Tag: Wielki Post

Okres Wielkiego Postu

  • V Niedziela Wielkiego Postu – ROK C

    Wyznać w Jezusie Boga

    Nie przypadkiem tak się wydarzyło, że kilka lat temu naWielki Post Mel Gibson ofiarował dzieło swojego życia – film o Jezusowej męce. Ci, którzy już oglądali nie ukrywają jak bardzo go przeżyli i do jakiego stopnia zostali nim poruszeni. Bo trzeba przyznać, że Chrystusowa męka i śmierć przestała już przemawiać do wielu współczesnych ludzi. Ale czy tylko dlatego, że cała dramaturgia stała się jakby nieobecna? Przecież Ciało i Krew, ból i śmierć – to wszystko jest prawdziwe. Skoro więc słowo nie działa i skoro symbole straciły moc – film trafił w swój czas: jako wstrząs i jako przypomnienie.

    W roku 1972, zaraz po moich święceniach kapłańskich, zostałem wysłany do Francji, aby pracować w redakcji pallotyńskiego miesięcznika Nasza Rodzina. I dopiero tam miałem możność po raz pierwszy zobaczyć religijny film:  Człowiek z Nazaretu. Wtedy odbywały się bardzo żywe dyskusje nie tylko na temat tego filmu, ale i innych o tematyce religijnej – czy jest jakiś sens ekranizować Ewangelię. No bo na przykład – jak pokazać Boskość Pana Jezusa, skoro nadprzyrodzoność w ogóle nie jest fotogeniczna?

    Z tamtego jednak filmu utkwił we mnie bardzo głęboko, między innymi, obraz z dzisiejszej Ewangelii. Do Pana Jezusa przywleczono jawnogrzesznicę. Faryzeusze, wśród których byli młodsi i starsi utworzyli pierścień. Każdy z nich trzymając za plecami kamień był pewny, że tym razem Chrystus już nie zdoła im się wymknąć. Pytają: „Nauczycielu, kobietę tę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?” W tej rabinistycznej kalkulacji każda odpowiedź była na ich korzyść. Bo jeżeli postąpi jak Mojżesz – to nie ma w Nim nic nadzwyczajnego. A jeśli nie zgodzi się z prawem mojżeszowym i zażąda uwolnienia kobiety – jawnie sprzeniewierzy się prawu. Tak czy owak będą mieć poważny argument przeciwko Niemu. Na ekranie było widać, jak krąg oskarżycieli wokół Jezusa i kobiety jeszcze bardziej się zacisnął. Ona klęczała z głową prawie zanurzoną w piasku. I na tym samym piasku pochylony Pan Jezus coś pisał. Po pewnej chwili podniósł się i zapytał: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Odszedł kilka kroków, aby mogli zacząć rzucać kamieniami. Ale kamienie, dotąd trzymane kurczowo w ich rękach, zaczęły powoli i dyskretnie upadać w piach wydając głuchy dźwięk. Jeden po drugim odchodził. Kamera ujęła dokładnie taki szczegół, że najpierw odchodzili starsi. Wśród pozostawionych kamieni ułożonych w takim samym kręgu, w jakim stali faryzeusze, pozostał tylko Pan Jezus i kobieta. Kiedy usłyszała słowa: „Nikt cię nie potępił?” – dopiero wtedy odważyła się popatrzeć na Chrystusa i odpowiedziała: „Nikt Panie!” W tym słowie „Panie” wyraziła całą tajemnicę znaczenia hebrajskiego słowa „Adonai” i greckiego „Kyrios”. W tym momencie na ekranie ukazało się światło, które rozświetliło postać Chrystusa, a potem to światło ogarnęło niewiastę, która wyznała w Jezusie Boga i to był początek jej drogi do wielkiej świętości. Ten film, dzięki swojemu artystycznemu ujęciu zdołał przedstawić i oddać coś z tajemnicy nadprzyrodzoności.

    Faryzeusze byli tak blisko Chrystusa. Dlaczego jednak odeszli? Dlaczego nie skorzystali z nawrócenia? Co stanęło na przeszkodzie? Odpowiedź na te pytania przypomina inną scenę, tym razem ze świątyni, gdzie modlił się faryzeusz i celnik. Jeden z nich nie przyznał się do grzechu, bo go nawet w sobie nie widział. Najwyraźniej zadowolony był ze swojego życia, którym chełpił się przed Bogiem. Ale grzechy innych widział bardzo dobrze i potrafił jeszcze nimi się gorszyć!

    Dzisiejsze Słowo Boże wyraźnie ukazuje, jak pisze Hans Urs von Balthasar, „nas, grzesznych, w chwili gdy oskarżamy przed Jezusem innych grzeszników. Jezus, pisząc palcem po ziemi, jest jakby nieobecny duchem. Dwa razy tylko przerywa milczenie: za pierwszym razem zrównując oskarżycieli i oskarżonych we wspólnej winie, za drugim po to, by – skoro nikt już nikogo nie oskarża – wypowiedzieć słowa przebaczenia. W obliczu Jego cierpienia, które znosi On w milczeniu, umilknąć też muszą wszelkie oskarżenia, „albowiem Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie”. To, że nikt nie oskarżył kobiety cudzołożnej, należy tłumaczyć nie tylko pierwszą wypowiedzią Jezusa w scenie ewangelicznej, ale przede wszystkim drugą; On bowiem cierpiał za wszystkich, by dla wszystkich wyjednać przebaczenie niebieskie, i z tego powodu nikt już nie może oskarżać drugiego przed Bogiem.”

    W tym Wielkim Poście Bóg znowu woła: „Nawróćcie się do Mnie całym swoim sercem! Czy tym razem w końcu dotrze do mnie Jego wołanie i ogarnie całe moje serce? Bo można zachowywanie przykazań nakazać, można przymusić pod strachem, albo zachęcić różnymi atrakcjami – jak mówią tubylcy, że w kościele był very nice service. Ale na nic się to zda. Bo co z tego, choćbym nawet uchodził na zewnątrz za gorliwego katolika – jeżeli moje serce nie będzie kochać? Bo zostało zastraszone, przekupione, oczarowane własnymi uczuciami i emocjami, ale niestety – nie Panem Bogiem. Ale Pan Bóg nie zniechęca się. Wciąż kładzie na ścieżce mojego życia przeróżne wydarzenia, aby rozbijały moją nic nie wartą pobożność i wyrywały mnie z moich iluzji. Kto wie, czy wspomniany na początku film o Jezusowej męce nie jest jednym z nich?

    Ks. Piotr Pawlukiewicz zauważa, że „niechrześcijanie dziwią się niekiedy, dlaczego tak bardzo czcimy krzyż Chrystusa, skoro jest to narzędzie okrutnej śmierci. Dziwią się, dlaczego rozważamy mękę Pańską, mówimy o ranach Chrystusa. Przecież to wszystko było straszne i odrażające. Tak, to prawda, krzyż jest narzędziem tortur i zbrodni, krwawe rany są źródłem wielkiego cierpienia. My wiemy o tym, ale jednak widzimy w tym coś jeszcze. Widzimy przede wszystkim miłość. A jej prawo jest takie, że tu, na ziemi miłość zawsze musi się wyrażać w widzialnych znakach… Takim znakiem, który nie może kłamać: to cierpienie i śmierć. Jeśli ktoś cierpi za kogoś, jeżeli oddaje za kogoś życie, to w sposób absolutnie pewny wyraża swoją miłość.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Wielkiego Postu – ROK C

    Być hojnym i miłosiernym

    Jezusowa przypowieść o synu marnotrawnym jest jedną z najbardziej wzruszających, bo jest to przede wszystkim przypowieść o nieprawdopodobnie dobrym ojcu. Jednak na samym początku rodzi się pytanie, dlaczego ojciec w ogóle zgodził się i spełnił prośbę syna, który domagał się swojego majątku? Już samo żądanie było bezpodstawne, gdyż dopiero po śmierci ojca syn mógłby mieć prawo do swojej części.

    Czyż kochający ojciec nie wiedział, że ten jego syn zmarnuje nie tylko ojcowiznę, ale przede wszystkim sam się zabłąka i zagubi z dala od rodzinnego domu? I tak też się stało – rzeczywiście jego syn stał się nędzarzem. I to jakim! Pasł świnie. Dla Żyda było to krańcowe upokorzenie. Jakby jeszcze nie dość było tego – musiał podkradać pokarm przeznaczony dla świń. Hodowca traktował go więc nawet gorzej od swoich zwierząt.

    Ta przypowieść jest bardzo wymowną ilustracją do ukazania konsekwencji grzechu. Człowiek ulegając urokowi zła – odchodzi, oddala się od swojego rodzinnego domu, domu swojego Ojca. Takie doświadczenie dotyka wielu. Czuję i na sobie dotyk tego obrazu i dlatego nie jest mi on obojętny.

    Hans Urs von Balthasar pisze w ten sposób: „Dla nas tą częścią majątku Bożego jest nasze życie, nasza wolność, nasz rozum i odpowiedzialność za siebie – najwyższe dobra, jakie tylko Bóg może dać. To, że roztrwoniwszy wszystko, popadamy w nędzę i w tej nędzy wreszcie się opamiętujemy – nie jest tak istotne, jak wypatrywanie syna przez ojca, jego litość nad powracającym, gorące pozdrowienie, przyodzianie na nowo marnotrawnego i urządzenie uczty na jego cześć”.

    W petersburskim Ermitażu znajduje się obraz Rembrandta Syn marnotrawny, który jest powszechnie znany. W Roku Jubileuszowym 2000 reprodukcja tego obrazu w formie plakatu była widoczna prawie we wszystkich kościołach.

    Stary mężczyzna ubrany w obszerny czerwony płaszcz dotyka rękami ramion klęczącego chłopca w łachmanach z ogoloną głową, w zniszczonych sandałach, z krótkim mieczem u boku – symbolizującym jego synostwo. Tuli się do swojego ojca. W tym geście wyrażony jest cały dramat tego co przeżył. Artysta w tym chłopcu namalował po prostu siebie. Bowiem w swojej młodości był zuchwały, zmysłowy, arogancki. Miał wiele pieniędzy, które wydawał rozrzutnie na swoje zachcianki, ale z czasem opamiętał się. Można to zauważyć śledząc jego kolejne obrazy. Szczególnie patrząc na Syna marnotrawnego – widzi się jego uszczęśliwienie, że znowu dane mu jest być w domu ojca. Dopiero teraz, będąc powtórnie w ramionach swojego ojca, zrozumiał jak wielką było pomyłką słuchać różnych podszeptów o tak zwanej rzekomej wolności. Dlatego teraz mocno trzyma się ojca, aby już nigdy więcej nie ulec błędnym mirażom.

    Na tym obrazie, po prawej stronie, jest jeszcze jedna osoba – starszy syn. Patrzy surowo na tę scenę pojednania. Symbolizuje on tych wszystkich, którzy siebie uważają jedynie za godnych szacunku. Innych traktują z pogardą. Zresztą Pan Jezus mówił tę przypowieść do faryzeuszów i uczonych w Piśmie, ponieważ oni szemrali i mieli za złe Chrystusowi, że przebywa i gości się razem z grzesznikami i celnikami. Dobrze wiem, jak ten – tak zwany lepszy brat – wciąż siedzi i we mnie. I również wiem, że uzdrowienie z takiego stanu jest o wiele trudniejsze niż przywrócenie do godności młodszego syna, którego głód zmusił do powrotu do domu ojca.

    Ale ojciec jest tak wspaniałomyślny również w stosunku do swojego starszego syna. Jego ojcowska łagodność na pewno potrafiła rozbroić i takie serce – owładnięte zawiścią, zgorzknieniem. Nie przewidział, że po swoim wybuchu gniewu usłyszy takie słowa: „Czyż nie trzeba było…? Ojciec niejako tłumaczy się w ten sposób przed swoim synem. A syn spodziewał się wyrzutów, złości ze strony ojca, aby jeszcze bardziej wzmóc swoją własną surowość. Tymczasem ta niespodziewana dobroć na pewno potrafiła rozbroić go, tak, że i on mógł teraz zacząć też miłować jak ojciec. Właśnie wtedy było dane mu zrozumieć swoją niewdzięczność, bo przecież to on stale, każdego dnia przebywał w zasięgu ojcowskiej dobroci, której jakby dotychczas nie widział.

    Podczas tego Wielkiego Postu na pewno wielu ludzi odnajdzie ten sam akcent, ten sam zawód Boga, który ciągle od nowa zaczyna wierzyć, że znajdzie w każdym pokoleniu chętnych, gotowych dzielić razem z Nim i radość i dobroć. Oby rozbudziło się takie pragnienie bycia hojnym i miłosiernym, bo Boża hojność i Boże miłosierdzie nieustannie ogarnia naszą ludzką ziemię, pomimo powszechnej ślepoty.

    Na obrazie Rembrandta oświetlona twarz starca emanuje niezwykłym spokojem. Jego ręce na ramionach marnotrawnego syna sprawiają uspokojenie. Lewą ręką, która jest męska, silna i szeroko otwarta – podtrzymuje syna. Natomiast drugą ręką, prawą, podobną do ręki kobiecej, delikatnej i czułej – głaszcze i pociesza „syna, który był umarł, a znowu ożył”. Na kartach Biblii wiele jest miejsc, gdzie Pan Bóg właśnie w ten sposób się jawi – zarówno jako troskliwy ojciec i jako współczująca matka.

    Ponieważ jest już IV Niedziela Wielkiego Postu dobrze będzie przypomnieć sobie co napisała w swojej książce Przedziwne sekrety dusz czyśćcowych siostra Emmanuela. Mianowicie, że wielkim zagrożeniem dla nawrócenia człowieka są dwie choroby. Jedna nazywa się „wczoraj”, a druga „jutro”. Ta pierwsza atakuje ludzi, którzy żyją tylko wspomnieniami: „Kiedyś to byłem porządny, kiedyś się modliłem, często przystępowałem do sakramentu pojednania”. Jest to rodzaj takiego religijnego kombatanctwa. Druga choroba – „jutro” – powoduje, że człowiek okłamuje samego siebie: „No, od jutra biorę się za siebie”. Albo: „Od następnego miesiąca zrywam z tym grzechem”. A tymczasem mijają lata i to „jutro” wciąż jest jutrem. A pierwszy krok trzeba zrobić dziś, teraz – choćby to był nawet i mały krok. Bo wtedy wydarzy się to o czym Chrystus mówi w przypowieści: „Gdy był jeszcze daleko… ojciec wybiegł naprzeciw niego”. Ale potrzebny jest ten mój pierwszy krok – to nic, że to będzie już moje dziesiąte czy setne nawrócenie.

    Nucę więc melodię mojej ulubionej pieśni, aby dłużej nie zwlekać: „Wróć, synu, wróć, Ojciec czeka”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Wielkiego Postu – ROK C

    Stanąć w prawdzie

    W dzisiejszej Ewangelii ludzie przychodzą do Pana Jezusa z wiadomością, że oto Piłat kazał zgładzić kilku mężczyzn i pytają o komentarz. Tylko ta ich ciekawość, jak Chrystus wytłumaczy sens cudzego cierpienia, była już ograniczona. Bo oni już mieli wyrobione własne zdanie na ten temat. Chcieli jedynie tylko potwierdzenia dla swojej opinii, że cudze cierpienie jest po prostu Bożą karą za grzechy. A tymczasem Pan Jezus poprzez swój komentarz burzy ich zapatrywania.

    Najpierw przypomina o jeszcze innym wydarzeniu, które miało miejsce nie tak dawno temu: wieża w Siloe zawaliła się i zginęło osiemnastu ludzi. Była to zwykła, niezawiniona przez nikogo, katastrofa. A następnie stawia pytanie: „Czy myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.” Pan Jezus odwraca uwagę od ofiar i kieruje ją na słuchaczy, na ich własne postępowanie. Bo człowiekowi tak łatwo przychodzi osądzać innych i to jeszcze z pozycji moralnej wyższości podpierając się nawet Biblią, w której nie brakuje Bożych gróźb i przestróg, gdzie rzekomo tylko bezbożnych dotyka kara.

    Muszę sobie zdać sprawę z tego, że kiedy pytam o sens cierpienia bardzo łatwo mogę być opanowany pokusą, że nawrócenia potrzebują tylko inni, ale nie ja. Dzisiejsze środki przekazu wprost bombardują człowieka wiadomościami, które wypełnione są przede wszystkim sensacjami i skandalami. Bowiem przez takie pokazywanie ludzkich brudów wydawnictwa i studia telewizyjne uzyskują popularność, a popularność daje gwarancję na duży nakład i na dużą oglądalność. Odbiorca zaś uspokaja swoje sumienie, które powoli popada w stan uśpienia poprzez ciągłe powtarzanie: „jacy ci inni są źli, okropni, skoro dopuszczają się takich czynów. Ja jestem człowiekiem w miarę całkiem przyzwoitym i porządnym”. A przecież w głębi każdego serca czyż aż tak trudno odnaleźć swoje własne zło?

    Ks. Zdzisław Wietrzak, jezuita, który jest kapelanem w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, dodaje jeszcze więcej: „Ludzie unikają dobra, a nawet je atakują, bo stanowi dla nich wyrzut sumienia. Tak właśnie postępowali faryzeusze i uczeni w Piśmie z Jezusem, bo upominał ich za brak żalu i pokuty. I zamiast się poprawić, to zatwardzali serca, grzesząc uparcie przeciw Duchowi Świętemu. Za to spotkała ich kara: zburzenie świątyni i jeszcze gorsza niewola. Wniosek? Człowiek nie jest zdolny sam siebie usprawiedliwić, bo nie potrafi o własnych siłach wydobyć się z błota i brudu grzechu. Może go uratować tylko Jezus Chrystus”.

    Dlatego dzisiejsza Ewangelia tak mocno podkreśla Jezusowe słowa o konieczności nawrócenia. Te słowa są przede wszystkim do mnie skierowane. Tu nie chodzi o to, bym coś poprawiał w moim życiu, ale co jest konieczne dla mnie – to żebym się nawrócił. Największe niebezpieczeństwo dotyka mnie wtedy kiedy jestem zbyt pewny siebie. Bowiem takie zadowolenie ze swojej postawy jest już bardzo bliskie przestrzeni, w której zazwyczaj traci się wiarę. Nic raz na zawsze nie zabezpiecza człowieka przed sprzeniewierzeniem się Ewangelii. Jak bardzo potrzebuję, właśnie ja, zadawać sobie, stale i wciąż, pytanie: czy moja wiara jest żywa, czy nie jestem już tylko pobielanym grobem, takim faryzeuszem, który swoje pogaństwo jedynie przykrywam przeróżnymi religijnymi emblematami i dekoracjami, jak moje ściany obwieszone krzyżami i świętymi obrazami? Kiedy słyszę modne dziś powiedzenie: „przecież inni też tak żyją” – mogę łatwo przyzwyczaić się i uwierzyć, że ja też mogę w ten sposób usprawiedliwić swoje własne niewierności? A może nawet jeszcze bardziej niż inni czuć się uprzywilejowanym, aby liczyć na pewien rabat, ulgę?

    Okres Wielkiego Postu, w którym modlitwa i pokuta występuje ze wzmożoną siłą, jest dla mnie wielką szansą, aby stanąć w prawdzie w świetle Ewangelii – bo wtedy słowa, które wypowiadam, mogą znowu być wyraziste i jednoznaczne. Jest więc szansa, aby na nowo odkryć i wydobyć z głębin mojego wnętrza zapodziane już pragnienia, a o których pisał Cyprian Norwid, też z obcej ziemi:

    …”Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej,
    Której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie,
    Równie niewinnej… Tęskno mi, Panie…
    Do tych, co mają tak za tak – nie za nie –
    Bez światło-cienia… Tęskno mi, Panie”.

    Mając na co dzień do czynienia z Rodakami nie tylko tu już zasiedziałymi od czasu krwawych, wojennych dni, ale i z nowo przybyłymi, często ocieram się o takie dwie typowe postawy, bardzo bałamutne, które są dziś dość powszechne. Bo co to znaczy, że ktoś jest praktykującym – jeżeli faktycznie jest niewierzącym, ponieważ uczestniczenie w Liturgii nie daje żadnego przełożenia na zwykłe codzienne życie? Jest to taka religijność tylko czysto zewnętrzna związana może ze zwyczajem, albo z przyzwyczajeniem, który otrzymało się w spadku po rodzicach. Ale jest i druga postawa, jakby odwrotna w stosunku do poprzedniej i słyszę ją bardzo często w klubie, na przystanku, podczas odwiedzin w domu albo w szpitalu: „Jestem katolikiem wierzącym, ale niepraktykującym”. Tu przypomina mi się pewna historyjka, którą usłyszałem od ks. Pawlukiewicza. Skarżyła się kiedyś sąsiadka sąsiadce na swego męża alkoholika, opowiadając o nieszczęściach, jakie przychodzi jej przeżywać. Na to, zaskoczona, usłyszała w odpowiedzi:

    Pani sąsiadko, niepotrzebnie się pani przejmuje!

    Jak to mam się nie przejmować? – odpowiedziała zdumiona kobieta. – Przeżywam w domu prawdziwą gehennę! Kłótnie i awantury! Jak żyć z alkoholikiem?!

    Niech się pani nie martwi – powtórzyła sąsiadka – ja z pani mężem rozmawiałam. On mi powiedział, że jest abstynentem, tyle że niepraktykującym.

    Jest to zupełny absurd, a jednak człowiek posługuje się tym popularnym określeniem „wierzący-niepraktykujący” – jakby nie zdawał sobie sprawy, że oszukuje przede wszystkim siebie samego.

    Dlatego modlę się, aby nie być głuchym i niemym. Bo głos Pana rozlega się i jest wyraźny: „Nawróćcie się”. A Pan daje łaskę nie tylko tym, którzy o nią proszą, ale i tym, za których inni się modlą. Kiedy dotyka mnie kruchość ludzkiego życia, kiedy ogarnia mnie lęk przed zbliżającym się cierpieniem, albo droga mijających dni prowadzi mnie nie takim szlakiem jakbym chciał – to już chociażby poprzez tylko te wydarzenia słychać wystarczająco głośne wołanie Boga.

    Tak więc przypowieść o drzewie figowym jest dla mnie wielką nadzieją – bo pomimo, że cierpliwość właściciela wyczerpała się, to jednak jeszcze raz okopuje się i nawozi nieużyteczny dotąd krzew, aby dać mu kolejną szansę, na jaką już wcale się nie zasłużyło. Ale taki jest Bóg, że nie karze, ale wciąż wierzy i czeka, że może tym razem człowiek nie zmarnuje Jego łaski.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • II Niedziela Wielkiego Postu – ROK C

    Widzieć to, co niewidzialne

    Podczas bierzmowania ksiądz biskup poprosił jednego z chłopców, aby opisał mu swojego patrona. Gdy chłopiec zastanawiał się jak odpowiedzieć, Jego ekscelencja wskazał na witraż, który przestawiał właśnie tego świętego. Młody człowiek popatrzył na rozświetloną słonecznym światłem różnokolorową postać i po chwili, z błyskiem zrozumienia w oczach, tak odpowiedział:

    – Święty to jest ktoś taki, kto potrafi sprawić, że przez niego świeci światło.

    Pan Jezus jest światłością świata. Sam siebie tak nazwał. Również w ten sposób mówi do swoich uczniów: „Wy jesteście światłością świata”. Tę relację można wyrazić przez porównanie do księżyca, który odbija światło słoneczne – dzięki temu również sam też świeci.

    Dzisiejsza Ewangelia kieruje swoją uwagę na miejsce górzyste. Mówimy – Góra Przemienienia. W biblijnej tradycji góra zawsze jest właściwym miejscem, na którym objawia się Bóg. Na górze Tabor Chrystus ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Odsłania swoją boskość wobec Piotra, Jakuba i Jana.

    Jeden z Ojców Kościoła tę scenę przedstawił jednak w taki sposób, że to nie Chrystus się przemienił, ani nie odmienił swojego wyglądu. Przecież przebywając wśród apostołów, Jego oblicze zawsze jaśniało nadprzyrodzonym blaskiem. To tylko oczy Jego uczniów były jakby na uwięzi, zatrzymane. Nie widzieli Go takim, jakim był. Dopiero gdy znaleźli się z dala od zgiełku, od tłumów, kiedy wyszli na wzniesienie – doznali pełnego pokoju. Poprzez ten wewnętrzny pokój oczyścili swoje spojrzenia. Stali się całkowicie podatnymi na wpływ swojego Mistrza. Właśnie wtedy, kiedy byli zupełnie zapatrzeni w Niego – otworzyły się im oczy i ujrzeli Go takim, jakim był zawsze pośród nich.

    Za zasłoną szat i ciała dane im było widzieć to, co jest niewidzialne. W ciszy dane im było usłyszeć to, co jest niesłyszalne: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”.

    Ale to ujrzenie w taki sposób Bożej rzeczywistości nie trwało długo. Ks. Michel Quoist pisze: „Kiedy gaśnie Światło w głębi ich serc, kiedy milknie Słowo, apostołowie widzą tylko twarz człowieka, słyszą tylko słowa ludzkie. Znów muszą żyć wiarą, podobnie jak my dzisiaj. Zobaczą Jezusa: z twarzą zmęczoną od długich podróży; z twarzą rozczarowaną z powodu niezrozumienia wśród swoich; z twarzą okrytą potem śmiertelnej udręki; z twarzą skrwawioną i oplutą, wykrzywioną z bólu; z twarzą zastygłą po śmierci.

    I za każdą z tych twarzy muszą rozpoznać twarz Syna Bożego. Rozpoznają Go w pełni dopiero wtedy, gdy Duch Święty uleczy ostatecznie ich ślepotę”.

    Odkąd Bóg w Jezusie Chrystusie przyjął ludzką twarz, człowiek w Jezusie Chrystusie przyjął twarz Boga. Dzięki łasce wiary człowiekowi dane jest odkrywać, dotąd zasłonięte przez materię ciała, często zniekształconego, zdeformowanego ciała – prawdziwe twarze.

    Żeby znowu użyć porównania posłużę się obrazem wielkiego ogniska, przy którym trwała biesiada do późnej nocy. Nazajutrz o brzasku, pozostały jedynie zwęglone gałęzie w wielkim stosie popiołu. Ale kiedy człowiek zada sobie trud i będzie szukał w popiele, to może odnaleźć wiąż tam tlące się jeszcze węgle i może na powrót rozdmuchać z nich znowu wspaniały ogień. W każdym człowieku, choćby nie wiadomo ile byłoby w nim popiołu i spalonego drewna, zawsze, nawet głęboko na dnie, odnaleźć można żarzący się węgiel. Takim węglem w człowieku jest prawdziwe życie, które się rozpala i rozpala się każdego dnia, znowu, jakby od nowa, pod tchnieniem Ducha Świętego.

    Billy Graham, amerykański ewangelik, kiedy odwiedził Matkę Teresę – tak opisał to wydarzenie: „Gdy mnie jej przedstawiono, usługiwała umierającemu, trzymając go w swoich ramionach. Zaczekałem, aż pomoże mu wyjść na spotkanie ze śmiercią. Gdy człowiek ten umierał, modliła się cicho, kładąc go delikatnie na łóżku i dopiero wtedy zwróciła się do mnie z powitaniem.

    Rozmawialiśmy tego dnia aż do zmierzchu. Swą śpiewną, łamaną angielszczyzną pytała mnie, czy chciałbym posłuchać o kilku jej doświadczeniach z głodującymi i umierającymi. W bardzo prosty sposób wyjaśniła mi swoje powołanie. Matka Teresa patrząc na każdego – mężczyznę, kobietę czy też dziecko – widzi twarz Jezusa patrzącego na nią przez nich. W każdym głodującym dziecku widzi i karmi Jezusa. Gdy służy któremukolwiek z nich, służy swojemu Panu i Zbawicielowi”.

    Maleńka, wątła i pomarszczona twarz zakonnicy potrafiła promieniować tak bardzo jasnym światłem, że to światło z kolei rozświetlało ciemności naszego świata.

    W tym kolejnym Wielkim Poście, proszę Cię Panie Jezu Chryste, abym potrafił zdecydowanie już lepiej niż dotychczas, rozpoznawać Twoją Twarz – również w każdym człowieku, którego stawiasz na drodze mojego życia. Bo coraz wyraźniej zdaję sobie sprawę – ileż razy nie rozpoznałem?

    Dlatego tym bardziej pragnę już teraz i odtąd gorliwiej usługiwać Ci Panie, który jesteś pośród nas, także i z ludzką twarzą i nie czekać aż na ostateczne przemienienie i słowo Ojca, który powie: „To był mój Syn umiłowany!” i słowo Syna: „Tak, to Ja byłem!”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • I Niedziela Wielkiego Postu – ROK C

    Kusiciel i pokusy

    Każdego roku w I Niedzielę Wielkiego Postu podczas Liturgii Słowa słychać tę samą Ewangelię o kuszeniu Pana Jezusa na pustyni. Zmieniają się tylko Ewangeliści, ale obraz jest wciąż ten sam. Dzisiejszy opis według św. Łukasza podaje odwrotną kolejność wydarzeń w porównaniu z tekstem św. Mateusza. Prawdopodobnie po to, aby zakończyć kuszenie w Jerozolimie i ukazać w ten sposób posłannictwo Chrystusa jako podróż do świętego miasta.

    W scenie kuszenia na pierwszym planie uwidocznione jest jak Pan Jezus przyznaje się do Boga. W sąsiadujących tekstach ze Starego i NowegoTestamentu również pojawiają się dwa wyznania wiary. W każdym z nich położony jest bardzo wyraźny nacisk na moc, która pochodzi z wysoka, a która jest konieczna i nieodzowna dla każdego.

    Na początku mojego kolejnego Wielkiego Postu zdaję sobie sprawę jak bardzo, stale i wciąż i coraz usilniej, potrzebuję związania się z tą Bożą mocą. Dlatego wołam słowami dzisiejszego psalmu responsoryjnego: „Bądź ze mną Panie, w moim utrapieniu, Tyś moją ucieczką i twierdzą”. Bądź ze mną i ukaż mi wszystkie moje miejsca, gdzie szatan wciąż ma przystęp do mnie i usiłuje sprawować władzę nad moim życiem. Bo droga, którą odbywam, jest niebezpieczna. Otacza ją nie tylko przewrotność kusiciela, ale i drzemiące namiętności, wielorakie słabości, niedobre nawyki. Wszystko to jest we mnie i stale pobudza do złego.

    U Romana Brandstaettera znalazłem taki tekst:

    „Człowiek codziennie wychodzi na pustynię.
    I nie zna granic tej pustyni
    I codziennie kuszony jest człowiek,
    I nie zna granic tej pokusy.
    I codziennie walczy ze złem
    I nie zna granic tego zła.”

    Sceneria dzisiejszej Ewangelii jest scenerią, która wciąż się dzieje i ja też biorę w niej udział.

    Pierwsza pokusa dotyka bardzo czułej struny. Jest nią egoizm. Kiedy ludzkie serce zostaje owładnięte tą pokusą – nie potrafi ogarnąć już nic więcej, bo myśli jedynie tylko i wyłącznie o sobie i działa tylko wokół siebie. Człowiek współczesny ulega tej pokusie. I co jest bardzo niepokojące, że on nawet już nie widzi tej pokusy. Bo ona przybrała pozory dobra. Stąd dzisiejsze pomieszanie dobra ze złem stało się czymś powszechnym. Człowiek, w imię słusznego i należnego mu prawa broni swojej swobody, aby mógł czynić to co się mu podoba, na co ma ochotę. Nikt nie może mu zabronić iść w kierunku, który go pociąga. W takiej sytuacji ani rozum, ani obowiązek, ani dobro wspólne nie mają już nic do powiedzenia. Bo tu sam egoizm staje się już prawem i to zarówno w życiu poszczególnego człowieka, jak i społeczeństwa.

    Dlatego Ojciec Święty Jan Paweł II pisze wyraźnie o tym niebezpieczeństwie w encyklice Veritatis splendor: „Pojawia się dzisiaj groźba sprzymierzenia sił demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania prawdy. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

    Również w drugiej pokusie jak często człowiek wystawia Pana Boga na próbę. Nie chcąc uznać za prawdę to co Bóg uznaje za prawdę – rozpoczyna dyskusję, targ z Panem Bogiem o granicę dzielącą dobro i zło. Próbuje ją przesunąć, żeby było mu łatwiej, przyjemniej i wygodniej.

    A kiedy nie zostaje usatysfakcjonowany – dotyka go kolejna pokusa, która jest już tylko konsekwencją dwóch poprzednich. Ten sam kusiciel, który zwiódł Adama i Ewę, który usiłował bezczelnie podejść Syna Bożego – doprowadza człowieka do bałwochwalstwa. Może to nawet wydawać się śmieszne, że człowiek współczesny wciąż jest wplątywany w tę samą awanturę, w jaką byli uwikłani ludzie ze Starego Testamentu. Bo fałszywe bóstwa człowiek stale i nieustannie kreuje na sposób swojego wyobrażenia. Wciąż odbywa się ich intronizacja na to miejsce w sercu, które należne jest tylko samemu Bogu. Jeden jedyny Bóg wie, jaką te bożki mają władzę i siłę nad człowiekiem. Fundowanie sobie fałszywych bóstw można porównać do baśniowego króla ze starożytności, który czegokolwiek się dotknął – to zamieniał na złoto. I to dzieje się w ludzkim sercu. Pan Bóg ustami psalmisty wyśmiewa się z takich fałszywych bóstw, ale nie wyśmiewa się z człowieka zaplątanego w złowrogie i podejrzane kulty. Dlatego nastąpiło Wcielenie, dlatego jest Kościół, są kapłani, których wciąż posyła Pan aż na krańce świata, aby oni, jak starotestamentowi prorocy, rozwalali te fałszywe bóstwa. Również za naszych dni, i to bardzo często, świadectwo ich życia dawane o Bogu jedynym, żywym i prawdziwym, wymaga aż śmierci męczeńskiej.

    Rozważając dzisiejsze Słowo Boże trzeba również zauważyć, jak diabeł sprytnie znalazł swoich wyręczycieli sam pozostając w cieniu. Nawet i niektórzy kapłani, może nieświadomi tego, że choć nie głoszą, iż diabeł nie istnieje, to na pewno mówią o nim rzadko albo wcale. A przecież podczas chrztu pada bardzo istotne pytanie do rodziców i chrzestnych, czy wyrzekają się szatana i wszystkich jego dzieł i pustych obietnic.

    Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa i mojej odpowiedzialności za siebie i za tych, których Pan postawił na mojej drodze często odmawiam modlitwę, którą zapamiętałem z ministranckich czasów. Wtedy po każdej Mszy św. kapłan wypowiadał ją u stopni ołtarza:

    „Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech mu rozkaże Bóg, pokornie prosimy, a Ty Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Niedziela Palmowa Męki Pańskiej – ROK B

    Plik:Józef Chełmoński - Krzyż w zadymce (1907).jpg
     Józef Chełmoński – Krzyż w zadymce (1907)

    Ludzkie krzyże

    W pokoju,w którym mijają moje dni, miesiące i lata
    wisi dużo krzyży – a każdy krzyż inny, bo każdy człowiek, który je przynosił też był inny.
    Są jak stacje Drogi Krzyżowej.
    Ciągle dochodzą następne wydłużając pogłębiającą się koleinę.
    Ludzkie krzyże: duże i małe, z drzewa szorstkiego i bardzo ozdobne
    uczestniczą nie tylko w mojej modlitwie,
    ale i w moim szamotaniu,
    bo lęku doznaję – jak Jonasz
    i przymus coraz większy mnie dotyka – jak Szymona z Cyreny.

    Ludzkie krzyże z Jezusowym wizerunkiem stają się ciężarem coraz większym. Przenoszę je na drugi brzeg z trudem pokonując wir rzeki.

    Ale dlaczego dźwigam z takim trudem?
    I zdziwienie mnie ogarnia – że odpowiedź przyszła tak szybko.
    Jak mam podziękować Ci Panie za Twoje światło?
    Zobaczyłem bowiem, że jeszcze – wciąż i stale, ciągnę za sobą całą moją nędzę,
    którą Twoje nieskończone Miłosierdzie tyle razy już obmywało?

    Zostawiam więc w tej rzece, przez którą przechodzę, mój ciężar słabości i grzechu, aby nieść tylko Ciebie, któryś ukrył swoje Oblicze w drugim człowieku.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Zostać domownikiem samego Boga

    fot.Apostolstwo Chorych, Mądrość Krzyża

    ***

    Brytyjski samolot odbywał swój regularny lot z Istanbułu do Londynu. Na pokładzie znajdowało się 70 pasażerów i 6 członków załogi. Lot odbywał się w warunkach pomyślnych i zbliżał się już do celu podróży – lotniska Heathrow. Przez głośniki podano wiadomość, aby przygotować się do lądowania. Samolot jednak nie wylądował, ale kontynuował swój lot, który zamienił się w lot kołujący. Powodem była awaria podwozia, które nie chciało się wysunąć. Powiadomiono o tym wieżę kontrolną lotniska. Były kolejne próby, ale bezskuteczne – ponieważ czasami tak bywa, że po kilku usiłowaniach nagle urządzenie zaczyna działać. Dla uspokojenia pasażerów zapowiedziano, iż z przyczyn technicznych trzeba kontynuować lot i lądowanie samolotu nieco się opóźni. Samolot chwilami unosił się nad kanałem La Manche, a później znowu nad rozległym Londynem. W kabinie załogi zrobiła się gorąca atmosfera. Kapitan był blady i pot spływał mu z czoła. Ponawiane próby kończyły się fiaskiem. Taki stan rzeczy trwał już przez godzinę i zapasy paliwa zaczęły się wyczerpywać. Nawiązano ponownie łączność z wieżą kontrolną lotniska, aby uzyskać pozwolenie lądowania w wsuniętym podwoziem. Szanse szczęśliwego lądowania w takich warunkach były minimalne, prawie żadne, ale nie było innego wyboru. Lotnisko Heathrow po wyrażeniu zgody ogłosiło równocześnie stan alarmowy – a więc straże pożarne, karetki pogotowia i wszystko co jest niezbędne w takiej sytuacji. Kapitan samolotu zdecydował, iż należy o tym powiadomić pasażerów, jednak z pewną dozą ostrożności, aby nie wywołać paniki. Jego komunikat brzmiał w ten sposób: ‘Wskutek awarii podwozia samolotu zmuszeni jesteśmy lądować ze schowanym podwoziem. Sytuacja jest bardzo poważna. Daj Boże, żeby udało się nam szczęśliwie wylądować’. Tym religijnym akcentem zakończył swoją relację, co zwiększyło jeszcze powagę sytuacji. Słowa kapitana wywołały jednak panikę. Dotychczas nikt z pasażerów nie zdawał sobie sprawy z groźnej sytuacji. Pasażerowie mniej odporni psychicznie doznali szoku. Byli tacy, którzy w pośpiechu opróżniali butelki z alkoholem łudząc się, że w odurzonym stanie unikną makabrycznych scen umierania. Inni zażywali w nadmiarze środki uspokajające w nadziei, że zasną i nie będą oglądać okropności, które już za moment mogą się wydarzyć z ich udziałem. Przy oknie w jednym z foteli siedział Polak, Edmund Skołuda, od którego dowiedziałem się o tej historii. Na swoich skroniach poczuł zimny pot. Był człowiekiem wierzącym i praktykującym. Wiedział, że śmierć jest faktem bezspornym i że umrzeć trzeba – prędzej czy później. Ale kiedy śmierć zagraża bezpośrednio?… Bał się. Przeanalizował szybko całe swoje życie. Bóg sprawiedliwy, karzący za popełnione winy nie fascynował go tak, jak Bóg, który jest nieskończenie miłosierny. Nagle jego sąsiad, który dotąd siedział milcząco, zwrócił się z zapytaniem:

    Czy jest pan człowiekiem wierzącym?

    Kiedy usłyszał twierdzącą odpowiedź od razu uchwycił się jego ręki i zadał kolejne pytanie:

    Czy Chrystus naprawdę jest Miłością i czy jest teraz z nami, kiedy tak bardzo potrzebujemy Jego obecności?

    Jestem przekonany – mówił pan Edmund – że w chwili obecnej, gdy tak dotkliwie odczuwamy osamotnienie i dlatego trzymamy się za ręce, Chrystus jest wśród nas.

    No tak, ale – martwił się sąsiad – czy może mi wybaczyć to, że oddaliłem się od Niego? Jestem człowiekiem bardzo zamożnym. Może już za moment będzie to brzmiało w czasie przeszłym. Przez moją matkę byłem wychowany w duchu nauki Chrystusa, ale później zapomniałem o Bogu. Zdobyłem duży majątek. Miałem wszystko – co tylko zapragnąłem. Obracałem się wśród ludzi, gdzie liczył się tylko pieniądz. Innych nie dostrzegałem. Zlekceważyłem podstawowe przykazanie Chrystusa o miłości bliźniego. Czasami rodziły się we mnie wątpliwości, że to co mam wcale nie daje pełnego zadowolenia i tak naprawdę – wcale nie uszczęśliwia, ale od razu odsuwałem od siebie takie myśli. Zresztą byłem człowiekiem bardzo zajętym. Nie miałem czasu na rozmyślania, a tym bardziej na zmianę swojego życia. Łudziłem samego siebie, przesuwając te sprawy na okres mojej starości, że wtedy będę miał dużo wolnego czasu. A tu niespodziewanie przychodzi kres mojego życia. Mam wątpliwości czy Bóg mi przebaczy w tej sytuacji? Jeżeli jest w tej chwili wśród nas i słucha mojego opowiadania o moim niedoskonałym życiu, a jest Miłością, to może przekaże mi choć promyk nadziei.

    To wyznanie win i ta pokora – powiedział pan Edmund – pozwalają, aby ufać w Boże Miłosierdzie.

    Tymczasem kapitan samolotu podchodził do lądowania pomimo zamkniętego podwozia. Raz jeszcze wykonano próbę uruchomienia i wtedy – nie do wiary – urządzenie zadziałało. Podwozie wysunęło się, wyzwalając poczucie ulgi i radości wśród wszystkich pracowników lotniska. Członkowie załogi samolotu, bladzi, spoceni, zmęczeni do granic wytrzymałości, a równocześnie szczęśliwi, że koła samolotu dotknęły ziemi. Ogromna radość pasażerów, którzy przeżyli chwile strasznej grozy. Pan Edmund Skołuda po wyjściu z samolotu, żegnając się ze swoim sąsiadem powiadomił go, że idzie do kościoła podziękować Panu Bogu za cudowne ocalenie i zaproponował, aby i on udał się z nim. Ale sąsiad odrzekł:

    Niestety, nie mogę, bo nie mam czasu. I tak jestem już spóźniony o całe dwie godziny na bardzo ważną konferencję.

    Ile razy człowiek ignoruje mowę Boga, która jest mową faktów i zdarzeń. Są one przecież czytelne dla każdego, bo w sercu każdego wypisał Bóg swoje przymierze, przez co każdy może rozpoznać Pana – jak mówi prorok Jeremiasz w I Czytaniu. Bywa, że człowiek potrafi nawet i przez moment wzruszyć się, jak ów pasażer, ale zaraz potem znowu pozostaje na zewnątrz – jakby nie potrzebował nawrócenia.

    Dzisiejsze Słowo Boże bardzo mocne jest w swojej wymowie – jest wstępem do Męki Pańskiej. Lud Jerozolimy na rozmowę Syna Bożego z Ojcem Przedwiecznym zareagował jedynie, że „zagrzmiało!” A przecież Pan Jezus wyraźnie zaznacza: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony”. Czy mogę w takiej sytuacji pozostawać obojętnym, widzem stojącym tylko z boku? Nie daj Boże! Obym zrozumiał całym moim życiem co to znaczy kiedy Chrystus porównuje siebie do ziarna pszenicznego, które musi obumrzeć, aby wydać obfity plon. Pan Jezus pociągnie wszystkich do siebie – to znaczy – ocali i uratuje, ale dopiero z wysokości Krzyża. Jeżeli się nie zaangażuję – w taki sposób jak na przykład kiedy już jestem na wąskiej i stromej ścieżce – to niewiele dla mnie będą znaczyły słowa z dzisiejszego II Czytania: „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał”. Jezusowa modlitwa została wysłuchana i Jezusowa ofiara została przyjęta, bo przyniosła ocalenie – odtąd grzechy ludzkie mogą być odpuszczone i są odpuszczane. A więc każdy ma szansę zostać domownikiem samego Boga.

    „Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Bezinteresowna Boża miłość

    fot. ze strony Apostolstwo chorych

    ***

    Tak jak w Adwencie w połowie jego trwania, tak i również w połowie Wielkiego Postu Liturgia wyraża radość. Pan jest już blisko – przypominają adwentowe dni. Zaś w okresie przygotowywania do Tajemnic Wielkiego Tygodnia – Kościół zapewnia, że Boże wybawienie jest już niedaleko. W pierwszym okresie chodzi o to, aby wytrwać w adwentowym oczekiwaniu, a w obecnym czasie Wielkiego Postu – aby nie zaniechać czynienia pokuty poprzez modlitwę, post i uczynki miłosierne – bo to one, według słów Pisma św., mogą wyprosić łaskę odkrycia na nowo Bożego Oblicza w każdym ludzkim sercu. 

    W Szkocji, której brzegi z trzech stron otoczone są wodami oceanu i morza północnego, wiele jest legend i opowiadań związanych z rybakami. Według jednego z tych opowiadań, nad morzem mieszkała matka ze swoim synem. Ona troszczyła się o sprawy domowe, a syn każdego wieczoru wypływał na swojej ulubionej łodzi daleko w morze, aby łowić ryby. Wracał dopiero nad ranem, ciesząc się tym co złowił, bo to było ich jedyne źródło utrzymania. Praca syna była bardzo trudna i niebezpieczna. Pewnej nocy rozszalała się gwałtowna burza. Wiatr miotał łodzią. Wokół zapanowała tak wielka ciemność, że młody rybak stracił zupełnie orientację. Nie wiedział już gdzie jest brzeg, jak płynąć. Pomyślał, że to już koniec. Nie ma ratunku. Nagle dostrzegł w oddali słup ognia migocący w ciemności. Nie wiedział jeszcze, że pali się ich drewniana chata. Podpaliła ją matka. Nie spała nigdy, dopóki syn nie wrócił z morza. Nie spała i tej nocy. Miała przeczucie, że z synem jest źle, że trzeba mu pomóc, wskazać brzeg; ale jak to zrobić? Serce szybko podpowiedziało, bo trzeba było się śpieszyć. Nie myśląc wiele, podpaliła słomianą strzechę. Nieważny już był nawet dom, dorobek całego życia. Ważny był tylko syn. Jak mówi opowiadanie, pomoc była skuteczna. Zagubiony na wodach wzburzonego morza syn dzięki temu, że dostrzegł ogień wrócił szczęśliwie i ostatkiem sił wpadł w ramiona swojej matki.

    Ten przykład pokazuje do czego jest zdolna ludzka miłość. Jak bardzo człowiek kochając drugiego człowieka potrafi zapomnieć o sobie – byleby tylko ocalić ukochaną osobę, bo znalazła się w niebezpieczeństwie. Cierpienie i ryzyko jakie wtedy trzeba ponieść – wcale nie są brane w kategoriach trudu czy ciężaru. A przecież ta ludzka miłość czym jest w porównaniu do Bożej miłości? W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus tłumaczy Nikodemowi: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.

    Pan Jezus jest więc objawieniem swojego Ojca, do którego, ja zwykły, biedny, grzeszny człowiek, mogę mówić: „Ojcze nasz”. Dziś przy różnych modnych wynaturzeniach ludzkiej egzystencji staje przed człowiekiem pytanie: Co to jest ojcostwo i na czym ono polega? Właśnie na tym, że ojciec potrafi kochać całkowicie bezinteresownie swoje dziecko, które jeszcze nic dla niego nie uczyniło.

    Słowo Boże w liście do Rzymian mówi tak: „Rzadko przydarza się, aby ktoś życie oddał za człowieka sprawiedliwego, za dobrego człowieka zgodziłby się może ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje miłość swą ku nam przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami”.

    Kiedy się rodzi dziecko, jaką można mieć pewność, że będzie ono szczęśliwe, ofiarne, wdzięczne, kochające? Jedno jest tylko pewne: „będę je tak kochać, cierpieć z jego powodu tak cierpliwie, będę mu tak często przebaczać, że nadejdzie dzień, w którym i ono mnie pokocha tak, jak ja je kocham” – czy nie tak mówi ojciec, matka?

    Czyż to nie jest ta jedyna pewność, którą Bóg ma względem człowieka? Kochając tak naprawdę drugiego człowieka kocha się go nie z powodu jego wspaniałomyślności, ale ze względu na dobroć własnego serca. Ludzkie serce – takie jakie Bóg dał każdemu – potrafi być i mocne i wierne – tak, że pewnego dnia zdolne jest obudzić miłość w drugim sercu. I to jest ta wspaniałomyślność miłości, że rodzi życie.

    Ks. Ludwik Evely, aby opisać miłość rodziców do swoich dzieci proponuje: „Spójrzcie na dwoje w pełni dojrzałych ludzi, którzy pochylają się z całym poświęceniem nad maleństwem, podporządkowują się mu w pełnym oddaniu, przypisują mu nieskończoną wartość, gotowi oddać swą krew, swe dobro, swe życie dla niego, dla tego małego stworzenia… I dzięki tej szczodrobliwości rodziców, dziecko się rodzi, żyje, uśmiecha się, znajduje po prostu normalne warunki swojej egzystencji i budzi się pewnego dnia do miłości, która je stworzyła”.

    Tu człowiek odnajduje swoje podobieństwo do Boga, przez którego został stworzony z miłości. Pan Bóg daje życie, daje radość, obdarowuje – po to, aby ludzkie serce zaznało radości życia i kochania. Bo kiedy zazna się smaku tych Bożych radości nie można już nie stać się darem i nie mieć upodobania w dawaniu.

    Niestety, bywa i to często, że rodzicielstwo ogranicza się jedynie do przekazania życia fizycznego – dlatego ile dzieci jest już sierotami od chwili swoich narodzin. Bo ich rodzice nie obudzili ich do innego życia, jak tylko do życia ciała i łez. A przecież tu chodzi przede wszystkim o obudzenie nowego życia do wiary, do ufności, do miłości, do prawdy, do radości. To jest prawdziwe ojcostwo – duchowe. „Gdy zostałem ojcem – mówi Goriot – zrozumiałem dopiero, co może znaczyć: być Bogiem”.

    Dzisiejsze Jezusowe Słowa niech mnie poruszą do głębi: „Bóg tak umiłował świat, że oddał Syna Swego Jednorodzonego, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne”. Jakiż czyn mógł Go więcej kosztować? Jakiż gest wymagał więcej miłości? Niech ci, którzy są ojcami, odpowiedzą: Przyjść Samemu, czy dać to, co ma się najdroższego?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    El Greco, Christ Driving the Money Changers from the Temple, c1570.
     Minneapolis Institute of Arts

    ***

    Być wolnym Bożą wolnością 

    Do ptaka, którego od lat zamknięto w klatce, przyfrunął jego towarzysz. Rozejrzał się wokoło i powiedział:
    – Dobrze ci tu jest, bo dostajesz regularnie jadło.
    – Ty widzisz tylko jadło, ale nie widzisz klatki, w której jestem zamknięty.

    Podobnie mówi rosyjskie przysłowie: „Ptak woli zwykłą gałązkę niż złotą klatkę”.

    A nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz ujął tę prawdę w takich słowach: 
    „Lepszy w wolności kęsek lada jaki
    Niźli w niewoli przysmaki”. 

    „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” – mówi Pismo św. I mimo, że jest to prawda tak oczywista – człowiek bardzo często nie umie sobie poradzić z otrzymanym darem wolności. Dlaczego?

    Pan Bóg w cudowny sposób wyprowadził swój naród wybrany z niewoli egipskiej, równie cudownie przeprowadził go przez Morze Czerwone i po tylu okazanych dowodach swojej ojcowskiej opieki naród nie wytrzymał nawet czterdziestu dni pod górą Synaj. Gdy Mojżesz wracał ze szczytu u podnóża zobaczył złotego cielca, wokół którego Żydzi tańczyli, oddając mu cześć. Za to sprzeniewierzenie się prawdziwemu Bogu Mojżesz zawrzał świętym gniewem. Dlatego rzucił na skalne zbocze kamienne tablice z bożymi przykazaniami. Zaś cielca spalił w ogniu, starł na proch, rozsypał w wodzie i kazał ją pić niewiernemu ludowi, jakby chciał siłą wepchnąć zło tam, skąd wyszło.

    W Ewangelii opisany jest podobny gniew, który ogarnął samego Jezusa. Zbliżała się pora Paschy. I Pan udał się, zgodnie z przepisami kahału, do świątyni jerozolimskiej. Kiedy zobaczył na tym świętym miejscu ogromne targowisko – uniósł się gniewem. Czytany dziś tekst bardzo dokładnie opisuje co Chrystus uczynił i co powiedział do handlarzy: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska!”

    W roku 1991 Ojciec Święty Jan Paweł II odbywał kolejną pielgrzymkę w naszej Ojczyźnie. I był dziwnie zafrasowany wolnością, z którą, patrząc na sytuację dzisiejszą, już wtedy nie umieliśmy sobie poradzić. Podczas swoich homilii dosłownie kilka razy krzyczał – jak nigdy przedtem. Postawił przed nami Dziesięcioro przykazań. Ks. Janusz Pasierb napisał wtedy taki komentarz: „Wyglądało to chwilami jak przykładanie lusterka do ust ciężko chorego, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycha? Przeżyliśmy, przetrwaliśmy, ale jak wyglądamy po zdjęciu kostiumu męczennika, czy szlachetnego opozycjonisty?”

    Pierwsze przykazanie, które brzmi: „Ja jestem Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – może wydawać się, że Bóg likwiduje wszelką suwerenność człowieka, że jest Bogiem zazdrosnym, jakby się obawiał konkurencyjnych bóstw, które aż nader często człowiek sobie funduje. A tymczasem nie ma ważniejszego przykazania dla suwerenności, dla godności i dla wolności człowieka – jak to właśnie pierwsze przykazanie. W tym przykazaniu widać jak bardzo Bóg okazuje się miłością.

    W moich notatkach z rekolekcji, które prowadził ks. Pasieb, znalazłem między innymi taki tekst: „Tylko Bóg jeden wie jaką władzę mają nad człowiekiem fałszywe bóstwa. Tylko Bóg jeden wie w jaką siłę jesteśmy wyposażeni. Na czym polega nasza duchowa rama. Ta mianowicie, że nieustannie musimy tworzyć sobie bóstwa, że właściwie niczego innego przez całe życie nie robimy – tylko zakochujemy się i klękamy. I mamy tę samą władzę, co ów baśniowy król w starożytności, który czegokolwiek się dotknął, to zamieniał na złoto. My nie potrafimy – dopóki w nas jeszcze pali się serce, dopóki naprawdę jesteśmy jeszcze żywi – nie możemy żyć bez zakochiwania i ubóstwiania. I tylko Bóg jeden wie, jak straszną grozą dla człowieka jest, gdy sobie funduje fałszywe bóstwa”.

    Kult bożków to nie jest coś co działo się w zamierzchłej historii. To jest wciąż i nieustannie zniewalająca pokusa. Można powiedzieć: produkt bieżąco fabrykowany, codzienna produkcja. Człowiek współczesny wplątany jest w ten sam dramat co ludzie Starego i Nowego Testamentu. Dlatego wciąż są nowi prorocy-męczennicy, którzy muszą umierać, ponieważ obalają ołtarze i tłuką fałszywe bóstwa.

    W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus mówi do tych, którzy żądają od Niego znaku: „Zburzcie tę świątynię, a ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. I Pismo św. zaznacza, że Chrystus mówił tu o świątyni swego ciała.

    Był czas, że wznoszono kościoły, które przypominały sylwetkę człowieka. Ciało i nogi – to były nawy, a rozłożone ręce – to nawy poprzeczne. Na przecięciu zaś tych naw umieszczano ołtarz. U człowieka tam właśnie znajduje się serce. A więc ludzkie serce jest ołtarzem. Ołtarz zaś nie może być pusty. Dlatego wciąż odbywa się nieustanna intronizacja.

    Więc jaki jest Bóg w moim sercu? Czy Bóg prawdziwy?

    Bo tylko Bóg prawdziwy jest tym, który wyprowadza z ziemi egipskiej, z domu niewoli – tzn. z niewoli grzechu, z niewoli nałogów i z niewolnictwa rutyny religijnej.

    W ten Wielki Post oby Pan Jezus powyrzucał ze świątyni mojego serca – używając języka ks. Jana Twardowskiego: „barana pychy i złości, uległego wołu lenistwa, trzepoczącego się gołębia lekkomyślności”. Bo wtedy odnajdę dawną bojaźń Bożą i świeżość mojej miłości do Boga.

    ks. Marian Łękawa SAC

    „Wypędzenie przekupniów ze świątyni”
    Wypędzenie przekupniów ze świątyni”/fot. Graziako/Niedziela
  • II Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Tajemnica łaski i potęga życia

     

    Pan Jezus podczas swojego ziemskiego życia tylko jeden jedyny raz przemienił się wobec swoich uczniów. Odsłonił na moment swoją boską naturę. Ale zanim zabrał Piotra, Jakuba i brata jego Jana na Górę Przemienienia „wskazywał uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie.” I zaraz potem mówił do nich, na czym polega pójście za Nim. Uczniowie jednak nawet po przeżyciu Przemienienia swojego Mistrza tkwią nadal w stanie absolutnego niezrozumienia – bo co to znaczy użyty przez Jezusa zwrot: „powstać z martwych”? Zmartwychwstanie, zarówno Chrystusa jak i nasze jest nie do wyobrażenia.

    Kardynał Jean-Marie Lustiger tłumaczy, że ukazanie Bożego Oblicza na górze Tabor „nie jest zerknięciem ukradkiem, jakby za kulisy, na to, co dzieje się poza trudną zewnętrzną warstwą życia Jezusa. I mówi się: Oto potęga Chrystusa jest ukryta; ma On cierpieć. Trzeba więc dać uczniom, dla pobudzenia ich odwagi, odrobinę jakby przedsmaku Jego boskiego stanu. Uchyla się zatem rąbka zasłony, która okrywa los człowieczy i daje się im naprzód zaznać smaku chwały i zmartwychwstania, by nie stracili otuchy.

    Podobnie można by powiedzieć: Ażeby chrześcijanie mieli nieco odwagi, aby mieli siły do pokonania tego kawałka drogi, nawet jeśli jest ona kamienista, trzeba, żeby od czasu do czasu otrzymali z wyprzedzeniem jakiś przedsmak tego, co ich czeka potem”.

    Według Kardynała Lustiger’a takie spojrzenie jest zwodnicze, bowiem tekst Ewangelii idzie w innym kierunku. Głos z nieba już raz przemówił, wskazując na Jezusa jako na Syna umiłowanego, tego, w którym Bóg złożył całą swoją miłość. Było to podczas chrztu w Jordanie. Ale ów głos skierowany był wówczas jedynie tylko do Jezusa. Zaś w chwili Przemienienia Apostołom dane jest słyszeć ten sam głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” Kardynał komentuje te Boże Słowa w taki sposób: „Oto człowiek, któremu będziecie towarzyszyć w Jego Męce, w waszych oczach niepojętej, absurdalnej, oburzającej. Oto człowiek, którego wy macie za sprawiedliwego, niewinnego, wybrańca Bożego, który pomimo to zostanie skazany. Oto człowiek, którego, jak utrzymujecie, kochacie, ale jednak Go zdradzicie. Oto człowiek, któremu będziecie zarzucać, że nie wysławia się jasno, nie umie się bronić, że nie okazuje swej potęgi, którą jak mniemacie, posiada, nie spełnia też waszych marzeń. O Nim Ojciec sam mówi wam, że właśnie w tym człowieku, poprzez Jego życie, właśnie takie, wypełnia się obietnica Boża”.

    A więc usłyszany Głos Boga zapowiada, że ten człowiek, którego losem jest być wydanym na śmierć, poprzez swoją Mękę objawia tajemnicę miłości, jaką Bóg żywi ku ludziom. Tu mam odnaleźć całą moją nadzieję, bowiem przez uczestnictwo w losie Jezusa odsłania się tajemnica łaski i potęga życia.

    Aby lepiej oswoić się z tą bardzo trudną, zupełnie niezrozumiałą prawdą Przemienienia poprzedza ją Czytanie o ofierze Abrahama. Hans Urs von Balthasar bardzo zwięźle ujmuje owo głębokie powiązanie: „Podczas Przemienienia Pańskiego Ojciec ukazuje, kim jest naprawdę Jego ‘Syn umiłowany’, którego pozwoli ludziom i dla ludzi ‘zabić’. Słusznie ofiara Abrahama jest dla Żydów kulminacyjnym punktem w ich stosunkach z Bogiem; podkreślają oni również, że jest to podwójna ofiara: ojca, gdy podnosi nóż, oraz syna, który zgadza się na śmierć”.

    Nie ma co ukrywać: wiara jest próbą, straszną próbą, która ostatecznie jest próbą miłości. „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu”- mówi Pismo św. A psalmista woła: „Chociaż byś mnie zabił, ufać Ci będę”. Dlatego ten kto nie ma miłości, nie może zrozumieć podobnego wymagania, przeciwnie, uzna je za skandal, i to jaki…

    Bóg złożył całe swoje szczęście w swojej miłości. Całe swoje upodobanie złożył w swoim Synu, dlatego w tej tajemnicy Przemienienia Ojciec nie siebie sławi i nie o sobie mówi, ale wskazuje na swojego Syna: „To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.

    Matka, która naprawdę kocha swoje dzieci na pytanie: ‘Jak się pani miewa? – całkiem naturalnie odpowiada: ‘Stasio zdrów, Marysia to…, a Paweł tamto’… Bo to, co w niej najbardziej żywe, to są jej dzieci. Już tylko w nich mieści się jej życie. Tylko one mają dla niej znaczenie. U prawdziwej matki takie całkowite przylgnięcie dokonuje się w sposób naturalny – bo ona całe swoje upodobanie złożyła w swoich dzieciach. Ojciec niebieski jest Tym, który w swoim Synu złożył wszystkie swoje upodobania.

    Ks. Ludwik Evely pisze bardzo zdecydowanie: „Nie zna się Boga, jeżeli się nie zna miłości. Nie zna Boga ten, kto nie staje się coraz bardziej Bogiem. Tyle tylko poznamy z Istoty Bożej, na ile pozwolimy Mu wzrastać w nas. Poznamy Boga, jeżeli Go przyjmiemy, jeżeli zrobimy Mu miejsce, jeżeli ustąpimy Mu miejsca.

    Gdyby nam Bóg dał tylko możność przyjmowania, nie byłby nam dał niczego z siebie. Gdyby nam nie dał nic więcej, niż byśmy byli miłowani, nie byłby nam udzielił nic ze swego osobistego życia. Ponieważ Bóg kocha, więc też daje”.

    Czy nie tak mówią słowa z Ewangelii: „Ale każdy kto miłuje, z Boga jest zrodzony i zna Boga”?

    Dlatego ten kto jest kochany, a sam nie kocha, jest naprawdę biednym człowiekiem, godnym pożałowania. Kto zaś kocha – nawet nie będąc kochanym i nadal kocha, jeszcze wspaniałomyślniej, żywiej i boleśniej – jak bardzo upodabnia się do Boga. Takiemu jest dane poznać Boże upodobania, sposób kochania Boga – po prostu – Bożą miłość.

    Obym odkrywał coraz głębiej proponowane swojego czasu przez Ojca Świętego Orędzie na Wielki Post, w którym myślą przewodnią był werset z Dziejów Apostolskich: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. Jan Paweł II tak skomentował ten tekst: „Skłonność do dawania jest wpisana w ludzkie serce: każdy człowiek odczuwa potrzebę kontaktu z innymi i realizuje się w pełni, gdy dobrowolnie czyni dar z siebie”.

    ks. Marian Łękawa SAC