Category: Rok A

  • Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata – ROK A

    Kochać tak, jak On kocha

    mozaikowe logo miłosierdzia/ o. Marco Rupnik SJ /franiszkańska 3.pl

    ***

    Dzisiejsza Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata jest już ostatnią niedzielą Liturgicznego Roku. W Kościele pod taką nazwą jest znana i obchodzona od 77 lat. Papież Pius XI wydając Encyklikę „Quas primas” ustanowił to święto, aby przypomnieć zlaicyzowanemu światu, że „Królem Królów i Panem Panów” jest Jezus Chrystus. 

    Dlatego w Liturgii Słowa znajduję dziś opis sądu ostatecznego. Syn Boży równocześnie jest i sędzią i pasterzem. W pierwszym Czytaniu jest to jeszcze pasterz, który „w dni ciemne i mroczne” chodzi za swoimi rozproszonymi owcami: „Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chromą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał.” Natomiast w Ewangelii ten sam pasterz jest już sędzią, który „zasiądzie na swoim tronie, pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów.”

    Z jednej strony to Boże Słowo daje ogromną pociechę, ponieważ Jezus nieustannie jest pośród człowieczego życia i jest jak Dobry Pasterz. Ta Jego obecność nie tylko dotyka swoim bóstwem tych, którzy już teraz są obdarzeni łaską wiary, ale wszystkich, a więc także ludzi, którzy w ogóle nawet o Nim nie słyszeli. Dar Jezusowej obecności może zatem być w dzień sądu wspaniałym, szczęśliwym zaskoczeniem: Panie, kiedy widzieliśmy Cię i usłużyliśmy Ci? Ale niestety, może być i tak, że będzie zaskoczenie, ale tragiczne z powodu strasznego oskarżenia: Idźcie precz ode mnie, ponieważ nie usłużyliście – Mnie, który byłem obecny w każdym potrzebującym waszej pomocy człowieku.

    Dzisiejsza Ewangelia mówi bardzo przejrzyście i nie pozostawia najmniejszej wątpliwości. Na nic się zda cała moja religijna pobożność – jeżeli pozostała tylko na poziomie zewnętrznym, to znaczy taka, która nie miała żadnego wpływu na moje codzienne życie, na moje wybory. I nie pomogą ani moje codziennie odmawiane modlitwy, ani moja bliska znajomość z Jezusem. Bo sąd będzie dotyczył tylko jednego: czy wypełniłem przykazanie miłości bliźniego? To przykazanie jest jedynym sprawdzianem mojej miłości do Boga.

    Ks. Ludwik Evely tłumaczy dlaczego Pan Jezus tak ściśle uzależnił od siebie, tak nierozdzielnie powiązał ze sobą te dwa przykazania: „Ponieważ miłość do Boga nie jest tak jednoznaczna, jak miłość do braci. Ponieważ kochając Boga, nigdy nie dojdziemy do rozróżnienia, co dajemy bezinteresownie, a co nie, co jest miłością, a co nią nie jest. Miłość, jaką mamy dla Boga, nie może nie przynieść nam korzyści. Jedynym sposobem, by się upewnić, że mimo wszystko jest to miłość, jest nie tylko kochać Boga, ale kochać tak, jak On kocha. Poza tym, gdy mówimy, że kochamy Boga, nigdy nie jesteśmy pewni, czy to prawda…”Boga, którego się nie widzi” można sobie przybliżać i oddalać dowolnie. Przystosować Go do swoich wymagań. Z braćmi… trudniej; Nie pozwalają na to; Nikt nie potrafi na dłuższą metę uchronić swe złudzenia od konfrontacji z bolesną prawdą.”

    Słyszałem kiedyś takie opowiadanie o pewnej bogatej, samotnej damie. Życie jej było bardzo poprawne. Codziennie chodziła na Mszę św. i znajdowała niewiele, albo zgoła nic, z czego mogłaby się spowiadać, co powtarzała za każdym razem w czasie spowiedzi, ponieważ twierdziła, że „nie zrobiła nigdy nikomu nic złego”.

    I kiedy przyszło jej umrzeć, ku swemu przerażeniu odkryła, że wysłano ją do piekła. Udała się więc do diabła i zaczęła się skarżyć, jak to niesprawiedliwie ją potraktowano. Przecież ona tak pobożnie żyła, właściwie można powiedzieć – bezgrzesznie. Upierała się więc, że tam na górze na pewno zrobiono wielki błąd.

    Szatan, którego głównym zajęciem jest mieszać i poróżniać ludzi, tym razem jednak obiecał damie, że sprawdzi, czy rzeczywiście nastąpiła jakaś pomyłka. Ale otrzymał potwierdzenie z nieba, że to nie pomyłka, ale owa kobieta jest w miejscu jak najbardziej dla niej właściwym, ponieważ jest osobą ogromnie pyszałkowatą i niesamowitą egoistką. Za życia na ziemi nigdy niczym się nie podzieliła. W ogóle nie wie ona, co to znaczy: dać coś od siebie. Przecież gdyby kiedykolwiek coś dała drugiemu – mogłaby być tu na górze.

    Zdziwiony diabeł chcąc się upewnić zapytał:

    – Nawet gdyby tylko zrobiła jeden dobry uczynek, to by wystarczyło, byście ją zaakceptowali?

    – Z całą pewnością – usłyszał potwierdzenie.

    Wtedy diabeł poradził owej damie, aby przypomniała sobie, że może jednak zrobiła, chociaż jeden jedyny raz, jakiś dobry uczynek – to wtedy przyjmą ją do nieba. Posłuchała rady i zaczęła przypominać sobie swoje życie. Po jakimś czasie nagle znalazła taki bezinteresowny jeden dar, jaki kiedyś uczyniła. Mianowicie podczas gdy gotowała któregoś dnia obiad przyszedł do niej żebrak. Był głodny, więc dała mu cebulę.

    Diabeł zrelacjonował jej słowa i dostał potwierdzenie, że rzeczywiście tak było i nawet mają w posiadaniu tę jej cebulę. Anioł więc zaproponował:

    – Spuścimy tę cebulę na linie. Wtedy ona uchwyci się jej i wciągniemy ją do nieba.

    Ucieszona zbliżającym się ratunkiem złapała cebulę i nagle poczuła, że wydostaje się z piekła. Ale zauważyła też jak kilku jej towarzyszy niedoli zdołało się uczepić tej liny, aby razem z nią wydostać się z otchłani.

    Wtedy zaczęła wrzeszczeć, kopiąc ich swoimi nogami:

    – Idźcie sobie! To moja cebula!

    I w tym momencie lina się urwała i dama spadła z powrotem wraz ze swoją cebulą wprost w objęcia diabła, który tak jej powiedział:

    – Lina była dość mocna, aby ocalić i ciebie i twoich braci, ale nie była na tyle mocna, by udźwignąć tylko ciebie jedną.

    Wraz ze zgromadzoną trzódką na Eucharystii modlę się o serce wrażliwe i o oczy uważne. Bo tu, Pan Jezus klęka przed każdym z nas, aby obmyć, a później posilić. W ten sposób przyzwyczaja nas do ostatecznej Uczty, gdzie On, Król Królów i Pan Panów „przechodząc usługiwał będzie”.

    Tymczasem Bóg chodzi pomiędzy nami w przebraniu potrzebującego człowieka.

    Obym zawsze usłużył i nigdy nie przeszedł obojętnie.

    ks. Marian SAC

  • XXIX Niedziela Zwykła, ROK A – Prawe sumienie

    Franz Jägerstätter urodził się w Austrii w rodzinie katolickiej. Nic nie wskazywało w jego młodzieńczych latach, że życie poprowadzi go do męczeństwa. Był zwyczajnym, niczym nie wyróżniającym się wśród rówieśników chłopcem. Ukończył podstawową szkołę a potem pracował jako robotnik. I oto w pewnym okresie swojego życia nagle stał się bardzo dojrzały i odpowiedzialny.

    Sprawy religii traktował poważnie. I to nie było u niego jakieś fanatyczne. On był po prostu dobrym katolikiem, nie z metryki, jak to się mówi. Ożenił się z Anną, którą zapoznał w swojej rodzinnej miejscowości. Mieli troje dzieci.

    W tym czasie sytuacja w Europie wyglądała coraz bardziej złowrogo ze swoją II wojną światową. Franz miał 36 lat, kiedy poznał, co to jest strach w całej swojej rozciągłości. Mianowicie dostał wezwanie do armii hitlerowskiej. Ale on już wcześniej rozważył ten problem i zadecydował, że nie pójdzie. Wtedy taka odmowa była równoznaczna z samobójstwem. Przyjaciele próbowali go nakłonić, żeby zmienił decyzję. Ale on odpowiadał bardzo zdecydowanie:

    – Nie mogę iść.

    – Dlaczego?

    – Ponieważ jestem przekonany, że ta wojna nie jest wojną sprawiedliwą. Uważam, że gdybym poszedł, zrobiłbym źle. To byłoby wbrew mojemu sumieniu.

    – Ale wielu innych poszło. Czemu ty nie możesz?

    – Co inni robią, to jest ich sprawa. Ja muszę postępować według mojego sumienia.

    – To gdzie jest twoja lojalność do ludzi z twojego kraju, do twojej flagi?

    – Nie próbujcie mi mieszać w głowie. Ja kocham moich ludzi, moją ojczyznę, ale dla mnie jest jeszcze jedno prawo, które stoi ponad wszystkimi ludzkimi prawami. Jest to prawo Boże. A ono mi mówi, że ta wojna jest niesprawiedliwa.

    – Zobacz, my wszyscy jesteśmy zobowiązani, aby słuchać władzy. Poza tym nie ty robisz wojnę. Więc nie jesteś za nią odpowiedzialny.

    – To prawda, ale ja wciąż mam swoje sumienie, które przypomina mi, że przyjdzie taki dzień, w którym będę musiał odpowiedzieć za wszystko, co zrobiłem. I wtedy nie będę mógł chować się za kimś innym, zasłaniać moim krajem, czy moją flagą.

    – Pewnie myślisz, że jesteś lepszy od tych wszystkich, którzy idą na wojnę i podejmują ryzyko utraty swojego życia na froncie?

    – Ja wcale tak nie powiedziałem. Tak naprawdę, ja zdaję sobie sprawę, że jestem słaby, tchórzliwy i popełniam złe rzeczy. Tylko gdybym poszedł, czułbym się winny i straciłbym wewnętrzny pokój.

    – Na pewno któregoś dnia ubierzesz mundur i weźmiesz broń do ręki, a wtedy poczujesz się zupełnie inaczej. Zapomnisz o swoich dziwnych ideałach.

    – Dla mnie istnieje jednak coś cenniejszego niż mundur czy jakieś wojenne odznaczenia.

    – I co to takiego?

    – Tą najbardziej cenną rzeczą, jaka istnieje na świecie, jest świadomość nieuczestniczenia w złu.

    – I to jest twoja ostateczna odpowiedź?

    – Tak, to jest moja ostateczna odpowiedź.

    Franz zdawał sobie sprawę z wszystkich konsekwencji wynikających z jego odmowy. Niedługo po tej rozmowie został aresztowany. Jeszcze w więzieniu próbowano nakłonić go do zmiany zdania. Nawet żona błagała, aby raz jeszcze zastanowił się nad swoją decyzją. Ale było to daremne. 9 sierpnia 1943 wykonano na nim wyrok śmierci.

    Franz bardzo przypomina Tomasza More. Król Anglii Henryk VIII domagał się, aby Rzym unieważnił jego małżeństwo, które było ślubem ważnie zawartym. Kiedy okazało się to niemożliwe, władca postanowił wziąć całą sprawę w swoje ręce i ożenił się powtórnie. I nakazał wszystkim pełniącym ważne urzędy na jego dworze podpisać dokument oznajmiający, że król postąpił słusznie. Wielu podpisało, ale Tomasz More odmówił i zapłacił za to swoim życiem.

    „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Taką dał odpowiedź Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii nie tylko tym, którzy obłudnie zadali Mu pytanie: „Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie?” Im zresztą nie o prawdę szło. Oni chcieli tylko „pochwycić Jezusa w mowie”. Ta Boża odpowiedź jest skierowana do każdego ludzkiego sumienia, aby umiało się rozeznać w różnych sytuacjach życia, co jest dobrem prawdziwym, a co jest tylko egoistyczną samowolą. Istnieje tu granica i to bardzo wyraźna pomiędzy tym, co boskie, a tym, co cesarskie.

    Czy przypadkiem ja sam nie grzeszę taką obłudą, próbując stawiać podchwytliwe pytania samemu Bogu? Tu pomysłowość człowieka w wyszukiwaniu argumentów jest bardzo duża, aby tylko przesunąć granicę, którą nakreślił Bóg. Chodzi o to, aby było trochę łatwiej, trochę przyjemniej, żeby w trudnych sytuacjach wybrać drogę wygodną. W ten sposób wchodzę w takie zakłamane sytuacje, w których można się całkowicie pogubić i zaplątać.

    Adam Mickiewicz wyraził bardzo dosadnie taką sytuacje człowieka:

    „Mówisz, niech sobie ludzie nie kochają Boga,
    byle im była cnota i Ojczyzna droga.
    Głupiec mówi: Niech sobie źródło wyschnie w górach,
    Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach”.