Tag: Boże Narodzenie

  • Niedziela Świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa – ROK C

    Zaufać Bogu do końca

    Przyjście Bożego Syna na tę naszą ludzką ziemię odbyło się w scenerii nieprawdopodobnie dramatycznej. Warto zdać sobie sprawę z tej bardzo trudnej do uwierzenia prawdy – właśnie kiedy celebrujemy uroczystość świętej Rodziny.

    Słowo stało się ciałem – ale w jaki sposób? Bóg powierza swój plan Maryji i Józefowi. I tych dwoje ludzi godzi się wejść na tę Bożą drogę, która dla człowieka patrzącego oczami ciała jest całkowicie nie do przyjęcia, bo ta droga jest niezmiernie trudna, wręcz szokująca i pełna tajemnicy. Bóg stawia przed Maryją i Józefem zadanie w jaki sposób ma spełnić się Tajemnica Wcielenia. To Boże zadanie wymaga od nich zrezygnowania ze swoich własnych ludzkich planów. Byli przecież dwojgiem zakochanych ludzi, tuż po zaręczynach. Bóg stawia ich w sytuacji w której mają decydować o życiu Zbawiciela, którego narodziny realnie były zagrożenie. Maryja w stanie błogosławionym spodziewająca się rozwiązania była dla Józefa, zakochanego i uczciwego, w żaden sposób nie do wytłumaczenia. A cudzołóstwo w tamtym czasie było karane i to ukamienowaniem. Józef ugodzony w dziedzinie najbardziej wrażliwej stoi przed faktem, że jego ukochana wybranka spodziewa się dziecka – a on nawet nie wie z kim. Maryja milczy. Czyż nie mogła Ona, pełna Ducha Świętego, powiedzieć Józefowi chociażby w kilku słowach, które zawiera modlitwa Angelus, a którą Kościół ustami swoich wiernych przypomina za każdym razem kiedy słyszy dźwięk bicia dzwonów? Dlaczego milczała? Przecież przerastała Józefa – bo wiedziała kogo nosi pod swoim sercem. Przerastała godnością stając się Matką Bożego Syna. Wiedziała o konsekwencjach jakie grożą Jej i Dziecku poczętemu w Jej łonie w razie niezrozumienia. Ale Ona mocno zaufała przede wszystkim Bogu w wypowiedzianym Fiat przy Zwiastowaniu i zaufała Józefowi, którego sam Bóg wybrał dla Niej. Wybrany na męża i opiekuna musi sam sobie poradzić i rozeznać Boży zamysł. To było jego zadanie. Gdyby Maryja zaczęła próbować wyjaśniać i podpowiadać Józefowi co ma robić – to czyniłaby nie swoje zadanie, usiłując kierować ich trojgiem i całą tą sytuacją. A przecież to było zadanie wyznaczone Józefowi. Dlatego milczała i Jej milczenie okazało się błogosławione.

    Józef bierze w swoje ręce całą tą skomplikowaną rzeczywistość i postanawia potajemnie opuścić Maryję, aby ją uratować, a siebie samego skazuje na wielką pogardę otoczenia, na hańbę z powodu pozostawienia swojej ciężarnej narzeczonej. Zadecydował stracić wszystko byleby tylko ocalić Maryję i Jej poczęte Dziecię. I właśnie wtedy kiedy dał dowód swojej wspaniałomyślnej miłości do swojej narzeczonej, ukazuje mu się anioł i uspokaja go, aby nie bał się przyjąć Maryi do swego domu. I tak też uczynił. W swoim życiu jeszcze nieraz słuchał głosu anioła – tak jak po narodzinach Jezusa, kiedy nocą wziął Maryję i Jej Dziecię, żeby wyruszyć, ale nie do Nazaretu, gdzie miał swój dom, swoją stolarnię i swoich bliskich, tylko w dalekie obce strony, by w ten sposób ratować życie Maleńkiego Boga.

    Tylko Bóg może mówić człowiekowi w sytuacjach trudnych i beznadziejnych słowa: Nie bój się. Uczyń to co mówię do ciebie. Ale czy dzisiejszy mężczyzna, mąż i ojciec słyszy głos Boga? Tak samo kobieta, żona i matka? Nie usłyszą jeżeli nie rozmawiają z Bogiem. Potem ich decyzje i konsekwencje z tego wynikające nie są już według Bożego zamysłu. Są rodem z innego miejsca.

    Bardzo często w życiu bywają sytuacje, w których żona jest przekonana, iż wie lepiej od męża jak ich małżeństwo wygląda i bierze ster w swoje ręce. Zaczyna wyjaśniać, pouczać, po prostu rządzić w małżeństwie. Może tak czasem wydawać się, że taki sposób jest właściwy – „bo mój mąż jest przecież całkowicie nieodpowiedzialny”. Kiedy zada się pytanie: „A co pani mu powierza?” – następuje irytacja. „Ksiądz mnie w ogóle nie zrozumiał. Powiedziałam – nic, bo nie mogę. Jest przecież nieodpowiedzialny.” I tak kółko się zamyka. Wtedy taki małżonek powołany do odpowiedzialności za żonę i dzieci łatwo może zatracić sprawność w pełnieniu swojej misji. Duchowo staje się nieobecny w takim związku. Małżonka zaś pogrąża się w goryczy. Ich codzienne życie jest już tylko wytykaniem wzajemnych wad.

    Trzeba na nowo odkryć w postaci Józefa jego męską gotowość zdolną oddać swoje życie za żonę. Jeżeli w małżeństwie różnego rodzaju zachcianki stawiane są na pierwszym miejscu, a nie to co mówi Bóg Stwórca: Nie bój się wziąć do siebie swej małżonki – małżeństwo często staje się koszmarem. Ale skoro bliski kontakt z Bogiem Zbawicielem jest wręcz wyśmiewany – bo to sprawa tylko dla dzieci i ludzi starych – tacy małżonkowie, niby wszystko wiedzący, nie usłyszą Boga głos. Lęk wzięcia małżonki do siebie z całą odpowiedzialnością próbuje się zastąpić chociażby modnym tematem, wciąż dziś dyskutowanym, kto powinien rządzić w małżeństwie.

    U ks. Piotra Pawlukiewicza wyczytałem przykład ochroniarza, który pokazuje kto jest ważniejszy: czy prezydent kraju, który udaje się na jakieś spotkanie, czy ochraniarz? Oczywiście, że prezydent. A jednak nie jest to takie jednoznaczne. Nad wszystkim musi czuwać ochrona prezydenta. Oficer może kazać prezydentowi stanąć w tym miejscu albo w innym. Może nakazać prezydentowi cofnąć się albo iść do przodu. Może opóźnić spotkanie, albo je skrócić. W sytuacji krytycznej może nawet siłą usunąć prezydenta ze strefy zagrożenia Ale wszystko to może uczynić w jednym celu. Aby ocalić mu życie. A kiedy trzeba musi się rzucić na niego i zakryć go własnym ciałem. W tym porównaniu można znaleźć odpowiedź na pytanie Kto w małżeństwie rządzi? A raczej kto i jak ma w nim służyć?

    Józef w życiu Świętej Rodziny decydował jak ochronić zagrożone życie Bożego Dziecięcia i Jego Matki. Anioł mu to nakazał. A Maryja i Jezus byli najszczęśliwsi przy mężnym Józefie. Dziś wiele kobiet nie musiałoby nieustannie narzekać na swój los i szukać pomocy u podejrzanych uzdrowicieli, gdyby ich poślubieni ochroniarze byli, jak mówi Biblia o Józefie – prawymi ludźmi i mieli tę duchową moc, by zawsze na czas wstawać i brać w swój bezpieczny świat swoją rodzinę.

    Jezus, który jest światłością już się narodził i wciąż się rodzi. Ale Jego światło widoczne jest w miejscu, gdzie panuje Boży porządek. Bo tam, gdzie panuje pycha i zarozumiałość, ustawiczna kłótnia, w której udowadnia się całą winę nie sobie – tam jest niebezpieczne miejsce dla Maleńkiego Jezusa i Jego Matki. Dlatego Józef może ominąć to miejsce.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Boże Narodzenie

    Bóg się rodzi, moc truchleje.
    Pan niebiosów obnażony!
    Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
    Ma granice Nieskończony!
    Wzgardzony okryty chwałą,
    Śmiertelny Król nad wiekami!

    A Słowo stało się Ciałem
    I zamieszkało między nami. 

    Co roku ta kolęda Franciszka Karpińskiego wypełnia nasze kościoły i domy wyśpiewując cały paradoks Tajemnicy Wcielenia. Owe przeciwieństwa wytyczają granice przestrzeni, w której rodzi się Mesjasz świata. A rodzi się, jak powiedział Ojciec św., „dla ludzkości poszukującej wolności i pokoju. Rodzi się dla każdego człowieka udręczonego grzechem, potrzebującego zbawienia i spragnionego nadziei.

    Maryja „powiła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie”.

    Oto ikona Bożego Narodzenia: bezbronne niemowlę, które kobiece dłonie zawijają w ubogie pieluszki i składają w żłobie.

    Któż mógłby pomyśleć, że ta maleńka istota ludzka jest Synem Najwyższego? Tylko Ona, Matka, zna prawdę i strzeże tajemnicy.

    Tej nocy my także możemy wniknąć w Jej spojrzenie, by rozpoznać w tym Dziecięciu ludzkie oblicze Boga. Również my – ludzie trzeciego tysiąclecia – możemy spotkać Chrystusa i kontemplować Go oczyma Maryi.”

    Tajemnicę Bożych Narodzin można porównać do ziarna wrzuconego w ziemię. Jest ono niewidoczne, ziemią przykryte. Aż po pewnym czasie to maleńkie ziarenko potrafi tę ziemię rozsadzić i wyróść, aby wydać owoc. Potrzebne jest tu cierpliwe czekanie, choć nieraz wydaje się ono bardzo długie.

    Czy niepodobnie jest z Maleńkim Dzieckiem bezradnie spoczywającym na kolanach Matki, którą odepchnięto z powodu ubóstwa na margines życia, poza miasto? Ale Ono będzie rosło, będzie przeżywało ludzki los, tak jak każdy, aż pewnego dnia wypowie Słowo, w którym jest pełnia życia – aż pewnego dnia zabłyśnie cudem Zmartwychwstania.

    W sercu każdego z nas posiane jest ziarno Bożego życia. Nie wiadomo tylko ile drogi jeszcze pozostało, bo noszenie Bożych ziaren u każdego jest inne. Tu, po tej stronie to Boże życie jest osłonięte, tak jak ziarno przykryte ziemią. Przechodzą przez nią różni ludzie nieświadomi, że w człowieczym sercu kiełkuje Boże życie. A kiedy bywają trudne odcinki ludzkich dróg – to tak jakby olbrzymia skiba przygniata resztki nadziei. Wtedy ciepło słonecznych promieni, które daje Pan poprzez dobroć ludzkich rąk nie tylko ocala, ale i roznieca przygaszający płomień prawdziwego życia. Przygnieciony człowiek sam nie potrafiłby ożywić w sobie nadziei.

    Tu przypomina mi się historia o węgierskim benedyktynie, który blisko dwadzieścia lat spędził w sowieckich łagrach. Kiedy opowiadał na spotkaniu z młodzieżą o panujących tam nieludzkich warunkach, o zmaganiu się z głodem, zimnem, wyczerpującą pracą, w pewnym momencie ktoś postawił mu takie pytanie:

    – Jak to się stało, że zachował ojciec takie wnikliwe spojrzenie na życie, wysoki poziom duchowy, a nawet tyle radości i pogody ducha? Przecież tamta sytuacja wręcz popychała do tego, by stać się człowiekiem żalu, goryczy, by znienawidzić swoich oprawców. Przecież tam, w obozie łatwo było znaleźć usprawiedliwienie dla swojej złości, agresji, nawet nienawiści.

    – To rzeczywiście nie było łatwe – odpowiedział zakonnik – ale mnie i moich towarzyszy niedoli ocaliła jedna rzecz. Przez te wszystkie lata, każdego wieczoru zbieraliśmy się w kącie baraku i każdy z nas mówił o tym, co go w tym dniu dobrego spotkało. Ktoś opowiadał o swoim zachwycie nad wschodzącym słońcem, inny, że kromka czarnego chleba tak bardzo smakowała, ktoś jeszcze cieszył się, że zagoiło się jakieś skaleczenie. Opowiadaliśmy sobie nawet o tym, że przyśnili się rodzice, rodzinny dom. Uratowało nas właśnie to, że przez dwadzieścia lat, będąc w tym piekle, nie daliśmy sobie wyrwać z serc umiejętności dziękowania, poczucia wdzięczności. To było nasze zwycięstwo nad nieludzkim systemem, to sprawiło, że nie uważam mojego życia za zmarnowane, że cały czas byłem i jestem szczęśliwy.

    Czy to nie były właśnie te Boże ziarna w ich sercach ukryte? Razem zebrane wyrosły mocne, niczym łan zboża, któremu ani burze i wichry, ani deszcze i śniegi zaszkodzić już nie mogły.

    Odkąd narodził się na naszej ludzkiej ziemi Boży Syn – nikt nie przechodzi przez nią sam. Boże Wcielenie wciąż się dokonuje w ludzkich sercach. Taka jest ostateczna celowość tego wszystkiego, co tam w Betlejem się dokonało.

    Jeżeli w tę dzisiejszą noc słyszę przesłanie anioła: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję Wam wielką radość, która będzie udziałem całego narodu; dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan” – to znaczy, że wciąż Bóg się rodzi w kruchej dziecięcej postaci. Bo Eucharystia jest jeszcze ciągle znakiem przychodzącego Boga w pokornej postaci. I ja, biedny, grzeszny człowiek, nie tylko drżącą ręką dotknę tego cudu dobroci i miłości, ale co więcej – zostanę zaproszony do stołu Pańskiego.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • NIEDZIELA ŚWIĘTEJ RODZINY: JEZUSA, MARYI I JÓZEFA

    Przykład Świętej Rodziny używany do dyskredytowania życia seksualnego

    Symeon od razu rozpoznał wśród wielu wchodzących do świątyni Maryję i Józefa jak „wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa”. Byli zwyczajnie ubogimi ludźmi, niczym nie zwracającymi na siebie uwagi. Po czym więc rozpoznał ich? Ewangelia mówi o Symeonie bardzo ciepło, że „był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim”. I kiedy wziął w swoje objęcia Mesjasza Pańskiego błogosławił Boga mówiąc: „Teraz, o Panie, według słowa Twego uwalniasz swojego sługę w pokoju, bo moje oczy ujrzały już Twoje zbawienie”. Był szczęśliwym starcem, bo oto spełniło mu się to o czym marzył, o co prosił i czego oczekiwał. A to zdarza się bardzo rzadko.

    Tadeusz Żychiewicz poczynił był taką refleksję na temat Symeona, którą rozpoczął pytaniem: „Czegóż więcej, poza uwolnieniem w pokoju, chcieć może człowiek szczęśliwy, któremu spełniło się życie? … Doprawdy: nie za wielu jest ludzi, którym – jak Symeonowi – spełniłoby się życie. Wielu jest takich, którzy na próżno o tym marzą, z dnia na dzień bardziej pewni swojej klęski. Wielu jest takich, którzy u progu starości wiedzą, że mogło być inaczej”.

    W moim kapłańskim życiu zdążyłem już wiele wysłuchać ludzkich historii, właśnie w momencie postępującej starości i zniedołężnienia – historie bardzo często skomplikowane i bardzo bolesne i często związane ze swoimi dziećmi. Choć przecież nie wszystkie tragedie rodziców są wynikiem ich błędnego wychowania. Natura zła i grzechu jest o wiele bardziej skomplikowana. Bywa i tak, że w rodzinie jedno dziecko jest dobre, łagodne, a drugie – całkowite przeciwieństwo – wulgarny brutal. Ileż serce matki musi doświadczyć bólu patrząc jak jej własne dziecko marnuje swoje życie. Tylko jeden Bóg wie ile wylanych zostało łez, ile błagań i próśb przez lata całe – a skutek żaden.

    Tu przypomina mi się historia, którą opowiedział ks. Pawlukiewiczowi pewien człowiek jak to po powrocie z wojska wrócił do matki i zamiast rozejrzeć się za pracą, pomyśleć o przyszłości, zaczął pić. Początkowo matka tak sobie myślała: No cóż, chłopak po wojsku, pewnie chce się wyszumieć. Ale mijały tygodnie, a syn dalej pił. Matka zaczęła się coraz bardziej martwić. Błagała syna, żeby przestał, żeby się opamiętał. Ale nic nie pomagało – pił dalej. Później zaczęła grozić, że go wyrzuci z domu, jak się nie poprawi, że wezwie policję, że go odda na leczenie. Aż pewnego dnia matka przyszła do pokoju syna i usiadła na krawędzi jego łóżka. Już nie błagała, ani nie straszyła, tylko powiedziała takie słowa: „Synu, ty już nie jesteś mój. Ktoś mi ciebie zabrał. Nic ci już nie będę mówić. Będę się tylko modlić za ciebie i pościć”. Syn wybuchnął śmiechem mówiąc, że to przedstawienie i poszedł się znowu upić. Kiedy wrócił – matka rzeczywiście nic nie mówiła. Widział ją siedzącą w kuchni wciśniętą w kąt pomiędzy oknem a lodówką. Tak samo było następnego dnia, a potem jeszcze w następne aż w końcu nie wytrzymał. Poszedł do kuchni, uklęknął przed nią i powiedział: „mamusiu, pomóż mi. Ja chcę się zmienić, ale nie mogę sobie dać rady sam ze sobą”. I matka pomogła. Ubłagała lekarza na odwykówce, aby go przyjął, bo o miejsce było trudno. W ten sposób syn wyszedł z tego – uratowany przez matkę. Ona zrozumiała, że szatan nie boi się krzyku, ale boi się modlitwy i postu. Ona robiła to samo co prorokini Anna: „Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i w modlitwie dniem i nocą”.

    Niech będą błogosławieni na ludzkich drogach tacy Symeonowie i takie Anny – bo to dzięki nim Boża Matka, której „duszę przenika miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” może podawać światu swojego Syna „przeznaczonego na upadek i na powstanie wielu”.

    Arent de Gelder
„Pieśń pochwalna Symeona”
olej na płótnie, 1700–1710
Muzeum Mauritshuis, Haga
    Arent de Gelder
„Pieśń pochwalna Symeona”olej na płótnie, 1700–1710
 Muzeum Mauritshuis, Haga

    ************************************************************************

    UROCZYSTOŚĆ

    OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

    By Bartolomé Esteban Murillo – Domena publiczna/Radio Maryja

    ****

    Mówimy, że Adwent już minął i okres Bożego Narodzenia po dzisiejszej uroczystości Objawienia Pańskiego też będzie już za nami. A tymczasem adwent dla każdego człowieka bywa różny i trwa nieraz bardzo długo. Pustynia zaś, przez którą trzeba przejść, też nie dla wszystkich jest jednakowa.

    Mędrcy przebyli ogromną drogę zanim dotarli, najpierw do Jerozolimy, a potem do Betlejem. „Ujrzeliśmy gwiazdę Jego na Wschodzie i przybyliśmy pokłonić się Jemu” – taką dali odpowiedź zalęknionemu Herodowi.

    Ale to nie gwiazda kazała im wyruszyć w drogę. Gwiazda była tylko znakiem, którym posłużył się Bóg wołając ich z dalekiej krainy. Jak to dobrze, że odważyli się wyruszyć ze swojego miejsca. W ten sposób uznali, że ich mądrość nie jest jeszcze wystarczająca, że przed nimi znajduje się długa droga wytrwałego szukania prawdy. Dlatego ich serca nie znajdowały spokoju. Towarzyszyło im napięcie i wyczekiwanie, że oto muszą dotrzeć do owej Tajemnicy, która znajduje się przed nimi. I kiedy dotarli już do celu swej podróży – „zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon”. Jak niewyobrażalna i nieprawdopodobna okazała się Boża rzeczywistość. To ich pokorne poszukiwanie sprawiło, że odczytali właściwie Boże wezwanie. Bo Bóg objawił się  mędrcom właśnie w ten sposób. Tutaj trzeba zdać sobie sprawę, że największe niebezpieczeństwo czai się i ukrywa wobec ludzi uważających się za mądrych i pewnych siebie, że już posiedli wszystko i dlatego nie widzą żadnego sensu po co się wybierać do jakieś dalekiej krainy. Już z góry przesądzili, że nie warto tam wędrować, bo tam nie ma żadnej prawdy. Ks. biskup Jan Pietraszko napisał był w swoich rozważaniach p.t. „Spotkania”, że ”takim ludziom bardzo trudno jest odnaleźć Boga. Mówią nieraz: to, co jest poza mną i czego nie wiem, nie istnieje. A inni: nic mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie to, co mam, co widzę, co mam pod nogami, co mam w zasięgu własnych rąk. A to, co jest wyżej, nie istnieje dla mnie”.

    Dzisiejsza uroczystość dlatego nazywa się Objawieniem Pańskim, bo Bóg ukazał poprzez Narodziny Swojego Syna, kim naprawdę jest. Objawił się jako miłość, czułość, dar, przywiązanie, stając się całkowicie zależnym. A mędrcy, którzy uosabiają mądrość, potęgę i moc tego świata, po długiej wędrówce odkrywają w tym Dziecięciu Bożą dobroć skierowaną ku ludziom. Bo Bóg obdarza każdego człowieka swoją ogromną życzliwością i nieprawdopodobnym zaufaniem. A jak odpowiada człowiek?

    Tu przywołam znów słowa ks. biskupa Pietraszki, który tłumaczy, że „wszystkie biedy, troski i lęki współczesności na tym przede wszystkim polegają, że w rodzinie ludzkiej jest tak ogromna liczba ludzi dysponujących jeżeli już nie mądrością, to w każdym razie wybitną wiedzą – ludzi posługujących się ponadto narzędziami niezwykle precyzyjnymi, które mogą dosięgnąć człowieka w każdym zakątku świata. Ludzie ci niestety nie zawsze są dość dobrzy i nie zawsze posiadają dość miłości i życzliwości dla każdego człowieka, gdziekolwiek by on żył. W tym właśnie jest bieda, niepokój i udręczenie współczesności, że wiedza i mądrość, która tak wiele umie i wie, że moc, która tak wiele może, nie wie niekiedy tego, że aby była siłą twórczą, musi być dobra, miłująca, musi być prosta, szczera, bez podejrzeń i zdrady, bez podstępu, otwarta ku człowiekowi – jak Dziecię Jezus na kolanach Matki”.

    Bardzo popularny brytyjski dziennikarz, rektor uniwersytetu, w czasie II wojny światowej oficer wywiadu, Malcolm Muggeridge, kiedy był jeszcze na swojej długiej drodze  nawrócenia, opisywał, jakie wrażenie zrobiło na nim spotkanie z Matką Teresą z Kalkuty, gdy odwiedził ją w okresie Bożego Narodzenia. Pokazywała mu dziecko, które znalazła na śmietniku. Potem  w swoich refleksjach tak napisał: „Dziwiłem się, bo było tak maleńkie, że aż dziw brał, że takie maleńkie może istnieć. Gdy powiedziałem o tym Matce Teresie, na jej twarzy pojawił się wyraz radosnego uniesienia. „A widzisz – rzekła – jest w nim życie”. Rzeczywiście było. Nagle poczułem się jakbym był przy narodzinach w Betlejem, a niemowlę na ramionach Matki Teresy stało się następnym Barankiem Bożym zesłanym na świat, by rozjaśnić ciemność wokół nas. I wtedy pomyślałem: jak wiele takich niemowląt można było uratować przed wyniesieniem w kubłach na szpitalny śmietnik…”. I ta refleksja i te następne, które pojawiały się na drodze Malcolma – po latach doprowadziły go do uwierzenia Bożemu Synowi narodzonemu z Najświętszej Maryi Panny.   

    Bardzo wielu jest ludzi, którzy słysząc w swoim sercu Boże zaproszenie mają odwagę iść ku prawdzie. Ale niestety są i tacy, którzy lękają się trudnej drogi i wtedy raczej wybierają wygodną postawę sędziego, stawiając zarzuty Bogu: że droga jest za bardzo wyboista, że cierni na niej za dużo. A przecież, Ty Panie, przyszedłeś na tę ziemię nie po to, by usuwać kamienie z ludzkich dróg i wyrywać ciernie. Jeszcze jako Maleństwo musiałeś uchodzić w obcy kraj przez zieloną granicę – a droga wiodła przez pustynię obcości i przez miasta nieprzyjazne. I dziś – też „idziesz w spiekocie dnia i w szarym pyle dróg… i uczysz kochać i przebaczać”.

    Choć moja ścieżka jest wąska i stroma, choć cierni na niej wiele – odnajduję na niej ślady Twoich stóp, bo Ty wciąż jesteś przede mną. Obym nigdy nie zagubił Twoich śladów!

    MAGI IN THE MANGER
    Waiting For the Word | CC BY 2.0/ Aleteia.pl

  • Boże Narodzenie – ROK B

    Sprawdzamy, czy to, co czytamy w Ewangeliach o narodzinach Jezusa to sama  prawda czy wymyślone bajeczki - Joe Monster
    „Mizerna cicha, stajenka licha, pełna niebieskiej chwały, oto leżący przed nami śpiący w promieniach – Jezus mały… „

    Maleńki Jezu, zapraszam Cię bardzo gorąco do mojego lichego serca…

    Narodziny Bożego Syna, mimo, że następują po najmilszym sercu okresie Adwentu i są najcieplejszym ze świąt chrześcijańskich – jakby powiedział ks. Pasierb – to jednak nie można nie zauważyć ogromnego dramatu i to nie tylko tego zewnętrznego związanego z rzymską okupacją i niebezpiecznym Herodem, ale przede wszystkim samo ubóstwo Józefa i Maryi i bezdomność Nowonarodzonego.

    Dlaczego Matka nie urodziła swego Syna we własnym domu?

    Bo nie dla siebie Go urodziła, ale dla świata całego, dla wszystkich ludzi. I urodziła Go prawie pod gołym niebem – w stajni, która jest miejscem dla zwierząt.

    Takie było Boże Narodzenie tedy, przeszło dwa tysiące lat temu i takie wciąż trwa.

    W tamtym czasie nie pozwolono Jej przekroczyć żadnego progu z domów do których pukała. A dziś – jak często i jak u wielu gospoda człowieczego serca wypełniona jest po brzegi tylko swoimi własnymi sprawami.

    Kiedy Ewangelia mówi: „Nie było dla nich miejsca w gospodzie” – to wcale nie znaczy, że w ogóle nie było w niej wolnych miejsc.

    Po prostu dla nich nie było miejsca.

    Bezdomność Chrystusowych narodzin ma jednak swoją głęboką wymowę. Ks. biskup Jan Pietraszko tłumaczy ją w ten sposób: „Nikt na tym świecie nie może powiedzieć, że Chrystus narodził się w jego domu. Cztery ściany domu oddzielają od świata, stwarzają atmosferę bezpieczeństwa: człowiek czuje się u siebie. Równocześnie jednak te cztery ściany zamykają światu dojście do człowieka. Chrystus widocznie nie chciał być odizolowany od ludzi, nie chciał, aby nawet w taki sposób ktoś zawłaszczył Go dla siebie. Dlatego narodził się bezdomny, w jaskini pasterskiej, z której drogi rozchodziły się na wszystkie strony świata. Nie było drzwi, które można by zatrzasnąć przed ludzką ciekawością; każdy przechodzący mógł wejść, zajrzeć i zatrzymać się, zapytać, pomyśleć”.

    I takim już pozostał na tej ludzkiej ziemi – bez żadnych barier, żadnych przeszkód.

    Kiedy już dorósł i chodził po palestyńskiej ziemi na pytanie uczniów:
    – „Mistrzu, gdzie mieszkasz?”
    tak odpowiedział:
    – „Ptaki mają gniazda, zwierzęta mają jamy, a Syn Człowieczy nie ma domu gdzie mógłby głowę skłonić”.

    I tu jest ta nieprawdopodobna szansa dla każdego ludzkiego serca – zaprosić Go do siebie. Zacheusz ze zwykłej tylko ciekawości wspiął się na drzewo, aby Go zobaczyć. Ta ciekawość sprawiła, że usłyszał słowa, które go ocaliły: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany”.

    I co więcej – Ewangelia zaznacza, że zbawienie stało się udziałem nie tylko Zacheusza, ale całego jego domu.

    Teraz jest czas, gdzie wszędzie słychać śpiew:

    „Dzisiaj w Betlejem wesoła nowina, że Panna czysta porodziła Syna.
    Chrystus się rodzi, nas oswobodzi,
    Anieli grają, króle witają, pasterze śpiewają, bydlęta klękają,
    Cuda, cuda ogłaszają”.

    I te cuda działy się wtedy i dzieją się dziś, tylko nie można ich zobaczyć w Herodowych pałacach, ani w gospodach, które są wygodne, rozbawione, kolorowe. Trzeba wyjść w ciemną noc i iść do stajenki – jak w kolędzie: „Pójdźmy wszyscy do stajenki” i śpiewać aż do ostatniej zwrotki:

    „Święta Panno, Twa przyczyna niech nam wyjedna u Syna,
    By to Jego narodzenie zapewniło nam zbawienie”.