kwietniu 2002 r. watykańska Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przychylając się do prośby Prymasa Polski kard. Józefa Glempa, nadała św. Andrzejowi Boboli tytuł drugorzędnego patrona Polski. Od tej pory obchód ku jego czci podniesiony został w całym kraju do rangi święta. Uroczystego ogłoszenia św. Andrzeja Boboli patronem Polski dokonał kard. Józef Glemp w Warszawie podczas Mszy świętej w sanktuarium ojców jezuitów, w którym są przechowywanie relikwie Świętego, 16 maja 2002 r. Święty jest ponadto patronem metropolii warszawskiej, archidiecezji warmińskiej, diecezji drohiczyńskiej, łomżyńskiej, pińskiej i płockiej. Jest czczony także jako patron kolejarzy.W ikonografii św. Andrzej Bobola przedstawiany jest w stroju jezuity z szablami wbitymi w jego kark i prawą rękę lub jako wędrowiec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 maja

    Święty Szymon Stock, zakonnik

    Święty Szymon otrzymuje od Maryi szkaplerz
    Szymon urodził się w 1175 r. w hrabstwie Kentu, w Anglii. Jako młodzieniec opuścił dom rodzinny i udał się na pustkowie, by tam poświęcić się wyłącznie życiu bogomyślnemu. Celę urządził sobie w pniu starego dębu. Stąd jego drugie imię: Szymon Pień (ang. stock – pień). Kiedy Turcy zmusili karmelitów do opuszczenia Ziemi Świętej, ci przybyli do Anglii (1237). Szymon wkrótce wstąpił do tego kontemplacyjnego zakonu, a w roku 1245 na kapitule w Aylesford wybrano go jego generałem. Podczas jego kadencji karmelici stali się popularnym zakonem w całej Europie. Mieszkając dotychczas zazwyczaj na pustkowiu w eremach, swoje obowiązki duszpasterskie podjęli teraz (po zmianach w regule wprowadzonych przez Szymona Stocka) także w miastach.
    Szymon jest jednak znany przede wszystkim w związku z nabożeństwem szkaplerza. W roku 1251 miał wizję, podczas której Maryja miała mu wręczyć szkaplerz i zapewnić, że wszyscy, którzy będą go nosić, cieszyć się będą szczególnym błogosławieństwem, a po śmierci unikną wiecznej kary. Szkaplerz – to długi, rozcięty po bokach płaszcz bez rękawów. Noszą go zakonnicy. Ma różne kolory, w zależności od zakonu: biały, czarny, brązowy. Szkaplerz karmelitański przybrał okrojoną formę dwóch płócienek zawieszonych na szyi lub medalika, na którym jest przedstawiony.
    Szymon Stock zmarł 16 maja 1265 r. w Bordeaux podczas wizytacji jednego z francuskich klasztorów. Oprócz nabożeństwa szkaplerznego pozostawił po sobie kilka pism, m.in. O pokucie chrześcijańskiej, kilka homilii, kilka listów oraz dwie antyfony ku czci Najświętszej Maryi Panny.W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako mnich w habicie karmelitów, czasami w scenach z Matką Bożą, która wręcza mu szkaplerz lub wraz ze Świętym wyprowadza z czyśćca cierpiących. Jego atrybutem jest pies przynoszący chleb.

    ***

    15 maja

    Święta Zofia, wdowa, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Izydor Oracz
      •  Święta Małgorzata z Kortony
      •  Błogosławiona Zofia Maciejowska Czeska, zakonnica
    Święta Zofia z trzema córkami
    Greckie imię Zofia znaczy tyle, co “mądrość”. W IV w. Konstantyn I Wielki wystawił w Konstantynopolu bazylikę ku czci “Mądrości Bożej”, którą w wieku VI cesarz Justynian (+ 565) rozbudował i upiększył tak dalece, iż należała do najwspanialszych świątyń chrześcijaństwa. Być może, że właśnie ta świątynia Hagia Sophia (Świętej Mądrości Bożej) spopularyzowała imię Zofii.
    Posiadamy wiele żywotów św. Zofii w różnych językach, co świadczy, jak bardzo jej kult był powszechny. Są to jednak żywoty bardzo późne (wiek VII i VIII) i podają tak nieraz sprzeczne informacje, że trudno z nich coś pewnego wydobyć. Według tych tekstów Zofia miała mieszkać w Rzymie w II w. za czasów Hadriana I. Była wdową i miała trzy córki: Pistis, Elpis i Agape (Wiarę, Nadzieję i Miłość). Dziewczynki miały mieć odpowiednio 12, 10 i 9 lat. Namiestnik Antioch wezwał Świętą, by złożyła ofiarę kadzidła na ołtarzu bogini Diany. Kiedy Zofia stanowczo odmówiła, wyprowadzono jej nieletnie dzieci i poddano na oczach matki wyszukanym torturom. Nie załamało to wszakże bohaterskiej matki. Owszem, zdobyła się na to, że zachęcała swoje dzieci do wytrwania. Namiestnik, zdumiony takim męstwem, miał pozostawić Zofię przy życiu. Ta jednak zmarła z boleści za córkami na ich grobie.
    Inna wersja wspomina, że Zofia miała pochodzić z Mediolanu. Tam też miała ponieść wraz z córkami męczeńską śmierć. Papież Paweł I (756-767) sprowadził jej relikwie do kościoła S. Silvestro in Capite w Rzymie. Ze wszystkich opisów jedno wydaje się pewne: że taka Święta żyła, miała trzy córki i została umęczona za wiarę. Utwierdza nas w tym kult Zofii, bardzo wczesny i powszechny zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Dalszy rozwój jej kultu miał miejsce w połowie VII w. z chwilą sprowadzenia jej relikwii do alzackiego klasztoru w Eschau oraz za pontyfikatu papieża Sylwestra II. Obecnie relikwie wszystkich męczennic znajdują się w krypcie kościoła św. Pankracego w Rzymie. Zofia jest patronką matek, wdów, wzywana bywa w niedoli i w przypadku szkód wyrządzonych przez przymrozki.W ikonografii św. Zofia przedstawiana jest w otoczeniu trzech córek: Wiary, Nadziei i Miłości, trzymających w dłoniach krzyże. Mają często korony na głowach, a także miecze w dłoniach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 maja

    Święty Maciej, Apostoł

    Święty Maciej Apostoł
    Z Dziejów Apostolskich wynika, że Maciej był jednym z pierwszych uczniów Jezusa. Wybrany został przez Apostołów do ich grona na miejsce Judasza, po jego zdradzie i samobójstwie (Dz 1, 15-26). Maciejowi udzielono święceń biskupich i władzy apostolskiej przez nałożenie rąk.
    Piotr był przekonany, że tak jak Stary Testament opierał się na 12 synach Jakuba patriarchy, tak i Nowy Testament miał się opierać na 12 Apostołach. Skoro zaś liczba ta została zdekompletowana, należało ją uzupełnić. Tego samego zdania byli także inni Apostołowie. Rozstrzyganie spornych spraw przez losowanie było wówczas zwyczajem powszechnie przyjętym. Nie decydowała tu jednak przypadkowość czy jakiś inny wzgląd, ale głęboka wiara w nadprzyrodzoną interwencję Ducha Świętego. Wyraźnie wskazują na to słowa Księcia Apostołów: “Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś” (Dz 1, 24).
    Poza opisem powołania nie ma o nim pewnych informacji. Według Euzebiusza z Cezarei, św. Maciej był jednym z 72 uczniów Pana Jezusa. Był pochodzenia żydowskiego, jak na to wskazuje pochodzenie wszystkich Apostołów, a także uczniów Chrystusa. Także hebrajskie imię teoforyczne Mattatyah (greckie Theodoros lub łacińskie Adeodatus – dar Jahwe) wskazuje na żydowskie pochodzenie Apostoła.
    O pracy apostolskiej św. Macieja nie możemy wiele powiedzieć, chociaż w starożytności chrześcijańskiej krążyło wiele legend na jej temat. Według nich miał on głosić najpierw Ewangelię w Judei, potem w Etiopii, wreszcie w Kolchidzie, a więc na rubieżach Słowian. Miał jednak ponieść śmierć męczeńską w Jerozolimie, ukamienowany jako wróg narodu żydowskiego i jego zdrajca. Natomiast Klemens Aleksandryjski (+ 215), najbliższy czasom św. Macieja, wyraża opinię, że Maciej zmarł śmiercią naturalną ok. roku 50 (inni podają rok 80). Wśród pism apokryficznych o św. Macieju zachowały się jedynie fragmenty tak zwanej Ewangelii św. Macieja oraz fragmenty Dziejów św. Macieja. Oba pisma powstały w wieku III i mają wyraźnie zabarwienie gnostyckie. Po prostu imieniem Apostoła chcieli posłużyć się jako szyldem heretycy, aby swoim błędom dać większą powagę i pozory prawdy.
    Relikwie św. Macieja miała odnaleźć według podania św. Helena, cesarzowa, matka Konstantyna Wielkiego. W czasach późniejszych miały zostać rozdzielone dla wielu kościołów. Są one obecnie w Rzymie w bazylice Matki Bożej Większej, w Trewirze w Niemczech i w kościele św. Justyny w Padwie. W Trewirze kult św. Macieja był kiedyś bardzo rozwinięty. Św. Maciej jest patronem Hanoweru oraz m.in. budowniczych, kowali, cieśli, stolarzy, cukierników i rzeźników oraz alkoholików i chorych na ospę. Wzywają go niepłodne małżeństwa oraz chłopcy rozpoczynający szkołę.W ikonografii przedstawiany jest św. Maciej w długiej, przepasanej tunice i w płaszczu. Jego atrybuty: halabarda, księga, krzyż; kamienie, miecz, topór, włócznia – którymi miał być dobity.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 maja

    Najświętsza Maryja Panna Fatimska

    Zobacz także:
      •  Święty Serwacy, biskup
      •  Święta Maria Dominika Mazzarello, dziewica
    Trójka dzieci z Fatimy: Hiacynta, Franciszek i Łucja
    W 1916 r. w niewielkiej portugalskiej miejscowości o nazwie Fatima trójce pobożnych dzieci: sześcioletniej Hiacyncie, jej o dwa lata starszemu bratu Franciszkowi oraz ich ciotecznej siostrze, dziewięcioletniej Łucji, ukazał się Anioł Pokoju. Miał on przygotować dzieci na przyjście Maryi.
    Pierwsze objawienie Matki Najświętszej dokonało się 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: “Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z Nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Podczas drugiego objawienia, 13 czerwca, Maryja obiecała zabrać wkrótce do nieba Franciszka i Hiacyntę. Łucji powiedziała, że Pan Jezus pragnie posłużyć się jej osobą, by Maryja była bardziej znana i kochana, by ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Dusze, które ofiarują się Niepokalanemu Sercu Maryi, otrzymają ratunek, a Bóg obdarzy je szczególną łaską. Trzecie objawienie z 13 lipca przedstawiało wizję piekła i zawierało prośbę o odmawianie różańca.
    Następnego objawienia 13 sierpnia nie było z powodu aresztowania dzieci. Piąte objawienie 13 września było ponowieniem prośby o odmawianie różańca. Ostatnie, szóste objawienie dokonało się 13 października. Mimo deszczu i zimna w dolinie zgromadziło się 70 tys. ludzi oczekujących na cud. Cudem słońca Matka Boża potwierdziła prawdziwość swoich objawień. Podczas tego objawienia powiedziała: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy”.
    Św. Jan Paweł II przed figurą Matki Bożej Fatimskiej
    Chociaż objawienia Matki Bożej z Fatimy, jak wszystkie objawienia prywatne, nie należą do depozytu wiary, są przez wielu wierzących otaczane szczególnym szacunkiem. Zostały one uznane przez Kościół za zgodne z Objawieniem. Dlatego możemy, chociaż nie musimy, czerpać ze wskazówek i zachęt przekazanych nam przez Maryję.
    Z objawieniami w Fatimie wiążą się tzw. trzy tajemnice fatimskie. Pierwsze dwie ujawniono już kilkadziesiąt lat temu; ostatnią, trzecią tajemnicę, wokół której narosło wiele kontrowersji i legend, św. Jan Paweł II przedstawił światu dopiero podczas swojej wizyty w Fatimie w maju 2000 r. Sam Ojciec Święty wielokrotnie podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu dokonanego na jego życie właśnie 13 maja 1981 r. na Placu Świętego Piotra w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 maja

    Święty Leopold Mandić z Hercegnovi, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci Nereusz i Achilles, męczennicy
      •  Święty Pankracy, męczennik
      •  Błogosławiona Juta z Bielczyn
      •  Święty German, patriarcha Konstantynopola
      •  Błogosławiona Imelda Lambertini, dziewica
    Święty Leopold Mandić
    Bogdan Mandić urodził się 12 maja 1866 r. w Herceg Novi (Castelnuovo) w Dalmacji (obecnie Czarnogóra nieopodal granicy z Chorwacją). Był ostatnim z dwanaściorga dzieci w ubogiej chorwackiej rodzinie Piotra i Karoliny z domu Zarević. Wychował się w dużej biedzie materialnej, ale w atmosferze głębokiej miłości i pobożności. W 1884 roku wstąpił do kapucynów, przyjmując imię Leopold. Cztery lata później złożył śluby wieczyste. 20 września 1890 roku w Wenecji został wyświęcony na kapłana.
    Był bardzo niewielkiego wzrostu – liczył zaledwie 135 centymetrów, utykał. Mówił na tyle niewyraźnie, że przełożeni odsuwali go od głoszenia kazań. Leopold pragnął wrócić do swojej ojczyzny, aby tam propagować jedność między chrześcijanami różnych Kościołów oraz prowadzić dialog z muzułmanami i żydami. Przełożeni powierzyli mu jednak inne zadanie. Uznali, że jego “terenem misyjnym” będzie konfesjonał. Przebywając w ciasnej celi zakonnej, Leopold był po kilkanaście godzin dziennie do dyspozycji wiernych. Służył wszystkim, którzy prosili o pojednanie z Bogiem. Nie tylko udzielał rad i służył jako spowiednik, ale za penitentów ofiarował także swoje cierpienia. Posiadał charyzmat czytania w sumieniach tych, którzy przychodzili do niego po radę i pojednanie z Bogiem.

    Święty Leopold Mandić
    W 1906 r. został skierowany do pracy w klasztorze Świętego Krzyża w Padwie. W trakcie I wojny światowej trafił do więzienia, bo nie chciał się wyrzec chorwackiego obywatelstwa. Zakładał sierocińce, opiekował się ubogimi. Przez całe życie zmagał się ze słabościami i chorobami. Zmarł w wieku 76 lat 30 lipca 1942 r. w Padwie z powodu choroby nowotworowej.
    Jego beatyfikacja nastąpiła 2 maja 1976 r. i dokonał jej papież Paweł VI; św. Jan Paweł II rozciągnął jego kult na cały Kościół i wpisał go do katalogu świętych w siedem lat później, w piątą rocznicę inauguracji swego pontyfikatu – 16 października 1983 r. Nazwał go “Apostołem sakramentu pojednania”, ustanawiając go orędownikiem zarówno penitentów, jak i spowiedników. Obecnie jego wspomnienie przypada w rocznicę jego narodzin dla ziemi (12 maja).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    Św. Leopold Mandić. Był tak brzydki, że miał posługiwać tylko w konfesjonale

    SAINT LEOPOLD MANDIC

    Public Domain

    ***

    Św. Leopold był prawdziwym gigantem spowiedzi. Niektórzy zarzucali mu, że zbyt łatwo udziela rozgrzeszenia. W odpowiedzi mówił: „Panie, przebacz mi, że za dużo wybaczyłem, ale to Ty dałeś mi taki zły przykład”.

    30 lipca w kalendarzu – wśród wielu różnych imion – znajdziemy również Leopolda. Dlaczego on się tam znalazł? Odpowiedzią jest historia życia Bogdana Jana Mandicia. Urodził się on 12 maja 1866 r. Już w wieku 16 lat wstąpił do seminarium znanych sobie od dzieciństwa franciszkanów kapucynów. 8 lat później otrzymał święcenia kapłańskie w Wenecji.

    Już jako młody ksiądz o. Leopold (to imię zakonne) wyglądał niecodziennie. Miał bowiem (według różnych źródeł) 135 lub 140 cm wzrostu, utykał, mówił niewyraźnie i jąkając się, miał zaczerwienione oczy i ręce powyginane postępującym artretyzmem.

    Wymienione cechy fizyczne sprawiły, że przydzielono mu jako obowiązek duszpasterski tylko sakrament pojednania, a nie np. katechizowanie. I właśnie z zadaniem pełnienia posługi spowiednika w 1906 r. o. Mandić przyjechał do Padwy, w której pozostał aż do śmierci.

    Penitent jak gość

    Jego dzień zaczynała msza św. Potem była długa modlitwa – przygotowanie do udzielania sakramentu pokuty oraz związanych z nim porad. Następnie święty spowiadał. Od 12 do 15 godzin dziennie! Gdy zaś chętnych było wyjątkowo dużo, nawet nie robił przerw na jedzenie.

    Początkowo o. Leopold przyjmował grzeszników w konfesjonale. Z czasem – w małym, dusznym pomieszczeniu, nazywanym „salonikiem gościnności”. Zapewne dlatego, że jego gospodarz każdego penitenta traktował jak gościa, witając go na stojąco takimi słowami: „Chodź, chodź. Proszę, usiądź”. Do tych widocznie zakłopotanych sytuacją mówił natomiast: „Proszę się nie obawiać. Proszę się nie krępować”.

    Bywało przy tym, że wychodził ze  swego „saloniku” i – prowadzony nadprzyrodzoną wiedzą – samym spojrzeniem lub odezwaniem się sprawiał, że dochodziło do spowiedzi kogoś, kto wcześniej wcale nie miał zamiaru do niej przystępować.

    Spowiednik łagodny i cierpliwy. Chyba że…

    To, jak przebiegała spowiedź, zależało od czynów wiernego. Jeżeli penitent dopuszczał się występków przeciw rodzinie, współmałżonkowi albo życiu ludzkiemu, o. Leopold reagował bardzo ostro. Potrafił np. zwymyślać mężczyznę gnębiącego swoją żonę. Wobec osób spowiadających się z innych grzechów wykazywał się wielką łagodnością i cierpliwością. Przybywający do niego ludzie opowiadali również, że święty wydawał się znać ich złe uczynki jeszcze przed ujawnieniem tychże. Naprowadzał bowiem spowiadanych na te grzechy, o których zapomnieli powiedzieć lub na te, które były za trudne do samodzielnego wyznania. Po wyznaniu grzechów był czas na pouczenie, danie pokuty oraz rozgrzeszenie.

    Rady udzielane przez o. Mandicia były krótkie i pełne treści. Przykładem może być pouczenie udzielone Barnabie Gabiniemu – ostatniemu człowiekowi wyspowiadanemu przez świątobliwego franciszkanina. Gabini był wtedy młodym zakonnikiem, a  spowiednik powiedział mu tylko: „Lepsza śmierć, niż zrzucenie habitu”.

    Praktyki pokutne nakazywane przez o. Leopolda nie były uciążliwe. Jak bowiem sam mówił: „Tym, których spowiadam, daję lekkie pokuty, dlatego resztę pokuty muszę za nich odprawić sam”. Czynił to, przede wszystkim, modląc się jeszcze długo w nocy.

    Jeżeli chodzi o rozgrzeszenie, to niekiedy pojawiał się zarzut zbyt łatwego jego udzielania. W odpowiedzi, o. Leopold żartobliwie mówił: „Panie, przebacz mi, że za dużo wybaczyłem, ale to Ty dałeś mi taki zły przykład”.

    Leopold spowiadał nawet w dniu swojej śmierci

    Dodajmy, że po spotkaniu z franciszkaninem wyspowiadani już wierni doświadczali pocieszenia, umocnienia i pełni Bożego pokoju. Nic więc dziwnego, że ciągnęli do niego katolicy z całych Włoch i ze wszystkich grup społecznych: od arystokracji i biskupów po robotników. Przywiązani byli do niego szczególnie Padewczycy, którym udało się go zatrzymać wtedy, gdy dostał polecenie przeniesienia się z ich miasta do Fiume. I właśnie w Padwie o. Leopold zmarł po ciężkiej chorobie – nowotworze przełyku. Nowotwór ten nie przeszkodził mu w wyspowiadaniu w dniu śmierci (30 lipca 1942 r.) jeszcze 50 kapłanów.

    2 maja 1976 r. nasz bohater został beatyfikowany, a datę jego wspomnienia wyznaczono właśnie na 30 lipca. Kanonizacja odbyła się 16 października 1983 r. Datę wspomnienia zmieniono wtedy na dzień jego urodzin – 12 maja.

    Eryk Łażewski Aleteia.pl

    ***


    11 maja

    Święci Odon, Majol, Odylon i Hugon
    oraz błogosławiony Piotr, opaci kluniaccy

    Zobacz także:
      •  Święty Mamert, biskup
      •  Święty Ignacy z Laconi, zakonnik
      •  Święty Franciszek de Hieronimo, prezbiter
    Opactwo w Cluny zostało założone 11 września 910 r. przez księcia Akwitanii Wilhelma Pobożnego. Mianował on pierwszego opata, ale nadał opactwu przywilej nominacji kolejnych przełożonych. Dzięki temu Cluny było wolne od wpływu władzy świeckiej, podporządkowano je bezpośrednio władzy papieża.Święty Odon z ClunyPierwszym mianowanym przez zakonników opatem (a więc drugim chronologicznie) został w 927 r. Odon. Urodził się on ok. 878 r. w Maine we Francji jako syn rycerza Abbona. Wychowywał się na książęcym dworze Wilhelma Akwitańskiego. W wieku 19 lat został kanonikiem w kościele św. Marcina w Tours. Został wysłany na studia teologiczne i muzyczne do Paryża; odbył je pod duchowym kierownictwem św. Remigiusza z Auxerre. Po powrocie do domu spędził rok w pustelni na modlitwie, postach i umartwieniu. Kilka lat później wstąpił do benedyktynów w Baume. Tamtejszy opat, św. Bernon, dostrzegł w Odonie niepospolite zalety, które predysponowały go do odegrania znacznej roli w dziele reformy klasztornej. Dlatego też w roku 924 naznaczył go na swojego następcę jako opata sprawującego zwierzchność nad klasztorami w Baume i Cluny. Odon zdołał jednak objąć rządy opackie jedynie w Cluny, które odłączyło się ostatecznie od Baume. Dzięki niemu Cluny otrzymało potwierdzenie niezależności i zyskało znaczenie w ówczesnej Europie. Już w roku 937 siedemnaście klasztorów w Burgundii, Akwitanii, północnej Francji i Italii przystąpiło do reformy na wzór kluniackiej. Nie utworzyły one jeszcze formalnej kongregacji klasztorów, ale grunt do prawnego usankcjonowania międzyklasztornej więzi był przygotowany. Odon założył na Awentynie klasztor Matki Bożej, a także wprowadził reformy kluniackie do klasztorów na Monte Cassino i w Subiaco. Zmarł w Tours 18 listopada 942 r. Tam też został pochowany; jego relikwie spalili hugenoci w XVI w. Pozostawił po sobie sporą spuściznę literacką. Najcenniejszymi wśród niej są jego Collationes (eseje o moralności), długi poemat w heksametrach Occupatio, Vita sancti Geraldi Aurelianensis comitis (żywot św. Gerarda z Aurillac) oraz nieco utworów o charakterze liturgicznym (antyfony, hymny itp.).Święty Majol z ClunyNastępcą Odona został Aymard, który sprawował rządy od 942 r. do 954 r. Po nim opatem Cluny został św. Majol. Urodził się on między 906 a 915 r. w Valensole lub w Awinionie, w rodzinie bardzo zamożnej. Przez św. Bernona został mianowany kanonikiem katedralnym. Podjął studia w Lyonie. Po powrocie zaczął nauczać w szkole biskupiej. Gdy mieszkańcy Besançon zażądali, aby zasiadł na tamtejszej stolicy arcybiskupiej, odmówił i schronił się w Cluny. W latach 942-948 był tam bibliotekarzem i apokryzjariuszem, potem został koadiutorem opata Aymarda. Gdy ten ostatni w roku 954 zmarł, zajął jego miejsce. Majol roztropnie rządził opactwem, był też doradcą papieży, cesarzy i innych możnych tego świata. Reformę zawdzięcza mu wiele klasztorów we Francji, Niemczech i Italii. W roku 972 uczestniczył w zaślubinach Ottona II z Teofano. Gdy wracał, Saraceni porwali go na zboczach Wielkiego św. Bernarda, ale po kilku tygodniach wypuścili w zamian za duży okup. Kiedy w roku 974 zamordowano papieża Benedykta VI, cesarz chciał go osadzić na stolicy św. Piotra. Majol jednak propozycji nie przyjął. W 959 r. przedsięwziął budowę nowego kościoła przy opactwie. Konsekrowano go w roku 981. W dwanaście lat później, czując ubytek sił, wybrał na swego następcę Odylona. Odpowiadając na nalegania Hugona Kapeta, udał się do Saint-Denis, aby zreformować tamtejsze opactwo. Zmarł w drodze, w Sauvigny, w dniu 11 maja 994 r. Jego życiorysy komponowali Syrus, Odylon i Nagold. Kult Majola był przez stulecia jednym z najbardziej popularnych we Francji.Grób św. Odylona z ClunyOdylon urodził się w roku 962 w Mercoeur. Początkowo był kanonikiem w Brioude, ale ok. 990 r. opat Majol pociągnął go do życia benedyktyńskiego. Odylon został jego koadiutorem, a od roku 994 – następcą. Okazał się surowym dla siebie samego, ale pełnym dobroci dla drugich. W roku 997 wyprawił się do Paryża i Rzymu. Zetknął się wtedy z panującymi i papieżami. Dwa lata później spotkał się z cesarzową Adelajdą. Potem zaopatrzył ją na śmierć i zredagował jej żywot. W czasie wielkiego głodu w roku 1006 nie wahał się przetopić świętych naczyń oraz złotej korony ofiarowanej opactwu przez św. Henryka, aby zaradzić potrzebom ludu. Cluny przeżywało okres świetności i cieszyło się poparciem Henryka II, Roberta Pobożnego, Benedykta VIII i Jana XIX. Opat zadbał wówczas o odbudowę i modyfikację klasztornych obiektów, do mnichów wygłaszał liczne konferencje, ułożył żywot swego poprzednika i hymny ku jego czci. Kazał modlić się za dusze zmarłych zwłaszcza w dniu 2 listopada; zwyczaj ten, jako Dzień Zaduszny, z czasem przyjął się w całym Kościele zachodnim. Przyczynił się też razem z Ryszardem z Saint-Vanne do ustanowienia treuga Dei: zawieszenia broni i ustania wszelkiej wrogości od wieczora w środę do poranka w poniedziałek. W roku 1047 jeszcze raz wizytował podległe mu klasztory i udał się do Rzymu. Zmarł 1 stycznia 1049 r. w Souvigny. W roku 1063 Piotr Damiani jako legat papieski konsekrował tam kościół, dokonał podniesienia relikwii Odylona i przygotował nową redakcję jego żywota.Święty Hugon z Cluny, Henryk IV i Matylda ToskańskaKolejnym opatem został Hugon. Urodził się w roku 1024 w Burgundii. Ojciec pragnął, by został rycerzem; Hugon jednak schronił się w opactwie w Cluny. W 1044 r. wyświęcony został na kapłana, a wkrótce potem mianowano go przeorem. Pięć lat później zmarł jego mistrz – opat Odylon. Hugon, który w tym czasie przebywał na sejmie w Wormacji, objął po nim rządy w Cluny, które sprawować miał przez sześćdziesiąt lat. W tym czasie odegrał doniosłą rolę w usunięciu grożącego sporu przy wyborze Leona IX. Dziewięciu kolejnym papieżom służył cennymi radami i szeroko zakrojoną współpracą. Na Węgrzech wiódł negocjacje pokojowe między królem Andrzejem I a cesarzem Henrykiem IV; u boku legatów papieskich brał czynny udział w licznych synodach; towarzyszył samym papieżom w ich podróżach po Francji. Skłonił Bernarda, opata w St. Victor, do spisania zwyczajów (Consuetudines) kluniackich, a następnie zorganizował zależne od Cluny fundacje benedyktyńskie w jedną kongregację i ustanowił dla niej kapitułę generalną. W tym celu odbył wiele podróży do Niemiec, Hiszpanii, Węgier i Italii. Hugon wybudował w Cluny olbrzymią pięcionawową bazylikę: w roku 1095 Urban II poświęcił w niej główny ołtarz. Hugon I – bo tak go w Cluny nazywano – zmarł 28 lub 29 kwietnia 1109 r.Błogosławiony Piotr Czcigodny z ClunyOstatnim ze wspominanych dziś w zakonach benedyktyńskich opatów kluniackich był Piotr zwany Czcigodnym. Urodził się około 1094 r. w Owernii. Rodzice powierzyli go jako oblata przeoratowi benedyktynów w Sauxillanges. W 1109 r. złożył profesję zakonną. Był potem przeorem w Vézelay i w Domne. W sierpniu 1122 r. obrano go opatem w Cluny. Był nim do swej śmierci, która nastąpiła 25 grudnia 1156 r. W czasie swych długoletnich rządów śledził pilnie rozwój zakonu, w czym pomagały mu podróże do Anglii, Italii i Niemiec. Jego poglądy na monastycyzm stały się okazją do polemiki ze św. Bernardem z Clairvaux. Był mężem modlitwy i wielkiego serca. Pozostawił po sobie kilka dziełek apologetycznych: Tractatus adversus Petrobrusianos haereticos, Summula quaedam brevis contra haereses et sectam diabolicae fraudis Saracenorum oraz Tractatus adversus Iudaeorum inveteratam duritiem. W De miraculis pozostawił interesujące świadectwo średniowiecznego pojmowania świętości. Kazał przetłumaczyć na łacinę Koran. Z dziełka, napisanego na temat Księgi islamu, zachowały się tylko dwa rozdziały. Ułożył też kilka hymnów liturgicznych i innych utworów poetyckich. Dysponujemy także jego obfitą korespondencją. Jego żywot wkrótce po 1156 r. napisał Rudolf, mnich z Cluny. U benedyktynów wspomina się go razem z innymi świętymi opatami tego ośrodka, w dniu 11 maja.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    10 maja

    Święty Jan z Avili,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Beatrycze d’Este, mniszka
      •  Święty Antonin z Florencji, biskup
      •  Błogosławiony Iwan Merz
    Święty Jan z Avili
    Jan urodził się 6 stycznia 1500 r. w Almodóvar del Campo, w hiszpańskiej rodzinie szlacheckiej o korzeniach żydowskich. Już jako 14-latek podjął studia prawnicze na uniwersytecie w Salamance, a potem studiował filozofię i teologię w seminarium w Alcalá. Po śmierci rodziców rozdał majątek ubogim. Po przyjęciu święceń kapłańskich zaprosił do stołu na obiad prymicyjny dwunastu żebraków i osobiście im usługiwał.
    Pragnął wyjechać na misje do Ameryki, ale arcybiskup Sewilli zlecił mu wędrowne misje ludowe. Przemierzał więc całą Andaluzję, katechizując dzieci i ucząc dorosłych modlitwy, a nade wszystko spowiadał. Ponieważ nie przyjmował ofiar za intencje mszalne, wiódł bardzo ubogi żywot. W 1531 r. oskarżono go o iluminizm – przeświadczenie, że prawdę można poznać nie drogą rozumowania, lecz wyłącznie intuicyjnie, dzięki oświeceniu umysłu przez Boga. Podejrzewany o głoszenie herezji, spędził dwa lata w więzieniu inkwizycji, ale ostatecznie oczyszczono go z zarzutów i po licznych interwencjach został uwolniony. Udał się wtedy do Granady, a potem powrócił do Andaluzji. Po 1540 r. poświęcił się dziełu tworzenia sieci kolegiów oraz szkół wyższych. Założył m.in. uniwersytet w Baeza na południu Hiszpanii. Powołał także do istnienia stowarzyszenie życia wewnętrznego.
    Do historii przeszedł nie tylko jako misjonarz ludowy, mistyk, wykładowca akademicki i autor dzieł o życiu duchowym, które wysoko cenili m.in. św. Franciszek Salezy i św. Alfons Liguori. Był bowiem porywającym kaznodzieją, a głoszone przez niego nauki doprowadziły do niejednego nawrócenia. Wystarczy przypomnieć św. Jana Bożego, który po wysłuchaniu w Granadzie jego kazania tak gorliwie pokutował i okazywał żal za grzechy, że został uznany za szaleńca. Z kolei wicekról Katalonii tak bardzo był poruszony kazaniem Jana wygłoszonym podczas pogrzebu królowej Izabeli Portugalskiej, że wstąpił do jezuitów – znamy go jako św. Franciszka Borgiasza. Do grona duchowych podopiecznych Jana, z którymi prowadził korespondencję, należeli także święci: Ludwik z Granady, Ignacy Loyola i Teresa z Ávila.
    Zmarł 10 maja 1569 r. w Montilla koło Kordoby. Jego kult zaaprobował Klemens XIII, ogłaszając go sługą Bożym w dniu 8 lutego 1759 r. Beatyfikował go Leon XIII 4 kwietnia 1894 r. W dniu 31 maja 1970 roku kanonizował go papież Paweł VI, który uważał, że Jan powinien być wzorem do naśladowania dla wszystkich współczesnych księży, cierpiących na kryzys tożsamości. 7 października 2012 r. papież Benedykt XVI ogłosił św. Jana z Avili doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Hildegardą z Bingen.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    9 stycznia

    Święty Adrian z Canterbury, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Julian z Antiochii, męczennik
      •  Święty Andrzej Corsini, biskup
      •  Błogosławiona Alicja le Clerc, dziewica
    Święty Adrian
    Adrian (znany także jako Hadrian) urodził się w VII w. w północnej Afryce. W wieku ok. 10 lat przybył z rodziną do Neapolu, uciekając przed arabską inwazją. Wstąpił do klasztoru benedyktynów niedaleko Monte Cassino. Został z czasem opatem Niridanum, klasztoru na wyspie Nisida w Zatoce Neapolitańskiej. Papież św. Witalian (pontyfikat 657-672) nominował go dwukrotnie na arcybiskupa Canterbury. Adrian odmówił przyjęcia tego zaszczytu, gdyż uważał się za niegodnego. Na to miejsce zaproponował św. Teodora z Tarsu. Witalian zgodził się, ale mianował Adriana asystentem nowego arcybiskupa Canterbury. Obaj przez Francję wyruszyli w 668 r. do Brytanii.
    Podczas podróży Adrian został uwięziony przez Ebroina, burmistrza Neustrii we Francji, który podejrzewał, że Święty udaje się do angielskich królów z tajną misją od cesarza Konstansa II. Teodor musiał pojechać dalej sam. Kiedy Adrian został uwolniony, pojechał do Brytanii i tam został mianowany opatem w klasztorze świętych Piotra i Pawła w Canterbury (późniejsze opactwo św. Augustyna z Canterbury). Adrian wspierał biskupa Teodora w umacnianiu rzymskiego Kościoła w Anglii. Jemu przypisuje się zasługę utrwalenia chorału gregoriańskiego w angielskich kościołach.
    Opat Adrian przekształcił szkołę klasztorną w Canterbury w prężny ośrodek naukowy, w którym wiedzę pobierało wielu studentów, także z zagranicy. Oprócz prowadzenia studiów biblijnych, nauczał tam greki i łaciny, matematyki, poezji i astronomii. Tłumaczył też na staroangielski.
    Zmarł 9 stycznia 710 roku i został pochowany w klasztornym kościele. Jego grób stał się miejscem licznych pielgrzymek za sprawą cudów. Kiedy nastąpiło otwarcie grobu w roku 1091, ciało znaleziono w nienaruszonym stanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 maja

    Święty Stanisław, biskup i męczennik
    główny patron Polski

    Zobacz także:
      •  Święta Magdalena z Canossy, dziewica
      •  Święty Bonifacy IV, papież
      •  Święty Benedykt II, papież
    Święty Stanisław ze Szczepanowa

    Najdawniejszym i pierwszym źródłem do żywotu św. Stanisława są roczniki, czyli notatki według kolejności lat o najdawniejszych wydarzeniach, które za czasów arcybiskupa Arona (+ 1059) zostały przywiezione do Krakowa i które dalej uzupełniano, oraz Katalog biskupów krakowskich. W obu tych dokumentach znajdują się daty rządów św. Stanisława i wiadomość o translacji (przeniesieniu) jego ciała. O św. Stanisławie pisze pierwszy historyk polski, Anonim, zwany potocznie Gallem (ok. 1112), i – obszernie – bł. Wincenty Kadłubek (+ 1223), który jako biskup krakowski mógł mieć szersze informacje o swoim poprzedniku. Pierwszy, właściwy żywot św. Stanisława napisał dominikanin, Wincenty z Kielc, ok. 1240 roku. Żywot ten posłużył jako podstawa do kanonizacji męczennika.Stanisław urodził się w Szczepanowie prawdopodobnie około 1030 r. Podawane imiona rodziców: Wielisław i Małgorzata lub Bogna nie są pewne. Stanisław miał pochodzić z rodu Turzynów, mieszkających we wsi Raba i Szczepanów koło Bochni w ziemi krakowskiej. Wioska Szczepanów miała być własnością jego rodziny. Swoje pierwsze studia Stanisław odbył zapewne w domu rodzinnym, potem być może w Tyńcu w klasztorze benedyktyńskim. Nie jest wykluczone, że dalsze studia odbywał zgodnie z ówczesnym zwyczajem za granicą. Wskazuje się najczęściej na słynną wówczas szkołę katedralną w Leodium (Liege w Belgii) lub Paryż. Święcenia kapłańskie otrzymał ok. roku 1060.
    Biskup krakowski, Lambert Suła, mianował Stanisława kanonikiem katedry. Na zlecenie biskupa Stanisław założył, jak się przypuszcza, Rocznik krakowski, czyli rodzaj kroniki katedralnej, w której notował ważniejsze wydarzenia z życia diecezji. Po śmierci Lamberta (1070) Stanisław został wybrany jego następcą. Wybór ten zatwierdził papież Aleksander II. Konsekracja odbyła się jednak dopiero w roku 1072. Dwa lata przerwy wskazywałyby, że mogło chodzić w tym wypadku o jakieś przetargi, których okoliczności bliżej nie znamy.
    O samej działalności duszpasterskiej Stanisława wiemy niewiele. Dał się poznać jako pasterz gorliwy, ale i bezkompromisowy. Pewnym jest, że w swojej rodzinnej wiosce wystawił drewniany kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, który dotrwał do XVIII wieku. Dla biskupstwa nabył wieś Piotrawin na prawym brzegu Wisły. Jest bardzo prawdopodobne, że wygrał przed sądem książęcym spór o tę wieś ze spadkobiercami jej zmarłego właściciela. Opowieść o wskrzeszeniu Piotra jest legendą.
    Na pierwszym miejscu jednak największą zasługą Stanisława było to, że dzięki poparciu króla Bolesława Śmiałego, który go protegował na stolicę krakowską, udał się do papieża Grzegorza VII wyjednać wskrzeszenie metropolii gnieźnieńskiej. W ten sposób raz na zawsze ustały automatycznie pretensje metropolii magdeburskiej do zwierzchnictwa nad diecezjami polskimi. Św. Grzegorz VII przysłał do Polski 25 kwietnia 1075 r. swoich legatów, którzy orzekli prawomocność erygowania metropolii gnieźnieńskiej z roku 999/1000 oraz jej praw. Prawdopodobnie ustanowili też oni na stolicy arcybiskupiej św. Wojciecha nowego metropolitę, którego jednak imienia nie znamy.
    W centrum zainteresowania kronikarzy znalazł się przede wszystkim fakt zatargu Stanisława z królem Bolesławem Śmiałym, który zadecydował o chwale pierwszego, a tragicznym końcu drugiego. Trzeba bowiem przyznać, że Bolesław Śmiały, zwany również Szczodrym, należał do postaci wybitnych. Popierał gorliwie reformy Grzegorza VII. Po zawierusze pogańskiej odbudował wiele kościołów i klasztorów. Sprowadzał chętnie nowych duchownych do kraju. Koronował się na króla i przywrócił Polsce suwerenną powagę.
    Gall Anonim tak opisuje morderstwo Stanisława: “Jak zaś król Bolesław został z Polski wyrzucony, długo byłoby opowiadać. Lecz to wolno powiedzieć, że nie powinien pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. Tym bowiem sobie wiele zaszkodził, że do grzechu grzech dodał; że za bunt skazał biskupa na obcięcie członków. Ani więc biskupa-buntownika nie uniewinniamy, ani króla mszczącego się tak szpetnie nie zalecamy”. Z tekstu wynika, że Gall sympatyzuje z królem, a biskupowi krakowskiemu przypisuje wyraźnie zdradę. Nie można się temu dziwić, skoro kronikarz żył z łaski książęcej. Pisał bowiem swoją historię na dworze Bolesława Krzywoustego, bratanka Bolesława Śmiałego.
    Mamy jeszcze jedną kronikę, napisaną przez bł. Wincentego Kadłubka, który był kolejnym biskupem krakowskim – a więc miał dostęp do źródeł bezpośrednich, których my dziś nie posiadamy. Według jego relacji sprawy miały przedstawiać się w sposób następujący: “Bolesław był prawie zawsze w kraju nieobecny, gdyż nieustannie brał udział w zbrojnych wyprawach. Historia to potwierdza faktycznie. I tak zaraz na początku swoich rządów (1058) udaje się do Czech, gdzie ponosi klęskę. Z kolei dwa razy wyrusza na Węgry, aby poprzeć króla Belę I przeciwko Niemcom (1060 i 1063). W roku 1069 wyruszył do Kijowa, aby tam poprzeć księcia Izasława, swojego krewnego, w zatargu z jego braćmi. W latach 1070-1072 widzimy znowu króla Bolesława w Czechach. Podobnie w latach 1075-1076. Po śmierci Beli I w roku 1077 Bolesław wprowadza na tron węgierski jego brata, św. Władysława. Wreszcie wyprawa druga do Kijowa (1077) przypieczętowała wszystko”. Wincenty Kadłubek pisze, że te wyprawy były powodem, że w kraju szerzył się rozbój i wiarołomstwo żon, a przez to rozbicie małżeństw i zamęt. Kiedy podczas ostatniej wyprawy na Ruś rycerze błagali króla, aby powracał do kraju, ten w najlepsze całymi tygodniami się bawił. Wtedy rycerze zaczęli go potajemnie opuszczać. Kiedy Bolesław wrócił do kraju, zaczął się okrutnie na nich mścić. Fakt targnięcia się na św. Stanisława w kościele, w czasie odprawiania Mszy świętej, świadczy najlepiej o tym, jak nieopanowany był jego tyrański charakter. Wincenty Kadłubek przytacza ponadto, że Bolesław nakazywał wiarołomnym żonom karmić piersiami swymi szczenięta.
    Kiedy król szalał, aby złamać opór, Stanisław jako jedyny – według kroniki Kadłubka – miał odwagę upomnieć króla. Kiedy zaś ten nic sobie z upomnienia nie czynił i dalej szalał, biskup rzucił na niego klątwę, czyli wyłączył króla ze społeczności Kościoła, a przez to samo zwolnił od posłuszeństwa poddanych. To zapewne Gall nazywa buntem i zdradą. Ze strony Stanisława był to akt niezwykłej odwagi pasterza, ujmującego się za swoją owczarnią, chociaż zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogą go za to spotkać.

    Męczeństwo św. Stanisława

    Autorytet Stanisława musiał być w Polsce ogromny, skoro według podania nawet najbliżsi stronnicy króla Bolesława nie śmieli targnąć się na jego życie. Król miał to uczynić sam. 11 kwietnia 1079 roku Bolesław udał się na Skałkę i w czasie Mszy świętej zarąbał biskupa uderzeniem w głowę. Potem kazał poćwiartować jego ciało. Ówczesnym zwyczajem bowiem ciało skazańca niszczono. Duchowni ze czcią pochowali je w kościele św. Michała na Skałce. Fakt ten jest dowodem czci, jakiej wtedy męczennik zażywał. Czaszka Stanisława posiada wszystkie zęby. To by świadczyło, że biskup zginął w pełni sił męskich. Mógł mieć ok. 40 lat. Na czaszce widać ślady 7 uderzeń ostrego żelaza, co potwierdza rodzaj śmierci, przekazany przez tradycję. Największe cięcie ma 45 mm długości i ok. 6 mm głębokości. Stanisław został uderzony z tyłu czaszki.
    Na wiadomość o dokonanym w tak ohydny sposób mordzie na biskupie, przy ołtarzu, w czasie sprawowania Najświętszej Ofiary, cały naród stanął przeciwko królowi. Opuszczony przez wszystkich, musiał udać się na banicję. Bolesław Śmiały usiłował jeszcze szukać dla siebie poparcia na Węgrzech u św. Władysława. Ten mu jednak odmówił. Zmarł tamże zapewne w 1081 roku. Istnieje podanie, że dwa ostatnie lata król spędził na ostrej pokucie w klasztorze benedyktyńskim w Osjaku, gdzie też miał być pochowany.
    W 1088 roku dokonano przeniesienia relikwii św. Stanisława do katedry krakowskiej. Kadłubek przytacza legendę, że ciała strzegły orły, wspomina też o cudownym zrośnięciu się porąbanych części ciała.Pierwsze starania o kanonizację św. Stanisława podjął już św. Grzegorz VII. Sam jednak papież musiał wkrótce opuścić Rzym i iść na dobrowolną banicję. Potem Polska została podzielona na dzielnice (1138). Tak więc chociaż kult św. Stanisława istniał od dawna, to jego kanonizacją zajął się formalnie dopiero biskup krakowski Iwo Odrowąż w 1229 r. On to polecił dominikaninowi Wincentemu z Kielc, aby napisał żywot Stanisława. Tego bowiem przede wszystkim żądał Rzym do kanonizacji. Sam biskup, bawiąc w Rzymie, gdzie starał się o wznowienie metropolii krakowskiej, poczynił pierwsze starania w sprawie kanonizacji Stanisława.
    Nie mniej energicznie sprawą kanonizacji zajął się kolejny biskup krakowski, Prandota. Zaprowadzono wówczas księgę cudów. W roku 1250 papież Innocenty IV wyznaczył do przeprowadzenia procesu specjalną komisję. Wynikiem jej pracy był sporządzony protokół, z którym w roku 1251 zostali wysłani do Rzymu mistrz Jakub ze Skarszewa, doktor dekretów, i mistrz Gerard, w towarzystwie franciszkanów i dominikanów. Wyniki komisji nie zadowoliły papieża. Wysłał do Polski franciszkanina, Jakuba z Velletri, aby ponownie zbadał księgę cudów i sprawdził, czy Świętemu cześć była oddawana nieprzerwanie. Po dokonaniu rewizji procesu w roku 1253 wyruszyło do Rzymu nowe poselstwo, do którego dołączono świadków cudów, zdziałanych za przyczyną św. Stanisława. Z nieznanych nam bliżej przyczyn stanowczy opór stawił kardynał Rinaldo Conti, późniejszy papież Aleksander IV (1254-1261). Właśnie od procesu Stanisława wprowadzona została praktyka “adwokata diabła” (łac. advocatus diaboli), którego zadaniem było wyciąganie na jaw wszystkich niejasności i zarzutów przeciw kanonizacji.
    Opór kardynała ostatecznie przełamano i dnia 8 września 1253 roku w kościele św. Franciszka z Asyżu papież Innocenty IV dokonał kanonizacji. Na ręce dostojników Kościoła w Polsce papież wręczył bullę kanonizacyjną. Wracających z Italii posłów Kraków powitał uroczystą procesją ze wszystkich kościołów. Na następny rok biskup Prandota wyznaczył uroczystość podniesienia relikwii Stanisława i ogłoszenia jego kanonizacji w Polsce. Uroczystość odbyła się dnia 8 maja 1254 roku. Stąd liturgiczny obchód ku czci Stanisława w Polsce przypada właśnie na 8 maja (w Kościele powszechnym na 11 kwietnia – dzień męczeńskiej śmierci).
    Św. Stanisław jest głównym patronem Polski (obok NMP Królowej Polski i św. Wojciecha, biskupa i męczennika); ponadto także archidiecezji gdańskiej, gnieźnieńskiej, krakowskiej, poznańskiej i warszawskiej oraz diecezji: lubelskiej, płockiej, sandomierskiej i tarnowskiej. Św. Jan Paweł II nazwał go “patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”. W ciągu wieków przywoływano legendę o zrośnięciu się rozsieczonego ciała św. Stanisława. Kult Świętego odegrał w XIII i XIV wieku ważną rolę historyczną jako czynnik kształtowania się myśli o zjednoczeniu Polski. Wierzono, że w ten sam sposób – jak ciało św. Stanisława – połączy się i zjednoczy podzielone wówczas na księstwa dzielnicowe Królestwo Polskie.

    Relikwie św. Stanisława w Krakowie

    W ikonografii św. Stanisław przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym z pastorałem. Jego atrybutami są: miecz, palma męczeńska, u stóp wskrzeszony Piotrowin. Bywa ukazywany z orłem – godłem Polski.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 maja

    Najświętsza Maryja Panna, Matka Łaski Bożej

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Gizela, ksieni
    Różne są tytuły, które chrześcijańska pobożność nadała w ciągu wieków Matce Najświętszej i pod którymi wzywamy Ją w różnych sytuacjach naszego życia, a także oddajemy cześć. Dziś wspominamy “Matkę Łaski Bożej” lub inaczej Matkę Bożą Łaskawą. Pierwsze sformułowanie jest dobrze znane z Litanii Loretańskiej do Matki Najświętszej. Bezpośrednim sprawcą łaski Bożej jest Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Maryja jednak, tak jak jest Matką Chrystusa-Zbawiciela, Sprawcy wszelkiej łaski, jest tym samym Matką Łaski Bożej.W 1921 r. papież Benedykt XV, na prośbę kard. Dezyderego-Józefa Merciera, zezwolił na odprawianie w Belgii oficjum i Mszy o Najświętszej Maryi Pannie, Pośredniczce wszystkich łask, w dniu 31 maja. Stolica Apostolska pozwoliła odprawiać to oficjum i Mszę wielu innym diecezjom i rodzinom zakonnym zgodnie z ich prośbami. Dzięki temu wspomnienie o Najświętszej Maryi Pannie Pośredniczce stało się niemal powszechne.
    Sobór Watykański II w 1964 r. obszernie wyłożył rolę Maryi w misterium Chrystusa i Kościoła oraz dokładnie wyjaśnił sens i znaczenie pośrednictwa Najświętszej Dziewicy: “Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. Cały bowiem zbawienny wpływ Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusa, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją; nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia ją” (KK 60).
    Wreszcie w roku 1971 Święta Kongregacja do spraw Kultu Bożego zatwierdziła Mszę pod tytułem “Najświętsza Maryja Panna, Matka i Pośredniczka łaski”. Ta Msza, zgodnie z nauką Soboru Watykańskiego II, równocześnie wspomina o roli macierzyńskiej i o funkcjach pośrednictwa Najświętszej Panny.Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, jest jedynym Pośrednikiem, który zawsze żyje, aby wstawiać się za nami. Błogosławiona Dziewica, Matka i Pośredniczka łaski, została przez Boga w przedziwnym zamyśle Jego miłości ustanowiona Matką i pomocnicą Odkupiciela. Jest Ona Matką łaski, ponieważ nosiła w swym czystym łonie prawdziwego Boga i człowieka, a potem wydała dla nas samego Twórcę łaski. Jest Pośredniczką łaski, ponieważ była pomocnicą Chrystusa w uzyskaniu dla nas największej łaski – odkupienia i zbawienia, życia Bożego i chwały bez końca.Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie i bardzo często jest związane z określonym miejscem, figurą, obrazem, doznającym szczególnej czci ze strony wiernych. W Polsce w wielu kościołach i sanktuariach znajdują się obrazy Matki Bożej Łaskawej. Do najbardziej znanych i otoczonych kultem należą wizerunki w bazylice katedralnej w Kielcach i w kościele jezuitów na Starym Mieście w Warszawie.

    NMP Łaskawa - Kielce

    Dawniejsza kolegiata (od 1171 r.), a obecnie bazylika katedralna w Kielcach, została wzniesiona pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej, a szczególnej czci doznaje w niej obraz Matki Bożej Łaskawej. Znalazł się on tutaj z fundacji Wojciecha Piotrowskiego, audytora sądu biskupiego w 1602 r., umieszczony w południowej nawie kościoła, gdzie znajduje się do dziś. Wkrótce obraz zasłynął jako cudowny i ściągał wiernych z całej okolicy, głównie na uroczystość Matki Bożej Różańcowej. Obok ołtarza pojawiło się wiele widomych znaków wysłuchania próśb (wota). Ks. kan. Stanisław Panceriusz sprawił w 1636 r. srebrno-pozłacaną sukienkę z klejnotami, która skradziona została wraz z wotami. W jej miejsce umieszczono w 1872 r. metalową suknię ufundowaną przez Ignacego Smolenia, miejscowego kupca. Obraz Matki Bożej odnowił w 1858 r. ks. Antoni Brygierski. Bazylika katedralna stanowi centralne sanktuarium diecezji kieleckiej.

    NMP Łaskawa - Kielce

    Obraz Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy, znajduje się obecnie na Starym Mieście w kościele jezuitów. Do Polski przybył w 1651 roku jak dar papieża Innocentego X dla króla Jana Kazimierza, przywieziony do Warszawy przez nuncjusza apostolskiego arcybiskupa Jana de Torres. Początkowo był przechowywany w kościele pijarów przy ul. Długiej. Umieszczono go tutaj niezwykle uroczyście dnia 24 marca 1651 roku. Jego koronacji dokonał wspomniany nuncjusz papieski. Złota korona wysadzana perłami była darem Warszawy. Uroczystość odbyła się z udziałem pary królewskiej i licznie zgromadzonych mieszkańców stolicy.
    W 1664 roku magistrat miasta, wobec szerzącej się zarazy, zarządził szczególne modlitwy przebłagalne przed wizerunkiem Matki Bożej. Urządzono uroczystą procesję z obrazem, który niesiono do murów miasta i do bramy Nowomiejskiej, chcąc jakby zagrodzić zarazie wstęp do stolicy. Epidemia rzeczywiście ustała, obwołano więc Maryję Patronką Warszawy. Był to jednocześnie akt wdzięczności za opiekę Najświętszej Panny nad miastem w latach grozy wojennej i klęsk spowodowanych “potopem szwedzkim”.
    Udział pijarów wraz ze starszymi uczniami w powstaniu 1794 roku spowodował w stosunku do nich akcje odwetowe. Po upadku Warszawy gen. Suworow zajął sanktuarium na polową cerkiew prawosławną. Zaborcy zakazali tradycyjnych procesji majowych. W zamian za utracony kościół władze carskie przekazały pijarom w 1834 r. zrujnowany kościół pojezuicki przy ul. Świętojańskiej, w którym mieścił się magazyn wełny. Pijarzy dźwignęli kościół z ruin i do roku 1866 królowała w nim Matka Łaskawa. W ramach represji za udział w powstaniu styczniowym nastąpiła kasata pijarów. Kult Matki Bożej zachował charakter tylko lokalny. Po I wojnie światowej kościół przejęli jezuici. Oni to ukryli wizerunek Matki Bożej w czasie powstania warszawskiego w podziemiach kościoła, a po zakończeniu II wojny światowej odbudowali kościół i odnowili kult Łaskawej Patronki.
    W roku 1970 Paweł VI zatwierdził tytuł “Patronki Warszawy”. Dla ożywienia i upowszechnienia kultu postanowiono ponowić akt koronacji. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia dnia 7 października 1973 r., w obecności biskupów i tysięcy mieszkańców Warszawy. Dnia 2 czerwca 1979 r., w pierwszy dzień swej pielgrzymki, św. Jan Paweł II złożył hołd Patronce Warszawy. W bolesnym i trudnym dla polskiego Narodu grudniu 1981 r., prymas Polski arcybiskup Józef Glemp modlił się przed Jej cudownym obrazem z całym ludem Bożym Warszawy za udręczoną Ojczyznę. Św. Jan Paweł II nawiedził obraz Matki Bożej Łaskawej również podczas swojej drugiej pielgrzymki do Ojczyzny (16 czerwca 1983 r.).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Matka Boża Łaskawa – zapomniana Patronka Warszawy

    14781.jpg
    Obraz Matki Bożej Łaskawej

    “Lata 60. XVII wieku to okres największego rozkwitu kultu Łaskawej Matki. Wówczas do Warszawy zbliżała się epidemia, która pustoszyła okolice. Właśnie wtedy, za sprawą księdza Hiacynta Orselliego, postanowiono umieścić w Bramie Nowomiejskiej czczony przez warszawiaków obraz. Modlono się o cud odpędzenia zarazy. Obraz był również noszony w procesjach. W końcu prośby o łaskę ocalenia zostały wysłuchane” – pisze Paweł Ozdoba, przypominając dzieje cudownego obrazu znajdującego się w warszawskim kościele księży jezuitów.

    Kościół przy Świętojańskiej

    Spacerując wąskimi uliczkami warszawskiej Starówki, trafimy w końcu na ulicę Świętojańską, gdzie w cieniu Archikatedry Św. Jana stoi piękny kościół księży Jezuitów, wzniesiony w pierwszej połowie XVII w. z inicjatywy księdza Piotra Skargi.

    Temu znanemu kaznodziei królewskiemu zależało na otwarciu nowej placówki Zakonu Księży Jezuitów. Najdogodniejszym miejscem były okolice Zamku Królewskiego. Niestety zabudowa tego rejonu nie pozwalała na konstrukcję kolejnego budynku. Wtedy właśnie z pomocą przyszła Rada Miasta, która udostępniła księdzu Skardze niewielki plac przy najbardziej ruchliwej i reprezentacyjnej ulicy ówczesnej Warszawy. Udało się również wykupić kilka sąsiadujących ze sobą kamienic kupieckich. Tym oto sposobem, znalazło się miejsce dla świątyni, będącej obecną rezydencją Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy.

    Za panowania Wazów, kościół, wówczas pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i św. Ignacego biskupa, stał się jednym z najważniejszych miejsc sakralnych w kraju. To właśnie w tym okresie jego wnętrze zapełniło się najwspanialszymi dziełami sztuki, np. Krucyfiksem z Lubeki. W II połowie XVII w. kościół sąsiadujący z Kolegiatą św. Jana nawiedzała cała rodzina królewska. Licznie przybywała również szlachta. Kazania głosili tutaj m.in. Adam Naruszewicz, Franciszek Bohomolec oraz święty Andrzej Bobola. Po kasacie Jezuitów w 1773 r., kościół stracił na znaczeniu. Pod koniec XVIII w. przekształcono go w  magazyn Kolegiaty. Charakter sakralny przywrócili jemu dopiero w 1836 r. ojcowie pijarzy. Niestety, druga wojna światowa nie oszczędziła pięknej świątyni, która została wysadzona w powietrze przez wojska niemieckie. Szczęśliwie, odbudowa zaczęła się już w kilka lat po zakończeniu wojny. Dzisiejsze mury stoją na zachowanych XVII-wiecznych fundamentach.

    Matka Boża z Faenzy

    Poznaliśmy już dzieje świątyni, w której od ponad 170 lat przebywa cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej, zatem możemy przejść do samego obrazu. Kult Matki Bożej Łaskawej w Polsce rozwinął się bardzo szybko za sprawą nuncjusza apostolskiego abp. Giovanniego de Torres. To on przywiózł nad Wisłę obraz, który jest kopią oryginału mieszczącego się we włoskiej Faenzie. Był to dar papieża Innocentego X dla króla Jana Kazimierza, który miał go natchnąć przed zbliżającą się wyprawą berestecką.

    Podarunek biskupa Rzymu nie od razu zagościł w kościele przy Świętojańskiej. Pierwotnie opiekę nad nim sprawowali ojcowie pijarzy, ale po klęsce powstania listopadowego został przeniesiony do pojezuickiego kościoła i umieszczony w bocznej kaplicy. Gdy na początku XX w. Jezuici odzyskali świątynię, przenieśli obraz Matki Bożej Łaskawej do nawy głównej.

    O wyjątkowości obrazu świadczy również fakt, że był to pierwszy wizerunek maryjny zwieńczony koroną w Polsce. Nuncjusz de Torres nałożył na głowę Najświętszej Maryi Panny symbol władzy królewskiej już w marcu 1651 r., tj. 66 lat przed koronacją obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wydarzenie to miało również oddźwięk we Włoszech, gdyż niedługo potem władze polskie przesłały do Faenzy chorągiew z łacińskim napisem: „Miasto Warszawa śluby ci składa i pozdrawia cię Dziewico, i pragnie by obraz, co niesie zdrowie ludom i królestwom, był ochroną zachowany w kościele pijarów. Bądź taką, jaką byłaś pod niebem Południa. Bądź strażniczką Lechii i pozwól, że nazwiemy Cię Patronką udręczonego ludu. Chroń berła Kazimierzowego i ofiaruj Lechii pokój oraz złamane strzały. Wojny otomańskie oraz choroby odpędź daleko. A swoich czcicieli i świątynię swoją broń, o Maryjo”. Warszawska uroczystość była specyficzna, gdyż odbyła się za zgodą papieża, lecz bez specjalnego dekretu Kongregacji ds. Obrzędów. Sformalizował ją dopiero w 1973 r. kardynał Stefan Wyszyński.

    Łaskawa Pani ratunkiem dla Rzeczpospolitej

    Lata 60. XVII wieku to okres największego rozkwitu kultu Łaskawej Matki. Wówczas do Warszawy zbliżała się epidemia, która pustoszyła okolice. Właśnie wtedy, za sprawą księdza Hiacynta Orselliego, postanowiono umieścić w Bramie Nowomiejskiej czczony przez warszawiaków obraz. Modlono się o cud odpędzenia zarazy. Obraz był również noszony w procesjach. W końcu prośby o łaskę ocalenia zostały wysłuchane. Epidemia nie dotarła do miasta. W dowód wdzięczności, Rada Miasta wydała oficjalny dokument pt. „Ślubowanie Warszawy” – Votum Varsavić, w którym to Stolica oddała się pod obronę Maryi jako „Tarczy” i „Obrony”.

    Patronkę Warszawy pokochano również w odległym Krakowie. Na początku XVIII w. zapanowało tam tzw. „morowe powietrze”. Krakowianie szukali pomocy. Wtedy to, z polecenia biskupa, który znał warszawskie cuda Łaskawej Pani, namalowano jej wizerunek na północnej elewacji kościoła Mariackiego. Żarliwe prośby mieszkańców grodu Kraka, szybko przyniosły pożądany efekt. Epidemia ustała, a mieszkańcy całym sercem oddali się pod opiekę Warszawskiej Patronki.

    Prawdopodobnie największym cudem, jaki przypisuje się Matce Bożej Łaskawej, jest pomoc w zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 r. Jednakże jak twierdzi ks. Józef Bartnik, współautor książki „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą”, wsparcie to jest celowo zagłuszane: „Zapomniano, że w dniu święta Wniebowzięcia, 15 sierpnia 1920 r. przed świtem, na tle jeszcze mrocznego nieba, pojawiła się nad idącymi do ataku polskimi żołnierzami jaśniejąca postać Matki Bożej w Swym wizerunku Matki Łaskawej Patronki Warszawy. Pojawienie się zjawiska wywołało taką panikę i popłoch wśród bolszewików, że krzycząc z przerażenia «uchadi, Matier Bożija zasłaniajet Poljakow», uciekali z miejsca walki porzucając broń”. Wśród wielu ustnych przekazów i świadectw wsparcia dla wojsk polskich ze strony Matki Bożej, możemy również dotrzeć do słów samego Józefa Piłsudskiego, który miał rzec do kardynała Aleksandra Kakowskiego: „Eminencjo, ja sam nie wiem, jak myśmy tę wojnę wygrali”.

    Pomimo wielu starań, by bagatelizować udział Matki Zbawiciela w zwycięstwie nad bolszewikami, miejmy nadzieję, że zgromadzone do tej pory dokumenty i świadectwa pozwolą na wpisanie tej historii i zasług Mater Gratiarum do podręczników, tak jak to miało miejsce w przypadku objawień w Fatimie czy Licheniu.

    Matka Boża Łaskawa jest z nami już przeszło 360 lat. Przez ten czas musiała przetrwać wiele trudnych chwil, jak te podczas II wojny światowej. Mimo to, nigdy nas nie zawiodła i wiele razy broniła Stolicy oraz całej Rzeczpospolitej. Wysłuchiwała próśb i błagań nie tylko królów i szlachty, ale również zwykłych ludzi, którzy uciekali się pod Jej obronę. Również dziś, w czasach kryzysu i szeroko pojętego upadku obyczajów nie zapominajmy o Naszej Matce i módlmy się do niej słowami błogosławionego papieża Jana Pawła II:

     „Matko Słowa Wcielonego, Pani Łaskawa, miej w opiece Warszawę, jej mieszkańców i całą naszą Ojczyznę!

    Strzeż obecności Twojego Syna w sercach wszystkich ochrzczonych, aby pamiętali zawsze o swej godności ludzi odkupionych krwią Chrystusa, wezwanych do ufności Bogu i do służenia z miłością człowiekowi.

    Wypraszaj, Maryjo Twojemu ludowi wytrwałość, której potrzebuje, aby mógł pełnić wolę Ojca niebieskiego i dostąpić spełnienia obietnicy zbawienia.

    Niech pod Twą opieką ziarno świętości, tak bogato posiane na polskiej ziemi, stale się rozwija ożywiane łaską Ducha Świętego i wydaje obfite owoce w kolejnych pokoleniach. Amen.”

    Modlitwa wypowiedziana przez Ojca Świętego św. Jana Pawła II w Warszawie, 13.06.1999

    Paweł Ozdoba/PCh24.pl

    ***

    Matko Boża Łaskawa, patronko stolicy broń nas przed zarazami!

    Biskupi Diecezji Warszawsko Praskiej w tych dniach zawierzyli się Matce Bożej Łaskawej, patronce stolicy. Prosili Maryję o przeprowadzenie wiernych przez trudny czas pandemii, jaka obecnie nawiedziła Polskę i świat.  

    Bp Romuald Kamiński powiedział:  Zawierzmy się Patronce Warszawy i Strażniczce Polski słowami, jakimi uczynił to św. Jan Paweł II przy katedrze praskiej w czasie swojej pielgrzymki do Polski w 1999 r.:

    „ Matko Słowa Wcielonego, Pani Łaskawa, miej w opiece Warszawę, jej mieszkańców i całą naszą Ojczyznę! Strzeż obecności Twojego Syna w sercach wszystkich ochrzczonych, aby pamiętali zawsze o swej godności ludzi odkupionych krwią Chrystusa, wezwanych do ufności Bogu i do służenia z miłością człowiekowi. Wypraszaj, Maryjo, Twojemu ludowi wytrwałość, której potrzebuje, aby mógł pełnić wolę Ojca niebieskiego i dostąpić spełnienia obietnicy zbawienia. Niech pod Twoją opieką ziarno świętości, tak bogato posiane na polskiej ziemi, stale się rozwija ożywiane łaską Ducha Świętego i wydaje obfite owoce w kolejnych pokoleniach. Amen”.

    Kult Madonny Łaskawej trwa w Warszawie od 1651 roku, a więc blisko 370 lat.

    Właśnie 24 marca mija 369 lat, jak w Wigilię uroczystości Zwiastowania Pańskiego  1651 r. w pijarskiej  świątyni na Długiej zebranym władzom stolicy i państwa oraz tłumom wiernych zaprezentowano obraz Matki Boskiej Łaskawej.

    Wizerunek Najświętszej Maryi Panny ze strzałami  przywiózł z Rzymu  abp Jan de Torres, nuncjusz papieża Innocentego X, i ofiarował Janowi Kazimierzowi, a król z kolei – warszawskim pijarom z kościoła św. Prima i Felicjana

    Obraz Matki Łaskawej czczony jest szczególnie jako wizerunek patronki Warszawy od 1664 roku,  kiedy stolicę nawiedziła epidemia cholery.  Wtedy to lud Warszawy błagał Maryję o ratunek.  Matkę Bożą Łaskawą z pijarskiego kościoła na Długiej ogłoszono patronką, by broniła miasta „od powietrza, głodu, ognia i wojny”.

    Wizerunek MB Łaskawej  umieszczono nad Bramą Nowomiejską na rogatkach miasta, prosząc, by Maryja powstrzymała zarazę i zagrodziła jej  dostęp do stolicy. Wkrótce epidemia wygasła.

    Zaraźliwe powietrze atakowało Warszawę wiele razy, m.in. w latach 1656, 1662, 1675, 1677, 1679, 1705, 1770, 1849, 1852, 1872, 1873, 1918.

    Mieszkańcy Warszawy uciekali się każdorazowo do wielogodzinnych modlitw w nabożeństwach  przed obrazem pijarskiej Matki Bożej Łaskawej na Długiej , a potem na Świętojańskiej oraz przy relikwiach  Bł. Władysława patrona Warszawy  w kościele  św. Anny i św. Rocha w kościele  św. Krzyża.

    Figurę Matki Boskiej Łaskawej  , jak i obraz patrona stolicy,  Bł. Władysława z Gielniowa na feretronach  uroczyście wynoszono z kościołów w procesjach pokutno – błagalnych , śpiewając suplikacje  dla uproszenia powstrzymania zarazy, klęsk żywiołowych, ustania wojen.

    Po przemianowaniu przez carskiego zaborcę kościoła pijarów na Długiej  na cerkiew w 1834 roku obraz został przeniesiony do kościoła jezuitów przy ul. Świętojańskiej , gdzie znajduje się do dziś.

    Gdy w sierpniu 1920 roku na przedpolu Warszawy, w Radzyminie i w Ossowie  toczyła się zacięta walka z bolszewickimi wojskami, mieszkańcy Warszawy  znowu błagali Matkę Bożą Łaskawą o ratunek.

    Dniem i nocą  warszawiacy modlili się w domach i w kościołach o odparcie rosyjskiego wojska i uratowanie Warszawy i Polski od bolszewickiej nawały.  

    Tłumy ludzi modliły  się do Matki Boskiej z połamanymi strzałami w kościele jezuitów na ul. Świętojańskiej, aby  ponownie „połamała strzały” nieprzyjaciela i aby Bóg uczynił cud, jak dawniej, kiedy po wielkich modlitwach warszawiaków  ustała epidemia cholery. Procesje wiernych szły przy biciu dzwonów  Nowym Światem do kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży śpiewając pieśni maryjne i „Boże , coś Polskę”. 

    Matka Boża Łaskawa obroniła Warszawę przed  nawałą bolszewicką roztaczając swój płaszcz nad stolicą.  Przestraszeni  bolszewiccy żołnierze  , widząc  na niebie postać  Bogurodzicy , w popłochu uciekali przed Polakami. Był to dzień Wniebowzięcia NM Panny  15 sierpnia 1920 r.

    Wzięci do niewoli  żołnierze  rosyjscy opowiadali, że widzieli na niebie ogromną, kobiecą postać ,  Matkę Boską , ” Bożu Matier” idącą ku nim.  Dlatego przestraszyli się i uciekli. Być może dlatego właśnie  ta ważąca w dziejach polskiego narodu i całej Europy bitwa zyskała nazwę „Cudu nad Wisłą”, tym bardziej, że siły przeciwników były nierówne, a szansa na zwycięstwo mała.   

    W miejscu bitwy  pod Ossowem  znajduje się   Cmentarz Poległych w Bitwie Warszawskiej   rozegranej w 1920 r. Wielu z poległych polskich żołnierzy – ochotników  miało zaledwie  od 16 do 18 lat. W bitwie poległ młody, warszawski  kapłan ochotnik ks. Ignacy Skorupka.

    Matka Boża w Warszawie ma też miano Matki Boskiej Zwycięskiej.  Jej imieniem nazwano 2 warszawskie kościoły na Pradze :  MB Zwycięskiej na Kamionku i MB Zwycięskiej w Rembertowie.

    Wkrótce, w sierpniu  trzymetrowa figura Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy stanie w Radzyminie pod Warszawą przy trasie E8 .Będzie to wotum wdzięczności za Cud nad Wisłą, uczyniony przez Maryję 100 lat temu.

    Matkę Bożą warszawiacy wzywali od wieków. Być może dlatego Maryja przyszła na Siekierki do 12 letniej dziewczynki Władzi w maju 1943 roku  i prosiła ludzi o nawrócenie oraz ostrzegała, jak wiele modlitwy Warszawa potrzebuje.

    Matko Boża, patronko Warszawy i strażniczko Polski , broń nas przed wszelkimi zarazami i nieszczęściami !

    Warto też sięgnąć w tym trudnym czasie zarazy do starych modlitewników  z modlitwami i pieśniami pełnymi głębokich treści, aby modlić się ich słowami.

    Ty, coś płakała nad śmiercią Syna,
    Przez te łzy gorzkie, Matko Jedyna,
    Oddal śmiertelność, co lud zabija,
    Broń nas od moru, Zdrowaś Maryja!

    tekst i foto: Anna Dziemska24 marca 2020

    SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

    Matko Boża Łaskawa ze strzałami, patronko stolicy, bądź strażniczką Polski!

    Pierwszy koronowany obraz w Polsce znajduje się w kościele O.O. Jezuitów koło katedry na Starym Mieście  w Warszawie .

    Matka Boża Łaskawa z połamanymi  strzałami  patronuje stolicy od 1970 roku.

    W sobotę 11 maja 2013 miały miejsce  uroczystości odpustowe  Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy. Uroczystej  Mszy św. odpustowej w intencji stolicy i jej mieszkańców  godz. 20.00, przewodniczył i homilię wygłosił  bp. Tadeusz Pikus.

    Wizerunek Najświętszej Maryi Panny ze strzałami  przywiózł z Rzymu w 1651 roku abp Jan de Torres, nuncjusz papieża Innocentego X, i ofiarował Janowi Kazimierzowi, a król z kolei – warszawskim pijarom. Obraz stał się przedmiotem powszechnego w Warszawie kultu.  Mieszkańcy Warszawy modlili się żarliwie przed obrazem, prosząc o odwrócenie nieszczęść, jakie nawiedzały Warszawę  i Polskę.

    Po umieszczeniu go w kościele Świętych Prima i Felicjana przy ul. Długiej (obecnie katedra polowa), 24 marca 1651, nuncjusz w obecności pary królewskiej pobłogosławił złotą koronę, wysadzaną perłami – dar miasta Warszawy, i nałożył na głowę NMP. W tym samym też roku wysłano do Faenzy, gdzie znajduje się oryginał obrazu, chorągiew z łacińskim napisem:

    „Miasto Warszawa śluby Ci składa i pozdrawia Cię Dziewico, i pragnie by obraz, co niesie zdrowie ludom i Królestwom, był ochroną zachowany w kościele pijarów. Bądź taką, jaką byłaś pod niebem Południa. Bądź strażniczką Lechii i pozwól, że nazwiemy Cię Patronką udręczonego ludu. Chroń berła Kazimierzowego i ofiaruj Lechii pokój oraz złamane strzały. Wojny otomańskie oraz choroby odpędź daleko. A swoich czcicieli i świątynię swoją broń, o Maryjo.”

    Była to pierwsza w Polsce koronacja maryjnego obrazu. O sześćdziesiąt sześć lat uprzedziła ona koronację jasnogórskiej Czarnej Madonny –  8 września 1717 r. bp Krzysztof Szembek koronował wizerunek Maryi na Jasnej Górze.

    W 1664 r. Warszawę nawiedziła tragiczna w skutkach epidemia. Miasto pustoszało, pozostali przy życiu mieszkańcy uciekali przed „morowym powietrzem”. Wtedy ogłoszono pijarską Matkę Bożą Łaskawą Patronką stolicy, by broniła miasta „od powietrza, głodu, ognia i wojny”. Obraz uroczyście noszono w procesjach. Umieszczono go nad Bramą Nowomiejską na rogatkach miasta, prosząc, by Matka Boża  powstrzymała zarazę i zagrodziła jej  dostęp do stolicy. Wkrótce epidemia wygasła. Odtąd mieszkańcy Warszawy co roku składali hołd swej Patronce podczas uroczystości odpustowych w drugą niedzielę maja.

    Po przemianowaniu kościoła pijarów na cerkiew, w 1834 roku, obraz został przeniesiony do kościoła jezuitów przy ul. Świętojańskiej , gdzie znajduje się do dziś.

    Koronacja obrazu Matki Boskiej Łaskawej w 1651  r. została ona dokonana za wiedzą papieża, ale bez urzędowego dekretu Kongregacji Obrzędów , dlatego też po zatwierdzeniu przez Watykan w 1970 roku Watykan kultu  Matki Bożej Łaskawej   patronką Warszawy, kardynał  Prymas Stefan Wyszyński rekoronował  ten  obraz 7 października 1973, a NMP Łaskawa została ogłoszona główną Patronką Warszawy.

    Sanktuarium  Matki Bożej Łaskawej na Świętojańskiej dwukrotnie odwiedził papież  Jan Paweł II  – 2 czerwca 1979 i 16 czerwca 1983 roku.

    Anna Dziemska13 maja 2013

    SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ ŁASKAWEJ, PATRONKI WARSZAWY

    Błogosławiona Matko Boża Łaskawa, skieruj na nas swoje miłosierne spojrzenie. Od trzech przeszło wieków Warszawa Cię wzywa jako swoją Patronkę i Orędowniczkę przed tronem Boga.
    Ty zawsze spieszyłaś na pomoc naszej Stolicy w jej ciężkich chwilach dziejowych kiedy padały jej mury strawione siłą bombardowań i ogniem. Gdy krew męczeńska niby rzeka płynęła jej ulicami, o Matko, byłaś z Warszawą i strzegłaś jej ducha, by pozostał nie zatruty.
    O strzeż nas teraz i oddal od miasta naszego wszelkich nieprzyjaciół. Niech grzech nie plami dusz mieszkańców Stolicy. Niech nędza moralna i podłość nie pełzają po jej ulicach i placach. Niech Warszawa pozostanie na zawsze miastem nieujarzmionym. Niech w sercach jej mieszkańców potężnieje wiara, zmartwychwstaje nadzieja i rozpłomienia się miłość mocniejsza niż śmierć.
    Spraw, by w odbudowanych domach Stolicy żyli ludzie o sercu nowym, współczującym, gościnnym i otwartym dla wszystkich. Uproś u Boga, by Stolica nasza i Polska cała szły drogą swych przeznaczeń, wypisanych na kartach historii.
    Wspomożycielko wiernych, przybądź nam z pomocą.
    Pocieszycielko strapionych, uspokój nasze serca.
    Uzdrowienie chorych, ulecz cierpiących na duszy i ciele.
    Patronko Warszawy, módl się za nami u Boga.
    Wstawiaj się za nami do Syna Twego, byśmy po życiu ziemskim, mogli na zawsze zjednoczyć się z Ojcem, który jest w Niebie i wraz Tobą śpiewać Mu „Magnificat” Chwały Wiecznej. Amen.

    ***

    6 maja

    Święci Apostołowie Filip i Jakub

    Święty Filip Apostoł

    Filip pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim. Był uczniem Jana Chrzciciela. Powołany przez Jezusa, został jednym z dwunastu Jego uczniów:Nazajutrz Jezus postanowił udać się do Galilei. I spotkał Filipa. Jezus powiedział do niego: “Pójdź za Mną”. Filip zaś pochodził z Betsaidy, z miasta Andrzeja i Piotra. Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: “Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu”. Rzekł do niego Natanael: “Czyż może być coś dobrego z Nazaretu?”. Odpowiedział mu Filip: “Chodź i zobacz” (J 1, 43-46).Wzmianka, że Filip pochodził z miasta Andrzeja i Piotra, wskazuje, że wszyscy trzej Apostołowie musieli się znać poprzednio, że znał go dobrze także św. Jan Apostoł, który te szczegóły przekazał. O powołaniu Filipa na Apostoła upewniają nas także katalogi, czyli trzy wykazy Apostołów, jakie nam pozostawiły Ewangelie (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14), gdzie Filip jest zawsze wymieniany na piątym miejscu.
    Filip jest czynnym świadkiem cudownego nakarmienia rzeszy przez Pana Jezusa:Potem Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. (…) Kiedy Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: “Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?”. A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział mu Filip: “Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać” (J 6, 1. 5-7).Filip musiał się cieszyć specjalnym zaufaniem Pana Jezusa, skoro poganie proszą go, aby im dopomógł w skontaktowaniu się z Chrystusem:A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon (Bogu) w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go, mówiąc: “Panie, chcemy ujrzeć Jezusa”. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: “Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy” (J 12, 20-23).W czasie ostatniej wieczerzy Filip prosi Pana Jezusa, aby pokazał Apostołom swojego niebieskiego Ojca:Rzekł do Niego Filip: “Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Odpowiedział mu Jezus: “Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czyż nie wierzysz, że jestem w Ojcu, a Ojciec jest we Mnie?” (J 14, 8-10a).Postawione przez Filipa pytanie dało Jezusowi okazję wytłumaczenia Apostołom najintymniejszego związku, jaki w tajemnicy Trójcy Przenajświętszej istnieje pomiędzy Ojcem i Synem.Tyle informacji podaje Pismo święte. Za Klemensem Aleksandryjskim pierwszy historyk Kościoła, Euzebiusz, podaje, że św. Filip był w związku małżeńskim i miał dzieci. On też przytacza informację Polikratosa, biskupa Efezu, o córkach Filipa. Według tej relacji miał Apostoł zostawić trzy córki, które żyły bogobojnie w panieństwie. Euzebiusz pisze, że Filip miał cztery córki, które nazywa “prorokiniami”, a które miały zażywać wielkiej czci w Kościele pierwotnym. Papiasz, biskup Hierapolis, znał je osobiście. Wspomniane informacje o córkach św. Filipa Apostoła są wszakże tak fragmentaryczne, że niektórzy współcześni hagiografowie są skłonni przypuszczać, że w tym wypadku tradycja pomieszała dwie osoby: św. Filipa Apostoła i św. Filipa diakona z Dziejów Apostolskich (Dz 6, 1-6; 8, 4-40), który miał być żonaty i mieć cztery córki.
    Istnieją także dwa apokryfy: Dzieje Filipa i Ewangelia Filipa. Ze św. Filipem nie mają one żadnego związku, chociaż podszywają się pod jego autorstwo oraz świadków naocznych jego męki. Powstały one dopiero w wieku IV. Piszą one o wędrówkach apostolskich Filipa po krainie Partów i Helladzie oraz o różnych przygodach Apostoła, a wreszcie o jego męczeńskiej śmierci w Hierapolis. Opierały się one również na tym, co podawała pierwotna tradycja chrześcijańska, zatem mogą zawierać elementy prawdy. Ewangelia Filipa jest dziełem gnostyków, którzy pod imieniem Apostoła chcieli rozpowszechnić swoje heretyckie błędy.
    Filip miał apostołować również w Scytii – a więc w okolicach Donu i Dniepru. Byłby to więc pierwszy Apostoł Słowian. Potem miał przenieść się do Frygii (Mała Azja) i w jej stolicy, Hierapolis, ponieść męczeńską śmierć za panowania Domicjana (81-96) przez ukrzyżowanie, a potem ukamienowanie. Według świadectw greckich wraz ze św. Filipem miała być pochowana w Hierapolis również jego siostra Marianna i dwie córki Apostoła.
    Filip jest patronem Antwerpii oraz pilśniarzy i czapników.W ikonografii św. Filip przedstawiany jest z krzyżem, z pastorałem, ze zwojem. Czasami trzyma ręku kamienie – znak męczeństwa. Towarzyszy mu anioł.

    Święty Jakub Młodszy, Apostoł

    Jakub, zwany Młodszym lub Mniejszym (dla odróżnienia od drugiego Apostoła Jakuba, zwanego także Starszym – przy czym starszeństwo oznacza tu kolejność włączenia do grona Apostołów), był synem Kleofasa i Marii (Mk 15, 40), rodzonym bratem św. Judy Tadeusza, krewnym Jezusa. W katalogach Apostołów jest wymieniany na jednym z ostatnich miejsc – co oznacza, że przyłączył się do grona Apostołów najpóźniej. Pochodził z Nazaretu. Jego matka miała na imię Maria (była spokrewniona ze św. Józefem), a jego ojcem był Alfeusz, zwany również Kleofasem (Mk 3, 18; Łk 6, 15; Mt 10, 3; J 19, 25). Jakub był rodzonym bratem św. Judy Tadeusza. Pisze o tym wyraźnie w swoim Liście i tym się chlubi: “Juda, sługa Jezusa Chrystusa, brat zaś Jakuba” (Jud 1). Także Łukasz nazywa Judę “Jakubowym”, czyli bratem Jakuba (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Jakub Młodszy i św. Juda mieli jeszcze jednego brata, Józefa. Pisze jasno o tym św. Marek: “Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa” (Mk 15, 40). Tak więc braćmi byli dla siebie: Jakub, Juda i Józef.
    Po zmartwychwstaniu Jezusa Jakub wyróżniał się wśród Apostołów jako przewodniczący gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie. Kiedy św. Piotr został cudownie uwolniony przez anioła z więzienia, każe o tym oznajmić Jakubowi (Dz 12, 17). Na soborze apostolskim św. Jakub zaraz po Piotrze zabrał głos i wpłynął na to, że św. Paweł mógł spokojnie pełnić swoją misję wśród pogan i nie narzucać im przepisów prawa Mojżeszowego (Dz 15, 13-21). Gdy św. Paweł po raz ostatni na Zielone Święta przybył do Jerozolimy (rok 57), św. Jakub przyjął go życzliwie (Dz 21, 17-26) i wyraził radość z jego sukcesów. Dla jego wszakże bezpieczeństwa proponuje św. Pawłowi, aby poddał się pewnym przepisom, które go obowiązywały jako Żyda.
    O tym, jak wielkiej powagi zażywał św. Jakub wśród Apostołów, świadczą Listy św. Pawła. Apostoł Narodów pisze w Liście do Koryntian, że Chrystus po swoim zmartwychwstaniu pokazał się również Jakubowi (1 Kor 15, 7). W Liście do Galatów szczyci się św. Paweł, że widział Jakuba, brata Pańskiego (Ga 1, 19). Jakub miał jednak żal do Pawła, że od nawróconych Żydów nie żądał zachowania obrzezania i innych nakazów prawa Mojżeszowego. Był bowiem przekonany, że ono nadal obowiązuje Żydów (Ga 2, 1-6). Także Paweł miał żal do Jakuba, że wpływał na Piotra, aby ten nadal przestrzegał Prawa Mojżeszowego (Ga 2, 11-14). Mimo tych różnic Paweł nie wahał się nazwać Jakuba filarem Kościoła (Ga 2, 9).
    Jakub zostawił list do wiernych Kościoła narodowości żydowskiej. Napisał go w latach 45-49. List był pisany pięknym językiem greckim, co wskazuje, że św. Jakub go dyktował, a pisał doskonały stylista. Na wstępie Listu Apostoł przedstawia się i podaje tytuł, który go uprawnia do pisania, oraz podaje adresatów: “Jakub, sługa Boga i Pana Jezusa Chrystusa, śle pozdrowienie dwunastu pokoleniom w rozproszeniu” (Jk 1, 1-2). Na samym początku zachęca, aby wierni byli wobec pokus odważni. Pokusy rodzą się w samym człowieku. Z kolei jakby polemizował ze św. Pawłem, który w podkreśleniu konieczności wiary w Chrystusa mniej uwzględniał potrzebę dobrych uczynków. Jakub napomina, że wiara bez uczynków jest martwa (Jk 2, 26). Podkreśla następnie, że wśród chrześcijan nie powinno się wyróżniać bogatych, a gardzić ubogimi, bo wszyscy są równi wobec Pana Boga. W bardzo obrazowym stylu akcentuje złość, jaką może wyrządzić język ludzki. Apostoł kończy swój list różnymi przestrogami i zachętą.
    O śmierci św. Jakuba Apostoła pisze Józef Flawiusz, współczesny mu historyk żydowski:Cesarz otrzymawszy wiadomość o śmierci Festusa, wysłał do Judei jako prokuratora Albinusa. Król (Agryppa II) natomiast pozbawił godności arcykapłańskiej Józefa i następcą jego na tym urzędzie mianował Ananosa (Annasza) o tym samym, co ojciec, imieniu. Młodszy Ananos… był z usposobienia człowiekiem hardym i niezwykle zuchwałym… Otóż Ananos… sądząc, że nadarzyła się dogodna sposobność, ponieważ umarł Festus, a Albinus był jeszcze w drodze, zwołał Sanhedryn i stawił przed sądem Jakuba, brata Jezusa, zwanego Chrystusem, oraz kilku innych. Oskarżył ich o naruszenie prawa i skazał na ukamienowanie (Dawne dzieje Izraela, 20, 9, 1).Panował wówczas cesarz Neron (54-68). Właśnie w Judei zmarł gubernator rzymski Porcjusz Festus (62). Tegoż więc roku 62 został ukamienowany św. Jakub Młodszy. Hegezyp, który żył w czasach po Apostołach ok. roku 160, pisał w swoich Pamiętnikach, że podczas kamienowania pewien folusznik (rzemieślnik produkujący tkaniny) doskoczył do Apostoła i uderzył Jakuba w głowę pałką. Euzebiusz dodaje, że przedtem strącono Jakuba ze szczytu świątyni.
    1 grudnia 351 r. na skutek objawienia, jakie miał mieć św. Epifaniusz, i poszukiwań zarządzonych przez św. Cyryla, patriarchę Jerozolimy, relikwie św. Jakuba Apostoła miały zostać znalezione razem z relikwiami Zachariasza i Symeona. Na tym miejscu wystawiono małą świątynię. Za czasów cesarza Justyna II (565-578) przeniesiono je do Konstantynopola, do kościoła wystawionego ku jego czci.
    Jakub już za życia doznawał wielkiej czci i to nie tylko wśród wyznawców Chrystusa, ale również wśród Żydów. Józef Flawiusz przytacza, że arcykapłan Annasz został po zaledwie 3 miesiącach sprawowania funkcji arcykapłana deponowany przez Heroda Agryppę właśnie za morderstwo, dokonane na Jakubie. I do Heroda, i do namiestnika doszły bowiem skargi, że Annasz nadużył swoich praw. Hegezyp, Klemens Aleksandryjski i Euzebiusz potwierdzają, że Jakub cieszył się wśród Żydów powagą ascety.
    Wśród apokryfów, czyli pism przypisywanych św. Jakubowi, chociaż autorem ich nie był, istnieje tak zwana Ewangelia Jakuba, zwana także Protoewangelią Jakuba. Apokryf pochodzi z wieku II. Zna go już Klemens Aleksandryjski, św. Justyn i Orygenes. Zawiera on wiele ciekawych szczegółów z życia Najświętszej Maryi Panny, które zapewne przekazała pierwotna tradycja chrześcijańska. Apokryf ten jest cenny i bardzo ciekawy.
    Św. Jakub jest patronem dekarzy.W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest w tunice i płaszczu, z mieczem oraz z księgą. Czasami jako biskup rytu wschodniego. Jego atrybutami są także: halabarda, kamienie, korona w rękach, torba podróżna, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 maja

    Święty Stanisław Kazimierczyk, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Katarzyna Troiani, dziewica
      •  Św. Anioł, prezbiter i męczennik
      •  Święty Sulprycjusz Nuncjusz
      •  Bazylika metropolitalna w Przemyślu
    Święty Stanisław Kazimierczyk
    Stanisław Sołtys urodził się 27 września 1433 r. w Kazimierzu, wówczas miasteczku pod Krakowem. Jego ojciec, Maciej, był tkaczem, a zarazem rajcą miejskim. Stanisław ukończył teologię na Akademii Krakowskiej. W 1456 r. wstąpił do klasztoru Kanoników Regularnych Laterańskich przy kościele Bożego Ciała w Krakowie. Klasztor ów został założony na specjalne życzenie świętej królowej Jadwigi. Po przyjęciu święceń kapłańskich (prawdopodobnie ok. 1458 r., można też spotkać datę 1462/1463), przełożeni zlecili mu pełnienie urzędu oficjalnego kaznodziei i spowiednika, a w klasztorze – funkcji mistrza nowicjatu, lektora i zastępcy przełożonego. Powierzonym obowiązkom poświęcił się bez reszty. Był przy tym wierny regule i przepisom zakonnym. “Dla wielu był przewodnikiem na drogach życia duchowego” – powiedział o nim św. Jan Paweł II. Prowadził intensywne życie kontemplacyjne, a zarazem jako znakomity kaznodzieja skutecznie oddziaływał na swoich słuchaczy. Zbliżał ich do Pana Boga nie tylko słowami prawdy, ale również przykładem życia i miłosierdziem wobec bliźnich. Bardzo troszczył się o chorych i biednych, usługiwał im z miłością. Często oddawał część własnego pożywienia potrzebującym. Wiele czasu spędzał na modlitwie, żywił gorące nabożeństwo do Męki Pana Jezusa, czcił Matkę Najświętszą i uważał się za Jej “wybranego” syna. Szczególną pobożnością otaczał swojego patrona, pielgrzymował do jego grobu w katedrze wawelskiej raz w tygodniu.
    W klasztorze przeżył 33 lata. Zmarł 3 maja 1489 r. w opinii świętości. Pochowano go pod posadzką kościoła Bożego Ciała, zgodnie z jego pokorną prośbą, aby wszyscy go deptali. Już w rok po śmierci Stanisława sporządzono spis 176 nadzwyczajnych łask uzyskanych dzięki jego orędownictwu. Elewacja relikwii odbyła się w 1632 r. 18 kwietnia 1993 roku podczas uroczystej Mszy świętej beatyfikacyjnej na placu św. Piotra w Rzymie św. Jan Paweł II dokonał potwierdzenia kultu księdza Stanisława Kazimierczyka i zaliczył go do grona błogosławionych. Także w Rzymie 17 października 2010 r. papież Benedykt XVI wpisał go do katalogu świętych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    ***

    4 maja

    Święty Florian, żołnierz, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Józef Maria Rubio, prezbiter
    Święty Florian
    Według żywotu z VIII w., Florian z Lauriacum urodził się ok. 250 roku w Zeiselmauer (Dolna Austria). W młodym wieku został dowódcą wojsk rzymskich, stacjonujących w Mantem, w pobliżu Krems (obecnie w północno-wschodniej Austrii). Podczas prześladowania chrześcijan przez Dioklecjana został aresztowany wraz z 40 żołnierzami i przymuszony do złożenia ofiary bogom. Wobec stanowczej odmowy wychłostano go i poddano torturom. Przywiedziono go do obozu rzymskiego w Lorch koło Wiednia. Namiestnik prowincji, Akwilin, starał się groźbami i obietnicami zmusić oficera rzymskiego do odstępstwa od wiary. Kiedy jednak te zawiodły, kazał go biczować, potem szarpać jego ciało żelaznymi hakami, wreszcie uwiązano kamień u jego szyi i zatopiono go w rzece Enns. Miało się to stać 4 maja 304 roku. Jego ciało odnalazła Waleria i ze czcią je pochowała. Nad jego grobem wystawiono z czasem klasztor i kościół benedyktynów, objęty potem przez kanoników laterańskich. Do dnia dzisiejszego St. Florian jest ośrodkiem życia religijnego w Górnej Austrii. Św. Florian jest patronem archidiecezji wiedeńskiej.
    W roku 1184 na prośbę księcia Kazimierza Sprawiedliwego, syna Bolesława Krzywoustego, Kraków otrzymał znaczną część relikwii św. Floriana. W delegacji odbierającej relikwie miał się znajdować także bł. Wincenty Kadłubek, późniejszy biskup krakowski. Ku ich czci wystawiono w dzielnicy miasta, zwanej Kleparzem, okazałą świątynię. Kiedy w 1528 r. pożar strawił tę część Krakowa, ocalała jedynie ta świątynia. Odtąd zaczęto św. Floriana czcić w całej Polsce jako patrona podczas klęsk pożaru, powodzi i sztormów. Kraków jeszcze dzisiaj obchodzi pamiątkę św. Floriana jako święto. Florian jest patronem Austrii i Bolonii oraz Chorzowa; ponadto hutników, strażaków i kominiarzy, a także garncarzy i piekarzy. W Warszawie pod wezwaniem św. Floriana jest katedra warszawsko-praska.W ikonografii św. Florian przedstawiany jest jako gaszący pożar oficer rzymski z naczyniem. Czasami jako książę. Bywa, że w ręku trzyma chorągiew. Jego atrybutami są: kamień młyński u szyi, kolczuga, krzyż, czerwony i biały krzyż, miecz, palma męczeńska, płonący dom, orzeł, tarcza, zbroja.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 maja

    Najświętsza Maryja Panna Królowa Polski
    główna Patronka Polski

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Cudotwórca, biskup
      •  Święty Teodozy Peczerski, opat
    Maryja w wizerunku jasnogórskim - Królowa Polski
    Tytuł Matki Bożej jako Królowej narodu polskiego sięga drugiej połowy XVI wieku. Grzegorz z Sambora, renesansowy poeta, nazywa Maryję Królową Polski i Polaków. Teologiczne uzasadnienie tytułu “Królowej” pojawi się w XVII wieku po zwycięstwie odniesionym nad Szwedami i cudownej obronie Jasnej Góry, które przypisywano wstawiennictwu Maryi.
    Wyrazicielem tego przekonania Polaków stał się król Jan Kazimierz, który 1 kwietnia 1656 roku w katedrze lwowskiej przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej obrał Maryję za Królową swoich państw, a Królestwo Polskie polecił jej szczególnej obronie. W czasie podniesienia król zszedł z tronu, złożył berło i koronę, i padł na kolana przed wielkim ołtarzem. Zaczynając swoją modlitwę od słów: “Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico”, ogłosił Matkę Bożą szczególną Patronką Królestwa Polskiego. Przyrzekł szerzyć Jej cześć, ślubował wystarać się u Stolicy Apostolskiej o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, zająć się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzić w kraju sprawiedliwość społeczną. Po Mszy świętej, w czasie której król przyjął również Komunię świętą z rąk nuncjusza papieskiego, przy wystawionym Najświętszym Sakramencie odśpiewano Litanię do Najświętszej Maryi Panny, a przedstawiciel papieża odśpiewał trzykroć, entuzjastycznie powtórzone przez wszystkich obecnych nowe wezwanie: “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”.
    Warto dodać, że Jan Kazimierz nie był pierwszym, który oddał swoje państwo w szczególną opiekę Bożej Matki. W roku 1512 gubernator hiszpański ogłosił Matkę Bożą szczególną Patronką Florydy. W roku 1638 król francuski, Ludwik XIII, osobiście i uroczyście ogłosił Matkę Bożą Wniebowziętą Patronką Francji, a Jej święto 15 sierpnia ustanowił świętem narodowym.
    Choć ślubowanie Jana Kazimierza odbyło się przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie, to jednak szybko przyjęło się przekonanie, że najlepszym typem obrazu Królowej Polski jest obraz Pani Częstochowskiej. Koronacja obrazu papieskimi koronami 8 września 1717 roku ugruntowała przekonanie o królewskości Maryi. Była to pierwsza koronacja wizerunku Matki Bożej, która odbyła się poza Rzymem.
    Niestety śluby króla Jana Kazimierza nie zostały od razu spełnione. Dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem “Królowej Polski”. Papież Benedykt XV chętnie przychylił się do tej prośby (1920). Biskupi umyślnie zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 roku pierwszą Konstytucją polską.
    Dnia 31 października 1943 roku papież Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi. Zachęcił równocześnie, aby aktu oddania się dopełniły wszystkie chrześcijańskie narody. Episkopat Polski uchwalił, że w niedzielę 7 lipca 1946 roku aktu poświęcenia dokonają wszystkie katolickie rodziny polskie; 15 sierpnia – wszystkie diecezje, a 8 września – cały naród polski. Na Jasnej Górze zebrało się ok. miliona pątników z całej Polski. W imieniu całego narodu i Episkopatu Polski akt ślubów odczytał uroczyście kardynał August Hlond.
    Wcześniej, zaraz po wojnie w roku 1945, Episkopat Polski pod przewodnictwem kardynała Augusta Hlonda odnowił na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowił też złożone przez króla Jana Kazimierza śluby. W uroczystości tej brała udział milionowa rzesza wiernych. W przygotowaniu do tysięcznej rocznicy chrztu Polski (966-1966), w czasie uroczystej “Wielkiej Nowenny”, na apel prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego, cała Polska ponownie oddała się pod opiekę Najświętszej Maryi, Dziewicy-Wspomożycielki. 26 sierpnia 1956 roku Episkopat Polski dokonał aktu odnowienia ślubów jasnogórskich, które przed trzystu laty złożył król Jan Kazimierz. Prymas Polski był wtedy w więzieniu. Symbolizował go pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. Po sumie pontyfikalnej odczytano ułożony przez prymasa akt odnowienia ślubów narodu. W odróżnieniu od ślubowań międzywojennych, akt ślubowania dotykał bolączek narodu, które uznał za szczególnie niebezpieczne dla jego chrześcijańskiego życia. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie oddały się pod opiekę Maryi. Finałem Wielkiej Nowenny było oddanie się w święte niewolnictwo całego narodu polskiego, diecezji, parafii, rodzin i każdego z osobna (w roku 1965), tak aby Maryja mogła rozporządzać swoimi czcicielami dowolnie ku ich większemu uświęceniu, dla chwały Bożej i dla królestwa Chrystusowego na ziemi.
    Dnia 3 maja 1966 roku prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, w obecności Episkopatu Polski i tysięcznych rzesz oddał w macierzyńską niewolę Maryi, za wolność Kościoła, rozpoczynające się nowe tysiąclecie Polski.
    W 1962 r. Jan XXIII ogłosił Maryję Królowę Polski główną patronką kraju i niebieską Opiekunką naszego narodu.Naród polski od wieków wyjątkowo czcił Maryję jako swoją Matkę i Królową. Bolesław Chrobry miał wystawić w Sandomierzu kościół pod wezwaniem Matki Bożej. Władysław Herman, uleczony cudownie, jak twierdził, przez Matkę Bożą, ku Jej czci wystawił okazałą świątynię w Krakowie “na Piasku”. Król Zygmunt I Stary przy katedrze krakowskiej wystawił ku czci Najświętszej Maryi Panny kaplicę (zwaną Zygmuntowską), która jest zaliczana do pereł architektury renesansu. Bolesław Wstydliwy wprowadził zwyczaj odprawiania Rorat w Adwencie. Jan Sobieski jako zawołanie do boju pod Wiedniem dał wojskom imię Maryi. Na tę pamiątkę papież bł. Innocenty XI ustanowił święto Imienia Maryi (obchodzone do dziś 12 września w rocznicę wiktorii wiedeńskiej). Maryja była także Patronką polskiego rycerstwa. Stefan Czarniecki przed każdą bitwą odmawiał Zdrowaś Maryja. Tadeusz Kościuszko swoją szablę poświęcił w kościele Matki Bożej Loretańskiej w Krakowie. Na palcu hetmana Stanisława Żółkiewskiego w czasie badania grobu znaleziono po wielu latach pierścień z napisem: Mancipium Mariae (własność Maryi).
    Bardzo często także mieszczanie zdobili swoje kamienice wizerunkami Matki Bożej, by mieć w Niej obronę. Figury i obrazy ustawiano na murach obronnych, jak to jeszcze dzisiaj można oglądać w Barbakanie Krakowskim. Pod figurą Matki Bożej Niepokalanej, która stała we Lwowie nad Bramą Krakowską, był napis: Haec praeside tutus (pod Jej opieką bezpieczny). Bardzo wiele przydrożnych kapliczek poświęcano Maryi. Święto Zwiastowania lud polski nazywał Matką Bożą Wiosenną; na nabożeństwach majowych wypełniał kościoły; Matkę Bożą Wniebowziętą nazywał Zielną, bo niósł wtedy do poświęcenia dożynkowe wieńce ziela; siewy rozpoczynał z Matką Bożą Siewną (Narodzenie Matki Bożej obchodzone 8 września). W wigilie, poprzedzające święta Matki Bożej – pościł. Na piersiach noszono szkaplerz lub medalik Matki Bożej. Pieśni religijnych ku czci Matki Bożej nie ma tyle żaden naród w świecie, co naród polski.
    Także polscy święci uznawali Maryję za swą szczególną Opiekunkę. Św. Wojciech uratowany jako dziecko z ciężkiej choroby za przyczyną Matki Bożej został ofiarowany na służbę Panu Bogu. Znana jest legenda o św. Jacku (+ 1257), jak wynosząc z Kijowa Najświętszy Sakrament przed Tatarami usłyszał głos z figury: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?”. Figurę tę pokazują dzisiaj w kościele dominikanów w Krakowie. Ze śpiewem na ustach Salve Regina zginęli z rąk Tatarów bł. Sadok i jego 48 towarzyszy (1260). Bł. Władysław z Gielniowa napisał Godzinki o Niepokalanym Poczęciu i kilka pieśni ku czci Matki Bożej. Św. Szymon z Lipnicy miał według podania umieścić w swojej celi napis: “Mieszkańcze tej celi, pamiętaj, byś zawsze był czcicielem Maryi”. W grobie św. Kazimierza znaleziono kartkę z własnoręcznie przez niego napisanym hymnem nieznanego autora Omni die dic Mariae (Każdego dnia sław Maryję). Św. Stanisław Kostka, zapytany z nagła, czy kocha Matkę Bożą, zawołał: “Wszak to Matka moja!”. Chętnie o Niej mówił, Ona to zjawiła mu się w Wiedniu, dała mu na ręce Dziecię Boże i uzdrowiła go cudownie. Jego śmierć poznano po tym, że nie uśmiechnął się, kiedy wetknięto mu w ręce obrazek Matki Bożej. Uprosił sobie u Matki Bożej, że przeszedł do nieba z ziemi w samą Jej uroczystość (15 sierpnia 1568 r.), podobnie jak św. Jacek (15 sierpnia 1257 r.).
    Na terenie Polski znajduje się kilkadziesiąt dużych i znanych sanktuariów maryjnych. Bardzo często Maryi poświęcano utwory literackie. Jako pierwszy utwór w języku polskim podaje się hymn Bogarodzica, napisany według większej części krytyków w wieku XIII, a według niektórych wywodzący się nawet z czasów św. Wojciecha. Od wieku XIV pojawiają się także w muzyce polskiej tłumaczenia sekwencji, hymnów i innych utworów gregoriańskich, liturgicznych. Powstają pierwsze pieśni w języku polskim. Od wieku XV pojawia się w Polsce muzyka wielogłosowa (polifonia). Od tego też wieku znamy kompozytorów, którzy pisali utwory ku czci Matki Bożej. Najdawniejsze polskie wizerunki Matki Bożej spotykamy już od wieku XI (Ewangeliarz Emmeriański, Ewangeliarz Pułtuski i Sakramentarium Tynieckie; figury i płaskorzeźby w kościołach romańskich). Największym i szczytowym arcydziełem rzeźby poświęconym Maryi jest ołtarz Wita Stwosza z lat 1477-1489, wykonany dla głównego ołtarza kościoła Mariackiego w Krakowie, zatytułowany Zaśnięcie Matki Bożej. Jest to arcydzieło na miarę światową, należące do unikalnych. W wielu polskich miastach istnieją kościoły zwane mariackimi – a więc poświęcone w sposób szczególny Maryi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 maja

    Święty Atanazy Wielki,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Zygmunt, król i męczennik
    Święty Atanazy Wielki

    Atanazy urodził się w 295 r. w Aleksandrii. Jak można wnosić z jego pism oraz z imienia jego brata, Piotra, który po nim zasiadł na stolicy aleksandryjskiej, Atanazy był z pochodzenia Grekiem. Posiadał wszechstronne wykształcenie. Jego młodość przypadła na krwawe prześladowanie Dioklecjana i Galeriusza. Miał dosyć okazji podziwiać męstwo męczenników oddających swoje życie za Chrystusa nieraz wśród najwyszukańszych tortur.
    W młodym wieku podjął życie w odosobnieniu na pustyni egipskiej, gdzie spotkał św. Antoniego Pustelnika, swego mistrza. Za rządów św. Aleksandra Atanazy w 319 r. został wyświęcony na diakona i pełnił przy biskupie urząd jego sekretarza. Jako autor listu św. Aleksandra do biskupów, w którym błędy Ariusza poddał szczegółowej analizie i krytyce, został zaproszony na Sobór Nicejski (325), na którym zajaśniał niezwykłą wymową i wiedzą teologiczną tak dalece, że można powiedzieć, iż przyczynił się w głównej mierze do potępienia przez ojców soboru Ariusza. Cesarz Konstantyn I Wielki skazał herezjarchę na wygnanie.
    Po śmierci biskupa Aleksandra jego następcą został wybrany Atanazy (328). Od samego początku jego pasterzowaniu towarzyszyły wielkie wyzwania. Cesarz Konstantyn odwołał bowiem z wygnania Ariusza i jawnie zaczął sprzyjać jego zwolennikom. Dla umocnienia wiernych swojej diecezji Atanazy rozpoczął uciążliwą wizytację od Assuanu po Tebaidę. W Tabennesi powitał go serdecznie św. Pachomiusz. W tym czasie przeciwnicy Atanazego oskarżyli go przed cesarzem, że objął stolicę aleksandryjską, nie mając jeszcze wieku kanonicznego, a ponadto że popiera przeciwników politycznych cesarza. Atanazy udał się więc do Nikomedii, gdzie wtedy urzędował cesarz, i zbił wszystkie zarzuty przeciwników. Cesarz żegnał go z wielkimi honorami (332).
    Przeciwnicy ponownie oskarżyli Atanazego, tym razem o to, że przyczynił się do potajemnego zamordowania ariańskiego biskupa Arseniusza. Kiedy Atanazy zażądał kategorycznie sądu, zorganizowano go na synodzie w Cezarei Palestyńskiej, gdzie została wykazana niewinność Atanazego. Z tej okazji cesarz Konstantyn wystosował nawet do Atanazego list pochwalny.
    Ariusz dzięki poparciu cesarza zdołał w tym czasie pozyskać bardzo wielu biskupów na Wschodzie. Sześćdziesięciu z nich zebrało się na synodzie w Tyrze (335). Atanazy omalże nie został na miejscu zabity. Ratował się ucieczką, ale cesarz skazał Atanazego na banicję do Trewiru w Galii. Daremnie w obronie Atanazego pisał do cesarza listy św. Antoni Pustelnik. Dopiero śmierć cesarza w 337 r. przywróciła udręczonemu obrońcy Kościoła wolność.
    Wrogowie ponownie wnieśli przeciwko Atanazemu skargę, tym razem do papieża, św. Juliusza I, o to, że nieprawnie objął stolicę biskupią. Atanazy zwołał wówczas synod do Aleksandrii, który wykazał jego niewinność. Przeciwnicy, korzystając z poparcia cesarza ariańskiego, Konstansa I (337-350), wymogli depozycję Atanazego; na jego miejsce wszedł biskup ariański, Grzegorz. Atanazy ponownie musiał ratować się ucieczką (338). Udał się wówczas do Rzymu. Papież św. Juliusz I zwołał dla rozpatrzenia sprawy synod do Rzymu. Wobec zebranych 50 biskupów została ponownie wykazana niewinność Atanazego. Papież wystosował list do biskupów Egiptu, Grzegorza obłożył klątwą i zdjął z urzędu (340). Cesarz poparł papieża i wydał zarządzenie namiestnikowi Egiptu, aby Atanazego przyjął z należnymi mu honorami. Kiedy ten powrócił na swoją stolicę, witały go takie tłumy, że – jak pisze św. Grzegorz z Nazjanzu – przypominało to wylew Nilu. Czterdziestu biskupów Egiptu złożyło mu homagium (346).
    Znów niestety Atanazy nie zaznał pokoju. Cesarz Konstancjusz II przeszedł jawnie na stronę arian. Zwołał synody w roku 353 do Arles (Francja), a w roku 355 do Mediolanu (Włochy), na którym potępiono uchwały Soboru Nicejskiego I z roku 325 i potępiono również Atanazego. Cesarz nalegał, by papież, św. Liberiusz I, uczynił to samo. Kiedy zaś ten wyraził stanowczy sprzeciw, także papieża skazał na wygnanie jako heretyka. Atanazy był właśnie wraz ze swoim klerem w katedrze, kiedy wszedł do niej wysłannik cesarski i ogłosił jego depozycję. Atanazy usunięty siłą przez 6 lat ukrywał się wśród znajomych i mnichów na pustyni. W miejsce Atanazego wybrano ariańskiego biskupa Jerzego. W czasie pobytu na pustkowiu wśród oddanych mu mnichów Atanazy napisał dwie apologie do cesarza Konstansa II: jedną w obronie Kościoła przeciwko arianom, drugą zaś w obronie własnej. Napisał także Historię arian.

    Święty Atanazy Wielki

    Po śmierci Konstancjusza II tron objął Julian Apostata. Na początku swoich rządów wydał dekret o uwolnieniu z więzień i banicji wszystkich prawowitych biskupów. Atanazy powrócił więc na swoją stolicę. Niebawem jednak cesarz zaczął jawnie sprzyjać poganom, a prześladować chrześcijan. Zachował się list Juliana Apostaty do namiestnika Egiptu, Egicjusza, z nakazem usunięcia Atanazego nie tylko ze stolicy biskupiej, ale i z Egiptu. Ponownie więc biskup musiał ratować się ucieczką. Cesarz jednak uwikłał się w wojnę z Persami. Przegrał ją i podczas niej zginął. Jego następca, Jan, był szczerze oddany katolikom. Atanazy po raz czwarty wrócił do Aleksandrii. Niestety, po roku umarł cesarz Jan. Po raz piąty Atanazy dekretem cesarskim został zmuszony opuścić swoją owczarnię. Tym razem jednak lud stanowczo opowiedział się za swoim pasterzem i zmusił cesarza do odwołania wyroku banicji. Cztery lata później, w nocy z 2 na 3 maja 373 r. Atanazy zmarł. Św. Grzegorz z Nazjanzu wygłosił ku jego czci wspaniałą mowę. Św. Bazyli nazwał go jedynym obrońcą Kościoła w czasach, kiedy szalał arianizm. Na Soborze Konstantynopolitańskim II (553) wobec papieża św. Wigiliusza zaliczono św. Atanazego do nauczycieli Kościoła. We wszystkich obrządkach obchodzi się jego doroczne święto, chociaż w różnych dniach. Atanazy pozostawił po sobie traktaty. W “Żywocie św. Antoniego” dał podwaliny pod koncepcje życia zakonnego.
    Św. German I (VII/VIII w.) przeniósł ciało św. Atanazego do kościoła Mądrości Bożej (Hagia Sofia) w Konstantynopolu w czasie najazdu Arabów. Król Baldwin w XII w. podarował ramię Świętego mnichom z Monte Cassino, a jego ciało przeniesiono do kościoła benedyktynek w Wenecji. Od 1806 roku relikwie Atanazego znajdują się w kościele św. Zachariasza. Jego czaszka znajduje się w opactwie benedyktynów w Valvanera, natomiast w rzymskim kościele pw. św. Atanazego znajduje się część jego ramienia.W ikonografii (zachodniej) św. Atanazy przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub ortodoksyjnego. Czasami jako kardynał albo mnich. Jego atrybutami są: łódka, rylec, zwój. Na Wschodzie przedstawiany jest w bizantyjskich szatach biskupich z dużymi krzyżami. W obu dłoniach trzyma Ewangelię. Ma szeroką, siwą brodę i łysinę czołową. Często towarzyszy mu św. Cyryl, arcybiskup aleksandryjski.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 maja

    Święty Józef, Rzemieślnik

    Zobacz także:
      •  Święty August Schoeffler, męczennik
      •  Jeremiasz, prorok
    Święty Józef, Rzemieślnik
    Święty Józef był mężem Maryi. Jego postać znamy z przekazów Ewangelii. Czcimy go dwukrotnie w ciągu roku: 19 marca – jako Oblubieńca Matki Bożej, a dzisiaj – jako wzór i patrona ludzi pracujących. 1 maja 1955 roku zwracając się do Katolickiego Stowarzyszenia Robotników Włoskich papież Pius XII proklamował ten dzień świętem Józefa rzemieślnika, nadając w ten sposób religijne znaczenie świeckiemu, obchodzonemu na całym świecie od 1892 r., świętu pracy. Odtąd tego dnia także Kościół akcentuje szczególną godność i znaczenie pracy. To wspomnienie jest wyrazem zrozumienia i poszanowania jej roli w duchowym rozwoju człowieka, a także okazją do złożenia hołdu tym jej wartościom, które pozwalają stosunki między ludźmi ją wykonującymi oprzeć na zasadach pokoju społecznego, dalekich od niezgody, gwałtu i nienawiści.
    Całe swoje życie św. Józef spędził jako rękodzielnik i wyrobnik w ciężkiej zarobkowej pracy. Ewangelie określają go mianem tektōn (łac. faber), przez co rozumiano wyrobnika – rzemieślnika od naprawy narzędzi rolniczych, przedmiotów drewnianych itp. Były to więc prace związane z budownictwem, z robotą w drewnie i w żelazie. Józef wykonywał je na zamówienie i w ten sposób utrzymywał Najświętszą Rodzinę. Ta właśnie praca stała się równocześnie dla niego źródłem uświęcenia. Był mistykiem nie przez kontemplację, przez uczynki pokutne czy przez dzieła miłosierdzia, ale właśnie przez codzienną pracę. Praca go uświęciła, gdyż wykonywał ją rzetelnie, wypełniał ją cicho i pokornie jako zleconą sobie od Boga misję na ziemi. Spełniał ją zapatrzony w Jezusa i Maryję. Dla nich żył, dla nich się trudził, dla nich był gotów do najwyższych ofiar. Taki powinien być styl pracy każdego chrześcijańskiego pracownika. Praca ma go uświęcać, ma być źródłem gromadzenia zasług dla nieba, podobnie jak to było w życiu św. Józefa.Pismo Święte nie tylko nie potępia pracy, ale ją zaleca i nakazuje, i to we wszelkich odmianach, także gdy chodzi o pracę fizyczną. Już pierwsi rodzice w raju pracowali: “Jahwe Bóg wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15). Księga Przysłów oddaje najwyższe pochwały kobiecie pracowitej i wylicza, jakie pożytki i dobrodziejstwa ma z tego mąż i cały dom (Prz 31, 10-31). Pismo święte natomiast gromi leniwych i ostrzega przed nimi: “Do mrówki udaj się, leniwcze, patrz na jej drogi… w lesie gromadzi swą żywność i zbiera swój pokarm za życia. Jak długo, leniwcze, chcesz leżeć? A kiedyż ze snu powstaniesz?” (Prz 6, 6-9). “Ręka leniwa sprowadza ubóstwo, ręka zaś pilnych wzbogaca” (Prz 10, 4). “Kto ziemię uprawia, nasyci się chlebem” (Prz 12, 11). “Lenistwo nie złowi zwierzyny, ludzka pilność cennym bogactwem” (Prz 12, 27). Św. Paweł wprost pisze: “Gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam tak: kto nie chce pracować, niech też nie je” (2 Tes 3, 10). Przypowieść Pana Jezusa o robotnikach w winnicy (Mt 20, 1-16) i o talentach (Mt 25, 14-30; Łk 19, 11-28) akcentuje, że człowiek za swoją pracę odpowiada nie tylko wobec społeczeństwa, ale także w sumieniu wobec Pana Boga.Praca wyzwala z człowieka najpełniej jego uzdolnienia, energię, inicjatywę. Jest szkołą wielu cnót osobistych i społecznych, takich jak na przykład wytrzymałość, solidarność, cierpliwość, męstwo, odwaga i ład, współpraca, współzawodnictwo. Praca bogaci i łączy ludzi. Wyrównuje także nierówność społeczną. Jeśli człowiek traktuje pracę jako swoje posłannictwo, jako zleconą sobie od Boga misję, staje się ona wówczas dla niego środkiem uświęcenia i gromadzenia zasług dla nieba. Kościół wyniósł na ołtarze nie tylko władców, biskupów, papieży i zakonników, ale także zapobiegliwych ojców, dzielne matki, rzemieślników, żołnierzy i rolników.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia