Tag: Wielkanoc

  • Uroczystość Zesłania Ducha Świętego – ROK C

    Napełnić się żarem Ducha Świętego

    Zofia Kossak podczas swojego bardzo trudnego życia na emigracji, które trwało lat dwanaście, głównie w Trossell, w północnej Kornwalii, napisała na przełomie grudnia i stycznia książkę pt. „Rok Polski”, którą Veritas pod zarządem Zygmunta Kotkowskiego wydrukował już w lutym. To był rok 1955.

    Autorka opisując w niej nasze różne zwyczaje, związane również z dzisiejszym świętem, pyta: „Dobrze, ale gdzież została treść Zielonych świątek? Powiedzmy szczerze, zrozumienie jej jest nikłe. To wielkie święto nie posiada w psychice polskiej oddźwięku równie żywego jak Narodzenie i Zmartwychwstanie. Gdy tamte dni pokryło obficie kwiecie poezji ludowej, o Duchu Świętym nie posiadamy ani jednej pieśni własnej, samorodnej, nieznanego autora. Szczegół drobny, lecz wymowny. Ujawnia on w naszej wierze lukę o sięgających głęboko konsekwencjach.”

    Jak bardzo słuszna była uwaga naszej pisarki – zacytuję słowa metropolity Ignatiosa z Latakii:

    „Bez Ducha Świętego Bóg jest daleki,
    Chrystus jest przeszłością,
    Ewangelia martwą literą,
    Kościół tylko organizacją,
    władza panowaniem,
    posłannictwo propagandą,
    kult przywoływaniem wspomnień,
    a postępowanie po chrześcijańsku moralnością niewolników.”

    Na pewno Duch Święty jest najbardziej tajemniczą Osobą w Bogu, którego moc ujawnia się tak różnorodnie i tak nieuchwytnie. Już chociażby w dzisiejszym I Czytaniu występuje zarówno jako gwałtowne uderzenie wichru i jako ogień. Zaś w II Czytaniu ten sam Duch Święty zamieszkuje w ciszy człowieczego serca i staje się wewnętrznym głosem.

    Liturgia Słowa rozpoczyna się dziś od słów: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy”… Dla Żydów było to święto upamiętniające przekazanie Prawa Mojżeszowego na Górze Synaj. Według tradycji rabinistycznej Bóg zesłał prawie niewidzialny sygnał, który przekształcił się w ogień i wydał głos oznajmujący Prawo. Wiatr i ogień były symbolami często używanymi w Starym Testamencie dla oznaczenia obecności Boga. Szum, wiatr bardzo dobrze ilustruje atrybut wolności. Sam Pan Jezus posługuje się tym obrazem: „Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.” Zaś ogień nie tylko ogrzewa i rozgrzewa, ale również rozprzestrzenia się. Zstąpienie Ducha Świętego na zgromadzonych w Wieczerniku dokonało się w taki właśnie sposób. Najpierw jako gwałtowne uderzenie wichru, a potem na każdym z apostołów pojawia się ogień w kształcie języka. To po to, aby języki świadków, którzy za chwilę zaczną przemawiać, napełnić żarem Ducha tak, aby zapłonęły serca ich słuchaczy.

    Hans Urs von Balthasar tak pisze: „Zewnętrzne przejawy Ducha mają zawsze określony sens: gwałtowny wiatr gromadzi tłumy słuchaczy, a ogień umożliwia wszystkim usłyszenie Dobrej Nowiny w ojczystym języku, który jest im bliski od dziecka. Albowiem nowina, która spada na nich znienacka, nie jest czymś obcym, co musieliby studiować, tłumaczyć sobie z obcego języka – jest to wieść, która trafia bezpośrednio do ich serc.”

    Tu moc Ducha Świętego ukazuje się w kategoriach przezwyciężenia barier językowych z wieży Babel. Zaś wymienione przez św. Łukasza narody reprezentują cały ówczesny świat. Każdy człowiek potrafi doskonale zrozumieć drugiego człowieka – jeżeli jest otwarty na działanie Bożego Ducha. Cóż z tego, że można znać bardzo dobrze język angielski i równocześnie zupełnie nie zrozumieć tubylca. Tak samo można zupełnie nie rozumieć rodzinnego życia, nie rozumieć cierpiącego człowieka. Na tym kompletnym zamknięciu się w skorupie własnego egoizmu polega pomieszanie języków. Duch Święty jest tutaj całkowitym przeciwstawieniem. Poprzez swoje dotknięcie oczekujących w Wieczerniku rozpoczął budowanie Kościoła. Dlatego mówimy, że Zesłanie Ducha Świętego jest narodzinami Kościoła. Papież święty Jan Paweł II w swojej Encyklice Dominum et vivificantem pisał: „Czas Kościoła rozpoczął się wraz z przyjściem, czyli zesłaniem Ducha Świętego na Apostołów, zgromadzonych w jerozolimskim Wieczerniku wespół z Maryją, Matką Pana.”

    Zaś święty Augustyn rolę Ducha Świętego tłumaczy w ten sposób: „Czym dusza jest dla ciała człowieka, tym Duch Święty jest dla Ciała Chrystusa, którym jest Kościół. Duch Święty sprawia w Kościele to samo, co dusza w członkach ciała.” Dlatego każdy kto jest otwarty na działanie Bożego Ducha już jest w Kościele. Natomiast dopóki ludzkie serce nie odważy się otworzyć, ale wciąż będzie trwać w swoim szczelnym zamknięciu – to choćby wydawało się, że jest w Kościele, de facto ono już z Niego wypadło, tak jak wypada z budowli kamień, ponieważ nie miał cementu, aby się złączyć z innymi kamieniami.

    Dlatego trzeba mi wciąż i wciąż wołać z głębi mojego wnętrza o światło i moc Ducha Świętego. Bo cóż znajduję w swoim własnym sercu – zwietrzały cement, którym jest chaos, zamieszanie i potworne rozproszenie. Ileż we mnie kotłuje się różnorakich propozycji i sprzecznych decyzji, kłócących się ze sobą nawzajem i wprowadzających straszliwy chaos. Ileż we mnie jest niepotrzebnych rzeczy, które nie tylko zawadzają, ale stają się coraz większą kłodą, przez którą przejść będzie coraz trudniej.

    Pan Jezus nie tylko kiedyś zapytał opętanego człowieka: „Jak ci na imię?” – i usłyszał odpowiedź: „Na imię mi ‘legion’, bo jest nas wielu.” Pyta i dziś.

    Wspomniana na początku Zofia Kossak tak kończy opis majowego miesiąca: „Dary Ducha Świętego to narzędzia, za pomocą których możemy przekuć sami siebie na obraz i podobieństwo Boże. Dzięki tym siedmiu darom, możemy zgodnie z wezwaniem Kościoła wyrażonym przy Chrzcie św., stać się świątynią Boga żywego. Możemy, posłuszni żądaniu Chrystusa Pana, być doskonali, jak Ojciec nasz w niebiesiech jest doskonały. To nie przenośnia, to prawda. Możemy być tacy. Więc czemuż dary bezcenne nie są wykorzystywane?

    Nie kryje tego skarbu podziemna pieczara o wejściu nieznanym, nie strzegą olbrzymy ani smoki, osiągnięcie nie pociąga żadnego niebezpieczeństwa. Wystarczy o dary te prosić, wystarczy ich pragnąć…Zstąp Gołębica, twórczy Duch”…

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego – ROK C

    Wejście w inny sposób życia

    Dziś Kościół obchodzi Tajemnicę Wniebowstąpienia. Boży Syn powraca i równocześnie ten sam Człowieczy Syn zabiera z sobą naszą ludzką naturę, która jest już przemieniona. Jakie jest moje pierwsze skojarzenie z tą prawdą wiary? Od razu jawi się obłok na wiosennym błękicie, osłaniający coraz bardziej odchodzącego Chrystusa. Oglądałem wiele obrazów, na których artyści właśnie w ten sposób przedstawiali dzisiejszą uroczystość – wznoszący się coraz wyżej ku niebu Pan Jezus. Bo tak to jest opisane i w Ewangelii i w Dziejach Apostolskich.

    Tu przypomina mi się Ojciec Święty święty Jan Paweł II, kiedy odlatuje po kolejnej swojej pielgrzymce w Ojczyźnie ze swojego lotniska w Krakowie. My wszyscy, i ci, którzy są tam w Balicach i ci, którzy poprzez telewizyjne kamery uczestniczą w pożegnaniu – długo wpatrujemy się jak papieski samolot unosi się coraz wyżej, aż gdzieś daleko zmienia się w maleńki punkcik i potem zanika zupełnie. A my wciąż patrzymy i patrzymy, tak jak apostołowie patrzyli w górę – aż dopiero aniołowie musieli ich pocieszyć: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.” Ten głos przypomniał im, że droga wcale się nie skończyła i że trzeba iść dalej.

    Ksiądz Janusz Pasierb w swojej książce Czas otwarty napisał, że „trudno im było przejść od tego zapatrzenia do zwykłego życia. Serce ma swoje prawa… Mistrz przygotowywał ich na to odejście, a jednak uderza nas, nawet po tylu wiekach, nastrój melancholii i smutku przesycający liturgię niedziel przed Wniebowstąpieniem. „Teraz zaś idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: Dokąd idziesz? Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce.”

    Przyzwyczaili się, że Chrystus zawsze był z nimi. Zawsze ich prowadził. Stawiali Mu pytania. On odpowiadał. Mogli Go chwycić za rękę i oprzeć się na Nim, jak Piotr kiedy zwątpił i zaczął tonąć. A teraz nie mogli sobie wyobrazić życia bez Niego, że zabraknie już Jego widzialnej obecności i Jego mocy, która dawała im poczucie bezpieczeństwa. Ale to było konieczne. Tak mówił Pan Jezus: „Jednakże mówię wam prawdę: Pożytecznie jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was.”

    Każde rozstanie jest ciężkie. Ale czyż nie na tych rozstaniach polega rozwój człowieczego życia? Takie jest prawo wzrostu i choć nie jest łatwo odchodzić – to przecież jednak wciąż odchodzę. Każdy wyrasta ze swego dzieciństwa (oprócz pana Piotrusia, który nie chciał rosnąć). Kiedy wchodzi się w wiek dojrzały – trzeba opuszczać swoich bliskich: „Opuści człowiek ojca i matkę.” A te odejścia od siebie samego, które ustawicznie towarzyszą człowieczym dniom. Bo kiedy lat przybywa wtedy już i zdrowia zaczyna ubywać i sił, i młodości. Już pamięć nie ta sama, nie ten słuch, ani wzrok. I twarz jest inna, bardziej pomarszczona. Nie taka jak na dawnych fotografiach. Ale wszystkie te odejścia są bardzo potrzebne, bowiem przygotowują człowieka na to odejście najważniejsze, o którym mówi dzisiejsza uroczystość, mianowicie, że śmiertelne ciało przemienione poprzez Wniebowstąpienie Jezusa dociera aż do nieba.

    Rozważając teksty Ewangelii i Dziejów Apostolskich trudno jest ustalić szczegóły dzisiejszego święta. Według świętego Jana w poranek Wielkanocny Pan Jezus mówił do Marii Magdaleny: „Wstępuję do Ojca mojego i Ojca waszego.” A więc już wtedy wstępuje do nieba. Inni Ewangeliści umieszczają to wydarzenie na kończący się dzień Wielkiej Nocy po spotkaniu z Apostołami w Wieczerniku. Zaś w Dziejach Apostostolskich, które dziś są czytane, jest takie zdanie: „Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym.” Widać z tego, że Pismo św. nie robi tutaj jakiegoś wyraźnego przedziału czasowego pomiędzy Zmartwychwstaniem a Wniebowstąpieniem. Ukazujący się Jezus kiedy mówi Apostołom: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi” – jest już uwielbiony i powraca po wielokroć z zupełnie innego świata. A tym światem jest niebo.

    Ksiądz Władysław Przybyś tłumaczy w ten sposób: „To, co się stało w poranek wielkanocny, jest więc tak wielkie, niesłychane, że Kościół nie może przeżyć tylko w święta Wielkanocne. Stąd na to samo wydarzenie Kościół zwraca dwa razy swoją uwagę, ale pod innym kątem: w Wielkanoc przeżywa fakt powstania Jezusa z martwych, a dzisiaj Jego wejście w nowy, inny sposób życia.”

    Pismo Święte, przedstawiając powrót Chrystusa do nieba, używa wyrażenia: „uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu.” Ale tu nie chodzi o niebo unoszące się ponad chmurami. Chodzi o takie niebo, które nie jest z tego świata. Język tubylców jest tutaj bardziej precyzyjny, niż nasz ojczysty, bowiem ma dwa całkowicie różne określenia: „sky” i „heaven”. Nie da się tych pojęć ani pomylić, ani użyć zamiennie. Dlatego bardzo głupio i naiwnie swego czasu popisał się Jurij Gagarin po pierwszym okrążeniu ziemi. Oświadczył bowiem, że nie ma Boga, ponieważ ponad chmurami w kosmosie, nie widział Go.

    A jednak jak wielu ludzi widziało Boga już na tej ziemi. I dziś również jest ich ogromna ilość, bo niebo zaczyna się tu i teraz, i jest tak zaskakująco blisko. „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo „Tam”. Oto bowiem Królestwo Boże pośród was jest” – powiedział Pan Jezus. I ono nie tylko jest, ale wciąż rośnie, rozszerza się – jak ziarno wrzucone w ziemię. Czy we mnie też?

    Teraz jest czas trwania na modlitwie w Wieczerniku, w którym jest Matka Jezusowa i Apostołowie. To tam przychodzi stale obiecany Pocieszyciel i daje dar zrozumienia po którym człowiek już wie, że niebo tu się zaczyna i może doświadczać jak ono smakuje.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • VI Niedziela Wielkanocna – ROK C

    Chrystusowy pokój

    Dzisiejsze Boże Słowo jest kontynuacją pożegnalnej mowy Pana Jezusa z poprzedniej niedzieli. Już nogi apostołów zostały umyte. Już Judasz wyszedł w ciemną noc. Już Boży Syn przekazał nowe przykazanie, które odtąd będzie znakiem rozpoznawczym. I żeby mogli wytrwać na drogach, na które zostaną posłani, otrzymują dar pokoju. Oto Chrystusowe słowa: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat. Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka.”

    Wtedy serca apostołów jeszcze bardzo się lękały. Strach ich ogarnął do tego stopnia, że Piotr aż trzykrotnie wyprał się swego Mistrza, a reszta, oprócz umiłowanego ucznia, skryła się według ludzkiego sposobu w bezpiecznym miejscu łudząc się, że unikną trudnych wyzwań. Ich Pan i Mistrz, który był ich nadzieją – a oto musiał aż tak straszliwie cierpieć i tak okropnie umierać! Nie mogli tego ani pojąć ani zrozumieć. Dlatego pozostawali za zamkniętymi drzwiami ze swoją utraconą nadzieją i z lękiem o siebie samych. Kiedy Zmartwychwstały Jezus stanął pomiędzy nimi przemówił tymi samymi słowami, które oni już wcześniej od Niego usłyszeli: „Pokój wam.” Na czym więc polega ten pokój, który daje Jezus?

    Ks. Jerzy Chowańczak tak komentuje te słowa: „Chrystusowy pokój obejmuje wnętrze człowieka. Jest on darem Jezusa. Nie uwalnia człowieka od wahań, cierpień, nawet od gwałtownych zaburzeń, ale pozwala zachować w głębi duszy równowagę umysłu i serca. Jego podstawą staje się Zmartwychwstanie. „Odwagi! Jam zwyciężył świat!”

    I rzeczywiście ten Boży pokój odmienił zalęknionych i wystraszonych uczniów. Stali się ludźmi pełnymi mocy, bo późniejszy czas wcale nie okazał się łatwiejszy. Dzisiejsze I Czytanie z Dziejów Apostolskich jest tego przykładem, jak apostołowie musieli odważnie czuwać nad autentycznym przekazem Dobrej Nowiny: …„niektórzy bez naszego upoważnienia wyszli od nas i zaniepokoili was naukami, siejąc wam zamęt w duszach”… A to dopiero był początek ich zmagań. Po Zmartwychwstaniu, a już całkowicie po Zesłaniu Ducha Świętego nic nie było w stanie ich odstraszyć, bowiem moc Ducha Świętego zamieszkała w ich sercach. To ona wypełniła ich pokojem dając równowagę umysłu i serca, tak że żadne ciemności nie były już w stanie stłumić w nich światła. Żyć w świetle było ich powołaniem, jak pisał św. Cyprian Kartagińczyk o pierwszych chrześcijanach. Nocami zaś modlili się, by światło znowu wzeszło nad nimi – światło, które jest odblaskiem światła przyniesionego przez Chrystusa. Codzienne życie pierwszych gmin odbywało się nie w katakumbach, ale w środku i wpośród pogańskiego świata. W swoich apologiach pisali jak bardzo chcieli żyć w słońcu. Dziś już wiadomo dokładnie po odkryciach archeologicznych, że Kościół w starożytności nie żył w katakumbach. Katakumby były tylko podziemnymi cmentarzami. Całe życie sakramentalne Kościoła odbywało się w domach prywatnych (domus ecclesiae), a później, kiedy pojawiły się już możliwości – w bazylikach.

    Jezusowy pokój przekazywany w Eucharystii zataczał więc coraz szersze kręgi. Wyzwalał moc miłości. I ówczesny świat patrzył jak żyją te małe chrześcijańskie wspólnoty i nie tylko mówił z podziwem: „Patrzcie, jak oni się miłują”, ale przede wszystkim w nich rozpoznawał siebie, swoje prawdziwe oblicze. I dlatego się nawrócił. Zaczął też kochać innych.

    Ks. Ludwik Evely w swojej książce Ojcze nasz pisze: „Nie zna się Boga, jeżeli się nie zna miłości. Nie zna Boga ten, kto nie staje się coraz bardziej Bogiem. Tyle tylko poznamy z Istoty Bożej, na ile pozwolimy Mu wzrastać w nas. Poznamy Boga, jeżeli Go przyjmiemy, jeżeli zrobimy Mu miejsce, jeżeli ustąpimy Mu miejsca.”

    Pan Jezus bardzo wyraźne określił od czego zależy otrzymanie Bożego Ducha: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i będziemy w nim przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów Moich.”

    Podczas każdej Eucharystii Zmartwychwstały Chrystus mówi tak samo jak w wieczerniku: „Pokój wam”. Tylko czy ja naprawdę ten pokój przekazuję drugiemu człowiekowi? Dramatem obecnego czasu jest, że bardzo wielu ludzi chce braterstwa, ale bez Ojca. Zaś o wiele większym dramatem, który dotyczy tak zwanych rzekomych chrześcijan jest to, że chcą ojcostwa, ale bez braterstwa. Jak wielką zaciąga się wtedy winę!

    Tomasz Merton w jednej ze swoich książek opisuje jak podczas Mszy św. w białej parafii w Nowym Orleanie ksiądz mówiąc o obowiązku miłości Boga i bliźniego napomknął, że biali i murzyni powinni się kochać. W tym momencie podniósł się jeden z wiernych i powiedział:

    – Przyszedłem na Msze, a nie wysłuchiwać takie idiotyzmy!

    Ksiądz się zatrzymał. Wstał jeszcze jeden pan. Również dołożył swoją opinię:

    – To są brednie skończone, żeby on musiał tych czarnych uważać za swoich bliźnich!

    Około 50 osób wyszło z kościoła. Jeden z nich odwrócił się w drzwiach i wykrzyknął pod adresem księdza:

    – Jeżeli dziś opuszczę Msze, będzie to wina księdza!

    I komentarz Mertona jest bardzo zdecydowany. Mianowicie można być tak zwanym „dobrym katolikiem” i nawet być za takiego uważanym przez innych, podczas gdy w rzeczywistości jest się apostatą, odstępcą od chrześcijańskiej wiary.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Wielkanocna – ROK C

    Przybliżać się do Światła

    Początek dzisiejszej Ewangelii jest nie tylko zastanawiający, ale wręcz budzi pewne zaniepokojenie. No bo co to oznacza, że dopiero po wyjściu Judasza z wieczernika Pan Jezus zaczął mówić do pozostałych uczniów o swojej gloryfikacji i dzielił się z nimi najbardziej osobistymi myślami? W tej serdecznej rozmowie tłumaczył jak bardzo bliskie jest już Jego odejście, ale równocześnie zapewniał, że pomimo swojego odejścia On nie pozostawi ich samymi, ale będzie pośród nich i to na zawsze.

    Czy poprzez wyjście Judasza, który przecież szedł zdradzić i w konsekwencji wydać na okropną śmierć swojego Mistrza – mogło teraz wydarzyć się coś dobrego? Bo tak właśnie powiedział Pan Jezus: „Syn Człowieczy został teraz uwielbiony, a w Nim został Bóg uwielbiony.”

    Św. Augustyn zaistniałą sytuację tłumaczy w ten sposób, że Chrystus zanim rozpoczął umywanie nóg uczniom – powiedział: „Wy jesteście czyści, ale nie wszyscy”. A Ewangelista dodaje: „Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści.” Więc Judasz swoim wyjściem po prostu wyświadczył przysługę owym pozostałym, bowiem przez niego ta wspólnota uczniów była dotychczas w jakimś sensie wypaczona i zanieczyszczona. Teraz doznała oczyszczenia.

    Z takiego spojrzenia, na które zwraca uwagę św. Augustyn, nie można nie zauważyć, iż w takim razie mój grzech też zniekształca wizerunek Kościoła. I to nie tylko ten grzech widoczny, który powoduje zgorszenie, a co za tym idzie – pomniejszenie wiarygodności Jezusowej wspólnoty, ale również ten mój ukryty grzech, niewidoczny dla ludzkiego oka. Moim grzechem, jak zauważa o. Salij, nie tylko obrażam Boga, nie tylko oddzielam się od życia wiecznego, moim grzechem zmniejszam czystość i duchową urodę całego Kościoła. Dopiero po wyjściu Judasza z wieczernika Pan Jezus zaczął mówić o swojej chwale i o chwale swojego Kościoła, która w całej pełni ukaże się dopiero na końcu czasów. Bardzo plastycznym obrazem opisującym tę rzeczywistość posłużył się św. Paweł w liście do Efezjan: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany.”

    A więc dopiero w dniu ostatecznym nie będzie już więcej grzechu. Natomiast w trakcie dochodzenia do tego dnia wspólnota wierzących, czyli Kościół, jest jedynym miejscem, właściwym dla grzesznika, tak jak dla chorego człowieka najlepszym miejscem jest szpital. Bowiem w Kościele w sposób najbardziej skuteczny ogarnia mnie, słabego i grzesznego, Boża moc. To ona sprawia, że mogę się uwalniać od zła i wychodzić ze skorupy własnego egoizmu, aby coraz bardziej przybliżać się do Światła.

    Dopóki trwa proces wzrostu Królestwa Bożego na ziemi Pan Jezus jest nieustannie „przyjacielem celników i grzeszników.” On kocha człowieka i dlatego zrobił dla niego wszystko, aby go uwolnić z grzechów. Tak jak dobry lekarz potrafi poświęcić się dla swojego pacjenta i wiele uczyni, aby tylko wyleczyć chorego, uwolnić go od jego choroby. Proces takiego ciągłego uwalniania z grzechów dokonuje się w Kościele, który jak Jezus, nie brzydzi się grzesznikiem, ale też nie pozostawia go samemu sobie, w stanie jakieś półdrzemki, w czasie której mógłby spokojnie obrastać w pleśń, kołtuństwo, samozadowolenie – jakby powiedział ks. Pasierb. Kościół można porównać do dobrego ogrodnika, który stale troszczy się, oczyszcza i przycina swoje latorośle, aby mogły wydać w swoim czasie dobry owoc. Ta praca jest często bolesna, ale konieczna. Tu Słowo Boże bywa jak miecz ostre i tnie aż do rozdzielenia ducha od duszy. Kardynał Newman bardzo trafnie zauważył, że poza Kościołem, doktryny są twarde, a życie miękkie, a w Kościele jest dokładnie na odwrót.

    Każdy potrzebuje swojego czasu, aby wzrastać. Widać to bardzo wymownie w życiu apostołów. Pan Jezus mówił do nich w Wielki Czwartek: „Będziecie Mnie szukać, ale dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie.” Przecież Go kochali i chcieli iść za Nim, ale wtedy oni jeszcze nie potrafiliby pójść aż tak daleko jak ich Pan i Mistrz. Chociaż Piotr zapewniał i to po trzykroć bez najmniejszej wątpliwości: „Życie moje oddam za Ciebie!” – a dosłownie za kilka godzin okazało się, że jeszcze nie był gotów. Co więcej – wyparł się, zdradził Chrystusa. Ale jego autentyczna miłość nie zaprzepaściła łaski przebaczenia.

    Chrystus znając kruchość ludzkiej kondycji zapewnia swoich uczniów, że będzie z nimi zawsze żywy, obecny, działający – o ile będą przestrzegać tego jedynego przykazania, jakie im dał i które wystarczy za wszystko inne: „Abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem.”

    W drugiej modlitwie Eucharystycznej o tajemnicy pojednania kapłan wypowiada takie słowa: „Wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam, Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom.”

    W tym mieści się istota chrześcijaństwa: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi.”

    Ale bywa i tak, że ja, w moim uwikłaniu w różnorakie grzechy, mogę nawet nie odczuwać pragnienia, aby się z nich wyzwalać. Wtedy opisana scena na początku dzisiejszej Ewangelii staje się dla mnie wielkim ostrzeżeniem. Przecież Judasz też był uczniem Chrystusa, ale – jak pisze o. Jacek Salij – „jego serce było wypełnione egoizmem i chciwością, i już zabrakło w tym sercu miejsca na prawdziwą miłość. Toteż jakby sama logika tego wymagała, żeby ten uczeń w pewnym momencie przestał być uczniem.”

    Chrystus stawia sprawę bardzo jasno: „Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Dopiero jeżeli Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Wielkanocna – ROK C

    Nieustannie uobecnia się

    Pan Jezus w dzisiejszym krótkim przekazie nie tylko obiecuje, ale wręcz obdarza już swoim Bożym życiem tych, którzy zechcą pójść za Nim. I swoich naśladowców zapewnia aż trzykrotnie, że będą w bardzo bliskiej zażyłości i z Nim samym i z Jego Ojcem.

    Ta niewyobrażalna rzeczywistość, jaką jest życie wieczne, staje się udziałem człowieka już tu i teraz, dzięki temu, że Chrystus, Boży Syn, poprzez przyjęcie na siebie naszych win przeszedł przez straszliwą mękę i śmieć. A zmartwychwstając dał mieszkańcom tej ziemi swój Kościół, w którym On nieustannie uobecnia się. Byleby tylko człowiek zechciał otworzyć swoje serce i przyjąć Pana Jezusa – wtedy nie będzie już odrzucony, bo On sam mówi o tych, którzy słuchają Jego głosu: „Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki.”

    Jest taki film „O jeden most za daleko”, w którym młody amerykański oficer rozmawia przed bitwą ze starszym od siebie sierżantem. Chłopiec boi się i prosi sierżanta, by dał mu słowo, że nie zginie. Po długim wahaniu otrzymuje taką obietnicę, która – jak się okazało – była bardzo trudna do spełnienia. Bo kiedy bitwa dobiegała już końca, sierżant pędzi leśną drogą w poprzek linii frontu. Odszukuje wśród zabitych porucznika. Zabiera jego bezwładne ciało i klucząc pod ostrzałem pomiędzy drzewami, dociera do swoich. Ryzykując, że będzie postawiony przed sądem wojennym, zmusza pistoletem pułkownika chirurga, by wyciągnął z potwornie okaleczonej głowy odłamek. Lekarz nie mając wyboru podejmuje się bardzo niebezpiecznej operacji, która na szczęście udała się. Młody konający oficer został uratowany wbrew wszelkim nadziejom.

    Ten filmowy obraz bardzo wymownie przybliża rzeczywistość zbawienia każdego, kto trzyma się mocno Jezusa i stale błaga, aby ziściła się na nim Boża obietnica. W taki właśnie sposób odbywa się spotkanie z Bogiem. Ze strony Pana Jezusa jest zawsze gwarancja, że On dotrzyma swojego słowa, niezależnie co uczyni człowiek. A człowiek, niestety, często zawodzi, a nawet i zdradza i to nie tylko drugiego człowieka, ale nawet samego Boga. Dlatego mając w pamięci te różnorakie ludzie zawody trudniej jest uwierzyć wzniosłym obietnicom, które wydają się być aż tak nieprawdopodobne, że Jezus osobiście stale jest przy mnie, nawet wtedy kiedy leżę pod stertą moich własnych grzechów i nieszczęść – On bierze mnie na swoje ręce i niesie, tak jak dobry pasterz pokaleczoną owcę, która była zaginęła a teraz została odnaleziona. Przecież to się dzieje wciąż w moim życiu za każdym razem, kiedy słyszę Jezusowe słowa wypowiedziane ustami kapłana: „Ja odpuszczam Tobie grzechy”. A potem kiedy zostaję posilony Jego Ciałem – jestem wzmocniony i mogę iść dalej. Tu przypominają mi się słowa współczesnej pieśni:

    „ Mój Mistrzu, przede mną droga, którą przebyć muszę tak jak Ty,
    Mój Mistrzu, wokoło ludzie, których kochać trzeba, tak jak Ty.
    Mój Mistrzu, nie łatwo cudzy ciężar wziąć w ramiona tak jak Ty,
    Mój Mistrzu poniosę wszystko, jeśli będziesz ze mną zawsze Ty.”

    Dlatego niech będzie po wielokroć błogosławiona troska całego Kościoła, który nie pokłada swojej nadziei na debatach tylko i to bardzo uczonych, na spotkaniach, konferencjach czy sympozjach, na których próbuje się dziś dyskutować jak zastąpić funkcję kapłana i jak rozwiązać problem braku powołań, ale przede wszystkim pokłada ją w żarliwej modlitwie na kolanach o nowych robotników do winnicy Pana, bo tak powiedział Pan Jezus: „Proście Pana żniwa, aby przysłał robotników na żniwo swoje. Bo żniwo wprawdzie jest wielkie, ale robotników mało.”

    Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim pierwszym liście do kapłanów na Wielki Czwartek w roku 1979 pisał, że najlepiej mogą zrozumieć kim jest kapłan ci, którzy są pozbawieni jego posługi: „Pomyślcie o tych miejscach, na których ludzie tak bardzo oczekują kapłana, gdzie całymi latami odczuwają jego brak, nie przestają pragnąć jego obecności. I bywa czasem tak, że zbierają się w opuszczonej świątyni i kładą na ołtarzu pozostałą jeszcze stułę kapłańską i odmawiają wszystkie modlitwy liturgii mszalnej, a przed przeistoczeniem zapada głęboka cisza, może tylko przerywana płaczem… tak bardzo pragną usłyszeć te słowa, które tylko usta kapłańskie mogą skutecznie wypowiedzieć, tak bardzo pragną tej eucharystycznej Komunii, która tylko przez posługę kapłana może stać się ich udziałem i tak bardzo pragną usłyszeć Boskie słowa przebaczenia: I ja odpuszczam tobie grzechy. Tak bardzo przeżywają obecność nieobecnego wśród nich … kapłana! Takich miejsc na świecie nie brak!”

    Kiedy wyjeżdżałem w roku 1975 z Francji do Szkocji do pracy duszpasterskiej wśród Polaków, w tym samym czasie w małym miasteczku w Rosji umierał ksiądz. Dopiero niedawno natrafiłem na tę niezwykłą historię francuskiego autorstwa, która nosi tytuł Miasto: „Ksiądz kazał sobie przynieść bochen chleba, pokroić na lnianej chuście na skibki. I konsekrował. Powiada; to ja już idę, czas na mnie, zostańcie z Bogiem, chleb schowajcie, bo nie wiadomo, kiedy ksiądz będzie, i jedzcie, jeżeli sumienie wam pozwoli… Przyszła Wielkanoc… Księdza nie ma, ołtarz sam, spowiedzi nie ma, a brać komunię duszą nie umytą – strasznie. A stał przy ołtarzu taki nieduży krucyfiks… wychodzi z nawy chłop w walonkach, bierze ten krzyż stawia do konfesjonału. I mówi do ludzi: „dumaj, nie dumaj, pomarł ksiądz, tak spowiadaj się narodzie Bogu samemu.” I stanęli po obu stronach konfesjonału, gdzie krucyfiks był wystawiony i spowiadali się krzyżowi i każdy sobie pokutę naznaczał niemałą, wedle sumienia, a potem chustę odwinęli i brali Komunię. I tak cicho było w kościele, tak cicho, Panie.”

    W dzisiejszą niedzielę, która jest niedzielą Dobrego Pasterza, Kościół modli się, aby nie zanikła w ludzkim sercu ta delikatna wrażliwość, dzięki której dane jest człowiekowi usłyszeć głos Pana i pójść za Nim.

    Ks. Michel Quoist w swojej książce pt. „Niezwykły dialog” tak ujmuje tę Bożą mowę:

    „Potrzebne mi są twoje ręce, bym mógł dalej błogosławić.
    Potrzebne mi są twoje wargi, bym mógł dalej mówić.
    Potrzebne mi jest twoje ciało, bym mógł dalej cierpieć.
    Potrzebne mi jest twoje serce, bym mógł dalej kochać.
    Potrzebny mi jesteś ty, bym mógł dalej zbawiać.
    Zostań ze mną, synu.”

    ks. Marian Łękawa

  • III Niedziela Wielkanocna – ROK C

    Iść za głosem zmartwychwstałego Chrystusa

    Zanim Zmartwychwstały Pan Jezus pojawił się już po raz trzeci, tym razem nad jeziorem Tyberiadzkim, Ewangelia według św. Jana, w swoim ostatnim rozdziale, opisuje bardzo ciekawy epizod, który jest przygotowaniem Apostołów, a szczególnie św. Piotra na bardzo ważne zadanie.

    Przeżycia ostatnich dni wyczerpały ich całkowicie – bo przecież ile oni musieli przeżyć! Cała straszliwa męka poprzedzona ohydnym sądem, a potem okropna śmierć, a teraz sytuacja zupełnie nowa nie do pojęcia, no bo jak przyjąć, co o tym myśleć, że ich Pan, ich Mistrz Zmartwychpowstał. Bardzo potrzebowali uspokojenia, dojścia do jakieś równowagi. Dlatego Pan Jezus poprzez kobiety, które przyszły do grobu, poleca im, aby udali się do Galilei, żeby tam ich nerwy mogły odpocząć. Wrócili więc do swoich stron, do swojego zajęcia. „Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Opowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą”. W tych słowach nie widać żadnego zapału. Jest w nich jakaś rezygnacja, która przechodzi w rozczarowanie. Bo nawet nie potrafili ułowić ani jednej ryby – oni zawodowi rybacy.

    „A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu.” Ale uczniowie jeszcze nie rozpoznali swojego Pana i Mistrza. Tak rozpoczyna się to cudowne spotkanie i rozmowa. Pomimo, że oni najpierw widzą w Nim jedynie nieznajomego człowieka, który wbrew ich rybackiej logice, daje bezsensowne polecenie, aby raz jeszcze zarzucili sieci – o dziwo, są posłuszni. Wypływają łodziami na jezioro. A przecież byli zmęczeni, przytłoczeni całkowitą rezygnacją nie tyle z nieudanego połowu, co całą swoją sytuacją. I w taki oto sposób wchodzą w Boży plan i stają się świadkami cudu.

    Jan pierwszy rozpoznał Jezusa i powiedział do Piotra: To jest Pan! Piotr natychmiast rzuca się w wodę i płynie wpław do Jezusa. Dwa różne temperamenty, które wzajemnie się uzupełniają. Jan wyczuwa Pana i dzieli się z Piotrem, który reaguje impulsywnie. Za Piotrem idą inni. A tymczasem Pan Jezus przy rozżarzonych węglach przygotowuje dla swoich utrudzonym rybaków śniadanie i mówi do nich: „Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili.” I Szymon Piotr sam jeden wyciąga na brzeg ogromną sieć pełną ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. Nie przypadkowo podany jest ten szczegół, ponieważ ta liczba oznacza wszystkie znane w starożytności gatunki ryb. A to symbolizuje, że Piotr będzie pasterzem wszystkich narodów. Ale zanim to nastąpi Chrystus zadaje mu potrójne pytanie: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” I znowu jest szczegół, również ważny. Pan Jezus nie zwraca się do niego: „Piotrze-Skało”, bo ta skała już pękła. Trzeba ją na nowo scalić, scementować. Zwraca się więc do niego poprzednim imieniem: „Szymonie”, które znaczy: „Bóg wysłuchał”. Bo rzeczywiście, Pan Bóg w Jezusie wysłuchał skruszonego Piotra. Na pytanie po trzykroć stawiane przez Chrystusa – Piotr swoją skruchą, szczerą i całkowitą, odpowiada twierdząco. Hans Urs von Balthasar pisze, że „bez tego wyznania większej miłości Dobry Pasterz, który poświęcił swe życie za owce, nie mógłby powierzyć św. Piotrowi wypasania swej trzody. Albowiem urząd, jaki otrzymał Jezus od swego Ojca, jest tożsamy z pełnym miłości oddaniem życia za owce. I dla przypieczętowania tej jedności urzędu i miłości, jaka od chwili przekazania urzędu przez Jezusa będzie bezwzględnie wymagana, św. Piotr usłyszy zapowiedź swej śmierci krzyżowej – daru doskonałego naśladowania Chrystusa. Od tego czasu krzyż będzie nieodłącznie związany z papiestwem, choć pojawią się też niegodni papieże; lecz im bardziej serio papież bierze swój urząd, tym dotkliwiej czuje krzyż na swych barkach.”

    Pontyfikat Jana Pawła II pokazał bardzo wyraźnie i nie pozostawiał żadnej wątpliwości, jak wielki ogrom cierpienia nosił na sobie najwyższy kapłan. I on był nie tylko tego świadom, ale wyrażał również swoją zgodę na taki właśnie plan Bożego zbawienia. Dlatego dzisiejszy świat odkupuje się także jego cierpieniem, może w większej mierze niż cierpieniami innych chrześcijan, powołanych, aby dopełniać, czego nie dostaje cierpieniom Chrystusa. Papież Jan Paweł II w sposób bardzo świadomy wypełniał całym swoim życiem prawdę, że nie ma i nie może być pustego krzyża. Bo taki jest ciąg dalszy tego czego doświadczył pierwszy papież nad jeziorem Tyberiadzkim – mianowicie, że Piotrowa łódź, czyli Jezusowy Kościół, tylko wtedy spełnia swoje zadanie, kiedy słucha i idzie za głosem zmartwychwstałego Chrystusa.

    A tymczasem ja biedny, słaby, grzeszny człowiek, pomimo, że każdego dnia jestem dopuszczony do udziału, aby być przy Zmartwychwstałym Jezusie w Eucharystii – co więcej – dotykam Bożego Słowa, które staje się Bożym Ciałem, aby mnie posilać; wciąż odnajduję w sobie sprzeciw na godzenie się z Bożym sposobem ocalenia siebie i tych, których On postawił na mojej drodze. I wiem dlaczego jestem tak bardzo daleko. Ponieważ nie znajduję w sobie wystarczająco miłości. Dlatego zdając sobie coraz bardziej z tego sprawę, że jestem niewiarygodnym świadkiem, że nie głoszę całym moim życiem autentyczności zmartwychwstania Jezusa w ciele – tym goręcej wołam:

    „Kiedyż, o kiedyż, słodki mój Panie,
    Poznamy Serca Twego kochanie?
    Kiedyż Twa miłość rozpali nas?
    O, dobry Jezu, czas to już czas!”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Niedziela Miłosierdzia Bożego – ROK C

    Nigdy nie zwątpić w Boże przebaczenie

    Dzisiejsza niedziela jest znana w całym Kościele jako niedziela Bożego Miłosierdzia. Wreszcie wypełnia się pragnienie Pana Jezusa, który wypowiedział do siostry Faustyny takie pocieszające słowa: „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski.” I ten wielki dar stanie się dziś udziałem bardzo wielu ludzi. Na pewno skłoni do większego zaufania przebaczającej Miłości i na pewno obudzi żal nie tylko za swoje grzechy, ale i za grzechy całego świata.

    Tylko jeden Bóg wie ilu znowu podejdzie do kratek konfesjonału, aby pojednać się w sakramencie pokuty, który wysłużył Boży Syn w pierwszy Wielki Piątek, aby odtąd już stale i nieustannie przetaczać ze Swojego serca Krew i Wodę oczyszczając tym samym ogromny organizm swojego Kościoła.

    Za każdym razem, kiedy jestem w Polsce, mam tę możliwość bycia w krakowskich Łagiewnikach. I zawsze w tym sanktuarium widzę wielu pielgrzymów, nie tylko z Polski, ale z różnych stron świata. Jadąc od strony południowej, z mojego rodzinnego miasta, z daleka jest już widoczna 77 metrowa wieża, która wyrasta z ogromnej bazyliki mogącej pomieścić 5 tysięcy ludzi. Wchodząc do niej od razu zwraca uwagę duży obraz Miłosiernego Jezusa na tle uginających się od wichru gałęzi, które symbolizują niespokojne ludzkie serca. Idąc zaś do klasztornej kaplicy sióstr przechodzi się obok okna, przy którym jest tablica informująca, że w tym pokoju mieszkała siostra Faustyna. Z tego pokoju Pan Jezus zabrał ją do siebie kiedy miała zaledwie 33 lata, w niecały rok przed wybuchem II wojny światowej. W kaplicy po lewej stronie umieszczony jest obraz, który namalował Adolf Hyła w roku 1944. Stamtąd każdego dnia w Godzinie Miłosierdzia odmawiana koronka ogarnia cały świat. Bowiem istotą tego nabożeństwa jest ufność do miłosiernego Boga i wypływające z tego kultu wielkie pragnienie czynienia uczynków miłosiernych. Ks. Zdzisław Wietrzak, jezuita, który jest kapelanem w tym sanktuarium, pisze, że „tak nam to przekazała prosta i niewykształcona siostra Faustyna, mistyczka. Pisała swój Dzienniczekz posłuszeństwa, językiem prostym i z licznymi błędami ortograficznymi. Jego głęboka treść teologiczna przerastała ją samą. Dlatego widać, że w tym jest palec Boży. Zatem przyjmujmy słowa Dzienniczka jako słowa zbawcze Jezusa.”

    Ale nabożeństwo do miłosiernego Jezusa czy nie jest upokorzeniem mojej pychy? Czy nie budzą się wielorakie wątpliwości, że rzeczywiście Pan Bóg posługuje się aż tak prostymi środkami? Człowiek bowiem bardzo często podobny jest do Naamana, dowódcy wojsk syryjskich, który zachorował na straszną chorobę trądu. Kiedy stanął przed drzwiami proroka Elizeusza, był pewny, że on wyjdzie, stanie przed nim, zawezwie imienia Boga swego, Jahwe, dotknie go i w ten sposób wyleczy z trądu. A tymczasem prorok kazał mu przez posłańca powiedzieć, aby obmył się siedem razy w Jordanie i będzie zdrowy. I gdyby nie słudzy Naamana, którzy go nakłonili, aby wykonał tak łatwe, choć jego zdaniem upokarzające zadanie, pewnie nie byłby uwolniony z tej odrażającej choroby. Człowiek zawsze ma ochotę narzucić Panu Bogu swój własny scenariusz. Tu przypomina mi się autentyczna rozmowa z pewnym zamożnym i przystojnym mężczyzną, o której dowiedziałem się od ks. Piotra Pawlukiewicza. Mężczyzna ten pozwolił wykorzystać historię swojego życia, bo być może okaże się pomocna innym. Opowiadał w ten sposób: „Byłem kilka lat po ślubie. Miałem piękną i kochającą żonę, przeurocze dzieci i żadnych powodów do narzekania. I właśnie wtedy opętał mnie duch nieczystości. Zaczęło się od coraz bardziej odważnych dowcipów z koleżankami w pracy, potem niby żartobliwych dotknięć, aż wreszcie nastąpiła pierwsza zdrada. Z pomocą alkoholu, który usuwał wstyd i łamał skrupuły, brnąłem dalej w nieczystość. Jedna koleżanka, druga koleżanka, potem jakaś stara miłość sprzed lat, i dalej, co było potworne, <zaliczyłem> także żonę kolegi. Zdobywałem łupy jak doświadczony myśliwy. Bo uczuć między nami nie było żadnych, tylko czysty seks. Najwyżej lubiliśmy się. Moje poczucie humoru, uroda, hojne prezenty i wystawny styl życia pomagały osiągnąć niemalże wszystko, co chciałem. Na szczęście Bóg nie odebrał mi światła sumienia. Wiedziałem, że to co robię, jest podłe. Żona nie domyślała się niczego. Ale gdy wracałem do domu, a ona z uśmiechem i czułym słowem podawała obiad, to dosłownie chciało mi się wyć z bólu. Uciekałem przed spojrzeniem dzieci jak przed rozpalonym żelazem. A następnego dnia, mimo mocnych postanowień z poprzedniego wieczoru, kolejną panią trzymałem już w ramionach.

    Jestem katolikiem i spowiadałem się z tego wszystkiego. Nie chciałem, aby żona zauważyła, że w niedzielę na Mszy św. przestałem przystępować do komunii, więc spowiadałem się często. I nie z czystego formalizmu. Naprawdę byłem zrozpaczony i chciałem przerwać to pasmo grzechu. Nie potrafiłem. Przy konfesjonale byłem szczery, księża naprawdę starali mi się pomóc. Ja to wszystko doskonale rozumiałem, ale mimo to, jak ćma, wracałem do tego, co mnie wyniszczało. Aż przy jednej spowiedzi ksiądz powiedział krótko i konkretnie: <Bracie, obrazek Jezusa Miłosiernego do portfela i codziennie koronka do Miłosierdzia Bożego. A obrazka nie zapomnij codziennie pocałować>. Po raz pierwszy myślałem, że się na spowiedzi zdenerwuję. Miałem jeszcze nadzieję, że mi jakieś ekstra-rekolekcje pomogą, jakaś specjalna pokuta, książka, a tu spowiednik każe mi paciorki przesuwać i obrazeczki święte całować. Ale w tej rozpaczy byłem gotów na wszystko. Obrazek w kurii kupiłem, różaniec po cichu wyciągnąłem ze szkatułki stojącej na regale w pokoju. A potem ja, człowiek z wyższym wykształceniem, współwłaściciel niemałej firmy, zamykałem się w łazience i po kryjomu, ze ściągawką w ręku, odmawiałem koronkę. Obrazek całowałem w windzie, w garażu, czy w łazience. I po miesiącu stał się cud. Dosłownie CUD! Patrzyłem na te same kobiety, które kiedyś rozpalały mnie do białości i nic. Nie pragnąłem ich. No, może czasem, ale to już nie było to. Wystarczyło przecież powiedzieć jedno słowo, aby je mieć, ale ja tego słowa nie mówiłem. Byłem inny! Byłem szczęśliwy! Jestem szczęśliwy!

    Pan Bóg nie wyłączył mi popędu seksualnego. Szatan ze mnie nie zrezygnował. I już po tamtym zwycięstwie też były małe wpadki. Ale generalnie ocalałem. I wierzę, że choć walka nie jest jeszcze skończona, Jezus mnie z ręki nie wypuści. Przecież mi to obiecał. Jeszcze przed rodziną nie przyznałem się do tego obrazka i koronki, którą nadał codziennie odmawiam, ale może kiedyś to zrobię? Może moje dzieci też kiedyś tego skarbu będą potrzebowały?”

    Właściwie człowiek teoretycznie zgadza się z prawdą, którą Kościół głosi, że Bóg jest nieskończenie dobry. Tylko – czy ta prawda dotyka mnie samego, moje serce? Co się dzieje wtedy kiedy mój grzech, z którym nie umiem sobie poradzić, pod którym wciąż upadam i który rani moją ambicję, moją pychę burząc moje fałszywe mniemanie o własnej doskonałości? Właśnie wtedy przychodzi szatan z tą najstraszniejszą pokusą zwątpienia w Boże przebaczenie. Ta diabelska wątpliwość urasta do tego stopnia, że człowiek zaczyna na serio wątpić – czy to możliwe, żeby Pan Bóg naprawdę aż tyle razy był gotów mi wybaczyć? To przecież nie mieści się w głowie! I jest prawdziwa tragedia, jeżeli po popełnieniu kolejnego grzechu człowiek dochodzi do stwierdzenia: Już nie mogę iść do spowiedzi, bo nie mam żadnych szans na Boże wybaczenie. Wtedy szatan odnosi tryumf.

    Dziś jest niedziela Bożego Miłosierdzia, naprawdę dzień niezwykły, w którym każdy może dotknąć samego Boga, jak niewierny Tomasz, aby wreszcie uwierzyć, że Pan Bóg jest aż tak wielki. Żeby się o tym przekonać trzeba się wyspowiadać, choćby grzechy moje były nie wiem jak ciężkie i moja ostatnia spowiedź bardzo wiele lat temu – doświadczę Jego przebaczającej łaski i choć trochę zrozumiem co napisała św. Faustyna w swoim Dzienniczku: „O, gdyby to dusze zrozumieć chciały, jak bardzo je Bóg miłuje! Wszystkie porównania, chociażby najczulsze i najsilniejsze, są tylko bladym cieniem w porównaniu z rzeczywistością.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego – ROK C

    Wszystko uczynił nowe

    Kiedy Łazarz wyszedł z grobu wywołany mocą Chrystusowego słowa – powrócił jedynie do życia, jakie już było jego udziałem i które śmierć znowu przerwała po jakimś czasie.

    Tymczasem Zmartwychwstały Pan, doświadczając ludzkiej śmierci przeszedł przez nią po to, aby otworzyć człowiekowi zupełnie inny wymiar życia. I jak całkowicie nieporównywalny jest ten nowy wymiar w stosunku do obecnego padołu świadczy fakt, że Pan Jezus musiał po wielokroć ukazywać się i przekonywać swoich najbliższych, że „to Ja jestem, nie bójcie się!”

    A bali się bardzo, skoro pozamykali się na wszelkie możliwe sposoby wciąż nie mogąc się pozbierać po tym, co wydarzyło się w Wielki Piątek. Przecież widzieli i to z bliska, jak zabijano ich Pana, ich Mistrza. To zabijanie trwało długo i z wielkim okrucieństwem. Po potwornym biczowaniu w cierniowej koronie – co musiało sprawiać przeraźliwy ból – dźwigał krzyż. A potem przybity do tego krzyża umierał w straszliwych męczarniach. Wciąż żywa pamięć o tych okrutnych epizodach Jezusowej męki rozsadzała ich głowy.

    Jeszcze nie byli w stanie pojąć i zrozmunieć, że właśnie w tej odrarżającej śmierci Chrystus już odniósł zwycięstwo, o którym mówił zanim się wydarzyło podczas swojego nauczania: „Teraz odbywa się sąd nad światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, pociągnę wszystkich do siebie”.

    Dominikanin o. Jacek Salij tak pisze o tym Jezusowym zwycięstwie już na krzyżu: „Mimo strasznych cierpień jest dokładnie taki, jakim był zawsze, a swoim zachowaniem daje świadectwo, że nawet wśród potwornych cierpień krzyża możliwa jest miłość. Sposób Jego umierania nie tylko nie skompromitował Jego nauki, ale ją potężnie uwierzytelnił. Któż by się dziwił skazańcowi, jeśliby w torturze ukrzyżowania zapomniał o swojej matce? Chrystus Pan czyni miłość nawet na krzyżu i nie tylko swojej Matce. Kiedy litościwe kobiety z Jerozolimy płakały nad Jego utrapieniem, On myśli przede wszystkim o ich dobru i powiada im: Raczej nad swoim życiem się zastanówcie oraz nad duszami waszych bliskich! Łotrowi nie tylko przebaczył grzechy, ale pomógł mu przyjąć okropne męki ukrzyżowania z godnością i w nadziei życia wiecznego. Nawet na własnych morderców potrafił spojrzeć nie tylko w perspektywie straszliwej krzywdy, jaką mu wyrządzili. Umiał zauważyć, że ci nieszczęśnicy nie wiedzą, co czynią, i modlił się za nich, aby Ojciec Przedwieczny okazał im miłosierdzie.”

    I tak dokonała się całkowicie druzgocąca porażka szatana, który w ten sposób chciał dokonać sądu nad Jezusem. A tymczasem na Kalwarii odbył się sąd zarówno i nad tym światem, jak i nad władcą tego świata. Chodzi o ten świat, w którym ludzkie relacje odbywają się według diabelskiego scenariusza, gdzie dominuje kłamstwo i przemoc. Potworna śmierć Bożego Syna sprawiła, że człowieczy los na tej ziemi definitywnie odmienił się. W ten sposób miłość i prawda stały się niezwyciężone. Tu sprawdzają się słowa Pana Jezusa, który mówi, że na nic zda się potęga zła. Potrafi najwyżej zabić ciało, ale nie potrafi zniszczyć miłości w człowieku pokładającym całą swoją ufność w Bogu – źródle prawdziwej miłości.

    Dzisiejsza uroczystość Zmartwychwstania jest ogłoszeniem Jezusowego zwycięstwa na krzyżu. „Swoim zmartwychwstaniem, jak pisze wspomniany już o. Salij, dał nam świadectwo, że On – prawdziwy Człowiek – jest prawdziwie Synem Bożym i że wobec tego zwycięstwo, które odniósł na Kalwarii, ma wymiar nieskończony: może być ono źródłem mocy zwycięskiej przeciwko złu dla każdego z nas. Naprawdę jest się czym radować! Jeśli Chrystus zmartwychwstał, to nie tylko korzenie zła zostały nieodwołalnie podcięte, ale nasze istnienie nabrało sensu na życie wieczne.”

    I to jest ten rdzeń wielkanocnych radości, bowiem horyzont naszego życia nie kończy się wraz ze śmiercią. Każdy kto otrzymał chrzest nosi w sobie Boże życie, które jest w nim jak ziarno posiane w ziemi. I ono rośnie i ono się rozwija ku nieśmiertelności.

    A teraz zapytam siebie: Czy w ten świąteczny, uroczysty dzień ogarnia mnie z tego powodu entuzjazm radości? Bo jeżeli nie – to może być też i tak, jak zauważa Ferdynand Krenzer w swojej książce Taka jest nasza wiara, że współczesny człowiek często przypomina kogoś, kto w kasie kolejowej prosi o bilet pierwszej klasy, zupełnie nie interesując się tym, dokąd jedzie pociąg. Bo liczy się tylko na pierwszym miejscu pragnienie, aby jechać przez życie w wygodnym przedziale nie zadając sobie żadnego trudu postawienia pytania – co będzie dalej. To widoczne jest już przy wyborze rodziców chrzesnych, gdzie często wogóle nie bierze się pod uwagę ich zaangażowania religijnego. A później wychowując swoje pociechy – jakie jest najważniejsze kryterium? Czy aby na pewno modlitwa i wielka chęć przybliżenia dzieciom Pana Boga? Ile energi i ile czasu człowiek jest gotów poświęcić, żeby tylko dziecko wykształcić, urządzić, nauczyć zaradności. I to wszystko z myślą o przyszłości. Ale jakiej mówimy przyszłości?

    Ks. Piotr Pawlukiewicz mówi wprost: „Nie ma większej miłości do dziecka, brata, żony jak prowadzenie bliskiej osoby do wieczności, jak złożenie ukochanego człowieka w ręce Tego, który przenosi przez dolinę śmierci.”

    Zdając sobie sprawę, że w dniu dzisiejszym tak uroczystym wśród zgromadzonych na Eucharystii są i tacy, którzy żartobliwie próbują tłumaczyć swoją doroczną obecność nie naprzykrzaniem się Panu Bogu, albo bardziej pretensjonalnie, że Kościół właściwie to nic nie daje… chciałbym opowiedzieć historię pewnego starszego naukowca, do którego domu włamali się złodzieje. Ten poszkodowany człowiek opowiadał o tym przykrym wydarzeniu ze śmiechem. Zapytany, dlaczego się śmieje, skoro został okradziony, odpowiedział, że owszem zabrali mu bardzo dobre radio i jeszcze kilka technicznych urządzeń, drobną kwotę pieniędzy i butelkę francuskiego koniaku. Ale co to jest w porównaniu z tym co znajduje się na półce. A tam, wśród wielu książek stały dwa starodruki, za które można by było kupić bardzo dobrej marki samochód. Tyle musieli się napracować, żeby przepiłować kraty i wejść do mieszkania, w którym jednak nie zauważyli najbardziej wartościowej rzeczy.

    Kościół, w którym jesteśmy, i który też tworzymy, jest bardzo często krytykowany za wiele mankamentów. Ale przede wszystkim w Kościele znajduje się jeden wielki skarb, a jest nim dar zmartwychwstania, który sam Boży Syn wysłużył przechodząc przez największą otchłań ludzkich ciemności. I ten dar Bóg ofiarowuje człowiekowi.

    Oby ta prawda o zmartwychwstaniu obudziła mnie z mojego snu codzienności, bo wtedy będę mógł powtarzać całym swoim sercem, całym swoim życiem sobie i wszystkim, których Pan postawił na mojej drodze: Radujmy się! Chrystus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Zesłania Ducha Świętego – ROK B

    Most łączący nas z innymi 

    Pewien dziennikarz po odwiedzeniu więzienia w Tellers opisał swoje wrażenia. Najpierw zobaczył twarze więźniów, które były zupełnie bez wyrazu. Oprowadzający go strażnik z ogromnym pękiem kluczy objaśniał, że wśród tych, którzy teraz spacerują po podwórzu jest wielu zdolnych ludzi: – Na przykład ten mały tam po lewej stronie maluje bardzo udane obrazy.

    Później w swoim służbowym pokoju pokazał dziennikarzowi namalowany przez niego obraz : dwunastu mężczyzn patrzy w zadumie ku górze, ze zmierzwionymi włosami. Ich twarze zanurzone są w świetle, które promieniuje. Oczy mają szeroko otwarte i przesadnie duże – a wszystko to wyrażone jest w odważnych kolorach. Na koniec swojego komentarza strażnik, trochę ironicznie, powiedział, że według więźnia, który go namalował – to są „Zielone Świątki”. Malował ten obraz do naszej więziennej kaplicy, ale niestety, tam nie może wisieć, ponieważ namalował na nim tylko współwięźniów i to tych najgorszych, prawdziwych przestępców!

    Kiedy dziennikarz spotkał się z twórcą tego obrazu rozpoczął rozmowę od pytania:

    – Pana dzieło jest naprawdę dobre, ale dlaczego namalował pan tylko współwięźniów? Mężczyźni podczas tych pierwszych Zielonych Świątek byli wszyscy nawróceni!

    To dotknęło artystę. Więc nieco zdenerwowany odpowiedział:

    – W Zielone Świątki wszystko stało się zupełnie inne. Pobożni nie potrzebują już tego rozumieć. Ale tym, którzy wątpią w siebie, trzeba pokazać, że możliwy jest nowy początek, że dzięki tej mocy grzesznicy mogą się całkowicie przeobrazić!

    Ale dziennikarz nie wydawał się być przekonanym, bo pytał dalej:

    – Ale dlaczego wybrał pan właśnie tych najgorszych przestępców?

    – Bo Zielone Świątki to cud. Małych grzeszników może zmienić ich własna żona. Ona ma wpływ nawet na zmiany w więzieniu. Ale tych naprawdę dużych grzeszników może zmienić wyłącznie Bóg.

    Było widać jak on walczył z samym sobą. Potem wskazał na jedną postać umieszczoną na obrazie. Dziennikarz od razu rozpoznał, że to jest artysta, który sam siebie namalował. Wtedy usłyszał raz jeszcze słowa więźnia, tyle że wypowiedziane z większym naciskiem:

    – Tych naprawdę dużych grzeszników – tych zmieni tylko Bóg.

    Poprzez ten przykład w uroczystość Zesłania Ducha Świętego bardzo pragnę wybłagać, aby ogień Bożego Ducha rozgrzał serca twarde i harde. Zabłąkanych zaś – aby ogarnął „Światła Twego strumień”. Tu przypomina mi się piękny tekst, który swego czasu znalazłem w książce pt. Nowe istnienie: „Z pewnością nie doznamy łaski tak długo, jak długo będziemy przekonani tkwiąc po uszy w naszym samozadowoleniu, że nie jest nam potrzebna. Łaska nawiedza nas, gdy przeżywamy wielki ból i niepokój. Przychodzi do nas, gdy wędrujemy ciemną doliną bezsensownego i pustego życia. Gdy odczuwamy naszą izolację głębiej niż zwykle, ponieważ złamaliśmy czyjeś życie, albo zmarnowaliśmy własne. Gdy nasz wstręt do własnego życia, nasza obojętność, słabość, nasz brak kierunku i opanowania staje się dla nas nie do wytrzymania, poraża nas. Gdy rok po roku oczekiwana przez nas poprawa w życiu nie następuje. Gdy stare nawyki tkwią w nas przez dziesiątki lat. Gdy rozpacz niweczy każdą radość i każdy przejaw odwagi. Czasami właśnie w takim momencie promień światła wdziera się w nasze ciemności…Jeśli coś takiego nam się zdarzy – tzn. że doznaliśmy łaski. Po takim doświadczeniu możemy nie być lepsi niż dawniej, nie musimy koniecznie od razu wierzyć mocniej niż przedtem, mogą nas nawiedzać wątpliwości i zwątpienia, ale wszystko teraz jest inne. Uległo jakby przekształceniu. W takiej chwili łaska przezwycięża grzech, a pojednanie zastępuje chłód. Jest mostem łączącym nas z innymi. Dzięki tej łasce uzyskujemy poczucie mocy w kontaktach z innymi i w stosunku do samych siebie”.

    Apostołowie przed Zesłaniem Ducha Świętego wciąż byli zalęknieni, zamknięci w sobie i razem ze sobą zupełnie oddzieleni od świata zaryglowanymi drzwiami. Nawet obecność Zmartwychwstałego Pana jeszcze nie otwarła ich serc. Dopiero w dzień Pięćdziesiątnicy dokonało się potężne dzieło. Kardynał Jean-Marie Lustiger pisze, że „pierwszym darem Ducha jest położenie kresu temu lękowi, przerwanie swą obecnością tego zamkniętego kręgu”.

    Od momentu, kiedy „nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru” dzieło zbawienia rozprzestrzenia się ogarniając cały ludzki krąg. I odtąd dotyka każdego człowieka, byleby tylko ten człowiek w swoich przeróżnych sytuacjach życia zechciał poczuć na sobie dotyk Bożego Ducha.

    Św. Tomasz z Akwinu rozważając kwestię nieodpuszczalności grzechów przeciwko Duchowi Świętemu daje taką pocieszającą odpowiedź: mianowicie stwierdza z całą stanowczością, iż myliłby się bardzo ten, kto by twierdził, że grzechy są nieodpuszczalne. Pan Bóg nie zagradza człowiekowi drogi do powrotu i do nawrócenia, ale przeciwnie – jak ojciec syna marnotrawnego nieustannie wygląda i wyczekuje go i robi wszystko, aby człowiek nie pozostał w bezruchu, nie zastygł w martwej pozie. Żeby lepiej wyrazić tę prawdę św. Tomasz posługuje się obrazem drogi. Człowiek idący uczestniczy w ciągłej zmienności. Stale doświadcza nowych krajobrazów i nowych wezwań. Więc póki jest w drodze – nic nie jest niezmienne i nic nie jest definitywnie zamknięte. Choć dla wielu ludzi taka zmienność i niepewność bywa często źródłem lęku i poczuciem zagrożenia, a św. Tomasz widzi w niej źródło radosnej nadziei. Bo dopóki trwa człowieczy trud pielgrzymowania, dopóty wciąż jest szansa na zmianę życia, na radykalną decyzję – na jaką zdobył się syn marnotrawny: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca”…

    Nie dopuść Duchu Święty, który jesteś życiem, zmianą, radością, który nieustannie odnawiasz oblicze tej ziemi, aby ludzkie serca godziły się na śmierć już po tej stronie życia opuszczając w geście rezygnacji swoje ręce i pozostając w całkowitym bezruchu.

    „Obmyj więc co jest nieświęte, oschłym wlej zachętę, ulecz serca ranę”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego – ROK B

    WNIEBOWSTĄPIENIE PAŃSKIE
    Fr. Lawrence Lew OP/Flickr

    Odszedł, aby być bliżej nas

    Wniebowstąpienie Chrystusa określa ostateczne wejście człowieczeństwa Jezusa do niebieskiego panowania Boga, skąd kiedyś powróci, które jednak obecnie zakrywa Go przed wzrokiem ludzi. (Katechizm Kościoła Katolickiego, 665)

    Wniebowstąpienie Pańskie jest uroczystością obchodzoną obecnie w niedzielę, która jest ostatnią niedzielą przed Zesłaniem Ducha Świętego. Świętujemy tę prawdę wiary po czterdziestu dniach od Wielkanocy. Odejście Chrystusa do Ojca – oznacza po prostu, że odtąd człowieczeństwo Chrystusa uczestniczy w pełnej chwale Boga Ojca.

    Najpierw warto zwrócić uwagę na to określenie czasu, ponieważ w Piśmie Świętym owe „czterdzieści dni” występuje nie tylko od Zmartwychwstania do Wniebowstąpienia, ale po wielokroć ta liczba jest przywoływana.  Ta liczba oznacza czas przygotowania, oczekiwania, a także oczyszczenia. Naród wybrany potrzebował lat 40, aby dojść do ziemi obiecanej z miejsca swojej niewoli. Mojżesz dni 40 przebywał na górze Synaj. Prorok Eliasz również szedł na tę samą Bożą Górę przez dni 40. Tyle samo dni Goliat chełpił się swoją mocą przed starciem z Dawidem. Albo nawoływanie Jonasza do nawrócenia miasta Niniwy też określało czas – dni 40. Sam Pan Jezus przed rozpoczęciem publicznej działalności przebywał na pustyni 40 dni i 40 dni trwało przygotowywanie Jego uczniów zanim nastąpiła inauguracja publicznej działalności Kościoła.

    Tajemnica Wniebowstąpienia pokazuje jak Boży Syn powraca do swojego Ojca i równocześnie ten sam Człowieczy Syn zabiera z sobą naszą ludzką naturę, która jest już przemieniona. Dlatego modlitwa mszalna na początku Eucharystii dzisiejszego święta zachęca nas „abyśmy pełni świętej radości składali Bogu dziękczynienie”.

    Czy jesteśmy pełni świętej radości i czy składamy Bogu dziękczynienie? Patrzymy na apostołów zapatrzonych w niebo. Ks. Janusz Pasierb w swojej książce Czas otwarty napisał, że „trudno im było przejść od tego zapatrzenia do zwykłego życia. Serce ma swoje prawa… Mistrz przygotowywał ich na to odejście, a jednak uderza nas, nawet po tylu wiekach, nastrój melancholii i smutku przesycający liturgię niedziel przed Wniebowstąpieniem. „Teraz zaś idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: Dokąd idziesz? Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce.”

    Przyzwyczaili się, że Chrystus zawsze był z nimi. Zawsze ich prowadził. Stawiali Mu pytania. On odpowiadał. Mogli Go chwycić za rękę i oprzeć się na Nim, jak Piotr kiedy zwątpił i zaczął tonąć. A teraz nie mogli sobie wyobrazić życia bez Niego, że zabraknie już Jego widzialnej obecności i Jego mocy, która dawała im poczucie bezpieczeństwa. Ale to było konieczne. Tak mówił Pan Jezus: „Jednakże mówię wam prawdę: Pożytecznie jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was.”

    Każde rozstanie jest ciężkie. Ale czyż nie na tych rozstaniach polega rozwój człowieczego życia? Takie jest prawo wzrostu i choć nie jest łatwo odchodzić – to przecież jednak wciąż odchodzę. Każdy wyrasta ze swego dzieciństwa (oprócz pana Piotrusia, który nie chciał rosnąć).  Kiedy wchodzi się w wiek dojrzały – trzeba opuszczać swoich bliskich: „Opuści człowiek ojca i matkę.” A te odejścia od siebie samego, które ustawicznie towarzyszą człowieczym dniom. Bo kiedy lat przybywa wtedy już i zdrowia zaczyna ubywać i sił i młodości. Już pamięć nie jest ta sama, nie ten słuch, ani wzrok. I twarz jest inna, bardziej pomarszczona. Nie taka jak na dawnych fotografiach. Ale wszystkie te odejścia są bardzo potrzebne, bowiem przygotowują człowieka na to odejście najważniejsze, o którym mówi dzisiejsza uroczystość, mianowicie, że śmiertelne ciało przemienione poprzez Wniebowstąpienie Jezusa dociera aż do nieba.

    Ta dzisiejsza uroczystość pokazuje dlaczego Pan Jezus odszedł. Odszedł właśnie dlatego, aby być bliżej nas. Bo gdyby nie odszedł, szukalibyśmy Go naszymi zmysłami, szukalibyśmy Go niejako „na zewnątrz” nas. Odchodząc do nieba, znikając nam z oczu, sprawił, że szukamy Go w naszym wnętrzu, w naszej duszy, gdzie jest realnie obecny dzięki Duchowi Świętemu, którego nam zesłał. Nasza relacja z Chrystusem jest więc teraz o wiele bardziej intymna, głębsza. Rozstanie z Panem Jezusem, paradoksalnie, zbliżyło nas i pozwoliło na niewyobrażalne dla człowieka zjednoczenie z samym Bogiem. Św. Paweł wyraził tę prawdę takimi słowami: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”.

    Wniebowstąpienie Chrystusa jest dla nas tą Dobrą Nowiną, bo nasz Odkupiciel pozostaje ciągle z nami.

    Tylko czy człowiek zawsze wie o tej bliskości Boga?

    Może wiele razy wolałby ukryć się przed Bogiem, jak Adam w raju? Wyrzuty sumienia można uśpić, ale tylko do czasu. Nie jest dobrze z człowiekiem, dla którego Boża obecność jest drażniąca i niewygodna i wolałby o niej zapomnieć?

    Jakie to szczęście, że Chrystus nie pozostawia nas samymi, choć nieraz  wydaje się nam, że jest bardzo daleko – wtedy kiedy nam jest ciężko, kiedy  czujemy się skrzywdzeni i oszukani. A On właśnie wtedy jest najbliżej nas i pochyla się nad nami cierpliwie i z miłością. Wstępując do nieba stał się niewidzialny, ale tylko dla naszych oczu.

    Panie Jezu Chryste prosimy Cię, odmień nasze życie, abyśmy potrafili Tobie i tylko Tobie zawierzyć i uwierzyć jak bardzo zależy Ci na każdym z nas.

    Eucharystia, w której jest nam dane uczestniczyć, po to jest sprawowana, aby  Boże zbawienie wciąż się dokonywało w ludzkich sercach. Bardzo trafnie ujęła wciąż dokonujące się Boże misterium Edyta Stein, wyniesiona na ołtarze: „Im głębiej ktoś zanurzył się w Bogu, tym więcej, w tym samym duchu musi wyjść z siebie – to jest wchodzić w świat, by nieść mu życie Boże.”

    ks. Marian Łękawa SAC