Category: 1sza strona

Najnowszy wpis pojawia się NA 1 STRONIE.

  • komentarz do Liturgii Bożego Słowa na XXVI Niedzielę – 30.09.2018

    komentarz do Liturgii Bożego Słowa na XXVI Niedzielę – 30.09.2018

    Francuski dramaturg Jean Anouilh w jednej ze swoich sztuk przedstawił szokującą scenę z Sądu Ostatecznego: Sprawiedliwi – pewni swoich zarezerwowanych miejsc – stoją przed bramą do Raju. Niecierpliwie czekają na moment, w którym będzie można wejść. I kiedy tak chełpią się swoimi zasługami nagle powstaje wielkie zamieszanie, bo słyszą nieprawdopodobną wieść, że tym innym, którymi oni pogardzali, Bóg przebaczył. Najpierw niedowierzają, ale kiedy okazało się to prawdziwe – są pełni oburzenia, pretensji i żałują swoich wysiłków i trudów. Robią więc ostre wyrzuty Bogu:

    • Gdybyśmy to wiedzieli wcześniej…

    I w tym momencie, ogarnięci całkowitą złością, zostają potępieni.

    Tak łatwo człowiek ustawa siebie wyżej patrząc na innych z góry. Sam fakt bycia w Kościele jak potrafi nieraz stworzyć dystans w stosunku do tych, którzy są poza. Dlatego dzisiejsze Słowo Boże przestrzega biorących udział w sprawowaniu Eucharystii, że chrześcijańskie myślenie i działanie jest możliwe nie tylko w jej obrębie, bowiem Boża wszechmoc również poza Kościołem może wzbudzić chrześcijańską postawę – czego symbolem jest tu kubek wody podany uczniom Chrystusa i uczynek ten nie pozostanie bez wynagrodzenia. I zaraz potem Pan Jezus mówi jak wielkim niebezpieczeństwem jest zazdrość. Ta sama zazdrość za otrzymanie Bożych darów opisana jest w dzisiejszym I Czytaniu z Księgi Liczb. Mojżesz patrzy jednak dalej, bo wyczekuje kiedy Duch Boży rozleje się na wiele serc: „Czyż zazdrosny jesteś o mnie? Oby tak cały lud Pana prorokował, oby mu dał Pan swego ducha”. Aby wytłumaczyć na czym polega niebezpieczna droga, na którą człowiek wchodzi, może czasem i nieświadomie, ale na niej nie ma ocalenia, bowiem taka droga wiedzie tylko do zatracenia – Pan Jezus posługuje się bardzo drastycznymi obrazami. Widać w nich konsekwencje zwielokrotnione poprzez wciąganie również innych na tę samą drogę. Jeżeli te słowa wywołują niepokój – to dobrze, bo pomogą mi zdać sobie sprawę z odpowiedzialności za moje postępowanie. Ale jeżeli zostaną zlekceważone, albo jeszcze gorzej – wywołają irytację – co wtedy? Aż trzy razy Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii używa słowa „piekło”.

    Był czas, że kaznodzieje aż nazbyt często mówili o wiecznym potępieniu i o przeklętych wrzucanych w ogień, który nie gaśnie. Dziś można zauważyć, że głoszący Boże słowa jakby popadli w drugą krańcowość. W tłumaczeniu Ewangelii zda się, że pomijają fakt, iż piekło istnieje i istnieją diabły.

    Ks. Piotr Pawlukiewicz opisując kondycję polskiego społeczeństwa po wyjściu z komunizmu, wspomina jak był przerażony, kiedy słuchał wypowiedzi pewnego robotnika:

    • „Panie redaktorze, mnie nie obchodzi, kto rządzi w Polsce, lewica czy prawica. Niech nawet sam diabeł rządzi, byle tylko pieniądze były”.

    I komentarz ks. Piotra:

    – „Słuchałem tych słów i drżałem, bo ktoś żyjący obok mnie wzywa samego szatana, eby zaprowadził porządek wśród nas, żeby porządził na tej ziemi. Może było to tylko niezbyt fortunne sformułowanie pewnych społecznych oczekiwań. Ale gdy widziałem te oczy pełne złości, nienawiści, to rzeczywiście czułem, że naprawdę było w tym coś z modlitwy do złego ducha.”

    A przecież porządził już diabeł na polskiej ziemi i to w sposób aż nazbyt widoczny. W tym wrześniowym miesiącu nie można nie przywołać potwornego czasu sprzed lat. Papież Jan Paweł II, jeszcze jako kardynał, napisał takie słowa: „Obozy koncentracyjne były i zawsze pozostaną realnym symbolem jakiegoś piekła na ziemi. Wyraziło się w nich swoiste maksimum zła, które ludzie wyrządzili ludziom”. A przecież ta hekatomba nie trwała tylko w wojennych latach. Karl Popper jest autorem zdania: „Próba zrealizowania nieba na ziemi kończy się zawsze wyprodukowaniem piekła”. Jeżeli dziś wciąż są tacy, którzy proszą i modlą się do szatana o jego rządy i o jego władzę – to trzeba wiedzieć, że zły duch potrafi takie modlitwy wysłuchać. On potrafi nie tylko stół zastawić, ale przy tym również tak wszystko powykręcać, że już nie powinno dziwić to co dzieje się w mojej Ojczyźnie. Te przestępstwa najbardziej wynaturzone i zboczenia, które już są widoczne wśród młodzieży i nawet dzieci, skondensowana agresja, powszechna nieuczciwość i zupełna obojętność wobec tych faktów – czy nie jest to skutek wysłuchanych przerażających próśb?

    „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze” – to mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Czy zdaję sobie sprawę co to znaczy zgorszyć kogoś? To znaczy odebrać mu wiarę, dobroć, czystość. I to dzieje się nie tylko poza domem. Ks. Piotr Pawlukiewicz, cytowany już wyżej, opowiadał jak to podczas Mszy św. dla dzieci jeden z księży podchwytliwie zapytał o jakiś szczegół z serialu, w którym namiętność, zbrodnia i wszelkie brudy moralne były przedstawione aż nazbyt wyraźnie. Przeważająca część dzieci była doskonale zorientowana, o jaki serial i o jaki szczegół chodzi. Czy to jest obojętność, albo ten zły już tak potrafił się zadomowić, że ja nie mam siły, aby przycisnąć wyłącznik srebrnego ekranu? Albo to świadome wlewanie do duszy drugiego człowieka uczucia zazdrości i zawiści – jak często się dokonuje. Jak łatwo można komuś, kto ma w swoim życiu powody do prawdziwej radości, odebrać pokój serca. Wystarczy tylko powiedzieć: „Z czego ty taki jesteś zadowolony. To co masz – to nic. Zobacz jak inni się dorobili. Jakie mają domy, jakie mają samochody?” Czy takie wlewanie jadu nie przypomina wężowej taktyki z rajskiego ogrodu? Bardzo! Taki grzech zgorszenia działa z potężną siłą, porywając człowieka tak mocno, że jest gotów zatracić się w nim bez reszty. Nawet modlić się do szatana.

    „Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.” Jeżeli moje wielkie mniemanie o sobie jest mi tak bliskie i tak niezbędne jak mój wzrok, ale ono powoduje, że drugi człowiek staje się gorszy z powodu mojej pychy – to muszę ją wyrwać z siebie, bo lepiej jest wejść przez bramę do żywota wiecznego z bardzo kiepskim i nawet kalekim o sobie mniemaniem, niż razem ze wspaniałym samopoczuciem wylądować gdzie indziej: „gdzie robak ich nie umiera”.

    Modlę się więc słowami psalmu: Panie Jezu Chryste, oczyść mnie z błędów, które są dla mnie skryte i broń mnie od pychy, by nie panowała nade mną.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Bożego Słowa na XXV Niedzielę – 23 września 2018

    komentarz do Bożego Słowa na XXV Niedzielę – 23 września 2018

    Dzisiejsze Słowo Boże, tak jak poprzedniej niedzieli, jest kontynuacją tłumaczenia, że „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie.” Aż dziw bierze, że I Czytanie z Księgi Mądrości z taką dokładnością opisuje zachowanie Jezusa i Jego wrogów. Przecież obelżywe słowa, jakie padają pod krzyżem, odpowiadają dokładnie słowom bluźnierców ze Starego Testamentu.

    I Pan Jezus mówi o tym swoim uczniom jak będzie wydany na haniebną śmierć, ale oni nic nie rozumieją. Gorzej – zajęci są tylko sobą prowadząc sprzeczkę, który z nich jest ważniejszy. I tu znowu ogarnia mnie, ale tym razem już nie zdziwienie, tylko niepokój, ponieważ pomimo tak nieprawdopodobnej bliskości samego Boga – choćby przez fakt głoszenia Słowa Bożego i udzielania sakramentów, a więc dzieło zbawienia wciąż trwa, wciąż się dokonuje również poprzez mnie – a mimo to wciąż odnajduję w sobie tak wiele podobieństwa do owych uczniów z tamtego czasu, kiedy oni podróżowali z Jezusem przez Galileę.

    Pan Jezus mówił do nich o swojej drodze jaka Go czeka i mówił również o podobnej drodze przeznaczonej dla tych, którzy zechcą pójść za Nim. Jak to musiało okropnie brzmieć w uszach Jego uczniów. Krzyż w owym czasie był znakiem hańby i śmierci cudzoziemskiej. Przecież to była rzymska szubienica. Nie dość, że taka okropna śmierć, to jeszcze i hańba. Ale na tym polega tajemnica wzięcia krzyża.

    Dziś kiedy nasi kombatanci otrzymują wezwanie, aby wziąć krzyż – to idą do SPK, albo do ambasady – bo to oznacza wzięcie honorowego odznaczenia. Ale w tamtym czasie to nie był klejnot. Dzięki tylko Chrystusowi krzyż stał się całkowicie innym symbolem i to do tego stopnia, że chętnie dekorują się krzyżem, jako znakiem wyróżnienia i chwały nawet ci, którzy wyrzekają się krzyża. A przecież ten krzyż był najpierw znakiem hańby i śmierci.

    Co to znaczy, kiedy Pan Jezus mówi: „Kto chce iść za Mną, musi wziąć swój własny krzyż”? To znaczy, że dla mnie też przygotowano krzyż. Fulton Sheen napisał takie zdanie: „Jest tyle krzyży co ludzi”. Co jest więc moim krzyżem? Muszę odnaleźć w sobie co dla mnie jest znakiem hańby. Coś co budzi we mnie największy lęk. Coś czego się boję, przed czym się lękam. Co budzi we mnie największą odrazę? Przecież nie mogę naśladować Chrystusa jeżeli nie wiem co jest moim krzyżem. Bo mam nieść ten mój krzyż wstępując w ślady Jezusowych stóp. I to nieść każdego dnia. Nieść przez całe życie. Co w moim życiu jest najcięższe? Może moja największa słabość? Moja wada? A może choroba, o której stopniowo gdy się starzeję, dowiaduję się, że już lepiej nie będzie, tylko gorzej? Może tym krzyżem jest fakt starzenia się? I to starzenia się nie w swoim kraju? Budząc się rano, jeszcze przed świtem człowiek myśli o swoim życiu, o zmarnowanych latach. Myśli o wszystkim co właściwie najcięższe. Jakim ciężarem bywa niemożność przekazania swoich doświadczeń z obawy, że będzie się niezrozumianym nawet przez ludzi bardzo mi bliskich, bo stanowiących własną rodzinę. I na dodatek jeszcze ten ciągły widok ciężkich chmur za oknem na szkockim niebie wyolbrzymia kształt mojego krzyża. Mój krzyż – czy ja go rozpoznaję? Krzyż to jest to co mnie najbardziej upokarza, policzkuje i degraduje. Coś czego najbardziej się wstydzę. Pod czym ciągle upadam. A potem człowiek znowu powstaje i niesie dalej. I dobrze, jeżeli mnie pochyla, jeżeli mnie gniecie, bo wtedy wiem, że wciąż jest na moich ramionach. Mam z czym iść za Jezusem, który mnie zapewnia, że jeżeli będę szedł z tym krzyżem za Nim – zostanę ocalony. Bo pokusa ucieczki krętymi drogami od swojego krzyża wciąż jest blisko. Ks. Jan Twardowski w swoim rozważaniu o krzyżu przy II stacji pisze, że „kiedy uciekamy od jednego krzyża, zwykle wpadamy na drugi. Jeżeli unikamy krzyża miłości, zaczyna nas przygniatać krzyż egoizmu”. Jest więc niebezpiecznie biec w innym kierunku, kryć się przed Bogiem, jak Adam po grzechu krył się ze swoim wstydem. Bo wtedy można zmarnować swoją szansę. „Każdy los, w którym widać krzyż, staje się łaską” – mówi Reinhold Schneider. Zaś Adam Mickiewicz wołał, że „krzyż na Golgocie nikogo nie zbawi, jeśli ktoś we własnym sercu krzyża nie wystawi”.

    Stara legenda opowiada o ludziach, którzy nieśli ze sobą swoje krzyże. Jednemu z pielgrzymów wydawało się, że jego krzyż jest za długi i przez to niewygodny. Więc według swego uznania skrócił jego długość, żeby mu było lżej. Po długiej wędrówce wszyscy stanęli nad przepaścią. Na drugim brzegu było już widać ziemie – upragnioną i obiecaną. Ale nie było żadnego mostu. Więc pielgrzymi kładli nad przepaścią swoje krzyże, które nieśli. Ich długość była wystarczająca, tak że stały się dla nich kładką. Tylko ten obcięty krzyż okazał się za krótki. Jego właściciel stał więc smutny i bezradny.

    Czyż nie tą samą myśl poezją ujął Cyprian Kamil Norwid:

    „Synku! Trwogi zbądź;

    Znak to zbawienia!

    Płyńmy! Bądź co bądź…

    Patrz, jak się zmienia:

    Oto – wszerz i wzwyż

    Wszystko – toż samo.

    – Gdzież podział się krzyż?

    – Stał się nam: bramą.”

    Więc ten mój krzyż – to jest cała moja szansa. Bylebym tylko nie zniechęcił się. I pewnie nieprzypadkowo, pisząc ten tekst, natrafiłem na takie zdanie Franza Grillparzera: „Bóg nie zdejmuje ciężaru, lecz wzmacnia plecy”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa na XXIV Niedzielę Roku B    16.09.2018

    komentarz do Liturgii Słowa na XXIV Niedzielę Roku B 16.09.2018

    W dzisiejszej Ewangelii ustami św. Piotra zostaje wyznana, po raz pierwszy publicznie, wiara w Jezusa Chrystusa. Uczniowie rozpoznają w swoim Mistrzu Mesjasza. Ta poprawna odpowiedź jest jednak jeszcze za bardzo związana z wyobrażeniami rozpowszechnionymi w Izraelu, który owszem, oczekiwał Mesjasza, ale wyłącznie i przede wszystkim jako wyzwoliciela ich narodu spod okupacji Rzymian. Dlatego Chrystus „surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili”.

    I wtedy również po raz pierwszy wobec swoich uczniów Pan Jezus, jakby przeciwstawiając się chwalebnemu tytułowi, powie o sobie, że jest Synem Człowieczym i powie jaki los Go czeka: „Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie”. A więc mówi o sobie jako Mesjaszu religijnym. Tym samym odbiera złudzenia słuchaczom. To nie będzie Mesjasz polityczny, Mesjasz – na którym będzie można zyskać, za którym warto się opowiedzieć. Jezus mówi o sobie, że będzie Mesjaszem cierpiącym. Będzie ukrzyżowany. Pojawia się tu słowo o krzyżu. I z takim Jezusem trzeba było wtedy i trzeba dzisiaj się związać. A człowiek mając tak często do czynienia z cierpieniem i swoim i cudzym chciałby od niego uciec i dlatego wciąż woła do Pana słowami Piotra: „Niech Cię Bóg broni, nie przyjdzie to nigdy na Ciebie!” Ale Pan Jezus i wtedy i dziś odpowiada zdecydowanie: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie.” I tłumaczy, że po to przyszedł na ten świat, aby dokonać, właśnie w ten sposób, najważniejszego dzieła. Tego dzieła ma dokonać nie dla siebie samego, ale dla każdego, kto w wierze pragnie Go naśladować.

    Dzisiejsze II Czytanie z Listu św. Jakuba pokazuje w sposób praktyczny na czym polega naśladowanie Pana. Hans Urs von Balthasar pisze, że w tym naśladowaniu „tkwią korzenie nauczania św. Jakuba na temat wiary i uczynków. Wiara bez dzieła Męki nie jest wiarą chrześcijańską; wiara, która pragnie samą siebie zachować, straci wszystko. Pragnienie zachowania siebie to egoizm, nie do pogodzenia z wiarą, która jest nieodłączna od miłości. Oto jest istota uczynków, bez których według św. Jakuba wiara nie może istnieć: uczynki w tym rozumieniu to oddanie całego siebie – czy to Bogu, czy bliźniemu. Niewątpliwie, taki „uczynek” może stać się dla człowieka źródłem cierpienia, a nawet śmierci; śmierć jest zresztą niejako wpisana w istotę tego uczynku, zawsze bowiem jest to rezygnacja z własnego ja; i w gruncie rzeczy jest sprawą drugorzędną, czy ta rezygnacja zaowocuje śmiercią cielesną – świadectwem krwi.”

    Pan Jezus mówił potem do wszystkich słuchających: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, ten je zachowa.” Trzeba więc z takim Jezusem związać się. Św. Paweł używa określenia: „przyoblec się w Chrystusa”. Ta symbolika obrzędu oblekania się jest obecna w Kościele. Podczas udzielania sakramentu chrztu św. nakłada się białą szatę na nowo ochrzczonych. Ubieranie ministrantów w komże i księdza w ornat – też jest przebieraniem się w Jezusa.

    Pamiętam z rekolekcji, które wygłosił ks. Janusz Pasierb, takie pytania: „Czy naprawdę przyoblekliśmy się w Jezusa? Czy wdzialiśmy Go na siebie? Tak jak mówimy: ale się ubrałem w tego człowieka, to znaczy: ale się wpakowałem, ale się z nim związałem, ale on mi ciąży. Czy tak ubrałem się w Jezusa?” Bo Pan Jezus stawia sprawę bardzo jasno: wyrzec się siebie. Przyznać się do Niego. Przylgnąć do Niego. Taka jest tajemnica miłości, która polega na utracie suwerenności. Miłość zawsze jest wejściem w strefę drugiej osoby, w rejon przyciągania drugiej osoby. Tą osobą jest Jezus, osoba ukrzyżowana, a więc związana z cierpieniem. Dzisiejsze I Czytanie z Księgi proroka Izajasza opisuje przez jakie męki będzie przechodził „Sługa Pański” czyli Mesjasz. Chrystus wie dokładnie jaka będzie Jego droga. I nie ukrywa jej przed swoimi uczniami. Tym, którzy zechcą pójść za Nim mówi wyraźnie, że muszą wziąć swój krzyż. To znaczy, że każdy człowiek ma swój krzyż. Czy ja już wiem jak wygląda mój krzyż w moim życiu? Ale z odpowiedzią na to pytanie spróbuję się zmierzyć w następnym komentarzu, bo Chrystus i w następną niedzielę nadal będzie tłumaczył, że „zbawienie przyszło przez krzyż.”

    A w dzisiejszą niedzielę proszę Cię Panie, aby Twoje Słowo o krzyżu uciszyło moje szamotanie i mój bunt. Proszę, bowiem inaczej nie potrafię ani odnaleźć, ani zobaczyć jak wygląda mój krzyż.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa Bożego na XXIII Niedziela zwykłą – 9.9.2018

    komentarz do Liturgii Słowa Bożego na XXIII Niedziela zwykłą – 9.9.2018

    Pan Jezus nauczając o Królestwie Bożym równocześnie bardzo często uzdrawia tych, którzy cierpią na różnorakie ułomności. A więc sparaliżowanym i chromym daje pełną swobodę ruchu. Ślepym przywraca wzrok. Niemym pozwala mówić. Głuchym odkrywa świat dźwięku. Bo ci, którzy zostali dotknięci kalectwem mają bardzo ograniczony kontakt z otaczającym światem, przez co odbierają go w sposób bardzo zubożony.

    U Tadeusza Żychiewicza znalazłem opis takich ludzkich okaleczeń: „Dla niewidomego istnieje dźwięk, dotyk, zapach, wrażenie ciepła i zimna. Ale niewidomy nie wie w pełni, co znaczy, że „słońce świeci”, dla niego znaczy to tyle tylko, że coś niewiadomego grzeje – a to nie jest pełna prawda; jest to prawda zubożona i kaleka. Nie istnieją dlań barwy świtu i zmierzchu; może istnieć tylko mokra rosa bez kształtu i barw. A dla głuchego znów inaczej: wszystko widome jest pogrążone w milczeniu. Dźwięk jest pojęciem bez zawartości treściowej – chyba, że wywołuje drgania uchwytne dotykiem. Słowo „muzyka” nie znaczy nic – co najwyżej dmuchanie, przebieranie palcami, pociąganie smyczkiem z końskiego włosia po strunach z baranich kiszek albo metalu: to jest muzyka. A przecież wiemy, że jest inaczej; muzyka jest czymś zupełnie innym.”

    Pan Jezus poprzez swoje uzdrowienia otwiera upośledzonym i kalekim możliwości daleko większe, daleko piękniejsze i bliższe prawdy jeżeli chodzi o człowieka i świat. Ale czy tylko?

    Dominikański mistyk z Nadrenii, Jan Tauler już w czternastym wieku napisał taki komentarz dotyczący głuchoniemego z dzisiejszej Ewangelii: „Trzeba zbadać bardzo dokładnie, co czyni człowieka głuchym. Nasi najstarsi przodkowie, pierwsza ludzka para, stali się głusi przez to, że nakłonili swe uszy na podszepty Nieprzyjaciela. Za nimi również my staliśmy się głusi i dlatego nie możemy usłyszeć ani zrozumieć słodkich natchnień Słowa Przedwiecznego. A przecież wiemy, że Słowo Przedwieczne znajduje się w naszej głębi tak niewymownie blisko nas i w nas, że sam nasz byt, nasza własna natura, nasze myśli, wszystko co możemy nazwać, wypowiedzieć i pojąć, nie jest nam tak bliskie i tak w nas obecne, jak Słowo Przedwieczne. Ono też nieustannie mówi w człowieku. Ale ten nie słyszy tego wszystkiego z powodu wielkiej głuchoty, którą został dotknięty”.

    Ludzkie serce, aby usłyszeć słowa, które wypowiada Bóg, potrzebuje wyciszenia. Bo diabeł bardzo łatwo i szybko potrafi zwielokrotnić swój hałas. Mówimy: piekielna wrzawa – czy tylko ta na zewnątrz? Taka piekielna wrzawa bywa i to często w człowieczym wnętrzu, a wtedy usłyszeć Bożą mowę jest już bardzo trudno. Na tym polega głuchota ducha, o której pisał w swoich Wyznaniach św. Augustyn: „Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę.”

    Kiedy trzęsienie ziemi, albo lawina zasypuje ludzi wtedy używa się specjalnych aparatów, które swoimi czujnikami potrafią usłyszeć bicie ludzkiego serca i to nawet na dość dużej głębokości. Czy nie na tym polega działanie Słowa Bożego, moc sakramentów, że ludzie, których sytuacja wydaje się być już przegrana, bez nadziei wyciągnięcia – nagle zostają uratowani? Jak istotną rolę odgrywa tu modlitwa, wstawiennictwo drugiego człowieka, bo zwiększa szanse odnalezienia zagubionych. Modlitwa św. Moniki, matki św. Augustyna, modlącej się przez długie lata jest tu wymownym przykładem. A i w dzisiejszej Ewangelii głuchoniemy nie przyszedł do Jezusa sam: „Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę”.

    W każdej Eucharystii rozbrzmiewa Słowo Boże. Czy przypadkiem nie przyzwyczaiłem się, że tylko słucham i przyjmuję do wiadomości, ale Boży przekaz nie dociera do mnie? Jeżeli tak, to znaczy, że mój duchowy słuch jest stępiony i potrzebuję Jezusowego cudu uzdrowienia z mojej głuchoty. Bo Chrystus wciąż dotykając ludzkich serc dokonuje w nich przemiany, o której mówi II Modlitwa Eucharystyczna o tajemnicy pojednania: że Boża ręka poprzez swojego Syna dotyka grzesznika i swoim Słowem zbawia. Bylebym uwierzył, że Pan uzdrowi również mnie. Uwierzył, że możliwe jest i bardzo konieczne, aby dokonało się we mnie wypełnienie się na nowo proroctwa Izajasza z dzisiejszego I Czytania: „Powiedzcie małodusznym: Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg sam przychodzi, aby nas zbawić! Wtedy uszy głuchych się otworzą i język niemych wołać będzie”.

    Spraw więc Panie, aby tak się stało.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Słowa Bożego na XXII Niedzielę zwykłą 2 września 2018

    komentarz do Słowa Bożego na XXII Niedzielę zwykłą 2 września 2018

    Dzisiejsza Ewangelia według św. Marka rozpoczyna się od przekazu: „Zebrali się u Jezusa faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy.” Niestety, ta wielka szansa spotkania, jaka była im dana, została całkowicie zmarnowana, bowiem na przeszkodzie stanęło ich oburzenie i zgorszenie: Jak to, uczniowie Jezusa nie przestrzegają pobożnych przepisów! Od razu i jednoznacznie wydali swój osąd.

    Pan Jezus przestrzega nie tylko faryzeuszy, ale każdego, kto jest skłonny jedynie do zachowania litery prawa, nie zaś jego ducha. Formalista zawsze będzie osądzał drugich, którzy postępują inaczej niż on. Nawet posunie się aż do wykluczenia „tych inaczej zachowujących się” ze swojego kręgu.

    Człowiek często ulega takiej pokusie, że stawia jakiś ludzki zwyczaj, choćby i czcigodny, nie tylko na równi z Bożym przykazaniem, ale nawet i ponad. Stąd słowa Jezusa: „Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji”.

    Formacyjnym okresem, bardzo ważnym dla człowieka jest jego rodzinny dom, w którym się urodził i wzrastał. Każdy człowiek jest wychowywany w jakiejś hierarchii wartości. Bywa i to wcale nie rzadko, że rodzice przekazują system wartości bez żadnego rozróżnienia. Z jednakowym naciskiem podkreślają dziecku: Umyj nogi, zmów pacierz, przynieś chleb, idź do kościoła, idź do szkoły, nie bij siostry, wymnij rękę z kieszeni i tak dalej. Również katecheci mają taki uroczy sposób prowadzenia katechezy, gdzie z tygodnia na tydzień wszystko na katechezie jest najważniejsze: Wiecie dzieci, najważniejsze jest, żebyście mówili tylko prawdę. W następnym tygodniu: Dzieci, najważniejsze jest, żebyście w niedzielę poszli do kościoła. W następnym, żebyście byli zawsze czysto ubrani. Wszystko jest najważniejsze. A to jest oczywista nieprawda. Bo nie wszystko jest najważniejsze. Są rzeczy jedne ważniejsze, a inne mniej ważne. Dziecko, któremu przekaże się w niewłaściwy sposób hierarchię wartości, bardzo szybko w procesie przewartościowywania, jeśli jakąś wartość nie przyjmie, to wtedy zacznie poddawać w wątpliwość wszystkie inne wartości. Tak dzieje się często z darem łaski wiary. Młody człowiek jeśli nie przyjmie jej na swój własny rachunek, to wtedy wiara – o ile pozostanie w jego życiu, będzie tylko „szacownym spadkiem” po rodzicach, która będzie jedynie przechowywana i to nawet z dużym sentymentem. A wtedy zdarza się, że te religijne zwyczaje wyniesione z rodzinnego domu urastają do rangi dużo większej niż nawet Dekalog.

    Albo – są tacy rodzice, że do czasu tylko I Komunii św. mówi się w ich domu o Panu Bogu – oczywiście na poziomie ich dzieci. Później – najważniejsze staje się już tylko wykształcenie, bo chodzi o przyszłość ich własnych dzieci, żeby były dobrze urządzone, żeby miały dobrą pozycję. Zabezpieczyć się. Ubezpieczyć się. I w takim środowisku wzrasta młody człowiek, w którym liczy się tylko intelekt, bystrość umysłu, zaradność, spryt, umiejętność lawirowania…

    W rozmowach o dzieciach z jakim zachwytem podkreśla się: O, to dziecko jest bardzo zdolne! A jak rzadko zwraca się uwagę – czy ma ono dobre serce? Właśnie, w dzisiejszym Słowie Bożym chodzi o ludzkie serce. Jezusowe skarga: „Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem daleko jest ode mnie” – czy nie wywołuje we mnie niepokoju?

    Jest takie opowiadanie o pewnym mistrzu, który zadał pytanie swoim uczniom: „Jakiej rzeczy powinno się najbardziej w życiu unikać?”

    • Złego spojrzenia – odpowiedział pierwszy.
    • Zdradliwego przyjaciela – powiedział drugi.
    • Złego sąsiada – dodał trzeci.
    • Złego serca – odezwał się czwarty.

    Mistrzowi najbardziej spodobała się ostatnia odpowiedź, ponieważ w niej mieściły się wszystkie pozostałe. Wtedy postawił następne pytanie: „O co najbardziej w życiu trzeba zabiegać?”

    • O dobre spojrzenie – odpowiedział pierwszy.
    • O wiernego przyjaciela – powiedział drugi.
    • O dobrego sąsiada – dodał trzeci.
    • O dobre serce – odezwał się czwarty.

    Mistrz znowu uznał ostatnią odpowiedź za najlepszą, ponieważ w niej mieszczą się wszystkie pozostałe.

    Serce jest w człowieku najważniejsze. Powiedzieć o kimś: On nie ma serca! Albo: Ma zimne serce! – jest rzeczą najbardziej oskarżającą. Zaś największe uznanie zyskuje człowiek, kiedy mówimy o nim: On ma serce. Albo: Ma dobre, troskliwe, miłujące serce.

    Dziś tak wiele uwagi poświęca się ekologii, bo środowisko jest zanieczyszczone, a więc woda, powietrze, żywność. A tymczasem największym zanieczyszczeniem dla człowieka jest zło. To zło, które wychodzi z ludzkiego serca zanieczyszcza coraz szersze kręgi, kręgi w których odbywają się ludzkie spotkania. Jak często dla wielu chrześcijan Boże przykazania, jeżeli są widoczne, to jawią się jedynie tylko jako same nakazy i zakazy. O. Jacek Salij zwraca uwagę dlaczego tak się dzieje: „Zapewne nie ma w tobie jeszcze wewnętrznego upodobania dla dobra, na którego straży stoi Boże przykazanie. A w takim przypadku przykazanie Boże, nawet jeśli powstrzymuje cię przed złem, to tak jak kaganiec nałożony na złego psa. Zatem, bracia i siostry, usłyszmy dzisiaj, że Bóg nas wzywa do tego, abyśmy mieli upodobanie w dobru, jakie On nam nakazuje. Wówczas zachowywanie Bożych przykazań będzie spontaniczną radością naszych serc.”

    Moja kolejna możliwość, która jest mi dana, że mogę spotkać się z Jezusem w Eucharystii – oby nie była we mnie zmarnowana. Wołam więc z głębi mojego serca, bo czuję wielką potrzebę, abyś Panie moje serce przemienił. Bo wtedy z takiego nawróconego serca rodzą się owoce Ducha, które św. Paweł wylicza: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • 26.VIII – Uroczystość NMP Częstochowskiej

    26.VIII – Uroczystość NMP Częstochowskiej

    Tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego napisał Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Polski w czasie swojego uwięzienia w Komańczy. Śluby zostały złożone przez Naród polski 26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze. To zobowiązania wszystkich Polaków względem Matki Najświętszej.

    Wielka Boga – Człowieka Matko! Bogarodzico – Dziewico, Bogiem sławiona Maryjo!

    Królowo świata i Polski Królowo!

    Gdy upływają trzy wieki od radosnego dnia, w którym zostałaś Królową Polski,oto my, dzieci Narodu polskiego i Twoje dzieci, krew z krwi przodków naszych, stajemy znów przed Tobą, pełni tych samych uczuć miłości, wierności i nadziei, jakie ożywiały ongiś ojców naszych.

    Królowo Polski – przyrzekamy!

    My, biskupi polscy i królewskie kapłaństwo, lud nabyty zbawczą krwią Syna Twojego, przychodzimy, Maryjo, znów do tronu Twego, Pośredniczko łask wszelkich, Matko miłosierdzia i wszelkiego pocieszenia. Przynosimy do stóp Twoich niepokalanych całe wieki naszej wierności Bogu i Kościołowi Chrystusowemu – wieki wierności szczytnemu posłannictwu Narodu, omytego w wodach Chrztu świętego.

    Składamy u stóp Twoich siebie samych i wszystko, co mamy: rodziny nasze, świątynie i domostwa, zagony polne i warsztaty pracy, pługi, młoty i pióra, wszystkie wysiłki myśli naszej, drgnienia serc i porywy woli. Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów.

    Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wykonaliśmy Ślubów i przyrzeczeń ojców naszych.

    Spojrzyj na nas, Pani Łaskawa, okiem Miłosierdzia Twego i wysłuchaj potężnych głosów, które zgodnym chórem rwą się ku Tobie z głębi serc wielomilionowych zastępów oddanego Ci Ludu Bożego.

    KRÓLOWO POLSKI! ODNAWIAMY DZIŚ ŚLUBY PRZODKÓW NASZYCH I CIEBIE ZA PATRONKĘ NASZĄ I ZA KRÓLOWĄ NARODU POLSKIEGO UZNAJEMY.

    Zarówno siebie samych, jak wszystkie ziemie polskie i wszystek Lud polecamy Twojej szczególnej opiece i obronie. Wzywamy pokornie Twojej pomocy i miłosierdzia w walce o dochowanie wierności Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, Kościołowi świętemu i jego Pasterzom, Ojczyźnie naszej świętej, Chrześcijańskiej Przedniej Straży, poświęconej Twojemu Sercu Niepokalanemu i Sercu Syna Twego. Pomnij, Matko, Dziewico, przed obliczem Boga na oddany Tobie Naród, który pragnie nadal pozostać Królestwem Twoim pod opieką Najlepszego Ojca wszystkich narodów ziemi.

    Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    Matko Łaski Bożej! Przyrzekamy Ci strzec w każdej duszy polskiej daru łaski jako źródła Bożego życia. Pragniemy, aby każdy z nas żył w łasce uświęcającej i był świątynią Boga, aby cały Naród żył bez grzechu ciężkiego, aby stał się Domem Bożym i Bramą niebios dla pokoleń wędrujących poprzez polską ziemię pod przewodem Kościoła katolickiego –do Ojczyzny wiecznej.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    Święta Boża Rodzicielko i Matko Dobrej Rady! Przyrzekamy Ci z oczyma utkwionymi w żłóbek Betlejemski, że odtąd wszyscy staniemy na straży budzącego się życia. Walczyć będziemy w obronie każdego dziecięcia i każdej kołyski równie mężnie, jak ojcowie nasi walczyli o byt i wolność Narodu, płacąc obficie krwią własną. Gotowi jesteśmy raczej śmierć ponieść aniżeli śmierć zadać bezbronnym. Dar życia uważać będziemy za największą łaskę Ojca Wszelkiego Życia i za najcenniejszy skarb  Narodu.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    Matko Chrystusowa i Domie złoty! Przyrzekamy Ci stać na straży nierozerwalności małżeństwa, bronić godności kobiety, czuwać na progu ogniska domowego, aby przy nim życie Polaków było bezpieczne. Przyrzekamy Ci umacniać w rodzinach królowanie Syna Twego Jezusa Chrystusa, bronić czci imienia Bożego, wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii i miłości ku Tobie, strzec prawa Bożego, obyczajów chrześcijańskich i ojczystych. Przyrzekamy Ci wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem i otoczyć czujną opieką rodzicielską.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    Zwierciadło Sprawiedliwości! Wsłuchując się w odwieczne tęsknoty Narodu, przyrzekamy Ci kroczyć za Słońcem sprawiedliwości, Chrystusem, Bogiem naszym. Przyrzekamy usilnie pracować nad tym, aby w Ojczyźnie naszej wszystkie dzieci Narodu żyły w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku. Przyrzekamy dzielić się między sobą ochotnie plonami ziemi i owocami pracy, aby pod wspólnym dachem domostwa naszego nie było głodnych, bezdomnych i płaczących.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    Zwycięska Pani Jasnogórska! Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi. Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu i rozwiązłości. Przyrzekamy zdobywać cnoty wierności i sumienności, pracowitości i oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    Królowo Polski! Ponawiamy Śluby Ojców naszych i przyrzekamy, że z wszelką usilnością umacniać i szerzyć będziemy w sercach naszych i w polskiej ziemi cześć Twoją i nabożeństwo do Ciebie. Bogarodzico – Dziewico, wsławiona w tylu świątyniach naszych, a szczególnie w Twej Jasnogórskiej Stolicy. Oddajemy Tobie szczególnym aktem miłości każdy polski dom i każde polskie serce, aby chwała Twoja nie ustawała w ustach naszych dnia każdego, a zwłaszcza w dni Twoich świąt.

    Przyrzekamy Ci iść w ślady Twoich cnót, Matko Dziewico i Panno Wierna, i z Twoją pomocą wprowadzać w życie nasze przyrzeczenia.

    [Lud mówi:] Królowo Polski – przyrzekamy!

    W wykonaniu tych przyrzeczeń widzimy żywe wotum Narodu, milsze Ci od granitów i brązów. Niech nas zobowiązują do godnego przygotowania serc naszych na Tysiąclecie Chrześcijaństwa Polski.

    W przededniu Tysiąclecia Chrztu Narodu naszego chcemy pamiętać o tym, że Ty pierwsza wyśpiewałaś narodom hymn wyzwolenia z niewoli i grzechu; że Ty pierwsza stanęłaś w obronie maluczkich i łaknących i okazałaś światu Słońce sprawiedliwości, Chrystusa, Boga naszego. Chcemy pamiętać o tym, że Ty jesteś Matką naszej Drogi, Prawdy i Życia, że w Twoim Obliczu Macierzyńskim najpewniej rozpoznajemy Syna Twego, ku któremu nas wiedziesz niezawodną dłonią.

    Przyjm nasze przyrzeczenia, umocnij je w sercach naszych i złóż przed oblicze Boga w Trójcy Świętej Jedynego. W Twoje dłonie składamy naszą przeszłość i przyszłość, całe nasze życie narodowe i społeczne, Kościół Syna Twego i wszystko, co miłujemy w Bogu. Prowadź nas poprzez poddaną Ci ziemię polską do bram Ojczyzny niebieskiej. A na progu nowego życia sama okaż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twojego. Amen.

    JASNA GÓRA, 26 SIERPNIA 1956 R.

  • komentarz na XX Niedzielę zwykłą  19 sierpnia 2018

    komentarz na XX Niedzielę zwykłą 19 sierpnia 2018

    Przygotowania do objawienia się Jezusa
    Chrystusa
    XX Niedziela Zwykła – ROK B

    Zakonna siostra, głodna i zmęczona, dotarła w końcu do obozu dla uciekinierów w północnym Sudanie, w którym schronienie znajdowali przejściowo uciekinierzy z Etiopii. Przy ognisku stał na straży szczupły, blady, młody żołnierz. Jego zadaniem było pilnowanie bramy. Kiedy władze obozu sprawdzały dokumenty zakonnicy – ona usiadła na skraju drogi, aby trochę odpocząć. Młody żołnierz zamknął bramę i podszedł do niej. Ze swojej torby wyjął chleb i podał jej. A ona odłamała kawałek i resztę mu oddała.

    Kiedy tak siedziała, ciesząc się tym gestem przełamywania chleba, wyjęła ze swojej kieszeni brewiarz. Żołnierz znowu podszedł do niej. Usiadł obok i rozłożył przed sobą kilka kartek z Koranu. Nie rozumiał ani słowa po angielsku, a zakonnica nie rozumiała ani słowa w jego ojczystym dialekcie. Ale – jak później opowiadała – łamanie chleba, a potem wspólna modlitwa – to było jak kawałek drogi przebytej razem, jak wędrowanie do centrum życia …

    Co to znaczy dla człowieka centrum życia? Jak je opisać? Jak je przybliżyć i do siebie i do tych, z którymi idę?

    Tym centrum jest po prostu Jezus obecny w swoim Słowie i w Eucharystii.

    Minionej niedzieli doświadczenie proroka Eliasza było zapowiedzią prawdziwego pokarmu, który da Bóg. Rozumiem proroka, który przeżywał lęk. Wiem dlaczego zamknął się w sobie. Przez swoją zbytnią aktywność żył w obawie i bał się, aby znowu nie przeżywać kolejnej porażki. Ale z tego stanu Pan Bóg wyprowadza go stopniowo. Najpierw kładzie u jego wezgłowia pokarm, bowiem Eliasz ma jeszcze przed sobą długą drogę. W Biblii wyrażenie „czterdzieści dni i czterdzieści nocy” ma bardzo głębokie znaczenie. Między innymi jest nią cierpliwość, w którą trzeba się uzbroić, żeby iść przez pustynię. Potrzeba powrotu do źródła. Ujście rzeki ma wygląd często błotnisty. Jest niekształtnym rozlewiskiem. Dlatego, chcąc poznać smak prawdziwej wody – trzeba iść do miejsca, skąd ta rzeka wypływa. Niecierpliwy człowiek uzna to za stratę czasu. A tymczasem Boże Światło przychodzi jak oświetlenie neonowej lampy. Takiego porównania używa ks. Ludwik Evely pisząc, że „jest pewna przerwa między chwilą przekręcenia kontaktu a momentem, gdy światło zabłyśnie. Jeżeli się niecierpliwimy, jeżeli nie znosimy tego, aby trwać wiernie w ciemności, jak długo trzeba, jeżeli odwracamy się na pięcie ze złością mówiąc: ‘Nic tu nie da się zrobić’ – Bóg nie będzie mógł nas oświecić. Nie trzeba zamykać kontaktu, ani się podniecać. Ale pozostać bardzo spokojnie w skupieniu. A wtedy za jakiś czas w rurce coś zadrgnie. Dojrzycie parę błysków. I nagle pojawi się światło.”

    O takim doświadczeniu pisał kardynał Newman: „Przychodzimy jak Jakub w nocy i składamy głowę na kamieniu, jak na poduszce. A gdy wstajemy i w myśli przechodzimy to, co się działo, przypominamy sobie, że widzieliśmy aniołów i Boga, który się objawił przez nich i wołamy: Pan tu był, a ja o tym nie wiedziałem”.

    Pan Bóg zawsze jest gotów poprowadzić człowieka z wielką troską drogą, która wiedzie przez pustynię. Na niej bywają i wichury, i trzęsienia – również związane z koniecznym odejściem od wielorakich przywiązań, z którymi trudno jest rozstać się. I to nie chodzi tylko o materialny ekwipunek, chodzi przede wszystkim o moje przekonanie, o moją rację. Jak często w przegranej sytuacji osamotniony człowiek łudzi samego siebie powtarzaniem: „Jeszcze się okaże, kto miał rację!” A przecież dopiero przejście przez pustynne oczyszczenie daje człowiekowi doświadczyć łagodnego szeptu kochającej i leczącej Bożej obecności.

    Droga Eliasza przez pustynię jest tu wspaniałym przykładem. On zgodził się, aby poprowadziła go Boża Mądrość, o której mówi dziś I Czytanie. To Ona jest kluczem do rozumienia Bożych i ludzkich dróg. To Ona przygotowała Bożą biesiadę z potraw, które mają zdolność leczenia z „głupoty” i wprowadzania na „drogę rozwagi”. Czy z tego zaproszenia skorzystają ci, którzy sami siebie uważają za mądrych? Bo zaproszenie skierowane jest do wszystkich. Mądrość bowiem „wysłała służące, aby wołały z wyżynnych miejsc miasta: „Prostaczek niech do mnie tu przyjdzie”. Do tego, komu brak mądrości, mówiła: „Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino, które zmieszałam. Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodźcie drogą rozwagi”.

    Jest to kolejna zapowiedź Eucharystii – przygotowanie do objawienia się Jezusa Chrystusa. Bowiem Syn Boży jest wcieloną Mądrością. Jest wcielonym Słowem Bożym. W Nim odwieczna Mądrość i Słowo Boże stało się Ciałem, aby być dla nas Chlebem życia.

    Ja wiem, że wszystkie moje obawy, wszystkie moje pytania, cała moja niewrażliwość pochodzi z mojego nieprawdziwego obrazu Boga, którego, mimo to, wciąż trzymam się uparcie. Stąd biorą się moje rozczarowania.

    Więc o jedno proszę i o to błagam, abyś uwolnił mnie Panie od tych nieprawdziwych moich wyobrażeń.

    Panie Jezu Chryste, który jesteś Słowem i który objawiasz się nieustannie – dokończ rozpoczęte we mnie swoje dzieło.

    Marian Łękawa SAC

  • komentarz do XIX Niedzieli 12 sierpnia 2018

    komentarz do XIX Niedzieli 12 sierpnia 2018

    Nie zawieść Bożego oczekiwania
    XIX Niedziela Zwykła – ROK B
    12 sierpnia 2018

    Dzisiejsze Słowo Boże jest kontynuacją poprzedniej niedzieli. Pan Jezus nadal przygotowuje swoich słuchaczy na przyjęcie całej prawdy o Eucharystii. Bo, ażeby uwierzyć tak naprawdę w to co zawiera szósty rozdział Ewangelii według św. Jana – nie będzie łatwo, a dla bardzo wielu okaże się wręcz nie do przyjęcia.

    Boży zasiew oby nie zmarnował się we mnie – dobrze będzie zatrzymać się przy I Czytaniu, które nawiązuje do kolejnej już zapowiedzi o posilaniu człowieka Bożym pokarmem. Aby wejść głębiej w ten tekst i zrozumieć dlaczego Eliasz po tak spektakularnym zwycięstwie nad pogańskimi kapłanami bożka Baala oddala się „na odległość jednego dnia drogi” i pragnie już umrzeć, trzeba zobaczyć całą sytuację w jakiej to wszystko się odbywało. Przecież te wydarzenia powinny były sprawić przełom. I lud powinien powrócić do wiary w Boga. A tymczasem Eliasz, który zawierzył całkowicie Bogu i potrafił bez lęku przeciwstawić się królowi sam walcząc przeciwko 450 niewiernym prorokom – teraz ucieka na pustynię i pragnie śmierci. Siada pod jałowcowym krzewem i pełen rozgoryczenia prosi Boga: „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków”. Powodem jego depresji i apatii stał się list, który otrzymał od królowej Izebel. To ona, główna propagatorka kultu Baala, wyraźnie zapowiada w swoim liście, że dotychczasowe bałwochwalstwo nadal będzie jedyną religią, a Eliasz musi zginąć. Nadzieja, którą żył prorok – wygasła. Co w nim pozostało? Świadomość, że to co zrobił – było całkowicie daremne. A przecież wszystko co zrobił – to z myślą o Bogu. Dla Niego walczył. I jaka zapłata? Pozostał sam jeden. Ci, którzy widzieli cudowne wydarzenie trwają nadal w swojej niewierze i jeszcze czyhają na jego życie. I oto, znajdując się w takiej przegranej sytuacji, sam Bóg wyprowadza go z depresji. Posyła anioła, który mówi do niego: ”Wstań i jedź!”

    Ojciec Anselm Grün, benedyktyn, tak komentuje tę scenę: „Eliasz je chleb, upieczony w żarzącym się popiele i pije wodę z dzbana, który stoi obok niego. Sam nie znajduje już żywności w swoim życiu. Potrzebuje anioła, który go dotknie i otworzy mu oczy na chleb, upieczony w popiele jego wypalonych nadziei i pasji. Jednak ani anioł, ani chleb i woda nie mogą sprawić, żeby wyruszył w drogę. Je i pije, a potem znowu się kładzie. Pozwala sobie pomóc, ale samodzielnie nie robi żadnego kroku naprzód. Za bardzo dąsa się jeszcze na Boga i ludzi, którzy z nim walczą. Jeszcze zbyt mocno więzi go jego rozczarowanie, ażeby anioł mógł go od tego uwolnić. Znowu zasypia, aby umrzeć. Po prostu nie chce wstać. Nie chce znowu walczyć. Nie ma jeszcze sił, aby kroczyć dalej, tak jak się tego od niego wymaga. Wtedy jednak drugi raz dotyka go anioł Pana: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga”. Teraz podnosi się, je, pije i idzie wzmocniony tym pokarmem czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do góry Horeb”.

    Góra Horeb jest górą Synaj, na której Bóg zawarł przymierze ze swoim ludem, przekazując przez Mojżesza dziesięcioro przykazań. I na tym miejscu Eliasz doznał Bożego dotknięcia, które go odmieniło. Bóg dał mu doświadczyć, że Boża wszechmoc nie jest podobna ani do szalejącej wichury, ani do trzęsienia ziemi czy ognia. Jego wszechmoc przejawia się w delikatnym i łagodnie orzeźwiającym dotyku – podnosząc tych, którzy upadli. Nawet nie stworzenie nieba i ziemi, ani moc podtrzymywania w istnieniu nieogarnionego wszechświata jest największym dziełem Bożej wszechmocy. Największym Bożym dziełem – to jest pokorne przyjście Syna Bożego na tę ziemię. A przyszedł po to, aby zgodzić się umrzeć śmiercią krzyżową, by w ten sposób ocalić ludzi przechodzących przez tę ziemię. Każdy powrót młodszego syna, który umarł, a znowu ożył i każde dostrzeżenie przez starszego brata swojego własnego egoizmu – dokonuje się ręką Boga i to jest największe dzieło Jego wszechmocy.

    Jak wspaniale Bóg odmienił Eliasza, wyprowadzając go z rozpaczy. Jeszcze nie tak dawno był pełen gniewu i mocy zdolnej aż do zabójstwa fałszywych proroków – a teraz staje się osobą pełną delikatności, łagodności i czułości. Pokarm, który Bóg mu dał poprzez anioła stał się ważnym elementem, bo doprowadził go do świętego miejsca. Ojcowie Kościoła w tej scenie odnajdowali sens Eucharystii.

    Wspomniany już dziś o. Anselm Grün pisze: „Podczas Eucharystii Bóg podaje nam chleb aniołów, dotyka nas i daje ciało i krew swego Syna, żeby nas nakarmić i napoić. Sami nie możemy sprawić, aby dokonała się w nas przemiana. Konieczny jest anioł, który nas potrąci, niezbędny jest człowiek, który otworzy nam oczy, który wskaże nam przygotowany dla nas chleb i wodę. Potrzebujemy samego Boga, który troskliwie poprowadzi nas pustynną drogą, i poprzez wichury i trzęsienia ziemi naszego życia otworzy nas na łagodny szept Jego kochającej i leczącej obecności.”

    Odmienienie Eliasza stało się możliwe dlatego, że spełnił on jedynie oczekiwanie Boga: po prostu zawierzył Bogu. A tylko tego jednego Bóg potrzebował.

    Patrząc na koleje mojego życia, które są związane z przeróżnymi drogami moich bliźnich – coraz bardziej ogarnia mnie lęk, aby nie zawieść Bożego oczekiwania.

    Pewnie dlatego powtarzam i to coraz częściej: Jezu, ufam Tobie.

    ks. Marian Łękawa SAC

     

  • komentarz na XVIII Niedziela zwykła Rok B – 5 sierpnia 2018

    komentarz na XVIII Niedziela zwykła Rok B – 5 sierpnia 2018

    Chleb życia
    XVIII Niedziela Zwykła – ROK B

    Robiło się już ciemno – a na pustyni zmrok zapada bardzo szybko. Hansen poczuł się nieswojo na samą myśl, że będzie zmuszony przenocować na pustyni. Od razu przypominały mu się zasłyszane opowieści o napadach i rozbojach. Usiłował więc dotrzeć przynajmniej do jakieś oazy, aby tam rozbić namiot zanim zapadną całkowite ciemności. I rzeczywiście dostrzegł w niedalekiej odległości kilka drzew, które otaczały źródło wody. Nad tym miejscem unosił się dym z ogniska.

    Kiedy był już bliżej zauważył trzech ponuro wyglądających nomadów. Stali pod drzewem i patrzyli w jego kierunku. Ich namiot był już rozbity i nad ogniskiem wisiał kociołek z herbatą. Pełen niepewności zbliżył się do oczekujących go mężczyzn. „Salaam” – usłyszał na powitanie. To piękne słowo oznaczające „pokój” jest pozdrowieniem wśród mieszkańców pustyni. Od razu serce Hansena napełniło się nadzieją. Odpowiedział również: „Salaam”. Trzej mężczyźni wrócili do ogniska i usiedli. Zaprosili przybysza, aby dołączył do nich. Jeden z nich wyciągnął z worka chleb i podał go Hansenowi. Drugi podał mu sól. Zarówno chleb jak i sól są symbolami pokoju i gościnności. Ucieszony ułamał kawałek chleba i posypał go solą. Pozostali zrobili również to samo. Ten wspólny posiłek dawał Hansenowi pewność, że teraz już nic złego mu nie grozi. Bo dzielenie się chlebem jest wejściem w rejon opieki i serdeczności. Chleb bowiem łączy.

    Aby człowiek mógł wejść głębiej w Wielką Tajemnicę Wiary, jaką jest Eucharystia, dzisiejsze Słowo Boże posługuje się chlebem danym do spożywania. Pierwsze Czytanie opisuje jak Pan Bóg w cudowny sposób karmi swój lud wybrany. O zmierzchu zsyła na obóz stado przepiórek. Zaś rano Izraelici znajdują „coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi”. I pytają: Co to jest? – po hebrajsku: „man hu?” Stąd nazwa: „manna”. W tym starotestamentowym cudzie jest więc i mięso i chleb. Chleb, który jest ciałem i ciało, które jest chlebem zapowiada rzeczywistość, która wymaga całkowitego zawierzenia Bogu. Chrystus wyjaśnia dziś w Kafarnaum: „Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu”.

    Ale Pan Jezus widząc, że ludzie nie odstępują od Niego, jedynie tylko dlatego, bo chcą nadal karmić się w taki cudowny sposób, naprowadza ich na właściwą drogę: „Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy.” Zachowanie Żydów jest zupełnie podobnie do Samarytanki przy studni. Ona też chciała takiej „cudownej wody”, dlatego prosiła Jezusa: „Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać.”

    I tu następuje niebezpieczeństwo oddalenia się człowieka od Bożego Daru właśnie pytaniem skierowanym do Boga: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?” Takie pytanie jest niewłaściwe i sprzeczne, bo – jak pisze Hans Urs von Balthasar – „człowiek nie może „wykonywać” dzieł Bożych. Jezus zwraca im uwagę na tę sprzeczność i ukazuje rozwiązanie. Dziełem Bożym jest to, by człowiek wierzył miast działać; by się oddawał Temu, który został posłany przez Boga. Na to ludzie żądają znaku, by mogli wierzyć; wciąż jeszcze wyobrażają sobie bowiem wiarę jako czyn. Teraz więc Jezus przeciwstawia siebie jako prawdziwy chleb z nieba owej mannie, którą zbierali Izraelici na pustyni; głodu duchowego nie da się już zaspokoić w inny sposób jak tylko przyjmując w wierze Jezusa, którego Bóg zesłał światu jako „prawdziwy chleb z nieba”. Człowiek wierzący również będzie musiał działać, ale z wiary, nie zaś po to, by uwierzyć. Wiara jest bowiem doskonałym zawierzeniem siebie działającemu Bogu, nie zaś ludzkim działaniem”.

    Pan Jezus zanim dokonał cudownego rozmnożenia chleba najpierw wystawił na próbę wiary wszystkich idących za Nim. Kazał im usiąść. A to znaczyło, że zażądał od nich oddania się w Jego ręce, zawierzenia, uwierzenia, że On może ich nakarmić. Dopóki stali mogli zostać, albo pójść sobie, żeby w jakiś sposób samemu zorganizować sobie pożywienie. Ale kiedy już usiedli – to znaczyło, że zrezygnowali ze swojej samowystarczalności, przestali liczyć na swoje własne siły. Zaufali Jezusowi. I wtedy nastąpił właściwy moment cudu. Wspólnie dokonali aktu wiary. Byli więc na dobrej drodze, ale czy oni potrafią wytrwać do końca, wierząc we wszystko czego będzie Chrystus od nich wymagał?

    Jesteśmy na Mszy świętej, którą rozpoczynamy od aktu wiary. Czy podobny niepokój nas nie ogarnia, jak tamtych zasłuchanych w Jezusowe słowa, którym aż taki cud został zaproponowany? Czy potrafimy, jak tamci ludzie, usiąść, uspokoić się, czekać, pragnąc żyć nie własnym życiem, ale życiem prawdziwym, którym jest Jezus Chrystus? Bo On i tylko On jest chlebem życia.

    Thomas Merton w książce pt. Chleb żywy komentując szósty rozdział Ewangelii według św. Jana pisze, że „nie docenimy niezwykłego bogactwa tego rozdziału, jednego z największych w Ewangelii, jeśli nie uwzględnimy w nim dwóch różnych płaszczyzn znaczeniowych, poprzez które Jezus jasno daje do zrozumienia, że chlebem życia jest przede wszystkim Jego Osoba, a następnie to, że udziela się nam w dwóch formach: Piśmie Świętym – „słowie Bożym” i w Eucharystii.

    Marian Łękawa SAC

  • XVII NIEDZIELA ZWYKŁA  Rok B  29 lipca 2018

    XVII NIEDZIELA ZWYKŁA Rok B 29 lipca 2018

    W roku bieżącym w czasie Mszy św. Kościół przekazuje swoim wiernym Słowa Ewangelii według św. Marka. Ale od dziś przez kilka niedziel, uczestnicząc w Wielkiej Tajemnicy Wiary, będziemy słuchać Ewangelii według św. Jana, z rozdziału szóstego, gdzie Chrystus stopniowo i coraz intensywniej podprowadza do właściwego zrozumienia co to znaczy Chleb życia, co to znaczy Eucharystia.

    Aby Słowo Boże dziś zasłyszane we mnie żyło pełniej – powinienem przypomnieć sobie czym jest chleb dla człowieka. Bo tak już bywa, że człowiek, dla którego chleb jest pożywieniem, dopiero wtedy kiedy odczuwa jego brak, zaczyna rozumieć jak wielkim skarbem jest kromka chleba.

    Ksiądz Cezary Jurkiewicz, mój współbrat na pierwszej mojej placówce po święceniach w Paryżu, który dopuścił mnie do przyjaźni z sobą pomimo czterdziestu lat różnicy, często opowiadał mi swoje koleje życia. I pamiętam jego komentarz do naszych pallotyńskich modlitw: „Dałeś im chleb z nieba, wszelki smak mający w sobie” – że on zrozumiał właściwe znaczenie tych słów dopiero w obozie koncentracyjnym w Dachau.

    Kiedy zmarł lekarz profesor Breitenbach, jego trzej synowie zaczęli rozdzielać spadek po ojcu zgodnie z jego ostatnią wolą. Były tam stare, ręcznie wykonane meble dębowe, ciężkie dywany i drogocenne obrazy. Przeglądając szuflady w jednej z nich znaleźli dziwny, twardy przedmiot owinięty w szary papier. Po odwinięciu zobaczyli skamieniałą połówkę bochenka chleba. I wtedy stara gospodyni opowiedziała zdumionym synom historię tego chleba: Było to w czasie I wojny światowej. Starszy pan wtedy właśnie ciężko zachorował. Do tej choroby dołączył się ogólny stan wyczerpania. Potrzebne było dobre odżywianie, ale to były bardzo trudne czasy. Właśnie w tym krytycznym momencie jeden ze znajomych przysłał pół bochenka chleba. Chociaż profesor bardzo się ucieszył z tego prezentu, to nie zjadł chleba. Wiedział, że w sąsiednim domu córka nauczyciela była chora i cierpiała z głodu. Powiedział wtedy: „Co tam ja… stary człowiek, młode życie bardziej tego potrzebuje”. I musiałam zanieść ten chleb do domu nauczyciela. Jak się później okazało, także jego żona nie chciała zatrzymać tego podarunku, lecz oddała go wdowie, która mieszkała na poddaszu. Ale i tutaj nie skończyła się dziwna podróż chleba. Staruszka zaniosła go bowiem do swojej córki, która razem z dwójką dzieci mieszkała na sąsiedniej ulicy w suterynie. Z kolei córka patrząc na ten chleb przypomniała sobie starego lekarza, który wyleczył jedno z jej dzieci z ciężkiej choroby i nie wziął za swoją pracę ani grosza. Poszła więc z tym pół-bochenkiem do mieszkania doktora, a my natychmiast rozpoznaliśmy ten chleb – zakończyła gospodyni. Kiedy pan profesor trzymał znowu w dłoniach ten kawałek chleba i słuchał opowieści o jego wędrówce, był poruszony do głębi i powiedział: „Tak długo, jak wśród nas panuje taka miłość, nie obawiam się o nas”. Ale chleba nie zjadł. Tylko powiedział do mnie: „Zachowamy go, a kiedy zacznie nas ogarniać małoduszność, wystarczy, że na niego popatrzymy”.

    Kiedy gospodyni skończyła opowiadać, trzej bracia jeszcze długo milczeli. Wreszcie najstarszy z nich powiedział: „Myślę, że powinniśmy podzielić się tym chlebem. Każdy z nas zachowa swój kawałek jako pamiątkę po naszym ojcu oraz jako przypomnienie tej ukrytej w człowieku siły, która nie opuszcza go nawet w największej potrzebie.”

    Cyprian Norwid w wierszu Moja piosnka podniósł chleb aż do wysokości boskiego rodowodu

    „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

    Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

    Dla darów Nieba… Tęskno mi, Panie…”

    Żyjąc z dala od Ojczyzny często widzę sponiewierany chleb, porzucony, jakby nie miał już żadnej wartości. Taki chleb z czym może się kojarzyć dzisiejszemu człowiekowi, który słucha o cudzie jego rozmnożenia? Doczesność jest tą pokusą, która wciąż idzie za człowiekiem i usiłuje sprowadzić Jezusa tylko do ziemskiego wymiaru. Ale Chrystus nie daje się zamknąć w takim ciasnym kole. Dlatego wychodzi na górę. Kto chce iść za Nim musi zadać sobie trud wspinania i szukania. I tłumy szły za Jezusem i byli zasłuchani tak bardzo, że nawet zapomnieli o jedzeniu. Jego słowa: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boże i jego sprawiedliwość, a wszystko inne będzie wam dodane” były rozumiane dosłownie.

    Jezusowy cud rozmnożenia chleba miał już swoją zapowiedź w Starym Testamencie, kiedy to prorok Elizeusz – jak opisuje dzisiejsze I Czytanie – cudownie nakarmił stu ludzi, mając tylko dziesięć jęczmiennych placków. Ale w tym miejscu ogarnia mnie niepokój, bo ci, którzy byli najbliżej nie uwierzyli w niemożliwe rzeczy, które sprawia Bóg. Bo jak wytłumaczyć nie zdziwienie, ale niedowierzanie najpierw sługi proroka, który pyta: „Jakże to rozdzielę między sto ludzi?” Zaś w Ewangelii Andrzej, brat Szymona Piotra mówi do Jezusa: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?”

    Jak bardzo potrzebuję Bożej mocy, by móc wciąż przezwyciężać moją ludzką niemoc i wznosić się ponad to, co jest tylko doczesne. Bo można pozostać ze swoim brakiem zawierzenia, ale wtedy jest już tak jak napisał ks. Jan Twardowski: „Widzimy tylko chleb – nie widzimy Jezusa w Komunii świętej. Widzimy ciało – nie widzimy ducha. Widzimy ludzkie działanie – ale nie widzimy Bożej łaski”.

    ks. Marian Łękawa SAC