Category: 1sza strona

Najnowszy wpis pojawia się NA 1 STRONIE.

  • Ogłoszenia – styczeń 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ___________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 28 STYCZNIA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA * IV NIEDZIELA ZWYKŁA * ROK B

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha...
    fot. Screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)

    ***

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha..

    Przytaczamy wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem.

    Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

    Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

    W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

    Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

    W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

    W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego. 

    Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

    Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

    Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

    Egzorcyści

    Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

    Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

    Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście? 

    Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.  

    Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia! 

    Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

    Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

    A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

    bo człowiek jest wolny…

    …tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

    Czy ze złym duchem można rozmawiać?

    Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałemodpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło. 

    Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił. 

    Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu. 

    Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą? 

    Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania… 

    Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy. 

    Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

    Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

    Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka. 

    U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha. 

    Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

    Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

    Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli? 

    Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

    Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

    Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

    Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

    Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

    mp/za: katolik.pl/Fronda.pl

    ________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 1 LUTY

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ___________________________________________________

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 2 LUTY

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?

    W CZASIE MSZY ŚW. BĘDZIE POŚWIĘCENIE NASZYCH ŚWIEC GROMNICZNYCH

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA, W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    _______________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    I SOBOTA MIESIĄCA – 3 LUTY

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – OD GODZ. 17.00 SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z V NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDZIE NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA PIĘĆ ZNIEWAG I BLUŹNIERSTW PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ***

    _________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 4 LUTY

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA * V NIEDZIELA ZWYKŁA * ROK B

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna

    do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi: 24 stycznia – 1 lutego

    W dniach od 24 stycznia do 1 lutego pragniemy podjąć nowennę do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi przed świętem Ofiarowania Pańskiego, zwanym świętem Matki Bożej Gromnicznej, które przypada 2 lutego.


    Dlaczego właśnie wtedy? Maryja wyraziła życzenie, aby dzień 2 lutego był również świętem Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca, mówiąc do węgierskiej mistyczki, Elżbiety Kindelmann: 

    Proszę Ojca Świętego, by wyznaczył obchody święta Płomienia Miłości mojego Niepokalanego Serca w dniu 2 lutego – w święto Matki Bożej Gromnicznej. Nie pragnę, by ustanawiano dodatkową uroczystość. (Dziennik duchowy PM – 1.08.1962)

    ***

    ***

    Wprowadzenie

    Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.

    Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.

    Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)

    Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.

    Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.

    Żaden umierający nie może zostać potępiony.

    PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)

    Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.

    Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.

    Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie od razu wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.

    Modlitwy na każdy dzień nowenny

    Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.

    KORONKA KAMEDULSKA

    Pexels | CC0

    1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    Crystus umiera na krzyżu

    ____________________

    Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.

    ____________________

    Dzień 1 – 24 stycznia

    Dzieło Maryi dla zbawienia dusz

    Samplefot. DDP / Unsplash

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.

    Maryja: Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
    2. W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
    3. Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
    4. Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?

    Intencja

    Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 2 – 25 stycznia

    Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz

    fot. vecstock Freepik

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!

    Maryja: Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)

    Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?

    Maryja: Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowy PM – 2 lutego 1982)

    Jezus: Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)

    Chwila na refleksję

    1. Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
    2. Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
    3. Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?

    Intencja

    Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 3 – 26 stycznia

    Maryja i świętość

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.

    Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.

    Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)

    Jezus: Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
    2. Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?

    Intencja

    Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 4 – 27 stycznia

    Maryja i Krzyż Święty

    „Maryja podtrzymująca martwego Chrystusa” Hans Memling/fot. z Królowej Różańca Świetego

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.

    Maryja: Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)

    Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)

    Jezus: Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)

    Chwila na refleksję

    1. Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
    2. Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?

    Intencja

    Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 5 – 28 stycznia

    Maryja, Matka Eucharystii

    fot. ze strony: Boża wola

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Niepokalane Poczęcie Maryi jest pierwszym przypadkiem przyjęcia przez człowieka Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że wizyta Maryi u jej kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją z Ciałem Chrystusa. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z Nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.

    Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
    2. Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
    3. Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?

    Intencja

    Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 6 – 29 stycznia

    Płomień Miłości Zjednoczonych Serc

    Jezusa i Maryi

    Święte Serce
    Witraż przedstawiający Najświętsze Serce Jezusa i Niepokalane Serce Maryi (zdjęcie OSV News / Sam Lucero)

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.

    Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)

    Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:

    Niech nasze stopy kroczą razem,

    niech nasze ręce zbierają razem,

    niech nasze serca biją razem,

    niech nasze dusze odczuwają razem.

    Niech nasze myśli się jednoczą!

    Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.

    Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,

    a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.

    Niech nasze wargi razem proszą

    Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!

    Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.

    Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:

    – Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
    2. Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
    3. Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?

    Intencja

    Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 7 30 stycznia

    Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:

    Jezus: Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)

    Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.

    Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.

    Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
    2. Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
    3. Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?

    Intencja

    Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 8 – 31 stycznia

    Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi
    źródło obrazu: Flame of Love of the Immaculate Heart of Virgin Mary | Facebook
    Obraz Maryi z objawień namalował austriacki artysta Erwin Schöppl

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.

    Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
    2. Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?

    Intencja

    Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 9 – 1 luty

    Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

    Maryja: Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Jezus: Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.

    Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Chwila na refleksję

    1. Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
    2. Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
    3. Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?

    Intencja

    Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor.

    This image has an empty alt attribute; its file name is plomien-nsm.jpg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Hopefootage /Carhopic/Stacja7.pl

    ***

    7 sakramentów świętych

    Właściwie od okresu niemowlęcego, przyjmujemy sakramenty. Na początku chrzest święty, potem Komunia, bierzmowanie… Sakramentów jest jednak więcej. Jakie są i dlaczego akurat takie? Sprawdźmy!

    7 sakramentów świętych – jedna z podstawowych definicji małego katechizmu. Niektóre sakramenty przyjmuje się wyłącznie raz w życiu, inne wiele razy. Kościół przyjmuje, że sakramenty ustanowił sam Chrystus. Katechizm Kościoła Katolickiego (1131) mówi o nich w następujący sposób:

    Sakramenty są skutecznymi znakami łaski, ustanowionymi przez Chrystusa i powierzonymi Kościołowi. Przez te znaki jest nam udzielane życie Boże. Obrzędy widzialne, w których celebruje się sakramenty, oznaczają i urzeczywistniają łaski właściwe każdemu sakramentowi. Przynoszą one owoc w tych, którzy je przyjmują z odpowiednią dyspozycją.

    Sakramenty i ich znaczenie

    Nie bez powodu 7 sakramentów świętych nazywa się czasem siedmioma mocami Kościoła. To prawdziwe dodanie mocy, radości, siły chrześcijanom, którzy je otrzymują. Każdy sakrament ma inną rolę.

    Chrzest święty

    Chrzest święty jest pierwszym sakramentem, który przyjmuje każdy wyznawca Chrystusa. Najczęściej przyjmuje się go na rękach rodziców w wieku niemowlęcym. Jednak zdarza się, że chrzest przyjmuje się w dorosłym wieku. Wówczas najczęściej dzieje się to w Wigilię Paschalną, a takie osoby nazywa się katechumenami. Ten sakrament obmywa z grzechu pierworodnego i jest nazywany sakramentem inicjacji chrześcijańskiej.

    Bierzmowanie

    Ten sakrament najczęściej otrzymują młodzi, wchodzący w dorosłość. W jego trakcie przyjmują Dary Ducha Świętego. Nazywa się go także sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej. Ci, którzy go przyjmują decydują się na świadome życie zgodnie z zasadami wiary.

    Eucharystia

    Eucharystia jest takim sakramentem, do którego przystępuje się bardzo uroczyście pierwszy raz w trakcie Pierwszej Komunii Świętej. Potem można go, a nawet powinno się przyjmować całe życie. Eucharystia jest spożywaniem Ciała i Krwi Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Podczas normalnej Mszy świętej najczęściej wierni spożywają wyłącznie Ciało Chrystusa pod postacią opłatka eucharystycznego. Jest to pamiątka Męki Chrystusa. Ten sakrament ustanowił Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy mówił: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje, które za was będzie wydane”.

    Pokuta i pojednanie

    Spowiedź jest sakramentem, podczas którego wierni mają przyjrzeć się swojemu sumieniu i przyznać się do popełnianych błędów. Polega ona na wyznaniu w konfesjonale swoich złych czynów, zachowań, postaw. Ksiądz następnie w imię Chrystusa odpuszcza grzechy.

    Namaszczenie chorych

    Namaszczenie chorych nazywa się często ostatnim namaszczeniem. Nie oznacza to jednak, że sakrament ten można przyjąć wyłącznie raz w życiu i to przed śmiercią. Przyjmują go jednak głównie osoby chore i cierpiące.

    Kapłaństwo

    Kapłaństwo jest jednym wśród 7 sakramentów świętych, gdzie przyjmują go nieliczni. Tylko ci, którzy zostali wezwani przez Chrystusa do pełnienia wyjątkowej służby i poświęcenia w Jego imię całego swojego życia. Po sakramencie kapłaństwa, ksiądz następnie najczęściej pełni posługę w parafii, do której zostaje skierowany.

    Małżeństwo

    Małżeństwo to taki sakrament, który już na zawsze łączy dwa ciała w jedno. Dwoje kochających ludzi – kobieta i mężczyzna stają się jedną rodziną. Dzieje się tak, gdy przed Bogiem, w obecności kapłana i świadków, ślubują sobie wzajemnie miłość, wierność i uczciwość małżeńską.

    ***

    7 sakramentów świętych to prawdziwy dar dla nas, chrześcijan. Powinniśmy zatem z nich korzystać i dziękować Bogu za to, że nam je ofiarował, jako pomoc w codziennym wyznawaniu wiary.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Zander Bederi/unsplash.com

    ***

    Dlaczego Matka Boża jest Gromniczna?

    Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece. Niektórzy widzieli tu też znaczenie symboliczne – Maryja czczona jest jako łamiąca strzały gniewu Bożego, który symbolizują również gromy…

    Maryja jest Niepokalana – dlaczego obchodzimy święto jej oczyszczenia?

    Święto Ofiarowania Pańskiego jest jednym z najstarszych świąt chrześcijańskich. Znane było już w IV wieku w Jerozolimie, natomiast w liturgii rzymskiej zadomowiło się w wieku VII. Przed 1969 rokiem na Zachodzie znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Bożej Gromnicznej”.

    Z czego oczyszczono Maryję?

    Ewangelista Łukasz tak opisuje scenę ofiarowania Pana Jezusa w świątyni:

    „Gdy zaś nadszedł dzień poddania ich oczyszczeniu zgodnie z Prawem Mojżeszowym, zanieśli Go do Jerozolimy, aby był ofiarowany Panu, według tego, co jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć ofiarę zgodnie z tym, co jest powiedziane w Prawie Pańskim: parę synogarlic lub dwa gołąbki” (Łk 2, 22-23).

    Gdy kobieta urodziła syna, przez czterdzieści dni była uważana za rytualnie nieczystą (Kpł 12, 1-8). Dopiero po upłynięciu tego czasu mogła wejść do świątyni. Ofiarowanie („wykupienie” za złożoną ofiarę) pierworodnego, nawiązywało do wyzwolenia Żydów z egipskiej niewoli i ocalenia ich przed ostatnią plagą (Wj 12, 29-30).

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    PREZENTACJA W ŚWIĄTYNI. MENOLOG BAZYLEGO II, KONIEC X WIEKU

    ***

    W fakcie, iż Niepokalana Maryja poddała się mojżeszowemu Prawu, pobożność ludowa dostrzegała przede wszystkim jej pokorę. Wyraźnie widać to w tej tradycyjnej pieśni:

    Czystsza nad słońce oczyszczenia czeka,
    Idąc w poczet z grzesznemi;
    Lubo jest Matką Boga i Człowieka,
    Panią nieba, ziemi:
    Z Mojżeszowego wyjęta prawa,
    Przecież na wywód w kościele stawa,
    Wraz z niewiastami innemi.

    Będąc bez grzechu idzie na ofiarę,
    Z pokorą do wywodu;
    Kładzie na ołtarz synogarlic parę,
    Na okup Swego Płodu:
    Niesie na ręku Matka jedyna
    Swego i oraz Boskiego Syna,
    Zbawcę ludzkiego narodu.

    Zwycięża pychę Maryi pokora,
    Wyniosłość bierze w pęta;
    Gdy oczyszczenie ta przyjmuje, która
    Bez zmazy jest poczęta:
    Dała nam przykład Królowa nieba,
    Jak się w pokorze ćwiczyć potrzeba;
    Więc zgiń hardości przeklęta.

    Szczęśliwy Symeon i miecz boleści

    Symeon pod natchnieniem Ducha wypowiada wobec Maryi słowa, które przygotują ją na specjalny udział w odkupieńczej misji Syna: „Oto Ten przeznaczony jest na powstanie i na upadek wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34-35).

    Scena ta mocno wpłynęła na mariologię i pobożność maryjną. Tu mają źródło nabożeństwa do Matki Boskiej Bolesnej, przebitego serca Niepokalanej, czy pogląd o Współodkupicielce rodzaju ludzkiego. Hymn uwielbienia, który wcześniej wyśpiewał świątynny starzec, biorąc w ramiona Zbawcę świata, jest codziennie odmawiany lub śpiewany przez modlących się kompletą.

    Wznosi Boga na swym ręku Symeon stary,
    I głosi światłem narodów prawdziwej wiary,
    Kapłan pożądany i na to posłany,
    Aby poznał Boga w ciele, Pana nad Pany.

    Anna święta, staruszeńka, ona prorokini,
    Uwija się prędziuteńko jako gospodyni,
    Nikomu nie łaje, przystępną się staje,
    Wszystkim gościom tam będącym chęci dodaje.

    [tradycyjna kolęda śpiewana 2 lutego]

    Miecz boleści, i teraz Maryją przenika,
    Według mowy onego starca Symeona,
    Gdy posłyszy że piekło pożera grzesznika,
    Za którego na krzyżu Jezus Syn jéj kona.

    (z pieśni: O Ofiarowaniu Chrystusowém)

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    Bellini 1474

    ***

    Symbolika światła

    Od początku celebracjom tego święta towarzyszyły procesje ze świecami. Procesja ze światłem nawiązuje do podróży Maryi i Józefa do świątyni oraz hymnu Symeona („Światło na oświecenie pogan”). Światło oczywiście oznacza Chrystusa (J 8, 12).

    Symbolikę wyjaśnia św. biskup Sofroniusz (VI/VII w.), którego piękne kazanie jest w Godzinie Czytań z tego dnia:

    „Idźmy wszyscy na spotkanie Chrystusa. Z ochoczym sercem podążajmy wielbiąc Jego tajemnice. Niechaj nikogo nie zabraknie na tym spotkaniu, niech każdy niesie zapaloną świecę.

    Blask gorejących świec oznacza najpierw Bożą chwałę Tego, który przychodzi, przez którego wszystko jaśnieje od czasu, kiedy blask światła wiecznego rozproszył złe ciemności. Oznacza także i nade wszystko, że trzeba nam z jasną duszą wyjść na spotkanie Chrystusa. Jak bowiem Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w ręku widoczny dla wszystkich płomień, pośpieszajmy naprzeciw Tego, który jest prawdziwym Światłem .”

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    WIKIPEDIA.ORG/DOMENA PUBLICZNA

    ***

    Skąd gromnice? Walcząca z piorunami…

    Święto Matki Boskiej Gromnicznej w Polsce zawsze obchodzono bardzo uroczyście. Świece, które były święcone przed Mszą, i z którymi szło się w procesji, nazywano gromnicami. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.

    Niektórzy widzieli tu też znaczenie symboliczne – Maryja czczona jest jako łamiąca strzały gniewu Bożego, który symbolizują również gromy…

    Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

    Gromnicę zapala się również przy konającym, by miał przed oczami światłość wiekuistą oraz wzywał Maryję, patronkę dobrej śmierci.

    Niżeli oczy zgasną proszę weź gromnicę,
    Post, jałmużny i spowiedź, poprzedzaj skonanie;
    A ujźrzysz z Symeonem mnie Bogarodzicę,
    Rzeczesz: dziś mnie wypuszczasz sługę Twego Panie.

    (z pieśni: O Ofiarowaniu Chrystusowém)

    Dawid Gospodarek/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Unsplash

    ***

    Gromnica – świeca, która niesie światło Chrystusa

    Gromnica to świeca, którą każdy chrześcijanin powinien mieć w swoim domu. Zapala się ją przy przyjmowaniu sakramentów świętych, w trudnych chwilach, w czasie nawałnic, czy w godzinie śmierci. Jest ona symbolem światłości Chrystusa, która rozjaśnia mroki grzechu każdego człowieka.

    Gromnica to świeca, która towarzyszy chrześcijaninowi w najważniejszych wydarzeniach w życiu takich jak: chrzest święty, pierwsza Komunia Święta, bierzmowanie, ślub, czy w godzinie śmierci. Zapalana jest w trakcie najważniejszych świąt – między innymi w Wielką Sobotę podczas Liturgii Światła. 

    Wykonana jest z pszczelego wosku i niegdyś była przechowywana w każdym domu. Kiedy przychodziły gwałtowne burze, nawałnice, czy groziły wszelkiego rodzaju klęski żywiołowe – wyciągano je, palono i modlono się przy blasku świecy. Jest ona znakiem obecności Chrystusa – czyli Światłości świata.

    Gromnica a Ofiarowanie Pańskie 

    Święto Ofiarowania Pańskiego przypada na 2 lutego. Wiąże się ona ściśle z zakończeniem tradycyjnego okresu Bożego Narodzenia, od którego tego dnia mija 40 dni. W liturgii nie słyszymy już kolęd, a z naszych domów znikają wszelkie, świąteczne ozdoby. Podczas uroczystości, w Kościele świecimy świecę. Obrzęd ma przypominać chrześcijanom, że Chrystus jest Światłością świata, która rozjaśnia wszystkie mroki grzesznego życia każdego z nas. 

    Światło, które daje Chrystus możemy otrzymać między innymi w sakramentach. Wtedy wychodzimy z mroku i zaczynamy dostrzegać światło, które przyćmił grzech. Dzięki temu na nowo jesteśmy w stanie spojrzeć na rzeczywistość w świetle Ewangelii. Święto Ofiarowania Pańskiego w Polsce ma charakter Maryjny i przyjmuje się, że jest to Święto Matki Bożej Gromnicznej. 

    Kiedy zapalamy gromnicę? 

    Gromnicę zapala się zawsze podczas święta Ofiarowania Pańskiego, kiedy to następuje obrzęd jej poświęcenia. Mamy ją także w Kościele podczas liturgii światła, która odbywa się w Wielką Sobotę. Ponadto świeca zapalana jest między innymi podczas przyjmowania sakramentów tj. chrzest święty, pierwsza Komunia Święta, itd. Mówi się, że świeca, którą człowiek dostaje przy chrzcie świętym, powinna towarzyszyć mu przez całe życie. 

    Natomiast gromnicę zapala się także w domowych warunkach. Są to najczęściej sytuacje, kiedy powstaje zagrożenie związane z kataklizmami, panowaniem żywiołów. Symbol światła ma być dowodem obecności Boga w trudnych chwilach. Świecę można także zapalić, kiedy w życiu człowieka są sytuacje bez wyjścia, gdy wszystkie sprawy się komplikują – prosząc, by światło Chrystusa wskazało drogę wyjścia, oczyszczenia. Gromnicę zapala się także w obecności umierającej osoby, aby światłość Chrystusa zaprowadziła ją do zbawienia. 

    Świecę święci się co rok, ponieważ wynika to z tradycji. Dziś gromnicę pali się bardzo rzadko, zapominamy o tym, by modlić się przy jej towarzystwie w trudnych chwilach. Niegdyś bardzo często palono gromnicę, w czasie nawałnic, burz – stąd gromnica szybko się wypalała i pojawiła się potrzeba, by obrzęd poświęcenia świec odbywał się co roku. 

    Modlitwa przy gromnicy 

    Spraw, Gromniczna Pani,
    abyśmy naśladując Twoją pokorę,
    zawsze stawiali Chrystusa – Światłość
    w centrum naszego życia i wszelkich naszych poczynań.
    Nie pozwól, abyśmy zaplątani w wilcze zamysły szatana i jego sług, bezradnie błądzili w ciemnościach grzechu,
    beznadziei i niewiary.
    Gdy ogarnie nas mrok zwątpienia, przybądź nam na pomoc z zapaloną gromnicą i spraw, aby jej światłość rozproszyła wszelkie „wilcze watahy”, które czyhają na nas na każdym etapie naszego życia. A gdy zbliżymy się do jego kresu,, okaż w ciemności światło Chrystusa, Matko Gromniczna, Matko Jezusa’’ 

    Aleteia.pl, KAI, krolowa.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Sor Gaby FMA/cathopic.com

    ***

    Akt oddania Matce Bożej

    Matko Boża, ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości…

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!

    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.

    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.

    Chcę odtąd wszystko czynić z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam. Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twojego Syna i zawsze zwyciężasz.

    Spraw więc, Wspomożycielko wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.

    błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski/Stacja7.pl


    Św. Jan Paweł II: Nie podcina się korzeni, z których się wyrosło!

    Św. Jan Paweł II:

    Nie podcina się korzeni, z których się wyrosło!

    – Byliśmy i jesteśmy w Europie, nie musimy do niej wchodzić ponieważ ją tworzyliśmy i tworzyliśmy ją z większym trudem aniżeli ci którym się to przypisuje… albo ci którzy sobie sami  przypisują patent na europejskość, wyłączność… A co ma być tym kryterium? – Wolność? – Jaka wolność? Np. wolność odbieranie życia nienarodzonemu dziecku..? – powiedział podczas św. Jan Paweł II.

    – Moi drodzy bracia i siostry, ja pragnę jako biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy! Europy zachodniej .. To obraża wielki świat kultury chrześcijańskiej z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli… współtworzyli także za cenę naszych cierpień!  Tu na tej ziemi kujawskiej, tu w tym mieście męczenników musi być powiedziane to głośno! – mówił dalej.

    – Tak, oczywiście Europa to także dzieje wielkich kryzysów, dzieje kryzysu europejskiego, który ma wiele korzeni, który trwa i rozwija się, który trwa… rozwija się w naszych czasach.. ma także swój dalszy ciąg….niestety w tym stuleciu tragiczny!  – przekonywał Jan Paweł II -.To przecież w tym stuleciu stworzono ten światopogląd w imię którego człowiek może odbierać życie drugiemu człowiekowi… dlaczego? – ponieważ jest innej rasy, ponieważ ma taką grupę etniczną… ponieważ jest Żydem… ponieważ jest Cyganem…ponieważ jest Polakiem… rasa panów i rasa niewolników, mit klas…To wszystko jest także dziedzictwem europejskim, ale z tego się mamy wyzwalać!

    – Europa potrzebuje odkupienia! – wołał papież – Uroczystość Serca Bożego jest uroczystością odkupienia Europy, odkupienia świata, odkupienia Europy dla świata.

    – A cóż to jest odkupienie jak nie przywrócenie wartości?

    – Nie jest przywróceniem wartości człowiekowi spychanie go do tego co zmysłowe, do tych wszystkich rodzajów pożądania…do tych wszystkich ułatwień w dziedzinie zmysłów, w dziedzinie życia seksualnego, w dziedzinie używania.  Nie jest miarą europejskości, nie jest miarą kultury na które tak często powołują się rzecznicy naszego wejścia do Europy.

    – Przede wszystkim my wcale nie musimy wchodzić do  Europy bo my w niej jesteśmy !  Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach i u nas  w ostatnich dziesięcioleciach! Tak tworzył ją ksiądz Jerzy..
    On jest partonem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia. Tak jak Chrystus, tak jak Chrystus…

    – Tak jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie…dlatego, że dał swoje życie za nas wszystkich …ma prawo obywatelstwa wśród nas , wszystkich narodów tego kontynentu, całego świata….przez swój krzyż…Tajemnica serca, które przebili, przebodli , tajemnica serca w które się wpatrywali …

    – To są ci wielcy pionierzy Europy …w przeszłości na przyszłość… Taką miarę europejskości przyjmujemy. Takiej miary europejskości pragniemy podjąć i kontynuować.

    Nie pozwolimy sobie zaniżyć tej miary!

    Pod koniec swojego życia papież Jan Paweł II podziękował Polsce, „która na forum europejskim broniła wiernie korzeni chrześcijańskich naszego kontynentu, z których wyrosła kultura i podstawy cywilizacji”.

    – JEDYNIE WIERNA SWYM KORZENIOM EUROPA BĘDZIE W STANIE SPROSTAĆ WYZWANIOM III TYSIĄCLECIA …. NIE PODCINA SIĘ KORZENI Z KTÓRYCH SIĘ WYROSŁO!

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki:

    Wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem

    (fot. Biuro Prasowe Konferencji Episkopatu Polski)

    ***

    W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki w Oświadczeniu w kwestii aborcji.

    Odwołując się do encykliki św. Jana Pawła II Evangelium vitae, przewodniczący Episkopatu przypomniał, że „Ustawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa” (72).

    Powołując się dalej na Evangelium vitae, przewodniczący Episkopatu zaznaczył, że „w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować «ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu»” (73).

    Przewodniczący KEP podkreślił, że nauczanie Magisterium Kościoła jest jednoznaczne: „każdy – nie tylko członek Kościoła katolickiego – człowiek prawego sumienia stoi wobec moralnego obowiązku uszanowania ludzkiego życia od jego początku, aż do naturalnej śmierci”.

    Abp Gądecki zwrócił uwagę, że chociaż w demokracji większość podejmuje decyzje, „nie oznacza to jednak, że racja jest po stronie większości, a jedynie, że mniejszość nie potrafiła znaleźć wystarczająco przekonujących argumentów, aby stać się większością. O racji nie decyduje liczba zwolenników danego poglądu. Racja – przede wszystkim racja etyczna – często jest po stronie mniejszości. Niekiedy zaś – o czym przypomina postać Sokratesa – po stronie pojedynczego człowieka o dobrze uformowanym sumieniu”.

    „W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem” – podkreślił przewodniczący Episkopatu. Zaapelował również do członków obu izb parlamentu i prezydenta Rzeczypospolitej, „by dali świadectwo prawdziwej troski o życie bezbronne, bo nienarodzone”.

    OŚWIADCZENIE
    PRZEWODNICZĄCEGO KONFERENCJI EPISKOPATU POLSKI
    W KWESTII ABORCJI

    W związku z coraz częściej obecnymi w przestrzeni publicznej opiniami o rzekomej konieczności rozszerzenia dostępu do aborcji, chciałem przypomnieć stanowisko Kościoła katolickiego w kwestii prawa do życia. Jest to nauczanie, które odwołuje się do prawa naturalnego, a więc obowiązującego w sumieniu każdego człowieka. Dowodem jest choćby tekst przysięgi Hipokratesa, gdzie czytamy: „Nigdy nikomu, także na żądanie, nie dam zabójczego środka ani też nawet nie udzielę w tym względzie rady; podobnie nie dam żadnej kobiecie środka poronnego”. W przypadku katolika prawo do życia potwierdzone jest dodatkowo autorytetem Kościoła. Św. Jan Paweł II poświęcił temu zagadnieniu encyklikę Evangelium vitae, której fragmenty chciałbym teraz przypomnieć.

    Różnica między demokracją a tyranią

    „[We] współczesnej kulturze demokratycznej szeroko rozpowszechnił się pogląd, wedle którego porządek prawny społeczeństwa powinien ograniczać się do utrwalania i przyswajania sobie przekonań większości i w konsekwencji winien być zbudowany wyłącznie na tym, co większość obywateli stosuje i uznaje za moralne” (69). „Można się spotkać z poglądem, że relatywizm ten jest warunkiem demokracji, jako że tylko on miałby gwarantować tolerancję, wzajemny szacunek między ludźmi i uznanie decyzji większości, podczas gdy normy moralne uważane za obiektywne i wiążące prowadziłyby rzekomo do autorytaryzmu i nietolerancji. Ale właśnie problematyka szacunku dla życia pozwala dostrzec, jakie dwuznaczności i sprzeczności (…) kryją się za tym poglądem.

    To prawda, że historia zna przypadki zbrodni dokonywanych w imię «prawdy». Ale do czynów równie zbrodniczych i do radykalnego pogwałcenia wolności dochodziło też i nadal dochodzi pod wpływem «relatywizmu etycznego». Gdy większość parlamentarna lub społeczna uchwala, że zabicie jeszcze nie narodzonego życia ludzkiego jest prawnie dopuszczalne, choćby nawet pod pewnymi warunkami, to czyż nie podejmuje tym samym decyzji «tyrańskiej» wobec najsłabszej i najbardziej bezbronnej ludzkiej istoty? Sumienie powszechne słusznie wzdryga się w obliczu zbrodni przeciw ludzkości, które stały się tak smutnym doświadczeniem naszego stulecia. Czyż te zbrodnie przestałyby być zbrodniami, gdyby nie popełnili ich pozbawieni skrupułów dyktatorzy, ale gdyby nadała im prawomocność zgoda większości?” (70).

    Moralny charakter demokracji

    „W rzeczywistości demokracji nie można przeceniać, czyniąc z niej namiastkę moralności lub «cudowny środek» na niemoralność. Jest ona zasadniczo «porządkiem» i jako taka środkiem do celu, a nie celem. Charakter «moralny» demokracji nie ujawnia się samoczynnie, ale zależy od jej zgodności z prawem moralnym, któremu musi być podporządkowana podobnie jak każda inna działalność ludzka (…). Wartość demokracji rodzi się albo zanika wraz z wartościami, które ona wyraża i popiera (…). Gdyby na skutek tragicznego zagłuszenia sumienia zbiorowego sceptycyzm podał w wątpliwość nawet fundamentalne zasady prawa moralnego, zachwiałoby to samymi podstawami ładu demokratycznego, tak że stałby się on jedynie mechanizmem empirycznej regulacji różnych i przeciwstawnych dążeń. (…) W takiej sytuacji demokracja łatwo staje się pustym słowem” (70).

    Prawo cywilne a prawo moralne

    „Nie ulega wątpliwości, że zadanie prawa cywilnego jest inne niż prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania węższy. (…) Właśnie dlatego prawo cywilne musi zapewnić wszystkim członkom społeczeństwa poszanowanie pewnych podstawowych praw, które należą do natury osoby i które musi uznać i chronić każde prawo stanowione. Wśród nich pierwszym i podstawowym jest nienaruszalne prawo do życia każdej niewinnej ludzkiej istoty. Chociaż władza państwowa może niekiedy powstrzymać się od zakazania czegoś, co — gdyby zostało zabronione — spowodowałoby jeszcze poważniejsze szkody, nigdy jednak nie może uznać, że jest prawem jednostek — nawet jeśli stanowiłyby one większość społeczeństwa — znieważanie innych osób przez łamanie ich tak podstawowego prawa, jakim jest prawo do życia. Prawna tolerancja przerywania ciąży lub eutanazji nie może więc w żadnym przypadku powoływać się na szacunek dla sumienia innych właśnie dlatego, że społeczeństwo ma prawo i obowiązek bronić się przed nadużyciami dokonywanymi w imię sumienia i pod pretekstem wolności” (71).

    Prawo jako narzędzie przemocy

    „W ciągłości z całą Tradycją Kościoła pozostaje także nauczanie o koniecznej zgodności prawa cywilnego z prawem moralnym (…). Takie też jest jednoznaczne nauczanie św. Tomasza z Akwinu, który pisze między innymi: «Prawo ludzkie jest prawem w takiej mierze, w jakiej jest zgodne z prawym rozumem, a tym samym wypływa z prawa wiecznego. Kiedy natomiast jakieś prawo jest sprzeczne z rozumem, nazywane jest prawem niegodziwym; w takim przypadku jednak przestaje być prawem i staje się raczej aktem przemocy»” (72).

    „[U]stawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa. (…) Prawa, które dopuszczają oraz ułatwiają przerywanie ciąży i eutanazję, są zatem radykalnie sprzeczne nie tylko z dobrem jednostki, ale także z dobrem wspólnym i dlatego są całkowicie pozbawione rzeczywistej mocy prawnej. Nieuznanie prawa do życia, właśnie dlatego, że prowadzi do zabójstwa osoby, której społeczeństwo ma służyć, gdyż to stanowi rację jego istnienia, przeciwstawia się zdecydowanie i nieodwracalnie możliwości realizacji dobra wspólnego. Wynika stąd, że gdy prawo cywilne dopuszcza przerywanie ciąży i eutanazję, już przez ten sam fakt przestaje być prawdziwym prawem, moralnie obowiązującym” (72).

    „Otóż to właśnie ma dziś miejsce także na scenie polityki i państwa: pierwotne i niezbywalne prawo do życia staje się przedmiotem dyskusji lub zostaje wręcz zanegowane na mocy głosowania parlamentu lub z woli części społeczeństwa, choćby nawet liczebnie przeważającej. Jest to zgubny rezultat nieograniczonego panowania relatywizmu: „prawo” przestaje być prawem, ponieważ nie jest już oparte na mocnym fundamencie nienaruszalnej godności osoby, ale zostaje podporządkowane woli silniejszego. W ten sposób demokracja, sprzeniewierzając się własnym zasadom, przeradza się w istocie w system totalitarny. Państwo nie jest już „wspólnym domem”, gdzie wszyscy mogą żyć zgodnie z podstawowymi zasadami równości, ale przekształca się w państwo tyrańskie, uzurpujące sobie prawo do dysponowania życiem słabszych i bezbronnych, dzieci jeszcze nie narodzonych, w imię pożytku społecznego, który w rzeczywistości oznacza jedynie interes jakiejś grupy” (20).

    Powinność przeciwstawienia się niegodziwym prawom

    „Przerywanie ciąży i eutanazja są zatem zbrodniami, których żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalne. Ustawy, które to czynią, nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawienia się im poprzez sprzeciw sumienia. (…) Już w Starym Testamencie znajdujemy wymowny przykład oporu wobec niesprawiedliwego rozporządzenia władz — i to właśnie takiego, które było wymierzone przeciw życiu. Żydowskie położne sprzeciwiły się faraonowi, który nakazał zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci płci męskiej: «nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu [nowo narodzonych] chłopców» (Wj 1,17). Trzeba jednak zwrócić uwagę na głęboki motyw takiej postawy: «położne bały się Boga». Właśnie z posłuszeństwa Bogu (…) człowiek czerpie moc i odwagę, aby przeciwstawiać się niesprawiedliwym ludzkim prawom. Jest to moc i odwaga tego, kto gotów jest nawet iść do więzienia lub zginąć od miecza, gdyż jest przekonany, że «tu się okazuje wytrwałość i wiara świętych» (Ap 13,10)” (73).

    Zakaz głosowania przeciwko prawu do życia

    „Tak więc w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować «ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu»” (73). „Wprowadzenie niesprawiedliwych ustaw prawnych stawia często ludzi moralnie prawych przed trudnymi problemami sumienia dotyczącymi kwestii współpracy, a wynikającymi z obowiązku obrony własnego prawa do odmowy uczestnictwa w działaniach moralnie złych. Decyzje, które trzeba wówczas podjąć, są nieraz bolesne i mogą wymagać rezygnacji z osiągniętej pozycji zawodowej albo wyrzeczenia się słusznych oczekiwań związanych z przyszłą karierą” (74).

    Budowa państwa o ludzkim obliczu

    „Sprawa życia oraz jego obrony i promocji nie jest wyłączną prerogatywą chrześcijan. Choć czerpie swe niezwykłe światło i moc z wiary, należy do każdego ludzkiego sumienia, które dąży do prawdy i któremu nie są obojętne losy ludzkości. Życie ma w sobie niewątpliwie coś świętego i religijnego, ale ten jego aspekt nie dotyczy tylko wierzących: chodzi bowiem o wartość, którą każda ludzka istota może pojąć także w świetle rozumu i dlatego bez wątpienia odnosi się ona do wszystkich. (…) Kiedy Kościół stwierdza, że bezwarunkowe poszanowanie prawa do życia każdej niewinnej osoby — od poczęcia do naturalnej śmierci — jest jednym z filarów każdego cywilizowanego społeczeństwa, «pragnie po prostu przyczyniać się do budowy państwa o ludzkim obliczu. Państwa, które uznaje za swą podstawową powinność obronę fundamentalnych praw człowieka, zwłaszcza człowieka słabszego». (…). Nie może bowiem istnieć prawdziwa demokracja, jeżeli nie uznaje się godności każdego człowieka i nie szanuje jego praw. Nie może istnieć prawdziwy pokój, jeśli się nie bierze w obronę i nie popiera życia (…)” (101).

    Przytoczone fragmenty encykliki św. Jana Pawła II pokazują, że nauczanie Magisterium Kościoła jest jednoznaczne: każdy człowiek prawego sumienia – także nie należący do Kościoła katolickiego – stoi wobec moralnego obowiązku uszanowania ludzkiego życia od poczęcia, aż do naturalnej śmierci.

    Niejednokrotnie w życiu publicznym daje się słyszeć fałszywą tezę: „większość ma zawsze rację”. W demokracji – niewątpliwie – większość podejmuje decyzje. Nie oznacza to jednak, że racja jest po stronie większości, a jedynie, że mniejszość nie potrafiła znaleźć wystarczająco przekonujących argumentów, aby stać się większością. O racji nie decyduje liczba zwolenników danego poglądu. Racja – przede wszystkim racja etyczna – często jest po stronie mniejszości. Niekiedy zaś – o czym przypomina postać Sokratesa – po stronie pojedynczego człowieka o dobrze uformowanym sumieniu.

    W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem. Szczególny apel kieruję do członków obu izb parlamentu i prezydenta Rzeczypospolitej, by dali świadectwo prawdziwej troski o życie bezbronne, bo nienarodzone.

    + Stanisław Gądecki
    Arcybiskup Metropolita Poznański
    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

    Rzym, dnia 26 stycznia 2024 roku

    źródło: KAI, BP KEP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    fot. Screenshot – YouTube (Teologia Polityczna)/Lot z córkami ucieka z Sodomy, za nimi odwracająca się jego żona, ilustracja z 1918 via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    Nie wiem, skąd mi się wzięło takie przekonanie, że Kościół współczesny nie naucza już o karze Bożej, gdyż było to nazbyt ludzkie ujmowanie stosunku Boga do ludzi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w Apokalipsie przeczytałam tę oto modlitwę: “Dokądże, Władco święty i prawdziwy, nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?” (6,10) Jak się wtedy poczułam, zachowam to dla siebie. W każdym razie zrozumiałam, że Pismo Święte nie tylko mówi o karze Bożej za grzechy, ale mówi to jeszcze w taki sposób, że nawet gdyby ktoś nie znał teorii resentymentu, to i tak w duchu tej teorii przytoczoną tu modlitwę zrozumie. Myślę, że Kościół i teologia mają jakieś metody ochrony wiernych przed nazbyt ludzkim rozumieniem takich wypowiedzi Pisma Świętego. Sama nie wiem, czego ja od Ojca oczekuję. Najprościej by było, gdyby Ojciec napisał, co myśli na temat kary Bożej.

    ODPOWIADA O. JACEK SALIJ OP:

    Postaram się nie powtarzać tego, co napisałem w tekście o gniewie Bożym (znajduje się on w mojej książce pt. Pytania nieobojętne). Próbowałem tam pokazać, iż nie tylko jest tak, że miłosierdzie Boże jest większe od Jego gniewu, ale również sam gniew Boży jest przejawem Jego miłości do nas. To po prostu niemożliwe, żeby Bóg był obojętny wobec zła, jakie czynimy. Znaczyłoby to, że my sami jesteśmy Mu obojętni, czyli że nas nie kocha.

    Przeinaczylibyśmy również prawdę o karze Bożej, gdybyśmy nie umieli w niej dostrzec przejawu Bożej miłości. Najpierw zauważmy, że tak już jesteśmy stworzeni, że czynienie zła i trwanie w złu niszczy nas i sprowadza na nas nieszczęście. Tutaj nie potrzeba nawet żadnej dodatkowej kary. Po prostu tak to już jest, że kto szuka korzyści lub szczęścia, nie licząc się z Bożymi przykazaniami, prędzej czy później przekona się, że działał przeciwko samemu sobie. Wprawdzie można powiedzieć, że na syna marnotrawnego Bóg w końcu zesłał karę. Ale przecież samo jego postępowanie prowadziło go do coraz to głębszej degradacji. Jak powiada przysłowie: “zło trawi samo siebie”.

    I to jest pierwsza różnica, jaka dzieli karę Bożą od kar ludzkich: Ludzie wymierzają karę w następstwie jakiegoś przestępstwa, kara Boża zawarta jest już w samym grzechu, tyle że grzesznik nie zawsze od razu to spostrzega. “Twoja niegodziwość cię karze — wypomina Bóg swojemu grzesznemu ludowi — twoje przestępstwo jest tym, co cię chłoszcze. Poznaj i zobacz, jak źle ci i gorzko, żeś opuściła Pana, Boga twego, i żadnej trwogi nie miałaś przede Mną” (Jr 2,19; por. 6,19).

    Pomyślmy sobie teraz, jakie to by było straszne, gdyby grzech nie sprowadzał na nas nieszczęścia. To by było gorzej jeszcze, niż kiedy żonie mąż nie jest potrzebny do szczęścia. Bo wprawdzie nie jest to normalne, że małżonkowie nie są sobie potrzebni do szczęścia, ale taką sytuację da się jeszcze wyobrazić. Jakże jednak człowiek może być szczęśliwy bez Boga? To trochę tak, jakby ktoś chciał oddychać bez powietrza albo najeść się tym, że mu się śniło jedzenie. Skoro grzech jest odejściem od Boga, rozumie się samo przez się, że jest to droga ku samozniszczeniu. Świat byłby absurdalny, gdyby było inaczej.

    “Grzech sam w sobie jest karą” — powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych. Jak powiada Apostoł Paweł: Tych, którzy nie liczą się z Bogiem, “wydał Bóg na pastwę ich bezużytecznego rozumu, tak że czynią to, co się nie godzi” (Rz 1,28).

    My czasem sądzimy, że utrapienia, które nas spotykają, są karą za nasze grzechy. Otóż tylko w szerokim sensie może to być prawda. Przecież nawet wówczas, kiedy są one oczywistym skutkiem jakichś naszych grzechów, stanowią raczej miłosierne upomnienie, żebyśmy jak najszybciej porzucili grzech, gdyż niszczy w nas samą duszę. W Piśmie Świętym czytamy nieraz, że grzesznik, któremu wszystko wiedzie się pomyślnie, powinien się tym bardzo zaniepokoić — kto wie, może to jest znak, że sam Bóg traci już nadzieję na jego nawrócenie.

        Pamiętny wyraz tej intuicji dał Adam Mickiewicz:
        Onego czasu w upał przyszli ludzie różni
        Zasnąć pod cieniem muru; byli to podróżni.
        Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,
        Anioł Pański zbudził go: “Wstań, bo mur się wali”.
        On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:
        Wstał, a mur inne pobił. On ręce złożywszy
        Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie.
        A Anioł Pański stanął przed nim i tak powie:
        “Ty najwięcej zgrzeszyłeś! kary nie wyminiesz,
        Lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz”.

    Nie będę tu wskazywał wszystkich biblijnych źródeł tej poetyckiej przypowieści z Dziadów, części trzeciej, ale warto przynajmniej przytoczyć tu następującą wypowiedź Drugiej Księgi Machabejskiej: “Znakiem wielkiego dobrodziejstwa jest to, iż grzesznicy nie są pozostawieni w spokoju przez długi czas, ale że zaraz dosięga ich kara. Nie uważał bowiem Pan, że z nami trzeba postępować tak samo, jak z innymi narodami, co do których pozostaje cierpliwy i nie karze ich tak długo, aż wypełnią miarę grzechów. Nie chciał bowiem karać nas na końcu, dopiero wtedy, gdyby nasze grzechy przebrały miarę. A więc nigdy nie cofa On od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu” (2 Mch 6,13-16; por. Am 4,6-12).

    Sami wiemy najlepiej, że to trudne miłosierdzie Boga wobec nas — miłosierdzie wyrażające się spuszczaniem na nas utrapień — bywa szczególnie skuteczne. Iluż to ludzi pod wpływem doznanych utrapień opamiętało się! “Wszystko, co na nas sprowadziłeś — modli się pokornie Azariasz — i wszystko, co nam uczyniłeś, uczyniłeś według sprawiedliwego sądu. (…) Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony znajdą u Ciebie upodobanie. (…) Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swojej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia!” (Dn 3,31.39.42).

    Właśnie w tej perspektywie należy rozumieć modlitwę z Apokalipsy, która tak Panią zaniepokoiła. Proszę zauważyć, że nie jest to modlitwa ludzi takich samych jak my, a więc narażonych na subiektywizm oraz ciemne uczucia wobec swych prześladowców. Jest to modlitwa męczenników, którzy już oglądają święte oblicze Boga. Czyż serce nie podpowiada nam, że oni błagają Boga, aby nie zrażał się zatwardziałością swoich nieprzyjaciół, ale miłosiernie spuścił na nich utrapienia? Przecież nawet skałę da się skruszyć!

    Podsumujmy. O karze za grzechy mówi słowo Boże jakby na dwóch płaszczyznach. W sensie ścisłym karą za grzech są ciemności przebywania poza obecnością Bożą, wystawienie samego siebie na pustkę i bezsens. Mówiąc inaczej, karą za grzech jest sam grzech; nasze przebywanie w świecie bez Boga.

    Pismo Święte mówi ponadto o karze za grzech w sensie nieścisłym. Są to utrapienia, będące albo zwyczajną konsekwencją naszych grzechów, albo nawet przychodzące na nas w wyniku szczególnej ingerencji Bożej Opatrzności w nasze życie: abyśmy zaprzestali wreszcie iść do własnej zguby. Tego rodzaju “kara” jest znakiem Bożego miłosierdzia: Bóg usiłuje w ten sposób przywrócić nas do duchowej przytomności, abyśmy nie spadli do przepaści.

    Dla uniknięcia nieporozumień dodajmy jeszcze, że nie wszystkie utrapienia, które nas spotykają, muszą mieć właśnie ten sens. Bóg dopuszcza na nas również takie utrapienia, które stanowią raczej próbę i oczyszczenie niż wezwanie do opamiętania. “Bo kogo Bóg miłuje, tego karze. Chłoszcze zaś każdego, kogo uznaje za syna” (Prz 3,12; Hbr 12,6).

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Witold Gadowski:

    Euromarksiści rozprawili się z prawdą nieodwołalnie

    „Bez Pana Boga nie ma mowy o uniwersalnych wartościach, prawie naturalnym czy o wspólnym przestrzeganiu praw człowieka” – pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

    Koncepcję świata bez Boga przejawia przede wszystkim Komisja Europejska. Jak podkreśla Gadowski, negacja obecności Boga wśród europejskich biurokratów opiera się na stwierdzeniu, iż skoro „współczesna nauka” nie jest w stanie Go określić i wyjaśnić natury Jego istnienia, to znak, że takowa postać nie istnieje.

    „Co prawda wybitni specjaliści z zakresu fizyki i matematyki w dużej części umywają ręce przed takimi kategorycznymi stwierdzeniami, nasi eurokraci jednak są pewni, że Boga nie ma, a to co jest z Nim związane, nie ma żadnego sensu” – podkreśla Witold Gadowski. Jak dodaje – „ich dowody są przy tym równie mocne, jak ongiś twierdzenia, że Gagarin był w kosmosie i Boga nie zobaczył”.

    W postrzeganiu świata, w którym Bóg nie stanowi jedynej prawdy, takowych może być wiele, a zdarza się i tak, że zaczynają one wchodzić ze sobą w kolizję. „Oczywiście, nikomu z biurokratów [to] nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, stanowi dowód na zdrową różnorodność. Z prawdą euromarksiści rozprawili się więc nieodwołalnie. Każdy ma swoją, a obowiązuje ta, za którą stoją największe wpływy” – podsumowuje dziennikarz.

    Podobnie sprawa ma się z uniwersalną dotąd etyką. Jeśli założymy, że Pana Boga, a wraz z nim jednej, niezbywalnej prawdy nie ma, trudno będzie nam ustalić jak owa etyka miałaby wyglądać. „Każdy przecież znów może mieć swój prywatny odstęp do objawień mówiących o tym, jakie zasady powinny powszechnie obowiązywać”- stwierdza. Skoro „nie ma Istoty Najwyższej, nie ma więc także mowy o ostatecznym ukorzenieniu, zuniwersalizowaniu jakichkolwiek wartości”.

    Błędne koło się zamyka, a my dochodzimy do wniosku, że każdy ma swoją hierarchie wartości i drugi człowiek nie ma prawa w nią ingerować. „Pomieszanie etycznych języków skutkuje powrotem prawa silniejszego i narzucaniem innym swoich standardów oraz ogólną barbarią” – podsumowuje dziennikarz.

    Kolejną konsekwencją odrzucenia Pana Boga jako prawdy absolutnej jest mnożenie się tzw. „ofert światopoglądowych”. Zdaniem autora – „w Jego miejsce szybko zostanie podstawiona galeria coraz większych absurdów”. „Pojawią się coraz to nowe zabobony i prymitywna magia, które są rozpowszechnione jako najbardziej modne i sprawdzone sposoby patrzenia na świat” – dodaje.

    Publicysta podkreśla, iż konsekwencje wycięcia Boga z postrzegania świata „można obserwować chociażby na tzw. paradach równości, które z paradami równości mają tyle wspólnego, ile z nauką twierdzenie o tym, że Boga nie ma”.

    źródło: Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 stycznia 2024

    PATRON DNIA – ŚW. WINCENTY PALLOTTI

    ZAŁOŻYCIEL STOWARZYSZENIA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO KSIĘŻY PALLOTYNÓW

    ***

    ***

    Zakon Jezuitów otrzymał od swojego Założyciela motto:

    DLA WIĘKSZEJ CHWAŁY BOGAAD MAIOREM DEI GLORIAM

    Założyciel Księży Pallotynów swoim duchowym synom przekazał 4 zawołania:

    DLA NIESKOŃCZONEJ CHWAŁY BOGA – AD INFINITAM DEI GLORIAM

    DLA ZBAWIENIA DUSZ – AD SALVANDAS ANIMAS

    DLA ZNISZCZENIA GRZECHU – AD DESTRUENDUM PECATUM

    PAX CHRISTI – POKÓJ CHRYSTUSOWY

    ________________________________________________________________

    „O Boże, jakże ograniczone są nasze siły!
    Pocieszmy się jednak, że najdobrotliwszy Bóg znajduje upodobanie już w samych naszych pragnieniach,
    a więc przez nie już składamy Mu hołd uwielbienia!
    A zatem wszędzie tam, dokąd nie dociera skuteczność naszych uczynków, przeniknąć zdołamy,
    rozwijając na skrzydłach pragnień lot pokory i ufności”

    „Przypominaj sobie często, że jeśliby inni mieli do dyspozycji twoje środki i możliwości czynienia dobra, byliby wielkimi świętymi.”

                                                             św. Vincenty Pallotti

    ***

    W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.

    Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.

    „Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego” – podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz.

    Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.

    „Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej” – podkreślił superior pallotynów.

    W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.

    Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmateùm założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.

    „Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.

    We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.

    „Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją” – ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz.

    22 stycznia 2024/Radio Maryja

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWENNA PRZED UROCZYSTOŚCIĄ

    ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    Jan Ekiert (1907-1993), Wincenty Pallotti (1963) © SAC

    ***

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    P. Módlmy się. Wszechmogący Boże, oświeć światłem wiary i rozpal żarem miłości nasze serca, abyśmy jako wspólnota zgromadzona wokół św. Wincentego Pallottiego, mogli godnie uczcić Twój majestat i przyczynić się do budowania Królestwa Bożego i zjednoczenia wszystkich ludzi wokół Twojego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków.

    W. Amen.


    ROZWAŻANIA NA POSZCZEGÓLNE DNI NOWENNY:

    Wprowadzenie

    Dzień I   Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Dzień II Stworzenie człowieka

    Dzień III   Powołanie do świętości

    Dzień IV Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Dzień V Naśladowanie Chrystusa

    Dzień VI   Maryja, Królowa Apostołów

    Dzień VII   Misja Ewangelizacyjna

    Dzień VIII  Jedność chrześcijan

    Dzień IX   Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Zakończenie


    WPROWADZENIE:

    Nowenna jest modlitwą o charakterze błagalnym, odmawianą zwyczajowo przed każdą większą uroczystością lub wspomnieniem świętego, do którego ma się szczególne nabożeństwo. Odmawia się ją indywidualnie lub wspólnie przez dziewięć kolejnych dni dla uproszenia szczególnej łaski przez wstawiennictwo osoby, którą w nowennie przyzywamy.

    Proście, a otrzymacie, kołaczcie, a otworzą wam, szukajcie, a znajdziecie – powiedział Pan Jezus do swoich uczniów.

    Nowenna jest nie tylko przygotowaniem do obchodu jakiegoś ważnego wydarzenia, ale jest także dobrą okazją do zintensyfikowania swoich próśb, dlatego też modlitwa odmawiana przez kolejnych dziewięć dni ma niezwykłą skuteczność. Warto przy okazji odprawiania nowenny podjąć jakieś dodatkowe drobne wyrzeczenia, umartwienia, dobre uczynki, przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania, uczestniczyć w Eucharystii i przyjąć Komunię Świętą.

    Nowenna przez wstawiennictwo św. Wincentego Pallottiego odprawiana jest przed jego liturgicznym wspomnieniem (w dniach od 13 do 21 stycznia), ma szczególną wymowę.

    13 stycznia 1850 roku, w ostatnim dniu Oktawy Epifanii, ks. Wincenty Pallotti posługiwał w konfesjonale. W czasie jednej ze spowiedzi zauważa, że jego penitent jest zziębnięty i nie ma na sobie wierzchniego okrycia. Zdejmuje wtedy swój płaszcz i oddaje go człowiekowi w potrzebie, co staje się z kolei przyczyną jego własnego przeziębienia. Przez kolejnych 9 dni choroba rozwija się i przeradza w zapalenie opłucnej. Wincenty Pallotti odchodzi do Pana w dniu 22 stycznia. Nowenna ta jest zatem niejako „czuwaniem przy łóżku konającego ks. Wincentego”.

    Przez tych dziewięć kolejnych dni rozważać będziemy dziewięć „kroków św. Wincentego”, czyli tych wszystkich spraw, którymi on żył. Wspólnie z nim będziemy kontemplowali Nieskończoną Miłość i Miłosierdzie Boga, stworzenie człowieka, nasze powołanie do świętości, posłannictwo Jezusa Chrystusa jako Apostoła Ojca Przedwiecznego i nasze naśladowanie Chrystusa, szczególną obecność NMP Królowej Apostołów, misję ewangelizacyjną Kościoła, budowanie jedności chrześcijan oraz Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego – dzieło, któremu poświęcił swoje życie.

    Niech zatem ta modlitwa i te rozważania będą dla nieskończonej chwały Boga i przyczynią się ku naszemu uświęceniu, zbawieniu dusz naszych i naszych bliźnich oraz zniszczeniu grzechu.

    _________________________________________

    DZIEŃ I

    Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga, (…) bo Bóg jest miłością. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że to On sam nas pierwszy umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować (…). Bóg jest miłością, kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.

    I List św. Jana Apostoła (4,7-16)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Bóg w Istocie swej to Miłość odwieczna, nieskończona i miłosierna bez granic; ja zaś, choć nieskończenie niegodny, aby w sercu mym rozlana była miłość Boża, to jednak ufam mocno, że Bóg, który jest Miłością w swej Istocie, przepaja mnie miłosiernie odwieczną swą i nieskończoną miłością, i ufam, że niweczy we mnie przez to całą mą świecką i przyziemną miłość oraz wszelkie jej następstwa i wszelkie myśli, słowa i uczynki, jakie spełniałem wbrew miłości Boga i bliźniego. I żywię nadto nadzieję, że niweczy mnie przez to na duszy, jak w ciele i w czynach tak dalece, że jestem jakby mnie nigdy nie było i jakbym nigdy nie miał być na świecie i że we mnie i we wszystkim był i jest zawsze Bóg – Miłość z Istoty swej odwieczna, niezmierna, nieskończona, niepojęta i bezgranicznie miłosierna – sam Bóg, wszystkie Boskie Osoby, wszystkie nieskończone przymioty.

    Wybór Pism, t. III, s. 249-250

    ____________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty jako jedyne źródło miłości pierwszy nas umiłowałeś, abyśmy napełnieni bogactwem Twojej łaski, mogli żyć jedynie dla Twej miłości. Ty w ciągu wieków zapewniałeś nas o Twojej dobroci względem nas, a w tych ostatecznych czasach zesłałeś nam Twojego Umiłowanego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest pełnym objawieniem Twojej miłości i wierności. On to, umiłowawszy nas do końca, wydał samego siebie na okup za nasze grzechy, a umierając na drzewie krzyża, przywrócił nam życie wieczne. Dziękując Tobie za tak wielkie dary i wierząc, że jako nasz Najlepszy Ojciec pragniesz jedynie naszego szczęścia, ośmielamy się Ciebie prosić (o oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ II

    Stworzenie człowieka

    Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił (…). A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre.

    Księga Rodzaju (1, 26-31)

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Człowiek jest, jak nas o tym poucza święta wiara, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, Bóg zaś ze samej swej istoty jest miłością. A zatem człowiek na mocy samego aktu stwórczego jest żywym obrazem miłości Bożej. Bóg zaś, który ze samej swej istoty jest miłością, w swojej zewnętrznej działalności zawsze się skłania do działania na korzyść człowieka i to tak bardzo, że Syna swego Jednorodzonego zesłał, aby Ten swoją śmiercią krzyżową odkupił rodzaj ludzki. Jak Chrystus „stał się dla nas posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej”, tak też i człowiek winien, w miarę swoich możliwości, naśladować Boga, okazując przy pomocy swoich uczynków czynną miłość bliźniemu, którym jest każdy człowiek zdolny do poznania Boga, niezależnie od warstwy społecznej, strefy geograficznej, narodowości itd. Dlatego też człowiek, mając na uwadze samą istotę aktu stwórczego, nie może się uchylać od przykazania miłości. Przyjąwszy zaś, że przykazanie miłości bliźniego, nakazujące nam kochać bliźniego jak siebie samego, jest naszym obowiązkiem, każdy już łatwo może sobie uświadomić, że nikt nie kocha siebie samego, jeśli całym sercem, całą duszą i wszystkimi siłami nie stara się w sposób skuteczny o własne zbawienie wieczne; i to, że nikt nie kocha bliźniego swego jak siebie samego, jeżeli nie stara się o wieczne zbawienie bliźniego tak, jak o swoje.

    Wybór Pism, t. I, s. 59-60

    _________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, Ty jeden jesteś Bogiem żywym i prawdziwym, Ty jesteś przedwieczny i trwasz na wieki. Tylko Ty, Boże, jesteś dobry i jako jedyne źródło życia powołałeś wszystko do istnienia, aby napełnić swoje stworzenia dobrami i wiele z nich uszczęśliwić jasnością Twojej chwały. Wysławiamy Cię, Ojcze święty, bo jesteś wielki i wszystkie stworzenia głoszą Twoją mądrość i miłość. Ty stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i powierzyłeś mu cały świat, aby służąc Tobie samemu jako Stwórcy, rządził wszelkim stworzeniem. Dlatego też ośmielamy się wzywać Twego Świętego Imienia i z ufnością, że zostaniemy wysłuchani, ośmielamy Cię prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ III

    Powołanie do świętości

    Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

    I Listu św. Jana Apostoła (3, 2-3)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pomiędzy innymi łaskami, o które zwracam się z prośbą do mojego Ojca Niebieskiego, mojego nade wszystko najukochańszego oblubieńca Jezusa i mojej nade wszystko najukochańszej Matki Marii, aniołów i świętych, i błagam wszystkie inne stworzenia o wyjednanie tego za mnie, proszę, by Pan prowadził mnie drogą, że tak powiem, nieskończenie świętą, bezpieczną, doskonałą i ukrytą przed oczyma ludzi; proszę o dar świętej wytrwałości w dobrym i nieustające pomnażanie żarliwości w świętej służbie Bożej, a to ku nieskończonej chwale i czci Boga, oraz korzyści wszystkich dusz. Świętość jest konieczna. Ufam wielce dobroci Boga, że dla zasług świętych, aniołów, Marii i Jezusa wpoi ufność otrzymania tej łaski, która uświęca i sprawia, iż dla samej chwały Boga dokonujemy największych rzeczy i że zaszczepi we mnie najwyższe stopnie świętości i doskonałości.

    Postanowienia i dążenia, 116, 211 i 81

    ______________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, źródło życia i świętości, tylko Ty jesteś święty i godzien wszelkiej chwały. Ty z miłości stworzyłeś człowieka i powołujesz go do świętości, aby mógł we wspólnocie z Tobą przebywać w Twojej chwale i radować się Twoją obecnością. Dlatego słusznie Cię sławi wszelkie stworzenie, bo przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, staliśmy się Twoimi przybranymi dziećmi, a mocą Twojego Świętego Ducha ożywiasz nas i uświęcasz. Przez zasługi i wstawiennictwo wszystkich Świętych, wdzięczni za Twoje wielkie miłosierdzie względem nas, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IV

    Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: „Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swojego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał”.

    Ewangelii według św. Jana (17, 1-5)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Przykazanie zaś miłości, które wszystkim nakazuje wielbić i ponad wszystko kochać Boga, a bliźniego swego miłować jak siebie samego, zobowiązuje nas również do starania się wszelkimi możliwymi sposobami o wieczne zbawienie tak swoje, jak i bliźniego. Staje się to jeszcze bardziej oczywiste, gdy przypomnimy sobie to, co mówi Duch Święty: „Każdemu z osobna dał Bóg rozkazanie o bliźnim jego”. Każdemu więc Bóg przykazał się troszczyć o wieczne zbawienie bliźniego. A ponieważ w wypełnianiu tego przykazania winniśmy naśladować Jezusa Chrystusa, który jest Apostołem Ojca Przedwiecznego, przeto życie Jezusa Chrystusa, będące Jego apostolstwem, ma być dla każdego wzorem apostolstwa. A że wszyscy są wezwani i, co więcej, zobowiązani do naśladowania Jezusa Chrystusa, przeto wszyscy powołani są do apostolstwa stosownie do swojego stanu i zawodu. Ale ponieważ nie wszyscy przestrzegają przykazania miłości Boga i bliźniego tak doskonale, jak to przykazał Jezus Chrystus, mówiąc: „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz Niebieski jest doskonałym”, stąd też nie wszyscy zasługują na miano „apostoła”. Jednak miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa pobudza każdego człowieka do czynów apostolskich, aby każdy mógł zasłużyć na miano „apostoła” i zdobyć zasługę oraz cieszyć się chwałą, dzięki wstawiennictwu Królowej Apostołów, Najświętszej Maryi.

    Wybór Pism, t. I, s. 39

    ___________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Panie, nasz Boże, Ty objawiłeś nam Umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa jako Apostoła posłanego przez Ciebie dla dokonania dzieła naszego zbawienia. On to za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, narodził się z Maryi Dziewicy i był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu. Ubogim głosił dobrą nowinę o zbawieniu, jeńcom wyzwolenie, a smutnym radość. Aby wypełnić Twoje postanowienie, wydał się na śmierć krzyżową, a zmartwychwstając, zwyciężył śmierć i odnowił życie, abyśmy żyli już nie dla siebie, ale jedynie ku Twojej chwale. Wdzięczni za tak wspaniały dar Twojej miłości, z dziecięcą ufnością ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ V

    Naśladowanie Chrystusa

    Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swojej duszy szkodę poniesie? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.

    Ewangelia według św. Mateusza (16, 24-27)

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    „Przeznaczył nas, abyśmy się stali na podobieństwo Syna Jego, żeby On był pierworodnym między wieloma braćmi” (por. Rz 8, 29). Święty Paweł Apostoł przestrzega nas, że Bóg chce, abyśmy dla osiągnięcia naszego jedynego, uszczęśliwiającego celu stali się podobni do Jego Jednorodzonego Syna, który dla nas stał się człowiekiem i który jest naszym pierworodnym Bratem. Naśladowanie zatem Pana naszego Jezusa Chrystusa jest tak niezbędne, jak niezbędne jest samo nasze zbawienie. Stąd też podstawową Regułą naszego najmniejszego Stowarzyszenia ma być życie Pana naszego Jezusa Chrystusa, po to, by naśladować Go w pokorze i z ufnością możliwie jak najdoskonalej we wszystkich Jego poczynaniach w życiu ukrytym i w publicznej posłudze ewangelicznej. Z tego powodu powinniśmy podejmować zawsze, najdoskonalej jak potrafimy, wysiłki zmierzające do tego, by nasze życie stawało się stale coraz bardziej podobne do życia pierworodnego naszego Brata Jezusa Chrystusa.

    Wybór Pism, t. II, s. 314

    _________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, wielbimy Ciebie, przez umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa, za wspaniały plan Twojej miłości względem nas. On jest Słowem Twoim, przez które wszystko stworzyłeś. Jego nam zesłałeś jako Zbawiciela i Odkupiciela, który stał się człowiekiem za sprawą Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy. On, spełniając Twoją wolę, nabył dla Ciebie lud święty, gdy wyciągnął swoje ręce na krzyżu, aby śmierć pokonać i objawić moc Zmartwychwstania. On swoim życiem wezwał nas do naśladowania, abyśmy upodobniwszy się do Niego, mogli osiągnąć życie wieczne w Twoim Królestwie. Za te znaki Twojej dobroci wychwalamy Cię i z ufnością Ciebie prosimy (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VI

    Maryja, Królowa Apostołów

    Wtedy wrócili do Jerozolimy. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, i Jakub, i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, brat Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego. Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym.

    Dzieje Apostolskie (1, 12-14; 2, 1-4)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego. A jak pragnę, aby ta obfitość Pańskiego Ducha pomnażała się we mnie i we wszystkich stworzeniach, w każdym, tak ze wszystkimi stworzeniami zostawać pragnę zawsze w tymże Wieczerniku. Tak też częściej wedle możności przedstawiać sobie będę, że kiedy ja i inne stworzenia trwamy w Wieczerniku, zstępuje na nas obfitość i pełnia Ducha Świętego. Pragnę z niej odnosić owoce tak obfite, jakie odnosiliby z niej wszyscy Święci, Apostołowie i Maryja.

    Wybór Pism, t. III, s. 46-47

    __________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w cudowny sposób wybrałeś Maryję na Matkę Twojego Jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Ona, przyjmując niepokalanym sercem Twoje Słowo, poczęła Je w dziewiczym łonie i otaczała macierzyńską troską początek Kościoła, rodząc jego Założyciela. Przyjmując pod krzyżem testament Bożej miłości, wzięła za swoje dzieci wszystkich ludzi, którzy przez śmierć Chrystusa narodzili się do życia wiecznego. Gdy Apostołowie oczekiwali obiecanego Ducha Świętego, łączyła swe błagania z prośbami uczniów Chrystusa i stała się wzorem modlącego się Kościoła. Wyniesiona do niebieskiej chwały otacza macierzyńską miłością Kościół pielgrzymujący i wspiera go w dążeniach do wiecznej ojczyzny, aż nadejdzie pełen blasku dzień Pański. Wysławiając tak wielkie dzieła Twojej miłości oraz pokładając ufność we wstawiennictwo i zasługi naszej Matki i Królowej, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VII

    Misja ewangelizacyjna

    Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

    Ewangelia według św. Mateusza (28, 16-20)

    São Vicente Pallotti

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pobożne nasze Zjednoczenie, a jeszcze bardziej Stowarzyszenie Księży, stanowiące część wewnętrzną i dynamizującą tegoż Zjednoczenia, oddaje się od samego początku swego istnienia krzewieniu Królestwa Pana naszego Jezusa Chrystusa; poruszone zaś do żywego tkliwą miłością wyrażoną przez samego Odkupiciela w słowach: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wysiał robotników na żniwo swoje” (Mt 9, 37-38), czuło się zawsze jak najbardziej zaangażowane do współdziałania, za pośrednictwem niezawodnego środka zalecanego przez Chrystusa w postaci modlitwy, w pozyskiwaniu ewangelicznych pracowników.

    Wybór Pism,t. II, s. 187

    __________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty chcesz, aby wszystkie ludy i narody Ciebie poznały i jedynie Ciebie wielbiły jako swojego Pana i Stwórcę. Ty posłałeś na świat swojego Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa, aby wszystkim ludziom przyniósł zbawienie. Przez Niego posyłasz nieustannie głosicieli Dobrej Nowiny, aby Twoje Imię było wysławiane po całej ziemi. Ty powołałeś Kościół, aby był dla narodów sakramentem zbawienia i aby z wszystkich narodów wzrastał jeden lud święty. Wysławiamy Ciebie Boże, za wielkie dzieła Twojej Miłości i z pokorą ośmielamy Cię prosić (o…  oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VIII

    Jedność chrześcijan

    Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała wszystkich, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdawali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś pomnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.

    Dzieje Apostolskie (2, 42-47)

    św. Vincenty Pallotti namalowany przez Oskara Kokoschka 







    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Jezus Chrystus zapowiedział czas, kiedy cały świat zjednoczy się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Nasza modlitwa o nadejście Królestwa podoba się Panu. Nasze dobre czyny, żarliwe modlitwy sprawiedliwych i wstawiennictwo Błogosławionej Dziewicy Maryi sprawią, że dzień ten nadejdzie. Mamy nadzieję, że przez naszą żarliwą modlitwę Bóg pozwoli, by już wkrótce nadszedł ten dzień, kiedy ujrzymy świat jako jedną Owczarnię pod jednym Pasterzem.

    Modlitewnik SAK, s. 70-71

    ________________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, nieustannie Ciebie wychwalamy i Tobie za wszystko składamy dzięki, przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przez Niego bowiem doprowadziłeś nas do poznania Twojej prawdy, abyśmy złączeni węzłem jednej wiary i chrztu świętego, stali się członkami Jego Ciała. Przez Niego udzieliłeś wszystkim narodom Twojego Ducha Świętego, który działając przez rozmaite dary, jest Sprawcą jedności. Duch Święty zamieszkuje w Twoich przybranych dzieciach, napełnia cały Kościół i nim kieruje. Wierzymy, że przez nasze pokorne modlitwy przybliża się dzień, kiedy wszystkie ludy i narody zgromadzą się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem oraz ufamy, że wysłuchasz nasze prośby (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IX

    Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Jezus tak modlił się za swoich uczniów: „Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś pochodzi od Ciebie. Słowo bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nich proszę. Ojcze święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My, wszyscy oni stanowili jedno. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem, i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

    Ewangelia według św. Jana (17, 7-9a, 11b. 25-26)

    VINCENT-PALLOTT

    Public Domain

    MATKA BOŻEJ MIŁOŚCI – OBRAZ DCASSAROTTI NA RELIKWIARZU ŚW WINCENTEGO PALLOTIEGO

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Celem Stowarzyszenia jest większa chwała Boża, uświęcenie i zbawienie wieczne duszy własnej i dusz naszych bliźnich przez życie czynne i bogomyślne i przez uczynki miłosierdzia co do ciała i duszy. Chodzi też o to, by wiodąc życie w pokorze i w prawdziwej zawisłości, jednoczyć świętym węzłem współzawodniczącej miłości i gorliwości duchowieństwo świeckie i zakonne w pełnieniu dzieł świętego posługiwania, aby w ten sposób skuteczniej zapewnić zbawienie dusz, a także, by wszystkich wiernych bez różnicy płci wszelkiego stanu, godności, stanowiska, tak pojedynczo, jak zbiorowo, zapraszać do tego, by każdy, wypełniając rzetelnie przykazanie miłości Boga i bliźniego, przyczyniał się wedle swej możliwości do wspierania dzieł podejmowanych ku większej chwale Bożej i dla zbawienia dusz, bądź przez bezinteresowne prace osobiste, bądź przez składanie jałmużny czy ofiar wszelkiego rodzaju, bądź przynajmniej poprzez modlitwy. Dlatego to nasze Stowarzyszenie stara się samo o przyłączanie wszystkich wiernych bez różnicy płci oraz deleguje innych, aby się o to starali. Ci zaś przyłączeni do naszego Stowarzyszenia stanowią Pobożne Zjednoczenie, zwane też Apostolstwem Katolickim.

    Wybór Pism, t. II, s. 314-315

    _____________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący i miłosierny Boże, Jedyne Źródło jedności i pokoju, Ty wszystkich ludzi, stworzonych dla chwały Twojego Imienia i odkupionych przez Krzyż Twojego Syna, zbierasz mocą Twojego Ducha w jedną rodzinę ludzką. Ty zgromadziłeś wszystkie narody i ludy ziemi w jedności Kościoła i dajesz wszystkim ludziom błogosławioną nadzieję swojego Królestwa. Ojcze święty, uwielbiamy Cię za to, że zechciałeś posłużyć się świętym Wincentym Pallottim dla budowania jedności w świecie i szerzenia Dobrej Nowiny. Pobudzeni przeto tak wspaniałym przykładem apostolskiej gorliwości, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________

    Z Dekretu Apostolskiego przyznającego

    ks. Wincentemu Pallottiemu cześć należną świętym

    20 stycznia 2020

    ***

    Wincenty Pallotti urodził się w Rzymie, dnia 21 miesiąca kwietnia, roku 1795, następnego dnia został ochrzczony w Bazylice Św. Wawrzyńca in Damasco. Od rodziców, którzy byli bardzo religijni, zaczerpnął wspaniałe wzory wszystkich cnót, tak że będąc trzyletnim dzieckiem zwykł już prosić Świętą Rodzicielkę Boga, aby uczyniła go świętym. Mając lat dziesięć, uprosił, aby mu po raz pierwszy pozwolono przystąpić do Komunii świętej; od tego dnia codziennie brał udział w Uczcie Eucharystycznej. Za poradą swojej pobożnej matki, ponieważ nie odznaczał się zdolnościami umysłowymi, odprawił modlitewną nowennę do Ducha Świętego i dzięki otrzymanej łasce stał się zdolnym do nauki, tak że łatwo już mógł przerobić wymagane dyscypliny, zdobyć doktoraty z filozofii i teologii i spełniać akademicki urząd na Uniwersytecie Sapienza, wyjaśniając alumnom teologiczne zagadnienia. Ten poważny urząd spełniał przez dziesięć lat z najwyższym podziwem i pożytkiem uczniów.

    Postępując w latach, stwierdził w sposób pewny, że jest wzywany do kapłaństwa. Wahając się czy wstąpić do jakiegoś zakonu, czy też w szeregi duchowieństwa świeckiego, wybrał wreszcie to ostatnie i włożył szatę kościelną. A ponieważ w tym czasie niesprawiedliwe prawo państwowe zabraniało przyjmować młodzieńców do świętych Seminariów, Wincenty pozostał w domu, gdzie celem należytego przygotowania się do kapłaństwa nieustannie oddawał się tak dziełom pobożności, jak i nauce. Nie zaniedbał umartwiania ciała, sypiał na ziemi, pościł czy też spożywał gorsze potrawy. Tego rodzaju umartwienia, dla odpokutowania za swoje grzechy i za grzechy innych ludzi, powiększał z każdym dniem, aż do końca swojego życia.

    Święcenia kapłańskie otrzymał w dniu 16 maja 1818 roku; zapalony gorliwością duszpasterską stał się apostołem miasta Rzymu, pamiętając w swoim życiu na słowa Pawła Apostoła: „Miłość Chrystusa przynagla nas“ (2 Kor 5,14). Aby religijnie ukształtować przede wszystkim młodzieńców, otworzył w Rzymie elementarne szkoły, w których rzemieślnicza młodzież zbierała się w godzinach wieczornych i zapoznawała się z chrześcijańską nauką oraz uczyła się czytać i pisać. Podjął się w świętym Seminarium Rzymskim obowiązków ojca duchownego oraz obowiązków spowiednika alumnów w Kolegiach: Rozkrzewiania Wiary, Szkockim, Greckim, Angielskim i Irlandzkim – aby w ten sposób służyć jak najlepiej tym, którzy zostali powołani do kapłaństwa. […]

    Mając na uwadze słowa Apostoła: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?“ (1 J 4,20) – wspomaganie biednych uważał za wielką radość; często, aby ich wesprzeć, oddawał im swoje łóżko czy pozbywał się swojego płaszcza. Miłość jego do chorych przejawiała się wspaniale wtenczas zwłaszcza, gdy w roku 1837 grasowała w Rzymie epidemia cholery. Nie szczędził wtedy swoich sił, aby w miarę swoich możliwości zaopatrzyć chorych Sakramentami świętymi i przynieść im pociechę, nie dbając przy tym o swoje zdrowie i życie.

    […] gorąco pragnął, aby wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Boży, oddawali Bogu należną cześć, chciał również u wszystkich katolików na ziemi ożywić i umocnić prawdziwą i czynną wiarę; zaś tych, którzy tkwili jeszcze w próżnym pogaństwie, pociągnąć do chrześcijańskich obrzędów. Aby ten swój zamiar zrealizować, założył w roku 1835 Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego*, którego celem jest […] – „wzrost, obrona i rozszerzanie miłości i katolickiej wiary, pod specjalną opieką Niepokalanej Matki Bożej, Królowej Apostołów, w całkowitej zależności od Papieża“. Zjednoczenie to obejmuje trzy klasy członków: wpierw kapłanów i braci; następnie siostry, do których należy opieka nad dziełami miłosierdzia; i wreszcie ludzi świeckich obojga płcizakonników z różnych zakonów, którzy specjalnymi prawami albo przynajmniej modlitwą przyczyniają się do realizacji celów tego Zjednoczenia.

    […] Troską swoją ogarniał [Pallotti] również chrześcijan, którzy byli odłączeni od Stolicy Apostolskiej, aby i oni jak najprędzej wrócili do jednej Owczarni Chrystusowej; postarał się, iżby przez osiem dni po Objawieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa zanoszono specjalne modlitwy i w sposób uroczysty sprawowano liturgię katolików wschodnich oraz wygłaszano kazania w różnych językach. Uroczystości te, jako że w nich brali udział ludzie z różnych narodów, ojcowie kardynałowie, biskupi, zakonnicy z różnych zakonów, alumni seminariów i kolegiów rzymskich, w przedziwny sposób ukazywały jedność i powszechność Rzymskiego Kościoła.

    […] gdy swoje życie poświęcał, aby przyczynić się do uśmierzenia istniejących rozruchów, aby Kościół mógł się cieszyć pełną i nienaruszoną wolnością, aby jego Papież mógł się uratować i czuć się bezpiecznym – wtenczas to dnia 13 stycznia 1850 roku niespodziewanie zachorował, wyglądało jednak, że w stanie jego zdrowia nastąpiła pewna poprawa. Z łoża jednak, ku zdziwieniu wszystkich, już nie chciał powstać. Życzył nawet, aby go pokrzepiono Wiatykiem i namaszczono olejami świętymi; podnosząc na duchu swoich synów, zmarł w dniu, który przepowiedział, to jest 22 tegoż miesiąca i roku.

    Jan XXIII

    Rzym, 20 stycznia 1963 rok

    _______________________________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty Pallotti: kapłan otwarty na miłość

    PHOTO 2020 10 04 13 34 17

    ***

    Homilia św. Jana Pawła II wygłoszona 22 czerwca 1986 roku w kościele Świętego Zbawiciela na Fali w Rzymie ku czci Św. Wincentego Pallottiego

    „Będę głosił imię Twoje swym braciom” Ps. 21,23.

    1) Te słowa 21 psalmu mówił Jezus na krzyżu, a jako pośrednik między człowiekiem a Bogiem mówi je dalej i w tej eucharystycznej celebrze; głosi Boga w dalszym ciągu, pełniąc swe zadanie ostatecznego objawiciela Ojca „pośród zebrania” – to znaczy w Kościele, którego jest Głową; w dalszym ciągu wielbi On Boga i wzywa wszystkie ludy odkupione Jego własną Krwią, by Bogu oddawały chwałę oraz przez wewnętrzną odmianę wracały do Niego.

    Podobne wezwanie i podobne słowa odbijają się – czujemy to dziś – niby echo i w tej świątyni, jakby szły do nas od wielkiego naśladowcy Jezusa Chrystusa – świętego Wincentego Pallottiego, który w ciągu całego swojego życia był niestrudzonym zwiastunem ewan­gelicznego orędzia zbawienia.

    Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

    Wobec wszystkich obecnych tu członków pallotyńskiej Rodziny i wobec zbożnych wielbicieli świętego Wincentego Pallottiego pragnę wyrazić prawdziwą radość, że jestem tu z Wami i że Ofiarę Mszy św. sprawuję na tym ołtarzu, który strzeże przecennych relikwii Waszego świętego Założyciela.

    Przyszedłem odwiedzić to miejsce i tę Wspólnotę, ponieważ moje osobiste dzieje były przeplatane licznymi i ważnymi spotkaniami z duchowymi synami świętego Wincentego Pallottiego. Wadowice – moje rodzinne miasto – są kolebką polskich Pallotynów; moje z nimi kontakty były częste w okresie mej młodości, a szczególnie w czasie mego posługiwania kapłańskiego i biskupiego. Ponadto z tym miejscem i z tą Wspólnotą łączy mnie jeszcze szczególniejszy motyw. Nie bez wzruszenia i wdzięczności pamiętam teraz ów daleki dzień roku 1946, kiedy to jako młody kapłan, przybywszy do Rzymu dla doskonalenia mych studiów na papieskich uczelniach, zostałem przyjęty przez tę Wspólnotę. Jakkolwiek mój pobyt nie trwał tu zbyt długo, okazał się jednak wystarczający, by nie zapomnieć już o owym klimacie braterskiej pogody, jakim tu mogłem oddychać.

    Ale dzisiejsza moja wizyta ma jeszcze głębsze uzasadnienie, znajduje się w mym wielkim podziwie dla Osoby i Dzieła Waszego Założyciela, w podziwie, który potęgował się w częstych kontaktach ze sławnym Waszym współbratem, którego wspominam nie bez tęsknego żalu: z ojcem Wilhelmem Móhlerem, długoletnim przełożonym generalnym Waszego Stowarzyszenia, a także członkiem Papieskiej Rady dla Świeckich. W czasie Soboru Watykańskiego II pracowaliśmy razem nad tekstem Dekretu o apostolstwie świeckich, Apostolicam actuositatem, który zawiera uroczyste potwierdzenie trwałej wartości idei „Apostolstwa Katolickiego”, założonego i proklamowanego już w wieku ubiegłym przez Wincentego Pallottiego.

    Dlatego wizyta moja ma być aktem wdzięczności dla Waszego Założyciela, owego świętego Kapłana rzymskiego, którego niezapomniany mój poprzednik Jan XXIII nazwał „mężem mądrym o wybitnej świętości, który w swoim czasie… przyniósł zaszczyt włączeniu i przynależności do kleru pierwszej diecezji katolicyzmu,… niezmordowany apostoł, kierownik sumień, budziciel świętego entuzjazmu, wspaniały w różnych swych poczynaniach” (Discorsi, Messaggi, Colloąui, V, 1962-1963, s. 86 i 90).

    2) Oddając mu hołd chciałbym też wraz z Wami, Drodzy Bracia i Siostry, zastanowić się nieco nad początkami i nad twórczą siłą Jego charyzmatu.

    Wincenty Pallotti pragnął żyć w nieprzerwanym i w stale coraz to bardziej pogłębianym zjednoczeniu z Chrystusem tak dalece, że chciał być w Niego całkowicie przemieniony. Miał zwyczaj powtarzać tę oto modlitwę, która pozwala nam dostrzec wielkość jego chrześcijańskiego i kapłańskiego serca: „Niech będzie zniweczone życie moje, a życie Jezusa Chrystusa niech będzie moim życiem” (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 158 nn; passim). W podtrzymywanym przez długie lata kontakcie z Panem przez nieustanną modlitwę, przez wsłuchiwanie się i zatapianie w słowo Boże, w budującym sprawowaniu Eucharystii i sakramentu pojednania, przyswoił sobie usposobienie Chrystusa, pragnącego wszak zbawienia wszystkich ludzi i doprowadzenia ich do Ojca. W kapłańskim sercu Wincentego Pallottiego znajdowało oddźwięk tętniące Serce Jezusa, Dobrego Pasterza, wychodzącego na poszukiwanie zagubionej owieczki.

    Zagłębiając się w rozważanie przykazania miłości Boga i bliźniego Wincenty Pallotti pojął, jak niemożliwe jest kochać Boga bez miłowania bliźniego i jak niemożliwe jest kochać naprawdę bliźniego bez zaangażowania się w wieczne jego zbawienie. Otwierając się na miłość Bożą, wlaną weń przez Ducha Świętego, przynaglany miłością Chrystusa, pracował bez wytchnienia dla wiecznego zbawienia ludzi. A zatem Apostolat Katolicki zrodził się ze zbawczej miłości Chrystusa. Wincenty Pallotti pracował niestrudzenie nad odwagą wiary i nad rozpaleniem miłości wśród wszystkich katolików, by stali się apostołami Chrystusa, gorliwymi świadkami wiary i prawdziwego oddania się braciom, szczególnie ubogim i potrzebującym pomocy. Przeżywając na nowo posłanie Księgi Izajasza (Iz 58, 7-8 10-11), jakiego słuchaliśmy w pierwszym czytaniu, a jakie odnosi się do prawdziwego kultu należnego Bogu, mnożył inicjatywy zmierzające do pobudzania chrześcijan, aby w osamotnionym i słabym bracie dostrzegali cierpiące oblicze Chrystusa. Jednocześnie był przekonany, że za podstawę oddawania się braciom należy uznać miłość Boga, która jest ponad wszystkie charyzmaty. W tym sensie mógł powtarzać za św. Pawłem: „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wydał na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13,3); są to moce wyrażenia z „Hymnu Miłości”, jakie liturgia słowa dała nam do rozważenia.

    3) Wincenty Pallotti był głęboko przekonany, że autentyczne apostolstwo Kościoła bez działania Ducha Świętego jest niemożliwe. Widział to jasno w Jezusie Chrystusie, który swe apostolstwo – dzieło zbawienia – wykonał pod działaniem Ducha Świętego (Łk 4,18 nn); widział to w Najśw. Maryi, która otwarta na Ducha Świętego i na Niego zdana stała się nie tylko Matką Apostoła Ojca, ale i Matką uczniów Chrystusa; widział to i we wspólnocie wieczernikowej – wspólnocie, która posłuszna wyrażonemu na ostatku pragnieniu Jezusa, trwała na modlitwie w oczekiwaniu na Ducha.

    Wiecie dobrze, jak ważny dla Pallottiego był sens i wartość Wieczernika. Zanim został kapłanem, powziął już postanowienie trwania na zawsze w Wieczerniku z Maryją i wszystkimi stworzeniami, aby otrzymać obfitość darów Ducha Świętego (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, X, 86 n.). A kiedy, niewolny od niepewności, nieporozumień i doświadczeń, kładł podwaliny pod swe Dzieło, to właśnie w wieczernikowej wspólnocie przepojonej Duchem Świętym odkrywał prawdziwą naturę i ideał własnej fundacji. Oto fragment z jego Testamentu: „Kiedy skończyłem pisanie Reguł Pobożnego Domu Miłosierdzia, to wtenczas podczas czytania w Życiorysie Najśw. Dziewicy o tym, jak Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego udali się w różne strony świata, by tam głosić Ewangelię świętą, Pan nasz Jezus Chrystus ukształtował w moim umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, III, 27).

    Święty Wasz Założyciel dał w sobie przykład człowieka, który się otwiera na Ducha, przyjmuje Go ochoczo i pozwala kierować się tym Duchem, który jest duszą Kościoła, a zatem źródłem życia i dynamizmu wszelkiego apostolstwa; czuł w sobie żarliwe pragnienie zbawiania dusz, a zastanawiając się często nad miejscem w Ewangelii dotyczącym „rozesłania Apostołów” – któregośmy słuchali – chciał odpowiedzieć na naglące wezwanie Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Łk 10,2). Wincenty Pallotti modlił się wiele i wiele działał; a czynił to w tym celu, aby Bóg w Kościele wzbudził liczne i święte powołanie, i by wielu młodych entuzjastycznie i wielkodusznie podjęło apel Jezusa, by iść i głosić światu: „Bliskie jest… Królestwo Boże!” (Łk 10,9).

    Chciałbym się jeszcze zatrzymać na innym, wiele mówiącym aspekcie życia i apostolskiej działalności świętego Wincentego Pallottiego. Chodzi o jego synowską, czułą i żarliwą cześć do Najśw. Maryi Panny. Ten wielki czciciel Maryi pragnął miłować Ją – gdyby to było możliwe – nieskończenie (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 538 n.), nadawać Jej najpiękniejsze tytuły (tamże, 156 n.), kochać Ją miłością Ojca, Syna i Ducha Świętego (tamże, 677). Chciał, by jego własna fundacja była niby akt hołdu wobec Najśw. Dziewicy, obranej – z tytułem Królowej Apostołów – na niebieską Patronkę Dzieła. Postąpił tak w tym celu, aby Ona uzyskiwała od Boga wszelkie dary niezbędne do tego, by Apostolat Katolicki istniał i był płodny w Kościele oraz by rozszerzył się szybko na całym świecie; w szczególności zaś, by „wszyscy ludzie, tak świeccy, jak i duchowieństwo świeckie oraz zakonnicy, z każdego stanu, zawodu i stanowiska, mieli w Najśw. Maryi, po Jezusie Chrystusie, najdoskonalszy wzór katolickiej gorliwości i doskonałej miłości. Maryja bowiem, aczkolwiek nie obdarzona kapłańską godnością, tak dalece się poświęciła dziełom dla większej chwały Boga i zbawienia dusz, że swymi zasługami przewyższyła Apostołów, stąd też Kościół słusznie Ją pozdrawia jako Królowę Apostołów; zasłużyła Ona w pełni na ten tytuł, gdyż o wiele bardziej niż Apostołowie pracowała około rozkrzewiania świętej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opere Comple-te, I, 6 n.).

    A zatem podążając wiernie i wielkodusznie za przykładem Waszego świętego Założyciela kochajcie Maryję, uwielbiajcie Maryję, wzywajcie Maryję, naśladujcie Maryję!

    5) Spotkanie dzisiejsze nie może się ograniczyć do zwykłego wspomnienia rzeczy minionych, ale ma nas pobudzić do refleksji także nad tym, co jest obecnie, jak i do spoglądania w przyszłość. Niech Chrystusowa miłość przynagla nas do niestrudzonego działania, aby Kościół był rzeczywiście światłością świata i solą ziemi lub też, jak poucza Sobór Watykański II, „powszechnym sakramentem zbawienia” (Lumen gentium, 48).

    Chociaż idea, według której wszyscy ochrzczeni mają prawo i obowiązek być apostołami – prawo i obowiązek oparte na własnym „być chrześcijaninem” (Apostolicam actuositatem, 3) – i chociaż idea Apostolstwa Katolickiego nie budzi już niepokojów czy sporów, jak to miało miejsce w wieku ubiegłym, niemniej jego pełnienie co do skuteczności nie jest jeszcze w Kościele tym apostolstwem, jakiego można by się słusznie spodziewać, zwłaszcza po pouczeniach Soboru Watykańskiego II.

    Dlatego dziś chciałbym powiedzieć Wam po raz wtóry to, co powiedziałem do Członków Waszej Kapituły Generalnej: „Bardzo mi jest miłe to Wasze zobowiązanie, jakie zamierzacie wziąć na siebie, by zawsze z coraz to większą wielkodusznością odpowiadać na potrzeby Kościoła w duchu Waszego Założyciela…, by tchnąć nowe życie w tę formę apostolstwa, która zrzesza wiernych w dziele ewangelizacji i uświęcania, do jakiego cały Kościół został wezwany, zarówno w swej Głowie, jak i członkach, by rozwijać to w świecie dzisiejszym i przyszłym” (Discorso al Capitolo Generale dei Pallottini, 17 listopada 1983, n. 3; Insegnamenti, VI (2, s. 1113).

    Utwierdzajcie się dalej w tym zobowiązaniu, aby to, co w duchu proroczym zapowiedział Wincenty Pallotti i co autorytatywnie potwierdził Sobór Watykański II stało się szczęsną rzeczywistością, i by wszyscy chrześcijanie byli autentycznie apostołami Chrystusa w Kościele i świecie! Amen.

    __________________________________________________________________________________________________________________________

    TESTAMENT DUCHOWY ZAŁOŻYCIELA

    W chwili mej śmierci do moich Najukochańszych Braci Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, aby się starali je rozwijać, wkładając w to całe serce, umysł, duszę i wszystkie siły.

    1. Pan nasz Jezus Chrystus kierując się swoim nieskończonym miłosierdziem, przez wzgląd na zasługi i orędownictwo swojej Najświętszej Matki Niepokalanej Maryi, Aniołów i Świętych, nie biorąc pod uwagę mojej niegodności, jaką zmierzyć można tylko w świetle Jego nieskończonej doskonałości, raczył sprawić, że od samego początku mogłem należeć do Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, założonego w Rzymie za pozwoleniem wyższej władzy kościelnej i oddanego pod szczególną opiekę Najświętszej Maryi, Królowej Apostołów, celem powiększania, obrony i szerzenia pobożności oraz katolickiej wiary.

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym
    kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym/fot. Włodzimierz Rędzioch

    ____________________________________________________________________________

    Mistyk i apostoł

    …. Wielu założycieli zakonnych, zwłaszcza w XIX wieku, czerpało pełnymi garściami ze szkoły ignacjańskiej, której twórcą był św. Ignacego Loyola (1491-1556) – założyciel zakonu Jezuitów. Wśród nich był również św. Wincenty Pallotti. W biografii poświęconej Pallottiemu pióra włoskiego benedyktyna (zresztą biskupa) Luigi Vaccari – brata jednego z pierwszych towarzyszy Wincentego Pallottiego, Franciszka Vaccari, czytamy, iż „Pallotti przygotowując Reguły dla swojego Stowarzyszenia Księży i Braci, inspirował się Konstytucjami Towarzystwa Jezusowego napisanymi przez św. Ignacego z Loyoli”. Więcej, pierwsze nasze Konstytucje, które zostały zatwierdzone w 1904 roku, były w dużej części dziełem jezuity ojca Nixa. Niestety, nie wyczuł on do końca charyzmatu pallotyńskiego. Dopiero w latach odnowy posoborowej, po tzw. „Kapitule Nadzwyczajnej” z 1968/69 roku, pallotyni powrócili do charyzmatu założycielskiego w jego oryginalnej formie.

    Co zaś do ignacjańskich śladów w duchowości pallotyńskiej, należy zwrócić uwagę na następujące elementy. Św. Ignacy założył zakon jezuitów dla obrony i szerzenia wiary oraz dla większej chwały Bożej i pożytku dusz. Podobną misję wyznaczył sobie Pallotti. Założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego dla ożywiania wiary i rozpalania miłości; dla nieskończonej chwały Bożej oraz dla zniszczenia grzechu i dla zbawienia dusz.

    W historii duchowości szczególne znaczenie mają 30-dniowe rekolekcje pod nazwą Ćwiczenia duchowne, których św. Ignacy jest autorem. On sam przeżył je i opisał podczas swojego pobytu w Manresa. Ćwiczenia te stały się pierwowzorem dla chrześcijańskich rekolekcji. Ignacy przypomina w nich, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem. Stąd nazwa własna „ćwiczenia”. Trzy wieki później, podobne – choć nieco krótsze, bo 10-dniowe ćwiczenia – zaproponował św. Wincenty Pallotti, zwłaszcza dla wzrostu żarliwości i gorliwości ewangelicznej wśród duchowieństwa. Jako metodę, według której owe ćwiczenia powinny być prowadzone, Wincenty zasugerował metodę św. Ignacego z Loyoli. Pallotti znał dobrze tę metodę, i to z podwójnego tytułu: ponieważ sam praktykował ćwiczenia ignacjańskie, i sam je prowadził. W pallotyńskich archiwach nie brakuje dokumentów, które to potwierdzają. Na przykład „Regulamin do przestrzegania przez kierownika duchowego podczas ćwiczeń duchowych według św. Ignacego z Loyoli, przygotowywane z polecenia ojca Claudio Acquaviva, przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego”. Regulamin ów, w dziesięciu punktach, jest przepisany własną rękę Pallottiego (por. OOCC XI, s.826-829).

    Ks. Wincentemu bardzo odpowiadała dynamika ćwiczeń ignacjańskich. „Ćwiczenia duchowe proponowane przez św. Ignacego Loyolę – pisał, są środkiem dobrze znanym i bardzo odpowiednim, ponieważ zdolnym przemienić człowieka i odziać go w człowieka nowego, to znaczy naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlatego nikt nie będzie nigdy z nich zwolniony, nawet ten, którego cnoty, godność, ranga i kwalifikacje byłyby bardzo uznane” (por. OOCC II, s. 282). Więcej, Pallotti zaleca w napisanej przez siebie Regule, aby każdy nowicjat rozpoczynał się czterema tygodniami Ćwiczeń ignacjańskich (por. OOCC II, s.282); seminarzyści i inni członkowie Zgromadzenia mają je odprawiać co roku podczas dziesięciu dni (por. OOCC II, s. 183-187); misjonarze mają je odprawić w formie 30-dniowej przed wyjazdem na misje (por. OOCC II, s.253); nawet wybory przełożonego generalnego winny być poprzedzone 10-dniowymi ćwiczeniami duchowymi (por. OOCC III, s.17).

    O św. Wincenty Pallottim mówiono, że był „apostołem i mistykiem”. Powstały nawet o nim biografie pod tym właśnie tytułem w językach niemieckim, angielskim, francuskim i polskim. Jezuici mówią natomiast o św. Ignacym z Loyola, że był „mistykiem i apostołem”. W rzeczy samej, Ignacy i Wincenty – to mistycy, którzy budzili, niepokoili, prowokowali, poruszali…

    Każdy z nas ma tendencję do „duchowej hibernacji” i życia na powierzchni. Człowiek lubi się urządzić i okrzepnąć, boć to przecież wygodne i spokój dające zajęcie. Ignacy i Wincenty uważali natomiast, że w życiu trzeba ciągle praktykować, ćwiczyć, próbować, podejmować wyzwania… Dlatego obaj nazywali siebie „pielgrzymami”, ludźmi w drodze. Uważali, że człowiek wierzący winien ciągle być w szkole. Ma prawo do eksperymentowania i do błędów. Nie jest przecież mistrzem, tylko uczniem, nowicjuszem. Nie musi mieć samych szóstek. Nie staje się bowiem doskonałym od razu.

    I ostatnia lekcja wypływająca prosto ze skarbca Ignacego i Wincentego: trzeba zawsze robić to, co po ludzku możliwe! A więc wlać ewangeliczną wodę do stągwi, odwalić kamień od grobu Łazarza, przynieść pięć chlebów i dwie ryby. Resztę zrobi Bóg. „Taką będzie pierwsza reguła tych, którzy działają – pisał Ignacy. Ufaj Bogu tak, jak gdyby powodzenie spraw zależało we wszystkim od ciebie a w niczym od Boga. Jednocześnie, włóż w sprawę cały twój wysiłek, tak, jakby Bóg miał zrobić wszystko sam, a ty nic”. Wincenty Pallotti zaś pisał: „Bóg może uczynić o wiele więcej niż to, o co Go prosimy lub co możemy sobie wyobrazić. Chce jednak, abyśmy my czynili wszystko to, co na tym świecie jest w naszej mocy”.

    I jeszcze jedno. Warto przypomnieć, iż zakon jezuitów odegrał w Polsce szczególną rolę. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka, św. Andrzej Bobola, św. Melchior Grodziecki czy bł. Jan Beyzym – apostoł trędowatych na Madagaskarze. Poza tym, jezuita Jakub Wujek jest tłumaczem pierwszej drukowanej Biblii w Polsce; Piotr Skarga był wybitnym kaznodziejom; Maciej Sarbiewski, to poeta zwany polskim Horacym; Franciszek Bohomolec jest ojcem komedii polskiej; Adam Naruszewicz był nie tylko biskupem, ale też historykiem i poetą; a Grzegorz Piramowicz sekretarzem Komisji Edukacji Narodowej.

    ks. Stanisława Stawicki SAC/ Re/cogito

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Wincenty Pallotti

    WINCENTY ALOJZY FRANCISZEK PALLOTTI święty (1795 – 1850), ksiądz, założyciel Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, pallotynów i pallotynek, pierwszy generał stowarzyszenia, „apostoł Rzymu”

    Urodził się 21 IV 1795 w Rzymie, w domu na Via del Pellegrini 130, jako 3. z 10 dzieci majętnej kupieckiej rodziny Piotra Pawła i Magdaleny de Rossi, słynących z pobożności i miłosierdzia. To o nich napisał później Wincenty: „Bóg dał mi świętych rodziców”. Ochrzczony został nazajutrz w kościele San Lorenzo in Damaso. Sześcioro rodzeństwa zmarło w dzieciństwie, żegnane przez rodziców z żalem, ale i z wiarą: „Bóg dał! Bóg wziął!”. W 6. roku życia rozpoczął naukę w szkole powszechnej u pijarów, przystąpił do pierwszej spowiedzi i otrzymał sakrament bierzmowania, a mając 10 lat przystąpił do I Komunii Świętej. Według ówczesnego zwyczaju przygotowanie odbywało się przez specjalne rekolekcje. Od tamtego czasu przyjmował Komunię Świętą kilka razy w tygodniu, a za pozwoleniem spowiednika codziennie. Idąc za przykładem ojca od wczesnych lat uczestniczył codziennie we Mszy i często towarzyszył ojcu w czasie 40-godzinnych nabożeństw. Należał do grupy ministrantów przy kościele św. Filipa Nereusza w Chiesa Nuova. Po ukończeniu szkoły podstawowej usiłował wstąpić do zakonu kapucynów. Jednak za radą spowiednika, ze względów zdrowotnych, zrezygnował z zakonu, ale nie z kapłaństwa. Rodzice Wincentego byli dobrodziejami tego zakonu; matka, która zmarła 19 VII 1827, spoczywa w rzymskim kościele kapucynów Santa Maria della Concezione na via Veneto. Na płycie nagrobnej widnieje do dziś napis, który ułożył na cześć swej matki Wincenty: „Kobieta mocna, pełna bojaźni Bożej, daleka od grzechu, a dobru zawsze oddana; trwała wiernie przy prawach Bożych. Była umocnieniem dla męża Piotra Pawła, pobożną matką dla dzieci, opiekunką biednych, wspaniałą w niepowodzeniach i cierpieniach. Módlcie się, aby jej mieszkaniem było niebieskie Jeruzalem”. Za radą swojej ciotki – klaryski Rity de Rossi, Wincenty stał się członkiem III Zakonu św. Franciszka; duchowość franciszkańska będzie inspirowała całe jego późniejsze życie. Jesienią 1809 rozpoczął naukę na Gregorianum (Kolegium Rzymskie), którą ukończył 1814, przyjmując 1811 święcenia niższe. Od jesieni 1814 studiował filozofię i teologię na rzymskim uniwersytecie Sapienza, uczęszczając równocześnie na wykłady nauk przyrodniczych, wyższej matematyki, historii i prawa. W tych latach prowadził głębokie życie wewnętrzne, jak o tym świadczy jego dziennik duchowy (Diario spirituale, Roma 1929; Dzienniczek duchowny. Wskazówki i rady Wielebnego ks. Wincentego Pallottiego dla jego synów duchownych, Warszawa 1937). Stać się świętym księdzem, było dla niego sprawą nieskończenie ważniejszą niż być księdzem uczonym. W czasie studiów zapoznał się ze Kasprem del Bufalo (†1837, święty), późniejszym założycielem Zgromadzenia Misjonarzy Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Święcenia wyższe, poprzedzające kapłaństwo, otrzymał w Bazylice św. Jana na Lateranie. 16 V 1818 w tej samej świątyni przyjął święcenia kapłańskie z rąk wicegerenta Candido Marii Frattiniego, abpa tytularnego Philippi (†1821); Mszę prymicyjną odprawił następnego dnia w kościele del Gesù we Frascati. „Przechodzi to ludzkie wyobrażenie – napisał w swoim Diario spirituale – że nieskończona dobroć Boża mojego ukochanego Ojca raczyła w zadziwiający sposób spojrzeć na mnie i wynieść mnie do zaszczytu kapłaństwa… Proszę wszystkie stworzenia, aby za mnie dziękowały Bogu za nieocenioną łaskę powołania… Proszę Boga, aby raczył uczynić mnie niezmordowanym pracownikiem”. Ponieważ rodzice byli dość zamożni, stąd Wincenty po święceniach mieszkał w domu rodzinnym, aż do śmierci ojca (15 IX 1837) – na drugim piętrze, a potem na trzecim.

    Studia uniwersyteckie ukończył 15 VII 1818, uzyskując doktorat z filozofii i teologii. Otrzymał ponadto magisterium z filologii greckiej. Pierwszy rok kapłaństwa poświęcił głównie młodzieży, wśród której pracował już podczas studiów, niosąc jej pomoc duchową i materialną. Kontynuacją tej formy pracy było przyjęcie przez Pallottiego w 1819 stanowiska korepetytora teologii scholastycznej na Uniwersytecie Sapienza. W 1829 zrezygnował z funkcji wykładowcy. Swoje kapłańskie życie kształtował przez modlitwę i działalność duszpasterską. Do każdej Mszy przygotowywał się starannie, zaczynając od popołudnia dnia poprzedniego. Zwykle celebrował Mszę dla ludu przez ponad pół godziny, ale gdy odprawiał prywatnie, trwało to przez 3 kwadranse, a pod koniec życia nawet godzinę. W procesie beatyfikacyjnym wielu ludzi świadczyło, że widziało, jak podczas odprawiania Mszy unosił się w ekstazie nad posadzką (Bł. Elżbieta Sanna Porcu †1857, niepełnosprawna, współpracownica św. Wincentego, jedna z pierwszych kobiet w ZAK; bp Ignatius von Senestréy z Regensburga †1906). Posiadał też dar uzdrawiania chorych. Otrzymał też wiele innych darów mistycznych. Część z nich wzięto pod uwagę podczas procesu beatyfikacyjnego i poddano gruntownemu badaniu. Niezwykłymi darami była zdolność do bilokacji i widzenie przyszłości. Spowiadał się codziennie. Wielką wagę przywiązywał do nawiedzenia i adoracji Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza poza Mszą św. Niekiedy całe noce spędzał na adoracji w różnych kościołach Rzymu. Pomimo wątłego zdrowia i rozległej działalności apostolskiej umiał zawsze wygospodarować czas na adorację eucharystyczną. Nieustanna adoracja Jezusa była dla niego źródłem apostolskiej gorliwości. „Gdy się modlił, oddawał świat Bogu, gdy szedł ulicą, niósł Boga światu”.

    W XII 1834 został mianowany rektorem ubogiego kościoła Santo Spirito dei Napoletani przy via Giulia. Funkcję tę spełniał do II 1846. Tu założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, zatwierdzone najpierw 4 IV 1835 przez Carla Odeschalchi (†1841), kardynała wikariusza Rzymu, a następnie 11 VII 1835 przez papieża Grzegorza XVI. ZAK zrodziło się z jego pragnienia niesienia Ewangelii wszystkim narodom („by rozpalać ognie wiary i miłości w sercach wszystkich ludzi”). Postawił sobie przy tym jeden cel: dążyć do tego, by wszystkich katolików uczynić apostołami. Dlatego otoczył się grupą bliskich przyjaciół, tak duchowieństwa, jak i laikatu, którzy gromadzili się w jego pokoju, by omawiać sposoby „pogłębienia, szerzenia, obrony pobożności i wiary”. Wspólnie uradzono, że należy przetłumaczyć na język arabski książkę św. Alfonsa Marii de Liguoriego Prawdy wieczne, opublikować ją w niewielkim nakładzie i wysłać do ośrodków misyjnych na Bliskim Wschodzie. Do tego przedsięwzięcia postanowił utworzyć stowarzyszenie. Takie były początki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, dostępnego zarówno dla kapłanów, jak i dla osób świeckich. Był to nowatorski ruch, przypominający późniejszą Akcję Katolicką, czy instytuty świeckie albo stowarzyszenia życia apostolskiego. Pallotti twierdził, że „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.

    Wedle Pallottiego motorem Zjednoczenia miało być stowarzyszenie kapłanów i braci, wyodrębnione przez niego i zatwierdzone 1846 przez pap. Piusa IX, które później nazwano Pobożnym Stowarzyszeniem Misyjnym (Pia Societas Missionum, zatwierdzonym przez Stolicę Apostolską w 1904), a które w 1947 powróciło do pierwotnej nazwy Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego, popularnie nazywanym księżmi pallotynami. Pallotti jest też założycielem rzymskich Sióstr Misjonarek Pallotyńskich. Okazją do powstania tego zgromadzenia było rozpoczęcie starań w 1837 o założenie Kolegium Misyjnego oraz sierocińca dla młodzieży żeńskiej. W 1836 rozpoczął urządzać uroczystości oktawy Epifanii, które przetrwały w stowarzyszeniu przez 130 lat i gromadziły licznie wiernych Wiecznego Miasta. Nabożeństwa liturgiczne okresu epifanijnego były sprawowane w różnych obrządkach; śpiewy wykonywali alumni z międzynarodowych kolegiów rzymskich, a kazania były głoszone w różnych językach, także polskim. Liturgia tych nabożeństw miała ukazać bogactwo duchowe i liturgiczne Kościoła oraz uświadomić wiernym potrzebę zjednoczenia wszystkich chrześcijan i przyłączenia się do działań w tym kierunku. Wincentemu bardzo zależało na pozyskanie wyznawców Kościoła anglikańskiego, stąd w 1844 wysłał do Londynu ks. Raffaelego Melię (†1876), aby otoczył troską duszpasterską emigrantów włoskich i pracował – jak mawiano w tamtej epoce – na rzecz nawrócenia anglikanów. Osiągnięcia Melii wzbudziły w Pallottim chęć zaangażowania się do tej pracy. Miał zapłaconą już podróż, ale nie mógł jej urzeczywistnić. Ostatecznie wysłał do Londynu ks. Faà di Bruno (†1889). Pallotti ułożył też specjalną modlitwę o nawrócenie Anglii. Praca pallotynów w Londynie wydała swoje owoce w postaci nawróceń członków Ruchu Oksfordzkiego. Oprócz Melii i Faà di Bruno trochę później doniosłą rolę w tej kwestii odegrali księża Dominic Crescitelli (†1917), Antonio di Cristofaro (†1929) i inni. Wincenty bywa uważany za prekursora współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował bowiem wspomnianą „Oktawę Modłów” po uroczystości Objawienia Pańskiego, a którą obecnie wyraża Kościół katolicki, obchodząc w dniach 18-25 I Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Mimo przepracowania i choroby przyjął w 1842 nominację na duszpasterza wojskowego w Rzymie, a rok później kapelanię szpitala wojskowego Palazzo Cento Preti. Ważnym momentem w życiu Pallottiego było przekazanie przez Stolicę Apostolską dla Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego pofranciszkańskiego klasztoru i kościoła SS. Salvatore in Onda przy via dei Pettinari (pismo z 14 VIII 1844; oficjalne przekazanie 27 II 1845; Pallotti ze wspólnotą przeprowadził się do niego w I 1846), gdzie do dziś znajduje się Zarząd Generalny stowarzyszenia. Swoją profesję w stowarzyszeniu Wincenty złożył 4 X 1846.  Bóg objawił Wincentemu dokładną datę jego śmierci za pośrednictwem Sługi Bożego z zakonu minimitów, Bernarda Marii Clausiego (†20 XII 1849), który wyjeżdżając z Rzymu, pożegnał się z nim słowami: „Wincenty! Rozstaniemy się z tym brudnym światem w odstępie miesiąca i trzech dni!”. Rzeczywiście Wincenty zmarł w miesiąc i 3 dni po o. Clausim. Choroba, która doprowadziła do śmierci trwała około 8 dni. Była następstwem ogólnego wyczerpania organizmu. Już po obchodach oktawy Epifanii był coraz bardziej wyczerpany „przekazywaniem wielorakich dzieł miłosierdzia”. Rano 14 I, przebywając w Domu Wychowawczym dla biednej i opuszczonej młodzieży, zwanym Pia Casa di Carità przy Sant’Agata ai Monti dostał silnego krwotoku, dlatego z pomocą innych osób powrócił do domu. Do łóżka położył się dopiero w środę 16 I, wieczorem, o godzinie 22.00, mając już lekką gorączkę. Następnego dnia temperatura wzrosła, zaczął odczuwać duszności oraz ból w klatce piersiowej. Wezwani lekarze stwierdzili zapalenie klatki piersiowej lub opłucnej. Zastosowano metody leczenia właściwe ówczesnym czasom – środki przeczyszczające oraz upuszczanie krwi z 8 miejsc na ciele.

    W niedzielę wieczorem 20 I, czując zbliżający się moment śmierci udzielił zebranym współbraciom potrójnego błogosławieństwa: miłości, mądrości i męstwa, czyli całej Trójcy Świętej. Ks. Francesco Vaccari błagał jeszcze usilnie Wincentego, aby wymodlił sobie przedłużenie życia, ale on nie chciał tego słyszeć mówiąc – „na miłość boską, pozwól mi odejść tam, gdzie będę z Bogiem”. Powiedział też wtedy: „Umrę, bo nie jestem godny być w zgromadzeniu, ale ono się rozwinie i Bóg mu pobłogosławi. Przekonacie się o tym. Mówię wam to nie dlatego, że taką mam ufność, tylko pewność”. Pożegnał się z każdym z osobna, wbrew dotychczasowemu swemu zwyczajowi, podając rękę do ucałowania, choć sam nie lubił całowania w rękę; w swej pokorze, zawsze nosił w rękawie niewielki relikwiarz ozdobiony wizerunkiem Matki Boskiej i Dzieciątka, który podsuwał każdemu, kto usiłował pocałować go w rękę. Następnie podniósł krucyfiks i przypomniał zebranym członkom stowarzyszenia, że do Chrystusa muszą się upodobnić i Jego mają naśladować w życiu. We wtorek wieczór 22 I powróciła wysoka gorączka i duszności; chciał też iść spowiadać. Ostatnie słowa, które wypowiedział na głos, około pół godziny przed śmiercią to: „Miejcie nade mną miłosierdzie i pozwólcie mi iść!”. Potem przycichł i spoczął na łóżku. Wszyscy myśleli, że odpoczywał. Wówczas przyjaciele i penitenci rozeszli się. Kiedy powrócili, aby dać mu lekarstwo, zorientowali się, że był w agonii. Tak „bez dawania znaku o zbliżającej się śmierci, tzn. bez łez, bez grymasu bólu, bez unieruchomionych powiek, umarł z wielkim pokojem i łagodnością, pozostawiając swoje dzieci w bólu, ale i w pocieszeniu, że ich ojciec jest teraz w Niebie. Śmierć przyszła trzy kwadranse po godzinie dziewiątej wieczorem”, tzn. we wtorek wieczór, 22 I, o godz. 21.45. Świadkiem śmierci był br. Angelo Palombi (†1891 jako cysters), który opiekował się nim i zostawił wzruszające wspomnienie: „W swoich rękach trzymał różańcowy medalik oraz krzyż i pomimo iż był wyczerpany z powodu utraty krwi, ciągłej gorączki, braku pożywienia i biegunki, cały czas trwał na modlitwie, która mnie zadziwiała i przypominałem sobie tę maksymę: jak żyjemy tak też umieramy: jego całe życie było modlitwą, której towarzyszyło życie cnotami i jeszcze bardziej taka była jego śmierć”. Dalszą przyczyną śmierci była ofiara z życia za Kościół i papieża, choć pytania o to zbywał uśmiechem. Były to bowiem czasy rewolucji rzymskiej, wypędzenia bł. papieża Piusa IX z miasta Rzymu i prześladowania Kościoła. Sam Pallotti w czasie rewolucji ukrywał się w Pontificio Collegio Irlandese. Ofiarę za Kościół i papieża potwierdza poniekąd on sam przytaczając słowa z księgi Pieśni nad pieśniami: „Przyjdź, Panie, nie zwlekaj; bądź podobny do gazeli lub do młodego jelenia” (8,14), „albowiem ani na chwilę nie mogę pozostać bez Ciebie” (Dzienniczek duchowny, 249). Prawie równocześnie w swej izdebce Elżbieta Sanna Porcu, miała wizję Ukrzyżowanego o ranach promieniujących jak źródła światła, do których uniósł się Wincenty, opromieniony ich blaskiem. Z polecenia Antonio kard. Tosti’ego (†1866) zdjęto pośmiertnie maskę gipsową. Przy przebieraniu zwłok przekonano się naocznie, że nawet w chorobie Wincenty nosił włosiennicę i łańcuchy. Inne narzędzia pokutne zastano w jego osobistych rzeczach. Lud Rzymu zelektryzowany wiadomością o śmierci „świętego”, za jakiego go już wówczas uważano, wypełniał od 23 I kościół SS. Salvatore in Onda. Msze żałobne, egzekwia i kazania prowadzili przez 3 dni wybitni księża, bliscy Wincentemu. Wszyscy chcieli mieć choćby cząstkę relikwii Pallottiego, dlatego z obawy, żeby szaty zmarłego nie zostały naruszone, rozprowadzono wśród wiernych kawałki jego pociętej sutanny. Pogrzeb odbył się 25 I. Kazanie pogrzebowe wygłosił jezuita Antonio Angelini-Rota (†1892), profesor wymowy na Gregorianum, biorąc za podstawę słowa: „Czyż będziemy mogli znaleźć podobnego mu człowieka, który miałby tak jak on ducha Bożego?” (Rdz 41,38); zostało ono wydrukowane jako Ellogium Vincentii Pallotti (Roma 1851). Zwłoki złożono w krypcie pod posadzką, w lewej nawie kościoła. Stosowny napis głosił „Tu spoczywa ciało Sługi Bożego Wincentego Pallottiego, kapłana rzymskiego, założyciela Zgromadzenia i Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Urodzony 21 kwietnia Roku Pańskiego 1795, przeżył 54 lata, 9 miesięcy i 1 dzień. Zmarł 22 stycznia Roku Pańskiego 1850. Ciało Jego zostało złożone w tym grobie 25 stycznia 1850, o szóstej godzinie nocy”. Wincenty Pallotti był człowiekiem znanym z niezwykłej różnorodności działań apostolskich na terenie Wiecznego Miasta i już za życia nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim św. Filipem Nereuszem”. Po jego śmierci prasa – mimo zdawkowości – prześcigała się w niekłamanych wyrazach żalu: Umarł Święty…Umarł drugi św. Filip Nereusz…Odszedł Apostoł Rzymu…Zmarł ojciec ubogich. W tym duchu patrycjat rzymski w swej uchwale stwierdził: „Nie było w Rzymie pobożnego dzieła, którego on nie byłby założycielem, promotorem lub najpilniejszym współpracownikiem”. Generałowie franciszkanów i serwitów, kapituła lateraneńska i watykańska uznali go za „sławę i ozdobę kleru rzymskiego”. Bł. Antoni Rosmini (†1855), kapłan, filozof i działacz polityczny, założyciel Instytutu Miłosierdzia (rosminianie) i Sióstr od Opatrzności tak określił Wincentego: „Rzadkością są tacy ludzie, których Pan kształtuje swą łaską i posyła w darze na ziemię dla pożytku wielu”. Pallotti jest duchowym twórcą i współzałożycielem Stowarzyszenia Misjonarzy św. Józefa z Mill Hill, Towarzystwa Misji Zagranicznych z Mediolanu i Zgromadzenia Słowa Bożego (werbistów).

    Jednym z najbardziej zadziwiających darów mistycznych, jakie otrzymał od Boga, była zdolność do nawracania najbardziej zatwardziałych grzeszników. Często cudowne okoliczności sprawiały, że pojawiał się o właściwej porze i miejscu, by przygotować człowieka na śmierć. Potrafił określić, czy chory umrze, czy też wyzdrowieje. Nieraz dzięki jego interwencji i modlitwie cierpiący odzyskiwał siły. Zyskał sobie uznanie jako spowiednik i przewodnik duchowy obdarzony szczególnymi łaskami, co zmuszało go do spędzania wielu godzin w konfesjonale; bywało że niekiedy przesiedział w nim cały dzień, opuszczając go dopiero około północy. Był dobrym i cierpliwym spowiednikiem, ale i stanowczym, jeżeli uznał to za konieczne. Obdarzony był niezwykłą zdolnością oceniania stanu duszy tych, którzy przychodzili do niego do spowiedzi. Zaglądając ludziom w tajniki serca nierzadko nawracał upartych grzeszników. Wincenty bezgranicznie ufał Bogu, a On nagradzał go za to cudownymi nawróceniami. Dlatego papież naznaczył go jednym z egzorcystów diecezji rzymskiej. Był też spowiednikiem papieży Grzegorza XVI i Piusa IX. Od 1827 przez 13 lat pełnił funkcję ojca duchownego kleryków seminarium rzymskiego, a także spowiednika w rozmaitych kolegiach, m.in. dla misji zagranicznych (Pontificio Collegio Urbano de Propaganda Fide), w Kolegium Angielskim (Pontificium Collegium Anglicanum), Irlandzkim i Greckim (Pontificio Collegio Greco).

    Szczególną troską Pallotti otaczał biedaków i robotników. Wykorzystywał swe talenty organizacyjne, by rozpoczynać lub inspirować rozmaite działania, sprzyjające zaspokojeniu ich potrzeb doczesnych. Stąd zakładał wieczorowe szkoły (m.in. służące doskonaleniu metod uprawy roli – dlatego we Włoszech czczono dawniej go wśród hodowców winorośli), sierocińce i ochronki dla dziewcząt, oraz zachęcał do zakładania wiejskich banków, mających chronić drobnych rolników. Rzemieślników łączył w cechy. Prowadził duszpasterstwo wśród żołnierzy i więźniów, a zwłaszcza wśród skazańców. Kiedy tylko wzywano go do któregoś z nich, spieszył do jego celi i nie opuszczał aż do momentu egzekucji, wiedząc, że wieczne zbawienie zależy nieraz od ostatnich chwil życia człowieka. Nie szczędził wysiłków, łez i modlitw, by wywołać u takiego nieszczęśnika poczucie skruchy. Powołał nawet w swoim Zjednoczeniu specjalną grupę, której zadaniem było wymodlenie tym osobom dobrego rozstania z tym światem. Pallotti działał także jako duszpasterz chorych, rekolekcjonista, misjonarz ludowy, spowiednik i kierownik duchowy laikatu i duchowieństwa. Sam pisał: „Chciałbym znaleźć się w szpitalach i więzieniach, równocześnie chciałbym iść do pałaców wielkich i możnych, chciałbym stale być obecny na wszystkich miejscach świata, aby wysoko postawionym i zapomnianym, biednym i bogatym, tak – wszystkim stworzeniom świata pomagać w poznawaniu Boga Ojca, w ukochaniu Go i służeniu Jemu”. Nie obcy mu był los emigrantów włoskich w Londynie, do których wysyłał kapłanów. Zbierał fundusze na misje. Miał wielu przyjaciół wśród ludzi całego świata. Bywał w klasztorze bazylianek rzymskich, gdzie poprzez przełożoną Makrynę Mieczysławską (†1869) poznał sprawę unii Kościoła z prawosławiem i polistopadową emigrację polską, m.in. pierwszych zmartwychwstańców Hieronima Kajsiewicza (†1873) i Piotra Semenekę (†1886). Kiedy w okresie Wiosny Ludów bazylianki popadły w biedę, prosił o pomoc dla nich, zwracając się w liście do księżnej Zofii Odescalchi z rodu Branickich (†1886). Poprzez nią Pallotti inspirował powstanie w 1848 specjalnego bractwa dla Polski – Miłosierdzia Bożego, które zostało zatwierdzone przez papieża Piusa IX i obdarzone odpustami. Ponadto 13 prokura Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, obejmująca Polskę, oprócz oficjalnego patrona-apostoła, została przez Wincentego poświęcona Miłosierdziu Bożemu. Do podejmowania tak wielu zadań, na tak szeroką skalę, wzywało Pallottiego doświadczenie miłości Boga, a następnie ogromne pragnienie, aby każdy człowiek mógł poznać i uwielbić Boga, który dla Pallottiego był przede wszystkim nieskończoną Miłością. Pallotti był zafascynowany hasłem Caritas Christi urget nos – Miłość Chrystusa przynagla nas, prowadzi nas (2 Kor 5,14). Zainspirowany tym ewangelicznym przesłaniem stał się jednym z najaktywniejszych kapłanów rzymskich XIX stulecia, otwartym na potrzeby Kościoła w bardzo trudnych czasach. Już wkrótce po śmierci rozpoczęto jego proces informacyjny (18 II 1852; zamknięto 2 X 1860). Gdy w 1906 otwarto jego grób, znaleziono dobrze zachowane relikwie. Papież Pius XI ogłosił go 24 I 1932 „wielebnym”, potwierdzając heroiczność cnót. Dokładnie sto lat po jego śmierci, 22 I 1950, papież Pius XII beatyfikował go jako pierwszego błogosławionego Roku Świętego 1950. Jego doczesne szczątki, które nie uległy rozkładowi, zostały złożone w kryształowym sarkofagu pod mensą głównego ołtarza w kościele SS. Salvatore in Onda w Rzymie. W czasie trwania II Soboru Watykańskiego, 20 I 1963 papież Jan XXIII ogłosił Wincentego Pallottiego świętym. W homilii papież m.in. przedstawił Pallottiego jako wzór pragnienia jedności chrześcijan. Uroczystości kanonizacyjne powiązano z obchodami triduum w kościele San Andrea della Valle, tam gdzie tradycyjnie odbywała się oktawa Epifanii, sprawując Msze w różnych obrządkach.

    Pallotti miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, którą ogłosił protektorką apostolstwa katolickiego. Nazywa się go niekiedy prekursorem Akcji Katolickiej (list apostolski Piusa XII z 22 I 1950 z okazji beatyfikacji). 6 IV 1963 papież Jan XXIII wydał dekret ogłaszający Pallottiego głównym patronem Papieskiej Unii Misyjnej. Między I a II sesją Soboru Watykańskiego II, zajmującą się różnymi aspektami apostolstwa świeckich, 1 IX 1963 papież Paweł VI udał się z Castel Gandolfo do pobliskiego miasta Frascati, aby uczcić relikwie św. Wincentego, które były wystawione w katedrze dla uczczenia przez wiernych. Przewodniczył tam Eucharystii, podczas której wygłosił homilię, podkreślając w niej proroczy i pionierski duch Pallottiego. Wspomnienie liturgiczne Pallottiego wypada w Kościele 22 I. W ikonografii przedstawiany jest w stroju zakonnym lub komży ze stułą, trzymający w ręku obrazek Matki Bożej z Dzieciątkiem; po 1850 ten typ ikonograficzny przedstawił w 2 obrazach Domenico Cassarotti.

    Wincenty Pallotti wydał Mese di maggio per i claustraliMese di maggio per gli ecclesiastici oraz Mese di maggio i fedeli (wszystkie Roma 1833). Jest także autorem krótkiej modlitwy za Polskę (1843): „Obsecro Te, Domina mea, Sancta Maria, suscipe Poloniam in manus Tuas. Amen (Matka moja, Najświętsza Maryjo, błagam Cię, weź Polskę w swoje ręce)”. Została ono przekazana wraz z błogosławieństwem poecie Józefowi Bohdanowi Zaleskiemu (†1886) i majorowi Józefowi Zaleskiemu (†1864), uczestnikom powstania listopadowego, przed ich wyjazdem do Ziemi Świętej, po odprawieniu Mszy w kościele Sant Andrea del Prate (przy ołtarzu, gdzie rok wcześniej dokonała się konwersja żydowskiego prawnika i bankiera Alfonsa Ratisbone’a †1884). Wówczas, jak pisał J. Zaleski (list z 6 XI 1863 do hrabiny Marii Stadnickiej): „Mszę świętą odprawiał nam słynący podówczas świętością życia i uczynków Ojciec Palota z intencją uproszenia dla nas pokory i pobożności w naszej pielgrzymce, oraz ubłagania łask Zbawiciela dla biednej naszej Ojczyzny i cierpiącego naszego Kościoła pod rządami odszczepieńców. Przy Mszy jego przystępowaliśmy do Komunii św. i ze schodzącym od Ołtarza kapłanem udaliśmy się za nim do zakrystii; tam uklęknęliśmy jeszcze raz u stóp świętego, aby nas obu na drogę pobłogosławił. Wstając od tego błogosławieństwa ująłem Ojca Palotę za rękę i uścisnąwszy z uszanowaniem prosiłem, aby nam dał jaką modlitewkę, którą byśmy u Grobu Pańskiego odmawiać mogli. Święty obrócił się do lady, na której stał kałamarz z piórem i leżała książka do zapisywania odprawianych Mszy, wziął kawałek luźnego papieru i napisał na nim po łacinie modlitewkę powyżej przepisaną”. Modlitwa Pallottiego została wypowiedziana przez Zaleskich przy Bożym Grobie w Jerozolimie, a następnie była odmawiana codziennie przez 20 lat, rano i wieczór.

    Pozostałe pisma Pallottiego zostały zebrane i opublikowane w Rzymie przez ks. Johannesa Hettenkofera (†1962, postulatora procesu beatyfikacyjnego), w tzw. kolekcji Hettenkofera: Epistulae latinae (1907), Propositi ed aspirazioni (1922; Postanowienia i dążenia, Kraków 1945), Regola della Congregazione dell’Apostolato Cattolico (1923), Pia Società dell’Apostolato Cattolico (1924), Diario spirituale. Avvisi e consigli ai suoi figli spirituali (1929; Dzienniczek duchowny. Wskazówki i rady Wielebnego ks. Wincentego Pallottiego dla jego synów duchownych, Warszawa 1937), Fioretti raccolti dagli scritti distribuiti per ogni giorno dell’anno (1929; Kwiateczki. Myśli wybrane na każdy dzień roku, Warszawa 1938), Raccolta di scritti relativi alla Pia Società dell’Apostolato Cattolico (I-II, 1929-34), Lettere e brani di lettere (1930), Collezione spirituali. Preghiere, meditazioni, considerationi, consigli, ricordi e materie predicabili (1933), Iddio l’amore infinito (1936; Bóg – miłość nieskończona, Ząbki 1996), Memorie biografiche (1937) i Scritti. Supplemento e Indice generale (1939); dzieła Pallottiego opublikował także ks. Ansgar Faller †1992 (Regole fondamentali della Società dell’Apostolato Cattolico, Roma 1944 i Le preghiere, Città del Vaticano 1982); opracowanie krytyczne pism wydał ks. Francesco Moccia †1998 (Opere complete I-XIII, Roma 1964-97; Wybór pism I-IV, Poznań 1978-2001), a listów – Faller i ks. Bruno Bayer (Opere complete lettere I-VIII, Roma 1995-2010; Listy. Lata 1816-1833, Ząbki 1997 i Listy łacińskie, Ząbki 2001); ponadto fragmenty pism Pallottiego zamieszczono w zbiorach: Notatki rekolekcyjne (Warszawa 1935), Krótka reguła (Warszawa 1938), Wielebny założyciel przypomina (Poznań 1949), Kacper del Bufalo jakim go znałem (Warszawa 1993), Świętość w służbie apostolstwa (Ząbki 1995), W drodze ze św. Wincentym Pallottim (Częstochowa 1999), Wyryłem Cię na dłoniach moich (Ząbki 2000) i O Eucharystii (Katowice 2005); w języku polskim biografię Wincentego popularyzują powieści – ks. Franciszka Mickiewicza Jedno życie to za mało (Poznań 1994) i ks. Franciszka Bogdana †2008 Znad Tybru na podniebne szlaki (Ząbki 2000).

    Tłumaczem na język polski większości pism Pallottiego wydanych do 1939 był ks. Józef Wróbel (†1971). W formie maszynopisu pozostawił 25 tytułów dzieł Założyciela. Ks. Tomasz Bielski (†1978) przetłumaczył pierwszy tom Wyboru pism i Listy łacińskie Pallottiego. Kontynuatorem tłumaczenia i wydania kolejnych tomów Wyboru pism założyciela stowarzyszenia oraz jego listów był ks. Franciszek Bogdan(…). „Czas jest drogocenny, krótki, niepowtarzalny. Czyńmy więc wszystko, wszystko – jeżeli to możliwe – nieskończenie wiele” (św. Wincenty Pallotti).

    Ostatnio zmodyfikowano: 12 kwietnia 2014 (uzupełniono 27 kwietnia 2017)

    ks. Stanisław Tylus SAC

    ______________________________________________________________________________________________________________

    III NIEDZIELA ZWYKŁA JEST OD PIĘCIU LAT CELEBROWANA JAKO NIEDZIELA SŁOWA BOŻEGO

    Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.

    ____________________________________________________________________

    Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?

     

    o. Pio

     Archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”

    “Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.

    fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl

    ***

    Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?

    Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!

    Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.

    W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?

    Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.

    Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.

    A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.

    Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?

    Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.

    Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.

    KAI/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:

    nie trzeba czytać Biblii od deski do deski

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.

    Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.

    Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.

    Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.

    Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.

    Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.

    Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?

    Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.

    Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.

    Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?

    Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!

    A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.

    Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!

    Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?

    W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.

    W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.

    Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?

    Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.

    Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.

    Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?

    Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.

    Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?

    Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.

    Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.

    rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 18 STYCZNIA

    Tego dnia Kościół Katolicki rozpoczyna

    Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan.

    „Stańmy się bliźnimi dla innych”

    Rozpoczyna się Tygodzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

    fot. Matt Wengerd/CC 2.0/

    ***

    Pod hasłem „Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego” (Łk 10,27) obchodzony będzie od 18 do 25 stycznia Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan 2024. Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan następuje co roku po Dniu Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce (17 stycznia), a kończy się (25 stycznia) w dzień nawrócenia św. Pawła.

    Podczas Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan 2024 rozważany będzie biblijny tekst zaczerpnięty z Ewangelii św. Łukasza 10,25-37 „Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego” o Miłosiernym Samarytaninie. Tym Samarytaninem dla ludzkości jest przede wszystkim sam Chrystus, który tego poranionego człowieka uzdrawia, zalewa jego rany oliwą Ducha Świętego i swojej miłości, i który zostawił go pod pieczą Kościoła. Ale z tej przypowieści wynika wezwanie, abyśmy i my czynili podobnie. I nie tyle się pytali, kto jest moim bliźnim, ale sami stawali się bliźnimi dla innych – wskazuje ks. Sławomir Pawłowski SAC, sekretarz Rady KEP ds. Ekumenizmu.

    ***

    Tematy poszczególnych dni ekumenicznej oktawy są następujące:

    Dzień 1: Pomóż nam, Panie, zwrócić nasze życie ku Tobie
    Dzień 2: Pomóż nam, Panie, całym sercem kochać Ciebie, bliźniego i siebie samych
    Dzień 3: Panie, otwórz nasze serca na tych, których nie zauważamy
    Dzień 4: Panie, spraw, abyśmy nigdy nie odwracali się od potrzebujących
    Dzień 5: Panie, pomóż nam nieść nadzieję zranionym
    Dzień 6: Panie, niech nasze Kościoły będą gościnnymi domami uzdrowienia
    Dzień 7: Panie, naucz nas być bliźnimi
    Dzień 8: Panie, uczyń nas miłosiernymi świadkami Twojego królestwa

    Mający już ponad stuletnią tradycję Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan stał się cyklicznym świętem ekumenizmu. Co roku między 18 a 25 stycznia, czyli między dawnym świętem katedry św. Piotra a świętem nawrócenia św. Pawła, chrześcijanie różnych wyznań spotykają się na całym świecie na ekumenicznych nabożeństwach, modlitwach, konferencjach, koncertach i innych spotkaniach. 

    Co roku na Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan przygotowywane są materiały z tekstami biblijnymi, rozważaniami, modlitwami, propozycjami liturgii nabożeństw itp. Od 1966 r. materiały te razem przygotowują Komisja „Wiara i Ustrój” Światowej Rady Kościołów oraz Papieska Rada (wcześniej Sekretariat) ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Polską wersję broszury z materiałami od 1998 r. wspólnie opracowują Polska Rada Ekumeniczna oraz Rada ds. Ekumenizmu Konferencji Episkopatu Polski Kościoła Rzymskokatolickiego. Od 1975 r. co roku materiały przygotowywane są przez grupy chrześcijan z poszczególnych krajów. Materiały na 2012 r. opracowała grupa polska.

    Pierwsze pomysły międzywyznaniowych modlitw o jedność chrześcijan pojawiły się w XIX w. Tydzień Modlitw w obecnym terminie odbywa się od 1908 r. z inicjatywy ks. Paula Wattsona. Ideę tę w latach 30. XX w. rozpropagował o. Paul Couturier.

    z materiałówKAI/Stacja7/wiara.pl

    __________________________________________________________________________

    Ksiądz Kardynał Kurt Koch:

    u początku ekumenizmu była modlitwa,

    trzeba do tego powrócić

    Dziś rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jego hasłem są w tym roku słowa „Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego” (Łk 10,27). Jak zauważa kard. Kurt Koch, słowa te wskazują na miłość, która jest podstawowym motywem ekumenizmu. Przypomina, że symbolem ekumenizmu miłości było spotkanie Pawła VI z prawosławnym patriarchą Konstantynopola, które miało miejsce przed 60 laty w Jerozolimie.

    Rozmawiając z Radiem Watykańskim, przewodniczący Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan zauważył, że na dialogu z prawosławiem negatywnie odbijają się poważne napięcia i podziały wewnątrz tej rodziny Kościołów. Na przykład w czerwcu ubiegłego roku odbyło się w Aleksandrii zgromadzenie ogólne dwustronnej komisji, ale zabrakło na nim przedstawicieli czterech Cerkwi: z Rosji, Serbii, Bułgarii i Antiochii. Tym niemniej udało się przyjąć ważny dokument na temat synodalności i prymatu w drugim tysiącleciu i dzisiaj – mówi kard. Koch.

    Przyznaje, że nowe problemy pojawiły się również wraz z ogłoszeniem watykańskiej deklaracji o błogosławieństwach. „Spotykam się z negatywnymi reakcjami ze świata ekumenicznego na temat «Fiducia suplicans»” – mówi kard. Koch. Tytułem przykładu wspomina o Wschodnich Kościołach Ortodoksyjnych, które chcą podjąć tę kwestię podczas najbliższego spotkania. „Uważam, że w dialogu ekumenicznym powinniśmy przemyśleć na nowo, czym jest błogosławieństwo i jaki jest związek pomiędzy nauczaniem a duszpasterstwem. Pytania te stały się obecnie na nowo palące i musimy o nich porozmawiać” – mówi szwajcarski kardynał.

    Jeśli chodzi natomiast o ekumenizm dotyczący Kościołów, które wyłoniły się z reformacji, kard. Koch wskazuje na potrzebę ponownego pogłębienia wymiaru duchowego, ponieważ na początku ruchu ekumenicznego istniał ruch modlitewny. „Papież Benedykt XVI wyraził to kiedyś pięknym obrazem, że łódź ekumenizmu nigdy nie wypłynęłaby na pełne morze, gdyby nie była napędzana prądem modlitwy… Ruch ekumeniczny – przypomina szef watykańskiej dykasterii – był pierwotnie ruchem modlitewnym i musi nim pozostać, ponieważ podstawa ekumenizmu to modlitwa arcykapłańska z 17. rozdziału Ewangelii Jana. Ciekawe jest w niej to, że Jezus nie nakazuje jedności, On modli się o jedność. A jeśli Jezus modlił się o jedność swoich uczniów, to cóż lepszego możemy zrobić my?”.

    Krzysztof Bronk i Stefan von Kempis/KAI/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________

    W Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan możemy uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami – jeżeli w tym czasie uczynimy cokolwiek dla jedności Kościoła (modlitwa, post, jałmużna, umartwienie, studium itp.)

    _____________________________________________________________________________

    Miłosierny Samarytanin

    Eugene Delacroix, „Miłosierny Samarytanin”

    „Miłosierny Samarytanin” – Eugene Delacroix,
    olej na płótnie, 1849, kolekcja prywatna, Paryż
    /Gość Niedzielny

    ***

    Dobry Samarytanin (wg Delacroix)

    MEFUSBREN69Dobry Samarytanin (wg Delacroix)
    Obraz Vincenta van Gogha z 1890 roku

    ***

    Vincent van Gogh kopiował niektóre dzieła Delacroix. Jedną z najbardziej znanych kopii jest przypuszczalnie prezentacja Miłosiernego Samarytanina.

    W czasie, gdy malował Samarytanina, zachwycony był pastelowymi kolorami, zwłaszcza żółtym. Pisał wówczas: „Słońce, światło, z braku lepszych określeń muszę używać słowa żółty, żółty bladosiarczany, żółtocytrynowy, bladozłoty. Jakże piękny jest żółty”. Takim właśnie światłem przeniknięte jest jego dzieło.

    Samarytanin, w charakterystycznym dla siebie czerwonym turbanie, z wysiłkiem unosi poturbowanego biedaka, którego twarz przenika dreszcz bólu. Dwaj wrogowie zwarli się w przyjacielskim uścisku. Życie jednego jest całkowicie na łasce drugiego. A wszystko to w scenerii, w której piasek pustyni miesza się ze stalą nieba.
     
    Van Gogh znał niemal na pamięć ewangeliczną przypowieść już jako dziecko. Zadbał o to jego ojciec Theodorus, kalwiński pastor. Opowieści biblijne, bohaterowie rodem z Pisma Świętego, wydarzenia z życia Jezusa były częstym tematem domowych spotkań, w których uczestniczyła cała piątka rodzeństwa.

    Choć Vincent jako młody człowiek zatrudnił się w renomowanej galerii – antykwariacie Goupila w Hadze, a potem szybko awansował do oddziałów filialnych w Londynie i Paryżu, już wtedy odczuł w sobie powołanie Samarytanina. „Chcę zostać pastorem. Chcę pocieszać biedaków” – mówił.

    Biegła znajomość angielskiego i francuskiego nie została dobrze wykorzystana na studiach teologicznych, które przerwał po dwóch latach. Pchany szlachetnym impulsem osiedlił się w belgijskim zagłębiu węglowym Borinage, wśród nędzarzy. Pisał w liście do brata: „Są szczęśliwi, gdy w kaskach z lampkami zjeżdżają do szybów. Oddają się Bogu w opiekę, a On widzi ich pracę i czuwa nad nimi”.

    Zabrał się ochoczo za nauczanie dzieci. Lekcje czytania, pisania, katechizmu, pielęgnacja chorych – wszystko to przynosiło mu dużą satysfakcję. Wśród biedoty pragnął realizować swe samarytańskie zapędy. O dziwo jednak, gmina protestancka, dla której pracował, nie przedłużyła mu umowy kaznodziejskiej.

    Van Gogh załamuje się. Odchodzi od wspólnoty protestanckiej nie tylko dlatego, że pozowanie do jego obrazów uznane zostało za niemoralne, ale również dlatego, że przejął się myślą Victora Hugo. Komentując swój obraz “Cmentarz chrześcijański”, powie: „Te ruiny pokazują jak, mimo solidnych podstaw, robaki toczą wiarę i religię. Religie przemijają, Bóg trwa”.

    ks. Mariusz Rosik/wiara.pl

    _________________________________________________________________________________

    Miłosierny Samarytanin

     Miłosierdzie nieprzyjaciela :. – Ta przypowieść zaskakuje. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę nienawiść, która wówczas panowała między Żydami i Samarytanami. Jezus pokazuje, że miłości można uczyć się od… nieprzyjaciela

    Niespełnione marzenie :. – Chciał pomagać ludziom. Jego życie potoczyło się jednak inaczej, nie tak jak sobie wymarzył. Swoje marzenie uwiecznił w obrazie namalowanym na dwa miesiące przed samobójczą śmiercią

    WARTO WIEDZIEĆ
    Genialna kopia :. – Ten obraz to właściwie kopia! Vincent van Gogh namalował miłosiernego Samarytanina prawie dokładnie tak samo jak czterdzieści lat wcześniej sławny malarz francuski Eugne Delacroix.
    Spotkanie artysty z Samarytaninem :. – Nie jest łatwo ranną ofiarę napadu posadzić na końskim grzbiecie. Bezwładne ciało mimowolnie się osuwa w ramiona swego dobroczyńcy. Niełatwo być miłosiernym Samarytaninem
    Przesłanie opowiadania :. – Historia egzegezy zna liczne interpretacje przypowieści. Według nich, najczęściej pod postacią Samarytanina, który okazuje miłosierdzie, widzieć należy samego Chrystusa.
    Samarytanie:. – Grupa etniczna zamieszkująca w czasach Jezusa środkową część Ziemi Świętej, pomiędzy Galileą – w której mieszkał Mistrz z Nazaretu – a Judeą, z jej najważniejszym miastem, Jerozolimą.

    Miłosierny Samarytanin

    ***

    Miłosierdzie nieprzyjaciela

    Ta przypowieść zaskakuje. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę nienawiść, która wówczas panowała między Żydami i Samarytanami. Jezus pokazuje, że miłości można uczyć się od… nieprzyjaciela.Akcja przypowieści o miłosiernym Samarytaninie toczy się w miejscu dobrze znanym słuchaczom: na drodze wiodącej z Jerozolimy do Jerycha. Za czasów Jezusa Jerycho, położona 230 metrów pod poziomem morza oaza na Pustyni Judzkiej, było dobrze prosperującym miastem.

    Prawdopodobnie mieszkało tam wielu kapłanów sprawujących służbę w Jerozolimie. Droga łącząca oba miasta była chętnie uczęszczana przez kupców. Czasownik „schodzić”, użyty przez Łukasza, wskazuje, że Jerycho było położone znacznie niżej niż Jerozolima. Obydwa miasta dzieliła odległość ok. 27 km.

    Kapłan i lewita przechodzą obok
    Bohater Jezusowej przypowieści wpada w ręce zbójców. Ich czyny, obnażenie – zadanie ran – pozostawienie „na pół umarłego”, ukazują dramatyczną sytuację poszkodowanego i konieczność szybkiego udzielenia mu pomocy. Dalsza część przypowieści opisuje postawy przypadkowych przechodniów. Została ona zbudowana na zasadzie kontrastu: postawa kapłana i lewity (potomka pokolenia Lewiego, przeznaczonego do niższych służb religijnych) została przeciwstawiona postawie Samarytanina.

    Kapłan, należący bez wątpienia do klasy o wysokiej pozycji społecznej, minął potrzebującego. Kierunek podróży zwiększa jego winę: o ile bowiem zmierzając do Jerozolimy (a więc do świątyni), mógłby być bardziej zatroskany o czystość rytualną, o tyle kierunek przeciwny (z Jerozolimy do Jerycha) zmniejsza stopień takiej troski.

    Jeśli bowiem kapłan przypuszczał, że leżący przy drodze człowiek jest martwy, wówczas mógł usprawiedliwiać swoje zachowanie nakazem Prawa, aby nie dotykać ciał zmarłych przed sprawowaniem kultu (Kpł 21,1–3). Tymczasem przypuszczać należy, że właśnie skończył swą służbę w świątyni. Postawa lewity ukazana jest podobnie.

    Czytelnik może jedynie domyślać się, że minięcie potrzebującego pomocy człowieka mogło wypływać z motywów religijnych, wśród których szczególną rolę odgrywała troska o czystość rytualną.

    Samarytanin wzruszony do głębi
    Kolejnym przechodniem okazał się Samarytanin. Wydawać by się mogło, że wrogość panująca między Żydami a Samarytanami odwiedzie go od zainteresowania się pobitym. Jednak to właśnie mieszkaniec Samarii „wzruszył się do głębi”, widząc człowieka w potrzebie.

    Użyty tu czasownik często w Nowym Testamencie dotyczy samego Boga, przez co Ewangelista dodatkowo wzmocnił pochwałę postawy Samarytanina.

    Można przypuszczać, że do „opatrzenia ran” Samarytanin posłużył się własną szatą, którą musiał rozedrzeć na części, nadające się do obwiązania zranionych miejsc ciała. Typowym środkiem medycznym, powszechnie stosowanym w takich wypadkach, były oliwa i wino.

    Wino służyło do odkażenia ran, oliwa natomiast stanowiła środek kojący. Jako że stan zranionego nie pozwalał mu na samodzielne utrzymanie się na nogach, Samarytanin odstępuje mu własne zwierzę, sam zapewne kontynuując wędrówkę pieszo.

    Gospodę, do której dotarli bohaterowie przypowieści, często stanowiło w czasach Jezusa jednoizbowe pomieszczenie, wspólne dla zwierząt i ludzi, w którym można było schronić się na noc. Zaś suma dwóch denarów, którą otrzymał od Samarytanina gospodarz, za wyżywienie i opiekę nad chorym, wydaje się wystarczającą opłatą za opiekę, jeśli wziąć pod wagę fakt, że w tamtych czasach dzienny zarobek przeciętnego robotnika to jeden denar.

    Niespełnione marzenie

    Chciał pomagać ludziom. Jego życie potoczyło się jednak inaczej, nie tak jak sobie wymarzył. Swoje marzenie uwiecznił w obrazie namalowanym na dwa miesiące przed samobójczą śmiercią.Vincent van Gogh znał niemal na pamięć ewangeliczną przypowieść o Samarytaninie już jako dziecko. Zadbał o to jego ojciec Theodorus, kalwiński pastor.

    Chciał pomagać biednym
    Vincent jako młody człowiek czuł w sobie powołanie Samarytanina. „Chcę zostać pastorem. Chcę pocieszać biedaków” – mówił. Biegła znajomość angielskiego i francuskiego nie została dobrze wykorzystana na studiach teologicznych, które przerywa po dwóch latach. Pchany szlachetnym impulsem osiedla się w belgijskim zagłębiu węglowym Borinage, wśród nędzarzy. Pisze w liście do brata: „Są szczęśliwi, gdy w kaskach z lampkami zjeżdżają do szybów. Oddają się Bogu w opiekę, a On widzi ich pracę i czuwa nad nimi”.

    Van Gogh zabiera się ochoczo za nauczanie dzieci. Lekcje czytania, pisania, katechizmu, pielęgnacja chorych – wszystko to przynosi mu dużą satysfakcję. O dziwo jednak, gmina protestancka, dla której pracuje, nie przedłuża mu umowy. Van Gogh załamuje się. Odchodzi od Kościoła nie tylko dlatego, że pozowanie do jego obrazów uznane zostaje za niemoralne, ale również dlatego, że przejął się myślą Victora Hugo. Komentując swój obraz „Cmentarz chrześcijański”, powie: „Te ruiny pokazują jak, mimo solidnych podstaw, robaki toczą wiarę i religię. Religie przemijają, Bóg trwa”. Wraca do rodzicielskiego domu w depresji. Theo, młodszy brat Vincenta, ofiarowuje mu pewną sumę pieniędzy, która wystarcza, by Vincent powrócił do Borinage, do swoich biedaków. Pieniądze szybko się kończą, więc Vincent wraca do rodziców. Pod pretekstem opuszczenia nabożeństwa zostaje jednak wyrzucony z domu przez ojca.

    Pacjent szpitala dla obłąkanych
    Schronienie znajduje w Hadze. Włócząc się wieczorami po barach, poznaje sprzątaczkę i kurtyzanę zarazem. Znów odzywają się w nim instynkty samarytańskie. Zamieszkuje ze Sien, by opiekować się jej dziećmi. Kobieta jednak nie zamierza chronić się pod opiekuńcze skrzydła malarza z pustą kieszenią.
    Vincent pozostaje sam.

    W marcu 1886 roku przyjeżdża do Paryża, by systematycznie uczyć się malarstwa. W dwa lata później przyjeżdża do Arles, gdzie poznaje wybitnego malarza Paula Gauguina. Ich przyjaźń zostaje przekreślona przez kłótnie. Pewnego wieczoru Vincent rzuca szklanką w twarz przyjaciela, następnie wyrusza za nim z brzytwą. Później sprawia kłopotliwy prezent swojej przyjaciółce: ofiarowuje jej zamknięty w kopercie kawałek własnego ucha, który wcześniej odciął. Było to w Wigilię 1888 roku. Rachel traci przytomność, a Vincent staje się pacjentem zakładu dla obłąkanych.

    Wkrótce samowolnie porzuca leczenie; wyjeżdża do Paryża i tam 29 lipca 1890 roku strzela sobie w serce.
    Jeśli kiedykolwiek van Gogh okazał się Samarytaninem, to raczej nie dla górników czy kurtyzany. Okazał się Samarytaninem dla przyszłych pokoleń, dla umysłów i oczu wrażliwych, które patrząc na jego malarstwo, wznoszą swą myśl ku dobru i pięknu.

    Genialna kopia

    Ten obraz to właściwie kopia! Vincent van Gogh namalował miłosiernego Samarytanina prawie dokładnie tak samo jak czterdzieści lat wcześniej sławny malarz francuski Eugne Delacroix.

    Zmienił tylko kolorystykę, sposób nakładania farby i ułożył postaci jakby w zwierciadlanym odbiciu. Kompozycja, twarze ofiary napadu i Samarytanina, a nawet mała sylwetka oddalającego się lewity są jednak identyczne!

    Czemu wielki artysta zdecydował się skopiować cudzy pomysł? Odpowiedź znajdujemy w jego korespondencji z bratem Theo.

    „Wiesz, dlaczego obrazy Delacroix mają na mnie taki wpływ? Ponieważ kiedy Delacroix malował Getsemani, wcześniej poszedł, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda ogród oliwny. (…) Ludzie, o których mówi nam historia, apostołowie, święte niewiasty, mieli podobny charakter i żyli podobnie jak my, ich obecni potomkowie.

    I muszę ci powiedzieć, (…) gdybym tylko miał siłę ciągnąć to dalej, robiłbym z natury portrety wielkich świętych i świętych kobiet, które wyglądałyby jak z innej epoki, a byłyby to zwyczajne, dzisiejsze kobiety, ale miałyby doprawdy wiele wspólnego z pierwszymi chrześcijanami”.

    Niestety, van Gogh nie miał już „siły ciągnąć tego dalej”. Popełnił samobójstwo dwa miesiące po namalowaniu „Miłosiernego Samarytanina”.

    Spotkanie artysty z Samarytaninem

    Nie jest łatwo ranną ofiarę napadu posadzić na końskim grzbiecie. Bezwładne ciało mimowolnie się osuwa w ramiona swego dobroczyńcy. Niełatwo być miłosiernym Samarytaninem.

    Biblijna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie była bardzo ważna dla Vincenta van Gogha. Zawsze chciał naśladować Samarytanina. Nie zdołał udźwignąć tego ciężaru, ale namalowany przez niego Samarytanin jest krzepkim mężczyzną. Na pewno sobie poradzi.

    Z lewej strony obrazu widzimy otwartą torbę, porzuconą przez złoczyńców. Mija ją spokojnie przechodzień. To lewita, który idzie pogrążony w lekturze, jakby w ogóle nie zauważył tragedii napadniętego człowieka. Kartka papieru, w którą zapatrzony jest lewita, to symbol judaistycznych praw religijnych.

    Lewita tak bardzo jest skupiony na ich przestrzeganiu, że nie dostrzega prawdziwego świata i rzeczywistych problemów. Kapłan, o którym mowa w przypowieści, przeszedł już wcześniej. Jego sylwetka majaczy na horyzoncie.

    Przesłanie opowiadania

    Historia egzegezy zna liczne interpretacje przypowieści. Według nich, najczęściej pod postacią Samarytanina, który okazuje miłosierdzie, widzieć należy samego Chrystusa.

    Przez długie stulecia posługiwano się w Kościele propozycją Augustyna, według której człowiek napadnięty i pobity to Adam; rozbójnicy to diabeł i jego aniołowie; kapłan i lewita reprezentują kapłaństwo i służbę świątynną Starego Testamentu, które nie mogą posłużyć do zbawienia; Samarytaninem jest sam Chrystus.

    Wydaje się jednak, że zasadnicze przesłanie przypowieści ma bardziej wymiar moralny. Jezus, opowiadając o zachowaniu Samarytanina, wywołuje w żydowskim słuchaczu odczucie bycia prowokowanym. Słuchacz bowiem jest zmuszony do zestawienia w jednym zdaniu pojęć miłosierdzie i Samarytanin, sprzecznych z przekonaniami i mentalnością żydowską.

    Zestawienie to prowadzi do szokującej konkluzji, że Samarytanin może okazać się bliźnim. Więcej jeszcze, że należy go naśladować w okazywaniu miłosierdzia. Jego czyn staje się wzorem życzliwości i miłości, która winna istnieć między ludźmi bez względu na różnice etniczne czy religijne. Ale czy chodzi tylko o miłość bliźniego? Gdyby tak było, wystarczyłoby skorzystać ze zwykłej zasady potrójności: dwóch pierwszych przechodniów mija poszkodowanego, a zatrzymuje się jedynie trzeci, który staje się wzorem miłosierdzia. Nie musiałby pojawić się ani kapłan, ani lewita.

    Gdyby chodziło o tendencje antyklerykalne, wystarczyłoby sługom świątyni przeciwstawić zwykłego świeckiego Żyda, nie Samarytanina. Przesłanie byłoby jasne: ci, od których wymaga się okazania miłosierdzia, zaniedbali swój obowiązek, a zwykły, być może żyjący z dala od Boga człowiek, spełnił Jego wolę. Gdyby chodziło o ukazanie przykładu miłości wobec nieprzyjaciół, wówczas to Samarytanin byłby poszkodowany. To on musiałby leżeć przy drodze. Tymczasem tu chodzi o coś innego – by uczyć się miłości od nieprzyjaciela.

    Samarytanie

    Grupa etniczna zamieszkująca w czasach Jezusa środkową część Ziemi Świętej, pomiędzy Galileą – w której mieszkał Mistrz z Nazaretu – a Judeą, z jej najważniejszym miastem, Jerozolimą.

    Byli potomkami Żydów, których ominęła deportacja do Babilonii po zdobyciu Jerozolimy przez Nabuchodonozora w 587 roku przed Chr. (większość Żydów wtedy przesiedlono), oraz mieszkańców Mezopotamii, przybyłych na miejsce deportowanych. Kiedy w 539 r. Żydzi zostali wypuszczeni z niewoli, zamierzali odbudować świątynię.

    Mieszkańcy Samarii pragnęli włączyć się w ten projekt, jednak Zorobabel odrzucił ich ofertę. Uznał, że nie są prawdziwymi spadkobiercami religii Mojżeszowej, skoro wiązali się przez małżeństwa z poganami. Pomiędzy Żydami a Samarytanami panowały wrogie stosunki.

    Wrogość ta osiągnęła punkt kulminacyjny w roku 128 przed Chr., gdy Jan Hirkan zniszczył świątynię Samarytanów. Z kolei w latach 6–9 po Chr. Samarytanie zbezcześcili świątynię w Jerozolimie, rozrzucając w niej ludzkie kości.

    Z Ewangelii wg św. Łukasza


    Jezus (…) rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców.

    Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.

    Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.

    Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: »Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał«. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”. On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10, 30–37)

    ks. Mariusz Rosik – współpraca: Andrzej Macura i Leszek Śliwa/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Żyd spełniony”. Dlaczego nad Dniem Judaizmu unosi się duch błędu, a nie świadectwa konwertytów?

    ***

    Stary Testament jako zapowiedź wyczekiwanego Mesjasza dopełnił się wraz z przyjściem na świat Chrystusa. To na Pana Jezusa z tęsknotą czekali Żydzi – z których przeważająca część, niestety okazała się wiarołomna i odrzuciła Zbawiciela. Błąd poprzednich pokoleń zauważył jednak w historii niejeden wyznawca rabinicznego judaizmu. Fakt ten owocował niejednokrotnie spektakularnymi nawróceniami… Dlaczego to nie ich duch – a atmosfera relatywizacji zbawczej jedyności Chrystusa i Jego Kościoła towarzyszy obchodom „Dnia Judaizmu” w Polsce?

    We wtorek 17 stycznia przypada kolejny już „Dzień Judaizmu” w polskim Kościele katolickim. Twarzą obchodów jest nikt inny, jak obdarzony przez Franciszka kardynalską purpurą łódzki ordynariusz. W radomskim kościele św. Jana Chrzciciela będzie on przewodniczył „nabożeństwu słowa bożego”. Zostanie tam także odtworzone przesłanie rabina Michaela Schudricha.

    Kardynał Ryś tuż przed organizacją obchodów rozmawiał z Katolicką Agencją Informacyjną. W trakcie wywiadu podzielił się z odbiorcami dramatycznie mylącym przesłaniem: powołując się na kontrowersyjną deklarację soborową Nostra Aetate kardynał przekonywał, że Żydzi pozostają „narodem wybranym” – a zatem dotyczące ich Stare Przymierze wciąż obowiązuje. Jak dodał – Kościół miał jakoby „błędnie” nauczać przeciwnych treści przez większość swojego istnienia…

    Purpurat zdaje się zapominać, że sednem Starego Testamentu było przecież oczekiwanie na Mesjasza, który wypełniłby Prawo i proroków. Jak można, z szacunkiem dla zasady niesprzeczności, pogodzić przekonanie o aktualności przymierza Mojżeszowego z wiarą w Mesjaństwo Chrystusa? Skoro Syn Boży istotnie objawił się dawnemu narodowi wybranemu, to na kogo jeszcze tamten ma oczekiwać?

    Jeszcze bardziej martwi relatywizacja zbawczej jedyności Chrystusa i Kościoła Powszechnego, jaka podszywa „Dzień Judaizmu”. A przecież można by zupełnie inaczej… Zamiast usilnych prób zamiecenia pod dywan dystansu, jaki od chrześcijaństwa dzieli judaizm rabiniczny, wystarczyłoby postawić świadectwo wybitnych konwertytów z tej religii…

    Ich historie są źródłem poruszających świadectw. Wypełnienie Starego Testamentu w Chrystusie dostrzegł chociażby ceniony polsko-żydowski poeta Roman Brandstaetter. Co kluczowe w kontekście „Dnia Judaizmu”, konwersję na chrześcijaństwo postrzegał on jako naturalną konsekwencję przywiązania do mojżeszowego przymierza, wyniesionego z podtarnowskiego domu.

    „Dopełniwszy Stary Testament Nowym stał się, wedle własnych słów, Żydem spełnionym”, streszcza drogę literata do chrześcijaństwa Aleteia.org. „Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. Cała reszta była dla mnie logiczną konsekwencją tego faktu”, przypomina portal słowa szeroko znanego pisarza i biblisty.

    Konwersja pisarza, choć Brandstaetter robił co mógł, by światła wiary nie trzymać pod korcem, nie odbiła się tak szerokim echem, jak nawrócenie głównego rabina Rzymu w II połowie XX wieku. Izrael Zolli – bo tak było na imię prominentnemu uczonemu z żydowskiej rodziny – wstrząsnął światem, gdy tuż po wojnie, w 1945 roku z całą swoją rodziną przyjął chrzest i zrezygnował z funkcji przełożonego stołecznej gminy. Przyjął również chrześcijańskie imię Eugenio. 

    Już podczas wojny Zolli współpracował z papieżem Piusem XII i organizacjami katolickimi na rzecz ratowania Żydów przed Holokaustem. W kolejnych latach wojennej zawieruchy nabrał zaś pewności, że wypełnieniem starotestamentalnych obietnic jest Jezus Chrystus. Świadectwo swojego nawrócenia Zolli zawarł w książce zatytułowanej „Nazarejczyk”.

    Koronne historie żydowskich nawróceń przedstawiają życiorysy Edyty Stein – świętej Teresy Benedykty od Krzyża i Alfonsa Ratisbonne’a. Zachęcamy, by z „Dnia Judaizmu” zrobić jedyny możliwy użytek i poznać świadectwo ich życia. Poświęcony im tekst można przeczytać klikając w link.

    źródła: aleteia.org, PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Chrostowski o żydach:

    nie ma dwóch równoległych dróg zbawienia!

    fot. Agencja Forum

    ***

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” odniósł się do dokumentu wydanego przez Watykan w 50. rocznicę deklaracji „Nostra aetate”. Liberalne media manipulując tekstem dokumentu ogłosiły, że Kościół zakazał nawracać Żydów na wiarę chrześcijańską.

    Z okazji 50. rocznicy opublikowania deklaracji o stosunku Kościoła Katolickiego do religii niechrześcijańskich Stolica Apostolska wydała dokument poruszający m.in. kwestię ewangelizacji żydów zatytułowany „Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne. Refleksje nad kwestiami teologicznymi z zakresu relacji katolicko-żydowskich z okazji 50. rocznicy Nostra aetate”. Media zinterpretowały go jako wezwanie do zaprzestania nawracania narodu pierwszego wybrania. Czy rzeczywiście katolicy mają zaniechać wysiłków mających na celu pokazanie Żydom, że Jezus jest mesjaszem?

    Ks. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreśla, że w centrum relacji katolicko-żydowski do tej pory znajdowały się dwa podstawowe punkty – Pierwszy, o którym jest mowa w „Nostra aetate”, to Szoah. Zakładano, że skoro Żydzi przeszli przez tak straszliwe doświadczenie należy ich traktować jak nader obolałych i w kontaktach z nimi nie powinno poruszać się spraw dla nich drażliwych i trudnych. Żydzi taką postawę zręcznie wykorzystywali, czyniąc z Szoah pierwszorzędny, a czasem jedyny przedmiot dialogu. Drugi punkt to utworzenie Izraela. – powiedział ks. Chrostowski.

    W dialogu katolicyzmu z judaizmem kładziono nacisk na fakt, że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego. – Jednak chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa, zakorzeniona w stopniowym objawianiu się Boga w czasach Starego Testamentu i Jego definitywnym objawieniu się w Jezusie Chrystusie – stwierdził ks. Waldemar Chrostowski.

    Ks. prof. Chrostowski podkreśla, że jeśli człowiek urodzony przez żydówkę przyjmie chrzest, to przestaje być Żydem. Judaizm uznaje więc ewangelizacje za… próbę wynaradowiania. – Przecież w I wieku, gdy rodziła się i krzepła wiara w Jezusa Chrystusa, ówcześni Żydzi nie kwestionowali żydowskości swoich rodaków, którzy jako pierwsi przyjęli Ewangelię, czyli apostołów i judeochrześcijan (…) Radykalna zmiana nadeszła wraz z judaizmem rabinicznym. Wyłonił się on wskutek dramatycznych wydarzeń w kontekście zburzenia świątyni jerozolimskiej w roku 70 – tłumaczył duchowny. Nastąpiła wówczas diametralna przebudowa religii Żydów, jasno zostało zdefiniowane, że być Żydem oznacza nie być chrześcijaninem.

    Powszechność zbawczej misji Chrystusa stanowi fundament Kościoła Katolickiego – przypomina ks. prof. Waldemar Chrostowski. Dobra Nowina Ewangelii jest skierowana do ludzi wszystkich ras i języków, a więc również do Żydów. Należy jednak wziąć pod uwagę ich szczególną rolę w Starym Przymierzu. Jak możemy przeczytać w niedawno wydanym watykańskim dokumencie, „Kościół jest więc zobowiązany, aby postrzegać ewangelizację Żydów, którzy wierzą w jednego Boga, w odmienny sposób niż ludzi innych religii i światopoglądów”. Co znaczy, wobec żydów należy użyć innej optyki niż w przypadku buddystów, mahometan czy ateistów. Pytanie – według Watykanu – nie brzmi „czy ewangelizować wyznawców judaizmu?”, tylko „w jaki sposób?”.

    Dalej w tym samym dokumencie czytamy, „mówiąc konkretnie, znaczy to, że Kościół nie popiera żadnego zinstytucjonalizowanego dzieła misyjnego skierowanego do Żydów”. Nie oznacza to całkowitego odrzucenia idei nawracania Żydów, a jedynie podkreślenie szczególnej formy tej ewangelizacji, gdyż – jak twierdzą autorzy dokumentu – „chrześcijanie są powołani do dawania świadectwa swojej wiary w Jezusa Chrystusa również wobec Żydów”. – Dokument watykański nie neguje potrzeby ewangelizacji, ale nie poprzestaje na płaszczyźnie instytucjonalnej i uwypukla koniczność osobistego świadectwa chrześcijan dawanego wszystkim, a w szczególny sposób Żydom – zauważył ks. Chrostowski.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski przypomina przedwojenną koncepcje dwóch dróg zbawienia. Według niej chrześcijaństwo jest drogą zbawienia dla nie-żydów, prowadzącą przez Syna do Ojca. Żydzi natomiast, którzy zawsze mieliby być blisko Ojca, nie potrzebują pośrednictwa Syna. – Takie głosy pojawiają się kręgach „kościoła otwartego” i były lansowane na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku” czy „Więzi”. Postulują, by zostawić Żydów w spokoju, bo ich drogę zbawienia stanowi ich religia – powiedział ks. Chrostowski. Także dokument Watykanu stwierdza, że taka teoria „w gruncie rzeczy godzi w same fundamenty wiary chrześcijańskiej”. – Niema dwóch równoległych dróg zbawienia! – podkreśla duchowny.

    Po Soborze Watykańskim II koncepcje dwóch dróg zbawienia przeniesiono także na inne religie. – Gdybyśmy ów „nowoczesny” pogląd przedstawili graficznie, zobaczylibyśmy, że wszyscy ludzie wyruszają z odmiennego punktu i chociaż deklarują, że mają jeden cel, to każdy idzie w innym kierunku. Pojawia się pytanie, jak można idąc w zupełnie różne strony dojść do tego samego celu. Ale nad tą kwestią zwolennicy ideologizowania chrześcijaństwa się nie zastanawiają – tłumaczy ks. Chrostowski.

    Tydzień przed ogłoszeniem przez Watykan dokumentu opublikowany został list otwarty sygnowany przez kilkudziesięciu rabinów, którzy wyrazili zadowolenie, że Kościół wycofał się z działań prozelickich.– Kościół włącza się w dialog ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemniają to nastawienie ze względu na siebie – stwierdził biblista. Rabini piszą, że obie religie „mają za sobą dwa tysiące lat wzajemnej wrogości i wyobcowania”. Użycie wyrażenia „wzajemnej wrogości” oznacza uznanie przez nich, że na Żydach również spoczywa odpowiedzialność za izolację. Jednocześnie na pozytywny odbiór nauczania Jana Pawła II i Benedykta XVI przez Żydów wskazuje nazwanie chrześcijan „braćmi i siostrami”. Rabini twierdzą jednak, że Szoah był wynikiem wielkowiekowej wrogości i odrzucenia przez chrześcijan. – Takie ujęcie zwalnia od refleksji nad naturą narodowego socjalizmu i tym, że ofiarami tej ideologii byli również chrześcijanie – zauważa ks. Waldemar Chrostowski.

    źródło: Rzeczpospolita

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Chrostowski: OBECNI ŻYDZI NIE SĄ NASZYMI STARSZYMI BRAĆMI W WIERZE

    W Kościele katolickim w Polsce obchodzimy dziś Dzień Judaizmu. Wielokrotnie przywoływane będą najpewniej słynne słowa św. Jana Pawła II, który nazwał Żydów „starszymi braćmi w wierze” chrześcijan. Czy jednak możemy tak nazywać również współczesnych wyznawców judaizmu? W 2009 roku na to pytanie w rozmowie z Ireną Świerdzewską na łamach tygodnika „Idziemy” odpowiedział ks. prof. Waldemar Chrostowski. Biblista zwrócił uwagę, że od zburzenia Świątyni Jerozolimskiej mamy już do czynienia z zupełnie innym judaizmem niż ten, który trwał do czasów przyjścia Chrystusa.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski zwrócił uwagę na zafałszowanie słów św. Jana Pawła II wypowiedzianych w rzymskiej synagodze w 1986 roku. Z wypowiedzi papieża w tłumaczeniach na inne języki usunięto ważne sformułowanie, które zmieniło sens jego słów.

    – „W przemówieniu w synagodze rzymskiej Jan Paweł II powiedział: Religia żydowska nie jest dla naszej religii «zewnętrzna», lecz w pewien sposób «wewnętrzna». Mamy zatem z nią relacje, jakich nie mamy z żadną inną religią. Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób, można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi. W przekładach tego przemówienia wyrzucono słowa w pewien sposób, na skutek czego formuła stała się bezwarunkowa. I to jest właśnie ów wielki teologiczny błąd, który oznacza poważne zafałszowanie wypowiedzi papieskiej i wypaczenie samych podstaw teologicznych relacji chrześcijańsko-żydowskich”

    – mówił teolog.

    Wbrew przekonaniu wielu chrześcijan, współczesny nam judaizm rabiniczny nie jest tożsamy z judaizmem Starego Testamentu.

    – „Tymczasem, o czym doskonale wiedzą Żydzi, a często nie chcą wiedzieć teologowie chrześcijańscy, współczesny judaizm nie jest zwyczajną kontynuacją religii biblijnego Izraela! Na jej glebie wyrosły dwie religie: ta, która uznała Jezusa za Mesjasza, czyli chrześcijaństwo, oraz ta, która tego nie uczyniła i w dużej mierze ukształtowała się w konfrontacji z chrześcijaństwem, czyli judaizm rabiniczny”

    – podkreślił.

    – „Dość paradoksalnie judaizm rabiniczny okrzepł i rozwinął się już po zaistnieniu chrześcijaństwa, a także w opozycji do niego. Ten paradoks historyczny ma ogromne konsekwencje teologiczne. Obie religie polegają na Starym Testamencie i w równym stopniu nie mogą się bez niego obyć! Dziedzictwo biblijnego Izraela to nie tylko dziedzictwo żydowskie, lecz w najpełniejszym tego słowa znaczeniu także dziedzictwo chrześcijańskie. Bezwarunkowe uwypuklanie starszeństwa wyznawców judaizmu prowadzi do zupełnego wydziedziczenia wyznawców Chrystusa z tej życiodajnej gleby, jaką również dla nas stanowi Stary Testament”

    – dodawał.

    Zauważył przy tym, że próżno szukać Żydów, którzy uznają chrześcijan za swoich „młodszych braci”. Braćmi można być rzeczywiście jednak tylko wówczas, kiedy braterstwo to uznają obie strony.

    Duchowny wyjaśniał, że dialog z Żydami i budowanie braterstwa nie mogą zostać oparte na „prawieniu tanich komplementów” i ignorancji, ale muszą zostać oparte na prawdzie.

    Tygodnik Idziemy

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między Starym a Nowym Testamentem.

    Roman Brandstaetter – Żyd nawrócony

    Roman Brandstaetter. Historia nawrócenia i życia

    fot. Archiwum Biblioteki Raczyńskich

    ***

    Europejczyk rodem z Tarnowa – tak nazwał go autor jednej z monografii. Roman Brandstaetter: urodzony w Galicji, wykształcony w Krakowie. Rzucony wojenną zawieruchą do kraju swoich przodków, do Palestyny, do Ziemi Świętej. Długo mieszkał w Italii, którą wielce ukochał, jako źródło naszej cywilizacji. Osiadł w Poznaniu, gdzie nazywano go rabinem z Winograd (dzielnica, którą zamieszkiwał).

    Biblio, Ojczyzno moja

    Roman Brandstaetter (1906-1987) – pisarz, poeta, dramaturg i tłumacz. W swojej twórczości pojednał rzeczywistości nie do pogodzenia. Dopełnił judaizm, religię swojego pochodzenia, wiarą w Jezusa Chrystusa. Od tego momentu cała jego działalność pisarska była hymnem na cześć Stwórcy. Czerpał z wielu rzeczywistości. Trzy kręgi kulturowe, które ukształtowały jego sposób postrzegania świata to chrześcijaństwo, starożytność grecko-rzymska oraz wyniesiona z żydowskiego domu polskość. Mimo pozornej odmienności spojone zostały w jeden, wspólny fundament. Mapa ojczyzn Brandstaettera nie posiada jako określonego centrum. To raczej nakładające się na siebie i wzajem uzupełniające przestrzenie. Sercem ich pozostała jednak na zawsze Biblia.

    Biblio, ojczyzno moja,

    Biblio, moja ziemio polska,

    Galilejska

    I franciszkańska,

    O wy, Księgi mojego dzieciństwa,

    Pisane dwujęzyczną mową,

    Polską hebrajszczyzną,

    Hebrajską polszczyzną,

    Dwumową

    Świętą

    I jedyną.

    („Biblio, Ojczyzno moja„)

    Tam, gdzie nie ma Chrystusa, jest pustynia

    Choć wyrósł w tradycji judaistycznej, pewnej nocy spotkał żywego Chrystusa i to na zawsze odmieniło jego życie. W czasie II wojny światowej mieszkał w Jerozolimie i pracował jako telegrafista. Podczas jednego z nocnych dyżurów wśród papierów zupełnym przypadkiem znalazł wizerunek Ukrzyżowanego z kościoła San Damiano w Asyżu. To spotkanie oko w oko z samym Bogiem było wstrząsem, który odmienił całe życie Brandstaettera na zawsze i nieodwołalnie. Milcząca kontemplacja doprowadziła go do oczywistej prawdy.

    Ten martwy Chrystus żył. Pomyślałem: Bóg… (…) Otworzyłem Nowy Testament tak, jak otwiera się drzwi prowadzące do rodzinnego domu.

    (Noc biblijna, [w:] Krąg biblijny)

    Prostota i oszczędność tego opisu pokazują, że nie sposób ubrać w słowa doświadczenia transcendencji; że wiara naprawdę jest łaską, która wymaga tylko gotowości przyjęcia. Noc biblijna, moment jego powrotu do Chrystusa, brzmi jak echo przypowieści o synu marnotrawnym powracającym do miłosiernego Ojca. 

    Biblia zawsze była Księgą, z którą pisarz odczuwał głęboką więź. Stała się też dla niego symbolem domu rodzinnego i spoiwem łączącym judaizm i katolicyzm. Brandstaetter jako Żyd nawrócony, dopełniwszy Stary Testament Nowym stał się, wedle własnych słów, Żydem spełnionym. Na zawsze pozostał metaforycznie rozpięty pomiędzy Synagogą a Kościołem – zawsze jednak wybierając Chrystusa.

    Nie nazywał tego nigdy nawróceniem, choć powszechnie tak się określa jego przemianę. Według Brandstaettera było to po prostu dopełnienie. „Ja nie byłem poganinem, żebym miał się nawracać. Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. I na tym koniec. Cała reszta była dla mnie logiczną konsekwencją tego faktu”.

    Poetyka wyrasta z etyki

    Ta duchowa przemiana stała się niewyczerpanym źródłem dla całej twórczości pisarskiej Brandstaettera. W swoich wierszach, tekstach prozatorskich i dramatach nie tylko prowadził indywidualny dialog z własnym dziedzictwem. Zawsze był to zapis osobistego spotkania z Bogiem i zachęta dla czytelnika do takich rozważań.

    W wyznaniu poetyckim autor sam przyznawał:

    Bez znajomości Twoich wersetów

    Nieśmiertelnych,

    Zbawiennych

    I wyzwalających,

    każde życie jest figowcem uschniętym,

    a każda śmierć bezowocna

    („Modlitwa o ustanowienie święta Spożywania Pisma Świętego„)

    Z takiej postawy wypływał dla niego oczywisty wniosek. Wszelka twórczość literacka uprawiana bez zakorzenienia w Biblii, będzie całkowicie jałowa i bezcelowa. Owocem tak przeżywanej wiary były tak różne książki, jak reportaż literacki „Kroniki Assyżu” (1947), zbiór „Inne kwiatki świętego Franciszka z Asyżu” (1976), tomy wierszy „Pieśń o moim Chrystusie” (1960), eseje „Krąg biblijny” (1975). W latach 1967–1973 powstało najwybitniejsze dzieło prozatorskie Brandstaettera, czterotomowa powieść historyczna „Jezus z Nazarethu”. Dzieło to przedstawia portret psychologiczny Chrystusa – Boga i Człowieka. Zachwyca także szczegółowością i dokładnością opisów tradycji semickiej. Było to jego opus vitae, w którym zawarł zawarł całe dotychczasowe doświadczenie literackie, swoje przeżycia religijne oraz żywą wiarę w Jezusa-Mesjasza. 

    Nikt nie zdobywa wiary raz na zawsze i dlatego należy zdobywać ją codziennie od nowa.

    Tym była dla Romana Brandstaettera jego twórczość pisarska.

    Maria Gierszewska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Roman Brandstaetter: Żyd, który spojrzał na Ukrzyżowanego. Doznał wstrząsu i dokonał wyboru

    Roman Brandstaetter

    Vitalis Visus – praca własna | Wikimedia Commons | CC BY-SA 3.0

    ***

    „Gdybym zaczął pisać bzdury o miłości ziemskiej Marii Magdaleny do Jezusa, to by kupowali, tłumaczyli, czytali. Chcą książek, które by ich uspokajały, rozgrzeszały, zwalniały, uniewinniały. W imię wierności sobie – nie mogę. Nie mogę się sprzedać. Byłbym bogaty, ale musiałbym sobie w twarz napluć”.

    Wiara w Boga była jego oddechem. Była we wszystkim, co robił i o czym myślał. Posiadał ją w nadmiarze, jeśli wiarę można posiadać w nadmiarze” – wspominał o. Jan Góra OP.

    „Wielkie dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom upewnia mnie w przekonaniu, że moje «odejście» od judaizmu, moja «zdrada», jak to chcieliby widzieć niektórzy, nie jest odejściem w znaczeniu dosłownym. Ja dotykam obu krańców łuku” – pisał Roman Brandstaetter.

    O. Jan Góra i Roman Brandstaetter

    „Opowieść o człowieku, który z daleka szedł do Jezusa. Z ziemi sytej nad Jordanem do ziemi sytej nad Wisłą” – napisał w dedykacji do książki o Romanie Brandstaetterze pt. Był jak przechodzień do domu Ojca o. Jan Góra OP, jego wieloletni przyjaciel. Pójdźmy po śladach tej opowieści. 116 rocznica urodzin poety, pisarza, tłumacza i wspaniałego znawcy czasów Chrystusa, która przypada 3 stycznia, jest do tego dobrym pretekstem.

    „Życie i upokorzenie pisarza są pokarmem i chlebem powszednim jego twórczości. Całym sobą płacimy za słowo” – twierdził Roman Brandstaetter pod koniec swojego 80-letniego życia, podkreślając odpowiedzialność, która spoczywa na piszącym.

    Wczytując się w notatki o. Jana Góry natrafiłam na fragment wspomnienia, które w 1997 r. zapisał o poecie. To ważne wyznanie i definicja moralnego kodeksu autora Kręgu biblijnego z jednej strony oraz diagnoza, jakże smutna, naszej ludzkiej kondycji, z drugiej.

    Możesz się sprzedać?

    Ojciec wspominał: „Kiedyś, wróciwszy z zagranicy, na pytanie: «Jak tam?» odpowiedział mi tak: «Widzi ojciec, nadszedł czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swych pragnień zgromadzą sobie nauczycieli, a żądni tego, co łechce ucho, odwrócą słuch swój od prawdy i obrócą się ku baśniom. Tak jest teraz.
    Gdybym zaczął pisać bzdury o miłości ziemskiej Marii Magdaleny do Jezusa, to by kupowali, tłumaczyli, czytali. Chcą książek, które by ich uspokajały, rozgrzeszały, zwalniały, uniewinniały, w których znajdowaliby potwierdzenie własnego sposobu myślenia… i życia.
    Ale jestem już za stary. Za dużo przeżyłem. W imię wierności sobie – nie mogę. Ewangelia jest inna. Ona jest wymagająca, radykalna, jasna, jedyna… Nie mogę się sprzedać. Byłbym bogaty, ale musiałbym sobie w twarz napluć…»”.

    O. Góra wspominał, że pisarz prowadził „wielką księgę ześwinień pisarzy”. Odnotowywał tam, z bólem, nazwiska osób, które pisały peany na cześć Stalina albo za talony na samochód donosiły na kolegów. Uważał, że Pana Boga obraża brak rozumu, brak wychowania i ogłady, brak przyzwoitości i szmatławość.

    „Ojcze, szmatławość, w stosunku do niej jestem zupełnie bezradny…” – żalił się podniesionym głosem.

    „To był gwałtownik, skory do nagłych wybuchów, żałujący za moment swego uniesienia. Łagodniejący po chwili i szukający kompromisu i zgody. Ceremonialnie nabijający tytoniem fajkę, pieszczący fajczaną lulkę z lubością, zawsze wśród kłębów i smug fioletowego dymu zastygającego nad nim na kształt obłoczka.

    Stale trzymający się za serce, przystający co parę kroków, by odpocząć, a kiedy dolegliwości mijały i ból ustępował, ruszający dalej w drogę. Fajka to osobne zagadnienie. Odrębne, samo w sobie. Była nieodłącznym atrybutem mistrza Romana. Z nią, w jej towarzystwie, zawsze się ukazywał, pisał i szedł do kościoła, otwierał drzwi i siadał w fotelu. Dobór fajki i tytoniu zajmowały mu sporo czasu i energii” – wspominał ojciec.

    O ostatnią porcję ulubionego amerykańskiego tytoniu Revelation poprosił o. Górę w 1987 r., gdy ten jechał do Wiednia. Cena okazała się jednak zaporowa dla zakonnika i ten długo zwlekał z kupnem. Zanim wydał 60 szylingów prośba o tytoń okazała się być ostatnim życzeniem Mistrza – Brandstaetter zmarł 28 września.

    Ojciec z tytoniem do fajki nie zdążył. Jednak prośbę wypełnił. Kupiony tytoń rozsypał ukradkiem na grobie poety, aby ten zanurzył się w fioletowym, pachnącym obłoku, w którym tak lubił się chować.

    Chłopak z Tarnowa

    Roman Brandstaetter urodził się w żydowskiej rodzinie inteligenckiej w Tarnowie 3 stycznia 1906 r. Jego dziadek, Mordechaj Dawid Brandstaetter był właścicielem tłoczni oleju lnianego i znanym twórcą literatury hebrajskojęzycznej, a także autorem opowiadań i nowel.

    To on nauczył wnuka całego Pięcioksięgu jeszcze zanim ten poznał litery. Siadał w fotelu, brał chłopca na kolana i opowiadał mu Torę. Jakiś czas później kamyczek do biblijnej formacji chłopca dołożyła mama – postanowiła nauczyć go czytać i pisać po polsku, na Piśmie Świętym w przekładzie ks. Wujka.

    „Nie znam nikogo spośród moich przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, który by się uczył pisania i czytania na Wujkowej, wcale niełatwej polszczyźnie” – pisał w Kręgu biblijnym.

    Szkołę powszechną i gimnazjum męskie ukończył w rodzinnym Tarnowie, egzamin dojrzałości zdał w 1924 r. w Krakowie i tam, na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował filozofię i filologię polską. W 1926 r. na łamach „Kuriera Literacko-Naukowego” zadebiutował jako poeta. Doktorat zrobił z Mickiewicza.

    „Roman Brandstaetter narodził się późno. O wiele później, niż wskazuje jego data urodzenia. Narodził się pewnej grudniowej wietrznej nocy, już bliżej rana, w Jerozolimie. Tam, w Palestynie, zobaczył na nowo i poznał Chrystusa” – pisał o. Góra.

    Rodzina

    Cała rodzina Brandstaettera zginęła w krematoriach Treblinki. Dowiedział się o tym w czasie pobytu w Jerozolimie. To był wstrząs, o którym nigdy później nie napisał i nie opowiedział. Ukrył ból głęboko, zasłonił szczelnie i nawet najbliższych nigdy do tej przestrzeni nie wpuszczał.

    Żonę też przed tą czeluścią chronił, bo „była delikatna”. W Przypadkach mojego życia wrócił na chwilę do ostatniego spotkania z matką we wrześniu 1939 r.

    „Pamiętam tę noc i te schody, którymi wtedy schodziłem. Stałaś w drzwiach zapłakana. Domyśliłem się, że chciałaś mnie zatrzymać, ale nie śmiałaś tego uczynić. Była to bowiem ostatnia szansa mojego ocalenia, a ty gorąco pragnęłaś, abym pozostał przy życiu. Pomny na ostrzeżenie Pańskie skierowane do uchodźców uciekających z płonącego miasta, nie przystanąłem na zakręcie schodów, i nie obejrzałem się, aby cię po raz ostatni ujrzeć. Dlatego nie wiem – a ta niewiedza jest wyrzutem mojego sumienia – jaki był wyraz twojej twarzy w przyćmionym świetle lampy okalającym twoją głowę. Ty już dawno nie żyjesz. A ja wciąż schodzę tymi samymi schodami i wciąż boję się za siebie obejrzeć”.

    „Od tamtej pory modlitwa za popiół stała się jego modlitwą codzienną” – mówił o. Jan.

    Chrystus – Człowiek, który niepokoi

    We wschodniej ścianie tarnowskiej katedry wisi miedziany krucyfiks. Wkomponowano go w katedralne mury w 1899 r., a więc siedem lat przed narodzinami Romana. Rzucał się w oczy i chłopiec z żydowskiego domu znał go dobrze. Bardzo niepokoił go ten Człowiek wiszący na ścianie, w cierniowej koronie, wyglądający na bardzo cierpiącego.

    Z czasem bał się tak bardzo, że chodził na rynek okrężną drogą. „Ten rozpięty na krzyżu Chrystus, sczerniały od deszczów i wiatrów napawał mnie coraz większym niepokojem” – wspominał w Kręgu biblijnym.

    W tym czasie pracował w Jerozolimie dla Polskiej Agencji Telegraficznej. Często brał nocne zmiany i w czasie jednej z tych zmian w zagraconym pokoju trafił na starą gazetę, w której zamieszczono reprodukcję rzeźby Ukrzyżowanego Innocenza z Palermo, znaną z kościoła San Damiano w Asyżu. Doznał wstrząsu, ujrzał sens swojego życia i dokonał wyboru.

    Wyrzeźbiony Ukrzyżowany miał oczy zamknięte, „ale On mnie widział” – powiedział później. Po powrocie do domu „otworzył Nowy Testament jak się otwiera drzwi prowadzące do domu”. Drążącymi rękoma wyciął reprodukcję z gazety, oprawił w ramkę i gdziekolwiek mieszkał, zabierał ją ze sobą. W testamencie zaznaczył, aby ten wizerunek włożyć do jego trumny razem z różańcem, który podarował mu Jan Paweł II.

    Czy to było jedno ze spektakularnych nawróceń? Nawrócenie to słowo, którego Brandstaetter nie lubił. „Ja nie byłem poganinem, żebym miał się nawracać. Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. I na tym koniec. Cała reszta była dla mnie logiczną konsekwencją tego faktu”.

    15 grudnia 1946 r. przyjął chrzest w kościele paulinów przy via dei Barbieri w Rzymie. Tydzień później, w tym samym kościele, już jako Roman Paweł poślubił Reginę Brochwicz-Wiktorównę.

    Żona – najpiękniejszy człowiek mojego życia

    „Pani zostanie moją żoną” – powiedział do Reginy Brochwicz-Wiktorówny.„To niemożliwe, bo ja jestem dobrze urodzoną szlachcianką, katoliczką, a pan jest Żydem… To jest po prostu w żaden sposób niemożliwe”. „Dla Boga nie ma nic niemożliwego” – odpowiedział.

    Byli małżeństwem przez czterdzieści lat. Ona, szlachcianka z Woli Sękowej, sekretarka ambasadora polskiego w Rzymie, prof. Stanisława Kota, znająca języki i literaturę, była dla niego wsparciem, muzą i pierwszą czytelniczką wszystkich dzieł. Zmarła w 1986 r., po długiej chorobie, a on po tej śmierci nie był już tym samym człowiekiem.

    „Moja Żona, śp. Rena, była najwierniejszym i najpiękniejszym człowiekiem mojego życiai natchnieniem moich najlepszych dzieł” – napisał w testamencie, dopełniając tym samym treść Psalmów żałobnych o śmierci mojej żony.

    Wielu znajomych z poznańskiego okresu ich małżeństwa wspomina barczystego, wielkiego jak dąb Brandstaettera, który kroczy spacerowym krokiem z Winogradów w stronę Cytadeli, a jego żona idzie nieco z tyłu i uśmiecha się, gdy mąż-poeta zatrzymuje się, odwraca i patrzy na nią z czułością.

    Kochaj Biblię – najważniejszy testament Mistrza

    „Każdy musi samodzielnie wędrować do Biblii. Każdy musi sobie do niej własną drogę wymościć” – pisał. „Pismo Święte powinno być w miarę podniszczone, ze śladami palców na rogach stronic, zapisane na marginesie drobnym pismem i upstrzone różnokolorowymi podkreśleniami, przypominającymi mosty przerzucone nad przepaścią. Każde takie podkreślenie i każda uwaga zapisana na marginesie księgi, na dole, u góry, po bokach, jest dowodem naszego przenikania w tekst i naszego spoufalenia się, jest jakby podpisem stwierdzającym nasz współudział w zdarzeniach, dziejących się na jej kartach” – twierdził.

    Wszystkie jego literackie prace i wysiłki, tłumaczenia ksiąg biblijnych, z którymi zmagał się po nocach, miały jeden, najważniejszy cel: zachęcić do czytania Biblii, do wejścia w krąg jej Światła. Słowa, które zmienia życie.

    Po śmierci

    Porządkowanie mieszkania po śmierci poety przypadło w jakiejś mierze ojcom dominikanom. O. Jan Góra znalazł na biurku różne wydania Pisma Świętego, a jedno szczególnie pozakreślane na kolorowo. Było to tłumaczenie ks. Kowalskiego, bardzo zużyty egzemplarz, ledwo trzymający się razem.

    Fajki były na swoim miejscu, w kałamarzu. Wszystko w takim porządku, jak Mistrz lubił. To, na co o. Jan zwrócił uwagę, to był… kosz na śmieci. „Był zapełniony do połowy, a w nim jakieś zmięte karteczki, zapisane charakterystycznym pismem. Wyjąłem je, delikatnie, a na nich wszystkich – karteluszkach, fiszkach, okładkach starych kalendarzy, notesików z podróży, zapisków i notatek ten sam początek na górze: W Imię Boże! On tak wszystko zaczynał… i dzień, i pisanie, i życie” – wspominał o. Jan.

    Korzystałam z książek:
    R. Brandstaetter, Przypadki mojego życia
    R. Brandstaetter, Krąg biblijny
    R. Brandstaetter, Pieśń o moim Chrystusie
    o. Jan Góra OP, Był jak przechodzień do domu Ojca

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Edyta Stein, Jean-Marie Lustiger, Roman Brandstaetter.

    Co dla ich chrześcijaństwa znaczyło żydowskie pochodzenie?

    web-roman-brandstaetter-edyta-stein-kardynal-lustiger-east-news

    East News

    ***

    „Otrzymałem wiarę, otrzymałem chrzest, ale do końca pozostałem Żydem, jak wszyscy apostołowie” – mówił były arcybiskup Paryża.

    Wczerwcu 2009 roku Episkopat Polski przyjął poprawiony tekst wielkopiątkowej modlitwy za Żydów, naród pierwszego wybrania. Poprawka pozornie niewielka, ale bardzo istotna. W wyniku pierwszego, błędnego tłumaczenia wezwanie brzmiało bowiem: „Módlmy się za Żydów, którzy niegdyś byli narodem wybranym”.

    Niegdyś? A teraz już nim nie są? Przecież święty Paweł wyraźnie pisze, że do Izraelitów „należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała.

    Wybranie Izraela trwa nadal. Nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Dzieci narodu wybranego wciąż wyczekują obiecanego im Mesjasza. Pius XI stwierdził kiedyś, że „z duchowego punktu widzenia wszyscy jesteśmy Semitami”. Dzień Judaizmu to dobra okazja, by przyjrzeć o trojgu dzieciom Izraela, które rozpoznały Oczekiwanego w Rabbim z Nazaretu.

    Edyta Stein

    Urodzona we Wrocławiu, wychowana w wierzącej rodzinie żydowskiej. Sama – już jako czternastolatka – uważała się za ateistkę. Studiowała we Wrocławiu i w Getyndze, gdzie kontynuowała karierę naukową. Wybitna uczennica twórcy fenomenologii Edmunda Husserla była jedną z pierwszych kobiet, które w XX wieku uzyskały tytuł doktorski z filozofii.

    Dzięki przyjaciołom ze środowiska akademickiego na nowo odkryła wiaręPrzyjęła chrzest, a jedenaście lat później została karmelitankąJako chrześcijanka ponownie odnalazła swoją żydowską tożsamość.

    W jednym z listów do spowiednika pytała, czy rozumie, ile znaczy dla niej „być córką narodu wybranego i nie tylko duchowo, ale i według krwi należeć do Chrystusa”. Do głębi przejęła się tym, że z Jezusem łączą ją więzy krwi – tej samej, którą On wylał za zbawienie świata. W zakonie przyjęła imię Teresy Benedykty od Krzyża – krzyża, na którym się to stało.

    Pokrewieństwo z Jezusem było dla Edyty czymś bardzo realnym. Do samego końca. Gdy gestapowcy przyszli do klasztoru w holenderskim Echt, aby aresztować zakonnicę Żydówkę i jej rodzoną siostrę, Edyta powiedziała do Róży: „Chodź, idziemy cierpieć za swój lud”. Swoją Golgotę znalazła w komorze gazowej obozu Auschwitz 9 sierpnia 1942 roku.

    Kard. Jean-Marie Lustiger

    Syn polskich Żydów z Będzina, którzy wyemigrowali do Francji, Aron Lustiger przeżył wojnę. W 1939 roku opuścił Paryż i został oddany pod opiekę zaprzyjaźnionej katolickiej rodziny z Orleanu. Niespełna czternastoletni Lustiger postanowił wówczas wbrew woli najbliższych zostać katolikiem. Na chrzcie przyjął imię Jean-Marie. Po wojnie studiował na Sorbonie. Dwa lata później wstąpił do seminarium i w Wielkanoc 1954 roku przyjął święcenia kapłańskie.

    Był charyzmatycznym duszpasterzem środowisk akademickich i studenckich, nieszablonowym proboszczem jednej z prestiżowych paryskich parafii, wreszcie biskupem Orleanu, arcybiskupem Paryża i kardynałem, bliskim współpracownikiem i przyjacielem Jana Pawła II. Jego niepospolity intelekt, szerokie horyzonty i silny charakter jednych fascynowały, a irytowały innych. Nie pozostawiały jednak miejsca na wątpliwość co do tego, że Lustiger był osobowością wyjątkowego formatu.

    Zmarł 5 sierpnia 2007 roku. Pochowano go w krypcie katedry Notre-Dame. Zgodnie z wolą zmarłego uroczystości pogrzebowe rozpoczęli żydowscy krewni, odmawiając nad jego trumną tradycyjny kadisz i wsypując do stojącej na niej misy ziemię z Ogrodu Oliwnego w Jerozolimie oraz Klasztoru Kuszenia koło Jerycha.

    Kardynał arcybiskup Paryża osobiście ułożył też epitafium umieszczone przy jego trumnie: „Moimi patronami byli arcykapłan Aaron, święty Jan – umiłowany uczeń i Matka Boża, Służebnica Słowa. Otrzymałem wiarę, otrzymałem chrzest, ale do końca pozostałem Żydem, jak wszyscy apostołowie”.

    Roman Brandstaetter

    Wychował się w wierzącej rodzinie Żydów z Tarnowa. Przed wojną uzyskał tytuł doktorski na Uniwersytecie Jagiellońskim i prowadził cokolwiek burzliwą działalność pisarsko-publicystyczną w duchu syjonistycznym. W wyniku wojennej zawieruchy, w której stracił wszystkich swoich bliskich, znalazł się w Jerozolimie. Tam pewnej grudniowej nocy, patrząc na gazetową reprodukcję wizerunku umęczonego Chrystusa rozpoznał i uznał w Nim Boga.

    Wyjechał do Rzymu, gdzie przyjął chrzest, a niedługo potem zawarł sakramentalne małżeństwo. W 1948 roku wrócił do Polski, gdzie chciano zrobić zeń pisarza na usługach partii komunistycznej. Stanowczy opór Brandstaettera w tej materii był przyczyną wieloletnich szykan. Mimo to tworzył nadal – prozę, poezję, dramaty. Dzieło życia pisarza, czterotomową powieść „Jezus z Nazarethu” zgłoszono do literackiej Nagrody Nobla.

    Brandstaetter twierdził, że nie da się naprawdę zrozumieć Chrystusa zapominając o tym, że był On wierzącym Żydem. Tetralogia w niesamowicie sugestywny, a jednocześnie absolutnie wierny Ewangelii sposób ukazuje więc czytelnikowi Jezusa w kontekście jego żydowskiego pochodzenia, języka, kultury i religii judaistycznej.

    Pod koniec życia na jednym z wieczorów autorskich ktoś nieopatrznie spytał go o historię jego „nawrócenia”. Brandstaetter wybuchł (a trzeba wiedzieć, że był cholerykiem w pełnym tego słowa znaczeniu). Dlaczego? Nawrócić może się „goj”, a on nigdy „gojem” nie był. W moim wypadku nie chodzi o nawrócenie, ale o UZNANIE.

    Uznanie wiary w bóstwo Chrystusa i uznanie Jego Ewangelii były dla Brandstaettera naturalnym dopełnieniem niełatwej historii jego życia. Jej zwieńczeniem i pogodzeniem. Wyjaśnieniem i ostatecznym sensem wszystkiego, co przeżył i czego doświadczył. Nie nagłą zmianą, ale procesem, który dokonywał się w nim przez lata. Na grobie, do którego zabrał ze sobą garść jerozolimskiej ziemi, kazał wyryć słowa z Listu świętego Jana streszczające jego osobistą historię: „Przeszliśmy ze śmierci do życia”.
    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żydzi, którzy nie bali się pójść za Prawdą. Czego uczą nas św. Edyta Stein i Alfons Ratisbonne?

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Alfons Ratisbonne oraz św. Edyta Stein to wyznawcy judaizmu, których serca Bóg zwrócił ku wierze katolickiej. Ich niezwykle nawrócenia są świadectwem prawdy o tym, że Stwórca różnymi drogami dociera do naszych dusz, aby wydobyć z nas, to co najcenniejsze. 

    Ojciec Maria

    Alfons Ratisbonne urodził się w roku 1814 w Strasburgu. Pochodził z bardzo bogatej francuskiej rodziny żydowskiej, w której zanikły jednak żydowskie tradycje religijne. Alfonsa pociągały zabawy, rozrywki, pogoń za przyjemnościami. Gdy jego brat, Teodor, przeszedł na katolicyzm i został kapłanem, Alfons zapłonął nienawiścią do wiary katolickiej.

    Nienawiść ta jednak zamieniła się w… miłość.

    Był rok 1842, a dzień 20 stycznia, kiedy Ratisbonne uczestniczył, w kościele Sant’Andrea delle Fratte w Rzymie, w przygotowaniach do pogrzebu swego przyjaciela. Nie miał pojęcia, że ten przyjaciel przed śmiercią modlił się o jego nawrócenie. Prosił Matkę Bożą o wstawiennictwo w tej sprawie. Maryja go wysłuchała – Ratisbonne został cudownie nawrócony.

    Wróg Kościoła otrzymał łaskę widzenia Niepokalanej i dał temu następujące świadectwo. „Nagle poczułem jakiś niepokój, ujrzałem przed sobą jakby zasłonę. Kościół wydawał mi się, oprócz jednej kaplicy, całkiem ciemny, tak jakby całe światło z kościoła tam właśnie się skupiło. Nie mogłem pojąć, w jaki sposób, upadłszy na kolana w innej części nawy i pomimo przygotowań do pogrzebu, które zamykały  dostęp do owej kaplicy, znalazłem się w pobliżu balustrady. Wzniosłem oczy ku kaplicy rozsiewającej ogrom światła i ujrzałem stojącą na ołtarzu, żywą, dużą, majestatyczną, przepiękną i miłosierną Przenajświętszą Maryję Pannę, podobną w postawie i strukturze wizerunkowi z Cudownego Medalika Niepokalanej… W obecności Przenajświętszej Maryi Panny, chociaż nie wyrzekła ani słowa, zrozumiałem ohydę stanu, w jakim tkwiłem, brzydotę grzechu, piękno religii katolickiej; jednym słowem – zrozumiałem wszystko”.

    Alfons Ratisbonne stanął w trudnej sytuacji. Z jednej strony nowa wiara rozpalała jego serce, z drugiej miał świadomość, że żydowska rodzina, delikatnie mówiąc, nie będzie z tego zadowolona i zapewne zerwie z nim kontakty. Wiedział również, że jeżeli zostanie katolikiem, nie dojdzie do jego ślubu z narzeczoną, która była droga jego sercu. Mimo to wybrał nową wiarę. Po otrzymaniu podstaw nauki chrześcijańskiej od ojca Villeforta, został ochrzczony w rzymskim kościele del Gesù i 31 stycznia 1842 roku przyjął imię Maria.

    Homilię chrzcielną wygłosił ks. Dupanloup, który powiedział do Ratisbonne znamienne słowa: „Nie miłowałeś Prawdy, ale Prawda cię umiłowała… Sama Maryja przyjmuje cię i chroni”. Jeszcze tego samego roku neofita przyjął Pierwszą Komunię Świętą i sakrament Bierzmowania. Natomiast już trzeciego lutego 1842 roku został przyjęty na prywatnej audiencji przez papieża Grzegorza XVI. Ojca świętego bardzo zainteresował cud jakiego doznał Alfons. 3 czerwca 1842 r. papież specjalnym dekretem uznał ten cud, który doprowadził do nawrócenia Alfonsa Ratisbonne, za prawdziwe działanie Boże, przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

    Owoce nawrócenia Alfonsa Ratisbonne były wspaniałe. W roku 1847 wstąpił on do zakonu jezuitów. Później wraz ze swoim, nawróconym wcześniej, bratem Teodorem (był on księdzem, wybitnym kaznodzieją) rozpoczęli pracę duszpasterską w Ziemi Świętej wśród swoich współbraci Żydów, kierując szczególną uwagę na dziewczęta żydowskie. Z myślą o nich założyli w roku 1855 Kongregację Najświętszej Maryi Panny Syjońskiej (Sióstr Syjońskich).

    Innym niezwykle cennym owocem nawrócenia Alfonsa Ratisbonne był fakt, iż przyczyniło się ono do oficjalnego uznania Medalika Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przez Stolicę Apostolską. Dekret papieża Leona XIII, wydany pod koniec XIX wieku, ustanowił 27 listopada, czyli dzień drugiego objawienia się Maryi Niepokalanej św. Katarzynie Labouré, świętem Matki Bożej od Cudownego Medalika.

    Edyta Stein

    Edyta Stein urodziła się w październiku 1891 roku we Wrocławiu (wówczas był on w rękach Niemców), jako najmłodsze dziecko w wielodzietnej rodzinie żydowskiego kupca. We Wrocławiu, Getyndze i Fryburgu Bryzgowijskim studiowała filozofię, germanistykę, historię i psychologię. Doktoryzowała się w 1916 roku we Fryburgu u znanego filozofa Edmunda Husserla, później była jego asystentką. Jako dziecko wychowała się w religii judaistycznej, jednak w wieku 14 lat porzuciła ją. Na tej decyzji zaważyło odejście od wiary jej starszego rodzeństwa oraz samobójcza śmierć wujka i stryjka, którzy targnęli się na życie z powodu bankructwa. Do 30. roku życia określała się jako ateistka, która wierzy jedynie nauce.

    Pierwszym „przebłyskiem” chrześcijańskiej wiary, który dotarł do serca Edyty, była postawa jej przyjaciółki chrześcijanki Pauliny Reinach, która po śmierci ukochanego męża walczącego w okopach I wojny światowej, nie pogrążyła się w rozpaczy, ale zachowała niesamowity wewnętrzny pokój. „To było moje pierwsze spotkanie z krzyżem i jego boską mocą” – wspominała po latach od tego wydarzenia Edyta.

    Jednak tak naprawdę wszystko w jej życiu zmieniło się latem 1921 roku. Wówczas to spędzała wakacyjne dni u swoich przyjaciół, katolików. Pewnego wieczoru, gdy nie było ich w domu, nudząc się, postanowiła poczytać sobie jakąś ciekawą lekturę. Przeglądając książki stojące na półce, jej wzrok padł na tytuł „Księga życia”. Sięgnęła po nią niemal odruchowo, gdyż od lat nurtowała ją myśl o prawdziwym sensie życia i pytanie co jest prawdą? Autorką księgi – autobiografii, którą wzięła do rąk Edyta, okazała się być jedną z największych świętych Kościoła katolickiego – św. Teresa z Avili.

    Zagłębiła się w treści „Księgi życia”, które ją zupełnie pochłonęły. Choć lektura ta jest bardzo obszerna, Edyta Stein nie wypuściła jej z rąk, dopóki nie dotarła do ostatniego słowa. Czytała całą noc. „Gdy zamknęłam tę książkę, powiedziałam sobie: to jest prawda!” – wspominała Edyta. Już następnego dnia Edyta Stein kupiła katechizm i czytała go z pasją. A po kilku tygodniach postanowiła przyjąć chrzest w Kościele katolickim. Była to bardzo trudna decyzja. Augusta, matka Edyty, była gorliwą wyznawczynią judaizmu. Dla pobożnej żydówki decyzja córki o porzuceniu wiary przodków była prawdziwym dramatem i cierpieniem. Edyta wiedział o tym, jednak wierzyła, że jej decyzja jest właściwa. A dla niej prawda była najważniejsza. Edyta Stein powiedziała „Bóg jest Prawdą. Kto szuka Prawdy, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział”. Jej matka, Augusta, też doszła do prawdy i po kilku latach od konwersji córki, zaakceptowała jej decyzję.

    Edyta Stein przyjęła chrzest 1 stycznia 1922 roku, obierając sobie imiona Teresa Jadwiga na pamiątkę św. Teresy z Avili oraz swojej matki chrzestnej Jadwigi. Tego samego dnia przyjęła pierwszą Komunię Świętą. Miała wówczas 31 lat. Po przejściu trudnej drogi rozwoju duchowego, która trwała dziesięć lat, Edyta wstąpiła do Karmelu w Kolonii 15 kwietnia 1934 otrzymała szaty zakonne i przybrała imię zakonne Teresia Benedicta a Cruce – siostry Teresy Benedykty od Krzyża. Edyta Stein wybrała to imię, gdyż jako dojrzała chrześcijanka, ale i jako poszukujący prawdy filozof, doszła do wniosku, że w życiu nie da się uniknąć dźwigania krzyża. W 1938 roku złożyła śluby wieczyste.

    Krzyż rzeczywiście na nią przyszedł. 2 sierpnia 1942 roku Niemcy aresztowali Edytę Stein i jej siostrę Różę, która kilka lat wcześniej również przeszła na katolicyzm i żyła w Karmelu w Echt. Obie zostały zamordowane w niemieckim obozie koncentracyjnym. Papież Jan Paweł II podczas wizyty w 1987 roku w Kolonii ogłosił Edytę Stein błogosławioną, a kanonizował ją 11 października 1998 roku w Rzymie. Rok później, obok św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny ze Sieny, została jedną ze współpatronek Europy. Papież Jan Paweł II podczas  beatyfikacji w 1987 roku powiedział o św. Teresie Benedykcie od Krzyża – “Była wielką córką narodu żydowskiego i wierzącą chrześcijanką pośród milionów niewinnie zamęczonych ludzi”. Natomiast ks. Jerzy Witek znawca biografii św. Edyty Stein zaznacza „św. Edyta Stein pokazuje, jak należy żyć, aby nie zatracić nie tylko siebie, ale całego wielkiego dziedzictwa europejskiej tożsamości i duchowej kultury”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Alfons Ratisbonne

    ***

    Zwycięstwo Maryi. Alfons Ratisbonne

    W kościele Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Ain-Karim w pobliżu Jerozolimy znajduje się grób, na płycie którego wyryty jest napis: „Ojciec Maria”, zaś na cokole figury Niepokalanej: „Maryjo, pamiętaj o swoim synu, który jest słodką i chwalebną zdobyczą Twojej miłości”.

    Ojciec Maria to Alfons Ratisbonne urodzony w 1814 r. w Strasburgu. Pochodził z bardzo bogatej francuskiej rodziny żydowskiej, w której zanikły jednak żydowskie tradycje religijne. W wieku czterech lat stracił matkę, a w wieku szesnastu lat stracił ojca. Alfonsem zaopiekował się wuj, który wiązał z nim wielkie nadzieje. Jednak Alfonsa bardziej niż biznes pociągały zabawy, rozrywki, pogoń za przyjemnościami. Gdy jego brat, Teodor, przeszedł na katolicyzm i został kapłanem, Alfons przeżył wstrząs, który pogłębił jego nienawiść do wiary katolickiej. Alfons, wierny religii judaistycznej, ale niepraktykujący, był zaręczony ze swoją bratanicą, Florą Ratisbonne. Zamierzał ją poślubić w sierpniu 1842 r.,  po powrocie z podróży.

    17 listopada 1841 r. opuścił Strasburg i wyjechał do Jerozolimy i Istambułu. Trasa podróży miała prowadzić przez Marsylię, Neapol, Palermo i Maltę. W Neapolu przebywał miesiąc; pisał tam wyjątkowo nieprzychylnie o religii i księżach, co po pewnym czasie zapisał słowami: „Ile jest bluźnierstw w moim dzienniku”. Nieoczekiwanie zmienił plan podróży. Z Neapolu udał się do Rzymu, dokąd przybył 6 stycznia 1842 r. Spotkał się z baronem Teodorem de Bussières, który z protestantyzmu przeszedł na katolicyzm. Niestety, nienawiść Alfonsa do katolicyzmu nie umniejszyła się, przeciwnie – wzrosła, zwłaszcza po odwiedzeniu żydowskiego getta w Rzymie. Napisał później: „Muszę powiedzieć, bez obawy o przesadę, że nigdy w życiu nie byłem tak rozczarowany chrześcijaństwem, jak po wizycie w getcie. Nie powstrzymywałem się w szyderstwach i bluźnierstwach”.

    Na dalszym życiu Alfonsa Ratisbonne’a szczególnie zaważył okres od 16 do 20 stycznia 1842 r.; doprowadził go bowiem do cudownego nawrócenia. 16 stycznia baron Teodor de Bussières w neofickiej gorliwości ofiarował Alfonsowi Cudowny Medalik i zawiesił go na szyi. Prosił go też o codzienne odmawianie modlitwy św. Bernarda: „Pomnij o najdobrotliwsza Panno Maryjo…”. 17 stycznia hrabia Albert de La Ferronays, były minister spraw zagranicznych króla Karola X, kilka dni przed śmiercią został poproszony przez barona Teodora de Bussières o modlitwę w intencji nawrócenia przyjaciela.

    W tym czasie Alfons Ratisbonne zwiedzał zabytki Rzymu, m.in. sanktuarium franciszkańskie Santa Maria in Aracoeli na Kapitolu, kościół del Gesù, bazylikę Świętego Piotra na Watykanie, Scala Sancta. Dziewiętnastego stycznia uczestniczył na balu u księcia i bankiera, Alessandra Torlonii. Natomiast 20 stycznia towarzyszył baronowi de Bussières w przygotowaniach do pogrzebu hrabiego de La Ferronays w kościele Sant’Andrea delle Fratte. W czasie, gdy baron był w zakrystii, Ratisbonne otrzymał w kościele łaskę widzenia Niepokalanej i nagle, pod Jej wpływem, przeżył swoje nawrócenie, o którym dał następujące świadectwo.


    Wizja Alfonsa Ratisbonne’a

    „Nagle poczułem jakiś niepokój, ujrzałem przed sobą jakby zasłonę. Kościół wydawał mi się, oprócz jednej kaplicy, całkiem ciemny, tak jakby całe światło z kościoła tam właśnie się skupiło […]. Nie mogłem pojąć, w jaki sposób, upadłszy na kolana w innej części nawy i pomimo przygotowań do pogrzebu, które zamykały  dostęp do owej kaplicy, znalazłem się w pobliżu balustrady […]. Wzniosłem oczy ku kaplicy rozsiewającej ogrom światła i ujrzałem […] stojącą na ołtarzu, żywą, dużą, majestatyczną, przepiękną i miłosierną Przenajświętszą Maryję Pannę, podobną w postawie i strukturze wizerunkowi z Cudownego Medalika Niepokalanej […]. Kilkakrotnie próbowałem wznieść oczy ku Przenajświętszej Maryi Pannie, ale Jej majestat i szacunek nakazywały mi je opuścić, chociaż nie przeszkodziło mi to doświadczyć oczywistości widzenia. Utkwiłem oczy w Jej dłoniach i ujrzałem w nich przebaczenie i miłosierdzie […]. Dała mi dłonią znak, bym klęknął. Jakaś nieodparta siła popchnęła mnie ku Niej. Zdawała się mówić: «Tak jest dobrze». W obecności Przenajświętszej Maryi Panny, chociaż nie wyrzekła  ani słowa, zrozumiałem ohydę stanu, w jakim tkwiłem, brzydotę grzechu, piękno religii katolickiej; jednym słowem – zrozumiałem wszystko […]. Nie mogłem sam sobie uświadomić wszystkich prawd, w które uwierzyłem i które poznałem. Wszystko, co mogę powiedzieć, to tylko to, że w momencie Jej gestu z moich oczu spadło całe mnóstwo zasłon. Spadały szybko, jedna po drugiej i znikały niczym śnieg, błoto i lód pod palącymi promieniami słońca […]. Widziałem w głębi przepaści całą ostateczną nędzę, z której zostałem wydobyty przez nieskończone miłosierdzie […]. Ona mi nic nie powiedziała, a ja wszystko zrozumiałem […].

    Czułem się gotów na wszystko i gorąco pragnąłem chrztu. Chciano go odłożyć. Zawołałem: «Żydzi, którzy usłyszeli przepowiednie Apostołów, byli natychmiast chrzczeni, a wy chcecie mój chrzest odkładać? Po tym, gdy słyszałem Królową Apostołów?». Moje wzruszenia, moje gwałtowne pragnienia, moje błaganie dotknęły litościwych ludzi, którzy mnie przygarnęli i uczynili na wieki błogosławioną  obietnicę chrztu”.

    Po otrzymaniu podstaw nauki chrześcijańskiej od ojca Villeforta, Alfons Ratisbonne został ochrzczony w kościele del Gesù i 31 stycznia 1842 r. przyjął imię Maria. Ceremonii chrztu przewodniczył wikariusz Rzymu, kardynał Constantino Patrizi. Homilię wygłosił ks. Dupanloup, który powiedział m.in. te znamienne słowa: „Nie miłowałeś prawdy, ale prawda cię umiłowała… Sama Maryja przyjmuje cię i chroni”. Wtedy też przyjął sakrament bierzmowania i Pierwszą Komunię Świętą. Trzeciego lutego został przyjęty przez papieża Grzegorza XVI na prywatnej audiencji, a 3 czerwca 1842 r. papież dekretem uznał cud, który doprowadził do nawrócenia Alfonsa, za prawdziwe działanie Boże przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

    Nawrócenie Alfonsa Ratisbonne’a

    Nawrócenie Alfonsa Ratisbonne’a przyczyniło się do oficjalnego uznania Medalika przez Stolicę Apostolską. Dekret papieża Leona XIII, wydany pod koniec XIX w., ustanowił 27 listopada – czyli dzień drugiego objawienia się Maryi Niepokalanej św. Katarzynie Labouré – świętem Matki Bożej od Cudownego Medalika. Właściwa nazwa tego sakramentalium to Medalik Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Jednak ze względu na niezliczone łaski wyproszone za jego pośrednictwem rozpowszechniła się nazwa Cudowny Medalik.

    W roku 1847 Alfons Maria Ratisbonne wstąpił do jezuitów i przyjął święcenia kapłańskie. Będąc w zakonie, odczuwał wzmagające pragnienie pracy duszpasterskiej wśród swoich rodaków. W związku z tym poprosił o dyspensę zwolnienia z zakonu, a po jej otrzymaniu nawiązał kontakt ze swoim bratem Teodorem. Wspólnie rozpoczęli pracę duszpasterską w Ziemi Świętej wśród swoich współbraci, kierując szczególną uwagę na dziewczęta żydowskie. Z myślą o nich założyli w roku 1855 Kongregację Najświętszej Maryi Panny Syjońskiej (Sióstr Syjońskich) zatwierdzoną jako zakon przez papieży: Grzegorza XVI i Piusa IX. Założyciel tłumaczył siostrom, że ich powołaniem jest: „[…] przyspieszyć wypełnienie się czasów mesjańskich przyrzeczonych Izraelowi”.

    Pierwszy klasztor powstał w Jerozolimie obok łuku Ecce Homo przy Via Dolorosa, w miejscu, gdzie odbywał się sąd nad Jezusem a tłum wołał: „Ukrzyżuj Go! Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Drugi klasztor został założony w Ain Karim. Zakon ten istnieje do dzisiaj, zwracając szczególną uwagę na studiowanie Biblii i ułożenie poprawnych relacji z Żydami. Od roku 1964 Dom Generalny Zgromadzenia znajduje się w Rzymie. W styczniu 2002 r. Europejski Kongres Żydów uhonorował zgromadzenie „Menorą pokoju”, nagrodą przyznawaną „pionierom dialogu żydowsko-katolickiego w Europie”.

    Alfons odszedł do Pana 6 maja 1884 r. w Ain Karim, miejscu narodzenia Jana Chrzciciela. Tam też został pochowany.

    ks. Józef Orchowski/czasopismo “Królowo Różańca Świętego”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa Benedykta od Krzyża – Edyta Stein. Błogosławiona przez Krzyż

    ***

    Europa chce zapomnieć o swoich chrześcijańskich korzeniach. W powstałą pustkę wpełzły zdegenerowane wytwory ukąszonego grzechem umysłu ludzkiego. To nieuchronny efekt życia tak, „jakby Boga nie było”. Aby jednoznacznie sprzeciwiać się tym tendencjom trzeba odwagi, nierzadko takiej jaką odznaczała się św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein), której wspomnienie przypada 9 sierpnia.

    Czym kończy się sytuacja, w której bałwochwalczy kult klasy lub rasy stawia się ponad uwielbienie Boga i Jego Prawa wiemy z historii aż za dobrze. W takim świecie, w którym nienawiść i pogarda zdawały się triumfować przyszło żyć Edycie Stein. Ta wybitna naukowiec i filozof wybrała jednak inną drogę…

    Zanim jednakże do tego doszło Edyta Stein przeszła szlak wiodący od domu, w którym gorliwie przestrzegano przepisów wyznania mojżeszowego, poprzez ateizm, aż po nawrócenie i przywdzianie karmelitańskiego habitu. W międzyczasie były jeszcze studia filozoficzne zakończone uzyskanie stopnia doktora.

    Do Jezusa Chrystusa w ostateczny sposób przyprowadziło ją zetknięcie się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Edyta wstąpiła do Karmelu w 1933 roku. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża.

    Narodowo-socjalistyczni siepacze z Gestapo dopadli ją w holenderskim Echt 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów i katolików pochodzenia żydowskiego.

    Droga kaźni siostry Benedykty wiodła przez internowanie w obozie w Westerbork, po Auschwitz-Birkenau – niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady, gdzie 9 sierpnia 1942 roku została zagazowana wraz z inną konwertytką z judaizmu, tercjarką dominikańską Lisamarią Meirowsky oraz bratem Wolfgangiem Rosenbaum OFM.

    Jej zwłoki zostały spalone w obozowym krematorium.

    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.

    W otaczającej ją ogromie wzgardy dla ludzkiego życia Edyta poszła za Tym, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Ta decyzja z pewnością wymagała od niej wielkiej odwagi. Nie byłaby jednak ona możliwa, jeśli nie płynęłaby z bezgranicznego zaufania do naszego Pana Jezusa Chrystusa, który zapewniał iż „kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”. Dlatego też Edyta Stein nie mogła przegrać. Na nic zdały się zatem „dumne myśli głów pychą nadętych”…

    Św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) jawi się dzisiaj jako jednoznaczny znak sprzeciwu. Nauczenia się takiej postawy wobec – głoszącego prawo do eutanazji czy też prawo kobiet do zabijania własnych nienarodzonych jeszcze dzieci, promującego ideologię gender i ulegającego antyrodzinnemu homolobby – świata, współcześni katolicy bardzo potrzebują. Wchodzenie w dialog ze światem, odrzucanie „radykalizmu” i późniejsza zaciekła obrona rzekomo kompromisowych rozwiązań z pewnością wywołują w czeluściach piekielnych salwy triumfalistycznego skowytu. 

    Aby nie pójść drogą świata, należy pójść tą Drogą, którą wybrała święta Teresa Benedykta od Krzyża, Edyta Stein. 

    Zachęcamy do medytacji nad kilkoma myślami św. Teresy Benedykta od Krzyża:

    Ukrzyżowany spogląda na nas i pyta, czy wciąż jeszcze chcemy dotrzymać tego co przyrzekliśmy Mu w godzinę łaski. Z pewnością ma powód, żeby tak pytać. Krzyż jest dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, znakiem, któremu się sprzeciwia.

     Oczywiście – religia nie ogranicza się do jakiegoś cichego kącika czy kilku świątecznych godzin, ona musi się stać korzeniem i fundamentem całego życia.

     Zmagania o dusze ludzkie i miłość ku nim w Panu jest prostym obowiązkiem chrześcijanina.

     … cierpienie jest najpewniejszą drogą do zjednoczenia z Panem. Jakże potrzebna jest, zwłaszcza w naszych czasach, zbawcza moc płynąca z ochotnie niesionego krzyża.

    Krzyż nie jest tylko znakiem: jest także mocnym orężem Chrystusa. Jest laską pasterską, którą on pewnie wyważa drogę do nieba.

    Ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum, gdy mi ją odbiera uczoność innych.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza

    fot. screenshot YouTube (Siostry Kanoniczki Ducha Świętego)

    Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza

    Nazajutrz po obchodzonym w Kościele katolickim “Dniu judaizmu”, wspominamy absolutnie nieprzeciętną postać na kartach dziejów tegoż Kościoła. 18 stycznia 1919 roku w wieku niespełna 20 lat przyjęła chrzest, a 18 stycznia 1986 roku, dokładnie w 67. rocznicę swych narodzin do życia we wspólnocie Kościoła odeszła do Pana, by zagubić się ze szczęścia w Jego wiecznym „uścisku Miłości”. Oto niezwykła historia s. Emanueli Kalb, córki narodu żydowskiego, która rozpoznała Mesjasza.

    Św. Faustyna Kowalska opisuje w swym duchowym „Dzienniczku” pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w pierwszych dniach lutego 1937 roku. „Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu świętego nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu świętego, ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu świętego dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu świętego spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu świętego. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie; krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy” – czytamy w zapiskach polskiej apostołki Bożego Miłosierdzia.

    W przeciwieństwie do Żydówki, o której wspomina św. Faustyna, Chaje Kalb – jak zwała się przed wstąpieniem do zakonu Kanoniczek Ducha Świętego siostra Emanuela – nim znalazła się na łożu śmierci, miała za sobą już kilkadziesiąt lat życia w niezwykłej bliskości i zjednoczeniu miłości z Chrystusem, którego w swej młodości rozpoznała jako Tego, na Którego czekał jej izraelski naród.

    Chaje Kalb urodziła się w Jarosławiu 26 sierpnia 1899 roku w rodzinie żydowskiej, jako pierworodna z sześciorga dzieci Schie (Ozjasza) Kalb i Jutte Friedwald. Cała codzienność w domu Kalbów bardzo mocno zakorzeniona była w tradycji judaistycznej. Rodzice dbali, by mała Chaje wraz z pozostałym rodzeństwem, poznawała historię i religię swego narodu.

    Helena, jak się do niej zwracają domownicy, zdobywa w Rzeszowie podstawowe wykształcenie. Tymczasem ojciec opuszcza rodzinny dom i w poszukiwaniu pracy (jak wielu wówczas) wyjeżdża do Ameryki. Chaje już nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy dziewczyna ma 16 lat, umiera jej matka, zarażona tyfusem przez osoby, którymi się opiekowała. W wieku 19 lat bardzo poważnie zachoruje również sama Chaje. Krzyż zaznacza więc swą obecność niezwykle mocno i już na dobre staje na drodze jej życia. Ale na tym krzyżu i wraz z tym krzyżem przychodzi do niej sam Mesjasz, Ten przez nią Oczekiwany, Ten Upragniony.

    Przebywając przez pół roku na leczeniu w szpitalu, młoda Żydówka zetknęła się z pełniącymi tam swą pielęgniarską posługę siostrami zakonnymi. Doświadczając nieustannie ich dobroci, obserwuje bezinteresowność i ofiarność z jaką potrafią troszczyć się o powierzonych swej opiece pacjentów. To właśnie one przekazują jej Dobrą Nowinę o Chrystusie, świadectwem nie tylko słowa, lecz przede wszystkim ofiarnego życia. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Chaje dostrzega, że ta pełna miłości bliźniego postawa zakonnic, jest bardzo mocno zakorzeniona i posiada swe źródło w ich życiu modlitwą, w ich głębokiej, żywej relacji z Bogiem.

    Bardzo znamienne, że w doświadczeniu łaski nawrócenia innej Żydówki, starszej od Chaje Kalb o 8 lat – Edyty Stein, znanej w zakonie karmelitanek bosych jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, niezwykle istotne znaczenie odegrało pewne wydarzenie sprzed 1918 roku, które opisała ona następująco: Gdyśmy tam pozostawały [w katedrze] w nabożnym milczeniu, weszła jakaś kobieta obarczona koszykiem i uklękła w jednej z ławek na krótką modlitwę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Do synagogi i zborów protestanckich, do których chodziłam, szło się tylko na nabożeństwo. Tu ktoś oderwał się od wiru zajęć, aby wstąpić do pustego kościoła, jakby na jakąś poufną rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę“.

     Po wyjściu ze szpitala i powrocie do zdrowia Chaje Kalb, pomimo przeszkód czynionych jej ze strony rodziny, decyduje się przyjąć 18 stycznia 1919 roku Sakrament Chrztu Świętego w katedrze w Przemyślu, otrzymując wybrane przez siebie imiona Maria Magdalena. Poznałam prawdę i poszłam za nią. (…) Dusza moja otwierała się ku Bogu, jak kwiat ku słońcu. Gdy wspominam, o Jezu, te chwile pierwszej mojej gorliwości, ogarnia mnie wzruszenie i wdzięczność głęboka. Jak wówczas kochałam Ciebie! Jak nic trudnym, nic przykrym nie było dla mnie, by Ci miłość moją okazywać” – napisze potem w swoim „Dzienniku”.

    Młoda kobieta była cała otwarta na działanie łaski Bożej i to właśnie dlatego nowa wiara nie napotykała oporów w tym sercu, tak spragnionym żywego Boga. Chaje Kalb po prostu rozpoznała czas swego nawiedzenia, rozpoznała przechodzącego obok Chrystusa, Który Jest Drogą, Prawdą i Życiem. „Poznałam prawdę i poszłam za nią” – wyzna z ujmującą prostotą. 

    Jakże pięknym i znamiennym świadectwem podobieństwa przebiegu tego wspaniałego procesu otwarcia się na prawdę, jest doświadczenie Edyty Stein, która opisuje je w następującej relacji: Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł:’ Życie św. Teresy od Jezusa’ napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!“.

    Niespełna 3 lata po przemyskim chrzcie Chaje Kalb, za naszą zachodnią granicą, w Bergzabern, 1 stycznia 1922 roku w Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest wspólnota Kościoła, zostaje wszczepiona również inna córka narodu niegdyś wybranego przez Boga, 30-letnia wówczas doktor filozofii Edyta Stein. W 1933 roku wstąpi ona do kolońskiego Karmelu. Również i na tej drodze, oddania się Bogu na wyłączność wyprzedzi ją Żydówka z Jarosławia.

    Lektura „Wyznań” św. Augustyna wywiera na Kalb ogromne wrażenie i sprawia, że pragnie ona jeszcze ściślej i głębiej zjednoczyć się ze swym Boskim Oblubieńcem. Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. (…) W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. (…) Przeszyłeś moje serce, jak strzałą, Twoją nadziemską miłością – pisał w swym dziele święty Biskup z Hippony. Jakże przejmująco podobnie wybrzmi wyznanie Kalb: Boże mój, tyle czasu traciłam szukając Ciebie tam, gdzie Ciebie nie było! Lecz od tej chwili, o Boże, dla Ciebie tylko chcę żyć! Ty jesteś Wszystkim!.

    Pewnego wiosennego dnia ma miejsce niezwykłe wydarzenie w życiu 28-letniej kobiety, która będąc w stanie narzeczeństwa zmierza drogą ku małżeństwu. Idąc ulicą Szpitalną w pobliżu rynku w Krakowie Magdalena, niczym przed wiekami Szaweł zmierzający do Damaszku doznaje olśniewającego spotkania z Bożą łaską, które na zawsze zmieni dalsze jej życie. Oto, jak późniejsza siostra Emanuela relacjonowała później tamte niezwykłe chwile: Nagle – jasność niezmierna, zaciemniająca zupełnie słońce południowe, jasność wewnątrz i zewnątrz i jeden przepotężny głos, nabrzmiały radością Nieba: „Do klasztoru!”. Staję w miejscu, rozglądam się. Wszak zdaje mi się, że dom ten, koło którego stoję, wygląda na klasztor. Podchodzę do bramy, dzwonię, proszę o przyjęcie i – zostaję. Poprosiłam tylko, abym mogła napisać jeden list. Piszę: „Zapomnij o mnie, nie zastaniesz mnie już wśród świata. Do wyższych rzeczy jestem stworzona”

    Kobieta wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia w Krakowie. W sierpniu 1928 roku rozpoczyna nowicjat, otrzymując habit zakonny i przyjmując imię Emanuela. 29 października 1933 roku składa śluby wieczyste. Bóg jest teraz dla niej Wszystkim. Jedno z Jezusem. Żyję tym cała, objęta, wchłonięta cała, nic już moje nie jest. Myśli moje, uczucia, życie, to tylko Jezus. Stale we mnie, stale ze mną…(…) Jezus jest wychowawcą najlepszym i najdoskonalszym. Gdyby dusze umiały Go słuchać, doprowadziłby je do zupełnego z Sobą podobieństwa. (…) Nic innego już nie wiem, tylko że Bóg jest Miłość, że porwała i pochłonęła mnie całkowicie ta Miłość. (…) Boże mój, szukać Ciebie dla Ciebie samego, to największe szczęście. Szukając Ciebie i tylko Ciebie – znajdę wszystko: moją miłość, moje życie, moje szczęście”.

    Dzięki zdobytym wcześniej kwalifikacjom s. Emanuela Kalb podejmuje pracę nauczycielki i wychowawczyni w różnych placówkach zgromadzenia. Powierzano jej również funkcje mistrzyni nowicjatu, przełożonej wspólnot, sekretarki generalnej, wikarii domu. Na drodze życia wewnętrznego, poza św. Augustynem, jej przewodnikami są wielcy mistycy karmelitańscy: św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Lisieux, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej. Ale Najwyższy, Boski Przewodnik, Ten Który jako Jedyny Jest Drogą, i Prawdą, i Życiem pragnie osobiście prowadzić swą odnalezioną, umiłowaną córkę po duchowych ścieżkach ku zjednoczeniu z Nim.

    Siostra Emanuela doświadcza niezwykłej bliskości Boga, zostaje też obdarowana wieloma łaskami mistycznymi. Cóż mogę powiedzieć o tym blasku, którego dozwalasz mi niekiedy zakosztować. Wszak to tajemnica, którą można przeżywać, ale oddać w słowach niepodobna. (…) Ujrzałam jakąś Istotę, której określić nie mogę. Niby jakieś światło, jakieś Piękno, coś tak rozkosznego, tak niewypowiedzianego! To była MIŁOŚĆ – ISTOTA. To był jednak Jezus, choć poznałam tylko Istotę Miłości – wyzna Służebnica Boża. Patrz, miłuję cię nie jakąś ogólną, bezosobową miłością. Miłuję cię tkliwą, czułą miłością – powie jej Chrystus. Jak Bóg nas miłuje… to nie do przeżycia – zachwyca się żydowska zakonnica.

    Odkupiciel towarzyszy jej wiernie, również ze swym najcenniejszym skarbem duchowym, jakim jest dar uczestnictwa w Jego krzyżu. Kalb zostaje dotknięta utratą słuchu i przez niemal 40 lat, aż do końca swej ziemskiej pielgrzymki, żyje w głuchocie. Musi zrezygnować z pracy w szkole. Przyjmuje to bardzo pokornie i z ufnością. Znosić krzyż kalectwa i inne fizyczne dolegliwości, bez mówienia o nich. W cichości łączyć się z Ofiarą Zbawiciela” – zanotuje siostra Emanuela.

    Zewnętrzne uciszenie sprzyja też pogłębieniu niezwykłej, żywej relacji z Oblubieńcem. Boga znaleźć można tylko w milczeniu, w uciszeniu myśli i w uciszeniu woli, wolnej od nieumartwionych pragnień, które wnoszą niepokój, hałas i podniecenie. (…) Bez milczenia nie ma mowy o zjednoczeniu z Bogiem”. Tym bardziej, że przecież „nikt nie został święty bez wielkich cierpień. A cóż to wszystko znaczy wobec wieczności. Jedna kropla wobec oceanu(…) Trzeba się stać Jezusem Ukrzyżowanym, Ojciec Niebieski uzna nas tylko wtedy za swoje dzieci, gdy ujrzy, gdy rozpozna w nas Jezusa Ukrzyżowanego, Swego Syna. (…) Jezu… przede wszystkim daj mi ukochać Krzyż. Bo złudzeniem jest kochać Ciebie bez Twojego Krzyża. (…) Większą łaską jest cierpieć z Jezusem w milczeniu zupełnym, niż otrzymywać najwznioślejsze dary mistyczne – czytamy w zapiskach kanoniczki Ducha Świętego.

    Jeśli Mnie miłujesz, pomóż Mi zbawiać dusze– prosi ją Zbawiciel i dodaje: Potrzeba Mi dusz, które by wynagradzały wszystkie zniewagi, potrzeba Mi dusz, które by uwierzyły w Moją Miłość. Siostra Emanuela Kalb doskonale rozumie swoje posłannictwo. Powołanie do Zakonu nie jest tylko dla własnego uświęcenia, lecz by wynagradzać Bogu za grzechy świata i ratować dusze od zguby wiecznej – zapisze. Przyjmuje Boże zaproszenie do współpracy z Nim na drzewie Krzyża, w dziele rodzenia dusz dla wieczności.

    W swym „Dzienniku” opisze następujące zdarzenie. Odprawiając raz Drogę Krzyżową, ujrzałam nagle Pana Jezusa. W jednej ręce trzymał życie pełne pociech i szacunku ludzkiego, czci, jaką z sobą niesie gorliwość w służbie Bożej, oraz wszelkie błogosławieństwa jakich można doznać w życiu zakonnym. W drugiej ręce trzymał bezmiar męki, cierpień, bólów wszelkich, całe morze goryczy. Pan rzekł do mnie: „Wybieraj!”. Ty sam, Jezu, wybieraj dla mnie – odpowie zakonnica i doda:. Daj, co chcesz, wszystko mi będzie jednakowo miłe z Twojej Ręki. Tylko łaski Twojej nie odmawiaj’. „Otóż przeznaczyłem ci całe to morze goryczy i cierpień, ale nie bój się, prędzej Wszechmocy by Mi zabrakło, niż biednej duszy pomocy Mojej. (…) Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja” – usłyszy siostra Emanuela od Jezusa.

    Zasadniczą prawdą jest świadomość – wyzna Kalb – że prowadzi nas Miłość. Ona nad nami czuwa i żywi względem nas nieskończenie łaskawe zamiary. Musimy się im poddać z uległością i całkowitą ufnością.

    Cały swój ciężki krzyż, wszystkie cierpienia zarówno duchowe, jak i fizyczne, Siostra Emanuela ofiaruje Bogu w intencji swego, żydowskiego narodu, „by poznał Światło Prawdy, którą Jest Chrystus”. Czyni to już od 1935 roku.

    I znów, kilka lat później, w sierpniu 1942 roku, w odległym zakątku Europy, inna żydowska chrześcijanka – karmelitanka Edyta Stein, wybierając się w drogę do Domu Ojca, wiodącą przez męczeńską śmierć z rąk niemieckich oprawców, biorąc za rękę swą rodzoną siostrę, powie do niej: „Chodź, idziemy za nasz naród”.

    Bóg przyjmuje również ofiarę Siostry Emanueli Kalb. Wiele razy okazywał mi Pan Przenajświętszą Krew Swoją płynącą daremnie dla tak wielkiej liczby dusz. Z dziwną boleścią duszy zbierałam tę Krew Przenajdroższą. Wreszcie pewnego ranka stanął przede mną Pan Jezus. W ręku trzymał Przenajświętsze Serce Swoje, a poprzez palce spływała z tego Najświętszego Serca Przenajświętsza Krew obficie. Pan rzekł do mnie: Patrz – oto ostatni krzyk miłości. Oddaję ci Moją Krew. Wylewaj Ją nieustannie na twój naród, na Mój naród, szafuj hojnie, nie żałujofiaruj ją nieustannie Ojcu Mojemu za nawrócenie Izraela. Czynię cię szafarką Mojej Krwi. Nie zabraknie ci teraz cierpień. Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja”.

    W innym miejscu Chrystus mówi do żydowskiej zakonnicy. „Twoją misją jest: wielką wiarą i gorejącą miłością wynagrodzić Mi za nardów twój, który wzgardził Mną, nie chcąc uznać we Mnie swego Mesjasza”. Siostra Emanuela zapisuje w swym „Dzienniku” specjalną modlitwę zatytułowaną koronką za nawrócenie Izraela, z natchnienia Bożego do codziennego odmawiania, składającą się z powtarzanego na małych paciorkach wezwania: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twojemu.

    Siostra Emanuela Kalb, niczym żertwa ofiarna na ołtarzu, cała poświęca się i wyniszcza w tej upragnionej intencji: Jezu, ponad wszystkie rozkosze, jakich mogłabym zażywać, wybieram: być całopalną ofiarą w złączeniu z Tobą. Przeżyłam – nie zmysłami lecz umysłem – złączenie z Ukrzyżowanym. Rodzić dusze w cierpieniu! Na ziemi zresztą  nie pragnę innej miłości. On jest ‘Oblubieńcem Krwi’. Dusze poślubione miłości Boga – Chrystus ich Oblubieńcem. Łączą się z Nim, rodzą dusze do wieczności. Jeżeli celu tego nie osiągną przez ścisłe zjednoczenie z Bogiem, są bezpłodne; ich życie mija się z celem. Dawanie życia połączone jest z cierpieniem(…) Cierpienie wtedy ma wielką wartość, gdy ofiarowane jest tylko Panu Jezusowi, w złączeniu z Jego Męką, jako zupełnie czysty dar (…) Bez wielkiej ofiarności, bez wielkiego cierpienia nie ma wielkiej miłości. (…) Wycierpiałam wszystko, zdaje mi się, co człowiek może na ziemi wycierpieć.  Niech będzie za to Bóg uwielbiony! (…) Tak, warto cierpieć, warto ofiarować życie dla sprawy większej niż życie samo, zasługującej przeto, by wszystkie siły dla niej wyczerpać. 

    Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, lecz już po dostąpieniu łaski sakramentu Chrztu Świętego Kalb intensywnie wspierała swego brata i siostrę w ich drodze ku katolicyzmowi. W czasie II wojny światowej Służebnica Boża przygotowała też do chrztu 11 Żydów, którzy o to poprosili. Zdecydowanej większości z nich udało się przeżyć niemiecką okupację.

    Czy zgodzisz się przyjąć pokusy niewiary, aby inni uwierzyli?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Tak, Jezu, aby inni uwierzyli, aby Ciebie na wieki kochali, chcę wycierpieć te okrutne pokusy niewiary, które są mi już znane. Lecz Ty znasz moją słabość, wspieraj mnie, bym sama nigdy nie zwątpiła – odpowiada żydowska zakonnica.

    Pod koniec życia siostra Emanuela złożyła się Panu w ofierze, również w innej swej wielkiej intencji, za kapłanów, by wynagradzać za ich niewierności oraz wypraszać łaskę świętości dla nich. Zachęcał ją do tego Sam Odkupiciel. Oto jak relacjonuje to mistyczka: Naraz Pan Jezus stanął przed oczyma mej duszy. Patrzę, z oczu płyną Mu łzy. Jezu! – wołam w męce ducha. – „To kapłani zdradzają swoje kapłaństwo. To krwawe łzy Moje z Ogrójca. Za wybranie, za miłość – odrzucenie, niewiara. Pomóżcie, bo zginą! Nie przestałem ich miłować. Ratujcie ich, ofiarujcie za nich całe Moje życie, całą Moją mękę! Jestem stale we wszystkich Mszach Świętych jako Żertwa przed Ojcem. Bierzcie z tych skarbów! Łączcie się ze Mną! Ofiarujcie się, wynagradzajcie za zniewagi, módlcie się za kapłanów! (…) Chcę, byś Mi pomogła dźwigać cierpienia, bo bardzo cierpię za grzechy. Dziecko Moje, tobie powierzyłem ciężar grzechów niewiernych kapłanów. Módl się i cierp wraz ze Mną. Nie lękaj się. Nic ponad siły. Niech cię wspiera myśl, że cierpisz razem ze Mną. Jedno tylko zachowaj sumiennie: „Milczeć i cierpieć!Panie mój – odpowie siostra. Emanuela – jeżeli trzymasz mnie przy Sobie, zupełnie w Sobie, to przecież będę mogła u Ciebie wszystko uprosić, zwłaszcza, gdy proszę Cię tak stale, tak usilnie za kapłanów, którzy od Ciebie odeszli, by wrócili, przeprosili Ciebie.

    Chce Pan, by dusze wierne zechciały przez żarliwą modlitwę i wynagrodzenie błagać o nawrócenie kapłanów – zapisze Służebnica Boża, by w innym miejscu dodać: Wszystko jest owocem modlitwy.

    Siostra Emanuela Kalb zawsze z otwartym sercem przyjmowała każde zaproszenie Swego Oblubieńca  do podjęcia wysiłku współpracy z Nim w dziele rodzenia dusz dla Królestwa Bożego, poprzez modlitwę, ofiarę, wynagradzanie, niesienie im duchowej pomocy. Czy chcesz przyjąć na siebie pokusy dusz słabych, które by w nich uległy, gdyby nie twoja pomoc?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Jezu, chcę wszystko wycierpieć, byłeś Ty był kochany – odpowiada natychmiast zakonnica.

    Uczułam, że jestem bardzo głodna. Nic nie znaczyło, że normalnie przyjmowałam posiłek w refektarzu. Głód był tak dotkliwy, że formalnie skręcał mi wnętrzności. Ach kraść, kraść w szkole, w kancelarii, gdziekolwiek i kupić coś do jedzenia, zakupić chleba, bułek, całą piekarnię wykupić, byle ten głód nasycić! Parę tygodni męczył mnie ten głód nieopisany, wraz z ciężką pokusą kradzieży. Pewnego dnia ujrzałam w duchu jakiegoś młodego człowieka, porządnie ubranego, lecz bardzo mizernie wyglądającego. – „Widzisz tego człowieka? Oto bezrobotny, którego zatrzymałaś nad brzegiem występku”. Wnet popadłam znowu w ciężkie pokusy przeciw powołaniu zakonnemu. Dręczyły mnie z taką siłą, że już powiedziałam spowiednikowi, ze opuszczę zakon. Dręczyły mnie z taką siłą (…) i nie ustawały. Przetrwałam w tym utrapieniu mniej więcej trzy tygodnie. Naraz ujrzałam jakąś pracownię krawiecką. Dziewczęta pracowały przy stołach, a wśród nich młoda i bardzo miła zakonnica. – „Widzisz tę siostrę? Gdyby nie twoje cierpienia, opuściłaby swój zakon i zgubiłaby się w świecie”. Ach siostro, wyrzekłam mimo woli, gdybyś wiedziała, ile za ciebie cierpiałam! – relacjonuje mistyczka.

    Służebnica Boża Emanuela odznaczała się wielkim umiłowaniem Eucharystii. Jak Bóg cię ukochał, niech ci powie Eucharystia – pisała. Boże mój, cóż znaczą wszystkie najwznioślejsze łaski modlitwy, najwspanialsze zachwyty, wobec jednej Komunii Eucharystycznej! Tu jest takie zjednoczenie, takie wchłonięcie naszej istoty przez Boga, że stajemy się Nim, jedno, nierozdzielne. (…) Zrozumiałam, że nasze małe wysiłki, gdy podczas Mszy św. kładziemy je na ołtarzu, gdzie Chrystus, Ofiara jest obecny, nabierają nieskończonej wartości’. “Czy nie wiesz – pouczał ją Pan – że ofiarując Mi Syna Mego, Jego życie, Jego Mękę i śmierć, ofiarujesz Mi więcej, niż którykolwiek z największych świętych Starego Testamentu mógł Mi ofiarować? Gdy ofiarujesz Mi tę Przenajświętszą Ofiarę, nie mogę wówczas powiedzieć: „Zostaw Mnie w spokoju” (Wj 32,10).Kto w imię Jego prosi, nigdy nie prosi nadaremno – czytamy w zapiskach siostry kanoniczki Ducha Świętego.

    Od 1957 roku aż do końca swych ziemskich dni Siostra Emanuela przebywała w krakowskim klasztorze, włączając się, na ile mogła, w życie i pracę wspólnoty. W Zgromadzeniu Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego przeżyła 59 lat.

    Zmarła w opinii świętości 18 stycznia 1986 roku w Krakowie, w 67-rocznicę przyjęcia sakramentu Chrztu i włączenia we wspólnotę Kościoła.

    W latach 2001-2003 przeprowadzono jej proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Dnia 13 maja 2005 roku w Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych rozpoczął się etap rzymski procesu. 14 grudnia 2015 roku Franciszek zezwolił na ogłoszenie dekretu o heroiczności jej życia i cnót. Odtąd przysługuje jej w Kościele tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

    Ty musisz zostać świętą!– powiedział jej kiedyś Pan i dodał: Chcę przypomnieć światu, że Kościół jest powszechny”. Całe życie Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, tej wciąż tak mało jeszcze znanej, wspaniałej córki Kościoła, a zarazem niezwykłej córki narodu żydowskiego, dla którego tak bardzo pragnęła, „by poznał on Światło Prawdy, którą jest Chrystus”, jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem, ale zarazem i zaproszeniem, aby odświeżyć w sobie ducha wdzięczności za darmo nam daną łaskę wiary oraz Sakrament Chrztu Świętego, wszczepiający nas w Mistyczne Ciało Chrystusa, a także, by odkurzyć nieco już zapomniany, w jego nieocenzurowanej wersji, Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu (encyklika Annum Sacrum napisana w roku narodzin Chaje Kalb – 1899), autorstwa wielkiego papieża Leona XIII, i modlić się do Pana za wstawiennictwem Sł. B. Emanueli Kalb i św. Teresy Benedykty od Krzyża: “Wejrzyj okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu, który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, której oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół swój, o Panie; użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki. Amen”.

     ***

    Czy wiesz, co cię czeka?”. Ujrzałam nagle jakąś dziwną jasność, jakieś piękno niewypowiedziane, jakąś rozkosz niepojętą, ale to było jakoby tło. Wśród tej niepojętej szczęśliwości był Bóg. I On objął, ogarnął duszę w niewypowiedzianym uścisku Miłości. To trwanie w uścisku Miłości Boga jest właściwą istotą Nieba. Tu język ludzki nic nie wypowie. Tylko słowa świętego Pawła Apostoła można zastosować: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. (Sł. B. Emanuela Kalb “Dziennik“)

    Siostro Emanuelo, módl się za nami i za swoim narodem!

    ren/„Poznałam Prawdę i poszłam za Nią” Kraków 2008, ks. J. Machniak „Służebnica Boża Emanuela Kalb” Kraków 2012, o.M. Zawada OCD „Antologia mistyki polskiej tom 2” Kraków 2008.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żydówka-siostra zakonna z życiorysem na film. Opowieść o s. Pauli Malczewskiej

    fot. archiwum prywatne

    ***

    Żydówka-siostra zakonna z życiorysem na film. Opowieść o s. Pauli Malczewskiej

    „Historia splątanej nici” – to tytuł książki, w której ojciec Daniel Stabryła opisuje niezwykłe losy siostry Pauli Marii Malczewskiej (Racheli Drążek) Żydówki, której losy – jak przyznaje w rozmowie z serwisem Vatican News – są gotowym materiałem na film. 2 lutego obchodzimy Światowy Dzień Życia Konsekrowanego.

    Rachela Drążek urodziła się w Ostrołęce, 15 października 1929 roku. Pochodziła z zamożnej żydowskiej rodziny. Jej mama szybko umiera, a ojciec na początku okupacji ginie z rąk sowietów. Jak mówi Vatican News ojciec Stabryła, w wieku 12 lat Rachela odłączyła się od grupy, w której była jej mama i przyrodni brat. Gdy szukały schronienia wraz z koleżanką, w pewnym momencie natrafiły na grupę dzieci. Wtedy następuje być może najważniejszy moment w jej życiu, opowiada ojciec Daniel.

    Napotkały polskich chłopaków, którzy zaczęli je obrzucać śnieżkami, wołając – Żydówki, Żydówki! One się przestraszyły, bo przecież istniało niebezpieczeństwo, że dowie się o nich gestapo. Zobaczyły przydrożny krzyż, Paula postanowiła pociągnąć koleżankę do tego krzyża i przypaść do niego. Wtedy – jak relacjonowała – objęła krzyż i zobaczyła, że ten, który jest na tym krzyżu, jest żyjącym Bogiem, że jest żywy. Od tego momentu – mówiła potem w swoich wspomnieniach – już nigdy więcej się nie bała” – opowiada ojciec Daniel.

    Paula rozpoczęła dialog z Bogiem. Powiedziała Mu, że jeśli przeżyje, wstąpi do najbardziej surowego klasztoru. W tamtych czasach były to benedyktynki. Tak się stało. W 1946 wstąpiła do Opactwa Trójcy Przenajświętszej w Łomży, siostry pozwoliły na to, przedłużały jednak okres prób, myśląc, że jej intencją jest tylko ochrona swojego życia. Jej krewni, którzy odnaleźli ją po latach, chcieli na różne sposoby wydobyć ją od sióstr, jednak ona była zdecydowana. „Dopiero wtedy siostry zrozumiały, kogo w klasztorze mają, że to nie jest ktoś, kto ucieka przed wojną, ale ktoś, kto rzeczywiście bardzo świadomie wybiera Jezusa” – zaznacza ojciec Stabryła.

    To wywołało szok jej rodziny, która nie kontaktowała się z nią przez wiele lat. Jak dodaje ojciec Stabryła, historii wojennych Pauli jest więcej, jednak równie ciekawe jest poszukiwanie przez nią własnej tożsamości, która nie wygasła, ale została przyćmiona. W 1975 roku, po wcześniejszym nawiązaniu kontaktu z innymi ocalałymi z Holokaustu Żydami, którzy wstąpili do klasztorów, ojcem Danielem Rufeisenem OCD (Shmuel Oswald Rufeisen) oraz siostrą Emmanuel OCD (Stella Zylbersztajn-Tzur), wyjechała do Izraela. Ostatecznie siostra Paula zdecydowała się przejść do francuskojęzycznego benedyktyńskiego klasztoru na Górze Oliwnej, w arabskiej części Jerozolimy. „Tu się odnalazła i tu pozostała do końca życia. Jej cechą było to, że nigdy nikogo nie oceniała” – podkreśla autor książki. Jak dodaje ojciec Daniel, jej życiorys to historia sensacyjna.

    „To historia zasługująca na film. Jest o tyle ciekawa, że to moim zdaniem wzór i przykład nie tylko osoby należącej do kontekstu kultury chrześcijańskiej, ale przykład uniwersalny tego, jak można żyć między światami, jak można poruszać się między tożsamościami. Paula miała możliwość otrzymania obywatelstwa państwa Izrael, jednak musiałaby zrzec się polskiego paszportu. Nie chciała tego zrobić, dlatego, że uważała swoją polską tożsamość za bardzo ważną. Widać, że nie chodziło jej tylko o symboliczny papierek, nie chciała przekreślenia swojej polskiej tożsamości” – zaznacza.

    Siostra Paula zmarła 12 stycznia 2019 roku w Jerozolimie.

    Książka pod tytułem „Historia splątanej nici” została wydana nakładem Wydawnictwa Episteme. To autobiografia, która jest oparta o dzienniczek duchowy, niepublikowaną wcześniej korespondencję oraz dokumentację fotograficzną. Autor opracowania, benedyktyn ojciec dr hab. Wojciech Maciej Stabryła z Opactwa Zaśnięcia w Jerozolimie jest profesorem Papieskiego Uniwersytetu Salezjańskiego. Jest autorem i współautorem książek oraz artykułów dotyczących biblistyki, judaizmu, dialogu międzykulturowego i międzyreligijnego oraz tematyki związanej z Bliskim Wschodem. Od 2003 roku mieszka w Jerozolimie.

    Tomasz Zielenkiewicz/www.vaticannews.va/pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zbigniew Herbert powiedział o niej: „najmądrzejsza kobieta, jaką znam”

    TERESA LANDY

    fot. zbiory Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża

    ***

    Siostra Teresa Landy przeszła niezwykłą drogę: od ateizmu i filozofii na Sorbonie do życia franciszkańskiego. Odkryła Boga w realności i zwyczajności. „Wniknięcie w realność, zrośnięcie się ze swoją zwyczajnością – to świętość”.

    Zadeklarowana ateistka

    Pochodziła z rodziny żydowskiej, która była mocno zaangażowana w działalność społeczną. Młoda Zofia (to jej imię nadane przez rodziców) zdecydowała się wyjechać na studia do Paryża, aby tam studiować filozofię.

    Jej profesorami byli najwybitniejsi filozofowie tamtego czasu. Relatywizm i sceptycyzm był bardzo popularny wśród studentów. Teresa była wówczas zdeklarowaną ateistką. Bardzo pragnęła zrozumieć otaczający świat i wielką inspirację odnalazła w książkach Stanisława Brzozowskiego. Ten polski filozof przeżył swoje nawrócenie, a następnie opisał je w Pamiętniku.

    Teresa pilnie potrzebowała zrozumieć język religijny jej ulubionego pisarza. W ten sposób, idąc po nitce do kłębka, trafiła do ks. Władysława Korniłowicza.

    Nawrócenie, chrzest i zakon

    Rozmowy o filozofii wciągnęły ją zupełnie i – jak napisze później – ukazały jej się wówczas piękno wiary. We wrześniu 1917 roku przyjęła chrzest.

    Chrzest był iskrą, która zapoczątkowała wiele nawróceń wśród jej przyjaciół. Razem utworzyli nieformalną grupę i z wielkim zapałem dyskutowali o szlachetnych ideach i ciekawych tekstach. W centrum ich uwagi były teksty św. Tomasza z Akwinu.

    W ten sposób powstało „Kółko” blisko związane z ks. Korniłowiczem. Dyskusje nie pozostały wyłącznie w sferze teorii. Spotkanie z Matką Elżbietą Czacką nadało życiu młodej filozofki dalszy kierunek.

    W wieku 33 lat wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i przyjmuje imię Teresy – jej patronką zostaje św. Teresa z Avili.

    Najmądrzejsza kobieta

    Bardzo trudnym czasem dla siostry Teresy była okupacja. Jej pochodzenie sprawiało, że żyła ciągle w poczuciu zagrożenia. Jednak wszystko skończyło się szczęśliwie i po wojnie siostra Teresa mogła wrócić do Lasek.

    Czuwała wówczas nad rozwojem sióstr w postulacie i nowicjacie, prowadziła prelekcje i koło dyskusyjne dla świeckich. Dużo pisała, stała się „głównym piórem Lasek”. Publikowała głównie w kwartalniku „Verbum”, a także w „Znaku” i w Tygodniku Powszechnym.

    Na jej seminaria chodził też Zbigniew Herbert, który powiedział o niej „najmądrzejsza kobieta jaką znam”.

    Pasjonatka zwyczajności

    Siostra Teresa kochała zwyczajność. Pisała: „Bóg porzuca swoje wszystko dla naszego nic”. Była zafascynowana zwyczajnością Jezusa i Jego pragnieniem ukrycia swojej nadzwyczajności „w zwyczajności dziecka, człowieka pracy, człowieka cierpiącego i umierającego ludzką śmiercią”.

    Człowiek jednak pragnie wielkości i wspaniałości. Ta tęsknota jest bardzo prawdziwa, bo – jak pisze siostra Teresa – „wie on, że ma w sobie życie, przewyższające nieskończenie jego życie naturalne, większe i cudowniejsze niż wszystko, cokolwiek może on pomyśleć lub czego może zapragnąć”.

    Jednak czeka nas tutaj niespodzianka: „droga do niezwykłości idzie przez przyjęcie zupełne i całkowite zwyczajności”.

    Siostra Teresa odkryła Boga w realności i zwyczajności. „Wniknięcie w realność, zrośnięcie się ze swoją zwyczajnością – to świętość. Święci byli ludźmi nadzwyczajnymi właśnie przez tę pełnię swojej zwyczajności”.

    Fascynowali ją święci, którzy żyli w ten sposób. Szczególnie bliska jej była św. Teresa od Dzieciątka Jezus, którą nazwała „bohaterką życia zwyczajnego” i bł. brat Karol de Foucauld. 

    Radość królestwa Bożego na ziemi

    W swoim dzienniku pisała: „Ciągnie mnie do niemyślenia, tylko trwania w Bogu”. Siostra Teresa całe swoje życie szukała prawdy. Odnalazła ją najpierw w filozofii, potem w chrześcijaństwie. Jednak prawdziwe szczęście odkryła w całkowitym oddaniu siebie Bogu i podążeniu drogą franciszkańską.

    „Kiedy pytałam tej Miłości – pisze siostra Teresa – czego chce ode mnie i co mam uczynić, odpowiedziała mi: oddaj mi się zupełnie”. Zwyczajna codzienność w zakonie okazała się dla niej radością królestwa Bożego na ziemi.

    Adam Poleski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Naczelny Rabin Rzymu przeszedł na katolicyzm?

    RABIN ŻYDOWSKI

    Shutterstock

    ***

    Wszystko przez znajomość z pewnym polskim chłopcem…

    Telefony i listy z pogróżkami, jakie otrzymywał prof. Izrael Zolli, niedawny podówczas Naczelny Rabin Rzymu i znany działacz miejscowej gminy żydowskiej, nie wydają się w początkach 1945 r. niczym nadzwyczajnym. Wieczne Miasto dopiero pół roku wcześniej uwolnione zostało spod władzy włoskich faszystów i ich niemieckich sojuszników, a na północy kraju dogorywała jeszcze marionetkowa Republika Salo. Ledwie przed kilkoma tygodniami wygasły płomienie pieców krematoryjnych obozu w Birkenau. I choć dni tamtej krwiożerczej ideologii były już wtedy policzone, jej owładnięci nienawiścią „wyznawcy”, do końca w zasadzie realizowali zbrodniczy plan eksterminacji ludności wyznania mojżeszowego.

    Tyle, że pogróżki i obelgi, jakimi obrzucany był Zolli, pochodziły w większości prawdopodobnie… od jego niedawnych braci w wierze. Niedawnych, gdyż 13 lutego 1945 r. prof. Izrael Zolli, były Naczelny Rabin Rzymu… przyjął chrzest (a na nim imię Eugenio)! I choć w ceremonii uczestniczyła zaledwie garstka najbliższych mu osób, już następnego dnia o niezwykłym wydarzeniu informowała prasa z całego świata. Żyjąc w poczuciu zagrożenia ze strony niektórych, niebędących w stanie zrozumieć jego decyzji, byłych współwyznawców, Zolli musiał wręcz na jakiś czas ukryć siebie i swoją rodzinę przed ich gniewem (żona i córka znalazły schronienie w jednym z żeńskich klasztorów, a sam profesor zamieszkał czasowo w siedzibie Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego).

    Jak jednak doszło w ogóle do nawrócenia Zolliego? Jako dziecko urodzone w galicyjskich Brodach (w I i II RP był to teren przynależny do naszego kraju) mały Izrael w domu jednego ze swoich polskich kolegów zauważył krzyż z wiszącym na nim mężczyzną. Zaintrygowało go to na tyle, że sięgnął po Nowy Testament, którą to lekturę pogłębiał następnie w okresie dorastania. Szczególne wrażenie zrobiły na Zollim pieśni Sługi Jahwe z Księgi Izajasza, w których dopatrzył się on zapowiedzi przyjścia i męczeńskiej śmierci Jezusa.

    Równocześnie, ukończone we włoskiej Florencji studia religijne i filozoficzne, połączone ze szczególną osobistą mądrością, doprowadziły Zolliego (właściwie wtedy jeszcze Zollera) do godności Naczelnego Rabina Triestu, a następnie od 1940 r.Naczelnego Rabina Rzymu. Nie trzeba chyba wyjaśniać, w jak trudnym dla Żydów czasie musiał on sprawować swą funkcję, zwłaszcza gdy we wrześniu 1943 r., po podpisaniu włosko-alianckiego zawieszenia broni, Włochy przeszły w całości pod okupację niemiecką.

    Z tamtego okresu, w historii rzymskiej gminy żydowskiej szczególnie zapisało się wydarzenie z 27 września, gdy realizujący ideę „ostatecznego rozwiązania” we Włoszech SS-Obersturmbannführer Herbert Kappler zażądał od miejscowej wspólnoty 50 kg złota, które stanowić miało okup za odstąpienie od wywózki rzymskich Żydów do obozu zagłady w Auschwitz-Birkenau. Na zgromadzenie takiej ilości kruszcu dał on wspólnocie dobę, co wystarczyło, by zebrać 35 kg. Z prośbą o pozostałe 15 kg prof. Zolli zwrócił się w imieniu gminy do Ojca Świętego Piusa XII. Zanim jednak Ojciec Święty zdążył odpowiedzieć (pozytywnie zresztą), brakujące złoto podarowali Żydom oddolnie członkowie włoskich wspólnot katolickich (mimo wojennej nędzy udało im się przeprowadzić tak pokaźną zbiórkę w ekspresowym tempie).

    I choć gest ów nie ocalił wspólnoty spod ręki wiarołomnych Niemców (dwa tygodnie później wywieźli oni do obozu ok. 2 tys. rzymskich Żydów, a do końca okupacji liczba ta sięgnęła 10 tys.), stał się on dla Zolliego swoistym „stemplem chrześcijańskiej miłości”, duchowym potwierdzeniem drogi, ku której intelektualnie rabin skłaniał się już wcześniej.

    Równo rok później, 27 września 1944 r., w święto Jom Kippur Izrael Zolli po raz ostatni poprowadził nabożeństwo dla ocaleńców z żydowskiej gminy w Rzymie. A że jest to ostatnie jego nabożeństwo w roli Naczelnego Rabina, oznajmić miał Zolliemu… sam Pan Jezus, którego profesor ujrzał wówczas w mistycznej wizji. Później, w domu, okazało się, że widzenie miały również jego żona i córka. Nie śmiejąc polemizować z samym Mesjaszem, Zolli kilka dni później złożył rezygnację ze sprawowanej funkcji. O tym, co było dalej napisałem już na początku.

    „Wy, którzy urodziliście się w religii katolickiej, nie zdajecie sobie sprawy z ogromnego skarbu, jakim jest wiara i łaska Chrystusa, które posiadacie już od dzieciństwa. Ktoś, kto tak jak ja, dotarł do łaski wiary po długim okresie poszukiwań, docenia wielkość tego daru i przeżywa ogromną radość bycia chrześcijaninem” – mawiał później Eugenio Zolli, pytany o łaskę, którą otrzymał. Może więc i my powinniśmy się nieco bardziej radować?

    Karol Wojteczek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andre Frossard – Człowiek, który widział Boga!

    André Frossard z Janem Pawłem II

    ***

    Andre Frossard, uznany dziennikarz i pisarz, jako wytrawny ateista nie wierzył w Boga. To, co wpłynęło na jego szok i przemianę oraz wiarę w Boga było wyjątkowym darem namacalnego poznania Stwórcy, którym to sam Bóg go obdarował.

    W momencie kiedy stanął w obecności Najświętszego Sakramentu i został dotknięty promieniującym światłem radości życia i miłości tajemnicy Boga w Trójcy Jedynego, wtedy stało się dla niego oczywiste, że tylko w Kościele katolickim jest całą prawdą, którą Bóg objawił ludzkości…

    Andre Frossard (ur. 14 stycznia 1915, zm. 2 lutego 1995), dziennikarz, pisarz i filozof, był przyjacielem Jana Pawła II, członkiem Akademii Francuskiej, a od 1962 r. redaktorem naczelnym Le Figaro Magazine, jednego z najbardziej opiniotwórczych tygodników europejskich. Należał do najsłynniejszych i najbardziej wpływowych pisarzy i dziennikarzy w Europie. W czerwcu 1935 r. doświadczył gwałtownego nawrócenia, stając się w jednym momencie z zagorzałego ateisty żarliwym katolikiem i niezwykle skutecznym apologetą chrześcijaństwa.

    W okowach idiotycznego ateizmu

    A. Frossard od dzieciństwa był wychowywany w atmosferze ateistycznej ideologii zwalczającej wszelkie przejawy religijności, a szczególnie Kościół katolicki. Jego ojciec, Ludwik Oskar Frossard, był znanym francuskim politykiem i ateistą. To właśnie on w 1920 r. założył Francuską Partię Komunistyczną i został jej pierwszym sekretarzem. Matka Andrego była niepraktykującą protestantką, a jego babka Żydówką. Młody Frossard uważał Kościół katolicki za ostoję ciemnoty i zacofania. Od trzynastego roku życia czytał dzieła Woltera i Rousseau, a jego serce i umysł przesiąkał zawarty w nich jad kłamstwa i wrogości do Kościoła katolickiego oraz chrześcijaństwa.

    “Ateizm przybiera wiele form” – pisał A. Frossard. “Jest ateizm filozoficzny, który wcielając Boga w przyrodę, odmawia Mu odrębnej osobowości i umieszcza wszystkie rzeczy w zasięgu ludzkiej inteligencji; nic nie jest Bogiem, wszystko jest boskie.

    Ten ateizm prowadzi do pan-teizmu pod postacią jakiejś ideologii.

    Ateizm naukowy odrzuca hipotezę Boga, jako nieodpowiednią w badaniach, i usiłuje wyjaśnić istnienie świata tylko poprzez właściwości materii, nie pytając, skąd ona sama pochodzi.

     Jeszcze bardziej radykalny ateizm marksistowski nie tylko neguje Boga, ale posłałby Go na urlop, nawet gdyby istniał. Jego natrętna obecność przeszkadzałaby w wolnej grze woli człowieka.

    Istnieje również ateizm najbardziej rozpowszechniony, który dobrze znam – to ateizm idiotyczny. Taki był mój ateizm. Ateizm idiotyczny nie stawia sobie pytań. Uważa za naturalne przebywanie człowieka na ognistej kuli pokrytej cienką warstwą suchego błota i obracającej się wokół swojej osi z prędkością ponaddźwiękową dookoła Słońca – czegoś w rodzaju bomby wodorowej, unoszonej przez miliardy lampionów (gwiazd) o zagadkowym pochodzeniu i nieznanym przeznaczeniu”.

    Tajemnica nawrócenia

    W 1935 r. dwudziestoletni Andre Frossard pracował w Paryżu jako początkujący dziennikarz. Chociaż był ateistą, to jednak zaprzyjaźnił się z praktykującym katolikiem Andrzejem Villeminem, który bezskutecznie starał się doprowadzić go do wiary w Boga. Ósmego czerwca 1935 r. Villemin zaprosił Frossarda na obiad. Pojechali do centrum Paryża rozklekotanym samochodem. Zatrzymali się na rue d’Ulm przed małym kościołem, w którym trwała nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu. Villemin poprosił Frossarda, aby na niego poczekał kilka minut, ponieważ ma ważną sprawę do załatwienia w kościele. Po pewnym czasie zniecierpliwiony czekaniem Frossard wszedł do kościoła. Stanął z tyłu i patrząc na klęczących ludzi, bezskutecznie próbował odnaleźć swojego przyjaciela.

    Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuł wystawiony Najświętszy Sakrament. Nie wiedział, co to jest, gdyż po raz pierwszy w życiu widział monstrancję z Najświętszym Sakramentem.

    Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, Frossard czuje, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej przez ateizm i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, który poznajemy naszymi zmysłami.

     “Przede wszystkim zostają mi dane słowa duchowego życia – pisze Frossard – (…) słyszę je jakby wypowiadane obok mnie cichym głosem przez osobę, która widzi, czego ja jeszcze – nie widzę”.

     Po usłyszeniu tych słów Frossard zostaje ogarnięty nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu.

    “Jest to niezniszczalny kryształ o nieskończonej przejrzystości – próbuje opisać to doświadczenie A. Frossard – jasności prawie nie do zniesienia lekko niebieskiego światła (jeden stopień więcej byłby mnie uśmiercił). To jest inny świat o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. Tę nową rzeczywistość i prawdę widzę z ciemnego brzegu, na którym stoję. To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga. która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają ją »naszym Ojcem«.

     Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka.

     Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać.

    Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi (…). Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość.

     Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” (Istnieje inny świat, s. 39-40).

    Przy swoim nawróceniu Frossard odkrył, że Kościół katolicki długo przedtem sformułował to, co zostało mu objawione w inny sposób. Pisze:

     “To była dla mnie osobliwa sytuacja, dająca się porównać z tą, gdyby Krzysztofowi Kolumbowi powracającemu z Ameryki starzy kartografowie królowej Izabeli (którzy nigdy nie opuścili swoich pracowni) objaśniali jego odkrycia z najdrobniejszymi szczegółami, podając dokładnie położenie wsi i plantacji” (tamże. s. 144).

    Tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą

    A. Frossard wielokrotnie opisywał swoje doświadczenie spotkania znadprzyrodzoną rzeczywistością, gdyż miał świadomość, jak bardzo ubogi i nieporadny jest w tym względzie ludzki język. Warto zapoznać się z innym opisem jego nawrócenia, w którym zostały uwydatnione inne aspekty tego nadzwyczajnego doświadczenia. W książce Bóg i ludzkie pytania czytamy:“Wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin – i byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa”.

    Frossard podkreśla, że to doświadczenie nie było jakimś odkryciem intelektualnym, ale miało charakter doświadczenia fizycznego i prawie laboratoryjnego: “Byłem (…) ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy, i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić swojego przyjaciela, i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament.

    Nie doznałem nigdy zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. (…) Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni.

     Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością – o mocy, która może skruszyć serce i której wspomnienie nigdy nie zaniknie, nawet w najgorszych chwilach życia, niejednokrotnie przenikniętych lękiem i nieszczęściem.

    Odtąd nie stawia sobie innego zadania, jak tylko świadczyć o tej słodyczy i o tej rozdzierającej czystości Boga, który mu pokazał owego dnia przez kontrast, z jakiego błota został ulepiony… Owym światłem, którego nie ujrzałem cielesnymi oczyma, nie było to, jakie nas oświeca lub powoduje opalanie. To było światło duchowe, tzn. światło pouczające – jakby żar prawdy. Odwróciło ono definitywnie porządek rzeczy.

    Od chwili kiedy je ujrzałem, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą(…). Podkreślam: to było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań” (ss. 21-24).

    Od momentu nawrócenia dla A. Frossarda pierwszym, najważniejszym i najbardziej naglącym zadaniem w życiu było uwielbienie Boga za Jego miłość i miłosierdzie. Był pewny, że na ziemi istnieje tylko jedna rzeczywista nadzieja, a daje nam ją wyłącznie Jezus Chrystus – i dlatego trzeba o niej mówić wszystkim ludziom.

    Jak to jest możliwe?

    “Jak to jest możliwe – pytał się sam siebie A. Frossard – że młody człowiek, wychowany w atmosferze ateistycznych przesądów nieprzyjaznych Bogu, chrześcijaństwu i Kościołowi, mógł w jednym momencie stać się żarliwym katolikiem?

    Bezmyślnie wszedł do kościoła, w którym wystawiony był Najświętszy Sakrament, a – kiedy z niego wychodził, przepełniony był niesamowitą radością z odnalezienia prawdy o istnieniu Boga i entuzjazmem do dzielenia się z całym światem tym niesamowitym odkryciem. To było doświadczenie realnej obecności tajemnicy Boga, który jest jeden w trzech Osobach, jedynym źródłem istnienia całej rzeczywistości, utrzymującym wszechświat w harmonii istnienia, udzielającym ludziom zdolności myślenia i odczuwania piękna”.

    Andre Frossard podkreśla, że nie był to sen czy jakieś urojenie, lecz obiektywne doświadczenie bez udziału wyobraźni, bez wytwarzania sobie obrazów.

    Po wielu latach napisał: “Radość przeszła nade mną jak fala światła z nieprzepartą, a zarazem delikatną siłą (…). Towarzyszyłem swojemu własnemu nawróceniu ze zdziwieniem, które jeszcze trwa”. To zdziwienie trwało aż do ostatnich chwil jego ziemskiego życia.

    Wyjątkowość natychmiastowego nawrócenia A. Frossarda wynikała również z faktu, że w ogóle nie znał on nauki Kościoła katolickiego; był całkowitym ignorantem w tej dziedzinie. W momencie kiedy stanął w obecności Najświętszego Sakramentu i został dotknięty promieniującym światłem radości życia i miłości tajemnicy Boga w Trójcy Jedynego, wtedy stało się dla niego oczywiste, że tylko w Kościele katolickim jest cała prawda, którą Bóg objawił ludzkości.

     Po tym nadzwyczajnym doświadczeniu Frossard wiedział, że istnieje inny świat, którego nie możemy poznać naszymi zmysłami, że jest jeden Bóg w Trzech Osobach, że katolicki Kościół jest instytucją boską, a my mamy wolność wyboru i możemy przyjąć lub odrzucić zbawienie, które ofiarowuje nam Bóg.

    “W tym dniu stałem się katolikiem od stóp do głów, katolikiem ponad wszelką wątpliwość – a nie protestantem ani muzułmaninem, ani żydem” – pisze A. Frossard. “Byłem tak mocno zaskoczony, widząc siebie przy wyjściu z kościoła katolikiem, jakbym był zaskoczony, znajdując siebie przy wyjściu z ogrodu zoologicznego, żyrafą.

     Żadna instytucja nie była mi bardziej obca niż Kościół katolicki, mógłbym nawet powiedzieć: żadna bardziej niesympatyczna (…). Była dla mnie tak daleka jak Księżyc lub Mars. Wolter nie powiedział mi o niej nic dobrego, a od mego trzynastego roku życia nie czytałem prawie nic innego prócz Woltera i Rousseau. Nagle zostałem oddany Kościołowi, przekazany i powierzony jak nowej rodzinie, z poleceniem podjęcia dalszego ciągu życia na jego rachunek” (Istnieje inny świat, ss. 18-19). Po nawróceniu dla Frossarda cała otaczająca rzeczywistość, wszystkie wydarzenia oraz ludzie byli sposobem przemawiania i objawiania się Boga.

    Po nawróceniu

    Po wyjściu z kościoła, pamiętnego 8 czerwca 1935 r., A. Frossard spotkał Villemina i z wielkim przejęciem opowiedział mu o niezwykłym doświadczeniu, które przed chwilą przeżył. Rozradowany Villemin długo się nie zastanawiał i natychmiast zawiózł go do Anity i Stanisława Fumetów, w których domu spotykała się na modlitwie grupa młodych ludzi świeżo nawróconych na katolicyzm, w większości żydowskiego pochodzenia.

     Wszyscy oni w pewnym okresie swojego życia odkryli, że chrześcijaństwoto nie jest jakiś system idei czy moralności, ale Osoba zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa, który żyje i działa w swoim Kościele. Wszyscy ci konwertyci odkryli Jezusa Chrystusa i osobiście się z Nim spotkali, doświadczyli Jego miłości tak, jak uczniowie z Emaus (por. Łk 24. 13-31).

     W czasie wspólnych spotkań mówili tylko o Chrystusie, gdyż każdy inny temat wydawał się im nudny i bez znaczenia. W lecie udawali się razem na dzień skupienia do sanktuarium w La Salette, gdzie w 1846 r. objawiła się płacząca Matka Boża.

    Po swoim nawróceniu Frossard dalej pracował jako dziennikarz, ale mało go już interesował świat. “Cud trwał miesiąc” – pisał. “Każdego ranka odnajdywałem z zachwytem to samo światło, przy którym bladło światło dnia. To samo, nigdy nie zapomniane, doświadczenie łagodnej dobroci, porządkujące całą moją teologiczną wiedzę” (Istnieje inny świat, ss. 39-40). Doświadczenie intensywności Bożego światła z upływem czasu stawało się coraz mniejsze, aż do całkowitego wygaśnięcia, ale Andre nie został osamotniony. Został obdarowany prawdą w inny sposób: znalazłszy Boga – miał Go nieustannie poznawać na drodze wiary.

    Po przyjęciu chrztu Frossard znajdował się w szczęśliwym stanie dziecięcej niewinności. A. Fumet została jego chrzestną matką. Łaska nawrócenia oraz sakramentu chrztu sprawiły, że stał się duchowo dzieckiem, którym – jak wyznał – nigdy przedtem nie był.

    Dokładnie tak, jak powiedział Jezus: “Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Zdolność zachwytu i podziwu należy do istotnych cech bycia duchowo dzieckiem. Dla A. Frossarda stało się oczywiste, że nie znajdzie się Boga, jeżeli z góry wyklucza się istnienie niewyrażalnego piękna, które tylko duchem jesteśmy w stanie odkryć i duchem tylko możemy go doświadczyć.

    Ojciec Andrego dopiero po pewnym czasie pogodził się z faktem, że jego syn stał się katolikiem i zaproponował mu prowadzenie rubryki w jego najnowszej gazecie.

    Frossard szukał swego miejsca w życiu i drogi powołania. Po krótkim pobycie w klasztorze Trapistów w Citeaux stwierdził, że nie ma powołania do tego zakonu.

    1.09.1936 r. Andre rozpoczął zawodową służbę w marynarce wojennej. Został mianowany sekretarzem i przydzielono go do pracy w urzędzie ministerstwa marynarki wojennej w Paryżu. Prowadził życie mnicha w świecie. Każdego dnia wcześnie rano uczestniczył we Mszy św. w kościele św. Magdaleny. W ministerstwie w wolnych chwilach odmawiał brewiarz dla świeckich. W południe przez godzinę adorował Najświętszy Sakrament u św. Rocha, a później szedł na obiad do małej restauracji. Po południu, podczas przerwy w pracy, odmawiał różaniec, który zawsze wydawał mu się zbyt krótki. Po godzinach służbowych czytał Pismo św. oraz dzieła św. Teresy z Avila.

    Ten młody człowiek każdego dnia sześć godzin spędzał na modlitwie, a resztę swego wolnego czasu poświęcał na duchową lekturę. Sprawy związane z Bogiem, z życiem duchowym stały się jego naturalnym żywiołem. “Czy ryba skarży się, że połyka za dużo wody?” – tak odpowiadał wszystkim, którzy mówili mu, że przesadza z modlitwą.

    Po wybuchu drugiej wojny światowej Frossard został powołany do służby na statku pocztowym “Cuba”, który pływał pomiędzy Marsylią a Antylami. Po kapitulacji Francji, w styczniu 1941 r., wrócił z Porte-de-France do Marsylii. Dzięki protekcji swojego ojca znalazł pracę na stanowisku dyrektora filii przedsiębiorstwa transportowego w Lyonie. Zaangażował się również w ruch oporu przeciwko hitlerowskim Niemcom.

    W tym samym czasie spotkał w Lyonie dziewczynę, którą pokochał i poślubił. W niespełna rok po swoim ślubie, w 1943 r., kiedy jego pierworodne dziecko miało trzy miesiące, Frossard został aresztowany przez gestapo za działalność konspiracyjną i osadzony w niemieckim więzieniu Fort Montluc. Podczas koszmarnych miesięcy spędzonych za kratami zrozumiał, że duchowej wolności nikt nie może człowiekowi odebrać. Jako jeden z nielicznych więźniów przeżył. Został zwolniony wiosną 1945 r.

    Istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą

    Kiedy pamiętnego czerwca 1935 r. A. Frossard przypadkowo wszedł do kaplicy, był beztroskim młodzieńcem i pewnym siebie marksistą-ateistą. Nie miał metafizycznych niepokojów i miłosnych niepowodzeń. W jednym momencie nastąpiło jego całkowite duchowe przeobrażenie. Pisał, że doświadczył radości “uratowanego od śmierci, właśnie w samą porę wyłowionego rozbitka”.

    Patrząc na Najświętszy Sakrament, doświadczył obecności osobowego Boga, którego istnieniu zaprzeczał jeszcze przed sekundą. Światło oślepiającej czystości i miłości Boga odsłoniło całą jego nędzę. Dopiero wtedy uświadomił sobie, w jakim błocie grzechów oraz bezwstydnej i zarozumiałej ignorancji był pogrążony. Dziwił się, jak mógł w takim stanie żyć i oddychać. W świetle tajemniczego Bożego światła promieniującego z Eucharystii mógł zobaczyć całą swoją nędzę i ze szczerą skruchą powierzyć się Bożemu Miłosierdziu. Zrozumiał, że ze wszystkich darów Boga największym i najbardziej zdumiewającym jest Jego miłosierna miłość ogarniająca wszystkich ludzi, a szczególnie największych grzeszników.

    O tym niezwykłym doświadczeniu istnienia innego świata oraz swojego nawrócenia A. Frossard milczał do 1969 r. Dopiero po trzydziestu czterech latach intensywnej pracy, kiedy już był sławnym dziennikarzem i pisarzem, odważył się po raz pierwszy opisać swoje nawrócenie w książce Dieu existe, je I ‘ai rencontre (Bóg istnieje, spotkałem Go). Miał słuszne przekonanie, że dzięki zdobytemu autorytetowi opis jego nawrócenia nie zostanie odebrany jako przeżycie jakiegoś szaleńca.

    I tak się rzeczywiście stało: książka Dieu existe, je l’ai rencontre w krótkim czasie stała się światowym bestsellerem. Po jej przeczytaniu kard. Wojtyła spotkał się z autorem i od tego czasu stali się z Andre Frossardem bliskimi przyjaciółmi. Na początku swojego pontyfikatu Jan Paweł II poprosił Andrego Frossarda. aby przeprowadził z nim wywiad. Był to pierwszy w historii wywiad z papieżem. W ten sposób powstała książka N’ayez pas peur (Nie lękajcie się!), drugi światowy, bestseller.

    Po opublikowaniu książki “Bóg istnieje, spotkałem Go” Frossard napisał dzieła o istnieniu życia pozagrobowego: II y a a un autre monde, oraz o istnieniu diabła: 36 preuves que le diable existe (36 dowodów na istnienie diabła).

    “Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe?” – mówił w wywiadzie z V. Messorim. – “Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem.

    Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia. Jestem skazany na mówienie, jestem przynaglany z łagodnością, ale uporczywie potrzebą recytowania lekcji, jakiej Bóg mi udzielił w owym wstrząsającym spotkaniu, latem 1935 roku, w nieznanej kaplicy w centrum Paryża.

    Kiedy się “wie, że Bóg istnieje, że Jezus jest jego Synem, że jesteśmy oczekiwani po śmierci, że na tej ziemi nigdy nie będzie innej nadziei poza Ewangelią; kiedy się to wie, trzeba o tym mówić. Zrobiłem to i w dalszym ciągu będę to robił, aż do chwili, kiedy pójdę kontemplować na zawsze to, co było mi dane zobaczyć podczas owych minut, kiedy czas został dla mnie zatrzymany” (Pytania o chrześcijaństwo).

    Andre Frossard świadczył z odwagą o swoim doświadczeniu Boga aż do śmierci 2.02.1995 r. Od tamtej chwili na zawsze wszedł w rzeczywistość, której istnienia wcześniej doświadczył, a o której czytamy w Piśmie św.: “Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym. którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9).”.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr/Miłujcie się!

    Trzej konwertyci w Paryżu
     Nasłynniejszy (i cięty) publicysta polityczny Francji; dyrektor jednego z najbardziej poczytnych i miarodajnych tygodników Europy, “Le Figaro Magazine”; kardynał arcybiskup Paryża. Tercet nadzwyczajnych osobistości, na scenie jednej ze stolic świata: nawrócony na chrześcijaństwo z ateizmu marksistowskiego (André Frossard); nawrócony z pogaństwa Nowej Prawicy (Louis Pauwels); nawrócony z judaizmu (Jean-Marie Lustiger).Na pewno warto było pójść, aby ich wysłuchać: chociaż tak bardzo odmienni, ich historie świadczą o spotkaniu z tą samą Tajemnicą; i ukazują, jak również dzisiaj, z kultur bardzo różnych, można dojść do chrześcijaństwa z zaangażowaniem, które wciąga całe życie. Ponawia się więc także dzisiaj to zjawisko nawrócenia (niekiedy niespodziewane i dramatyczne, jak w wypadku Frossarda i Pauwelsa), które naznaczało całą historię chrześcijańską, od św. Pawła do naszych czasów. I to właśnie często z ust konwertytów — którym został dany “dar zdumienia” wobec Ewangelii — słyszy się najbardziej znaczące świadectwa.
     
    Andreu FrossardPrzypadek André Frossarda, pisarza i dziennikarza jednego z najsławniejszych we Francji (każdego rana publikuje na pierwszej stronie “Le Figaro” ostry felieton) jest jednym z najbardziej tajemniczych i niepokojących: gwałtowne nawrócenie na katolicyzm, którego w żaden sposób nie było można przewidzieć. Jego babka była Żydówką, matka protestantką, a ojciec nie był nawet ochrzczony. Ten ojciec, Ludwik Oskar Frossard, był zaalpejskim Gramscim: niegdyś lider socjalistów, w 1920 roku założył Francuską Partię Komunistyczną, której był pierwszym sekretarzem generalnym. Syn André, również ateista, w wieku dwudziestu lat, wszedłszy przypadkowo do kościoła katolickiego w poszukiwaniu przyjaciela, został zaskoczony niewysłowionym doznaniem: zasłona, która się rozdziera, widzenie “twarzą w twarz” Boga, zaświatów, życia wiecznego.– Wszedłem do tej kaplicy przypadkowo, bez metafizycznych niepokojów, zmartwień, problemów osobistych, miłosnych przykrości: byłem tylko spokojnym ateuszem, marksistą, beztroskim młodzieńcem, trochę powierzchownym, który miał na ten wieczór w programie randkę — opowiadał to także mnie. — Wyszedłem stamtąd po dziesięciu minutach, tak bardzo zaskoczony tym, iż stałem się niespodziewanie katolikiem, jak byłbym zdumiony odkrywając, iż jestem żyrafą lub zebrą po wyjściu z ogrodu zoologicznego. Właśnie dlatego, iż wiedziałem, że by mi nie uwierzono, milczałem przez ponad trzydzieści lat, pracowałem intensywnie, aby wyrobić sobie nazwisko jako dziennikarz i pisarz i aby mieć w ten sposób nadzieję, że nie zostanę wzięty za szaleńca, gdybym spłacił swój dług: opowiedział to, co mi się wydarzyło.Zrobił to, zachęcony między innymi przez Francois Mauriaca, dopiero w 1969 roku, kiedy wyszła książka (wszędzie natychmiast tłumaczona, stała się głośnym bestsellerem, którego sukces jeszcze trwa) Dieu existe, je l’ai rencontré (Bóg istnieje, spotkałem Go) 1. Ze zdziwieniem, świat odkrył apologetę chrześcijaństwa o nadzwyczajnej skuteczności i prestiżu; kogoś, kto, gdy mówił, nie robił tego na podstawie teorii lub rozumowania, ale ponieważ “widział i dotykał”. Nie przypadkiem pewnego dnia Jan Paweł II polecił wezwać André Frossarda i powiedział mu: “Proszę mi zadać jakieś pytania”. Powstał z tego pierwszy w historii wywiad z papieżem, drugi światowy bestseller pod znamiennym tytułem: Nie lękajcie się!Byłem redaktorem odpowiedzialnym działu prasowego wydawnictwa, które opublikowało włoskie wydanie Bóg istnieje, spotkałem Go. Do mnie więc należało organizowanie autorowi konferencji prasowych, wywiadów, dyskusji. Znaliśmy się więc; nigdy jednak nie mogliśmy porozmawiać w cztery oczy, o jego nadzwyczajnym doświadczeniu, tak osobliwym dla kogoś, kto poszukuje prawdy chrześcijaństwa, ponieważ pali argumentacje i dowody teoretyczne, aby uczynić ją konkretnością życia. Nadarzyła mi się okazja, kiedy Frossard po obwieszczeniu, że “Bóg istnieje”, i po chęci udowodnienia, że istnieje życie pozagrobowe (Il y a un autre monde 2), zamierzał także dowieść istnienia diabła, publikując kolejną książkę pod prowokacyjnym tytułem: 36 preuves que le diable existe 3.Udałem się więc, aby odwiedzić go w jego domu przy głównej alei paryskiego przedmieścia Neuilly-sur-Seine. Kiedy taksówka przemierzała Étoile z Łukiem Triumfalnym, aby skierować się na Défense, skupiska drapaczy chmur, gdzie Paryż małpuje Nowy Jork, myślałem, że nie jest łatwo uporać się z Frossardem. “Konwertyci bywają zawadą i są nudni: dla niewierzących, ale również dla niektórych wierzących”, stwierdził kilkakrotnie. Dla jednych ten człowiek jest problemem, dla innych zagadką: dziennikarz obdarzony sukcesem, jeden z najbardziej znanych i budzących lęk we Francji (jeden jego artykuł może wpędzić w kłopoty potężnych w kraju), wydający książkę, w której oznajmia, z nieugiętą pewnością, że Bóg jest oczywistością, faktem, Osobą spotkaną nieoczekiwanie na ulicy!…Pewnie, może zdarzyć się czytanie podobnych rzeczy: ale w broszurach drukowanych prywatnie, pod firmą nieznanych wizjonerów; nie w książkach publikowanych przez największych wydawców świata i podpisanych przez mającego stałą kolumnę dziennikarza, oklaskiwanego i ironicznego. Jest zrozumiałe, dlaczego wielu byłoby zainteresowanych pozbyciem się tego człowieka: niektórzy katolicy, ponieważ takie tajemnicze nawrócenie nie wchodzi w zakres schematu chrześcijaństwa obecnie zracjonalizowanego, które wyklucza “piorun” z Nieba; wielu laików, ponieważ samo istnienie Frossarda stanowi niepokojący znak zapytania. Coś, co skłania niemało ludzi do stawiania sobie pytania, może z dreszczem niepokoju: “A jeżeli to jest prawda? A jeżeli Frossard ma rację?”Za wielkimi szybami jego domu rozmawialiśmy o reakcjach (odmiennych, ale zawsze skrajnych, entuzjazmach i wybuchach gniewu), jakie wywołują jego książki.– Ale co ja mogę zrobić? — powtarza wsuwając któryś z kolei papieros w czarną cygarniczkę (tylko groźba ekskomuniki ze strony papieża mogłaby go skłonić do zaprzestania… — mówi żona). — Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe? Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem. Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia.I jeszcze:– Jestem skazany na mówienie, jestem przynaglany z łagodnością, ale uporczywie potrzebą recytowania lekcji, jakiej Bóg mi udzielił w owym wstrząsającym spotkaniu, latem 1935 roku, w nieznanej kaplicy w centrum Paryża.Potem, jakby skandując słowa:– Kiedy się wie, że Bóg istnieje, że Jezus jest jego Synem, że jesteśmy oczekiwani po śmierci, że na tej ziemi nigdy nie będzie innej nadziei poza Ewangelią; kiedy się to wie: trzeba o tym mówić. Zrobiłem to i w dalszym ciągu będę to robił, aż do chwili, kiedy pójdę kontemplować na zawsze to, co było mi dane zobaczyć podczas owych minut, kiedy czas został dla mnie zatrzymany.Podczas tego nadzwyczajnego doświadczenia (ale, chwilami, także przez jakiś czas potem) Frossard “widział” tamten świat, który jest ledwie za zasłoną, rzeczywistość, która czeka nas wszystkich:– Na ulicach spostrzegałem wyraźnie, że przechodnie chodzili na krawędzi nieskończoności, że prędzej lub później wpadną w to światło niezniszczalnego kryształu, nieskończonej przeźroczystości, jasności i słodyczy nie do zniesienia, które było mi dane zobaczyć, rozumiejąc natychmiast, że było to światło Tego, którego chrześcijanie nazywają Ojcem naszym.– Ale dlaczego — zapytałem go — ten dostrzeżony Bóg był Bogiem chrześcijańskim, a nie Bogiem innych monoteizmów: judaizmu, islamu?– Nie, nie mógłbym spotkać Allacha: jego się nie spotyka, jest Niedostępny z definicji. Ani Jahwe, Boga Izraela (a w jednej czwartej jestem Żydem), tego, który co kilka wieków mówił do jakiegoś proroka, który wywoływał w nim przede wszystkim okropny strach. Tylko Bóg chrześcijański czyni spotkanie możliwym: jest jedynym Bogiem, qui se proportionne à nous 4, Bogiem tak bardzo pokornym, że daje się nam na pokarm. Bóg Starego Testamentu ukazuje się spowity i oddzielony od nas zasłoną Sacrum. Właśnie tylko dzięki Chrystusowi kurtyna świątyni, która zasłaniała Sancta Sanctorum, się rozdziera. Dzięki niemu alliance, przymierze z Izraelem, staje się alliage (mianowicie stopem, jakby metalu), w którym Bóg i cała ludzkość są stopieni w sposób nierozerwalny.Ale czy był umieszczony przez Jezusa, czy jedynie przez Boga w tym wstrząsającym zjawisku, w którym wszystko stało się dla niego jasne na zawsze?– Tylko Ojciec był przedmiotem oczywistości. Chrystus był konieczną konsekwencją wyciągniętą z doświadczenia tego Boga.Przeszedł więc do Boga chrześcijańskiego: ale dlaczego on, młody Frossard, syn szefa komunistów, również komunista, dał się nagle poznać, całkowicie, na zawsze, jako katolik, a nie protestant, prawosławny lub członek jakiejkolwiek innej wspólnoty o tradycji, która powołuje się na Chrystusa?– Nie wiem: wiem, że nie wybrałem naprawdę niczego. Ani wiary, ani tym bardziej Kościoła katolickiego. Mogę tylko powiedzieć, że poczułem z absolutną wyrazistością, iż ten Kościół stał się odtąd na przyszłość moim adresem domowym. Po tym przeżyciu pewien ksiądz objaśnił mi katechizm: odkryłem w ten sposób, że Rzym już od wieków ujął w formuły to, co ja zobaczyłem nagle w kaplicy. Wiedziałem już wszystko, jeszcze przed uczeniem się: byłem szukającym po tym, jak już znalazłem.Przybywszy tutaj, do tego mieszkania na spokojnym przedmieściu leżącym na obrzeżach paryskiego chaosu, z powodu pomyłki co do godziny spotkania, musiałem trochę czekać. Odbywał się akurat ruch ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i w podeszłym wieku. Z dyskrecją, ale z wytrwałością, Frossard jest doradcą duchowym dusz chwiejnych, przeżywających kryzys, poszukujących. Odkryłem, że przez ten dom przewijają się księża, siostry zakonne, chrześcijanie, ale także sławne i będące poza podejrzeniem nazwiska z kultury “laickiej”. Przychodzą tutaj, często anonimowo, aby znaleźć siłę lub szukać drogi, przyciągani przez wiarę, która opiera się na oczywistości. Wiarę, poza tym, wypróbowaną przez ponad pół wieku doświadczenia i świadectwa.– Frossard bulwersuje, niewątpliwie — mówił paryski pisarz agnostyk. — Ale gdyby “spotkanie”, o którym mówi, było tylko złudzeniem, pomyłką, czy jego skutki nie rozwiałyby się szybko? A tymczasem przez pięćdziesiąt lat ten człowiek żyje tak, jak w ciągu tych kilku minut mu “wskazano”. Jest to może jedyny możliwy dowód na to, że się nie pomylił.Frossard, powiedziałem mu, jest oskarżany coraz częściej o to, że jest jak te stare wina, które nie znoszą dojrzewania, mówią o nim, że staje się coraz bardziej agresywny w artykułach i książkach, powiadają, że teraz popisuje się pesymizmem. Odpowiedział spokojnie:– Jeżeli pesymistą jest ktoś, kto uważa, że rzeczy nie będą mogły skończyć się dobrze, wtedy chrześcijanin nie może być pesymistą. Chrześcijanin jest optymistą: ale apokaliptycznym. Wie, że w każdym przypadku wszystko skończy się dobrze. Ale nie tutaj. Tak, liberté, fratérnité, égalité skończą się triumfalnie, ale po spełnieniu pewnej małej formalności. Mianowicie po przejściu nie tylko przez koniec naszego życia ziemskiego, ale przez koniec samej ludzkości: przez drugi, ostateczny powrót Chrystusa. Oto czego oczekują wszyscy chrześcijanie, zgodnie z ich wiarą, w przyszłości, a co natomiast Kościoły “oficjalne” usiłują dzisiaj niejako ukryć, pozostawiając w ten sposób wolne pole dla rozpętywania się fantazji i majaczeń eschatologicznych sekt.Jego stosunki z niektórymi francuskimi katolikami nie są dobre, ale jak się wydaje, zupełnie go to nie martwi:– Dzisiaj w Kościele francuskim wielu, nawet biskupów, nie lubi Jana Pawła II. Tak więc, nie ośmielając się mówić o nim źle wprost, zdobywają się na to wobec przeprowadzającego z nim wywiad. Lub nawet wobec jego prefekta Kongregacji Wiary, kardynała Ratzingera, strzegącego ortodoksji katolickiej, którą wielu chciałoby dzisiaj zniszczyć.– Wielu jednak zarzuca mu — zauważyłem — że nie bierze dostatecznie na serio Soboru.– Wiem, wiem, i uważam to za bardzo śmieszne. Znudziłem się marksizmem już w 1935 roku: dostatecznie wcześnie, aby widzieć pierwszych księży zakochujących się w Karolu Marksie. To prawda, nie bardzo się podniecałem tym, co określano jako “rewolucyjne nowości” Soboru: wolność myśli, koniec antysemityzmu, ekumenizm, tolerancja… W sumie cały bagaż rewolucji francuskiej, odkryty przez katolików z prawie dwustuletnim opóźnieniem. Jeżeli byłem trochę nieuważny, to dlatego, że to były “nowości” może dla klerykałów, ale bynajmniej nie dla mnie. Byłem przekonany o tych rzeczach, odkąd zacząłem rozumieć, dzięki mojemu ojcu oraz ludzi ze środowiska socjalistycznego i komunistycznego. Proszę zważyć, że nikt nie może oskarżać mnie o to, iż jestem “tradycjonalistą”, ponieważ moją tradycją życiową i kulturalną nie są dekrety Soboru Trydenckiego, lecz Kapitał Marksa.W tym pełnym życia człowieku jest jakby nadmiar pasji, duch polemiczny, który z trudem ulega ewangelicznemu napominaniu do łagodności.– Dzisiaj krążą różne typy katolików — mówił między innymi. — Są urzędowi, dla których tym, co się liczy, jest aparat, machina kościelna; tradycjonaliści, którzy zamykają się w swojej wieży z kości słoniowej coraz bardziej grożącej zawaleniem; postępowcy, którzy rozpraszają wiarę w polityce i oklepanych frazesach socjologji. I następnie są ci, najliczniejsi, wzięci między wiele ogni, niepewni i skonsternowani. To właśnie wśród nich znajduję uszy skłonne do słuchania mnie. Interesuję się chrześcijaninem anonimowym, tym, który nie interesuje nikogo i jest przez wszystkich opuszczony. Walczę o zdrowy rozsądek w Kościele, o prostotę wiary, przeciwko mitom i utopiom oraz komplikacjom próżnującego intelektualisty.– Czy chodzi o całą tę dyskusję o relacjach ze “światem”, o ponowne chrześcijańskie odkrycie, że Wcielenie wymaga, aby historia ludzi była traktowana na serio?– A tymczasem nie, nie przypisuję światu całej powagi, jakiej żądałby od nas. Gdy spotyka się Boga, pierwszym odkryciem jest nieważność wszystkich rzeczy, które jeszcze dzisiaj chrześcijanie, z wyjątkiem oczywiście świętych, tak śmiesznie traktują na serio.– Ale problemy społeczne, engagement, zaangażowanie polityczne wierzącego?– Sądzę, że Bóg chrześcijański potrafi liczyć tylko do jednego: nie interesuje się masami, nie chodzi na kongresy ani tym mniej na zgromadzenia. Interesuje się tylko poszczególnymi, konkretnymi osobami. Pracuje za kulisami, w ciszy, sam na sam. Jest jedna historia, którą wszyscy widzimy, historia krwi, zamieszania, wściekłości. I jest historia ukryta, niewidzialna, z którą tylko co pewien czas zdarza się nam spotkać: historia miłosierdzia, miłości Boga do człowieka i miłości człowieka do Boga i do braci. To jest jedyny wymiar historii, który mnie interesuje.Jak Frossard czyta Biblię, on, który mówi, iż odnajduje w niej wymiar, jaki poznał przez bezpośrednie doświadczenie?– Czytam Pismo Święte w sposób możliwie najbardziej dosłowny, z prostego rozumowania: albo jest ono natchnione, a więc jest dziełem samego Boga, który posługuje się ludźmi jako pośrednikami; albo też nie jest natchnione. I wtedy jest książką historyczną, jak inne, chociaż dużo starszą, bardziej malowniczą.– Ten sposób podchodzenia do Biblii — zwracam mu uwagę — wygląda tak, jakby ignorował całą mozolną pracę egzegetyczną ostatnich dwóch wieków.– No tak, niektórzy bibliści, biedaczyska, często nie mają żadnego wyczucia tego, co Boskie. Zamknięci w uczonych badaniach, nie mają żadnego pojęcia o wspaniałości Boga. Ci panowie, którzy chcą “demitologizować” Biblię! Ils me font rigoler, sprawiają, że umieram ze śmiechu! Chcą Pismo Święte przekształcić w pewnego rodzaju La Fontaine’a tamtych czasów. Uważają, iż uczynią je bardziej zrozumiałe, a tymczasem czynią je niezrozumiałe i niepotrzebne, chyba że dla siebie i dla swoich katedr.Śmieje się:– Dziękuję Ci, Ojcze, że ukryłeś te rzeczy przed intelektualistami, a więc przed pewnymi teologami, przed pewnymi egzegetami!Wierzyć we “wszystko” w Piśmie Świętym, czytać je w sposób tak dosłowny, to znaczy wierzyć także w diabła; poświęcił mu książkę, w której chce ostrzec przed jego okropnym powrotem do nas.– Pewnie, że wierzę w diabła: jak można być chrześcijaninem i nie traktować poważnie rzeczywistości, która jest 147 razy wymieniona w Ewangeliach? I niech sobie gadają tak zwani eksperci, którzy, jak zwykle, mówią o “formach wyobrażeniowych”, o mitach związanych z pojęciami czasów starożytnych, ale dla uspokojenia przede wszystkim siebie.– Jak Frossard widzi przyszłość chrześcijaństwa?– Żyjemy w momencie nadzwyczaj poważnym, trzeba poświęcić wiele uwagi obronie wiary tych, którzy ją zachowali. Wierzyć dzisiaj z pewnością nie jest łatwo, wierzyć i chcieć postępować jak ryba, która wychodzi z wody, aby mieć wyobrażenie o świecie istniejącym ponad morzem.Nowe zainteresowanie młodych, powrót do Sacrum rozczarowanych pokoleń?– Młodzi są otwarci, ale, wydaje mi się, niezbyt przyciągani przez chrześcijaństwo. Może dlatego, że nie potrafimy przedstawić go, może dlatego, że zagubiliśmy już pasję przekonywania, świadczenia, nawracania.– Jaka stronica, jakie słowo Chrystusa jest panu najbardziej drogie?– Wszystkie, wszystkie: każde ma coś do powiedzenia każdemu człowiekowi, w każdej chwili życia. Powiem więcej: jak jestem przekonany o tym, iż Bóg zwraca się do jednostki, tak jestem również przekonany, że w Piśmie Świętym znajduje się jakieś słowo natchnione specjalnie dla każdego z nas. Ale gdybym został naprawdę przyciśnięty i musiał wybrać jedną przypowieść, wtedy opowiedziałbym się za przypowieścią o niewiernym włodarzu, o słudze, który kradnie i zostaje pochwalony przez pana. To jest wspaniałe: jest to wspaniałomyślność Boga nieskończenie bogatego, który chce być okradanym.Zastanawia się w milczeniu, a potem mówi:– Jest słowo Jezusa, które sprawia, iż zagłębiam się w otchłani. Mówiłem, że w moim doznaniu, tam w kaplicy, tylko Bóg był oczywistością, do Chrystusa musiałem dochodzić przez analogię, przez dedukcję. A więc, jest jedno jego słowo, które przekonało mnie na zawsze o jego boskości. Jest to owo straszne: “Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?” Czyż teologia nie twierdzi, że w osobie Jezusa współistniały dwie natury: boska i ludzka? A więc, na krzyżu — to on sam woła — że Bóg go opuścił. Przeto zrezygnował także ze swojej części boskości, ze swojego kontaktu z Ojcem. Tylko Bóg może posunąć się aż do tego stopnia rezygnacji, może uczynić z siebie dar tak całkowity. My zawsze zatrzymujemy coś dla siebie. On nie zachował niczego.Chciał powrócić do owej większości wierzących, do owego fundamentu katolickiego, któremu pragnie pomóc w ocaleniu wiary, narażonej na niebezpieczeństwo także przez ataki mniejszości postępowców i konserwatystów.– Chce pan wiedzieć, czym się różnią między sobą? “Postępowiec” jest to ktoś, kto spełnia wolę wszystkich, oprócz woli Boga; “konserwatysta” natomiast to ktoś, kto zawsze spełnia wolę Boga, czy Bóg chce, czy nie…Ten człowiek złośliwy, o inteligencji bystrej i kpiarskiej, w rodzaju Voltaire’a, ten autor artykułów żrących jak kwas, sprawia rzeczywiście wrażenie pokonanego ateisty, nagiętego do wierzenia w to, w co bez tego mocnego uderzenia nigdy by nie wierzył.– Jak może pozostać żywym człowiek, na którym spoczęło spojrzenie Boga? — pytał siebie współczesny filozof. Kieruję to pytanie do Frossarda. Śmieje się, odprowadzając mnie do drzwi:– Wystarczy nie brać siebie na serio. Wystarczy zdawać sobie sprawę z tego, że jest się mało znaczącym pionkiem w tajemniczej grze, której reguł nie znamy.
     
    Louis PauwelsOd konwertyty z lewicy, z marksizmu, z ateizmu, jakim jest André Frossard, do innego konwertyty — także z zaskoczenia, nieoczekiwanie — ale z radykalnej prawicy, z religijności pogańskiej. Spotkanie miało miejsce także w Paryżu.Wypadało mi przejść przez liczne sita — woźnych, sekretarki — aby dotrzeć do biura innego z pisarzy najbardziej znanych, dziennikarzy najpotężniejszych, ludzi najbardziej niepokojących we Francji: Louisa Pauwelsa, charyzmatycznego dyrektora “Le Figaro Magazine”. Z tego, co było tylko starym dodatkiem do dziennika paryskiego mieszczaństwa, Pauwels zrobił tygodnik najbogatszy, najbardziej poczytny, najbardziej wpływowy w kraju. Tygodnik popularny, zarazem kulturalny i polityczny, z dokładnie określonym kierunkiem rozwijanym w każdym numerze: zwalczanie lewicy, socjalistycznej i komunistycznej, oraz spór o zasady nowoczesnego liberalizmu. Wiedząc, że jestem w Paryżu i pragnąc zadać mi kilka pytań na temat mojej książki dopiero co przetłumaczonej na francuski, Pauwels przekazał mojemu wydawcy chęć spotkania się ze mną.Poszedłem; nieco uprzedzony, z różnymi wątpliwościami. Jego książki są znane w całym świecie, ale towarzyszy im — jak to powiedzieć? — pewien zapach siarki, atmosfera tajemnicy, silna woń pogaństwa. Z okultystą i ezoterystą Jacques Bergierem (również z zespołu międzynarodowego pisma “Planète”) Pauwels firmował bestsellery fascynujące a zarazem gwałtownie dyskutowane, jak Poranek magów lub Człowiek wieczny. Dzieła, które stanowią część ekwipunku owej Nowej Prawicy, która chciałaby skończyć z chrześcijaństwem i powrócić do indoeuropejskich bogów i herosów, w klimacie naznaczonym okultyzmem, jaki Pauwels uprawiał. Stąd moja sceptyczna ostrożność, której jednak towarzyszyła ciekawość: od jakiegoś czasu mówiło się o niespodziewanym nawróceniu pisarza na katolicyzm. Czy to możliwe? Sprawa, którą sami księża francuscy uważają za “niemodną” — i rzeczywiście niekiedy, to zadziwiające, do niej zniechęcają — jak nawrócenie? A poza tym, na katolicyzm? I to tego najbardziej zażartego międzynarodowego obrońcę pogaństwa? Podczas rozmowy poprosiłem więc samego Pauwelsa o potwierdzenie tych pogłosek. I zaskoczony, usłyszałem go mówiącego z prostotą: “Oui, je suis un converti. Tak, jestem nawróconym”. A więc także on, jak Frossard, ale przychodząc z “prawicy”, odkrył nagle chrześcijaństwo w jego pełni. A nawet najbardziej ortodoksyjny katolicyzm.Po tym nieoczekiwanym wyznaniu, spontanicznie, bez nalegania z mojej strony (był jeszcze w tej fazie żarliwości, w której jest pragnienie podzielenia się z tak wielu, jak tylko możliwe, wiadomością, iż odkryło się radość) Pauwels dodał:– Ten, kto mnie podejrzewał, iż jestem poganinem, miał rację. W tradycji judeochrześcijańskiej, ja, Europejczyk pochodzenia celtyckiego, instynktownie wyczuwałem coś radykalnie obcego. Jako bliskich odczuwałem filozofów epikurejskich, stoików grecko-rzymskich, byłem zafascynowany hinduizmem (najbardziej zhierarchizowaną i “rasistowską” spośród religii, z systemem kastowym), ale byłem alergicznie uczulony na profetyzm semicki. Proszę pomyśleć, kiedy stała się ta “Sprawa”, pisałem powieść pod tytułem Le malheur de famille: tym “nieszczęściem rodziny” był później syn patrycjusza rzymskiego z II wieku, który miał nieszczęsny pomysł nawrócenia się na chrześcijaństwo. Nie trzeba mówić, że stałem po stronie rodziców, którzy starali się wszelkimi sposobami zniechęcić młodzieńca do tego…”Sprawa” wydarzyła się w Południowej Ameryce, na kongresie: upadek na cementowe obrzeże basenu, złamanie, bardzo długie oczekiwanie na pomoc.– Byłem sam, wszyscy powrócili do hotelu na obiad. Gdy waliłem się na ziemię, czułem, że nie upadam przypadkowo: poczułem wyraźnie, że “Ktoś” mnie popchnął. I zrobił to, aby mi “coś” powiedzieć. Leżałem opuszczony na cemencie, połamany, ból był rozdzierający: a jednak byłem owładnięty ogromną, niewytłumaczalną radością. Kiedy wreszcie ktoś przybiegł i wyniesiono mnie na noszach, ciało było zranione, ale dusza nie posiadała się z radości. Było tak, jak gdyby narodzenie Chrystusa wydarzyło się dla mnie, w tym samym momencie: było to moje Boże Narodzenie, Boże Narodzenie we wrześniu. Po raz pierwszy w moim życiu doznawałem radości.Tylko jego twarz wyrafinowanego i sławnego intelektualisty była oświetlona abażurem na stylowym stoliku. Za drzwiami słychać było zamieszanie sekretarek, redaktorów, gońców, których posyłano po korekty i depesze z agencji. Nacisnął guzik, powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano.– Poszedłem odwiedzić arcybiskupa Paryża, Lustigera. On także jest konwertytą: on z judaizmu, ja z pogaństwa. Zrozumiał mnie, podczas gdy wielu tak zwanych chrześcijan drwiło sobie ze mnie. Na koniec rozmowy, kardynał Lustiger powiedział, że chce mi podarować książkę, która jest mu bardzo droga. Myślałem, że chodzi o jeden z wielu jego esejów. Tymczasem był to egzemplarz katechizmu Soboru Trydenckiego. Wybór, który mi się bardzo spodobał: przez całe życie przeciwstawiałem się ideom konformistów; a na pewno nie jest konformistą kardynał dający ci w prezencie katechizm trydencki, który kształtował katolików przez ponad cztery wieki, teraz zaś jest wyrzucany na śmieci przez wielu wierzących posoborowych.Jeżeli przedtem zaskakiwał, teraz stawał się niepokojący:– Istnieje światowy spisek sił antychrześcijańskich, które dążą do osłabienia (a jeżeli to możliwe, do rozpuszczenia w humanizmie pięknych, ale bezsilnych słów), wiary katolików, do podzielenia Kościoła, do doprowadzenia do schizmy.Nie mogłem przynajmniej nie wyrazić mojego zakłopotania tego rodzaju “zakulisologią”.– Écoutez — odpowiedział prędko. — Proszę posłuchać: ja także byłem, i to przez całe życie, wrogiem chrześcijaństwa, Kościoła. Może mi pan wierzyć, gdy mówię o sprzysiężeniu potężnych sił, które knują w cieniu. Mówię to ze znajomością rzeczy. Nie dodaję niczego. Pan, który coś wie o mojej przeszłości, potrafi zrozumieć. Teraz, gdy prawda została mi dana, chcę poświęcić cały czas, jaki mi pozostaje, na bronienie przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi starego, cudownego Kościoła katolickiego. Dla tego, kto jest na zewnątrz, wydaje się on największą przeszkodą do przyjęcia Ewangelii. Przez długi czas tak było także dla mnie. Ale w chwili, w której “popchnięto mnie” abym upadł, zrozumiałem, jak w przebłysku, że tam teraz jest mój nowy, prawdziwy dom. Tak, właśnie Kościół jest trwałym cudem, który mnie teraz przyciąga. Pod warunkiem, że się uwolni od złudzenia, za którym gonili w tych latach niektórzy jego ludzie, iż zdobędą na nowo masy, wybierając łatwość, powierzchowność. W życiu duchowym nigdy nie zdobywa się w szerokości tego, co się traci w głębokości i w wysokości.Staliśmy już, zielone światło wreszcie zwalniało tłumek za drzwiami. Ale coś jeszcze leżało mu bardzo na sercu, chciał mi to powiedzieć:– Kiedy byłem młody, słyszałem jak mówiono, że chrześcijaństwo powinno być także społeczne. Później mówili mi, że powinno być przede wszystkim społeczne. Teraz, ktoś mówi, że powinno być wyłącznie społeczne. Co do mnie, nie zgadzam się z tym. Nie wybrałem, że zostanę chrześcijaninem, zostałem popchnięty (dosłownie) przez Kogoś, abym odkrył Ewangelię, której tak bardzo nie ufałem, abym wszedł do Kościoła. I abym w ten sposób zbawił się na wieczność, a nie bym zaczął być syndykalistą lub partyzantem. Dla historii wystarcza polityka: istotnie, po nawróceniu niczego nie zmieniłem w swoich dziennikarskich artykułach wstępnych. Dla życia pozagrobowego potrzebna i niezbędna jest religia.Milczałem, zakłopotany. Powiedział jeszcze, otwierając drzwi:– W wierze to, co jest proste, jest słuszne; to co jest skomplikowane, jest fałszywe. Zrozumienie tego otrzymałem w jednej chwili, na obrzeżu owego południowoamerykańskiego basenu.
     
    Jean-Marie LustigerSłyszeliśmy, że Pauwels, odepchnięty po nawróceniu przez pewne środowiska “katolickie”, udał się na poszukiwanie kogoś, kto by go zrozumiał, dlatego, że sam jest konwertytą. I poszedł odwiedzić go ni mniej ni więcej, tylko w salonach przy ulicy Barbet de Jouy, gdzie ma siedzibę kuria metropolitalna Paryża. Tutaj istotnie mieszka człowiek, który także należy do grupy wielkich niespodzianek przygotowanych przez Jana Pawła II. Pewnego pięknego dnia mianował on biskupem Orleanu, następnie arcybiskupem Paryża i wreszcie kardynałem, proboszcza z banlieu 5 Paryża, niegdyś kapelana studentów Sorbony. Trzeba stwierdzić, że Jean-Marie Lustiger jest człowiekiem ważnym, jest człowiekiem nauki, a zarazem ma doświadczenie duszpasterskie. Z dodatkową jeszcze wszelako osobliwością: jest Żydem. Nie jak Frossard, który po jednym dziadku, jednym przodku, ma jedną czwartą krwi żydowskiej; nie, on naprawdę został obrzezany, jest Żydem i synem polskich Żydów; kimś, kto miał matkę pochłoniętą przez piekło Auschwitz; kimś, kto nosił żółtą gwiazdę. I właśnie on jest teraz wyniesiony, wolą Papieża, na jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w Kościele powszechnym.Zdumienie tak wielką, błyskawiczną karierą, było przede wszystkim udziałem samego zainteresowanego, który — sam to potwierdził — papieża pierwszy raz spotkał osobiście po nominacji na diecezję Orleanu. Przed i po spotkaniu z monsignorem Lustigerem kręciłem się po Paryżu, odnajdywałem jego kolegów, starych znajomych, przedstawiano mi różnego rodzaju ludzi w milieu religijnym, kulturalnym, wydawniczym. Wszyscy (katolicy i nie, wierzący, ateiści, agnostycy) powtarzają to samo: wyrazy szacunku dla kardynała arcybiskupa, a zarazem stwierdzenie, że “tego Lustigera trudno jest zaklasyfikować według starego schematu [prawicy] i [lewicy]”.Dokładnie tak jak tego drugiego Polaka, Karola Wojtyłę, który go “odkrył” i rzucił w przygodę o nieprzewidywalnych zarysach. Jest kardynałem, który wzbudza wielkie nadzieje katolików pragnących ponownie odkryć swoją tożsamość, domagających się nowej czystości doktrynalnej, sprzeciwiających się pewnemu pesymizmowi co do losów chrześcijaństwa w byłej “najstarszej córce” Kościoła, jak nazywano Francję. Ale biskup “ponownego dośrodkowania doktrynalnego”, który podoba się temu, kto nie chce oddalać się od ortodoksji katolickiej (i który, jak słyszeliśmy, rozdaje katechizmy trydenckie), jest także poważanym i słuchanym rozmówcą lewicy instytucjonalnej lub ruchów studenckich, tak często buntujących się w tych stronach. Także niespokojna konferencja episkopatu francuskiego, wstrząsana niekiedy fermentami, które niepokoją Rzym, spogląda na niego jako na lidera szanowanego i słuchanego.Wśród wywiadów kardynała jest jeden dla dziennika izraelskiego, krótko po nominacji na stolicę arcybiskupią Paryża: jedna z niewielu okazji, w których Aaronowi Jean-Marie Lustigerowi (przyjmując chrzest chciał zachować imię pierwotne — Aaron, brat Mojżesza — i dołączyć inne dwa imiona, w pełni żydowskie a zarazem chrześcijańskie: Jan, Maria) udało się przezwyciężyć niechęć, wstyd i mówił obszernie o swojej historii.Rodzice imigranci z Polski, drobni kupcy, świadomi swojej żydowskości, ale agnostycy, w każdym razie nie praktykujący: “Rabini i księża — wszyscy opowiadają te same bętises, te same głupstwa”, powtarzano w domu.– A jednak otrzymałem świadomość Boga. Wystarcza, że w sercu dziecka rozbudzą się drobne “dlaczego” w odniesieniu do Boga! Przypominam sobie sposób, w jaki matka odmawiała błogosławieństwo nad nowymi owocami. To było wszystko. Ale wystarczyło.Potem, w wieku dziesięciu lat, bardzo wcześnie rozwiniętemu Aaronowi udało się otworzyć zakazaną szafę z rodzinnymi książkami.– Była tam także stara Biblia protestancka. Przeczytałem ją całą po kolei, od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. W Piśmie Świętym wszystko mnie zdumiewało, nic nie drażniło. I odtąd zacząłem myśleć.W rok potem przebywa w nazistowskich Niemczech, widzi, jaki los jest przeznaczony dla jego narodu:– Moja refleksja przenosiła się coraz częściej na Chrystusa jako Mesjasza Izraela i cierpiącą postać narodu żydowskiego.Postanawia poświęcić życie służbie potrzebującym. Może jako lekarz, może jako pisarz zaangażowany jak Zola, w obronie uciskanych. W czternastym roku życia, w Orleanie, prosi o chrzest: stał się chrześcijaninem w samotności lektury, medytacji (“nawrócenie? dzisiaj powiedziałbym raczej ustalenie poglądów”). Rodzicom, urażonym, mimo ich agnostycyzmu, wyborem, który wydaje im się “budzącym odrazę”, młodziutki Aaron, który stał się także Jean-Marie, mówi: — Nie pozostawię was, nie przechodzę na stronę nieprzyjaciela. Zostaję tym, czym jestem. Nie przestaję być Żydem. Przeciwnie: odkrywam sposób by być nim w pełni. Wyjaśnia mi teraz: — Dla mnie judaizm był dalszym ciągiem sytuacji historycznej, której nie powinienem za nic opuścić, ale która znalazła spełnienie i sens w uznaniu postaci Jezusa jako oczekiwanego Mesjasza Izraela.Niemcy przerywają front w Ardenach, Wehrmacht defiluje paradnym krokiem na Champs Elysées, ojciec Lustiger i syn szukają ratunku, matka pozostaje i prowadzi sklep (“trzeba było przecież jeść”) i jednego dnia znika. Dopiero po skończonej wojnie chłopiec będzie mógł odtworzyć jej tragiczną drogę, która kończy się w Auschwitz. Tymczasem był ruch oporu, szkoła, rok pracy w fabryce: on także był robotnikiem, jak w tych samych latach polski seminarzysta Wojtyła. W roku 1946 wstąpienie do seminarium:– Zrozumiałem, że swoją potrzebę służenia powinienem realizować nie w medycynie lub literaturze, ale w kapłaństwie.W roku 1954 został wyświęcony na księdza, najpierw zostaje kapelanem studentów, a następnie odpowiedzialnym za wszystkich kapelanów Sorbony; wreszcie proboszczem wiejskiej parafii.Pytam, czy tęskni za tamtymi czasami?– Tak, chciałbym pozostać proboszczem: głosić kazania, spowiadać, odprawiać nabożeństwa, mówić ludziom o Bogu, pozostawać w bezpośrednim kontakcie z braćmi.A tutaj, jak czuje się w tych salonach, gdzie przepływała wielka historia, gdzie w dalszym ciągu dzieje się część historii Francji i świata?– Walczę z wielką ilością problemów. Wierzę, że moją główną służbą jako biskupa jest pomaganie chrześcijanom Paryża w życiu w wierze, w strzeżeniu jej. Staram się być wiernym misji kapłana, mianowicie człowieka, który oddał się bez zastrzeżeń Bogu, aby być sługą wszystkich, których spotyka. Katolicy znaleźli się w tych latach wobec problemów nadzwyczaj trudnych; wszystko tak prędko się zmieniło, obyczaje, warunki życia, sytuacja religijna! Tymczasem walczę przeciwko tradycji i tendencji, które chciałyby zamknąć mnie w roli urzędowej.– Walka: ale w jaki sposób?– Staram się wbrew wszystkiemu znaleźć czas dla siebie. Jest to jedyny możliwy sposób. W każdym tygodniu jeden cały dzień, w każdym dniu przynajmniej jedna godzina na modlitwę i medytację. To tyle wolności mogę osiągnąć.Nie wydaje się by ta sytuacja była bardzo wygodna.– Widzi pan, robię to, czego ode mnie zażądano, nie to czego, szukałem. Nie wybrałem, nie jestem kardynałem arcybiskupem Paryża dlatego, że mi się to podoba, ale dlatego, że Bóg tego zażądał za pośrednictwem swoich przedstawicieli w hierarchii Kościoła. Właśnie ta świadomość posłuszeństwa czyni takie życie możliwym, w pokoju serca i ducha.– Monsignore Lustiger, co się dzieje we Francji? Była, pod wieloma względami, także naszą ojczyzną, jedną z nauczycielek naszej wiary, bardzo pouczające wypowiedzi o Ewangelii rozbrzmiewały w języku Pascala. Co się stało z Fille ainée 6, skoro, według ostatniego sondażu, osiemdziesiąt dwa procent obywateli to jeszcze ochrzczeni katolicy, ale tylko dziesięć procent jest praktykujących? Co będzie z tym krajem, w którym tak wiele kościołów jest zamkniętych cały dzień z braku księży, ale także i wiernych? Czy wy, ludzie Kościoła, macie jakąś strategię, aby przezwyciężyć ten regres?Zza okularów w stalowych oprawkach docierały do mnie błyskawice pasji. Wyczuwa się napięcie człowieka obarczonego odpowiedzialnością, której nie może i nie chce oddać, aby nie drażnić przewrażliwienia, aby nie pogarszać sytuacji i tak już niełatwej. Nie jest tajemnicą, że wielu, chociaż nie potrafi go nie szanować, nie kocha tego niewygodnego człowieka, który przeciwstawia się pewnym pocieszającym sloganom, głoszonym mimo klimatu, jaki między innymi doprowadził do załamania się powszechnego rozmachu apostolskiego, stanowiącego niegdyś chwałę tego Kościoła: w ciągu dwudziestu lat po Soborze, liczba misjonarzy francuskich spadła z 20000 do 6000. Los podobny do misjonarzy holenderskich, których liczba w tym samym okresie zmniejszyła się z 8000 do 2000.– Nie będę się wypowiadał o tym wszystkim — odpowiada kardynał — dam panu tylko moją analizę sytuacji duchowej współczesnej Francji.Analiza: wydaje się to mało, ale może być dużo, kiedy umie się ją czytać. Może proponowana terapia mieści się między wierszami. Mówi więc:– Wy, cudzoziemcy (ale także wielu moich rodaków), aby zrozumieć to, co się tutaj działo i dzieje, powinniście poznać historię Francji. Ta historia, na płaszczyźnie religijnej nie jest, jak wydaje się z zewnątrz, przypadkowym następstwem okresów chwalebnych i okresów ciemności. Ze wszystkich krajów Zachodu — ten ucierpiał najbardziej na skutek najgwałtowniejszego ataku przymusowej sekularyzacji.– Od czego to się zaczęło? Od philosophes osiemnastego wieku? Od oświeceniowców związanych z Encyclopédie?– Tak, właśnie od tej demoralizacji chrześcijańskiej elity społeczeństwa. To prowadzi do Wielkiej Rewolucji, której konsekwencje przeżywamy w dalszym ciągu, dobre i złe. Od tamtego czasu Kościół przeżywa kolejno po sobie okresy niszczenia i mniej lub bardziej sztucznej odbudowy. W rzeczywistości od ponad dwóch wieków we Francji jest rozbrat między kulturą świecką, antychrześcijańską, i kulturą katolicką, która chce być obecna i zarazem osobna.Ten rodzaj analizy, zauważam, interesuje szczególnie Włocha: my również znamy te dwie “kultury paralelne”, które jakby nie chciały się nigdy ze sobą spotkać. Wystarczy popatrzeć — jest to przykład na płaszczyźnie kulturalnej najbardziej widoczny — na dwa obiegi rozprowadzania książek, nie mające jeszcze dzisiaj prawie żadnych ze sobą kontaktów.– Może jednak — mówił kardynał dalej — bardziej niż o dwóch kulturach, trzeba by mówić o dwóch subkulturach, o dwóch kulturach połowicznych: jedna laicystyczna i druga klerykalna. Otóż: za każdym razem, gdy subkultura chce się utrzymać, jest ściśnięta kleszczami, albo się zamyka w sobie, albo się rozpada.– A więc — zauważam — (na ile dotyczy katolików), dwa przeciwstawne ryzyka: albo integryzmu, albo “rezygnacji” ze świata.– Si vous voulez. W każdym przypadku, taka jest prawda, wobec tych sytuacji stwierdzamy dwie postawy. Z jednej strony są katolicy, którzy stwierdzając sekularyzację, uważają, że Francja jest krajem misyjnym, na równi z jakimś krajem azjatyckim, Japonią na przykład. Ale w ten sposób zrywają kontakt z ogółem naszego narodu, w którym utrzymują się liczne oznaki chrześcijaństwa, nawet jeżeli ubogie i często niewidoczne. Inna postawa, równoległa do tamtej i tak samo błędna, to trwanie w złudzeniu, że Francja jest krajem katolickim; że Francja jest krajem o kulturze, mimo wszystko, jeszcze chrześcijańskiej. Ale jak nie jesteśmy Japonią, nie jesteśmy również Polską lub jakimś regionem Ameryki Łacińskiej. Nie mieliśmy tej samej historii.– Ta sama analiza — powtarzam — mogłaby dotyczyć także Włoch. Ale jaką wyciągnąć z niej naukę?– Sądzę, że nie tylko my, biskupi, ale także księża, świeccy (w sumie cały Kościół) musimy uczyć się żyć różnością, specyfiką chrześcijańską, utrzymując równocześnie kontakt z ogółem kraju, przenikniętym kulturą zsekularyzowaną, obecnie mającą większość. Jeżeli będziemy umieli żyć tą tożsamością i zarazem tą łącznością, to, wierzę, będziemy mogli przeżyć świt nowej ewangelizacji. Właśnie, ewangelizować. Ale jakimi treściami? Jakimi priorytetami? O czym krzyczeć na chodnikach tego departamentu Sekwany?– Pierwszym problemem jest Bóg. Mówienie o Nim wydaje się banalne, ale tak jest. Naszą cywilizację kusi samobójstwo, śmierć, samozniszczenie, ponieważ straciła z oczu znaczenie, cel, godność człowieka. Głoszenie Boga i głoszenie ocalenia człowieka jest tym samym, ponieważ to światło Boga oświetla sens życia i śmierci człowieka. Ale, uwaga: nasze zmartwienia nie mogą być zmartwieniami człowieka marketingu, który się zastanawia, jaki produkt będzie miał największe powodzenie. My nie powinniśmy proponować innych “dóbr konsumpcyjnych”, innych fetyszy, innych idoli: lecz przeciwnie, wydzierać człowiekowi te, które już ma.– A gdzie dostrzega te idole?– To te same, co zawsze, dobrze znane z Pisma Świętego. W zasadzie jeden jedyny: diabeł. To on działa w największych pokusach, od pieniądza do seksu. Jego oblicze ma wiele postaci (“moim imieniem jest legion”, mówi Szatan o sobie w Ewangelii), ale rdzeń tkwi w miłości samego siebie, w egoizmie ograniczającym się do samego człowieka, który zrywa więzi ze swoim Stwórcą. Trzeba rzeczywiście odwołać się do całej potęgi zbawczego dzieła Chrystusa w tym społeczeństwie, które umiera, które chce umrzeć, mimo tragicznego makijażu wesołości i świętowania.– Powinniśmy więc przeciwstawiać się dzisiejszym kulturom, aby wydrzeć braci z pazurów Złego?– To nie chrześcijanie przeciwstawiają się światu — mówi słowami, które słyszałem od innego jego współbrata w kardynalstwie, Josepha Ratzingera. — To świat przeciwstawia się im, gdy mówią mu prawdę; gdy w świetle wiary nazywają po imieniu grzech i łaskę. Wtedy świat się sprzeciwia i krzyżuje ich. I nie zostało powiedziane, że w torturach nie uczestniczą, jako pomocnicy katów, także chrześcijanie. Jest ścisły i konieczny związek między głoszeniem prawdy Ewangelii i ponoszeniem męczeństwa. Między wiernością Chrystusowi i prześladowaniem. Nie zostało obiecane życie wygodne, pochwały, nagrody, przeciwnie!– Powróćmy do początku, monsignore Lustiger, do korzeni. Być Żydem i zarazem kardynałem Świętego Kościoła Rzymskiego, oznacza przeżywanie samotności kogoś, kto został posłany naprzód drogą jeszcze nie zbadaną. Eminencja powiedział kiedyś: “Stwierdzam, że jestem nosicielem znaczeń o wiele ważniejszych niż moja biedna osoba”. I powtarza często: “Refleksję chrześcijańską nad losem Izraela, nad sytuacją żydowską, nad miejscem judaizmu w historii zbawienia trzeba podejmować wciąż na nowo”. Pomówmy jeszcze o tym, jest to tak ważne, że trzeba się starać zrozumieć dobrze.– Mój problem — odpowiada z pewnością kogoś, kto całe życie zastanawia się właśnie nad tym — nie jest problemem osobistym, jest to problem wszystkich chrześcijan, który dotyczy równowagi samej wiary katolickiej. “Zbawienie pochodzi od Żydów”, mówi Ewangelia św. Jana. Że Jezus był Żydem, że urodził się w Betlejem z Żydówki Maryi, że został wskrzeszony trzeciego dnia zgodnie z pismami Izraela; wszystko to nie jest przypadkową kwestią paszportową. To jest istotne dla chrześcijaństwa. Próba oderwania Jezusa od Izraela oznacza wykorzenienie Go z pełni Jego tajemnicy. Jest to pokusa heretycka, bardzo starożytna i stale powracająca, pokusa Marcjona, który chciał, aby chrześcijanie usunęli z ksiąg świętych cały Stary Testament, już niepotrzebny jeżeli nie nawet szkodliwy, ponieważ jest wyrazem Mojżeszowego Boga sprawiedliwości, przeciwstawianego Jezusowemu Bogu miłości. Ale odebranie Jezusowi Jego konkretności żydowskiej jest także pokusą, również zawsze obecną, odcieleśnionego spirytualizmu, gnostycyzmu: jest odrzuceniem Wcielenia, aby uczynić z Nazarejczyka mit, symbol, przypowieść o człowieku ubóstwionym. A więc, oto pewnego rodzaju nieomylny test: powiedz mi, jakie zajmujesz stanowisko wobec Izraela, a ja ci powiem, w jakiego wierzysz Chrystusa. Czy mianowicie “pomniejszonego”, czy też w całego, w pełni Jego tajemnicy Boga i człowieka.– Dzisiaj wiele dyskutuje się nad “oryginalnością” Nowego Testamentu z punktu widzenia Starego…– Na pewno — odpowiada — i powtarza się często frazesy, przypisujące Pismom chrześcijańskim jako nowe te sprawy, które tymczasem są już zawarte w Pismach Izraela.– Wielu jest samych Żydów — zauważam (a wśród nich David Flusser, którego słuchaliśmy w tym wywiadzie) — którzy wyodrębniają w miłości bliźniego posuniętej aż do ostateczności, także w miłości do nieprzyjaciół, proprium Jezusa.Lustiger odpowiada:– Przykazanie miłości bliźniego, jak wiadomo, stanowi już część Tory, prawa żydowskiego. To prawda, że Chrystus daje mu nową interpretację, ponieważ dla Chrystusa jedynymi, prawdziwymi nieprzyjaciółmi ludu Bożego mogą być tylko nieprzyjaciele Boga, grzesznicy. Ale Bóg pojednał się z grzesznikami właśnie w Chrystusie. Trzeba więc kochać nieprzyjaciół (grzeszników), ponieważ Ojciec ich kocha. Jak mówi św. Paweł: “On zburzył mur nienawiści”; mianowicie mur, który nie dozwalał poganom “grzesznikom” zbliżyć się do świętości Boga. Tak więc przykazanie miłości bliźniego Nowego Testamentu jest przykazaniem Starego, ale rozumiane i przeżywane w świetle tajemnicy Chrystusa, który ofiarował swoje życie za wszystkich.Dla Lustigera prawdziwa oryginalność chrześcijańska mieści się w głębi rzeczywistości, w samej istocie, jeszcze bardziej niż na poziomie nauczania.– Oto trzy wielkie nowości Ewangelii. Po pierwsze: Zmartwychwstanie już nie jako nadzieja, ale jako rzeczywistość, która została nam podarowana. Mesjasz cierpiący oczekiwany przez Izraela powstał z martwych i następnie od tej chwili wprowadza nas w spełnienie obietnicy, którą jest zmartwychwstanie. Po drugie: Duch Święty, obiecany przez proroków, został nam rzeczywiście dany, mieszka teraz w sercu ludu i pozwala mu żyć świętością, jakiej Bóg oczekuje od niego. Przechodzimy więc, także tutaj, od nadziei, od obietnicy czasów przedchrześcijańskich, do ich rzeczywistego spełnienia. Po trzecie: tajemnica Boga i tajemnica człowieka zostały w pełni rozjaśnione przez objawienie jedynego Boga: Ojca, Syna, Ducha Świętego. W tym nowym świetle możemy zrozumieć, czym jest Stworzyciel, czym jest stworzenie, czym jest prawdziwe powołanie do zbawienia ludzkości.Do tych trzech istotnych punktów nowości chrześcijańskiej kardynał dołącza także inne, które są, przynajmniej w części, rozwinięciem trzech pierwszych: jak tajemnica Kościoła, w którym także poganie, a nie tylko dzieci Abrahama, są powołani do współuczestniczenia, według obietnicy, w bogactwach Boga.I właśnie na tych podstawach — które nie są teoretyczne, ale ciałem z jego ciała — ten człowiek, który przeszedł od żółtej gwiazdy do purpury kardynalskiej, rzuca apel trudny, ale właśnie dlatego zachęcający:– Dzisiaj, może, judaizm powinien uznać w chrześcijanach niespodziewane, ale przez to nie mniej prawowite, dzieci Abrahama. Potomstwo niespodziewane i jeszcze nie uznane. Chrześcijanie ze swej strony powinni zdecydować się na uznanie w Żydach braci, przez których przyszedł ich Chrystus, Pierworodny. Aby miało miejsce przebaczenie, braterski uścisk; aby nastąpił pokój w tej bratobójczej walce! Może powodem prześladowania była zazdrość, w duchowym znaczeniu tego słowa. Jakie byłoby to dla wszystkich błogosławieństwo, gdyby nieprzyjaźń przemieniła się we współzawodnictwo, w świętą rywalizację w miłości do Boga!   


    1 Polskie wydanie pt. Spotkanie Boga, Paryż 1972.
    2 Franc. — Istnieje inny świat, wydanie polskie — Wrocław 1988 i 1991.
    3 Franc. — 36 dowodów na istnienie diabła, wydanie polskie — Poznań 1987 i 1988.
    4 Franc. — który przystosowuje się do nas (przyp. tłum.).
    5 Franc. — Przedmieście (przyp. tłum.).
    6 Franc. — Najstarsza córka [Kościoła] (przyp. tłum.) 
     Pytania o chrześcijaństwo/Mateusz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szopka czy Chanuka?

    Ks. prof. Skrzypczak o mesjanizmie politycznym Chabad Lubawicz

    Trzeba zadać sobie kluczowe pytanie; czy mesjaszem jest Jezus z Nazaretu i symbolem jego przyjścia na świat jest szopka oraz Jego wyciągnięte ręce (…) czy mesjaszem jest jakaś nowa koncepcja, którą reprezentuje chanuka, mesjanizm polityczny, którego celem nie jest inny świat, Królestwo Boże, ale naprawianie, ulepszanie tego świata. Natomiast przedmiot zainteresowania stanowi jakość życia między porodówką a cmentarzem – przekonuje ks. prof. Robert Skrzypczak na antenie Polskiego Radia.

    Ksiądz Skrzypczak w rozmowie z Filipem Memchesem wyjaśniał różnicę pomiędzy starożytnym świętem Poświęcenia Świątyni, a wyrosłą z niego dzisiejszą Chanuką. – Dla Żydów to święto, które nazywane było świętem Poświęcenia Świątyni, które było obchodzone w zimie, potem w rodzinach żydowskich znalazło wyraz w postaci świętowania Chanuki. A chanuka to po prostu nazwa świecznika. To było świętowane w domach, miało charakter rodzinny, edukacyjny. Natomiast do przestrzeni publicznej symbol chanuki i świecznika zimowego przeniósł rabin Menachem Mendel Schneerson, siódmy potomek dynastii z Lubawicza, on sam był nazywany Lubawiczem; mesjaszem z Brooklynu – podkreślał.

    Jak przypomniał, miejscowość Lubawicz znajduje się na dawnym terytorium II Rzeczpospolitej i jest związane z obecnością nowego ruchu religijnego, który narodził się w ramach judaizmu aszkenazyjskiego, mianowicie chasydyzmu. – Stosując analogię, można by go porównać do dzisiejszych ruchów charyzmatycznych w ramach chrześcijaństwa – dodał kapłan.

    Ks. Skrzypczak podkreślił, że dynamicznie rozwijający się ruch od początku denerwował pozostałe nurty judaizmu, do tego stopnia że Chabad Lubawicz został oficjalnie w latach 70’ XX w. potępiony przez głównego rabina Jerozolimy. – Wręcz rzucił klątwę na rabina Schneersona i tworzący się wokół niego ruch, który dzisiaj znamy jako Chabad Lubawicz – podkreślił.

    – Posiada silne elementy mesjanizmu i przesłanie nadziei Boga, który z największego cierpienia jest w stanie wyprowadzić dobro. Jest silnie misyjny, wychodzi ze swoimi celami poza świat żydowski i dociera do innych wyznać czy nawet niewierzących. Stawia mocny wykrzyknik na działalności charytatywnej, ale jest także mocno skupiony na działalności na rzecz przeobrażenia tego świata – wyjaśnia kapłan i analizuje, w czym mesjanizm Lubawiczów różni się od chrześcijaństwa.

    – Dla nas chrześcijan, którzy wierzymy, że mesjaszem jest Jezus Chrystus, zbawienie polega na otwarciu drogi do innego świata. Natomiast w mesjaństwie Lubawiczów jest przekonanie, że innego świata poza widzialnym nie ma. Dlatego należy dołożyć wszelkich starań aby zaangażować siły, moc i potencjał człowieka do naprawiania tego świata, przy czym, jak zauważa wielu krytyków ruchu, Lubawicze uważają się za postawionych na czele ludzkości; lepszych, doskonalszych od innych narodów – podkreśla.

    Komentując incydent z posłem Konfederacji Grzegorzem Braunem, który zgasił świece chanukowe w Sejmie, ks. Skrzypczak zwrócił uwagę na konsekwencje tego wydarzenia. – Moją uwagę przykuł fakt, iż Chanuka znajduje się w holu głównym polskiego parlamentu. To pytania mogło pojawić się w umysłach wielu już wcześniej, ale nikt tych pytań nie zadawał. Zwróćmy uwagę, że chanuka pojawia się zazwyczaj w miejscach publicznych, w miejscach gdzie zapadają decyzje dotyczące globalnych problemów tego świata, w miejscach gdzie styka się polityka z finansami. Chanuka była świętowana nie tylko w Sejmie i Pałacu Prezydenckim, ale i na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, w Berlinie na centralnym placu, w Parlamencie Europejskim, a w ogóle największą chanukę wystawili na placu Majdanu w Kijowie w ubiegłym roku – zauważył.

    – Druga rzecz, na którą dzięki temu incydentowi zwróciłem uwagę, to wizerunek mesjasza z Brooklyna, ustawiony za świecą chanukową. Menachem Schneerson zapoczątkował ruch, który – wystarczy pogrzebać w prasie – gdzieś zawsze przewija się w głównych nurtach polityki, mechanizmach przepływu finansów, decyzji, które zapadają globalnie – podkreślił kapłan.

    Ks. Skrzypczak wymienił zaangażowanie Chabad Lubawicz m.in. w wybory w Argentynie czy na Ukrainie. – Pierwszą rzeczą, którą zrobił prezydent-elekt, to był wyjazd do Nowego Jorku, do grobu Schneersona aby podziękować za wypełnioną misję – przypomniał. – Kiedy odbierał gratulacje od pierwszych głów tego świata, szczególny moment dotyczył spotkania z prezydentem Ukrainy Żełeńskim. Prezydent Milei podarował Żełenskiemu właśnie chanukę i jak się okazało, prezydent Ukrainy również jest w bliskich relacjach z Lubawiczami. Z resztą, Lubawicze dawali wsparcie Donaldowi Trumpowi poprzez jego córkę (żonę żyda Jareda Kushnera – red.) – dodał.

    Gość Polskiego Radia przypomniał, że Lubawicze udzielali także wsparcia prezydentowi Putinowi, a według naczelnego rabina Moskwy, 90 proc. rabinów w Rosji jest w ścisłym kontakcie z tym ruchem. – Na YouTube można zobaczyć również spotkanie w latach 90’ XX w., rabina Schneersona z młodziutkim wówczas politykiem Benjaminem Netanjahu – podkreślił kapłan.

    Ks. Skrzypczak wyjaśnił, że wewnątrz ruchu Lubawicz istnieją dwa pomysły na to, w jaki sposób wpływać na świat. Jeden z nich polega na wierności Torze, utwierdzaniu tradycyjnych rabinów i zachowywaniu wszystkich zewnętrznych form rytualnych. Z drugiej strony istnieje również „mocne przekonanie co do tego, że na ten świat można wpływać poprzez strumień pieniędzy, stan posiadania, politykę”.

    – Dlatego też, ci którzy udzielają błogosławieństw, stoją za wielkimi świata polityki i finansjery to często ludzie pobożni i religijni, przekonani, że Bóg działa poprzez mesjasza, a także ci, którzy mają miliony hektarów ziem Ameryki Południowej, międzynarodowe korporacje, banki, firmy budowlane, wielkie centra handlowe, zasiadają w Światowym Kongresie Żydów i wywierają wszelkiego rodzaju wpływ – dodał.

    Abstrahując od polityki międzynarodowej, ks. prof. Skrzypczak wyjaśnił co niepokoi go w mesjanizmie Lubawiczów najbardziej. 

    – To, co mnie, biednego księdza katolickiego zainteresowało, to ta zbieżność, że jak idzie Boże Narodzenie, to przynajmniej w naszej kulturze zachodniej jest coraz mniej szopki, a za to coraz więcej chanuki. Stawianej w miejscach publicznych. Z jednej strony my Europejczycy zgadzamy się  na marginalizowanie Bożego Narodzenia, kpiny z przesłania tego święta. Niektórym nawet samo słowo nie przejdzie przez gardło czy klawiaturę, natomiast w tym samym społeczeństwie zaczyna narastać ten symbol, który jest symbolem mesjańskim – podkreślił

    – Trzeba zadać sobie kluczowe pytanie, czy mesjaszem jest Jezus z Nazaretu i symbolem jego przyjścia na świat jest szopka oraz wyciągnięte ręce, które kiedyś zawisną na krzyżu aby zniszczyć całe zło i cały grzech całego świata? Czy mesjaszem jest jakaś nowa koncepcja, którą reprezentuje chanuka, która prezentuje mesjanizm polityczny, społeczny, którego celem nie jest inny świat, Królestwo Boże, ale naprawianie, ulepszanie tego świata. Natomiast przedmiot zainteresowania stanowi jakość życia między porodówką a cmentarzem. Uświęcenie czegoś, co my nazywamy tymczasowością, gdzie nie ma życia wiecznego, Trójcy Świętej, Zmartwychwstania, nie ma nieba – konkludował kapłan.

    źródło: polskierado24.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 powodów, by świętować Boże Narodzenie aż do Gromnicznej

    5 powodów by świętować Boże Narodzenie

    Marinna B via Unsplash

    *****

    Nadal trwa świętowanie Bożego Narodzenia. Oto 5 powodów dla których warto świętować aż do Ofiarowania Pańskiego, czyli do 2 lutego.

    Przedstawiamy pięć powodów, dla których dobrze jest kontynuować świętowanie Bożego Narodzenia aż do Matki Bożej Gromnicznej. To zwyczajowa nazwa święta Ofiarowania Pańskiego, które przypada 2 lutego. Święcimy wtedy w kościołach świece gromniczne i wchodzimy w przygotowania do Wielkiego Postu.

    1
    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ GROMNICZNEJ JEST TRADYCYJNYM KOŃCEM OKRESU ŚWIĄTECZNEGO

    Święto Matki Bożej Gromnicznej obchodzone jest każdego roku 2 lutego. Dokładniej rzecz ujmując, jest to święto Ofiarowania Pańskiego i Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, gdy Maryja i święty Józef przedstawili swego pierworodnego Syna w świątyni, zgodnie z prawem żydowskim. Maryja, zgodnie z prawem, musiała odczekać 40 dni przed pójściem do świątyni po narodzeniu dziecka. Chociaż nie potrzebowała oczyszczenia, poddała się prawu ustanowionemu przez Boga.

    Przez cały styczeń możemy wspominać Jezusa jako niemowlę i Maryję oraz św. Józefa, którzy zmierzyli się z codziennymi wyzwaniami, jakie stają przed rodzicami po raz pierwszy.

    W starym kalendarzu liturgicznym ten okres liturgiczny nazywany był czasem po Objawieniu i odróżniał się od następującego później okresu postnego.

    2
    PO INTENSYWNYM OKRESIE ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA ŁATWIEJ JEST SKUPIĆ SIĘ NA NARODZENIU CHRYSTUSA

    Mamy już za sobą rodzinne spotkania i sylwestrowe imprezy. Świąteczne przysmaki zostały zjedzone. Prezenty są już rozpakowane. Wreszcie możemy wrócić do bardziej normalnego tempa życia. Normalne tempo życia chrześcijan obejmuje codzienną modlitwę.

    Dlaczego więc nie skorzystać z czasu po narodzinach Chrystusa, a przed przedstawieniem Go w świątyni, aby jeszcze bardziej rozważać cud Wcielenia Słowa?

    3
    W PONURYM OKRESIE STYCZNIA POTRZEBUJEMY ODROBINY ŚWIĄTECZNEGO DUCHA

    Styczeń, o wiele bardziej niż grudzień, potrzebuje trochę rozweselającego akcentu. W północnych częściach świata śnieg na ziemi zamienił się w szarą breję i lód. Wszystko jest szare i ponure, a niskie, często poniżej zera temperatury dokuczają nam.

    To jeszcze nie Wielki Post, więc dlaczego podejmować pokutę w zaprzestaniu świętowania, zanim będziemy musieli?

    4
    WIĘKSZOŚĆ ŚWIĄTECZNEJ MUZYKI NADAL JEST ODPOWIEDNIA

    Możesz pominąć wszystkie świeckie piosenki o Świętym Mikołaju i skupić się na kolędach dotyczących narodzin Chrystusa. Warto odkrywać bogactwo tych pięknych pieśni!

    Nowo narodzone dzieci nie są zapominane 12 dni po swoich narodzinach, lecz są pielęgnowane i kochane w miarę, jak rosną. Możemy postąpić podobnie wobec Chrystusa. Cieszmy się okresem początkami macierzyństwa wraz z Matką Bożą, śpiewając o narodzinach Jej Syna tak długo, jak to możliwe!

    Ponadto wszystkie nieliturgiczne zimowe piosenki wciąż są bardzo odpowiednie w styczniu, gdy nadal jest zimno i pada śnieg.

    5
    WIEDZA, ŻE MOŻEMY ŚWIĘTOWAĆ BOŻE NARODZENIE PRZEZ 40 DNI, POZWALA OGRANICZYĆ SPOŻYCIE CIASTEK ŚWIĄTECZNYCH

    Dłuższe świętowanie Bożego Narodzenia jest faktycznie korzystne dla twojej diety. To banalne, ale może okazać się ważne!

    Zamiast wciskać wszystkie ciastka przed Objawieniem, możemy je spożywać w bardziej umiarkowany sposób. Utrzymując umiarkowany rytm, ciastka i słodycze mogą wystarczyć aż do 2 lutego – to pomysł na zdrowe odżywianie!

    Ponadto, w zależności od daty rozpoczęcia Wielkiego Postu, można zostawić trochę na Tłusty Czwartek.

    Niech ten czas będzie dobrym przeżywaniem okresu Bożego Narodzenia!

    Aleteia.pl/tłumaczenie artykułu opublikowanego na stronie ChurchPOP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    _____________________________________________________________________

    W PIĄTKI OD GODZ. 18.00 ADORACJA/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 MSZA ŚWIĘTA

    ***

    W SOBOTY OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    ***

    W NIEDZIELE – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    ____________________________________________________________________

    fot. Ric Perezmont/Cathopic

    ***

    Post eucharystyczny.

    Czemu służy i na czym polega?

    Aż do roku 1953 komunię świętą przyjmowało się zawsze na czczo. Dziś obowiązuje nas tylko godzina postu eucharystycznego. Na czym polega ta praktyka i kogo obowiązuje?

    Czym jest post eucharystyczny?

    Post eucharystyczny to czas przed Mszą świętą, kiedy powstrzymujemy się od jedzenia i picia. Ta praktyka pojawiała się już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jednak dopiero Sobór Trydencki określił jej pierwsze konkretne zasady. Przez wiele wieków do Komunii świętej można było przystąpić tylko na czczo. Papież Pius XII skrócił czas postu eucharystycznego do 3 godzin.

    Według obecnych norm kanonicznych, przyjętych niedługo po Soborze Watykańskim II, post eucharystyczny polega na powstrzymaniu się od jedzenia godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej. Post eucharystyczny obowiązuje każdego, kto chce przystąpić do Komunii świętej czy to w czasie Mszy czy też w ramach nabożeństwa – np. różańcowego, Drogi Krzyżowej, Gorzkich Żali. 

    Nie dotyczy on osób w podeszłym wieku i chorych oraz ich opiekunów. Postu eucharystycznego nie musi także zachowywać kapłan, który odprawia już drugą lub trzecią mszę danego dnia. Nie ma też konieczności zachowania postu eucharystycznego, kiedy konieczne jest przyjęcie lekarstw.

    Czemu służy post eucharystyczny?

    We wskazaniach do Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego Konferencji Episkopatu Polski czytamy, że “Wszyscy udający się na sprawowanie Eucharystii powinni się do niej przygotować przez post i modlitwę, przez pojednanie z Bogiem i braćmi, a także przez rozważanie słowa Bożego i przygotowanie daru ofiarnego”. Przede wszystkim więc post eucharystyczny służy przygotowaniu do Mszy świętej. Jest to, jak widzimy, jeden z kilku elementów, który ma pomóc w świadomym przeżywaniu eucharystii. 

    Jak każdy post, także i post eucharystyczny jest rezygnacją z czegoś dobrego dla jeszcze większego dobra. Rezygnujemy z pokarmu cielesnego, by przygotować się na przyjęcie pokarmu duchowego, by odróżnić go od codziennych, zwykłych posiłków.

    Jak obliczyć, od kiedy trwa post eucharystyczny?

    W przypadku, gdy uczęszczamy na stałe do jednej parafii, łatwo zweryfikować, ile czasu trwa typowa Msza święta i o której godzinie mniej więcej przypada obrzęd komunii. Warto zauważyć, że nierzadko Msza święta niedzielna i na tygodniu nie trwają tak samo długo. Inaczej będzie przebiegała także Msza święta, którą poprzedza np. powitanie biskupa – wtedy moment komunii przesuwa się w czasie.

    Jak więc obliczyć, kiedy rozpoczyna się czas postu eucharystycznego? Z pewnością kluczowa będzie tu motywacja i pobożność osoby wierzącej, która chce przystąpić do komunii. Nie chodzi tu bowiem o ścisłe przestrzeganie zegarowych 60 minut. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by podjąć post eucharystyczny na dłużej niż tylko godzinę przed przyjęciem komunii.

    Święci o poście eucharystycznym

    Wzory niezwykłej czci do Eucharystii oraz przeżywania postu eucharystycznego znajdujemy u świętych i błogosławionych Kościoła. Według św. Benedykta post eucharystyczny to czas radości dla kogoś, kto pragnie coś ofiarować Bogu, wyglądając Świętej Paschy.

    Dla św. Katarzyny ze Sieny post eucharystyczny był konieczny. Kiedy przeżywała widzenia Chrystusa, nie potrzebowała nic jeść, a spożywanie pokarmów było dla niej czasem powodem bólu. W tym czasie przyjmowała tylko Komunię świętą. 

    Służebnica Boża Teresa Neumann, niemiecka mistyczka, przez 36 lat swojego życia karmiła się tylko Eucharystią – każdy jej dzień był jak post eucharystyczny.

    Św. Siostra Faustyna zapisała w Dzienniczku “przed każdą Komunią świętą gorąco proszę Matkę Bożą, aby mi dopomogła w przygotowaniu duszy na przyjście Syna swego, i czuję wyraźnie Jej opiekę nad sobą”.

    Skąd wzięła się ta praktyka?

    Geneza postu eucharystycznego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Już wtedy uważano, że przyjęcie Komunii na czczo to wyraz czci wobec Chrystusa. Św. Hipolit Rzymski (211 r.) domagał się, by wierni przystępowali do Komunii przed spożyciem jakiegokolwiek posiłku jeszcze rano. Stąd msze święte odprawiano rano – wyjątkiem był Wielki Czwartek.

    Taki post eucharystyczny funkcjonował w Kościele przez wieki, potwierdził ją Sobór Trydencki (1543-1563), wskazując, że post eucharystyczny wymaga bycia na czczo od północy dnia poprzedniego.

    Dopiero w 1953 roku praktyka ta została złagodzona przez papieża Piusa XII, który orzekł, że postu eucharystycznego nie łamie picie wody. Także Pius XII skrócił post eucharystyczny do 3 godzin przed przyjęciem Komunii i ogłosił, że polega on na powstrzymaniu się od jedzenia i od picia alkoholu. Dopiero po tych zmianach zaczęto – po wielu wiekach – odprawiać wieczorne msze święte.

    Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. powszechnie uznawaną praktykę postu eucharystycznego potwierdził i polecił jego zachowywanie (kan. 858). 

    W 1964 roku Paweł VI skrócił post eucharystyczny do jednej godziny. Wydana w 1973 roku instrukcja “Immensae caritatis” skróciła dodatkowo – do kwadransa – post eucharystyczny dla osób chorych i starszych, które nie mogą opuszczać domu oraz dla ich opiekunów. Ogłoszono także, że post eucharystyczny nie dotyczy zupełnie umierających, którzy chcą przyjąć wiatyk, ostatnią Komunię świętą. 

    W aktualnie obowiązującym Kodeksie Prawa Kanonicznego (1983) możemy przeczytać, że „przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii świętej powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919 § 1).

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O czci do Eucharystii i o Komunii świętej „na rękę”

    fot. Vicona

    ***

    Jak wiadomo obecnie dopuszczalne są dwie formy udzielania komunii świętej, potocznie nazywane: na rękę i do ust. Jednakże jedna forma jest podyktowana względami ludzkimi, a druga teologicznymi – zauważa o. Jan P. Strumiłowski OCist.

    W Kościele od samego początku istniała świadomość co do świętości konsekrowanych postaci, czego wyraz znajdujemy już w Nowym Testamencie. Kiedy w początkowych fazach kształtowania się obrzędu Mszy nastąpił w pierwotnym Kościele epizod łączenia jej z ucztą, to św. Paweł bardzo radykalnie zareagował na pierwsze pojawiające się nadużycia. Bardzo ostro grzmiał, że człowiek, który nie zważa na to, co przyjmuje w komunii, czyli nie widzi różnicy między Ciałem Pańskim a zwykłym pokarmem, a w dalszym znaczeniu, nie pojmuje świętości Eucharystii, śmierć sobie gotuje (por. 1 Kor 11, 28-29).

     

    Również Ewangelie pośrednio mówią o nadzwyczajnej świętości Ciała Pańskiego. Znajduje się w nich historia o rozmnożeniu chlebów przez Chrystusa. Wiemy oczywiście, że ta opowieść nie mówi o Eucharystii, ale o zwykłym chlebie. Jednak oprócz warstwy historycznej ta relacja zawiera w sobie również warstwę typologiczną. Chleb, który Jezus rozmnaża i karmi tłumy jest zapowiedzią i typem Eucharystii. I właśnie z tego względu ta opowieść  zawiera również relację o nakazie Pana, by pozbierać każdy pozostały ułomek niespożytego chleba. Skoro więc sam znak i zapowiedź otaczany jest taką pieczołowitością, to możemy domyślać się, jaką czcią w świadomości pierwszych chrześcijan, otaczane było Ciało Pańskie, które jest spełnieniem owej zapowiedzi.

     

    Ojcowie Kościoła już bardzo konkretnie mówią o postaciach eucharystycznych, że jest to w istocie prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa. Ich opisy wydają się tchnąć wręcz materialną tożsamością. Piszą więc ojcowie, że Ciało, które spożywamy, jest tym samym ciałem, które wisiało na krzyżu, a Krew, którą pijemy, jest tą samą krwią, która spływała z ran Chrystusa. Taki opis może sugerować nawet zbyt materialistyczne podejście, jakoby konsekrowane Ciało i Krew stanowiły ludzką tkankę Jezusa. Jednak wiemy, że ten sposób obrazowego wysławiania się nie chciał nam przekazać, że Hostia jest jakby „kawałkiem” Ciała Pańskiego, ale że jest to sam Chrystus.

     

    Kiedy w późniejszych wiekach, na skutek przemian kulturowych i filozoficznych pojawiły się herezje, według których obecność Chrystusa w tym Sakramencie nie jest rzeczywista a symboliczna, to Kościół określił, że Najświętszy Sakrament to jest dokładnie to samo Ciało, które poczęło się z Ducha Świętego w łonie Najświętszej Maryi Panny, to samo, które cierpiało na krzyżu i które zmartwychwstało. A następnie Kościół uroczyście orzekł, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny rzeczywiście, prawdziwie i substancjalnie.

     

    Oznacza to, że w Najświętszym Sakramencie obecny jest prawdziwy Chrystus Pan wraz z duszą i ciałem oraz wraz ze swoim bóstwem. Zatem konsekrowana Hostia nie jest jedynie jakąś symboliczną obecnością Chrystusa, ale w istocie jest to sam Chrystus. I takie oznaki czci, jakie jesteśmy winni Chrystusowi przebywającemu w swoim ciele fizycznym, takie też uszanowanie winno charakteryzować nasze odniesienie do Eucharystii. Ponadto, co jako dogmat podał do wierzenia Sobór Trydencki, w każdej najmniejszej oddzielonej cząstce Eucharystii znajduje się cały Chrystus.

     

    Obecność Chrystusa w Eucharystii nie jest więc ani wirtualna, ani symboliczna lecz realna. Nie jest też tak, że Eucharystia jest jakimś medium czy substytutem Jego obecności. Błędne jest również kształtowanie odniesienia i czci względem Eucharystii na podstawie właściwości sakramentu (postaci chleba), a nie w odniesieniu do istoty (obecności samego Chrystusa). Niestety coraz częściej da się zauważyć tę zależność – skoro Chrystus stał się obecny pod postacią chleba, traktujemy Go tak, jakby przestał być prawdziwym Chrystusem Panem, a stał się chlebem.

     

    Znamienne jest, że coraz częściej używa się tego, jakże błędnego stwierdzenia, mówiącego że „Chrystus stał się chlebem”. Tymczasem w ścisłym sensie to nie Chrystus przemienia się w chleb, ale podczas konsekracji to chleb przemienia się w Chrystusa – pozostają jedynie same właściwości chleba. Zatem w istocie Eucharystia to jest ten sam Pan Jezus, który aktualnie siedzi po prawicy Ojca, który jest z Ojca zrodzony i współistotny Ojcu i który przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Możemy zatem powiedzieć nawet nie tyle, że Chrystus jest w konsekrowanej Hostii, ale że ta Hostia jest Chrystusem.

     

    Bardzo dobitnie stwierdził to św. Tomasz w swojej „Sumie Teologii”. W artykule 3 zagadnienia 81 części III zadaje pytanie: „Czy Ciało Chrystusa, które On spożył i dał uczniom (podczas Ostatniej Wieczerzy), mogło doznawać cierpień?”, i odpowiada, że w Wielki Czwartek w wieczerniku Chrystus w swoim fizycznym ciele podlegał cierpieniom, gdyż to ciało nie było jeszcze zmartwychwstałe. Natomiast Eucharystia nie jest jakimś substytutem Jego obecności lub alternatywnym jej miejscem, ale jest to dokładnie to samo ciało i ten sam Chrystus! Zatem, jak twierdzi Tomasz, to Ciało Eucharystyczne mogło cierpieć i rzeczywiście cierpiało, kiedy Chrystusowi były zadawane rany. Nie mogło doznać cierpienia w samej sakramentalnej postaci – tzn. nie dało się zadać cierpienia samej Hostii, ale zadanie cierpienia Chrystusowi w Jego fizycznej postaci skutkowało cierpieniem Chrystusa w Hostii, gdyż jest to ten sam Chrystus. Widzimy zatem, na czym polega obecność Chrystusa w Eucharystii – na absolutnej i rzeczywistej tożsamości Chrystusa w ciele fizycznym i w Ciele Eucharystycznym. To jest prawdziwy i ten sam Chrystus, który jest w swoim ciele fizycznym.

     

    W następnym artykule Tomasz idzie jeszcze dalej i zadaje pytanie: „Czy Chrystus byłby umarł w Eucharystii, gdyby Ciało Jego było przechowywane w puszce lub konsekrowane przez jednego z Apostołów podczas Jego śmierci na krzyżu?”. I tutaj Tomasz odpowiada również twierdząco. Uważa, że w czasie męki i śmierci na krzyżu ten sam Chrystus obecny w Eucharystii przeżywałby dokładnie tę samą mękę i śmierć:

     

    “W sakramencie byłby ten sam Chrystus, który był na krzyżu. Skoro umarł na krzyżu, to umarłby również w przechowywanym sakramencie (…) wszystko to, co dotyczy Chrystusa zasadniczo, możemy odnieść do Niego w Jego postaci właściwej, tak samo jak do Niego w sakramencie. Chodzi tu o takie momenty jak: życie i śmierć, ubolewanie, związek ciała z duszą itp”.

     

    Oczywiście od czasu zmartwychwstania Ciało Chrystusa nie podlega już cierpieniu. Jednakże Ciało to jest otoczone jeszcze większą czcią. To właśnie po zmartwychwstaniu, kiedy Maria Magdalena chciała dotknąć Jezusa, to usłyszała zakaz: „Nie dotykaj mnie!”. Uczniowie, aczkolwiek byli kimś, dla kogo Chrystus był radykalnie bliski, to w spotkaniu z Nim otaczali Go ogromną czcią i szacunkiem, a nawet żywili względem Niego świętą bojaźń. Jezus nie był ich „przyjacielem” w tym sensie, że był kimś, z kim postępuje się z koleżeńską bezpośredniością. Kiedy spotkali Go nad Jeziorem Tyberiadzkim, to mając problemy z rozpoznaniem Go, bali się Go o to zapytać. A święty Jan, umiłowany uczeń Chrystusa, który podczas ostatniej wieczerzy spoczywał na Jego piersi, kiedy ten Sam uwielbiony Chrystus ukazał mu się na wyspie Patmos (o czym opowiada Apokalipsa), to z bojaźni padł przed Nim na twarz jak martwy.

     

    Ogromnym więc błędem jest niedelikatne i nieostrożne obchodzenie się z Eucharystycznym Ciałem Pańskim. Jest to błąd, który może wynikać albo z niedostatku wiary w realną obecność Chrystusa, albo ze względu na błędne, nierzeczywiste jej rozumienie, i – co należy zaznaczyć, ta obecność dotyczy każdej najdrobniejszej cząstki Eucharystii. Lekkomyślne podchodzenie do Eucharystii wynikać może również z braku miłości względem Chrystusa. Podejście frywolne czy koleżeńskie względem Jezusa jest tak naprawdę brakiem miłości. Jest niezrozumieniem i nieuszanowaniem Jego Majestatu. Wszak wiara poucza nas, czym jest rzeczywistość nadprzyrodzona, a miłość poucza nas, jak względem niej winniśmy się ustosunkować.

     

    Jeśli zaś spojrzymy na Eucharystię oczyma katolickiej wiary i miłości, to jasnym staje się, że brak uszanowania względem Eucharystii jest ogromnym grzechem. Jest to w istocie bezpośrednie i rzeczywiste nieuszanowanie samego Boga.

     

    Podobnie, jeśli spojrzymy na praktykę odnoszenia się do Ciała Pańskiego, która w Tradycji trwa i przybiera różne formy, to zauważymy charakter czci względem Chrystusa dokładnie zgodny z samą teologią tego Sakramentu. Zauważymy też dynamikę rozwoju tejże praktyki wprost proporcjonalną do pogłębiania rozumienia tajemnicy Eucharystii – taki porządek panował niemal do końca XX w.

     

    Od czasów krótkiego epizodu łączenia Mszy z ucztą, któremu mocno sprzeciwiał się św. Paweł (nota bebe, po dwóch tysiącach lat, mimo tak jasnego świadectwa Pisma, dzisiaj coraz częściej pojawiają się pomysły przydawania Mszy charakteru uczty, co jest jakąś szaloną nieznajomością nie tylko istoty Mszy, ale i Pisma!), praktyka zmierzała do coraz większego podkreślania świętości tego Sakramentu. Świętość wyraża tutaj nie tylko czystość i doskonałość, ale też majestat i pewnego rodzaju nietykalność. Święty oznacza „inny”, „niedostępny”, „transcendentny”, oddzielony od tego, co nieświęte, czyli świeckie. Z tego względu od najdawniejszych czasów uformowała się praktyka postu eucharystycznego trwającego od północy aż do czasu komunii danego dnia. Post miał być praktyką wyrażającą i zabezpieczającą świętość Eucharystii. Mówiąc bardzo obrazowo i może nieelegancko, chodziło o to, by najświętsze Ciało nie zetknęło się ze zwykłym pokarmem nawet w naszych wnętrznościach. Eucharystia w każdym wymiarze właśnie taką czcią była otaczana.

     

    W późniejszych wiekach, kiedy ryt łaciński skonsolidował się, świętość względem Eucharystii, świadomość realnej obecności Chrystusa w każdej najdrobniejszej cząstce, zaowocowała zakazem rozłączania podczas Mszy palca wskazującego i kciuka u kapłana od momentu konsekracji – właśnie ze względu na pieczołowitą troskę o najdrobniejszą cząstkę Ciała Pańskiego. Zwyczaj ten jest praktycznym wyrazem wiary w dogmat o obecności Chrystusa w najdrobniejszej, odłączonej cząstce Hostii. Brak troski o najmniejszą cząstkę jest zaś praktycznym zlekceważeniem tego dogmatu. Bo przecież taki dogmat Kościół nam podał – i to nie jako ciekawostkę, ale jako wyznacznik naszej wiary i pobożności. Jednak współcześnie, błędnie  twierdzi się, że był to rzekomo nadmierny skrupulantyzm, co jest jedynie świadectwem dzisiejszej niewiary, braku miłości i braku realizmu w podejściu do Najświętszego Sakramentu.

     

    Warto więc sobie zadać pytanie: co się stało z tak ogromną wrażliwością, wiarą i miłością względem Eucharystii? Czy Kościół przez dwadzieścia wieków błądził w tej kwestii? Czy popadł w jakąś przesadę? Otóż nie. To my dzisiaj błądzimy, a jest to owoc bluźnierczego przeświadczenia, że w Kościele najważniejszy jest człowiek. Tymczasem w Kościele najważniejszy jest Pan!

     

    Szczególnie tę martwotę wrażliwości względem Chrystusa widać w nowych praktykach szafowania Najświętszym Sakramentem. Jak wiadomo obecnie dopuszczalne są dwie formy udzielania komunii świętej, potocznie nazywane: do ust i na rękę. Ów drugi sposób w drugiej połowie ubiegłego wieku został pod naciskiem samowolnej praktyki zaakceptowany (z wielkim oporem) przez Stolicę Apostolską. Sam pomysł nowej praktyki był podyktowany „nową wrażliwością”.

     

    Możemy więc zauważyć tutaj odwrócenie kierunku. Przez wieki praktyka była dyktowana prawdą o Eucharystii i ją wyrażała. Dzisiaj jest ona dyktowana ludzką wrażliwością. Kościół więc obecnie aprobuje obie formy (na rękę i do ust). Jednakże jedna forma jest podyktowana względami ludzkimi, a druga teologicznymi.

     

    Prawda o Najświętszej Eucharystii przez wieki kazała strzec jej jak największego skarbu – dbać o najdrobniejszą partykułę tego Ciała, o najdrobniejszy okruch, gdyż w rzeczywistości nie ma absolutnie żadnej realnej różnicy między drobnym okruchem, a całą Hostią – podobnie jak nie ma żadnej istotowej różnicy między zarodkiem ludzkim w łonie kobiety, a dorosłym człowiekiem. Co ciekawe wrażliwość względem tożsamości człowieka od chwili poczęcia Kościół zachowuje, pielęgnuje i jej broni. Świadomość względem tożsamości Chrystusa w każdej partykule w dziwny sposób nam zaginęła. Nazywana jest przesadą. Podobnie jak niewierzący nazywają przesadą zakaz aborcji dyktowany „histerycznym” przeświadczeniem, że ten rzekomo „zlepek komórek” to też w pełni człowiek. Wnioski nasuwają się same…

     

    Zmiana formy, która już nie wyłania się z prawdy dogmatycznej o Eucharystii, ale z wrażliwości, nieuchronnie będzie prowadzić do stopniowego przesłaniania prawdy o godności i realności Ciała Pańskiego. Zresztą, taki proces obserwujemy jeszcze wyraźniej w krajach, w których taka praktyka została wprowadzona w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Dzisiaj w tych miejscach wiara w realną obecność Chrystusa w Hostii jest znikoma. I jest to oczywiste, gdyż albo zgodnie z Tradycją Objawienie będzie kształtowało obyczaj, który nas będzie następnie formował, albo nasze mniemania będą rodziły nowe obyczaje, deformując prawdę objawioną.

     

    Obecnie w Kościele wielu ludzi żywi różne obawy co do zbyt daleko posuniętych zmian. Obawy te dotyczą głównie sfery moralnej. Boimy się, czy grzech cudzołóstwa w jakimś stopniu nie zostanie zaaprobowany, czy zbytnio nie skupiamy się na doczesności, czy Magisterium w ogóle pozostanie czymś niezmiennym.

     

     Jednakże jeśli spojrzymy na wagę i hierarchię tego, co najważniejsze, to możemy nie mieć złudzeń. Wprowadzenie praktyki udzielania komunii, która w swojej formie pomniejsza wyraz czci względem Chrystusa i z mniejszą pieczołowitością dba o realizm wiary co do Jego obecności w najmniejszej cząstce, jest nieporównywalnie większą katastrofą i grzechem. I twierdzenie, że przyjmowanie komunii na rękę nie odznacza się takim charakterem jest naprawdę zakłamywaniem rzeczywistości.

     

    Bez uszanowania Chrystusa, choćbyśmy wszystkie inne aspekty chrześcijaństwa zachowali, na nic nam to się nie zda. Bo jeśli nie szanujemy Chrystusa – a brak uszanowania względem Eucharystii staje się czymś nagminnym – to naprawdę przekroczyliśmy już ostatnią granicę. Jeśli wolno nie dbać o Chrystusa, to naprawdę wolno już wszystko.

     

    o. Jan P. Strumiłowski OCist./opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje.

    Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św.

    Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym są grzechy ciężkie i kiedy je popełniamy?

    *****

    Kościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    „Usiłując zrozumieć grzech — czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego — trzeba najpierw uznać głęboką więź człowieka z Bogiem” (KKK 386). Poza tą więzią można mówić o złu, o krzywdzie, o błędach, nawet o zbrodni — ale nie o grzechu. W pojęcie grzechu jest bowiem wpisane odniesienie do Tego, który, choć nieskończenie większy od nas, traktuje nas bardzo poważnie, niemal jak równych sobie.

    Grzech a relacja z Bogiem

    Problem w tym, że my najczęściej zauważamy tylko jeden kraniec tej więzi: nas samych. Kiedy zdarza nam się skrzywdzić drugiego człowieka, od razu widzimy owoce naszego czynu: ktoś cierpi, płacze, gniewa się… Jeśli nie jesteśmy ludźmi zatwardziałymi albo pozbawionymi empatii, spontanicznie odczuwamy żal za to, co zrobiliśmy.

    Z Panem Bogiem jest inaczej: na skutek grzechu pierworodnego utraciliśmy zdolność spontanicznego, bliskiego kontaktu z Nim. Grzesząc, nie czujemy wcale, że Go ranimy. W konsekwencji, zastanawiając się nad tematem grzechu, skupiamy się na nas samych i na przykazaniach, które przekroczyliśmy; ewentualnie nad skrzywdzonym bliźnim, jeśli grzech był grzechem przeciwko bliźniemu. Kochający nas Bóg pozostaje gdzieś na drugim planie, a nieraz jest zupełnie niewidoczny.

    Grzechy lekkie i ciężkie. Jak je odróżnić?

    Świadomość tego, że w temacie grzechu nie możemy do końca zaufać temu, co czujemy, jest bardzo ważna przy rozróżnianiu grzechów ciężkich i lekkich. Często brak nam takiej świadomości, dlatego ciężar grzechu mylimy z intensywnością wstydu, który z jego powodu odczuwamy albo ze skalą dezaprobaty ze strony innych ludzi. Mamy rozregulowaną zdolność odczuwania grzechu: nie czujemy ciężaru tego co najcięższe (grzechy przeciw Bogu), a często przesadnie odczuwamy ciężar rzeczy błahych. W tej sytuacji, żeby pomóc nam we właściwym rozeznaniu, Kościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    W Katechizmie czytamy, że choć samo to rozróżnienie daje się zauważyć już w Piśmie Świętym (1 J 5, 16-17), definitywnie zostało ono sformułowane w tradycji Kościoła (KKK 1854). Grzech śmiertelny to ten, który niszczy miłość w sercu człowieka, podczas gdy grzech powszedni jedynie ją osłabia. Św. Tomasz z Akwinu mówił, że grzech śmiertelny jest jak śmiertelna rana, podczas gdy grzech powszedni — jak rana uleczalna. Człowiek może mieć w ciele wiele ran i żyć, ale wystarczy jedna śmiertelna, żeby umarł…

    Grzech ciężki. 3 warunki

    Aby grzech kwalifikował się jako ciężki, muszą być spełnione jednocześnie trzy warunki: poważna materia, pełna świadomość i całkowita zgodaPierwszy z warunków jest określony przede wszystkim przez dziesięć przykazań Bożych: po prostu już w samym Objawieniu znajdujemy wskazówkę, że pewne czyny są dla człowieka bardziej niszczące niż inne. „Ciężar grzechów jest większy lub mniejszy: zabójstwo jest czymś poważniejszym niż kradzież. Należy uwzględnić także pozycję osób poszkodowanych: czymś poważniejszym jest przemoc wobec rodziców aniżeli wobec kogoś obcego” (KKK 1858).

    Drugi warunek ma wykluczyć wszystkie te sytuacje, kiedy człowiek nie wie, że to, co czyni, jest sprzeczne z prawem Bożym i/lub z podstawowymi zasadami wypisanymi w ludzkim sumieniu.

    Z kolei trzeci warunek wyklucza przede wszystkim te przypadki, kiedy człowiek czyni zło przymuszony przez kogoś innego. Może on też dotyczyć działań dokonywanych pod presją emocji tak silnych, że niemożliwych do kontrolowania. Katechizm podaje jednak tutaj ważne uściślenie: „ignorancja zawiniona i zatwardziałość serca nie pomniejszają, lecz zwiększają dobrowolny charakter grzechu” (KKK 1859).

    Narzucone przez Kościół?

    Wymienione trzy kryteria, a szczególnie pierwsze z nich, mogą z początku budzić opór jako coś narzuconego przez Kościół, a nie wypływającego z głębi naszego serca. Nauczanie Kościoła o grzechu nie jest bowiem opisem tego, co przeżywamy, ale pewną szkołą, systemem wychowawczym, który ma nam stopniowo otwierać oczy na piękno Bożej miłości i na brzydotę grzechu.

    Im bardziej człowiek wzrasta w cnocie, tym jaśniej widzi zło grzechu; im bliżej żyje Boga, tym większą ma świadomość tego, jak bardzo grzech Go rani. Stąd jeden z teologów mógł napisać, że „tym, kto najlepiej rozumie grzech, nie jest grzesznik, nawet grzesznik, ks. któremu wybaczono, lecz święty”.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. prof. Jan Strumiłowski OCist:

    Błądzą ci, którzy odłączają się od Kościoła rzekomo dla obrony ortodoksji

    ***

    W obliczu herezji w Kościele trzeba przylgnąć do depozytu wiary, upominać przełożonych i troszczyć się o Kościół. Nigdy nie wolno odłączać się od Kościoła, rzekomo w celu ochrony ortodoksji. Byłoby to równoznaczne z oderwaniem się od źródła – i zaprzeczeniem temu, co jakoby chcemy chronić. Pisze o tym cysters, o. prof. Jan Strumiłowski.

    Duchowny opublikował swój artykuł na łamach portalu Opoka.org.pl. Cysters nie wskazał z imienia, kogo ma na myśli. Redakcja PCh24.pl poleca jednak Czytelnikom zwrócić uwagę zwłaszcza na działalność abp. Carlo Marii Viganò, który oficjalnie ogłosił, że odrzuca prawdziwość pontyfikatu Franciszka i założył swoje własne struktury quasi-kościelne. Ponadto warto uwzględnić kontekst wielu kapłanów, którzy odłączają się od papieża i biskupów, zakładając swoje wspólnoty – niestety, również w Polsce…

    „Niektórzy wprost twierdzą, że hierarchia zaczyna błądzić, a jedynym sposobem na zachowanie wierności depozytowi przekazanemu przez Chrystusa jest założenie jakiejś enklawy działającej niezależnie od pasterzy Kościoła i jego struktur co de facto jest wejściem na drogę prowadzącą do schizmy” – napisał o. prof. Jan Strumiłowski Ocist.

    Kapłan zwrócił w związku z tym uwagę na konieczność postawienia pytania o prawdziwą naturę Kościoła: czy Kościół jest tylko przygodnym narzędziem przekazywania wiary, które katolicy mogą podrzucić, by odrywając się od hierarchii zachować nieskażoną doktrynę? Innymi słowy: „Czy doktryna zachowywana, strzeżona i przekazywana przez Kościół jest niezależna od samej struktury Kościoła i czy możliwe jest trwanie ortodoksyjnej nauki poza ramami tej struktury?”.

    W odpowiedzi cysters wskazał, że Kościół nie jest tworem jedynie ludzkim – nie jest ani uprzedni względem Objawienia, ani wtórnym wobec niego. Kościół – napisał – jest jakby zespolony z depozytem wiary, jest zrodzony z Objawienia.

    „Kościół tymczasem jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Nie jest tylko organizacją, która przechowuje skarb od Chrystusa otrzymany, ale jest mistyczną osobą, Oblubienicą Baranka, która połączyła się z Nim tak ściśle, że stanowią oni (Kościół i Chrystus) jedno ciało. Z tego względu najlepszą definicją Kościoła jest nazywanie go Mistycznym Ciałem Chrystusa – i nie jest to jedynie metafora, ale nazwa wyrażająca najgłębszą rzeczywistość Kościoła” – napisał.

    Kościół jest zatem instytucją bosko-ludzką; tworzy go pierwiastek Boży, który urzeczywistnia się w ludzkiej społeczności. „Nie jest możliwe wydarcie tego nadprzyrodzonego pierwiastka i zachowanie go poza Mistycznym Ciałem Chrystusa, tak jak Boska Osoba Syna Bożego objawiała się w ciele ludzkim Chrystusa, które przyjęła a nie poza Nim” – pisze zdecydowanie ojciec Strumiłowski.

    „W historii chrześcijaństwa pojawiały się koncepcje, które próbowały rozdzielić owe dwa elementy. Niektórzy połączenie boskiego i ludzkiego pierwiastka chcieli upatrywać nie w niezależnym bycie Kościoła, ale w sercu ludzkim. Wiara w Słowo Boże miałaby być cnotą jednoczącą człowieka z Bogiem i zasadniczo jest to oczywiście prawdą. Jednakże wiarę, rozumianą jako cnotę boską otrzymujemy od Kościoła i za jego pośrednictwem. Nie może być ona rozumiana jedynie jako indywidualny akt ludzki, który jednoczy z Bogiem, a dopiero wtórnie wspólnota wierzących tworzy Kościół” – napisał cysters.

    „Koncepcje te oczywiście nie są zgodne z prawowierną nauką. Kościół posiada swoje widzialne i strukturalne ramy i granice” – wskazał. „Kościół z ustanowienia Bożego jest hierarchiczny. Zbudowany jest na fundamencie Apostołów, a zatem poza tym fundamentem i strukturą nie może się urzeczywistniać jako tajemnicza i bliżej nie określona wspólnota duchowa” – podkreślił profesor.

    „Tam gdzie odrywamy się od struktury Kościoła, od Jego ludzkiej warstwy, od hierarchii, której zostało powierzone strzeżenie jego depozytu, tam też mamy do czynienia z oderwaniem od Ducha, który ożywia Kościół. Tak jak członek ciała po amputacji nie zachowuje życia ciała, tak członek Kościoła po akcie apostazji nie może cieszyć się życie Ducha Pańskiego” – stwierdził wreszcie.

    Jak wskazał zakonnik, tożsamość widzialnej struktury Kościoła z Ciałem i Osobą Chrystusa nie sprawia, że Kościół musi być w swojej ludzkiej strukturze zawsze wierny Duchowi, który go ożywia. Kościół nie może zbłądzić w swojej całości – ale jego członkowie, w tym pasterze, są zdolni do błędu.

    „Nawet biskup Rzymu cieszący się charyzmatem nieomylności nie jest wolny od błędu w swoim zwyczajnym i prywatnym nauczaniu” – napisał.

    „Może zdarzyć się (i rzeczywiście w historii się zdarzało), że pasterze, nawet w większości, a nawet sam papież opowiadali się za błędną nauką” – dodał.

    O. prof. Strumiłowski wyjaśnił, jaka jest prawidłowa reakcja na zgorszenia i herezje w Kościele: jest nim miłość i troska o dobra Kościoła, którą kierowali się zawsze święci. Taką drogą nie jest nigdy oderwanie się od widzialnego Kościoła, bo byłoby tożsame z oderwaniem się od samego źródła:

    „Właśnie w natchnieniu tak gorącej gorliwości rodzili się święci, którzy zwalczali herezje i przywracali właściwy porządek w Kościele. Jednakże żaden wierny nie jest w stanie uczynić tego odrywając się od widzialnego Kościoła, gdyż w ten sposób po prostu oderwie się od samego źródła”.

    Jak podkreślił cysters, w obliczu niepokojów wewnątrz Kościoła trzeba kierować się wiernością wobec depozytu wiary, a nawet upominać przełożonych – bo wszyscy w Kościele otrzymaliśmy tego samego Ducha. Nigdy nie wolno jednak „od Kościoła się dystansować czy od niego odłączać, rzekomo ze względu na pragnienie uchronienia ortodoksji, którą przecież od Kościoła otrzymaliśmy”.

    „Zresztą odłączenie się od Kościoła i mniemanie, że mimo tej separacji zachowujemy ortodoksyjną wiarę już jest popadnięciem w herezję, bo już jest odrzuceniem wiary w istotę Kościoła, która jest częścią depozytu, który chcemy ochronić” – zakończył.

    (pełny tekst ojca profesora, dostępny pod adresem: https://opoka.org.pl/biblioteka/P/PR/Strumilowski/czy-mozliwa-jest-wiernosc-ewangelii-poza-widzialnymi).

    PCh24.pl/źródło: Opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIE dla „płci odczuwanej” i „toalet LGBT” w szkołach. Brytyjski rząd po stronie normalności

    (fot. Pixabay)

    ***

    Brytyjski rząd opublikował specjalne wytyczne dla nauczycieli w Anglii. Dotyczą one sposobu zwracania się do uczniów, którzy twierdzą, że są innej płci niż ich płeć biologiczna.

    W ostatnim czasie w Wielkiej Brytanii znacznie wzrosła liczba uczniów, którzy twierdzą, że są innej płci niż ich płeć biologiczna. Na początku domagali się oni, aby przede wszystkim nauczyciele zwraca się do nich „nowym imieniem” i „zaimkiem odpowiednim dla płci, którą się czują”. Z czasem jednak pojawiły się nowe żądania dotyczące (jakże by inaczej) korzystania z toalety i uczestnictwa w zajęciach sportowych.

    Głos w sprawie zabrał brytyjski rząd, który w końcu opublikował zapowiadane od 2018 roku wytyczne w tej sprawie.

    „Nauczyciele i szkoły nie muszą i nie powinny spełniać automatycznie żądań w kwestii imion i zaimków wysuwanych przez dzieci kwestionujących swoją tożsamość, i nie mogą być z tego powodu karane. Zalecone jest bardzo ostrożne podejście przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, w tym okres obserwacji oraz konsultowanie tej kwestii z rodzicami. Ta ostatnia sprawa jest bardzo istotna, bo media wiele razy opisywały przypadki, że szkoły nie informowały rodziców o tym, że ich dziecko kwestionuje swoją płeć i domaga się, by je traktować inaczej niż zgodnie z płcią biologiczną, a czasem wręcz ukrywały ten fakt przed rodzicami”, czytamy w dokumencie.

    „Bezwzględnie muszą zostać utrzymane oddzielne dla obu płci przestrzenie typu toalety, przebieralnie czy prysznice, i uczniowie, którzy twierdzą, że mają inną płeć niż biologiczna, nie mogą korzystać z tych przeznaczonych dla innej płci niż ich biologiczna. (…) Ponadto szkoły niekoedukacyjne mają prawo odmawiania przyjmowania uczniów o odmiennej płci biologicznej, niezależnie od samoidentyfikacji ucznia”, czytamy w wytycznych.

    PCh24.pl/źródło: PAP / oprac. TG

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opowieść byłego biskupa anglikańskiego, który 10 lat temu wstąpił do Kościoła katolickiego

    Ks. Keith Newton

    Carl de Souza | AFP

    ***

    „Ze względu na nasze korzenie anglikańskie być może to właśnie my będziemy szczególnie uzdolnieni do tego, by dotknąć duszy osób, które opuściły łono Kościoła w Wielkiej Brytanii” – opowiada ks. Newton, który wraz z żoną i trójką dzieci przeszli do Kościoła rzymskokatolickiego.

    15 stycznia 2011 r. trzej byli biskupi anglikańscy, a wśród nich m.in. ks. Keith Newton, przyjęli święcenia kapłańskie z rąk katolickiego arcybiskupa Westminsteru Vincenta Nicholsa. Tego samego dnia, dekretem Kongregacji Nauki Wiary, został utworzony ordynariat personalny Matki Bożej z Walshingam, a papież Benedykt XVI mianował jego ordynariuszem właśnie ks. Keitha Newtona. Dziesięć lat później agencja I.MEDIA przeprowadziła z nim wywiad podsumowujący działanie ordynariatu i kreślący jego dalsze perspektywy.Przypominamy ten archiwalny tekst.

    10 lat od dołączenia do Kościoła katolickiego

    10 lat temu, wspólnie z wieloma anglikanami, dołączył Ksiądz do Kościoła katolickiego. Tego samego dnia, na prośbę papieża Benedykta XVI, stanął Ksiądz na czele nowo powstałego ordynariatu Matki Boże z Walshingam. Jak ksiądz świętował ten jubileusz?

    Obchody tego dziesięciolecia zostały oczywiście zaplanowane. Konstytucja apostolska Anglicanorum coetibus [która dotyczy przejścia księży i biskupów anglikańskich do Kościoła katolickiego, w tym także księży żonatych – przyp. red.] została opublikowana w 2009 r. Od tego momentu musiało upłynąć trochę czasu, zanim przystąpiono do tworzenia pierwszego ordynariatu, ustanowionego dokładnie 10 lat temu, w dniu licznych święceń kapłańskich.

    Obchody zostały więc przygotowane zawczasu, ale oczywiście pandemia wszystko pokrzyżowała i nie mogliśmy na nowo ich zaplanować. 15 stycznia odprawiłem mszę świętą. Kolejnego dnia odprawiona została uroczysta msza, która była transmitowana, aby wierni mogli w niej uczestniczyć online.

    Jeśli sytuacja poprawi się w ciągu roku, być może będziemy mogli zorganizować także coś większego.

    Podsumowania

    Czy po upływie 10 lat nadszedł właściwy moment na pierwsze podsumowanie?

    Myślę, że tak. Wiele osób przepowiadało, że szybko przestaniemy istnieć. A jednak nie stało się tak i wciąż jesteśmy na miejscu! Oczywiście, w ciągu tych 10 lat stawiliśmy czoła wielu wyzwaniom, ale wydaje mi się, że jesteśmy lepiej przygotowani, gotowi do spoglądania w przyszłość. Ponieważ zapuściliśmy głębiej naszej korzenie zarówno w Kościele katolickim, jak też w społeczeństwie angielskim i walijskim.

    Mamy ponad stu księży, spośród których blisko 70 ma poniżej 75 lat. Około 30 z nich pracuje w pełnym wymiarze w parafiach ordynariatu. Posiadamy też ok. 25 parafii katolickich na terenie Wielkiej Brytanii, co daje nam przełożenie na lokalne wspólnoty katolickie.

    A ilu wiernych dziś liczycie?

    Nie są to oczywiście wielkie liczby: kilka tysięcy. Ale wiele osób w Kościele katolickim uczestniczy w naszych mszach [sprawowanych w rycie ordynariatu, formie liturgicznej Kościoła katolickiego, inspirowanej tradycjami anglikańskimi – przyp. red.].

    Wnosimy coś nowego w ich katolicką wiarę, w nich samych i szerzej: do Kościoła powszechnego. Jak wiemy, Kościół katolicki w swej historii przeżył trudne czasy w Anglii. Po reformie anglikańskiej w XVI w. przez pewien czas był nawet zdelegalizowany. Zajmuje tu więc inne miejsce niż np. we Włoszech czy Francji.

    ORDINARIAT-ANGLICAN-000_Par3712693.jpg

    ***

    Napotkaliście także problemy finansowe…

    Tak i niemal całkowicie je rozwiązaliśmy. Zaczynaliśmy, nie mając prawie nic. Było to trudne, ale udawało nam się każdego roku utrzymać ster i utrzymać naszą łódź na powierzchni. Dziś pracujemy nad funduszem emerytalnym dla naszych księży emerytów.

    W ostatnich latach zorganizowaliśmy wiele struktur, zwłaszcza materialnych, a także m.in. funkcje wikariusza i różnych odpowiedzialnych. To, rzecz jasna, wymaga czasu i ja zawsze powtarzam, że te działania to raczej maraton, a nie sprint.

    Święty wzór

    Znajdujecie się pod opieką Johna Henry’ego Newmana, który także przeszedł z Kościoła anglikańskiego do katolickiego. Czy był on waszym prekursorem?

    Tak! Jego kanonizacja w 2019 r. była dla nas wszystkich bardzo ważnym i wzruszającym wydarzeniem. Szczególnie poruszyło nas to, że byliśmy świadkami, jak ta wielka postać, która wybrała Kościół katolicki, zostaje kanonizowana i uznana przez ten Kościół za wzór.

    Czy dziś udało wam się zgłębić znaczenie waszej wyjątkowości w Kościele powszechnym?

    Przykład Newmana jest dla nas bardzo inspirujący. On sam w XIX w. planował stworzenie czegoś, co opisał jako „Kościół unicki anglikański” [tzn. pozostający w unii z Rzymem – przyp. red.]. Myślę, że dziś spoglądałby na nasz ordynariat z życzliwością. On, który mówił o swych „przyjaciołach, którzy drżą z zimna na progu Kościoła”.

    Wierzę, że jednym z wielkich znaczeń, jakich może nabrać ordynariat w Kościele powszechnym jest to, że będzie zdolny odnaleźć w sobie tradycje, które są spójne z wiarą katolicką. I połączyć z nimi elementy, które narodziły się podczas reformy anglikańskiej.

    Np. elementy liturgiczne i duchowe, strategie duszpasterskie – oczywiście w zgodzie z nauczaniem Kościoła. Według mnie wielu katolików nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo różnorodny jest dzisiejszy Kościół. I że z tej różnorodności możemy wydobyć bardzo bogate tradycje.

    Czy uważa Ksiądz, że dzięki waszej wyjątkowości udało wam się odnaleźć wasze miejsce?

    Jesteśmy pierwszą grupą od czasów reformy anglikańskiej, która wyznacza oficjalnie drogi powrotu do Kościoła. Nawet jeśli jesteśmy małą grupą, to – jak powiedział Benedykt XVI – nasze wysiłki są „prorocze”.

    To pokazuje, co może się wydarzyć, co jest możliwe. Nasza organizacja inspiruje się przeszłością, pierwszymi nawróceniami, licznymi wysiłkami podejmowanymi przez Watykan, które, zwłaszcza od czasów Pawła VI, doprowadziły do sytuacji, w której znajdujemy się dziś.

    Ale to wszystko sprawia, że zwracamy się przede wszystkim w stronę przyszłości, w stronę tego, co jest możliwe do zrealizowania. Na łonie Kościoła wierni nie są „wchłaniani”, ale szanowani, jako równi w swej różnorodności. To jest siłą Kościoła katolickiego: gromadzenie w autentycznej komunii różne grupy osób. Żadna inna religia nie jest w stanie dziś tego uczynić.

    Wizja przyszłości

    Jakie działania podejmuje dziś ordynariat w kwestii badań nad jednością Kościoła? Czy istnieje dziś dialog, zwłaszcza z Kościołem anglikańskim?

    Nie mamy szczególnie silnych więzi z Kościołem anglikańskim. Osobiście mam przyjaciół anglikanów, znam anglikańskich biskupów i często mam okazję z nimi dyskutować. Wierzę, że pojawiło się nieco resentymentów po utworzeniu ordynariatu i przejściu naszych wiernych do Kościoła katolickiego.

    Uważam, że próba zrozumienia tej sytuacji może inspirować. Bo jeśli cały czas powtarzamy, że jedność jest tym, czego pragnie Chrystus, to wszystko, co prowadzi w kierunku tej jedności powinno być odbierane jako coś dobrego. Myślę, że ekumeniści dopiero od niedawna zdają sobie sprawę ze znaczenia ordynariatu w tej perspektywie.

    Przez większość czasu próbują oni zrozumieć odmienne punkty widzenia, co jest dobre. Jednak nie zawsze zastanawiają się nad tym, co w praktyczny sposób prowadzi ku tej poszukiwanej jedności. O ile wiem, jesteśmy jedynymi osobami w Kościele katolickim, które wykonały ten krok w kierunku jedności.

    Po pierwszych dziesięciu owocnych latach, jakie są najważniejsze cele, na jakich chcecie koncentrować się przez najbliższe dziesięciolecie?

    Mamy nadzieję, że za 10 lat będzie istniało ok. 25 stabilnych wspólnot ordynariatu na terenie całego naszego kraju. Dołożymy wszystkich starań, by się rozwijały. To oznacza również, że najmniejsze grupy znikną: wiemy o tym i tego się spodziewamy.

    Nie znaczy to jednak, że nie będziemy zajmować się nową ewangelizacją, która znajduje się w sercu naszego istnienia. Bowiem jako ewangelizatorzy mamy wobec wszystkich misję, która nas angażuje. Często oznacza ona przyprowadzanie ludzi do Kościoła, co jest niezwykle ważne w naszych czasach. Ale mamy też o wiele ważniejszą powinność wobec świata: wychodzić na zewnątrz i głosić mu Dobrą Nowinę.

    I, patrząc z tej perspektywy, wiele parafii na terenie Anglii i Walii nie jest dziś wystarczająco silnych. Ze względu na nasze korzenie anglikańskie być może to właśnie my będziemy szczególnie uzdolnieni do tego, by dotknąć duszy osób, które opuściły łono Kościoła na naszych terenach.

    To zaleta tej swojskości, którą proponujemy. W tej optyce chcemy nadal próbować realizować wizję konstytucji apostolskiej Anglicanorum coetibus. Czynimy to, pielęgnując więzi jedności i promując ten cenny dar, jako środek do budowania jednego Ciała Chrystusa, którym, za sprawą Miłości jest Kościół.

    Agencja I.Media/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    John Henry Newman: anglikański ksiądz, który wybrał katolicyzm i znalazł odpowiedź na bezbożne czasy

    JOHN HENRY NEWMAN

    Emmeline Deane | Public Domain

    ***

    Newman mówił, że „każde dziecko dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Relacja z Bogiem musi mieć solidną intelektualną podbudowę. Bez tego nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Kanonizacja kard. Newmana

    Wielokrotnie zdarzało mi się odpowiadać na dręczące pytanie moich przyjaciół i znajomych: dlaczego ciągle jesteś w Kościele, który jest aż tak niemoralny? Po skandalach seksualnych objawił się raz jeszcze dojmujący konkret, że katolickie duchowieństwo to grupa, która nieustannie zdradza Jezusa Chrystusa i Ewangelię. Można i trzeba być dziś chrześcijaninem w innej wspólnocie…

    Inni w swych oskarżeniach szli jeszcze dalej: chrześcijaństwo jest głównym sprawcą zła, które się dzieje we współczesnych społeczeństwach. Ta irracjonalna wiara w „boga, którego urodziła dziewica i który jednocześnie był swoim ojcem” (jak drwiąco zauważył w korespondencji ze mną jeden ze znanych polskich pisarzy) nie różni się niczym od wiary w krasnoludki, a światu od wieków przynosi więcej szkody niż pożytku.

    Myśląc o tych atakach, często wracałem do postaci i dzieła bł. kard. Johna Henry’ego Newmana, który 13 października 2019 roku został ogłoszony przez papieża Franciszka świętym. Jestem pewien, że ta kanonizacja może być drogowskazem dla wielu katolików na świecie. Newman często bowiem w swym życiu spotykał się z atakami na swoją wiarę w Chrystusa, jak i Kościół, do którego z wolnego wyboru postanowił przynależeć.

    Duchowa przemiana Newmana

    Przyszły katolicki kardynał urodził się w Londynie w 1801 r. w rodzinie bogatego bankiera. Był najstarszym z sześciorga dzieci. Ojciec nie bardzo interesował się religią, choć przykładnie chadzał z bliskimi na anglikańskie nabożeństwa. Matka wywodziła się z rodu francuskich hugenotów. Dbała o religijne wychowanie dzieci.

    Jednak Johna Henry’ego religia zbytnio nie zajmowała aż do ukończenia przezeń 15. roku życia. Był wtedy uczniem elitarnej szkoły w Ealing. Czytał z upodobaniem Woltera, Hume’a i Paine’a. Podobał mu się sceptyczny, antychrześcijański wydźwięk dzieł tych autorów.

    W tym czasie w jego rodzinie wydarzyła się poważna katastrofa. Prowadzony przez ojca bank zbankrutował. John Henry nie mógł nawet dostać od rodziców pieniędzy, by wrócić do rodzinnego domu. Pomógł mu wtedy jeden z nauczycieli – Walter Mayers, który kilka lat wcześniej przeżył wewnętrzne nawrócenie w duchu ewangelikalnym.

    Ów szkolny profesor podsuwał Newmanowi pobożne lektury. Skutek był taki, że i sam 15-letni John Henry doświadczył wkrótce intensywnej duchowej przemiany. Wspominał po wielu latach, że istnienie Boga ukazało mu się nagle jako coś bardziej pewnego niż to, że ma ręce i nogi. Wiara ta nie miała jednak nic wspólnego z mistycyzmem. Opierała się głównie na uczuciach i mocnym (ważnym w protestantyzmie) przekonaniu o usprawiedliwieniu płynącym z samej wiary w moc zbawczą Chrystusa.

    Kapłaństwo

    Niedługo po tym doświadczeniu Newmanowi udało się wstąpić na Uniwersytet w Oksfordzie. Po kilku latach dołączył do kolegium Oriel, gdzie znalazł krąg przyjaciół, w którym mógł toczyć pasjonujące debaty również na tematy religijne.

    Postanowił zostać anglikańskim księdzem. Święcenia przyjął w 1824 r. Mimo że nie miał zdolności oratorskich, jego kazania cieszyły się w Oksfordzie wielką popularnością. Od 1828 r., gdy Newmana mianowano wikariuszem w uniwersyteckiej kaplicy św. Marii, słuchać go przychodziły tłumy.

    Pod wpływem intelektualnych dyskusji z innymi członkami Oriel College Newman zaczął odchodzić od emocjonalnego traktowania wiary – charakterystycznego dla wyznawanego przezeń dotąd kalwińskiego z ducha ewangelicyzmu. Poświęcał wiele czasu na studia nad pismami Ojców Kościoła (przede wszystkim św. Ireneusza, św. Atanazego, św. Hieronima).

    Kolejny ważny przełom nastąpił w jego życiu w 1833 r. Podróżował wówczas po Sycylii, gdzie zapadł na gorączkę tyfusową. Ledwo uszedł z życiem. Uznał to uzdrowienie za znak działania Bożej Opatrzności. Uwierzył, że Bóg, darowując mu życie, przeznaczył go do wykonania jakiegoś szczególnego zadania.

    Droga do katolicyzmu

    Po powrocie do Anglii zaczął wraz ze swymi przyjaciółmi wydawać „Traktaty dla Czasów” – cyklicznie ukazujące się eseje o znaczeniu chrześcijaństwa w historii i współczesnej epoce. Dało to początek słynnemu „ruchowi oksfordzkiemu”.

    Newman i inni jego członkowie (zwani „traktarianami” od tytułu cyklicznie ukazujących się tekstów) chcieli widzieć w Kościele anglikańskim tzw. via media – pośrednią drogę między „bałwochwalczym, kierowanym przez Antychrysta” katolicyzmem a „ludowym protestantyzmem”, w którym emocje brały górę nad intelektualną refleksją nad wiarą. Uważali, że tylko w ten sposób można będzie się przeciwstawić widocznym już wtedy sekularyzacyjnym tendencjom.

    Po kilku latach intensywnych studiów, refleksji i modlitwy Newman uznał jednak, że anglikanizm nie ma w sobie takiej mocy. W 1845 r. postanowił ostatecznie przejść na katolicyzm. Rok później przyjął w Rzymie święcenia kapłańskie.

    Ja i Bóg, a między nami szczególna relacja

    Bł. Pius IX zlecił mu zakładanie wspólnot oratoriańskich w Anglii. W związku z konwersją na katolicyzm Newman musiał opuścić ukochany Oksford. Od 1848 r. przewodził lokalnej oratoriańskiej parafii w Birmingham.

    Newman głosił z pełnym przekonaniem, że każdy człowiek jest w stanie sobie uświadomić, że istnieją tylko dwie pewne rzeczywistości w jego egzystencji: on sam i Bóg. Między tymi dwiema rzeczywistościami wydarza się szczególna relacja, która najwłaściwsze swe spełnienie znajduje w kontemplacji Bożego istnienia.

    Dla Newmana refleksja nad religijną wiarą łączyła się zatem z modlitwą. W jednej ze swoich medytacji tak oto w charakterystyczny dla siebie sposób zwracał się bezpośrednio do Boga:

    Ty podtrzymujesz wszystko w życiu i działaniu, aż osiągnie swój cel. Żaden gad, żaden owad nie ma życie sam z siebie, Ty mu je dajesz, gdy nadchodzi jego czas. Żaden grzesznik, żaden bałwochwalca, żaden bluźnierca ani ateista nie żyje inaczej, jak za Twą sprawą, a to po to, by mógł się nawrócić. Jesteś tak troskliwy i czuły wobec każdej z istot, którą stworzyłeś, jakby tylko ona była na całym świecie. Bo Ty możesz widzieć każdą z nich od razu i kochasz każdą z nich, zanurzoną w swym śmiertelnym życiu, i dla każdej jesteś wsparciem: mocą pełni swoich przymiotów, jakbyś cały tego pragnął i służył im dla ich wyłącznego dobra.


    Mój Boże, kocham kontemplować Ciebie jako cudownego Pracownika, który trudzi się nad wszelkimi rzeczami, każdego dnia i w każdym miejscu.

    Należy zawsze słuchać sumienia

    Newman zdawał sobie przy tym mocno sprawę, że kontemplacja Boga nie powinna się opierać tylko na emocjach i afektach. Musi mieć solidną intelektualną podbudowę, bez której nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Dlatego Newman z całym przekonaniem mówił w jednym ze swoich kazań, że „każde dziecko, dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Chrześcijanin musi zatem starać się żyć w obecności Boga, ale musi też starać się o intelektualne wsparcie dla swej wiary i wynikających z niej działań.

    Z tego powodu Newman podkreślał dobitnie wagę sumienia. Nie było ono dla niego – wbrew popularnej w Anglii tradycji – ośrodkiem moralnych emocji i odczuć. Jego zdaniem w sądach sumienia odzywa się głos Boga, ale ich źródłem jest przede wszystkim ludzki rozum. Zatem:

    Należy słuchać sumienia, bez względu na to, czy jego decyzje są słuszne czy błędne, i bez względu na to, czy błąd jest winą błądzącego czy nie. […] Oczywiście, jeśli człowiek jest winien błędu, którego mógłby uniknąć, gdyby sprawę zbadał poważniej, to jest odpowiedzialny przed Bogiem za ten błąd, ale mimo to, jak długo jest w tym błędzie, musi działać według niego, bo szczerze uważa błąd za prawdę.

    Newman uważał przy tym, że indywidualne błędy sumień mogą się komasować w różnych okolicznościach historycznych. I tym zbiorowym fałszywym sądom chrześcijaństwo powinno dać intelektualny odpór, jak w IV w. ortodoksyjni chrześcijanie dali odpór biskupom Kościoła, którzy w większości uznali doktrynę ariańską za prawdę.

    Odpowiedź kard. Newmana na nowe czasy

    Inna rzecz, że XIX w. oznaczał dla Newmana początek czasu bardzo szczególnego. W jednym ze swoich kazań mówił:

    Myślę, że próby, jakie są przed nami, przeraziłyby i przyprawiłyby o zawrót głowy nawet tak mężne głowy jak św. Atanazego i św. Grzegorza. Wyznaliby oni, że ciemność, jako perspektywa ich czasów, istniała dla nich indywidualnie, nasze czasy odznaczają się ciemnością jakościowo różną od tej, jaka była kiedykolwiek przedtem […]. Chrześcijaństwo nigdy nie miało do czynienia ze światem po prostu bezbożnym.

    Wydaje się, że Newman trafnie rozpoznał epokę, w której i my żyjemy. Jednak nie wzywał do braku nadziei. Uważał, że chrześcijaństwo musi dawać odpowiedź światu w każdych okolicznościach.

    Nigdy nie jest to, jak wierzą dziś niektórzy tradycjonaliści, odpowiedź niezmienna. Prawdziwa doktryna rozwija się i dlatego kształt autentycznych chrześcijańskich odpowiedzi może się różnić i formą, i treścią w różnych historycznych kontekstach.

    Papież Leon XIII uwierzył tym intuicjom Newmana, gdy w 1879 r. mianował go kardynałem. Nie inaczej jest pewnie w przypadku papieża Franciszka, który postanowił ogłosić świętym tego zmarłego w 1890 r. angielskiego chrześcijańskiego myśliciela świętym Kościoła.

    I to w czasie obrad Synodu Amazońskiego, ogłoszonego przez niektórych katolików „początkiem końca katolicyzmu”. Ci jednak zdają się nie podzielać newmanowskiej nadziei – wyrażonej w zdaniach, które ongiś zacytował na Westerplatte św. Jan Paweł II:

    Wasza siła jest w waszym Bogu i w waszym sumieniu […]. Tym, czego brak wyczuwam u katolików, jest zdolność do uwydatnienia tego, czym jest religia […]. Pragnę ludzi, którzy znają swoją religię, którzy w nią wnikają, którzy dokładnie wiedzą, na czym stoją, którzy wiedzą, co uznają, a czego nie, którzy tak dobrze znają swoje wyznanie wiary, że potrafią je wytłumaczyć, którzy tyle wiedzą z historii, że potrafią jej bronić.

    Sebastian Duda/Aleteia,pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Natychmiast idź pod ten adres, bo tam człowiek umiera”. Niezwykłe świadectwo działania św. Józefa

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    „Natychmiast idź pod ten adres, bo tam człowiek umiera”. Niezwykłe świadectwo działania św. Józefa

    Podczas spotkania księży diecezji przemyskiej, które odbyło się 70 lat temu, jeden z kapłanów opowiedział o niezwykłym wydarzeniu, jakiego doświadczył na 9 lat przed wybuchem drugiej wojny światowej.

    Oto świadectwo złożone przez o. Dominika Busztę, opublikowane na oficjalnej stronie Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu:

    „W roku 1930 ksiądz Adam Sikora pracował jako wikariusz parafii w Borysławiu. Pewnego razu, gdy wieczorem położył się do łóżka i już zasnął, ktoś mocno zapukał do zamkniętej okiennicy, obudził go i natarczywie wołał: „Proszę zaraz iść do chorego, który dogorywa w bloku przy ul. Sobieskiego nr 50 na drugim piętrze”. Ksiądz wstał, wyszedł na ganek by zobaczyć osobę, która by go zaprowadziła do chorego, ale nikogo nie było. Wrócił więc do mieszkania i położył się do łóżka. Po krótkim czasie usłyszał ponowne pukanie i natarczywe wołanie by szedł do chorego. Wyszedł na ganek, ale nie było człowieka, który go wzywał. Pomyślał więc, że jest to jakaś prowokacja. Może zbuntowani Ukraińcy chcą go nocą wyciągnąć z domu i zamordować. Położył się do łóżka, ale tym razem już w ubraniu. Za chwilę, mimo zamkniętych drzwi, wchodzi bez pukania do mieszkania starszy wiekiem mężczyzna, zbliża się do łóżka, chwyta leżącego księdza, wyrzuca z łóżka i mówi surowym rozkazującym głosem: „Natychmiast idź pod wskazany adres, bo ten człowiek umiera!” Po tych słowach tajemnicza postać znikła.

    Ksiądz zrozumiał, że ma do czynienia z jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem, któremu oprzeć się nie wolno. Śpieszy do kościoła, bierze z tabernakulum Najświętszy Sakrament, zabiera święte oleje i idzie na ul. Sobieskiego pod numer 50. Dzwoni do bramy i oznajmia stróżowi, że jest wezwany do chorego. Stróż zdziwiony odpowiada, że nic mu nie wiadomo, aby tu ktoś chorował i wzywał w nocy księdza. Gdy ksiądz informuje go, że potrójnym pukaniem do mieszkania ktoś go wzywał pod ten adres, bo na drugim piętrze umiera człowiek, stróż przypomniał sobie, że faktycznie jest tam chory lekarz, ale jest to człowiek niewierzący, który może księdza nie przyjąć. Na prośbę księdza prowadzi go na drugie piętro i wskazuje mieszkanie chorego. W drzwiach ukazuje się żona lekarza i pyta: „Kto księdza tu sprowadza o takiej porze? Przecież ani mąż ani ja nie prosiliśmy, bo oboje jesteśmy niewierzący; zbyteczna fatyga księdza”. Ksiądz powiedział, że wezwał go do chorego jakiś starszy mężczyzna, wskazał mu dokładny adres i zmusił by się tu udał.

    Zaskoczona tą relacją żona decyduje się wprowadzić księdza do pokoju chorego. Na widok księdza chory zaintrygowany pyta: „Kto księdza tu sprowadza do mnie?” Ksiądz opowiada mu przebieg potrójnego wezwania przez jakiegoś starszego człowieka z siwą brodą, który po prostu wyrzucił go z łóżka i nakazał śpieszyć do chorego pod wskazany adres. Lekarz zamyślił się i polecił żonie, by przyniosła z sąsiedniego pokoju wiszący na ścianie obraz. Ksiądz poznaje, że to właśnie ten człowiek z obrazu wezwał go do chorego. Wtedy lekarz rozrzewnionym, drżącym głosem opowiedział jak to jego umierająca matka ten obraz świętego Józefa przekazała mu wraz z przepisaną na kartce modlitwą do świętego Józefa o szczęśliwą śmierć i nakazała mu, aby tę modlitwę odmawiał przez całe życie. I mówił dalej: „Chociaż straciłem wiarę i nie wierzyłem w Boga wraz z żoną, to jednak by dotrzymać słowa danego matce tę modlitwę machinalnie odmawiałem. Teraz widzę, że św. Józef nie pozwolił mi zginąć marnie. Proszę mnie wyspowiadać i pojednać z Bogiem.” Po spowiedzi przyjął pobożnie Komunię świętą jako Boski Pokarm na drogę wieczności oraz sakrament namaszczenia świętym olejem, gorąco dziękując młodemu kapłanowi, który o tej porze przybył do niego.

    Ksiądz wyszedł zadowolony z wyświadczonej choremu posługi i skierował się do wyjścia. Nie zdążył dojść do windy, gdy nadbiegła żona chorego i płacząc zawołała: „Księże, mój mąż kona!” Wrócił więc kapłan by odmówić modlitwy za konającego. Katolicki pogrzeb odprawił ksiądz Adam na prośbę doktorowej.

    Powyższą historię o św. Józefie, patronie dobrej śmierci opowiedział sam ks. Adam Sikora na spotkaniu księży diecezji przemyskiej w roku 1954”.

    ren/swietyjozef.kalisz.pl, fronda.pl


    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWY ROK PAŃSKI 2024

    UROCZYSTOŚĆ

    ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI MARYI

    Święto dwóch tajemnic

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Nowy Rok wierni są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej

    W Kościele katolickim Nowy Rok Pański rozpoczynamy uroczystością Świętej Bożej Rodzicielki Najświętszej Maryi Panny. W tym roku 2024 przypada ten dzień w poniedziałek. Jest to święto nakazane. W związku z tym, zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, katolicy mają obowiązek uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    fot. Cathopic

    ***

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego można uczestniczyć w samym w dniu święta lub wieczorem dnia poprzedzającego, czyli w wigilię święta. Jeżeli bez poważnego powodu ignorują ten obowiązek – popełniają grzech ciężki. Do świąt nakazanych należą, oprócz wszystkich niedziel, takie uroczystości jak:

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki – 1 stycznia
    Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli) – 6 stycznia
    Niedziela Wielkanocna – święto ruchome
    Wniebowstąpienie Pańskie – święto ruchome
    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki) – święto ruchome
    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało) – święto ruchome
    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – 15 sierpnia
    Uroczystość Wszystkich Świętych – 1 listopada
    Uroczystość Narodzenia Pańskiego – 25 grudnia

    W kalendarzu liturgicznym jest bardzo wiele różnych uroczystości, w których warto abyśmy my – chrześcijanie brali w nich udział. Kościół zachęca, aby również w te dni uczestniczyć we Mszy świętej. Do takich świąt zaliczają się między innymi:

    Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej) – 2 lutego
    Środa Popielcowa – święto ruchome
    Uroczystość Zwiastowania Pańskiego – 25 marca
    Triduum Paschalne – święto ruchome
    Poniedziałek Wielkanocny – święto ruchome

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski – 3 maja
    Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła – 29 czerwca
    Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – 8 grudnia
    Wspomnienie św. Szczepana (Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia) – 26 grudnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Nowym Roku Pańskim 2024 módlmy się słowami Psalmisty: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zdobyli mądrość serca”.

    „Czas jest darem Bożym… Każdy dzień jest dla nas darem Bożej miłości… Jedynie tylko Pan Bóg wie, jaka będzie przyszłość. My natomiast wiemy, że będzie to przyszłość łaski, że będzie to wypełnienie się Bożego planu miłości wobec całej ludzkości i wobec każdego człowieka. Dlatego też, patrząc w przyszłość, bądźmy pełni ufności i nie poddawajmy się lękowi” – św. Jan Paweł II, 19.11.1997.

    fot. ze strony: Klasztor Sióstr Bernardynek w Zakliczynie

    ***

    10 postanowień noworocznych dla katolika!

    (proponowane przez Łukasza Witkiewicza/Aleteia.pl)

    Oto postanowienia dla ludzi wierzących, czyli takich, którzy mają wiarę, że ich działanie coś zmieni, a świat stanie się może odrobinę lepszy. Sprawdź czy znajdziesz tu coś dla siebie!

    Epifania i Niedziela Chrztu Pańskiego to ostatnie akordy bożonarodzeniowego świętowania. Już za chwilę oswoimy się z pisaniem nowej daty, nowy rok zacznie się starzeć, a zielone ornaty kapłanów obwieszczą nadejście okresu zwykłego.

    Psychologowie twierdzą, że styczeń nie jest najlepszym miesiącem na podejmowanie nowych wyzwań. Coś jest na rzeczy, skoro już pod koniec miesiąca karty na siłownie masowo lądują w koszach na śmieci, a podręczniki i pomoce do nauki języków zaczynają pokrywać się coraz grubszą warstwą kurzu. W czasie kiedy natura śpi, a większą część dnia spowija ciemność, nasze organizmy skłaniają się raczej do zimowego snu, a nie ku nowym challenge’om.

    A może dzieje się tak, bo brak nam silnej woli, motywacji i wiary, że nowe przedsięwzięcia mogą coś zmienić w naszym życiu? Dlatego proponujemy postanowienia dla ludzi wierzących, czyli takich, którzy mają wiarę, że ich działanie coś zmieni, a świat stanie się może odrobinę lepszy.

    Te zobowiązania nie muszą być podjęte od razu. Wystarczy, by dobre zmiany wydarzyły się w tym roku – może w czasie wielkiego postu, w wakacje, w nowym roku szkolnym lub rzutem na taśmę – podczas adwentu? Jeśli uda się dokonać zmiany w choć w jednej sferze życia, to już będzie bardzo dobrze!

    Nie zaplanowałeś jeszcze noworocznych postanowień? Rzuć okiem na tę listę! Może to coś zmieni?

    1. Naucz się planować czas

    Serio? 24 godziny na dobę z rozpiską albo aplikacją do planowania zajęć? Czy ja jestem jakimś robotem? Nie chcę, by rządził mną terminarz! Bez obaw: nie o to tutaj chodzi. Czas jest dziś niezwykle deficytowym towarem. Pamiętajmy jednak, że jest też darem od Boga. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę większość zgromadzeń zakonnych. Tam każdy dzień jest zaplanowany. Zapiskach więziennych bł. Stefana Wyszyńskiego można znaleźć szczegółowy plan dnia rozpisany przez kardynała. Rutyna była dla niego jednym ze sposobów, by przetrwać ciężki czas internowania.

    Tobie też będzie łatwiej, kiedy kosztem spontaniczności (która w tym przypadku nie jest zaletą) zachowasz zdrowe proporcje pomiędzy pracą, nauką, modlitwą, odpoczynkiem i czasem dla bliskich. Plan możesz rozpisać na kartce, w terminarzu lub ułożyć w specjalnych aplikacjach. Warto zdać sobie sprawę, że czas jest wartością, która znika bezpowrotnie, lecz przy odrobinie wysiłku i dyscypliny możesz nią właściwie dysponować.

    2. Znajdź czas dla bliskich

    Brzmi ogólnie i banalnie? Uwierz, że w tym przypadku chodzi o konkret! A dokładnie: o wyznaczenie czasu na pogłębianie relacji z dziećmi, żoną, rodzicami czy parafianami. Jeśli wydaje ci się to nieco… sztuczne, wykonaj pewien eksperyment – spróbuj każdego dnia, przez powiedzmy miesiąc, spędzić z bliskim (np. z dziećmi) 15 minut dziennie. Wydaje się proste, ale… Zresztą zacznij i sam przekonaj się, czy coś się zmieniło. Potem możesz stopniowo starać się wydłużać ten czas. W jaki sposób? Patrz punkt 1.

    3. Mniej scrolluj, więcej czytaj

    Przyznaj się – tylko szczerze – ile czasu przeznaczasz na scrollowanie, podczas którego czytasz tylko nagłówki? Przypuszczam, że stanowczo za dużo… A ile książek zdołałeś przeczytać w zeszłym roku? Według badań Biblioteki Narodowej, od kwietnia 2021 do marca 2022, co najmniej jedną książkę przeczytało 38% Polaków. Przeczytaj chociaż jedną książkę miesięcznie, a zobaczysz, że zmiana będzie kolosalna. Możesz zdecydować się na literaturę popularną, ale możesz też sięgnąć po trochę głębsze i bardziej wartościowe treści.

    4. Zaangażuj się

    Ta sugestia dotyczy przede wszystkim panów. Jeśli chodzi o aktywność w Kościele, to prochu nie odkryjemy, ale wiadomo, że płeć piękna bije mężczyzn na głowę. Dlatego coraz częściej z przekąsem mówi się o Kościele Żeńskokatolickim. Podobno większość mężczyzn nie lubi chodzić do kościoła, bo się tam nudzi. Znana prawda głosi, że facet musi mieć konkretne zadanie do wykonania. Czyli, jeśli Msza św. cię nuży, zostań ministrantem, a wtedy na każdej Eucharystii będziesz miał jakieś zadania do wykonania. Nie zasłaniaj się wiekiem – są tacy, którzy „reaktywowali się” do służby liturgicznej po 30-letniej przerwie.

    A może lepszym pomysłem będzie zaangażowanie się w działanie jakiejś typowo męskiej wspólnoty? Przeważa tam zwykle formacyjny konkret. Nie bój się dołączyć do grona aktywnych: satysfakcja gwarantowana!

    5. Weź udział w nabożeństwach wynagradzających

    Jeśli aktywność w parafii to za mało, zawsze możesz przyłożyć rękę do… ratowania świata. Brzmi górnolotnie i mało wiarygodnie, ale… Kiedy 10 grudnia 1925 r. Matka Boża z Dzieciątkiem ukazała się Siostrze Łucji – jednej z fatimskich wizjonerek, poprosiła właśnie o wynagradzanie jej Niepokalanemu Sercu.

    Maryja wskazała też, jak należy odprawiać nabożeństwo; przez pięć kolejnych pierwszych sobót miesiąca należy przystąpić do spowiedzi, przyjąć komunię, odmówić część różańca, oraz przez 15 minut towarzyszyć Jej na rozważaniu tajemnic różańcowych. Pamiętajmy, że nie jest to czas, w którym wypraszamy łaski lub dziękujemy za wstawiennictwo Maryi. Modlimy się w intencji wynagradzającej Najświętszej Maryi Pannie za bluźnierstwa, zniewagi i inne grzechy raniące Jej Niepokalane Serce. Co ważne, nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca nie tylko ratują dusze grzeszników przed potępieniem, ale wypraszają pokój na świecie, czyli mówiąc wprost – ratują świat! A jak ważny jest teraz udział w nabożeństwach, które niosą pokój w Polsce A.D. 2023 graniczącej z Ukrainą, chyba nie trzeba pisać.

    6. Przeczytaj Pismo Święte w rok

    Biblię czytamy najczęściej fragmentami. A gdyby tak w tym roku przeczytać ją w całości? Od deski do deski lub raczej od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. To naprawdę możliwe! W dodatku zajmuje to jedynie ok. 20-30 minut dziennie. Przy okazji warto posłuchać też konferencji biblijnych – stacjonarnych lub online. Wtedy poznawanie Słowa Bożego może stać się prawdziwą przygodą. Warto też zajrzeć do lektur uzupełniających (i obowiązkowych!). Dobrymi propozycjami na początek są Krąg Biblijny Romana Brandstaettera i powieść Przymierze Zofii Kossak- Szczuckiej.

    7. Zawierz się odpowiednim osobom

    Dlaczego warto zawierzyć się Matce Bożej lub św. Józefowi? Odpowiedź jest prosta i logiczna: skoro sam Bóg Ojciec powierzył im w opiekę swojego Syna, to dlaczego my sami mielibyśmy tego nie zrobić? Zanim jednak zdecydujesz się podpisać Akt zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi lub Akt konsekracji św. Józefowi, przygotuj się do tego przez odpowiednią formację. Bardzo popularną formułą „zawierzeniową” są 33-dniowe rekolekcje.

    Tym, którzy chcą przejść taką formację i powierzyć się ziemskiemu opiekunowi Pana Jezusa, polecamy książkę Konsekracja św. Józefowi, której autorem jest ks. Donald H. Calloway.

    8. Uporządkuj finanse

    Czasy nie są łatwe, ale mówi się, że aktualny kryzys jest dla nas szansą. Może właśnie w tym roku zmobilizujesz się do wdrożenia nawyku planowania rodzinnego budżetu? Może postarasz się wyjść z długów lub zbudować poduszkę finansową? Trudne czasy mogą być impulsem, by podjąć dobre decyzje (nie zawsze łatwe) i powierzyć tę sferę życia Bogu. Polecam sięgnąć po książkę Uzdrowienie finansów. Jak z Bożą pomocą wyjść z długów małżeństwa Małgorzaty i Wojciecha Nowickiego, którzy dzielą się w niej swoją wiedzą i doświadczeniem Bożej ekonomii.

    9. Czyń dobro, ale rób to mądrze

    Przeznaczanie części zarobków na pomoc innym to piękny zwyczaj. W jaki sposób to zrobisz – ta decyzja należy do ciebie. Potrzeb jest mnóstwo, ale dobro należy czynić „z głową”. Dlatego najpierw starannie przemyśl i przemódl swój pomysł na dobroczynność.

    Jak już podejmiesz decyzję, możesz ułatwić sobie sprawę ustawiając stałe zlecenie przelewu na wybrany cel; na koncie bankowym lub na stronie organizacji charytatywnych.

    A może będziesz zamawiać intencje mszalne? Poproś księdza o odprawienie mszy św. za solenizantów, jubilatów czy przy okazji innych, ważnych wydarzeń. Nie zapominaj też o zmarłych! Duszom przebywającym w czyśćcu nic tak nie pomaga, jak właśnie sprawowana w ich intencji Eucharystia.

    10. Zadbaj o siebie

    Jeśli tego nie zrobisz, prawdopodobnie nie zdołasz nic zmienić. Nie będziesz też w stanie pomagać innym. Mało tego, sam będziesz potrzebował pomocy od nich. Słyszałeś, że słynna sentencja św. Tomasza z Akwinu – „łaska buduje na naturze” – brzmi dalej: „na naturze najedzonej i wyspanej”?! Nie wystarczy życzyć sobie „zdrówka, zdróweczka” – do sprawy należy podejść mniej życzeniowo, a bardziej konkretnie. Kompleksowe badania lekarskie wraz ze skanem całego organizmu to jeden z pomysłów do zrealizowania w najbliższym kwartale.

    Dbanie o siebie polega też na odpoczynku. Może weźmiesz w tym roku dłuższy urlop? Może wrócisz do zawieszonej na kołku pasji? Rozumiem natłok obowiązków, ale pamiętaj, że masz prawo do przyjemności!

    Co powiesz na „duchowe SPA”? Oferta rekolekcji i rozmaitych kursów czy warsztatów jest naprawdę imponująca. A może warto zainwestować wreszcie w terapię lub program 12 kroków? Owoce mogą być naprawdę zbawienne :-).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC STYCZEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się do Ducha Świętego, aby pomógł nam rozeznać dary różnych charyzmatów we wspólnotach chrześcijańskich i odkryć bogactwo wielu tradycji liturgicznych wewnątrz Kościoła.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Każdy Nowy Rok Pański Kościół rozpoczyna uroczystością Bogurodzicy Dziewicy, Bogiem sławionej Maryi. Dlatego u progu 2024 roku zwracamy się do Ciebie Boża Matko z ufną prośbą, abyś wyjednała u Syna Twego dar pokoju w naszych sercach na ten nowy czas, który jest przed nami. I ucz nas zaufania w każdej sytuacji przez jaką trzeba będzie nam przechodzić na tym padole.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Tajemnice Różańca wraz z intencjami na miesiąc styczeń 2024 zostały wysłane drogą mailową w niedzielę 31 grudnia 2023 z adresu e-rozaniec@kosciol.org 

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/ Rita Laura, Cathopic

    *****

    „W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją”.

    św. s. Faustyna o modlitwie różańcowej

    Różaniec to skuteczna modlitwa za konających i dusze w czyśćcu. To także ochrona przed złymi duchami. Święta s. Faustyna sięgała po różaniec również przed podjęciem trudnych decyzji oraz w czasie rozeznawania. To modlitwa, dzięki której doświadczała Bożej obecności!

    Dzienniczku św. siostry Faustyny znajdziemy fragmenty obrazujące niezwykłą siłę modlitwy różańcowej. Co o różańcu mówiła św. s. Faustyna?

    Skuteczna modlitwa za konających

    W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami. Po skończonym różańcu zaczęłyśmy różne modlitewki za konających. Po skończonych modlitwach wychowanki zaczęły sobie wesoło rozmawiać. (135) Pomimo ich gwaru usłyszałam w duszy te słowa: Módl się za mnie. Kiedy nie mogłam dobrze zrozumieć tych słów, odsunęłam się o parę kroków od wychowanek, zastanawiając się, kto by to był, co mi każe się modlić. Wtem usłyszałam te słowa: Jestem siostra138… – ta siostra była w Warszawie, a ja obecnie w Wilnie – módl się za mnie, aż ci powiem, kiedy masz przestać; jestem w konaniu. Natychmiast zaczęłam się gorąco za nią modlić do konającego Serca Jezusowego – która nie dając mi wytchnienia – modliłam się tak od godziny trzeciej do godziny piątej. O godzinie piątej usłyszałam te słowa: Dziękuję. Zrozumiałam, że już skonała. Jednak na drugi dzień w czasie Mszy świętej modliłam się gorąco za jej duszę. Po południu przyszła kartka, że siostra… o tej a tej godzinie umarła. Zrozumiałam, że była to ta godzina, w której mówiła do mnie – módl się za mnie.

    (Dz 314)

    Ochrona przed złym duchem

    Koło południa weszłam na chwilę do kaplicy i znowuż moc łaski uderzyła o serce moje. Kiedy trwałam w skupieniu, szatan wziął jedną doniczkę kwiatów i ze złością rzucił na ziemię z całej siły. Widziałam całą jego zaciętość i zazdrość. W kaplicy nie było nikogo, więc podniosłam się od modlitwy i pozbierałam potłuczoną doniczkę, i przesadziłam kwiat, i śpiesznie chciałam postawić na miejscu, nim kto przyjdzie do kaplicy. Jednak nie udało mi się, bo zaraz weszła Matka Przełożona i siostra zakrystianka i parę sióstr. Matka Przełożona zdziwiła się, że coś poruszałam na ołtarzyku i (172) spadła doniczka; siostra zakrystianka okazała swoje niezadowolenie; ja starałam się nie tłumaczyć ani uniewinniać. Jednak pod wieczór czułam się bardzo wyczerpana i nie mogłam odprawić godziny świętej, i poprosiłam Matkę Przełożoną o [pozwolenie na] wcześniejsze położenie się na spoczynek. Jak tylko się położyłam, zaraz zasnęłam. Jednak koło godziny jedenastej szatan szarpnął moim łóżkiem; zbudziłam się natychmiast i spokojnie zaczęłam się modlić do swego Anioła Stróża. Wtem ujrzałam dusze czyśćcowe pokutujące: postać ich była jako cień, a pomiędzy nimi widziałam wiele szatanów; jeden starał się mnie dokuczyć, rzucał się w postaci kota na moje łóżko i na stopy, a był tak ciężki, jakoby parę pudów. Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć. Rano, kiedy przyszłam do kaplicy – usłyszałam głos w duszy: Jesteś złączona ze Mną i nie lękaj się niczego, ale wiedz o tym, dziecię Moje, że szatan cię nienawidzi; chociaż on każdej duszy nienawidzi, ale szczególnie nienawiścią pała do ciebie, dlatego że wiele dusz wyrwałaś spod jego panowania.

    (Dz 412)

    Modlitwa przed podjęciem trudnych decyzji

    Wyjazd z Wilna do Krakowa na rekolekcje ośmiodniowe.

    W piątek wieczorem w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi185, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku, w szacie jasnej – i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją.

    (Dz 489)

    Modlitwa, która służy rozeznawaniu

    Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę. – I zapytałam się ich wewnętrznie: Pewno jesteście bardzo szczęśliwe? – Wtem usłyszałam te słowa: O tyle jesteśmy szczęśliwe, o ile spełniłyśmy wolę Bożą. A później cisza jako przedtem. Weszłam w siebie i myślałam długo, jak ja spełniam wolę Bożą i jak korzystam z czasu, którego mi Bóg użycza.

    (Dz 515)

    Doświadczenie Bożej obecności

    Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. – Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem.

    (Dz 709)

    Stacja7.pl/Cytaty z Dzienniczka pochodzą ze strony internetowej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia faustyna.plŚródtytuły zostały nadane przez redakcję portalu.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 STYCZNIA – PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW.

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ***

    5 STYCZNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA, W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

     Adobe Stock

    ***

    W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    __________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca.

    Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu.

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Uczestniczyć w piątek we Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 STYCZNIA – UROCZYSTOŚĆ OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

    Dziś świętujemy Epifanię!

    Oto nasza radość z tego, że Bóg objawił się człowiekowi

    i pokazał, kim jest

    MAGI IN THE MANGER

    Waiting For the Word | CC BY 2.0

    ***

     Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu: przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Innymi słowy, że Pana Boga można poznać.

    Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:

    A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

    Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny (Mt 2, 1-12).

    Przytoczony fragment Ewangelii kojarzy się przede wszystkim z Uroczystością Trzech Króli. Przed przejściem do rozważań nad samym tekstem biblijnym, warto spojrzeć na kontekst liturgiczny, aby stało się to dla nas bardziej czytelne.

    Epifania – Objawienie Pańskie

    Po pierwsze musimy pamiętać, że poprawna nazwa uroczystości obchodzonej 6 stycznia, to Epifania, czyli Objawienie Pańskie. Jest to zarazem uroczystość, która jest dużo starsza od Uroczystości Bożego Narodzenia. Zanim zaczęto 25 grudnia obchodzić Boże Narodzenie, 6 stycznia (według obecnego kalendarza, bo w starożytności data ta była inaczej oznaczona) obchodzono Objawienie.

    Boże Narodzenie jest bardziej łacińskie, zaś Epifania bardziej grecka. W pewnym momencie dochodziło nawet do sporów na tym tle. Na przykład Cyryl Aleksandryjski (V w. n.e.) pisze – „my nie jesteśmy jak ci nowinkarze, którzy obchodzą Boże Narodzenie, my jesteśmy jak nasi ojcowie, którzy oddają cześć Panu w czasie Świętej Epifanii”.

    Druga uwaga – nasze Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu, wydarzenia: Maryja i Józef przyszli do Betlejem na spis i narodziło się Dziecię, przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Czyli innymi słowy, że Pana Boga można poznać.

    Jesteśmy świadomi faktu, że Pan Bóg jest Nieskończony, Wszechpotężny itp., wiemy to z Katechizmu. Jeśli się nad tym zastanowić, to logicznie wynika z tego, że Pana Boga nie da się zamknąć w ludzkim słowie. Trudno cokolwiek o Nim powiedzieć. Jeśli zatem On sam czegoś o sobie nie powie, to my się o Nim niczego nie dowiemy. I właśnie 6 stycznia Grecy, czy w ogóle Wschód miał takie święto, radość z tego, że Bóg raczył do człowieka przemówić, tj. że się objawił, pokazał, kim jest.

    Mędrcom Bóg objawia się jako poganom

    I to jest zasadnicza treść tej uroczystości. Natomiast żeby zilustrować fakt objawienia się Boga, liturgia posługiwała się trzema wydarzeniami. Po pierwsze, pokłon mędrców ze wschodu, po drugie, przemiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej i po trzecie, Chrzest Jezusa w Jordanie.

    Jeżeli spojrzymy do formularza mszalnego w Mszale Rzymskim, to z tych trzech wydarzeń pozostał tam jedynie hołd Trzech Króli, czy raczej magów (skądinąd nie wiadomo, ilu ich było). Natomiast jeśli weźmiemy Oficjum, to w antyfonach i hymnach do nieszporów, do Godziny Czytań, do jutrzni, te trzy cuda są wymienione.

    Najstarsze homilie i niektórzy starożytni (np. homilia Grzegorza z Nazjanzu na Święto Świateł) komentują to w ten sposób, że mędrcom Bóg objawia się jako poganom, czyli takim, co nic nie wiedzą (jest to wyjście poza krąg Narodu Wybranego). Po drugie, objawia się swoim w czasie wesela w Kanie Galilejskiej.

    Ta tradycja wywodzi się najpierw od św. Jana, który pisze: Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2,11). Dla Jana jest to pierwsze objawienie wobec Żydów.

    Ilu było magów?

    Drugim jej źródłem jest stara egzegeza alegoryczna (z czasów Orygenesa, albo wcześniejsza), gdzie mowa jest o tym, że „kiedy Jezus przyszedł, woda Starego Testamentu stała się winem Nowego” – co symbolicznie ukazuje wypełnienie Starego Testamentu przez Pana Jezusa.

    Z kolei Chrzest jest objawieniem Boga w Trójcy. Ojciec się objawia w głosie, Duch w gołębicy i Syn wstępuje do Jordanu.

    Następnym razem, gdy będziemy świętować Epifanię, warto zatem pamiętać, że to nie tylko „Trzej Królowie”, ale objawienie się Boga człowiekowi w ogóle. Warto również przemedytować w tym kontekście antyfony z Oficjum. Tyle kontekst liturgiczny.

    Natomiast jeśli sięgniemy po sam tekst biblijny, to też trzeba zacząć od sprostowania, że tekst grecki w ogóle nie mówi o królach (jak to się potocznie mówi), ale o magach (magoi). Po drugie, nie mówi, ilu ich było. Na pewno przynajmniej dwóch.

    Czytając teksty patrystyczne, tradycję średniowieczną czy patrząc na katakumby, gdzie magowie są namalowani, to jest to różna liczba – dwóch, trzech, sześciu albo dwunastu (tu od liczby pokoleń Izraela, tudzież apostołów).

    Liczba trzy jest zaś bardzo popularna na łacińskim Zachodzie i związana jest z liczbą darów. Natomiast imiona, których często używamy: Kacper, Melchior i Baltazar, są czysto średniowieczne i związane z kręgiem kolońskim (czyli w pewnym sensie tynieckim, bo fundacja Tyńca wyszła z kręgów Katedry kolońskiej). Bowiem w Kolonii, od około IX, X w. jest znany kult Magów, a w tamtejszej Katerze mają znajdować się relikwie Kacpra, Melchiora i Baltazara.

    Magowie czyli kto?

    Słowo mag (Biblia Tysiąclecia trzyma się konsekwentnie słowa mędrzec) kojarzy się nam z okultyzmem i podobnymi rzeczami niemiłymi Panu Bogu, natomiast należy pamiętać o tym, że magowie byli na Wschodzie swoistą kastą religijną. Bardzo wysoko wykształceni ludzie, obdarzeni autorytetem, którzy pełnili m.in. funkcje kapłańskie.

    Owo „magoi” wskazuje na zajmowanie się astronomią, astrologią, czyli tym wszystkim, co zajmuje się obrotami nieba. W naszej kulturze, jak ktoś obecnie patrzy na gwiazdy, to jest astrofizykiem, astronomem albo wróży. Dla tamtych ludzi zaś życie było tak ściśle związane z ruchem gwiazd, że oni na podstawie ich położenia określali pory roku, siewu itp.

    Był to bardzo ważny aspekt życia, wobec czego ludzie, którzy potrafili opowiedzieć, wyjaśnić wszystkie te sprawy, również w odniesieniu do pogody (co także miało wielkie znaczenie), mieli bardzo wysoką pozycję społeczną.

    Słowo „mag” niekoniecznie oznacza zatem kogoś, kto rzuca zaklęcia, macha różdżką, tylko po porostu najwyższego kapłana. Znamiennym jest, że kiedy Persowie najechali w 614 r. Ziemię Świętą i doszczętnie ją zniszczyli (dzisiaj mało się o tym myśli, ale gdy przeszli oni przez państwo bizantyjskie, to byli niczym walec i nic po sobie nie zostawiali), gdy dotarli do Betlejem, to Bazylika Narodzenia była jedyną bazyliką konstantyńską, której nie zburzyli, bo na jej terenie zobaczyli mozaiki z perskimi magami.

    Wierni swojej tożsamości

    Jest w tym jakaś głęboka intuicja Mateusza, który – należy pamiętać – jest „najbardziej żydowskim” z ewangelistów. On pisze Ewangelię dla Żydów i Jezus jest pokazany jako nowy Mojżesz. Natomiast od samego początku ten monopol Narodu Wybranego na posiadanie Mesjasza zostaje przełamany, również przez tę historię pełną kontrastów.

    Ludzie, którzy teoretycznie o Mesjaszu nic nie wiedzą, a jedynie badają naturę, ujrzeli Jego gwiazdę na wschodzie. Robili więc to co zazwyczaj, wykonywali swoje codzienne zajęcie, tj. patrzyli w gwiazdy i wiedzieli mniej więcej, co się będzie działo (np. w kontekście warunków pogodowych).

    I oni w związku z tym, co zobaczyli, podjęli decyzję i poszli. Z postawą onych magów jest kontrastowana postawa ich odpowiedników żydowskich, którzy nie patrzą w gwiazdy, ale w Pismo Święte.

    Gdy Herod ich pyta, gdzie narodzi się Mesjasz, powołują się na Pismo. I to jest ciekawe, że ani sam Herod, ani nikt inny nie udaje się do Betlejem, aby sprawdzić, czy to prawda, tylko ludzie, którzy prawdę mówiąc, nie mają zielonego pojęcia, kim jest Mesjasz.

    Czyli idą ludzie, którzy są wierni swojej profesji, fachowi, sumieniu. Inaczej mówiąc, wierni swojej tożsamości. To jest jedna z ewangelicznych zapowiedzi tych nauk Chrystusa, gdzie mówi On o celnikach i nierządnicach wchodzących do Królestwa Bożego przed faryzeuszami (celnicy uwierzyli Janowi, a wy nie).

    Ten tekst drugiego rozdziału jest jednym z najważniejszych tekstów, który mówi o roli osobistej odpowiedzialności człowieka za słuchanie głosu sumienia. Nikt nie zdejmie z nas odpowiedzialności za jego słuchanie. To jest pierwszy głos, przez który mówi do nas Bóg – sumienie.

    Kształtowanie sumienia

    Owi magowie są zatem dla nas pytaniem, w jaki sposób o to sumienie dbamy, jak je kształtujemy. Sumienie się kształtuje przez odpowiedni stosunek do autorytetu. Jeśli ktoś nie ma autorytetu, nie ma sumienia. Dlatego że nie ugnie się przed niczym. I jak mówi Reguła: co będzie lubił, to będzie uważał za święte, a co nie będzie mu się podobało, to będzie uważał za niedozwolone.

    Wobec autorytetu kształtuje się sumienie. Czy będzie nim Boże Prawo, czy będą to słowa, jakaś norma wyższa bądź mniejsza, czy w końcu najwyższy autorytet – sam Bóg. Ale w kontakcie z nimi w tym, jak mnie one kształtują, to moje sumienie powstaje. Każdy ma obowiązek kształtować swoje sumienie, w jakiś sposób przed nim odpowiedzieć, zdać sprawę ze swojego życia.

    Druga sprawa, o której ten tekst mówi, to rola natury. To jest tekst, który może być bardzo silnie dyskutowany dzisiaj, dlatego że gdy się podważa, neguje prawo naturalne, on pokazuje, że z samego obserwowania świata, bez światła objawienia, czyli bez epifanii, ale samym rozumem mędrcy doszli do tego, że jest Bóg i zsyła Kogoś wyjątkowego na ziemię.

    Dodatkowo obrazuje to okoliczność, że jest oda Horacego (totalnego poganina, który gardził Żydami), cytowana przez Ojców, komentowana przez wieki, gdzie pisze on, że „przychodzi na świat dziecię niewinne, które weźmie na siebie całą winę świata”. Horacy pisał to na przełomie I i II w. To jest jakby proroctwo o narodzeniu Zbawiciela.

    Jeśli ktoś ceni literaturę i wierzy w natchnienia poetyckie, to tekst Słowackiego o słowiańskim papieżu, czy właśnie tekst Horacego, jest najlepszym przykładem, dowodem tego, że poeci również mogą być natchnieni przez Ducha. Mówią rzeczy, które ich absolutnie przerastają, których nie rozumieją. Mędrców i Horacego to niejako łączy.

    Jak człowiek myśli, to zawsze znajdzie Boga. Z naszej strony powinniśmy mieć szacunek dla tych, którzy Pana Boga szukają, myślę zwłaszcza o tych spośród nas, którzy przeżywają jakieś dramaty czy wątpliwości, wyrzuty sumienia, bo ich dzieci, wnuki czy inni bliscy, znajomi przestają chodzić do kościoła bądź zaczynają obwiniać Boga o wszystko najgorsze.

    Dopóki człowiek słucha własnego sumienia, nie zginie. Może wejdzie do Królestwa Bożego od kuchni, przez okno czy przez komin (jak św. Mikołaj), ale wejdzie. Tak jak mędrcy, zawsze dojdzie do swojego celu.

    Jerozolima czy Betlejem?

    Kolejny wątek, który warto podkreślić to fakt, że mędrcy nie znajdują Jezusa w Jerozolimie, tylko w Betlejem. To jest o tyle ważne, że to Jerozolima jest miejscem, gdzie jest kult, świątynia, gdzie jest miejsce Święte Świętych, gdzie jest to co najważniejsze. A oni docierają do Jerozolimy i tam nie ma Boga. Muszą dokonać jeszcze jednego wysiłku. Muszą dokonać aktu wiary. Bo do Jerozolimy doprowadziła ich wiedza, patrzenie w gwiazdy.

    A do Betlejem (zakładamy, że w czasie tej drogi doznali przemienienia, sumienie w nich dojrzewało, medytowali nad tym wszystkim, ten czas owocował, iż gdy doszli do Jerozolimy byli już gotowi postąpić krok naprzód, odłożyć na bok swoją wiedzę i zaufać Pismu) poszli, bo tak mówi Pismo. Św. Mateusz pokazuje tutaj autorytet Pisma. Nie jest ważne, że mówi ci to Herod, to jest Pismo.

    Dopóki mówi Pismem, według Nauki Bożej, to słuchaj, nawet jeśli to jest Herod. Pamiętamy, że Jezus mówi potem:

    Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią (Mt 23,3).

    Wynika z tego, że mówią dobrze, ale sami nie robią. Tak też w Regule jest, że gdyby Opat, co nie daj Boże, sam nie robił tego, co mówi, trzeba go słuchać, a nie patrzeć na to, co robi. Wiara w autorytet Pisma.

    Bóg powierza się człowiekowi

    Następnie mędrcy odnajdują Dziecię, składają dary i osiągają poziom najwyższy. Ukazuje im się Anioł i nakazuje im wrócić inną drogą. A zatem najpierw są poganami, potem są na równi z Żydami, a wreszcie stają ponad jerozolimskimi kapłanami, bo przemawiają do nich bezpośredni wysłannicy Boży. Można tu odczytać, w jaki sposób człowiek jest prowadzony przez wiarę i w jaki sposób człowiek do niej dojrzewa. Jak rozszerza się jego serce.

    Jest to też fragment, który może nam przypomnieć trochę miejsce Dzieciątka Jezus. Warto pamiętać, że kult Dzieciątka Jezus zmienił na Zachodzie mentalność w stosunku do dzieci. Dzieci były raczej traktowane z dystansem. Natomiast Ewangelia z taką troską opowiada o dziecięctwie Jezusa, że w świadomości powszechnej dokonało to wśród ludzi dużej zmiany w stosunku do dziecka w ogóle.

    Jest to także dla nas pytanie o powrót do wątku Dzieciątka Jezus, Jego człowieczeństwa, ale i Jego słabości i bezbronności. Bóg powierza się człowiekowi. Przeżywamy to też w trakcie celebracji eucharystycznej. Hostia bezbronna jak dziecko. Człowiek może zrobić z Nią, co tylko będzie chciał.

    Niech ci magowie staną się nam takimi przyjaciółmi, nowymi ludźmi, którzy pokazują, że Pan Bóg się objawia i takie jest Jego upodobanie. Świętej pamięci o. Piotr mówił, że Księga Przysłów podaje, że Mądrość znajduje rozkosz przy synach ludzkich (zob. Prz 8,31). Dla nas męką jest przebywać w towarzystwie innych, a dla Pana Boga to jest rozkosz.

    o. Szymon Hiżycki OSB/Aleteia.pl

    ***

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 18.00

    Z RACJI PIEWSZEJ SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDZIE NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA PIĘĆ ZNIEWAG I BLUŹNIERSTW PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ***

    K+M+B czy C+M+B?

    Jak poprawnie oznaczyć drzwi?

    JAK POPRAWNIE OZNACZYĆ DRZWI KREDĄ

    vetre | Shutterstock

    ***

    Zgodnie z tradycją na Trzech Króli, drzwi naszych domów oznaczamy, wypowiadając słowa specjalnej modlitwy. Podajemy jej treść.

    Uroczystość Objawienia Pańskiego, znana jako Trzech Króli (6 stycznia), to chrześcijańskie święto obchodzone już od III wieku pod nazwą Epifanii. Tego dnia tradycyjnie okadzamy nasze mieszkania i oznaczamy drzwi na znak przyjęcia Chrystusa do naszego domu.

    Jednak dlaczego jedni umieszczają na swoich drzwiach litery K+M+B, inni zaś C+M+B? Co dokładnie oznaczają te skróty?

    Jak oznaczyć drzwi na Trzech Króli 

    Umieszczany u nas najczęściej napis K+M+B 2024 odnosi się do imion trzech Mędrców ze Wschodu, którzy przybyli, aby oddać pokłon Nowo Narodzonemu Jezusowi (Kacper, Melchior i Baltazar). Jest to powszechnie przyjęty i poprawny zapis, jednak stoi za nim dość powierzchowna interpretacja.

    Znacznie starszy i głębszy przekaz mówi, że drzwi należy oznaczać napisem C+M+B, a do liter dopisać datę bieżącego roku: C+M+B 2024. W niektórych krajach skrót umieszcza się pomiędzy liczbami oznaczającymi rok: 20+C+M+B+24.

    C+M+B to skrót pochodzący od łacińskiej sentencji Christus Mansionem Benedicat, która oznacza: „(Niech) Chrystus mieszkanie błogosławi”. Choć św. Augustyn podaje jeszcze jedną interpretację: Christus Multorum Benefactor – „Chrystus dobroczyńcą wielu”.

    Modlitwa przy oznaczaniu drzwi kredą

    Łacińskie słowo mansio oznacza dom nie tylko w sensie samego zamieszkania, ale miejsce, w którym się pozostaje, czuje się osłoniętym, otulonym, miejsce życia i tworzenia wspólnoty. Dlatego, zgodnie z tradycją, drzwi oznacza ojciec rodziny, w obecności wszystkich domowników wypowiadając słowa modlitwy:

    Panie Jezu Chryste, którego Trzej Mędrcy
    jako Dziecię znaleźli w domu i złożyli Mu hołd,
    który wzrastałeś w domu w Nazarecie przy boku Maryi i świętego Józefa,
    uświęć i nasz dom swoją obecnością.
    Niech panuje w nim Twoja miłość, dobroć i czystość.
    Niech wszyscy tworzymy domowy Kościół,
    który w tym sanktuarium niech stale składa Ci uwielbienie i chwałę.
    Niech święte symbole, które znaczymy na drzwiach tego sanktuarium,
    przypominają nam i tym, którzy będą nas odwiedzać,
    że jesteśmy domowym Kościołem

    i za gwiazdą wiary chcemy iść na spotkanie z Tobą,
    do domu naszego wspólnego Ojca,
    z którym w jedności Ducha Świętego
    żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen.*

    Ta wymowna modlitwa pokazuje, że nie warto rezygnować z zapisu – którykolwiek on będzie – poprzez który zapraszamy Chrystusa do naszego domu i prosimy o to, aby uświęcił nasze życie swoją obecnością.


    Elżbieta Wrzała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot.The Baptism of Christ/nga.gov

    ***

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim – fascynująca jak dobry kryminał!

    Historia kształtowania się święta Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego jest równie fascynująca jak dobry kryminał czytany pośpiesznie z wypiekami na policzkach i z drżącymi dłońmi.

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

    Historia kształtowania się święta Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego jest równie fascynująca jak dobry kryminał czytany pośpiesznie z wypiekami na policzkach i z drżącymi dłońmi. Szybkie zwroty akcji. Pytania nie znajdujące wyczerpujących odpowiedzi. Błędne tropy, niewłaściwe kierunki. Drobne błędy w kluczowych obliczeniach zmieniające całą historię. „Śmierć” w otchłani Jordanu, a chwilę później weselna uczta w Kanie. Wielcy ludzie przybywający ze Wschodu, prowadzeni przez niewyjaśnione zjawiska kosmiczne. Wszystko w otoczce pogańskich festiwali, wina lejącego się strumieniami czy rozpustnych rzymskich Saturnaliów. Nie można również zapomnieć o przemożnych wpływach – Wschodu na Zachód, Zachodu na Wschód.

    A gdzieś między tym wszystkim leży prawda o Objawieniu. I kiedy wydaje się, że doszliśmy w naszych poszukiwaniach do początków tego święta, że znaleźliśmy rozwiązanie, trafiamy na mur niewiedzy, wątpliwości i pytań, który każe poszukiwania rozpocząć od początku, a w najlepszym wypadku, spojrzeć na problem z nieco innej strony. Do dzisiaj – choć zbadanych zostało „wiele” (wiele z bardzo niewielu, jakie mamy z tamtych wieków) źródeł – raczej stawiamy pytania, niż podajemy ostateczne odpowiedzi. Kiedy jedni tłumaczą powstanie tego święta argumentami o przezwyciężeniu świąt pogańskich, zaraz inni przedstawiają solidne argumenty pozwalające nam uniknąć „chrystianizacji” misteriów pogańskich.

    Skąd „pomysł” na święto?

    Mówiąc o święcie Epifanii, nie sposób oddzielić go od Bożego Narodzenia, a przynajmniej w kontekście pierwszych wieków należy omawiać je wspólnie. Wiemy doskonale, że świętowanie Bożego Narodzenia jest wtórne chociażby do Wielkanocy, która jest najważniejszym świętem chrześcijańskim. Na rozwój i potrzebę świętowania tajemnicy Wcielenia wpłynęło wiele czynników wśród których zdecydowanie do najważniejszych należy wzrost zainteresowania tematem dzieciństwa Chrystusa, walka z gnostykami czy obrona realności Jego człowieczeństwa (także istnienia Jego ciała). Przypomnijmy, że tylko dwie Ewangelie opisują narodzenie Chrystusa (Mt i Łk) i poświęcają dzieciństwu Jezusa relatywnie niewiele miejsca. Można nawet – trochę mylnie – odnieść wrażenie, że narodzenie Chrystusa pierwszych chrześcijan nie interesowało.

    A jednak bardzo szybko zaczyna się pojawiać literatura apokryficzna, próbująca uzupełnić brakujące wiadomości i rozwinąć naszą wiedzę o dzieciństwie i narodzinach Syna Bożego z Maryi Dziewicy. Pod koniec II w. Orygenes podkreślał, że chrześcijanie nie powinni obchodzić Bożego Narodzenia, gdyż tylko poganie i grzesznicy (np. faraon albo Herod) obchodzą uroczyście dzień swoich narodzin. Cóż, to była „teologia” Orygenesa, znacznie większy problemem stanowiła po prostu nieznajomość faktycznej daty narodzin Chrystusa. Chyba nie trudno uwierzyć, że nie zachował się akt urodzenia (dla pewności – po prostu go nie było), który bez wątpienia rozwiązałby sprawę na wieki. A skoro go nie było, chrześcijanie w inny sposób próbowali odkryć tę datę. W miarę precyzyjny sposób możemy stwierdzić, że Chrystus narodził się… przed Chrystusem, tzn. pomiędzy 6 a 4 rokiem przed naszą erą (niejaki Dionizy Exiguus pomylił się „zerując” licznik kalendarza na źle przyjętym roku narodzin Chrystusa). Mniej więcej mamy rok narodzin, a co z datą dniową?

    6 stycznia, czyli skąd się wzięło święto Trzech Króli?

    Pewne jest to, że już pod koniec II w. i na początku III w Egipcie dzień 6 stycznia stał się świętem zarówno chrztu Jezusa w Jordanie, jak i dniem Jego narodzenia. Święto zaczyna oddziaływać i przechodzić do innych wschodnich kościołów. I tak w Jerozolimie w IV/V w. spotykamy 6 stycznia liturgię Bożego Narodzenia (z procesją z Betlejem do Jerozolimy), o czym informuje nas w swoim dzienniku pątniczka Egeria. Wtedy już święto posiada oktawę. Pod koniec V w. świętuje się tam również chrzest w Jordanie, który to temat powoli staje się centralnym dla całej tradycji wschodniej.

    Za sprawą syryjskiego diakona Efrema, w IV w. Epifania zyskała nowy, bardzo ważny element – przybycie mędrców (magów, królów –  ich historia stanowi oddzielny temat) ze Wschodu i złożenie Jezusowi darów. Efrem opisuje Epifanię jako pokłon Magów, symbolizujących cały pogański świat, który w Chrystusie rozpoznał Boga. Bardzo szybko ten temat rozniósł się po całym chrześcijańskim świecie – zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, gdzie do dziś zdominował całe rozumienie święta Epifanii (kto w Polsce mówi na to święto inaczej niż „święto Trzech Króli”?).

    W IV w. w Rzymie dzień 25 grudnia staje się oficjalnym dniem święta Bożego Narodzenia. Potwierdzeniem tego jest dokument z 336 r. noszący nazwę Chronograf roku 354 (dla niewtajemniczonych chronograf to po prostu „księga, która mierzy czas”. Za Rzymem datę tę szybko przyjęły inne Kościoły języka łacińskiego, np. w Afryce Północnej. Kościoły wschodnie, które obchodziły Boże Narodzenie 6 stycznia, nie od razu przyjęły rzymską datację. Jednak dzięki autorytetowi Rzymu oraz obecności rzymskich chrześcijan na terenach wschodnich, proces ten zaczął przebiegać dość szybko.

    Skoro w IV w. 25 grudnia stało się w Rzymie świętem Bożego Narodzenia i z Rzymu zawędrowało na Wschód, podobny proces dotyczył dnia 6 stycznia, kiedy to święto Epifanii ze Wschodu przybyło do Rzymu. Na Zachodzie znajdujemy potwierdzenie Epifanii już w II poł. IV w. Potwierdza je Ambroży z Mediolanu i Optat z Mileve, a nade wszystko św. Ambroży. Wiążą oni Epifanię z objawieniem Pana, oraz z przybyciem do Jezusa mędrców ze Wschodu. W liturgii rzymskiej najdonioślejszym świadectwem jest 8 mów na Epifanię papieża Leona Wielkiego. Koncentruje się on przede wszystkim na pokłonie Trzech Mędrców.

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim
    DIEGO VELÁZQUEZ/WIKIPEDIA

    ***

    Trochę inaczej rzecz się miała na terenie Galii, gdzie święto Objawienia wprowadzono wcześniej niż Boże Narodzenie. Na tych terenach przemożny wpływ na liturgię miały kościoły wschodnie, a tam Epifanię wiązano z chrztem Jezusa oraz weselem w Kanie. Na przełomie VII i VIII w. liturgia galijska zaczyna oddziaływać na rzymską i stąd motywy chrztu i zaślubin w Kanie zostają włączone do liturgii rzymskiej. Później, w czasach karolińskich, pojawia się oktawa Epifanii, analogiczna do oktawy Bożego Narodzenia, a 8 dzień oktawy staje się świętem chrztu Pańskiego. Obecnie obchodzimy to święto – kończące okres Bożego Narodzenia – w niedzielę po święcie Objawienia Pańskiego.

    Dziś podkreśla się, że liturgia rzymska, obchodząc te dwie uroczystości, celebruje tę samą tajemnicę Wcielenia i Bożego Narodzenia – akcentuje jednak inny temat: 25 grudnia podkreśla się uniżenie Chrystusa, a 6 stycznia Jego Bóstwo, które staje się widoczne w całym świecie (pokłon Mędrców). W Liturgii Godzin do dzisiaj pozostał jednak ślad jedności tego niezwykłego misterium Epifanii – antyfona Benedictus z Jutrzni i Magnificat z Nieszporów z 6 stycznia poruszają temat tria miracula (trzech cudów): chrztu Jezusa w Jordanie, wesela w Kanie Galilejskiej oraz pokłonu Mędrców.

    Tak w olbrzymim skrócie rysuje się niezwykła historia rozwoju święta Epifanii. Teraz należałoby zająć się nieco więcej jej treścią, teologią tego wspomnienia. Nie sposób jednak to zrobić w jednym opowiadaniu, dlatego proszę pozwolić, że podejmę jedynie mały, dziś już mocno zapomniany wątek święta Epifanii: temat chrztu Jezusa w Jordanie.

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim
    CHRZEST CHRYSTUSA – Pierro della Francesca/ fot. Wikipedia

    ***

    Epifania – objawienie w wodach Jordanu – chrzest

    W dniu Bożego Narodzenia bardzo szybko zaczęto odprawiać trzy Msze, w których ukazywano temat narodzin Syna Bożego w trzech różnych wymiarach: Jego odwiecznych narodzin z Ojca, Jego historycznych narodzin z Maryi Dziewicy w betlejemskiej grocie, Jego narodzin w życiu człowieka. Ten ostatni temat celebrowano w drugiej Mszy Bożego Narodzenia, którą papież odprawiał w Kościele św. Anastazji – był to zatem obchód zmartwychwstania (anastasis = powstanie; zmartwychwstanie). Chrystus rodzi się w naszych sercach przez zmartwychwstanie. W sposób niezwykły zmartwychwstał w nas w czasie chrztu, w którym zanurzyliśmy się w Jego śmierci i zmartwychwstaniu, jak w 6 rozdziale Listu do Rzymian pisze Apostoł Paweł. Epifania zatem odnosi nas do tajemnicy chrztu, a tym samym do tajemnicy chrztu Jezusa w Jordanie.

    Chrystus – jak komentują Ojcowie Kościoła – nie wszedł do Jordanu po to, aby wyznać grzechy i uzyskać przebaczenie – wszakże żadnego grzechu nie popełnił. Wszedł On jednak do mętnych od grzechu wód Jordanu, w których Jan Chrzciciel obmywał ludzi z ich grzechu. Jednak wtedy Jordan jeszcze nie miał mocy ostatecznego pokonania grzechu – ten pozostawał w otchłani jordańskich wód. Chrystus wszedł do rzeki, zanurzył się w wodzie i wynurzając się wziął cały grzech świata na swoje barki, aby zanieść go na Kalwarię i ostatecznie pokonać w śmierci, zstąpieniu do otchłani i Zmartwychwstaniu. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel nazywa Chrystusa „Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata”, co równie dobrze można by przetłumaczyć „Oto Baranek Boży, który niesie grzechy świata”.

    W chrzcie Jezusa w Jordanie, w Jego męce i zmartwychwstaniu, objawiła się prawda o Nim – Epifania Boga, a równocześnie w tych wydarzeniach, i tym samym w święcie Epifanii, objawia się prawda o nas: jesteśmy zanurzeni w czystych wodach chrztu, nasz grzech jest ostatecznie pokonany przez śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa; Chrystus jest z nami w pełni zjednoczony przez chrzest – to w nas i naszym życiu ma się w pełni objawiać Jego Boska chwała. Epifania to święto każdego chrześcijanina, w którym jednocześnie objawia się prawda o naszym grzechu i prawda o zwycięstwie Chrystusa i Jego chwale w nas. Warto ten dzień przeżyć w tajemnicy naszego własnego chrztu.

    I co dalej…

    Oczywiście temat Epifanii nie został wyczerpany i wypadałoby pociągnąć ten wątek jeszcze dalej –  zapytać o zwyczaje i tradycje, te ludowe i te liturgiczne: wizytę duszpasterską, błogosławienie kredy i domów, znaczenie drzwi napisem C+M+B 2012, czy ogłoszenie daty Wielkanocy. Warto zapytać o to, kiedy magowie (gr. magoi) stali się królami i dlaczego było ich trzech albo dwunastu (tradycja syryjska), skoro Ewangelie milczą o ich liczbie i dlaczego ich imiona tradycyjnie brzmią Kacper, Melchior i Baltazar (zresztą to nie jedyne imiona pojawiające się w tradycji), skoro w Piśmie Świętym ich nie ma. Wypadałoby, ale to nowa, długa i równie fascynująca opowieść, na którą może przyjdzie czas…

    ks. Krzysztof Porosło/wiara.pl/stacja7.pl


    Opracowano na podstawie:

    P.F. BRADSHAW, M. E. JOHNSON, The Origins of Feasts, Fasts and Seasons in Early Christianity, Minnesota 2011, s. 121–157.

    J.F. KELLY, Narodziny Bożego Narodzenia, tłum. J. POCIEJ, Kraków 2011, s. 79–102.

    Objawienie Pańskie, [w:] Leksykon liturgii, B. NADOLSKI [red.], Poznań 2006, s. 1058–1061.

    J.A. JUNGMANN, The Early Liturgy. To the Time of Gregory the Great, London 1976, s. 266–277.

    P.F. BRADSHAW, Early Christian Worship. A Basic Introduction to Ideas and Practice, wyd. 2, Minnesota 2010, s. 94–97.

    Skrót artykułu opublikowanego pierwotnie w portalu liturgia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    BYŁY METROPOLITA PARYŻA O „FIDUCIA SUPPLICANS”: POWINNIŚMY BŁOGOSŁAWIĆ GRZESZNIKA, KTÓREGO KOCHA BÓG. NIE MOŻEMY JEDNAK BŁOGOSŁAWIĆ GRZECHU

    „Nauczanie Kościoła opartego na Chrystusie jest niezmienne: powinniśmy błogosławić grzesznika, którego kocha Bóg. Nie możemy jednak błogosławić grzechu, który oddziela nas od Boga” – podkreślił ks. abp Michel Aupetit, były metropolita Paryża, odnosząc do opublikowanego niedawno dokumentu „Fiducia supplicans”.

    18 grudnia br. w Watykanie została ogłoszona deklaracja doktrynalna „Fiducia supplicans”, która dopuszcza we wspólnocie Kościoła „nieformalne” błogosławienie par homoseksualnych oraz heteroseksualnych żyjących bez ślubu. Treści zawartej w dokumencie sprzeciwia się wielu kardynałów i biskupów na świecie. Wśród nich jest ks. abp Michel Aupetit, były metropolita Paryża.

    „Nauczanie Kościoła opartego na Chrystusie jest niezmienne: powinniśmy błogosławić grzesznika, którego kocha Bóg. Nie możemy jednak błogosławić grzechu, który oddziela nas od Boga. Powinno to dać grzesznikowi możliwość, aby więcej nie grzeszył, aby żałował i nawrócił się ku Panu” – wskazał ks. abp Michel Aupetit.

    Wiele episkopatów wydało dyrektywę, w której przypomina nauczanie Kościoła i zakazuje błogosławienia osób tej samej płci. Na taki krok zdecydowali się m.in. biskupi Kazachstanu, Ukrainy, Zambii i Malawi.

    Pch24.pl/radiomaryja.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wzgląd na pogląd

    Każdy kieruje się poglądami, ale nie każdy powinien kierować ludźmi.

    Nowa minister edukacji Barbara Nowacka zapowiedziała ograniczenie nauki religii w szkołach. Przy okazji stwierdziła, że jej poprzednik Przemysław Czarnek „swoje osobiste poglądy przenosił na to, w jaki sposób chciał, żeby funkcjonowała szkoła”. Dodała, że przenoszenie poglądów na ministerialny grunt jest „niedopuszczalne”.

    A to dobre! Przecież już pierwsze wypowiedzi pani minister pokazały, że sama robi to, za co krytykuje poprzednika. Tylko że to nie jest niedopuszczalne – to jest nieuniknione. Na odpowiedzialne funkcje wybiera się przecież konkretnego człowieka z jego „osobistymi przekonaniami” (czy są przekonania nieosobiste?), a nie beznamiętną maszynę. Cała rzecz w tym, żeby wybrać odpowiedniego człowieka.

    Manipulacja polega na powszechnym dziś sugerowaniu, że ludzie o poglądach chrześcijańskich są nieobiektywni – a inni są obiektywni. Tak jakby kierowanie się zasadami wynikającymi z wiary w Boga było gorsze od kierowania się tym, co wynika z niewiary w Niego. W postchrześcijańskim świecie ateista i nihilista są już na dzień dobry bardziej godni zaufania od człowieka religijnego. Właściwie każdy jest od niego lepszy. Dlatego na przykład do ważnych urzędów unijnych nie dopuszcza się nikogo, kto nie zagwarantuje „neutralności światopoglądowej”, co w praktyce oznacza, że konsekwentny chrześcijanin nie ma tam czego szukać. Oczywiście ta neutralność w rzeczywistości nie jest żadnym obiektywizmem – jest opowiedzeniem się po stronie innego światopoglądu, w wielu punktach kolidującego z chrześcijańskim.

    Problem nie w poglądach szefowej MEN, tylko w tym, że z takimi poglądami została wybrana, i to do tak społecznie wrażliwego resortu. Czyżby decydenci nie wiedzieli, że Barbara Nowacka zaczynała jako aktywistka feministyczna w proaborcyjnej Federze? Nie wiedzieli, że była współpracowniczką Palikota w jego partii? Nie wiedzieli, że działała w Strajku Kobiet, że jest promotorką tęczowej ideologii i innych inicjatyw, z którymi chrześcijanin zgodzić się nie może? Ależ wiedzieli. I choć to wygląda na prowokację – mieli prawo tak zdecydować. To konsekwencja tego, jak zdecydowali Polacy. Więc trzeba to uznać, nawet jeśli pani minister na ministerialny grunt będzie przenosiła – tak, tak – swoje osobiste poglądy. Już to zresztą robi: jej pomysły na religię w szkole nie są żadnym projektem „obiektywnym”, to pierwszy skutek jej osobistych poglądów, w których Kościół gra rolę czarnego luda. A co będzie dalej? Może, licząc się z przekonaniami rodziców, ograniczy swoje zapędy – ale to mało prawdopodobne. Wybrano ją przecież dla jej osobistych poglądów, z myślą, że je zastosuje. I wolno jej, byle stosowała je zgodnie z prawem, liczyła się z przekonaniami innych i nie naruszała zasad sprawiedliwości.


    KRÓTKO:

    Nowy obiektywizm

    W spacyfikowanej TVP ukazał się materiał, z którego dowiedzieliśmy się, że „Dyskanteria Nauki i Wiary, jedna z najważniejszych instytucji administracji w Kościele katolickim, po raz pierwszy od 23 lat opublikowała doktrynę. Dokument pozwala duchownym na błogosławienie parom jednopłciowym i rozwodnikom, którzy zawierają nowe związki. Wierni i duchowni są podzieleni w ocenie tych wytycznych”. Stężenie zawartych w tym fragmencie błędów jest rekordowe, ale jeszcze ciekawsze było to, co zobaczyliśmy dalej. Otóż w roli eksperta, komentującego podjętą kwestię, wystąpił „teolog, były ksiądz, żyjący od lat w związku ze swoim partnerem”. Najwyraźniej jest to zapowiedź „obiektywizmu”, jaki powróci do TVP. Najgorsze, że nie bardzo będzie w czym wybierać, bo podobny „obiektywizm” towarzyszy już większości wiodących mediów.

    Przyszło do głowy

    Nowy lubelski wojewoda Krzysztof Komorski kazał usunąć krzyż z Sali Kolumnowej urzędu wojewódzkiego. „To standardowe, rutynowe działania, które przyszły mi w pierwszej kolejności do głowy” – stwierdził. W obliczu powszechnego oburzenia przeprosił i wyjaśnił, że „krzyż nie został zabrany, tylko przeniesiony”. Tłumaczył, że jest osobą wierzącą i nie przeszkadza mu krzyż w jego gabinecie. Może i tak, ale to, co przychodzi komuś do głowy „w pierwszej kolejności”, dużo mówi o hierarchii ważności, jaką w tej głowie ma.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Przez obraz ten udzielać będę wiele łask”.

    fot. domena publiczna/wikipedia.org

    ***

    2 STYCZNIA 2024

    Jak powstawał obraz Jezusa Miłosiernego?

    Siostra Faustyna przywiązywała do poprawności obrazu wielką wagę, kilkakrotnie go poprawiała. W obrazie odróżniała cechy istotne i czuwała, by były one zachowane. 2 stycznia mija 90 lat od rozpoczęcia prac nad tym dziełem.

    Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa promienie, jeden czerwony, a drugi blady. (…) Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: „Jezu, ufam Tobie” (Dz. 47) – te słowa usłyszała s. Faustyna Kowalska ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w swojej klasztornej celi w Płocku 22 lutego 1933 roku. Droga do ich realizacji była długa i wcale nie usłana różami. Kiedy podzieliła się żądaniem Pana Jezusa ze swoim ówczesnym spowiednikiem, otrzymała wyjaśnienie, że powyższe słowa dotyczą jej wnętrza, że ma malować obraz Boży w swojej duszy (por. Dz. 49). Pan Jezus pozostawał jednak nieugięty. Po odejściu od konfesjonału usłyszała Jego głos: Mój obraz w duszy twojej jest. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia (Dz. 49).

    Niewiele pomogła pomoc przełożonych, które zakupiły farby, płótno i pędzle. Choć z malarskich prób s. Faustyny nic się nie zostało, ale w sumie nie miało co się zostać. W międzyczasie wieść o objawieniach, jakich doświadczała juniorystka drugiego chóru, zaczęła rozchodzić się między współsiostrami. Stało się to przyczyną kolejnych cierpień młodej mistyczki. Po latach nadmieniła o nich w swoim „Dzienniczku”: Kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę, i już to jest trochę głośniejsze (Dz. 125).

    Pomimo trudnej po ludzku sytuacji Pan Jezus nie zamierzał zmieniać swoich planów w stosunku do oblubienicy swojego Serca. W jednym z objawień miał do niej powiedzieć następujące słowa: Wiedz o tym, że jeżeli zaniedbasz sprawę malowania tego obrazu i całego dzieła miłosierdzia, odpowiesz za wielką liczbę dusz w dzień sądu (Dz. 154).

    Wszystko zmieniło się dopiero w 1933 roku, kiedy to jako neoprofeska przybyła na placówkę w Wilnie. To w tym mieście znalazła odpowiednie warunki do przystąpienia do realizacji powierzonej jej misji. Nieodzowną pomocą okazał się kapłan, ks. Michał Sopoćko. Faustyna znała go już wcześniej z prywatnych objawień, co zapisała później w swoim „Dzienniczku”: (…) Jednak dobroć Jezusa jest nieskończona, obiecał mi pomoc widzialną na ziemi i otrzymałam ją w krótkim czasie w Wilnie. Poznałam w ks. Sopocie – tę pomoc Bożą. Nim przyjechałam do Wilna, znałam go przez wewnętrzne widzenie. W pewnym momencie widziałam go w kaplicy naszej pomiędzy ołtarzem a konfesjonałem. Wtem usłyszałam głos w duszy: Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi. On ci pomoże spełnić wolę moją (Dz. 53).

    BŁ. KS. MICHAŁ SOPOĆKO NA TLE OBRAZU MATKI BOŻEJ ŚWIĘTOMICHALSKIEJ, © ZGROMADZENIE SIÓSTR JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    ***

    Jak powstał obraz?

    Pomimo pewnego sceptycyzmu co do opowieści nowej penitentki, ks. Sopoćko podjął się niełatwego zadania urzeczywistnienia poleceń samego Zbawiciela. Wymagało to ogromnej roztropności, ale także nakładów finansowych.

    Zrządzeniem losu ksiądz profesor zamieszkał pod koniec 1933 roku w domu należącym do Sióstr Wizytek przy ul Rosy w Wilnie. Na parterze dwukondygnacyjnego budynku mieszkał w tym czasie 61-letni malarz Eugeniusz Kazimirowski. Był on już w tym czasie cenionym nie tylko w Polsce artystą. Zasłynął jako autor głównie portretów i pejzaży. Był też wieloletnim członkiem Polskiego Towarzystwa Artystycznego. Ks. Sopoćko wtajemniczył go w misję siostry Faustyny oraz zlecił namalowanie obrazu Miłosiernego Zbawiciela, samemu ponosząc związane z tym koszty. Przed artystą stało nie łatwe zadanie. Musiał on całkowicie zrezygnować ze swojej wizji i stworzyć dzieło według wskazań zwykłej zakonnicy.

    Prace rozpoczęto dokładnie 90 lat temu, 2 stycznia 1934 roku w pracowni malarza. Warto w tym miejscu wspomnieć, że budynek, w którym mieszkali ks. Michał Sopoćki oraz Eugeniusz Kazimirowski, przetrwał do naszych czasów. Znajduje się w nim dom zakonny Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. W byłej pracowni malarskiej, w której powstawał pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego, urządzono kaplicę zakonną. Tuż obok Siostry prowadzą pierwsze na Litwie hospicjum.

    KAPLICA ZAKONNA SIÓSTR JEZUSA MIŁOSIERNEGO W WILNIE; W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM W TYM MIEJSCU ZNAJDOWAŁA SIĘ PRACOWNIA MALARSKA EUGENIUSZA KAZIMIROWSKIEGO, © MARIAN DZWINEL

    ***

    Artyście do obrazu pozował sam ks. Michał Sopoćko

    Budynek, o którym mowa, oddalony jest od byłego klasztoru Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na wileńskim Antokolu o przeszło 3 km. Przebywająca na placówce w Wilnie siostra Faustyna pokonywała tę trasę dwa razy w tygodniu, by osobiście nadzorować realizację prac, udzielać wskazówek i ewentualnie korygować ich owoc. Do obrazu pozował sam spowiednik i kierownik duchowy s. Faustyny. Nic więc dziwnego, że po latach, kiedy stopniowo pojawiały się inne wizerunki Jezusa Miłosiernego, ks. Michał Sopoćko troszczył się o poprawność teologiczną artystycznego przekazu. W swoich licznych pracach wskazywał na istotne jego elementy, które w jego opinii najpełniej zostały wyrażone na płótnie Eugeniusza Kazimirowskiego.

    W kulcie Miłosierdzia Bożego obraz Króla Miłosierdzia odgrywa pierwszorzędną rolę. Dlatego sł. Boża s. Faustyna przywiązywała do jego poprawności wielką wagę, kilkakrotnie go poprawiała, a wreszcie artysta E. Kazimirowski prosił mnie, bym pozował przepasany w albie pasem. W obrazie tym odróżniała ona cechy istotne i polecała czuwać, by one były zachowane. Do istotnych cech tego obrazu należą:

    1. Postawa Zbawiciela idąco-stojąca jak to bywa, gdy idąc zatrzymuje się, by powitać kogoś, a więc lewa noga wysunięta naprzód, a prawa nieco zgięta w kolanie

    2. Na obu nogach i rękach mają być zachowane blizny

    3. Prawa ręka ma być podniesiona do wysokości ramienia do błogosławieństwa z otwartą dłonią, a lewa ma dotykać szaty w okolicy Serca niewidzialnego, skąd wychodzą dwa silnie zabarwione promienie – na prawo do widza blady, a na lewo – czerwony

    4. Promienie te oświetlają przestrzeń i posadzkę, a częściowo i ręce

    5. Wejrzenie Chrystusa ma być takie jak z krzyża ku dołowi, co s. Faustyna zanotowała nawet w swoim „Dzienniczku”

    6. Tło obrazu ma być ciemne jak to bywa o zmroku z lekko zarysowującymi się drzwiami, na tle których była wizja, do której drzwi należą. Dlatego na obrazie Kazimirowskiego one są niewidoczne, a dodano je na zlecenie Komisji głównej Episkopatu jako warunek zezwolenia na zawieszenie obrazu w świątyni

    7. Pod obrazem ma być podpis „Jezu, ufam Tobie”

    Cały obraz ma przedstawiać Chrystusa w momencie ukazania się Apostołom w dniu Zmartwychwstania (Jan 20, 19n), ustanowienia Sakramentu Miłosierdzia, jak się wyraża Sobór Watykański II. Takie tłumaczenie obrazu całkowicie wyjaśnia i uzasadnia wymienione cechy istotne tego obrazy, a przede wszystkim postawę idąco-stojącą, kierunek wejrzenia na Apostołów itp. Wystarczy przeczytać „Dialogi” Platona, by się przekonać, że na Wschodzie biesiady towarzyskie i naukowe odbywały się przy niskich stołach w postawie na wpół leżącej, w jakiej byli Apostołowie w Wieczerniku. Najmniejsze odchylenie się od wymienionych siedmiu cech istotnych obrazu zmienia jego znaczenie i interpretację (…). To jest najdoskonalszy moment z chwalebnego życia Zbawiciela, który ustanawia Sakrament Miłosierdzia Bożego i poleca Apostołom iść na misję, by głosić pokój Chrystusa – pokój Jego Królestwa wśród skłóconych narodów, które zaszły w ślepą ulicę i nie mogą znaleźć wyjścia z sytuacji zawikłanych. (…)

    Sprawa nazwy tego obrazu była aktualna jeszcze za życia Służebnicy Bożej. Wówczas zapytałem ją o zdanie. Ona po modlitwie odpowiedziała: „Pan Jezus nazwał siebie Królem Miłosierdzia”. Dopiero teraz przeczytałem to w jednym z jej listów do mnie i komunikuję oraz proszę wszystkich, by nazywać ten obraz „Królem Miłosierdzia.

    Bł. ks. Michał Sopoćko, Opis obrazu Króla Miłosierdzia, 17 VII 1974

    Obraz po raz pierwszy wystawiono publicznie w oknie galerii Kaplicy Ostrobramskie

    Ostatecznie dzieło zostało ukończone w lipcu 1934. Najprawdopodobniej początkowo ks. Sopoćko umieścił obraz w swoim domu. 1 listopada 1934 roku został zawieszony przodem do ściany w jednym z korytarzy klasztoru bernardynek w Wilnie. Taka decyzja podyktowana była daleko idąca roztropnością. Cała sprawa była bowiem jeszcze badana. Kult Bożego Miłosierdzia wymagał zatwierdzenia przez władze kościelne.

    KOŚCIÓŁ ŚW. MICHAŁA W WILNIE, OBECNIE MUZEUM SZTUKI SAKRALNEJ; © MARIAN DZWINEL

    ***

    Panu Jezusowi zależało jednak na tym, by dostęp do Jego wizerunku miało szersze grono wiernych. W jednym z widzeń podzielił się z siostrą Faustyną pragnieniem swojego serca: Powiedz spowiednikowi, aby obraz ten był w kościele wystawiony, a nie za klauzurą w klasztorze tym. Przez obraz ten udzielać będę wiele łask dla dusz, a przeto niech ma przystęp wszelka dusza do niego (Dz 570). Potwierdza to także notatka znaleziona we wspomnieniach ks. Sopoćki: S. Faustyna powiedziała, że Pan Jezus jest z tego ukrycia w korytarzu klasztornym niezadowolony i żąda przynajmniej zawieszenia tego obrazu w Ostrej Bramie na triduum przed Niedzielą Przewodnią, jakie ma być urządzone na zakończenie jubileuszu Odkupienia w r. 1935 (bł. ks. Michał Sopoćko, Wspomnienia z przeszłości, V, s. 91)

    Ostatecznie dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki, namalowany na wyraźne życzenie samego Zbawiciela wizerunek Jezusa Miłosiernego został po raz pierwszy wystawiony publicznie w oknie galerii Kaplicy Ostrobramskiej w dniach 26 -28 kwietnia 1935 roku. Związane to było w obchodem Jubileuszu 1900-lecia Odkupienia Świata. Ksiądz Sopoćko został poproszony przez ówczesnego proboszcza, ks. Stanisława Zawadzkiego, o wygłoszenie okolicznościowych kazań. Miało to miejsce w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, a więc w dzień wyznaczony przez Pana Jezusa na obchody Niedzieli Miłosierdzia. W uroczystościach uczestniczyła s. Faustyna Kowalska, która w następujący sposób opisała te wydarzenia w swoim „Dzienniczku”:

    Przez trzy dni był ten obraz wystawiony na widok publiczny i odbierał cześć publiczną, ponieważ był umieszczony w Ostrej Bramie, w szczycie okna, dlatego było go widać z bardzo daleka. W Ostrej Bramie obchodzono uroczyście przez te trzy dni zakończenie Jubileuszu Odkupienia Świata – 1900-lecie od męki Zbawiciela. Teraz widzę, że złączone jest dzieło Odkupienia z dziełem miłosierdzia, którego żąda Pan. (Dz. 89)

    Kiedy został wystawiony ten obraz, ujrzałam żywy ruch ręki Jezusa, który zakreślił duży znak krzyża. W ten sam dzień wieczorem (…) ujrzałam, jak ten obraz szedł ponad miastem, a miasto to było założone siatką i sieciami. Kiedy Pan Jezus przeszedł, przeciął wszystkie sieci…(Dz. 416).

    Kiedy byłam w Ostrej Bramie w czasie tych uroczystości, podczas których obraz ten został wystawiony, byłam na kazaniu, które mówił mój spowiednik [ksiądz Michał Sopoćko]; kazanie to było o miłosierdziu Bożym, było pierwsze, czego żądał tak dawno Pan Jezus. Kiedy zaczął mówić o tym wielkim Miłosierdziu Pańskim, obraz ten przybrał żywą postać i promienie te przenikały do serc ludzi zgromadzonych, jednak nie w równej mierze, jedni otrzymali więcej, a drudzy mniej. Radość wielka zalała duszę moją, widząc łaskę Boga. (Dz. 417)

    Kiedy kończyło się nabożeństwo i kapłan wziął Przenajświętszy Sakrament, aby udzielić błogosławieństwa, ujrzałam Pana Jezusa w takiej postaci, jako jest na tym obrazie. Udzielił Pan błogosławieństwa, a promienie te rozeszły się na cały świat. (Dz. 420)

    Obraz wielokrotnie zmieniał swoje miejsce pobytu

    Po zakończeniu uroczystości obraz musiał wrócić do klasztornego korytarza. Ksiądz Sopoćko starał się jednak różnymi sposobami wystawiać wizerunek Jezusa Miłosiernego do kultu publicznego. Już w 1935 r. umieścił go jako dekorację w kościele pobernardyńskim św. Franciszka, gdzie znajdował się jeden z ołtarzy budowanych na procesję w czasie uroczystości Bożego Ciała. Z kolei w jednym z listów z roku 1936 donosił do swojej penitentki: Obraz Miłosierdzia Bożego już znajduje się w kościele św. Michała. Umieściłem go tam na Niedzielę Przewodnią (M. Sopoćko, List do s. Faustyny z 15 V 1936 r., mps, 8). Ostatecznie jako rektor kościoła św. Michała zaczął ubiegać się o oficjalne pozwolenie na stałe umieszczenie obrazu w świątyni, nad którą sprawował opiekę. Uzyskał je od abp. Jałbrzykowskiego 2 kwietnia 1934 roku. Dwa dni po wydaniu dekretu, w Niedzielę Przewodnią, obraz został zawieszony w kościele oraz poświęcony przez ks. Sopoćkę, gdzie przez wiele lat odbierał cześć wiernych.

    WNĘTRZE KOŚCIOŁA ŚW. MICHAŁA W WILNIE W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM, PO PRAWEJ STRONIE WIDOCZNY OBRAZ JEZUSA MIŁOSIERNEGO PĘDZLA EUGENIUSZA KAZIMIROWSKIEGO; © ARCHIDIECEZJA WILEŃSKA

    ***

    Po zmianie granic państwowych ks. Sopoćko pragnął pozostać na terenie Wilna. Jednak decyzją swojego przełożonego, abp. Jałbrzykowskiego został wezwany do Białegostoku. Początkowo myślał o tym, by obraz zabrać ze sobą. Po modlitwie i rozważeniu całej sprawy zdecydował się zostawić go na swoim miejscu.

    Po włączeniu Wileńszczyzny do ZSRR przystąpiono do realizacji polityki powszechnej ateizacji. Zamykano kolejne kościoły, a dzieła sztuki religijnej niszczono. Tak sam los spotkał kościół św. Michała, który od 1948 nie pełnił już swoich funkcji. Zaistniało niebezpieczeństwo zniszczenia obrazu Jezusa Miłosiernego. Na szczęście dzięki przebiegłej interwencji dwóch kobiet – Polki Janiny Radzewicz i Litwinki Bronisławy Miniotaite – udało się obraz „wykupić” od pracujących w kościele robotników. Początkowo był on umieszczony w mieszkaniu pani Janiny, a później został przeniesiony do znajomych pani Bronisławy.

    W nocy z 25 na 26 sierpnia 1951 roku Bronisława Radzewicz została aresztowana i skazana na 10 lat obozu na Syberii. Do Wilna wróciła na skutek amnestii trzy lata później. Po pewnym czasie wydobyła z ukrycia obraz, który wymagał już renowacji. Podjęła się tej pracy znajoma Bronisławy Miniotaite – Helena Szmigielska, która przeprowadziła renowację obrazu w swojej pracowni na przełomie 1955 i 1956 roku.

    Janina Rodziewicz opuściła Wilno 2 listopada 1956 r. Niedługo przed wyjazdem przekazała odnowiony obraz proboszczowi kościoła pw. Świętego Ducha – ks. Elertowi. Dzieło pozostawało w jego prywatnym mieszkaniu, gdzie zobaczył go ks. Józef Grasewicz, proboszcz parafii w Nowej Rudzie. I tak wkrótce miejscem pobytu obrazu stał się kościół nieopodal Grodna. Został zawieszony wysoko na ścianie oddzielającej prezbiterium od nawy głównej.

    Pielgrzymi z całego świata pielgrzymują do Wilna

    W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia władze postanowiły zamienić kościół w Nowej Rudzie na magazyn. Cały inwentarz wywieziono do kościoła w Porzeczu, pozostawiając jedynie umieszczony wysoko obraz. Zatroskany o jego los ksiądz Grasewicz poprosił malarkę Marię Gawrosz o zrobienie kopii. Było to trudne przedsięwzięcie, gdyż nie można było wzbudzić podejrzeń mieszkańców. Malarka wykonała kopię obrazu wielkości oryginału. Jesienią 1985 r. dokonano zamiany obrazów i przewieziono pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego do remontowanego w tym czasie kościoła pw. Świętego Ducha w Wilnie. Proboszcz tej parafii ks. Aleksander Kaszkiewicz – późniejszy biskup grodzieński – umieścił obraz w zakrystii. W czasie remontu zawieszono obraz w bocznej nawie. Na prośbę proboszcza na obrazie umieszczono napis: Jezu, ufam Tobie! W czasie swojej pielgrzymki na Litwę 5 września 1993 r. modlił się przed obrazem Pana Jezusa Miłosiernego papież Jan Paweł II. W swoim przemówieniu do zgromadzonych wiernych nazwał ten obraz świętym wizerunkiem.

    Z biegiem lat stan obrazu pogarszał się. Wymagał on zabiegów konserwatorskich. Zbieraniem funduszy na to przedsięwzięcie zajęła się działająca przy Zgromadzeniu Sióstr Jezusa Miłosiernego Fundacja Apostołów Jezusa Miłosiernego. W marcu 2003 roku prac renowacyjnych podjęła się konserwatorka Edyta Hankowska – Czerwińska. Prace przeprowadzane były w ówczesnym domu Sióstr Jezusa Miłosiernego w Wilnie przy ul. Gelių 5. Po ich ukończeniu obraz powrócił do kościoła Ducha Świętego, skąd decyzją kard. Audrysa Baczkisa został przeniesiony do sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie odbiera cześć mieszkańców Wilna oraz pielgrzymów przebywających z całego świata.

    PREZBITERIUM W SANKTUARIUM BOŻEGO MIŁOSIERDZIA W WILNIE; © MARIAN DZWINEL

    * * *

    ks. dr Mariusz Marszałek SAC (ur. 1979) – doktor nauk społecznych, magister teologii i biotechnologii; znawca kultu Bożego Miłosierdzia; autor artykułów w języku polskim i litewskim, najważniejszą publikacją jest monografia „Kapłan według Serca Mego” będąca owocem prac badawczych w Polsce i na Litwie na temat formacji kapłańskiej bł. ks. Michała Sopoćki w jego życiu i posłudze. Jest pomysłodawcą i autorem wystawy „Wilno – Miasto Miłosierdzia” obrazującej miejsca oraz osoby związane z kultem Bożego Miłosierdzia na Wileńszczyźnie. Wystawa miała swoją premierę w gmachu Senatu RP w sierpniu 2015 roku, a następnie była prezentowana w wielu miejscach w Polsce i zagranicą (m.in. w gmachu Parlamentu Europejskiego oraz gmachu Sejmu Republiki Litewskiej). Wystawie towarzyszyła promocja przewodnika pod tym samym tytułem. Jest pomysłodawcą i współautorem filmu dokumentalnego „Ufam Tobie” o historii obrazu Jezusa Miłosiernego pędzla Kazimirowskiego. Film zdobył statuetkę Srebrnego Żurawia (2016) oraz był nominowany do ścisłego finału w kategoriach najlepszy film i najlepszy dokument

    Międzynarodowego Festiwalu Mirabile Dictu (2016). W latach 2015-2016 pełnił funkcję Koordynatora Roku Miłosierdzia w Archidiecezji Wileńskiej oraz Sekretarza Arcybiskupa Gintarasa Grušasa. Pomysłodawca projektu „Cammino Misericordia” – szlaku turystycznego łączącego Kraków i Wilno. W 2022 roku zrealizował wystawę „Cammino Misericordia”, która została sfinansowana w ramach projektu finansowanego ze źródeł „Stowarzyszenia Wspólnota Polska”. Głosił rekolekcje w kraju i zagranicą (m.in. Włochy, USA, Wietnam, Rosja) zarówno dla osób świeckich, jak i osób konsekrowanych. W 2016 roku ukończył Szkołę Formatorów w Akademii Ignatianum w Krakowie. Od 2023 roku studiuje psychoterapię w Szkole Psychoterapii „Vis Salutis” w Łodzi. Obecnie jest dyrektorem domu rekolekcyjnego „Dolina Miłosierdzia” w Częstochowie, Sekretarzem ds. Miłosierdzia Bożego Prowincji Zwiastowania Pańskiego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, krajowym koordynatorem ds. formacji Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Więcej informacji na temat kultu Bożego Miłosierdzia na stronie: www.misericordia-sac.com.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    Józef wiedział, że jeśli warto na coś w życiu postawić, za czym iść, to jest to miłość właśnie, nawet jeśli wymaga ona radykalnej przebudowy życia. Taka decyzja, pełne ryzyka, zdecydowania się na nieznane, założenie Rodziny, która będzie inna niż chciał wymaga od niego męstwa dnia codziennego, powszedniej odwagi – nie spektakularnego czynu, ale podjęcia codziennego trudu bycia mężem i, co tu kryć, ojcem.

    Wyobraźmy sobie teraz opisaną przez Mateusza sytuację.

    Młodzi małżonkowie, Józef i Maryja, przygotowują się powoli do drugiego etapu związku małżeńskiego: przeprowadzki panny młodej do domu pana młodego.

    Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: „Bóg z nami”. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus (Mt 1,18-25).

    Wyobraźmy sobie teraz opisaną przez Mateusza sytuację.

    Młodzi małżonkowie, Józef i Maryja, przygotowują się powoli do drugiego etapu związku małżeńskiego: przeprowadzki panny młodej do domu pana młodego.

    Spróbujmy zburzyć tę sielankę. Bo o tym jest tak naprawdę tekst Mateusza.

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    Jeśli wszystko toczyło według żydowskich obyczajów (a nic nie wskazuje na to, że było inaczej) to młodzi małżonkowie nie mieli więcej niż 20 lat. O ile młodziutką Maryję jeszcze sobie wyobrazimy, o tyle Józef – nastolatek jakoś nie pasuje do naszych obrazów przechowywanych skrzętnie od dzieciństwa, skoro odkąd pamiętamy „Józef stary Dzieciątko piastuje” (jak to śpiewamy w pobożnej kolędzie).

    Józef dowiaduje się nagle, że jego młoda żona jest w ciąży. I Józef wie, że to Dziecko nie jest jego. Skąd się dowiedział? Musiał pewnie zobaczyć, że Maryja jest brzemienna. Pomyślmy o tej młodej małżonce, która w ciążę zaszła kilka miesięcy wcześniej w sposób niewytłumaczalny dla człowieka: jak ma to wyjaśnić swemu mężowi? Że przyszedł do niej Gabriel? To pierwsza próba Maryi – próba milczenia i czekania, co z tym wszystkim zrobi Bóg. I jak zareaguje Józef.

    A młody małżonek myśli ma jak najbardziej naturalne: skoro jest w ciąży, to musi spotykać się z innym mężczyzną. Dopuściła się grzechu cudzołóstwa. Karą za taki czyn jest śmierć – kamienowanie. Józef nie chce do tego dopuścić. Decyduje się: skoro kocha innego mężczyznę, usunę się; niech ludzi gadają, że to moje Dziecko, a ja je porzuciłem. Wina spadnie na mnie. I Józef zasypia, choć sen nie jest słodki. Widać, że jednak tę kobietę po prostu kocha i żal mu, że nie będzie jego żoną. Skoro jednak się nie da…

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    I wtedy Bóg posyła anioła. Choć to, co ma młodemu małżonkowi do zakomunikowania, jest jeszcze bardziej trudne niż wnioski, do których doszedł sam Józef. Otóż żona go nie zdradziła, a Dziecko poczęło się za sprawą Ducha Świętego (co Józef z tego zrozumiał? Czy o wiele więcej niż my?) Ma w każdym razie nie zostawiać Maryi, jest jej potrzebny, a ona jest jego żoną; ma się nie bać i zamieszkać z nią razem, ma nadać imię Jej Synowi, imię Jezus, bo to On zbawi, czyli uratuje, ludzi od grzechów.

    Trochę tego dużo jak na zakochanego nastolatka.

    Czego Józefowi tutaj potrzeba? Cnoty, która dziś postawiona do kąta, nie jest zbyt często przywoływana w pobożnych kręgach. A potrzeba mu cnoty męstwa.

    Dlaczego męstwa? Bo miłość do kobiety okazała się inna niż się spodziewał – o wiele bardziej wymagająca, mniej zgodna z jego wyobrażeniami, a zatem nieznana i trudna. Że Dziecko, na które czekał, jest inne niż sobie wyobrażał. Nie żeby go zawiodło, ale przecież miało być inaczej…

    Józef jednak instynktownie czuje, że jeśli warto na coś w życiu postawić i coś, za czym warto przez całe życie iść, to jest to miłość właśnie, nawet jeśli wymaga ona radykalnej przebudowy życia. Taka decyzja, pełne ryzyka, zdecydowania się na nieznane, założenie Rodziny, która będzie inna niż chciał (i może przez to będzie taka… Święta) wymaga od niego męstwa dnia codziennego, powszedniej odwagi – nie spektakularnego czynu, ale podjęcia codziennego trudu bycia mężem i, co tu kryć, ojcem.

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    Bez odwagi i męstwa Józefa nie byłoby Betlejem jakie znamy dzisiaj. Bóg z pewnością by sobie poradził, ale o ile bylibyśmy ubożsi, ubożsi o świętego Józefa, człowieka, który wiedział, czego chciał i który wiele poświęcił, aby to uzyskać.

    Józef nie mówi ani słowa w całej Ewangelii. Może jednak możemy zobaczyć migawkę z codzienności Nazaretu w stosunku Jezusa do kobiet: pełnym respektu i czci. Od kogo się go nauczył jeśli nie od swego przybranego ojca i tego, w jaki sposób on rozmawiał z żoną i sąsiadkami. Mąż sprawiedliwy, Józef, naprawdę był dla Jezusa ojcem – nie biologicznym ale kształtującym jego człowieczeństwo.

    o. Szymon Hiżycki OSB/19 MARCA 2014/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • MATKA BOŻA I ŚWIĘCI PAŃSCY – styczeń 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    _____________________________________________________________________________________________________________


    31 stycznia

    Święty Jan Bosko, prezbiter

    Święty Jan Bosko - zdjęcie z 16 marca 1886 r.

    Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 r. w Becchi (ok. 40 km od Turynu). Był synem piemonckich wieśniaków. Gdy miał 2 lata, zmarł jego ojciec. Jego matka musiała zająć się utrzymaniem trzech synów. Młode lata spędził w ubóstwie. Wcześnie musiał podjąć pracę zarobkową. Kiedy miał 9 lat, Pan Bóg w tajemniczym widzeniu sennym objawił mu jego przyszłą misję. Zaczął ją na swój sposób rozumieć i pełnić. Widząc, jak wielkim powodzeniem cieszą się przygodni kuglarze i cyrkowcy, za pozwoleniem swojej matki w wolnych godzinach szedł do miejsc, gdzie ci popisywali się swoimi sztuczkami, i zaczynał ich naśladować. W ten sposób zbierał mieszkańców swojego osiedla i zabawiał ich w niedziele i świąteczne popołudnia, przeplatając swoje popisy modlitwą, pobożnym śpiewem i “kazaniem”, które wygłaszał. Było to zwykle kazanie, które tego dnia na porannej Mszy świętej zasłyszał w kościele parafialnym.
    Pierwszą Komunię świętą przyjął w wieku 11 lat (1826). Gdy miał lat 14, rozpoczął naukę u pewnego kapłana-emeryta. Musiał ją jednak po roku przerwać po jego nagłej śmierci. W latach 1831-1835 ukończył szkołę podstawową i średnią. Nie mając funduszów na naukę, Jan musiał pracować dodatkowo w różnych zawodach, by zdobyć konieczne podręczniki i opłacić nauczycieli. Musiał także pomyśleć o własnym utrzymaniu, mieszkając na stancji. Dorabiał nadto dawaniem korepetycji.

    Święty Jan Bosko

    Po ukończeniu szkół średnich Jan został przyjęty do wyższego seminarium duchownego w Turynie. Tutaj pod kierunkiem św. Józefa Cafasso, wykładowcy i spowiednika, czynił znaczne postępy w doskonałości chrześcijańskiej (1835-1841). 5 czerwca 1841 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Za poradą św. Józefa Jan wstąpił do Konwiktu Kościelnego dla pogłębienia swojej wiedzy religijnej i życia wewnętrznego.
    8 grudnia 1841 roku napotkał przypadkowo 15-letniego młodzieńca-sierotę, zupełnie opuszczonego materialnie i moralnie. Od tego dnia zaczął gromadzić samotną młodzież, uczyć ją prawd wiary, szukać dla niej pracy u uczciwych ludzi. W niedzielę zaś dawał okazję do wysłuchania Mszy świętej i do przyjmowania sakramentów świętych, a później zajmował młodzież rozrywką. Ponieważ wielu z nich było bezdomnych, starał się dla nich o dach nad głową. Tak powstały szkoły elementarne, zawodowe i internaty, które rychło rozpowszechniły się w Piemoncie. “Zaniósł wiarę, światło i pokój tam, gdzie samotność rodziła nędzę” (z hymnu Liturgii Godzin).
    Ten apostoł młodzieży uważany jest za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła. Zdawał sobie wszakże sprawę, że sam jeden tak wielkiemu dziełu nie podoła. Aby zapewnić stałą pieczę nad młodzieżą, założył dwie rodziny zakonne: Pobożne Towarzystwo św. Franciszka Salezego dla młodzieży męskiej – salezjanów (1859) oraz zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych dla dziewcząt (1872). Będąc tak aktywnym, Jan potrafił odnajdywać czas na modlitwę i głębokie życie wewnętrzne. Obdarzony niezwykłymi charyzmatycznymi przymiotami, pozostawał człowiekiem pokornym i skromnym. Uważał siebie za liche narzędzie Boga.
    Rozwinął szeroko działalność misyjną, posyłając najlepszych swoich synów duchowych i córki do Ameryki Południowej. Dzisiaj członkowie Rodziny Salezjańskiej pracują na polu misyjnym na wszystkich kontynentach świata, zajmując jedno z pierwszych miejsc. W dziedzinie wychowania chrześcijańskiego św. Jan Bosko wyróżnił się nie tylko jako jeden z największych w dziejach Kościoła pedagogów, ale zostawił po sobie kierunek-szkołę pod nazwą “systemu uprzedzającego” (zachowawczego), który wprowadził prawdziwy przewrót w dotychczasowym wychowaniu. Ta metoda wychowawcza nie jest oparta na stosowaniu przymusu, lecz odwołuje się do potencjału dobra i rozumu, jakie wychowanek nosi w swoim wnętrzu. Wychowawca, w pełni szanując wolną wolę młodego człowieka, staje się mu bliski i towarzyszy mu na drodze autentycznego wzrastania. System zapobiegawczy polega na uprzedzaniu czynów podopiecznego tak, aby nie doprowadzić do zrobienia przez niego czegoś niewłaściwego.

    Święty Jan Bosko

    Nie mniejsze zasługi położył św. Jan Bosko na polu ascezy katolickiej, którą uwspółcześnił, uczynił dostępną dla najszerszych warstw wiernych Kościoła: uświęcenie się przez sumienne wypełnianie obowiązków stanu, doskonalenie się przez uświęconą pracę. Najświętsza Maryja Panna i św. Józef nie poszli w swoim życiu codziennym drogą nadzwyczajnych pokut czy też wielu godzin modlitwy. Wszystko jednak czynili dla wypełnienia woli Bożej, dla Jezusa. W ten sposób wszystkie ich czynności były aktem czci i miłości Bożej. Ta właśnie tak prosta i wszystkim dostępna asceza salezjańska wyniosła na ołtarze Jana Bosko, Michała Rua, jego następcę, Dominika Savio – jego wychowanka, Alojzego Orione – założyciela Małego Dzieła Boskiej Opatrzności (orionistów) oraz Marię Dominikę Mazzarello – współzałożycielkę Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, a także Alojzego Versiglia, biskupa, i Kaliksta Caravario, misjonarzy i męczenników w Chinach (+ 25 lutego 1930 r.).
    Cały wolny czas Jan poświęcał na pisanie i propagowanie dobrej prasy i książek. Początkowo wydawał je w drukarniach turyńskich. Od roku 1861 posiadał już własną drukarnię. Rozpoczął od wydawania żywotów świątobliwych młodzieńców, by swoim chłopcom dać konkretne żywe przykłady i wzory do naśladowania. Od roku 1877 dla wszystkich przyjaciół swoich dzieł zaczął wydawać jako miesięcznik, do dziś istniejący, Biuletyn Salezjański. Wszystkie jego pisma wydane drukiem to 37 tomów. Ponadto pozostawił po sobie olbrzymią korespondencję.
    W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych. Wiemy o wskrzeszeniu co najmniej jednego umarłego. Jan Bosko posiadał nader rzadki nawet wśród świętych dar bilokacji, rozmnażania orzechów czy kasztanów jadalnych. Zanotowano także przypadek rozmnożenia przez Jana Bosko konsekrowanych komunikantów. Najwięcej rozgłosu przyniosły mu jednak dar czytania w sumieniach ludzkich, którym posługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości jednostek, swojego zgromadzenia, dziejów Italii i Kościoła.
    Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 r. Pius XI beatyfikował ks. Bosko 2 czerwca 1929 r., a kanonizował 1 kwietnia 1934 r., w Wielkanoc. Jest patronem młodzieży, młodych robotników i rzemieślników.W chwili śmierci Założyciela zgromadzenie salezjanów miało 58 domów i liczyło 1049 członków. Obecnie ponad 16 000 salezjanów prowadzi 1830 placówek w 128 krajach świata. Rodzina Salezjańska, do której należą zakonnicy i świeccy żyjący duchowością ks. Bosko, liczy ponad 400 000 członków.
    Duchowi synowie św. Jana Bosko, zwani najczęściej salezjanami, przybyli do Polski w 1898 roku. Córki Maryi Wspomożycielki przybyły do Polski w roku 1922. Ze zgromadzenia salezjańskiego wyszli m.in. prymas Polski, kardynał August Hlond (1881-1948) i metropolita poznański Antoni Baraniak (1904-1977). Salezjaninem był bł. Bronisław Markiewicz (+ 1912), który założył na ziemiach polskich zgromadzenie św. Michała Archanioła (michalitów). Z grona polskich salezjanów wywodzi się także bł. August Czartoryski, beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 25 kwietnia 2004 r.
    W ikonografii św. Jan Bosko przedstawiany jest jako kapłan w sutannie zakonnej. Najczęściej ukazywany jest w otoczeniu młodzieży, której poświęcił swoje życie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 stycznia

    Błogosławiony Bronisław Markiewicz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teofil, męczennik
    ***
    Błogosławiony Bronisław Markiewicz

    Bronisław Markiewicz urodził się 13 lipca 1842 r. w Pruchniku koło Jarosławia. Otrzymał staranną formację religijną; nie uchroniło go to jednak przed pewnym załamaniem wiary podczas nauki w gimnazjum przemyskim. W 1863 r. wstąpił do seminarium duchownego. We wrześniu 1867 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do pracy duszpasterskiej w Harcie i w katedrze przemyskiej. Pragnął poświęcić się pracy z młodzieżą, dlatego podjął dodatkowe studia z pedagogiki, filozofii i historii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1875 r. został proboszczem parafii Gać, a dwa lata później – w Błażowej. Od 1882 r. wykładał teologię pastoralną w seminarium duchownym w Przemyślu.
    Z czasem ks. Bronisław odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego. W listopadzie 1885 r. wyjechał do Włoch i tam wstąpił do salezjanów. W marcu 1887 r. złożył śluby na ręce św. Jana Bosko. Z oddaniem i gorliwością wypełniał powierzane mu zadania. Z powodu surowego trybu życia zachorował na gruźlicę; uważano go za bliskiego śmierci. Udało mu się jednak odzyskać zdrowie. W marcu 1892 r., za pozwoleniem przełożonych, powrócił do Polski i został proboszczem w Miejscu Piastowym (koło Krosna).
    Oddał się tutaj pracy z młodzieżą, głównie z ubogimi i sierotami. Otworzył Instytut Wychowawczy, przez który troszczył się o materialną i zawodową przyszłość podopiecznych. W 1897 r. założył dwa nowe zgromadzenia zakonne pod opieką św. Michała Archanioła, oparte na duchowości św. Jana Bosko. Zostały one zatwierdzone dopiero po śmierci założyciela – gałąź męska w 1921 r., a żeńska – siedem lat później.
    W Miejscu Piastowym w 1892 r. ksiądz Markiewicz stworzył dom, w którym wychowały się setki chłopców. Obecnie jest tam sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. Bronisława, dom generalny michalitów z muzeum Założyciela, dom centralny michalitek z muzeum misyjnym oraz duży zespół szkół dla młodzieży. W 1903 r. powstała też nowa placówka w Pawlikowicach koło Krakowa.
    Bronisław Markiewicz, wyczerpany pracą, zmarł 29 stycznia 1912 r. W 1958 r. rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Zakończył się on uroczystą beatyfikacją, dokonaną w Warszawie przez delegata papieskiego, kard. Józefa Glempa, w dniu 19 czerwca 2005 r.
    Obecnie michalici pracują w 15 krajach na całym świecie; podobnie michalitki, które mają kilkanaście domów w Polsce i 8 za granicą. Oba zgromadzenia należą do Rodziny Salezjańskiej. Znanym michalitą był tragicznie zmarły w 2001 r. bp Jan Chrapek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    30 stycznia

    Święta Hiacynta, dziewica

    Święta Hiacynta

    Klarysa Marescotti urodziła się w 1585 r. niedaleko Viterbo. Jej rodzice – Marek Antoniusz i Oktawia Orsini – należeli do najwybitniejszych książęcych rodzin Włoch. Mając 19 lat została oddana przez ojca – zaniepokojonego jej zbyt swobodnym życiem – do klasztoru klarysek, Franciszkanek III Zakonu św. Bernardyna w Viterbo, w którym już wcześniej przebywała jej starsza siostra, Ginewra. Otrzymała tam imię Hiacynta. Przyzwyczajona wszakże do wielkopańskiego stylu życia i do wygód, nie mogła przywyknąć do surowego życia klasztoru. Pierwsze piętnaście lat przeżyła ku zgorszeniu i zatroskaniu sióstr bardzo swobodnie: przyjmowała licznych gości, bawiła ich i dbała o “należne” jej wygody. Klauzura, ubóstwo, posłuszeństwo nie były dla niej problemem. Przełożeni w obawie przed możną rodziną nie chcieli sytuacji zadrażniać.
    Pan Bóg chciał ją jednak mieć dla siebie i znalazł sposób, by zawrócić ją z niebezpiecznej drogi. Dopuścił na nią ciężką i bardzo bolesną chorobę. Leżąc jak Łazarz na łożu cierpień, miała dosyć czasu na refleksję. Poznała wtedy, jak zawodne są w nieszczęściu przyjaźnie ludzkie, jak złudne i przemijające są rozkosze ziemskie. Zaczęła gorzko żałować zmarnowanych lat życia. Przyrzekła Panu Bogu, że gdy tylko wyzdrowieje, będzie inna. Po ustąpieniu choroby podjęła życie modlitwy i pokuty. Stała się gorliwą czcicielką Chrystusa ukrzyżowanego, ubogiego i pokornego. Rozwijała szeroką działalność charytatywną. Nawiedzała więzienia, szpitale, przytułki, niosąc tam pomoc i spełniając najniższe posługi. Korzystając z ogromnego majątku rodziny, popierała wszelkie szlachetne inicjatywy, zmierzające do złagodzenia cierpień bliźnich. Założyła dwa stowarzyszenia (w 1636 i 1638 r.), opiekujące się ludźmi chorymi i starymi. Jako można pani, posługująca nędzy ludzkiej, dawała wielce budujący przykład ludziom tamtego czasu. Przypisuje się jej również wiele nawróceń. W nagrodę Pan Bóg obdarzył ją darem ekstaz, łaską proroctwa i czytania w sumieniach ludzkich. W zakonie zajmowała się nowicjuszkami.
    Zmarła 30 stycznia 1640 r. Kiedy wystawiono jej ciało w kościele klarysek, zbiegło się całe Viterbo, by opłakiwać swoją dobrodziejkę i opiekunkę. Liczne cuda były potwierdzeniem powszechnego przekonania o jej heroicznej świętości. Do grona błogosławionych wpisał ją papież Benedykt XIII w roku 1726, a do katalogu świętych papież Pius VII w roku 1807, chociaż dekret kanonizacji wydał wcześniej jego poprzednik, papież Pius VI, w roku 1790. Św. Hiacynta zostawiła wśród pism cenną książeczkę: Rady duchowe, jak prowadzić dusze do miłości Jezusa i Maryi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 stycznia

    Błogosławiona Bolesława Lament, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela Merici, dziewica
      •  Święty Józef Freinademetz, prezbiter
      •  Błogosławiona Archaniela Girlani, dziewica
      •  Święty Walery, biskup
      •  Święty Sulpicjusz Sewer, biskup
    ***
    Błogosławiona Bolesława Lament

    Bolesława urodziła się 3 lipca 1862 roku w Łowiczu. Jej ojciec był rzemieślnikiem. Po niej w rodzinie przyszło na świat jeszcze siedmioro dzieci. Atmosfera domu, w którym się wychowała, przepojona była głęboką i prawdziwą religijnością, a Bolesława od dziecka kochała Boga i miała dar modlitwy.
    W 1880 roku ukończyła ze złotym medalem gimnazjum w Łowiczu. Tam też miała okazję poznać problemy religijne, narodowe i społeczne swojej epoki, co miało duże znaczenie dla jej duchowej formacji. Przez dwa lata uczyła się w Warszawie zawodu krawcowej, po czym otworzyła w Łowiczu własny zakład krawiecki, wykazując dużo inicjatywy, przedsiębiorczości i talentu organizacyjnego.
    Wkrótce zlikwidowała swoją pracownię i mając 22 lata razem z siostrą Stanisławą wstąpiła do zgromadzenia sióstr Rodziny Maryi w Warszawie. Jako postulantka wyróżniała się darem modlitwy, skupienia oraz wiernością obowiązkom. Po złożeniu pierwszej profesji była wychowawczynią dziewcząt w internatach zgromadzenia i instruktorką krawiectwa; uczyła także w szkołach podstawowych. Ujawnił się wtedy jej talent organizacyjny. Nie będąc pewna swego powołania, nie złożyła profesji wieczystej. W 1893 roku opuściła zgromadzenie. Rok później nagła śmierć ojca postawiła przed nią zadanie zapewnienia bytu matce i młodszemu rodzeństwu. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie. Tu Bolesława odznaczyła się szczególną wrażliwością na ludzką biedę, rozwinęła działalność charytatywną wśród ubogich i bezdomnych, prowadząc dom noclegowy na Pradze.
    Ojciec Honorat Koźmiński – jej duchowy przewodnik polecił, aby objęła stanowisko przełożonej świeckiego III zakonu św. Franciszka przy jednej z warszawskich parafii. Przeżywając boleśnie rozdarcie jedności Kościoła przez podziały chrześcijan, dostrzegła w sobie powołanie do pracy nad zjednoczeniem Kościoła przez troskę o braci odłączonych. W 1903 roku poszła za radą ojca Honorata i wyjechała razem z dwiema ochotniczkami do Mohylewa nad Dnieprem (Białoruś), aby zająć się tam katolickim wychowaniem młodzieży.
    W 1905 roku wszystkie trzy rozpoczęły nowicjat zakonny. Z pomocą jezuity, ojca Józefa Wiercińskiego, Bolesława Lament napisała konstytucje nowego zgromadzenia zakonnego Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny, którego celem było wspieranie zjednoczenia chrześcijan na Wschodzie z Kościołem katolickim i umocnienie wiary. Służyła gorliwie tej sprawie, przyczyniając się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych. W 1906 roku wraz ze swymi dwoma towarzyszkami Bolesława Lament złożyła pierwsze śluby zakonne, a w rok później siostry przeniosły się do Petersburga, gdzie rozwinęły działalność wychowawczą wśród dzieci i młodzieży. W 1913 roku wszystkie trzy złożyły wieczyste śluby. W tym samym roku założyła internat dla młodzieży żeńskiej w Wyborgu, poszerzając działalność zgromadzenia na Finlandię.
    Stawiając siostrom i sobie wzór Świętej Rodziny, Bolesława naśladowała Ją w ubóstwie, umiłowaniu pracy, wytrwałości i delikatności. W jej duchowości uderza wierność woli Bożej, postawa wstawiennicza i wynagradzająca.
    Po wybuchu rewolucji październikowej zgromadzenie nie mogło prowadzić swojej działalności. Za naukę religii więziono siostry, jedna z nich została wywieziona na Syberię. Mężnie znosiły prześladowania i głód. Pozbawione domu i środków do życia, w 1921 r. wróciły do Polski. W 1922 roku w Chełmnie na Pomorzu siostry otoczyły opieką młode repatriantki z Rosji. Po raz pierwszy włożyły wówczas habity. W 1925 roku siostra Bolesława zorganizowała nowicjat w Piątnicy pod Łomżą, a w rok później przeniosła dom generalny do Ratowa w diecezji płockiej. W 1935 r. zrzekła się urzędu przełożonej generalnej zgromadzenia.
    Decyzją nowej przełożonej generalnej wysłana do Białegostoku, zorganizowała tam przedszkole, kursy kroju i szycia oraz gimnazjum. Z jej inicjatywy siostry podjęły pracę w dwóch internatach, domu noclegowym i stołówce dla bezrobotnej inteligencji. Otaczały też opieką więźniów. Jeden z domów zgromadzenia przeznaczyła na ośrodek opiekuńczy dla bezdomnych dzieci, utrzymując je ze skromnych zasobów zakonnych. Zorganizowała też, formalnie jako kursy do Pierwszej Komunii św., tajną szkołę, gdzie dzieci uczyły się przedmiotów zakazanych przez okupantów. Od 1941 r. Bolesława znosiła cierpliwie paraliż, zamieniając swe czynne apostolstwo na apostolstwo cierpienia i modlitwy. Przez całe życie była człowiekiem głębokiej modlitwy, umiała modlić się w każdej sytuacji, jednocząc się z Bogiem. Dała przykład życia ofiarnego i pełnego ufności do Boga.
    Zmarła 29 stycznia 1946 roku w Białymstoku w opinii świętości. Jej ciało przeniesiono do klasztoru w Ratowie i złożono w krypcie pod kościołem św. Antoniego. Beatyfikował ją w Białymstoku w 1991 roku św. Jan Paweł II. Mówił wtedy o niej: W głębokim poczuciu odpowiedzialności za cały Kościół, boleśnie przeżywała Bolesława rozdarcie jedności Kościoła. Sama doświadczyła wielorakich podziałów, a nawet nienawiści narodowych i wyznaniowych, pogłębionych jeszcze bardziej przez ówczesne stosunki polityczne. Dlatego też głównym celem jej życia oraz założonego przez nią zgromadzenia stała się jedność Kościoła, ta jedność, o którą modlił się w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus: “Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim Imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” (J 17, 11). Służyła matka Lament sprawie zjednoczenia tam zwłaszcza, gdzie podział zaznaczał się ze szczególną ostrością. Nie szczędziła niczego, byleby umacniać wiarę i rozpalać miłość do Boga, byle tylko przyczynić się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych: “Żebyśmy wszyscy – jak mówiła – miłowali się i stanowili jedno”. Pracę na rzecz jedności Kościoła, zwłaszcza na terenach wschodnich, uważała za szczególną łaskę Bożej Opatrzności. Długo przed Soborem Watykańskim II stała się inspiratorką ekumenizmu w życiu codziennym przez miłość.
    W ikonografii bł. Bolesława przedstawiana jest w habicie zgromadzenia. W dłoniach trzyma otwartą księgę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 stycznia

    Święty Tomasz z Akwinu,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Tomasz z Akwinu

    Tomasz urodził się na zamku Roccasecca niedaleko Akwinu (Włochy) w 1225 r. Jego ojciec, rycerz Landulf, był z pochodzenia Lombardczykiem, matka zaś była Normandką. Kiedy chłopiec miał 5 lat, rodzice oddali go w charakterze oblata do opactwa na Monte Cassino. Jednak Opatrzność miała inne zamiary wobec młodzieńca. Z niewyjaśnionych przyczyn opuścił on klasztor i udał się do Neapolu, gdzie studiował na tamtejszym uniwersytecie. Tam zapoznał się z niedawno założonym przez św. Dominika (+ 1221) Zakonem Kaznodziejskim. Rok wstąpienia do tego zakonu nie jest bliżej znany. Święty miał wtedy ok. 20 lat. Spotkało się to z dezaprobatą rodziny. Wszelkimi sposobami, włącznie z dwuletnim aresztem domowym, próbowano zmienić jego decyzję; bezskutecznie. Wysłano nawet jego własną siostrę, Marottę, by mu dominikanów “wybiła z głowy”. Tomasz jednak umiał tak do niej przemówić, że sama wstąpiła do benedyktynek.
    Przełożeni wysłali go na studia do Rzymu, a stamtąd około roku 1248 do Kolonii, gdzie wykładał na tamtejszym uniwersytecie głośny uczony dominikański, św. Albert Wielki (+ 1260), który miał wypowiedzieć prorocze słowa o Tomaszu: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”. W Kolonii Tomasz przyjął święcenia kapłańskie. Po chlubnym ukończeniu studiów przełożeni wysłali go do Paryża, by na tamtejszej Sorbonie wykładał teologię. Był najpierw bakałarzem nauk biblijnych (1252-1253), z kolei wykładał Sentencje Piotra Lombarda (1253-1255). Zadziwiał wszystkich jasnością wykładów, wymową i głębią. Stworzył własną metodę, w której najpierw wysuwał trudności i argumenty przeciw danej prawdzie, a potem je kolejno zbijał i dawał pełny wykład.
    Na skutek intryg, jakie przeciwnicy dominikanów rozbudzili na Sorbonie, Tomasz po siedmiu latach powrócił do Włoch. Na kapitule generalnej został mianowany kaznodzieją (1260). Przez pewien czas prowadził także wykłady na dworze papieskim Urbana IV (1261-1265). W latach 1265-1267 przebywał ponownie w domu generalnym Zakonu – w klasztorze św. Sabiny w Rzymie. W latach 1267-1268 przebywał w Viterbo jako kaznodzieja papieski.
    Kiedy ucichła burza w Paryżu, przełożeni ponownie wysłali swojego czołowego teologa do Paryża (1269-1272). Po trzech latach wrócił do Włoch i wykładał na uniwersytecie w Neapolu (1272-1274). W tym samym czasie kapituła generalna zobowiązała go, aby zorganizował teologiczne studium generale dla Zakonu. Tomasz upatrzył sobie na miejsce tychże studiów Neapol.
    W roku 1274 papież bł. Grzegorz X zwołał do Lyonu sobór powszechny. Zaprosił także Tomasza z Akwinu. Tomasz jednak, mając 48 lat, po krótkiej chorobie zmarł w drodze na sobór w opactwie cystersów w Fossanuova dnia 7 marca 1274 roku. Z tego właśnie powodu do roku 1969 doroczną pamiątkę św. Tomasza Kościół obchodził właśnie 7 marca, w dzień śmierci. Ten dzień przypada jednak prawie zawsze w Wielkim Poście. Dlatego reforma liturgiczna doroczne wspomnienie świętego przesunęła wyjątkowo na 28 stycznia – a więc na dzień przeniesienia jego relikwii do Tuluzy w 1369 r.Akwinata wsławił się szczególnie niewinnością życia oraz wiernością w zachowywaniu obserwancji zakonnych. Właściwe Zakonowi zadanie, jakim jest służba Słowu Bożemu w dobrowolnym ubóstwie, znalazło u niego wyraz w długoletniej pracy teologicznej: w gorliwym poszukiwaniu prawdy, którą należy nieustannie kontemplować i przekazywać innym. Dlatego wszystkie swoje zdolności oddał wyłącznie na służbę prawdy. Sam starał się ją posiąść, skądkolwiek by pochodziła, i ogromnie pragnął dzielić się nią z innymi. Odznaczał się pokorą oraz szlachetnym sposobem bycia.
    Kaznodzieja, poeta, ale przede wszystkim wielki myśliciel, człowiek niezwykłej wiedzy, którą umiał połączyć z niemniej wielką świętością. Powiedziano o nim, że “między uczonymi był największym świętym, a między świętymi największym uczonym”. W swej skromności kilkakrotnie odmawiał propozycji zostania biskupem.

    Święty Tomasz z Akwinu

    Stworzył zwarty system nauki filozoficznej i teologii katolickiej, zwany tomizmem. Wywarł głęboki wpływ na ukierunkowanie zachodniej myśli chrześcijańskiej. Spuścizna literacka św. Tomasza z Akwinu jest olbrzymia. Wprost wierzyć się nie chce, jak wśród tak wielu zajęć mógł napisać dziesiątki tomów. Wyróżniał się umysłem nie tylko analitycznym, ale także syntetycznym. On jedyny odważył się dać panoramę całej nauki filozofii i teologii katolickiej w systemie zdumiewająco zwartym. Do najważniejszych jego dzieł należą: Summa contra gentiles, czyli apologia wiary przeciwko poganom, Kwestie dysputowane, Komentarz do “Sentencji” Piotra LombardaSumma teologiczna i komentarze do niektórych ksiąg Pisma świętego. Szczególną czcią Tomasz otaczał Chrystusa Zbawiciela, zwłaszcza na krzyżu i w tajemnicy Eucharystii, co wyraził w tekstach liturgicznych do brewiarza i mszału na uroczystość Bożego Ciała, m.in. znany hymn Zbliżam się w pokorze. Płonął synowską miłością do Najświętszej Maryi Panny.
    Jest patronem dominikanów, księgarni, studentów i teologów; opiekun podczas sztormów. Papież Jan XXII zaliczył go do grona świętych 18 lipca 1323 roku. Papież św. Pius V ogłosił go 11 kwietnia 1567 roku piątym doktorem Kościoła zachodniego. Papież Leon XIII ustanowił go 4 sierpnia 1880 roku patronem wszystkich uniwersytetów i szkół katolickich.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w białym habicie dominikańskim, w czarnej kapie i białym szkaplerzu. Jego atrybutami są: anioł, gołąb; infuła u nóg, której nie przyjął; kielich, kielich z Hostią, księga, laska, model kościoła, monogram IHS, monstrancja, pióro pisarskie, różaniec, słońce na piersiach, które symbolizuje jego Boską inspirację. Jego znakiem jest także Chrystus w aureoli.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Św. Tomasz z Akwinu (I)

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 2.06.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Po kilku katechezach poświęconych kapłaństwu i moim ostatnim podróżom powracamy dziś do naszego zasadniczego tematu, czyli do rozważań o niektórych wielkich myślicielach średniowiecza. Ostatnio zajmowaliśmy się wielką postacią św. Bonawentury, franciszkanina, a dziś chciałbym mówić o św. Tomaszu z Akwinu, którego Kościół nazywa Doctor communis. Mój czcigodny poprzednik, Papież Jan Paweł II, w swojej encyklice Fides et ratio przypomniał, że «Kościół słusznie przedstawiał zawsze św. Tomasza jako mistrza sztuki myślenia i wzór właściwego uprawiania teologii» (n. 43). Nie dziwi zatem, że w Katechizmie Kościoła Katolickiego św. Tomasz jest po św. Augustynie najczęściej cytowanym pisarzem kościelnym: aż 61 razy! Nazwano go również Doctor Angelicus, prawdopodobnie ze względu na jego cnoty, w szczególności ze względu na wzniosłość myśli i czystość życia.

    Św. Tomasz urodził się w 1224 lub 1225 r. w zamku, który jego szlachecka i zamożna rodzina posiadała w miejscowości Roccasecca, w pobliżu Aquino, nieopodal słynnego opactwa Monte Cassino, do którego posłali go rodzice, by tam otrzymał podstawowe wykształcenie. Kilka lat później przeniósł się do Neapolu, stolicy Królestwa Sycylii, gdzie Fryderyk II założył prestiżowy uniwersytet. Wykładano tam — bez ograniczeń, jakie obowiązywały na innych uczelniach — myśl greckiego filozofa Arystotelesa, z którą młody Tomasz zaczął się zapoznawać i od razu uchwycił jej wielką wartość. A przede wszystkim w tych latach spędzonych w Neapolu zrodziło się jego powołanie dominikańskie. Tomasza pociągnęły bowiem ideały zakonu, założonego kilka lat wcześniej przez św. Dominika. Jednak gdy przywdział dominikański habit, rodzina wyraziła swój sprzeciw wobec tego wyboru i Tomasz musiał opuścić klasztor i powrócić na jakiś czas do rodzinnego domu.

    W 1245 r., gdy był już pełnoletni, mógł wrócić na drogę, która była odpowiedzią na Boże powołanie. Został wysłany do Paryża, gdzie studiował teologię pod kierunkiem innego świętego, Alberta Wielkiego, o którym niedawno mówiłem. Między Albertem a Tomaszem nawiązała się prawdziwa i głęboka przyjaźń, a nauczyli się wzajemnie szanować i troszczyć o siebie do tego stopnia, że Albert chciał, by jego uczeń udał się z nim również do Kolonii, gdzie posłali go przełożeni zakonu, by założył studium teologiczne. Wtedy właśnie Tomasz zapoznał się ze wszystkimi dziełami Arystotelesa i jego arabskich komentatorów, które przedstawiał i wyjaśniał Albert.

    W tamtym okresie głęboki wpływ na kulturę świata łacińskiego wywarły dzieła Arystotelesa, które przez długi czas pozostawały nieznane. Były to pisma dotyczące natury poznania, nauk przyrodniczych, metafizyki, duszy i etyki, obfitujące w wiadomości i hipotezy, które wydawały się słuszne i przekonujące. Dawały kompletną wizję świata, która została wypracowana przez sam rozum, bez Chrystusa i przed Chrystusem, i która wydawała się narzucać rozumowi jako «właściwa» interpretacja; dlatego też zetknięcie się z tą filozofią i poznanie jej niezwykle fascynowało młodych ludzi. Wielu przyjęło entuzjastycznie, wręcz bezkrytycznie to ogromne dziedzictwo wiedzy starożytnej, która — jak się wydawało — mogła korzystnie odświeżyć kulturę, całkowicie otworzyć nowe horyzonty. Jednakże inni obawiali się, że pogańska myśl Arystotelesa stoi w sprzeczności z wiarą chrześcijańską, i nie chcieli jej studiować. Doszło do spotkania dwóch kultur: przedchrześcijańskiej kultury Arystotelesa, z jej radykalną racjonalnością, i klasycznej kultury chrześcijańskiej. Niektóre środowiska odrzucały Arystotelesa, m.in. ze względu na sposób, w jaki przedstawiali go komentatorzy arabscy — Awicenna i Awerroes. To oni właśnie przekazali światu łacińskiemu filozofię arystotelesowską. Dla przykładu, komentatorzy ci nauczali, że ludzie nie posiadają własnego intelektu, lecz istnieje jeden rozum uniwersalny, wspólna wszystkim duchowa substancja, która działa we wszystkich jako «jedyna», co stanowi odpersonalizowanie człowieka. Inną dyskusyjną tezą, rozpowszechnianą przez komentatorów arabskich, było twierdzenie, że świat jest wieczny jak Bóg. Nic dziwnego zatem, że w świecie uniwersyteckim, a także kościelnym rozgorzały niekończące się dyskusje. Filozofia Arystotelesa zdobywała popularność nawet wśród prostych ludzi.

    Jako uczeń Alberta Wielkiego Tomasz z Akwinu dokonał rzeczy o zasadniczym znaczeniu dla historii filozofii i teologii, powiedziałbym — dla historii kultury: przestudiował dogłębnie Arystotelesa i jego komentatorów oraz postarał się o nowe przekłady łacińskie oryginalnych tekstów greckich. Dzięki temu nie opierał się już jedynie na komentatorach arabskich, lecz mógł sam czytać teksty oryginalne. Skomentował większość dzieł Arystotelesa, oddzielając w nich to, co było wartościowe, od tego, co budziło wątpliwości lub należało w całości odrzucić, wykazując zbieżności z faktami chrześcijańskiego Objawienia oraz wykorzystując myśl arystotelesowską szeroko i trafnie we własnych pismach teologicznych. Ostatecznie Tomasz z Akwinu pokazał, że między wiarą chrześcijańską a rozumem istnieje naturalna zgodność. Wielkim dokonaniem Tomasza było to, że w tym momencie zetknięcia się dwóch kultur — w chwili, kiedy wydawało się, że wiara powinna ustąpić miejsca rozumowi — pokazał on, że są one sobie potrzebne, bowiem to, co jawiło się jako rozumne, ale niezgodne z wiarą, w rzeczywistości nie jest rozumne, a to, co jawiło się jako wiara sprzeczna z prawdziwą racjonalnością, w rzeczywistości nie jest wiarą; i tak powstała nowa synteza, która ukształtowała kulturę następnych stuleci.

    Ze względu na niezwykłe przymioty umysłu Tomasz został wezwany do Paryża, by wykładał w dominikańskiej katedrze teologii. Tam rozpoczął także swoją fenomenalną twórczość pisarską, którą uprawiał aż do śmierci: komentarze do Pisma Świętego, ponieważ jako profesor teologii przede wszystkim je wykładał, komentarze do pism Arystotelesa, monumentalne dzieła systematyczne, a wśród nich znakomita Summa Theologiae, traktaty i dysputy na różne tematy. Przy redagowaniu pism pomagało mu kilku sekretarzy, m.in. współbrat Reginald z Piperno, który wiernie mu towarzyszył i z którym łączyła go szczera i braterska przyjaźń, oparta na zażyłości i ogromnym zaufaniu. Świętych cechuje właśnie to, że pielęgnują przyjaźń, gdyż jest ona jednym z najszlachetniejszych odruchów ludzkiego serca i ma w sobie coś boskiego, jak sam Tomasz wyjaśniał w niektórych quaestiones Summa Theologiae, pisząc: «Miłość jest zasadniczo przyjaźnią człowieka z Bogiem, a także z bytami, które do Niego należą» (ii-ii, q. 23, a. 1).

    W Paryżu przebywał na stałe niedługo. W 1259 r. uczestniczył w Kapitule Generalnej Dominikanów w Valenciennes, będąc członkiem komisji, która ułożyła program studiów w Zakonie. Następnie, w latach 1261-1265 Tomasz przebywał w Orvieto. Papież Urban IV, który darzył go wielkim szacunkiem, zlecił mu opracowanie tekstów liturgicznych na święto Bożego Ciała — które jutro będziemy obchodzić — ustanowione po cudzie eucharystycznym w Bolsenie. Tomasz miał duszę wybitnie eucharystyczną. Przepiękne hymny, które śpiewa liturgia Kościoła, sławiące tajemnicę rzeczywistej obecności Ciała i Krwi Pańskiej w Eucharystii, przypisywane są jego wierze i jego mądrości teologicznej. W latach 1265-1268 Tomasz przebywał w Rzymie, gdzie prawdopodobnie prowadził Studium, czyli zakonny dom studiów, i gdzie zaczął pisać swoją Summa Theologiae (por. Jean- -Pierre Torrell, Tommaso d’Aquino. L’uomo e il teologo, Casale Monf., 1994, ss. 118- -184). W 1269 r. został ponownie wezwany do Paryża na drugi cykl wykładów. Studenci, co zrozumiałe, byli jego wykładami zachwyceni. Jeden z jego byłych uczniów oświadczył, że rzesze studentów uczęszczających na wykłady Tomasza były tak wielkie, że sale wykładowe ledwo mogły ich pomieścić. Dodał jeszcze, że «słuchanie Tomasza było dla niego osobiście wielkim szczęściem». Interpretacja Arystotelesa, jaką proponował Tomasz, nie była akceptowana przez wszystkich, ale nawet jego przeciwnicy w świecie akademickim, tacy jak np. Goffredo di Fontaines, przyznawali, że użytecznością i wartością nauka brata Tomasza przewyższała inne i służyła za punkt odniesienia dla nauczania wszystkich pozostałych uczonych. Być może również po to, by oderwać go od toczących się wówczas żywiołowych dysput, przełożeni wysłali Tomasza ponownie do Neapolu, aby był do dyspozycji króla Karola i, który pragnął zreorganizować studia uniwersyteckie.

    Tomasz poświęcał się nie tylko pracy badawczej i nauczaniu, ale także głosił kazania ludowi. Prości ludzie słuchali go chętnie. Powiedziałbym, że to naprawdę wielka łaska, kiedy teolog umie mówić do wiernych z żarem i prostotą. Z drugiej strony, posługa głoszenia zapewnia uczonym teologom zdrowy duszpasterski realizm i dostarcza żywotnych bodźców ich naukowym poszukiwaniom.

    Ostatnie miesiące ziemskiego życia Tomasza spowija szczególna, powiedziałbym tajemnicza atmosfera. W grudniu 1273 r. przywołał on do siebie swojego przyjaciela i sekretarza Reginalda, żeby mu powiedzieć, że postanowił przerwać wszelkie prace, ponieważ w trakcie odprawiania Mszy św. zrozumiał, dzięki nadprzyrodzonemu objawieniu, że wszystko, co do tej pory napisał, to tylko «sterta słomy». Owo tajemnicze wydarzenie pomaga nam dostrzec nie tylko osobistą pokorę Tomasza, ale również to, że wszystko, co jesteśmy w stanie pomyśleć i powiedzieć na temat wiary, choćby było najwznioślejsze i najszlachetniejsze, jest niczym wobec wielkości i piękna Boga, które zostaną nam w pełni objawione w raju. Kilka miesięcy później Tomasz, pogrążony w głębokiej medytacji, umiera podczas podróży do Lyonu, dokąd udawał się na Sobór Ekumeniczny, zwołany przez papieża Grzegorza X. Zmarł w opactwie cystersów w Fossanova, przyjąwszy z wielką pobożnością wiatyk.

    Całe życie i nauczanie św. Tomasza z Akwinu można zilustrować pewnym wydarzeniem, przekazanym przez dawnych biografów. Kiedy święty, jak to było w jego zwyczaju, wczesnym rankiem trwał na modlitwie przed Ukrzyżowanym w kaplicy św. Mikołaja w Neapolu, Domenico da Caserta, zakrystian, usłyszał toczący się tam dialog. Tomasz pytał z niepokojem, czy to, co napisał o tajemnicach wiary chrześcijańskiej, było słuszne. Ukrzyżowany odpowiedział: «Dobrze o Mnie napisałeś, Tomaszu. Czego pragnąłbyś w nagrodę?». A odpowiedź Tomasza, którą i my, przyjaciele i uczniowie Jezusa, chcielibyśmy zawsze Mu dawać, brzmiała: «Nic prócz tylko Ciebie samego, Panie!» (tamże, s. 320).

    Tragiczne zajścia w pobliżu Strefy Gazy

    Z głębokim niepokojem śledzę tragiczne zajścia w pobliżu Strefy Gazy. Pragnę wyrazić głębokie współczucie, jakim napełnił mnie los ofiar tych bolesnych wydarzeń, napawających niepokojem wszystkich, którym leży na sercu pokój w tym regionie. Jeszcze raz powtarzam z sercem przepełnionym smutkiem, że przemoc nie rozwiązuje sporów, lecz pogłębia ich dramatyczne skutki i rodzi nową przemoc. Apeluję do osób odpowiedzialnych za politykę lokalną i międzynarodową, aby nieprzerwanie poszukiwały właściwych rozwiązań, na drodze dialogu, aby mieszkańcom tych ziem zapewnić warunki sprzyjające życiu w zgodzie i spokoju. Zachęcam was, byście przyłączyli się do mnie w modlitwie za ofiary, ich rodziny i wszystkich cierpiących. Niech Pan wspiera wysiłki tych, którzy niestrudzenie działają na rzecz pojednania i pokoju.

    do Polaków:

    Z serdecznym pozdrowieniem zwracam się do Polaków. Moi drodzy, rozpoczęliśmy czerwiec — miesiąc poświęcony szczególnej czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. W tym kontekście niebawem zakończymy Rok Kapłański. Proszę was, abyście zawsze otaczali waszych duszpasterzy modlitwą. Niech napełnia ich ta miłość, której znakiem jest otwarte Serce Jezusa. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 8-9/2010/Opoka.pl

    __________________________________________________________________________

    Św. Tomasz z Akwinu (II)

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 16.06.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Chciałbym dziś kontynuować omawianie postaci św. Tomasza z Akwinu, który był tak wielkim teologiem, że studiowanie jego myśli zostało wyraźnie zalecone przez Sobór Watykański ii w dwóch dokumentach, w dekrecie Optatam totius o formacji kapłańskiej i w deklaracji Gravissimum educationis, poświęconej wychowaniu chrześcijańskiemu. Zresztą już w 1880 r. papież Leon XIII, jego wielki czciciel, który pobudził rozwój studiów tomistycznych, ogłosił św. Tomasza patronem szkół i uniwersytetów katolickich.

    Podstawowym powodem, dla którego jest on tak wysoko ceniony, jest nie tylko treść jego nauczania, ale także zastosowana przez niego metoda, zwłaszcza nowa synteza filozofii i teologii i rozróżnienie pomiędzy nimi. Ojcowie Kościoła mieli do czynienia z różnymi filozofiami o charakterze platońskim, które przedstawiały kompletną wizję świata i życia, a zatem obejmowały również kwestię Boga i religii. W konfrontacji z tymi filozofiami wypracowali oni całościową wizję rzeczywistości, wychodząc od wiary i korzystając z elementów platonizmu, by odpowiedzieć na zasadnicze pytania ludzi. Wizję tę, opartą na objawieniu biblijnym i opracowaną przy pomocy platonizmu poprawionego w świetle wiary, nazwali oni «naszą filozofią». Słowo «filozofia» nie odnosiło się zatem do systemu czysto rozumowego, i jako takiego odrębnego od wiary, lecz do kompleksowej wizji rzeczywistości, wypracowanej w świetle wiary, przyswojonej jednakże i pomyślanej przez rozum; wizji, która oczywiście przekraczała zdolności samego rozumu, ale która również dla niego była zadowalająca. Dla św. Tomasza spotkanie z przedchrześcijańską filozofią Arystotelesa (zmarłego ok. 322 p.n.e.) oznaczało otwarcie nowej perspektywy. Filozofia arystotelesowska była oczywiście filozofią wypracowaną bez znajomości Starego i Nowego Testamentu, była wyjaśnieniem świata bez Objawienia, odwołującym się wyłącznie do rozumu. I ta jej konsekwentna racjonalność była przekonująca. Stara forma «naszej filozofii» ojców straciła zatem rację bytu. Należało na nowo przemyśleć relację zachodzącą między filozofią i teologią, wiarą i rozumem. Pojawiła się bowiem «filozofia» kompletna i sama z siebie przekonująca, racjonalność uprzednia wobec wiary, a następnie obok niej była «teologia», czyli myślenie z wiarą i w wierze. Pytanie, które się narzucało, było następujące: czy świat racjonalności, filozofii pomyślanej bez Chrystusa i świat wiary są do pogodzenia? Czy też się wykluczają? Wiele elementów przemawiało za nieprzystawalnością tych dwóch światów, ale św. Tomasz był głęboko przekonany, że są one do pogodzenia — a nawet, że filozofia wypracowana bez znajomości Chrystusa niejako czekała na światło Jezusa, które ją mogło dopełnić. To była właśnie ta wielka «przygoda», jaka spotkała św. Tomasza i określiła jego drogę jako myśliciela. Wykazanie odrębności filozofii i teologii, a zarazem ich wzajemnych powiązań było historyczną misją wielkiego mistrza. Jest zatem zrozumiałe, że w XIX w., kiedy stanowczo twierdzono, że nowoczesny rozum i wiara są nie do pogodzenia, papież Leon XIII wskazał na św. Tomasza jako przewodnika w dialogu między nimi. W swojej pracy teologicznej św. Tomasz założył i opisał ich wzajemne relacje. Wiara konsoliduje, integruje i oświeca dziedzictwo prawdy, przyswojone przez ludzki rozum. Ufność, jaką pokłada św. Tomasz w tych dwóch narzędziach poznania — wierze i rozumie — można przypisać przekonaniu, że jedno i drugie wywodzą się z tego jedynego źródła wszelkiej prawdy, jakim jest Boski Logos, który przejawia się zarówno w dziele stworzenia, jak i odkupienia.

    Wraz z uznaniem przystawalności rozumu i wiary trzeba z drugiej strony przyznać, że posługują się one różnymi metodami poznawczymi. Rozum przyjmuje prawdę na mocy jej wewnętrznej oczywistości, pośredniej bądź bezpośredniej; wiara natomiast przyjmuje prawdę ze względu na autorytet Słowa Bożego, które się objawia. Pisze św. Tomasz na początku swojej Summa Theologiae: «Są dwa rodzaje wiedzy: pierwszy opiera się o zasady poznawane przyrodzonym światłem rozumu; np. arytmetyka, geometria itp. Drugi opiera się o zasady poznane światłem nadrzędnej wiedzy; tak to np. optyka opiera się o zasady podane przez geometrię, a muzyka o zasady zaczerpnięte z arytmetyki; i w ten to właśnie drugi sposób nauka święta jest wiedzą; wszak opiera się o zasady poznane światłem nadrzędnej wiedzy, jaką jest wiedza Boga i świętych» (I, q. 1, a. 2; tł. Pius Bełch op).

    To rozróżnienie zapewnia autonomię zarówno naukom opartym na poszukiwaniach rozumu, jak i naukom teologicznym. Nie wskazuje jednakże na niezgodności, lecz zakłada raczej wzajemną i korzystną współpracę. Wiara bowiem chroni rozum przed utratą zaufania do własnych możliwości, pobudza go do otwierania się na coraz szersze horyzonty, zachęca do szukania fundamentów, a kiedy rozum zgłębia nadprzyrodzoną sferę więzi Boga i człowieka, wzbogaca jego dzieło. Na przykład, według św. Tomasza, rozum ludzki może na pewno stwierdzić istnienie jednego Boga, ale tylko wiara, która przyjmuje Boże Objawienie, może zetknąć się z tajemnicą Miłości Boga trójjedynego.

    Z drugiej strony, to nie tylko wiara pomaga rozumowi. Również rozum, posługujący się swoimi środkami, może w czymś ważnym przysłużyć się wierze, oddając jej trojaką przysługę, którą św. Tomasz podsumował we wstępie do swojego komentarza do De Trinitate Boecjusza: «dowodzenie tych prawd, które stanowią wstęp do wiary, (…); ujawnianie dzięki pewnym podobieństwom tego, co właściwe wierze (…) za pomocą porównań prawd wiary; odpieranie zarzutów tych, którzy występują przeciwko wierze» (q. 2, a. 2; Św. Tomasz z Akwinu, O poznaniu Boga, wydanie łacińsko-polskie, tł. Piotr Lichacz op, Mateusz Przanowski op, Mikołaj Olszewski, Kraków, 2005, s. 131). Cała historia teologii to w gruncie rzeczy dzieje tych wysiłków intelektu, który wykazuje inteligibilność wiary, możność wyrażania jej oraz jej wewnętrzną harmonię, jej sensowność i zdolność promowania dobra człowieka. Poprawność teologicznego rozumowania i jego rzeczywiste znaczenie poznawcze opierają się na wartości języka teologicznego, który według św. Tomasza, jest przede wszystkim językiem analogicznym. Dystans między Bogiem, Stworzycielem, i bytem Jego stworzeń jest nieskończony: niepodobieństwo jest zawsze większe od podobieństwa (por. ds, 806). Jednak pomimo tego, przy całej różnicy między Stwórcą i stworzeniem, istnieje analogia pomiędzy bytem stworzonym i bytem Stworzyciela, która pozwala nam mówić ludzkimi słowami o Bogu.

    Św. Tomasz oparł naukę o analogii nie tylko na argumentach czysto filozoficznych, ale również na fakcie, że sam Bóg przemówił do nas w Objawieniu, a zatem upoważnił nas do mówienia o Nim. Uważam, że ważne jest przypomnienie tej nauki. Pomaga nam ona bowiem odeprzeć niektóre zarzuty, wysuwane przez współczesny ateizm, odmawiający językowi religijnemu obiektywnego znaczenia i utrzymujący, że ma on jedynie wartość subiektywną lub po prostu emocjonalną. Zarzut ten rodzi się z faktu, że umysł pozytywistyczny jest przekonany, że człowiek nie poznaje bytu, a jedynie doświadczalne funkcje rzeczywistości. Wraz ze św. Tomaszem i wielką tradycją filozoficzną jesteśmy przekonani, że w rzeczywistości człowiek nie poznaje jedynie funkcji będących przedmiotem nauk przyrodniczych, lecz poznaje coś z samego bytu — poznaje na przykład osobę, «ty» drugiego człowieka, a nie tylko fizyczny i biologiczny aspekt jego bytu.

    W świetle tego nauczania św. Tomasza teologia twierdzi, że choć język religijny jest ograniczony, to ma on sens — dotyczy bowiem bytu — niby strzała kierująca się w stronę rzeczywistości, którą oznacza. Tę podstawową zgodność rozumu ludzkiego i wiary chrześcijańskiej widzimy w innej fundamentalnej zasadzie, na której opiera się myśl Akwinaty: łaska Boża nie unicestwia, ale zakłada i udoskonala naturę ludzką. Ta ostatnia nawet po grzechu nie jest całkowicie zdeprawowana, lecz zraniona i osłabiona. Łaska, udzielona przez Boga i przekazana poprzez tajemnicę Słowa Wcielonego, jest darem danym absolutnie darmo, dzięki któremu natura zdrowieje, otrzymuje umocnienie i pomoc w dążeniu do zaspokojenia wpisanego w serce każdego człowieka pragnienia, którym jest szczęście. Wszystkie władze istoty ludzkiej zostają oczyszczone, przemienione i wywyższone przez łaskę Bożą. Ważne zastosownie tej zasady dotyczącej natury i łaski widzimy w teologii moralnej św. Tomasza z Akwinu, co nadaje jej aktualność. W centrum nauczania w tej dziedzinie stawia on prawo nowe, które jest prawem Ducha Świętego. W optyce głęboko ewangelicznej z naciskiem podkreśla on, że prawo to jest łaską Ducha Świętego, daną tym wszystkim, którzy wierzą w Chrystusa. Z tą łaską łączą się nauczanie przekazane pisemnie i ustnie przez Kościół o prawdach doktrynalnych i moralnych. Św. Tomasz, podkreślając podstawową rolę w życiu moralnym działania Ducha Świętego, łaski, z której rodzą się cnoty teologalne i moralne, pozwala zrozumieć, że każdy chrześcijanin może wznieść się na wyżyny wskazane przez Kazanie na Górze, jeśli żyje w autentycznej więzi z Chrystusem, jeśli otwiera się na działanie Jego Ducha Świętego. Jednakże — dodaje Akwinata — «wprawdzie łaska jest skuteczniejsza niż natura, to jednak natura jest bardziej istotna dla człowieka» (Summa Theologiae, I-II, q. 94, a. 6 ad 2), i dlatego w perspektywie moralności chrześcijańskiej jest też miejsce dla rozumu, który zdolny jest rozeznać naturalne prawo moralne. Rozum może je rozpoznać rozważając, co należy czynić i czego należy unikać, by osiągnąć szczęście, którego każdy w swoim sercu pragnie, z czym wiąże się również odpowiedzialność za innych, a zatem dążenie do wspólnego dobra. Innymi słowy, cnoty człowieka, teologalne i moralne, są zakorzenione w naturze ludzkiej. Łaska Boża towarzyszy zaangażowaniu etycznemu, wspiera je i pobudza, ale — według św. Tomasza — wszyscy ludzie, wierzący i niewierzący, są wezwani do uznania wymogów natury ludzkiej, wyrażonych w prawie naturalnym, i do czerpania z niego światła przy formułowaniu praw stanowionych, a zatem tych, które władze obywatelskie i polityczne wydają w celu regulowania ludzkiego współżycia.

    Negowanie prawa naturalnego i odpowiedzialności, która się z nim wiąże, w dramatyczny sposób otwiera drogę do relatywizmu etycznego na płaszczyźnie indywidualnej i do totalitaryzmu państwa na płaszczyźnie politycznej. Obrona powszechnych praw człowieka i afirmacja absolutnej wartości godności osoby zakładają istnienie fundamentu. Czyż tym fundamentem nie jest prawo naturalne wraz z niezbywalnymi wartościami, które wskazuje? Sługa Boży Jan Paweł ii w swojej encyklice Evangelium vitae napisał słowa, którą są wciąż bardzo aktualne: «trzeba pilnie odkryć na nowo istnienie wartości ludzkich i moralnych, należących do samej istoty i natury człowieka, które wynikają z prawdy o człowieku oraz wyrażają i chronią godność osoby: wartości zatem, których żadna jednostka, żadna większość ani żadne państwo nie mogą tworzyć, zmieniać ani niszczyć, ale które winny uznać, szanować i umacniać» (n. 71).

    A zatem, na zakończenie Tomasz przedstawia nam koncepcję rozumu szeroką i budzącą zaufanie: szeroką, bo nie ogranicza się ona do tzw. rozumu empiryczno-naukowego, ale jest otwarta na pełnię bytu, a więc również na podstawowe i niezbywalne kwestie ludzkiego życia; budzącą zaufanie, bo rozum ludzki, zwłaszcza jeśli przyjmuje natchnienia płynące z wiary chrześcijańskiej, propaguje cywilizację uznającą godność osoby, nienaruszalność jej praw i wiążący charakter jej obowiązków. Nie dziwi więc, że nauka o godności osoby, mająca podstawowe znaczenie dla uznania niepodważalności praw człowieka, powstała w środowiskach intelektualnych, które przejęły spuściznę św. Tomasza z Akwinu, gdyż miał on o ludzkim stworzeniu najwyższe pojęcie. Swoim ściśle filozoficznym językiem zdefiniował osobę jako «coś najdoskonalszego w całej naturze, mianowicie to, co bytuje samoistnie w rozumnej naturze» (Summa Theologiae, I a, q. 29, a. 3).

    Głębia myśli św. Tomasza z Akwinu rodzi się — nigdy o tym nie zapominajmy — z jego żywej wiary i żarliwej pobożności, wyrażanej w natchnionych modlitwach, takich jak ta, w której prosi Boga: «Panie, mój Boże, udziel mi rozumu, abym mógł Cię poznać, pilności, abym Cię szukał, mądrości, abym Cię znajdował, postępowania, abym Ci się podobał, wytrwałości, abym Cię wiernie oczekiwał, i ufności, abym w końcu mógł Cię objąć» (Modlitwy i myśli, wybrał i przełożył o. Mirosław Wylęgała op, Warszawa, 2005, s. 19).

    do Polaków:

    Drodzy pielgrzymi polscy, jutro przypada wspomnienie św. Alberta Chmielowskiego. Pamiętając o jego poświęceniu na rzecz biednych, bezdomnych, nieuleczalnie chorych, jak on, otwórzmy serca na potrzeby naszych braci najbardziej potrzebujących pomocy. Uczmy się od niego, że «trzeba być dobrym jak chleb». Naśladujmy go w dążeniu do świętości. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 8-9/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________

    Św. Tomasz z Akwinu (III)

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 23.06.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dzisiejszą, trzecią częścią rozważań nad św. Tomaszem z Akwinu pragnę zakończyć katechezy poświęcone tej postaci. Również po upływie ponad 700 lat od jego śmierci możemy się od niego wiele nauczyć. Wspomniał o tym także mój poprzednik papież Paweł VI, który w przemówieniu wygłoszonym 14 września 1974 r. w Fossanovie zapytał: «Mistrzu Tomaszu, czego możesz nas nauczyć?» Po czym odpowiedział: «Ufności w prawdę katolickiej myśli religijnej, która przez niego była broniona, wyłożona i otwarta przed zdolnością poznawczą ludzkiego umysłu» (Insegnamenti di Paolo VI, XII [1974], ss. 833-834). W tym samym dniu w Akwinie, mówiąc wciąż o św. Tomaszu, stwierdził: «My wszyscy, którzy jesteśmy wiernymi synami Kościoła, możemy i musimy, przynajmniej w pewnej mierze, być jego uczniami!» (tamże, s. 836).

    Skorzystajmy więc z lekcji św. Tomasza i z jego arcydzieła, którym jest Summa Theologiae. Jest to dzieło niedokończone, a mimo to monumentalne: zawiera 512 kwestii i 2669 artykułów. W ścisłym wywodzie, w którym w jasny i głęboki sposób ludzki umysł przygląda się tajemnicom wiary, św. Tomasz, przeplatając pytania i odpowiedzi, pogłębił nauczanie pochodzące z Piśma Świętego i ojców Kościoła, zwłaszcza św. Augustyna. W tej refleksji, w zetknięciu z prawdziwymi pytaniami swojej epoki, które często są również naszymi pytaniami, św. Tomasz, wykorzystując także metody i myśl filozofów starożytności, a szczególnie Arystotelesa, w sposób dokładny, przejrzysty i trafny formułuje prawdy wiary, w których prawda jest darem wiary, jaśnieje i staje się dostępna dla nas, dla naszej refleksji. Jednakże ten wysiłek ludzkiego umysłu — przypomina Akwinata swoim życiem — zawsze będzie oświecany przez modlitwę, przez światło, które pochodzi z Góry. Tylko ten, kto żyje z Bogiem i tajemnicami, może również zrozumieć, co one mówią. W Summa Theologiae św. Tomasz wychodzi od faktu, że są trzy różne sposoby bytu i istoty Boga: Bóg istnieje sam w sobie, jest początkiem i końcem wszystkich rzeczy, dlatego wszystkie stworzenia pochodzą od Niego i od Niego zależą; następnie Bóg jest obecny poprzez swoją łaskę w życiu i w działaniu chrześcijanina, świętych; i w końcu, Bóg jest obecny w szczególny sposób w Osobie Chrystusa, zjednoczonego realnie z człowiekiem Jezusem, i działa w sakramentach, które wypływają z Jego zbawczego dzieła. Dlatego to monumentalne dzieło (por. Jean-Pierre Torrell, La «Summa» di San Tommaso, Milano 2003, ss. 29-75), poszukiwanie «okiem teologicznym» pełni Boga (por. Summa Theologiae I, q. 1, a. 7) składa się z trzech części i jest opatrzone przez samego Doctor Communis — św. Tomasza — następującym komentarzem: «Głównym zagadnieniem nauki świętej jest podawanie wiadomości o Bogu, i to nie tylko o Bogu samym w sobie, ale także jako o początku i celu rzeczy, a zwłaszcza stworzenia rozumnego. Mając to na uwadze, będziemy mówić: pierwsze, o Bogu; drugie, o dążeniu stworzenia rozumnego do Boga; trzecie, o Chrystusie, który jako człowiek — w naszym dążeniu do Boga — jest dla nas drogą» (tamże, i, q. 2). Jest to swoiste koło: Bóg sam w sobie, który wychodzi z siebie i bierze nas za rękę, tak że z Chrystusem wracamy do Boga, jesteśmy zjednoczeni z Bogiem, i Bóg będzie wszystkim we wszystkich.

    Pierwsza część Summa Theologiae zgłębia zatem Boga samego w sobie, tajemnicę Trójcy Świętej i stwórczą działalność Boga. W tej części znajdujemy również głęboką refleksję nad autentyczną rzeczywistością istoty ludzkiej jako dzieła stwórczych rąk Boga, owocu Jego miłości. Z jednej strony, jesteśmy bytem stworzonym, zależnym, nie pochodzimy od samych siebie; ale z drugiej strony, mamy prawdziwą autonomię, toteż nie jesteśmy tylko czymś pozornym — jak mówią niektórzy filozofowie platońscy — ale rzeczywistością chcianą przez Boga jako taka, będącą wartością samą w sobie. W drugiej części św. Tomasz zastanawia się nad człowiekiem, działającym pod wpływem łaski, w jego dążeniu do poznania i kochania Boga, by być szczęśliwy w doczesności i w wieczności. Najpierw autor przedstawia teologiczne zasady działania moralnego, dociekając, w jaki sposób w wolnym wyborze człowieka czyniącego dobro łączą się rozum, wola i uczucia, do których dochodzi siła Bożej łaski, dawana za pośrednictwem cnót i darów Ducha Świętego, a także pomoc, której udziela także prawo moralne. Istota ludzka jest zatem bytem dynamicznym, który szuka samego siebie, usiłuje stać się samym sobą i w tym sensie usiłuje dokonywać czynów, które go kształtują, sprawiają, że naprawdę staje się człowiekiem; i tu dochodzą do głosu prawo moralne, łaska i własny rozum, wola i uczucia. Na tym fundamencie św. Tomasz zarysowuje fizjonomię człowieka, który żyje mocą Ducha i tym samym staje się ikoną Boga. Następnie Akwinata omawia trzy cnoty teologalne: wiarę, nadzieję i miłość, a potem przenikliwie analizuje ponad pięćdziesiąt cnót moralnych, zgrupowanych wokół czterech cnót kardynalnych — roztropności, sprawiedliwości, umiarkowania i męstwa. Na koniec rozważa różne powołania w Kościele.

    W trzeciej części Summy św. Tomasz zgłębia tajemnicę Chrystusa — drogi i prawdy — za którego pośrednictwem możemy na nowo połączyć się z Bogiem Ojcem. W tej części w niedościgły niemal sposób pisze o tajemnicy wcielenia i męki Jezusa, dodając do tego rozległy wykład o siedmiu sakramentach, ponieważ w nich wcielone Słowo Boże kieruje dobrodziejstwa płynące z wcielenia ku naszemu zbawieniu, ku naszej pielgrzymce wiary ku Bogu i ku życiu wiecznemu, pozostając materialnie niemal obecne w rzeczywistości stworzenia, dotykając naszego wnętrza. Omawiając sakramenty, św. Tomasz szczególną uwagę poświęca tajemnicy Eucharystii, którą otaczał tak wielkim nabożeństwem, że jak piszą jego dawni biografowie, miał zwyczaj przystawiać głowę do tabernakulum, tak jakby chciał usłyszeć bicie Bożego i ludzkiego Serca Jezusa. W jednym ze swych komentarzy do Pisma Świętego św. Tomasz pomaga nam pojąć doskonałość sakramentu Eucharystii, gdy pisze, że «skoro ten sakrament jest sakramentem męki Pańskiej, to zawiera w sobie Chrystusa cierpiącego. Dlatego wszelki skutek męki Pańskiej w całości jest także skutkiem tego sakramentu. Sakrament ten bowiem nie jest niczym innym jak aplikacją do nas męki Pańskiej» (In Ioannem, c. 6, lect. 6, n. 963; Komentarz do Ewangelii Jana, tł. Tadeusz Bartoś op, Kęty, 2002, s. 450). Rozumiemy zatem, dlaczego św. Tomasz i inni święci odprawiali Mszę św., płacząc z litości nad Panem, który składa z siebie ofiarę za nas, roniąc łzy radości i wdzięczności.

    Drodzy bracia i siostry, ucząc się od świętych, rozmiłujmy się w tym sakramencie! Uczestniczmy w Mszy św. ze skupieniem, aby uzyskać duchowe owoce, pożywiajmy się Ciałem i Krwią Pana, by nieustannie karmiła nas Boża łaska! Często i chętnie rozmawiajmy sam na sam z Najświętszym Sakramentem!

    To co św. Tomasz z naukową ścisłością wyłożył w swoich największych dziełach teologicznych, takich jak właśnie Summa Theologiae, a także Summa contra Gentiles, wyraził on również w swoich kazaniach, głoszonych dla studentów i wiernych. W r. 1273, rok przed śmiercią, przez cały Wielki Post głosił kazania w kościele San Domenico Maggiore w Neapolu. Kazania te zostały zebrane i zachowane: są to Opuscula, w których wyjaśnia on Skład Apostolski, tłumaczy modlitwę Ojcze nasz, omawia Dekalog i komentuje Zdrowaś Maryjo. Treść kazań Doktora Anielskiego odpowiada niemal całkowicie strukturze Katechizmu Kościoła Katolickiego. I rzeczywiście, w czasach takich jak nasze, gdy ponownie podejmuje się dzieło ewangelizacji, nigdy nie powinno zabraknąć w katechezie i kaznodziejstwie tych podstawowych tematów: tego, w co wierzymy, a zatem Symbolu wiary; tego, o co się modlimy, a zatem Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo; oraz tego, czym żyjemy, jak nas poucza Objawienie biblijne, a zatem prawa miłości Boga i bliźniego oraz Dziesięciu przykazań, w których wyjaśnione jest owo przykazanie miłości.

    Chciałbym przytoczyć kilka przykładów tego prostego, zasadniczego i przekonującego nauczania św. Tomasza. W swoim Wykładzie Składu Apostolskiego wyjaśnia on wartość wiary. Za jej pośrednictwem — mówi — dusza jednoczy się z Bogiem i powstaje zalążek życia wiecznego; życie zostaje ukierunkowane w sposób pewny, a my z łatwością zwalczamy pokusy. Temu, kto wysuwa zarzut, że wiara jest głupotą, bo każe wierzyć w coś, czego nie da się doświadczyć zmysłami, św. Tomasz daje bardzo rozbudowaną odpowiedź i wskazuje, że jest to wątpliwość bezpodstawna, bo umysł ludzki jest ograniczony i nie może poznać wszystkiego. Gdybyśmy mogli doskonale poznać wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne, tylko wówczas byłoby autentyczną głupotą akceptowanie prawd czystą wiarą. Ponadto nie można żyć, zauważa św. Tomasz, nie ufając doświadczeniu innych ludzi w tym, czego sami nie wiemy. Jest zatem rzeczą rozsądną dawanie wiary Bogu, który się objawia, oraz świadectwu apostołów: byli oni nieliczni, prości i ubodzy, przygnębieni po ukrzyżowaniu swojego Mistrza; jednakże w krótkim czasie nawróciło się wiele osób mądrych, szlachetnych i bogatych, które słuchały ich przepowiadania. Jest to rzeczywiście niezwykłe zjawisko historyczne, któremu trudno dać inne rozsądne wytłumaczenie niż to, że apostołowie spotkali się ze zmartwychwstałym Panem.

    Komentując artykuł Symbolu, mówiący o wcieleniu Słowa Bożego, św. Tomasz czyni kilka uwag. Stwierdza, że rozważanie tajemnicy wcielenia umacnia wiarę chrześcijańską; nadzieja staje się bardziej ufna dzięki myśli, że Syn Boży przyszedł do nas, jako jeden z nas, aby udzielić ludziom swojej boskości; miłość ożywia się, bo nie ma bardziej oczywistego znaku miłości Boga do nas niż widok Stworzyciela wszechświata, który sam staje się stworzeniem, jednym z nas. Na koniec, gdy rozważamy tajemnicę wcielenia Boga, czujemy, jak rozpala się w nas pragnienie, by złączyć się z Chrystusem w chwale. Posługując się prostym i trafnym porównaniem, św. Tomasz zauważa: «Gdyby ktoś miał brata, posiadającego któlewską godność, to będąc od niego daleko, szukałby możliwości, by się z nim spotkać i u niego pozostać. Tak i my, mając w Chrystusie brata, chcemy z Nim się połączyć i u Niego przebywać» (Wykład Pacierza, Poznań, 2005, Wykład Składu Apostolskiego, czyli Wierzę w Boga, tł. Kalikst Suszyło op, a. 4, 50, s. 50).

    Wprowadzając do modlitwy Ojcze nasz, św. Tomasz wykazuje, że jest ona sama w sobie doskonała, ma bowiem wszystkie pięć cech, którymi powinna się odznaczać dobrze skonstruowana modlitwa. Są nimi: ufne i spokojne zawierzenie; stosowna treść, bo — zauważa św. Tomasz — «Jest (…) rzeczą bardo trudną wiedzieć, czego trzeba pragnąć. Tylko bowiem rzeczy, o które godzi się prosić w modlitwie, możemy godziwie pożądać» (tamże, Wykład Modlitwy Pańskiej, czyli Ojcze nasz, tł. Marek Starowiejski, 3); a następnie właściwy porządek próśb, żarliwa miłość i szczerość pokory.

    Św. Tomasz, jak wszyscy święci, otaczał wielkim nabożeństwem Matkę Bożą. Nadał Jej piękne imię: Triclinium totius Trinitas, co znaczy miejsce, gdzie Trójca znajduje swój spoczynek, bowiem ze względu na wcielenie w Niej, tak jak w żadnym innym stworzeniu, trzy Boskie Osoby mieszkają i zaznają przyjemności i radości z życia w Jej duszy pełnej łaski. Za Jej wstawiennictwem możemy otrzymać wszelką pomoc.

    Słowami modlitwy, która tradycyjnie przypisywana jest św. Tomaszowi, a która w każdym razie odzwierciedla elementy jego głębokiej pobożności maryjnej, my też mówimy: «O najświętsza i najsłodsza Dziewico Maryjo, Matko Boga (…). W objęciach Twojej miłości powierzam Ci dziś (…) całe moje życie (…). Wyproś mi także, o najsłodsza Pani, prawdziwą miłość, którą z całego serca kochałbym Twojego najświętszego Syna, a po Nim nade wszystko Ciebie i bliźniego w Bogu i (…) ze względu na Boga» (Modlitwy i Myśli, tł. Mirosław Wylęgała op, Warszawa, 2005, s. 25- -29).

    do Polaków:

    Serdecznie witam polskich pielgrzymów. W sposób szczególny zwracam się do diakonów z krakowskiego seminarium duchownego. Za waszym pośrednictwem przesyłam moje pozdrowienie i błogosławieństwo wszystkim klerykom w Polsce. Bądźcie wdzięczni Bogu za dar powołania, pielęgnujcie je i przykładnym życiem dodawajcie odwagi innym, których Pan wzywa, aby nie wahali się odpowiadać: «Oto ja, poślij mnie» (Iz 6, 8). Niech Bóg błogosławi wszystkim tu obecnym!

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 8-9/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 stycznia

    Błogosławiony Jerzy Matulewicz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk de Ossó y Cervelló, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Matulewicz

    Jerzy urodził się 13 kwietnia 1871 roku w wielodzietnej rodzinie litewskiej, we wsi Lugine koło Mariampola na Litwie. Oboje rodzice umarli, gdy był małym dzieckiem. Był wychowywany przez swojego starszego brata Jana, niezwykle surowego i wymagającego człowieka. Pomimo kłopotów zdrowotnych i materialnych – często nie miał za co kupić podręczników – uczył się dobrze dzięki swojej niezwykłej pilności i pracowitości. Po kilku latach nauki na prawach eksternisty w gimnazjum (od 1883 r.) zachorował na gruźlicę kości. Musiał posługiwać się kulami. Choroba ta gnębiła go do końca życia. Już w gimnazjum pragnął zostać kapłanem. Jednakże dopiero w 1891 roku, jako dwudziestoletni młodzieniec, wstąpił do seminarium duchownego w Kielcach. Wówczas też zmienił swoje nazwisko z Matulaitis na Matulewicz. Zapamiętano go jako kleryka pełnego spokoju, wewnętrznej równowagi, otwartego i pracowitego. Gdy władze carskie zamknęły seminarium, kontynuował naukę w Warszawie, a następnie w Petersburgu. Tu przyjął święcenia kapłańskie 31 grudnia 1898 roku. W następnym roku ukończył Akademię Petersburską jako magister teologii. Doktorat uzyskał na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim.
    Powrócił do Kielc, gdzie podjął zajęcia jako profesor seminarium (do 1904 r.). Postępująca gruźlica kości spowodowała, że musiał poddać się ciężkiej operacji w jednym z warszawskich szpitali. Po kuracji rozwinął działalność społeczną w Warszawie, zakładając m.in. Stowarzyszenie Robotników Katolickich oraz gimnazjum na Bielanach. W 1907 roku objął katedrę socjologii w Akademii Duchownej w Petersburgu. Dojrzał w nim wówczas zamiar odnowienia i zreformowania zakonu marianów, skazanego przez władze carskie na wymarcie. 29 sierpnia 1909 roku, w kaplicy biskupiej w Warszawie, złożył śluby zakonne na ręce ostatniego żyjącego marianina ojca Wincentego Senkusa. Rok później ułożył nowe konstytucje dla marianów, którzy odtąd mieli być zgromadzeniem ukrytym. Jeszcze w tym samym roku Pius X potwierdził regułę. Pierwszy nowicjat odnowionej wspólnoty złożony z 2 profesorów i jednego ucznia został utworzony w Petersburgu. W 1911 r. we Fryburgu Szwajcarskim powstał drugi nowicjat, następnie powstał dom zakonny w Chicago, a podczas I wojny światowej dom na Bielanach pod Warszawą. W 1911 roku Jerzy Matulewicz został generałem zakonu, którym kierował do śmierci.
    Po zakończeniu działań wojennych ojciec Jerzy powołał Zgromadzenie Sióstr Ubogich Niepokalanego Poczęcia NMP, które szybko rozprzestrzeniło się na Litwie i w Ameryce. Założył również Zgromadzenie Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii oraz wspierał zgromadzenia założone przez bł. o. Honorata Koźmińskiego. W 1918 roku Benedykt XV mianował go biskupem wileńskim. Udało mu się umocnić katolicyzm w diecezji. Na własną prośbę został zwolniony z obowiązków biskupa w sierpniu 1925 roku. Pragnął poświęcić się całkowicie kierowaniu zgromadzeniem marianów, lecz już w grudniu tego samego roku został mianowany wizytatorem apostolskim na Litwie. W ciągu dwóch następnych lat nieludzkimi wprost wysiłkami udało mu się zorganizować życie katolickie w tym kraju i naprawić stosunki ze Stolicą Apostolską.
    W trakcie prac nad zatwierdzeniem konkordatu, ojciec Jerzy umarł nagle po nieudanej operacji 27 stycznia 1927 r. Beatyfikowany został przez św. Jana Pawła II w 1987 roku podczas uroczystości z okazji 600-lecia Chrztu Litwy. Jego relikwie spoczywają w kościele w Mariampolu. Jest jednym z patronów Litwy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 stycznia

    Święci biskupi Tymoteusz i Tytus

    Zobacz także:
      •  Święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci
      •  Święta Paula, wdowa
    ***

    Święci Tymoteusz i Tytus, biskupi 
    Adobe Stock
    święci biskupi:Tymoteusz i Tytus

    ***

    Tymoteusz był wiernym i oddanym uczniem oraz współpracownikiem św. Pawła. Św. Paweł nazywa go “najdroższym synem” (1 Kor 4, 17), “bratem” (1 Tes 3, 2), “pomocnikiem” (Rz 16, 21), którego wspomina ze łzami w oczach (2 Tm 1, 4).
    Kiedy Apostoł Narodów zatrzymał się w czasie swojej drugiej podróży w miasteczku Listra, nawrócił dwie Żydówki: kobietę imieniem Lois i jej córkę, Eunikę. Synem tejże Euniki, a wnukiem Lois był św. Tymoteusz. Jego ojcem był zamożny Grek, poganin, który jednak pozwolił babce i matce wychować Tymoteusza w wierze mojżeszowej. Tymoteusz był młodzieńcem wykształconym. Znał Pismo święte i często się w nim rozczytywał. Wyróżniał się dobrymi obyczajami. Chrzest przyjął z rąk św. Pawła. Dlatego słusznie Apostoł nazywał go swoim synem. Dla ułatwienia Tymoteuszowi pracy wśród rodaków św. Paweł poddał go obrzezaniu.
    Św. Paweł często wysyłał Tymoteusza w trudnych i poufnych sprawach do poszczególnych gmin, które założył, m.in. do Koryntu, Filippi i Tesalonik. Jego też wyznaczył na biskupa Efezu, ówczesnej metropolii Małej Azji i stolicy rzymskiej prowincji. W czasie swoich podróży po Małej Azji, Achai (Grecji) i do Jerozolimy św. Paweł zabierał ze sobą Tymoteusza do pomocy w posłudze apostolskiej. Święty uczeń dzielił także ze swoim mistrzem więzienie w Rzymie (Flp 2, 19-23). Dwa Pawłowe listy do Tymoteusza znajdują się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu. Paweł wydaje mu najpiękniejsze świadectwo i daje pouczenia, jak ma rządzić Kościołem w Efezie.
    Według podania, kiedy św. Jan Apostoł przybył do Efezu, Tymoteusz oddał się do jego dyspozycji. Kiedy zaś Apostoł został skazany na banicję na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana, Tymoteusz miał na nowo objąć biskupstwo w tym mieście.
    Tradycja głosi, że Tymoteusz miał ponieść śmierć męczeńską za Trajana z rąk rozjuszonego tłumu pogańskiego, kiedy miał odwagę publicznie zaprotestować przeciwko krwawym igrzyskom. Tłum miał rzucić się na starca i tak go pobić, że ten niebawem wyzionął ducha. Martyrologium Rzymskie podaje jeszcze inną wersję, że biskup miał występować przeciwko czci pogańskiej bogini Diany, która w Efezie miała swoje centralne sanktuarium. Możliwe, że obie przyczyny były powodem jego śmierci około roku 97. Dlatego do roku 1969 św. Tymoteusz odbierał chwałę jako męczennik. Ostatnia reforma liturgii czci go jednak jako wyznawcę w przekonaniu, że ostatnie chwile życia Tymoteusz spędził nie jako męczennik, mimo że w latach swojego pasterzowania wiele musiał wycierpieć dla sprawy Chrystusa.
    Jego relikwie przeniesiono z Efezu do Konstantynopola (356 r.) i umieszczono w bazylice Dwunastu Apostołów. W XII w. krzyżowcy wywieźli je do włoskiego miasta Termoli. Zamurowane, zostały odnalezione przypadkiem 7 maja 1945 roku.
    W ikonografii św. Tymoteusz przedstawiany jest w tunice lub jako biskup w liturgicznych szatach. U jego stóp leżą kamienie.


    Tytus znany jest wyłącznie z listów św. Pawła. Pochodził z rodziny grecko-rzymskiej, zamieszkałej w okolicy Antiochii Syryjskiej. Stamtąd bowiem Apostoł zabrał go do Jerozolimy. Został ochrzczony przez św. Pawła przed soborem apostolskim w 49 r. Obok Tymoteusza i św. Łukasza Ewangelisty Tytus należał do najbliższych i najbardziej zaufanych uczniów św. Pawła Apostoła. Towarzyszył mu w podróżach i na soborze apostolskim w Jerozolimie. Dowodem wyjątkowego zaufania, jakim młodego człowieka darzył św. Paweł, były delikatne misje, jakie mu powierzał. Jego to właśnie wysłał do Koryntu. Nie pozwolił go też obrzezać w przekonaniu, że jego praca apostolska będzie rozwijać się nie wśród Żydów, ale wśród pogan. W swoich Listach Apostoł Narodów oddaje Tytusowi najwyższe pochwały. Jeden list skierował wyłącznie do niego – tekst ten został włączony do kanonu Nowego Testamentu. Około roku 63 Paweł ustanowił Tytusa biskupem gminy chrześcijańskiej na Krecie.
    Tytus zmarł mając 94 lata. Według podania miał ponieść śmierć męczeńską w mieście Gortyna na Krecie za panowania cesarza Domicjana (81-96). Od roku 1969 Kościół zachodni, rzymski, oddaje mu cześć jako wyznawcy. Jego śmiertelne szczątki złożono w miejscu jego śmierci. Św. Andrzej z Jerozolimy, metropolita Krety (712-740), wygłosił ku czci św. Tytusa płomienne kazanie, nazywając go fundatorem Kościoła na Krecie, jego pierwszym pasterzem, kolumną, bramą obronną i ojcem wyspy. Po najeździe Saracenów na Kretę odnaleziono tylko relikwię jego głowy i umieszczono ją w relikwiarzu (823). W roku 1662 Wenecjanie zabrali ją do swego miasta i umieścili w bazylice św. Marka. Paweł VI w ramach ducha ekumenicznego zbliżenia nakazał tę relikwię zwrócić Kościołowi prawosławnemu. Wśród wielkich uroczystości została przewieziona na Kretę (12 maja 1966 roku) i umieszczona w mieście Heraklion (Iraklion).
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutem jest księga.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Tymoteusz i Tytus – najbliżsi współpracownicy Pawła

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej, 13.12.2006

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Po obszernym omówieniu postaci wielkiego apostoła św. Pawła dziś przyglądniemy się jego dwóm najbliższym współpracownikom: Tymoteuszowi i Tytusowi. Są oni adresatami trzech listów, które tradycja przypisuje Pawłowi — dwa z nich skierowane są do Tymoteusza, a jeden do Tytusa.

    Tymoteusz to imię greckie, oznacza ono: «ten, który czci Boga». Łukasz wymienia go sześć razy w Dziejach Apostolskich, natomiast Paweł w swoich listach aż siedemnaście (ponadto raz występuje w Liście do Hebrajczyków). Stąd wniosek, iż cieszył się on wielkim poważaniem św. Pawła, chociaż Łukasz nie uważa za konieczne opowiedzenie o wszystkim, co go dotyczy. Apostoł w istocie powierzał mu ważne misje i widział w nim niemal swoje alter ego, jak wynika z jego wielkiej pochwały tego współpracownika, zawartej w Liście do Filipian: «Nie mam bowiem nikogo równego mu duchem (isópsychon), kto by się szczerze zatroszczył o wasze sprawy» (2, 20).

    Tymoteusz urodził się w Listrze (ok. 200 km na północny zachód od Tarsu), jego matka była Żydówką, a ojciec poganinem (por. Dz 16, 1). Fakt, że matka żyła w mieszanym małżeństwie i syn nie został obrzezany, pozwala nam przypuszczać, że Tymoteusz wzrastał w rodzinie nie bardzo praktykującej, choć napisane jest, że od dzieciństwa znał Pisma (por. 2 Tm 3, 14). Znamy imię jego matki — Eunice, a także jego babki — Lois (2 Tm 1, 5). Gdy Paweł nawiedził Listrę na początku drugiej podróży misyjnej, wybrał Tymoteusza na towarzysza, ponieważ «bracia z Listry i Ikonium dawali o nim dobre świadectwo» (Dz 16, 2), lecz obrzezał go «ze względu na Żydów, którzy mieszkali w tamtejszych stronach» (Dz 16, 3). Wraz z Pawłem i Sylasem Tymoteusz przemierzył Azję Mniejszą aż do Troady, skąd udał się do Macedonii. Wiemy również, że w Filippi, gdzie Paweł i Sylas zostali oskarżeni o zakłócanie porządku publicznego i uwięzieni za to, że sprzeciwili się wykorzystywaniu młodej dziewczyny jako wieszczki przez pewne osoby pozbawione skrupułów (por. Dz 16, 16-40), Tymoteusz został oszczędzony. Kiedy następnie Paweł był zmuszony udać się aż do Aten, Tymoteusz dołączył do niego w tym mieście i stamtąd został posłany do młodego Kościoła w Tesalonice, aby uzyskał wiadomości i umocnił go w wierze (por. 1 Tes 3, 1-2). Spotkał się znów z Apostołem w Koryncie, gdzie przyniósł mu dobre wieści o Tesaloniczanach, i współpracował z nim w ewangelizowaniu tego miasta (por. 2 Kor 1, 19).

    Spotykamy na nowo Tymoteusza w Efezie podczas trzeciej podróży misyjnej Pawła. Prawdopodobnie stamtąd Apostoł pisał do Filemona oraz do Filipian, i w obydwu listach Tymoteusz występuje jako jeden z nadawców (por. Flm 1; Flp 1, 1). Z Efezu Paweł wysłał go do Macedonii wraz z niejakim Erastem (por. Dz 19, 22), a potem również do Koryntu z zadaniem zawiezienia tam listu, w którym polecił Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. 1 Kor 4, 17; 16, 10-11). Występuje również w Drugim Liście do Koryntian jako jeden z nadawców, a kiedy Paweł pisze z Koryntu List do Rzymian, załącza w nim — obok pozdrowień od innych, również od Tymoteusza (por. Rz 16, 21). Z Koryntu uczeń wyruszył do Troady, położonej na azjatyckim wybrzeżu Morza Egejskiego, i tam czekał na Apostoła zdążającego do Jerozolimy pod koniec trzeciej wyprawy misyjnej (por. Dz 20, 4). Od tego momentu starożytne źródła zamieszczają tylko jedną wzmiankę o życiu Tymoteusza w Liście do Hebrajczyków. Czytamy: «Wiedzcie, że brat nasz, Tymoteusz, został zwolniony. Jeśli tylko wnet przybędzie, z nim razem zobaczę was» (13, 23). Konkludując, możemy powiedzieć, że Tymoteusz jawi się jako pasterz wielkiego formatu. Według późniejszej Historii kościelnej Euzebiusza, Tymoteusz był pierwszym biskupem Efezu (por. 3, 4). Część jego relikwii od r. 1239 znajduje się we Włoszech w katedrze w Termoli, w regionie Molise, dokąd dotarły z Konstantynopola.

    Jeżeli chodzi o postać Tytusa, którego imię pochodzi z łaciny, wiemy, że z urodzenia był Grekiem, czyli poganinem (por. Ga 2, 3). Paweł zabrał go ze sobą do Jerozolimy na tak zwany sobór apostolski, na którym zostało uroczyście zaakceptowane głoszenie poganom Ewangelii wolnej od uwarunkowań prawa Mojżeszowego. W skierowanym do niego liście Apostoł wychwala go, nazywając «dzieckiem swym prawdziwym we wspólnej wierze» (por. Tt 1, 4). Po wyjeździe Tymoteusza z Koryntu Paweł wysłał tam Tytusa, powierzając mu zadanie nakłonienia tej krnąbrnej wspólnoty do posłuszeństwa. Tytus przywrócił pokój między Kościołem Koryntu i Apostołem, który napisał do tej wspólnoty następujące słowa: «Pocieszyciel pokornych, Bóg, podniósł i nas na duchu przybyciem Tytusa. Nie tylko zresztą jego przybyciem, ale i pociechą, jakiej doznał wśród was, gdy nam opowiadał o waszej tęsknocie, o waszych łzach, o waszym zabieganiu o mnie (…). Tak więc doznaliśmy pociechy. A radość nasza spotęgowała się jeszcze bardziej przez tę radość, jakiej doznał Tytus, przez was wszystkich podniesiony na duchu» (2 Kor 7, 6-7. 13). Tytus został później jeszcze raz posłany do Koryntu przez Pawła — który pisze o nim: «jest moim towarzyszem i trudzi się ze mną dla was» (2 Kor 8, 23) — aby zorganizował tam zbiórkę na rzecz chrześcijan w Jerozolimie (por. 2 Kor 8, 6). Dalsze wiadomości pochodzące z listów pasterskich podają, że był biskupem Krety (por. Tt 1, 5), skąd na zaproszenie Pawła dołączył do Apostoła w Nikopolis w Epirze (por. Tt 3, 12). Następnie udał się do Dalmacji (por. 2 Tm 4, 10). Nie posiadamy innych informacji o późniejszych podróżach Tytusa i o jego śmierci.

    Konkludując, jeśli rozpatrujemy łącznie te dwie postaci, Tymoteusza i Tytusa, uświadamiamy sobie pewne bardzo znaczące fakty. Najważniejszym jest ten, że Paweł miał współpracowników w wypełnianiu swoich misji. Niewątpliwie pozostaje on Apostołem przez antonomazję, założycielem i pasterzem wielu Kościołów. Widać jednak jasno, że nie czynił wszystkiego sam, ale opierał się na zaufanych osobach, dzielących jego trudy i odpowiedzialne zadania. Następna uwaga dotyczy dyspozycyjności tych współpracowników. Źródła dotyczące Tymoteusza i Tytusa wyraźnie ukazują ich gotowość do podejmowania różnych zadań, polegających często na reprezentowaniu Pawła, także w niełatwych sytuacjach. Jednym słowem, uczą nas oni służyć ofiarnie Ewangelii, ze świadomością, że oznacza to również służbę samemu Kościołowi. Na koniec przyjmijmy polecenie Apostoła Pawła, przeznaczone dla Tytusa w skierowanym do niego liście: «chcę, abyś z całą stanowczością o tym mówił, że ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów» (Tt 3, 8). Przez nasze konkretne zaangażowanie powinniśmy i możemy odkryć prawdę tych słów i właśnie w tym czasie Adwentu spełniać wiele dobrych uczynków, by w ten sposób otworzyć bramy świata Chrystusowi, naszemu Zbawicielowi.

    Streszczenie katechezy w języku polskim, odczytane podczas audiencji generalnej:

    Święci Tymoteusz i Tytus, których dzisiaj wspominamy, to dwaj najbliżsi współpracownicy św. Pawła, towarzysze jego podróży misyjnych. Tymoteusz urodził się w Listrze w Azji Mniejszej. Jego ojciec był poganinem, matka Eunice — Żydówką. Przy boku św. Pawła pełnił posługę misyjną w Troadzie, Macedonii, Atenach, Tesalonice, Koryncie. Był pierwszym biskupem Efezu. Cieszył się wielkim autorytetem. Jego relikwie znajdują się w katedrze w Termoli.

    Św. Tytus był chrześcijaninem nawróconym z pogaństwa. Szczególnie umiłowany przez św. Pawła, towarzyszył mu na Soborze Jerozolimskim. Współpracował z Apostołem Narodów w Efezie i Macedonii. Został przez niego posłany do niepokornej wspólnoty Kościoła w Koryncie, a także był jego następcą w pierwszej gminie chrześcijańskiej na Krecie. Obydwaj święci, Tymoteusz i Tytus, są dla nas przykładem odpowiedzialności apostolskiej, poświęcenia w posłudze Ewangelii i oddania Kościołowi.

    Słowo Benedykta XVI do Polaków:

    Witam i pozdrawiam serdecznie Polaków. Św. Paweł w Liście do Tytusa zachęca: «ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów. Jest to dobre i pożyteczne dla ludzi» (Tt 3, 8). Miejmy to na uwadze szczególnie teraz, w Adwencie, gdy myślimy o ostatecznym przyjściu Chrystusa. Niech w tym czasie nie zabraknie naszych dobrych czynów. Z serca wam błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 3/2007/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 stycznia

    Nawrócenie św. Pawła, Apostoła

    Nawrócenie św. Pawła

    Szaweł urodził się w Tarsie w Cylicji (obecnie Turcja) około 5-10 roku po Chrystusie. Pochodził z żydowskiej rodziny silnie przywiązanej do tradycji. Byli niewolnikami, którzy zostali wyzwoleni. Szaweł odziedziczył po nich obywatelstwo rzymskie. Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Później przybył do Jerozolimy, aby studiować Torę. Był uczniem Gamaliela (Dz 22, 3). Gorliwość w strzeżeniu tradycji religijnej sprawiła, że mając około 25 lat stał się zdecydowanym przeciwnikiem i prześladowcą Kościoła. Uczestniczył jako świadek w kamienowaniu św. Szczepana. Około 35 roku z własnej woli udał się z listami polecającymi do Damaszku (Dz 9, 1n; Ga 1, 15-16), aby tam ścigać chrześcijan. Jak podają Dzieje Apostolskie, u bram miasta “olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» – «Kto jesteś, Panie?» – powiedział. A On: «Jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić» (Dz 9, 3-6).
    Po tym nagłym, niespodziewanym i cudownym nawróceniu przyjął chrzest i zmienił imię na Paweł.
    Po trzech latach pobytu w Damaszku oraz krótkim pobycie w Jerozolimie odbył trzy misyjne podróże: pierwszą – w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; drugą w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecią w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Św. Paweł, nazywany Apostołem Narodów, jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu.
    W Palestynie Paweł został aresztowany i był przesłuchiwany przez prokuratorów Feliksa i Festusa. Dwa lata przebywał w więzieniu w Cezarei. Gdy odwołał się do cesarza, został deportowany drogą morską do Rzymu. Dwa lata przebywał w więzieniu o dość łagodnym regulaminie. Uwolniony, udał się do Efezu, Hiszpanii (prawdopodobnie; jak podaje Klemens, “dotarł do kresu Zachodu”, a tak określano tereny Półwyspu Iberyjskiego) i na Kretę. W Efezie albo w Troadzie aresztowano go po raz drugi (64 r.). W Rzymie oczekiwał na zakończenie procesu oraz wyrok.
    Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie mieczem w tym samym roku co św. Piotr Apostoł (67 r.). W Rzymie w IV wieku szczątki Pawła Apostoła złożono w grobowcu, nad którym wybudowano bazylikę św. Pawła za Murami. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.
    W ikonografii św. Paweł przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Tylko w spotkaniu z Chrystusem rozum otwiera się naprawdę

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej (Temat: Nawrócenie św. Pawła) 3.09.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Dzisiejsza katecheza będzie poświęcona temu, co przeżył św. Paweł na drodze do Damaszku i co powszechnie nazywa się jego nawróceniem. Właśnie na drodze prowadzącej do Damaszku, na początku trzeciej dekady I w., po okresie, w którym Paweł prześladował Kościół, nastąpił decydujący moment w jego życiu. Sporo o tym pisano i, oczywiście, z różnych punktów widzenia. Pewne jest, że tam dokonał się przełom, całkowite odwrócenie perspektywy. Nieoczekiwanie zaczął on uważać za «stratę» i «śmieci» to wszystko, co wcześniej stanowiło dla niego najwyższy ideał, niemal rację jego istnienia (por. Flp 3, 7-8). Cóż się wydarzyło?

    Mówią o tym dwa rodzaje źródeł. Pierwsze, najbardziej znane, to opowiadania spisane przez Łukasza, który trzykrotnie opisuje to wydarzenie w Dziejach Apostolskich (por. 9, 1-19; 22, 3-21; 26, 4-23). Przeciętny czytelnik, być może, ma skłonność do zbytniego koncentrowania uwagi na niektórych szczegółach, jak światłość z nieba, upadek na ziemię, rozlegający się głos, nieoczekiwana ślepota, uzdrowienie jakby łuski spadły z oczu oraz post. Jednak wszystkie te szczegóły odnoszą się do tego, co najważniejsze w tym wydarzeniu: zmartwychwstały Chrystus ukazuje się jako wspaniała światłość i przemawia do Szawła, zmienia jego sposób myślenia i samo jego życie. Blask zmartwychwstałego oślepia go: w ten sposób również na zewnątrz ujawnia się to, co stanowiło jego wewnętrzną rzeczywistość — jego ślepota na prawdę, na światło, którym jest Chrystus. A potem jego definitywne «tak», powiedziane Chrystusowi podczas chrztu, na nowo otwiera mu oczy, sprawia, że rzeczywiście widzi.

    W starożytnym Kościele chrzest nazywano także «oświeceniem», ponieważ sakrament ten daje światło, pozwala naprawdę widzieć. To, o czym mówi teologia, w przypadku Pawła dokonuje się również fizycznie: po uzdrowieniu z wewnętrznej ślepoty naprawdę widzi. Tak więc św. Paweł został przemieniony nie przez jakąś ideę, lecz przez wydarzenie, przez przemożną obecność Zmartwychwstałego, w którą nigdy nie będzie już mógł powątpiewać, bo tak bardzo owo wydarzenie, spotkanie było oczywiste. Zmieniło ono w sposób zasadniczy życie Pawła. W tym sensie można i trzeba mówić o nawróceniu. Spotkanie to zajmuje centralne miejsce w relacji św. Łukasza. Mógł on wykorzystać opowiadanie, które narodziło się prawdopodobnie we wspólnocie w Damaszku. Wskazuje na to koloryt lokalny — obecność Ananiasza oraz nazwa ulicy i imię właściciela domu, gdzie Paweł się zatrzymał (por. Dz 9, 11).

    Drugim źródłem wiadomości o nawróceniu są Listy św. Pawła. On sam nie mówił nigdy szczegółowo o tym wydarzeniu. Zakładał bowiem, jak sądzę, iż wszyscy znali to, co istotne z tej jego historii. Wszyscy wiedzieli, że z prześladowcy stał się gorliwym apostołem Chrystusa. A stało się to nie dzięki własnym przemyśleniom, lecz w wyniku doniosłego wydarzenia, spotkania ze Zmartwychwstałym. Chociaż Paweł nie mówi o szczegółach, wielokrotnie wspomina o tym bardzo ważnym fakcie, a mianowicie, o tym, że także on jest świadkiem zmartwychwstania Jezusa, które zostało mu objawione bezpośrednio przez Jezusa, który jednocześnie powierzył mu misję apostolską. Najwyraźniej jest to ukazane w jego opowiadaniu o tym, co stanowi wydarzenie centralne historii zbawienia: o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa oraz ukazywaniu się świadkom (por. 1 Kor 15). Posługując się słowami najstarszej tradycji, którą również on przejął od Kościoła jerozolimskiego, mówi, że Jezus, ukrzyżowany, pogrzebany i zmartwychwstały, ukazał się po swoim zmartwychwstaniu najpierw Kefasowi, czyli Piotrowi, potem Dwunastu, następnie pięciuset braciom, którzy w większości żyli jeszcze w tamtym czasie, po czym Jakubowi, a jeszcze później wszystkim apostołom. Do tego opowiadania, przejętego z tradycji, dodaje: «W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie» (1 Kor 15, 8). W ten sposób daje do zrozumienia, że to stanowi fundament jego apostolstwa i nowego życia. Mamy również inne teksty, które mówią o tym samym: «Przez Jezusa Chrystusa otrzymaliśmy łaskę apostolstwa» (por. Rz 1, 5); a także: «Czyż nie widziałem Jezusa, Pana naszego?» (1 Kor 9, 1). W tych słowach nawiązuje do czegoś, o czym wszyscy wiedzą. I wreszcie w Liście do Galatów czytamy najbardziej popularny fragment (1, 15-17): «Gdy jednak spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, aby objawić Syna swego we mnie, bym Ewangelię o Nim głosił poganom, natychmiast, nie radząc się ciała i krwi ani nie udając się do Jerozolimy, do tych, którzy apostołami stali się pierwej niż ja, skierowałem się do Arabii, a później znowu wróciłem do Damaszku». W tej «autoapologii» zdecydowanie podkreśla, że również on jest prawdziwym świadkiem Zmartwychwstałego, ma swoje posłannictwo, powierzone mu bezpośrednio przez Zmartwychwstałego.

    I tak możemy dostrzec, że obydwa źródła, Dzieje Apostolskie i Listy św. Pawła, są zbieżne i zgodne w podstawowym punkcie: Zmartwychwstały przemówił do Pawła, powołał go do apostolstwa, uczynił z niego prawdziwego apostoła, świadka zmartwychwstania, powierzył mu specyficzne zadanie głoszenia Ewangelii poganom, światu grecko-rzymskiemu. Jednocześnie Paweł pojął, że pomimo swej bezpośredniej relacji ze Zmartwychwstałym musi włączyć się we wspólnotę Kościoła, musi dać się ochrzcić, musi żyć w harmonii z innymi apostołami. Jedynie w tej wspólnocie ze wszystkimi będzie mógł być prawdziwym apostołem, jak pisze wyraźnie w Pierwszym Liście do Koryntian: «Tak więc czy to ja, czy inni, tak nauczamy i tak uwierzyliście» (15, 11). Istnieje tylko jedno głoszenie Zmartwychwstałego, ponieważ Chrystus jest jeden.

    Jak widać, w tych wszystkich tekstach Paweł nie interpretuje nigdy tego momentu jako nawrócenia. Dlaczego? Istnieje wiele hipotez, ale dla mnie powód jest oczywisty. Ten zwrot w jego życiu, ta przemiana całego jego istnienia nie była owocem procesu psychologicznego, dojrzewania albo intelektualnej i moralnej ewolucji, ale pochodzi z zewnątrz: nie była owocem jego myśli, lecz spotkania z Jezusem Chrystusem. W tym sensie nie było to po prostu nawrócenie, dojrzewanie jego «ja», lecz była to dla niego samego śmierć i zmartwychwstanie: obumarło jedno jego życie, a narodziło się z niego inne, nowe, z Chrystusem zmartwychwstałym. W żaden inny sposób nie można wytłumaczyć tej Pawłowej odnowy. Żadna analiza psychologiczna nie może wyjaśnić i rozwiązać tego problemu. Samo wydarzenie, decydujące spotkanie z Chrystusem stanowi klucz do zrozumienia tego, co się stało: śmierć i zmartwychwstanie, dokonane przez Tego, który się ukazał i rozmawiał z nim. W takim, głębszym sensie możemy i powinniśmy mówić o nawróceniu. To spotkanie stanowi rzeczywistą odnowę, która zmieniła wszystkie jego kryteria. Teraz może powiedzieć, że to, co wcześniej było dla niego istotne i zasadnicze, stało się dla niego «śmieciami»; nie jest już «zyskiem», lecz stratą, ponieważ teraz liczy się tylko życie w Chrystusie.

    Nie powinniśmy jednak myśleć, że było to dla Pawła wydarzenie odizolowane. Prawdą jest coś przeciwnego, ponieważ zmartwychwstały Chrystus jest światłem prawdy, światłem Boga samego. Poszerzyło to jego serce, uczyniło je otwartym na wszystkich. W tym momencie nie stracił nic z tego, co było dobre i prawdziwe w jego życiu, w jego dziedzictwie, ale pojął na nowo mądrość, prawdę, głębię prawa i proroków, przyswoił je w nowy sposób. Jednocześnie jego umysł otworzył się na mądrość pogan. Gdy całym sercem otworzył się na Chrystusa, zyskał zdolność do prowadzenia szerokiego dialogu ze wszystkimi, mógł stać się wszystkim dla wszystkich. Dzięki temu mógł rzeczywiście być apostołem pogan.

    A teraz zastanówmy się, co to oznacza dla nas? Znaczy to, że również dla nas chrześcijaństwo nie stanowi jakiejś nowej filozofii albo nowej moralności. Jesteśmy chrześcijanami tylko wówczas, gdy spotykamy Chrystusa. Oczywiście nie ukazuje się On nam w sposób tak przemożny, świetlany, jak Pawłowi, któremu ukazał się, by uczynić go apostołem wszystkich narodów. Ale również my możemy spotkać Chrystusa, czytając Pismo Święte, na modlitwie, w życiu liturgicznym Kościoła. Możemy dotknąć serca Chrystusa i poczuć, że On dotyka naszego. Jedynie dzięki osobistej relacji z Chrystusem, jedynie dzięki spotkaniu ze Zmartwychwstałym stajemy się naprawdę chrześcijanami. W ten sposób otwiera się nasz umysł, otwiera się cała mądrość Chrystusa i całe bogactwo prawdy. Tak więc prośmy Pana, by nas oświecił, by pozwolił nam w naszym świecie doświadczyć Jego obecności, i by w ten sposób obdarzył nas żywą wiarą, otwartym sercem, wielką miłością do wszystkich, miłością zdolną odnowić świat.

    Do Polaków:

    Pozdrawiam obecnych tu Polaków. Św. Paweł u bram Damaszku przeżył spotkanie z Chrystusem. To doświadczenie dało początek jego apostolskiej misji. Za jego wstawiennictwem proszę Boga, abyśmy wszyscy umieli dostrzegać Chrystusa obecnego w naszym życiu i byśmy byli Jego świadkami. Niech Bóg wam błogosławi.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 10-11/2008/Opoka.pl

    Michał Anioł (Michelangelo Buonarroti) „Nawrócenie św. Pawła”

    Michał Anioł (Michelangelo Buonarroti) „Nawrócenie św. Pawła”
    fresk, 1542–1545, Kaplica Paolina, Watykan
    /fot. Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________________

    Nawrócenie jest drogą do jedności chrześcijan

    Rozważanie Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański” 25.01.2009

    Drodzy bracia i siostry!

    W Ewangelii dzisiejszej niedzieli rozbrzmiewają słowa, którymi Jezus rozpoczął głoszenie nauki w Galilei: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» (Mk 1, 15). I właśnie dziś, 25 stycznia, obchodzimy Wspomnienie Nawrócenia św. Pawła. Ten korzystny zbieg okoliczności — zwłaszcza w obecnym Roku św. Pawła — pozwala nam zrozumieć prawdziwe znaczenie ewangelicznego nawrócenia — metànoia — na podstawie doświadczenia Apostoła. Prawdę mówiąc w przypadku Pawła niektórzy wolą nie używać tego określenia, ponieważ — jak twierdzą — on już był wierzącym, wręcz gorliwym żydem, nie przeszedł zatem drogi od niewiary do wiary, od bożków do Boga, ani nie musiał porzucić wiary żydowskiej, by przylgnąć do Chrystusa. W rzeczywistości doświadczenie Apostoła może być wzorem każdego autentycznego nawrócenia chrześcijańskiego.

    Nawrócenie Pawła zrodziło się ze spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem; to spotkanie radykalnie zmieniło jego życie. Na drodze do Damaszku Szaweł przeżył to, do czego wzywa Jezus w dzisiejszej Ewangelii: nawrócił się, ponieważ dzięki Bożemu światłu «uwierzył w Ewangelię». Jego i nasze nawrócenie polega na tym, by uwierzyć w umarłego i zmartwychwstałego Jezusa i otworzyć się na światło Jego Bożej łaski. Szaweł zrozumiał wówczas, że jego zbawienie nie było uzależnione od dobrych uczynków, których spełnienie nakazywało prawo, ale od tego, że Jezus umarł również za niego — prześladowcę — i zmartwychwstał. Ta prawda, która dzięki chrztowi oświeca egzystencję każdego chrześcijanina, zmienia kompletnie sposób, w jaki żyjemy. Nawrócić się znaczy, również dla każdego z nas, uwierzyć, że Jezus «wydał za mnie samego siebie», umierając na krzyżu (por. Ga 2, 20), zmartwychwstał i żyje ze mną i we mnie. Zawierzając mocy Jego przebaczenia, pozwalając, by On wziął mnie za rękę, mogę wydostać się z ruchomych piasków pychy i grzechu, kłamstwa i smutku, egoizmu i wszelkich fałszywych pewników, by poznać bogactwo Jego miłości i nim żyć.

    Drodzy przyjaciele, wezwanie do nawrócenia, wzmocnione przez świadectwo św. Pawła, dziś, gdy kończy się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, ma szczególną wymowę, także w sensie ekumenicznym. Apostoł wskazuje nam, jaka powinna być nasza duchowa postawa, abyśmy mogli robić postępy na drodze do jedności. «Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonały, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa» (Flp 3, 12). Naturalnie my, chrześcijanie, nie osiągnęliśmy jeszcze pełnej jedności, która jest naszym celem, lecz jeśli pozwolimy Panu Jezusowi, by nas nieustannie nawracał, z pewnością nam się to uda. Niech Błogosławiona Dziewica Maryja, Matka jednego i świętego Kościoła, wyprosi dla nas dar prawdziwego nawrócenia, aby jak najszybciej urzeczywistniło się pragnienie Chrystusa: ut unum sint. Jej zawierzmy modlitewne spotkanie, któremu będę przewodniczył dziś po południu w bazylice św. Pawła za Murami i w którym wezmą udział jak co roku przedstawiciele Kościołów i Wspólnot kościelnych, istniejących w Rzymie.

    Światowy Dzień Chorych na Trąd

    Dziś przypada Światowy Dzień Chorych na Trąd, wprowadzony 55 lat temu przez Raoula Follereau. Kościół, naśladując Jezusa, otaczał zawsze szczególną troską osoby dotknięte tą chorobą, o czym świadczy również przesłanie, rozpowszechnione kilka dni temu przez Papieską Radę ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia. Cieszę się, że Organizacja Narodów Zjednoczonych poprzez niedawno ogłoszoną deklarację Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka wezwała państwa do opieki nad chorymi na trąd i ich krewnymi. Ze swej strony zapewniam ich o modlitwie i jeszcze raz zachęcam do dalszej pracy wszystkich, którzy wraz z nimi walczą o pełne odzyskanie zdrowia i udaną integrację społeczną.

    Nowy rok księżycowy

    W różnych krajach Azji Wschodniej trwają przygotowania do obchodów nowego roku księżycowego. Życzę ich mieszkańcom, by świętowali w radości. Radość jest wyrazem życia w harmonii z samym sobą, a można to osiągnąć tylko poprzez życie w harmonii z Bogiem i Jego stworzeniem. Oby żywa radość panowała zawsze w sercach wszystkich obywateli tych drogich mi krajów i promieniowała na świat!

    «Karawana Pokoju»

    A teraz bardzo serdecznie pozdrawiam dzieci z rzymskiej Akcji Katolickiej oraz kilku rzymskich parafii i szkół, które zorganizowały tradycyjną «Karawanę Pokoju». Pozdrawiam Kardynała Wikariusza, który im towarzyszy. Drogie dzieci, dziękuję wam za wierność, z jaką angażujecie się na rzecz pokoju, co wyraża się nie tylko w słowach, ale poprzez wybory i przedsięwzięcia, o czym opowie wasza przedstawicielka — Mariam, która pochodzi z Erytrei, ale teraz jest rzymianką i będzie do was mówić. Oddaję jej teraz głos.

    po polsku:

    Serdeczne pozdrowienie kieruję do Polaków. Obchodzimy dziś wspomnienie Nawrócenia św. Pawła Apostoła. W tym dniu szczególnie przemawia do nas wezwanie Chrystusa: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» (Mk 1, 15). Na drodze realizacji tego wezwania niech towarzyszy wszystkim Boża łaska i błogosławieństwo.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 3/2009/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 stycznia

    Święty Franciszek Salezy,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Paula Gambara Costa, tercjarka
    ***

    FOT. WIKIMEDIACOMMONS/BY RICKMORAIS – THIS FILE WAS DERIVED FROM:  SAINT FRANCIS DE SALES ORATORY (ST. LOUIS, MISSOURI) – ST. FRANCIS DE SALES MOSAIC.JPG BY NHEYOB, CC BY-SA 4.0, HTTPS://COMMONS.WIKIMEDIA.ORG/W/INDEX.PHP?CURID=70890406
    ***

    Franciszek urodził się pod Thorens (w Alpach Wysokich) 21 sierpnia 1567 r. Jego ojciec, także Franciszek, był kasztelanem w Nouvelles i miał tytuł pana di Boisy. Matka, Franciszka, pochodziła również ze znakomitego rodu Sionnaz. Spośród licznego rodzeństwa Franciszek był najstarszy.
    W domu otrzymał wychowanie głęboko katolickie. Duży wpływ na jego późniejsze życie wywarła mamka Puthod i kapelan Deage. Jednak wpływ decydujący na wychowanie syna miała matka. Wyszła za pana di Boisy, gdy miała zaledwie 15 lat. On miał wówczas 45 lat, mógł być zatem dla niej raczej ojcem niż mężem. Wychowała 13 dzieci. Jej opiece było zlecone ponadto całe gospodarstwo i służba. Franciszka umiała znaleźć czas na wszystko, była bardzo pracowita, systematyczna, spokojna i zapobiegliwa. Właśnie przykład matki będzie dla Franciszka wzorem, jaki poleci osobom żyjącym w świecie, by nawet wśród najliczniejszych zajęć umiały jednoczyć się z Panem Bogiem.
    W roku 1573 jako sześcioletni chłopiec Franciszek rozpoczął regularną naukę w kolegium w La Roche-sur-Foron. W dwa lata później został przeniesiony do kolegium w Annecy, gdzie przebywał trzy lata. W tym też czasie przyjął pierwszą Komunię świętą i sakrament bierzmowania (1577). Kiedy miał 11 lat, zgodnie z ówczesnym zwyczajem otrzymał tonsurę jako znak przynależności do stanu duchownego. Kiedy miał zaledwie 15 lat, udał się do Paryża, by studiować na tamtejszym słynnym uniwersytecie. Ponadto w kolegium jezuitów studiował klasykę. W czasie tych studiów owładnęły nim wątpliwości, czy się zbawi, czy nie jest przeznaczony na potępienie. Właśnie wtedy wystąpił we Francji Kalwin ze swoją nauką o przeznaczeniu. Franciszek odzyskał spokój dopiero wtedy, gdy oddał się w niepodzielną opiekę Matki Bożej w kościele św. Stefana des Gres. Franciszek studiował ponadto na Sorbonie teologię i zagadnienia biblijne. Do rzetelnych studiów biblijnych przygotował się dodatkowo przez naukę języka hebrajskiego i greckiego.
    Posłuszny woli ojca, który chciał, by syn rozpoczął studia prawnicze, które mogły mu otworzyć drogę do kariery urzędniczej, Franciszek udał się z Sorbony do Padwy. Studia na tamtejszym uniwersytecie uwieńczył doktoratem. Wybrał się następnie do Loreto, gdzie złożył ślub dozgonnej czystości (1591). Potem odbył pielgrzymkę do Rzymu (1592). Kiedy syn powrócił do domu, ojciec miał już gotowy plan: zamierzał go wprowadzić jako adwokata i prawnika do senatu w Chambery i czynił starania, by go ożenić z bogatą dziedziczką, Franciszką Suchet de Mirabel. Franciszek jednak ku wielkiemu niezadowoleniu ojca obie propozycje stanowczo odrzucił. Natomiast zgłosił się do swojego biskupa, by ten go przyjął w poczet swoich duchownych. Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1593 przy niechętnej zgodzie rodziców. Jednocześnie został prepozytem kolegiaty św. Piotra, co uczyniło go drugą osobą po miejscowym biskupie.

    Święty Franciszek Salezy

    W rok potem (1594) za zezwoleniem biskupa Franciszek udał się w charakterze misjonarza do okręgu Chablais, by umocnić w wierze katolików i aby próbować odzyskać dla Chrystusa tych, którzy odpadli od wiary i przeszli na kalwinizm. Właśnie ten rejon Szwajcarii został wówczas przyłączony do Sabaudii (1593). Wśród niesłychanych trudów Franciszek musiał przełęczami pokonywać wysokości Alp, dochodzące w owych stronach do ponad 4000 m. Odwiedzał wioski i poszczególne zagrody wieśniaków. Miał dar nawiązywania kontaktu z ludźmi prostymi, umiał ich przekonywać, swoje spotkania okraszał złotym humorem. Na murach i parkanach rozlepiał ulotki – zwięzłe wyjaśnienia prawd wiary. Może dlatego właśnie Kościół ogłosił św. Franciszka Salezego patronem katolickich dziennikarzy. Wśród jego cnót na pierwszy plan wybijała się niezwykła łagodność. Był z natury popędliwy i skory do wybuchów. Jednakże długoletnią pracą nad sobą potrafił zdobyć się na tyle słodyczy i dobroci, że przyrównywano go do samego Chrystusa.
    W epoce fanatyzmu i zaciekłych sporów Franciszek objawiał wprost wyjątkowy umiar i łagodność. Jego ujmująca uprzejmość i takt spowodowały, iż nazwano go “światowcem pośród świętych”. W kontaktach między ludźmi wyznawał zasadę: “Więcej much się złapie na kroplę miodu aniżeli na całą beczkę octu”. Według podania miał on w ten sposób odzyskać dla Kościoła kilkadziesiąt tysięcy kalwinów. W swojej żarliwości apostolskiej Franciszek posunął się do tego, że w przebraniu udał się do Genewy i złożył wizytę głowie Kościoła kalwińskiego, Teodorowi Beze, usiłując nakłonić go do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Wizytę ponowił Franciszek aż trzy razy, chociaż nie dała ona konkretnych wyników.
    Misja w Chablais trwała 4 lata. W roku 1599 papież Klemens VIII mianował Franciszka biskupem pomocniczym. Po otrzymaniu sakry biskupiej Franciszek udał się ponownie do Chablais, by dokończyć tam swoją misję (1601).
    W 1602 r. został biskupem Genewy po śmierci biskupa Graniera. Z właściwą sobie żarliwością zabrał się natychmiast do dzieła. Rozpoczął od wizytacji 450 parafii swojej diecezji, położonej po większej części w Alpach. Niestrudzenie przemawiał, spowiadał, udzielał sakramentów świętych, rozmawiał z księżmi, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wiernymi. Wizytował także klasztory. Zreformował kapitułę katedralną. Zdając sobie sprawę, jak wielkie spustoszenia może sprawić ignorancja religijna, popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Za podstawę nauczania wiary służył katechizm, ułożony niedawno przez kardynała św. Roberta Bellarmina. Sam także cały wolny czas poświęcał nauczaniu. Stworzył nowy ideał pobożności – wydobył z ukrycia życie duchowe, wewnętrzne, praktykowane w klasztorach, aby “wskazywało drogę tym, którzy żyją wśród świata”. W roku 1604 zapoznał się Franciszek ze św. Joanną Franciszką de Chantal i przy jej współpracy założył nową rodzinę zakonną sióstr Nawiedzenia NMP (wizytek). Uzyskała ona zatwierdzenie papieskie w 1618 r. W 1654 r. przybyły one do Polski i zamieszkały w Warszawie. Zaproszony do Paryża w celu odbycia konferencji (1618-1619), Franciszek zapoznał się tu ze św. Wincentym a Paulo.
    Zmarł nagle w Lyonie, w drodze powrotnej ze spotkania z królem Francji, w dniu 28 grudnia 1622 r. Jego ciało przeniesiono do Annecy, gdzie spoczęło w kościele macierzystym Sióstr Nawiedzenia. Jego serce zatrzymały jednak wizytki w Lyonie. Beatyfikacja odbyła się w roku 1661, a kanonizacja już w roku 1665. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła (1877), a papież Pius XI patronem dziennikarzy i katolickiej prasy (1923). Ponadto czczony jest jako patron wizytek, salezjanów i salezjanek (Towarzystwa św. Franciszka Salezego, założonego przez św. Jana Bosko); Annecy, Chabery i Genewy.
    Jego pisma wyróżniają się tak pięknym językiem i stylem, że do dnia dzisiejszego zalicza się je do klasyki literatury francuskiej. Do najbardziej znanych należą: Kontrowersje, Filotea, czyli wprowadzenie do życia pobożnego (1608) i Teotym, czyli traktat o miłości Bożej (1616). Zostało także sporo jego listów (ok. 1000).
    Co roku w dzień wspomnienia św. Franciszka Salezego papież ogłasza orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W Polsce ten dzień obchodzony jest w III niedzielę września.
    Ikonografia przedstawia św. Franciszka Salezego w stroju biskupim – w rokiecie i mantolecie lub w stroju pontyfikalnym z mitrą na głowie. Jego atrybutami są: gorejąca kula ośmiopłomienna, księga, pióro, serce przeszyte strzałą i otoczone cierniową koroną trzymane w dłoni.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Św. Franciszek Salezy

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 2.03.2011

    Św. Franciszek Salezy

    ***

    \Drodzy bracia i siostry!

    «Dieu est le Dieu du coeur humain» — «Bóg jest Bogiem ludzkiego serca» (Traktat o miłości Bożej, I, XV): w tych pozornie prostych słowach odzwierciedla się duchowość św. Franciszka Salezego, wielkiego mistrza, biskupa i doktora Kościoła, o którym chciałbym wam dzisiaj mówić. Urodził się w 1567 r. w przygranicznym regionie Francji. Był synem hrabiego Boisy, ze starej szlacheckiej rodziny sabaudzkiej. Żył na przełomie XVI i XVII w., toteż przyswoił sobie najlepsze elementy nauki i zdobycze kultury kończącego się stulecia, łącząc z dziedzictwem humanizmu charakterystyczne dla prądów mistycznych otwarcie na absolut. Staranne wykształcenie otrzymał w szkole średniej w Paryżu, gdzie studiował również teologię, a potem w Padwie spełnił pragnienie swego ojca i ukończył celująco studia prawnicze, uzyskując doktorat in utroque iure — w zakresie prawa kanonicznego oraz prawa cywilnego. Gdy w pogodnym okresie młodości zaczął zastanawiać się nad myślą św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu, wpadł w głęboki kryzys i zaczął zadawać sobie pytania o swoje zbawienie wieczne i o to, co mu przeznaczy Bóg, a główne kwestie teologiczne swojej epoki przeżywał jako prawdziwy dramat duchowy. Modlił się gorąco, ale dręczyły go tak głębokie wątpliwości, że przez kilka tygodni nie mógł prawie nic jeść ani spać. W najtrudniejszym momencie próby udał się do kościoła dominikanów w Paryżu, otworzył serce i tak się modlił: «Cokolwiek się zdarzy, Panie, który masz wszystko w swoim ręku, i którego drogami są sprawiedliwość i prawda, cokolwiek rozporządziłeś w stosunku do mnie (…); Ty, który jesteś zawsze sprawiedliwym Sędzią i miłosiernym Ojcem, będę Cię miłował, Panie (…), będę Cię miłował tutaj, o mój Boże, i będę zawsze pokładał nadzieję w Twoim miłosierdziu, i zawsze będę Cię na nowo wielbił (…). O Panie Jezu, Ty będziesz zawsze moją nadzieją i moim zbawieniem w krainie żyjących» (I Proc. Canon., vol. I, art. IV). Dwudziestoletni Franciszek odnalazł pokój w radykalnej i wyzwalającej miłości Boga, która pozwala miłować Go nie prosząc o nic w zamian i ufać w miłość Bożą; nie pytać więcej, co Bóg ze mną pocznie: miłuję Go po prostu, niezależnie od tego, jak wiele mi daje lub nie daje. W ten sposób znalazł pokój, a problem predestynacji — który był przedmiotem dyskusji w tamtych czasach — rozwiązał się, ponieważ nie szukał niczego więcej niż to, co mógł mieć od Boga: po prostu Go miłował, zdawał się na Jego dobroć. Na tym polegał będzie sekret jego życia, który znalazł wyraz w jego głównym dziele, zatytułowanym: Traktat o miłości Bożej.

    Pokonując opór ojca, Franciszek poszedł za głosem Bożego powołania i 18 grudnia 1593 r. przyjął święcenia kapłańskie. W 1602 r. został biskupem Genewy, która była tak silnym ośrodkiem kalwinizmu, że siedziba biskupa znalazła się «na wygnaniu» w Annecy. Jako pasterz ubogiej i niespokojnej diecezji, znający zarówno surowość, jak i jej piękno, pisze: «Spotkałem Go [Boga] pełnego słodyczy i łagodności, pośród naszych wysokich i niedostępnych gór, gdzie wiele prostych dusz miłowało Go i adorowało prawdziwie i szczerze; a sarny i kozice biegały wśród groźnych lodów, by głosić Jego chwałę» (List do Matki de Chantal, październik 1606, w: Oeuvres, éd. Mackey, t. XIII, s.223). Oddziaływanie jego życia i nauczania na Europę tamtej epoki i w następnych stuleciach było jednakże ogromne. Był apostołem, kaznodzieją, pisarzem, człowiekiem czynu i modlitwy, z zaangażowaniem wprowadzał w życie ideały Soboru Trydenckiego; był uczestnikiem sporu i dialogu z protestantami, doświadczając coraz bardziej, że choć teologiczna dyskusja jest konieczna, to bardzo skuteczne są osobiste stosunki i miłość. Były mu powierzane misje dyplomatyczne na szczeblu europejskim, a także społeczne misje mediacyjne i pojednawcze. Św. Franciszek był jednak przede wszystkim przewodnikiem dusz: spotkanie z młodą kobietą, panią Charmoisy, natchnęło go do napisania jednej z najbardziej poczytnych książek epoki nowożytnej: Filotea, czyli droga do życia pobożnego; z jego głębokiej komunii duchowej z obdarzoną nadzwyczajną osobowością św. Joanną Franciszką de Chantal zrodziła się nowa rodzina zakonna, Zakon Nawiedzenia, nacechowany — tak jak pragnął tego Święty — przez całkowite poświęcenie się Bogu w prostocie i pokorze, w czynieniu nadzwyczajnie dobrych rzeczy zwyczajnych: «pragnę, by jedynym ideałem moich córek — pisze — było wielbienie [Naszego Pana] swoją pokorą» (List do Mgr de Marquemond, czerwiec 1615). W 1622 r., w wieku 55 lat, zakończył wypełnione apostolskimi trudami w ciężkich czasach życie.

    Franciszek Salezy żył stosunkowo krótko, ale bardzo intensywnie. Życie tego świętego jest wyrazem rzadko spotykanej pełni, przejawiającej się w spokojnych poszukiwaniach intelektualnych, ale także w bogactwie jego uczuć, w «słodyczy» jego nauczania, które wywarło wielki wpływ na świadomość chrześcijańską. W jego postępowaniu widoczne były różne aspekty, jakie pojęcie humanitas może przyjmować tak dzisiaj, jak w przeszłości: kultura i uprzejmość, wolność i delikatność, szlachetność i solidarność. W jego wyglądzie było coś z majestatu środowiska, w którym żył, z całą prostotą i naturalnością. Dawne słowa i obrazy, którymi się posługiwał, nieoczekiwanie mają w uszach dzisiejszego człowieka brzmienie ojczystego i swojskiego języka.

    Do Filotei, idealnego odbiorcy swojej Drogi do życia pobożnego (1607 r.), Franciszek Salezy kieruje wezwanie, które w tamtych czasach mogło sprawiać wrażenie rewolucyjnego. Jest to zachęta, by całkowicie oddać się Bogu, w pełni żyjąc w świecie oraz wykonując zadania związane z własnym stanem. «Moim zamiarem jest pouczyć tych, którzy żyją w mieście, w stanie małżeńskim, na dworze» (Wstępdo Drogi do życia pobożnego). Dokument, którym papież Pius IX ponad dwieście lat później ogłosi go doktorem Kościoła, kładzie nacisk na to rozszerzenie powołania do doskonałości, do świętości. Czytamy w nim: «[prawdziwa pobożność] dotarła aż do tronu królów, do namiotu dowódców wojsk, do sali, w której zasiadają sędziowie, do urzędów, sklepów, a nawet do szałasów pasterzy» (brewe Dives in misericordia, 16 listopada 1877 r.). Tak rodziło się dowartościowanie roli świeckich, troska o poświęcenie rzeczy doczesnych i uświęcenie spraw codziennych, na które położy nacisk Sobór Watykański II oraz duchowość naszych czasów. Powstawał ideał człowieczeństwa pojednanego, łączącego harmonijnie działalność w świecie i modlitwę, stan świecki i szukanie doskonałości, z pomocą łaski Bożej, która przenika człowieka i oczyszcza go, nie niszcząc, a wynosząc na Boże wyżyny. Teotymowi, dorosłemu chrześcijaninowi, dojrzałemu duchowo, dla którego kilka lat później przeznacza Traktat o miłości Bożej (1616 r.), św.Franciszek Salezy daje bardziej złożoną lekcję. Zakłada ona, na początku, precyzyjną wizję człowieka, pewną antropologię: «rozum» człowieka, co więcej — «dusza rozumna» przedstawiona w niej jest jako harmonijna budowla, świątynia, składająca się z wielu pomieszczeń rozmieszczonych wokół centrum, nazywana przez niego — i wielkich mistyków — «szczytem», «wyżyną» ducha lub «głębią» duszy. To punkt, w którym rozum, pokonawszy wszystkie stopnie, «zamyka oczy», a poznanie i miłość stają się jednym (por. księga I, rozdz. XII). W słynnym zdaniu św.Franciszek zawarł prawdę, że w swoim wymiarze teologalnym, Bożym, miłość stanowi rację istnienia wszystkich rzeczy, we wznoszeniu się ku górze bez pęknięć i przepaści: «Człowiek jest doskonałością wszechświata; duch jest doskonałością człowieka; miłość jest doskonałością ducha, a miłość chrześcijańska jest doskonałością miłości» (tamże, księga X, rozdz. I).

    W okresie bujnego rozwoju mistyki Traktat o miłości Bożej stanowi prawdziwą summę i jednocześnie fascynujące dzieło literackie. Jego opis drogi do Boga zaczyna się od tego, że uznaje on «naturalną skłonność» (tamże, księga I, rozdz. XVI), wpisaną w serce człowieka, choć jest on grzesznikiem, do umiłowania Boga ponad wszystko. Posługując się Pismem Świętym jako wzorcem, św.Franciszek Salezy mówi o zjednoczeniu Boga z człowiekiem, poprzez całą serię obrazów przedstawiających relację międzyosobową. Jego Bóg jest ojcem i panem, oblubieńcem i przyjacielem, ma cechy matki i karmicielki, jest słońcem, którego tajemniczym objawieniem jest nawet noc. Taki Bóg przyciąga do siebie człowieka więzią miłości, czyli prawdziwej wolności: «w miłości nie ma skazanych na ciężkie roboty ani niewolników, lecz wszystko sobie podporządkowuje w posłuszeństwie z tak rozkoszną siłą, że choć nic nie jest równie mocne jak miłość, to nic nie jest równie miłe jak jej siła» (tamże, księga I, rozdz. VI). W traktacie omawianego przez nas świętego znajdujemy głęboką medytację o ludzkiej woli oraz opis tego, jak ona się rodzi, przemija, umiera, aby żyć (por. tamże, księga IX, rozdz. XIII), całkowicie zdając się nie tylko na wolę Boga, ale na to, co Jemu się podoba, Jego bon plaisir — Jego upodobanie (por. tamże, księga IX, rozdz. I). W szczytowym punkcie zjednoczenia z Bogiem, oprócz porywów ekstazy kontemplacyjnej są też konkretne przejawy miłości, która staje się wrażliwa na wszystkie potrzeby innych i którą on nazywa «ekstazą życia i uczynków» (tamże, księga VII, rozdz. VI).

    REKLAMA

    Lektura książki o miłości Bożej, a zwłaszcza licznych listów, związanych z kierownictwem i przyjaźnią duchową, pozwala zauważyć, jak wielkim znawcą ludzkiego serca był św. Franciszek Salezy. Pisze w liście do św. Joanny de Chantal: «Oto reguła naszego posłuszeństwa, którą piszę wam wielkimi literami: Należy czynić wszystko z miłości, nic na siłę — bardziej kochać posłuszeństwo niż lękać się nieposłuszeństwa. Zostawiam wam ducha wolności, ale nie tego, który wyklucza posłuszeństwo, bo taka jest wolność świata, ale tego, który wyklucza przemoc, pochopność i nadmierne skrupuły» (List z 14 października 1604 r.). Nieprzypadkowo u źródeł wielu nurtów w pedagogice i duchowości naszych czasów odnajdujemy ślady tego właśnie mistrza, bez którego nie byłoby św. Jana Bosko ani heroicznej «małej drogi» św.Teresy z Lisieux.

    Drodzy bracia i siostry, w naszych czasach, gdy szukamy wolności, również w sposób burzliwy i pełen niepokoju, nie powinna nam umknąć aktualność tego wielkiego mistrza duchowości i pokoju, wpajającego swoim uczniom «ducha wolności», prawdziwej wolności, który jest uwieńczeniem fascynującego i wyczerpującego nauczania o tym, czym jest miłość. Św. Franciszek Salezy jest wzorem świadka chrześcijańskiego humanizmu; właściwym sobie stylem w często poetyckich przypowieściach przypomina, że we wnętrze człowieka wpisana jest głęboko tęsknota za Bogiem i że tylko w Nim znajduje on prawdziwą radość i najpełniejszą samorealizację.

    po polsku:

    Witam serdecznie obecnych tu Polaków. Św.Franciszek Salezy nauczał, że każdy człowiek odczuwa w swojej duszy tęsknotę za Bogiem. Tylko w Nim może znaleźć prawdziwą radość i spełnienie samego siebie. Zachęcał wszystkich, by jednoczyli się z Bogiem, trwali na modlitwie nawet wśród najbardziej licznych obowiązków. Niech ta zachęta będzie i dla nas ważnym przypomnieniem. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2011/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________

    Św. Franciszek Salezy – autor pierwszego przewodnika duchowego dla świeckich

    Św. Franciszek Salezy – autor pierwszego przewodnika duchowego dla świeckich

    Dzieła św. Franciszka Salezego – witraż – Dr. Bernd Gross, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Franciszek Salezy żył bardzo intensywnie. Jest przykładem rzadko spotykanej pełni. Angażował się w poszukiwania intelektualne, doceniał bogactwo uczuć, ale przede wszystkim uczył ‘kultury i uprzejmości, wolności i delikatności, szlachetności i solidarności’. Był łagodnego usposobienia, niezwykłej kultury osobistej i dobroci. Mawiał, że „więcej much się złapie na kroplę miodu niż na beczkę octu”. Zostawił po sobie bogatą literaturę i około tysiąc listów. Napisał pierwszy przewodnik życia duchowego dla osób świeckich. 24 stycznia Kościół wspomina św. Franciszka Salezego, biskupa i doktora Kościoła, patrona dziennikarzy i prasy katolickiej.

    Urodził się we francuskim Thorens, 21 sierpnia 1567 roku. Był najstarszym synem szlacheckiej, wielodzietnej rodziny. Wielki wpływ na jego wychowanie miała pobożna i młoda, bo zaledwie szesnastoletnia wówczas matka, jak też opiekunka i kapelan rodziny.

    Uczył się najpierw u jezuitów w La Roche i Annecy. Gdy miał 15 lat rozpoczął studia na paryskiej Sorbonie. Były to czasy rozwijającej się Reformacji. Żywe były dyskusje o predestynacji, przeznaczeniu do zbawienia czy potępienia. Franciszka owładnęły wątpliwości, czy on się zbawi. Modlił się gorąco, a przez kilka tygodni nie mógł nawet jeść ani spać i był bardzo udręczony. Wtedy udał się do kościoła św. Stefana, otworzył swoje serce przed Bogiem i jak później sam o tym pisze, powiedział: „Cokolwiek się zdarzy, Panie, który masz wszystko w swoim ręku…, który jesteś zawsze sprawiedliwym Sędzią i miłosiernym Ojcem…, Ty będziesz zawsze moją nadzieją i moim zbawieniem w krainie żyjących”.

    Potem udał się do Padwy, gdzie zwieńczył doktoratem studia prawnicze i teologiczne. Wracając do rodziny, nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei ojca, że zostanie wysokim urzędnikiem państwowym, lecz obrał karierę duchowną. Zgłosił się do biskupa rezydującego w Annecy i w 1593 roku przyjął święcenia kapłańskie.

    Witraż: dzieła św. Franciszka Salezego - Philippe Alès, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia CommonsWitraż: dzieła św. Franciszka Salezego – Philippe Alès, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    W następnym roku poprosił biskupa, by mógł udać się jako misjonarz do górzystego okręgu Chablais, gdzie wielu katolików odpadło od wiary i przeszło na kalwinizm. Franciszek miał niezwykły dar nawiązywania kontaktu z ludźmi. Mówił prosto, miał dar przekonywania. W zwięzłych formułach, okraszając je czasami humorem, wypisywał prawdy wiary na kartkach papieru i rozwieszał je na murach i parkanach. Pewnie dlatego został patronem dziennikarzy katolickich. W trudnych warunkach misjonarzował tak przez cztery lata.

    W 1599 roku został biskupem pomocniczym, a trzy lata później został mianowany ordynariuszem Genewy. Niestrudzenie wizytował parafie, głosił kazania, spowiadał i udzielał sakramentów świętych. Miał bardzo dobry kontakt z księżmi i wiernymi. Jako biskup z zapałem wprowadzał w życie ideały Soboru Trydenckiego, spierał się i dialogował z protestantami. Powierzano mu misje dyplomatyczne i mediacyjne.

    Był niezwykłym przewodnikiem dusz. Jego dzieło ‘Filotea, czyli droga życia pobożnego’ jest jedną z najbardziej poczytnych książek ery nowożytnej i jest pierwszym podręcznikiem duchowości skierowanym bezpośrednio do ludzi świeckich, co było absolutną nowością.

    Wraz ze św. Joanną de Chantal założył w 1610 roku nowe zgromadzenie zakonne, potocznie zwane Wizytkami.

    Zmarł nagle w Lyonie 28 grudnia 1622 roku.

    Franciszka Salezego beatyfikował i kanonizował w roku 1665 Aleksander VII. Bł. Pius IX ogłosił go doktorem Kościoła, a Pius XI patronem dziennikarzy i prasy katolickiej. Św. Franciszek Salezy rozwinął też język migowy i jest patronem osób niesłyszących.

    W ikonografii ukazywany jest w stroju biskupim. Jego atrybuty to kula ośmiopłomienna, księga, pióro, czasami serce otoczone koroną cierniową, które trzyma w dłoni.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 stycznia

    Błogosławieni
    Wincenty Lewoniuk i Towarzysze,
    męczennicy z Pratulina

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Henryk Suzo, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj Gross, męczennik
      •  Święty Ildefons, biskup
    ***
    Męczennicy z Pratulina

    Męczennicy z Pratulina byli prostymi chłopami z Podlasia. Zasłynęli niezwykłym męstwem i przywiązaniem do swej wiary podczas prześladowań Kościoła katolickiego, które miało miejsce na terenie zaboru rosyjskiego.
    Kościół unicki, będący w jedności z Rzymem, powstał na mocy Unii Brzeskiej z 1596 roku. Doprowadziła ona do zjednoczenia Kościoła prawosławnego na terenach Rzeczpospolitej z Kościołem katolickim i papieżem. Wyznawcy tego Kościoła, po zjednoczeniu, nazywani są powszechnie unitami.
    Prześladowania rosyjskie były wyjątkowo krwawe i dobrze zorganizowane. Carowie zaczynali likwidację Kościoła katolickiego od zniszczenia właśnie Kościoła unickiego. Czynili to planowo i systematycznie. W roku 1794 caryca Katarzyna II zlikwidowała Kościół unicki na podległych sobie ziemiach. W roku 1839 car Mikołaj I dokonał urzędowej likwidacji Kościoła unickiego na Białorusi i Litwie. W drugiej połowie XIX w. na terenach zajętych przez Rosję Kościół unicki istniał już tylko w diecezji chełmskiej, w Królestwie Polskim. Administracja carska zaplanowała likwidację także tego Kościoła. Car Aleksander II zaaprobował program prześladowań.
    Na styczeń 1874 roku zaplanowano wprowadzenie obrzędów prawosławnych do liturgii unickiej. Następnie mieli to zaakceptować wierni, a rząd rosyjski oficjalnie potwierdzał przystąpienie danej parafii do Kościoła prawosławnego. Wcześniej usunięto biskupa i kapłanów, którzy nie zgadzali się na reformy prowadzące do zerwania jedności z papieżem. Za swoją wierność zapłacili oni zsyłkami na Sybir, więzieniem lub usunięciem z parafii. Wierni świeccy, pozbawieni pasterzy, sami ofiarnie bronili swojego Kościoła, jego liturgii i jedności z papieżem, często nawet za cenę życia.
    W Pratulinie doszło do starcia z Kutaninem, carskim naczelnikiem powiatu. Żądał on, aby miejscowi parafianie oddali kościół nowemu duszpasterzowi. Ludność nie zgodziła się na oddanie świątyni. Mieszkańcy otrzymali kilka dni do namysłu. Kutanin powrócił do Pratulina w dniu 24 stycznia 1874 roku, ale nie sam, lecz z kozakami. Żołnierzami dowodził pułkownik Stein. Na wieść o tym przy cerkwi zebrała się niemal cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy cerkiewnych. Straszył zgromadzonych wojskiem. Otoczył kościół, zajmując pozycje za parkanem przykościelnym.
    Unici wiedzieli, że obrona świątyni może ich kosztować utratę życia. Szli do kościoła, aby bronić wiary i byli gotowi na wszystko. Żegnali się z bliskimi w rodzinach, ubierali się odświętnie, ponieważ, jak mówili, szło o najświętsze sprawy. Nie mogąc nakłonić unitów do rozejścia się ani groźbami, ani obietnicami łask carskich, dowódca dał rozkaz strzelania do zebranych. Widząc, że wojsko ma nakaz zabijania stawiających opór, wierni uniccy uklękli na cmentarzu świątynnym i śpiewem przygotowywali się do złożenia życia w ofierze. Umierali pełni pokoju, z modlitwą na ustach, śpiewając “Święty Boże” i “Kto się w opiekę”. Nie złorzeczyli prześladowcom, gdyż jak mówili: “słodko jest umierać za wiarę”.
    Pułkownik Stein wydał rozkaz, aby żołnierze się przegrupowali, a następnie ustawili bagnety na karabinach i przygotowali do odebrania cerkwi przemocą. Wśród obrońców byli dawni żołnierze carskiej armii, którzy znali zasady wojskowego rzemiosła. Wiedzieli, że żołnierze nie mogą postępować brutalnie wobec ludności cywilnej. Wojsko przekroczyło parkan i bijąc ludzi kolbami karabinów i kłując bagnetami, torowało sobie drogę do cerkwi.Przy świątyni w Pratulinie w dniu 24 stycznia 1874 roku poniosło śmierć za wiarę i jedność Kościoła 13 unitów. Byli to:
    Wincenty Lewoniuk, lat 25, żonaty, pochodził z Woroblina. Był człowiekiem pobożnym i cieszył się uznaniem u ludzi. Jako pierwszy oddał życie w obronie świątyni.
    Daniel Karmasz, lat 48, żonaty, pochodził z Lęgów. Jego syn mówił, że ojciec był człowiekiem religijnym. Jako przewodniczący bractwa podczas obrony kościoła stanął na czele z krzyżem, który do dzisiaj jest przechowywany w Pratulinie.
    Łukasz Bojko, lat 22, kawaler, pochodził z Lęgów. Brat zaświadczył, że Łukasz był człowiekiem szlachetnym, religijnym i cieszył się dobrą opinią wśród ludzi. W czasie obrony świątyni bił w dzwony.
    Konstanty Bojko, lat 49, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był ubogim rolnikiem i sprawiedliwym człowiekiem.
    Konstanty Łukaszuk, lat 45, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem, szanowanym przez ludzi. W wyniku otrzymanych ran zmarł następnego dnia, zostawiając żonę i siedmioro dzieci.
    Bartłomiej Osypiuk, lat 30, pochodził z Bohukal. Był żonaty z Natalią i miał dwoje dzieci. Cieszył się szacunkiem mieszkańców. Był uczciwy, roztropny i pobożny. Śmiertelnie ranionego przewieziono go do domu, gdzie zmarł modląc się za prześladowców.
    Anicet Hryciuk, lat 19, kawaler, pochodził z Zaczopek. Był młodzieńcem dobrym, pobożnym i kochającym Kościół. Idąc do Pratulina z żywnością dla obrońców, powiedział do matki: “Może i ja będę godny, że mnie zabiją za wiarę”. Zginął przy świątyni 24 stycznia w godzinach popołudniowych.
    Filip Kiryluk, lat 44, żonaty, pochodził z Zaczopek. Wnuk zaświadczył, że miał opinię troskliwego ojca, dobrego i pobożnego człowieka. Zachęcał innych do wytrwania przy świątyni i sam oddał życie za wiarę.
    Ignacy Frańczuk, lat 50, pochodził z Derła. Był żonaty z Heleną. Miał siedmioro dzieci. Syn mówił, że ojciec starał się wychowywać dzieci w bojaźni Bożej. Wierność Bogu przedkładał nad wszystko. Idąc do Pratulina założył odświętne ubranie i ze wszystkimi się pożegnał, przeczuwając, że już nie wróci. Po śmierci Daniela podniósł krzyż i stanął na czele broniących świątyni.
    Jan Andrzejuk, lat 26, pochodził z Derła. Był żonaty z Mariną, miał dwóch synów. Uważany był za człowieka bardzo dobrego i roztropnego. Pełnił funkcję kantora w parafii. Odchodząc do Pratulina żegnał się ze wszystkimi, jakby to miało być ostatnie pożegnanie. Ciężko ranny przy kościele, został przewieziony do domu, gdzie niebawem zasnął w Panu.
    Maksym Gawryluk, lat 34, pochodził z Derła. Był żonaty z Dominiką. Cieszył się opinią dobrego i uczciwego człowieka. Ciężko ranny przy świątyni, umarł w domu dnia następnego.
    Onufry Wasyluk, lat 21, pochodził z Zaczopek. Był praktykującym katolikiem, uczciwym i szanowanym w miejscowości człowiekiem.
    Michał Wawryszuk, lat 21, pochodził z Derła. Pracował w majątku Pawła Pikuły w Derle. Cieszył się dobrą opinią. Ciężko ranny przy kościele, zmarł następnego dnia w domu.
    Męczeństwo w Pratulinie nie było faktem odosobnionym. Szczególnie od stycznia 1874 roku każda parafia unicka na Podlasiu pisała swoje męczeńskie dzieje. Car oficjalnie zlikwidował unicką diecezję chełmską w 1875 roku, a unitów zapisał wbrew ich woli do Kościoła prawosławnego. Wierni tego nie przyjęli i za swoją wierność Kościołowi katolickiemu płacili wielokrotnie śmiercią, zsyłkami na Sybir, więzieniem, karami. Pozostawionym bez pasterzy unitom z tajną posługą kapłańską śpieszyli księża katoliccy z Podlasia oraz misjonarze z Galicji i regionu poznańskiego. Mocna wiara unitów i solidarna pomoc Kościoła katolickiego pozwoliły przetrwać czas prześladowań i doczekać dekretu o wolności religijnej cara Mikołaja II z kwietnia 1905 roku. W tym właśnie roku większość unitów z Podlasia i lubelszczyzny przepisała się do parafii rzymskokatolickich, gdyż struktury Kościoła unickiego jeszcze wtedy nie istniały.
    Ponieważ o męczeństwie unitów z Pratulina zachowało się najwięcej dokumentów, biskup podlaski Henryk Przeździecki wybrał ich jako kandydatów na ołtarze i przedstawicieli wszystkich męczenników, którzy na Podlasiu oddawali życie za wiarę i jedność Kościoła.
    Unici z Pratulina i innych parafii zostali od samego początku uznani za męczenników przez swoje rodziny, przez parafian, przez lud na Podlasiu, a także przez Kościół powszechny. Hołd dla męczeńskiej śmierci unitów złożyli papieże Pius IX, Leon XIII i Pius XII. Ich ofiara pomogła mieszkańcom Podlasia zachować wiarę i tożsamość narodową w ciężkich czasach panowania ateistycznego komunizmu.
    Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i 12 Towarzyszy byli mężczyznami w wieku od 19 do 50 lat. Z zeznań świadków i dokumentów historycznych wynika, że byli ludźmi dojrzałej wiary. Masakra przy kościele zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez innego kozaka. Przerwano więc ogień i żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli siekierą. Do świątyni wprowadzono rządowego proboszcza. Rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było około 180 osób. Ciała zabitych leżały na cmentarzu kościelnym przez całą dobę. Potem pogrzebano je bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce. Zostali pogrzebani przez wojsko rosyjskie bez szacunku i bez udziału najbliższej rodziny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku grób męczenników został należycie upamiętniony. 18 maja 1990 roku szczątki Męczenników zostały przewiezione z grobu do świątyni parafialnej.
    Obrona świątyni otoczonej uzbrojonym wojskiem nie była skutkiem chwilowego przypływu gorliwości, ale konsekwencją głębokiej wiary mieszkańców Pratulina. Męczennicy uniccy pod wieloma względami są podobni do męczenników z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to prości wierni ginęli za odważne wyznawanie wiary w Chrystusa.
    Do grona błogosławionych męczennicy pratulińscy zostali wprowadzeni przez św. Jana Pawła II w dniu 6 października 1996 roku, w rocznicę 400-lecia zawarcia Unii Brzeskiej. Trzy lata później, w czerwcu 1999 r. w homilii podczas Mszy św. odprawianej w Siedlcach papież mówił m.in.:
    Męczennicy z Pratulina bronili Kościoła, który jest winnicą Pana. Oni tej winnicy pozostali wierni aż do końca i nie ulegli naciskom ówczesnego świata, który ich za to znienawidził. W ich życiu i śmierci wypełniła się prośba Chrystusa z modlitwy arcykapłańskiej: “Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził (…). Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. (…) Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17, 14-15. 17-19). Dali świadectwo swej wierności Chrystusowi w Jego świętym Kościele. W świecie, w którym żyli, z odwagą starali się prawdą i dobrem zwyciężać szerzące się zło, a miłością chcieli pokonywać szalejącą nienawiść. Tak jak Chrystus, który za nich w ofierze oddał samego siebie, by byli uświęceni w prawdzie – tak też oni za wierność prawdzie Chrystusowej i w obronie jedności Kościoła złożyli swoje życie. Ci prości ludzie, ojcowie rodzin, w krytycznym momencie woleli ponieść śmierć, aniżeli ulec naciskom niezgodnym z ich sumieniem. “Jak słodko jest umierać za wiarę” – były to ostatnie ich słowa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Błogosławieni męczennicy z Pratulina – Wincenty Lewoniuk i towarzysze

    Błogosławieni męczennicy z Pratulina – Wincenty Lewoniuk i towarzysze

    Męczennicy z Pratulina w 1874 r. – Walery Eljasz Radzikowski, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    „Jak słodko jest umierać za wiarę” – ilu z nas byłoby w stanie tak powiedzieć w chwili niesprawiedliwego prześladowania i w obliczu męczeństwa? A tak właśnie mówili ci, którzy bronili swojej wiary i swojego kościoła w obliczu prześladowania przez władze carskie, przed rusyfikacją i przymusowym przyłączeniem do cerkwi prawosławnej patriarchatu moskiewskiego. 23 stycznia Kościół wspomina błogosławionych męczenników z Pratulina, prostych chłopów z Podlasia na wschodzie Polski. Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i jego 12 towarzyszy męczeństwa to tylko mała grupa wiernych Kościoła unickiego, którzy własną krwią poświadczyli wierność Chrystusowi i łączność z Kościołem rzymskim.

    Unia Brzeska zawarta w 1596 roku, zjednoczyła Kościół prawosławny na terenach ówczesnej Rzeczpospolitej z Kościołem rzymskim i papieżem. Była jedną z prób zaradzenia bolesnemu podziałowi chrześcijaństwa, trwającemu od połowy XI wieku.

    Carowie rosyjscy promowali prawosławie, a wraz ze wzrostem potęgi Rosji, systematycznie i w sposób zorganizowany niszczyli Kościół katolicki. Prześladowanie katolików na swoich terenach rozpoczynali zwykle od zwalczania Kościoła unickiego.
    Caryca Katarzyna II w roku 1794 zlikwidowała Kościół unicki na swoim terytorium, a car Mikołaj I w 1839 roku zlikwidował Kościół unicki na terenie Białorusi i Litwy. Praktycznie, w drugiej połowie XIX wieku na terenie zaboru rosyjskiego Kościół unicki ostał się tylko w diecezji chełmskiej, ale i jego likwidację zaaprobował car Aleksander II. W styczniu 1874 roku miano wprowadzić obrzędy prawosławne do liturgii unickiej, wierni każdej parafii mieli to potem zaakceptować, a rząd ostatecznie zatwierdzić. Księży i biskupów, którzy się nie zgadzali na zerwanie łączności z Rzymem usuwano, zsyłano na Sybir, albo zamykano w więzieniu.

    Wtedy do obrony kościołów przed przekazaniem ich prawosławnym, do obrony liturgii i przynależności do Kościoła rzymskiego, stanęli wierni świeccy.
    Carski naczelnik powiatu zażądał, żeby parafianie w Pratulinie, dzisiaj we wschodniej Polsce, oddali swój kościół prawosławnemu popowi. Ludzie odmówili. Naczelnik dał im kilka dni do namysłu.

    Męczennicy z Pratulina - Loraine, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Męczennicy z Pratulina, ikona – Loraine, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia CommonsUniccy parafianie postanowili bronić swojego kościoła. Wiedzieli, że mogą przepłacić to życiem, ale byli gotowi na wszystko, nawet na męczeństwo. Najstarszy z nich, ojciec siedmiorga dzieci, ubrał się odświętnie, pożegnał ze wszystkimi i poszedł bronić kościoła przeczuwając, że już nie wróci. Najmłodszy szedł wspomóc obrońców, mając nadzieję, że „może i on będzie godny, że go zabiją za wiarę”.
    Kiedy 24 stycznia 1874 roku naczelnik pojawił się na nowo w Pratulinie, miał już ze sobą zastęp Kozaków. Wokół kościoła zebrała się niemal cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy do cerkwi, straszył wojskiem, które otoczyło świątynię i przyległy cmentarz. Dowódca żołnierzy wzywał do rozejścia się i obiecywał carskie przywileje. Widząc, że to nie skutkuje, wydał rozkaz strzelania do zgromadzonych.

    Unici poklękali wokół świątyni. Modlili się na głos. Ktoś zaintonował ‘Święty Boże’. Chcieli bronić swoich świętości. Ktoś inny zaczął śpiewać: ‘Kto się w opiekę odda Najwyższemu’, wiedząc, że są tylko w ręku Boga. Jeden z obrońców uniósł w górę krucyfiks. Padły strzały. Żołnierze przegrupowali się, założyli bagnety na karabiny. Potem bili zebranych kolbami i kłuli bagnetami, torując sobie drogę do kościoła, żeby odebrać go siłą.

    Ciała zabitych w masakrze Rosjanie pogrzebali bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły i równając ziemię, by nie pozostawić śladu grobu. Miejscowi jednak otoczyli to miejsce szacunkiem i upamiętnili. Najmłodszy z 13 męczenników pratulińskich miał 19, a najstarszy, 50 lat. Beatyfikował ich w roku 1996 Jan Paweł II.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 stycznia

    Święty Wincenty Pallotti, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wincenty, diakon i męczennik
      •  Błogosławiona Laura Vicuña, dziewica
      •  Błogosławiony Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
    ***
    Święty Wincenty Pallotti

    Wincenty Pallotti urodził się 21 kwietnia 1795 r. i pracował przez całe życie w Rzymie. Matka Wincentego, Magdalena de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, a ojciec, Piotr Pallotti – zamożnym kupcem i żarliwym miłośnikiem różańca; po latach Wincenty dziękował Bogu za “świętych rodziców”. Został ochrzczony następnego dnia po narodzeniu. Otrzymał wówczas imiona: Wincenty, Alojzy, Franciszek. Był trzecim z dziesięciorga dzieci. Po ukończeniu szkoły podstawowej i gimnazjalnej Wincenty zapisał się na studia filozoficzne, a potem teologiczne na papieskim uniwersytecie “Sapienza”, które uwieńczył podwójnym doktoratem. W czasie studiów zapoznał się ze św. Kasprem del Bufalo (+ 1837). Święcenia kapłańskie otrzymał w Rzymie 16 maja 1818 roku. Jako doktor filozofii i teologii, a także magister filologii greckiej, w latach 1819-1829 wykładał na uniwersytecie. W latach 1827-1840 był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim. Przez pewien czas pełnił funkcję duszpasterza wojskowego w państwie kościelnym (1842). Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia cechowe dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt.
    4 kwietnia 1835 roku założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, charakteryzujące się nowatorskim programem duszpasterskim, który opiera się na współpracy świeckich i duchownych. Na czele Zjednoczenia miała stać nowa rodzina zakonna, Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (SAC), która miała spełniać zadanie animatora wszystkich dzieł katolickiego apostolatu. Nową rodzinę zakonną związał jedynie przyrzeczeniem i profesją. Do dziś centralną część tego dzieła stanowią księża i bracia pallotyni oraz siostry pallotynki. Pallotyni zatwierdzeni zostali przez Stolicę Apostolską w roku 1904. Na ziemiach polskich pallotyni pojawili się w 1907 roku, już trzy lata po zatwierdzeniu Stowarzyszenia.
    Jeszcze za swojego życia Wincenty Pallotti otrzymał zaszczytny tytuł “apostoła Rzymu” i “drugiego św. Filipa Nereusza”. Nazywa się go również prekursorem Akcji Katolickiej, która swoje apogeum osiągnęła za rządów papieża Piusa XI (1922-1939). Święty może być uważany także za ojca współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował Oktawę Modlitw o jedność po uroczystości Objawienia Pańskiego (obecnie jest ona obchodzona w dniach 18-25 stycznia). Pozostawił po sobie wiele pism.
    Zmarł 22 stycznia 1850 r. z powodu choroby, której nabawił się spowiadając w zimnym kościele, oddawszy swój płaszcz żebrakowi. Chociaż jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się bardzo wcześnie, bo w dwa lata po jego śmierci, trwał długo właśnie z powodu rozległej działalności, jaką sługa Boży prowadził. Błogosławionym ogłosił Wincentego papież Pius XII 22 stycznia 1950 r. (dokładnie w setną rocznicę śmierci Wincentego), a do chwały świętych wyniósł go 20 stycznia 1963 r. Jan XXIII. Jest patronem hodowców winorośli.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    O tajemnicy zaufania

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    ***

    Od ponad 8 lat fascynowała mnie duchowość świętego Wincentego Pallottiego. Człowieka pokornego, człowieka miłosiernego, Apostoła XIX wieku. Przez lata również zastanawiałem się nad zagadnieniami zaufania i nieskończoności jakie często cytował w swoich dziełach wspomniany święty.

    Kiedy jeszcze studiowałem na wykładach jeden z moich profesorów na pytanie: co trzeba zrobić aby być świętym? Odpowiedział: trzeba być po prostu człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, nie pędzącym za nienawiścią, za bogactwami, zazdrością. Trzeba być człowiekiem zwyczajnym, prostym (nie prostackim) który umie rozmawiać z innymi ludźmi i z Bogiem. Umieć rozmawiać z człowiekiem znaczy umieć rozmawiać z Bogiem, bo nie można kochać Boga jeżeli nie kocha się człowieka. Nie można rozmawiać przyjaźnie z Bogiem nienawidząc innych. W człowieku, w jego gestach, słowach można zobaczyć miłość Boga, ale można i również innym ją ukazać. I tak sobie myślę, że św. Wincenty Pallotti doskonale potrafił ukazać miłość Boga widząc w drugim człowieku Jego obraz. Zaufać Bogu być może oznacza coś innego niż zaufać człowiekowi. Człowieka mamy na co dzień, możemy go zawsze skontrolować, możemy wiedzieć czy mówi prawdę, czy jest wiarygodny, możemy mieć nad nim kontrolę, a Bóg? Nie znamy Jego planów, nie wiemy co zamierza i czasami wydaje nam się bardzo daleki.

    Nieskończoność, być w nieskończonym kontakcie z Bogiem, nieskończenie mu zaufać, nieskończenie poddać się Jego woli i zdać się na Jego zbawcze posłannictwo. Czasami było bardzo trudno mi w to było uwierzyć, do tego się przekonać. Wydaje mi się, że najtrudniej jest pokonać barierę zaufania, zawierzenia. Niczym Abraham wyruszyć ze swojego domu by iść w nieznane, niczym Mojżesz stawać w obronie kogoś kto wcale nie chce być bronionym, jak buntujący się lud na pustyni, niczym ślepiec z Ewangelii pomimo sprzeciwu zgromadzonych „dopchać się” za wszelką cenę do upragnionego celu — do Chrystusa. Być może ktoś powie, ładna, bardzo ładna teoria, ale daleko jej jeszcze do praktyki. W XXI wieku rządzonym przez pieniądz, politykę trudno jest mówić o zaufaniu do człowieka, łatwiej jest mówić o „plecach” dzięki którym można się dostać do pracy, na studia, na wysokie stanowiska. Ciężej się mówi o zaufaniu do człowieka, a jeszcze ciężej o zaufaniu do Boga, gdy liberalizm stara się nam ukazać bezsens wiary, a ludzkość pyta: Gdzie jest Bóg? Czy naprawdę jest On wszechmogący?

    Nieskończenie zaufać Bogu, stanąć ponad systemami społecznymi, uwierzyć, że nad wszystkim co nam się w życiu przytrafia czuwa Bóg. Chroni nas i nigdy nie chce dla nas źle. Żyć wiarą i uwierzyć w życie, zaufać nieskończenie, że ostatnie słowo zawsze należy do Boga, a nie do człowieka. To brzmi jak prawdziwy sprawdzian z naszej wiary. Bo życie jest sprawdzianem z rozumienia Bożej miłości.

    W ubiegłym roku w Zurychu, Lozannie i wielu innych miastach odbyła się największa wystawa Techniki XX i XXI wieku — „Expo 2002”. Kolorowe afisze, reklamy telewizyjne. Tłumy Szwajcarów wyruszały by ujrzeć „cuda techniki”. W każdym sklepie można było usłyszeć pytanie: Czy widziałeś już EXPO 2002? Kiedyś na jednym z kazań powiedziałem, że zachwycamy się cudami techniki, a tymczasem nie zastanawiamy się nad sferą duchową. EXPO 2002 nie było niczym innym jak tylko Wieżą Babel XXI wieku krzyczącą na cały kraj: „patrzcie co jesteśmy w stanie uczynić!!!” My ludzie, zawładnęliśmy techniką, pieniądzem, możliwościami. Być może dzięki temu niektórzy chcą stać się równymi Bogu. A tymczasem? Kiedy pojawia się jakaś choroba, np. rak, czy też gdy nadchodzi śmierć zdajemy sobie sprawę, że ani pieniądze, ani technika nie są w stanie nam pomóc. Coś co może nas trzymać przy życiu nie może zostać ujęte w kryteriach materialnych. Wiary i zaufania nie da się kupić, nie da się ich wyprodukować. Są one owocem miłości. I tak sobie myślę, że źródłem nieskończoności jest również miłość, czyli sam Bóg, jako nieskończona miłość. Myślę, że słowa Wincentego były aktualne zarówno w XIX wieku , ale są jeszcze bardziej „na czasie” w 200 lat później:Szukaj Boga A znajdziesz go Szukaj Boga We wszystkich dziełach A znajdziesz go w nich. Szukaj go zawsze A zawsze Go znajdziesz

    Gdy znajdziemy w naszym życiu Boga, prawdziwie go spotkamy, myślę, że wówczas odkryjemy tajemnicę nieskończoności i zaufania. Odkrywając te tajemnice poznajemy tym samym Boga, jego miłość i troskę, jaką nas otacza każdego dnia. Tajemnica nieskończoności, jest tajemnicą Boga, bo On jest nieskończony, On jest Bogiem Nieskończonej Miłości.

    Artur Marek Wójtowicz/opoka.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty Pallotti SAC

    Święty kapłan (1795-1850)

    Urodził się w 21 kwietnia 1795 roku w Rzymie, w zamożnej kupieckiej rodzinie jako trzeci z dziesięciorga dzieci. Jego matka Magdalena, z domu de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, zajmowała się domem i strzegła dzieci przed zgubnym wpływem świata, uczyła czynów chrześcijańskiego miłosierdzia. Ojciec – Piotr Pallotti – jeśli tylko mógł słuchał kilku Mszy Świętych dziennie. Był też wielkim miłośnikiem różańca świętego. Mały Wincenty został ochrzczony następnego dnia po urodzeniu w kościele pw. św. Wawrzyńca in Damaso. Rodzice dbali o jego religijne wychowanie i pobożność – codziennie cała rodzina odmawiał choć cząstkę różańca.
    Od najmłodszych lat Wincenty odznaczał się pokorą, zamiłowaniem w umartwianiu i miłosierdziem. Wiele godzin spędzał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem i posługiwał przy ołtarzu jako ministrant. 10 lipca 1801 roku przyjmuje bierzmowanie z rąk arcybiskupa Benedykta Fenaja, a w 1805 roku przyjmuje I Komunię Świętą. Uczył się w szkole oo. pijarów, był bardzo dobrym uczniem. Z tego czasu pochodzi historia o tym, jak małemu Wincentemu opornie szła nauka łaciny, korepetycje nie pomagały zbytnio, więc chłopiec postanowił szukać pomocy w modlitwie. Po nowennie do Ducha Świętego nastąpiła na tym polu znaczna poprawa. Przy tym był bardzo skromny, nagrody za postępy w nauce często sprzedawał, a pieniądze rozdawał biednym.

    W wieku 12 lat wybiera sobie ks. Bernardino Fazzini na stałego spowiednika i kierownika duchowego (będzie nim przez 30 lat, aż do śmierci w 1837 roku).

    W latach 1809-14 pobiera nauki w Kolegium Rzymskim, otrzymuje tonsurę i przyjmuje cztery niższe święcenia oraz zapisuje się do Bractwa Pięciu Ran Jezusa Chrystusa. Chciał zostać kapucynem, ale z powodu wątłego zdrowia nie mógł zrealizować swego powołania. W 1818 rozpoczyna studia filzofii i teologii na Uniwersytecie Sapienza. W czasie studiów zapisał się do Pobożnego Zjednoczenia Pawła Apostoła, Arcybractwa Najświętszego Sakramentu i nawiązał znajomość ze św. Kasprem del Buffalo. Dnia 21 września 1816 roku otrzymuje święcenia subdiakonatu z rąk kardynała Giulio Maria della Somaglia w Bazylice św. Jana na Lateranie. W listopadzie zapisał się do Trzeciego Zakonu: Trynitarzy Bosych, Karmelitów, św. Franciszka z Asyżu, św. Franciszka z Paoli, św. Dominika oraz do Bractwa Dobrej Śmierci. Dnia 20 września 1817 roku otrzymuje święcenia diakonatu z rąk kardynała Somaglia.

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Po skończeniu studiów otrzymał święcenia kapłańskie w wigilię Trójcy Przenajświętszej w dniu 16 maja 1818 roku w Bazylice św. Jana na Lateranie z rąk biskupa Kandyda Marii Frattini. Mszę Świętą prymicyjną odprawił w święto Trójcy Przenajświętszej, 17 maja, we Frascati w kościele del Gesu. W latach 1819-29 wykładał na uniwersytecie, w latach 1827-40 był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim. Zasłynął szybko jako spowiednik i kaznodzieja. Ryzykował własnym życiem pracując wśród chorych w czasie epidemii cholery. Właśnie na cholerę w 1837 roku zmarł jego przyjaciel św. Kaspar del Buffalo, św. Wincenty wysłuchał jego ostatniej spowiedzi.

    ***

    Czuł silne powołanie do niesienia nauki Chrystusa muzułmanom, silnie zakorzeniony w tradycji Kościoła i wielki obrońca wiary katolickiej.
    W dniu 9 stycznia 1835 roku miał widzenie, po którym czuł się zobowiązany, pod opieką Maryi Niepokalanie Poczętej i Królowej Apostołów, do założenia zgromadzenia pracującego nad zbawieniem dusz. Grzegorz XVI zatwierdził je 14 lipca 1835 roku, nadając liczne przywileje, które Pius XI pomnożył w 1847 roku. Pallotyni oprócz pracy nad własnym uświęceniem zajmowali się udzielaniem Sakramentów, uczeniem chłopców katechizmu, dawaniem rekolekcji i misji oraz nawracaniem niewiernych. Nosili czarne sutanny z pelerynką i rzymski kapelusz.

    ***

    Bardzo pragnął zjednoczenia Kościoła rzymskiego i wschodniego, oraz powrotu anglikanów do Kościoła. Zapoczątkował uroczyste obchodzenie oktawy święta Trzech Króli, od 1836 roku. Początkowo w kościele św. Ducha w Neapolu, później w kilku innych większych Kościołach, a od 1841 roku u św. Andrzeja de la Valle.
    Przed wspaniałą szopką odprawia się codziennie uroczystą Mszę Świętą, za każdym razem w innym obrządku wschodnim lub zachodnim w otoczeniu wychowanków różnych kolegiów narodowych. Każdego dnia oprócz trzech kazań po włosku, jest nadto kazanie w innym języku.

    Z pomocy Palottiego korzystali również w 1837 roku pierwsi zmartwychwstańcy –
    ks. Hieronim Kajsiewicz i ks. Piotr Semenenko (wiadomo o tym z listów ks. Kajsiewicza do Adama Mickiewicza).

    Założył liczne domy miłosierdzia, wieczorowe szkoły religii dla młodzieży, utworzył Kolegium Misyjne dla księży, zdobywał naczynia liturgiczne, szaty, obrazy, księgi i dewocjonalia dla celów misyjnych. Współtworzył Rzymskie Papieskie Towarzystwo Rozkrzewiania Wiary zajmującego się między innymi drukiem i propagowaniem książek religijnych, obrazków i tekstów modlitewnych.

    Maska pośmiertna św. Wincentego

    ***

    Zmarł 22 stycznia 1850 roku około godz. 21.45 w swoim domu przy kościele
    p.w. Świętego Zbawiciela na falach (San Salvatore in Onda), z powodu ciężkiego przeziębienia, którego nabawił się zimnej i deszczowej nocy, gdy oddał swój płaszcz biedakowi. Został pochowany 25 stycznia w krypcie kościoła Świętego Zbawiciela.

    Sarkofag z relikwiami św. Wincentego Pallottiego

    ***

    Kościół San Salvatore in Onda, Rzym

    Dnia 13 stycznia 1887 roku rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Papież Pius XI dnia 24 stycznia 1932 roku zatwierdził dekret o heroiczności jego cnót, został beatyfikowany 22 stycznia 1950 roku przez papieża Piusa XII, a kanonizowany przez papieża Jana XXIII 20 stycznia 1963 roku. Za cud potrzebny do kanonizacji Palottiego uznano uzdrowienie generała pallotynów ks. Wojciecha Turowskiego w 1950 roku.

    Ciało Świętego po raz pierwszy wydobyto w roku 1906, nietknięte i wydzielające piękną woń. Po raz drugi w 1950 roku, aby umieścić je pod głównym ołtarzem w kościele Świętego Zbawiciela na falach, na twarz nałożono odlew w postaci maski pośmiertnej.

    Pokój św. Wincentego Pallottiego

    Mieszkał tam od lutego 1846 aż do śmierci

    ***

    Konstytucje zgromadzenia pallotynów zatwierdził Pius XI 22 stycznia 1904 roku, początkowo z sześcioletnim okresem próbnym. Pierwsze domy w Polsce otwarto
    w listopadzie 1907 roku Jajkowcach w diecezji lwowskiej i w Kleczy w diecezji krakowskiej.

    Patron:
    Papieskiej Unii Misyjnej.

    Ikonografia:
    Przedstawiany zw sutannie pallotyńskiej z krzyżem, wizerunkiem Matki Bożej Miłości lub księgą.

    Cytat:
    Poświęcić się apostolstwu chrześcijańskiemu znaczy zrozumieć naprawdę sens życia ludzkiego. Znaczy również opierać własne życie na wielkich, powszechnych
    i nadprzyrodzonych ideałach.

    Powinniśmy pomagać duszom czyśćcowym, gdyż domaga się tego miłość, a niesienie pomocy stanowi heroiczny akt chrześcijańskiej miłości. Święty Sobór Trydencki zwraca nam uwagę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać szczególnie przez Najświętszą Ofiarę. A jak bardzo możemy ulżyć cierpieniom tych dusz przez posty
    i umartwienia, jak bardzo pocieszyć je możemy przez zdobywanie odpustów, tego cichym, lecz wymownym świadectwem jest wielka zapobiegliwość papieży
    w nadawaniu odpustów, które można uzyskać na rzecz dusz czyśćcowych.

    Kazanie o duszach czyśćcowych z 1815 roku.

    Kto jest z Bogiem, zawsze czuje się dobrze, a im bardziej wzmaga się klęska, tym bardziej naglący staje się powód, aby jeszcze ściślej zjednoczyć się z Bogiem.

    Ecce Homo

    Rzeźba wykonana na polecenie św. Wincentego

    Dzieła:
    “Bóg Miłość Nieskończona”
    “Listy. Lata 1816-1833”
    “Świętość w służbie apostolstwa”
    “Wybór pism” tom I-IV

    Lektury:
    ks. Franciszek Bogdan SAC: “Na drogach nieskończoności. Życie i spuścizna duchowa św. Wincentego Palottiego”

    ze strony: Święci Pańscy

     _____________________________________________________________________________________________________________

    21 stycznia

    Święta Agnieszka, dziewica i męczennica


     

    Agnieszka była w starożytności jedną z najbardziej popularnych świętych. Piszą o niej św. Ambroży, św. Hieronim, papież św. Damazy, papież św. Grzegorz I Wielki i wielu innych. Jako 12-letnia dziewczynka, pochodząca ze starego rodu, miała ponieść męczeńską śmierć na stadionie Domicjana około 305 roku. Na miejscu “świadectwa krwi” dzisiaj jest Piazza Navona – jedno z najpiękniejszych i najbardziej uczęszczanych miejsc Rzymu. Tuż obok, nad grobem męczennicy, wzniesiono bazylikę pod jej wezwaniem, w której 21 stycznia – zgodnie ze starym zwyczajem – poświęca się dwa białe baranki.
    Według przekazów o rękę Agnieszki, która złożyć miała wcześniej ślub czystości, rywalizowało wielu zalotników, a wśród nich pewien młody rzymski szlachcic oczarowany jej urodą. Ona jednak odrzuciła wszystkich, mówiąc, że wybrała Małżonka, którego nie potrafią zobaczyć oczy śmiertelnika. Zalotnicy, chcąc złamać jej upór, oskarżyli ją, że jest chrześcijanką. Doprowadzona przed sędziego nie uległa ani łagodnym namowom, ani groźbom. Rozniecono ogień, przyniesiono narzędzia tortur, ale ona przyglądała się temu z niewzruszonym spokojem.
    Wobec tego odesłano ją do domu publicznego, ale jej postać budziła taki szacunek, że żaden z grzesznych młodzieńców odwiedzających to miejsce nie śmiał się zbliżyć do niej. Jeden, odważniejszy niż inni, został nagle porażony ślepotą i upadł w konwulsjach. Młoda Agnieszka wyszła z domu rozpusty niepokalana i nadal była czystą małżonką Chrystusa.
    Zalotnicy znów zaczęli podburzać sędziego. Bohaterska dziewica została wtedy rzucona w ogień, ale kiedy wyszła z niego nietknięta, skazano ją na ścięcie. “Udała się na miejsce kaźni – mówi św. Ambroży – szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Wśród powszechnego płaczu ścięto jej głowę. Poszła na spotkanie Nieśmiertelnego małżonka, którego ukochała bardziej niż życie.

    Święta Agnieszka

    Agnieszka jest patronką dzieci, panien i ogrodników. Według legendy św. Agnieszka, całkowicie obnażona na stadionie, została rzucona na pastwę spojrzeń tłumu. Za sprawą cudu okryła się płaszczem włosów. Imię Agnieszki jest wymieniane w I Modlitwie Eucharystycznej – Kanonie rzymskim. Artyści przedstawiają Agnieszkę z barankiem, gdyż łacińskie imię Agnes wywodzi się zapewne od łacińskiego wyrazu agnus – baranek. Dlatego powstał zwyczaj, że w dzień św. Agnieszki poświęca się baranki hodowane przez trapistów w rzymskim opactwie Tre Fontane (znajdującym się w miejscu ścięcia św. Pawła), a następnie przekazuje się je siostrom benedyktynkom z klasztoru przy kościele św. Cecylii na Zatybrzu. Z ich wełny zakonnice wyrabiają paliusze, które papież nakłada co roku 29 czerwca (w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła) świeżo mianowanym metropolitom Kościoła katolickiego.
    W ikonografii św. Agnieszkę przedstawia się z barankiem mającym nimb lub z dwiema koronami – dziewictwa i męczeństwa. Nieraz obok płonie stos, na którym próbowano ją spalić. Jej atrybutami są ponadto: gałązka palmowa, kość słoniowa, lampka oliwna, lilia, miecz, zwój. W sztuce wschodniej św. Agnieszka przedstawiana jest w szatach żółtych (a nie czerwonych, jak męczennicy) i z krzyżem męczeńskim w ręce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________


    Św. Agnieszka Rzymianka

    ***

    „Cały świat chrześcijański przejęty jest uwielbieniem dla tej Świętej, albowiem zaledwie lat trzynaście licząc, ozdobiła skronie swoje dwojakim wieńcem, jednym z lilii niewinności, drugim z róż męczeństwa” – tak rozpoczyna żywot Świętej o. Prokop, podając rok 304 jako datę jej męczeństwa za panowania Dioklecjana. Wedle Tradycji miała ona oddać życie za Wiarę, mając zaledwie trzynaście lat. Potwierdziły to badania czaszki Męczennicy wykonane na początku XX wieku.

    Oprócz dwóch wymienionych wyżej kwiatów, jakimi ozdobione było życie św. Agnieszki, należy dodać trzeci – kwiat urody, która już trzynastoletnią pannę uczyniła obiektem westchnień licznych adoratorów. Jeden z nich, syn starosty Semproniusza, tak rozmiłował się w dzieweczce, iż posyłał jej najkosztowniejsze dary wraz zapewnieniem uczucia i prośbą o rękę. Ona jednak odpowiadała, iż jest zaręczona z innym Oblubieńcem.

    Mężczyzna myślał początkowo, iż chodzi o innego człowieka i był niemało zafrasowany, słysząc taką oto odpowiedź: „Odstąp ode mnie, pobudko grzechu, potrawo śmierci wiecznej! Jestem już zaręczona takiemu, którego życie jest nieśmiertelne, którego szlachectwo najstarsze, którego piękność najśliczniejsza, którego miłość najczulsza, którego łaska najdobrotliwsza, w którego objęciach dziewictwo zatrzymam i którego jedynie, niewypowiedzianie, wiecznie miłuję”.

    Dopiero jego ojciec wybadał o kogo chodzi, a dowiedziawszy się, iż dziewczyna jest chrześcijanką, myślał, że przełamie jej opór groźbą kary za odstąpienie od oficjalnego, państwowego kultu. Jej postawa okazała się jednakże nieprzełamana, wobec czego władza użyła ohydnego wybiegu, prowadząc czystą dziewicę do domu publicznego w nadziei, że groźba utraty cnoty odwiedzie ją od wiary prawdziwej, którą świat pogański uważał za zabobon niebezpieczny dla państwa. Pan Bóg nie opuścił wszakże swej służebnicy i pierwszy mężczyzna, który ośmielił się do niej zbliżyć, padł na ziemię rażony ślepotą.

    Wzięto ją zatem na tortury, a potem dla obrażenia jej wstydliwości rzucono nagą na arenę stadionu Domicjana. Cudownym sposobem miała zostać wówczas okryta płaszczem z własnych, długich włosów. Próbowano spalić ją na stosie, ale wyszła z płomieni nienaruszona (bądź drewno nie chciało się zapalić – wedle innego podania), wobec czego ścięto ją mieczem. Miało się wtenczas nawrócić stu sześćdziesięciu pogan. Święta została pochowana w katakumbach, a cesarz Konstantyn Wielki wybudował w tym miejscu świątynię na jej cześć, ponieważ jej wstawiennictwu córka cesarska Konstancja zawdzięczała cudowne odzyskanie zdrowia.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 stycznia

    Święty Sebastian, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Fabian, papież i męczennik
      •  Święta Eustachia Calafato, dziewica
      •  Błogosławiony Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
      •  Błogosławiony Angelo Paoli, prezbiter
    ***
    Święty Sebastian

    Informacji o Sebastianie dostarcza nam Opis męczeństwa nieznanego autora z roku 354 oraz komentarz św. Ambrożego do Psalmu 118. Według tych dokumentów ojciec Sebastiana miał pochodzić ze znakomitej rodziny urzędniczej w Narbonne (Galia), matka zaś miała pochodzić z Mediolanu. Staranne wychowanie i stanowisko ojca miało synowi utorować drogę na dwór cesarski. Miał być przywódcą gwardii cesarza Marka Aurelego Probusa (276-282).
    Według św. Ambrożego Sebastian był dowódcą przybocznej straży samego Dioklecjana. Za to, że mu wypomniał okrucieństwo wobec niewinnych chrześcijan, miał zostać przeszyty strzałami. “Dioklecjan kazał żołnierzom przywiązać go na środku pola do drzewa i zabić strzałami z łuków. Tyle strzał tedy utkwiło w nim, że podobny był do jeża, a żołnierze przypuszczając, że już nie żyje, odeszli” – zapisał bł. Jakub de Voragine OP w swojej średniowiecznej “Złotej legendzie”.
    Na pół umarłego odnalazła go pewna niewiasta, Irena, i swoją opieką przywróciła mu zdrowie. Sebastian, gdy tylko powrócił do sił, miał ponownie udać się do cesarza i zwrócić mu uwagę na krzywdę, jaką wyrządzał niewinnym wyznawcom Chrystusa. Wtedy Dioklecjan kazał go zatłuc pałkami, a jego ciało wrzucić do Cloaca Maxima. Wydobyła je stamtąd i pochowała ze czcią w rzymskich katakumbach niewiasta Lucyna. Był to prawdopodobnie rok 287 lub 288.
    Św. Sebastian cieszył się tak wielką czcią w całym Kościele, że należał do najbardziej znanych świętych. Rzym uczynił go jednym ze swoich głównych patronów. Papież Eugeniusz II (824-827) podarował znaczną część relikwii św. Sebastiana św. Medardowi do Soissons (biskupowi z terenów obecnej Francji). Relikwię głowy Świętego papież Leon IV (+ 855) podarował dla bazyliki w Rzymie pod wezwaniem “Czterech Koronatów”, która znajduje się w pobliżu Koloseum. Św. Sebastiana zaliczano do grona Czternastu Wspomożycieli. Nad grobem męczennika wybudowano kościół pod jego wezwaniem – to obecna bazylika św. Sebastiana za Murami (San Sebastiano fuori le Mura), gdzie spoczywają jego relikwie. W miejscu męczeństwa powstał drugi kościół, bazylika św. Sebastiana na Palatynie (San Sebastiano al Palatino). W bazylice św. Piotra w Watykanie znajduje się kaplica św. Sebastiana, która obecnie jest miejscem spoczynku św. Jana Pawła II.
    Sebastian jest patronem Niemiec, inwalidów wojennych, chorych na choroby zakaźne, kamieniarzy, łuczników, myśliwych, ogrodników, rusznikarzy, strażników, strzelców, rannych i żołnierzy. Poświęcono mu liczne i wspaniale dzieła. Jego męczeństwo natchnęło wielu artystów – malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy i muzyków tej miary, co Messina, Rubens, Veronese, Ribera, Guido Reni, Giorgetti, Debussy.
    W ikonografii przedstawiany jest w białej tunice lub jako piękny obnażony młodzieniec, przywiązany do słupa albo drzewa, przeszyty strzałami. Czasami u jego nóg leży zbroja. Na starochrześcijańskiej mozaice w kościele św. Piotra w Okowach w Rzymie ukazany jest jako człowiek stary z białą brodą, w uroczystym dworskim stroju. Atrybuty Świętego: krucyfiks, palma męczeństwa, włócznia, miecz, tarcza, dwie strzały w dłoniach, przybity wyrok śmierci nad głową.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 stycznia

    Święty Józef Sebastian Pelczar, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
      •  Święty Mariusz, męczennik
      •  Błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
      •  Święty Makary Wielki, opat
      •  Święty Kanut Leward, król i męczennik
    ***
    Święty Józef Sebastian Pelczar

    Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna, w rodzinie Wojciecha i Marianny, średniozamożnych rolników. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu. Wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Od szóstego roku życia był ministrantem w kościele parafialnym. Po ukończeniu szkoły w Korczynie kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Zaowocowało to jego pracą zatytułowaną Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim.
    Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny.
    W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny. Zwiększył o 57 liczbę placówek duszpasterskich. Dzięki pomocy biskupa sufragana Karola Fischera dokonywał często wizytacji kanonicznych w parafiach.
    W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy.
    Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez św. Jana Pawła II. Papież podczas homilii mówił wtedy m.in.: Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie – tacy jak każdy z nas – którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.

    18 maja 2003 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:

    Święty Józef Sebastian Pelczar - obraz kanonizacyjny

    Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: “Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez niepokalane ręce Najświętszej Maryi Panny”. To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi Chrystusowi przez Maryję.
    Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. “Zdumienie – mówił – musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (…) ustanawiając Najświętszy Sakrament”. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która “w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła”; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była “tabernakulum” – pierwszym “tabernakulum” w historii (por. encyklika Ecclesia de Eucharistia, 55). Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał. Do założonego przez siebie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego pisał: “Pośród pragnień Serca Jezusowego jednym z najgorętszych jest to, by Najświętsza Jego Rodzicielka była czczona od wszystkich i miłowana, raz dlatego, że Ją Pan sam niewypowiedzianie miłuje, a po wtóre, że Ją uczynił Matką wszystkich ludzi, żeby Ona swą słodkością pociągała do siebie nawet tych, którzy uciekają od świętego Krzyża, i wiodła ich do Serca Boskiego”.
    Relikwie św. Józefa Sebastiana Pelczara znajdują się w przemyskiej katedrze. W szczególny sposób święty biskup jest czczony w krakowskim kościele sercanek, gdzie znajduje się poświęcona mu kaplica.
    W ikonografii św. Józef Pelczar przedstawiany jest w stroju biskupim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Św. Józef Sebastian Pelczar i „cud cudów”

    Św. Józef Sebastian Pelczar i „cud cudów”

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    „Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez Niepokalane Ręce Najświętszej Maryi Panny” – wołał ten zakochany w Eucharystii biskup i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

    W witrażach zaprojektowanych przez Stanisława Wyspiańskiego tańczą promienie słońca, a okna krakowskiego kościoła franciszkanów grają feerią barw. Na witrażu sędziwy „Bóg Stwórca” oddziela właśnie światło od ciemności. Bracia pokazują mi celę, w której mieszkał przez siedem lat Józef Sebastian Pelczar – mocno związany z duchowością Biedaczyny. Tu wstąpił do trzeciego zakonu, a profesję złożył w Asyżu, przy grobie Franciszka.

    Urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie nieopodal Krosna, w rodzinie rolników. Skończył szkołę powszechną w rodzinnej miejscowości, a później ruszył do Rzeszowa, gdzie jako osiemnastolatek zdał maturę. To był czas rozeznawania powołania. Tuż po egzaminie dojrzałości wstąpił do przemyskiego seminarium. 17  lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Krótko pracował w Samborze, a potem ruszył na studia do Rzymu (tu zrobił doktoraty z teologii i prawa kanonicznego). Zafascynowany ascezą napisał pracę: „Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska”. 

    Wrócił do kraju i pracował jako wykładowca teologii pastoralnej i prawa kościelnego w przemyskim seminarium. Został nie tylko profesorem, ale i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był świetnym kaznodzieją. Miał doskonałą pamięć, a w swych listach pasterskich nie owijał w bawełnę: „Wprawdzie w programach socjalistycznych religię nazywa się rzeczą prywatną i dowolną, ale jest to obłuda, obliczona na omamienie łatwowiernych, której kłam zadają koryfeusze partii, przyznając się jawnie do ateizmu – pisał proroczo. – Konsekwentnie partia ta zwalcza nie tylko własność prywatną, ale także Kościół, prawo Boskie, porządek chrześcijański i miłość ojczyzny, którą chce zastąpić miłością proletariatu”.

    Znany był ze swej sumienności i staranności. Był prawdziwym tytanem pracy, ale nie aktywistą! Jego duszpasterskie zaangażowanie wynikało z mocnego zakotwiczenia w słowie Bożym i Eucharystii, którą nazywał „cudem cudów”.

    Założył wiele dzieł charytatywnych, a w 1894 r. powołał do życia Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego, czyli popularne „sercanki”.

    W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a po roku ordynariuszem w Przemyślu. Wspierał sodalicję mariańską, przeprowadził reformę nauczania religii w szkołach powszechnych, zainicjował powstanie 57 placówek duszpasterskich i Małego Seminarium, wyremontował katedrę.

    Zmarł przed stu laty w Przemyślu. Na ołtarze wyniósł go 2 czerwca 1991 roku w Rzeszowie Jan Paweł II. On też po dwunastu latach kanonizował przemyskiego pasterza. „Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: »Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez Niepokalane Ręce Najświętszej Maryi Panny«” – mówił wówczas. „Zdumienie musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Masoneria według świętego biskupa Józefa Pelczara

    fot. Kotyłło via Wikipedia, CC BY-SA 4.0

    ***

    Masoneria według

    świętego biskupa Józefa Pelczara

    Kim był autor orygninalnej, polskiej myśli antymasońskiej, która stała się także jednym ze źródeł inspiracji św Maksymiliania Marii Kolbego? Św. Józef Sebastian Pelczar urodził się 17 stycznia 1842 roku w rodzinie rolników, gdzie wzrastał w religijnej atmosferze.

    W 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu i 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. W październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. (ILG)

     To jest nadal najlepsza książka o masonerii napisana w języku polskim.

    Jednym z obszarów zainteresowań świętego biskupa była masoneria. Poświęcone jej dzieło, jest zdaniem wielu najlepszą książką na ten temat, jaka ukazała się w języku polskim aż do czasów nam współczesnych. Jest to głęboka analiza historyczna i znaczeniowa, napisana, jak podkreśla autor w dużej mierze na podstawie źródeł masońskich. Zostały one dogłębnie przeanalizowane i opatrzone komentarzem z punktu widzenia katolickiego. Masoneria w czasach współczesnych św biskupowi stanowiła spory problem, co widziało wielu duchownych. „W nowszych czasach rozszerzyła się masonerya po całym prawie świecie, a w niektórych krajach do wielkiej doszła potęgi i rozwinęła nader szkodliwą działalność, chcąc zniszczyć do szczętu Kościół katolicki, zedrzeć ze społeczeństwa cechę chrześcijańską i zapanować nad niem całkowicie, a tak zainaugurować nową erę ludzkości. Czy wobec tego smutnego zjawiska katolik prawy, o dobro Kościoła i społeczeństwa dbały, może być obojętnym i nie troskać się wcale o poznanie istoty i dążności tej sekty ?” Nie każdy jednak, podobnie jak jest dzisiaj, widział i doceniał ten problem. „Mimo to są u nas ludzie, nawet poważni, którzy wszelką wzmiankę o zgubnem działaniu masoneryi przyjmują z niedowierzaniem, jakby jakąś opowieść o strachach, albo przynajmniej pod tym względem mylne mają zapatrywania.” Książka ma zatem głównie wymiar poznawczy i opisujący zjawisko. Następnie z tych żródłowych badań święty biskup wyciąga wnioski.„Starałem się być bezstronnym i sprawiedliwym, jak tego sumienie wymaga; stąd te tylko zarzuty podnoszę, które opierają się na faktach stwierdzonych; wywody zaś o nauce i tendencyach masoneryi czerpię ze źródeł masońskich i z wiarogodnych autorów.”

    Masoneria a sprawa Polski

    Problem masonerii za czasów Bp Pelczara był realny także i w Polsce. Uniwersytet Jagielloński na którym wykładowcą był święty, był szczególnym terenem infiltracji masońskiej. „Tymczasem nie ulega wątpliwości, źe masonerya pokusi się zdobyć ponownie dla siebie ziemie polskie, na których w początkach XIX wieku liczne miała loże. Otóż pragnąc ostrzedz naród polski przed tak groźnem niebezpieczeństwem” Czym jest jednak to niebezpieczeństwo i jak je rozpoznać? „Czem jest masonerya, różnie różni sądzą. Nawet pośród katolików wykształconych, zwłaszcza w społeczeństwie polskiem, nie brak takich, którzy istnienie i działalność masoneryi »między bajki kładą«. Inni widzą w masoneryi ludzi, zamiłowanych w błyskotliwych odznakach, tajemniczych zebraniach i sutych biesiadach, ale zresztą nieszkodliwych. Inni natomiast wszystko zło przypisują masoneryi, a nawet obwiniają ją o kult szatana; podczas gdy sami masoni i pokrewne im duchy wynoszą masoneryę pod niebiosa. Zbadać istotę, cele i cechy masoneryi nie jest rzeczą łatwą, bo nie bez słuszności przyrównano ją do kameleona, zmieniającego swe kolory, przeto, źe według potrzeb miejsca i czasu różną przybiera postać. A jednak to zbadanie jest koniecznem, choćby dlatego tylko, źe masoni, w niektórych zwłaszcza krajach, wywierali i wywierają wielki wpływ na stosunki religijne, polityczne i społeczne. Wobec tylu sprzecznych zdań będziemy się starali dotrzeć do prawdy, trzymając się pewnych i wiarogodnych źródeł.”

    Czy masoneria to od początku samo zło?

    Masoneria nie od początku miała bardzo złe zamiary. „Założyciele pierwszej W. Loży nie mieli wcale tej pretensyi, by reformować ludzkość; w miarę atoli, jak mnożyła się liczba lóż poza granicami W. Brytanii, wyłaniała się coraz jaśniej i silniej ta tendencya masoneryi, by wpływać nietylko na swoich członków, ale także na kraje, narody i społeczeństwo całe; czyli związek pierwotnie towarzyski i filantropijny stał się zarazem reformatorskim.” Święty Biskup jak widać skłonny jest, z miłosierdziem, doszukiwać się ziaren prawdy i dobrej woli u angielskich założycieli masonerii.  Instytucja ta jednak z czasem stawała się coraz gorsza. „W wieku XVIII masonerya pod wpływem Voltaire’a i encyklopedystów francuskich, jako też illuminatów niemieckich, przesiąknęła duchem niedowiarstwa i rewolucyi, co w krajach romańskich spotęgowało się w wieku XIX-tym. Mimo to na czele pism masońskich figurował ciągle ten napis: »Ku chwale Wielkiego Budowniczego świata«; bywało też, źe władze masońskie pozwalały »braciom« chodzić z książką do modlenia na Mszę św. (jak to czynił np. Yerhaegen, wielki mistrz W. Wschodu belgijskiego), albo przyjmować publicznie Sakramenta św.” Sytuacja masonerii znacznie zaostrzyła, stała się antykatolicka pod wpływem rewolucji francuskiej „Po ostatnich zwycięstwach masoneryi i jej sprzymierzeńców we Francyi i w Portugalii tak się wzmogła jej buta, że tam występuje z otwartą przyłbicą i rzuca hardo rękawicę religii katolickiej, której śmiertelnie nienawidzi i której jedynie się lęka. Jeszcze w r. 1889 na kongresie lóż de Deux Charentes padły takie słowa ł): »Masonerya ma tę rolę, by zwalczać religię, która stworzyła zasadniczą obłudę… Trzeba na ruinach religii katolickiej, rozsypującej się w gruzy, postawić i wznieść filozofię pozytywną.  »Walka zacięta między katolicyzmem i masone ryą — powiedział niedawno jeden z wybitnych masonów francuskich — br.\ Desmons x) — jest walką na śmierć, bez wytchnienia i pardonu. Wszędzie, gdziekolwiek ukaże się człowiek czarny, muszą znaleźć się masoni, wszędzie, gdziekolwiek wzniosą krzyż, na znak jego panowania, musi ukazać się sztandar masoneryi, jako znak wolności«. W tym momencie przypomina nam się scena jaką zobaczył młody student franciszkański, Maksymilian Maria Kolbe, kiedy to na sztandarze niesionym w Rzymie w okolicach poświęconemu Bogu Watykanu, zobaczył św Michała Archanioła depconego przez Lucyfera. To zainspirowało go do założenia Rycerstwa Niepokalanej, którego jednym z celów była modlitwa o nawrócenie masonów.

    Masoneria jest antykatolicka

    Analizując ksiązkę „Maorals and Dogma” święty Biskup wyciąga wnioski: »Dla nas tylko, dzierżących najwyższą władzę — tak pisze w temźe dziele A. Pike —. uchyla prawda całkowicie swoją zasłonę i daje nam poznać, widzieć i czuć, źe człowiek jest sam dla siebie bogiem, kapłanem i królem zarazem. To właśnie jest wzniosłą tajemnicą, kluczem umiejętności i szczytem inicyacyi«. O jakże nieskończenie wyżej stoi Kościół katolicki, który wszystkim te same prawdy głosi i nic nie ma skrytego!” Posłuchajmu świętego Biskupa i trwajmy wiernie w Kościele Katolickim !  

    Maria Patynowska/Fronda.pl

    na podstawie MASONERYA, JEJ ISTOTA, ZASADY, DĄŻNOŚCI, POCZĄTKI, ROZWÓJ, ORGANIZACYA, CEREMONIAŁ I DZIAŁANIE WEDŁUG PEWNYCH PRZEWAŻNIE MASOŃSKICH ŹRÓDEŁ NAPISAŁ DR. JÓZEF SEBASTYAN PELCZAR BISKUP PRZEMYSKI O. Ł. WYDANIE CZWARTE ZNACZNIE ROZSZERZONE KRAKÓW — 1914.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 stycznia

    Święta Małgorzata Węgierska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Regina Protmann, dziewica
    ***
    Święta Małgorzata Węgierska

    Małgorzata urodziła się 27 stycznia 1242 r. w twierdzy Klis. Była ósmym dzieckiem króla Węgier Beli IV i Marii Laskaris. Pochodziła z rodziny Arpadów, z której wywodzili się także: św. Stefan (+ 1038), jego syn św. Emeryk (+ 1031) i św. Władysław (+ 1095). Jej rodzonymi siostrami były: św. Kinga (+ 1292) i bł. Jolenta (+ 1298), a ciotkami – św. Elżbieta z Turyngii (+ 1231) i bł. Salomea (+ 1268). Jej dziadek po kądzieli był cesarzem bizantyjskim.
    Jeszcze przed swoim narodzeniem (w 1242 r.) została przez rodziców ofiarowana Bogu za ocalenie ojczyzny od najazdu Tatarów. W wieku około czterech lat powierzona została opiece mniszek Zakonu Kaznodziejskiego (dominikanek) w Veszprem (czyt.: Vesprem). Gdy chciano ją później zwolnić ze zobowiązań, aby mogła wyjść za mąż, odmówiła. Rodzina usiłowała ją bowiem za wszelką cenę wydobyć z zakonu i wydać za księcia kaliskiego, Bolesława Pobożnego, następnie za Ottokara II, króla czeskiego, wreszcie za króla Neapolu, Karola Andegaweńskiego. Wszystkie te ponętne propozycje stanowczo odrzuciła. Co więcej, w obecności prymasa Węgier i innych dostojników państwa uroczyście potwierdziła stanowczą wolę pozostania w zakonie, korony ziemskie oddając za koronę niebieską.
    Kiedy miała 10 lat, przeniosła się do klasztoru dominikanek na wyspie Lepri na Dunaju jako internistka, a niebawem jako zakonnica. Chociaż pochodziła z tak znakomitej rodziny, Małgorzata nie wstydziła się prac fizycznych, służebnych. Budowała wszystkich umiłowaniem ubóstwa, rezygnując chętnie nawet z rzeczy najpotrzebniejszych, czyniąc to z miłości do Chrystusa. Pan Bóg wyróżnił ją darem kontemplacji, wizji i charyzmatem proroczym. W wieku dwunastu lat, w Budzie, w klasztorze zbudowanym dla niej przez króla, złożyła śluby zakonne na ręce generała Zakonu Dominikańskiego, bł. Humberta z Romans. Doszła do godnej podziwu gorliwości i bez reszty oddała się Chrystusowi Ukrzyżowanemu. Prowadziła życie surowe.

    Święta Małgorzata Węgierska

    Trwając w ascezie monastycznej i pełnieniu dzieł miłosierdzia, potrafiła połączyć ze sobą gorliwe starania o przywrócenie pokoju i niezwykłe męstwo w znoszeniu niesprawiedliwych podejrzeń z wielką miłością w stosunku do sióstr, dla których pragnęła spełniać najniższe posługi. Pełniła oficjum infirmerki – z wielkim oddaniem opiekowała się chorymi. Płonęła ogromną miłością do tajemnicy Eucharystii oraz męki Odkupiciela. Wyróżniała się również nabożeństwem do Ducha Świętego i Najświętszej Maryi Panny.
    Zmarła 18 stycznia 1270 roku w wieku 28 lat. Wyspę Lepri nazwano wyspą św. Małgorzaty i tak do dzisiaj się ona nazywa. Do grobu Małgorzaty spieszyły tłumy Węgrów. Obecnie grób ten jest zachowany, ale pusty, ponieważ szczątki Małgorzaty przeniesiono w 1782 r. do klasztoru klarysek w Pozsony (obecnie Bratysława), po kasacie klasztoru w Budapeszcie. Relikwie częściowo zniszczono w 1789 roku, a ocalałe części znajdują się w Esztergomie (Ostrzyhomiu), Gyor i Pannonhalmie.
    Proces beatyfikacyjny wymienia ok. 300 niezwykłych łask, otrzymanych za wstawiennictwem Małgorzaty. 28 lipca 1789 papież Pius VI zaliczył ją w poczet błogosławionych, a w poczet świętych włączył ją Pius XII 19 listopada 1943 roku.
    W ikonografii przedstawia się św. Małgorzatę w habicie dominikańskim, z królewską koroną złożoną u jej stóp, z lilią i księgą w ręce. Atrybutem jej są także stygmaty.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 stycznia

    Święty Antoni, opat

    Święty Antoni i św. Paweł z Teb

    Antoni (zwany później Wielkim) urodził się w Środkowym Egipcie w 251 r. Miał zamożnych i religijnych rodziców, których jednak wcześnie stracił (w wieku 20 lat). Po ich śmierci, kierując się wskazaniem Ewangelii, sprzedał ojcowiznę, a pieniądze rozdał ubogim. Młodszą siostrę oddał pod opiekę szlachetnym paniom, zabezpieczając jej byt materialny. Sam zaś udał się na pustynię w pobliżu rodzinnego miasta. Tam oddał się pracy fizycznej, modlitwie i uczynkom pokutnym. Podjął życie pełne umartwienia i milczenia. Nagła zmiana trybu życia kosztowała go wiele wyrzeczeń, a nawet trudu. Jego żywot, spisany przez św. Atanazego, głosi, że Antoni musiał znosić wiele jawnych ataków ze strony szatana, który go nękał, jawiąc mu się w różnych postaciach. Doznawał wtedy umacniających go wizji nadprzyrodzonych.
    Początkowo Antoni mieszkał w grocie. Około 275 r. przeniósł się na Pustynię Libijską. Dziesięć lat później osiadł w ruinach opuszczonej fortecy Pispir na prawym brzegu Nilu. Miał dar widzenia rzeczy przyszłych. Słynął ze świętości i mądrości. Walki wewnętrzne, jakie ze sobą stoczył, stały się później ulubionym tematem malarzy (H. Bosch, M. Grünewald) i pisarzy (G. Flaubert, A. France).

    Święty Antoni Pustelnik

    Jego postawa znalazła wielu naśladowców. Sława i cuda sprawiły, że zaczęli ściągać uczniowie, pragnący poddać się jego duchowemu kierownictwu. Po wielu sprzeciwach zdecydował się ich przyjąć i odtąd oaza Faium na pustyni zaczęła zapełniać się rozrzuconymi wokół celami eremitów (miało ich być około 6000). Owe wspólnoty pustelników nazwano laurami. Wśród pierwszych uczniów Antoniego znalazł się św. Hilarion.
    W 311 r. Antoni gościł w Aleksandrii, wspierając duchowo prześladowanych przez cesarza Maksymiana chrześcijan. Spotkał się wówczas ze św. Aleksandrem, biskupem tego miasta i męczennikiem. Następnie, ok. 312 roku, udał się do Tebaidy, gdzie w grocie w okolicy Celzum, w górach odległych ok. 30 km od Nilu, spędził ostatnie lata życia. Stąd właśnie wybrał się do Teb, gdzie odwiedził św. Pawła Pustelnika. W latach 334-335 ponownie udał się do Aleksandrii. W roku 318 wystąpił tam bowiem z błędną nauką kapłan Ariusz. Znalazł on wielu zwolenników. Zatroskany o czystość wiary, żyjący jeszcze św. Aleksander zwołał synod, na którym około stu biskupów potępiło naukę Ariusza. Znalazł on jednak potężnych protektorów, nawet w samym cesarzu Konstantynie Wielkim, a przede wszystkim w jego następcy – Konstancjuszu, który rozpoczął bezwzględną walkę z przeciwnikami arianizmu. Dla ustalenia, po czyjej stronie jest prawda, Antoni udał się do Aleksandrii, gdzie biskupem był wówczas św. Atanazy. Po rozmowach z nim stał się żarliwym obrońcą czystości wiary wśród swoich uczniów.
    Cieszył się wielkim poważaniem. Korespondował m.in. z cesarzem Konstantynem Wielkim i jego synami. Zachowane listy Antoniego do mnichów zawierają głównie nauki moralne – szczególny nacisk kładzie w nich na poszukiwanie indywidualnej drogi do doskonałości, wsparte lekturą Pisma św.

    Święty Antoni Pustelnik

    Według podania św. Antoni zmarł 17 stycznia 356 roku w wieku 105 lat. Życie św. Antoniego było przykładem dla wielu nie tylko w Egipcie, ale i w innych stronach chrześcijańskiego świata. Jego kult rychło rozprzestrzenił się na całym Wschodzie. W roku 561 cesarz Justynian I przeniósł uroczyście jego relikwie do Aleksandrii. W roku 635 przeniesiono je do Konstantynopola. W wieku XII krzyżowcy zabrali je stamtąd do Francji do Monte-Saint-Didier, a w roku 1491 do Saint Julien koło Arles. Antoni jest patronem zakonu antoninów (powstałego w XII w. dla obsługi pielgrzymów przybywających do grobu św. Antoniego), dzwonników, chorych, hodowców trzody chlewnej (według legendy uzdrowił niewidome prosię), koszykarzy, rzeźników, szczotkarzy i ubogich. Orędownik w czasie pożarów. W ciągu wieków wzywano go podczas epidemii oraz chorób skórnych. Ku czci św. Antoniego Pustelnika wyrabiano krzyżyki w formie tau. Ku jego czci poświęcano również ogień, by chronił bydło od zarazy zwanej “ogniem”.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest jako pustelnik, czasami w długiej szacie mnicha. Szczególne zainteresowanie artystów budził temat kuszenia św. Antoniego. Jego atrybutami są: jeden, dwa lub trzy diabły, diabeł z pucharem, dzwonek, dzwonek i laska, krzyż egipski w kształcie litery tau, księga reguły monastycznej, lampa, lampka oliwna, laska, lew kopiący grób, pochodnia, świnia, pod postacią której kusił go szatan, źródło.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 stycznia

    Święci Berard i Towarzysze,
    pierwsi męczennicy franciszkańscy

    Zobacz także:
      •  Święty Marceli I, papież i męczennik
      •  Święta Joanna z Balneo, dziewica
      •  Święty Honorat, biskup
    ***
    Święci Berard i Towarzysze

    W 1219 roku podczas drugiej kapituły generalnej zakonu św. Franciszek z Asyżu wysłał sześciu braci w podróż misyjną do północnej Afryki, aby głosili Ewangelię muzułmanom. W tym gronie było czterech kapłanów – Berard z Carbio (wstąpił do zakonu w 1213 r.), Witalis, Piotr i Otto – oraz dwaj bracia zakonni – Akursjusz i Adjut. Witalis, przełożony braci, w trakcie podróży zachorował i musiał pozostać w Hiszpanii.
    Pozostali bracia podczas próby głoszenia Ewangelii w meczecie w Sewilli zostali aresztowani i zaprowadzeni przed oblicze emira. Starali się nakłonić go do przyjęcia chrztu, ten jednak nakazał ich ściąć. Wkrótce zmienił jednak zdanie i pozwolił im kontynuować podróż.
    Misjonarze dotarli do Maroka. Chociaż spośród nich tylko Berard znał język arabski, odważnie głosili Ewangelię. Stanęli przed obliczem sułtana Miramolina, próbując także jego przekonać do przyjęcia chrztu. Władca nakazał im opuszczenie kraju. Ponieważ bracia nie podporządkowali się rozkazowi, zostali uwięzieni w Marrakeszu. Poprzez groźby i tortury nakłaniano ich do wyrzeczenia się wiary; próby te pozostały nieskuteczne.
    16 stycznia 1220 roku sułtan, w przypływie gniewu, ściął pięciu braci franciszkanów swoim bułatem. W ten sposób stali się oni pierwszymi męczennikami zakonu założonego przez św. Franciszka, jeszcze za jego życia. Ich ciała przewieziono do Koimbry w Portugalii. W ich pogrzebie brał udział pewien pobożny kapłan, znany dziś powszechnie jako św. Antoni z Padwy. Kanonizacji męczenników dokonał w 1481 r. papież Sykstus IV.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 stycznia

    Święty Paweł z Teb, pustelnik

    Zobacz także:
      •  Święci Maur i Placyd, uczniowie św. Benedykta
      •  Święty Arnold Janssen, prezbiter
      •  Święci Franciszek de Capillas, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy chińscy
      •  Błogosławiony Alojzy Variara, prezbiter
    ***
    Święty Paweł Pustelnik i św. Antoni

    Paweł urodził się w Tebach – starożytnej stolicy faraonów – w 228 r. Za jego czasów Teby były już tylko małą wioską. Pierwsze lata spędził szczęśliwie w domu rodzinnym. Odebrał bardzo staranne wychowanie, biegle władał greką i egipskim. Wcześnie stracił rodziców i odziedziczył po nich pokaźny majątek. Gdy miał ok. 20 lat, w 250 r. rozpoczęły się prześladowania Decjusza. Dowiedziawszy się, że jego szwagier-poganin, chcący przejąć jego bogactwa, planuje wydać go w ręce prześladowców, Paweł porzucił wszystko, co posiadał, odszedł na pustkowie i zamieszkał w jaskini. Prześladowanie trwało krótko, bo zaledwie dwa lata, ale Paweł tak dalece zasmakował w ciszy pustyni, że postanowił tam pozostać na zawsze. Jako pustelnik spędził samotnie 90 lat!

    Święty Paweł Pustelnik

    Przez cały ten czas zanosił do Boga swe gorące modlitwy, żywiąc się tylko daktylami i połówką chleba, którą codziennie przynosił mu kruk. Kiedy był bliski śmierci, odwiedził go św. Antoni, pustelnik. Tego dnia kruk miał przynieść Pawłowi cały bochenek. Nagość swego ciała od znoju i chłodu chronił Paweł jedynie palmowymi liśćmi. Legenda ta znalazła swoje odbicie w herbie zakonu paulinów, którzy obrali sobie św. Pawła Pustelnika za swojego głównego patrona: kruk na palmie z bochenkiem chleba.
    Zmarł mając 113 lat w 341 r. Miał oddać Bogu ducha, spoczywając na rękach św. Antoniego. Kiedy ten był w kłopocie, jak wykopać grób dla przyjaciela, według podania miały zjawić się dwa lwy i ten grób wykopać. Dwa lwy znalazły się dlatego również w herbie paulinów. Zakon paulinów czci św. Pawła jako swego patrona; czcią darzą go także piekarze i tkający dywany.
    W ikonografii św. Paweł Pustelnik przedstawiany jest w tkanej sukni z liści palmowych. Jego atrybuty: kruk, kruk z chlebem w dziobie, lew kopiący grób, przełamany chleb.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 stycznia

    Błogosławiony Piotr Donders, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Odoryk z Pordenone, prezbiter
      •  Święty Feliks z Noli, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Piotr Donders

    Piotr Donders (po niderlandzku: Peerke Norbertus Donders) urodził się 27 października 1809 roku w Tilburgu w Holandii w rodzinie Arnolda Denis Dondersa i Petronili von den Brekel. Ze względu na trudną sytuację materialną, nie mógł chodzić do szkoły – musiał pracować w fabryce. Jednak dzięki pomocy duchownych z parafii, Piotr w wieku 20 lat mógł rozpocząć naukę w seminarium. 5 czerwca 1841 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni skierowali go do pracy na misjach w holenderskiej kolonii w Surinamie (Ameryka Południowa). Piotr przybył tam we wrześniu 1842 r. i niezwłocznie podjął pracę duszpasterską. Jego praca polegała na docieraniu do pracowników plantacji położonych wzdłuż rzek, głoszeniu im Ewangelii i sprawowaniu sakramentów. W swoich listach wielokrotnie dawał wyraz oburzeniu z powodu brutalnego traktowania ludności afrykańskiej, zmuszanej do niewolniczej pracy. W ciągu ośmiu lat ochrzcił około 1200 osób.
    Podczas epidemii w 1851 r., angażując się w pomoc cierpiącym, sam padł ofiarą choroby. Zanim wrócił do zdrowia, podjął na nowo wysiłki duszpasterskie. W 1856 r. został przeniesiony do Batavi, gdzie mieszkało około 600 trędowatych. Z krótkimi przerwami pracował wśród nich do końca życia. Sam próbował ich leczyć, nie mogąc liczyć na pomoc ze strony władz. Dzięki nieustannym wysiłkom udało mu się poprawić warunki życia swoich podopiecznych. Kiedy w 1866 r. do Surinamu przybyli na misje redemptoryści, Piotr Donders poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia.
    Rok później złożył pierwsze śluby zakonne. Swą uwagę skierował odtąd w stronę Indian Surinamu. Nauczył się ich języków, a potem zaczął przekazywać im prawdy wiary. W roku 1883 wikariusz apostolski, chcąc mu ulżyć w ciężkich obowiązkach, przeniósł go do Paramirabo, a następnie do Coronie. Jednak dwa lata później Piotr wrócił do Batavi. W grudniu 1886 r. zaczął chorować.
    Zmarł 14 stycznia 1887 r. w Batavi (obecnie Dżakarta) w Indonezji. Został pochowany w katedrze świętych Piotra i Pawła w Paramaribo (stolica Republiki Surinamu w Ameryce Południowej, dawniej Gujany Holenderskiej). Kiedy sława jego świętości rozeszła się poza granice Surinamu i rodzinnej Holandii, rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Do grona błogosławionych włączył go św. Jan Paweł II 23 maja 1982 r. Obecnie trwa proces kanonizacyjny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 stycznia

    Błogosławiona Weronika Nagroni, mniszka

    Błogosławiona Weronika Nagroni

    Weronika urodziła się w 1445 r. w Binasco (Lombardia we Włoszech). Pochodziła z bardzo ubogiej, wieśniaczej rodziny. W 1466 r. jako 22-letnia dziewczyna wstąpiła do surowego klasztoru sióstr augustianek św. Marty w Mediolanie, gdzie pozostała do śmierci. W tym klasztorze nauczyła się czytać i pisać, a przede wszystkim poznawać i kochać Boga. Była mistyczką. W kontemplacji była tak zaawansowana, że otrzymała dar łez, a nawet ekstaz. Duch Święty obdarzył ją szczególnymi darami i Bożą mądrością. Radzono się jej nawet w bardzo trudnych i zawiłych sprawach. Otrzymała dar proroctwa i czytania w sercach ludzkich. Naglona natchnieniem Bożym, udała się do Rzymu, aby błagać o zmianę postępowania papieża Aleksandra VI, który złym przykładem swojego prywatnego życia wiele zła wyrządził Kościołowi Chrystusowemu.
    Weronika zmarła w klasztorze 13 stycznia 1497 r. w wieku 52 lat. Pochowano ją w kościele zakonnym, a kiedy klasztor został zlikwidowany, relikwie przeniesiono do jej rodzinnej wioski – Binasco. Papież Leon X zezwolił na jej kult (1518), a potwierdził go papież Aleksander VIII w 1690 roku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    13 stycznia

    Św. Hilary, skazany na wygnanie za wierność Prawdzie

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Hilary, skazany na wygnanie za wierność Prawdzie

    Hilary urodził się ok. 310 r. w Poitiers (Francja) jako syn pogańskich notabli. Zdobył bardzo dobre wykształcenie i został retorem. Z wielkim zaangażowaniem studiował Pismo Święte, w którym zachwycił go sposób objawiania się Boga. Szczególnie zafascynowało go boskie imię ze Starego Testamentu: “Jestem, Który Jestem”.

    Pod wpływem długotrwałej i głębokiej lektury Ewangelii św. Mateusza i św. Jana nawrócił się i przyjął chrzest w 345 roku już jako żonaty mężczyzna (jego córką była św. Abra). Był na tyle gorliwym wyznawcą, iż w 350 roku (podawane są też daty 353 i 354) obrano go biskupem rodzinnego miasta (nazywanego wtedy Pictavium). Zgodnie z ówczesną praktyką żonaci mężczyźni mogli być podnoszeni do takiej godności. Celibat nie był jeszcze wówczas w Kościele powszechnym zwyczajem. 

    Ponieważ w sporze ariańskim odmówił potępienia św. Atanazego z Aleksandrii, który bronił prawdy o bóstwie Chrystusa, cesarz Konstancjusz skazał go w 356 r. na wygnanie do Frygii w Azji Mniejszej (obecnie Turcja). Kilka lat pobytu na wygnaniu wykorzystał na dokładne zapoznanie się z teologią Wschodu, której bogactwo, subtelność i precyzję pojęć starał się po powrocie z wygnania rozpowszechnić w Kościele łacińskim. Czerpiąc ze wschodnich inspiracji, wzbogacał też zachodnią liturgię. Chcąc pogłębić wiedzę teologiczną swoich wiernych, komponował hymny liturgiczne. Ze względu na intensywną działalność na rzecz porozumienia między Wschodem a Zachodem bywa czasami nazywany pierwszym ekumenistą. Prowadził czynne życie jako pasterz i teolog, wpływając na charakter Kościoła Galii. 

    Nieustraszony, pisał z wygnania listy do wiernych, by ich utwierdzić w wierze. Napisał też kilka rozpraw na tematy, które były poruszane przez arian. Otrzymał piękny przydomek “obrońcy Galii”, gdyż właśnie przez swoją postawę, kazania i pisma uchronił swoją ojczyznę od herezji. Po powrocie z wygnania czynił, co tylko było w jego mocy, by zabliźnić rany, zadane Kościołowi przez Ariusza i jego protektorów. Jego zasługą było zwołanie synodu do Paryża (360), na którym biskupi Galii przyjęli wyznanie wiary, ułożone na soborze w Nicei. Żył w wielkiej przyjaźni ze św. Marcinem, biskupem Tours. Ochrzcił go i był jego kierownikiem duchowym. 

    Hilary nie umiał mówić “w stylu ludowym”, dlatego też nie zasłynął jako kaznodzieja, ale był bardzo wybitnym teologiem. Niektórzy patrologowie uważają, że jego wielkość przyćmił dopiero św. Augustyn. Hilary wniósł ogromny wkład w rozwój chrystologii i nauki o Trójcy Świętej, dlatego też został 13 maja 1851 r. zaliczony do grona doktorów Kościoła przez bł. Piusa IX.  

    Zmarł w 367 roku. Pozostawił po sobie sporą spuściznę literacką, z której najcenniejszym jest traktat De Trinitate (O Trójcy Świętej). Jego śmiertelne szczątki złożono w bazylice cmentarnej w Poitiers, noszącej obecnie jego imię. Niestety, fanatyczni kalwini dużą ich część zniszczyli (w 1562 r.). Ocalała tylko ta ich część, która przedtem została umieszczona w kościele św. Dionizego w Paryżu, i druga znaczna część podarowana dla kościoła św. Jerzego w Le Puy. Te ostatnie relikwie sprowadzono w roku 1698 do Poitiers, gdzie doznają szczególnej czci.  

    Św. Hilary należy do pierwszych wyznawców, którym Kościół na Zachodzie zaczął oddawać publicznie liturgiczną cześć. Wcześniej było to niemal wyłącznym przywilejem męczenników. Jest patronem Poitiers i La Roche. Modlą się do niego ukąszeni przez węże.

    brewiarz.pl

    ________________________________________________________________________________

    Życie poświęcił zwalczaniu herezji.

    8 faktów o św. Hilarym

    (Wolfganga Saubera, CC BY-SA 3.0 , via Wikimedia Commons)

    ***

    Święty Hilary całe życie poświęcił zwalczaniu herezji, głównie arianizmu, które trawiły Kościół w IV wieku. Błąd arianizmu odmawiał Chrystusowi boskości, a więc tak naprawdę podcinał korzenie chrześcijaństwa. Św. Hilary bardzo skutecznie przeciwstawił się tej herezji. Dlatego warto uczyć się od niego, szczególnie w czasach, gdy odżywają stare zmory Kościoła, a do tego rodzą się nowe. Wspomnienie św. Hilarego w Kościele katolickim obchodzimy 13 stycznia.    

    1.Szukał prawdy i tak znalazł Chrystusa

    Hilary urodził się około roku 310 w Poitiers, mieście położonym na terenie dzisiejszej Francji. Otrzymał solidne wykształcenie ukierunkowane na sztukę pisania oraz głoszenia przemówień. Jego rodzice posiadali spory majątek, jednak nie byli chrześcijanami. Hilary w swoich pismach wspomina, iż sam wszedł na drogę poszukiwania prawdy, która stopniowo doprowadziła go „do poznania Boga Stwórcy oraz Boga Wcielonego, który umarł, by dać nam życie wieczne”. Chrzest przyjął w roku 345.

    2.Hilary biskupem Poitiers

    Hilary musiał wyróżniać się głęboka religijnością skoro już w roku 353 wybrano go na biskupa swojego rodzinnego miasta. Niedługo po objęciu biskupstwa Hilary napisał pierwsze swoje dzieło „Komentarz do Ewangelii Mateusza”, która to Ewangelia była wówczas podstawowym tekstem zgromadzeń chrześcijańskich. Jest to najstarszy komentarz w języku łacińskim do tej Ewangelii, jaki dotrwał do naszych czasów.  

    3.Zdecydowanie stanął do walki z herezją

    W czasach, w których przyszło żyć Hilaremu Kościół gnębiony był przez herezję arianizmu. Była ona tak powszechna, iż na synodzie biskupów w Mediolanie (rok 355) dominowali biskupi ariańscy. Postanowili oni potępić św. Atanazego z Aleksandrii, który gorliwie bronił prawdy o boskiej naturze Chrystusa. Hilary nie zgodził się podpisać dokumentu potępiającego Atanazego. Zdecydowanie przeciwstawił się też herezji ariańskiej na synodzie w Beziers w Galii (rok 356) – tzw. „synod fałszywych apostołów”. Za to cesarz Konstancjusz, który popierał arian, skazał Hilarego na wygnanie do Frygii (zachodnie tereny dzisiejszej Turcji).  

    4.Hilary i jego wielkie dzieło „O Trójcy”

    Trudy wygnania biskup Hilary ofiarnie znosił przez cztery lata. Wykorzystał ten czas bardzo pracowicie. Najpierw studiował pisma ojców Kościoła dotyczące Trójcy Świętej, aby potem napisać wielkie dzieło teologiczne zawarte w 12 księgach „O Trójcy”. Tym dziełem, można powiedzieć „znokautował” ariańską herezję.  W „O Trójcy” Hilary jasno udowodnił, iż Pismo Święte w sposób oczywisty potwierdza bóstwo Syna oraz Jego równość z Ojcem. Jest to jasno przedstawione nie tylko w Nowym Testamencie, ale również na wielu stronach Starego Testamentu, gdzie już objawia się tajemnica Chrystusa.

    5.Boży bicz na herezje

    Święty Hilary, równie skutecznie co arianizm, zwalczał inne herezje. Przeciwstawił się odstępstwu monarchian, którzy negowali odwiecznie zrodzonego Syna. Podważył też herezję, którą głosili homouzjanie. Twierdzili oni, że Chrystus nie jest współistotny ojcu, ale jedynie do niego podobny, czyli że Jezus nie jest równy Bogu Ojcu. Na szczęście to błędne myślenie, wskutek wytrwałej walki św. Hilarego, wkrótce upadło.   

    6.Obrońca Galii

    Świętego Hilarego nazwano „Obrońcą Galii” gdyż uratował ją przed herezją arianizmu. Na jego prośbę w roku 360 synod biskupów przeprowadzono w Paryżu. Na tym synodzie biskupi Galii przyjęli prawowierne wyznanie wiary ułożone na soborze w Nicei w roku 325. Dlatego parę wieków później Francja mogła budować swój Kościół na zdrowych fundamentach.

    7.Doktor Kościoła

    Św. Hilary zmarł w 367 roku i jest pierwszym wyznawcą Kościoła, który został ogłoszony świętym nie ze względu na męczeńską śmierć, lecz za pełne ofiary życie nieugiętego pasterza, który z wielkim oddaniem służył powierzonej mu przez Boga wspólnocie Kościoła i zwalczał herezje.  W roku1851 błogosławiony Pius IX ogłosił św. Hilarego doktorem Kościoła. Jego liturgiczne wspomnienie obchodzi się 13 stycznia.

    8.Moc wiary w Trójcę Świętą

    Testamentem św. Hilarego dla przyszłych pokoleń katolików, a więc i dla nas, który doskonale przedstawia naszą wiarę w Trójcę Świętą jest modlitwa zapisana w końcowym fragmencie traktatu „O Trójcy”:

    „Spraw, Panie, abym pozostał zawsze wierny temu, co wyznałem w symbolu mojego odrodzenia, gdy zostałem ochrzczony w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Abym wielbił Ciebie, naszego Ojca, a wraz z Tobą Twojego Syna. I bym zasługiwał na dar Twego Ducha Świętego, który pochodzi od Ciebie przez Twego Jednorodzonego. Amen”.

    źródła – Święci na każdy dzień, brewiarz.pl, niedziela.pl

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 stycznia

    Święty Antoni Maria Pucci, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Elred z Rievaulx, opat
      •  Święty Bernard z Corleone, zakonnik
      •  Święty Marcin z León, prezbiter
      •  Święty Arkadiusz, męczennik
      •  Święta Tacjana, męczennica
      •  Święta Małgorzata Bourgeoys, dziewica
    ***
    Święty Antoni Maria Pucci

    Antoni Maria Pucci urodził się 16 kwietnia 1819 roku w Poggiole di Vernio w pobliżu Pistoi (Włochy). Pochodził z rodziny licznej i ubogiej. Jego ojciec był kościelnym w parafii wiejskiej.
    W 1837 roku Antoni wstąpił we Florencji do zakonu serwitów, który za cel stawiał sobie szerzenie w sposób szczególny kultu Matki Bożej Bolesnej. Po sześciu latach studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Przełożeni wysłali go do Viareggio w charakterze wikariusza. Po trzech latach został proboszczem w tym mieście. Przez kolejnych 45 lat tej posługi pozyskał sobie powszechną miłość i szacunek swoich parafian. Wyróżniał się bowiem umiłowaniem biednych i chorych, których często nawiedzał i wspomagał. Był propagatorem duszpasterstwa stanowego. Popierał także związki i bractwa religijne na terenie swojej parafii.
    Przez jakiś czas był przełożonym domu zakonnego, a w latach 1884-1890 jako prowincjał zarządzał całą prowincją zakonną.
    Zmarł 12 stycznia 1892 r. Do chwały błogosławionych wyniósł go papież Pius XII, a kanonizował go papież Jan XXIII w 1962 roku. Jego relikwie spoczywają w Viareggio w kościele parafialnym serwitów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 stycznia

    Święty Teodozy, opat

    Zobacz także:
      •  Święta Honorata, dziewica
    ***
    Święty Teodozy

    Teodozy urodził się ok. roku 424 w Mogariassos, w Małej Azji, w Kapadocji (obecna Turcja). Po św. Bazylim, św. Grzegorzu z Nazjanzu i św. Grzegorzu z Nyssy to już kolejny Święty, który pochodził z Kapadocji, gdzie kiedyś Kościół był w stanie swego najpełniejszego rozwoju.
    Tęskniąc za życiem bogobojnym, Teodozy opuścił rodzinne strony i udał się w podróż do Syrii, gdzie spotkał się ze św. Symeonem Słupnikiem. Nawiedził też w Ziemi Świętej miejsca uświęcone działalnością i męką Chrystusa. Osiadł tam jako pustelnik w jaskini położonej na szlaku z Jerozolimy do Betlejem. Niedługo zaczęli gromadzić się przy nim uczniowie. Mnisi zaadoptowali na swoje mieszkania okoliczne pieczary skalne. Święty wystawił w pobliżu nich domy dla pielgrzymów oraz warsztaty, by mnisi mieli zajęcie. Tak powstało miasteczko mnichów. Z czasem Teodozy miał tak wielu uczniów, że musiał wystawić oddzielne pawilony dla pielgrzymów o różnych narodowościach: Palestyńczyków, Greków, Syryjczyków, Ormian. W roku 494 patriarcha Jerozolimy, Salustiusz, powierzył Teodozemu (Teodozjuszowi) opiekę nad wszystkimi eremami Ziemi Świętej. Nad pustelnikami Palestyny powierzył zaś pieczę św. Sabie. Obaj święci żyli ze sobą w wielkiej przyjaźni.
    W owym czasie wybuchła herezja monofizytów, którzy twierdzili, że Pan Jezus miał tylko jedną naturę, Boską, nie posiadał natomiast, jak to głosi Kościół, oddzielnej natury ludzkiej. Sobór powszechny, zwołany przez papieża św. Leona I Wielkiego do Chalcedonu w 451 roku, potępił błędy monofizytów. Ci mieli jednak potężnego sprzymierzeńca w cesarzu Anastazym, który rozpoczął prześladowanie wyznawców prawowiernej wiary. Ofiarą prześladowań padł także ówczesny patriarcha Konstantynopola, Eliasz. Cesarz chciał dla nowej herezji pozyskać klasztory palestyńskie, licząc się z ich liczbą i znaczeniem. Przeciwstawił się temu jednak stanowczo Teodozy. Jako już 90-letni starzec osobiście obchodził wszystkie klasztory, by przestrzec je przed herezją i zachęcić do wierności orzeczeniom soboru. Cesarz skazał go za to na wygnanie. Po śmierci cesarza Teodozy powrócił jednak do swoich synów duchownych. Zmarł w wieku 105 lat.
    Jego ciało pochowano ze czcią w grocie Trzech Króli, gdzie według podania Święta Rodzina miała przyjąć Magów. Arabowie do dziś nazywają to miejsce Deir Dosi, czyli “Klasztorem św. Teodozego”. Klasztor przetrwał szczęśliwie do wieku XV. W stanie ruiny przejął go od beduinów w roku 1900 prawosławny patriarcha Jerozolimy i osadził tam mnichów prawosławnych.
    Teodozy otrzymał zaszczytny tytuł i przydomek Cenobiarchy, czyli “ojca wielu klasztorów”. Jego żywot zostawił potomnym jego uczeń, Teodor, biskup miasta Petra.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 stycznia

    Święty Grzegorz z Nyssy, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Bourges, biskup
    ***
    Święty Grzegorz z Nyssy

    Grzegorz urodził się w 335 r. w Cezarei Kapadockiej. Jego ojciec był retorem w szkole wymowy. Był młodszym bratem św. Bazylego, którego przypominał wyglądem zewnętrznym. Chrzest przyjął jako młodzieniec. Po ojcu obrał sobie zawód retora i wstąpił w związek małżeński.
    Po śmierci małżonki poświęcił się ascezie. Za namową św. Bazylego przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do założonego przez niego klasztoru położonego nad Morzem Czarnym. Stamtąd powołano go w roku 371 na biskupa Nyssy (obecnie Nevsehir w Turcji). W 380 roku został wybrany metropolitą Sebasty (współcześnie Sivas).
    Grzegorz znany był jako żarliwy kaznodzieja i interpretator Słowa Bożego. Uczestniczył w Soborze w Konstantynopolu (381 r.), gdzie był głównym autorem słów uzupełniających Nicejski Symbol Wiary, dotyczących nauki o Duchu Świętym. Sobór ten nazwał Grzegorza “filarem Kościoła”. Dla potomnych pozostał w pamięci jako człowiek otwarty i miłujący pokój, współczujący biednym i chorym. Był jednym z najwybitniejszych teologów Kościoła Wschodniego. Jego pisma wyróżniają się subtelnością filozoficzną. Od Orygenesa zapożyczył alegoryczną metodę w interpretacji Pisma świętego. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę pism religijnych, m.in. ascetycznych i mistycznych, oraz komentarzy biblijnych. Papież św. Pius V (+ 1572) zaliczał go do doktorów Kościoła wschodniego, choć na żadnej oficjalnej liście doktorów Kościoła Grzegorz nie figuruje. Św. Grzegorz z Nyssy razem z bratem św. Bazylim i przyjacielem św. Grzegorzem z Nazjanzu nazywani są ojcami kapadockimi.
    Zmarł w wieku ok. 60 lat w dniu 10 stycznia ok. 395 roku.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako grecki biskup. Trzyma ewangeliarz w lewej ręce, a prawą ma wyciągniętą w geście błogosławieństwa. Zazwyczaj jest przedstawiany ze św. Bazylim, od którego ma krótszą brodę i bardziej siwe włosy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 stycznia

    Święty Adrian z Canterbury, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Julian z Antiochii, męczennik
      •  Święty Andrzej Corsini, biskup
      •  Błogosławiona Alicja le Clerc, dziewica
    ***
    Święty Adrian

    Adrian (znany także jako Hadrian) urodził się w VII w. w północnej Afryce. W wieku ok. 10 lat przybył z rodziną do Neapolu, uciekając przed arabską inwazją. Wstąpił do klasztoru benedyktynów niedaleko Monte Cassino. Został z czasem opatem Niridanum, klasztoru na wyspie Nisida w Zatoce Neapolitańskiej. Papież św. Witalian (pontyfikat 657-672) nominował go dwukrotnie na arcybiskupa Canterbury. Adrian odmówił przyjęcia tego zaszczytu, gdyż uważał się za niegodnego. Na to miejsce zaproponował św. Teodora z Tarsu. Witalian zgodził się, ale mianował Adriana asystentem nowego arcybiskupa Canterbury. Obaj przez Francję wyruszyli w 668 r. do Brytanii.
    Podczas podróży Adrian został uwięziony przez Ebroina, burmistrza Neustrii we Francji, który podejrzewał, że Święty udaje się do angielskich królów z tajną misją od cesarza Konstansa II. Teodor musiał pojechać dalej sam. Kiedy Adrian został uwolniony, pojechał do Brytanii i tam został mianowany opatem w klasztorze świętych Piotra i Pawła w Canterbury (późniejsze opactwo św. Augustyna z Canterbury). Adrian wspierał biskupa Teodora w umacnianiu rzymskiego Kościoła w Anglii. Jemu przypisuje się zasługę utrwalenia chorału gregoriańskiego w angielskich kościołach.
    Opat Adrian przekształcił szkołę klasztorną w Canterbury w prężny ośrodek naukowy, w którym wiedzę pobierało wielu studentów, także z zagranicy. Oprócz prowadzenia studiów biblijnych, nauczał tam greki i łaciny, matematyki, poezji i astronomii. Tłumaczył też na staroangielski.
    Zmarł 9 stycznia 710 roku i został pochowany w klasztornym kościele. Jego grób stał się miejscem licznych pielgrzymek za sprawą cudów. Kiedy nastąpiło otwarcie grobu w roku 1091, ciało znaleziono w nienaruszonym stanie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 stycznia

    Święty Daniel Comboni, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Tomasz, biskup
      •  Święty Wawrzyniec Iustiniani, biskup
      •  Święty Seweryn z Noricum
      •  Błogosławiona Eurozja Barban
    ***
    Święty Daniel Comboni

    Daniel Comboni urodził się 15 marca 1831 r. w Limone nad jeziorem Garda (północne Włochy). Jego rodzice byli prostymi rolnikami, mieli ośmioro dzieci, ale wszystkie – oprócz Daniela – zmarły w dzieciństwie lub młodości. Daniel już w latach szkolnych wykazywał talenty organizacyjne i przywódcze. Chętnie spotykał się z kolegami na wspólne odrabianie lekcji i modlitwę. Wysłano go do szkoły dla zdolnych, ale ubogich dzieci w Weronie. Szkoła miała charakter misyjny; co pewien czas przybywali do niej na odpoczynek misjonarze z Afryki.
    Daniel chętnie słuchał opowieści z dalekich krajów. To zrodziło w nim powołanie misyjne. Zorganizował Koło Przyjaciół Misji Afrykańskich. Wraz z czterema towarzyszami, po przyjęciu święceń kapłańskich, wyjechał do Afryki. Wcześniej jednak przeżywał poważny dylemat – jego wyjazd oznaczał pozostawienie bez opieki starych rodziców. Ostatecznie jednak podjął decyzję i opuścił kraj, podejmując pracę głównie wśród niewolników.
    Walczył gorliwie o to, by mieszkańcy Afryki mogli cieszyć się szacunkiem dla ich ludzkiej i chrześcijańskiej godności. 15 września 1864 roku, klęcząc u grobu świętego Piotra, Daniel otrzymał natchnienie Planu Odnowienia Afryki. Plan został zaaprobowany i poparty przez papieża Piusa IX. W 1867 r. ks. Comboni założył w Weronie Instytut Misyjny dla Afryki (w roku 1885, cztery lata po śmierci Daniela, Instytut przekształcono w zgromadzenie misjonarzy kombonianów) i koło przyjaciół “Dzieło Dobrego Pasterza” (dziś Dzieło Zbawiciela), a w 1872 r. – zgromadzenie sióstr dla misji w Afryce. W 1877 r. został wikariuszem apostolskim Afryki Środkowej i konsekrowany na jej pierwszego biskupa z siedzibą w Chartumie.
    Daniel zmarł 10 października 1881 r. w Chartumie w wieku tylko 50 lat. Zaledwie kilka dni przed śmiercią napisał w jednym z listów: “Naprawdę obchodzi mnie tylko, czy Nigeria się nawróci i czy Bóg mi da i zachowa te pomocne narzędzia, które mi dał i jeszcze zechce mi dać”. Został pochowany obok swojego polskiego poprzednika, o. Maksymiliana Ryłły. Proces beatyfikacyjny Daniela Comboniego rozpoczęto w Weronie w 1928 r. Do grona błogosławionych biskupa Daniela zaliczył św. Jan Paweł II 17 marca 1996 roku; on też ogłosił go świętym w dniu 5 października 2003 roku.Dziś w Afryce działa ponad 150 wspólnot komboniańskich. W wielu krajach tego kontynentu panuje wojna – praca misjonarzy polega tam na codziennym towarzyszeniu ludziom. W innych miejscach z kolei kombonianie starają się dotrzeć do najuboższych, np. na przedmieściach wielkich miast, w szpitalach i leprozoriach. Działają także poza Czarnym Lądem – m.in. w Brazylii, Peru, Meksyku czy na Filipinach. Do Polski kombonianie przybyli w 1986 toku, zakładając w Warszawie dom formacyjny i centrum duszpasterstwa powołaniowego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 stycznia

    Święty Lucjan, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Rajmund z Peñafort, prezbiter
    ***
    Święty Lucjan
    Tradycja nie przekazała nam ani daty urodzin, ani żadnych informacji o rodzinie Lucjana. Prawdopodobnie urodził się w Samosacie (dzisiejszy Samsat w Turcji). Rodzina musiała być jednak dość zamożna, skoro Lucjan otrzymał wszechstronne wykształcenie w retoryce. Po dość rychłej śmierci rodziców sprzedał ojcowiznę, a pieniądze rozdał ubogim. Ze szczególnym zaangażowaniem oddał się nauce języka hebrajskiego i studiom biblijnym. Jego sława zaczęła ściągać do niego uczniów. Wkrótce założył własną szkołę w Antiochii (współcześnie Antakya w Turcji). Wśród jego uczniów znalazł się m.in. św. Grzegorz Cudotwórca (+ 290), biskup Neocezarei w Poncie, a do najgorliwszych propagatorów jego pism należał św. Jan Chryzostom (+ 407), patriarcha Konstantynopola, doktor Kościoła.
    W prowadzonych studiach biblijnych przyznawał pierwszeństwo dosłownej interpretacji Pisma Świętego. Przeciwstawił się nawet takiemu autorytetowi, jakim był w pierwotnym chrześcijaństwie Orygenes (+ 254), który w interpretacji Biblii pierwszeństwo dawał sensowi przenośnemu. Za Lucjanem poszli święci tej miary, co Ambroży (+ 397), Augustyn (+ 430) i Grzegorz I Wielki (+ 604). Wbrew Orygenesowi św. Lucjan twierdził, że Pismo święte należy interpretować tak, jak brzmi tekst, chyba że autor natchniony daje wyraźnie do zrozumienia, że w danym wypadku chodzi mu o sens ukryty w przenośni, przypowieści czy też opowieści. Tej zasady trzyma się po dzień dzisiejszy Kościół katolicki.
    Nie wiemy, co skłoniło Lucjana do zamknięcia szkoły w Antiochii i przeniesienia jej do Nikomedii (obecnie Izmit w Turcji). Być może stało się tak z powodu prześladowań Kościoła, jakie rozpoczął cesarz rzymski Dioklecjan (284-305), a kontynuowali jego następcy: Maksymilian Herkules (+ 310), niemniej okrutny Galeriusz (+ 311) i Licyniusz (+ 324). W Antiochii prześladowania wybuchły ze szczególnym okrucieństwem. W Nikomedii musiały być (w owych latach przynajmniej) łagodniejsze, skoro, nawet po aresztowaniu i uwięzieniu, jeszcze przez 9 lat zapewniono Lucjanowi swobodę pisania w obronie wiary i możliwość przyjmowania uczniów. Dopiero za panowania cesarza Licyniusza skazano Lucjana na wyrafinowane tortury, by mękami wymusić na nim wyparcie się Chrystusa; w końcu ścięto go mieczem 7 stycznia 312 r. (na rok przed edyktem mediolańskim, kończącym okres prześladowań chrześcijan w starożytności).
    Podanie głosi, że cesarz Konstantyn Wielki kazał złożyć ciało św. Lucjana w Helenopolis. Pod koniec życia miał przyjąć chrzest z rąk biskupa Euzebiusza z Nikomedii przy relikwiach tego Męczennika w 337 roku. Do jego grobu miał pielgrzymować św. Hieronim, tłumacz Biblii.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w jasnoczerwonych liturgicznych szatach, symbolizujących jego męczeńską śmierć. Jest mężczyzną w średnim wieku trzymającym w dłoniach Ewangelię.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 stycznia

    Objawienie Pańskie – Trzej Królowie

    Pokłon Trzech Króli

    Pokłon Mędrców ze Wschodu złożony Dziecięciu Jezus, opisywany w Ewangelii przez św. Mateusza (Mt 2, 1-12), symbolizuje pokłon świata pogan, wszystkich ludzi, którzy klękają przed Bogiem Wcielonym. To jedno z najstarszych świąt w Kościele.Trzej królowie być może byli astrologami, którzy ujrzeli gwiazdę – znak narodzin Króla. Jednak pozostanie tajemnicą, w jaki sposób stała się ona dla nich czytelnym znakiem, który wyprowadził ich w daleką i niebezpieczną podróż do Jerozolimy. Herod, podejmując ich, dowiaduje się o celu podróży. Podejrzewa, że narodził się rywal. Na podstawie proroctwa w księdze Micheasza (Mi 5, 1) kapłani jako miejsce narodzenia Mesjasza wymieniają Betlejem. Tam wyruszają Mędrcy. Odnajdując Dziecię Jezus, ofiarowują Mu swe dary. Otrzymawszy we śnie wskazówkę, aby nie wracali do Heroda, udają się do swoich krajów inną drogą.Uroczystość Objawienia Pańskiego należy do pierwszych, które uświęcił Kościół. Na Wschodzie pierwsze jej ślady spotykamy już w III w. Tego właśnie dnia obchodził Kościół grecki święto Bożego Narodzenia, ale w treści znacznie poszerzonej: jako uroczystość Epifanii, czyli zjawienia się Boga na ziemi w tajemnicy wcielenia. Na Zachodzie uroczystość Objawienia Pańskiego datuje się od końca IV w. (oddzielnie od Bożego Narodzenia).
    W Trzech Magach pierwotny Kościół widzi siebie, świat pogański, całą rodzinę ludzką, wśród której zjawił się Chrystus, a która w swoich przedstawicielach przychodzi z krańców świata złożyć Mu pokłon. Uniwersalność zbawienia akcentują także: sama nazwa święta, jego wysoka ranga i wszystkie teksty liturgii dzisiejszego dnia.

    Pokłon Trzech Króli

    Ewangelista nie pisze o królach, ale o Magach. Ze słowem tym dość często spotykamy się w Starym Testamencie (Kpł 19, 21; 20, 6; 2 Krn 33, 6; Dn 1, 20; 2, 2. 10. 27; 4, 4; 5, 7. 11). Oznaczano tym wyrażeniem astrologów. Herodot, historyk grecki, przez Magów rozumie szczep irański. Ksantos, Kermodoros i Arystoteles przez Magów rozumieją uczniów Zaratustry.
    Św. Mateusz krainę Magów nazywa ogólnym mianem Wschód. Za czasów Chrystusa Pana przez Wschód rozumiano cały obszar na wschód od rzeki Jordanu – a więc Arabię, Babilonię, Persję. Legenda, że jeden z Magów pochodził z murzyńskiej Afryki, wywodzi się zapewne z proroctwa Psalmu 71: “Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary. Królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą Mu pokłon wszyscy królowie… Przeto będzie żył i dadzą Mu złoto z Saby”. Przez królestwo Szeby rozumiano Abisynię (dawna nazwa Etiopii). Na podstawie tego tekstu powstała także tradycja, że Magowie byli królami. Tak ich też powszechnie przedstawia ikonografia.
    Prorok Izajasz nie pisze wprost o królach, którzy mają przybyć do Mesjasza, ale przytacza dary, jakie Mu mają złożyć: “Zaleje cię mnogość wielbłądów, dromadery z Madianu i Efy. Wszyscy oni przybędą ze Saby, ofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60, 6). Kadzidło i mirra były wówczas na wagę złota. Należały bowiem do najkosztowniejszych darów.
    Św. Mateusz nie podaje także liczby Magów. Malowidła w katakumbach rzymskich z wieku II i III pokazują ich dwóch, czterech lub sześciu. U Syryjczyków i Ormian występuje ich nawet dwunastu. Przeważa jednak w tradycji Kościoła stanowczo liczba trzy ze względu na opis, że złożyli trzy dary. Tę liczbę np. spotykamy we wspaniałej mozaice w bazylice św. Apolinarego w Rawennie z wieku VI. Także Orygenes podaje tę liczbę jako pierwszy wśród pisarzy chrześcijańskich. Dopiero od wieku VIII pojawiają się imiona Trzech Magów: Kacper, Melchior i Baltazar. Są one zupełnie dowolne, nie potwierdzone niczym.Kepler usiłował wytłumaczyć gwiazdę betlejemską przez zbliżenie Jowisza i Saturna, jakie zdarzyło się w 7 roku przed narodzeniem Chrystusa (trzeba w tym miejscu przypomnieć, że liczenie lat od urodzenia Jezusa wprowadził dopiero w VI w. Dionizy Exiguus; przy obliczeniach pomylił się jednak o 7 lat – Jezus faktycznie urodził się w 7 roku przed naszą erą). Inni przypuszczają, że była to kometa Halleya, która także w owym czasie się ukazała. Jednak z całego opisu Ewangelii wynika, że była to gwiazda cudowna. Ona bowiem zawiodła Magów aż do Jerozolimy, potem do Betlejem. Stanęła też nad miejscem, w którym mieszkała Święta Rodzina. Św. Mateusz nie tłumaczy nam, czy tę gwiazdę widzieli także inni ludzie.
    Żydzi przebywali na Wschodzie, w Babilonii i Persji, przez wiele lat w niewoli (606-538 przed Chr.). Znane więc mogło być Magom proroctwo Balaama: “Wschodzi gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło” (Lb 24, 17). U ludów Wschodu panowało wówczas powszechne przekonanie, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę.Kiedy Magowie przybyli do Syna Bożego? Z całą pewnością po ofiarowaniu Go w świątyni. Według relacji Ewangelisty, że Herod kazał wymordować dzieci do dwóch lat, wynika, iż Magowie przybyli do Betlejem, kiedy Chrystus miał co najmniej kilka miesięcy, a może nawet ponad rok. Magowie nie zastali Jezusa w stajni; św. Mateusz pisze wyraźnie, że gwiazda stanęła nad “domem” (Mt 2, 11). Było w nim jednak bardzo ubogo. A jednak Mędrcy “upadli przed Nim na twarz i oddali Mu pokłon”. Padano na twarz w owych czasach tylko przed władcami albo w świątyni przed bóstwami. Magowie byli przekonani, że Dziecię jest przyszłym królem Izraela.
    Według podania, które jednak trudno potwierdzić historycznie, Magowie mieli powrócić do swojej krainy, a kiedy jeden z Apostołów głosił tam Ewangelię, mieli przyjąć chrzest. Legenda głosi, że nawet zostali wyświęceni na biskupów i mieli ponieść śmierć męczeńską. Pobożność średniowieczna, która chciała posiadać relikwie po świętych i pilnie je zbierała, głosi, że ciała Trzech Magów miały znajdować się w mieście Savah (Seuva). Marco Polo w podróży na Daleki Wschód (wiek XIII) pisze w swym pamiętniku: “Jest w Persji miasto Savah, z którego wyszli trzej Magowie, kiedy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi. W mieście tym znajdują się trzy wspaniałe i potężne grobowce, w których zostali złożeni Trzej Magowie. Ciała ich są aż dotąd pięknie zachowane cało tak, że nawet można oglądać ich włosy i brody”.
    Identyczny opis zostawił także bł. Oderyk z Pordenone w roku 1320. Jednak legenda z wieku XII głosi, że w wieku VI relikwie Trzech Magów miał otrzymać od cesarza z Konstantynopola biskup Mediolanu, św. Eustorgiusz. Do Konstantynopola zaś miała je przewieźć św. Helena cesarzowa. W roku 1164 Fryderyk I Barbarossa po zajęciu Mediolanu za poradą biskupa Rajnolda z Daszel zabrał je z Mediolanu do Kolonii, gdzie umieścił je w kościele św. Piotra. Do dziś w katedrze kolońskiej za głównym ołtarzem znajduje się relikwiarz Trzech Króli, arcydzieło sztuki złotniczej.

    Pokłon Trzech Króli

    Od XV/XVI w. w kościołach poświęca się dziś kadzidło i kredę. Kredą oznaczamy drzwi na znak, że w naszym mieszkaniu przyjęliśmy Wcielonego Syna Bożego. Piszemy na drzwiach litery K+M+B, które mają oznaczać imiona Mędrców lub też mogą być pierwszymi literami łacińskiego zdania: (Niech) Chrystus mieszkanie błogosławi – po łacinie:Christus mansionem benedicatZwykle dodajemy jeszcze aktualny rok.Król Jan Kazimierz miał zwyczaj, że w uroczystość Objawienia Pańskiego składał na ołtarzu jako ofiarę wszystkie monety bite w roku ubiegłym. Święconym złotem dotykano całej szyi, by uchronić ją od choroby. Kadzidłem okadzano domy i obory, a w nich chore zwierzęta. Przy każdym kościele stały od świtu stragany, na których sprzedawano kadzidło i kredę. Zwyczaj okadzania ołtarzy spotykamy u wielu narodów starożytnych, także wśród Żydów (Wj 30, 1. 7-9; Łk 1). W Biblii jest mowa o kadzidle i mirze 22 razy. Mirra to żywica drzewa Commiphore, a kadzidło – to żywica z różnych drzew, z domieszką aromatów wszystkich ziół. Drzew wonnych, balsamów jest ponad 10 gatunków. Rosną głównie w Afryce (Somalia i Etiopia) i w Arabii Saudyjskiej.
    W dawnej Polsce w domach pod koniec obiadu świątecznego roznoszono ciasto. Kto otrzymał ciasto z migdałem, był królem migdałowym. Dzieci chodziły po domach z gwiazdą i śpiewem kolęd, otrzymując od gospodyni “szczodraki”, czyli rogale. Śpiewało się kolędy o Trzech Królach. Czas od Bożego Narodzenia do Trzech Króli uważano tak dalece za święty, że nie wykonywano w nim żadnych ciężkich prac, jak np.: młocki, mielenia ziarna na żarnach, kobiety przerywały przędzenie.
    W ikonografii od czasów wczesnochrześcijańskich Trzej Królowie są przedstawiani jako ludzie Wschodu w barwnych, częstokroć perskich szatach. W X wieku otrzymują korony. Z czasem w malarstwie i rzeźbie rozwijają się różne typy ikonograficzne Mędrców.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 stycznia

    Błogosławiona
    Marcelina Darowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dydak Józef z Kadyksu, prezbiter
      •  Święty Edward Wyznawca, król
      •  Święty Szymon Słupnik
      •  Święty Jan Nepomucen Neumann, biskup
      •  Święty Karol Houben, prezbiter
    ***
    Błogosławiona Marcelina Darowska

    Marcelina urodziła się 16 stycznia 1827 r. w Szulakach, w rodzinie ziemiańskiej. W młodości pracowała w majątku, a także uczyła wiejskie dzieci. Często też odwiedzała chorych. Od dzieciństwa myślała o życiu zakonnym; jednak zgodnie z wolą ojca w wieku 22 lat wyszła za mąż za Karola Darowskiego. Wkrótce urodziła syna i córkę. Obowiązki żony i matki wypełniała wzorowo, nie pamiętając o sobie. Po trzech latach małżeństwa jej mąż zmarł nagle na tyfus, w rok później zmarł ich maleńki synek.
    W celach leczniczych wyjechała za granicę. W Rzymie w czasie modlitwy zrozumiała, że jest wezwana do stworzenia zgromadzenia o charakterze wychowawczym. Jej ojcem duchowym był o. Hieronim Kajsiewicz. To on zapoznał ją z Józefą Karską, która także myślała o założeniu nowego zgromadzenia. Niestety, choroba córki Marceliny zmusiła ją do powrotu na Podole. Podjęła tu pracę społeczno-oświatową, pomagała chłopom w usamodzielnieniu się po uwłaszczeniu.
    Mając 27 lat związała się w Rzymie prywatnymi ślubami ze zgromadzeniem tworzącym się wokół o. Hieronima i Józefy Karskiej. W 1863 r., po śmierci Józefy, została przełożoną nowej wspólnoty. Pius IX, błogosławiąc temu dziełu, powiedział: “To zgromadzenie jest dla Polski”.
    W tym samym roku matka Marcelina przeniosła Zgromadzenie Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (niepokalanek) do Jazłowca (obecnie Ukraina). Otworzyła tam zakład naukowo-wychowawczy dla dziewcząt, który wkrótce stał się ośrodkiem polskości na terenie zaborów. Sercem pracy Zgromadzenia miało być wychowywanie dzieci i młodzieży. Wprowadziła nowatorską wówczas zasadę indywidualizacji w nauczaniu. Starała się nie tylko uczyć, ale przede wszystkim kształtować młode dziewczęta, aby mogły potem stać się dojrzałymi kobietami, żonami i matkami, zaangażowanymi w sprawy narodu i Kościoła.
    Po kilku latach otwarto kolejny zakład, w Jarosławiu. Z czasem powstały też placówki w Niżnowie, Nowym Sączu i Słonimie. W 1907 r. Marcelina wysłała siostry do nowego zakładu w Szymanowie, niedaleko Warszawy. Uzyskanie od rządu carskiego pozwolenia na otwartą pracę u wrót stolicy graniczyło z cudem. Zgoda jednak nadeszła. Obecnie w Szymanowie znajduje się dom generalny zgromadzenia.
    Marcelina zmarła 5 stycznia 1911 r. w Jazłowcu. Pozostawiła po sobie 144 tomy maszynopisów; stworzyła polską terminologię mistyczno-ascetyczną o zabarwieniu romantycznym. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II w Rzymie 6 października 1996 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    Szymanów. Matce Marcelinie chodziło o to, żeby wychować dobrą żonę, matkę i obywatelkę

    SZYMANÓW, KLASZTOR

    fot. Marek Bazak/East News

    ***

    Zależało jej na kobietach rozumnych, myślących krytycznie, biorących odpowiedzialność za swoje obowiązki.

    Zs. Donatą Tymińską, niepokalanką z Szymanowa, rozmawia Jarosław Kumor.

    Jarosław Kumor: Zawsze, kiedy rozmawiam z kimś, kto był w klasztorze sióstr niepokalanek w Szymanowie, mówi, że to miejsce jest szczególne. Najciekawsze dla mnie jest to, że budynek klasztorny to właściwie pałac, w którym mieszkała rodzina książęca.

    S. Donata Tymińska: Tak, choć długo się nie namieszkali. Jest to pałac zbudowany przez księcia Konstantego Lubomirskiego pod koniec XIX w. dla jego żony, która niestety zostawiła księcia i nie chciała pałacu. Dość szybko został wystawiony na licytację, dzięki czemu w 1907 r. pojawiły się tutaj niepokalanki.

    Wasza historia w Szymanowie musi być zatem burzliwa, skoro zaczyna się w początkach XX wieku.

    Owszem, tak jak cała Polska, przeżywałyśmy wiele trudnych chwil, ale mimo to nieprzerwanie trwała tu praca wychowawcza. Właściwie Szymanów cały czas musiał być konspiracyjny. Kiedy np. był to zabór rosyjski, musiałyśmy pod przykrywką oficjalnego planu lekcji realizować swój własny. Najtrudniej było w czasie II wojny światowej. Pod płaszczykiem szkoły zawodowej odbywały się tajne komplety i normalnie funkcjonowała szkoła, a w drugiej części budynku stacjonowali Niemcy, więc było to przeogromne ryzyko. Ukrywałyśmy też Żydówki, jako nasze uczennice.

    SZYMANÓW, KLASZTOR

    ***

    A jak funkcjonował Szymanów w latach komunizmu?

    Miałyśmy ogromne problemy ze strony władz. Szkoła była przeznaczona do zamknięcia. Jakimś cudem, do końca nie wiemy jakim, udało się tego uniknąć. Podejrzewamy, że stało się to za sprawą osoby, której my udzieliłyśmy pomocy w czasie II wojny światowej. Możliwe, że to ona, w zupełnie cudowny sposób, uchroniła Szymanów przed zamknięciem, ale to tylko nasze przypuszczenia. Siostry nieustannie miały kontrole. To wyzwalało ogromną solidarność wśród uczennic, które dzielnie opierały się próbom zakładania wśród nich komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej.

    „Samo piękno i jasność”

    Jednym z ciekawszych punktów Szymanowa jest figura Matki Bożej Jazłowieckiej. Wiąże się z nią niecodzienna historia. Co to za figura i jak trafiła ona do Szymanowa?

    Została wyrzeźbiona pod koniec XIX wieku i stanęła w Jazłowcu, poświęcona przez dzisiejszego świętego – Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, przyjaciela naszej założycielki. W 1946 r., kiedy Jazłowiec był już w obrębie Związku Radzieckiego, zostałyśmy stamtąd wyrzucone. Siostry zabierały z sobą, co mogły, ale spakować marmurową figurę, która waży tonę, nie było tak prosto. Jedna z sióstr poprosiła przełożoną o to, by mogła zostać w klasztorze i zorganizować transport. Nie wiem, jakim cudem jej się to udało, i to jeszcze przy pomocy żołnierzy radzieckich, ale faktem jest, że tego samego roku Matka Boża Jazłowiecka stanęła w Szymanowie.

    Figura ma prawie dwa metry i przedstawia Maryję jako młodą dziewczynę z rękami złożonymi na piersiach i z lekko pochyloną głową. „Samo piękno i jasność” – tak o niej napisali studenci ASP w naszej księdze pamiątkowej. Począwszy od lat 40. mieliśmy z jej powodu wielu niezwykłych pielgrzymów, jak na przykład kard. Stefana Wyszyńskiego, który pokochał Matkę Boża Jazłowiecką. Mawiał, że rano w swoich myślach pielgrzymuje na Jasną Górę i do Szymanowa. Warto też nadmienić, że jest to figura koronowana, czyli łaskami słynąca i do tej pory ludzie przyjeżdżają dziękować za łaski i cuda.

    MATKA BOŻA JAZŁOWIECKA
    Cudowna koronowana figura Najświętszej Maryi Panny Jazłowieckiej z XIX wieku. Rzeźbiarz: Tomasz Oskar Sosnowski

    ***

    Niewątpliwy wpływ na edukacyjny charakter charyzmatu niepokalanek miała bł. Marcelina Darowska. Była prekursorką w swoich czasach, jeśli chodzi o metody wychowania. Dlaczego?

    Matka Marcelina dostrzegała rolę kobiet w trudnej polskiej historii, kiedy mężczyźni szli na front. Chodziło jej o to, żeby wychować dobrą żonę, dobrą matkę i dobrą obywatelkę kraju – rozumną, myślącą krytycznie, biorącą odpowiedzialność za swoje obowiązki, również za okoliczną ludność, bo często były to dziewczęta pochodzące z rodzin ziemiańskich.

    Matka Marcelina stworzyła system wychowawczy oparty na czterech zasadach, którymi staramy się kierować do dzisiaj. Pierwsza z nich to prymat Boga. Bardzo jej zależało, by każda z uczennic miała bliską, osobistą relację z Bogiem, by rozumiała przykazania i nauczanie Kościoła. Druga zasada to miłość do kraju. Mawiała: „Po co was ta ziemia nosi, skoro nie macie jej służyć?”. Trzecia zasada to miłość obowiązków. Uważała, że małe codzienne obowiązki są takimi naszymi poręczami do zbawienia. Ostatnia zasada to uczenie dziewcząt myślenia, by umiały oceniać rzeczywistość i odróżniać dobro od zła. Matka Marcelina podkreślała, by nie prowadzić dzieci despotycznie, siłą władzy, przemocą, ale by zdobywać je szacunkiem, wiarą, ufnością.

    Doświadczenie małżeństwa wszczepione w formację

    Za tymi metodami stoi historia życia i to życia nietuzinkowego. Kiedy czyta się biografię bł. Marceliny, można się złapać za głowę. Wiele tam przeżyć i zwrotów akcji.

    To rzeczywiście historia niezwykła, bo matka Marcelina wypełniła chyba wszystkie powołania, jakie można wypełnić jako kobieta. Po pierwsze, była ukochaną córką. Pochodziła z zamożnego domu, a tata włączał ją w swoje obowiązki przy prowadzeniu majątku w ziemiańskiej rodzinie. To ją uczyło odpowiedzialności i pozytywnego wpływu na otoczenie – również na ojca, który wręcz bał się podejmować niektóre decyzje bez jej zgody, myśląc: „Co moje dziecko na to powie”.

    Marcelina wyszła za mąż, choć bardzo chciała zostać zakonnicą. Wiele razy odmawiała swojemu późniejszemu mężowi Karolowi Darowskiemu. Pisała później, że małżeństwo było włączone opatrznością w jej historię życia. Byli z Karolem bardzo szczęśliwi, choć krótko byli razem – ledwie dwa i pół roku. Śmierć Karola, potem śmierć starszego syna Józefa sprawiły, że została sama z córką Karoliną. Całe to doświadczenie zostało przez nią wszczepione w formację uczennic. Matka Marcelina pokazywała im, jaką rolę ma pełnić w domu żona i mama.

    Jak szkoła funkcjonuje dzisiaj, np. z perspektywy rodzica, który myśli o tym, by posłać córkę do dobrego liceum?

    Mniej więcej 85% naszych uczennic mieszka u nas na miejscu. Dziewcząt jest około 80, choć jesteśmy przygotowane na to, by było ich znacznie więcej. Staramy się, by była tutaj młodzież, która przede wszystkim chce się uczyć i chce się rozwijać. Zależy nam, by były to uczennice z systemem wartości bliskim naszemu i by akceptowały sposób, w jaki się tutaj funkcjonuje. Są dyżury, obowiązki, nie tylko w szkole, ale także w internecie. Dziewczęta mają określony czas na studium, odrabianie lekcji, ale też wspólną integrację, zabawę czy bale przy okazji świąt i uroczystości. Z mojej perspektywy najcenniejsze dla nich są relacje, bo nawiązują się tu przyjaźnie na całe życie.

    Chciałabym też powiedzieć o nowej inicjatywie w Szymanowie, jaką jest dom rekolekcyjny. Przyjmujemy grupy do 40 osób oraz indywidualne osoby, które chcą w szymanowskich murach przeżyć swoje rekolekcje. Same również organizujemy dni skupienia dla kobiet. Serdecznie na nie zapraszam. O szczegółach można się dowiedzieć na naszej stronie internetowej. Zapraszam też na stronę internetową szkoły: www.szymanow.edu.pl.

    Jarosław Kumor/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 stycznia

    Święta Elżbieta Seton, wdowa

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela z Foligno, zakonnica
      •  Święty Cyriak Eliasz Chavara, prezbiter
      •  Święta Genowefa Torres Morales, dziewica
    ***
    Święta Elżbieta Seton
    Elżbieta urodziła się w Nowym Jorku 28 sierpnia 1774 roku. Stany Zjednoczone stawały się wówczas na skutek walk niepodległościowych (1773-1783) z kolonii angielskiej – nowym, niepodległym państwem. Elżbieta była córką protestanckich rodziców. Miała zaledwie trzy lata, kiedy zmarła jej matka. Wtedy ojciec dziecka, Ryszard Bayley, dyrektor nowojorskiego szpitala, wszedł po raz drugi w związek małżeński. Jednak ciągłe konflikty córki z macochą doprowadziły do tego, że Elżbieta została zmuszona opuścić dom w wieku 16 lat. W dwudziestym roku życia wyszła za nowojorskiego kupca, Wiliama Magee Setona (1794), z którym miała pięcioro dzieci. Niestety, mąż zbyt ryzykował w swoich transakcjach kupieckich. Niebawem doprowadził swoje przedsiębiorstwo do bankructwa. Dopóki żył zamożny ojciec Elżbiety, wspierał młodych małżonków finansowo. Jednak po jego śmierci musieli borykać się z biedą. Na domiar złego mąż zachorował na gruźlicę. Dla ratowania go oboje wybrali się do Włoch, do Livorno, w nadziei, że klimat przywróci zdrowie ukochanemu mężowi. Stało się jednak inaczej. Wiliam zmarł niebawem w tamtejszym szpitalu (1803).
    Po śmierci męża Elżbieta zatrzymała się jeszcze jakiś czas u przyjaciół. Atmosfera głęboko religijna i bezinteresowna miłość, jaką otoczono młodą wdowę, sprawiły, że Elżbieta zainteresowała się bliżej Kościołem katolickim. Odbyła pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej w Montenero. To tam, w czasie Mszy świętej, powzięła stanowcze postanowienie przejścia na katolicyzm. Formalnie uczyniła to po swoim powrocie do Stanów Zjednoczonych 14 marca 1805 roku. Naraziło to ją na nowe trudności, gdyż traktowano ją jako “zdrajczynię” swojej wiary i całkowicie odsunięto się od niej. Elżbieta nie tylko się tym nie załamała, ale doprowadziła nawet do tego, że i jej dzieci przeszły na katolicyzm.
    W Baltimore sulpicjanie zaproponowali jej kierowanie szkołą parafialną. W roku 1809 Elżbieta przeniosła się jednak do Emmitsburga, gdzie powstało centrum jej dzieł. Założyła zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Józefa. Regułę nowej rodziny zakonnej oparła na ustawach, jakie napisał św. Wincenty a Paulo dla swoich duchowych córek. Wprowadziła jedynie te zmiany, które okazały się konieczne dla jej czasów i w jej kraju.
    Elżbieta zakończyła swoje ziemskie życie wcześnie, bo w 47. roku życia, 4 stycznia 1821 r. Do grona błogosławionych włączył ją papież Jan XXIII 17 marca 1963 roku, a do chwały świętych wyniósł ją Paweł VI 14 września 1975 roku. W jej kanonizacji jako pierwszej obywatelki Stanów Zjednoczonych wzięło udział ok. 15 tys. pielgrzymów z USA wraz z przedstawicielami episkopatu i rządu. Jej relikwie znajdują się w kościele domu macierzystego w Emmitsburgu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 stycznia

    Najświętsze Imię Jezus

    Zobacz także:
      •  Święta Genowefa, dziewica
      •  Błogosławiony Alan de Solminihac, biskup
      •  Święty Józef Maria Tomasi, kardynał
    ***
    Jezus Chrystus

    Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza “Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: “a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego “Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne:W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: “Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).Św. Mateusz przypomina, że to samo polecenie otrzymał również św. Józef:Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: “Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 20-21).Pod tym też imieniem Słowo Wcielone odbiera największą cześć. Etymologicznie hebrajskie imię Jezus znaczy tyle, co “Jahwe zbawia”. Tak więc imię było synonimem posłannictwa, celu, dla którego Syn Boży przyszedł na ziemię. Imię to nadano Synowi Bożemu w ósmym dniu po narodzeniu, który liturgicznie przypada dnia 1 stycznia. Św. Łukasz tak nam krótko opisuje to wydarzenie: Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie (Matki) (Łk 2, 21).

    Jezus Chrystus

    Sam Jezus powiedział o swoim Imieniu:Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16, 23-24).Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18).Apostołowie zawierzyli Chrystusowej obietnicy i spełniła się ona na nich w całej pełni. W imię Chrystusa czynili cuda. Św. Piotr do napotkanego kaleki od urodzenia mówi:Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! (Dz 3, 6).Do zdumionego tym cudem tłumu Apostoł mówi:Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły (Dz 3, 16).To samo wyznanie powtórzy także przed najwyższą Radą żydowską:Jeżeli przesłuchujecie nas w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął zdrowy… I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4, 10-12).Św. Paweł Imieniu Jezusa oddaje najwyższe pochwały:Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych (Flp 1, 8-10).Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko (czyńcie) w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3, 17).Jako cel swojej całej niezmordowanej działalności apostolskiej św. Paweł wskazuje:Aby w was zostało uwielbione imię Pana naszego Jezusa Chrystusa (Dz 16, 18).Także św. Paweł w imię Jezusa czynił cuda. Do szatana, który opętał pewną dziewczynę, woła:Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł! (Dz 3, 6-7).Kult Imienia Jezus ma więc głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Tekstów to potwierdzających można by przytoczyć znacznie więcej (J 14, 13-14; Dz 5, 40-41; 9, 15-16; Hbr 1, 4; Rz 10, 13; 2 Kor 5, 20; Ap 7, 1-11). Św. Paweł tak się rozmiłował w tym Najświętszym Imieniu, że w swoich pismach wymienia je aż 254 razy.Kult Imienia Jezus jest żywy także w tradycji Kościoła. Św. Efrem, ilekroć napotkał to imię wypisane czy wyryte, całował je ze czcią. Orygenes o tym Imieniu pisze: “Imię Jezus – to imię Wszechmocnego… To imię Pańskie niech będzie błogosławione na wieki”. Św. Jan Złotousty mówi: “Imię Jezusa Chrystusa, gdy je uważnie rozważymy, oznajmia nam całe jego dobrodziejstwo. Nie bez przyczyny bowiem zostało nam dane. Jest ono skarbcem tysiąca dóbr”.
    Przepiękny hymn ku czci Imienia Jezus ułożył św. Bernard z Clairvaux: “Wszystkie Boże przymioty dają się słyszeć uszom moim na dźwięk Imienia Jezus. Czczym jest wszelki pokarm, gdy tym olejem nie jest namaszczony… Gdy piszesz, nie rozumiem, gdy tam nie czytam Jezusa. Gdy dyskusję wiedziesz i rozmawiasz, nie pojmuję, gdy nie dźwięczy w niej Imię Jezus… Jezus jest miodem w ustach moich, słodką melodią w uszach, radosną uciechą w sercu… Smuci się kto z was? Niech tylko Jezus przyjdzie do jego serca, niech wypłynie na jego usta – a oto wobec światłości Jego Imienia pierzchnie każda chmura i powróci wesele” (Sermo 15 super Cantica).
    Św. Bernardyn ze Sieny nosił ze sobą tablicę, na której złotymi głoskami był wypisany monogram Pana Jezusa; w każdym kazaniu Bernardyn adorował to Imię: “O Imię Jezusa, wyniesione ponad wszelkie imię! O Imię zwycięskie! Radości aniołów, szczęście sprawiedliwych, przerażenie potępionych… Umysł się miesza, język drętwieje, wargi niezdolne są wyrzec słowo, gdy się ma sławić Najświętsze Imię Jezusa”.
    Syn duchowy św. Bernardyna, bł. Władysław z Gielniowa, każde swoje kazanie rozpoczynał od Imienia Jezusa. W znanym wierszu o Męce Pańskiej każdą nową strofę rozpoczyna tym Najświętszym Imieniem. Kiedy w Wielki Piątek 1505 r. wymawiał Imię Jezus, wpadł w zachwyt i został porwany na oczach słuchaczy nad ambonę.
    Św. Wawrzyniec Justynian pisze: “W przeciwnościach, w niebezpieczeństwach, w lęku – w domu, na drodze, na pustkowiu, na falach – gdziekolwiek się znajdziesz, wszędzie wzywaj Imienia Zbawiciela”.
    Św. Redegunda, bł. Henryk Suzo i św. Joanna de Chantal na swoich piersiach wyryli Imię Jezusa. Św. Ignacy Loyola umieścił w herbie założonego przez siebie zakonu jezuitów monogram imienia Jezus.
    W wieku XV powstała litania do Imienia Jezus, co dowodzi powszechności kultu tegoż Imienia. Zwyczajem powszechnym we wszystkich niemal językach świata stało się pozdrowienie chrześcijańskie: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.Pan Jezus ma jeszcze imię drugie, nadane Mu przez proroków i Jego wiernych wyznawców. Jest nim greckie imię Chrystus (hebrajskie – Mesjasz). Oznacza ono tyle, co “namaszczony” lub “Pomazaniec Pański”. Namaszczano w Starym Testamencie królów i arcykapłanów, a Duchem Świętym byli namaszczeni prorocy. Chrystus Pan jest Królem; jest Kapłanem (por. Hbr 4, 14 – 12, 2); jest także Prorokiem – On bowiem był celem wszystkich proroctw. On również wiele rzeczy przepowiedział: o sobie, jak też odnośnie losów ludzkości i świata. Od imienia Chrystusa otrzymali także imię Jego wyznawcy, najpierw w Antiochii, potem niedługo w całym świecie:W Antiochii po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami (Dz 11, 26).Ojcowie Kościoła i święci wiele razy podkreślali wagę tego Imienia. Tertulian pisze: “Chrześcijanin – to drugi Chrystus”. Św. Pacjanowi przypisuje się piękne wyznanie: “Imię moje – chrześcijanin, nazwisko – katolik”. Św. Grzegorz z Nyssy napomina: “Jesteś chrześcijaninem, naśladuj Chrystusa… Nie noś tego Imienia na próżno”. Podobnie pisze św. Leon I Wielki: “Poznaj, chrześcijaninie, godność twoją… Pamiętaj, jakiego Ciała jesteś członkiem”. A św. Bernard przypomina: “Od Chrystusa nazywamy się chrześcijanami… Czyż przeto nie tą drogą, którą podążał Chrystus, i my powinniśmy podążać? Chrześcijanie otrzymali imię od Chrystusa. To zaś zobowiązuje do czynu chrześcijańskiego – byśmy, będąc spadkobiercami imienia, byli również spadkobiercami Jego cnót”.Do pierwszych i najpowszechniej spotykanych jeszcze dzisiaj symboli Jezusa Chrystusa należą Jego monogramy. W sztuce starożytnej były one wyrazem osoby. Najdawniejsze pochodzą już z wieku III. Do najdawniejszych należą: I X, co oznacza Jezus Chrystus; X P, co znaczy Chrystus; wreszcie najczęściej spotykane monogramy IHS lub grecką literę X (chi) i wpisaną w nią grecką literę P (ro) – są to dwie pierwsze litery od greckiego słowa XPISTOS, czyli Pomazaniec, Mesjasz. Ostatni symbol ma o tyle jeszcze wymowę, że wyraźnie określa, iż Chrystus stał się naszym Zbawicielem przez ofiarę krzyża. Symbol przedostatni natomiast wywodzi się od czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego, kiedy to ów władca kazał na sztandarach swoich wojsk umieścić ten symbol (po roku 313). Najwięcej rozpowszechnił się też on w świecie. Często do tego symbolu dodawano inne, wieniec laurowy jako znak zwycięstwa, litery alfa i omega, co oznacza wieczność i bóstwo Jezusa Chrystusa itp.
    Od wieku XV bardzo popularny stał się monogram Pana Jezusa, złożony z trzech liter: IHS. Jest to “zlatynizowany” skrót grecki trzech pierwszych liter greckich od imienia Jezus (wielkimi literami: IHSOYS). Wreszcie symbolem Pana Jezusa najdawniejszym, bo sięgającym wieku II, jest słowo greckie Ichthys (“ryba”). Był to umowny znak rozpoznawczy dla chrześcijan w czasie prześladowań. W literach tego słowa chrześcijanie odczytywali skrót greckich słów: Jesous Christos Theou Yios Soter, co znaczy: Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel.W Starym Testamencie tak wielką czcią otaczano imię Boga, że nie wolno go było wymawiać nawet kapłanom. Przy czytaniu publicznym zamieniano imię Jahwe na określenia zastępcze: Pan, Władca itp. Cześć Imienia Bożego wymaga, aby i dziś nie wymawiać go bez potrzeby. Drugie przykazanie Dekalogu mówi wyraźnie: “Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremnie”.Papież Klemens XII (+ 1534) pozwolił na osobne oficjum i Mszę świętą o Imieniu Jezus. Papież Innocenty XIII rozciągnął to święto na cały Kościół (1721), a papież św. Pius X wyznaczył je na niedzielę po Nowym Roku lub – gdy tej zabraknie – na 2 stycznia. Najnowsze, trzecie wydanie Mszału Rzymskiego, przypisało je jako wspomnienie dowolne na dzień 3 stycznia. Warto dodać, że chrześcijanie Wschodu praktykują Modlitwę Jezusową, polegającą na wielokrotnym powtarzaniu imienia Jezus, znaną od pierwszych wieków.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    fot. Myrabella / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

    ***

    3 STYCZNIA 2024

    Święte Imię: Jezus

    Imion, którymi Go zapowiadano było wiele. Ale tylko jednym, konkretnym nazwał Go Anioł zwiastujący Maryi, że stanie się Matką Syna Bożego. 3 stycznia Kościół wspomina Najświętsze Imię Jezus.

    W Starym Testamencie nazwany był przede wszystkim „Emmanuelem” – czyli Bogiem z nami. Były tez inne imiona: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju, Syn człowieczy. Jan Apostoł w Ewangelii nazywa Go Słowem. Sam Jezus przedstawia się jako Syn człowieczy, Światłość świata, Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz. 

    Posłany przez Boga anioł nie pozostawia jednak wątpliwości, mówiąc do Maryi: „Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31). Ten sam anioł powtarza to samo również Józefowi: „Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 20-21).

    Od początku wyznawcy Chrystusa obdarzali szczególną czcią właśnie to Jego święte, ziemskie imię. Począwszy od św. Pawła, piszącego, że „na Imię Jego zegnie się każde kolano” oraz że „nie dano ludziom pod niebem innego Imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni”, przez św. Efrema, Jana Chryzostoma i innych – wielu w Tym Imieniu znajdowało pocieszenie i najpiękniejszą adorację Wcielonego Boga. 

    Święto Jego Imienia obchodzi do dziś jednak tylko Kościół katolicki, umiejscawiając je przed świętem Objawienia Pańskiego (Epifanii), tradycyjnie zwanym Trzech Króli.

    Św. Bernard z Clairvaux w Hymnie do Imienia Jezus: (Sermo 15 super Cantica) pisał:

    „Wszystkie Boże przymioty dają się słyszeć uszom moim na dźwięk Imienia Jezus. Czczym jest wszelki pokarm, gdy tym olejem nie jest namaszczony… Gdy piszesz, nie rozumiem, gdy tam nie czytam Jezusa. Gdy dyskusję wiedziesz i rozmawiasz, nie pojmuję, gdy nie dźwięczy w niej Imię Jezus… Jezus jest miodem w ustach moich, słodką melodią w uszach, radosną uciechą w sercu… Smuci się kto z was? Niech tylko Jezus przyjdzie do jego serca, niech wypłynie na jego usta – a oto wobec światłości Jego Imienia pierzchnie każda chmura i powróci wesele.”

    Wielu świętych codzienność przeplatało tzw. modlitwą Jezusową, czyli wielokrotnie powtarzanym Imieniem Jezus w myślach. Nośmy i my dziś to Imię w swoim sercu.

    ***

    Litania do Najświętszego Imienia Jezus

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Jezu, usłysz nas. Jezu, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Jezu, Synu Boga żywego, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, odblasku Ojca, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, jasności światła wiecznego, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, królu chwały, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, słońce sprawiedliwości, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Synu Maryi Panny, zmiłuj się nad nami.
    Jezu najmilszy, zmiłuj się nad nami.
    Jezu przedziwny, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Boże mocny, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Ojcze na wieki, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, wielkiej rady zwiastunie, zmiłuj się nad nami.
    Jezu najmożniejszy, zmiłuj się nad nami.
    Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami.
    Jezu najposłuszniejszy, zmiłuj się nad nami.
    Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, miłośniku czystości, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, miłujący nas, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Boże pokoju, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, dawco żywota, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, cnót przykładzie, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, pragnący dusz naszych, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Boże nasz, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, ucieczko nasza, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Ojcze ubogich, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, skarbie wiernych, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, dobry pasterzu, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, światłości prawdziwa, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, mądrości przedwieczna, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, dobroci nieskończona, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, drogo i życie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, wesele Aniołów, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, królu Patriarchów, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, mistrzu Apostołów, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, nauczycielu Ewangelistów, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, męstwo Męczenników, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, światłości Wyznawców, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, czystości Dziewic, zmiłuj się nad nami.
    Jezu, korono Wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Jezu.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Jezu.

    Od zła wszelkiego, wybaw nas, Jezu.
    Od grzechu każdego, wybaw nas, Jezu.
    Od gniewu Twego, wybaw nas, Jezu.
    Od sideł szatańskich, wybaw nas, Jezu.
    Od ducha nieczystości, wybaw nas, Jezu.
    Od śmierci wiecznej, wybaw nas, Jezu.
    Od zaniedbania natchnień Twoich, wybaw nas, Jezu.
    Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego, wybaw nas, Jezu.
    Przez Narodzenie Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez Dziecięctwo Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez najświętsze życie Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez trudy Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez konanie w Ogrójcu i Mękę Twoją, wybaw nas, Jezu.
    Przez krzyż i opuszczenie Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez omdlenie Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez śmierć i pogrzeb Twój, wybaw nas, Jezu.
    Przez Zmartwychwstanie Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez Wniebowstąpienie Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez Twoje ustanowienie Najświętszego Sakramentu, wybaw nas, Jezu.
    Przez radości Twoje, wybaw nas, Jezu.
    Przez chwałę twoją, wybaw nas, Jezu.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Jezu.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Jezu.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami, Jezu.

    Jezu, usłysz nas. Jezu, wysłuchaj nas.

    Módlmy się. Panie Jezu Chryste, któryś rzekł: „Proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone”; † daj nam, prosimy, uczucie swej Boskiej miłości, * abyśmy Cię z całego serca, usty i uczynkiem miłowali i nigdy nie przestawali wielbić. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    2 stycznia

    Święty Grzegorz z Nazjanzu,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Grzegorz z Nazjanzu

    Grzegorz urodził się w roku 329 lub 330 w Arianzie, w pobliżu Nazjanzu w Kapadocji (obecnie Turcja). Podobnie jak św. Bazyli Wielki, pochodził z rodziny świętych. Świętą była jego babka – Nonna, brat – św. Cezary i siostra – św. Gorgonia. Ojciec św. Grzegorza, również Grzegorz, był biskupem Nazjanzu. Pierwsze nauki Grzegorz pobierał w Nazjanzie (337-343) u swego wuja Amfilochiusza (uczył go krasomówstwa), studia średnie odbył w Cezarei Kapadockiej (343-349), a następnie udał się na studia wyższe retoryki do Cezarei Palestyńskiej (349-352), gdzie zapoznał się z nauką Orygenesa i stał się odtąd jego wielbicielem. W tym czasie podążył do Aleksandrii (351-352), gdzie metropolitą był wówczas sławny św. Atanazy Wielki. W samą Wielkanoc przyjął chrzest, mając 28 lat (358). Na dalsze studia udał się do Aten, gdzie odbywał je wraz ze św. Bazylim Wielkim (352-358). Po powrocie do ojczyzny zajął się administrowaniem rodzinnym majątkiem (359-361). W uroczystość Bożego Narodzenia z rąk ojca otrzymał święcenia kapłańskie i odtąd pomagał mu w duszpasterstwie i w zarządzaniu diecezją (361-363).
    Grzegorz pragnął jednak życia pustelniczego. Udał się więc do Neocezarei w Poncie, gdzie przebywał już wtedy św. Bazyli (363-364). Posłuszny jednak ojcu wrócił do Nazjanzu i nadal pomagał mu w zarządzaniu diecezją (364-371). Kiedy św. Bazyli został metropolitą w Cezarei Kapadockiej (372), w tym samym roku namówił Grzegorza, by przyjął biskupstwo w Sasimie. Grzegorz nie czuł się dobrze na tym urzędzie i dlatego usunął się do klasztoru św. Tekli w Seleucji Izauryjskiej, gdzie spędził cztery lata (375-379).
    Po wkroczeniu cesarza Teodozego I Wielkiego do Konstantynopola, Grzegorza powołano na metropolitę Konstantynopola. Cesarz uroczyście wprowadził go do katedry Hagia Sofia. Od maja do lipca 381 roku odbywał się w Konstantynopolu sobór powszechny. Przewodniczył mu biskup Antiochii, Melecjusz, a po jego nagłej śmierci – Grzegorz. Na soborze tym metropolitom Konstantynopola, Aleksandrii, Antiochii i Jerozolimy przyznano tytuł patriarchów. Grzegorz był więc pierwszym patriarchą Konstantynopola. Wkrótce jednak zrzekł się tej godności i udał się do Karbala Arianzos, gdzie oddał się wyłącznie kontemplacji i pracy pisarskiej (382).
    Zmarł w rodzinnym Arianzie w roku 389 lub 390. Data jego zgonu nie jest pewna (tradycja prawosławna podaje 25 stycznia 389 r.). Cesarz Konstantyn II (912-959) sprowadził jego relikwie z Arianzu do Konstantynopola, gdzie umieścił je w kościele Dwunastu Apostołów. Obecnie część tych relikwii znajduje się w Rzymie, w bazylice św. Piotra (w kaplicy św. Grzegorza), w klasztorze benedyktynek S. Maria in Campo Marzio oraz w Mantui w kościele św. Andrzeja.
    Wspomnienie św. Grzegorza obchodzi się wraz ze wspomnieniem św. Bazylego. Jak na ziemi łączyła ich przyjaźń, tak po śmierci łączy ich wspólna chwała.
    Grzegorz był wielkim teologiem, humanistą i poetą. Spuścizna literacka po nim jest bardzo bogata. Na pierwszym miejscu wypada wymienić jego kazania. Pozostało ich do naszych czasów czterdzieści pięć. Obszerna kiedyś musiała być jego korespondencja, skoro do dziś zachowało się szczęśliwie aż 245 listów. Grzegorz zasłynął ponadto jako jeden z największych poetów Kościoła Wschodniego. Ocalało aż 507 jego poetyckich utworów. Opiewa w nich tajemnice wiary, swoje osobiste przeżycia, uniesienia mistyczne i wydarzenia współczesne. Jest patronem bazylianów i poetów.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako biskup rytu bizantyjskiego lub w pontyfikalnych szatach rytu rzymskiego. Czasami u jego stóp Lucyfer – symbol herezji. Jest przedstawiany jako starszy mężczyzna z jasnokasztanową, krótką brodą i znaczną łysiną czołową. Zazwyczaj prawą rękę ma złożoną w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma Ewangelię. Jego atrybutami są: anioł, księga Ewangelii, paliusz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________


    2 stycznia

    Święty Bazyli Wielki,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Bazyli Wielki

    Bazyli urodził się w rodzinie zamożnej i głęboko religijnej w Cezarei Kapadockiej (obecnie Kayseri w środkowej Turcji) w 329 r. Wszyscy członkowie jego rodziny dostąpili chwały ołtarzy: św. Makryna – jego babka, św. Bazyli i Emelia (Emilia) – rodzice, jego bracia – św. Grzegorz z Nyssy i św. Piotr z Sebasty, oraz siostra – św. Makryna Młodsza. Jest to wyjątkowy fakt w dziejach Kościoła.
    Ojciec Bazylego był retorem. Jako taki miał prawo prowadzić własną szkołę. Młody Bazyli uczęszczał do tej szkoły, a następnie udał się na dalsze studia do Konstantynopola i Aten. Tu spotkał się ze św. Grzegorzem z Nazjanzu, z którym odtąd pozostawał w dozgonnej przyjaźni. W ławie szkolnej zasiadał z nimi także Julian, późniejszy cesarz rzymski (panował w latach 361-363, przez potomnych nazwany Apostatą ze względu na powrót do kultów pogańskich). W 356 r. Bazyli objął katedrę retoryki w Cezarei po swoim zmarłym ojcu. Tu przyjął chrzest w roku 358, mając 29 lat. Taki bowiem był wówczas zwyczaj, że chrzest przyjmowano w wieku dorosłym, w pełni rozeznania obowiązków chrześcijańskich.
    Przeżycia po śmierci brata poważnie wpłynęły na jego życie. W latach 357-359 odbył wielką podróż po ośrodkach życia pustelniczego i mniszego na Wschodzie: Egipcie, Palestynie, Syrii i Mezopotamii. Po powrocie postanowił poświęcić się życiu zakonnemu: rozdał swoją majętność ubogim i założył pustelnię w Neocezarei (obecnie Niksar w Turcji) nad brzegami rzeki Iris. Niebawem przyłączył się do niego św. Grzegorz z Nazjanzu. Razem sporządzili wówczas zestaw najcenniejszych fragmentów pism Orygenesa (Filokalia). Tam również Bazyli zaczął pisać swoje Moralia i zarys Asceticon, czyli przyszłej reguły bazyliańskiej, która miała ogromne znaczenie dla rozwoju wspólnotowej formy życia zakonnego na Wschodzie.
    Bazyli jest jednym z głównych kodyfikatorów życia zakonnego zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie chrześcijaństwa (miał ogromny wpływ na św. Benedykta z Nursji). Ideałem życia monastycznego Bazylego była braterska wspólnota, która poświęca się ascezie, medytacji oraz służy Kościołowi zarówno poprzez naukę wiary (poznawanie tajemnic Objawienia i obronę przeciw herezjom), jak i w działalności duszpasterskiej i charytatywnej.
    W 360 roku Bazyli wziął udział w synodzie, który odbył się w Konstantynopolu, a w dwa lata potem był świadkiem śmierci metropolity Cezarei Kapadockiej, Dioniusa. Jego następca, Euzebiusz, udzielił mu w 364 r. święceń kapłańskich. Po śmierci tegoż metropolity Bazyli został wybrany jego następcą (370). Jako arcybiskup Cezarei wykazał talent męża stanu, wyróżniał się także jako doskonały administrator i duszpasterz, dbały o dobro swojej owczarni. Bronił jej też niezmordowanie żywym słowem i pismem przed skażeniem herezji ariańskiej. Rozwinął w swojej diecezji szeroką działalność dobroczynną, budując na przedmieściach Cezarei kompleks budynków na potrzeby biednych i podróżujących (tzw. Bazyliada). Był człowiekiem szerokiej wiedzy, znakomitym mówcą, pracowitym i miłosiernym pasterzem.Zmarł 1 stycznia 379 r. Jego relikwie przeniesiono wkrótce do Konstantynopola wraz z relikwiami św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Jana Chryzostoma. Obecnie znajdują się one w Brugii (Belgia), przewiezione tam przez Roberta II Jerozolimskiego (1065-1111), hrabiego Flandrii, uczestnika wypraw krzyżowych. Część relikwii znajduje się we Włoszech: głowa w Amalfi koło Neapolu, a ramię w kościele S. Giorgio dei Greci w Wenecji.
    Św. Bazyli razem z pozostałymi ojcami kapadockimi (Grzegorzem z Nazjanzu i Grzegorzem z Nyssy) gorliwie zwalczał herezję ariańską i ustalił treść dogmatu o Trójcy Świętej (“jedna natura, trzy hipostazy” – jeden Bóg w trzech Osobach). Pozostawił bogatą spuściznę literacką: szereg pism dogmatyczno-ascetycznych, homilii i 350 listów. Poprzez swój Asceticon stał się ojcem i prawodawcą monastycyzmu wschodniego. Jest twórcą liturgii wschodniej (tzw. bizantyńskiej). W Kościele Wschodnim doznaje czci jako jeden z czterech wielkich Ojców Kościoła. Na 1600-lecie śmierci św. Bazylego w dniu 2 stycznia 1980 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił list apostolski Patres Ecclesiae. Bazyli jest patronem bazylianów i sióstr św. Krzyża.
    W ikonografii św. Bazyli przedstawiany jest jako biskup w pontyfikalnych szatach rytu łacińskiego, a także ortodoksyjnego, jako mnich w benedyktyńskiej kukulli, eremita. Ma krótkie, czarne, przyprószone siwizną włosy, długą, szpiczastą brodę, wysokie czoło i garbaty nos. W lewej ręce trzyma Ewangelię, prawą błogosławi lub przytrzymuje Świętą Księgę. Jego atrybutami są: czaszka, gołąb nad głową, księga, model kościoła, paliusz, rylec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 stycznia

    Święta Boża Rodzicielka Maryja

    Bogarodzica Maryja

    Pierwszy dzień Nowego Roku to ósmy dzień od Narodzenia Jezusa. Według prawa żydowskiego każdy chłopiec miał być tego dnia obrzezany. W oktawę Bożego Narodzenia, dziękując Bogu za przyjście na świat Chrystusa, Kościół obchodzi uroczystość Maryi jako Matki Bożej, przez którą spełniły się obietnice dane całej ludzkości, związane z tajemnicą Odkupienia. Tego dnia z wszystkich przymiotów Maryi czcimy szczególnie Jej macierzyństwo. Dziękujemy Jej także za to, że swą macierzyńską opieką otacza cały Lud Boży.Poświęcenie Maryi pierwszego dnia rozpoczynającego się roku ma także inne znaczenie. Matka Jezusa zostaje ukazana ludziom jako najdoskonalsze stworzenie, a zarazem jako pierwsza z tych, którzy skorzystali z darów Chrystusa. Pragnienie zaakcentowania specjalnego wspomnienia Matki Bożej zrodziło się już w starożytności chrześcijańskiej. Kościół zachodni już w VII wieku wyznaczył w tym celu dzień 1 stycznia.Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi to najstarsze maryjne święto. Do liturgii Kościoła wprowadził je dość późno papież Pius XI w roku 1931 na pamiątkę 1500. rocznicy soboru w Efezie (431). Pius XI wyznaczył na coroczną pamiątkę tego święta dzień 11 października. Reforma liturgiczna w roku 1969 nie zniosła tego święta, ale podniosła je do rangi uroczystości nakazanych i przeniosła na 1 stycznia.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka

    W Starym Testamencie jest wiele szczegółowych proroctw, zapowiadających Zbawiciela świata. Pośrednio dotyczą one także osoby Jego Matki. Niektóre z nich są nawet wyraźną aluzją do Rodzicielki Zbawiciela, np. zapowiedź dotycząca Niewiasty, która zetrze głowę węża-szatana (Rdz 3, 15). Jeszcze wyraźniej o Matce Mesjasza wspomina prorok Micheasz (Mi 5, 1-2). Jako proroctwo dotyczące Maryi traktuje się także zapowiedź Izajasza:Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel (Iz 7, 14).Poza tymi tekstami tradycja chrześcijańska uznaje wiele innych w znaczeniu typicznym (stanowiącym wzór, pra-obraz), jak np. królowa stojąca po prawicy króla (Ps 45, 10), oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, zwycięska Judyta czy ratująca swój naród od niechybnej zguby bohaterska Estera.Maryja była córką świętych Joachima i Anny (tak przekazuje nam apokryf Protoewangelia Jakuba, pochodzący z roku ok. 150). To oni oddali ją do Świątyni (to także przekaz apokryficzny – wspomnienie tego wydarzenia obchodzimy w liturgii 21 listopada). Przez Boga została wybrana na Matkę Jezusa Chrystusa. Jej postać jest obecna na kartach Nowego Testamentu od chwili Zwiastowania po Zesłanie Ducha Świętego.
    Anioł Gabriel zwiastuje Jej narodzenie Syna, który będzie “Synem Najwyższego” (Łk 1, 26-38). Od tej chwili Maryja całkowicie oddaje się Bogu. Za wskazaniem anioła odwiedza swoją krewną, św. Elżbietę, matkę Jana Chrzciciela (Łk 1, 39-56). Wraz ze swym oblubieńcem, św. Józefem, w związku ze spisem ludności udaje się do Betlejem, miasta, z którego wywodzi się Jej ród (a także ród Józefa, Jej męża). Tutaj przychodzi na świat Jezus (Łk 2, 1-20). Zgodnie z żydowskim obyczajem ofiarowuje Syna w świątyni (Łk 2, 21-38). Wobec zagrożenia ze strony Heroda ucieka z Jezusem i św. Józefem do Egiptu (Mt 2, 13-18). Po śmierci króla wraca do Nazaretu (Mt 2, 19-23). Podczas pobytu w Jerozolimie przeżywa niepokój z powodu zagubienia swego Syna (Łk 2, 41-49). Na godach weselnych w Kanie poprzez Jej wstawiennictwo Jezus czyni swój pierwszy cud (J 2, 1-11).
    Synoptycy (św. Mateusz, św. Łukasz i św. Marek) wspominają, że Maryja towarzyszyła Panu Jezusowi w Jego wędrówkach apostolskich (Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35; Łk 8, 19-21). Maryja jest także świadkiem śmierci Chrystusa. Stoi pod krzyżem Jezusa, gdy Ten powierza Ją opiece swego umiłowanego ucznia Jana (J 19, 25-27). Pod krzyżem zostaje Matką Kościoła i ludzkości. Po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu pozostaje wśród Apostołów w Jerozolimie.
    Maryja niewątpliwie jest osobą najbliższą Jezusowi ze względu na szczególną rolę w dziele zbawienia. Jej niezwykłe posłannictwo i miejsce w chrześcijaństwie odsłania tekst Apokalipsy.
    Według tradycji po wniebowstąpieniu Jezusa żyła jeszcze 12 lat. Niektóre dokumenty mówią, że mieszkała ze św. Janem w Efezie, inne – że nie opuszczała Jerozolimy. Pusty grób Maryi znajduje się obok Ogrodu Oliwnego w dolinie Cedron. Fakty z Jej życia, tytuły i wezwania modlitewne oraz cudowne wydarzenia, które miały miejsce za Jej przyczyną, Kościół rozważa w ciągu wielu świąt podczas całego roku liturgicznego.Spośród szczególnych przywilejów Maryi na pierwszym miejscu trzeba wymienić Jej Boskie macierzyństwo, które w dzisiejszej uroczystości czcimy. Kiedy Nestoriusz, patriarcha Konstantynopola, odważył się odróżniać w Jezusie Chrystusie dwie natury i dwie osoby, wtedy Maryję zaczął nazywać Matką Chrystusa-Człowieka i odmówił Jej przywileju Boskiego macierzyństwa. Jednak biskupi zebrani na soborze w Efezie (431) stanowczo odrzucili i potępili naukę Nestoriusza, wykazując, że Jezus miał tylko jedną osobę, której własnością były dwie natury: Boska i ludzka. Dlatego Maryja była Matką Osoby Jezusa Chrystusa w Jego ludzkiej naturze – była więc Matką Bożą. Prawda ta została ogłoszona jako dogmat. Zebrani na tym soborze biskupi Kościoła pod przewodnictwem legatów papieskich orzekli jednogłośnie, że nie tylko można, ale należy Maryję nazywać Matką Bożą, Bogurodzicą (greckie Theotokos). Maryja nie zrodziła Bóstwa, nie dała Panu Jezusowi natury Boskiej, którą On już posiadał odwiecznie od Ojca. Dała Chrystusowi Panu w czasie naturę ludzką – ciało ludzkie. Ale dała je Boskiej Osobie Pana Jezusa. Jest więc Matką Syna Bożego według ciała i w czasie, jak według natury Bożej i odwiecznie Pan Jezus jest Synem Bożym. Ta godność i ten przywilej wynosi Maryję ponad wszystkie stworzenia i jest źródłem wszystkich innych Jej przywilejów.
    Prawdę o Boskim macierzyństwie Maryi potwierdzono na soborach w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553 i 680), w konstytucji Pawła IV przeciwko arianom (socynianom) w roku 1555, w wyznaniu wiary Benedykta XIV (1743) oraz w encyklice Piusa XI Lux veritatis w 1931 roku.
    Kościół właściwie przez cały rok wysławia ten wielki przywilej Maryi. W codziennej Komplecie w antyfonie końcowej spotykamy słowa: “Witaj, Matko Zbawiciela!”, “Witaj, Królowo nieba, Pani aniołów!”, “Witaj korzeniu i bramo święta, z której Światło zeszło na ziemię!”, “Królowo nieba, wesel się, alleluja, albowiem, którego zasłużyłaś nosić, zmartwychwstał, jak przepowiedział, alleluja!”, “Witaj, Królowo… a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż”.Macierzyństwo Maryi wobec Jezusa jest wyjątkowe, ponieważ jest dziewicze. Maryja była Dziewicą zawsze: przed porodzeniem Jezusa i po Jego urodzeniu, aż do śmierci. Kościół nie ustanowił osobnego święta dla podkreślenia tego tytułu. Łączy go jednak bezpośrednio z Boskim macierzyństwem. Prawdę o dziewiczym macierzyństwie ogłosił jako dogmat na Soborze Laterańskim I w roku 649. Jednak wiarę w tę prawdę Kościół wyraził również na soborach poprzednich, np. w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553). Nadto prawdę tę akcentuje w wyznaniach wiary, w orzeczeniach papieży, w pismach Ojców Kościoła i w liturgii.Pan Bóg godnością przewyższa wszystko, co tylko istnieje. Dlatego kult najwyższy, tak prywatny, jak i publiczny, należy się Panu Bogu. Maryja jest tylko stworzeniem, ale wśród stworzeń wyróżniona została najwyższą godnością. Dlatego Kościół oddaje Jej cześć szczególną, większą niż innym Świętym, co w liturgii nazywa się kultem hyperduliae – czcią wyjątkową. Kult Świętych jest zawsze względny i pośredni. Czcimy ich bowiem, ponieważ są przyjaciółmi Boga, a całą swoją godność i chwałę zawdzięczają Panu Bogu. To samo odnosi się również do Matki Bożej.
    W swoich początkach chrześcijaństwo na pierwszy plan wysuwało kult Pana Jezusa jako Wcielonego Słowa i Zbawiciela świata. W miarę jednak, jak nauka Chrystusa ogarniała coraz to nowe obszary, powiększało się też zainteresowanie osobą Matki Zbawiciela. Dlatego wspomnienie o Niej spotykamy u pierwszych Ojców Kościoła oraz w apokryfach. Kiedy zaczął rozwijać się kult męczenników, a zaraz potem wyznawców, kult Matki Bożej zyskiwał na znaczeniu. Od wieku IV można już mówić o powszechnym kulcie Maryi w Kościele. Wzrósł on po Soborze Efeskim (431), kiedy zaczęto stawiać ku czci Matki Bożej kościoły, otaczać kultem Jej obrazy, układać modlitwy, wygłaszać homilie i obchodzić Jej święta. Dzisiaj kult Matki Bożej w Kościele katolickim jest tak powszechny i żywy, że stanowi jedną z jego cech charakterystycznych. Do jego najważniejszych elementów należą:
    Dni i święta Maryi. W roku liturgicznym mamy kilkanaście obchodów maryjnych, co jest sytuacją wyjątkową – nikt inny nie jest tak często w liturgii wspominany. Niektórym z tych obchodów Kościół nadaje rangę najwyższą – uroczystości: Boskiego macierzyństwa Maryi (1 stycznia), Jej Wniebowzięcia (15 sierpnia) i Niepokalanego Poczęcia (8 grudnia). Dwa miesiące: maj i październik są miesiącami Maryi, w których Maryja odbiera szczególną cześć u wiernych. Są także święta lokalne, np. w Polsce – Królowej Polski (3 maja) czy Matki Bożej Częstochowskiej (26 sierpnia). Także poszczególne miejscowości czy zakony mają swoje święta. Sobota każdego tygodnia już od wczesnego średniowiecza była obchodzona jako dzień Maryi. W Okresie Zwykłym Kościół dozwala na odprawianie w soboty Mszy św. według specjalnego formularza o Matce Bożej.Świątynie pod wezwaniem Matki Bożej. Zaczęto je stawiać już od wieku IV. Dzisiaj są ich tysiące na całym świecie. Najdostojnieszą z nich jest bazylika Matki Bożej Większej w Rzymie.Obrazy i rzeźby Matki Bożej. Ikonografia w tej dziedzinie jest niezmiernie bogata. Obejmuje setki tysięcy obrazów i rzeźb. Pierwsze wizerunki Maryi spotykamy już w katakumbach w II w. – w katakumbach Pryscylli w Rzymie umieszczono literę M z krzyżem. Nadto na suficie jednej z krypt tych katakumb widzimy Maryję siedzącą na wysokim krześle niby na tronie albo na katedrze biskupiej. Jest ubrana w białą tunikę i ma welon dziewiczy na głowie. Na kolanach trzyma Dziecię Jezus. Powstały całe szkoły ikonografii maryjnej. Wiele obrazów i figur zasłynęło niezwykłymi łaskami, tak że zostały uznane za cudowne (jest ich ok. 3000, w tym kilkaset koronowano koronami papieskimi). Do sanktuariów maryjnych podążają milionowe rzesze pielgrzymów.Figury Maryi, stawiane na placach. W samym Awinionie we Francji jest ich 158. Wiele z nich przedstawia wysoką wartość artystyczną. W Rzymie znana jest kolumna Matki Bożej Niepokalanej na Placu Hiszpańskim, przed którą papież co roku zwyczajowo w każde święto Niepokalanej (8 grudnia) składa wiązankę kwiatów.Pisma teologów. Nie było pisarza kościelnego, który by nie podejmował tematyki maryjnej. Rocznie wychodzi kilkaset prac na temat Matki Bożej. Istnieją specjalne biblioteki, czasopisma i encyklopedie mariologiczne.Kongresy mariologiczne: miejscowe, diecezjalne, prowincjalne, krajowe, międzynarodowe. Rocznie przypada ich w różnych krajach kilka do dziesięciu, z okazji specjalnych – więcej. Pierwszy międzynarodowy kongres mariologiczny odbył się w Lyonie w dniach 5-8 września 1900 roku.Rozmaite nabożeństwa. Wystarczy wymienić najgłośniejsze: nabożeństwo 3 Zdrowaś Maryjo, koronki, różaniec, szkaplerze, medaliki, małe oficjum brewiarzowe (czyli Godzinki), nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, nowenny, pielgrzymki, peregrynacje obrazów i figur Matki Bożej, prywatne i publiczne akty poświęcenia się Matce Bożej, Święte Niewolnictwo, Dzieło Pomocników Maryi.Maryja jest patronką Kościoła powszechnego, wielu diecezji, zakonów, krajów, miast oraz asysty kościelnej, lotników, matek, motocyklistów, panien, piekarzy, prządek, studentów i szkół katolickich.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka

    W ikonografii Najświętsza Maryja Panna jest – obok Jezusa – najczęściej występującą postacią. Sztuka chrześcijańska rozwinęła szereg typów Madonny: z Dzieciątkiem, Matki Bożej tkliwej, majestatycznej (w sztuce bizantyjskiej), tronującej, opiekuńczej, orędującej, dziewczęcej, surowej władczyni, królowej, mieszczki, wieśniaczki, wytwornej damy. Ukazywana jest jako Bogurodzica, Niepokalana, Bolesna, Wniebowzięta, Niewiasta z Apokalipsy, Różańcowa, Wspomożycielka, Królowa, Matka Kościoła.
    Jej atrybutami są m.in.: gołąb – symbol Ducha Świętego, siedem gołębi – oznaczających siedem darów Ducha Świętego, jagnię, jaskółka, jednorożec; ciała niebieskie: gwiazdy, księżyc, półksiężyc, słońce i gwiazdy; kwiaty: anemon, fiołek, irys, lilia, lilia w ręku – symbol Niepokalanej, róża, różany szpaler; drzewa: cedr, dąb, drzewo figowe; owoce: cytryna – znak cierpienia, goździk, jabłko – symbol Odkupienia, truskawka, winorośl, winogrono jako symbol Jezusa zrodzonego ze szlachetnego winnego szczepu; ciernie, łza, mały krzyż, krucyfiks, miecz, miecz w piersi, siedem mieczów, narzędzia męki w dłoniach anioła; Boskie Miasto, kielich, kielich z hostią, korona, księga, otwarta księga, naszyjnik, naszyjnik z korali, perła, różaniec, smok u stóp, studnia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – grudzień 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 23 GRUDNIA KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z IV NIEDZIELI ADWENTU

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/vaticannews.va

    ****

    IV Niedziela Adwentu – 24 XII 2023

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PASTERKA O GODZ. 21.30

    W BOŻE NARODZENIE I W DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT MSZE ŚW. O GODZ. 14.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Z ŻYCZENIAMI NA BOŻE NARODZENIE

    ROKU PAŃSKIEGO 2023

    L’evento di Greccio in un dipinto del pittore Piero Casentini/Terrasanta.net

    ****

    Dokładnie 800 lat temu św. Franciszek z Asyżu, po swoim pobycie w Ziemi Świętej, urzeczony i bardzo wzruszony zainscenizował betlejemski żłóbek w grocie znajdującej się w Greccio. Pragnął jak najbardziej uroczyście przeżyć narodziny Dzieciątka Jezus, aby pobudzić wszystkich do wielkiej wdzięczności i miłości, bo jak zwykł mówić: ” Miłość nie jest kochana! Jakże ludzie mogą kochać się nawzajem, jeżeli nie kochają Miłości?”

    Klasztorne Kroniki opisują, że “kazał przygotować żłób, przynieść siano i przyprowadzić na to miejsce woła i osła. Zwołują się bracia, schodzą ludzie, las rozbrzmiewa różnymi głosami, a owa błogosławiona noc rozjaśnia się licznymi i jasnymi światłami, napełnia pochwalnymi i harmonijnymi śpiewami stając się wspaniałą i odświętną. Mąż Boży stał przed żłobem przepełniony pobożnością, zalany łzami i radością. Przy żłobie odprawiana jest uroczysta Msza św., a Franciszek, diakon Chrystusowy, śpiewa świętą Ewangelię. Następnie wygłasza do stojących tam ludzi kazanie o narodzeniu się ubogiego Króla, którego, gdy chciał nazwać po imieniu, z nadmiaru czułej miłości, nazywał Dzieciątkiem z Betlejem”…

    Biedaczyna z Asyżu pragnąc jak najbardziej upodobnić się do Jezusa, któremu Ojciec niebieski wybrał drogę przyjścia na ten świat jako słabe, bezradne Niemowlę skrajnie ubogie, pozostawił nam wspaniały, cudowny dar żłóbka betlejemskiego. Sam przeżywał rozmaite trudności, które pochodziły nawet od najbliższych. Jednak nie załamał się, bo patrzył na Maleńkiego w żłobie złożonego. Ta Boża Tajemnica dała mu ogromną pociechę. Boży Syn wybrał dla siebie ubóstwo i maleńkość, słabość i bezradność. W taki właśnie sposób przyszła na ten świat Boża moc – przez ogołocenie się z wszelkiej ludzkiej potęgi, znaczenia i mocy.  

    Klika wieków później Franciszek Karpiński ujął najtrafniej jak to jest możliwe ludzkimi słowami cały ten paradoks Tajemnicy Wcielenia wyśpiewując w kolędzie:

    “Bóg się rodzi, moc truchleje.

     Pan niebiosów obnażony.

     Ogień krzepnie, blask ciemnieje,

     Ma granice Nieskończony.

     Wzgardzony, okryty chwałą,

     Śmiertelny Król nad wiekami.

     A Słowo ciałem się stało

     I zamieszkało między nami”.

    Wdzięczni za dar odkrycia Bożego żłóbka prosimy Cię św. Franciszku, abyś nam wyprosił w to Boże Narodzenie Roku Pańskiego 2023 u Bożej Dzieciny moc wiary, niezachwianą nadzieję i żar miłości, bo żyjemy w czasie i w przestrzeni coraz bardziej zaczadzonej duchem diabelskiego zbałamucenia.

    Dziękujemy także św. Janowi Pawłowi II, który wprowadził ten cudowny zwyczaj stawiania każdego roku szopki z Betlejemu na placu św. Piotra wraz z ogromną choinką przypominającą, że to na drzewie rajskim diabeł zwiódł ludzki ród w osobie Adama i Ewy i to również na drzewie krzyża dokonało się zbawienie.

    W styczniu 1983 roku w Sali Klementyńskiej tak tłumaczył polskiej młodzieży znaczenie choinki:

    “Co znaczy to drzewko? (…). Ja osobiście myślę, że to drzewko jest symbolem drzewa życia, tego, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju, i tego, które z Chrystusem razem zostało na nowo zasadzone w glebie ludzkości. Niegdyś człowiek został od tego drzewa życia odcięty przez grzech. Z chwilą kiedy Chrystus przyszedł na świat, to drzewo życia w Nim, przez Niego zostaje zasadzone na nowo w glebie życia ludzkości i rośnie razem z Nim, i dojrzewa do krzyża. Istnieje związek między drzewkiem wigilijnym Bożego Narodzenia a drzewem krzyża Wielkiego Piątku. Tajemnica paschalna… Piękna to tradycja i wymowna, tym bardziej że te drzewka świecą. Symbolizują życie i światło. Chrystus jest życiem i światłem.

    Muszę Wam powiedzieć, że ja osobiście, chociaż mam już wiele lat, nigdy nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie Boże Narodzenie i kiedy mi to drzewko postawią w mieszkaniu. Jest w tym wszystkim głęboka wymowa, która jednoczy nas bez względu na wiek: zarówno starsi, jak i małe dzieci reagują podobnie, chociaż na innym poziomie świadomości”.

    VATICAN-CHRISTMAS

    fot. Antoine Mekary/Aleteia

    ****

    To dzięki Tobie św. Janie Pawle co roku na placu św. Piotra choinka rozbłyskuje światełkami. I tak jak Ty, któryś tęsknił za swoją Ojczyzną często bolejącą kiedy nie tylko zewnętrzny wróg, ale swoi zadawali Jej rany i któryś świętował Boże Narodzenie według naszego prastarego zwyczaju, tak również i my porozrzucani w różnych miejscach świata, znowu jesteśmy zatrwożeni o losy naszej polskiej ziemi. Dlatego prosimy o Twoje wstawiennictwo u Tej, która dała największy dar Boga dla ludzkości – Chrystusa – prawdziwe “drzewo życia”.

    Zielona jodła zawsze jest zielona, w zimowej aurze również – dlatego jest znakiem życia, które nie umiera. To w jej przestrzeni składamy bożonarodzeniowe życzenia, nie tyle poprzez prezenty, co poprzez dawanie siebie samych. Oby tak się stało z nami, czego życzę wszystkim i każdemu z osobna.

    ks. Marian

    ****

    Szopka na placu Świętego Piotra w Watykanie 2023/vaticannews/OSV

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ważna okazja i odpust zupełny przez dwa miesiące. Co trzeba zrobić, żeby go uzyskać?

    Sample

    fot. Filippo Monteforte/AFP/East News

    ****

    Z okazji 800. rocznicy “Bożego Narodzenia w Greccio”, przeżytego przez św. Franciszka z Asyżu, nawiedzając kościół franciszkanów i modląc się przed ustawionym tam żłóbkiem od 8 grudnia do 2 lutego 2024 r. można uzyskać odpust zupełny – poinformowała Frances Duncan OSF przewodnicząca Konferencji Rodziny Franciszkańskiej.

    W 1223 r. we włoskim Greccio, św. Franciszek z Asyżu po raz pierwszy “odtworzył” grotę Narodzenia Jezusa w Betlejem przygotowując pierwszą żywą szopkę. Po Soborze Trydenckim, który obradował w latach 1545-1563, pojawiły się ruchome szopki, które ustawiano tylko w okresie Bożego Narodzenia.

    Ważna okazja. 800. rocznica “Bożego Narodzenia w Greccio”

    W związku z osiemsetleciem urządzenia franciszkańskiego żłóbka w Greccio, Penitencjaria Apostolska w imieniu papieża Franciszka wydała zgodę na możliwość uzyskania odpustu w kościołach powierzonych pieczy duszpasterskiej franciszkanów.

    Celem odpustu jest “promowanie duchowej odnowy wiernych i wzrostu życia łaski” – napisała Konferencja w liście do współbraci.

    Wierni mogą go uzyskać pod zwykłymi warunkami począwszy od przypadającej 8 grudnia 2023 r. uroczystości Niepokalanego Poczęcia NMP do obchodzonego 2 lutego 2024 r. święta Ofiarowania Pańskie.
    Warunkiem jest nawiedzenie jednego z kościołów powierzonych pieczy duszpasterskiej franciszkanów i modlitwa przed ustawionym w nim żłóbkiem.

    Odpust nawet dla tych, którzy nie mogą odwiedzić franciszkańskiej świątyni

    – Ci, którzy nie są w stanie fizycznie nawiedzić kościoła franciszkańskiego, mogą uzyskać odpust, ofiarowując swoje cierpienie i składając duchową ofiarę – przekazała Frances Duncan OSF, przewodnicząca Konferencji Rodziny Franciszkańskiej.

    Do pielęgnowania tradycji przygotowywania żłóbka w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie zachęcił papież Franciszek w podpisanym 1 grudnia 2019 r. w Greccio liście apostolskim “Admirabile signum”.

    vaticannews/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak się „narodziło” święto Bożego Narodzenia?

    Jak się „narodziło” święto Bożego Narodzenia?

    Relikwie Żłóbka w Santa Maria Maggiore (fot. s. Amata J. Nowaszewska_FNS)

    ****

    Czy Boże Narodzenie było zawsze ważne i jak je przedstawiano w pismach i sztuce w początkach chrześcijaństwa opowiada ks. Waldemar Turek, filolog i patrolog, kierownik Sekcji Łacińskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej.

    Boże Narodzenie w Betlejem obchodzono uroczyście prawdopodobnie trzy lata po Soborze Nicejskim (325 rok). A przedtem?

    Święto na marginesie

    Uczniowie Chrystusa celebrowali w tamtym okresie, poza niedzielą, przede wszystkim Wielkanoc i święta bezpośrednio z nią związane. Wynikało to z tradycji apostolskich, a te koncentrowały się na zasadniczym dla chrześcijaństwa wydarzeniu zmartwychwstania Jezusa i zesłania Ducha Świętego. Apostołowie i ich następcy głosili z mocą prawdę, że Chrystus zwyciężył śmierć, że trzeba przyjąć chrzest i żyć zgodnie z Jego nauką, aby móc kiedyś zmartwychwstać i z Nim na wieki królować.

    Temat narodzin Zbawiciela pozostawał raczej na marginesie apostolskiego nauczania. Na próżno szukalibyśmy także w dziełach pisarzy tamtego okresu (poza sporadycznymi wzmiankami) tekstów odnoszących się do tego zagadnienia. Jest to o tyle zaskakujące, że u autorów języka greckiego, takich jak św. Ireneusz i Orygenes, jak też u pisarzy języka łacińskiego, jak Tertulian i św. Cyprian, znajdujemy informacje o innych świętach, które już wówczas były uroczyście obchodzone – w takim stopniu, na jaki pozwalała sytuacja społeczna i polityczna. Czasy srogich prześladowań przeplatały się, jak wiadomo, z okresami względnego pokoju, a wiele zależało też od władz poszczególnych prowincji cesarstwa, w których chrześcijaństwo szybko się rozwijało. Pewien wyjątek wśród pisarzy stanowili Klemens Aleksandryjski († ok. 250 r.) i Hipolit Rzymski († III w.), którzy podjęli próby ustalenia daty narodzin Chrystusa, choć doszli do znacznie różniących się od siebie wniosków.

    Mędrcy bez Józefa

    Poza literaturą trzeba wziąć pod uwagę ikonografię i – wprawdzie nieliczne, ale znamienne, a nawet zaskakujące w swej wyrazistości – sceny bożonarodzeniowe. Wydaje się, że najstarsze, przynajmniej na Zachodzie, z malowideł ukazujących Matkę Bożą z Dzieciątkiem możemy podziwiać w rzymskich katakumbach Pryscylli. Pochodzi ono z przełomu II i III w. Najświętsza Dziewica, w postawie siedzącej, wskazuje na Dziecko, które trzyma na kolanach. Obok dostrzegamy proroka, z lewą ręką uniesioną w kierunku gwiazdy ogłaszającej narodziny Mesjasza. Prorok trzyma w prawej ręce zwój z tekstem; chodzi najprawdopodobniej o proroctwo Balaama, opisane w Księdze Liczb 24,17: „Wschodzi gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło”. Na próżno szukać tu św. Józefa – w ikonografii pojawi się dopiero dwieście lat później, w połowie V w.

    W tych samych katakumbach, w tzw. kaplicy greckiej, dostrzegamy inną scenę związaną z Bożym Narodzeniem, powstałą, jak się wydaje, w podobnym okresie. To Pokłon trzech króli, idących żwawym krokiem, ubranych w bogate stroje wschodnie, o żywych, zróżnicowanych kolorach. Madonna, ukazana także tu w pozycji siedzącej, oczekuje na ich pokłon.

    Katakumby Pryscylli zwykle nie są uwzględniane w programach pielgrzymek do Rzymu. Warto jednak wziąć je pod uwagę, choćby ze względu na wspomniane malowidła.

    Pod dachem stajenki

    Dwa wydarzenia z początku IV w. wpłynęły w sposób zasadniczy na życie i kult sprawowany przez chrześcijan, a w konsekwencji na uroczystsze obchodzenie świąt Bożego Narodzenia. Pierwszym był edykt mediolański, wydany w 313 r. przez Konstantyna Wielkiego, dający chrześcijanom w Cesarstwie Rzymskim wolność wyznawania ich religii. Drugim był odbyty w 325 r. Sobór Nicejski, którego decyzje przyczyniły się także do wprowadzenia znaczących zmian w liturgii. Zgromadzeni na nim biskupi wprowadzili jednolitą dla całego Cesarstwa Rzymskiego datę obchodów wielkanocnych: w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca; sama zaś Wielkanoc została ogłoszona przez cesarza Konstantyna świętem państwowym. To z kolei miało decydujące znaczenie przy ustalaniu terminów innych świąt, w tym Bożego Narodzenia.

    W nowych warunkach społecznych i religijnych powstawały wspaniałe świątynie. Zaczęto się głębiej interesować całym życiem i misją Jezusa Chrystusa, badać różne aspekty Jego ziemskiej wędrówki, poczynając od narodzin. Najprawdopodobniej już trzy lata po zakończeniu obrad soborowych obchodzono uroczyście Boże Narodzenie, w Betlejem, w związku z inauguracją bazyliki, która została zbudowana nad grotą narodzenia Jezusa. Uwzględniono wtedy w liturgii także chrzest Jezusa i cud w Kanie Galilejskiej, a uroczystość była sprawowana 6 stycznia. Rzym poszedł własną drogą i 25 grudnia 336 r. obchodził święto, które koncentrowało się na Bożym Narodzeniu. Z biegiem czasu tradycja rzymska przyjęła się na całym Zachodzie i niemal całym Wschodzie (wyjątek stanowi Kościół w Armenii, który kontynuuje do dziś tradycję betlejemską).

    Z tamtego okresu pochodzi najstarsza z zachowanych scen, przedstawiających Dziecię Jezus złożone w żłobie, w stajence. Może to nas zaskoczyć, bo zwykle scenerię ze żłóbkiem i stajenką kojarzymy ze św. Franciszkiem z Asyżu. Scena została wyrzeźbiona na marmurowym sarkofagu rzymskiej arystokratki Adelfii, znajdującym się obecnie w regionalnym muzeum archeologicznym Paolo Orsi w Syrakuzach na Sycylii. Urzeka ona nie tylko wyjątkowym pięknem, ale także stanem zachowania. Dzieciątko Jezus jest owinięte i złożone w żłobie w formie koszyka wiklinowego. Maryja siedzi na kamieniu, zapatrzona w Dziecię. Wół i osioł swoim oddechem ogrzewają ciało Nowonarodzonego. Anioł ogłasza pasterzowi radosną nowinę. A nad wszystkimi widać wyraźnie dach stajenki…

    Jeden wielki żłóbek

    To właśnie w czasach starożytnego chrześcijaństwa zaczęły się pewne zwyczaje związane z obchodami Bożego Narodzenia, które, pogłębiane i wzbogacane w ciągu wieków, tak mocno wrosły w naszą kulturę, że trudno byłoby sobie bez nich wyobrazić dzisiaj świętowanie narodzin Chrystusa. Jednym z nich jest niewątpliwie żłóbek i stajenka. Rzecz interesująca: w języku łacińskim używano niekiedy tego samego terminu na wyrażenie jednego i drugiego, czyli rzeczownika praesepe, oznaczającego żłób, koryto, stajnię, zagrodę dla owiec.

    Niewątpliwie do szerszego użycia tego terminu w kontekście Bożego Narodzenia przyczyniła się budowa rzymskiej Bazyliki Matki Bożej Większej (Santa Maria Maggiore), co stało się po tym, jak biskupi zgromadzeni na soborze w Efezie w 431 r., przyznali Matce Bożej tytuł Theotòkos, czyli Bożej Rodzicielki. Nieco później, bo w VII w., przywieziono z Betlejem właśnie do tej bazyliki relikwie żłóbka, do którego, wedle tradycji, Matka Boża złożyła Dzieciątko Jezus. Relikwie te były też nazywane praesepe lub cunabulum Domini, czyli żłóbek albo kolebka Pana. Nic dziwnego, że kościół otrzymał z biegiem czasu nazwę Sancta Maria ad Praesepe, czyli Matki Bożej od Żłóbka, a sam żłóbek otaczano bardzo żywym kultem ze strony rzymian i przybywających do Wiecznego Miasta pielgrzymów.

    Santa Maria Maggiore stała się bazyliką najbardziej związaną spośród innych świątyń rzymskim z tajemnicą narodzin Jezusa, i to w niej przez długi okres biskupi rzymscy sprawowali uroczystą Mszę Świętą na upamiętnienie narodzin Zbawiciela. Warto ją odwiedzać zawsze, ale zwłaszcza w czasie Bożego Narodzenia. Zresztą, mając na uwadze całą formę architektoniczną kościoła, odnosi się wrażenie jakby, przedstawiała ona jeden wielki żłóbek, w którym swego czasu złożono największy Skarb ludzkości – Jezusa, prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka.

    Obraz ciągle żywy

    Katakumby Pryscylli w Rzymie, sarkofag Adelfii na Sycylii, relikwie żłóbka w bazylice Matki Bożej Większej… Trzy świadectwa, które nabierają szczególnego znaczenia w okresie świąt Bożego Narodzenia. Przypominają nam bowiem, że jesteśmy świadkami i uczestnikami długiej i bogatej tradycji, tak bardzo zakorzenionej w naszej chrześcijańskiej duchowości i kulturze. Obraz Dzieciątka złożonego w żłobie i w stajence, w otoczeniu Najświętszej Matki, a później także św. Józefa, pasterzy i aniołów, wołu i osła – stał się z biegiem czasu jednym z bardzo częstych tematów, przedstawianych przez najbardziej utalentowanych artystów.

    Warto o tym pamiętać, gdy będziemy w czasie świąt podchodzić do naszych parafialnych szopek, mniej lub bardziej udanych, przyglądać się figurkom Dzieciątka Jezus, Maryi i innych świadków tamtego wydarzenia.

    Podziwiając prostotę i głębię zarazem, łatwiej nam będzie adorować Pana i w Jego świetle prostować kręte niekiedy ścieżki naszego życia. Nie chodzi przecież jedynie o wspominanie sielskich lat dzieciństwa i niepowtarzalnego dla tego okresu życia klimatu bożonarodzeniowego, aby stwierdzić: jak szybko i bezpowrotnie mija czas. Przed nami Zbawiciel w żłóbku, mamy przed oczami obraz ciągle żywy, ciągle przemawiający, ciągle inspirujący…

    ks. Waldemar Turek/Family News Service/dm/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skąd wziął się zwyczaj obchodzenia

    „Oktawy Bożego Narodzenia”

    Szopka bożonarodzeniowa na świecie: różne tradycje, których być może nie znasz
    Holyart.pl

    *******

    W tym czasie Kościół obchodzi szczególny okres nazywany Oktawą. W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję.

    Najwcześniej, bo w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się właśnie w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.

    Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.

    Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już w IV wieku. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł. Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.

    Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto tzw. Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.

    Dni następne, czyli 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne: św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).

    Z kolei Święto Świętej Rodziny, które Kościół katolicki co roku obchodzi w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu, w tegorocznej oktawie Bożego Narodzenia wypada 31 grudnia. Kult Najświętszej Rodziny szerzył się od XVII wieku jako spontaniczna reakcja na demoralizujące skutki wojny trzydziestoletniej (1618-1648), które w szczególny sposób dotknęły rodziny. Kult Najświętszej Rodziny zwracał wtedy uwagę na wzór życia rodzinnego. Święto to zaczęto obchodzić co roku w różnych krajach, począwszy od XVIII wieku, a zatwierdził je papież Leon XIII. Decyzją Benedykta XV zaczęto je obchodzić w całym Kościele. Na stałe do liturgii wprowadzono je za pontyfikatu Leona XIII, który na prośbę kard. Bausa, arcybiskupa Florencji, 20 listopada 1890 roku wydał dekret aprobujący „kult czci zwrócony ku Rodzinie Świętej”. Teksty liturgiczne na święto Najświętszej Rodziny ułożył Leon XIII. Jego dziełem też są przepiękne hymny kościelne, przeznaczone na ten dzień. Czytania tak są dobrane, by wyakcentować biblijne sceny, w których występuje rodzina. Teksty Pisma Świętego podkreślają równocześnie obowiązki członków rodziny.

    Ostatni dzień oktawy Bożego Narodzenia wypada 1 stycznia – uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki. Jest to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ADWENTOWA I BOŻONARODZENIOWA POMOC DLA PALLOTYNEK W TANZANII

    20170901 164031
    20170901 164208
    20170901 164302

    ***

    Tegoroczna adwentowa zbiórka pieniędzy będzie przeznaczona na pomoc w realizacji projektu prowadzonego przez siostry pallotynki w Tanzanii. W Afryce, u stóp Kilimandżaro, w miasteczku Tengeru znajduje się ośrodek, Dom Polski, prowadzony przez siostry pallotynki. Został on zbudowany w 1942 przez polskich uchodźców. Siostry organizują tam rekolekcje dla młodzieży i spotkania formacyjne, prowadzą działalność misyjną na rzecz lokalnych społeczności i dokumentują historię polskich wygnańców. Podczas i po II wojnie Polacy stworzyli tam miasteczko z rozwiniętą siecią szpitali i szkół, działała m. in. biblioteka, teatr, harcerstwo, kościół. Obecnie infrastruktura jest w fatalnym stanie. Rozpadające się ściany, dziury w dachu i podłodze, przez które wchodzą insekty i szczury, utrudniają siostrom pracę. Te budynki wymagają przebudowy i rozbudowy, aby to miejsce mogło nadal służyć działalności misyjnej. Tradycyjnie zbieramy pieniądze do naszych “słoiczków” po Mszach św. w kościele św. Piotra. Siostry składają serdeczne Bóg zapłać za każdą kwotę przekazaną na ten cel.

    _____________________________________________________________________

    Na czym polega wolontariat misyjny?

    Na czym polega wolontariat misyjny?

    Dzięki uprzejmości Mid-South Mission of Mercy | Instagram

    ***

    Zamiast na wczasy, wyjeżdżają, by pomagać innym. Biorą dłuższe urlopy, a czasami nawet porzucają wygodne posady. Wolontariusze misyjni. Chcą zmieniać świat, ale przy tym zmieniają siebie. 

    Angażujący się w wolontariat misyjny młodzi ludzie opiekują się dziećmi, budują szkoły, pomagają w przychodniach, hospicjach, szpitalach i domach dla „dzieci ulicy”. Ich destynacją są kraje misyjne. Kenia, Tanzania, Uganda, Kolumbia, Urugwaj, Kazachstan i każde inne miejsce na świecie, gdzie potrzebna jest pomoc. Podążają w ślad za misjonarzami, by wspierać ich dzieła społeczne, dzielić się doświadczeniem, a często specjalistyczną wiedzą z konkretnych dziedzin.

    Wolontariusze misyjni – wsparcie dla misjonarzy

    W wielu krajach określanych jako kraje misyjne misjonarze stworzyli infrastrukturę, której miejscowa ludność potrzebowała. Wykopali studnie, założyli pompy, utworzyli pracowanie stolarskie, warsztaty krawieckie, drukarnie, przedszkola, szkoły czy ośrodki dla osób niepełnosprawnych. Teraz potrzebują wsparcia, by instytucje te zachowały dynamikę działania i rozwijały się.

    Tak jest m.in. w Rwandzie, w Kigali. Ośrodek zdrowia, założony przez śp. ks. abp. Henryka Hosera SAC, b. ordynariusza diecezji warszawsko-praskiej, powiększył się w ostatnich latach o oddział położniczy. Codziennie odbywa się tam kilkanaście porodów. Siostry pallotynki – misjonarki, odpowiedzialne za placówkę, przyjmują przede wszystkim ubogie kobiety, które nie mają ubezpieczenia zdrowotnego i nie stać ich na opłacenie szpitala. Dlatego placówka nieustannie potrzebuje wsparcia.

    W tym roku [2017 – przyp. red.] wyjeżdża tam wolontariuszka Fundacji Salvatti.pl, Maria Miłek. Niedawno zdobyła dyplom położnej i chce poświęcić rok swojego życia, by pomóc w Afryce. Barbara Dawidowska spędziła w Rwandzie i Demokratycznej Republice Konga 10 miesięcy. Na co dzień pracuje jako katechetka. Na wyjazd wolontariacki zdecydowała się w ramach urlopu zdrowotnego, by zregenerować struny głosowe.

    Ponieważ ma uprawnienia masażystki, do Rwandy zabrała ze sobą 5 łóżek do masażu, by prowadzić rehabilitację dzieci i dorosłych. Zapewniła tym samy zupełnie nową jakość w dotychczasowej działalności ośrodków zdrowia, prowadzonych przez misjonarzy. Teraz zastąpią ją kolejne wolontariuszki, Ewa Witt, studentka fizjoterapii i Martyna Sobczyk, masażystka.

    Agnieszka Ogorzałek, studentka, w szwalni prowadzonej przez misjonarzy zaproponowała nowy fason toreb na ramię. Lokalne szwaczki szybko się wdrożyły w ten projekt. W kolejnym roku go powtórzyły. Całą kolekcję wolontariuszka przywiozła do Polski, by sprzedać ją i zdobyć fundusze na kolejną edycję.

    Czym wolontariat misyjny różni się od misji?

    Wyjazdy wolontariackie na ogół trwają od miesiąca do ok. roku. Miesiąc to minimalny czas, żeby wdrożyć się w nową kulturę i posłużyć innym pomocą. Od misjonarzy wolontariuszy odróżnia to, że ich wyjazdy są krótsze i ukierunkowane nie tylko na pomoc ludziom w krajach misyjnych, ale także na wspieranie, już po powrocie, organizacji, dzięki której wyjechali na wolontariat.

    Ideą wolontariatu misyjnego jest wspieranie działalności placówek misyjnych, ale także doświadczenie kultury danego kraju, by potem być swoistym „ambasadorem” misji.

    Wielu wolontariuszy przywozi ze sobą do Polski nowe projekty, które potem wspólnie realizujemy – mówi ks. Jerzy Limanówka, prezes Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl. Edyta Dziurman, psycholog, nawiązała współpracę ze szkołą w Masaka w Rwandzie, przywiozła historie dzieci, sierot i półsierot, które obecnie wspieramy, szukając dla nich „patronów” w Polsce. Renata Dulias, wykładowca akademicki z Uniwersytetu Śląskiego, zapoczątkowała program stypendialny dla studentów z ubogich rodzin, a szczególnie zaangażowanych w życie parafii w swoich krajach.

    Część osób po powrocie z wolontariatu nadal rozpala od wewnątrz misyjny duch i po raz kolejny decydują się one na wyjazd wolontariacki. Honorata Szczęsna, zawodowo ekspertka w branży dekoracji wnętrz, po rocznym kursie wolontariatu już drugi raz wyjechała na misje. Rok temu była w Rwandzie. Wokół szkoły prowadzonej przez siostry pallotynki stworzyła pokaźny warzywniak. Nauczyła dzieci, że jeśli odpowiednio pielęgnujemy ogród, warzywa rosną nawet w porze suchej.

    W tym roku zrezygnowała z pracy zawodowej i wyjechała na 8 miesięcy do Indii. Tam, w wiosce Vutukur na południu kraju, pomaga w sierocińcu prowadzonym przez księży pallotynów. Przyznaje, że życie w dostatku sprawiło, iż poczuła silną chęć dzielenia się z innymi swoimi zasobami materialnymi, doświadczeniem i czasem. Podobnie było z Sylwią i Karolem, małżeństwem prawników. Rok temu wyjechali do Kenii. Teraz myślą o Kamerunie.

    Czy wolontariusz misyjny musi być osobą wierzącą?

    Praca wolontariuszy misyjnych, choć działają oni pod egidą Kościoła katolickiego, nie polega na ewangelizacji wprost. Wolontariusze misyjni przede wszystkim służą swoim przykładem, zaangażowaniem i chęcią pomocy. Wyróżniają się wrażliwością na potrzeby innych. Pokazują ludziom z krańców ziemi, że świat o nich nie zapomniał. Okazują im swoje zainteresowanie i otwartość. Czasami najważniejsze jest to, że z nimi są.

    Dobrze, jeśli wolontariusz misyjny jest osobą wierzącą, o pogłębionym życiu duchowym. Są jednak i tacy, którzy zgłaszają się na wolontariat, bo czują przynaglenie, by pomagać innym, ale dopiero chcą poznać KościółDla nich też jest miejsce w wolontariacie misyjnym. Można ich nazwać, powtarzając za niemieckim teologiem Karlem Rahnerem, anonimowymi chrześcijanami. Wcześniej nie mieli okazji poznać Boga, który by ich zachwycił i przyciągnął, ale czuli w sobie chęć pomocy innym. Intuicja miłości bliźniego, bez względu na wyznanie, kulturę czy kolor skóry, była w nich żywa. I tak trafili do wolontariatu prowadzonego przez instytucję kościelną.

    Nie pytamy wolontariuszy o motywacje, bo wszystkie one, włącznie z chęcią zmiany otoczenia, poznania nowej kultury i zwiedzania świata gdzieś spotykają się z chęcią pomocy innym – mówi ks. Limanówka.

    Wiele takich osób zostaje nie tylko w wolontariacie, ale także w Kościele, bo w wolontariacie misyjnym dostrzegło realizację najwyższej wartości –miłości bliźniego – i dostrzegło miłosierne obliczeBoga, który jest dla wszystkich.

    Monika Florek-Mostowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nasza ministrantka, Wiktoria Dulska, wyjeżdża w lutym z grupą młodzieży z Dunoon na wolontariat do Tanzanii  (gwoli wyjaśnienia, to nie jest to samo miejsce, na rzecz którego prowadzimy naszą zbiórkę adwentową).

    Młodzież będzie się tam zajmować się dziećmi, których rodziców nie stać na opłacenie edukacji. Wiktoria może zabrać dodatkowy bagaż bez dodatkowych opłat.

    W związku z tym przez dwa weekendy – 6 i 7 stycznia oraz 13 i 14 stycznia, będziemy w kościele św. Piotra zbierać:

    • kredki 
    • ołówki, 
    • zeszyty 
    • kolorowanki
    • kolorowy papier 
    • ubrania letnie oraz buciki dla dzieci w wieku 4 do 12 lat

    Z tyłu kościoła wystawimy kosz, do którego będzie można włożyć wyżej wymienione przedmioty.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 grudnia

    NIEDZIELA ŚWIĘTEJ RODZINY

    Jezus w domu rodziców. Mal. John Everett Millais/pl.wikipedia.org

    ****

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    14.00 – MSZA ŚW. OSTATNIA W STARYM ROKU

    W INTENCJI DZIĘKCZYNNEJ I RÓWNIEŻ PRZEBŁAGALNEJ

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ___________________________________________________________________________________________

    Wdzięczni Miłosiernemu Bogu za kolejny rok życia prośmy o błogosławieństwo na następny!

    “Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia”.

    Ta krótka modlitwa sprawdzi się idealnie dla tych, którzy także duchowo chcą przeżyć zakończenie roku i rozpoczęcie nowego. Litania składa się z części dziękczynnej i błagalnej. Warto odmówić ją 31 grudnia w gronie rodzinnym, parafialnym lub indywidualnie.


    Litania na ostatni dzień roku

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.
    Łaskawy i miłosierny Boże – zmiłuj się nad nami.

    Boże, który stworzyłeś nas z niczego na obraz i podobieństwo swoje – dziękujemy Ci za to.
    Boże, który dałeś nam duszę nieśmiertelną –
    Boże, który wybawiłeś nas od wiekuistego potępienia –
    Boże, który pomimo naszych grzechów zawsze wyświadczasz nam Miłosierdzie –
    Boże, który dajesz nam deszcze i pogodę słoneczną –
    Boże, który nas żywisz i utrzymujesz przy życiu –
    Boże, który zsyłasz nam kapłanów i nauczycieli –
    Boże, który uwolniłeś nas swoją pomocą od tyłu niebezpieczeństw –
    Boże, który zechciałeś nas utrzymywać w pokoju i jedności –

    My, grzeszni, prosimy Cię – wysłuchaj nas, Panie.
    Abyś zechciał być naszym dobroczyńcą i w przyszłym roku, prosimy Cię –
    Abyś zechciał oświecać mądrością i umacniać naszego papieża Franciszka., prosimy Cię –
    Abyś zechciał napełnić gorliwością apostolską naszego metropolitę archidiecezji Glasgow Williama, naszego arcybiskupa Stanisława i wszystkich kapłanów, prosimy Cię –
    Abyś zechciał kierować wszystkie świeckie rządy dla dobra ich poddanych, prosimy Cię –
    Abyś zechciał być pomocny rodzicom, prosimy Cię –
    Abyś zechciał użyczyć wszystkim chrześcijanom ducha jedności i braterskiej miłości, prosimy Cię –
    Abyś zechciał zawrócić błądzących na drogę prawdy i dobra, prosimy Cię,
    Abyś zechciał być Ojcem biednych, opuszczonych, wdów i sierot, prosimy Cię,
    Abyś zechciał pocieszyć zasmuconych i przybyć na pomoc uciśnionym, prosimy Cię,
    Abyś zechciał pokrzepić chorych, a umierających doprowadzić do życia wiecznego, prosimy Cię,
    Abyś zechciał odpłacić łaskami niebieskimi naszym dobroczyńcom ich dary, prosimy Cię,
    Abyś zechciał zachować nas od powietrza, głodu, ognia, wojny i wszelkich chorób, prosimy Cię,
    Abyś zechciał odwrócić wszelkie nieszczęścia od naszych mieszkań, prosimy Cię,
    Abyś zechciał wprowadzić nas po skończonym życiu do szczęśliwej wieczności, prosimy Cię,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Ojcze miłosierdzia i Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia. Mocno i szczerze postanawiamy, jeśli nas jeszcze przy życiu zechcesz zostawić, służyć Ci w następnym roku z większą wiernością. Racz nam, o Boże, udzielić Twojej łaski dla wykonania tego postanowienia. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    stacja7.pl/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWY ROK PAŃSKI 2024

    UROCZYSTOŚĆ

    ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI MARYI

    Święto dwóch tajemnic

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Nowy Rok wierni są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej

    W Kościele katolickim Nowy Rok pański rozpoczynamy uroczystością Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. jest świętem nakazanym. W tym roku 2024 przypada ten dzień w poniedziałek. Jest to święto nakazane. W związku z tym, zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, katolicy mają obowiązek uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    Obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej zostaje wypełniony dzięki udziałowi w niej w jakimkolwiek obrządku katolickim. Według kodeksu można uczestniczyć w niej w dniu święta lub wieczorem dnia poprzedzającego, czyli w wigilię święta.

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej w święta nakazane, inaczej popełniają grzech ciężki. Do świąt nakazanych należą wszystkie niedziele w ciagu roku oraz takie uroczystości jak:

    1 stycznia – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
    6 stycznia – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa (Boże Ciało)
    15 sierpnia – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych
    25 grudnia – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    _____________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św. Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie marnuj czasu, mniej scrolluj, dawaj obecność bliskim.

    Zobacz 10 postanowień noworocznych dla katolika!

    10 postanowień noworocznych dla katolika

    Tatyana Aksenova | Shutterstock

    ***

    Oto postanowienia dla ludzi wierzących, czyli takich, którzy mają wiarę, że ich działanie coś zmieni, a świat stanie się może odrobinę lepszy. Sprawdź czy znajdziesz tu coś dla siebie!

    Epifania i Niedziela Chrztu Pańskiego to ostatnie akordy bożonarodzeniowego świętowania. Już za chwilę oswoimy się z pisaniem nowej daty, nowy rok zacznie się starzeć, a zielone ornaty kapłanów obwieszczą nadejście okresu zwykłego.

    Psychologowie twierdzą, że styczeń nie jest najlepszym miesiącem na podejmowanie nowych wyzwań. Coś jest na rzeczy, skoro już pod koniec miesiąca karty na siłownie masowo lądują w koszach na śmieci, a podręczniki i pomoce do nauki języków zaczynają pokrywać się coraz grubszą warstwą kurzu. W czasie kiedy natura śpi, a większą część dnia spowija ciemność, nasze organizmy skłaniają się raczej do zimowego snu, a nie ku nowym challenge’om.

    A może dzieje się tak, bo brak nam silnej woli, motywacji i wiary, że nowe przedsięwzięcia mogą coś zmienić w naszym życiu? Dlatego proponujemy postanowienia dla ludzi wierzących, czyli takich, którzy mają wiarę, że ich działanie coś zmieni, a świat stanie się może odrobinę lepszy.

    Te zobowiązania nie muszą być podjęte od razu. Wystarczy, by dobre zmiany wydarzyły się w tym roku – może w czasie wielkiego postu, w wakacje, w nowym roku szkolnym lub rzutem na taśmę – podczas adwentu? Jeśli uda się dokonać zmiany w choć w jednej sferze życia, to już będzie bardzo dobrze!

    Nie zaplanowałeś jeszcze noworocznych postanowień? Rzuć okiem na tę listę! Może to coś zmieni?

    1. Naucz się planować czas

    Serio? 24 godziny na dobę z rozpiską albo aplikacją do planowania zajęć? Czy ja jestem jakimś robotem? Nie chcę, by rządził mną terminarz! Bez obaw: nie o to tutaj chodzi. Czas jest dziś niezwykle deficytowym towarem. Pamiętajmy jednak, że jest też darem od Boga. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę większość zgromadzeń zakonnych. Tam każdy dzień jest zaplanowany. Zapiskach więziennych bł. Stefana Wyszyńskiego można znaleźć szczegółowy plan dnia rozpisany przez kardynała. Rutyna była dla niego jednym ze sposobów, by przetrwać ciężki czas internowania.

    Tobie też będzie łatwiej, kiedy kosztem spontaniczności (która w tym przypadku nie jest zaletą) zachowasz zdrowe proporcje pomiędzy pracą, nauką, modlitwą, odpoczynkiem i czasem dla bliskich. Plan możesz rozpisać na kartce, w terminarzu lub ułożyć w specjalnych aplikacjach. Warto zdać sobie sprawę, że czas jest wartością, która znika bezpowrotnie, lecz przy odrobinie wysiłku i dyscypliny możesz nią właściwie dysponować.

    2. Znajdź czas dla bliskich

    Brzmi ogólnie i banalnie? Uwierz, że w tym przypadku chodzi o konkret! A dokładnie: o wyznaczenie czasu na pogłębianie relacji z dziećmi, żoną, rodzicami czy parafianami. Jeśli wydaje ci się to nieco… sztuczne, wykonaj pewien eksperyment – spróbuj każdego dnia, przez powiedzmy miesiąc, spędzić z bliskim (np. z dziećmi) 15 minut dziennie. Wydaje się proste, ale… Zresztą zacznij i sam przekonaj się, czy coś się zmieniło. Potem możesz stopniowo starać się wydłużać ten czas. W jaki sposób? Patrz punkt 1.

    3. Mniej scrolluj, więcej czytaj

    Przyznaj się – tylko szczerze – ile czasu przeznaczasz na scrollowanie, podczas którego czytasz tylko nagłówki? Przypuszczam, że stanowczo za dużo… A ile książek zdołałeś przeczytać w zeszłym roku? Według badań Biblioteki Narodowej, od kwietnia 2021 do marca 2022, co najmniej jedną książkę przeczytało 38% Polaków. Przeczytaj chociaż jedną książkę miesięcznie, a zobaczysz, że zmiana będzie kolosalna. Możesz zdecydować się na literaturę popularną, ale możesz też sięgnąć po trochę głębsze i bardziej wartościowe treści.

    4. Zaangażuj się

    Ta sugestia dotyczy przede wszystkim panów. Jeśli chodzi o aktywność w Kościele, to prochu nie odkryjemy, ale wiadomo, że płeć piękna bije mężczyzn na głowę. Dlatego coraz częściej z przekąsem mówi się o Kościele Żeńskokatolickim. Podobno większość mężczyzn nie lubi chodzić do kościoła, bo się tam nudzi. Znana prawda głosi, że facet musi mieć konkretne zadanie do wykonania. Czyli, jeśli Msza św. cię nuży, zostań ministrantem, a wtedy na każdej Eucharystii będziesz miał jakieś zadania do wykonania. Nie zasłaniaj się wiekiem – są tacy, którzy „reaktywowali się” do służby liturgicznej po 30-letniej przerwie.

    A może lepszym pomysłem będzie zaangażowanie się w działanie jakiejś typowo męskiej wspólnoty? Przeważa tam zwykle formacyjny konkret. Nie bój się dołączyć do grona aktywnych: satysfakcja gwarantowana!

    5. Weź udział w nabożeństwach wynagradzających

    Jeśli aktywność w parafii to za mało, zawsze możesz przyłożyć rękę do… ratowania świata. Brzmi górnolotnie i mało wiarygodnie, ale… Kiedy 10 grudnia 1925 r. Matka Boża z Dzieciątkiem ukazała się Siostrze Łucji – jednej z fatimskich wizjonerek, poprosiła właśnie o wynagradzanie jej Niepokalanemu Sercu.

    Maryja wskazała też, jak należy odprawiać nabożeństwo; przez pięć kolejnych pierwszych sobót miesiąca należy przystąpić do spowiedzi, przyjąć komunię, odmówić część różańca, oraz przez 15 minut towarzyszyć Jej na rozważaniu tajemnic różańcowych. Pamiętajmy, że nie jest to czas, w którym wypraszamy łaski lub dziękujemy za wstawiennictwo Maryi. Modlimy się w intencji wynagradzającej Najświętszej Maryi Pannie za bluźnierstwa, zniewagi i inne grzechy raniące Jej Niepokalane Serce. Co ważne, nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca nie tylko ratują dusze grzeszników przed potępieniem, ale wypraszają pokój na świecie, czyli mówiąc wprost – ratują świat! A jak ważny jest teraz udział w nabożeństwach, które niosą pokój w Polsce A.D. 2023 graniczącej z Ukrainą, chyba nie trzeba pisać.

    6. Przeczytaj Pismo Święte w rok

    Biblię czytamy najczęściej fragmentami. A gdyby tak w tym roku przeczytać ją w całości? Od deski do deski lub raczej od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. To naprawdę możliwe! W dodatku zajmuje to jedynie ok. 20-30 minut dziennie. Przy okazji warto posłuchać też konferencji biblijnych – stacjonarnych lub online. Wtedy poznawanie Słowa Bożego może stać się prawdziwą przygodą. Warto też zajrzeć do lektur uzupełniających (i obowiązkowych!). Dobrymi propozycjami na początek są Krąg Biblijny Romana Brandstaettera i powieść Przymierze Zofii Kossak- Szczuckiej.

    7. Zawierz się odpowiednim osobom

    Dlaczego warto zawierzyć się Matce Bożej lub św. Józefowi? Odpowiedź jest prosta i logiczna: skoro sam Bóg Ojciec powierzył im w opiekę swojego Syna, to dlaczego my sami mielibyśmy tego nie zrobić? Zanim jednak zdecydujesz się podpisać Akt zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi lub Akt konsekracji św. Józefowi, przygotuj się do tego przez odpowiednią formację. Bardzo popularną formułą „zawierzeniową” są 33-dniowe rekolekcje.

    Tym, którzy chcą przejść taką formację i powierzyć się ziemskiemu opiekunowi Pana Jezusa, polecamy książkę Konsekracja św. Józefowi, której autorem jest ks. Donald H. Calloway.

    8. Uporządkuj finanse

    Czasy nie są łatwe, ale mówi się, że aktualny kryzys jest dla nas szansą. Może właśnie w tym roku zmobilizujesz się do wdrożenia nawyku planowania rodzinnego budżetu? Może postarasz się wyjść z długów lub zbudować poduszkę finansową? Trudne czasy mogą być impulsem, by podjąć dobre decyzje (nie zawsze łatwe) i powierzyć tę sferę życia Bogu. Polecam sięgnąć po książkę Uzdrowienie finansów. Jak z Bożą pomocą wyjść z długów małżeństwa Małgorzaty i Wojciecha Nowickiego, którzy dzielą się w niej swoją wiedzą i doświadczeniem Bożej ekonomii.

    9. Czyń dobro, ale rób to mądrze

    Przeznaczanie części zarobków na pomoc innym to piękny zwyczaj. W jaki sposób to zrobisz – ta decyzja należy do ciebie. Potrzeb jest mnóstwo, ale dobro należy czynić „z głową”. Dlatego najpierw starannie przemyśl i przemódl swój pomysł na dobroczynność.

    Jak już podejmiesz decyzję, możesz ułatwić sobie sprawę ustawiając stałe zlecenie przelewu na wybrany cel; na koncie bankowym lub na stronie organizacji charytatywnych.

    A może będziesz zamawiać intencje mszalne? Poproś księdza o odprawienie mszy św. za solenizantów, jubilatów czy przy okazji innych, ważnych wydarzeń. Nie zapominaj też o zmarłych! Duszom przebywającym w czyśćcu nic tak nie pomaga, jak właśnie sprawowana w ich intencji Eucharystia.

    10. Zadbaj o siebie

    Jeśli tego nie zrobisz, prawdopodobnie nie zdołasz nic zmienić. Nie będziesz też w stanie pomagać innym. Mało tego, sam będziesz potrzebował pomocy od nich. Słyszałeś, że słynna sentencja św. Tomasza z Akwinu – „łaska buduje na naturze” – brzmi dalej: „na naturze najedzonej i wyspanej”?! Nie wystarczy życzyć sobie „zdrówka, zdróweczka” – do sprawy należy podejść mniej życzeniowo, a bardziej konkretnie. Kompleksowe badania lekarskie wraz ze skanem całego organizmu to jeden z pomysłów do zrealizowania w najbliższym kwartale.

    Dbanie o siebie polega też na odpoczynku. Może weźmiesz w tym roku dłuższy urlop? Może wrócisz do zawieszonej na kołku pasji? Rozumiem natłok obowiązków, ale pamiętaj, że masz prawo do przyjemności!

    Co powiesz na „duchowe SPA”? Oferta rekolekcji i rozmaitych kursów czy warsztatów jest naprawdę imponująca. A może warto zainwestować wreszcie w terapię lub program 12 kroków? Owoce mogą być naprawdę zbawienne :-).

    Łukasz Witkiewicz /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wolność religijna naruszana w 61 krajach świata

    Papież Franciszek podczas modlitwy Anioł Pański w Watykanie nawiązując do przypadającego dziś święta św. Szczepana Pierwszego Męczennika, zapewnił o swej bliskości z dyskryminowanymi chrześcijanami i zachęcił ich do trwania w miłości do wszystkich oraz do pokojowej walki o sprawiedliwość i wolność religijną. Jak wynika z raportu “Wolność religijna na świecie 2023” (Religious Freedom Worldwide 2023) Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) w ciągu ostatnich dwóch lat wolność religijna została naruszona w 61 krajach na całym świecie. Prawie 4,9 miliarda ludzi, a zatem ponad 62 procent światowej populacji, żyje w krajach, w których dochodzi do poważnych lub bardzo poważnych naruszeń wolności religijnej”.

    fot. Adobe Stock/Tygodnik Niedziela

    ***

    W raporcie zaznaczono, że nie oznacza to, że wszyscy członkowie grupy religijnej są prześladowani w tych krajach. Jednak w wielu z tych krajów najbardziej dotknięte są mniejszości religijne. Autorytarne rządy, ale także ekstremizm islamski i nacjonalizm etniczno-religijny, są przede wszystkim odpowiedzialne za ograniczenia wolności religijnej.

    Raport, który jest publikowany co dwa lata od 1996 roku, zawiera analizy regionalne, informacje ogólne i studia przypadków oraz obejmuje obserwacje w 196 krajach. W “czerwonej kategorii” PKWP donosi o prześladowaniach ze względu na wiarę w 28 krajach. Należą do nich Afganistan, Iran czy Korea Północna, ale także kraje afrykańskie, takie jak Burkina Faso, Mali, Sudan czy Libia. Po raz pierwszy w “czerwonej kategorii” pojawia się również Nikaragua. Szczególnie Kościół katolicki cierpi tam z powodu represji ze strony rządu prezydenta Ortegi.

    W 33 innych krajach PKWP zaobserwowała dyskryminację ze względu na przynależność religijną w “kategorii pomarańczowej”. Tylko w dziewięciu krajach sytuacja w zakresie dyskryminacji, przestępstw z nienawiści i przemocy na tle religijnym uległa nieznacznej poprawie od 2021 r., w tym w Egipcie, Etiopii i Jordanii.

    Od 2021 roku w 40 krajach na całym świecie ludzie są prześladowani lub zabijani za swoją wiarę. W samym Burkina Faso PKWP donosi o 3 600 ofiarach śmiertelnych w 2022 roku – prawie 10 dziennie. Według raportu, miejsca kultu i instytucje religijne zostały zaatakowane lub zdewastowane w 34 krajach od 2021 roku.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    “Maryja jest pierwszą Misjonarką, bo Ona zaniosła Jezusa do Elżbiety”

    Apel Jasnogórski ma 66 lat - jaka jest historia tej niezwykłej modlitwy?

    fot. ks. Rafał Kowalski/Gość Niedzielny

    ***

    Maryja, jest pierwszą Misjonarką – przypomniał kard. Fernando Filoni. Prefekt watykańskiej Kongregacji Ewangelizacji Narodów przybył na Jasną Górę z pierwszą swoją pielgrzymką. Jej intencją było powierzenie Matce Bożej spraw misyjnych Kościoła i rozwoju wiary w świecie.

    Kard. Filoni podkreślił, że bardzo pragnął nawiedzić częstochowskie Sanktuarium, bo jest przekonany o obecności Maryi w tym miejscu i zawierzyć Jej to wszystko, co wiąże się ze sprawami misyjnymi Kościoła, za które jest odpowiedzialny.

    Jak Maryja może towarzyszyć misjonarzom? 

    – Mój pobyt tutaj ma pewną wizję. Będąc odpowiedzialnym za misje na całym świecie stawiam sobie pytanie: jak Maryja może towarzyszyć misjonarzom i opiekować się misjami, w jaki sposób może pomagać misjom na całym świecie? Maryja jest pierwszą Misjonarką, bo Ona zaniosła Jezusa do Elżbiety, tak jak kiedyś do niej, tak niesie Go wszystkim innym – powiedział kardynał. Gość z Watykanu podkreślił, że ewangelizacja świata, tak bardzo upragniona i głoszona przez papieża Franciszka, nie może się odbywać bez Maryi. Zachęcał byśmy nieustannie powracali do Niej, bo Ona jest naszą Matką.

    Przed synodem biskupów o młodzieży zauważył, że tak jak Maryja towarzyszyła Jezusowi w Jego rozwoju i rozeznaniu drogi, tak z pewnością może pomóc młodym w odnalezieniu ich powołania.Dostojny gość przewodniczył Mszy św. w Kaplicy Matki Bożej. – Przeżycie było bardzo głębokie, bardzo wielkie, bo wiemy, że Maryja zawsze prowadzi do Jezusa Chrystusa, jest jak gdyby bramą do Jezusa dla wszystkich – powiedział kard. Przypomniał, że “na krzyżu Pan Jezus powierzył Matkę Bożą Janowi i Jan wziął Ją do swojego domu, stąd Maryja jest Tą, która nam towarzyszy nieustannie. Jan reprezentuje ludzkość, dlatego my nieustannie powracamy do Niej, bo wiemy, że Ona jest naszą Matką i nam towarzyszy”.

    – Jasna Góra jest najważniejszym punktem mojego pobytu. Potem jeszcze będą inne miejsca, które chcę zwiedzić m.in. Kraków – powiedział kard. Fernando Filoni. Kongregacja Ewangelizacji Narodów stanowi narzędzie papieża i Stolicy Apostolskiej w koordynowaniu działalności na terenach misyjnych oraz współpracy na rzecz misji.

    Wspiera formację duchowieństwa i hierarchii kościelnej oraz zakładanie nowych instytutów misyjnych na terenach misyjnych, a także wspiera misje materialnie. Kongregacji podlega również Międzynarodowa Agencja Informacyjna “Fides”, która co roku publikuje statystykę Kościoła katolickiego oraz listę osób pracujących w duszpasterstwie, którzy zostali zamordowani w czasie ostatniego roku.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Edward Pentin:

    Walsingham – czy stamtąd wyjdzie katolickie odrodzenie Anglii?

    fot. Flickr

    ***

    Walsingham, sanktuarium Matki Bożej zwane angielskim Nazaretem, może stać się zaczątkiem katolickiego odrodzenia Anglii – uważa Edward Pentin. Na łamach National Catholic Register znany watykanista opisał obecną sytuację Walsingham, sanktuarium poświęconego Matce Bożej, położonego na wsi w północnym Norfolku. Jak pisze, na przestrzeni długiej historii Anglii Walsingham uchodziło za centrum wiary katolickiej.

    „Tak samo jest i dzisiaj. Podczas gdy kraj staje się coraz bardziej świecki i postchrześcijański, sanktuarium Matki Bożej z Walsingham przyciąga pojedynczych ludzi i rodziny, którzy chcą przeżywać swoją wiarę i czcić Najświętszą Panienkę” – wskazał Pentin.

    Wielka Brytania jest dziś wyjątkowo ateistycznym krajem, przypomniał Pentin. Z niedawnego sondażu wynika, że Brytyjczycy są jednym z najmniej skłonnych do wiary Boga narodów na świecie. Anglia i Walia nie są już przeważająco chrześcijańskie – zgodnie z badaniem z 2021 roku chrześcijanie w tych krajach stanowią mniej niż połowę społeczeństwa. Ten stan rzeczy, zauważył Pentin, odbija się na angielskim prawodawstwie, zagrażając wolnościom obywatelskim. Dlatego coraz pilniejszy jest powrót do katolickich korzeni Anglii, który mógłby zaowocować nawróceniem kraju.

    Anglicy, którzy marzą o takim rozwoju wypadków, zwracają często uwagę na głęboką pobożność Maryjną, która cechowała średniowieczną Anglię. Anglii nadano nawet tytuł „posagu Matki Bożej”; tytułu tego zresztą nigdy nie odwołano, nawet jeżeli większość Anglików nigdy o nim nie słyszała. „Kiedy Anglia powróci do Walsingham, Matka Boża powróci do Anglii” – powiedział w 1897 roku papież Leon XIII, cytowany przez Pentina.

    Walsingham to niewielkie miasteczko, zamieszkane przez zaledwie 600 osób. W Walsingham Matka Boża jest wszechobecna, co, napisał Pentin, pozwala wyobrazić sobie, jak wyglądałaby kultura Anglii, gdyby rewolucja protestancka nie ogołociła kraju z katolickiej tożsamości.

    Sanktuarium w Walsingham powstało w drugiej połowie XI wieku; zostało zniszczone w 1538 roku w okresie szczytowej tyranii króla Henryka VIII. Pielgrzymki do Walsingham ruszyły ponownie po roku 1829, kiedy władze Anglii przyznały katolikom prawa obywatelskie. W 1982 roku zbudowano w Walsingham dużą kaplicę Matki Bożej, którą papież Franciszek w 2015 roku ogłosił bazyliką mniejszą. Obecnie każdego roku sanktuarium przyciąga 150 tysięcy pielgrzymów.

    W Walsingham mieszkają dziś trzy dziewice konsekrowane, które rozmawiały z Edwardem Pentinem. Kobiety wskazują, że Walsingham to swoiste „ground zero”, gdzie wciąż odczuwa się siłę zniszczeń rewolucji protestanckiej. Zarazem w miasteczku wzrasta świętość. „Żyjesz w Walsingham żeby stać się świętym” – powiedziała jedna z nich. W mieście katolikiem jest co czwarty mieszkaniec, pozostali to anglikanie, metodyści, prawosławni albo osoby bezwyznaniowe. Do Walsingham sprowadzają się też rodziny katolików, które edukują dzieci w domu. Są wśród nich zarówno katolicy związani z nową Mszą, jak i ci chodzący na liturgią tradycyjną; nie brakuje również konwertytów z protestantyzmu.

    29 GRUDNIA 2023/PCh24.pl/źródło: ncregister.com

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    Rozpoczynamy Adwent

    kolejny Nowy Rok Liturgiczny


    ****

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.

    „Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.

    „Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).

    „W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

    „W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.

    „Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”.
    „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .

    “Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .

    (z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Roraty – są to adwentowe Msze św. odprawiane przed wschodem Słońca. Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:

    „Rorate caeli desuper” – „Spuśćcie rosę niebiosa”.

    Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, patronkę adwentowego oczekiwania, która jako jutrzenka, wyprzedza wschód słońca i zapowiada przyjście pełnego światła – Światłości świata Jezusa Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.

    ****

    Samplefot. Dawid Tatarkiewicz/East News

    ****

    Przekazy historyczne mówią, że roraty odprawiano w Polsce już za czasów panowania Bolesława Wstydliwego. Przez całe wieki Król, umieszczając w czasie rorat na ołtarzu zapaloną świecę, oświadczał: „Gotów jestem na sąd Boży”, za nim czynił to Prymas Polski, mówiąc „Sum paratus ad adventum Domini” (Jestem gotów na przyjście Pana), po nich zaś kolejno: senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin i chłop, powtarzając słowa króla.

    ****

    ****

    W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO

    W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODY W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 GRUDNIA

    PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU

    This image has an empty alt attribute; its file name is adwent-BIG-114088.jpg

    ****

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    W GODZINIE MIŁOSIERDZIA MODLIMY SIĘ SŁOWAMI, KTÓRE PODYKTOWAŁ PAN JEZUS SIOSTRZE FAUSTYNIE KOWALSKIEJ.

    Modląc się Koronką do Bożego Miłosierdzia możemy uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 GRUDNIA

    DRUGA NIEDZIELA ADWENTU

    Od niedzieli zapalamy świece w adwentowym wieńcu

    fot. depositphotos.com

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    W GODZINIE MIŁOSIERDZIA MODLIMY SIĘ SŁOWAMI, KTÓRE PODYKTOWAŁ PAN JEZUS SIOSTRZE FAUSTYNIE KOWALSKIEJ.

    Modląc się Koronką do Bożego Miłosierdzia możemy uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 GRUDNIA

    III NIEDZIELA ADWENTU

    Radujcie się! Pan jest blisko!

    3 Niedziela Adwentu

    ***

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU /SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 GRUDNIA

    IV NIEDZIELA ADWENTU

    fot. Archidiecezja Warmińska

    ****

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU /SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W tym roku Wigilia wypada w niedzielę.

    Czy wystarczy pójść tylko na pasterkę?

    W tym roku wigilia wypada w niedzielę, ale pójście na Pasterkę nie jest uczestniczeniem we Mszy świętej niedzielnej, tylko już w bożonarodzeniowej.

    W tym roku okres adwentu jest wyjątkowo krótki, a wigilia wypada w niedzielę. To jednocześnie czwarta, ostatnia niedziela adwentu.

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej w święta nakazane, inaczej popełniają grzech ciężki. Do świąt nakazanych należą wszystkie niedziele w ciagu roku oraz takie uroczystości jak:

    1 stycznia – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
    6 stycznia – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa (Boże Ciało)
    15 sierpnia – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych
    25 grudnia – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pasterka, czyli uroczysta Msza święta celebrowana w nocy 24 grudnia przynależy już do obchodów Bożego Narodzenia. Dlatego, gdy wigilia wypada w niedzielę nie wystarczy pójść wyłącznie na pasterkę – trzeba również uczestniczyć we Mszy świętej niedzielnej, aby nie popełnić grzechu ciężkiego.

    Uczestnicząc w Pasterce – uczestniczy się już we Mszy świętej odprawianej w Boże Narodzenie. Kapłani mają przywilej w to święto odprawienia trzech Mszy św.: jedną o północy (Pasterka), drugą o brzasku i trzecią w dzień.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTA  NIEDZIELA  ADWENTU, 24.12.2023

    fot. Kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika/Duszpasterstwo Polaków w Rzymie

    ***

    24 GRUDNIA 2023

    Jak składać życzenia przy łamaniu się opłatkiem?

    Jak składać życzenia? To pytanie powraca do nas co rok w okresie przed Bożym Narodzeniem. Wtedy spotykamy się z bliskimi przy wigilijnym stole i przy łamaniu się opłatkiem chcielibyśmy powiedzieć coś, co poruszy serca w ten wyjątkowy czas. No właśnie, tylko co? Przedstawiamy wam kilka rad, jak złożyć świąteczne życzenia i nie zaliczyć faux-pas!

    Żeby nauczyć się składać piękne życzenia świąteczne, najpierw przejdźmy przez to, jak tego nie robić. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie błędy popełniamy…

    Nie życz drugiemu, co tobie niemiłe 

    Prosta rzecz, a potrafi zdziałać cuda wobec tych, którzy nie potrafią trzymać języka za zębami i często szybciej mówią, niż myślą. Gdy stajesz twarzą w twarz z osobą, której będziesz składał życzenia, zanim coś powiesz… Pomyśl, czy sam chciałbyś usłyszeć takie, a nie inne słowa.

    Często w życzeniach odzywa się nasza ludzka natura, chcemy dopiec, wypomnieć. I mówimy na przykład: “Żebyś przestał mnie denerwować”, “żebyś już nigdy więcej czegoś nie zrobił”. W ten sposób przywołujemy niepotrzebnie przykre wspomnienia, które z pewnością zepsują atmosferę przy wigilijnym stole. Dlatego składaj takie życzenia, które ty sam chciałbyś usłyszeć. 

    Nie życz spełnienia swoich oczekiwań 

    Pewnie każdy z nas przy wigilijnym stole spotkał się choć raz z życzeniami, których celem było spełnienie czyichś oczekiwań. Na przykład “Życzę Ci, żebyś dostała się na prawo” – życzenia takie z góry mają narzucone jakąś intencję.

    Właśnie dlatego zamiast życzyć “abyś dostała się na prawo”, życz: “abyś dostała się na wymarzone studia” albo “aby twoje życie potoczyło się tak, jak sobie wymarzyłaś i oby Pan Bóg nad Tobą czuwał”. 

    Nie mów banałów

    Życzenia w stylu “Życzę Ci zdrowia, szczęścia pomyślności, spełnienia marzeń i kropka” – to naprawdę banał banałów. Takie proste sformułowania są okej, o ile na nich nie poprzestaniesz.

    Często przy składaniu wigilijnych życzeń mamy ustaloną jakąś wizję i chcemy powiedzieć ją absolutnie każdemu.Warto postawić na spersonalizowane życzenia. Dzięki temu zarówno w twoim sercu, jak i w sercu bliskiej ci osoby, zapłonie iskierka szczęścia, która już nie zgaśnie przez cały wigilijny wieczór. 

    Nie naprawiaj nikogo 

    Lubimy oceniać, jasno wyrażać swoje opinie, krytykować. Ale absolutnie powinniśmy wyzbyć się tego przy wigilijnym stole. Takimi słowami podczas życzeń po prostu możemy sprawić komuś przykrość. Tym bardziej, że nie wiemy, co obecnie siedzi w sercu danej osoby. 

    Dlatego nie składaj życzeń typu: “żebyś schudła parę kilo”, “żebyś zadbała o siebie”, “żebyś w końcu znalazł sobie kobietę”, “żebyś przestał być leniem”, “żebyście w końcu postarali się o dziecko”, “żeby ci się w końcu ten chłopak oświadczył”. Postaw raczej na sformułowania typu: “życzę ci, żebyś zawsze potrafiła znaleźć czas dla siebie, na zadbanie o swoje zdrowie i szczęście”, “życzę ci, żeby między tobą, a twoją dziewczyną było jak najwięcej miłości”, “życzę ci, żeby Pan Bóg wam błogosławił na małżeńskiej drodze”. 

    Teraz, gdy już wiesz, czego nie mówić i nie robić przy wigilijnym stole, zobacz, co faktycznie może ci pomóc przy składaniu życzeń.

    Bądź życzliwy 

    To najprostsza, a zarazem najważniejsza zasada, którą po prostu musisz kierować się przy wigilijnym stole. Bądź życzliwy i składaj życzenia, które płyną z twojego serca. Życzenia niech będą pełne miłości, radości i niech rozpalą ogień w waszych sercach. Podobno te składane z serca i z życzliwością mają większą szansę na spełnienie. Zatem, do dzieła! 

    Dostosuj życzenia do relacji 

    Inaczej będziesz składał życzenia szefowi w pracy, a inaczej młodszej siostrze, mamie, czy przyjacielowi. Dostosuj zatem zarówno treść, jak i sposób przekazywania życzeń do tego, komu je składasz. Na przykład 

    Jeśli relacje są bliższe będziesz miał większe pole do popisu, by maksymalnie spersonalizować swoje życzenia i mówić dokładnie to, o czym marzy dana osoba. Natomiast jeśli panuje atmosfera bardziej formalna, postaw także na życzenia, które będą życzliwe, kulturalne i dopasowane do okoliczności. 

    Przeanalizuj wcześniej to, czego chcesz życzyć 

    Nieprzygotowanie to pierwszy krok, by nie wypaść dobrze przy składaniu świątecznych życzeń. Pamiętaj jednak, że nie są to ani zawody, ani nie jest to występ. Najważniejsze jest to, co nosisz w sercu i co od serca właśnie chcesz komuś powiedzieć.  Spontaniczność jest jak najbardziej w porządku, ale jeśli wiesz, że temat życzeń przyprawia cię o gęsią skórkę, to odpowiednio się do tego przygotuj. 

    Możesz ułożyć sobie w głowie słowa klucze, które kojarzą ci się z życzeniami dla określonej osoby. Możesz też przygotować listę uniwersalnych życzeń, które będziesz składał każdemu i tylko do tych dodasz coś, co kojarzy ci się z daną osobą. Zawsze to powinno być ci nieco łatwiej! 

    Kontroluj swoje gesty 

    Każdy ma inną strefę komfortu. Różnego rodzaju pocałunki, objęcia mogą nie być do końca mile widziane u każdego. Tym bardziej w okresie pandemii. 

    Obserwuj reakcje osoby, które składasz życzenia. Jeśli widzisz, że nie jest do końca przekonana, by ściskania się było dobrym pomysłem, zrezygnuj z tego na rzecz uścisku dłoni, wymiany uśmiechów, bądź nawet przybicia żółwika. 

    Jak składać życzenia świąteczne? Najważniejsze, by nie zapomnieć, że w tym wszystkim chodzi o serce. Nie zapominaj, że Święta Bożego Narodzenia to idealny czas, by znaleźć chwilkę na przekazanie nieco dobra drugiej osobie przy łamaniu się opłatkiem. I to w życzeniach jest absolutnie najważniejsze – jeśli tej zasadny będziesz przestrzegać, to będą naprawdę piękne życzenia!

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Vytautas Markūnas SDB/Unsplash

    ***

    Czym jest Fundusz Kościelny?

    Jak wygląda finansowanie Kościoła?

    Kościół Katolicki w Polsce utrzymuje się w 80 % z ofiar wiernych, a w 20% z dotacji pochodzących ze środków publicznych. Żadne środki publiczne nie są przeznaczane na bieżącą działalność Kościoła w tym pracę duszpasterską.

    Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie – pomimo odzyskania wolności i zbudowania trwałej demokracji – nie została uregulowana kwestia finansowania Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych. Nie został tu stworzony jasny i przejrzysty model w tej dziedzinie, pomimo że w innych państwach na ogół takie istnieją.

    W wielu krajach ramy udziału państwa w sferze finansowania Kościoła, (np. w zamian za zabrane wcześniej beneficja), były regulowane na drodze konkordatów ze Stolicą Apostolską. W ślad za tym szły konkretne krajowe ustawy a także wewnątrzkościelne regulacje. Tak było np. w przypadku konkordatu w Republiką Włoską z 1984 r. Tymczasem polski konkordat z 1993 r. zakres spraw finansowych odłożył na później. Art. 22 ust. 2 Konkordatu między Rzecząpospolitą Polską a Stolicą Apostolską stwierdza: „Przyjmując za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązujące ustawodawstwo polskie i przepisy kościelne Układające się Strony stworzą specjalną komisję, która zajmie się koniecznymi zmianami. Nowa regulacja uwzględni potrzeby Kościoła biorąc pod uwagę jego misję oraz dotychczasową praktykę życia kościelnego w Polsce”. Ratyfikacja konkordatu nastąpiła w 1998 r. i przez 25 lat, sprawy te nie zostały uregulowane.

    Brak jasnych rozwiązań

    W Polsce mamy do czynienia z brakiem jasnych regulacji prawnych odnośnie do kwestii finansowania Kościołów i innych związków wyznaniowych. Istnieje szereg rozproszonych rozwiązań prawnych a także zaszłości historycznych, czego przykładem jest Fundusz Kościelny, czy podatki płacone przez duchownych od ilości mieszkańców parafii. Podstawowe dokumenty, czyli ustawa o stosunku państwa do Kościoła katolickiego z 1989 r., ani Konkordat ani też inne ustawy wyznaniowe, nie regulują spraw finansowania działalności Kościołów.

    Ks. prof. Dariusz Walencik z Uniwersytetu Opolskiego, jeden z najwybitniejszych znawców problematyki finansowania Kościoła, dowodzi, że Kościół katolicki w Polsce utrzymuje się w 80 % z ofiar wiernych, a w 20% z dotacji pochodzących ze środków publicznych.

    Z budżetu państwa pokrywane są koszty funkcjonowania pięciu wyższych uczelni katolickich i tych szkół podstawowych lub średnich, które uzyskały status publicznych. Także koszty duszpasterstwa w wojsku, systemie więziennictwa oraz szpitalach, czyli w tych instytucjach, gdzie wierzący mieliby ograniczony dostęp do posług religijnych. Kościół jako największy w kraju kustosz zabytków kultury narodowej otrzymuje dotacje na ten cel. Prowadzone przez Kościoły placówki pomocowe, np. Domy Pomocy Społecznej, po spełnieniu określonych rygorów, są dofinansowywane na równi z państwowymi. Finansowane też są lekcje religii w szkołach, z tej racji, że jest to element powszechnego systemu edukacji. Warto zauważyć, że żadne środki publiczne nie są przeznaczane na bieżącą działalność Kościoła w tym pracę duszpasterską.

    Gdzie indziej w Europie

    Tymczasem w przeciętnym europejskim kraju, udział środków publicznych w utrzymaniu Kościołów jest znacznie wyższy. W wielu krajach wierni płacą podatki na Kościół. Obowiązkowy podatek kościelny istnieje w Niemczech, Austrii, Szwecji, Finlandii i Szwajcarii, a dobrowolne we Włoszech, Hiszpanii, na Węgrzech i w Portugalii. W niektórych krajach pensje duchownym wypłaca państwo. Tak jest w Grecji, Belgii, Danii, na Słowacji i w Czechach. A nawet w laickiej Francji 90% budynków sakralnych utrzymywanych jest przez lokalne gminy.

    Dlaczego tak jest? W większości krajów Unii Europejskiej obowiązuje model, który nazwać możemy „partycypacyjnym” gdyż państwo partycypuje w istotnym zakresie w utrzymaniu działających na jego terenie Kościołów i związków wyznaniowych. Finansowanie Kościołów przez państwo ma swą genezę w sekularyzacji dóbr kościelnych jaka była przeprowadzana przez europejskie monarchie absolutne poczynając od XVIII stulecia. Kościołowi zabrano wówczas większość dóbr ziemskich, stanowiących materialną bazę jego działalności. Dlatego – w zamian za skonfiskowane dobra – ustanawiano różne formy pomocy państwowej np. w formie wynagradzania duchowieństwa czy specjalnego „podatku kościelnego”.

    Pomijając te historyczne zaszłości, współczesne argumenty na rzecz finansowego wspierania Kościołów wynikają z zasady pomocniczości – Kościoły wyręczają państwo w części ich zadań na rzecz społeczeństwa, np. świadczą pomoc ludziom w trudnych sytuacjach czy troszczą się o zachowanie dziedzictwa kulturowego. A ponadto w swym nauczaniu przyczyniają się do kształtowania postaw obywatelskich.

    Potrzeba reformy systemu

    Kościół w Polsce – i to od lat – stoi wobec konieczności reformy sytemu finansowania, zarówno jeśli chodzi o wewnętrzną dystrybucję przychodów z ofiar jak i o środki publiczne. Niezbędne jest stworzenie nowoczesnego, jasnego i transparentnego modelu w tej sferze, podobnie jak w wielu innych państwach. W krajach naszego regionu, zasadnicza reforma na tym polu została dokonana już w Czechach, na Węgrzech czy w byłej NRD.

    Reformę w Polsce należałoby zacząć o uważnego przyjrzenia się Funduszowi Kościelnemu, stanowiącemu dziedzictwo z okresu komunistycznego. Fundusz ten został powołany na mocy ustawy z 1950 r. o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, której celem było pozbawienie Kościoła beneficjów umożliwiających mu działalność. Komuniści, dokonując zaboru dóbr kościelnych zdecydowali, że dochody z nich uzyskiwane przez państwo powinny być wpłacane na tzw. Fundusz Kościelny, który przekazywałby je istniejącym w Polsce związkom wyznaniowym. W praktyce większość tych zadań nie była wypełniana, a przez cały okres komunistyczny Fundusz Kościelny służył finansowaniu działalności antykościelnej oraz premiowaniu kolaborantów wśród duchownych.

    Zwrot w funkcjonowaniu Funduszu Kościelnego nastąpił w 1990 r. Początkowo największą pozycję w jego wydatkach zajmowało wspomaganie kościelnej działalności charytatywnej, opiekuńczej i oświatowo-wychowawczej oraz remonty i konserwacje kościelnych zabytków. W kolejnych latach trend ten uległ zmianie na rzecz pokrywania składek duchownych na ubezpieczenie. Zgodnie z ustawą o systemie ubezpieczeń społecznych Fundusz Kościelny finansuje składki na ubezpieczenie emerytalne, rentowe i wypadkowe duchownych, zaangażowanych w duszpasterstwie, a nigdzie nie zatrudnionych – w wysokości 80 proc. najniższej składki, a za członków zakonów kontemplacyjnych i misjonarzy w 100 proc.. Fundusz jest dotowany w całości z budżetu Państwa, w 2023 r. w wysokości 216 mln zł.

    Wysokość kwoty jaką budżet państwa odprowadza do Funduszu Kościelnego jest decyzją polityczną, którą co roku podejmuje Sejm. Zdaniem ks. prof. Dariusza Walencika dotacja ta powinna być znacznie wyższa. A to dlatego, że do Funduszu miały trafiać dochody z zagrabionych przez państwo kościelnych majątków. Do dziś w rękach polskiego państwa pozostaje 62 tys. 357,6 ha ziemi zabranej Kościołowi katolickiemu, która nie została mu zwrócona. W związku z tym na Fundusz Kościelny – zgodnie z państwowymi szacunkami dochodów z tzw. hektara przeliczeniowego – powinno wpływać 334 mln zł. rocznie. I nie chodzi tu o żadną darowiznę, ale o to, co Kościołowi się należy zgodnie z obowiązującym prawem.

    Skoro jednak Fundusz Kościelny jest instrumentem dość archaicznym, a decyzje o konkretnych środkach jakie się tam znajdą zależą od polityków, to zgodnie ze współczesną doktryną wzajemnej autonomii sfery kościelnej i politycznej, należałoby ten fundusz zastąpić znacznie bardziej nowoczesną formą finasowania działalności kościelnejWzorem mogłyby być rozwiązania zagraniczne, jak choćby podatek kościelny. Znając polską mentalność wiadomo, że nie przyjmie się tu obowiązkowy podatek tak jak w Niemczech. Może więc warto pomyśleć o systemie dobrowolnych podatków, asygnaty podatkowej wzorowanej np. na Włoszech. Tam każdy obywatel może odprowadzić 0, 8 % (otto per mille) swego zobowiązania podatkowego na rzecz wybranego Kościoła lub na charytatywne działania państwa.

    Taka próba już raz nastąpiła. W marcu 2012 r. rząd koalicji PO-PSL poinformował, że planuje likwidację Funduszu Kościelnego. A skoro polski porządek konstytucyjny przewiduje konieczność wcześniejszych umów z Kościołami, rozpoczęto rozmowy, najpierw z Kościołem katolickim. Odbywały się one na forum zespołów ekspertów dwóch komisji konkordatowych: rządowej i kościelnej. Od początku była zgoda, że Fundusz winien zostać zastąpiony dobrowolnym podatkiem, przekazywanym w ramach PIT. Minister Michał Boni, prowadzący rozmowy w imieniu rządu zaproponował odpis w wys. 0, 3%, natomiast przedstawiciele Kościoła mówili, że powinno być to co najmniej 0,5 lub 0,6 %.

    Jesienią 2013 powstał roboczy projekt umowy, która określała sposób przekształcenia Funduszu Kościelnego w system polegający na wprowadzeniu dobrowolnego odpisu w wysokości 0,5% podatku. A ponadto miał zostać wprowadzony 2 lub 3-letni okres przejściowy, w którym – jeśli wpływy byłyby mniejsze od sum przeznaczanych dotąd na Fundusz Kościelny, to zebrane kwoty byłyby uzupełniane. Zakładano likwidację Funduszu Kościelnego, a osoby duchowne miały same opłacać składki na ubezpieczenie społeczne. Zmiany te miały dotyczyć wszystkich związków wyznaniowych o uregulowanej sytuacji prawnej.

    Jednak projekt ten nie został sfinalizowany w Parlamencie. Jedną z przyczyn były zbliżające się wybory, a ponadto nie zgodziły się niektóre związki wyznaniowe, obawiając się, że na tym stracą.

    Do rozmów z rządem na ten temat nie powrócono podczas 8-letnich rządów Zjednoczonej Prawicy. Szkoda – gdyż biorąc pod uwagę deklarowaną przychylność dla Kościoła – możliwe było wynegocjowanie rozwiązań korzystnych nie tylko dla katolików, ale i innych Kościołów, a także braci Żydów i muzułmanów.

    Ważny jest dialog, pomimo zmiany

    Dokonująca się w Polsce obecnie zmiana rządu na koalicję PO, Trzeciej Drogi i Lewicy – pomimo silnych wątków antykościelnych w czasie kampanii wyborczej – paradoksalnie może okazać się korzystna co do możliwości wprowadzenia bardziej nowoczesnego systemu finansowania Kościoła. Bowiem wszystkie te partie, deklarowały likwidację Funduszu Kościelnego, a PO i Trzecia Droga, mówiły też o potrzebie wprowadzenia w to miejsce asygnaty podatkowej (dobrowolnego podatku w ramach PIT), analogicznie do OPP.

    Likwidacja Funduszu Kościelnego wydaje się więc przesądzona, choć rząd tego nie może zrobić na zasadzie jednostronnej decyzji. Polski porządek prawny jeśli chodzi o zmiany tak istotne dla Kościołów, zakłada konieczność opracowania wcześniejszych umów z nimi, poprzedzających uchwalenie ustaw. Konkordat mówi o tym w art. 22, a – jeśli chodzi o inne Kościoły, gwarancje takie widnieją w ustawach regulujących relacje państwa z poszczególnymi związkami wyznaniowymi.

    Warto też jak najszybciej zadbać o odtworzenie w nowym kształcie Komisji Wspólnej przedstawicieli rządu i Konferencji Episkopatu jak również Komisji Konkordatowych. To na tym forum toczyć się będą negocjacje decydujące o kształcie tych przyszłych rozwiązań, jakie zastąpią Fundusz Kościelny. A mając w pamięci brak wspólnego stanowiska z Kościołami mniejszościowymi w tej sprawie, należałoby także z nimi podjąć rozmowy.

    Trzeba też być świadomym, że istnieje obietnica wprowadzenia kwoty wolnej od podatku w wysokości 60 tys. zł. Jeśli by to nastąpiło, to duża część niezamożnych wiernych nie będzie miała możliwości odprowadzania części podatku ani na OPP, ani na wybrany Kościół. W takiej sytuacji jedynym korzystnym rozwiązaniem powinna być troska o przyjęcie takiego wskaźnika procentowego, który rekompensowałby tę stratę.
    Zastąpienie Funduszu Kościelnego inną, bardziej nowoczesną formą finansowania, wymagać również będzie stworzenia w ramach Kościoła instytucji zajmującej się dystrybucją tych środków pomiędzy diecezje, zakony i inne kościelne instytucje. Jest to szansą na większą profesjonalizację działań w tej sferze.

    Dalsza reforma powinna objąć wewnątrzkościelną redystrybucję przychodów z ofiar czy danin płaconych przez parafie wyższym szczeblom kościelnej machiny. Generalnie rzecz biorąc, Kościół w Polsce stoi przed koniecznością głębokiej reformy sposobu swego finansowania, tak aby stał się on bardziej sprawiedliwym, a przede wszystkim jasnym i przejrzystym. Nie zapominajmy, że jest to – i zawsze będzie – jednym z warunków pozytywnego wizerunku danej instytucji.

    Marcin Przeciszewski/Stacja7.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

     

    12 GRUDNIA – WTOREK

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ Z GUADELOUPE

    Maryja z Guadalupe jest jak żywa osoba. Najważniejsze fakty dotyczące cudownego wizerunku

    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    Podczas Mszy św. o godz. 19.00 ponowimy nasze zawierzenie, aby Najświętsza Maryja Panna okryła nas swoim płaszczem.

    _______________________________________________________________________________

    Tajemnicze światło na obrazie Matki Bożej z Guadalupe – Patronki życia

    Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe, w Sanktuarium w Meksyku, wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych.

    Matka Boża z Guadalupe

    Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej Francuskiego Stowarzyszenia Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa.

    Matka Boża z Guadalupe

    Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki.

    Matka Boża z Guadalupe

    Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.

    Matka Boża z Guadalupe

    12 grudnia 2015-Pustynia Serca/źródło: sanctus.pl

    *********

    Adopcja Poczętego Dziecka

    Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.

    „Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.

    Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach:  centrumzawierzenia.jasnagora.pl,  www.duchowaadopcja.pl oraz  paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.

    Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.  Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.

    MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA

    (do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)

    O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.

    Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.

    Jan Paweł II
    Encyklika Evangelium vitae, 105

    *********

    Codzienna modlitwa Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego,
    towarzysząca dziesiątce różańca: 

    Panie Jezu,
    za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi,
    która urodziła Cię z miłością
    oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia,
    który opiekował się Tobą po narodzeniu,
    proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem,
    a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
    Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę,
    aby swoje dziecko pozostawili przy życiu,
    które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Ame
    n.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mocne świadectwo byłej aborcjonistki: „Sprzedawałam kobietom kłamstwa”

    Była dyrektorką w amerykańskiej organizacji zarządzającej klinikami aborcyjnymi Planned Parenthood. Abby Johnson w wywiadzie dla portalu aleteia, podzieliła się swoim świadectwem, w którym opowiedziała o tym, jak stała się zwolenniczką ochrony życia. Abby Johnson jest autorką książki, na podstawie której powstał film „Nieplanowane”.

    – Moja historia to opowieść o miłości Boga i o cudach, jakie zdziałał w moim życiu – mówiła Abby Johnson

    – Nie mogę uwierzyć, że moje życie zostało opowiedziane w filmie, że widzowie oglądają i analizują to, co we mnie było najgorsze, ale też dostrzegają moją wrażliwość. Poniekąd otwieram się po raz kolejny. Ale, kiedy patrzę na to z dystansu, czuję także, że jest w tym coś wyjątkowego. Przecież moja historia to również opowieść o miłości Boga i o cudach, jakie zdziałał w moim życiu — dodawała 

    – Nie ma dnia, w którym nie pomyślałabym o tym dziecku, które straciło wtedy życie i o jego matce. Wierzę też, że tamto życie trwa w wieczności. Modlę się i za to dziecko, i za tę matkę – opowiadała

    – To była chwila, w której zobaczyłam, jak malutkie dziecko rozpaczliwie walczy o swoje życie. Zrozumiałam wtedy, że sprzedawałam innym kobietom kłamstwa. Prawda jest taka, że gdy kobieta zachodzi w ciążę, w jej macicy naprawdę powstaje życie, tam pojawia się człowiek. Biorąc udział w aborcji, widziałam, jak to życie umiera. Widziałam to na własne oczy. – zaznaczała Johnson

    – W zasadzie to był proces. Zaczęło się już wtedy, gdy moja przełożona naciskała na mnie, by w mojej klinice wzrosła liczba aborcji. Z jej punktu widzenia chodziło po prostu o wzrost dochodów Planned Parenthood, bo aborcje to najbardziej korzystna finansowo usługa. Kolejnym etapem, gdy pojawiły się wątpliwości, była zapowiedź jednej z partnerskich klinik, że powstanie ośrodek, w którym aborcje będą wykonywane po 24. tygodniu ciąży. Do późnych aborcji byłam zawsze nastawiona negatywnie i w mojej klinice takich w ogóle nie wykonywano. Natomiast ten moment, w którym wzięłam udział w aborcji, to był już punkt kulminacyjny. Gdy zobaczyłam, co dzieje się z dzieckiem na ekranie ultrasonografu, gdy lekarz wprowadził do macicy kaniulę, wiedziałam już, że nie mogę dłużej pracować w Planned Parenthood — mówiła.

    – Miałam do czynienia z kobietami, które podejmowały decyzje o aborcji. Często z nimi rozmawiałam, byłam ich konsultantką. Opisałam wiele takich rozmów w swojej książce. Jakie są moje wnioski? Kobiety nie chcą aborcji. Nawet jeśli się na nią decydują, to nie jest żaden wybór. Nie ma czegoś takiego jak postawa „pro-choice”. Ich decyzja o aborcji wynika raczej z braku wyboru. W wielu przypadkach chodzi o brak środków na utrzymanie dziecka, brak wsparcia ze strony bliskich, które jest potrzebne każdej kobiecie w ciąży i po urodzeniu dziecka. Towarzyszy temu presja innych osób, które zamiast pomóc takiej kobiecie, namawiają ją do aborcji, czyli odrzucenia dziecka – wyjaśniała

    – W Planned Parenthood powtarzano mi, że obrońcy życia są okropni. Sama zresztą dostawałam pogróżki w związku ze swoją pracą w klinice aborcyjnej, co dopełniało ten negatywny obraz. – dodawała

    – Mogę śmiało powiedzieć, że to miłość wyprowadziła mnie z kliniki aborcyjnej — powiedziała.

    Fronda.pl/wpolityce.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki napisał list do prezydenta. Poprosił, aby nie podpisywał on ustawy dotyczącej in vitro

    zdjęcie ilustracyjne/PCh24.pl

    ***

    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki zwrócił się do prezydenta Andrzeja Dudy z prośbą o odmowę podpisania ustawy, która zakłada refundację metody in vitro z budżetu państwa, lub skierowaniu jej do TK.

    List abpa Gądeckiego do prezydenta

    29 listopada Sejm uchwalił nowelizację ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, która zakłada refundację metody in vitro z budżetu państwa. 8 grudnia ustawę poparł Senat i trafiła ona do podpisu prezydenta.

    “Zwracam się z uprzejmą prośbą o odmowę podpisania ustawy z dnia 29 listopada 2023 r. o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych i przekazanie jej do ponownego rozpoznania przez Sejm lub skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego” – napisał abp Stanisław Gądecki w liście do prezydenta.

    Przewodniczący Episkopatu zwrócił w liście uwagę, że “Episkopat wielokrotnie zabierał głos w sprawie zapłodnienia pozaustrojowego, które nie jest metodą leczenia niepłodności”. Abp Gądecki zwrócił uwagę, że Kościół w swoim nauczaniu odwołuje się zarówno do argumentów prawno-naturalnych jak i religijnych.

    “Metoda in vitro jest eksperymentowaniem na człowieku”

    “Ludzkie życie jest wartością podstawową i niezbywalnym dobrem. Domaga się zatem bezwzględnej ochrony, a więc niezależnie od okresu i jakości życia człowieka. Metoda in vitro tymczasem jest eksperymentowaniem na człowieku, jego swoistą ‘produkcją’ stanowiącą ‘formę zawładnięcia życiem ludzkim’” – ocenił hierarcha.

    Jak zaznaczył, drugi argument odwołuje się do “prawa dziecka, aby być powołanym do życia w wyniku aktu małżeńskiego jego rodziców, a nie w efekcie technicznej procedury za pośrednictwem osób trzecich, których działanie zapewnia powodzenie zabiegu”.

    Przywołał fragment encykliki Evangelium vitae z 1995 r., w której papież Jan Paweł II wskazał, że techniki sztucznej reprodukcji są “nie do przyjęcia z punktu widzenia moralnego, ponieważ oddzielają prokreację od prawdziwie ludzkiego kontekstu aktu małżeńskiego”.

    “Trzeci argument przypomina, że dziecko nie jest rzeczą, do której ktoś miałby prawo posiadania. Dziecko zawsze jest darem, a małżonkom nie przysługuje prawo do posiadania dzieci, a jedynie ‘prawo do podjęcia takich aktów naturalnych, które same przez się są przyporządkowane przekazywaniu życia’. Pragnienie dziecka nie może usprawiedliwiać jego ‘produkowania’, podobnie jak niechęć wobec dziecka już poczętego nie może usprawiedliwiać porzucenia go lub zniszczenia” – podkreślił.

    Abp Gądecki o leczeniu niepłodności

    Abp Gądecki przyznał, że “bezpłodność jest ciężką próbą”. “Dlatego też “konieczne jest stworzenie narodowego programu prawdziwego leczenia niepłodności. Współczesna medycyna wskazuje bowiem jasno, że usunięcie medycznych lub psychologicznych przyczyn niepłodności daje znacznie większe szanse na urodzenie zdrowego dziecka niż procedury sztucznie wspomaganego rozrodu” – stwierdził.

    Przewodniczący KEP zastrzegł jednocześnie, że “z negatywnej etycznej oceny procedury in vitro nie wynika jakoby dzieci poczęte tą metodą były ‘gorszymi dziećmi’”.

    “Każde z dzieci poczętych metodą in vitro stworzone jest na ‘obraz i podobieństwo’ Boga i obdarzone przyrodzoną ludzką godnością. Każde należy przyjąć z miłością i szacunkiem, na który zasługują tak samo jak dzieci poczęte naturalnie” – wyjaśnił.

    Projekt ustawy ws. in vitro trafił do Sejmu jako obywatelski. Zgodnie z nowelizacją, minister zdrowia ma opracować, wdrożyć, zrealizować i sfinansować program polityki zdrowotnej leczenia niepłodności obejmujący procedury medyczne wspomaganej prokreacji, w tym zapłodnienie pozaustrojowe. W ustawie określono minimalną wysokość środków finansowych pochodzących z budżetu państwa, która corocznie ma zostać przeznaczona na realizację programu – nie mniej niż 500 mln zł.

    Wnioskodawcy uzasadniali, że z uwagi na dość wysokie koszty procedury in vitro jej dostępność jest obecnie ograniczona. Dlatego konieczne jest finansowanie leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego z budżetu państwa.

    Deon.pl/źródło: PAP / tk

    ***

    NIESTETY PREZYDENT SWOIM POPISEM ZUPEŁNIE ZIGNOROWAŁ NAUKĘ KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO O GODNOŚCI LUDZKIEGO ŻYCIA. DLATEGO TRZEBA PRZYPOMNIEĆ MOCNY GŁOS Księdza Arcybiskupa Andrzeja Dzięgi z roku 2012:

    Katolik wspierający in vitro niech nie prosi o Komunię św.

    „Powtarzam wyraźnie, że zgodnie z nauką Kościoła i zgodnie z prawdą o godności ludzkiego życia nikt z katolików nie może popierać procedur in vitro. Katolik zapytany w tej sprawie może jedynie potwierdzać naukę o nietykalności, świętości i niezbywalnej godności każdego ludzkiego życia od samego poczęcia do naturalnej śmierci (…). Gdyby jednak ktoś z katolików świadomie podpisał się lub głosował za dopuszczalnością in vitro, także poprzez pokrętną formułę jego dofinansowania wbrew obowiązującym w Polsce zasadom prawa, niech pamięta, że występuje przeciwko godności osoby ludzkiej i przeciwko prawu Bożemu. Sam się wtedy odłącza od pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, póki następnie sprawy nie przemyśli, nie przemodli i nie zmieni publicznie swojego stanowiska. Do tego czasu niech pamięta, by nie prosił też Kościoła o dar Komunii Świętej”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża z Guadalupe z… dronów.

    Piękne widowisko nad amerykańskim sanktuarium

    Matka Boża z Guadalupe z... dronów. Piękne widowisko nad amerykańskim sanktuarium

    fot. Instagram/thecatholiccouple

    ***

    We wspomnienie Matki Boskiej Guadalupe 11 grudnia w sanktuarium Męki Pańskiej w Saint John w stanie Indiana w USA zaprezentowano nietypowy pokaz dronów.

    Na niebie można było zobaczyć drony ułożone w kształcie Matki Bożej, jaką można zobaczyć na obrazie z Meksyku. Nad tym nietypowym widowiskiem można było zobaczyć napis: „Witaj Święta Królowo”.

    Podczas pokazu modlono się wspólnie różańcem. 

    Pokaz dronów i modlitwa były zorganizowane podczas „Rodzinnego różańca w Ameryce”. 

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Tak mi dopomóż Bóg”.

    Czy Polacy rozumieją znaczenie tych słów?

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    – Jeśli sami Polacy w zdecydowanej większości nie będą zainteresowani podtrzymywaniem polskości, to będzie koniec. Polskość bowiem nie jest czymś teoretycznym. Polskość jest zdefiniowana przez ponad tysiącletnią historię – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Jan Żaryn, historyk, senator IX kadencji, p.o. dyrektora Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.

    Czy Pan Profesor wyobraża sobie, że już niedługo zostaną podjęte systemowe kroki mające na celu laicyzację Polski? Pytam, ponieważ Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok uznający możliwość wprowadzenia zakazu noszenia symboli religijnych w miejscu pracy, jakim są urzędy administracji publicznej. Politycy koalicji KO – Lewica – Trzecia Droga wielokrotnie podkreślali, że trzeba respektować wyroki TSUE, i że są one ważniejsze niż wyroki polskich sądów. Czy katolicy powinni się obawiać?

    Jest to jak najbardziej prawdopodobne. Widać wyraźnie, że w koalicji KO – Lewica – TD może dominować i zapewne będzie dominował nurt postpeerelowsko-bolszewicki czy postpeerelowsko-rewolucyjny. Odwołuje się on do nowoczesnego neomarksizmu, który zakłada, że przestrzeń publiczna powinna być pozbawiona jakichkolwiek akcentów odwołujących się do chrześcijaństwa, ponieważ te akcenty nawet na takim poziomie jak kartki pocztowe z wizerunkiem szopki i wątki związane z Bożym Narodzeniem mogą stanowić dyskomfort dla osób obchodzących dzień 25 grudnia, jako dzień 25 grudnia, czyli bez odniesienia do konkretnego wydarzenia religijnego. W ocenie neomarksistów nawet składanie życzeń bożonarodzeniowych mogłaby zniewalać poczucie godności innego człowieka, więc lepiej tego zakazać.

    Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że to, co powiedziałem wyżej, to nie jest żart tylko pewna konstrukcja pseudo-intelektualna. W różnych kręgach staje się ona obowiązującą i – co więcej –wpisuje się w laickie, zakorzenione w rewolucji francuskiej, a potem w bolszewizmie, izolowanie przestrzeni publicznej od kontekstu religijnego. Być może taka rzeczywistość nas czeka i to, na dodatek, w formie decyzji demokratycznie przegłosowanej.

    Polacy przez wieki na szczęście mówili „NIE” ideologicznym i nienaturalnym pomysłom, które udało się przeprowadzić czy to w Rosji, czy to w Europie Zachodniej, jak na przykład jeden z największych sukcesów masonerii – wprowadzenie dekretów o rozdziale państwa i Kościoła we Francji w 1905 roku. Wyjątkiem był tutaj okres totalitaryzmu, zwłaszcza okres tzw. Polski Ludowej, kiedy obowiązywała m.in. narzucona nam siłą ustawa o wolności sumienia i wyznania z 1949 roku. Były to, wbrew swej nazwie, przepisy zezwalające na dyskryminowanie symbolu krzyża w szkołach, urzędach, szpitalach etc. Na mocy tej ustawy również wprowadzano zakaz lub ograniczenia obecności kapłanów w miejscach publicznych, takich jak szkoła czy szpital.

    Tylko, czy nadal Polacy będą mieli siłę mówić to „NIE”, biorąc pod uwagę, że aż 128 posłów Sejmu X kadencji składając ślubowanie nie użyło słów „Tak mi dopomóż Bóg”. Wydaje mi się, że kluczowy jest tutaj rok 1997, kiedy to parlamentarzyści  AWS powiesili w sali sejmowej krzyż argumentując, że nie można wypowiadać słów „tak mi dopomóż Bóg” gdy nie ma krzyża w widocznym miejscu. Przez lata słowa te była swego rodzaju oczywistością. W roku 2015 nie użyło ich 27 posłów. 4 lata później – 97. Teraz, powtórzę, 128. Co się stało z nami przez ostatnie 26 lat?

    Przede wszystkim wyrosło nowe pokolenie Polaków, które być może nosi w sobie swego rodzaju brak pamięci o polskim dziedzictwie kulturowym, które to dziedzictwo jest w sposób nierozerwalny związane z wiarą w Pana Boga, jako Stworzyciela świata, oraz porządku prawnego w tej wersji prawa naturalnego wyrastającej z Dekalogu, czyli z zapisów od strony moralnej – definicji dobra i zła – determinujących zapisy prawa stanowionego.

    Ponieważ zaniknęła ta triada: prawo boskie – prawo naturalne – prawo stanowione jako coś, co jest ze sobą kompletne, to naturalnym tego następstwem był fakt, że prawo stanowione zostało oderwane od jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Wprowadzone zaś zostało w kręgosłup nazwany niegdyś „utylitaryzmem”, a obecnie, propagandowo – „wartościami europejskimi”. One, oczywiście z punktu widzenia etyki nic nie znaczą. „Wartości europejskie” nie mają bowiem żadnych norm stałych, żadnego stałego punktu odniesienia. Wszystko jest w nich zmienne, jest tylko jakaś większość, która ma definiować za każdym razem nowe rozumienie tego pojęcia. Na dziś ta większość próbuje narzucić pewien schemat interpretacyjny dotyczący głównie zwiększenia uprawnień dla tych środowisk – czy tych osób, czy tych układów, relacji międzyludzkich – które nie stanowią normy z punktu widzenia prawa boskiego, naturalnego i za tym stanowionego. Chodzi oczywiście o definicję człowieka (mężczyzny i kobiety), rodziny, małżeństwa, ale także miłości. Można bowiem zrelatywizować np. pedofilię, uznając że dziecko 12-letnie jest zdolne do wyboru swego partnera seksualnego w imię praw wolnego dziecka i obywatela.

    To jest ta smutna rzeczywistość, w jakiej obecnie żyjemy i ona, niestety, może doprowadzić do dalej idącego zachwiania niż mieści się to w naszej wyobraźni. Żeby była jasność: to nie jest proces jednopokoleniowy czy nawet dwupokoleniowy.

    Warto na przykład zauważyć, że w latach 60. minionego wieku dr Christiaan Barnard dokonał rewelacyjnego i rewolucyjnego zabiegu ratowania życia człowieka w postaci przeszczepu serca. Żeby to stało się prawem stanowionym, transplantologia i opcja, że tak powiem, „rozumienia życia ludzkiego” stworzyły definicję „śmierci mózgowej”. Chodziło o to, by – mówiąc brutalnie – dr Barnard nie stał się osobą podejrzaną o zabicie człowieka, od którego pobrał serce do przeszczepu.

    Ojciec dr Jacek Norkowski, dominikanin, autor prac na temat transplantologii – zarówno naukowych, jak i popularnych – wielokrotnie udowadniał, że zostały w tym przypadku naruszone pewne granice norm boskich i praw naturalnych, granice naturalne życia i śmierci. Co za tym idzie, świat niepostrzeżenie zmierza po raz kolejny w kierunku utylitarnego zdefiniowania prawnego, m. in. takich pojęć jak życie i śmierć. Podmiotowość życia poczętego została zdewastowana. Już w prawie stanowionym w wielu, wielu państwach nie istnieje gwarancja zachowania istnienia dziecka nienarodzonego. Podobnie jest ze śmiercią. Śmierć mózgowa to stan, z którego ludzie niejednokrotnie wychodzili, co potwierdza wiele świadectw. Nie jest to więc faktyczna śmierć biologiczna. Śmierć mózgowa to nazwa mająca zabezpieczyć możliwość ratowania życia drugiej osoby. Czyli istnieje życie mniej warte niż inne! To jeden z wielu dowodów na to, iż mentalnie w medycynie, etyce, nie porzucono „dorobku” III Rzeszy. Tak samo wygląda kwestia tak zwanej eutanazji, która w niejednym państwie zyskała status prawny jako czyn jak najbardziej dopuszczalny.

    Tylko w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dramatycznymi przykładami dylematu między uporczywym podtrzymywaniem życia, a „woluntarystycznym” zabijaniem poprzez odłączenie chorego od aparatury podtrzymującej życie. Jeśli udajemy poprzez wzmożoną autocenzurę, że problemu nie ma, to znaczy że sumienie zbiorowe ludzkości stanie się nieczułe także na kolejne akty gwałtu. Niestety coraz więcej osób, coraz więcej przedstawicieli stanu lekarskiego mówi wprost, że odłączenie od aparatury to najlepsze, najbardziej humanitarne, ale także ekonomiczno-oszczędnościowe wyjście.

    Jeszcze kilka lat temu cały świat żył sprawą Alfiego Evansa. W tym roku na oczach świata odłączono aparaturę 8-miesięcznej Indi Gregory. O ile w przypadku Alfiego pojawiły się głosy buntu ze strony lekarzy, fachowców, filozofów, polityków, o tyle w przypadku Indi takich głosów prawie w ogóle nie było. Ewolucyjnie i „postępowo”, w imię „uciekającego horyzontu”, zmierzamy do zagłady.

    W Polsce również pojawiły się głosy – tak jak zauważył Pan profesor – że odłączenie od aparatury jest humanitarne… Zauważyłem jednak, że wielu spośród tych, którzy tak twierdzą, zamieniło hasło „Bóg, honor, Ojczyzna” na pseudo-hasło „bób, humus, włoszczyzna”…

    To pseudo-hasło jest jedną z form obśmiewania, podważania systemu wartości, w którym znacząca część naszych rodaków – taką przynajmniej mam nadzieję – nadal chciałaby żyć i definiować polskość przez triadę „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

    Jedną z form podważania polskości jest tolerowanie podważania szacunku do osoby ludzkiej, ośmieszanie jej samej oraz jej poglądów, naigrywanie się, dezawuowanie powagi naszej tradycji, naszego dziedzictwa i uznawanie tego podważania szacunku za formę artystycznego wyrazu – a nie za prostackie chamstwo, którym w istocie jest – czy jakiejś dziwnie pojmowanej wolności, w której mieści się prawo do niszczenia, obrażania, poniżania tego wszystkiego, co mieści się w pojęciach: Ojczyzna, patriotyzm, chrześcijaństwo.

    To jest efekt sytuacyjnego definiowania prawa stanowionego, które nie jest umocowane w normach, tylko jest umocowane w rewolucyjnych potrzebach zmiennych. To jest czysty bolszewizm. Jak mówił Jana Paweł II demokracja bez wartości trwałych zamienia się w totalitaryzm. To jest odwoływanie się nie w sensie werbalnym, tylko w sensie realnym do doświadczeń Rosji bolszewickiej.

    Bolszewicy są wśród nas i jest ich w Europie i w Polsce bardzo wielu, choć oni sami udają, że nimi nie są.

    Jeden z posłów X kadencji z ramienia Lewicy Łukasz Litewka, składając ślubowanie, wypowiedział formułę „Tak mi dopomóż, Bóg”. Z miejsca pojawiły się głosy, że trzeba wobec tego człowieka wyciągnąć konsekwencje. Obawiam się, że to zapowiedź totalnej laicyzacji określonej przez posła Nitrasa mianem „opiłowywania katolików”. Czy wyobraża Pan sobie zakaz procesji na Boże Ciało, a potem zakaz chodzenia w niedzielę do kościoła, bo wiara „to prywatna sprawa”?

    Nie, Panie redaktorze. Nie wyobrażam sobie. Wielu Polaków wciąż bardzo mocno opiera swoją tożsamość na rodzinie i nie wyobrażam sobie, żeby dali sobie oni wydrzeć z ręki prawo wychowywania dzieci, wnucząt zgodnie z tym, co głosi Ewangelia. Tym zaś między innymi jest właśnie to, co Pan powiedział, czyli wprowadzenie zakazu procesji Bożego Ciała czy zakazu chodzenia w niedzielę do kościoła.

    Moim zdaniem, nikt nie odważy się wprowadzać tego typu antychrześcijańskich rozwiązań w Polsce, ponieważ miałby do czynienia z twardymi i ostrymi protestami ze strony ojców, matek, dziadków, babć. Jestem przekonany, że zdrowe, wciąż wielomilionowe, rodzinne protesty spowodowałyby szybkie wycofanie się neomarksistów z takich planów.

    Jeśli zaś chodzi o wywołanego przez Pana redaktora posła Litewkę, który mimo, że jest posłem Lewicy, śmiał odwołać się do Pana Boga: pierwsze, czego można mu życzyć, to aby jak najszybciej przeszedł do innego klubu, bo ewidentnie znalazł się w nieodpowiednim miejscu. Klub Lewicy, jeśli traktuje swoje poglądy poważnie – jak np. poseł Zandberg, czy poseł Nowacka – będzie jak zawsze w swej historii, pełen nietolerancji i walczący o przestrzeń publiczną bez odniesień do Pana Boga, o szkołę bez religii, o urzędy bez znaku krzyża, szpitale bez kapelanów. Pytanie tylko, czy metodami demokratycznymi, czy w imię zasady „cel uświęca środki”, znowu poprzez rewolucję – siłowo, na rympał, z udziałem obcych sił. Zobaczymy. W pewnym sensie poseł Zandberg, poseł Nowacka i inni ideowi socjaliści są przynajmniej uczciwi: chcą przywrócić w Polsce system realnego socjalizmu. Najgorzej jest z takimi, którzy przebierają się za liberałów, chadeków, a czasem chcieliby, aby nazywać ich konserwatystami, a w rzeczywistości są bolszewikami. Liczą także na przychylność obcych sił, którym już dziś wyrażają swoją wdzięczność. Wtedy nie ma o czym z nimi rozmawiać.

    Przez wieki mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju fenomenem, jakim jest program polityczny, społeczny, narodowy kryjący się za hasłami „Bóg, Honor, Ojczyzna” i „Tak mi dopomóż, Bóg”. Czy Polacy będą w stanie zachować ten fenomen? Jeśli tak, to co musimy zrobić, żeby nam tego nie odebrano, nie zakazano?

    Przede wszystkim sami Polacy muszą chcieć być Polakami, i to jest w mojej ocenie kwestia kanoniczna. Jeśli sami Polacy w zdecydowanej większości nie będą zainteresowani podtrzymywaniem polskości, to będzie koniec. Polskość bowiem nie jest czymś teoretycznym. Polskość jest zdefiniowana przez ponad tysiącletnią historię.

    Pojęcie patriotyzmu nie jest pojęciem abstrakcyjnym, tylko realnym. W naszych warunkach próbujemy jako naukowcy definiować polski patriotyzm i wiemy, że jest on republikański, insurekcyjny i narodowo-demokratyczny. To są trzy formy postaw patriotycznych wyrastające z naszej historii. W każdym z tym zdefiniowanych patriotyzmów poprzez historyczne postawy Polaków nieodłącznym elementem jest uznanie porządku, który został człowiekowi przypisany przez obecność Boga nadającego normy i zestawy wartości. Jak pisał Roman Dmowski, katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, jest tej polskości najgłębszym sensem.

    Nawet ci, którzy byli związani z bardzo daleko idącą tradycją lewicy niepodległościowej właśnie przez to, że niepodległościowej, zdecydowanie nie widzieli powodu, żeby niszczyć tę religijno-chrześcijańską obudowę polskiego patriotyzmu. Po Bitwie Warszawskiej, socjalista i Naczelnik Państwa Józef Piłsudski przybył na Jasną Górę, by dziękować Matce Boskiej Królowej Korony Polskiej za ocalenie. Jako historyk i jako człowiek nie jestem zwolennikiem poglądów przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej, ale oddaję jej sprawiedliwość, ponieważ było to ugrupowanie niewątpliwie niepodległościowe, uznające, że państwo polskie i naród polski mają prawo do suwerenności, czyli swej specyficznej tożsamości. W związku z tym, ta tradycja socjalistyczna, jeżeli nie naruszała porządku historycznego dziedzictwa, tylko próbowała je na swój mylny sposób doskonalić, oczywiście mieściła się w pojęciu polskości.

    Nie chodzi też o to, żeby wykluczać różne, nawet moim zdaniem błędne porządki. Muszą one jednak mieć zdrowy fundament w postaci poszukiwania zgodnego rozumienia niepodległości, suwerenności, tego co nazywamy słowem „polskość”. Niezależnie od tego, jak bardzo mógłby człowiek być odległy od praktykowania religii – to jest kwestia indywidualna – jeśli chce być Polakiem, to powinien szanować tę drogę rozwoju naszego narodu, naszej wspólnoty, w której od Mieszka I po Jana Pawła II niewątpliwie bardzo ważnym kośćcem nierozerwalnym z Polską jest chrześcijaństwo. W praktyce zatem dnia codziennego nie wolno bezkarnie bezcześcić kościołów, napadać na kapłanów. Zresztą właśnie lewicowo-liberalne środowiska – bo dla nas to oczywiste – powinny w pierwszym rzędzie potępiać takie zjawiska, a nie milczeć i ganić, a nawet skazywać tych, którzy kościołów bronili.

    Marcin Giełzak popełnił krótką historię lewicy pod tytułem: „Trzeci stan, trzeci świat, trzecia droga, trzecia płeć”…

    Jeśli mam być szczery, to ja nie chcę nie szanować ludzi, a w tym zdaniu może dla niektórych wybrzmiewać pewien brak szacunku. Ja staram się być człowiekiem, który ewangelizuje w sensie nie tylko religijnym, ale i patriotycznym. Widzę rolę między innymi swoją, ale także części wspólnoty narodu polskiego, żebyśmy byli misyjni wobec tych wszystkich ludzi, którzy błądzą, którzy mają błędne poglądy. Oni sami niewątpliwie bardzo często te błędne poglądy osadzają na chęci czynienia dobra. Ona powoduje szacunek do nich jako do osób.

    Natomiast ci biedacy się mylą i to na różne sposoby. Jedni się mylą przez wybór niewłaściwej orientacji człowieczej, bo poza dwoma płciami nie ma trzeciej i jeśli ktoś ją znajduje to po prostu się myli. I rodzi to jego własne nieszczęścia. Jeśli ktoś jest z wyboru czynnym homoseksualistą, to po prostu tworzy nieszczęście dla siebie i dla najbliższych, a więc myli się w tym tragicznym swoim wyborze etc. Ten, kto zabija nienarodzone dziecko myli się podejmując tę decyzję, która potem owocuje tragediami sumienia. Doskonale o tym wie każda matka, która straciła dziecko. Ojcowie mam nadzieję, że też! Tak można długo wymieniać, ale to nie zmienia szacunku do tych osób; zakładamy, że ich pomyłki nie wyrastają z chęci czynienia zła, tylko ze złego zdefiniowania dobra. Jak ktoś źle definiuje dobro, to trzeba mu pomóc, żeby się obudził i odkrył, że to dobro istnieje, że jest piękne, że jest warte poświęceń, tylko trzeba je zupełnie inaczej zdefiniować.

    Pełna zgoda, Panie profesorze. Czy nie jest jednak tak, że to krótkie zdanie, które zacytowałem, oddaje, czym jest rewolucja lewicowa – czyli ciągłym radykalizowaniem się, a jednym ze sposobów jej działania jest czynienie zła poprzez jednoczesne wmawianie ludziom, że to dobro?

    Ma Pan rację. Rewolucjoniści, czyli bolszewicy istnieją i nie są zdolni do właściwej refleksji, ponieważ ich wybór jest w pełni świadomy. Będą czynili zło na tym świecie i nie ma w ich przypadku mowy o jakimkolwiek dialogu. Odróżnienie jednych od drugich – rewolucjonistów od ludzi zagubionych – nie jest jednak takie proste i w związku z tym zawsze stoi pytanie, czy nie warto spróbować dialogu i dopiero potem, ewentualnie dojść do wniosku, że niestety, ale ten dialog jest niemożliwy.

    Dialogować warto. Tak nam dopomóż, Bóg!

    Tak nam dopomóż, Bóg! Wierzmy w drugiego człowieka, że potrafi nie tylko błądzić, ale także naprawiać swoje błędy; i nie zmieniajmy własnych poglądów.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Rozmawiał Tomasz Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby osoby z niepełnosprawnościami były w centrum uwagi społeczeństwa, a instytucje promowały programy integracyjne, które zwiększyłyby ich aktywne uczestnictwo.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Boże, który jesteś pełen miłosierdzia, dziękuję za Twoją opiekę w minionym roku liturgicznym. Oby Twój dar wiary, nadziei i miłości zbliżył mnie do Ciebie i tym samym do moich bliźnich. W ten nowy adwentowy czas, zdając sobie sprawę ze swojej niemocy, proszę, abym dużo lepiej niż dotychczas umiał rozpoznawać Twoje nieustanne przychodzenie. Rozważając różańcowe tajemnice wraz z Twoją Boleściwą Matką, pragnę uczyć się od Niej jak przeżywać dany mi czas, który jest jedynym i niepowtarzalnym czasem.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 sposoby odmawiania różańca, kiedy masz napięty harmonogram

    Close up of rosary against a cloudy sky and green grassy background

    Omar Santamaría | Cathopic

    **********

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej przedstawiamy cztery proste sposoby na odmawianie różańca, gdy masz bardzo napięty harmonogram.

    Wielu świętych codziennie odmawiało różaniec i zachęcało innych do odmawiania go, nazywając go wręcz „bronią duchową”.

    „Różaniec jest «bronią» na te czasy” – twierdził św. Ojciec Pio. Św. Josemaría Escriva powiedział: „Święty Różaniec jest potężną bronią. Używaj go z pewnością, a będziesz zaskoczony efektami”.

    Wiemy, że powinniśmy odmawiać różaniec, ale kiedy i jak możemy znaleźć czas? Może to wymagać trochę dodatkowego planowania i wysiłku, ale jest to możliwe! 

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej , której święto przypadało 7 października, przedstawiamy 4 sposoby na codzienną modlitwę różańcową, gdy twój harmonogram jest już napięty.

    1 ODMAWIAJ RÓŻANIEC W DRODZE DO PRACY

    Jeśli i tak musisz jechać samochodem lub pociągiem, równie dobrze możesz wykorzystać ten czas i odmówić różaniec w drodze do pracy. 

    W transporcie publicznym łatwo jest trzymać różaniec w kieszeni. Jeśli jesteś w samochodzie i nie możesz utrzymać różańca, módl się za pomocą aplikacji audio do różańca (jest ich sporo!). 

    2 MÓDLCIE SIĘ Z PRZYJACIÓŁMI!

    Grupa rodzin z mojej parafii spotyka się raz w miesiącu na „poczcie różańcowej”. Każda rodzina przynosi jakieś danie i wspólnie odmawiamy różaniec. 

    Kiedy moje dzieci były młodsze, spotykaliśmy się w parku na „randce z różańcem”, odmawiając różaniec z grupą przyjaciół, podczas gdy maluchy biegały. 

    Modlitwa z przyjaciółmi to świetny impuls, który pomoże nam znaleźć motywację do odmawiania różańca. W twojej parafii może również istnieć grupa różańcowa oferująca cotygodniową lub miesięczną możliwość odmawiania różańca z innymi osobami.

    3 MÓDL SIĘ, KIEDY ĆWICZYSZ

    Trzeba przyznać, że nie sprawdzi się to w przypadku wszystkich form ćwiczeń, ale jeśli wybierasz się na spacer lub bieganie, zamiast muzyki przez część czasu włącz aplikację z różańcem. Wyjście na spacer i modlitwa różańcowa idą w parze niesamowicie dobrze!

    4 MÓDL SIĘ PRZED SNEM

    Moi rodzice odmawiali na głos różaniec, podczas gdy ja i rodzeństwo zasypialiśmy. Przez wiele nocy mojego dzieciństwa zasypiałem, słuchając Zdrowaś Maryjo. 

    Powtarzanie różańca może działać bardzo kojąco, dlatego warto odmawiać go, gdy ty lub twoje dziecko kładziecie się spać. 

    Theresa Civantos Barber/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    „Przez pół wieku różaniec był dla mnie udręką”. siostra Małgorzata Borkowska OSB proponuje modyfikację modlitwy

    Młody mężczyzna z niechęcią podchodzi do modlitwy różańcowej

    Marijus Auruskevicius | Shutterstock

    ***

    Powtarzam: to wszystko jest tylko propozycja. Można ją odrzucić całkiem, albo można stworzyć na swoją potrzebę analogiczny schemat własny.

    Są ludzie, dla których różaniec jest od dzieciństwa naturalnym i oczywistym elementem ich pobożności. Lubią go i nie mają z nim problemów. Niech dziękują Bogu – i nie muszą czytać dalej tego tekstu. Po co im cudze kłopoty albo odpowiedzi na cudze pytania? Ale są także ludzie, którzy mają problem z różańcem. I nawet jeśli zwykli za niego dziękować Bogu, to będą Mu tym goręcej dziękować, kiedy znajdą jakieś wyjście z tej kłopotliwej sytuacji albo doświadczą przebłysku sensu modlitwy różańcowej. Może prowadzić do tego wiele dróg, zależnie od rodzaju problemów. Droga zaprezentowana poniżej jest skutkiem bardzo konkretnego zestawu trudności.

    Trudności. Przez ponad pół wieku różaniec był dla mnie udręką. Po pierwsze, jedno Zdrowaś Maryjo wydawało mi się wspaniałą modlitwą, tym właśnie, co chcę powiedzieć – ale już trzy pod rząd stawały się klepaniem, bo uwaga uciekała; dziesięć – tym bardziej, więc perspektywa i konieczność odmówienia pięćdziesięciu Zdrowaś Maryjo, nie mówiąc już o stu pięćdziesięciu (jeszcze wtedy nie dwustu!), stawała się dość koszmarna. To było po prostu przegadane – nawet i bez tych wszystkich dodatków, które jak ogon komety ciągną się za każdą dziesiątką w nabożeństwach parafialnych.

    Po drugie, co właściwie miałam w tym czasie robić? Na co skierować uwagę: na słowa modlitwy czy na temat rozważania? Uczono mnie, że różaniec jest modlitwą kontemplacyjną, więc słowa stają się w nim coraz mniej ważne, aż w końcu redukują się do jednego – JEZUS.

    No dobrze, ale te pozostałe nadal trzeba klepać, chociaż się na nie już nie zwraca uwagi! Po co? Najgorsza była „dobra rada”, jakiej udzielali niektórzy mistrzowie, żeby słowa traktować po prostu jako miarę czasu, poświęcanego każdej tajemnicy. Czyli klepać je, żeby minęło mniej więcej pięć minut… (na co potrzeba około „dziesięciu Zdrowych Maryi”, jak mówiono w XVII wieku). Dla mnie to było wprost oburzające.

    Różaniec tak pojęty stawałby się jedną więcej szkołą bezmyślnego traktowania słów modlitwy – i jednym więcej ćwiczeniem w oddzielaniu myślenia od mówienia, a tym samym motorem rosnącej dewaluacji słowa. Być może dla ludzi ciągle pouczanych, że modlitwa ustna jest czymś niższym od modlitwy myślnej i dlatego powinna ustępować tej drugiej miejsca – grając w razie potrzeby rolę klepsydry piaskowej lub stopera – nie ma w takim stawianiu sprawy nic nagannego. Ale trudno się z nim pogodzić, jeśli się wierzy – jak wierzył Autor naszej reguły – że na modlitwie myśl i słowo powinny być zgodne. Zawsze.

    Modlitwa ustna, pozbawiona myślnej, staje się pustym obrzędem; a myślna, pozbawiona treści wyrażalnych słowami (choćby bezgłośnymi), staje się równie pustą grą uczuć albo zagapieniem. (Nie mówię tu oczywiście o kontemplacji wlanej, o której nie mam pojęcia, ale o modlitwie dostępnej dla każdego). A tu mamy: albo, albo. Słowo idzie w swoją stronę, myśl w swoją. Ideałem byłoby je zgrać, pogodzić – ale jak?

    Pod okiem Maryi. Najpierw spróbujmy ustalić kilka zasad, które mogą być wstępem do szukania wyjścia. Po pierwsze, wyciszmy nerwy i ewentualne skrupuły. Jeżeli wyjścia nie znajdziemy, to przecież brak modlitwy różańcowej nie jest grzechem, różaniec nie jest konieczny do zbawienia. I przed jego wynalezieniem żyło mnóstwo świętych, ludzie służyli Bogu i kochali Go. Niemniej, skoro Kościół usilnie zaleca tę modlitwę, to dobrze będzie zrozumieć, dlaczego; i dobrze będzie pójść za tym zaleceniem, byleby z dobrej woli, bez balastu przymusu.

    Po drugie, zgodnie ze sformułowaniem Jana Pawła II, różaniec nie jest modlitwą do Maryi, ale raczej modlitwą pod okiem Maryi. Ma być więc rozmyślaniem, zwrotem do Boga pod okiem Tej, która nie tylko uczestniczyła w wydarzeniach ewangelicznych, ale i „rozważała je w sercu”. Dlatego może i nas uczyć tego rozważania.

    Po trzecie, są różne sposoby rozmyślania. Jeden to stawianie twierdzeń i wysnuwanie z nich wniosków – ale w przypadku różańca takiemu rozmyślaniu przeszkadza tekst modlitwy ustnej. Inny sposób polega na stanięciu twarzą w twarz z tematem i prostym pokłonieniu się mu. W takim wypadku tekst jest nawet pomocny, ale może dla kogoś być za długi, właśnie przegadany. Pokłon dużo czasu nie zajmuje.

    Po czwarte, zastanówmy się nad tym, co oznacza błogosławieństwo, o którym przecież mowa w Zdrowaś Maryjo. Błogosławieństwo, jeżeli to Bóg nam błogosławi, oznacza dar i łaskę; jeżeli my błogosławimy kogoś z ludzi – na przykład Maryję – oznacza podziw dla daru Boga i łaski w Niej złożonej. Jeżeli błogosławimy Boga, wyrażamy adorację i dziękczynienie. Pojęcie to jest kluczowe i dobrze je wyjaśnić na wstępie.

    Nadal jednak pozostaje problem: jak pogodzić w różańcu słowo i myśl, zakładając, że słowa modlitwy nie będą tylko szelestem piasku w klepsydrze, ale nośnikiem istotnej treści?

    Możliwy sposób wyjścia. Oczywiście na początku musi być Ojcze nasz – z tego tekstu wypływa cała nasza chrześcijańska modlitwa. Ale co robić z przegadanym ciągiem dalszym? Ostatecznie nie widziałam już innej rady, niż zredukować – na prywatny użytek! – liczbę słów do tych, które wydają mi się najważniejsze, niezbywalne. W miejsce całej zdrowaśki powstała więc siedemnastosylabowa zwrotka:

    Błogosławiona.

    Błogosławiony Jezus.

    Módl się za nami.

    Wedle takiego pojęcia istotną treść modlitwy Zdrowaś Maryjo stanowiłoby podwójne błogosławieństwo i prośba o pomoc (a tym samym wyznanie własnej słabości). W pierwszym słowie zawiera się serdeczne wezwanie Maryi jako Tej, która również wpatruje się w dany epizod życia Jej Syna; w drugiej, kluczowej linijce jest pokłon i dziękczynienie oddane temuż Synowi. Potem już skrzydła opadają – „módl się za nami” to raczej mozolny lot gołębia niż swobodne szybowanie bociana – ale za chwilę uniosą się znowu.

    Przedmiotem mojej adoracji jest Chrystus widziany jako Syn Ojca, dokonujący dzieła Ojca na świecie i składający Ojcu ofiarę z własnego życia – czego nie mógłby zrobić jako Bóg, ale może jako człowiek. We wszystkich tajemnicach różańca odnajduję obecność tej trynitarnej Miłości, która Go do tego popchnęła. Niespodziewanie nawet te tajemnice, które poprzednio niewiele dla mnie znaczyły, nagle się rozświetliły; pamiętam radość chwili, w której zrozumiałam, jak ważna jest piąta tajemnica radosna, kiedy to Jezus po raz pierwszy na ziemi deklaruje swoją miłość do Ojca. Tak Go pojmuję i tak Go wielbię – przez okamgnienie, bez dodatkowych słów. Ale ten akt uwielbienia można mnożyć: dziesięć razy albo i więcej, któż zabroni? Byleby dodać na końcu Chwała Ojcu, bo to wynika z całej poprzedniej modlitwy. Wszystkie inne dodatki zastępuję jednym „alleluja”, żeby nie odrywały uwagi od właściwego jej przedmiotu.

    Ktoś, kto moich trudności nie dzieli, powiedział mi ze smutkiem, że to już nie jest różaniec. Ale dla mnie to jedyna możliwa jego forma. Nie będę się spierać o nazwy. Chodzi mi o to, żeby móc przy Maryi rozważać dzieło Jezusa i wielbić Go – ku chwale Ojca, bo to ta chwała przecież jest upragnieniem Jezusowego Serca i Jego celem nadrzędnym.

    Możliwe zresztą, że taka forma różańca będzie dla kogoś tylko pierwszym stadium powrotu do pełnego tekstu, który w jakiś sposób stanie się nośnikiem adoracji, a nie klepaniną. Ale jeśli nawet nie, to lepsze jest takie rozwiązanie problemu niż żadne… przynajmniej na użytek tych, którzy mają problemy podobne do moich. Zresztą prywatna modlitwa nie potrzebuje tekstów utrwalonych raz na zawsze; może się rozwijać.

    Jak, konkretnie, zastosować tak zmodyfikowany tekst do kolejnych tajemnic różańca? Na przykład, każda „zdrowaśka” może brzmieć:

    Błogosławiona. Błogosławiony Jezus, … (tu treść tajemnicy, jak niżej, 3x). Módl się za nami.

    Błogosławieństwo Pana, zaopatrzone w aluzje do treści tajemnicy, jest powtórzone trzy razy, żeby nie oszukiwać na czasie, i żeby to ono było istotnym elementem. W sumie, chodzi o to, żeby razem z Maryją wielbić Syna Bożego w konkretnych aspektach Jego działania i żeby prosto do tego celu prowadziły wszystkie użyte słowa. Nie tylko niektóre. A „treść tajemnicy” to krótkie sformułowanie, jak poniżej:

    Tajemnice radosne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Ojca.(W tle: miłość Syna do Ojca aż do pragnienia ofiary z życia; wielki zamysł, stworzenie świata w tej intencji; wciągnięcie ludzkości w tę samą trynitarną miłość)

    2. Błogosławiony Jezus, Bóg ukryty.(W tle: Ty jesteś Bogiem ukrytym, Zbawicielu, Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie; zaplanowana niedostrzegalność obecności Boga w świecie, działanie jak w przypowieści o rosnącym ziarnie)

    3. Błogosławiony Jezus, Bóg objawiony.(W tle: niemowlęca niemoc wobec ludzi jako znak stanu ofiary złożonej Ojcu; objawia miłość, którą przyszedł ucieleśnić i szerzyć)

    4. Błogosławiony Jezus Pierworodny.(W tle: długie dzieje przygotowywania pojęć ludzkich o należnej Bogu ofierze z tego, co najlepsze; pierworodny jako należny Bogu wg Prawa, ale wykupywany; Syn Boży nie poprzestanie na ofierze zastępczej)

    5. Błogosławiony Jezus w domu Ojca.(W tle: rozumieć serce Jezusa to znać Jego podstawowe dążenie: uwielbienie Ojca; szukać Go należy w domu Ojca, w tym wszystkim, co chwale Ojca służy)

    Tajemnice światła:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn miłość.(W tle: obecność wszystkich Trzech Osób; Ojciec intronizuje Syna; ich wzajemna Miłość spływa, aby objąć ludzkość)

    2. Błogosławiony Jezus, Dawca radości.(W tle: wino symbolem radości, a On przez nasze usynowienie przynosi radość głębszą, „trzeźwe upojenie Ducha”)

    3. Błogosławiony Jezus, Nauczyciel.(W tle: cuda i nauki objawiają moc i dobroć Ojca, Jego plany; mówią o Nim i naszym wezwaniu do Jego życia)

    4. Błogosławiony Jezus w chwale Ojca.(W tle: raz jeszcze, Ojciec uwierzytelnia Syna; objawia miłość i pokój, przewyższający wszelkie pojęcie)

    5. Błogosławiony Jezus na ołtarzu.(W tle: całość Jego dzieła uwielbienia i zbawienia, obecna tu w Jego stanie ofiary)

    Tajemnice bolesne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Człowieczy.(W tle: jako Bóg postawił sobie samemu jako Człowiekowi zadanie na skraju możliwości wykonania)

    2. Błogosławiony Jezus, Król skatowany.(W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nieludzko oszpecony Jego wygląd; wolny pomimo to: sam dał się gnębić, podał grzbiet swój bijącym)

    3. Błogosławiony Jezus, Król wyszydzony.(W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nie zasłonił twarzy przed zniewagami, wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Bóg odrzucony przez własnych kapłanów)

    4. Błogosławiony Jezus niosący swoją miłość.(W tle: aż do śmierci umiłował Ojca i nas, ostatkiem ludzkich sił doniósł tę miłość do miejsca kaźni)

    5. Błogosławiony Jezus, który wykonał.(W tle: aż do śmierci krzyżowej wykonał cały zamysł ofiary uwielbienia Ojca i naszego zbawienia; umierając triumfuje: Wykonało się)

    Tajemnice chwalebne:

    1. Błogosławiony Jezus zmartwychwstały.(W tle: Ojciec odpowiada na ofiarę Syna, daje Mu triumf ostateczny i pełny, w naszej czasoprzestrzeni dopiero stopniowo skuteczny, w bezczasie wieczności już dokonany)

    2. Błogosławiony Jezus po prawicy Ojca.(W tle: Ojciec odpowiada bezmiarem chwały; Syn także jako człowiek jest w majestacie Trójcy Świętej)

    3. Błogosławiony Jezus, Dawca Ducha.(W tle: Wyleję Ducha mego na wszelkie ciało; nasze usynowienie: ogarnia nas trynitarna Miłość łącząca Ojca z Synem, mamy udział w „liturgii” Syna)

    4. i 5. Błogosławiony Jezus, Syn Twój i Bóg Twój.(W tle: pełnia ostatecznego spotkania Maryi z Tym, który zechciał być Jej Synem)

    Powtarzam: to wszystko jest tylko propozycja. Można ją odrzucić całkiem, albo można stworzyć na swoją potrzebę analogiczny schemat własny.

    Aleteia.pl

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie” siostry Małgorzaty Borkowskiej OSB, Tyniec, wydawnictwo ojców Benedyktynów)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa w ciszy nie jest luksusem dla wybranych. Jest potrzebna każdemu, kto chce mieć głębszą relację z Bogiem

    Modlitwa w ciszy nie jest luksusem dla wybranych. Jest potrzebna każdemu, kto chce mieć głębszą relację z Bogiem

    ks. Andrzej Muszala/źródło: YT / DEON TV

    ***

    Szukasz czegoś, co ożywi i zmieni twoją modlitwę? Jednym z bardzo skutecznych sposóbów na przemianę życia i nawrócenie, które jest owocem dobrej relacji z Bogiem, jest modlitwa w ciszy. Nie chodzi w niej jednak o to, by mówić do Boga po cichu… W Adwencie szukamy sposobów na to, jak zbliżyć się do Boga. Jedną z bardzo skutecznych dróg jest modlitwa w ciszy. Czym jest? O tym w drugim odcinku naszego adwentowego cyklu “Czas ciszy” opowiada ks. Andrzej Muszala. 

    Gość naszego cyklu modlitwą w ciszy zajmuje się w praktyce od lat; jest założycielem Pustelni św. Teresy z Lisieux w Beskidach i między innymi właśnie tam podczas rekolekcji pokazuje, czym może się stać taki sposób modlitwy. 

    Cisza nie jest luksusem dla wybranych

    – Cisza jest dla każdego. To nie jest luksus dla wybranych, dla mnichów, kartuzów, pustelników. Bez ciszy człowiek nie funkcjonuje właściwie – podkreśla ks. Andrzej Muszala. 

    Jak mówi, by zacząć modlić się w ciszy, trzeba zrobić pierwszą, kluczową rzecz: podjąć decyzję, znaleźć czas.

    – Wydaje nam się wydaje, że ten krok jest bardzo trudny; ale gdy człowiek włączy rozumowe myślenie i zaplanuje dzień, zobaczy, że bardzo dużo jest tam “śmieci” różnego typu: na przykład przeglądanie reklam czy promocji. Trzeba to ograniczyć, żeby znaleźć czas na modlitwę – podkreśla duchowny.

    Najlepsze miejsce do modlitwy w ciszy

    Jak zauważa ks. Muszala, warunki zewnętrzne dla każdego człowieka mogą być różne. Ale Jezus mówi rzecz bardzo prostą: żeby iść do swojego pokoju, zamknąć drzwi i tam się modlić.

    – Własny pokój to jest świetne miejsce przebywania z Bogiem – mówi duszpasterz. – Każdy może dziś wejść do swojego pokoju, zrobić mały porządek na swoim biurku, postawić tam małą ikonę, świecę zapalić, otworzyć Pismo Święte i to jest ta przestrzeń, w której można się spotkać z Jezusem.

    Modlitwa w ciszy to nie modlitwa po cichu

    Co właściwie powinniśmy robić podczas modlitwy w ciszy? Przede wszystkim – nie mówić.

    – Nie zanosić żadnych intencji, nawet bardzo wzniosłych, tylko właśnie nie mówić. Modlitwa w ciszy to nie jest modlitwa po cichu, kiedy  odmawiamy jakieś modlitwy po cichu, tylko w ogóle wyłączamy swoją inicjatywę co do mówienia, co do przedstawiania różnych kwestii, a otwieramy się na inicjatywę Boga – zaznacza ks. Muszala.

    Świetnym wejściem w modlitwę w ciszy jest rzecz bardzo prosta – otwarcie Ewangelii. Gdy ją czytamy, to wystarczy, bo to jest Słowo Boże, jak mówi św. Teresa z Lisieux – to jest sam Chrystus.

    Czy do modlitwy w ciszy jest potrzebne specjalne przygotowanie?

    – Jeśli ktoś zaczyna taką modlitwę, to na dłuższą metę powinien się formować. To tak, jak z językiem obcym; nie wystarczy poznać kilka słówek, choć można się porozumiewać w ten sposób. Ale jeśli chcemy wejść w głębię tego języka, trzeba podjąć codzienną, systematyczną naukę. Tak samo modlitwa w ciszy: jeśli ktoś chce w niej iść do przodu, ona powinna być codziennie i powinna być połączona z formacją. Są różne szkoły modlitwy, aczkolwiek tu też trzeba dosyć uważać, bo powiem wprost, że dziś jest moda łączenia medytacji z technikami wschodnimi i to jest mieszanka wybuchowa – mówi ks. Muszala.

    Deon.pl

    ______________________________________________________

    

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny

    fot. radio Niepokalanów

    *********

    Aby dobrze przygotować się do Uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny na dzień 8 grudnia – oto jedna z propozycji ze strony Opus Dei, która może posłużyć jako inspiracja do modlitwy osobistej na początku Adwentu.

    Wstęp

    Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.

    Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.

    *********

    DZIEŃ PIERWSZY – 30 listopada

    MARYJA, NOWA EWA

    fot.vecstock Freepik/ojcowie Franciszkanie/Wrocław

    ***

    Czytanie biblijne (Rdz 3,1−6.13−15)

    A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł.

    Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: „Dlaczego to uczyniłaś?” Niewiasta odpowiedziała: „Wąż mnie zwiódł i zjadłam”. Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: „Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i dzikich; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę”.

    Rozważanie (Jan Paweł II, Redemptoris Mater (=RM), 11)

    Maryja, Matka Słowa Wcielonego, zostaje wprowadzona w samo centrum owej nieprzyjaźni, owego zmagania, jakie towarzyszy dziejom ludzkości na ziemi, a zarazem dziejom zbawienia. Należąc do „ubogich i pokornych Pana”, Maryja nosi w sobie, jak nikt inny wśród ludzi, ów „majestat łaski”, jaką Ojciec „obdarzył nas w Umiłowanym”, a łaska ta stanowi o niezwykłej wielkości i pięknie całej Jej ludzkiej istoty. Maryja pozostaje w ten sposób wobec Boga, a także wobec całej ludzkości jakby niezmiennym i nienaruszonym znakiem tego Bożego wybrania, o jakim mówi List Pawłowy: „w Chrystusie (…) wybrał nas przed założeniem świata (…) i przeznaczył dla siebie jako przybranych synów” (Ef 1,4). Wybranie to jest potężniejsze od wszelkich doświadczeń zła i grzechu, od całej owej „nieprzyjaźni”, jaką naznaczone są ziemskie dzieje człowieka. Maryja pozostaje w tych dziejach znakiem niezawodnej nadziei.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ DRUGI – 1 grudnia

    MARYJA, PEŁNA ŁASKI

    Pełna łaski
    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,26−33)

    W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Wszedłszy do Niej, anioł rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.

    Rozważanie (RM, 8)

    Kiedy czytamy, że zwiastun mówi do Maryi „łaski pełna”, kontekst ewangeliczny, w którym zbiegają się dawne objawienia i obietnice, pozwala nam zrozumieć, że chodzi tutaj o szczególne błogosławieństwo pośród wszelkich „błogosławieństw duchowych w Chrystusie”. W tajemnicy Chrystusa jest Ona obecna już „przed założeniem świata”, jako Ta, którą Ojciec „wybrał” na Rodzicielkę swego Syna we Wcieleniu a wraz z Ojcem wybrał Ją Syn i odwiecznie zawierzył Duchowi świętości. Maryja jest w sposób zupełnie szczególny i wyjątkowy związana z Chrystusem i równocześnie jest umiłowana w Tym przedwiecznie umiłowanym Synu, współistotnym Ojcu, w którym skupia się cały „majestat łaski”. Równocześnie pozostaje Ona doskonale otwarta w stronę tego „daru z wysokości” (por. Jk 1,17). Jak uczy Sobór: Maryja „zajmuje pierwsze miejsce wśród pokornych i ubogich Pana, którzy z ufnością oczekują od Niego zbawienia i dostępują go”.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ TRZECI 2 grudnia

    MARYJA, SŁUŻEBNICA PAŃSKA

    Maryja. Panna z dobrego domu
    Maryja w scenie Zwiastowania (fot. zatletic/depositphotos.com)Deon.pl

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,34-38)

    Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, którą miano za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego!” Wtedy odszedł od Niej anioł.

    Rozważanie (RM, 13)

    Przy zwiastowaniu bowiem Maryja, okazując „posłuszeństwo wiary” Temu, który przemawiał do Niej słowami swego zwiastuna, poprzez „pełną uległość rozumu i woli wobec Boga objawiającego” – w pełni powierzyła się Bogu. Odpowiedziała więc całym swoim ludzkim, niewieścim „ja”. Zawierało się w tej odpowiedzi wiary doskonałe współdziałanie „z łaską Bożą uprzedzającą i wspoma­gającą” oraz doskonała wrażliwość na działanie Ducha Świętego, który „darami swymi wiarę stale udoskonala”.

    Słowo Boga żywego, które zwiastował Maryi anioł, odnosiło się da Niej samej: „Oto poczniesz i porodzisz Syna” (Łk 1,31). Maryja, przyjmując to zwiastowanie, miała stać się „Matką Pana”. Miała w Niej dokonać się Boska tajemnica Wcielenia. „Było zaś wolą Ojca miłosierdzia, aby Wcielenie poprzedziła zgoda Tej, która była przeznaczona na matkę”. I Maryja wyraża tę zgodę, po wysłuchaniu wszystkich słów zwiastuna. Mówi: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego!” (Łk 1,38). Owo Maryjne fiat – „niech mi się stanie” – zadecydowało od strony ludzkiej o spełnieniu się Bożej tajemnicy. Zachodzi pełna zbieżność ze słowami Syna, który według Listu do Hebrajczyków mówi do Ojca, przychodząc na świat: „Ofiary ani daru nie chciałeś, ale Mi utworzyłeś ciało (…). Oto idę (…) aby spełniać wolę Twoją, Boże” (10,5.7). Tajemnica Wcielenia urzeczywistniła się wówczas, gdy Maryja wypowiedziała swoje fiat: „niech mi się stanie według twego słowa!”, czyniąc możliwym – na ile wedle planu Bożego od Niej to zależało – spełnienie woli Syna.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ CZWARTY – 3 grudnia

    MARYJA BŁOGOSŁAWIONA MIĘDZY NIEWIASTAMI

    radio Niepokalanów

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,39-44)

    W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w ziemi Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała poz­dro­wienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona głośny okrzyk i po­wie­działa: „Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”.

    Rozważanie (RM, 12)

    Ewangelista Łukasz – wkrótce po opisie zwiastowania – prowadzi nas w ślad za Dziewicą z Nazaretu „do pewnego miasta w ziemi Judy” (Łk 1,39). Miastem tym ma być, zdaniem uczonych, dzisiejsze Ain-Karim, położone w okolicy górzystej, opodal Jerozolimy. Maryja „wybrała się tam z pośpiechem”, aby odwiedzić Elżbietę, swoją krewną. Przyczynę odwiedzin wypada upatrywać w tym także, że podczas zwiastowania Gabriel wskazał w znamienny sposób na Elżbietę, która w podeszłym wieku mocą Bożą poczęła syna z męża Zachariasza: „krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, którą miano za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,36−37). Zwiastun powołał się na przykład Elżbiety, aby odpowiedzieć na pytanie Maryi: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1,34). Otóż stanie się to właśnie „mocą Najwyższego”, podobnie – a nawet bardziej – niż w przypadku Elżbiety.

    Maryja więc udaje się w duchu miłości do domu swej krewnej. Przy wejściu, w odpowiedzi na pozdrowienie Maryi, Elżbieta, „napełniona Duchem Świętym”, czując szczególne poruszenie dziecka we własnym łonie, wielkim głosem pozdrawia Maryję: „Bło­go­sławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (por. Łk 1,40−42). Ten okrzyk czy też aklamacja Elżbiety weszła później do modlitwy Zdrowaś Maryjo jako dalszy ciąg pozdrowienia anielskiego, stając się w ten sposób jedną z naj­częstszych modlitw Kościoła. Jeszcze więcej mówią dalsze słowa Elżbiety zawarte w pytaniu: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przy­chodzi do mnie?” (Łk 1,43). Elżbieta daje świadectwo Maryi: roz­poznaje i głosi, że przed nią stoi Matka Pana, Matka Mesjasza. W tym świadectwie uczestniczy też syn, którego Elżbieta nosi w swoim łonie: „poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. „Dzieciątko” – to przyszły Jan Chrzciciel, który nad Jordanem wskaże na Jezusa jako Mesjasza.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ PIĄTY – 4 grudnia

    WIARA MARYI

    Theotokos – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
    Maryja Theotokos – National Museum of Serbia, Public domain, via Wikimedia Commons/Deon.pl

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,45-56)

    [Elżbieta wydała okrzyk i powiedziała:]

    „Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana”. Wtedy rzekła Maryja: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a święte jest Jego imię – i miłosierdzie Jego z pokoleń na pokolenia dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – Abrahamowi i jego potomstwu na wieki”. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.

    Rozważanie (RM, 14, 19)

    Jednakże słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” odnoszą się nie tylko do tego szczegółowego momentu, jakim było zwiastowanie. Jeśli chodzi o wiarę Maryi oczekującej Chrystusa, zwiastowanie jest z pewnością momentem przełomowym, ale zarazem jest także punktem wyjścia, od którego zaczyna się całe „itinerarium ku Bogu”: cała Jej droga wiary. Na tej zaś drodze w sposób niezwykły, zaiste heroiczny – owszem, z coraz większym heroizmem wiary – będzie się urzeczywistniać owo „posłuszeństwo”, które wyznała wobec słowa Bożego objawienia. A to „posłuszeństwo wiary” ze strony Maryi w ciągu całej drogi posiadać będzie zadziwiające podobieństwo do wiary Abrahama. Podobnie jak ten patriarcha całego ludu Bożego, tak i Maryja, w ciągu całej drogi swego uległego, macierzyńskiego fiat, będzie potwierdzać, iż „wbrew nadziei uwierzyła nadziei”. Słusznie przeto w owym wyrażeniu „Błogosławiona, któraś uwierzyła”, możemy upatrywać jakby klucz, który otwiera nam wewnętrzną prawdę Maryi: tej, którą anioł przy zwiastowaniu pozdrowił jako „łaski pełną”. Jeśli jako „łaski pełna” była Ona odwiecznie obecna w tajemnicy Chrystusa, to przez wiarę stawała się w niej obecna w wymiarach całego swego ziemskiego iti­nerarium: „szła naprzód w pielgrzymce wiary”. Równocześnie zaś tę tajem­nicę Chrystusa w sposób dyskretny – ale bezpośredni i sku­teczny – uobecniała ludziom. I nadal nie przestaje jej uobecniać. Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ SZÓSTY – 5 grudnia

    MARYJA WSPÓŁODKUPICIELKA Z CHRYSTUSEM

    Bolesne macierzyństwo Maryi - rozważanie
    fot. fortherock/flickr.com/Deon.pl

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 2,25-35)

    A żył w Jeruzalem człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekujący pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Z natchnienia więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą – a Twoją duszę miecz przeniknie – aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”.

    Rozważanie (RM, 16)

    Człowiek sprawiedliwy i pobożny, imieniem Symeon, pojawia się na początku Maryjnego „itinerarium” wiary. Słowa jego, natchnione przez Ducha Świętego (por. Łk 2,25−27), potwierdzają prawdę zwiastowania. Czytamy bowiem, że „wziął On w objęcia” Dzieciątko, któremu zgodnie z poleceniem anioła „nadano imię Jezus” (por. Łk 2,21). Jego słowa są zgodne z brzmieniem tego imienia, które znaczy: Zbawiciel – „Bóg jest zbawieniem”. Zwracając się do Pana, mówi: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2,30-32). Równocześnie jednak Symeon zwraca się do Maryi z następującymi słowami: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. I dodaje wprost pod adresem Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie – aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,34−35). Słowa Symeona stawiają w nowym świetle zapowiedź, jaką Maryja usłyszała od anioła: Jezus jest Zbawicielem, jest „światłem na oświecenie” ludzi. Czyż nie okazało się to w pewien sposób w noc Narodzenia, gdy do stajni przybyli pasterze? (por. Łk 2,8−20). Czyż nie miało się jeszcze bardziej okazać, gdy przybędą Mędrcy ze Wschodu? (por. Mt 2,1−12). Równocześnie jednak, już u początku swego życia, Syn Maryi – a wraz z Nim Jego Matka – doznają na sobie prawdy dalszych słów Symeona: „znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezro­zu­mienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ SIÓDMY – 6 grudnia

    MARYJA, PIERWSZA KTÓRA SŁUCHA I ZACHOWUJE SŁOWO BOŻE

     Stock.Adobe/Tygodnik Niedziela

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 11,27-28)

    Gdy On to mówił, jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała do Niego: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”. Lecz On rzekł: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają”.

    Rozważanie (RM, 20)

    Jest w Ewangelii św. Łukasza taki moment, gdy „jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała”, zwracając się do Jezusa: Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś (Łk 11,27). Słowa te stanowią pochwałę Maryi jako rodzonej Matki Jezusa.

    Na to błogosławieństwo, jakie nieznana kobieta wypowiedziała pod adresem jego Matki i Rodzicielki, Jezus odpowiada w sposób znamienny: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają” (Łk 11,28). Jezus chce odwrócić uwagę od macierzyństwa, o ile oznacza ono tylko więź ciała, aby skierować ją w stronę tych tajemniczych więzi ducha, jakie powstają przez słuchanie słowa Bożego i zachowywanie go.

    Niewątpliwie Maryja jest godna błogosławieństwa dlatego, że stała się dla swego Syna Matką wedle ciała („Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”) – ale również i nade wszystko dlatego, że już przy zwiastowaniu przyjęła słowo Boże, że słowu temu uwierzyła, że była Bogu posłuszna, ponieważ słowo to zachowywała i rozważała w sercu (por. Łk 1,38.45; 2,19.51) i całym swoim życiem wypełniała. Tak więc błogosławieństwo wypowiedziane przez Jezusa nie przeciwstawia się – wbrew pozorom – błogosławieństwu wypowiedzianemu przez nieznaną kobietę, ale z nim się spotyka w osobie tej Matki-Dziewicy, która sama siebie nazwała „służebnicą Pańską” (Łk 1,38).

    Można powiedzieć, że wymiar ten był udziałem Matki Chrystusa od początku, od chwili poczęcia i narodzin Syna. Od tego momentu była Tą, która uwierzyła. Maryja Matka, stawała się w ten sposób pierwszą poniekąd „uczennicą” swego Syna, pierwszą, do której On zdawał się mówić „pójdź za Mną”, wcześniej niż wypowiedział to wezwanie do Apostołów czy do kogokolwiek innego (por. J 1,43).

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ ÓSMY – 7 grudnia

    MARYJA UPRASZA NAM WSZYSTKIE ŁASKI

    Nheyob, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons/PCh24.pl

    ***

    Czytanie biblijne (J 2,1−11)

    Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: „Nie mają wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?” Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: „Napełnijcie stągwie wodą!” I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!” Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

    Rozważanie (RM, 21−22)

    Maryja obecna jest w Kanie Galilejskiej jako Matka Jezusa – i w sposób znamienny przyczynia się do owego początku znaków, objawiających mesjańską moc Jej Syna. Oto „kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?»” (J 2,3−4).

    Wedle Ewangelii św. Jana owa „godzina” oznacza moment przeznaczony przez Ojca, w którym Syn wypełni swoje dzieło i ma doznać uwielbienia (por. J 7,30; 8,20; 12,23.27; 13,1; 17,1; 19,27).

    Chociaż więc to, co Jezus odpowiedział swej Matce, zdaje się wskazywać raczej na odmowę (co bardziej jeszcze uwydatnia się wówczas, gdy zdanie ma charakter twierdzący: „jeszcze nie nadeszła godzina moja”), tym niemniej Maryja zwraca się do sług ze słowami: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Wtedy Jezus nakazuje sługom napełnić wodą stągwie tam stojące – a woda staje się winem, lepszym niż to, jakie uprzednio zostało podane gościom weselnym.

    Możemy więc powiedzieć, że w powyższym zapisie Ewangelii Janowej znajdujemy jakby pierwszy zarys prawdy o macierzyńskiej trosce Maryi. Prawda ta znalazła wyraz również w magisterium ostatniego Soboru. Warto zauważyć, jak macierzyńska rola Maryi została przedstawiona przezeń w odniesieniu do pośrednictwa Chrystusa. Czytamy bowiem: „Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc”, ponieważ „Jezus Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi” (por. 1 Tm 2,5−6).

    Ta macierzyńska rola wypływa – dzięki upodobaniu Bożemu – „z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależna i z niego czerpie całą moc swoją”. Właśnie w takim znaczeniu wydarzenie w Kanie Galilejskiej jest jakby zapowiedzią pośrednictwa Maryi, które skierowane jest do Chrystusa, a zarazem zmierza do objawienia Jego zbawczej mocy.

    Z tekstu Janowego widać, że chodzi tu o pośrednictwo macierzyńskie. Jak głosi Sobór: Maryja „stała się nam matką w porządku łaski”. To Maryjne macierzyństwo „w porządku łaski” wyłoniło się z Jej Boskiego macierzyństwa: będąc z postanowienia Opatrzności Bożej Matką−Żywicielką Odkupiciela, „stała się (…) w sposób szczególny przed innymi szlachetną towarzyszką i pokorną służebnicą Pana”, która „współpracowała z dziełem Zbawiciela przez wiarę, nadzieję i miłość żarliwą dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich”. To macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie (…) aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ DZIEWIĄTY – 8 grudnia

    MARYJA, MATKA BOGA I NASZA MATKA

    Matka Boska.
    fot. Omnes/pl

    ***

    Czytanie biblijne (J 19,23−27)

    Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza po części; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: „Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć”. Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty moje, a o moją suknię rzucili losy. To właśnie uczynili żołnierze. A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

    Rozważanie (RM, 23)

    Jeżeli zapis Ewangelii Janowej o Kanie Galilejskiej mówi o macierzyńskiej trosce Maryi u początku mesjańskiej działalności Chrystusa, to istnieje inny jeszcze zapis tej samej Ewangelii, który owo Maryjne macierzyństwo w zbawczej ekonomii łaski potwierdza w momencie szczytowym, to znaczy wówczas, gdy spełnia się ofiara krzyżowa Chrystusa, Jego paschalna tajemnica. Zapis Janowy jest zwięzły: „obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19,25−27). Niewątpliwie trzeba widzieć w tym wydarzeniu wyraz szczególnej troski Syna o Matkę, którą pozostawiał w tak wielkiej boleści. Jednakże o znaczeniu tej troski Chrystusowy „testament z Krzyża” mówi więcej. Jezus uwydatnia nową więź pomiędzy „Matką” a „Synem”. Ta więź zostaje uroczyście potwierdzona w całej swojej prawdzie i rzeczywistości. Można powiedzieć, że – o ile uprzednio macierzyństwo Maryi względem ludzi było już zarysowane – w tej chwili zostaje ono wyraźnie określone i ustanowione: wyłania się zaś z całej dojrzałości paschalnej Tajemnicy Odkupiciela. Matka Chrystusa, znajdując się w bezpośrednim zasięgu tej tajemnicy, która ogarnia człowieka – każdego i wszystkich – zostaje dana człowiekowi każdemu i wszystkim – jako Matka.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________________________________________________________________________

    8 GRUDNIA – PIĄTEK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    8 grudnia Godzina Łaski

    ***

    Dogmat o Niepokalanym Poczęciu został ogłoszony przez Piusa IX w dniu 8 grudnia 1854. Odtąd co roku obchodzimy ten dzień jako jedno z największych świąt maryjnych. Czym jest Niepokalane Poczęcie? Otóż Maryja od pierwszego momentu swego istnienia, jak podaje Kościół, mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego.

    ****

    Dzień 8 grudnia jest też związany z Godziną Łaski

    godzina laski

    ***

    Święto Niepokalanego Poczęcia łączy się też z objawieniem Maryi. Otóż 8 grudnia 1947 r. w Montichiari we Włoszech Maryja objawiła się Pierinie Gilli i powiedziała:

    Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie, ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu.

    ***

    Niewielu w Polsce słyszało o objawieniach Matki Bożej w Montichiari-Fontanelle, choć przyjęło się już w licznych parafiach nabożeństwo zwane Godziną Łaski. Przypada ono w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – 8 grudnia od godziny 12 do 13. U jego początków są właśnie objawienia Matki Bożej Róży Duchownej we włoskim Montichiari

    Warto przypomnieć, że Kościół oficjalnie nie potwierdził tych objawień, choć zezwolił na kult Maryi w sanktuarium w Montichiari.

    O niewielkim miasteczku w północnej Italii, u podnóża Alp, 20 km od Brescii, zrobiło się głośno tuż po II wojnie światowej. Wówczas to, w roku 1946, najpierw w Montichiari, a potem – w następnych latach – w położonej nieco na uboczu dzielnicy Fontanelle Matka Boża wielokrotnie ukazała się Pierinie Gilli, pielęgniarce z miejscowego szpitala. Dzięki tym objawieniom miasteczko zupełnie zmieniło swój charakter, m.in. w górującym nad okolicą starym zamku, zwanym obecnie Zamkiem Maryi, ulokowano ośrodek dla ludzi chorych i starych, natomiast przy źródle w Fontanelle – według życzenia Maryi – powstał ogromny ośrodek leczniczy z basenami z leczącą wodą z poświęconego przez Najświętszą Pannę źródła.

    Pierina Gilli

    Powiernicą Matki Bożej – jak wspomniałem – była Pierina Gilli, urodzona 3 sierpnia 1911 r. w wiosce San Giorgio pod Montichiari. Pochodziła ona z biednej, wielodzietnej rodziny. Gdy jej ojciec, Pancrazio, zmarł wskutek ran odniesionych podczas I wojny światowej, mała Pierina trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Sytuacja materialna rodziny poprawiła się, kiedy jej matka, Rosa, wyszła powtórnie za mąż, i Pierina mogła wrócić do domu. Była jednak źle traktowana przez ojczyma. W trudnych chwilach – jak wspominała – śpiewała Litanię loretańską do Matki Bożej, by powstrzymać jego agresję.

    W wieku 18 lat podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Montichiari. Przekonana od dzieciństwa o opiece Matki Bożej, pragnęła wstąpić do zakonu, jednak z powodu słabego zdrowia i braku posagu nie została przyjęta. Nie załamując się, oddała Maryi swoje życie. Postanowiła równocześnie praktykować uczynki miłosierdzia i pokuty. Pod wpływem duchowych natchnień złożyła prywatny ślub czystości i odmówiła zamążpójścia. Celem wybranej przez nią drogi było uświęcenie własne, a także ofiarowanie praktyk pokutnych oraz cierpień za przeżywających trudności kapłanów oraz osoby konsekrowane.

    Ponownie starała się o przyjęcie do zakonu w 32. roku życia. Choć została przyjęta do Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia, nie złożyła ślubów wieczystych, głównie z powodu nękających ją ciężkich chorób. W wieku 35 lat po raz pierwszy miała widzenie Matki Bożej.

    Objawienia Róży Duchownej

    Pierwsze objawienie Pierina przeżyła 24 listopada 1946 r. podczas pracy w szpitalu. Ujrzała płaczącą Madonnę z zanurzonymi w piersi trzema mieczami. Szatę Maryi zdobiły trzy róże: biała, czerwona i złota. Maryja nazwała siebie Różą Duchowną. Głównym przesłaniem była prośba o szerzenie kultu Matki Bożej Róży Duchownej w intencji uświęcenia dusz konsekrowanych. Kiedy Pierina opowiedziała o tym widzeniu swojemu spowiednikowi, nie znalazła zrozumienia, co więcej – nakazał jej milczenie.

    Podczas kolejnych widzeń i mistycznych ekstaz Pierina widziała Matkę Bożą w różnych miejscach: w domowym oratorium, w szpitalnej sali, w domowej kaplicy, w kościołach… Świadkami tych objawień były setki osób. W licznych orędziach Matka Boża nawiązywała do wielkich objawień: w Lourdes – nazywając się Niepokalanym Poczęciem; w Fatimie – pragnąc, aby rozwijano w zgromadzeniach zakonnych nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca i czczono Ją pod wezwaniem Róży Duchownej (Mistycznej); na rue du Bac w Paryżu – nakazując wybicie medalika podobnego do tego z 1830 r., kiedy to miały miejsce objawienia św. Katarzynie Labouré. Już bodaj z tego wynika, że przesłania Maryi w Montichiari okazały się bardzo kościelne, a tym samym uniwersalne, stąd też figury Matki Bożej Róży Duchownej zaczęto wkrótce stawiać w wielu kościołach na całym świecie.

    Fenomenem tych objawień jest wspomniana Godzina Łaski: 60 minut między godz. 12.00 a 13.00 w dniu 8 grudnia, czyli w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Oto Jej słowa: „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu”.

    Słowo Kościoła

    Objawienia z Montichiari przez wiele lat nie były zatwierdzone przez Kościół, mimo że potwierdziły je cuda uzdrowień, zjawiska świetlne i słoneczne oglądane wielokrotnie w Montichiari, a nawet to, że papież Paweł VI miał na swoim biurku statuę pielgrzymującej Madonny Róży Duchownej.

    Biskup Brescii Giacinto Tredici, który ostatecznie musiał wydać werdykt o prawdziwości objawień, nie będąc im przeciwny, sugerował Pierinie Gilli życie w ukryciu. Ta pokornie zastosowała się do zaleceń i przez wiele lat mieszkała w skromnym domku przy franciszkańskim klasztorze w Fontanelle, gdzie spotykała się z pielgrzymami w swojej niedużej kaplicy. Aż do śmierci prowadziła pustelnicze życie. Poświęciła się modlitwie i pokucie, jednak nigdy nie przywdziała habitu zakonnego. Zmarła w opinii świętości 12 stycznia 1991 r., nie doczekawszy się zatwierdzenia objawień. Jej grób i miejsca objawień odwiedza rocznie ponad 100 tys. pielgrzymów.

    Kolejny biskup Brescii, Giulio Sanguinetti, widząc, jak statuy Maryi z trzema różami na piersiach lub też z trzema mieczami zdobywają świat, 15 sierpnia 2000 r. uznał kult Matki Bożej Róży Duchownej z objawień w Montichiari. Przesłał także list do dwóch stowarzyszeń, które spontanicznie zajmowały się miejscami kultu w Fontanelle. Poinformował je o mianowaniu „kapłana, który ma zająć się sprawą kultu, w osobie Pierino Bosellego, dyrektora diecezjalnego wydziału do spraw liturgii”. Wkrótce w Montichiari powstało nowe stowarzyszenie, utworzone z dwóch dotychczasowych, zatwierdzone przez biskupa i przez proboszcza Montichiari ks. Franco Bertoniego. Jego celem jest szerzenie pobożności do Matki Bożej w Fontanelle. To nowe stowarzyszenie nazywa się Róża Duchowna – Fontanelle.

    Uznanie objawień Róży Duchownej wpłynęło na jeszcze liczniejsze fundowanie świątyń pod tym wezwaniem, powstały nowe ruchy religijne; także wiele osób, które odwiedzają i poznają Montichiari, odkrywa powołanie kapłańskie lub zakonne. Chociaż więc objawienia w Montichiari-Fontanelle nie wniosły szczególnie wiele nowego czy to do teologii, czy do pobożności maryjnej, to należałoby napisać, że Bóg zawsze wybiera sobie tylko znany i właściwy moment na swoje przesłanie do Kościoła i świata. Orędzie Matki Bożej z Montichiari jest wołaniem o zagrożoną świętość kapłanów i osób konsekrowanych, jest wezwaniem do modlitwy, do podejmowania dzieł zadośćuczynienia i pokuty szczególnie za tych kapłanów, którzy przeżywają kryzys wiary, a nierzadko odchodzą z drogi powołania lub nawet otwarcie zaczynają walczyć z Kościołem.

    Czesław Ryszka/Niezbędnik katolika

    ___________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is u2.jpg
    fot. ze strony: Parafia rzymsko-katolicka p.w. Wniebowzięcia NMP
    Rzeszów – Zalesie

    ***

    Jak odprawić Godzinę Łaski?

    To szczególna godzina i dobrze będzie, jeśli zdołasz wykorzystać ją całą. Im więcej czasu spędzisz z Maryją, tym więcej łask spłynie na ciebie i tych, których nosisz w sercu. Dlatego postaraj się oddać Niepokalanej całą świętą godzinę. Jeżeli to niemożliwe, przybliż się do Jej Niepokalanego Serca na tyle czasu, na ile cię stać. Każda chwila, którą spędzisz przytulony do obietnicy Matki Bożej, okaże się bezcenna!

    Zacznij od przypomnienia sobie obietnic Matki Najświętszej.

    “W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.

    Skup się na modlitwie i zapytaj siebie: “Co obiecuje mi Matka Najświętsza?”. Ona zapewnia, że Godzina Łaski “zaowocuje wieloma nawróceniami”.

    Proś o łaskę nawrócenia dla tych, którzy jej najbardziej potrzebują.

    “Serca zatwardziałe i zimne jak ten marmur zostaną dotknięte Bożą łaską i staną się wiernymi czcicielami naszego Pana, i będą Go szczerze miłować (…)”.

    Proś o tę łaskę dla siebie i najbliższych.

    “Przez to nabożeństwo uzyskacie wiele łask duchowych i cielesnych”.

    Nie bój się prosić o łaski – nawet największe!

    “Nasz Pan, mój Boski Syn, Jezus, ześle swe przeobfite Miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą stale modlić się za swych grzesznych braci (…)”.

    Proś o łaskę nawrócenia dla grzeszników.

    “Każdy, kto będzie modlić się w tej intencji i wylewał łzy pokuty, odnajdzie pewną drabinę niebieską, przez me macierzyńskie Serce będzie też miał zapewnioną opiekę i łaskę”.

    A teraz podziękuj za tę łaskę, którą ci dziś Matka Najświętsza gwarantuje!

    W tym momencie możesz zacząć rozmawiać z Maryją modlitwami, które są najbliższe twemu sercu. Odmów Różaniec, przeplatając go aktami miłości (Boże, choć Cię nie pojmuję…) i żalu za grzechy (Ach, żałuję za me złości…). Wyznaj swą wiarę w Boga (Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego), wychwalaj Jego dobroć (Chwała na wysokości Bogu), oddaj się Maryi pod opiekę (Cały jestem Twój, o Maryjo). To słowa szczególnie miłe Maryi. One otworzą dla ciebie Jej Serce, ciebie zaś niech otworzą na Jej dary.

    Adonai.pl

    ________________________________

    Oto modlitwy, które mogą przydać się osobom chętnym wziąć udział w „Godzinie Łaski”:

    _______________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO BĘDZIE OTWARTA OD GODZ. 12.00

    O GODZ. 13.00 – MSZA ŚW.

    ***

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA:

    ADORACJA OD GODZ. 18.00 – W TYM CZASIE MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    ____________________________________________________________

    W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny nie obowiązuje piątkowy post

    W tym roku uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, którą obchodzimy 8 grudnia, przypada w piątek. Każda uroczystość znosi obowiązek zachowania wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych. Wynika to z kanonu 1251 Kodeksu Prawa Kanonicznego, w którym czytamy:

    „Wstrzemięźliwość od spożywania mięsa lub innych pokarmów, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu, należy zachowywać we wszystkie piątki całego roku, chyba że w danym dniu przypada jakaś uroczystość. Natomiast wstrzemięźliwość i post obowiązują w środę popielcową oraz w piątek Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zdaniem ks. dr. hab. Roberta Skrzypczaka z Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie „Godzina łaski” związana z Niepokalanym Poczęciem ma dzisiaj co najmniej potrójny kontekst.

    Pierwszy dotyczy objawień Matki Bożej w Lourdes i modlitwy do Maryi Niepokalanie Poczętej, będącej szczególną prośbą o uratowanie świata przed zalewem grzechu i siebie samego przed zgorszeniem. Drugi to tradycja przywoływania Maryi w trudnych momentach jako tej, która chroni Kościół przed „zabrudzeniem wiary”. Trzeci kontekst dotyczy ochrony życia dzieci poczętych.

    Ks. Skrzypczak tak precyzyjne wyznaczenie pory na modlitwę porównuje z objawieniami, jakich doświadczyła św. Faustyna Kowalska: „Usłyszała, że godz. 15.00, która według ewangelicznego przekazu, jest godziną śmierci Jezusa, to czas szczególnej łaski”. Przypomina, że św. Faustyna mówiła też o godzinie trzeciej w nocy, jako o szczególnym momencie wysłuchiwania modlitw. Jednak dodaje: „Modlimy się nie tylko w «Godzinę łaski», ale przez cały dzień świętowania Niepokalanie Poczętej”.

    ze strony: Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Ks. Teodor Sawielewicz o Godzinie Łaski:

    Bóg działa tu i teraz. Tam, gdzie tego najbardziej potrzebujesz

    Ludzie są zajęci własnymi sprawami – jedni są w pracy, inni odbierają dzieci ze szkoły, ktoś gotuje obiad itd. I do tej mojej i Twojej codzienności chce wkroczyć Bóg ze swoimi łaskami. On działa w czasie, tu i teraz, tam, gdzie, tego najbardziej potrzebujesz, w Twoich obowiązkach, zmaganiach, w Twojej konkretnej sytuacji życiowej. Nie musisz rezygnować tego dnia z normalnej aktywności, możesz wejść w modlitwę w kościele, w domu, w miejscu pracy czy gdziekolwiek jesteś – mówi ks. Teodor Sawielewicz, rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia. 

    Anna Rasińska (KAI): W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – 8 grudnia, przypada tzw. „Godzina łaski”. Z tej okazji na kanale Teobańkologia zaplanowano szczególne wydarzenie, czy mógłby Ksiądz zdradzić jakie?

    Ks. Teodor Sawielewicz: – Podobnie jak rok temu 8 grudnia o godz. 12.00-  chcemy zjednoczyć w tym szczególnym czasie we wspólnej modlitwie. Łączy nas wiara w to, że ten czas to biblijny kairos (pora zbawienia), że „tu i teraz” przez wstawiennictwo Maryi mogą dokonać się w nas, w naszym życiu naprawdę wielkie rzeczy. Rok temu sporo ponad 100 tys. osób z różnych zakątków Polski i świata zebrało się na transmisji za pośrednictwem Teobańkologii na żywo o 12.00, by zawierzać Maryi wszystko – swoje życie, problemy, nadzieje. Intencje były przeróżne – ludzie prosili o uratowanie małżeństwa, potomstwo, zdrowie, nawrócenie bliskich, opiekę. Napływające po tej wspólnej modlitwie świadectwa są dowodem na to, że Maryja nie pozostawiła bez pomocy tych, którzy się do niej wówczas zwracali. Nawet jeśli ktoś nie otrzymał tej konkretnej łaski, o którą prosił, nie pozostał z niczym. Maryja otoczyła go płaszczem swej opieki i wyprosiła łaski, których rzeczywiście potrzebował. 

    Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć więcej o samej idei „Godziny Łaski dla świata”?

    – Idea Godziny łaski ma swoje źródło w prywatnych objawieniach we włoskim miasteczku Montichiari. Jednak nie one są według mnie najistotniejsze, tym bardziej że wokół samego orędzia trwa pewna dyskusja. Nie da się zaprzeczyć, że to wydarzenie wyzwoliło ogromną moc wiary w ludziach, by w uroczystość maryjną 8 grudnia, w Niepokalane Poczęcie NMP, zwracać się w południe do Jezusa przez Jego Matkę. Tej ogromnej sile w moc modlitwy można nadać charakter biblijnej nauki o czasie zbawienia (kairos), zamiast wylewać dziecko z kąpielą. Widzę swoją misję w tym, by tej wierze nadać dobry kierunek i oczyścić ją z magicznego myślenia. Godzina 12:00 to środek dnia. Ludzie są zajęci własnymi sprawami – jedni są w pracy, inni odbierają dzieci ze szkoły, ktoś gotuje obiad itd. I do tej mojej i Twojej codzienności chce wkroczyć Bóg ze swoimi łaskami. On działa w czasie, tu i teraz, tam, gdzie, tego najbardziej potrzebujesz, w Twoich obowiązkach, zmaganiach, w Twojej konkretnej sytuacji życiowej. Nie musisz rezygnować tego dnia z normalnej aktywności, możesz wejść w modlitwę w kościele, w domu, w miejscu pracy czy gdziekolwiek jesteś. Tłumaczę też społeczności Teobańkologii, że jeśli ktoś nie może w tym czasie (południe, 8 grudnia) poświęcić się modlitwie, to niech z wiarą uczyni to 8 grudnia w innej godzinie niż 12:00 – niech nie wątpi, że w tamtym „tu i teraz”, gdy nastanie niejako inny kairos, otrzyma tę samą łaskę co o godzinie 12:00, pod warunkiem że z tym samym otwartym sercem będzie prosić. Wielu zaświadcza, że moc wspólnotowej modlitwy bardzo im pomaga, tym bardziej, gdy modli się nas jednocześnie ponad 100 tys. osób! W tym szczególnym czasie zwróć się do Boga, prosząc Go o potrzebne łaski dla siebie, dla najbliższych i dla całego świata. Zapraszam Cię też oczywiście do wspólnej modlitwy z Teobańkologią. Link do kanału: https://www.youtube.com/@teobankologia/videos

    Już wkrótce rozpocznie się Adwent, czy z tej okazji również planowane są jakieś szczególne inicjatywy?

    Adwent to dla zespołu Teobańkologii gorący czas. Organizujemy rekolekcje w Poznaniu (10-13 grudnia w parafii Nawiedzenia NMP) poświęcone bardzo ważnemu zagadnieniu ludzkich pragnień, ich rozeznawaniu, uzgadnianiu z wolą Bożą, a także potrzebie rezygnowania z tego, co nam nie służy, mimo że pozornie wydaje się dobre. Te rekolekcje będą transmitowane na naszym kanale Youtube Teobańkologia, by każdy, kto nie może uczestniczyć w realu, miał szansę dołączyć online bądź odsłuchać w dogodnym dla siebie czasie. To takie swoiste przedłużenie czasu łaski, duchowej przemiany, albo inaczej – to wejście pod inny deszcz łaski, skorzystanie z innej pory łaski – co wyraża greckie słowo kairos. Poza tym przygotowujemy nie tylko specjalne adwentowe błogosławieństwa, publikowane o 7.00 i 19.00, ale też treści na YouTubie, Facebooku, TiKToku i Instagramie, w których będziemy podpowiadać, jak dobrze przeżyć ten czas i nie zmarnować łaski dawanej „tu i teraz”. 

    Co jeszcze można zrobić, by dobrze przeżyć czas przygotowań do Bożego Narodzenia?

    – W Boże Narodzenie nie dajmy się zagonić! Nie dajmy się wciągnąć w szaleństwo zakupów, prezentów, przygotowań domu, stołu i całą tą „okołoświąteczną gorączkę”, która często nie daje nic oprócz zmęczenia i mniej lub bardziej opustoszałego portfela. Warto w tym czasie pomyśleć o głębszym, prawdziwym znaczeniu świąt Bożego Narodzenia i skoncentrować się na wartościach, jakie ze sobą niosą. Niech nie zabraknie czasu i siły na rekolekcje, spowiedź, na spędzanie pięknego, wartościowego czasu z rodziną i bliskimi, na ważne rozmowy, na słowo: „kocham” albo „przepraszam”. To bywa trudne, gdy nasz perfekcjonizm i pragnienie przewidywalności i kontroli dochodzi do głosu, ale warto. Pomocą służą tu różne katolickie media i serwisy internetowe, np. Teobańkologia, które pomagają zaciągać hamulec. Pomocne są też ćwiczenia duchowe. O takich pragnieniach, które męczą nas tak, jak oracz dręczy i chłosta wołu ciągnącego pług, będzie na rekolekcjach w Poznaniu 10-13 grudnia.

    Adwent jest okresem oczekiwania w ciszy i zadumie, czy radosnym wyczekiwaniem?

    – Myślę, że jedno drugiego nie wyklucza. „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Ale wyście tego nie chcieli…” – woła prorok Adwentu, czyli Izajasz (Iz 30, 15). Taka cisza prowadzi do nadprzyrodzonej radości. Wyciszenie pragnień, czyli „pogonienie tego oracza”, co mnie tak dręczy, bym ciągnął ten pług, naprawdę wprowadza ład i harmonię. Cisza – zamiast zaspokajania i rozbudzania pożądliwości – to dobry pomysł na adwent. Można wtedy radośnie oczekiwać na Boże Narodzenie w atmosferze modlitwy, skupienia na tym, co ważne, a zarazem można robić, co trzeba, by troszczyć się o przygotowanie stołu, zarabianie na rodzinę itp.

    Wiele osób wiąże ten czas z postem, np. od słodyczy, alkoholu, czy Ksiądz również wyrzeka się pewnych przyjemności?

    Alkoholu zupełnie nie piję, ofiaruję to za alkoholików. Słodycze są dla mnie niewskazane. W adwencie postanawiam mniej dawać się poganiać temu oraczowi (nieuporządkowanym pragnieniom, które nie są Bożymi pragnieniami) i nie pozwalać mu mnie męczyć i zadręczać. Może uda się go całkowicie przepędzić? Z jednej strony to trudne, bo często jestem ambitny, ale z drugiej strony to bardzo przyjemny stan, który jest owocem rezygnacji z pewnych pragnień – i one już człowieka nie poganiają do ciągłego biegu… Czy zatem chcę się wyrzec przyjemności wynikającej z wyciszenia nieuporządkowanych pragnień? Nie! Ja w pewnym sensie szukam tej właśnie przyjemności poprzez wyciszanie pragnień.

    Jak powinniśmy pościć, by było to miłe Bogu?

    – Na pewno nie jest dobre takie podejście: „W adwencie zrezygnuję ze słodyczy, żeby na Sylwestra pochwalić się nienaganną figurą”. Łatwo wtedy, by próżność – a nie miłość – była motywacją postu. „Odmówię sobie alkoholu, ale potem nadrobię straty…” – to też niedobra intencja wyrzeczenia. Aby mówić o poście, należy go wiązać z pewnym nastawieniem serca – motywacją, pobudką, pytaniem: „Po co to robię?”. Post to odmówienie sobie czegoś ze względu na jakieś dobro duchowe. Czasem podejmujemy post w ramach pokuty, oczyszczenia umysłu i ciała, by móc bardziej zbliżyć się do Boga, zapanować nad grzesznymi skłonnościami. Post ma na celu kształtowanie takich cnót, przez które będę bliżej Boga. Ostatnio odkrywam, jak bardzo potrzebny jest post od jedzenia współczesnemu człowiekowi – jak bardzo może być dla niego uzdrawiający na duszy i ciele. Post leczy nawet nowotwory i niepłodność, co potwierdzają badania! Jednak można też pościć od realizacji następujących pragnień i głodów: żeby było po mojemu; żeby wyniki badań były takie, jakie chcę; żeby czuć się ważnym, gdy wiele osób do mnie dzwoni lub czegoś ode mnie chce; żeby być zupełnie niezależnym finansowo, gdy Bóg czyni mnie wciąż zależnym od siebie. Wyciszenie tych i podobnych pragnień, niejako post od nich, naprawdę uszczęśliwia człowieka, a Bogu jest bardzo miłe.

    Może ma Ksiądz jakiś pomysł na wspólne przeżywanie Adwentu z dziećmi, jak wytłumaczyć im na czym polega ten szczególny czas?

    – Z tego, co rozumiem, wiele dzieci zwykle bardzo lubi ten czas – moglibyśmy od nich uczyć się właśnie radosnego oczekiwania. Tak jak dziecko uczestniczy w przygotowaniach do swoich urodzin, tak samo można je włączyć w przygotowania do urodzin Kogoś najważniejszego – Pana Jezusa. Warto wspólnie omówić najważniejsze elementy tego dnia, rodzinne tradycje, wyjaśnić symbolikę tego, co przy okazji Bożego narodzenia pojawia się w domu czy na stole. Pięknym i cennym elementem przygotowań są roraty – w wielu parafiach przygotowywane właśnie z myślą o najmłodszych. Można własnoręcznie przygotować kalendarz adwentowy, który oprócz słynnych czekoladek może zawierać wartościowe przesłanie czy „zadanie” dla dziecka na każdy dzień. Warto skorzystać z przeznaczonych na ten czas propozycji wydawniczych dla najmłodszych. Ja opowiadałem mojemu siostrzeńcowi różne historie biblijne – niesamowicie je lubił, czekał na nie, szukał okazji, by ich posłuchać. Może to kogoś zainspiruje?

    Deon.pl/KAI/dm

    ____________________________________________________________________________________________________________

    9 GRUDNIA – SOBOTA

    O GODZ. 10.00 – W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO – GODZINKI KU CZCI NIEPOKALANEGO POCZĘCIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT MATKI BOŻEJ BOLEŚCIWEJ

    OD GODZ. 17.00 – W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z II NIEDZIELI ADWENTU

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    ______________________________________________________________________________________________________________

    _______

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Fair use/Wikipedia

    ***

    „Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia

    Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.

    Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.

    Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

    „Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”

    Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.

    „Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”

    Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.

    Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy św. przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.

    „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”

    Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.

    Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.

    „Nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj”

    Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    Kai/opoka.org/adonai.pl/glosojcapio.pl/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej.

    Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    ____________________________________________

    Realna obecność Jezusa w Eucharystii.

    Czy katolicy wciąż w nią wierzą?

    Na łamach National Catholic Register ukazał się wywiad z Antonią Acutis, mamą bł. Carla Acutisa, która opowiada o filmie „The New Manna”, cudach eucharystycznych oraz o znaczeniu i wartości Eucharystii nie tylko w życiu bł. Carla, ale także w życiu każdego katolika.

    PODNIESIENIE PODCZAS EUCHARYSTII

    Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Antonia Acutis przyleciała do Stanów Zjednocznych w ramach wydarzenia Eucharistic Revival, którego patronami są bł. Carlo Acutis i św. Manuel González García. Wydarzenie było nie tylko okazją do podzielenia się świadectwem życia jej syna, ale także stworzyło możliwość promocji filmu „The New Manna”, w reżyserii Angelo Libuttiego. Film, który ukaże się w lipcu 2024 roku, opowiada o cudach eucharystycznych i realnej obecności Jezusa w Eucharystii, wykorzystując w realizacji połączenie akcji na żywo, animacji 3D i wywiadów. Ponadto, skupia się także na naukowym wytłumaczeniu dziejących się cudów. „Wierzę, że ten film może być bardzo pomocny dla wielu dusz” – podkreśla Antonia Acutis.

    Mama bł. Carla Acutisa zauważa, że „60 proc. amerykańskich katolików nie wierzy w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii”, dodając, że „jest to poważny problem, ponieważ Eucharystia jest centrum Kościoła katolickiego”.

    Mówiąc o sakramentach i ich miejscu w Kościele podkreśla, że są one „najbardziej nadprzyrodzoną rzeczą, jaką mamy na tej ziemi. Ogromnym problemem jest to, że ludzie nie wierzą w sakramenty. Przez nieskończone miłosierdzie i zraniony bok Jezusa wylały się krew i woda. Stamtąd narodził się Kościół. Jezus daje nam sakramenty poprzez swój największy akt miłości: swoją śmierć na krzyżu”.

    Mama bł. Carla zauważa, że to sam Jezus powiedział nam o swojej realnej obecności w Eucharystii. „To nie jest obietnica jak inne. Kiedy Bóg daje nam obietnicę, ma ona nieskończoną wartość” – dodaje i podkreśla, że „sakrament Eucharystii działa zawsze, niezależnie od świętości kapłana i niezależnie od naszego własnego zapału. Kościół ogłosił to na Soborze Trydenckim (w latach 1545-1563)”.

    Antonia Acutis zauważa również, że „Jezus nigdy nie obiecał doskonałego ziemskiego Kościoła. Niedoskonałości zawsze będą obecne. Ale nigdy nie możemy wątpić w sakramenty tylko ze względu na to, że ksiądz nie jest święty lub dlatego, że go nie lubię. To w słowach Jezusa jest moja wiara”.

    Poruszając temat relacji pomiędzy wiarą i dziejącymi się cudami eucharystycznymi a ich naukowym potwierdzeniem mama bł. Carla zauważa, że ostatnie cuda eucharystyczne zostały uznane przez naukę. „Jeśli Hostia staje się ciałem, które ma parametry żywej tkanki ze znakami męki Chrystusa oraz grupą krwi podobną do Całunu Turyńskiego – który jest największą relikwią, jaką mamy na świecie – to z pewnością musi to dać do myślenia” – podkreśla.

    Wśród cudów, które uznane są przez Kościół wymienia m.in. te, które wydarzyły się w dwóch polskich miastach: Legnicy (2013 r.) oraz Sokółce (2008 r.), dodając, że obecnie badanych jest ponad 20 cudów eucharystycznych.

    Antonia Acutis zauważa, że „wiele cudów eucharystycznych było bardzo uderzających. Niektórzy ludzie przez lata żyli tylko Eucharystią, wśród nich: Marthe Robin czy Teresa Neumann. Ponadto bł. Aleksandrina da Costa żyła 14 lat wyłącznie Eucharystią, a św. Mikołaj z Flüe aż 19”.

    Odpowiadając na pytanie, dlaczego mimo obecności naukowych dowodów niektórzy ludzie nie chcą wierzyć, podkreśla, że „to samo działo się w czasach, gdy Jezus żył na ziemi. Wtedy też było wielu ludzi, którzy nie wierzyli. A przecież Jezus czynił cuda, przywracał zmarłych do życia, dokonywał niesamowitych rzeczy. Pomimo tego niektórzy ludzie i tak nie wierzyli”. Antonia Acutis dodaje, że w cudach eucharystycznych „Bóg mówi: Jestem tutaj naprawdę obecny. Kto spożywa moje ciało i pije moją krew, ma życie wieczne”.

    Bł. Carlo Acutis potrafił dostrzec realną obecność Jezusa w Eucharystii. „Carlo zwykł mawiać: Gdyby ludzie naprawdę rozumieli znaczenie Eucharystii, kościoły byłyby tak pełne, że trudno byłoby dostać się do środka” – opowiada jego mama, dodając, że „Carlo powiedziałby, że mamy Jerozolimę za naszym domem, ponieważ w tabernakulum obecny jest Jezus”.

    Antonia Acutis odpowiadając na pytanie, dlaczego jej syn stworzył stronę internetową poświęconą cudom eucharystycznym, zauważa, że Carlo będąc przez 5 lat katechetą dostrzegł jak wielu ludzi nie wierzy w Eucharystię. „Ten spadek wiary w Eucharystię to nie tylko coś, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Nawet we Włoszech odnotowano ogromny spadek liczby osób chodzących na niedzielną Mszę Świętą. Dzieje się tak w wielu krajach” – opowiada mama bł. Carla Acutisa, dodając, że pomimo słabo rozwiniętej technologii jej syn stworzył stronę internetową oraz wystawę, która dotarła na cały świat i odwiedziła tysiące parafii.

    Antonia Acutis opowiada także o tym, jak pięć razy musieli zmieniać komputer dla Carla, ponieważ często się zapalał. „Carlo nie zrobił nic, co mogłoby to spowodować. Zawsze byliśmy bardzo ostrożni. Tajemniczo, zawsze działy się dziwne rzeczy” – zaznacza, dodając, że „owoce strony internetowej były liczne. Wielu ludzi nawróciło się, a inni powrócili do wiary katolickiej. Jest więc jasne, że ktoś tego nie chciał”.

    Antonia Acutis zauważa, że w dzisiejszych czasach dzięki technologii możliwa jest jeszcze większa ewangelizacja. „Kiedy w 2006 roku Carlo zmarł, nie było jeszcze smartfonów. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co mógłby zrobić dzięki dzisiejszej technologii…” – podkreśla jego mama. Dodaje także, że oprócz cudów eucharystycznych, docierają do niej również wiadomości o cudach za wstawiennictwem jej syna.  

    opoka.org.pl/źródło: National Catholic Register

    ______________________________________________________________________________________

    Kim jest błogosławiony Carlo Acutis? 

    10 faktów, które powinieneś widzieć

    Kim jest błogosławiony Carlo Acutis? 10 faktów, które powinieneś widzieć

    Błogosławiony Carlo Acutis/fot. carloacutis.com

    ***

    Gracz i programista komputerowy, który kochał piłkę nożną i Eucharystię. Jaki był Carlo Acutis, błogosławiony Kościoła, który stał się znany na całym świecie?

    Kim jest błogosławiony Carlo Acutis? 

    Carlo Acutis urodził się 3 maja 1991 roku w Londynie, gdzie pracowali jego rodzice – Andrea Acutis i Antonio Salzano. Zaledwie kilka miesięcy później, przeprowadził się z nimi do Mediolanu we Włoszech. Zmarł w 2006 roku, został beatyfikowany 10 października 2020 roku w Asyżu we Włoszech.

    Białaczka 

    Kiedy był nastolatkiem zdiagnozowano u niego białaczkę. Carlo ofiarował swoje cierpienia za papieża Benedykta XVI i za Kościół.

    Został pochowany w Asyżu

    Zmarł 12 października 2006 roku i na swoją prośbę został pochowany w Asyżu ze względu na miłość do św. Franciszka z Asyżu. Jego proces kanonizacyjny rozpoczął się w 2013 roku. W 2018 r. został uznany za „Czcigodnego”, a 10 października w 2020 roku został ogłoszony „błogosławionym”. 

    Często przystępował do Komunii

    Mimo że jego rodzice nie byli szczególnie pobożni, Carlo od najmłodszych lat żywił szczególną miłość do Boga. Jako małe dziecko Carlo uwielbiał odmawiać różaniec. Po przyjęciu Pierwszej Komunii chodził na Mszę św. tak często, jak tylko mógł, a przed i po Mszy św. odprawiał Godziny Święte. Co tydzień chodził do spowiedzi. Prosił rodziców, aby zabierali go na pielgrzymki – do miejsc świętych i do miejsc cudów eucharystycznych.

    Bronił słabszych dzieci 

    Był znany z tego, że bronił w szkole dzieci, które były ofiarami zastraszania, zwłaszcza dzieci niepełnosprawnych. Kiedy rodzice jego przyjaciela się rozwiedli, Carlo dołożył wszelkich starań, aby włączyć przyjaciela w życie rodzinne Acutisów.

    Promował cuda eucharystyczne

    Był także programistą i zbudował stronę internetową katalogującą i promującą cuda eucharystyczne. Mówił ludziom, że „im częściej będą przyjmować Eucharystię, tym bardziej upodobnią się do Jezusa i na tej ziemi będą mieli przedsmak nieba”.

    Lubił grać w PlayStation

    Carlo uwielbiał grać w gry wideo. Jego ulubioną konsolą była PlayStation, a może PS2, która została wydana w 2000 roku, kiedy Carlo miał 9 lat. Choć chciał grać wiele więcej, pozwalał sobie na granie w gry tylko przez godzinę tygodniowo, w ramach pokuty i duchowej dyscypliny.

    Przyczynił się do nawrócenia swojej mamy

    Świadectwo wiary i życia Carla doprowadziło do głębokiego nawrócenia jego mamy. Wg księdza, który zajmuje się jego procesem beatyfikacyjnym, Carlowi udało zachęcić codziennie bliskich i rodziców na Mszę świętą. To nie rodzice przyprowadzali chłopczyka na Mszę św., ale to jemu udało się przychodzić tam i przekonać innych, aby codziennie przystępowali do Komunii Św.

    Został pochowany z w dżinsach

    Jego ciało spoczywa w szklanym grobowcu. Jest pokazany w dżinsach i Nike, czyli codziennych ubraniach, które wolał w życiu.

    Jego relikwie znajdują się w bazylice św. Franciszka w Asyżu

    Jego serce, obecnie uważane za relikwię, wystawione jest w relikwiarzu w bazylice św. Franciszka w Asyżu. 1 października 2023 roku parafia św. Dominika w Brick w stanie New Jersey również przechowuje relikwię pierwszego stopnia.

    Eucharystia stanowiło centrum jego życia

    Mama Carlo, w rozmowie z EWTN News Nightly opowiadała o nabożeństwie jej syna do Najświętszego Sakramentu. – Mówił: „Są kolejki przed koncertem, przed meczem piłki nożnej, ale ja nie widzę tych kolejek przed Najświętszym Sakramentem”… Więc dla niego Eucharystia stanowiło centrum jego życia – mówi mama Carlo.

    CNA/x.com/dm/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 GRUDNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    MARGARET MARY ALACOQUE
    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    ***

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Adobe Stock/Tygodnik Niedziela

    ***

    Praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca

    i tzw. Komunia święta wynagradzająca

    W pierwszy piątek miesiąca ustawiają się kolejki przed konfesjonałami. Niestety, niektórzy zaraz po spowiedzi wychodzą z kościoła – zupełnie nieświadomi, że pierwszy piątek mają „niezaliczony”.

    Pierwszy piątek miesiąca. W wielu konfesjonałach na koniec spowiedzi padnie dziś pytanie: Czy może mi ksiądz jeszcze podpisać książeczkę? Pytać będą dzieci, które w ostatnich tygodniach przystępowały do Pierwszej Komunii i właśnie zaczynają swoją przygodę z dziewięcioma pierwszymi piątkami miesiąca.

    Książeczki do podpisywania to oczywiście znany i powszechnie stosowany (nie tylko wobec najmłodszych) duszpasterski „motywator”, o którego słuszności i sensowności można by długo dyskutować.

    W kolejkach do pierwszopiątkowej spowiedzi ustawią się zresztą nie tylko dzieci pierwszokomunijne, ale i wielu starszych. Niestety, część z nich zaraz po spowiedzi wyjdzie z kościoła, zupełnie nieświadoma, że pierwszy piątek ma „niezaliczony”. Dlaczego? Bo istotą tej praktyki nie jest bynajmniej spowiedź, ale przyjęcie Komunii Świętej z intencją wynagrodzenia Jezusowi za grzechy własne i innych ludzi.

    Skąd pierwsze piątki miesiąca?

    Z objawień, jakie miała żyjąca w drugiej połowie XVII w. francuska siostra zakonna, Małgorzata Maria Alacoque. Przez ponad półtora roku Pan Jezus ukazywał jej swoje Najświętsze Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Zachęcał też siostrę Małgorzatę do jak najczęstszego przyjmowania Go w Komunii.

    W tamtych czasach wcale nie było to oczywiste. Siostra Małgorzata za każdym razem musiała uzyskać zgodę spowiednika (ale to też temat na osobny tekst). Wreszcie Pan Jezus przekazał wizjonerce obietnicę:

    Przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii Świętej dam łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych, a to Serce Moje stanie się dla nich ucieczką w godzinę śmierci – czyli krótko mówiąc, „gwarancję” zbawienia.

    Poza tą najważniejszą obietnicą złożył jeszcze jedenaście innych dla tych, którzy będą czcili Jego Najświętsze Serce:

    Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę sam ich pociechą we wszystkich smutkach i utrapieniach życia. Będę ich ucieczką najbezpieczniejszą w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci. Błogosławić będę wszystkim ich zamiarom i sprawom. Grzesznicy znajdą w Mym Sercu źródło i całe morze niewyczerpanego nigdy miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe szybko dostąpią wielkiej doskonałości. Zleję obfite błogosławieństwo na te domy, w których obraz Serca Mego Boskiego będzie zawieszony i czczony. Kapłanom dam moc zmiękczania serc najzatwardzialszych. Imiona osób, które rozpowszechniać będą nabożeństwo do Mego Boskiego Serca, będą w nim zapisane i na zawsze w nim pozostaną.

    Trzeba przyznać, że „oferta” jest dość „atrakcyjna”, a cena „niewygórowana”. Ale uwaga!

    Dziewięć piątków i po sprawie?

    Każdy, kto ma choć odrobinę duchowej wrażliwości, rozumie doskonale, że w obietnicach danych siostrze Alacoque i w praktyce pierwszych piątków nie chodzi o „zaliczenie” dziewięć razy pewnego religijnego rytuału, którego to „zaliczenia” skutkiem będzie „gwarancja” zbawienia.

    Dziewięć kolejnych miesięcy (dziewięć, jak ciąża!), kiedy dbamy o to, by w pierwszy piątek móc przyjąć Jezusa w Eucharystii ma w nas „urodzić” zbawienny „nawyk” świadomego dbania o życie sakramentalne. Troskę o bliskość z Jezusem obecnym w sakramentach, która będzie nam towarzyszyć aż po dzień ostatecznych narodzin do życia wiecznego. Nie chodzi o magiczne „zaliczenie” czegokolwiek, ale o wypracowanie w sobie pewnej postawy na całe życie.

    Co to jest Komunia wynagradzająca?

    Chodzi o intencję, z jaką przyjmujemy Eucharystię. Przyjmuję Jezusa i mam konkretną intencję, a więc robię to świadomie, uważnie, nieautomatycznie. Mam intencję, więc myślę o tym, co właśnie robię i co się dzieje. Przyjmuję Jezusa, który kocha mnie bezgranicznie i nieodwołalnie, mimo że ja wciąż uciekam od Niego ciągle w te same grzechy i ciągle potrzebuję Jego przebaczenia.

    Czy da się komuś wynagrodzić wylane z mojego powodu łzy? Oczywiście, że nie. A tym bardziej wylaną krew. Nie chodzi więc o „spłacenie długu”, ale o uświadomienie sobie miłości.

    Wynagradzamy” Jezusowi cierpienia, jakie zniósł z powodu naszych grzechów, kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani. Niemożliwe, żeby świadomość tego, jak bardzo jestem kochany niczego we mnie nie zmieniła. Miłość budzi miłość. A obudzona miłość przemienia skuteczniej niż wszystkie „dobre postanowienia” razem wzięte. Ponieważ mam fatalną skłonność do zapominania o tej miłości, więc Jezus proponuje mi, bym przynajmniej raz w miesiącu, przyjmując Go w Komunii, spróbował odnowić w sobie tę świadomość.

    Czy w pierwszy piątek trzeba iść do spowiedzi?

    Niekoniecznie. Sakrament pokuty i pojednania to jest oczywiście bardzo szczególne miejsce doświadczania przemieniającej mnie od środka miłości Boga. Dlatego warto przystępować do niego regularnie (choćby właśnie raz w miesiącu). Ale niekoniecznie musi to być akurat w pierwszy piątek, kiedy kolejki do konfesjonałów są najdłuższe.

    Chodzi o to, by być w stanie łaski uświęcającej i móc przyjąć Komunię. Do spowiedzi mogę pójść kilka dni wcześniej albo później, jeśli akurat jej nie potrzebuję (to znaczy: jeśli nie mam grzechów ciężkich uniemożliwiających przyjęcie Eucharystii). Ważne, bym robił to świadomie i regularnie. Bym trwał w łasce uświęcającej, a gdy ją stracę, od razu do niej wracał przez spowiedź.

    A jeśli ominę któryś pierwszy piątek?

    Czy muszę zaczynać od nowa? Nie muszę. Bo nie chodzi o to, żebym nie przerwał „magicznego” ciągu dziewięciu pierwszych piątków kolejnych miesięcy, ale bym prowadził nieprzerwanie życie w relacji z Bogiem, którą odnawiają i podtrzymują we mnie dane przez Niego sakramenty. A to ciągle – po każdym grzechu – zaczynam od nowa.

    Pierwszy piątek ma uwrażliwić mnie na miłość Boga objawioną mi ostatecznie na krzyżu Jezusa. Jednak w tym wszystkim chodzi o Niego samego i Jego miłość do mnie, a nie o datę.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Pierwsze Piątki? Trzeba powrócić do właściwego rozumienia obietnicy Pana Jezusa

    (oprac. GS/ PCh24.pl)

    *********

    Niestety, do naszej praktyki wdarła się, a z biegiem czasu nawet utrwaliła błędna interpretacja, zarówno u kapłanów, jak i u świeckich, według której wystarczy przyjąć Komunię Św., której kapłani udzielają w Pierwsze Piątki także poza Mszą Świętą. Ma to być ich zdaniem spełnienie warunku zawartego w obietnicy danej św. Małgorzacie. Trzeba jasno powiedzieć, że w obietnicy danej przez Jezusa chodzi o Komunię przyjmowaną w czasie Mszy. Msza i Komunia to jest jedna i właściwa całość. W czasach św. Małgorzaty nie było praktyki udzielania Komunii poza Mszą z wyjątkiem udzielania jej umierającym (Wiatyk). Trzeba powrócić do autentycznego rozumienia obietnicy – mówi ks. prof. Janusz Królikowski – dziekan Wydziału Teologii Uniwersytetu Jana Pawła II, sekcja w Tarnowie

    Księże Profesorze, skąd się wzięło nabożeństwo Pierwszych Piątków miesiąca?

    Praktyka Pierwszych Piątków w ramach czci oddawanej Najświętszemu Sercu Jezusa łączy się wprost z objawieniami, których doznawała św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690). W jednym z tych objawień sam Chrystus przekazał jej specjalne obietnice, które są związane z czcią okazywaną Jego Sercu. Jedna z nich dotyczy właśnie Pierwszych Piątków, a brzmi ona następująco:

    „Obiecuję ci w przeogromnym miłosierdziu mego Serca, że Jego wszechmocna miłość udzieli łaski pokuty pod koniec życia tym, którzy przez kolejnych dziewięć pierwszych piątków miesiąca przyjmą Komunię Świętą; nie umrą nie pojednani ze Mną i bez sakramentów świętach: moje Serce będzie ich schronieniem w ostatnim momencie”.

    Trzeba oczywiście pamiętać, że obietnica ta jest skierowana do tych, którzy będą mieli u siebie wystawiony obraz Serca Jezusa, aby był szczególnie czczony. Kult Serca Jezusa od samego początku jest związany ze specjalnym obrazem, który ma na co dzień o Nim przypominać. Zachodzi tu pewne podobieństwo z objawieniami miłosierdzia Bożego, których dostąpiła św. Faustyna Kowalska, a których elementem jest też specjalny obraz: „Jezu, ufam Tobie”, który ma przypominać o tajemnicy miłosierdzia Bożego. Człowiek wierzący potrzebuje widzialnych znaków, aby skuteczniej zdążać do Boga.

    Do niedawna istniał bardzo piękny – niestety, dzisiaj już porzucony – zwyczaj, że obraz-pamiątka pierwszej Komunii świętej przedstawiał na ogół Najświętsze Serce Jezusa, aby z nim właśnie dziecko mogło łączyć swoją wędrówkę eucharystyczną drogą, a przy okazji, by utrwalało sobie pamięć o obietnicy dziewięciu pierwszych piątków.

    By jednak móc dojrzale mówić o kulcie Serca Jezusa, w tym także o praktyce Pierwszych Piątków, należy uwzględnić, że ten kult był przygotowywany w Kościele już od średniowiecza, zwłaszcza za pośrednictwem licznych ówczesnych mistyczek, które pokazywały wierzącym potrzebę zwracania się do Serca Jezusowego, aby dojść do pełnego życia chrześcijańskiego, czyli do udziału w tajemnicy miłości Bożej, która z niego rozlewa się na ludzi.

    Na czym polega praktyka Pierwszych Piątków miesiąca?

    Jak możemy wnioskować z przywołanej obietnicy, istotą tej praktyki jest: „przez kolejnych dziewięć pierwszych piątków miesiąca przyjąć Komunię świętą”. Niestety, do naszej praktyki wdarła się, a z biegiem czasu nawet utrwaliła błędna interpretacja, zarówno u kapłanów, jak i u świeckich, według której wystarczy przyjąć Komunię, której kapłani udzielają w Pierwsze Piątki także poza Mszą. Ma to być ich zdaniem spełnienie warunku zawartego w obietnicy danej św. Małgorzacie. Trzeba jasno powiedzieć, że w obietnicy danej przez Jezusa chodzi o Komunię przyjmowaną w czasie Mszy. Msza i Komunia to jest jedna i właściwa całość. W czasach św. Małgorzaty nie było praktyki udzielania Komunii poza Mszą z wyjątkiem udzielania jej umierającym (Wiatyk). Trzeba powrócić do autentycznego rozumienia obietnicy.

    Dlaczego akurat dziewięć pierwszych piątków, a nie dziesięć czy dwanaście? 

    Liczba dziewięć pozostaje pewną tajemnicą. Wydaje się, że trzeba ją połączyć przede wszystkim z tradycją kościelną, która od bardzo dawna widzi nowennę (nazwa pochodzi od liczby dziewięć w języku łacińskim), jako praktykę wytrwałą, wyrażającą pewną ciągłość, pokazującą ludzką determinację, np. w formułowanej prośbie czy spełnianej obietnicy, a tym samym zasługująca na pewną pochwałę i przyjęcie przez Boga.

    Obietnica związana z dziewięcioma pierwszymi piątkami, między innymi z powodu tej liczby, była przedmiotem niemałych kontrowersji, w tym także mocnych pytań pod adresem św. Małgorzaty, czy czegoś od siebie nie dodała do obietnic Jezusowych. Nawiązując do tego faktu, papież Benedykt XV w bulli Ecclesiae consuetudo (13 maja 1920 r.), w której dokonywał aktu kanonizacji Małgorzaty M. Alacoque, potwierdził autentyczność obietnicy dotyczącej dziewięciu pierwszych piątków. Ten fakt ma dla nas decydujące znaczenie i stanowi dla pewny punkt odniesienia w ich osobistym przeżywaniu i w propagowaniu tej praktyki.

    Jakie warunki trzeba spełnić, żeby nabożeństwo było ważne?

    Warunki są proste: Komunia – oczywiście w czasie Mszy Świętej – przez dziewięć pierwszych piątków. Warunkiem przyjęcia Komunii Świętej pozostaje oczywiście stan łaski, czyli wolność od grzechu śmiertelnego. W przypadku popełnienia takiego grzechu, drogą powrotu do Boga i nowego otwarcia się na dar Jego łaski pozostaje spowiedź. Nie musi ona być oczywiście odbyta w sam pierwszy piątek. Ważny jest przede wszystkim stan łaski.

    Co w sytuacji, kiedy nie mamy możliwości uczestniczyć we Mszy Św., bo wyjeżdżamy, jesteśmy chorzy?  

    Sytuacja jest taka, jak w każdym innym przypadku: „nikt nie jest zobowiązany do rzeczy niemożliwych”. Jeśli zachodzi uzasadniona przeszkoda w uczestniczeniu w Mszy Św. i w przyjęciu Komunii Św., to na pewno nie potrzeba zaczynać od początku praktyki dziewięciu pierwszych piątków. Pan Bóg widzi te „kolejne piątki” w perspektywie ludzkich możliwości zachowania ciągłości w tej praktyce. Nie ma żadnej racji, by w tym przypadku odwoływać się do jakiegoś ślepego rygoryzmu, czy wręcz mechanicystecznego interpretowania obietnicy Chrystusa. Bóg szanuje ludzkie możliwości i tylko do ich respektowania się odwołuje.

    Odprawienie pierwszych piątków miesiąca jest gwarancją tego, że będziemy zbawieni? 

    „Gwarancją” zbawienia jest stan łaski, czyli aktualnej przyjaźni z Bogiem w chwili śmierci, przy czym jedyną gwarancją zbawienia jest sam łaskawy i miłosierny Bóg, Pan wiecznej chwały i Dawca w niej udziału. Zbawienie jest darmowym darem Bożym. Obietnica „pierwszych piątków” na pewno może być źródłem ufności w to, że Bóg pragnie zbawienia człowieka. Zauważmy, że w obietnicy jest powiedziane: „wszechmocna miłość udzieli łaski pokuty pod koniec życia” czcicielom Najświętszego Serca Jezusa. Z tego powodu tej obietnicy jest nadawane miano „wielkiej”, bo chodzi w niej o wielką rzecz, a mianowicie śmierć w stanie łaski, który jest gwarancją zbawienia. Drogą do tego stanu jest właśnie łaska pokuty, której zwieńczeniem i wypełnieniem jest spowiedź sakramentalna i Komunia święta.

    Co to znaczy „Komunia Święta wynagradzająca”? 

    Praktyka Komunii w pierwsze piątki została związana z praktyką „wynagrodzenia”. Zgodne jest to zarówno z duchem, jak z literą orędzia, z którym Chrystus objawiający zwrócił się do św. Małgorzaty. Wynagrodzenie w tradycji katolickiej łączy w sobie zasadniczo dwie prawdy. Pierwsza mówi, że grzech jest obrazą Boga, a druga, że człowiek w pełni wyraża świadomość grzechu, gdy stara się naprawić tę destrukcję, której on dokonuje, w relacji wiary z Bogiem, a następnie, co jest możliwe tylko na tym gruncie, może naprawić relacje z Kościołem i z braćmi.

    Jak możemy naprawić obrazę Boga? Oddając to, co mamy najcenniejszego, a tym jest sam Chrystus, który ofiaruje się za nas i nasze grzechy oraz udziela się nam w Komunii Świętej. Komunia Święta jest w najwyższym stopniu wejściem w to wynagrodzenie, którego On dokonał na krzyżu. Wynagrodzenie to zatem próba odbudowania tego, co zostało zburzone przez grzech, aby łaska Boża odbudowała skuteczniej porządek Boży w świecie. Komunia święta ma w najwyższym znaczeniu charakter odnawiający i odbudowujący porządek duchowy.

    Powinniśmy się modlić o dobrą śmierć?  

    Śmierć to największe wydarzenie ludzkiego życia, bo jest ono bezpośrednim i ostatecznym spotkaniem z Bogiem. Modlitwa o dobrą śmierć powinna być stałą praktyką w naszym życiu duchowym, aby nie rozminąć się z Bogiem w tej ważnej chwili. Niestety, zbyt często o tym zapominamy, zachowując się tak jakbyśmy mieli zakorzenić się na Ziemi już na zawsze. Łączy się ta praktyka także z modlitwą o dar ostatecznego wytrwania w wierze i w łasce. Nabożeństwo Pierwszych Piątków ma także tę wartość, że jest ono związane z przygotowywaniem się do śmierci, która jest wpisana w wielką obietnicę Chrystusa, a która mówi: „nie umrze niepojednany” i „bez sakramentów”, a więc ta praktyka zbliża do dobrej i szczęśliwej śmierci, czyli „śmierci w Chrystusie”.

    Bóg zapłać za rozmowę

    Monika Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    2 GRUDNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA Z I NIEDZIELI ADWENTU

    *****

    NABOŻEŃSTWO PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓB MIESIĄCA

    Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

    This image has an empty alt attribute; its file name is NSM.jpg

    WPROWADZENIE

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Matka ks. Jerzego zostanie wyniesiona na ołtarze? Mocne świadectwo jej wnuka

    fot. Andrzej Iwański via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Matka ks. Jerzego zostanie wyniesiona na ołtarze? Mocne świadectwo jej wnuka

    Gdyby nie błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko, prawdopodobnie nikt na świecie nie usłyszałby o jego matce Mariannie. To za sprawą swego syna stała się „sławna”, chociaż takiej sławy wcale nie chciała. Wolałaby pozostać cichą, jedną z nieznanych, anonimowych matek, jak sama mówiła.

    Nowe fakty o jej życiu odkrywa Milena Kindziuk w najnowszym wydaniu biografii „Matka Świętego”. 

    W historii Kościoła tak niekiedy bywa, że wśród wielu świętych lub kandydatów na ołtarze (wierzę, że Marianna Popiełuszko zasługuje, by także znaleźć się w tym gronie) są matki znanych dzieci. Wystarczy wspomnieć żyjącą w IV wieku Świętą Monikę z Tagasty, matkę Świętego Augustyna, Świętą Zelię Martin, matkę Świętej Teresy z Lisieux, czy Sługę Bożą Emilię Wojtyłową – matkę świętego papieża Jana Pawła II.

    Te matki stały się znane dzięki dzieciom. Wskutek ich świadectwa albo ze względu na ich wielkie dzieła. To proces zupełnie naturalny, gdy bowiem bada się życie osób wielkich i świętych, nie sposób nie sięgnąć do ich korzeni, do rodzinnego domu, do matki, ojca, rodzeństwa. W tym kontekście nie dziwi więc, że po męczeńskiej śmierci błogosławionego księdza Jerzego w 1984 roku zainteresowano się również Marianną Popiełuszko, którą jakby wydobyto z cienia. Apogeum to zainteresowanie osiągnęło w czasie beatyfikacji księdza Jerzego, czyli 6 czerwca 2010 roku.

    KOBIETA WIELKIEJ WIARY

    Trzeba też wspomnieć, że głośnym echem odbił się pogrzeb matki kapłana męczennika – 19 listopada 2023 roku mija dziesięć lat od jej śmierci. Żegnał ją w telegramie kondolencyjnym sam papież, a Mszę Świętą żałobną odprawiało wielu biskupów i kilkuset księży. Po Eucharystii setki ludzi z całej Polski szły kilka kilometrów polnymi drogami, by odprowadzić ją na miejsce wiecznego spoczynku na jej cmentarz parafialny w Suchowoli. Takiego pogrzebu jak Marianny Popiełuszko nie było dotąd na całym Podlasiu, mówili miejscowi. Życiowe motto Marianny Popiełuszko brzmiało: „Mam spokój w duszy, bo wszystko przyjmuję z ręki Boga: czy cierpienie, czy ból, czy biedę. Jak nie akceptujesz życia, jakie masz, to nie znajdziesz spokoju”.

    Gdy kiedyś nieśmiało zapytałam panią Mariannę, jak to możliwe, że akceptuje swe życie, tak bardzo przecież trudne i wypełnione cierpieniem bez miary, odpowiedziała bez wahania: „ A co, ty bez krzyża do nieba chciałaś się dostać?”.

    Taka właśnie była pani Marianna. Pełna życiowej mądrości i niezłomnej wiary. Ważne świadectwo o jej sile wiary i harcie ducha złożył ostatnio jej wnuk Marek Popiełuszko, który aktualnie żyje w USA:

    Marek Popiełuszko z babcią (fot. Archiwum Fundacji im. Ks. Jerzego Popiełuszko Dobro)

    ***

    Nigdy nie zapomnę cudownych, pełnych mądrości wierszyków, których nauczyła mnie babcia. Choćby ten: „Prościuteńko w niebo droga: kochaj ludzi, kochaj Boga. Kochaj sercem i czynami – będziesz w niebie z aniołkami”.

    Z dzieciństwa, które spędzałem często u babci i dziadka w Okopach, zapamiętałem, z jaką uwagą i uśmiechem na twarzy obserwowała mnie, gdy bawiłem się, zawiązując i rozwiązując sznurówki w butach. Nigdy nie zapomnę też smaku i zapachu chleba na zakwasie, który raz na kilka tygodni babcia piekła w domowym piecu kaflowym, specjalnie w tym celu rozpalanym drewnem. Powszechną praktyką była codzienna modlitwa babci. A dzięki niej – całej rodziny. Wieczorami na kolanach, przed ołtarzykiem, który stał w pokoju, odmawialiśmy pacierz, włącznie z Dziesięciorgiem przykazań, a w odpowiednich miesiącach – także cząstkę Różańca, Litanię loretańską czy drogę krzyżową.

    Babcia mocnym głosem śpiewała każdego ranka Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Także starą, znaną pieśń „Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze…”.

    To z babcią chodziłem w niedzielę do kościoła – zazwyczaj na sumę. Po drodze, a było to pięć kilometrów w jedną stronę, zbieraliśmy gałązki piołunu, z których później robiło się miotły. Zbieraliśmy też kminek.

    RODZINA BOGIEM SILNA

    Mówiąc o babci Mariannie, mocno pragnę podkreślić także rolę dziadka Władysława, jej męża. Oni oboje byli wyjątkowi. Razem tworzyli wspaniałą, kochającą się rodzinę. Babcia Marianna była twarda, zahartowana. W zasadzie nie chorowała, chociaż chodziła prawie zawsze boso, dość lekko ubrana. Nie użalała się nad sobą. Przywiązywała wagę do naturalnego porządku rzeczy. Zadziwiało mnie też zawsze, że nigdy nie bała się śmierci. Chętnie uczestniczyła w pogrzebach, gdy ktoś z mieszkańców wsi umierał, modliła się przy trumnie i śpiewała pieśni żałobne – oczywiście z pamięci. Sama też, odkąd pamiętam, miała przygotowane ubranie do trumny. Można powiedzieć, że była zawsze gotowa na śmierć. Nie bała się jej. Dzięki temu my też mieliśmy podobny stosunek do tej kwestii. Czy była inna po śmierci księdza Jerzego? Myślę, że nie. Babcia Marianna zawsze pozostała taka sama. Była całe życie po prostu sobą. To wiara dawała babci i dziadkowi siłę do życia. A później, po beatyfikacji, także ksiądz Jerzy, który – jak często sama wspominała – wspierał ją z nieba i jej pomagał. Wierzyła w jego wstawiennictwo, ufała, że kiedyś się z nim znowu spotka.

    Mam pewność, że teraz już wszyscy się spotkali.

    Fronda.pl

    FRAGMENTY POCHODZĄ Z KSIĄŻKI „MATKA ŚWIETEGO” AUTORSTWA MILENY KINDZIUK, WYDAWNICTWO ESPRIT

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – grudzień 2023

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 grudnia

    Święta Katarzyna Laboure,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Sylwester I, papież
    ***
    Święta Katarzyna Laboure

    Katarzyna urodziła się 2 maja 1806 r. w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers, w licznej rodzinie chłopskiej (była dziewiąta z jedenaściorga rodzeństwa). Kiedy miała 9 lat, zmarła jej matka. Nigdy nie uczęszczała do szkoły. Po pogrzebie matki Katarzynę zabrała ciotka Małgorzata. W tym czasie starsza siostra Katarzyny wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia (szarytek). Kiedy rodzeństwo rozeszło się, ojciec wezwał Katarzynę, by pomogła mu w prowadzeniu gospodarstwa. Miała wówczas zaledwie 12 lat. Z całą energią zabrała się do nowych obowiązków, zajmując się ponadto wychowaniem najmłodszego brata i siostry.
    Kiedy miała 20 lat i przekonała się, że w domu jej pomoc nie jest już nagląco potrzebna, wyznała ojcu, że pragnie wstąpić do szarytek. Ojciec stanowczo jednak odmówił i wysłał córkę do Paryża, do jej brata, Karola, żeby mu pomagała prowadzić tam skromną restaurację. Nie czuła się tam jednak dobrze i dlatego też, na własną rękę, przeniosła się do bratowej, by pomagać jej w prowadzeniu pensjonatu. Równocześnie nawiązała kontakt z siostrami miłosierdzia. Wstąpiła do nich w 24. roku życia. Po odbyciu postulatu i trzech miesięcy próby odbyła nowicjat w domu macierzystym zakonu w Paryżu. W domu na rue du Bac w Paryżu doznała mistycznych łask. Rzadki to wypadek, by już w nowicjacie, a więc na progu życia zakonnego, Pan Bóg obdarzał swoich wybrańców darem wysokiej kontemplacji aż do ekstaz i objawień. Katarzyna należała do tych szczęśliwych wybranek. Najgłośniejszym echem odbijały się po świecie objawienia dotyczące “cudownego medalika”. Było ich w sumie pięć. Najbardziej znane są dwa.
    W nocy z 18 na 19 lipca 1830 roku, kiedy Francja przeżywała rewolucję lipcową, w której został obalony król Karol X, podczas snu ukazał się Katarzynie anioł, zbudził ją i zaprowadził do kaplicy nowicjackiej. Tam zjawiła się jej Matka Boża, która skarżyła się na publiczne łamanie przykazań, zapowiedziała kary, jakie spadną na Francję i zachęciła Katarzynę do modlitwy i uczynków pokutnych.
    Kilka miesięcy później, w nocy z 26 na 27 listopada 1830 roku, ten sam anioł w podobny sposób obudził Katarzynę i zaprowadził ją do kaplicy. Szarytka ujrzała Najświętszą Maryję Pannę stojącą na kuli ziemskiej, depczącą stopą łeb piekielnego węża. W rękach trzymała kulę ziemską, jakby chciała ją ofiarować Panu Bogu. Równocześnie Katarzyna usłyszała głos: “Kula, którą widzisz, przedstawia cały świat i każdą osobę z osobna”. Niebawem obraz zmienił się. Matka Boża miała ręce szeroko rozwarte i spuszczone do dołu, a z Jej dłoni tryskały strumienie promieni. Usłyszała ponownie głos: “Te promienie są symbolem łask, jakie zlewam na osoby, które Mnie o nie proszą”. Święta ujrzała następnie literę M z wystającym z niej krzyżem, dokoła 12 gwiazd, a pod literą M dwa Serca: Jezusa i Maryi. Dokoła postaci Maryi z rękami rozpostartymi ujrzała napis: “O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Pod koniec tego objawienia Katarzyna otrzymała polecenie: “Postaraj się, by wybito medale według tego wzoru”.
    Katarzyna o swoim objawieniu oraz o otrzymanym poleceniu zawiadomiła spowiednika, o. Aladela. Ten nie chciał sam decydować, ale poradził się arcybiskupa Paryża. Arcybiskup po wstępnym zbadaniu sprawy orzekł, że nie widzi w tym nic, co sprzeciwiałoby się nauce katolickiej. 30 czerwca 1832 roku wybito 1500 pierwszych medalików. Dla bardzo wielu łask zyskały one sobie tak wielką sławę, że zaczęto je szybko określać mianem “cudownego medalika”. W ciągu 10 lat w samym tylko Paryżu wybito w różnych wielkościach ponad 60 milionów jego egzemplarzy. W roku 1836 arcybiskup Paryża zarządził kanoniczne zbadanie objawień oraz łask, jakie wierni otrzymali przez cudowny medalik. Raport komisji stwierdził wiarygodność tak objawień, jak i cudów. Wtedy biskup wydał oficjalną aprobatę.
    Cudowny Medalik Niepokalanej nie był pierwszą w dziejach Kościoła katolickiego tego rodzaju formą czci Matki Bożej. Znaleziono już z wieku IV dwa medaliony z wizerunkiem Matki Bożej. Papieże w wiekach średnich podobne medale błogosławili i rozdzielali pomiędzy wiernych. Papież św. Pius V w 1566 roku udzielił nawet odpustu zupełnego dla tych, którzy będą go nosić. Z czasem jednak przestano je nosić. Cudowny medalik przywrócił ten chwalebny zwyczaj, a ponieważ współczesne medaliki są małe i bardzo lekkie, dlatego wiele osób bardzo chętnie je nosi. Nazwę “cudowny medalik” zatwierdziła Stolica Święta, a papież Leon XIII dekretem z dnia 23 lipca 1894 roku zezwolił na coroczne obchodzenie święta Objawienia Cudownego Medalika (dnia 27 listopada).

    Cudowny Medalik

    Mimo sławy objawień Katarzyna pozostała cicha i nieznana. Nie uczyniła bowiem ze swego objawienia sprawy publicznej – powiedziała o nim jedynie swojemu spowiednikowi. W 1831 r. Katarzyna znalazła się w hospicjum przy ulicy Picpus i tam, w ukryciu, dokończyła swego skromnego życia, wypełnionego uciążliwymi posługami około starców. Zmarła 31 grudnia 1876 r. Ciało Świętej spoczywa w kaplicy nowicjatu w domu macierzystym sióstr w Paryżu. W 24 lata po objawieniu medalika Niepokalanej papież Pius IX ogłosił dogmat Niepokalanego Poczęcia Maryi (1854), a w 4 lata potem Matka Boża objawiła się jako Niepokalane Poczęcie św. Bernadetcie Soubirous (1858). Beatyfikacji Katarzyny dokonał papież Pius XI 28 maja 1933 roku, a do chwały świętych wyniósł ją papież Pius XII w 1947 roku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 grudnia

    Święty Egwin, biskup

    Święty Egwin
    Egwin urodził się w VII w. Kształcił się u benedyktynów w Worcester. Tam został mnichem, a potem kapłanem. W 693 r. powołano go na biskupstwo w rodzinnym mieście. Stał się reformatorem życia kościelnego. Bronił świętości małżeństwa, stawał w obronie sierot i wdów. Był doradcą Eldera, króla Mercji, jego syna Kenreda oraz Offy I, króla wschodnich Sasów. Podczas pobytu w Rzymie otrzymał od papieża zgodę na rezygnację z biskupstwa. W ostatnich latach życia pełnił obowiązki opata w założonym przez siebie opactwie w Evesham. Osiedlenie się tam było poprzedzone objawieniem Maryi, która powiedziała Egwinowi, gdzie chce mieć swój klasztor.
    Zmarł 30 grudnia 717 r. Po śmierci dokonał wielu cudów: przywracał wzrok i słuch, uzdrawiał chorych. Jego relikwie były otaczane tak wielkim kultem, że w 1077 roku trzeba było przebudować opactwo w Evesham, by mogło pomieścić napływ pielgrzymów.
    W ikonografii św. Egwin przedstawiany jest w stroju biskupim, w ręku ma rybę, która w pyszczku trzyma klucz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 grudnia

    Święty Tomasz Becket, biskup i męczennik

    Święty Tomasz Becket
    Tomasz urodził się w 1118 r. w Londynie. Jego ojciec był zamożnym kupcem normandzkim w tym właśnie mieście. Również jego matka była Normandką.
    Pierwsze nauki Tomasz pobierał u kanoników regularnych w Merton, a na studia wyższe przeniósł się do Paryża. Po powrocie do Londynu pomagał ojcu w jego handlowych interesach, a równocześnie pełnił funkcję w skarbowym urzędzie miejskim. Udał się na dwór prymasa Anglii, Teobalda, do Canterbury. Prymas przyjął go do swojego kleru i wysłał na dalsze studia prawnicze do Bolonii i Auxerre; kiedy zaś po ich ukończeniu Tomasz powrócił, mianował go archidiakonem Canterbury (1154). W roku następnym (1155) król Henryk II obrał go swoim lordem kanclerzem, a po śmierci prymasa, 7 lat później, wybrał go jego następcą. Tomasz zmienił wtedy radykalnie styl życia, podejmując ascezę. Dotychczasowy dworak, ambitny karierowicz, nagle nawrócił się i stał się mężem Kościoła w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jako prymas zrezygnował natychmiast z urzędu kanclerza królewskiego, chociaż godność ta dawała mu majątek i duże wpływy w państwie. Po przyjęciu święceń kapłańskich i sakry biskupiej przywdział włosiennicę, zaczął wieść życie ascetyczne, oddawać się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Stał się także nieustraszonym obrońcą praw Kościoła. Dawniejsze oddanie królowi zamienił na głęboką troskę o Kościół, o zachowanie jego praw i przywilejów.
    Próby poszerzenia zakresu i kompetencji sądów królewskich kosztem sądów kościelnych oraz ograniczenia władzy Kościoła spowodowały konflikt Tomasza z królem. W roku 1164 król ogłosił tzw. Konstytucje Klarendońskie, ograniczające znacznie prawa Kościoła na rzecz króla. Prymas swojej pieczęci ani podpisu na znak zgody pod nimi nie położył. Gdy zaś papież Aleksander III potępił te regulacje, to samo uczynił i prymas Anglii. Król wezwał wówczas Tomasza przed swój sąd w Northampton. Zamierzał go aresztować, uwięzić i urządzić proces. Prymas odwołał się do papieża i wezwał biskupów, by nie brali w nim udziału. Sam zaś potajemnie, w przebraniu, opuścił Anglię i udał się do Francji, do Pontigny, a potem do Sens (1164). Po 6 latach, w 1170 r., dzięki interwencji papieża i króla Francji, Henryk II zgodził się na powrót Tomasza do kraju. Traktował go jednak jako niewdzięcznika i głowę opozycji.
    Spokój trwał niezbyt długo. Kiedy król przebywał w Normandii, usłużni dworacy donosili mu, co dzieje się w Anglii. Pewnego dnia Henryk II miał zawołać: “Poddani moi to tchórze i ludzie bez honoru! Nie dochowują wiary swemu panu i dopuszczają, żebym był pośmiewiskiem jakiegoś tam klechy z gminu”. Czterej rycerze z otoczenia króla za zezwoleniem monarchy jeszcze tej samej nocy udali się do Anglii i wpadli do Canterbury, do pałacu prymasa. Nie zastali go tam, gdyż właśnie w katedrze odprawiał Nieszpory. Dobiegli do ołtarza i z okrzykiem “Śmierć zdrajcy!” zarąbali go na śmierć. Ranili również kapelana arcybiskupa, który usiłował prymasa bronić. Działo się to 29 grudnia 1170 roku.
    Przy ubieraniu biskupa do pogrzebu znaleziono na jego ciele włosiennicę i krwawe ślady od biczowania się. Zbrodnia wywołała oburzenie w całej Anglii i w świecie. W zaledwie trzy lata po męczeńskiej śmierci papież Aleksander III ogłosił Tomasza świętym i męczennikiem Kościoła. Król dla uwolnienia się od kar kościelnych, które groziły mu nawet utratą tronu (jako wyklęty z Kościoła według średniowiecznego prawa nie mógł być królem wyznawców Chrystusa) rozpoczął pokutę. Odbył pieszą pielgrzymkę do grobu św. Tomasza i przyrzekł wziąć udział w wyprawie krzyżowej, ale zamieniono mu ją na obowiązek wystawienia trzech kościołów (1174). Grób św. Tomasza stał się celem licznych pielgrzymek. Kazał go zniszczyć dopiero król Henryk VIII w 1538 roku.
    Św. Tomasz Becket jest obok św. Jerzego drugim patronem Anglii; jest także patronem duchownych.W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są: model kościoła, krzyż, miecz, palma męczeńska.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 grudnia

    Święci Młodziankowie, męczennicy

    Rzeź świętych Młodzianków

    Dwuletnim, a nawet młodszym chłopcom zamordowanym w Betlejem i okolicy na rozkaz króla Heroda św. Ireneusz, św. Cyprian, św. Augustyn i inni ojcowie Kościoła nadali tytuł męczenników. Ich kult datuje się od I wieku po narodzinach Chrystusa. W Kościele zachodnim Msza za świętych Młodzianków jest celebrowana – tak jak Msze święte Wielkiego Postu – bez radosnych śpiewów; kolor liturgiczny – czerwony.
    Wśród Ewangelistów jedynie św. Mateusz przekazał nam informację o tym wydarzeniu (Mt 2, 1-16). Dekret śmierci dla niemowląt wydał Herod Wielki, król żydowski, kiedy dowiedział się od mędrców, że narodził się Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski. W obawie, by Jezus nie odebrał jemu i jego potomkom panowania, chciał w podstępny sposób pozbyć się Pana Jezusa.
    Za czasów Heroda panowało przekonanie, że wszystko w państwie jest własnością władcy, także ludzie, nad którymi władca ma prawo życia i śmierci. Jeśli mu stoją na przeszkodzie, zagrażają jego życiu lub panowaniu, może bez skrupułów w sposób gwałtowny się ich pozbyć. Historia potwierdza, że Herod był wyjątkowo ambitny, żądny władzy i podejrzliwy. Sam bowiem doszedł do tronu po trupach i tylko dzięki terrorowi utrzymywał się u władzy. Był synem Antypatra, wodza Idumei. Za cel postawił sobie panowanie. Dlatego oddał się w całkowitą służbę Rzymianom. Dzięki nim jako poganin otrzymał panowanie nad Ziemią Świętą i narodem żydowskim z tytułem króla. Wymordował żydowską rodzinę królewską, która panowała nad narodem przed nim: Hirkana II, swojego teścia; Józefa, swojego szwagra; Mariam, swoją żonę; ponadto trzech swoich synów – Aleksandra, Arystobula i Antypatra; arcykapłana Arystobula; Aleksandrę, matkę Mariamme i wielu innych, jak to szczegółowo opisuje żyjący ok. 70 lat po nim historyk żydowski, Józef Flawiusz (Dawne dzieje Izraela). Jeszcze przed samą swoją śmiercią, by nie dać Żydom powodu do radości, ale by wycisnąć łzy z ich oczu i w ten sposób “upamiętnić” swój zgon, rozkazał dowódcy wojska zebrać na stadionie sportowym w Jerychu najprzedniejszych obywateli żydowskich i na wiadomość o jego śmierci wszystkich zgładzić. Na szczęście nie wykonano tego polecenia. Te i wiele innych faktów wskazuje, kim był Herod i czym było dla takiego okrutnika pozbawienie życia kilkudziesięciu niemowląt.
    Bibliści zastanawiają się nad tym, ile mogło być tych niemowląt? Betlejem w owych czasach mogło liczyć ok. 1000 mieszkańców. Niemowląt do dwóch lat w takiej sytuacji mogło być najwyżej ok. 100; chłopców zatem ok. 50. Jest to liczba raczej maksymalna i trzeba ją prawdopodobnie zaniżyć. Szczegół, że Herod oznaczył wiek niemowląt skazanych na śmierć, jest dla nas o tyle cenny, że pozwala nam w przybliżeniu określić czas narodzenia Pana Jezusa. Pan Jezus mógł mieć już ok. roku. Herod wolał dla “swego bezpieczeństwa” wiek ofiar zawyżyć.
    Czczeni jako flores martyrum – pierwiosnki męczeństwa, Młodziankowie nie złożyli świadomie swojego życia za Chrystusa, ale niewątpliwie oddali je z Jego powodu. Zatriumfowali nad światem i zyskali koronę męczeństwa nie doświadczywszy zła tego świata, pokus ciała i podszeptów szatana.
    Ikonografia podejmowała często ten tak dramatyczny temat dający wiele możliwości artystom. Dlatego wśród malarzy i rzeźbiarzy, którzy wykonali obrazy przedstawiające “Rzeź Niewiniątek”, figurują m.in.: Giovanni Francesco Baroto, Mikołaj Poussin, Guido Reni, Dürer, Romanino, Piotr Brueghel, Bartolomeo Schedoni, Rubens i wielu innych. W Padwie, w bazylice św. Justyny, a także w kilkunastu innych kościołach, można oglądać “relikwie” Młodzianków. Są one oczywiście nieprawdziwe, ale dowodzą, jak wielki w historii Kościoła był kult Świętych Młodzianków.
    Święci Młodziankowie są uważani za patronów chórów kościelnych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 grudnia

    Święty Jan, Apostoł i Ewangelista

    Święty Jan Ewangelista

    Jan był synem Zebedeusza i Salome, młodszym bratem Jakuba Starszego (Mt 4, 21). Jeśli chodzi o zestaw tekstów ewangelicznych, w których jest mowa o św. Janie, to ich liczba stawia go zaraz po św. Piotrze na drugim miejscu. Łącznie we wszystkich Ewangeliach o św. Piotrze jest wzmianka aż na 68 miejscach (193 wiersze), a o św. Janie na 31 miejscach (90 wierszy).
    Początkowo Jan był uczniem Jana Chrzciciela, ale potem razem ze św. Andrzejem poszedł za Jezusem (J 1, 35-40). Musiał należeć do najbardziej zaufanych uczniów, skoro św. Jan Chrzciciel z nimi tylko i ze św. Andrzejem przebywał właśnie wtedy nad rzeką Jordanem. Jan w Ewangelii nie podaje swojego imienia. Jednak jako naoczny świadek wymienia nawet dokładnie godzinę, kiedy ten wypadek miał miejsce. Rzymska godzina dziesiąta – to nasza godzina szesnasta. Po tym pierwszym spotkaniu Jan jeszcze nie został na stałe przy Panu Jezusie. Jaki był tego powód – nie wiemy. Być może musiał załatwić przedtem swoje sprawy rodzinne. O ostatecznym przystaniu Jana do grona uczniów Jezusa piszą św. Mateusz, św. Marek i św. Łukasz (Mt 4, 18-22; Mk 1, 14-20; Łk 5, 9-11).
    Jan pracował jako rybak. O jego zamożności świadczy to, że miał własną łódź i sieci. Niektórzy sądzą, że dostarczał ryby na stół arcykapłana – dzięki temu mógłby wprowadzić Piotra na podwórze arcykapłana po aresztowaniu Jezusa. Ewangelia odnotowuje obecność Jana podczas Przemienienia na Górze Tabor (Mk 9, 2), przy wskrzeszeniu córki Jaira (Mk 5, 37) oraz w czasie konania i aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (Mk 14, 33).
    Kiedy Jan wyraził zgorszenie, że ktoś obcy ma odwagę wyrzucać z ludzi złe duchy w imię Jezusa (sądził bowiem, że jest to wyłączny przywilej Chrystusa i Jego uczniów), otrzymał od Pana Jezusa odpowiedź: “Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9, 37-38).
    Pewnego dnia do Pana Jezusa przybyła matka Jana i Jakuba z prośbą, aby jej synowie zasiadali w Jego królestwie na pierwszych miejscach, po Jego prawej i lewej stronie. Pan Jezus wiedział, że matka nie uczyniła tego sama z siebie, ale na prośbę synów. Dlatego nie do niej wprost, ale do nich się odezwał: “Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” Kiedy zaś ci odpowiedzieli: “Możemy”, otrzymali odpowiedź: “Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej czy lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował” (Mt 20, 21-28; Mk 10, 41-52).
    Szczegół ten zdradza to, że nawet tak świątobliwy Jan nie całkiem bezinteresownie przystąpił do Pana Jezusa w charakterze Jego ucznia. Przekonany, że wskrzesi On doczesne królestwo Izraela na wzór i co najmniej w granicach królestwa Dawida, marzył, by w tym królestwie mieć wpływowy urząd, być jednym z pierwszych ministrów u Jego boku. Samemu jednak wstydząc się o to prosić, wezwał interwencji swojej matki. Potem zrozumie, że chodzi o królestwo Boże, duchowe, o zbawienie ludzi – i odda się tej wielkiej sprawie aż do ostatniej godziny życia. Warto tu tylko uzupełnić, że według relacji Marka to oni sami: Jan i Jakub zwrócili się do Chrystusa z tą dziwną prośbą, nie wyręczając się przy tym matką.
    Chrystus nadał Janowi i Jakubowi, jego bratu, drugie imię – “Synowie gromu” (Łk 9, 51-56). Jan zostaje wyznaczony razem ze św. Piotrem, aby przygotowali Paschę wielkanocną. Podczas Ostatniej Wieczerzy Jan spoczywał na piersi Zbawiciela. Tylko on pozostał do końca wierny Panu Jezusowi – wytrwał pod krzyżem. Dlatego Chrystus z krzyża powierza mu swoją Matkę, a Jej – Jana jako przybranego syna (J 19, 26-27).
    Po zmartwychwstaniu Chrystusa Jan przybywa razem ze św. Piotrem do grobu, gdzie “ujrzał i uwierzył” (J 20, 8), że Chrystus żyje. W Dziejach Apostolskich Jan występuje jako nieodłączny na początku towarzysz św. Piotra. Obaj idą do świątyni żydowskiej na modlitwę i dokonują u jej wejścia cudu uzdrowienia paralityka (Dz 3, 1 – 4, 21). Jan z Piotrem został delegowany przez Apostołów dla udzielenia Ducha Świętego w Samarii (Dz 8, 14-17). We dwóch przemawiali do ludu, zostali pojmani i wtrąceni do więzienia (Dz 4, 1-24). O Janie Apostole wspomina także św. Paweł Apostoł w Liście do Galatów. Nazywa go filarem Kościoła (Ga 2, 9).
    Jan przebywał przez wiele lat w Jerozolimie (Ga 2, 9), potem prawdopodobnie w Samarii, a następnie w Efezie. To tam napisał Ewangelię i trzy listy apostolskie. Wynika z nich, że jako starzec kierował niektórymi gminami chrześcijańskimi w Małej Azji. Z Apokalipsy dowiadujemy się, że były to: Efez, Smyrna, Pergamon, Tiatyra, Sardes, Filadelfia i Laodycea.
    Tradycja wczesnochrześcijańska okazywała żywe zainteresowanie losami św. Jana Apostoła po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Św. Papiasz (ok. 80-116) i św. Polikarp (ok. 70-166) szczycą się nawet, że byli uczniami św. Jana. Podają nam pewne cenne szczegóły z jego późniejszych lat. Podobnie św. Ireneusz (ok. 115-202) przekazał nam zaczerpnięte z tradycji niektóre wiadomości. Także w pismach apokryficznych znajdujemy o życiu Jana okruchy prawdy. Z tych wszystkich źródeł wynika, że Jan głosił Ewangelię albo w samej Ziemi Świętej, albo w jej pobliżu, a to ze względu na Matkę Bożą, nad którą Chrystus powierzył mu opiekę. Po wybuchu powstania żydowskiego Jan schronił się zapewne w Zajordanii, gdzie przebywał do końca wojny, tj. do roku 70 (zburzenie Jerozolimy). Stamtąd udał się do Małej Azji, gdzie pozostał aż do zesłania go na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana (81-96). Po śmierci cesarza Apostoł wrócił do Efezu, by tu za panowania Trajana (98-117) zakończyć życie jako prawie stuletni starzec. Potwierdzają to św. Ireneusz i Polikrates, biskup Efezu (ok. 190 roku).
    W wieku II lub III powstał w Małej Azji apokryf Dzieje Jana. Przytacza go m.in. Focjusz. Do naszych czasów dochowały się jego znaczne fragmenty. Według tego pisma Domicjan wezwał najpierw Jana do Rzymu. Nie miał jednak odwagi skazać starca na gwałtowną śmierć, dlatego zesłał go na wygnanie na wyspę Patmos, by na tej skalistej, niezaludnionej wyspie Morza Egejskiego zginął powolną śmiercią. Na szczęście chrześcijanie nie zapomnieli o ostatnim świadku Chrystusa. Główną treścią apokryfu są cuda, jakie Jan miał zdziałać w Rzymie i w Efezie. W opisach znajduje się tak wiele legendarnych motywów, że trudno wydobyć z tego apokryfu prawdę. Utrwaliło się podanie, że Domicjan usiłował najpierw w Rzymie otruć św. Jana. Kielich pękł i wino się rozlało w chwili, gdy Apostoł nad nim uczynił znak krzyża świętego. Wtedy cesarz kazał go męczyć we wrzącym oleju, ale Święty wyszedł z niego odmłodzony. Przez kilkaset lat (do roku 1909) 6 maja było nawet obchodzone osobne święto ku czci św. Jana w Oleju.
    Jan miał mieć ucznia, którego w sposób szczególniejszy miłował i z którym łączył wielkie nadzieje. Ten wszakże wszedł w złe towarzystwo i został nawet hersztem zbójców. Apostoł tak długo go szukał, aż go odnalazł i nawrócił. Euzebiusz z Cezarei pisze, że Jan nosił diadem kapłana, że organizował gminy i ustanawiał nad nimi biskupów, a w Efezie miał wskrzesić zmarłego.
    Swoją Ewangelię napisał Jan prawdopodobnie po roku 70, kiedy powrócił do Efezu. Miał w ręku Ewangelie synoptyków (Mateusza, Marka i Łukasza), dlatego jako naoczny świadek nauk Pana Jezusa i wydarzeń z Nim związanych nie powtarza tego, co już napisano, uzupełnia wypadki szczegółami bliższymi i faktami przez synoptyków opuszczonymi. Nigdzie wprawdzie nie podaje swojego podpisu wprost, ale podaje go pośrednio, kiedy pisze na wstępie: “I oglądaliśmy Jego chwałę” (J 1, 14), zaś w swoim pierwszym liście napisze jeszcze dobitniej: “To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce” (1 J 1, 1). Ewangelię św. Jana zna św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 107) i cytuje ją w swoich listach. Zna ją również św. Justyn (+ ok. 165), a Fragment Muratoriego (160-180) pisze wprost o św. Janie jako autorze Ewangelii.
    Pierwszymi adresatami Ewangelii św. Jana byli chrześcijanie z Małej Azji. Znali oni dobrze Jana, nie musiał się więc im przedstawiać. W owych czasach rozpowszechniały się pierwsze herezje gnostyckie: ceryntian, nikolaitów i ebionitów. Dlatego Ewangelia św. Jana nie ma charakteru katechetycznego, jak poprzednie, a raczej historyczno-teologiczny. Jan wykazuje, że Jezus jest postacią historyczną, że jest prawdziwie Synem Bożym. Tradycja za symbol słusznie nadała mu orła, gdyż głębią i polotem przewyższył wszystkich Ewangelistów.
    Według podania, cesarz Nerwa (96-98) miał uwolnić św. Jana z wygnania. Apostoł wrócił do Efezu, gdzie zmarł niebawem ok. 98 roku. Jako więc jedyny z Apostołów zmarł śmiercią naturalną. Dlatego podczas dzisiejszej liturgii celebrans nosi szaty białe, a nie – jak w przypadku wszystkich pozostałych Apostołów – czerwone. Pierwszą wzmiankę o grobie św. Jana w Efezie ok. 191 roku podaje w liście do papieża św. Wiktora Polikrates, biskup Efezu. Papież św. Celestyn I w liście swoim do ojców soboru efeskiego z 8 maja 431 roku winszuje im, że mogą czcić relikwie św. Jana Apostoła. Św. Grzegorz z Tours (+ 594) wspomina o cudach, jakie działy się przy tym grobie. Badania archeologiczne, przeprowadzone w 1936 roku, potwierdziły istnienie tego grobu. Dzisiaj z wielkiej metropolii, jaką niegdyś był Efez, pozostały jedynie ruiny, a na nich powstała mała wioska turecka.

    Święty Jan Ewangelista

    Jan jest patronem Albanii i Azji Mniejszej; ponadto aptekarzy, bednarzy, dziewic, zawodów związanych z pisaniem i przepisywaniem: introligatorów, kopistów, kreślarzy, litografów, papierników, pisarzy oraz owczarzy, płatnerzy, skrybów, ślusarzy, teologów, uprawiających winorośl oraz wdów. Kult św. Jana Apostoła w Kościele był zawsze bardzo żywy. Najwspanialszą świątynię wystawiono mu w Rzymie. Jest nią bazylika na Lateranie pod wezwaniem świętych Jana Chrzciciela i Jana Apostoła. Zwana jest również bazyliką Zbawiciela – matką wszystkich kościołów chrześcijaństwa, gdyż jako pierwsza była uroczyście konsekrowana przez papieża św. Sylwestra I (+ 335) i dotąd jest katedrą papieską. Nadto w Rzymie wystawiono św. Janowi Apostołowi jeszcze inne kościoły, np. przy Bramie Łacińskiej (ante Portam Latinam), gdzie Apostoł miał być męczony w rozpalonym oleju. Do Jana Apostoła szczególne nabożeństwo miały św. Gertruda i św. Małgorzata Maria Alacoque. Właśnie w dniu dzisiejszym, w dniu jego święta miały objawienia dotyczące nabożeństw do Serca Pana Jezusa. Szczególnym nabożeństwem do św. Jana Apostoła wyróżniali się kiedyś w Polsce krzyżacy. Wystawili też oni szereg kościołów ku jego czci.W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako stary Apostoł, czasami jako młodzieniec w tunice i płaszczu, rzadko jako rybak. Najczęściej występuje w scenach będących ilustracjami tekstów Pisma św.: jest jedną z centralnych postaci podczas Ostatniej Wieczerzy, Jan pod krzyżem obok Maryi, Jan podczas Zaśnięcia NMP, Jan na Patmos, Jan i jego wizje apokaliptyczne. Bywa – błędnie – przedstawiany w scenie męczeństwa, zanurzony w kotle z wrzącą oliwą. Czasem na obrazach towarzyszy mu diakon Prochor, któremu dyktuje tekst. Jego atrybutami są: gołębica, kielich z Hostią, kielich zatrutego wina z wężem (wąż jest symbolem zawartej w kielichu trucizny-jadu; na tę pamiątkę podaje się dzisiaj w wielu kościołach wiernym poświęcone wino do picia, by nie szkodziła im żadna trucizna), kocioł z oliwą, księga, orzeł w locie, na księdze lub u jego stóp, siedem apokaliptycznych plag, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 grudnia

    Święty Szczepan, diakon
    pierwszy męczennik

    Ukamienowanie świętego Szczepana

    Greckie imię Stephanos znaczy tyle, co “wieniec” i jest tłumaczone na język polski jako Stefan lub Szczepan. Nie wiemy, ani kiedy, ani gdzie św. Szczepan się urodził. Jego greckie imię wskazywałoby na to, że był nawróconym hellenistą – Żydem z diaspory, zhellenizowanym, czyli posługującym się na co dzień językiem greckim. Nie są nam znane szczegóły jego wcześniejszego życia. Jego dzieje rozpoczynają się od czasu wybrania go na diakona Kościoła. Apostołowie w odpowiedzi na propozycję św. Piotra wybrali siedmiu diakonów dla posługi ubogim, aby w ten sposób odciążyć uczniów Chrystusa oraz dać im więcej czasu na głoszenie Ewangelii. W gronie tych siedmiu znalazł się Szczepan. Nie ograniczył się on jednak wyłącznie do posługi ubogim. Według Dziejów Apostolskich, “pełen łaski i mocy Ducha Świętego” głosił Ewangelię z mądrością, której nikt nie mógł się przeciwstawić.
    Został oskarżony przez Sanhedryn, że występuje przeciw Prawu i Świątyni. W mowie obrończej Szczepan ukazał dzieje Izraela z perspektywy chrześcijańskiej, konkludując, że naród ten stale lekceważył wolę Boga (Dz 6, 8 – 7, 53). Publicznie wyznał Chrystusa, za co został ukamienowany (Dz 7, 54-60). Jest określany mianem Protomartyr – pierwszy męczennik.
    Oskarżycielami Szczepana przed Sanhedrynem żydowskim byli inni zhelenizowani Żydzi, z wymienionych w tekście Dziejów Apostolskich synagog. Wynika stąd, że Szczepan zaczął od nawracania swoich rodaków, do których mógł przemawiać w ich własnym języku, czyli po grecku. Zadziwia znajomością dziejów narodu żydowskiego i wskazuje, że powołaniem narodu wybranego było przygotowanie świata na przyjście Zbawiciela. Żydzi nie tylko sprzeniewierzyli się temu wielkiemu posłannictwu, ale nawet zamordowali Chrystusa. Stąd oburzenie, jakie wyrywa się z ust Szczepana.
    Był to rok 36, a więc od śmierci Chrystusa Pana upłynęły zaledwie 3 lata. Prozelici musieli praktykować i wypełniać, podobnie jak Apostołowie i uczniowie Chrystusa, także prawo judaizmu z przyjęciem obrzezania, pogłębione jedynie o nakazy Ewangelii. Dopiero sobór w Jerozolimie w roku 49/50 zdecydował, że poganie nawróceni na chrześcijaństwo nie są zobowiązani do zachowania prawa mojżeszowego. Same niemal imiona greckie wskazują, jak wielkie były wpływy helleńskie w czasach apostolskich w narodzie żydowskim. Nadto wynika z tekstu, że pieczę nad ubogimi zlecono głównie nawróconym hellenistom, aby nie mieli żalu, że są krzywdzeni przez wiernych pochodzenia żydowskiego.
    Autor Dziejów Apostolskich podkreśla, że przy śmierci Szczepana był obecny Szaweł, późniejszy Apostoł Narodów, którego św. Łukasz stanie się potem uczniem. Pilnował szat oprawców. Był oficjalnym świadkiem kamienowania – reprezentował Sanhedryn.
    Bibliści zastanawiają się, jak mogło dojść do jawnego samosądu oraz morderstwa, skoro każdy wyrok śmierci był uzależniony od podpisu rzymskiego namiestnika, jak to widzimy przy śmierci Pana Jezusa. Właśnie wtedy, w 36 roku Piłat został odwołany ze swojego stanowiska, a nowy namiestnik jeszcze nie przybył. Żydzi wykorzystali ten moment, by dokonać samosądu na Szczepanie, co więcej, rozpoczęli na szeroką skalę akcję niszczenia chrześcijaństwa: “Wybuchło wówczas wielkie prześladowanie w Kościele jerozolimskim” (Dz 8, 1).
    Kult Szczepana rozwinął się natychmiast. Jednakże na skutek zawieruch, jakie nawiedzały Ziemię Świętą, w tym także Jerozolimę, zapomniano o jego grobie. Odkryto go dopiero w 415 roku. Skoro udało się go rozpoznać, to znaczy, że św. Szczepan musiał mieć grób wyróżniający się i z odpowiednim napisem. O znalezieniu tego grobu pisze kapłan Lucjan. Miał mu się zjawić pewnej nocy Gamaliel, nauczyciel św. Pawła, i wskazać grób swój i św. Szczepana w pobliżu Jerozolimy (Kfar Gamla, czyli Beit Jamal). Chrześcijanie, uciekając przed oblężeniem Jerozolimy i w obawie przed jej zburzeniem przez cesarza Hadriana, zabrali ze sobą śmiertelne szczątki tych dwóch czcigodnych mężów i we wspomnianej wiosce je pochowali. Gamaliel bowiem miał zakończyć życie jako chrześcijanin. Na miejscu odnalezienia ciał biskup Jerozolimy, Jan, wystawił murowaną bazylikę; drugą zbudował w miejscu, gdzie według podania Szczepan miał być ukamienowany. Bazylikę tę upiększyli św. Cyryl Jerozolimski (439) i cesarzowa św. Eudoksja (460).
    Imię Szczepana włączono do Kanonu rzymskiego. Jest patronem diecezji wiedeńskiej; kamieniarzy, kucharzy i tkaczy.
    Z dniem św. Szczepana łączono w Polsce wiele zwyczajów. Podczas gdy pierwszy dzień Świąt spędzano w zaciszu domowym, wśród najbliższej rodziny, w drugi dzień obchodzono z życzeniami świątecznymi sąsiadów, dalszą rodzinę i znajomych. W czasie Mszy świętej rzucano w kościele zboże na pamiątkę kamienowania Świętego. Wieczór 26 grudnia nazywano “szczodrym”, gdyż służba dworska składała panom życzenia i otrzymywała poczęstunek, a nawet prezenty. Po przyjęciu smarowano miodem pułap i rzucano ziarno. Jeśli zboże przylgnęło, było to dobrą wróżbą pomyślnych zbiorów.
    Zaskoczenie może budzić fakt, że Kościół w drugim dniu oktawy Świąt Bożego Narodzenia umieścił święto św. Szczepana. Być może stało się tak po to, byśmy zapatrzeni w żłóbek Chrystusa nie zapomnieli, że ofiara ze strony Boga dla człowieka pociąga konieczność także ofiary ze strony człowieka dla Boga, chociażby ona wymagała nawet krwi męczeństwa.

    Święty Szczepan

    W ikonografii św. Szczepan występuje jako młody diakon w białej tunice lub w bogato tkanej dalmatyce. Jego atrybutami są: księga Ewangelii, kamienie na księdze lub w jego rękach, gałązka palmowa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 grudnia

    Święta Anastazja, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Nolasco, prezbiter
    ***
    Święta Anastazja
    Anastazja urodziła się w Rzymie w połowie III w. Była córką poganina i chrześcijanki. Miała męża okrutnika, który jej życie zamienił w pasmo udręk. Po jego śmierci zajęła się pomocą uwięzionym chrześcijanom. Opłacała strażników więziennych, żeby uzyskać dostęp do więzionych i niosła taką pomoc, jaka była dostępna.
    Kierownikiem duchowym Anastazji był św. Chryzogon, który z polecenia cesarza Dioklecjana został uwięziony i skazany na śmierć za wyznawanie wiary. Wyrok został wykonany w 303 r. w Akwilei. Anastazja towarzyszyła Chryzogonowi do ostatnich chwil. Wtedy również i ona została uwięziona i wtrącona do więzienia w Sirmium (Dalmacja, obecnie Sremska Mitrovica). Po wielu torturach, które zniosła bez słowa skargi, została skazana na śmierć. Z rozkazu sędziego wysłano Anastazję dziurawym statkiem na pełne morze, jednak ku zdumieniu wszystkich statek nie poszedł na dno. Skazano ją więc na śmierć przez spalenie; wyrok wykonano w Sirmium w 304 r.
    Imię Anastazji wymienia się w Kanonie Rzymskim. Jest patronką wdów i męczennic.
    W ikonografii przedstawiana jest z palmą w ręku, z mieczem, nożyczkami albo naczyniem na maść; często także na stosie albo przywiązana do pala.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 grudnia

    Święci Adam i Ewa, pierwsi rodzice

    Adam i Ewa byli pierwszymi rodzicami. W Martyrologium Rzymskim nie ma o nich wzmianki. Jednakże Bibliotheca Sanctorum nazywa ich wprost świętymi. Nie ma też ani jednego wśród pisarzy kościelnych, który by miał odwagę umieszczać rodziców rodzaju ludzkiego wśród potępionych.

    Święci Adam i Ewa

    Adam był pierwszym człowiekiem, praojcem ludzkości. Imię “Adam” wywodzi się od słowa hebrajskiego Adamah, co znaczy tyle, co ziemia, aby podkreślić myśl natchnionego autora, że ciało pierwszego człowieka powstało z materii i do niej powróci (Rdz 3, 19). Nie jest wykluczone, że wyraz “Adam” wywodzi się od słowa sumeryjskiego ada-mu, czyli “mój ojciec” – dla podkreślenia tego, że cały rodzaj ludzki wywodzi się ze wspólnego pnia. Według relacji biblijnej o stworzeniu, Bóg ulepił Adama “z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (Rdz 2, 7), czyli ducha, czyniąc go zdolnym do samodzielnej egzystencji fizycznej i religijno-moralnej. Ukształtował go na swój “obraz i podobieństwo” (Rdz 1, 26; 5, 1). Z Ewą, swą niewiastą, Adam cieszył się rajem – pełnią szczęścia. Po grzechu pierworodnym stracił szczególną i wyjątkową więź z Bogiem. Musiał pracować i w pocie czoła zdobywać chleb powszedni. Był pierwszym rolnikiem.
    Będąc ojcem ziemskim, jest figurą Chrystusa, od którego pochodzimy według ducha (Rz 5, 12-21; Kol 1, 15; 3, 9-10; 1 Tm 2, 13-14).

    Święci Adam i Ewa

    Ewa to pierwsza kobieta, pramatka, małżonka Adama (Rdz 3, 20; 4, 1; Tb 8, 6; 2 Kor 11, 3; 1 Tm 2, 13). Jej imię oznacza “życie”, jak to tłumaczy Pismo święte: “bo stała się matką wszystkich żyjących” (ludzi) (Rdz 3, 20). Opis stworzenia jej “z żebra Adama” podkreśla tożsamość człowieczeństwa kobiety i mężczyzny. Zwiedziona przez szatana, popełniła grzech, powodując nieszczęście duchowe i egzystencjalne. Grzech i kara nie przekreśliły zawartego w błogosławieństwie Bożym daru przekazywania życia, choć sprowadziły cierpienia i trudy. Ewa urodziła Kaina, Abla, Seta i innych.
    Ewa jest figurą Maryi, przez którą przyszło na świat zbawienie.Z opisów biblijnych wynika, że pierwsi ludzie po stworzeniu byli święci. Ich ciała miały nie podlegać cierpieniom ani śmierci. Ich rozum był światły, a wola skłonna do dobrego. Byli szczęśliwi. Ich stan, jak też miejsce przebywania, Biblia nazywa “ogrodem”. Aby jednak te wszystkie dary nie były bez żadnej zasługi ze strony człowieka, Pan Bóg wystawił go na bliżej nam nieznaną próbę, którą Biblia w sposób obrazowy przedstawia jako zakaz spożywania owocu z drzewa zakazanego. Pierwsi rodzice, za namową szatana, nie wypełnili polecenia Bożego, dlatego utracili wszystkie przywileje otrzymane w raju. Pan Bóg w swoim miłosierdziu zapowiedział jednak Zbawiciela świata, który wyjdzie z rodzaju ludzkiego i pokona szatana: przywróci zakłócony przez grzech pierworodny ład – ludziom da zbawienie, a Panu Bogu pełne wynagrodzenie.
    Jak żywe było zainteresowanie losami pierwszych ludzi w pierwotnym chrześcijaństwie, świadczy apokryf z I wieku zatytułowany Życie Adama i Ewy. Do naszych czasów dochował się w kilku językach. W języku greckim ma on tytuł Apokalipsa Mojżesza. Według niego, losy naszych pierwszych rodziców miały być objawione Mojżeszowi na Górze Synaj, kiedy Pan Bóg przekazał mu Dekalog i rozmawiał z nim przez 40 dni. Po wypędzeniu z Edenu pierwsi rodzice postanowili pokutować, aby Pana Boga przebłagać za swój grzech. Ewa zanurzyła się w wodach Tygrysu na 37 dni, a Adam w Jordanie na dni 40. Po 18 dniach zjawił im się szatan i zwiastował im w postaci anioła, że ich pokuta jest już niepotrzebna, gdyż Pan Bóg przebaczył im grzech. Adam poznał wszakże złego ducha, który był sprawcą wszystkich nieszczęść ludzkich, i uczynił mu z tego powodu gorzkie wyrzuty. Wtedy diabeł przyznał się, że skusił pierwszych rodziców z zazdrości i z nienawiści do rodzaju ludzkiego. Jedna z legend głosi, że Adam miał być pochowany w okolicach Hebronu, inna zaś podaje, że na Kalwarii, gdzie krople Krwi umierającego Chrystusa padły poprzez szczeliny spękanej trzęsieniem ziemi na czaszkę Adama.
    Powszechne jest przekonanie, że Adam i Ewa pokutą zadośćuczynili Bogu w tej mierze, w jakiej byli zdolni to uczynić. Zbawiciel zaś, Syn Boży, tak obficie zadośćuczynił za winę naszych prarodziców i tak wiele nam przyniósł dobra, że Kościół ma odwagę śpiewać w liturgii Wigilii Paschalnej: O szczęśliwa wino Adama!
    Autor Księgi Mądrości wychwala mądrość Bożą, że “ustrzegła Prarodzica (…) i wyprowadziła go z jego upadku” (Mdr 10, 1). Św. Augustyn w jednym ze swoich listów pisze o bogobojnym życiu Adama i Ewy. W Kościele wschodnim natrafiamy na ślady formalnego kultu Adama i Ewy. Pierwszą niedzielę Adwentu poświęca się przodkom Pana Jezusa. W kanonie na ten dzień kapłani modlą się słowami: “Oddajemy chwałę najpierw Adamowi, który zaszczycony ręką Boga Stworzyciela i ustanowiony naszym pierwszym ojcem, zażywa błogosławionego pokoju ze wszystkimi wybranymi w przybytkach niebieskich”.
    Ikony greckie oraz obrazy łacińskie, kiedy przedstawiają tajemnicę zstąpienia Chrystusa do otchłani, niemal z reguły na pierwszym miejscu przedstawiają Adama i Ewę, wyprowadzanych przez Chrystusa z piekieł i prowadzonych do nieba. W niektórych ikonach wschodnich Chrystus wprost trzyma za ręce naszych prarodziców. Przy bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie istnieje kaplica poświęcona św. Adamowi. Apokryf grecki z V w. O zstąpieniu (Chrystusa) do otchłani wśród dusz oczekujących Zbawiciela Adamowi oddaje szczególne pochwały.
    W ikonografii ukazuje się Adama i Ewę w scenach biblijnych: stworzenie Ewy obok Adama leżącego na ziemi; scena w raju: Adam w przepasce z liści figowych stoi pod drzewem wraz z Ewą, która podaje mu owoc zerwany z drzewa (czasami winogrona); Adam i Ewa wypędzani z raju przez anioła. Atrybutami naszych prarodziców są: baranek, kłos i łopata – symbol troski o pożywienie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 grudnia

    Święta Maria Małgorzata d’Youville

    Zobacz także:
      •  Święty Serwulus
    ***
    Święta Maria Małgorzata d'Youville

    Maria Małgorzata przyszła na świat w dniu 15 października 1701 roku w Varennes, w prowincji Quebec w Kanadzie. Była najstarszą spośród sześciorga dzieci Cristoforo Dufrost de Lajemmerais i Marii Renee Gaultier. Kiedy miała zaledwie siedem lat, umarł jej ojciec. Rodzina żyłaby w skrajnej nędzy, gdyby nie pomoc pradziadka, Pierre’a Voucher. To on sfinansował jej wyjazd do szkoły urszulanek w Quebec. Po powrocie do domu Małgorzata była nieocenioną pomocą dla matki, zajęła się też edukacją braci i sióstr. Wyrosła na piękną, młodą, wykształconą pannę i wszystko wskazywało na to, że dobrze wyjdzie za mąż.
    Tymczasem wszystko się skomplikowało, kiedy jej matka wyszła za mąż za irlandzkiego lekarza, którego społeczność małego Varennes nie zaakceptowała. Rodzina Małgorzaty przeniosła się do Montrealu, gdzie 21-letnia Małgorzata spotkała Francois’a d’Youville. Wkrótce, bo już w dniu 12 sierpnia 1722 roku, wyszła za niego za mąż. Niedługo po ślubie mąż przestał interesować się rodziną i coraz częściej znikał z domu. Okazało się, że zajmował się nielegalnym handlem alkoholem wśród Indian. Ta wiadomość stała się dla Małgorzaty wielkim ciężarem. Tymczasem po ośmiu latach małżeństwa, kiedy kolejne, szóste już dziecko miało przyjść na świat, mąż zachorował i zmarł, mając zaledwie 30 lat. Małgorzata została sama z dwojgiem dzieci (czworo zmarło w niemowlęctwie). Mimo tych tragedii Małgorzata nie załamała się. Jej wiara jeszcze bardziej się umocniła. Żeby spłacić ogromne długi, jakie zaciągnął mąż, i zarobić na utrzymanie siebie i synów, otworzyła niewielki sklepik. Choć jej samej nie było lekko, pomagała każdemu, kto potrzebował pomocy, wszystkim się dzieliła z biedniejszymi od siebie. Pewnego razu wzięła do domu biedną, bezdomną i niewidomą kobietę, żeby się nią opiekować. Wierzyła mocno, że to sam Bóg działa w jej życiu. Jej postawa wzbudzała podziw i pociągała innych do naśladowania. Jej dwaj synowie zostali kapłanami.
    Przykład jej zaufania do Boga i poświęcenia się dla ubogich spodobał się trzem młodym kobietom, które postanowiły jej pomóc. Początek 1737 roku był decydującym czasem dla Małgorzaty. Złożyła przysięgę Bogu, że w jego imię poświęci się ubogim. Zawsze walczyła o prawa biednych i pokrzywdzonych, narażając się na złośliwości i krytykę swoich krewnych i sąsiadów; teraz jeszcze bardziej oddała się tej posłudze. Robiła to mimo wielu przeszkód – nawet gdy była chora i jedna z jej towarzyszek umarła, a jej dom zniszczył pożar. Te przeciwności tylko ją wzmocniły.
    Dnia 2 lutego 1745 roku Małgorzata i jej dwie towarzyszki odnowiły przysięgę poświęcenia się całkowicie pomocy biednym i opuszczonym. Stało się to początkiem zgromadzenia szarych sióstr. Dwa lata później Małgorzacie – “Matce ubogich”, jak ją już zaczęto nazywać, zaproponowano objęcie kierownictwa szpitala Charon Brothers w Montrealu, któremu groziło zamknięcie. Małgorzata z siostrami odbudowała szpital i została jego dyrektorką. Z pomocą sióstr i świeckich współpracowników założyła fundację dla biednych i chorych. Pan Bóg wciąż doświadczał swą apostołkę. W 1765 roku pożar zniszczył doszczętnie szpital. Choć po ludzku rzecz biorąc wszystko runęło, wiara i męstwo Małgorzaty pozostały niewzruszone. W tym tragicznym zdarzeniu dostrzegła obecność Boga. Mając 64 lata podjęła się heroicznej pracy odbudowy budynku, z przeznaczeniem na dom opieki dla najuboższych. Otworzyła pierwszy w Ameryce Północnej dom dla porzuconych dzieci.
    Wyczerpana pracą na rzecz biednych, zmarła w dniu 23 grudnia 1771 roku. Jej ofiarność i miłość ubogich nie została zapomniana. 3 maja 1959 roku papież bł. Jan XXIII beatyfikował Małgorzatę, nazywając ją matką powszechnego miłosierdzia. W dniu 9 grudnia 1990 roku została ona uroczyście wprowadzona do grona świętych przez papieża św. Jana Pawła II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Eucharystia darem Boga dla życia świata

    Homilia Papieża podczas 49. Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego w Quebec, 22.06.2008


    Benedykt XVI

    Eucharystia darem Boga dla życia świata

    Od 15 do 22 czerwca odbywał się w Quebecu w Kanadzie 49. Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny. Jego datę i miejsce wyznaczył Jan Paweł II w 2004 r. Kongres był połączony z obchodami 400-lecia założenia przez francuskich imigrantów miasta Quebec oraz 350. rocznicy ustanowienia tam biskupstwa, najstarszego w Ameryce Północnej. Hasło Kongresu brzmiało: «Eucharystia darem Boga dla życia świata». Na program kongresu składały się celebracje eucharystyczne, wykłady, dyskusje oraz adoracja Najświętszego Sakramentu, która trwała nieprzerwanie w dzień i w nocy w 6 kościołach w Quebecu oraz w dwóch kaplicach na terenie miasteczka kongresowego. Episkopat Polski reprezentowali kard. Stanisław Dziwisz i bp Ryszard Karpiński. Kongres zakończył się 22 czerwca Eucharystią «Statio Orbis» sprawowaną pod przewodnictwem legata papieskiego kard. Jozefa Tomki, koncelebrowaną przez 40 kardynałów, 250 biskupów i 1500 kapłanów. Homilię, za pośrednictwem połączenia telewizyjnego z Watykanem, wygłosił Benedykt XVI. Na zakończenie homilii ogłosił też, że następny, 50. Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny odbędzie się w 2012 r. w stolicy Irlandii Dublinie. Poniżej zamieszczamy papieską homilię.

    po francusku:

    Księża kardynałowie, ekscelencje, drodzy bracia i siostry!

    Z radością łączę się z wami za pośrednictwem telewizji i przyłączam się do waszej modlitwy podczas 49. Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, który was zgromadził. Pragnę pozdrowić najpierw kard. Marca Ouelleta, arcybiskupa Quebecu, i kard. Jozefa Tomkę, specjalnego wysłannika na kongres, a także wszystkich uczestniczących w nim kardynałów i biskupów. Serdeczne pozdrowienia kieruję do przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, którzy zechcieli wziąć udział w liturgii. Z miłością myślę o kapłanach, diakonach i wszystkich obecnych wiernych, a również o katolikach w Quebecu, w całej Kanadzie i na innych kontynentach. Pamiętam o tym, że wasz kraj w tym roku obchodzi 400. rocznicę powstania. Jest to doskonała okazja, aby każdy przypomniał sobie wartości, którymi kierowali się pionierzy i misjonarze waszego kraju.

    «Eucharystia darem Boga dla życia świata» — oto temat wybrany na obecny Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny. Eucharystia jest naszym najpiękniejszym skarbem. Jest ona sakramentem w całym tego słowa znaczeniu; już teraz wprowadza nas w życie wieczne; w niej zawiera się cała tajemnica naszego zbawienia; ona jest źródłem i szczytem działalności i życia Kościoła, o czym przypomniał Sobór Watykański II (Sacrosanctum Concilium, 10). Jest zatem szczególnie ważne, aby pasterze i wierni wciąż starali się zgłębiać ten wielki sakrament. W ten sposób każdy będzie mógł utwierdzić się w wierze i coraz lepiej wypełniać swą misję w Kościele i w świecie, pamiętając o owocach, które wydaje Eucharystia w życiu osobistym, w życiu Kościoła i świata. Duch prawdy daje świadectwo w waszych sercach; wy także dawajcie ludziom świadectwo o Chrystusie, jak mówi antyfona przed śpiewem Alleluja w tej Mszy św. Udział w Eucharystii nie oddala nas zatem od naszych współczesnych, przeciwnie, jako najdoskonalszy wyraz miłości Boga stanowi ona dla nas wezwanie, abyśmy wraz ze wszystkimi naszymi braćmi starali się stawiać czoło obecnym wyzwaniom i uczynić z ziemi miejsce, gdzie żyje się dobrze. W tym celu musimy nieustannie walczyć o szacunek dla każdego człowieka od poczęcia aż do naturalnej śmierci, o to, by nasze zamożne społeczeństwa przyjmowały uboższych i przywracały im godność oraz by każdy mógł wyżywić siebie i własną rodzinę, a pokój i sprawiedliwość panowały na wszystkich kontynentach. Oto niektóre z wyzwań, które powinny pobudzać do działania naszych współczesnych, chrześcijanie natomiast powinni czerpać siłę z tajemnicy Eucharystii, aby im sprostać.

    po angielsku:

    «Oto wielka tajemnica wiary» — głosimy podczas każdej Mszy św. Pragnę zachęcić wszystkich, aby zgłębiali tę wielką tajemnicę, zwłaszcza poprzez ponowną lekturę oraz indywidualną i zbiorową analizę soborowego dokumentu o liturgii Sacrosanctum Concilium, a także by odważnie o niej świadczyli. W ten sposób każdy będzie mógł lepiej pojąć znaczenie wszystkich aspektów Eucharystii, zrozumieć jej głębię i intensywniej ją przeżywać. Każde zdanie, każdy gest ma swe znaczenie i w każdym kryje się tajemnica. Mam szczerą nadzieję, że obecny kongres pobudzi wszystkich wierzących, aby w taki właśnie sposób zaangażowali się w odnowę katechezy eucharystycznej i sami sobie uświadomili, czym naprawdę jest Eucharystia, a następnie uczyli dzieci i młodzież poznawania tej głównej tajemnicy wiary i budowania wokół niej własnego życia. W szczególności usilnie nalegam, aby kapłani z należytym szacunkiem odnosili się do obrzędu Eucharystii; wzywam też wszystkich wiernych, by szanowali rolę każdego, zarówno kapłana, jak i świeckiego, w liturgii Eucharystii. Liturgia nie jest naszą własnością — jest skarbem Kościoła.

    Przystępowanie do komunii św., adoracja Najświętszego Sakramentu — bo w taki właśnie sposób chcemy pogłębić naszą komunię, przygotować się do niej i jak najdłużej w niej trwać — pozwalają nam również wejść w komunię z Chrystusem, a poprzez Niego z całą Trójcą, byśmy się stali tym, co przyjmujemy, i żyli w komunii z Kościołem. To właśnie wtedy, gdy przyjmujemy Ciało Chrystusa, otrzymujemy moc «jedności z Bogiem i z sobą nawzajem» (św. Cyryl Aleksandryjski, In Ioannis Evangelium, 11, 11; por. św. Augustyn, Sermo 577). Nigdy nie wolno nam zapominać, że Kościół jest zbudowany na Chrystusie i że, jak zgodnie mówili za św. Pawłem (por. 1 Kor 10, 17) św. Augustyn, św. Tomasz z Akwinu i św. Albert Wielki, Eucharystia jest sakramentem jedności Kościoła, ponieważ my wszyscy tworzymy jedno ciało, którego głową jest Pan. Musimy wciąż na nowo powracać do Ostatniej Wieczerzy Wielkiego Czwartku, gdzie otrzymaliśmy zadatek tajemnicy naszego odkupienia na krzyżu. Podczas Ostatniej Wieczerzy zaczyna się rodzić Kościół, w niej zawiera się Kościół wszystkich czasów. W Eucharystii nieustannie ponawia się ofiara Chrystusa, nieustannie ponawia się zesłanie Ducha Świętego. Obyście wszyscy coraz głębiej uświadamiali sobie znaczenie niedzielnej Eucharystii, bo niedziela, pierwszy dzień tygodnia, jest dniem, w którym oddajemy cześć Chrystusowi i otrzymujemy siłę, by przeżywać każdy dzień jako Boży dar.

    po francusku:

    Pragnę również wezwać pasterzy i wiernych, aby zwracali uwagę na przygotowanie się do Eucharystii i przyjmowanie komunii św. Pomimo naszej słabości i grzechów Chrystus pragnie w nas przebywać. Dlatego musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby przyjmować Go do czystego serca, dzięki sakramentowi pokuty i pojednania wciąż na nowo odzyskując czystość, którą plami grzech, «aby nasze słowa były zgodne z naszymi myślami», jak zaleca Sobór (por. Sacrosanctum Concilium, 11). W istocie, grzech, zwłaszcza ciężki, sprzeciwia się w nas działaniu łaski eucharystycznej. Z drugiej strony ci, którzy nie mogą przyjmować komunii św. z powodu swej sytuacji, znajdą jednak zbawczą moc i skuteczność w komunii pragnienia i w udziale w Eucharystii.

    Eucharystia zajmuje całkiem szczególne miejsce w życiu świętych. Podziękujmy Bogu za dzieje świętości, która w Quebecu i w Kanadzie wniosła wkład w misyjne dzieło Kościoła. Wasz kraj w sposób szczególny otacza czcią kanadyjskich męczenników: Jana de Brébeufa, Izaaka Jogues’a i ich towarzyszy, którzy potrafili oddać życie za Chrystusa, włączając się w ten sposób w Jego ofiarę na krzyżu. Należą oni do pokolenia, które założyło Kościół w Kanadzie i przyczyniło się do jego rozwoju — wraz z Małgorzatą Bourgeoys, Małgorzatą d’Youville, Marią od Wcielenia, Marią Katarzyną od św. Augustyna, bpem Franciszkiem de Lavalem, założycielem pierwszej diecezji w Ameryce Północnej, Diną Bélanger i Kateri Tekakwithą. Uczcie się od nich. I jak oni nie lękajcie się; Bóg wam towarzyszy i chroni was; każdy dzień uczyńcie ofiarą na chwałę Boga Ojca i wnoście swój wkład w budowanie świata, pamiętając z dumą o waszym religijnym dziedzictwie, o jego oddziaływaniu społecznym i kulturalnym, oraz starając się szerzyć wokół siebie wartości moralne i duchowe, które otrzymujemy od Pana.

    Eucharystia nie jest tylko posiłkiem w gronie przyjaciół. Jest ona tajemnicą przymierza. «Modlitwy i obrzędy Ofiary eucharystycznej nieustannie ożywiają przed oczami naszej duszy, w ramach cyklu liturgicznego, całą historię zbawienia i pozwalają nam coraz lepiej pojąć jej znaczenie» (s. Teresa Benedykta od Krzyża [Edyta Stein], Wege zur inneren Stille, Aschaffenburg 1987, s. 67). Naszym powołaniem jest wejść w tę tajemnicę przymierza, coraz bardziej upodabniając każdego dnia nasze życie do daru otrzymanego w Eucharystii. Ma ona charakter sakralny, o czym przypomina Sobór Watykański II: «Każda celebracja liturgiczna jako działanie Chrystusa-Kapłana i Jego Ciała, czyli Kościoła, jest czynnością w najwyższym stopniu świętą, której skuteczności z tego samego tytułu i w tym samym stopniu nie posiada żadna inna czynność Kościoła» (Sacrosanctum Concilium, 7). W pewien sposób jest ona «liturgią niebiańską», antycypacją uczty w królestwie wiecznym, głosi bowiem śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, aż przyjdzie (por. 1 Kol 11, 26).

    Musimy prosić Pana, by obdarzył swój Kościół nowymi kapłanami, ażeby ludowi Bożemu nigdy nie zabrakło szafarzy dających mu Ciało Chrystusa. Proszę was również, byście ukazywali piękno kapłaństwa młodym chłopcom, aby je przyjęli z radością i nie lękali się odpowiedzieć Chrystusowi. Nie zawiodą się. Niech rodziny będą podstawowym miejscem, w którym rozwijają się powołania, ich kolebką.

    Zanim zakończę, z radością ogłaszam wam datę i miejsce przyszłego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego. Odbędzie się on w Dublinie w Irlandii w 2012 r. Proszę Pana, aby każdemu z was pozwolił odkryć głębię i wielkość tajemnicy wiary. Niech Chrystus obecny w Eucharystii oraz Duch Święty przywoływany nad chlebem i winem towarzyszą wam na waszej codziennej drodze i w waszych misjach. Na wzór Maryi Dziewicy bądźcie otwarci na działanie Boga w was. Powierzając was wstawiennictwu Matki Bożej, św. Anny, patronki Quebecu, a także wszystkich świętych z waszego kraju, wszystkim z serca udzielam błogosławieństwa apostolskiego, również tu obecnym, którzy przybyli z różnych krajów świata.

    po angielsku:

    Drodzy przyjaciele, w chwili kiedy to doniosłe wydarzenie w życiu Kościoła zbliża się do końca, proszę was, byście wraz ze mną modlili się o owocny przebieg następnego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, który odbędzie się w 2012 r. w Dublinie! Przy tej okazji bardzo gorąco pozdrawiam mieszkańców Irlandii, przygotowujących się do zorganizowania tego wydarzenia kościelnego. Ufam, że wraz ze wszystkimi uczestnikami przyszłego kongresu znajdą w nim źródło trwałej duchowej odnowy.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 7-8/2008/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 grudnia

    Święta Franciszka Ksawera Cabrini,
    dziewica i zakonnica

    Święta Franciszka Cabrini

    Franciszka urodziła się jako ostatnia z trzynaściorga dzieci w dniu 15 lipca 1850 r. w Lombardii. Jej rodzicami byli Augustyn Cabrini i Stella Oldini. O religijności rodziny świadczy fakt, że wszyscy uczestniczyli codziennie we Mszy świętej, a pracę traktowali jako swojego rodzaju posłannictwo na ziemi. Wieczorami w domu czytano katolickie pisma.
    Kiedy Franciszka miała 20 lat, w jednym roku utraciła oboje rodziców. Po studiach nauczycielskich pracowała przez dwa lata w szkole. Próbowała poświęcić się na wyłączną służbę Bożą, ale z powodu słabego zdrowia nie przyjęto jej ani u sercanek, ani u kanonizjanek. Wstąpiła przeto do Sióstr Opatrzności (opatrznościanek), u których przebywała 6 lat (1874-1880). Zakon został założony do opieki nad sierotami. Po złożeniu ślubów została przez założyciela, biskupa Lodi, mianowana przełożoną zakonu. Miała wówczas 27 lat. Wtedy to obrała sobie imię Franciszki Ksawery, marzyła bowiem od dziecka, by zostać misjonarką.
    14 listopada 1880 r. założyła z siedmioma towarzyszkami zgromadzenie Misjonarek Najświętszego Serca Jezusowego, którego celem była praca zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących. Napisała również regułę dla nowej rodziny zakonnej. Za cel postawiła zakonowi pracę wśród wiernych i niewiernych dla zbawienia dusz nieśmiertelnych. W 1888 roku udała się do Rzymu, gdzie założyła dom zgromadzenia. Tu przy ołtarzu św. Franciszka Ksawerego złożyła ze swoimi towarzyszkami ślub pracy na Wschodzie.
    Potem zetknęła się z biskupem Placencji, Scalabrinim, a ten wskazał jej inne pole działania. Mówił o losie włoskich emigrantów za oceanem. Leon XIII zachęcił ją, by tam podjęła pracę ze swoimi siostrami. Papież zwolnił Franciszkę od ślubu pracy na Wschodzie. Siostry udały się więc do Stanów Zjednoczonych. Pracowały w oratoriach świątecznych, w więzieniach, w katechizacji, szkolnictwie parafialnym, posługiwały chorym. Za oceanem powstało wiele nowych domów, samo zaś zgromadzenie uzyskało w 1907 r. aprobatę Stolicy Apostolskiej. Franciszka przekazała mu duchowość ignacjańską, równocześnie wyryła jednak na nim rysy swej własnej osobowości, przenikniętej duchem wiary i gotowością misjonarską. Wkrótce powstały nowe domy w Chinach i Afryce.
    Franciszka Ksawera zmarła cicho, bez cierpień i agonii w Chicago 22 grudnia 1917 roku, w 67. roku życia. Zostawiła 66 placówek i 1300 sióstr. Za dyspensą papieża Piusa XI proces kanoniczny odbył się w trybie przyspieszonym, tak że już w roku 1938 tenże papież dokonał beatyfikacji Sługi Bożej, a w 8 lat potem papież Pius XII wyniósł ją uroczyście do chwały świętych. Franciszka jest patronką emigrantów.
    W ikonografii św. Franciszka Ksawera przedstawiana jest w stroju zakonnym, zgodnie z fotografią z 1914 r. Jej atrybutem jest Boże Serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 grudnia

    Święty Piotr Kanizjusz,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Piotr Friedhofen, zakonnik
    ****

     
    wikipedia.org
    ***

    Piotr Kanizjusz urodził się 8 maja 1521 r. w Nijmegen (Holandia) jako syn Jakuba Kanijs, który pełnił w tym mieście urząd burmistrza. Młody Piotr już w dzieciństwie zdradzał oznaki swojego powołania, gdyż lubił służyć podczas nabożeństw liturgicznych i “odprawiać msze” – jak mawiał. Ojciec chciał skierować go na studia prawnicze, ale Piotr udał się do Kolonii na wydział teologii. Tutaj spędził 10 lat (1536-1546) z wyjątkiem jednego roku, kiedy to zatrzymał się na uniwersytecie w Lowanium (1539-1540). Już w czasie studiów nastawiał się Kanizy na apologetykę. Dlatego też ze szczególną pilnością studiował prawdy atakowane przez protestantów. W roku 1540 zdobył tytuł magistra nauk wyzwolonych.
    W 1543 r. wstąpił do jezuitów, których św. Ignacy Loyola założył zaledwie przed 9 laty, w 1534 r. Piotr szybko zaczął cieszyć się tak wielkim autorytetem, że nie będąc jeszcze kapłanem, trzykrotnie został wysłany do cesarza Karola V, wówczas władcy Hiszpanii, Niemiec i Niderlandów (Holandii i Belgii), aby ten usunął arcybiskupa Kolonii, elektora Hermana, jawnie sprzyjającego protestantyzmowi. W roku 1546 Piotr przyjął święcenia kapłańskie. Jako znakomity teolog został wezwany przez biskupa Augsburga, kardynała Ottona Truchsess, by mu towarzyszył na soborze w Trydencie w charakterze teologa-konsultora (1547). Na uniwersytecie w Bolonii uzyskał tytuł doktora teologii. Skierowano go do krajów germańskich, aby powstrzymał napór protestantyzmu.
    Przez 30 lat Piotr Kanizjusz niezmordowanie pracował, by zabliźnić rany, zadane Kościołowi przez kapłana-apostatę, Marcina Lutra. Brał czynny udział we wszelkich zjazdach i obradach dotyczących tej sprawy. Prowadził misje dyplomatyczne między cesarzem, panami niemieckimi a papieżem. Ułatwiał nuncjuszom papieskim oraz legatom ich zadania. W wykładach na uniwersytecie w Ingolstadcie wyjaśniał ze szczególną troską zaatakowane prawdy, wykazywał błędy nowej wiary. Był wszędzie, gdzie uważał, że jego obecność jest potrzebna dla Kościoła. Jego misji sprzyjało to, że cesarzem był wówczas Ferdynand I (1566-1569), wychowanek jezuitów, któremu sprawa katolicka leżała bardzo na sercu.
    W 1556 roku św. Ignacy mianował Piotra pierwszym prowincjałem nowo utworzonej prowincji niemieckiej, która liczyła wówczas zaledwie 3 domy: w Ingolstadcie, w Wiedniu i w Pradze. Pod rządami Kanizego w latach 1566-1569 powstało 5 kolejnych konwentów: w Monachium, w Innsbrucku, w Dillingen, w Trynau i w Hali (Tyrol). Nadto powstała w północnych Niemczech druga prowincja. W 1558 r. Piotr odbył krótką podróż do Polski (Kraków, Łowicz, Piotrków Trybunalski), towarzysząc nuncjuszowi Kamilowi Mentuati. Cieszył się przyjaźnią kardynała Hozjusza.
    Największą wszakże sławę Piotr Kanizy zyskał sobie pismami. Do najcenniejszych należą te, które wyszły z jego praktycznego, apologetycznego nauczania. Są to Katechizm Mały, Katechizm Średni i Katechizm Wielki, przeznaczone dla odbiorców o różnym stopniu przygotowania umysłowego. Katechizmy Piotra w ciągu 150 lat doczekały się ok. 400 wydań drukiem. Nie mniej wielkim wzięciem i popytem cieszyło się potężne dzieło św. Kanizego Summa nauki katolickiej, na którą złożyły się jego wykłady, dyskusje i kazania. Dzieło to stało się podstawą do wykładów teologii na katolickich uniwersytetach i do kazań.
    Ostatnie lata życia spędził Piotr Kanizy we Fryburgu Szwajcarskim (1580-1597). Zmarł tam 21 grudnia 1597 roku. Zaraz po jego śmierci Niemcy, Austria i Szwajcaria rozpoczęły starania o jego kanonizację. Jeszcze za jego życia ukazał się jego pierwszy żywot, napisany przez o. Jakuba Kellera. Aktu beatyfikacji dokonał dopiero w 1864 roku papież Pius IX, a do katalogu świętych i doktorów Kościoła wpisał go uroczyście papież Pius XI w 1925 roku. Relikwie św. Piotra Kanizego spoczywają w kościele jezuitów we Fryburgu szwajcarskim.
    Zachowały się szczęśliwie dwa portrety św. Piotra, wykonane jeszcze za jego życia. Jest nazywany “apostołem Niemiec”. Patronuje diecezji Brixen, czczą go także Innsbruck oraz szkolne organizacje katolickie w Niemczech.
    W ikonografii przedstawia się św. Piotra Kanizego w sutannie jezuity. Jego atrybutami są: katechizm, krucyfiks, młotek, pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Św. Piotr Kanizjusz

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 9.02.2011

    fot. wikimediacommons/By Pakeha – Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org

    ***

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś będziemy mówić o św. Piotrze Kanizym — Kanizjuszu, jak brzmi zlatynizowana wersja jego nazwiska — bardzo ważnej postaci w świecie katolickim XVI w. Urodził się on 8 maja 1521 r. w Nijmegen w Holandii. Jego ojciec był burmistrzem tego miasta.

    Podczas studiów na uniwersytecie w Kolonii zetknął się z kartuzami z klasztoru św. Barbary, który był prężnym ośrodkiem życia katolickiego, oraz z grupą głęboko wierzących ludzi, kultywujących duchowość zwaną devotio moderna. Wstąpił do Towarzystwa Jezusowego 8 maja 1543 r. w Moguncji (Nadrenia-Palatynat), po odbyciu rekolekcji pod kierownictwem bł. Piotra Fabra — Petrusa Fabera — jednego z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. Wyświęcony na kapłana w czerwcu 1546 r. w Kolonii, już w następnym roku, jako teolog biskupa Augsburga, kard. Ottona Truchsessa von Waldburga, był na Soborze Trydenckim, podczas którego współpracował z dwoma współbraćmi, Diegiem Lainezem i Alfonsem Salmeronem.

    W 1548 r. św. Ignacy wysłał go do Rzymu, by uzupełnił swoją formację duchową, a potem do kolegium w Messynie, by wprawiał się w spełnianiu prostych posług domowych. Gdy 4 października 1549 r. w Bolonii uzyskał doktorat z teologii, został skierowany przez św. Ignacego do pracy apostolskiej na ziemiach germańskich. 2 września tego samego roku, 1549, odwiedził papieża Pawła III w Castel Gandolfo, a następnie udał się do Bazyliki św. Piotra na modlitwę. Prosił wówczas wielkich świętych apostołów Piotra i Pawła o pomoc, aby na zawsze zachowało skuteczność błogosławieństwo apostolskie, które otrzymał na swoją ważną drogę, na swoją nową misję. W swoim dzienniku napisał parę słów o tej modlitwie. Mówi: «Tam poczułem, że wielka pociecha i łaska zostały mi dane za pośrednictwem tak wielkich orędowników [Piotra i Pawła]. Potwierdzili oni moją misję w Niemczech, i zdało mi się, że chcieli mnie, jako apostoła Niemiec, wesprzeć swoją życzliwością. Ty wiesz, Panie, na ile sposobów i ile razy w owym dniu powierzyłeś mi Niemcy, które później otaczałem nieustanną troską, dla których pragnąłem żyć i za które byłem gotowy umrzeć».

    Musimy pamiętać, że mówimy o okresie reformacji luterańskiej, o czasie, w którym wydawało się, że w krajach niemieckojęzycznych wiara katolicka przygasała w konfrontacji z reformacją i jej siłą przyciągania. Powierzone Kanizjuszowi zadanie ożywienia, odnowienia wiary katolickiej w krajach germańskich było niemal niewykonalne. Jego realizacja była możliwa tylko dzięki mocy modlitwy. Była możliwa tylko od wewnątrz, czyli dzięki głębokiej osobistej przyjaźni z Jezusem Chrystusem; przyjaźni z Chrystusem w Jego Ciele, w Kościele, którą musi umacniać Eucharystia, Jego rzeczywista obecność.

    Z misją powierzoną przez Ignacego i przez papieża Pawła III Kanizjusz wyruszył do Niemiec, najpierw do księstwa Bawarii, które przez wiele lat było miejscem jego posługi. Jako dziekan, rektor i wicekanclerz uniwersytetu w Ingolstadt opiekował się życiem akademickim uczelni oraz troszczył o reformę religijną i moralną ludu. W Wiedniu, gdzie krótko zarządzał diecezją, pełnił posługę duszpasterską w szpitalach i w więzieniach, zarówno w mieście, jak na wsi, i przygotował do publikacji swój Katechizm. W 1556 r. założył kolegium w Pradze i aż do 1569 r. był pierwszym przełożonym jezuickiej prowincji północnych Niemiec.

    Pełniąc ten urząd, stworzył w krajach germańskich gęstą sieć wspólnot swojego zakonu, a zwłaszcza kolegiów, które były punktem wyjścia reformy katolickiej, odnowy wiary katolickiej. W tym okresie uczestniczył również w Wormacji w rozmowach z przywódcami protestanckimi, wśród których był Filip Melanchton (1557 r.); pełnił funkcję nuncjusza papieskiego w Polsce (1558 r.); uczestniczył w dwóch sejmach wAugsburgu(1559 i 1565r.); towarzyszył kard. Stanisławowi Hozjuszowi, legatowi papieża Piusa IV, w podróży do cesarza Ferdynanda (1560 r.); zabrał głos podczas ostatniej sesji Soboru Trydenckiego, poświęcając swoje wystąpienie kwestiom komunii pod dwoma postaciami i Indeksu ksiąg zakazanych (1562 r.)

    W 1580 r. wycofał się z życia czynnego i zamieszkał we Fryburgu Szwajcarskim, gdzie całkowicie oddawał się kaznodziejstwu i pisarstwu; tam umarł 21 grudnia 1597 r. Beatyfikowany przez bł.Piusa IX w 1864 r., został ogłoszony drugim apostołem Niemiec przez papieża Leona XIII, a papież Pius XI kanonizował go i ogłosił doktorem Kościoła w 1925 r.

    Św. Piotr Kanizjusz spędził większą część swego życia obok najwyżej postawionych społecznie postaci swojej epoki, a jego pisma wywarły znaczny wpływ na współczesnych. Był wydawcą wszystkich dzieł św. Cyryla z Aleksandrii i św. Leona Wielkiego, listów św. Hieronima i mów św. Mikołaja z Flüe. Opublikował modlitewniki w różnych językach, żywoty kilku świętych szwajcarskich i liczne teksty homiletyczne. Jednakże najbardziej znanymi jego dziełami były trzy katechizmy, napisane w latach 1555-1558. Pierwszy przeznaczony był dla uczniów, którzy mieli opanowane podstawy teologii; drugi dla dzieci z ludu, rozpoczynających naukę religii, a trzeci dla młodzieży, która już posiadła wykształcenie na poziomie wyższym podstawowym i średnim. Nauka katolicka była w nich wyłożona za pomocą pytań i odpowiedzi, zwięźle, językiem biblijnym, w sposób bardzo jasny i pozbawiony elementów polemicznych. Za jego życia ukazało się 200 wydań tego katechizmu! A potem kolejne setki, aż do XX w. W Niemczech jeszcze w pokoleniu mojego ojca ludzie mówili na katechizm po prostu «Kanizjusz»: przez całe stulecia pełnił on rzeczywiście funkcję katechety, przez stulecia kształtował wiarę ludzi.

    To właśnie cechowało św. Piotra Kanizjusza: potrafił on łączyć harmonijnie wierność zasadom dogmatycznym z szacunkiem należnym każdej osobie. Św. Kanizjusz odróżniał umyślne, świadome wyrzeczenie się wiary odjej utraty nieumyślnej, uzależnionej od okoliczności. Zapewnił Rzym, że większość Niemców, którzy przeszli na protestantyzm, była bez winy. W historycznym momencie silnych napięć między wspólnotami wyznaniowymi uniknął w ten sposób — i jest to rzecz nadzwyczajna — ostrej i gniewnej retoryki — co, jak powiedziałem, w owych czasach należało do rzadkości w dyskusjach między chrześcijanami — a jego celem było wyłącznie wskazywanie korzeni duchowych i ożywianie wiary w Kościele. Temu służyła rozległa i głęboka znajomość Pisma Świętego i ojców Kościoła: znajomość ta była także podstawą jego własnej więzi z Bogiem i surowej duchowości, opartej na devotio moderna i mistyce nadreńskiej.

    Charakterystyczną cechą duchowości św. Kanizjusza jest głęboka, bliska przyjaźń z Jezusem. Pisze na przykład 4 września 1549 r. w swoim dzienniku, zwracając się do Pana: «Ty w końcu jakbyś otworzył przede mną serce Najświętszego Ciała, które jak mi się zdawało, widziałem przed sobą, kazałeś mi pić z tego źródła, zachęcając mnie niejako, bym czerpał wodę mojego zbawienia z Twoich zdrojów, o mój Zbawicielu». Potem zaś widzi, że Zbawiciel daje mu strój z trzech części, które nazywają się pokój, miłość i wytrwałość. W tym stroju, złożonym z pokoju, miłości i wytrwałości, Kanizjusz prowadził swoje dzieło odnowy katolicyzmu. Jego przyjaźń z Jezusem — stanowiąca centrum jego osobowości — karmiona miłością do Biblii, miłością do Sakramentu, miłością do ojców, ta przyjaźń w jasny sposób łączyła się ze świadomością, że kontynuuje w Kościele misję apostołów. Przypomina nam to, że każdy prawdziwy ewangelizator jest zawsze narzędziem zjednoczonym z Jezusem i Jego Kościołem i dlatego skutecznym.

    Przyjaźń Piotra Kanizjusza z Jezusem ukształtowała się pod wpływem duchowego środowiska kartuzji kolońskiej, w której przebywał w ścisłym kontakcie z dwoma mistykami kartuzjańskimi: Johannem Lanspergerem, w wersji zlatynizowanej Lanspergiuszem, i Nicolasem van Hesche, w wersji zlatynizowanej Eschiuszem. Później pogłębił doświadczenie tej przyjaźni — familiaritas stupenda nimis — dzięki kontemplacji tajemnic życia Jezusa, którym poświęcone są w dużej części Ćwiczenia duchowne św. Ignacego. Jego wielkie nabożeństwo do Serca Pana, którego najwyższym wyrazem było oddanie się posłudze apostolskiej, dokonane w Bazylice Watykańskiej, na tym właśnie się opiera.

    W chrystocentrycznej duchowości św. Piotra Kanizjusza zakorzenione jest głębokie przekonanie: żadna dusza, troszcząca się o swoją doskonałość, nie może nie oddawać się codziennie modlitwie, rozmyślaniu, co jest naturalnym sposobem, pozwalającym uczniowi Jezusa żyć w zażyłości z Boskim Mistrzem. Dlatego w pismach, które miały na celu duchowe wychowanie ludu, święty mocno podkreśla znaczenie liturgii, komentując Ewangelię, święta, obrzędy Mszy św. i innych sakramentów, a jednocześnie stara się ukazać wiernym, jak potrzebną i piękną rzeczą jest modlitwa osobista, która towarzyszy uczestnictwu w publicznym kulcie Kościoła i je przenika.

    Wartość tego zalecenia i tej metody pozostaje niezmienna, zwłaszcza po tym, jak potwierdził ją w autorytatywny sposób Sobór Watykański II w konstytucji Sacrosanctum Concilium: życie chrześcijańskie nie rozwija się, jeżeli nie umacnia go uczestnictwo w liturgii, zwłaszcza w niedzielnej Mszy św., codzienna osobista modlitwa, silna więź z Bogiem. Pośród licznych zajęć i różnorodnych bodźców, jakich dostarcza nam otoczenie, trzeba codziennie znajdować czas na momenty skupienia przed Panem, by Go słuchać i z Nim rozmawiać.

    Jednocześnie wciąż aktualną i trwałą wartość zachowuje przykład pozostawiony nam przez Piotra Kanizjusza nie tylko w dziełach, ale przede wszystkim przykład jego życia. Uczy on w sposób jasny, że posługa apostolska jest skuteczna i przynosi owoce zbawienia w sercach tylko wtedy, gdy kaznodzieja sam jest świadkiem Jezusa i potrafi być narzędziem do Jego dyspozycji, ściśle się z Nim jednoczy przez wiarę w Jego Ewangelię i w Jego Kościół, spójne moralnie życie i nieustającą jak miłość modlitwę. Odnosi się to do każdego chrześcijanina, który chce z zaangażowaniem i wiernie przeżywać swoje przylgnięcie do Chrystusa. Dziękuję.

    po polsku:

    Serdecznie witam pielgrzymów polskich. W piątek przypada wspomnienie Matki Bożej z Lourdes i Światowy Dzień Chorego. W modlitwie polecajmy Niepokalanej Matce chorych i tych, którzy z miłością pochylają się nad nimi w szpitalach, w domach opieki i w rodzinach. Zobaczmy w twarzach osób chorych oblicze cierpiącego Chrystusa. Niech umacniają nas słowa św. Piotra: «[Krwią] Jego ran zostaliście uzdrowieni» (1 P 2, 24). Wszystkim chorym, wam tu obecnym i waszym bliskim z serca błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 4/2011/Opoka.pl

    _______________________________________________________________________________

    Dzięki jego kazaniom setki Niemców wróciły do Kościoła katolickiego. Dziś wspominamy św. Piotra Kanizjusza

    Pierwszy holenderski jezuita i „drugi apostoł Niemiec po św. Bonifacym” – cytuje Papieża Leona XIII ks. Arkadiusz Nocoń.

    MONOGRAMIST A. E. /WIKIMEDIA COMMONS (DOMENA PUBLICZNA)

    ***

    21 grudnia przypada wspomnienie św. Piotra Kanizjusza (1521-1597), prezbitera i doktora Kościoła. Beatyfikował go Pius IX w 1864 r., a kanonizował Pius XI w 1925 r. W dniu kanonizacji został ogłoszony doktorem Kościoła. Jego relikwie znajdują się w kościele jezuitów we Fryburgu. Jest patronem szkolnych organizacji katolickich w Niemczech.

    Piotr Kanizjusz urodził się w holenderskim mieście Nijmegen, gdzie jego ojcem był burmistrzem. Matka zmarła, gdy był jeszcze młody. Wysłany przez ojca na studia okazał się wybitnie zdolny. Studiował zarówno nauki świeckie jak i teologię na uniwersytetach w Kolonii, Lowanium i Bolonii. Jego młodość przypadła na czasy gwałtownego rozwoju protestantyzmu. Kanizjusz nie pozostał wobec tego faktu bierny, tym bardziej że w pamięci miał słowa matki, która na łożu śmierci przestrzegała męża i synów przed przejściem na protestantyzm.

    W czasie swoich studiów w Niemczech poznał Piotra Fabera, jednego z założycieli zakonu jezuitów i przyszłego świętego. Pod jego wpływem wstąpił do zgromadzenia i został pierwszym holenderskim jezuitą. Znając jego talenty, niedługo po przyjęciu święceń kapłańskich (1546 r.) przełożeni wysłali Kanizjusza tam, gdzie sytuacja katolicyzmu była najbardziej tragiczna, czyli do krajów germańskich. Zadanie odnowienia tam wiary katolickiej wydawało się niewykonalne. Kanizjusz jednak nie poddał się zwątpieniu i z niezwykłą energią przystąpił do pracy: pisał, nauczał, prowadził misje dyplomatyczne, brał udział w dysputach religijnych, zakładał szkoły i domy zakonne (w jednym z nich dał schronienie św. Stanisławowi Kostce, gdy ten zmierzał do Rzymu). Na każdym polu swojej działalności Kanizjusz odnosił sukcesy. Papież Leon XIII nie zawahał się więc nazwać go „drugim apostołem Niemiec po św. Bonifacym”. Faktem jest, że odrodzenie się Kościoła katolickiego w Niemczech było w dużym stopniu jego zasługą.

    Z katechez Papieża Benedykta XVI (9.02.2011): „Co cechowało św. Piotra Kanizjusza? To, że potrafił harmonijnie łączyć wierność zasadom dogmatycznym z szacunkiem należnym każdej osobie (…). Uniknął w ten sposób — i jest to rzecz nadzwyczajna — ostrej i gniewnej retoryki — co w owych czasach należało do rzadkości w dyskusjach między chrześcijanami. Jego celem było wyłącznie wskazywanie korzeni duchowych i ożywianie wiary w Kościele. Temu służyła rozległa i głęboka znajomość Pisma Świętego i ojców Kościoła: znajomość ta była także podstawą jego własnej więzi z Bogiem (…). W swoich pismach, które miały na celu duchowe wychowanie ludu, święty mocno podkreśla znaczenie liturgii (…), a jednocześnie stara się ukazać wiernym, jak potrzebną i piękną rzeczą jest modlitwa osobista, która towarzyszy uczestnictwu w publicznym kulcie Kościoła i go przenika”.

    Mówiło się, że kazania Piotra Kanizjusza były tak przekonujące, iż setki Niemców dzięki nim powróciły do Kościoła katolickiego. Najskuteczniejszym jego „orężem” były jednak jego pisma. Kanizjusz był jednym z założycieli prasy katolickiej i pierwszym jezuitą – literatem. Nie pierwszy i nie ostatni raz sprawdziły się prorocze słowa św. Hieronima, że „nadejdą czasy, w których atrament pisarzy będzie równie ważny jak krew męczenników”. Na szczególną uwagę zasługują napisane przez Kanizjusza „Katechizmy”: mały, średni i duży. Dostosowane do poziomu intelektualnego swoich czytelników, doczekały się ponad czterystu wydań. Sami protestanci przyznali, że to właśnie one wyrządziły reformacji największą szkodę.

    Wspominając św. Piotra Kanizjusza warto zadać sobie pytanie o swoją znajomość Katechizmu: wiara nie jest bowiem zbiorem prywatnych wyobrażeń. Oczywiście można znać na pamięć cały Katechizm i być marnym chrześcijaninem, podobnie jak można nie znać przykazań kościelnych i być męczennikiem wiary. Żyjemy jednak w czasach, w których świat domaga się od chrześcijan jasnych odpowiedzi: słowem i postępowaniem. Katolik musi być na to przygotowany, musi wiedzieć w co wierzy. I niech przestrogą będą dla nas słowa św. Bernardyna ze Sieny: „Największym przyjacielem diabła jest ignorancja w wierze”.

    ks. Arkadiusz Nocoń / www.vaticannews.va/pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 grudnia

    Święci Makary i Eugeniusz, prezbiterzy

    Zobacz także:
      •  Święty Dominik z Silos, opat
    ***
    Święty Makary

    Makary i Eugeniusz byli kapłanami w Antiochii. Publicznie wystąpili przeciw decyzjom i zachowaniu Juliana Odstępcy. Pochwycono ich i torturowano, a następnie zesłano do Mauretanii. Trudno ustalić, gdzie wówczas przebywali: w miejscowości o nazwie Gildona (Gildoba) czy też w oazie na pograniczu dzisiejszego Egiptu i Libii. Tam prowadzili działalność misyjną. Nie ma jednoznacznych dokumentów na temat ich męczeńskiej śmierci. Męczeństwo przypisuje się im zapewne w znaczeniu szerszym, obejmującym śmierć na wygnaniu. Pamięć o nich utrwaliło kilka utworów hagiograficznych, przy czym niektóre zlokalizowały wygnanie Makarego i Eugeniusza w Arabii. Wspominano ich w różnych dniach: Grecy 20 grudnia, Martyrologium Hieronimiańskie 23 stycznia, a grecka Passio 22 lutego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 grudnia

    Błogosławiony Urban V, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Anastazy I, papież
    ***
    Błogosławiony Urban V

    Wilhelm urodził się w 1310 roku w Grisac, we Francji (Langwedocja), jako syn Wilhelma Grimoarda, pana tejże miejscowości, oraz Anfelisy, hrabiny Montferrand. Jako chłopiec wstąpił do benedyktynów w Chirac. Po otrzymaniu na uniwersytecie doktoratu z obojga praw, wykładał jako profesor na uniwersytetach w Montpellier, w Tuluzie i w Awinionie. Następnie piastował urząd opata Saint-Germain w Auxerre i w opactwie św. Wiktora w Marsylii. Jako doskonały znawca prawa i dyplomata był nieraz wysyłany z różnymi misjami przez papieży awiniońskich.
    Wybrany został papieżem po śmierci Innocentego VI w dniu 28 września 1362 roku. Przyjął imię Urbana V. Koronacja odbyła się 6 listopada tegoż roku. Kierował Kościołem przez 8 lat. Od początku założył sobie dwa cele: krucjatę przeciwko Turkom i unię z Kościołem wschodnim. Pierwszy z nich skończył się niepowodzeniem. Państwa Europy, skłócone ze sobą, nie chciały narażać się na tak wielkie ryzyko. Tylko Piotr z Lusignano poszedł za wołaniem papieża, zdobył nawet na krótko Aleksandrię egipską, ale – osamotniony – musiał się wycofać w 1363 r.
    Sprawa unii zapowiadała się pomyślniej. Drogą wielu zabiegów oraz dyplomacji udało się skłonić cesarza wschodnio-rzymskiego, Jana V Paleologa, aby przybył osobiście do Rzymu i w obecności delegatów papieskich oraz kardynałów pojednał się z Kościołem łacińskim (1369). Cesarz wszakże zażądał w zamian za pojednanie pomocy politycznej przeciwko Turkom, którzy już bezpośrednio zaczęli zagrażać Konstantynopolowi. Sułtani Osman (1289-1362) i Orchan (1326-1359) zajęli już prawie całą Azję Mniejszą. W 1346 roku Turcy Osmańscy przeszli do Europy przez Dardanele. Po klęsce pod Nikopolis (Bułgaria) w 1396 roku, syn Jana V Paleologa, Manuel II (1391-1425), usiłował jeszcze na własną rękę werbować ochotników europejskich, jednak z nikłym powodzeniem. Wysłał również delegatów na sobór do Konstancji w 1417 r., ale sam się już na nim nie zjawił. Ostatecznie więc i ten cel nie został przez Urbana V urzeczywistniony. Wprawdzie na soborze we Florencji (5 lipca 1439 r.) doszło do pojednania, ale dość szybko unia rozpadła się.
    W odróżnieniu od swojego dworu papież żył skromnie. Wiele czasu poświęcał modlitwie. Sam wysoko wykształcony, popierał uniwersytety i pomagał w studiach ubogiej młodzieży. Nie mogąc wypełnić planów krucjaty i unii, zwrócił szczególną uwagę na karność kościelną, na rozbudzenie gorliwości u kapłanów.
    Urban V zapisał się w historii tym, że uniezależnił się od królów francuskich i, mimo gwałtownego sprzeciwu kardynałów francuskich, opuścił Awinion i powrócił do Rzymu. Do tego powrotu nagliły papieża św. Katarzyna Sieneńska (+ 1380) i św. Brygida (+ 1373), która papieżowi groziła w imieniu Chrystusa rychłą śmiercią, jeżeli do Rzymu nie powróci. Trzeba było zorganizować prawdziwą flotę, by przewieźć całą kurię papieską i jej dobra. Miało to miejsce 16 października 1367 roku. Niestety, papież nie pozostał w Rzymie długo. Po 58 latach nieobecności papieża w Rzymie możnowładcy rządzili się jak u siebie. Przyjazd papieża zapowiadał koniec ich panowania. Na tle powstałych zamieszek papież został zmuszony do powrotu do Awinionu w 1370 r. Dopiero następca Urbana V mógł już na stałe powrócić do Rzymu w 1377 r. W ten sposób zakończyła się tzw. “niewola awiniońska”, trwająca 68 lat (1309-1377).
    Przeżyte trudy i niepokoje wyczerpały siły papieża do tego stopnia, że zaraz po swoim powrocie do Awinionu rozchorował się ciężko i 19 grudnia 1370 roku przeniósł się do wieczności. Po śmierci Urbana jego ciało zabrał z Awinionu jego brat, kardynał Anioł Grimoard, i przewiózł je do Marsylii, do kościoła opactwa św. Wiktora. Grób papieża był licznie nawiedzany przez wiernych. Pius IX w 1870 roku zaliczył Urbana V w poczet błogosławionych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Papież znowu w Rzymie – bł. Urban V

    Papież znowu w Rzymie - bł. Urban V

    bł. Urban V/Henri Segur (PD)

    ***

    Przyszły papież Urban V otrzymał na chrzcie świętym imię Wilhelm. Urodził się w 1310 r. we francuskiej miejscowości Grisac.

    Pochodził z wpływowej rodziny możnowładców- jego ojciec był panem Grisac, a matka nosiła zaszczytny tytuł hrabiny. Jako chłopiec wstąpił Wilhelm do benedyktynów.

    Po otrzymaniu doktoratu obojga praw wykładał na uniwersytetach: w Montpellier, w Tuluzie i Awinionie. Jako znawca prawa i świetny dyplomata nieraz był wysyłany przez papieża z różnymi misjami. Po śmierci Innocentego VI został wybrany na następcę św. Piotra. Miało to miejsce 28 września 1362 r. Jego panowanie przypadało na trudne dla papiestwa lata. Pobyt papieży w Awinionie, początkowo traktowany jako chwilowy, przeciągał się na kolejne lata. Nie tylko jednak ten problem spędzał sen z powiek nowemu pasterzowi Kościoła.

    Urban V- człowiek ogromnych ambicji, zapragnął urządzić krucjatę przeciwko Turkom i zawrzeć unię z Kościołem Wschodnim. O ile pierwszy pomysł skończył się fiaskiem (państwa Europy, skłócone ze sobą, nie chciały narażać się na tak wielkie ryzyko), o tyle drugi miał szansę na powodzenie. Drogą wielu zabiegów i dyplomacji udało się skłonić cesarza wschodnio-rzymskiego, Jana V Paleologa, żeby przybył do Rzymu i pojednał się z Kościołem Łacińskim (1369). Radość nie trwała jednak zbyt długo. Po nieudanej próbie pozyskania ochotników europejskich do obrony przeciwko Turkom syn Jana V Paleologa, Manuel II stracił zainteresowanie unią z papiestwem. W ten sposób rozwiały się wszelkie nadzieje na wypełnienie wielkich i dalekosiężnych planów, jakie snuł na początku swojego pontyfikatu przyszły błogosławiony.

    W pamięci potomnych zapisał się Urban V innym śmiałym przedsięwzięciem. Udało mu się mianowicie uniezależnić od królów francuskich i mimo gwałtownego sprzeciwu kardynałów opuścić Awinion. Do powrotu do Rzymu nagliły go dwie wielkie święte – Katarzyna Sieneńska i Brygida, która miała nawet w imieniu Chrystusa grozić papieżowi rychłą śmiercią, jeśli tego nie uczyni. Jego powrót, pamiętnego dnia 16 października 1367 r. przerwał trwającą 58 lat „niewolę awiniońską”. Możnowładcy nie byli jednak zachwyceni takim obrotem sprawy, powrót papieża oznaczał bowiem koniec ich panowania. Z powodu zamieszek Ojciec święty został zmuszony do powrotu do Awinionu. Pobyt Urbana V w Rzymie trwał zaledwie 3 lata, ale przełom nareszcie został uczyniony, tak że jego następca- Grzegorz XI mógł przenieść stolicę papieską na jej właściwe miejsce (1377).

    Przeżyte trudy i niepokoje tak wyczerpały siły papieża, że zaraz po powrocie do Awionionu ciężko zachorował i wkrótce zmarł. Urban V odszedł do wieczności 19 grudnia 1370r. Ciało błogosławionego zabrał z Awionionu kardynał Anioł Grimoard i przewiózł je do Marsylii, do opactwa św. Wiktora. Przy grobie wkrótce zaczęli modlić się pielgrzymi, pragnący prosić o wstawiennictwo, cieszącego się już za życia opinią świętości, papieża. Pius IX, wiedząc jak wielką czcią cieszył się jego dawnego poprzednik, w roku 1870 zaliczył go w poczet błogosławionych.

    W historii zapisał się Urban, przede wszystkim dzięki przerwaniu słynnej „niewoli awiniońskiej”, ale nie ten czyn wyniósł go do chwały ołtarzy. Zadecydowało o tym całe jego życie- wypełnione modlitwą i dobrymi uczynkami. W odróżnieniu od swojego dworu papież żył skromnie. Sam wysoko wykształcony popierał uniwersytety i pomagał ubogiej młodzieży. Starał się zachęcić kapłanów do większej gorliwości. Czynił to także poprzez przykład własnego życia, spędzając długie godziny na modlitwie. Choć po ludzku, w chwili śmierci był człowiekiem przegranym, ponieważ nie spełniło się żadne z jego wielkich marzeń, nie było tak po bożemu. Jego śmiałe postępowanie wkrótce przyniosło efekty i papieże powrócili do Wiecznego Miasta. Sam zaś błogosławiony do tej pory cieszy się dużą czcią wśród wiernych.

    Magdalena Konopka/wiara.pl

    _____________________________________________________________________________

    Papież, który zatwierdził Uniwersytet Jagielloński w Krakowie – bł. Urban V

    Papież, który zatwierdził Uniwersytet Jagielloński w Krakowie – bł. Urban V

    Bł. Urban V zatwierdza regułę zgromadzenia św. Brygidy – GFreihalter, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Pochodził z francuskiej rodziny szlacheckiej. Został mnichem benedyktyńskim i opatem. Kilkakrotnie był legatem papieskim. Został wybrany następcą św. Piotra, mimo iż nie był wtedy kardynałem. Był szóstym papieżem w okresie tak zwanej ‘niewoli awiniońskiej’ i pierwszym, który powrócił do Rzymu, choć jeszcze nie definitywnie. To on zatwierdził Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. 19 grudnia Kościół wspomina błogosławionego Urbana V, papieża.

    Wilhelm de Grimoard urodził się w 1310 roku w Grisac, w południowej Francji, w rodzinie szlacheckiej. Wstąpił do benedyktynów. Ukończył studia prawnicze i uzyskał tytuł doktora obojga praw. Był profesorem na uniwersytetach w Montpellier, w Tuluzie i w Awinionie. Został opatem w Auxerre i w Marsylii.

    700-lecie niewoli awiniońskiej

    Był znawcą prawa i wytrawnym dyplomatą. Dlatego też papieże awiniońscy wielokrotnie korzystali z jego usług, czyniąc go legatem papieskim i powierzając mu delikatne misje.

    28 września 1362 roku, na konklawe w Awinionie, został wybrany na kolejnego papieża, mimo iż nie był wtedy kardynałem. Przyjął imię Urbana V, a koronacja odbyła się 6 listopada.

    Papież Urban od początku swego pontyfikatu miał dwa wielkie cele przed sobą. Chciał zwołać krucjatę przeciw Turkom i osiągnąć unię z Kościołem wschodnim. Nie udało mu się ich osiągnąć. Państwa europejskie, skłócone ze sobą, nie chciały ryzykować konfrontacji z potęgą turecką. Nie udało się też doprowadzić do pojednania Kościołów po części dlatego, że cesarz chciał w zamian pomocy państw europejskich w walce z Turkami, a mniej mu zależało na sprawach kościelnych, a po części dlatego, że Kościół wschodni nie był zainteresowany unią i bojkotował starania papieskie.

    Pałac papieski w Awinionie - Jean-Marc Rosier from http://www.rosier.pro, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia CommonsPałac papieski w Awinionie – Jean-Marc Rosier from http://www.rosier.pro, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Urban V od początku swego pontyfikatu kontynuował styl życia mniszego. Przeciwstawiał się luksusowi, jaki panował na dworze papieskim. Nosił habit benedyktyński i oddawał się modlitwie i studiom. Zreformował urzędy papieskie, ograniczał wydatki na utrzymanie dworu, zmniejszył dziesięciny, potępił kumulowanie beneficjów kościelnych. Uważał, że stolice patriarchalne i biskupie, a także większość stanowisk zakonnych powinno być obsadzanych przez papieża.

    Jako człowiek gruntownie wykształcony dbał o uniwersytety i ośrodki naukowe. Sam utrzymywał kilkuset biednych studentów, którzy uczyli się na francuskich uczelniach. Zmienił statuty kilku uniwersytetów i zgodził się na powołanie nowych. To za jego pontyfikatu, w maju 1364 roku, powstał Uniwersytet w Krakowie.

    Wielką zasługą Urbana V było uniezależnienie papiestwa od francuskich władców. Na powrót papieża do Rzymu bardzo naciskała św. Katarzyna Sieneńska i św. Brygida. W kwietniu 1367 roku, potężna armada statków, przewiozła kurię papieską wraz z jej dobytkiem do Rzymu. Urban V zamieszkał na Watykanie, gdyż zabudowania laterańskie były poważnie zniszczone po pożarze z roku 1360. Decyzja papieża o powrocie do Rzymu, choć oczekiwana przez Kościół, nie była w smak wielu kardynałom francuskim, którzy stanowili większość kolegium. Nie była też chętnie widziana przez możnowładców rzymskich, którzy po powrocie następcy Piotra utraciliby władzę i wpływy. Dlatego też Urban V po trzech latach w wiecznym mieście wrócił do Awinionu i dopiero jego następca, Grzegorz XI, w 1377 roku, po 68 latach ‘niewoli’, powrócił na stałe do Rzymu.

    Niewola awiniońska czasem próby dla Kościoła

    Urban V po powrocie do Awinionu ciężko się rozchorował i zmarł 19 grudnia 1370 roku. Początkowo został pochowany w katedrze w Awinionie, a po dwóch latach, jego rodzony brat, kardynał Anioł Grimoard, przeniósł grób do opactwa św. Wiktora w Marsylii.

    Urbana V beatyfikował w 1870 roku Pius IX.

    o.Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Błogosławiony Urban V, papież

    Patroni dnia -  Święty Anastazy I  i Błogosławiony Urban V (19.12)

    fot. Wikipedia (domena publiczna) , Portrait of pope Urban V

    ***

    Wilhelm urodził się w 1310 roku w Grisac, we Francji (Langwedocja), jako syn Wilhelma Grimoarda, pana tejże miejscowości, oraz Anfelisy, hrabiny Montferrand. Jako chłopiec wstąpił do benedyktynów w Chirac. Po otrzymaniu na uniwersytecie doktoratu z obojga praw, wykładał jako profesor na uniwersytetach w Montpellier, w Tuluzie i w Awinionie. Następnie piastował urząd opata Saint-Germain w Auxerre i w opactwie św. Wiktora w Marsylii. Jako doskonały znawca prawa i dyplomata był nieraz wysyłany z różnymi misjami przez papieży awiniońskich. Wybrany został papieżem po śmierci Innocentego VI w dniu 28 września 1362 roku. Przyjął imię Urbana V. Koronacja odbyła się 6 listopada tegoż roku. Kierował Kościołem przez 8 lat. Od początku założył sobie dwa cele: krucjatę przeciwko Turkom i unię z Kościołem wschodnim. Pierwszy z nich skończył się niepowodzeniem. Państwa Europy, skłócone ze sobą, nie chciały narażać się na tak wielkie ryzyko. Tylko Piotr z Lusignano poszedł za wołaniem papieża, zdobył nawet na krótko Aleksandrię egipską, ale – osamotniony – musiał się wycofać w 1363 r. Sprawa unii zapowiadała się pomyślniej. Drogą wielu zabiegów oraz dyplomacji udało się skłonić cesarza wschodnio-rzymskiego, Jana V Paleologa, aby przybył osobiście do Rzymu i w obecności delegatów papieskich oraz kardynałów pojednał się z Kościołem łacińskim (1369). Cesarz wszakże zażądał w zamian za pojednanie pomocy politycznej przeciwko Turkom, którzy już bezpośrednio zaczęli zagrażać Konstantynopolowi. Sułtani Osman (1289-1362) i Orchan (1326-1359) zajęli już prawie całą Azję Mniejszą. W 1346 roku Turcy Osmańscy przeszli do Europy przez Dardanele. Po klęsce pod Nikopolis (Bułgaria) w 1396 roku, syn Jana V Paleologa, Manuel II (1391-1425), usiłował jeszcze na własną rękę werbować ochotników europejskich, jednak z nikłym powodzeniem. Wysłał również delegatów na sobór do Konstancji w 1417 r., ale sam się już na nim nie zjawił. Ostatecznie więc i ten cel nie został przez Urbana V urzeczywistniony. Wprawdzie na soborze we Florencji (5 lipca 1439 r.) doszło do pojednania, ale dość szybko unia rozpadła się.W odróżnieniu od swojego dworu papież żył skromnie. Wiele czasu poświęcał modlitwie. Sam wysoko wykształcony, popierał uniwersytety i pomagał w studiach ubogiej młodzieży. Nie mogąc wypełnić planów krucjaty i unii, zwrócił szczególną uwagę na karność kościelną, na rozbudzenie gorliwości u kapłanów. Urban V zapisał się w historii tym, że uniezależnił się od królów francuskich i, mimo gwałtownego sprzeciwu kardynałów francuskich, opuścił Awinion i powrócił do Rzymu. Do tego powrotu nagliły papieża św. Katarzyna Sieneńska (+ 1380) i św. Brygida (+ 1373), która papieżowi groziła w imieniu Chrystusa rychłą śmiercią, jeżeli do Rzymu nie powróci. Trzeba było zorganizować prawdziwą flotę, by przewieźć całą kurię papieską i jej dobra. Miało to miejsce 16 października 1367 roku. Niestety, papież nie pozostał w Rzymie długo. Po 58 latach nieobecności papieża w Rzymie możnowładcy rządzili się jak u siebie. Przyjazd papieża zapowiadał koniec ich panowania. Na tle powstałych zamieszek papież został zmuszony do powrotu do Awinionu w 1370 r. Dopiero następca Urbana V mógł już na stałe powrócić do Rzymu w 1377 r. W ten sposób zakończyła się tzw. “niewola awiniońska”, trwająca 68 lat (1309-1377).

    Przeżyte trudy i niepokoje wyczerpały siły papieża do tego stopnia, że zaraz po swoim powrocie do Awinionu rozchorował się ciężko i 19 grudnia 1370 roku przeniósł się do wieczności. Po śmierci Urbana jego ciało zabrał z Awinionu jego brat, kardynał Anioł Grimoard, i przewiózł je do Marsylii, do kościoła opactwa św. Wiktora. Grób papieża był licznie nawiedzany przez wiernych. Pius IX w 1870 roku zaliczył Urbana V w poczet błogosławionych.

    autor: PJ/redakcja@katolicka.bydgoszcz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 grudnia

    Święci męczennicy
    Paweł Mi, Piotr Doung-Lac i Piotr Truat

    Zobacz także:
      •  Święty Auksencjusz, biskup
    ***
    Święci męczennicy wietnamscy
    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i dziesięciu Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.Wspominani dziś trzej bracia: Paweł Mi, Piotr Doung-Lac oraz Piotr Truat byli katechumenami. Gdy wybuchło prześladowanie chrześcijan w Wietnamie, aresztowano ich, wtrącono do więzienia i poddano torturom. Zamęczono ich przez uduszenie. Beatyfikowani zostali w 1900 r., a kanonizowani w 1988 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 grudnia

    Święty Łazarz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan z Mathy, prezbiter
      •  Święty Józef Manyanet y Vives, prezbiter
    ***
    Święty Łazarz

    Łazarz był bratem Marii i Marty. Mieszkali razem w Betanii, na wschodnim zboczu Góry Oliwnej. Chrystus darzył ich swoją przyjaźnią i bywał w ich domu. Kiedy Łazarz zmarł i został pochowany, Jezus przybył do Betanii i wskrzesił go (J 11, 1-44). Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11).
    Według starej tradycji wschodniej Łazarz po Zesłaniu Ducha Świętego udał się na Cypr i był tam biskupem. Średniowieczna legenda opowiada o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta.
    W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 grudnia

    Błogosławiony Sebastian Maggi, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Adelajda, cesarzowa
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów, dziewica
    ***
    Błogosławiony Sebastian Maggi
    Urodził się około 1414 r. w starym szlacheckim rodzie gwelfów – zwolenników władzy papieża. Mając piętnaście lat wstąpił w swym rodzinnym mieście do dominikanów i przyjął imię Sebastian. Wyróżniał się przywiązaniem do reguł życia zakonnego, gorliwością religijną i czystością życia. Studia ukończył w Padwie.
    Był jednym z największych dominikańskich kaznodziejów swoich czasów. Wygłaszał nauki w Weronie, Padwie, Brescii, Bolonii i Piacenzie. Wiele czasu i energii poświęcił też zreformowaniu lombardzkich klasztorów w Mantui, Brixen i Bolonii. Doprowadził do przeniesienia i przebudowy klasztoru w Mediolanie. W latach 1480-1483 oraz 1495-1496 był generalnym wikariuszem prowincji lombardzkiej. Wtedy to papież Aleksander VI polecił, by Sebastian wystąpił przeciwko reformatorskim działaniom Hieronima Savonaroli, skierowanym przeciwko kurii rzymskiej. Zadanie to było trudne dla Sebastiana, bo był spowiednikiem Hieronima. Stąd też zawsze świadczył na korzyść Savonaroli, gdy ktoś zaatakował go jako człowieka.
    Sebastian Maggi był dobrym przełożonym: surowym wobec siebie, a łagodnym i cierpliwym wobec innych. W drodze na wizytację do jednego z klasztorów zachorował i zmarł w Genui 16 grudnia 1496 r. Sława świętości i cudów przy jego grobie sprawiły, że proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1753 r., a siedem lat później, 15 kwietnia 1760 r., beatyfikował go papież Klemens XIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 grudnia

    Święta Maria Crocifissa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Karol Steeb, prezbiter
    ***
    Święta Maria Crocifissa

    Paula di Rosa urodziła się 6 listopada 1813 roku w Brescii (Włochy) jako córka Klemensa i księżnej Kamili Albani z Bergamo. Rodzice dali jej wszechstronne wykształcenie oraz religijne wychowanie. Kiedy miała 11 lat, zapadła na ciężką chorobę, którą przeszła szczęśliwie. Wcześnie straciła matkę. Jako sierota obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. Oddana do szkoły i na wychowanie sióstr wizytek, uczyniła duże postępy w nauce i w cnotach chrześcijańskich. W wieku 17 lat wróciła do domu. Kiedy ojciec zaproponował jej małżeństwo, odmówiła i w 19. roku życia złożyła ślub dozgonnej czystości.
    Równocześnie podjęła się kierownictwa nad 70 pracownicami w przędzalni ojca w Acquafreddzie, rozwijając wśród nich prawdziwie misyjną i apostolską pracę w latach 1831-1836. Podobną chrześcijańską pracę rozwijała, ilekroć przebywała w wiejskiej, letniej posiadłości rodzinnej w Capriano (Brescia), zajmując się ze szczególną troskliwością biednymi i chorymi, dopomagając miejscowym kapłanom w pracy nad młodzieżą żeńską, w misjach, w rekolekcjach lub w różnych inicjatywach kościelno-społecznych. Jej bohaterstwo zabłysło w czasie epidemii cholery, kiedy to z całym poświęceniem usługiwała zarażonym. W latach 1836-1839 podjęła się pracy w dwóch szkołach dla głuchoniemych oraz w instytucjach przeznaczonych dla opuszczonych kobiet i dziewcząt narażonych na utratę niewinności.
    Pod kierownictwem wytrawnego kierownika duchowego, ks. Faustyna Pinzoni, postanowiła założyć stowarzyszenie pielęgniarek dla posługi chorym. Po otrzymaniu zezwolenia od władz państwowych w 1840 Paula zebrała 32 dziewczęta, przeszkoliła je i udała się z nimi do szpitala kobiecego w Brescii. Przekonała się bowiem, że oprócz pomocy lekarskiej chorzy potrzebują stałej opieki. Tak powstało zgromadzenie Służebnic Miłości. W rok potem Paula otworzyła drugi podobny szpital w Cremonie. Świątobliwy ojciec z radością wspierał te wszystkie wysiłki i inicjatywy swojej córki. Na dom centralny dla powstającej nowej rodziny zakonnej przeznaczył zakupiony pałac w Brescii. Starał się ponadto o poparcie władz. W 1844 roku Rzym wydał dekret pochwalny, a w roku 1847 papież Pius IX zatwierdził warunkowo na czas próby konstytucje, napisane przez ks. Pinzoni. W roku 1852 Paula w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego złożyła śluby i przybrała imię zakonne Maria Crocifissa (Maria od Chrystusa Ukrzyżowanego). Wraz ze swoją przełożoną przyjęło habit 18 sióstr.
    Siostry dały o sobie znać przede wszystkim w czasie zarazy, jaka kilkakrotnie nawiedziła północne Włochy. Ich bohaterskie poświęcenie zyskało im powszechne uznanie. Maria patrzyła z radością, jak mnożyły się nowe fundacje. W roku 1855 było ich już siedem. Pewna, że dzieło ma zapewnione trwanie, mogła spokojnie odejść. W czasie ćwiczeń duchowych w Mantui zasłabła (26 listopada), ukończyła je wszakże i udała się do macierzystego domu w Brescii, gdzie 15 grudnia 1855 roku oddała Bogu ducha w wieku zaledwie 42 lat. Jej ciało, pochowane początkowo w grobowcu rodzinnym, zostało umieszczone w kościele domu macierzystego w Brescii. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius XII w 1940 roku, a do chwały świętych – ten sam papież w roku 1954.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 grudnia

    Święty Jan od Krzyża,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Wenancjusz Fortunat, biskup
    ***
    Święty Jan od Krzyża

    Jan de Yepes był trzecim z kolei dzieckiem Gonzaleza de Yepes i Katarzyny Alvarez. Przyszedł na świat w 1542 roku w Fontiveros, w pobliżu miasta Avila (Hiszpania). Miał dwóch braci: Ludwika i Franciszka, ale pierwszy z nich zmarł niedługo po urodzeniu. Warunki w domu były bardzo ciężkie, gdyż rodzina wyrzekła się Gonzaleza za to, że będąc szlachcicem śmiał wziąć za żonę dziewczynę z ludu. Jeszcze cięższe warunki nastały, kiedy zmarł ojciec. Jan miał wówczas dwa i pół roku. Matka przeniosła się z dziećmi do Arevalo (1548), a potem do Medina del Campo (1551). Jan został oddany do przytułku. Potem pracował w szpitalu, by następnie próbować różnych zawodów u kolejnych majstrów: w tkactwie, krawiectwie, snycerstwie, jako malarz, jako zakrystian, wreszcie jako pielęgniarz. Za zebrane z trudem pieniądze uczył się w kolegium jezuickim w Medinie (1559-1563), jednocześnie pracując na swoje utrzymanie. W roku 1563, mając 21 lat, wstąpił do karmelitów i wtedy obrał sobie imię Jan od św. Macieja. W zakonie napotkał na znaczne rozluźnienie. Dlatego gdy składał śluby, czynił to z myślą o profesji według dawnej obserwancji. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w Salamance, w 25. roku życia otrzymał święcenia kapłańskie (1567).
    W dniu swojej Mszy prymicyjnej spotkał św. Teresę z Avila, która podjęła się dzieła reformy żeńskiej gałęzi Karmelu. Te dwie bratnie dusze zrozumiały się i postanowiły wytężyć wszystkie siły dla reformy obu rodzin karmelitańskich. W następnym roku św. Teresa namówiła pewnego szlachcica, żeby ofiarował dom w Duruelo na założenie pierwszej fundacji reformy. Tam przeniósł się Jan wraz z dwoma przyjaciółmi, których pozyskał dla reformy. 28 listopada 1568 r. złożyli ślub zachowania pierwotnej reguły. Jan przybrał sobie wówczas imię Jana od Krzyża. Postanowił pozostać wierny reformie, choćby “miał to przypłacić życiem”. Wkrótce okazało się, że będzie miał okazję dać dowód tej wierności. W latach 1569-1571 został wybrany na mistrza nowicjatu. W roku 1570 musiał jednak przenieść klasztor do Pastrany. W roku 1571 został rektorem pierwszego klasztoru karmelitów w Alcali, który przyjął reformę. Równocześnie pełnił obowiązki spowiednika karmelitanek zreformowanych w Avila (1572-1577).
    W postępowaniu Jana przełożeni dopatrzyli się niesubordynacji. Obawiali się rozkładu zakonu. Posypały się napomnienia i nakazy. Gdy Jan okazywał się na nie głuchy, został aresztowany w Avila w nocy z dnia 2 na 3 grudnia 1577 roku i siłą zabrany do Toledo. Wtrącony do więzienia klasztornego, był nie tylko pozbawiony wolności, ale skazany na głód i częstą chłostę. Nie załamał się jednak. Jak sam pisał, w “paszczy wieloryba” przebył 9 miesięcy. Pan Bóg w tych miesiącach udręki zalewał go potokami pociech mistycznych. “Noce ciemne” długiego więzienia wykorzystał dla doświadczenia nie mniej bolesnego stanu, kiedy Pan Bóg pozornie opuszcza swoich wybranych, by ich zupełnie oczyścić i ogołocić z niepożądanych pragnień, uczuć i przywiązań.
    15 sierpnia 1578 roku udało mu się uciec z zakonnego więzienia w Toledo po długich i żmudnych do tego przygotowaniach. Bracia z własnego klasztoru przyjęli go z wielką radością. 9 października tego roku wziął udział w kapitule, na której został wybrany przełożonym konwentu w Jaen, w Andaluzji. W roku następnym (1579) otworzył nowy dom reformy, w Baeza, gdzie pozostał jako przełożony do 1582 r. W roku 1581 z domów zreformowanych karmelitów utworzona została osobna prowincja. Zezwolił na to papież Grzegorz XIII specjalnym breve z 22 lipca 1580 roku.
    Cierpienia Jana podjęte dla reformy zaczęły owocować. Gorliwi zakonnicy widzieli w nim męczennika sprawy i zaczęli przekonywać się do reformy. Mnożyły się także nowe fundacje dzięki hojności panów duchownych i świeckich. W roku 1582 Jan został mianowany przełożonym domu w Granadzie, a trzy lata później kapituła wybrała go wikariuszem prowincji Andaluzja. W 1587 r. zrzekł się tego urzędu i został ponownie mianowany przełożonym konwentu w Granadzie.
    Kiedy liczba zreformowanych klasztorów zaczęła rosnąć i powstawały nowe prowincje, papież Sykstus V zezwolił na wybór osobnego wikariusza generalnego dla prowincji zreformowanych, ale generał miał być jeszcze wspólny dla obu rodzin karmelu. Papież miał bowiem nadzieję, że niebawem cały zakon przyjmie reformę. W roku 1588 odbyła się pierwsza kapituła generalna prowincji zreformowanych.
    Jednak stronnictwo złagodzonej reguły wzięło górę. Jan został usunięty ze wszystkich urzędów i jako zwykły zakonnik zakończył niebawem życie w klasztorze w Ubedzie 14 grudnia 1591 roku w wieku zaledwie 49 lat. Umierał zupełnie osamotniony, bowiem św. Teresa z Avila dawno już nie żyła – przeszła do nieba 4 października 1582 roku.
    Najbardziej sławny stał się Jan od Krzyża dzięki swoim pismom. Było ich znacznie więcej, ale spalono je zaraz po śmierci w obawie, by nie dostały się do rąk wrogów zakonu jako materiał przeciwko złagodzonej regule. Pozostały 22 dzieła, w tym kilkanaście utworów poetyckich, które dla mistyki chrześcijańskiej mają wprost bezcenną wartość. Najważniejsze są dwa z nich: Noc ciemna i Pieśń duchowa. Są one perłą w światowej literaturze mistyki. Oba dzieła początek swój wywodzą z więzienia w Toledo. One też przysporzyły Janowi tytuł doktora Kościoła; dzięki nim zwany jest on także doktorem mistycznym. Dzisiaj jego dzieła są przełożone na wszystkie znane języki świata i należą do klasyki dzieł mistycznych.
    Nie mniejszym powodzeniem cieszą się dotąd Droga na Górę Karmel i Żywy płomień. Nikt dotąd nie poddał stanów mistyki tak subtelnej analizie, jak właśnie Jan od Krzyża. Św. Teresa z Avila zostawiła wprawdzie także poważne dzieła z zakresu mistyki chrześcijańskiej, ale podeszła ona do problemu raczej od strony praktycznej, podczas gdy Jan wskazał na podstawy teologiczne mistyki. Miał także wybitne zdolności plastyczne. Umiał rysunkiem, poglądowo, przedstawić nawet bardzo skomplikowane drogi mistyki (np. szkic Góra doskonałości). Chyba to jedyny wypadek w dziejach mistyki katolickiej. Najsłynniejszym rysunkiem, zachowanym do dziś (i przechowywanym jako relikwia) jest szkic Ukrzyżowanego Chrystusa, utrwalona na kartce wizja z objawienia w Avila (1572-1577). Rysunek ten stał się inspiracją dla współczesnych twórców (m.in. Salvadore Dali namalował obraz zatytułowany Chrystus św. Jana od Krzyża).
    Relikwie Doktora Mistycznego znajdują się w kościele karmelitów w Segovii. Beatyfikowany został przez papieża Klemensa X w 1675 r., a kanonizowany w 1726 r. przez Benedykta XIII. Pius XI ogłosił go doktorem Kościoła w 1926 r. Jest patronem karmelitów bosych.
    W ikonografii św. Jan od Krzyża przedstawiany jest w habicie karmelitańskim. Jego atrybutami są: otwarta księga, krucyfiks, lilia, orzeł u jego stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Jan od Krzyża

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 16.02.2011

    Św. Jan od Krzyża

    Drodzy bracia i siostry!

    Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać wielkiej hiszpańskiej mistyczki Teresy od Jezusa. Dziś chcę mówić o innym ważnym świętym tamtych ziem, duchowym przyjacielu św. Teresy, który razem z nią reformował zakonną rodzinę karmelitańską: o św. Janie od Krzyża, ogłoszonym doktorem Kościoła przez papieża Piusa XI w 1926 r., a w tradycji nazywanym doctor mysticus, «doktorem mistycznym».

    Jan od Krzyża urodził się w 1542 r. w Fontiveros, małej miejscowości położonej w pobliżu Awili, w Starej Kastylii; był synem Gonzala de Yepes i Cataliny Alvarez. Rodzina była bardzo uboga, ponieważ ojciec, wywodzący się ze szlacheckiej rodziny toledańskiej, został wypędzony z domu i wydziedziczony, za to że poślubił Catalinę, prostą kobietę, tkaczkę jedwabiu. Wcześnie osierocony przez ojca, Jan mając 9 lat przeniósł się z matką i bratem Franciszkiem do Mediny del Campo pod Valladolid, ośrodka handlu i kultury. Tam uczył się w Colegio de los Doctrinos, a także wykonywał proste prace u sióstr z kościoła-klasztoru św. Magdaleny. Następnie dzięki swoim zaletom i dobrym wynikom w nauce został przyjęty jako pielęgniarz do szpitala Niepokalanego Poczęcia, a potem do nowo założonego w Medinie del Campo kolegium jezuitów. Jan wstąpił do niego mając 18 lat i przez trzy lata studiował tam nauki humanistyczne, retorykę i języki klasyczne. Kiedy kończył naukę, miał już jasną wizję swojego powołania: było nim życie zakonne, a z zakonów obecnych w Medinie najbardziej pociągał go karmel.

    Latem 1563 r. rozpoczął nowicjat u karmelitów w tym mieście i przyjął imię zakonne Maciej. W następnym roku został wysłany na prestiżowy uniwersytet w Salamance, gdzie studiował przez trzy lata sztuki wyzwolone i filozofię. W 1567 r. otrzymał święcenia kapłańskie i wrócił do Mediny del Campo, by odprawić Mszę św. prymicyjną w otoczeniu kochającej rodziny. Wtedy właśnie doszło do pierwszego spotkania Jana i Teresy od Jezusa. Spotkanie to miało decydujące znaczenie dla obojga: Teresa przedstawiła mu swój plan reformy karmelu, również męskiej gałęzi zakonu, i zaproponowała, by włączył się w jego realizację «dla większej chwały Bożej». Młodego kapłana tak bardzo zafascynowały idee Teresy, że został żarliwym zwolennikiem jej projektu. Pracowali razem przez kilka miesięcy, dzieląc się swoimi ideałami i pomysłami, by jak najszybciej otworzyć pierwszy dom karmelitów bosych: do inauguracji doszło 28 grudnia 1568 r. w Duruelo, leżącej na uboczu miejscowości w prowincji Awili. Razem z Janem tę pierwszą zreformowaną wspólnotę męską tworzyło trzech towarzyszy. Odnawiając swoje śluby zakonne zgodnie z pierwotną regułą, wszyscy czterej przyjęli nowe imiona; Jan przybrał wtedy imię «Jan od Krzyża», i pod tym imieniem był później powszechnie znany. Pod koniec 1572 r. na prośbę św. Teresy stał się spowiednikiem i wikariuszem w klasztorze Wcielenia w Awili, w którym święta była przeoryszą. Były to lata ścisłej współpracy i przyjaźni duchowej, które wzbogaciły oboje. Z tego okresu pochodzą też najważniejsze dzieła św. Teresy i pierwsze pisma Jana.

    Włączenie się w reformę karmelitańską nie było dla Jana rzeczą łatwą i opłacił je wielkim cierpieniem. Epizodem najbardziej traumatycznym było porwanie go w 1577 r. i uwięzienie w klasztorze karmelitów dawnej obserwancji w Toledo, związane z niesłusznym oskarżeniem. Święty był więziony miesiącami w warunkach skrajnego niedostatku, wywierano na niego naciski fizyczne i psychiczne. Tam napisał oprócz innych wierszy słynną Pieśń duchową. Wreszcie w nocy z 16 na 17 sierpnia 1578 r. zdołał w burzliwy sposób uciec i schronił się w znajdującym się w tym mieście klasztorze karmelitanek bosych. Św. Teresa i towarzysze ze zreformowanego klasztoru z wielką radością przyjęli jego uwolnienie się, a po krótkim okresie, przeznaczonym na odzyskanie sił, Jan został wysłany do Andaluzji, gdzie spędził 10 lat w różnych klasztorach, przede wszystkim w Granadzie. Pełnił coraz ważniejsze funkcje w zakonie, a w końcu został wikariuszem prowincjalnym, dokończył też pisanie swoich rozpraw o życiu duchowym. Wrócił następnie w swoje rodzinne strony jako członek zarządu generalnego zakonnej rodziny terezjańskiej, która cieszyła się wówczas pełną niezależnością prawną. Zamieszkał w karmelu w Segowii, gdzie pełnił urząd przełożonego tej wspólnoty. W 1591 r. został zwolniony ze wszystkich funkcji i skierowany do nowej prowincji zakonnej w Meksyku. W okresie przygotowań do dalekiej podróży z 10 towarzyszami udał się do odosobnionego klasztoru w pobliżu Jaén, gdzie ciężko zachorował. Znosił wielkie cierpienia z przykładną pogodą ducha i cierpliwością. Umarł w nocy z 13 na 14 grudnia 1591 r., podczas gdy bracia odmawiali jutrznię. Pożegnał się z nimi mówiąc: «Dziś idę śpiewać Oficjum w niebie». Jego śmiertelne szczątki zostały przeniesione do Segowii. Został beatyfikowany przez Klemensa X w 1675 r. i kanonizowany przez Benedykta XIII w 1726 r.

    Jan uważany jest za jednego z najważniejszych twórców liryki w literaturze hiszpańskiej. Jego największe cztery dzieła to Droga na Górę KarmelNoc ciemnaPieśń duchowa i Żywy płomień miłości.

    Pieśni duchowej św. Jan przedstawia drogę oczyszczenia duszy, czyli stopniowe i radosne przyswajanie sobie Boga, aż do momentu, w którym dusza zaczyna czuć, że kocha Boga taką samą miłością, jaką jest przez Niego kochana. W żywym płomieniu miłości idzie dalej w tym samym kierunku, bardziej szczegółowo opisując przemieniające zjednoczenie z Bogiem. Porównaniem, którym posługuje się Jan, jest zawsze ogień: jak ogień, który im bardziej rozżarza i trawi drewno, tym jaśniejszy staje się jego płomień, podobnie Duch Święty, oczyszczający i «umywający» duszę podczas nocy ciemnej, z czasem niczym płomień oświeca ją i ogrzewa. Życie duszy jest nieustannym świętem Ducha Świętego, które daje przedsmak chwały zjednoczenia z Bogiem w wieczności.

    Droga na Górę Karmel przedstawia duchową drogę z punktu widzenia stopniowego oczyszczania duszy, niezbędnego, by wznieść się na wyżyny chrześcijańskiej doskonałości, której symbolem jest szczyt góry Karmel. Oczyszczenie to przedstawione jest jako droga, którą człowiek podejmuje we współpracy z działaniem Boga, by uwolnić duszę od wszelkiego przywiązania bądź uczucia sprzecznego z wolą Bożą. Oczyszczenie, które musi być całkowite, by umożliwić zjednoczenie w miłości z Bogiem, zaczyna się od życia zmysłowego, a na następnym jego etapie, za sprawą trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości, zostają oczyszczone intencje, pamięć i wola. Noc ciemna opisuje aspekt «bierny», czyli działanie Boga w tym procesie «oczyszczania» duszy. Swoim własnym wysiłkiem człowiek nie jest bowiem w stanie dotrzeć do głębokich korzeni złych skłonności i przyzwyczajeń: może je jedynie hamować, ale nie potrafi ich całkowicie usunąć. Do tego potrzebne jest specjalne działanie Boga, który radykalnie oczyszcza ducha i go przygotowuje do zjednoczenia w miłości z Sobą. Św.Jan nazywa to oczyszczenie «biernym» właśnie dlatego, że choć dusza je akceptuje, to dokonuje się ono dzięki tajemniczemu działaniu Ducha Świętego, który jak płomień ognia wypala wszystkie nieczystości. W tym stanie dusza poddawana jest wszelkiego rodzaju próbom, jak gdyby otaczała ją ciemna noc.

    Te stwierdzenia, dotyczące głównych dzieł świętego, pozwalają nam przybliżyć się do istotnych elementów jego rozległej i głębokiej nauki mistycznej, której celem jest opisanie bezpiecznej drogi wiodącej do osiągnięcia świętości, stanu doskonałości, do którego Bóg powołuje nas wszystkich. Według Jana od Krzyża, wszystko to, co istnieje, co zostało stworzone przez Boga, jest dobre. Poprzez stworzenia możemy dojść do odkrycia Tego, który zostawił na nich swój ślad. Wiara jest w każdym razie jedynym danym człowiekowi źródłem, pozwalającym poznać Boga takiego, jakim jest — jako Boga jedynego i w trzech Osobach. Wszystko to, co Bóg chciał przekazać człowiekowi, powiedział w Jezusie Chrystusie, swoim Słowie wcielonym. Jezus Chrystus jest jedyną i definitywną drogą do Ojca (por. J 14, 6). Jakiekolwiek stworzenie jest niczym w porównaniu z Bogiem i poza Nim nic nie ma wartości: tak więc, aby osiągnąć doskonałą miłość Boga, każda inna miłość musi upodobnić się w Chrystusie do miłości Bożej. Dlatego św. Jan z naciskiem podkreśla potrzebę oczyszczenia i opustoszenia własnego wnętrza, by przemienić się w Bogu, co jest jedynym celem dążenia do doskonałości. To «oczyszczenie» nie jest tożsame z fizycznym brakiem rzeczy czy nieposługiwaniem się nimi; tym, co sprawia, że dusza staje się czysta i wolna, jest wyeliminowanie wszelkiego nieuporządkowanego uzależnienia od rzeczy. Wszystko musi mieć odniesienie do Boga, który jest centrum i celem życia. W długim i wymagającym trudu procesie oczyszczenia potrzebny jest wysiłek człowieka, ale główną rolę odgrywa Bóg; wszystko, co może zrobić człowiek, to «przygotować się», otworzyć na działanie Boga i nie stawiać Mu przeszkód. Żyjąc cnotami teologalnymi, człowiek uwzniośla się i nadaje wartość swojemu wysiłkowi. Tempo, w jakim rośnie wiara, nadzieja i miłość, odpowiada postępom w dziele oczyszczenia i w stopniowym jednoczeniu się z Bogiem, aż do przemiany w Nim. Kiedy osiąga się ten cel, dusza zanurza się w samym życiu trynitarnym, toteż św. Jan mówi, że wówczas jest ona zdolna kochać Boga taką samą miłością, jaką On ją kocha, ponieważ kocha ją w Duchu Świętym. Dlatego doktor mistyczny twierdzi, że prawdziwe zjednoczenie w miłości z Bogiem nie istnieje, jeśli nie wieńczy go zjednoczenie trynitarne. Na tym najwyższym poziomie święta dusza poznaje wszystko w Bogu i nie potrzebuje już pośrednictwa stworzeń, żeby do Niego dotrzeć. Dusza czuje się ogarnięta miłością Bożą i w pełni się nią cieszy.

    Drodzy bracia i siostry, na koniec pozostaje pytanie: czy ten święty, ze swoim wzniosłym mistycyzmem, tą mozolną drogą na szczyty doskonałości, ma coś do powiedzenia również nam, zwykłym chrześcijanom, którzy żyją w dzisiejszych warunkach, czy też jest przykładem, wzorem tylko dla nielicznych wybranych dusz, które rzeczywiście mogą pójść tą drogą oczyszczenia, mistycznego uwznioślenia? Aby znaleźć odpowiedź, musimy przede wszystkim pamiętać, że życie św. Jana od Krzyża nie było «bujaniem w mistycznych obłokach», było bardzo ciężkie, praktyczne i konkretne, zarówno wtedy, gdy był reformatorem zakonu, kiedy to napotykał wiele sprzeciwów, jak i wówczas, gdy był prowincjałem, a także gdy przebywał w więzieniu u współbraci, gdzie był wystawiony na niesłychane szykany i znęcanie się fizyczne. Było to życie ciężkie, ale właśnie w miesiącach spędzonych w więzieniu napisał on jedno ze swoich najpiękniejszych dzieł. Pozwala nam to zrozumieć, że wędrowanie z Chrystusem, podążanie z Chrystusem, «Drogą», nie jest dodatkowym obciążeniem już wystarczająco ciężkiego brzemienia naszego życia, nie jest czymś, co sprawia, że to brzemię staje się jeszcze cięższe, lecz jest rzeczą zupełnie inną, jest światłem, siłą, która nam pomaga dźwigać to brzemię. Jeśli człowiek ma w sobie tę wielką miłość, ona niejako dodaje mu skrzydeł, i łatwiej mu znosić wszystkie życiowe udręki, ponieważ ma w sobie to wielkie światło; tym właśnie jest wiara: Bóg kocha człowieka, który pozwala, by Bóg kochał go w Jezusie Chrystusie. To otwarcie na miłość jest światłem, które pomaga nam nieść brzemię każdego dnia. A świętość nie jest naszym, bardzo trudnym, dziełem — jest właśnie tym «otwarciem»: otwarciem okien naszej duszy, by światło Boga mogło ją napełnić, niezapominaniem o Bogu, bo właśnie otwieranie się na Jego światło daje siłę, daje radość odkupionych. Módlmy się, by Pan pomógł nam osiągnąć tę świętość, pozwolić Bogu, by nas kochał, co jest powołaniem nas wszystkich i prawdziwym zbawieniem. Dziękuję.

    po polsku:

    Z serdecznym pozdrowieniem zwracam się do Polaków. Św. Jan od Krzyża uczy, że nasze życie jest drogą ku spotkaniu z Chrystusem. Wszystkie nasze radości i troski, całe nasze istnienie powinniśmy widzieć w Jego świetle, otwierając serce na działanie Jego łaski, abyśmy byli coraz bardziej z Nim zjednoczeni. Świętość nie jest przywilejem nielicznych, ale powołaniem każdego chrześcijanina. Na tej drodze niech Bóg wam błogosławi.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano/Opoka.pl

    __________________________________________________________________________

    Ekspert od nocy – św. Jan od Krzyża

    Ekspert od nocy - św. Jan od Krzyża

    św. Jan od Krzyża/Francisco de Zurbarán

    ***

    Bracia zakonni przez 9 miesięcy trzymali go pod kluczem. W zakonnym karcerze powstały jego największe dzieła poświęcone modlitwie

    Przez noc do światła

    Z jego powodu ks. Karol Wojtyła nauczył się hiszpańskiego i napisał o nim doktorat. Był jednym z największych mistyków w historii Kościoła. Urodził się niedaleko Avila w Hiszpanii w roku 1542. Miał 21 lat, kiedy wstąpił do zakonu karmelitów. Po studiach teologicznych w Salamance w wieku 25 lat został kapłanem. Postanowił zreformować swój klasztor, zaostrzając wymagania reguły. Trafił jednak na silny opór zakonnych braci, którzy przez 9 miesięcy trzymali go pod kluczem. W zakonnym karcerze powstały jego największe dzieła poświęcone życiu duchowemu. W końcu udało mu się uciec z aresztu i dokończyć dzieła reformy karmelitów, których zwano odtąd bosymi. Współpracował ze św. Teresą z Avila. Umarł w wieku 49 lat, upokorzony i pozbawiony urzędów przez swoich współbraci. W swoich dziełach opisał – również językiem poezji – drogę na górę Karmel, czyli mistyczną podróż duszy do zjednoczenia z Bogiem.

    Czego może współczesnych nauczyć św. Jan od Krzyża? Mistyki? Czy to nie za wysokie progi dla nas, goniących za sprawami tego świata, nie mających wiecznie czasu na modlitwę, klecących w biegu kilka zdań do Boga? Rzecz w tym, że wszyscy chrześcijanie są potencjalnymi mistykami. W modlitwie nie chodzi o modlitwę, w modlitwie chodzi o Boga – pisze żydowski mistyk Heschel. Modlitwa nie jest celem, jest środkiem do celu. Jest drogą prowadzącą do spotkania z Umiłowanym. Trzeba tylko zapragnąć tego spotkania. Nie można jednak pożądać Boga, tak jak dobrego obiadu. Św. Jan zwraca uwagę, że przemianie musi ulec sam sposób, w jaki tęsknimy za Bogiem. W naszych pragnieniach dominuje chęć posiadania. Pożądania są jak strzały: przestrzeliwują to, czego chciwie pożądamy. W taki sposób Boga nie można pożądać! Strzała musi zamienić się w puste naczynie, w wyciągnięte puste ręce. Jan od Krzyża wskazuje na Maryję w Kanie. Ona nie powiedziała do Syna: „Daj im pić”, ale „Wina nie mają”. Tutaj nie ma przemocy, nie ma niepokoju. Nie możemy polować na Boga jak myśliwy na łup. Zamiast mówić Bogu: „Jesteś mój”, o wiele bardziej trzeba powtarzać „Jestem twój” (Ps 119,94).

    Św. Jan był specjalistą od „nocy ciemnej”. Na drodze człowieka do Boga nieuniknionym etapem jest przeżycie duchowych ciemności. To doświadczenie pustki, osamotnienia, zniechęcenia bliskiego rozpaczy. Słowo „noc” występuje u św. Jana obok słowa „oczyszczenie”. Noc oczyszcza. Ktoś w ciężkiej sytuacji woła nieraz: „Bóg mnie opuścił”. Jan powiedziałby raczej: „Bóg mnie oczyszcza”. Spotkanie z Bogiem jest radością dla naszego najgłębszego ja, ale nasze zewnętrzne ja – mieszkanie egoizmu – buntuje się. Broni się zaciekle, bo czuje, że musi umrzeć. Św. Jan pokazuje, że to, co wydaje się klęską, może być ratunkiem, że żadna przepaść nie jest tak głęboka, a góra tak wysoka, aby nie mogły stać się drogą.

    Człowiek spragniony duchowości szuka jej nieraz u podejrzanych szarlatanów. Czy nie lepiej sięgnąć do klasyków własnej duchowej tradycji. Odkryjemy skarby.
    “Ileż to rzeczy można odkrywać w Chrystusie, który jest jakby ogromną kopalnią z mnogimi pokładami skarbów, gdzie choćby nie wiem jak się wgłębiało, nie znajdzie się kresu i końca. W każdym zaś zakątku tych Jego tajemnic można tu i tam napotkać nowe złoża nowych bogactw”. Te słowa, wskazujące na niezwykłe bogactwo, jakie chrześcijanin znajduje w Jezusie Chrystusie, napisał w swej “Pieśni duchowej”.

    Aby Bóg napełnił mnie sobą, muszę stanąć przed Nim z pustym naczyniem…

    Był jednym z największych chrześcijańskich mistyków, doktorem Kościoła, wybitnym hiszpańskim poetą i reformatorem zakonu karmelitów. Juan de Yepes y Alvarez urodził się niedaleko Avila w roku 1542. Kształcił się w szkole jezuickiej, a następnie na uniwersytecie w Salamance. W wieku 21 lat wstąpił do karmelitów, mając 25 lat przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku spotkał się ze św. Teresą z Avila i zainspirował jej planami zreformowania karmelitanek i karmelitów.

    Wspólnie z nią podjął to dzieło, ale napotkał gwałtowny sprzeciw swoich współbraci. Jego przeciwnicy aresztowali go w Toledo i uwięzili w areszcie, licząc na osłabienie reformatorskich zapędów. W więzieniu Jan napisał jedno z największych swoich dzieł: „Pieśń duchową”. Po 9 miesiącach udało mu się uciec z zakonnego karceru i kontynuować reformę zakonu. Tych, którzy ją przyjęli, zwano odtąd karmelitami bosymi. Umarł w wieku 49 lat w wielkich cierpieniach i upokorzeniu.

    Jan opisał drogę na górę Karmel, czyli mistyczną podróż duszy do zjednoczenia z Bogiem. Najczęstszym źródłem odniesień była dla niego biblijna Pieśń nad pieśniami. Dialog Oblubienicy z Oblubieńcem jest symbolem zjednoczenia człowieka z Bogiem. Język mistyki stapia się w jedno z liryką miłosną, pełną żaru, wręcz zmysłowej miłości.

    Podstawowym przekonaniem św. Jana było to, że dusza musi oczyścić się ze swojego „ja”, aby zostać napełniona Bogiem. Zjednoczenie z Bogiem jest najgłębszą z możliwych radości, ale ponieważ mieszka w nas zbyt dużo egoizmu, nie potrafimy tej radości przeżywać. Nasza pycha, wyobrażenia, pożądania… to wszystko musi umrzeć, a umieranie nie jest przyjemne. Proces oczyszczenia św. Jan nazywa „nocą ciemną”.

    To doświadczenie pustki, osamotnienia, zniechęcenia, nieraz bliskiego rozpaczy. Św. Jana od Krzyża przedstawia się nieraz jako człowieka o ponurym charakterze. Nic bardziej fałszywego. Był realistą, traktował na serio walkę z grzechem. Jego dzieła świadczą o tym, że był człowiekiem wielkiej dobroci i wrażliwości na piękno. Owszem, nie szukał rozrywki, ale prawdziwego szczęścia. Umierał z tęsknoty za Bogiem.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl
    (korzystałem z książki W. Stinissena, „Noc jest mi światłem”, którą bardzo polecam)

    ________________________________________________________________________________

    Św. Jan od Krzyża narysował ten szkic po mistycznej wizji Ukrzyżowanego. Zobacz!

    ***

    Cristo_San_Juan_de_la_Cruz,_detalle_detalle

    ***

    Niezwykły rysunek, będący esencją duchowości św. Jana od Krzyża, stał się inspiracją dla jednego z dzieł Salvadora Dalego.

    Lektura pism św. Jana od Krzyża, jednego z największych mistyków w dziejach, przybliżyła do Boga rzesze wiernych. Niewielu jednak zna przedstawienie ukrzyżowanego Chrystusa, które święty narysował po jednej ze swoich mistycznych wizji.

    Św. Jan od Krzyża wykonał ten mały szkic (o wymiarach zaledwie 6 x 5 cm) w trakcie pobytu w Avili. Przebywał tam na zaproszenie św. Teresy od Jezusa jako spowiednik karmelitanek w klasztorze pw. Wcielenia w latach 1572-1577.

    Św. Jan od Krzyża i jego rysunek

    Jak donosiły współczesne świętemu kroniki, św. Jan miał wizję ukrzyżowanego Chrystusa, którą przedstawił następnie na skrawku papieru. Święty podarował później rysunek jednej z miejscowych sióstr karmelitanek. Szkic ten przechowywany jest obecnie w tym samym klasztorze w prostym relikwiarzu z pozłacanego drewna i mogą go podziwiać odwiedzający klasztorne muzeum.

    ***

    Cristo_San_Juan_de_la_Cruz,_detalle_detalle

    ***

    Mistyczna wizja świętego

    Genialne dzieło ukazuje martwego Chrystusa w momencie, w którym oddał ducha na krzyżu. Choć szkic jest bardzo małych rozmiarów, nieodmiennie wywołuje w patrzącym wielkie wzruszenie. Porusza zwłaszcza widok rąk, rozdartych w miejscach wbitych w nie gwoździ oraz ramion, wyrwanych ze stawów pod ciężarem zwisającego z krzyża ciała.

    Olbrzymie wrażenie robi też obraz ciężko opadłej na pierś głowy Chrystusa, przez co niewidoczna staje się twarz Zbawiciela. Nogi, nie mogąc stanowić żadnego oparcia dla ciała, uginają się i zapadają pod jego ciężarem.

    Ukrzyżowany Jezus ukazany jest z prawej strony, z góry, jakby z perspektywy Boga Ojca, wzruszonego największą z możliwych ofiarą – z samego siebie – jaką złożył Jego własny Syn na odkupienie za grzechy całej ludzkości.

    Artyzm rysunku św. Jana od Krzyża

    Rysunek pomaga lepiej zrozumieć jeden z tekstów tego Doktora Kościoła pt. Droga na Górę Karmel. Autor opisuje w nim ścieżkę pokonywaną przez duszę do mistycznego zjednoczenia się z Bogiem.

    W tekście odnaleźć można słowa przypisywane Bogu, kierowane do kogoś poszukującego prywatnych objawień. Bóg Ojciec wyjaśnia: „Wszystko już powiedziałem przez Słowo, będące moim Synem i nie mam już innego słowa; czyż mogę ci więcej odpowiedzieć albo objawić coś więcej ponad to?” (2Dg 22, 5.7).

    „Patrz dobrze, a w Chrystusie odkryjesz spełnione i urzeczywistnione swoje pragnienia, a nadto jeszcze wiele więcej… Jeżeli szukasz u mnie słowa pociechy, spojrzyj na mego Syna, posłusznego z miłości ku mnie i uciśnionego, a znajdziesz prawdziwą pociechę” (2Dg 22, 5-6).

    Mistycyzm i artyzm rysunku św. Jana od Krzyża tak bardzo urzekły Salvadora Dalego, że ten w 1951 roku namalował swoje słynne dzieło pt. „Chrystus św. Jana od Krzyża”.

    ***

    Cristo_de_San_Juan_de_la_Cruz,_Dalí

    ***

    Jesús Colina/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ukrzyżowanie według św. Jana od Krzyża

    Św. Jan od Krzyża jest nie tylko autorem traktatów teologicznych, ale również rysunku przedstawiającego ukrzyżowanie Chrystusa, który różni się od popularnych przedstawień tej sceny

    W okresie, gdy Jan od Krzyża był spowiednikiem w klasztorze Wcielenia w Awili, narysował szkic przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa. Wyrażał on w plastyczny sposób jego wizję. Jan posiadał wrodzony talent wzmocniony uduchowionym trybem życia. Często podczas wolnych chwil rzeźbił drewniane postacie Chrystusa. Narysował też jedynego w swoim rodzaju Jezusa Ukrzyżowanego. Niektórzy twierdzą, że niejednego. Minie jeszcze sporo czasu (Jan przebywa w Awili w latach 1572—1577), zanim napisze swoje dzieła. Ale podstawowe idee duchowe kształtujące myślenie Jana od Krzyża już w nim tkwią. Są to między innymi etapy oczyszczenia, które prowadzą do zjednoczenia z Bogiem, w czym pomagają święte obrazy. „Pozwalają ulecieć ku Bogu żywemu” (DGK III 15, 2). Z tej idei narodził się ukrzyżowany Chrystus ojca Jana.

    Pewnego dnia, najprawdopodobniej między 1574 a 1577 rokiem, Jan od Krzyża modlił się w wewnętrznej galerii klasztoru. Nagle objawił mu się ukrzyżowany Chrystus. Natychmiast na kartce papieru naszkicował to, co ujrzał. Była to postać Chrystusa w skrócie perspektywicznym. Ciało Jezusa przypominało skręcony stożek. Sam krzyż był prosty. Ciało martwego Jezusa, z głową opadającą na piersi, było odchylone ku przodowi. Podtrzymywały je gwoździe. Nadprzyrodzona wizja przekształciła się w straszny i okrutny obraz trudny do zaakceptowania w tamtych czasach. Można powiedzieć, że mistycyzm Jana od Krzyża przełamywał estetyczne kanony. Mamy w jego obrazie oszczędność i pewność linii, pełen niepokoju skurcz ciała, głębię przeżyć i genialny skrót perspektywiczny. Jan kontempluje Jezusa, który jest już cieniem człowieka. Jego pokaleczone ciało przybiły do krzyża grzechy ludzi, za których zginął.

    Ten szkic jest czymś wyjątkowym u kogoś, kto, tak jak Jan, nie lubił osobistych zwierzeń, kto niechętnie odnosił się do doznań zmysłowych na drodze życia duchowego. Jest on jednak zgodny z jego upodobaniem dla „obrazów realistycznych i żywych, które pobudzają wolę i pobożność wiernych” (DGK, III 35, 3). Być może jest to także próba wyrażenia czegoś, czego nie można wyrazić słowami. W każdym razie szkic Jana od Krzyża nie jest co prawda cudem, ale nie jest też dziełem czysto ludzkim. To mistyczny impuls wyzwolił zdolności artystyczne Świętego. Mistyk i artysta są w równej mierze autorami tego dzieła. Byłoby błędem przesadnie realistyczne traktowanie wizji, która doprowadziła do powstania szkicu. Najprawdopodobniej Jan ujrzał ją zmysłami wewnętrznymi (w wyobraźni) lub własnym intelektem. Była ona wyraźna i jednocześ-nie zawierała elementy materialne.

    Genialny szkic na wiele lat został zapomniany. Święty podarował go swojej ulubionej córce duchowej, s. Annie Marii od Jezusa. Przechowywała go ona ponad 40 lat. Na światło dzienne został wydobyty podczas procesu beatyfikacyjnego Jana od Krzyża. Wtedy to została wykonana kopia dzieła, którą sporządzono na potrzeby procesu. Kopia ta później zaginęła. Natomiast sam oryginalny szkic s. Anna Maria przekazała przed swoją śmiercią s. Marii Pinel, która umieściła go w specjalnym relikwiarzu. Dzięki temu stał się on dostępny dla biografów Świętego. Jeden z nich zalecił nawet wykonanie ryciny dzieła i umieścił ją w swojej książce o Janie. Był nim Hieronim od św. Józefa. Ta rycina zapoczątkowała obiegowe przedstawianie rysunku Świętego. W pewien sposób różniło się to przedstawienie od oryginału, ale miało duży wpływ na kolejne reprodukcje dzieła. W 1641 r., po śmierci s. Marii Pinel, właścicielki rysunku, został on umieszczony w relikwiarzu, w którym przebywał do 1969 r.

    Ukrzyżowanie według św. Jana od Krzyża

    W XX w. nadszedł czas na odkrycie dzieła mistycznego Jana od Krzyża. Wraz z tym procesem odkryto także szkic ukrzyżowanego Chrystusa. Najwięksi i najwybitniejsi pisarze karmelitańscy i nie tylko poświęcili wiele stron rozważań na temat wizji Świętego. Francuski karmelita bosy, wielki znawca Świętego, Bruno de Jésus-Marie pokazał go dwóm wybitnym malarzom hiszpańskim, José Maríi Sertowi i Salvadorowi Dalí. Sert przypuszczał, że ciało Chrystusa zostało naszkicowane w pozycji horyzontalnej, gdy już stygło. Namalował w związku z tym trzy szkice, na których Chrystus znajduje się w pozycji horyzontalnej. Analiza Serta odbiega od prawdy o oryginalnym szkicu. Dziś wiadomo już z całą pewnością, że Jan od Krzyża wykonał swój rysunek, przedstawiając Chrystusa w pozycji pionowej. Również drugi artysta, Dalí, po swojemu zinterpretował genialne dzieło Świętego. Jego Chrystus św. Jana od Krzyża, wystawiony w Art Gallery w Glasgow, w formie i treści jest inny od oryginału. Postać Chrystusa jest zimna, niewzruszona, wręcz marmurowa i przypomina raczej bóstwo greckie niż dramatycznego i żywego Chrystusa z Kalwarii św. Jana od Krzyża. Również inne prace Dalíego przedstawiające ten temat mają niewiele wspólnego z dziełem Świętego.

    W dobie współczesnej każdy z nas może dzięki milionowym reprodukcjom szkicu św. Jana od Krzyża obcować z tym niepojętym dziełem: owocem kunsztu artystycznego i mistycznego.

    o. Bartłomiej Józef Kucharski OCD/Głos Karmelu 6/2010

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Jan od Krzyża: Tak drobny, że św. Teresa nazwała go „połówką kapelana”

    ŚWIĘTY JAN OD KRZYŻA

    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    Siostry i bracia modlili się w intencji jego uwolnienia. Uknuto spisek: podrzucono Janowi kobiece ubranie…

    Głód, którego doświadczył w dzieciństwie, naznaczył bardzo mocno jego fizyczność: był niski i drobny. Tak niski, że w jednym ze swoich listów św. Teresa Wielka nazwała go „połówką kapelana”. Ceniła go bardzo, nawet jeśli, jak widać, była to miłość uszczypliwa. Na współpracy tych dwóch wielkich osobowości oparła się reforma zakonu karmelitańskiego, w tym narodziny karmelitanek i karmelitów bosych.

    Urodzony z mezaliansu

    Ojciec Jana z miłości do jego matki, prostej dziewczyny z ludu, został odrzucony przez swoją szlachetnie urodzoną rodzinę. Został tkaczem, jednak wspólne życie rodzinne nie trwało długo. Zmarł, kiedy Jan miał zaledwie dwa lata. Sytuacja materialna wdowy była tak trudna, że ostatecznie oddała syna do przytułku, żeby przynajmniej zapewnić mu przetrwanie.

    Chłopiec szybko zaczął szukać niezależności, próbował różnych rzemiosł, ale tym, czego najgoręcej pragnął, było kapłaństwo. Problem polegał na braku pieniędzy koniecznych do uzyskania odpowiedniego wykształcenia. Zarabiał niewiele, ale uzbierana kwota wystarczyła mu na to, by w wieku siedemnastu lat zostać uczniem kolegium jezuickiego w Medinie.

    Karmel

    Po czterech latach nauki, w 1563 r., wstąpił do karmelitów, jednak sytuacja duchowa i organizacyjna, jaką tam zastał, była dla niego nie do przyjęcia. Do tego stopnia, że kiedy składał śluby zakonne, w duchu zastrzegł, że przysięga przestrzegać dawnych obserwancji (zasad życia w zakonie), a nie tych, które zastał.

    Mianowano go po święceniach kapelanem jednego ze zreformowanych przez Teresę z Avila klasztorów. To właśnie z tego czasu pochodzi przytoczone wyżej spostrzeżenie świętej. Wkrótce okazało się, że oboje łączy gorące pragnienie odnowy życia karmelitańskiego. Udało się znaleźć fundatora i wkrótce Jan i jeszcze dwóch innych jego braci zamieszkało tam, tworząc pierwszy klasztor karmelitów bosych, czyli zreformowanych.

    Krzyż

    To wtedy Jan zmienił przydomek „od św. Macieja” na „od Krzyża”. Zmiana ta okazała się prorocza. Kiedy liczba powołań w założonej przez niego gałęzi zakonu zaczęła gwałtownie rosnąć, a i wśród karmelitów trzewiczkowych zaczęły się podnosić głosy o potrzebie zmian, stronnictwo zachowania status quo za wszelką cenę postanowiło podjąć drastyczne kroki.

    Jana podstępnie aresztowano, obdarto z habitu i zamknięto w składziku pod schodami – taka hiszpańska wersja Harrego Pottera. Z tym, że Harrego nikt nie głodził ani nie próbował upokorzeniami i chłostą wymusić rezygnacji z realizacji tego, co było jego pochodzącym od Boga powołaniem. Aby Jan nie uciekł, odebrano mu nawet ubranie. Dręczony i uwięziony, układa wtedy swoje najwspanialsze dzieło mistyczne – „Pieśń duchową”.

    Ucieczka

    Oficjalnie karmelici trzewiczkowi nie wiedzieli, gdzie jest Jan, nie można było więc go uwolnić. Siostry i bracia modlili się w intencji jego uwolnienia i wreszcie udało mu się przekazać wiadomość poza klasztor na temat tego, gdzie jest i co się dzieje. Uknuto spisek: podrzucono Janowi kobiece ubranie, w którym opuścił on klasztor, pod którym czekał już na zakonnika wóz. Swoją drogą, jest to ciekawe świadectwo ówczesnego stanu zachowania klauzury u karmelitów, skoro nikogo nie zdziwiła kobieta wychodząca z konwentu.

    Jan, pomimo przeszkód, kontynuował reformę. Zyskała ona poparcie papiestwa i ostatecznie zatwierdzono nowy zakon. Reformator nie dożył uzyskania przez karmelitów bosych autonomii – zmarł dwa lata wcześniej, w 1591 r., odsunięty na margines życia swojej wspólnoty. Pozostawione przez niego pisma są nie tylko arcydziełem poezji, ale też wspaniałymi przewodnikami w życiu duchowym. Choć drobnej postury i doświadczający za życia często odrzucenia Jan ostatecznie okazał się duchowym gigantem.

    Jego wielkość uznano także powszechnie, gdyż w 1926 r. papież ogłosił go jednym z Doktorów Kościoła.

    Elżbieta Wiater/ Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    Św. Jan od Krzyża – od ciemności ku światłu

    Św. Jan od Krzyża – od ciemności ku światłu

    św. Jan od Krzyża (1542-1591) (źr. heiligenlexikon.de)

    ***

    Jan de Yepez urodził się w ubogiej rodzinie w Fontiveros niedaleko Avili w 1542 roku. Rodziny nie stać było na posłanie go do szkoły. Po kolei zdobywał różnego rodzaju zawody: tkacza, krawca i pielęgniarza w szpitalu. Uzbierawszy odpowiednią sumę pieniędzy zaczął naukę w szkole prowadzonej przez jezuitów w Medina del Campo (1559-1563). Pod okiem prawdziwego mistrza, Ojca Bonifacio, nauczył się tam pięknie pisać w języku kastylijskim. Jezuici musieli mu dać się mocno we znaki, bo nigdzie o nich nie wspomina… Mając 21 lat, wstąpił do zakonu karmelitów. Zakon ten przeżywał w drugiej połowie XVI wieku duchowy kryzys, brak mu było gorliwości apostolskiej, dlatego Jan w rok po święceniach zastanawiał się, czy go nie opuścić, by kontynuować swoje życie zakonne w odosobnieniu, w klasztorze kartuzów.

    W takim stanie ducha zetknął się ze św. Teresą z Avila, która od razu rozpoznała w nim kryształowo czystego człowieka, zakochanego w Panu Bogu. Ojciec Jan dał się przekonać, by razem ze św. Teresą od Jezusa przeprowadzić reformę w męskiej gałęzi karmelitów. Rozumiał ją w sposób bardzo prosty, pragnął powrócić ze swoimi braćmi do pierwotnej gorliwości, do modlitwy i do praktykowania umartwień.

    Podobnie jak Reformatorka Karmelu także on doświadczał wielkiego oporu ze strony konfratrów, którzy oskarżali go o różnego rodzaju dziwactwa i dzielenie wspólnoty. Z Rzymu został przysłany wizytator do zbadania całej sprawy.

    W tym czasie wielką pociechą dla św. Jana była nieustanna rozmowa z Bogiem, częsta lektura i medytacja Pisma Świętego, długie adoracje Najświętszego Sakramentu oraz powierzanie we wszystkim swojego życia Bożej Opatrzności. Właśnie pośród największych prób i przeciwności powstawały najgłębsze i najpiękniejsze dzieła hiszpańskiego mistyka. Do najbardziej znanych należy Droga na górę Karmel, w której Święty omówił kolejne etapy, przez jakie musi przejść człowiek wiary, by dojść do coraz doskonalszego zjednoczenia z Bogiem.  

    Św. Jan od Krzyża w poemacie Noc ciemna (Księga II, n. 12) opisuje duchową sytuację człowieka:

    O nieszczęśliwa dolo naszego żywota! W jakim niebezpieczeństwie tutaj żyjemy i z jaką trudnością poznajemy prawdę! To, co jest najjaśniejsze i najprawdziwsze, wydaje się nam ciemne i niepewne. Uciekamy też od tego, czego najwięcej powinniśmy szukać. Idziemy za tym, co jest dla nas zrozumiałe i jasne, choć jest to dla nas najgorsze i na każdym kroku szkodliwe. W jak wielkim niebezpieczeństwie i niepewności żyje człowiek! Jego bowiem wzrok, który powinien by prowadzić do Boga, pierwszy uwodzi go i oszukuje. Jeśli więc chcemy być pewni drogi, musimy zamknąć oczy i wejść w ciemności. Wtedy dusza będzie bezpieczna od nieprzyjaciół, którymi są jej domownicy, czyli jej zmysły i władze! (Dzieła , s. 494).

    Święty Jan od Krzyża przez całe życie kontemplował piękno Jezusa Chrystusa, Słowo, które stało się Ciałem. Chrystus był dla niego Pełnią Objawienia.

    Dzisiaj, w obecnym okresie łaski, kiedy wiara jest już utwierdzona w Jezusie Chrystusie i ogłoszone jest już prawo Ewangelii, nie ma potrzeby pytać Boga dawnym sposobem ani też nie potrzeba, by przemawiał jeszcze i odpowiadał, jak wówczas. Dał nam bowiem swego Syna, który jest jedynym Jego Słowem – bo nie posiada innego – i przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. I nie ma już nic więcej do powiedzenia” (Dzieła,  s. 270).

    W poemacie Żywy płomień miłości napisał, że miłość nigdy nie spoczywa:

    Bo nie masz w sobie już bólu żadnego!

    18. czyli nie sprawiasz już bólu, ucisku i zmęczenia, jak przedtem czyniłeś. Należy bowiem wiedzieć, że płomień Boży, gdy dusza była w stanie oczyszczenia duchowego, tj. gdy dopiero wchodziła w stan kontemplacji, nie był tak przyjemny i słodki, jak w tym stanie zjednoczenia. Zatrzymamy się chwilkę, by to jaśniej wytłumaczyć.

    19. Zanim ten boski ogień miłości wejdzie i złączy się z samą substancją duszy przez jej całkowite i doskonałe oczyszczenie i udoskonalenie, płomień, czyli Duch Święty rani wciąż duszę wyniszczając i pochłaniając niedoskonałości jej złych nawyków. Przez to swe działanie przygotowuje ją Duch Święty do boskiego zjednoczenia i przemiany w Boga przez miłość. (Dzieła, Strofa I,17-19, s. 727-728).

    Będąc przełożonym zreformowanej wspólnoty karmelitów bosych, w dzień Bożego Narodzenia, nasz Święty chodził od celi do celi oznajmiając letrillę o Słowie Bożym (Dzieła, s. 98):

    Dziewica Przenajświętsza

    Ze Słowem Bożym w łonie

    Do ciebie przyjdzie z drogi

    Jeśli Jej dasz schronienie.

    Św. Jan od Krzyża umarł w osamotnieniu 14 grudnia w 1591 roku w klasztorze w Ubedzie w wieku 49 lat. Jego relikwie znajdują się w Segowii. Kanonizowany został w 1726 roku. Z okazji obchodów 400 rocznicy jego śmierci, Jan Paweł II napisał specjalny list, w którym podkreśla aktualność jego mistyki w świecie, który często stawia Boga na margines kultury. I znowu św. Jan od Krzyża jak światło promienuje pośród ciemności niewiary, prowadząc nas do Jezusa Chrystusa, Światłości świata. Warto zatrzymać się nad pięknem jego poezji nasyconej Pismem Świętym:

    Św. Jan od Krzyża

    NAD RZEKAMI BABILONII

    Do słów psalmu 136:

    Nad brzegami rzek płynących

    W Babilońskiej ziemi

    Siadłem w smutku pogrążony,

    Ze łzami gorzkimi.

        Przypomniałem święty Syjon,

        Kres mojej miłości,

        A na słodkie to wspomnienie

        Wzmógł się płacz żałości.

    I złożyłem strój odświętny,

    Wziąłem szare suknie,

    Na gałęziach wierzb zielonych

    Powiesiłem lutnię.

        Wytężyłem me nadzieje

        W Tobie położone –

        Dosięgła mię miłość Twoja,

        Serce me zranione!

    Pragnąłem już skończyć życie,

    Tak mnie przeszywały

    Owe groty w boskim ogniu,

    Gdziem zaginął cały…

        Uwalniając gołębicę

        Mdlejącą w zachwycie –

        Obumarłem cały w sobie

        W Tobie mając życie.

    I dla Ciebie jam się budził

    I znowu umierał –

    Tyś mi bowiem dawał życie

    I znowu odbierał.

        Cieszyli się ludzie obcy,

        Chcieli słyszeć pienia,

        Co się wznoszą na Syjonie

        W hymnach uwielbienia.

    Powiedzcie mi jak mam śpiewać

    Wam pieśń uroczystą,

    Kiedy serce moje tęskni

    Za ziemią ojczystą?

        Niech mój język uschnie w gardle,

        Lgnie do podniebienia,

        Gdybym Ciebie miał zapomnieć

        W ziemi utrapienia.

    O Syjonie, gdybym patrzył

    Na łozy zielone,

    Które szumią tu nad rzeką

    A nie w twoją stronę –

        Gdybym w tobie nie miał myśli

        Serca i kochania,

        Niechaj uschnie ma prawica

        W tej ziemi wygnania!

    O, niech będzie błogosławion

    Bóg mój ze Syjonu,

    Który słusznym gniewem karze

    Córy Babilonu! –

        A podnosi z nędzy małych

        I mnie płaczącego

        Na grań, którą jest sam Chrystus,

        Kres życia mojego!

    Debetur soli gloria vera Deo.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 grudnia

    Święta Łucja, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Odylia (Otylia), opatka
    ***


     
    radiomaryja.pl
    ***
     
    Łucja pochodziła z Syrakuz na Sycylii. Najstarszy żywot św. Łucji pochodzi z V wieku. Według niego Święta miała pochodzić ze znakomitej rodziny. Była przeznaczona dla pewnego młodzieńca z niemniej szlachetnej rodziny. Kiedy udała się z pielgrzymką na grób św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić zdrowie dla swojej matki, miała się jej ukazać sama św. Agata i przepowiedzieć śmierć męczeńską. Doradziła jej też, by przygotowała się na czekającą ją ofiarę. Kiedy więc Łucja powróciła do Syrakuz, cofnęła wolę wyjścia za mąż i rozdała majętność ubogim; złożyła także ślub dozgonnej czystości. Gdy wkrótce wybuchło prześladowanie chrześcijan, kandydat do jej ręki zadenuncjował ją jako chrześcijankę. Kiedy nawet tortury nie załamały bohaterskiej dziewicy, została ścięta mieczem. Działo się to 13 grudnia ok. 304 roku. Święta miała 23 lata (lub 28, bo w życiorysach można spotkać rok 286 jako datę urodzenia).
    Legenda ozdobiła heroiczną śmierć św. Łucji pewnymi szczegółami, których autentyczność trudno sprawdzić. Święta miała być m.in. wiedziona na pohańbienie do domu publicznego, ale żadną siłą nie mogli oprawcy ruszyć jej z miejsca, nawet parą wołów. Kiedy sędzia nakazał spalić ją na stosie, ogień jej nie tknął. Sędzia wtedy w obawie rokoszu skazał ją na ścięcie. Jednak i to przeżyła. Przyniesiona do domu, poprosiła jeszcze o Komunię świętą i dopiero po jej przyjęciu zmarła. Autor opisu jej męczeńskiej śmierci zostawił nadto przepiękny dialog Świętej z sędzią, swego rodzaju arcydzieło nauki moralnej ku zachęcie chrześcijan i ich podbudowaniu.
    Posiadamy tak mało informacji o św. Łucji, że niektórzy historycy byli skłonni wykreślić ją z Martyrologium Rzymskiego. W roku 1894 znaleziono jednak w Syrakuzach na cmentarzu św. Jana starożytny napis w języku greckim, który orzeka, że grób ten wystawiła swojej pani Łucji niejaka Euschia.
    Relikwie św. Łucji były między rokiem 1204 a 2004 przechowywane w Wenecji, która po 800 latach zdecydowała się je “wypożyczyć” Syrakuzom. Imię Łucji od czasów św. Grzegorza Wielkiego wymienia się w Kanonie rzymskim. Jest patronką Szwecji oraz Toledo; ponadto także krawców, ociemniałych, rolników, szwaczek, tkaczy; orędowniczką w chorobach oczu.
    W Skandynawii otoczona jest wielkim kultem. Jej wspomnienie jest świętem światła, kiedy to dzieci zgodnie z tradycja idą w pochodzie prowadzonym przez dziewczynę w wieńcu z zapalonymi świecami na głowie. Tradycja wróżb w dzień św. Łucji spotykana jest także w innych krajach, choćby u słowackich górali. Polscy górale także pamiętają o św. Łucji – od tego dnia przepowiadają pogodę na cały kolejny rok. Jest to również tradycyjny dzień rozpoczęcia przygotowań do Godów.
    W ikonografii przedstawia się św. Łucję w stroju rzymskiej niewiasty z palmą męczeństwa w ręce i z tacą, na której leży para oczu. Według bowiem dawnej legendy miała mieć tak duże i piękne oczy, że ściągała nimi na siebie powszechną uwagę. Widząc zachwyt nawet u oprawców, kazała sobie oczy wyłupić. Na tę pamiątkę w dzień jej dorocznego święta w Syrakuzach niesie się na drogocennej tacy “oczy św. Łucji”. Św. Łucja była tak dalece czczona jako patronka od chorób oczu, że nawet Dante modlił się do niej, kiedy zaczął chorować na oczy (Raj, Pieśń 32, 136). Atrybutami św. Łucji są: lampa, miecz, palma męczeństwa, płomień u stóp; na tacy oczy, które jej wyłupiono; sztylet.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Oczy Łucji

    Oczy Łucji

    Lorenzo Lotto (PD)

    ***

    Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi. Każdy gwałt zadany mi wbrew woli podwoi zasługę mego dziewictwa – odpowiedziała Paschazjuszowi Łucja.

    Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi.

    Podobno miała tak duże i piękne oczy, że ściągała na siebie uwagę wszystkich. Matka przeznaczyła ją dla pewnego dobrze urodzonego młodzieńca. Dziewczyna złożyła jednak ślub czystości. Odtrącony zalotnik zemścił się, donosząc władzom, że jego niedoszła żona jest chrześcijanką. Było to w czasach wielkiego prześladowania, wznieconego edyktami cesarza Dioklecjana. Tak zaczęła się historia męczeństwa świętej Łucji.

    Żyła na przełomie III i IV wieku. Pochodziła z bogatej rzymskiej rodziny z Syrakuz. Ojciec zmarł wcześnie, a matka, Eutychia, wkrótce ciężko zachorowała. – Kochana matko, bądź dobrej myśli; jeśli szata Pana Jezusa zdoła uleczyć chorych, jakże by nie mieli tego uczynić święci, którzy krew i życie swe dla Niego oddali i których Chrystus miłuje jako swych przyjaciół i braci? – przekonywała Łucja. Razem udały się na pielgrzymkę do grobu świętej Agaty w Katanii. Tam pogrążona we śnie dziewczyna ujrzała kobiecą postać otoczoną aniołami. Święta Agata miała wówczas powiedzieć, że to dzięki wierze Łucji Eutychia odzyskała zdrowie.

    Właśnie po tym wydarzeniu Łucja złożyła swoje śluby. Wyrzekła się wszelkich ziemskich przyjemności, swój majątek zaczęła rozdawać ubogim. To jeszcze bardziej rozwścieczyło młodzieńca, który starał się o jej rękę. Wydał ją w ręce namiestnika Paschazjusza, ten zaś kazał jej złożyć ofiarę bogom rzymskim. Gdy dziewczyna odmówiła, namiestnik rozkazał, by zamknięto ją w domu publicznym. – Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi. Każdy gwałt zadany mi wbrew woli podwoi zasługę mego dziewictwa – odpowiedziała Paschazjuszowi Łucja. By się oszpecić, wydłubała sobie oczy. Według legendy zostały one w cudowny sposób przywrócone.

    Nie udało się wyprowadzić Świętej z sali sądowej – żadną siłą nie można było ruszyć jej z miejsca. Polewano ją wrzącym olejem i próbowano podpalić – również bez skutku. Wreszcie jeden z oprawców wbił miecz w szyję dziewczyny. Męczennica żyła jednak jeszcze przez kilka godzin i zdążyła przyjąć Ciało i Krew Pańską. W chwili śmierci miała zaledwie 23 lata.

    Oczy Łucji

    Proces św. Łucji/Lorenzo Lotto

    ***

    W ikonografii Święta przedstawiana jest z mieczem lub sztyletem i raną na szyi. Jej atrybutami są palma – znak męczeństwa i jednocześnie zwycięstwa, oraz lampka oliwna lub świeca (jej imię znaczy tyle co „niosąca światło”). Często widzimy ją również z tacą, na której leży para oczu. Jest patronką niewidomych i osób mających problemy ze wzrokiem. Modlił się do niej m.in. Dante, kiedy chorował na oczy, dlatego święta Łucja patronuje także pisarzom. O jej wstawiennictwo proszą zresztą ludzie wielu zawodów: krawcy, rolnicy, szwaczki i tkacze. Wszyscy możemy się od niej uczyć takiego patrzenia, którego zasięg wykracza poza nasz – poznawalny za pomocą zmysłów – świat.

    Co z tym przysłowiem
    Jest w Polsce przysłowie: ”Święta Łucja dnia przyrzuca”. Wydaje się to nielogiczne. Przecież dnia zaczyna przybywać dopiero po Bożym Narodzeniu, a nie 13 grudnia! Odpowiedź jest zaskakująca: kiedyś dzień świętej Łucji przypadał dwa tygodnie później, właśnie w okolicy świąt. W XVI wieku jednak nasi przodkowie zrezygnowali ze starożytnego kalendarza juliańskiego i wprowadzili ulepszony – gregoriański. Dzień św. Łucji w nowym kalendarzu cofnął się na 13 grudnia. Ale przysłowie, wbrew logice, przetrwało… Szwedzi (zobacz tekst wyżej) też świętowali kiedyś dzień świętej Łucji dwa tygodnie później, kiedy dnia już zaczynało przybywać. Szwecja wprowadziła kalendarz gregoriański dopiero w 1753 roku, aż 170 lat po Polsce.

    Śmierć nastolatki
    Ta śliczna, młoda dziewczyna wcale nie musiała umierać. Wystarczyło, żeby wyparła się wiary. Ale się jej nie wyparła nawet na torturach. Rzymski kat zabił ją więc mieczem.

    Historia życia i bohaterska śmierć młodziutkiej Łucji zrobiły wielkie wrażenie na chrześcijanach. Ogłoszono ją świętą. Łucja mieszkała w Syrakuzach na Sycylii. Zginęła około roku 304. Prawdopodobnie była nastolatką, miała około 18 lat. Niestety, o świętej Łucji mało wiemy. Dopiero dwieście lat po jej śmierci znalazł się człowiek, który opisał jej życie. W jego opowieści prawda o życiu tej świętej dziewczyny jest już pomieszana z legendami. Imię Łucja – po łacinie Lucia – znaczy: ”urodzona o wschodzie słońca”. Według zachowanych opowieści o jej życiu, dziewczyna złożyła ślub dożywotniej czystości i rozdała swój majątek ubogim. Jedno i drugie musiało bardzo oburzyć chłopaka, który starał się o jej rękę. Odtrącony wielbiciel poszedł więc do urzędników i oskarżył Łucję, że jest chrześcijanką. Akurat trwało wielkie prześladowanie chrześcijan, które rozpętał cesarz Dioklecjan.

    Święta Łucja przypomniała o sobie także w naszych czasach. W XIX wieku w Syrakuzach odnaleziono katakumby świętej Łucji. W 1894 roku odkryto jej napis nagrobkowy.

    Szymon Babuchowski/wiara.pl

    _________________________________________________________

    Arcydzieło moralności

    Wikipedia

    ***

    Dialog świętej z sędzią przed jej śmiercią męczeńską nazywany jest arcydziełem nauki moralnej.

    Święta Łucja pochodziła z Syrakuz na Sycylii. W Żywotach Świętych z 1937 r. czytamy: „Była ona jedynaczką bogatej, chrześcijańskiej wdowy Eutychii z Syrakuz i otrzymała od niej staranne wychowanie”. Łucja była przeznaczona dla pewnego młodzieńca z niemniej szlachetnej rodziny. Kiedy jednak udała się z pielgrzymką na grób św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić zdrowie dla swojej matki, miała się jej ukazać sama św. Agata i przepowiedzieć śmierć męczeńską. Łucja usłyszała wówczas: „Siostro Łucjo, czemuż domagasz się ode mnie tego, co sama wyświadczyć możesz swej matce? Wiara twoja pomogła ci, ponieważ Eutychia już odzyskała zdrowie. Przez ciebie zasłyną Syrakuzy, gdyż dziewictwo jest miłym Chrystusowi mieszkaniem” (tamże). Łucja wróciła do Syrakuz i złożyła ślub dozgonnej czystości.

    Wkrótce wybuchło prześladowanie chrześcijan – za cesarza Dioklecjana – i kandydat do jej ręki oskarżył ją przed namiestnikiem Paschazjuszem o wyznawanie wiary chrześcijańskiej. Paschazjusz natychmiast wezwał Łucję i kazał jej złożyć ofiarę bogom rzymskim, jednak nawet tortury nie złamały bohaterskiej dziewicy. Została ścięta mieczem.

    W Żywotach Świętych znajdziemy niezwykły dialog między świętą a jej sędzią:

    „Łucja: «Wspieranie wdów i sierot, zostających w niedoli, jak to robiłam przez trzy lata, jest ofiarą miłą Bogu. Teraz już nie mam nic do rozdania, sama więc siebie ofiaruję, prosząc Boga, aby raczył przyjąć mą ofiarę».

    Paschazjusz: «Mów takie brednie chrześcijanom, nie mnie. Straciłaś swój majątek z rozpustnikami!».

    Łucja, z powagą i godnością: «Majątku dobrze użyłam, a od pokalania duszy i ciała Bóg dobrotliwy ustrzec mnie raczy».

    Paschazjusz: «Zamilkniesz, gdy cię każę ochłostać!».

    Łucja: «Powiedziałam tylko to, czym mnie natchnął Duch Święty».

    Paschazjusz: «A zatem Duch Święty mówi przez ciebie?».

    Łucja: «Tak jest. Ludzie czyści i niepokalani są przybytkami Boga i mają w sobie Ducha Świętego».

    Paschazjusz: «Każę cię zawieźć do domu nierządnic, tam cię odstąpi Duch Święty».

    Łucja: «Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi. Każdy gwałt zadany mi wbrew woli podwoi zasługę mego dziewictwa»”.

    Warto dodać, że w 1894 r. znaleziono w Syrakuzach na cmentarzu św. Jana starożytny napis w języku greckim, który informuje, że grób ten wystawiła swojej pani Łucji niejaka Euschia.

    Święta Łucja, dziewica i męczennica ur. ok. 286 r. zm. 13 grudnia ok. 304 r.

     ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________

    Święta Łucja chodzi po Szwecji

    Św. Łucja - popularna patronka Szwedów

    św. Łucja –popularna patronka Szwedów/Francesco del Cossa, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Kiedy Mika Larsson była jeszcze uczennicą, co roku w dzień świętej Łucji (13 grudnia) zrywała się około czwartej rano. I już za chwilę szła z rówieśnikami budzić nauczycieli w ich domach. – Tradycja związana z dniem świętej Łucji ma dla nas, Szwedów, wielkie znaczenie – mówi dzisiaj pani Mika, radca do spraw kultury ambasady szwedzkiej w Warszawie. Mika Larsson budziła swoich nauczycieli ubrana w białą suknię. Szła do nich pogrążonymi we śnie uliczkami z zapalonymi świeczkami we włosach.

    – Białe suknie mieli nawet chłopcy. Ale oni trzymali świece w rękach – wspomina. – Szliśmy ze śpiewem. A kiedy już nauczyciela obudziliśmy, częstowaliśmy go piernikami i gorącym glegiem, czyli alkoholem, w którym jest bardzo dużo pieprzu. Dzień świętej Łucji to w Szwecji jedyny dzień w roku, w którym alkoholu, właśnie glegu, może skosztować młodzież – dodaje.

    Dzisiaj szwedzka młodzież już nie wyrywa ze snu swoich nauczycieli. Nadal jednak po ulicach przechodzą procesje rozśpiewanych ludzi. Na ich czele idzie przebrana za Łucję dziewczyna w białej sukni i przewiązana czerwoną szarfą. W jej włosach nie palą się już prawdziwe świece, a lampki na baterie. Rolę świętej Łucji najczęściej odgrywają długowłose blondynki. Ewangelicy nie uznają świętych. W przeciwieństwie do katolików nie proszą świętych o modlitwę do Pana Boga. Skąd więc sympatia do świętej Łucji w protestanckiej Szwecji? 

    – Przeciętny Szwed nie wie, skąd ta Łucja rzeczywiście przychodzi. Wie tylko, że ona przychodzi ze światłem, kiedy jest najbardziej ciemno wokół nas. My w Szwecji jesteśmy tego światła bardzo spragnieni. Kiedy noc jest najdłuższa, wtedy nam jest potrzebna po prostu nadzieja – mówi Mika Larsson.

    Szwedom nie przeszkadza też, że święta Łucja żyła bardzo daleko od ich ojczyzny: w Syrakuzach na Sycylii. – Większość Szwedów nawet tego nie wie… – mówi pani Mika. I dodaje, że ta tradycja przywędrowała do Szwecji z terenu Niemiec.

    Do dzisiaj szwedzkie dzieci i młodzież zrywają się w dzień świętej Łucji o czwartej lub o piątej rano. – Mają wtedy prawo robić w kuchni, co chcą. Rodzice w tym czasie wstać nie mogą, muszą grzecznie leżeć i czekać, aż dzieci przygotują poczęstunek. Dopiero kiedy taca z pierniczkami, glegiem i mnóstwem zapalonych świec jest już przygotowana, dzieci idą z nią budzić rodziców – relacjonuje Mika Larsson.

    Przemysław Kucharczak/wiara.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Oblubienica, symbol światła – św. Łucja

    Oblubienica, symbol światła – św. Łucja 

    Procesje światła w dzień św. Łucji – Claudia Gründer/www.creativecommons.org/Wikimedia Commons

    ***

    Dwa krańce Europy – Szwecja i Włochy. Daleko od siebie i idące innymi drogami wiary – protestanci i katolicy. Oba kraje łączy święta Łucja, którą Kościół wspomina 13 grudnia. Jest patronką Szwecji i opiekunką sycylijskich Syrakuz i bardzo popularną męczennicą, szczególnie w południowych Włoszech. Ta sama święta, ale czy to samo wspomnienie?

    13 grudnia przez Szwecję wędrują procesje ubranych na biało dziewcząt, z których jedna ma na głowie koronę ze świec, to „oblubienica Łucja”. Dzieci szykują przedstawienia, przygotowywane są specjalnie wypieki – bułeczki z szafranem i rodzynkami. We Włoszech również pojawiają się różnorodne słodycze, kojarzone z oczami Łucji, których według legendy sama kazała się pozbawić. Po obu stronach Europy zwyczajów jest wiele.

    Warto jednak pamiętać, że o ile we Włoszech odwoływanie się do św. Łucji ma długą tradycję, to w Szwecji świętowanie ma inny charakter, albo raczej źródła. Mieszają się w niej nie tylko katolicka historia Skandynawii, do której kult świętej prawdopodobnie przywędrował przez Niemcy, ale istotnym jest przede wszystkim fakt, że wśród protestantów, a taka od wieków jest Szwecja, święci nie są otaczani czcią.

    Na północy Łucja jest przede wszystkim symbolem światła. Jest tą, która zapowiada nadchodzącą zmianę – dłuższe dni. Kiedyś, według kalendarza juliańskiego, jej wspomnienie naznaczone było na czas, gdy świat ginął w mrokach najdłuższej nocy w roku.  Pobrzmiewają w nim też staronordyckie tradycje. Ponadto to wielkie współczesne szwedzkie świętowanie – pochody przemierzające Szwecję – to pomysł stosunkowo młody. Pierwszy wyruszył dopiero pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Dziś obchody „Luciadagen” to również wybory tej jednej najpiękniejszej, można powiedzieć „miss”. Takie pomieszanie wątków, a też i laicyzacja sprawia, że są i ci, którzy świętują, ale nie potrzebują wiedzieć skąd pochodziła i kiedy żyła ta, na cześć, której jest to przysłowiowe „zamieszanie”.
    A jej historia to bardzo odlegle czasy – Syrakuzy, III i początek IV wieku.

    Św. Łucja - Riccardo Spoto, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. ŁucjaRiccardo Spoto, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W najstarszym żywocie św. Łucji, spisanym dopiero w V wieku oraz w legendach, którymi obrosło jej życie, a zwłaszcza moment śmierci, znajdujemy informacje wskazujące na jej znakomite pochodzenie. Łucja – jedynaczka z bogatej rodziny miała zostać żoną młodzieńca ze szlachetnego rodu, ale choroba matki i odbyta w intencji uzdrowienia pielgrzymka do grobu św. Agaty w Katanii na Sycylii zmieniły jej losy. Przepowiednia, którą usłyszała była dramatyczna – męczeńska śmierć za wiarę i konieczność przygotowania się do niej.

    Po tym wydarzeniu Łucja wycofała się z obietnicy małżeństwa, złożyła ślub czystości i rozdała swój majątek. Natomiast odtrącony narzeczony oburzony tym, co się stało, zemścił się. Oskarżył ją o to, że jest chrześcijanką, a był to czas prześladowań prowadzonych przez Dioklecjana. Postawiona przed namiestnikiem Paschazjuszem Łucja nie wyrzekła się wiary, za to – prawdopodobnie 13 grudnia 304 roku – została ścięta mieczem.

    Ale zanim to nastąpiło próbowano ją złamać. Ponieważ nie chciała złożyć ofiary rzymskim bożkom, miała zostać oddana do domu publicznego, ale jak powiedziała: Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi. Każdy gwałt zadany mi wbrew woli podwoi zasługę mojego dziewictwa. Poza tym nie udało się jej ruszyć z miejsca, nawet parą wołów. Kiedy kazano obłożyć ją drewnem i słomą, które były polane olejem oraz smołą, a następnie podpalić, okazało się, że płomienie jej nie tknęły. Łucja przetrwała też cios mieczem. Przyniesiona do domu poprosiła o Komunię świętą i dopiero wtedy zmarła.

    Ciało nie skala się, jeśli duch się na to nie zgodzi. Każdy gwałt zadany mi wbrew woli podwoi zasługę mojego dziewictwa.

    Dziś jej relikwie, po setkach lat spędzonych w Wenecji, spoczywają w Syrakuzach. Znajdują się w mieście, gdzie w 1894 roku odkryto grób wystawiony przez służącą swojej pani – Łucji właśnie, co było o tyle istotne, że niektórzy historycy chcieli tę świętą usunąć z Martyrologium Rzymskiego (czyli oficjalnego spisu świętych i błogosławionych Kościoła Katolickiego) ze względu na nikłą ilość informacji. I choć rzeczywiście legendy dominują w przekazach, to trwający kult oraz to co niesie archeologia jest potwierdzeniem istnienia Lucji.

    W ikonografii święta jest przedstawiana jako rzymska niewiasta z palmą męczeństwa w jednej ręce, w drugiej zaś ma naczynie, na którym umieszcza się dwoje oczu. Oczy to nawiązanie do męczeństwa. Według niektórych wyłupiono je Łucji w trakcie tortur. Inni mówią, że sama kazała je usunąć, bo były tak duże i piękne, że zwracały uwagę oprawców. Dlatego też to, że św. Łucja jest patronką, do której zwracamy się w chorobach oczu nie będzie zaskoczeniem. Podobno Dante modlił się do niej, kiedy tracił wzrok.

    Ponadto szukając jej wizerunków powinniśmy zwracać uwagę na takie atrybuty jak: lampa, miecz, płomień u stóp i sztylet.

     o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Zobacz także:
      •  Święty Finian, opat
      •  Błogosławiony Hartmann, biskup
    ***
    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Jak głosi przekaz, 12 grudnia 1531 roku Matka Boża ukazała się Indianinowi, św. Juanowi Diego. Mówiła w jego ojczystym języku nahuatl. Ubrana była we wspaniały strój: w różową tunikę i błękitny płaszcz, opasana czarną wstęgą, co dla Azteków oznaczało, że była brzemienna. Zwróciła się ona do Juana Diego: “Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”.
    Początkowo biskup Meksyku Juan de Zumárraga nie dał wiary Indianinowi. Ten poprosił więc Maryję o jakiś znak, którym mógłby przekonać biskupa. W czasie kolejnego spotkania Maryja kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza. Chociaż w Meksyku w grudniu kwiaty nie kwitną, rosły tam przepiękne róże. Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał rogi swojego płaszcza. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i wszyscy obecni uklękli w zachwycie. Na rozwiniętym płaszczu zobaczyli przepiękny wizerunek Maryi z zamyśloną twarzą o ciemnej karnacji, ubraną w czerwoną szatę, spiętą pod szyją małą spinką w kształcie krzyża. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami, spod którego widać było starannie zaczesane włosy z przedziałkiem pośrodku. Maryja miała złożone ręce, a pod stopami półksiężyc oraz głowę serafina. Za Jej postacią widoczna była owalna tarcza promieni.
    Właśnie ów płaszcz Juana Diego, wiszący do dziś w sanktuarium wybudowanym w miejscu objawień, jest słynnym wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Na obrazie nie ma znanych barwników ani śladów pędzla. Na materiale nie znać upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po przypadkowym oblaniu żrącym kwasem. Oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię. W źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci.
    Płaszcz z wizerunkiem Maryi w dniu 24 grudnia 1531 r. w uroczystej procesji biskup przeniósł ze swojej rezydencji do kaplicy wybudowanej w pobliżu wzgórza Tepeyac, spełniając tym samym życzenie Maryi. Obecnie jest to największe sanktuarium maryjne świata, gdzie przybywa co roku około 12 milionów pielgrzymów.

    Matka Boża z Guadalupe - Opiekunka nienarodzonych

    Największym cudem Maryi była pokojowa chrystianizacja meksykańskich Indian. Czas Jej objawień był bardzo trudnym okresem ewangelizacji tych terenów. Do czasu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć Słońcu i różnym bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci pierzastego węża. Wierzyli, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Według relacji Maryja miała poprosić Juana Diego w jego ojczystym języku nahuatl, aby nazwać Jej wizerunek “święta Maryja z Guadalupe”. Przypuszcza się, że “Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem “Coatlallope”, które w náhuatl znaczy “Ta, która depcze głowę węża”.
    Gdy rozeszła się wieść o objawieniach, o niezwykłym obrazie i o tym, że Matka Boża zdeptała głowę węża, Indianie zrozumieli, że pokonała Ona straszliwego boga Quetzalcoatla. Pokorna młoda Niewiasta przynosi w swoim łonie Boga, który stał się człowiekiem, Zbawicielem całego świata. Pod wpływem objawień oraz wymowy obrazu Aztekowie masowo zaczęli przyjmować chrześcijaństwo. W ciągu zaledwie sześciu lat po objawieniach aż osiem milionów Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej.
    3 maja 1953 roku kardynał Miranda y Gomez, ówczesny prymas Meksyku, na prośbę polskiego Episkopatu oddał Polskę w opiekę Matki Bożej z Guadalupe. Do dziś kopia obrazu z meksykańskiego sanktuarium znalazła się w ponad stu kościołach w Polsce. Polacy czczą Madonnę z Guadalupe jako Patronkę życia poczętego, ponieważ przedstawiona jest na obrazie w stanie błogosławionym.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Matka Boża z Guadalupe.

    Obraz nie ręką ludzką uczyniony!

    Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe

    fot. Zakon Rycerzy Kolumba

    ***

    Podobnie jak pośmiertne odbicie ciała Jezusa na Całunie Turyńskim, cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe jest dla współczesnej nauki niewytłumaczalną zagadką. Kroniki mówią, że podczas objawień w 1531 r. Matka Boża zostawiła swoje odbicie na tilmie Indianina Juana Diego.

         Tilma jest wierzchnim odzieniem Indian, rodzajem obszernego płaszcza utkanego z grubych i szorstkich włókien agawy (kaktusa ayate). Kolorem przypomina surowe płótno lniane. Materiał utkany z tych włókien po 20 latach ulega całkowitemu rozpadowi, a z powodu szorstkiej i nierównej powierzchni oraz rzadkich splotów absolutnie nie udałoby się na nim namalować żadnego obrazu. Naukowe badania płótna, na którym znajduje się obraz Matki Bożej z Guadalupe, przeprowadzone w 1976 r. potwierdziły, że jest to materiał utkany z włókien agawy. Fakt, że na tej “kaktusowej” tkaninie znajduje się obraz, który jest prawdziwym arcydziełem, i że sama tkanina przetrwała w idealnym stanie przez 470 lat, nie wykazując choćby najmniejszych znaków rozpadu, zdumiewa wszystkich, a szczególnie świat nauki.

    Zadziwiająca jest ciągła świeżość barw tego niesamowitego obrazu oraz brak na nim zanieczyszczeń pomimo faktu, że przez ponad 100 lat wisiał nie zabezpieczony żadnym szkłem, wystawiony na bezpośrednie działanie różnych destruktywnych czynników, między innymi dymu kadzideł, palonych perfum, sadzy i spalającego się wosku z niezliczonych wotywnych świec. Słynny meksykański malarz Miguel Cabrera pisze, że w 1753 r. widział, jak przez dwie godziny, około 500 razy, pielgrzymi dotykali obrazu różnego rodzaju przedmiotami, które mieli ze sobą. Każdy inny obraz, który by się znajdował w podobnych warunkach, szybko uległby zniszczeniu, zaczernieniu i stałby się nierozpoznawalny. Natomiast obraz z Guadalupe nie jest w ogóle zniszczony. Badania naukowe wykazały, że z niewyjaśnionych przyczyn materiał, na którym odbity jest obraz Matki Bożej, w ogóle nie przyjmuje kurzu, odpycha insekty, bakterie i grzyby.

         Profesor Philip Callahan z Uniwersytetu na Florydzie, który badał obraz z Guadalupe w 1979 r., w swoim raporcie napisał, że z jednej palącej się wotywnej świecy jest emitowanych ponad 600 mikrowatów. W zamkniętym pomieszczeniu przy setkach palących się świec i tysiącach pielgrzymów powstaje tak wielkie zanieczyszczenie, że w krótkim czasie powinno nastąpić całkowite wyblakniecie kolorów i zniszczenie samego obrazu. Święty obraz Matki Bożej z Guadalupe wydaje się jednak całkowicie uodporniony na wszelkiego rodzaju niszczące oddziaływania.

         Fakt doskonałego zachowania płótna oraz delikatnych kolorów, w całym ich bogactwie i świeżości, wprawia w prawdziwe zdumienie wszystkich ekspertów i znawców sztuki. Wielu sceptyków i racjonalistów w konfrontacji z faktami, które odkryli, badając święty obraz, odrzuciło swój sceptycyzm i niewiarę, klękając przed tajemnicą niewidzialnego Boga. I tak na przykład słynny meksykański architekt Ramirez Yasguez, któremu w 1975 r. powierzono zaprojektowanie nowej bazyliki w Guadalupe, otrzymał pozwolenie na dokładne zbadanie obrazu Matki Bożej. Wyniki tych badań były dla niego tak wielkim intelektualnym i duchowym wstrząsem, że porzucił swój agnostycyzm i stał się gorliwym katolikiem.

         O nadprzyrodzonym pochodzeniu obrazu Matki Bożej z Guadalupe świadczy również jego cudowne zachowanie przed zniszczeniem podczas różnych nieszczęśliwych okoliczności i wypadków w ciągu jego wielowiekowej historii. I tak na przykład: w 1791 r. robotnikowi czyszczącemu srebrną ramę przypadkowo wylała się na powierzchnię obrazu cała butelka kwasu azotowego. Ku wielkiemu zdziwieniu i ogromnej radości pracownika wylany kwas nie zostawił najmniejszego śladu. Podczas krwawych prześladowań Kościoła w latach 20. ubiegłego wieku, za rządów Plutarco Callesa, za sprawowanie posługi kapłańskiej tysiące księży skazano na karę śmierci. Ateistyczno-masoński reżim zamknął wszystkie kościoły w Meksyku, nie odważył się jednak zamknąć Bazyliki w Guadalupe. Wrogowie Kościoła uciekli się jednak do diabolicznego planu zniszczenia obrazu Matki Bożej i zabicia większości hierarchów. 14 listopada 1921 r. agenci rządowi ukryli w wazonie na kwiaty bardzo silną bombę zegarową i podłożyli pod cudownym obrazem. Bomba wybuchła o godz. 1030 w czasie odprawiania pontyfikalnej Mszy św. Potężny wybuch wstrząsnął całą Bazyliką, niszcząc posadzkę, marmurowy ołtarz i witraże w oknach, cudem nikt nie został zabity, tylko niektórzy odnieśli lekkie rany. Kiedy po wybuchu opadł kurz, okazało się, że obraz jest nienaruszony, przed zniszczeniem uchronił go duży metalowy krucyfiks, który wygiął się na skutek eksplozji.

         W ciągu wielowiekowej historii obraz z Guadalupe wielokrotnie poddawano bardzo szczegółowym badaniom. Różni naukowcy i eksperci w dziedzinie malarstwa chcieli stwierdzić, czy rzeczywiście jest możliwe wytłumaczenie jego powstania na drodze naturalnej. Wszystkie badania wykonywane za pomocą mikroskopów, promieniowania podczerwienią i innych najnowocześniejszych metod wskazują, że obraz nie został namalowany ludzką ręką.

         Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, niemiecki profesor Richard Kuhn z Heidelbergu, w 1936 r. poddał bardzo szczegółowym badaniom włókna wzięte z materiału, na którym znajduje się obraz Matki Bożej z Guadalupe. Naukowiec ten stwierdził, że barwniki, które zostały użyte do wyrażenia kolorów na obrazie, w ogóle nie są znane nauce. Nie są pochodzenia ani zwierzęcego, ani roślinnego, ani mineralnego. Użycie syntetycznych kolorów zostało również wykluczone. Badania mikroskopowe obrazu w 1946 r. wykazały że w ogóle nie ma na nim śladów pędzla, wstępnego szkicu czy podpisu artysty. To samo potwierdziły badania w 1954 r. i 1966 r. innej grupy naukowców pod przewodnictwem prof. F. Camps Ribera. Znawcy problematyki są zgodni, że obraz Matki Bożej z Guadalupe jest dziełem, którego nie byłby w stanie namalować żaden nawet najgenialniejszy malarz.

         Już w 1929 r. profesjonalny fotograf Alfonso Gonzales, po wielokrotnym powiększeniu twarzy Matki Bożej odkrył, że w Jej oczach widać wyraźnie odbitą twarz człowieka z brodą. To odkrycie sprowokowało całą serię szczegółowych badań oczu Matki Bożej, przeprowadzonych w latach 50., 60., 70. i 80. XX wieku. Wszyscy badacze są zgodni, że oczy Maryi wyglądają jak oczy żywej osoby i posiadają nadzwyczajną głębię. Widoczne jest w nich zjawisko refleksu, występujące tylko u żywych ludzi, którego nie można odtworzyć przy pomocy nawet najdoskonalszych technik malarskich. Naukowcy dokonali powiększeń oczu Maryi aż 2500 razy. Pozwoliło to im odkryć w oczach Matki Bożej odbicie postaci 12 osób. Została utrwalona w nich scena spotkania Juana Diego z arcybiskupem Zumarragą i osobami mu towarzyszącymi, w czasie którego dokonał się cud powstania wizerunku Niepokalanej na tilmie Indianina. Odbicie tej sceny w oczach Maryi jest tak perfekcyjne, że widać nawet takie szczegóły, jak np. łzy wzruszenia, kolczyki, sznurowadła indiańskich sandałów, łysego człowieka z białą brodą, Indianina z orlim nosem, brodą i wąsami przylegającymi do policzków itd. Ta precyzyjna doskonałość mikroskopijnego obrazu wyklucza możliwość namalowania go przez człowieka. Naukowcy są zgodni, że podobnego zjawiska nigdy nie udało się zaobserwować na żadnym obrazie ani fotografii. Badania te przeprowadzili najwybitniejsi naukowcy w dziedzinie optyki i okulistyki: prof. Charles Wahling, prof. Francis T. Avignone, prof. H.G. Noyes z Columbia University, New York, Edward Gebhardt – telewizyjny inżynier i fotograf z National Broadcasting Company, prof. Alexander Wahling – chirurg oczu, prof. Italo Mannelli z Uniwersytetu w Pizie i inni.

         Szczegółowe badania obrazu Matki Bożej z Guadalupe wskazują na tajemnicze źródło jego pochodzenia, niedostępne wszelkim naukowym dociekaniom. Tylko wiara może nam powiedzieć, że jedynym autorem tego obrazu jest sam Pan Bóg.

    Obraz Niepokalanej Dziewicy z Guadalupe jest znakiem wzywającym wszystkich ludzi do nawrócenia, aby każdego dnia przez modlitwę i pracę, podejmowali trud życia według wymagań Ewangelii. Patrząc na cudowny obraz z Guadalupe, namacalnie doświadczamy macierzyńskiej miłości Matki Zbawiciela i naszej Matki, zatroskanej o wieczne zbawienie wszystkich swoich dzieci. To właśnie Ona pragnie rozbudzić w nas wiarę i dlatego daje nam nadzwyczajne znaki, abyśmy zrozumieli, że szczęście prawdziwe jest tylko w Bogu.

      Stefan Piotrowski/Fronda.pl/Miłujcie się!

    _________________________________________________________________________________________

    Najstarsze objawienia, cudownie zachowany wizerunek – Matka Boża z Guadalupe

    Najstarsze objawienia, cudownie zachowany wizerunek – Matka Boża z Guadalupe
    Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe w sanktuarium w Tepeyac – Juan Carlos Fonseca Mata, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Wizerunek Maryi ukazał się, kiedy z płaszcza Juana Diego wysypały się kwitnące w grudniu róże. Biskup upadł na kolana i przepraszał za swe niedowiarstwo. Ten płaszcz do dzisiaj jest przechowywany w sanktuarium Matki Bożej w Guadalupe. Po badaniach stwierdzono, że nie ma on znanych barwników, ani też śladów malowania pędzlem. Co więcej, i to jest prawdziwy cud, takie płótno indiańskie z agawy ulega biodegradacji po około 20 latach, a wizerunek z Guadalupe powstał prawie 500 lat temu.

    Papieże nazywali ją Królową Meksyku, niebiańską Patronką Ameryki Łacińskiej. Wierni zaś nazywają ją Różą Meksyku, Królową Nieba, Czarną Dziewicą, Matką z Tepeyac. 12 grudnia Kościół wspomina Matkę Bożą z Guadalupe, patronkę obu Ameryk i Karaibów. To są najstarsze objawienia maryjne oficjalnie uznane przez Kościół. Do sanktuarium corocznie pielgrzymuje kilkanaście milionów wiernych. Warto poznać tę historię.

    Maryja objawiła się Juanowi Diego, indianinowi z plemienia Azteków. Urodził się w 1474 roku w Tlayacac, około 20 kilometrów od miasta Meksyk. Około 1520 roku państwo Azteków zostało podbite przez Hiszpanów. Warto pamiętać, że Krzysztof Kolumb ‘odkrył Amerykę’ dla europejczyków niespełna 30 lat wcześniej.

    Był sobotni poranek, 9 grudnia 1531 roku. Jak co tydzień, Juan Diego przemierzał ponad dwadzieścia kilometrów do kościoła w Tenochtitlan, żeby wziąć udział we Mszy św. i katechizacji. Wtem, na wzgórzu Tepeyac, zobaczył Maryję. Była ubrana w różową tunikę, okryta błękitnym płaszczem. Opasana była czarną wstęgą, co dla Azteków znaczyło, że była brzemienna.

    Powiedziała wtedy do Juana Diego w jego ojczystym języku: „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”.

    Juan Diego uczynił, jak mu Maryja poleciła, ale biskup nie dał wiary jego słowom i domagał się dodatkowego znaku. 12 grudnia 1531 roku Maryja powiedziała Juanowi Diego, by wszedł na szczyt wzgórza. Choć była zima i nie był to czas na kwiaty, rosły tam śliczne róże. Juan Diego nazrywał całe naręcze kwiatów. Maryja sama starannie je poukładała, a on schował te kwiaty do tilmy, swojego indiańskiego płaszcza, i poszedł do biskupa. Tam odsłonił płaszcz, z którego wysypały się kwitnące kwiaty, a na płótnie ukazał się wizerunek Maryi. Biskup uklęknął, prosząc Maryję o wybaczenie swego niedowiarstwa. Zatrzymał płaszcz Juana Diego z wizerunkiem u siebie w kaplicy, a po kilkunastu dniach, 24 grudnia, przeniósł go uroczyście do skromnej kaplicy, wybudowanej w miejscu objawień, wypełniając tym samym życzenie Czarnej Dziewicy, by zbudować dla niej świątynię.

    Matka Boża z Guadalupe - www.wikipedia.org

    Matka Boża z Guadalupe www.wikipedia.org

    ***

    Na wizerunku Maryja ma zamyśloną twarz. Jest ciemnej karnacji. Ma na sobie czerwoną szatę, spiętą pod szyją spinką w kształcie krzyża. Cała postać jest okryta błękitnym płaszczem ze złotą lamówka i gwiazdami. Włosy ma starannie zaczesane, ręce złożone, a pod stopami półksiężyc. Poniżej ukazany jest jakby podtrzymujący wszystko serafin. Za całością postaci widać owalną tarczę z promieniami. Płaszcz Juana Diego z tym wizerunkiem do dzisiaj przechowywany jest w sanktuarium Matki Bożej w Guadalupe. Po badaniach stwierdzono, że nie ma on znanych barwników, ani też śladów malowania pędzlem. To, co jednak najbardziej zastanawia, to fakt, że płótno indiańskie z agawy ulega biodegradacji po około 20 latach, a wizerunek z Guadalupe powstał prawie 500 lat temu.

    Objawienia Maryi dały ogromny impuls ewangelizacyjny. W ciągu zaledwie 6 lat po nich 8 milionów Azteków uwierzyło w Chrystusa. 3 maja 1953 roku cała Polska została oddana w opiekę Matki Bożej z Guadalupe.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Guadalupe. Wizerunek, którego tajemnice są odkrywane do dzisiaj

    Nawet 9 mln ludzi miało się nawrócić dzięki procesowi zainicjowanemu przez ukazanie się Maryi skromnemu Indianinowi, Juanowi Diego.

    fot. Cathopic

    ***

    Objawienia z Guadalupe zmieniły dzieje Ameryki Łacińskiej. Jak przypomina dr David Ricardo Ojeda Correa, badacz z Wyższego Instytutu Studiów nad Guadalupe, nawet 9 mln ludzi miało się nawrócić dzięki procesowi zainicjowanemu przez ukazanie się Maryi skromnemu Indianinowi, Juanowi Diego. Badacz wskazuje, że do dziś są odkrywane nowe tajemnice.

    Znane jest choćby to, że w oczach Maryi na wizerunku w Guadalupe można dostrzec odbicie tego samego typu, jak gdy ktoś patrzy nam w oczy. Użyliśmy pewnych matematycznych metod korelacji i okazało się, że kształty znajdujące się w lewym oku mają 100-procentową korelację z figurami znajdującymi się w prawym oku – mówi dr Ojeda Correa. Dlatego ktokolwiek by namalował ten obraz, musiałby użyć bardzo wrażliwego mikroskopu i dokonać idealnych pomiarów, aby dopasować jedno oko w pełni do drugiego. I to przy świecach w 1531 roku.

    Badacz dodaje, że gwiazdy obecne na wizerunku z Guadalupe mają „97% korelacji” z niektórymi konstelacjami, które znajdowały się na meksykańskim niebie 12 grudnia 1531 roku o godzinie 06.45 rano.

    Ale jeszcze bardziej interesujące jest to, że malarz, oprócz idealnego odtworzenia układu musiałby to zrobić w ciągu 15 minut, ponieważ czas mija i ciała kosmiczne poruszają się i nie widzimy tego samego nieba, dopóki nie minie kolejny rok – mówi Meksykanin. Musiałby więc zrobić to w 15 minut i to na odwrót, bo okazuje się, że gwiazdy nie są takie, jakbyśmy patrzyli na nie w kierunku nieba. Są jakby widziane z wszechświata w kierunku ziemi, jakby malarz był na wysokości gwiazd.

    Vatican News/Stacja 7

    ____________________________________________________________________________________

    ***

    Co można dostrzec w źrenicach oczu Matki Bożej z Guadalupe?

    Płótno obrazu powinno rozpaść się̨ już̇ kilkaset lat temu, a jednak ma się̨ świetnie; nie zabrudziły go dymy kadzideł i nie uszkodził kwas azotowy wylany nieopatrznie na Wizerunek przez konserwatorów.

    Jednym z najbardziej zagadkowych wizerunków Matki Bożej jest wizerunek z Guadalupe. Nie został namalowany ludzką ręką, a w ciągu kilku lat nawrócił na wiarę katolicką całą rdzenną populację Meksyku. Zgrzebne płótno z agawy, na którym widnieje Wizerunek – z detalami opisuje Wincenty Łaszewski w swojej najnowszej książce „Największa tajemnica Guadalupe”. 

    Obraz w źrenicy oka

    Płótno powinno rozpaść się już kilkaset lat temu, a jednak ma się świetnie; nie zabrudziły go dymy kadzideł i nie uszkodził kwas azotowy wylany nieopatrznie na Wizerunek przez konserwatorów.

    W źrenicach oczu Maryi – które mają zaledwie po kilka centymetrów średnicy – utrwaliła się z detalami scena z XV wieku, w której Juan Diego prezentuje biskupowi Zumarradze płaszcz z cudownym Wizerunkiem. Widać dostojników Kościoła, księży, służących, a nawet czarnoskórą niewolnicę.

    FOT. ILUSTRACJA Z KSIĄŻKI „NAJWIĘKSZA TAJEMNICA GUADALUPE” WINCENTEGO ŁASZEWSKIEGO/WYDAWNICTWO FRONDA

    Tajemniczy płaszcz

    Wizerunek nie został namalowany żadnymi ziemskimi farbami, przypomina zdjęcie z polaroida – zwykłe włókna z agawy w niewytłumaczalny sposób zostały zabarwione od wewnątrz za pomocą techniki nieznanej do dzisiaj. Zdjęcia rentgenowskie nie wykazują żadnych pociągnięć pędzla na płótnie.

    Jak dodaje w swojej publikacji Wincenty Łaszewski – Rdzenni mieszkańcy Meksyku na fałdach płaszcza Maryi odczytywali astronomiczną mapę nieba i lokalizację wulkanów w ich kraju. Z kolei matematycy doszukali się w obrazie złotych proporcji i ciągu Fibonnacciego, a muzycy – brzmienia medytacyjnej muzyki sfer niebieskich.

    Dziś wizerunek Morenity z Guadalupe można zobaczyć w każdym meksykańskim domu, sklepie  i urzędzie, a bazylikę w Guadalupe odwiedza co roku ponad 9 milionów pielgrzymów.

    Stacja 7

    _______________________________________________________________________________________-

    Oczy Matki Bożej z Guadalupe. Jedna z największych zagadek nauki i tajemnic wiary

    Zbliżenie na oczy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    Santiago Mejía LC | Cathopic

    ***

    Oczy z obrazu Matki Bożej z Guadalupe są szczególnie tajemnicze. Mimo mikroskopijnych rozmiarów, tęczówki i źrenice przedstawiają bardzo szczegółowe wizerunki 13 osób.

    Oczy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe są jedną z największych zagadek nauki – twierdzi peruwiański inżynier José Tonsmann, który bardzo dogłębnie zajmował się tą „tajemnicą”.

    Wizerunek w oczach Matki Bożej z Guadalupe

    Ten absolwent Uniwersytetu Cornell spędził ponad 20 lat, badając ów wizerunek Matki Bożej, namalowany na grubej i włóknistej pelerynie noszonej przez św. Juana Diego, który dostąpił objawienia, jakie zdecydowanie zmieniło historię kontynentu amerykańskiego.

    Oczy z obrazu są szczególnie tajemnicze. Mimo że ich wymiary są mikroskopijne, tęczówki i źrenice przedstawiają bardzo szczegółowe wizerunki 13 osób. Te same osoby znajdują się w lewym i prawym oku, w różnych proporcjach, tak jak ludzkie oczy przekazują obrazy.

    Uważa się, że odbicie widoczne w oczach Matki Bożej z Guadalupe to scena, w której Juan Diego przyniósł kwiaty dane mu przez Matkę Bożą jako znak dla biskupa Fraya Juana de Zumarragi, co miało miejsce 9 grudnia 1531 roku.

    Kto malował oczy Maryi?

    Tonsmann badał oczy Matki Bożej z obrazu, wykorzystując swoje doświadczenie z analizą zdjęć mikroskopowych i satelitarnych oraz umiejętności, które nabył, gdy pracował dla firmy IBM.

    Tonsmann rozpoczął swoje badania w 1979 roku. Rozszerzył tęczówki w oczach Matki Bożej do skali ok. 2000 razy większej niż w rozmiarze rzeczywistym, a dzięki procedurom matematycznym i optycznym był w stanie dostrzec postaci odbite w oczach Maryi.

    Według ustaleń Tonsmanna w samym obrazie z Guadalupe mamy „coś, co nie zostało namalowane ludzką ręką”. 

    Aleteia.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Płaszcz św. Juana Diego i 4 tajemnice wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    GUADALUPE

    Public Domain

    ***

    „Ayate” Juana Diego, czyli jego płaszcz z agawy, jest nadal w doskonałym stanie i stanowi jedyny na świecie tego typu ubiór z XVI w., który przetrwał do dziś.

    Św. Juan Diego po raz pierwszy zobaczył tajemniczą postać Matki Bożej 9 grudnia 1531 roku. Przedstawiła mu się tak: „Jestem Maryją, Niepokalaną Dziewicą, Matką prawdziwego Boga, który daje życie i je zachowuje”.

    Pamiątkę owego (najwcześniej zaakceptowanego przez Kościół) objawienia maryjnego stanowi dziś nie tylko wspomnienie liturgiczne Matki Bożej z Guadalupe (12 grudnia), lecz także coś innego. A mianowicie niezwykły wizerunek Maryi utrwalony na płaszczu Juana Diego. Wizerunek ów kryje liczne tajemnice. Przedstawimy tu 4 z nich.

    1. Tajemnica trwałości płaszcza

    Zacznijmy od tego, że płaszcz Juana Diego, na którym znajduje się podobizna Maryi, utkany jest z grubych i szorstkich włókien agawy (kaktusa rosnącego w obu Amerykach). Jest to materiał bardzo nietrwały – maksymalnie może przetrwać 30 lat.

    Dodajmy, że w 1787 r. dr Jose Ignacio Bartolache namalował dwa obrazy omawianego wizerunku, właśnie na materiale identycznym, jak materiał płaszcza świętego. Jeden z nich zawiesił w kościele Matki Bożej z Guadalupe, drugi w pobliskim budynku nazwanym El Pocito. Oba obrazy rozpadły się z powodu wilgotnego miejscowego powietrza, jeszcze przed upływem 10 lat.

    Natomiast „ayate” Juana Diego, czyli jego płaszcz z agawy, jest nadal w doskonałym stanie i stanowi jedyny na świecie tego typu ubiór z XVI w., który przetrwał do dziś. Przyczyną może być to, że materiał „ayate” w tajemniczy sposób odpycha od siebie insekty, bakterie, grzyby i kurz.

    2. Tajemnica trwałości wizerunku

    Nie tylko materiał, na którym utrwalono wizerunek Maryi, powinien ulec zniszczeniu. To samo tyczy się owego wizerunku. Teraz jest on za szybą. Jednak co najmniej 100 lat wisiał bez żadnego zabezpieczenia.

    Dotykały go tysiące rąk, pielgrzymi pocierali o niego różne przedmioty. Był wystawiony na bezpośrednie oddziaływanie dymu z kadzideł i ogromnej liczby świec. W efekcie barwy powinny wyblaknąć, a obraz sczernieć. Tak się jednak nie stało.

    3. Tajemnica odporności na uszkodzenia

    Kolejną tajemnicą jest odporność wizerunku z Guadalupe na uszkodzenia różnego pochodzenia. Odporności tej dowodzi historia.

    Najpierw, w 1795 r. niechcący oblano lewą stronę wizerunku kwasem azotowym, używanym do czyszczenia ramy, w którą był oprawiony. Kwas nie zniszczył obrazu, a powinien. Pojawiła się jedynie plama, która po jakimś czasie po prostu zniknęła (według innych źródeł mała plama jednak przetrwała).

    W 1921 r. miał miejsce drugi atak, tym razem zamierzony. Wtedy bowiem w bazylice podczas odprawiania mszy świętej wybuchła bomba zegarowa. Do wazonu na kwiaty, stojącego tuż przy podobiźnie Madonny, włożył ją urzędnik prywatnego sekretariatu antykatolickiego prezydenta Meksyku Alvara Obregona, któremu to urzędnikowi towarzyszyli ubrani po cywilnemu żołnierze. Wizerunek Maryi, mimo bliskości silnego ładunku wybuchowego, nie doznał żadnego uszkodzenia.

    4. Tajemnica braku farb

    Już w 1936 r. laureat nagrody Nobla Richard Kuhn stwierdził na „ayate” Juana Diego brak jakichkolwiek farb. Włókna płaszcza są więc prawie samą celulozą, z którą nie wiążą się żadne – właściwe farbom – składniki: pigmenty mineralne lub barwniki pochodzenia zwierzęcego albo roślinnego. Oczywiście nie ma też barwników syntetycznych.

    Z punktu widzenia chemii podobizna Maryi po prostu… nie istnieje! A wywieszony w meksykańskiej bazylice materiał jest zwykłym płaszczem.

    Wyjaśniły to trochę amerykańskie badania z 1979 r. Według nich kolorystyka Madonny z Guadalupe ma cechy ubarwienia ptaków i owadów. Nie jest – w związku z tym – do osiągnięcia sztuką malarską.

    Prześwietlenie podczerwienią wykazało zresztą, że powierzchnia pod badanym wizerunkiem nie była przygotowana do malowania farbami, czyli zagruntowana. Bez gruntowania zaś nie da się nic namalować na materiale z agawy. To samo prześwietlenie wskazało też na nieobecność szkicu ewentualnego obrazu oraz na brak werniksu – lakieru chroniącego dzieło przed kurzem i zmianą barw.

    Eryk Łażewski/Aleteia.pl

    Pytania dla tych, którzy twierdzą, że nauka wszystko już wyjaśniła, że nie ma żadnych tajemnic:

    • Co wiesz o wizerunku Matki Bożej z Guadalupe?
    • Jak wytłumaczysz cuda Eucharystyczne
    • Dlaczego Całun z Manoppello jest całkowicie zgodny z całunem Turyńskim?
    • Jak wytłumaczyć cud Słońca we Fatimie, który widziało 70 tysięcy ludzi?
    • A stygmaty pojawiające się na dłoniach i rękach ludzi odpowiadające miejscom ran Pana Jezusa i cuda towarzyszące świętym (św. o.Pio, św. Maria Baouardy Mała Arabka-lewitowanie w powietrzu) nic nie znaczą?
    • Albo proroctwa i przepowiednie mistyków czyż nie są potwierdzeniem, że to Pan Bóg stworzył ten świat i nas ludzi i że otacza nieustanną opieką swoje przedziwne i cudowne dzieło?
    • Dobrze jest zapoznać się z badaniami naukowymi dotyczącymi Cudów Eucharystycznych. Lekarze, również niewierzący, po zbadaniu próbek potwierdzali, że pobrano je z żywego mięśnia sercowego w stanie agonalnym. I wszystkie Cuda Eucharystyczne posiadają taką samą grupę krwi.


    11 grudnia

    Święta
    Maria Maravillas od Jezusa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Damazy I, papież
      •  Błogosławiony Dawid, mnich
      •  Święty Wicelin, biskup
    ***
    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Maria Maravillas Pidal y Chico de Guzmán urodziła się 4 listopada 1891 r. w Madrycie. Pochodziła z najwyższych sfer arystokracji hiszpańskiej. Była nawet spokrewniona z rodami królewskimi. Ojciec jej był działaczem Partii Konserwatywnej i z jej ramienia piastował wysokie stanowiska w administracji państwowej. Był ministrem robót publicznych, przewodniczącym Rady Państwa, a nawet ambasadorem przy Stolicy Apostolskiej. Na miejsce urodzenia swojego trzeciego dziecka, Marii, rodzice wybrali Madryt, choć mieszkali wówczas w Rzymie.
    Dziewczynka początkowo był wychowywana przez babcię, która była równocześnie jej matką chrzestną. Na życzenie matki, pochodzącej z Cohedin, córeczka otrzymała imię Maria de las Maravillas (Maria od Cudów) na cześć patronki tej miejscowości.
    Nauką Marii zajmowali się prywatni nauczyciele zatrudnieni przez jej rodziców. Uczyła się języków francuskiego i angielskiego oraz gry na fortepianie. Babcia podsuwała jej do czytania żywoty świętych, a ona dużo i chętnie czytała. To, co w nich wyczytała, starała się praktykować w swoim życiu, np. modliła się z rozkrzyżowanymi rękami, narzucała sobie różnego rodzaju praktyki pokutne. Podczas wakacji w San Sebastian mała markiza namówiła brata i siostrę do zabawy w ubogich. Dzieci przebrały się za żebraków i na ulicach prosiły o jałmużnę, którą potem przekazywały naprawdę biednym.
    Gdy Maria zaczęła dorastać, jej opiekunem duchowym został o. López, jezuita. Od dziecka była bardzo gorliwą katoliczką. Codziennie rano uczestniczyła we Mszy św. Nie chciała też korzystać z przywilejów jej klasy. Za to z siostrą szarytką odwiedzała i udzielała pomocy materialnej ubogim rodzinom w dzielnicy nędzarzy, zwanej Las Injurias (krzywdy). Tam chętnie ubierała, karmiła i uczyła katechizmu zaniedbane dzieci.
    Z jej zachowania otoczenie szybko wywnioskowało, że myśli o pójściu do zakonu. Jej surowy ojciec był temu przeciwny, chociaż sam był postrzegany jako apostoł, bo chętnie pomagał zakonom i był człowiekiem głęboko wierzącym. Mimo to musiała poczekać. Gdy chorował przed śmiercią, która nastąpiła w grudniu 1913 r., przez kilka miesięcy Maria była jego pielęgniarką. Opiekowała się nim z oddaniem dniem i nocą.
    Po śmierci ojca nic nie stało już na przeszkodzie w realizacji powołania Marii. Dzięki lekturze dzieł św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Jezusa oraz osobistym kontaktom z karmelitankami postanowiła, że właśnie wśród nich jest jej miejsce. Wybrała karmelitański klasztor El Escorial w Madrycie. Uzyskała zgodę matki i kierownika duchowego, chociaż nie bez trudności.
    Do klasztoru wstąpiła 12 października 1919 r., a 21 kwietnia 1920 r. otrzymała habit zakonny. Jako nowicjuszka, ucząc się życia zakonnego, wiele godzin dziennie poświęcała modlitwie, ale też spełniała zwykle prace codzienne, jak karmienie drobiu, sprzątanie, szycie szkaplerzy. Pierwsze śluby zakonne złożyła 7 maja 1921 r. Wkrótce za swój spadek po ojcu postanowiła ufundować klasztor w Cerro de los Angeles (przedmieścia Madrytu) obok ogromnego pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Śluby wieczyste złożyła 30 maja 1924 r. w Getafe, gdzie zamieszkała w prowizorycznym klasztorze z kilkoma innymi siostrami w oczekiwaniu na dokończenie budowy. Otwarcie klasztoru nastąpiło 26 października 1926 r. w uroczystość Chrystusa Króla. Wyżej wspomniany pomnik stał w geograficznym centrum Hiszpanii. Przed nim 30 maja 1919 r. król Alfons XIII poświęcił naród hiszpański Sercu Jezusa, a ciągła modlitwa karmelitanek miała być przedłużeniem i potwierdzeniem tego aktu.

    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Zaledwie półtora roku po profesji Maria Maravillas została mistrzynią nowicjuszek, a w czerwcu 1926 r., z nominacji biskupa, również przeoryszą. Przeoryszą różnych klasztorów była już do końca życia, a obowiązki mistrzyni nowicjuszek pełniła do 1967 r. Maria Maravillas była niewątpliwie najaktywniejszą karmelitanką bosą XX w., porównywaną niekiedy do św. Teresy z Avila, wielkiej reformatorki Karmelu z XVI w. Była zwolenniczką powrotu do źródeł reformy terezjańskiej.
    Gdy wybuchła w Hiszpanii wojna domowa, w lipcu 1936 roku karmelitanki z Cerro de los Angeles musiały opuścić klasztor. Przez pewien czas mieszkały u urszulanek w Getafe, a potem w prywatnym domu w Madrycie. Dzięki zdolnościom dyplomatycznym matki Marii (być może odziedziczonym po jej ojcu), zgromadzenie uzyskało zgodę na wyjazd do Francji. Wkrótce jednak siostry powróciły do opanowanej przez reżim generała Franco Hiszpanii i zamieszkały w Las Batuecas. Były tam ruiny pierwszego klasztoru eremickiego karmelitów bosych, założonego przez o. Tomasza od Jezusa w 1602 r. W 1939 r. matka Maravillas z częścią zgromadzenia wróciła do zdewastowanego klasztoru w Cerro de los Angeles.
    Ponieważ klasztor w Cerro był przepełniony z powodu napływu nowych sióstr, przyciąganych sławą świętości Marii Maravillas, postanowiła ona założyć nowy klasztor w Mancera de Abajo. Sama kierowała budową klasztoru, dojeżdżając do niego pociągiem z Cerro. Kilka lat zajęły jej starania o zakupienie ruin klasztoru w Duruelo, gdzie jej mistrz, św. Jan od Krzyża, rozpoczynał życie zakonne według ducha św. Teresy od Jezusa. Początkowo żądania finansowe właściciela okazały się zbyt wygórowane; nawet ona, mimo że miała możliwość pozyskania bogatych dobrodziejów, nie mogła tyle zapłacić. W końcu przyszedł jednak czas na osiedlenie się karmelitanek w Duruelo, które to miejsce św. Teresa od Jezusa nazywała “stajenką betlejemską”. Ku radości matki Maravillas siostry wiodły tu bardzo ubogie życie.
    Przyszła święta rozumiała potrzeby robotników, budowała mieszkania dla bezdomnych, troszczyła się o opuszczone dzieci, a dla zakonnic klauzurowych, które źle czuły się w szpitalach ogólnodostępnych, otworzyła hospicjum, gdzie mogły korzystać z opieki lekarskiej.
    Od roku 1961 mieszkała w założonym przez siebie klasztorze w Aldehuela. Często chorowała na zapalenie płuc, zdarzały się jej też ataki serca; surowy tryb życia wyczerpywał jej siły fizyczne. Mimo to nie ustawała w działaniach, zwłaszcza że był to okres głębokich przemian w życiu Kościoła po II Soborze Watykańskim. Matka Maria troszczyła się bardzo, aby założone przez nią klasztory pozostałe wierne idei reformy św. Teresy, dlatego utworzyła z nich Stowarzyszenie św. Teresy, zatwierdzone w 1973 roku przez Stolicę Apostolską. W roku następnym została wybrana przewodniczącą Stowarzyszenia.
    Nigdy nie narzekała, lecz gdy jej córki pytały, jak się czuje, odpowiadała: “Córki, ja nigdy dobrze się nie czułam” – i aby umniejszyć znaczenie tych słów, dodawała: “W moim wieku to normalne”. Tak było aż do 5 grudnia 1974 r., gdy obudziła się z gorączką. 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanej, przyjęła Wiatyk i namaszczenie chorych. Powoli gasła. W nocy 9 grudnia matka Dolores od Jezusa, podprzeorysza z La Aldehuela, powiedziała do niej czułym głosem: “Odchodzisz do nieba, moja matko”, a ona, ze spojrzeniem promieniującym szczęściem, odpowiedziała: “Co za radość! Dlaczego nie powiedziała mi matka o tym wcześniej?”
    W czasie tych dni powtarzała łamiącym się głosem: “My naprawdę jesteśmy szczęśliwe. Jakie to szczęście umierać karmelitanką!” W środę, 11 grudnia, o godzinie 16.20, otoczona przez swą wspólnotę z La Aldehuela odeszła do domu Pana. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 10 maja 1998 r. w Rzymie, a kanonizował 4 maja 2003 r. w Madrycie. W uroczystościach kanonizacyjnych udział wzięło kilkuset kardynałów, arcybiskupów i biskupów hiszpańskich oraz wielu innych, przybyłych z całego świata, a także ponad 2 000 kapłanów. Ze strony Zakonu uczestniczył w nich przełożony generalny karmelitów bosych o. Luis Aróstegui. Obecna była również hiszpańska rodzina królewska i wielu przedstawicieli władz cywilnych i wojskowych. Wzięła w nich udział spokrewniona z Marią Maravillas królowa Belgii Fabiola.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna Loretańska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz III, papież
    ***
    Figura Matki Bożej Loretańskiej z Dzieciątkiem

    Kult Matki Bożej Loretańskiej wywodzi się z sanktuarium domu Najświętszej Maryi Panny w Loreto. Jak podaje tradycja, jest to dom z Nazaretu, w którym Archanioł Gabriel pozdrowił przyszłą Matkę Boga i gdzie Słowo stało się Ciałem. Sanktuarium w Loreto koło Ankony (we Włoszech) jest pierwszym maryjnym sanktuarium o charakterze międzynarodowym i stało się miejscem modlitw wiernych. Wewnątrz Domku nad ołtarzem umieszczono figurę Matki Bożej Loretańskiej, przedstawiająca Maryję z Dzieciątkiem na lewej ręce. Rzeźba posiada dwie charakterystyczne cechy: jedna dalmatyka okrywa dwie postacie, a twarze Matki Bożej i Dzieciątka mają ciemne oblicza. Pośród kaplic znajdujących się w bazylice warto wspomnieć Kaplicę Polską, ozdobioną freskami w latach 1920-1946, przedstawiającymi dwa wydarzenia z historii Polski: zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem oraz cud nad Wisłą.2000 lat temu w ciepłym klimacie Palestyny ludzie znajdowali schronienie w grotach wykuwanych w skałach. Czasem dobudowywano dodatkowe pomieszczenia. I tak pewnie postąpili Joachim i Anna, bo ich dom znajdował się obok groty, zbyt małej dla powiększającej się rodziny. Już pierwsi chrześcijanie otaczali to skromne domostwo opieką i szacunkiem. Między innymi cesarzowa Helena w IV w. zwiedziła je, pielgrzymując po Ziemi Świętej, i poleciła wznieść nad nim świątynię. Obudowany w ten sposób Święty Domek przetrwał do XIII w., chociaż chroniący go kościół był parokrotnie burzony i odbudowywany.
    Gdy muzułmanie zburzyli bazylikę chroniącą Święty Domek, sam Domek przetrwał, o czym świadczą wspomnienia pielgrzymów odwiedzających w tym czasie Nazaret. Jednak po 1291 r. brakuje już świadectw mówiących o murach tego Domku. Kilka lat później domek Maryi “pojawił się” we włoskim Loreto. Dało to pole do powstania legendy o cudownym przeniesieniu Świętego Domku przez anioły.
    Okazało się, że legenda ta wcale nie jest taka daleka od prawdy. W archiwach watykańskich znaleziono dokumenty świadczące o tym, że budynek z Nazaretu został przetransportowany drogą morską przez włoską rodzinę noszącą nazwisko Angeli, co po włosku znaczy aniołowie. Cała operacja przeprowadzona była w sekrecie ze względu na niespokojne czasy i strach o to, by cenny ładunek nie wpadł w niepowołane ręce. Była to na tyle skomplikowana akcja, że bez udziału Opatrzności i wojska anielskiego wydaje się, że była nie do przeprowadzenia. Nie od razu przewieziony budynek znalazł się w Loreto. Trafił najpierw do dzisiejszej Chorwacji, a dopiero po trzech latach pieczołowicie złożono go w całość w lesie laurowym, stąd późniejsza nazwa Loreto. Nie ulega też wątpliwości, że to ten sam Domek. W XIX w. prowadzono szczegółowe badania naukowe, które w pełni potwierdziły autentyczność tego bezcennego zabytku.
    Do Loreto przybywali sławni święci, m.in. Katarzyna ze Sieny, Franciszek z Pauli, Ignacy Loyola, Franciszek Ksawery, Franciszek Borgiasz, Ludwik Gonzaga, Karol Boromeusz, Benedykt Labre i Teresa Martin.
    Jest to miejsce szczególnych uzdrowień i nawróceń. Papież Leon X w swojej bulli wysławiał chwałę tego sanktuarium i proklamował wielkie, niezliczone i nieustające cuda, które za wstawiennictwem Maryi Bóg czyni w tym kościele.
    Ciekawa jest także historia papieża Piusa IX i jego uzdrowienia, które zawdzięcza właśnie Matce Bożej z Loreto. Według historyków, młody hrabia Giovanni Maria Mastai-Ferretti już od wczesnego dzieciństwa poświęcony był Dziewicy Maryi. Jego rodzice wraz z dziećmi każdego roku jeździli do Świętego Domu. Początkowo ich syn miał być żołnierzem broniącym Stolicy Apostolskiej. Zachorował jednak na epilepsję. Lekarze przepowiadali bliski koniec. Jednak za namową papieża Piusa VIII postanowił poświęcić się całkowicie służbie Bożej. Odbył pielgrzymkę do Loreto, aby błagać o uzdrowienie. Ślubował tam, że jeśli otrzyma tę łaskę, wstąpi w stan kapłański. Gdy Święta Dziewica wysłuchała go, po powrocie do Rzymu został księdzem, mając 21 lat.
    To właśnie papież Pius IX ogłosił światu dogmat o Niepokalanym Poczęciu. “Oprócz tego, że został mi przywrócony wzrok, to jeszcze ogarnęło mnie ogromne pragnienie modlitwy. To było największe wydarzenie w moim życiu, bo właśnie w tym miejscu narodziłem się z łaski i Maryja odrodziła mnie w Bogu, gdzie Ona poczęła Jezusa Chrystusa”.Warto pamietać, że rejon Marchii Ankońskiej, gdzie leży Loreto, był w lipcu 1944 r. wyzwolony spod władzy hitlerowców przez 2. Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Bitwa o Loreto i później bitwa o Ankonę to wielki sukces militarny Polaków w ramach tzw. Kampanii Adriatyckiej. Włosi byli wdzięczni Polakom za uchronienie najcenniejszych zabytków, w tym Domku Loretańskiego. W Loreto, u stóp bazyliki, znajduje się polski cmentarz wojenny, gdzie pochowanych jest ponad 1080 podkomendnych gen. Władysława Andersa. Natomiast wewnątrz bazyliki jest polska kaplica. W jej ołtarzu widać portrety polskich świętych: św. Jacka Odrowąża, św. Andrzeja Boboli i św. Kingi.Z Loreto związana jest też Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, która rozbrzmiewa również w polskich kościołach i kapliczkach każdego roku, zwłaszcza podczas nabożeństw majowych. Mimo że w historii powstało wiele litanii maryjnych, to powszechnie i na stałe przyjęła się właśnie ta, którą odmawiano w Loreto. Została ona oficjalnie

    Wnętrze kościoła w polskim Loretto

    Święty Domek w Loreto stał się wzorem do urządzania podobnych miejsc kultu w całym chrześcijańskim świecie. Również w Polsce wybudowano kilka Domków Loretańskich (znane miejsca to Gołąb, Głogówek, Warszawa-Praga, Kraków, Piotrkowice, Bydgoszcz).
    Bardzo znane jest sanktuarium maryjne w Loretto niedaleko Wyszkowa. Jego początki sięgają 1928 roku. Wówczas bł. Ignacy Kłopotowski, założyciel Zgromadzenia Sióstr Loretanek i ówczesny proboszcz parafii Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie, zakupił od dziedzica Ziatkowskiego duży majątek – Zenówkę nad Liwcem w pobliżu Warszawy. 27 marca 1929 roku zmieniono urzędową nazwę miejscowości na Loretto, nawiązując w ten sposób bezpośrednio do Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto.
    Na początku była tu tylko skromna kapliczka w lesie. Z uwagi na wzrastającą liczbę wiernych przychodzących na nabożeństwa, konieczne było wybudowanie dużej kaplicy poświęconej Matce Bożej Loretańskiej. Mimo utrudnień ze strony PRL-owskich władz, prace rozpoczęto w 1952 roku. Pierwsza Msza św. została odprawiona 19 marca 1960 roku. Prace nad wykończeniem kaplicy trwały przez wiele lat.
    Ostateczny wystrój nadał kaplicy artysta Jerzy Machaj, a jej poświęcenia dokonał 19 lutego 1984 r. ks. bp Jerzy Modzelewski. Początkowo kaplica była pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej. W 1981 roku sprowadzono z Włoch wierną kopię figury Matki Bożej Loretańskiej. Od tej pory kaplica znana jest pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej. Obecnie w polskim Loretto mieści się klasztor sióstr loretanek i dom nowicjatu, dom dla osób starszych pod nazwą “Dzieło Miłości im. ks. Ignacego Kłopotowskiego”, domy rekolekcyjne, wypoczynkowe i kolonijne. Sanktuarium to jest celem pielgrzymek nie tylko z okolicznych dekanatów i parafii. Odpust w Loretto odbywa się w niedzielę po święcie Narodzenia Matki Bożej, czyli po 8 września. Wierni modlą się przed figurą Matki Bożej Loretańskiej i przy grobie bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 grudnia

    Święty Juan Diego

    Zobacz także:
      •  Święta Leokadia, dziewica i męczennica
      •  Święty Piotr Fourier, prezbiter
    ***
    Święty Juan Diego

    Juan Diego urodził się w 1474 r. w wiosce Tlayacac, odległej o ok. 20 km od obecnej stolicy Meksyku. Rodzice dali mu indiańskie imię Cuauhtlatoatzin, które w języku Azteków znaczy “Mówiący Orzeł”. Należał do najbiedniejszej, a zarazem najliczniejszej klasy społeczności Azteków. Ciężko pracował na roli i zajmował się wyrabianiem mat w zamieszkanym przez plemię Nahua mieście Cuautitlan, zdobytym przez Azteków w 1467 r. Gdy państwo Azteków zostało podbite przez Hiszpanów (1519-1521), Juan Diego wraz z żoną Malitzin (Maria Łucja) przyjęli w 1524 r. chrzest, prawdopodobnie z rąk hiszpańskiego misjonarza, franciszkanina o. Torbio de Benavente. Otrzymał imię Juan Diego. Byli jednymi z pierwszych nawróconych Azteków. W kilka lat później, w 1529 roku, Maria Łucja zmarła, nie pozostawiając potomstwa. Po jej śmierci Juan Diego przeniósł się do swego wuja do Tolpetlac.
    Juan Diego był bardzo gorliwym chrześcijaninem. W każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy św. i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 9 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Zgodnie z życzeniem Maryi, na wzgórzu wkrótce wybudowano kaplicę, w której umieszczono Jej cudowny wizerunek odbity na płaszczu Indianina. Juan Diego zamieszkał w pokoju, przygotowanym dla niego obok świątyni. Spędził tam resztę życia, opowiadając przybywającym do sanktuarium pielgrzymom o objawieniach, wyjaśniając prawdy wiary i przygotowując wielu do chrztu. Zmarł 30 maja 1548 r. w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac.
    6 maja 1990 r. św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a 31 lipca 2002 r., podczas swojej kolejnej pielgrzymki do Meksyku, włączył go do grona świętych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Objawienie Juana Diego

    web-saint-dec-09-juan-diego-public-domain

    ***

    Juan Diego był Aztekiem. Urodził się w 1474 r. w małej wiosce Tlayacac. Przed chrztem nosił imię Cuauhtlatohuac lub Cuauhtlatoatzin, co oznacza “Mówiący Orzeł” lub “Orzeł, Który Mówi”.

    W roku 1524 lub 1525 ochrzcił go prawdopodobnie franciszkanin, o. Toribio de Benavente. Wraz z Juanem Diego przyjęła chrzest jego żona, która otrzymała imię Maria Lucia. Wkrótce zmarła, nie pozostawiając potomstwa.

    Juan Diego był bardzo gorliwym chrześcijaninem. 9 grudnia 1531 r., w obchodzone wtedy święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Juan wyszedł z domu przed świtem, aby zdążyć na Mszę św. w odległym kościele w Santiago. Było jeszcze ciemno i wyjątkowo zimno. Biegł przez kamieniste wzgórza. W pewnym momencie usłyszał przepiękny śpiew ptasich chórów, rozrzuconych po zaroślach rosnących na wzgórzu zwanym Tepeyac, w miejscu gdzie były ruiny pogańskiej świątyni poświęconej bogini matki bogów. Śpiew nagle ustał i zdumiony Indianin zobaczył przepiękną kobietę, otoczoną jakby słońcem, która wołała go po imieniu: “Juan Diego! Juanito!” Była cudownie piękna i wyglądała jakby miała 16 lat. Zapytała z niezwykłą czułością i miłością: “Dokąd idziesz, Juanie, najmniejszy i najdroższy z moich dzieci?” Juan odpowiedział: “Spieszę się by zdążyć na Mszę świętą i wysłuchać kazania.” Wtedy usłyszał: “Kocham cię mój drogi synku. Jestem Maryją, Niepokalaną Dziewicą, Matką Prawdziwego Boga, który daje życie i je zachowuje. On jest Stwórcą wszystkiego, Panem nieba i ziemi. On jest wszechobecny. Chcę, aby w tym miejscu wybudowano świątynię, gdyż chcę tutaj okazywać miłość i współczucie temu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc. Tutaj będę ocierać im łzy, uspokajać i pocieszać. Biegnij teraz do biskupa i powiedz mu, co tu widziałeś i słyszałeś.” Po tych słowach Juan upadł do stóp Maryi i powiedział: “Szlachetna Pani, idę spełnić twe życzenie.”

    Kiedy Juan dotarł do domu biskupa, szybko przekonał się, że wypełnienie misji, jaką Maryja mu powierzyła, jest ponad jego możliwości. Biskup Zumarraga wprawdzie był bardzo miły i cierpliwie wysłuchał opowiadania o objawieniu Matki Bożej, ale myśl o budowie kościoła na prawdziwym pustkowiu wydawała mu się niedorzeczna. Po tej rozmowie Juan Diego poszedł znów na wzgórze Tepeyac, aby opowiedzieć o wszystkim Maryi. Klęknął u Jej stóp i powiedział, że biskup prosił o jakiś znak. Odpowiedziała: “Miałeś przeze mnie wiele kłopotów, idź wiec w pokoju, aby odpocząć. Przyjdź tu jutro o świcie i wtedy dam ci znak, abyś przekazał go biskupowi.”

    Umocniony spotkaniem z Niepokalaną Juan Diego poszedł odwiedzić swojego ukochanego wuja Bernardino. Zmartwił się bardzo, kiedy zobaczył go w łóżku, dotkniętego ciężką chorobą. Nie mógł go zostawić samego, został wiec z nim przez całą noc i cały następny dzień, aby przygotować mu posiłki i ziołowe lekarstwa. To był główny powód, dla którego w poniedziałek rano nie mógł stawić się na umówione spotkanie z Matką Bożą. Juan Bernardino czuł się coraz gorzej i poprosił siostrzeńca, aby przyprowadził mu księdza, gdyż chciał jeszcze przed śmiercią wyspowiadać się i przyjąć Komunię św. Juan Diego wczesnym rankiem 12 grudnia pobiegł po księdza do kościoła parafialnego. Droga prowadziła przez wzgórze Tepeyac. W swojej naiwności sądził, że nie spotka Maryi, biegnąc wschodnią stroną wzgórza. Kiedy tam się znalazł, nagle, ku jemu wielkiemu zaskoczeniu, pojawiła się przed nim postać Matki Bożej. Niepokalana postawiła mu pytanie: “Co się stało, moje kochane dziecko?” Indianin pragnąc ukryć zakłopotanie, odpowiedział: “Moja Pani, dlaczego wstałaś tak wcześnie? Nic Ci nie jest? Wybacz że nie przyszedłem wczoraj rano, by zanieś biskupowi znak, który zamierzałaś mu posłać. Nie zlekceważyłem obietnicy, ale mój wujek jest umierający i pragnie bym sprowadził mu przed śmiercią księdza.”

    “Nie bój się, mój synku – odpowiedziała Maryja – czyż nie jestem twoją Matką, która się tobą opiekuje? Twój wujek odzyska zdrowie. A teraz posyłam cię z moją misją. Wejdź na szczyt wzgórza i nazbieraj kwiatów, które tam rosną i przynieś je tutaj.” Kiedy Juan wszedł na szczyt, zobaczył przepiękne kastylijskie róże, które przecież nie mogły same urosnąć w środku zimy na kamienistej, zmrożonej i pokrytej szronem ziemi. Szybko napełnił kwiatami swój indiański płaszcz (ayate), opuszczany z przodu jak peleryna i związany na plecach. Kiedy przybiegł z kwiatami, Maryja własnymi rękami je poukładała i zawiązała mu dolne końce ayate na szyi, by mógł bezpiecznie donieść kwiaty biskupowi. Powiedziała: “To jest obiecany znak, który przesyłam biskupowi. Kiedy go otrzyma, powinien zgodnie z moim pragnieniem wybudować w tym miejscu świątynię. Nie pokazuj nikomu kwiatów i nie opuszczaj końców ayate, dopóki nie znajdziesz się przed biskupem. Tym razem bądź pewny, że biskup uwierzy we wszystko, co mu powiesz.”

    Kiedy wpuszczono Juan Diego do domu biskupa, wszystkich zdumiał cudowny zapach, który otaczał ubogiego Indianina. Niektórzy próbowali uchwycić jego ayate i zobaczyć co tam kryje. Wszelkimi sposobami bronił dostępu, jednak niektórym udało się zobaczyć ukryte róże. Próbowali brać kwiaty w ręce, ale gdy ktoś tylko dotknął róży zamieniała się ona w rodzaj haftu na płaszczu Juan Diego. Kiedy wreszcie stanął przed biskupem Zumarraga, podniósł obie ręce i rozwiązał rogi swojego płaszcza. Zaskoczony biskup zobaczył całe naręcze cudownych kastylijskich róż, które po pewnym czasie znikały, a na ayate ukazało się przepiękne odbicie postaci Matki Boskiej. Biskup zerwał się z fotela i razem z domownikami ukląkł u stóp Indianina i przez długi czas adorował cudowny obraz. Po długim czasie gorącej modlitwy, biskup wstał, delikatnie zdjął ayate z ramion Juan Diego, i przeniósł ją do głównego ołtarza swojej kaplicy. Wieść o cudzie rozeszła się po mieście lotem błyskawicy. Następnego dnia w procesji przeniesiono cudowny obraz do katedry. Wydarzeniu towarzyszyły radosne śpiewy ogromnej rzeszy ludzi.

    12 grudnia rano Matka Boża objawiła się również umierającemu Juanowi Bernardino, wujkowi Juana Diego. Przywróciła mu pełne zdrowie i powiedziała, żeby się nie martwił o swojego siostrzeńca, gdyż posłała go do biskupa z cudownie odbitym obrazem na jego płaszczu. Powiedziała również pod jakim tytułem chciałaby, aby Ją czczono w przyszłości. Tłumacz, który przekazał biskupowi relację Juana Bernardino, przełożył tytuł jako “Zawsze Dziewica, Święta Maryja z Guadalupe”. Tubylcy rozumieli to imię “de Guatlashupe”, co pisze się w ich języku “tetlcoatlaxopeuh”, a znaczy “Zdeptany kamienny Wąż”. W ten sposób Matka Boża ogłosiła, że pokonała boga Quetzalcoatla, czczonego w postaci upierzonego węża. Wśród ludzi szybko rozniosła się wieść o imieniu, które obrała sobie Matka Boża, objawiając się Juanowi Diego i Bernardino.

    Na cudownym wizerunku dwie poły płaszcza są związane czarną wstążką w kształcie kokardy (dla Azteków był to znak, że kobieta jest w ciąży). Poniżej jest kwiat z czterema płatkami, symbol boskości. Znaczy to, że dziecko w łonie Maryi jest Bogiem. Badania astronomów w 1981 r. potwierdziły, że istnieje zgodność układu gwiazd na namalowanym na wizerunku płaszczu Matki Bożej z układem gwiazd w czasie objawień, w 1531 r.

    Zaraz po objawieniach rozpoczęto budowę pierwszej kaplicy na wzgórzu Tapeyac. Zakończono ją w ciągu 13 dni, przed świętami Bożego Narodzenia. 26 grudnia 1531 r. biskup Zumarraga przeniósł cudowny obraz w uroczystej procesji z katedry do kaplicy w Tapeyac. Wzieli w niej udział wszyscy mieszkańcy miasta. Indianie z wielkiej radości śpiewali i tańczyli. Biskup ustanowił Juana Diego odpowiedzialnym za nową kaplicę z cudownym obrazem Matki Bożej. Do nowego sanktuarium każdego dnia przybywały rzesze pielgrzymów. Juan Diego nieustannie opowiadał przychodzącym Indianom historię objawień w ich ojczystym języku. Wyjaśniał prawdy chrześcijańskiej wiary i w ten sposób przygotował Indian do przyjęcia chrztu, później odsyłał ich do misjonarzy, aby przez udzielenie sakramentów dopełnili dzieła ewangelizacji.

    Juan Diego zmarł 30 maja 1548 r. w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac. Jego beatyfikacji i kanonizacji dokonał Ojciec Święty Jan Paweł II.

    Dziś sanktuarium Matki Boskiej z Guadalupe jest najświętszym ze świętych miejsc całej Ameryki Łacińskiej. Każdy Meksykanin musi je odwiedzić przynajmniej raz w życiu, a 12 grudnia jest wielkim świętem w całym kraju. Dzieci udają się wtedy do kościołów przebrane za Juana Diego lub indiańskie dziewczynki, a największe uroczystości odbywają się oczywiście w sanktuarium.

    Nie bój się, mój synku – odpowiedziała Maryja – czyż nie jestem twoją Matką, która się tobą opiekuje? Twój wujek odzyska zdrowie. A teraz posyłam cię z moją misją. Wejdź na szczyt wzgórza i nazbieraj kwiatów, które tam rosną i przynieś je tutaj.” Kiedy Juan wszedł na szczyt, zobaczył przepiękne kastylijskie róże, które przecież nie mogły same urosnąć w środku zimy na kamienistej, zmrożonej i pokrytej szronem ziemi. Szybko napełnił kwiatami swój indiański płaszcz (ayate), opuszczany z przodu jak peleryna i związany na plecach. Kiedy przybiegł z kwiatami, Maryja własnymi rękami je poukładała i zawiązała mu dolne końce ayate na szyi, by mógł bezpiecznie donieść kwiaty biskupowi. Powiedziała: “To jest obiecany znak, który przesyłam biskupowi. Kiedy go otrzyma, powinien zgodnie z moim pragnieniem wybudować w tym miejscu świątynię. Nie pokazuj nikomu kwiatów i nie opuszczaj końców ayate, dopóki nie znajdziesz się przed biskupem. Tym razem bądź pewny, że biskup uwierzy we wszystko, co mu powiesz.”

    Kiedy wpuszczono Juan Diego do domu biskupa, wszystkich zdumiał cudowny zapach, który otaczał ubogiego Indianina. Niektórzy próbowali uchwycić jego ayate i zobaczyć co tam kryje. Wszelkimi sposobami bronił dostępu, jednak niektórym udało się zobaczyć ukryte róże. Próbowali brać kwiaty w ręce, ale gdy ktoś tylko dotknął róży zamieniała się ona w rodzaj haftu na płaszczu Juan Diego. Kiedy wreszcie stanął przed biskupem Zumarraga, podniósł obie ręce i rozwiązał rogi swojego płaszcza. Zaskoczony biskup zobaczył całe naręcze cudownych kastylijskich róż, które po pewnym czasie znikały, a na ayate ukazało się przepiękne odbicie postaci Matki Boskiej. Biskup zerwał się z fotela i razem z domownikami ukląkł u stóp Indianina i przez długi czas adorował cudowny obraz. Po długim czasie gorącej modlitwy, biskup wstał, delikatnie zdjął ayate z ramion Juan Diego, i przeniósł ją do głównego ołtarza swojej kaplicy. Wieść o cudzie rozeszła się po mieście lotem błyskawicy. Następnego dnia w procesji przeniesiono cudowny obraz do katedry. Wydarzeniu towarzyszyły radosne śpiewy ogromnej rzeszy ludzi.

    12 grudnia rano Matka Boża objawiła się również umierającemu Juanowi Bernardino, wujkowi Juana Diego. Przywróciła mu pełne zdrowie i powiedziała, żeby się nie martwił o swojego siostrzeńca, gdyż posłała go do biskupa z cudownie odbitym obrazem na jego płaszczu. Powiedziała również pod jakim tytułem chciałaby, aby Ją czczono w przyszłości. Tłumacz, który przekazał biskupowi relację Juana Bernardino, przełożył tytuł jako “Zawsze Dziewica, Święta Maryja z Guadalupe”. Tubylcy rozumieli to imię “de Guatlashupe”, co pisze się w ich języku “tetlcoatlaxopeuh”, a znaczy “Zdeptany kamienny Wąż”. W ten sposób Matka Boża ogłosiła, że pokonała boga Quetzalcoatla, czczonego w postaci upierzonego węża. Wśród ludzi szybko rozniosła się wieść o imieniu, które obrała sobie Matka Boża, objawiając się Juanowi Diego i Bernardino.

    Na cudownym wizerunku dwie poły płaszcza są związane czarną wstążką w kształcie kokardy (dla Azteków był to znak, że kobieta jest w ciąży). Poniżej jest kwiat z czterema płatkami, symbol boskości. Znaczy to, że dziecko w łonie Maryi jest Bogiem. Badania astronomów w 1981 r. potwierdziły, że istnieje zgodność układu gwiazd na namalowanym na wizerunku płaszczu Matki Bożej z układem gwiazd w czasie objawień, w 1531 r.

    Zaraz po objawieniach rozpoczęto budowę pierwszej kaplicy na wzgórzu Tapeyac. Zakończono ją w ciągu 13 dni, przed świętami Bożego Narodzenia. 26 grudnia 1531 r. biskup Zumarraga przeniósł cudowny obraz w uroczystej procesji z katedry do kaplicy w Tapeyac. Wzieli w niej udział wszyscy mieszkańcy miasta. Indianie z wielkiej radości śpiewali i tańczyli. Biskup ustanowił Juana Diego odpowiedzialnym za nową kaplicę z cudownym obrazem Matki Bożej. Do nowego sanktuarium każdego dnia przybywały rzesze pielgrzymów. Juan Diego nieustannie opowiadał przychodzącym Indianom historię objawień w ich ojczystym języku. Wyjaśniał prawdy chrześcijańskiej wiary i w ten sposób przygotował Indian do przyjęcia chrztu, później odsyłał ich do misjonarzy, aby przez udzielenie sakramentów dopełnili dzieła ewangelizacji.

    Juan Diego zmarł 30 maja 1548 r. w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac. Jego beatyfikacji i kanonizacji dokonał Ojciec Święty Jan Paweł II.

    Dziś sanktuarium Matki Boskiej z Guadalupe jest najświętszym ze świętych miejsc całej Ameryki Łacińskiej. Każdy Meksykanin musi je odwiedzić przynajmniej raz w życiu, a 12 grudnia jest wielkim świętem w całym kraju. Dzieci udają się wtedy do kościołów przebrane za Juana Diego lub indiańskie dziewczynki, a największe uroczystości odbywają się oczywiście w sanktuarium.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________


    Juan Diego i Matka Boża z Guadelupe. Jak „Mówiący głosem orła” został świętym

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Św. Juan Diego to pierwszy Indianin ogłoszony świętym Kościoła. To właśnie jemu objawiła się Matka Boża, nazywając Siebie Guadalupe, czyli w języku Azteków -„depcząca głowę węża”. Dzięki temu Maryjnemu objawieniu nawróciła się cała Ameryka Południowa. Kościół wspomina świętego Juana Diego 9 grudnia. 

    1.Ochrzczony Azteka

    Juan Diego urodził się w roku 1474, w państwie Azteków, w wiosce Tlayacac, odległej o około 20 km od obecnej stolicy Meksyku. Rodzice dali mu indiańskie imię Cuauhtlatoatzin, które w języku Azteków znaczy „Mówiący głosem orła”. Rodzina była uboga. Żywiła się z niewielkiego skrawka ziemi i zarobkowała, wyrabiając maty. Kiedy Cuauhtlatoatzin był już dorosłym, żonatym mężczyzną, państwo Azteków zostało podbite przez Hiszpanów  (1519-1521). Do pracy misyjnej przystąpili wówczas ojcowie z różnych zakonów. W miejscu, gdzie mieszkał Cuauhtlatoatzin z żoną Malitzin, ewangelizował franciszkanin ojciec Torbio. Indiańskich małżonków zachwyciła Ewangelia i postanowili przyjąć chrześcijańską wiarę. Ojciec Torbio chrztu udzielił im w1524 roku. Byli oni jednymi z pierwszych Azteków, którzy zostali chrześcijanami. Cuauhtlatoatzin dostał na chrzcie imiona Juan Diego a jego żona -Maria Łucja. Kiedy w roku 1529 Maria, żona Juana, zmarła, nie pozostawiając potomstwa, zamieszkał on w mieście Tolpetlac, u wuja Bernardina. 

    2.Objawienie na wzgórzu Tepeyac

    Juan Diego był bardzo gorliwym katolikiem. W każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo ponad dwadzieścia kilometrów z Tolpetlac do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć tam we Mszy św. i katechizacji. Właśnie podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 9 grudnia 1531 roku, przechodząc obok wzgórza Tepeyac, usłyszał przepiękny śpiew ptaków. Wiedziony ciekawością, wdrapał się na szczyt wzgórza, ale wtedy śpiew ptaków zmienił się w słodki głos kobiecy. Juan Diego ujrzał niewiastę o rysach i w stroju kobiety indiańskiej, stojącą obok ruin dawnej pogańskiej świątyni. Tajemnicza „Śliczna Pani”, jak ją nazywał Juan Diego, oznajmiła mu w jego ojczystym, azteckim języku „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie”. Maryja poprosiła Juana, aby nazywano ją Matką Bożą z Guadalupe. W języku azteckim guadalupe – znaczy „deptać głowę węża”. Poleciła mu także, aby udał się do ks. biskupa Juana de Zumárragi i przekazał mu przesłanie, że pragnieniem Matki Bożej jest, aby na wzgórzu Tepeyac zbudować świątynię ku Jej czci.

    3.Reprymenda biskupa

    Juan Diego od razu uwierzył w prawdziwość objawienia maryjnego. Odważnie poszedł do pałacu biskupiego, opowiedział duszpasterzowi o objawieniu i przedstawił mu prośbę Maryi. Biskup Zumárraga, podczas tego pierwszego spotkania z Juanem, nie potraktował jego słów poważnie. Zdawało mu się, że to tylko wymysły dewota. Dał mu surową reprymendę, powiedział że jak chce by mu uwierzono, to musi mieć niezbite dowody i „z kwitkiem” odprawił Indianina do domu. Juan się nieco podłamał. Dowodów żadnych nie miał. Chcąc zapomnieć o całej sprawie, całą swoją energię skierował na opiekę nad bardzo chorym wujem.

    4.Maryja nie rezygnuje

    12 grudnia 1531 roku wuj był już w agonii, dlatego Juan poszedł do kościoła w Tenochtitlan po księdza, aby ten udzielił wujowi ostatniego namaszczenia. Bał się ponownego spotkania z Maryją, bo nie wiedział co Jej ma powiedzieć, po tym jak biskup zażądał dowodów. Nie poszedł więc drogą koło wzgórza, na którym objawiła mu się Maryja, ale inną trasą. Matka Boża oczywiście nie dała się tak „obejść”. Zaszła mu drogę i o nic nie pytając, kazała Juanowi, w miejscu które mu wskazała, nazbierać świeżych kwiatów, a potem zanieść je biskupowi. Juan powiedział  „Pięknej Pani”, że teraz nie może zbierać kwiatów, a tym bardziej odwiedzić biskupa, bo jego wuj umiera i potrzebuje księdza. Maryja uspokoiła go, obiecując, że wuj nie umrze ale wyzdrowieje. I tak się później stało. Juan już dłużej nie robił oporów, poszedł na wskazane przez Maryję skaliste miejsce i nazbierał tam, w połę płaszcza,  wiele przepięknych róż.   

    5.Cuda

    Kiedy Juan stanął przed biskupem z naręczem kastylijskich róż, które nie miały fizycznego prawa wyrosnąć zimą na skałach wzgórza Tepeyac, oniemiał ze zdumienia. Wówczas zaczęło docierać do jego świadomości, że Juan mówi prawdę. Kolejnym mocnym tego potwierdzeniem był wizerunek przepięknej kobiety, który ukazał się oczom biskupa i innych dostojników, zebranych wokół niego. Obraz ten pojawił się na indiańskim płaszczu Juana. Młoda kobieta miała kolor skóry i rysy Indianki. Ubrana była w różową tunikę i okryta wspaniałej urody turkusowym płaszczem. Te kolory ubrania u azteckich kobiet oznaczały bycie w stanie błogosławionym. Jej postać otaczały złociste promienie. Kiedy ten wizerunek na swoim płaszczu ujrzał Juan, krzyknął z zachwytu „To właśnie jest Piękna Pani”. Biskup padł wówczas na kolana, przepraszając Matkę Bożą za swoje niedowiarstwo. W niedługim czasie, zgodnie z życzeniem Maryi, na wzgórzu Tepeyac zbudowano nieduży kościółek, do którego procesjonalnie została przeniesiony płaszcz Juana z wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. W roku 1895 wzniesiono na tym miejscu okazałą bazylikę, którą w 1976 roku zastąpiono nową, większą budowlą sanktuarium maryjnego, znanego dziś na całym świecie.

    6.Jak Matka Boża nawróciła Amerykę Południową

    Juan Diego zamieszkał w pokoju, przygotowanym dla niego obok świątyni. Spędził tam resztę życia, opowiadając przybywającym do sanktuarium pielgrzymom o objawieniach, wyjaśniając prawdy wiary i przygotowując wielu do chrztu. Po objawieniach Maryjnych, Aztekowie masowo przyjmowali wiarę. W ciągu zaledwie 6 lat od wydarzeń na górze Tepeyac, chrzest przyjęło aż 8 milionów Indian. Szczególnie mocno przemówiły do nich słowa Maryi, która kazała się nazywać „Ta, która depcze głowę węża”, czyli Guadalupe. Bowiem Aztekowie, przed przybyciem Hiszpanów,  wyznawali bożka o nazwie „pierzasty wąż”, któremu składali ofiary z ludzi. Po objawieniach Maryjnych, zrozumieli więc, że Matka Boża pokonała tego węża. W ciągu niewielu dziesięcioleci chrześcijaństwo przyjęła cała Ameryka Południowa.

    7.Pierwszy święty Indianin

    Juan Diego zmarł 30 maja 1548 roku w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac. 6 maja 1990 roku św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a 31 lipca 2002 roku, podczas swojej kolejnej pielgrzymki do Meksyku, włączył go do grona świętych.

    (źródła – brewiarz.pl, gauadalupe.com, niedziela.pl)

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 grudnia

    Niepokalane Poczęcie
    Najświętszej Maryi Panny

    Bartolome Esteban Murillo: Niepokalana Maryja

    Prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi jest dogmatem wiary. Ogłosił go uroczyście 8 grudnia 1854 r. bullą Ineffabilis Deus papież Pius IX w bazylice św. Piotra w Rzymie w obecności 54 kardynałów i 140 arcybiskupów i biskupów. Papież pisał tak: Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć. Tym samym kto by tej prawdzie zaprzeczał, sam wyłączyłby się ze społeczności Kościoła, stałby się odstępcą i winnym herezji.Maryja od momentu swojego poczęcia została zachowana nie tylko od wszelkiego grzechu, którego mogłaby się dopuścić, ale również od dziedziczonego przez nas wszystkich grzechu pierworodnego. Stało się tak, chociaż jeszcze nie była wtedy Matką Boga. Bóg jednak, ze względu na przyszłe zbawcze wydarzenie Zwiastowania, uchronił Maryję przed grzesznością. Maryja była więc poczęta w łasce uświęcającej, wolna od wszelkich konsekwencji wynikających z grzechu pierworodnego (np. śmierci – stąd w Kościele obchodzimy uroczystość Jej Wniebowzięcia, a nie śmierci). Przywilej ten nie miał tylko charakteru negatywnego – braku grzechu pierworodnego; posiadał również charakter pozytywny, który wyrażał się pełnią łaski w życiu Maryi.

    Francisco de Zurbaran: Niepokalana Maryja

    Historia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu jest bardzo długa. Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa liczni teologowie i pisarze wskazywali na szczególną rolę i szczególne wybranie Maryi spośród wszystkich ludzi. Ojcowie Kościoła nieraz nazywali Ją czystą, bez skazy, niewinną. W VII wieku w Kościele greckim, a w VIII w. w Kościele łacińskim ustanowiono święto Poczęcia Maryi. Późniejsi teologowie, szczególnie św. Bernard i św. Tomasz z Akwinu zakwestionowali wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi, ponieważ – według nich – przeczyłoby to dwóm innym dogmatom: powszechności grzechu pierworodnego oraz konieczności powszechnego odkupienia wszystkich ludzi, a więc także i Maryi. Ten problem rozwikłał w XIII w. Jan Duns Szkot, który wskazał, że uchronienie Bożej Rodzicielki od grzechu pierworodnego dokonało się już mocą odkupieńczego zwycięstwa Chrystusa. W 1477 papież Sykstus IV ustanowił w Rzymie święto Poczęcia Niepokalanej, które od czasów Piusa V (+ 1572 r.) zaczęto obchodzić w całym Kościele.
    W czasie objawień w Lourdes w 1858 r. Maryja potwierdziła ogłoszony zaledwie cztery lata wcześniej dogmat. Bernardecie Soubirous przedstawiła się mówiąc: “Jestem Niepokalane Poczęcie”.Kościół na Wschodzie nigdy prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi nie ogłaszał, gdyż była ona tam powszechnie wyznawana i praktycznie nie miała przeciwników.
    Warto zwrócić uwagę, że teologia rozróżnia niepokalane poczęcie i dziewicze poczęcie. Niepokalane poczęcie dotyczy ustrzeżenia Maryi od chwili Jej poczęcia od grzechu pierworodnego (przywilej, cud w porządku moralnym). Dziewicze poczęcie polega natomiast na tym, że Maryja poczęła w sposób dziewiczy “za sprawą Ducha Świętego” Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa (przywilej, cud w porządku natury).Kościół Wschodni ustalił tylko jeden typ ikonograficzny w X w. Obraz przedstawia spotkanie św. Joachima ze św. Anną przy Złotej Bramie w Jerozolimie. W tym bowiem momencie według tradycji wschodniej miał nastąpić moment poczęcia Maryi. Ikonografia zachodnia jest bogatsza i bardziej różnorodna. Do najdawniejszych typów Niepokalanej (XV w.) należy Niewiasta z Apokalipsy, “obleczona w słońce”. Od czasów Lourdes powstał nowy typ. Ostatnio bardzo często spotyka się także Niepokalaną z Fatimy. Dokoła obrazu Niepokalanej często umieszczano symbole biblijne: zamknięty ogród, lilię, zwierciadło bez skazy, cedr, arkę Noego.


    Niepokalana Maryja

    Zgodnie z kanonem 1246 Kodeksu Prawa Kanonicznego w dniu dzisiejszym mamy obowiązek uczestniczyć w Eucharystii. Jednakże na mocy dekretu Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 4 marca 2003 r. Polacy są zwolnieni z tego obowiązku (ze względu na fakt, że nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy). Nie jesteśmy zatem zobowiązani do udziału we Mszy św. i powstrzymania się od prac niekoniecznych. Jeśli jednak mamy taką możliwość – powinniśmy wziąć udział w Eucharystii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    NIEPOKALANE POCZĘCIE

    Kaplica Cudownej Madonny w bazylice mniejszej św. Andrzeja della Fratte
    Kaplica Cudownej Madonny w bazylice św. Andrzeja della Fratte w Rzymie,
    gdzie Matka Boża ukazała się Alfonsowi Ratisbonne’owi
    fot. Marek Bazak/East News
    /Aleteia.pl
     Czy Niepokalane Poczęcie nie oddala Matki Najświętszej od nas, zwykłych grzesznych ludzi? Jeśli Ona od pierwszego momentu swojego poczęcia była bezgrzeszna i przez całe życie nie było w Niej żadnego grzesznego pożądania, wynika stąd, że nie zaznała Ona w sobie walki dobra ze złem, a przecież głównie na tym polega trud ludzkiej egzystencji!
    Gdyby Pańska obawa była słuszna, trzeba by ją odnieść również do Jezusa Chrystusa, którego poczęcie w ludzkiej naturze niewątpliwie było bezgrzeszne i który przez całe swoje ziemskie życie nigdy nie zbrudził się nawet najmniejszym grzesznym pożądaniem. A przecież Syn Boży nie tylko doświadczył na sobie ataków zła, kiedy znajdował się na pustyni i był kuszony przez szatana, ale był atakowany jak nikt inny, zwłaszcza na Górze Kalwarii. Toteż w Liście do Hebrajczyków (4,15) — jakby specjalnie dla Pana — napisano: “Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu”.Wskutek naszych grzechów książę ciemności ma niestety wiele do powiedzenia na naszej ziemi. Zatem nic dziwnego, że kiedy pojawił się na niej “Baranek niepokalany i bez skazy — jak nazywa Syna Bożego Apostoł Piotr (1 P 1,19) — szatan zrobił wszystko, żeby uzyskać od Niego bodaj cząstkę dla siebie. Syn Boży zniósł zwycięsko cały impet ataku, ale że nie było Mu łatwo, świadczy o tym zarówno krwawy pot w Ogrójcu, jak dramatyczna skarga Ukrzyżowanego.Otóż najbliższym, niewątpliwie najbliższym Synowi Bożemu człowiekiem była Jego Matka. Pan Bóg powołał do istnienia miliardy ludzi, ale Ona jedna jest Matką Jego Syna! W tym jedynym związku, jakim Syn Boży związany był ze swoją Matką, nie mogło być nawet cienia niedoskonałości ani egocentryzmu. Syn Boży przyszedł na tę ziemię, aby nam wszystkim zapewnić udział w swojej świętości i czystości, ale nie ulega wątpliwości, że najpełniej i ponadobficie ogarnął swoją świętością własną Matkę; jest Ona “łaski pełna” (Łk 1,28). Przygotował Ją sobie na Matkę od pierwszego momentu Jej poczęcia, tak jak słońce udziela światła jutrzence na długo przed swoim wschodem.Jednak ta szczególna, macierzyńska bliskość Syna Bożego wystawiła też Maryję na szczególne ataki zła. Ona była przecież tuż obok swojego Syna, przeciw któremu zwróciła się cała wściekłość szatana, zagrożonego w swoim stanie posiadania. Pobożność katolicka od wieku rozpamiętuje siedem uderzeń, które spadły na Matkę Najświętszą za to tylko, że była matką tego Człowieka. Naprawdę nie trzeba się martwić o to, że nie zaznała Ona ataków zła, bo w rzeczywistości doświadczyła ich aż nadto.Owszem, nie było w Niej rozdwojenia, nie było w Niej — a tym bardziej w Jej Synu — wroga wewnętrznego, który jest w nas i który sprawia, że nieraz zło w nas zwycięża. Czy to jednak Chrystusa albo Ją od nas oddala? Czy dobry lekarz staje się mniej bliski choremu przez to, że sam jest zdrowy? To prawda, syty często nie rozumie głodnego, bogaty nędzarza, a zdrowy chorego. Ale ów brak zrozumienia bierze się z przyrodzonego grzesznikom egocentryzmu. Tam, gdzie jest miłość i nie ma zamknięcia się w sobie, zło doznawane przez drugiego boli tak, jakby samemu się go doświadczało. Grzech zaś, który niszczy kogoś mi bliskiego, boli mnie jeszcze bardziej niż jego samego, jako że każdy grzesznik jest w większym lub mniejszym stopniu duchowo nieprzytomny.To byłoby koszmarne, gdyby zakorzenienie w rzeczywistości mierzyło się stopniem utytłania w grzechu. Na szczęście jest dokładnie odwrotnie: właśnie grzech wykorzenia z rzeczywistości. Jeśli jakiś kiepski pisarz przedstawia swoich bohaterów jako istoty idealne i bezgrzeszne, czytelnicy odbierają takie postacie jako abstrakcyjne, bez ciała i krwi. I słusznie. Bo wszyscy ludzie, których znamy z doświadczenia, w rzeczywistości są grzesznikami i przedstawiać ich jako bezgrzesznych to to samo, co skazać na żywot czysto papierowy. Rzecz jednak w tym, że Chrystus — a dzięki Niemu również Jego Matka — był naprawdę bez grzechu. Być człowiekiem papierowym to znaczy w ogóle nie być człowiekiem, ale być człowiekiem naprawdę bez grzechu to to samo, co być Człowiekiem Doskonałym. O tym, że dobro tworzy człowieka, a zło niszczy, częściowo wiemy nawet z doświadczenia.Nie jestem mniej człowiekiem dlatego, że nie doświadczyłem nigdy pijackiego głodu denaturatu i że sumienie nie musiało mi wypominać jakiejś wielkiej zbrodni. Natomiast tym bardziej jestem człowiekiem, im prawdziwsza we mnie tęsknota za trwaniem w dobru wbrew wszelkim przeciwnościom oraz im prawdziwiej umiem przyjść z pomocą ludziom zgnębionym grzechem. Chrystus, Zbawiciel wszystkich ludzi, nie tylko nie załamał się w ciężkich utrapieniach, jakie Go spotkały, ale wytrwał do końca w gorącym współczuciu dla wszystkich grzeszników, własnych morderców nie wyłączając. Najbliższą Towarzyszką w tej Jego ciężkiej pracy bycia Doskonałym Człowiekiem na ziemi zalanej grzechem była od samego początku Jego Matka. W swojej miłości uczynił Ją wolną od wszelkiego grzechu, aby ujawniło się w Niej pierwotne piękno człowieczeństwa, stworzonego na obraz Boży, a zarazem aby w Niej dokonał się początek odkupienia całego naszego ludzkiego rodu.O tym pierwszym aspekcie Jej Niepokalanego Poczęcia pięknie pisali Gertruda von Le Fort oraz Teilhard de Chardin. Von Le Fort w eseju pt. Niewiasta wieczna: “Dogmat o Niepokalanej jest objawieniem tego, jakim był człowiek przed swoim upadkiem, ukazuje on nieskalane oblicze stworzenia, ukazuje Boskie podobieństwo w człowieku. Teraz staje się już zrozumiałe owo zawrotne, dotyczące wszystkich ludzi znaczenie dogmatu maryjnego. Skoro bowiem jest Niepokalana czystym podobieństwem Bożym całej ludzkości, to jest Dziewica ze sceny zwiastowania również tej ludzkości Przedstawicielką”.Dla Teilharda de Chardin prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi potwierdzała paradoksalność Wcielenia. Normalnie rzecz biorąc, stworzenie powinno się zbliżać do Boga. W Jezusie Chrystusie stało się poniekąd odwrotnie: to Bóg zbliżył się do stworzenia. W tym celu przygotował sobie Niepokalaną Matkę, aby Go niejako przyciągnęła na naszą ziemię: “Bóg, gdy nadszedł czas, w którym postanowił urzeczywistnić na naszych oczach swoje Wcielenie, musiał najpierw wzbudzić na świecie cnotę, która byłaby zdolna przyciągnąć Go do nas. Potrzeba Mu było Matki, która by Go zrodziła w ludzkim świecie. Cóż wtedy uczynił? Stworzył Dziewicę Maryję, czyli sprawił, że na Ziemi pojawiła się czystość tak wielka, iż w tej przejrzystości mógł się zogniskować i pojawić jako Dziecię” (Środowisko Boże, cz. 3).Warto dodać, że Niepokalane Poczęcie Maryi jest tylko najszczególniejszym przypadkiem powszechnego postępowania Boga z ludźmi. Każdego z nas Pan Bóg pierwszy umiłował. Umiłował nas, kiedyśmy jeszcze byli w łonach naszych matek, a nawet jeszcze przed naszym poczęciem (por. Ps 71,6; 22,10; Syr 50,22). Cóż zatem dziwnego, że kiedy Syn Boży postanowił stać się dla nas Człowiekiem Doskonałym, umiłował najszczególniej, jeszcze przed Jej poczęciem, swoją przyszłą Matkę? Że uczynił Ją od pierwszego momentu istnienia Człowiekiem Doskonałym? Przecież nawet nie wypadałoby Bogu urodzić się z kobiety, która choćby przez moment była dotknięta grzechem! 

    o. Jacek Salij OP

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 grudnia

    Święty Ambroży, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Józefa Rossello, dziewica
    ***


    fot. ze strony Pszczelarz
    ***

    Ambroży urodził się około 340 r. w Trewirze, ówczesnej stolicy cesarstwa (dziś w Niemczech). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Biskupstwo powstało tu już w wieku III/IV, od wieku VIII było już stolicą metropolii. Po św. Marcelinie i po św. Uraniuszu Satyrze, Ambroży był trzecim z kolei dzieckiem namiestnika.
    Podanie głosi, że przy narodzeniu Ambrożego, ku przerażeniu matki, rój pszczół osiadł na ustach niemowlęcia. Matka chciała ten rój siłą odegnać, ale roztropny ojciec kazał poczekać, aż rój ten sam się poderwał i odleciał. Paulin, który był sekretarzem naszego Świętego oraz pierwszym jego biografem, wspomina o tym wydarzeniu. Ojciec po tym wypadku zawołał: “Jeśli niemowlę żyć będzie, to będzie kimś wielkim!”. Wróżono, że Ambroży będzie wielkim mówcą. W owych czasach był zwyczaj, że chrzest odkładano jak najpóźniej, aby możliwie przed samą śmiercią w stanie niewinności przejść do wieczności. Innym powodem odkładania chrztu był fakt, że ten sakrament przyjęcia do grona wyznawców Chrystusa traktowano nader poważnie, z całą świadomością, że przyjęte zobowiązania trzeba wypełniać. Dlatego Ambroży przez wiele lat był tylko katechumenem, czyli kandydatem, zaś chrzest przyjął dopiero przed otrzymaniem godności biskupiej. Potem sam będzie ten zwyczaj zwalczał.
    Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę. W 365 roku, kiedy Ambroży miał 25 lat, udał się z bratem św. Satyrem do Syrmium (dziś: Mitrovica), gdzie była stolica prowincji Pannonii. Gubernatorem jej bowiem był przyjaciel ojca, Rufin. Pozostał tam przez 5 lat, po czym dzięki protekcji Rufina Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu, zmarł bowiem ariański biskup tego miasta, Auksencjusz. Przy wyborze nowego biskupa powstał gwałtowny spór: katolicy chcieli mieć biskupa swojego, a arianie swojego (arianizm kwestionował równość i jedność Osób Trójcy Świętej, został potępiony ostatecznie na Soborze Konstantynopolitańskim w 381 r.).
    Ambroży udał się do kościoła na mocy swojego urzędu, jak również dla zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Kiedy obie strony nie mogły dojść do zgody, jakieś dziecię miało zawołać: “Ambroży biskupem!” Wszyscy uznali to za głos Boży i zawołali: “Ambroży biskupem!” Zaskoczony namiestnik cesarski prosił o czas do namysłu. Skorzystał z nastającej nocy i uciekł z miasta. Rano jednak ujrzał się na koniu u bram Mediolanu. Widząc w tym wolę Bożą, postanowił więcej się jej nie opierać. O wyborze powiadomiono cesarza Walentyniana, który wyraził na to swoją zgodę. Dnia 30 listopada 373 r. Ambroży przyjął chrzest i wszystkie święcenia, a 7 grudnia został konsekrowany na biskupa. Rozdał ubogim cały swój majątek. Na wiadomość o wyborze Ambrożemu swoje gratulacje przesłali papież św. Damazy I i św. Bazyli Wielki.
    Pierwszym aktem nowego biskupa było uproszenie św. Bazylego, by przysłał mu relikwie św. Dionizego, biskupa Mediolanu, wygnanego przez arian do Kapadocji (zmarł tam w 355 r.). Św. Bazyli chętnie wyświadczył tę przysługę delegacji mediolańskiej. Relikwie powitano uroczyście. Z tej okazji Ambroży wygłosił porywającą mowę, którą wszystkich zachwycił. Odtąd będzie głosił słowo Boże przy każdej okazji, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek. Sam również w każdy Wielki Post przygotowywał osobiście katechumenów na przyjęcie w Wielką Sobotę chrztu. W rządach był łagodny, spokojny, rozważny, sprawiedliwy, życzliwy. Kapłani mieli więc w swoim biskupie najpiękniejszy wzór dobrego pasterza.
    Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską i który został zachowany do dzisiaj; celebracje w liturgii ambrozjańskiej dozwolone są w diecezji mediolańskiej i we włoskojęzycznej części Szwajcarii.
    Ambroży dał się poznać jako pasterz rozważny, wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyróżniał się silną wolą, poczuciem ładu, zmysłem praktycznym. Cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczą nadawane mu określenia: “kolumna Kościoła”, “perła, która błyszczy na palcu Boga”. Ideałem przyświecającym działalności św. Ambrożego było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo.

    Listy. Ambroży do Teofila

    Dla odpowiedniego przygotowania kleru diecezjalnego Ambroży założył rodzaj seminarium-klasztoru tuż za murami miasta. Życiu przebywających tam kapłanów nadał regułę. Sam też często ich nawiedzał i przebywał z nimi. Był wszędzie tam, gdzie uważał, że jego obecność jest wskazana: w roku 376 wziął udział w Syrmium w wyborze prawowitego biskupa, a w dwa lata potem w tym samym mieście uczestniczył w synodzie przeciw arianom. Wziął także udział w podobnym synodzie w Akwilei, na którym usunięto ostatnich biskupów ariańskich (381). W roku 382 Ambroży wziął udział w synodzie w Rzymie, zwołanym przez papieża przeciwko apolinarystom (kwestionującym równość boskiej i ludzkiej natury Chrystusa) oraz przeciwko antypapieżowi Ursynowi. W roku 383 udał się do Trewiru, by omówić pilne sprawy kościelne.
    W roku 378 przeniosła się do Mediolanu matka cesarza Walentyniana II, Justyna, jawna zwolenniczka arian. Zabrała jedną z bazylik dla swoich wyznawców i obsadziła ariańskimi duchownymi swój zamek. Na swym 12-letnim synu wymogła, żeby prefektem (namiestnikiem) miasta mianował poganina, Symmacha, a gubernatorem całego okręgu mediolańskiego Pretestata, innego poganina. W tym czasie legiony ogłosiły cesarzem Maksymiana. Walentynian II, niepewny o swój los, przeniósł się do Mediolanu, ulegając we wszystkim matce-ariance. Gdy Ambroży udał się do Wenecji na początku roku 386, Justyna wymogła na cesarzu, żeby wydał dekret równouprawnienia dla arian z groźbą kary śmierci dla ich “prześladowców”. Kiedy zaś Ambroży powrócił do Mediolanu, nakazała ariańskiemu biskupowi Mercurino Aussenzio zająć dla arian bazylikę Porziana. Uprzedzony przedtem o niebezpieczeństwie, Ambroży zamknął się w tej właśnie bazylice wraz z ludem. Straż cesarska wraz z arianami otoczyła kościół, ale Ambroży ich do niego nie wpuścił. Oblężenie trwało przez szereg dni i nocy (podobno aż dwa miesiące). Mieszkańcy Mediolanu donosili pokarm oblężonym. Ponieważ mogło to skończyć się rewoltą, arianie musieli ustąpić, gdyż stanowili już wówczas mniejszość. Wywołało to ogromny entuzjazm, a Ambrożemu przyniosło daleki rozgłos. W dwa lata potem zmarła Justyna. Ponieważ wzrastała liczba wiernych, a w mieście były tylko trzy kościoły, Ambroży wystawił dalsze dwa oraz kilka kaplic.
    Pod wpływem Ambrożego cesarz Gracjan zrzekł się tytułu i stroju arcykapłana, jaki przynależał cesarzom rzymskim, usunął posąg Zwycięstwa oraz zniósł przywileje kapłanów pogańskich i westalek. Nie mniej serdeczne stosunki łączyły Ambrożego z następcą Gracjana, cesarzem Teodozjuszem Wielkim, który również na pewien czas obrał sobie w Mediolanie stolicę. Cesarz, nie bez wpływu biskupa Mediolanu, dekretem z roku 390 nakazał trzymać się orzeczeń soboru nicejskiego (325), w roku następnym zabronił wróżb i ogłosił kary za powrót do pogaństwa. W 390 roku wybuchły zamieszki w Tesalonice, w Macedonii. Cesarz łatwo je uśmierzył, lecz w swojej zapalczywości kazał zebrać się mieszkańcom miasta w amfiteatrze i wymordował ponad 7000 osób. Kiedy wracał z Werony do Mediolanu, Ambroży, wstrząśnięty wypadkami w Tesalonice, wystosował do niego list pełen czci, ale i wyrzutu, prosząc Teodozjusza, aby za tę publiczną, głośną zbrodnię przyjął publiczną pokutę. Jak wielki miał Ambroży autorytet, świadczy fakt, że cesarz pokutę wyznaczoną przyjął i przez trzy miesiące nie wstępował do kościoła (jako grzesznik). Pod wpływem kazań św. Ambrożego nawrócił się św. Augustyn, którego biskup ochrzcił w 387 r.
    W roku 392 Ambroży udał się aż do Kapui, by wziąć udział w synodzie zwołanym dla potępienia herezji, która Maryi odmawiała dziewictwa. Chciał udać się także do Pawii, by wziąć udział w instalacji nowego biskupa (397). Niestety, zabrakło mu sił. Pożegnał ziemię dla nieba dnia 4 kwietnia 397 roku, mając ok. 57 lat. Pochowano go w Mediolanie w bazylice, która dzisiaj nosi nazwę św. Ambrożego, obok śmiertelnych szczątków świętych męczenników Gerwazego i Protazego.
    Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny – te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów. Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Z powodu bogatej spuścizny literackiej został zaliczony, obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego, do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Jego święto ustalono w rocznicę konsekracji biskupiej. Jest patronem Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.W ikonografii św. Ambroży przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym. Malarze często ukazywali go w grupie czterech ojców Kościoła. Jego atrybutami są: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro jako znak boskiej inspiracji, księga, krzyż, mitra, model kościoła, napis: “Dobra mowa jest jak plaster miodu”, pastorał, pióro, ul.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Św. Ambroży

    Doktorzy Kościoła: Hieronim, Augustyn, Grzegorz i Ambroży - Michael Pacher, Public domain, via Wikimedia Commons

    Doktorzy Kościoła: Hieronim, Augustyn, Grzegorz i Ambroży Michael Pacher, Public domain, via Wikimedia Commons

    ****

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 24.10.2007

    Drodzy bracia i siostry!

    Św. biskup Ambroży — o którym będę dzisiaj mówił — zmarł w Mediolanie w nocy z 3 na 4 kwietnia 397 r. Świtał poranek Wielkiej Soboty. Poprzedniego dnia około piątej po południu zaczął się modlić, leżąc w łóżku z rozkrzyżowanymi ramionami i tak uczestniczył w uroczystym Triduum paschalnym, w śmierci i zmartwychwstaniu Pana. «Widzieliśmy, jak poruszały się jego wargi — potwierdza wierny diakon Paulin, który na prośbę Augustyna napisał jego żywot (Vita Ambrosii) — ale nie słyszeliśmy jego głosu». W pewnym momencie wydało się, że jego stan gwałtownie się pogorszył. Honorata, biskupa Vercelli, który opiekował się wówczas Ambrożym i spał piętro wyżej, obudził głos, który powtarzał: «Wstawaj szybko! Ambroży umiera…» Honorat zszedł pospiesznie — pisze dalej Paulin — «i podał świętemu Ciało Pańskie. Zaledwie Ambroży je przyjął i spożył, oddał ducha, zabierając ze sobą dobry wiatyk. I tak jego dusza, pokrzepiona mocą tego pokarmu, przebywa teraz wśród aniołów» (Vita Ambrosii, 47). W ów Wielki Piątek 397 r. rozwarte ramiona umierającego Ambrożego wyrażały jego mistyczne uczestnictwo w śmierci i zmartwychwstaniu Pana. Taka była jego ostatnia katecheza: gdy zamilkł, przemawiało jeszcze świadectwo jego życia.

    Ambroży nie był stary, kiedy umierał. Nie miał nawet sześćdziesięciu lat, bo urodził się ok. 340 r., w Trewirze, gdzie jego ojciec był prefektem Galii. Była to rodzina chrześcijańska. Po śmierci ojca, gdy był jeszcze małym chłopcem, mama zawiozła go do Rzymu i skierowała na drogę kariery urzędniczej, zapewniając mu gruntowne wykształcenie w zakresie retoryki i prawa. Ok. 370 r. został wysłany do Mediolanu, skąd zarządzał prowincjami Emilii oraz Ligurii. Trwała tam walka między wyznawcami prawdziwej wiary a arianami, która przybrała na sile po śmierci ariańskiego biskupa Auksencjusza. Ambroży starał się pogodzić rozpalone umysły obu walczących stron. Autorytet jego urósł tak dalece, że chociaż był zwykłym katechumenem, został okrzyknięty przez lud biskupem Mediolanu.

    Do tego momentu Ambroży był najwyższym rangą urzędnikiem cesarstwa w północnych Włoszech. Nowy biskup, bardzo wykształcony, ale nie znający Pisma Świętego, zaczął je gorliwie studiować. Poznawać i komentować Biblię nauczył się na podstawie dzieł Orygenesa, niekwestionowanego mistrza «szkoły aleksandryjskiej». Ambroży rozpowszechnił w środowisku łacińskim medytacje Pisma Świętego na wzór Orygenesa, wprowadzając na Zachodzie praktykę lectio divina. Metodę lectio stosował Ambroży w całym swym przepowiadaniu i we wszystkich pismach, które zrodziło właśnie modlitewne słuchanie słowa Bożego. Słynny wstęp jednej z ambrozjańskich katechez dobrze ukazuje, w jaki sposób święty biskup odnosił Stary Testament do życia chrześcijańskiego: «Kiedy czytaliśmy historie patriarchów oraz maksymy z Księgi Przysłów, zajmowaliśmy się codziennie moralnością — mówi biskup Mediolanu do swoich katechumenów i neofitów — abyście uformowani przez nie i czerpiąc z nich naukę, przyzwyczajali się iść drogą Ojców i posłuszeństwa Bożym przykazaniom» (De mysteriis, 1, 1). Innymi słowy, zdaniem biskupa, neofici i katechumeni, nauczeni żyć dobrze, mogą uważać się za przygotowanych do wielkich tajemnic Chrystusa. Nauczanie Ambrożego — stanowiące zasadniczą część jego ogromnej spuścizny literackiej — zaczyna się od lektury świętych Ksiąg («Patriarchów», czyli ksiąg historycznych, oraz «Przysłów», to znaczy ksiąg mądrościowych), by ukazać, jak żyć zgodnie z Bożym Objawieniem.

    Jest rzeczą oczywistą, że osobiste świadectwo kaznodziei oraz stopień przykładności życia wspólnoty chrześcijańskiej decydują o skuteczności przepowiadania. W sposób wymowny świadczy o tym pewien fragment z Wyznań św. Augustyna. Przybył on do Mediolanu jako profesor retoryki. Był sceptykiem, niechrześcijaninem. Szukał prawdy chrześcijańskiej, ale w rzeczywistości nie mógł jej znaleźć. Tym, co poruszyło serce młodego afrykańskiego retora, nastawionego sceptycznie i zrozpaczonego, i w końcu skłoniło go do nawrócenia, nie były piękne (choć przez niego cenione) homilie Ambrożego. Dokonało tego świadectwo biskupa i Kościoła mediolańskiego, modlącego się i śpiewającego, zjednoczonego jak jedno ciało. Był to Kościół zdolny oprzeć się apodyktycznemu cesarzowi i jego matce, którzy w pierwszych dniach 386 r. na nowo próbowali zarekwirować dla potrzeb ceremonii ariańskich budynek sakralny. W budynku, który miał być zajęty — opowiada Augustyn — czuwał pobożny lud, «gotowy umrzeć razem ze swoim biskupem». To świadectwo pochodzące z Wyznań jest cenne, ponieważ sygnalizuje, że coś się poruszyło w sercu Augustyna, który mówi dalej: «Chociaż mnie jeszcze wtedy nie rozgrzewał żar Ducha Twego, udzielał się niepokój i podniecenie miasta» (Wyznania, 9, 7; tłum. Z. Kubiak, Kraków 2000, s. 241).

    Życie i przykład biskupa Ambrożego nauczyły Augustyna wierzyć i przepowiadać słowo Boże. Możemy przypomnieć słynne kazanie Afrykańczyka, które zasłużyło na to, aby je przytoczono wiele wieków później w soborowej Konstytucji Dei verbum: «Jest przeto rzeczą konieczną — zachęca Dei verbum (n. 25) — aby wszyscy duchowni, zwłaszcza kapłani Chrystusowi i inni, którzy jako diakoni lub katechiści zgodnie z otrzymaną misją zajmują się posługą słowa, pozostawali w zażyłości z Pismem Świętym przez pilne czytanie duchowe oraz staranne studium, aby nikt z nich nie stał się — i tu cytowane są słowa Augustyna — ‘bezużytecznym głosicielem słowa Bożego na zewnątrz, wewnątrz nie będąc jego słuchaczem’». Właśnie od Ambrożego nauczył się tego «bycia słuchaczem wewnątrz», pilnego czytania Pisma Świętego z nastawieniem modlitewnym, by rzeczywiście przyjąć w swoim sercu i przyswoić sobie słowo Boże.

    Drodzy bracia i siostry, chciałbym wam jeszcze zaproponować swoistą «ikonę patrystyczną», która — interpretowana w świetle tego, co powiedzieliśmy — dobrze ukazuje «sedno» doktryny ambrozjańskiej. W szóstej księdze Wyznań Augustyn opowiada o swoim spotkaniu z Ambrożym, spotkaniu niewątpliwie istotnym dla dziejów Kościoła. Pisze on, że gdy udawał się do biskupa Mediolanu, zawsze był on dosłownie otoczony ciżbą ludzi, którzy do niego przychodzili ze swoimi sprawami i którym służył pomocą. Zawsze stała tam długa kolejka pragnących porozmawiać z Ambrożym, by doznać pociechy i nabrać nadziei. Kiedy Ambrożego nie było z nimi, z ludźmi (a trwało to krótko), albo krzepił ciało niezbędnym pokarmem, albo umysł lekturą. W tym miejscu Augustyn wyraża zdziwienie, Ambroży bowiem czytał Pismo Święte z zamkniętymi ustami, jedynie oczami (por. Wyznania, 6, 3). W pierwszych bowiem wiekach chrześcijaństwa lektura była ściśle związana z głoszeniem słowa, a czytanie na głos ułatwiało zrozumienie również temu, kto czytał. Fakt, że Ambroży przebiegał całe strony jedynie wzrokiem, jest dla podziwiającego go Augustyna znakiem szczególnej umiejętności czytania i głębokiej znajomości Pisma Świętego. Otóż, w tym «cichym czytaniu», w którym serce stara się zrozumieć słowo Boże — to właśnie jest «ikoną», o której mówimy — możemy dostrzec metodę katechezy ambrozjańskiej: samo Pismo Święte, głęboko przyjęte, podsuwa treści do przepowiadania, aby doprowadzić do nawrócenia serc.

    Tak więc, zgodnie z nauczaniem Ambrożego i Augustyna, katecheza jest nieodłączna od świadectwa życia. Do katechety może odnosić się również to, co napisałem we Wprowadzeniu do chrześcijaństwa na temat teologa. Kto wychowuje do wiary, nie może wystawiać się na ryzyko, że będzie przypominał swego rodzaju klowna, który z racji wykonywanego zawodu odgrywa swoją rolę. Powinien raczej — by posłużyć się jednym z ulubionych obrazów Orygenesa, pisarza szczególnie cenionego przez Ambrożego — być niczym umiłowany uczeń, który położył głowę na sercu Mistrza i w ten sposób nauczył się myśleć, mówić i działać. Ostatecznie prawdziwym uczniem jest ten, kto głosi Ewangelię najbardziej wiarygodnie i skutecznie.

    Podobnie jak apostoł Jan, biskup Ambroży — który zawsze powtarzał: Omnia Christus est nobis!, «Chrystus jest dla nas wszystkim!» — pozostaje autentycznym świadkiem Pana. Jego też słowami, pełnymi miłości do Jezusa, kończymy naszą katechezę: «Omnia Christus est nobis! Jeśli chcesz uleczyć ranę, On jest lekarzem; jeśli cię trawi gorączka, On jest chłodną wodą; jeśli jesteś przygnieciony nieprawością, On jest sprawiedliwością; jeśli potrzebujesz pomocy, On jest mocą; jeśli lękasz się śmierci, On jest życiem; jeśli pragniesz nieba, On jest drogą; jeśli otaczają cię ciemności, On jest światłem. (…) Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan: szczęśliwy człowiek, który pokłada w Nim nadzieję!» (De virginitate, 16, 99). Również my pokładajmy nadzieję w Chrystusie. A będziemy żyć w szczęściu i pokoju.

    Słowo Ojca Świętego do Polaków:

    Pozdrawiam serdecznie pielgrzymów polskich. Witam szczególnie siostry elżbietanki, przybyłe w dziękczynnej pielgrzymce za beatyfikację m. Marii Luizy Merkert. Wraz z wami i całym Kościołem w Polsce dziękuję Bogu za ducha wiary i apostolską posługę tej «śląskiej samarytanki». Was tu obecnych i waszych bliskich polecam jej opiece. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 12/2007/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________________

    fot. Claude Vignon – Minneapolis Institute of Arts/Wikipedia

    ***

    „Dobra mowa jest jak plaster miodu”. Św. Ambroży – niezwykły mówca, wielki doktor Kościoła

    Pod wpływem jego kazań nawrócił się św. Augustyn! Nauczanie ludu uważał za swój podstawowy pasterski obowiązek. Ideałem przyświecającym jego działalności było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo. Poznajcie św. Ambrożego – patrona Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.

    „Jeśli przeżyje, będzie kimś wielkim”

    Ambroży urodził się około 340 r. w Trewirze, ówczesnej stolicy cesarstwa (dziś w Niemczech). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Według podań, z narodzinami św. Ambrożego związana jest zaskakująca sytuacja. Po jego narodzinach, na ustach niemowlęcia zasiadł rój pszczół. Przerażona matka chciała je przepędzić siłą, lecz ojciec kazał poczekać, aż rój sam się poderwie i odleci.

    Jak dowiadujemy się z relacji pierwszego biografa św. Ambrożego, po tej sytuacji ojciec miał zawołać: „Jeśli niemowlę żyć będzie, to będzie kimś wielkim!”. Poprzez to wydarzenie wróżono, że Ambroży będzie wielkim mówcą.

    W oczekiwaniu na chrzest

    Ambroży został ochrzczony dopiero przed otrzymaniem godności biskupiej. Było to związane z ówczesnym zwyczajem odkładania chrztu jak najpóźniej, aby przed samą śmiercią w stanie niewinności przejść do wieczności. Innym powodem odkładania chrztu był fakt, że ten sakrament przyjęcia do grona wyznawców Chrystusa traktowano nader poważnie, z całą świadomością, że przyjęte zobowiązania trzeba skrupulatnie wypełniać.

    Z tego powodu Ambroży przez wiele lat był tylko katechumenem, czyli kandydatem, do chrztu. Jako biskup sam zwalczał ten zwyczaj, dążąc do tego, aby wyznawcy Chrystusa przyjęli chrzest możliwie jak najwcześniej.

    Od gubernatora do biskupa

    Ambroży miał zaledwie rok, gdy zmarł jego ojciec. Wtedy wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy, równocześnie kształcił się w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę.

    W wieku 25 lat Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373), porządkując sprawy prowincji i doprowadzając do ładu jej finanse. W tym czasie zmarł ariański biskup tego miasta, Auksencjusz. Na jego następcę wybrano Ambrożego, który w ten sposób został biskupem Mediolanu.

    Wahanie i rozstrzygający głos Boży

    Przy wyborze nowego biskupa powstał gwałtowny spór: katolicy chcieli mieć biskupa swojego, a arianie swojego (arianizm kwestionował równość i jedność Osób Trójcy Świętej, został potępiony ostatecznie na Soborze Konstantynopolitańskim w 381 r.).
    Ambroży udał się do kościoła na mocy swojego urzędu, jak również dla zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Kiedy obie strony nie mogły dojść do zgody, jakieś dziecię miało zawołać: „Ambroży biskupem!” Wszyscy uznali to za głos Boży i zawołali: „Ambroży biskupem!”

    Zaskoczony namiestnik cesarski prosił o czas do namysłu. Skorzystał z nastającej nocy i uciekł z miasta. Rano jednak ujrzał się na koniu u bram Mediolanu. Widząc w tym wolę Bożą, postanowił więcej się jej nie opierać. Dnia 30 listopada 373 r. Ambroży przyjął chrzest i wszystkie święcenia, a 7 grudnia został konsekrowany na biskupa. Rozdał ubogim cały swój majątek. Na wiadomość o wyborze Ambrożemu swoje gratulacje przesłali papież św. Damazy I i św. Bazyli Wielki.

    Wielki mówca, sprawiedliwy hierarcha, wzór dobrego pasterza

    Pierwszym aktem nowego biskupa było uproszenie św. Bazylego, by przysłał mu relikwie św. Dionizego, biskupa Mediolanu, wygnanego przez arian do Kapadocji (zmarł tam w 355 r.). Św. Bazyli chętnie wyświadczył tę przysługę delegacji mediolańskiej. Relikwie powitano uroczyście. Z tej okazji Ambroży wygłosił porywającą mowę, którą wszystkich zachwycił. Odtąd będzie głosił słowo Boże przy każdej okazji, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek.

    Sam również w każdy Wielki Post przygotowywał osobiście katechumenów na przyjęcie chrztu. W rządach był łagodny, spokojny, rozważny, sprawiedliwy, życzliwy. Kapłani mieli więc w swoim biskupie najpiękniejszy wzór dobrego pasterza. Wielką wagę przykładał do liturgii, dał się poznać jako pasterz rozważny, wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyróżniał się silną wolą, poczuciem ładu, zmysłem praktycznym. Cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczą nadawane mu określenia: „kolumna Kościoła”, „perła, która błyszczy na palcu Boga”. Ideałem przyświecającym działalności św. Ambrożego było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo. Pod wpływem kazań św. Ambrożego nawrócił się św. Augustyn, którego biskup ochrzcił w 387 r.

    Jeden z czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego

    W roku 392 Ambroży udał się aż do Kapui, by wziąć udział w synodzie zwołanym dla potępienia herezji, która Maryi odmawiała dziewictwa. Chciał udać się także do Pawii, by wziąć udział w instalacji nowego biskupa (397). Niestety, zabrakło mu sił. Pożegnał ziemię dla nieba dnia 4 kwietnia 397 roku, mając ok. 57 lat. Pochowano go w Mediolanie w bazylice, która dzisiaj nosi nazwę św. Ambrożego, obok śmiertelnych szczątków świętych męczenników Gerwazego i Protazego.

    Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny – te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów. Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Z powodu bogatej spuścizny literackiej został zaliczony, obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego, do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Jego święto ustalono w rocznicę konsekracji biskupiej. Jest patronem Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.

    Jego atrybutami są: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro jako znak boskiej inspiracji, księga, krzyż, mitra, model kościoła, napis: „Dobra mowa jest jak plaster miodu”, pastorał, pióro, ul.

    brewiarz.pl,zś/Stacja7

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Ambroży – wszystko mamy w Chrystusie

    Św. Ambroży – wszystko mamy w Chrystusie

    św. Ambroży (335-387) nakłania cesarza Teodozjusza do pokuty (mal. Federico Barocci, 1633) (fot. Giovanni Dall’Orto)

    ***


    Ambroży biskupem! – zawołało z tłumu mediolańskie dziecko. I został wybrany na nowego biskupa Mediolanu, w którym sprawował wysoki urząd konsula. Był bardzo szanowany i zdobył sobie szczerą sympatię ludu. Był człowiekiem jak na owe czasy bardzo wykształconym, zwłaszcza w retoryce. Czym prędzej został ochrzczony 7 grudnia 374 roku i przyjął święcenia, najpierw prezbiteratu a potem święcenia biskupie.

    Ambroży urodził się w Trewirze ok. 335 roku w bogatej rodzinie. Po zdobyciu gruntownego wykształcenia w Rzymie rozpoczął rozpoczął karierę urzędniczą i polityczną w stolicy cesarstwa, skąd został wysłany do Mediolanu, by pełnić odpowiedzialną funkcję konsula. Był szlachetnym i młodym człowiekiem pragnącym zyskać sławę i uznanie. Pan Bóg przygotował jednak dla niego inny plan. Niespodziewanie, po śmierci biskupa Mediolan, będąc jeszcze katechumenem, został wybrany na jego następcę. Od razu dał się poznać jako znakomity organizator życia kościelnego; zorganizował posługę licznej grupy katechistów. Sławę i ogromną popularność przyniosły mu kazania i katechezy głoszone w Kościele mediolańskim. Jego sława docierała do najbardziej odległych zakątków cesarstwa rzymskiego.

    Usłyszał o niej młody Augustyn, retor z Hippony, który właśnie prowadził wykłady z retoryki w Rzymie. Idąc za natchnieniem serca, zaczął słuchać katechetycznych mów biskupa. Ich prostota, głębia wiary oraz piękno języka, otwierały serce Augustyna, który coraz bardziej zaczął zastanawiać się nad swoim grzesznym życiem. Dzięki biskupowi Ambrożemu przestał błądzić w sprawach wiary i przeżył swoje nawrócenie, które opisał w Wyznaniach. Towarzyszyła mu jego matka Monika, którą mądry biskup często pocieszał słowami: „Matka tylu łez nie może pozostać nie wysłuchana przez Boga!”. Wkrótce radowała się z duchowej przemiany syna, który został kapłanem, a następnie biskupem swego rodzinnego miasta.

    Św. Ambroży pozostawił Kościołowi wiele teologicznych i egzegetycznych rozważań oraz katechez mistagogicznych będących wprowadzeniem w rozumienie chrześcijańskich dogmatów i sakramentów świętych. Oparte są one na Piśmie Świętym, osobistej modlitwie oraz Tradycji Kościoła katolickiego. Bazują też na osobistym doświadczeniu Ambrożego słynącego z mądrości i sprawiedliwych sądów. Uczestniczył on w wielu sporach dogmatycznych dotyczących tajemnicy Chrystusa i Trójcy Świętej. Miał też znaczący wpływ na życie polityczne i na cesarza Teodozjusza, którego w 390 roku skłonił do pokuty, po dokonanej przez niego rzezi Tesaloniczan. Ze względu na wielkie znaczenie jego twórczości dla teologii katolickiej, został ogłoszony Doktorem Kościoła.

    Znana jest nam modlitwa świętego biskupa, która jest wyrazem jego osobistej więzi z Jezusem Chrystusem:

    Wszystko mamy w Chrystusie. Niech zbliży się doń każda dusza.
    Czy chora z powodu grzechów ciała, czy przygwożdżona ziemskimi pragnieniami, czy też jeszcze niedoskonała, ale podążająca drogą doskonałości dzięki wytrwałej medytacji, czy wreszcie jako dusza już doskonała przez swoje liczne cnoty – wszystko jest w mocy Pana i Chrystus jest dla nas wszystkim.

    Jeśli chcesz uleczyć ranę, On jest lekarzem;
    jeśli płoniesz w gorączce, On jest źródłem;
    jeśli opętała cię nieprawość, On jest sprawiedliwością;
    jeśli potrzebujesz pomocy, On jest siłą; jeśli lękasz się
    śmierci, On jest życiem; jeśli pragniesz nieba, On jest drogą;
    jeśli uciekasz przed ciemnością, On jest światłem; jeśli
    szukasz pożywienia, On jest pokarmem. Spróbujcie tedy i
    zobaczcie, jak słodki jest Pan: błogosławiony ten, który w Nim
    pokłada nadzieję.

    Św. Ambroży zmarł w Wielki Piątek, 4 kwietnia 397 roku. W dniu 7 grudnia, w którym wspominamy go w liturgii Kościoła w rocznicę jego konsekracji na biskupa, prośmy:

    Święty Ambroży, naucz mnie jak mam odkrywać bogactwo
    Jezusa Chrystusa. Pragnę, jak Ty codziennie zgłębiać Jego
    tajemnicę. Módl się za mną grzesznikiem do Pana, bym otworzył
    serce na Jego uzdrawiającą łaskę. Chciałbym jak ty gorliwie i
    z entuzjazmem świadczyć o Jezusie i przepowiadać Jego
    Ewangelię. Twoje żarliwe i piękne kazania przyczyniły się
    nawrócenia św. Augustyna. Wypraszaj i mnie łaskę, bym przez dobre i ofiarne życie pociągał innych do Chrystusa!

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________

    Dobra mowa jest jak plaster miodu – św. Ambroży

    Dobra mowa jest jak plaster miodu – św. Ambroży

    św. Ambroży – Francisco de Goya, CC0, via Wikimedia Commons

    ***

    Kiedy został biskupem, dopiero przygotowywał się do przyjęcia chrztu. Był jeszcze katechumenem.  Jako cesarski urzędnik doskonale znał się na prawie, ale nie na Piśmie Świętym. Został jednym z czterech Doktorów Kościoła w pierwszych wiekach jego funkcjonowania. Zawsze był otoczony ludźmi, którzy przychodzili do niego ze swoimi problemami, a on służył im pomocą. 7 grudnia Kościół wspomina w liturgii św. Ambrożego.

    Z jego narodzinami, co miało miejsce ok. 340 roku w Trewirze (wówczas jednej ze stolic Cesarstwa) związane jest dziwne wydarzenie. Na ustach niemowlęcia osiadł rój pszczół. Ojciec przyszłego świętego wykrzyknął – Jeśli żyć będzie, to będzie kimś wielkim – i wróżono, że będzie z niego wielki mówca. I tak właśnie się wydarzyło.  

    Ambroży był trzecim dzieckiem namiestnika cesarskiego, prefekta Galii.  Otrzymał staranne wykształcenie w Rzymie – uczęszczał do szkoły gramatyki, retoryki i prawa. O jego ogromnej wiedzy świadczą prace bogate w odwołania do Wergiliusza, Cycerona, Horacego czy Platona.

    Potomek arystokratycznego rodu stopniowo wspinał się po szczeblach rzymskiej kariery urzędniczej – był adwokatem, doradcą prefekta pretora, konsulem, zarządcą prowincji.  Pewnego dnia jednak, kiedy jako urzędnik rzymski odpowiedzialny za porządek w Mediolanie, w którym trwała zacięta rywalizacja między katolikami a arianami, a dotyczyła wyboru biskupa, wkroczył do katedry. Wszedł do niej, aby zażegnać spór i uspokoić wzburzony lud… a wyszedł jako przyszły pasterz diecezji. Okrzyk dziecka: Ambrożego na biskupa! odczytano jako wolę Bożą.

    A on miał wtedy ponad 30 lat i ciągle nie był ochrzczony. Jak mówił o nim Benedykt XVI – bardzo wykształcony, ale nie znał Pisma świętego. Był zaledwie katechumenem (przygotowywał się do chrztu). I pewnie nie powinno nas zdziwić, że to, co się stało skłoniło Ambrożego do ucieczki. Ostatecznie na koniec listopada 374 został ochrzczony. Następnie przyjął święcenia kapłańskie, a już 7 grudnia otrzymał sakrę biskupią. Ten dzień też wyznaczono na jego liturgiczne wspomnienie.

    Dojrzały człowiek, doświadczony urzędnik cesarski był kimś, kto musi rozpocząć pogłębioną formację teologiczną, a jednocześnie być nauczycielem, przewodnikiem i opiekunem wiernych – biskupem wówczas najważniejszego miasta Cesarstwa Zachodniego.

    Przez blisko dwadzieścia kolejnych lat, do śmierci 4 kwietnia 397 roku, Ambroży będzie Perłą, która błyszczy na palcu Boga. Stanie się troskliwym, gorliwym duszpasterzem i też dobrym organizatorem dbającym o wykształcenie duchownych. Będzie wielkim autorytetem. Słuchali go nie tylko „zwykli” wierni, ale i cesarze. Teodozjusz Wielki, na którego nałożył publiczną pokutę za rzeź, której się dopuścił w Tesalonice, stwierdził: Ze wszystkich biskupów, których znałem jedynie Ambroży zasługuje na to, by go nazwać biskupem.

    Poza budowaniem relacji między Kościołem, a władzą świecką, opierającej się na zasadzie Cesarz jest w Kościele, nie ponad Nim, to walka z herezjami, a szczególnie z arianami była istotnym polem działania Ambrożego. Tu orężem było nie tylko słowo – dysputy teologiczne. Biskup potrafił zamknąć się z wiernymi w bazylice w Mediolanie i być może nawet dwa miesiące bronił do niej dostępu zwolennikom nauczania Ariusza.

    Poza rozwiązywaniem problemów, na które trafiał jako zwierzchnik Kościoła, Ambroży przeszedł do historii jako jeden z czterech Doktorów Kościoła z pierwszych wieków jego funkcjonowania. Co ciekawe, to że było ich czterech też jest jego zasługą. Oprócz niego, św. Hieronima, św. Grzegorza Wielkiego jest w tej grupie św. Augustyn, do którego nawrócenia biskup Mediolanu bardzo się przyczynił. To kazania głoszone przez Ambrożego, przynoszące mu wielkie uznanie i sławę, popchnęły Augustyna do zmiany. Otworzyły go na Boga. I to właśnie Ambroży chrzcząc Augustyna wprowadził przyszłego wielkiego myśliciela do Kościoła.     

    Działalność pisarska św. Ambrożego była wyjątkowo bogata. Jego komentarze egzegetyczne, pisma dogmatyczne, katechetyczne, moralno-ascetyczne czy też hymny (tzw. ambrozjańskie), ponadto psalmodia responsoryjne stanowią istotne dla kształtowania się wspólnoty chrześcijańskiej dziedzictwo.

    Omnia Christus est nobis! (Chrystus jest dla nas wszystkim). Jeśli chcesz uleczyć ranę, On jest lekarzem; jeśli cię trawi gorączka, On jest chłodną wodą; jeśli jesteś przygnieciony nieprawością, On jest sprawiedliwością; jeśli potrzebujesz pomocy, On jest mocą; jeśli lękasz się śmierci, On jest życiem; jeśli pragniesz nieba, On jest drogą; jeśli otaczają cię ciemności, On jest światłem. (…) Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan: szczęśliwy człowiek, który pokłada w Nim nadzieję! (De virginitate, 16, 99).

    W ikonografii św. Ambroży przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym i często w grupie czterech Ojców Kościoła. Atrybuty, które są mu przypisane to: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro, księga, mitra lub model kościoła. Jest też ul (Ambroży jest patronem pszczelarzy) i jedno znamienne zdanie, charakteryzujące biskupa, który głoszenie Słowa Bożego traktował jako swój szczególny obowiązek: Dobra mowa jest jak plaster miodu.

     o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Ambroży z Mediolanu (333-397)

    ŚWIĘTY AMBROŻY Z MEDIOLANU – BISKUP I DOKTOR KOŚCIOŁA

    BICZ I UL

    «Bicz» i «ul» to dwa symbole przedstawiające często św. Ambrożego z Mediolanu (333-397). Bicz symbolizuje energię przejawianą w walce z herezjami, ale nie – przemoc obcą tej istocie łagodnej i pokornego serca, na obraz Pana. Ul zaś przywodzi na myśl wonną słodycz jego słowa, słodycz Pieśni nad Pieśniami, słodycz niewysłowionej więzi jego duszy z Bogiem. Ul przywołuje także epizod z dzieciństwa Ambrożego. Kiedy spał jako niemowlę w kołysce rój pszczół usiadł na jego dziecięcej buzi, by na niej złożyć miód…

    MŁODOŚĆ

    Ambroży urodził się w 333 r. (lub w 339) w Trewirze, w rodzinie arystokratycznej, w jednej z czterech stolic imperium rzymskiego. Mieszkał tu Konstantyn II. Jego rodzice byli chrześcijanami. Jego siostra Marcelina, otrzymała z rąk papieża Liberiusza welon konsekrowanych dziewic. Jako dorastający młodzieniec uczęszczał do wybitnej szkoły retoryki. Był uzdolniony, nawet wybitnie i bardzo wykształcony. Jego dzieło przepełniają cytaty wielkich klasyków łacińskich i greckich: Wirgiliusza, Sallusta, Cycerona i Horacego, Homera, Platona, Eurypidesa, Sofoklesa.

    ZASKOCZENIE CESARSKIEGO URZĘDNIKA

    Jeszcze młody Ambroży pnie się po szczeblach rzymskiej kariery urzędniczej: adwokat, potem doradca Prefekta Pretora, wreszcie zostaje wybrany konsulem i wysłany do Mediolanu. Tam ma wypełniać funkcję zarządcy prowincji Ligurii i Emilii. Nie ma jeszcze 40 lat. Kiedy przybywa do Mediolanu biskupem tego miejsca jest właśnie Aukcensjusz. I – jak niestety, wielu biskupów! – Auksencjusz jest arianinem. Zatem to biskup, który zaprzecza bóstwu Chrystusa! Zastąpił Denisa, biskupa prawowiernego, wiernego wierze chrześcijańskiej, którego cesarz Konstantyn II, on sam także arianin, wygnał z Mediolanu. Wybór Auksencjusza w jego miejsce, a później jego śmierć, wywołuje gwałtowne zamieszki pomiędzy arianami i chrześcijanami, wiernymi doktrynie określonej na Soborze Nicejskim (325). Żeby wyjść z impasu prosi się o rozstrzygnięcie sporu zarządcę. Oto więc Ambroży, zasiadając w katedrze w Mediolanie próbuje osądzić dwa prądy, nie do pogodzenia. Całkowity impas. I nagle rozlega się w świętej nawie głos dziecka: „Ambroży biskupem!”. Po chwili zaskoczenia tysiąc głosów podejmuje: „Ambroży biskupem! Ambroży biskupem!”

    Najbardziej zaskoczony jest jednak sam urzędnik. W ówczesnym czasie chrzest odkładano często na wiek dorosły. I tak Ambroży jest zaledwie katechumenem. Jednak nie można uchylić się od odpowiedzenia na to tłumne i żarliwe wezwanie. W końcu po próbie odwlekania Ambroży się zgadza. Kończy szybko katechumenat, w osiem dni po swoim wyborze zostaje ochrzczony, później wyświęcony na kapłana i konsekrowany na biskupa 7 grudnia 374 roku. Wszystko zajęło 10 dni. Biskup musi prowadzić owczarnię ręką stanowczą i nauczać ją. Ambroży zna się na kierowaniu ludźmi. Co do nauczania… on sam nie wie jeszcze tak wielu rzeczy o wierze chrześcijańskiej!

    BISKUP STAJE SIĘ WIĘC STUDENTEM…

    Do swego otoczenia włącza wyśmienitego teologa Symplicjana. Będzie studiował przez wiele lat świętą wiedzę i poznawał Biblię. To właśnie Symplicjan zasiądzie na biskupim tronie po Ambrożym. Oto młody czterdziestolatek przeszedł od stanu świeckiego do biskupiej stolicy. Przy końcu mądrego okresu obserwowania religijnego kontekstu Mediolanu, Ambroży ukazuje się jako najbardziej prawowierny obrońca wiary chrześcijańskiej. Świecki bicz wysokiego urzędnika zamienia się w bicz mistyczny na służbie Chrystusa. „Siedząc na rufie okrętu Kościoła przeciwnik herezji trzyma silnie ster wiary, aby gwałtowne burze tego wieku nie mogły nim wstrząsnąć” – pisze nowy biskup w swym liście. Ambroży walczy ze swą wrodzoną energicznością przeciw złagodzonej formie arianizmu przeważającej w Mediolanie. Walka toczy się o małe „i”. Czy Syn Boży jest współistotny Ojcu (homoousios) czy posiada tę samą naturę, lecz jest podporządkowany Ojcu (homoiousios)? Ambroży walczy w obronie współistotowości, wierny doktrynie zdefiniowanej na Soborze Nicejskim w 325 roku.

    Jego walka nie ogranicza się do Mediolanu. W 376 roku udaje się do Syrmium w Lombardii dla wsparcia wyboru Anemiusza przeciw kandydatowi ariańskiemu, popieranemu przez Justynę, wdowę po Walentynianie I, adepcie arianizmu. Dzięki poparciu żarliwego Ambrożego prawowierny Anemiusz wygrywa. Herezja traci tam jedną ze swych twierdz. Na prośbę młodego cesarza Gracjana, następcę Waleusza, heretyka zabitego w walce z Gotami, Ambroży układa „O Wierze”, rodzaj podręcznika autentycznej wiary katolickiej.

    WILKI W OWCZARNI

    Lecz oto wilki wchodzą do owczarni. Odczuwając zagrożenie z powodu barbarzyńców w Pannonii (obecnie: Węgry), Justyna i jej dwór przybywają osiedlić się w Mediolanie. Nie udało się jej przełknąć porażki z Ambrożym, do jakiej doszło w Syrmium. Towarzyszy jej kapelan i doradca Merkuryn, biskup ariański. Przybywszy do Mediolanu Merkuryn przyjmuje – w formie wyzwania wobec Ambrożego – imię Auksencjusza, ariańskiego poprzednika Ambrożego. Wtedy dochodzi do konfliktu pomiędzy Ambrożym i cesarzem. Waży się przyszły los Kościoła. Cesarz Gracjan został właśnie zamordowany w Wiedniu. Jego następcą zostaje jego przyrodni brat Walentynian. Nakłaniany przez swą matkę, Justynę, wymaga, żeby bazylika „Portiana” usytuowana przy bramach Mediolanu została oddana arianom na święta Paschy roku 385. Ci, którzy się do tego nie zastosują mają ponieść śmierć. Mimo to Ambroży energicznie odmawia. Dochodzi do próby sił pomiędzy Kościołem a władzą cesarską. Odporny na wszelkie naciski biskup trwa przy swojej odmowie. Gorliwie popierają go też wierni. W końcu władza cesarska daje za wygraną. Kościół odnosi tu jedno z decydujących zwycięstw w zmaganiach z cesarzem. Odkąd Konstantyn uznał Kościół, cesarze uważali się coraz bardziej za opiekunów władzy kościelnej. Mieszali się więc do wszystkiego i wreszcie pouczali samych biskupów. Ambroży, który posiada wyczucie odmienności władzy świeckiej i religijnej uznaje ten stan za nie do zniesienia. I istotnie przez swą odmowę cesarzowi, oddaje Kościołowi największą przysługę. „Bogu to, co należy do Boga, a Cesarzowi to, co należy do cesarza – mówi. – Pałace należą do cesarza, a kościoły do biskupa”!

    Władcy będą się musieli nauczyć, że chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego z kultem pogańskim, w którym władcę uznawano za boskiego. Przed swą tragiczną śmiercią Gracjan podjął – pod natchnieniem Ambrożego – kroki dla końcowej rezygnacji ze związku władzy cesarskiej z pogaństwem. Odrzucił tytuł „najwyższego kapłana”, kapłani i westalki przestali korzystać ze zwolnienia z podatków. Resztki pogańskiego kultu: ołtarz bogini zwycięstwa, został usunięty z sali posiedzeń. Po wstąpieniu na tron Walentyniana II, w 385 r., zwolennicy kultu pogańskiego, jeszcze liczni i wpływowi, podejmują ofensywę dla odwołania kroków usuwających pogaństwo podjętych przez Gracjana. Ich rzecznikiem jest Symmak, prefekt Rzymu, mąż wpływowy i szanowany. W głośnej mowie, jaka się zachowała, Symmak przypisuje niepowodzenie Rzymu, ostatnia klęskę głosu i tragiczną śmierć Gracjana heretyckiej niewierności ostatnich cesarzy. Przemawia za tolerancja religijną i podtrzymaniem kultu republikańskiej tradycji minionego Rzymu. Ambroży nie pomija okazji do podniesienia głosu. Wietrząc niebezpieczeństwo „tolerancji”, z której przede wszystkim skorzystaliby arianie, zwraca się do Walentyniana II z długą odpowiedzią adwokatowi [kultu pogańskiego] – Symmakowi. przedstawia stanowisko, że to chrześcijaństwo zajmuje odpowiednie miejsce w historii, bo ucieleśnia jedyną prawdę. Wbrew wszelkim oczekiwaniom Walentynian II podtrzymuje decyzje swego poprzednika. Ambroży, który oddał rok wcześniej nieoceniona przysługę cesarzowi na dworze w Trewirze, został w ten sposób nagrodzony kolejnym zwycięstwem. Nie zostanie ono później cofnięte, pomimo licznych zakusów zwolenników pogaństwa.

    CIEŃ W ŻYCIU AMBROŻEGO

    Świętość człowieka nie jest gwarantem jego nieomylności. W pewnej chwili także Ambrożemu zabrakło jego zwyczajnej mądrości. Odbijał jak echo przekonania chrześcijan swego czasu. Chodzi o sprawę synagogi Gallinicum, rzymskiej fortecy na lewym brzegu Eufratu. Nakłonieni przez biskupa chrześcijanie podpalili tę synagogę. Prawo rzymskie chroni żydów. Cesarz Teodozjusz nakazuje biskupowi, żeby własnym kosztem odbudował synagogę. Ambroży protestuje, używając pojęć ujawniających egzegezę biblijną pełną gorliwego antysemityzmu. Dla niego synagoga była „miejscem wiarołomstwa, domem bezbożności”. Odbudowa synagogi to „przyznanie żydom tryumfu nad Kościołem Boga.” Prosi cesarza o odstąpienie od zajmowania się tą sprawą. Ten jednak nie reaguje. W takim razie Ambroży zwraca się do niego z wysokości ambony, w niedzielę, w dniu, kiedy cesarz przyszedł uczestniczyć we mszy św. Biskup stanowczo nalega na odstąpienie od nałożonej sankcji. Wreszcie cesarzu ustępuje pod wpływem szantażu. Ambroży grozi bowiem, że nie będzie kontynuował odprawiania Mszy św. Jeśli Teodozjusz będzie trwał uporczywie przy swoim, głuchy na prośby biskupa. Niechętnie, daje jednak swoje słowo, że zaspokoi prośbę biskupa, odstępując od żądania odbudowania przez niego synagogi.

    Ich druga próba siła dotyczyła sprawy masakry w Tesalonikach. Tu Ambroży interweniuje słusznie przeciw autentycznej zbiorowej zbrodni nakazanej przez cesarza. W najbardziej zaludnionej miejscowości Macedonii doszło do powstania ludności. Wywołała je odmowa zarządcy uwolnienia znanego powożącego w przeddzień igrzysk w cyrku. Więzień został oskarżony o przyniesienie uszczerbku obyczajom. Lud rozwścieczony zlinczował zarządcę i jego licznych współpracowników. Rozgniewany tymi rozruchami Teodozjusz nakazuje spędzić lud do cyrku, żeby go ukarać. Rozpętany oddział masakruje około siedem tysięcy ludzi. Żałując swej pierwszej impulsywnej reakcji imperator wysyła rozkaz zatrzymania masakry. Niestety… posłaniec przybywa już po dokonanej zbrodni. W tej sytuacji Ambroży wymaga od Teodozjusza publicznej pokuty. Wezwanie biskupa przypomina to, z jakim prorok Natan zwrócił się do króla Dawida, żądając od niego pokuty na znak skruchy. W ten oto sposób przedstawiciel Kościoła ucieleśnia sumienie utracone przez zabłąkaną cywilną władzę. Ambroży ostrzega cesarza, że nie będzie odprawiał Mszy św. w jego obecności, dopóki nie dokona publicznego aktu skruchy. Po wielu wahaniach, których przyczyną była zraniona miłość własna, Teodozjusz przybywa do katedry. Prosi Boga o przebaczenie „z jękiem i łzami”. Dopiero po tym akcie zostaje na nowo dopuszczony do sakramentów w czasie świąt Bożego Narodzenia w roku 390. Autorytet cesarza w dziwny sposób został umocniony po tym doświadczeniu. Również – pozycja biskupa. Teodozjusz zresztą oddaje mu dzielnie cześć po tym upokorzeniu cesarskiej władzy. „Ze wszystkich biskupów, których znałem, jedynie Ambroży zasługuje na to, żeby go naprawdę zwać biskupem!” Epizod publicznej pokuty Teodozjusza umieszcza odtąd chrześcijańskiego władcę w Kościele, a już nie – ponad nim. W wieku 47 lat, 17 stycznia 395, Teodozjusz umiera, wyczerpany wojskowymi kampaniami. To Ambroży wygłasza mowę pogrzebową. On sam ma przed sobą jeszcze tylko 2 lata życia.

    INNOWATOR

    Ambroży ma nie tylko niewzruszoną wiarę, charakter uparty i rzadką umiejętność kierowania ludźmi. Posiada jednocześnie wyobraźnię twórczą. Organizuje, nakazuje i równocześnie odnawia. I tak pewnego dnia w bazylice, wypełnionej wiernymi, zamknięty przez żołnierzy, których cesarz posłał, żeby wywarli nacisk na krnąbrnego biskupa, Ambroży dzieli obecnych na dwa chóry, które na zmianę śpiewają psalmy i tak mija im czas… To w ten sposób rodzi się dla całego Kościoła zachodniego „psalmodie responsoriale”, szybko rozpowszechniające się od Mediolanu. Nieco wcześniej dwaj Syryjczycy, Diodor i Flawiusz rozpoczęli śpiew naprzemienny. Człowiek czynu, Ambroży, jest też istotą całkowicie uduchowioną. Mąż modlitwy, modlitwy serca. Kiedy mówi o Jezusie, jego dusza rozpala się do białości. Dziewica zaś Maryja sprawia, że biskup rozpływa się z miłości. Wtedy jest słodki jak miód. Nuta tej samej szczęśliwości zabrzmi siedem wieków później w poezji maryjnej św. Bernarda.

    Ambroży jest również w tym czasie schyłku Imperium rzymskiego wizjonerem i prorokiem. Choć nie wie, że cesarstwo jest u kresu, uderzone śmiertelnie, to jednak proroczo zachęca swych wiernych do budowania arki jak Noe. Ale – arki wewnętrznej. Będą się mogli ukryć w tym statku niezatapialnym w czas strapienia. Nie podważając porządku społecznego podejmuje w perspektywie wieczności polemikę przeciw niesprawiedliwości społeczności podzielonej na bogaczy i potrzebujących, na sytych i umierających z głodu: „Bóg stworzył owoce ziemi, żeby każdy mógł się nimi nacieszyć. Ziemia jest dziedzictwem wszystkich”. Doszedł nawet do stwierdzenia, że „własność prywatna to bezprawne zboczenie z kursu”. Sam rozdał ubogim swój znaczny majątek. Jeśli przyjmował istnienie bogactwa, jako konsekwencji zranionej natury, to wymagał, żeby się nim dobrze posługiwano. Od swoich kapłanów wymagał ubóstwa: „nie miejcie ani srebra, ani złota w waszych sakiewkach”, przypominał im nakaz Jezusa skierowany do uczniów (Łk 10,4).

    Ambroży przyznaje kobiecie rolę podstawową w podniesieniu tak niesprawiedliwego społeczeństwa. Kościół był, od początku, obrońcą kobiety, uznając nie tylko jej godność, lecz i niezastąpiony udział w łonie rodziny i środowiska. Jakże cudowną rolę odegrały kobiety w otoczeniu i bliskości Pana! W sumie, biskup Mediolanu, człowiek swego czasu, nie odbijał jego słabości, lecz przeciwnie –przygotowywał przyszłość. Był „solą” w wodach morza IV wieku, „światłem” dla przyszłości, którą św. Augustyn, ochrzczony przezeń na Wielkanoc 387 roku, odzwierciedli z intensywnością nie mającą sobie równych w wiekach, które nadejdą. Geniusz Augustyna nakarmił się treścią myśli i duchowością świętego biskupa Mediolanu. Pisma Ambrożego wywrą wielki i trwały wpływ na Kościół zachodni, ułatwiając rozwój chrześcijaństwa. Liczne i bogate są jego dzieła egzegetyczne, komentarze, przedstawienie Pism Świętych. Chętnie ukazuje on potrójny sens Ksiąg Biblii: sens dosłowny, sens praktyczny – moralny i sens przenośny, źródło mistycznej przemiany. Jego wykład Ewangelii św. Łukasza, opublikowany w 389 r., jest wywołującą wrażenie ilustracją tej biblijnej triady. Jego dzieło moralne i ascetyczne dotyczy głównie dziewictwa i czystości, zawiera tchnienie eschatologiczne dla budzenia powołań. Jego dzieła dogmatyczne, przemowy i listy rozpowszechniły doktrynę katolicką i umocniły wiarę w epoce fundamentalnych wstrząsów w społeczności ludzi.

    Co do hymnów ambrozjańskich posiadają formalne piękno, przemawiające zarówno do serca, jak i do rozumu obrazami silnymi i kontrastowymi. Około dwudziestu spośród nich uznano za z całą pewnością jego autorstwa. Ambroży posiadał więc nie tylko natchnienie poetyckie, lecz również muzyczne. Komponował słowa oraz melodie dla ułatwienia ich zapamiętania i dla śpiewu chóralnego. Teologia Ambrożego – w epoce zaprzeczeń ze strony arian – jest w swej istocie trynitarna oraz chrystologiczna. Chrystus, w pełni Bóg i człowiek, ogłoszony przez proroków, posiada te same przymioty co Ojciec. On wcielił się, żeby zbawić ludzi, umierając dla nich na krzyżu. Zniszczył dzieło szatana i aż do końca czasów służy jako jedyny pośrednik pomiędzy Ojcem a ludźmi. Oto doktryny Apostołów dnia dzisiejszego i na zawsze.

    OSTATNIA PRZEGRANA WALKA

    Ostatnia walka Ambrożego to próba ocalenia nieszczęśnika obiecanego paszczom lampartów. Żeby wymknąć się ze straszliwej kaźni Kresoniusz, nieszczęsny skazaniec, chroni się w bazylice, przy ołtarzu. Prawo azylu jest święte. Teodozjusz z pewnością je uszanuje. Niestety! Prawdziwym panem Imperium jest Stilikon, człowiek okrutny i lubieżny. To Wandal, który poślubił krewną Teodozjusza. Stilikon jest opiekunem Honoriusza następcy Teodozjusza. Honoriusz ma w tym czasie zaledwie 13 lat. Ambroży przyszedł z pomocą ofierze, skazanej na rzucenie na pożarcie przez dzikie zwierzęta. Żołnierze jednak wtargnęli do bazyliki i wyrwali Kresoniusza z rąk biskupa! I tak Ambroży przegrał swą ostatnią walkę. Mimo to cieszy się nadal ogromnym szacunkiem. Ustanowił nowe siedziby biskupie w Como oraz w Nowarze. Rozsądza i łagodzi wielkie waśnie w Kościele w Verceil. Zależy mu na obecności w czasie wyboru nowych biskupów, np. w Pawii. Jego autorytet oddziaływuje jednak nawet z daleka. To dzięki temu barbarzyńska królowa Fritigilia nawraca się ze swym ludem po usłyszeniu opowiadania o życiu Ambrożego. On zaś przesyła jej długi list, który jest w swej istocie katechizmem. Dwaj mędrcy z Persji przychodzą ze swego dalekiego kraju, żeby „doświadczyć mądrości” tego Ambrożego z Mediolanu, o którym opowiada się wielkie dziwy…

    Nadchodzi Wielki Tydzień roku 397. 4 kwietnia, tuż przed Wielkanocą, święty biskup wydaje swe ostatnie tchnienie tu na ziemi. Przyjaciołom, błagającym go, żeby walczył o życie, powiedział: „Żyłem pośród was tak, że się nie wstydzę, że żyłem. Śmierć mnie nie przeraża, bo Pan jest tak dobry…”

    René Lejeune

    Vox Domini/Stella Maris, październik 1998

    ________________________________________________________________________________________

    Dziwny biskup Ambroży

    web-saint-dec-07-ambrose-public-domain

    fot. ze strony Aleteia.pl

    ***

    Tego dnia wszystko potoczyło się szybko. Wobec sporów i waśni, które rozrywały Mediolan podczas wyborów nowego biskupa, do sali obrad wkroczył Ambroży, jeszcze nieochrzczony katechumen, i chciał, jako urzędnik państwowy, zaprowadzić porządek. Wówczas znajdujące się tam dziecko miało wykrzyknąć wobec kłócącego się tłumu: Ambrosius episcopus! Ambrosius episcopus! (Biskupem Ambrozy! Biskupem Ambroży!).

    Głos bezgrzesznego dziecka, w przekonaniu zebranych, albo przynajmniej przekazującego nam tę uroczą anegdotę autora, miał być głosem samego Boga. I tak Ambroży, choć jeszcze nieochrzczony, został wybrany na biskupa Mediolanu. Wszystko jednak miało dopiero się rozpocząć. Był rok 374.

    Początki kariery

    Ambroży z Mediolanu to biskup, który dziś zdecydowanie nie cieszyłby się popularnością szerokiej opinii publicznej ze względu na swą szczególną aktywność na polu polityki. Oczywiście czy taki sąd jest zasłużony, w odniesieniu do biskupa z IV w., pozostaje innym problemem.

    Ambroży całe swe dojrzałe życie związał z północnymi rejonami Italii. Urodzi się około 337 r. w Trewirze. Jego Ojciec był prefektem Galii. Po jego śmierci przeniósł się z rodziną do Rzymu i studiował, zapewne między innymi także, retorykę, która w ówczesnych czasach była niezbędna na drodze poważnej kariery urzędniczej. Jako wykształcony człowiek został mianowany zarządcą regionu Emilii i Ligurii. Nie będąc nawet ochrzczonym, musiał przewodniczyć wyborom biskupa w Mediolanie. Zmarły wcześniej dostojnik był arianiem. Wynik wyboru już znamy.

    Pracowity biskup

    Jak już zostało powiedziane Ambroży w chwili wybrania był katechumenem. Nie powinno nas zatem także dziwić, że zapewne jego wiedza teologiczna pozostawiała wiele do życzenia. Nie przeszkodziło mu to jednak w podjęciu osobistych, głębokich studiów nad Pismem Świętym, Ojcami greckimi oraz klasyczną filozofią; zapewne także znał pisma Filona z Aleksandrii. Działalność Ambrożego w tym zakresie przyniosła mu tytuł doktora Kościoła. I choć mamy ich obecnie bez liku, to jednak przez wieki Doktorów było jedynie czterech: Augustyn, Hieronim, Grzegorz Wielki i Ambroży.

    To pracowite studium Ambrożego unieśmiertelnił w swych Augustyn „Wyznaniach” (VI,3,3-4). Co ciekawe jest to chyba zarazem jeden z najstarszych opisów czytającego człowieka, portret tym ciekawszy, iż ukazujący czytającego samym wzrokiem, wbrew obyczajowi antycznemu, nakazującemu czytać na głos (swe zdziwienie odnotowuje także sam Augustyn). Jego teologia w dużej mierze opiera się na tradycji aleksandryjskiej, zwłaszcza na Orygenesie i Dydymie Ślepym. Znać też wpływ Bazylego Wielkiego. W czasach, w których nie istniało pojęcie plagiatu, Ambroży swoją tytaniczną pracą przyswoił dla Zachodu, gdzie coraz szybciej zamierała znajomość greki, wielką tradycję teologiczną Wschodu. W swych pismach przygotował obfity pokarm, którym żywił się schyłek antyku i całe wieki średnie. Słusznie zatem zwie się go Doktorem (doctor czyli nauczyciel) Kościoła. Nie da się bowiem ukryć, ze Ambroży jest jednym z najważniejszych źródeł i ojców teologii Zachodu.

    Biskup wielkiej polityki

    Ambroży żył w czasach wielkiego sporu o bóstwo Chrystusa. Nie tylko jednak. Za jego czasów umierała religia pogańska, a energiczny biskup Mediolanu bynajmniej nie okazywał jej współczucia. Był twardym partnerem w rozmowach dla kolejnych cesarzy. To on wymógł usunięcia z senatu ołtarza Wiktorii (382 r.), nie oddał, mimo nacisków żony cesarza, bazyliki mediolańskim arianom. On wreszcie wymógł na cesarzu Teodozjuszu odbycie publicznej pokuty po dokonanej na cesarski rozkaz masakrze w Tesalonikach w 390 r.

    Za jego czasów coraz żywiej rozwiał się kult męczenników. Dwóch z nich, Gerwazego i Protazego, Ambroży sam „odkrył” i zapoczątkował ich żywy kult. Bez względu na to, co można pomyśleć dziś o tym pomyśle (zapewne bowiem Gerwazy i Protazy byli bardziej realni w wyobraźni Ambrożego niż w rzeczywistości), nie zmienia to faktu, że dla współczesnych te wysiłki biskupa były dużą pomocą dla ich pobożności.

    Ambroży umarł 4 IV 397 r.

    Co do dziś przetrwało…

    Przede wszystkim liczne pisma zawierające doktrynę ascetyczną, dogmatyczną i egzegetyczną (jak byśmy to dziś powiedzieli). Ponoć zamknięty w bronionej przed arianami bazylice Ambroży zagrzewał towarzyszący mu lud do wytrwania poprzez śpiew napisanych przez siebie hymnów. Do dziś znane są i śpiewane niektóre spośród nich (Aeterne rerum conditor; Deus, Creator ominum). Publiczny śpiew hymnów, nie tylko psalmów, jest jednym z elementów dziedzictwa Ambrożego, które przetrwało do dziś.
    Z jego imieniem związana jest też liturgia ambrozjańska celebrowana do dziś w kilkudziesięciu parafiach mediolańskich. Według tej tradycji Adwent, w odróżnieniu od tradycji rzymskiej, trwa 6 tygodni.

    Szymon Hiżycki OSB

    Liturgia.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    6 grudnia

    Święty Mikołaj, biskup




    ***

    Mikołaj urodził się w Patras w Grecji ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także wrażliwością na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców swoim znacznym majątkiem chętnie dzielił się z potrzebującymi. Miał ułatwić zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w “Boskiej komedii”. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre w południowej Turcji), podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie.
    Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków od niechybnego utonięcia w czasie gwałtownej burzy. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie mogli mu zapłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie Mikołaja podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV), Święty został uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. Biskup Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza (kwestionującego równość i jedność Osób Trójcy Świętej).
    Po długich latach błogosławionych rządów Mikołaj odszedł po nagrodę do Pana 6 grudnia (stało się to między rokiem 345 a 352). Jego ciało zostało pochowane ze czcią w Mirze, gdzie przetrwało do roku 1087. Dnia 9 maja 1087 roku zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari. 29 września 1089 roku uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci papież bł. Urban II.
    Najstarsze ślady kultu św. Mikołaja napotykamy w wieku VI, kiedy to cesarz Justynian wystawił mu w Konstantynopolu jedną z najwspanialszych bazylik. Cesarz Bazyli Macedończyk (w. VII) w samym pałacu cesarskim wystawił kaplicę ku czci Świętego. Do Miry udawały się liczne pielgrzymki. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już w wieku IX. Papież św. Mikołaj I Wielki (858-867) ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. Z czasem liczba kościołów św. Mikołaja w Rzymie doszła do kilkunastu. W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: “Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”. W XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg.
    O popularności św. Mikołaja jeszcze dzisiaj świadczy piękny zwyczaj przebierania się ludzi za św. Mikołaja i rozdawanie dzieciom prezentów. Podobiznę Świętego opublikowano na znaczkach pocztowych w wielu krajach. Postać św. Mikołaja uwieczniło wielu malarzy i rzeźbiarzy.

    web-saint-dec-06-nicholas-fr-lawrenece-lew-cc
    Fr Lawrence Lew-CC/Aleteia.pl
    ***

    Wśród nich wypada wymienić Agnolo Gaddiego, Arnolda Dreyrsa, Jana da Crema, G. B. Tiepolo, Tycjana itd. Najstarszy wizerunek św. Mikołaja (z VI w.) można oglądać w jednym z kościołów Bejrutu.
    W Polsce kult św. Mikołaja był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest aż 327 kościołów w naszej Ojczyźnie. Po św. Janie Chrzcicielu, a przed św. Piotrem i Pawłem najpopularniejszy jest św. Mikołaj. Do najokazalszych należą kościoły w Gdańsku i w Elblągu. Ołtarzy Mikołaj posiada znacznie więcej, a figur i obrazów ponad tysiąc. Zaliczany był do Czternastu Orędowników. Zanim jego miejsce zajął św. Antoni Padewski, św. Mikołaj był wzywany we wszystkich naglących potrzebach. Postać Świętego, mimo braku wiadomości o jego życiu, jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii. Jest patronem Grecji, Rusi, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; bednarzy, cukierników, dzieci, flisaków, jeńców, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, panien, piekarzy, pielgrzymów, piwowarów, podróżnych, rybaków, sędziów, studentów, więźniów, żeglarzy.
    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub greckiego. Jego atrybutami są m. in.: anioł, anioł z mitrą, chleb, troje dzieci lub młodzieńców w cebrzyku, trzy jabłka, trzy złote kule na księdze lub w dłoni (posag, jaki według legendy podarował biednym pannom), pastorał, księga, kotwica, sakiewka z pieniędzmi, trzy sakiewki, okręt, worek prezentów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Święty Mikołaj – „patron daru człowieka dla człowieka”

    6 grudnia cały Kościół wspomina św. Mikołaja – biskupa. Dla większości z nas był to pierwszy święty, z którym zawarliśmy bliższą znajomość. Od wczesnego dzieciństwa darzyliśmy go wielką sympatią, bo przecież przynosił nam prezenty. Tak naprawdę zupełnie go wtedy jeszcze nie znaliśmy. A czy dziś wiemy, kim był Święty Mikołaj? Być może trochę usprawiedliwia nas fakt, że zachowało się niewiele pewnych informacji na jego temat.

    Obraz św. Mikołaja w ołtarzu głównym

    Obraz św. Mikołaja w ołtarzu głównym w katedrze w Łowiczu

    ***

    Wyproszony u Boga

    Około roku 270 w Licji, w miejscowości Patras, żyło zamożne chrześcijańskie małżeństwo, które bardzo cierpiało z powodu braku potomka. Oboje małżonkowie prosili w modlitwach Boga o tę łaskę i zostali wysłuchani. Święty Mikołaj okazał się wielkim dobroczyńcą ludzi i człowiekiem głębokiej wiary, gorliwie wypełniającym powinności wobec Boga.
    Rodzice osierocili Mikołaja, gdy był jeszcze młodzieńcem. Zmarli podczas zarazy, zostawiając synowi pokaźny majątek. Mikołaj mógł więc do końca swoich dni wieść dostatnie, beztroskie życie. Wrażliwy na ludzką biedę, chciał dzielić się bogactwem z osobami cierpiącymi niedostatek. Za swoją hojność nie oczekiwał podziękowań, nie pragnął rozgłosu. Przeciwnie, starał się, aby jego miłosierne uczynki pozostawały otoczone tajemnicą. Często po kryjomu podrzucał biednym rodzinom podarki i cieszył się, patrząc na radość obdarowywanych ludzi.
    Mikołaj chciał jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Doszedł do wniosku, że najlepiej służyć Mu będzie za klasztornym murem. Po pielgrzymce do Ziemi Świętej dołączył do zakonników w Patras. Wkrótce wewnętrzny głos nakazał mu wrócić między ludzi. Opuścił klasztor i swe rodzinne strony, by trafić do dużego miasta licyjskiego – Myry.

    Biskup Myry

    Był to czas, gdy chrześcijanie w Myrze przeżywali żałobę po stracie biskupa. Niełatwo było wybrać godnego następcę. Pewnej nocy jednemu z obradujących dostojników kościelnych Bóg polecił we śnie obrać na wakujący urząd człowieka, który jako pierwszy przyjdzie rano do kościoła. Człowiekiem tym okazał się nieznany nikomu Mikołaj. Niektórzy bardzo się zdziwili, ale uszanowano wolę Bożą. Sam Mikołaj, gdy mu o wszystkim powiedziano, wzbraniał się przed objęciem wysokiej funkcji, nie czuł się na siłach przyjąć biskupich obowiązków. Po długich namowach wyraził jednak zgodę uznając, że dzieje się to z Bożego wyroku.
    Biskupią posługę pełnił Mikołaj ofiarnie i z całkowitym oddaniem. Niósł Słowo Boże nie tylko członkom wspólnoty chrześcijańskiej. Starał się krzewić Je wśród pogan.
    Tę owocną pracę przerwały na pewien czas edykty cesarza rzymskiego Dioklecjana wymierzone przeciw chrześcijanom. Wyznawców Jezusa uczyniono obywatelami drugiej kategorii i zabroniono im sprawowania obrzędów religijnych. Rozpoczęły się prześladowania chrześcijan. Po latach spędzonych w lochu Mikołaj wyszedł na wolność.
    Biskup Mikołaj dożył sędziwego wieku. W chwili śmierci miał ponad 70 lat (większość ludzi umierała wtedy przed 30. rokiem życia). Nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł: zgon nastąpił między 345 a 352 r. Tradycja dokładnie przechowała tylko dzień i miesiąc tego zdarzenia – szósty grudnia. Podobno w chwili śmierci Świętego ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie.
    Mikołaj został uroczyście pochowany w Myrze.

    Z Myry do Bari

    Wiele lat później miasto uległo zagładzie, gdy w 1087 r. opanowali je Turcy. Relikwie Świętego zdołano jednak w porę wywieźć do włoskiego miasta Bari, które jest dzisiaj światowym ośrodkiem kultu św. Mikołaja. Do tego portowego miasta w południowo-wschodniej części Włoch przybywają tysiące turystów i pielgrzymów. Dla wielu największym przeżyciem jest modlitwa przy relikwiach św. Mikołaja.

    Międzynarodowy patron

    Biskup z Myry jest patronem Grecji i Rusi. Pod jego opiekę oddały się Moskwa i Nowogród, ale także Antwerpia i Berlin. Za swego patrona wybrali go: bednarze, cukiernicy, kupcy, młynarze, piekarze, piwowarzy, a także notariusze i sędziowie. Jako biskup miasta portowego, stał się też patronem marynarzy, rybaków i flisaków. Wzywano św. Mikołaja na pomoc w czasie burz na morzu, jak również w czasie chorób i do obrony przed złodziejami. Opieki u niego szukali jeńcy i więźniowie, a szczególnie ofiary niesprawiedliwych wyroków sądowych. Uznawano go wreszcie za patrona dzieci, studentów, panien, pielgrzymów i podróżnych. Zaliczany był do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli.

    Święty zawsze aktualny

    Od epoki, w której żył św. Mikołaj, dzieli nas siedemnaście stuleci. To wystarczająco długi czas, by wiele wydarzeń z życia Świętego uległo zapomnieniu. Dziś wiedza o nim jest mieszaniną faktów historycznych i legend. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w fantastycznie brzmiących opowieściach o św. Mikołaju tkwi ziarno prawdy.
    Święty Mikołaj nieustannie przekazuje nam jedną, zawsze aktualną ideę. Przypomina o potrzebie ofiarności wobec bliźniego. Pięknie ujął to papież Jan Paweł II mówiąc, że św. Mikołaj jest „patronem daru człowieka dla człowieka”.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________________________________________

    Św. Mikołaj, biskup Miry

    św. Mikołaj z kościoła w Liszkach

    ***

    Święty Mikołaj, późniejszy biskup Miry (obecnie Demre) urodził się w Patarze w Licji (na terenie dzisiejszej Turcji) ok. 270 roku. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, którzy gorąco prosili Boga o potomstwo. Od najmłodszych lat Mikołaj wyróżniał się pobożnością. Był także bardzo wrażliwy na niedolę bliźnich. Ponadto okazał się bardzo pilnym i zdolnym uczniem. Duży wpływ na jego wychowanie i duchowość miał jego stryj, biskup Miry, z rąk którego nasz święty otrzymał święcenia kapłańskie.


    Hojny cudotwórca – gorliwy obrońca wiary

    Jako, że rodzice mieli znaczny majątek, toteż po ich śmierci nasz święty chętnie dzielił się nim z potrzebującymi. Gdy pewien mieszkaniec Patary utracił swój dobytek, a jego trzem córkom groziło zejście na złą drogę, Mikołaj wziął mieszek ze złotem i wrzucił go przez okno do domu tego człowieka. Najstarsza córka wyszła dzięki temu za mąż. Podobnie uczynił też wobec dwóch pozostałych panien. Dlatego św. Mikołaj często przedstawiany jest na obrazach z trzema mieszkami lub trzema złotymi kulami.

    Kiedy został wybrany na biskupa Miry, zdobył serca wiernych nie tylko gorliwością duszpasterską, ale także wielką troską o ich potrzeby materialne.

    Dobro i cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś w gruncie rzeczy niezbyt groźne wykroczenie, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by wyprosić dla swoich wiernych ułaskawienie. Innym razem Mikołaj kierowany gorącą pobożnością i nabożeństwem do Męki Pańskiej postanowił odbyć pielgrzymkę do Jerozolimy. W czasie podróży morskiej pielgrzymów zaskoczyła wielka burza. Wydawało się, że statek zatonie. Marynarze zaczęli prosić Mikołaja o wstawiennictwo do Boga. Święty Mikołaj wzniósł oczy ku niebu, burza uciszyła się i statek ocalał. Kiedy zaś spadł z pomostu marynarz, Mikołaj wzywając imienia Boga wskrzesił go z martwych. Te wydarzenia sprawiły, że św. Mikołaj jest czczony także jako patron marynarzy. Prowadzony łaską Bożą w czasie zarazy, jaka nawiedziła także jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Tradycja głosi, że święty biskup Miry wskrzesił trzech młodych ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie uregulowali należności. Trawiła go troska o zbawienie dusz grzeszników. Wielu złodziei skłonił do skruchy i zmiany życia, a także do zwrotu zagarniętych kosztowności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie św. Mikołaja podaje, że w czasie prześladowań, jakie wybuchły za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana nasz święty został uwięziony (niektóre źródła podają, że został wypędzony). Uwolniony został dopiero na mocy edyktu mediolańskiego w roku 313. Dwanaście lat później św. Mikołaj uczestniczył w pierwszym soborze powszechnym w Nicei, na którym został potępiony arianizm. Mikołaj miał wtedy spoliczkować heretyka Ariusza.


    W gronie świętych

    Po długich latach błogosławionych rządów i świątobliwego życia biskup Mikołaj odszedł po zasłużoną nagrodę do domu Ojca 6 grudnia najprawdopodobniej w roku 346 (choć niektóre źródła podają przedział między latami 345 a 352). Ciało świętego zostało pochowane w Mirze, gdzie spoczywało do 1087 r. 9 maja tegoż roku zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari. 29 września 1089 roku papież bł. Urban II uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci. Do dziś dwa razy w roku – 9 maja i 6 grudnia – w Bari obchodzona jest uroczystość ku czci św. Mikołaja. Pierwsza jest na pamiątkę sprowadzenia z Miry jego relikwii, druga – w dzień jego śmierci. Święty Mikołaj nie przestał czynić cudów także po śmierci. Według św. Jana Chryzostoma z kości świętego wydobywał się pachnący płyn o właściwościach leczniczych, zwany „manną”. Biskup Miry zaczął odbierać cześć należną świętym zaraz po śmierci, jednak najstarsze ślady jego kultu napotykamy dopiero w VI wieku, kiedy to cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu na cześć świętego jedną z najwspanialszych bazylik. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już w IX wieku. Papież św. Mikołaj I Wielki ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. W całym chrześcijańskim świecie święty biskup Miry miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisał: „Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”.

    Warto odnotować, że w XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg. Z czasem w Polsce – jak i w całym świecie – rozpowszechnił się zwyczaj obdarowywania dzieci prezentami albo w samo święto (6 grudnia), albo „na gwiazdkę”. Św. Mikołaj był czczony również w Polsce jako opiekun pasterzy, chroniący trzodę przed drapieżnymi zwierzętami. Dlatego każdego 5 grudnia pasterze pościli, a w sam dzień świętego Mikołaja zamawiali nabożeństwa w intencji opieki nad zwierzętami domowymi.


    Św. Mikołaj w Ikonografii

    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub greckiego. Czasem ukazywany jest też jako: młody mężczyzna wrzucający trzy złote kule w okno trzech biednych dziewczyn; przywracający życie niesłusznie powieszonemu człowiekowi; ratujący rozbitków z wraku statku; wskrzeszający troje dzieci; jako noworodek chwalący Boga. Jego atrybutami są m.in.: anioł z mitrą, chleb, trzy złote kule na księdze lub w dłoni, pastorał, księga, kotwica, trzy sakiewki, okręt, worek prezentów.

    Szczególną czcią otaczany jest w Bari, Monserrat i w Rosji. Jest także patronem m.in. Grecji, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; bednarzy, cukierników, dzieci, flisaków, jeńców, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, panien, piekarzy, pielgrzymów, piwowarów, podróżnych, rybaków, sędziów, studentów, więźniów, żeglarzy.

    Taka jest prawdziwa historia świętego Mikołaja. Gorliwego pasterza, hojnego dla wszystkich potrzebujących. Biskupa o dobrym sercu i twardej postawie względem błędu. Trzymającego nie tylko „mieszek ze złotem”, lecz także pastorał. I – co niemniej ważne – pochodzącego z Azji Mniejszej, a nie zimnej, leżącej za kołem polarnym Laponii.

    Bogusław Bajor/PCh24.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Pierwsze dary św. Mikołaja

    Pierwsze dary św. Mikołaja

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    (Opowiadanie pochodzi z książki: ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA “SZALEŃCY BOŻY”)

    Dom ubogiego Symforiona kamieniarza stał przy głównym placu Myry, górującym wysoko nad piaskowzgórzem licyjskim. W oddali błękitniało morze. Białe żagle, podobne motylom, skupiały się wokoło błyszczących w słońcu portowych ramion Andriaku. Plac był duży, nieustannie wypełniony tłumem ruchliwym i gwarnym, wieczną radość dla oczu dziecięcych stanowiącym, przeto Prakseda, Sekundus i Ab-don, nędzne potomstwo ubogiego Symforiona, przesiadywali całe dnie przed domem, sycąc oczy, by oszukać głód żołądka. Nagie ich ciałka wystalizną kości jaskrawo wyrażały zadawnioną biedę. Zapadłe głęboko oczy wpierały się pożądliwie w nieosiągnięty nigdy przedmiot marzeń: gorące placki miodne, maczane w oliwie, grubego handlarza Gorgona, sąsiada. Gdy na cienkim trójzębie żelaznym rozdawał placki szczęśliwcom, mogącym zapłacić za nie ćwierć obola, oliwa kapała na gorącą blachę, przypalając się z sykiem, i rozkoszna woń dochodziła aż ku dzieciom, powodując łaskotanie w krzyżu i napływ śliny do wyschniętej grdyki.
    Tuż za Gorgonem stara jednooka Tryscylla sprzedawała gołębie. Powiązane za nóżki parami, podlatywały wkoło niej, trzepocąc. Prócz gołębi handlowała też dziewczętami, długie chwile trawiąc na szeptach z bogatą młodzieżą myreńską, do której szczerzyła bezzębne, krzywe usta. Wróżbiarz Thalesus zapraszał ręką przechodniów do wnętrza zasnutej oponą izby, w której smrodliwych ciemnościach ukazywał w wiadrze wody przyszłe losy. Rój much brzęczał opodal nad rozłożonym mięsiwem przed kramem rzeźnika. Psy bezpańskie płowe wałęsały się między nogami przechodniów. Środkiem placu przelewał się ruchliwy tłum, pstro i barwnie przyodziany. Filozofowie w białych tunikach szli poważnie, rozmyślnie nie widząc przechodniów. Za nimi śpieszyli skryby. Nieraz zdarzało się, że na jednym końcu placu stawał na kamiennym podwyższeniu retor, na przeciwnym zaś sofista, do zupełnego schrypnięcia głosu starając się przekrzyczeć wzajemnie i przyciągnąć tłum do siebie. Podjudzani przez rozbawionych słuchaczy, kończyli nieraz dysputę pięściami. W dnie świąteczne przesuwały się wśród modłów procesje diakonów i pobożnych diakonis w długich zasłonach na twarzach. Czasem wstrząsał miastem żelazny krok legij, dążących z Północy na Południe albo ze Wschodu na Zachód. Rzemienne skórznie zrudziałe były od śniegów lub popękane od gorących piasków. Drgały mocą stalowe golenie, kolana. Szczękały tarcze, władne wznieść Cezara, olśniewały w słońcu miecze, zdolne powalić wybrańca. Przed zwartym ich wężem rozstępował się z dala tłum i gród zalegała cisza. Oni zaś szli mimo, nie spoglądając na boki, zapatrzeni w daleką swą drogę, we własną rzymską nieodpartą moc. Gdy wieczór zapadał, do wygłodniałych dzieci powracał równie jak one wychudły ojciec Symforion, cały dzień pracujący w kopalniach marmuru, w twardym trudzie zdobywający prawo do nędznego życia. Przynosił dzieciom garść fig i suchy placek jęczmienny, po czym układali się na spoczynek przed drzwiami niskiego domostwa. Plac zalegała cisza. Czerwone latarnie błyskały u drzwi winiarni. Gdy i one zgasły, maleńkie samotne światło ponad bazyliką jak baczne oko czuwało nad uśpionym miastem. Każdy z mieszkańców spojrzawszy w tę stronę wiedział, że to płonie lampka zatlona ku czci Matki Bożej, przed której obrazem sędziwy biskup Myry, świątobliwy Epiphanes, trawi dnie i noce na nieustannej modlitwie. Z dawna pacierzami jeno dzielił sobie czas, niewidomym od lat będąc.

    Wiekowy był biskup, z łoża z trudem dźwigający się przy pomocy pilnych diakonów. Rozluźnione więzy starczego ciała z trudem przytrzymywały duszę, która lada dzień uleci. Uleciałaby już pewno, gdyby nie troska, do ziemi wiążąca. Podziela ją całe miasto: Nie masz biskupa następcy! Słusznie przypuszczają ludzie, że działają tu złe czary. Bo raz po raz diakom i Rada przywodzą przed starca kapłanów co najprzedniejszych, najświątobliwszych, uczonych, prosząc by ręce na którego z nich położył, następcą swoim mianując — na próżno, bo bezsilnie opadają starcze dłonie. Do zmartwiałego ucha Głosy tajemne, nieodparte, szepcą: Nie tego naznaczysz!… I próżno wypatruje starzec ślepe oczy, czekając na godniejszego. Stawali już przed nim z całej Licji ludzie godni wielkiego zaszczytu i urażeni odeszli. Wrócił do swojej pustelni, uśmiechając się wyrozumiale nad starczym dziwactwem biskupa, świątobliwy anachoreta Hierofanus. Odszedł uczony teolog Baladon. Lud szemrał niezadowolony. Lada dzień biskup zemrze i trza będzie chyba do dalekiej Aleksandrii słać, do tamtejszego kościoła. Skołatany, serdecznie bolejący nad tym stanem rzeczy Epiphanes czuwał nocami, w modlitewnym wysiłku daremnie starając się rozeznać, od kogo pochodził więżący dłoń jego Głos. Był to głos Boga? Nie byłże to — o udręko! — głos demona?! Wspierając utrudzone, rozeschłe ciało o klęcznik, modlił się starzec bezsenny.
    Z pięknego swego domu, na przeciwnym końcu placu tuż przy domku kamieniarza stojącego, patrzył uparcie w światełko migocące w komnatce biskupa — Mikołaj, syn Euzebiuszowy. Młody był, brzydki i nieśmiały. Dziwaczna nieśmiałość pętała go od dziecka niby sieć. Stronił od ludzi, których lękał się w cichym swym sercu. Bezpieczny byłby i wolny gdzieś na dalekiej pustyni, los zaś uczynił go dziedzicem wielkiego majątku, z którym nie wiedział, co począć. Noce jego były bezsenne i nużące ciężką troską. Nie chciał bogactwa, a jak by je rozdać, nie wiedział. Nieśmiałość kleiła mu wargi, gdy pragnął rozważnej porady starszyzny. Zawezwać ubogich, niech biorą? Ścierpnął i skulił się w sobie na myśl, że ogłoszono by go dobroczyńcą i wyniesiono w triumfie na plac. Zbierała ochota rzucić wszystko i nocą ujść z domu, lecz wstrzymywała myśl o chciwym krewniaku, który przyjdzie, dom opuszczony zajmie i twardą dłonią zacięży nad niewolnikami. Udarował ich wolnością — oni przedsię padli mu do nóg, błagając, by im pozostać pozwolił… I plątał się bezradnie wśród swych bezużytecznych dostatków, których podjąć i dobroczynnym potokiem między ludzkość skierować nie umiał.
    Świt błysnął, różowiąc góry. Ranny wiew odświeżył skołataną głowę. Stroskany młody bogacz spojrzał z ganku w dół, gdzie kamieniarz Symforion ziewał, powstając do pracy. Dzieci spały, nagie, skulone pod chłodem nocy, podobne do sinych trupków. Nagły ból ścisnął serce Mikołaja.
    Zaprawdę — pomyślał — wszystko na świecie jest lżejsze i do zniesienia łatwiejsze niż niedola małych dzieci. Współczującym okiem ogarnąć można każdy ból i pójść swoją drogą spokojnie, jeno nie cierpienie dziecka. Człek dojrzały zna przyczynę i powody swego bólu. Człek dojrzały zapaśnikiem jest świadomym — dzisiaj leży powalony, kto wie zaś, czyli sam nie tłoczył przeciwnika wczoraj? Któż odgadnie, jaki odwet gotuje mu jutro? Lecz krzywda dziecka cięższa jest niż świat. Niewinne oczy, zachodzące łzami z bolesnym zdziwieniem nad złem, palące są i niezapomniane jak wyrzut Boga samego. Niewinność Chrystusowa mieszka w drobnym ciałku nie znającym grzechu ni jego przyczyny. Kto miłuje Chrystusa, miłować musi ponad wszystko inne — dzieci. Przez nie dojdzie ku Niemu najłacniej. Biada życiu, które krzywdzi małych! Szczęśliwy, kto krzywdę dziecinną nagrodzi…

    Stukot oddalających się spiesznie sandałów obudził w nocy Praksedę córkę Symforiona. Ciemna postać w naciągniętym głęboko kapturze mignęła w zdziwionych oczach dziewczynki. Odwróciła się na drugi bok, by zasnąć ponownie, gdy zapach bliski, nęcący poderwał ją na nogi. Instynktem głodnego zwierzęcia wyczuła jadło w pobliżu. Sięgnęła ręką — znalazła. Ze zdławionym piskiem zdziwienia kopnęła w chude żebra braci. Na wpół przytomni ze snu, rzucili się na nią, na zdobycz. Nie mówili nic. W mroku nocnym węchem i dotykiem raczej niż oczami rozpoznawali, zachłystując się spazmem rozkoszy, z widzenia jeno znajome mięsiwo pieczone w szafranie, węgorze tłuste w oliwie i placki lepkie od miodu, wonne od korzeni. Jedli żarłocznie, pomrukując z rozkoszy, jak to czynią zwierzęta, aż gdy szczęki im ustały, a kałdunki po raz pierwszy w życiu stały się pełne i ciężkie, przebudzili śpiącego opodal ojca. Ubogi kamieniarz, ostrożnym człowiekiem będąc, nie zadowolił się samym faktem radosnym. Nasyciwszy głód, zapragnął wiedzieć, skąd spadły dary nieznane. Lecz Prakseda nie umiała nic powiedzieć. Obudziła się, bo nieznajomy człowiek biegł przez plac. Poczuła placki, bo leżały tuż obok… Zatliwszy olejny kaganek, Symforion podjął ostrożnie resztę zapasów, by skryć je w izbie przed okiem zawistnych sąsiadów — i radość odjęła mu mowę: oto jeszcze lniana szatka, w sam raz dla Praksedy, i opończe ciepłe, wielbłądzie dla chłopców, i woreczek dzwoniący, a w nim… Ach! ach! a!… Przyciskając go oburącz do piersi, nędzarz dygotał jak liść. Nie będą już nigdy głodni! Ukląkł, bijąc pokłony Stwórcy, a także i bogom, nie wiedział bowiem, kto mu ten dar zesłał. Dziękował więc we łzach Jezusowi i Jowiszowi zarazem. Najświętszej Pannie i Afrodycie. Naraz pomyślał, że niechybnie okradziono kogoś w mieście, i złodziej, spłoszony, zdobycz swą przy nich podrzucił. Wszakże dziewczyna uciekającego słyszała. Zgarnął oburącz skarb, przenosząc go w głąb ciemnej nory, zwanej domem, przykazując srogo dzieciom nic nikomu o zdarzeniu nie opowiadać, natomiast pilnie słuchać, gdy obwoływacz stratę ogłosi. Lecz obwoływacz nie ukazał się wcale na placu, na którym dwóch retorów potykało się na słowa od straży rannej do schyłku dnia — aż słuchacze, zakładający się o to, który przetrzyma, wodę im z winem podawali dla pokrzepienia.
    Ubogi dotychczas kamieniarz nie wiedział, co o tym myśleć. Nie wiedział również, że następnej zaraz nocy dzieci uboższego jeszcze niż on Nazariusza takiż sam skarb przy ubogim swoim posłaniu znalazły i że równie jak on ostrożny Nazariusz zalecił dzieciom milczenie. Z kolei bogatymi się zbudziły i małe córki starej Darii, wdowy niemocą ruszonej, potem Rustykus i Klemens, sieroty po Tymoteuszu tragarzu. Wtedy przestano się już ukrywać i wieść huknęła wśród ludzi, że dobroczynny demon nawiedza miasto w nocy, rozdaje królewskie dary. Zapewne obdzieli z kolei wszystkich mieszkańców?
    Z radosnym wzruszeniem myśleli bogaci kupcy, jakie skarby tajemniczy gość musi zachowywać dla nich, skoro tak hojnie obdziela nędzarzy, niewartych spojrzenia. Kimże był? Aniołem? Demonem dobrym? Gdy nie kwapił się iść z darami pomiędzy bogaczy, gotowi go byli ogłosić duchem piekieł, czartem, i dary na ogień skazać. Że znajdowały się jednak między nimi misternie z drzewa lub kamienia rzeźbione wyobrażenia Baranka albo Gołębicy, musiano uznać niebiańskie pochodzenie dobroczyńcy. Tymczasem nie mijała noc, by ktoś z ubogich, dzieci mających, obdarowany nie został. W mieście nie mówiono już o niczym innym, z grozą, zawiścią, uniesieniem i błogosławieństwem lub oczekiwaniem. Bądź co bądź podnosiło to ogromnie znaczenie grodu. Myra dotychczas szczyciła się, że wylądował w niej kiedyś Paweł z Tarsu, Apostoł narodów, a przejeżdżał cesarz Hadrian, obwożący po całym świecie frasobliwą, niespokojną duszę. Do tych odwiedzin przybywały nowe, nierównie wszakże znaczniejsze.

    Nikt dotąd nie widział tajemniczego przybysza. Zjawiał się, gdzie się go nie spodziewano, i rzuciwszy do wnętrza domu lub przed progiem tłumok z darami, znikał bez śladu. Niektórzy zaręczali, że widzieli świetlisty rąbek mknącej szaty i rozpoznawali Archanioła Gabriela. Inni stwierdzali, że pojawieniu się Geniusza towarzyszył nagły wicher, a wraz czar schodził na głowy mieszkańców, klejąc im oczy nieprzepartym snem. Więc grube przekupki, omijane dotychczas przez Ducha, kiwały frasobliwie głowami, zapewniając, że nieczyste to muszą być moce.
    Wśród ogólnego zaciekawienia prawie niepostrzeżenie przechodziła inna sprawa, zaszczytu miastu nie przynosząca, nie ogadana ani roztrząśnięta jak by należało przez gawiedź rynkową. Oto Mikołaj syn Euzebiuszowy, po którym słusznie spodziewać się było można statku i pobożnej obyczajności, zostawszy dziedzicem nie byle majątku, zamknął się przed ludźmi, by wieść życie gorszące i haniebne. Co dzień wieczorem (opowiadali z żalem niewolnicy) młody pan wymykał się z domu, by wrócić dopiero o świcie. Przepadał bez wieści i darmo próbowano go śledzić.
    Pozornie niezręczny, nabierał chytrości węża, gdy chodziło o zmylenie śladów. Raz wyzwoleńcowi imieniem Jonas udało się go dostrzec:
    w ciemnej opończy i kapturze szczelnie nasuniętym na głowę wałęsał się po najgorszej, odległej dzielnicy miasta. Czego tam szukał?… Co więcej, starszy wyzwoleniec Theobaldus, zaufany nieboszczyka Mikołajowego ojca, zajrzał kiedyś ukradkiem do skarbca domowego i z przerażeniem zauważył w nim znaczny ubytek. Mikołaj trwonił fortunę z trudem zbieraną przez pobożnego a zapobiegliwego Euzebiusza! Niewątpliwie hołdował grzesznym miłostkom greckim, przez Kościół najsurowiej potępionym.
    Starsi mężowie starali się nakłonić świątobliwego Epiphanesa, by grzesznika do siebie zawezwał i powagą biskupią poprawę życia nakazał, lecz starzec obojętny był na te namowy.
    — Zali kto go na grzechu zdybał? — zapytywał.
    Darmo było zdziecinniałemu ślepcowi tłumaczyć, iż niepotrzebny jest widok grzechu samego, tam gdzie ogólne, niezbite o winie trwa przekonanie. Na koniec więc dawni przyjaciele i towarzysze nieboszczyka Euzebiusza, Markus Ancilla, najbogatszy kupiec w mieście, zapalczywy Chrystofor, żeglarz i łagodny Lucjus, trzymający gospodę w Andriaku, zeszli się, by synowi przyjaciela sumienie roztrząsać. Dość długo stukali kołatką u wrót, zanim niewolnik otworzył i dostojników do atrium wprowadził. Markus trącił znacząco Chrystofora w bok i obaj smutnie pokiwali głowami, rozglądając się dokoła.
    Wykwintne niegdyś mieszkanie wiało opuszczeniem. Na zapylonym marmurze tabliczek nie zapisał się od dawien dawna żaden gość. Jedynie przed obrazem Najświętszej Dziewicy, umieszczonym w miejscu, gdzie pogańskimi czasy stał ołtarzyk bóstw domowych, płonęła lampka oliwna jak dawniej.
    Na odgłos kroków odwrócili głowy. Mikołaj stał przed nimi, schylając się w kornym ukłonie. Nieśmiała jego twarz wyrażała najwyższe zakłopotanie, szerokie usta uśmiechały się niepewnie, a z całej postawy bił lęk nieczystego sumienia. Obrzucili go surowo badawczym wejrzeniem, siadając wygodnie na ławie.
    — Mikołaju, synu Euzebiuszowy! — zagaił rzecz Markus Ancilla z powagą. — Jako przyjaciele ojca twego pobożnej pamięci przyszliśmy cię spytać, co czynisz…
    — Zgorszenie miastu dajesz, którego ścierpieć nie możemy! — przerwał porywczo Chrystofor.
    — Zbawienie duszy narażając — westchnął Lucjus, składając ręce na wydatnym brzuchu.
    — Noce poza domem spędzasz — podjął surowo Ancilla — majątek nikczemnie marnujesz. Nie po to ojciec twój zapobiegliwie go gromadził…
    — Hańbisz się! Tajnej rozpuście oddajesz!
    — Powiadają już, żeś wiary świętej odstąpił, do pogańskich praktyk bezecnych należąc… Mikołaj potrząsnął głową przecząco.
    — Oby tak nie było!… Dokąd zatem chodzisz nocami?
    — Gadaj zaraz, a szczerze!
    — W imieniu gminy żądamy!
    A gdy oskarżony milczał uparcie, mnąc kraj sukni w drżących palcach, w sercu poważnych mężów wezbrał słuszny gniew.
    — Biada ci, nieszczęśniku, który w szpony szatanów popadłeś! — zagrzmiał Chrystofor. — Biada ci! Ratować będziem twą duszę, z wolą czy bez woli, obaczysz!
    Wyszli wzburzeni, otrzepując na progu starannie sandały. Mikołaj stał bez ruchu. Wyzwoleniec odprowadził ich do drzwi.
    — Nie tak nas tu niegdyś przyjmowano — sapnął doń gniewnie Chrystofor. — Na taki żar nawet kropli wina nie podałeś, Symforionie!
    — Nie mamy wina w domu, dostojny panie! — szepnął wyzwoleniec.
    — Nie ma wina?! Cóż podajecie do stołu?
    — Mleko kozie — westchnął sługa. — Młody pan przaśnymi plackami, figami i mlekiem żyje, a my z nim — dokończył żałośnie.
    — Słyszeliście, szlachetni przyjaciele? — zagadnął za wrotami do towarzyszy Markus Ancilla. — W nocy fortunę trwoni na rozpustę, w domu zasię służbę głodzi…
    — Czary to pogańskie! Czary! Tesalijskie jędze go zmamiły. Widziały praczki onegdaj podle gaju, któren ku wybrzeżu schodzi, korowód owych czarownic, przy miesiącu tańce swoje sprawujących…
    — Uchowaj Boże! — wzdrygnął się z lękiem Lucjus.
    — Na świętego Walentego męczennika! W gaju?! Toż tam Mikołaja, rzekomo wracającego z Andriaku, widziano!
    — Baczycie?!
    — Nie tylko dla pamięci cnotliwego Euzebiusza, lecz dla spokoju całego miasta, które za sprawą jednego apostaty nawiedzone przez demony być może, należy swawolę Mikołaja grzesznika ukrócić — stwierdził uroczyście Chrystofor.
    Weszli do winiarni, gdzie znajomi zwartym kołem otaczali Serwiliusza owocarza. Geniusz dobroczynny nawiedził jego dom tej nocy. Mała Lucylla zdążyła zobaczyć, gdy znikał, długi szmat barwnej materii. Dziecko, jak to dziecko, upierało się, że była to sakwa z kwiecistego bławatu zeszyta, z której Geniusz wytrząsnął swe dary, niewątpliwie zaś musiał to być kraj szaty lub skrzydła.
    Lecz trzej mężowie słuchali tego obojętnie. Co tam Geniusz! Dotąd nie był u nich i u innych, co najprzedniejszych. Nierównie więcej pochłania ich uwagę sprawa Mikołaja. Obiecali sobie roztoczyć baczny nadzór nad grzesznikiem.
    Jakoż w parę dni później już go wykryli, przemykającego się nocą pod ścianami.
    — Mikołaju! Mikołaju! Stój!
    Słysząc wołanie porwał się uciekać. Skoczyli za nim. Wnet przyłączyli się do nich sąsiedzi, zwabieni hałasem. Mikołaj pędził jak jeleń, daremnie starając się zmylić pogoń w zawiłej plątaninie uliczek. Tłum, krzycząc i grożąc, biegł za nim. Gorliwsi kamieniami sięgali. Zbudziło się całe miasto.
    Nieczuły z dawna na gwary zewnętrzne, w rozmyślaniach dusznych zatopiony, sędziwy biskup Epiphanes roztworzył szeroko w ciemność niewidome oczy. Wrzawa rozbudzonego miasta biła w okna, nie dochodząc doń. Daleki o całe światy od wrzaskliwych ludzi z dołu, uniósł się, zasłuchany w Głosy tajemne, Boskie, zza krawędzi świata dochodzące, których dźwięk tak jest odległy, iż czterdzieści lat ciszy straszliwej pustyni zaledwie nieraz wystarczy, aby je uchem pochwycić. Nakaz, tyle lat oczekiwany, przyszedł nareszcie i bił weń rozkazująco, mocno, nieodparcie. Przyłożył dłonie do czoła, by uciszyć szum, wypełniający suchą czaszkę niby morską konchę, i treść nakazu rozeznać. Zapragnął wstać i pójść, choć nie wiedział jeszcze, dokąd. Nie było nikogo w pobliżu. Diakoni zbiegli na dół, zwabieni krzykiem na placu, przeto sam dźwignął z wysiłkiem zniedołężniałe ciało. Drżącymi rękoma zmacał biskupie swe szaty. Włożył na głowę infułę. Podpierając się laską-krzywulą, schodził po schodach, wiedziony czuciem nieomylnym.
    Głosy śpiewały wokoło i w nim. Rozeznawał je teraz wyraźnie: ptaszęcym chórem dzwoniły:
    Naznacz go! Naznacz go! Naznacz go i spocznij rad…
    Szedł ciemną nawą kościoła, szczęśliwy, wyciągając w ciemności ramiona ku temu, kogo głos zwiastował… Nareszcie będzie mógł spocząć!… Czuł już wieczną wiosnę duszy, ku której wyzwolić się osiągnie prawo. Odrzuci larwę cielesną starości jak łachman przykry, zetlały.
    Zachwiał się nagle, bo człowiek uciekający upadł mu do nóg bezwładnie. Rozświegotały się Głosy, rozjaśniła się twarz starca. Niezbicie czując, iż trzyma w ramionach następcę, nie pytał, kim był ów człowiek ani skąd się wziął. Nie wiedział, że równocześnie wtargnął do kościoła groźny i wzburzony tłum. Blask pochodni rozświecał głęboką noc bazyliki. W tym świetle ujrzano starca, jak radosnymi rękami zdejmował z głowy infułę, tyle lat na głowie ciążącą, i wciskał na głowę zbiega. Z szyi krzyż, z ręki laskę pasterza krzywulę. W gorączce szczęśliwej zsuwał z sękatego palca pierścień, drżącą ręką szukał dłoni, na którą ametyst nasunie. A ustroiwszy, odwrócił go twarzą ku wyjściu i wzniósł wysoko błogosławiące dłonie nad głową wybrańca. Nie słyszał gniewnego szemrania. Tłum, zaskoczony, nie chciał ustąpić bynajmniej. Omyłka świątobliwego ślepca była zbyt widoczna i gorsząca. Szacunek wstrzymywał, rozsądek nakazywał przeciwdziałać rychło. Ruszono naprzód stanowczo. A w tejże chwili, wpółprzytomny ze wstydu i przerażenia, Mikołaj upuścił zawiniątko, kurczowo dotąd przy piersi trzymane. Upadło z szelestem na ziemię. Okrągłe placuszki z miodu, radość dzieci, potoczyły się po stopniach aż pod nogi tłumu.
    — Sakwa Geniusza! — wykrzyknęła ze zdumieniem mała Lucylla, córka owocarza.

    wiara.pl(Zofia Kossak, Szaleńcy Boży, Warszawa 1974)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 grudnia

    Błogosławiony Narcyz Putz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Saba Jerozolimski, prezbiter
      •  Błogosławiony Filip Rinaldi, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Narcyz Putz w seminarium

    Narcyz Putz urodził się 28 października 1877 r. w Sierakowie, w Wielkopolsce. Chrzest przyjął 25 listopada 1877 r. w sierakowskim kościele parafialnym pw. Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Uczęszczał do gimnazjum św. Marii Magdaleny (zwanego też “Marynką”) w Poznaniu, gdzie w 1898 r. uzyskał świadectwo dojrzałości. Następnie studiował filozofię i teologię w seminarium duchownym w Poznaniu.
    Święcenia kapłańskie przyjął w 1902 r. w Gnieźnie z rąk Prymasa Polski, arcybiskupa Floriana Stablewskiego. Został administratorem parafii św. Andrzeja Apostoła w Boruszynie; potem pracował także w Obrzycku, Szamotułach i Wronkach. Narcyz nie tylko wykonywał posługę kapłańską, ale udzielał się także w różnych polskich stowarzyszeniach działających w zaborze pruskim. Uczestniczył w ruchu spółdzielczym w Szamotułach. Pracował społecznie w bankach ludowych i instytucjach charytatywnych.
    Najbardziej zapamiętano jego odczyty z historii Polski. Występował przeciwko wywłaszczaniu polskiej ziemi, pomagał przy zakładaniu organizacji skupiającej polskich rolników. W jednym z przedwojennych czasopism pisano o nim: “Jako młody wikary pracuje przez szereg lat w parafii szamotulskiej i stacza sławne boje z początkującą naówczas w Wielkopolsce Polską Partią Socjalistyczną. Poza gorliwą pracą w kościele pracuje w organizacjach parafialnych, narodowych i oświatowych, jak również w ruchu spółdzielczym”.
    Tuż przed wybuchem I wojny światowej został proboszczem w parafii św. Jadwigi Śląskiej we wsi Mądre, w powiecie średzkim. W czasie wojny wspomagał stowarzyszenia i związki Polaków żyjących i pracujących w głębi ówczesnych Niemczech, zwłaszcza w Saksonii, gdzie corocznie bywał. Był też prezesem Towarzystwa Czytelni Ludowych na powiat średzki oraz prezesem Banku Ludowego w pobliskim Zaniemyślu.
    Cztery lata później, w 1918 r., tuż przed końcem wojny i odrodzeniem Rzeczpospolitej, został komendarzem (pełniącym obowiązki proboszcza) w parafii pw. św. Mikołaja w Ludzisku. Organizował powstańców, z którymi pośpieszył na pomoc w oswobodzeniu przez nich Inowrocławia w 1919 roku. Od 1920 r. był administratorem okręgu duszpasterskiego przy kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. W 1924 r. kościół ten stał się sercem nowo erygowanej bydgoskiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jej pierwszym proboszczem został ks. Narcyz.

    Błogosławiony Narcyz Putz

    Był skutecznym polonizatorem okręgu i parafii, w owych latach zamieszkałych w dużej mierze przez Niemców – dopiero po 1920 r. zaczęła przybywać na te tereny ludność polska. Zapoczątkował odwiedzanie parafian w ich domach, organizował polskie duszpasterstwo. Gdy proporcja Polaków do Niemców na to pozwoliła, zlikwidował kazania po niemiecku (Niemców na Mszę św. przychodziło bowiem niewielu). Pomimo skarg mniejszości niemieckiej nie uległ ich presji.
    Szczególną uwagę przywiązywał do duszpasterstwa dzieci. Był współorganizatorem i jednym z najaktywniejszych członków Komitetu Kolonii Feryjnych, dla którego zakupił gospodarstwa w Jastrzębcu pod Bydgoszczą. W 1924 r. z wyjazdów wakacyjnych skorzystało ok. 200 dzieci. Oprócz spełniania rozlicznych obowiązków duszpasterskich, aktywnie uczestniczył w życiu społecznym miasta. Od 1920 r. zasiadał w radzie miejskiej. Wchodził w skład kilku deputacji: bibliotecznej, teatralnej, szkolnej oraz komisji gospodarczej.
    W 1925 r. otrzymał instytucję kanoniczną na beneficjum dużej parafii i kościoła pw. św. Wojciecha w Poznaniu. Jako proboszcz kontynuował prace restauratorskie i upiększające w świątyni. W 1930 r. został mianowany przez kard. Augusta Hlonda honorowym radcą duchownym, a w 1937 r. kanonikiem honorowym Kapituły Metropolitalnej w Poznaniu. Pełnił funkcję inspektora duchownego nauki religii. Podobnie jak w Bydgoszczy, i tu zajmował się dziećmi.
    Jednym z charakterystycznych rysów jego pasterzowania była umiejętność budowania kościołów i tworzenia wokół nich nowych parafii. W Poznaniu stało się tak w przypadku kościoła pw. św. Stanisława Kostki na Winiarach, kościoła pw. św. Jana Vianneya na Sołaczu i kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Naramowicach. Nie zaniedbywał biednych, z myślą o nich prowadził tanie kuchnie.
    Miał opinię dobrego kaznodziei i spowiednika. Bardzo aktywnie uczestniczył w pracach nad tworzeniem i rozwojem katolickich czasopism religijnych w Poznaniu. W końcu lat 20-tych i w latach 30-tych ubiegłego wieku był redaktorem wielu poznańskich pism parafialnych o treści wychowawczo-pastoralnej. Również w Poznaniu aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym.
    Wybuch II wojny światowej zastał go w Warszawie. 4 października 1939 r. został aresztowany przez niemieckie gestapo i uwięziony na Pawiaku. Zwolniono go po dwóch tygodniach. Powrócił do Poznania, ale już 9 listopada 1939 r. Niemcy ponownie go aresztowali i tym razem już nie wypuścili. Osadzili go w osławionym Forcie VII, poznańskim obozie koncentracyjnym, gdzie przeszedł prawdziwą gehennę. Pijani niemieccy SS-mani nawet w nocy nie dawali mu spokoju, bili go i grozili bronią, pastwili się nad nim. Mimo różnego rodzaju szykan i tortur, zachowywał cierpliwość i wspierał współcierpiących nieszczęśników. Zachował pogodę ducha. W grypsie do siostry z 27 grudnia 1939 r. pisał: “Wilja była trochę smutna, ale Bóg pomoże. Zdrów jestem. Wspaniałą miałem brodę, ale ją we wilję zgoliłem […] Uściski. Z Bogiem. N.”.
    24 kwietnia 1940 r. przewieziono go do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Dachau. Był to pierwszy transport więźniów polskich do tego miejsca kaźni. 6 czerwca 1940 r. osadzono go w obozie koncentracyjnym KL Mauthausen. Pracował tam niewolniczo w kamieniołomach i przy budowie obozu. Cierpiał na dławicę piersiową, nie miał jednej nerki, a mimo tego przetrwał skrajnie trudne warunki egzystencji obozowej. Nie tylko przetrwał – dalej sprawował, na ile warunki pozwalały, posługę kapłańską, po kryjomu organizując modlitwy i nabożeństwa oraz podnosząc współwięźniów na duchu.
    Po pół roku, 8 grudnia 1940 r., przewieziono go z powrotem do KL Dachau, gdzie otrzymał numer obozowy 22064. Tam pracował najpierw na plantacjach, a później w pończoszarni. Słynne były inicjowane przez niego Godzinki i Gorzkie Żale. Nazywano go “hetmanem duchowym”, który pocieszał i podnosił na duchu swoim optymizmem i radosnym przyjmowaniem doświadczenia Bożego. Cieszył się sympatią wszystkich polskich więźniów.
    Wyczerpany ciężkimi warunkami i zapaleniem płuc, zmarł 5 grudnia 1942 r. w baraku dla niezdolnych do pracy w Dachau. Świadek zeznał, że ostatnim zabiegiem w tym niemieckim “szpitalu” był dany ks. Narcyzowi zastrzyk benzyny. Jego ciało spalono w obozowym krematorium.
    13 czerwca 1999 r. ks. Narcyz Putz został beatyfikowany w Warszawie przez św. Jana Pawła II w gronie 108 męczenników, ofiar II wojny światowej. Dwa lata wcześniej, 3 czerwca 1997 r., w czasie Mszy św. w Poznaniu, papież przypominał czasy życia i posługi ks. Narcyza: “Ileż to razy wiara i nadzieja narodu polskiego była wystawiana na próbę, na bardzo ciężkie próby w tym XX wieku, który się kończy! Wystarczy przypomnieć pierwszą wojnę światową i związaną z nią determinację tych wszystkich, którzy podjęli zdecydowaną walkę o odzyskanie niepodległości. Wystarczy przypomnieć międzywojenne dwudziestolecie, w czasie którego trzeba było wszystko budować właściwie od początku. A potem przyszła druga wojna światowa i straszliwa okupacja w wyniku układu między Niemcami hitlerowskimi a Rosją sowiecką, który przesądził o wymazaniu Polski jako państwa z mapy Europy. Jakże radykalnym wyzwaniem był ten okres dla nas wszystkich, dla wszystkich Polaków! Rzeczywiście, pokolenie drugiej wojny światowej spalało się poniekąd na wielkim ołtarzu walki o utrzymanie i zapewnienie wolności Ojczyzny”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 grudnia

    Święta Barbara, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Damasceński, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Błogosławiony Archanioł Canetoli, prezbiter
      •  Błogosławiony Piotr ze Sieny, tercjarz
      •  Błogosławiony Adolf Kolping, prezbiter
      •  Święty Jan Calabria, prezbiter
    ***

    Św. Barbara
    św. Barbara
    Witraż z kościoła św. Mikołaja w Bujakowie/fot. Henryk Przondziono/GN
    ***

    Nie wiemy dokładnie ani kiedy, ani w jakich okolicznościach św. Barbara z Nikomedii poniosła śmierć. Przypuszcza się, że zapewne ok. roku 305, kiedy nasilenie prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305-311) było największe. Nie znamy również miejscowości, w której Święta żyła i oddała życie za Chrystusa. Późniejszy jej żywot jest utkany legendą.
    Według niej była piękną córką bogatego poganina Dioskura z Heliopolis w Bitynii (Azja Mniejsza). Ojciec wysłał ją na naukę do Nikomedii. Tam zetknęła się z chrześcijaństwem. Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży. Jej zdecydowana postawa wywołała w nim wielki gniew. Przez pewien czas Barbara była głodzona i straszona, żeby wyrzec się wiary. Kiedy to nie poskutkowało, ojciec zaprowadził ją do sędziego i oskarżył. Sędzia rozkazał najpierw Barbarę ubiczować, jednak chłosta wydała się jej jakby muskaniem pawich piór. W nocy miał ją odwiedzić anioł, zaleczyć jej rany i udzielić Komunii św. Potem sędzia kazał Barbarę bić maczugami, przypalać pochodniami, a wreszcie obciąć jej piersi. Chciał ją w takim stanie pognać ulicami miasta, ale wtedy zjawił się anioł i okrył jej ciało białą szatą. Wreszcie sędzia zrozumiał, że torturami niczego nie osiągnie. Wydał więc wyrok, by ściąć Barbarę mieczem. Wykonawcą tego wyroku miał się stać ojciec Barbary, Dioskur. Podobno ledwie odłożył miecz, zginął rażony piorunem. Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku.
    Być może tak nietypowa śmierć, zadana ręką własnego ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie. Żywoty jej ukazały się w języku greckim, syryjskim, koptyjskim, ormiańskim, chaldejskim, a w wiekach średnich we wszystkich językach europejskich. W wieku VI cesarz Justynian sprowadził relikwie św. Barbary do Konstantynopola. Stąd zabrali je Wenecjanie w 1202 roku do swojego miasta, by przekazać je z kolei pobliskiemu Torcello, gdzie znajdują się w kościele św. Jana Ewangelisty.
    Również w Polsce kult św. Barbary był zawsze bardzo żywy. Już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II (XI w.), wspominana jest pod datą 4 grudnia. Pierwszy kościół ku jej czci wystawiono w 1262 r. w Bożygniewie koło Środy Śląskiej. Poza Polską św. Barbara jest darzona wielką czcią także w Czechach, Saksonii, Lotaryngii, południowym Tyrolu, a także w Zagłębiu Ruhry. W Nadrenii uważana jest za towarzyszkę św. Mikołaja – warto wiedzieć, że w wielu miejscach to właśnie ona obdarowuje dzieci prezentami.

    Święta Barbara

    Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Nie zawiódł się. Kiedy znalazł się w śmiertelnej chorobie na łożu boleści, a właściciel wynajętego przez Kostków domu nie chciał jako zaciekły luteranin wpuścić kapłana z Wiatykiem, wtedy zjawiła mu się św. Barbara i przyniosła Komunię świętą. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.
    W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej, pofałdowanej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i Hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle 3 okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła. Atrybuty: anioł z gałązką palmową, dwa miecze u jej stóp, gałązka palmowa, kielich, księga, lew u stóp, miecz, monstrancja, pawie lub strusie pióro, wieża.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Patronka nie tylko górników.

    To musisz wiedzieć o św. Barbarze

    św. Barbara wg Roberta Campina, Domena publiczna, via Wikimedia Commons

    ***

    W Polsce kojarzy się nam głównie z górnikami i Barbórką, jednak jest ona patronką wielu innych zawodów, a także dobrej śmierci – św. Barbara. Jej wspomnienie Kościół celebruje 4 grudnia.

    1.Piękna córka kupca

    Barbara (imię to oznacza dosłownie – cudzoziemka) urodziła się w wieku IV w zamożnej rodzinie, w mieście Heliopolis w Bitynii (północna część Azji Mniejszej) Kiedy była jeszcze małym dzieckiem zmarła jej mama. Gdy podrosła ojciec Barbary – Dioskur, wysłał ją na naukę do miasta Nikomedia. Tam poznała Orygenesa z Aleksandrii, który przedstawił jej wiarę chrześcijańską. Barbara od razu się nią zachwyciła i wkrótce stała się chrześcijanką. Niedługo potem poszła jeszcze dalej – złożyła śluby czystości. Zrobiła to wszystko w tajemnicy przed swoim ojcem, który był zawziętym wrogiem chrześcijan. Dioskur zaplanował, że sam wybierze dla córki męża, a że Barbara była dziewczyną piękną i bogatą, wielu chciało mieć ją za żonę.

    2.Gołębica przynosiła jej Hostię

    Kiedy Dioskur ruszał w długie podróże handlowe, zamykał swoją córkę w wieży, aby nie mogła ona spotykać się z chłopakami. Barbara, która złożyła śluby czystości, nawet o tym nie myślała, więc pasowało jej to zamknięcie w wieży, gdzie mogła spokojnie się modlić, nie nękana przez hordy zalotników. Brakowało jej tylko Komunii Świętej. Ale jak mówi legenda, uprosiła u Boga cud i gołębica przynosiła jej codziennie na wieżę Ciało Pańskie. W podzięce Barbara kazała sługom wykuć trzecie okno w wierzy, na chwałę Trójcy Świętej.

    3.Dioskur wpadł w szał i zabił własną córkę

    Dioskur, kiedy dowiedział się w końcu, że jego córka jest chrześcijanką i do tego nie ma zamiaru wyjść za mąż, wpadł w szał. Chciał bowiem wydać Barbarę za bardzo bogatego i wpływowego człowieka, który podniósł by jego status społeczny.

    W nienawistnym amoku zaciągnął swoją własną córkę do Marcjana, prefekta cesarza Maksymiliana, który okrutnie prześladował chrześcijan. Nawet Marcjanowi zrobiło się żal tak młodej i pięknej kobiety. Próbował przekonać ją, najpierw bez stosowania przemocy, iż nie ma sensu upierać się przy ślubach dziewictwa w imię jakieś obcej cesarstwu religii. Barbara była jednak nieugięta w swoim postanowieniu i wierze. Marcjan kazał więc wydać ją na tortury. Te również nic nie dały. Zapadł wyrok śmierci i Barbarę ścięto mieczem. Legenda mówi, że jej katem był rodzony ojciec. Tak głęboko był zainfekowany złem, że zastąpił kata przy egzekucji. Według legendy Boża sprawiedliwość nie czekała długo. Zaraz po wykonaniu wyroku, w Dioskura miał uderzyć piorun i spalić go na proch.

    4.Jedna z najpopularniejszych świętych kobiet Europy

    Trudno uchwycić początki kultu św. Barbary. Pierwsze ślady w Kościele wschodnim pochodzą już z IV wieku. Na zachodzie oddawano jej cześć na pewno od VII wieku Dynamiczny rozkwit kultu nastąpił jednak w pełnym średniowieczu, szczególnie w okresie wypraw krzyżowych. Wtedy to osiągnął on swoje apogeum. Szybko szerzył się kult relikwii świętej, które rzekomo sprowadzono do Wenecji w roku 1258. Czczono je jednak także w Rzymie, Piacenzy, Rieti, Pradze, a nawet na Pomorzu. Przejawem rozwiniętego kultu było między innymi powstanie szeregu różnego rodzaju utworów poświęconych męczennicy. Szczególnie ciekawe są utwory hagiograficzne i liturgiczne. Takowy piękny utwór ku czci św. Barbary stworzył m.in., żyjący w średniowieczu, kanonik krakowski Adam Świnka z Zielonej.

    5.Patronka górników i dobrej śmierci

    Z postacią świętej Barbary wiąże się wiele legend. Według jednej z nich, oczekującej na śmierć Barbarze anioł przyniósł Komunię Świętą. Dlatego uważana jest za patronkę dobrej śmierci i na wizerunkach przedstawiana jest często z Hostią w dłoni.

    Święta Barbara powszechnie jest też czczona jako patronka dziewic, artylerzystów, opiekunka w pożarach, a przede wszystkim jako patronka górników. Obrali ją oni za swoją opiekunkę i orędowniczkę dlatego, że uciekając z więzienia, Barbara miała się przecisnąć przez skalną szczelinę. Jest też patronką marynarzy, architektów, różnych grup budowlanych, kowali, kamieniarzy, dzwonników, kucharzy, a nawet więźniów i flisaków – w wielu miastach nad Wisłą były dzielnice, zwane Rybakami, a w pobliskich kościołach odprawiano nabożeństwa ku czci św. Barbary. W Warszawie od 1532 roku istniał cech rybacki pod jej wezwaniem.

    6.Jak Polacy pokochali św. Barbarę

    W Polsce kult św. Barbary był zawsze bardzo żywy. Już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II (XI w.) wspominana jest św. Barbara pod datą 4 grudnia. Na naszych ziemiach pierwszy kościół ku jej czci wystawiono w 1262 roku w Bożygniewie koło Środy Śląskiej. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Nie zawiódł się. Kiedy znalazł się w śmiertelnej chorobie na łożu boleści, a właściciel wynajętego przez Kostków domu nie chciał, jako zaciekły luteranin, wpuścić kapłana z Wiatykiem, wtedy zjawiła mu się św. Barbara i przyniosła Komunię Świętą. W Polsce najbardziej rozsławiło imię św. Barbary górnicze święto Barbórka. Nawet za czasów rządów „komuny”, Barbórkę obchodzono w całym kraju. Choć oczywiście miało ono charakter świecki, to przecież wszyscy Polacy wiedzieli, że Barbórkę świętuję się w dzień wspomnienia św. Barbary.   

    (źródła – brewiarz.pl, niedziela.pl, święci na każdy dzień)

    Adam Białous/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Żeby szychta zrobić, a wybyć – św. Barbara

    Żeby szychta zrobić, a wybyć - św. Barbara

    św. Barbara na cechowni kopalni Halemba/fot. Henryk Przondziono/GN

    ***

    Jej obraz lub figura znajduje się w każdej kopalnianej cechowni i w wielu górniczych domach. Przed wizerunkiem św. Barbary modliła się niegdyś cała śląska rodzina, prosząc o szczęśliwy powrót z szychty ojca, brata, syna górnika.

    Większość informacji o św. Barbarze pochodzi ze średniowiecznych legend. Urodziła się pod koniec III w. w Nikomedii (dziś Izmid w Turcji) jako córka bogatego i wpływowego Dioskura.

    O rękę pięknej, wykształconej i inteligentnej Barbary ubiegało się wielu znakomitych młodzieńców. Dziewczyna wszystkim jednak odmawiała. Spotykała się z chrześcijanami, którzy ukrywali się wówczas przed prześladowaniami ze strony jednego z najokrutniejszych cesarzy – Galeriusza Waleriusza Maksymina. Przyjęła chrzest i postanowiła poświęcić życie Bogu.

    Jej ojciec fanatycznie nienawidził chrześcijan. Kiedy dowiedział się, że córka przyjęła chrzest, chciał ją uderzyć, ale ziemia się pod nią rozstąpiła, ratując ją przed gniewem ojca. Rozwścieczony kazał zbudować w swoim domu wieżę, w której postanowił zamknąć Barbarę. Kiedy budowla była gotowa, spostrzegł, że zamiast zaplanowanych dwóch okien ma trzy. Barbara w tajemnicy przed ojcem nakazała murarzom zrobić trzecie okno. Były one dla niej symbolem Trójcy Świętej.

    Dioskur więził i głodził córkę, by wyrzekła się wiary. Dziewczyna była jednak nieugięta. Wtedy ojciec zaprowadził ją do sędziego i oskarżył. Sędzia rozkazał Barbarę ubiczować, jednak chłosta wydała się jej „jakby muskaniem pawich piór”. Barbara była bita maczugami, przypalana pochodniami, a wreszcie sędzia kazał jej obciąć piersi. Chciał ją w takim stanie pognać ulicami miasta, ale wtedy zjawił się anioł i okrył jej ciało białą szatą. W końcu Barbara została skazana na śmierć. Według legendy, oczekującej na śmierć Barbarze anioł przyniósł Komunię Świętą. Dlatego uważana jest za patronkę dobrej śmierci i przedstawiana często na wizerunkach z Hostią w dłoni. Barbara zginęła z ręki ojca, który ściął ją mieczem. Podobno zaraz potem zginął rażony piorunem. Miało się to wydarzyć około 305 roku.

    Po śmierci Barbary jej kult od razu stał się bardzo popularny. W VI w. cesarz Justynian sprowadził relikwie św. Barbary do Konstantynopola. Stamtąd w 1202 r. zostały zabrane do Wenecji, a następnie przekazane do miasta Torcello, gdzie do dziś mają się znajdować w kościele św. Jana Ewangelisty.

    W Polsce już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II, św. Barbara wspomniana jest pod datą 4 grudnia. Pierwszy kościół ku jej czci wybudowano w 1262 r. w Bożygniewie koło Środy Śląskiej. Poza Polską św. Barbara darzona jest wielką czcią także w Czechach, Saksonii, Lotaryngii, południowym Tyrolu, a także w Zagłębiu Ruhry. W Nadrenii uważana jest za towarzyszkę św. Mikołaja – w wielu miejscach to ona obdarowuje dzieci prezentami. Św. Barbara jest patronką górników, flisaków, marynarzy, architektów, murarzy, saperów, artylerzystów, ludzi narażonych na wybuchy. Podczas II wojny światowej na swoją orędowniczkę obrali ją także członkowie Polski Podziemnej, dla których skatowana śledztwem Barbara miała znaczenie symboliczne. W czasie okupacji w rękopisach krążył wiersz Krystyny Przygodzkiej, za którego posiadanie groziła nawet kara śmierci. Jedna ze strof odwoływała się do Świętej: „Święta Barbaro, górników patronko/ zejdź w niewoli podziemie czarne/ i szaty swojej koronką/ osłoń tajną drukarnię”.

    W Polsce św. Barbara szczególnie czczona jest na Górnym Śląsku. W 1963 roku diecezja katowicka zwróciła się o zatwierdzenie jej patronatu. Jej obraz lub figura znajduje się w każdej kopalnianej cechowni i w wielu górniczych domach. Wiele rzeźb i obrazów Świętej przeniesiono już dziś z cechowni likwidowanych kopalń do kościołów lub muzeów.

    Przed wizerunkiem św. Barbary modliła się niegdyś cała śląska rodzina, prosząc o szczęśliwy powrót z szychty ojca, brata, syna górnika. Ilekroć czarne sztolnie „odwiedzała” śmierć, gdy gwarków nękał nieprzychylny im, zazdrośnie strzegący swych bogactw Skarbnik, gdy podziemne czeluście nawiedzał okrutny bies Szarlej – zawsze wtedy górnicy zwracali się o pomoc i obronę do swojej Patronki. Modlili się słowami: „O święta Barbaro, zlituj się nade mną, żebym się nie został pod tą ziemią ciemną. Żona by płakała, dzieci by płakały, boby ojca swego więcej nie widziały”. I dziś wielu górników przed zjazdem na szychtę prosi Boga przez wstawiennictwo św. Barbary, by mogli „szychta zrobić, a wybyć”.

    Górnicze tradycje przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Gwarków cechuje ogromna solidarność i pobożność. Nie do pomyślenia jest, by któryś z nich odmówił pomocy koledze. Solidarność ta i wiara w Boga bardzo często utrzymywały przy życiu zasypanych w kopalnianych czeluściach robotników. Wychodzących do pracy najbliżsi żegnają słowami: „Szczyńśliwo szychta”, na co górnicy odpowiadają: „Dej Boże”.

    Najbardziej uroczystym dniem było i jest dla górników święto ich patronki. Spotykają się wtedy w kopalnianych cechowniach i w kościołach na Mszy. Starym zwyczajem w Barbórkę najlepsi otrzymują szpady górnicze. Dawniej urządzane były też skoki przez skórę, co było swoistym pasowaniem na górnika. Potem spotykają się na Gwarkach, gdzie przy muzyce kopalnianych orkiestr dętych, przy kuflu piwa i golonce rozprowiajom o fedrowaniu.

    Anna Burda/wiara.pl

    _________________________________________________________________________________________

    figura św. Barbary w kościele księży Pallotynów na Karczówce/ fot. Liliana Kołłątaj

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 grudnia

    Święty Franciszek Ksawery, prezbiter

    Święty Franciszek Ksawery

    Franciszek urodził się 7 kwietnia 1506 r. na zamku Xavier w kraju Basków (Hiszpania). Jego ojciec był doktorem uniwersytetu w Bolonii, prezydentem Rady Królewskiej Navarry. W 1525 r. Franciszek podjął studia teologiczne w Paryżu. Po uzyskaniu stopnia magistra przez jakiś czas wykładał w College Domans-Beauvais, gdzie zapoznał się z św. Piotrem Faberem (1526), zaś w kilka lat potem (1529) ze św. Ignacym Loyolą. Niebawem zamieszkali w jednej celi. Mieli więc dosyć okazji, by się poznać, by przedstawić swoje zamiary i ideały. Równocześnie Franciszek rozpoczął na Sorbonie studia teologiczne z zamiarem poświęcenia się na służbę Bożą. Duszą całej trójki i duchowym wodzem był św. Ignacy. Razem też obmyślili utworzyć pod sztandarem Chrystusa nową rodzinę zakonną, oddaną bez reszty w służbę Kościoła Chrystusowego. Potrzeba nagliła, gdyż właśnie w tym czasie Marcin Luter rozwinął kampanię przeciwko Kościołowi, a obietnicą zagarnięcia majątków kościelnych pozyskał sporą część magnatów niemieckich i z innych krajów Europy.
    Dnia 15 sierpnia 1534 roku na Montmartre w kaplicy Męczenników wszyscy trzej przyjaciele oraz czterej inni towarzysze złożyli śluby zakonne, poprzedzone ćwiczeniami duchowymi pod kierunkiem św. Ignacego. W dwa lata potem wszyscy udali się do Wenecji, by drogą morską jechać do Ziemi Świętej. W oczekiwaniu na statek usługiwali w przytułkach i szpitalach miasta. Kiedy jednak nadzieja rychłego wyjazdu zbyt się wydłużała, gdyż Turcja spotęgowała wtedy swoją ekspansję na kraje Europy, a w jej ręku była ziemia Chrystusa, wszyscy współzałożyciele Towarzystwa Jezusowego udali się do Rzymu. Tam Franciszek otrzymał święcenia kapłańskie 24 czerwca 1537 roku; miał już 31 lat. W latach 1537-1538 Franciszek apostołował w Bolonii, a potem powrócił do Rzymu, gdzie wraz z towarzyszami oddał się pracy duszpasterskiej oraz charytatywnej. Dnia 3 września 1540 r. papież Paweł III zatwierdził ustnie Towarzystwo Jezusowe, a 27 września tego samego roku osobną bullą dał ostateczną aprobatę nowemu dziełu, które niebawem miało zadziwić świat, a Kościołowi Bożemu przynieść tak wiele wsparcia.
    W tym samym czasie przychodziły do św. Ignacego naglące petycje od króla Portugalii, Jana III, żeby wysłał do niedawno odkrytych Indii swoich kapłanów. Św. Ignacy wybrał grupę kapłanów z Szymonem Rodriguezem na czele. Ten jednak zachorował i musiał zrezygnować z tak dalekiej i męczącej podróży. Wówczas na jego miejsce zgłosił się Franciszek Ksawery. Oferta została przez św. Ignacego przyjęta i Franciszek z małą grupą oddanych sobie towarzyszy opuścił Rzym 15 marca 1540 roku, by go już więcej nie zobaczyć. Udał się zaraz do Lizbony, stolicy Portugalii, aby załatwić wszelkie formalności. Wolny czas w oczekiwaniu na okręt poświęcał posłudze wobec więźniów i chorych oraz głoszeniu słowa Bożego.

    Święty Franciszek Ksawery

    7 kwietnia 1541 roku, zaopatrzony w królewskie pełnomocnictwa oraz mandat legata papieskiego, wyruszył na misje do Indii. Po długiej i bardzo uciążliwej podróży, w warunkach nader prymitywnych, wśród niebezpieczeństw (omalże nie wylądowali na brzegach Brazylii), przybyli do Mozambiku w Afryce, gdzie musieli czekać na pomyślny wiatr, bowiem żaglowiec nie mógł dalej ruszyć. Franciszek wykorzystał czas, by oddać się posłudze chorych. W czasie zaś długiej podróży pełnił obowiązki kapelana statku. Wszakże trudy podróży i zabójczy klimat rychło dały o sobie znać. Franciszek zapadł na śmiertelną chorobę, z której jednak cudem został uleczony. Kiedy dotarli do wyspy Sokotry, leżącej na południe od Półwyspu Arabskiego, okręt musiał ponownie się zatrzymać. Tu Franciszek znalazł grupkę chrześcijan zupełnie pozbawioną opieki duszpasterskiej. Zajął się nimi, a na odjezdnym przyrzekł o nich pamiętać. Wreszcie po 13 miesiącach podróży 6 maja 1542 roku statek przybył do Goa, politycznej i religijnej wówczas stolicy portugalskiej kolonii w Indiach. Spora liczba Portugalczyków żyła dotąd bez stałej opieki kapłanów. Święty zabrał się energicznie do wygłaszania kazań, katechizacji dzieci i dorosłych, spowiadał, odwiedzał ubogich. Następnie zostawił kapłana-towarzysza w Goa, a sam udał się na tak zwane “Wybrzeże Rybackie”, gdzie żyło około dwadzieścia tysięcy tubylców-rybaków, pozyskanych dla wiary świętej, lecz bez duchowej opieki. Pracował wśród nich gorliwie dwa lata (1543-1545).
    W 1547 roku Franciszek zdecydował się na podróż do Japonii. Za płatnego tłumacza służył mu Japończyk Andziro, który znał język portugalski. Był on już ochrzczony i bardzo pragnął, aby także do jego ojczyzny zanieść światło wiary. Franciszek mógł jednak udać się do Japonii dopiero w dwa lata potem, gdy Ignacy przysłał mu więcej kapłanów do pomocy. Dzięki nim założył nawet dwa kolegia jezuickie w Indiach: w Kochin i w Bassein. W kwietniu 1549 roku z portu Goa Franciszek wyruszył do Japonii. Po 4 miesiącach, 15 sierpnia wylądował w Kagoshimie. Tamtejszy książę wyspy przyjął go przychylnie, ale bonzowie stawili tak zaciekły opór, że musiał wyspę opuścić. Udał się na wyspę Miyako, wprost do cesarza – w nadziei, że gdy uzyska jego zezwolenie, będzie mógł na szeroką skalę rozwinąć działalność misyjną. Okazało się jednak, że cesarz był wtedy na wojnie z książętami, którzy chcieli pozbawić go tronu. Udał się więc na wyspę Yamaguchi, ubrał się w bogaty strój japoński i ofiarował tamtejszemu władcy bogate dary. Władca Ouchi-Yshitaka przyjął Franciszka z darami chętnie i dał mu zupełną swobodę w apostołowaniu. Wtedy udał się na wyspę Kiu-siu, gdzie pomyślnie pokierował akcją misyjną. Łącznie pozyskał dla wiary około 1000 Japończyków. Zostawił przy nich dwóch kapłanów dla rozwijania dalszej pracy, a sam powrócił do Indii (1551). Uporządkował sprawy diecezji i parafii, utworzył nową prowincję zakonną, założył nowicjat zakonu i dom studiów.
    Postanowił także trafić do Chin. Daremnie jednak szukał kogoś, kto by chciał z nim jechać. Chińczycy bowiem byli wówczas wrogo nastawieni do Europejczyków, a nawet uwięzili przybyłych tam Portugalczyków. Udało mu się wsiąść na okręt z posłem wice-króla Indii do cesarza Chin. Przybyli do Malakki, ale tu właściciel statku odmówił posłowi i Franciszkowi dalszej żeglugi, przelękniony wiadomościami, że może zostać aresztowany. Wtedy Franciszek wynajął dżonkę i dojechał nią aż do wyspy Sancian, w pobliżu Chin. Żaden jednak statek nie chciał płynąć dalej w obawie przed ciężkimi karami, łącznie z karą śmierci, jakie czekały za przekroczenie granic Chin.
    Franciszek, utrudzony podróżą i zabójczym klimatem, rozchorował się na wyspie Sancian i w nocy z 2 na 3 grudnia 1552 roku oddał Bogu ducha zaledwie w 46. roku życia. Ciało pozostało nienaruszone rozkładem przez kilka miesięcy, mimo upałów i wilgoci panującej na wyspie. Przewieziono je potem do Goa, do kościoła jezuitów. Tam spoczywa do dnia dzisiejszego w pięknym mauzoleum – ołtarzu. Relikwię ramienia Świętego przesłano do Rzymu, gdzie znajduje się w jezuickim kościele Il Gesu we wspaniałym ołtarzu św. Franciszka Ksawerego.
    Z pism św. Franciszka pozostały jego listy. Są one najpiękniejszym poematem jego życia wewnętrznego, żaru apostolskiego, bezwzględnego oddania sprawie Bożej i zbawienia dusz. Już w roku 1545 ukazały się drukiem w języku francuskim, a w roku 1552 w języku niemieckim.
    Do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka Ksawerego papież Paweł V w 1619 roku, a już w trzy lata potem, w 1622 r., kanonizował go papież Grzegorz XV wraz z Ignacym Loyolą, Filipem Nereuszem, Teresą z Avila i Izydorem Oraczem. W roku 1910 papież św. Pius X ogłosił św. Franciszka Ksawerego patronem Dzieła Rozkrzewiania Wiary, a w roku 1927 papież Pius XI ogłosił go wraz ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus głównym patronem misji katolickich. Jest patronem Indii i Japonii oraz marynarzy. Orędownik w czasie zarazy i burz.
    W ikonografii św. Franciszek Ksawery przedstawiany jest w sukni jezuickiej obszytej muszlami lub w komży i stule. Niekiedy otoczony jest gronem tubylców. Jego atrybutami są: gorejące serce, krab, krzyż, laska pielgrzyma, stuła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Kim był św. Franciszek Ksawery?

    Kim był św. Franciszek Ksawery?

    św. Franciszek Ksawery (1506-1552) (mal. Peter Paul Ruben)

    ***

    3 grudnia, wspominamy w Kościele św. Franciszka Ksawerego, patrona wszystkich misjonarzy katolickich.

    Święty z Xavier w sposób doskonały naśladował Jezusa i dlatego, jak On, przemierzał wioski, docierał do miast, by spotykać ludzi spragnionych zbawienia. Franciszek jak nasz Pan zawsze był w drodze, z Dobrą Nowiną na ustach i z sercem rozpalonym miłością Jezusa i do Jezusa. Zachęcony przez św. Ignacego rozmawiał z Panem “jak przyjaciel z przyjacielem”, pragnąc coś wielkiego dla Niego uczynić. On istotnie usłyszał wezwanie Pana z Ewangelii: “Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”.

    Franciszek urodził się na zamku Xavier (Hiszpania) 7 kwietnia 1506 roku. Jego ojciec był doktorem uniwersytetu w Bolonii. Zanim święty został misjonarzem w dalekich Indiach, na Molukach, Cejlonie i Japonii, przebył długą duchową drogę. W domu rodzinnym otrzymał staranne wychowanie religijne. Każdego dnia wieczorem wszyscy domownicy modlili się przy krzyżu w zamkowej kaplicy. Gdy miał 9 lat zmarł mu ojciec. W roku 1525 został wysłany na studia do Paryża, by po ich zakończeniu i przyjęciu święceń kapłańskich objąć probostwo w Pampelunie. W Paryżu zetknął się ze Ignacym Loyolą. Franciszek poznał tego wzbudzającego zaciekawienie Baska dzięki Piotrowi Favrowi, z którym nasz święty dzielił pokój.

    Przełomowym doświadczeniem w życiu św. Franciszka Ksawerego były trzydziestodniowe Ćwiczenia duchowne odprawione pod kierunkiem samego Ignacego. Był to czas duchowej walki. Żeby wytrwać do końca na trwających godzinę pięciu medytacjach dziennie, przywiązywał się do krzesła. Wkrótce po zakończeniu rekolekcji dołączył do grona pierwszych towarzyszy, z którymi złożył śluby czystości i ubóstwa w kaplicy na Montmartre w Paryżu 15 sierpnia 1534 roku. Odtąd udziałem przyjaciół w Panu było doświadczenie “jedności serc i umysłów”. W roku 1537, razem z innymi współbraćmi, przyjął święcenia kapłańskie i zaczął z wielkim powodzeniem głosić kazania na terenie Włoch.

    Franciszek Ksawery, doświadczywszy przebaczającej miłości od Jezusa, pragnął dzielić się nią z wszystkimi ludźmi. Odkrył, że Bóg pragnie, by wszyscy zostali zbawieni, dlatego jezuita chciał dzielić się z nimi największym skarbem swego serca – Jezusem. Chciał być “loco por Cristo”, szalonym dla Chrystusa! W marcu 1540 roku Franciszek Ksawery na prośbę Ignacego, który nie był jeszcze wybrany na generała, udał się do Portugalii, skąd 7 kwietnia 1541 wyruszył na misje do Indii. Jak głębokie było doświadczenie jedności serc pierwszych jezuitów świadczy męstwo Franciszka, z jakim znosił rozłąkę z nimi, gdy był już na misjach. Radował się i cieszył, czytając kolejny raz listy, które docierały do niego z Rzymu.

    Pan Jezus był z Franciszkiem gdy głosił kazania i nauczał katechizmu dzieci w Indiach, gdy śpiewał dla nich modlitwę “Ojcze nasz” i recytował “Credo”. Duch Święty na co dzień udzielał mu daru szybkiego uczenia się języków obcych, ale jednak najważniejszy był język miłości! Doświadczał żywej obecności Trójcy Świętej, w Imię której udzielał chrztu świętego dziesiątkom tysięcy ludzi. Bywało, że jednego dnia ochrzcił 200 osób, starszych oraz dzieci. 

    Dzisiaj już nie pojmujemy, jak wielkie było pragnienie świętego z zamku Xavier, by ogień Bożej miłości objął cały świat! Dużo piszemy i mówimy o potrzebie zrozumienia zjawiska wielokulturowości i o dialogu. Podobni jesteśmy do owych paryskich profesorów z Sorbony, pełnych ludzkiej wiedzy, a nie Bożej mądrości! Do nich apelował ojciec Franciszek Ksawery, by wreszcie otworzyli swoje serca na wolę Pana względem nich. Pragnął, by wszyscy ludzie, którzy odkryli jak bardzo zostali obdarowani przez Chrystusa, umieli hojnie odpowiedzieć na wezwanie Króla wieków. Ze strony św. Franciszka była to odpowiedź całkowicie bezinteresowna. Wyraził to nasz Święty w swojej ulubionej modlitwie, Dlaczego Cię kocham?

    Nie dla nagrody kocham Cię, mój Panie!

    Lecz tak, jak Ty mnie ukochałeś, Boże,

    chce Ciebie serce kochać, ile może!

    Tyś Król mój, Bóg mój, jedyna ostoja!

    Innej pobudki nie zna miłość moja

    Wiemy z różnych świadectw, jak dramatyczne były ostatnie tygodnie i godziny w życiu św. Franciszka. Umierał wyczerpany gorączką i opuszczony na wyspie Sancjan. U wrót chińskiego imperium strudzony misjonarz oddał ducha Bogu. Dla Niego poświęcił wszystkie talenty i zdolności walcząc do końca pod Sztandarem Krzyża. Resztką sił modlił się pewnie słowami modlitwy Anima Christiw godzinie śmierci mojej wezwij mnie i każ mi przyjść do siebie, abym ze świętymi Twymi chwalił Cię. Miało to miejsce 3 grudnia 1552 roku. Tego dnia jego najbliżsi zauważyli krople krwi na twarzy Ukrzyżowanego z kaplicy na zamku Xavier, gdzie przyszedł na świat.

    Franciszek Ksawery został kanonizowany przez papieża Grzegorza XV w 1622 roku. Nasz Święty był ziarnem, które wrzucone w bruzdę świata przyniosło i wciąż przynosi obfity owoc, porywając wielu młodych do pójścia za Jezusem.

    Święty Franciszku Ksawery, Ty pozwoliłeś, by w Twoim sercu płonął ogień miłości do Jezusa Chrystusa, który przemienia, wyrywa z bylejakości i otwiera przed nami nowe perspektywy działania Bożej łaski. Wypraszaj nam u Boga gotowość hojnego odpowiadania na Jego miłość do każdego z nas.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 grudnia

    Błogosławiony Rafał Chyliński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Rusbroch, prezbiter
      •  Święta Blanka Kastylijska
      •  Błogosławiona Maria Aniela Astorch, dziewica
    ***
    Błogosławiony Rafał Chyliński

    Melchior Chyliński urodził się 6 stycznia 1694 r. we wsi Wysoczka (woj. poznańskie) w rodzinie szlacheckiej. Jego rodzice Arnold Jan i Marianna Kierska wychowali go w wierze chrześcijańskiej. Do chrztu podawało go dwoje bezdomnych z przytułku sąsiadującego z majątkiem rodzinnym. Prawdopodobnie odwiedzając ich, młody Melchior poznał trudny los ludzi ubogich. Ukończył szkołę parafialną w Buku, a następnie kolegium humanistyczne jezuitów w Poznaniu, założone przez ks. Jakuba Wujka, autora polskiego przekładu Biblii. W 1712 roku zaciągnął się do wojska, prawdopodobnie jako zwolennik króla Stanisława Leszczyńskiego, gdzie przez trzy lata doszedł do stopnia oficerskiego i został komendantem chorągwi (w tej kwestii biografowie nie są zgodni; niektórzy uważają, że służył w rajtarii króla Augusta II Sasa, pod marszałkiem Joachimem Flemmingiem).
    Trzy lata później opuścił wojsko, gdzie cierpiał widząc demoralizację żołnierzy i nie mogąc pogodzić się z bratobójczymi walkami (był to okres wojen między zwolennikami dwóch królów, wspominany do dziś w przysłowiu “Od Sasa do Lasa”). Wkrótce potem wstąpił do franciszkanów konwentualnych w Krakowie. 4 kwietnia 1715 r. został obłóczony i otrzymał imię zakonne Rafał. Śluby wieczyste złożył już 26 kwietnia następnego roku, a w czerwcu 1717 r. przyjął święcenia kapłańskie. Życie ascetyczne łączył z posługą misyjną. Przebywał w klasztorach w Radziejowie, Poznaniu, Warszawie, Kaliszu, Gnieźnie i Warce nad Pilicą. Najdłużej pracował w Łagiewnikach koło Łodzi i w Krakowie. Niektórzy biografowie uważają, że powodem tak częstych przenosin była okazywana biednym miłość, bo o. Rafał rozdawał na jałmużnę wszystko, co sam miał, a często i całe zapasy klasztornej spiżarni. We wszystkich miejscach, gdzie posługiwał, z zapałem głosił kazania i prowadził katechizację, dał się poznać jako doskonały spowiednik. Szerzył apostolstwo miłości i miłosierdzie wśród biednych, cierpiących, kalek – dla których był troskliwym i cierpliwym opiekunem. Ponad wszystko przedkładał miłość do Boga. Powtarzał często: “Miłujmy Pana, wychwalajmy Pana zawsze, nigdy Go nie obrażajmy”. Dla wynagrodzenia Panu Bogu za grzechy świata wybrał drogę pokuty, licznych umartwień, wyrzeczeń i surowych postów (pod habitem nosił włosiennicę, a spał zawsze w nieogrzewanej celi). Z radością wychwalał Pana, wiele czasu poświęcał na modlitwę osobistą. Swoim życiem w zgodzie z Ewangelią wyrażał ogromną miłość do Boga. Był gorącym orędownikiem ufności w łaskawość Boga i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, którą czcił z ogromną pobożnością i synowskim oddaniem. Jego pobożność oraz miłosierdzie zjednały mu za życia opinię świętości.
    Kiedy w 1736 roku wybuchła epidemia w Krakowie, niezwłocznie pospieszył z pomocą, opiekując się troskliwie chorymi i umierającymi. Nie dbając o swoje bezpieczeństwo, spędzał w lazarecie dnie i noce, wykonując wszelkie posługi przy chorych, pocieszając, spowiadając i przygotowując konających na śmierć. Po dwóch latach, gdy epidemia w Krakowie ustała, powrócił do Łagiewnik, gdzie opiekował się ubogimi, rozdając im jedzenie i ubranie. Pełną miłości i pokory opiekę nad chorymi przerwała choroba, zmuszając go do pozostania w celi zakonnej. Chorując przez trzy tygodnie, dawał przykład wielkiej cierpliwości, z jaką znosił wszelkie cierpienia. Współbracia uważali, że przepowiedział dzień swojej śmierci, prosząc w przededniu o udzielenie sakramentów.

    Grób bł. Rafała Chylińskiego

    Zmarł 2 grudnia 1741 r. w Łagiewnikach koło Łodzi. Tam znajdują się jego relikwie, do których pielgrzymki rozpoczęły się niemal od razu po pogrzebie. Kult o. Rafała, podtrzymywany cudami, które dokumentowali współbracia, przetrwał 250 lat. Proces beatyfikacyjny, przerwany przez rozbiory Polski, został wznowiony w naszych czasach.
    Ojca Rafała beatyfikował 9 czerwca 1991 r. św. Jan Paweł II w Warszawie w czasie Mszy św. odprawianej w Parku Agrykola. Papież powiedział w homilii: “To, że przez tak długi czas nie zaginęła pamięć o jego świętości, jest świadectwem, że Bóg jakby specjalnie czekał na to, aby Jego sługa mógł zostać ogłoszony błogosławionym już w wolnej Polsce. Bardzo się nad tym zastanawiałem, czytając jego życiorys. Jego życie jest związane z okresem saskim, a wiemy, że były to smutne czasy (…), były to czasy jakiegoś zadufania w sobie, bezmyślności, konsumizmu rozpanoszonego wśród jednej warstwy. I otóż na tle tych czasów pojawia się człowiek, który pochodzi z tej samej warstwy. Wprawdzie nie z wielkiej magnaterii, ale ze skromnej szlachty, w każdym razie z tej, która miała wszystkie prawa społeczne i polityczne. I ten człowiek, czyniąc to, co czynił, wybierając powołanie, które wybiera, staje się – może nawet jest – protestem i ekspiacją. Bardziej niż protestem, ekspiacją za wszystko to, co niszczyło Polskę. (…) Jego życie ukryte, ukryte w Chrystusie, było protestem przeciwko tej samoniszczącej świadomości, postawie i postępowaniu społeczeństwa szlacheckiego w tamtych saskich czasach, które wiemy, jaki miały finał. A dlaczego dziś nam to Opatrzność przypomina? Dlaczego teraz dopiero dojrzał ten proces przez wszystkie znaki z ziemi i z nieba, że można ogłosić ojca Rafała błogosławionym? Odpowiedzcie sobie na to pytanie. Odpowiadajmy sobie na to pytanie. Kościół nie ma gotowych recept. Papież nie chce wam podpowiadać żadnej interpretacji, ale zastanówmy się wszyscy, ilu nas jest – 35 milionów Polaków – zastanówmy się wszyscy nad wymową tej beatyfikacji właśnie w Roku Pańskim 1991”.
    W ikonografii bł. Rafał przedstawiany jest w habicie franciszkańskim i ze stułą. Jego atrybutami są: księga na stole, dyscyplina, krzyż. Wiele oddziałów Caritas przyjęło go za swojego patrona.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 grudnia

    Błogosławiony Karol de Foucauld, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy jezuiccy Edmund Campion, prezbiter, i Towarzysze
      •  Święty Eligiusz, biskup
    ***
    Błogosławiony Karol de Foucauld

    Karol de Foucauld urodził się 15 września 1858 r. w katolickiej, arystokratycznej rodzinie w Strasburgu. Dwa dni później przyjął sakrament chrztu świętego. 13 marca 1864 r. umarła jego matka, a w pięć miesięcy później ojciec. Małym Karolem i jego młodszą siostrą Marią od tej pory zajmował się dziadek Karol Morlet, pułkownik w stanie spoczynku. 28 kwietnia 1872 r. przyszły błogosławiony przyjął pierwszą Komunię świętą.
    W sierpniu 1874 roku zdał maturę, a w październiku tego roku wstąpił do szkoły jezuitów w Paryżu na ulicy des Postes. Na dalsze zachowanie i poglądy Karola źle wpłynęły jego spotkania z cyganerią literacką. Odszedł od religii już w parę miesięcy od przybycia do Paryża. Został wyrzucony ze szkoły dwa lata później. Zaczął wtedy prowadzić beztroski tryb życia w towarzystwie przypadkowych kolegów.
    3 lutego 1878 roku umarł jego dziadek i opiekun, pułkownik Morlet. Pół roku później Karol uzyskał pełnoletność i wszedł w posiadanie majątku rodzinnego. Wkrótce wstąpił do szkoły kawalerii w Saumur. W dalszym ciągu prowadził nieuporządkowane życie. Nic więc dziwnego, że szkołę ukończył w 1880 r. ze złymi wynikami. Udał się do Setifu w Algierii w randze podporucznika. Jednak w armii nie był długo, bo już w marcu 1881 roku został wydalony za brak dyscypliny i złe prowadzenie – sprowadził do obozu kochankę, którą przedstawił jako swoją żonę. Karol próbował początkowo powrócić do armii. Kiedy w maju 1881 roku wybuchło w Algierii powstanie Bou Amama, wziął udział w kampanii w południowym Oranie. Wsławił się nawet bohaterską postawą, za co został odznaczony. Mimo to po pewnym czasie złożył dymisję i udał się do Algieru, aby uczyć się języka arabskiego. Tam przez 18 miesięcy przygotowywał się do wyprawy naukowej po Maroku, na którą wybrał się w latach 1883-1884 w przebraniu rabina, ponieważ jako chrześcijaninowi grozić mu mogła śmierć z rąk muzułmanów. Podróżował także po południowych terenach Algierii oraz Tunezji. W tym czasie pragnął też zrehabilitować się w oczach rodziny.
    Owocem jego podróży była książki Reconnaissance au Maroc, która zawierała wiele ważnych informacji etnologicznych. Otrzymał za nią złoty medal Towarzystwa Geograficznego w Paryżu. Powrócił do Francji, nie umiał jednak już żyć jak dawnej w Paryżu. Ponownie udał się do Algierii i chociaż tu zakochał się w młodej kobiecie – Marie-Marguerite Titre, wybrał się w podróż po pustyni Magrebu, gdzie zdecydował, że odtąd będzie żył w celibacie.
    Po powrocie do Paryża zamieszkał u zamężnej siostry, nieopodal kościoła pod wezwaniem św. Augustyna. Podczas długich modlitw w tym i innych kościołach powtarzał modlitwę: “Boże mój, jeśli istniejesz, spraw, abym Cię poznał”. 29 lub 30 października 1886 roku spotkał w kościele św. Augustyna wikarego ks. Huvelin, z którym zaczął odtąd prowadzić długie rozmowy religijne. Zaprzyjaźnili się i gdy Karol poprosił go o znalezienie kierownika duchowego, ten nakazał mu najpierw przystąpienie do spowiedzi. Tak zaczęło się trwałe nawrócenie Karola, a ks. Huvelin pozostał jego kierownikiem duchowym aż do jego śmierci.
    Od tej pory de Foucauld rozpoczął intensywne życie duchowe. W sierpniu 1888 r. odwiedził klasztor trapistów w Fontgombault. W końcu listopada wyjechał na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Boże Narodzenie w sposób szczególny przeżył w Betlejem. 5 stycznia odwiedził Nazaret, który go zachwycił i pobudził do kontemplacji ukrytego życia Jezusa. 14 lutego wrócił do Paryża. Potem odbył rekolekcje w kilku klasztorach. W bazylice Montmartre 6 czerwca 1889 r. zawierzył swoje życie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wszystko to prowadziło do tego, że Karol postanowił iść drogą powołania zakonnego w ukryciu przed światem. W połowie stycznia 1890 r. pożegnał się z rodziną i wstąpił do trapistów w klasztorze Matki Bożej Śnieżnej w Masywie Centralnym, przyjmując imię zakonne Maria Alberyk (Marie-Albéric).
    W czerwcu 1890 r. na własną prośbę przeniósł się do ubogiego klasztoru filialnego Matki Bożej Śnieżnej w Akbes w Syrii. Spędził w nim sześć lat. Mnisi, poza modlitwą i kontemplacją, pracowali w polu i przy budowie dróg. 2 lutego 1892 r. Karol de Foucauld złożył pierwsze śluby zakonne. Jako mnich ciągle myślał o życiu bardziej ubogim i odosobnionym. Został wysłany do Staouéli w Algierii.

    Błogosławiony Karol de Foucauld

    Wrócił jeszcze na studia do Rzymu, ale przełożeni uznali, że Bóg wyznaczył mu szczególną drogę. 14 lutego 1894 r. został zwolniony ze ślubów prostych i złożył dwa śluby prywatne: czystości i nie posiadania niczego poza narzędziami potrzebnymi do pracy fizycznej. Został wysłany do klasztoru klarysek w Nazarecie, gdzie potrzebna była pomoc przy pracach w gospodarstwie. Był tam skromnym bratem. Zamieszkał w komórce na narzędzia i czuł się szczęśliwy. Za namową ksieni zakonu klarysek w 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Wyjechał do Beni-Abbes, na południu Algierii, niedaleko granicy marokańskiej. Jadąc tam zdawał sobie sprawę, że na tych słabo zaludnionych terenach nie będzie miał misyjnych osiągnięć, ale nie miało to dla niego znaczenia. Chciał cichego życia, by móc się nieustannie modlić. Zawsze jednak był otwarty na ludzkie problemy. Otaczał opieką niewolników, karmił ich i podtrzymywał na duchu. Ściągał na siebie gniew miejscowego biskupa Guérina za krytykowanie niesprawiedliwych poczynań kolonizatorów francuskich. W 1903 roku planował wyjazd do Maroka, ale zrezygnował na rzecz ewangelizacji Tuaregów. W sierpniu 1903 roku zajmował się rannymi podczas bitwy pod Tanghit. W 1904 roku udał się w kolumnie żołnierzy do krainy Tuaregów, gdzie pozostał do stycznia 1905 roku.
    W 1905 r. osiedlił się w Tamanrasset, gdzie zaprzyjaźnił się z szefem Tuaregów Mussą Ag Amastanem. Gdy na przełomie 1906 i 1907 r. był bliski śmierci, miejscowa ludność zaopiekowała się nim. Noszono go na rękach i karmiono jak niemowlę kozim mlekiem, nie pozwalając, by wpadł w depresję.
    W tym czasie Karol de Foucauld pisał regułę swojej wymarzonej wspólnoty Małych Braci Jezusa, która powstała niestety dopiero po jego śmierci. W 1910 r. wysłał gotowe statuty do Rzymu, lecz odpowiedzi nigdy nie otrzymał. W czerwcu 1915 roku skończył po jedenastu latach prace nad słownikami.
    W 1916 r. wybuchła wojna między miejscowymi plemionami. Walki i napady rabunkowe objęły niemal całą południową Saharę. Karol został zmuszony do ufortyfikowania swojej pustelni w Tamanrasset. Gdy wieczorem 1 grudnia 1916 r. grupa uzbrojonych jeźdźców otoczyła fort, prawdopodobnie pilnujący go uzbrojony szesnastolatek wystrzelił ze strachu i przypadkowo zabił Karola. Pustelnia została splądrowana, a Najświętszy Sakrament wyrzucono w piasek pustyni. Gdy przybyli tam francuscy oficerowie, zobaczyli leżące obok Karola Ciało Jezusa. Jeden z nich ukląkł, podniósł Hostię i przyjął Komunię. Ciało brata Karola de Foucauld od 1929 r. złożone jest w El Goléa.
    Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym został zamknięty 4 marca 2003 roku w Mediolanie, a beatyfikacja odbyła się 13 listopada 2005 roku w Rzymie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    O roli świeckich w Kościele

    Bł. Charles de Foucauld

    bł. Charles de Foucauld/vacitcannews.va

    Rozważanie papieża Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański” (13.11.2005)

    O roli świeckich w Kościele i powołaniu do świętości przypomniał Benedykt XVI podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański w Watykanie. Papież nawiązał także do postaci nowych błogosławionych, którzy dzisiaj w Bazylice św. Piotra zostali wyniesieni na ołtarze: o. Karol de Foucauld, misjonarz Sahary i założycielki zgromadzeń zakonnych: s. Maria Pia Mastena i s. Maria Crocifissa Curcio. Na Placu św. Piotra zebrało się kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów z całego świata. Papież pozdrowił obecnych na modlitwie Polaków.

    Oto tekst papieskiego przemówienia:

    Drodzy bracia i siostry! Dziś rano w Bazylice św. Piotra ogłoszeni zostali błogosławionymi słudzy Boży Karol de Foucauld, kapłan, Maria Pia Mastena, założycielka Zgromadzenia Sióstr Świętego Oblicza i Maria Crocifissa Curcio, założycielka Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Misjonarek św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Dołączają oni do szerokiej rzeszy błogosławionych, którzy podczas pontyfikatu Jana Pawła II pozostawieni zostali wspólnotom kościelnym, w których żyli, aby je czciły, w przeświadczeniu o tym, co z naciskiem podkreślił Sobór Watykański II, że wszyscy ochrzczeni powołani są do chrześcijańskiej doskonałości: kapłani, zakonnicy i świeccy, każdy zgodnie ze swym charyzmatem i swoim specyficznym powołaniem. W istocie wielka uwaga, jaką Sobór przywiązywał do roli wiernych świeckich, poświęcając im cały czwarty rozdział Konstytucji „Lumen gentium” o Kościele, aby zdefiniować ich powołanie i posłannictwo, zakorzenione w chrzcie i bierzmowaniu i nastawione na to, aby „szukać Królestwa Bożego, zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej”.

    18 listopada 1965 r. Ojcowie przyjęli oddzielny dekret o apostolstwie świeckich „Apostolicam actuositatem”. Podkreśla on nade wszystko, że „owocność apostolstwa świeckich zależy od ich żywotnego zjednoczenia z Chrystusem”, to jest solidnej duchowości, ożywianej czynnym uczestnictwem w liturgii i wyrażanej w stylu ewangelicznych błogosławieństw. Oprócz tego dla świeckich wielkie znaczenie mają zawodowa kompetencja, rodzina, poczucie obywatelskie i cnoty społeczne. Skoro prawdą jest, że zostali oni indywidualnie wezwani do dawania swego osobistego świadectwa, szczególnie cennego tam, gdzie Kościół natrafia na trudności, wszelako Kościół kładzie nacisk na apostolstwo zorganizowane, niezbędne, aby odciskać piętno na zbiorowej mentalności, na warunkach społecznych i na instytucjach. W związku z tym Ojcowie zachęcili liczne stowarzyszenia świeckich, nalegając także na ich formację do apostolstwa. Tematowi powołania i posłannictwa świeckich umiłowany Papież Jan Paweł II poświęcił zgromadzenie synodalne w 1987 r., po którym ogłoszona została adhortacja apostolska „Christifideles laici”.

    Kończąc, chciałbym przypomnieć, że w ubiegłą niedzielę w katedrze w Vicenzy beatyfikowana została matka rodziny Eurosia Fabris, zwana „Mamma Rosa”, wzór chrześcijańskiego życia w stanie świeckim. Wszystkim tym, którzy są już w niebieskiej ojczyźnie, wszystkim naszym świętym, a w pierwszym rzędzie Najświętszej Maryi i Jej oblubieńcowi Józefowi, zawierzamy cały Lud Boży, ażeby wzrastała w każdym ochrzczonym świadomość, że został powołany do tego, aby oddać się owocnej pracy w winnicy Pańskiej.

    Po modlitwie Anioł Pański Papież powiedział po polsku: Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów z Polski. Przypominając soborowy dekret „Apostolicam actuositatem”, polecam Bogu wszelkie dzieła apostolskie, jakie podejmują w Kościele wierni świeccy. Niech przynoszą obfite owoce. Wszystkim z serca błogosławię.

    opr. mg/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Karol de Foucauld – znak pustyni

    O Karolu de Foucauld w przededniu jego beatyfikacji

    13 listopada br. Benedykt XVI beatyfikuje Karola de Foucauld, jednego z duchowych przewodników XX wieku. Podjął on próbę radykalnego naśladowania Jezusa z Nazaretu, pociągając do Niego innych swoim życiem w duchu ewangelicznego ubóstwa.

    Karol de Foucauld - znak pustyni

    Nie założył wspólnoty, ale jego zapiski posłużyły w 1933 r. do utworzenia przez ojca René Voillaume – zmarłego 13 maja 2003 r. – Zgromadzenia Małych Braci Jezusa. W 1939 r. Magdalena Hutin powołała Małe Siostry Jezusa, które żyją z ludźmi prowadzącymi życie koczownicze: plemionami na Saharze, Cyganami, pracownikami cyrku czy kramarzami. Duchowa rodzina Karola de Foucauld obejmuje ponad 20 wspólnot, instytutów świeckich i stowarzyszeń kościelnych. Żyją w nowoczesnych aglomeracjach, które są dla nich – jak pisał Carlo Caretto – „pustyniami w mieście”. Na duchowość wspólnoty wpływ wywarł filozof francuski Ja-cques Maritain, autor „Humanizmu integralnego”, który po śmierci żony został małym bratem Jezusa.

    Zanim poznał Boga

    Przyszedł na świat 15 września 1858 r. w Strasburgu w arystokratycznej rodzinie, kultywującej tradycje wojskowe. Miał sześć lat, kiedy stracił rodziców i znalazł się pod opieką dziadków. W wieku dojrzewania, pod wpływem lektury filozofów pozytywistycznych, odszedł od wiary i został agnostykiem. Po maturze zgłosił się do Szkoły Wojskowej Saint-Cyr. W szkole oficerskiej zaczął trwonić majątek odziedziczony po rodzinie, prowadząc hulaszcze życie, a w pogoni za przyjemnościami tak bardzo zatracił się duchowo, że -jak to napisał po latach – w tym czasie przypominał bardziej „świnię niż człowieka”. Otrzymał przydział do garnizonu w Algierii, ale kiedy podporucznik de Foucauld przybył do 4 . Pułku Szwoleżerów Afrykańskich z kochanką u boku, uznano, że splamił honor Francji i wydalono go z wojska za złe prowadzenie się. Powrócił, gdy dowiedział się, że jego pułk został wysłany przeciw rebeliantom do Południowego Oranu.

    Zauroczony pięknem Afryki porzucił ostatecznie armię, aby zgłębiać tajniki etnologii oraz języków arabskich. Przebrany za rabina, emigranta z Rosji, pod przybranym nazwiskiem – ze względów bezpieczeństwa – wyruszył na niebezpieczną wyprawę do Maroka. Zdobył w Europie sławę badacza i podróżnika, a Towarzystwo Geograficzne nagrodziło go złotym medalem. Jego jednak zafascynowały gościnność i głęboka religijność wyznawców islamu.

    Ewangelia miłości Karola de Foucauld…

    nie ma nic piękniejszego dla małego brata Jezusa, niż stawać się narzędziem, którym Bóg się posługuje, aby np. jakiś muzułmanin żył w łasce Chrystusowej i umierał w Chrystusie, nie przestając być muzułmaninem. W wypadku takim nie doszło do przekazania dobrej nowiny Ewangelii za pośrednictwem słów; nie było nawrócenia; nie założono Kościoła rozszerzającego widzialne mistyczne Ciało Chrystusa. Królestwo Boże. Ten muzułmanin jednakże, zbawiony przez łaskę Chrystusa, ukazuje w największym stopniu wypełnienie powołania małego brata Jezusa. (…) …miłość bliźniego w powołaniu kontemplacyjnym, realizowanym pośrodku świata, nie ma nic z podstępu, który miałby oswoić bliźniego, aby ten właściwie przyjął księdza lub misjonarza. Miłość braterska w Jezusie, przez Jezusa i dla Jezusa nie może być wykorzystywana dla innych celów. Bliźniego kocha się takim, jaki jest tu i teraz, jakim go Bóg i pokolenia ukształtowały, kocha się całkowicie bezinteresownie i w pełnej wolności, pragnąc jego dobra, zarówno wiecznego, jak i doczesnego.

    Tęsknota za Nazaretem

    Po powrocie do Francji zaczął chodzić do kościoła i modlić się: „Boże, jeśli istniejesz, daj znak!”. W 1886 r., po spotkaniu w Paryżu ks. Huvelina, wyspowiadał się i przyjął Komunię św. Udał się potem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, podczas której powziął decyzję, że chce żyć tak jak Jezus z Nazaretu.

    Czterokrotnie odprawił rekolekcje zamknięte i wstąpił do trapistów. Choć poszukiwał dla siebie „najniższego miejsca”, uległ woli przełożonych i skończył teologię oraz przyjął święcenia kapłańskie. Po siedmiu latach uznał jednak, że jest to życie nazbyt ustabilizowane. Przyjął imię brat Karol od Jezusa i zaczął wieść żywot pustelnika. Przywdział białą tunikę z czerwonym sercem zwieńczonym krzyżem, z napisem: „Jezus-Caritas”. Został kontemplującym ascetą, przebywającym i pracującym fizycznie wśród ubogich. Cztery lata posługiwał klaryskom w Nazarecie jako ogrodnik, murarz i stolarz. Zamieszkał w Beni-Abees, niedaleko granicy z Marokiem, wśród koczowniczej społeczności Tuaregów na Saharze.

    Jak Tuareg pomiędzy Tuaregami

    Przełożył Ewangelię na język Tuaregów, opracował pierwszy słownik i gramatykę, a także ułożył antologię przysłów. Wkrótce ofiarował Bogu swe życie za nawrócenie wszystkich ludów zamieszkujących Saharę. Z głębi pustyni niósł świadectwo o chrześcijaństwie jako religii miłości i braterstwa wobec każdego człowieka, bez względu na rasę czy kolor skóry. Przemierzał pustynię wszerz i wzdłuż, żywiąc się jedynie daktylami oraz mlekiem, zamieszkując w szałasach i ewangelizując poprzez osobisty przykład życia.

    Żył pragnieniem męczeństwa za wiarę. W 1916 r., podczas pierwszej wojny światowej doszło do walk plemiennych między Tuaregami a Senussami. Brata Karola wywleczono z pustelni; 1 grudnia został zastrzelony w Hoggarze przez piętnastoletniego strażnika.

    Duchowy nauczyciel małych braci Jezusa

    Z bratem Kazkiem, małym bratem Jezusa, rozmawia Michał Gryczyński

    Czego uczy nas Karol de Foucauld?

    -Wskazuje na Jezusa i Ewangelię, poświadczając to swoim życiem, dając przykład życia wiarą. Jego przesłanie zawiera przekonanie, że codzienne życie ma wielką wartość, zarówno dla człowieka, jak i dla Boga. Na tym polega duchowość Nazaretu, którą żył.

    Kim był dla małych braci Jezusa?

    -Nauczycielem duchowym. Po śmierci zapomniano o nim i dopiero po latach został na nowo odkryty. Staramy się, jak on, trwać na modlitwie i kontemplacji.

    To szczególny charyzmat: życie kontemplacyjne w świecie, a nie za klauzurą zakonną.

    – Jezus także wybrał życie rodzinne, czyli we wspólnocie, więc i my chcemy żyć podobnie. Tworzymy małe wspólnoty braterskie – moja jest trzyosobowa – dzieląc ze sobą jedno mieszkanie, domową kaplicę z Najświętszym Sakramentem, jedną kuchnię i jedną kasę. Mszę św. odprawia brat prezbiter, który otrzymuje święcenia wyłącznie dla służby we wspólnocie, i nadal jest „bratem”, a nie „ojcem”.

    A co sprawiło, że Brat również znalazł się we wspólnocie?

    – Próbowałem odnaleźć swoje miejsce w Kościele, ale nie widziałem się wśród duchownych – skłonnych podkreślać „ja – kapłan”, i nie odpowiadała mi żadna wspólnota zakonna. Swoje miejsce odnalazłem wśród małych braci Jezusa. Ten styl życia w świecie, w zwyczajnych warunkach i ze zwyczajnymi ludźmi, trwania tam, gdzie się jest, w zgodzie z Ewangelią, był dla mnie pociągający. We wspólnocie jestem od 1979 r.; przeszedłem obowiązującą formację i ukończyłem studia teologiczne.

    W jaki sposób bracia zdobywają środki do życia?

    – Z założenia wykonujemy proste, zwyczajne prace fizyczne, takie jak ludzie, których znamy i z którymi żyjemy. Przez kilkanaście lat byłem murarzem, a teraz – jako że zacząłem już drugą „sześćdziesiątkę” życia – dbam o dom, który dzielę z dwoma współbraćmi, m.in. sprzątam i gotuję posiłki. A jest wśród nas tynkarz, elektryk, mechanik, a także opiekun w domu pomocy społecznej.

    Czy ludzie, wśród których żyjecie, wiedzą kim jesteście?

    – Wchodzimy w różne środowiska i nie ukrywamy swojej przynależności. Jeśli ktoś pyta np. dlaczego się nie ożenisz, odpowiadam: to mój wybór, ze względu na Jezusa i wyjaśniam, kim jestem. Nasze życie to zwrot do osoby samego Jezusa; skoro On wybrał wioskę Nazaret i pracował fizyczne, to nie był przypadek. Wniosek: to ma sens. Jak wytłumaczyć, że życie rodzinne ma sens? My nie mamy wprawdzie żon, bo zachowujemy celibat, ale żyjemy jako bracia, dążymy do miłości braterskiej, dając świadectwo wiary.

    Ilu małych braci Jezusa żyje w Polsce?

    – Mali bracia przybyli do Polski w 1977 r. i osiedli w Przegorzałach niedaleko Krakowa, a później w podwarszawskiej wsi Truskaw. Jest nas ośmiu: jeden przebywa obecnie w nowicjacie we Francji.

    Nie nosicie habitów…

    – Kiedyś mieliśmy je, ale żyjemy wśród ludzi, którzy też ich nie noszą. Posiadamy natomiast kremowe tuniki z kapturami, które zakładamy podczas modlitwy osobistej i liturgicznej. Praktykujemy bowiem Liturgię Godzin i codzienną godzinną adorację Jezusa Eucharystycznego.

    Duchową rodzinę Karola de Foucauld tworzą, obok małych braci, również inne wspólnoty. Czy utrzymujecie ze sobą kontakty?

    – Oczywiście. W dobie telefonów i e-mailów to nietrudne. Jesteśmy zorganizowani jak wszystkie rodziny zakonne, nasze władze mają siedzibę w Londynie, a niedługo przeniosą się do Brukseli.

    Michał Gryczyński/Przewodnik Katolicki/Opoka.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Karol de Foucauld – Adorujący Jezusa

    Karol de Foucauld - Adorujący Jezusa

    bł. Karol de Foucauld (1858 – 1916)

    ***

    Błogosławiony Karol de Foucauld odważył się zamieszkać na pustyni pośród koczowników muzułmańskich. Z czasem zyskiwał coraz większe zaufanie z ich strony. Z pomocą francuskiego oficera zbudował mały klasztor w pobliżu niewielkiej oazy. Jego cela była dla każdego wędrowca otwarta. Sam uprawiał warzywa i owoce na swe utrzymanie. Większość czasu spędzał na cichej adoracji Jezusa eucharystycznego. Ten mnich pokoju zginął jednak z rąk muzułmanów (1 grudnia w 1916 roku), z którymi dzielił się podczas samotnej modlitwy i w darze bezinteresownej przyjaźni, Jezusowym pokojem.

    We wczesnej młodości przeżył poważny kryzys wiary i stał się ateistą. Prowadził nieuporządkowane życie. W wieku 22 lat został oficerem, opuszcza Francje i udaje się do Algierii. Tam zetknął się ze świadectwem wiary w Boga i gorliwej modlitwy ze strony wielu muzułmanów. Na nowo zadawał sobie pytanie: “Czyżby Bóg istniał?”.

    Po trzech latach powrócił do Francji i dzięki najbliższej rodzinie głęboko chrześcijańskiej, rozpoczął przygodę szukania Boga. W tym najważniejszym okresie życia spotkał Ojca Huvelina, który stal się jego przewodnikiem duchowym i przyjacielem. Rozmowy z nim zaowocowały odkryciem Boga Żywego. Karol przeżył głębokie nawrócenie i zapragnął całkowicie oddać się Bogu prowadząc życie mnicha. Miał wtedy 28 lat.

    W 1890 roku wstąpił do klasztoru trapistów we Francji, gdzie przebywał siedem lat. Po siedmiu latach opuszcza zakon i udaje się do Nazaretu, gdzie przez cztery lata żyje jak pustelnik. Właśnie tam odkrywa bliskość i przyjaźń Jezusa. Wspomnienia z Ziemi Świętej, a przede wszystkim doświadczenie Nazaretu, towarzyszyły mu do końca życia.

    Święcenia kapłańskie przyjął w 1901 roku i w niedługim czasie udał się na Saharę do Beni-Abbes a następnie do Tamanrasset. Nauczył się miejscowego języka, poznawał kulturę Tauregów.

    Przebywając na pustyni pisał sporo listów, które nacechowane były wielka prostotą, czystością i duchem posłuszeństwa wobec woli Bożej objawianej mu przez przełożonego zakonu i podczas medytacji nad Słowem Bożym.

    Jego komentarze do wybranych fragmentów Ewangelii są jak świeżo upieczony chleb, mają smak młodego wina i czystość źródlanej wody. Dla najbliższej rodziny i przyjaciół żyjących we Francji były to z pewnością listy krzepiące, napełnione wiarą i miłością. Pocieszały.

    Mimo, że przeżywał swoje życie mnicha na pustyni, to przecież nie był oderwany od świata. Swoje modlitwy ofiarował w intencji Kościoła powszechnego, przede wszystkim modlił się za Ojca Świętego a także w intencji ludzi, którzy tak jak on, kilkanaście lat temu, są zagubieni. Często odmawiał napisaną przez siebie modlitwę:

           Ojcze
           oddaję się Tobie.
           Uczyń ze mną, co zechcesz.
           Dziękuję Ci za wszystko,
           cokolwiek ze mną uczynisz.
           Jestem gotów na wszystko
           przyjmuję wszystko.
           Niech Twoja wola spełnia się we mnie
           i we wszystkich Twoich stworzeniach,
           nie pragnę niczego innego, mój Boże.
           Składam moją duszę w Twoje ręce.
           Oddaję Ci ją, Boże
           z całą miłością mego serca.
           Kocham Cię
           i to jest potrzebą mojej miłości,
           żeby się dawać,
           oddawać się w Twoje ręce bez ograniczeń,

    z nieskończoną ufnością,

    bo Ty jesteś moim Ojcem.

    Po jego beatyfikacji dokonanej przez Benedykta XVI 13 listopada 2005 roku w księgarniach katolickich pojawiło się sporo nowych publikacji mówiących o jego życiu i modlitwie.

    Czytając je, niejako odruchowo sięgamy po Ewangelię, by ją rozważać i otwierać się na przemieniającą moc Jezusowej łaski. Następnym krokiem jest pragnienie dzielenia się w naszym otoczeniu Jezusowym pokojem i radością, jakich doświadczyliśmy na modlitwie.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Zrozumieli go po śmierci

    charles-de-foucauld-dc3a9sert.jpg
    EAST NEWS/Aleteia.pl

    ***

    Mimi była damą z paryskiego półświatka, którą Karol poznał, gdy stacjonował w Saumur. Nie traktował jej jako kobiety na jedną noc, a i ona dostrzegała w nim coś więcej niż tylko źródło zarobku. Lubiła z nim spędzać czas i choć trochę wykorzystywała jego hojność, to rozumieli się doskonale. Nic dziwnego, że szybko stali się najpopularniejszą parą w okolicy.

    Kiedy pułk Karola został przeniesiony do Algierii, nie było mu w głowie zostawić Mimi we Francji. Zresztą ona również nie dopuszczała do siebie myśli o rozstaniu. Oboje postanowili, że Mimi wyjedzie do Setifu razem z żonami wyższych oficerów jako markiza de Foucauld. Wszystko się udało; podczas podróży nikt się nie zorientował w przebiegłej intrydze, a Mimi bawiła się świetnie. Zawsze była otoczona przez grupkę oficerów, siedziała nawet obok samego kapitana, jak na markizę przystało. Cała tajemnica wydała się dopiero wtedy, gdy na miejsce przyjechała reszta wojska. Oszukani oficerowie byli wściekli i kazali Karolowi natychmiast odesłać Mimi do Paryża. Ten jednak postanowił spełniać wyłącznie polecenia dotyczące służby i zlekceważył te rozkazy dowództwa. To jeszcze bardziej rozzłościło upokorzonych oficerów. Rozkazali Karolowi wybierać: wojsko albo kobieta. Byli prawie pewni, że zostanie. Ten ku ich zaskoczeniu wybrał drugą możliwość. Zresztą nie po raz pierwszy i nie ostatni postąpił wbrew światu i zdrowemu rozsądkowi.

    Harce, hulanki…

    Karol de Foucauld urodził się w 1858 r. w Strasburgu w rodzinie o tradycjach wojskowych. Rodzice zmarli, gdy miał 6 lat. Karolem i jego siostrą zaopiekował się wtedy dziadek, emerytowany pułkownik. Nie było mu łatwo z wnukiem, który z roku na rok był coraz bardziej leniwy i sprawiał kłopoty wychowawcze. “Po cóż mam się przemęczać? – miał mawiać Karol. – Przecież jestem bogaty”. A czas płynął.

    Nikt nie miał wątpliwości, że zgodnie z rodzinną tradycją młody hrabia powinien zostać wojskowym. Karolowi było raczej obojętne, co przyjdzie mu robić w życiu, ważne, by się za bardzo nie przemęczać. Chcąc zadowolić rodzinę wybrał jednak akademię wojskową w Saint-Cyr, francuską szkołę inżynierską dla wojskowych. Przygotowania do egzaminów nie szły najlepiej. Gdyby nie interwencja dziadka i powołanie się na zasługi przodków kandydata do kariery wojskowej, nic by z tego nie wyszło. Ostatecznie jednak de Foucauld został przyjęty. Mimo zmiany otoczenia nadal dobrze się bawił. Nie przeszkadzało mu to, że przez swoją otyłość miał problemy z utrzymaniem się w siodle i zdarzało się, że pękał na nim mundur. Nic sobie nie robił nawet z drwin i śmiechu kolegów, doskonale czuł się wśród kompanów. Wiódł beztroskie i swobodne życie.

    W 1878 r. zmarł dziadek Karola. Młody żołnierz odziedziczył po nim duży majątek, który tylko pogłębił jego lenistwo i chęć używania życia. Mógł sobie na wszystko pozwolić. Jego wybryki zaczęły niepokoić nawet wojskowych współtowarzyszy. Potrafił na przykład kupić całą piwnicę win, bo smakował mu akurat ten gatunek, urządzał przyjęcia dla połowy pułku w najlepszych restauracjach, zapraszał kobiety, oferował im mieszkanie, służbę i najbardziej wyszukane stroje. Tak było w każdym miejscu, w którym się znalazł. W Saint-Cyr, w Saumur, a potem w Sezanne, Pont-a-Mousson i po porzuceniu armii z powodu Mimi.

    Zostać muzułmaninem?

    Przez cztery tygodnie po opuszczeniu wojska czas upływał mu wyłącznie na piciu alkoholu i hazardzie. Kiedyś, między jedną hulanką a drugą, pewnie ze znudzenia, sięgnął po gazetę i przeczytał o powstaniu wojskowym w południowym Oranie, w Algierii. Jego dawny pułk poniósł tam ogromne straty; być może to obudziło w nim żołnierskiego ducha. Poczuł, że natychmiast musi wrócić do wojska i jechać do swoich towarzyszy broni, by być z nimi w czasie zwycięstw i porażek. Miał świadomość, że po jego ostatnich wybrykach armia niekoniecznie będzie go chciała mieć w swoich szeregach. Był jednak zdeterminowany. Postanowił, że jeśli nie będzie innej możliwości, to zaciągnie się jako szeregowiec. Czym prędzej wrócił do Paryża. Pozostawił Mimi we łzach, ale z pokaźną sumą pieniędzy. Ona tęskniła, on zdawał się szybko zapominać ostatnie miesiące życia. Udało mu się wrócić do armii, pochłonęła go walka. To nie ona była jednak dla Karola najsilniejszym doświadczeniem tamtego czasu. Największe wrażenie wywarł na nim widok wrogów – muzułmanów, którzy regularnie, nawet cztery razy dziennie, potrafili przerwać bitwę, by się modlić. Dla Karola – który choć wychowany był w katolickiej rodzinie, Bogiem się nie przejmował – było to doświadczenie zupełnie nowe. Wtedy przemknęła mu przez głowę myśl: “Może On rzeczywiście istnieje?”.

    Afryka tak zafascynowała Karola, że postanowił dokładniej zbadać tereny, które w tym czasie nie były jeszcze opisane – zapragnął wyjechać na wyprawę badawczą do Maroka. W związku z tym poprosił o urlop wojskowy na rok, gdy go jednak nie otrzymał – bez głębszego namysłu – po raz drugi wystąpił z wojska. Nie przejmował się konsekwencjami, dalej robił to, na co akurat miał ochotę, przekonany, że wszystko mu się należy. Rodzina, widząc jego nieodpowiedzialność, wyznaczyła mu kuratora, który miał czuwać głównie nad odziedziczonym majątkiem.

    Karolowi jednak udało się postawić na swoim – wyjechał do Afryki. W Maroku spędził 11 miesięcy. Jako nie-muzułmanin w muzułmańskim kraju mógł zostać zabity, dlatego musiał uważać na każdym kroku. Żył ubogo, mieszkał w fatalnych warunkach, a jednak taki styl życia mu odpowiadał. Tam – jeszcze bliżej niż w Algierii – zetknął się z muzułmańską bogobojnością. Widział, jak na każde wezwanie muezina Arabowie padali na twarze. Do tej pory, jeśli spotykał się z jakąś religijnością, była to religijność kobiet – jego matki, kuzynki czy ciotki. Tutaj widział pobożnych mężczyzn, którzy zafascynowali go do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie zostać muzułmaninem.

    Zmuszony do spowiedzi

    Wyprawa do Maroka okazała się sukcesem. Na podstawie prowadzonych tam badań i obserwacji napisał książkę, która cieszyła się dużą popularnością. Rodzina była dumna z Karola, który z leniucha i hulaki zmienił się w poważnego człowieka. Nawet się zaręczył, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Żył spokojnie, planując nowe podróże badawcze, miał teraz więcej swobody, gdyż uspokojona nieco rodzina odwołała pilnującego go kuratora.

    Pewnego dnia, gdy spacerował ulicami Paryża, zupełnie niespodziewanie znalazł się przed otwartym kościołem. Wszedł do środka. Od razu zauważył oświetlony konfesjonał, a w nim znanego mu z rodzinnych obiadów księdza Huvelina. Wkoło panowała cisza, nie było nikogo. Spontanicznie podszedł więc do konfesjonału i zakomunikował, że nie jest wierzący, ale ma kilka pytań związanych z religią. Ksiądz od razu rozpoznał młodego hrabię i nie wchodząc z nim w zbędne dyskusje, nakazał mu się wyspowiadać i przyjąć Komunię Św. Nie bez oporów, Karol w końcu uległ duchownemu. “Od tej pory wiedziałem, że Bóg istnieje i że muszę Mu poświęcić swoje życie” – napisał później w swoich notatkach. Ksiądz Huvelin został jego kierownikiem duchowym.

    Teraz codziennie chodził na Mszę św., często się spowiadał i chociaż początkowo podejrzewał siebie o uleganie jakiejś podejrzanej sugestii, stopniowo oswajał się z nowym sposobem życia. Majątek zupełnie go nie interesował, luksusy nie cieszyły. Jeśli już wydawał pieniądze, to na podróże naukowe do Afryki. Jego czas wypełniała modlitwa i lektura pobożnych książek. Zmienił się nie do poznania. Jako radykalnie nawrócony człowiek chciał służyć Bogu całym sobą, szybko więc pojawiła się myśl o wstąpieniu do zakonu. Kierownik duchowy zalecał jednak spokój i cierpliwość. Być może wiedział, że nagłe nawrócenie jest bardzo silnym przeżyciem, często jednak krótkotrwałym. Chciał poczekać na owoce. Dla Karola natomiast taka bezczynność była nie do zniesienia. Zawsze miał to, co chciał, natychmiast, bez czekania – ćwiczenie w cierpliwości było więc dla niego nie lada ascezą. Był jednak posłuszny. W decyzjach kierownika starał się dostrzegać wolę Bożą.

    Na skraju szaleństwa

    Dopiero po trzech latach Karol usłyszał z ust kierownika duchowego “tak” i od razu zaczął szukać odpowiedniego dla siebie miejsca. Był przez pewien czas u benedyktynów i jezuitów, rozmawiał z przełożonymi. Szukał bezwzględnego ubóstwa, życia na wzór tego, które prowadził Jezus w Nazarecie. W końcu wstąpił do francuskich trapistów.

    Dziesięć dni po wstąpieniu do zakonu otrzymał habit i imię Maria Alberyk. Szybko przyzwyczaił się do postów i ciężkich warunków życia, najtrudniej było mu się oswoić z pracami fizycznymi, wspólnymi modlitwami, a przede wszystkim z rozkazami przełożonych. Tym bardziej że nakazano mu podjąć studia teologiczne potrzebne do święceń kapłańskich. Nie było to spełnienie marzeń Karola, ale ponieważ w sprawach duchowych wciąż nie czuł się pewnie, nie śmiał się sprzeciwić woli przełożonych.

    W tym czasie zaczęła się powoli krystalizować w jego umyśle idea zgromadzenia, które żyłoby w skrajnym ubóstwie: “Czy nie byłoby możliwe założenie małego zgromadzenia, by takie życie móc prowadzić, by żyć wyłącznie z pracy ludzkich rąk, jak to czynił nasz Pan, który nie żył ze składek czy datków ani pracy innych. (…)- pisał w swoich listach. – Czy nie znajdzie się choć parę istot, które dawanie jałmużny uznałyby za absolutny obowiązek, które by rozdawały ubrania, gdy mają dwa, które by dzieliły się jedzeniem z tymi, co go nie mają, nie zostawiając sobie nic na jutro…”.

    Mimo że nie odnajdywał u trapistów takiego ubóstwa, jakiego szukał, nie chciał opuszczać zakonu samowolnie, wbrew swoim przełożonym. Złagodniał, a przynajmniej umiał się powstrzymać przed natychmiastowym spełnianiem swoich zachcianek. Postanowił więc, że postąpi tak, jak mu nakaże generał zakonu. Może miał nadzieję, że władze kościelne zezwolą mu na założenie wymarzonej wspólnoty? Niestety postanowienia były zupełnie inne. Nakazano Karolowi to, czego obawiał się najbardziej – wyjazd do Rzymu na dalsze studia teologiczne. Tym razem przyjął decyzję przełożonych dosyć spokojnie.

    Przez trzy lata karnie ślęczał nad książkami i uczęszczał na wykłady, aż tu pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, generał wezwał go do siebie i oznajmił, że jeśli nadal chce zakładać nową wspólnotę, to zwalnia go ze ślubów zakonnych. Oczywiście, że chciał. Nie wszyscy jednak popierali jego wybór, tym bardziej że nie do końca orientowali się w jego planach i pragnieniach. Jeden ze współbraci stwierdził nawet: “Nasz ojciec Alberyk Maria porzuca właśnie nasz zakon, by prowadzić, pewnie w Palestynie, życie pustelnika lub coś w tym rodzaju. To prawdziwe nieszczęście, a dla mnie także powód cierpienia. Może zostanie świętym i tego mu życzę, ale robi to po swojemu, oczywiście nie bacząc na posłuszeństwo. Według mnie, złożył ofiary zbyt wielkie i zadziwiające, by Bóg pozwolił mu się zagubić. Z mojego punktu widzenia to jedyna poważna gwarancja na drodze, którą zaczyna”.

    W ogrodzie u klarysek

    Gdy rodzina dowiedziała się o wystąpieniu Karola z zakonu i to po siedmiu latach życia monastycznego, bardzo się zaniepokoiła. Nic dziwnego. Wszyscy znali jego charakter, pamiętali, jakie życie prowadził w młodości i nie bez powodu bali się, że wróci do hulanek, alkoholu i kobiet. Karol uspokoił ich jednak szybko, wysyłając list, w którym wyjaśniał sytuację. Zapowiedział, że teraz wreszcie będzie miał szansę żyć “w warunkach biedniejszych, pozbawionych najmniejszych udogodnień, podobnych do tych, w których żył Jezus z Nazaretu”. W1897 r. opuścił więc klasztor trapistów i jako Brat Karol od Jezusa udał się statkiem do Hajfy, a stamtąd pieszo do Nazaretu. Nie wziął ze sobą nic oprócz ubrania, które miał na sobie.

    Najpierw trafił do nazaretańskich franciszkanów, ale ci – nie znalazłszy mu żadnego zajęcia – skierowali go do pobliskich klarysek. U sióstr pracował jako ogrodnik, spał w szopie na narzędzia, wstawał o świcie, medytował, służył do kilku Mszy św. dziennie i to wszystko jedynie za suchy chleb i wodę. Żył spokojnie, pracując i modląc się, do momentu, gdy jego głowy nie zaczęła zaprzątać kolejna myśl: “Może by jednak zostać księdzem?”. Zaryzykował po raz kolejny, wrócił do Francji i po pół roku przygotowań w 1901 r. został wyświęcony na kapłana. Teraz mógł jechać odprawiać Mszę św. tam, gdzie jeszcze nikt jej nie odprawiał.

    Podejrzany habit

    Kilka miesięcy po święceniach wyjechał w stronę Algieru, do misjonarzy – Ojców Białych. Niestety, znowu nie było tak łatwo, jak sobie wyobrażał. Ojcowie Biali patrzyli na niego z podejrzliwością: “Skoro chce być misjonarzem w Afryce, czemu nie wstąpił do nas?” – pytali. Brat Karol miał poczucie, że cały świat jest przeciw niemu, a los ciągle rzuca mu pod nogi kłody. Szybko wyczuł, że nie jest mile widzianym gościem, pojechał więc do trapistów, którzy już go znali i postanowił starać się o pozwolenie na życie wśród muzułmanów.

    Po wielu próbach i usilnych, wciąż ponawianych staraniach w końcu się udało. Osiedlił się w pobliżu oazy Beni Abbes na Saharze. Z pomocą stacjonujących tam żołnierzy wybudował mały domek, kaplicę i wszystko otoczył murem. Zaczął uprawiać mały ogródek, codziennie modlił się i pracował. Choć żołnierze widzieli w nim raczej cenne źródło informacji niż kapłana, on sam starał się służyć na różne sposoby. Z czasem o nowym dziwnym sąsiedzie zaczęli dowiadywać się okoliczni Arabowie. Początkowo podejrzliwi i nieufni wobec obcego mieszkańca i to niewiernego, stopniowo zaczynali go akceptować. Być może dlatego, że niczego im nie narzucał i nie nawracał ich na siłę, za to z chęcią udzielał im materialnego wsparcia. Był przekonany o słuszności takiego postępowania: “Nie wydaje mi się, żeby Jezus chciał, abym ja czy kto inny głosił Jezusa Tuaregom. To by tylko opóźniło, a nie przyśpieszyło ich nawrócenie”. W związku z ciągłym napływem szukających wsparcia biedaków zakonnik musiał zrezygnować z samotnego, pustelniczego życia – po prostu nie było ono możliwe. Marzenia o samotności musiał odłożyć na później. Nie porzucił myśli o założeniu nowej wspólnoty, zostawiał to jednak Bogu, pisał: “No więc dobrze. Jeśli Bóg tak zrządził, niech się stanie”.

    W Beni Abbes miał wszystko, czego potrzebował, tam też chciał zabiegać o pozwolenie na założenie swojego zgromadzenia. Miał nawet opracowaną własną regułę zakonną. To było jego największe niespełnione marzenie. W jego realizację wątpił nawet wieloletni kierownik duchowy Karola. W regularnie pisanych listach próbował uświadomić mu nierealność jego pomysłów: “Nie wydaje mi się, mój synu, by nadawał się pan do
    kierowania duszami! Pański regulamin jest absolutnie nie do zrealizowania. Naprawdę tak sądzę, nie mam co do tego żadnej wątpliwości. Papież wahał się, czy zaaprobować regułę franciszkańską, uważając ją za zbyt surową, ale pańska – jeśli mam to już powiedzieć – całkiem mnie przeraża!”.

    Porażki

    Wydarzenia zdawały się potwierdzać intuicje księdza Huvelina. Choć tamtejszy biskup wyraził zgodę na powołanie do życia czegoś na kształt świeckiego zgromadzenia, o zakładaniu nowej wspólnoty na razie nie było mowy. Brat Karol został wysłany w podróż misyjną, tym razem do Tamanrasset. Dzięki znajomości języka Tuaregów – którego uczył się do śmierci – udało mu się dogadać z miejscowym plemieniem i uzyskać pozwolenie na zamieszkanie nieopodal wioski.

    Przez następnych kilka lat krążył między palcówkami misyjnymi, modlił się i uczył języka koczowników. Nie tak wyobrażał sobie jednak pustelnicze życie. Nigdy przecież nie chciał być wędrownym misjonarzem. Nic nie układało się po jego myśli, miał powody do frustracji. Jedyny towarzysz, jakiego miał, nie wytrzymał tak surowych warunków życia i poszedł własną drogą. Brat Karol zasmucił się wtedy podwójnie, bo bez ministranta nie mógł w tamtych czasach odprawiać Mszy św. Został więc całkowicie sam, nawet bez Eucharystii. Przez całe dotychczasowe zakonne życie udało mu się ochrzcić tylko dwie osoby, nie prowadził regularnej katechezy, nie przygotowywał do sakramentów ani ich nie udzielał. Zainteresowanie tubylców wzbudzał o tyle, o ile mógł im ofiarować coś namacalnego, jedzenie czy odzież. Muzułmański świat nie chciał słyszeć o jego religii, być może również dlatego, że jego działalności nie towarzyszyły żadne nadzwyczajne zjawiska. Podczas całego swojego życia Karol de Foucauld nie uczynił żadnego cudu – przynajmniej o żadnym nie wiedział. Nie miał wizji mistycznych ani objawień. Nic. Kiedy się modlił, słowa zapisywał na karteczkach, by tak walczyć z rozproszeniem. Żył w skrajnym ubóstwie, dzielił się tym, co miał, z żebrakami, nawet gdy jemu samemu ledwie starczało.

    Nic dziwnego, że w końcu poważnie zapadł na zdrowiu. Dzięki pomocy okolicznych mieszkańców udało mu się jakoś dojść do siebie. Zdecydował się na długą i ciężką wyprawę do Paryża. Po raz kolejny postanowił poszukać ochotników do życia z nim na wzór Jezusa. Wierzył, że choćby kilka osób zechce z nim wrócić na Saharę. Mimo że podróż odbyła się bez przeszkód, a w Paryżu odwiedził rodzinę, planów nie udało mu się zrealizować. Znalazł tylko jednego ochotnika, nie to jednak było najboleśniejsze. Największy zawód spotkał Brata Karola ze strony kardynała Paryża, który zamiast zainteresować się pomysłami misjonarza, zasugerował mu raczej powrót do zakonu trapistów i porzucenie myśli o własnej wspólnocie. Karol znów poczuł się opuszczony i niezrozumiany.

    Wrócił na pustynię sam. Co jakiś czas jeździł do Francji szukać współtowarzyszy, ale bezskutecznie. Nikt nie chciał się zdecydować na tak trudne warunki życia. Modlił się więc i pracował w swojej pustelni, opracowywał słownik języka tuaresko-francuskiego, podręcznik do gramatyki, zbiór tuareskiej poezji oraz przetłumaczył znaczne fragmenty Biblii na język koczowników. Dzięki pozwoleniu z Watykanu mógł też sam odprawiać Mszę św. Niestrudzenie czekał i czekał… Nie doczekał się nikogo. Kilka miesięcy przed śmiercią napisał: “Ziarno umiera, nie przynosząc owocu. Ja, który tylko potrafię marzyć, niczego w życiu nie osiągnąłem”. Zginął 1 grudnia 1916 r. z rąk wrogiego plemienia Senussów. Miał 59 lat, z czego 15 spędził na pustyni.

    Po śmierci

    Zmarł, nie spełniwszy marzeń o nowej wspólnocie. Odszedł w przekonaniu, że ludzie nie chcą żyć w tak radykalny sposób, w jaki chciał on sam. Mimo że przez całe zakonne życie nie udało mu się znaleźć właściwie żadnego towarzysza, z uporem maniaka próbował przekonać świat do swoich racji. Przecież pragnienie, które w sobie odkrył, nie mogło być tylko nieświadomą próbą zadośćuczynienia za dawne hulaszcze życie. I rzeczywiście, świat powoli dojrzewał do radykalizmu Brata Karola. Pierwsze zgromadzenie inspirowane jego duchowością, Mali Bracia Jezusa, powstało w 1933 r. w północnej Afryce. Zgromadzenie żeńskie, Małe Siostry Jezusa, zostało założone w 1939 r. w Algierii.

    Chociaż Karol de Foucauld zginął w opinii świętości, biskupi algierscy długo zwlekali ze staraniami o jego beatyfikację. Widocznie nie chcieli drażnić muzułmanów wyniesieniem na ołtarze człowieka zamordowanego przez ich współwyznawców. Ostatecznie zakonnik został beatyfikowany 13 listopada 2005 r. przez papieża Benedykta XVI.

    Beata Legutko /”List” październik 2009/Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Kościół musi wrócić do duchowości Nazaretu

    – Jeśli Kościół nie wróci do duchowości Nazaretu, nigdy się nie uzdrowi – tak mówił podczas spotkania w płockiej parafii Świętego Krzyża Francuz Moris Maurin ze Zgromadzenia Małych Braci Jezusa, przyjaciel Jacques`a i Raissy Maritain, autor książki „Wierzę w Kościół…”, który od 20 lat mieszka w Polsce.

    – Jezus odrzucił bogactwo, bo ono jest wielką pułapką. Z pustyni, gdzie spotkał się `twarzą w twarz` z Ojcem, wrócił wypełniony miłością do Boga i do ludzi. Uważał, że człowiek bogaty może być nieszczęśliwy, jeśli ma trudności w otwarciu swego serca dla ubogich. Pokazał, że w życiu ważne jest ubóstwo, prostota, braterstwo. To są wartości Nazaretu, którymi On żył i umarł jako biedny człowiek – podkreślał brat Moris.

    Opowiadał m.in., że Mali Bracia Jezusa, podobnie jak Karol de Foucauld, żyją duchem Nazaretu i są dla ludzi, którzy „nie mają głosu w świecie”. Pracują fizycznie, mieszkają w małych 3-4-osobowych wspólnotach, przeznaczają dużo czasu na kontemplację, kilka dni w miesiącu spędzają w pustelni: – Karol de Foucauld, uratowany przez ludzi, którym pomagał, gdy mieszkał na Saharze, odkrył, co to znaczy być bratem: trzeba pomagać ludziom i żyć tak samo jak oni. To był wielki krok w jego powołaniu: żeby zrozumieć Jezusa, trzeba żyć tak jak On – podkreślił brat Moris.

    Podczas spotkania w Płocku brat Moris tłumaczył, że Jezus podczas swojego chrztu wszedł do wody, aby wziąć na siebie ludzkie słabości. Dał ludziom miłość Ojca i Siebie samego, „wziął nasze człowieczeństwo”, a na krzyżu „wziął nasze grzechy”. Podkreślał także, że największym wrogiem modlitwy jest utrata nadziei.

    Odwołał się także do swoich doświadczeń z życia w naszym kraju: – Gdy zostałem w Polsce, najpierw zamieszkałem przy ul. Brzeskiej w Warszawie. Ta ulica cieszyła się bardzo złą sławą. Odkryłem, że każdy z jej mieszkańców jest dzieckiem Boga. Możemy tracić wiarę, ale Bóg nigdy nas nie opuszcza, jest nam wierny. Najbiedniejszy człowiek nosi miłość Ojca. To ubodzy nas ewangelizują – podkreślał brat Moris.

    Brat Moris, Mały Brat Jezusa, jest autorem kilkunastu książek o tematyce duchowej. Był bliskim przyjacielem Jacques`a i Raissy Maritain i prof. Stefana Swieżawskiego. Przez wiele lat mieszkał w Maroku i na Saharze. Od około 20 lat mieszka w podwarszawskim Izabelinie. W Płocku koncelebrował Mszę św. w kościele parafii Świętego Krzyża i wygłosił konferencję o Karolu de Foucauld oraz duchowości Nazaretu.

    Spotkanie w parafii Świętego Krzyża w Płocku było kolejnym z cyklu, poświęconego poszukiwaniu głębszego, racjonalnego oblicza wiary. Inicjatorem cyklicznych spotkań jest wikariusz ks. Jarosław Tomaszewski.

    Deon.pl/Kai

    ______________________________________________________________________________________

    „Uczyń ze mną, co zechcesz”.

    Modlitwa Karola de Foucauld dla szaleńców wiary

    bł. Karol de Foucauld

    Te słowa nie są łatwe, bo często w człowieku tkwi potrzeba modlitwy „uczyń, co zechcę”.

    Modlitwa oddania bł. Karola de Foucauld

    Mój Ojcze,
    powierzam się Tobie.
    Uczyń ze mną, co zechcesz.

    Cokolwiek uczynisz ze mną,
    dziękuję Ci.
    Jestem gotów na wszystko,
    przyjmuję wszystko,
    aby Twoja wola spełniała się we mnie
    i we wszystkich Twoich stworzeniach.
    Nie pragnę nic więcej, mój Boże.

    W Twoje ręce powierzam ducha mego
    z całą miłością mego serca.

    Kocham Cię
    i miłość przynagla mnie,
    by oddać się całkowicie w Twoje ręce,
    z nieskończoną ufnością,

    bo Ty jesteś moim Ojcem.

    Modlitwa ułożona w nocy wiary

    Mój Ojcze… – od tych słów Karol de Foucauld rozpoczyna swoją modlitwę oddania. Podobnie po Zmartwychwstaniu zwrócił się do Jezusa św. Tomasz, mówiąc „Pan mój i Bóg mój”.

    Tę modlitwę Karol ukończył w 1897 r., pracował nad nią, gdy przebywał u trapistów. Przeżywał wówczas głęboką noc wiary. Pozostanie u trapistów nie wydawało mu się zgodne z wolą Bożą – pragnął większego ubóstwa. W takiej ciemności powstała modlitwa oddania, bliska słowom Jezusa wypowiedzianym na krzyżu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego…” (Łk 23, 46).

    Modlitwa oddania Karola de Foucauld jest tak naprawdę modlitwą Jezusa skierowaną do Ojca. W tej modlitwie Jezus modli się w nas do Ojca, dlatego często już pierwsze czytanie mocno przenika serce. Mali Bracia i Małe Siostry Jezusa, zgromadzenia powstałe z inspiracji życiem Karola de Foucauld, odmawiają tę modlitwę codziennie przed snem.

    Całkowite zawierzenie Bogu

    W tej intymnej prośbie do Ojca Karol mówi: uczyń ze mną, co zechcesz. Jest wdzięczny za wszystko, co się wydarzy i co Bóg z nim uczyni. Te słowa nie są łatwe, bo często w człowieku tkwi potrzeba modlitwy „uczyń, co zechcę”. Karol jednak porusza się w innej optyce – w świetle miłości. Jest wdzięczny nie za to czy tamto, ale za prowadzenie go przez miłość Ojca. Podobnie jak św. Paweł, zakłada, że nic nie jest w stanie odłączyć go od miłości Boga (Rz 8, 39).

    Cokolwiek uczynisz ze mną… W momencie, w którym wypowiadamy te słowa, umiera nasze „ja”. Zwykle w podobny sposób wypowiadamy się, gdy nam na czymś specjalnie nie zależy. Być może gdy gospodarz domu pyta, co podać do picia, a nam jest wszystko jedno, odpowiadamy: „cokolwiek”. Karol jednak kładzie w to miejsce wszystko, co ma – swoje życie. Święci swoim przykładem pokazują, że umieranie „ja” to zadanie na całe życie.

    Pomocne ćwiczenie podsuwa nam św. Franciszek z Asyżu. Mówi: bierz to, co gorzkie za słodkie, a słodkie za gorzkie. Wówczas gubi się skłonność umysłu do dzielenia świata na dwie rozłączne części: przyjemną i przykrą, swoją i obcą. Umysł się gubi, a serce odnajduje Ojca.

    W Twoje ręce… z całą miłością… Oddanie Ojcu nie jest możliwe bez miłości, w przeciwnym razie jest tylko podporządkowaniem. Ten moment modlitwy oddania jest włączeniem się w modlitwę Jezusa na krzyżu. Karol daje Bogu całą swoją miłość. Jego zapiski świadczą o tym, że ciągle chciał kochać mocniej i bardziej. Było w nim ciągłe nienasycenie – był zakochany w Bogu, pomimo licznych porażek w realizacji swoich duchowych marzeń.

    Zaskakujące owoce modlitwy

    Oddanie Karola jest wyrażone przez francuskie słowo „abandon”, które oznacza powierzenie się Bogu, ufność i poczucie bezpieczeństwa, ale także opuszczenie i porzucenie. Trudno tę modlitwę oddzielić od dwóch wzniesień: Taboru i Golgoty – doskonałego olśnienia i całkowitego opuszczenia. Karol daje siebie bez ograniczeń, a Bóg z radością bierze wszystko.

    Cała modlitwa Karola prowadzi do słów: bo Ty jesteś moim Ojcem. Mówiąc to, mogę stać się jednym z Jezusem. Do końca nie jesteśmy w stanie zrozumieć, co to oznacza. Wiemy jednak, że w tym niezrozumieniu sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8, 26).

    Bł. Karol de Foucauld poniósł całkowitą klęskę. Był wojskowym, który opuścił armię; trapistą, który wystąpił z zakonu; pragnął codziennej Eucharystii, ale nie dostał pozwolenia, aby ją samotnie sprawować na pustyni; chciał założyć zgromadzenie, ale jedyny kandydat odszedł. Karol pisał: „Oto nadchodzi wieczór mojego nędznego życia, które wydało tak mało owoców”.

    Modlitwa oddania z pewnością nie jest prośbą o sukces, a jej owoce mogą być zaskakujące. Podobnie jak zaskakująca dla uczniów była śmierć ich Mistrza na krzyżu.

    Adam Poleski /Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________

    Karol de Foucauld. Pustelnik wśród muzułmanów

    fot. wikimedia commons / domena publiczna

    ***

    Choć jego życiorys nie zawsze pozwala myśleć o nim jak o człowieku głęboko wierzącym, Karol de Foucauld w odpowiedniej chwili potrafił powrócić na właściwą drogę.

    Na krętych drogach prostymi liniami

    Święty Karol de Foucauld – francuski zakonnik, misjonarz, pustelnik – to postać, nad którą warto się zatrzymać. “Na krętych drogach życia Bóg pisze prostymi liniami” – to powiedzenie doskonale obrazuje jego życiorys.

    Karol wiele lat spędził wśród muzułmańskich Tuaregów w Afryce Północnej. W chwili, gdy zginął z rąk członków muzułmańskiej sekty sufickiej Sanusijja 1 grudnia 1916 roku w oazie Tamanrasset, miał za sobą długą drogę, która prowadziła go z Francji do Algierii, Maroka, do Ziemi Świętej, Syrii, a wreszcie na algierską Saharę. Natomiast droga wewnętrzna wiodła go od przepełnionego wiarą dzieciństwa przez religijną obojętność do ponownego odkrycia wiary i życia pustelniczego. Dziś na jego dziedzictwo powołuje się ok. 20 różnych stowarzyszeń i zgromadzeń zakonnych.

    Urodził się 15 września 1858 r. w Strasburgu. Był najstarszym dzieckiem w jednej z najbardziej zamożnych rodzin arystokratycznych Francji. Jego rodzice zmarli gdy miał 6 lat, zaopiekował się nim jego dziadek. Karol był chłopcem niesfornym – za złe zachowanie został usunięty z prywatnej szkoły. W wieku 20 lat otrzymał wysoki spadek, który całkowicie roztrwonił w ciągu kilku lat. Utracił też wiarę.

    Powrót do Boga

    W 1879 r. ukończył szkołę oficerską i odbył służbę wojskową w Oranie. Tam zetknął się z głęboko wierzącą ludnością, co zrobiło na nim ogromne wrażenie. Zaczął szukać dróg odkrycia na nowo swojej wiary i prowadzenia życia bardziej radykalnego. Zafascynowany kulturą arabską w 1882 r. wystąpił z wojska i odbył podróż naukową do Maroka. Reportaże z tej podróży przyniosły mu duży rozgłos, a Towarzystwo Geograficzne w Paryżu nagrodziło go złotym medalem.

    Nawrócił się pod wpływem swojej kuzynki i przyjaciela rodziny. W 1890 r. wstąpił do zakonu trapistów i przyjął imię Maria Alberyk. Od 1895 r. układał reguły nowych wspólnot zakonnych, oparte na duchowości Świętej Rodziny z Nazaretu.

    Zwolniony w 1897 r. ze ślubów zakonnych wyjechał do Ziemi Świętej, gdzie pod imieniem Karola od Jezusa prowadził życie kontemplacyjne przy klasztorze klarysek w Nazarecie. W 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie. Pod koniec tego roku osiedlił się w pustelni Beni Abbes w środkowej Algierii, pomagając tubylcom. Pełnił też funkcję duszpasterza w garnizonach francuskich w Afryce i był doradcą władz wojskowych w Hoggarze. Od 1904 r. przebywał wśród Tuaregów na Saharze, gdzie założył pustelnię w Tamanrasset. Tam m.in. przełożył Ewangelię na język tuareski. 1 grudnia 1916 r. zastrzelił go członek islamskiej sekty sufickiej Sanusijja.

    Wielkie odkrycie

    Chociaż „brat Charles” marzył o braciach, zmarł samotnie. Dopiero gdy w 1920 roku René Bazin opublikował biografię Foucaulda, zwrócono w Europie uwagę na jego życie i działalność. W 17 lat po jego śmierci, w 1933 r. , pięciu paryskich seminarzystów i księży udało się na Saharę, by tam prowadzić życie mnisze na podstawie reguły Karola de Foucauld i przyjmując nazwę Zgromadzenie Małych Braci Jezusa. W 1939 roku powstały Zgromadzenia: Małych Sióstr Jezusa oraz małych sióstr i braci od Ewangelii, a także kilka instytutów świeckich oraz grup nieformalnych i stowarzyszeń kościelnych. Są one obecne również w Polsce.

    Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym toczył się w latach 1995-2003 i został zamknięty 4 marca 2003 r. w Mediolanie. Wzięła w niej również udział pochodząca z archidiecezji mediolańskiej kobieta, której cudowne uzdrowienie, za wstawiennictwem sługi Bożego, potwierdziła watykańska komisja lekarska. W obecności Jana Pawła II Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła 20 grudnia 2004 r. dekret uznający ten cud, co otworzyło drogę do beatyfikacji o. Karola de Foucauld. Papież-Polak nie zdążył już jednak ogłosić go błogosławionym i uczynił to 13 listopada 2005 r. w Watykanie Benedykt XVI. W maju 2020 drogę do jego kanonizacji otworzył papież Franciszek, a odbyła się ona 15 maja 2022 roku.

    Podążając za aktywnym pustelnikiem

    Duchowość de Foucaulda inspirowana jest ideą życia na pustyni: mieści w sobie samotność, surową ascezę i kontemplację, mające prowadzić do zjednoczenia z Bogiem. Charakteryzuje ją jednocześnie aktywność misyjna i świadectwo życia konsekrowanego, głównie przez pracę fizyczną, braterstwo i przyjaźń z ludźmi przy dostosowaniu się do stylu życia ubogich. Praca na własne utrzymanie ma być realizacją ślubu ubóstwa i naśladowaniem ukrytego życia Jezusa w Nazarecie.

    Oparte na duchowości bł. Karola Zgromadzenie Małych Braci Jezusa jest dziś obecne w 44 krajach. Duży wpływ na ich formację miał słynny francuski filozof Jacques Maritain, który po śmierci żony wstąpił do zgromadzenia, w którym zmarł w 1973 r. Do Polski Mali Bracia przybyli w 1972 r.

    Zgromadzenie Małych Sióstr Jezusa powołała do życia 8 września 1939 r. Magdalena Hutin w Algierii. Jest jednym z kilkunastu apostolatów powstałych w oparciu o duchowość bł. Karola de Foucauld. Obecnie tworzą je osoby wywodzące się z prawie 70 narodowości, które działają na wszystkich kontynentach, w 67 krajach. W Polsce zgromadzenie działa od 1957 r. Ponad 40 sióstr skupionych jest w kilku wspólnotach, m.in. w: Warszawie, Częstochowie, Machnowie, Krakowie-Nowej Hucie, Szczecinie, Lublinie. Liczą one zazwyczaj po kilka sióstr.

    np/KAI/Stacja7

    __________________________________________________________________________________

    „Co masz mi do powiedzenia Panie?”

    Medytacja ze św. Karolem de Foucauld

    Metoda biblijnej medytacji, którą praktykował Karol de Foucald, polega na uświadomieniu sobie w akcie wiary, co się zamierza czynić, a następnie – na przykład po lekturze fragmentu Nowego Testamentu – zapytaniu Boga, co ma nam do powiedzenia.

    Wybierz fragment z Pisma Świętego (może być to np. ewangelia z dzisiejszej Liturgii Słowa)

    1. Uświadom sobie, kim jesteś i przed Kim stoisz

    2. Po przeczytaniu wybranego tekstu pytaj: co masz mi do powiedzenia Panie?

    3. Nie mów nic. Wycisz się. Wpatruj się w Ukochanego. Skup się na Jego obecności

    Podziel czas, który masz do dyspozycji na kilka części i poświęć każdą z części na to, czego Bóg oczekuje od Ciebie na modlitwie:

    • uwielbiaj Jezusa przez wydarzenia twego życia,
    • ciesz się wraz z Jezusem lub cierp z Nim,
    • uświadom sobie swój grzech, przyjmij przebaczenie i przebacz,
    • dziękuj za siebie i innych,
    • proś za siebie i innych.

    ______________________________________________________________________________________

    W duchu Karola de Foucauld

    Świadectwo o odkrywaniu Eucharystii

    Od momentu gdy zostałem ministrantem w wieku 13 lat, Msza święta była dla mnie zawsze czymś ważnym. Lubiłem w niej uczestniczyć w dzień powszedni rano lub wieczorem, gdy nie było tłumów, a ludzie przychodzili raczej z potrzeby serca. Piękne i pociągające było również to, że księża w mojej parafii zasadniczo odprawiali Mszę świętą pobożnie i bez pośpiechu. Pozwalało to wejść w jej klimat, a tym bardziej doświadczyć jej jako misterium. Nic zatem dziwnego, że pod wpływem takich przeżyć łatwo mi było odkryć w sobie powołanie kapłańskie.

    W seminarium na początku Msza święta rodziła we mnie, oprócz przeżycia duchowego, zainteresowanie czynnościami liturgicznymi, śpiewem, postawą i zaangażowaniem kolegów. Powoli jednak próbowałem odkrywać jej głębię. Zobaczyłem, że ważne jest nie tylko to, że przystępuję do Komunii świętej, ale także to, że uczestniczę w jakimś misterium, którego jednak nie jestem w stanie do końca pojąć. Mieszkając na II roku poza całą wspólnotą seminaryjną, korzystaliśmy z niewielkiej kaplicy, gdzie nawet zewnętrzna bliskość ołtarza ukierunkowywała nas na bliskość z Jezusem. W każdej Eucharystii mogłem zawierzać Mu kolejny dzień formacji, wszystkie trudności, słabości, bóle i zranienia, które się przede mną ujawniały. Łatwiej było mi podjąć zmaganie się ze sobą ze świadomością, że włączam to wszystko w ofiarę Jezusa, że na tej drodze nie jestem sam.

    Chyba od samego początku przywiązywałem dużą wagę do przygotowania do Eucharystii, choć koncentrowało się ono głównie na przeżywaniu poprzedzającej ją medytacji. Lubiłem też chwile po Mszy świętej, kiedy trwałem w dziękczynieniu za to, że ten Jezus, który umiera za mnie w każdej Ofierze eucharystycznej, jest zmartwychwstały i żywy w moim sercu i idzie ze mną przez kolejny dzień życia. Oczywiście, nie zawsze było tak wspaniale i cudownie. Przychodziły chwile znużenia, senności, a nawet znudzenia codzienną Mszą świętą („codziennie to samo…”). Przypominałem sobie jednak wtedy słowa mojego ojca duchownego, aby w takich chwilach brać na medytację teksty mszalne, aby śledzić je podczas Eucharystii, aby rozeznać, czy przypadkiem nie słabnie moja wiara i miłość do Jezusa, aby też przyznać się do słabości i uznać, że własnym wysiłkiem nie jestem w stanie dobrze przeżywać Mszy świętej, że jest to łaska, o którą mam prosić i na którą mam otwierać swoje serce. Wspierało mnie też zapewnienie, że w życiu kapłańskim przyjdzie taki czas, kiedy Eucharystia nie będzie mnie tak angażować uczuciowo, emocjonalnie, a mimo to mam trwać i być jej wierny. Miałem się o tym przekonać znacznie szybciej, niż mi się wydawało. Na razie jednak wzrastało we mnie pragnienie, aby nadszedł wreszcie ten moment, kiedy będę mógł sprawować Pamiątkę Pana.

    Bardzo ceniłem sobie również modlitwę adoracyjną przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Jestem wdzięczny mojemu ojcu duchownemu, że nauczył nas tej formy modlitwy i zachęcał do wiernego jej praktykowania, czemu sam dawał przykład swoim umiłowaniem adoracji. Cieszę się, że mimo trudności nie zrezygnowałem z niej, chociaż niekiedy trochę ją jednak zaniedbywałem. Adoracja pozwalała mi stanąć przed Jezusem w prawdzie o sobie. Doświadczałem, że On patrzy na mnie zupełnie inaczej niż ja na siebie lub inni na mnie. On spoglądał na mnie z wielką akceptacją, bez zniechęcenia, zniecierpliwienia. Ta forma modlitwy pomagała mi wyzbywać się skupiania się na sobie, kręcenia się wokół siebie. Dzięki adoracji doświadczałem, że Jezus jest tu najważniejszy, że On jest w centrum tej kaplicy, tego seminarium, mojego serca i mojego życia. W Jego obecności czułem się bezpieczny ze swymi niepokojami dotyczącymi życia, zdatności do kapłaństwa, a jednocześnie mogłem do-świadczać, że przed Nim nie mam nic do ukrycia, że On zna moje serce.

    Bardzo szybko przekonałem się, że formacja seminaryjna nie przesądza raz na zawsze o wierności Jezusowi, o głębokim przeżywaniu Mszy świętej i życiu nią na co dzień. Złudne okazało się myślenie, iż sam fakt, że staję po drugiej stronie ołtarza, sprawuję święte czynności liturgiczne, że — w zastępstwie Chrystusa — wypowiadam słowa konsekracji, zapewnia mi automatycznie gorliwość i głębokie wchodzenie w przeżycie tych misteriów.

    Po święceniach trafiłem na wiejską parafię. W zimie do nieogrzewanego kościoła przychodziły rano w dzień powszedni prawie zawsze te same dwie, trzy starsze panie. Czasami przyszedł ktoś, kto zamówił intencję, choć też nie zawsze. Zdarzało się, że odprawiałem Mszę świętą w zimnym i zupełnie pustym kościele. Nachodziło mnie wówczas uczucie znużenia, rutyny i odprawiania jakby z konieczności Mszy świętej oraz pytanie: po co to i dla kogo.

    W głębszym podejściu do Eucharystii bardzo pomogła mi osoba Karola de Foucauld i jego świadectwo życia. Mój ojciec duchowny w seminarium był zafascynowany tą postacią i tą fascynacją z nami się dzielił. Wtedy właśnie zetknąłem się z książką Światła pustyni Teresy Micewicz, ukazującą historię życia brata Karola i główne rysy jego duchowości. Czytałem ją z zaciekawieniem i z podziwem dla życia oraz rozwoju wiary Karola de Foucauld. Przypuszczam, że lektura ta miała wpływ na moje umiłowanie adoracji, ale wtedy jeszcze brat Karol nie inspirował tak bardzo mojego życia.

    Gdy już jako ksiądz zacząłem mieć trudności z Eucharystią, podjąłem próbę codziennej półgodzinnej adoracji przed Mszą świętą. Trochę na początku wstydziłem się przed kościelnym i proboszczem tego wcześniejszego przychodzenia do kościoła, ale widziałem, że była to dla mnie duża pomoc w przeżywaniu Eucharystii i całego mojego posługiwania.

    Zaangażowałem się też wtedy w istniejącą wspólnotę kapłańską Jezus-Caritas opartą na duchowości brata Karola. Spotkania odbywały się zasadniczo raz w miesiącu i obejmowały godzinną adorację Najświętszego Sakramentu, rozmowę braterską o tym, co w danym czasie przeżywamy, co jest naszymi radościami i trudnościami, oraz wspólny posiłek. Spotkania te zawsze były zachętą do trwania przy adoracji, do patrzenia na posługę kapłańską przez pryzmat Eucharystii, do kształtowania w sobie postawy służby i ofiary. Rozważana podczas tych spotkań duchowość Karola de Foucauld inspirowała do tego, aby nie szukać zewnętrznego sukcesu w pracy duszpasterskiej, lecz aby być gotowym przyjąć również niepowodzenia i upokorzenia. Zadziwia mnie u brata Karola wielka wiara, że Jezus przez sprawowaną Eucharystię i przez obecność w tabernakulum w Najświętszym Sakramencie może uczynić więcej niż my przez nasze rozmaite wysiłki duszpasterskie i ewangelizacyjne. „Modląc się tam [na Górze Błogosławieństw] — pisał — będę nieskończenie więcej czynił dla ludzi przez sprawowanie Najświętszej Ofiary; będę pracować dla Niego przez postawienie tabernakulum, gdzie umieszczony Najświętszy Sakrament uświęci w ciszy okolicę”. Brat Karol swoim życiem i słowami ukazuje, że w posłudze ważna jest nie tyle zewnętrzna aktywność, ile raczej bycie blisko Jezusa, poznawanie Jego serca, a czynić to można przez przeżywanie Eucharystii i adorację. W jego pismach zawarte są konkretne wskazówki co do przeżywania Mszy świętej: do konsekracji — ofiarowywać Jezusa, ofiarowywać siebie Ojcu, polecać Mu swoje intencje, a także dziękować za krzyż Chrystusa i prosić Boga o przebaczenie za przyczynienie się do niego; od konsekracji do Komunii świętej — adorować Jezusa na ołtarzu; po Komunii — adorować Go w swoim sercu, dziękować, kochać, radować się i milczeć.

    Wciąż uczę się sprawowania i przeżywania Eucharystii jako stawania z Jezusem na Golgocie w całkowitym ogołoceniu, a jednocześnie doświadczania mocy Jego zmartwychwstania, bo to On wyprowadza mnie z grobu moich grzechów i niewierności oraz budzi nadzieję nowego życia.

    ks. R/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – listopad 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny

    fot. radio Niepokalanów

    *********

    Aby dobrze przygotować się do Uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny na dzień 8 grudnia – oto jedna z propozycji ze strony Opus Dei, która może posłużyć jako inspiracja do modlitwy osobistej na początku Adwentu.

    Wstęp

    Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.

    Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.

    *********

    DZIEŃ PIERWSZY – 30 listopada

    MARYJA, NOWA EWA

    fot.vecstock Freepik/ojcowie Franciszkanie/Wrocław

    ***

    Czytanie biblijne (Rdz 3,1−6.13−15)

    A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł.

    Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: „Dlaczego to uczyniłaś?” Niewiasta odpowiedziała: „Wąż mnie zwiódł i zjadłam”. Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: „Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i dzikich; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę”.

    Rozważanie (Jan Paweł II, Redemptoris Mater (=RM), 11)

    Maryja, Matka Słowa Wcielonego, zostaje wprowadzona w samo centrum owej nieprzyjaźni, owego zmagania, jakie towarzyszy dziejom ludzkości na ziemi, a zarazem dziejom zbawienia. Należąc do „ubogich i pokornych Pana”, Maryja nosi w sobie, jak nikt inny wśród ludzi, ów „majestat łaski”, jaką Ojciec „obdarzył nas w Umiłowanym”, a łaska ta stanowi o niezwykłej wielkości i pięknie całej Jej ludzkiej istoty. Maryja pozostaje w ten sposób wobec Boga, a także wobec całej ludzkości jakby niezmiennym i nienaruszonym znakiem tego Bożego wybrania, o jakim mówi List Pawłowy: „w Chrystusie (…) wybrał nas przed założeniem świata (…) i przeznaczył dla siebie jako przybranych synów” (Ef 1,4). Wybranie to jest potężniejsze od wszelkich doświadczeń zła i grzechu, od całej owej „nieprzyjaźni”, jaką naznaczone są ziemskie dzieje człowieka. Maryja pozostaje w tych dziejach znakiem niezawodnej nadziei.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ DRUGI – 1 grudnia

    MARYJA, PEŁNA ŁASKI

    Pełna łaski
    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,26−33)

    W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Wszedłszy do Niej, anioł rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.

    Rozważanie (RM, 8)

    Kiedy czytamy, że zwiastun mówi do Maryi „łaski pełna”, kontekst ewangeliczny, w którym zbiegają się dawne objawienia i obietnice, pozwala nam zrozumieć, że chodzi tutaj o szczególne błogosławieństwo pośród wszelkich „błogosławieństw duchowych w Chrystusie”. W tajemnicy Chrystusa jest Ona obecna już „przed założeniem świata”, jako Ta, którą Ojciec „wybrał” na Rodzicielkę swego Syna we Wcieleniu a wraz z Ojcem wybrał Ją Syn i odwiecznie zawierzył Duchowi świętości. Maryja jest w sposób zupełnie szczególny i wyjątkowy związana z Chrystusem i równocześnie jest umiłowana w Tym przedwiecznie umiłowanym Synu, współistotnym Ojcu, w którym skupia się cały „majestat łaski”. Równocześnie pozostaje Ona doskonale otwarta w stronę tego „daru z wysokości” (por. Jk 1,17). Jak uczy Sobór: Maryja „zajmuje pierwsze miejsce wśród pokornych i ubogich Pana, którzy z ufnością oczekują od Niego zbawienia i dostępują go”.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ TRZECI 2 grudnia

    MARYJA, SŁUŻEBNICA PAŃSKA

    Maryja. Panna z dobrego domu
    Maryja w scenie Zwiastowania (fot. zatletic/depositphotos.com)Deon.pl

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,34-38)

    Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, którą miano za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego!” Wtedy odszedł od Niej anioł.

    Rozważanie (RM, 13)

    Przy zwiastowaniu bowiem Maryja, okazując „posłuszeństwo wiary” Temu, który przemawiał do Niej słowami swego zwiastuna, poprzez „pełną uległość rozumu i woli wobec Boga objawiającego” – w pełni powierzyła się Bogu. Odpowiedziała więc całym swoim ludzkim, niewieścim „ja”. Zawierało się w tej odpowiedzi wiary doskonałe współdziałanie „z łaską Bożą uprzedzającą i wspoma­gającą” oraz doskonała wrażliwość na działanie Ducha Świętego, który „darami swymi wiarę stale udoskonala”.

    Słowo Boga żywego, które zwiastował Maryi anioł, odnosiło się da Niej samej: „Oto poczniesz i porodzisz Syna” (Łk 1,31). Maryja, przyjmując to zwiastowanie, miała stać się „Matką Pana”. Miała w Niej dokonać się Boska tajemnica Wcielenia. „Było zaś wolą Ojca miłosierdzia, aby Wcielenie poprzedziła zgoda Tej, która była przeznaczona na matkę”. I Maryja wyraża tę zgodę, po wysłuchaniu wszystkich słów zwiastuna. Mówi: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego!” (Łk 1,38). Owo Maryjne fiat – „niech mi się stanie” – zadecydowało od strony ludzkiej o spełnieniu się Bożej tajemnicy. Zachodzi pełna zbieżność ze słowami Syna, który według Listu do Hebrajczyków mówi do Ojca, przychodząc na świat: „Ofiary ani daru nie chciałeś, ale Mi utworzyłeś ciało (…). Oto idę (…) aby spełniać wolę Twoją, Boże” (10,5.7). Tajemnica Wcielenia urzeczywistniła się wówczas, gdy Maryja wypowiedziała swoje fiat: „niech mi się stanie według twego słowa!”, czyniąc możliwym – na ile wedle planu Bożego od Niej to zależało – spełnienie woli Syna.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ CZWARTY – 3 grudnia

    MARYJA BŁOGOSŁAWIONA MIĘDZY NIEWIASTAMI

    radio Niepokalanów

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,39-44)

    W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w ziemi Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała poz­dro­wienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona głośny okrzyk i po­wie­działa: „Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”.

    Rozważanie (RM, 12)

    Ewangelista Łukasz – wkrótce po opisie zwiastowania – prowadzi nas w ślad za Dziewicą z Nazaretu „do pewnego miasta w ziemi Judy” (Łk 1,39). Miastem tym ma być, zdaniem uczonych, dzisiejsze Ain-Karim, położone w okolicy górzystej, opodal Jerozolimy. Maryja „wybrała się tam z pośpiechem”, aby odwiedzić Elżbietę, swoją krewną. Przyczynę odwiedzin wypada upatrywać w tym także, że podczas zwiastowania Gabriel wskazał w znamienny sposób na Elżbietę, która w podeszłym wieku mocą Bożą poczęła syna z męża Zachariasza: „krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, którą miano za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,36−37). Zwiastun powołał się na przykład Elżbiety, aby odpowiedzieć na pytanie Maryi: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1,34). Otóż stanie się to właśnie „mocą Najwyższego”, podobnie – a nawet bardziej – niż w przypadku Elżbiety.

    Maryja więc udaje się w duchu miłości do domu swej krewnej. Przy wejściu, w odpowiedzi na pozdrowienie Maryi, Elżbieta, „napełniona Duchem Świętym”, czując szczególne poruszenie dziecka we własnym łonie, wielkim głosem pozdrawia Maryję: „Bło­go­sławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (por. Łk 1,40−42). Ten okrzyk czy też aklamacja Elżbiety weszła później do modlitwy Zdrowaś Maryjo jako dalszy ciąg pozdrowienia anielskiego, stając się w ten sposób jedną z naj­częstszych modlitw Kościoła. Jeszcze więcej mówią dalsze słowa Elżbiety zawarte w pytaniu: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przy­chodzi do mnie?” (Łk 1,43). Elżbieta daje świadectwo Maryi: roz­poznaje i głosi, że przed nią stoi Matka Pana, Matka Mesjasza. W tym świadectwie uczestniczy też syn, którego Elżbieta nosi w swoim łonie: „poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. „Dzieciątko” – to przyszły Jan Chrzciciel, który nad Jordanem wskaże na Jezusa jako Mesjasza.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ PIĄTY – 4 grudnia

    WIARA MARYI

    Theotokos – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
    Maryja Theotokos – National Museum of Serbia, Public domain, via Wikimedia Commons/Deon.pl

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 1,45-56)

    [Elżbieta wydała okrzyk i powiedziała:]

    „Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana”. Wtedy rzekła Maryja: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a święte jest Jego imię – i miłosierdzie Jego z pokoleń na pokolenia dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – Abrahamowi i jego potomstwu na wieki”. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.

    Rozważanie (RM, 14, 19)

    Jednakże słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” odnoszą się nie tylko do tego szczegółowego momentu, jakim było zwiastowanie. Jeśli chodzi o wiarę Maryi oczekującej Chrystusa, zwiastowanie jest z pewnością momentem przełomowym, ale zarazem jest także punktem wyjścia, od którego zaczyna się całe „itinerarium ku Bogu”: cała Jej droga wiary. Na tej zaś drodze w sposób niezwykły, zaiste heroiczny – owszem, z coraz większym heroizmem wiary – będzie się urzeczywistniać owo „posłuszeństwo”, które wyznała wobec słowa Bożego objawienia. A to „posłuszeństwo wiary” ze strony Maryi w ciągu całej drogi posiadać będzie zadziwiające podobieństwo do wiary Abrahama. Podobnie jak ten patriarcha całego ludu Bożego, tak i Maryja, w ciągu całej drogi swego uległego, macierzyńskiego fiat, będzie potwierdzać, iż „wbrew nadziei uwierzyła nadziei”. Słusznie przeto w owym wyrażeniu „Błogosławiona, któraś uwierzyła”, możemy upatrywać jakby klucz, który otwiera nam wewnętrzną prawdę Maryi: tej, którą anioł przy zwiastowaniu pozdrowił jako „łaski pełną”. Jeśli jako „łaski pełna” była Ona odwiecznie obecna w tajemnicy Chrystusa, to przez wiarę stawała się w niej obecna w wymiarach całego swego ziemskiego iti­nerarium: „szła naprzód w pielgrzymce wiary”. Równocześnie zaś tę tajem­nicę Chrystusa w sposób dyskretny – ale bezpośredni i sku­teczny – uobecniała ludziom. I nadal nie przestaje jej uobecniać. Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ SZÓSTY – 5 grudnia

    MARYJA WSPÓŁODKUPICIELKA Z CHRYSTUSEM

    Bolesne macierzyństwo Maryi - rozważanie
    fot. fortherock/flickr.com/Deon.pl

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 2,25-35)

    A żył w Jeruzalem człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekujący pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Z natchnienia więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą – a Twoją duszę miecz przeniknie – aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”.

    Rozważanie (RM, 16)

    Człowiek sprawiedliwy i pobożny, imieniem Symeon, pojawia się na początku Maryjnego „itinerarium” wiary. Słowa jego, natchnione przez Ducha Świętego (por. Łk 2,25−27), potwierdzają prawdę zwiastowania. Czytamy bowiem, że „wziął On w objęcia” Dzieciątko, któremu zgodnie z poleceniem anioła „nadano imię Jezus” (por. Łk 2,21). Jego słowa są zgodne z brzmieniem tego imienia, które znaczy: Zbawiciel – „Bóg jest zbawieniem”. Zwracając się do Pana, mówi: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2,30-32). Równocześnie jednak Symeon zwraca się do Maryi z następującymi słowami: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. I dodaje wprost pod adresem Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie – aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,34−35). Słowa Symeona stawiają w nowym świetle zapowiedź, jaką Maryja usłyszała od anioła: Jezus jest Zbawicielem, jest „światłem na oświecenie” ludzi. Czyż nie okazało się to w pewien sposób w noc Narodzenia, gdy do stajni przybyli pasterze? (por. Łk 2,8−20). Czyż nie miało się jeszcze bardziej okazać, gdy przybędą Mędrcy ze Wschodu? (por. Mt 2,1−12). Równocześnie jednak, już u początku swego życia, Syn Maryi – a wraz z Nim Jego Matka – doznają na sobie prawdy dalszych słów Symeona: „znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezro­zu­mienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ SIÓDMY – 6 grudnia

    MARYJA, PIERWSZA KTÓRA SŁUCHA I ZACHOWUJE SŁOWO BOŻE

     Stock.Adobe/Tygodnik Niedziela

    ***

    Czytanie biblijne (Łk 11,27-28)

    Gdy On to mówił, jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała do Niego: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”. Lecz On rzekł: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają”.

    Rozważanie (RM, 20)

    Jest w Ewangelii św. Łukasza taki moment, gdy „jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała”, zwracając się do Jezusa: Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś (Łk 11,27). Słowa te stanowią pochwałę Maryi jako rodzonej Matki Jezusa.

    Na to błogosławieństwo, jakie nieznana kobieta wypowiedziała pod adresem jego Matki i Rodzicielki, Jezus odpowiada w sposób znamienny: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają” (Łk 11,28). Jezus chce odwrócić uwagę od macierzyństwa, o ile oznacza ono tylko więź ciała, aby skierować ją w stronę tych tajemniczych więzi ducha, jakie powstają przez słuchanie słowa Bożego i zachowywanie go.

    Niewątpliwie Maryja jest godna błogosławieństwa dlatego, że stała się dla swego Syna Matką wedle ciała („Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”) – ale również i nade wszystko dlatego, że już przy zwiastowaniu przyjęła słowo Boże, że słowu temu uwierzyła, że była Bogu posłuszna, ponieważ słowo to zachowywała i rozważała w sercu (por. Łk 1,38.45; 2,19.51) i całym swoim życiem wypełniała. Tak więc błogosławieństwo wypowiedziane przez Jezusa nie przeciwstawia się – wbrew pozorom – błogosławieństwu wypowiedzianemu przez nieznaną kobietę, ale z nim się spotyka w osobie tej Matki-Dziewicy, która sama siebie nazwała „służebnicą Pańską” (Łk 1,38).

    Można powiedzieć, że wymiar ten był udziałem Matki Chrystusa od początku, od chwili poczęcia i narodzin Syna. Od tego momentu była Tą, która uwierzyła. Maryja Matka, stawała się w ten sposób pierwszą poniekąd „uczennicą” swego Syna, pierwszą, do której On zdawał się mówić „pójdź za Mną”, wcześniej niż wypowiedział to wezwanie do Apostołów czy do kogokolwiek innego (por. J 1,43).

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ ÓSMY – 7 grudnia

    MARYJA UPRASZA NAM WSZYSTKIE ŁASKI

    Nheyob, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons/PCh24.pl

    ***

    Czytanie biblijne (J 2,1−11)

    Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: „Nie mają wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?” Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: „Napełnijcie stągwie wodą!” I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!” Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

    Rozważanie (RM, 21−22)

    Maryja obecna jest w Kanie Galilejskiej jako Matka Jezusa – i w sposób znamienny przyczynia się do owego początku znaków, objawiających mesjańską moc Jej Syna. Oto „kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?»” (J 2,3−4).

    Wedle Ewangelii św. Jana owa „godzina” oznacza moment przeznaczony przez Ojca, w którym Syn wypełni swoje dzieło i ma doznać uwielbienia (por. J 7,30; 8,20; 12,23.27; 13,1; 17,1; 19,27).

    Chociaż więc to, co Jezus odpowiedział swej Matce, zdaje się wskazywać raczej na odmowę (co bardziej jeszcze uwydatnia się wówczas, gdy zdanie ma charakter twierdzący: „jeszcze nie nadeszła godzina moja”), tym niemniej Maryja zwraca się do sług ze słowami: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Wtedy Jezus nakazuje sługom napełnić wodą stągwie tam stojące – a woda staje się winem, lepszym niż to, jakie uprzednio zostało podane gościom weselnym.

    Możemy więc powiedzieć, że w powyższym zapisie Ewangelii Janowej znajdujemy jakby pierwszy zarys prawdy o macierzyńskiej trosce Maryi. Prawda ta znalazła wyraz również w magisterium ostatniego Soboru. Warto zauważyć, jak macierzyńska rola Maryi została przedstawiona przezeń w odniesieniu do pośrednictwa Chrystusa. Czytamy bowiem: „Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc”, ponieważ „Jezus Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi” (por. 1 Tm 2,5−6).

    Ta macierzyńska rola wypływa – dzięki upodobaniu Bożemu – „z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależna i z niego czerpie całą moc swoją”. Właśnie w takim znaczeniu wydarzenie w Kanie Galilejskiej jest jakby zapowiedzią pośrednictwa Maryi, które skierowane jest do Chrystusa, a zarazem zmierza do objawienia Jego zbawczej mocy.

    Z tekstu Janowego widać, że chodzi tu o pośrednictwo macierzyńskie. Jak głosi Sobór: Maryja „stała się nam matką w porządku łaski”. To Maryjne macierzyństwo „w porządku łaski” wyłoniło się z Jej Boskiego macierzyństwa: będąc z postanowienia Opatrzności Bożej Matką−Żywicielką Odkupiciela, „stała się (…) w sposób szczególny przed innymi szlachetną towarzyszką i pokorną służebnicą Pana”, która „współpracowała z dziełem Zbawiciela przez wiarę, nadzieję i miłość żarliwą dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich”. To macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie (…) aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    *********

    DZIEŃ DZIEWIĄTY – 8 grudnia

    MARYJA, MATKA BOGA I NASZA MATKA

    Matka Boska.
    fot. Omnes/pl

    ***

    Czytanie biblijne (J 19,23−27)

    Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza po części; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: „Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć”. Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty moje, a o moją suknię rzucili losy. To właśnie uczynili żołnierze. A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

    Rozważanie (RM, 23)

    Jeżeli zapis Ewangelii Janowej o Kanie Galilejskiej mówi o macierzyńskiej trosce Maryi u początku mesjańskiej działalności Chrystusa, to istnieje inny jeszcze zapis tej samej Ewangelii, który owo Maryjne macierzyństwo w zbawczej ekonomii łaski potwierdza w momencie szczytowym, to znaczy wówczas, gdy spełnia się ofiara krzyżowa Chrystusa, Jego paschalna tajemnica. Zapis Janowy jest zwięzły: „obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19,25−27). Niewątpliwie trzeba widzieć w tym wydarzeniu wyraz szczególnej troski Syna o Matkę, którą pozostawiał w tak wielkiej boleści. Jednakże o znaczeniu tej troski Chrystusowy „testament z Krzyża” mówi więcej. Jezus uwydatnia nową więź pomiędzy „Matką” a „Synem”. Ta więź zostaje uroczyście potwierdzona w całej swojej prawdzie i rzeczywistości. Można powiedzieć, że – o ile uprzednio macierzyństwo Maryi względem ludzi było już zarysowane – w tej chwili zostaje ono wyraźnie określone i ustanowione: wyłania się zaś z całej dojrzałości paschalnej Tajemnicy Odkupiciela. Matka Chrystusa, znajdując się w bezpośrednim zasięgu tej tajemnicy, która ogarnia człowieka – każdego i wszystkich – zostaje dana człowiekowi każdemu i wszystkim – jako Matka.

    Na zakończenie można odmówić Różaniec i Litanię Loretańską lub następującą modlitwę:

    Modlitwa

    Boże, Ty przez Niepokalane Poczęcie Najświętszej Dziewicy przygotowałeś swojemu Synowi godne mieszkanie i na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa zachowałeś Ją od wszelkiej zmazy, daj nam za Jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu.

    Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    CZWARTEK 30 LISTOPADA

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. ANDRZEJA APOSTOŁA – PATRONA SZKOCJI

    fot. Graziako/Kai

    ***

    Św. Andrzeja Apostoła, brata św. Piotra, rybaka, pierwszego powołanego przez Chrystusa ucznia, ukrzyżowanego przez pogan wspomina Kościół katolicki 30 listopada.

    Szczególny kult jakim obdarzają św. Andrzeja prawosławni oraz fakt, iż jest on rodzonym bratem św. Piotra czyni z Andrzeja szczególnego patrona ekumenizmu i orędownika jedności chrześcijan. Imię Andrzej wywodzi się od greckiego słowa “andreios” i znaczy “mężny, dzielny”.

    Św. Andrzej urodził się w Betsaidzie, mieszkał jednak wraz ze swoim bratem Szymonem Piotrem w Kafarnaum. Obaj byli rybakami. Andrzej był wcześniej uczniem św. Jana Chrzciciela. Ten wskazał przechodzącego nad Jordanem Jezusa, mówiąc “Oto Baranek Boży”.

    Wówczas Andrzej poszedł za Jezusem, co św. Jan Ewangelista opisał słowami: “Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1,35-41). Kościół prawosławny nadaje św. Andrzejowi przydomek “Protokleros”, tzn. pierwszy powołany. Ewangelie wspominają go kilkakrotnie, natomiast bardzo wiele miejsca poświęcają mu starożytne apokryfy, m.in. “Dzieje Andrzeja” (II/III w.) oraz “Męka Andrzeja” (IV w.).

    Niektóre przekazy świadczą, że św. Andrzej głosił Ewangelię na terenach między Dnieprem a Donem, inne, że w Azji Mniejszej i Achai. Według tradycji, ok. 65 r. w mieście Patras na Peloponezie aresztował go namiestnik rzymski. Św. Andrzej został skazany na ukrzyżowanie, co poczytywał sobie za chlubę, bo taka śmierć upodabniała go do samego Chrystusa. Krzyż, na którym umarł Apostoł, był w kształcie litery X, dlatego obecnie jest on nazywany krzyżem św. Andrzeja.

    Relikwie św. Andrzeja przewieziono w 356 r. z Patras do Konstantynopola. Krzyżowcy, plądrując Konstantynopol podczas czwartej wyprawy krzyżowej w 1202 r., zabrali ze sobą szczątki Apostoła i złożyli je w Amalfi w pobliżu Neapolu. Relikwia głowy została w 1464 r. złożona w Bazylice św. Piotra. Podczas trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II, 25 września 1964 r. papież Paweł VI nakazał zwrócić tę relikwię kościołowi w Patras. W 1980 r. prawosławnemu Kościołowi greckiemu zwrócone zostały również relikwie krzyża św. Andrzeja.

    Św. Andrzej Apostoł jest od czasów średniowiecznych patronem Szkocji oraz Grecji, Szkocji, Rosji, Hiszpanii, Sycylii, Dolnej Austrii, Neapolu, Rawenny, Brescii, Amalfi, Mantui, Bordeaux, Brugii i Patrasu, także archidiecezji warmińskiej.

    Na przestrzeni wieków św. Andrzej patronuje wielu korporacjom i zrzeszeniom: m.in. jest patronem podróżnych, sprzedawców ryb, rybaków, rzeźników, górników, żeglarzy, rycerzy, a nawet woziwodów.

    W Polsce znajduje się 121 kościołów, których patronem jest św. Andrzej, wśród nich najstarszy w Krakowie kościół romański przy ul Grodzkiej.

    Relikwie św. Andrzeja Apostoła, pierwszego ucznia Chrystusa, rodzonego brata św. Piotra od 2003 r. czczone są w kościele środowisk twórczych w Warszawie.

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. w języku angielskim

    Katedra św. Andrzeja w St. Andrews w Szkocji

    Ruiny Katedry św. Andrzeja w St. Andrews w Szkocji/Aleteia.pl

    Popadła w ruinę, choć w XII wieku znajdował się tu katolicki kościół archikatedralny i siedziba biskupa. Świątynia musiała być ogromna, skoro jeszcze dziś zachwycają ruiny o długości ponad 100 m i wysokości 30 m. Prace remontowe podjęto jednak dopiero w połowie XIX w., więc niestety do tego czasu większość murów nie zachowała się. Niedaleko utworzono muzeum z pozostałościami dawnej katedry, m.in. tzw. sarkofagiem św. Andrzeja z około VIII wieku.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 GRUDNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    MARGARET MARY ALACOQUE
    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    ***

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca

    i tzw. Komunia święta wynagradzająca

    W pierwszy piątek miesiąca ustawiają się kolejki przed konfesjonałami. Niestety, niektórzy zaraz po spowiedzi wychodzą z kościoła – zupełnie nieświadomi, że pierwszy piątek mają „niezaliczony”.

    Pierwszy piątek miesiąca. W wielu konfesjonałach na koniec spowiedzi padnie dziś pytanie: Czy może mi ksiądz jeszcze podpisać książeczkę? Pytać będą dzieci, które w ostatnich tygodniach przystępowały do Pierwszej Komunii i właśnie zaczynają swoją przygodę z dziewięcioma pierwszymi piątkami miesiąca.

    Książeczki do podpisywania to oczywiście znany i powszechnie stosowany (nie tylko wobec najmłodszych) duszpasterski „motywator”, o którego słuszności i sensowności można by długo dyskutować.

    W kolejkach do pierwszopiątkowej spowiedzi ustawią się zresztą nie tylko dzieci pierwszokomunijne, ale i wielu starszych. Niestety, część z nich zaraz po spowiedzi wyjdzie z kościoła, zupełnie nieświadoma, że pierwszy piątek ma „niezaliczony”. Dlaczego? Bo istotą tej praktyki nie jest bynajmniej spowiedź, ale przyjęcie Komunii Świętej z intencją wynagrodzenia Jezusowi za grzechy własne i innych ludzi.

    Skąd pierwsze piątki miesiąca?

    Z objawień, jakie miała żyjąca w drugiej połowie XVII w. francuska siostra zakonna, Małgorzata Maria Alacoque. Przez ponad półtora roku Pan Jezus ukazywał jej swoje Najświętsze Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Zachęcał też siostrę Małgorzatę do jak najczęstszego przyjmowania Go w Komunii.

    W tamtych czasach wcale nie było to oczywiste. Siostra Małgorzata za każdym razem musiała uzyskać zgodę spowiednika (ale to też temat na osobny tekst). Wreszcie Pan Jezus przekazał wizjonerce obietnicę:

    Przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii Świętej dam łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych, a to Serce Moje stanie się dla nich ucieczką w godzinę śmierci – czyli krótko mówiąc, „gwarancję” zbawienia.

    Poza tą najważniejszą obietnicą złożył jeszcze jedenaście innych dla tych, którzy będą czcili Jego Najświętsze Serce:

    Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę sam ich pociechą we wszystkich smutkach i utrapieniach życia. Będę ich ucieczką najbezpieczniejszą w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci. Błogosławić będę wszystkim ich zamiarom i sprawom. Grzesznicy znajdą w Mym Sercu źródło i całe morze niewyczerpanego nigdy miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe szybko dostąpią wielkiej doskonałości. Zleję obfite błogosławieństwo na te domy, w których obraz Serca Mego Boskiego będzie zawieszony i czczony. Kapłanom dam moc zmiękczania serc najzatwardzialszych. Imiona osób, które rozpowszechniać będą nabożeństwo do Mego Boskiego Serca, będą w nim zapisane i na zawsze w nim pozostaną.

    Trzeba przyznać, że „oferta” jest dość „atrakcyjna”, a cena „niewygórowana”. Ale uwaga!

    Dziewięć piątków i po sprawie?

    Każdy, kto ma choć odrobinę duchowej wrażliwości, rozumie doskonale, że w obietnicach danych siostrze Alacoque i w praktyce pierwszych piątków nie chodzi o „zaliczenie” dziewięć razy pewnego religijnego rytuału, którego to „zaliczenia” skutkiem będzie „gwarancja” zbawienia.

    Dziewięć kolejnych miesięcy (dziewięć, jak ciąża!), kiedy dbamy o to, by w pierwszy piątek móc przyjąć Jezusa w Eucharystii ma w nas „urodzić” zbawienny „nawyk” świadomego dbania o życie sakramentalne. Troskę o bliskość z Jezusem obecnym w sakramentach, która będzie nam towarzyszyć aż po dzień ostatecznych narodzin do życia wiecznego. Nie chodzi o magiczne „zaliczenie” czegokolwiek, ale o wypracowanie w sobie pewnej postawy na całe życie.

    Co to jest Komunia wynagradzająca?

    Chodzi o intencję, z jaką przyjmujemy Eucharystię. Przyjmuję Jezusa i mam konkretną intencję, a więc robię to świadomie, uważnie, nieautomatycznie. Mam intencję, więc myślę o tym, co właśnie robię i co się dzieje. Przyjmuję Jezusa, który kocha mnie bezgranicznie i nieodwołalnie, mimo że ja wciąż uciekam od Niego ciągle w te same grzechy i ciągle potrzebuję Jego przebaczenia.

    Czy da się komuś wynagrodzić wylane z mojego powodu łzy? Oczywiście, że nie. A tym bardziej wylaną krew. Nie chodzi więc o „spłacenie długu”, ale o uświadomienie sobie miłości.

    Wynagradzamy” Jezusowi cierpienia, jakie zniósł z powodu naszych grzechów, kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani. Niemożliwe, żeby świadomość tego, jak bardzo jestem kochany niczego we mnie nie zmieniła. Miłość budzi miłość. A obudzona miłość przemienia skuteczniej niż wszystkie „dobre postanowienia” razem wzięte. Ponieważ mam fatalną skłonność do zapominania o tej miłości, więc Jezus proponuje mi, bym przynajmniej raz w miesiącu, przyjmując Go w Komunii, spróbował odnowić w sobie tę świadomość.

    Czy w pierwszy piątek trzeba iść do spowiedzi?

    Niekoniecznie. Sakrament pokuty i pojednania to jest oczywiście bardzo szczególne miejsce doświadczania przemieniającej mnie od środka miłości Boga. Dlatego warto przystępować do niego regularnie (choćby właśnie raz w miesiącu). Ale niekoniecznie musi to być akurat w pierwszy piątek, kiedy kolejki do konfesjonałów są najdłuższe.

    Chodzi o to, by być w stanie łaski uświęcającej i móc przyjąć Komunię. Do spowiedzi mogę pójść kilka dni wcześniej albo później, jeśli akurat jej nie potrzebuję (to znaczy: jeśli nie mam grzechów ciężkich uniemożliwiających przyjęcie Eucharystii). Ważne, bym robił to świadomie i regularnie. Bym trwał w łasce uświęcającej, a gdy ją stracę, od razu do niej wracał przez spowiedź.

    A jeśli ominę któryś pierwszy piątek?

    Czy muszę zaczynać od nowa? Nie muszę. Bo nie chodzi o to, żebym nie przerwał „magicznego” ciągu dziewięciu pierwszych piątków kolejnych miesięcy, ale bym prowadził nieprzerwanie życie w relacji z Bogiem, którą odnawiają i podtrzymują we mnie dane przez Niego sakramenty. A to ciągle – po każdym grzechu – zaczynam od nowa.

    Pierwszy piątek ma uwrażliwić mnie na miłość Boga objawioną mi ostatecznie na krzyżu Jezusa. Jednak w tym wszystkim chodzi o Niego samego i Jego miłość do mnie, a nie o datę.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 GRUDNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA Z I NIEDZIELI ADWENTU

    PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓB MIESIĄCA

    Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

    WPROWADZENIE

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 GRUDNIA

    PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU

    Rozpoczynamy Adwent a z nim Nowy Rok Liturgiczny

    ****

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?” – pisze Prymas Polski abp Wojciech Polak w liście na Adwent.

    „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – nawiązując do słów wprowadzających Kościół w tegoroczny Adwent arcybiskup gnieźnieński przyznaje, że dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.

    „Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.

    „Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – stwierdza Prymas przypominając, że Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).

    „Tak! W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” – wskazuje abp Polak.

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam jeszcze papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?” – zachęca Prymas Polski.

    W dalszej części listu metropolita gnieźnieński nawiązuje do rozpoczynającego się wraz z Adwentem nowego roku duszpasterskiego, któremu jako hasło towarzyszyć będzie wyznanie „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

    „W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza” – zauważa abp Polak nawiązując do spostrzeżenia papieża Benedykta XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.

    „Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła” – stwierdza w liście Prymas dodając, że owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnymi za Kościół, który wspólnie stanowimy”.
    „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” – dopowiada abp Polak przyznając, że szansą po temu jest trwający Synod o synodalności w Kościele.

    „W głosach zawartych w syntezach synodalnych pokazaliście, że zależy Wam na przyszłości Kościoła, i że również Was bolą rany Kościoła. Pokazaliście, jak cenne i ważne jest zasmakowanie i tworzenie prawdziwej wspólnoty, opartej na wzajemnym szacunku i otwartości. Wskazywaliście, że wszyscy potrzebujemy uczyć się wzajemnego słuchania i pogłębiania wzajemnych relacji. Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrył przed nami Duch Święty” – pisze w liście abp Wojciech Polak.

    Pełna treść listu dostępna jest na www.prymaspolski.pl i www.archidiecezja.pl

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. W GODZINIE MIŁOSIERDZIA MODLIMY SIĘ SŁOWAMI, KTÓRE PODYKTOWAŁ PAN JEZUS SIOSTRZE FAUSTYNIE KOWALSKIEJ.

    Modląc się Koronką do Bożego Miłosierdzia możemy uzyskać odpust zupełny.

    Odpust zupełny za odmówienie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Sprawdź, jak uzyskać

    fot. Anna Hecker / Unsplash/Deon.pl

    ***

    Czym jest odpust?

    “Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych”. (Katechizm Kościoła Katolickiego – 1471)

    W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”. 

    Oto warunki jakie trzeba spełnić, aby uzyskać odpust zupełny za odmówienie Koronki do Bożego Miłosierdzia:

    – być w stanie łaski uświęcającej (nie trzeba wcześniej przystępować do spowiedzi, chyba że jest to konieczne)

     odmówić w kościele lub kaplicy Koronkę do Bożego Miłosierdzia (ważne, aby w miejscu modlitwy znajdował się Najświętszy Sakrament)

    – przyjąć Komunię Świętą

    – odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Pod Twoją obronę…)

     nie być przywiązanym do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego

    Jeśli nie można pomodlić się w kościele lub kaplicy, wystarczy zrobić to w domu lub szpitalu (dotyczy to szczególnie osób chorych).

    Starajmy się żyć w stanie łaski uświęcającej. Jeżeli jednak zdarzy się nam nieszczęście upaść w grzech ciężki – skorzystajmy jak najprędzej z sakramentu pojednania z Bogiem i z Kościołem, bo “nikt nie zna ani dnia, ani godziny”.

    ___________________________________________________________________________________________

    fot. M. Mazur/Flickr episkopat.pl

    ***

    Koronka do Miłosierdzia Bożego.

    Modlitwa o wielkiej mocy

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.

    Stacja7


    KORONKA  DO  MIŁOSIERDZIA  BOŻEGO

    odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek


    Na początku

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.


    Na dużych paciorkach (1 raz)
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.


    Na małych paciorkach (10 razy)
    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.


    Na zakończenie (3 razy)
    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    ________________________________________________________________________

    W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO

    W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODY W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ___________________________________________________________________________________________

    W tym roku Wigilia wypada w niedzielę.

    Czy wystarczy pójść tylko na pasterkę?

    Szopka bożonarodzeniowa na świecie: różne tradycje, których być może nie znasz
    Holyart.pl

    ***

    W tym roku wigilia wypada w niedzielę, ale pójście na pasterkę nie jest uczestniczeniem we Mszy świętej niedzielnej, tylko już w bożonarodzeniowej.

    W tym roku okres adwentu jest wyjątkowo krótki, a wigilia wypada w niedzielę. To jednocześnie czwarta, ostatnia niedziela adwentu.

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej w święta nakazane, inaczej popełniają grzech ciężki. Do świąt nakazanych należą wszystkie niedziele w roku oraz kilka dodatkowych uroczystości:

    1 stycznia – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
    6 stycznia – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa (Boże Ciało)
    15 sierpnia – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych
    25 grudnia – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pasterka, czyli uroczysta Msza święta celebrowana w nocy 24 grudnia przynależy już do obchodów Bożego Narodzenia. Dlatego, gdy wigilia wypada w niedzielę nie wystarczy pójść wyłącznie na pasterkę – trzeba również uczestniczyć we Mszy świętej niedzielnej, aby nie popełnić grzechu ciężkiego.

    Warto też przypomnieć, że jeśli ktoś uczestniczy w pasterce nie musi już iść na Msze święte odprawiane w Boże Narodzenie w dzień.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby osoby z niepełnosprawnościami były w centrum uwagi społeczeństwa, a instytucje promowały programy integracyjne, które zwiększyłyby ich aktywne uczestnictwo.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Boże, który jesteś pełen miłosierdzia, dziękuję za Twoją opiekę w minionym roku liturgicznym. Oby Twój dar wiary, nadziei i miłości zbliżył mnie do Ciebie i tym samym do moich bliźnich. W ten nowy adwentowy czas, zdając sobie sprawę ze swojej niemocy, proszę, abym dużo lepiej niż dotychczas umiał rozpoznawać Twoje nieustannie przychodzenie. Rozważając różańcowe tajemnice wraz z Twoją Boleściwą Matką, pragnę uczyć się od Niej jak przeżywać dany mi czas, który jest jedynym i niepowtarzalnym czasem.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 LISTOPADA

    Ostatnia niedziela w Roku Liturgicznym, w której Kościół oddaje cześć Chrystusowi Królowi Wszechświata

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. W GODZINIE MIŁOSIERDZIA MODLIMY SIĘ SŁOWAMI, KTÓRE PODYKTOWAŁ PAN JEZUS SIOSTRZE FAUSTYNIE KOWALSKIEJ.

    Modląc się Koronką do Bożego Miłosierdzia możemy uzyskać odpust zupełny.

    ***

    W tą niedzielę Kościół w naszej Ojczyźnie zachęca nas do odnowienia aktu zawierzenia się Chrystusowi Królowi

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Dziś mija siódmy rok od proklamacji Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana. W tym Akcie jest nawiązanie do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza i Jasnogórskich Ślubów Narodu Prymasa Tysiąclecia. Są w nim m.in. wezwania, by Chrystus Pan królował “w naszych sercach, rodzinach, parafiach, środkach komunikacji społecznej, miejscach pracy, urzędach, miastach i wioskach”. W akcie Naród zobowiązał się podporządkować Panu Jezusowi wszystkie sfery życia osobistego i społecznego.

    ***

    Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach, z udziałem Episkopatu Polski i Prezydenta RP, 19 listopada 2016 r., w wigilię zakończenia Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. Dzień później akt ten odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem. Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata dla całego Kościoła ustanowił papież Pius XI encykliką “Quas primas” z 11 grudnia 1925 r., wydaną na zakończenie roku jubileuszowego 1600-lecia soboru nicejskiego. Papież polecił, aby we wszystkich kościołach tego dnia odmawiać “Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa” oraz akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu. Początkowo uroczystość Chrystusa Króla obchodzono w ostatnią niedzielę października. Reforma Soboru Watykańskiego II przesunęła obchody na ostatnią niedzielę roku liturgicznego dla podkreślenia, że wszystko ma swój początek i koniec w Jezusie Chrystusie. Obecnie uroczystość wieńczy rok liturgiczny.

    ***

    JUBILEUSZOWY AKT PRZYJĘCIA

    JEZUSA CHRYSTUSA za KRÓLA i PANA


    Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.

    Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.

    Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!

    –       W naszych sercach  – Króluj nam Chryste!

    –       W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!

    –       W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!

    –       W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!

    –       W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!

    –       W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!

    –       W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!

    –       W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!

    Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:

    –       Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca ­– Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    –       Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    –       Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    –       Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    –       Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.

    Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:

    –       Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę –  Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    –       Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień –  Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    –       Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    –       Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    –       Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.

    Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.

    W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.

    Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.

    Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.

    W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.

    Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.

    *  *  *

    Oto Polska w 1050. rocznicę swego Chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa.

    Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen. 

    ***

    Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach, z udziałem Episkopatu Polski i Prezydenta RP Andrzeja Dudy, w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.

    _____________________________________________________________________________

    Chrystus Król

    w ,,Dzienniczku’’ św. Faustyny Kowalskiej

    Chrystus Król w ,,Dzienniczku’’ św. Faustyny Kowalskiej

    ***

    Św. Faustyna Kowalska i jej przesłanie są dobrze znane współczesnemu Polakowi. Skupiają się one na miłosierdziu Boga. Intensywność propagowania Bożego Miłosierdzia sprawia niekiedy wrażenie, że jest ono istotą Boga, a nie Jego przymiotem. Zdarza się, że prawdę wiary: Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze, uważa się za nieaktualną i najchętniej usunięto by ją z katechizmu. Wśród wielu ludzi upowszechnia się pogląd, że miłosierny Bóg kocha człowieka bezgranicznie, więc, przebaczając jego grzechy, nie stawia mu żadnych wymagań. Zatraca się w ten sposób poczucie autorytetu Boga na rzecz traktowania Go jak dobrego “kumpla”. A przecież Bóg jest Stwórcą i Panem nie tylko człowieka, ale Władcą i Królem wszelkiego stworzenia. Św. Faustyna, pisząc o miłosierdziu Boga, zachowuje pełny uszanowania należny Mu dystans, najczęściej określając Go Panem, tym, który panuje nad wszystkim. To, że Bóg jest Królem, jest dla niej tak oczywiste, że nie poświęca temu aspektowi w swoim Dzienniczku zbyt wiele miejsca, natomiast pulsuje on w tle każdej jej wypowiedzi. Faustyna niejako mimochodem wspomina o Chrystusie jako Królu, ale nawet z tych zapisków wyłania się bardzo plastyczny obraz Władcy świata, nieba, serca i duszy człowieka.

    Faustyna żyła w 1. połowie XX w. w Polsce, w czasie, gdy Kościół cieszył się autorytetem niepodważanym przez władzę świecką. Na ten czas przypada ustanowienie w Kościele powszechnym święta Chrystusa Króla Wszechświata (1925 r.), co pozwala wnioskować, że ten aspekt odpowiadał mentalności ówczesnych katolików i cieszył się popularnością. Miał więc wpływ i na życie religijne Faustyny Kowalskiej. Dla niej Bóg jest Osobą bardzo bliską, darzy Go bezgraniczną miłością połączoną z ogromnym szacunkiem. Jest jej Oblubieńcem, ale także jest jej Władcą i Stwórcą. Faustyna określa także Boga, szczególnie objawiającego się jej Chrystusa, Królem i nie tylko nazwa jest tu kryterium, lecz także sposób, w jaki ona traktuje i rozumie wszechmoc Boga: Wielki majestat Boga, jaki mnie dziś przeniknął i przenika, obudził we mnie wielką bojaźń, ale bojaźń uszanowania, a nie bojaźń niewolniczą, która jest bardzo różna od bojaźni uszanowania. Bojaźń uszanowania rodziła się dziś w sercu moim z miłości i poznania wielkości Boga, i to jest wielką radością duszy (732). W dniu 1 IX 1937 r. sam Pan Jezus objawia się Faustynie jako Król pełen majestatu, srogo spoglądający na ziemię i przedłużający czas miłosierdzia na prośby Maryi (por. 1261).


    Faustyna mistrzowsko łączy dystans i bliskość: Trwam zawsze w świętym zdziwieniu, kiedy czuję, że się zbliżasz do mnie. Ty, Pan tronu straszliwego, spuszczasz się w nędzne wygnanie i przychodzisz do ubogiej żebraczki, która nic nie ma prócz nędzy; nie umiem Cię ugościć, mój Królewiczu, ale Ty wiesz, że Cię kocham każdym drgnieniem serca. Widząc Twe uniżenie, jednak nie zmniejsza się w oczach moich majestat Twój. Wiem, że mnie miłujesz miłością oblubieńca, a to mi wystarcza, choć nas dzieli przepaść wielka, boś Ty Stwórca, a ja stworzenie Twoje. Jednak miłość jest tylko wytłumaczeniem naszej łączności, poza nią wszystko jest niepojęte; miłość tylko jest zrozumieniem tej niepojętej poufałości, z jaką przestajesz ze mną. O Jezu, Twa wielkość przeraża mnie i byłabym w ustawicznym zdziwieniu i lęku, gdybyś mnie sam nie uspokajał…(885).


    W oczach św. Faustyny Chrystus jest nie tylko Królem ziemi, lecz także Królem nieba, którego wielbią duchy niebieskie według stopnia łaski i hierarchii…(779). Jest On również Królem człowieka. Faustyna tę prawdę zawiera w opisie jednego ze swoich przygotowań do Komunii świętej: Dziś przygotowuję się na przyjście Króla. Cóż ja jestem, a cóż Ty, o Panie, Królu chwały – chwały nieśmiertelnej. O serce moje, czy zdajesz sobie z tego sprawę, kto dziś przychodzi do ciebie? – Tak, wiem o tym, ale dziwnie pojąć tego nie mogę. O, ale gdyby to tylko król, ale to Król królów, Pan panujących. Przed Nim drży wszelka potęga i władza. On dziś przychodzi do mojego serca. (…) Kiedy wszedł do mieszkania serca mego, dusza moja przejęła się tak wielkim uszanowaniem, że z przerażenia zemdlała, upadając do Jego stóp. Jezus podaje jej swoją dłoń i pozwala łaskawie zasiąść obok siebie. Uspokaja ją: “Widzisz, opuściłem tron nieba, aby się z tobą połączyć.” (…) A więc, Królu mój, o nic Cię nie proszę, choć wiem, że wszystko mi dać możesz. Proszę Cię tylko o jedno: zostań Królem na wieki mojego serca, to mi wystarcza (1810-1811). W ten sposób Faustyna przyjęła Chrystusa – intronizowała Go w swoim sercu.


    Jako apostołka miłosierdzia pragnie tego dobra i dla innych. W święto Chrystusa Króla 1935 r. zapisuje w Dzienniczku: W czasie Mszy św. modliłam się gorąco, by Jezus był Królem wszystkich serc, aby łaska Boża błyszczała w każdej duszy (500). Bardzo często w Dzienniczku występuje rzeczownik “dusza” jako synonim słowa “człowiek”. W objawieniu zanotowanym przez św. Faustynę w ostatnim roku jej życia Pan Jezus raz jeszcze przypomina, że Jego królestwem na ziemi jest Jego życie w duszy ludzkiej (por. 1784).


    Św. Faustyna często w porywach serca do słowa “król” dodaje kolejne określenia. W modlitwie zainspirowanej myślą o ślubach wieczystych nazywa swojego Oblubieńca “Królem nieśmiertelnym”: Myślę o ślubach wieczystych i o tym, kto jest Ten, który się ze mną pragnie połączyć (…). Jak to się stanie, przecież Tyś Bóg, a ja stworzenie Twoje, tyś Król nieśmiertelny, a ja żebraczka i nędza sama. Ale już mi jest teraz wszystko jasne – przecież tę przepaść wyrówna łaska Twoja, Panie, i miłość (199).
    Najbardziej charakterystycznym dla jej duchowości jest określenie “Król miłosierdzia”. To jej nazwa własna nadana Chrystusowi. Już na początku swoich zwierzeń duchowych prosi: Królu miłosierdzia, kieruj duszą moją (3). Nazwa ta nie jest przejawem jej osobistej inicjatywy, lecz imieniem objawionym przez Pana Jezusa na czasy ostateczne. On sam dyktuje jej słowa: Napisz to: Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia (83). Na zadane wprost przez św. Faustynę pytanie jednoznacznie odpowiada: Jestem Królem Miłosierdzia (88). I po raz kolejny, objawiając swoje miłosierdzie, mówi: …jako Król miłosierdzia pragnę obdarzać dusze łaskami, ale nie chcą ich przyjąć (367). Od tej chwili posłuszna uczennica używa wskazanego jej Imienia w chwilach najbardziej intymnych modlitw. W miarę krzepnięcia i nabierania mocy duchowej coraz śmielej przekazuje prawdy o miłosierdziu Bożym: Że Bóg jest nieskończenie miłosierny, nikt temu zaprzeczyć nie może; pragnie On, żeby wiedzieli wszyscy o tym; nim przyjdzie powtórnie jako Sędzia, chce, aby wpierw dusze poznały Go jako Króla miłosierdzia (378).


    Ten wielki Król nieba i ziemi opuszcza majestat nieba i staje się Oblubieńcem ukrytym w Eucharystii, Oblubieńcem Faustyny i każdego człowieka przystępującego do Komunii świętej. Ta tajemnica zjednoczenia jest dla. Faustyny przyczyną nieustannego zadziwienia, kontemplacji, miłości. Pozwala jej zrozumieć, że jest ona dzieckiem królewskim, bo czuje, że krew Jezusa krąży w jej żyłach. Akt ślubów wieczystych niejako nobilitował jej przynależność do rodu królewskiego. Sam tekst ślubów wieczystych mógł być dla niej pewną inspiracją w kierunku skojarzeń “królewskich”, gdyż przy wręczaniu obrączki biskup Stanisław Rospond wypowiedział formułę, kończącą się zdaniem: …a jeżeli będziesz Mu (tj. Chrystusowi) wiernie służyć, abyś była na wieki koronowana (248).


    Jeżeli jest się synem Boga, to także się jest Jego dziedzicem – uczył św. Paweł Galatów (por. Ga 4,7). Dla Faustyny konsekwencją bycia dzieckiem królewskim jest także udział w dziedzictwie królewskim – w godności królewskiej. Zapewnia ją o tym sam Pan Jezus słowami: …pokornych wywyższam do tronu swego, bo tak chcę (282).
    Przynależność do rodu królewskiego, współudział w godności królewskiej, udział w dziedzictwie Króla, pociągają za sobą obowiązek dbania o godność Króla i o rozwój Jego dziedzictwa. Ten motyw odpowiedzialności za szerzenie Królestwa Bożego towarzyszy Faustynie w jej życiu duchowym. Podczas nocnej adoracji w 1935 r. deklaruje: Nie chcę spoczynku w boju, ale walczyć będę do ostatniego tchu życia o chwałę Króla i Pana swego. Nie złożę miecza, aż mnie wezwie przed tron swój (450). Jakby nie widząc owoców swych starań, pisze: Ty widzisz, że nie szczędzę ni sił, ni zdrowia, ni życia w obronie królestwa Twojego…, a Chrystus jej odpowiada: Idź – wzmocniona mą łaską – i walcz o królestwo moje w duszach ludzkich… (1489). 30 I 1938 r. zapisuje: W medytacji dał mi Pan poznać, że dopokąd serce w mej piersi bije, zawsze powinnam starać się, aby królestwo Boże szerzyło się na ziemi. Mam walczyć o chwałę swego Stwórcy (1548).
    Starajcie się naprzód o Królestwo Boże – prosi Chrystus w Ewangelii (Mt 6,33), a w dzisiejszych czasach wezwanie to nabrało wyjątkowej aktualności.
    Danuta Ołubek/Fronda.pl

    Posłaniec Serca Jezusowego
    PSJ nr listopad 2004

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Poniedziałek 27 listopada

    Tego dnia w roku 1830

    Najświętsza Maryja Panna Niepokalana, objawiła Cudowny Medalik

    ***

    27 listopada wspominamy Najświętszą Maryję Pannę Niepokalaną, objawiającą Cudowny Medalik. Dlaczego tak się nazywa, czemu tak mocno „promował” go św. Maksymilian, po co go nosić i cóż medalik ten ma wspólnego z flagą Unii Europejskiej?

    CUDOWNY MEDALIK – SKĄD SIĘ WZIĄŁ I DLACZEGO NAZYWANY JEST „CUDOWNYM”?

    Matka Boża objawiała się świętej Katarzynie Labouré w kaplicy Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac w Paryżu w 1830 roku. W sumie objawiała się trzykrotnie.  27 listopada 1830 r. (było to drugie objawienie) Najświętsza Maryja Panna poleciła rozpowszechniać medalik według przedstawionego wzoru oraz zapewniła wizjonerkę, że  wszyscy, którzy będą go nosić z ufnością i wiarą, otrzymają wiele łask. “Pierwsze medaliki ukazały się w czerwcu 1832 roku i w krótkim czasie stały się narzędziem szczególnego Bożego działania, wielu uzdrowień i nawróceń − stąd zaczęto je nazywać cudownymi “ – pisze ks. Waldemar Rakocy w książce „Święta Katarzyna Labouré i Cudowny Medalik„. Objawienie, zwłaszcza umieszczona na awersie inwokacja: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”, przyczyniło się bezpośrednio do ogłoszenia w 1854 roku przez Papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Panny.

    AKT STRZELISTY ŚW. MAKSYMILIANA, A NAPIS NA CUDOWNYM MEDALIKU

    Na awersie medalika, wokół postaci Matki Bożej, znajduje się napis: „O Maryjo bez grzechu poczęta módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.” Wielkim  propagatorem Cudownego Medalika był św. Maksymilian Kolbe. Dlatego też członkowie, założonego przez świętego Rycerstwa Niepokalanej mieli m.in. nosić Cudowny Medalik, wpisać się do Księgi Rycerstwa oraz codziennie odmawiać krótką modlitwę, stanowiącą rozwinięcie napisu z Cudownego Medalika: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają , a zwłaszcza za masonami i poleconymi Tobie”. Z czasem, już po śmierci ojca Kolbego, słowo „masoneria” zastąpiono szerszym zwrotem: „nieprzyjaciele Kościoła Świętego”. Dziś akt strzelisty, odmawiany często (na pewno w Niepokalanowie) m.in. po każdej dziesiątce różańca brzmi następująco: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają , a zwłaszcza za nieprzyjaciółmi Kościoła świętego i poleconymi Tobie”.

    WAŻNE. WZÓR CUDOWNEGO MEDALIKA

    Francja, Paryż

    W związku z dyskusjami, które dotyczą pięcioramiennych gwiazdek na Cudownym Medaliku, przypominamy, że były one takie od początku, zgodnie z Bożym zamysłem – czytamy na stronie Wydawnictwa OO. Franciszkanów w Niepokalanowie. Maryja podczas objawienia się św. Katarzynie Labouré nie tłumaczyła jej, jak ma wyglądać medalik, lecz ukazała jej jego obraz. Jeśli więc na medaliku gwiazdy mają po pięć ramion, była to Jej wola. Gwiazdy na Cudownym Medaliku były od chwili jego pierwszego wybicia pięcioramienne.

    W starożytności gwiazda pięcioramienna (pitagorejska) była uznawana podobnie jak okrąg za figurę doskonałą, ponieważ niemającą początku ani końca (rysuje się ją jednym pociągnięciem ręki). Pierwsi chrześcijanie przejęli ją i odnieśli do Chrystusa, Alfy i Omegi. Gwiazda pięcioramienna wskazywała też na pięć ran naszego Pana.

    Niepokoje związane z gwiazdą pięcioramienną wynikają z niewiedzy oraz z lęków. Symbolom funkcjonującym w chrześcijaństwie (np. krzyż) nikt i nic nie jest w stanie nadać innej treści i sprawić, żeby szkodziły one wiernym, ponieważ moc nadaje im sam Bóg. A nikt nie jest potężniejszy od Niego. Przekonanie o złej mocy może być związane z symbolami „pogańskimi”, lecz nie z chrześcijańskimi. Jeżeli masoneria zaczęła posługiwać się gwiazdą pięcioramienną, to nie możemy wyrzekać się chrześcijańskiej symboliki owej gwiazdy i z niej rezygnować, ale należy się jej jeszcze mocniej trzymać – tak jak czynimy to w przypadku krzyża.

    ŚWIADECTWO, czyli wiara czyni cuda

    „Cudowność” Cudownego Medalika to nie przeszłość. Ci, którzy wierzą w jego moc (tj. w moc Boga, oczywiście, który w ten sposób objawia swoją potęgę) wciąż doświadczają wielu łask. Poniżej ojciec Krzysztof Flis, franciszkanin z Niepokalanowa dzieli się świadectwem, jak Matka Boża, poprzez Cudowny Medalik, uratowała od zarazy pielgrzymkę od choroby, której nie rozpoznano, a która objawami przypominała salmonellę. Po rozdaniu uczestnikom pielgrzymki Cudownego Medalika choroba nagle ustąpiła…

    „CIEKAWOSTKI” , czyli czy wiesz, że… 

    Poniżej kilka ciekawostek, które mogą jedynie wzmocnić naszą wiarę i utwierdzić w przekonaniu, że Maryja jest dla nas Dobrą Matką, warto prosić ją o wstawiennictwo i nosić cudowny medalik.

    1) Św. Katarzyna Laboure zanim ujrzała Maryję, miała łaskę widzieć unoszące się z urny serce świętego Wincentego a Paulo (założyciela sióstr szarytek, do którego to zgromadzenia wstąpiła Katarzyna) oraz Jezusa w Świętej Hostii. Katarzyna pragnęła ujrzeć także Madonnę. W tym celu połknęła kawałek szaty świętego Wincentego i błagała go o wstawiennictwo. Maryja rzeczywiście ukazała się jej i jest to jedyny przypadek, kiedy nie było to niespodzianką, lecz spełnieniem życzenia…. 

    2) Katarzyna Laboure jest jedyną widzącą, która dotknęła dziewicy (…) Gdy kilkadziesiąt lat po śmierci widzącej przystąpiono do ekshumacji zwłok, stwierdzono, że w jej ciele nie uległy rozkładowi oczy, które widziały Maryję, ani ręce, które Jej dotykały, tak jakby – jak napisał Vittorio Messori – „kontakt z Tą, która jako już wniebowzięta jest żywa na wielki, przekazał życie ciału przyszłej świętej.”

    3) Choć Madonna, objawiająca się na ulicy du Bac nie pojawiła się z różańcem w dłoni, to jednak ma na swych palcach pierścienie, których jest… piętnaście – wszystkie z drogocennych kamieni, z których część wysyłała świetliste promienie. Madonna powiedziała, że niebłyszczące sygnety wyobrażają te łaski, których mimo chęci nie mogła udzielić, ponieważ o nie nie proszono…

    4) Gorącym propagatorem Cudownego Medalika był św. Maksymilian Maria Kolbe. Sanktuarium w Paryżu odwiedził w drodze do Japonii. Cudowny medalik stał się jego narzędziem w szerzeniu czci Niepokalanej i walce ze złem. Rozpowszechniał go zarówno wśród katolików, jak i wśród niewierzących Pisał:

    „Jej medalik rozdawać, gdzie się tylko da: i dzieciom, by zawsze go na szyi nosiły i starszym, i młodzieży zwłaszcza, by pod Jej opieką miała dosyć sił do odparcia tylu pokus i zasadzek czyhających na nią w naszych czasach. A już tym, co do kościoła nie zaglądają, do spowiedzi boją się przyjść, z praktyk religijnych szydzą, z prawd wiary się śmieją, zagrzęźli w błoto moralne albo poza Kościołem w herezji przebywają – o tym, to już koniecznie medalik Niepokalanej ofiarować i prosić, by zechcieli go nosić, a tymczasem gorąco Niepokalaną błagać o ich nawrócenie. Wielu nawet wtedy radę znajduje, gdy kto nie chce w żaden sposób przyjąć medalika. Ot po prostu wszywają go po kryjomu do ubrania i modlą się, a Niepokalana prędzej czy później okazuje, co potrafi… Dużo jest zła na świecie, ale pamiętajmy, że Niepokalana potężniejsza i Ona zetrze głowę węża piekielnego.”

    5) Cudownym medalikiem inspirował się rysownik Arsene Heitz, kiedy wziął udział w konkursie ogłoszonym przez Radę Europy w 1950 roku: jako sztandar nowej Unii zaproponował krąg dwunastu gwiazd na tle maryjnego błękitu. Projekt zajął pierwsze miejsce i podczas uroczystej ceremonii, 8 grudnia 1955 roku oficjalnie stał się flagą, która dziś powiewa na masztach na całym kontynencie.

    Radio Niepokalanów/oprac. Malwina Szymańska na podstawie:
    Ks. Waldemar Rakocy CM: „Święta Katarzyna Labouré i Cudowny Medalik”, Edycja św. Pawła
    O. Livio Fanzaga „Podpis Maryi”, Wydawnictwo ESPRIT
    https://wydawnictwo.niepokalanow.pl/
    Jaromir Kwiatkowski: Ulubione modlitwy. Modlitwa św. Maksymiliana Kolbego do Niepokalanej – http://dziennikparafialny.pl/

    _______________________________________________________________________________

    Który Cudowny Medalik jest autentyczny?

    Catherine et la medaille miraculeuse
    Objawienie się św. Katarzynie Labouré

    ***

    Raz po raz spotykamy się z głosami krytyki, jakoby nasze medaliki nie były autentyczne i przez to były pozbawione mocy, gdyż nie zgadza się liczba ramion gwiazd albo jakiś inny szczegół nie został wiernie odwzorowany. Najważniejsze argumenty dotyczą kształtu i rozmieszczenia gwiazd, pominięcia pewnych słów aktu strzelistego lub innych szczegółów (daty, węża itp.).

    Kwestię tę podjął ks. Karol Stehlin

    Św. Katarzyna Labouré zwierzyła się z objawień w 1830 r. wyłącznie swemu spowiednikowi, ojcu Aladelowi, i tylko jemu zawdzięczamy dokładne sprawozdanie z wydarzeń przy ulicy Rue de Bac. Dysponuję egzemplarzem pierwszego wydania książki o. Aladela z ok. 1845 r. Zawiera ona opis objawień i kilku cudów, które dokonały się na całym świecie za sprawą medalika.

    Podczas objawienia z 27 XI 1830 r. wokół Matki Bożej tworzy się owalne obramowanie, na którym jest napisane złotymi literami: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.” Jednocześnie Katarzyna słyszy słowa: „Niech na podstawie tego widoku zostanie wybity medalik. Osoby, które go noszą, otrzymają wielkie łaski. Łaski udzielone tym, którzy ufają, będą szczególnie wielkie.” Następnie spostrzega literę M, nad którą znajduje się krzyż, spoczywający na belce poprzecznej, a poniżej serce Jezusa otoczone koroną cierniową i serce Maryi przeszyte mieczem.

    Erste Medaille
    Pierwszy Medalik, 1832

    ***

    Tym samym otrzymujemy istotne elementy, które są niezbędne, aby można było rzeczywiście nazwać ten medalik „Cudownym Medalikiem” z Rue de Bac.

    Z pewnością najwierniejszego i najlepszego urzeczywistnienia tego opisu należy szukać przy samej Rue de Bac, gdzie od wielu lat wybija się ciągle ten sam medalik, tylko z napisem w języku francuskim. Jest tam jednak kilka dodatków, nie występujących w tekście oryginalnym, np. data 1830.

    Ważna jest przy tym uwaga Matki Bożej, aby wybijać ten medalik zgodnie z wizją Katarzyny. Tak wspaniałej wizji nie da się po prostu przelać na papier, tym bardziej że figury Matki Bożej z Lourdes i Fatimskiej różnią się szczegółami, ale wszystkie je należy uważać za autentyczne.

    neue medaille gold2
    Medalik MI

    ***

    Tak rozumiał tę kwestię również ojciec Aladel, skoro w jednej książce znajdują się różne miedzioryty i ilustracje, które ukazują medalik w sposób dość zróżnicowany: z jedną gwiazdą, z większą liczbą gwiazd, czasami z sześcioma ramionami, a czasami z pięcioma.
    Pojawia się jeszcze następujący argument: chcąc wybić medalik dokładnie tak, jak widziała go św. Katarzyna, musiano by umieszczać na nim modlitwę tylko w języku francuskim, podczas gdy Kościół od początku zezwala na jej tłumaczenie na inne języki. Otóż francuszczyzna jest bardzo precyzyjna i zwięzła. Tłumacząc dosłownie modlitwę z Rue de Bac, uzyskujemy w większości języków jej znaczące wydłużenie, co stwarza duży problem przy wybijaniu: albo tekst staje się wówczas nieczytelny, albo trzeba go nieco skrócić, co istotnie od dawna się czyni. Również te wizerunki Cudownego Medalika są uznawane przez Kościół.

    Być może należy się przyjrzeć problematyce zarzutu „nieautentyczności medalika” jeszcze nieco bliżej: medalik należy bowiem do sakramentaliów, czyli jest świętym znakiem, symbolicznym przedmiotem, za którego pośrednictwem udzielane są łaski.

    Jaka jest szczególna łaska Cudownego Medalika?

    Jest nią duchowa obecność i skuteczne działanie Niepokalanej w naszym życiu: dzięki medalikowi jesteśmy na co dzień związani z naszą Matką niebieską i doświadczamy jej szczególnej pomocy.
    Materialny znak powinien przypominać nam o wielkich, wspaniałych tajemnicach maryjnych. W istocie, medalik przypomina o wszystkich wielkich prawdach i „wspaniałościach Maryi”. W jeden malutki medalik nie można jednak wtłoczyć wszystkich wielkich tajemnic Niepokalanej. Medalik jest zarazem widzialnym przypomnieniem i upomnieniem: „Pomyśl o mnie, Ja jestem przy tobie!” – a poprzez medalik sama Niepokalana staje przed mymi oczyma, abym ją czcił, kochał i słuchał jej nakazów.

    W podobny sposób czcimy figurę Matki Bożej Fatimskiej, ale nikomu nie przyszłoby do głowy, by gdzieś na figurze szukać wszystkich tajemnic, cudów i wydarzeń fatimskich. Figura stanowi przypomnienie o potędze i działającej miłości Niepokalanego Serca Maryi, a nie spis treści wszystkiego, co zdarzyło się w Fatimie.

    Singapur, 3 marca 2016

    militia-immaculatae.org

    _________________________________________________________________________________-

    Bierzcie i noście Cudowny Medalik – a staną się cuda!

    Cudowny Medalik

    veronicahn01 | Cathopic

    ***

    „Ci, którzy noszą Cudowny Medalik dostąpią wielkich łask, szczególnie jeśli będą go nosili na szyi. Tych, którzy we mnie ufają, wieloma łaskami obdarzę” – powiedziała Maryja podczas objawienia w 1830 r. i wciąż dotrzymuje obietnicy.

    Cudowny Medalik – objawiony przez Maryję młodziutkiej szarytce, siostrze Katarzynie Labouré, 27 listopada 1830 r. w Paryżu, od 193 lat zadziwia. Każdego roku wydłuża się lista osób, które zgłaszają cuda, jakie wydarzyły się w ich życiu wtedy, gdy zaczęli nosić Cudowny Medalik wykonany według projektu Matki Bożej. Oto niektóre z nich.

    Nawrócenie antykatolika

    Alfons Ratisbonne urodził się w 1814 r. w Strasburgu, w bardzo bogatej, żydowskiej rodzinie.  Pozbawiony formacji duchowej odkrył w sobie niezwykłą pogardę dla katolicyzmu, która z roku na rok zamieniła się w nienawiść. W 1842 r. wybrał się w podróż i odwiedził Rzym. Tu spotkał barona Teodorem de Bussières, który niedawno przeszedł z protestantyzmu na katolicyzm. Urzeczony swoim nowym życiem – zwłaszcza rolą Maryi w Kościele – baron podarował mu Cudowny Medalik i zawiesił mu go na szyi. Jeszcze w tym samym miesiącu, w kościele Sant’Andrea delle Fratte Alfons otrzymał łaskę widzenia Niepokalanej, w wieku 28 lat, przeżył nawrócenie.

    Wnętrze kościoła ogarnęła ciemność, a całe światło jak gdyby skoncentrowało się w jednym punkcie kaplicy. Spojrzałem w to rozjaśnione miejsce i zobaczyłem żywą, pełną majestatu, przepiękną i pełną miłości, najświętszą Dziewicę Maryję, stojącą na ołtarzu. Wyglądała podobnie, jak na medaliku. Dała mi znak, żebym uklęknął. Spojrzałem na Jej ręce: były otwarte w geście miłości i przebaczenia. Najświętsza Dziewica nie powiedziała do mnie ani słowa, a jednak ja nagle zrozumiałem – opłakany stan, w którym się do tej pory znajdowałem, spustoszenie, jakie poczynił we mnie grzech, i piękno wiary katolickiej. Zrozumiałem wszystko! – zwierzał się wzruszony do głębi.

    „Mamo, chcę lody”

    Ale są i inne świadectwa. Sługa Boży o. John Anthony Hardon zeznawał:

    „Jedno z najbardziej niezapomnianych przeżyć, jakich doświadczyłem, dotyczyło Cudownego Medalika. Zmieniło ono moje życie. Wśród pacjentów, przyjętych do szpitala, był chłopiec w wieku około 9 lat. Miał złamaną czaszkę i doznał poważnych uszkodzeń mózgu. Kiedy przyjechałem, od dziesięciu dni znajdował się w śpiączce, nie mówił, nie było żadnych ruchów ciała. Po błogosławieniu dziecka nagle przypomniałem sobie o księdzu misjonarzu, który powiedział nam: «Cudowny Medalik działa». Pomyślałem: To będzie próba jego rzekomej cudownej mocy!

    Poświęciłem medalik. Gdy tylko skończyłem modlitwę, przewidzianą na okazję przyjęcia do Bractwa Cudownego Medalika, chłopiec po raz pierwszy od dwóch tygodni otworzył oczy. Spojrzał na swoją matkę i powiedział: Mamo, chcę lody! Wszystkie badania wykazały, że nastąpił całkowity powrót do zdrowia. To doświadczenie bardzo zmieniło moje życie. Od tej chwili nie byłem tym samym człowiekiem. Moja wiara w Boga, w Jego moc czynienia cudów, została umocniona w nieopisany sposób”.

    Ratunek od śmierci

    „Jestem dziadkiem 18-letniej wnuczki, która za wstawiennictwem i przyczyną Cudownego Medalika została ocalona od niechybnej śmierci. Agnieszka od dziewiątego roku życia mieszka wraz ze swoją matką w Niemczech. Była wychowana po katolicku. Niestety, po przeprowadzce, w miarę upływu czasu, przestała się modlić i chodzić do kościoła. Jak większość niemieckiej młodzieży stała się powoli ateistką. Na któreś jej urodziny przywiozłem z Polski i podarowałem jej Cudowny Medalik z prośbą, ażeby go nosiła. Ale powiesiła go w swoim pokoju na ścianie.

    Mijały lata. Kiedy ukończyła 18 lat, otrzymała swój samochód. Pewnego dnia postanowiła zrobić babci niespodziankę i przyjechać do Bydgoszczy. Już w Polsce doszło do wypadku, zderzenie czołowe z większym samochodem. Agnieszka przez trzy dni był nieprzytomna. Kiedy odzyskała przytomność, lekarze nie stwierdzili u niej żadnych obrażeń a z jej samochodu została kupa złomu! Okazało się, że przed wyjazdem Agnieszka zdjęła ze ściany Cudowny Medalik i założyła go na szyję. Cała nasza rodzina jest pewna, że za wstawiennictwem Matki Bożej Agnieszka została cudownie uratowana od śmierci lub kalectwa” – napisał 16 listopada 2001r. pan Benedykt Frost z Bydgoszczy.

    Agnieszka Bugała/Aletaeia.pl/świadectwa o Cudownym Medaliku pochodzą z miesięcznika „Rycerz Niepokalanej”

    _________________________________________________________________________________

    Cudowny Medalik

    „pociskiem miłości” św. Maksymiliana

    Cudowny Medalik „pociskiem miłości” św. Maksymiliana

    ***

    Święty Maksymilian Kolbe miał wielkie nabożeństwo do Matki Bożej od Cudownego Medalika, której wspomnienie dziś przypada. Od samego początku Medalik był znakiem rozpoznawczym Rycerstwa Niepokalanej, zaangażowanego w jego rozpowszechnianie. Wskazuje na to ojciec Raffaele Di Muro, rektor papieskiego wydziału teologicznego św. Bonawentury w Rzymie, a zarazem dyrektor Kolbiańskiej Szkoły Doświadczenia i Świadectwa Chrześcijańskiego, która działa na tej uczelni.

    Cudowny Medalik – objawiony przez Maryję młodziutkiej szarytce, siostrze Katarzynie Labouré, 27 listopada 1830 r. w Paryżu, wciąż zadziwia. Matka Boża zapowiedziała, że każdy, kto z ufnością będzie go nosił dozna szczególnych łask. Ojciec Raffaele Di Muro przypomina, że szczególnym czcicielem Medalika był św. Maksymilian Kolbe, którego serce od najmłodszych lat biło dla Maryi. Wskazuje, że polski zakonnik był bardzo otwarty na wszystko, czym żył i co propagował wówczas Kościół, stąd jego pragnienie zapoznania się z Cudownym Medalikiem, co najprawdopodobniej miało miejsce podczas jego studiów w Rzymie, gdy przebywał w kolegium św. Bonawentury. Franciszkanin przypomina, że od samego początku założyciele Rycerstwa Niepokalanej wychodzili na ulice Wiecznego Miasta, aby wręczać Medalik napotykanym ludziom, a gestowi temu towarzyszyła krótka rozmowa i maryjna katecheza. Ojciec Di Muro zauważa, że był to ich sposób ewangelizacji na ówczesne czasy, a ten maryjny apostolat z wytrwałością kontynuowany jest przez następców św. Maksymiliana. Franciszkanin przypomina, że polski zakonnik nie mógł mieć medalika w Auschwitz, jednak na ścianach cel w tym obozie zagłady znaleziono rysunki Medalika, najprawdopodobniej wykonane też przez przyszłego męczennika.

    Włoski franciszkanin podkreśla, że ojciec Kolbe nazywał Cudowny Medalik „pociskiem miłości”. Nawiązywał w ten sposób do trudnych czasów wojen, w których przyszło mu żyć. „Ojciec Kolbe uczył, że jeśli kule wykonane z prochu strzelniczego zabijają ludzi, to «pociski zrobione z miłości» potrafią szerzyć życie i nadzieję” – podkreśla szef katedry kolbiańskiej w Rzymie. Zauważa, że Medalik niezmiennie pozostaje znakiem rozpoznawczym Rycerza Niepokalanej, który nigdy nie wychodzi bez niego z domu. „Medalik nadal rozdawany jest w wielu miejscach: od zwykłych ulic po więzienia; od miejsc cierpienia, takich jak szpitale i hospicja po domy mieszkalne. Społeczeństwo może się zmieniać, ale wartość i znaczenie tego gestu – dawania Medalika tym, których się spotyka – pozostaje niezwykle cenna. Maksymilian Kolbe nauczył nas tego i staramy się kontynuować jego dzieło” – mówi ojciec Raffaele Di Muro. Franciszkanin przypomina, że to dzieło podkreśla, iż tylko z Maryją można iść przez życie i należeć całkowicie do Jej Syna Jezusa, tylko z Nią można być nosicielami nadziei, solidarności i trwałej miłości.

    Biuletyn Radia Watykańskiego/Vatican News

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 21 LISTOPADA

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Dziś Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Całe piękno i wdzięk Maryi — była pełna piękna na duszy i na ciele — były dla Pana. Taka jest teologiczna treść święta Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.

    Lata dzieciństwa Najświętszej Maryi Panny były milczące jak Jej pokora. Pismo Święte całkowicie pomija ten temat milczeniem. Niemniej jednak, chrześcijanie pragnęli poznać bardziej szczegółowo życie Maryi. Było to uprawnione pragnienie. I tak jak Ewangelie zachowują milczenie aż do chwili Zwiastowania, ludowa pobożność, zainspirowana różnymi ustępami Starego i Nowego Testamentu, szybko wypracowała kilka prostych opowieści przedstawianych w sztuce, w poezji i w chrześcijańskiej duchowości.

    PIERWSZY TEKST PISANY ODNOSZĄCY SIĘ DO TEGO WYDARZENIA — NA NIM OPIERAJĄ SIĘ LICZNE ŚWIADECTWA PÓŹNIEJSZEJ TRADYCJI — TO PROTOEWANGELIA JAKUBA, APOKRYFICZNY TEKST Z II WIEKU

    Jednym z tych epizodów, chyba najbardziej reprezentatywnym, jest Ofiarowanie Maryi. Maryja została ofiarowana Bogu przez swoich rodziców — Joachima i Annę — w Świątyni Jerozolimskiej, tak samo jak inna Anna, matka proroka Samuela, ofiarowała swojego syna na służbę Bogu w Przybytku, w którym objawiała się Jego chwała (cfr. 1 Sm 1, 21-28). Tak samo też w wiele lat później Maryja i Józef zanieśli nowo narodzonego Jezusa do Świątyni, żeby ofiarować Go Panu (cfr. Łk 2, 22-38).

    Ściśle rzecz biorąc, nie istnieje historia tych lat życia Maryi Dziewicy, tylko to, co przekazała nam tradycja. Pierwszy tekst pisany odnoszący się do tego wydarzenia — na nim opierają się liczne świadectwa późniejszej tradycji — to Protoewangelia Jakuba, apokryficzny tekst z II wieku. Apokryficzny, to znaczy, nienależący do kanonu ksiąg natchnionych przez Boga, co jednak nie wyklucza faktu, że niektóre z tych opowieści zawierają pewne prawdziwe elementy. Istotnie, po usunięciu prawdopodobnie legendarnych szczegółów Kościół włączył to wydarzenie do liturgii: najpierw w Jerozolimie, gdzie w 543 roku poświęcono bazylikę Najświętszej Maryi Panny (Nowej) na pamiątkę Ofiarowania. W XIV wieku święto przeszło na Zachód, gdzie jego liturgiczne obchody ustalono na 21 listopada.

    Maryja w Świątyni. Całe Jej piękno i Jej wdzięk — była pełna piękna na duszy i na ciele — były dla Pana. Taka jest teologiczna treść święta Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. I w tym sensie liturgia odnosi do Niej kilka zdań ze świętych ksiąg: w świętym Przybytku, w Jego obecności, zaczęłam pełnić świętą służbę i przez to na Syjonie mocno stanęłam. Podobnie w mieście umiłowanym dał mi odpoczynek, w Jeruzalem jest moja władza. Zapuściłam korzenie w sławnym narodzie, w posiadłości Pana,w Jego dziedzictwie (Syr 24, 10-12).

    BYŁA PEŁNA PIĘKNA NA DUSZY I NA CIELE — BYŁY DLA PANA. TAKA JEST TEOLOGICZNA TREŚĆ ŚWIĘTA OFIAROWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Tak samo jak Jezus, kiedy był ofiarowany w Świątyni, Maryja żyła dalej normalnym życiem z Joachimem i Anną. Tam, gdzie była Ona — poddana swoim rodzicom, wzrastała, aż stała się kobietą — tam była Pełna łaski (Łk 1, 28), z sercem gotowym do całkowitej służby Bogu i wszystkim ludziom z miłości do Boga.

    Najświętsza Maryja Panna dojrzewała wobec Boga i wobec ludzi. Nikt nie zauważył niczego niezwykłego w Jej zachowaniu, chociaż bez wątpienia podbijała serca tych, którzy byli wokół Niej, dlatego że świętość zawsze przyciąga, tym bardziej w przypadku Tej, która była Cała Święta. Maryja była uśmiechniętą, pracowitą, zawsze pogrążoną w Bogu dziewczyną, i wszyscy dobrze się przy Niej czuli. W chwilach modlitwy, jako dobra znawczyni Pisma Świętego, z pewnością nieraz powtarzała proroctwa, które zapowiadały nadejście Zbawiciela. Uczyniła je swoim życiem, przedmiotem refleksji, motywem swoich rozmów. To wewnętrzne bogactwo rozlało się później w Magnificat, wspaniałym hymnie, który wygłosiła, usłyszawszy pozdrowienie swojej kuzynki Elżbiety.

    Wszystko w Dziewicy Maryi było nastawione na Przenajświętsze Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa, prawdziwą Świątynię Boga. Święto Jej ofiarowania wyraża tę wyłączną przynależność Naszej Pani do Boga, całkowite poświęcenie Jej duszy i Jej ciała tajemnicy zbawienia, która jest tajemnicą zbliżenia Stworzyciela do stworzenia.

    ŚWIĘTO JEJ OFIAROWANIA WYRAŻA TĘ WYŁĄCZNĄ PRZYNALEŻNOŚĆ NASZEJ PANI DO BOGA, CAŁKOWITE POŚWIĘCENIE JEJ DUSZY I JEJ CIAŁA TAJEMNICY ZBAWIENIA

    Wyrosłam jak cedr na Libanie i jak cyprys na górach Hermonu. Wyrosłam jak palma w Engaddi, jak krzewy róży w Jerychu, jak wspaniała oliwka na równinie, wyrosłam wyrosłam w górę jak platan (Syr 24, 13-14). Najświętsza Maryja Panna sprawiła, że wokół niej rozkwitła miłość do Boga. Dokonała tego niepostrzeżenie, dlatego że Jej uczynki były to sprawy codzienne, rzeczy drobne, pełne miłości.

    J. A. Loarte/Opus Dei

    ____________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 24 LISTOPADA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    każdy piątek jest dniem postu i wdzięczności za dar ocalenia.

     Adobe Stoc

    ***

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 25 LISTOPADA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚWIĘTA Z UROCZYSTOŚCI CHRYSTUSA KRÓLA WSZECHŚWIATA W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    ***

    ___________________

    ___________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MIESIĄC SZCZEGÓLNEJ MODLITWY ZA NASZYCH ZMARŁYCH

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    _________________________________________________________________

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza św. w intencji zmarłych,

    których imiona otrzymałem od Was na kartkach

    i również w intencji tych zmarłych,

    z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole

    w naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.

    ***

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    **************************

    Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    ++++++++++++++++++

    Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    *****

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Proponujemy trzy mniej znane modlitwy za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić?

    Jaki jest najważniejszy warunek?

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić? Jaki jest najważniejszy warunek?

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.

    Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.

    Jakie są konsekwencje grzechu?

    Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?

    Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.

    Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.

    Do czego potrzebny jest odpust?

    Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.

    Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.

    W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.

    Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta

    Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.

    Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.

    Skąd w Kościele wzięły się odpusty?

    Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.

    Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.

    Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.

    Czym jest rozgrzeszenie?

    W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.

    W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.

    W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.

    Pokuta czyli pomoc dla grzesznika

    Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:

    Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).

    Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.

    Pokuta nigdy nie może być na siłę

    Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.

    Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:

    Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).

    Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.

    Jak działają odpusty?

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?

    Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.

    Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.

    Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.

    Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.

    Rodzaje odpustów

    W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:

    udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.

    Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.

    Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.

    Najważniejszy warunek odpustu

    Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.

    Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.

    Co należy zrobić, by uzyskać odpust?

    Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:

    Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).

    Warunki odpustu za zmarłych

    Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:

    Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.

    Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.

    Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.

    Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.

    Odpust to nie magia

    Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.

    Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.

    Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.

    Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?

    Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.

    Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.

    Najlepsza modlitwa za zmarłych

    Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:

    Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.

    Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.

    Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.

    * * *

    (fragmenty z książki o. Kijasa pt. “Niebo, Czyściec, Piekło”

    o. Zdzisław Józef Kijas OFMConv/DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego – https://wspomozycielki.pl/odpusty-a-brak-przywiazania-grzechu-nawet-powszedniego/

    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    – nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    – odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    XXXII NIEDZIELA * ROK A

    12 LISTOPADA

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. W GODZINIE MIŁOSIERDZIA MODLIMY SIĘ SŁOWAMI, KTÓRE PODYKTOWAŁ PAN JEZUS SIOSTRZE FAUSTYNIE KOWALSKIEJ.

    Modląc się Koronką do Bożego Miłosierdzia możemy uzyskać odpust zupełny.

    Odpust zupełny za odmówienie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Sprawdź, jak uzyskać

    fot. Anna Hecker / Unsplash/Deon.pl

    ***

    Czym jest odpust?

    “Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych”. (Katechizm Kościoła Katolickiego – 1471)

    W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”. 

    Oto warunki jakie trzeba spełnić, aby uzyskać odpust zupełny za odmówienie Koronki do Bożego Miłosierdzia:

    – być w stanie łaski uświęcającej (nie trzeba wcześniej przystępować do spowiedzi, chyba że jest to konieczne)

     odmówić w kościele lub kaplicy Koronkę do Bożego Miłosierdzia (ważne, aby w miejscu modlitwy znajdował się Najświętszy Sakrament)

    – przyjąć Komunię Świętą

    – odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Pod Twoją obronę…)

     nie być przywiązanym do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego

    Jeśli nie można pomodlić się w kościele lub kaplicy, wystarczy zrobić to w domu lub szpitalu (dotyczy to szczególnie osób chorych).

    Starajmy się żyć w stanie łaski uświęcającej. Jeżeli jednak zdarzy się nam nieszczęście upaść w grzech ciężki – skorzystajmy jak najprędzej z sakramentu pojednania z Bogiem i z Kościołem, bo “nikt nie zna ani dnia, ani godziny”.

    ____________________________________________________________________________

    Dzisiaj XV Dzień Solidarności

    z Kościołem Prześladowanym

    Dzisiaj 15 Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym

    fot. Isengardt via Flickr CC 2.0

    ***

    Dzisiejsza niedziela to XV Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Pomoc duchowa i materialna będzie w tym roku przeznaczona dla Bliskiego Wschodu ze względu na trzęsienie ziemi w Syrii, wojnę w Strefie Gazy i dyskryminację chrześcijan w Ziemi Świętej.

    W tym roku Kościół łączy się z chrześcijanami w Ziemi Świętej, których życie w strefie okupacji jest zagrożone – powiedział sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski biskup Artur Miziński.

    Dodał, że około tysiąca chrześcijan ze Strefy Gazy nie ma dokąd uciec, ani gdzie się podziać. Ludzie ci zdecydowali, że pozostaną na miejscu.

    O tym, że Ziemia Święta była domem dla chrześcijan od zawsze przypomniał ks. Waldemar Cisło – szef polskiej sekcji Stowarzyszenia Pomocy Kościołowi w Potrzebie.

    Ks. Cisło przypomniał także słowa Jana Pawła II, który wskazał na Liban, jako miejsce, gdzie pokojowo żyją obok siebie chrześcijanie i muzułmanie.

    Podobnie wypowiadał się Benedykt XVI, który stwierdził w Bejrucie, że Bliski Wschód to także ziemia chrześcijan, którzy wnoszą do niej wkład edukacyjny i humanitarny.

    Ks. Cisło wskazał, że wzrasta liczba prześladowanych chrześcijan. “Na 196 monitorowanych krajów, w 47 sytuacja pogorszyła się, a tylko w 9 poprawiła się” – stwierdził.

    Jako przykład podał sytuację chrześcijan w północnej Nigerii, w której obowiązujący porządek prawny do islamski szariat. Zginęło tam o 70 proc. chrześcijan więcej niż rok temu.

    ***

    12 LISTOPADA CHCEMY OBJĄĆ MODLITWĄ I WSPARCIEM CHRZEŚCIJAN NA BLISKIM WSCHODZIE. W TYM ROKU TOWARZYSZY NAM HASŁO: „TO JEST ZAWSZE NASZ DOM”.


    KAMIENIE OPOWIADAJĄ LUDZKIE HISTORIE

    Ulice Aleppo. Po jednej stronie ruiny. Po drugiej domy, które przetrwały dramatyczne trzęsienie ziemi. Z oddali na piętrze widać sprzęty kuchenne i meble. Nie ma ścian. Budynek, choć wciąż stoi, nadal nie jest bezpieczny. Nikt nie odważy się wrócić po to, co zostawił, kiedy w dramatyczną zimową noc wybiegł na ulice w obawie o własne życie. Po tym, co wydarzyło się w lutym, schronieniem dla syryjskich chrześcijan stały się kościoły i klasztory.




    Pomoc Kościołowi w Potrzebie zawiozła im tysiące ubrań, żywność i środki czystości, które miały zapobiec chorobom. Kiedy dotarliśmy do Syrii, usłyszeliśmy, że tutaj każdy kamień opowiada o wytrwałości ludzi. Młoda Alissar z Aleppo przekonywała nas, że potrzebujący chcą, by ich historia została usłyszana. XV Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym jest naszą odpowiedzią na jej słowa! Chcemy objąć wsparciem cały Bliski Wschód. Upomnieć się o pogrążoną w wojnie Ziemię Świętą, zmagających z potężną biedą mieszkańców Libanu, a także Irak, gdzie w ciągu ostatnich lat dramatycznie spadła liczba chrześcijan. Tam, gdzie codzienny obraz zrujnowanych domów, zbombardowanych miast i cierpiących dzieci, odbiera ludziom nadzieję, potrzeba naszego zaangażowania!


    TO JEST NASZ DOM!

    Pomoc Kościołowi w Potrzebie konsekwentnie przypomina o tych, którzy – mimo wojen, kryzysów, prześladowań – pozostali w swoim kraju. Albo nie mogą, albo nie chcą wyjeżdżać. Jeśli wśród nich są osoby starsze, dzieci, niepełnosprawni i chorzy, to ucieczka silniejszych będzie wiązała się z porzuceniem najbardziej potrzebujących. Dlatego silniejsi zostają, by nieść ratunek słabszym. W takiej sytuacji dzisiaj są chrześcijanie w Gazie. Znaleźli schronienie w parafii, szukają pocieszenia w modlitwie, a otaczające ich ruiny na zawsze pozostaną ich domem.

    Stąd tak często – gdy jesteśmy w Syrii, Libanie, Iraku i Ziemi Świętej – słyszymy prośbę o pomoc na miejscu. „My Was nie prosimy, my Was błagamy. Nie pozwólcie, by nasze kraje stały się pustynią” – to apel, jaki do Polaków skierował abp Georges Masri, grecko-melchicki arcybiskup Aleppo. Abp Jacques Mourad, przed laty więzień tzw. Państwa Islamskiego, dziś arcybiskup Homs, podkreśla, że świat potrzebuje rewolucji przeciwko przemocy. Jeśli ktoś może ją rozpocząć, to właśnie chrześcijanie, świadomi tego, że na Bliskim Wschodzie, targanym przez konflikty i wojny, wyłącznie oni mogą stać się narzędziem pokoju! Niech ta rewolucja odbywa się z naszym udziałem!

    Bliski Wschód to DOM dla tysięcy chrześcijan. Pomoc na miejscu to szansa, by tego DOMU nie porzucać. Prawo do pozostania zawsze będzie przed prawem do emigracji.




    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaproszenie na Mszę św. 13 listopada 2023

    Pobierz obrazki          

    Szanowni Państwo,         
    W obliczu przewidywanych zmian, jakie czekają w najbliższych miesiącach Polskę i Europę Instytut Myśli Schumana apeluje o gromadzenie się wokół tych wartości, które dla nas jako Polaków i katolików oraz wszystkich ludzi dobrej woli są najbliższe i najważniejsze, a które uosabia Eucharystyczny Chrystus ukryty w białej hostii Najświętszego Sakramentu. To Jemu pragniemy powierzać naszą Ojczyznę i nas samych w tych coraz trudniejszych i niespokojnych czasach.          

    Zapraszamy wszystkich, którym nieobojętny jest los naszego kraju i Europy do wspólnej modlitwy za wstawiennictwem Czcigodnego Sługi Bożego Roberta Schumana w czasie Adoracji, a następnie Mszy św., które odbędą się 13 listopada 2023 roku w Archikatedrze pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela w Warszawie o godz. 18.00.          

    Prośby, jakie chcemy zanieść przed Boży tron to:

    – w intencji Narodu Polskiego, aby zawsze pamiętał o swoich korzeniach
    – w intencji rządzących, aby dobrze wykorzystali władzę, którą obdarzył ich Naród
    – w intencji beatyfikacji Czcigodnego Sługi Bożego Roberta Schumana
    – o cud za wstawiennictwem Roberta Schumana- o powrót Europy do korzeni chrześcijańskich
    – o powstrzymanie fali zniszczenia wspólnoty Narodów Europy budowanej przez Roberta Schumana na fundamentach chrześcijańskich. 

    Niech Pan Bóg nas wszystkich błogosławi i strzeże,   
                  
    Z wyrazami szacunku,    
                 
    Prof. Zbigniew Krysiak
    Przewodniczący Rady Programowej Instytutu Myśli Schumana

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga Krzyżowa Cierpiących

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Wady zdrady

    Gdy ludzie Kościoła grzeszą, nie Kościół zdradza – to on jest zdradzany.

    Wramach realizacji programu „Zemsta Plus” dużo teraz triumfalnego i pełnego pogróżek tonu pod adresem Kościoła. Właśnie wpadł mi w oko reprezentatywny dla obecnego „klimatu” wpis Tomasza Lisa, opublikowany na platformie X: „Polski Kościół zdradził Polskę, demokrację, naród, wiarę i wiernych. Zasługuje tylko na tyle, co inne instytucje i obywatele, na traktowanie zgodne z prawem. Koniec przywilejów i ulgowego traktowania”.

    Absolutna zgoda co do stwierdzenia, że Kościół w państwie zasługuje na tyle, „co inne instytucje i obywatele, na traktowanie zgodne z prawem”. Ja się tego, jako katolik, domagam. Chcę mieć „wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie”. To cytat z Konstytucji RP, art. 53,2. W myśl tego samego dokumentu żądam wolności religii, która „obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują”. Do tego dochodzi prawo rodziców „do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami”, co wiąże się z – również konstytucyjnie zagwarantowaną – możliwością nauczania religii w szkole.

    Kon-sty-tuc-ja, Panie Tomaszu. Żadnych pozaprawnych „przywilejów i ulgowego traktowania”. Jeśli coś takiego jest, to sam jestem za „opiłowaniem”. Byłbym jednak zobowiązany za wskazanie, w czym Kościół „zdradził Polskę, demokrację, naród, wiarę i wiernych”. Ale konkretnie. Bo „zdrada” to jednak dość mocne stwierdzenie, więc wypadałoby, żeby było poparte czymś równie mocnym. Jak Kościół zdradził Polskę i naród? Podpisywał niekorzystne kontrakty z Rosją, realizował interesy Niemiec, chciał przekazać suwerenność państwa w ręce UE? Jak zdradził demokrację? Zagrzewał Polaków do buntu przeciw władzy? Popierał burdy i pieniactwo? Nie było tego nawet w czasie pandemii, gdy zażądano bezprecedensowych ograniczeń w sprawowaniu kultu. A jak Kościół zdradził wiernych? Zrobiłby to, gdyby przestał głosić Ewangelię, gdyby odrzucił przykazania i powiedział: aborcja OK, eutanazja OK, niewierność małżeńska OK i w ogóle grzechy OK. I jak wreszcie Kościół zdradził wiarę? Owszem – zdradą wiary zawsze jest grzech i w tym sensie wszyscy mamy coś na sumieniu, ale fakt, że ludzie grzeszą nawet w Kościele, to chyba nie jest wielka niespodzianka, prawda? To przykre, że jesteśmy grzeszni, ale w tym świecie pełnym samozadowolenia i ślepym na własne błędy tylko Kościół mówi o tym wprost – i ma narzędzia, żeby z tego ludzi wyciągnąć.


    KRÓTKO:

    Parcie na zło

    Administracja Joe Bidena uparcie próbuje umożliwić dostęp do aborcji w stanach, które jej zakazały lub ją ograniczyły. Jak przypomina serwis HLI, najpierw wymyślono w USA aborcyjne „punkty usługowe” na terenie parków narodowych i w placówkach wojskowych. Teraz próbuje się wykorzystać ustawę o leczeniu i pracy w nagłych wypadkach. Chodzi o zmuszenie lekarzy do wykonania aborcji na żądanie na pogotowiu lub szpitalnych oddziałach ratunkowych, bo zdaniem służb prezydenta aborcja taka jest usługą ratującą życie. Portal Life News donosi, że stan Teksas i środowiska medyczne pro-life pozwały administrację prezydenta, wykazując, że nieuzasadniona reinterpretacja prawa wprowadza konflikt w zapisach prawa federalnego i stanowego. Skąd więc u Bidena taka determinacja? Może uznał, że jego prezydentura słabo zapisze się w pamięci potomnych, niech więc ich będzie jak najmniej.

    Tanio wyjdzie

    Jedną z nowych inicjatyw prezydenta Francji Emmanuela Macrona jest ułatwienie dostępu do eutanazji. Radio Watykańskie cytuje Pascale Morinière, przewodniczącą Konfederacji Katolickich Stowarzyszeń Rodzinnych we Francji, która alarmuje, że stoją za tym interesy ekonomiczne. Na eutanazji dużo zyskują firmy ubezpieczeniowe. „Ostatni rok życia kosztuje bowiem tyle samo, co dziesięć poprzednich” – mówi Morinière. I tak oto stopniowo ludzkość dojrzewa do zasady „Lepiej zabijać niż leczyć”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    cierpienie Kościoła – cierpieniem Chrystusa

    fot. Miesięcznik Adeste 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    czwartek 16 listopada

    Święto Matki Bożej Ostrobramskiej

    Matki Miłosierdzia

    90. rocznica koronacji obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Podobnie jak od siedmiu wieków Matka Boża Częstochowska na Jasnej Górze, tak Pani Ostrobramska, Matka Wschodu i Zachodu, od ponad trzystu lat króluje z wysokości swojego nadbramnego wzniesienia całej ziemi litewskiej, białoruskiej i polskiej. „Świeci” blaskiem wspaniałych szat przez okna kaplicy nad Ostrą Bramą, widoczna z daleka.

    Dobrze znamy wizerunek Najświętszej Panny z lekko pochyloną głową, w aureoli dwunastu gwiazd i wielu promieni. Przymknięte oczy, skrzyżowane na piersiach delikatne dłonie, smukłą postać okoloną półksiężycem. Jej urok, łagodność, niezwykła słodycz i zamyślenie wzbudzają ufność i nakłaniają do modlitwy.
    Nie istnieją sprawdzone dane o pochodzeniu obrazu i jego autorze. Przypuszcza się, że to wybitne dzieło namalowano w pierwszych latach XVII wieku. Wtedy bowiem pośród murów otaczających Wilno, nad jedną z dziewięciu bram, zwaną Miednicką albo Ostrą, zawieszono od strony wewnętrznej wizerunek Matki Bożej, zaś od zewnątrz – obraz Chrystusa Salwatora (Zbawiciela) z kulą ziemską w ręku. Po zbudowaniu na bramie specjalnej kaplicy w 1672 r. procesjonalnie wprowadzono do niej obraz Najświętszej Panny, który od tego czasu stał się przedmiotem wielkiego kultu. Nabożeństwo spotęgowało się wyraźnie po pożarze Wilna w 1706 r., kiedy wielu mieszkańców miasta doznało szczególnej pomocy Królowej Miłosierdzia.

    Od 1735 r. zaczęto obchodzić w listopadzie święto Opieki Matki Najświętszej. Przenoszono wtedy wizerunek do pobliskiego kościoła św. Teresy, a dla uświetnienia uroczystości zapraszano biskupów, sławnych kaznodziejów, alumnów z seminariów duchownych; oświetlano, dekorowano kościół, bramę oraz całą uliczkę.
    W 1761 r. zanotowano pierwszy cud. Na znak doznanych łask zawieszano w kaplicy liczne wota. W 1773 r. papież Klemens XVI zezwolił na publiczne odprawianie tam nabożeństw. W 1828 r. na frontonie kaplicy umieszczono napis: „Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się”. Wskutek nakazu władz zaborczych nadano mu formę łacińską: Mater Misericordiae – sub Tuum praesidium confugimus! Po upadku powstania styczniowego generał gubernator Murawiew, zwany Wieszatielem, zamierzał zamknąć kaplicę i zabrać obraz do cerkwi. Planów swoich nie zdążył przeprowadzić, został bowiem nagle z Wilna odwołany.
    Pomimo nieprzychylnego stosunku carskich zarządców obraz otaczany był wzrastającą stale czcią wiernych i szeroko słynął cudami. Papież Pius X zezwolił archidiecezji wileńskiej na własną modlitwę brewiarzową i Mszę św. o Najświętszej Pannie Matce Miłosierdzia, które wprowadzono 16 listopada 1915 r.

    Pius XI, jeszcze jako Achilles Ratti, nuncjusz papieski w Polsce, w 1920 r. odprawił Mszę św. w Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej, udzielając potem już jako głowa Kościoła pozwolenia na koronację.
    Dzięki staraniom abp. Romualda Jałbrzykowskiego, metropolity wileńskiego, ważny ten akt odbył się 2 lipca 1927 r. Przy ołtarzu zbudowanym obok katedry wileńskiej, do której w przeddzień przeniesiono procesjonalnie cudowny wizerunek – koronację przeprowadził kard. Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski, dwudziestu ośmiu biskupów, ok. pięciuset kapłanów, wielkiej liczby wspólnot zakonnych, a także dostojników świeckich, do których należeli prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki, marszałek Józef Piłsudski, ministrowie, przedstawiciele wojska, świata nauki i kultury. Przybyły też delegacje wszystkich polskich diecezji oraz nieprzebrana rzesza wiernych.
    To święte miejsce od wieków przyciągało modlących się i szukających pomocy czcicieli Maryi. Przed odjazdem na wygnanie w 1824 r. „Pannę Świętą, co w Ostrej świeci Bramie” żegnali na Prymarii Adam Mickiewicz z młodzieżą filomacką i filarecką, Panią Wschodu i Zachodu nawiedzali znani artyści, politycy, naukowcy i pisarze, sławiąc Ją pięknym słowem, muzyką i pieśnią. Tęsknili do Niej polscy zesłańcy, więźniowie obozów, emigranci, wskutek wojen rozproszeni po całym świecie.

    Wiele godzin przed obrazem Miłosiernej Matki spędziła na modlitwie św. s. Faustyna, sekretarka Miłosierdzia Bożego, mieszkająca w wileńskim domu swego Zgromadzenia ponad trzy lata. Z radością też adorowała namalowany pod jej natchnieniem przez Eugeniusza Kazimirowskiego wizerunek
    Miłosiernego Chrystusa – zawieszony po raz pierwszy w Ostrej Bramie na okres uroczystego Triduum, zamykającego Jubileuszu Tysiąclecia Odkupienia, w dniach od 26 do 28 kwietnia 1935 r.
    W okresach komunistycznych prześladowań w ręce Królowej Ostrobramskiej oddawał losy narodu polskiego i ludów pobratymczych Prymas Tysiąclecia.
    We wrześniu 1993 r. podczas pielgrzymki do krajów nadbałtyckich Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził także Wilno. W Ostrej Bramie poprowadził nabożeństwo różańcowe, transmitowane na cały świat. Wypełniał w ten sposób prośbę Fatimskiej Matki, wzywającej do odmawiania Różańca. Zawierzał Najświętszej Maryi Pannie ziemię i narody tego rejonu Europy, dziękował za ogrom łask. Prosił, by Matka Miłosierdzia – Królowa i Opiekunka z Ostrej Bramy prowadziła wszystkich ludzi po drogach pokoju, sprawiedliwości i wiary.

    ks. Edmund Boniewicz SAC/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej – kult i historia

    Współczesna kopia obrazu Matki Miłosierdzia. Pierwowzór znajduje się w Wilnie, w Ostrej Bramie.

    Ostra Brama to jedyna zachowana do naszych czasów z dziewięciu bram, które broniły dostępu do Wilna. Strzegła jej Matka Boża Miłosierdzia nazywana także Ostrobramską. To właśnie tutaj – w Wilnie – powstaje pierwszy wizerunek Bożego Miłosierdzia. Pod okiem późniejszej świętej, siostry Faustyny, sylwetkę Chrystusa maluje Eugeniusz Kazimirowski a pozuje mu ksiądz Michał Sopoćko.

    (Ruch Pomocników Maryi Matki Kościoła. Dzieło Prymasa Tysiąclecia Polski bł. Stefana Wyszyńskiego)

    ***

    Kult Maryi w wizerunku ostrobramskim najbardziej rozpowszechnił Adam Mickiewicz pisząc w Inwokacji: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz bramie”. 16 listopada obchodzimy w Kościele wspomnienie Matki Bożej Ostrobramskiej.

    Historia obrazu i kaplicy

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej powstał w latach 1620-30. Został zawieszony w bramie zwanej Ostrą – od części południowego przedmieścia Wilna o nazwie Ostry Koniec – lub Miednicką, bo stąd droga przez Miedniki i Oszmianę prowadziła do Mińska. Po litewsku bramę zaczęto nazywać Aušros, czyli „Bramą Jutrzenki”. Taka nazwa mogła powstać jako porównanie Najświętszej Maryi Panny do Gwiazdy Zarannej, czyli Jutrzenki.

    Początkowo wizerunek Matki Boskiej wisiał w małej niszy po wewnętrznej stronie bramy, natomiast po zewnętrznej umieszczono wizerunek Zbawiciela Świata (Salvator mundi). Obraz był więc integralną częścią dyptyku, mającego teologiczny sens: Maryja prowadzi wiernych do swojego Syna – Zbawiciela Świata, jest więc Bramą Niebios. Obraz Salvator mundi jest obecnie przechowywany w Muzeum Dziedzictwa Sakralnego w Wilnie, ale nie jest eksponowany. Na dziedzińcu Muzeum ustawiono tylko kopię obrazu.

    Kult Matki Bożej rozpoczął się wraz z przybyciem do Wilna w połowie XVII w. karmelitów bosych, którzy przy Ostrej Bramie zbudowali swój klasztor i konsekrowali kościół (1654) pod wezwaniem św. Teresy z Avila, hiszpańskiej mistyczki. Obraz wiszący w bramie przyciągał uwagę zakonników, zaczęli odprawiać przy nim nabożeństwa, zachęcając wiernych do uczestnictwa.

    W 1671 r. staraniem karmelity ojca Karola od Ducha Świętego zbudowano na bramie dla obrazu specjalną drewnianą kaplicę. Z tym rokiem wiąże się pierwszy cud odnotowany w kronikach klasztornych, przywrócenie życia dziecku, które spadło z drugiego piętra na kamienny chodnik. Od tego czasu kult zaczął się intensywnie rozwijać.

    Ciągłe wojny a także pożary miasta sprawiały, że wierni zaczęli gromadzić się u stóp Pani Ostrobramskiej prosząc o ratunek. W czasie jednego z pożarów spłonęła także drewniana kaplica, ale obraz cudownie ocalał. W 1713 r. postawiono kaplicę murowaną. Początkowo wierni mogli się modlić tylko stojąc na ulicy, gdyż wejście do kaplicy było od strony ogrodów klasztornych. Dopiero pod koniec XVIII wieku wybudowano wewnętrzne schody dla pątników, przylegające do kościoła św. Teresy.

    Od 1773 r. kiedy papież Klemens XIV nadał kaplicy miano publicznej zaczęto organizować dziękczynne nabożeństwa zwane „Opiekami”, które stały się główną uroczystością ostrobramską obchodzoną z oktawą do dnia dzisiejszego. W 1853 r. tak opisał święto „Opiek” Władysław Syrokomla: „Przez osiem dni kościół i ulica przepełnione są ludem, wieczorna litania bez względu na przykrą pogodę roku liczy co dzień po kilka tysięcy modlących się. (…) Nieszpory odbywają się w kościele. Po ich zakończeniu, kapłan celebrujący, zwykle biskup wileński, pontyfikalnie ubrany wchodzi do Ostrobramskiej kaplicy. Artyści co przedniejsi, jakich Wilno posiada, wykonują litanię przy towarzyszeniu orkiestry miejscowej.”

    Warto zaznaczyć, że związany z miastem kompozytor – Stanisław Moniuszko skomponował w latach 1843-1855 cztery „Litanie Ostrobramskie” na chór i orkiestrę.

    W XIX w. gospodarze sanktuarium – karmelici – musieli opuścić klasztor (1844 r.) w ramach represji po powstaniu listopadowym. Kościół i kaplica trafiły pod opiekę duchownych diecezjalnych. Dopiero prawie wiek później, w 1931 r., w odrodzonej Polsce karmelici powrócili do Wilna. Odnowiono kaplicę, wykonując dębową boazerię i dodając artystyczny fryz z wezwaniami Litanii loretańskiej istniejący do dzisiaj.

    Kult Maryi w wizerunku ostrobramskim najbardziej rozpowszechnił Adam Mickiewicz pisząc w Inwokacji: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz bramie”. Rozświetlony obraz wieczorami rzeczywiście z daleka „świeci” w bramie zamykającej ul. Ostrobramską (lit. Aušros Vartų). Przed tym obrazem modlił się Mickiewicz przed opuszczeniem Wilna na zawsze (1824 r.).

    W ciągu wieków pielgrzymowali do tronu Maryi książęta i królowie, znani pisarze, poeci, politycy i biskupi. „Księga kapłanów odprawiających Msze święte w kaplicy Ostrobramskiej” odnotowuje, że 22 listopada 1933 r. (zapewne podczas oktawy odpustowej) Eucharystię w kaplicy odprawił bł. Stefan Wyszyński, wtedy profesor Seminarium Duchownego we Włocławku. Ikona ostrobramska jest otaczana czcią także przez wyznawców prawosławia.

    W 1935 r. przed uroczystością zakończenia Jubileuszu Odkupienia Świata (w pierwszą niedzielę po Wielkanocy) wystawiono tu po raz pierwszy publicznie obraz Jezusa Miłosiernego „Jezu, ufam Tobie”, namalowany według wskazówek św. siostry Faustyny przez malarza Eugeniusza Kazimirowskiego.

    Po wybuchu wojny, 26 marca 1942 roku Niemcy uwięzili karmelitów w więzieniu na Łukiszkach, a następnie skierowano ich do obozu pracy w Szałtupiu. Po wojnie zakonnicy opuścili Wilno i wyjechali do Polski. W czasach powojennego komunizmu, gdy wiele kościołów na Litwie zamykano i przeznaczano na magazyny, urzędy czy muzea, kaplica Ostrobramska była cały czas czynna.

    Kaplica Ostrobramska

    Dwuczęściowa fasada kaplicy z trójkątnym frontonem ozdobionym Okiem Opatrzności, symbolem Bożej opieki, miała początkowo napis po polsku: „Matko Miłosierdzia. Pod Twoją obronę uciekamy się”. Po upadku powstania styczniowego w 1865 r. gubernator wileński Michaił Murawjew kazał usunąć polski napis i zastąpić go łacińskim: Mater Misericordiae. Sub tuum presidium confugimus ”. W 1933 r. przywrócono napis po polsku, po II wojnie powrócono znowu do języka Kościoła powszechnego – łaciny.

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz został namalowany temperą z uzupełniniami olejnymi przez nieznanego malarza na 8 deskach o grubości 2 cm. Wielkość obrazu to 2 metry na 162 cm. Głowę Maryi okoloną promienistym nimbem i kręgiem gwiazd zdobią dwie korony: barokowa (koniec XVII w.) i rokokowa (poł. XVIII w.) unoszona przez aniołki.

    Maryja jest przedstawiona jako Najświętsza Dziewica w momencie Zwiastowania, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, chyląca pokornie głowę. Taką interpretację uzasadniają też rzeźby stojące z boku między kolumnami, przedstawiające rodziców Maryi: św. Joachima i św. Anną. Według innej interpretacji obraz przedstawia brzemienną Maryję, o czym miałyby świadczyć szeroko rozłożone poły płaszcza i dwie korony: jedna dla Niej, a druga dla Dzieciątka. Z kolei poeta Władysław Syrokomla uważał, że dwie korony wskazują na Maryję jako Królową Polski i Wielką Księżną Litewską.

    U podnóża Madonny znajduje się posrebrzany półksiężyc z napisem: „Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię Matko Miłosierdzia zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J. 1849 roku”.

    W okresie międzywojennym obraz ukoronowano nowymi koronami poświęconymi przez papieża Piusa XI. Uroczystej koronacji 2 lipca 1927 r. dokonał abp metropolita warszawski Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda i 28 biskupów; obecni byli prezydent I. Mościcki i marszałek J. Piłsudski. Papież Pius XI, starając się uchronić oba narody od wzajemnej wrogości, nie zgodził się, by przy koronacji ostrobramskiego obrazu nadano mu tytuł „Królowej Polski”. Los poświęconych przez papieża koron jest nieznany. Prawdopodobniej na początku II wojny światowej zostały ukryte, jednak do dzisiaj ich nie odnaleziono.

    Na sukience Maryi wygrawerowane zostały motywy florystyczne, wśród których znawcy rozpoznali co najmniej dziesięć gatunków roślin. Obfitość roślinności nawiązuje do średniowiecznej symboliki i przedstawia Maryję jako hortus conclusus – „ogród zamknięty”, wspomniany w Pieśni nad Pieśniami (4,12).

    Wota wdzięczności

    Już w XVIII w. wotów było tyle, że karmelici bosi w 1799 r. mogli przeznaczyć 51 z nich na posrebrzenie i pozłocenie blachy zdobiącej frontową część ołtarza (antepedium). W 1810 r. na wykonanie naczyń liturgicznych przeznaczono aż 100 starych, osiemnastowiecznych wotów.

    Wśród tysięcy oznak wdzięczności znajduje się srebrna tabliczka od Marszałka Józefa Piłsudskiego z napisem „Dziękuję Ci Matko za Wilno”. Papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki w 1993 r. na Litwę ofiarował jako wotum złotą różę i piuskę (przechowywane w skarbcu). Współcześnie wota zawieszane są także przed wejściem do kaplicy w specjalnych gablotach.

    Wilno, w którym czci doznają dwa obrazy: Matki Bożej Miłosierdzia i Jezusa Miłosiernego, nazywane jest często „Miastem Miłosierdzia”.

    Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    MATKI MIŁOSIERDZIA

     fot. Łukasz Krzysztofka/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Wilnie kaplica ostrobramska posiada cudowny obraz przedstawiający Najświętszą Maryję Pannę. Jest to jeden z najwybitniejszych renesansowych dzieł malarskich na Litwie zwany Madonną Ostrobramską lub Madonną Wileńską. Namalowany został w XVII wieku specjalnie do tej kaplicy i wzorowany był na rycinach holenderskiego malarza Martina de Vosa.

    Od ponad 13 lat obraz ten słynie z cudów. Był on czczony i uważany za cudowny zarówno przez katolików, jak też przez wiernych prawosławnych i unitów. Znany jest na całym świecie, a jego kopie znajdują się w kościołach wielu krajów.

    Technika namalowania i (nie)znany autor

    Namalowany został na deskach dębowych techniką temperową na podkładzie klejowo-kredowym. Autor obrazu nie jest znany. Niektórzy przypisują autorstwo Łukaszowi – artyście krakowskiemu, który podobny obraz namalował w 1624 dla kościoła Bożego Ciała w Krakowie, inni uważają, że autorem jest flamandzki malarza Martina de Vosa.

    Co dostrzegamy na obrazie?

    Przedstawia Maryję ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Szyja okryta szalem, a głowa białą chustą. Całą postać otacza zielonkawo-błękitny płaszcz zarzucony na głowę i ramiona.

    Od 1671 Maryja została zasłonięta srebrną, złoconą sukienką. Charakterystyczną ozdobę obrazu stanowi wielki, odwrócony sierp srebrnego półksiężyca z wygrawerowanym napisem Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W. I. J. 1849 r. Choć nigdy nie był przymocowany do obrazu, tworzy z nim jednak optycznie jedność, pełniąc rolę wyrazistego akcentu zamykającego kompozycję całości. Na całą kompozycję wizerunku Pani Ostrobramskiej składają się dwie korony (nałożona jedna na drugą). Korony są ze złoconego srebra, jedna barokowa dla Królowej Niebios, druga rokokowa dla Królowej Polski.

    Szyja okryta szalem, a głowa białą chustą. Całą postać otacza zielonkawo-błękitny płaszcz zarzucony na głowę i ramiona.

    Matka Boża ukazana jest w tym Wizerunku jako Niewiasta Zwiastowania i Oczekująca. Obraz jest wiernym przedstawieniem tekstu biblijnego z Apokalipsy”… wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu”. Wizerunek ukazuje jak wiele starań trzeba dokonać, aby Maryi nie zgubić na drogach swojego życia.

    O czym przypomina nam maryjny wizerunek?

    Od Madonny Wileńskiej możemy uczyć się wielu wartości. Spoglądając na dwie korony nad głową Ostrobramskiej Pani, przypominamy sobie, że człowiek stworzony jest dla Boga, dla nieba i dla wieczności.

    Kiedy szczególnie pamiętamy o Pani z Wilna?

    Wspomnienie Matki Boskiej Ostrobramskiej obchodzone jest 16 listopada. W 1993 Ostrą Bramę nawiedził papież Jan Paweł II. Zgodnie z tradycją, wielu wiernych pokonuje schody wiodące do kaplicy na kolanach. Wokół ołtarza znajdują się wota dziękczynne. Wśród nich m.in. tabliczka ofiarowana przez Józefa Piłsudskiego, z napisem “Dzięki Ci Matko za Wilno”.

    ks. Eugeniusz Burzyk/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    1 LISTOPADA – ŚRODA

    UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

    Bp Krzysztof Włodarczyk: święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych
    Wszyscy Święci, Fra Angelico/Wikipedia

    ***

    Znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada. Uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najbardziej radosnych dni dla chrześcijan. W ciągu roku niemal każdego dnia przypada wspomnienie jednego lub kilku świętych znanych z imienia. Jednak ich liczba jest znacznie większa. Wiele osób doszło do świętości w zupełnym ukryciu.

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest – wbrew spotykanym niekiedy opiniom – „Świętem Zmarłych”, ale przypomina wszystkim wiernym o ich powołaniu do świętości. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2 listopada – wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. Jest to dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba.

    Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z wierzących, niezależnie od konkretnej drogi życia: małżeństwa, kapłaństwa czy życia konsekrowanego jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar życzliwości Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga dar świętości.

    Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego (wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypadającego na 2 listopada. Uroczystość przypadająca na 1 listopada wyraża powszechne powołanie do świętości. Wskazuje na hojność Pana Boga i pogłębia nadzieję, że wszelkie rozstanie nie jest ostateczne, bo wszyscy są zaproszeni do domu Ojca. Razem jednak Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. Wśród tych trzech stanów Kościoła dokonuje się, poprzez modlitwę, pamięć czy ofiarę, ciągła wymiana dóbr duchowych. W tej łączności (komunii) wyraża się świętych obcowanie.

    Wspomnienie wszystkich świętych ma źródło w kulcie męczenników. W rocznicę śmierci, która dla chrześcijan jest dniem narodzin dla nieba, odprawiano na grobach męczenników Eucharystię i czytano opisy męczeństwa. Pamięć o tych, którzy krwią potwierdzili swoją wiarę, była w pierwszych gminach chrześcijańskich pieczołowicie przechowywana. Każda z lokalnych wspólnot posiadała spis swoich męczenników, którzy przez sam fakt męczeństwa stawali się bliskimi Chrystusa, dlatego ich wstawiennictwo nabierało szczególnej mocy. Stopniowo do tych list dopisywano imiona nie tylko męczenników, ale też innych osób odznaczających się szczególną świętością. Pierwszym świętym spoza grona męczenników był zmarły w 397 r. biskup Marcin z Tours.

    Początki święta sięgają IV w. W Antiochii czczono wtedy pamięć o wielu bezimiennych męczennikach, których wspominano w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. W Rzymie w VII wieku papież Bonifacy IV poświecił dawny Panteon i uczynił go kościołem ku czci Bogurodzicy oraz wszystkich Męczenników. Polecił przy tej okazji umieścić tam kamienie przywiezione z katakumb chrześcijańskich męczenników. Historycy przekazują, iż przywieziono wtedy aż 28 pełnych wozów. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych. Czczono wtedy jedynie Maryję i męczenników. W późniejszych wiekach dołączono kult „wszystkich doskonałych Sprawiedliwych”. Obchody przeniesiono z 13 maja na 1 listopada. Powodem były prawdopodobnie trudności z wyżywieniem rzesz pielgrzymów przybywających do Rzymu na wiosnę.

    Listopadowa data była już znana w Irlandii oraz Anglii a od VIII w. rozprzestrzeniło się w całej Europie. Po ostatniej reformie liturgii teologowie podkreślają, że „uroczystość obejmuje nie tylko świętych kanonizowanych, ale wszystkich zmarłych, którzy osiągnęli doskonałość, a zatem także zmarłych krewnych i przyjaciół”.

    KAI/PCh24.pl

    ***

    1 MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 12.00

    2 MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 20.00

    ________________________________________________________________________________________

    Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny.

    Co różni te dni?

    Listopad, zwłaszcza jego pierwsze dni, jest czasem, w którym w sposób szczególny kierujemy nasze myśli ku zmarłym i samej tajemnicy śmierci. W naszej polskiej tradycji 1 listopada, w uroczystość Wszystkich Świętych, gromadzimy się na cmentarzach, aby tam sprawować Mszę Świętą. Tego dnia nasza uwaga skupia się przede wszystkim na tych, którzy osiągnęli już niebo i których prosimy o wstawiennictwo przed Bogiem. Kolejnego dnia, we wspomnienie wszystkich zmarłych, większy nacisk kładziemy na pomoc tym, którzy przygotowują się jeszcze na spotkanie z Bogiem w niebie.

    Pielgrzymując na ziemi mamy świadomość, że jesteśmy częścią Kościoła o wiele większego niż tylko ten ziemski. Kościoła, który składa się również ze zbawionych w niebie i tych, którzy oczekują jeszcze na pełne oczyszczenie. Pierwsze dni listopada w sposób szczególny przypominają nam tę prawdę, którą wyrażamy w Symbolu Apostolskim.

    Wierzę w świętych obcowanie

    Uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najradośniejszych świąt w Kościele katolickim. Codziennie w liturgii wspominamy innego świętego, którego znamy z imienia. Tego dnia jednak chcemy wspominać wszystkich, którzy osiągnęli chwałę nieba. Również tych, których imion nie zapamiętano, których historii nie znamy, o których nic nie wiemy. Ale oni będąc przed tronem Boga są częścią Kościoła i wciąż służą temu Kościołowi, wstawiając się za nami, prosząc o łaski, które pomogą również nam osiągnąć cel ziemskiej pielgrzymki. Wszyscy ochrzczeni zmierzają do nieba, naszym celem jest osiągnięcie świętości, o czym przypomina nam szczególnie uroczystość Wszystkich Świętych.

    Kościół od początku otaczał czcią najpierw męczenników, a później również innych wyznawców Chrystusa, którzy odznaczali się szczególną świętością. Widząc w nich wzór do naśladowania, chrześcijanie prosili o wstawiennictwo tych, którzy po śmierci stanęli bliżej Chrystusa. Na grobach męczenników odprawiono Eucharystię, podobnie jak my sprawujemy Najświętszą Ofiarę 1 listopada na cmentarzach, gdzie spoczywają doczesne szczątki wielu naszych przodków, którzy osiągnęli już niebo.

    Prawdę o drugiej części Kościoła, tych, którzy przebywają jeszcze w czyśćcu, przypomina nam drugi dzień listopada. We wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych jesteśmy szczególnie zachęceni, aby swoją modlitwą i ofiarą wesprzeć naszych przodków.

    KAI, gosc.pl, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

                                                            Komunia świętych i archaniołów w Niebie,
                            obraz Albrechta Durera (fragment). Albrecht Dürer, via Wikimedia Commons

    ***

    Katolik tego dnia ma obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej

    ***

    2 LISTOPADA – CZWARTEK – DZIEŃ ZADUSZNY

    DZIEŃ MODLITWY ZA TYCH, KTÓRZY JUŻ PRZESZLI PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO I POKUTUJĄ W MĘKACH CZYŚĆCA.

                                                                        fot. katedra. Radom.pl

    ***

    To wspomnienie wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji, św. Odilon (Odylon). On to w 998 r. zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych w dniu 2 listopada. Termin ten i sama idea szybko rozprzestrzeniły się we Francji, Anglii, Niemczech, Italii. W XIII w. zwyczaj ten w Kościele rzymskim stał się powszechny.

    W XV w. wytworzył się u dominikanów w Wanencji zwyczaj ofiarowania w dniu 2 listopada trzech Mszy św. przez jednego kapłana. Papież Benedykt XIV w 1748 r. rozszerzył ten zwyczaj na całą Hiszpanię. W 1915 r., podczas I wojny światowej, papież Benedykt XV na prośbę opata – prymasa benedyktynów pozwolił kapłanom całego Kościoła odprawić w tym dniu trzy Msze św. Jedną w intencji przyjętej od wiernych, drugą w intencji wszystkich wiernych zmarłych, a trzecią w intencji papieża.

    Kościół w tym dniu wspomina zmarłych pokutujących za grzechy w czyśćcu. Chodzi więc o których nie mogą wejść do nieba, gdyż mają pewne długi do spłacenia Bożej sprawiedliwości. Prawdę o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił jako dogmat na soborze w Lyonie w 1274 r. i na XXV sesji Soboru Trydenckiego (1545-1563), w osobnym dekrecie o czyśćcu. Sobór Trydencki orzekł prawdę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać. Cała wspólnota Kościoła przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym zanosząc w tym dniu prośby przed tron Boży. Aby przyjść z pomocą zmarłym pokutującym w czyśćcu, żyjący mogą w tych dniach uzyskać i ofiarować odpusty zupełne.

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych było i jest bardzo żywe. Świadczą o tym uroczyście urządzane pogrzeby, często zamawiane Msze św. w intencji zmarłych, w Kościele rzymskim powszechne są Msze św. gregoriańskie (30 Mszy św. po kolei przez 30 dni). W Polsce istnieje nawet zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, założone przez błogosławionego o. Honorata Koźmińskiego – kapucyna.

    z tekstu Józefa Rydzewskiego/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________

    PIERWSZA I DRUGA MSZA ŚW.:

    W KAPLCY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO o godz. 7.30 i 12.00

    TRZECIA MSZA ŚW.:

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA o godz. 20.00 z wypominkami

    ________

    Amnestia z wysokiego nieba

    W niektórych regionach Polski piecze się tego dnia wyborne ciasta i zaprasza najbliższych na świąteczny obiad. Niestety, zdarza się, że niektórzy pozostają jedynie w przestrzeni zewnętrznej obyczajowości, zapominając o skarbie, który nieodłącznie wiąże się z odpustami.

     Margita Kotas/Tygodnik Niedziela

    ***

    Z wieloma ludźmi za życia wchodzimy w relacje, dzięki którym rodzą się prawdziwe więzi. Czy po śmierci zakopujemy je w grobach wraz z doczesnymi szczątkami najbliższych? Okazuje się, że te więzi nie tylko nie umierają, ale nawet mogą się pogłębiać.

    Listopadowe dni w przypadku katolików przebiegają pod znakiem modlitwy za zmarłych. Na grobach zapalamy znicze, a w kościołach odmawiamy Różaniec i uczestniczymy w Mszach św. w intencji najbliższych, którzy wyprzedzili nas w drodze do wieczności. O czym jeszcze warto pamiętać, by nie przegapić czegoś bardzo ważnego?

    Nieśmy im pomoc

    Przed laty informacje o odpustach w dekanacie podawane były wiernym podczas ogłoszeń duszpasterskich. Dziś zwyczaj ten należy raczej do rzadkości. A chodziło o to, by nie ograniczać się jedynie do święta patronalnego we własnej parafii, ale korzystać też z okazji, którą daje kalendarz. Wokół są przecież inne parafie, więc można wybrać się do którejś z nich, zmówić stosowne modlitwy, spełnić niezbędne warunki i wyjednać sobie nie lada łaskę. łaskę tę można także wyjednać zmarłym, których nosimy w sercach – możemy im realnie pomóc.

    Skoro więc nasi przodkowie zdawali sobie sprawę z doniosłości tego wydarzenia, może warto sobie przypomnieć, o co chodzi w tej uświetnionej długą tradycją praktyce.

    Katechizm Kościoła Katolickiego jest w tym temacie bardzo precyzyjny. Nauczanie katolickie opiera się także na praktyce modlitwy za zmarłych, o której mówi już Pismo Święte: „Dlatego właśnie [Juda Machabeusz] sprawił, że złożono ofiarę przebłagalną za zabitych, aby zostali uwolnieni od grzechu” (2 Mch 12, 45). Kościół od początku czcił pamięć zmarłych i przekazywał im pomoce, a w szczególności Ofiarę eucharystyczną, by po oczyszczeniu mogli dojść do uszczęśliwiającego zjednoczenia z Bogiem. Kościół zaleca także jałmużnę, odpusty i dzieła pokutne za zmarłych: „Nieśmy im pomoc i pamiętajmy o nich. Jeśli synowie Hioba zostali oczyszczeni przez ofiarę ich ojca, dlaczego mielibyśmy wątpić, że nasze ofiary za zmarłych przynoszą im jakąś pociechę? Nie wahajmy się nieść pomocy tym, którzy odeszli, i ofiarujmy za nich nasze modlitwy” (św. Jan Chryzostom, „Homiliae in primam ad Corinthios”, por Hi 1, 5).

    Drogocenna kolekcja

    Czym jest zatem odpust z punktu widzenia katolickiej wiary? „Odpust polega na darowaniu przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Jak tłumaczy Katechizm, aby zrozumieć tę naukę i praktykę Kościoła, trzeba się najpierw przekonać, że grzech ma podwójny skutek. Grzech ciężki pozbawia nas komunii z Bogiem, a przez to zamyka nam dostęp do życia wiecznego, którego pozbawienie nazywa się „karą wieczną” za grzech. Każdy grzech, nawet powszedni, powoduje ponadto nieuporządkowanie, które wymaga oczyszczenia, albo na ziemi, albo po śmierci, w stanie nazywanym czyśćcem. Takie oczyszczenie uwalnia od tego, co nazywamy „karą doczesną” za grzech. Obydwie kary nie mogą być traktowane jako rodzaj zemsty, którą Bóg stosuje od zewnątrz, ponieważ wypływają one jakby z samej natury grzechu. Nawrócenie, które pochodzi z żarliwej miłości, może doprowadzić do całkowitego oczyszczenia grzesznika, tak że nie pozostanie już żadna kara do odpokutowania.

    Gdyby się jednak okazało, że ktoś popełnił grzech i nie odpokutował za niego w dostateczny sposób, wówczas – w przypadku osób żyjących – rodzi się konieczność poniesienia kary w doczesności, a w przypadku osób, które przeszły już „na drugą stronę” – obowiązek ten przekłada się na pokutę czyśćcową. Dlatego możemy zyskiwać odpusty dla siebie albo dla zmarłych. Skoro widzimy w tej możliwości tak ogromną szczodrobliwość ze strony Pana Boga, warto, byśmy wręcz kolekcjonowali odpusty, korzystając jak najczęściej z okazji ich uzyskania. Stąd właśnie m.in. praktyka odwiedzania parafii, które przeżywają akurat uroczystość odpustową.

    Nie stawiać granic Miłosierdziu

    Dobrą wiadomością dla katolika jest także fakt, że okazji do zyskania odpustu jest naprawdę wiele. Przyzwyczailiśmy się mówić o odpustach w związku ze świętem patronalnym parafii. Ale przecież pobożne odmawianie Różańca, uczestnictwo w Drodze Krzyżowej czy lektura Pisma Świętego także wiążą się z odpustem.

    Człowiek musi jednak spełnić pewne warunki, by móc zaczerpnąć z tego skarbca Kościoła. Po pierwsze, musi być w stanie łaski uświęcającej. Musi też zmówić modlitwy przypisane tej praktyce oraz być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, także lekkiego. Ten ostatni warunek nie polega na bezgrzeszności, bo taki stan jest prawie niemożliwy do spełnienia, ale na wewnętrznym przekonaniu, że nie chcemy grzeszyć i zapraszamy Chrystusa z Jego uzdrawiającą mocą do każdego zakątka naszego serca. Niektórzy bowiem chcieliby zarezerwować sobie taki czy inny nałóg, a może nawet grzech, i nie przejmują się z powodu jego popełniania. Otrzymanie odpustu uwarunkowane jest jednak wewnętrzną dyspozycją, by Miłosierdzie Pana uzdrawiało każdą niedoskonałość, szczególnie tę, do której się przyzwyczailiśmy i która nam nie przeszkadza. Zatem – obowiązek spełnienia tego warunku sprawia również, że dzięki odpustom stajemy się doskonalsi. Korzystajmy więc z tej okazji jak najczęściej. 

    ks. Marek Łuczak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Musimy być ochrzczeni, w stanie łaski uświęcającej i nie podlegać ekskomunice”.

    Jak uzyskać odpust zupełny?

    (fot. Pixabay)

    *****

    – Odpust zupełny można uzyskać jeden raz w ciągu dnia. Odpust cząstkowy – kilka razy dziennie. Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy ktoś znalazł się w agonii, czyli gdy śmierć jest pewna i bliska. Wtedy można uzyskać dla siebie drugi odpust zupełny, mimo że wcześniej tego samego dnia już się uzyskało inny odpust zupełny – mówi w rozmowie z tygodnikiem „Idziemy” ks. dr hab. Tomasz Jakubiak.

    Kapłan przypomina, że aby uzyskać odpust katolik musi wykonać dzieło odpustowe, np. odmówić różaniec w określony sposób. – Mamy czynić dzieło odpustowe w odpowiednim nastawieniu, czyli w skrusze serca. Musimy być ochrzczeni, w stanie łaski uświęcającej i nie podlegać ekskomunice. Trzeba wzbudzić w sobie intencję otrzymania odpustu – podkreśla.

    – Aby otrzymać odpust zupełny, poza warunkami wskazanymi wyżej, należy odrzucić wszelkie przywiązanie do grzechów, nawet powszednich, ponadto odbyć spowiedź sakramentalną, przyjąć Komunię Świętą oraz pomodlić się w intencji wskazanej przez Ojca Świętego – dodaje rozmówca tygodnika „Idziemy”.

    Na koniec duchowny zwraca uwagę, że w Dzień Zaduszny wierni mogą uzyskać odpust zupełny, który można ofiarować jedynie za dusze w czyśćcu cierpiące. – W tym celu trzeba nabożnie nawiedzić kościół lub kaplicę i tam odmówić modlitwę „Ojcze nasz” i „Wierzę”. Kiedy dzień nawiedzenia kościoła lub kaplicy przypada w święto nakazane, wtedy nawiedzenie nie może dokonać się w czasie Mszy, w której ktoś uczestniczy. Wtedy też modlitwy mszalne nie mogą stanowić realizacji dzieła odpustowego – czyli należy je odmówić ponownie. Trzeba pamiętać, że odmówić modlitwę znaczy przynajmniej odmówić ją szeptem – podsumowuje ks. dr hab. Tomasz Jakubiak.

    PCh24.pl/źródło: tygodnik „Idziemy”

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Czym jest odpust zupełny

    i czy można ofiarować go za zmarłych?

    (PCh24.pl)

    ***

    Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Janusz Królikowski.

    Zwłaszcza przy okazji zbliżającej się Uroczystości Wszystkich Świętych, powraca temat odpustu zupełnego. Księże Profesorze, czym właściwie jest odpust zupełny?

    Odpust to „darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy”. Odpust jest „zupełny”, jeśli uwalnia od wspomnianej kary „w całości”. Tak definiuje odpust doktryna Kościoła, która została wypracowana, nie bez dramatycznych napięć i sporów, w ciągu wieków, począwszy od średniowiecza. Odpust jest więc dobrem duchowym udzielanym w Kościele i przez Kościół ze względu na dobro doczesne i wieczne wierzących.

    Jakie warunki trzeba spełnić, żeby uzyskać odpust?

    Warunki uzyskania odpustu są następujące: 1) odpowiednie przygotowanie, czyli stan łaski (w przypadku grzechu ciężkiego będzie więc konieczna spowiedź, aby ten stan uzyskać), przyjęcie Komunii świętej, modlitwa w intencjach papieża oraz 2) intencja zyskania odpustu i wypełnienie określonego dzieła pokutnego wyznaczonego przez papieża.

    Warto pamiętać, że odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, natomiast odpusty cząstkowe wielokrotnie.

    A jak uzyskać odpust cząstkowy?

    Odpust cząstkowy jest udzielany, najprościej mówiąc, gdy nie jest spełniony któryś z wymienionych warunków. Odpust cząstkowy jest jednak odpustem realnym, a więc jego zyskiwanie także ma głęboki sens i wymowę duchową, gdyż służy zarówno nam, jak i duszom zmarłych. Służy on zatem naszemu dobru doczesnemu, a duszom zmarłych przybliża chwilę ostatecznego osiągnięcia dobra wiecznego, którym jest bezpośrednie spotkanie z samym Bogiem.

    Kościół daje wiernym możliwość codziennego uzyskania jednego odpustu zupełnego poprzez m.in. „wspólne odmówienie różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnych stowarzyszeniu”. Co w sytuacji, kiedy nie mamy takiej możliwości? Czy odmówienie różańca za pomocą internetu też będzie ważne?

    Zasadnicza idea dotycząca różańca w związku z odpustem domaga się, aby był on odmawiany wspólnotowo. Chodzi o to, by dobrze uwypuklić związek różańca z życiem wiernych jako życiem kościelnym. Aby uzyskać odpust zupełny bez szukania jakiejś specjalnej, może odległej wspólnoty, Kościół zachęca miedzy innymi do rodzinnego odmawiania różańca. W takim przypadku zostaje spełniony warunek wspólnotowości modlitwy określony przez Kościół.

    Jeśli zaś chodzi o wykorzystanie „urządzeń telewizyjnych i radiowych”, to Kościół aprobuje ich wykorzystanie w celu zyskania odpustu zupełnego, gdy modlitwa jest odmawiana wraz z papieżem. Łącze internetowe w tym może pomóc. W każdym jednak razie chodzi o łączność „na żywo”, a nie mechanicznie powtarzaną, co mogłoby mieć na przykład miejsce wówczas, gdyby ktoś nagrał sobie modlitwę z papieżem. Kościół nie jest rzeczywistością wirtualną, ale realną w czasie i przestrzeni złożoną z realnych ludzi, nad którą znajduje się realny Bóg. Wiara nie znosi udawania!

    W pozostałych przypadkach za odmówienie różańca wierny może uzyskać „odpust cząstkowy”. Pamiętajmy, że to nie jest mało. Bóg docenia każdy gest wiernego, który wyrasta z wiary i jest jej wyrazem. Wiele odpustów cząstkowych nie złoży się na odpust zupełny, ale jakże to wielka rzecz w perspektywie darowania każdemu osobistej kary doczesnej za grzechy, albo pomocy okazywanej duszom zmarłych. Warto więc o tym pamiętać i z tego daru korzystać każdego dnia, bo nie ma takiego dnia, w którym z takiej czy innej racji nie można by zyskać jakiegoś odpustu. Trzeba zapoznać się z ich aktualnym „Wykazem”, czyli opublikowanym z polecenia papieża zestawem wskazanych praktyk odpustowych, aby mieć świadomość darów Bożych czekających na nas każdego dnia przy spełnianiu rozmaitych praktyk religijnych bądź związanych z posługą bliźnim.

    Jak już zaznaczyłem, wśród warunków ogólnych zyskania odpustu jest także „intencja zyskania odpustu”. Najprościej mówiąc, można wzbudzić sobie taką intencję przy porannej modlitwie, mówiąc: „Pragnę zyskać odpusty, które na dzisiaj są przewidziane”, i to wystarczy. Trzeba tylko dodać, czy chce się je zyskać dla siebie, czy dla dusz w czyśćcu.

    Odpust zupełny można ofiarować nie tylko za zmarłych, ale też za samych siebie?

    Odpusty można zyskiwać najpierw dla siebie, albo ofiarować je za zmarłych. W tym miejscu dokonała się pewna zmiana w praktyce kościelnej po Roku Jubileuszowym 2000. Dawniej odpusty można było zyskiwać przede wszystkim dla siebie, a za zmarłych można było ofiarować tylko wybrane odpusty, zwłaszcza w miesiącu listopadzie. Obecnie każdy odpust może być ofiarowany także za zmarłych.

    Może nie zdajemy sobie czasami nawet sprawy z tego, jak bardzo możemy pomagać duszom w czyśćcu cierpiącym…

    Pamiętajmy jednak, że często powtarza się błąd, wywołujący także wiele nieporozumień i niepewności, utrwalany – niestety – także przez wielu duszpasterzy, według których odpust za zmarłych należy ofiarować za „jedną, wybraną duszę”. Przepisy kościelne nigdzie tak nie mówią na ten temat – trzeba sięgać do źródeł! – gdyż byłoby to nawet i zwyczajnie absurdalne. Skąd ja, na ziemi, mogę wiedzieć, kto jest aktualnie w czyśćcu, aby za niego ofiarować jakiś odpust? Trzeba więc odpust ofiarować po prostu za zmarłych w sensie ogólnym. Takie postawienie sprawy chroni nas przed popadnięciem w jakiś ekskluzywizm eschatologiczny. Jakież to wymowne, że wszyscy pamiętamy o wszystkich zmarłych, bliskich i dalekich.

    Może będzie w tym miejscu zasadne dodać, że jest naganne w duszpasterstwie, co można słyszeć zwłaszcza w miesiącu listopadzie, w którym szczególnie pamiętamy o duszach zmarłych, odwoływanie się w modlitwie do formuł: „módlmy się za dusze znikąd nie mające ratunku”, „módlmy się za tych, o których nikt nie pamięta”. Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno.

    Co daje odpust zupełny za zmarłych?

    Odpust zupełny ofiarowany za zmarłych przynosi darowanie kary za grzechy duszom oczyszczającym się w czyśćcu, a więc najzwyczajniej otwiera przed nimi niebo. Jest to wielki dar, który opiera swoją skuteczność na duchowej jedności Kościoła pielgrzymującego, czyli na ziemi, oraz Kościoła oczyszczającego się, czyli w czyśćcu. Duchowy skarbiec Kościoła, w którym zgromadzone są przebogate zbawczych skarby zasług Chrystusa i świętych, nie jest ograniczony ani czasem ani przestrzenią. Dary duchowe przenikają wszystkie wymiary życia kościelnego dzięki samemu Jezusowi Chrystusowi, który jest jeden wczoraj, dzisiaj i na wieki. W Nim duchowe dary zbawcze są nie tylko otwarte na wszystkich, ale wręcz wołają o ich przyjęcie.

    Po zyskanym odpuście zupełnym dusza idzie prosto do nieba? Dlatego właśnie tak ważne jest, aby do umierającego zawołać księdza z posługą sakramentalną?

    W „Wykazie odpustów” została zapisana, skierowana do kapłana udzielającego sakramentów w niebezpieczeństwie śmierci (spowiedź, Eucharystia – pamiętajmy, że namaszczenie chorych nie jest sakramentem umierających, ale właśnie chorych), sugestywna zachęta: „Niech nie opuszcza udzielenia mu błogosławieństwa apostolskiego połączonego z odpustem zupełnym”. Kościół chce, aby wszyscy bezpośrednio po śmierci mogli znaleźć się w niebie. Z tej racji łączy udzielanie sakramentów umierającym z darem odpustu. W ten sposób mogą szybko wejść do radości uszczęśliwiającej wspólnoty z Bogiem.

    Nawiązując do „Wykazu odpustów”, będzie zasadne zwrócenie tutaj uwagi, że Kościół w obliczu zbliżającej się śmierci, chce udzielić odpustu także wtedy, gdy nie ma kapłana, „o ile [umierający] miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W takim przypadku to „Kościół uzupełnia trzy warunki wymagane do uzyskania odpustu zupełnego”. Aby wzmocnić to przesłanie, zachęca się do tego, by umierającemu po prostu towarzyszył krzyż, będący widzialnym znakiem udzielanych przez Boga umierającemu duchowych darów zbawczych. Pamiętamy być może jeszcze, że umierającemu Janowi Pawłowi II, dzisiaj świętemu, towarzyszył do końca trzymany w ręku krzyż.

    Czym jest odpust udzielany umierającym?

    Odpust udzielany umierającym nie jest jakąś wyszukaną szlachetnością Kościoła ani niczym nadzwyczajnym, ale bezpośrednią konsekwencją tego, że wierzymy, iż pełnia życia Bożego i kościelnego jest w niebie. Wierzymy i dajemy temu wyraźny wyraz, że odpust zupełny jest otwarciem drogi do prowadzącej nieba, czyli do samego Boga. Ta wiara nie jest jednak oparta na jakimś „mechanicznym” schemacie: zyskujemy odpust, a więc otwiera się przed nami niebo. Pamiętamy, że we wszystkim, także w odpuście, decydującą rolę odgrywa wiara, a więc poniekąd jej aktualna siła wyrazu, pełne oczyszczenie ze skutków i pozostałości odpuszczonych grzechów, adekwatność żalu za grzechy i wiele innych czynników duchowych. Nie są one jednak na poziomie jakichś „nadludzi”, bo takich nie ma, ale pozostają w zakresie zwyczajnych, ludzkich możliwości. Można do pewnego stopnia powiedzieć, że o wszystkim decyduje wspomniana już „intencja zyskania odpustu” oparta na mocnej wierze.

    Na zakończenie można oczywiście powiedzieć, że odpusty – nawet jeśli często kojarzą się nam zbyt powierzchownie z debatami reformacyjnymi wywołanymi przez Lutra – stanowią niezwykle ważny element aktualnego życia Kościoła, a także naszych osobistych doświadczeń, zwłaszcza tych związanych z łączącą nas bardzo bliską więzią z tymi, którzy już od nas odeszli. Papież Paweł VI, dzisiaj święty, promulgując w 1967 r. reformę odpustów konstytucją Indulgentiarum doctrina, napisał: „Na podstawie tajemniczego i łaskawego Bożego zarządzenia ludzi łączy ze sobą nadprzyrodzona więź, która sprawia, że grzech jednego szkodzi również innym, tak jak świętość jednego staje się dobrodziejstwem dla pozostałych. W ten sposób wierni świadczą sobie nawzajem pomoc w osiąganiu nadprzyrodzonego celu”. Warto próbować odkryć tę więź i jedność w nadprzyrodzonym celu, który nie tylko łączy nas wszystkich, ale także jakoś uzależnia od siebie nawzajem.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia

    ***

    Po co pomagać duszom w czyśćcu? Wyjaśniają święci, którzy spotkali cierpiące dusze zmarłych

    ”Czyściec to Boża izba chorych” – mawiał proboszcz z Ars. Święta Perpetua wymodliła swojemu bratu niebo, a mistyczka św. Katarzyna z Genui miała łaskę przeżywania mąk zbliżonych do tych, które przeżywają dusze w czyśćcu. Skąd wiemy, że dusze w czyśćcu potrzebują naszej pomocy? W jaki sposób możemy pomóc im osiągnąć niebo?

    Św. Gertruda

    Św. Gertruda miewała różnego rodzaju wizje, z wiarą i zaufaniem przyjmowała różnorodne dary od Boga. Jednym z nich była łaska ofiarowywania trudów i cierpień w intencji dusz czyśćcowych. „Bądź pewna, moja córko, że twoje umiłowanie zmarłych nie będzie ci przeszkodą” – usłyszała od Jezusa.

    W pismach mniszki opisanych jest wiele historii związanych z duszami czyśćcowymi. Gertruda była świadkiem wybawienia duszy zmarłego zakonnika – brata Hermana, za którego ofiarowywała codzienną Eucharystię i nabożeństwa do Niepokalanej Maryi Panny. Podczas jednego z objawień, Jezus miał podyktować jej modlitwę za dusze w czyśćcu cierpiące. Całe życie Gertrudy naznaczone buło troską o dusze, podejmowała w ich intencji liczne wyrzeczenia.

    Św. Piotr Damiani

    Doktor Kościoła opowiada w swoich pismach o pewnym zwyczaju mieszkańców Rzymu związanym z odwiedzaniem kościołów w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Wskazuje na jedną z historii, kiedy to pewna szlachcianka modląc się w bazylice Santa Maria in Aracœli, zobaczyła duszę swojej znajomej zmarłej przed rokiem. Kobieta była leniwa i próżna, ale dzięki modlitwom i wstawiennictwu Maryi została uwolniona z czyśćca. Według tego, co opisuje św. Piotr Damiani, dusza miała powiedzieć, że każdego roku Maryja uwalnia z czyśćca tysiące dusz.

    Św. Perpetua

    Z duszami w czyśćcu kontaktowała się również św. Perpetua. Podczas jednej z modlitw przypadkowo wymówiła imię swojego zmarłego brata – Dinokratesa. Chłopczyk odszedł w wieku 7 lat. Pewnej nocy, we śnie, Perpetua, zobaczyła brata. Dziecko było blade, spragnione i zaniedbane. Stał przy zbiorniku wody, ale nie mógł do niego sięgnąć, aby się napić. Siostra modliła się za niego, ofiarowywała uczynki miłosierdzia w jego intencji. Po pewnym czasie, chłopiec przyśnił się jej ponownie. Jego twarz była jasna, uśmiechał się i pił wodę ze złotej czary wypełnionej po brzegi wodą.

    Św. Brygida Szwedzka

    W jednym z mistycznych doświadczeń Brygida zobaczyła także czyściec. Widziała nawet anioła, który rzekł do niej: „Szczęśliwy ten, kto jeszcze za życia wspomaga dobrymi uczynkami dusze czyśćcowe, ponieważ sprawiedliwość Boża domaga się, by pozbawione pomocy żywych, zostały oczyszczone w ogniu”.

    Św. Katarzyna z Genui

    W swoim „Traktacie o czyśćcu” pisze następujące słowa: „Dusze niektórych zmarłych wobec doskonałej świętości Boga czują się tak brudne i niegodne zbliżenia się do Niego, że same poddają się niewypowiedzianie wielkiej, lecz oczyszczającej męce. Są pomimo to szczęśliwe, gdyż wiedzą, że są zbawione”.

    Katarzyna miała łaskę przeżywania mąk zbliżonych do tych, które przeżywają dusze w czyśćcu. Na podstawie tych stanów uznała, że najcięższą z kar jest świadomość odrzucenia miłości Bożej i Jego sprawiedliwości. Mistyczka wiele mówiła o drodze oczyszczania, którą muszą pokonać dusze. Nieoczyszczone z win nie mogą cieszyć się w pełni wizją Boga i oglądaniem Go twarzą w twarz.

    Św. Małgorzata Maria Alacoque

    Apostołka Serca Jezusowego również miała częsty kontakt z duszami czyśćcowymi. Otrzymała nawet łaskę pomagania zmarłym w doświadczeniu przez nich świętości. Dusze zwracały się do Małgorzaty z prośbą o pomoc i ulgę w cierpieniu. Błagały o modlitwę. Jedną z nich była siostra zakonna, która cierpiała w czyśćcu z powodu lenistwa i niedbalstwa w zachowaniu reguł. Małgorzata przyjmowała w intencji zakonnicy Komunię Świętą. „Gdy przyjęłam Komunię Świętą, o którą mnie prosiła, powiedziała mi, że jej straszliwe męczarnie znacznie się zmniejszyły, gdyż w jej intencji odprawiano msze święte, ku czci Męki Pańskiej, jednak została jeszcze długo w czyśćcu, w którym cierpiała męki należne duszom, które były oziębłe w służbie Bożej” – wspominała Alacoque.

    Św. Jan Maria Vianney

    „Czyściec to Boża izba chorych” – mawiał proboszcz z Ars. W swojej pracy duszpasterskiej często zachęcał do modlitwy za dusze w czyśćcu cierpiące. „Bardzo mało jest dusz, nawet świętych, którym udało się wejść do nieba z pominięciem czyśćca” – tłumaczył podczas jednego z kazań w Dzień Zaduszny.

    Prosił o pomoc dla nich poprzez modlitwę, ofiarowanie odpustów oraz mszę świętą. „Jest to rzecz pewna, bracia drodzy, że te biedne dusze dla siebie nic nie mogą, dla nas wiele mogą. Kto się do nich odwołuje, ten zawsze upragnioną łaskę otrzyma” – mówił święty kapłan.

    Św. Gemma Galgani

    Zapiski włoskiej mistyczki to przejmująca lektura duchowa, nie tylko ze względu na opis doświadczeń wewnętrznych świętej i więzi z Jezusem. Mistyczka otrzymała łaskę stygmatów, miała dar widzenia Jezusa Ukrzyżowanego, mogła zobaczyć również Jego oblicze zbroczone krwią. Podczas modlitwy wielokrotnie nawiedzał ją szatan. Nieczysty duch kopał ją i bił.

    Soboty były dniami, kiedy Gemma spotykała się z Matką Bożą Bolesną. Galgani codziennie zanosiła  modlitwy i cierpienia za dusze w czyśćcu, zresztą namawiał ją do tego jej anioł stróż.        

    „Każde, nawet najmniejsze cierpienie, jest dla nich pociechą” – tłumaczył.

    Św. s. Faustyna Kowalska

    Łaskę poznania czym jest czyściec miała również św. s. Faustyna Kowalska. Święta Kościoła katolickiego pisała o miejscu oczyszczenia dusz w swoim „Dzienniczku”.

    Największym cierpieniem dusz jest ogromna tęsknota za miłością odwieczną – Bogiem. Dusze w czyśćcu nie mogą same sobie pomóc, tylko modlitwa ludzi żyjących jest w stanie im pomóc w dostaniu się do nieba. Faustyna przekonuje, że taka pomoc jest wielkim uczynkiem miłosierdzia wobec nich.

    W „Dzienniczku” siostra opisuje historię pewnej zakonnicy, która śpiewała w chórze i która zmarła. Prosiła Faustynę o modlitwy. Służebniczka Bożego Miłosierdzia wypełniała z gorliwością prośbę. Bóg wysłuchał tych wezwań.

    „Po jakimś czasie przyszła znowu do mnie w nocy, ale już w innym stanie. Już nie była w płomieniach, jak przedtem, a twarz jej była rozpromieniona, oczy błyszczały radością i powiedziała mi, że mam prawdziwą miłość bliźniego, że wiele dusz innych skorzystało z modlitw moich i zachęciła mnie, żebym nie ustawała w modlitwach za duszami w czyśćcu cierpiącymi i powiedziała mi, że ona już niedługo będzie w czyśćcu pozostawać” – opisuje s. Faustyna w „Dzienniczku”.

    Św. o. Pio z Pietrelciny

    Już jako dziecko Francesco Forgione wspierał dusze w czyśćcu swoimi modlitwami. Modlił się za nie z babcią. Podejmował akty pokutne i dobre uczynki. Wraz z wstąpieniem do kapucynów, wzmocniło się w nim pragnienie ofiary za dusze w czyśćcu. Miały one w jego życiu uprzywilejowane miejsce. Sprawował za nie również msze święte. W liście do kierownika duchowego, o. Benedetto Nardelii, pisał tak:

    Przez długi czas odczuwałem potrzebę ofiarowania siebie jako ofiary za biednych grzeszników i oczyszczenia dusz. To pragnienie rośnie coraz bardziej w moim sercu tak bardzo, że godziny stały się, powiedziałbym, silną pasją. To prawda, że składałem tę ofiarę Panu kilka razy, umożliwiając Mu wylanie na mnie kar, które są przygotowane na grzesznika i na oczyszczające dusze, nawet stokrotnie na mnie, pod warunkiem, że On nawróci i zbawi grzeszników i wkrótce przyjmie do nieba dusze w czyśćcu. Wydaje mi się, że Jezus tego chce. Jestem pewien, że nie będzie miał trudności z udzieleniem mi tego pozwolenia” (Epist. I, 206).

    Family News Service/stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. św. siostra Faustyna Kowalska/ Ilustracja “Czyściec” Gustave Doré , źródło: Wikipedia

    ***

    „Największym cierpieniem dusz jest tęsknota za Bogiem”.

    Co św. s. Faustyna zobaczyła w czyśćcu?

    “Zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem” – zapisała św. s. Faustyna w “Dzienniczku”.

    W „Dzienniczku” św. s. Faustyna wielokrotnie wskazuje na konieczność gorliwej modlitwy za dusze zmarłych. W jej zapiskach znajdziemy opis czyśćca – święta udała się tam wraz ze swoim Aniołem Stróżem. Ta wizja była odpowiedzią na pytanie św. Faustyny skierowane do Pana Jezusa za kogo ma się modlić. Oto co zapisała:

    „Miejsce mgliste, napełnione ogniem”

    W krótkim czasie potem zapadłam na zdrowiu. Droga Matka Przełożona wysłała mnie razem z dwiema innymi siostrami na wakacje do Skolimowa, kawałek poza Warszawę. W tym czasie zapytałam się Pana Jezusa: za kogo jeszcze mam się modlić? Odpowiedział mi Jezus, że na przyszłą noc da mi poznać, za kogo mam się modlić.

    Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Płomienie, które paliły je, nie dotykały się mnie. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę.

    Największe cierpienie dusz czyśćcowych – tęsknota za Bogiem

    I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję „Gwiazdą Morza”. Ona im przynosi ochłodę.

    „Od tej chwili ściślej obcuję z duszami cierpiącymi”

    Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. – [Usłyszałam głos wewnętrzny], który powiedział: Miłosierdzie Moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe. Od tej chwili ściślej obcuję z duszami cierpiącymi.

    cytat z „Dzienniczka” nr 20 (źródło: faustyna.pl). Śródtytuły zostały nadane przez redakcjęStacja 7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    fot. via: Pxere.com CC0

    ***

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    Wyznając wiarę w świętych obcowanie wskazujemy na prawdę o tym, że Kościół pielgrzymujący jest wspierany przez Kościół chwalebny, ale również wspiera i otrzymuje wsparcie od Kościoła cierpiącego. Nasze modlitwy przynoszą ulgę duszom cierpiącym w czyśćcu, a dusze te wspierają naszą drogę do nieba swoimi modlitwami. Szczególne relacje z duszami czyśćcowymi miała Maria Simma. Austriacka mistyczka opisała je w popularnym dziele „Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi”.

    Pierwsze objawienie

    Myślałam, że już wszystko stracone. Drogi, którą Pan Bóg dla mnie przeznaczył, nie mogłam znaleźć. Przez czas dłuższy byłam bardzo przygnębiona. Pocieszałam się myślą, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby zostać zakonnicą. Od dziecka miałam wielkie nabożeństwo do dusz czyśćcowych. Nasza matka często mawiała: „Jeżeli macie wielką potrzebę, zwróćcie się do dusz czyśćcowych, to są wdzięczne pomocnice”.

    Pierwsza dusza czyśćcowa przyszła do mnie w 1940 roku. Obudziły mnie w nocy czyjeś kroki w pokoju, spojrzałam i zobaczyłam jakiegoś mężczyznę. Strach był dla mnie uczuciem obcym. Ponieważ nie znałam tego człowieka, ostro zapytałam go: „Jak wszedłeś do mojego pokoju? Coś tu zgubił?” Udawał, że mnie nie słyszy i dalej chodził po pokoju tam i z powrotem. Pytam: „Ktoś ty?” Znów nie odpowiada. Wyskoczyłam więc z łóżka i próbowałam go złapać, ale ręce trafiły w próżnię. Mężczyzna zniknął. Położyłam się i zobaczyłam go znowu, słyszałam też, jak chodził po pokoju. Wyraźnie przecież zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śpię, dlaczego więc nie mogę go złapać. Raz jeszcze wyskoczyłam z łóżka, żeby to zrobić i znowu zniknął. Zrobiło mi się nieswojo, położyłam się, była czwarta godzina nad ranem, nie mogłam więcej zasnąć. Po Mszy Św. poszłam do mojego kierownika duchowego i opowiedziałam mu wszystko. Pouczył mnie, abym zapytała, jeżeli ten człowiek znowu przyjdzie, nie kim jest, ale czego żąda. Kiedy rzeczywiście przyszedł on następnej nocy i na moje pytanie czego żąda, odpowiedział: „Postaraj się o trzy Msze Św. za mnie, a będę wybawiony”, poznałam, że to dusza pokutująca w Czyśćcu. To potwierdził mi również mój spowiednik. Od 1940 do 1953 przychodziły co roku dwie lub trzy dusze czyśćcowe, najczęściej w listopadzie. Nie dopatrywałam się w tym szczególnego zadania Bożego; zawsze też informowałam o tym mojego proboszcza, ks. Alfonsa Matta. Poradził mi, abym żadnej duszy nie odrzucała i każdą chętnie przyjęła.

    Cierpienie zastępcze

    Dusze czyśćcowe prosiły mnie następnie, abym za nie cierpiała. Były to ciężkie cierpienia. iedy jakaś dusza przychodzi, budzi mnie czy to przez pukanie, wołanie czy też szarpnięcie. Obudzona pytam zaraz: „Czego chcesz?” albo „Co mogę zrobić dla ciebie?” i wtedy dopiero może taka dusza powiedzieć, co jej brakuje, l tak zapytała mnie pewnego razu jedna z nich: „Czy mogłabyś za mnie cierpieć?” Pytanie to było nieco dziwne, po raz pierwszy proszono mnie o to, zaraz powiedziałam: „Co mam robić?” Otrzymałam odpowiedź: „Przez trzy godziny będziesz miała bóle w całym ciele, ale po upływie tego czasu będziesz mogła wstać i pracować, jak gdyby nic nie zaszło. Odbierzesz mi tym 20 lat Czyśćca”. Zgodziłam się. Natychmiast opanowały mnie tak straszne cierpienia, że wiedziałam zaledwie, gdzie jestem i pozostała mi tylko świadomość, że przyjęłam je jako pokutę za duszę czyśćcową i że to ma trwać trzy godziny. Wydawało mi się, że czas ten dawno upłynął i że minęło już co najmniej parę dni lub tygodni. Kiedy skończyło się wszystko i spojrzałam na zegarek, stwierdziłam, że cierpienia moje trwały dokładnie trzy godziny. Zdarzało się często, że wystarczyło 5 minut cierpienia, a jakże ten czas wydawał się długi.

    Co dusze czyśćcowe wiedzą o nas?

    Dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje więcej, niż myślimy. Wiedzą, np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy Św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy Św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.

    Co pomaga duszom czyśćcowym?

    Najwartościowszą pomocą dla dusz pokutujących jest Msza Św., ale tylko w tym stopniu, jak sobie dana dusza ceniła ją za życia, l tu spełnia się powiedzenie: Co się sieje, to się zbiera. Wielkie mają znaczenie Msze Św. wysłuchane w dni powszednie, a więc nie tylko te obowiązkowe w niedziele i święta. Oczywiście nie każdy może wysłuchać Mszy Św. w dzień powszedni, ma pracę zawodową i obowiązki, a spełnienie ich ma w dnie powszednie bez szkody dla swoich obowiązków, np.pierwszeństwo. Niejeden emeryt przecież mógłby chodzić na Mszę Św., szczególnie jeżeli jest zdrów i mieszka blisko kościoła. Cóż, kiedy on tak sobie mówi: „W niedziele jestem obowiązany pójść na Mszę Św., ale nie w dzień powszedni, więc nie idę”. Kto myśli tak i postępuje, długo musi po śmierci czekać, zanim mu się jakaś Msza Św. dostanie, bo ją sobie za życia mało cenił. Jeżeli sami nie możemy brać udziału w nabożeństwie, posyłajmy przynajmniej dzieci szkolne i to jak najczęściej. W wielu miejscowościach nie ma w ogóle dzieci na Mszy Św. w dni powszednie. Gdyby wiedziano, jak wielką wartość dla wieczności posiada wysłuchanie jednej Mszy Św., kościoły byłyby pełne nie tylko w święta. W chwili śmierci, za życia wysłuchane Msze Św., są dla nas wielkim skarbem i mają większą wartość od ofiarowanych Mszy Św. za dusze po śmierci. Rodzice i wychowawcy skarżą się, że dzisiejsze dzieci są ordynarne i nie chcą słuchać starszych. Nic dziwnego. Dawniej uczęszczały dzieci szkolne co dzień na szkolną Mszę Św. Modlitwa oraz Komunia Św. dawały im siłę do tego, że były posłuszne i obowiązkowe. Ani ojciec, ani matka, ani katecheta nie potrafią włożyć dziecku w duszę tego, co Zbawiciel przez łaskę daruje dziecku we Mszy i Komunii Św. Pytano mnie, czy ma sens i wartość palić świece i lampki oliwne. Naturalnie że ma, zwłaszcza jeżeli są poświęcone. A chociażby i nie były, należy pamiętać, że świece te czy oliwa są kupione z miłości dla zmarłych, a każdy akt miłości posiada wartość. Podobnie i woda święcona ma wartość, osobliwie jeżeli używamy jej z wiarą i ufnością. Obojętne jest, czy całą dłoń, czy kroplę dajemy duszom czyśćcowym, lepiej jednak kroplę wraz z aktem strzelistym. Niestety, w dzisiejszych czasach często w ogóle nie ma przy drzwiach kropielniczki z wodą święconą. Pragnę wyjaśnić, że w Vorarlbergu wchodzący do domu czy wychodzący żegnają się wodą święconą, zaś resztkę kropli z palca strzepują na ziemię z aktem strzelistym za dusze czyśćcowe. Nazywa się to dać duszom czyśćcowym wodę święconą.

    Jak cierpią dusze czyśćcowe?

    Jest tyle różnych rodzajów Czyśćca, ile dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze ze wszystkich cierpienie. Poza tym jest każda dusza tak karana, jak grzeszyła. To samo jest na ziemi, gdzie kara idzie w ślad za występkiem. Kto grzeszy obżarstwem, dostaje bólu żołądka i staje się otyły, kto za dużo pali, dostaje zatrucia nikotyną albo i raka płuc itp. Żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiada poznanie, o którym my pojęcia nie mamy. Dusze pokutujące w Czyśćcu Pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia, czyli w Czyśćcu, posiada tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej Bóg w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta dusza odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz.

    Stuletnia staruszka na ulicy

    Było to w 1954 roku. Około godziny 14.30 po południu szłam do sąsiedniej wioski Marul. Na drodze spotkałam staruszkę wyglądającą na przeszło sto lat. Pozdrowiłam jągrzecznie, na co mi odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego pozdrawiasz mnie? Mnie już nikt nie pozdrawia”. Wyjaśniłam więc: „Jesteś godna pozdrowienia, jak każdy inny człowiek”. Wtedy zaczęła skarżyć się, że nikt nie ma dla niej zrozumienia, nikt nie daje nic do zjedzenia i że musi spać na ulicy. Pomyślałam, że jest to niemożliwe, a może na skutek starości stała się tak nieznośna i z tego powodu nikt nie chce jej mieć u siebie. Powiedziałam wobec tego, że zapraszam ją do swojego domu, gdzie dostanie i jeść, i spanie. „Ale ja nie posiadam pieniędzy, aby zapłacić”. Na to odpowiedziałam: „To nic nie szkodzi, będziesz musiała przyjąć to, co mam, gościnnego pokoju nie posiadam, ale zawsze lepsze to niż spanie na ulicy”. Podziękowała mi wtedy: „Bóg zapłać, obecnie jestem wybawiona”, i znikła. Nie zauważyłam dotąd, że była to dusza czyśćcowa. Widocznie za życia odmówiła komuś potrzebującemu pomocy i dlatego teraz czekać musiała, aż ktoś dobrowolnie zaofiaruje jej gościnę.

    Spotkanie w pociągu

    Pewna dusza czyśćcowa zapytała mnie, czy ją znam. Musiałam zaprzeczyć. „Ale wiesz o mnie, bo towarzyszyłam ci w pociągu, kiedy jechałaś do Hali”. Przypomniałam sobie wtedy, że był to mężczyzna, który głośno wygadywał na Kościół i religię. Miałam wtedy zaledwie 17 lat. Powiedziałam mu, że nie jest dobrym człowiekiem, skoro tak bezcześci rzeczy święte. „Jesteś zbyt młoda, abyś mnie pouczała” -odpowiedział. „Mimo to jestem mądrzejsza od ciebie”, odcięłam się. Spuścił głowę i nie odezwał się więcej. Kiedy wysiadł, prosiłam Pana Boga, by nie pozwolił tej duszy zginąć. „Twoja modlitwa uratowała mnie, inaczej byłby marny mój koniec” – przyznał.

    Wskazania dusz czyśćcowych

    Otrzymuję często od dusz czyśćcowych wskazówki i praktyczne pouczenia. A więc, że Najświętszy Sakrament nie jest dostatecznie czczony. W wielu kościołach dzisiaj Eucharystia nie stanowi centralnego punktu nabożeństwa. Często obrazy i figury świętych uwłaczają raczej temu, co przedstawiają. Większą troską należy otaczać Różaniec, bo jest on wielką potęgą. Maryja Panna jest Wspomożeniem Wiernych i Matką Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Dusze czyśćcowe napominają, abyśmy sporządzili testament w odpowiednim czasie. Brak tego dokumentu lub źle sporządzony jest powodem wielu kłótni i nieporozumień w rodzinie. Ważną rzeczą jest, aby każdy pomagał budować Królestwo Boże. Jeżeli rodzice nie wciągają dzieci do tej pracy, odpowiadają za to przed Bogiem. Młodzież ponosi winę, jeżeli dla wygody zaniedbuje dobre uczynki.

    Fronda.pl/za/http://egzorcyzmy.katolik.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niech nikt nie umiera sam – duchowe wsparcie

    na czas przejścia

    „Wiedz o tym, że łaska wiecznego zbawienia niektórych dusz w ostatniej chwili zawisła od twojej modlitwy”.

    „Wiedz o tym, że łaska wiecznego zbawienia niektórych dusz w ostatniej chwili zawisła od twojej modlitwy”.
    fot. ks. Roman Tomaszczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Każdy musi odejść z tego świata, ale to, jak odejdzie, może zależeć od modlitwy innych.

    Był luty 1938 roku. Gdy św. Faustyna weszła na chwilę do kaplicy, usłyszała słowa Jezusa: „Córko Moja, pomóż Mi zbawić pewnego grzesznika konającego; odmów za niego tę koronkę, której cię nauczyłem”. Zakonnica zaczęła powtarzać wezwania Koronki do Miłosierdzia Bożego. Wtedy ujrzała człowieka, za którego się modliła: konał „w strasznych mękach i walkach”. Był przy nim Anioł Stróż, ale, jak zapisała święta, „był jakby bezsilny wobec wielkości nędzy tej duszy; całe mnóstwo szatanów czekało na tę duszę”. W pewnej chwili przed oczyma modlącej się pojawił się miłosierny Jezus – taki jak na obrazie. „Te promienie, które wyszły z Serca Jezusa, ogarnęły chorego, a moce ciemności uciekły w popłochu. Chory oddał ostatnie tchnienie spokojnie. Kiedy przyszłam do siebie, zrozumiałam, jak ta koronka ważna jest przy konających, ona uśmierza gniew Boży” – czytamy w „Dzienniczku” (1565).

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Tylko my możemy im przyjść z pomocą”

    – św. Faustyna o modlitwie za zmarłych

    cela św. Faustyny

     cela św. Faustyny/sanktuarium.faustyna.pl

    ***

    „Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą” – zanotowała św. Faustyna w „Dzienniczku”. Co święta ujrzała podczas swoich wizji? I jakie znaczenie ma modlitwa za zmarłych?

    Już na pierwszych stronach „Dzienniczka” św. Faustyny Kowalskiej znajdujemy wizję czyśćca: „Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Płomienie, które paliły je, nie dotykały się mnie. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem” (Dz. 20).

    Ta wizja uświadomiła Faustynie, jak wielkie znaczenie ma modlitwa żyjących za zmarłych: „dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą”. Jak podkreśla mistyczka, dusze czyśćcowe odczuwają jako wielkie cierpienie niemożność życia wiecznego w Bożej obecności i tylko nasza modlitwa może im pomóc. Na zakończenie tej wizji święta zapisała: „Od tej chwili ściślej obcuję z duszami cierpiącymi”.

    Miłosierdzie moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe

    We wspomnianym wyżej widzeniu święta ujrzała „Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. [Usłyszałam głos wewnętrzny], który powiedział: Miłosierdzie moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe” (Dz. 20).

    Warto w tym miejscu przytoczyć inny fragment zapisków świętej, mówiący o pomocy, jaką niesie modlitwa Koronką do Bożego miłosierdzia przy umierających. Jezus zapewnił Faustynę: “Kiedy przy konającym odmawiają tę koronkę, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnia duszę” (Dz. 811).

    Czy ci nic nie pomogły modlitwy moje?

    W kolejnej wizji apostołka Bożego miłosierdzia zapisała mistyczne spotkanie z jedną sióstr swojego zgromadzenia, która umarła dwa miesiące wcześniej: „Ujrzałam ją w strasznym stanie. Cała w płomieniach, twarz boleśnie wykrzywiona. Trwało to krótką chwilę i znikła. Dreszcz przeszył moją duszę, bo nie wiedząc gdzie by cierpiała, czy w czyśćcu, czy w piekle, jednak podwoiłam modlitwy moje za nią. Na drugą noc przyszła znowu, ale ujrzałam ją w straszniejszym stanie, w straszniejszych płomieniach, na twarzy malowała się rozpacz. Zdziwiło mnie to bardzo, że po modlitwach, które za nią ofiarowałam, ujrzałam ją w straszniejszym stanie, i zapytałam: Czy ci nic nie pomogły modlitwy moje? – I odpowiedziała mi, że nic jej nie pomogła modlitwa moja i nic nie pomoże. – Zapytałam: A czy modlitwy, które całe Zgromadzenie ofiarowało za ciebie, czy też ci nic nie przyniosły pomocy? – Odpowiedziała mi, że nic. Modlitwy te poszły na korzyść dusz innych. – I odpowiedziałam jej: Jeżeli modlitwy moje nic siostrze nie pomagają, to proszę do mnie nie przychodzić. I znikła natychmiast” (Dz. 58).

    Siostra Faustyna nie zniechęciła się; jak napisała: „jednak w modlitwach nie ustawałam”. W rezultacie jej modlitwy zostały wysłuchane i przyniosły pomoc – nie tylko cierpiącej w czyśćcu osobie, ale i wielu innym duszom zmarłych: „Po jakimś czasie przyszła znowu do mnie w nocy, ale już w innym stanie. Już nie była w płomieniach, jak przedtem, a twarz jej była rozpromieniona, oczy błyszczały radością i powiedziała mi, że mam prawdziwą miłość bliźniego, że wiele dusz innych skorzystało z modlitw moich i zachęcała mnie, żebym nie ustawała [w modlitwach] za duszami w czyśćcu cierpiącymi. I powiedziała mi, że ona już niedługo będzie w czyśćcu pozostawać” (Dz. 58).

    Ta wizja mistyczki przekonuje nas, jak wielką wagę i skuteczność ma wytrwała modlitwa za zmarłych, która przynosi korzyść nie tylko tej duszy, za którą się modlimy, ale także innym cierpiącym w czyśćcu.

    Modlitwy, które są im potrzebne

    W listopadzie 1937 roku apostołka Bożego miłosierdzia zapisała inną wizję, która może być dla nas pouczeniem, z jaką odpowiedzialnością wiąże się modlitwa za zmarłych: „Kiedy umarła Siostra Dominika w nocy koło pierwszej godziny, przyszła do mnie i dała mi znać, że umarła. Pomodliłam się gorąco za nią. Rano powiedziały mi Siostry, że już nie żyje – odpowiedziałam, że wiem, bo była u mnie. Siostra infirmerka prosiła mnie, abym pomogła ją ubrać; w chwili, kiedy pozostałam z nią, dał mi Pan poznać, że jeszcze cierpi w czyśćcu. Podwoiłam swoje modlitwy za nią; jednak pomimo gorliwości, z jaką się zawsze modlę za nasze zmarłe Siostry, pomyliłam sobie dni, i zamiast [przez] trzy dni ofiarować modły, jak nakazuje reguła, to ja wskutek pomyłki ofiarowałam dwa dni; czwartego dnia dała mi znać, że jeszcze jej się należą ode mnie modlitwy i że są jej potrzebne. Natychmiast zrobiłam intencję ofiarowania całego dnia za nią, ale nie tylko tego dnia, ale więcej, jak mi podyktowała miłość bliźniego” (Dz. 1382).

    „Dała mi znać, że jeszcze jej się należą ode mnie modlitwy i że są jej potrzebne” – słowa zmarłej współsiostry były dla Faustyny pouczeniem, a modlitwa za zmarłych, tak gorliwie praktykowana przez Faustynę, stała się też dla niej jedną z dróg prowadzących do świętości.

    KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Faustyna Kowalska o niebie, czyśćcu i piekle

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Św. Faustyna Kowalska o niebie, czyśćcu i piekle

    Święta Faustyna Kowalska, doświadczając nadzwyczajnych łask duchowych, miała również wizje dotyczące ostatecznych rzeczy ludzkiego życia. W swoim „Dzienniczku” opisała, co dzieje się ludźmi po śmierci, dając obraz czyśćca, piekła i nieba. Warto wracać do tych opisów, aby uświadamiać sobie wciąż na nowo, że najważniejszym zadaniem człowieka jest zabiegać o swoje zbawienie.

    80-781.

    ŚW. FAUSTYNA WSPÓŁCZUJE DUSZOM NIE WIERZĄCYM W ŻYCIE WIECZNE

    O mój Boże, jak mi żal ludzi, którzy nie wierzą w życie wieczne, jak się modlę za nich, aby ich promień miłosierdzia ogarnął i przytulił ich Bóg do łona ojcowskiego. O Miłości, o królowo. – Miłość nie zna bojaźni, przechodzi przez wszystkie chóry anielskie, które przed Jego tronem trzymają straż. Ona się nie zlęknie nikogo; ona dosięga Boga i tonie w Nim, jako w jedynym skarbie swoim. Cherubin z mieczem ognistym, który strzeże raju, nie ma władzy nad nią. O czysta miłości Boża, jakżeś wielka i nieporównana. O, gdyby dusze poznały moc Twoją.(Dz 780-781)

    1119.

    ŚW. FAUSTYNA CZĘSTO OGLADAŁA SPRAWY NIEBIAŃSKIE

    W chwilach kiedy jestem pomiędzy niebem a ziemią, milczę, bo choćbym mówiła: kto rozumie mowę moją? Wieczność odsłoni wiele rzeczy, o których teraz milczę. . .(Dz 1119)

    1500.

    ŚW. FAUSTYNA ZOSTAŁA PRZENISIONA W ZAŚWIATY

    Dziś miłość Boża przenosi mnie w zaświaty. Jestem pogrążona w miłości, kocham i czuję, że jestem kochana i całą świadomością to przeżywam. Tonie moja dusza w Panu, poznając wielki majestat Boży i maleńkość swoją, lecz przez to poznanie zwiększa się szczęście moje. . . Ta świadomość jest tak żywa w duszy, tak potężna, a zarazem tak słodka.(Dz 1500)

    20 b.

    CZYŚCIEC WIDZIANY PRZEZ ŚW. FAUSTYNĘ

    Ujrzałam Anioła Bożego, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednoznacznie, że największym dla nich cierpieniem, to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję ?Gwiazdą Morza?. Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. Usłyszałam głos wewnętrzny, który powiedział: Miłosierdzie Moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe. Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi. (Dz 20)

    21.

    ZMARŁA SIOSTRA PROSI ŚW. FAUSTYNĘ O MODLITWĘ

    Kiedyśmy przyjechały do nowicjatu (23.1.1926), Siostra (Henryka Łosińska, była szewcem) była umierająca. Za parę dni Siostra przychodzi do mnie i każe mi iść do Matki Mistrzyni (S. Małgorzata Anna Gimbutt) i powiedzieć, żeby Matka prosiła jej spowiednika, księdza Rosponda, żeby za nią odprawił jedną Mszę św. i trzy akty strzeliste. W pierwszej chwili powiedziałam, że pójdę do Matki Mistrzyni, ponieważ niewiele rozumiem czy to sen, czy jawa. I nie poszłam. Na przyszłą noc powtórzyło się to samo wyraźniej, w czym nie miałam żadnej wątpliwości. Jednak rano postanowiłam sobie, że nie powiem o tym Mistrzyni. Dopiero powiem, jak ją zobaczę wśród dnia. Zaraz się z nią (S.Henrykę) spotkałam na korytarzu, robiła mi wyrzuty, że nie poszłam zaraz i napełnił dusze moją wielki niepokój, więc natychmiast poszłam do Matki Mistrzyni i opowiedziałam wszystko co zaszło. Matka odpowiedziała, że te sprawę załatwi. Natychmiast spokój zapanował w duszy a na trzeci dzień owa siostra przyszła i powiedziała mi: ?Bóg zapłać?. (Dz 21)

    43.

    ŚW. FAUSTYNA UJRZAŁA DWIE ZAKONNICE WSTĘPUJĄCE DO PIEKŁA

    W pewnej chwili ujrzałam dwie siostry wstępujące do piekła. Ból niewymowny ścisnął mi duszę, prosiłam Boga za nimi i rzekł do mnie Jezus: idź do Matki Przełożonej i powiedz o tym, że te dwie siostry są w okazji popełnienia grzechu ciężkiego. Na drugi dzień powiedziałam o tym Przełożonej. Jedna z nich już jest w gorliwości, a druga w walce wielkiej (Dz 43)

    153.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE WIZJE DRÓG WIODĄCYCH DO PIEKŁA I DO NIEBA

    W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki i różnych przyjemności. Ludzie idąc tą drogą tańcząc i bawiąc się ? dochodzili do końca, nie spostrzegają się, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach. (Dz 153)

    321.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE SWOJE PRZEDŚMIERTNE CIERPIENIA

    12.8.1934 rok.

    Nagłe osłabnięcie ? cierpienie przedśmiertne. Nie była to śmierć, czyli przejście do życia prawdziwego, ale skosztowanie jej cierpień. Straszna jest śmierć, chociaż nam daje życie wieczne. Nagle zrobiło mi się niedobrze, brak tchu, ciemno w oczach, czuję zamieranie w członkach ? to duszenie jest straszne. Chwilka takiego duszenia jest niezmiernie długa… także przychodzi lek dziwny pomimo ufności. Pragnęłam przyjąć ostatnie Sakramenty św. jednak spowiedź święta przychodzi bardzo trudno, pomimo pragnienia spowiadania się. Człowiek nie wie co mówi, jedno zacznie drugiego nie kończy. ? O, niech Bóg zachowa każdą duszę od tego odkładania spowiedzi na ostatnia godzinę. Poznałam wielka moc słów kapłana, jaka spływa na dusze chorego. Kiedy się zapytałam Ojca duchownego ? czy jestem gotowa stanąć przed Bogiem i czy mogę być spokojna, otrzymałam odpowiedź: możesz być zupełnie spokojna, nie tylko teraz, ale po każdej spowiedzi tygodniowej. ? Łaska Boża, jaka towarzyszy tym słowom kapłańskim, jest wielka. Dusza odczuwa moc i odwagę do walki. (Dz 321)

    424.

    ŚW. FAUSTYNA OBUDZONA PRZEZ MAŁE DZIECKO, KTÓRE WSKAZUJE NA GWIAZDY SYMBOLIZUJACE DUSZE WIERNYCH CHRZEŚCIJAN

    W pewnej chwili 12.V.1935 rok. Wieczorem, zaledwie się położyłam do łóżka, zaraz zasnęłam, ale jak prędko zasnęłam, tak jeszcze prędzej zostałam zbudzona. Przyszło do mnie małe dziecię i zbudziło mnie. Dziecię to było wiekiem jakoby roczek miało i zdziwiłam się, ze tak ślicznie mówi, bo przecież dzieci w tym wieku nie mówią wcale, albo mówią bardzo niewyraźnie. Było niewymownie piękne, podobne do Dzieciątka Jezus i rzekło do mnie te słowa: –patrz w niebo ? a kiedy spojrzałam w niebo ujrzałam święcące gwiazdy i księżyc, wtem zapytało mnie to dziecię: – czy widzisz ten księżyc i te gwiazdy? Odpowiedziałam, że widzę, a ono mi odpowiedziało te słowa: – Te gwiazdy to są dusze wiernych chrześcijan, a księżyc, to są dusze zakonne. Widzisz, jak wielka różnica światła jest miedzy księżycem a gwiazdami, tak w niebie jest wielka różnica miedzy dusza zakonną, a wiernego chrześcijanina. ? I mówiło mi dalej, że prawdziwa wielkość jest w miłowaniu Boga i w pokorze. (Dz 424)

    426.

    JAK STRASZNA JEST GODZINA ŚMIERCI

    O godzino straszna, w której widzieć trzeba wszystkie czyny swoje w całej nagości i [nędzy]; nie ginie z nich ani jeden, wiernie towarzyszyć nam będą na sąd Boży. Nie mam wyrazów, ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mak piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą. (Dz 426)

    601.

    ŚWIĘCONA WODA PRZYNOSI POMOC DUSZOM UMIERAJĄCYCH

    W pewnej chwili, kiedy zaniemogła śmiertelnie jedna z naszych Sióstr, i zeszło się całe Zgromadzenie, a był także i kapłan, który udzielił chorej absolucji, wtem ujrzałam mnóstwo duchów ciemności. W tej chwili zapominając się. że jestem w towarzystwie Sióstr, chwyciłam za kropiło i poświęciłam ich i znikły zaraz; jednak kiedy Siostry przyszły do refektarza, Matka Przełożona zrobiła mi uwagę, że nie powinnam święcić chorej w obecności kapłana, że do niego najeży ta czynność. Przyjęłam to upomnienie w duchu pokuty, ale wielką przynosi ulgę święcona woda dla umierających. (Dz 601)

    696.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE SWOJĄ CAŁONOCNĄ PRZEDŚMIERTNĄ BOLESNĄ MĘKĘ

    + 24 wrzesień 1936 r. Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć. Kiedy się położyłam zaraz zasnęłam, bo byłam bardzo zmęczona. Jednak po chwili zbudziło mnie cierpienie. Było to tak wielkie cierpienie, które mi nie pozwoliło uczynić najmniejszego poruszenia, a nawet śliny przełknąć nie mogłam. Trwało to do jakich trzech godzin, myślałam zbudzić Siostrę nowicjuszkę, z którą razem mieszkam, ale pomyślałam sobie, przecież ona nie przyniesie mi żadnej pomocy, więc niech sobie śpi, szkoda mi ją budzę. Zdałam się zupełnie na wolę Bożą i myślałam, że już dla mnie nastąpi dzień śmierci, dzień przeze mnie upragniony. Miałam możność łączenia się z Jezusem cierpiącym na krzyżu, inaczej modlić się nie mogłam. Kiedy ustąpiło cierpienie, zaczęłam się pocić, jednak żadnego poruszenia uczynić nie mogłam, ponieważ powracało to, co było przedtem. Rano czułam się bardzo zmęczona, ale już fizycznie nie cierpiałam, jednak na Mszę św. podnieść się nie mogłam, pomyślałam sobie, jeżeli po takich cierpieniach nie ma śmierci, więc jak wielkie muszą być cierpienia śmiertelne. (Dz 696)

    741.

    ANIOŁ ZAPROWADZIŁ ŚW. FAUSTYNĘ DO PIEKŁA

    Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, która stanowi piekło, jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność; widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka jest ustawiczne, towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny, i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą; piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jako tam jest.

    Ja, Siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego, musieli mi być posłuszni. To com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło. Kiedy przyszłam do siebie, nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżeli bym miała Cię obrazić najmniejszym grzechem. (Dz 741)

    420b.

    ŚW. FAUSTYNA WIDZI DRZWI PROWADZĄCE DO JASNOŚCI NIEBIAŃSKIEJ

    Wtem ujrzałam jasność niedostępną na kształt mieszkania kryształowego, utkanego z fal jasności nieprzystępnej żadnemu stworzeniu, ani duchowi. Do tej jasności trzy drzwi ? i w tej chwili wszedł Jezus w takiej postaci, jako jest na tym obrazie, do onej jasności ? w drzwi drugie, do wnętrza jasności, jest to jedność troista, która jest niepojęta, nieskończoność. Wtem usłyszałam głos: Święto to wyszło z wnętrzności Miłosierdzia Mojego i jest zatwierdzone w głębokościach zmiłowań Moich. Wszelka dusza wierząca i ufająca miłosierdziu Mojemu, dostąpi go. ? Cieszyłam się niezmiernie dobrocią i wielkością Boga swego. (Dz 420)

    ANIOŁ WPROWADZIŁ ŚW. FAUSTYNĘ DO NIEBA

    27/XI.[1936]. Dziś w duchu byłam w niebie i oglądałam te niepojęte piękności i szczęście, jakie nas czeka po śmierci. Widziałam, jak wszystkie stworzenia oddają cześć i chwałę nieustannie Bogu; widziałam, jak wielkie jest szczęście w Bogu, które się rozlewa na wszystkie stworzenia, uszczęśliwiając je i wraca do źródła wszelka chwała l cześć z uszczęśliwienia, i wchodzą w głębie Boże, kontemplują życie wewnętrzne Boga, Ojca, Syna i Ducha Św., którego nigdy ani pojmą, ani zgłębią.

    Tą źródło szczęścia jest niezmienne w istocie swojej, lecz zawsze nowe, tryskające uszczęśliwieniem wszelkiego stworzenia. Rozumiem teraz św. Pawła, który powiedział: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani weszło w serce człowieka, co Bóg nagotował tym, którzy Go miłują. I dał mi Bóg poznać jedną jedyną rzecz, która ma w oczach Jego nieskończoną wartość, a ta jest miłość Boża, miłość, miłość i jeszcze raz miłość – i z jednym aktem czystej miłości Bożej, nie może iść nic w porównanie. O, jakimi niepojętymi względami Bóg dany duszę, która Go szczerze miłuje. O, szczęśliwa dusza, która się cieszy już tu na ziemi Jego szczególnymi względami, a nimi są dusze małe i pokorne. Ten Wielki Majestat Boży, który głębiej poznałam, który wielbią duchy niebieskie, według stopnia łaski i hierarchii na które się dzielą, widząc tę potęgę i wielkość Boga, dusza moja nie została przerażona grozą, ani lękiem, nie, nie – wcale nie. Dusza moja została napełniona pokojem i miłością i im więcej poznaję wielkość Boga, tym więcej się cieszę, że takim On jest. I cieszę się niezmiernie Jego wielkością, i cieszę się, że jestem taka maleńka, bo dlatego, że jestem mała nosi mnie na ręku Swym i trzyma mnie przy Sercu Swoim.(Dz 777-778-779)

    825.

    ŚW. FAUSTYNA Z RADOŚCIĄ OCZEKUJE NA CHWILĘ SWEJ ŚMIERCI

    + O dniu jasny i piękny, w którym się spełnią wszystkie życzenia moje, o dniu upragniony, który będziesz ostatnim w życiu moim. Cieszę się tym ostatnim rysem, który mój Boski Artysta położy na duszy mojej, który nada odrębną piękność duszy mojej, która mnie odróżniać będzie od piękności dusz innych. O dniu wielki, w którym utwierdzi się miłość Boska we mnie. W tym dniu po raz pierwszy wyśpiewam przed niebem i ziemią pieśń niezgłębionego miłosierdzia Pańskiego. Jest to dzieło i posłannictwo moje, które mi Pan przeznaczył od założenia świata. Aby śpiew mej duszy miły był Trójcy Przenajświętszej, kieruj i urabiaj Sam duszę moją, o Duchu Boży. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam na przyjście Twoje, Miłosierny Boże, a straszne boleści i lęk konania ? w tym momencie więcej niż kiedy indziej ufam w przepaść miłosierdzia Twojego i przypominam Ci Miłosierny Jezu, słodki Zbawicielu, wszystkie obietnice Twoje, któreś mi przyobiecał.(Dz 825)

    1698.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE ZACHOWANIE DUSZ KONAJĄCYCH W RÓŻNYCH STANACH GRZESZNOŚCI

    Często towarzyszę duszom konającym i wypraszam im ufność w miłosierdzie Boże i błagam Boga o wielkość łaski Bożej, która zawsze zwycięża. Miłosierdzie Boże dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakoby było wszystko stracone, lecz nie tak jest; dusza oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga [przebaczenie] i win i kar, a na zewnątrz nie daje nam żadnego znaku, ani żalu, ani skruchy, ponieważ już na zewnętrzne rzeczy oni nie reagują. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale o zgrozo – są też dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło, udaremnią wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i nawet same wysiłki Boże…(Dz 1698)

    1738.

    PAN JEZUS POLECIŁ ŚW. FAUSTYNIE CZĘSTĄ MODLITWĘ ZA DUSZE CZYŚĆCOWE

    Powiedział mi Pan: – Wstępuj często do czyśćca, bo tam cię potrzebują. Rozumiem, o Jezu mój, znaczenie tych słów, które mówisz do mnie, ale pozwól mi wpierw wstąpić do skarbca miłosierdzia Twego.(Dz 1738)

    1342.

    ŚW. FAUSTYNA PRZYGOTOWYWAŁA SIĘ DO RZECZYWISTEJ ŚMIERCI

    Dzień trzeci. W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć; zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci i dzięki łasce, sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przejęło serce moje wielką wdzięcznością ku Bogu i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe. Z rana przygotowałam się do przyjęcia Komunii św. jakoby w życiu moim ostatniej i po Komunii świętej wyobraziłam sobie rzeczywistą śmierć i zmówiłam modlitwy za konających, a później za swoją duszę “Z głębokości” i wpuszczono ciało moje do grobu i rzekłam duszy swojej: patrz co się stało z ciała twego, kupa błota i mnogość robactwa – oto twoje dziedzictwo.(Dz 1342)

    1464-1465.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE NOCNE KONANIE I WALKĘ Z SZATANEM

    Dziś czuję się dużo lepiej, cieszyłam się, że będę mogła więcej rozmyślać, kiedy będę odprawiać godzinę św. Wtem usłyszałam głos: nie będziesz zdrowa i nie odkładaj Sakramentu Spowiedzi, bo to Mi się nie podoba. Mało zwracaj uwagi na szemrania otoczenia. Zdziwiło mnie to, przecież czuję się dziś lepiej, ale nie zastanawiałam się dłużej nad tym. Kiedy Siostra zgasiła światło, zaczęłam godzinę św. Jednak po chwili zaczęło robić mi się niedobrze z sercem. Do godziny jedenastej cierpiałam cichutko, jednak później czułam się tak źle, że zbudziłam S. N., która razem ze mną mieszka i dała mi kropli, które trochę mi ulżyły, o tyle, że mogłam się położyć. Oto teraz rozumiem przestrogę Pana. Postanowiłam nazajutrz zawezwać jakiegokolwiek kapłana i odsłonić mu tajniki swej duszy, lecz to nie wszystko, bo modląc się za grzeszników i ofiarując wszystkie cierpienia doznałam ataków szatańskich. – Zły duch znieść tego nie mógł. [Ukazał mi się w postaci widziadła i to] widziadło mówiło mi: nie módl się za grzeszników, ale za siebie, bo będziesz potępiona. Nie zważając wcale na szatana, modliłam się z podwójną gorliwością za grzeszników. Zły duch zawył z wściekłości: o, gdybym miał moc nad tobą – i znikł. Poznałam, że cierpienie i modlitwa moja krępowały szatana i wiele dusz wyrwałam z jego szponów.(Dz 1464-1465)

    290.

    PAN JEZUS ZAPEWNIA ŚW. FAUSTYNE, ŻE W NIEBIE JEST MIESZKAŃ WIELE

    W pewnej chwili kiedy się przejęłam wiecznością i jej tajemnicami, zaczęły mnie męczyć różne niepewności. W tym rzekł do mnie Jezus: dziecię Moje, nie lękaj się domu Ojca swego. Próżne dociekania zostaw mędrcom tego świata. Ja cię zawsze chce wiedzieć małym dzieckiem. Pytaj z prostotą o wszystko spowiednika, a Ja ci odpowiem przez usta jego. (Dz 290)

    1121.

    ŚW. FAUSTYNA OPISAŁA SWÓJ EKSTATYCZNY POBYT W NIEBIE

    6.V.[37] Wniebowstąpienie Pańskie

    Dziś od samego rana dusza moja jest dotknięta przez Boga. Po Komunii św. chwilę obcowałam z Ojcem Niebieskim. Dusza moja została pociągnięta w sam żar miłości, zrozumiałam, że żadne dzieła zewnętrzne nie mogą iść w porównanie z miłością czystą Boga… Widziałam radość Słowa Wcielonego i zostałam pogrążona w Troistości Bożej. Kiedy przyszłam do siebie, tęsknota zalała mi duszę, tęsknię za połączeniem się z Bogiem. Miłość ogarniała mnie tak wielka ku Ojcu Niebieskiemu, że ten dzień cały nazywam nieprzerwaną ekstazą miłości. Cały wszechświat wydał mi się jakoby małą kropelką wobec Boga. Nie masz szczęścia większego nad to, że mi Bóg daje poznać wewnętrznie, że jest Mu miłe każde uderzenie serca mojego i kiedy mi okazuje, że mnie szczególnie miłuje. To wewnętrzne przeświadczenie, w którym mię Bóg utwierdza o swej miłości ku mnie i o tym jak Mu jest miła dusza moja, wprowadza w duszę moją głębię pokoju. W dniu tym nie mogłam przyjąć żadnego pokarmu, czułam się nasycona miłością.(Dz 1121)

    1604.

    ŚW. FAUSTYNA OPISAŁA SWÓJ POBYT W NIEBIE

    Kiedy podczas adoracji odmawiałam Święty Bożekilkakrotnie, wtem ogarnęła mnie żywsza obecność Boża i zostałam w duchu porwana przed Majestat Boży. I ujrzałam jak oddają chwałę Bogu Aniołowie i Święci Pańscy. Tak wielka jest ta chwała Boża, te nie chcę się kusić opisywać, bo nie podołam, a przez to aby dusze nie myślały, że to już wszystko com napisała; – Święty Pawle, rozumiem cię teraz, żeś nie chciał opisywać nieba, aleś tylko powiedział, że – ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie wstąpiło, co Bóg nagotował tym co Go miłują, – Tak jest, a wszystko, jak od Boga wyszło, tak też i do Niego wraca, i oddaje Mu doskonałą chwałę. A teraz, gdy spojrzałam na moje uwielbienie Boga – o, jak ono nędzne! A, jaką jest kroplą w porównaniu do tej doskonałej niebieskiej chwały. O, jak dobry jesteś Boże, że przyjmujesz i moje uwielbienie i zwracasz łaskawie ku mnie Swoje Oblicze i dajesz poznać; że miła Ci jest modlitwa nasza.(Dz 1604)

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Świadectwo śmierci klinicznej: wszystko, czego szukałem przez całe życie, miało spełnienie w oczach Jezusa

    Jim Woodford wielokrotnie przemierzał świat jako pilot linii lotniczych i biznesmen. Podróż, którą opisuje w książce „Niebo”, wykracza daleko poza każdą prędkość i pułap, jakie był w stanie osiągnąć w czasie ziemskich lotów.

    Jako człowiek sukcesu po ludzku miał wszystko: imponujący majątek i kochającą rodzinę. Potem… umarł. Z przyczyn medycznych mózg mężczyzny przez 11 godzin nie wykazywał żadnej aktywności. „W tym czasie doświadczyłem chwały nieba i ujrzałem na moment przerażający mrok piekła” – relacjonuje swoją podróż w zaświaty. Puentą głoszonego po całym świecie świadectwa J. Woodforda są słowa: „Jestem chodzącym dowodem na to, że Pan Bóg kocha grzeszników i zrobi wszystko, aby przyprowadzić nas do siebie, jeśli w pełni Go przyjmiemy”.

    Miałem ciekawe życie

    O miejscu swojego urodzenia – kanadyjskiej Nowej Fundlandii – zawsze mówi z dumą. Kiedy Jim miał dwa lata, zmarł jego ojciec, ale Bóg – co podkreśla – pobłogosławił go wspaniałą mamą i kochającymi dziadkami. „Dorastałem w atmosferze polowań, wędkowania i hokeja. Chodziliśmy także do kościoła katolickiego. Nie byłem jednak wzorem wiernego wyznawcy Chrystusa” – opowiada.

    Od najmłodszych lat J. Woodforda fascynowały samoloty. Kiedy kończył szkołę, był prawdopodobnie najmłodszym pilotem komercyjnym w Kanadzie. „Ludzie mówią mi nieraz, że miałem bardzo ciekawe życie. Ja patrzę na to inaczej: robiłem po prostu to, co kochałem” – zaznacza, dodając, iż nie zdarzyło się przez lata, by powierzeni mu pasażerowie nie wylądowali bezpiecznie na ziemi. Po uzyskaniu uprawnień do latania odrzutowcami Jim wyjechał do Seattle, a następnie zamieszkał w Anglii. „Zanim przeszedłem na emeryturę, spędziłem za sterami tysiące godzin. Na pozór wiodłem fajne życie, ale nie było w nim miejsca na Boga. Moim jedynym celem było gromadzenie majątku, i byłem w tym dobry: miałem jacht, samolot i kolekcję brytyjskich samochodów sportowych. Im ich więcej miałem, tym więcej chciałem mieć, jednak w tle czaiło się zawsze poczucie pustki i tęsknoty za czymś więcej…” – wyznaje.

    Piekło na ziemi

    Pewnego ranka Jim obudził się, czując zdrętwienie i mrowienie w obu rękach i nogach. Jego samopoczucie pogarszało się z każdym dniem. Wstępne badania wskazywały na stwardnienie rozsiane, jednak kolejne testy wykazały, że mężczyzna cierpi na bardzo rzadką chorobę – zespół Guillaina-Barrégo. Diagnoza nie pozostawiała złudzeń: konsekwencją postępującego paraliżu jest śmierć.

    „Z człowieka, który kiedyś miał pełną kontrolę nad samolotem o wielkiej mocy, stałem się kimś, kto nie był w stanie nawet umyć sobie twarzy” – tłumaczy.

    Mówi o skórzanym pasie trzymanym obok łóżka, na którym zaciskał zęby w chwilach najgorszego bólu, i myśli o samobójstwie, które – jak sądził wówczas – położyłoby kres jego cierpieniu.

    W jednym z kolejnych dni tego piekła na ziemi, jak definiował udrękę wywołaną chorobą, J. Woodford sięgnął po większą niż zazwyczaj porcję tabletek leżących na desce rozdzielczej auta. „Nie próbowałem zabić siebie, tylko ten ból” – wspominał po czasie. Chwilę później, mając wrażenie, że kabina samochodu napełnia się wodą, a on tonie, w przebłysku wyszeptał: „Boże, wybacz mi!”. Wysiadł z auta o własnych siłach, a kiedy z oddali spojrzał na samochód, zauważył za kierownicą bezwładne ciało człowieka. „To byłem ja” – opowiada.

    Podróż do nieba

    Wszedł w tunel światła. „Miałem wrażenie, że poruszam się z prędkością co najmniej tysiąca mil na godzinę. Choć w swojej karierze wiele razy latałem samolotem na wysokości przekraczającej 10 tys. m, to wtedy szybowałem na wysokości przekraczającej zasięg pomiaru przyrządów lotniczych” – relacjonuje w książce „Niebo. Niespodziewana podróż”. Na końcu tunelu była brama, o której Jim wiedział, że musi przez nią przejść. „Kiedy zrobiłem drugi krok, tunel zniknął. Przede mną jakby ktoś narysował linię oddzielającą prawą stronę od lewej. Na prawo – łagodne światło sączyło się przez delikatną mgłę, po lewej grunt osuwał się, tworząc szczelinę głębokiej czerni” – opisuje.

    W ponurej atmosferze J. Woodford słyszał dźwięk skrzypienia bram piekła napełniający duszę przerażeniem. Czuł też wydobywający się z ciemnej masy smród śmierci i beznadziei. „Z ciemności wyłoniło się stworzenie o makabrycznym wyglądzie. Wiedziałem, że idzie po mnie. «Jim, szybko, chodź tutaj. Tu jest twoje miejsce»” – słyszałem. W momencie rozpaczy wypowiedział sześć słów: „Boże, wybacz mi!” i „Boże, pomóż mi!”. A wtedy Bóg – co podkreśla w swoim świadectwie – odpowiedział na jego desperackie wołanie.

    Tak pachnie świętość

    Światło stało się jaśniejsze, a ciemność natychmiast cofnęła się do szczeliny. „Ciemność i zło nie są w stanie pozostawać w świetle Boga” – podkreśla z mocą. Zza jasnej mgły wyłoniły się trzy punkty światła: byli to aniołowie, o których Jim powie, że emanowały pięknem, jakiego nie oddadzą żadne barwy ani słowa, i dostojeństwem. Twarze niebiańskich wysłanników promieniowały miłością Boga. Zdjęty podziwem padł na kolana. „Nie bój się, jesteśmy twoimi stałymi przyjaciółmi” – usłyszał. Zrozumiał wówczas, że byli przypisani do niego od chwili narodzin i że choć człowiek traci blask na skutek grzechu, światło nadal w nim jest, ponieważ został stworzony tchnieniem samego Boga.

    „Najpiękniejsze ziemskie widoki są jedynie niewyraźnymi odbiciami piękna, jakie Bóg przygotował dla nas w raju” – podkreśla J. Woodford, nie ukrywając, iż słowa – zgodnie z zapowiedzią Biblii – nie są w stanie oddać, jak „wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Pisze o kwiatach mających nie tylko barwę, ale też dźwięk, niebie jako nieprzerwanej panoramie ciągnącej się w nieskończoność w każdym kierunku i odczuwanej miłości, której wszechogarniający zapach przenika wszystko wokół! „To jest zapach świętości” – usłyszał od anioła.

    Oczy Jezusa

    Niespodziewana podróż, w jaką wyruszył Jim, odmieniła na zawsze życie jego i wszystkich, którzy dzięki świadectwu pilota uwierzyli w niebo. Pisze o pasmach błyszczącego światła zmierzającego w górę, o których dowiedział się, że są to modlitwy bliskich za jego duszę. „Bóg kocha taką «pocztę modlitewną»” – zaznacza, podkreślając, iż każde nasze ziemskie westchnienie jest w niebie rejestrowane. „Tam nie ma cierpienia ani chorób. Nie ma łez. Jest tylko miłość!” – dodaje.

    J. Woodford relacjonuje także kulminacyjny punkt swojej podróży w zaświaty: spotkanie z Królem królów i Panem panów. O uśmiechu Jezusa pisze: najbardziej promienny, przepiękny, pełen miłości.

    „Najbardziej uderzającą i niezapomnianą cechą twarzy Jezusa są Jego oczy. Przepełniała je niesłabnąca miłość do mnie, do ciebie. W tych oczach było zarówno współczucie, jak i smutek z powodu tych, którzy Go nie uznali, i żal z powodu tego, że ja przeżywałem swoje życie bez Niego” – tłumaczy.

    Jim wspomina, że Jezus ani nie spojrzał na niego ze wstydem, ani go nie osądził. To on sam siebie potępił. Jezus zwrócił się do niego po imieniu z miłością i poleceniem, by wracał i opowiedział braciom i siostrom o cudach, jakie widział w niebie.

    Z misją do świata

    „Wszystko, czego szukałem przez całe życie, miało spełnienie w oczach Jezusa” – wyznaje J. Woodford. Po tym, jak ponownie znalazł się w tunelu, dostrzegł inną twarz krzyczącą w jego kierunku: „James! James!”. „Jakbym naprawdę narodził się na nowo” – mówi o swoim powrocie z zaświatów. Ciało Jima było już przykryte białym prześcieradłem, a nie odłączono go od respiratora tylko dlatego, by dwójka jego dzieci z drugiego końca kraju mogła pożegnać się z ojcem. Ku ogromnemu zaskoczeniu wszystkich – żył! Odszedł i – po 11 godzinach bez żadnych oznak aktywności mózgowej – powrócił, a jego pierwsze słowa do żony po usunięciu rurki z gardła brzmiały: „Byłem w niebie… Widziałem Jezusa”.

    O swoim doświadczeniu, które – jak podkreśla Jim – nie było ani halucynacją, ani skutkiem śpiączki farmakologicznej, mówi, iż zapoczątkowało jego proces nawrócenia. „Odwieczny Bóg wziął emerytowanego pilota i przemienił go w wysłannika Bożej miłości i łaski. Wcześniej troszczyłem się tylko o to, co posiadam. Teraz moje życie stało się Jego własnością” – opowiada.

    O sobie mówi: podróżnik. Nie kaznodzieja ani żaden ekspert w kwestii nieba. „Jestem po prostu człowiekiem, który zobaczył przebłysk chwały Bożej i odtąd pragnie dzielić się nim z samotnym i zmęczonym światem” – podkreśla.

    AW

    Opoka.pl/źródło: Echo Katolickie 43/2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy mamy się bać Bożego sądu?

    Czy mamy się bać Bożego sądu?

    Obraz sądu ostatecznego w katowickiej katedrze/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Na to pytanie odpowiadał ks. Grzegorz Strzelczyk na łamach „Gościa Niedzielnego” w 2002 r.

    –To, co nieznane, zwykle budzi w człowieku jednocześnie lęk i zaciekawienie. Tym bardziej gdy dotyczy jego losu. Trudno się więc dziwić, że ludzkiemu myśleniu o śmierci i o tym, co nastąpi po niej, te dwa uczucia towarzyszę z wielkim natężeniem. Nie jesteśmy od nich wolni także my, wierzący – przyznał teolog obecny i dziś na naszych łamach.

    – Zacznijmy od tego, iż Nowy Testament bardzo powściągliwie wypowiada się o tym, co nas czeka. Ani Jezusowi, ani Apostołom nie zależało na zaspokajaniu ludzkiej ciekawości – zauważył.

    – Nie wiemy, jak będziemy wyglądać po zmartwychwstaniu i jak będzie wyglądał przemieniony świat. Największą chyba niewiadomą jest sposób, w jaki dokona się nasze przejście do nowej rzeczywistości. Utarło się w tradycji chrześcijańskiej ukazywanie go w kategoriach „sądu”. Tym obrazem posługuje się już Stary Testament i trudno się dziwić, że nieraz budzi on zaniepokojenie. Wydaje się bowiem, że niesie ze sobą wizerunek Boga bardzo trudny do pogodzenia z ewangelicznymi przypowieściami o miłosiernym Ojcu czy zagubionej owcy… Nie ułatwiają nam też sprawy liczne dzieła artystów, dla których motyw sądu Boga nad światem stawał się okazją do przedstawiania wyszukanych kar, jakie spotkają ogromne rzesze odrzuconych przez Boga. Ciągną się za nami również całe wieki obfitujące w kazania, w których motyw sądu i potępienia służył jako swoisty straszak, mający „dopomagać” chrześcijanom w prowadzeniu moralnie poprawnego życia. Obraz sądu kojarzy nam się ponadto z naszym ludzkim wymiarem sprawiedliwości: podpadają pod niego przestępcy, efektem zetknięcia się z nim jest – lub być powinna – kara – stwierdził ks. Strzelczyk.

    – Jednak nawet Ewangelie – dodał – posługują się obrazem sądu tuż obok obrazów mówiących o miłości Boga do człowieka, o miłosierdziu, z jakim pochyla się nad grzesznikiem. Jak pogodzić te obrazy? Z naszego punktu widzenia sprawiedliwość wyklucza miłosierdzie, a miłosierdzie przekreśla sprawiedliwość. Zdaje się jednak, że z Bożego punktu widzenia sprawa wygląda nieco inaczej… – zauważył.

    Ks. Strzelczyk przypomniał, że „tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,16-17). – Celem Bożego działania jest zbawienie, szczęście, pełnia życia człowieka, a jego motywem – miłość do nas. W Bożym sądzie ani motyw, ani cel nie zostają zawieszone, wyłączone. On sądzi, żeby zbawić. Sądzi, żeby miłość i miłosierdzie odniosły skutek w człowieku i świecie. Jak to możliwe? – pytał teolog.

    – Warto sobie najpierw uświadomić, iż sąd w starożytności polegał przede wszystkim na rozsądzaniu sporów. Dlatego greckie słowo krinein – „sądzić” może znaczyć też „decydować”, „rozdzielać”. Nam sądzenie kojarzy się przede wszystkim ze skazywaniem. W biblijnych obrazach chodzi jednak bardziej o rozdzielanie i rozróżnianie niż o skazywanie. Wystarczy przywołać przypowieść o kąkolu, który przy żniwie ma być oddzielony od zboża (Mt 13 24—30), czy o oddzielaniu owiec od kozłów w dzień sądu (Mt 25,31-46). W nas i w świecie zło i dobro występują zmieszane, splątane. Sąd Boży położy temu ostatecznie kres. W wymiarze indywidualnym (sąd szczegółowy) zostaniemy ostatecznie oczyszczeni z grzechu i jego skutków (czyściec to właśnie ów moment czy stan oczyszczenia, przez który człowiek przechodzi). W wymiarze wspólnotowym (sąd ostateczny) ujawnione oraz oczyszczone zostaną skutki wszystkich ludzkich decyzji, a tym samym usunięte zło ze świata – tłumaczył ks. Strzelczyk.

    A co z karą i potępieniem? – pytał dalej.

    – Warto przypomnieć najpierw przypowieść o robotnikach w winnicy (Mt 20,1-15). Właściciel najmuje ich za denara za dzień. Niektórych zbiera z rynku zaledwie godzinę przed zakończeniem pracy, i im także ostatecznie wypłaca denara. Bóg gotów jest zrobić wszystko dla naszego zbawienia. Nie na darmo stał się człowiekiem i umarł za nas. Wystarczy minimum współpracy z naszej strony, by mógł nas ze sobą złączyć – być może przez bolesne oczyszczenie. Zagrożeniem dla nas nie jest Bóg i Jego sąd. Jesteśmy nim my sami, bo – niestety – zdolni jesteśmy do ostatecznego odrzucenia Go. On jednak nie przestanie nas szukać i jeśli znajdzie w nas choć odrobinę dobra, zdoła ją ocalić, oddzielić – pisał ks. Grzegorz Strzelczyk.

    JDUD/Gość Niedzielny


    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mogiły nienarodzonych – niemi świadkowie zbrodni aborcji

    (Martin Hudacek, Pomnik Nienarodzonych Dzieci)

    *****

    W święta, w które wspominamy naszych zmarłych, pamiętajmy też o tych dzieciach najmniejszych, bezbronnych, które stały się ofiarami zbrodni aborcji, lub zmarły wskutek poronienia. Wiele ciał tych dzieci bezdusznie wyrzuca się na szpitalny śmietnik. Niektóre szczątki nienarodzonych uratowali obrońcy życia, którzy regularnie organizują tym dzieciom godny, chrześcijański pochówek i stawiają pomniki ich pamięci.

    Obecnie w każdym większym mieście jest cmentarz, na którym znajduje się kwatera dzieci nienarodzonych. Stoi tam również przeważnie pomnik nienarodzonych. W tym miejscu spoczywają szczątki dzieci zmarłych wskutek poronienia oraz dzieci zamordowanych wskutek aborcji. Odwiedzając groby naszych bliskich, warto sprawdzić czy na cmentarzu, na którym się znajdujemy, jest kwatera lub pomnik dzieci nienarodzonych. Jeżeli jest, to pięknym gestem z naszej strony byłoby odwiedzenie tego miejsca pochówku i dar naszej modlitwy.

    W ostatnich latach powstaje na cmentarzach coraz więcej pomników dzieci nienarodzonych. Wiąże się to z rosnąca świadomością społeczną, iż dziecko nienarodzone jest człowiekiem, a jego zabicie jest morderstwem i zbrodnią. Cieszy fakt, iż w Dzień Zaduszny i w Dzień Dziecka Utraconego, z roku na rok, przy tych pomnikach płonie coraz więcej zniczy pamięci, odbywają się wspólne i indywidualne modlitwy.

    Za dzieci nienarodzone możemy się modlić za wstawiennictwem wielu ich patronów. Są nimi m.in. św. Józef, Matka Boża z Guadelupe, św. Stanisław Papczyński, św. Joanna Beretta Molla czy święty Gererd Majella. Obecnie mamy też nowego patrona dzieci nienarodzonych, beatyfikowane najmłodsze dziecko błogosławionej rodziny Ulmów. Zostało ono zamordowane podczas wojny wskutek zabójstwa jego matki przez Niemców. Urodziło się chwilę po śmierci matki i zmarło. Zostało ono uznane za męczennika Kościoła, który został ochrzczony tzw. chrztem krwi. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza, że „ci, którzy ponoszą śmierć za wiarę, nie otrzymawszy chrztu, zostają ochrzczeni przez swoją śmierć dla Chrystusa”. Jest to tzw. chrzest krwi, który „przynosi owoce chrztu, nie będąc sakramentem”.

    W Dzień Zaduszny pamiętajmy też w modlitwie o zmarłych osobach, które za ziemskiego życia były żarliwymi obrońcami dzieci nienarodzonych. Taką wspaniałą osobą była niewątpliwie doktor Wanda Półtawska, która zaledwie 25 października tego roku odeszła do Domu Ojca. Ze zbrodnią aborcji walczyła systematycznie od roku 1956, kiedy to rządzący wówczas w Polsce komuniści tę zbrodnię zalegalizowali.

    Obrońcy nienarodzonych są wyrzutem sumienia dla zwolenników aborcji, dlatego z tak wielką zaciekłością poplecznicy cywilizacji śmierci ich zwalczają. Nie możemy przyglądać się temu spokojnie. Powinniśmy wesprzeć pro-liferów naszą modlitwą i czynem, bo dzięki nim dokonuje się wiele dobra. – Kiedy organizowaliśmy pogrzeb dzieci nienarodzonych, przyszła na te uroczystości pewna matka, która kiedyś, wskutek poronienia, straciła dziecko i nie wiedziała wówczas, że ma prawo odebrać jego ciało ze szpitala i godnie je pochować. Długie lata cierpiała z tego powodu. Podczas naszej uroczystości pogrzebu nienarodzonych, kobieta ta poprosiła o to, aby mogła nieść jedną z trumienek. Niosła ją i bardzo mocno płakała, ale to były łzy oczyszczenia i szczęścia. W końcu mogła zakończyć swoją wieloletnią żałobę – opowiada obrończyni życia nienarodzonych Wanda Kapica.

    PCh24.pl/Adam Białous

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 LISTOPADA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    *********

    Praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca

    i tzw. Komunia wynagradzająca

    NAJŚWIĘTSZE SERCE JEZUSA

    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    *********

    W pierwszy piątek miesiąca ustawiają się kolejki przed konfesjonałami. Niestety, niektórzy zaraz po spowiedzi wychodzą z kościoła – zupełnie nieświadomi, że pierwszy piątek mają „niezaliczony”.

    Pierwszy piątek miesiąca. W wielu konfesjonałach na koniec spowiedzi padnie dziś pytanie: Czy może mi ksiądz jeszcze podpisać książeczkę? Pytać będą dzieci, które w ostatnich tygodniach przystępowały do Pierwszej Komunii i właśnie zaczynają swoją przygodę z dziewięcioma pierwszymi piątkami miesiąca.

    Książeczki do podpisywania to oczywiście znany i powszechnie stosowany (nie tylko wobec najmłodszych) duszpasterski „motywator”, o którego słuszności i sensowności można by długo dyskutować.

    W kolejkach do pierwszopiątkowej spowiedzi ustawią się zresztą nie tylko dzieci pierwszokomunijne, ale i wielu starszych. Niestety, część z nich zaraz po spowiedzi wyjdzie z kościoła, zupełnie nieświadoma, że pierwszy piątek ma „niezaliczony”. Dlaczego? Bo istotą tej praktyki nie jest bynajmniej spowiedź, ale przyjęcie Komunii Świętej z intencją wynagrodzenia Jezusowi za grzechy własne i innych ludzi.

    Skąd pierwsze piątki miesiąca?

    Z objawień, jakie miała żyjąca w drugiej połowie XVII w. francuska siostra zakonna, Małgorzata Maria Alacoque. Przez ponad półtora roku Pan Jezus ukazywał jej swoje Najświętsze Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Zachęcał też siostrę Małgorzatę do jak najczęstszego przyjmowania Go w Komunii.

    W tamtych czasach wcale nie było to oczywiste. Siostra Małgorzata za każdym razem musiała uzyskać zgodę spowiednika (ale to też temat na osobny tekst). Wreszcie Pan Jezus przekazał wizjonerce obietnicę:

    Przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do Komunii Świętej dam łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych, a to Serce Moje stanie się dla nich ucieczką w godzinę śmierci – czyli krótko mówiąc, „gwarancję” zbawienia.

    Poza tą najważniejszą obietnicą złożył jeszcze jedenaście innych dla tych, którzy będą czcili Jego Najświętsze Serce:

    Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę sam ich pociechą we wszystkich smutkach i utrapieniach życia. Będę ich ucieczką najbezpieczniejszą w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci. Błogosławić będę wszystkim ich zamiarom i sprawom. Grzesznicy znajdą w Mym Sercu źródło i całe morze niewyczerpanego nigdy miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe szybko dostąpią wielkiej doskonałości. Zleję obfite błogosławieństwo na te domy, w których obraz Serca Mego Boskiego będzie zawieszony i czczony. Kapłanom dam moc zmiękczania serc najzatwardzialszych. Imiona osób, które rozpowszechniać będą nabożeństwo do Mego Boskiego Serca, będą w nim zapisane i na zawsze w nim pozostaną.

    Trzeba przyznać, że „oferta” jest dość „atrakcyjna”, a cena „niewygórowana”. Ale uwaga!

    Dziewięć piątków i po sprawie?

    Każdy, kto ma choć odrobinę duchowej wrażliwości, rozumie doskonale, że w obietnicach danych siostrze Alacoque i w praktyce pierwszych piątków nie chodzi o „zaliczenie” dziewięć razy pewnego religijnego rytuału, którego to „zaliczenia” skutkiem będzie „gwarancja” zbawienia.

    Dziewięć kolejnych miesięcy (dziewięć, jak ciąża!), kiedy dbamy o to, by w pierwszy piątek móc przyjąć Jezusa w Eucharystii ma w nas „urodzić” zbawienny „nawyk” świadomego dbania o życie sakramentalne. Troskę o bliskość z Jezusem obecnym w sakramentach, która będzie nam towarzyszyć aż po dzień ostatecznych narodzin do życia wiecznego. Nie chodzi o magiczne „zaliczenie” czegokolwiek, ale o wypracowanie w sobie pewnej postawy na całe życie.

    Co to jest Komunia wynagradzająca?

    Chodzi o intencję, z jaką przyjmujemy Eucharystię. Przyjmuję Jezusa i mam konkretną intencję, a więc robię to świadomie, uważnie, nieautomatycznie. Mam intencję, więc myślę o tym, co właśnie robię i co się dzieje. Przyjmuję Jezusa, który kocha mnie bezgranicznie i nieodwołalnie, mimo że ja wciąż uciekam od Niego ciągle w te same grzechy i ciągle potrzebuję Jego przebaczenia.

    Czy da się komuś wynagrodzić wylane z mojego powodu łzy? Oczywiście, że nie. A tym bardziej wylaną krew. Nie chodzi więc o „spłacenie długu”, ale o uświadomienie sobie miłości.

    Wynagradzamy” Jezusowi cierpienia, jakie zniósł z powodu naszych grzechów, kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani. Niemożliwe, żeby świadomość tego, jak bardzo jestem kochany niczego we mnie nie zmieniła. Miłość budzi miłość. A obudzona miłość przemienia skuteczniej niż wszystkie „dobre postanowienia” razem wzięte. Ponieważ mam fatalną skłonność do zapominania o tej miłości, więc Jezus proponuje mi, bym przynajmniej raz w miesiącu, przyjmując Go w Komunii, spróbował odnowić w sobie tę świadomość.

    Czy w pierwszy piątek trzeba iść do spowiedzi?

    Niekoniecznie. Sakrament pokuty i pojednania to jest oczywiście bardzo szczególne miejsce doświadczania przemieniającej mnie od środka miłości Boga. Dlatego warto przystępować do niego regularnie (choćby właśnie raz w miesiącu). Ale niekoniecznie musi to być akurat w pierwszy piątek, kiedy kolejki do konfesjonałów są najdłuższe.

    Chodzi o to, by być w stanie łaski uświęcającej i móc przyjąć Komunię. Do spowiedzi mogę pójść kilka dni wcześniej albo później, jeśli akurat jej nie potrzebuję (to znaczy: jeśli nie mam grzechów ciężkich uniemożliwiających przyjęcie Eucharystii). Ważne, bym robił to świadomie i regularnie. Bym trwał w łasce uświęcającej, a gdy ją stracę, od razu do niej wracał przez spowiedź.

    A jeśli ominę któryś pierwszy piątek?

    Czy muszę zaczynać od nowa? Nie muszę. Bo nie chodzi o to, żebym nie przerwał „magicznego” ciągu dziewięciu pierwszych piątków kolejnych miesięcy, ale bym prowadził nieprzerwanie życie w relacji z Bogiem, którą odnawiają i podtrzymują we mnie dane przez Niego sakramenty. A to ciągle – po każdym grzechu – zaczynam od nowa.

    Pierwszy piątek ma uwrażliwić mnie na miłość Boga objawioną mi ostatecznie na krzyżu Jezusa. Jednak w tym wszystkim chodzi o Niego samego i Jego miłość do mnie, a nie o datę.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niebo gwarantowane? Prawda o obietnicach

    i nabożeństwie pierwszych piątków

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    Nabożeństwo pierwszych piątków od lat cieszy się wśród wiernych wielką popularnością. Z tą praktyką wiąże się słynne dwanaście obietnic, jakie Pan Jezus zostawił w objawieniach siostrze Małgorzacie Marii Alacoque.

    Co zostało obiecane tym, którzy wytrwają przez 9 pierwszych piątków? W jaki sposób to nabożeństwo może przemienić nasze życie duchowe? Na czym polega spowiedź wynagradzająca? Tajniki pierwszych piątków odsłaniają ks. Mateusz Dudkiewicz i Marek Zaremba w najnowszej książce “Dwa Serca”.

    Miriam Arbter‑Korczyńska: Jakie obietnice są związane z nabożeństwem pierwszych piątków?

    Marek Zaremba*: W trakcie objawień Pan Jezus przekazał siostrze Małgorzacie Marii Alacoque bardzo konkretne przyrzeczenia. Skierowane do nas wszystkich! Zakonnica opisała je w swoich listach, które po jej śmierci zostały zebrane i opublikowane w postaci słynnych dwunastu obietnic. Każda oddana pierwszopiątkowym nabożeństwom dusza ma otrzymać wiele błogosławieństw.

    Po pierwsze, zostanie obdarzona wszystkimi łaskami potrzebnymi w jej stanie. Zgoda i pokój będą panowały w jej rodzinie. Nasz Pan będzie ją pocieszał we wszystkich strapieniach, stając się bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wszystkie jej przedsięwzięcia zostaną obficie pobłogosławione. Każdy grzesznik znajdzie w Sercu naszego Pana źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi, a dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Chrystus obiecuje błogosławieństwo dla domów, w których obraz Jego Serca będzie umieszczony i czczony.

    Kapłanom (to coś dla Mateusza) da moc kruszenia zatwardziałych serc. Moje kruszy bezpardonowo (śmiech). Natomiast imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w Sercu naszego Pana i na zawsze w Nim pozostaną. Chrystus przyrzeka miłosierdzie w nadmiarze oraz że udzieli wszechmocnej miłości wszystkim, którzy spełnią warunki nabożeństwa w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu. Dusze te otrzymają łaskę pokuty ostatecznej i nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów. Nic dodać, nic ująć! Niebo gwarantowane!

    Co Ty na to, Mateuszu?

    Ks. Mateusz Dudkiewicz**: Warto dodać, że nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca jest drogą dla tych, którzy chcą stale rozwijać życie duchowe. Naturalne powinno być, że kiedy uczestniczymy w Eucharystii, przystępujemy do Komunii Świętej.

    Musimy sobie to stale uświadamiać. Jeżeli nie możemy przystąpić do Komunii Świętej, ważne, żebyśmy chcieli jak najszybciej skorzystać z sakramentu pokuty, a nie czekali do pierwszego piątku czy kolejnych świąt. Niestety obserwujemy takie zjawisko w naszych kościołach – przyzwyczailiśmy się do tego i przestało nas to razić – że większość uczestników liturgii nie przystępuje do Komunii Świętej… Wyjątkiem są okresy świąteczne.

    Myślę, że trzeba walczyć o zmianę tego zwyczaju. Nieprzystępowanie do Komunii w czasie Uczty Ofiarnej powinno być dla nas czymś dziwnym, nielogicznym. Popatrzmy na naszą codzienność. Idziemy na przyjęcie czy do restauracji lub pizzerii: jeżeli przy stole siedzi dziesięciu młodych ludzi i zamawia trzy pizze, to ktoś, kto nie zje ani kawałka i nic nie pije, zostanie uznany za dziwaka. Pytamy go, czy może jest chory, coś się stało, ma problemy żołądkowe czy uczulenie. Natomiast w kościele na sto osób tylko dwadzieścia przystępuje do Komunii Świętej i nie widzimy w tym problemu…

    Dlaczego pierwsze piątki? Skąd pomysł na takie cykliczne nabożeństwo?

    Marek Zaremba: Z jednej strony trudno dziś patrzeć na Boga, który przebacza tym, którzy po ludzku nie zasługują na miłosierdzie. Z drugiej – żyjemy w czasach urojonego miłosierdzia pod hasłem: „Hulaj dusza, piekła nie ma”.

    W Dzienniczku św. Faustyny przeczytamy, że w piekle jest najwięcej tych, którzy w piekło nie wierzyli. Pokuta, dobrowolne cierpienie czy jakikolwiek wysiłek duchowy przerażają współczesnego człowieka, ponieważ przesłanie Jezusa o Jego ekonomii miłosierdzia może wydawać się wręcz nielogiczne. Jednak miłosierdzie i hojność Boga zawsze przekraczają umysł człowieka i nasze oczekiwania! To mnie osobiście skłania do tego, aby Mu ufać i być wiernym apostołem Najświętszego Serca Jezusa.

    Pamiętam, jak po nawróceniu stale grały mi w sercu słowa: „Dbaj o mój Kościół, a Ja zadbam o wszystkie twoje sprawy!”. Kiedy uświadomiłem sobie, że nasz Pan zawsze dotrzymuje słowa, postanowiłem żyć Jego obietnicą, wręcz oddychać sercem, ale nie z przymusu, tylko z miłości – za ten wielki dar! Wiedząc, że sobie na to kompletnie nie zasłużyłem. Boża obietnica jednak dalej dla wielu jest mglista; wybieramy życie pełne rozczarowań, opieramy się wyłącznie na ludziach i układach.

    Trudno nam uwierzyć, że nasz Pan ma realny wpływ na nasze przyziemne sprawy, a w zamian za pomoc w budowaniu Jego Kościoła oczekuje tak niewiele! Chociażby spowiedzi i Komunii przez dziewięć kolejnych miesięcy właśnie w pierwszy piątek miesiąca.

    Co powinniśmy rozumieć przez spowiedź wynagradzającą?

    Marek Zaremba: Dzięki nabożeństwu pierwszych piątków nauczyłem się lepiej przygotowywać do spowiedzi. Dzięki niemu też od lat mam raz w miesiącu ustalony czas na spotkanie z przyjacielem, który odpuszcza mi moje grzechy. Jak mawiał Balzac, regularność dobrych obyczajów zapewnia długowieczność i zdrowie. Choć kto czytał jego życiorys, wie, że pisarz ostro balował (śmiech).

    Jednym z podstawowych elementów kultu Bożego Serca jest właśnie spowiedź wynagradzająca. To spojrzenie nie tyle na własne zło czy wciąż popełniane błędy, które mogą nas prowadzić do smutku i zniechęcenia, ile przede wszystkim wyznanie Boskiemu Sercu jeszcze większej miłości. Droga naszego apostolstwa i rozwijająca się stale przyjaźń z Jezusem przestają być wtedy jedynie wypełnianiem nakazów czy (nie daj Boże) odhaczaniem kolejnego piątku ze strachu przed potępieniem lub dla samych obietnic. Ten etap ma nam przypomnieć, że warto planować i przeżywać głębszą spowiedź.

    Możemy na przykład poszukać stałego spowiednika czy kierownika duchowego, szczególnie kiedy pomimo nawet częstych spowiedzi nie odzyskujemy upragnionego pokoju serca. Człowiek, który podejmuje trud wynagradzania, upodabnia się do Jezusa, w którym wynagrodzenie dokonuje się w sposób jedyny i ostateczny, o czym przypominają nam słowa Jezusa zapisane przez św. Małgorzatę Alacoque: „Moje Boskie Serce jest tak rozpalone miłością do ludzi, że już nie może dłużej stłumić w sobie płomieni tej palącej miłości”.

    *Marek Zaremba – dyplomowany dietoterapeuta, specjalista medycyny komórkowej i terapeuta I stopnia medycyny św. Hildegardy. Jest autorem książek: Boży skalpel, Serce ojca, Jaglany Detoks.

    **ks. Mateusz Dudkiewicz – wikariusz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bielsku-Białej. Nauczyciel w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii. Człowiek tysiąca pomysłów, który zwykł powtarzać za św. Janem Bosko: „Odpoczniemy w niebie”.

    *fragment opracowany na podstawie książki “Dwa serca” ks. Mateusza Dudkiewicza i Marka Zaremby, wydawnictwo Esprit 2021; tytuł, lead, śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Komu przeszkadza Spowiedź Święta?

    (źródło: stock.adobe.com)

    *****

    Chrystus ustanowił sakrament pokuty dla wszystkich grzeszników w Kościele, a przede wszystkim dla tych, którzy po chrzcie popełnili grzech ciężki i w ten sposób utracili łaskę chrztu oraz zadali ranę komunii kościelnej – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego (art. 1446).

    Gdy popełniamy grzech, wyrzekamy się Chrystusa i stajemy po stronie szatana. Konfesjonał jest tym wspaniałym miejscem, gdzie możemy na powrót stać się dziećmi Bożymi oraz odzyskać łaskę Bożą, potrzebną do zbawienia i godnego przyjęcia Najświętszego Sakramentu. Możemy niejako wyprać swoje sumienie z brudu grzechu. Spowiedź jest także ogromnym bodźcem do poprawy swojego życia, do walki ze swymi grzechami i słabościami.

    Niestety, ostatnio przez Polskę przetoczyła się kampania mająca na celu podważenie sakramentu pokuty. Zasłaniając się rzekomą troską o dobro dzieci osoby, które często i tak nie są katolikami, wypowiedziały walkę ustanowionemu przez samego Boga sakramentowi. Przy okazji nie obyło się bez rytualnego okazania pogardy dla katolickich kapłanów, którym sam Chrystus dał władzę odpuszczania grzechów.

     Uważam, że spowiedź dzieci powinna być zakazana – powiedział Robert Biedroń, promujący zboczenia aktywista ruchu LGBT. – Jestem za. Tak samo jestem za zniknięciem religii ze szkół. Moje dzieciaki są bez sakramentów, nie chodzą na religię i żadnemu obcemu facetowi, który pewnie ma więcej za uszami niż one, spowiadać się nie będą! – podchwyciła entuzjastycznie wypowiedź europosła jedna z internautek. I, niestety, nie była osamotniona w swojej opinii…

    Stowarzyszenie Ks. Piotra Skargi stanowczo sprzeciwia się takim zideologizowanym i głęboko szkodliwym pomysłom mającym zdezawuować sakrament spowiedzi czy wprost zakazać jego sprawowania. Wyrazem tego jest przygotowany przez nas pakiet „Spowiedź Święta”, który ma podkreślić znaczenie tego kluczowego dla naszego zbawienia i życia duchowego sakramentu.

    Zawiera on:

    • broszurę z najważniejszymi informacjami na temat tego sakramentu i szczegółową instrukcją, jak dobrze się spowiadać wraz z rachunkiem sumienia przygotowanym przez ks. prof. Pawła Bortkiewicza TCh;
    • kieszonkowy tryptyk z modlitwami przed i po spowiedzi oraz warunkami dobrej spowiedzi.

    Wartość zestawu to 15 zł, wliczając w to koszty wysyłki.

    Aby otrzymać pakiet „Spowiedź Święta”, wystarczy złożyć zamówienie na stronie internetowej www.TradycyjneSakramenty.pl lub też zadzwonić pod numer 12 423 44 23 i podać kod 031706.

    Na wspomnianej stronie można również zamówić pakiety „Chrzest Święty”, „Komunia Święta”, „Bierzmowanie” i „Małżeństwo”, a w niedalekiej przyszłości także inne upominki poświęcone Sakramentom Świętym.

    Gorąco zachęcamy do skorzystania z tej możliwości i obdarowania swoich najbliższych pięknymi, utrzymanymi w tradycyjnej stylistyce, katolickimi prezentami!

    PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________

    4 LISTOPADA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00 MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXXI NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Pierwsza sobota miesiąca. Maryja:

    “Przybędę z łaskami”

    Matka Boża Fatimska

    *****

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, które tu omawiam, jest ściśle związane z Objawieniami Fatimskimi, których 101 rocznicę obchodzimy w tym roku. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:
    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    Dzisiaj zatrzymamy się nad pierwszym bluźnierstwem przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który brzmi: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

     Niestety sam termin “Niepokalane Poczęcie” wielu ludzi doprowadza do najwyższej irytacji. Często słychać nawet z ust ludzi wierzących “wszystko w tym chrześcijaństwie mogłabym przyjąć, tylko tego Niepokalanego Poczęcia nie mogę przełknąć!”. Takie spojrzenie jest dobrym powodem, aby spokojnie się zastanowić nad tą prawdą wiary katolickiej, którą dopiero w dziewiętnastym wieku uznano za dogmat. Trzeba tu jednak dodać, że cztery lata później „samo Niebo” jakby go potwierdziło „posyłając” Maryję do skromnej 14 letniej Bernadety w Lourdes, a Ona w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku powiedziała: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Gdy słyszę, jak ktoś w podobny sposób podważa dogmat o Niepokalanym Poczęciu nietrudno udowodnić takim ludziom, że w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo często bywa tak, że mylą oni dogmat o Niepokalanym Poczęciu z zupełnie inną prawdą wiary o dziewictwie Maryi i narodzinach Bożego Syna z Dziewicy. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego i o Niej słyszymy: błogosławioną między niewiastami. Jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie Bóg przemawiał przez proroków chcąc wejść w ludzkie życie i szukając, którędy by mógł do nas wejść, i tak Pan znalazł otwarte Serce Maryi na boży głos gotowe wypełnić Bożą wolę. Kiedy chce przemówić do nas – choćby w tym nadchodzącym czasie pokuty – to być może szuka właśnie owego Maryjnego punktu w naszym życiu. Być może nie interesuje Go, jak bardzo jesteśmy pobożni, moralni, ascetyczni i zdyscyplinowani – chce raczej wiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na Jego Słowo i Jego wolę, czyli jak bardzo jest otwarte nasze serce. 
    Brama, przez którą wchodzi Pan w historię życia ludzkiego, jest Maryjne FIAT, “stań się” – “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”. U początków dzieła stworzenia znajduje się Boże FIAT – Niech się stanie! Niech się stanie światłość! Niech się stanie ziemia! Niech się staną słońce i gwiazdy! To Boże słowo wyraża Jego władze i stwórczą potęgę, powołuje rzeczy z niebytu do bytu – tak było na początku dzieła stworzenia o czym czytamy w księdze Rodzaju.

    Gdy jednak ludzkość uległa podszeptom szatana i uległa grzechowi, Pan rozpoczyna swoje dzieło naszego odkupienia, przez które dziełu stworzenia dopiero nadaje ostateczną głębię i sens. To dzieło również jest zależne od FIAT Maryi – będące ludzką odpowiedzią na Boże wezwanie. Słowo wiary Maryi: “Fiat mihi secundum verbum Tuum” – “Niech mi się stanie według słowa Twego”. Owo FIAT czyli “stań się” wypowiada Maryja całym swoim jestestwem, całą swoją wiarą i życiem Ta, która nie doznała skazy grzechu pierworodnego.

    Cieszmy się zatem, że mamy taką Matkę, która dla nas jest też prawdziwym przykładem, że Pan Bóg ma w swej opiece tych, którzy Mu ufają.

    W każdym czasie naszej egzystencji chcemy się uczyć takiej wiary i ufności – dlatego my Sercanie Biali zapraszamy do naszego klasztoru w Polanicy Zdroju ul. Reymonta 1, do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, czyli SZKOŁY SERCA na pierwsze soboty miesiąca, aby razem wynagradzać za grzechy, jakich dopuszczają się ludzie, także niewierzący, przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi, a w konsekwencji przeciw Bogu, ale również uczyć się od Maryi miłości i posłuszeństwa Panu Bogu, czyli mówić Bogu w sposób świadomy i odważny FIAT „niech mi się tak stanie”. 
    Nasze modlitewne spotkanie zaczynamy o godzinie 20.00 Mszą Świętą, a później Różaniec wynagradzający i czuwanie. Jest to dobra okazja do odbycia spowiedzi. 
    (Szczegóły na stronie www.sanktuarium-fatimskie.pl ) 
    W ten sposób chcemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za różne obelgi i bluźnierstwa.
    Zapraszamy wszystkich chętnych do przybycia do MATKI… 
    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”.

    o. Zdzisław Świniarski SSCC (Sercanin Biały)/fronda, 2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Angelo Comastri:

    Kościół jak przed Bitwą pod Lepanto, odmawiajmy różaniec

    Procesja różańcowa

    Na zakończenie obrad Synodu została odprawiona uroczysta Msza św. w Bazylice św. Piotra a następnie o godzinie 21.00 na placu św. Piotra miała miejsce procesja różańcowa ze świecami ku czci Najświętszej Maryi Panny.

    Modlitwę prowadził kardynał Angelo Comastri, wieloletni archiprezbiter Bazyliki Watykańskiej. Zachęcając do tej w wieczornej modlitwy odwołał się do Bitwy pod Lepanto, w której chrześcijanie w 1571 r. pokonali turecką flotę.

    Kościół przeżywa bardzo trudne chwile

    „Dlaczego tak ważny jest różaniec? Bardzo często przypominam w ostatnim czasie, że bitwę pod Lepanto, przed którą drżał ze strachu cały Kościół, wygraliśmy różańcem. Św. Pius V nigdy nie przestawał tego przypominać, że było to zwycięstwo różańca. A dziś stoimy przed wieloma bitwami pod Lepanto. Kościół przeżywa chwile naprawdę bardzo trudne. Kryzys rodziny jest przerażający. A bez rodziny nie może żyć ani społeczeństwo, ani Kościół. I bez rodziny nie będzie też powołań. Stąd tak ważna jest modlitwa. To nie jest jakiś dodatek. Modlitwa jest niezbędna, bez niej nie da się żyć. (…) I nie wolno w niej ustawać. Pan Bóg zawsze odpowiada. I Matka Boża też zawsze odpowiada na modlitwę. Pamiętam, co opowiadał kard. Caffarra, bliski przyjaciel s. Łucji z Fatimy. Poprosił kiedyś s. Łucję: zapytaj się Matki Bożej, dlaczego nie spełniła się jeszcze Jej obietnica o triumfie Jej Niepokalanego Serca? A s. Łucja odpowiedziała: w bitwach to nie tylko generał zwycięża, ale również jego żołnierze, którzy z nim współpracują. A wy nie współpracujecie! Zdumiewająca jest ta odpowiedź.“

    Vatican News

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________

    Bóg przygotowuje uderzenie, jakiego jeszcze nie było. Orędzie Matki Bożej z La Salette

    screenshot Youtube / fot. Qfamily via Flickr, CC BY 2.0

    *******

    Bóg przygotowuje uderzenie, jakiego jeszcze nie było.

    Orędzie Matki Bożej z La Salette

    Orędzie z La Salette, zaakceptowane przez Watykan.

    Było to dnia 19 września 1846 roku, w sobotę, w dzień poprzedzający Święto Siedmiu Boleści Maryi. Słoneczny ranek zagościł w kotlinie La Salette. Dwoje pastuszków, Maksymin i Melania, wypędzają swoje stado zygzakowatą drogą po zboczu Planeau pod górę, na pastwisko w granicach gminy La Salette. Nie domyślają się, że prowadzi ich tajemnicza dłoń. Piotr Selme, gospodarz, u którego w tym tygodniu Maksymin jest na służbie, przez całe przedpołudnie kosi trawę w pobliżu dzieci pasących stada.

    Około południa słychać z wioski La Salette głos dzwonu na Anioł Pański.  Dzieci spędzają zwierzęta razem i prowadzą je w inne miejsce płaskowyżu. Najpierw poją krowy w potoku Sezia, w tzw. zbiorniku dla bydła i pędzą je na łagodne zbocze góry Gargas. Same zaś siadają w dole, na lewym zboczu Sezii, obok źródła dla zwierząt i spożywają przyniesiony ze sobą  czarny chleb z serem. Piją do tego świeżą źródlaną wodę, a wierny towarzysz Maksymina – pies Lulu, również dostaje swoją porcję jedzenia.

    Inni pasterze, pasący niedaleko Maksymina i Melanii, też przyprowadzili swoje bydło do źródła, aby je napoić i aby również się posilić. Maksymin i Melania zostają w końcu sami. Siadają wygodnie po prawej stronie strumienia, obok małej studni, która w lecie zawsze wysychała. Ponieważ bawiły się przez całe przedpołudnie i już od samego świtu były na nogach, są zmęczone. Słońce praży na odsłoniętych stokach – i dzieci, wbrew swoim zwyczajom, zasypiają.

    Po półtorej godzinie Melania nagle się budzi. Pierwsza jej myśl dotyczy krów. Zrywa się na równe nogi i rozgląda się wokoło, wypatrując zwierząt. Nie może ich jednak zobaczyć z niecki, w której się znajduje. Wówczas przestraszona woła: Maksyminie, chodź, nie ma naszych krów! Na wpół śpiący jeszcze chłopiec mówi do swej towarzyszki: Co się stało? Co tak krzyczysz? Melania znów powtarza: Krowy zniknęły! Dzieci zrywają się szybko z miejsca i pędzone strachem biegną pod górę, na małe wzniesienie. Spostrzegają, że krowy pasą się na przeciwległym zboczu góry Gargas.

    Z westchnieniem ulgi Melania chce zawrócić z powrotem do niecki, ale w połowie drogi staje jak wryta, ogarnięta ponownie strachem. Najpierw nie może wydobyć z siebie żadnego słowa. Później woła słabym głosem: Memin, spójrz na tę wielką jasność tam w dole! Gdzie, gdzie? – odpowiada chłopiec i doskakuje do dziewczynki. Nad kamieniem, na którym spali niedawno, unosi się tajemnicza, wielka ognista kula To wyglądało jak słońce, które spadło na ziemię – powiedzą dzieci później – ale o wiele piękniejsze i jaśniejsze niż słońce. Światło staje się coraz większe i im bardziej się powiększa, tym intensywniej świeci. Co to może być? – jak błyskawica przez głowę dziewczynki przelatuje myśl: to może być Zły, którym grozili jej niekiedy ludzie majstra, gdy była niegrzeczna. Ach, Boże kochany – wzdycha i wypuszcza z ręki pasterski kij. Maksymin jest również wystraszony. Podobnie jak Melania wypuszcza kij, ale natychmiast go podnosi i mówi: Trzymaj swój kij, ja trzymam swój, a jeżeli to coś nam zrobi, już ja je zdzielę. W tym momencie jasność zaczyna robić się nagle przeźroczysta. W roziskrzonym świetle ukazują się dwie ręce, w rękach zaś ukryta twarz. Coraz wyraźniej zarysowuje się kształt postaci. Zdaje się siedzieć, pochylona z głową do przodu, jak kobieta, którą przygniata ciężkie brzemię lub wielkie cierpienie. Następnie świetlista kula zaczyna się rozjaśniać ku górze, a dziwna osoba wstaje, odejmuje ręce od twarzy, chowa je w szerokich rękawach sukni, zbliża się do pastuszków i uspokaja ich słowami pełnymi dobroci. Zwraca się do dzieci, które wciąż jeszcze stoją nieruchomo, nie spuszczając z Niej oczu. I teraz słyszą głos:“Zbliżcie się moje dzieci, nie bójcie się! Jestem tutaj, aby przekazać wam ważne Orędzie”.

    Głos nieznajomej Pani brzmi serdecznie i łagodnie jak muzyka. Wszelki strach gdzieś pierzchnął, a dzieci zbiegają zboczem w dół, do tajemniczej postaci. Pani pełna majestatu podchodzi bliżej, a potem stają tak blisko siebie, że nikt nie mógłby przejść między nimi. Przed nimi stoi Pani pełna dostojeństwa, ale i matczynej troski. Jest tak piękna, iż od tej pory dzieci mają dla Niej tylko jedno imię – “la belle Dame” – Piękna Pani. Ma na sobie złocistą szatę, na której promienieją niezliczone gwiazdy. Korona z róż otacza Jej głowę. W każdej róży lśni świetlisty diament, a całość wygląda jak lśniący diadem królowej. Na długą, białą szatę ma zaś założony złocistożółty fartuch. Na Jej nogach – skromne białe buty, obsypane jednak perłami, a Jej stopy przyozdabia mała girlanda z róż we wszystkich kolorach. Trzeci wieniec z róż okala Jej niebieską chustę na ramionach, na których dźwiga ciężki, złoty łańcuch. Na małym łańcuszku wokół szyi wisi krzyż z młotkiem i obcęgami po bokach. A Chrystusa na krzyżu widzą dzieci, jak gdyby był żywy. Promienieje z Niego całe światło, w którym zanurzona jest Zjawiona. Szlachetna, owalna twarz Pięknej Pani jest pełna wdzięku, którego żaden artysta nie jest w stanie oddać. Promieniuje najjaśniejszym blaskiem. Oczy zaś pełne są nieskończonego bólu, Pani płacze bez przerwy gorzkimi łzami. Jednakże łzy te płyną jedynie do wysokości krzyża na piersi i zamieniają się tam w promienisty wieniec świetlistych pereł. Całe zjawisko jest przeźroczyste i unosi się odrobinę nad ziemią. Wszystko błyszczy i migocze, iskrzy się i promienieje.  Dzieci stoją zdumione i zapominają o wszystkim wokół siebie.

    Zjawiona obejmuje dzieci spojrzeniem pełnym matczynej miłości. Potem zaczyna mówić: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak ciężkie i tak przygniatające, że już dłużej nie będę mogła go podtrzymywać.

    Od jak dawna już cierpię z waszego powodu! Chcąc, aby Mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona nieustannie wstawiać się za wami. Ale wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście wiele się modlili i czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić mi trudu, którego się dla was podjęłam.
    Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie, i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ramię Mego Syna tak ciężkim. Woźnice przeklinają, wymawiając Imię Mojego Syna. Te dwie rzeczy czynią ramię Mego Syna tak ciężkim.
    Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robiliście; przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinaliście, wymawiając Imię Mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale.”


    Tu Zjawiona przerywa nagle. Podczas gdy mówi o ziemniakach, Melania odwraca się do Maksymina, jak gdyby chciała go zapytać, co Piękna Pani chce przez to powiedzieć. Melania rozumie tylko niektóre słowa francuskie, m.in. również pomme jako jabłko. “Ach, nie rozumiecie, dzieci! Powiem wam to inaczej.” Powtarza im w miejscowej gwarze to, co już powiedziała o zbiorach i kontynuuje w dialekcie: “Jeżeli macie zboże nie trzeba go zasiewać, bo wszystko, co posiejecie, zjedzą zwierzęta. A jeżeli coś wyrośnie, obróci się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód, lecz zanim to nastąpi, dzieci poniżej lat siedmiu będą dostawały dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą cierpieć z powodu głodu. Orzechy się zepsują, a winogrona zgniją.”

    Zjawiona znowu przerwała. Każdemu z dwojga dzieci powierzona zostaje tajemnica w taki sposób, że żadne nie słyszy, co Pani mówi drugiemu. Później Pani kontynuuje: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. A teraz Zjawiona stawia im pytanie: Czy dobrze się modlicie, moje dzieci? Obydwoje odpowiadają zupełnie szczerze: Niespecjalnie, proszę Pani. Na to następuje matczyne napomnienie: Ach dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem. Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Latem na Mszę Świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedziele przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na Mszę świętą jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy! Piękna Pani stawia dzieciom jeszcze jedno pytanie: Moje dzieci, czy nie widziałyście nigdy zepsutego zboża?”

    Maksymin, nie zastanawiając się długo odpowiada w imieniu ich obojga: “Nie, proszę Pani, nigdy nie widzieliśmy”.
    Wtedy Pani zwraca się do chłopca: “Lecz ty Maksyminie, musiałeś je widzieć. Nie przypominasz sobie, jak kiedyś szedłeś z ojcem z Coin do Corps? Tam wstąpiliście do zagrody. Gospodarz powiedział: „Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje”. Poszliście razem.

    Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. W drodze powrotnej do domu ojciec dał ci kawałek chleba ze słowami: „Weź to, kto wie, czy na Boże Narodzenie będziemy mieli jeszcze cokolwiek, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło”. – “Tak, zgadza się, proszę Pani!” – woła ożywiony Maksymin – “teraz sobie przypominam. Nie pomyślałem o tym”.

    Wtedy Piękna Pani daje im taki nakaz: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi!” 
    Potem oddala się od pastuszków, przechodzi strumień Sezia i unosi się w górę drogą w kształcie litery S. Przy tym powtarza swoją prośbę, tym razem już nie w dialekcie, spoglądając w stronę Rzymu: “A więc, moje dzieci, przekażcie to dobrze całemu mojemu ludowi!” 

    Przybywszy na szczyt wzniesienia Pani unosi się na około półtora metra nad ziemię. Jeszcze raz ogarnia swoim matczynym spojrzeniem dzieci i całą ziemię. Przestaje płakać i wydaje się jeszcze piękniejsza niż przedtem. Jednak głęboki smutek pozostaje na Jej obliczu. Pastuszkowie patrzą teraz ze zdziwieniem, jak postać zaczyna rozpływać się w blasku, który Ją opromienia. Najpierw znika głowa, później ramiona, a w końcu całe ciało. Tylko kilka róż, którymi były przyozdobione Jej stopy, unosi się jeszcze przez chwilę w powietrzu. Maksymin podskakuje do góry i chce je chwycić, jednak wtedy znikają również i one, i wszystko się kończy.

    Dzieci stoją pogrążone w zadumie. Melania pierwsza odzyskuje mowę: Musiała to być jakaś wielka Święta! A Maksymin dodaje: O gdybyśmy wiedzieli, że to była wielka Święta, poprosilibyśmy Ją, aby nas zabrała ze sobą do nieba! A Melania z żalem wzdycha: Ach, gdyby tak jeszcze tu była! Potem dodaje: Chyba nie chciała, abyśmy zobaczyli, dokąd pójdzie.

    Dzieciom zostaje wspomnienie – wspomnienie, które jest obecne w ich sercach i nigdy nie wygaśnie – a także polecenie Pięknej Pani, by przekazały dalej Jej Orędzie.

    Wiadomość o Objawieniu i cudownym źródle rozchodziła się niezwykle szybko. W pierwszą rocznicę Objawienia, dnia 19 września 1847 roku, frekwencja przypominała wędrówkę ludów. Już dzień wcześniej wszystkie ulice i drogi pełne były ludzi. Kościoły w okolicznych wioskach były oblegane przez tych, którzy chcieli przystąpić do sakramentów świętych – znak, że to nie tylko ciekawość wiodła te tłumy ludzi do La Salette.

    Do badania i oceny objawienia Maryjnego uprawniony jest biskup diecezji, w której się ono zdarzyło. Biskup wypowiada się w tym wypadku jako oficjalny reprezentant całego Kościoła przy czym zobowiązuje się do wnikliwego przeanalizowania faktów i potwierdza naturalną pewność idącą w parze 

    z tymi udowodnionymi faktami.
    La Salette należy do diecezji Grenoble. Dlatego też Objawienie z La Salette zostało poddane badaniu przez ówczesnego biskupa Grenoble Philiberta de Bruillard. Gdy usłyszał o cudownym wydarzeniu w La Salette – po raz pierwszy dnia 5 października 1846 roku, a więc 14 dni po Objawieniu, od proboszcza Melin z Corps – powołał dwie komisje, składające się z kanoników katedralnych i profesorów seminarium duchownego. Miały one zbadać i sprawdzić szczegółowo Objawienie. On sam tym badaniom przewodniczył. Wysłał wszystkie dokumenty i wyniki badań do Rzymu i otrzymał za swoje surowe i mądre badanie wyraźną pochwałę.

    W wyniku tego dnia 19 września 1851 roku mógł obwieścić światu:

    “Objawienie się Najświętszej Maryi Panny dwojgu pastuszkom na jednej z gór należących do łańcucha Alp, położonej w parafii La Salette, dnia 19 września 1846 roku, posiada w sobie wszystkie cechy prawdziwości i  wierni mają uzasadnione podstawy uznać je za niewątpliwe i pewne”.


    Za decydujące uznał następujące problemy:
    1. Wydarzenia z La Salette, ani jego okoliczności, ani jego celu ściśle religijnego nie da się wytłumaczyć innymi przyczynami, jak tylko przez Bożą interwencję.
    2. Cudowne następstwa wydarzenia są świadectwem samego Boga sprawiającego cuda, a takie świadectwo przewyższa świadectwa ludzi czy też ich zastrzeżenia.
    3. Tym dwom motywom, rozważanym osobno i razem, należy podporządkować całe zagadnienie. Obalają one wszystkie, doskonale nam zresztą znane, zarzuty i wątpliwości związane z La Salette.
    4. Zważywszy wreszcie, że poddanie się przestrogom z nieba może nas uchronić przed nowymi karami, które nam zagrażają, stwierdzamy, że dalsze wahanie się i upór może nas tylko narazić na zło, którego nie można by naprawić.

    Rok później, w maju 1852 roku, biskup Philibert de Bruillard osobiście położył kamień węgielny pod sanktuarium, którego budowa w trudnych do przebycia górach do dzisiaj jest świadectwem wielkiej ofiarności ludzi owego czasu. W celu rozpowszechniania ważnego Orędzia z La Salette powołał do istnienia Zgromadzenie Księży – Misjonarzy Matki Bożej z La Salette. Założenie nowego zgromadzenia biskup de Bruillard uważał za ukoronowanie dzieła swojego życia. Jego ostatnią wolą było, aby jego serce zostało złożone na Świętej Górze w sanktuarium Pięknej Pani.

    saletyni.pl/la-salette/objawienie

    ______________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnice bolesne

    Różaniec za zmarłych

     Adobe Stock

    *****

    Kościół zachęca do uczynków miłosierdzia nie tylko względem żywych, lecz również względem dusz cierpiących w czyśćcu. Chwalebną rzeczą jest modlić się za zmarłych. Możemy w taki sposób wyrazić miłość naszym bliskim, których kochaliśmy, a także tym wszystkim, którzy potrzebują naszej modlitwy, gdyż cierpią, oczyszczając się w czyśćcu, aby byli godni wejść na Ucztę Baranka.

    Maryja jest Królową dusz czyśćcowych. Kiedy pozdrawiamy Ją, wypowiadając słowa modlitwy Zdrowaś Maryjo…, Ona śpieszy z pomocą duszom, za którymi się wstawiamy. Przynosi im ochłodę, ukojenie w ich oczyszczającym cierpieniu, a także przyśpiesza czas przebywania z Bogiem w Jego domu.

    Każdy, kto modli się za dusze czyśćcowe, otrzymuje od tychże dusz natychmiastową pomoc. One nie mogą pomóc sobie samym, nie mogą też pomagać sobie nawzajem – są zdane na naszą pomoc, ale chętnie przychodzą z pomocą nam, którzy jesteśmy w drodze do nieba. Ich modlitwy będą nam towarzyszyć w godzinie naszej śmierci, kiedy przyjdzie nam stoczyć ostatni, ale najpotężniejszy bój z mocami ciemności.

    Módl się za dusze czyśćcowe. Otaczaj modlitwą tych, którzy wyświadczali ci dobro i odeszli już do Pana. Przychodź z pomocą duszom w czyśćcu tak często, jak to możliwe. Twoje modlitwy kieruj do Boga przez Serce Niepokalanej. Odmawiaj Różaniec w ich intencji. Jej zawierzaj owoc twoich modlitw. Możesz modlić się za te dusze, którym Maryja chce przyjść w danym dniu z pomocą.

    Każde twoje Zdrowaś, Maryjo… wypowiedziane sercem pełnym miłości przyniesie ulgę cierpiącym w czyśćcu. Okazując w taki sposób miłosierdzie, jednocząc się z duszami oczekującymi na wstąpienie do chwały Boga, doświadczysz komunii Kościoła.

    Dobrze jest modlitwę różańcową za dusze czyśćcowe odmawiać po zakończonej Eucharystii, przyjąwszy Ciało Chrystusa, kiedy jesteś napełniony łaską Bożą. Jednak każdy czas i każda chwila przeznaczona na Różaniec za zmarłych jest wskazana i właściwa. Możesz uczestniczyć w Różańcu wieczystym za zmarłych, wybierając dowolną porę, dzień, w którym włączysz się w żywy, nieustający Różaniec. Ta forma pomocy duszom w czyśćcu zapoczątkowana w XVIII wieku przez dominikanów jest kontynuowana nie tylko przez wspólnoty zrzeszone przy zakonie kaznodziejskim, lecz także przez wiele parafii.

    Módl się do twego Ojca w niebie, wierząc, że twoje modlitwy już zostały wysłuchane. Twoja ukryta modlitwa zostanie też nagrodzona. Pan zapewnia nas: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

    TAJEMNICE BOLESNE

    MODLITWA W OGRÓJCU

    Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42).

    Maryjo, Twój Syn w Ogrójcu toczył duchową walkę, pocąc się krwawym potem przed czekającą Go męką. On daje nam moc przezwyciężania pokus oddalających nas od woli naszego Ojca. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze naśladujemy Go w radykalnym odrzucaniu tego, co oddala nas od drogi wyznaczonej nam przez Bożą mądrość. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za brak podejmowania duchowej walki z pokusami do złego oraz z grzesznymi namiętnościami naszych zmarłych braci i sióstr, które stały się przyczyną oddalenia od Ojca. Przepraszamy za uleganie zniechęceniu własną słabością, brak współpracy z łaską. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn nauczył nas wybierać drogę Twojej woli, abyśmy odnieśli zwycięstwo. Ofiarujemy Ci Jego Serce, najdoskonalej zjednoczone z Tobą, Serce Maryi zjednoczone z Jezusem w cierpieniu, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyćcu.

    Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    BICZOWANIE

    Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę (Iz 50,6a).

    Maryjo, Twój Syn przyjął na siebie okrutną chłostę, która należała się nam za nasze nieprawości. Przelewał za nas swoją Krew, abyśmy w Nim doświadczyli odrodzenia. Ty wiesz, o dobra Matko, że to my zadaliśmy cierpienie Jezusowi poprzez nasze winy. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za grzechy śmiertelne naszych zmarłych, które najmocniej raniły Jego Serce. Przepraszamy za wybieranie zła, odrzucanie dobra. Przepraszamy za pomniejszanie lub niewyznawanie grzechów wobec kapłana. Chcemy zadośćuczynić za grzeszne nałogi, które prowadziły do zamknięcia na Boga Miłości.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn przyjął okrutne razy, abyśmy przestali być niewolnikami grzechu i żyli dla sprawiedliwości. Ofiarujemy Ci Jego Serce starte dla naszych nieprawości, Serce Maryi mającej udział w dziele naszego odkupienia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    UKORONOWANIE CIERNIEM

    Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50,6b).

    Maryjo, Twój Syn został wyszydzony, poniżony, ukoronowany cierniem, aby nas nie poniżał nasz własny grzech. Król wieków doznał największych upokorzeń, abyśmy odzyskali godność dzieci Boga. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze mamy w sobie pokorę gotową przyjąć miłość Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelką zuchwałość i pychę naszych sióstr i braci, którzy poprzedzili nas w drodze do domu Ojca. Przepraszamy za grzechy wyniosłości, które były powodem oddalenia od Boga, a także zerwania więzi międzyludzkich.

    Przepraszamy za brak pokornej miłości gotowej do pojednania, budowania wspólnoty.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn został ukoronowany cierniem, abyśmy zdolni byli uniżyć się przed Tobą, przyjmując Twoją miłość. Ofiarujemy Ci Jego Serce, które doznało wzgardy i odrzucenia, Serce Maryi, które wraz z Nim przeżywało upokorzenia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    DŹWIGANIE KRZYŻA

    Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści (Iz 53,4a).

    Maryjo, Twój Syn wziął na siebie nasze grzechy, cierpienia, rany. Z miłością przyjął krzyż, aby nam przynieść wyzwolenie. Ukazał nam drogę do zwycięstwa: poprzez naśladowanie Go w przyjmowaniu codziennego krzyża. Ty wiesz, o dobra Matko, że często odchodzimy z tej drogi: stromej i wąskiej, wybierając drogę szeroką, łatwą, lecz oddalającą nas od Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy wynagradzać za naszych zmarłych, którzy zrzucali krzyż ze swoich ramion. Przepraszamy za szemranie, niechęć do naśladowania naszego Mistrza na drodze krzyża. Przepraszamy za brak przyjmowania całej nauki Jezusa – także tej, która mówi o krzyżu. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłością przyjął krzyż, aby nas wprowadzić do krainy życia. Ofiarujemy Ci Jego Serce, posłuszne Tobie aż do śmierci, Serce Maryi, idącej wiernie za swoim Synem na Golgotę, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    ŚMIERĆ NA KRZYŻU

    … jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda (Łk 19,34).

    Maryjo, stałaś pod krzyżem, na którym Twój Syn oddawał życie za nas – niewdzięcznych i złych. Byłaś świadkiem, jak z Jego Serca wypłynęła krew i woda dla naszego obmycia. Ty wiesz, o dobra Matko, że zranieni grzechem pozostajemy zamknięci na Jego miłość. Pozostajemy niewolnikami złego ducha, nie chcąc przyjąć miłosierdzia Boga i nie chcąc okazywać miłosierdzia. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelki przejaw braku miłosierdzia tych, którzy nas poprzedzili w drodze. Przepraszamy za niechęć do darowania win, wybaczania. Przepraszamy także za grzech sądzenia bliźnich.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłości do nas oddał życie, aby nam przywrócić godność synów i córek Twego królestwa. Ofiarujemy Ci Jego Serce otwarte włócznią dla nas, Serce Maryi, wytrwałej pod krzyżem, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości.

    Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    z książki: “Różaniec za zmarłych” 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 11 LISTOPADA

    UROCZYSTOŚCI W DZIEŃ ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI ODBĘDĄ SIĘ W DOUGLAS

    GODZ. 10.45 SPOTKANIE PRZY POMNIKU PAMIĘCI O POLSKICH ŻOŁNIERZACH

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 11.00 W MIEJSKIM RATUSZU.

    ***

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚWIĘTA Z XXXII NIEDZIELI

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – KORONKA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    *******


    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”.

    (Łk 2, 34a.35)

    Matka Boska Bolesna z klasztoru benedyktynek w Staniątkach, fot. Bogdan Pasek

    *******

    Wśród modlitw za wstawiennictwem Matki Bożej Bolesnej na szczególną uwagę zasługuje Koronka do Siedmiu Boleści Maryi. Matka Boża upomniała się o to nabożeństwo podczas objawień w Kibeho w Rwandzie w latach 1981-1983. W maju 1982 roku Maryja miała powiedzieć do jednej z widzących: 

    To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu.

    Objawienia w Rwandzie zostały zatwierdzone w 2001 roku, jednak sama Koronka do Siedmiu Boleści Maryi jest dużo starsza. Została zatwierdzona przez papieża Benedykta XIII już w 1724 roku.

    Koronka do Siedmiu Boleści Najświętszej Maryi Panny

    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz. A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać. Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki? Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę. A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie. Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego. Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata. Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi. Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to, czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym. Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami. Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej. Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie. Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.

    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesna:
    3 x Zdrowaś Maryjo

    Za dobrodziejów żywych i umarłych:
    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia

    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    *******

    Przesłanie dla Polski w objawieniach Matki Bożej w Kibeho

    Przesłanie dla Polski

    w objawieniach Matki Bożej w Kibeho

    Objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie, ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów.

    Objawienia Najświętszej Dziewicy Maryi w Kibeho

    Ludowa pobożność w Kościele katolickim zawsze i wszędzie interesowała się nadzwyczajnymi zjawiskami i wydarzeniami, które często mają związek z objawieniami zwanymi „prywatnymi”, dla odróżnienia ich od pozytywnego i ostatecznego Objawienia danego przez Jezusa Chrystusa. Objawienia prywatne dotyczą szczególnie pobożności maryjnej i mają swoje „orędzia”, nawet jeśli wykraczają poza te ramy. Może się zdarzyć, że pewne „objawienia” zostają uznane przez władzę kościelną. Tak jest na przykład w przypadku
    objawień, które miały miejsce w Lourdes we Francji, w Fatimie w Portugalii czy w Banneaux w Belgii. Zostały one uznane, jednak nie należą do depozytu wiary. Żaden chrześcijanin nie musi więc w nie wierzyć; jednak wymaga się od niego, by wykazał się szacunkiem wobec tych, którzy w nie wierzą.

    Taka sytuacja dotyczy również objawień w Kibeho w Rwandzie, uznanych przez Kościół 29 czerwca 2001 r. Mając to na uwadze, chcielibyśmy w niniejszym rozdziale, dając zarys zdarzeń, ukazać drogę, która doprowadziła do uznania wspomnianych objawień, przedstawić elementy orędzia z Kibeho, a w końcu powiedzieć o trzech uznanych przez Kościół widzących; wszystko po to, by zachęcić czytelnika do zebrania większej ilości informacji na ten temat.

    Elementy orędzia Matki Bożej z Kibeho

    Wśród faktów, które powinny służyć za wsparcie wiarygodności objawień w Kibeho, jednym z najważniejszych jest niewątpliwie treść „dialogów” widzących, jakość orędzia.

    Oczywiście objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie; ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów. Ograniczymy się tutaj do krótkiego zarysu. Mówiąc w skrócie, bez kopiowania słów każdej widzącej, orędzie z Kibeho mogłoby się sprowadzić do następujących tematów:

    1˚. Pilne wezwanie do skruchy i przemiany serc: „Okażcie skruchę, żałujcie za grzechy, żałujcie za grzechy!”. „Nawróćcie się, kiedy jest jeszcze na to czas”.

    2˚. Diagnoza moralnego stanu świata: „Świat ma się bardzo źle” („Ngo isi imeze nabi cyane”). „Świat działa na własną zgubę, wkrótce wpadnie w otchłań („Ngo isi igiye kugwa mu rwobo”), to znaczy pogrąży się w niezliczonych i nieustających nieszczęściach”. „Świat buntuje się przeciwko Bogu, (ubu isi yarigometse), popełnia za dużo grzechów; nie ma miłości ani pokoju”. „Jeśli nie okażecie skruchy i nie przemienicie waszych serc, wszyscy wpadniecie w otchłań”.

    3˚. Głęboki smutek Dziewicy Maryi: Widzące mówią, że widziały jak płakała 15 sierpnia 1982 r. Matka Słowa bardzo się martwi brakiem wiary ludzi i ich zatwardziałością w grzechu. Skarży się na nasze złe zachowanie, które charakteryzuje rozwiązłość obyczajów, upodobanie do zła, ciągły brak posłuchu dla Przykazań Bożych.

    4˚. „Wiara i brak wiary przyjdą niepostrzeżenie”. (Ngo ukwemera n’ubuhakanyi bizaza mu mayeri). To jedno z tajemniczych zdań, które Maryja powiedziała Alphonsine więcej niż raz w początkach objawień, z prośbą, by je powtórzyć ludziom.

    5˚. Zbawcze cierpienie: Ten temat jest jednym z najważniejszych w historii objawień w Kibeho, zwłaszcza u Nathalie Mukamazimpaka. Dla chrześcijanina cierpienie, zresztą nieuniknione w życiu doczesnym, jest obowiązkową drogą do osiągnięcia chwały niebieskiej. 15 maja 1982 r. Dziewica Maryja powiedziała swoim widzącym, a przede wszystkim Nathalie: „Nikt nie wchodzi do nieba, nie cierpiąc”. Albo jeszcze: „Dziecko Maryi nie rozstaje się z cierpieniem”. Ale cierpienie jest również sposobem na odpokutowanie za grzechy świata i udział w cierpieniach Jezusa i Maryi dla zbawienia świata. Widzący zostali zaproszeni do przeżycia tego orędzia w konkretny sposób, do akceptacji cierpienia z wiarą i radością, do umartwiania się („kwibabaza”) i rezygnacji z przyjemności (kwigomwa) w celu nawrócenia świata. Kibeho jest w ten sposób przypomnieniem miejsca krzyża w życiu chrześcijanina i Kościoła.

    6˚. Módlcie się nieustannie i szczerze:
    Ludzie nie modlą się, a nawet jeśli się modlą, wielu z nich nie robi tego jak należy. Dziewica prosi widzących, aby dużo modlili się za świat, nauczyli innych jak się modlić i modlili się zamiast tych, którzy się nie modlą. Dziewica prosi nas, byśmy modlili się z większą gorliwością i szczerze.

    7˚. Kult Maryi, urzeczywistniany przede wszystkim przez regularne i szczere odmawianie różańca.

    8˚. Różaniec do Siedmiu Boleści Dziewicy Maryi:
    Widząca Marie Claire Mukangango mówi, że otrzymała objawienia na tym różańcu. Dziewica kocha ten różaniec. Znany niegdyś, popadł potem w zapomnienie. Matka Boża z Kibeho pragnie, aby przywrócono mu dobre imię i rozpowszechniono w Kościele. Różaniec do Siedmiu Boleści nie zajmuje wcale miejsca Różańca Świętego.

    9˚. Dziewica Maryja pragnie, aby zbudowano Jej kaplicę na pamiątkę Jej objawienia się w Kibeho. Ten temat sięga do objawienia z 16 stycznia 1982 r. i wielokrotnie powraca tamtego roku z nowymi szczegółami.

    10˚. Módlcie się bez przerwy za Kościół, ponieważ w najbliższym czasie czekają go poważne przykrości. Alphonsine usłyszała to od Dziewicy 15 sierpnia 1983 r. i 28 listopada 1983 r.

    mp/kibeho-sanctuary.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnica odpustów. Jak uniknąć kary za grzechy?

    MODLĄCA SIĘ KOBIETA

    Shutterstock

    ***

    Czym różni się spowiedź od uzyskania odpustu? Dlaczego Kościół nie rezygnuje z tej „średniowiecznej” praktyki? Czy można uzyskać odpust za innego człowieka? Wyjaśniamy.

    Wydawałoby się, że w XXI wieku mało kogo interesuje zyskiwanie odpustów. A jednak papież Franciszek raz po raz ogłasza nowe okazje, aby je otrzymywać. Dlaczego? Po co warto je zyskiwać?

    A odpust zyskałeś?

    „Byłem wczoraj na odpuście. Ale była impreza! A jakie fajne kramy wokół kościoła! I orkiestra grała! Super” – pochwalił się w poniedziałek rano znajomemu jego kolega z pracy. „A odpust zyskałeś?” – zapytał znajomy. „Co?” – zdziwił się kolega.

    Pojęcia nie miał, czego dotyczyło pytanie. Nie skojarzył, że potoczna nazwa parafialnej uroczystości ku czci patrona właśnie od możliwości uzyskania odpustu pochodzi.

    Niewiedzy i nieporozumień wokół sprawy uzyskiwania odpustów jest sporo. Kilka lat temu jeden z tabloidów w Polsce donosił w tytule, że „papież odpuścił grzechy całemu światu”. Tytuł miał się nijak do umieszczonego pod nim tekstu, który mówił o odpustach zgodnie z tym, jak naucza o nich Kościół katolicki.

    Odpusty i Marcin Luter

    Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie budzi dzisiaj – także u wielu katolików – kwestia uzyskiwania odpustów, dotyczy Marcina Lutra. Sporo ludzi wie, że miał on coś przeciwko tej praktyce, ale mało kto potrafi wyjaśnić, o co szło w szczegółach. Niektórzy słyszeli, że poszło o sprzedawanie odpustów. Ale czym tu można handlować?

    O. Stanisław Łucarz SJ, w artykule opublikowanym prawie dwadzieścia lat temu przypomniał, że odpusty są od wieków sprawą kontrowersyjną i to nie tylko pomiędzy Kościołem katolickim a innymi Kościołami i wspólnotami chrześcijańskimi. Dość powiedzieć, że niektórzy liczący się teologowie katoliccy oczekiwali po Soborze Watykańskim II, że papież Paweł VI, ogłaszając Rok Święty 1975, wycofa się z tej praktyki. Byłoby to dziwne i niekonsekwentne, ponieważ to właśnie ten papież ogłosił na początku 1967 roku Konstytucję Apostolską Indulgentiarum doctrina, w której uściślił nauczanie w tej kwestii.

    Odpust, wina i kara

    „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” – sprecyzował Paweł VI i ta definicja jest wciąż aktualna. Została powtórzona w Katechizmie Kościoła katolickiego. Jest też w bardzo podobnym brzmieniu w Kodeksie prawa kanonicznego.

    O co chodzi z tym darowaniem kary? To także wyjaśnił Paweł VI. Przypomniał to, co wiemy z Objawienia Bożego, że następstwem grzechów są kary, nałożone przez boską świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe” – tłumaczył papież.

    W praktyce wymiaru sprawiedliwości wyraźnie widać rozróżnienie między uznaniem winy, a wymierzeniem kary. W niektórych państwach funkcjonuje bardzo wyraźny podział: przysięgli decydują, czy oskarżony jest winny czy nie, natomiast sędzia ustala wymiar kary. Zdarza się czasami (także w Polsce), że sąd uznaje kogoś za winnego, jednak odstępuje od wymierzenia kary.

    Jednak uproszczone porównanie do tworzonego przez ludzi sądownictwa nie pozwala wielu w pełni zrozumieć praktyki Kościoła wynikającej z różnicy między odpuszczeniem grzechów w sakramencie pokuty i pojednania, a uzyskiwaniem odpustów.

    Różnica między spowiedzią a odpustem

    Pomocna okazuje się opowiedziana przez Jezusa przypowieść o synu marnotrawnym (nazywana ostatnio często przypowieścią o miłosiernym ojcu). Syn, który roztrwonił majątek popełniając wiele złego ma świadomość, że zasłużył na karę. Chce prosić ojca o przebaczenie, ale wie, że nawet jeśli je uzyska, kara mu się należy i zamierza się jej poddać.

    Jednak ojciec idzie znacznie dalej, niż syn się spodziewał. Wykonuje dwa kroki. Nie tylko mu przebacza, ale również daruje mu karę, dzięki czemu może on znów funkcjonować jako pełnoprawny członek rodziny.

    Sakrament pokuty i pojednania to pierwszy krok – pozwala na uzyskanie przebaczenia, darowania winy. Jednak wciąż pozostaje kwestia należnej za popełnione zło kary. „Kary nakładane są przez sprawiedliwy i miłosierny wyrok Boży dla oczyszczenia dusz, dla obrony świętości porządku moralnego i dla przywrócenia chwale Bożej pełnego jej blasku” – przypomniał Paweł VI.

    Krok drugi to uzyskanie odpustu, darowania kary. Kościół nie od razu odkrył, że dysponuje „skarbcem zasług Chrystusa i świętych”, dzięki któremu może „rozdawać i przydzielać zadośćuczynienie”. Czyli darować kary, które za grzechy się należą. Uświadamiał to sobie stopniowo dopiero na początku drugiego tysiąclecia po Chrystusie.

    ks. Artur Stopka/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zwalczać swoje ciężkie grzechy?

    Oto 8 rad Ojców Kościoła

    Grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach – niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić i rozpoznać podłożu.

    Pycha

    Grzech ten zaczyna się od naszej głowy, która wciąż osądza innych, porównuje, zestawia ich stan z naszą sytuacją, prowadząc do zazdrości lub zawiści. Nikogo nie osądzajmy, gdyż nie znamy jego serca, raczej módlmy się w pokorze, aby Bóg nawiedził go i obdarzył tym, czego najbardziej w danej chwili potrzebuje.

    Pycha

    Nieczyste myśli

    Myśli dotyczące pokus cielesnych pojawić się mogą dość niespodziewanie. Dużą rolę odgrywa w nich czystość spojrzenia. Jak spoglądamy na ludzi, których codziennie mijamy na ulicy lub w innych miejscach publicznych? Czy nasz wzrok przyciągają tylko ci atrakcyjni i pociągający fizycznie? Gdy mamy z tym problem, spróbujmy uświadomić sobie, że wszyscy ludzie obok nas to nasze siostry i bracia stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, w których powinniśmy widzieć oblicze Chrystusa.

    • Nieczyste myśli

    Miłość pieniędzy

    Jeżeli nie narzekamy na biedę, starajmy się każdego dnia rezygnować choć z jednej drobnej przyjemności i środki z tej oszczędności przekazać potrzebującemu. Możliwości może być tutaj tysiące: może warto zrezygnować z kolejnego kosmetyku, których i tak nie mogą już pomieścić nasze szafki łazienkowe, dziesiątej pary butów, kolejnego gadżetu elektronicznego, który za tydzień nam się znudzi? Jeżeli zaś mamy mniej, starajmy się podzielić z potrzebującymi choć drobnym, miłym gestem, uśmiechem i dobrym słowem.

    Miłość pieniędzy

    Gniew

    Czasem tego rodzaju odczucie jest uzasadnione, jednak nie otaczają nas aniołowie, ale ludzie słabi. Ale wówczas przypomnijmy sobie, czy sami zawsze stajemy na wysokości zadania? Czy bez powodu nie obrzucamy innych gniewnym spojrzeniem i nieprzyjemnymi komentarzami: w zatłoczonym środku komunikacji, w przychodni, urzędzie lub sklepie? Pamiętajmy wtedy o naszej słabości i spróbujmy na innych spojrzeć z wyrozumiałością. To tacy sami grzesznicy jak my.

    • Gniew

    Zniechęcenie

    Nawet jeżeli cierpienia lub niepowodzenia wydają się walić nam na głowę i myślimy, że nie damy rady ich unieść, po prostu trwajmy w zaufaniu, mówiąc: „Boże, nie rozumiem tego, co się dzieje, ale być może jest w tym jakiś cel, a ty mnie zawsze i bezwarunkowo kochasz!”.

    • Zniechęcenie

    Obżarstwo

    Najlepiej odżywiać się regularnie i oczywiście nie chodzić długo z pustym żołądkiem. Gdy jednak zjedliśmy już posiłek, podziękujmy Bogu i nie myślmy, co by tu jeszcze podjeść. Być może jest obok nas ktoś, kto dzisiaj w ogóle nic nie jadł, a z którym możemy podzielić się zawartością lodówki? Może mamy starszą sąsiadkę, którą możemy poczęstować częścią obiadu?

    • Obżarstwo

    Próżna chwała

    To dobrze, gdy osiągamy sukcesy i zdobywamy uznanie, ale wiedzmy, że bez Bożej łaski nic byśmy nie uzyskali. Dzięki Bogu istniejemy i żyjemy, za wszystko co dobre dziękujmy najpierw jemu, później ludziom, którzy nas wsparli i pomogli. O sobie pomyślmy dopiero na samym końcu!

    Próżna chwała

    Smutek

    Wówczas najlepiej przypomnieć sobie, że Bóg wciąż jest przy nas, choć w sposób niewidzialny. To On sprawia, że wstał nowy dzień, że świeci słońce i zapada wieczór. To On każdego dnia daje nam szansę na zrobienie choć jednego, nawet najmniejszego dobrego uczynku

    Smutek

    *******

    Od czasów ojców pustyni święci i mistrzowie życia duchowego na Wschodzie i Zachodzie próbowali dokonać zasadniczej klasyfikacji najcięższych grzechów. Ewagriusz z Pontu, Jan Kasjan oraz Grzegorz Wielki wyróżnili osiem grzechów głównych: obżarstwo i zbędne dogadzanie ciału (gr. gastrimargia), nieczystość (gr. porneia), miłość pieniędzy (gr. filarguria), gniew (gr. ira), smutek (gr. tristitia), zniechęcenie (gr. acedia), próżna chwała (gr. cenodoxia) oraz pycha (gr. superbia).

    W katechizmach zachodnich najczęściej wymienionych jest siedem grzechów, w dużej mierze pokrywających się z typologią wschodnią: pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, zazdrość, gniew oraz lenistwo.

    Skąd się biorą skłonności do grzechów?

    Wschodni ojcowie Kościoła, jak np. Jan z Damaszku oraz Jan Klimak zwracali uwagę, że te zasadnicze grzechy mają również charakter pewnych naturalnych namiętności tkwiących w człowieku. Aby podjąć z nimi skuteczną walkę, nie należy więc ograniczyć się do samego żalu, kiedy grzech już popełnimy i rozpatrywać nasz upadek wyłącznie jako naruszenie Bożych przykazań, ale zauważyć, iż grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach, niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić podłożu.

    Odczuwany przez nas gniew, zniechęcenie, smutek lub chęć posiadania nie są jeszcze same w sobie grzechem, ale bardzo łatwo mogą do niego prowadzić. Stąd św. Jan z Damaszku proponuje proste środki zaradcze, gdy myśli i emocje sugerujące popełnienie grzechów głównych rodzą się w naszej głowie.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    fot. kbuntu / Depositphotos.com

    *****

    Z odmawianiem różańca związane jest wiele obietnic. Ta kontemplacyjna modlitwa oparta o kolejne wydarzenia z życia Jezusa jest jedną z ulubionych modlitw Polaków. Nie wszyscy jednak odmawiają go razem z innymi, a to właśnie za taki rodzaj modlitwy można uzyskać odpust zupełny.

    Jak uzyskać odpust zupełny za odmawianie różańca? 

    Choć miesiącem różańcowym w Polsce jest październik, to ten odpust nie jest związany z tym konkretnym miesiącem. Dotyczy wszystkich, którzy odmówią “publicznie” chociaż jedną część różańca.

    Oczywiście dostajemy odpust pod zwykłymi warunkami, czyli musimy być w stanie łaski uświęcającej i przyjąć Komunię św., pomodlić się w papieskich intencjach (nie w intencji papieża, ale w sprawach, w których papież obecnie się modli; nie musimy ich nawet wymieniać, wystarczy, że po prostu wesprzemy jego modlitwę naszą) oraz wyzbyć się przywiązania do grzechu. 

    Dodatkowym warunkiem związanym z różańcem jest odmówienie go w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej albo “w pobożnym stowarzyszeniu”. By go uzyskać, wystarczy odmówić tylko jedną część różańca.

    Jeśli odmawiamy różaniec poza tymi miejscami albo wspólnotami albo nie spełniamy jednego z koniecznych warunków do uzyskania odpustu zupełnego  – zyskujemy odpust cząstkowy. 

    Czym jest odpust w Kościele katolickim?

    To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło. 

    Odpust jest łaską, która usuwa trwające wciąż skutki grzechu, co ma znaczenie nie tylko po śmierci, ale także w obecnym życiu. Wszystkie pobożne czynności, dzięki którym możemy uzyskać odpust, przybliżają nas do Boga i pomagają w budowaniu własnej, codziennej świętości. 

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    fot. Marissa demuner / unsplash.com

    *****

    Różaniec wydaje się monotonną modlitwą. Jednak każdy, kto go odmawia, może spodziewać się wielu zmian. Poznaj historię obietnic, jakie Matka Boża miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec.  

    “Jak podaje legenda, kiedy Matka Boża ukazała się św. Dominikowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego, dała mu w prezencie różaniec oraz złożyła 15 obietnic dla każdego, kto będzie odmawiał tę modlitwę” – pisze portal churchpop.

    Według historyków, nie ma dowodów na to, że to zdarzenie faktycznie miało miejsce. Podejrzewają oni, że historia ta została spopularyzowana przez Alana z La Roche, niemieckiego lub belgijskiego dominikanina, teologa katolickiego żyjącego w XV w, który opublikował broszurę zawierającą tekst 15 obietnic Maryi.

    Co jednak ciekawe, broszura która zawiera zapewnienia Matki Bożej, uzyskała imprimatur (oficjalna aprobata władz kościelnych na druk danego tekstu) kardynała Nowego Jorku, Josepha Hayesa.

    Jak zauważa churchpop, objawienie którego miał doznać św. Dominik, jest objawieniem prywatnym i wierzący nie są zobowiązani do wiary w nie. Tym nie mniej, 15 obietnic Maryi jest bardzo ciekawą inspiracją do odkrycia na nowo, czym jest modlitwa różańcowa.

    15 obietnic Matki Bożej dla odmawiających różaniec:

    1. Wszyscy, którzy wiernie mi służyć będą odmawiając różaniec otrzymają pewne szczególne łaski.

    2. Wszystkim odmawiającym różaniec przyrzekam moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski.

    3. Różaniec będzie potężną zbroją przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje.

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – wyprosi obfite boże błogosławieństwo; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa.

    5. Dusza, która poleca mi się przez różaniec – nie zginie.

    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie zostanie pokonany przez nieszczęście, nie doświadczy karzącej bożej sprawiedliwości, nie umrze nagłą śmiercią;

    nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.

    7. Prawdziwi czciciele mego różańca nie umrą bez sakramentów świętych.

    8. Chcę, aby odmawiający mój różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach świętych.

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które mnie czciły modlitwą różańcową.

    10. Prawdziwie dzieci mego różańca osiągną wielką chwałę w niebie.

    11. O cokolwiek przez różaniec prosić będziesz – otrzymasz.

    12. Rozszerzającym mój różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie.

    13. Otrzymałam od mojego syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca, będą mieli orędowników w niebie w czasie życia i w godzinie śmierci

    14. Wszyscy, którzy odmawiają różaniec są moimi dziećmi, a braćmi Jezusa Chrystusa, mojego jedynego Syna.

    15. Nabożeństwo do mego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    churchpop.com / Michał Lewandowski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Modlitwa różańcowa to najbardziej popularna forma kultu maryjnego w Polsce – wynika z opublikowanego dziś raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK). Po różańcu i nabożeństwach majowych, jednym z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie jest nabożeństwo fatimskie.

    Z przeprowadzonego badania nt. kultu maryjnego w Polsce, wynika jednoznacznie, że kult Matki Bożej jest wyraźnie obecny we wszystkich parafiach w Polsce. Nie ogranicza się on jedynie do obchodzenia liturgicznych świąt. Obejmuje również wiele form pobożności ludowej. Najbardziej rozpowszechnioną formą kultu Matki Bożej w pobożności parafii jest różaniec.

    Modlitwa różańcowa praktykowana jest we wszystkich parafiach w Polsce. Również nabożeństwa majowe sprawowane są niemal we wszystkich parafiach w naszym kraju (98,2%).

    W zdecydowanej większości sprawowane jest ono w świątyniach. Jedynie w kilku procentach parafii, nabożeństwa majowe odbywają się przy okolicznych kapliczkach.

    W co czwartej parafii nabożeństwo różańcowe sprawowane jest codziennie. Niemal we wszystkich parafiach (94%) praktykowane jest przez cały październik. Z okazji świąt maryjnych modlitwa różańcowa odmawiana jest w co trzeciej parafii.

    Wśród innych okoliczności, różaniec najczęściej odmawia się w każdą niedzielę (15% i 8% parafii) oraz w pierwsze soboty miesiąca (15% i 8% parafii). Ponadto różaniec jest popularną formą modlitwy za zmarłych zarówno w oktawę Wszystkich Świętych jak i w dniu pogrzebu (łącznie 25% i 14% parafii). W niektórych parafiach różaniec odmawia się również raz w tygodniu, przy okazji innych nabożeństw.

    Poza różańcem i nabożeństwem majowym wśród innych form kultu maryjnego najbardziej popularne są różnego rodzaju nowenny. Wśród nich najpopularniejsza w Polsce jest nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która jest praktykowana w 18% parafii. Innymi popularnymi nowennami są nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej, do Matki Bożej Pocieszenia, Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, Wspomożycielki Wiernych, Matki Bożej Częstochowskiej oraz Nowenna Pompejańska. Łącznie w 7% parafii praktykowana jest jedna z tych nowenn.

    Wśród innych form kultu Matki Bożej wyróżniają się Godzinki ku czci Matki Bożej, które praktykowane są w 6% parafii. Znany jest również Apel Jasnogórski, procesje maryjne, Nabożeństwo do Siedmiu Boleści Matki Bożej, Godzina Łaski w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, wspomnienia Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych.

    Ogólnie kult Matki Bożej obecny jest we wszystkich regionach Polski, również w tych mniej religijnych, zarówno w miastach jak i na wsi.

    Z badań wynika, że w zdecydowanej większości parafii w Polsce (72%) praktykowane jest nabożeństwo fatimskie. Jego najbardziej wyraźnymi rysami jest: organizowanie go w pierwsze soboty miesiąca (80%), zachęta do spowiedzi (82% parafii z nabożeństwem fatimskim) i komunii wynagradzającej (80%), wspólne odmawianie różańca (80%). Zdecydowanie rzadziej w nabożeństwach fatimskich podawana jest intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Maryi (46%) oraz odbywa się 15 – minutowa medytacja (37%).

    Obecność nabożeństwa fatimskiego nie jest związana bezpośrednio z poziomem religijności w poszczególnych regionach Polski. Oznacza to, że na jego popularność ma raczej wpływ przede wszystkim osobiste zaangażowanie poszczególnych duszpasterzy. Na uwagę zasługuje również fakt, że w parafiach greckokatolickich nabożeństwo fatimskie nie jest znane.

    Główną ideą przyświecającą nabożeństwu fatimskiemu jest wynagradzanie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    ISKK zwraca uwagę, że pobożność maryjna zajmuje istotne miejsce w funkcjonowaniu parafii w Polsce. Po różańcu oraz nabożeństwach majowych nabożeństwo fatimskie stanowi jeden z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie.

    Pobożność maryjną cechuje jednak daleko posunięta różnorodność oraz bogactwo form, praktyk i zwyczajów. Nabożeństwo fatimskie stanowi bez wątpienia kontynuację i współczesny przejaw charakterystycznego dla Polski rysu duchowości maryjnej.

    Wraz z orędziem fatimskim stanowi ona jeden z przejawów pobożności ludowej, który łączy tradycję chrześcijańską oraz rozumianą instytucjonalnie religijność, z życiem codziennym wiernych. Orędzie fatimskie wyraźnie odcisnęło się na pobożności ludowej w Polsce. Jego ślady odnaleźć można w większości parafii katolickich w Polsce.

    Bez wątpienia bazuje ono na religijności wiernych, jednak różnice w skali jego występowania w poszczególnych regionach Polski związane są raczej z osobistym zaangażowaniem duszpasterzy.

    Nabożeństwo fatimskie jest lepiej rozwinięte w parafiach zakonnych oraz małych miastach niż w parafiach diecezjalnych i na wsi. Z drugiej strony w wielu parafiach obecność nabożeństwa fatimskiego ma charakter śladowy. Wiele form tego nabożeństwa zamiast zwracać uwagę na najistotniejsze jego elementy, obejmuje obce z punktu widzenia istoty orędzia fatimskiego nie tylko treści, ale i formy. Grozić to może swoistym rytualizmem oraz dewocją.

    Rozwój pobożności maryjnej oraz nabożeństwa fatimskiego z punktu widzenia religijności wydaje się istotne z punktu widzenia trwałości polskiego katolicyzmu oraz procesów sekularyzacji.

    Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego jest pierwszym w Polsce ośrodkiem badań nad religijnością oraz duszpasterstwem. Został założony w 1972 r. przez Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (Księża Pallotyni). Współpracuje z Konferencją Episkopatu Polski oraz Głównym Urzędem Statystycznym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Warunki modlitwy. Cierpliwość

    według siostry benedyktynki Małgorzaty Borkowskiej

    S. Małgorzata Borkowska: Warunki modlitwy. Cierpliwość

    s. Małgorzata Borkowska OSB/Tyniec – wydawnictwo Benedyktynów

    ***

    Ktoś prosi, żeby go nauczyć modlitwy. Ale MODLITWA TO NIE CHWYT KOMPUTEROWY. Nie można się jej nauczyć w pół minuty, zapamiętać i już mamy.

    Wielu chciałoby, żeby ich tak powalono, jak św. Pawła pod Damaszkiem, i załatwione: odtąd już na całe życie są w trwałej relacji z Panem. Byłoby o tyle łatwiej… Ej, czy św. Paweł miał łatwo? Nie mówiąc już o wszystkich trudach i niebezpieczeństwach, był przecież przez całe życie dotknięty przez jakąś tajemniczą trudność czy słabość, o której sam mówi, że Bóg nie chce jej od niego cofnąć, a to dlatego, że moc w słabości się doskonali (2 Kor 12,9). A więc także jego moc potrzebowała wzrostu, wydoskonalenia, dokonywanego nie własnym wysiłkiem, który okazał się zupełnie niewystarczający, ale przez cierpliwość, zaufanie łasce Bożej i pokorne przyjęcie swojej słabości. Potrzebowała słabości, cierpliwie składanej w ofierze.

    To paradoks, prawda, a wydaje się nawet, że nonsens: jak to moc ma się doskonalić w słabości? Przecież wszelka ludzka krzepa czy sprawność doskonali się przez ćwiczenie, na boisku, i wzrasta równomiernie, a jakikolwiek okres słabości może tylko ten wzrost zahamować. Owszem, ale z duchową mocą jest odwrotnie: ona rośnie naprawdę dopiero tam, gdzie człowiek nic już sam nie może, i cierpi nad tym, i ten ból ofiaruje Bogu. Tam ma realne szanse rozwoju.

    Nie żądajmy niczego więcej. Modlitwy uczymy się przez całe życie, rozszerzając i pogłębiając naszą relację z Panem. Jeśli nie rozsiądziemy się na samym początku tej drogi, rozkoszując się swoim nawróceniem i wmawiając sobie, że to już wszystko, co Bóg ma dla nas i że to ma trwać zawsze – to według normalnych praw rozwoju nasze życie modlitwy musi po jakimś czasie wejść w stadium tzw. oschłości. Pamiętam, jak na samym początku swojego wezwania odkryłam teksty takie jak mszalne Gloria, Magnificat i Te Deum. Każde ich słowo płonęło radością i entuzjazmem – ale potem jakoś ten płomień zrozumienia zgasł. Te słowa nadal znaczą to samo, są wspaniałe i olbrzymie, są jak skarb, i ja o tym wiem, ale już właśnie tylko wiem, jak się wie o czymś dalekim: kiedy je wymawiam, płyną koło mnie jakby w gęstej mgle, jakby w obcym języku mówione. Cóż z tego? Obiektywnie znaczą nadal to samo, a że nie mogę ich zawłaszczyć dla swojej duchowej rozkoszy, to na pewno tym lepiej. Autentyczniejsza jest przez to chwała Boża.

    Cierpliwość jest nam potrzebna wobec milczenia Boga. Musimy zakochać się w tym milczeniu, zrozumieć, że to nie jest zło konieczne, które by trzeba przyjąć z zaciśniętymi zębami, i jakoś przetrwać, ale najlepsze dla nas miejsce, jak dla zwierząt ich własna nisza ekologiczna, czyli środowisko, w którym one mają najlepszą szansę rozwoju: obfitość pokarmu, możność schronienia. W miarę jak się z nim oswajamy, przychodzi zrozumienie i dobrze nam z tym milczeniem, i rośnie w nas piętrami ufność i pokój. A to znaczy: relacja, modlitwa.

    Cierpliwość jest nam potrzebna wobec praw rozwoju życia duchowego, który tak samo jak rozwój organizmu potrzebuje czasu. Nasza droga wewnętrzna nie jest jak powieść, w której narracja przeskakuje nieraz długie okresy „kiedy nic się nie dzieje” i opowiada tylko o kluczowych, zwrotnych momentach. Musimy się nauczyć, że te długie okresy rzekomo puste są właśnie bardzo ważne: to są okresy naszego dojrzewania, kiedy ziarno rozwija się pod ziemią niewidoczne. Pan Jezus uczy nas rozpoznawać wartość drzewa po owocach – a na owoce trzeba czekać, nie wyskakują prosto z kwiatu. Nieraz uczymy się metodą prób i błędów, a to także z natury rzeczy wymaga czasu. Czyli cierpliwości. I słusznie mawiał abba Nil, że modlitwa jest dzieckiem łagodności i opanowania; a Naśladowanie przypomina, że musimy nauczyć się cierpliwości wobec naszych zmiennych duchowych przeżyć, tego przeplatania się okresów radości z okresami przygnębienia, łatwości z trudnością; Lewis to nazywa prawem falowania. Tutaj nie ma dróg na skróty, a nawet gdyby były, człowiek nie znajdzie ich nigdy sam, własną przemyślnością. Trzeba, właśnie, łagodnego opanowania, które pozwala odnaleźć się w takiej rzeczywistości, jaka jest, i rozpoznać w niej plan Boży. A więc dar Boży.

    Cierpliwość jest wreszcie potrzebna z racji ludzkich wrodzonych ograniczeń, win naszych i cudzych, biegu historii, a wszystko po to, żeby się uczyć szukania Pana i mieć tym więcej powodów do stałej z Nim relacji. Inaczej Jeszurun utyje i zacznie wierzgać (por. Pp 32,15). Będzie mu się wydawało, że „zasłużył” na coś lepszego, niż ma…

    Cierpliwość to drugie imię pokory. Kto się ma za coś wielkiego, nigdy cierpliwy nie będzie, bo zawsze będzie myślał, że jego wielkość nie jest dość rozpoznawana, i to w nim wywoła gniew. Pokorny natomiast nie straci pogodnej cierpliwości. A wiadomo, że w każdej dziedzinie życia, zewnętrznego czy wewnętrznego, powodzenie łatwo prowadzi do pychy; to dlatego św. Benedykt nie chce, żeby klasztorni mistrzowie rzemiosła chwalili się swoimi osiągnięciami, i dlatego cała tradycja pustyni uczy, że im kto wyżej zawędrował w życiu wewnętrznym, tym łatwiej mu zepsuć to wszystko – właśnie przez pychę. Toteż nasza pogodna cierpliwość powinna dziękować Bogu, że trzyma nas długo, i zapewne zatrzyma jeszcze dłużej, w miejscu, skąd tak dobrze widać nasze winy. To tam, i tylko tam, możemy się naprawdę modlić.

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”)

    _________________________________________________________________________________

    „Nie mów tyle!” – siostra Małgorzata Borkowska o milczeniu jako warunku modlitwy

    To tragedia, te ciągłe wynurzenia i to bezustanne wychlapywanie z siebie wszystkich treści, żeby już w środku nic nie pozostało.

    Jest taka śliczna książeczka rysunkowa z pewnego francuskiego klasztoru benedyktynek: La vie du petit Saint Placide – Życie małego świętego Placyda. Jeden z rysunków opowiada, że „św. Placyd miał niezwykłe objawienie: zobaczył postać odzianą w skupienie, która do niego przemówiła i rzekła: Wiedz, Placydzie, że życie wewnętrzne jest to życie, które jest wewnętrzne. Po czym znikła”. A mały Placyd pędzi zawiadomić o tym niezwykłym objawieniu opata… Oprócz uśmiechu nad naszym ludzkim odkrywaniem ciągle tych samych oczywistości na nowo jest tutaj także ta ważna prawda: modlitwa może i powinna kształtować nasze czyny, może i powinna wyrażać się naszą pieśnią, ale sama jest zjawiskiem wewnętrznym. Jest duszą tych czynów i tej pieśni, nadaje im życie i wartość, której by inaczej nie miały; ale sama jest równie ukryta jak dusza. I taka powinna pozostać.

    Tę samą naukę możemy czerpać także z tej niedostępnej dla nas modlitwy Syna Bożego, o której tu była mowa; tej, którą mógł słyszeć tylko Ojciec. To jest ten sekret królewski, który wedle Tobiasza (Tb 12,7) dobrze jest chronić, a wedle nauki samego Pana nawet trzeba: Ty, kiedy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu (Mt 6,6). Czy to znaczy, że mamy zrezygnować z liturgii, a z modlitwą chronić się do celi? Absolutnie nie; ale że nasz wewnętrzny kontakt z Bogiem powinien zostać między Nim a nami, a nie stanowić przedmiotu wynurzeń (na przykład) na Facebooku. I nie tylko dlatego, że bardzo łatwo prowadzi to, pod pozorem „świadectwa”, do faryzejskiej pobożności na pokaz. Augustyn mógł coś takiego zrobić bezpiecznie, ale on miał do wyjawienia tyle swoich win i błędów, i rzeczywiście wyjawił ich tyle, że ostatecznie jego historia jest opowieścią o winie i o łasce, a nie o jego własnej cnocie. Kto by swoje błędy wolał ukryć, niech nie próbuje ujawniać swych duchowych wzlotów. Także dlatego, że – wiemy wszyscy! – takie relacje pozostawiają po sobie wewnętrzną pustkę, jak gdyby treści, które wylaliśmy z siebie, znalazły się już niepowracalnie na zewnątrz. A nie ma sensu intensyfikować pustki, która i tak w nas jest i czeka tylko, żeby dać znać o sobie.

    To tragedia, te ciągłe wynurzenia i to bezustanne wychlapywanie z siebie wszystkich treści, żeby już w środku nic nie pozostało. Jak to – powie ktoś – czy to źle się dzielić posiadanym dobrem, dawać świadectwo? – Nabierz tego dobra więcej, zanim zaczniesz o nim opowiadać! Bo mówiąc, nie tylko dzielisz się, ale właśnie opowiadasz, ze wszystkimi możliwymi konsekwencjami tego faktu; a niektóre z nich nie są dla ciebie zdrowe, jak choćby rozbicie skupienia, albo prosta droga do próżności w roli gwiazdy Facebooka. Dziel się z ludźmi raczej dobrem czynionym im po cichu, a wypływającym z twojej modlitwy: skuteczniejsze będzie świadectwo. Lepiej zrobisz, powiększając liczbę skupionych i głębią serca szukających Boga niż wielką i bez ciebie liczbę rozgadanych. To zresztą bywało i dawniej, chociaż bez Facebooka; przecież już Kochanowski pisał o swojej wielce kaznodziejskiej epoce: Boć teraz każdy każe, a żaden nie słucha. No właśnie: mówią wszyscy jeden przez drugiego, a mówiąc aż tyle, nie znajdują już czasu ani zainteresowania dla tego, co obok mówią inni… Pamiętam, jak czasem Matka Edyta do jakiejś rozkwakanej duszyczki mawiała: „Nie mów tyle!” – z wielkim, żałosnym naciskiem na to ostatnie słowo.

    Nasi rekolektanci, którzy przyjeżdżają tu na weekend spędzony w milczeniu – raptem niecałe dwie doby, wydawałoby się: cóż takiego? – wyjeżdżają jeden po drugim zdumieni i przejęci, że to taka wspaniała rzecz, cisza; że tak ją przeżyli, tyle się nauczyli. Żal pomyśleć, ile tej ciszy my same mogłybyśmy mieć, a marnujemy ją jak coś niepotrzebnego. Sumienie i rozsądek powinny nam poddawać, kiedy mowa jest kwestią potrzeby i miłości, i wtedy jest konieczna i dobra; ale czy w ogóle pytamy o to sumienia i rozsądku? Jak często jest tak, że się odzywamy tylko dlatego, że akurat coś nam do głowy przyszło, a skoro przyszło, to natychmiast musi także wyjść przez usta! Nie pytamy nawet, czy ktoś chce o tym słuchać, czy nie, czy to może kogokolwiek obchodzić – bywa jeszcze i wielka obraza, że nie obchodzi, bo przecież powinno! Nie pytamy nawet, czy to komukolwiek potrzebne, i do czego. Otóż miejmy to za pewnik, że nasze rewelacyjne myśli nie są nikomu potrzebne, i że świat się od ich braku nie zawali; a nawet może zyskać, a to przez to, że się stanie o tę odrobinę cichszy. Ktoś gotów mówić i mówić, żeby zaistnieć społecznie; ktoś inny, żeby się popisać; ktoś inny potrzebuje „głośno myśleć”… ale głośne myślenie nigdy przez wszystkie wieki nie było uznaną praktyką monastyczną. Jeśli się chce je uprawiać, lepiej było ułożyć sobie życie inaczej, założyć na przykład stragan na targowisku. A jeśli ktoś w klasztorze koniecznie potrzebuje się wypowiadać, niech to robi na piśmie. Swoją żądzę wypowiadania się zaspokoi, wypełni parę zeszytów, a przynajmniej nikomu nie przeszkodzi, odrywając go od jego własnych myśli i zmuszając do nadążania za swoimi.

    Kto, jeśli nie my, będzie szerzył ciszę na świecie? A szerzy się ją nie przez demonstrowanie jej w jakikolwiek sposób, ale przez życie nią naprawdę, u siebie w klauzurze, tak, że ona staje się dla nas konieczna jak oddech. Staje się prawdą o nas. I tylko w tym wypadku nie jest dekoracją teatralną, pałacem z dykty. Jakże może rozwijać się wewnętrzna relacja z Bogiem, jeżeli cała uwaga jest na zewnątrz? Bo przecież to ciągłe kwakanie nigdy nie jest o sprawach Bożych, a tylko zawsze o bieżących wypadkach albo jakichś wspomnieniach czy skojarzeniach. Coś się przypomniało, coś się skojarzyło, i już płynie z głośnika… Ale przecież zawsze opływa nas ten strumień bieżących (albo i wspominanych) drobnostek, i jak można się skupić, jeśli się mu nie stawia tamy? Jak można się modlić? Na osobistą modlitwę zostaje nam wtedy tylko czas, kiedy akurat nie ma do kogo gadać. Dobre i to… ale żałośnie za mało.

    Milczenie trzeba pokochać, jak coś konkretnego i pozytywnego, zamiast uważać je za jakiś brak, pustkę, wyrzeczenie, niedostatek, pokutę – tak jak ten dziennikarz, który kiedy poprosiłam, żeby grupa przystanęła, umilkła i posłuchała klasztornej ciszy, po minucie jęknął: „Koszmarne!” Trzeba je pokochać właśnie jako pełnię: pełnię szansy na to Jedyne Potrzebne, dla którego tu przyszłyśmy, i które jest w naszej duszy jak jakaś głęboka studnia tęsknoty: można się uczyć z niej czerpać, a można próbować zagłuszać tę tęsknotę, sypiąc do studni śmiecie. Do własnej i cudzej.

    Żałosne, gdyby się to zagłuszenie udało.

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”)

    _________________________________________________________________________________

    Co to jest wiara?

    według siostry benedyktynki Małgorzaty Borkowskiej

    Boga nikt nigdy nie widział; jednorodzony Syn o Nim pouczył (J 1,18). A my, nie widząc sami, wierzymy Synowi. Modlitwa wyrasta z wiary, ale też nawzajem umacnia ją i podtrzymuje, kieruje, nadaje sens. Takie sprzężenie zwrotne.

    Nasza relacja z Bogiem opiera się na wierze, i jeszcze raz na wierze; toteż nie powinna zależeć od stanów uczuciowych, ale ma umieć każdy z nich wykorzystać do pogłębienia się i umocnienia. To takie oczywiste przecież. Czytamy, że przystępujący do Boga powinien uwierzyć, że On jest (Hbr 11,6) – i zaraz po tych słowach następuje cały rząd biblijnych przykładów wiary, która trwała i na co dzień, i w próbie; i sprawdzała się nie tylko w słowie, ale także w działaniu i cierpieniu. Streszczeniem takiej postawy są słowa o Mojżeszu: Wytrwał, jakby widział Niewidzialnego (Hbr 11,27); ważne jest tutaj to jakby. Bo nie widział, i nie wmawiał sobie, że widzi, ale trwał w wierności; bo wiara obchodzi się bez widzenia i nie należy jej z nim utożsamiać. Chodzi tu o wiarę działającą, kształtującą życie, czynną; i właśnie dlatego takie istotne jest, żebyśmy nie mylili wiary z naszymi własnymi zmiennymi przeżyciami, uczuciami, które mogą być jej otoczką. Ale nie muszą.

    Co to jest wiara? Postawa człowieka, który umysłem przyjmuje objawienie Boże, a wolą zgadza się na pełnienie jego wymagań. To jest nasza zgoda, zgoda umysłu i serca, na fakt i treść Objawienia Bożego; i ta zgoda, jeśli ma być coś warta, nie może zależeć od zmiennych nastrojów, od uczuć pobożnych (lub nie), od smutnych albo radosnych wydarzeń, od pogody na dworze. Koniecznie trzeba mieć na ten temat jasne pojęcie. Przecież Bóg, skoro istnieje, istnieje nie tylko wtedy, kiedy my gotowi jesteśmy Go zaakceptować, ale zawsze. Pamiętam, jak w czasach mojej młodości jakiś marksista głosił, że chrześcijaństwo w dawnych wiekach było „postępowe”, bo nowe i do czegoś się przydawało, ale teraz jest „wsteczne”, bo stare i już sobie umiemy radzić bez niego. I do głowy mu nie przyszło zapytać, czy jest prawdziwe; obiektywna prawda go nie obchodziła, a tylko prymitywne, pragmatyczne etykietki w rodzaju „postępowy” i „wsteczny”. Dzisiaj podobny problem mają ludzie, którzy uważają, że wiara jest czymś jakby z zewnątrz, jakimś wyczuwaniem istnienia Boga; może więc nawet darem Bożym, ale w każdym razie czymś, co można „mieć” i „czuć”, a potem „stracić”, choćby i przypadkiem; a nie jest naszą własną postawą, postawą której nikt i nic oprócz naszej własnej decyzji zmienić nie może. „Utrata wiary” jest w ich ujęciu mniej więcej takim niezawinionym nieszczęściem (jeśli to nieszczęście), jak utrata torebki, którą wyrwał mi złodziej: koniec, kropka, już jej nie mam, winny jest kto inny, na przykład (gdy chodzi o wiarę) ten czy tamten niedobry ksiądz, a ja sobie jakoś będę radzić bez. Czasem winne są po prostu okoliczności, w których niknie moje poprzednie „poczucie istnienia Boga”, więc trudno, koniec kropka, czego nie ma, tego nie ma, i nic na to nie poradzę. Nawet gdybym chciał – a pytanie, czy chcę. Może to właśnie teraz „już wiem”?
    Grecki sofista Protagoras, głosił, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy: tego, co jest, że to jest, a tego, czego nie ma, że tego nie ma”. To było tyle, co powiedzieć, że obiektywna prawda nie istnieje, że dla każdego to jest prawdą, co się mu wydaje; i już wielu innych starożytnych mędrców przeciw temu protestowało, bo gdyby Protagoras miał rację, to w żadnej sprawie, ważnej czy nieważnej, nic pewnego nie można by ani wiedzieć, ani nawet się domyślać. Otóż, jakkolwiek w sprawach mniejszej wagi nikt tego poglądu nie przyjmuje i nie twierdzi na przykład, że skoro z jego okna nie widać Ameryki, to ona nie istnieje – to w sprawie największej wagi aż roi się na świecie od protagorasiątek. Przeszła im „faza pobożna”, „stracili wiarę”, więc znaczy: Boga nie ma. A przedtem był? Może był, zresztą kto tam wie: ważne jest, że oni nie czują już ochoty, żeby był… obejdą się bez. Inaczej mówiąc, ta popularnie nazywana „utrata wiary” może, owszem, być zmarnowaniem daru Bożego, ale takie zmarnowanie jest możliwe tylko pod warunkiem, że się tego daru nie ceniło w rzeczywistości aż tak, jak myśleliśmy. Przynajmniej odkąd nam zaczęło blednąć to uczucie pobożności, które błędnie utożsamialiśmy z wiarą.

    A przecież to uczucie, chociaż od niego bardzo często zaczyna się nawrócenie i droga modlitwy, to jest właśnie wciąż tylko moje uczucie, a nie sam Bóg. Ogromną krzywdę robią ludziom nauczyciele, którzy uczą ich mylić wiarę z pobożnym uczuciem i jeszcze (wbrew doświadczeniu wszystkich świętych) gwarantują im to uczucie na zawsze – chyba żeby „stracili wiarę”. I kiedy uczucie mija, to już nie mają rady, znaczy: stracili, wypadek beznadziejny. A doświadczenie świętych mówi inaczej. Oni cenili ten dar, i właśnie dlatego potrafili nadal go w życiu stosować, chociaż go już – jak to się popularnie mówi – nie czuli. Patrzcie, jak wyglądały długie lata życia św. Wincentego a Paulo; albo ostatni rok życia św. Teresy z Lisieux. Moc wiary jest jak każda moc, musi się doskonalić w słabości, to jest wtedy, kiedy wierzącemu wydaje się, że żadnych podpór czy uzasadnień dla wiary już nie ma, a mimo to pozostaje wierny. Dlaczego pozostaje, dlaczego nie odchodzi, mówiąc „Mam dość” albo „Teraz już wiem, że to wszystko nieprawda”? Właśnie dlatego, że nauczył się, przez długie okresy nie-widzenia (zawsze jednak w końcu przemijające), że jego własne usposobienie jest zmienne i gotowe przeskakiwać z jednej sprzecznej krańcowości w drugą; i że jego zdolności poznawcze, nie pokierowane, nie gwarantują same z siebie poznania prawdy absolutnej. Czyli po prostu, że może się mylić. A sprawa jest zbyt ważna, żeby tu ryzykować pomyłki.

    A jeśli się tego długo uczył, to i może teraz wytrwać nawet w najciemniejszej „nocy wiary”. Jak św. Wincenty, nosi na sercu tekst Credo, żeby go palcem dotykać i przynajmniej tak wyznawać prawdę Bożą, której zdrętwiałe usta nie potrafią przepuścić. Jak św. Teresa, ofiaruje ten ból za ludzi niezdolnych uwierzyć. Ludziom, którzy z natury nie są szczególnie uczuciowi, a których nauczono, że wiara to uczucie, pozostaje już tylko rozpacz – ale też jakim szczęściem i wyzwoleniem jest zrozumieć, że się mylili! Pamiętam udrękę w głosie mojego ojca, który, jak tylu ludzi, myślał, że wiara polega na tym, żeby człowiek odczuwał istnienie Boga. „Córeczko, ja bym chciał uwierzyć, ale nic nie czuję…” – „Ależ, tato, ja także nic nie czuję!” Zdumienie. – „Nic?” – „Nic.” To wyzwoliło jego modlitwę i jego tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Odnalazł Boga, bo zrozumiał, że wiara nie jest odczuciem. List do Hebrajczyków przeciwstawia wiarę „widzeniu”: nie chodzi tu tylko o widzenie optyczne, ale o wszelkie naturalne postrzeganie czy doświadczenie, odczuwalne dla naszych zmysłów.

    Co wobec tego powiedzieć o takich kaznodziejskich sformułowaniach, jak że święci „czasem nawet przez długi czas byli pozbawieni doświadczenia obecności Bożej” – co sugeruje, że normalnie, poza tymi okresami próby, jednak takie doświadczenie stale mieli? Przyjmijmy, że niektórzy ludzie coś takiego odczuwają, ale większość chyba nie; i przyznam się wam, że sama nie potrafię sobie nawet takiego doświadczenia wyobrazić. Jeśli chcecie coś o nim wiedzieć, pytajcie innych nauczycieli; ja mogę wam tylko powiedzieć, że czymkolwiek by takie odczucie było, nie jest na pewno koniecznym warunkiem do służenia Bogu i miłowania Go. Można służyć Bogu i modlić się, i wierzyć także bez tego. Droga samej wiary nie jest na pewno niczym gorszym od drogi wiary wspieranej odczuwalną pewnością, ani nie jest mniejszym darem Bożym.

    A jak z kolei modlitwa wpływa na wiarę? Ćwiczy ją praktycznie i dopracowuje myślowo. A jest tego pilna potrzeba, bo możemy utopić naszą uwagę w realiach życia. Jest w Księdze Syracha (Syr 38,24–34) barwny passus o trudności pogodzenia mądrościowej refleksji z pracą zawodową:

    Uczony w Piśmie zdobywa mądrość w czasie wolnym od zajęć, i kto ma mniej działania, ten stanie się mądry. Jakże może poświęcić się mądrości ten, kto trzyma pług, […] kto woły pogania i całkowicie zajęty jest ich pracą, a rozmawia tylko o cielętach? […] Serce przykładać będzie do tego, by wyorywać bruzdy, a w czasie nocy bezsennej myśli o paszy dla jałówek. […] Tak garncarz, siedzący przy swej pracy i obracający nogami koło, stale jest pochłonięty troską o swoje dzieło; […] Rękami swymi kształtuje glinę, a nogami pokonuje jej opór, stara się pilnie, aby wykończyć polewę, a po nocach nie śpi, by piec wyczyścić.

    A więc, zdaniem Syracha, tylko człowiek dysponujący wolnym czasem i wolnym od trosk zawodowych umysłem może się poświęcić szukaniu mądrości. A to by znaczyło, tylko ktoś, kto ma dochody i nie musi pracować na życie… i to jest dziwne u autora, w którego epoce właśnie najsławniejsi uczeni w Piśmie – jak Hillel – żyli z rzemiosła, i właśnie znad swojego warsztatu potrafili kierować nieustanną myśl ku Prawu Bożemu. Taki ideał podjęli nieco później Ojcowie Pustyni, którzy cały dzień spędzali na pracy zarobkowej, ale z tej pracy potrafili robić nieustającą modlitwę. A my dziedziczymy po nich warunki życia i pojęcia myślowe, płynące z wiary. Nie, Syrach nie miał racji: do życia modlitwy powołani jesteśmy wszyscy, niezależnie od stanu i zawodu; i na tym polega cała nauka, żeby ten swój realny stan i zawód umieć wykorzystać jako punkt startu modlitwy, a nie zaprzepaścić, uznając go za przeszkodę i nic więcej. Oczywiście pozostaje prawdą, co już nieraz powiedzieliśmy, że z takiego wykorzystania nic nie wyjdzie, jeśli człowiek nie umie albo nie widzi potrzeby znaleźć mimo wszystko w swoim życiu także czas poświęcony wyłącznie modlitwie. Wtedy rzeczywiście zatonie z głową w problemach cieląt.

    Praca umysłu nad stałą relacją z Bogiem, utrzymywaną w trakcie różnych zajęć, a po jakimś czasie nawet już poprzez te zajęcia, jest niewątpliwie pracą i nauką zarazem – toteż wymaga praktyki, żeby się wydoskonalić. Bóg daje nam do tego tyle pomocy, ile w danym czasie uważa za stosowne, ale oczekuje od nas dobrej woli i wysiłku. Ślicznie to powiedziane w psalmie 32: Nie bądź jak koń i muł bez rozumu, jak zwierzęta, którym nic się nie da wytłumaczyć i trzeba na nie działać siłą, ciągnąć je uzdą za pyski, żeby podeszły. Nie bądź bierny. Jasne, że sam niczego nie osiągniesz, ale to cię nie zwalnia ze świadomego dążenia. Nawet w codziennym życiu praktycznym: takich czynności, jak przyszywanie guzików czy pieczenie ciasta trzeba się uczyć przez częste powtarzanie; i pierwszym próbom nawet przy najlepszej woli daleko bywa do precyzji osiąganej przez wprawną szwaczkę czy kucharkę. Temu samemu prawu rozwoju przez praktykę podlega nasze życie umysłowe i duchowe. Im częstsze są chwile świadomej relacji z Bogiem, w jakikolwiek sposób praktykowanej, tym prostsza robi się droga wierności, praktyka wiary. Tym ważniejsze też robi się dla nas pojmowanie tego, co się ludzkim umysłem da pojąć z prawd objawionych. Jeśli Jezus jest naszą wybraną radością, to oczywiste, że chcemy Go rozumieć coraz głębiej. Także znad paszy dla jałówek i znad polewy do garnków może płynąć jeden wielki hymn uwielbienia.

    Krótko mówiąc, gdzie jest nasz rozpoznany skarb, tam jest i nasze serce (por. Mt 6,21), i to w każdej sytuacji; ale też to serce uczy się, w miarę praktyki, coraz lepiej skarb rozpoznawać i coraz pełniej go wybierać.

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”)

    Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora “honoris causa”. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

  • Matka Boża i Święci Pańscy – listopad 2023

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 listopada

    Święty Andrzej, Apostoł





    Andrzej pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim (por. J 1, 44), ale mieszkał ze św. Piotrem, swoim starszym bratem i jego teściową w Kafarnaum (por. Mk 1, 21. 29-30). Był – jak Piotr – rybakiem. Początkowo był uczniem Jana Chrzciciela. Pod jego wpływem poszedł za Chrystusem, gdy Ten przyjmował chrzest w Jordanie. Andrzej nie tylko sam przystąpił do Chrystusa; to on przyprowadził do Niego Piotra: “Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1, 35-41). Andrzej był pierwszym uczniem powołanym przez Jezusa na Apostoła.
    Apostołowie Andrzej, Jan i Piotr nie od razu na stałe dołączyli do tłumów chodzących z Panem Jezusem. Po pierwszym spotkaniu w pobliżu Jordanu wrócili do Galilei do swoich zajęć. Byli zamożnymi rybakami, skoro mieli własne łodzie i sieci. Właśnie przy pracy Chrystus po raz drugi ich wezwał; odtąd pozostaną z nim aż do Jego śmierci i wniebowstąpienia. Spotkanie nad Jeziorem Genezaret i powtórne wezwanie przekazał nam św. Mateusz: “Gdy (Jezus) przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro: byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za nim” (Mt 4, 18-20). Św. Łukasz dorzuca szczegół, że powołanie to łączyło się z cudownym połowem ryb (Łk 5, 1-11). Pan Jezus chciał w ten sposób umocnić w swoich pierwszych uczniach wiarę w to, że prawdziwie jest Tym, za Kogo się podaje.
    W Ewangeliach św. Andrzej występuje jeszcze dwa razy. Kiedy Pan Jezus przed cudownym rozmnożeniem chleba zapytał Filipa: “Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?” – Andrzej rzekł do Niego: “Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” (J 6, 5. 8-9). I jeszcze raz występuje św. Andrzej, kiedy pośredniczy w przekazaniu prośby, aby poganie także mogli ujrzeć Chrystusa i zetknąć się z Nim bezpośrednio: “A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon (Bogu) w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy, i prosili go mówiąc: «Panie, chcemy ujrzeć Jezusa». Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi” (J 12, 20-22). Chodziło w tym wypadku o prozelitów, czyli pogan, którzy przyjęli religię judaistyczną.
    W spisie Apostołów wymieniany jest na drugim (Mt i Łk) lub czwartym (Mk) miejscu. Przez cały okres publicznej działalności Pana Jezusa należał do Jego najbliższego otoczenia. W domu Andrzeja i Piotra w Kafarnaum Chrystus niejednokrotnie się zatrzymywał. Andrzej był świadkiem cudu w Kanie (J 2, 1-12) i cudownego rozmnożenia chleba (J 6, 8-15).W tradycji usiłowano wybadać ślady jego apostolskiej działalności po Zesłaniu Ducha Świętego. Orygenes (+ 254) wyraża opinię, że św. Andrzej pracował w Scytii, w kraju leżącym pomiędzy Dunajem a Donem. Byłby to zatem Apostoł Słowian, których tu właśnie miały być pierwotne siedziby. Według św. Hieronima (+ 421) św. Andrzej miał także pracować w Poncie, w Kapadocji i w Bitynii, skąd udał się do Achai. Ten sam pogląd podziela Teodoret (+ 458), który twierdzi, że św. Andrzej przeszedł ze Scytii do Tracji i Epiru, aby zakończyć życie śmiercią męczeńską w Achai. Wszystkie źródła są zgodne, że św. Andrzej zakończył swoje apostolskie życie śmiercią męczeńską w Patras w Achai, na drzewie krzyża. Patras leży na Peloponezie przy ujściu Zatoki Korynckiej.
    Niemniejsze zainteresowanie osobą i działalnością, a zwłaszcza śmiercią św. Andrzeja, okazują apokryfy: Dzieje Andrzeja z wieku II-III oraz Męka św. Andrzeja z wieku IV. Są to dokumenty bardzo dawne, sięgające niemal czasów poapostolskich. Zwłaszcza Dzieje Andrzeja cieszyły się kiedyś wielkim powodzeniem. Według tych źródeł, po Zesłaniu Ducha Świętego Andrzej miał nauczać i dokonać wielu cudów (nawet wskrzeszania zmarłych) w miejscach, do których dotarł: w Poncie i Bitynii (dzisiaj zachodnia Turcja) oraz w Tracji (Bułgaria), Scytii (dolny bieg Dunaju) i Grecji. Tam też, w Patras, 30 listopada 65 lub 70 roku (w tradycji wschodniej – w 62), przeżegnawszy zebranych wyznawców, został ukrzyżowany głową w dół na krzyżu w kształcie litery X. Wyrok ten przyjął z wielką radością – cieszył się, że umrze na krzyżu, jak Jezus. Litera X jest pierwszą literą imienia Chrystusa w języku greckim (od Christos, czyli Pomazaniec). Prawosławni uważają, że św. Andrzej umierał aż trzy dni, bo do krzyża został przywiązany, a nie przybity – w ten sposób chciano wydłużyć jego cierpienie. Przez cały ten czas w obecności tłumu wyznawał wiarę w Chrystusa, pouczał zebranych, jak należy wierzyć i jak cierpieć za wiarę.
    Kult św. Andrzeja był zawsze w Kościele bardzo żywy. Liturgia bizantyjska określa św. Andrzeja przydomkiem Protokleros, to znaczy “pierwszy powołany”, gdyż obok św. Jana jako pierwszy został przez Chrystusa wezwany na Apostoła. Achaja chlubi się przekonaniem, że jej pierwszym metropolitą był św. Andrzej. Dla prawosławnych św. Andrzej jest jednym z najważniejszych świętych, nazywają go Apostołem Słowian. Według ich tradycji św. Andrzej dotarł nad Dniepr i Don i jest założycielem Kijowa.W 356 roku relikwie św. Andrzeja przewieziono z Patras do Konstantynopola i umieszczono je w kościele Apostołów. Krzyżowcy, którzy w czasie czwartej wyprawy krzyżowej w 1202 r. zdobyli Konstantynopol, zabrali relikwie i umieścili w Amalfi w pobliżu Neapolu. Głowę św. Andrzeja papież Pius II w XV w. kazał przewieźć do Rzymu, do bazyliki św. Piotra – uważając, że skoro wspólna chwała połączyła obu braci, ta sama chwała powinna połączyć także ich ciała.
    25 września 1964 r. papież Paweł VI zwrócił głowę św. Andrzeja kościołowi w Patras. Najpierw 23 września złożyli hołd relikwii wszyscy ojcowie Soboru Watykańskiego II, zebrani na trzeciej sesji wraz z papieżem, który w procesji przeniósł relikwię z kaplicy Najświętszego Sakramentu na ołtarz auli soborowej. Mszę świętą odprawił przy tej okazji kardynał Marcella, archiprezbiter bazyliki św. Piotra, a kazanie wygłosił kardynał Koenig z Wiednia, kończąc homilię modlitwą o zjednoczenie Kościołów. Po południu przewieziono relikwie do kościoła św. Andrzeja della Valle, gdzie były wystawione do publicznej czci. Dnia 25 września do Rzymu przybyła delegacja greckiego Kościoła prawosławnego. Paweł VI przyjął ją na osobnej audiencji i przy tej okazji wręczył święte relikwie. Jeszcze tego samego dnia zostały one przewiezione samolotem do Patras. Kościół grecki posiada też relikwie krzyża, na którym umarł św. Andrzej. Natomiast relikwia prawej ręka Apostoła znajduje się w moskiewskim Soborze Bogojawleńskim. Od 2003 r. cząstka relikwii św. Andrzeja jest także w Polsce, w warszawskim kościele środowisk twórczych przy Pl. Teatralnym.
    Kult św. Andrzeja był i nadal jest żywy w różnych krajach. Święty Grzegorz I Wielki założył ku jego czci klasztor i kościół w Rzymie. Otrzymał także relikwie Apostoła z Konstantynopola (+ 604). Wiele narodów i państw ogłosiło św. Andrzeja za swojego szczególnego patrona. Tak uczyniły: Neapol, Niderlandy, Szkocja, Hiszpania, arcybiskupstwo Brunszwiku, księstwo Burgundii, Limburg, Luksemburg, Mantua i Szlezwig, a z innych krajów – Bitynia, Grecja, Holandia, Niemcy, Pont, Prusy, Rosja i Sycylia. Także bardzo wiele miast chlubi się patronatem św. Andrzeja: Agde, Aranches, Baeza, Bordeaux, Brescia, Bruggia, Hanower, Neapol, Orange, Pesaro, Rawenna, Rochester. Jest także patronem małżeństw, podróżujących, rybaków, rycerzy, woziwodów, rzeźników. Ten orędownik zakochanych wspomaga w sprawach matrymonialnych i wypraszaniu potomstwa.
    Dużą czcią cieszył się św. Andrzej również w Polsce. Istniał u nas zwyczaj wróżb andrzejkowych. W wigilię św. Andrzeja dziewczęta lały roztopiony wosk przez ucho klucza na wodę i zgadywały z figur, jakie się tworzą, która z nich jako pierwsza będzie miała wesele i jak będzie wyglądał wybranek.

    Święty Andrzej

    W ikonografii św. Andrzej Apostoł przedstawiany jest jako starszy mężczyzna o gęstych, siwych włosach i krzaczastej, krótkiej brodzie. Jako apostoł nosi długi płaszcz. Czasami ukazywany jako rybak w krótkiej tunice. Powracającą sceną w sztuce religijnej jest chwila jego ukrzyżowania. Atrybutami Świętego są: “krzyż św. Andrzeja” w kształcie litery X, księga, ryba, sieć. Formę krzyża św. Andrzeja mają znaki drogowe ustawiane przy przejazdach kolejowych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Święty Andrzej Apostoł

    Święty Andrzej Apostoł

    Męczeństwo św. Andrzeja/Vlad Tepes (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 CZERWCA 2006

    (…) Bardzo stara tradycja nie tylko upatruje w Andrzeju, który przekazał Grekom to słowo, tłumacza Greków podczas wspomnianego tu spotkania z Jezusem, ale uważa go za apostoła Greków w latach po Zesłaniu Ducha Świętego; dowiadujemy się z niej, że przez resztę swego życia był on głosicielem i tłumaczem Jezusa dla świata greckiego.

    Drodzy bracia i siostry,

    w ostatnich dwóch katechezach mówiliśmy o postaci świętego Piotra. Teraz chcemy, na ile pozwalają nam na to źródła, poznać nieco bliżej pozostałych jedenastu Apostołów. Dlatego będziemy dzisiaj mówić o bracie Szymona Piotra, świętym Andrzeju, także jednym z Dwunastu. Pierwszą cechą, jaka charakteryzuje św. Andrzeja, jest imię: nie jest ono hebrajskie, jak należałoby się spodziewać, lecz greckie, istotny znak pewnego kulturalnego otwarcia jego rodziny. Jesteśmy w Galilei, gdzie język grecki i grecka kultura dość często występują. Wśród Dwunastu Andrzej zajmuje drugie miejsce, podobnie jak u Mateusza (10, 1-4) i Łukasza (6, 13-16) albo czwarte, jak u Marka (3, 13-18) i w Dziejach Apostolskich (1, 13-14). W każdym razie cieszył się on niewątpliwie dużym szacunkiem w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich.

    O więzach krwi między Piotrem a Andrzejem, jak i o wspólnym powołaniu, jakie usłyszeli od Jezusa, mówią wyraźnie Ewangelie. Czytamy tam: “Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi»” (Mt 4, 18-19; Mk 1, 16-17). Z czwartej Ewangelii dowiadujemy się o innym ważnym szczególe: wcześniej Andrzej był uczniem Jana Chrzciciela; pokazuje to, iż był człowiekiem poszukującym, który podzielał nadzieje Izraela, który chciał z bliska poznać słowo Pana, rzeczywistość Pana, który jest obecny. Był prawdziwie człowiekiem wiary i nadziei; od Jana Chrzciciela usłyszał któregoś dnia o Jezusie jako “Baranku Bożym” (J 1, 36); udał się wówczas w drogę i wraz z innym bezimiennym uczniem poszedł za Jezusem, Tym, którego Jan nazwał “Barankiem Bożym”. Ewangelista opowiada: poszli i “zobaczyli gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego” (J 1, 37-39).

    Andrzej cieszył się więc cennymi chwilami bliskości z Jezusem. W opowiadaniu znajduje się potem znamienna uwaga: “Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1, 40-43), wykazując się od razu nieprzeciętnym duchem apostolskim. Andrzej był więc pierwszym z Apostołów wezwanych, by poszedł za Jezusem. Właśnie na tej podstawie liturgia Kościoła bizantyńskiego czci go pod przydomkiem Protóklitos, co znaczy “Pierwszy Powołany”.

    Nie ulega wątpliwości, że również ze względu na braterskie więzy Piotra i Andrzeja Kościół Rzymu i Kościół Konstantynopola czują się w szczególny sposób Kościołami siostrzanymi. Dla podkreślenia tej relacji mój poprzednik papież Paweł VI w 1964 zwrócił sławną relikwię św. Andrzeja, przechowywaną do tej pory w Bazylice Watykańskiej, prawosławnemu metropolicie miasta Patras w Grecji, gdzie – zgodnie z tradycją – Apostoł ten został ukrzyżowany.

    Tradycja ewangeliczna wspomina w sposób szczególny imię Andrzeja przy trzech innych okazjach, które pozwalają nam nieco lepiej poznać tego człowieka. Pierwsza to rozmnożenie chleba w Galilei. To Andrzej zwrócił tam uwagę Jezusa na obecność chłopca, który miał pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby: to zbyt mało, jak zauważył, dla wszystkich ludzi zgromadzonych na tym miejscu (por. J 6, 8-9). W tym przypadku zasługuje na podkreślenie realizm Andrzeja: to on zauważył chłopca – po czym zadał pytanie: “Lecz cóż to jest dla tak wielu?” (tamże), uświadomiwszy sobie niewystarczalność tak małych zasobów. Jezus jednak potrafił sprawić, że wystarczyły one dla rzeszy ludzi, którzy przyszli Go słuchać.

    Druga okazja wydarzyła się w Jerozolimie. Wychodząc z miasta, jeden z uczniów zwrócił uwagę Jezusa na widok potężnych murów, na których wspierała się Świątynia. Odpowiedź Nauczyciela była zaskakująca: powiedział, że z tych murów nie pozostanie kamień na kamieniu. Wówczas Andrzej, wraz z Piotrem, Jakubem i Janem, zapytali Go: “Powiedz nam, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to wszystko zacznie się spełniać?” (Mk 13, 1-4). W odpowiedzi na to pytanie Jezus wygłosił ważną mowę na temat zburzenia Jerozolimy i końca świata, zachęcając swych uczniów do uważnego odczytywania znaków czasu i zachowania czujności. Z wydarzenia tego możemy wywnioskować, że nie powinniśmy obawiać się stawiać Jezusowi pytań, jednocześnie jednak musimy być gotowi przyjąć nauki, nawet zaskakujące i trudne, jakich nam On udziela.

    W Ewangelii wreszcie odnotowana została trzecia inicjatywa Andrzeja. Scenerię stanowi raz jeszcze Jerozolima, na krótko przed Męką. Na święto Paschy – opowiada Jan – przybyło do świętego miasta także kilku Greków, prawdopodobnie prozelitów bądź bogobojnych, którzy chcieli czcić Boga Izraela w święto Paschy. Andrzej i Filip, dwaj apostołowie o greckich imionach, są tłumaczami i pośrednikami tej małej grupy Greków u Jezusa. Odpowiedź Pana na ich pytanie wydaje się – jak często w Ewangelii Jana – zagadkowa, ale właśnie dlatego okazuje się bogata w znaczenia. Dwóm uczniom, a za ich pośrednictwem światu greckiemu, Jezus powiada: “Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (12, 23-24). Co znaczą te słowa w tym kontekście? Jezus chce powiedzieć: Tak, dojdzie do spotkania między Mną a Grekami, ale nie będzie to zwykła, krótka rozmowa między Mną a paroma osobami, kierującymi się przede wszystkim ciekawością. Wraz z moją śmiercią, porównywalną do padnięcia na ziemię ziarna pszenicy, nadejdzie godzina mojej chwały. Moja śmierć na krzyżu przyniesie obfity plon: “obumarłe ziarno pszenicy” – symbolizujące Mnie na krzyżu – stanie się w zmartwychwstaniu chlebem życia dla świata; będzie światłością dla ludów i kultur. Tak, do spotkania z grecką duszą, ze światem greckim dojdzie na tej głębokości, do której nawiązuje historia ziarna pszenicy, które przyciąga do siebie moce ziemi i nieba i staje się chlebem. Innymi słowy Jezus prorokuje o Kościele Greków, Kościele pogan, Kościele świata jako o owocu swej Paschy.

    Bardzo stara tradycja nie tylko upatruje w Andrzeju, który przekazał Grekom to słowo, tłumacza Greków podczas wspomnianego tu spotkania z Jezusem, ale uważa go za apostoła Greków w latach po Zesłaniu Ducha Świętego; dowiadujemy się z niej, że przez resztę swego życia był on głosicielem i tłumaczem Jezusa dla świata greckiego. Jego brat Piotr z Jerozolimy przez Antiochię dotarł do Rzymu, by sprawować swą powszechną posługę; Andrzej natomiast był apostołem świata greckiego: tym samym jawią się oni za życia i w chwili śmierci jako prawdziwi bracia – braterstwo, którego symbolicznym wyrazem jest szczególna więź między Stolicami Rzymu i Konstantynopola, Kościołami prawdziwie siostrzanymi.

    Późniejsza tradycja, jak już wspomnieliśmy, opowiada o śmierci Andrzeja w Patrasie, gdzie poddany został męce ukrzyżowania. Jednakże w godzinie śmierci, podobnie jak brat jego Piotr, poprosił, by umieścić go na krzyżu innym od krzyża Jezusa. W jego przypadku był to krzyż ukośny, to znaczy taki, którego ramiona skrzyżowano ukośnie, stąd nazwano go “krzyżem św. Andrzeja”. Oto co Apostoł miał powiedzieć przy tej okazji według pradawnej opowieści (z początku VI wieku), zatytułowanej Męka Andrzeja: “Witaj, Krzyżu, zapoczątkowany za sprawą ciała Chrystusa i ozdobiony Jego członkami jak drogocennymi perłami. Zanim Pan wstąpił na ciebie, budziłeś ziemski strach. Teraz jednak, obdarzony niebieską miłością, przyjmowany jesteś niczym dar. Wierzący wiedzą, patrząc na ciebie, ile radości posiadasz, ile podarków przygotowałeś. Pewny więc i pełen radości przychodzę do ciebie, abyś przyjął także mnie wysławiającego cię, jako ucznia Tego, który zawisł na tobie… Krzyżu błogosławiony, który przyjąłeś majestat i piękno członków Pana! … Weź mnie i zaprowadź daleko od ludzi i przywróć mnie memu Nauczycielowi, aby za twoją sprawą przyjął mnie Ten, który przez ciebie mnie odkupił. Witaj, Krzyżu; tak, witaj prawdziwie!”.

    Jak widać, mamy tu niezwykle głęboką duchowość chrześcijańską, która widzi w Krzyżu nie tyle narzędzie męki, ile raczej niezrównany środek pełnego upodobnienia się do Odkupiciela, do Ziarna pszenicy, spadłego w ziemię. Musimy wyciągnąć z tego bardzo ważną naukę: nasze krzyże nabierają wartości, jeśli zostaną uznane i przyjęte jako część krzyża Chrystusa, jeśli dosięgnie je odblask Jego światła. Tylko przez ten Krzyż również nasze cierpienia są uszlachetnione i nabierają swego prawdziwego sensu.

    Niech więc apostoł Andrzej nauczy nas iść za Jezusem z gotowością (por. Mt 4, 20; Mk 1, 18), mówić o Nim z entuzjazmem tym, których spotykamy, przede wszystkim zaś pielęgnować relację prawdziwej zażyłości z Nim, świadomi, że tylko w Nim znaleźć możemy ostateczny sens naszego życia i naszej śmierci.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________

    Protóklitos – pierwszy powołany – św. Andrzej, Apostoł

    Protóklitos – pierwszy powołany – św. Andrzej, Apostoł

    Męczeństwo św. Andrzeja – Luca Giordano, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Andrzej był pierwszym powołanym do grona apostołów. Od samego początku miał dar przyprowadzania ludzi do Jezusa. On przyprowadził najpierw swojego brata, Szymona, potem grupę prozelitów, którzy chcieli zobaczyć Jezusa. Apostołował wśród Greków. Jest uważany za apostoła Słowian. Zginął ukrzyżowany, podobnie do jego Pana. 30 listopada Kościół wspomina św. Andrzeja, apostoła.

    Był rybakiem. Mieszkał razem ze św. Piotrem i jego rodziną w Kafarnaum. Prowadzili interes rybacki, działając też wspólnie z Janem i Jakubem, synami Zebedeusza. Posiadali łodzie i sieci.

    Andrzej pochodził z żydowskiej rodziny, ale naznaczonej jakimiś wpływami kultury helleńskiej. Świadczy o tym jego imię, które nie jest hebrajskie, ale ma korzenie greckie i oznacza ‘mężny’, ‘odważny’.

    Był człowiekiem poszukującym i pewnie dlatego stał się uczniem Jana Chrzciciela, który dwom swoim uczniom wskazał na Jezusa, mówiąc, że Chrystus jest ‘Barankiem Bożym’. Jednym z tych uczniów był Andrzej, a drugim prawdopodobnie Jan Ewangelista, który po latach, pamiętając dokładnie to, co zaszło, z detalami opisuje to wydarzenie: „Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: ‘Czego szukacie?’ Oni powiedzieli do Niego: ‘Rabbi – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?’ Odpowiedział im: ‘Chodźcie, a zobaczycie’». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej” (J1,37-39). Po tym wydarzeniu Andrzej spotkał swego starszego brata, Szymona i powiedział: „‘Znaleźliśmy Mesjasza’ – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J1,41-42).

    Andrzej jako pierwszy z Apostołów usłyszał wezwanie i poszedł za Jezusem. Dlatego liturgia Kościoła bizantyńskiego nadała mu przydomek Protóklitos, co znaczy “Pierwszy Powołany”.

    Św. Andrzej Apostoł - El Greco, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Andrzej Apostoł – El Greco, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Ewangelie mówią jeszcze o Andrzeju przy okazji rozmnożenia chleba, a także wtedy, kiedy grupa prozelitów, na kilka dni przed męką Pana, pragnie spotkać się z Jezusem. Andrzej jawi się wtedy jako ten, który przyprowadza innych do Jezusa.

    Działalność apostolska św. Andrzeja po Zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego znana jest nam z apokryficznych opowiadań: ‘Dzieje Andrzeja’ z II lub III wieku oraz ‘Męka św. Andrzeja’ z wieku IV. Są to bardzo stare dokumenty sięgające niemal czasów apostolskich.

    Andrzej nauczał i dokonywał wielu cudów (ponoć nawet wskrzeszania umarłych) tam, gdzie docierał, a apostołował na terenach dzisiejszej zachodniej Turcji, na terenie dzisiejszej Bułgarii, ale też w Scytii, krainie między rzekami Dunaj i Don, zamieszkiwanej przez Słowian. Swoje apostołowanie zakończył w Grecji, gdzie w Patras zginął śmiercią męczeńską około roku 70.

    Andrzej miał zginąć na krzyżu w formie litery ‘X’. Miał być przywiązany, a nie przybity do drzewa, więc jego agonia trwała trzy dni. Opis jego Męki opisuje ostatnie słowa Andrzeja. Na widok krzyża miał wykrzyknąć: „Witaj, Krzyżu; tak, witaj prawdziwie!”.

    Relikwie apostoła w IV wieku przeniesiono z Patras do Konstantynopola, a następnie w XIII wieku do Włoch. W 1964 roku papież Paweł VI, w geście pojednania z Kościołem Prawosławnym, zwrócił relikwie głowy św. Andrzeja kościołowi w Patras.

    Kult św. Andrzeja jest bardzo żywy. Jest patronem wielu państw i miast. Czczony jest też jako patron małżeństw, podróżujących, rybaków. Jest orędownikiem zakochanych i wspomaga wiernych w sprawach matrymonialnych i w wypraszaniu potomstwa. Stąd wiele zwyczajów i obrzędów ‘andrzejkowych’, jakie mamy nie tylko w Polskiej tradycji.

    W ikonografii ukazywany jest jako starszy mężczyzna. Jego atrybut to przede wszystkim ‘Krzyż św. Andrzeja’ w kształcie litery ‘X’, ale też księga, ryba i sieć.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Andrzej Apostoł:

    dlaczego zmarł na krzyżu w kształcie X?

    ŚWIĘTY ANDRZEJ

    Sailko/Wikipedia | CC BY-SA 3.0

    ***

    Jego męczeńskiej śmierci na krzyżu przyglądało się podobno 12 tys. osób. W Polsce kształt krzyża, na którym umarł apostoł, nazywa się „krzyżem św. Andrzeja” (uwaga: to nie jest iks). I ma on specjalne znaczenie.

    Pochodził z żydowskiej rodziny i był bratem pierwszego papieża. Nazywany pierwszym uczniem Chrystusa, który odpowiedział na Jego wezwanie. Męczennik. Kim właściwie był św. Andrzej Apostoł?

    Pierwszy powołany apostoł 

    Św. Andrzej pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim. Z przekazu ewangelicznego wiemy, że był rybakiem. Początkowo był uczniem św. Jana Chrzciciela. Później stał się uczniem Jezusa. To właśnie on przyprowadził swojego brata, Szymona Piotra, do Jezusa.

    Powtórne wezwanie do pójścia za Jezusem relacjonuje św. Mateusz. Jezus przechodził wówczas obok Jeziora Galilejskiego. Ujrzał wtedy Andrzeja i Szymona Piotra, jak zarzucali sieci do wody. Wezwał ich do siebie, oni pozostawili swoje zajęcie i poszli za Nim.

    Św. Andrzej w tekstach biblijnych

    Łukasz Ewangelista powołanie pierwszych uczniów wiąże z cudownym połowem ryb. Później w przekazie ewangelicznym Andrzej pojawia się jeszcze dwukrotnie: przed cudownym rozmnożeniem chleba, i gdy pośredniczy w przekazaniu prośby prozelitów, którzy chcieli poznać Mesjasza. Filip powiedział o tym fakcie Andrzejowi i poszli obaj poinformować o tym Jezusa.

    Andrzej zamieszkiwał razem ze swoim bratem w Kafarnaum. W ich domu niejednokrotnie zatrzymywał się Jezus. Uzdrowił nawet teściową Piotra. Andrzej był także świadkiem cudu w Kanie Galilejskiej, gdzie Jezus objawił swoją chwałę nowożeńcom i gościom, oraz świadkiem cudownego rozmnożenia chleba – apostoł zwrócił się do Mistrza słowami: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, ale cóż to jest dla tak wielu?” (J 6,9). Wspominają o nim także Dzieje Apostolskie.

    Św. Andrzej w tradycji chrześcijańskiej

    Pisma ojców Kościoła również przekazują nam informacje na temat Andrzeja. Pracował w Scytii (Orygenes), Poncie, Kapadocji, Bitynii i Achai (Hieronim). Życie zakończył śmiercią męczeńską w starożytnym mieście Patrai, w Achai.

    Według tekstów apokryficznych tuż po zesłaniu Ducha Świętego Andrzej głosił Dobrą Nowinę i dokonywał cudów. Był człowiekiem oddanym swojej misji, a neofici byli zachwyceni jego nauką. Został skazany przez Aegeasa, gdyż przemawiał do tłumów i zwracał uwagę na nieprawości i grzechy.

    Jego śmierci na krzyżu przyglądało się podobno 12 tys. osób. Gdy konał, pojawiła się nad nim zadziwiająca jasność. Wśród pozabiblijnych tekstów znane są Dzieje św. Andrzeja z II–III wieku oraz Męka św. Andrzeja z IV wieku.

    Śmierć męczeńska

    Zmarł 30 listopada 65 lub 70 roku. Tradycja wschodnia wskazuje na rok 62. Prawosławni uważają, że umierał 3 dni. Według nich nie został przybity do krzyża, ale został do niego przywiązany. Po drugie, ta liczba ma w Biblii szczególne znaczenie, wskazuje na jedność, dopełnienie się jakiegoś czynu czy wydarzenia.

    Zgodnie z podaniami Andrzej poniósł śmierć męczeńską. Został rozpięty na krzyżu w kształcie litery X (pierwsza litera od słowa Chrystus, z języka greckiego: Christos [Χριστος], co – jak wiemy – oznacza namaszczonego, pomazańca).

    W Polsce kształt krzyża, na którym umarł apostoł, nazywa się „krzyżem św. Andrzeja”. Umieszczany jest przed przejazdami kolejowymi dlatego, że ten święty jest uznawany za patrona podróżnych. Warto dodać, że tradycja dotycząca formy jego śmierci rozpowszechniła się od X wieku.

    Początki kultu          

    W 356 roku jego relikwie przywieziono do Konstantynopola i umieszczono w kościele Apostołów. W XV wieku z polecenia papieża Piusa II głowę św. Andrzeja przetransportowano do bazyliki św. Piotra w Rzymie. Paweł VI w 1964 roku zwrócił głowę apostoła kościołowi w Patrai.

    Ojcowie Soboru Watykańskiego II złożyli hołd relikwii. Po odprawieniu mszy świętej przewieziono ją do kościoła św. Andrzeja della Valle. Delegacja greckiego kościoła prawosławnego odebrała z rąk papieża Pawła VI relikwie. Znajdują się w Patrai, podobnie zresztą jak relikwie krzyża, na którym skonał św. Andrzej. Relikwie prawej ręki znajdują się w soborze Bogojawleńskim. Św. Andrzej jest patronem wielu państw i miast, m.in. Szkocji, Hiszpanii, Grecji, Neapolu.

    Czczony jest jako Protokleros (Pierwozwanyj), czyli powołany jako pierwszy z uczniów. Po jego śmierci wiele osób nawróciło się. Byli poruszeni świadectwem jego życia i wiary. „Obumarłe ziarno pszenicy” wydało swój plon, a męczeńską śmiercią św. Andrzej potwierdził swoją miłość i wierność Chrystusowi.

    Nazywany „Apostołem Słowian” i „Apostołem Wschodu”. Wyznawcy religii prawosławnej uznają Andrzeja za założyciela Kijowa. Jego atrybutami są: krzyż, sieć, księga i ryba.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Andrzej Apostoł – apostoł Wschodu

    (By José de Ribera “el Españoleto” [Public domain], via Wikimedia Commons)

    ***

    Kult św. Andrzeja ma związek z kultem wszystkich Apostołów, który zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, podkreśla apostolski wymiar Kościoła – mówi dla PCh24.pl ks. dr hab. Janusz Królikowski, profesor UPJPII, wykładowca teologii dogmatycznej.

    Św. Andrzej Apostoł w obrządkach wschodnich czczony jest jako Protokleros (Pierwozwannyj) – „Wezwany jako pierwszy”. Pomimo tego, że to właśnie św. Andrzeja Pan Jezus powołał jako pierwszego, jest on stosunkowo słabo znany wśród wiernych naszego obrządku.

    Św. Andrzej jest jednym z Apostołów i jest czczony w ich gronie. W Kościele pierwszeństwo, z oczywistych racji, nadajemy świętym Piotrowi i Pawłowi. Pamięć o św. Andrzeju w Kościele i kulturze jest obecna, choćby przez tzw. krzyże św. Andrzeja czy też popularne „andrzejki”. W liturgii zaś jest czczony jak pozostali święci Apostołowie. Z racji relacji katolicko-prawosławnych pamięć o św. Andrzeju ulega stopniowemu ożywieniu. Ponieważ jest on czczony przez chrześcijan wschodnich, zwłaszcza prawosławnych, dlatego w spotkaniach między tymi wyznaniami często się o nim wspomina. Wielokrotnie powracał do postaci św. Andrzeja papież Jan Paweł II.

    Co wiemy na podstawie Pisma Świętego na temat św. Andrzeja?

    O św. Andrzeju Apostole wiemy stosunkowo dużo w zestawieniu z innymi Apostołami. Kilkakrotnie jest wymieniany w Ewangeliach: w scenie chrztu nad Jordanem, gdzie rozpoznaje w Jezusie Mesjasza, powołania nad jeziorem Genezaret, jest uczestnikiem cudownego połowu ryb, jest świadkiem uzdrowienia teściowej św. Piotra, cudownego rozmnożenia chleba i ryb, rozmawia z Jezusem. Wspominają też o nim Dzieje Apostolskie.

    U których Ojców Kościoła i w jakich apokryfach możemy znaleźć informacje na temat tego Apostoła?

    O losach św. Andrzeja opowiada przede wszystkim tekst apokryficzny Acta Andreae. Właściwie wszystko, co mówi się w Kościele o tym Apostole, poza Nowym Testamentem, opiera się na tym tekście i do niego jakoś nawiązuje. Z apokryfów dowiadujemy się szczegółów dotyczących męczeńskiej śmierci św. Andrzeja, na którą został skazany przez Aegeasa, namiestnika rzymskiego w Patras, za to, że nawrócił jego żonę na chrześcijaństwo.

    Co mówią o jego działalności apostolskiej po Zesłaniu Ducha Świętego

    Św. Andrzej w ramach misji zleconej do Chrystusa miał działać w Azji Mniejszej, Scytii, Tracji i Grecji. Tradycja rosyjska wspomina, że św. Andrzej dotarł nawet na tereny Rusi, w okolice Nowogrodu Wielkiego. Tradycja ta zdaje się mieć potwierdzenie w tym, że właśnie na tych terenach istniały najwcześniejsze miejsca kultu św. Andrzeja.

    Św. Andrzej jest obecny w „sferze publicznej” – mówiąc oczywiście pół-żartem – poprzez wspomniane przez Księdza tak zwane krzyże św. Andrzeja, umieszczane przed przejazdami kolejowymi. Jak wyglądała męczeńska śmierć tego Apostoła?

    Został ukrzyżowany, dlatego krzyż jest jego atrybutem. Od X wieku rozpowszechniła się tradycja, że został przybity do krzyża w kształcie litery X, dlatego takie krzyże nazywa się „krzyżami św. Andrzeja”. Takie przedstawienie spotykamy między innymi w bazylice św. Piotra w Rzymie.

    Jakie były losy relikwii św. Andrzeja?

    Losy te są wyjątkowo burzliwe. W 356 r. cesarz Konstantyn pozyskał relikwie świętego i umieścił w kościele Świętych Apostołów w Konstantynopolu, gdzie spełniały rolę religijną, ale także polityczną. Służyły do nadania prestiżu Konstantynopolowi (Nowemu Rzymowi) w pewnej konkurencji do Rzymu. W czasie IV krucjaty (1202-1204) krzyżowcy zabrali je po złupieniu miasta i przenieśli do Amalfi, gdzie pozostają do dnia dzisiejszego. W XV wieku głowa świętego została przeniesiona do bazyliki Św. Piotra w Rzymie, a w 1964 r. papież Paweł VI przekazał ją do Patras, dając tym samym wyraz przychylności w stosunku do Kościołów wschodnich.

    W Kościele łacińskim spośród Apostołów najbardziej czczonym jest św. Piotr. Z kolei wśród katolików obrządków wschodnich analogiczną rolę pełni św. Andrzej.

    Geneza kultu św. Andrzeja na Wschodzie jest związana, jak wspomniałem, z terenami jego działalności apostolskiej, czyli właśnie Wschodem. Kult ma następnie związek z kultem wszystkich Apostołów, który zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, podkreśla apostolski wymiar Kościoła. Wschód prawosławny podkreśla znaczenie św. Andrzeja także z powodów ideologicznych. Bardzo często akcentuje się w kręgach prawosławnych, że był bratem św. Piotra, z czego usiłuje się wyprowadzić zasadę równości między Apostołami, kwestionując w ten sposób prymat św. Piotra. W tym kontekście szczególnie akcentuje się równość Konstantynopola i Rzymu. Kościół katolicki nie przyjmuje takiego ujęcia, akcentując w tym kontekście ideał braterstwa eklezjalnego jako postawy duchowej. Z braterstwa świętych Piotra i Andrzeja nie da się wyprowadzić takiej równości eklezjologicznej, która pozbawiałaby św. Piotra pierwszeństwa, a tym samym pierwszeństwa jego następców jako Pasterzy powszechnych i pierwszeństwa Stolicy Rzymskiej, która pozostaje pierwszą Stolicą.

    Bóg zapłać za rozmowę!

    Kajetan Rajski/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 listopada

    Błogosławiona Maria Klementyna
    Anuarita Nengapeta, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy Dionizy i Redempt
      •  Święty Saturnin, biskup
    ***
    Błogosławiona Maria Klementyna

    Anuarita urodziła się 29 grudnia 1939 roku w Wamba w Prowincji Wschodniej Konga jako córka Amisi Badjulu i Isude Julienne. Pochodziła z plemienia Babudu, z rodziny mającej sześcioro dzieci. Jej rodzice rozwiedli się. Na chrzcie świętym, który przyjęła w wieku sześciu lat razem ze swoją matką, przyjęła imię Alphonsine. Całe swoje wychowanie religijne zdobyła w pierwszej misji chrześcijańskiej na terenach Zairu – w Bafwabaka.
    W wieku 16 lat zdecydowała się wstąpić do zgromadzenia Najświętszej Rodziny. W 1959 roku złożyła śluby zakonne i przyjęła imiona Maria Klementyna. Ukończyła szkołę i pracowała jako nauczycielka, otaczając swoich uczniów serdeczną troską. Z wielką życzliwością odnosiła się także do współsióstr. W zakonnej wspólnocie pełniła obowiązki zakrystianki i pracowała w kuchni. Jej życiową dewizą było “służyć i sprawiać radość”.
    Zginęła 1 grudnia 1964 r., w okresie wojny domowej w Kongo, broniąc swej czystości. Siostry zostały porwane i wywiezione przez żołnierzy. Dowódca upatrzył sobie Anuaritę i chciał ją zmusić do uległości. Wobec zdecydowanego oporu kazał ją zabić. Siostra Anuarita, zdając sobie sprawę, że za chwilę zginie, powiedziała do oprawców: “Przebaczam wam, bo nie wiecie, co czynicie”. Została zasztyletowana, a odtrącony dowódca dobił ją strzałem. Świadkami jej męczeństwa były siostry uprowadzone razem z nią, które w chwili jej konania odśpiewały Magnificat.
    Początkowo została pochowana we wspólnym grobie, ale po zakończeniu rebelii jej ciało przeniesiono do katedry w Isiro. Św. Jan Paweł II beatyfikował ją w Kinszasie 15 sierpnia 1985 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 listopada

    Święty Jakub z Marchii, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan Młodszy, męczennik
      •  Błogosławiony Jacek Thomson, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Jakub z Marchii

    Jakub Gangala urodził się w 1394 r. w Monteprandone (Ascoli Piceno), w Marchii Ankońskiej – rejonie Włoch położonym nad Adriatykiem. W dzieciństwie musiał ciężko pracować, bo jego rodzina była bardzo uboga. Był osiemnastym z dziewiętnaściorga dzieci swoich rodziców. Zajmował się wypasaniem bydła i świń. Po śmierci ojca, Jakubem zaopiekował się wuj-kapłan i to dzięki niemu chłopak zdobył wykształcenie. Studiował na kilku włoskich uniwersytetach i ukończył studia prawnicze.
    Gdy miał 22 lata, wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych. Ukończył studia filozoficzno-teologiczne i w 1420 r. przyjął święcenia kapłańskie. Szybko zaczął się wyróżniać swoją wiedzą teologiczną, pięknem i logiką wypowiedzi oraz pokorą i świętością życia. Dzięki temu z polecenia św. Bernardyna ze Sieny został mianowany kaznodzieją zakonu, co było dużym wyróżnieniem. Chociaż poświęcił się przede wszystkim tej posłudze, znalazł czas, by współpracować ze św. Janem Kapistranem i św. Bernardynem przy reformowaniu zakonu. Przyczynił się do zakładania klasztorów o surowszej regule. Godny podziwu był jego dar przyswajania nowych języków oraz doskonała pamięć.
    Jako misjonarz przewędrował prawie całe Włochy. Dotarł także do wielu państw europejskich. Swoje kazania głosił na terenie Bośni, Dalmacji, Albanii, Czech, Polski, Rusi, Norwegii, Danii, Węgier, Prus i Austrii. Mówi się, że w ciągu 40 lat swojej pracy nawrócił 50 tysięcy heretyków oraz niezliczone rzesze grzeszników.
    Wszędzie krzewił kult Najświętszego Imienia Jezus. Z poczucia wagi pełnionej misji ani na chwilę nie ustawał w swojej posłudze. Jego starania zostały docenione przez trzech papieży. Był legatem Eugeniusza IV, Mikołaja V i Kaliksta III. Darząc Jakuba szacunkiem i podziwem, powierzali mu kolejne, ważne zadania misyjne oraz funkcję inkwizytora.
    W czasie swoich podróży Jakub nie tylko ewangelizował. Zauważał różne potrzeby społeczne, był często mediatorem między skłóconymi miastami włoskimi. Troszczył się też o warunki życia najuboższych. W wielu miejscach zakładał montes pietatis, czyli banki pobożne. Były to lombardy, w których biedni mogli zaciągnąć kredyt na niski procent. Po jego śmierci zostały one rozpowszechnione przez bł. Bernardyna z Feltre.
    Z pokory Jakub nie przyjął proponowanej mu godności biskupa Mediolanu.Zmarł w Neapolu 28 listopada 1476 roku. Pozostawił po sobie kilka rozpraw ascetycznych i wiele listów. Beatyfikował go papież Urban VIII w 1624 roku, kanonizował Benedykt XIII w 1726 roku. Ciało zostało w minionym stuleciu przeniesione z Neapolu do rodzinnego Monteprandone. Przechowywane jest w oszklonym sarkofagu w kościele franciszkanów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 listopada

    Święty Wirgiliusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Małgorzata Sabaudzka, zakonnica
      •  Święty Franciszek Antoni Fasani, prezbiter
      •  Błogosławiony Bernardyn z Fossa, prezbiter
    ***
    Święty Wirgiliusz

    Wirgiliusz urodził się w Irlandii. Nosił celtyckie imię Fergal, które zlatynizowano jako Wirgiliusz (Wergiliusz). Był benedyktynem. Około 740 r. opuścił ojczyznę, aby dotrzeć do Ziemi Świętej. Jego wiedza i umiejętności zwróciły uwagę Pepina Krótkiego (przyszłego króla Franków), który zatrzymał go przez około 2 lata na swoim dworze. Ok. 743 r. Pepin wysłał Wirgiliusza z listami polecającymi do swego kuzyna, księcia bawarskiego Odylona. Ten ostatni powierzył Wirgiliuszowi zarządzanie osieroconym biskupstwem w Salzburgu. Irlandzkim zwyczajem rządził diecezją będąc jednocześnie opatem klasztoru św. Piotra (założonego w 696 r. przez św. Ruperta – istniejącego do dziś – najstarszego klasztoru benedyktyńskiego na obszarze niemieckojęzycznym).
    Wobec takiego obrotu spraw Wirgiliusz zrezygnował z wyprawy do Ziemi Świętej i poszedł w ślady św. Ruperta, pierwszego apostoła Austrii. Wysłał misjonarzy na południe tego kraju, do Karyntii. W 755 r. przyjął sakrę biskupią. W Salzburgu wybudował nową katedrę i 24 września 774 r. przeniósł do niej relikwie św. Ruperta zmarłego ok. 718 r. w Wormacji.
    Kilkakrotnie znalazł się w konflikcie ze św. Bonifacym (także benedyktynem, biskupem misyjnym działającym na terenach dzisiejszych Niemiec i Francji). Jednym z pretekstów był fakt, że Wirgiliusz użył podczas chrztu jakiegoś dziecka źle odmienionego gramatycznie łacińskiego słowa. Bonifacy zakwestionował ważność udzielonego sakramentu. Skierował prośbę o wyjaśnienie tej sytuacji do papieża. Ten, zdziwiony, że Bonifacy kwestionuje tak błahą sprawę, wydał specjalny dekret, w którym potwierdził ważność chrztu. Inną sporną kwestią był pogląd Wirgiliusza, który twierdził, że ziemia jest kulista; Bonifacy ponownie nie zgodził się z nim. Ta sprawa również zakończyła się w Rzymie. Ponownie wygrał Wirgiliusz.
    Irlandzki misjonarz zmarł między 781 a 784 rokiem w Salzburgu i tam został pochowany; mimo tego jego święto obchodzi się także w Irlandii. Kanonizował go Grzegorz IX w 1232 r. Jest patronem Salzburga i Austrii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 listopada

    Błogosławiony Jakub Alberione, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Leonard z Porto Maurizio, prezbiter
      •  Święty Sylwester Gozzolini, opat
      •  Święty Jan Berchmans, zakonnik
      •  Błogosławiony Poncjusz, opat
      •  Święty Konrad z Konstancji, biskup
    ***
    Błogosławiony Jakub Alberione

    Jakub Alberione urodził się 4 kwietnia 1884 roku w San Lorenzo di Fossano, na północy Włoch. Wychował się w rodzinie głęboko chrześcijańskiej. W wieku 16 lat wstąpił do seminarium w Albie. W nocy 31 grudnia 1900 roku, która rozdzielała dwa wieki, trwał przez cztery godziny na adoracji przed Najświętszym Sakramentem, uroczyście wystawionym w katedrze w Albie. Doznał wtedy mocy szczególnego Światła, które wychodziło z Hostii. Usłyszał w swym sercu słowa Jezusa: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy”. Zrozumiał wówczas, że od Jezusa płynie wszystko, że u Niego obecnego w tabernakulum jest wszelkie światło i pomoc. Od tej pory czuł się głęboko zobowiązany do służby Kościołowi i ludziom nowego wieku.
    W 1907 roku przyjął święcenia kapłańskie. Jako jeden z pierwszych ludzi w Kościele zaczął na szeroką skalę wykorzystywać druk do głoszenia Ewangelii. Już w 1914 roku założył szkołę drukarską, a z zespołu wychowawców i nauczycieli stworzył wspólnotę zakonną – Towarzystwo św. Pawła, którego członkowie (zwani powszechnie paulistami) poświęcają się pracy ewangelizacyjnej poprzez środki społecznego przekazu. Rok później Jakub zorganizował żeńską Kongregację Uczennic Matki Bożej, a w 1924 roku – Córek św. Pawła. W następnych latach powstały liczne instytuty prowadzące pracę apostolską za pośrednictwem radia, telewizji, filmu, płyt, książek i prasy.
    Pierwszym zadaniem, jakie Jakub pozostawił swym następcom, było rozpowszechnianie Pisma świętego. Sam nie tylko świetnie znał Biblię, ale był w niej “zanurzony”. Nigdy się z nią nie rozstawał. Jak sam powtarzał, “Biblię odróżnia od innych książek duch, który ją przenika i ożywia. Na jej stronach płonie Boży ogień Ducha Świętego, tak jak pod postaciami sakramentów żyje boska osoba Jezusa Chrystusa. Tak jak święta Hostia jest dla człowieka boskim pokarmem o potężnej mocy, tak słowa Biblii rozpalają w jego duszy Boży ogień o wyjątkowej aktywności, który przenika ją i odnawia

    Błogosławiony Jakub Alberione

    Wydawał liczne broszury, gazety, czasopisma, książki, płyty z muzyką i filmy fabularne. Wszystkie te dzieła miały pomóc ludziom poznać słowo Boże. Podkreślał wyjątkowość pedagogii stosowanej przez Jezusa: swoje słowa poprzedził On przykładem i dopełnił oddaniem życia za uczniów, których wezwał do naśladowania Jego czynów.
    Jakub zmarł 26 listopada 1971 roku w Rzymie po długim życiu, oddanym bez reszty Jezusowi i Jego Kościołowi.27 kwietnia 2003 roku, w święto Miłosierdzia Bożego, papież św. Jan Paweł II wyniósł do chwały ołtarzy sześcioro sług Bożych, wśród nich Jakuba Alberione. Papież mówił podczas beatyfikacji: “Jakub zrozumiał, że ludziom naszych czasów trzeba umożliwić poznanie Jezusa Chrystusa – Drogi, Prawdy i Życia, za pomocą środków właściwych dla naszych czasów, jak zwykł mówić. Brał przykład z Apostoła Pawła, którego nazywał «teologiem i architektem Kościoła», i pozostawał zawsze posłuszny i wierny nauczaniu Następcy Piotra, «latarni» prawdy w świecie, często pozbawionym trwałych ideowych punktów odniesienia. «Do posługiwania się tymi narzędziami potrzeba grupy ludzi świętych» – powtarzał ten apostoł nowych czasów. Jakże wspaniałe dziedzictwo pozostawił on swej rodzinie zakonnej!”
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 listopada

    Błogosławiona
    Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni małżonkowie Alojzy Quattrocchi i Maria Corsini
      •  Błogosławiona Elżbieta zwana Dobrą, dziewica
    ***
    Błogosławiona Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza

    Franciszka Siedliska urodziła się 12 listopada 1842 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej, w Roszkowej Woli koło Rawy Mazowieckiej. Na chrzcie otrzymała imiona Franciszka Józefa. Jej rodzice – Adolf i Cecylia z Morawskich – zadbali o wszechstronne wykształcenie swojej córki: oprócz guwernantek miała także nauczycielki muzyki i tańca. Nie troszczyli się natomiast wcale o sprawy wiary i życia wewnętrznego – byli bowiem obojętni religijnie. Franciszka i jej brat Adam żyli w dostatku i wygodzie, “w domu, gdzie Bóg nie był Panem” – jak sama napisała po latach.
    Lata jej dzieciństwa naznaczyła ciężka choroba kręgosłupa. Wyjeżdżała na leczenie do najsłynniejszych miejscowości uzdrowiskowych Austrii, Niemiec, Francji i Szwajcarii. Pomimo tego ciągle odczuwała silne bóle, które w miarę upływu czasu przerodziły się w chorobę chroniczną. Nieśmiała, łagodna, ciągle cierpiąca, już w wieku 8 lat pragnęła wstąpić do klasztoru, jednak sprzeciw ojca, który marzył dla niej o karierze artystycznej, opóźnił tę decyzję.
    Do sakramentów I Komunii świętej i bierzmowania przygotowywał ją kapucyn, o. Leander Lendzian. Ten sam kapłan pozostawał jej kierownikiem duchowym od 1854 r. do 1879 r. On rozpoznał jej powołanie i utwierdzał wolę założenia nowej rodziny zakonnej.
    W 1864 w Cannes Franciszka złożyła prywatny ślub czystości i zdecydowanie sprzeciwiła się planom matrymonialnym snutym przez ojca. Jej zamiarem było całkowite poświęcenie się Bogu. Przyrzekła jednak ojcu, że pozostanie z rodziną, dopóki on będzie żył. Adolf Siedliski powrócił przed śmiercią do zaniedbanych praktyk religijnych i umarł pojednany z Bogiem w 1870 r.
    Franciszka została zakonnicą w tym samym roku. Najpierw była tercjarką franciszkańską, potem utworzyła i zorganizowała nowe zgromadzenie zakonne Najświętszej Rodziny z Nazaretu – nazaretanki. W 1873 r. przybyła do Rzymu i przedstawiwszy Piusowi IX projekt swego dzieła, otrzymała jego błogosławieństwo. Ponieważ w kraju po kasacie zakonów oficjalna działalność nie była możliwa, pierwszy dom zakonny nowego zgromadzenia powstał w 1875 roku w Rzymie. Założycielka przybrała imię Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza. Od tego czasu pochłonięta organizowaniem zgromadzenia, kształtowaniem jego duchowości, wytyczaniem celów i zadań apostolskich – ku zdumieniu wielu osób – odzyskała zdrowie i siły. W pracach organizacyjnych wspomagali ją ojciec jezuita Lanrencot i zmartwychwstaniec ojciec Semenenko, który ułożył pierwszy projekt reguły Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu. W 1881 r. powstał dom zakonny w Krakowie, gdzie siostry otaczały opieką pracujące dziewczęta. Zgromadzenie podjęło pracę w szkołach, sierocińcach, ochronkach, internatach. Służyło moralności i religijnemu odrodzeniu rodziny. Wychodziło też naprzeciw każdej ludzkiej biedzie moralnej i materialnej. Siostry otaczały swą opieką ludzi biednych, chorych, samotnych oraz niepełnosprawnych. Troszczyły się o wychowanie, zwłaszcza o wychowanie religijne, dzieci zaniedbanych. Zajmowały się samotnymi matkami i broniły życia nienarodzonych.
    W 1885 roku kierownik Misji Polskiej w Ameryce poprosił Marię, aby zaopiekowała się przebywającymi tam Polakami. Chociaż Zgromadzenie miało wówczas jedynie 22 siostry, Założycielka zabrała połowę z nich na drugi kontynent. Nowe placówki powstały też wkrótce we Francji i Anglii. Siostry pomagały emigrantom w prowadzeniu życia religijnego, zapewniały opiekę chorym w szpitalach, dzieciom w tworzonych przez siebie ochronkach, stały na straży ducha narodowego i ojczystego języka. Obejmowały swą serdeczną troską nie tylko Polonię, ale wszystkich potrzebujących pomocy.
    Maria zmarła 21 listopada 1902 r. w Rzymie. Pozostawiła po sobie “Dziennik duchowy”. 23 kwietnia 1989 r. w Rzymie beatyfikował ją św. Jan Paweł II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________-


    25 listopada

    Święta Katarzyna Aleksandryjska,
    dziewica i męczennica

    Święta Katarzyna Aleksandryjska

    Podobnie jak św. Cecylia na Zachodzie, tak św. Katarzyna przede wszystkim na Wschodzie należała do najbardziej znanych świętych. Mało jednak o niej wiemy, a tak wiele powstało o niej legend, że niektórzy hagiografowie nawet powątpiewali w jej historyczne istnienie. Zachowały się dwa opisy męki i śmierci św. Katarzyny Aleksandryjskiej, ale pochodzą one dopiero z wieku VI i są pełne legend. Mamy jednak świadectwa już z wieku IV – a więc bardzo wczesne, bo sięgające prawie czasów Świętej. Wspominają bowiem o niej Rufin i Euzebiusz z Cezarei Palestyńskiej.
    Według legendy Katarzyna urodziła się w Aleksandrii, stolicy Egiptu, jako córka króla Kustosa. Była osobą nie tylko bardzo zamożną, ale także wykształconą. Słynęła z urody. O jej rękę daremnie ubiegali się najznakomitsi obywatele miasta, bo – jak wiele chrześcijanek – złożyła ślub dozgonnej czystości.
    Wkrótce wybuchło najdłuższe i najbardziej krwawe w dziejach Kościoła prześladowanie chrześcijan – za panowania cesarza Dioklecjana i jego współrządców: Galeriusza Maksymiana i Konstancjusza I. Szczególną nienawiścią do chrześcijan wyróżniał się Maksymian, władca wschodniej części Imperium Rzymskiego. Przybył on osobiście do Aleksandrii, by dopilnować realizacji prześladowczych edyktów.
    Jedną z jego ofiar miała być Katarzyna. Po pojmaniu była przymuszana do złożenia ofiary bogom. Odmówiła, wyznając wiarę w Boga Jedynego. Wówczas cesarz zarządził dysputę między Katarzyną a pięćdziesięcioma tamtejszymi filozofami i retorami. Katarzyna pokonała swoich adwersarzy, udowadniając prawdziwość chrześcijaństwa, i doprowadziła wielu z nich do wiary w Chrystusa. Miała wtedy 18 lat. Cesarz rozgniewany obrotem sprawy skazał ją na tortury: smagano ją żyłami wołowymi tak, że jej ciało było jedną wielką raną; morzono ją głodem; łamano jej kości. Modlitwa Katarzyny sprawiła, że podczas miażdżenia kołem zstąpił anioł i spowodował, że rozpadło się ono w rękach kata. Na widok jej bohaterstwa w czasie znoszenia mąk miało nawrócić się kilkuset żołnierzy i oprawców. Ostatecznie wykonano wyrok śmierci przez ścięcie prawdopodobnie między rokiem 307 a 312.

    Święta Katarzyna Aleksandryjska

    Męczeństwo św. Katarzyny musiała być czymś niezwykłym, skoro została ona wyróżniona tak wielką czcią. Ciało jej od setek lat znajduje się na Górze Synaj, przeniesione tam zapewne z Aleksandrii, kiedy Arabowie, a po nich Turcy najechali Egipt. Jest tam klasztor prawosławny i kościół, do którego podążają pielgrzymi. Klasztor ten wystawił cesarz Justynian w wieku VI.
    Katarzynie poświęcili swoje arcydzieła najwięksi artyści: Hans Memling, Correggio, Tintoretto, Dawid Aubert, Masolino di Panicale, Jan Provost, Caravaggio i Raffael. Św. Joanna d’Arc zaliczała Katarzynę do swoich trzech głównych patronek. Na Zachodzie uważano ją za jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli. Św. Katarzyna z Aleksandrii była patronką wielu miast i związków katolickich. Jest patronką zakonu katarzynek; Nowego Targu, Dzierzgonia i Cypru; nauki i uniwersytetów, w tym paryskiej Sorbony; adwokatów i notariuszy, bibliotekarzy, drukarzy, filozofów chrześcijańskich, grzeszników, kolejarzy, kołodziejów, literatów, mężatek, młodych dziewcząt, młynarzy, fryzjerów, modystek, mówców, piekarzy, powroźników, prządek, studentów, szwaczek, uczonych, woźniców, zecerów. Dawniej w Polsce istniał zwyczaj, że w wigilię św. Katarzyny chłopcy wróżyli sobie, który z nich jako pierwszy ożeni się i jakie imię będzie miała wybranka. Popularne też było powiedzenie: “Święta Katarzyna Adwent zaczyna”.
    W ikonografii św. Katarzyna przedstawiana jest w koronie królewskiej, z palmą męczeńską w dłoni. Jej atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus, nakładające na jej palec pierścień jako oblubienicy, filozofowie, z którymi prowadziła dysputę, gałązka palmowa, koło, na którym była łamana, korona w ręku, krzyż, księga, miecz, piorun.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Wolała ponieść śmierć niż czcić pogańskie bałwany.

    5 rzeczy o św. Katarzynie Aleksandryjskiej

    (Caravaggia, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Święta Katarzyna Aleksandryjska, której wspomnienie obchodzimy 25 listopada, jest męczennicą Kościoła pierwszych wieków. Wolała ponieść śmierć niż oddać cześć pogańskim bałwanom. Imię Katarzyna, które w Polsce nosi wiele niewiast, oznacza „czysta”, „bez skazy”. Katarzyna jest patronką wielu zawodów m.in. kolejarzy, którzy darzą ją szczególną czcią.

    1.Piękna i mądra Egipcjanka

    Katarzyna urodziła się pod koniec III wieku w Aleksandrii, stolicy Egiptu, w znamienitej, najpewniej królewskiej, egipskiej rodzinie. Była niezwykle piękna i świetnie wykształcona. Wielu mężczyzn starało się o jej rękę. Katarzyna jednak była niezwykle wyniosła, zarozumiała i odrzucała wszystkich zalotników. Pewnego razu Katarzyna spotkała pustelnika, który opowiedział jej o Jezusie tak pięknie i sugestywnie, że dziewczyna postanowiła przyjąć wiarę chrześcijańską i całkowicie zmienić swoje życie. Legenda mówi, że już wkrótce potem, w czasie święta pogańskich bożków, Katarzyna zaczęła, jak byśmy to dziś nazwali – ewangelizować, czyli  przekonywać zgromadzonych tam ludzi, że prawdziwym, żywym Bogiem jest Bóg chrześcijan. 

    2.Ustawiła filozofów „do kąta”

    Kiedy wybuchło najdłuższe i najbardziej krwawe w dziejach Kościoła prześladowanie chrześcijan – za panowania cesarza Dioklecjana i jego współrządców, zbrodniarzy  – Galeriusza Maksymiana i Konstancjusza I, dotknęły one również Katarzynę.  Szczególną nienawiścią do chrześcijan wyróżniał się Maksymian, władca wschodniej części Imperium Rzymskiego. Przybył on osobiście do Aleksandrii, by dopilnować realizacji prześladowczych edyktów. To on nakazał aresztować Katarzynę, która miała odwagę publicznie twierdzić, że jedynie Chrystus jest Bogiem prawdziwym. Maksymian, miłośnik filozofii, był pod wrażeniem jej słów i dlatego zarządził dysputę między Katarzyną a pięćdziesięcioma, najmędrszymi, pogańskimi filozofami. Katarzyna, podczas dialogu, pokonała ich wszystkich, udowadniając prawdziwość chrześcijaństwa. Mówiła z taką mocą i logiką, iż wielu z tych filozofów przywiodła do wiary w Chrystusa. Miała wówczas zaledwie 18 lat. 

    3.Wolała męczarnie niż czcić bałwany

    Wówczas roztrzęsiony i wściekły Maksymian nakazał złożyć Katarzynie i innym pojmanym chrześcijanom hołd rzymskim bożkom. Jednak niezłomna niewiasta kategorycznie odmówiła i rzekła do imperatora „Czemu chcesz nas zgubić, każąc nam oddawać cześć pustym bożkom”. Maksymian do szaleństwa rozgniewany jej uporem, skazał Katarzynę na tortury. Smagano ją żyłami wołowymi tak, że jej ciało było jedną wielką raną. Morzono ją głodem i próbowano połamać kołem jej kości. Wówczas doszło do cudownego zdarzenia, narzędzie tortur – solidne dębowe koło, które miało zmiażdżyć delikatne ciało młodej kobiety, rozleciało się w drzazgi. Do tego wielu żołnierzy i innych oprawców uczestniczących w torturach, widząc to oraz heroizm Katarzyny, nawróciło się potem na chrześcijaństwo. Ostatecznie, kiedy cesarz zrozumiał, że torturami wiary Katarzyny nie odmieni, kazał ją ściąć mieczem. Było to prawdopodobnie między rokiem 307 a 312.

    4.Aniołowie zanieśli ciało Katarzyny na Synaj

    Kiedy Arabowie najechali Egipt, ciało św. Katarzyny przeniesiono z Aleksandrii na Górę Synaj. Legenda mówi, że to aniołowie je tam przenieśli. Na Synaju jest klasztor wzniesiony w VI wieku (obecnie prawosławny) i kościół katolicki, do których podążają liczni pielgrzymi. Męczeństwo św. Katarzyny musiało być czymś niezwykłym, skoro jej relikwie przez tak wiele wieków do dziś, przechowuje się z ogromną czcią. Co ciekawe, 5 lat temu w barokowym sanktuarium Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Budsławiu (obecnie Białoruś) odnaleziono bezcenne relikwie Katarzyny Aleksandryjskiej. Kiedy Budsław zajęli bolszewicy, parafianie ukryli relikwie swojej kochanej świętej. W Polsce znajduje się około 200 kościołów pw. św. Katarzyny, zaś ponad 30 miejscowości wywodzi swoją nazwę od jej imienia. 

    5.Ulubienica artystów, patronką wielu zawodów
    Katarzynie poświęcili swoje arcydzieła najwięksi mistrzowie pędzla i dłuta – Hans Memling, Correggio, Tintoretto, Dawid Aubert, Masolino di Panicale, Jan Provost, Caravaggio i Raffael. Jej najstarszy wizerunek (VIII wiek) znajduje się w rzymskim kościele św. Wawrzyńca. Na Zachodzie św. Katarzynę uważano ją za jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli. Św. Katarzyna z Aleksandrii była patronką wielu miast i związków katolickich. Jest patronką zakonu Katarzynek, miast takich jak – Nowy Targ, Dzierzgoń, nauki i uniwersytetów, w tym paryskiej Sorbony; adwokatów i notariuszy, bibliotekarzy, drukarzy, filozofów chrześcijańskich, kolejarzy, kołodziejów, literatów, mężatek, młodych dziewcząt, młynarzy, fryzjerów, modystek, mówców, piekarzy, powroźników, prządek, studentów, szwaczek, uczonych, woźniców i zecerów.

    (źródła – brewiarz.pl, „Święci na każdy dzień”, niedziela.pl, katarzyna.nowytarg.org)

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 listopada

    Święci męczennicy wietnamscy
    Andrzej Dung-Lac, prezbiter, i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Protazy, biskup
      •  Święte dziewice i męczennice Flora i Maria z Kordoby
      •  Błogosławiona Maria Anna Sala, dziewica
    ***
    Święci męczennicy Wietnamu

    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i 10 Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.
    Andrzej Dung-Lac, który reprezentuje wietnamskich męczenników, urodził się jako Dung An Tran około 1795 r. w biednej, pogańskiej rodzinie na północy Wietnamu. W wieku 12 lat wraz z rodzicami, którzy poszukiwali pracy, przeniósł się do Hanoi. Tam spotkał katechetę, który zapewnił mu jedzenie i schronienie. Przez trzy lata uczył się od niego chrześcijańskiej wiary. Wkrótce przyjął chrzest i imię Andrzej. Nauczywszy się chińskiego i łaciny, sam został katechetą. Został wysłany na studia teologiczne. 15 marca 1823 r. przyjął święcenia kapłańskie. Jako kapłan w parafii Ke-Dam nieustannie głosił słowo Boże. Często pościł, wiele czasu poświęcał na modlitwę. Dzięki jego przykładowi wielu tamtejszych mieszkańców przyjęło chrzest. W 1835 r. Andrzej Dung został aresztowany po raz pierwszy. Dzięki pieniądzom zebranym przez jego parafian został uwolniony. Żeby uniknąć prześladowań, zmienił swoje imię na Andrzej Lac i przeniósł się do innej prefektury, by tam kontynuować swą pracę misyjną. 10 listopada 1839 r. ponownie go aresztowano, tym razem wspólne z innym kapłanem, Piotrem Thi, którego odwiedził, by się u niego wyspowiadać. Obaj zostali zwolnieni z aresztu po wpłaceniu odpowiedniej kwoty. Okres wolności nie potrwał jednak długo. Po raz trzeci aresztowano ich po zaledwie kilkunastu dniach; trafili do Hanoi. Tam przeszli niezwykłe tortury. Obaj zostali ścięci mieczem 21 grudnia 1839 r. Andrzej był w pierwszej grupie męczenników wietnamskich beatyfikowanych w 1900 r.
    Tomasz Tran Van-Thieu urodził się w 1820 roku w Trung-Quang w rodzinie chrześcijańskiej. Był seminarzystą wietnamskim. Po aresztowaniu proponowano mu uwolnienie, gdyby poślubił córkę mandaryna, co oczywiście wymagałoby zmiany wiary. Zniósł mężnie okrutne przymuszanie do odstępstwa od wiary i straszne tortury. Zginął uduszony 21 września 1838 roku.
    Emanuel le Van-Phung (ur. 1796 r.) był mężnym katechetą wietnamskim, który odważył się dać schronienie katolickiemu kapłanowi ks. Piotrowi Doan Cong Qui. Odkryto to i obu zgładzono w Chan-doc 31 lipca 1859 r.
    Agnieszka (Agnes) Le Thi Thanh, znana również jako Agnieszka Ðê (wiet. Anê Lê Thi Thành) jest jedyną kobietą z grona 117 kanonizowanych w 1988 r. męczenników wietnamskich. Urodzona ok. 1781 r. w rodzinie chrześcijańskiej, była mężatką i matką sześciorga dzieci, które wychowywała po katolicku. W okresie prześladowania chrześcijan udzielała pomocy misjonarzom. Została aresztowana w marcu 1841 r. razem z księdzem, którego ukrywała w swoim domu. Żołnierze splądrowali dom i rozkradli dobytek rodziny. Była torturowana, ale nie wyrzekła się wiary. Oprawcy nie zdążyli wykonać na niej wyroku, ponieważ w więzieniu zaraziła się czerwonką i zmarła 12 lipca 1841 r.
    Biskup Ignacy Delgado OP (właściwie Clemente Ignacio Delgado y Cebrián) urodził się w Hiszpanii 23 listopada 1761 r. W 19. roku życia wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego w Catalayud w prowincji Saragossa, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Pod koniec nauki został wysłany na misje do Manili (stolicy Filipin), gdzie przyjął święcenia kapłańskie w 1787 r. Od 1790 r. przebywał na misjach w Wietnamie. Szybko nauczył się języka i rozpoczął pracę w seminarium duchownym. W wieku zaledwie 33 lat został mianowany biskupem koadiutorem Wschodniego Tonkinu (konsekracja biskupia miała miejsce prawie dwa lata po decyzji papieża Piusa VI, dnia 20 listopada 1795 r.). Wielką troską otaczał seminarium i kapłanów pracujących w rozległej diecezji. Odwiedził niemal wszystkie placówki, docierając do nich wszelkimi środkami komunikacji, często pieszo. Podczas kolejnej fali prześladowań, w maju 1833 r. został aresztowany i przez 3 miesiące przetrzymywany był w małej klatce. Został ścięty 12 lipca 1833 r.
    Ojciec Wincenty Pham Hiêu Liêm OP urodził się na północy Wietnamu w szlacheckiej, pobożnej rodzinie. Naukę w seminarium rozpoczął w 12. roku życia. Dominikanie pomogli mu wyjechać na Filipiny, gdzie od 1738 r. działała legalna uczelnia teologiczna. W 1753 roku Wincenty wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, a w 1758 r. przyjął święcenia kapłańskie. Po święceniach wrócił do Wietnamu, gdzie najpierw wykładał w seminarium, a potem poświęcił się ewangelizacji mieszkańców. Działalność ta uznawana była przez władze za nielegalną. 3 października 1773 r. został aresztowany ze swoimi dwoma świeckimi pomocnikami. Strasznie bity, był na noc zamykany w klatce. Potem przenoszono go do kolejnych więzień. Został ścięty 7 listopada 1773 r. razem ze spotkanym w jednym z więzień o. Casteñedą.
    Ojciec Hiacynt Casteñeda Puchasons OP urodził się 13 listopada 1743 r. w Walencji. Wstąpił do dominikanów w Hiszpanii i został wysłany na misje. Początkowo był w Chinach, gdzie został uwięziony i skazany na wydalenie. Powrócił do Makau (europejska kolonia na terenie Chin), skąd został wysłany do Wietnamu w 1770 r. Na terenie nowej misji od początku musiał ewangelizować w ukryciu. W końcu, 12 lipca 1773 r. został aresztowany i uwięziony w nieludzkich warunkach. W jednym z więzień spotkał współbrata o. Liêm, z którym został ścięty 7 listopada 1773 r.
    Dominik Pham Trong Kham urodził się ok. 1780 r. w Wietnamie w katolickiej, zamożnej rodzinie urzędniczej. Zdobył wykształcenie i został sędzią. Miał żonę i dzieci. Był tercjarzem dominikańskim. W okresie prześladowań udzielał schronienia misjonarzom (m.in. biskupowi Sampedro). W ramach represji jego dom zniszczono, a jego samego aresztowano. Został ścięty 13 stycznia 1859 r. razem z jednym ze swoich synów, Łukaszem Pham Trong Thìn.
    Łukasz Pham Trong Thìn urodził się ok. 1819 r. w katolickiej rodzinie. Tak jak ojciec był sędzią, a także dominikańskim tercjarzem. Został aresztowany w 1858 r., w czasie prześladowania chrześcijan. Mimo tortur nie dał się zmusić do podeptania krzyża. Został stracony tego samego dnia co jego ojciec, 13 stycznia 1859 r.
    Biskup Józef Melchór García-Sampedro Suárez OP, urodzony 26 kwietnia 1821 r. w północnej Hiszpanii, od dzieciństwa chciał zostać księdzem. W 1845 r. wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, a w 1847 r. w Madrycie przyjął święcenia kapłańskie. W następnym roku wyruszył przez Filipiny do Wietnamu. Dotarł tam w lutym 1849 r. i rozpoczął pracę misyjną. W 1855 r. został mianowany biskupem koadiutorem i tytularnym biskupem Tricomia. 8 lipca 1858 r. został aresztowany i w klatce przewieziono go do stolicy. Został stracony w Hanoi 28 lipca 1858 r.
    Biskup Walenty Berrio-Ochoa OP urodził się w Hiszpanii 14 lutego 1827 r. w ubogiej, pobożnej rodzinie. Od dzieciństwa bywał u dominikanów, ponieważ jego ojciec, który był stolarzem, robił meble dla klasztoru. Walenty był ministrantem i już jako 12-latek deklarował, że chce wstąpić do Zakonu Kaznodziejskiego i jechać na misje do Wietnamu. Chłopięce marzenia spełniły się, choć nie od razu. Najpierw ukończył diecezjalne seminarium duchowne, 14 czerwca 1851 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez dwa lata pracował w tym seminarium. Dopiero w 1853 r. wstąpił do dominikanów i wyjechał na misje na Filipiny. W marcu 1858 r. przybył do Wietnamu i z powodu prześladowań od początku musiał się ukrywać. Biskup Józef Sampedro, sam zagrożony, mianował go swoim zastępcą (korzystając ze specjalnego przywileju). Msza św. z tej okazji była celebrowana potajemnie w nocy z 13 na 14 czerwca 1858 r. Mitra dla nowego biskupa została zrobiona z grubego papieru, a pastorał – z bambusa z końcem owiniętym słomą i okręconym papierem pomalowanym na złoto. Po trzech latach pracy misyjnej biskup Walenty został aresztowany 25 października 1861 r., a tydzień później, 1 listopada, stracony jednocześnie z biskupem Hieronimem Hermosillą OP i o. Piotrem Almato OP.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 listopada

    Święty Kolumban Młodszy, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Klemens I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Michał Augustyn Pro, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Kolumban Młodszy

    Kolumban zwany Młodszym (dla odróżnienia od św. Kolumbana Starszego z Hy – albo z Iony – również opata, żyjącego w Irlandii w latach 521-597, wspominanego 9 czerwca) był jednym z licznych misjonarzy irlandzkich, którzy pracowali na kontynencie europejskim. Urodził się pomiędzy 540 a 543 rokiem w Leinster w Irlandii, w rodzinie o niskiej pozycji społecznej. Legenda głosi, że przed urodzeniem syna matka miała sen, że z jej łona wychodzi słońce, które miało oświecić całą ziemię.
    Już w młodym wieku pragnął poświęcić się ascezie, ale trudno było mu zapomnieć o pięknych dziewczętach i młodych kobietach, z którymi miał okazję się wielokrotnie stykać. Próbował więc zająć się gramatyką, retoryką i geometrią. Poradził się także pewnej starszej kobiety, która od wielu lat żyła samotnie. Kobieta ta radziła mu zmienić otoczenie i udać się do kraju, w którym kobiety nie są tak piękne i uwodzicielskie, jak w Irlandii. Kolumban postanowił tak właśnie uczynić. Matka próbowała go odwieść od tego pomysłu. By uniemożliwić mu wyjazd, położyła się pod drzwiami ich domu. Kolumban przeszedł nad nią i odjechał. Nie wyjechał z Irlandii, tylko skierował się do klasztoru. Oddał się pod opiekę św. Sinella z Cleenish (jednego z dwunastu apostołów Irlandii). Pod jego kierownictwem i z jego pomocą napisał komentarz do Psalmów.
    Później przeniósł się do założonego przez św. Komgalla klasztoru w Bangor, w którym przyjął święcenia kapłańskie. Klasztor ten słynął na całą Irlandię z surowości oraz z obserwancji. I właśnie tę reformę Kolumban postanowił przeszczepić także na inne obszary. Słowa skierowane przez Boga do Abrahama, nakazujące mu opuszczenie swojego kraju i udanie się do ziemi, którą mu wskaże, odczytywał jako swoje. Dlatego, będąc już opatem tego klasztoru, wyznaczył na miejscu swojego godnego następcę, a sam wziął ze sobą 12 mnichów i udał się z nimi do Galii (590). Wiara chrześcijańska dotarła już na te tereny, ale jej wyznawcom daleko było do chrześcijańskiej moralności. Kolumban więc wraz ze swoimi towarzyszami przemierzał cały kraj, głosząc Ewangelię i dając przykład niezwykłej pokory i miłosierdzia. Misjonarze wszystko mieli wspólne, wzajemnie utwierdzali się w wierze i przekazywali ją innym.
    Pozyskawszy życzliwość króla Burgundii, św. Guntrama, założył tu trzy klasztory: w Annegray, w Fontaines i – najgłośniejszy z nich – w Luxeuil. Dowiedziawszy się o słynnym opactwie w Lerins, założonym przez św. Honorata (ok. roku 410), udał się tam, by przypatrzeć się życiu tamtejszych mnichów. Na podstawie reformy w Bangor, reguły w Lerins i własnego doświadczenia ułożył własną regułę w 10 rozdziałach (Regula monachorum jest jedyną zachowaną do naszych czasów staroirlandzką regułą monastyczną). Nakazy jej dotyczyły codziennej pracy, czytania świętych tekstów, modlitwy i pokuty. Reguła ta była uzupełniona przez swoisty kodeks karny – Księgę pokutniczą (Regula coenobialis), dopuszczającą także karę chłosty. Kolumban wymienił w niej wszystkie możliwe winy zakonników oraz określił za nie kary. Dla przykładu: kapłan, który przystępował do ołtarza nieogolony albo z nieobciętymi paznokciami, powinien otrzymać 6 uderzeń, a furtian zaniedbujący swoje obowiązki winien otrzymać 50 uderzeń. Surowa reguła św. Kolumbana Młodszego była popularna w Europie, jednak nie przetrwała wielu lat. Rychło bowiem została zastąpiona przez o wiele łagodniejszą regułę św. Benedykta z Nursji.
    W okresie pobytu w Galii Kolumban napisał jeszcze jedno dzieło: De poenitentiarum misura taxanda, w którym zalecał osobistą i częstą spowiedź oraz określał wielkość pokuty (dziś można byłoby to nazwać swoistym “taryfikatorem” pokutnym). Opat Kolumban sam żył w ogromnej ascezie i od swoich współbraci wiele wymagał. Uważał, że także życie innych duchownych, nie wyłączając biskupów, powinno być podporządkowane surowym regułom. Napominał świeckich, a zwłaszcza władców; był nieustępliwy w sprawach moralności. Jak można przypuszczać, był bardzo apodyktyczny w tej walce o dusze, co nie zjednywało mu przyjaciół. W królestwie św. Guntrama działał przez 20 lat i przyczynił się znacznie do ożywienia życia religijnego w Burgundii.
    Na tle sporów o jurysdykcję wpadł w zatarg z miejscowymi biskupami. Spierał się z nimi o datę świętowania Wielkanocy (chciał ją obchodzić zgodnie z tradycją wschodnią). Zamiast osobiście stawić się na synodzie, uznał za wystarczające wysłanie listu ze swoją opinią. W tym samym mniej więcej czasie popadł w konflikt z konkubiną króla Teodoryka, Brunhildą, której wypominał cudzołóstwo. Skazano go więc na banicję.
    Kolumban udał się początkowo do Szwajcarii, gdzie zostawił swojego ucznia, św. Galla, który później przyczynił się do założenia słynnego opactwa St. Gallen; sam zaś podążył do Włoch, gdzie w odległości 30 km od miasta Piacenza, w Bobbio, założył nowe opactwo św. Piotra. Rozrosło się ono dość szybko; w wieku VII liczyło już 150 mnichów. Przez długi czas promieniowało na całą Italię Północną, jak Monte Cassino na Italię Południową. Tu, w Bobbio, Kolumban zmarł 23 listopada 615 roku w wieku ok. 75 lat. Bobbio czci go dotąd jako swojego głównego patrona. Jego relikwie znajdują się w pięknym sarkofagu, w krypcie bazyliki jemu poświęconej. Relikwia głowy jest przechowywana w srebrnym relikwiarzu w miejscowym muzeum. Tam też przez wiele lat można było oglądać drewniany talerz i nóż, którym kroił chleb. Jest patronem Irlandii, piwowarów i osób chorych psychicznie; wzywany jest w przypadku powodzi.
    W ikonografii przedstawia się św. Kolumbana jako opata z pastorałem, jako brodatego mnicha z księgą albo jako eremitę z niedźwiedziem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________________

    Św. Kolumban Młodszy

    Obraz Giuseppe Franchi

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 11.06.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś chciałbym mówić o świętym opacie Kolumbanie, najbardziej znanym Irlandczyku wczesnego średniowiecza. Słusznie może być on nazwany świętym «europejskim», ponieważ jako mnich, misjonarz i pisarz pracował w różnych krajach zachodniej Europy. Podobnie jak Irlandczycy jego epoki był świadomy jedności kulturowej Europy. W jednym z jego listów, napisanym ok. r. 600 i skierowanym do papieża Grzegorza Wielkiego, po raz pierwszy pojawia się wyrażenie totius Europae — «całej Europy», w odniesieniu do obecności Kościoła na kontynencie (por. Epistula I, 1).

    Kolumban urodził się ok. 543 r. w prowincji Leinster, w południowo-wschodniej Irlandii. Pobierał nauki w domu pod kierunkiem znakomitych nauczycieli, którzy wprowadzili go do studiowania sztuk wyzwolonych. Następnie powierzył się kierownictwu opata Sinella ze wspólnoty Cluain-Inis, gdzie pogłębiał studia nad Pismem Świętym. Mniej więcej w wieku 20 lat wstąpił do klasztoru w Bangor w północno-wschodniej części wyspy, gdzie opatem był Comgall, mnich bardzo znany ze swych cnót i surowej ascezy. W pełni jednomyślny ze swym opatem, Kolumban z gorliwością przestrzegał surowej dyscypliny klasztornej, oddając się modlitwie, ascezie i studiom. Tam przyjął święcenia kapłańskie. Życie w Bangor oraz przykład opata miały wpływ na koncepcję monastycyzmu, jaką Kolumban wypracował, a następnie krzewił przez całe swoje życie.

    W wieku ok. 50 lat, zgodnie z typowo irlandzkim ideałem ascetycznym peregrinatio pro Christo, czyli pielgrzymowania z miłości do Chrystusa, Kolumban opuścił wyspę, by z dwunastoma towarzyszami podjąć działalność misyjną na kontynencie europejskim. Musimy pamiętać o tym, że migracja ludów z północy i wschodu spowodowała nawrót do pogaństwa całych schrystianizowanych już regionów. Około r. 590 ta mała grupa misjonarzy dotarła do wybrzeża bretońskiego. Zostali życzliwie przyjęci przez króla Franków w Austrazji (dzisiejsza Francja) i poprosili jedynie o skrawek nieuprawianej ziemi. Otrzymali starożytną twierdzę rzymską w Annegray, całkowicie zrujnowaną i opuszczoną, zarośniętą lasem. Przyzwyczajeni do skrajnych warunków życia, mnisi w ciągu kilku miesięcy zdołali zbudować na ruinach pierwszy erem. I tak prowadzoną przez nich reewangelizację rozpoczęło przede wszystkim dawanie świadectwa życiem. Uprawa ziemi szła w parze z «uprawą» dusz. Sława tych zakonników obcokrajowców, prowadzących życie modlitwy i wielkiej surowości, budujących domy i uprawiających ziemię, rozeszła się szybko, przyciągając pielgrzymów i penitentów. Zwłaszcza wielu ludzi młodych prosiło, by przyjąć ich do wspólnoty monastycznej, pragnęli bowiem tak jak oni, prowadzić przykładne życie, które sprzyjało przywracaniu urodzajności ziemi i odnowie dusz. Wkrótce okazało się konieczne założenie drugiego klasztoru. Został zbudowany w odległości kilku kilometrów, na ruinach starożytnego miasta termalnego Luxeuil. Klasztor ten stał się później ośrodkiem irlandzkiej tradycji życia monastycznego i misyjnego na kontynencie europejskim. Trzeci klasztor wzniesiono w Fontaine, o godzinę drogi na północ.

    W Luxeuil Kolumban żył przez niemal dwadzieścia lat. Tutaj święty napisał dla swoich zwolenników regułę — Regula monachorum — przez pewien czas bardziej rozpowszechnioną w Europie od Reguły św. Benedykta, kreśląc w niej idealny obraz mnicha. Jest to jedyna zachowana do dziś starożytna irlandzka reguła monastyczna. Jako uzupełnienie opracował on Regula coenobialis, swego rodzaju kodeks karny dotyczący wykroczeń mnichów, przewidujący kary dość zaskakujące dla współczesnego sposobu postrzegania, zrozumiałe jedynie w świetle mentalności epoki i środowiska. Przez inne sławne dzieło, zatytułowane De poenitentiarum misura taxanda, napisane również w Luxeuil, Kolumban wprowadził na kontynencie osobistą i częstą spowiedź i pokutę, była to tzw. pokuta «taryfowa», ze względu na ustalenie proporcji między ciężarem grzechu i rodzajem nałożonej przez spowiednika pokuty. Nowości te wzbudziły wśród biskupów regionu podejrzenia, które zamieniły się we wrogość, gdy Kolumban ośmielił się otwarcie napomnieć niektórych z nich z powodu ich obyczajów. Konflikt ujawnił się przy okazji dyskusji na temat daty Wielkanocy: Irlandia kierowała się bowiem tradycją wschodnią, różniącą się od tradycji rzymskiej. Mnich irlandzki został wezwany w 603 r. do Chalon-sur-Saôn, by wytłumaczył się przed synodem ze swoich zwyczajów odnoszących się do pokuty oraz Wielkanocy. Zamiast stawić się na synodzie, wysłał list, w którym minimalizował kwestię, zachęcając Ojców synodalnych do przedyskutowania nie tylko problemu daty Wielkanocy, który według niego był drobnym problemem, «ale także wszystkich koniecznych norm kanonicznych, które przez wielu — i to jest sprawa poważniejsza — nie są przestrzegane» (por. Epistula II, 1). Jednocześnie napisał do papieża Bonifacego IV — podobnie jak kilka lat wcześniej zwrócił się do papieża Grzegorza Wielkiego (por. Epistula I) — broniąc tradycji irlandzkiej (por. Epistula III).

    Kolumban, nieustępliwy we wszystkich kwestiach moralnych, popadł następnie w konflikt również z domem królewskim, ponieważ zganił surowo króla Teodoryka za jego cudzołóstwo. Doprowadziło to do powstania sieci intryg i działań na poziomie osobistym, religijnym i politycznym, co w r. 610 zaowocowało dekretem o wydaleniu z Luxeuil Kolumbana i wszystkich mnichów pochodzenia irlandzkiego i skazaniu ich na definitywne wygnanie. Pod eskortą zostali odprowadzeni na brzeg morza i na koszt dworu odpłynęli statkiem do Irlandii. Jednak okręt osiadł na mieliźnie w niewielkiej odległości od plaży i kapitan — upatrując w tym znaku z nieba — zrezygnował z wyprawy, a obawiając się przekleństwa Boga, odwiózł mnichów na stały ląd. Oni natomiast, zamiast wrócić do Luxeuil, postanowili rozpocząć nowe dzieło ewangelizacji. Wsiedli na statek na Renie i popłynęli w górę rzeki. Pierwszym etapem było Tuggen w pobliżu Jeziora Zuryjskiego, po czym udali się do Bregencji nad Jeziorem Bodeńskim, by ewangelizować Alemanów.

    Jednak wkrótce, z powodu wydarzeń politycznych niezbyt sprzyjających jego dziełu, Kolumban postanowił przekroczyć Alpy z większością swoich uczniów. Pozostał tylko jeden mnich imieniem Gallus. Z jego eremu rozwinęło się znane opactwo Sankt Gallen w Szwajcarii. Przybywszy do Italii, Kolumban spotkał się z życzliwym przyjęciem na królewskim dworze longobardzkim, ale zaraz przyszło mu zmagać się ze znacznymi trudnościami: Kościół był podzielony przez herezję ariańską, która nadal dominowała wśród Longobardów, oraz przez schizmę, która zerwała jedność większości Kościołów północnej Italii z Biskupem Rzymu. Kolumban w sposób autorytatywny zareagował na tę sytuację, pisząc pamflet przeciw arianizmowi oraz list do Bonifacego IV, aby przekonać go do podjęcia zdecydowanych kroków, mających doprowadzić do przywrócenia jedności (por. Epistula V). Gdy w 612 lub 613 r. król Longobardów przydzielił mu teren w Bobbio, w dolinie Trebbii, Kolumban założył nowy klasztor, który stał się ośrodkiem porównywalnym do sławnego klasztoru na Monte Cassino. Tutaj dożył swoich dni. Zmarł 23 listopada 615 r. i w tym dniu wspominamy go w obrządku rzymskim do dzisiaj.

    Przesłanie św. Kolumbana skupia się na zdecydowanym nawoływaniu do nawrócenia i do oderwania się od dóbr ziemskich ze względu na dobra wieczne. Swoim ascetycznym życiem oraz bezkompromisową postawą wobec zepsucia możnych przywołuje on na pamięć surową postać św. Jana Chrzciciela. Jednakże jego surowość nie jest nigdy celem samym w sobie, lecz jest jedynie środkiem służącym temu, by dobrowolnie otworzyć się na miłość Boga i odpowiedzieć całym sobą na otrzymane od Niego dary, odtwarzając w sobie obraz Boży i jednocześnie użyźniając ziemię i odnawiając ludzkie społeczeństwo. Przytaczam słowa z jego Instructiones: «Jeśli człowiek będzie się posługiwał prawidłowo uzdolnieniami, które Bóg dał jego duszy, będzie podobny do Boga. Pamiętajmy o tym, że powinniśmy Mu zwrócić wszystkie dary, które złożył w nas, kiedy byliśmy w stanie pierwotnym. Swoimi przykazaniami pouczał nas, jak to osiągnąć. Pierwsze z nich to miłować Pana całym sercem, ponieważ On pierwszy nas umiłował od początku czasów, zanim jeszcze przyszliśmy na ten świat» (por. Instr. XI). Słowa te irlandzki święty rzeczywiście wprowadził w czyn w swoim życiu. Będąc człowiekiem wielkiej kultury — napisał również poezje po łacinie oraz podręcznik gramatyki — był obficie obdarzony darami łaski. Był niezmordowanym budowniczym klasztorów, jak również bezkompromisowym kaznodzieją pokutnym, angażującym wszystkie siły, by zasilać chrześcijańskie korzenie rodzącej się Europy. Dzięki swojej sile duchowej, swojej wierze oraz swojej miłości Boga i bliźniego stał się rzeczywiście jednym z Ojców Europy. Również nam żyjącym dzisiaj pokazuje on, gdzie tkwią korzenie, z których może się odrodzić nasza Europa.

    Do Polaków:

    Witam pielgrzymów z Polski. Życzę wam, aby nawiedzenie grobów apostołów Piotra i Pawła oraz innych miejsc uświęconych przez pokolenia męczenników i wyznawców pogłębiało wiarę i budziło miłość do Chrystusa i Kościoła. Niech Bóg błogosławi wam i waszym rodzinom. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 7-8/2008/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Duchowe odrodzenie Europy

    św. Kolumban Młodszy / fot. Wikipedia

    ***

    Gdyby pewien iroszkocki mnich zrealizował swój misyjny zamiar, 1050. rocznicę chrztu Polski obchodzilibyśmy zapewne jakieś 300 lat temu. Boży plan był jednak inny.

    Z pewnością jednak działalność żyjącego na przełomie VI i VII w. św. Kolumbana Młodszego (imię pochodzące od celtyckiego słowa Koloman – Pustelnik lub łacińskiego Columba – Gołąbek), który przemierzył wzdłuż i wszerz całą zachodnią Europę, odcisnęła na niej swoje pozytywne piętno. Zapoczątkowała też ogromny wpływ, jaki wywierali misjonarze iroszkoccy na kontynent europejski. Wpływ trudny do przecenienia, biorąc pod uwagę to wszystko, co działo się na gruzach cesarstwa zachodniorzymskiego. Wydawało się bowiem, że oto nadszedł kres europejskiej cywilizacji.
     
    Przez zamarznięty Ren
    Chylący się ku upadkowi, targany konfliktami społecznymi i politycznymi, wręcz spróchniały od wewnątrz Rzym, od dziesiątek lat zalewany był najazdami barbarzyńców ze wschodu. Wojowniczych imigrantów szukających przestrzeni do życia próbowano zatrzymać siłą lub asymilować. Kordon wojskowy chroniący naturalną, trudną do przebycia granicę imperium, jaką był Ren, pękł w noc sylwestrową 406 r. Mróz skuł rzekę lodem, co skwapliwie wykorzystały plemiona germańskie przeganiane na zachód przez wojowniczych Hunów. Graniczne posterunki rzymskie były bezradne. To był tak naprawdę rzeczywisty początek końca. Z czasem Germanie dotarli także do Italii, Hiszpanii i północnej Afryki, zakładając tam swoje królestwa. Jednym z największych było utworzone w Galii królestwo Franków, którego władca Chlodwig blisko pół tysiąca lat wcześniej niż Mieszko przyjął chrzest. Co ważne, chrzest z Rzymu, a nie od heretyków arian, jak większość Germanów. I choć na Karola Wielkiego, który w 800 r. odnowił cesarstwo rzymskie, trzeba było jeszcze poczekać, chrześcijaństwo na Zachodzie przetrwało. A wraz z nim wiele z dziedzictwa zachodniej cywilizacji. Po śmierci Chlodwiga jego następcy rozpoczęli ostrą rywalizację o władzę. Swoista wojna domowa nie odbiła się korzystnie tak na samym państwie, jak i na ściśle powiązanych z nim strukturach kościelnych. I w tym momencie do Galii, która mimo że ochrzczona, wymagała tak naprawdę chrystianizacji, przybywa Irlandczyk Kolumban z towarzyszami i ze swoim ewangelicznym radykalizmem.
     
    Trzy kolory męczeństwa
    Wczesnośredniowieczna Irlandia znajdowała się, w odróżnieniu od romańskiej Europy kontynentalnej, w obszarze oddziaływania kultury celtyckiej. To położenie na północno-zachodnich peryferiach ówczesnego świata i brak znaczniejszych wpływów rzymskich było przyczyną dość późnej chrystianizacji wyspy, na którą Ewangelię, jak się przyjmuje, przyniósł św. Patryk (+461). Siłą i specyficzną cechą Kościoła irlandzkiego czy raczej iroszkockiego, bo obejmował także obszar dzisiejszej Szkocji, były klasztory, w których choć panowała surowa asceza, nie zapominano o formacji intelektualnej. W jej skład wchodziła nauka łaciny, poznawanie klasycznej literatury łacińskiej oraz przede wszystkim studium Pisma Świętego. Ponieważ chrystianizacja Irlandii dokonała się w dość krótkim czasie i w sposób bezkrwawy, stąd w Kościele iroszkockim brak było męczenników za wiarę. Dlatego męczeństwo krwawe, czyli „czerwone”, starano się tutaj zastąpić „białym”, związanym z pokutą, wyrzeczeniem się siebie i oddaniem Bogu. Mnisi praktykowali także trzeci rodzaj męczeństwa – „zielony”. Był to duchowy przymus ewangelizacyjnego pielgrzymowania z miłości do Chrystusa. Porzucano wówczas wszystko, co było znane i bliskie, włącznie ze Świętą lub Zieloną Wyspą, jak nazywano Irlandię, udając się w nieznane. Raz dobrowolnie podjęta pielgrzymka miała najczęściej charakter nieodwracalny. Jej celem nie były żadne konkretne miejsca kultu, ale samo wędrowanie, symbolizujące nieustanną drogę do życia wiecznego i towarzyszące mu ewangelizowanie. Mnisi pielgrzymi nierzadko, jak podają przekazy, wsiadali wręcz do łodzi bez wioseł, żeby całkowicie zdać się na wolę Bożą. I tak św. Brendan miał dotrzeć aż do Ameryki Północnej, a Kolumban, wraz z 12 towarzyszami, wylądował na wybrzeżu Bretanii.
     
    Jeden z Ojców Europy
    Kolumbana można uznać za europejskiego świętego, głosił bowiem słowo Boże w prawie całej podzielonej wówczas politycznie Galii i Germanii – na terenach dzisiejszej Francji, Niemiec, Austrii i Włoch. Wzbudzał podziw, zarówno u możnych, jak i prostych ludzi, swoją wiedzą zdobytą w irlandzkim klasztorze w Bangor i świętym wręcz stylem życia. To św. Kolumban, jak się przyjmuje, wprowadził na kontynencie m.in. prywatną i wielokrotną spowiedź. Oparciem dla jego misyjnej działalności były klasztory – znane później średniowieczne opactwa – zakładane na otrzymanych od lokalnych władców pustkowiach, których nie brakowało w Europie po przejściu przez nią barbarzyńskich plemion. Pierwszy z nich to Annegray w Wogezach na terenie całkowicie zrujnowanej i opuszczonej twierdzy rzymskiej, kolejne w Fontaines i Luxeuil na gruzach starożytnego miasta termalnego w Burgundii. Stały się one nie tylko ośrodkami promieniowania wiary, ale też przywracały cywilizację na tych obszarach. Nic więc dziwnego, że przyciągały do siebie ludzi, szybko się rozrastając.
    Natomiast stosunki Kolumbana z hierarchią Kościoła w Galii nie zawsze układały się najlepiej. Niski poziom moralny i intelektualny części galijskiego kleru stawał się tym bardziej widoczny w zestawieniu z wykształceniem i radykalizmem ewangelicznym iroszkockich mnichów, którzy mogli stanowić też, jak zauważają historycy, zagrożenie dla dotychczasowych wpływów politycznych miejscowych biskupów. Św. Kolumban nie zabiegał jednak o łaski u możnych. Nie zawahał się np. skrytykować postępowania króla Teodoryka żyjącego w konkubinacie z Brunhildą. Wygnany z jego ziem ruszył na wschód, a potem w górę Renu, gdzie w Bregencji nad Jeziorem Bodeńskim założył kolejny klasztor, by stamtąd prowadzić chrystianizację sąsiednich, pogańskich jeszcze ludów. Wtedy również zrodziła się u świętego misjonarza myśl, aby podjąć się głoszenia Chrystusa także wśród Słowian. Jednak, jak to opisuje jego biograf, sam anioł Pański odwiódł go od tego zamiaru. Zdaniem uczonych jest to najwcześniejsza obecna w literaturze informacja o zamiarze podjęcia misji chrystianizacyjnej wśród ludów słowiańskich (święci Cyryl i Metody, zwani apostołami Słowian, działali dopiero w IX w.).
    Kolumban wyruszył więc, jak już to wcześniej zamierzał, do Italii, gdzie przyjął go król Longobardów. Tam na pustkowiu w Apeninach, w dolinie Trebbii założył klasztor w Bobbio, który stał się centrum kultury porównywalnym później ze słynnym opactwem Monte Cassino. W tym miejscu 23 listopada 615 r. zakończył swoje ziemskie życie. Jak zauważył papież Benedykt XVI podczas jednej ze swoich audiencji generalnych, św. Kolumban Młodszy „dzięki swej energii duchowej, swej wierze, swej miłości do Boga i do bliźniego stał się rzeczywiście jednym z Ojców Europy. Również dziś pokazuje nam, gdzie znajdują się korzenie, na których może odrodzić się ta nasza Europa”.

    Błażej Tobolski/Przewodnik Katolicki
     

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 listopada

    Święta Cecylia, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy ormiańscy Salwator Lilli, prezbiter, i Towarzysze
    ***
    Święta Cecylia
    Cecylia jest jedną z najsłynniejszych męczennic Kościoła Rzymskiego. Niestety, o świętej tak bardzo popularnej i czczonej w Kościele mamy bardzo mało informacji historycznych. Nie wiemy nawet, kiedy żyła i kiedy poniosła śmierć męczeńską. W pierwszych wiekach nie przywiązywano wagi ani do chronologii, ani do ścisłych danych biograficznych. Dlatego dziś trudno nam odróżnić w opisie jej męczeństwa fakty historyczne od legendy.
    Zasadniczym dokumentem, którym dysponujemy, jest pochodzący z V w. opis jej męczeńskiej śmierci. Według niego Cecylia była dobrze urodzoną Rzymianką. Przyszła na świat na początku III w. Była ponoć olśniewająco piękna. Według starej tradycji z miłości do Chrystusa złożyła ślub czystości, chociaż rodzice obiecali już jej rękę również dobrze urodzonemu poganinowi Walerianowi. W przeddzień ślubu Cecylia opowiedziała narzeczonemu o swym postanowieniu i o wierze chrześcijańskiej. Gdy Walerian chciał ujrzeć anioła, który miał stać na straży czystości Cecylii, ta odpowiedziała: “Ty nie znasz prawego Boga; dopóki nie przyjmiesz chrztu, nie będziesz go mógł ujrzeć”. W ten sposób pozyskała Waleriana dla Chrystusa. Zaprowadziła go w tajemnicy do papieża św. Urbana I. Ten pouczył Waleriana o prawdach wiary i udzielił mu chrztu. Gdy wrócił do domu Cecylii, ujrzał ją zatopioną w modlitwie, a przy niej stojącego w jasności anioła w postaci młodzieńca, który trzymał w ręku dwa wieńce – z róż i lilii. Anioł włożył je na głowę Waleriana i Cecylii, mówiąc: “Te wieńce przez zachowanie czystości zachowajcie nietknięte, bom je wam od Boga przyniósł”.
    Walerian przyprowadził do papieża także swego brata, Tyburcjusza. On również przyjął chrzest. Gdy wszedł do mieszkania Waleriana, uderzyła go przedziwna woń róż i lilii. Walerian wyjawił mu znaczenie tego zapachu.
    Wkrótce potem wybuchło prześladowanie. Skazano na śmierć Waleriana i Tyburcjusza. Kiedy namiestnik-sędzia, Almachiusz, dowiedział się, że Cecylia jest chrześcijanką i że zarówno własny majątek, jak i majątek Waleriana rozdała ubogim, kazał ją aresztować. Żołnierze, oczarowani jej pięknością, błagali ją, by nie narażała swego młodego życia i wyrzekła się wiary. Cecylia odpowiedziała jednak: “Nie lękajcie się spełnić nakazu, bowiem moją młodość doczesną zamienicie na wieczną młodość u mego oblubieńca, Chrystusa”. Pod wpływem jej odpowiedzi miało nawrócić się 400 żołnierzy, których przyprowadziła do św. Urbana, by udzielił im chrztu.
    Sędzia, urzeczony jej urodą, błagał ją również, by miała wzgląd na swoją młodość. Gdy Cecylia nie ustępowała, próbował zmusić ją do wyparcia się wiary stosując męki. Kazał zawiesić ją nad ogniem w łaźni i dusić ją parą. Cecylia zaś cudem Bożym zamiast duszącego dymu czuła orzeźwiający ją powiew wiatru. Rozgniewany namiestnik kazał ją wtedy ściąć mieczem. Kat wszakże na widok tak pięknej i młodej osoby nie miał odwagi jej zabić. Trzy razy ją uderzył, ale nie zdołał pozbawić jej życia. Płynącą z jej szyi krew zebrali ze czcią chrześcijanie jako najcenniejszą relikwię. Po trzech dniach konania Cecylia oddała Bogu ducha.
    Ciało św. Cecylii, w nienaruszonym stanie, w pozycji leżącej, lekko pochylone ku ziemi odkryto dopiero w 824 r. w katakumbach św. Kaliksta, a następnie na polecenie papieża św. Paschalisa I złożono w bazylice jej poświęconej na Zatybrzu. Bazylika ta stoi na miejscu, w którym Cecylia zamieszkała niegdyś ze swym mężem. Wybudowano ją w IV w.
    Imię św. Cecylii wymieniane jest w Kanonie Rzymskim. Jest patronką chórzystów, lutników, muzyków, organistów, zespołów wokalno-muzycznych. Legenda bowiem głosi, że grała na organach. Organy wodne były znane wówczas w Rzymie, ale były bardzo wielką rzadkością (otrzymał je np. cesarz Neron w darze ze Wschodu). Nie wiadomo, czy Cecylia mogła grać na organach – prawdopodobne jest jednak, że grała na innym instrumencie. Ówczesne panie rzymskie kształciły się często w grze na harfie.
    W ikonografii św. Cecylia przedstawiana jest jako orantka (osoba modląca się na stojąco, ze wzniesionymi rękoma). Późniejsze prezentacje ukazują ją w tunice z palmą męczeńską w dłoni. Czasami gra na organach. Jej atrybutami są: anioł, instrumenty muzyczne – cytra, harfa, lutnia, organy; płonąca lampka, miecz, wieniec z białych i czerwonych róż – oznaczających jej niewinność i męczeństwo.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Św. Cecylia męczennica (modlitwa dnia)

    Marmurowa figura św. Cecylii w rzymskim kościele pod jej wezwaniem. Artysta, Stefano Maderna, ok. 1600 r. odtworzył dokładnie pozycję, w jakiej zostało znalezione ciało św. Cecylii/fot. Biblia – święci.pl

    ***

    Św. Cecylia, której wspomnienie przypada 22 listopada, czczona jest powszechnie od ok. VI wieku jako dziewica męczennica, patronka śpiewu, muzyki i chórów kościelnych.


    Już w IV wieku prywatny jej dom zamieniono na kościół pod jej wezwaniem, a papież Paschalis I przeniósł tam w 821 roku jej relikwie z katakumb św. Kaliksta. Ikonografia przedstawia ją przy organach lub z instrumentem muzycznym, choć jest to jedynie domysł, gdyż o życiu świętej niewiele pewnego da się powiedzieć. Przez wieki powoływano się na fakty z życia Cecylii, zawarte w rzekomych Aktach męczeństwa świętej, są one jednak dalekie od autentyzmu. Opowiadanie, które przez wieki było łączone z historią życia męczennicy najprawdopodobniej skopiowano i na grunt rzymski przeniesiono z dzieła Wiktora z Wity O prześladowaniu wandalskim. Pozostają tylko hipotezy, gdyż śladów biografii Cecylii nie znajdziemy również u Hieronima, Ambrożego, Prudencjusza czy Damazego. Przyjmuje się, że święta należała do możnego rodu Caecilii, a będąc hojną wobec Kościoła, zasłużyła sobie na zaszczyt spoczywania w pobliżu grobów papieskich. Wierni tłumaczyli jej zasługi w kluczu męczeństwa. U schyłku średniowiecza uczyniono z niej także patronkę muzyki i śpiewu kościelnego, choć i to zawdzięczamy pomyłce – interpunkcyjnej nadinterpretacji jednej z antyfon z Passio męczennicyTekst antyfony mówi o tym, że w czasie gdy muzycy stroili instrumenty na uroczystość weselną, Cecylia modliła się do Boga, wyśpiewując mu swe uczucie. Została opiekunką muzyki, a nawet muzykiem–organistą dzięki niewielkiej zmianie interpunkcji i opuszczeniu słów „w sercu“.

    Modlitwa dnia

    Wszechmogący Boże, przyjmij łaskawie nasze błagania * i za wstawiennictwem świętej Cecylii spełnij nasze prośby. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, + który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków

    Niegdyś, w dawnym mszale, używano tekstu pochodzącego z dawnych sakramentarzy, który jednak powtarzał się przy wielu okazjach (np. w dzień św. Agnieszki). Obecna modlitwa dnia zaczerpnięta jest również z dawnych zasobów, z tzw. Leonianum – z prastarego sakramentarza z Werony. Zawiera ona zwięzłe pokorne błaganie o zlitowanie oraz wyraźną wstawkę o wstawiennictwie św. Cecylii. Nic ponadto. Święta nie została nawet nazwana męczennicą.

    ***

    Sięgając do Roku liturgicznego Piusa Parscha, otrzymujemy z kolei fragment hagiograficzny zawarty w starym, przedsoborowym oficjum, opartym na legendarnej Passio Sanctorum:

    „Chwalebna Dziewica stale nosiła na piersiach Ewangelię Chrystusową i ani we dnie, ani w nocy nie ustawała w modlitwach i pobożnych rozmowach. Z rozłożonymi rękoma modliła się do Boga, a serce jej pałało niebiańskim ogniem” (3 resp.). Pod tuniką nosiła włosiennicę: „Przez włosiennicę trzymała na wodzy ciało swoje, wzdychaniem modliła się do Pana” (4 resp.). Uczyniła ślub dziewictwa. Pewien młodzieniec imieniem Walerian, opierając się na danym przez jej rodziców przyzwoleniu, miał nadzieję, że dostanie ją za żonę. Wszystko przygotowane było do wesela. „Wśród dźwięków muzyki Cecylia w sercu swoim śpiewała samemu tylko Panu: Niech będzie serce moje nieskalane … abym się nie zawstydził (Ps 118, 80). W ciągu trzech ostatnich dni modliła się i pościła, polecając Panu serdeczną swą troskę” (1 resp.). Nastaje noc poślubna; Dziewica tedy mówi do Waleriana: „Pragnę ci powierzyć tajemnicę: oblubieńcem moim jest Anioł Boży, który zazdrośnie strzeże mego ciała” (1 ant. do Magn.). Walerian zapewnia, że gdyby ujrzał tego Anioła, uwierzyłby w Chrystusa; Cecylia więc tłumaczy mu, że dopóki się nie ochrzci, nie jest to możliwe. I oto Walerian oświadcza gotowość przyjęcia chrztu św. Święta z radością daje mu znak rozpoznawczy i posyła go do papieża Urbana, który się ukrywał w katakumbach. (…) Papież chrzci Waleriana, który po powrocie do domu „zastał Cecylię, pogrążoną w modlitwie w swej komnatce, i stojącego obok niej Anioła Pańskiego. Widok Anioła przejął Waleriana wielką trwogą” (5 resp.). Anioł zaś, w nagrodę za ich umiłowanie czystości, podał jemu i Cecylii wieniec z kwiatów rajskich: płomiennoczerwonych róż i śnieżnobiałych lilii; wieniec ten nigdy nie miał zwiędnąć, a widoczny był jedynie dla miłośników czystości. Anioł wzywa teraz Waleriana, żeby wyraził jakieś życzenie, które zostanie spełnione; młodzieniec prosi o nawrócenie brata swego, Tyburcjusza. Gdy wkrótce potem Tyburcjusz nadszedł, żeby złożyć życzenia nowożeńcom, zdziwił się czując w komnacie niezwykły zapach róż i lilii. Dowiedziawszy się zaś, jakie jest źródło tej woni, przyjął również chrzest. „Św. Cecylia powiedziała do Tyburcjusza: Dziś uznaję cię za krewnego, bo miłość Boża sprawiła, żeś wzgardził fałszywymi bóstwami; jak bowiem miłość Boża dała mi brata twego za małżonka, tak ciebie dała mi za krewnego” (7 resp.). Lecz oto prefekt Almachiusz dowiaduje się o nawróceniu obu braci; każe więc oficerowi swemu, Maksymusowi, uwięzić ich i stracić, chyba że się zgodzą złożyć ofiarę Jowiszowi. Oni jednak przed śmiercią nawrócili jeszcze Maksymusa z całą jego rodziną. Skoro dzień zaświtał, Cecylia ponownie zachęciła obu braci do bohaterskiej walki za Chrystusa Pana wołając: „Nuże, żołnierze Chrystusowi, odrzućcie uczynki ciemności, a przyodziejcie się w zbroję światłości!” (klasyczną tę antyfonę do Benedictus można uważać za słowa Świętej do nas). Z kolei prefekt pociąga Cecylię do odpowiedzialności; mienie jej zostaje skonfiskowane. Ale i żołnierze nawracają się: „Wierzymy, że Chrystus prawdziwie jest Synem, Bożym, skoro taką sobie obrał służebnicę” (ant.). Aby uniknąć rozgłosu, prefekt każe udusić Cecylię dymem w łaźni; Dziewica jednak wychodzi z niej bez szwanku. „Dzięki Ci składam, Ojcze Pana mojego Jezusa Chrystusa, że przez Syna Twego zgasły otaczające mnie płomienie” (ant.). Kazał ją zatem Almachiusz ściąć. Kat trzykrotnie zadaje cios (dalsze uderzenia były ustawowo wzbronione) i pozostawia ją zbroczoną krwią. Dziewica żyje jeszcze trzy dni, dodając otuchy ubogim; przed śmiercią przeznacza dom swój na kościół: „Wyprosiłam u Pana trzy dni zwłoki, abym mogła dom swój na kościół poświęcić” (ant.).

    (na podstawie Roku liturgicznego P. Parscha, t. 3, Poznań 1956 oraz Wprowadzenia do Mszy o świętych, ks. H. Frosa, t. 2, Warszawa 1982)

    Adam Dobrzyński/Liturgia.pl

    __________________________________________________________________________________

    Piękno, miłość, śmierć i muzyka – św. Cecylia

    Piękno, miłość, śmierć i muzyka - św. Cecylia

    św. Cecylia/Guido Reni(PD)

    ***

    Żołnierze, którzy aresztowali Cecylię, byli pod takim wrażeniem jej urody, że błagali ją, by odstąpiła od wiary.

    Była olśniewająco piękna. Pochodziła ze znakomitej rzymskiej rodziny. Jako młoda dziewczyna Cecylia zakochała się na zabój… w Jezusie Chrystusie. Jemu ślubowała wierność bez względu na wszystko. Rodzice mieli jednak inne plany. Przeznaczyli córkę dobrze urodzonemu poganinowi Walerianowi. Dzień przed ślubem Cecylia wyznała swoją tajemnicę narzeczonemu. Ten nie tylko, że uszanował jej ślub czystości, ale sam się nawrócił i wraz ze swoim bratem przyjął chrzest z rąk papieża św. Urbana. Wkrótce w Rzymie wybuchło kolejne krwawe prześladowanie chrześcijan. Cecylię, jej męża i szwagra skazano na śmierć. Żołnierze, którzy ją aresztowali, byli pod takim wrażeniem jej urody, że błagali ją, by odstąpiła od wiary. Cecylia miała im odpowiedzieć: „Umrzeć nie znaczy stracić swej młodości, lecz zamienić ją na lepszą. Jest to tak, jakby oddać błoto, a otrzymać w zamian złoto. Mój Pan oddaje stokroć więcej, niż Mu się ofiaruje”. Zginęła okrutną śmiercią. Duszono ją parą w łaźni, w końcu podcięto gardło. Konała jeszcze dwa dni.

    Wszystko to działo się na przełomie II i III wieku. Historia jej męczeństwa obrosła przez wieki pobożną legendą. Św. Cecylia stała się jednym z najbardziej czczonych rzymskich męczenników. Pochowano ją w katakumbach. W XI wieku odkryto jej ciało, zachowane w stanie nienaruszonym. Szczątki przeniesiono do bazyliki jej imienia wybudowanej na Zatybrzu, prawdopodobnie w miejscu, w którym mieszkała. Kilka wieków później artysta rzeźbiarz Stefano Maderna wykonał dla tej bazyliki niezwykle ekspresyjną marmurową rzeźbę, przedstawiającą ciało św. Cecylii odnalezione w katakumbach: młoda kobieta niezwykłej urody leżąca na boku z twarzą na ziemi, z podciętą szyją i ramionami wyciągniętymi wzdłuż ciała.

    Św. Cecylię uznano za patronkę muzyki kościelnej dopiero w średniowieczu. Dlaczego? Być może dlatego, że w aktach męczeństwa znaleziono zapis mówiący o tym, że gdy na weselu Cecylii grały instrumenty muzyczne, ona w swoim sercu śpiewała hymny tylko Bogu.

    W historii tej młodej rzymskiej męczennicy spotykają się trzy żywioły: piękno, miłość i śmierć. Tradycja dodała jeszcze jeden: muzykę ku chwale Boga. Święta Cecylia wyśpiewała swoim życiem najpiękniejszą pieśń, pieśń ku chwale Boga. Kto chce skomponować wielogłosowy utwór muzyczny, musi opanować sztukę kontrapunktu, czyli umiejętność równoczesnego prowadzenia różnych linii melodycznych, tak by razem wszystko brzmiało pięknie, w harmonii. By życie stało się pieśnią dla Pana, potrzebna jest także w życiu sztuka kontrapunktu. Tak kochać, tak wierzyć, tak pracować, tak cieszyć się i smucić, tak dojrzewać i starzeć się, wreszcie tak umierać, by nie było zgrzytów, dysharmonii, ale by wszystkie żywioły, które pojawiają się w ludzkim życiu, zagrały razem ku chwale Najwyższego. Pewien mądry rabin powtarzał swoim uczniom: każdego dnia pieśń, każdego dnia pieśń.

     ks. Tomasza Jaklewicz/wiara.pl

    _____________________________________________________________________________

    Nuty z nieba

    Św. Cecylia

    św. Cecylia/archiwum GN
    Nicolas Poussin, olej na płótnie, ok. 1635, Muzeum Prado, Madryt

    ***

    Uśmiechnięta święta Cecylia gra na klawikordzie, zaglądając w nuty podtrzymywane przez aniołów. To sugestia, że zapis nutowy melodii został przyniesiony z nieba, bo przecież aniołowie są wysłannikami Boga.

    W tle dwa inne anioły śpiewają do akompaniamentu Cecylii. Cała scena jest alegorią, czyli umownym motywem o symbolicznej wymowie. Artysta podkreśla tę umowność, umieszczając za plecami świętej teatralną kurtynę.

    Cecylia żyła na przełomie II i III wieku. Jako chrześcijanka złożyła ślub czystości. Mimo że zmuszono ją do małżeństwa z poganinem, nie tylko nie złamała ślubu, lecz jeszcze nawróciła swojego męża. Oboje ponieśli potem śmierć męczeńską. Dlaczego więc stała się patronką muzyki i jest na obrazach przedstawiana zwykle z instrumentami muzycznymi, a nie jako męczennica?

    Legenda o tym, że Cecylia umiała grać na organach, powstała pod koniec średniowiecza, zapewne wskutek błędnego tłumaczenia antyfony śpiewanej w jej dniu. Słowa: cantantibus organis, Cecilia virgo in corde suo soli Domino decantabat (podczas gdy brzmiały instrumenty muzyczne, dziewica Cecylia śpiewała w swoim sercu jedynemu Bogu) interpretowano w ten sposób, że święta śpiewała, akompaniując sobie na organach. Łacińskie słowoorganis utożsamiano wówczas z organami.

    Tymczasem najprawdopodobniej antyfona ma zupełnie inne znaczenie. Jej najstarsze zapisy zamiast cantantibus organis przekazują wersję: candentibus organis, czyli „przy płonących instrumentach”. A zatem organis to raczej nie instrumenty muzyczne, lecz narzędzia tortur. Antyfona najprawdopodobniej wysławia więc Cecylię, że w chwili męczeństwa śpiewała Bogu w swoim sercu. Wspomnienie liturgiczne patronki chórzystów, lutników i organistów obchodzimy w Kościele katolickim 22 listopada.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Patronka Dnia: Św. Cecylia, dziewica i męczennica. Patroka organistów, muzyków i… czystych serc

    Patronka muzyki i czystych serc – tak określa ks. Arkadiusz Nocoń św. Cecylię, której wspomnienie obchodzimy 22 listopada. Ta święta to dziewica i męczennica z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Jej relikwie znajdują się w Rzymie w bazylice św. Cecylii na Zatybrzu. Jest patronką chórzystów, lutników, muzyków, organistów, zespołów wokalno-muzycznych.

    Św. Cecylia (Rzym, Trastevere)

    św. Cecylia (Rzym, Trastevere)fot. s. Amata J. Nowaszewska

    ***

    Pomimo, że o jej życiu wiemy niewiele, a fakty historyczne przeplatane są często legendami, należy ona do najbardziej popularnych świętych. Jej imię występuje w Kanonie Rzymskim, czyli w I Modlitwie Eucharystycznej. Żyła na przełomie II i III wieku.

    Jako młoda dziewczyna złożyła Bogu ślub czystości i nie zamierzała od niego odstępować, nawet wtedy, gdy rodzice zmusili ją do poślubienia bogatego poganina Waleriana. Cecylia przekonała męża do uszanowania jej decyzji, i doprowadziła Waleriana i jego brata Tyburcjusza, do przyjęcia wiary w Chrystusa. Wszyscy trzej, jako gorliwi chrześcijanie, podjęli się niebezpiecznego zadania grzebania ciał pomordowanych współwyznawców. W owym czasie groziła za to kara śmierci. Zwłoki uczniów Chrystusa miały bowiem odstraszać pogan od przechodzenia na chrześcijaństwo.

    Po jakimś czasie cała trójka została jednak aresztowana. Gdy stracono Waleriana i Tyburcjusza, sędzia przesłuchujący Cecylię, urzeczony jej urodą, starał się ją odwieść od wiary. Dał jej nawet kilka dni do namysłu. Cecylia zdążyła w tym czasie rozdać swój majątek ubogim, aby państwo nie mogło go skonfiskować. Rozsierdzony jej postawą sędzia, skazał ją na okrutną śmierć we własnym domu. W tzw. caldarium, czyli domowej łaźni, próbowano ją udusić gorącą parą. Cecylia przeżyła jednak wielogodzinną mękę, stąd musiano ją dobić mieczem.

    Pochowano ją w katakumbach św. Kaliksta, obok krypty papieży. Kilka wieków później odnaleziono jej ciało i przeniesiono do bazyliki św. Cecylii na Zatybrzu. Stoi ona w tym samym miejscu, w którym kiedyś znajdował się dom Cecylii, będący również miejscem jej kaźni.

    Z przemówienia papieża emeryta Benedykta XVI do przedstawicieli Akademii Muzycznej w Krakowie i Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie: „W ramach najróżniejszych kultur i religii obecna jest wielka literatura, świetna architektura, malarstwo i wspaniałe rzeźby. I wszędzie także jest muzyka. A jednak w żadnym innym środowisku kulturalnym nie ma muzyki o wielkości dorównującej tej, która zrodziła się w kontekście wiary chrześcijańskiej: od Palestriny do Bacha, Haendla, aż po Mozarta, Beethovena i Brucknera. Muzyka zachodnia jest czymś wyjątkowym, nie mającym sobie równych w innych kulturach. To powinno skłonić nas do zastanowienia. (…). Muzyka zachodnia wykracza daleko poza dziedzinę religijną i kościelną. A jednak swoje najgłębsze źródło znajduje w liturgii, w spotkaniu z Bogiem. (…). Wspaniała i czysta odpowiedź muzyki zachodniej rozwinęła się w spotkaniu z Bogiem, który w liturgii uobecnia się nam w Jezusie Chrystusie”.

    Św. Cecylia jest patronką muzyki kościelnej. Miała bowiem zachwycać grą na instrumentach i swoim śpiewem. W dniu jej święta Kościół przypomina na ogół o znaczeniu muzyki w liturgii, „nic tak bowiem skutecznie nie broni wiary jak śpiew sakralny”, mówił św. Ambroży. W Mediolanie poganie zarzucali mu nawet, że urzeka tym śpiewem tłumy, wywierając tak znaczny wpływ na słuchaczy, że wielu z nich przechodziło na chrześcijaństwo. Coś niezwykłego w muzyce kościelnej jednak jest, skoro w XVI wieku, gdy słynny Giovanni Pierluigi da Palestrina, nazywany „księciem muzyków”, wykonywał swoje utwory w rzymskich kościołach, nawet zagorzali wrogowie rzucali się sobie w ramiona ze słowami przebaczenia.

    Co więc stało się z tą muzyką w naszych czasach, skoro papież Paweł VI musiał wyraźnie przypominać, aby w liturgii stosować tylko te utwory, które łączą piękno artystyczne z duchem modlitwy i zatapiają wiernych w miłości Chrystusa, pomagając im przemienić własne życie. Muzyka liturgiczna – przypominał papież – ma jednoczyć w miłości, a nie wywoływać uczucia niesmaku, być przyczyną roztargnień, desakralizacji, a nawet rozłamu (Paweł VI, „Modlitewny charakter muzyki liturgicznej”, przemówienie z dnia 16.04.1971).

    Świętej Cecylii przypisano wiele cudów. Niektóre z nich są tak nieprawdopodobne, że wydają się być wytworem późniejszych legend. Dla niej samej największym cudem była Boża miłość. Dla tej miłości żyła, śpiewała, umierała.

    ks. Arkadiusz Nocoń/vaticannews.va/opoka.pl

    ________________________________________________________________________________

    Dla tych, co grają i śpiewają w kościele

     

    św. Cecylia, Simon Vouet, ok. 1626 r./fot. Biblia – święci.pl

    ***

    W wiekach średnich dzień św. Cecylii był świętem nakazanym.

    Święta Cecylia żyła na przełomie II i III wieku w Rzymie. Za patronkę muzyki kościelnej uznano ją w końcu średniowiecza, co ma swe źródło w mylnym zrozumieniu antyfony „Cantantibus organis”. Dlatego od wieków średnich przedstawia się świętą Cecylię w sztuce przy organach lub grającą na organach.

    Aż do wieków średnich ikonografia przedstawiała świętą jako dziewicę i męczennicę w wytwornym stroju z mieczem w ręku; z płonącą lampą; z wiankiem z białych i czerwonych róż – symbolem męczeństwa. Ku czci świętej męczennicy powstały bractwa muzyczne i towarzystwa, np. w XVI wieku w Rzymie Academia di Santa Cecilia, w Ratyzbonie Cecilienverein – cecylianizm. (Cecylianizm – wielki ruch odnowy muzyki kościelnej powstały w Niemczech w 2. połowie XIX wieku). Natomiast pod koniec XVI wieku w ikonografii przedstawia się świętą w otoczeniu aniołów grających na organach. Piękna figura świętej Cecylii znajduje się w Małujowicach koło Brzegu. Jest to późnobarokowa figura świętej w zwieńczeniu ołtarza głównego. 22 listopada, dzień św. Cecylii, był w wiekach średnich w Kościele świętem nakazanym.

    Muzyka w Kościele dzisiaj
    Dzień św. Cecylii jest świętem chórów kościelnych. Śpiew jest nieodzowną, integralną częścią uroczystej liturgii. Św. Paweł pisze do Efezjan (5,19): „Przemawiajcie do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach”. Piękne słowa papieża Benedykta XVI: „Najwyższa posługa muzyki odsłania zasypaną drogę do serca, do centrum naszego istnienia, tam, gdzie styka się ona z istnieniem Stwórcy i Zbawiciela. Gdziekolwiek się to udaje, muzyka staje się drogą prowadzącą do Jezusa; drogą, na której Bóg ukazuje swoje zbawienie”.

    Rozmowa z Bogiem przekracza zawsze granice mowy, będzie poszukiwać zawsze pomocy muzyki. Ziemia nasza, kraj graniczny, jest bogata w kościelną, religijną muzykę, w ogromną liczbę pieśni, utworów chóralnych, orkiestralnych. Wydała ogromną ilość kompozytorów, dzisiaj niestety często zapomnianych. Są u nas widoczne silne wpływy krajów ościennych, wnoszące wiele bogactwa w życie muzyczne Kościoła. Czego trzeba się wystrzegać? Hałasu w kościele.

    Paul Hindemith określił tego rodzaju muzykę jako pranie mózgu. Pop jest wytworem masowej produkcji! Pop w kościele?! Kultura Ewangelii jest inna, muzyka w kościele musi być inna! Lata temu, po wykonaniu w jednym z katowickich kościołów bardzo nowoczesnego oratorium o Chrystusie „Salvator mundi” kompozytora Joachima Fabera z Niemiec, pewna pani profesor z Akademii Muzycznej w Katowicach pogratulowała ogromnej pracy włożonej w przygotowanie utworu, ale życzliwie zwróciła uwagę, że ludziom, zmęczonym dzisiaj życiem, kłopotami codziennymi, potrzeba bardziej muzyki tonalnej, która wnosi pokój i nadzieje, ucisza, pozwala zbliżyć się do Boga.

    Trzeba uczyć śpiewu
    Ks. prof. Wacław Schenk mówił: „Co trzy tygodnie trzeba nauczyć ludzi w kościele śpiewu nowej pieśni”. Przez muzykę można wszystko osiągnąć, można człowieka zniszczyć. Słynne są słowa Johanssona: „Następuje banalizacja wiary, zaprzeczenie kultury, prostytucja uprawiana z antykulturą”. Przez muzykę można przekazać moc wiary. Św. Grzegorz Wielki powiedział: „Kiedy śpiew Psalmodii rozbrzmiewa z samej głębi serca, wszechmocny Pan znajduje przezeń dostęp do serca”. Dlatego w pieśni stworzona zostaje możliwość objawienia się Jezusa. Wiele się czyni dzisiaj, by przybliżyć ludziom skarby muzyki. Oby w naszych kościołach ten dar nieba dany śmiertelnym zbliżał zawsze ludzi do Jezusa. Nasza służba jest innym sposobem przekazywania Ewangelii.

    KS. JERZY KOWOLIK, PROBOSZCZ PARAFII ŚW. STANISŁAWA BISKUPA W NACZĘSŁAWICACH, DYRYGENT, KOMPOZYTOR, ZNAWCA MUZYKI/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 listopada

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    Ofiarowanie Maryi w świątyni - Domenico Ghirlandaio

    W dawnych czasach istniał wśród Żydów zwyczaj religijny, polegający na tym, że dzieci – nawet jeszcze nie narodzone – ofiarowywano służbie Bożej. Dziecko, zanim ukończyło piąty rok życia, zabierano do świątyni w Jerozolimie i oddawano kapłanowi, który ofiarowywał je Panu. Zdarzało się czasem, że dziecko pozostawało dłużej w świątyni, wychowywało się, uczyło służby dla sanktuarium, pomagało wykonywać szaty liturgiczne i asystowało podczas nabożeństw.
    Święta Anna, matka Maryi, przez wiele lat była bezdzietna. Mimo to nie utraciła wiary i ciągle prosiła Boga o dziecko. Złożyła obietnicę, że jeśli urodzi dziecko, odda je na służbę Bogu. Tak zrobiła, choć po tylu latach oczekiwania na upragnione potomstwo musiało to być wielkie poświęcenie z jej strony. Ewangelie nie mówią dokładnie, kiedy miało miejsce ofiarowanie Maryi, ale na pewno na początku Jej życia, prawdopodobnie, gdy Maryja miała trzy lata. Wtedy to Jej rodzice, św. Joachim i św. Anna, przedstawili Bogu przyszłą Królową Świata. Oddali Ją wówczas kapłanowi Zachariaszowi, który kilkanaście lat później stał się ojcem św. Jana Chrzciciela. Według niektórych autorów Maryja pozostała w świątyni około 12 lat. Zdarzenie to wspominamy właśnie w dniu dzisiejszym. Informacje o nim pochodzą z pism apokryficznych, nie przyjętych do kanonu Pisma świętego.
    W Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. 140 r. po narodzeniu Jezusa, czytamy, że rodzicami Maryi był św. Joachim i św. Anna i że stali się jej rodzicami w bardzo późnym wieku. Dlatego przed swoją śmiercią oddali Maryję na wychowanie i naukę do świątyni, gdy Maryja miała zaledwie trzy lata. Opis ten powtarza apokryf z VI w. – Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela, a także pochodzący z tego samego czasu inny apokryf, Ewangelia Narodzenia Maryi.
    W Kościołach wschodnich panuje zgodne przekonanie, że Maryja faktycznie była ofiarowana w świątyni. Potwierdzają to bardzo liczne wypowiedzi wschodnich pisarzy kościelnych. Oprócz powagi apokryfów, na których się oparli, o ustanowieniu święta Ofiarowania Maryi w świątyni zadecydował zapewne w niemałej mierze również paralelizm świąt Maryi i Jezusa. Skoro obchodzimy uroczyście Poczęcie Jezusa (25 III) i Poczęcie Maryi (8 XII), Narodzenie Jezusa (25 XII) i Narodzenie Maryi (8 IX), Wniebowstąpienie Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), to naturalne wydaje się obchodzenie obok święta ofiarowania Chrystusa (2 II) także święta ofiarowania Jego Matki.
    Dla uczczenia tej tajemnicy obchodzono osobne święto najpierw w Jerozolimie (prawdopodobnie już w VI w., kiedy to poświęcono w Jerozolimie kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny), potem od VIII w. na całym Wschodzie. W 1372 r. wprowadził je w Awinionie Grzegorz XI, a w 1585 r. Sykstus V rozszerzył je na cały Kościół.

    Ofiarowanie Maryi w świątyni

    Chociaż dzisiejsze wspomnienie nie ma żadnego potwierdzenia historycznego, przynosi ono ważną refleksję teologiczną: Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca. Do swojej misji Maryja przygotowywała się bardzo pilnie i z całym oddaniem – o czym świadczą chociażby jej własne słowa wypowiedziane do Gabriela: “Oto ja, służebnica Pańska” (Łk 1, 38).
    W tradycji bizantyńskiej obchodzi się uroczyście święto Wprowadzenia Przenajświętszej Bogurodzicy do Świątyni (Wwiedienije Preświatoj Bohorodicy wo Chram). Bracia prawosławni opowiadają, że 3-letnia Maryja samodzielnie weszła po 15 wysokich stopniach świątynnych w ramiona arcykapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego Świętych, gdzie sam miał prawo wchodzić tylko raz w roku.
    W Kościele katolickim dzisiejsze wspomnienie jest świętem patronalnym Sióstr Prezentek, założonych w 1626 r. w Krakowie przez Zofię z Maciejowskich Czeską dla nauczania i wychowania dziewcząt. Jest też dniem szczególnej pamięci o mniszkach klauzurowych, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w 1999 r.: “Maryja jawi się nam w tym dniu jako świątynia, w której Bóg złożył swoje zbawienie, i jako służebnica bez reszty oddana swemu Panu. Z okazji tego święta społeczność Kościoła na całym świecie pamięta o mniszkach klauzurowych, które wybrały życie całkowicie skupione na kontemplacji i utrzymują się z tego, czego dostarczy im Opatrzność, posługująca się hojnością wiernych. Zalecając wszystkim troskę o to, aby tym konsekrowanym siostrom nie zabrakło wsparcia duchowego i materialnego, kieruję do nich słowa serdecznego pozdrowienia i podziękowania”.
    W naszych czasach nie ma już zwyczaju ofiarowywania swoich dzieci Bogu na służbę w świątyni. Wszyscy jednak zostaliśmy niejako przedstawieni Bogu przez naszych rodziców w czasie chrztu. Nie powinniśmy zapominać o tamtym wydarzeniu, ale nieustannie odnawiać w swoim życiu chęć poświęcania siebie Bogu i szukania Jego woli.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    “Prezentacja Marii w świątyni” obraz Tycjana/domena publiczna, wikipedia.org

    ***

    Maryja jako świątynia.

    Dziś święto Ofiarowania Matki Bożej

    Według tradycji utrwalonej w apokryficznej Protoewangelii św. Jakuba już kilkuletnia Maryja była poświęcona na wyłączną służbę świątyni, co wiązało się ze ślubami czystości. Kościół świętuje ten fakt w liturgii jako Ofiarowanie Matki Bożej.

    Protoewangelia św. Jakuba, czyli wczesny chrześcijański apokryf, najwięcej opowiada o dzieciństwie Matki Bożej. Według niego rodzice Maryi, Joachim i Anna długo nie mogli mieć dzieci. Prosząc Boga o dar potomstwa obiecywali, że ich dziecko będzie Mu poświęcone. Słowa dotrzymali przyprowadzając kilkuletnią Miriam do świątyni w Jerozolimie na wyłączną służbę.

    Opis apokryficzny jest mocno umocowany w dokumentowanej w Starym Testamencie żydowskiej tradycji. Wiemy, że ofiarowywanie dzieci na służbę świątyni było szeroko praktykowane, o czym piszą autorzy m.in. księgi Królewskiej, księgi Ezdrasza czy księgi Kronik. Znajdujące się w świątyni dziewczynki zajmowały się m.in. tkaniem zasłony Przybytku, obowiązywało ich również zachowanie rytualnej czystości.

    Przeznaczona do wypełnienia wielkiej zbawczej misji

    Kościół czci to wydarzenie jako kolejny wymiar refleksji teologicznej nad powierzeniem się Maryi Bogu. “Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca” – czytamy w jednym z opisów liturgicznych tego święta.

    Ofiarowanie Matki Bożej najpierw czczono na Wschodzie już w VII wieku w rocznicę poświęcenia kościoła Matki Bożej Nowej (gr. Nea) w Jerozolimie, od XIV w. obchodzi je również Kościół Zachodni. Tego dnia szczególnie myślimy o siostrach klauzurowych. Piękne powiązanie Ofiarowania Matki Bożej z ich powołaniem opisał kiedyś Jan Paweł II mówiąc:

    “Maryja jawi się nam dzisiaj jako świątynia, w której Bóg umieścił swe zbawienie i jako służebnica, która jest całkowicie poświęcona Panu. Każdego roku tego dnia Wspólnota Kościoła na całym świecie wspomina mniszki klauzurowe, które podjęły życie oddane całkowicie kontemplacji i żyją z tego, co Opatrzność im przyniesie poprzez szczodrość wiernych. Przypominając każdemu o obowiązku zatroszczenia się, by tym Bogu poświęconym siostrom nie brakowało duchowego i materialnego wsparcia, przesyłam im moje ciepłe pozdrowienia i podziękowania”

    Stacja7.pl

    _________________________________________________________________________

    21 Listopada — Ofiarowanie NMP

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    In Præsentatione Beatæ Mariæ Virginis ~ III. Chassis

    divinumofficium.com/cgi-bin/horas/officium.pl

                                                                       

    WYSŁUCHANIE PRÓŚB JOACHIMA I ANNY

    1. 1. I oto Anioł Pański stanął i rzekł: “Anno, Anno. Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją. Poczniesz i porodzisz, a potomstwo twoje będzie przepowiadane po całej ziemi”. Rzekła Anna: “Na Boga żywego, czy zrodzę chłopca, czy dziewczynkę, zawiodę ją w darze Panu, Bogu mojemu, i [dziecko to] będzie Mu służyło po wszystkie dni swego żywota”.
    2. I oto przyszli dwaj zwiastuni i rzekli: “Oto Joachim, mąż twój, przybywa ze swymi stadami”. Anioł bowiem Pański zstąpił do Joachima i powiedział: “Joachimie, Joachimie, wysłuchał Pan Bóg twoją modlitwę. Zstąp stąd! Oto bowiem żona twoja Anna poczęła w swoim łonie”.
    3. I natychmiast opuścił [pustynię] Joachim, i zawołał pasterzy, i rzekł do nich:
      “Przywiedźcie mi tu dziesięć jagniąt bez skazy i czystych: te dziesięć baranków będzie dla Pana Boga.
      I przywiedźcie mi dwanaście cieląt młodziutkich, te dwanaście cieląt będzie dla kapłanów i rady starszych.
      I sto kóz, i będzie te sto kóz dla całego ludu”.
    4. I oto przyszedł Joachim ze swymi stadami. I stanęła Anna koło bramy, i ujrzała Joachima wchodzącego ze swymi stadami, i natychmiast wybiegła, i rzuciła mu się na szyję, i rzekła:
      “Teraz wiem, że Pan Bóg wielce mi pobłogosławił:
      Oto ja wdowa – już nie jestem wdową,
      Oto ja bezdzietna – poczęłam w łonie”.
      I spoczął Joachim pierwszy dzień w swym domu.
    5. 1. Następnego dnia zaniósł swe dary mówiąc do siebie: “Jeśli Pan Bóg zmiłował się nade mną to sprawi, że ujrzę złotą blachę arcykapłana”. I zaniósł Joachim swe dary, i wpatrywał się w złotą blachę arcykapłana, podczas gdy wstępował ku ołtarzowi Pańskiemu, i nie dostrzegł w sobie grzechu. I rzekł Joachim: “Teraz już wiem, że Pan Bóg zmiłował się nade mną i odpuścił mi wszystkie grzechy”. I odszedł od ołtarza Pańskiego usprawiedliwiony, i udał się do swego domu.

    NARODZINY.

    1. I wypełniły się jej miesiące około sześciu. W siódmym zaś miesiącu porodziła Anna i rzekła do położnej: “Co porodziłam?” I rzekła położna: “Dziewczynkę”. I rzekła Anna: “W tym dniu dusza moja została wywyższona”. I ułożyła ją [dziewczynkę]. Gdy zaś wypełniły się dni, została oczyszczona Anna ze swej nieczystości i poczęła piersią karmić dziecko, i nazwała je imieniem Maryja.

    DZIECIŃSTWO MARYI.

    1. 1. Z dnia na dzień dziecko wzrastało w siły. Gdy zaś minęło sześć miesięcy, postawiła je matka na ziemi, by wypróbować, czy będzie stała. I przeszedłszy siedem kroków, wróciła na łono swej matki. I wzięła je matka w ramiona, mówiąc: “Na Boga żywego, nie będziesz chodziła po tej ziemi, dopóki nie zaprowadzę cię do świątyni Pańskiej”. I uczyniła w swej komnacie sypialnej świątynię, i nie pozwoliła, by spożywała cokolwiek skalanego czy nieczystego. I zwołała córy Hebrajczyków, które były bez zmazy, i one bawiły ją.
    2. Gdy dziecko ukończyło pierwszy rok życia, wydał Joachim wielką ucztę i zaprosił kapłanów, arcykapłanów i uczonych w Piśmie, i radę starszych, i cały lud Izraela. I Joachim przyniósł dziecię kapłanom i pobłogosławili [je] mówiąc: “Bóg ojców naszych niech pobłogosławi to dziecię, niech da jej imię znakomite pośród wszystkich narodów na wieki”. I rzekł cały lud: Niech tak się stanie, amen!” I zaniósł ją arcykapłan, i błogosławił ją, mówiąc: “Boże wysokości, spójrz na to dziecię i obdarz ją błogosławieństwem największym, ponad które nie ma już większego”.
    3. I zaniosła je matka do świątyni, którą uczyniła w komnacie swojej sypialnej, i podała dziecku pierś do ssania. I zaśpiewała Anna pieśń Panu Bogu tymi słowami:
      “Pieśń świętą zaśpiewam Panu, Bogu mojemu,
      gdyż nawiedził mnie,
      i zdjął ze mnie szyderstwa moich nieprzyjaciół.
      I dał mi Pan Bóg owoc mojej sprawiedliwości
      choć jedyny, jednak znaczący wiele w Jego oczach.
      Któż oznajmi synom Rubena, że Anna karmi mlekiem?
      Słuchajcie, słuchajcie dwanaście plemion Izraela:
      Oto Anna karmi mlekiem!”

    I złożyła ją w świątyni, którą uczyniła w swej komnacie sypialnej, i wyszła, aby im [gościom] służyć. Gdy zaś uczta się skończyła, odeszli pełni radości i chwalili Boga Izraela.

    MARYJA W ŚWIĄTYNI

    1. 1. Upływały dzieweczce miesiące. Gdy dziecię osiągnęło wiek dwu lat, rzekł Joachim: “Zaprowadzimy ją do świątyni Pana dla wypełnienia przyrzeczenia, które złożyliśmy, by snadź Pan wszechwładny nie zesłał [na nas kary] i nasza ofiara nie została odrzucona”. I rzekła Anna: “Poczekajmy, aż będzie miała trzy lata, by nie szukała ojca i matki”. I rzekł Joachim: “Poczekajmy”.
    2. W końcu dziecię osiągnęło wiek trzech lat, i rzekł Joachim: “Zawołajmy córki Hebrajczyków, które są bez zmazy, i niech każda z nich weźmie kaganek; niech kaganki będą zapalone, by nie zwróciła się wstecz, i serce jej nie zostało uwięzione daleko od świątyni Pańskiej”. I uczyniły tak, aż doszły do świątyni Pańskiej. I przyjął je kapłan, i ucałowawszy pobłogosławił ją i rzekł: “Pan Bóg wywyższy twe imię pośród wszystkich narodów. Na tobie w dniach ostatecznych ukaże Pan zbawienie synom Izraela”.
    3. I Posadził ją na trzecim stopniu ołtarza, i Pan zesłał na nią łaskę, i zatańczyła na swych nóżkach, i ukochał ją cały dom Izraela.
    4. 1. I rodzice jej odeszli podziwiając, chwaląc i sławiąc Pana Boga wszechwładnego za to, że nie zwróciła się przeciw nim. A Maryja przebywała w świątyni Pańskiej i żyła jak gołąbka, i otrzymywała pokarm z rąk anioła.
      (Protoewangelia Jakuba – Apokryf)

                                                                                                                                                          .

    Uroczystość Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny
    (Zaszło około roku 12. przed Chrystusem Panem)

    ***

    LEKCJA (z księgi Ekklezjastyk, rozdział 24, wiersz 14-16)

    Od początku i przed wiekami jestem stworzona, i aż do przyszłego wieku nie ustanę, i w mieszkaniu świętym służyłam przed Nim. I tak na Syjonie jestem utwierdzona, i w mieście świętym podobnie odpoczywałam, a w Jeruzalem władza moja. I rozkorzeniłam się w zacnym narodzie, i w dziale Boga mego, w dziedzictwie Jego pobyt mój.

    EWANGELIA (u św. Łuk. rozdz. 11,wiersz 27-28)

    Onego czasu, gdy Jezus mówił do rzeszy, podniósłszy głos niektóra niewiasta z rzeszy rzekła Mu: Błogosławiony żywot, który Cię nosił i piersi, któreś ssał. A On rzekł: I owszem błogosławieni, którzy słuchają słowa Bożego i strzegą go.

    _______

           Święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny jest uroczystą pamiątką tej błogosławionej chwili, w której Maryja wybrana przed wiekami od Boga za Matkę Syna Jego jednorodzonego, opuściwszy dom rodzicielski zaofiarowała się Panu Bogu na wyłączną Jego służbę, osiadając przy świątyni jerozolimskiej.

    Było w zwyczaju Izraelitów poświęcać na wyłączną służbę Bożą siebie samych lub dzieci swoje. Z tego powodu znajdowały się wokoło świątyni jerozolimskiej mieszkania, z których jedne przeznaczone były dla młodych chłopczyków, drugie dla dziewczątek ofiarowanych Bogu. Zajęciem ich była obsługa przy świętych obrzędach, ćwiczenie się w naukach tyczących się głównie religii, i roboty około ozdoby świątyni.

    Między innymi czytamy w Piśmie Świętym, że Alkana ofiarowała Panu Bogu syna, którego miała porodzić, a którym był wielki prorok Samuel; a święty Łukasz, wspominając w swojej Ewangelii o prorokini córce Fanuela, powiada, że ani na chwilę nie wydalała się ze świątyni.

    Święty Joachim i święta Anna, rodzice Najświętszej Maryi Panny, będąc już w podeszłym wieku a nie mając potomstwa, uczynili ślub Panu Bogu, że jeśli ich obdarzy dziecięciem, ofiarują je do świątyni na Jego służbę. Dlatego zaledwie Maryja wyrosła z najwcześniejszego dziecięctwa, spełnili to zobowiązanie i zaprowadzili Ją do świątyni; miała wtedy dopiero trzy lata, ale umysł już wielce rozwinięty.

    Pisarze kościelni pierwszych wieków mówią, że to ofiarowanie się Maryi na służbę Bożą w świątyni jerozolimskiej odbyło się z nadzwyczajną uroczystością, jako też utrzymują, że kapłanem, który miał szczęście przyjmować Ją wtedy w świątyni, był błogosławiony Zachariasz. Słusznie powiada święty Ambroży, że w tej chwili spełniała się ofiara najmilsza, jaką Bóg kiedykolwiek od początku świata odebrał, i że dzień poświęcenia świątyni jerozolimskiej, w którym jak mówi Pismo, świątynia ta była napełniona chwałą Bożą, nie przyniósł Panu Bogu tyle chwały, ile dzień, w którym Maryja wstąpiła do tego przybytku świętego. Nie było istoty ani na ziemi ani w samym Niebie doskonalszej i świętszej jak Maryja, która od pierwszej chwili swojego niepokalanego poczęcia była świętszą od wszystkich Świętych razem wziętych, a nawet od wszystkich cherubinów i serafinów, więc czyż mogła inna ofiara być milsza Bogu niż to ofiarowanie się Maryi?

    W świątyni jerozolimskiej, odosobniona od świata służyła Najświętsza Panna Maryja Stwórcy swemu i po tysiąc razy składała życie swe za ludzkość całą na ofiarę Bogu. Sam Duch św. uczył Ją tego skupienia i zjednoczenia w modlitwie: “Sam Duch prosi za nami wzdychaniem niewymownym” (Rzym. 8,26). Przeto Jej modlitwa była stokroć skuteczniejsza niż błaganie Mojżesza, który się wstawiał za ludem swoim do Boga: “Proszę, zgrzeszył ten lud grzech bardzo wielki i uczynili sobie bogi złote. Albo im odpuść tę winę, albo jeśli nie uczynisz, wymaż mię z ksiąg Twoich, któreś napisał” (Exod. 31.32). Wódz ludu wybranego chciał umrzeć za grzechy cudze i dlatego serce Boże nie mogło się oprzeć tej gorącości ducha i miłości. O ileż skuteczniejsze były modlitwy Maryi! I dlatego one nam wszystko wyproszą. Wołała w świątyni: Panie, ratuj lud swój, niech rosa zwilży spragnioną ziemię, niech przyjdzie oczekiwany! Wyprosiła też przyspieszenie odkupienia rodzaju ludzkiego i sprawiła modlitwą, że Bóg łaskawie wejrzał na ziemię. Święci odwracali kary i smutki od ludzi kornym, pełnym wiary wstawiennictwem u Boga – Maryja, Królowa Świętych, daleko więcej czyniła. O! cóż Jej oddamy za tyle dobroci ? Gdybyśmy na kolanach pełzali do Niej w pokorze, gdybyśmy nawet życie oddali za Nią, byłoby to niczym w porównaniu do łask, które z Jej dobroci posiadamy.

    .


    ***

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

           Św. Bonawentura pisze: “O szczegółach pobytu Najświętszej Panny w świątyni, gdzie Ją rodzice w trzecim roku Jej życia oddali, dowiadujemy się z objawień jakie miała św. Elżbieta, w których sama Matka Boża tak do niej mówiła: Gdy rodzice odprowadzili Mnie do świątyni, postanowiłam w sercu moim poczytywać Boga za Ojca mojego, i często pobożnie rozpamiętywałam, czym mogłabym ściągnąć na siebie najobfitsze Jego łaski. Starałam się, aby mnie wyuczono praw Jego i z wszystkich przykazań Boskich te trzy szczególnie wzięłam do serca: “Będziesz miłował Pana Boga twego z wszystkiego serca twojego i ze wszystkiej duszy i ze wszystkiej myśli twojej”; drugie: “Będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego” (Mat. 22,37-39) i na koniec to trzecie: “Będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela twego” (Mat. 5,43). Nie może bowiem dusza posiadać żadnej cnoty, jeśli Boga nie miłuje z całej siły swojej a bliźniego jak siebie samego; i znowu, żadna cnota nie utrwali się w duszy, jeśli obok tej miłości nie będzie ona miała w nienawiści nieprzyjaciół swoich, którymi są grzechy nasze i wady. Kto więc pragnie nabyć i przechowywać w sobie łaskę Bożą, powinien serce swoje ugruntować w takiej miłości i w takiej nienawiści”.

    “Często wstawałam wśród nocy – mówiła dalej Maryja w tymże objawieniu – i udawałam się przed ołtarz w świątyni, i tam z największą gorącością ducha, z największym wysileniem woli, i z całą pobożnością na jaką tylko mogłam się zdobyć prosiłam Pana Boga, abym te przykazania Jego i wszelkie inne prawa religii świętej wiernie spełniała. Prócz tego, trwając tym sposobem na modlitwie, prosiłam Pana Boga o pokorę, cierpliwość, dobrotliwość, łagodność i wszystkie cnoty, przez które mogłabym stać się Mu miłą. Prosiłam także, aby mi objawił czasy, w których narodzi się ta błogosławiona Dziewica, która miała być Matką Syna Bożego, i aby dochował mi wzrok do tej pory, abym na Nią patrzeć mogła, język, abym nim chwałę Jej głosiła, ręce abym nimi Jej służyła, nogi, abym za Nią chodzić mogła, kolana, abym padając na nie, cześć oddawała Bogu w Jej łonie zamkniętemu. Prosiłam także o łaskę doskonałego posłuszeństwa rozkazom i poleceniom najwyższego kapłana świątyni; na koniec błagałam Boga, aby w wiernej służbie swojej utrwalić raczył synagogę i swój naród wybrany”.

    “Usłyszawszy to wszystko – pisze święty Bonawentura – święta Elżbieta, która, miała to objawienie, rzekła: “O Panno najłaskawsza! czy już i bez tego nie byłaś pełną łaski i cnót wszelkich?” A Matka Boża odpowiedziała: “Powiem ci, że oprócz łaski uświęcającej mnie w chwili niepokalanego poczęcia mojego w łonie matki mojej, żadnego daru i żadnej łaski od Boga nie otrzymałam inaczej, jak prosząc o nie. Bo wiedz o tym, jako o rzeczy niezawodnej, że żadna łaska nie zstępuje na duszę inaczej, jak przez modlitwę i umartwienie ciała”.

    Pisze to święty Bonawentura, a święty Hieronim to jeszcze podaje o pobycie Maryi w świątyni: “Zawsze widziano Ją pierwszą na wszystkich świętych obrzędach, najbieglejszą w nauce Pisma Bożego, najcudniej śpiewającą psalmy Dawidowe, najtroskliwszą w uczynkach miłosierdzia, najniepokalańszą w straży cnoty czystości i najdoskonalszą we wszystkich cnotach. Towarzyszki swoje przestrzegała z największą miłością, aby nawet przez pozdrowienia, jakie sobie nawzajem oddawały przy spotkaniu, nie ustawała chwała Boża; gdy Ją kto pozdrawiał, odpowiadała:”Dzięki niech będą Bogu”. Od Niej wyszedł zwyczaj tego pozdrowienia, którym witali się zwykle pierwotni chrześcijanie, a które później umieszczono w pacierzach kościelnych, gdzie te słowa często się powtarzają. Pod koniec pobytu Maryi w świątyni – mówi dalej święty Hieronim – widywano codziennie Anioła, który z Nią rozmawiał, przychodził po Jej rozkazy, był Jej uległy jakby dziecko matce i usługiwał Jej z uszanowaniem jak brat starszej siostrze”.

    Maryja przebywała w świątyni lat jedenaście, to jest do chwili, w której poślubiona została świętemu Józefowi, aby pod Jego opieką a za sprawą Ducha Świętego stać się Matką Zbawiciela naszego.

    Taką więc wielką i świętą pamiątkę obchodzi dziś Kościół Boży, bo pamiątkę chwili, w której Ta, przez którą na cały świat miało przyjść zbawienie, ofiarowała się Bogu, a ofiarowała się na najwyższą służbę, jaka istotę stworzoną spotkać mogła, i poświęciła się z takim sercem i tak doskonale, że Pan Bóg przyjmując tę najmilszą z wszystkich ofiarę jakie Mu do tego czasu złożono, tak ją łaskawie przyjąć raczył, że sam później zstąpił w Jej łono, aby przyoblekłszy się w nim w człowieczeństwo, ofiarować się za nas sobie samemu. Słusznie więc utrzymuje święty Jan Damasceński i wielu innych Ojców Kościoła, że ofiarowanie się Najświętszej Panny było pierwszym a najmilszym Bogu czynem religijnym jakby już Nowego Przymierza, i że uroczystość dzisiejsza jest niejako wstępem do wszystkich innych uroczystości Kościoła Chrystusowego i ich początkiem. W tym dniu tak uroczystym powinniśmy stanowczo przyrzec Matce niebieskiej, że z miłości ku Niej opanujemy nadmierną miłość do stworzeń, że darujemy urazy, wyrzeczemy się niebezpiecznych przywiązań i okazji do grzechu, że poskramiać będziemy swój język, że strzec się będziemy obmów i posądzań. Maryja wyjedna nam kiedyś za to życie wieczne u Syna swego, Jezusa Chrystusa.

    Święto Ofiarowania, od pierwszych wieków chrześcijaństwa obchodzone na Wschodzie, przyjęte zostało w całym świecie katolickim znacznie później. Dopiero w roku Pańskim 1374 zatwierdził je papież Grzegorz XI, a Sykstus V rozciągnął je na cały Kościół.

           Nauka moralna

    Miłościwi bracia i siostry w Chrystusie Panu! W dniu dzisiejszym obchodzimy pamiątkę najmilszej ofiary, jaką ludzie Panu Bogu kiedykolwiek złożyć mogli, bo pamiątkę ofiarowania się Mu istoty po Nim najświętszej i najdoskonalszej. Czyż więc dzień dzisiejszy nie przywodzi wam na pamięć nic takiego, czym byście, naśladując przykład Przeczystej Dziewicy, mogli okazać tęsknotę do utajonego w Przenajświętszej Hostii Pana i Zbawiciela waszego? Wszakżeśmy wszyscy cudem łaski Bożej ofiarowali się Bogu przy akcie chrztu świętego, wszakżeśmy się wszyscy wychowali pod skrzydłami opieki Kościoła świętego, ustanowionego przez Chrystusa. Wszakże wszyscy wierzymy, nie jak Najświętsza Panna, w obiecanego i dopiero przyjść mającego, lecz w rzeczywistego i obecnego Pana i Zbawiciela naszego. Zastanówmy się przeto, czy serce nasze jest istotnie przejęte tęsknotą i ofiarnością dla Niego, czy jesteśmy gotowi wszystko Mu poświęcić, myśli, mowy i uczynki nasze, i czy szczerze pragniemy mieć w Najświętszej Pannie Opiekunkę i Orędowniczkę naszą.

           Modlitwa

    Boże, któryś Najświętszą Maryję Pannę, żywy Przybytek Ducha Świętego, w dniu dzisiejszym w świątyni jerozolimskiej na służbę Swoją ofiarowaną mieć chciałeś, spraw, pokornie Cię prosimy, abyśmy za Jej wstawieniem godni się stali być Ci ofiarowanymi w świątyni wiecznej chwały Twojej. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    .

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r.

                                                                                                                                                       .

    .

    CZEŚĆ MARYI

    O POBUDKACH I ŚRODKACH NABOŻEŃSTWA
    DO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    KS. JAKUB GÓRKA
    CZĘŚĆ IV.
    NAUKI NA ŚWIĘTA MATKI NAJŚWIĘTSZEJ

    III. Na Ofiarowanie Matki Najświętszej w świątyni jerozolimskiej

    Maryja naszym wzorem i naszą możną Orędowniczką

    “Bo cóż ja mam w niebie albo czegom chciał na ziemi prócz Ciebie?
    Boże serca mego i części moja, Boże na wieki!”. Ps. LXXII, 25. 26.

    Święta Maryi obchodzić należy z miłosnym ciepłem serca i wdzięcznością. A gdy się o Niej mówi, trzeba zachować prawdę w słowach i miłość żywą w duszy.

    Dlaczego Maryja jako trzechletnia Panienka już się zamyka w świątyni na służbę Panu? Ona już wtedy z Psalmistą wołała: “Bo cóż ja mam w niebie, albo czegom chciała na ziemi prócz Ciebie?… Boże serca mego i części moja, Boże na wieki!”.

    1. Joachim i Anna ślub uczynili, że jeżeli im da Bóg potomstwo, poświęcą je na służbę w świątnicy.

    2. Maryja zresztą ma być wybranym naczyniem Jezusa Chrystusa, ma Go począć w swym dziewiczym łonie. A wiadomo, że gdy w naczyńku przechowuje kto kosztowne olejki, uważa, czy ono czyste, czy nie posiada skazy. Maryja w kościele gotuje się na uroczyste gody, na przyjęcie oczekiwanego Odkupiciela świata. Gdy Mojżesz miał od Boga otrzymać prawo na tablicach kamiennych, nakazał ludowi przygotować się na tę ważną chwilę przez post trzechdniowy i wstrzemięźliwość w pożyciu małżeńskim (1).

    3. Maryja ma być wzorem najpiękniejszym dla wszystkich mężów i niewiast i dlatego ochoczo biegnie po stopniach świątyni, aby się złożyć na zupełną ofiarę Stwórcy swemu.

    4. Ona ma być naszą opiekunką i murem obronnym w daleko piękniejszym znaczeniu, niż Prorok Jeremiasz, do którego niegdyś mówił Pan: “Albowiem ja uczyniłem cię dziś miastem obronnym i słupem żelaznym i murem miedzianym na wszystkiej ziemi” (2). Ta Jej opieka nad światem i ludźmi będzie wyższą od nieba, głębszą od przepaści, dłuższą niźli ziemia, a szerszą niż morze (3).

    Dla milionów ludzi Ona ma posiadać uczucie Matki i serce najczulsze. Pod płaszczem Jej obrony, pod skrzydłami Jej opieki znajdywać będą grzesznicy przebaczenie, sprawiedliwi stałość i wytrwanie w dobrem.

    W jaki sposób Maryja stanie się dla nas obroną, ową mocną wieżą, jak czytamy w Pieśni nad pieśniami? “Jako wieża Dawidowa szyja twoja, którą zbudowano z obronami. Tysiąc tarcz wiszą na niej, wszystka broń mocarzów” (4). Czym nas zasłoni przed gniewem Boga i ochroni przed napaścią szatana? Czy bogactwem? Nie, bo Ona ubogą. Czy może pięknością przyrodzoną? Nie! Albowiem powiedział Mędrzec Pański: “Omylna wdzięczność i marna jest piękność; niewiasta bojąca się Boga, ta będzie chwalona” (5). Czymże więc zasłoni nas przed pociskami gniewu Bożego? Miłością, uległością, pokorą i całym szeregiem cnót, które w Niej jaśnieją.

    5. Maryja umiłowała całym sercem Boga, On był Jej skarbem jedynym, Ona wołała zawsze do Pana: “Bo cóż ja mam w niebie, albo czegom chciała na ziemi oprócz Ciebie? Boże serca mego i części moja, Boże na wieki” (6). Maryi skarbem jest Bóg, a więc i serce Jej ciągle lgnęło do Niego: “Gdzie jest skarb twój, tam jest i serce twoje” (7).

    Ludzie przeważnie za swe bogactwa uważają proch ziemski, pychę i próżność, znikomą urodę. Nędzny to skarb! Nic też dziwnego, że serce ich zwraca się do tych marnych rzeczy i dlatego na modlitwie bywa oschłe, nieczułe i suche, jak drzewo. U Maryi Panny miłość była szczytną i niezrównaną. I dlatego duch Jej z łatwością unosił się do Boga na skrzydłach modlitwy. Ona piękniej od Dawida śpiewała święte pieśni i Psalmy, choć on je ułożył. Modlitwa Maryi jako wonny obłok wznosiła się z pustyni świata ku niebu: “Któraż to jest, która wstępuje przez puszczę, jako promień dymu z wonnych rzeczy, mirry i kadzidła?” (8).

    W świątyni jerozolimskiej, odosobniona od świata, w ciszy i samotności służyła Stwórcy swemu i po tysiąc razy składała życie swe za ludzkość całą na ofiarę Bogu. Sam Duch Święty uczył Ją tego skupienia i zjednoczenia na modlitwie: “Sam Duch prosi za nami wzdychaniem niewymownym” (9). Przeto Jej modlitwa była stokroć skuteczniejszą, niż błaganie Mojżesza, kiedy się wstawiał za ludem swoim do Boga: “Proszę, zgrzeszył ten lud grzechem bardzo wielkim i uczynili sobie bogi złote. Albo im odpuść tę winę, albo jeśli nie uczynisz, wymaż mię z ksiąg Twoich, któreś napisał” (10). Wódz ludu wybranego chce umrzeć za winy cudze i dlatego Serce Boże nie mogło się oprzeć tej gorącości ducha i miłości Mojżesza. O ileż skuteczniejsze były modlitwy Maryi! I dlatego one nam wszystko wyproszą. Wołała Ona w świątyni: Panie, ratuj lud swój, niech rosa zwilży spragnioną ziemię, niech przyjdzie oczekiwany. Wyprosiła też przyspieszenie odkupienia rodzaju ludzkiego i sprawiła modlitwą, że Bóg łaskawie wejrzał na biedną ziemię. Święci odwracali głód, chłosty i smutki od ludzi kornym, pełnym wiary wstawiennictwem u Boga – Maryja, Królowa świętych, daleko więcej czyniła. O, cóż Jej oddamy za tyle dobroci? Gdybyśmy na kolanach pełzali do Niej w pokorze, gdybyśmy nawet życie oddali za Nią, byłoby to niczym w porównaniu do łask, które z Jej dobroci posiadamy. Wieczne dzięki niech Ci będą za Twą dobroć niesłychaną, o Maryjo!

    6. Do niewiasty, która wytrwale prosiła o zdrowie, powiedział Zbawiciel: “O niewiasto, wielka jest wiara twoja: Niech ci się stanie, jako chcesz” (11).

    Uczmy się od Najświętszej Panienki tej wiary, ufności, miłości, uczmy się skupienia ducha, gdy z Bogiem mówimy, gdy Go o łaski prosimy. “Ogród zamkniony, siostra moja oblubienica, ogród zamkniony, zdrój zapieczętowany” (12). Słowa te stosują niekiedy do Maryi Panny, aby oznaczyć Jej ścisłe zjednoczenie z Panem. Jakub patriarcha, usunąwszy wszystko od siebie, stada, majątek, służbę, rodzinę, pasował się z Bogiem na modlitwie w cichej i samotnej nocy i odniósł zwycięstwo, uprosił sobie tę łaskę, że brat Ezaw z nim się pojednał, darował urazę (13). Jeżeli i my także u Maryi nauczymy się samotności, skupienia ducha, otworzą się i nam zdroje łaski Bożej.

    Maryja więc uczy nas modlitwy jako młodziutka Panienka w świątyni jerozolimskiej. Ale jest dla nas wzorem innych cnót także, a zwłaszcza pokory, której się później uczyła w szkole Zbawiciela, wołającego: “Uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca” (14).

    Modlitwą swą pomaga nam u Boga, a przykładem dziwnie porywa. Ileż to osób za Jej wzorem oddało się Stwórcy na wyłączną służbę? “Przywiodą Królowi panny za nią… przyniosą je z weselem i radością, przywiodą je do kościoła królewskiego” (15).

    Maryja daje, uprasza powołanie zakonne.

    Ona uczy cierpieć. Jej widok, kiedy stoi pod Krzyżem jedynego Syna, cieszy i uspokaja matki ziemskie, kiedy płaczą w żalu po stracie ukochanych dziatek. Ubodzy i pokrzywdzeni zapominają o cierpieniach swych, bo widzą ubóstwo Maryi. Ona uczy darować urazy, bo przebaczyła tym, co Jej Syna przybili tępymi gwoździami do Krzyża. Maryja także uczy i dopomaga zwyciężać pokusy, bo jak wosk przy ogniu topnieje, tak na wezwanie Maryi ucieka duch nieczysty. Kto godnie przyjmuje dziewicze Ciało Jej Syna w Komunii św., stanie się niewinnym i czystym. Mówi do nas św. Bernard: “We wszystkich potrzebach i uciskach wzywaj Maryi. Bo jeżeli tak wiele może u Boga, czyż nie będzie mocną przeciw wrogom twoim? Gdy pielgrzymujesz po wzburzonym morzu tego świata, patrz na tę gwiazdę polarną, wzywaj Maryi. Ten tylko niech się do Niej nie ucieka, kto Jej wzywał w potrzebach, a nie doznał pomocy” (16).

    Jakim sposobem starać się mamy o opiekę i orędownictwo Maryi?

    Joachim i Anna otrzymali od Boga tę błogosławioną Panienkę postami, łzami pokuty, zachowaniem przykazań Bożych. I w nas zapuści korzenie nabożeństwo ku Bogarodzicy, jeżeli będziemy dawali jałmużnę na uproszenie tej łaski u Boga, gdy w soboty ku Jej czci pościć będziemy, choćby już nie o chlebie i wodzie, jak to czynili niektórzy Jej czciciele, jeżeli będziemy mówili Różaniec.

    A szczególnie ta niebieska Pani zwraca się do nas z jednym upomnieniem, każe nam czynić wolę Syna swego, jak kazała nowożeńcom w Kanie. Woła do nas i zachęca do cnoty, przestrzega przed upadkami grzechowymi, jak to czynił Izajasz, Piotr i Paweł i w ogóle wszyscy Prorocy Starego Zakonu i Apostołowie Chrystusowi. Niechże to życzenie Matki naszej będzie nam drogie: “Teraz tedy synowie, słuchajcie mię” (17).

    Dziś przyrzeknijmy ukochanej Matce niebieskiej, że z miłości ku Niej opanujemy nieporządną miłość do stworzeń, że darujemy urazy, wyrzeczemy się niebezpiecznych przywiązań i okazji do grzechu, że poskramiać będziemy swój język, że chronić się będziemy obmów i posądzań. O jak to miłe Maryi, jeżeli grzeszne lub niebezpieczne przyjemności porzucimy dla Niej! Ona nam wyjedna kiedyś za to życie wieczne u Syna swego, Jezusa Chrystusa.

    –––––––––––

    Ks. Dr. J. Górka (PROFESOR SEMINARIUM BISKUPIEGO W TARNOWIE), Cześć Maryi. O pobudkach i środkach nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny. Nakładem Autora. Główny skład w Księgarni Zygmunta Jelenia w Tarnowie. 1907, ss. 346-352.

    Przypisy:
    (1) Exod. XIX.
    (2) Jer. I, 18.
    (3) Job. XI, 8. 9.
    (4) Pieśń IV, 4.
    (5) Przyp. XXXI, 30.
    (6) Ps. LXXII, 25. 26.
    (7) Mt. VI, 21.
    (8) Pieśń III, 6.
    (9) Rzym. VIII. 26.
    (10) Exod. XXXII, 32.
    (11) Mt. XV, 28.
    (12) Pieśń IV, 12.
    (13) Rodz. XXXII.
    (14) Mt. XI, 29.
    (15) Ps. XLIV, 15. 16.
    (16) Hom. II super “Missus est” i Sermo I in Assum. c. 18.
    (17) Przyp. VIII, 32.

     intix/portal Legion Św. Ekspedyta

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 listopada

    Święty Rafał Kalinowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Feliks Valois, prezbiter
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Aniela od św. Józefa i Towarzyszki
    ***
    Święty Rafał Kalinowski

    Józef Kalinowski urodził się 1 września 1835 r. w Wilnie, w szlacheckiej rodzinie herbu Kalinowa. Jego ojciec był profesorem matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. Po ukończeniu z wyróżnieniem Instytutu Szlacheckiego w Wilnie (1843-1850), Józef podjął studia w Instytucie Agronomicznym w Hory-Horkach koło Orszy (dziś Białoruś). Zrezygnował z nich po dwóch latach. W 1855 r. przeniósł się do Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, gdzie uzyskał tytuł inżyniera. Jednocześnie wstąpił do wojska. Wtedy właśnie przestał przystępować do sakramentów świętych, do kościoła chodził rzadko, przeżywał rozterki wewnętrzne, a także kłopoty związane ze swoją narodowością, służbą w wojsku rosyjskim i zdrowiem. Wciąż jednak stawiał sobie pytanie o sens życia, szukając na nie odpowiedzi w dziełach filozoficznych i teologicznych. Po ukończeniu szkoły (1855) został adiunktem matematyki i mechaniki budowlanej oraz awansował do stopnia porucznika. W 1859 r. opuścił Akademię i podjął pracę przy budowie kolei żelaznej Odessa-Kijów-Kursk. Po roku przeniósł się na własną prośbę do Brześcia nad Bugiem, gdzie pracował jako kapitan sztabu przy rozbudowie twierdzy. Czując, że zbliża się powstanie, podał się do dymisji, aby móc służyć swoją wiedzą wojskową i umiejętnościami rodakom. Został członkiem Rządu Narodowego i objął stanowisko ministra wojny w rejonie Wilna. W końcu zdecydował się na wyjazd do Warszawy, gdzie chciał podjąć leczenie i miał nadzieje na znalezienie pracy. Z powodów zdrowotnych otrzymał zwolnienie z wojska w maju 1863 r.

    Święty Rafał Kalinowski

    Jednocześnie, wspierany modlitwami matki i rodzeństwa, przeżywał nawrócenie religijne, m.in. pod wpływem lektury Wyznań św. Augustyna: nie tylko wrócił do praktyk religijnych, ale przejawiał w nich szczególną gorliwość. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, mając świadomość jego daremności, ale zarazem nie chcąc stać na uboczu, gdy naród walczy, przyłączył się do powstania. Sprzeciwiał się niepotrzebnemu rozprzestrzenianiu się walk. W liście do brata pisał: “Nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.
    Po upadku powstania powrócił do Wilna, gdzie 24 marca 1864 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu. W wyniku procesu skazano go na karę śmierci. W więzieniu otaczała go atmosfera świętości. Wskutek interwencji krewnych i przyjaciół, a także z obawy, że po śmierci Polacy mogą uważać Józefa Kalinowskiego za męczennika i świętego, władze carskie zamieniły mu wyrok na dziesięcioletnią katorgę na Syberii. Przez pewien czas przebywał w Nerczyńsku, potem w Usolu, następnie w Irkucku i Smoleńsku. Podczas pobytu na Syberii oddziaływał na współtowarzyszy swoją głęboką religijnością, zadziwiał niezwykłą wprost mocą ducha, ujmował cierpliwością i delikatnością, wspierał dobrym słowem i modlitwą, czuwał przy chorych, pocieszał i podtrzymywał nadzieję. Dzielił się z potrzebującymi nie tylko skromnymi dobrami materialnymi, ale również bogactwem duchowym. Bolał go fakt, że wielu zesłańców nie posiadało żadnej wiedzy religijnej. Szczególnie chętnie katechizował dzieci i młodzież.
    Po ciężkich robotach Józef Kalinowski powrócił do kraju w 1874 r. Uzyskał paszport i wyjechał na Zachód jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego (beatyfikowanego przez św. Jana Pawła II w 2003 r.). Opiekował się nim przez trzy lata. W lipcu 1877 r., mając już 42 lata, Józef Kalinowski wstąpił do nowicjatu karmelitów w Grazu (Austria), przybierając zakonne imię Rafał od św. Józefa. Po studiach filozoficznych i teologicznych na Węgrzech, złożył śluby zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie 15 stycznia 1882 r. w Czernej koło Krakowa. W kilka miesięcy później został przeorem klasztoru w Czernej. Urząd ten pełnił przez 9 lat. Przyczynił się w znacznej mierze do odnowy Karmelu w Galicji. W 1884 r. został założony z jego inicjatywy klasztor karmelitanek bosych w Przemyślu, 4 lata później we Lwowie, a na przełomie 1891 i 1892 roku – klasztor ojców wraz z niższym seminarium w Wadowicach.
    Wiele godzin spędzał w konfesjonale – nazywano go “ofiarą konfesjonału”. Miał niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania spokoju sumienia ludziom dręczonym przez lęk i niepewność. Przeżyty w młodości kryzys wiary (gdy przez ponad 10 lat żył bez sakramentów) ułatwiał mu zrozumienie błądzących i zbuntowanych przeciwko Bogu. Nikogo nie potępiał, ale starał się pomagać. Zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, był człowiekiem modlitwy, posłuszny regułom zakonnym, gotowym do wyrzeczeń, postów i umartwień.
    Zmarł 15 listopada 1907 r. w Wadowicach, w opinii świętości. Jego relikwie spoczywają w kościele karmelitów w Czernej. Za życia i po śmierci cieszył się wielką sławą świętości. Bez reszty oddany Bogu, umiał miłować Go w drugim człowieku. Potrafił zachować szacunek dla człowieka i jego godności nawet tam, gdzie panowała pogarda. Dlatego uważany jest za patrona Sybiraków.
    Beatyfikował go św. Jan Paweł II w 1983 r. podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach; kanonizacji dokonał w Rzymie w roku 1991, podczas jubileuszowego roku czterechsetlecia śmierci św. Jana od Krzyża, odnowiciela zakonu karmelitów. Św. Rafał Kalinowski jest patronem oficerów i żołnierzy, orędownikiem w sprawach trudnych.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest podczas modlitwy, w habicie karmelity.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Porucznik, inżynier i robotnik… 6 mało znanych faktów z życia św. Rafała Kalinowskiego

    (fot. PCh24.tv)

    ***

    Św. Rafał Kalinowski to jeden z tych świętych, któremu nie od zawsze z Kościołem było po drodze. Zanim się nawrócił i trafił do zakonu był inżynierem, wojskowym, zesłano go też na Syberię… Jego życie, to przykład, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, a każdy grzesznik powołany jest do świętości.

    1.Od inżyniera do zakonnika

    Nim Rafał Kalinowski przywdział habit zakonny ukończył studia uzyskując tytuł inżyniera. Wstąpił także do wojska, gdzie awansował do stopnia porucznika. Brał udział m.in. w budowie kolei żelaznej Odessa-Kijów-Kursk. Czując, że zbliża się powstanie, objął stanowisko ministra wojny w rejonie Wilna, aby móc lepiej służyć swoją wiedzą wojskową i umiejętnościami.

    2.„Święty” grzesznik

    Po wstąpieniu do wojska Rafał Kalinowski zaprzestał przystępowania do sakramentów świętych, a do kościoła chodził sporadycznie. Mocno trapiły go rozterki wewnętrzne związane ze swoją narodowością, pobytem we wojsku, a także zdrowiem.

    3.Nawrócony – jak św. Augustyn

    Rafał Kalinowski wspierany modlitwami matki oraz rodzeństwa nawrócił się mniej więcej w okresie Powstania Styczniowego. Ogromny wpływ na jego przemianę miał również św. Augustyn, z którym Rafał Kalinowski miał wiele wspólnego. Św. Augustyn, tak jak i Rafał Kalinowski, wiódł za młodu próżniacze i grzeszne życie, które zmieniło się pod wpływem nieustannej modlitwy jego matki –  Moniki. Na nawrócenie Rafała Kalinowskiego miała również wpływ lektura „Wyznania” św. Augustyna, za której sprawą powrócił do praktyk religijnych ze szczególną gorliwością.

    4.Wyrwany z rąk śmierci

    Po upadku Powstania Styczniowego, w którym brał czynny udział, został aresztowany i skazany na karę śmierci, którą zamieniono na dziesięć lat katorżniczej pracy na Syberii. Pracował wytrwale w warzelni soli, nie uskarżał się na swój los i przyjmował wszystkie jego przeciwności – w ten sposób stał się wsparciem dla współwięźniów, którym dodawał otuchy słowem i własnym postępowaniem.

    5.Wychowawca Księcia Czartoryskiego

    Po powrocie z Syberii uzyskał paszport i wyjechał z Polski na Zachód, jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego, którym opiekował się przez trzy lata. Rafał Kalinowski wywarł ogromny duchowy wpływ na księciu Czartoryskim i otworzył mu drogę do jedności z Bogiem.

    6.„Ofiara konfesjonału”

    Rafał Kalinowski uważany był za doskonałego spowiednika. Ze względu na przeżyty w młodości kryzys wiary miał ogromny dar jednania grzeszników z Bogiem. Wiele godzin spędzał na spowiadaniu wiernych, dlatego uważany był za „ofiarę konfesjonału”. Przywracał ludziom dręczonym przez lęk i niepokój wiarę w Boże Miłosierdzie i spokój sumienia.

    Kościół wspomina św. Rafała Kalinowskiego 20 listopada.

    EŚ/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________

    Św. Rafał Kalinowski

    nawrócony męczennik konfesjonału

    Św. Rafał Kalinowski – nawrócony męczennik konfesjonału

    Józef (św. Rafał) Kalinowski na Syberii (drugi od prawej) – Aleksander Sochaczewski, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Józef Kalinowski urodził się w polskiej rodzinie w zaborze rosyjskim. Był inżynierem. Służył w carskim wojsku w stopniu porucznika. Brał udział w Powstaniu Styczniowym. Był aresztowany, skazany na karę śmierci, którą potem zamieniono na 10 lat zsyłki na Syberię. Był cenionym wychowawcą. Odnowił zakon karmelitów na ziemiach polskich. 20 listopada Kościół wspomina św. Rafała Kalinowskiego. Jego droga prowadziła od pobożnej rodziny, przez odejście od wiary, życie przez wiele lat bez sakramentów, do nawrócenia i duchowego wspierania innych.

    Józef Kalinowski przyszedł na świat 1 września 1835 roku w Wilnie, w szlacheckiej rodzinie. Matka zmarła kilka dni po jego narodzinach. Ojciec żenił się jeszcze dwa razy. Józef miał jednego rodzonego brata i kilkoro przyrodniego rodzeństwa.

    W latach 1843-1850 uczył się w Instytucie Szlacheckim w Wilnie, elitarnej szkole z internatem dla dzieci ze szlacheckich i zamożnych rodzin. Językiem wykładowym był rosyjski i francuski, ale nauczyciele uczyli także ‘ponadprogramowo’ polskie dzieci polskiego języka, historii i literatury. Józef był bardzo uzdolniony, szczególnie w przedmiotach ścisłych. Jego nazwisko widnieje na tablicy upamiętniającej najlepszych uczniów szkoły.

    Potem kształcił się w Instytucie Agronomicznym, ale rezygnuje ze studiów po dwóch latach. W 1853 przenosi się do Petersburga, do Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii Wojskowej, gdzie uzyskuje tytuł inżyniera. Wstępuje do wojska, gdzie zdobywa stopień porucznika. Został też adiunktem na uczelni. W 1859 roku opuszcza Akademię i podejmuje pracę przy budowie kolei żelaznej, a potem w Brześciu nad Bugiem, gdzie jako kapitan sztabu pracuje przy rozbudowie twierdzy. W 1863 roku odchodzi z carskiego wojska i mimo braku przekonania przyłącza się do Powstania Styczniowego.

    Św. Rafał Kalinowski - Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Rafał Kalinowski – Unknown author, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    15 sierpnia 1863 roku wypełnił obietnicę złożoną swojej czternastoletniej siostrze i przystąpił do sakramentu spowiedzi, pierwszy raz od 9 lat. Od tego czasu wraca do praktyk religijnych, a nawet zamierza wstąpić do zakonu. W następnym roku został aresztowany przez władze carskie, a potem, po śledztwie i rozprawie, skazany na śmierć. Wyrok jednak zamieniono na zsyłkę na Sybir, żeby nie robić z niego ‘męczennika’.

    Z Syberii wraca po 10 latach i na trzy lata staje się opiekunem i wychowawcą księcia Augusta Czartoryskiego, późniejszego salezjanina i błogosławionego Kościoła. W lipcu 1877 roku, kiedy miał 42 lata, wstępuje do nowicjatu karmelitów w Grazu w Austrii i przybiera zakonne imię Rafał od św. Józefa. Studia filozofii i teologii odbywa na Węgrzech i w 1882 roku przyjmuje święcenia kapłańskie.

    Kilka miesięcy później zostaje mianowany przeorem klasztoru karmelitańskiego w Czernej, niedaleko Krakowa. Z jego inicjatywy powstały klasztory karmelitanek bosych w Przemyślu i we Lwowie. Był też świadomy, że zakon może się rozwijać tylko w oparciu o nowe powołania, dlatego uzyskał pozwolenie i na przełomie 1891-92 wybudował nowy klasztor karmelitów w Wadowicach razem z niższym seminarium dla chłopców. Przez swą działalność stał się odnowicielem życia karmelitańskiego na terenach polskich.

    O. Rafała nazywano ‘męczennikiem konfesjonału’, bo był cenionym kierownikiem duchowym. Spowiadał przez wiele godzin dziennie. Miał dar jednania penitentów z Bogiem, przywracania spokoju sumienia. Nie potępiał. Był człowiekiem modlitwy. Sam przeżył kryzys wiary i był wyrozumiały dla poszukujących. Zmarł 15 listopada 1907 roku w Wadowicach. Jest patronem oficerów i żołnierzy, oręduje w sprawach trudnych. Beatyfikował go Jan Paweł II. On też go kanonizował w 1991 roku.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    __________________________________________________________________________________

    Dlaczego święty?

    Dlaczego święty?

    święty Rafał Kalinowski/fot.Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego jeden pobożny zakonnik zostaje kanonizowany, a inny nie? Dlaczego wyniesiony na ołtarze został np. św. Rafał Kalinowski, którego dziś wspominamy? Odpowiada teolog duchowości o. prof. Marian Zawada, karmelita bosy.

    -Kościół kanonizuje ludzi za cnoty heroiczne. Jeśli je stwierdzi, mówi o świętości – tłumaczy ekspert.

    Jak to było w przypadku św. Rafała Kalinowskiego?

    Heroizm wiary

    – Pod wpływem skrajnych doświadczeń (takich jak Auschwitz) wielu traci wiarę. Tymczasem Józef Kalinowski podczas zesłania na Syberię odnalazł wiarę. Wcześniej miał z nią problemy – mówi o. prof. Zawada. “Przetrwaliśmy dzięki modlitwie” – pisał Kalinowski.

    Heroizm miłości

    – On dwa razy oddał swoje życie z miłości – zauważył teolog. Najpierw była to miłość do ojczyzny. To ona zaprowadziła go do sądu, który wydała na niego wyrok śmierci, zamieniony potem na 10 lat katorgi.

    – Drugi raz umarł dla świata, wstępując do zakonu – dodaje o. prof. Zawada. I tak oficer, inżynier, powstaniec i katorżnik Józef Kalinowski został o. Rafałem. – Został męczennikiem konfesjonału. Heroicznie szafował miłosierdziem – mówi jego współbrat z Karmelu.

    Heroizm nadziei

    – Potrafił przygotować Polaków na przyjęcie i zagospodarowanie niepodległości [która miała nadejść dopiero 11 lat po jego śmierci – przyp. JD]. To był gigantyczny projekt jego pokolenia. Mówił: “Nie krwi, ale potu potrzebuje Ojczyzna” – przypomina o. prof. Zawada.

    Dodaje, że jako Kalinowski jako inżynier brał m.in. udział w budowie drogi z Kurska do Odessy. – Później zajął się “inżynieria duchową”. Miał wolę jednania ludzi podzielonych niechęcią czy nienawiścią. Marzył o założeniu karmelitów bosych obrządku wschodniego. Budował drogi między Bogiem a ludźmi – podsumowuje karmelita.

    Jarosław Dudała/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________________

    Na tropach ciszy

    Na tropach ciszy

    ***

    Drewniany krzyżyk, dziś już złamany, i srebrna łyżeczka, używane przez niego na Syberii. Metalowy pas pokutny, który zakładał na biodra, i brązowy szalik z włóczki, na którym wyszyto inicjały O.R. – ojciec Rafał. Te przedmioty przypominają o długiej drodze, która zaprowadziła Józefa Kalinowskiego ku świętości.

    Czerna – niewielka, malowniczo położona miejscowość w pobliżu Krakowa. Na wzgórzu porośniętym lasem – klasztor karmelitów bosych. W weekendy tutejsze sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej zapełnia się pielgrzymami. W dzień powszedni panuje tu cisza.

    Święty Rafał Kalinowski długo poszukiwał tej ciszy. Choć myśl o powołaniu zakonnym pojawiała się już w latach młodzieńczych, to jednak w czasie studiów i służby w wojsku carskim zagłuszył ją w sobie. Przez dziesięć lat nie przystępował do spowiedzi. Mimo to niespokojne serce Józefa (takie imię otrzymał na chrzcie) nużyło się życiem w Petersburgu – mieście pełnym przepychu i zbytków. „Co do mnie, to czuję, że nigdy siebie nie zaspokoję, zawsze mi będzie czegoś brakować” – pisał w listach.


    Niespokojne serce
    Urodził się w 1835 roku w Wilnie. Matka zmarła zaraz po jego porodzie, a ojciec ożenił się z jej siostrą, która odeszła równie szybko. Pan Andrzej Kalinowski został sam z pięciorgiem dzieci, ale ten stan nie trwał długo. Po niespełna dwóch latach Andrzej poznaje Zofię Puttkamer, córkę Maryli Wereszczakówny – tej samej, do której wzdychał młody Adam Mickiewicz. Zofia jest dużo młodsza od Andrzeja, ale miłość okazuje się silniejsza. Za kilka miesięcy Andrzej Kalinowski ożeni się po raz trzeci.

    Choć dla dorastającego chłopca ta sytuacja z pewnością nie była łatwa, Józef wzrastał w atmosferze miłości. Przychodzi jednak czas studiów – najpierw w Instytucie Agronomicznym w Hory-Horkach pod Orszą, a potem w Mikołajewskiej Akademii Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, co wiąże się z nadaniem stopnia porucznika w armii carskiej. Józef zachwyca się zdobyczami dziewiętnastowiecznej techniki, ma powodzenie u kobiet z zamożnych domów. Po studiach, jako ceniony inżynier, prowadzi badania przy wytyczaniu kolei żelaznej na trasie: Odessa–Kijów–Kursk, a następnie pracuje przy rozbudowie i umocnieniu fortecy w Brześciu Litewskim. To wszystko nie przynosi mu ukojenia. „Rzucony od lat kilkunastu w życie tułacze” – tak ocenia swoją egzystencję w tamtym czasie.

    Zapał nie wygasł
    Prawdziwa tułaczka miała dopiero nadejść. Przekonujemy się o tym, patrząc na ścianę kaplicy św. Rafała w Czernej, na której znajdują się trzy obrazy Jerzego Kumali przedstawiające trzy kolejne etapy życia Świętego. Najpierw widzimy go jako ministra wojny na Wileńszczyźnie, podczas powstania styczniowego. Pod pretekstem słabego zdrowia odrzucił mundur oficerski, by przyłączyć się do rządu powstańczego i stać się, obok Konstantego Kalinowskiego, jedynym przedstawicielem naczelnej władzy powstańczej na Litwie.

    Na drugim obrazie Święty ukazuje nam się jako zesłaniec – za udział w powstaniu został skazany na karę śmierci, którą jednak zamieniono na dziesięć lat katorgi na Syberii. Pracuje w warzelniach soli w Usolu, a po amnestii przebywa w Irkucku, Permie i Smoleńsku. Wreszcie – po powrocie do Polski, podjęciu zadań wychowawcy księcia Augusta Czartoryskiego i podróżach z nim do sanatoriów Francji i Szwajcarii – widzimy już Józefa jako zakonnika, przesiadującego godzinami w konfesjonale. – Przemiana Józefa Kalinowskiego była raczej procesem niż nagłym olśnieniem – twierdzi oprowadzający nas karmelita, ojciec Piotr Karauda. – Po latach przyznawał, że w młodości zaniedbywał praktyki religijne, ale zapał do wewnętrznej pobożności w nim nie wygasł.

    Męczennik konfesjonału
    Opór przed spowiedzią przełamał podczas zawieruchy powstania styczniowego. Modlitwy przybranej matki i gorące prośby młodszej siostry Maryni okazały się owocne. Od tego czasu coraz silniej dojrzewa w nim myśl o wstąpieniu do zakonu, nie jest to jednak możliwe podczas zesłania. Dopiero w 1877 roku, za namową sióstr karmelitanek, modlących się o odnowę zakonu karmelitów bosych w Polsce, przyjmuje habit i imię: Rafał od św. Józefa. Cztery lata później składa uroczyste śluby zakonne i wyjeżdża do Czernej, a po roku jest już tam przeorem. Jako wspaniały spowiednik zyskuje miano „męczennika konfesjonału”.

    Ojciec Bronisław Jarosiński, karmelita bosy z Wadowic, gdzie ojciec Rafał założył klasztor, wspominał: „W Wadowicach w niedziele i święta o godzinie 4.45 – kiedy otwierano kościół – już kilkaset ludzi stało przed kościołem z dalekich stron, a niektórzy z nich wyszli z domu o północy (…) Ojciec Rafał wstawał o 3.45; od 4.00 do 5.00 odprawiał rozmyślanie w chórze zakonnym; o 5.00 odmawiał prymę i tercję, potem spowiadał do Mszy, a po dziękczynieniu ponownie szedł do konfesjonału, w którym często pozostawał do późnych godzin popołudniowych, a niejednokrotnie aż do wieczora”.

    Zmarł w opinii świętości w Wadowicach, a pochowano go na cmentarzu w Czernej. Dziś jego relikwie spoczywają w kaplicy św. Rafała. Zachowały się po Świętym pamiątki, które można oglądać w klasztornym muzeum. Jest wśród nich drewniany krzyżyk, dziś już złamany, i srebrna łyżeczka, których używał na Syberii. Jest brzozowy krzyż i kamienie – pamiątki z więzienia w Tobolsku. Jest metalowy pas pokutny, który zakładał na biodra, i brązowy szalik z włóczki, na którym wyszyto inicjały O.R. – ojciec Rafał. Trudno patrzeć na te przedmioty bez wzruszenia. Przypominają one o długiej drodze, która zaprowadziła Józefa Kalinowskiego ku świętości.

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________

    Patron Dnia: św. Rafał Kalinowski, odnowiciel polskiego Karmelu

    Patron Dnia: św. Rafał Kalinowski, odnowiciel polskiego Karmelu

    Klasztor karmelitów bosych w Czernej/fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Miał niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania im spokoju sumienia. 20 listopada wspominamy św. Rafała Kalinowskiego (1835-1907), prezbitera. Beatyfikował i kanonizował go św. Jan Paweł II. Jego relikwie znajdują się w Czernej k. Krakowa. Jest patronem inżynierów, żołnierzy, oficerów i Sybiraków.

    Na chrzcie Rafał Kalinowski otrzymał imię Józef. Jego matka zmarła zaraz po porodzie. Ojciec ożenił się jeszcze dwa razy. Trzecią jego żoną (druga również szybko zmarła), była Zofia Puttkamer, córka Maryli Wereszczakówny, niespełnionej miłości Adama Mickiewicza. Tej przybranej matce Józef wiele będzie później zawdzięczał.

    Po ukończeniu gimnazjum wstąpił w Petersburgu do Akademii Inżynierii Wojskowej. Jako absolwent tej uczelni, ze stopniem porucznika, budował arterie kolejowe, mosty, fortece. Był cenionym inżynierem, prywatnie zaś cieszył się dużym powodzeniem wśród kobiet. Gdy w roku 1863 wybuchło Powstanie Styczniowe, Józef natychmiast jednak zrzucił carski mundur i przystąpił do Powstania. Został członkiem Rządu Narodowego i objął stanowisko ministra wojny na Wileńszczyźnie. Po upadku Powstania, został aresztowany i skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Dzięki staraniom rodziny wyrok zamieniono jednak na dziesięcioletnią katorgę na Syberii. „Do swoich listów – pisał z zesłania – proszę dołączyć jakąkolwiek pamiątkę, obrazek, medalik, szczyptę ziemi, trochę rodzinnego powietrza, jeśli możliwa byłaby to rzecz. (…). W porywie duchowości, nie chcąc przywiązywać się zbytnio do rzeczy doczesnych, pozbawiłem się swego czasu wielu pamiątek; w obecnej jednak chwili jestem zdania, że nawet zmysły potrzebują pokarmu dla odświeżenia myśli i ogrzania serca” (17.01.1867 r.).

    Po zakończeniu katorgi na Syberii osiadł w Paryżu (miał zakaz zamieszkania w zaborze rosyjskim). W stolicy Francji został wychowawcą Augusta Czartoryskiego. Młodemu księciu i przyszłemu błogosławionemu (2004 r.), przekazał swoją wszechstronną wiedzę, przyczynił się też do pogłębienia jego wiary i życia duchowego. Wraz z zakończeniem pracy wychowawczej, podjął dojrzewającą w nim od dłuższego czasu decyzję wstąpienia do zakonu. Wybrał karmelitów bosych, gdzie przyjął imię Rafał. Po ukończeniu teologii i otrzymaniu święceń (1882 r.), pracował gorliwie nad odnowieniem Karmelu w Polsce, pełniąc szereg odpowiedzialnych funkcji.

    Droga do świętości o. Rafała nie była łatwa. Jeszcze w czasie studiów w Petersburgu doświadczył obojętności religijnej. Próbował ją przezwyciężyć przystępując któregoś dnia do sakramentu pokuty, ale w konfesjonale nie zastał spowiednika. Zniechęcony, przez długich dziesięć lat, nie korzystał ze spowiedzi. Przełamał się dopiero w czasie Powstania. Pomogły mu w tym modlitwy przybranej matki i usilne prośby młodszej siostry. To jego osobiste doświadczenie zaowocowało później wspaniałą posługą w konfesjonale, nie chciał bowiem aby penitent, jak on kiedyś, odszedł od pustego konfesjonału. Miał ponadto niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania im spokoju sumienia. Zdarzało się, że w Wadowicach, gdzie pełnił swą posługę, już o 4:45, gdy otwierano drzwi kościoła, czekał na niego tłum ludzi, przybyłych z najdalszych okolic. Spowiadał ich, aż do wieczora, zyskując sobie przydomek „męczennika konfesjonału”.

    Ksiądz Jan Vianney, ojciec Rafał Kalinowski, ojciec Pio, przeszli do historii jako niezwykli spowiednicy. Do tych nazwisk, każdy z pewnością mógłby dodać kilka innych: księży i ojców, którzy w sakramencie pokuty „przypinali nam skrzydła”. I choć byli i tacy, którzy ze zmęczenia, zdenerwowania, braku taktu, potrafili nas czasem w sakramencie pokuty dotknąć, urazić, to jednak wszyscy oni wypowiadali na końcu słowa: „I ja odpuszczam tobie grzechy…”, dzięki którym mogliśmy dalej żyć jak dzieci Boże.

    ks.Arkadiusz Nocoń/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 listopada

    Błogosławiona Salomea, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Mechtylda z Hackeborn, dziewica
    ***
    Błogosławiona Salomea

    Salomea była córką księcia małopolskiego z dynastii Piastów – Leszka Białego i Grzymisławy z Rurykowiczów, księżniczki ruskiej. Urodziła się na przełomie 1211/1212 r. Szybko znalazła się w centrum polityki. Mając zaledwie 6 lat została zaręczona z księciem węgierskim Kolomanem (bratem św. Elżbiety Węgierskiej), co miało utrwalić pokój między Polską a Węgrami. Salomea poślubiła wkrótce Kolomana, od początku przyrzekając – za zgodą męża – zachowanie dziewictwa. W roku 1219, w wieku 8 lat, zasiadła z mężem na tronie halickim. Nie ma żadnego potwierdzenia, że była koronowana. Wkrótce potem, po klęsce w bitwie z wojskami księcia nowogrodzkiego Mścisława II Udałego, zostali zmuszeni do rezygnacji z Halicza i udali się na Węgry. W 1241 r. Koloman zmarł na skutek ran odniesionych w bitwie z Tatarami nad rzeką Sajo.
    Po jego śmierci niedoszła królowa Węgier wróciła do Polski. Bolesław Wstydliwy, jej młodszy brat, okazywał jej wielką serdeczność. Salomea nie chciała jednak pozostać na dworze książęcym, postanowiła bowiem poświęcić się życiu zakonnemu. Miała dość meandrów politycznych, pragnęła spokoju i ciszy. W 1245 r. wstąpiła do ufundowanego przez Bolesława Wstydliwego klasztoru klarysek w Zawichoście koło Sandomierza, gdzie zamieszkała wraz z pierwszymi polskimi klaryskami. Jej obłóczyn dokonał ówczesny prowincjał franciszkanów podczas kapituły w Sandomierzu. Z czasem jednak uświadomiono sobie, jak łatwo klasztor w Zawichoście może stać się łupem najazdów litewskich, ruskich, a zwłaszcza tatarskich.

    Jan Matejko: Błogosławiona Salomea

    Kilkanaście lat później Bolesław Wstydliwy uposażył drugi klasztor sióstr klarysek pod Krakowem, opodal miejscowości Skała, i tam w 1260 r. przeniósł siostry z Salomeą. Klasztor w Zawichoście przejęli franciszkanie. W Skale Salomea spędziła pozostałe lata swego życia. Choć nie była nigdy ksienią, jej troską było zabezpieczenie siostrom utrzymania. By również po jej śmierci klasztor nie cierpiał niedostatku, wyposażyła testamentem kościół klasztorny w kosztowne paramenty i naczynia liturgiczne. Zaopatrzyła również klasztor w odpowiednie książki. Założyła przy klasztorze miasto na prawie niemieckim. W 1268 r. poważnie rozchorowała się. W spisanym testamencie wszystko, co jeszcze miała, przekazała klasztorowi na utrzymanie mniszek. Zastrzegła wszakże, że w razie katastrofy, takiej jak pożar czy wojna, jej majątek może zostać przeznaczony na odbudowę klasztoru lub kościoła. Zmarła w opinii świętości 17 listopada 1268 r. i została pochowana pod kościołem klasztornym na Grodzisku. Przez kolejne pół roku trwał spór, do kogo powinny należeć jej śmiertelne szczątki: klaryski twierdziły, że do nich, bo była ich fundatorką w Polsce i współsiostrą, wśród nich żyła i umarła. Franciszkanie natomiast opierali się na tym, że wolą zmarłej było spocząć w Krakowie, w ich kościele, i że z ich rąk otrzymała habit. Dla tych racji relikwie bł. Salomei przewieziono do Krakowa, gdzie spoczywają do dzisiaj. Przeniesienie relikwii odbyło się bardzo uroczyście, wobec dworu książęcego, z udziałem św. Kingi (żony Bolesława Wstydliwego, czyli bratowej Salomei), a być może także bł. Jolenty, rodzonej siostry Kingi.
    Starania o kanonizację Salomei rozpoczęto zaraz po jej śmierci. Proces trwał długo, franciszkanie nie naciskali, a klaryski były za słabe, by podjąć się tak poważnego i kosztownego procesu kanonicznego. Dopiero w XVII w. na nowo rozpoczęto starania, uwieńczone szczęśliwie dekretem Klemensa X z 17 maja 1672 r., który zezwalał na jej kult.
    W ikonografii atrybutem bł. Salomei jest gwiazda uchodząca z jej ust w chwili śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 listopada

    Błogosławiona Karolina Kózkówna,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Karolina Kózkówna

    Karolina urodziła się w podtarnowskiej wsi Wał-Ruda 2 sierpnia 1898 r. jako czwarte z jedenaściorga dzieci Jana Kózki i Marii z domu Borzęckiej. Pięć dni później otrzymała chrzest w kościele parafialnym w Radłowie. Jej rodzice posiadali niewielkie gospodarstwo. Pracowała z nimi na roli. Wzrastała w atmosferze żywej i autentycznej wiary, która wyrażała się we wspólnej rodzinnej modlitwie wieczorem i przy posiłkach, w codziennym śpiewaniu Godzinek, częstym przystępowaniu do sakramentów i uczestniczeniu we Mszy także w dzień powszedni. Ich uboga chata była nazywana “kościółkiem”. Krewni i sąsiedzi gromadzili się tam często na wspólne czytanie Pisma świętego, żywotów świętych i religijnych czasopism. W Wielkim Poście śpiewano tam Gorzkie Żale, a w okresie Bożego Narodzenia – kolędy.
    Karolina od najmłodszych lat ukochała modlitwę i starała się wzrastać w miłości Bożej. Nie rozstawała się z otrzymanym od matki różańcem – modliła się nie tylko w ciągu dnia, ale i w nocy. We wszystkim była posłuszna rodzicom, z miłością i troską opiekowała się licznym młodszym rodzeństwem. W 1906 roku rozpoczęła naukę w ludowej szkole podstawowej, którą ukończyła w 1912 roku. Potem uczęszczała jeszcze na tzw. naukę dopełniającą trzy razy w tygodniu. Uczyła się chętnie i bardzo dobrze, z religii otrzymywała zawsze wzorowe oceny, była pracowita i obowiązkowa.
    Do Pierwszej Komunii św. przystąpiła w roku 1907 w Radłowie, a bierzmowana została w 1914 r. przez biskupa tarnowskiego Leona Wałęgę w nowo wybudowanym kościele parafialnym w Zabawie.
    Duży wpływ na duchowy rozwój Karoliny miał jej wuj, Franciszek Borzęcki, bardzo religijny i zaangażowany w działalność apostolską i społeczną. Siostrzenica pomagała mu w prowadzeniu świetlicy i biblioteki, do której przychodziły często osoby dorosłe i młodzież. Prowadzono tam kształcące rozmowy, śpiewano pieśni religijne i patriotyczne, deklamowano utwory wieszczów.
    Karolina była urodzoną katechetką. Nie poprzestawała na tym, że poznała jakąś prawdę wiary lub usłyszała ważne słowo; zawsze spieszyła, by przekazać je innym. Katechizowała swoje rodzeństwo i okoliczne dzieci, śpiewała z nimi pieśni religijne, odmawiała różaniec i zachęcała do życia według Bożych przykazań. Wrażliwa na potrzeby bliźnich, chętnie zajmowała się chorymi i starszymi. Odwiedzała ich, oddając im różne posługi i czytając pisma religijne. Przygotowywała w razie potrzeby na przyjęcie Wiatyku. W swojej parafii była członkiem Towarzystwa Wstrzemięźliwości oraz Apostolstwa Modlitwy i Arcybractwa Wiecznej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Błogosławiona Karolina Kózkówna

    Zginęła w 17. roku życia 18 listopada 1914 roku, na początku I wojny światowej. Carski żołnierz uprowadził ją przemocą i bestialsko zamordował, gdy broniła się pragnąc zachować dziewictwo. Po kilkunastu dniach, 4 grudnia 1914 r., w pobliskim lesie znaleziono jej zmasakrowane ciało. Tragedia jej śmierci nie miała świadków.
    Pogrzeb sprawowany w niedzielę 6 grudnia 1914 r. zgromadził ponad 3 tysiące żałobników i był wielką manifestacją patriotyczno-religijną okolicznej ludności, która przekonana była, że uczestniczy w pogrzebie męczennicy. Tak rozpoczął się kult Karoliny. Pochowano ją początkowo na cmentarzu grzebalnym, ale w 1917 roku bp Wałęga przeniósł jej ciało do grobowca przy parafialnym kościele we wsi Zabawa.
    W trakcie procesu beatyfikacyjnego 6 października 1981 r. przeprowadzono ekshumację i pierwsze rozpoznanie doczesnych szczątków Karoliny; złożono je w sarkofagu w kruchcie kościoła w Zabawie. Rekognicję kanoniczną i przełożenie doczesnych szczątków Karoliny do nowej trumny przeprowadzono w marcu 1987 r., po ogłoszeniu dekretu o męczeństwie służebnicy Bożej.
    10 czerwca 1987 r. w Tarnowie św. Jan Paweł II beatyfikował Karolinę. W czasie Mszy beatyfikacyjnej powiedział: “Święci są po to, ażeby świadczyć o wielkiej godności człowieka. Świadczyć o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym dla nas i dla naszego zbawienia – to znaczy równocześnie świadczyć o tej godności, jaką człowiek ma wobec Boga. Świadczyć o tym powołaniu, jakie człowiek ma w Chrystusie”.
    Uroczystym rozpoczęciem kultu bł. Karoliny była translokacja relikwii – przeniesienie trumny z przedsionka kościoła i złożenie jej w sarkofagu pod mensą głównego ołtarza jej parafialnego kościoła.
    Kilka lat temu przy Diecezjalnym Sanktuarium bł. Karoliny w Zabawie poświęcono kaplicę Męczenników i Ofiar Przemocy, a obecnie trwa budowa Pomnika Ofiar Wypadków Komunikacyjnych, który jest pierwszym etapem powstania Centrum Leczenia Traumy Powypadkowej.
    Bł. Karolina Kózkówna jest patronką Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (KSM) i Ruchu Czystych Serc.
    W ikonografii przedstawiana jest z palmą w ręce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    18 listopada

    Święty Odo z Cluny, opat

    Święty Odo z Cluny

    Odo (Odon) urodził się ok. roku 878 w Akwitanii (Francja) jako syn rycerza Abbona. Wychowywał się na dworze księcia Wilhelma Akwitańskiego. Kiedy miał 19 lat, został – chociaż nie miał święceń – kanonikiem przy katedrze w Tours dla pobierania części dochodu. Ani stosunki dworskie owych czasów, ani kościelne nie odpowiadały prawemu charakterowi Odona. Służbę bowiem tak świecką, jak i duchowną Odo pojmował jako powołanie Boże, podczas gdy powszechnie traktowano je jako okazję do zdobywania godności, urzędów i dochodów z nimi związanych. Dlatego Odo wstąpił do benedyktynów w Baume. Miał wówczas 30 lat. Wybrał sobie to opactwo celowo, gdyż kwitła w nim karność i obserwancja zakonna.
    Przełożonym opactwa w Baume był wówczas Berno. Upatrzył on sobie Odona na swojego następcę. Tak się też stało w roku 924. Kiedy Odo miał już 46 lat, objął kierownictwo nad opactwami w Baume i w Cluny. Kiedy jednak okazało się niemożliwe prowadzenie dwóch odległych od siebie opactw, zrezygnował z opactwa w Baume, które nie potrzebowało reform, pozostając przełożonym opactwa w Cluny. Najpierw zabrał się do jego rozbudowy. Następnie pomyślał o zabezpieczeniu mnichom utrzymania. Teraz zabrał się do reformy wewnętrznej. Za wzór obrał sobie św. Benedykta z Anianu, którego nazwano “drugim ojcem benedyktynów” dla reform, jakie przeprowadził w zakonie (+ 821).
    Pan Bóg pobłogosławił dziełu. Opactwo zaczęło rosnąć. Coraz liczniej zgłaszali się do niego kandydaci. Przykład pociągnął także inne klasztory, które również zapragnęły reformy. Tak więc w roku 937 już 17 opactw zgłosiło swój akces do reformy kluniackiej – we Francji i we Włoszech. Błogosławieństwem dla opactwa w Cluny było to, że przez szereg lat sprawowali w nich władzę zwolennicy reformy – święci opaci. Dzieło, zapoczątkowane przez Odona, nie tylko się utrzymało, ale niebawem tak się rozpowszechniło, że objęło niemal wszystkie benedyktyńskie ośrodki w liczbie ok. 2 tys.
    Odon przeprowadzał swoje reformy w ścisłym porozumieniu z Rzymem, dokąd udawał się kilka razy. W czasie jednej z takich podróży zmarł w drodze powrotnej w Tours 18 listopada 942 roku w wieku 64 lat. Pochowano go w kościele św. Juliana, w krypcie pod ołtarzem głównym. Kiedy w XVI w. protestanci zajęli wiele miejscowości we Francji, dla bezpieczeństwa przeniesiono relikwie św. Odona do Isle-Jourdain.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Św. Odon z Cluny

    Św. Odon z Cluny

    Opactwo benedyktyńskie w Cluny/fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Katecheza Benedykta XVI z 2 września 2009.

    Postać św. Odona, opata Cluny sytuuje się w owym średniowieczu monastycznym, w którym nastąpiło zaskakujące spopularyzowanie się w Europie życia i duchowości, inspirowanych Regułą św. Benedykta.

    Drodzy bracia i siostry,

    po długiej przerwie chciałbym powrócić do prezentacji wielkich Pisarzy Kościoła Wschodu i Zachodu z czasów średniowiecza, albowiem w ich życiu i w ich pismach widzimy niczym w zwierciadle, co to znaczy być chrześcijaninem. Dziś proponuję wam świetlaną postać św. Odona, opata Cluny: sytuuje się ona w owym średniowieczu monastycznym, w którym nastąpiło zaskakujące spopularyzowanie się w Europie życia i duchowości, inspirowanych Regułą św. Benedykta. W owych stuleciach doszło do cudownego pojawienia się i rozmnożenia klasztorów, które rozgałęziwszy się na kontynencie, szerzyły na nim ducha i wrażliwość chrześcijańską. Św. Odon prowadzi nas w szczególności do jednego klasztoru – w Cluny, który w średniowieczu należał do najznakomitszych i najsławniejszych, a i dziś jeszcze jego majestatyczne ruiny są znakiem chwalebnej przeszłości ze względu na intensywne oddanie się ascezie, nauce, a zwłaszcza kultowi Bożemu, spowitemu w dostojeństwo i piękno.

    Odon był drugim opatem Cluny. Urodził się około roku 880, na pograniczu Maine i Touranie we Francji. Ojciec poświęcił go św. biskupowi Marcinowi z Tours, w którego dobroczynnym cieniu i w którego pamięci spędził potem całe życie, kończąc je w pobliżu jego grobu. Wybór konsekracji zakonnej poprzedziło u niego doznanie szczególnego momentu łaski, o którym sam opowiadał jednemu z mnichów, Janowi Włochowi, który został w przyszłości jego biografem. Odon był wtedy w wieku dojrzewania, miał około szesnastu lat, gdy w wigilię Bożego Narodzenia poczuł, że samorzutne płynie z jego ust następująca modlitwa do Dziewicy: „Pani moja, Matko Miłosierdzia, Tyś tej nocy wydała na świat Zbawiciela; bądź łaskawie dla mnie Orędowniczką. Uciekam. się, najlitościwsza, do Twego Syna, któregoś w sposób tak chwalebny i nie­zwykły zrodziła, nakłoń ucha swego miłosierdzia na moje prośby” (Vita sancti Odonis, I,9: PL 133,747). Odtąd za pomocą określenia „Matka Miłosierdzia”, którego młody Odon użył wówczas do Maryi Panny, zwracać się będzie zawsze do Maryi, nazywając Ją także „jedyną nadzieją świata (…), dzięki której otwarte nam zostały bramy raju” (In veneratione S. Mariae Magdalenae: PL 133,721). W owym czasie zetknął się z Reguła św. Benedykta i zaczął przestrzegać jej niektórych nakazów, „nosząc, choć nie był jeszcze mnichem, lekkie brzemię mnisie” (tamże, I,14: PL 133,50). W jednym z kazań Odon wysławiać będzie Benedykta jako „światło, co świeci na ciemnym etapie tego życia” (De sancto Benedicto abbate: PL 133,725) i nazwie go „mistrzem dyscypliny duchowej” (tamże, PL 133,727). Z miłością podkreśli, że pobożność chrześcijańska „z żywą słodyczą wspomina” go, mając świadomość, że Bóg wyniósł go „pośród najwyższych i wybranych Ojców Kościoła świętego” (tamże.: PL 133,722).

    Zafascynowany ideałem benedyktyńskim Odon opuścił Tours i wstąpił jako mnich do opactwa benedyktyńskiego w Baume, by następnie przejść do Cluny, którego w 927 r. został opatem. Z tego ośrodka życia duchowego mógł wywierać wielki wpływ na klasztory kontynentu. Z jego kierownictwa i jego reformy korzystały także we Włoszech liczne klasztory, w tym św. Pawła za Murami. Odon kilka razy odwiedził Rzym, docierając także do Subiaco, Montec Cassino i Salerno. To właśnie w Rzymie zachorował latem 942 r. Czując zbliżający się koniec, ze wszystkich sił pragnął powrócić do swego św. Marcina z Tours, gdzie zmarł w oktawie wspomnienia świętego, 18 listopada 942 roku. Biograf, podkreślając u Odona „cnotę cierpliwości”, wymienia długą listę innych jego cnót, jak pogarda dla świata, gorliwość za dusze, zaangażowanie na rzecz pokoju w Kościele. Wielkim pragnieniem opata Odona była zgoda między królami i książętami, przestrzeganie przykazań, troska o biednych, naprawa młodzieży, szacunek dla starszych (por. Vita sancti Odonis, I,17: PL 133,49). Kochał małą celę, w której mieszkał, „niewidziany przez nikogo i zabiegający o to, by podobać się tylko Bogu” (tamże, I,14: PL 133,49). Nie omieszkał jednak, jako „źródło obfite”, sprawować posługi słowa i przykładu, „płacząc nad ogromem nędzy tego świata” (tamże, I,17: PL 133,51). W jednym tylko mnichu, komentował jego biograf, znajdowały się zgromadzone rozmaite cnoty, występujące w rozproszeniu w innych klasztorach: „Jezus w swojej dobroci, czerpiąc z wielu ogrodów mniszych, tworzył w niewielkim miejscu raj, aby nawodnić z jego źródła serca wiernych” (tamże, I,14: PL 133,49).

    W jednym z fragmentów kazania ku czci Marii z Magdali opat Cluny ujawnia nam, jak pojmował życie monastyczne: „Maryja, która siedząc u stóp Pana, z uwagą słuchała Jego słowa, jest symbolem słodyczy życia kontemplacyjnego, którego smak, im bardziej się go kosztuje, tym bardziej prowadzi dusze do oderwania się od rzeczy widzialnych i wrzawy trosk tego świata” (In ven. S. Mariae Magd., PL 133,717). Rozumienie to Odon potwierdza i rozwija w innych swoich pismach, z których przebija miłość do tego, co wewnętrzne, postrzeganie świata jako rzeczywistości kruchej i tymczasowej, od której należy się wyrwać, stała skłonność do dystansu wobec rzeczy uważanych za źródło niepokoju, wyostrzona wrażliwość na obecność zła w rożnych kategoriach ludzi, wewnętrzne dążenie eschatologiczne. Ta wizja świata może wydać się dość odległa od naszej, jednakże w ujęciu Odona jest ona pojęciem, które dostrzegając kruchość świata, dowartościowuje życie wewnętrzne, otwarte na drugiego, na miłość bliźniego i właśnie w ten sposób odmienia istnienie i otwierają świat na światło Boże.

    Na szczególną uwagę zasługuje „nabożeństwo” do Ciała i Krwi Chrystusa, które Odon, w obliczu powszechnego zaniedbania, nad którym bardzo ubolewał, stale z przekonaniem kultywował. Był bowiem stanowczo przekonany o rzeczywistej obecności, pod postaciami eucharystycznymi, Ciała i Krwi Pańskiej, na mocy „substancjalnej” przemiany chleba i wina. Pisał: „Bóg, Stwórca wszystkiego, wziął chleb, mówiąc, że to Jego Ciało i że ofiaruje je za świat oraz rozlał wino, nazywając je swoją Krwią”; oto „do praw natury należy przemiana zgodnie z rozkazem Stwórcy”; oto zatem „natura odmienia zaraz swój zwykły stan: bezzwłocznie chleb staje się ciałem a wino staje się krwią”; na rozkaz Pana „zmienia się substancja” (Odonis Abb. Cluniac. occupatio, ed. A. Swoboda, Lipsia 1900, str. 121).

    Niestety, odnotowuje nasz opat, ta „przenajświętsza tajemnica Ciała Pańskiego, w której zawiera się całe zbawienie świata” (Collationes, XXVIII: PL 133,572), sprawowana jest niedbale. „Kapłani – ostrzegał – którzy przystępują niegodnie do ołtarza, plamią chleb, to jest Ciało Chrystusa” (tamże, PL 133,572-573). Tylko ten, kto jest duchowo zjednoczony z Chrystusem, może godnie spożywać Jego Ciało eucharystyczne: w przeciwnym razie spożywanie Jego ciała i picie Jego krwi przyniesie nie korzyść, lecz potępienie (por. tamże, XXX, PL 133,575). Wszystko to zachęca nas, byśmy uwierzyli z nową mocą i głębią w prawdę o obecności Pana. Obecność wśród nas Stwórcy, który oddaje się w nasze ręce i przemienia nas, jak przemienia chleb i wino, przemienia tym samym świat.

    Św. Odon był prawdziwym przewodnikiem duchowym zarówno dla mnichów, jak i dla wiernych swoich czasów. W obliczu „szerzenia się przywar” rozpowszechnionych w społeczeństwie, lekarstwem, jakie zdecydowanie proponował, była radykalna przemiana życia, oparta na pokorze, prostocie, dystansie wobec rzeczy ulotnych i przylgnięcie do rzeczy wiecznych (por. Collationes, XXX, PL 133, 613). Mimo realizmu jego diagnozy sytuacji jego czasów, Odon nie popada w pesymizm: „Nie mówimy tego – wyjaśnia – by popchnąć do rozpaczy tych, którzy chcieliby się nawrócić. Miłosierdzie Boże jest zawsze dostępne; czeka na godzinę naszego nawrócenia” (tamże: PL 133,563). I woła: „O niewysłowiona głębio Bożej litości! Bóg ściga winy, ale chroni grzeszników” (tamże: PL 133,592). Opierając się na tym przekonaniu opat Cluny, lubił rozważać miłosierdzie Chrystusa, Zbawiciela, którego sugestywnie nazywał „kochankiem ludzi”: „amator hominum Christus” (tamże, LIII: PL 133,637). Jezus wziął na siebie plagi, które nam się należały – zauważa – by zbawić w ten sposób stworzenie, które jest Jego dziełem i które umiłował (por. tamże: PL 133, 638).

    Jawi się tu rys świętego opata na pierwszy rzut oka niemal ukryty pod rygorem jego surowości reformatora: głęboka dobroć jego duszy. Był surowy, przede wszystkim jednak był dobry, był człowiekiem wielkiej dobroci, która pochodziła z kontaktu z dobrocią Bożą. Odon, jak mówią nam współcześni mu, promieniował wokół siebie radością, którą był przepełniony. Jego biograf zapewnia, że nigdy nie słyszał z ust człowieka „takiej słodyczy słowa” (tamże, I,17: PL 133,31). Zwykł był, wspomina biograf, zapraszać do śpiewu chłopców spotykanych na drodze, aby potem obdarzyć ich niewielkim darem i dodaje: „Jego słowa pełne były wysławiania [Pana], radość jego budziła w naszym sercu wewnętrzną radość” (tamże, II, 5: PL 133,63).W ten sposób energiczny a zarazem sympatyczny średniowieczny opat, pasjonujący się reformą, swym działaniem podsycał w mnichach, jak również w wiernych świeckich swoich czasów, zamiary kroczenia szybkim krokiem na drodze chrześcijańskiej doskonałości.

    Chcemy mieć nadzieję, że jego dobroć, radość, jaka płynie z wiary, w połączeniu z surowością i sprzeciwem wobec przywar świata, poruszą także nasze serca, abyśmy również my mogli znaleźć źródło radości, jaka pochodzi z dobroci Boga.

    wiara.pl/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 listopada

    Święta Elżbieta Węgierska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Cudotwórca, biskup
      •  Święty Grzegorz z Tours, biskup
    ***
    Święta Elżbieta Węgierska

    Elżbieta urodziła się w 1207 r. w Bratysławie lub na zamku w Sarospatah jako trzecie dziecko Andrzeja II, króla Węgier, i Gertrudy, siostry św. Jadwigi Śląskiej. Miała zaledwie 4 lata, gdy została zaręczona z Ludwikiem IV, późniejszym landgrafem Turyngii. Wychowywała się wraz z nim na zamku Wartburg. Wyszła za niego za mąż zgodnie z zamierzeniem swojego ojca dopiero 10 lat później, w roku 1221, mając 14 lat. Z małżeństwa urodziło się troje dzieci: Herman, Zofia i Gertruda. Po 6 latach, w 1227 r. Ludwik zmarł podczas wyprawy krzyżowej w Brindisi we Włoszech. Tak więc Elżbieta została wdową mając 20 lat.Zgodnie z frankońskim prawem spadkowym, opuściwszy wraz z dziećmi Wartburg, Elżbieta zamieszkała najpierw w pobliskim Eisenach, a następnie w Marburgu, gdzie ufundowała szpital, w którym sama chętnie usługiwała. Oddała się wychowaniu dzieci, modlitwie, uczynkom pokutnym i miłosierdziu. Jej spowiednikami byli franciszkanin Rudiger i norbertanin Konrad z Marburga, słynny kaznodzieja i inkwizytor na Niemcy, mąż bardzo surowy. Prowadził ją drogą niezwykłej pokuty. W 1228 r. Elżbieta złożyła ślub wyrzeczenia się świata i przyjęła jako jedna z pierwszych habit tercjarki św. Franciszka.

    Święta Elżbieta Węgierska, opiekunka biednych i chorych
    fot. franciszkanie.pl/E. Blair Leighton, Miłosierdzie św. Elżbiety Węgierskiej
    ***

    Ostatnie lata spędziła w skrajnym ubóstwie, oddając się bez reszty chorym i biednym. Zmarła w nocy z 16 na 17 listopada 1231 r. Sława jej świętości była tak wielka, że na jej grób zaczęły przychodzić pielgrzymki. Konrad z Marburga, korzystając ze swego stanowiska inkwizytora, napisał jej żywot i zwrócił się do Rzymu z formalną prośbą o kanonizację. Papież Grzegorz IX bezzwłocznie wysłał komisję dla zbadania życia Elżbiety i cudów, jakie miały się dziać przy jej grobie. Stwierdzono wówczas ok. 60 niezwykłych wydarzeń. Sprawę poparł także metropolita Moguncji i św. Rajmund z Peñafort. Po 4 latach Grzegorz IX bullą z 27 maja 1235 r. ogłosił uroczyście Elżbietę świętą. Jest patronką elżbietanek (zgromadzenia założonego w Nysie w 1842 r., prowadzącego liczne dzieła w Polsce), elżbietanek cieszyńskich (założonych w XVII w. w Akwizgranie) oraz Franciszkańskiego Zakonu Świeckich; jest także patronką Niemiec i Węgier. Jej imię przyjęło jako swoją nazwę kilka zgromadzeń zakonnych i dzieł katolickich. W ikonografii św. Elżbieta przedstawiana jest w stroju królewskim albo z naręczem róż w fartuchu. Powstała bowiem legenda, że mąż zakazał jej rozdawać ubogim pieniądze i chleb. Gdy pewnego razu przyłapał ją na wynoszeniu bułek w fartuchu i kazał jej pokazać, co niesie, zobaczył róże, mimo że była to zima. Jej atrybutami są także: kilka monet i różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Elżbieta Węgierska

    fot. PCh.24.pl

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 20.10.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś chciałbym opowiedzieć wam o jednej z najbardziej podziwianych kobiet średniowiecza: jest nią św. Elżbieta Węgierska, nazywana również Elżbietą z Turyngii.

    Urodziła się w 1207 r., lecz co do miejsca opinie historyków są rozbieżne. Jej ojcem był Andrzej II, bogaty i potężny król Węgier, który pragnąc umocnić stosunki polityczne, ożenił się z niemiecką hrabiną Gertrude von Andechs-Meranien (Gertrudą z Meran), siostrą św. Jadwigi, która była żoną księcia śląskiego. Elżbieta spędziła na dworze węgierskim razem z siostrą i trzema braćmi tylko pierwsze cztery lata dzieciństwa. Lubiła zabawę, muzykę i taniec; wiernie odmawiała modlitwy i była wrażliwa na dolę ubogich, których wspierała dobrym słowem bądź czułym gestem.

    Jej szczęśliwe dzieciństwo zostało nagle przerwane, gdy rycerze przybyli z dalekiej Turyngii zabrali ją na dwór w środkowych Niemczech, gdzie miała odtąd zamieszkać. Zgodnie z panującym wówczas zwyczajem, jej ojciec postanowił, że zostanie księżną Turyngii. Landgraf, czyli hrabia tego regionu był jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych władców w Europie początków XIII w., a jego zamek był ośrodkiem świetności i kultury. Bale i chwała tworzyły pozory, za którymi kryły się jednak ambicje książąt feudalnych, często prowadzących ze sobą wojny i wchodzących w konflikt z władzą królewską i cesarską. W tej sytuacji landgraf Herman chętnie przystał na zaręczyny swojego syna Ludwika z węgierską księżniczką. Elżbieta opuściła swoją ojczyznę z bogatym posagiem i wielkim orszakiem, w którego skład wchodziły również jej osobiste służące. Dwie z nich pozostały jej wiernymi przyjaciółkami do końca i to one zostawiły nam cenne informacje o dzieciństwie i życiu świętej.

    Po długiej podróży wszyscy razem dotarli do Eisenach, a potem do twierdzy Wartburg, potężnego zamku górującego nad miastem. Tam odbyły się uroczyste zaręczyny Ludwika i Elżbiety. W następnych latach Ludwik uczył się rycerstwa, a Elżbieta i jej towarzyszki — niemieckiego, francuskiego, łaciny, muzyki, literatury i haftu. Choć decyzja o zaręczynach została podjęta z powodów politycznych, narzeczonych połączyła szczera miłość, oparta na wierze i pragnieniu pełnienia woli Bożej. Po śmierci ojca Ludwik w wieku 18 lat zaczął panować w Turyngii. Elżbieta stała się jednak przedmiotem cichych uwag, ponieważ jej zachowanie odbiegało od stylu przyjętego na dworze. Również uroczystość zaślubin nie była wystawna, a część pieniędzy przeznaczonych na przyjęcie weselne rozdano ubogim. W swojej głębokiej wrażliwości Elżbieta widziała sprzeczności między wyznawaną wiarą i praktyką chrześcijańską. Nie znosiła kompromisów. Pewnego razu, wchodząc do kościoła w święto Wniebowzięcia, zdjęła koronę, położyła ją przed krzyżem i położyła się na ziemi, zasłoniwszy twarz. Kiedy teściowa skarciła ją za ten gest, odpowiedziała: «Jak ja, nędzne stworzenie, mogę chodzić w koronie symbolizującej ziemską godność, kiedy patrzę na mojego Króla Jezusa Chrystusa w koronie cierniowej?» I tak jak odnosiła się do Boga, odnosiła się też do poddanych. W Detti delle quattro ancelle [Opowiadania czterech sług] znajdujemy następujące świadectwo: «Nie spożywała pokarmów, zanim się nie upewniła, że pochodzą z ziem i prawowitych dóbr męża. Nie dotykała dóbr zdobytych w sposób bezprawny i zabiegała o to, by osoby, które doznały przemocy, otrzymały zadośćuczynienie (n. 25 i n. 37). Prawdziwy to wzór do naśladowania dla pełniących funkcje kierownicze: wykonywanie władzy, na każdym poziomie, musi być postrzegane jako służba na rzecz sprawiedliwości i miłości, przy nieustannym dążeniu do wspólnego dobra.

    Elżbieta przykładnie praktykowała miłosierdzie: dawała jeść i pić pukającym do jej drzwi, odziewała ich, spłacała długi, opiekowała się chorymi i grzebała zmarłych. Często wychodziła z zamku ze swoimi sługami, by odwiedzić domy ubogich i zanieść im chleb, mięso, mąkę i inne produkty spożywcze. Sama wręczała im żywność i uważnie sprawdzała stan odzieży i posłań. Doniesiono o tym mężowi, który nie tylko się tą wiadomością nie zmartwił, ale odpowiedział oskarżycielom: «Dopóki nie sprzeda mi zamku, będę z tego zadowolony!» Wiąże się z tym cud chleba zamienionego w róże: kiedy Elżbieta szła drogą z fartuchem pełnym chleba dla ubogich, spotkała małżonka, który ją zapytał, co niesie. Otworzyła wówczas fartuch, a w nim zamiast chleba były piękne róże. Ten symbol miłosierdzia często występuje na wizerunkach św. Elżbiety.

    Jej małżeństwo było bardzo szczęśliwe. Elżbieta pomagała mężowi w doskonaleniu przymiotów na miarę nadprzyrodzoną, on natomiast bronił wielkoduszności żony w stosunku do ubogich i jej praktyk religijnych. Pełen rosnącego podziwu dla wielkiej wiary małżonki, Ludwik, odnosząc się do jej wrażliwości na dolę ubogich, powiedział: «Droga Elżbieto, samego Chrystusa umyłaś, nakarmiłaś i otoczyłaś opieką». Te słowa są wyraźnym świadectwem, że wiara i miłość Boga i bliźniego umacniają życie rodzinne i zacieśniają więź małżeńską.

    Młoda para znalazła wsparcie duchowe u braci mniejszych, którzy od 1222 r. byli w Turyngii coraz liczniejsi. Elżbieta wybrała na swojego kierownika duchowego brata Rüdigera. Gdy usłyszała od niego historię nawrócenia młodego i bogatego kupca Franciszka z Asyżu, jeszcze mocniej się utwierdziła w swojej drodze życia chrześcijańskiego. Od tego momentu bardziej zdecydowanie naśladowała Chrystusa, ubogiego i ukrzyżowanego, obecnego w ubogich. Również kiedy urodziło się jej pierwsze dziecko, a potem dwoje następnych, święta nigdy nie zaniedbała swoich dzieł miłosierdzia. Pomogła również braciom mniejszym w zbudowaniu w Halberstadt klasztoru, którego przełożonym został brat Rüdiger. Kierownikiem duchowym Elżbiety został wówczas Konrad z Marburga.

    Ciężką próbą było rozstanie z mężem pod koniec czerwca 1227 r., kiedy Ludwik IV przyłączył się do krucjaty cesarza Fryderyka II, przypominając małżonce, że należało to do tradycji władców Turyngii. Elżbieta odpowiedziała: «Nie będę cię zatrzymywać. Oddałam Bogu samą siebie, a teraz muszę oddać i ciebie». Oddziały wojska zostały zdziesiątkowane przez febrę, również Ludwik zachorował i umarł w Otranto we wrześniu 1227 r., w wieku 27 lat, zanim zdążył wypłynąć. Wiadomość ta napełniła Elżbietę tak wielkim bólem, że pogrążyła się w samotności, ale później, pokrzepiona modlitwą i podtrzymywana na duchu nadzieją na spotkanie z nim w niebie, znów zaczęła interesować się sprawami księstwa. Czekała ją jednak jeszcze jedna próba: uzurpując sobie prawo do rządzenia Turyngią, jej szwagier ogłosił się prawowitym spadkobiercą Ludwika, a o Elżbiecie powiedział, że jest pobożną kobietą, która nie potrafi rządzić. Młoda wdowa z trojgiem dzieci została wypędzona z zamku Wartburg i udała się na poszukiwanie schronienia. Pozostały z nią tylko dwie służące, które jej towarzyszyły, a troje dzieci powierzyły opiece przyjaciół Ludwika. Wędrując od miejscowości do miejscowości, Elżbieta pracowała, gdzie mogła, opiekowała się chorymi, przędła i szyła. Znosiła swą kalwarię z wielką wiarą, cierpliwością i oddaniem Bogu. W tym czasie krewni, którzy pozostali jej wierni i uważali rządy szwagra za bezprawie, doprowadzili do jej rehabilitacji. Dzięki temu Elżbieta na początku 1228 r. mogła otrzymać odpowiedni dochód, który pozwolił jej zamieszkać w należącym do rodziny zamku w Marburgu, gdzie mieszkał również jej kierownik duchowy brat Konrad. To on opowiedział papieżowi Grzegorzowi IX następujący epizod: «W Wielki Piątek 1228 r. Elżbieta w obecności kilku braci oraz krewnych położyła ręce na ołtarzu w kaplicy swojego miasta Eisenach, gdzie przyjęła braci mniejszych, i wyrzekła się własnej woli oraz wszystkich powabów świata. Chciała wyrzec się także wszelkiej własności, ale odwiodłem ją od tego przez wzgląd na miłość ubogich. Wkrótce potem zbudowała szpital, zgromadziła chorych i chromych i usługiwała przy własnym stole najnędzniejszym i najbardziej zaniedbanym. Gdy za to wszystko ją upomniałem, Elżbieta powiedziała, że ubodzy są dla niej źródłem specjalnej łaski i pokory» (Epistula magistri Conradi, 14-17).

    Stwierdzenie to pozwala nam dostrzec pewne podobieństwo do doświadczenia mistycznego św.Franciszka: Biedaczyna z Asyżu napisał bowiem w swoim testamencie, że gdy posługiwał trędowatym, to, co wcześniej było dla niego gorzkie, zamieniło się w słodycz duszy i ciała (Testamentum, 1-3). Ostatnie trzy lata Elżbieta spędziła w szpitalu, który założyła; usługiwała w nim chorym i czuwała przy konających. Brała zawsze na siebie najniższe posługi i najbardziej nieprzyjemne prace. Moglibyśmy powiedzieć, że była ona kobietą konsekrowaną żyjącą w świecie (soror in saeculo); razem ze swoimi przyjaciółkami, noszącymi szare habity, stworzyła wspólnotę zakonną. Nieprzypadkowo jest patronką Trzeciego Zakonu Regularnego św.Franciszka i Świeckiego Zakonu Franciszkańskiego.

    W listopadzie 1231 r. zaatakowała ją ostra febra. Kiedy wiadomość o jej chorobie się rozeszła, mnóstwo osób przychodziło ją odwiedzić. Po blisko dziesięciu dniach poprosiła o zamknięcie drzwi, by mogła pozostać sama z Bogiem. W nocy 17 listopada spokojnie zasnęła w Panu. Świadectwa o jej świętości były tak liczne i tak przekonujące, że zaledwie cztery lata później papież Grzegorz IX ją kanonizował; w tym samym roku został poświęcony piękny kościół, wzniesiony ku jej czci w Marburgu.

    Drodzy bracia i siostry, postać św. Elżbiety pokazuje, że wiara, przyjaźń z Chrystusem kształtują poczucie sprawiedliwości, równości wszystkich, praw innych, a także rodzą miłość i miłosierdzie. A z tej miłości rodzi się też nadzieja, pewność, że jesteśmy kochani przez Chrystusa i że miłość Chrystusa czeka na nas, daje nam zdolność naśladowania Go i dostrzegania Go w innych. Św. Elżbieta zachęca nas do odkrycia Chrystusa na nowo, do kochania Go, do wiary, by znaleźć prawdziwą sprawiedliwość i miłość, a także radość z tego, że kiedyś będziemy zanurzeni w miłości Bożej, w radości z wiecznego przebywania z Bogiem. Dziękuję.

    do Polaków:

    Witam uczestniczących w tej audiencji pielgrzymów polskich. Dzisiaj w Polsce przypada liturgiczne wspomnienie św. Jana z Kęt — filozofa, teologa na Uniwersytecie Jagiellońskim, patrona archidiecezji krakowskiej. Był pracowity, wytrwały, pobożny. Wyróżniał się duchem miłosierdzia i troską o ubogich. Uczmy się od niego wierności Chrystusowi i Ewangelii. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 12/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 listopada

    Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska
    Matka Miłosierdzia

    Zobacz także:
      •  Święta Gertruda Wielka, dziewica
      •  Rzymskie bazyliki świętych Apostołów Piotra i Pawła
      •  Święta Agnieszka z Asyżu, dziewica
      •  Święci męczennicy Roch Gonzalez, Alfons Rodriguez i Jan del Castillo
    ***
    Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
    Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
    Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
    Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
    Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
    I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
    Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
    Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
    (Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
    Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
    I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
    Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
    Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

    Adam Mickiewicz Pan Tadeusz, Inwokacja

    Ostra Brama w Wilnie

    Zarówno cudowny obraz, jak i kaplica, w której się mieści, oraz sama Ostra Brama mają bogatą historię, ściśle wiążącą się z historią rozbudowy Wilna. Na przełomie XV i XVI w. postanowiono otoczyć je murem obronnym. Powstało dziewięć bram miejskich, z których jedna (jedyna zachowana do naszych czasów) nosiła nazwę Miednickiej, inaczej Krewskiej. Nieco później przyjęła się inna nazwa bramy – Ostra. Zgodnie z tradycją na bramach obronnych zawieszano święte obrazy. Ostra Brama po obu jej stronach również miała własne obrazy, które po pewnym czasie uległy zniszczeniu. Jednym z tych obrazów był wizerunek Matki Bożej. Z czasem miejsce to stało się miejscem modlitwy do Maryi.
    Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy jest ogromny i niezrównany w swej sile. Sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów miasta. Jednakże wyraźne jego wzmożenie nastąpiło w I połowie XVIII w. Szczególny rozwój czci Matki Miłosierdzia nastąpił po rozbiorach Polski. W 1993 roku modlił się w kaplicy w Ostrej Bramie św. Jan Paweł II. Ofiarował wtedy Matce Bożej Miłosierdzia złotą różę. Kult Matki Bożej Ostrobramskiej jest ciągle żywy i obecny nie tylko na terenie Litwy, ale także w sąsiednich krajach. W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską.Oryginalny obraz jest namalowany temperą na ośmiu dębowych deskach, jest więc duży. W późniejszych latach obraz został przemalowany farbą olejną; zmieniono także wizerunek Matki Bożej (zamalowano m.in. pukiel włosów wymykający się spod chusty i skrócono palce dłoni). Nie znamy twórcy obrazu. Namalowano go prawdopodobnie w I połowie XVII wieku na wzór obrazu Martina de Vosa – flamandzkiego artysty. Dzisiaj odrzuca się całkowicie wersję o wschodnim pochodzeniu obrazu, który miał przywieźć z wyprawy książę litewski Olgierd w XIV wieku, jak też i to, że Matka Boża ma twarz Barbary Radziwiłłówny.

    Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska

    Głowę Matki Bożej zdobią dwie korony. Pierwsza pochodzi z końca XVII wieku, w XIX wieku ozdobiona została klejnotami ofiarowanymi jako wota. Druga korona, z połowy XVIII wieku, podtrzymywana jest przez dwa aniołki i ozdobiona sztucznymi kamieniami. 2 lipca 1927 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu złotymi koronami. Dokonał jej arcybiskup metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego.
    Obraz przedstawia pochyloną Madonnę bez Dzieciątka. Głowę otoczoną promienną aureolą Maryja lekko pochyla w lewo, smukłą szyję zdobi szal. Jej twarz jest pociągła, półprzymknięte oczy dodają jej powagi; ręce trzyma skrzyżowane na piersiach.Ostra Brama wiąże się również w istotny sposób z kultem Miłosierdzia Bożego. Obraz Miłosierdzia Bożego został namalowany w Wilnie i wystawiony publicznie właśnie w Ostrej Bramie (26-28 kwietnia 1935 r.). Tu też św. Faustyna miała wizję triumfu obrazu Miłosierdzia Bożego.Bardzo silne są też związki św. Jana Pawła II z Ostrą Bramą:
    “W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy” (6 września 1993 r.); “Niedługo po tym, jak niezbadanym wyrokiem Bożym zostałem wybrany na Stolicę Piotrową, udałem się do litewskiej kaplicy Matki Miłosierdzia w podziemiach Bazyliki Watykańskiej. I tam, u stóp Najświętszej Dziewicy, modliłem się za was wszystkich” (8 września 1993 r.).
    Opiece Matki Miłosierdzia św. Jan Paweł II przypisuje uratowanie z zamachu z 13 maja 1981 r.: “Kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: «Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! (…) Jak mnie (…) do zdrowia powróciłaś cudem!». Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał…” (13 maja 1994 r.).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Matka Najświętsza z Ostrej Bramy

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Być w Wilnie i nie nawiedzić Matki Bożej Ostrobramskiej to tak, jak mijając Częstochowę, nie wstąpić na Jasną Górę. Zresztą, warto dodać, że w okresie międzywojennym były to najpopularniejsze miejsca pielgrzymkowe Rzeczypospolitej.

    Nie wiemy, kto namalował łaskami słynący wizerunek, pochodzący z XVI w. Niektórzy przypisują jego autorstwo krakowskiemu artyście Łukaszowi, inni zaś nieznanemu twórcy ze szkoły włoskiej. Namalowany został techniką temperową na podkładzie klejowo-kredowym na dębowych deskach o wymiarach 200×165 cm. Do dzisiaj Ostra Brama przyciąga rzesze pątników i turystów. A przede wszystkim Polaków.

    Dziewięć bram

    Miasto, którego według legendy, założycielem był Giedymin, dziadek Jagiełły i Witolda, można zwiedzać bez końca. Spotykają się tutaj kultury różnych narodów, różne wyznania, co niewątpliwie wpływa na jego niezapomniany urok. Jednym z charakterystycznych zabytków miasta nad Wilią jest Ostra Brama.

    Wilno słynęło niegdyś z ok. 30 wizerunków maryjnych. Do dzisiaj na całym świecie znane jest przede wszystkim z kultu ostrobramskiej Matki Bożej Miłosierdzia. Z dziewięciu bram miejskich, które na początku XVI w. stanowiły integralną część muru obronnego miasta, do dzisiaj pozostała tylko ta jedna. Reprezentacyjną, tutaj bowiem witano przybywających do miasta oficjalnych gości, położoną od południowo-wschodniej strony przy trakcie do Miednik i Krewa, bramę nazywano początkowo Trocką. Z czasem zyskała miano „ostrej”, prawdopodobnie od mocno zwężającego się tutaj obszaru miasta. Zgodnie ze średniowiecznym zwyczajem, tuż nad bramami, zamieszczano święte obrazy, by chroniły mieszkańców miasta przed kataklizmami.

    Początkowo w ostrobramskim portalu, stanowiąc harmonijną całość, widniały dwa wizerunki: Jezusa Chrystusa i Matki Bożej. Ponieważ były nieosłonięte, pod wpływem warunków atmosferycznych – niszczały. Pierwotny obraz Madonny nie jest więc znany. Zastąpił go nowy, zachowany do czasów współczesnych.

    Madonna o przymrużonych oczach

    Obraz Matki Bożej umieszczony jest na wykonanym przez wileńskiego złotnika Ignacego Skinderskiego antepedium z 1799 r.

    Madonna o przymrużonych oczach, zatopionych w kontemplacji, jest bez Dzieciątka. Okryta jest złotą błyszczącą sukienką.

    Głowa ukoronowana dwiema nałożonymi na siebie koronami pochylona jest nieco w prawo, a ręce skrzyżowane na piersiach. Głowę Dziewicy otacza złocista aureola z promieni i gwiazd. Teologicznie wizerunek nawiązuje do apokaliptycznej wizji zwycięskiej Niewiasty. Na dole obrazu znajduje się duży, srebrny półksiężyc – wotum umieszczone w 1849 r. – chyba najbardziej charakterystyczny element wizerunku.

    Kult Matki Bożej zaczął rozwijać się szczególnie po 1622 r., kiedy to w pobliżu Ostrej Bramy osiedlili się karmelici. Oni to zapoczątkowali wspólne odmawianie modlitw zakonnych przed obrazem i przejęli opiekę nad ostrobramskim wizerunkiem. Pod bramę przychodzili też mieszkańcy Wilna, przybywali pątnicy, wierząc, że Ostrobramska Pani jest skuteczną orędowniczką w niebie. Ta wiara przetrwała przez wiele stuleci.

    W okresie zaborów, szczególnie w okresie powstania styczniowego, pod kaplicą organizowano patriotyczne manifestacje. To właśnie do Ostrobramskiej Pani w 1919 r. zmierzał pochód uczonych, dostojników państwowych i kościelnych, a także młodzieży, by podziękować Madonnie za możliwość otwarcia Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.

    Wielkim przeżyciem religijnym i patriotycznym rangi państwowej stała się koronacja wizerunku papieskimi koronami, która odbyła się w wileńskiej katedrze 2 lipca 1927 r. i otrzymała, decyzją papieża Piusa XI, tytuł Królowej Korony Polskiej. W uroczystościach wzięli udział najwyżsi dostojnicy z marszałkiem Józefem Piłsudskim i prezydentem Ignacym Mościckim na czele.

    Wiele lat później kolejne pokolenia wiernych podczas wojny modliły się za wstawiennictwem Maryi o wyzwolenie spod okupacji niemieckiej i sowieckiej.

    Po włączeniu Wilna do Związku Radzieckiego, mimo ostrych restrykcji i zakazów ze strony władz komunistycznych, sanktuarium funkcjonowało.

    Do dziś na bramie widnieje łaciński napis: „Mater Misericordiae – sub Tuum praesidium confugimus!” (Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się).

    Kaplica

    Ci, którzy pragną odnaleźć spokój, by w ciszy powierzyć troski Maryi, winni skierować swe kroki do niewielkiej, sklepionej trzema łukami Kaplicy Ostrobramskiej. Prowadzi do niej boczne wejście w murze kościoła św. Teresy, wzniesionego w XVII w. Aby dostać się do kaplicy, trzeba pokonać długie wyślizgane schody. Pokolenia pielgrzymów przychodziły bowiem do Maryi na kolanach, by wypraszać łaski dla siebie i swoich bliskich lub dziękując pozostawiali wota. Do dzisiaj jej ściany zdobią medaliony, ryngrafy, tabliczki, korale… Wśród nich jest wotum marszałka Józefa Piłsudskiego – plakietka z napisem: „Dziękuję Ci Matko za Wilno”. Do Ostrej Bramy pielgrzymował Jan Paweł II, który ofiarował Maryi złotą różę. Będąc w Wilnie w 1993 r. papież wspominał: „W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy”.

    Na sklepieniach kaplicy znajdują się stiukowe płaskorzeźby przedstawiające Gwiazdę Betlejemską, Arkę Noego i Arkę Przymierza. Przy ołtarzu wznoszą się cztery kolumny, a między nimi umieszczono posągi św. Joachima i św. Anny – rodziców Najświętszej Maryi Panny.

    Kaplicę trawiło kilka pożarów, jednak najgroźniejszy, z 1715 r., zniszczył ją całkowicie. Cudowny obraz udało się wynieść do kościoła św. Teresy. W kolejnych latach kaplica powiększała się o zakrystię i galerię dla modlących się wiernych. Kiedy w 1799 r. władze cesarskie rozpoczęły burzenie miejskich murów i wszystkich bram w Wilnie, ale Ostrą Bramę pozostawiono nietkniętą.

    W 1829 r. wzniesiono nową, w stylu późno klasycystycznym kaplicę oraz dobudowano piętrową galerię z murowanymi schodami. W takim kształcie istnieje do dzisiaj.

    „…I w Ostrej świecisz Bramie!…”

    Kiedy stoi się pod wileńską bramą, zadzierając nieco głowę do góry, by spojrzeć na cudowny wizerunek Madonny, modlitewne słowa Mickiewiczowskiej inwokacji: „Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy / I w Ostrej świecisz Bramie!…” same cisną się na usta, i to nie tylko wybitnym humanistom. Ba, nie trzeba być także historykiem z wykształcenia, by zrozumieć, że niezależnie od wiatru historii, podziałów geopolitycznych, sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia zachowuje status jednego z symboli Rzeczypospolitej.

    Małgorzata Szewczyk/wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Wspomnienie Matki Bożej Ostrobramskiej.

    Jej kult trwa już od XVII wieku

    Wspomnienie Matki Bożej Ostrobramskiej. Jej kult trwa już od XVII wieku

    fot. Cezary Wojtkowski / depositphotos.com

    ***

    16 listopada Kościół wspomina Matkę Bożą Ostrobramską. W Wilnie, gdzie znajduje się Jej obraz, rozpoczyna się ośmiodniowy odpust Opieki Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia. Codziennie do Matki Bożej Ostrobramskiej przybywają liczne pielgrzymki.

    Historia obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej powstał w latach 1620-30. Został zawieszony w bramie zwanej Miednicką (prowadzącej w kierunku na Miedniki, Oszmianę i dalej do Mińska) lub Ostrą, od części południowego przedmieścia o nazwie Ostry Koniec.

    Początkowo wizerunek Matki Boskiej wisiał w małej niszy po wewnętrznej stronie bramy, natomiast po zewnętrznej umieszczono wizerunek Zbawiciela Świata (Salvator mundi), był więc integralną częścią dyptyku, mającego teologiczny sens: Maryja jest Bramą niebios, przez którą prowadzi droga do Chrystusa i zbawienia. Obraz Zbawiciela jest obecnie przechowywany w Muzeum Dziedzictwa Sakralnego w Wilnie.

    Kult Matki Bożej rozpoczął się wraz z przybyciem do Wilna w połowie XVII w. karmelitów bosych, którzy przy Ostrej Bramie zbudowali swój klasztor i konsekrowali kościół (1654) pod wezwaniem św. Teresy z Avila, hiszpańskiej mistyczki. Obraz wiszący w bramie przyciągał uwagę zakonników, zaczęli odprawiać przy nim nabożeństwa, zachęcając wiernych do uczestnictwa.

    W 1671 r. staraniem karmelity ojca Karola od Ducha Świętego zbudowano na bramie dla obrazu specjalną drewnianą kaplicę. Z tym rokiem wiąże się pierwszy cud odnotowany w kronikach klasztornych: „Trafiło się R.P. 1671 r. , którego był Obraz do pierwszej wprowadzony Kaplicy, że mało lat dwie mające dziecie, z drugiego piątra niejakim przypadkiem, na samego dołu kamienny pawiment tak wielkim upadło szwankiem, że je nieżywe z ziemi podjęto”. Za cudowne przywrócenie życia dziecku rodzice ofiarowali votum. Od tego czasu kult zaczął się intensywnie rozwijać.

    Ciągłe wojny a także pożary miasta sprawiały, że wierni zaczęli gromadzić się u stóp Pani Ostrobramskiej prosząc o ratunek. W czasie jednego z pożarów spłonęła także drewniana kaplica, ale obraz cudownie ocalał. W 1713 r. postawiono kaplicę murowaną. Początkowo wierni mogli się modlić tylko stojąc na ulicy, gdyż wejście do kaplicy było od strony ogrodów klasztornych. Dopiero pod koniec XVIII wieku wybudowano wewnętrzne schody dla pątników.

    Od 1773 r. kiedy papież Klemens XIV nadał kaplicy miano publicznej zaczęto organizować dziękczynne nabożeństwa zwane „Opiekami”, które stały się główną uroczystością ostrobramską obchodzoną z oktawą do dnia dzisiejszego. W 1853 r. tak opisał święto „Opiek” Władysław Syrokomla: „Przez osiem dni kościół i ulica przepełnione są ludem, wieczorna litania bez względu na przykrą pogodę roku liczy co dzień po kilka tysięcy modlących się. (…) Nieszpory odbywają się w kościele. Po ich zakończeniu, kapłan celebrujący, zwykle biskup wileński, pontyfikalnie ubrany wchodzi do Ostrobramskiej kaplicy. Artyści co przedniejsi, jakich Wilno posiada, wykonują litanię przy towarzyszeniu orkiestry miejscowej.” Warto zaznaczyć, że związany z miastem kompozytor – Stanisław Moniuszko skomponował w latach 1843-1855 cztery „Litanie Ostrobramskie” na chór i orkiestrę.

    W XIX w. gospodarze sanktuarium – karmelici – musieli opuścić klasztor (1844 r.) w ramach represji po powstaniu listopadowym. Kościół i kaplica trafiły pod opiekę duchownych diecezjalnych. Dopiero prawie wiek później, w 1931 r., w odrodzonej Polsce karmelici powrócili do Wilna. Odnowiono kaplicę, wykonując dębową boazerię i dodając artystyczny fryz z wezwaniami Litanii loretańskiej.

    Kult Maryi w wizerunku ostrobramskim najbardziej rozpowszechnił Adam Mickiewicz pisząc w Inwokacji: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz bramie”. Obraz rozświetlony wieczorami rzeczywiście „świeci” z daleka w bramie zamykającej ul. Ostrobramską (lit. Aušros Vartų). Przed tym obrazem modlił się Mickiewicz przed opuszczeniem Wilna na zawsze. W ciągu wieków pielgrzymowali do tronu Maryi książęta i królowie, znani pisarze, poeci, politycy i biskupi. „Księga kapłanów odprawiających Msze święte w kaplicy Ostrobramskiej” odnotowuje, że 22 listopada 1933 r. (zapewne podczas oktawy odpustowej) Eucharystię w kaplicy odprawił bł. Stefan Wyszyński, wtedy profesor Seminarium Duchownego we Włocławku. Ikona ostrobramska jest otaczana czcią także przez wyznawców prawosławia.

    W 1935 r. przed uroczystością zakończenia Jubileuszu Odkupienia Świata (w pierwszą niedzielę po Wielkanocy) wystawiono tu po raz pierwszy publicznie obraz Jezusa Miłosiernego „Jezu, ufam Tobie”, namalowany według wskazówek św. siostry Faustyny przez malarza Eugeniusza Kazimirowskiego.

    Po wybuchu wojny, 26 marca 1942 roku Niemcy uwięzili karmelitów w więzieniu na Łukiszkach, a następnie skierowano ich do obozu pracy w Szałtupiu. Po wyzwoleniu Wilna przez Armię Czerwoną zakonnicy musieli wyjechać do Polski. W czasach powojennego komunizmu, gdy wiele kościołów na Litwie zamykano i przeznaczano na magazyny, urzędy czy muzea, kaplica Ostrobramska była cały czas czynna.

    Kaplica Ostrobramska

    Dwuczęściowa fasada kaplicy z trójkątnym frontonem ozdobionym Okiem Opatrzności – symbolem Bożej opieki – była ozdobiona początkowo napisem po polsku: „Matko Miłosierdzia. Pod Twoją obronę uciekamy się”. Po upadku powstania styczniowego w 1865 r. gubernator wileński Michaił Murawjew kazał usunąć polski napis i zastąpić go łacińskim: Mater Misericordiae. Sub tuum presidium confugimus ”. W 1933 r. przywrócono napis po polsku, po II wojnie powrócono znowu do języka Kościoła powszechnego – łaciny.

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz został namalowany temperą z uzupełnieniami olejnymi przez nieznanego malarza na 8 deskach o grubości 2 cm. Wielkość obrazu to 2 metry na 162 cm. Głowę Maryi okoloną promienistym nimbem i kręgiem gwiazd zdobią dwie korony: barokowa (koniec XVII w.) i rokokowa (połowa XVIII w.) unoszona przez aniołki.

    Maryja jest przedstawiona jako Najświętsza Dziewica w momencie Zwiastowania, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, chyląca pokornie głowę. Taką interpretację uzasadniają też rzeźby stojące z boku między kolumnami, przedstawiające rodziców Maryi: św. Joachima i św. Anną. Według innej interpretacji obraz przedstawia brzemienną Maryję, o czym miałyby świadczyć szeroko rozłożone poły płaszcza i dwie korony: jedna dla Niej, a druga dla Dzieciątka. Z kolei poeta Władysław Syrokomla uważał, że dwie korony wskazują na Maryję jako Królową Polski i Wielką Księżną Litewską.

    U podnóża Madonny znajduje się posrebrzany półksiężyc z napisem: „Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię Matko Miłosierdzia zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J. 1849 roku”.

    W okresie międzywojennym obraz ukoronowano nowymi koronami poświęconymi przez papieża Piusa XI. Uroczystej koronacji 2 lipca 1927 r. dokonał abp metropolita warszawski Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda i 28 biskupów; obecni byli prezydent I. Mościcki i marszałek J. Piłsudski. W kaplicy, wśród tysięcy wotów znajduje się srebrna tabliczka od Marszałka z napisem „Dziękuję Ci Matko za Wilno”. Papież Pius XI, starając się uchronić oba narody od wzajemnej wrogości, nie zgodził się, by przy koronacji obrazu ostrobramskiego nadano mu tytuł „Królowej Polski”. Los poświęconych przez papieża koron jest nieznany. Prawdopodobniej na początku II wojny światowej zostały ukryte, jednak do dzisiaj ich nie odnaleziono.

    Na sukience Maryi wykute zostały motywy z kwiatów, wśród których znawcy rozpoznali co najmniej dziesięć gatunków roślin. Obfitość roślinności nawiązuje do średniowiecznej symboliki i przedstawia Maryję jako hortus conclusus – „ogród zamknięty”, wspomniany w Pieśni nad Pieśniami (4,12).

    Wota wdzięczności

    Już w XVIII w. wotów było tyle, że karmelici bosi w 1799 r. mogli przeznaczyć 51 z nich na posrebrzenie i pozłocenie blachy zdobiącej frontową część ołtarza (antepedium). W 1810 r. na wykonanie naczyń liturgicznych przeznaczono aż 100 starych, osiemnastowiecznych wotów. Papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki w 1993 r. na Litwę ofiarował jako wotum złotą różę i piuskę (przechowywane w skarbcu). Współcześnie wota zawieszane są także przed wejściem do kaplicy w specjalnych gablotach.

    Wilno, w którym czci doznają dwa obrazy: Matki Bożej Miłosierdzia i Jezusa Miłosiernego, nazywane jest często „miastem Miłosierdzia”.

    Deon.plźródło: KAI / tk

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wilno – Ostrobramska Matka Miłosierdzia

    „Wieczorem, kiedy tylko jedna lampka płonie przed obrazem, a w mieście cicho i z dala słychać turkot oddalonych powozów, … jest jakiś urok tajemniczy, który na widok kaplicy przejmuje, nawet najmniej usposobionych na przyjęcie religijnych wrażeń. Tu można najlepiej wówczas się modlić: i zdaje się, że ten obraz wznoszący się ponad miastem, z złożonymi rękami błagający za nas Boga, poda modlitwę wyżej i uprosi jej skutek.”

    Józef Ignacy Kraszewski

    Sanktuarium

    W stolicy Litwy – Wilnie, od pięciu wieków Matka Boża odbiera cześć w jedynym bodaj na świecie „sanktuarium na ulicy”. Jego ściany tworzą, z jednej strony boczna ściana kościoła św. Teresy od Jezusa, z drugiej rząd domów i kamienic. Sklepieniem jest niebieski firmament z wędrującymi białymi obłokami w dzień i miriadami gwiazd migocących nocą. W kaplicy „zawieszonej” nad miejską bramą błyszczy srebrzystozłotym blaskiem pokaźnych rozmiarów wizerunek zamyślonej Maryi z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Brama, wraz z całym ciągiem murów obronnych i pozostałymi bramami sięga czasów króla Aleksandra Jagiellończyka, który w 1503 r. kazał nimi opasać miasto. Każda brama otrzymała swoją nazwę i jakiegoś patrona. Na bramie Miednickiej, która z czasem przybrała nazwę Ostrej Bramy – po litewsku Ausros Vartai Brama Zaranna, Brama Jutrzenki – umieszczono obraz Matki Bożej, który pod wpływem warunków atmosferycznych uległ zniszczeniu. Obecny wizerunek pochodzi z XVII w., i jest według znawców tematu dziełem artysty krakowskiego Łukasza Porębskiego, a nawiązuje w swojej formie do włoskich Madonn renesansowych. W 1626 r. tuż przy Ostrej Bramie osiedlili się karmelici bosi, otaczając obraz szczególną czcią. Wybudowali klasztor i kościół p.w. św. Teresy z Avila. Następnie zbudowali kaplicę nad Ostrą Bramą i tam umieścili obraz, nad którym władze miasta zleciły im opiekę. „Kiedy kaplicę ukończono, zgotowano bardzo uroczystą procesję, aby wspomniany Wizerunek umieścić na Bramie. Sami Wojewodowie, Kasztelanowie, Wodzowie i różni Senatorowie najpierw na własnych rękach donieśli Go bramy, następnie wyciągnięty na górę na linach, został umieszczony na miejscu…” (Kronika klasztoru karmelitów bosych w Wilnie). Od tej pory kult zaczął się rozprzestrzeniać na całe Wielkie Księstwo Litewskie i Rzeczypospolitą. Wtedy też nałożono na obraz sukienki srebrno-złote za sprawą wilnian i bpa Aleksandra Sapiehy.

    Ulica prowadząca przez Ostrą Bramę była ruchliwą arterią. Umieszczenie tam czczonego obrazu nadawało ulicy szczególny charakter – ulica stawała się miejscem modlitwy, dla przechodniów, którzy zatrzymywali się tu na modlitewne westchnienie do Matki zadzierając głowy do góry, niejednokrotnie też przyklękając. Modlili się tu Adam Mickiewicz – o czym świadczy inwokacja do „Pana Tadeusza” (...Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie…) i wspomnienie przyjaciela Antoniego Odyńca, opisującego wyjazd filaretów na wygnanie: „Adam słuchał Mszy św. na galerii, klęcząc z twarzą ukrytą w dłoniach. Twarz potem była blada, ale najzupełniej spokojna. Wracając, tonem pedagoga mówił do nas idących razem o obowiązku człowieka poddania się wyrokom Opatrzności, która nigdy nie opuszcza nikogo, kto w niej z wiarą ufność położy”, modlili J.J. Kraszewski, J. Słowacki, Wł. Syrokomla i św. Rafał Kalinowski, kiedy wyruszał na syberyjską tułaczkę. Opieka Maryi niejednokrotnie uchroniła wierny lud i miasto od wielu klęsk, nieszczęść, pożarów i dziejowych zawieruch. Toteż już w 1735 r. zaczęto w listopadzie obchodzić święto Opieki N.M.P. – Matki Miłosierdzia, Pani Ostrobramskiej.

    W latach 1829-30 odnowiono kaplicę, odbudowano zniszczoną galerię ze schodkami, a na kaplicy umieszczono napis z mosiężnych liter: MATKO MIŁOSIERDZIA, POD TWOJĄ OBRONĘ UCIEKAMY SIĘ. Na skutek represji popowstaniowych w 1884 r. carat skasował karmelitów bosych, a opiekę nad rozwijającym się prężnie sanktuarium przejęło duchowieństwo diecezjalne. Po odzyskaniu niepodległości rozpoczęto starania o koronację cudownego obrazu. Zajął się tym osobiście arcybiskup wileński Romuald Jałbrzykowski. Uroczystość ta odbyła się 2 lipca 1927 r., a koronatorem podwójnych (!) koron dla Maryi był Aleksander kard. Kakowski (korony są ze złoconego srebra, jedna barokowa dla Królowej Niebios, druga rokokowa dla Królowej Polski). Wśród licznych oficjeli i gości byli: prezydent Ignacy Mościcki i marszałek Józef Piłsudski. Za Bożym zrządzeniem w tym miejscu omodlonym przez wiernych wzywających pomocy Matki Miłosierdzia, po raz pierwszy wystawiono do publicznej czci obraz Pana Jezusa Miłosiernego namalowany pod dyktando św. s. Faustyny Kowalskiej przez wileńskiego artystę Eugeniusza Kazimirowskiego w roku 1935. Karmelici bosi wrócili w 1936 r. do sanktuarium swej Matki, ale tylko na krótko, bo wojna i czasy komunizmu znowu zgotowały rozłąkę. Po II wojnie światowej wielu Polaków musiało się rozstać ze swoją Panią i Królową. Jednak kult Matki Bożej Ostrobramskiej przetrwał w ich sercach. Zmuszeni do opuszczenia Wilna zabierali ze sobą Jej wizerunki i tak zaczęły powstawać inne ośrodki kultu Matki Miłosierdzia w Polsce (Białystok, Skarżysko-Kamienna, Wrocław) i na całym świecie.

    Wizerunek ten szczególną czcią otaczał Jan Paweł II. Pragnienie jego życia spełniło się 4 września 1993 r. Będąc w Ostrej Bramie mógł przewodniczyć modlitwie różańcowej. Powiedział wtedy: „Sanktuarium Ostrej Bramy od wielu stuleci jest celem licznych pielgrzymów, którzy przybywają tu każdego dnia, aby powierzyć Matce Miłosierdzia radości i troski swego życia. Świątynia ta stała się zatem uprzywilejowanym miejscem spotkania z Matką Chrystusa i matką Kościoła. Chrześcijanie z Litwy, Polski, Białorusi, Ukrainy, Rosji i innych krajów przybywają tutaj, by przed obliczem Matki Bożej dzielić się nawzajem, niczym bracia i siostry, tą samą wiarą, wspólną nadzieją i jedną miłością… Dziękuję Ci Matko Ostrobramska, że jesteś Matką Miłosierdzia.

    Obraz

    Artysta Łukasz Porębski w stworzonym przez siebie dziele zawarł równocześnie wiele znanych z Ewangelii rysów Maryi. Namalowany na dwóch deskach dębowych wizerunek Maryi ma wymiary 165×200 cm. Madonna bez Dzieciątka, z lekko pochyloną głową i rękami skrzyżowanymi na piersiach, to przede wszystkim Maryja ze Zwiastowania; z uwagą słuchająca słów Posłańca z Nieba; z pokorą skłaniająca głowę przed Bożym orędziem; czułym gestem dłoni przyjmująca Słowo, które pod Jej sercem staje się ciałem. Jest jakby wierną ilustracją do Hymnu z Jutrzni Bożego Narodzenia:

    W nietknięte łono Świętej Panny zstąpiła z Nieba pełnia łaski
    A Ona odtąd dźwiga w sobie nie znaną jeszcze tajemnicę.
    Dziewicze serce już się stało Świątynią Boga Najwyższego
    I Ta co męża nie poznała poczęła słowem przyzwolenia.

    Jest również zwycięską Niewiastą z apokaliptycznej wizji św. Jana: „obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (J 12, 1b) oraz Ozdobą kwitnącego Karmelu i Królową z psalmów, która „obleczona w złotogłów stoi po prawicy Króla”.

    Od wielu lat na nowo odradza się ruch pielgrzymkowy do Ostrej Bramy, i słychać wołanie: Maryjo Ostrobramska! Matko Miłosierdzia królująca w Ostrej Bramie, nie przestań od teraz aż do ostatniej godziny życia mego z dobrocią serca Twego spoglądać na mnie z wysokości Tronu Twego w niebie. Nawiedź mnie w godzinę śmierci w towarzystwie świętego Anioła Stróża oraz świętego Patrona mego, abym otrzymał (-a) łaskę przebłagania Boskiego Oblicza Syna Twego, którego tak często ciężkimi grzechami moimi obrażałem(-am). Święta Maryjo, Matko Boża! Matko Miłosierdzia, módl się za mną teraz i w godzinę śmierci mojej. Amen. A miłosierna Matka Boga spoglądająca w dół na proszących Ją o wstawiennictwo, stale nosi w sercu wszystkie ludzkie niedole i wielkodusznie pragnie im zaradzić.

    o. Paweł Ferko OCD/Karmel.pl

    _________________________________________________________________________________

    Dlaczego Matka Boża Ostrobramska przedstawiona jest bez Jezusa?

    OSTRA BRAMA

    fot. Cezary Wojtkowski | Shutterstock

    ***

    Może dziś powierzenie Matce Ostrobramskiej spraw rozgrywających się na terenach, które jej przed wiekami oddano pod opiekę, byłoby aktem nie tylko dziecięcego zaufania, ale i roztropności?

    Obraz, przed którym modlą się Litwini, Białorusini, Ukraińcy i Polacy, lśni srebrem w wileńskim ołtarzu. Szlachetna suknia Maryi – w antepedium wykonanym w 1799 r. przez wileńskiego złotnika Ignacego Skinderskiego – ukrywa słynący łaskami wizerunek Matki Jezusa, malowidło nieznanego autora. Ostra Brama jest od wieków symbolem spotykania się narodów – mimo granic, różnic i okupacyjnych zapędów Rosjan.

    Obraz Matki Bożej w bramie miasta

    W źródłach historycznych pierwsza wzmianka o Ostrej Bramie pochodzi z 1514 r. Była jedną z pięciu bram miasta z basztą obronną, na której zawisł obraz Matki Bożej. Jako jedyna przetrwała historyczne zawieruchy. Z rozbudowaną fasadą, w której wzniesiono kaplicę – najpierw drewnianą, potem murowaną – i przeniesiono słynący łaskami obraz, stoi do dziś.

    Kroniki podają, że to król Aleksander Jagiellończyk rozkazał otoczyć Wilno murem, gdyż miastu zagrażały ciągłe najazdy tatarskie i rosnąca w siłę Moskwa. Obraz Matki Bożej zawieszony w bramie miał chronić miasto przed wrogami. Przez długi czas był miejscem modlitwy pod gołym niebem.

    Maryja Ostrobramska bez Jezusa

    Dzięki konserwatorom sztuki i znawcom malowideł sakralnych wiemy, że obraz Matki Bożej Miłosierdzia pochodzi z XVI w. Został namalowany techniką temperową, na dębowych deskach o wymiarach 200×165 cm, pokrytych najpierw klejowo-kredowym podkładem, a potem farbą olejną.

    Na obrazie Maryja pochyla głowę lekko w prawo. Jej głowę otacza złocista aureola z promieni i gwiazd. Na dole obrazu znajduje się duży, srebrny półksiężyc. Jest to wotum umieszczone w 1849 r., i dziś najbardziej charakterystyczny element obrazu.

    Na półksiężycu widnieje też napis: „Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię Matko Miłosierdzia zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J 1849 roku”.

    Ręce, którymi Maryja zwykle obejmuje małego Jezusa, ma złożone do modlitwy. Znawcy mówią, że modli się za nas, a jej puste ręce, bez Jezusa, symbolizują oddanie naszym sprawom i intencjom, które do niej zanosimy.

    Tu, w Ostrej Bramie, jest cała dla nas. Sprawy opieki nad Maleństwem odłożyła na chwilę na bok, skupia się nad problemami dzieci, które powierzył jej Bóg.

    Matka, która wszystko rozumie

    Jednym z pierwszych cudów za wstawiennictwem Maryi z Ostrej Bramy było uzdrowienie dziecka, które wypadło z drugiego piętra. Po wypadku oddane pod opiekę Maryi zostało całkowicie uzdrowione i nie miało powikłań zdarzenia. Przez wieki cudów było bardzo wiele. Do wstawiennictwa w swojej sprawie przyznaje się sam Adam Mickiewicz w Inwokacji zamieszczonej na początku Pana Tadeusza.

    Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
    (Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
    Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
    I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
    Iść za wrócone życie podziękować Bogu).

    Liczne cuda sprawiły, że wokół obrazu zaczęto wieszać wota dziękczynne. Srebrne i złote serca, tabliczki, ręce i nogi z drogich kruszców, wspomniany już półksiężyc. Przez wieki ściany kaplicy ostrobramskiej ozdobiło ponad 14 tys. wotów. Przez wzgląd na to, że ich liczba wciąż rośnie, precjoza zostają systematycznie przenoszone do skarbca, który jest otwierany dla zwiedzających tylko z racji wyjątkowych okazji.

    Matka Ostrobramska, Jan Paweł II i współczesne rany

    „W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy” – mówił 6 września 1993 r. Jan Paweł II. „Niedługo po tym, jak niezbadanym wyrokiem Bożym zostałem wybrany na Stolicę Piotrową, udałem się do litewskiej kaplicy Matki Miłosierdzia w podziemiach Bazyliki Watykańskiej. I tam, u stóp Najświętszej Dziewicy, modliłem się za was wszystkich…” – dodał.

    4 września 1993 r., w czasie modlitwy różańcowej odmawianej w Ostrej Bramie przypominał, po polsku, litewsku i po białorusku: „Chrześcijanie z Litwy, Polski, Białorusi, Ukrainy i innych krajów przybywają tutaj, by przed obliczem Matki Bożej dzielić się nawzajem, niczym bracia i siostry, tą samą wiarą, wspólną nadzieją, jedną miłością”.

    Może i dziś, powierzenie Matce Ostrobramskiej spraw rozgrywających się na terenach, które jej przed wiekami oddano pod opiekę, byłoby aktem nie tylko dziecięcego zaufania, ale i roztropności? Może warto, aby „chrześcijanie z Litwy, Polski, Białorusi, Ukrainy” jednym głosem wołali do Matki Bożej Miłosierdzia?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Ostrobramska bez srebrnej szaty

    fot. Roman Niedźwiecki

    ***

    Pielgrzymi odwiedzający Kaplicę Ostrobramską do 18 lutego 2020 roku mogli zobaczyć obraz Matki Miłosierdzia bez srebrnej, złoconej sukienki, która zwykle go osłania i koron, informuje portal zw.lt.

    Według informacji umieszczonej pod obrazem, tzw. sukienka jest obecnie odnawiana, a na swoje miejsce powróci już 18 lutego. Najbliższy tydzień jest więc niepowtarzalną okazją by zobaczyć w całości otaczany czcią wizerunek.

    fot. Roman Niedźwiecki

    ***

    Przypomnijmy, że od listopada 2019 r. trwa renowacja Kaplicy Ostrobramskiej. Po jej zakończeniu Cudowny obraz Matki Bożej Miłosierdzia będzie umieszczony za specjalnym szkłem ochronnym, które będzie chroniło obraz przed aktami wandalizmu. Szkło będzie antyrefleksyjne, chroniące przed promieniowaniem UV, i antystatyczne – łatwe do czyszczenia, nieprzyciągające kurzu, odporne na zarysowania, bezbarwne. Podczas renowacji zostanie odtworzona część byłej zakrystii w kaplicy (czwarta arkada). Wewnątrz tej murowanej arkady zostanie zainstalowana winda dla osób niepełnosprawnych.

    Dostać się do windy będzie można przez obecne wejście z ul. Ostrobramskiej, od strony wewnętrznej. Wewnątrz kaplicy zostanie dokonana rekonstrukcja pozostałej części podłogi z czarnego marmuru. W czasie remontu zostaną odnowione parapety, fragmenty okiennic drewnianych, dębowa powierzchnia lakierowana, metalowe okiennice zostaną oczyszczone i przygotowane do malowania. Zostaną także odświeżone ramy okien, będą pokryte powłoką antykorozyjną, a następnie pomalowane. Potłuczone szkło będzie wymienione, uszczelnienie zaś ulepszone. Mechanizmy zamykania i otwierania okien zostaną naprawione. Po pracach konserwacyjnych ani kolor fasady, ani wnętrza kaplicy, ani dekoracja ścian wewnętrznych nie ulegną zmianie.

    O pochodzeniu obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej krążą różne historie. Przez niektórych uznawany był za bardzo starą, bizantyjską ikonę, którą w 1363 r. na Litwę miał sprowadzić wielki książę Olgierd. Legenda stała się nawet w XIX w. pretekstem dla Rosjan do prób odebrania katolikom cudownego obrazu. Na szczęście w obawie przed zamieszkami odstąpili od tego zamiaru. Autor ikony nie jest znany. Może nim być krakowski artysta Łukasz, który podobny wizerunek namalował w 1624 r. dla kościoła Bożego Ciała w Krakowie. Prawdopodobnie inspiracją jego dzieł by obraz flamandzkiego malarza Martina de Vosa, namalowany ok. 1580 w dwóch wersjach graficznych, różniących się układem rąk.

    Według legendy, Matka Boska ma rysy Barbary Radziwiłłówny. Królowa nie mogła mieć dziecka i aby nie ranić jej uczuć nie przedstawiono Maryi wraz Dzieciątkiem. Gest złożonych na piersi rąk staje się wymownym znakiem Zwiastowania. Zdaje się mówić: „Oto ja Służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”.

    Obraz o wymiarach 200 na 160 cm został namalowany na ośmiu deskach dębowych. Farbę nałożono na cienką warstwę gruntu kredowego, co jest typowe dla północnoeuropejskiej tradycji malarskiej. Specjaliści twierdzą, że charakter wykonania wskazuje, iż powstał on w Wilnie.

    „Obraz zawiera w sobie wiele znaczeń. W wizerunku Maryi można zobaczyć Dziewicę, słuchającą zwiastowania anielskiego, także Matkę Miłosierdzia, tulącą do serca grzeszników. Wykute w metalu słońce, gwiazdy i półksiężyc są atrybutami Niepokalanie Poczętej, oznaczającymi bezmiar łask Bożych. Wzbogacony symboliką wykutych elementów obraz przypomina typ wyobrażeń Maryi nazywany z łaciny „Tota pulchra” („Cała piękna” z Pieśni nad Pieśniami 4,7). Najświętsza Dziewica Maryja jest tu przedstawiona jako początek nowego stworzenia, usprawiedliwionego jedynie dzięki łasce oraz jako najwyższy ideał chrześcijański. Z motywem Niepokalanie Poczętej wiążą się postacie Jej rodziców – św. Joachima i św. Anny”.

    Początkowo wizerunek Najświętszej Maryi Panny wisiał w Wilnie w niewielkiej niszy po wewnętrznej stronie Ostrej Bramy, zaś po zewnętrznej stronie znajdował się obraz Zbawiciela. Oba malowidła były własnością miasta. Obraz nie znajdował się w kaplicy, nie był również w żaden szczególny sposób ozdobiony, by podkreślić jego rangę

    Około 1671 r. wizerunek Matki Miłosiernej został zasłonięty srebrną, pozłoconą sukienką. Srebrzysty półksiężyc z wygrawerowanym napisem: „Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich i proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie w łasce”, znajdującym się w dolnej części obrazu, jest wotum z 1849 r. Głowę Matki Bożej zdobią dwie korony (nałożona jedna na drugą). Są one ze złoconego srebra. Jedna barokowa dla Królowej Niebios, druga rokokowa dla Królowej Polski. Pierwsza pochodzi z końca XVII w., w XIX w. ozdobiona została klejnotami ofiarowanymi jako wota. Druga korona, z połowy XVIII w., podtrzymywana jest przez dwa aniołki i udekorowana sztucznymi kamieniami.

    2 lipca 1927 r. odbyła się uroczysta koronacja słynącego cudami wizerunku Matki Bożej Ostrobramskiej. Dokonał jej arcybiskup metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego, prymasa Augusta Hlonda, marszałka Józefa Piłsudskiego, ministrów, biskupów i wiernych. Do koronacji użyto nowych, sporządzonych ze złota, koron. Niestety, zaginęły one w czasie II wojny światowej.

    Czuły uśmiech Królowej Aniołów pozostał od wieków te sam… I trwa Jej „niech mi się stanie”…

    Kresy24.pl za zw.lt/franciszkanie.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Pani z Ostrej Bramy

     Adobe Stock

    ***

    Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem! Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem…
    (Adam Mickiewicz)

    Któż z nas nie zna słów z Inwokacji do „Pana Tadeusza”! Któż z nas nie zna historii o cudownym uzdrowieniu Adama Mickiewicza przez Maryję! 16 listopada przypada święto Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej, zwanej prosto, od serca – Matką Miłosierdzia.

    Dlaczego „Ostra” brama?

    Historycy specjalizujący się w średniowiecznych zwyczajach wspominają o umieszczaniu we wnękach wież bramnych, nad bramą, świętych obrazów. Wilno miało pięć (później dziewięć) bram miejskich. Wśród nich była Brama Miednicka (od drogi prowadzącej do Miednik), nazywana Ostrą, od nazwy południowego przedmieścia „Ostry Koniec”. Stąd przyjęło się, że cudami słynący obraz Maryi jest z Ostrej Bramy, a nie z Bramy Miednickiej.
    Na bramie pierwotnie znajdował się napis w języku polskim: „Matko Miłosierdzia, pod Twoją obronę uciekamy się”, jednak w 1867 r., z polecenia Rosjan, zamieniono go na napis w języku łacińskim. Po odzyskaniu Wilna przez Polskę pierwotny napis przywrócono, jednak po 1946 r. ponownie go usunięto, zastępując łacińskim.

    Miłosierdzie w Ostrej Bramie

    Ostra Brama wiąże się w istotny sposób z kultem Miłosierdzia Bożego nie tylko dzięki wizerunkowi Matki Miłosierdzia. Znany obraz Jezusa Miłosiernego został namalowany w Wilnie przez Eugeniusza Kazimirowskiego i wystawiony publicznie właśnie w Ostrej Bramie w dniach 26-28 kwietnia1935 r. To tutaj św. Faustyna miała wizję triumfu Miłosierdzia Bożego.
    Nie znamy twórcy obrazu Panny Świętej. Matka Miłosierdzia pochyla głowę w prawo, Jej smukłą szyję zdobi szal. Twarz Maryi jest poważna, półprzymknięte oczy dodają Jej powagi, ręce trzyma skrzyżowane na piersiach. Nieodłącznie przedstawiana jest z półksiężycem – w dolnej części obrazu. Srebrzysty półksiężyc z wygrawerowanym napisem: „Dzięki Tobie składam, Matko Boska, za wysłuchanie próśb moich i proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie w łasce” jest wotum z 1849 r. Wota rozmaitych kształtów pokrywają ściany całej niewielkiej kaplicy.
    Nie każdy wie, że jest to jeden z nielicznych obrazów Matki Bożej z dwiema koronami (nałożonymi jedna na drugą). Korony są ze złoconego srebra: jedna barokowa dla Królowej Niebios, druga rokokowa dla Królowej Polski.
    Do kaplicy prowadzą schody, które pielgrzymi często pokonują na kolanach. Marszałek Polski Józef Piłsudski był wielkim czcicielem Pani z Ostrej Bramy, wizerunek Maryi Ostrobramskiej miał nad swoim łóżkiem. Po zajęciu Wilna marszałek na kolanach przeszedł długie schody wiodące do cudownej kaplicy. Papież Pius XI był świadkiem, jak Piłsudski modlił się żarliwie przed cudownym Obrazem i dał do poświęcenia dwa obrazki przedstawiające Matkę Miłosierdzia, aby je zawiesić nad łóżkami jego córek. Kiedy marszałek umarł, do trumny włożono mu sygnet z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej.

    Cuda

    Co roku w listopadzie w Ostrej Bramie wierni i pielgrzymi odmawiają tzw. Godzinki Ostrobramskie ku czci Najświętszej Maryi Panny. Ich treścią są m.in. cuda i łaski, jakich Matka Miłosierdzia nie szczędziła w ciągu wieków swoim czcicielom.
    W 1715 r. pożar strawił drewnianą kaplicę. Cudowny obraz wyniósł z pożaru młody zakonnik. Było to cudowne zdarzenie, gdyż zwykle obraz niosło czterech mężczyzn.
    13 marca 1744 r. Józef Porzecki, czerpiąc wodę ze studni, nagle przechylił się i wpadł do niej, ale wpadając, zawołał: „Najświętsza Panno Ostrobramska, ratuj!”. Został cudem „zatrzymany” w połowie studni i wyszedł z niej bez niczyjej pomocy.

    Kamienie mówić będą

    Warto wspomnieć, że Stanisław Moniuszko darzył osobistym kultem Matuchnę Wileńską i napisał aż cztery „litanie Ostrobramskie”. Kompozytor przyjechał do Wilna dzięki damie swego serca Aleksandrze Mullerównie. Ślub z ukochaną i wymiana obrączek miały miejsce przed cudownym obrazem Matki Bożej.
    W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską. W Augustowie przy przystani jest ciekawy pomnik ze śrubą okrętu. Tkwi w nim kamień, który został tak wydrążony przez wodę, że przypomina wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej.

    Uzdrowienia Maryjne

    Trudno sobie dziś wyobrazić literaturę polską bez Adama Mickiewicza. Matka z Ostrej Bramy nie uzdrowiła go jednak z grypy czy innej choroby wieku dziecięcego, jak się powszechnie sądzi. Wynajęta niania, trzymając chłopca na ręku, wychyliła się z okna wysokiego budynku, a ten wypadł jej z rąk na bruk. Wskutek upadku z wysoka chłopczyk stracił przytomność i mimo zabiegów lekarza nie odzyskiwał świadomości. Wszyscy stracili nadzieję na powrót do zdrowia malca, jednak zrozpaczona matka ofiarowała życie syna Najświętszej Maryi Pannie. Wówczas nastąpił cud: Adaś nie tylko odzyskał przytomność, ale również zdrowie.
    Również sługa Boży Jan Paweł II przypisywał Maryi uratowanie z zamachu 13 maja 1981 r. Papież powiedział 13 maja 1994 r.: „Kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety Adama Mickiewicza: «Panno święta…». Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał…”.

    Monika Hyla/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________

    Historia obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej

     Adobe Stock

    ***

    Dziś w Kościele obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Ostrobramskiej. Od 13 listopada trwa w Wilnie ośmiodniowy odpust Opieki Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia. Do tronu Tej, „co w Ostrej świeci bramie” przybywają pielgrzymi na codzienne Msze święte sprawowane w intencjach poszczególnych stanów i grup zawodowych, organizowane są też Eucharystie w różnych językach. Odpust zakończy się w niedzielę 21 listopada.

    Historia obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej powstał w latach 1620-30. Został zawieszony w bramie zwanej Miednicką (prowadzącej w kierunku na Miedniki, Oszmianę i dalej do Mińska) lub Ostrą, od części południowego przedmieścia o nazwie Ostry Koniec.

    Początkowo wizerunek Matki Boskiej wisiał w małej niszy po wewnętrznej stronie bramy, natomiast po zewnętrznej umieszczono wizerunek Zbawiciela Świata (Salvator mundi), był więc integralną częścią dyptyku, mającego teologiczny sens: Maryja jest Bramą niebios, przez którą prowadzi droga do Chrystusa i zbawienia. Obraz Zbawiciela jest obecnie przechowywany w Muzeum Dziedzictwa Sakralnego w Wilnie.

    Kult Matki Bożej rozpoczął się wraz z przybyciem do Wilna w połowie XVII w. karmelitów bosych, którzy przy Ostrej Bramie zbudowali swój klasztor i konsekrowali kościół (1654) pod wezwaniem św. Teresy z Avila, hiszpańskiej mistyczki. Obraz wiszący w bramie przyciągał uwagę zakonników, zaczęli odprawiać przy nim nabożeństwa, zachęcając wiernych do uczestnictwa.

    W 1671 r. staraniem karmelity ojca Karola od Ducha Świętego zbudowano na bramie dla obrazu specjalną drewnianą kaplicę. Z tym rokiem wiąże się pierwszy cud odnotowany w kronikach klasztornych: „Trafiło się R.P. 1671 r. , którego był Obraz do pierwszej wprowadzony Kaplicy, że mało lat dwie mające dziecie, z drugiego piątra niejakim przypadkiem, na samego dołu kamienny pawiment tak wielkim upadło szwankiem, że je nieżywe z ziemi podjęto”. Za cudowne przywrócenie życia dziecku rodzice ofiarowali votum. Od tego czasu kult zaczął się intensywnie rozwijać.

    Ciągłe wojny a także pożary miasta sprawiały, że wierni zaczęli gromadzić się u stóp Pani Ostrobramskiej prosząc o ratunek. W czasie jednego z pożarów spłonęła także drewniana kaplica, ale obraz cudownie ocalał. W 1713 r. postawiono kaplicę murowaną. Początkowo wierni mogli się modlić tylko stojąc na ulicy, gdyż wejście do kaplicy było od strony ogrodów klasztornych. Dopiero pod koniec XVIII wieku wybudowano wewnętrzne schody dla pątników.

    Od 1773 r. kiedy papież Klemens XIV nadał kaplicy miano publicznej zaczęto organizować dziękczynne nabożeństwa zwane „Opiekami”, które stały się główną uroczystością ostrobramską obchodzoną z oktawą do dnia dzisiejszego. W 1853 r. tak opisał święto „Opiek” Władysław Syrokomla: „Przez osiem dni kościół i ulica przepełnione są ludem, wieczorna litania bez względu na przykrą pogodę roku liczy co dzień po kilka tysięcy modlących się. (…) Nieszpory odbywają się w kościele. Po ich zakończeniu, kapłan celebrujący, zwykle biskup wileński, pontyfikalnie ubrany wchodzi do Ostrobramskiej kaplicy. Artyści co przedniejsi, jakich Wilno posiada, wykonują litanię przy towarzyszeniu orkiestry miejscowej.” Warto zaznaczyć, że związany z miastem kompozytor – Stanisław Moniuszko skomponował w latach 1843-1855 cztery „Litanie Ostrobramskie” na chór i orkiestrę.

    W XIX w. gospodarze sanktuarium – karmelici – musieli opuścić klasztor (1844 r.) w ramach represji po powstaniu listopadowym. Kościół i kaplica trafiły pod opiekę duchownych diecezjalnych. Dopiero prawie wiek później, w 1931 r., w odrodzonej Polsce karmelici powrócili do Wilna. Odnowiono kaplicę, wykonując dębową boazerię i dodając artystyczny fryz z wezwaniami Litanii loretańskiej.

    Kult Maryi w wizerunku ostrobramskim najbardziej rozpowszechnił Adam Mickiewicz pisząc w Inwokacji: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz bramie”. Obraz rozświetlony wieczorami rzeczywiście „świeci” z daleka w bramie zamykającej ul. Ostrobramską (lit. Aušros Vartų). Przed tym obrazem modlił się Mickiewicz przed opuszczeniem Wilna na zawsze. W ciągu wieków pielgrzymowali do tronu Maryi książęta i królowie, znani pisarze, poeci, politycy i biskupi. „Księga kapłanów odprawiających Msze święte w kaplicy Ostrobramskiej” odnotowuje, że 22 listopada 1933 r. (zapewne podczas oktawy odpustowej) Eucharystię w kaplicy odprawił bł. Stefan Wyszyński, wtedy profesor Seminarium Duchownego we Włocławku. Ikona ostrobramska jest otaczana czcią także przez wyznawców prawosławia.

    W 1935 r. przed uroczystością zakończenia Jubileuszu Odkupienia Świata (w pierwszą niedzielę po Wielkanocy) wystawiono tu po raz pierwszy publicznie obraz Jezusa Miłosiernego „Jezu, ufam Tobie”, namalowany według wskazówek św. siostry Faustyny przez malarza Eugeniusza Kazimirowskiego.

    Po wybuchu wojny, 26 marca 1942 roku Niemcy uwięzili karmelitów w więzieniu na Łukiszkach, a następnie skierowano ich do obozu pracy w Szałtupiu. Po wyzwoleniu Wilna przez Armię Czerwoną zakonnicy musieli wyjechać do Polski. W czasach powojennego komunizmu, gdy wiele kościołów na Litwie zamykano i przeznaczano na magazyny, urzędy czy muzea, kaplica Ostrobramska była cały czas czynna.

    Kaplica Ostrobramska

    Dwuczęściowa fasada kaplicy z trójkątnym frontonem ozdobionym Okiem Opatrzności – symbolem Bożej opieki – była ozdobiona początkowo napisem po polsku: „Matko Miłosierdzia. Pod Twoją obronę uciekamy się”. Po upadku powstania styczniowego w 1865 r. gubernator wileński Michaił Murawjew kazał usunąć polski napis i zastąpić go łacińskim: Mater Misericordiae. Sub tuum presidium confugimus ”. W 1933 r. przywrócono napis po polsku, po II wojnie powrócono znowu do języka Kościoła powszechnego – łaciny.

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz został namalowany temperą z uzupełniniami olejnymi przez nieznanego malarza na 8 deskach o grubości 2 cm. Wielkość obrazu to 2 metry na 162 cm. Głowę Maryi okoloną promienistym nimbem i kręgiem gwiazd zdobią dwie korony: barokowa (koniec XVII w.) i rokokowa (poł. XVIII w.) unoszona przez aniołki.

    Maryja jest przedstawiona jako Najświętsza Dziewica w momencie Zwiastowania, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, chyląca pokornie głowę. Taką interpretację uzasadniają też rzeźby stojące z boku między kolumnami, przedstawiające rodziców Maryi: św. Joachima i św. Anną. Według innej interpretacji obraz przedstawia brzemienną Maryję, o czym miałyby świadczyć szeroko rozłożone poły płaszcza i dwie korony: jedna dla Niej, a druga dla Dzieciątka. Z kolei poeta Władysław Syrokomla uważał, że dwie korony wskazują na Maryję jako Królową Polski i Wielką Księżną Litewską.

    U podnóża Madonny znajduje się posrebrzany półksiężyc z napisem: „Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię Matko Miłosierdzia zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J. 1849 roku”.

    W okresie międzywojennym obraz ukoronowano nowymi koronami poświęconymi przez papieża Piusa XI. Uroczystej koronacji 2 lipca 1927 r. dokonał abp metropolita warszawski Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda i 28 biskupów; obecni byli prezydent I. Mościcki i marszałek J. Piłsudski. W kaplicy, wśród tysięcy wotów znajduje się srebrna tabliczka od Marszałka z napisem „Dziękuję Ci Matko za Wilno”. Papież Pius XI, starając się uchronić oba narody od wzajemnej wrogości, nie zgodził się, by przy koronacji obrazu ostrobramskiego nadano mu tytuł „Królowej Polski”. Los poświęconych przez papieża koron jest nieznany. Prawdopodobniej na początku II wojny światowej zostały ukryte, jednak do dzisiaj ich nie odnaleziono.

    Na sukience Maryi wykute zostały motywy z kwiatów, wśród których znawcy rozpoznali co najmniej dziesięć gatunków roślin. Obfitość roślinności nawiązuje do średniowiecznej symboliki i przedstawia Maryję jako hortus conclusus – „ogród zamknięty”, wspomniany w Pieśni nad Pieśniami (4,12).

    Wota wdzięczności

    Już w XVIII w. wotów było tyle, że karmelici bosi w 1799 r. mogli przeznaczyć 51 z nich na posrebrzenie i pozłocenie blachy zdobiącej frontową część ołtarza (antepedium). W 1810 r. na wykonanie naczyń liturgicznych przeznaczono aż 100 starych, osiemnastowiecznych wotów. Papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki w 1993 r. na Litwę ofiarował jako wotum złotą różę i piuskę (przechowywane w skarbcu). Współcześnie wota zawieszane są także przed wejściem do kaplicy w specjalnych gablotach.

    Wilno, w którym czci doznają dwa obrazy: Matki Bożej Miłosierdzia i Jezusa Miłosiernego, nazywane jest często „miastem Miłosierdzia”.

    Wilno/Kai/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy w Wilnie sięga drugiej połowy XVII wieku

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej/fot. Karolina Pęlaka

    ***

    Kościół 16 listopada wspomina Najświętszą Maryję Pannę Ostrobramską. Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów Wilna. W 1993 r. w kaplicy modlił się św. Jan Paweł II i ofiarował Maryi złotą różę. W 2018 r. przybył tam papież Franciszek podczas swojej pielgrzymki na Litwę.

    W tym roku mija 250 lat, odkąd papież Klemens XVI zezwolił na publiczne odprawianie nabożeństw w kaplicy Matki Bożej w Ostrej Bramie w Wilnie i 195 lat od umieszczenia na jej frontonie napisu: “Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się”.

    “Chrześcijanie z Litwy, Polski, Białorusi, Ukrainy i z innych krajów przybywają tutaj, by przed obliczem Matki Bożej dzielić się nawzajem, niczym bracia i siostry, tą samą wiarą, wspólną nadzieją, jedną miłością” – powiedział papież Jan Paweł II – 4 września 1993 r. w czasie modlitwy w kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej w Wilnie.

    “Lata mijają, reżimy mijają, lecz nad wileńską Ostrą Bramą stale czuwa nad swoim ludem Maryja, Matka Miłosierdzia, jako znak niezawodnej nadziei i pociechy” – powiedział papież Franciszek w przemówieniu wygłoszonym z okna kaplicy 22 września 2018 r.

    Przypomniał, że w 1799 r. mury zostały zniszczone w całości i pozostała tylko Brama. Zwrócił uwagę, że “już wówczas był w niej umieszczony obraz Dziewicy Miłosierdzia, Świętej Matki Boga, która zawsze jest gotowa nas ratować, przyjść nam z pomocą”.

    Pierwsze informacje o bramie, w której obecnie jest kaplica Matki Miłosierdzia, pochodzą z 1514 r. Nazywano ją wówczas miednicką. Nazwa łacińska “Porta Acialis”, czyli po polsku “Ostra Brama”, po raz pierwszy została użyta w źródłach z 1594 r.

    Na początku wizerunek Matki Boskiej wisiał w małej niszy po wewnętrznej stronie bramy, symetrycznie z umieszczonym na zewnątrz obrazem Zbawiciela Świata. W 1668 r. władze miasta powierzyły go opiece karmelitów, a w roku 1671, staraniem ojca Karola od Ducha Świętego, zbudowano dla obrazu drewnianą kaplicę. Po tym jak w 1702 r. Wilno zajęli Szwedzi, zakazano publicznej czci obrazu.

    W miejsce drewnianej kapliczki, która spłonęła w 1711 r., w latach 1712-1715 postawiono murowaną. W latach 1789-1799 zbudowano według projektu Pietra di Rossi galerię i wewnętrzne schody dla pątników, a w 1829 r. nadano kaplicy cechy późnego klasycyzmu. W 1844 r. trafiła ona pod opiekę duchownych diecezjalnych.

    Umieszczony w kaplicy wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej powstał ok. 1620-1630 r. i był wzorowany na pracach holenderskiego artysty Martina de Vosa. Obraz został namalowany na ośmiu deskach dębowych. Farbę nałożono na cienką warstwę gruntu kredowego, co jest typowe dla północnoeuropejskiej tradycji malarskiej.

    Wizerunek przedstawia Najświętszą Pannę z lekko pochyloną głową, w aureoli dwunastu gwiazd i wielu promieni. Maryja ma przymknięte oczy, skrzyżowane na piersiach delikatne dłonie, smukłą postać okoloną półksiężycem. Jest to nawiązanie do biblijnego zwiastowania anielskiego, a wykute w metalu słońce, gwiazdy i półksiężyc oznaczają łaski Boże.

    Obraz został pokryty srebrnymi pozłacanymi blachami. Pierwsze trzy pochodzą z lat 1670-1690 i kryją głowę oraz ramiona Maryi. Następne datowane są na lata 1695-1700 i zakrywają gors Matki Bożej. Ostatnie powstały nie później niż na początku lat trzydziestych XVIII w. i pokrywają dół wizerunku.

    Maryja ukoronowana jest dwiema koronami. Dolna – miedziana i pozłacana, powstała ok. roku 1700. Górna wykonana została ok. roku 1750 z pozłacanego srebra i ozdobiona oczkami z kolorowego szkła.

    Papież Pius XI ukoronował wizerunek nowymi złotymi koronami. Uroczystość odbyła 2 lipca 1927 r. z udziałem metropolity warszawskiego kard. Aleksandra Kakowskiego, prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego.

    Papieskie korony były wiernymi kopiami starych koron, wykonanymi ze złota ofiarowanego na ten cel przez wiernych. Pius XI, starając się uchronić oba narody przed wzajemną wrogości, nie zgodził się, by przy koronacji obrazu ostrobramskiego nadano mu tytuł Królowej Polski. Nadano mu więc tytuł Matki Miłosierdzia.

    Najstarsze wotum, ofiarowane w 1671 r., zniszczył pożar w Wilnie. Była to tabliczka, na której przedstawiono uratowanie zmarłego dziecka. Według spisu z lat 1884-1927 w ciągu czterdziestu czterech lat złożono 2539 wotów. Najwięcej ich ofiarowano w czasach niepokojów i wojen (1903-1906 i 1911-1914).

    Pierwsze uroczystości ku czci Matki Boskiej Ostrobramskiej odbyły się po pożarze Wilna 18 maja 1706 r. Od 1735 r. zaczęto obchodzić w listopadzie święto Opieki Matki Najświętszej. Przenoszono wtedy wizerunek do pobliskiego kościoła św. Teresy, a dla uświetnienia uroczystości zapraszano biskupów, sławnych kaznodziejów i alumnów z seminariów duchownych. Oświetlano i dekorowano kościół, bramę i całą uliczkę.

    W 1773 r. papież Klemens XVI zezwolił na publiczne odprawianie w kaplicy nabożeństw. W 1828 r. na jej frontonie umieszczono napis: “Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się”. Wskutek nakazu władz zaborczych nadano mu formę łacińską “Mater Misericordiae – sub Tuum praesidium confugimus!”.

    Papież Jan Paweł II w encyklice “Dives in misericordia” (“Bogaty w miłosierdziu”) z 30 listopada 1980 r. zwrócił uwagę, że “Maryja jest Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy — jak nikt inny — doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ofiara ta jest ściśle związana z krzyżem Jej Syna, u którego stóp wypadło Jej stanąć na Kalwarii”.

    Zaznaczył, że Maryja “najpełniej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia”, ponieważ “wie, ile ono kosztowało i wie, jak wielkie ono jest. W tym znaczeniu nazywamy Ją również Matką miłosierdzia — Matką Bożą miłosierdzia lub Matką Bożego miłosierdzia”.

    Mozaika przedstawiająca Ostrobramską Matkę Miłosierdzia jest również w podziemiach bazyliki św. Piotra w Watykanie w kaplicy Litewskiej. (PAP)

    Magdalena Gronek/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________________________

    Święta Małgorzata Szkocka

    Święta Małgorzata Szkocka
    Małgorzata urodziła się w 1046 roku na Węgrzech jako córka angielskiego księcia Edwarda Wygnańca (a wnuczka króla Anglii Edmunda Żelaznobokiego) i księżniczki węgierskiej Agaty (Algili) Bułgarskiej (której ojcem był prawdopodobnie król węgierski św. Stefan I, a bratem św. Emeryk). Pierwszych kilkanaście lat spędziła poza swoją ojczyzną – na Węgrzech; jej rodzina znajdowała się wówczas na wygnaniu ze względu na duńskie rządy w Anglii. W roku 1057 Małgorzata z ojcem powróciła do Anglii, kiedy królem tego kraju został jej kuzyn, św. Edward Wyznawca. Na jego dworze pozostała do roku 1066, do jego śmierci. Po bitwie pod Hustings w 1066 r., w wyniku której władca Normanów Wilhelm Zdobywca zasiadł na tronie Anglii, Małgorzata musiała wraz z matką i rodzeństwem ponownie uciekać z kraju. Statek, którym płynęli, rozbił się u wybrzeży Szkocji (zwanej wówczas Albą), której władca zaofiarował uciekinierom gościnę. Miejsce, gdzie statek dobił do brzegu, do dziś nosi nazwę St Margaret’s Hope, czyli “Nadzieja świętej Małgorzaty” (w pobliżu jest jeszcze jedna pamiątka – skała zwana “kamieniem świętej Małgorzaty”, gdzie miała odpoczywać po trudach drogi).
    W 1070 r. Małgorzata poślubiła króla Szkotów, Malcolma III, zwanego później Canmore (co znaczy dosłownie Duża Głowa). Dała mu 6 synów i 2 córki. Od tej pory jej życie toczyło się na dwóch zamkach: w Edynburgu i Dunfermline. Bardzo sumiennie wypełniała obowiązki żony i matki. Osobiście zajmowała się wychowywaniem dzieci, mimo zwyczaju oddawania dzieci królewskich na wychowanie osobom postronnym.
    Malcolm był niepiśmiennym poganinem. Żona modliła się o jego nawrócenie, uczyła go modlitwy, pokazywała, jak czynić miłosierdzie ubogim. Pomagał jej w tym znany uczony, bł. Lanfranck. Dzięki zaangażowaniu Małgorzaty przeprowadzono kilka reform kościelnych i zwołano synod, na którym uporządkowano przepisy związane z Wielkim Postem, Komunią świętą wielkanocną i prawem małżeńskim. Małgorzata była także troskliwą promotorką oświaty i kultury oraz fundatorką kościołów i opactw, m.in. sprowadziła benedyktynów do kościoła w Dunfermline, gdzie brała ślub. Jej także zawdzięczamy odbudowę słynnego opactwa na wyspie – Iona Abbey, które w 563 roku założyć miał święty Kolumban, a w którym do grobów składano kolejnych szkockich monarchów, a także władców Francji, Norwegii czy Islandii. Królowa Małgorzata dbała o rozwój całego narodu. Sama zaś wiodła życie bardzo skromne i umartwione. Troszczyła się o ubogich, pokrzywdzonych i więźniów (podobno z własnych środków płaciła zobowiązania dłużników, aby ich uratować od uwięzienia). Nigdy nie zasiadała do posiłku, jeśli wcześniej nie nakarmiła dziewięciu sierot, które wychowywała na zamku, i 24 dorosłych żebraków. Zapamiętano też, że często uczestniczyła we Mszy odprawianej o północy, a wracając z niej zawsze dokonywała obmycia stóp sześciu ubogich.
    13 listopada 1093 r. w zasadzce nad rzeką Alne podczas wojny z Wilhelmem Rudym poległ Malcolm razem z synem Edwardem. Małgorzata była wtedy ciężko chora. Podobno wyczuła moment śmieci najbliższych i powiedziała otoczeniu, że właśnie stało się coś strasznego. Potwierdzenie otrzymała tuż przed śmiercią. Do dziś przetrwał opis ostatnich chwil ziemskiego życia Małgorzaty: “Trzy dni później królowa, przeczuwając swoją śmierć, wysłuchała Mszy świętej, przyjęła Komunię, po czym poleciła przynieść relikwię Krzyża Świętego, znajdującą się w krucyfiksie wykonanym ze złota i kości słoniowej, i przyciskając ją do piersi, zaczęła recytować Psalm 51 zaczynający się od słów: «Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość». W tym momencie wpadł do komnaty jej syn Edgar, aby powiadomić matkę o śmierci najbliższych, po czym władczyni, jeszcze mocniej przyciskając relikwię do siebie, wypowiedziała słowa: «Dzięki Ci, Panie, że zesłałeś na mnie ten cios w godzinie mej śmierci», i oddała ducha”.Małgorzata zmarła 16 listopada 1093 roku na zamku w Edynburgu. Pochowano ją w założonym przez nią opactwie benedyktyńskim w Dumfermline. Jej syn, król Dawid I, rozbudował później kościół opactwa. Grób Świętej stał się miejscem licznych pielgrzymek. Innocenty IV w 1250 r. zezwolił na kult jej relikwii, co było równoznaczne z jej kanonizacją. W 1560 r. protestanci splądrowali opactwo i zniszczyli relikwie św. Małgorzaty. Uratował się jedynie szczęśliwie bogaty relikwiarz z jej głową. Przewieziono go dla bezpieczeństwa do Belgii, gdzie uległ zniszczeniu w czasie rewolucji francuskiej w roku 1793. Drobną część relikwii ofiarowano królowi Hiszpanii, Filipowi II, który umieścił je na zamku w Eskorial. W roku 1673 Klemens X ogłosił św. Małgorzatę patronką Szkocji; w 1692 r. kult św. Małgorzaty rozciągnięto na cały Kościół. Małgorzata jest patronką Szkocji, wielodzietnych rodzin, jak również w ogóle rodzin katolickich, królowych, a także uniwersytetu w Edynburgu ufundowanego w 1875 roku.
    W ikonografii przedstawiana jest jako królowa z ewangeliarzem w ręku i czarnym krzyżem, czasami również z mężem Malcolmem, który stoi przed Świętą z mieczem przy boku. Niektóre wizerunki przedstawiają ją również jako monarchinię rozdającą jałmużnę ubogim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Węgierska Szkotka i szekspirowski król –

    św. Małgorzata Szkocka

    Św. Małgorzata Szkocka

    św. Małgorzata Szkocka/Edward Burne-Jones (PD)

    ***

    Urodziła się około 1045 roku na Węgrzech. Była córką angielskiego księcia Edwarda Wygnańca i Agaty Bułgarskiej, a co za tym idzie, wnuczką świętego Stefana Węgierskiego.

    W 1057 roku Edward powrócił na Wyspy Brytyjskie, gdzie krótko potem doszło do krwawych sporów dynastycznych. Agata Bułgarska wraz z dziećmi – Małgorzatą, Krystyną i Edgarem – próbowała nawet po klęsce Anglików z Normanami pod Hastings powrócić na Węgry, jednak statek, którym podróżowali, został zniesiony podczas sztormu ku wybrzeżom Szkocji.

    Szkocka miejscowość, w której pechowi – wydawać by się mogło – uciekinierzy zeszli na ląd, nosi dziś nazwę St Margaret’s Hope, czyli „nadzieja świętej Małgorzaty”. Pod swą opiekę wziął ich owdowiały król Szkocji, Malcolm III, którego w 1070 roku Małgorzata poślubiła. Ślubu królewskiej parze udzielił celtycki biskup Fothad. Ceremonia zaślubin czterdziestoletniego monarchy z liczącą około 25 lat Małgorzatą odbyła się w opactwie w Dunfermline.

    Młoda królowa – pomimo panującego wówczas obyczaju oddawania dzieci na wychowanie mamkom – sama zajęła się swym licznym potomstwem (miała z Malcolmem ośmioro dzieci). Zasłynęła także jako osoba troszcząca się o najuboższych, w czym pomagał jej błogosławiony Lanfranck z Pavii. Dzięki niej zaczęli do królestwa przybywać bogaci kupcy z kontynentu europejskiego, dzięki czemu rozkwitły handel i gospodarka. Zapamiętano ją także jako fundatorkę wielu klasztorów i kościołów.

    To właśnie jej zawdzięczamy odbudowę słynnego opactwa na wyspie Iona Abbey, które w 563 roku założyć miał święty Kolumban, a w którym do grobów składano kolejnych szkockich monarchów, a także władców Francji, Norwegii, czy Islandii. Spoczęły tam miedzy innymi szczątki Duncana I – króla Szkocji zamordowanego przez Makbeta, tego samego, którego losy opisał w swym słynnym dramacie William Szekspir.

    Małgorzata Szkocka była także wielką zwolenniczką i propagatorką duchowości benedyktyńskiej. Dzięki jej zabiegom dokonano wielu reform kościelnych. Zmarła 16 listopada 1093 roku, 3 dni po tym, gdy jej mąż i najstarszy syn zginęli podczas oblężenia twierdzy Alnwick. Pochowano ją w opactwie benedyktyńskim w Dunfermline.

    Kanonizował ją w 1250 roku papież Innocenty IV. Małgorzata uchodzi między innymi za patronkę Szkocji. W 1875 roku na jej cześć nazwano nowo ufundowaną uczelnię wyższą – Queen Margaret University w Edynburgu.

     Piotr Drzyzga/wiara.pl

    __________________________________________________________________________________

    Kilka faktów z życia św. Małgorzaty Szkockiej

    Kilka faktów z życia św. Małgorzaty Szkockiej

    święta Małgorzata/KJETIL BJØRNSRUD NEW YORK – OWN WORK / CC 2.5

    ***

    16 listopada przypada jej wspomnienie. Warto poznać tę niezwykłą kobietę.

    1.”Apostołka Szkocji”

    Choć do Szkocji chrześcijaństwo przybyło w VI wieku, to w XI w. mało kto praktykował katolicką wiarę. Gdy statek z Małgorzatą rozbił się u wybrzeży Szkocji, (miejsce to do dziś nosi nazwę St Margaret’s Hope, czyli “Nadzieja świętej Małgorzaty”), szybko podbiła serce króla, który zaofiarował pomoc rozbitkom. Nie tylko nawróciła swojego męża Malcolma III, ale zaprowadziła chrześcijańskie obyczaje na dworze. Swojego męża nauczyła także modlitwy.

    Poza tym dzięki jej zaangażowaniu przeprowadzono kilka reform kościelnych i zwołano synod. Uporządkowano wtedy przepisy związane z Wielkim Postem, Komunią świętą wielkanocną i prawem małżeńskim.

    Promowała oświatę, fundowała opactwa, sprowadziła m.in. benedyktynów. Ze względu na jej gorliwość misyjną wielu nazywało ją „Apostołką Szkocji”.

    2. Patronka rodzin wielodzietnych, opiekunka sierot

    Małgorzata była matką ośmiorga dzieci – 6 synów i 2 córek, których wychowaniem się zajęła osobiście, co było rewolucją na tamte czasy.

    Oprócz opieki nad swoimi rodzonymi dziećmi, opiekowała się również sierotami. Zajmowała się nimi w trakcie okresów pokutnych. Przynoszono je do niej o wczesnej porze, a ona je myła, ubierała, karmiła, kładła je na kolanach z taką czułością, jakby były jej własnymi dziećmi i karmiła je łyżką, której sama używała. Żyła bardzo skromnie.

    3. Dzień zaczynała od modlitwy, często uczestniczyła we Mszy świętej o północy

    Małgorzata budziła się zanim inni wstali. Szła do kaplicy i spędzała tam kilka godzin na modlitwie.

    Czasami na modlitwę udawała się do jaskini. Było to piękne miejsce, pełne naturalnego piękna, z dala od wszystkiego. 

    Często uczestniczyła we Mszy odprawianej o północy, a gdy z niej wracała zawsze dokonywała obmycia stóp sześciu ubogich.

    W jej biografii “Św. Małgorzata, królowa Szkocji” możemy przeczytać: “W kościele nikt nie był tak cichy i opanowany, jak ona, nikt tak pogrążony w modlitwie.”

    4. Uwalniała jeńców, troszczyła się o ubogich

    Jej mąż często brał udział w wojnach, z których przywoził jeńców. Zawsze starała się ich wykupić lub zmniejszyć czas ich niewoli. 

    Troszczyła się także o ubogich, pokrzywdzonych i więźniów.  Nigdy nie zasiadała do posiłku, jeśli wcześniej nie nakarmiła dziewięciu sierot  i 24 dorosłych żebraków. 

    5. Ostatnie chwile

    13 listopada 1093 r. w zasadzce nad rzeką Alne podczas wojny z Wilhelmem Rudym poległ jej mąż Malcolm wraz z synem Edwardem. Małgorzata w tym czasie była ciężko chora. Podobno wyczuła moment śmierci najbliższych. Trzy dni później wiedząc, że sama umiera, wysłuchała Mszy świętej, przyjęła Komunię świętą i poleciła przynieść relikwię Krzyża Świętego. Przycisnęła ją do piersi, zaczęła recytować Psalm 51. Do komnaty wpadł jej syn Edgar, aby powiadomić matkę o śmierci najbliższych. Jej ostatnie słowa brzmiały: “Dzięki Ci, Panie, że zesłałeś na mnie ten cios w godzinie mej śmierci”. Małgorzata zmarła 16 listopada 1093 roku na zamku w Edynburgu. Pochowano ją w założonym przez nią opactwie benedyktyńskim w Dumfermline.

    MG/Aleteia/Brewiarz.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 listopada

    Błogosławiona Magdalena Morano, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Leopold III
      •  Święty Dydak z Alcali, zakonnik
    ***
    Błogosławiona Magdalena Morano

    Magdalena przyszła na świat 15 listopada 1847 roku w Chieri jako szóste dziecko. Miała jeszcze dwoje młodszego rodzeństwa. Wkrótce jej ojciec zgłosił się na ochotnika w czasie walk o zjednoczenie Italii. Służył w wojsku sześć lat. Mama sama musiała radzić sobie z ósemką dzieci. Rok po powrocie, w 1855 roku, ojciec Magdaleny zmarł z powodu gruźlicy. Rodzina nigdy nie była zamożna, ale teraz sytuacja stała się bardzo trudna. Magdalena przerwała naukę w szkole podstawowej i pomagała zarobić na utrzymanie, tkając płótna. Dziecko przestało się śmiać, bawić, posmutniało. Dostrzegł to kuzyn matki, który starał się pomagać rodzinie, na ile potrafił – kupował książki i przybory szkolne. Dzięki niemu Magda mogła wrócić do szkoły.
    W wieku 10 lat przeżyła najważniejsze chwile dzieciństwa: Pierwszą Komunię świętą, śmierć siedmioletniego brata Józefa i rozpoczęcie nauczania jako mistrzyni w szkole. Powierzono jej opiekę nad najmłodszymi dziećmi. Dziewczynka bawiła się z nimi, pomagała w lekcjach. Pięć lat później, w Buttigliera, gdzie przeprowadziła się jej rodzina, miejscowy proboszcz otworzył przedszkole, w którym Magdalena została wychowawczynią. W latach 1864-1866 zdobyła odpowiednie dyplomy uprawniające do nauczania w szkole powszechnej.
    Na zaproszenie władz miasta Montaldo Torinese objęła w nim stanowisko nauczycielki, choć miała dopiero 19 lat. Została niezbyt dobrze przyjęta przez mieszkańców, ponieważ zajęła miejsce miejscowej nauczycielki. Wkrótce jednak swoją dobrocią, życzliwością i zaangażowaniem zyskała serca wszystkich wychowanków, a potem także rodziców i całego miasteczka. Spędziła wśród nich 12 lat. Pochłaniała ją nie tylko praca; już wtedy odznaczała się głębokim życiem wewnętrznym: codziennie uczestniczyła we Mszy św., włączyła się w życie parafii. Przez 11 lat zebrała tyle oszczędności, że mogła zrobić matce niespodziankę – kupiła niewielki domek z ogródkiem i kawałkiem pola. Zwierzyła się jej przy okazji, że pragnie zostać zakonnicą. Nie przyjęły jej Córki Miłości ani dominikanki, ponieważ miała już skończone 30 lat. To jej jednak nie załamało.
    W 1878 roku Magdalena przebywała w Turynie i wykorzystując nadarzającą się okazję, poszła na spotkanie z ks. Janem Bosko. Święty natychmiast dostrzegł jej duchowe talenty i charyzmat pedagogiczny. Przyjął ją z otwartymi rękami. Magdalena wstąpiła do sióstr w Mornese 15 sierpnia 1878 r. Bardzo polubiła ją św. matka Mazzarello, a nowa siostra ze zdumieniem stwierdziła, że salezjański system wychowania jest podobny do tego, jaki praktykowała od 16 lat. Zabrała się od razu do pracy. Uczyła w Nizza, gdzie w latach 1878-1879 przeniesiono Dom Macierzysty. W dniu 4 września 1879 r. złożyła pierwsze śluby zakonne; rok później złożyła śluby wieczyste.

    Błogosławiona Magdalena Morano

    Zaraz potem przełożona powołała ją do rady domu. Niebawem, w nocy 14 maja 1881 roku, zmarła matka Mazzarello. Magdalena jeszcze w tym samym roku wyjechała na Sycylię, gdzie w Trecastagni miejscowa ludność nie odnosiła się z sympatią do “obcych” sióstr. Błogosławiona cierpliwie oddała się pracy. Wkrótce siostry otworzyły oratorium świąteczne, kolegium, konwikt, kilka szkół. Przez cztery lata siostra Morano pracowała bez wytchnienia. Była dyrektorką domu, mistrzynią nowicjuszek, nauczycielką, katechetką, pomagała w zakrystii, portierni, pralni, kuchni i piekarni. Była wszędzie, ale zawsze znajdowała czas na modlitwę.
    Praca sióstr wydała wspaniałe owoce. Miejscowi biskupi zabiegali, by siostry podjęły pracę także w ich diecezjach. Jakby w odpowiedzi na te prośby zgłaszało się coraz więcej kandydatek. Po czterech latach siostra Magdalena została przeniesiona do Turynu, gdzie zorganizowano główny zarząd zgromadzenia. Została przełożoną generalną. Tymczasem zmarła z nadmiaru pracy przełożona wspólnoty na Sycylii. Magdalena powróciła więc na wyspę i tam pracowała przez ostatnich 18 lat życia. Powstały wtedy domy w bardzo wielu miejscowościach.
    W ogromie pracy, jaki wykonała przez całe swoje życie, Magdalena zawsze znajdowała czas, by codziennie rano wstać przed wszystkimi, odprawić Drogę Krzyżową, a potem po wspólnych modlitwach zacząć pracę, która dla wielu ludzi byłaby ponad siły. W 1900 roku, po miesiącach podróży w upale, jej zdrowie się załamało. Męczyły ją nieustanne kolki i mdłości. Zdiagnozowano chorobę nowotworową. Siostra Magdalena przyjęła wolę Bożą z radością. Cudownym zrządzeniem woli Bożej w połowie listopada Magdalena wstała z łóżka, żartując przy tym, że “czarne owce” nie umierają. W kolejnych latach bóle nie ustawały, ale uśmiech nie znikał z jej twarzy. Godziny przepełnione bólem spędzała na modlitwie.
    Gdy w marcu 1908 roku matka Daghero z Turynu zapytała ją, czy byłaby gotowa opuścić Sycylię i podjąć obowiązki nowej inspektorki, Magdalena odpowiedziała z humorem: “A Matka nie ma litości dla moich 61 lat? Zdaję się na wolę Bożą, ale proszę, by Bóg dał mi łaskę dobrego przygotowania się na śmierć”. Zmarła rankiem 26 marca 1908 r. w Katanii.
    Św. Jan Paweł II beatyfikował ją podczas swojej podróży do Katanii 5 listopada 1994 r. Powiedział wówczas: “Posługując się prostym, lecz wymownym porównaniem, Magdalena tak określała drogę do świętości: «Wstępuje się na wysoką górę doskonałości dzięki stałemu umartwieniu. Także duże domy są wykonane z małych kamieni ułożonych na sobie». Jej wskazówki oświecają, pocieszają, dodają odwagi: «Myślcie tak, jak myślałby Jezus». Tak właśnie m. Magdalena mówiła i tak żyła, samej sobie powtarzając: «Proś o łaskę, by każdego dnia nieść w pokoju twój krzyż»”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święty Albert Wielki, biskup i doktor Kościoła

    Tomasso da Modena: Święty Albert Wielki

    Albert urodził się prawdopodobnie między 1193 a 1200 r. w Lauingen w Niemczech. Jego ojciec był rycerzem i pełnił obowiązki naczelnika miasteczka. Dzięki swemu pochodzeniu Albert mógł studiować w Padwie i w Bolonii. W Padwie w 1221 r. spotkał bł. Jordana z Saksonii i z jego rąk otrzymał habit dominikański. Skierowany do konwentu dominikanów w Kolonii, tu zapewne złożył profesję zakonną, ukończył studia teologiczne i otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1234-1242 był lektorem w klasztorach: Hildesheim, Fryburgu, w Ratyzbonie i w Strasburgu. Potem udał się do Paryża, gdzie kończył i uzupełniał swoje studia wyższe. Tam też został profesorem – jako pierwszy Niemiec (1245). Wykładał tam do 1248 r. W 1248 r. zorganizował w Kolonii dominikańskie studium generalne, gdzie wykładał do 1260 r., z przerwą w latach 1254-1257. Prawdopodobnie w Kolonii spotkał św. Tomasza z Akwinu, dla którego stał się nauczycielem i mistrzem. Albert jako pierwszy rozpoznał w młodym Tomaszu przyszłego wielkiego uczonego. Tradycja dominikańska przypisuje mu proroczą wypowiedź o Akwinacie: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”.
    W roku 1254 kapituła prowincjalna wybrała Alberta prowincjałem około 40 klasztorów niemieckich. Jako prowincjał Albert uczestniczył w kapitułach generalnych zakonu: w Mediolanie (1255) i w Paryżu (1256), gdzie zetknął się ze św. Ludwikiem IX, królem Francji, od którego otrzymał cząstkę relikwii Krzyża świętego. W roku 1255 udał się do Anagni, gdzie wobec papieża Aleksandra IV bronił Zakonu, przeciwko któremu Uniwersytet Paryski, a za nim inne uczelnie, wytoczyły walkę, której rzeczywistą przyczyną była konkurencja kleru diecezjalnego z zakonnym. Zdumiony wiedzą Alberta papież zaprosił go z wykładami do Anagni, Rzymu i Viterbo. W roku 1257 Święty zdał urząd prowincjała i powrócił do wykładania w Kolonii. W roku 1260 mianowany został przez papieża Aleksandra IV biskupem Ratyzbony. Zadziwił wszystkich jako doskonały administrator rozległej diecezji; wydawało się bowiem, że uczony tej miary nie nadaje się do pracy duszpasterskiej. Albert uzdrowił finanse i gospodarkę majątków kościelnych, zreorganizował parafie, ożywił ducha gorliwości wśród swoich kapłanów. W dwa lata później, po śmierci Aleksandra IV, uzyskał od Urbana IV zgodę na rezygnację z funkcji rządcy diecezji, uznając się niegodnym tego urzędu.
    W latach następnych spełniał niektóre poruczenia papieskie – zwłaszcza mediacyjne. Urban IV mianował go kaznodzieją papieskim na rzecz krucjaty. Powierzył mu także zbiórkę środków na jej zorganizowanie w Niemczech i w Czechach. Do pomocy przydał mu słynnego kaznodzieję, franciszkanina, Bertolda z Ratyzbony. Papież zlecał mu też misje specjalne, np. dla rozsądzenia i załagodzenia sporu pomiędzy metropolitą kolońskim a miastem Kolonią. Kazał mu również dopilnować, by wybory biskupa Brandenburga odbyły się w sposób kanoniczny.

    Święty Albert Wielki

    W roku 1264 zmarł Urban IV. Korzystając z okazji, Albert poprosił następcę, Klemensa IV, o zwolnienie z obowiązków. Wrócił do Kolonii i Strasburga, gdzie powstał nowy, silny dominikański ośrodek naukowy. Po 6 latach papież znowu wysłał go dla załagodzenia antagonizmów w Meklemburgii. W 1277 r. generał zakonu, bł. Jan z Vercelli, powierzył mu misję, by bronił Zakonu i św. Tomasza z Akwinu. Znów bowiem podniosły się głosy, że należy usunąć z uniwersytetów franciszkanów i dominikanów, bo stanowili zbyt silną konkurencję dla kleru świeckiego. Papież następnie polecił Albertowi ponownie zająć się sporem, jaki się odnowił pomiędzy metropolitą Kolonii, Engelbertem Falkenbergiem, a miastem. Odebrał także przysięgę w imieniu papieża od nowego cesarza, Rudolfa. Wreszcie instalował nowego opata w Fuldzie. Wziął także udział w soborze powszechnym w Lyonie w roku 1274. Te wszystkie misje publiczne świadczą o tym, jak bardzo Albert był ceniony, jak wielki miał autorytet i dar jednania ludzi.
    Św. Albert był jednym z największych umysłów chrześcijańskiego średniowiecza. Przedmiotem jego naukowych zainteresowań były niemal wszystkie dziedziny ówczesnej wiedzy. Nie było dziedziny, której by nie znał, o której by nie pisał, począwszy od wzniosłych prawd teologii i filozofii, poprzez nauki przyrodnicze. Słusznie papież Pius XI nadał mu tytuł doktora uniwersalnego, a potomność od dawna nazywała go Wielkim. Można powiedzieć, że nie byłoby św. Tomasza, gdyby mu nie utorował drogi – na tym właśnie polu – św. Albert. On pierwszy usiłował stworzyć syntezę wszystkich nauk. Sam napisał: “Intencją naszą jest, by wszystkie części (fizykę, matematykę, metafizykę) połączyć w jedną całość, dla łacinników zrozumiałą”. Albert znał wszystkich dostępnych wówczas pisarzy: żydowskich, greckich, rzymskich, jak też teologów kościelnych. Jego dzieła wydano aż w 40 tomach. Jednocześnie posiadał umiejętność łączenia wiedzy z dobrocią, dlatego był nazywany “doktorem powszechnym” i “sumą dobroci”.

    Święty Albert Wielki

    Zmarł 15 listopada 1280 r. w Kolonii. Wbrew przyjętemu w Zakonie zwyczajowi pochowano go w chórze kościoła zakonnego i wystawiono mu duży pomnik. W roku 1383 za zezwoleniem papieża Sykstusa IV przełożony generalny dokonał podziału relikwii św. Alberta: ramię podarowano konwentowi dominikańskiemu w Bolonii, a relikwie mniejsze rozesłano po innych kościołach Zakonu. Dom rodzinny w Lauingen zamieniono na kaplicę. Papież Innocenty VIII zezwolił dominikanom Kolonii i Ratyzbony na odmawianie oficjum o błogosławionym, co w roku 1670 papież Klemens X rozszerzył na cały Zakon i na szereg diecezji we Francji i w Niemczech. Beatyfikował go Grzegorz XV w 1438 r. W 1459 r. został zaliczony przez Piusa II do grona doktorów Kościoła. Kanonizował go Pius XI 6 grudnia 1931 r. Jego następca, Pius XII, ogłosił go w 1942 r. patronem studiujących nauki przyrodnicze. Albert jest ponadto patronem górników.
    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w habicie dominikańskim, czasami w mitrze lub jako profesor. Jego atrybutami są: księga, krzyż, lilia jako symbol wiernej duszy, mitra, ptasie pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Św. Albert Wielki

    Św. Albert Wielki

     św. Albert Wielki/Adobe.Stock

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 24.03.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Jednym z najwybitniejszych mistrzów teologii średniowiecznej jest św. Albert Wielki. W historii nazywany jest «wielkim» (magnus), co wskazuje na rozmach i głębię jego nauki, którą łączył on ze świętością życia. Już jego współcześni bez wahania obdarzali go znaczącymi tytułami. Jeden z jego uczniów, Ulryk ze Strasburga, nazwał go «dziwem i cudem naszej epoki».

    Urodził się w Niemczech na początku XIII w. i w bardzo młodym wieku udał się do Włoch, do Padwy, gdzie znajdował się jeden z najsławniejszych uniwersytetów Średniowiecza. Oddał się studium tak zwanych «sztuk wyzwolonych»: gramatyki, retoryki, dialektyki, geometrii, astronomii oraz muzyki, czyli przedmiotów ogólnokształcących, przy czym wykazał szczególne zainteresowanie naukami przyrodniczymi, które wkrótce stały się jego ulubioną dziedziną i specjalnością. Podczas pobytu w Padwie uczęszczał do kościoła dominikanów, a następnie wstąpił do ich zakonu i złożył w nim śluby. Źródła hagiograficzne pozwalają sądzić, że do tej decyzji Albert dojrzewał stopniowo. Głęboka więź z Bogiem, przykład świętości braci dominikanów, kazania bł. Jordana z Saksonii, generała Zakonu Kaznodziejskiego, następcy św. Dominika, były decydującymi czynnikami, które pomogły mu przezwyciężyć wszelkie wątpliwości, a także pokonać opór rodziny. W latach młodości często Bóg przemawia do nas i podsuwa projekt życia. Podobnie jak dla Alberta, również dla nas wszystkich indywidualna modlitwa, karmiona Słowem Bożym, przystępowanie do sakramentów i kierownictwo duchowe światłych ludzi są środkami, które pomagają usłyszeć głos Boży i za nim pójść. Albert otrzymał habit zakonny od bł. Jordana z Saksonii.

    Po święceniach kapłańskich, z woli przełożonych, wykładał w różnych ośrodkach studiów teologicznych przy klasztorach ojców dominikanów. Dzięki błyskotliwości i wielkiemu umysłowi mógł pogłębić studia teologiczne w Paryżu, na najsławniejszym uniwersytecie tamtej epoki. Wówczas św. Albert rozpoczął nadzwyczajną działalność pisarską, którą rozwijał przez całe życie.

    Powierzano mu prestiżowe zadania. W 1248 r. zlecono mu otwarcie studium teologicznego w Kolonii, jednym z najważniejszych ośrodków w Niemczech, gdzie mieszkał wiele lat w różnych okresach, i która stała się jego miastem. Z Paryża przybył do Kolonii z nadzwyczajnym uczniem, którym był Tomasz z Akwinu. Sam fakt, że był nauczycielem św. Tomasza, stanowiłby wystarczający powód, by żywić głęboki podziw dla św. Alberta. Między tymi dwoma wielkimi teologami zrodziła się więź wzajemnego szacunku i przyjaźni, a tego typu ludzkie relacje sprzyjają bardzo rozwojowi nauki. W 1254 r. Albert został wybrany na prowincjała Provinciae Teutoniae — teutońskiej prowincji ojców dominikanów — do której należały wspólnoty znajdujące się na obszernym terytorium Europy Środkowej i Północnej. Wyróżnił się gorliwością w pełnieniu tej posługi — wizytował wspólnoty i niestrudzenie przypominał współbraciom wierność, nauczanie i przykład św. Dominika.

    Jego przymioty dostrzegł papież tamtej epoki, Aleksander IV, który zatrzymał Alberta na pewien czas w Anagni — gdzie papieże często się udawali — w Rzymie oraz w Viterbo, by zasięgać jego rad w kwestiach teologicznych. Tenże papież mianował go biskupem Ratyzbony, wielkiej i sławnej diecezji, która przeżywała trudny okres. Albert pełnił tę posługę od 1260 do 1262 r. z niezwykłym oddaniem, zdołał zaprowadzić w mieście pokój i zgodę, zreorganizować parafie i klasztory i zachęcić do rozwoju działalności charytatywnej.

    W latach 1263-1264 na prośbę papieża Urbana IV Albert głosił Słowo Boże w Niemczech i Czechach, a następnie wrócił do Kolonii i na nowo zajął się nauczaniem, studiami i pisarstwem. Był człowiekiem modlitwy, nauki i miłosierdzia i dlatego jego wystąpienia w różnych sprawach Kościoła i ówczesnego społeczeństwa uważane były za bardzo autorytatywne: był przede wszystkim człowiekiem pojednania i pokoju w Kolonii, gdzie arcybiskup znalazł się w poważnym konflikcie z miejskimi instytucjami. Z zaangażowaniem uczestniczył w pracach Soboru Lyońskiego ii, zwołanego przez papieża Grzegorza x w 1274 r., by ułatwić unię z Grekami po podziale, jaki nastąpił na skutek wielkiej schizmy wschodniej w 1054 r. Wyjaśniał naukę Tomasza z Akwinu, gdy zaczęto zgłaszać co do niej zastrzeżenia, a nawet stała się przedmiotem niczym nieusprawiedliwionych ataków.

    Umarł we własnej celi w klasztorze Świętego Krzyża w Kolonii w 1280 r. i dosyć wcześnie współbracia otoczyli go czcią. Kościół przyznał mu publiczny kult przez beatyfikację w 1622 r. oraz kanonizację w 1931 r., kiedy to papież Pius xi ogłosił go doktorem Kościoła. Było to niewątpliwie właściwe wyróżnienie dla tego wielkiego męża Bożego i wybitnego badacza nie tylko prawd wiary, ale wielu innych dziedzin nauki. Patrząc na tytuły jego licznych dzieł zdajemy sobie bowiem sprawę, że jego wiedza była nadzwyczajna, wielostronne zainteresowania sprawiły, że zajmował się nie tylko filozofią i teologią, jak jego współcześni, ale również każdą inną wówczas znaną dyscypliną, od fizyki do chemii, od astronomii do mineralogii i od botaniki do zoologii. Z tego powodu papież Pius XII mianował go patronem badaczy nauk przyrodniczych, i zwany jest również Doctor universalis ze względu na rozległość jego zainteresowań i wiedzy.

    Metody naukowe, jakimi posługiwał się św. Albert Wielki, były z pewnością różne od metod stosowanych w późniejszych wiekach. Jego metoda polegała po prostu na obserwacji, opisie i klasyfikacji badanych zjawisk, ale w ten sposób otwarł drogę przyszłym poszukiwaniom.

    Wiele możemy się jeszcze od niego nauczyć. Przede wszystkim św. Albert ukazuje, że między wiarą i nauką nie ma sprzeczności, choć na przestrzeni dziejów niekiedy dochodziło do nieporozumień. Człowiek wiary i modlitwy, jakim był św. Albert Wielki, może spokojnie oddawać się studium nauk przyrodniczych i czynić postępy w poznaniu mikro- i makrokosmosu, odkrywając prawa rządzące materią, ponieważ wszystko to pogłębia pragnienie i miłość Boga. Biblia mówi nam o stworzeniu jako pierwszym języku, którym Bóg — najwyższa inteligencja — wyjawia nam coś o sobie. Księga Mądrości stwierdza na przykład, że zjawiska przyrodnicze, wielkie i piękne, są jak dzieła artysty, toteż przez analogię możemy dzięki nim poznać Sprawcę stworzenia (por. Mdr 13, 5). Cytując znaną w Średniowieczu i Odrodzeniu metaforę, możemy przyrównać świat przyrody do księgi napisanej przez Boga, którą odczytujemy z różnych punktów widzenia nauki (por. przemówienie do uczestników sesji plenarnej Papieskiej Akademii Nauk, 31 października 2008 r.). Dla iluż to bowiem uczonych, podobnie jak dla św. Alberta Wielkiego, inspiracją do prowadzenia badań były zachwyt i wdzięczność w obliczu świata, który w ich oczach ludzi nauki i wierzących jawił się i jawi jako dobre dzieło mądrego i pełnego miłości Stwórcy! Badania naukowe stają się wówczas hymnem pochwalnym. Dobrze to zrozumiał wielki astrofizyk naszych czasów Enrico Medi, którego proces beatyfikacyjny jest w toku, a który pisał: «O wy, tajemnicze galaktyki (…), widzę was, liczę, pojmuję, studiuję i odkrywam, zagłębiam się w was i tworzę zbiory. Z waszego światła tworzę naukę, z ruchu — mądrość, a z gry olśniewających kolorów — poezję; biorę was, gwiazdy, w moje dłonie i z drżeniem w jedności mojego bytu wznoszę was powyżej was samych, w modlitwie ofiaruję was Stwórcy, którego tylko za moim pośrednictwem wy, gwiazdy, możecie wielbić» (Dzieła. Hymn na cześć stworzenia).

    Św. Albert Wielki przypomina nam, że naukę i wiarę łączy przyjaźń i że powołanie do badania przyrody może być dla uczonych autentyczną i fascynującą drogą do świętości.

    O jego niezwykle otwartym umyśle świadczy również przedsięwzięcie, które z powodzeniem zrealizował, jakim było przyswojenie i ukazanie wartości myśli Arystotelesa. W czasach św. Alberta stawały się bowiem coraz powszechniej znane liczne dzieła tego wielkiego filozofa greckiego, żyjącego w IV w. przed Chr., zwłaszcza etyczne i metafizyczne. Dowodziły one siły rozumu, przenikliwie i precyzyjnie wyjaśniały sens i strukturę rzeczywistości, jej poznawalność, wartość i cel ludzkich działań. Św. Albert Wielki umożliwił recepcję filozofii Arystotelesa w filozofii i teologii średniowiecznej, a ostateczną formę tej recepcji nadał później św. Tomasz. Ta recepcja filozofii, powiedzmy sobie, pogańskiej, przedchrześcijańskiej stanowiła w tamtych czasach autentyczną rewolucję kulturalną. Jednakże wielu myślicieli chrześcijańskich obawiało się filozofii Arystotelesa, filozofii niechrześcijańskiej, przede wszystkim dlatego, że komentatorzy arabscy, za których pośrednictwem została przyjęta, interpretowali ją w taki sposób, że przynajmniej w niektórych punktach wydawała się całkowicie nie do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Powstał zatem dylemat: czy wiara i rozum są ze sobą sprzeczne, czy też nie?

    Na tym polega jedna z wielkich zasług św. Alberta: z naukowym rygorem przestudiował dzieła Arystotelesa, w przekonaniu, że wszystko, co rzeczywiście racjonalne, jest zgodne z wiarą objawioną w Piśmie Świętym. Innymi słowy, św. Albert Wielki przyczynił się w ten sposób do ukonstytuowania się filozofii jako autonomicznej dyscypliny, odrębnej od teologii i powiązanej z nią jedynie w jedności prawdy. W ten sposób w XIII w. doszło do wyraźnego rozdzielenia tych dwóch nauk, filozofii i teologii, które w harmonijnym dialogu razem odkrywają autentyczne powołanie człowieka, spragnionego prawdy i szczęścia: przede wszystkim teologia, nazwana przez św. Alberta «nauką uczuciową», ukazuje człowiekowi jego powołanie do radości wiecznej, do radości rodzącej się z pełnego przylgnięcia do prawdy.

    Św. Albert potrafił przekazywać te pojęcia w prosty i zrozumiały sposób. Będąc prawdziwym synem św. Dominika, głosił chętnie kazania ludowi Bożemu, który cenił go za nauki i przykład życia.

    Drodzy bracia i siostry, prośmy Pana, aby w świętym Kościele nie zabrakło nigdy uczonych, pobożnych i mądrych teologów, takich jak św. Albert Wielki, i aby pomógł każdemu z nas przyswoić sobie «formułę świętości», którą on realizował w swoim życiu: «Wszystko chcę chcieć na chwałę Boga, jak Bóg wszystko chce chcieć na swą chwałę», to znaczy utożsamiać się zawsze z wolą Bożą, by wszystko chcieć i czynić jedynie i zawsze na Jego chwałę.

    do Polaków:

    Drodzy bracia i siostry! Jutro przypada uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W Polsce jest ona obchodzona również jako Dzień Świętości Życia. Tajemnica wcielenia odsłania szczególną wartość i godność ludzkiego życia. Bóg dał nam ten dar i uświęcił, gdy Syn stał się człowiekiem i narodził się z Maryi. Trzeba strzec tego daru od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Z całego serca jednoczę się z tymi, którzy podejmują różne inicjatywy na rzecz poszanowania życia i budzenia nowej społecznej wrażliwości. Niech wam Bóg błogosławi.

    L’Osservatore Romano 5/2010/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 listopada

    Święty Mikołaj Tavelić, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Luiza Merkert, dziewica
      •  Święty Wawrzyniec z Dublina, biskup
      •  Święty Józef Pignatelli, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Liccio, prezbiter
    ***
    Święty Mikołaj Tavelić

    Według Martyrologium rzymskiego Mikołaj pochodził z dalmatyńskiego Szybernika. Urodził się w 1340 r. na terenie obecnej Chorwacji. Był franciszkaninem. Pracował przez 12 lat jako duszpasterz w Bośni. W 1384 r. zgłosił się do pracy w Kustodii Ziemi Świętej. Przez dłuższy czas opiekował się – wraz z innymi zakonnikami – miejscami kultu i pielgrzymami.
    Zginął wraz z trzema towarzyszami: Francuzami Deodatem z Rodez i Piotrem z Narbonne oraz Włochem Stefanem z Cuneo, kiedy postanowili tak jak św. Franciszek głosić Ewangelię Jezusa sułtanowi. Przygotowali wystąpienie na piśmie po łacinie oraz po arabsku i 11 listopada 1391 r. udali się do meczetu Omara. Było to w dniu, w którym mahometanie uroczyście obchodzili Kurban Bayram (Święto Ofiarowania – jedno z najważniejszych świąt w świecie islamu). Nie zostali wpuszczeni, ale zaprowadzono ich do kalifa. Tam zaczęli czytać swój tekst, w którym napisali wprost, że należy odrzucić naukę Mahometa. Słuchający ich tłum muzułmanów zapałał wielkim gniewem. Zażądano wycofania tych stwierdzeń, a potem nalegano, żeby misjonarze wyrzekli się wiary. Kiedy franciszkanie odmówili, zostali brutalnie pobici. Wrzucono ich zakutych w dyby do lochu, gdzie – pozbawieni nawet wody – spędzili trzy dni. 14 listopada 1391 r. zostali zawleczeni na sąd, który odbył się w pobliżu istniejącej do dziś Bramy Dawida w Jerozolimie. Ponownie odmówili zaparcia się Chrystusa. Wtedy zostali zasieczeni mieczami, ich ciała rozerwano na strzępy i spalono, a prochy rozsypano.
    Ich męczeństwo opisał wiernie Gerard Calveti, ówczesny gwardian jerozolimskiego konwentu Najświętszego Zbawiciela (San Salvatore). Kult męczenników był żywy niemal od razu po ich śmierci, zwłaszcza w zakonie franciszkańskim. Beatyfikacji Mikołaja Tavelića dokonał w 1889 r. papież Leon XIII. Wszystkich czterech męczenników kanonizował papież Paweł VI 21 czerwca 1970 r. w Rzymie. Są jedynymi kanonizowanymi franciszkańskimi misjonarzami pracującymi na terenie Ziemi Świętej. Mikołaj Tavelić jest pierwszym świętym pochodzącym z Chorwacji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Święty Mikołaj Tavelić. Zginął z rąk muzułmanów, nie zaparł się Chrystusa

    fot. Roberta F. via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Święty Mikołaj Tavelić. Zginął z rąk muzułmanów, nie zaparł się Chrystusa

    Według Martyrologium rzymskiego Mikołaj pochodził z dalmatyńskiego Szybernika. Urodził się w 1340 r. na terenie obecnej Chorwacji. Był franciszkaninem. Pracował przez 12 lat jako duszpasterz w Bośni. W 1384 r. zgłosił się do pracy w Kustodii Ziemi Świętej. Przez dłuższy czas opiekował się – wraz z innymi zakonnikami – miejscami kultu i pielgrzymami.

    Zginął wraz z trzema towarzyszami: Francuzami Deodatem z Rodez i Piotrem z Narbonne oraz Włochem Stefanem z Cuneo, kiedy postanowili tak jak św. Franciszek głosić Ewangelię Jezusa sułtanowi. Przygotowali wystąpienie na piśmie po łacinie oraz po arabsku i 11 listopada 1391 r. udali się do meczetu Omara. Było to w dniu, w którym mahometanie uroczyście obchodzili Kurban Bayram (Święto Ofiarowania – jedno z najważniejszych świąt w świecie islamu). Nie zostali wpuszczeni, ale zaprowadzono ich do kalifa. Tam zaczęli czytać swój tekst, w którym napisali wprost, że należy odrzucić naukę Mahometa. Słuchający ich tłum muzułmanów zapałał wielkim gniewem. Zażądano wycofania tych stwierdzeń, a potem nalegano, żeby misjonarze wyrzekli się wiary. Kiedy franciszkanie odmówili, zostali brutalnie pobici. Wrzucono ich zakutych w dyby do lochu, gdzie – pozbawieni nawet wody – spędzili trzy dni. 14 listopada 1391 r. zostali zawleczeni na sąd, który odbył się w pobliżu istniejącej do dziś Bramy Dawida w Jerozolimie. Ponownie odmówili zaparcia się Chrystusa. Wtedy zostali zasieczeni mieczami, ich ciała rozerwano na strzępy i spalono, a prochy rozsypano.

    Ich męczeństwo opisał wiernie Gerard Calveti, ówczesny gwardian jerozolimskiego konwentu Najświętszego Zbawiciela (San Salvatore). Kult męczenników był żywy niemal od razu po ich śmierci, zwłaszcza w zakonie franciszkańskim. Beatyfikacji Mikołaja Tavelića dokonał w 1889 r. papież Leon XIII. Wszystkich czterech męczenników kanonizował papież Paweł VI 21 czerwca 1970 r. w Rzymie. Są jedynymi kanonizowanymi franciszkańskimi misjonarzami pracującymi na terenie Ziemi Świętej. Mikołaj Tavelić jest pierwszym świętym pochodzącym z Chorwacji.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 listopada

    Święci
    Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn,
    pierwsi męczennicy Polski

    Zobacz także:
      •  Święty Mikołaj I Wielki, papież
      •  Błogosławiony Wincenty Eugeniusz Bosiłkow, biskup i męczennik
    ***
    Święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn

    W 1001 r. zaprzyjaźniony z księciem Bolesławem Chrobrym cesarz niemiecki Otton III zaproponował założenie na naszych ziemiach klasztoru, który głosiłby Słowianom Słowo Boże. Cesarz postanowił wykorzystać do zamierzonego dzieła swego krewniaka – biskupa Brunona z Kwerfurtu, wiernego towarzysza św. Wojciecha, znającego ziemie Słowian. Brunon wybrał do pomocy w przeprowadzeniu misji brata Benedykta.
    Benedykt z Petreum (ur. 970) pochodził z zamożnej włoskiej rodziny z Benewentu. Rodzice przeznaczyli go do stanu duchownego już jako małego chłopca. Liczyli na to, że zostanie kapłanem diecezjalnym. Benedykt wybrał jednak życie pustelnicze. Po pewnym czasie przyłączył się do św. Romualda. Zaprzyjaźnił się z innym pustelnikiem – starszym od niego o 30 lat Janem, mieszkającym na zboczu Monte Cassino.Jan z Wenecji (ur. 940) pochodził z rodziny patrycjuszów weneckich. Z dożą Piotrem I Orseolo potajemnie opuścił Wenecję, udając się do opactwa benedyktyńskiego w Cusan koło Perpignan. Ta decyzja stała się pewnego rodzaju sensacją. Obydwaj podjęli życie pustelnicze. Po pewnym czasie opuścili opactwo. Jan udał się do św. Romualda, tam zaprzyjaźnił się z Benedyktem. Odznaczał się stanowczością, skutecznością w działaniu i wysoką kulturą.Benedykt i Jan, po przybyciu na dwór Bolesława Chrobrego w początkach 1002 r., założyli pustelnię na terenie, który im podarował król – we wsi Święty Wojciech (obecnie Wojciechowo) pod Międzyrzeczem. Wkrótce dołączyli do nich Polacy możnego rodu (może nawet książęcego): żarliwi religijnie rodzeni bracia Mateusz i Izaak – nowicjusze, oraz Krystyn – klasztorny sługa, pochodzący prawdopodobnie z pobliskiej wsi.
    Szóstym zakonnikiem był Barnaba, który wraz z Benedyktem i Janem przybył do Polski z Włoch. Uniknął męczeństwa i według ustnej tradycji resztę życia spędził u kamedułów (spotyka się także informacje, że był to klasztor w Bieniszewie, ale to raczej mało prawdopodobne ze względu na czas powstania tamtej fundacji).
    Eremici zobowiązali się do pustelniczego trybu życia, a przede wszystkim do prowadzenia pracy misyjnej. Benedykt i Jan nauczyli się nawet języka polskiego. Cały czas jednak czekali na biskupa Brunona z Kwerfurtu. Miał on wraz z nimi przybyć do Polski, ale wyruszył do Rzymu po papieskie zezwolenie na prowadzenie misji. Tracący cierpliwość Benedykt wyruszył na spotkanie Brunona, ze względu jednak na zawieruchę polityczną, jaką wywołała śmierć cesarza Ottona III (w styczniu 1002 r.), postanowił wrócić do klasztoru, polecając dalsze poszukiwania Brunona młodemu mnichowi Barnabie. Posłaniec nie wracał. W listopadzie 1003 roku Benedykt i współbracia zaczęli odczuwać niepokój o niego. Nie dane im jednak było doczekać Barnaby.

    Święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn

    W nocy z 10 na 11 listopada 1003 r. zostali napadnięci przez zbójców i wymordowani. Pierwsze ciosy mieczem otrzymał Jan, po nim zginął Benedykt. Izaaka zamordowano w celi obok. Mateusz zginął przeszyty oszczepami, gdy wybiegł z celi w stronę kościoła. Mieszkający oddzielnie Krystyn próbował jeszcze bronić klasztoru, ale i on podzielił los towarzyszy. Prawdopodobnie powód napadu był rabunkowy, ponieważ zakonnicy otrzymali od Chrobrego środki w srebrze na prowadzenie misji.
    Kult męczenników zaczął się już od ich pogrzebu, na który przybył biskup poznański Unger. Wkrótce potem, w 1006 r., św. Brunon napisał “Żywot pięciu braci męczenników”. Są to pierwsi męczennicy polscy wyniesieni na ołtarze. W poczet świętych wpisał ich Jan XVIII. Patronują diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.
    Relikwie świętych znajdują się w wielu kościołach w Polsce, a także we Włoszech (Ascoli) i w Czechach, gdzie czczone są w katedrze św. Wita na Hradczanach.
    W ikonografii Pięciu Braci Męczenników przedstawianych jest w białych habitach kamedulskich. Atrybutem jest koło tortury.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn.

    Poznaj Pierwszych Męczenników Polskich

    (Aw58, CC BY-SA 3.0 , via Wikimedia Commons)

    ***

    „Pierwsi męczennicy Polscy to – obok św. Wojciecha – najstarsi świadkowie Chrystusa na ziemi polskiej”  – mówił 2 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II w Gorzowie Wielkopolskim przed kościołem Pierwszych Męczenników Polskich. Co o nich wiemy?

    Wiedzę o pierwszych pustelnikach w naszej ojczyźnie, którzy zginęli śmiercią męczeńską, a ofiarę ze swojego życia położyli u fundamentów polskiej państwowości, czerpiemy z trzech źródeł: Kroniki św. Bruna z Kwerfurtu, Żywotu św. Piotra Damianiego i czeskiej Kroniki Kosmasa. Choć śmierć tych pięciu świętych mężczyzn datowana jest na 1003 r. znamy ich imiona. Wiemy też, że Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn żyli i działali na zachodnich ziemiach Polski za czasów panowania Bolesława Chrobrego. Tradycja Kościoła nazywa ich Braćmi Polskimi, mimo, że byli wśród nich także cudzoziemcy. Dwóch mnichów, Benedykt i Jan, przybyło do Polski z Italii z misją zaszczepienia w młodym, chrześcijańskim kraju reguły życia św. Benedykta. Mateusz, Izaak i Krystyn byli pochodzenia słowiańskiego, najprawdopodobniej polskiego. Mieszkali w eremach i przedstawiali się jako benedyktyni żyjący według surowej reguły św. Romulada.

    Z Italii do Polski

    Benedykt urodził się ok. 970-975 r. w Italii, w Benewencie. Pochodził z zamożnej, bardzo religijnej rodziny. Wolą rodziców było, aby syn został duchownym. Tak się stało, jednak wystawny styl życia ówczesnego duchowieństwa rozczarował młodego chłopaka i wkrótce przeniósł się do benedyktyńskiego opactwa Świętego Zbawiciela, słynącego z surowej reguły i ascetycznego życia. Po kilku latach otrzymał zgodę przełożonych na zamieszkanie w pustelni.

    Jan był starszy od Benedykta, urodził się ok. 940 r. w Wenecji, również w zamożnej rodzinie. Dość szybko podjął decyzję o życiu pustelniczym. Poznał św. Romulada i zamieszkał w eremie na zboczu góry Monte Cassino. To właśnie tu przyjął Benedykta, który szukał nowej formy życia pustelniczego. Ci dwaj dołączyli do Romulada i wkrótce w trójkę udali się do Rzymu na spotkanie z cesarzem Ottonem III. Z uwagi na to, że prawdopodobnie już na zjeździe gnieźnieńskim w 1000 r. zapadła decyzja o sprowadzeniu zakonników do Polski, cesarz Otton III szukał wśród mnichów kandydatów do tej trudnej misji. Po spotkaniu w Rzymie wybrał Benedykta i Jana. Gdy wyruszali w drogę do nieznanego kraju, Jan miał już ponad 60 lat. Ale podjęli wyzwanie. Zabrali ze sobą szaty, w tym ornat od cesarza i naczynia liturgiczne. Szli prawdopodobnie z Rzymu, przez Weronę, Augsburg, Ratyzbonę i Pragę. Być może zatrzymali się w Poznaniu. Dokładne miejsce, do którego przybyli i gdzie założyli klasztor, nie jest znane. Podaje się trzy hipotetyczne adresy: wieś Święty Wojciech na zachód od Poznania, Kazimierz pod Szamotułami i Kazimierz Biskupi.

    Mówić, że Chrystus żyje

    Od razu po przybyciu do Polski utworzyli klasztor, pustelniczy, bez żadnych wygód. Zbudowali drewniany kościół i kilka niedużych chatek, które pełniły rolę eremów. Mieli jeden, najważniejszy cel: głosić Chrystusa, mówić o nim ludziom, których kraj od 966 r. uczył się chrześcijaństwa. Mimo życia pustelniczego, mnisi podejmowali misje chrystianizacyjne. Pracowali wśród pogańskich plemion Wieletów i Pomorzan. Ich obecność i świadectwo wkrótce obudziła w miejscowych pragnienie prowadzenia podobnego życia. I tak do eremu dołączyli wkrótce rodzeni bracia Izaak i Mateusz a po nich Krystyn. Do pomocy przybył jeszcze jeden mnich z Italii – Barnaba. Dni wypełniała mnichom praca, modlitwa i głoszenie Chrystusa. Do 1003 r. misje chrystianizacyjne przebiegały pokojowo, w spotkaniach z pogańskimi plemionami nie stosowano ani przymusu, ani tym bardziej przemocy. Po śmierci Ottona III jego następca, Henryk II Święty, chciał szybkich efektów na dużą skalę i wydał rozkaz o siłowym, przymusowym „nawracaniu” pogan. Ta decyzja obudziła wrogość, misjonarze coraz częściej doświadczali niechęci pogan, a na niektórych terenach jawnej wrogości.

    Noc męczeństwa

    Dramat rozegrał się 10 listopada 1003 r. W czasie wieczornych modlitw do pustelni braci wtargnęli uzbrojeni mężczyźni. Okłamali mnichów, że wysłał ich Bolesław Chrobry. Żądali wydania ukrywanych w klasztorze kosztowności, ale gdy niczego w biednych chatkach nie znaleźni zabili bezbronnych mnichów. Najpierw zginął Jan, sędziwy już pustelnik z Wenecji, po nim Benedykt – ten, który nieustannie szukał coraz trudniejszej reguły życia. Przed drewnianym kościółkiem mężczyźni zamordowali Izaaka, Mateusza i Krystyna. Po zabójstwach zdemolowali klasztor i ukradli ornat, podarowany mnichom przez Ottona III. Uciekli. Ciała męczenników odnaleźli ludzie, którzy następnego dnia przyszli do kościoła na Mszę świętą. Już 12 listopada w miejscu męczeństwa zjawił się biskup Unger z Poznania. Braci pochowano 13 listopada w klasztornym kościele. Rok później, dzięki staraniom biskupa Ungera, Pięciu Braci Męczenników zostało ogłoszonych świętymi.

    Mateusz, Izaak i Krystyn to pierwsi w dziejach Kościoła kanonizowani święci pochodzący z Polski. Warto pamiętać, że św. Wojciech, który jest pierwszym polskim męczennikiem i został ogłoszony świętym w 999 r., pochodził z Czech. Pierwszymi świętymi urodzonymi w Polsce są właśnie ci trzej z pięciu Pierwszych Męczenników Polskich.

    ***

    „Boże, Ty uświęciłeś początki wiary w narodzie polskim krwią świętych męczenników Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna; wspomóż swoją łaską naszą słabość, abyśmy naśladując męczenników, którzy nie wahali się umrzeć za Ciebie, odważnie wyznawali Cię naszym życiem” – fragment z modlitwy odmawianej w dniu liturgicznego wspomnienia Pierwszych Męczenników Polskich.

    ***

    Agnieszka Bugała/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________


    Misja Pięciu Braci. Wstrząsająca historia pierwszych męczenników Polski

    Chrystianizacja ziem polskich, zapoczątkowana chrztem księcia Polan Mieszka I, przebiegała dynamicznie. Jednak, jak wszędzie, wiara rodziła się z krwi męczenników.

    Światło z Monte Cassino

    Zakon benedyktynów, założony w roku 529 przez św. Benedykta z Nursji, jedna z najstarszych wspólnot monastycznych świata Zachodu, odegrał ogromną rolę w nawracaniu Europy, w tym Polski.

    Z klasztornego wzgórza na Monte Cassino zdawała się promieniować siła, przemieniająca kraje i narody. W czasach Mieszka I i Bolesława Chrobrego to właśnie benedyktyńscy misjonarze, pochodzący przede wszystkim z Czech i Węgier, krzewili wśród elit i ludu naukę Chrystusa. To ze wspólnot benedyktynów rekrutowali się pierwsi polscy biskupi – Jordan i Unger. Benedyktynami byli: św. Wojciech, który chwalebny żywot uwieńczył męczeńską śmiercią w Prusach, jego przyrodni brat Radzim Gaudenty – pierwszy arcybiskup gnieźnieński, św. Bruno z Kwerfurtu – autor dzieł literackich poświęconych Polsce, zamordowany przez pogańskich Jaćwingów, czy też św. Andrzej Świerad, pustelnik.

    Zapotrzebowanie na misjonarzy było ogromne, tym bardziej, że światło Ewangelii należało ponieść dalej, między pogańskie ludy graniczące z państwem Piastów. Dlatego w roku 1000, podczas zjazdu gnieźnieńskiego, książę Bolesław Chrobry goszczący cesarza Ottona III (przybyłego tu z pielgrzymką do grobu św. Wojciecha), zwrócił się z usilną prośbą o przysłanie nowych zakonników. Cesarz, po głębokim namyśle, powierzył realizację zadania swemu krewniakowi, biskupowi Brunonowi z Kwerfurtu, który mnisi habit przywdział na wieść o śmierci św. Wojciecha. Ten postanowił skierować do słowiańskiego kraju dwóch benedyktynów z klasztoru pustelniczego we włoskim Pereum opodal Rawenny, wychowanków św. Romualda.

    Boska Kohorta

    Pod koniec 1001 roku z Italii wyruszyło dwóch eremitów, Benedykt i Jan.

    Pierwszy był młodym mężczyzną, niespełna trzydziestoletnim, który spędził prawie połowę swego życia za murami klasztorów i pustelni. Musiał być człowiekiem pełnym energii, obdarzonym zdolnościami przywódczymi i organizatorskimi, bowiem wyznaczono go na wodza „Boskiej Kohorty”, udającej się z misją do dalekiej Polski.

    Jego towarzysz Jan był dwakroć starszy. Lata przeżyte w surowych warunkach poorały głębokimi bruzdami jego oblicze, dodatkowo oszpecone śladami po przebytej ospie. Na domiar wszystkiego był niewidomy na jedno oko. Jednakże pomimo tej ułomności oraz wieku, jak na owe czasy mocno zaawansowanego, brat Jan trzymał się krzepko, słynął z wielkiej wytrwałości. We wspólnocie wyróżniał się ogromną wiedzą i kulturą, a wrodzona łagodność łatwo zjednywała mu serca otoczenia.

    Obaj zakonnicy opanowali podstawy mowy Polan. Na drogę zostali zaopatrzeni w księgi i przedmioty liturgiczne. Podążali najpewniej szlakiem alpejskim, przez Weronę, Trydent, Bolzano, Augsburg, Ratyzbonę, Pragę, Wrocław, by wreszcie w Poznaniu stanąć przed obliczem księcia Bolesława. Ten powitał ich serdecznie, z wrodzoną sobie hojnością zapewniając wszelkie wsparcie w przedsięwzięciu.

    Pustelnia

    Bolesław wyznaczył mnichom miejsce osiedlenia, „tam, gdzie piękny las nadawał się na samotnię”.

    Ponieważ spisujący potem dzieje misji św. Bruno z Kwerfurtu nie podał dokładnego miejsca usytuowania pustelni, dzisiaj historycy łamią sobie głowy nad jej lokalizacją. Wielu opowiada się za okolicami Międzyrzecza (obok wsi Święty Wojciech lub też na terenie obecnej Winnicy), swoich zwolenników posiadają Kaźmierz pod Szamotułami, Kazimierz Biskupi oraz Trzemeszno. Wiadomo, że erem otaczały gęste lasy, choć w pobliżu usytuowana była wieś, której mieszkańców książę Bolesław zobowiązał do wspierania zakonników, w tym do ich aprowizacji. Na zabudowania pustelni składał się drewniany kościół oraz kilka małych chatek. Teren otoczony był płotem. Ogrodzenie zabezpieczały dodatkowo kolczaste rośliny, co stanowiło obronę raczej przed dzikimi zwierzętami, bo z okoliczną ludnością stosunki układały się znakomicie.

    Obsada misji szybko powiększyła się. Do Benedykta i Jana dołączyli nowicjusze „z kraju i mowy słowiańskiej”. Byli to Izaak, młodzieniec mniej więcej dwudziestopięcioletni, wraz z młodszym bratem Mateuszem. Niewiele o nich wiadomo, poza tym, że musieli pochodzić z bardzo religijnej familii – ich dwie siostry były mniszkami w klasztorze w Gnieźnie. W eremie znalazł się też Krystyn, młody człowiek (możliwe, że nastolatek) z ludu, któremu wyznaczono rolę sługi i kucharza, a potem brata-laika. Wkrótce do wspólnoty dołączył jeszcze jeden misjonarz, włoski zakonnik Barnaba.

    Zakonnicy prowadzili surowy żywot wedle wskazań świętych Benedykta i Romualda. Jednakże modlitwy i posty nie wypełniały im całego życia. Uznanie wśród miejscowych zdobyło im propagowanie nowych sposobów karczowania lasów i uprawy roli. Nabożeństwa odprawiane w pustelni przyciągały coraz większą rzeszę wiernych.

    W roku 1003 Benedykt postanowił wydelegować jednego z braci do Rzymu, na rozmowy z biskupem Brunonem. Zapewne zamierzał złożyć mu sprawozdanie z dotychczasowych działań oraz ustalić kierunki dalszej pracy misyjnej. Książę Bolesław podarował eremitom 10 funtów srebra jako pokrycie kosztów podróży, zakonnicy jednak, wierni nakazowi praktykowania ubóstwa, postanowili odesłać tak hojny dar i zorganizować podróż własnym sumptem. Benedykt wybrał do tej misji brata Barnabę. Mimo woli ocalił mu życie.

    Przyjacielu, po co przyszedłeś…?

    10 listopada 1003 roku wieczorem w pustelni odprawiono modły w świętą wigilię szczodrobliwego i łaskawego Marcina”. Niestety, w tym samym czasie w okolicy przebywała grupa ludzi, która nie myślała o modlitwie.

    Jak później napisał św. Brunon, relacjonując owo zdarzenie, człowiek książęcy, który przedtem im usługiwał, wraz z innymi złymi chrześcijanami, podpiwszy sobie dla dodania animuszu, postanowili zabić eremitów i zrabować im srebro, o którego zwrocie dla księcia nie wiedzieli”.

    Napastnicy dotarli do pustelni około północy. Bez trudu sforsowali ogrodzenie i wdarli się do chat, trzymając w dłoniach miecze i pochodnie. Św. Brunon po latach rozmawiał ze zbrodniarzami i zostawił nam przejmujący opis tragedii. Kiedy zbóje obudzili eremitów, zapadła chwila milczenia. W końcu brat Jan, który najlepiej znał język miejscowych, zapytał ze zwykłą sobie uprzejmością:

    – Przyjacielu, po co przyszedłeś i czego nowego chcą ci uzbrojeni ludzie?

    Zrazu zbójcy usiłowali przedstawiać się jako wysłannicy księcia Bolesława, przybyli z nakazem uwięzienia mnichów. Pustelnicy odrzucili te słowa jako kłamliwe. W końcu napastnicy otwarcie wyznali, po co przyszli, nie ukrywając zamiaru popełnienia mordu. Wówczas Jan wyrzekł spokojnie:

    – Niech Bóg was wspomaga i nas!

    Zaraz po tych słowach pustelnik runął na ziemię, dwukrotnie ugodzony mieczem. Drugi zginął Benedykt, któremu brzeszczot napastnika rozpłatał głowę. Trzeciego dopadli Izaaka, zadając mu w pośpiechu wiele ran, podczas gdy on zdołał pobłogosławić morderców. Mateusz wybiegł w celi, podążając w stronę kościoła. Nie zdążył wszakże przemierzyć dziedzińca, bo przeszyły go zaraz oszczepy. Był jeszcze Krystyn, który nie sprzedał łatwo żywota. Młodzieniec porwał za drąg i jął wymierzać ciosy bandytom. Tych było jednak zbyt wielu. Ostatni eremita oddał życie w walce.

    Napastnicy splądrowali zabudowania, ale oczywiście nie znaleźli kosztowności. Musieli zadowolić się drogocennym ornatem, darem cesarza Ottona III. Pocięli ornat na kawałki, po czym oddalili się, uprzednio podpaliwszy kościół. Po ich odejściu ogień samoistnie wygasł.

    Wojownik Krystyn i sieroctwo Barnaby

    Rankiem pustelnię odwiedzili chłopi, przybyli na zapowiedzianą uroczystość ku czci św. Marcina. Ze zgrozą odkryli zwłoki pięciu zamordowanych.

    Powiadomiony o sprawie biskup Unger niezwłocznie przybył na miejsce zbrodni. Po dokonaniu oględzin nakazał pochować męczenników pod podłogą ich kościoła. We wspólnej mogile, choć w czterech trumnach spoczęli: Benedykt, Jan, Izaak i Mateusz. Przez pewien czas trumny pozostały otwarte, dzięki czemu zadziwieni świadkowie mogli stwierdzić, iż zwłoki nie ulegały rozkładowi.

    Krystyna, jako poległego w walce, zrazu pogrzebano w osobnym grobie na terenie samotni. W owym czasie, w przedkrucjatowym Kościele, tu i ówdzie trwały jeszcze spory, czy padłych w boju wojowników Chrystusa godzi się traktować na równi z męczennikami idącymi na śmierć z pokorą. Po jakimś czasie ulewne deszcze odsłoniły płytką krystynową mogiłę. Oczom wiernych ukazały się jego zwłoki, nienaruszone podobnie jak ciała jego zakonnych braci. Ostatecznie Krystyn spoczął wśród swych towarzyszy, w bratniej kwaterze. W przyszłości zostanie obwołany patronem polskiego rycerstwa.

    Lud żegnał płaczem pomordowanych, jako prawdziwych przyjaciół, których życie brutalnie przerwano. Jednakowoż wśród tej żałości znalazły się łzy szczególne, płynące wprost z wnętrza rozdartej duszy. Brat Barnaba niewiele dni po tragedii powrócił do pustelni ze swych rzymskich wojaży. Wstrząśnięty śmiercią ludzi mu tak bliskich, zazdrościł im przecie – chciałoby się rzec: „tak po ludzku” – szczególnym rodzajem bezgrzesznej, chrześcijańskiej zazdrości. Owóż brat Barnaba, zwyczajnie po chrześcijańsku, zazdrościł swym braciom męczeńskiego skonu.

    Jak pięknie napisał o nim ks. Piotr Pękalski, Barnaba „[…] dowiedziawszy się o męczeństwie swej braci, ze ściśnionym sercem rzewnie płacząc, bardzo żałował, że sobie na to nie zasłużył, aby się był stał razem z bracią swą uczestnikiem palmy męczeńskiej. Skoro powrócił z Gniezna na pustynię, widząc swych towarzyszów życia zakonnego, w ich celach rozmaitym katuszy rodzajem srogo umęczonych, ciężko narzekał, że on tylko sam jeden w smutnym zostawiony sieroctwie, gdy bracia jego już stanęli przed oblicznością Bożą z wieńcem męczeńskim. Na tej samej pustyni wystawił dla siebie nową celkę, i w niej z całą pustelnika ścisłością żyjąc jeszcze czas niejaki, świętobliwie pełen zasługi i cnoty, zasnął słodko w Panu Zbawicielu swoim”.

    Sprawiedliwość

    Zarządzony pościg szybko doprowadził do ujęcia zbójców, koczujących w okolicznych lasach.

    Pojmanych, zakutych w łańcuchy, zaprowadzono przed oblicze księcia Bolesława, ten zaś skazał ich na śmierć głodową. Wtedy wszakże zgłosił się młody zakonnik, Andrzej, zaświadczając, iż doznał wstrząsającej wizji. Jak stwierdził, ukazali mu się męczennicy, Benedykt i Jan, prosząc o darowanie życia ich mordercom. A były to czasy, gdy mistyczne objawienia traktowano wyżej od prawniczego paragrafiarstwa… Więźniów oszczędzono, przekazując ich klasztorowi na dożywotnią służbę, aby ciężką pracą odpokutowali popełnioną zbrodnię.

    Jak podają źródła, zbójami kierowała przyziemna żądza zysku, chęć zagarnięcia rzekomych skarbów, których zakonnicy wcale nie posiadali. Dzisiaj można usłyszeć „teorie spiskowe”, wedle których za napadem na pustelnię miał rzekomo stać najstarszy syn Chrobrego, Bezprym (który podówczas liczył sobie ledwo 16 wiosen), bądź że atak zorganizował król Niemiec (późniejszy cesarz) Henryk II, skonfliktowany z księciem Bolesławem. Póki co, nie odnaleziono jednoznacznych dowodów na poparcie takich tez.

    Drogowskazy

    W roku 1004 biskup Unger wraz z ocalałym bratem Barnabą stanęli przed obliczem papieża Jana XVIII, zdając mu relację z dramatu.

    Biskup Rzymu zaliczył zamordowanych w poczet świętych męczenników Kościoła. Ich kult szybko rozpowszechnił się w Polsce, a z czasem dotarł również do Czech, na Morawy, do Niemiec i Włoch. Kult Pięciu Braci Męczenników został urzędowo zatwierdzony w roku 1508 przez papieża Juliusza II. Trzej eremici: Izaak, Mateusz i Krystyn byli pierwszymi w dziejach Kościoła kanonizowanymi świętymi urodzonymi na ziemiach polskich.

    ***

    W postawie Pięciu Braci możemy odkryć wiele dróg prowadzących do świętości. Modlitwa, asceza, samodoskonalenie duchowe towarzyszyły ciężkiej pracy na rzecz dobra ogółu. Bezbrzeżna dobroć i szlachetność Izaaka błogosławiącego swoich oprawców nie stała w sprzeczności z dzielnością Krystyna, próbującego siłą odeprzeć intruzów nachodzących świątynię. Wszystko to było bowiem naśladownictwem Chrystusa. Wszystko pochodziło z jednego ożywczego źródła, które tysiąc lat wcześniej wytrysnęło w dalekiej Galilei.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 listopada

    Święty Jozafat Kuncewicz, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Teodor Studyta, opat
    ***

    web-saint-nov-12-josaphat-mykola-swarnyk-cc
    fot. z “Ewnagelia na każdy dzień”/Aleteia.pl
    ***

    Jan Kunczyc (nazwisko zmienił później na Kuncewicz) urodził się w 1580 r. we Włodzimierzu Wołyńskim (na Ukrainie, wówczas w Rzeczypospolitej) w mieszczańskiej rodzinie prawosławnej. Ojciec był ławnikiem miejskim. Rodzice było ludźmi bardzo religijnymi.
    Wiele lat później Jan wspominał ważne wydarzenie z lat dziecinnych. Kiedy będąc z matką w cerkwi dowiedział się, czym był ofiara krzyżowa Jezusa, zauważył spadającą z krzyża iskrę i za chwilę poczuł, jak ta iskra przeniknęła do jego serca. Od tego momentu ukochał liturgię. Przez kolejnych 20 lat nie opuścił żadnego nabożeństwa w cerkwi.
    Początkowo uczęszczał do szkoły katedralnej w rodzinnym mieście, gdzie nauczył się czytania i pisania zarówno w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, jak i w języku polskim. Później rodzice, którzy chcieli, by zajął się kupiectwem, wysłali go do Wilna, gdzie terminował u znajomego kupca Jacentego Popowicza. Tam zetknął się z unitami – katolikami obrządku wschodniego, którzy w Wilnie sprawowali liturgię w cerkwi Świętej Trójcy.
    Na wschodnich rubieżach ówczesnej Polski, które były terenami granicznymi między prawosławiem na Wschodzie a katolicyzmem na Zachodzie, żyło wielu unitów. Kościół greckokatolicki sprawuje kult w rycie bizantyńskim, jednak w pełni w zgodzie z nauką Kościoła łacińskiego i podlega papieżowi. Od czasu schizmy w 1054 r. wielokrotnie zawierane były unie, dzięki którym część prawosławnych wracała do Kościoła katolickiego. Niestety, w tamtych czasach religia była bardzo związana z polityką, dlatego unie te nie były trwałe.
    Na pograniczu Rzeczypospolitej i ziem ruskich już w 1257 r. dominikanie doprowadzili do pierwszej unii, która przetrwała do ujarzmienia Rusi przez najazd tatarski. Kolejne unie zawierane były w XV wieku. Największe znaczenie miała unia brzeska zawarta w roku 1596, czyli tuż przed przybyciem Jana do Wilna.
    Młody Kościół unicki był bardzo atakowany przez prawosławie, popierane przez Kozaków i Moskwę. Dochodziło wielokrotnie do czynów zbrojnych. Unici byli traktowani jako odstępcy od wiary i zdrajcy. Wojsko atakowało unickie cerkwie, a hierarchowie usiłowali osadzać duchownych prawosławnych w ich parafiach. Doszło nawet do tego, że w roku 1620 przybył do Polski potajemnie jerozolimski patriarcha prawosławny Teofanes i na miejsce biskupów unickich konsekrował prawosławnych: we Włodzimierzu, Przemyślu, Pińsku, Łucku, Chełmie i w Połocku. W Kijowie osadził biskupa prawosławnego na miejsce unickiego metropolity. Ci właśnie biskupi wszelkimi środkami zmuszali unitów do powrotu do prawosławia.

    Samplefot. ugcc.ua
    Uroczysta liturgia przy grobie św. Jozafata Kuncewicza w bazylice św. Piotra 12 listopada
    ***

    W takim trudnym okresie Jan zbliżył się do grekokatolików. Zaprzyjaźnił się z Genadijem Chmielnickim, studentem Seminarium Papieskiego w Wilnie, z Piotrem Arkadiuszem, uczonym grekokatolickim, bardzo zasłużonym dla unii, oraz z Janem Welaminem Rutskim, który w Rzymie ukończył Kolegium Ruskie i przystąpił do unii. Zetknął się także z jezuitami. Dzięki tym kontaktom poszerzył swoją wiedzę i wzrastał duchowo.
    W 1604 r. wstąpił do bazylianów (to jedyny w Polsce męski zakon obrządku greckokatolickiego) i złożył śluby w monasterze św. Jerzego. Od tego czasu nosił imię Jozafat. Aktu jego przyjęcia do zakonu dokonał sam metropolita unicki, Hipacy Pociej. Jako brat zakonny Jozafat kształcił się w niedawno założonej Akademii Wileńskiej, gdzie studiował filozofię, teologię, język starosłowiański i liturgię. W 1609 r. otrzymał święcenia kapłańskie i został magistrem nowicjatu. W roku 1613 powierzono mu funkcję przełożonego klasztoru i kościoła bazylianów w Wilnie, którą pełnił z wielkim zaangażowaniem. W latach 1614-1615 towarzyszył metropolicie halicko-kijowskiemu w podróży wizytacyjnej do Kijowa. Po drodze Jozafat zdołał pozyskać dla unii wojewodów połockiego i nowogrodzkiego oraz ufundować klasztor bazylianek w Krasnymborze.
    W roku 1617 został mianowany arcybiskupem Połocka po zmarłym właśnie tamtejszym metropolicie. Święcenia biskupie otrzymał 12 listopada 1618 w Wilnie, po czym wyruszył do Połocka, by odbyć ingres. Zapisał się w pamięci współczesnych jako niezwykły arcybiskup, który nosił stale habit zakonny, nigdy nie jadał mięsa, mieszkał w jednej izbie, którą dzielił jeszcze z pewnym bezdomnym. Dla siebie niczego nie potrzebował, natomiast troszczył się o podwładnych i walczył o przywileje dla duchowieństwa unickiego. Dbał o splendor nabożeństw liturgicznych, niezmordowanie głosił słowo Boże, przemawiał do ludu przy każdej okazji. Szczególną zaś opieką otoczył chorych i ubogich. Był zwolennikiem wczesnej i częstej Komunii świętej. Często wizytował placówki i kapłanów. Dla duchowieństwa ogłosił konstytucje, składające się z 48 przepisów postępowania oraz dodatkowo z 9 paragrafów dla tych, którzy by łamali prawo. Dla mniej wykształconych kapłanów ułożył katechizm jako podstawę do nauczania. Wprowadził obowiązek odprawiania codziennie Świętej Liturgii. Od swoich kapłanów żądał odmawiania brewiarza i comiesięcznej spowiedzi. Wysyłał do nich pisma wyjaśniające różnice między katolicyzmem a prawosławiem.
    Nie trudno się dziwić, że taka aktywność biskupa budziła niezadowolenie przeciwników unii z Kościołem rzymskim. Potężną kampanię przeciwko Jozafatowi wytoczył wspomniany już Teofanes, patriarcha Jerozolimy, który tajnie przybył jako delegat prawosławnego patriarchy Konstantynopola. Mianował biskupem prawosławnym Melecego Smotryckiego, który usiłował przekonać wiernych, że jest jedynym prawowitym biskupem na Białorusi. Pamiętać trzeba, że lud tych terenów był w większości niepiśmienny i z pewnością nie rozumiał sporów doktrynalnych. Prawosławni podgrzewali nastroje nacjonalistyczne i szkalowali abp Kuncewicza jako zdrajcę Cerkwi.
    Kiedy Jozafat musiał w roku 1621 udać się na sejm do Warszawy, wroga mu kampania tak dalece się wzmogła, że zastał po powrocie wzburzone przeciwko sobie wszystkie miasta. W końcu uknuto spisek na jego życie. W październiku 1623 roku udał się do swojej sufraganii do Witebska. Rankiem 12 listopada, zaraz po odprawieniu Mszy świętej, został napadnięty i zabity. Rozjuszony tłum rzucił się na rabunek mieszkania biskupiego, a samego metropolitę maltretowano w sposób okrutny. W końcu dobito go strzałem w głowę. Przed śmiercią Jozafat Kuncewicz miał jeszcze powiedzieć: “Dzieci, czemu napadacie na mój dom? Jeśli macie coś przeciwko mnie, to mnie macie”. Sponiewierane ciało Jozafata utopiono w Dźwinie.
    Męczeństwo Jozafata poruszyło całą Polskę katolicką. Wielu katolików teraz dopiero zrozumiało, czym jest unia. Natychmiast też rozpoczęto proces kanoniczny. Jozafat został beatyfikowany przez papieża Urbana VIII w 1643 r., kanonizowany w 1867 r. przez Piusa IX. Jest patronem diecezji siedleckiej i drohiczyńskiej, zakonu bazylianów, Rusi, Litwy i Wilna.
    Relikwie św. Jozafata przebyły prawdziwie tułaczą drogę. Były one składane w miastach Białorusi, na Litwie, w Polsce. W 1667 r. powróciły do Połocka, ale już w 1706 r. w obawie przed profanacją zostały umieszczone w Białej Podlaskiej. Po kanonizacji carat zażądał ukrycia relikwii. Zostały one przewiezione do Wiednia, a od 1949 r. spoczywają w bazylice św. Piotra w Watykanie. Relikwia lewej ręki św. Jozafata wraz ze skromnym pierścieniem biskupim znajduje się w bazylice Serca Jezusowego na Pradze w Warszawie. Z okazji 300-lecia męczeńskiej śmierci św. Jozafata w 1923 r. papież Pius XI wydał ku jego czci encyklikę Ecclesiam Dei admirabili.
    W ikonografii św. Jozafat Kuncewicz przedstawiany jest w stroju biskupim rytu wschodniego. Jego atrybutem jest topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Jozafat Kuncewicz – ”pasterz i apostoł,

    … krew przelał za jedność świętego Kościoła”

    Św. Jozafat Kuncewicz – ”pasterz i apostoł,… krew przelał za jedność świętego Kościoła”

    Męczeństwo św. Jozafata Kuncewicza – Józef Simmler, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Dawno temu i w innych czasach żył wspominany 12 listopada Jozafat Kuncewicz… tak można zaczynać większość spotkań z tymi, których Kościół wyniósł na ołtarze. To, co jednak warto zobaczyć w osobie tego świętego, to dzieła życia, których istotą był ekumenizm oraz jakże aktualne dziś pragnienie i dążenie powrotu do jedności w chrześcijaństwie.

    Jan Kunczyc, bo tak pierwotnie się nazywał, urodził się w 1580 roku we Włodzimierzu Wołyńskim. Przyszedł na świat w Rzeczypospolitej – wielonarodowej, wielokulturowej i wielowyznaniowej. Po kilkunastu latach od narodzin Jana, w 1596 na mocy postanowień Unii Brzeskiej, pojawił się Kościół unicki. Po wiekach istnienia obok siebie katolików i prawosławnych doszło do połączenia dwóch nurtów chrześcijaństwa. I to właśnie Kościół grekokatolicki, w liturgii oparty na rycie wschodnim, a w doktrynie wierny nauczaniu Kościołowi łacińskiemu, podporządkowany papieżowi, był dla arcybiskupa połockiego Jozafata wspólnotą, za którą odda życie.

    Na początku drogi duchowej była religijna, prawosławna, mieszczańska rodzina. Rodzice planowali, by syn został kupcem, ale z praktyki, którą Jan rozpoczął w Wilnie nic nie wyszło. Młodzieniec wolał czytać literaturę religijną, spędzać czas na modlitwie. W 1604 roku dokonał wyboru. Wstąpił do klasztoru bazylianów – męskiego zakonu w obrządku grekokatolickim. Stał się Jozafatem. Zakonnik kształcił się na Akademii Wileńskiej (studiował filozofię, teologię, liturgię i język starosłowiański) i posługiwał w cerkwi unickiej. Na jego formację duży wpływ mieli jezuici, ale wejście do Kościoła katolickiego nie oznaczało dla Jozafata odejścia od tożsamości – własnej tradycji i liturgii. Stał się wielkim apostołem pojednania, jak mówił o Jozafacie Jan Paweł II.  I trzeba tu zauważyć, że był to czas dla przedstawicieli kościoła grekokatolickiego szczególny. Dla Cerkwi unici stanowili problem. Byli odstępcami od wiary, więc prześladowania i przemoc wobec nich nie była rzadkością. Kiedy Cerkiew walczyła o to, by nie tracić wpływów Jozafat w 1609 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Został też magistrem nowicjatu, a po kilku latach – archimandrytą – przełożonym klasztoru i kościoła bazylianów w Wilnie. Żył ascetycznie. Czas poświęcał na czytanie i przepisywanie ksiąg religijnych, poznawanie żywotów świętych, a działania jakie podejmował skutkowały reformą życia zakonnego i powstawaniem nowych klasztorów. O jednym z nich warto wspomnieć – klasztorze w Żyrowicach, nazywanym unicką Częstochową, które stało się ważnym centrum kultu maryjnego.

    W 1618 roku, nie mając jeszcze 40 lat, Jozafat został arcybiskupem w Połocku. Miał zniszczoną katedrę i puste klasztory. Msze św. sprawowało się rzadko, a kazań nie głoszono. Cóż w tej sytuacji mógł ten, któremu powierzono odpowiedzialność za życie miejscowej wspólnoty? Otóż… codziennie odprawiał Mszę świętą, dał się poznać jako dobry kaznodzieja, spędzał godziny w konfesjonale. Pałac biskupi zamienił na schronisko dla biednych, mieszkał w najmniejszej izdebce, którą, jeśli trzeba było, dzielił z bezdomnymi, otaczał opieką potrzebujących. Remontował też katedrę i porządkował administrację kościelną, budował kościoły i klasztory, wizytował parafie, dbał o jakość liturgii, o poziom życia duchowego i wykształcenie podlegających mu księży.

    Dbałość i gorliwość arcybiskupa sprawiły, że archidiecezja połocka i przyległe regiony stawały się unickie, a tego przeciwnicy Jozafata nie chcieli zaakceptować. Chcieli się pozbyć duszochwata. Nazywali go zdrajcą Cerkwi, podburzali przeciw niemu ludność. W końcu zorganizowali spisek na jego życie. 12 listopada 1623 roku w Witebsku tłum z okrzykami bij, zabij papistę, łacinnika wdarł się do jego rezydencji i rzucił na duchownego. Był bity kijami, uderzony toporem. Strzał lub dwa w głowę zakończyły życie arcybiskupa.  Zmasakrowane, zbezczeszczone ciało zostało wrzucone do Dźwiny. Obciążono je kamieniami w worku zrobionym z włosienicy zdartej z zamordowanego duchownego. Po kilku dniach zwłoki męczennika wyłowiono i przewieziono do katedry w Płocku.

    Jozafat Kuncewicz został beatyfikowany już w 1643 roku, kanonizowany w 1867. Jest patronem zakonu bazylianów oraz Rusi, Litwy i Wilna oraz powstania styczniowego. W ikonografii przedstawia się go w stroju zakonnym lub biskupim rytu wschodniego. Atrybutem jest topór.

    Jego relikwie znajdują się w Rzymie, a ich droga do Bazyliki św. Piotra była długa i niebezpieczna. Musiały być chronione przed profanacją, ponieważ męczeńska śmierć Jozafata i kult jakim go otaczano wzmacniały unitów – przyciągały wiernych, którzy porzucali prawosławie. Dlatego doczesne szczątki Jozafata „wędrowały”.  Były w Połocku, Supraślu, Białej Podlaskiej (gdzie w ukryciu pozostawały ponad 40 lat). Stamtąd w 1916 roku przewieziono je do Wiednia skąd w 1949, samolotem przez Francję, Gibraltar, Afrykę dotarły ostatecznie do Wiecznego Miasta. Dziś spoczywają nieopodal Konfesji św. Piotra.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    __________________________________________________________________________________

    Św. Jozafat Kuncewicz

    Bronił praw Kościoła, był zwolennikiem idei powrotu wschodniego chrześcijaństwa do jedności z Rzymem, niósł cywilizację zachodnią daleko na wschód nie zważając na pomówienia i groźby. Św. Jozafat Kuncewicz, związany ze wschodnią tradycją liturgiczną, oddał życie za wierność Stolicy Apostolskiej…

    W XVI w. Cerkiew prawosławna przechodziła głęboki kryzys. Patriarchat Konstantynopolitański oraz ważniejsze stolice biskupie pozostawały pod panowaniem tureckim. Z drugiej strony car moskiewski, pragnący uczynić swe miasto „trzecim Rzymem”, czyli stolicą prawosławia, bardziej dbał o wykorzystanie Cerkwi do własnych celów politycznych niż o wsparcie jej działalności duszpasterskiej. To wszystko odbiło się także na stanie prawosławia na terenach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Widoczna była tu ignorancja teologiczna duchowieństwa i niemoralne prowadzenie się popów.

    Aby uzdrowić sytuację, hierarchowie zwrócili się o pomoc do papieża. Pod koniec 1595 r. Ojciec Święty Klemens VIII przyjął episkopat i wiernych prawosławnych do jedności z Kościołem katolickim, oczywiście po wcześniejszym odrzuceniu przez ich przedstawicieli schizmatyckich błędów. Zawarta w Rzymie unia została w roku następnym przyjęta przez synod duchowieństwa prawosławnego w Brześciu. W ten sposób powstał Kościół greckokatolicki, zwany potocznie unickim, stanowiący część Kościoła powszechnego, a czczący Boga według wschodniej tradycji liturgicznej. 

    Ugodzony w serce…
    Piętnaście lat wcześniej, w 1580 r., we Włodzimierzu Wołyńskim przyszedł na świat chłopiec, który w dziejach Kościoła unickiego miał odegrać wybitną rolę. Jan Kunczyc – bo takie było pierwsze imię i nazwisko św. Jozafata Kuncewicza – urodził się w rodzinie mieszczańskiej. Według planów rodziców miał w przyszłości zostać kupcem. Dlatego po ukończeniu szkoły cerkiewnej we Włodzimierzu wyjechał do Wilna, gdzie rozpoczął naukę handlu u tamtejszego kupca.

    Chłopca jednak, bardziej niż handel, pociągały sprawy duchowe. ­Kiedyś wyznał, że jako pięciolatek przeżył dziwne zdarzenie. Gdy pewnego razu wpatrywał się w ikonę Ukrzyżowanego, od obrazu oderwała się złota iskra i ugodziła go w serce… Aż zabolało. Odtąd nabożeństwa cerkiewne były mu szczególnie miłe.

    W habicie bazyliańskim
    Ówczesne Wilno było jednym z ważniejszych centrów prawosławia. Nic dziwnego, że stało się areną sporów między unitami a prawosławnymi niezadowolonymi ze zjednoczenia Cerkwi z Kościołem katolickim. Jan Kunczyc nie miał jednak wątpliwości, że prawdę znajdzie jedynie w Kościele katolickim, którego częścią była jego ukochana Cerkiew unicka.

    Żywo interesował się teologią. Wprawdzie nie znając łaciny nie mógł uczęszczać na wykłady akademickie, jednak starał się to nadrobić utrzymywaniem żywych kontaktów z wybitnymi teologami i duszpasterzami katolickimi oraz lekturą dzieł z zakresu duchowości. W 1604 r. zdecydował, że jego miejsce jest w klasztorze i poprosił unickiego metropolitę Kijowa Hipacego Pocieja o habit bazyliański. Dojrzałe powołanie i szeroka wiedza religijna przyszłego świętego spowodowały, że jednego dnia nastąpiły obłóczyny i złożenie profesji zakonnej, a parę miesięcy później otrzymał święcenia diakonatu. Zgodnie z tradycją mniszą przyjął też nowe imię – Jozafat.

    „Duszochwat”
    Jako bazylianin przyszły święty podjął studia teologiczne, ucząc się, jakbyśmy to dziś powiedzieli, „indywidualnym tokiem”. W tym czasie powstały jego pierwsze dzieła polemiczne. Przykład jaki dawał swoim życiem i słowem, przyciągał do zakonu wielu nowych kandydatów. Nic więc dziwnego, że po otrzymaniu święceń kapłańskich został kierownikiem nowicjatu. Z wielką gorliwością umartwiał ciało: pościł, biczował się, nosił włosiennicę… Wiele godzin spędzał pielęgnując w szpitalu chorych i niedołężnych. Dał się również poznać jako świetny kaznodzieja i spowiednik. Pozyskiwał dla Unii wielu nowych wiernych. Prawosławni przerażeni skalą konwersji dokonujących się za jego sprawą nazwali go „duszochwatem”, czyli łowcą dusz.

    Na duszpasterskie sukcesy zwolenników Unii Brzeskiej, jej przeciwnicy odpowiedzieli przemocą. W 1608 r. napadli na wileński klasztor św. Trójcy i używając na przemian próśb, gróźb, a gdy to nie dało rezultatu, także policzkowania, próbowali przeciągnąć Kuncewicza na swoją stronę. Rok później posunęli się dalej, nasyłając na metropolitę Hipacego Pocieja zamachowca. Na szczęście skończyło się „tylko” na utracie przez hierarchę dwóch palców u dłoni, którą się zasłonił przed szablą niedoszłego zabójcy.

    Nieustraszony ordynariusz połocki 
    W 1614 r. Jozafat został archimandrytą, czyli zwierzchnikiem klasztoru św. Trójcy. Z czasem swoją opieką objął kilka innych domów mniszych. Spod jego ręki wyszło całe nowe pokolenie pobożnych zakonników przedkładających służbę Bogu i Kościołowi nad wszystko inne.
    Świętość Kuncewicza zdawały się dostrzegać swym instynktem nawet zwierzęta. Istnieje kilka opowieści na ten temat. Przytoczmy tu jedną z nich. Pewna kobieta rozzłoszczona zabiegami św. Jozafata, który chciał ją nawrócić, poszczuła go potężnymi brytanami. Nieoczekiwanie znane ze swej agresywności psy podbiegły do świętego i zaczęły się do niego łasić. Wtedy w kobiecie coś pękło i poprosiła o spowiedź.

    Jesienią 1617 r. przyszły święty został biskupem pomocniczym. Miał pomagać staremu, ciężko choremu, arcybiskupowi Gedeonowi Brolnickiemu, zwierzchnikowi diecezji połockiej, witebskiej i mścisławskiej. Opory Kuncewicza pragnącego pozostać zwykłym mnichem przełamał jego zwierzchnik, a zarazem przyjaciel, metropolita kijowski Welamin Rutski, oświadczając mu, że nie ma innych, nadających się do tej funkcji kandydatów.

    Jako koadiutor, a po śmierci Brolnickiego ordynariusz połocki wziął się energicznie do pracy duszpasterskiej i administracyjnej. Zaczął wizytować poszczególne parafie. W wielu z nich najstarsi wierni nie pamiętali wizytacji biskupiej. Tam, gdzie znalazł nieporządek, pouczał proboszczów lub mianował gorliwych wikariuszy. Czynił zabiegi, by wszystkie parafie miały uposażenie pozwalające utrzymać niezależność od opiekującej się nią szlachty. Niejednokrotnie osobiście zajmował się odbieraniem majątków kościelnych zawłaszczonych przez świeckich. Nie szczędził również środków na remont cerkwi.

    Spisek dyzunitów
    Wielkim ciosem w Unię Brzeską, a przy okazji w dzieło metropolity Kuncewicza, była podróż przez ziemie Rzeczypospolitej patriarchy Jerozolimy Teofanesa (jednocześnie agenta sułtana), który dokonał święceń nowych schizmatyckich biskupów. Wywołało to dezorientację wśród wiernych i wzmocniło siły przeciwników Unii (dyzunitów), którzy zyskali naturalnych liderów.

    Skutki nie dały na siebie długo czekać. Wzmógł się opór wobec legalnych hierarchów. Coraz częściej dochodziło do napadów na unitów i różnych awantur. Jozafat Kuncewicz „zyskał” na terenie diecezji połockiej konkurenta w postaci prawosławnego abpa Melecego Smotryckiego, który rozpoczął intensywną działalność antyunijną. Wraz ze swoimi zwolennikami starał się zepchnąć Kuncewicza na margines społeczności rusińskiej. Kampania nienawiści wkrótce przyniosła tragiczny owoc – dyzunici zawiązali spisek na życie prawowitego arcybiskupa Połocka.

    Męczeńska śmierć
    12 listopada 1623 r. zamachowcy wraz z podburzonym tłumem wtargnęli na teren domu arcybiskupiego w Witebsku. Naprzeciw niszczącej wszystko i prześladującej służbę pałacową tłuszczy wyszedł abp Kuncewicz. – Dziatki, dlaczego bijecie czeladkę moją. Nie zabijajcie ich. Jeśli macie coś przeciwko mnie, owóż jestem – powiedział metropolita, składając ręce na piersi.

    Zapadła cisza. Gdy wydawało się, że już nikt nie odważy się podnieść ręki na pomazańca Bożego, z bocznych drzwi wypadło dwóch zamachowców. Jeden z nich uderzył męczennika w głowę pałką, a drugi rozpłatał ją ­toporem. Potem przez pewien czas siepacze pastwili się nad martwym ciałem, włócząc je po ulicach miasta, by w końcu utopić w rzece.

    Wyniesiony na ołtarze
    Mord wstrząsnął społecznością Rzeczypospolitej. I stał się cud: na katolicyzm obrządku wschodniego zaczęły przechodzić ogromne ilości prawosławnych. Unię przyjęło nawet 20 z 21 osób ukaranych śmiercią za ten mord. 

    Szczególnie zaskakująca była jedna konwersja – abpa Smotryckiego – ponoszącego moralną odpowiedzialność za to, co wydarzyło się w Witebsku. Dotychczasowy wróg katolicyzmu zachwiał się w swoich poglądach. By uspokoić sumienie wyjechał na wschód, do Konstantynopola i Ziemi Świętej, czyli tam, gdzie spodziewał się znaleźć lekarstwo na nurtujące go wątpliwości. Zamiast tego zobaczył patriarchę zafascynowanego kalwinizmem i opłakane skutki niewoli tureckiej. W końcu wrócił w granice Rzeczypospolitej, złożył unijne wyznanie wiary i przystąpił do zwalczania… swych dawnych poglądów, wyrażanych wcześniej w licznych pismach i książkach.

    Niemal natychmiast po pochowaniu ciała Jozafata Kuncewicza rozpoczęto zbieranie zeznań o jego życiu i cudach z myślą o przyszłej beatyfikacji. Proces zakończono w 1642 r., a papież Urban VIII ogłosił go błogosławionym. Na kanonizację – przez bł. Piusa IX – arcybiskup Połocka czekał do roku 1867. Jego wspomnienie Kościół obchodzi 12 listopada. Św. Jozafat jest jednym z patronów Polski.

    PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________

    Apostoł Jedności – św. Jozafat

    Apostoł Jedności - św. Jozafat

    św. Jozafat Kuncewicz/autor nieznany (PD)

    ***

    Jan Iwan Kuncewicz wkraczał w dorosłe życie, stając się coraz bardziej świadomym chrześcijaninem, w momencie burzliwych przemian wewnątrz Kościoła. Wszystkie jego działania, kształtowane były w odpowiedzi na zawiązanie Unii Brzeskiej w roku 1595, pomiędzy większością biskupów prawosławnych Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a kościołem katolickim w Rzymie.

    Jan urodził się w 1580 roku we Włodzimierzu Wołyńskim. Jego ojciec był kupcem i w związku z tym pragnął, aby syn poznał zasady handlu. W tym celu rodzice wysłali kilkunastoletniego Jana do Wilna, gdzie pomagał w zakładzie kupieckim. Jednakże w wypełnianiu obowiązku przeszkadzało mu rosnące w nim powołanie, które coraz częściej przypominało o sobie. Jan całe godziny spędzał na modlitwie w cerkwiach i czytaniu lektur, które przybliżały mu sprawę Unii.

    W roku 1604 wstąpił do monasteru Trójcy Przenajświętszej i przyjął imię Jozafat. Zakon przechodził wówczas kryzys, a przebywający w nim mnisi nie przestrzegali Reguły. Wobec takiej sytuacji nie mógł liczyć na kierownictwo duchowe więc sam zaczął kształtować swoje wnętrze i pielęgnować powołanie.

    Jozafat dzięki ascezie i modlitwie doprowadził do rozkwitu unickiej parafii. Jego gorliwe kaznodziejstwo przyciągało wiernych, a także kandydatów na mnichów. Najwierniejszym uczniem Jozafata okazał się Józef Welamin Rutski, wspólnie z którym podjęli się reformy i odnowy unickiego życia zakonnego.

    Jozafat mając 38 lat objął funkcję arcybiskupią w Płocku. Nowa godność nie przeszkadzała mu w prowadzeniu ubogiego i pełnego pokory życia. Swoją energię poświęcał na roztaczanie opieki nad najbardziej potrzebującymi. Swój pałac biskupi przekształcił w schronisko dla bezdomnych. Jozafat wprowadził zwyczaj codziennego odprawiania Mszy św., a także wizytowania parafian. W tym czasie wydał „Katechizm i Reguły dla kapłanów” oraz utwory poświęcone tematowi Unii i jej obronie.

    Właśnie owa działalność, głosząca konieczność umacniania Unii, przyniosła mu wielu wrogów. Zarzucali mu, że zdradza własną tradycję oraz zaprzecza swojej tożsamości. Święty nie przestawał jednak stale udowadniać swoim przeciwnikom, że najważniejsza w Kościele jest jedność, która go odrodzi. Nie ukrywał faktu przyjaźni z łacińskim duchowieństwem, a w szczególności z zakonem jezuickim. Jednak z drugiej strony nigdy nie zdradził tradycji Kościoła Wschodniego, z której się wywodził.

    Pomimo tego przeciwnicy Unii za wszelką cena pragnęli pozbyć się niewygodnego arcybiskupa. 12 listopada 1623 rozgniewany tłum napadł Jozafata oraz jego pracowników w pałacu. Kiedy Święty zaczął błagać o litość dla swoich ludzi, nieznane osoby, zadały mu śmiertelne uderzenie. Nie powstrzymało to tłumu przed zmasakrowaniem zwłok biskupa i zatopieniem ich w rzece. Kiedy po kilku dniach odnaleziono ciało, okazało się, że nie uległo ono rozkładowi.

    Męczennik w 1643 roku został beatyfikowany, a w 1867 doczekał się kanonizacji. Relikwie świętego składane były w różnych miastach Białorusi, Litwy i Polski. Ostatecznie w roku 1949 dotarły do bazyliki św. Piotra na Watykanie.

    Agnieszka Watras/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 listopada

    Święty Marcin z Tours, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Jałmużnik, biskup
      •  Święta Wiktoria, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Marcin z Tours

    Marcin urodził się ok. 316 r. w Panonii, na terenie dzisiejszych Węgier, w rodzinie pogańskiej. Jego ojciec był rzymskim trybunem wojskowym. Prawdopodobnie imię Martinus pochodzi od Marsa, boga wojny. Przez wieki powstało tak wiele życiorysów Marcina i legend, że dziś trudno ustalić fakty.
    Prawdopodobnie uczył się w Ticinium (Pawia). Mając 15 lat wstąpił do armii Konstancjusza II. Co do tego, ile lat służył w wojsku, hagiografowie toczą spory. Według jednych 25, inni podają, że tylko 5. Ale wydarzenie, które wszyscy czciciele wspominają, miało miejsce w okresie tej służby. Żebrakowi proszącemu o jałmużnę u bram miasta Amiens Marcin oddał połowę swej opończy. Następnej nocy ukazał mu się Chrystus odziany w ten płaszcz i mówiący do aniołów: “To Marcin okrył mnie swoim płaszczem”.
    Pod wpływem tego wydarzenia Marcin przyjął chrzest i opuścił wojsko, uważając, że wojowanie kłóci się z zasadami wiary. W innych życiorysach znajdujemy informację, że spotkanie z żebrakiem nastąpiło już po chrzcie; Marcin jako chrześcijanin nie mógł służyć w wojsku, dlatego musiał z niego wystąpić. Wielką troską Marcina było nawrócenie swoich rodziców, do którego doprowadził wkrótce po opuszczeniu armii. Następnie udał się do św. Hilarego, biskupa Poitiers (we Francji), stając się jego uczniem. Został akolitą, a następnie diakonem. Po pewnym czasie osiadł jako pustelnik na wysepce Gallinaria w pobliżu Genui, gromadząc wokół siebie wielu uczniów.

    Święty Marcin z Tours

    W 361 r. założył pierwszy klasztor w Galii – w Liguge. Dziesięć lat później, mimo jego sprzeciwu, lud wybrał go biskupem Tours. Ta data jest potwierdzona w dokumentach – sakrę biskupią otrzymał w roku 371. Jako pasterz diecezji prowadził nadal surowe życie mnisze, budząc sprzeciw okolicznych biskupów. Klasztory, które zakładał, łączyły koncepcję życia mniszego z pracą misyjną. Sam odbył wiele wypraw misyjnych. Rozpoczął chrystianizację prowincji galijskiej i prowadził ją w sposób bardzo systematyczny. Był znanym apostołem wsi. Jako były wojskowy nie zrażał się niepowodzeniami, ale konsekwentnie realizował wytyczone sobie zadania.
    Jeszcze za życia nazywany był mężem Bożym. Współczesny mu hagiograf Sulpicjusz Sewer zanotował wiele cudów wymodlonych przez biskupa Marcina, a także wielką liczbę nawróconych przez niego pogan. Sulpicjusz opisuje także zmagania tego misjonarza z duchami nieczystymi, które atakowały go tym częściej, im więcej dusz nawracał na wiarę chrześcijańską.
    Marcin zmarł 8 listopada 397 r. w Candes podczas podróży duszpasterskiej. Jego ciało sprowadzono Loarą do Tours i pochowano 11 listopada. Jako pierwszy wyznawca – nie-męczennik – zaczął odbierać cześć świętego w Kościele Zachodnim. Relikwie spoczywają w bazylice wzniesionej ku czci Świętego. Jest patronem Francji, królewskiego rodu Merowingów, diecezji w Eisenstadt, Mainz, Rotterburga i Amiens; dzieci, hotelarzy, jeźdźców, kawalerii, kapeluszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żebraków i żołnierzy.
    W ikonografii przedstawiany jest w stroju biskupa lub jako żołnierz oddający płaszcz żebrakowi. Jego atrybutami są: dzban, gęś na księdze, gęś u jego stóp, koń, księga, model kościoła, dwa psy lub żebrak u jego stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    11 listopada

    Błogosławiona Alicja Kotowska,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Alicja Kotowska

    Maria Jadwiga urodziła się w Warszawie 20 listopada 1899 r., w rodzinie organisty Jana Kotowskiego i Zofii z Barskich. Była trzecim dzieckiem, jedną z siedmiorga rodzeństwa. Jej ojciec był niezwykle pobożnym człowiekiem, nie rozstawał się z różańcem i codziennie wieczorem, przy modlitwie, czytywał dzieciom fragmenty Pisma św.
    Marylka (bo tak nazywał ją ojciec) została wraz ze starszą siostrą oddana na pensję do gimnazjum w Warszawie, w którym uczyły zakonnice. Spędziła tam cały okres I wojny światowej. W 1918 r. zdała maturę i w tym samym roku podjęła studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim. 10 listopada 1918 r. namówiła grupę studentów na opuszczenie wykładów; wszyscy razem udali się na dworzec, gdzie właśnie przyjeżdżał z więzienia w Magdeburgu Józef Piłsudski. Wkrótce Maria wstąpiła do Polskiej Organizacji Wojskowej.
    W 1920 r., gdy do Warszawy zbliżały się wojska bolszewickie, pospieszyła na front i pomagała jako sanitariuszka Czerwonego Krzyża. Działała także w warszawskich szpitalach. Wiele lat później, w 1932 r., za bohaterską służbę została odznaczona krzyżem Polonia Restituta.
    W okresie studiów poznała Zgromadzenie Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa – siostry zmartwychwstanki, które założyła bł. Celina Borzęcka. Siedziba zgromadzenia mieściła się niedaleko Uniwersytetu. W trakcie trzeciego roku Maria Jadwiga przerwała studia i wstąpiła do Zgromadzenia. Rodzice – choć zaskoczeni – przyjęli decyzję córki z pokorą i zrozumieniem.

    Błogosławiona Alicja Kotowska

    W 1922 r. Maria Jadwiga rozpoczęła życie zakonne w Kętach k. Bielska, pierwszym w Polsce domu zakonnym zmartwychwstanek, przyjmując imię Alicja. Dwa lata później, w 1924 r., po ukończeniu postulatu i nowicjatu, złożyła pierwsze śluby i powróciła do warszawskiej wspólnoty. Wznowiła też studia uniwersyteckie, choć – za radą przełożonych – na kierunku matematyczno-przyrodniczym. W 1929 r. obroniła pracę magisterską z chemii poświęconą badaniom ebulioskopowym. W 1928 r., złożyła zakonne śluby wieczyste.
    Wkrótce rozpoczęła praktyki nauczycielskie w Seminarium Nauczycielskim w Sewerynowie. Po otwarciu gimnazjum zmartwychwstanek kontynuowała je na Żoliborzu. Uczyła chemii, pełniąc jednocześnie obowiązki pielęgniarki. Po dwóch latach zdała egzamin komisyjny, zostając dyplomowanym nauczycielem szkół średnich. Na Żoliborzu pracowała jeszcze przez dwa kolejne lata, przez pewien czas, po śmierci dyrektorki seminarium, kierując placówką.
    W 1934 r. została mianowana dyrektorem borykającej się z problemami finansowymi Prywatnej Szkoły Powszechnej i Żeńskiego Gimnazjum Ogólnokształcącego w Wejherowie. Powierzono jej również kierowanie prywatnym przedszkolem i internatem dla dziewcząt. Tam dała się poznać jako znakomity dyrektor i pedagog, a także niedościgniony wzór cnót moralnych.
    Wysiłek zmartwychwstanek szybko zauważono i już w 1936 r. szkoła uzyskała prawa szkoły państwowej. Wizytacje kuratorskie potwierdzały wzrost poziomu nauczania w kierowanej przez s. Alicję placówce. Władze oświatowe odznaczyły ją także dyplomem honorowego członka Polskiego Związku Zachodniego, organizacji broniącej Polaków i polskości wobec żywiołu niemieckiego, zarówno w Rzeszy Niemieckiej, jak i w Rzeczypospolitej. Wokół prowadzonych przez s. Alicję placówek powstawał też nowy, prowadzony przez nią dom zakonny zgromadzenia zmartwychwstanek.
    W wakacje 1939 r. po raz ostatni odwiedziła rodziców mieszkających wówczas w Cieszynie. W drodze powrotnej zatrzymała się na moment w domu macierzystym w Kętach i na Jasnej Górze, po czym wróciła nad morze.
    We wrześniu 1939 r. nastąpiła inwazja Rzeszy Niemieckiej na Polskę. Na mocy jednej z pierwszych niemieckich decyzji w Wejherowie zlikwidowano szkołę i zakład sióstr zmartwychwstanek. Alicja nakazała współsiostrom przebrać się w ubrania cywilne i ukryć; siostry jednak nie usłuchały. Matka jednej z uczennic, Anna Scheibe, dowiedziała się, że s. Alicji grozi aresztowanie i zaproponowała jej pomoc w ucieczce. Siostra Alicja jednak nie skorzystała. 24 października została aresztowana przez gestapo. Mieszkający w zarekwirowanym budynku klasztornym niemiecki kapitan Wermachtu zapytał gestapowców, co im zawiniła. W odpowiedzi usłyszał: “Wystarczy, że jest Polką”. Gdy współsiostry próbowały ofiarować się za przełożoną i prosiły o możliwość towarzyszenia jej, Niemcy odpowiedzieli ironicznie, że s. Alicja “ma dostateczną opiekę”. Zanim wsiadła do wojskowego samochodu, zatrzymała się na chwilę i spojrzała ciepło łagodnymi oczami na pozostawiane zakonnice.
    Zawieziono ją do więzienia w Wejherowie. Przez kilkanaście dni ubiegano się o jej uwolnienie – jednak bezskutecznie. Dwóm uczennicom udało się ją odwiedzić w więzieniu. S. Alicja przekazała wówczas pozdrowienia współsiostrom, mówiąc, że w więzieniu jest jej dobrze. Poprosiła tylko o swój ulubiony krzyżyk. Później informowała jeszcze, że w nocy często ją budzą i zapalają światło. Długo modliła się na różańcu.
    11 listopada 1939 r. na dziedziniec więzienia wjechały ciężarówki. Z cel wywleczono pokaźną grupę więźniów, wśród nich s. Alicję. Niemcy kazali im opróżnić kieszenie, pozwalając na pozostawienie tylko chusteczek do nosa. Następnie popychając, zmuszono ich do wejścia do ciężarówek. Alicja weszła ostatnia, otulając swym ramieniem grupkę wystraszonych, żydowskich dzieci, które znalazły się w wywożonej grupie, dodając im otuchy. Rozstrzelano ją najprawdopodobniej tego samego dnia, 11 listopada 1939 r., w dniu święta narodowego Rzeczypospolitej, w lasach Piaśnicy Wielkiej, 10 km od Wejherowa, w trakcie wielkiej egzekucji, w której zginęło 314 ofiar. W latach 1939-1940 w Piaśnicy rozstrzelano 10 do 12 tys. osób, przedstawicieli polskiej inteligencji pomorskiej. Rozstrzelano także i zakopano na miejscu straceń w masowych grobach setki osób niepełnosprawnych z całego Pomorza. W 1944 r. większość ciał Niemcy – rękami skazańców z obozu w Stutthof – odkopali i spalili.
    Po zakończeniu zmagań wojennych, w Piaśnicy, zwanej “Kaszubską Golgotą”, w grobie numer 7 znaleziono duży czarny różaniec, jaki przy pasku noszą siostry zmartwychwstanki. Na tej podstawie domniemuje się, że właśnie w tym miejscu siostra Alicja została pochowana. Czy tak rzeczywiście się stało – nie wiadomo.
    Papież Pius XII, usłyszawszy o śmierci s. Alicji, miał powiedzieć: “Macie męczennicę, to wielka chwała i pociecha dla Zgromadzenia. Czy może być większe szczęście, jak oddać życie za wiarę, za Kościół, za Chrystusa Pana?”
    W 1950 r. szkołę w Wejherowie decyzją władz zamknięto. W budynkach zorganizowano państwowe przedszkole, szkołę podstawową i zasadniczą szkołę zawodową dla dzieci i młodzieży niesłyszącej. Dopiero po przemianach w 1989 r. siostry zmartwychwstanki mogły ponownie podjąć działalność dydaktyczno-wychowawczą. W 1992 r. w wejherowskim budynku zakonnym otwarto przedszkole, a w 2000 r. powstała Katolicka Szkoła Podstawowa. Jej patronką została bł. s. Alicja Kotowska. Należała ona już bowiem wtedy do grona błogosławionych – wyniesiona na ołtarze 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez św. Jana Pawła II, w gronie 108 błogosławionych polskich męczenników II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 listopada

    Święty Leon Wielki, papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Andrzej Avellino, prezbiter
    ***
    Święty Leon Wielki

    Leon urodził się około 400 r. w Toskanii. Był synem Kwintyniana. Papież Celestyn I mianował go archidiakonem około roku 430. Od młodości wyróżniał się tak wielką erudycją i zdolnościami dyplomatycznymi, że nawet jako zwykły akolita wysyłany był przez papieża do ważnych misji. Na jego polecenie udał się m.in. z poufną misją do św. Augustyna, biskupa Hippony. Kiedy w 440 r. przebywał z misją pokojową w Galii, wysłany tam przez cesarzową Gallę Placydię, został obrany papieżem po śmierci Sykstusa III. Po powrocie do Rzymu został konsekrowany 29 września 440 r., rozpoczynając swoje ponad 21-letnie kierowanie Kościołem.
    Jego pontyfikat przypadł na czasy licznych sporów teologicznych i zamieszania pośród hierarchii kościelnej. Musiał zwalczać liczne herezje oraz tendencje odśrodkowe, podejmowane przez episkopaty Afryki Północnej i Galii. To wtedy Pelagiusz głosił, że Chrystus wcale nie przyniósł odkupienia z grzechów, a Nestoriusz twierdził, że w Jezusie mieszkały dwie osoby. Poprzez swoich legatów brał udział w soborze w Chalcedonie (451), który ustalił najważniejsze elementy doktryny chrystologicznej. W dogmatycznym liście do biskupa Konstantynopola, tzw. “Tomie do Flawiana”, odczytanym w Chalcedonie, Leon I rozwinął naukę o dwóch naturach w Chrystusie. Sobór Chalcedoński przyjął wiarę w jednego Chrystusa w dwóch naturach, obu niezmiennych i nieprzemieszczalnych, ale także nierozdwojonych i nierozdzielnych, tworzących jedną osobę. Tekst ten ojcowie soborowi przyjęli przez aklamację, a z zachowanych dokumentów wiemy, że zawołali wtedy: “Piotr przemówił przez usta Leona”.
    Papież Leon wprowadził zasadę liturgicznej, kanonicznej i pastoralnej jedności Kościoła. Za jego czasów powstały pierwsze redakcje zbiorów oficjalnych modlitw liturgicznych w języku łacińskim. Powiązał liturgię z codziennym życiem chrześcijańskim; np. praktykę postu z miłosierdziem i jałmużną. Nauczał, że liturgia chrześcijańska nie jest wspomnieniem wydarzeń minionych, lecz uobecnieniem niewidzialnej rzeczywistości. W jednej z mów podkreślał, że Paschę można celebrować w każdym okresie roku “nie jako coś, co przeminęło, ale raczej jako wydarzenie dziś obecne”.
    Leon przyczynił się do uznania prymatu stolicy Piotrowej zarówno przez cesarza zachodniego Walentyniana III, jak i przez Konstantynopol. Cesarz Walentynian III (425-455) ogłosił edykt postanawiający, że zarządzenia Stolicy Apostolskiej muszą być uważane za prawo; oznaczało to prymat jurysdykcyjny biskupa rzymskiego. Bronił Italię i Rzym przed najazdami barbarzyńców. Wyjechał naprzeciw Attyli, królowi Hunów, i jego wojskom, wstrzymał ich marsz i skłonił do odwrotu (452). W trzy lata później podjął pertraktacje ze stojącym u bram Rzymu Genzerykiem, królem Wandalów. Niestety, król nie dotrzymawszy umowy złupił Wieczne Miasto. Papież ten wsławił się także działalnością charytatywną oraz zdecydowanym przeciwstawianiem się praktykom pogańskim czy wpływom sekty manichejczyków.
    Leon był obrońcą kultury zachodniej. Jako pierwszy papież otrzymał przydomek “Wielki”. Zmarł 10 listopada 461 r. w Rzymie. Został pochowany w portyku bazyliki św. Piotra. Zachowało się po nim ok. 150 listów i prawie 100 mów wygłoszonych do mieszkańców Rzymu podczas różnych świąt. Pozwalają one poznać wiedzę teologiczną papieża oraz ówczesne życie liturgiczne. W roku 1754 Benedykt XIV ogłosił go doktorem Kościoła. Jest patronem muzyków i śpiewaków.
    W ikonografii św. Leon Wielki przedstawiany jest w szatach papieskich i w tiarze, czasami w szatach liturgicznych rytu wschodniego lub jako papież piszący. Jego atrybutami są: księga, kielich oraz orszak z półksiężycem, któremu zastępuje drogę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Leon Wielki (+461), papież, o tym, co wydarzyło się w chwili Zwiastowania

    „Majestat przyoblókł się w pokorę, moc w słabość, wieczność w śmiertelność… natura niezniszczalna złączyła się z naturą podległą cierpieniu… Tak więc w naturę prawdziwego człowieka zstąpił prawdziwy Bóg – cały w swoich przymiotach Boskich i nie naruszający naszych przymiotów ludzkich, którymi obdarzył nas w momencie stworzenia… Powiększając to, co ludzkie, nie pomniejszył tego, co Boskie. Wyniszczenie bowiem owo, przez które Niewidzialny stał się widzialny, a Stwórca i Pan wszystkich rzeczy chciał być jednym ze śmiertelnych, było okazaniem miłosierdzia, a nie uszczerbkiem dla Jego mocy. Tak więc ten, który będąc Bogiem, uczynił człowieka, stał się człowiekiem… Trwając odwiecznie, zaczął istnieć w czasie; Pan całego stworzenia przyjął postać sługi, ukrywszy niezmierzoność swego Majestatu… będąc Nieśmiertelnym, poddał się prawom śmierci. Ten, który jest prawdziwym Bogiem, stał się również prawdziwym człowiekiem… W tym zjednoczeniu razem zaistniała małość człowieka i wielkość Bóstwa… Albowiem zawsze należy to podkreślać, że jest to ten sam prawdziwy Syn Boży i prawdziwy Syn Człowieczy: Bóg prawdziwy przez to, że «na począt-ku było Słowo u Boga, i Bogiem było Słowo»; człowiek przez to, że Słowo stało się ciałem, narodziło się z Maryi Dziewicy i zamieszkało pośród nas”.

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco 

    ***

    Historia sztuki świadectwem obecności Maryi w życiu Ludu Bożego

    Maryja zawsze zajmowała szczególne miejsce w życiu Ludu Bożego. Świadectwem tego jest również historia sztuki. Jak mówi Francesco Astiaso Garcia, sekretarz Katolickiej Unii Artystów, wszyscy wielcy artyści, również niewierzący, chcieli się zmierzyć w swej twórczości z tym wyzwaniem, jaki jest dla artystów Maryja, Matka Słowa Wcielonego, Cała Piękna.

    Maryja zawsze była ulubionym tematem artystów

    „Praca nad wizerunkiem Maryi jest dla artysty czymś bardzo ważnym. Zbliżamy się bowiem w ten sposób do tajemnicy Boga i tajemnicy Wcielenia. Wszyscy artyści, nawet niewierzący, zmagali się w jakiś sposób z tym pytaniem, jak przedstawić tę najbardziej ulubioną Kobietę w historii sztuki. Oczywiście, artysta wierzący, kiedy maluje Maryję, dużo się modli, a nawet pości, prosząc o natchnienie. Maryja zawsze była ulubionym tematem artystów i to od samego początku chrześcijaństwa – mówi Francesco Astiaso Garcia. – Pierwszy obraz Maryi pochodzi z czasów katakumb, z drugiej połowy III w. Znajduje się w Katakumbach Priscilii w Rzymie. A potem już wszyscy wielcy artyści mierzyli się z tym tematem, by przypomnieć tylko najważniejszych: Cimabue, Giotto, Duccio, twórców ikon bizantyjskich. Później renesans: Botticelli, El Greco, Raffaello. Natomiast od Caravaggia wizerunek Madonny staje się bardziej ludzki, mniej w nim idealizacji, a więcej realizmu, dzięki czemu Maryja jest jeszcze bliższa naszemu człowieczeństwu. W wieku XIX znowu powraca się bardziej klasycznego kanonu. Również wiek XX dał nam wspaniałe wizerunki Maryi, spośród których chciałbym wspomnieć Gauguina i Matisse’a. Mało kto wie, że Matisse zakończył swą karierę właśnie cyklem maryjnym, w kaplicy różańca, na pograniczu malarstwa figuratywnego i abstrakcji.“

    Krzysztof Bronk – Vatican News

    __________________________________________________________________________________________________

    5 porad duchowych od świętego papieża

    5 porad duchowych od świętego papieża

    św. Leon Wielki/fot. domena publiczna

    ***

    Żył w V wieku, ale z jego pismami możemy inspirować się do dnia dzisiejszego. Poznaj 5 myśli, które są szczególnie cenne.

    1. A więc to, co było widzialne w naszym Zbawicielu, zostało teraz zawarte w sakramentach.

    2. Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury, porzuć więc wyrodne obyczaje dawnego upodlenia i już do nich nie powracaj. Pomnij, jakiej to Głowy i jakiego Ciała jesteś członkiem. Pamiętaj, że zostałeś wydarty mocom ciemności i przeniesiony do światła i królestwa Bożego.

    3. Przez chrzest stałeś się przybytkiem Ducha Świętego, nie wypędzaj Go więc z twego serca przez niegodne życie, nie oddawaj się ponownie w niewolę szatana, bo twoją ceną jest Krew Chrystusa.

    4. Nie miejsce na smutek, kiedy rodzi się życie; pierzchnął lęk przed zagładą śmierci, nastaje radość z obietnicy niekończącego się życia. 

    5. Zbyteczny byłby trud głodzić się, a nie wyzbywać się przewrotnej woli! I próżny mozół dręczyć ciało postem, a nie cofać się od zamiaru grzeszenia. 

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________

    Św. Leon Wielki

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 5.03.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Kontynuując nasz cykl rozważań poświęconych Ojcom Kościoła, prawdziwym gwiazdom świecącym z dala, podczas dzisiejszego spotkania przyjrzymy się postaci papieża, który w 1754 r. został ogłoszony przez Benedykta XIV doktorem Kościoła. Chodzi o św. Leona Wielkiego. Jak wskazuje przydomek wcześnie nadany mu przez tradycję, był on naprawdę jednym z największych papieży, którzy przynieśli zaszczyt stolicy rzymskiej, przyczyniając się w znacznym stopniu do umocnienia jej autorytetu i prestiżu. Był pierwszym biskupem Rzymu noszącym imię Leon, które następnie przyjęło dwunastu innych papieży; był również pierwszym papieżem, którego nauki głoszone do ludu gromadzącego się przy nim podczas liturgii przetrwały do naszych czasów. Myśl o nim nasuwa się naturalnie w kontekście obecnych środowych audiencji generalnych — spotkań, które w ostatnich dziesięcioleciach stały się dla Biskupa Rzymu tradycyjną formą spotkania z wiernymi i tak licznymi gośćmi przybywającymi ze wszystkich zakątków świata.

    Leon pochodził z Tuscii. Został diakonem Kościoła Rzymu ok. 430 r. i z czasem zdobył w nim znaczącą pozycję. Ze względu na tę istotną rolę w r. 440 Galla Placydia, sprawująca w tym czasie rządy w cesarstwie zachodnim, postanowiła wysłać go do Galii, by zaradzić panującej tam trudnej sytuacji. Jednakże latem tego samego roku umarł papież Sykstus III, którego imię związane jest ze wspaniałymi mozaikami w bazylice Matki Boskiej Większej, i na jego następcę wybrano właśnie Leona. Wiadomość o tym otrzymał, gdy pełnił misję pokojową w Galii. Nowy papież został konsekrowany po powrocie do Rzymu 29 września 440 r. Tak oto rozpoczął się jego pontyfikat, trwający ponad dwadzieścia jeden lat i będący niewątpliwie jednym z najważniejszych w dziejach Kościoła. Po śmierci, która nastąpiła 10 listopada 461 r., papież został pochowany w pobliżu grobu św. Piotra. Jego relikwie spoczywają dzisiaj w jednym z ołtarzy Bazyliki Watykańskiej.

    Papież Leon żył w bardzo trudnych czasach: wielokrotne najazdy barbarzyńców, stopniowe słabnięcie władzy cesarskiej na Zachodzie oraz długotrwały kryzys społeczny spowodowały, że Biskup Rzymu zmuszony był pełnić ważną rolę również w sprawach cywilnych i politycznych — stało się to jeszcze bardziej oczywiste półtora wieku później, podczas pontyfikatu Grzegorza Wielkiego. Oczywiście, to przydało wagi i prestiżu stolicy rzymskiej. Słynny jest zwłaszcza jeden epizod z życia Leona. Było to w 452 r. — papież razem z delegacją rzymską spotkał się w Mantui z wodzem Hunów Attylą i przekonał go do rezygnacji z dalszej wojny inwazyjnej, która zniszczyła już północno-wschodnie regiony Italii. W ten sposób ocalił resztę półwyspu. To ważne wydarzenie stało się wkrótce pamiętne i pozostaje wymownym znakiem pokojowych działań tego papieża. Niestety, wynik innej inicjatywy papieskiej, trzy lata później, nie był równie pomyślny. W każdym razie był świadectwem odwagi, która jeszcze dzisiaj nas zdumiewa: na wiosnę 455 r. Leon nie zdołał zapobiec inwazji Wandalów, którzy pod wodzą Genzeryka stanęli u bram bezbronnego Rzymu i plądrowali go przez dwa tygodnie. Jednakże gest papieża, który bezbronny, w otoczeniu swego duchowieństwa, wyszedł naprzeciw najeźdźcy i błagał go, by się zatrzymał, zapobiegł przynajmniej spaleniu Rzymu; papież uzyskał też to, że straszliwa grabież oszczędziła bazyliki św. Piotra, św. Pawła i św. Jana, w których schroniła się część przerażonej ludności.

    Znamy dobrze działalność papieża Leona dzięki jego przepięknym kazaniom — zachowało się ich niemal sto, zapisanych wspaniałą i jasną łaciną — oraz dzięki jego listom — ok. stu pięćdziesięciu. W tekstach tych widoczna jest cała wielkość tego papieża, z oddaniem służącego prawdzie w miłości przez wytrwałe głoszenie słowa, w którym jawi się zarazem jako teolog i jako pasterz. Nieustannie troszcząc się o swoich wiernych i o lud rzymski, a także o jedność różnych Kościołów oraz ich potrzeby, Leon Wielki był zwolennikiem i niezmordowanym promotorem prymatu rzymskiego, jako autentyczny spadkobierca apostoła Piotra: byli tego świadomi liczni biskupi, w znacznej części wschodni, zebrani na Soborze Chalcedońskim.

    Odbywający się w 451 r. Sobór, w którym uczestniczyło trzystu pięćdziesięciu biskupów, był najważniejszym zgromadzeniem, jakie miało miejsce do tamtego czasu w dziejach Kościoła. Sobór Chalcedoński stanowi bezpieczną metę chrystologii trzech wcześniejszych soborów powszechnych: Soboru Nicejskiego z 325 r., Konstantynopolitańskiego z 381 r. oraz Efeskiego z 431 r. Już w VI w. te cztery sobory, wyrażające syntezę wiary starożytnego Kościoła, przyrównywano w istocie do czterech Ewangelii: mówi o tym Grzegorz Wielki w znanym liście (I, 24), w którym oświadcza, że «przyjmuje i otacza czcią cztery sobory, niczym cztery księgi świętej Ewangelii, ponieważ na nich — wyjaśnia dalej — niczym na solidnym kamieniu wspiera się konstrukcja świętej wiary». Przeciwstawiając się herezji Eutychesa, który negował prawdziwą naturę ludzką Syna Bożego, Sobór Chalcedoński potwierdził istnienie w Jego jedynej Osobie, bez pomieszania i bez rozdzielenia, dwóch natur — ludzkiej i boskiej.

    Wiarę w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, potwierdził papież w ważnym tekście doktrynalnym, przeznaczonym dla biskupa Konstantynopola, tak zwanym Tomus ad Flavianum, który odczytany w Chalcedonie, został przyjęty przez obecnych biskupów przez wymowną aklamację, o czym zachowana jest wiadomość w aktach Soboru: «Piotr przemówił przez usta Leona» — wykrzyknęli jednogłośnie Ojcowie Soborowi. Z tej zwłaszcza wypowiedzi oraz z innych, jakie pojawiły się podczas sporu chrystologicznego w tamtych latach, wynika w sposób oczywisty, że papież szczególnie wyraźnie dostrzegał odpowiedzialność następcy Piotra, którego rola w Kościele jest niepowtarzalna, ponieważ «jednemu tylko apostołowi powierzone zostało to, co wszystkim apostołom jest oznajmione», jak stwierdza Leon w jednym ze swoich kazań na uroczystość świętych Piotra i Pawła (83, 2). Papież potrafił pełnić tę funkcję zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie, interweniując w różnych okolicznościach z roztropnością, stanowczością i przenikliwością przez swoje pisma i za pośrednictwem swoich legatów. W ten sposób ukazywał, że sprawowanie prymatu rzymskiego było potrzebne w tamtych czasach, podobnie jak i dziś, by skutecznie służyć jedności, stanowiącej charakterystyczną cechę jedynego Kościoła Chrystusowego.

    Świadomy historycznej chwili, w której żył, oraz dokonującej się transformacji — w okresie głębokiego kryzysu — Rzymu pogańskiego w Rzym chrześcijański, Leon Wielki potrafił być ze swym ludem i wiernymi poprzez swoją działalność pasterską i głoszenie słowa. Pobudzał do działalności charytatywnej w doświadczonym przez głód, różne formy niesprawiedliwości i ubóstwo Rzymie, do którego napływały rzesze uciekinierów. Przeciwstawiał się pogańskim przesądom i działaniu grup manichejczyków. Związał liturgię z codziennym życiem chrześcijan — na przykład przez łączenie praktyki postu z jałmużną, zwłaszcza przy okazji Quattro tempora, które wyznaczają zmianę pór roku. W sposób szczególny Leon Wielki pouczał swoich wiernych — i jeszcze dzisiaj jego słowa mają dla nas wartość — że liturgia chrześcijańska nie jest wspominaniem wydarzeń, które minęły, ale uobecnianiem rzeczywistości niewidzialnych, działających w życiu każdego człowieka. Podkreśla to w jednym ze swoich kazań (64, 1-2) na temat Paschy, którą należy celebrować w każdym okresie roku «nie tyle jako coś należącego do przeszłości, ale raczej jako wydarzenie obecne». Wszystko to wpisane jest w dokładny zamysł — mówi z mocą święty papież; jak bowiem Stwórca tchnieniem życia rozumnego ożywił człowieka ulepionego z błota, podobnie po grzechu pierworodnym posłał swego Syna na świat, by przywrócić człowiekowi utraconą godność i zniszczyć panowanie diabła dzięki nowemu życiu łaski.

    To jest tajemnica chrystologiczna, w którą św. Leon Wielki dzięki swojemu listowi skierowanemu do Soboru Chalcedońskiego wniósł rzeczywisty i istotny wkład, potwierdzając po wszystkie czasy — za pośrednictwem tego Soboru — to, co powiedział św. Piotr w Cezarei Filipowej. Za Piotrem i jako Piotr wyznał: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego». I dlatego zarazem Bóg i Człowiek, «nieobcy rodzajowi ludzkiemu, ale bez grzechu» (por. Sermo 64). Mocą tej wiary chrystologicznej był wielkim głosicielem pokoju i miłości. W ten sposób wskazuje nam drogę: w wierze uczymy się miłości. Uczmy się więc od św. Leona Wielkiego wierzyć w Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka, i realizować na co dzień tę wiarę w działalności na rzecz pokoju oraz w miłości bliźniego.

    Do Polaków:

    Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich. Wczoraj wspominaliśmy św. Kazimierza, szczególnie czczonego w Polsce i na Litwie. Odznaczał się czystością ducha, miłością do ludzi i miłosierdziem wobec ubogich. Także w naszych czasach jest wzorem dla małżonków, młodzieży i osób żyjących w duchu rad ewangelicznych. Polecam was wszystkich jego wstawiennictwu i z serca błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 4/2008/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________

    Św. Leon Wielki – pierwszy papież pochowany w bazylice św. Piotra. Czym zasłynął?

    10 listopada wspominamy św. Leona Wielkiego (ok. 400 – 461), papieża i Doktora Kościoła, którym w 1754 r. ogłosił go Benedykt XIV. Jego relikwie znajdują się w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Jest patronem muzyków i śpiewaków.

    św. Leon Wielki/Francisco de Herrera El Mozo (PD)

    ***

    Mimo że był jedną z najbardziej znaczących postaci starożytnego Kościoła, o jego wczesnych latach wiemy niewiele. Wywodził się prawdopodobnie z jakiegoś możnego rodu, bo udało mu się zdobyć dobre wykształcenie. Szybko też stał się w Rzymie postacią znaną. Wyróżniając się erudycją i zdolnościami dyplomatycznymi odbył z polecania papieży wiele ważnych misji. Oprócz wybitnych przymiotów umysłu, posiadał także wiele cnót: św. Jan Kasjan nie zawahał się go więc nazwać „ozdobą Kościoła rzymskiego”.

    Wybrany na papieża (440 r.), dał się poznać nie tylko jako gorliwy obrońca wiary, ale także jako nieustraszony obrońca swego ludu (w roku 452 uchronił Rzym od najazdu Hunów). Do naszych czasów, poza sławą, zachowało się też 170 jego listów i 97 kazań, wygłoszonych podczas różnych świąt i uroczystości. Wśród nich również to najsłynniejsze, na dzień Bożego Narodzenia, wspaniały tekst o godności chrześcijanina.

    Z pierwszego kazania św. Leona Wielkiego na uroczystość Bożego Narodzenia:

    „Poznaj swoją godność, chrześcijaninie. Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury, porzuć więc wyrodne obyczaje dawnego upodlenia i już do nich nie wracaj. Pomnij, jakiej to Głowy i jakiego Ciała jesteś członkiem. Pamiętaj, że zostałeś wydarty mocom ciemności i przeniesiony do światła i królestwa Bożego. Przez chrzest stałeś się przybytkiem Ducha Świętego, nie wypędzaj Go więc z twego serca przez niegodne życie i nie oddawaj się ponownie w niewolę szatana, bo twoją ceną jest Krew Chrystusa”.

    Dwudziestoletni pontyfikat Leona Wielkiego przypadł na czasy przełomowe w historii Europy i Kościoła: Cesarstwo Zachodnie upadało pod najazdami barbarzyńców, a Cesarstwo Wschodnie oddalało się coraz bardziej od Rzymu. Na to nakładało się jeszcze zagrożenie dla prawdziwej wiary, płynące z błędnych nauk heretyków: manichejczyków, pelagian, nestorian i monofizytów. Dla papieża Leona pierwszoplanowym zadaniem było więc utrzymanie jedności Kościoła: administracyjnej i doktrynalnej. W tym celu m. in. zwołany został sobór powszechny do Chalcedonu (451 r.), w czasie którego odczytano jego słynny List dogmatyczny o boskiej i ludzkiej naturze Jezusa (tzw. „Tomus ad Flavianum”), przyjęty entuzjastycznie przez ojców soborowych. Jego lekturę przerywali oni często okrzykami: „To jest wiara Ojców”, „to jest wiara Apostołów”, „Piotr przemówił przez Leona”, wyrażając w ten sposób nie tylko uznanie dla nauczania papieża, ale i jego prymat jako Biskupa Rzymu.

    Św. Jan XXIII: „Tak jak św. Augustyn uchodzi w Kościele za Doktora łaski, a św. Cyryl za Doktora Wcielenia, tak św. Leon Wielki uznany jest przez wszystkich jako Doktor jedności Kościoła. Dzięki powadze jego osobowości twierdza apostoła Piotra doznała czci i szacunku nie tylko ze strony Biskupów Zachodu obecnych na synodach w Rzymie, lecz i ze strony ponad pięciuset członków Episkopatu Wschodniego zgromadzonych w Chalcedonie”.

    Gorliwy obrońca wiary i jedności Kościoła był także niezmordowanym obrońcą swego ludu, zwłaszcza najbiedniejszych, do tego stopnia, że potomność nazwała go również „Doktorem jałmużny”:  „Zasmakujmy w uczynkach miłosierdzia – wołał w jednym z kazań – nasycajmy się pokarmem posilającym na wieczność. Dajmy odczuć nasze ludzkie współczucie chorym, przykutym do łoża boleści, kalekom, wygnańcom, sierotom i wdowom”.

    Gdy zmarł, pochowano go w przedsionku starej Bazyliki św. Piotra. Jego grób nawiedzały jednak tak liczne rzesze, że przenoszono go aż cztery razy. Obecnie jego relikwie spoczywają w kaplicy Matki Bożej della Colonna. Był pierwszym papieżem pochowanym w Bazylice św. Piotra i pierwszym, któremu potomność nadała przydomek „Wielki”.

    ks. Arkadiusz Nocoń/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________

    Obrońca jedności Kościoła – św. Leon Wielki

    Św. Leon Wielki

     

    św. Leon Wielki/Enrique Cordero

    ***

    “Choć cały Kościół Boży został uporządkowany według stopni, tak aby różnorodność członków przyczyniała się do zachowania całości Mistycznego Ciała, to jednak – jak powiada Apostoł – wszyscy stanowimy jedno w Chrystusie”.

    Kierował Kościołem w czasach licznych sporów teologicznych i sporego zamieszania wśród hierarchii kościelnej. Jednak przez dwadzieścia jeden lat swego pontyfikatu nie miał wątpliwości, że jedność Kościoła musi być zachowana. Dlatego papież Leon Wielki nie ustawał w działaniach na rzecz jej ocalenia.

    Urodził się około roku 400 w Turcji, choć istnieją źródła, które podają jako miejsce jego urodzenia Toskanię. Papież Celestyn I mianował go archidiakonem. Spełniał funkcję legata papieskiego. Gdy wybrano go na Stolicę Piotrową, przebywał w Galii.

    Jako papież zwalczał wytrwale liczne wówczas błędy w wierze. Dużo uwagi poświęcał umacnianiu wewnątrzkościelnej dyscypliny. Przeciwstawiał się odśrodkowym tendencjom, które pojawiły się w lokalnych Kościołach w Afryce Północnej i w Galii. Co prawda nie uczestniczył osobiście w Soborze w Chalcedonie (451 r.), ale wysłał tam swoich legatów.

    Miał również ogromne zasługi na polu zachowania pokoju – bronił Rzymu przed najazdami barbarzyńców. Nie zawahał się wyjechać naprzeciw zagrażającym Rzymowi wojskom króla Hunów, Attyli i króla Wandalów, Genzeryka i prosić ich o zachowanie miasta od zniszczenia.

    Był znakomitym teologiem, który potrafił nauczać w piękny sposób. Do naszych czasów zachowało się około 200 listów i około 100 mów wygłoszonych przez Leona Wielkiego.

    Zmarł 10 listopada 461 roku.

    Jedną z jego najbardziej znanych mów jest kazanie o Narodzeniu Pana Jezusa, w którym apelował: “Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury, porzuć więc wyrodne obyczaje dawnego upodlenia i już do nich nie powracaj. Pomnij, jakiej to Głowy i jakiego Ciała jesteś członkiem. Pamiętaj, że zostałeś wydarty mocom ciemności i przeniesiony do światła i królestwa Bożego. Przez chrzest stałeś się przybytkiem Ducha Świętego, nie wypędzaj Go więc z twego serca przez niegodne życie, nie oddawaj się ponownie w niewolę szatana, bo twoją ceną jest Krew Chrystusa”.

    Pierwszy Wielki



    Na własnej skórze doświadczał konsekwencji przysłowia: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Trudno znaleźć bardziej burzliwy pontyfikat.

    Jego imię budziło grozę na rzymskich ulicach. Attyla – wódz wojowniczych Hunów zbliżał się do Wiecznego Miasta. Po domach opowiadano o potężnym wodzu zwanym „Biczem Bożym”, o jego niezliczonych bogactwach, trzystu żonach, o tym, że zamordował własnego brata, z którym dzielił władzę. Hunowie, których imperium sięgało od Danii po Bałkany i od Renu aż po Morze Kaspijskie, byli coraz bliżej. Historyk rzymski Ammianus Marcellinus straszył: „Mają grube kończyny, umięśnione plecy, a ich wygląd jest tak odpychający, że przypomina raczej dwunożne zwierzęta”.Gdy wojownicy zbliżyli się do Rzymu, na ich spotkanie wyjechał papież Leon I. Wszedł do namiotu Attyli i zaczął rozmowę. Rzym, który miał być zrównany z ziemią, ocalał. Gdy w 455 r. miastu zagrażali Wandalowie, Leon I ponownie wyjechał konno na spotkanie ich wodza, Genzeryka. Długo rozmawiali. I choć Wandalowie nie dotrzymali słowa i złupili Rzym, miasto uniknęło rzezi.

    Papież Leon na własnej skórze doświadczał konsekwencji przysłowia: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Trudno znaleźć bardziej burzliwy pontyfikat. I nie chodziło jedynie o zewnętrznych wrogów, z którymi trzeba było negocjować. Pochodzący najprawdopodobniej z Toskanii, starannie wykształcony w rzymskiej retoryce teolog, na każdym kroku bronił czystości wiary. Był to czas wielu gorących sporów, herezji i zamieszania. Leon wykazywał błędy: manichejczyków (równoważenie działania potęgi dobra i zła, ciało i materia są złe z natury), pelagian (człowiek może osiągnąć zbawienie i doskonałość moralną o własnych siłach), nestorian (Maryja była tylko matką Jezusa-człowieka, nie można nazywać Jej Matką Boga).

    Poprzez swych legatów brał udział w osądzeniu Eutychiusza. Poglądy tego mnicha, głoszącego, że w Chrystusie jest tylko jedna natura (Bosko-ludzka), doprowadziły do zwołania Soboru Chalcedońskiego w 451 roku. – Czyż może być coś bardziej szkodliwego, niż wymyślać rzeczy bezbożne i nie ustępować przed mądrzejszymi i bardziej uczonymi? – pisał Leon, a odpowiadając na zarzuty Eutychiusza, wyjaśniał: – Syn w niczym nie różni się od Ojca, ponieważ jest Bogiem z Boga, Wszechmogącym z Wszechmogącego, Współwiecznym, zrodzonym z Wiecznego.

    Do dziś cytuje się słowa Leona I, pięknie wyjaśniającego, dlaczego Bóg stał się człowiekiem: „Poddał się On słabości nie dlatego, że miał udział w naszych przewinieniach. Przyjął postać sługi bez zmazy grzechu, wywyższając to, co ludzkie, nie umniejszając zaś tego, co Boże, ponieważ to uniżenie, przez które niewidzialny objawił się jako widzialny, a Stwórca oraz Pan wszystkich rzeczy zechciał stać się jednym ze śmiertelnych, było pochyleniem się ku nam miłosierdzia, a nie wyrzeczeniem się mocy”.

    Leon zmarł 10 listopada 461 r. w opinii świętości. Był prawdziwym pasterzem – z dumą opowiadali o nim chrześcijanie. Kościół nazwał go jako pierwszego „Wielkim”. Jako pierwszy został też pochowany w Bazylice św. Piotra.

    Marcin Jakimowicz/wiara.pl

    _______________________________________________________________________________

    Piotr przemówił przez Leona – św. Leon Wielki

    Był pierwszym papieżem, któremu nadano po śmierci tytuł „wielki”. Czym sobie na to zasłużył?

    Jego pontyfikat przypadł na lata 440–461 r. Cesarstwo Rzymskie na Zachodzie chyliło się ku upadkowi, barbarzyńcy atakowali ze wszystkich stron. Papież stał się z konieczności obrońcą Wiecznego Miasta.

    Kiedy do Rzymu zbliżał się groźny Attyla, Leon wraz z delegacją rzymian wyszedł mu naprzeciw. Udało mu się odwieść wodza Hunów od kontynuowania wojny. W ten sposób ocalił Rzym i południową cześć półwyspu. Trzy lata później, wiosną 455 roku, nadciągali Wandalowie pod wodzą Genzeryka. Leon znów wyszedł bezbronny, w otoczeniu duchowieństwa, naprzeciw najeźdźcy i zaklinał go, by się zatrzymał. Nie udało się zapobiec zdobyciu bezbronnego miasta przez Wandalów, ale dzięki jego interwencji miasto uniknęło rzezi i totalnego zniszczenia.

    Leon zasłynął nie tylko jako odważny obrońca Rzymu, ale także jako gorliwy obrońca czystości wiary w obliczu szerzących się herezji. Dzięki jego zabiegom w 451 roku odbył się Sobór w Chalcedonie – jeden z najważniejszych soborów w historii Kościoła. 350 biskupów dokonało podsumowania nauczania trzech poprzednich soborów (Nicea 325 r., Konstantynopol 381 r., Efez 431 r.). Sobór chalcedoński sprecyzował wiarę Kościoła w Jezusa Chrystusa. Wyznajemy, że jest On prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Dwie natury, boska i ludzka, są w Chrystusie zjednoczone w jednej Osobie.

    Papieża reprezentowali na soborze jego legaci. Kiedy odczytali papieski list skierowany do biskupa Konstantynopola, biskupi powitali go zawołaniem, które przeszło do historii: „Piotr przemówił przez Leona”. Jedną z zasług Leona było umocnienie roli biskupa Rzymu jako gwaranta jedności Kościoła i wiernego przekazu Ewangelii. Leon I okazał się także gorliwym duszpasterzem, który w ciągły sposób katechizował Rzymian. Nauczał, że liturgia chrześcijańska nie jest wspominaniem minionych zdarzeń, ale ich uobecnianiem. W jednym z kazań podkreślał, że Wielkanoc należy obchodzić „nie tyle jako coś z przeszłości, ile raczej jako wydarzenie chwili obecnej”. Jako pierwszy z papieży został pochowany w Bazylice św. Piotra. „Leon” znaczy lew – można więc rzec, że imię następcy św. Piotra bardzo odpowiadało jego naturze.

    Myśl: “Chrześcijaninie! Poznaj swoją godność” – św. Leon Wielki.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ________________________________________________________________________________

    Nie bał się Hunów, zatrzymał barbarzyńców

    Święty Leon I był niestrudzonym obrońcą czystości wiary, ale w potrzebie potrafił sam jeden stanąć przeciw barbarzyńskim wodzom i skłonić ich do odwrotu. Jest pierwszym papieżem, który nosi przydomek Wielki. Zasłużenie.

    Urodzony około 400 roku w Tuscji lub Rzymie. Jego język świadczy o nienagannym rzymskim wykształceniu. Greki Leon nie znał. Wyróżniał się inteligencją i zdolnościami dyplomatycznymi, więc papieże chętnie powierzali mu rozmaite zadania często wymagające subtelnych działań. Za czasów pontyfikatu Celestyna I pełnił posługę diakona. Opiekował się biednymi i był akolitą. Kiedy jednak zaistniała konieczność, papież wysłał go z tajną misją do Hippony w Afryce, gdzie miał pomóc świętemu Augustynowi.

    Jeszcze zanim został papieżem, pilnie zabiegał o zachowanie czystości nauki Kościoła. Święty Prosper z Akwitanii przypisuje świętemu Leonowi projekt spotkania z herezjarchą pelagianinem Julianem z Eclano. W czasie pierwszych sporów z Nestoriuszem, patriarchą Konstantynopola, który wprowadził naukę o dwóch osobach w Jezusie Chrystusie. Święty Leon I kontaktował się w tej sprawie z Janem Kasjanem, prosząc go, by przygotował rozprawę „O wcieleniu Pańskim przeciwko Nestoriuszowi”. Słał do niego w tym celu potrzebne dokumenty z papieskiej kancelarii. Później działał wspólnie z Cyrylem z Aleksandrii, by powstrzymać starania Juvenala z Jerozolimy o podniesienie tego miasta do rangi patriarchatu. Leon mógł wchodzić w skład grona rectores Romanae Ecclesiae. Rectores stworzyli syllabus o łasce. Dołączono go później do listów papieża Celestyna I do biskupa Marsylii. Znalazły się w nim decyzje podjęte przez papieży i orzeczenia synodów afrykańskich sprzeczne z doktryną Kościoła.

    Wiosną 440 roku Leon wyruszył do Galii. Dwór w Rawennie prosił o jego pośrednictwo w sporze między patrycjuszem Aetiusem a Albinusem, prefektem pretorianów. W tym czasie zmarł papież Sykstus III, a ludność i kler wybrali na papieża Leona. Wrócił do Rzymu i został konsekrowany 29 września 440 roku. Miał wtedy 50 lat.

    Po czterech latach pontyfikatu nowy papież uznał biskupów „równymi w biskupstwie i słabościach”, ale kierowanymi przez „Piotra w osobie jego następców”, którzy są „pierwszymi wśród wszystkich biskupami”. Głosił uniwersalność kapłaństwa Chrystusa, którego reprezentuje biskup Rzymu, zajmując miejsce świętego Piotra. Leon I widział uosobienie funkcji Piotra w osobie papieża.

    Na pierwszym planie stawiał głoszenie Ewangelii. Głosił kazania, kapłanów również do tego zobowiązał. Zachowały się jego teksty na cały rok liturgiczny.

    Potępiał poglądy manichejskie, monofizytyzm i pelagianizm rozpowszechniany przez kupców egipskich w Rzymie. Wprowadził zasadę liturgicznej, kanonicznej i pastoralnej jedności Kościoła. Po śmierci Cyryla w lipcu 444 roku, Leon I zaakceptował sukcesję Dioskura do funkcji patriarchy Aleksandrii.

    Eutyches, archimandryta klasztoru w Konstantynopolu, spierając się z nestorianami, sam popadł w herezję. Głosił, że obie natury: boska i ludzka w Chrystusie są jak najściślej złączone i zmieszane, a natura ludzka rozpłynęła się w boskiej. (monofizytyzm). W stolicy cesarstwa wschodniego wybuchły zamieszki. Leon I miał za złe patriarsze Konstantynopola Flawianowi, że ten nie przedstawił mu problemu. Synod zwołany w Konstantynopolu ekskomunikował Eutychesa, a Leon zatwierdził jego postanowienie. Leon w liście dogmatycznym do Flawiana zwanym Tomus ostatecznie rozstrzygnął kwestię nauki o dwóch naturach w Chrystusie.

    Monofizytę Eutychesa popierał jednak cesarz. W 431 roku wskutek odwołań Eutychesa i jego zwolenników, został zwołany w Efezie synod, na który papież niechętnie posłał swoich wysłanników. Ostatecznie nie wpuszczono ich jednak na salę obrad i nie zezwolono na odczytanie papieskiego dokumentu. Na synodzie zatryumfował Eutyches wraz z wspierającym go Dioskurem – patriarchą Aleksandrii. Monofizytyzm uznano za właściwą naukę. Flawiana usunięto z urzędu i powołano na jego miejsce Anatola. Synod ten przeszedł do historii pod określeniem latrocinium – zbójecki. Po śmierci cesarza Teodozjusza II, który bronił Eutychesa, papież zwołał w sobór w Nicei, ale w 451 roku przeniesiono go do leżącego w pobliżu Konstantynopola Chalcedonu. Na tron wstąpiła. W obradach soboru wzięła udział siostra Teodozjusza cesarzowa Pulcheria wraz mężem Marcjanem Tym samym była pierwszą kobietą, którą dopuszczono do obrad.

    Papież wysłał swoich przedstawicieli na sobór dopiero wtedy, gdy przyznano im pierwszeństwo, a dyskusję oparto na papieskim dokumencie. Kiedy papiescy wysłannicy odczytali tekst Leona, zebrani biskupi mieli z aplauzem zakrzyknąć: „To jest wiara Ojców! Przez Leona przemówił Piotr”. Usunięto Eutychesa, Dioskura, a także ich zwolenników i obłożono ekskomuniką. Sobór przyjął wiarę w jednego Pana w dwu naturach niezmiennych, nieprzemieszczalnych, nierozdwojonych i nierozdzielnych. Obie tworzyły jedną osobę.

    Na obrady spóźnili się biskupi ormiańscy. Uznali, że wobec tego nie obowiązują ich postanowienia soboru. W Palestynie i w Egipcie doszło do konfliktów ze zwolennikami Eutychesa, którzy nie zgadzali się z postanowieniami soboru. Dopiero energiczna reakcja cesarza Marcjana pozwoliła na zaprowadzenie pokoju. Monofizyci zdjęli z urzędu i zamordowali narzuconego siłą w 451 roku patriarchę Aleksandrii Proteriusza, następcę Dioskura. Jego miejsce zajął odstępca Tymoteusz Ailouros. Panujący od 457 roku Leon I Trak z sympatią spoglądał na działania monofizytów. Juvenal z Jerozolimy, który uznał postanowienia soboru, musiał uciekać ze swojego miasta. Dopiero po upomnieniach Szymona zw. Słupnikiem i wojskowej interwencji Juvenal odzyskał swój urząd. Zwolennicy Nestoriusza oderwali się od Kościoła i przenieśli na tereny znajdujące się pod jurysdykcją króla Persji.

    Sobór w Chalcedonie wzmógł rywalizację na linii Rzym-Konstantynopol. Spowodował trwające do dziś rozdarcie Kościoła. Część Kościołów wschodnich odmawia uznania jego ważności.

    Papież wysłał do Konstantynopola swojego przedstawiciela, Juliana z Kios, by strzegł czystości wiary. Zapoczątkował tym samym instytucję papieskich legatów (apokryzjariuszy) przy dworze bizantyjskim.

    Na zachodzie, gdzie nie było tak poważnych problemów religijnych, papież musiał zajmować się sprawami politycznymi. W 451 roku Europę napadli Hunowie pod wodzą Attyli. Spustoszyli Niemcy i Francję. Palili, łupili, mordowali. Zostawały po nich tylko zgliszcza. Powstrzymał ich dopiero Aecjusz na czele zjednoczonego wojska germańsko-rzymskiego. Rozbił Hunów pod Troyes (451) i pod Orleanem (452). Rozwścieczony Atylla ruszył wtedy na Włochy. Rzymski senat prosił papieża o pomoc w rokowaniach. Święty Leon I sam ruszył na spotkanie Attyli i ku powszechnemu zdumieniu skłonił go do ustępstw. Hunowi zadowolili się okupem i wycofali. Według legendy, Attyla ujrzał pod Mantuą – gdzie miało miejsce spotkanie z papieżem – towarzyszących Leonowi świętych Piotra i Pawła z ognistymi mieczami. Ten widok miał go skłonić do odwrotu. Wkrótce potem wódz Hunów zwany „biczem bożym” zmarł, a papież zyskał niezwykły autorytet.

    Zaledwie trzy lata trwał względny spokój. Potem z północnej Afryki przez Ostię, w kierunku Włoch szedł wódz Wandalów Genzeryk. Nie żył zamordowany przez cesarza pogromca Hunów Aecjusz. Nie żył i sam cesarz Walentynian III. Urzędnicy państwowi uciekli z Rzymu. Sam papież musiał stanąć na przeciw Genzeryka i błagać go o oszczędzenie przerażonej ludności. Genzeryk co prawda złożył taką obietnicę, ale jej nie dotrzymał. Wandalowie łupili i mordowali Rzymian przez 14 dni. Część ludności zdołała jednak schronić się w ocalałych kościołach. Po odejściu Wandalów rozpoczął się żmudny proces odbudowy zrujnowanego miasta. Papież musiał też zająć się rejonami odległymi od Rzymu. Nawiązał kontakty z biskupami Hiszpanii, Galii, Anglii i Niemiec. Słał do nich pisma i delegatów.

    Dbał o Kościół afrykański, który przeżywał trudne czasy, będąc pod panowaniem Wandalów. Obsadzał stolice apostolskie, starając się zachować wszystkie wymogi kanoniczne. Zachowało się 96 kazań i 174 listy papieskie. Domagał się w nich opieki państwowej w walce z herezjami i sprzeciwiał się dopuszczaniu niewolników do stanu duchownego. Z jego czasów pochodzą pierwsze łacińskie redakcje zbiorów oficjalnych modlitw liturgicznych. Zmarł w Rzymie i został pochowany w bazylice św. Piotra. Kościół zachodni czcił go 11 kwietnia – d rocznicę przeniesienia jego relikwii. Na wschodzie jego wspomnienie obchodzono 18 lutego. Obecnie czcimy tego świętego 10 listopada – w dniu jego śmierci. Leon I zmarł w 461 roku. Miał wtedy około 70 lat. Od samego początku przy jego grobie gromadziły się tłumy wiernych. Szczątki papieża spoczywały najpierw w przedsionku bazyliki świętego Piotra. Do jej wnętrza przeniósł je papież Sykstus II w 688 roku. Kazał przy tej okazji wznieść mauzoleum i ułożył epitafium. Papież Benedykt XIV nadał mu w 1754 roku tytuł Doktora Kościoła. W 1500 rocznicę śmierci św. Leona I papież Jan XXIII wydał na jego cześć osobną encyklikę. Leon I jest pierwszym spośród trzech papieży, którym nadano przydomek Wielki.

    Jan Drzymała/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 listopada

    Rocznica poświęcenia bazyliki laterańskiej

    Bazylika św. Jana na Lateranie

    Wiele osób sądzi, że najważniejszym kościołem papieskim jest bazylika św. Piotra na Watykanie. Nie jest to prawdą. To bazylika świętego Jana na Lateranie jest kościołem katedralnym papieża. Odegrała ona doniosłą rolę w historii chrześcijaństwa i dlatego Kościół obchodzi specjalny dzień, przypominający moment jej poświęcenia. Bazylika ta jest jedną z czterech bazylik większych Rzymu. Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska starożytnych posiadaczy tych ziem. Cesarz Neron pod pozorem spisku zgładził Plantiusa Laterana i zagarnął jego pałac. Konstantyn Wielki pałac ten podarował papieżowi św. Sylwestrowi I (314-335). Do roku 1308 był on rezydencją papieży. Gdy w 313 r. cesarz Konstantyn Wielki wydał edykt pozwalający na oficjalne wyznawanie wiary chrześcijańskiej, kazał wybudować obok pałacu okazałą świątynię pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela, św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Stała się ona pierwszą katedrą Rzymu, a przylegający do niej pałac – siedzibą papieży. Jej poświęcenia dokonał papież św. Sylwester I w dniu 9 listopada 324 r.
    W ciągu kilku wieków panowało tu 161 papieży i odbyło się pięć soborów powszechnych. Bazylika na Lateranie przestała być siedzibą papieży od czasów niewoli awiniońskiej na początku XIV w. W 1377 r. papież Grzegorz IX przeniósł swą siedzibę do Watykanu.Do dziś bazylika laterańska zachowuje swe wyjątkowe znaczenie. W odróżnieniu od trzech pozostałych rzymskich kościołów patriarchalnych przysługuje jej tytuł arcybazyliki; każdy nowo wybrany biskup Rzymu udaje się do niej w uroczystej procesji. Nad wejściem do świątyni znajduje się łaciński napis, który najlepiej oddaje wagę i rolę tego miejsca:Mater et Caput omnium Ecclesiarum Urbis et Orbisto znaczy: Matka i Głowa wszystkich kościołów Miasta i Świata. Tu właśnie papieże odprawiali Mszę na rozpoczęcie Wielkiego Postu. Tu w Niedzielę Palmową stawia się łuk triumfalny na przyjęcie Króla męczenników. Tu papież odprawia Mszę świętą w Wielki Czwartek na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy.Bazylika św. Jana na Lateranie jest nieco tylko mniejsza rozmiarem od Bazyliki św. Piotra i od Bazyliki św. Pawła za Murami. Wnętrze bazyliki jest podzielone kolumnami na pięć naw. Imponujący jest fronton bazyliki z 15 potężnymi figurami u szczytu (każda o wysokości 7 m): Chrystusa, św. Jana Chrzciciela, św. Jana Apostoła i doktorów Kościoła. Z balkonu, który jest umieszczony w centrum frontonu Bazyliki, papieże udzielali ludowi błogosławieństwa apostolskiego. Do wnętrza bazyliki prowadzi pięć potężnych wejść. W nawie głównej stoją także potężne posągi 12 Apostołów i ważniejszych proroków. W nawach bocznych są nagrobki papieży. Za konfesją, czyli za ołtarzem głównym, pod baldachimem, gdzie tylko papież odprawia Mszę świętą, znajduje się bogate prezbiterium, a przy jego końcu przy ścianie na stopniach stoi tron papieski z białego marmuru, wysadzany drogimi kamieniami tworzącymi artystyczne mozaiki.
    Do bazyliki dobudowane jest baptysterium, czyli osobna kaplica z basenem (tzw. pisciną), gdzie katechumenom udzielano chrztu przez zanurzenie. Kaplica nosi imię Konstantyna, gdyż są w jej wnętrzu obrazy, przedstawiające żywot tego właśnie cesarza. Obok bazyliki znajduje się osobny budynek wybudowany na polecenie papieża Systusa V w 1589 r., w którym znajdują się “Święte Schody” (scala sancta). Według podania są to kamienne stopnie, po których Chrystus szedł na sąd do Piłata. Przywiezione zostały one z Jerozolimy do Rzymu w roku 326 przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna I. Te schody pobożni pątnicy tak wytarli kolanami, że powstały w nich głębokie wyżłobienia.Dla pozostałych trzech bazylik rzymskich obchodzimy jedynie wspomnienie (na przykład dla bazylik św. Piotra i św. Pawła – 16 listopada). Dzisiejszy obchód ma jednak rangę święta, a więc taką, jaka przysługuje parafianom każdej świątyni na świecie w dniu rocznicy jej poświęcenia. Bazylika laterańska, jako katedra papieża, jest parafią nas wszystkich, dlatego jako cały Kościół obchodzimy dziś święto.
    Początkowo rocznicę poświęcenia bazyliki obchodzono tylko w Rzymie. Potem, za sprawą augustiańskich mnichów, święto zaczęto obchodzić także w innych miejscach. Na stałe do kalendarza liturgicznego weszło ono za sprawą papieża św. Piusa V, który kazał umieścić je w swoim mszale wydanym w 1570 roku. W nowym kalendarzu rzymskim zmieniono dotychczasową nazwę święta “dedykacja arcybazyliki Najświętszego Zbawiciela” na “rocznicę poświęcenia bazyliki laterańskiej”.Teksty liturgiczne kierują naszą uwagę na ważną tajemnicę. Kościół chce dziś wyrazić swoją wielką wdzięczność za wszystkie świątynie, jakie zostały przez jego wiernych i dla jego wiernych wystawione. Każdy kościół to dom Boży w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie – jak to jest w innych religiach – jedynie dom modlitwy. Kościół zwraca nam uwagę, że wszyscy jesteśmy żywym domem Bożym. Podobnie jak z poszczególnych kamieni czy cegieł składa się budowla gmachu kościoła, tak i z wiernych składa się Chrystusowy Kościół. Bazylika laterańska była pierwszą na świecie katolicką świątynią, w sposób uroczysty dedykowaną Panu Bogu. Wcześniej świątynie chrześcijańskie były przekształconymi dla celów kultu Chrystusa świątyniami pogańskimi.
    W to święto stajemy wobec tajemnicy Kościoła, którego fundamentem jest Jezus Chrystus, a opoką – Piotr. Przypominamy sobie o mocnej więzi Kościołów lokalnych ze Stolicą Apostolską.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Bądźcie “domem Boga”

    i żywą świątynią Jego miłości

    Rozważanie papieża Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański” 9.11.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Zgodnie z liturgią obchodzimy dzisiaj poświęcenie bazyliki laterańskiej, nazywanej «matką i głową kościołów Miasta i Świata». Rzeczywiście, była to pierwsza bazylika zbudowana po edykcie cesarza Konstantyna, który w 313 r. zezwolił chrześcijanom na swobodne praktykowanie swojej religii. Ten sam cesarz podarował papieżowi Milcjadesowi dawne posiadłości rodziny Lateranów i na nich kazał zbudować bazylikę, baptysterium i «patriarchio», czyli rezydencję Biskupa Rzymu, gdzie papieże mieszkali aż do czasów awiniońskich. Poświęcenia bazyliki dokonał papież Sylwester około r. 324, a świątynię zadedykowano Najświętszemu Zbawicielowi; dopiero po VI w. dodano wezwania świętych Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty, stąd pochodzi wspólna nazwa. Uroczystość tę obchodzono początkowo tylko w Rzymie; później, poczynając od r.1565, rozszerzyła się na wszystkie Kościoły obrządku rzymskokatolickiego. W ten sposób, oddając cześć sakralnej budowli, daje się wyraz czci i miłości do Kościoła rzymskiego, który, jak wyraził się św. Ignacy Antiocheński, «przewodniczy w miłości» całej wspólnocie katolickiej (Rz 1, 1).

    Słowo Boże w tę uroczystość przypomina zasadniczą prawdę: świątynia z cegieł jest symbolem żywego Kościoła, wspólnoty chrześcijańskiej, którą już apostołowie Piotr i Paweł w swoich listach określali jako «budowlę duchową», wzniesioną przez Boga z «żywych kamieni», którymi są chrześcijanie, na jedynym fundamencie, którym jest Jezus Chrystus, porównywany do «kamienia węgielnego» (por. 1 Kor 3, 9-11.16-17; 1 P 2, 4-8; Ef 2, 20-22). «Bracia, wy zaś jesteście (…) Bożą budowlą», pisze św. Paweł, i dodaje: «Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście» (1 Kor 3, 9 i 17). Piękno i harmonia kościołów, przeznaczonych do tego, by wysławiać w nich Boga, zachęcają i nas, ludzkie istoty, ograniczone i grzeszne, do nawrócenia, byśmy tworzyli «kosmos», dobrze ukształtowaną budowlę, w ścisłej jedności z Jezusem Chrystusem, który jest prawdziwym Świętym Świętych. Realizuje się to najpełniej w liturgii eucharystycznej, w której ecclesia, czyli wspólnota ochrzczonych, jednoczy się, by słuchać Słowa Bożego oraz by karmić się Ciałem i Krwią Chrystusa. Wokół tego dwojakiego stołu Kościół żywych kamieni buduje się w prawdzie i miłości i jest wewnętrznie kształtowany przez Ducha Świętego — przemienia się w to, co otrzymuje, upodabniając się coraz bardziej do swego Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli żyje on w szczerej i braterskiej jedności, staje się duchową ofiarą miłą Bogu.

    Drodzy przyjaciele, dzisiejsza uroczystość wysławia zawsze aktualną tajemnicę, a mianowicie, że Bóg chce zbudować sobie w świecie duchową świątynię, wspólnotę, która będzie Go czcić w Duchu i prawdzie (por. J 4, 23-24). Jednakże uroczystość ta przypomina nam również o znaczeniu budowli materialnych, w których wspólnoty gromadzą się, by wysławiać Boga. Każda wspólnota ma zatem obowiązek dbać o swoje budynki sakralne, które stanowią cenne dziedzictwo religijne i historyczne. Prośmy więc o wstawiennictwo Najświętszą Maryję, aby pomogła nam stać się, jak Ona, «domem Boga», żywą świątynią Jego miłości.

    Rocznica «kryształowej nocy»

    Dzisiaj przypada 70. rocznica smutnych wydarzeń, które miały miejsce w nocy z 9 na 10 listopada 1938 r., kiedy to rozpętała się w Niemczech nazistowska nienawiść do Żydów. Napadano na sklepy, biura, mieszkania i synagogi, wielu ludzi zostało zabitych. Dało to początek programowym i gwałtownym prześladowaniom niemieckich Żydów, które doprowadziły ostatecznie do shoah. Dziś jeszcze odczuwam ból na myśl o tym, co wydarzyło się w tamtych tragicznych chwilach; pamięć o nich powinna służyć temu, aby podobne okrucieństwa nigdy więcej się nie powtórzyły i aby na wszystkich płaszczyznach przeciwdziałać wszelkim formom antysemityzmu i dyskryminacji, przede wszystkim poprzez wychowywanie młodych pokoleń w duchu szacunku i wzajemnej akceptacji. Ponadto zachęcam do modlitwy za ofiary tamtych czasów i do okazania światu żydowskiemu wspólnie ze mną głębokiej solidarności.

    Apel o pokój w Kongu

    Nadal dochodzą niepokojące wiadomości z regionu Północnego Kiwu w Demokratycznej Republice Konga. Krwawe starcia zbrojne i częste akty okrucieństwa spowodowały i nadal powodują liczne ofiary wśród niewinnej ludności cywilnej; zniszczenia, rabunki i wszelkiego rodzaju przemoc zmusiły kolejne dziesiątki tysięcy osób do porzucenia nawet owych niewielkich środków, jakie miały do przeżycia. Szacuje się, że uchodźców jest obecnie ponad półtora miliona. Każdego z nich i wszystkich chcę zapewnić, że w sposób szczególny duchem jestem z nimi; jednocześnie zachęcam do dalszych starań i błogosławię tych, którzy zabiegają o złagodzenie ich cierpień; wśród nich wspomnę w szczególności o duszpasterzach tamtejszego Kościoła lokalnego. Rodzinom, które straciły swoich najbliższych, wyrażam współczucie i zapewniam je o modlitwie za dusze zmarłych. Na koniec ponawiam żarliwy apel, by wszyscy współpracowali na rzecz przywrócenia pokoju na tej zbyt długo już dręczonej ziemi, przy poszanowaniu praworządności, a nade wszystko godności każdej osoby.

    Dzień Dziękczynienia

    We Włoszech obchodzony jest dzisiaj Dzień Dziękczynienia, którego tegoroczny temat brzmi: «Byłem głodny i daliście Mi jeść». Przyłączam mój głos do głosu biskupów włoskich, którzy biorąc za punkt wyjścia te właśnie słowa Jezusa, zwracają uwagę na poważny i złożony problem głodu, ostatnio jeszcze dramatyczniejszy z powodu wzrostu cen niektórych podstawowych artykułów spożywczych. Kościół, przypominając podstawową etyczną zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr, wprowadza ją w życie za przykładem Pana Jezusa poprzez rozliczne inicjatywy dzielenia się. Modlę się za świat wiejski, szczególnie za drobnych rolników w krajach rozwijających się. Zachęcam do wysiłku i błogosławię wszystkich, którzy zabiegają o to, by nikomu nie brakowało zdrowego i odpowiedniego wyżywienia: kto niesie pomoc biednemu, pomaga samemu Chrystusowi.

    po polsku:

    Pozdrawiam serdecznie Polaków. Dzisiaj przypada rocznica poświęcenia bazyliki laterańskiej, pierwszego co do godności Kościoła, który jest katedrą Biskupa Rzymu. To święto przypomina nam, że my sami «jesteśmy świątynią Boga i że Duch Boży w nas mieszka» (por. 1 Kor 3, 16). A skoro tak, niech nasze życie będzie tego świadectwem. Niech Duch Święty was umacnia i prowadzi.

    L’Osservatore Romano/Opoka. pl

    _______________________________________________________________________________

    Mury, które „mówią”.

    Przewodnik po bazylice laterańskiej w pigułce

    Dziś przypada święto rocznicy poświęcenia Bazyliki Laterańskiej, która jest pierwszą z wielkich chrześcijańskich świątyń wybudowanych na polecenie cesarza Konstantyna po ustaniu prześladowań.

    Bazylika św. Jana na LateraniePIXABAY.COM

    ***

    W kalendarzu liturgicznym pod datą  9 listopada widnieje święto Rocznicy Poświęce­nia Bazyliki Laterańskiej, która nazywana jest katedrą papieską. Powie ktoś: „Ależ katedrą papieską jest bazylika św. Piotra na Watykanie!”. Słusznie. Jednak bazylika na Lateranie także jest katedrą papieską. Lateran bowiem jako zespół kościelno-pałacowy w Rzymie, położony na Mons Coelius, stanowi enklawę Państwa Watykańskiego. Obejmuje bazylikę św. Jana — katedrę Rzymu oraz pałac laterański i stanowi historyczną rezydencję papieży.

    Dlaczego kościół ten otrzymał wezwanie dwóch Świętych Janów, a nawet posiada trzecie: Chrystusa Zbawiciela? Zanim odpowiemy na to pytanie, zróbmy mały spacer po Rzymie — od Koloseum ku bazylice dwóch Świętych Janów na Lateranie.

    Zwiedzając Wieczne Miasto, z placu Weneckiego ulicą Fori Imperiali dochodzimy do Koloseum i dalej do ulicy San Giovanni in Laterano, przy której znajduje się bazylika św. Klemensa, jedna z najstarszych i najbardziej interesujących w Rzymie. W końcu stajemy przed olśniewającym masywem wielkiej bazyliki św. Jana. Jest to najstarszy i okazały kościół chrześcijański, wybudowany obok pałacu laterańskiego.

    Burzliwe dzieje

    W czasach starożytnych wzgórze było własnością rzymskiego rodu Lateranów, którzy wznieśli tu okazałą rezydencję — palatium. Ta została skonfiskowana przez cesarza Nerona w ramach represji za udział Lateranów w spisku antycesarskim zorganizowa­nym w roku 66. Następnie cesarz Septymiusz Sewer wzniósł na Late­ranie koszary cesarskiej gwardii przybocznej oraz termy.

    Były to łaźnie publiczne, które w okresie cesarstwa rozpowszechniły się w całym imperium (wzorowane na greckich), stanowiąc jedną z naj­bardziej charakterystycznych budowli rzymskich o bogato rozczłonko­wanej architekturze i pełnej przepychu dekoracji. Służyły nie tylko higienie, ale stanowiły miejsce spotkań, wypoczynku, rozrywki i za­łatwiania interesów.

    Na rozkaz cesarza Konstantyna Wielkiego kompleks zabudowań wraz z koszarami gwardii rzymskiej wiernej cesarzowi Maksensjuszowi został zburzony po zwycięstwie Konstan­tyna w bitwie przy moście Mulwijskim w roku 312. Na początku IV wieku na Lateranie znajdowała się także rezydencja Faustydomus Faustae — siostry Maksencjusza, a żony Konstantyna Wielkiego. Po wybudowaniu nowych obiektów Lateran, darowany papieżowi, został siedzibą biskupa Rzymu;  kolejni papieże rezydowali na Lateranie od pontyfikatu Sylwestra I (314-335) do 1305 roku, przez okres niewoli awiniońskiej papieży.

    Na Late­ranie odbyły się liczne synody kościelne oraz 5 soborów powsze­chnych. Po zakończeniu schizmy zachodniej rezydencja papieska została przeniesiona do Watykanu, a bazylika laterańska pozosta­ła kościołem katedralnym biskupów Rzymu. W wyniku porozumień zawartych w roku 1929 pomiędzy Stolicą Apostolską a rządem włos­kim (traktaty laterańskie) Lateran jako własność papieża został objęty eksterytorialnością i poddany pod bezpośrednią administra­cję Państwa Watykańskiego.

    Obecnie na Lateranie znajduje się siedziba papieskiego uniwersytetu — Lateranum oraz gmach muzeum obejmującego: Museo Profano ze zbiorami rzymskiej sztuki starożytnej, Museo Christiano z zabytkami sztuki chrześcijańskiej oraz Museo Missionario Etnologico, w którym znajdują się liczne świadectwa działalności misyjnej Kościoła, a także dokumenty zwią­zane z historią, ze zwyczajami i tradycjami różnych ludów, wśród których pracują misjonarze. W końcowych latach XX wieku, to bo­gate w zbiory muzeum przeniesione zostało na Watykan.

    Wróćmy jeszcze na chwilę do zabytków bazyliki na Lateranie. Jest ona najstarszym kościołem Rzymu, wzniesionym w latach 313-324 z polecenia cesarza Konstantyna Wielkiego na gruzach koszar gwardii rzymskiej. Pierwotna bazylika nosiła wezwanie Chrystusa Zbawiciela i składała się z pięciu naw, z których środkowa — największa ma 95,5 m długości. Bazylika została zbudowana na planie krzyża łacińskiego.

    W czasach pontyfikatu papieża Grzegorza I Wielkiego (590- 604) kościół otrzymał wezwanie św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty, dwóch wielkich Świętych Janów — dla podkreślenia rangi tego kościoła, który jest „matką i głową wszystkich kościołów Miasta i Świata”. Potocznie kościół ten nazywany jest bazyliką św. Jana na La­teranie (San Giovanni in Laterano).

    Podczas najazdu Wandali w V wieku została znacznie uszkodzona; jej odbudową kierował papież Leon I Wielki (440-461). Nowy, bogaty wystrój otrzy­mała w związku z przygotowaniami do chrztu Karola Wielkiego, który odbył się na Lateranie w roku 774. W następnych wiekach była wielokrotnie przebudowywana, między innymi po trzęsieniu ziemi w 896 roku. W latach 1225-1235 wzniesiono okazałe, romańskie krużganki, zrealizowane według projektu Pietra Vassalletta, a następnie Jacopo da Camerino i Jacopo Torriti wykonali nową apsydę, z tegoż wystroju zachował się między innymi fragment mozaiki Chrystus-Pantokrator.

    Kompleks budowli na Lateranie uległ znacznym zniszczeniom w wy­niku pożarów w roku 1308 i 1441. Jego odbudową w czasach renesansu i baroku zajmowali się liczni artyści, a całkowitą przebudowę wnę­trza bazyliki, na polecenie papieża Innocentego X, zrealizował F. Borromini, który ozdobił budowlę wieloma pilastrami i 12 niszami, w których ustawił rzeźby 12 Apostołów. Monumentalną fasadę bazyliki wykonał w roku 1732 A. Galilei, pozostawiając przy tym liczne elementy z wcześniejszego wystroju. Pod ołtarzem, w podziemnej kaplicy, znaj­duje się konfesja św. Jana Apostoła Ewangelisty, a w baldachimie nad ołtarzem relikwie wielu świętych.

    W pobliżu bazyliki wzniesiono ortogonalne baptysterium z fundacji Konstantyna Wielkiego, które w XIX wieku połączono z bazyliką za po­mocą portyku, z polecenia papieża Leona XIII. Konstantyn Wielki ufun­dował także na Lateranie Episkopiurn — budynek przeznaczony na rezyden­cję papieży.

    Do cennych obiektów architektonicznych Lateranu należy także kapli­ca Świętych Schodów — Scala Santa, będących pozostałością po palatium Lateranów, a prowadzących do dawnej prywatnej kaplicy papieży. Według tradycji schody te mają pochodzić z pałacu Piłata w Jerozolimie, a do Rzymu, jako relikwie męki Pańskiej, zostały przywiezione przez św. Helenę. Składają się one z 28 stopni i zostały wykonane z białego, syryjskiego marmuru. Na placu przed pałacem jest eksponowany monumentalny obelisk egipski pochodzący z XVII wieku przed Chrystusem ze świątyni w Heliopolis, który został sprowadzony do Rzymu przez Konstantyna Wielkiego, a w obecnym miejscu umieszczo­ny podczas pontyfikatu papieża Sykstusa V.

    Rocznica na całym świecie

    Bazylikę Chrystusa Zbawiciela i Świętych Janów na Lateranie konse­krował papież św. Sylwester 9 listopada 324 roku. Od XII wieku w tym dniu obchodzi się rocznicę poświęcenia bazyliki na Lateranie na całym chrześcijańskim świecie, ponieważ — jak już wyżej było wspomniane — jest ona „matką i głową wszystkich kościołów Miasta i Świata”. Każdy kościół konsekrowany święci swoją rocznicę: w diecezjach obchodzi się rocznicę kościoła katedralnego, w parafiach — rocznicę poświęcenia kościoła parafialnego, na całym świecie — rocznicę poświęcenia bazyliki na Lateranie. Uroczysty obchód tej rocznicy ustanowiony jest po to, aby złożyć Panu Bogu uwielbienie i dziękczynie­nie za łaski, które są udziałem wiernych w danej świątyni.

    W brewiarzu kapłańskim, w Godzinie czytań, na tę uroczystość zamieszczono kazanie św. Cezarego z Arles, biskupa:

    „Umiłowani bracia, dzięki dobroci Chrystusa obchodzimy dziś z radością i weselem rocznicę poświecenia tej świątyni. Prawdziwą jednak i żywą świątynią mamy być my sami. Niemniej jednak chrześcijanie słusznie obchodzą uroczystość macierzystego kościoła, bo wiedzą, że w nim dostąpili duchowego odrodzenia. […]

    Toteż, najmilsi, jeśli chcemy obchodzić w radości rocznicę poświęcenia świątyni, nie wolno nam złymi czynami rujnować w sobie żywych świątyń Bożych. Powiem tak, aby wszyscy mogli zrozumieć: Jakim chcemy oglądać kościół, ilekroć doń przychodzimy, tak też powinniśmy przygotować nasze dusze.

    Chcesz, aby bazylika była piękna? Nie zaśmiecaj swej duszy brudem grzechów. Jeśli chcesz, aby bazylika lśniła blaskiem, pamiętaj, że i Bój pragnie, aby twoja dusza nie była mroczna. Niechaj — jak mówi Pan — tak świeci w was światło dobrych czynów, aby uwielbiony był Ten, który jest w niebie. Podobnie jak ty wchodzisz do tego oto kościoła, tak Bóg pragnie wejść do świątyni twej duszy, zgodnie ze słowami obietnicy: «Zamieszkam i będę chodził pośród nich»” (Kazanie 229, 1-3).

    Marian Cynka/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 listopada

    Święta
    Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Adeodat I, papież
      •  Święci Czterej Koronowani, męczennicy
    ***
    Święta Elżbieta Catez

    Elżbieta Catez urodziła się 18 lipca 1880 r. w Avor niedaleko Bourges (Francja), gdzie stacjonował oddział, w którym jej ojciec był kapitanem. Dziewczynka była niezwykle uparta i wybuchowa, a na dodatek obdarzona mnóstwem energii. Ojciec próbował wychowywać ją drogą łagodnej perswazji. Nazywał ją pieszczotliwie “małym diablątkiem”. Kiedy dziewczynka miała 7 lat, jej ojciec zmarł. Wychowanie matki okazało się dość surowe. Na dodatek wraz ze śmiercią ojca sytuacja finansowa w domu znacznie się pogorszyła, co zmusiło rodzinę do przeprowadzki do Dijon. Zamieszkali w pobliżu klasztoru karmelitanek bosych.
    O życiu Elżbiety zadecydowały fakty związane z przygotowaniem się do pierwszej Komunii świętej. Elżbieta wielokrotnie później potwierdzała, że dzień ten był dla niej decydujący. Wówczas to postanowiła wytrwale pracować nad swoim charakterem. W swoim dzienniczku zapisała niezwykłe doświadczenie miłości i bliskości Boga, a także pragnienie oddania Mu się całą duszą. Jako kilkunastoletnia dziewczyna doświadczała pierwszych łask mistycznych. Była piękna, radosna i naturalna w sposobie bycia, budziła ogólną sympatię.
    Dalej jej życie toczyło się zwykłym torem: zaczęła dojrzewać, weszła do towarzystwa, bywała na przyjęciach. Była postrzegana jako wyjątkowa osobowość i niezwyczajna dziewczyna. Miała też talent muzyczny: w 1893 roku wygrała konkurs fortepianowy. Cieszyła się wszystkimi tymi przyjemnościami, a jednak pozostawały one jakby na marginesie jej życia, ponieważ w jego centrum był Chrystus. Na sali balowej zdarzało się Elżbiecie tęsknić za tabernakulum.
    Mając 14 lat złożyła w sercu śluby czystości i postanowiła wstąpić do Karmelu. Z postanowienia jednak nie zwierzyła się matce przez kilka lat. Kiedy to wreszcie nastąpiło, matka Elżbiety zabroniła córce chodzić do Karmelu, ograniczyła jej chodzenie do kościoła i przystępowanie do Komunii świętej, a postanowienie dziewczyny uznała za “wybujałą religijność”. Choć z ograniczonym dostępem do kościoła i sakramentów, Elżbieta doznawała nadal łask mistycznych. Zwierzała się z nich jednak tylko swojemu spowiednikowi. W końcu jej matka uległa i wyraziła powściągliwą zgodę na to, by dziewczyna wstąpiła do zakonu po ukończeniu 21 lat. Tak też się stało. W 1901 r. Elżbieta Catez wstąpiła do klasztoru karmelitanek bosych w Dijon. W ciągu kolejnych pięciu lat pracy, modlitwy i głębokiego cierpienia Elżbieta wspięła się na szczyty duchowe.
    W 8 dni po wstąpieniu do Karmelu przełożona zapytała Elżbietę: “Jaki jest twój ideał świętości?” Odpowiedź padła bez wahania: “Żyć miłością”. “A jaki jest sposób, by najszybciej to osiągnąć?” “Uczynić się całkiem małą, oddać się Bogu bezpowrotnie”. Postulat upłynął jej pogodnie. Natomiast wraz z wejściem w okres nowicjatu zaczął się dla Elżbiety okres udręki i niepokojów. Jej samej i jej przełożonym wydawało się, że nie wytrwa za murami Karmelu. Mimo to kontynuowała nowicjat, a w 1903 złożyła śluby zakonne. Wtedy też burza w jej sercu zaczęła cichnąć.

    Święta Elżbieta Catez

    Jej zakonne imię “od Trójcy Przenajświętszej” stało się programem jej życia, a także drogą, na której odkryła Boga Trójjedynego. Elżbieta Catez była szczególnie domem Boga w Trójcy. W pewnym momencie jednak przyjęła drugie imię “Laudem Gloriæ” – [ku] chwale Majestatu [Boga]. Jest to wyrażenie z Listu św. Pawła do Efezjan, którym podpisywała listy. Moment, w którym je przeczytała, był kolejnym przełomem w jej życiu. Od tej chwili, jak wspominają ludzie, którzy ją znali, zaczęła już na ziemi żyć życiem nieba.
    Ostatni etap życia Elżbiety to choroba Addisona, która zaatakowała ją w 1906 roku. Elżbieta przeżyła ją jako wstępowanie przez krzyż ku Bogu. Niezwykle bolesna niedoczynność nadnerczy była przyczyną wielkiego bólu ciała i cierpień związanych z przyjmowaniem pokarmów. Jej ostatnie dni na ziemi przebiegały tak: 30 października położyła się do łóżka, z którego już więcej nie wstała. Nazajutrz przyjęła raz jeszcze ostatnie namaszczenie, a w dniu Wszystkich Świętych po raz ostatni – Jezusa Eucharystycznego. 8 listopada wypowiedziała ostatnie słowa, jakie zdołano zrozumieć: “Idę do Światła, do Miłości, do Życia”. Nazajutrz, 9 listopada 1906 r. o szóstej rano, zmarła. Miała wówczas 26 lat.Życie Elżbiety znamy dość szczegółowo dzięki zapiskom jej przeoryszy, matki Germaine, oraz karmelity o. Konrada Meestera, a przede wszystkim dzięki jej obfitym pismom (ponad 300 listów i książki są dostępne także na polskim rynku wydawniczym).
    Zostawiła też po sobie wiele modlitw. Jedna z nich, uważana za jej modlitewny testament, zaczyna się tak: “Uwielbiam Cię, mój Boże, Trójco Przenajświętsza! Dopomóż mi zupełnie zapomnieć o sobie, abym nieporuszona i uspokojona, mogła zamieszkać w Tobie tak, jakby moja dusza znajdowała się już w wieczności. Oby już nic nie zdołało zamącić mego pokoju ani wyprowadzić mnie z Ciebie, o mój Ty Niezmienny, lecz niech każda minuta coraz głębiej zanurza mnie w Twoją Tajemnicę. Napełnij pokojem moją duszę, uczyń w niej swoje niebo, swoje ulubione mieszkanie i miejsce swego odpoczynku. Obym nigdy nie zostawiała Ciebie samego, lecz była tam zawsze cała, cała czuwająca z wiarą, cała pogrążona w adoracji i cała zdana na Twoje stwórcze działanie”.
    Beatyfikacji Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej dokonał papież św. Jan Paweł II 25 listopada 1984 r. w Rzymie. W czasie audiencji następnego dnia po beatyfikacji papież powiedział: “Wraz z bł. Elżbietą rozbłyska dla nas nowe światło, w naszym świecie tak pełnym niepewności i ciemności pojawia się nowy przewodnik – pewny i bezpieczny, który ukazuje nam, w imię Tajemnicy Trójcy, drogę zbawienia i środki do jego osiągnięcia”. Kanonizacji przewodniczył papież Franciszek na placu św. Piotra w Watykanie w niedzielę, 16 października 2016 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    8 listopada

    Błogosławiony
    Jan Duns Szkot, prezbiter

    Błogosławiony Jan Duns Szkot

    Jan nazywany jest Dunsem, ponieważ urodził się niedaleko miasteczka o takiej nazwie, pod koniec 1265 roku. Jego ojczyzną jest Szkocja i jej imię także weszło do jego przydomka.
    W 1280 roku Jan wstąpił do franciszkanów. Przykład i inspirację do tego kroku dał mu stryj Eliasz Duns. 17 marca 1291 roku Jan otrzymał święcenia w angielskim Northhampton. Przełożeni wysłali go następnie do Paryża, gdzie miał uzupełnić studia rozpoczęte na uniwersytecie w Oksfordzie. Decyzja ta pokazuje, że Jan musiał cechować się wybitną inteligencją, skoro zasłużył na takie wyróżnienie. Paryż był wówczas niezwykle żywym ośrodkiem uniwersyteckim. Po zdobyciu pierwszych stopni akademickich – nauczał. Po pewnym czasie powrócił znowu do Anglii, by nauczać w szkołach franciszkańskich. To z tego okresu pochodzi jego pierwsze dzieło Ordinatio. Wtedy też powoli zaczęła się jego sława jako europejskiego teologa średniowiecznego, która trwa do dziś. Papież Paweł VI przyrównał teologię Jana Dunsa do katedry gotyckiej: obok potężnych i harmonijnych struktur św. Tomasza z Akwinu i innych mistrzów, myśliciele średniowiecza zauważali, jak “na trwałych podstawach i ze śmiałymi pinaklami (strzelistymi wierzchołkami) wznosiła się żarliwa refleksja Jana Dunsa Szkota”.
    Następne lata życia Jana Dunsa Szkota to podróże po europejskich uniwersytetach, nauczanie coraz to nowych studentów i kolejne osiągnięcia naukowe, m.in. w Cambridge, Oksfordzie i Paryżu. W 1304 roku został w paryskim studium franciszkańskim “mistrzem regentem”, czyli dyrektorem teologicznego studium braci. Na kartach swego dzieła De prima principio modlił się: “O Panie, Stworzycielu świata, udziel mi łaski wiary, zrozumienia i uwielbiania Twego majestatu i wznieś mego ducha ku kontemplacji Ciebie”. Ze względu na wysublimowanie i delikatność myśli zwany był “doktorem subtelnym”.
    Po kilku latach napięcia polityczne (proces przeciwko templariuszom) sprawiły, że przełożeni przenieśli go do spokojnej Kolonii, gdzie miał kierować studium braci. W czasie pełnienia tej posługi zmarł 8 listopada 1308 roku. Miał wówczas 43 lata. Jego życie streszcza sentencja: “Szkocja mnie zrodziła, Anglia mnie przygarnęła, wykształciła mnie Francja, strzeże mnie Kolonia”.

    Błogosławiony Jan Duns Szkot

    Jan Duns Szkot był zwolennikiem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Argumentował, że Chrystus, jako doskonały Pośrednik, mógł i chciał wybawić swoją Matkę nie tylko od grzechu śmiertelnego, nie tylko od grzechu powszedniego, ale także od grzechu pierworodnego. Najdoskonalszy Pośrednik jest w stanie sprawić najdoskonalszy czyn pośrednictwa na rzecz osoby, dla której jest Pośrednikiem; najdoskonalszym pośrednictwem jest zaś zachowanie od grzechu pierworodnego. To, że się tak stało, można poznać po owocu łona Maryi. Jan Duns z wielką mocą głosił tajemnicę Wcielenia Słowa i był żarliwym obrońcą prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Jako jeden z nielicznych wówczas teologów, odważnie i zdecydowanie bronił bezgrzeszności Maryi, Matki Jezusa Chrystusa, stając się dla potomnych Doktorem maryjnym. Kościół katolicki ogłosił w 1854 r. naukę o Niepokalanym Poczęciu Maryi jako dogmat wiary.W filozofii Duns Szkot głosił prymat abstrakcji nad bytem rzeczywistym. Według niego przedmiotem metafizyki jest byt jako byt, czyli najogólniejsza natura ujmowana aktem intelektu, który przenika przez wszystkie warstwy konkretu i dociera do bytu.
    Kongregacja ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, dekretem zatwierdzonym przez Pawła VI w 1972 r., stwierdziła, że pisma Dunsa Szkota nie zawierają błędów przeciw wierze i moralności i zezwoliła na prowadzenie procesu na drodze badań historycznych. Po dokładnych badaniach życia i dziejów kultu sługi Bożego przeprowadzonych przez historyków i teologów, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych 6 lipca 1991 r. wydała dekret stwierdzający heroiczność jego cnót i dawność kultu. Papież św. Jan Paweł II ogłaszając go uroczyście błogosławionym w dniu 20 marca 1993 r., określił Jana Dunsa Szkota jako “piewcę Słowa wcielonego i obrońcę Niepokalanego Poczęcia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________-

    Bł. Jan Duns Szkot

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 7.07.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś rano chcę wam przedstawić następną ważną postać w historii teologii: jest nią błogosławiony Jan Duns Szkot, który żył pod koniec xiii w. Stary napis na jego grobie przedstawia geograficzne tło jego życia: «Anglia go przyjęła; Francja go wykształciła; Kolonia w Niemczech przechowuje jego doczesne szczątki; w Szkocji się urodził». Nie możemy lekceważyć tych informacji, również z tego powodu, że o życiu Dunsa Szkota wiemy niewiele. Urodził się prawdopodobnie w 1266 r. w wiosce, która nazywała się Duns, w pobliżu Edynburga. Pociągał go charyzmat św. Franciszka z Asyżu, toteż przyłączył się do rodziny Braci Mniejszych i w 1291 r. przyjął święcenia kapłańskie. Obdarzony błyskotliwą inteligencją i skłonnością do myślenia spekulatywnego — ze względu na tę inteligencję tradycja nadała mu tytuł Doctor subtilis, «Doktor subtelny» — Duns Szkot został skierowany na studia filozoficzne i teologiczne na sławnych uniwersytetach w Oksfordzie i w Paryżu. Po pomyślnym zakończeniu formacji zaczął wykładać teologię na uniwersytetach w Oksfordzie i w Cambridge, a potem w Paryżu oraz komentować Sentencje Piotra Lombarda, jak wszyscy mistrzowie tamtej epoki. Zasadnicze dzieła Dunsa Szkota stanowią właśnie dojrzały owoc tych wykładów, a ich tytuły pochodzą od miejsc, w których przebywał: Ordinatio — w przeszłości nazywana Opus Oxoniense (Oxford), Reportatio Cantabrigiensis (Cambridge), Reportata Parisiensia (Paryż). Do nich należy dodać przynajmniej Quodlibeta (albo Quaestiones quodlibetales), dosyć ważne dzieło, składające się z 21 «kwestii» dotyczących różnych tematów teologicznych. Duns Szkot opuścił Paryż, po wybuchu poważnego konfliktu między królem Filipem IV Pięknym i papieżem Bonifacym VIII — wolał raczej dobrowolne wygnanie niż podpisać dokument wrogi wobec papieża, co król narzucił wszystkim zakonnikom. I tak — z miłości do Stolicy Piotrowej — razem z braćmi franciszkanami opuścił kraj.

    Drodzy bracia i siostry, ten fakt sprawia, że przypominamy sobie, ile razy w dziejach Kościoła wierzący spotykali się z wrogością, a nawet byli prześladowani z powodu wierności i oddania Chrystusowi, Kościołowi i papieżowi. Patrzymy wszyscy z podziwem na tych chrześcijan, którzy uczą nas strzec, jako cennego dobra, wiary w Chrystusa oraz komunii z Następcą Piotra i Kościołem powszechnym.

    W każdym razie między królem francuskim i następcą Bonifacego VIII dosyć szybko znów zapanowały przyjazne stosunki, i Duns Szkot mógł w 1305 r. powrócić do Paryża, gdzie wykładał teologię jako Magister regens. Przełożeni wysłali go następnie do Kolonii jako profesora franciszkańskiego studium teologicznego, lecz zmarł 8 listopada 1308 r. w wieku zaledwie 43 lat, pozostawiając znaczną liczbę ważnych dzieł.

    Ze względu na sławę świętości, jaką się cieszył, jego kult wkrótce rozprzestrzenił się w zakonie franciszkańskim a czcigodny Jan Paweł ii zechciał go uroczyście potwierdzić błogosławionym 20 marca 1993 r. i nazwał go «piewcą Słowa wcielonego oraz obrońcą Niepokalanego Poczęcia». To wyrażenie syntetycznie ujmuje wielki wkład, jaki Duns Szkot wniósł w historię teologii.

    Przede wszystkim snuł rozważania nad tajemnicą wcielenia i, w odróżnieniu od wielu innych myślicieli swoich czasów, utrzymywał, że nawet gdyby ludzkość nie zgrzeszyła, Bóg stałby się człowiekiem. «Myśleć, że Bóg zrezygnowałby z takiej roli, gdyby Adam nie zgrzeszył — pisze Duns Szkot — byłoby całkowicie nierozsądne. Twierdzę, że upadek nie był przyczyną przeznaczenia Chrystusa, oraz że nawet gdyby nikt nie upadł, ani anioł, ani człowiek — to i przy takim założeniu Chrystus byłby nadal przeznaczony w ten sam sposób» (Reportata Parisiensiain III Sent., d. 7, 4). Myśl ta rodzi się, ponieważ dla Dunsa Szkota wcielenie Syna Bożego, przewidziane odwiecznie w zamyśle Boga Ojca, stanowi wypełnienie dzieła stworzenia i powoduje, że każde stworzenie, w Chrystusie i za Jego sprawą, może zostać napełnione łaską i oddawać cześć i chwałę Bogu w wieczności. Jakkolwiek Duns Szkot był świadomy, że Chrystus w rzeczywistości nas odkupił przez swoją mękę, krzyż i zmartwychwstanie, z powodu grzechu pierworodnego, twierdzi jednak, że wcielenie jest największym i najpiękniejszym dziełem całej historii zbawienia oraz że nie jest ono uwarunkowane przez żadne przypadkowe okoliczności.

    Jako wierny uczeń św. Franciszka Duns Szkot chętnie kontemplował i rozważał w kazaniach tajemnicę zbawczej męki Chrystusa, wyrażającą wolę miłości, niezmierzonej miłości Boga, który z ogromną wielkodusznością promieniuje na zewnątrz swą dobrocią i miłością (por. Tractatus de primo principio, c. 4). Miłość ta objawia się nie tylko na Kalwarii, ale również w Najświętszej Eucharystii, którą Duns Szkot otaczał wielkim nabożeństwem i w której widział sakrament rzeczywistej obecności Jezusa oraz sakrament jedności i komunii pobudzającej nas do wzajemnej miłości i do miłości Boga jako Najwyższego Dobra wspólnego (por. Reportata Parisiensia, in iv Sent., d. 8, q. 1, n. 3). «I tak jak ta miłość — pisałem w Liście do uczestników Międzynarodowego Kongresu z okazji 700. rocznicy śmierci bł. Dunsa Szkota, przytaczając jego myśl — była na początku wszystkich rzeczy, podobnie jedynie w miłości i miłosierdziu będzie nasza szczęśliwość: ‘pragnienie lub wola miłosna jest po prostu życiem wiecznym, szczęśliwym i doskonałym’» (aaa 101 [2009], 5).

    Drodzy bracia i siostry, ta wizja teologiczna, bardzo «chrystocentryczna», otwiera nas na kontemplację, zdumienie i wdzięczność: Chrystus stanowi centrum dziejów i wszechświata, to On nadaje sens, godność i wartość naszemu życiu! Podobnie jak Paweł VI w Manili, również ja chciałbym dzisiaj głosić światu: «[Chrystus] jest objawicielem niewidzialnego Boga, jest pierworodnym wszelkiego stworzenia, jest fundamentem wszystkiego; On jest Nauczycielem ludzkości, jest Odkupicielem; On narodził się, umarł i zmartwychwstał dla nas; On stanowi centrum historii i świata; On nas zna i kocha; On jest towarzyszem i przyjacielem naszego życia. (…) Mógłbym mówić o Nim bez końca» (homilia, 29 listopada 1970 r.).

    Przedmiotem refleksji Doktora subtelnego była w dziejach zbawienia rola nie tylko Chrystusa, ale także Maryi. W czasach Dunsa Szkota większość teologów stawiała pozornie niezbite zastrzeżenie nauce głoszącej, że Najświętsza Maryja Panna była wolna od grzechu pierworodnego od samego poczęcia: istotnie, powszechność odkupienia dokonanego przez Chrystusa — wydarzenia absolutnie centralnego w dziejach zbawienia — na pierwszy rzut oka tego rodzaju stwierdzenie mogła podważać. Duns Szkot przedstawił wówczas argument, którym posłużył się później błogosławiony papież Pius IX w 1854 r., gdy uroczyście ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Argumentem tym jest tzw. «odkupienie zachowawcze», zgodnie z którym niepokalane poczęcie stanowi arcydzieło dokonanego przez Chrystusa odkupienia, ponieważ właśnie moc Jego miłości oraz Jego pośrednictwa sprawiła, że Matka została zachowana od grzechu pierworodnego. Franciszkanie przyjęli i szerzyli tę naukę z entuzjazmem, a inni teologowie często uroczystą przysięgą zobowiązywali się do jej obrony i doskonalenia.

    W związku z tym chciałbym uwypuklić pewien fakt, który wydaje mi się ważny. Wybitni teologowie, podobnie jak Duns Szkot w przypadku nauki o niepokalanym poczęciu, swoim specyficznym wkładem myśli wzbogacili to, w co lud Boży sam z siebie wierzył odnośnie do Błogosławionej Dziewicy i co wyrażał w praktykach pobożności, w dziełach sztuki i ogólnie w życiu chrześcijańskim. Wszystko to dzięki nadprzyrodzonemu sensus fidei, to znaczy otrzymanej od Ducha Świętego zdolności do przyjęcia rzeczywistości wiary z pokorą serca i umysłu. Oby teologowie zawsze wsłuchiwali się w ten głos oraz zachowywali pokorę i prostotę maluczkich! Mówiłem o tym kilka miesięcy temu: «Są wielcy uczeni, wielcy specjaliści, wielcy teologowie, mistrzowie wiary, którzy nauczyli nas wielu rzeczy. Dotarli do szczegółów Pisma Świętego, dziejów zbawienia, ale nie zdołali dostrzec samej tajemnicy, prawdziwego sedna. (…) Istota rzeczy pozostała ukryta! Są natomiast również w naszych czasach maluczcy, którzy poznali tę tajemnicę. Myślimy o św. Bernadetcie Soubirous; św. Teresie z Lisieux i jej nowym odczytywaniu Biblii, ‘nienaukowym’, ale docierającym do serca Pisma Świętego» (homilia podczas Mszy św. dla członków Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 1 grudnia 2009 r.).

    Duns Szkot rozwinął także kwestię, na którą współczesność jest bardzo wrażliwa. Jest to temat wolności i jej związku z wolą oraz rozumem. Omawiany przez nas autor uwypukla wolność jako fundamentalną cechę woli, dając początek takiemu jej ujmowaniu, które kładzie akcent na wolę. Niestety, u późniejszych autorów ten kierunek myślenia przyjął postać woluntaryzmu, przeciwstawiającego się tak zwanemu intelektualizmowi augustiańskiemu i tomistycznemu. Według św. Tomasza z Akwinu wolność należy uważać nie za wrodzoną cechę woli, lecz za owoc współpracy woli i rozumu. Idea wolności wrodzonej i absolutnej — którą właśnie rozwinięto po Dunsie Szkocie — związana z wolą poprzedzającą rozum, zarówno w Bogu, jak i w człowieku, może bowiem prowadzić do idei Boga, który nie jest skrępowany nawet więzami prawdy i dobra. Gdy pragnie się bronić absolutnej transcendencji i odmienności Boga przez tak radykalne i nieprzeniknione akcentowanie Jego woli, nie bierze się pod uwagę, że Bóg, który się objawił w Chrystusie, jest Bogiem-Logosem, który działał i działa pełen miłości do nas. Z pewnością miłość przewyższa poznanie i jest zdolna pojąć więcej niż sama myśl, niemniej pozostaje ona zawsze miłością Boga-Logosu» (por. Benedykt XVI, wykład w Ratyzbonie; «L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 11/2006, s. 27). Również gdy ludzka idea wolności absolutnej, która mieści się w woli, zapomina o więzi z prawdą, pomija fakt, że sama wolność powinna być wyzwolona z ograniczeń, jakie jej narzuca grzech. W każdym razie wizja skotystyczna nie popada w tego typu skrajności: dla Dunsa Szkota wolny akt jest owocem współdziałania rozumu i woli, a jeśli mówi on o «prymacie» woli, uzasadnia go tym, że wola zawsze idzie w ślad za rozumem.

    Przemawiając do rzymskich seminarzystów, przypomniałem, że «we wszystkich epokach wolność była wielkim marzeniem ludzkości, od samego jej zarania, a w szczególności w czasach współczesnych» (przemówienie w Rzymskim Wyższym Seminarium Duchownym, 20 lutego 2009 r.; «L’Osservatore Romano», wyd. poskie, n. 4/2009, s. 28). Jednak właśnie współczesna historia, a także nasze codzienne doświadczenie poucza nas, że wolność tylko wtedy jest autentyczna i pomaga w budowaniu naprawdę ludzkiej cywilizacji, kiedy jest pogodzona z prawdą. Kiedy wolność jest oderwana od prawdy, w tragiczny sposób staje się zarzewiem zniszczenia wewnętrznej harmonii osoby ludzkiej, źródłem dominacji ludzi silnych i gwałtownych oraz powoduje cierpienia i żałobę. Duns Szkot twierdzi, że wolność, podobnie jak wszystkie zdolności, którymi człowiek jest obdarzony, wzrasta i doskonali się, gdy człowiek otwiera się na Boga, ceni gotowość do słuchania Jego głosu: kiedy wsłuchujemy się w Objawienie Boże, Słowo Boże aby je przyjąć, dociera do nas przesłanie napełniające nasze życie światłem i nadzieją i jesteśmy rzeczywiście wolni.

    Drodzy bracia i siostry, bł. Duns Szkot uczy nas, że w naszym życiu najistotniejsza jest wiara w Boga, który jest z nami i kocha nas w Chrystusie Jezusie, oraz pogłębianie miłości do Niego i do Jego Kościoła. My jesteśmy świadkami tej miłości na ziemi. Niech Najświętsza Maryja Panna pomaga nam przyjąć tę nieskończoną miłość Bożą, którą będziemy się wiecznie cieszyć w pełni w niebie, kiedy w końcu nasza dusza połączy się na zawsze z Bogiem, we wspólnocie świętych.

    do Polaków:

    Drodzy pielgrzymi polscy! Wam, obecnym tu dzisiaj, i waszym rodakom bardzo dziękuję za to, że w ciągu roku tak licznie przybywacie do Rzymu, do grobów świętych apostołów i sługi Bożego Jana Pawła ii. Umocnieni wiarą świętych, pamiętajcie o chrześcijańskich korzeniach waszego życia. Serdecznie was pozdrawiam, błogosławię i proszę o modlitwę w dniach mojego pobytu w Castel Gandolfo.


    L’Osservatore Romano 10/2010/opoka.pl

    ____________________________________________________________________________

    Bł. Jan Duns Szkot

    Biografia bł. Jana Dunsa Szkota (1266-1308), beatyfikowanego 20-03-1993

    Jan Duns Szkot urodził się około r. 1266 w szkockim miasteczku Duns (hrabstwo Berwick). W 1279 r. wstąpił do zakonu franciszkanów w Szkocji. Nowicjat odbył w Dumfries, a następnie kształcił się w Szkocji i Anglii. Po święceniach kapłańskich w 1291 r. podjął studia na Uniwersytecie Paryskim (1293-1296). Wykładał następnie na uniwersytetach w Cambridge, Oxfordzie i Paryżu. W 1303 r. został wydalony z Paryża, ponieważ odmówił złożenia podpisu pod apelem Filipa IV Pięknego, który odwołał się do soboru przeciw papieżowi Bonifacemu VIII. Rok później powrócił i uzyskał tytuł magistra teologii. W 1307 r. znów opuścił Paryż i udał się do Kolonii, gdzie pełnił urząd regenta studiów teologicznych. Umarł 8 listopada 1308 r.

    Ukształtowany na wzór Chrystusa w szkole św. Franciszka, św. Bonawentury oraz innych doktorów i świętych zakonu, Duns Szkot zasłynął jako wielki filozof i teolog o głębokim życiu wewnętrznym. Jego duchowość czerpała siłę z rozważań teologicznych, a zjednoczenie z Bogiem było natchnieniem do zgłębiania prawd wiary. «O Panie, Stworzycielu świata — modlił się na kartach swego dzieła De Primo Principio — udziel mi łaski wiary, zrozumienia i uwielbiania Twego majestatu i wznieś mego ducha ku kontemplacji Ciebie». W Bogu — pierwszym, doskonałym, nieskończonym i wolnym Bycie, w Słowie Wcielonym — Jezusie Chrystusie — wszystko kochał i wszystko pragnął poznać: człowieka, wszechświat i sens historii.

    Obok nauki o Bogu w Trójcy Świętej Jedynym i chrystologii, wielkim osiągnięciem Dunsa Szkota była mariologia. Wyłożył prawdę o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Dziewicy i bronił jej, czym zasłużył sobie na tytuł “doktora maryjnego».

    Jego grób w kościele franciszkanów w Kolonii otoczony był od początku wielką czcią wiernych. Sława świętości Dunsa Szkota rozeszła się szeroko po Europie, przekraczając mury franciszkańskich klasztorów. W Kolonii i w diecezji Nola (koło Neapolu) uważany był za świętego. W 1698 r. Kongregacja Obrzędów przyznała mu tytuł «czcigodnego». Proces kanonizacyjny Dunsa Szkota miał jednak długą historię: w latach 1706-1707 toczył się w Kolonii, w 1709-1711 i 1905-1906 w Noli, w 1904-1905 w Genui, a w 1918 r. w Rzymie.

    Wielki hołd słudze Bożemu oddał Paweł VI, który w liście apostolskim Alma Parens wysłanym 14 lipca 1966 r. do biskupów Anglii, Walii i Szkocji z okazji siedemsetnej rocznicy urodzin Dunsa Szkota, nazwał jego nauczanie “antidotum przeciw ateizmowi». Przypomniał również, iż Duns Szkot był mistrzem prawdziwego dialogu, opartego na Ewangelii i starożytnych tradycjach, który może poprowadzić do jedności pośród różnorodności, o jaką modlił się Chrystus. «Badał i analizował rozwój poznania — pisał dalej papież — posługując się rzetelnym aparatem krytycznym i nie zapominając nigdy o pierwszych zasadach, trzeźwo oceniał własne wywody, u których podłoża nie było chęci osiągnięcia osobistego zwycięstwa, lecz — jak powiedział o nim Jan Gerson — pokorne dążenie do znalezienia zgody».

    Kongregacja ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, dekretem zatwierdzonym przez Pawła VI w 1972 r., stwierdziła, że pisma Dunsa Szkota nie zawierają błędów przeciw wierze i moralności i zezwoliła na prowadzenie procesu na drodze badań historycznych.

    Podczas pierwszej pielgrzymki apostolskiej do Republiki Federalnej Niemiec, 15 listopada 1981 r. Jan Paweł II nawiedził grób Dunsa Szkota i nazwał go «duchową twierdzą wiary».

    Po dokładnych badaniach życia i dziejów kultu sługi Bożego przeprowadzonych przez historyków i teologów, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych 6 lipca 1991 r. wydała dekret stwierdzający heroiczność jego cnót i dawność kultu (ab immemorabili tempore).

    L’Osservatore Romano 5-6/1993/opoka.pl

    _______________________________________________________________________________

    8 listopada

    Święty Godfryd z Amiens, biskup

    Święty Godfryd z Amiens

    Godfryd urodził się ok. 1065 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Chrztu udzielił mu jego wuj, opat benedyktyński w Mont-Saint-Quentin, nadając mu swoje zakonne imię. Kiedy chłopiec miał 5 lat, został przez wspomnianego opata przyjęty w charakterze oblata-kandydata do czasu, kiedy urośnie. Kiedy więc doszedł do wieku kanonicznego, po ukończeniu szkoły klasztornej, Godfryd wstąpił do benedyktynów. Pełnił początkowo różne obowiązki w opactwie, w charakterze zakonnego brata. Kiedy miał 25 lat, został wyświęcony na kapłana. Niebawem został powołany na opata w Nogent-sous-Concy. Odnowił w tym klasztorze życie zakonne.
    W roku 1104 opuścił dobrowolnie biskupstwo w Amiens tamtejszy pasterz, by nie odpowiadać za wykryte nadużycia. Kiedy poszukiwano jego następcy, wybór padł na Godfryda. Miał on wówczas 38 lat. Konsekracji dokonał arcybiskup Reims, Manasses. W tym czasie nawiedził Francję papież Paschalis II. Godfryd miał okazję się z nim zetknąć i odtąd zawiązała się między nimi przyjaźń. Dwa razy wędrował potem do Rzymu, by załatwić pilne sprawy swojej diecezji (1105 i 1107).
    Ponieważ popierał stanowisko mieszczan, pragnących uzyskać większą wolność, Godfryd został zmuszony do opuszczenia swojej stolicy. Schronił się w Chartreuse – Wielkiej Kartuzji, podejmując życie mnicha. Miał zamiar pozostać tu do końca życia. Synod w Beauvais nakazał mu jednak powrót do diecezji. W drodze powrotnej Godfryd wziął udział w synodzie, jaki odbywał się właśnie w Reims. Gdy tylko wrócił do swojej owczarni, zwołał synod do Chalons w roku 1115. Przebyte jednak cierpienia i trudy dały o sobie znać. Kiedy wracał do Amiens, zatrzymał się przez pewien czas w Soissons w opactwie benedyktyńskim. Czuł się bowiem mocno osłabiony. Tu 8 listopada 1115 r. zmarł. Świątobliwemu biskupowi zaraz po śmierci zaczęto oddawać kult. Mikołaj, mnich benedyktyński z Soissons, napisał wkrótce jego żywot (w latach 1136-1138). Kardynał Cezar Baroniusz wpisał go do Martyrologium Rzymskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 listopada

    Błogosławiony
    Franciszek od Jezusa, Maryi, Józefa
    Palau y Quer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Willibrord, biskup
      •  Błogosławiona Łucja a Septifonte, dziewica
      •  Błogosławiona Helena Enselmini, dziewica
      •  Święci zakonnicy Izrael, Walter i Teobald
      •  Święty Engelbert, biskup i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Palau y Quer

    Franciszek urodził się 29 grudnia 1811 roku w Hiszpanii. Był synem Józefa Franciszka Palau i Marii Antoniny Quer. Miał sześcioro rodzeństwa: cztery siostry i dwóch braci. Jego rodzina była pobożna i silnie wierząca. Franciszek przebywał dłuższy czas u swojej siostry w Lerida, tam też dojrzewało jego powołanie i tam w 1828 roku zgłosił się do seminarium. W wieku 20 lat ukończył studia. W 1832 roku wstąpił do nowicjatu karmelitów bosych w Barcelonie. Na tę decyzję mogła wpłynąć przykładna postawa o. Józefa, karmelity bosego, jednego z profesorów seminarium.
    W 1835 roku opuścił klasztor św. Józefa, podpalony przez rewolucjonistów. Podczas ucieczki Franciszek, narażając swoje życie, pomagał niewidomemu współbratu. Wraz z innymi zakonnikami został osadzony w barcelońskim więzieniu La Ciudadela. Był to dla Kościoła w Hiszpanii bardzo trudny czas i każdy składający śluby zakonne liczył się z możliwością męczeńskiej śmierci. Franciszek Palau święcenia kapłańskie przyjął w 1836 roku, a służbę ludziom zaczął jako kapłan diecezjalny. Nigdy już nie wrócił do rodzimego zakonu, który został rozproszony przez władze świeckie. Powrócił do rodzinnej wioski i tam pełnił posługę kapłańską. Zajmował się głównie katechizacją, misjami ludowymi i działalnością rekolekcyjną. W latach 1851-1854 prowadził w Barcelonie “Szkołę cnót”, która przyjęła formę niedzielnych katechez dla dorosłych. Pod pretekstem działalności reakcyjnej władze zamknęły jednak szkołę i skazały Franciszka Palau na sześć lat wygnania na Ibizie.

    Błogosławiony Franciszek Palau y Quer

    Czas tam spędzony zakonnik wykorzystał do ewangelizacji, która rozszerzyła się potem na Majorkę i Minorkę. I właśnie przebywając na Minorce Franciszek uświadomił sobie swoją wielką miłość do Kościoła. Postanowił ją praktykować na zupełnie nowy sposób, łączący życie kontemplacyjne i posługę apostolską. “Pewnego wieczoru znajdowałem się w kościele katedralnym oczekując godziny rozpoczęcia nabożeństwa, w czasie którego powinno się udzielić ostatniego błogosławieństwa, co było zwyczajem na zakończenie misji. Mój duch został uniesiony przed tron Boga… Zobaczyłem piękną młodą dziewczynę ubraną w chwałę. Jej ubiór promieniał światłością i nie można było rozpoznać nic, poza sylwetką, ponieważ nie było możliwym patrzeć na nią. Usłyszałem głos, który mówił: «Ty jesteś kapłanem Najwyższego; błogosław i ten, którego pobłogosławisz, będzie błogosławiony. Ta jest moją Córką umiłowaną…» Zatopiłem się w morzu łez. Moje boleści urosły w wielkim stopniu. Znałem tę Panią i oddać na Jej służbę życie – nie jedno, ale tysiąc – byłoby zbyt mało dla mnie… Gdy nadeszła godzina nabożeństwa, podczas gdy wchodziłem na ambonę, usłyszałem głos Ojca, który powiedział do mnie: «Pobłogosław moją umiłowaną Córkę i twoją Córkę». Napływ ludzi był wielki. Ja nie mogłem w pełni pojąć, jak mogłem być ojcem w Kościele i dla Kościoła” – tak Franciszek opisał swoje objawienie w rękopisie wspomnień “Moje relacje z Kościołem”.
    Franciszek Palau jest założycielem mieszanego zgromadzenia sióstr i braci tercjarzy karmelitańskich. Po jego śmierci pozostały obie gałęzie, przy czym już niewiele później siostry dały początek dwóm zgromadzeniom, noszącym dziś nazwy: Karmelitanki Misjonarki Terezjanki oraz Karmelitanki Misjonarki. Ostatnich braci, po wojnie domowej (1936-1939) i z powodu małej ich liczby, włączono w szeregi karmelu bosego w prowincji św. Józefa w Barcelonie.
    Działalność apostolska Franciszka Palau była niezwykle szeroka. Od 1865 roku sprawował on posługę egzorcysty. W roku 1870 brał udział w obradach Soboru Watykańskiego I. Był też dyrektorem tercjarzy i tercjarek karmelitańskich w Hiszpanii.Zmarł na zapalenie płuc 20 marca 1872 roku w Tarragonie. Beatyfikowany został w 1988 roku. Cud, na podstawie którego nastąpiła beatyfikacja, dotyczył uzdrowienia Leona Godoy Mendeza, maszynisty Kolumbijskich Kolei Państwowych, który w wieku 47 lat miał wypadek kolejowy. Wówczas odkryto w jego głowie guza, a po nieudanej operacji lekarze nie dawali mu na wyzdrowienie żadnych szans. Mężczyzna jednak był w szpitalu odwiedzany przez siostrę ze zgromadzenia Karmelitanek Misjonarek, założonego przez Franciszka Palau y Quer. Zaczęła ona odprawiać nowennę do Franciszka Palau w intencji uzdrowienia chorego. W tym czasie dotknięto też głowy Leona Goday Mendeza relikwią kandydata na ołtarze. Poprawa zdrowia zaczęła się już następnego dnia i mężczyzna żył jeszcze przez kolejnych 20 lat.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 listopada

    Święty Leonard z Limoges, pustelnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Józefa Naval Girbes, dziewica
      •  Święty Kalinik, męczennik
      •  Błogosławiona Krystyna
      •  Błogosławieni męczennicy japońscy Alfons Navarrete, prezbiter, i Towarzysze
    ***
    Święty Leonard z Limoges

    Na podstawie wnikliwych badań można stwierdzić, że Leonard urodził się w Galii za panowania cesarza Anastazego (491-518). Pochodził ze znakomitej rodziny frankońskiej, zaprzyjaźnionej z królem Franków, Klodwikiem. Ten zgodził się nawet być ojcem chrzestnym Leonarda. Wychował się on u biskupa Reims, św. Remigiusza. Potem został pustelnikiem. Nie przyjął ofiarowanej mu przez Klodwika godności biskupa w Micy.
    Zamieszkał natomiast w puszczy leśnej koło Limoges. Pewnego dnia odwiedził go Klodwik z okazji polowania, jakie urządził w tych stronach. Prosił Leonarda o modlitwę, gdyż jego małżonka miała bardzo bolesny, ciężki i niebezpieczny dla swojego życia poród. Dzięki modlitwie Leonarda bóle ustały, a królowa szczęśliwie urodziła dziecię. Król w podzięce podarował Leonardowi cały las. Leonard nazwał darowiznę Nobiliacum, czyli darem szlachetnego króla (nobilissimo rege). Wystawił też kościółek pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, a w nim ołtarz ku czci św. Remigiusza. Gdy dotkliwie odczuwał brak wody, wytrysnęła ona cudownie w postaci źródła, z którego skwapliwie korzystali pątnicy.
    Sława Leonarda przekroczyła okolice Limoges. Napływali do niego pątnicy, nawet z Anglii i Niemiec, błagając go o wstawiennictwo u Boga. Był orędownikiem uwięzionych i wstawiał się za nimi przed królem i przed możnymi. Dlatego ikonografia zwykła przedstawiać go z łańcuchem i kajdanami. Według żywotów, jakie powstały w średniowieczu, Leonard miał także uzdrowić wielu chorych. Z czasem założył klasztor, gdyż pod jego kierownictwo duchowe zgłaszało się wielu chętnych. Klasztor z biegiem lat otrzymał wezwanie św. Leonarda. Potem całą miejscowość nazwano Saint-Leonard-de-Noblat.
    Leonard zmarł prawdopodobnie 6 listopada. Rok jego śmierci jest nieznany. Jego grób stał się natychmiast miejscem pielgrzymek. Święty należał do najpopularniejszych świętych w Europie w wiekach średnich: we Francji, w Anglii, Niemczech, Austrii, w Bawarii, w Szwecji i w Polsce. Ku jego czci wystawiono mnóstwo kościołów i kaplic. W czasie wypraw krzyżowych jego kult wzrósł jako patrona jeńców wojennych. Do najprzedniejszych pielgrzymów, którzy nawiedzili jego grób, należał książę Boemond z Antiochii, który – wzięty do niewoli tureckiej w roku 1100 – św. Leonardowi przypisywał swoje uwolnienie z rąk nieprzyjaciela w roku 1103. Jako wotum złożył srebrne okowy. Nawet we Włoszech Leonard miał swój kościół oraz sanktuarium w mieście Manfredonii, położonym u stóp góry Gargano. Pielgrzymi, udający się do Ziemi Świętej lub na górę Gargano, chętnie nawiedzali kościół św. Leonarda i polecali swoje potrzeby jego opiece. Sanktuarium św. Leonarda zarządzali kanonicy regularni. Z czasem Leonard stał się patronem także od bydła i pewnych rzemiosł.
    W Polsce kult św. Leonarda w średniowieczu był szczególnie żywy. Świadectwem tego są najstarsze kościoły, jak np. krypta św. Leonarda w katedrze wawelskiej. W Garbowie (archidiecezja lubelska) do dnia dzisiejszego obchodzi się odpust ku czci św. Leonarda. Święty posiada tam swój ołtarz, w którym jego obraz ma na sobie srebrną suknię. Leonard w stroju opata trzyma kajdany. Dookoła widoczne są postacie modlących się do niego o wstawiennictwo do Boga.
    Martyrologium Rzymskim św. Leonarda z Limoges umieścił kardynał Cezary Baroniusz na podstawie świadectwa św. Bedy oraz bł. Adona. Wspomnienie o Leonardzie znajdujemy również w Historii napisanej przez Ademara z Chabannes ok. roku 1028. Z wieku XI pozostało kilka fragmentów tych wspomnień.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Św. Leonard z Limoges

    Święty Leonard, jeden z pierwszych znanych Franków, którzy przyjęli chrzest, był bardzo popularnym patronem w Wiekach Średnich, i nie tylko. Jego imieniem nazwano kryptę na Wawelu, w której spoczywają szczątki królów i wodzów, na czele z wielkim Sobieskim, a do połowy XVIII wieku powstało w Polsce kilkadziesiąt parafii pod wezwaniem świętego Leonarda.

    Wywodził się on z arystokratycznej rodziny frankońskiej, pozostającej w przyjaźni z królem Chlodwigiem. Urodził się na terenie Galii i zanim dzięki protekcji ojca trafił na dwór królewski, kształcił się pod baczną opieką świętego Remigiusza biskupa Reims. Następnie został dworzaninem władcy Franków i wprawiał się w rzemiośle rycerskim.

    Towarzyszył królowi w bitwie z Alemanami w 496 roku, kiedy to Chlodwig miał obiecać, że przyjmie Wiarę Jezusa Chrystusa, jeśli Ten wspomoże jego wojska w ciężkiej sytuacji bitewnej. Monarcha przyjął chrzest z rąk biskupa Remigiusza, a wraz z nim trzy tysiące spośród jego rycerstwa. Leonard – mimo iż wcześniej przebywał w stolicy Remigiusza – miał, wedle podań, ochrzcić się dopiero wtedy.

    W służbie królewskiej odznaczył się wielkim współczuciem dla ubogich i dla więźniów, za którymi w słusznych przypadkach zawsze wstawiał się u króla. Już wtedy zasłynął z wielkiej świątobliwości – nie zamierzał jednak pozostać długo w zgiełku światowym, lecz, usłyszawszy wezwanie do całkowitego poświęcenia się Bogu, podziękował Chlodwigowi za wszelkie propozycje przywilejów i oddalił się do pustelni nieopodal miejscowości Limoges.

    Żył tam tym, co podsunęła mu natura, oddając się modlitwie i kontemplacji. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, nie udało mu się ukryć przed ludźmi, złaknionymi niebieskiej nauki, którą Pan Bóg oświeca serca ludzi poświęconych zgłębianiu Jego tajemnic. Zjawiali się w progu jego pustelni przybysze z różnych krajów, także z Anglii, i zawsze mogli liczyć na dobre słowo, krzepiące duszę.

    W lesie, w którym zamieszkał, Opatrzność skrzyżowała na powrót jego los z losem króla Chlodwiga. Władca przejeżdżał bowiem tamtędy z małżonką, dla której akurat nadszedł dzień porodu. Z powodu komplikacji życie jej i nienarodzonego dziecka było poważnie zagrożone. Wezwano Leonarda, którego modły sprawiły, iż wszystko skończyło się dobrze. Wdzięczny król chciał obdarować eremitę kosztownościami, lecz ten poprosił, by trafiły one do biednych.

    Chlodwig ofiarował też Świętemu biskupstwo, lecz zaszczyt taki kłócił się z powołaniem, które chciał wypełniać pustelnik. Nie odmówił natomiast przyjęcia na własność lasu i tam z pieniędzy królewskich wzniósł kościół ku czci Bogurodzicy i klasztor. Dożył tam sędziwego wieku i został pochowany w zbudowanym przez siebie kościele, dokąd pielgrzymowano przez wieki. Święty Leonard z Limoges został patronem dobrego porodu, jeńców i więźniów.

    Kościół wspomina św. Leonarda 6 listopada.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 listopada

    Święci Elżbieta i Zachariasz,
    rodzice św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Święty Gerald, biskup
      •  Błogosławiona Franciszka Amboise, zakonnica
    ***
    Święta Elżbieta z Maryją

    Według Ewangelii św. Łukasza (Łk 1, 5-80) Elżbieta pochodziła z kapłańskiego rodu Aarona. Uchodząca za bezpłodną, mimo podeszłego wieku urodziła Zachariaszowi syna. Jej brzemienność – przedstawiona w kontekście zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie – miała być dowodem, “że dla Boga nie ma nic niemożliwego”. Kiedy Elżbieta była już w szóstym miesiącu ciąży, odwiedziła ją jej kuzynka, Maryja. Elżbieta za natchnieniem Ducha Świętego poznała w niej Matkę Boga i powitała ją słowami: “Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego”. Maryja pozostała przy Elżbiecie aż do jej rozwiązania. Św. Elżbieta jest patronką matek, żon, położnych.

    Elżbieta i Zachariasz nadają imię synowi

    Zachariasz był ojcem Jana Chrzciciela (Łk 1, 5-25. 59-79). Pochodził z ósmej klasy (gałęzi) kapłańskiej Abiasza (były 24 klasy wywodzące się od Aarona, brata Mojżesza; klasy te ustanowił król Dawid dla uregulowania kolejności służby Bożej w Świątyni). Cerkiew prawosławna, obchodząca do dzisiaj święto wprowadzenia Bogarodzicy do Świątyni Jerozolimskiej utrzymuje, że Zachariasz był tym kapłanem, który trzyletnią Marię wprowadził do Świętego Świętych – miejsca zastrzeżonego dla kapłanów. Tradycja zachodnia nie wspomina o tym wydarzeniu.
    Na kartach Biblii Zachariasz przedstawiony jest jako sprawiedliwy mąż żyjący ze swoją żoną Elżbietą w bezdzietnym małżeństwie w Ain Karem niedaleko Jerozolimy. Kiedy – wyznaczony przez losowanie – składał w świątyni ofiarę kadzenia, ukazał mu się archanioł Gabriel i przepowiedział, że jego żona urodzi syna, któremu ma nadać imię Jan. Z powodu niedowierzania został porażony niemotą. Odzyskał mowę dopiero przy obrzezaniu syna, kiedy napisał na tabliczce jego imię: Jan. Ewangelia św. Łukasza wkłada w jego usta hymn Benedictus, który wskazuje na posłannictwo Jana Chrzciciela.Po narodzeniu Jana Chrzciciela ani Pismo Święte, ani tradycja zachodnia nie podają o jego rodzicach żadnych informacji. Zapewne Zachariasz opuścił ziemię, gdy Jan był jeszcze chłopcem. Tradycja Kościołów Wschodnich opowiada, że gdy król Herod rozkazał, aby wszyscy chłopcy w wieku do dwóch lat w Betlejem i okolicy zostali zabici, sprawiedliwa Elżbieta ukryła się wraz z synem w górach. Żołnierze próbowali dowiedzieć się od Zachariasza, gdzie jest jego syn. Jednak ojciec nie zdradził tej informacji. Zabito go więc pomiędzy świątynią i ołtarzem. Sprawiedliwa Elżbieta miała umrzeć czterdzieści dni po swym mężu, a św. Jan Chrzciciel, ochraniany przez Boga, miał przebywać na pustyni aż do dnia swego pojawienia się narodowi izraelskiemu.
    Cześć rodzicom św. Jana Chrzciciela oddawano w Kościele od dawna i to we wszystkich obrządkach. Ciało Zachariasza, odnalezione “cudownie” 11 lutego 415 roku, przewieziono do Konstantynopola, gdzie ku jego czci wystawiono bazylikę. W Rzymie, w bazylice laterańskiej, ma się znajdować relikwia głowy św. Zachariasza. Tradycja nie wspomina natomiast o relikwiach św. Elżbiety.
    W ikonografii św. Zachariasz, podobnie jak św. Elżbieta, występują w cyklach poświęconych Janowi Chrzcicielowi. Atrybutami św. Zachariasza są: gałązka oliwna w ręce, imię Jan; czasami bywa przedstawiany na ośle jako zapowiedź Chrystusa triumfującego w Niedzielę Palmową. Św. Elżbieta ukazywana jest często w scenie nawiedzenia NMP lub tuż po urodzeniu św. Jana. Rzadko występuje osobno.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 listopada

    Święty Karol Boromeusz, biskup

    Święty Karol Boromeusz

    Karol urodził się na zamku Arona 3 października 1538 r. jako syn arystokratycznego rodu, spokrewnionego z rodem Medici. Ojciec Karola wyróżniał się prawością charakteru, głęboką religijnością i miłosierdziem dla ubogich. To miłosierdzie będzie dla Karola, nawet już jako kardynała, ideałem życia chrześcijańskiego.
    Już w młodym wieku Karol posiadał wielki majątek. Kiedy miał zaledwie 7 lat, biskup Lodi dał mu suknię klerycką, przeznaczając go w ten sposób do stanu duchownego. Takie były ówczesne zwyczaje. Dwa lata później zmarła matka Karola. Aby zapewnić mu odpowiednie warunki na przyszłość, mianowano go w wieku 12 lat opatem w rodzinnej miejscowości. Młodzieniec nie pochwalał jednak tego zwyczaju i wymógł na ojcu, żeby dochody z opactwa przeznaczano na ubogich.
    Pierwsze nauki pobierał Karol na zamku rodzinnym w Arona. Po ukończeniu studiów w domu wyjechał zaraz na uniwersytet do Pawii, gdzie zakończył studia podwójnym doktoratem z prawa kościelnego i cywilnego (1559). W tym samym roku jego wuj został wybrany papieżem i przyjął imię Pius IV. Za jego przyczyną Karol trafił do Rzymu i został mianowany protonotariuszem apostolskim i referentem w sygnaturze. Już w rok później, w 23. roku życia, został mianowany kardynałem i arcybiskupem Mediolanu (z obowiązkiem pozostawania w Rzymie), mimo że święcenia kapłańskie i biskupie przyjął dopiero dwa lata później (1563). W latach następnych papież mianował siostrzeńca kardynałem-protektorem Portugalii, Niderlandów (Belgii i Holandii) oraz katolików szwajcarskich, ponadto opiekunem wielu zakonów i archiprezbiterem bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. Urzędy te i tytuły dawały Karolowi rocznie ogromny dochód. Było to jawne nadużycie, jakie wkradło się do Kościoła w owym czasie. Pius IV był znany ze swej słabości do nepotyzmu. Karol jednak bardzo poważnie traktował powierzone sobie obowiązki, a sumy, jakie przynosiły mu skumulowane godności i urzędy, przeznaczał hojnie na cele dobroczynne i kościelne. Sam żył ubogo jak mnich.
    Wkrótce Karol stał się pierwszą po papieżu osobą w Kurii Rzymskiej. Praktycznie nic nie mogło się bez niego dziać. Papież ślepo mu ufał. Nazywano go “okiem papieża”. Dzięki temu udało się mu uporządkować wiele spraw, usunąć wiele nadużyć. Nie miał względu na urodzenie, ale na charakter i przydatność kandydata do godności kościelnych. Dlatego usuwał bezwzględnie ludzi niegodnych i karierowiczów. Takie postępowanie zjednało mu licznych i nieprzejednanych wrogów. Dlatego zaraz po wyborze nowego papieża, św. Piusa V (1567), musiał opuścić Rzym. Bardzo się z tego ucieszył, gdyż mógł zająć się teraz bezpośrednio archidiecezją mediolańską. Kiedy był w Rzymie, mianował wprawdzie swojego wikariusza i kazał sobie posyłać dokładne sprawozdania o stanie diecezji, zastrzegł sobie też wszystkie ważniejsze decyzje. Teraz jednak był faktycznym pasterzem swojej owczarni.

    Święty Karol Boromeusz

    Z całą wrodzoną sobie energią zabrał się do pracy. W 1564 r. otworzył wyższe seminarium duchowne (jedno z pierwszych na świecie). W kilku innych miastach założył seminaria niższe, by dla seminarium w Mediolanie dostarczyć kandydatów już odpowiednio przygotowanych. Prowadzenie seminarium powierzył oblatom św. Ambrożego, zgromadzeniu kapłanów diecezjalnych, które istnieje do dziś. Zaraz po objęciu rządów bezpośrednich (1567) przeprowadził ścisłą wizytację kanoniczną, by zorientować się w sytuacji. Popierał zakony i szedł im z wydatną pomocą. Dla ludzi świeckich zakładał bractwa – szczególnie popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej, mające za cel katechizację dzieci. Dla przeprowadzenia koniecznych reform i uchwał Soboru Trydenckiego (1545-1563) zwołał aż 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Dla umożliwienia ubogiej młodzieży studiów wyższych założył przy uniwersytecie w Pawii osobne kolegium. W Mediolanie założył szkołę wyższą filozofii i teologii, której prowadzenie powierzył jezuitom. Teatynom natomiast powierzył prowadzenie szkoły i kolegium w Mediolanie dla młodzieży szlacheckiej.
    Był fundatorem przytułków: dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i kobiet, oraz kilku sierocińców. Kiedy w 1582 r. została przeprowadzona reforma mszału i brewiarza, zdołał obronić dla swojej diecezji obrządek ambrozjański, który był tutaj w użyciu od niepamiętnych czasów. Kiedy za jego pasterzowania wybuchła w Mediolanie kilka razy epidemia, kardynał Karol nakazał otworzyć wszystkie spichlerze i rozdać żywność ubogim. Skierował także specjalne zachęty do duchowieństwa, aby szczególną troską otoczyło zarażonych oraz ich rodziny. Podczas zarazy w 1576 r. niósł pomoc chorym, karmiąc nawet 60-70 tysięcy osób dziennie; zaopatrywał umierających; oddał cierpiącym wszystko, nawet własne łóżko. W czasie zarazy ospy, która pochłonęła ponad 18 tysięcy ofiar, zarządził procesję pokutną, którą prowadził idąc ulicami Mediolanu boso. W 1572 r. na konklawe był poważnym kandydatem na papieża.
    Ulubioną rozrywką Karola w młodości było polowanie i szachy. Był także estetą i znał się na sztuce. Grał pięknie na wiolonczeli. Z tych rozrywek zrezygnował jednak dla Bożej sprawy, oddany bez reszty zbawieniu powierzonych sobie dusz. Wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Męki Pańskiej. Dlatego nie rozstawał się z krzyżem. Tkliwą miłością darzył też sanktuaria maryjne.
    Największą zasługą Karola był jednak Sobór Trydencki. Sobór, rozpoczęty z wieloma nadziejami, wlókł się zbyt długo z powodu złej organizacji. Trwał aż 18 lat (1545-1563). Dopiero kiedy Karol przystąpił do działania, sobór mógł szczęśliwie dokończyć obrady. Dyskutowano na nim o wszystkich prawdach wiary, atakowanych przez protestantów, i gruntownie je wyjaśniono. W dziedzinie karności kościelnej wprowadzono dekrety: nakazujące biskupom i duszpasterzom rezydować stale w diecezjach i parafiach, wprowadzono stałe wizytacje kanoniczne, regularny obowiązek zwoływania synodów, zakazano kumulacji urzędów i godności kościelnych, nakazano zakładanie seminariów duchownych – wyższych i niższych, wprowadzono do pism katolickich cenzurę kościelną, jak też indeks książek zakazanych, wreszcie wprowadzono regularną katechizację. Większość z tych uchwał wyszło z wielkiego serca kapłańskiego Karola Boromeusza. On też był inicjatorem utworzenia osobnej kongregacji kardynałów, która miała za cel przypilnowanie, by uchwały soboru były wszędzie zastosowane.
    Zmarł w Mediolanie 3 listopada 1584 r. wskutek febry, której nabawił się w czasie odprawiania własnych rekolekcji. Pozostawił po sobie duży dorobek pisarski. Beatyfikowany w 1602 r., kanonizowany przez Pawła V w 1610 r. Jego relikwie spoczywają w krypcie katedry mediolańskiej. Jest patronem boromeuszek, diecezji w Lugano i Bazylei oraz uniwersytetu w Salzburgu; ponadto czczony jest jako opiekun bibliotekarzy, instytutów wiedzy katechetycznej, proboszczów i profesorów seminarium.
    W ikonografii św. Karol Boromeusz przedstawiany jest w stroju kardynalskim. Jego atrybutami są: bicz, czaszka, gołąb, kapelusz kardynalski, krucyfiks; postronek na szyi, który nosił podczas procesji pokutnych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Wizja i odwaga – św. Karol Boromeusz

    Wizja i odwaga - św. Karol Boromeusz

    św. Karol Boromeusz/Giovanni Ambrogio figino (PD)

    ***

    Kościół potrzebował głębokiej odnowy, zwłaszcza duchowieństwa. I wtedy właśnie Karol Boromeusz przeobraża się z dworskiego kardynała w autentycznego pasterza.

    To był klasyczny przykład nepotyzmu, czyli zwyczaju obsadzania stanowisk swoimi krewnymi. 21-letni Karol Boromeusz (1538–1584) został kardynałem dzięki swojemu wujowi – papieżowi Piusowi IV. Rodzice już od dziecka przeznaczyli go do kościelnej kariery. Jako 7-letni chłopak otrzymał tytuł opata w Aronie! Oczywiście w tego typu nominacjach chodziło o dochód z tytułu beneficjum. Młody kardynał, starannie wykształcony prawnik, szybko staje się prawą ręką papieża.

    W jego rodowym herbie widnieje wypisane złotem słowo humilitas, czyli pokora. Żyje tak jak większość renesansowych kardynałów: w nowo wzniesionym pałacu, wśród wystawnych bankietów, polowań i zabaw. Jest jednak sprawnym organizatorem i dobrym dyplomatą, a Opatrzność strzeże go przed zepsuciem. Młody kardynał wspiera papieża w pracach nad zakończeniem Soboru Trydenckiego, który był odpowiedzią Kościoła na szerzącą się w Europie reformację. Kościół potrzebował nie tylko dokumentów porządkujących doktrynę. Potrzebował głębokiej odnowy, zwłaszcza duchowieństwa.

    I wtedy właśnie Karol Boromeusz przeobraża się z dworskiego kardynała w autentycznego pasterza. Decyduje się na przyjęcie święceń kapłańskich, mimo że papież ze względów dynastyczno-rodzinnych namawia go do małżeństwa. Jako kapłan jest pod wpływem dynamicznie rozwijających się jezuitów. Siły dodaje mu też przyjaźń ze św. Filipem Nereuszem, opiekunem rzymskiej biedoty. Reformuje własne życie, a potem zabiera się za „kolegów po fachu”. Usuwa zbytek, ogranicza służbę. Jego przykład, nie bez oporów, działa na Kurię Rzymską. Jednym z postanowień soboru był nakaz rezydencji biskupów w swojej diecezji. Ponieważ Karol był tytularnym arcybiskupem Mediolanu, prosi o sakrę i po jej otrzymaniu przeprowadza się do tego miasta. Tu od 80 lat nie było na stałe biskupa.

    Przebywali poza diecezją. Krążyło powiedzenie: „Jeśli chcesz dostać się do piekła, zostań księdzem”, co oddawało poziom upadku duchowieństwa. Arcybiskup po przybyciu do Mediolanu wygłasza programową mowę. Podkreśla, że reformę zaczyna się od pasterzy Kościoła, on sam chce być ojcem diecezji. Boromeusz zakłada pierwsze seminarium duchowne, przeprowadza kilkanaście synodów. Osobiście niestrudzenie wizytuje rozległą diecezję obejmującą około 800 parafii. Odwiedza także diecezje w Szwajcarii. Podróżując, cudem uchodzi żywy z wielu opresji. Mobilizuje proboszczów m.in. do prowadzenia kartoteki parafialnej! Jest surowy dla gorszycieli. Napotyka opór kapłanów, zakonników i zakonnic. Jeden z mnichów strzela do niego podczas modlitwy w prywatnym oratorium. Kula tylko lekko go rani. Kiedy w Mediolanie szaleje dżuma, Boromeusz organizuje w mieście wielką procesję, której sam boso przewodzi. Umiera wyczerpany pracą ponad siły w wieku 46 lat.

    Diecezja mediolańska stała się wzorem trydenckiej odnowy, która na 4 wieki ukształtowała oblicze Kościoła. Hasło św. Karola humilitas (pokora) na szczęście nie pozostało pustym słowem. Jest on wzorem pasterza, który nie celebruje siebie, ale ma odwagę reformować siebie i innych, nawet wbrew presji własnego środowiska. Bardzo nam potrzeba biskupów z wizją i odwagą.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Miłość w czasach zarazy – św. Karol Boromeusz

    Miłość w czasach zarazy - św. Karol Boromeusz

     

    Karol Boromeusz (1538–1584) zaczynał swoją drogę do świętości jako typowy przedstawiciel renesansowego duchowieństwa. Trudny start…

    Szlachetnie urodzony, mając zaledwie 7 lat, został opatem w rodzinnej Aronie. Gdy skończył 21 – został kardynałem z nominacji papieża Piusa IV, którym był jego wujem. Młody hierarcha, wykształcony prawnik, stał się szybko sekretarzem stanu, prawą ręką papieża. Dziwne to były czasy. Drugi po papieżu człowiek w Kościele nie miał ani wykształcenia teologicznego, ani święceń kapłańskich. Karol okazał się jednak skutecznym dyplomatą i sprawnym organizatorem. Wspierał Piusa IV w dążeniach do szczęśliwego zakończenia Soboru Trydenckiego. Kościół bardzo potrzebował odnowy.

    Boromeusz odczytuje sobór jako wezwanie do osobistego nawrócenia. Fascynuje go duchowość jezuitów oraz gorliwość jego przyjaciela św. Filipa Nereusza, szalonego duszpasterza Rzymu. Boromeusz był tytularnym biskupem Mediolanu, ale mieszkał od lat w Rzymie. Sobór nakazywał zerwanie z takimi chorymi praktykami. Boromeusz prosi więc papieża o święcenia, chce być biskupem nie na papierze, ale w rzeczywistości. Wyrusza do Mediolanu, w którym od lat nie widział swojego biskupa. Wygłasza programowe kazanie.
    Podkreśla, że reformę zaczyna się od pasterzy. Zakłada pierwsze seminarium duchowne, przeprowadza kilkanaście synodów, osobiście wizytuje każdą z 800 parafii swojej rozległej diecezji.

    Mobilizuje proboszczów, jest surowy dla gorszycieli. Napotyka często opór, zwłaszcza wśród zakonników i zakonnic. Dwa razy uchodzi z życiem z zamachów zorganizowanych przez zbuntowanych zakonników. Kiedy w Mediolanie wybucha zaraza, objawia się najpiękniejsze oblicze Boromeusza – pasterska miłość w czasach epidemii. Gdy wielu możnych ucieka z miasta, biskup organizuje żywność, pomoc medyczną, przytułki. Prowadzi pokutne procesje, idąc boso z krzyżem w rękach. Jego zdolności organizacyjne okazują się zbawienne w ogarniętym paniką mieście. Umiera wyczerpany nadludzką pracą w wieku 46 lat.

    Największą zasługą Boromeusza jest to, że zaraz po zakończeniu soboru wprowadzał go konsekwentnie w życie. Jego postawa zachęciła innych. Jego życie jest jeszcze jednym dowodem na to, jak wiele w Kościele może zrobić jeden człowiek. Połączenie osobistego charyzmatu z urzędem kościelnym wydaje wielkie owoce.

    Myśl: “najpierw należy wszystko mądrze przemyśleć, potem dołożyć wszelkich starań i nigdy nie opuszczać rąk” (Św. Karol).

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________

    Gorliwy duszpasterz

    Św. Karol Boromeusz. Patron czasów zarazy

    św. Karol Boromeusz/fot. screenshot – YouTube (Sr. Mary Vimala A)

    ***

    “Wszyscy wprawdzie, przyznaję, jesteśmy słabi, ale Pan Bóg udzielił nam środków, z których jeśli tylko zechcemy, możemy łatwo skorzystać. Spójrzmy więc na kapłana, który wie, że wymaga się od niego świętości życia, wstrzemięźliwości i anielskich obyczajów w postępowaniu. Chciałby tego wszystkiego, ale nie myśli o zastosowaniu prowadzących ku temu środków: postu, modlitwy, unikania złych i szkodliwych rozmów oraz niebezpiecznych poufałości”.

    To bardzo krytyczne słowa odnoszące się do księży. Zapewne można je odnieść do wielu kapłanów żyjących współcześnie, choć wygłoszone zostały w XVI stuleciu. Padły z ust człowieka bardzo zatroskanego nie tylko o formację wiernych świeckich, ale także kładącego ogromny nacisk na właściwą formację duchownych – kardynała Karola Boromeusza.

    Karol Boromeusz urodził się w roku 1538 na zamku Arona w Longobardii. Ukończył studia prawnicze. Był znawcą sztuki. Podobno pięknie grał na wiolonczeli. W wieku 23 lat został kardynałem i arcybiskupem Mediolanu, lecz święcenia biskupie przyjął dopiero dwa lata później. Głęboką przemianę duchową spowodowała w nim śmierć brata. Podjął życie pełne ascezy i duszpasterskiej gorliwości. Troszczył się o ludzi ubogich i chorych. Przyczynił się do zakończenia Soboru Trydenckiego, po czym z wielkim zaangażowaniem wprowadzał w swej diecezji jego reformy. Założył pierwsze na świecie seminarium duchowne przygotowujące kandydatów do kapłaństwa. Zmarł 3 listopada 1584 roku.

    Swych współbraci w kapłaństwie pouczał m. in: “Jesteś duszpasterzem? Nie chciej z tego powodu zaniedbywać siebie samego i nie udzielaj się tak bardzo wokoło, aby dla ciebie nic już nie zostało. Masz bowiem pamiętać o duszach, którym przewodzisz, ale nie tak, abyś zapomniał o swojej własnej”.

    ks. Artur Stopka/wiara.pl

    _______________________________________________________________

    Nadzieja w czasach zarazy

    Nadzieja w czasach zarazy

    św. Karol Boromeusz

    Mariano Salvador Maella,olej na płótnie, 1786, Banco de España, Madryt.

    ***

    Jest jesień roku 1575. Mediolan ogarnia straszliwa epidemia dżumy. Ludzie umierają na ulicach. W półtora roku choroba zabiera 13 tysięcy ludzkich istnień. Z lewej strony obrazu dostrzegamy bezmiar tych nieszczęść. Chorej, karmiącej niemowlę kobiecie ktoś podaje naczynie ze strawą. W tle majaczą półnagie ciała innych chorych i zmarłych. Mariano Salvador Maella namalował jednak swój obraz w ten sposób, że widzimy, jak rozpacz pomału ustępuje miejsca nadziei.

    Z prawej strony ulicą miasta idzie procesja ludzi o twarzach zatroskanych, ale pełnych nadziei. Prowadzący procesję dostojnik kościelny nie boi się kontaktu z chorymi. Udziela Komunii św. jednemu z nich.
    Od Hostii bije blask, świetlista aureola otacza też głowę dostojnika. To święty Karol Boromeusz, kardynał i arcybiskup Mediolanu.

    Już wcześniej w swojej diecezji fundował domy pomocy. Teraz oddaje się bez reszty chorym, przeznaczając wszystkie dochody na pomoc dla nich. Gdy dżuma ustępuje, organizuje wielką procesję wynagradzającą. Idzie na jej czele boso. Ten szlachetny duchowny był jednocześnie reformatorem Kościoła, aktywnym we wdrażaniu reform Soboru Trydenckiego.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________-

    „Św. Karol Boromeusz wśród ofiar zarazy”

    na płótnie Jacoba Jordaensa

    Jacob Jordaens Św. Karol Boromeusz wśród ofiar zarazyolej na płótnie, 1655 kościół św. Jakuba, Antwerpia

    św. Karol Boromeusz wśród ofiar zarazy

    Jacob Jordaens, olej na płótnie, 1655 kościół św. Jakuba, Antwerpia

    ***

    Jest jesień roku 1575. Mediolan ogarnia straszliwa epidemia dżumy. Ludzie umierają na ulicach. W samym tylko mieście w półtora roku choroba zabiera 13 tysięcy ludzkich istnień, a w jego okolicach – dalsze 8 tysięcy.

    Na dole obrazu dostrzegamy symboliczną reprezentację tych nieszczęść, umierającą rodzinę: mężczyznę i karmiącą niemowlę kobietę, nad którą pochyla się jej matka pogrążona w rozpaczy. Obok leży zatroskany baranek – symbol Chrystusa.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 listopada

    Błogosławiony Rupert Mayer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Marcin de Porres, zakonnik
      •  Święty Hubert, biskup
    ***
    Błogosławiony Rupert Mayer

    Rupert urodził się 23 stycznia 1876 roku w Stuttgarcie (Niemcy) w zamożnej rodzinie kupieckiej jako drugi syn Ruperta Mayera i Emilii z domu Wörle. Po ukończeniu liceum powiedział ojcu, że chce zostać jezuitą. Ten jednak polecił mu najpierw przyjąć święcenia kapłańskie. Rupert postąpił zgodnie z wolą ojca. Studiował jako świecki teologię i filozofię we Fryburgu, Monachium i Tybindze. Do seminarium wstąpił w Rottenburgu. 2 maja 1899 roku został kapłanem. Pracował jako wikariusz w parafii. Zakonnikiem został dopiero rok po święceniach kapłańskich – w 1900 roku wstąpił do jezuitów w Austrii. Nie mógł tego zrobić w swojej ojczyźnie, ponieważ zakon miał tam zakaz działania.
    W 1912 roku osiedlił się w Monachium i mieszkańcom tego miasta poświęcił resztę swojego życia. Był duszpasterzem i opiekunem ludzi, którzy przybywali tam licznie w poszukiwaniu pracy i stawali się łatwym łupem wyzyskiwaczy. Założył wraz z dwoma kapłanami Zgromadzenie Sióstr Świętej Rodziny wspierające najuboższych, a w szczególności kobiety pracujące. Jego posługę w tym mieście przerwała I wojna światowa. Po jej wybuchu Rupert Mayer został kapelanem wojskowym i starał się być aniołem stróżem żołnierzy walczących na froncie Polski, Francji i Rumunii. Został odznaczony najwyższym medalem niemieckiej wojskowości: Krzyżem Żelaznym pierwszego stopnia. Znany był z odwagi, gdyż pozostawał wraz z żołnierzami na pierwszej linii frontu w czasie bitew. W 1916 r., chroniąc własnym ciałem towarzysza walki, w wyniku wybuchu granatu stracił lewą nogę.
    Po wojnie powrócił do Monachium i pracował tam w parafii św. Michała. Szczególną posługę pełnił, jak przed wojną, wśród najuboższych – a po wojnie znacznie ich przybyło. W tym okresie swojej posługi kapłańskiej głosił 70 kazań i konferencji miesięcznie. Wprowadził w życie nowatorski pomysł odprawiania niedzielnych Mszy świętych na dworcu głównym w Monachium – dla wygody pasażerów. W 1919 roku poznał osobiście Hitlera i ocenił go jako “wyjątkowego mówcę i podżegacza, który nie przywiązuje zbytniej wagi do prawdy”. Niemalże natychmiast też zaangażował się w walkę z ideologią narodowo-socjalistyczną.
    W 1923 roku przybył na spotkanie nazistów w słynnej piwiarni Bürgerbraukeller, gdzie witany był entuzjastycznymi brawami przez tłumy oczarowane przez Hitlera. Był już wówczas znanym i szanowanym kapłanem i myślano, że zamierza przyłączyć się “do sprawy”. On jednak w pierwszych słowach przemówienia stwierdził, że nie można być jednocześnie katolikiem i nazistą. Czynił to otwarcie, narażając się na represje. Swoją niezgodę na tezy głoszone przez Hitlera wyrażał także na spotkaniach NSDAP, próbując walczyć ze szkodliwymi przekonaniami u samego ich źródła.
    Był główną postacią katolickiego ruchu oporu w Trzeciej Rzeszy w Monachium. Nazywano go “kulawym apostołem”, a jego sława szybko uczyniła z niego bardzo istotnego wroga NSDAP. Po 1933 roku i przejęciu przez nią władzy wydano Rupertowi Mayerowi zakaz głoszenia kazań. Jego jednak obowiązywało głównie posłuszeństwo wobec przełożonych zakonnych, a ci popierali jego działalność i zostawili mu wolną rękę. Zakazu więc nie posłuchał.

    Błogosławiony Rupert Mayer

    Po raz pierwszy został na krótko aresztowany w 1937 roku, ale wykonanie kary czasowo odroczono, licząc się z jego popularnością. Mówił o sobie: “Stary jednonogi jezuita – jeżeli to jest wolą Bożą – żyje dłużej niż tysiącletnia bezbożna dyktatura”. Na prośbę przełożonych przestał głosić kazania, ale gdy tylko posłyszał opinię Gauleitera (przywódcy NSDAP na określonym terenie), że kapłanów wystarczy postraszyć więzieniem, a zaprzestaną swej działalności wywrotowej – powrócił do głoszenia.
    Został ponownie aresztowany 5 stycznia 1938 roku. Podczas jednego z przesłuchań powiedział: “Możecie mnie zgładzić, ale prawda musi być wypowiedziana”. Wyszedł jeszcze przed zakończeniem 6-miesięcznego wyroku w rezultacie amnestii. W celi demonstracyjnie pozostawił swój Krzyż Żelazny.
    Trzeci raz zatrzymano go w 1939 r. po odmowie udzielenia informacji o podejmowanej działalności duszpasterskiej. Wówczas został zesłany do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu koło Berlina, pomimo faktu, że miał wtedy już 63 lata. Tam przez 7 miesięcy trzymano go w odosobnieniu, w pojedynczej celi. Powiedział później: “Łzy radości stanęły mi w oczach, gdy z powodu mego powołania zostałem zaszczycony więzieniem i niepewną przyszłością”.
    Hitlerowcy wiedzieli jednak, że zanim zabiją jego, muszą zabić jego sławę. Kiedy więc stan zdrowia Ruperta Mayera gwałtownie się pogorszył na skutek obozowych warunków życia – wypuścili go i internowali w benedyktyńskim opactwie w Ettal. W ten sposób przynajmniej uniknęli rozsławienia go jako męczennika. Z kolei on sam pozostał z bolesną świadomością, że wielu jego rodaków, niemających aż tak sławnego imienia, umiera w obozach, podczas gdy on jest bezradny. W 1945 roku amerykańskie wojska odbiły klasztor z rąk hitlerowskich, a Rupert Mayer korzystając z odzyskanej wolności powrócił do Monachium i podjął ponownie działalność duszpasterską. Starał się przekonywać ludzi, by nie sądzili siebie nawzajem i żyli w pokoju.
    Niedługo jednak przyszło mu głosić przebaczenie. Zasłabł podczas celebracji Eucharystii w dniu Wszystkich Świętych 1945 roku. Stracił mowę podczas głoszonego przez siebie kazania – nagle zatrzymał się na słowie “Pan!”, kilkakrotnie je powtórzył i osunął się. W kilka godzin później zmarł w szpitalu. Bezpośrednią przyczyną jego śmierci był atak serca.
    Jest autorem znanych aforyzmów, między innymi tego: “Wszystko tak szybko przemija i nim się spostrzeżemy, dobiliśmy już do kresu życia”, ale także: “Panie, jeśli Ty chcesz, na wszystko mam czas, teraz i w wieczności”.
    Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 3 maja 1987 roku. Beatyfikacja odbyła się na wypełnionym po brzegi Stadionie Olimpijskim w Monachium. Papież powiedział wtedy: “Tam, gdzie Bóg i Jego prawa nie są honorowane, tam prawa człowieka są gwałcone”.
    Szkoła imienia Ruperta Mayera znajduje się w Pullach koło Monachium przy ul. Pater Rupert Mayer. Początkowo w tej samej miejscowości, przy tej samej ulicy, znajdowały się jego ziemskie szczątki. Później jednak, z uwagi na duży ruch pielgrzymów, przeniesiono je do Monachium, gdzie spoczywają w skromnej kaplicy przy głównym deptaku Neuhauserstraße, w dzielnicy handlowej.
    W Bawarii wiele ulic nosi imię Ruperta Mayera, podobnie jeśli chodzi o szkoły i kaplice. Działająca w Polsce fundacja jego imienia pomaga sierotom i dzieciom w trudnej sytuacji społecznej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 listopada

    Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych

    Zobacz także:
      •  Święty Malachiasz, biskup
    ***
    Dzień Zaduszny

    Kościół wspomina dzisiaj w liturgii wszystkich wierzących w Chrystusa, którzy odeszli już z tego świata, a teraz przebywają w czyśćcu. Przekonanie o istnieniu czyśćca jest jednym z dogmatów naszej wiary.Obchód Dnia Zadusznego zainicjował w 998 r. św. Odylon (+ 1048) – czwarty opat klasztoru benedyktyńskiego w Cluny (Francja). Praktykę tę początkowo przyjęły klasztory benedyktyńskie, ale wkrótce za ich przykładem poszły także inne zakony i diecezje. W XIII w. święto rozpowszechniło się na cały Kościół zachodni. W wieku XIV zaczęto urządzać procesję na cmentarz do czterech stacji. Piąta stacja odbywała się już w kościele, po powrocie procesji z cmentarza. Przy stacjach odmawiano modlitwy za zmarłych i śpiewano pieśni żałobne. W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć już w XII w., a z końcem wieku XV była znana w całym kraju. W 1915 r. papież Benedykt XV na prośbę opata-prymasa benedyktynów zezwolił, aby tego dnia każdy kapłan mógł odprawić trzy Msze święte: w intencji poleconej przez wiernych, za wszystkich wiernych zmarłych i według intencji Ojca Świętego. Za pobożne odwiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 listopada i jednoczesną modlitwę za zmarłych można uzyskać odpust zupełny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada

    Wszyscy Święci



    Dziś uroczystość Wszystkich Świętych

    Dzisiejsza uroczystość – jak każda uroczystość w Kościele – ma charakter bardzo radosny. Wspominamy bowiem dzisiaj wszystkich tych, którzy żyli przed nami i wypełniając w swoim życiu Bożą wolę, osiągnęli wieczne szczęście przebywania z Bogiem w niebie. Kościół wspomina nie tylko oficjalnie uznanych świętych, czyli tych beatyfikowanych i kanonizowanych, ale także wszystkich wiernych zmarłych, którzy już osiągnęli zbawienie i przebywają w niebie. Widzi w nich swoich orędowników u Boga i przykłady do naśladowania. Wstawiennictwa Wszystkich Świętych wzywa się w szczególnie ważnych wydarzeniach życia Kościoła. Śpiewa się wówczas Litanię do Wszystkich Świętych, która należy do najstarszych litanijnych modlitw Kościoła i jako jedyna występuje w księgach liturgicznych (w liturgii Wigilii Paschalnej; ponadto także w obrzędzie poświęcenia kościoła i ołtarza oraz w obrzędzie święceń).W pierwszych wiekach chrześcijaństwa w Kościele nie wspominano żadnych świętych. Najwcześniej zaczęto oddawać cześć Matce Bożej. Potem kultem otoczono męczenników, nawiedzając ich groby w dniu narodzin dla nieba, czyli w rocznicę śmierci. W IV wieku na Wschodzie obchodzono jednego dnia wspomnienie wszystkich męczenników. Z czasem zaczęto pamiętać o świątobliwych wyznawcach: papieżach, mnichach i dziewicach. Większego znaczenia uroczystość Wszystkich Świętych nabrała za czasów papieża Bonifacego IV (+ 615), który zamienił pogańską świątynię, Panteon, na kościół Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Męczenników. Uroczystego poświęcenia świątyni wraz ze złożeniem relikwii męczenników dokonano 13 maja 610 roku. Rocznicę poświęcenia obchodzono co roku z licznym udziałem wiernych, a sam papież brał udział we mszy św. stacyjnej. Już ok. 800 r. wspomnienie Wszystkich Świętych obchodzone było w Irlandii i Bawarii, ale 1 listopada. Za papieża Grzegorza IV (828-844) cesarz Ludwik rozciągnął święto na całe swoje państwo. W 935 r. Jan XI rozszerzył je na cały Kościół. W ten sposób lokalne święto Rzymu i niektórych Kościołów stało się świętem Kościoła powszechnego.
    Dziś po południu, po Nieszporach lub niezależnie od nich, na cmentarzu odprawia się procesję żałobną ze stacjami. Od południa dnia Wszystkich Świętych i przez cały Dzień Zaduszny w kościołach i kaplicach publicznych można uzyskać odpust zupełny, ale tylko jeden raz. Warunki zyskania odpustu są następujące:
    1) pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy,
    2) odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”,
    3) dowolna modlitwa w intencjach Ojca św.,
    4) Spowiedź i Komunia św.
    W dniach 1-8 listopada można także pozyskać odpust zupełny za nawiedzenie cmentarza pod wyżej wymienionymi warunkami. W pozostałe dni roku za nawiedzenie cmentarza pozyskuje się odpust cząstkowy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Żyli Ewangelią Chrystusa na co dzień

    Homilia podczas Mszy św. w uroczystość Wszystkich Świętych, 1.11.2006

    W uroczystość Wszystkich Świętych o godz. 10 rano Benedykt XVI przewodniczył w Bazylice Watykańskiej Eucharystii, w której uczestniczyli liczni kardynałowie, biskupi, kapłani, osoby konsekrowane, rzymianie i pielgrzymi z różnych krajów świata. W homilii Papież wskazał na to, co stanowi o świętości chrześcijanina: «wypełniać wolę Bożą z miłością i wiernością».

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Rozpoczęliśmy sprawowanie Eucharystii wezwaniem: «Radujmy się wszyscy w Panu». Liturgia zaprasza nas do radowania się wraz ze świętymi w niebie, do zakosztowania tej ich radości. Święci nie stanowią nielicznej kasty wybranych — jest ich niezliczona rzesza, a liturgia zachęca nas dzisiaj, byśmy ku niej skierowali nasze spojrzenie. Tę rzeszę tworzą nie tylko oficjalnie uznani święci, ale ochrzczeni ze wszystkich epok i narodów, którzy starali się wypełniać wolę Bożą z miłością i wiernością. Nie znamy twarzy, ani nawet imion większości z nich, ale oczyma wiary widzimy, jak jaśnieją na Bożym nieboskłonie niczym gwiazdy, pełni chwały.

    Kościół matką świętych

    Dzisiaj Kościół świętuje swoją godność jako «Matka świętych, obraz miasta niebieskiego» (A. Manzoni) oraz ukazuje swoje piękno nieskalanej Oblubienicy Chrystusa, który jest źródłem i wzorem wszelkiej świętości. Oczywiście, nie brak w nim krnąbrnych czy wręcz zbuntowanych synów, ale to w świętych rozpoznaje on swoje charakterystyczne rysy i właśnie dzięki nim doznaje najgłębszej radości. Autor Księgi Apokalipsy opisuje ich w pierwszym czytaniu jako «wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków» (Ap 7, 9). Ten lud obejmuje świętych Starego Testamentu, poczynając od sprawiedliwego Abla i wiernego patriarchy Abrahama, oraz świętych Nowego Testamentu, licznych męczenników z początków chrześcijaństwa, a także błogosławionych i świętych z późniejszych wieków, aż po świadków Chrystusa w naszych czasach. Łączy ich wszystkich pragnienie realizowania w swoim życiu Ewangelii, pod natchnieniem odwiecznego ożywiciela Ludu Bożego, jakim jest Duch Święty.

    Być świętym znaczy żyć blisko Boga

    Ale «czemu służy nasze oddawanie chwały świętym, nasza danina chwały, i czemu służy ta nasza uroczystość?» Od tego pytania zaczyna się słynna homilia św. Bernarda na dzień Wszystkich Świętych. To pytanie możemy sobie postawić również dzisiaj. Aktualna jest też odpowiedź, jaką daje nam ten święty: «Nasi święci — jak mówi — nie potrzebują naszych honorów, a nasz kult niczego im nie przydaje. Ze swej strony muszę wyznać, że kiedy myślę o świętych, rozpalają się we mnie wielkie pragnienia» (Disc. 2; Opera Omnia Cisterc. 5, 364 nn.). Taki jest zatem sens dzisiejszej uroczystości: patrząc na świetlany przykład świętych, mamy rozbudzić w sobie wielkie pragnienie, by być jak święci — szczęśliwi, że żyjemy blisko Boga, w Jego świetle, w wielkiej rodzinie przyjaciół Boga. Być świętym znaczy żyć blisko Boga, żyć w Jego rodzinie. Do tego jesteśmy powołani wszyscy, co potwierdził z naciskiem Sobór Watykański II, a co dzisiaj na nowo i w sposób uroczysty jest nam przypomniane.

    Droga do świętości

    Ale jak możemy stać się świętymi, przyjaciółmi Boga? Na to pytanie można odpowiedzieć przede wszystkim w formie negatywnej: żeby zostać świętymi, nie trzeba dokonywać nadzwyczajnych dzieł ani posiadać specjalnych charyzmatów. Później przychodzi odpowiedź pozytywna: trzeba przede wszystkim słuchać Jezusa i iść Jego śladem, nie tracąc odwagi w obliczu trudności. «Kto zaś chciałby Mi służyć — mówi Jezus — niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec» (J 12, 26). Kto Mu ufa i kocha Go szczerze, zgadza się umrzeć dla samego siebie, niczym ziarno pszenicy zagrzebane w ziemi. Wie bowiem, że kto stara się zachować swoje życie dla siebie, straci je, a kto daje siebie, kto traci siebie, właśnie w ten sposób odnajduje życie (por. J 12, 24- -25). Doświadczenie Kościoła pokazuje, że choć różne drogi prowadzą do świętości, dochodzi się do niej zawsze drogą krzyża, drogą wyrzeczenia się samego siebie. Biografie świętych przedstawiają mężczyzn i kobiety, którzy poddawszy się Bożym planom, doświadczali czasem nieopisanych cierpień, prześladowań i męczeństwa. Wytrwali w swoim postanowieniu, «przychodzą z wielkiego ucisku — czytamy w Apokalipsie — i opłukali swe szaty, i we krwi Baranka je wybielili» (7, 14). Ich imiona są zapisane w księdze życia (por. Ap 20, 12); ich mieszkaniem na wieki jest raj. Przykład świętych jest dla nas zachętą, byśmy poszli tymi samymi śladami, doświadczyli radości będącej udziałem tych, którzy ufają Bogu, ponieważ jedyną prawdziwą przyczyną smutku i braku szczęścia człowieka jest życie z dala od Niego.

    Świętość możliwa dla każdego

    Świętość wymaga stałego wysiłku, ale jest możliwa dla wszystkich, ponieważ bardziej niż dziełem człowieka jest przede wszystkim darem Boga, po trzykroć Świętego (por. Iz 6, 3). W drugim czytaniu słyszymy słowa apostoła Jana: «Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi, i rzeczywiście nimi jesteśmy» (1 J 3, 1). Tak więc to Bóg pierwszy nas ukochał i w Jezusie uczynił nas swymi przybranymi dziećmi. Wszystko w naszym życiu jest darem Jego miłości: jakże pozostać obojętnym wobec tak wielkiej tajemnicy? Jakże nie odpowiedzieć na miłość Ojca niebieskiego żyjąc jako Jego pełne wdzięczności dzieci? W Chrystusie dał nam się całkowicie i wzywa nas do osobistej i głębokiej więzi z sobą. Im bardziej zatem naśladujemy Jezusa i pozostajemy z Nim złączeni, tym głębiej wchodzimy w misterium świętości Bożej. Odkrywamy, że miłuje nas nieskończenie, a to z kolei skłania nas do miłowania braci. Miłość zakłada zawsze wyrzeczenie się siebie, «stracenie samego siebie», i w ten sposób czyni nas szczęśliwymi.

    Śladami Jezusa

    I tak doszliśmy do Ewangelii dzisiejszej uroczystości, do Błogosławieństw, które przed chwilą usłyszeliśmy w tej Bazylice. Jezus mówi: błogosławieni ubodzy w duchu, błogosławieni, którzy się smucą, błogosławieni cisi, błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, błogosławieni miłosierni, czystego serca, wprowadzający pokój, cierpiący prześladowanie dla sprawiedliwości (por. Mt 5, 3-10). Tak naprawdę Błogosławiony w całym tego słowa znaczeniu jest tylko On, Jezus. On jest bowiem prawdziwie ubogi w duchu, smucący się, cichy, złakniony i spragniony sprawiedliwości, miłosierny, czystego serca, wprowadzający pokój; to On cierpi prześladowanie dla sprawiedliwości. Błogosławieństwa ukazują nam duchowy wizerunek Jezusa i w ten sposób wyrażają Jego misterium — tajemnicę śmierci i zmartwychwstania, męki i radości zmartwychwstania. To misterium, będące tajemnicą prawdziwej szczęśliwości, zachęca nas do pójścia za Jezusem, a tym samym do pójścia drogą prowadzącą do niej. W takiej mierze, w jakiej przyjmujemy Jego propozycję i wchodzimy na drogę naśladowania Go — każdy konkretnie w swoim życiu — również i my możemy mieć udział w Jego szczęśliwości. Z Nim to, co niemożliwe, staje się możliwe, i nawet wielbłąd przechodzi przez ucho igielne (por. Mk 10, 25). Z Jego pomocą, i tylko z Jego pomocą, możemy stać się doskonali, jak doskonały jest Ojciec niebieski (por. Mt 5, 48).

    Drodzy bracia i siostry, dochodzimy teraz do centralnego momentu celebracji eucharystycznej — jej serca — który jest wezwaniem do świętości i jej pokarmem. Za chwilę będzie wśród nas obecny w najgłębszy sposób Chrystus, prawdziwy Krzew Winny, w który — niczym latorośle — włączeni są wierni żyjący na ziemi i święci w niebie. Dlatego ściślejsza stanie się komunia Kościoła pielgrzymującego w świecie z Kościołem triumfującym w chwale. W Prefacji będziemy głosić, że święci są naszymi przyjaciółmi i wzorami życia. Prośmy, aby nam pomagali naśladować ich, i starajmy się wielkodusznie odpowiedzieć — tak to uczynili oni — na Boże wezwanie. Prośmy zwłaszcza Maryję, Matkę Pana i Zwierciadło wszelkiej świętości. Niech Ona, cała Święta, sprawi, byśmy byli wiernymi uczniami Jej Syna, Jezusa Chrystusa! Amen.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/2007/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________________________

    Świętych obcowanie ożywia naszą nadzieję

    Rozważanie przed modlitwą “Anioł Pański” 1.11.2009

    Drodzy bracia i siostry!

    W dzisiejszą niedzielę przypada uroczystość Wszystkich Świętych, w którą Kościół pielgrzymujący na ziemi zachęcany jest do zakosztowania nie mającego końca święta wspólnoty niebieskiej i do ożywiania nadziei na życie wieczne. W tym roku mija 14 wieków od czasu, kiedy Panteon — jeden z najstarszych i najsłynniejszych zabytków rzymskich — został oddany do kultu chrześcijańskiego oraz poświęcony Maryi Dziewicy i wszystkim męczennikom: «Sancta Maria ad Martyres». Tak więc świątynia wszystkich bóstw pogańskich została przeznaczona do tego, by czczono w niej pamięć tych, którzy — jak mówi księga Apokalipsy — «przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili» (Ap 7, 14). Później kult został rozszerzony — oprócz wszystkich męczenników objęto nim wszystkich świętych, «wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków» (Ap 7, 9) — jak mówi dalej św. Jan. W tym Roku Kapłańskim pragnę wspomnieć ze szczególną czcią świętych kapłanów, zarówno tych, których Kościół kanonizował, stawiając ich za wzór cnót duchowych i pasterskich, jak i tych — o wiele liczniejszych — którzy są znani Panu. Każdy z nas zachowuje wdzięczną pamięć o którymś z nich, kto pomógł nam wzrastać w wierze i dzięki komu odczuliśmy dobroć i bliskość Boga.

    Jutro natomiast będziemy obchodzić doroczne wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych. Chciałbym zachęcić do przeżywania tego święta w duchu autentycznie chrześcijańskim, czyli w świetle tajemnicy paschalnej. Chrystus umarł i zmartwychwstał, otwierając nam drogę do domu Ojca, królestwa życia i pokoju. Ten, kto idzie za Jezusem w tym życiu, zostaje przyjęty tam, gdzie On udał się przed nami. A zatem, gdy nawiedzamy cmentarze, pamiętajmy, że tam, w grobach, spoczywają tylko śmiertelne szczątki naszych bliskich, oczekujących na ostateczne zmartwychwstanie. Ich dusze — jak mówi Pismo — już «są w ręku Boga» (Mdr 3, 1). Dlatego najwłaściwszym i najskuteczniejszym sposobem ich czczenia jest modlitwa za nich, ofiarowywanie aktów wiary, nadziei i miłości. Jednocząc się z ofiarą eucharystyczną, możemy wstawiać się za nimi, prosząc o wieczne zbawienie dla nich, i doświadczać najgłębszej jedności z nimi w oczekiwaniu na chwilę, kiedy razem będziemy mogli na zawsze cieszyć się Miłością, która nas stworzyła i odkupiła.

    Drodzy przyjaciele, jakże piękne i napawające otuchą jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość nadająca inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do jednego «towarzystwa» duchowego, w którym panuje wielka solidarność: dobro każdego przynosi pożytek wszystkim i na odwrót, powszechne szczęście promieniuje na pojedynczych ludzi. Jest to tajemnica, której w pewnej mierze już możemy doświadczyć na tym świecie, w rodzinie, w przyjaźni, zwłaszcza w duchowej wspólnocie Kościoła. Niech Najświętsza Maryja pomaga nam szybko podążać drogą świętości i niech okaże się Matką miłosierdzia dla dusz zmarłych.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzymski Panteon. Od „wszystkich bogów” do Wszystkich Świętych

    Polskifr.fr / AH

    ***

    Rzymski Panteon. Od „wszystkich bogów” do Wszystkich Świętych

    Panteon w Paryżu to jeden z najbardziej znanych obiektów stolicy Francji, gdzie pochowane są wybitne osobistości. Warto wiedzieć, że jego pierwowzorem był najprawdopodobniej Panteon rzymski – niegdyś miejsce czci wszystkich bogów, obecnie kościół czci Najświętszej Maryi Panny od Męczenników. Jest to miejsce, które znakomicie wiąże się z uroczystością Wszystkich Świętych, z czego raczej nie każdy zdaje sobie sprawę.

    Panteon rzymski to prawdziwa atrakcja dla miłośników religii, sztuki, architektury, historii, itp. Jego początki sięgają kilkudziesięciu lat przed narodzeniem Chrystusa i jest to jeden z najlepiej zachowanych obiektów antycznego Rzymu, leżący w sercu Wiecznego Miasta. Nazwa budynku wywodzi się z greki: pan – wszystko, theos – bóg. Pierwotnie budowla była zatem miejscem czci wszystkich bogów, a obecnie wypełniona jest mnóstwem chrześcijańskich arcydzieł sztuki.

    Pierwsza konstrukcja Panteonu została ukończona w 27 r. p.n.e. z inicjatywy Marka Agrypy – zięcia cesarza Oktawiana Augusta. Ważną osobą w dziejach Panteonu był cesarz Hadrian, który w latach 120-125 po Chrystusie gruntownie przebudował budowlę i tak poważnie zniszczoną przez pożar. Od tego momentu zyskała ona wiele cech nawiązujących do architektury i sztuki starożytnej Grecji, którą cesarz uwielbiał.

    W 608 r. Panteon trafił w ręce papieży, gdy bizantyjski cesarz Fokas podarował budynek św. Bonifacemu IV. Miejsce to przerobiono na kościół, a na przestrzeni wieków kolejni papieże zlecali różnorodne prace i podejmowali decyzje co do Panteonu. W ramach ciekawostki można powiedzieć, że niektóre elementy z Panteonu posłużyły do produkcji baldachimu, który do dziś jest widoczny nad Grobem św. Piotra w rzymskiej Bazylice jemu poświęconej.

    Od 1870 r., z chwilą powstania Królestwa Włoch, Panteon stał się miejscem pochówku wybitnych przedstawicieli tego narodu. To tu spoczywają m.in. królowie Wiktor Emanuel II i Humbert I, królowa Małgorzata oraz jeden z najwybitniejszych artystów Rafael.

    A co wspólnego ma Panteon w Rzymie z uroczystością Wszystkich Świętych? W pierwszych wiekach bardzo szybko rozwinął się kult męczenników, którzy ginęli za wiarę w Chrystusa. W rocznice ich „narodzin” dla nieba, na ich grobach odprawiano Msze św. i czytano opisy ich męczeństwa. Głęboko wierzono, że ci zmarli wstawiają się u Boga za żyjącymi.

    Dopiero w IV w. za świętych uznawano także tzw. wyznawców, czyli tych, którzy nie zginęli dla Chrystusa, ale dobrym życiem potwierdzili swoją wiarę. Takim pierwszym powszechnie znanym nie-męczennikiem był św. Marcin z Tours, który zmarł śmiercią naturalną w 397 r.

    Za czasów wspomnianego już św. Bonifacego IV, który jak wiemy otrzymał Panteon od cesarza bizantyjskiego, relikwie wielu świętych męczenników zostały umieszczone właśnie w Panteonie, aby można było publicznie oddawać im cześć, gdyż wówczas już od blisko 300 lat chrześcijaństwo oficjalnie nie było prześladowane. Do tej pory relikwie znajdowały się najczęściej poza miastem. Prawdopodobnie 13 maja 610 r. poświęcono świątynię Panteonu, która na mocy decyzji papieża została dedykowana Matce Bożej Męczenników. Wierni rokrocznie wspominali męczenników właśnie 13 maja.

    W VIII w. papież św. Grzegorz III przeniósł dzień poświęcony czci męczenników na 1 listopada. Dlaczego na ten dzień? Być może jesienią łatwiej było wyżywić pielgrzymów niż na wiosnę albo papież kierował się zwyczajami istniejącymi już w Anglii i państwie Franków, gdzie właśnie 1 listopada był dniem poświęconym czci świętych.

    Papież św. Grzegorz IV w 837 r. postanowił, że 1 listopada będą czczeni nie tylko męczennicy, ale wszyscy święci, czyli też wyznawcy. Oficjalnie święto Wszystkich Świętych zostało zatwierdzone przez Jana XI w 935 r.

    Z Panteonem związane są także polskie wątki. Przy Panteonie znajduje się akademia Virtuosi al Pantheon (Zasłużeni przy Panteonie).  Związana jest ze stowarzyszeniem artystów sztuk pięknych, do którego w XIX w. wstąpił rzeźbiarz Tomasz Oskar Sosnowski, który pełnił w nim nawet zaszczytne funkcje. Jest autorem wielu wybitnych dzieł rozsianych po kościołach Rzymu. W Rzymie pracował ok. 40 lat.

    w tekście wykorzystano informacje z:

    ks. Waldemar Turek, „Pocztówki z Rzymu”, Wydawnictwo Diecezji Warszawsko-Praskiej, Wydawnictwo Jedność, Warszawa-Kielce 2022, s. 77-82.

    Fronda.pl/Polskifr.fr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Martins: Święci i świętość wg Jana Pawła II

    fot. Sejm RP CC 2.0

    ***

    Kard. Martins: Święci i świętość wg Jana Pawła II

    Świętość jest bez wątpienia jednym z ważniejszych tematów bogatego nauczania Jana Pawła II. Jej dowartościowanie, zarówno w aspekcie teologicznym, jak i duszpasterskim, było zawsze, od początku pontyfikatu, jedną z podstawowych cech jego posługi Piotrowej. Często mocno podkreślał podstawowe znaczenie świętości w życiu i misji Kościoła jako zbawczej wspólnoty.

    Wizja świętości, nakreślona już w wielu wcześniejszych dokumentach obecnego Papieża, została przedstawiona w sposób systematyczny i spójny w Liście apostolskim Novo millennio ineunte, opublikowanym na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Jest to tekst o charakterze profetycznym i programowym, który ze względu na bogactwo swej treści oraz kontynuację myśli soborowej stał się dla Kościoła dokumentem ogromnie ważnym u początku trzeciego tysiąclecia. Ujawnia on wyraźny chrystocentryzm, widoczny już w pierwszej Encyklice Jana Pawła II Redemptor hominis, oraz podejmuje, z położeniem nacisku na świętość, «teologię życia świętych» Soboru Watykańskiego II, a zwłaszcza Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium, która wiele miejsca poświęca temu zagadnieniu.

    Jeden Kościół — «Matka świętych*

    Kościół Chrystusowy jest Kościołem świętym: jednym, świętym, powszechnym i apostolskim, jak głosi Symbol nicejsko-konstantynopolitański. Jest on także “Kościołem świętych» jak nazywa go Georges Bernanos.

    Świętość należy do natury Kościoła, ziemskiego ciała zmartwychwstałego Chrystusa. Jest jedną z jego cech charakterystycznych. Przynależy do jego «DNA». Gdyby zatem Kościół nie był święty, nie byłby prawdziwym Kościołem Chrystusa, czyli przez Niego założonym, aby po Jego powrocie do Ojca kontynuował w ciągu wieków odwieczną misję zbawienia w Jego imieniu i potwierdzał ją Jego autorytetem.

    Kościół, jako mistyczne Ciało Chrystusa, powołany jest bowiem, aby w tym, czym jest i co robi, odzwierciedlał Jego prawdziwe oblicze, był Jego sakramentem, widzialnym znakiem, Jego światłem wśród ludzi. Oni zaś mają prawo w obliczu Kościoła rozpoznać oblicze Chrystusa. Domagają się, często nieświadomie, aby Kościół nie tylko mówił im o Chrystusie, lecz także aby im Go ukazywał. Otóż Kościół będzie Go ukazywał — w swym życiu i w różnorodnych dziełach — w takim stopniu, w jakim będzie odzwierciedleniem świętości Tego, który jest świętością samego Ojca, przejawiającą się w czasie i w historii.

    Język świętości — jak potwierdziło również ostatnie Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów — jest więc autentycznym językiem Kościoła, z którego nigdy nie może on zrezygnować, jeśli chce dochować wierności Temu, który jest samą świętością Boga «po trzykroć świętego»; jeśli nie chce wyrzec się — wbrew swej naturze — roli oblubienicy swego Pana, «bez skazy i zmarszczki»; jeśli nie chce w końcu przestać być wśród ludzi odbiciem owego «światła narodów», jakim jest Chrystus (por. Lumen gentium, 1).

    Kościół powinien być — jak mawiał śp. bp Bello — «Kościołem w ubraniu roboczym», czyli pełniącym posługę duszpasterską wobec braci, lecz ma on być również, a nawet przede wszystkim, Kościołem świętości, modlitwy, milczenia, życia wewnętrznego, kontemplującym oblicze Chrystusa, a następnie głoszącym Jego przesłanie.

    Pomiędzy tymi dwoma aspektami czy wymiarami Kościoła nie ma żadnej sprzeczności. Potwierdza to sam Papież: «Nie obawiajcie się, że czas poświęcony na modlitwę może w pewien sposób zahamować apostolski dynamizm i godną pochwały służbę braciom, z których składa się wasza niełatwa codzienność. Wręcz przeciwnie. Kochać i postawić modlitwę w centrum każdego życiowego projektu i działania apostolskiego — oto prawdziwa szkoła świętych” (audiencja dla oo. rogacjonistów, «L’Osservatore Romano», wyd. codzienne, 7 grudnia 2001 r., s. 1).

    Celem różnorodnej działalności Kościoła oraz jego struktur jest budzenie świętości w wiernych. Kościół istnieje jedynie po to, by świętość mogła kształtować człowieka i aby w ten sposób stał się on uczestnikiem świętości Boga (por. Lumen gentium, 48). Taki jest cel, a zatem również taki jest priorytet całej działalności duszpasterskiej Kościoła. «Trzeba stwierdzić, że perspektywą, w którą winna być wpisana cała działalność duszpasterska, jest perspektywa świętości. (…) W rzeczywistości jednak podporządkowanie programu duszpasterskiego nadrzędnej idei świętości to decyzja brzemienna w skutki. (…) Dzisiaj trzeba na nowo z przekonaniem zalecać wszystkim dążenie do tej ‘wysokiej miary’ zwyczajnego życia chrześcijańskiego. Całe życie kościelnej wspólnoty i chrześcijańskich rodzin winno zmierzać w tym kierunku» (Novo millennio ineunte, 30-31).

    Dotyczy to także każdej innej formy działalności Kościoła. Raz jeszcze potwierdza to Papież: “Kościół został założony z myślą o człowieku. (…) Pierwszym celem działalności Kościoła jest uświęcenie człowieka, gdyż tego pragnie wieczna Miłość Boga w Trójcy. (…) Misja, która mi została powierzona — kontynuuje Papież — nie polega na niczym innym, jak tylko na tym, aby uświęcać siebie i innych, samemu żyć zgodnie z Bożym planem zbawienia i pomagać żyć według niego innym, starać się zrozumieć tajemnicę Kościoła i pomagać zrozumieć ją innym» (przemówienie z 28 czerwca 1982 r.: Insegnamenti, V/2, 1982, s. 2429). Jest ona w swej istocie tajemnicą świętości, bo to właśnie świętość «lepiej niż cokolwiek innego wyraża tajemnicę Kościoła» (Novo millennio ineunte, 7).

    Od świętości Kościoła zależy skuteczność jego misji. «Świętość Kościoła jest tajemnym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapa-łu» (Christifideles laici, 17). Istotnie, świętość jest «podstawową przesłanką i niezbędnym warunkiem do tego, aby Kościół mógł realizować swoją zbawczą misję» (tamże). To ona sprawia, że słowo głoszone jest wiarygodne, a zatem skuteczne. Tylko Kościół, który jest święty i głęboko rozmiłowany w Panu, może wymagać, aby ludzie słuchali tego, co głosi. Ci zaś, bardziej niż słowom, wierzą faktom, zwłaszcza w obecnych czasach.

    Święci — widzialni świadkowie świętości Kościoła

    Obiektywna świętość Kościoła konkretyzuje się, wyraża i przejawia w świętych, których Kościół zrodził jako Matka. Przez «świętych» rozumiemy tu oczywiście nie tylko tych, którzy zostali wyniesieni do chwały ołtarzy, lecz także tych, którzy choć nie beatyfikowani ani kanonizowani, postępowali za Chrystusem i Jego Ewangelią; tych, którzy bez wahania i kompromisów przyjęli Chrystusa za fundament swej egzystencji; którzy świętość uczynili programem swego życia. Są to ci, których Kościół z radością wspomina w liturgiczną uroczystość Wszystkich Świętych. W Liście apostolskim Tertio millennio adveniente Papież, mając na myśli przede wszystkim męczenników, nazywa ich «nieznanymi żołnierzami”, którzy walczą w służbie wielkiej sprawy Bożej (por. n. 37).

    Są oni widzialnymi i autentycznymi świadkami świętości Kościoła. «Święci — mówił Jan Paweł II — którzy w każdej epoce historii ukazywali światu blask światłości Bożej, są widzialnymi świadkami tajemniczej świętości Kościoła. (…) Aby zrozumieć głębię Kościoła, musicie spojrzeć na nich! Lecz nie tylko na tych świętych, którzy zostali kanonizowani, lecz także na wszystkich świętych ukrytych, anonimowych, którzy starali się żyć Ewangelią pośród zwykłych, codziennych obowiązków. To oni ukazują, czym jest Kościół w swej najgłębszej istocie, a jednocześnie chronią go przed miernością, kształtują od środka, pobudzają do tego, by był oblubienicą Chrystusa bez skazy i zmarszczki (por. Ef 5, 27)» (przemówienie do młodych z Lukki, 23 września 1989 r.: Insegnamenti, XII/2, 1989, ss. 623-624).

    Święci — podkreśla Papież — stali się światłem dla świata i dla ludzi im współczesnych; stali się «od-biciem blasku Boga», światłości Chrystusa, który jest “światłością prawdziwą», posłaną, aby oświecić każdego człowieka (por. J 1, 9) i wszystkie narody (por. Lumen gentium, 1). Istotnie, święci przez wieki byli prawdziwymi latarniami morskimi dla ludzkości, wskazywali jej nowe drogi, wnosili swój wkład w kształtowanie nowych modeli kultury, odpowiadali na nowe wyzwania, stojące przed narodami, wspierając w ten sposób postęp ludzkości w jej historycznych przeobrażeniach. Mieli zawsze ogromny wpływ na kulturę i społeczeństwo. Zawsze byli ważny-

    mi postaciami w historii swych narodów. Wspomnijmy, na przykład, świętych Benedykta i Franciszka z Asyżu. W tej perspektywie prawdą jest, jak twierdzi filozof Henri Bergson, że «największymi bohaterami historii nie są zdobywcy, lecz święci».

    Święci są poza tym rzecznikami Boga, który na różne sposoby przemawia do ludzi, także poprzez świętych. «W życiu tych, którzy będąc współuczestnikami naszego człowieczeństwa, w sposób jednak doskonalszy przemieniają się według wzoru Chrystusa (por. 2 Kor 3, 18), Bóg ukazuje ludziom naocznie swoją obecność i swoje oblicze. W nich do nas sam przemawia i daje nam znak swojego królestwa» (Lumen gentium, 50). Święci zatem są niejako słowami, które Bóg wypowiada w historii dla dobra ludzkości. W każdej epoce Duch Święty posyła swoich świętych, którzy jako prorocy nowej ludzkości objawiają oblicze Boże i wskazują wszystkim drogę prawdy i zbawienia. Mówią oni o Bogu przez świętość swojego życia i swoich dzieł. Ich głos jest głosem samego Boga. Dlatego ich świadectwo i wstawiennictwo umacniają wiarę i nadzieję Ludu Bożego.

    Święci, po trzecie — jak zauważa Papież — «chronią Kościół przed miernością». Nigdy, także i dzisiaj, nie brakuje pokus, skłaniających nas do mierności. W atmosferze coraz większej obojętności religijnej, wobec niebezpieczeństwa zaniku wartości, także na płaszczyźnie etycznej, oraz pojawiania się tak wielu nowych idoli wierzący mogą w sprawach życia i wiary godzić się na łatwe kompromisy, na rozwiązania nie zawsze całkowicie zgodne z Ewangelią; w pewien sposób hołdować nowym idolom i w konsekwencji prowadzić «mierne» życie chrześcijańskie. Najskuteczniejszym antidotum na tego rodzaju mierność jest bez wątpienia świadectwo świętych. Podstawą ich egzystencji, zgodnie z żelazną logiką Ewangelii, stało się naglące zaproszenie do postępowania zgodnie z «’wysoką miarą’ zwyczajnego życia chrześcijańskiego”, o której mówi Papież w Novo millennio ineunte (n. 31), do zdecydowanego odrzucenia idoli naszych czasów.

    W końcu, jako autentyczni świadkowie świętości Kościoła, święci swym życiem pobudzają go do «wewętrznej odnowy». Jak każdy inny żywy organizm, tak i Kościół, przy zachowaniu absolutnej wierności swoim źródłom, mając na uwadze skuteczność swej duszpasterskiej działalności we współczesnym świecie, potrzebuje nieustannej reformy, odnowy, oczyszczenia z wszelkiej rutyny. Taki był jeden z podstawowych celów Soboru Watykańskiego II.

    Święci zawsze byli szczególnie aktywni w czasach każdej reformy lub odnowy. «Święty, którego widzimy — stwierdza Henri de Lubac — mówi o świętości jutra, jest wezwaniem do nawrócenia». Istotnie, każde wielkie «odrodzenie» chrześcijaństwa zawsze poprzedzał powrót do źródeł lub do świętości ewangelicznej, inicjowany i propagowany przez świętych.

    Fakt ten podkreśla Papież, gdy stwierdza, że święci byli zawsze prawdziwymi architektami historii człowieka. “Prawdziwą historią ludzkości — mówi Jan Paweł II — jest historia świętości…: święci i błogosławieni jawią się jako ‘świadkowie’, to znaczy ludzie, którzy wyznając wiarę w Chrystusa, Jego osobę i naukę, nadali konkretną wartość i wiarygodny wyraz jednej z podstawowych cech Kościoła, jaką jest właśnie świętość. Bez takiego trwałego świadectwa religijne i moralne nauczanie Kościoła mogłoby zostać pomylone z czysto ludzką ideologią. Ono zaś jest nauką życia, to znaczy można je wprowadzić w życie i przetłumaczyć na język życia: jest ‘nauką na miarę życia’, jakiego przykład daje sam Chrystus, głosząc: ‘Ja jestem życiem’ (por. J 14, 6), i potwierdzając, że przyszedł po to, aby dać życie, i dać je w obfitości (por. J 10, 10)» (przemówienie z 5 lutego 1992 r.: Insegnamenti, XIV/1, 1992, ss. 304-305).

    W perspektywie teologiczno-duszpasterskiej święci nie są jedynie przykładami do kontemplowania i naśladowania, ani też adresatami naszych wezwań i modlitw o wstawiennictwo. Są czymś znacznie więcej. Są żywymi świadkami prawdy o czynnej obecności Boga pośród swego ludu. Swym czynnym miłosierdziem ukierunkowują oni spojrzenie wiary ku jaśniejącej nadziei bezpośredniego oglądania Boga. Są apelem, wezwaniem Boga skierowanym do świata, aby się nawrócił i wierzył. Święci są apologią chrześcijaństwa.

    Świętość nie jest przywilejem nielicznych, lecz powinnością wszystkich

    Świętość nie jest przywilejem niewielu, lecz celem, który Bóg «po trzykroć święty» i «źródło wszelkiej świętości» (II Modlitwa eucharystyczna) stawia przed człowiekiem stworzonym na Jego obraz i podobieństwo. Wezwanie to, zawarte w samym stwórczym akcie Boga, staje się przykazaniem: «Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty» (Kpł 19, 2). Świętość — Boży atrybut — staje się w ten sposób powołaniem każdego człowieka.

    Bóg stworzył człowieka, aby osiągnął on swą pełnię, nie w sposób bierny, lecz uczestnicząc w Bożym dziele. Jej osiągniecie jest zatem ostatecznym celem i zasadą jednoczącą cały rodzaj ludzki. Św. Augustyn mówi stanowczo: “Stworzyłeś nas dla siebie, Panie, i niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie» (Wyznania, l, 1). Słowa te są wspaniałym kompendium głębokiej, nadprzyrodzonej antropologii.

    W tym kontekście całkowicie zrozumiałe są słowa św. Pawła do Efezjan: «W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów poprzez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli» (Ef 1, 4-5).

    Skoro wszyscy ludzie są prawdziwie powołani do świętości, to dla chrześcijan jest ona autentyczną potrzebą. Do wszystkich skierowane zostało zaproszenie Jezusa: “Bądźcie wiec wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski» (Mt 5, 48; por. 12, 30; J 13, 43; 15, 12). Do wszystkich też odnoszą się słowa Pawła: «Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie» (1 Tes 4, 3; por. Ef 1, 4; 5, 3; Koi 3, 12; Gal 5, 22; Rz 6, 22).

    Powołanie do świętości ma zatem charakter uniwersalny. Nikt nie jest z niego wyłączony. «Wszyscy w Kościele, niezależnie od tego, czy należą do hierarchii, czy są przedmiotem jej apostolskiego posługiwania, powołani są do świętości, zgodnie ze słowami Apostoła: ‘Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie’ (1 Tes 4, 3)» (Lumen gentium, 39); «i dla wszystkich jest jasne, że wierni każdego stanu i zawodu powołani są do pełni życia chrześcijańskiego oraz doskonałej miłości» (Lumen gentium, 40).

    Świętość, o której mówi Sobór i do której wszyscy są powołani, nie jest rozumiana jako ideał czysto teoretyczny, wprawdzie piękny, lecz nieosiągalny. Także dążenie do niej nie powinno być czymś abstrakcyjnym, ogólnym, lecz winno stać się autentycznym programem życia. «Szukajcie świętości w codziennym życiu» — mówił Jan Paweł II (homilia w Mariborze, 19 maja 1996 r.: «L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 7-8/1996, s. 14), w zwyczajnym życiu. Nie polega ona oczywiście na dokonywaniu rzeczy niezwykłych, lecz na niezwykłym podejściu do rzeczy zwykłych i codziennych. «Nie należy mylnie pojmować tego ideału doskonałości jako swego rodzaju wizji życia nadzwyczajnego, dostępnego jedynie wybranym ‘geniuszom’ świętości. Drogi świętości są wielorakie i dostosowane do każdego powołania» (Novo millennio ineunte, 31).

    Świętości chrześcijańskiej nie należy postrzegać także jako pewnego rodzaju wyobcowania człowieka, lecz raczej jako jego pełną realizację, zgodną z Bożym planem zbawienia. Jest ona darem łaski, która doskonali naturę człowieka. W rzeczywistości świętość nie jest zaprzeczeniem tego, co ludzkie, lecz pełnią człowieczeństwa. Chrystus jest doskonałym człowiekiem właśnie dlatego, że jest samą świętością wcieloną.

    Świętość jest dziełem Ducha Świętego

    To Duch Święty po zmartwychwstaniu dokonał w Dwunastu głębokiej i radykalnej przemiany, sprawiając, że zaczęli głębiej rozumieć tajemnicę Chrystusa, prawdziwe znaczenie Jego słów, gestów i całego życia, oraz dał im — wcześniej tak bojaźliwym — moc, potrzebną do tego, by stali się odważnymi świadkami — także wobec swych prześladowców — Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał. Obiecał im to sam Jezus: «Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem (…) i aż po krańce ziemi» (Dz 1, 8; por. Lk 24, 49). To Duch Święty w dzień Pięćdziesiątnicy zstąpił na Dwunastu i na całą wspólnotę apostolską i umocnił ich wiarę w zmartwychwstałego Pana.

    Ten sam Duch Święty nadal zamieszkuje w Kościele, który jest Jego stałym przybytkiem. Jego obecność jest żywa i twórcza. Ożywia On, oświeca i podtrzymuje Kościół, aby w swym ziemskim pielgrzymowaniu pozostał wierny swemu Panu. On też przynagla Kościół, aby przyjmował nieprzebrane bogactwo słowa Bożego i z niego korzystał. W ten sposób Duch Święty «rodzi» Kościół.

    Jednak działanie Ducha Świętego w Kościele w sposób zupełnie wyjątkowy objawia się w dziele uświęcania jego członków. Jest on Duchem Świętym i Uświęcicielem. Istotnie, to On wzbudza w wierzących gorące pragnienie świętości, działając w głębi ich serc, oświecając je i czyniąc je posłusznymi powołaniu Bożemu, wzywającemu ku «wyższym wymiarom życia chrześcijańskiego”. On też uzdolnią ich do bezgranicznej miłości Boga i braci, która jest istotą chrześcijańskiej świętości. On, pochodzący od Ojca i Syna, prawdziwie jest nie tylko Duchem Świętym, lecz także Duchem Uświęcającym.

    Nadzwyczajny rozkwit świętości

    Bez wątpienia pontyfikat Jana Pawła II jest okresem nadzwyczajnego wzrostu ilości świętych i błogosławionych. W ciągu tych lat beatyfikował on 1329 sług Bożych i kanonizował 473 błogosławionych. Wszystkich razem: 1802.

    Należy podkreślić, że święci i błogosławieni, wyniesieni na ołtarze przez obecnego Papieża, wywodzą się z najróżniejszych krajów wszystkich kontynentów. Geografia świętości znacznie się rozszerzyła. Z “europejskiej” lub “śródziemnomorskiej” staje się coraz bardziej «światowa». Oznacza to, że świętość rozwija się w każdym miejscu na ziemi oraz że nie zna granic: geograficznych, rasowych, kulturowych lub społecznych. Jest różnobarwną «mozaiką» ludzi, których łączy jedna cecha: wszyscy poważnie potraktowali Ewangelię, radykalnie nią żyli i dawali o niej świadectwo.

    Ważny jest także fakt, że w ramach powszechnego powołania do świętości Papież szczególną uwagę poświęcił świętości ludzi świeckich. W Novo millennio ineunte dziękował Bogu za to, że pozwolił mu “beatyfikować i kanonizować w minionych latach tak wielu chrześcijan, a wśród nich licznych wiernych świeckich, którzy uświęcili się w najzwyklejszych okolicznościach życia» (n. 31).

    Mówiąc o świętości ludzi świeckich, Papież kładzie nacisk na świętość małżonków. «Należy popierać — pisał Jan Paweł II — uznanie heroiczności cnót zwłaszcza świątobliwych wiernych świeckich, którzy realizowali swe powołanie chrześcijańskie w małżeństwie. Żywiąc przeświadczenie, że w rzeczywistości nie brak owoców świętości również w tym stanie, czujemy potrzebę znalezienia odpowiednich sposobów, ażeby świętość ta była przez Kościół stwierdzana i stawiana za wzór dla innych chrześcijańskich małżonków» (Tertio millennio adveniente, 37). I faktycznie, 29 października r. Jan Paweł II beatyfikował rzymskie małżeństwo Alojzego i Marię Beltrame Quattrocchich. Jest to pierwsza w historii Kościoła para małżonków wyniesiona do chwały ołtarzy.

    W związku z tak znaczącym wzrostem liczby świętych i błogosławionych niektórzy twierdzą, że jest ich za dużo. Papież nie lekceważy tych opinii: «Podnoszą się czasem głosy, że za wiele jest dzisiaj beatyfikacji” (przemówienie na rozpoczęcie Nadzwyczajnego Konsystorza Kardynałów, 13 czerwca 1994 r.: «L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 9-10/1994, s. 8).

    Tym, którzy tak myślą, Ojciec Święty odpowiada podając trzy argumenty uzasadniające wzrost liczby beatyfikacji i kanonizacji.

    Przede wszystkim wzrost ten «odpowiada rzeczywistości, która dzięki łasce Bożej jest taka, jaka jest, a poza tym odpowiada życzeniu samego Soboru. Ewangelia tak bardzo rozeszła się po świecie i jej orędzie tak mocno się zakorzeniło, że właśnie ta wielka liczba beatyfikacji po prostu odzwierciedla żywo działanie Ducha Świętego oraz płynącą z niego żywotność Kościoła w dziedzinie dla niego najistotniejszej, w dziedzinie świętości” (tamże).

    Po drugie, kanonizacje i beatyfikacje, których liczba wzrosła w ostatnich latach, «świadczą o żywotności Kościołów lokalnych, których jest dziś na świecie o wiele więcej aniżeli w pierwszych wiekach i w pierwszym tysiącleciu» (Tertio millennio adveniente, 37).

    W końcu nie można zapominać o ekumenicznym znaczeniu świętości. Ekumenizm jest bez wątpienia jednym z największych wyzwań, z którymi musi się zmierzyć Kościół trzeciego tysiąclecia. Dziś dostrzega się nierozerwalny związek pomiędzy dążeniem do pełnej jedności chrześcijan a świętością. Istotnie jest ona «podłożem» (humus), na którym rodzi się, wzrasta i dojrzewa. Jedynie Kościół, który jest święty, będzie naprawdę Kościołem «jednym». Świętość ma znaczenie ekumeniczne — Papież to potwierdza, gdy uznaje, że «najbardziej przekonujący jest ekumenizm świętych, męczenników. Communio sanctorum mówi głośniej aniżeli podziały» (tamże). Zatem świętość ma wymiar głęboko ekumeniczny i w takim wymiarze należy do niej dążyć i ją przeżywać.

    To właśnie czynili święci: ukazując na swym obliczu oblicze ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, żyjąc w sposób radykalny Ewangelią miłości i pojednania, dali autentyczne i przekonujące świadectwo komunii ze wszystkimi braćmi, ze wszystkimi ludźmi. Zatem święci są pierwszymi i najskuteczniejszymi realizatorami upragnionej pełnej jedności chrześcijan, o którą Jezus modlił się w Wieczerniku.

    Podsumowanie

    Kościół i świat ogromnie potrzebują świętych. Dziś jednak, jak mówi Simone Weil, «potrzeba świętości na miarę oczekiwań naszych czasów, świętości nowej… Świat potrzebuje świętych, którzy byliby geniuszami; jak miasto, w którym szaleje zaraza, potrzebuje lekarzy». Mówiąc konkretnie, współczesnemu światu potrzeba świętych, którzy umieliby przetłumaczyć na język współczesnego Kościoła i świata słowa Chrystusa, który jest «świętym Boga» (Mk 1, 24); świętych, których twarze staną się epifanią jednego z wielu promieni światła i łaski — błogosławieństw — którymi jaśnieje oblicze Chrystusa, obecnego wśród nas, bo zmartwychwstałego; świętych, przez których Duch Święty tchnie i przemawia łagodnie, a jednocześnie stanowczo; świętych, w których ludzie będą mogli dojrzeć skarb łaski, którym jest Chrystus (por. Novo millennio ineunte, 29; A. Cazzago, Santi e santita nel magistero di Giovanni Paolo II: «Communio», n. 186, 2002 r., ss. 38-39); świętych, którzy byliby prawdziwymi świadkami Chrystusa i Jego Ewangelii, ponieważ «człowiek współczesny — jak mówi Paweł VI w Evangelii nuntiandi — woli słuchać świadków niż nauczycieli… a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (n. 41).

    Szczególnie wymowne są słowa bł. kard. Schustera, arcybiskupa Mediolanu: «Ludzie nie dają się już przekonać naszym kazaniom, lecz w obliczu świętości — jeszcze wierzą, jeszcze klękają, jeszcze się modlą. Gdy przechodzi święty, żywy czy zmarły, przychodzą wszyscy. Tak było z ks. Orione, tak też było z ks. Calabrią. Diabeł nie lęka się naszych stadionów sportowych, naszych kin; on boi się naszej świętości. Błogosławię wam. Bądźcie świeci» (cyt. za.: Bernardo Citterio, I miei sette cardinali, Centro Ambro-siano, 2002 r., s. 61).

    Chciałbym zakończyć wezwaniem, jakie Papież skierował do młodych w Orędziu na XV Światowy Dzień Młodzieży 2000 r.: «Młodzi wszystkich kontynentów, nie lękajcie się być świętymi nowego tysiąclecia!” («L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 9-10/1999, s. 18). Słowa te odnoszą się do wszystkich, którzy mają młode serca, niezależnie od wieku, a zatem do nas wszystkich, którzy w chrzcie zostaliśmy odnowieni wieczną młodością Ducha.

    Kard. Jose Saraiva Martins CMF

    Prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych

    Fronda.pl/mp/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Karol Wojtyła

    przyjął święcenia kapłańskie 1 listopada?

    Wszystkich Świętych – święcenia kapłańskie, Dzień Zaduszny – prymicja. Wyjaśniamy, dlaczego Karol Wojtyła przyjął święcenia kapłańskie w listopadzie.

    Początki wyjątkowego kapłaństwa Karola Wojtyły, jedynego polskiego księdza, który został papieżem, były równie wyjątkowe. W dużej mierze nakreśliła je II wojna światowa i jej dramatyczne konsekwencje, choć nie tylko.

    „Dies illa”

    Każdy ksiądz doskonale pamięta i co roku celebruje dzień swoich święceń i Mszy św. prymicyjnej. Przypada on zwykle w maju lub czerwcu. Jednak w przypadku św. Jana Pawła II było inaczej.

    O niespotykanej dacie święceń Karola Wojtyły, a także miejscu ich przyjęcia zdecydowało to, że władze archidiecezji krakowskiej, dostrzegłszy szczególne jego zdolności, postanowiły skierować go na studia do Rzymu.

    Postanowiono zatem przyspieszyć jego święcenia kapłańskie. Normalnie, wraz ze swoimi kolegami, Karol Wojtyła powinien je przyjąć w Niedzielę Palmową 1947 roku. Jednak już pod koniec listopada 1946 miał się znaleźć w Wiecznym Mieście, dlatego metropolita krakowski, kard. Adam Sapieha wyznaczył datę święceń na 1 listopada 1946, w uroczystość Wszystkich Świętych.

    Ale żeby mogło to nastąpić, trzeba było przyspieszyć także pozostałe święcenia prowadzące do kapłaństwa: obowiązujący wówczas jeszcze tzw. subdiakonat i diakonat. 13 października 1946 roku Karol Wojtyła przyjął święcenia subdiakonatu, 20 października – diakonatu, a kilkanaście dni później był już kapłanem. Każde z tych święceń było z kolei poprzedzone kilkudniowymi rekolekcjami.

    Studia, wojna, oznaki powołania

    Do seminarium zgłosił się zaledwie 4 lata wcześniej, jesienią 1942. Dlaczego nie bezpośrednio po zdaniu matury, w 1938? Wyjaśnił krótko: Na tamtym etapie życia moje powołanie kapłańskie jeszcze nie dojrzało. Wybrał studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W październiku 1938 roku wraz z ojcem wyprowadził się z Wadowic. Zamieszkali przy ul. Tynieckiej w Krakowie. Chociaż dostrzegał już pierwsze oznaki powołania.

    W “Darze i tajemnicy” zanotował na przykład pierwszą z nich, jaką były dla niego – wówczas jeszcze licealisty – słowa abp. Sapiehy. Po przemówieniu, którym młody Wojtyła w imieniu młodzieży witał metropolitę krakowskiego w parafii, późniejszy kardynał miał zapytać katechetę, na jaki kierunek studiów się wybiera ten młodzieniec. “Szkoda, że nie na teologię” – stwierdził, usłyszawszy, że na polonistykę.

    Studia polonistyczne trwały zaledwie rok. Przerwał je wybuch II wojny światowej, który zatrzymał tok akademicki wszystkim studentom. Karol Wojtyła musiał się wówczas podjąć pracy fizycznej. Pracował w kamieniołomie na Zakrzówku. Franciszek Łabuś, “strzałowy”, któremu przyszły papież został przydzielony do pomocy, często mówił do niego: “Karolu, wy to byście poszli na księdza”.

    Kapłaństwo jak śmierć

    Powołanie kapłańskie Karola Wojtyły dojrzewało w dramatycznych okolicznościach. Chodzi nie tylko o wojnę. Jego matka nie żyła od niemal 10 lat. Potem stracił też brata. Jak by tego było mało, w tym czasie, w 1941 roku, zmarł jego ojciec. Wojtyła został sam.

    Wspominał: Na skutek wybuchu wojny zostałem oderwany od studiów i od środowiska uniwersyteckiego. Straciłem w tym czasie mojego Ojca, ostatniego człowieka z mojej najbliższej rodziny…

    To właśnie wtedy, w kontekście dramatu wojennego, który dodatkowo pogłębił jego osobisty dramat, ukształtowała się pewność powołania. Przyszły papież wspominał to tak: Wszystko to stanowiło także w znaczeniu obiektywnym jakiś proces odrywania od poprzednich własnych zamierzeń, poniekąd wyrywania z gleby, na której dotychczas rosło moje człowieczeństwo.

    W podziemiu

    O samym powołaniu pisał jak o wewnętrznym olśnieniu: Coraz bardziej jawiło się w mojej świadomości światło: Bóg chce, ażebym został kapłanem. Pewnego dnia zobaczyłem to bardzo wyraźnie: był to rodzaj jakiegoś wewnętrznego olśnienia

    Ostateczną decyzję wstąpienia do seminarium duchownego powziął jesienią 1942 roku. Jak to było możliwe, w centrum zawirowań wojennych? Choć okupacja niemiecka spowodowała zawieszenie wszelkich studiów, krakowskie seminarium działało. W konspiracji.

    Przyjęcie do seminarium odbyło się w całkowitej tajemnicy. Rektor seminarium, ks. Piwowarczyk, nakazał mu milczenie nawet wobec najbliższych. Zewnętrznie pracując nadal jako robotnik w kamieniołomie, Wojtyła w rzeczywistości był studentem wydziału teologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dwa lata studiów filozoficznych (studia teologiczne rozpoczynają się zawsze od dwuletniego kursu filozofii) odbyły się całkowicie w konspiracji. Kolejny etap studiów, czyli ścisła teologia, początkowo był również niekompletny. Normalny był dopiero rok 1945-46, po zakończeniu wojny.  

    Ze Wszystkimi Świętymi

    W końcu przyszedł dzień święceń kapłańskich. Zwykle udzielane wiosną, w katedrze, w uroczystej oprawie, przyjmowane wraz z innymi kolegami kursowymi, w obecności licznie zgromadzonej rodziny i przyjaciół…

    Pisał Jan Paweł II w “Darze i tajemnicy”: W dniu Wszystkich Świętych stawiłem się rankiem w rezydencji Arcybiskupów Krakowskich przy ul. Franciszkańskiej 3… Przyjmowałem święcenia sam, w prywatnej kaplicy Biskupów Krakowskich… W tej ceremonii uczestniczyła niewielka grupa moich krewnych i przyjaciół…

    W czasie śpiewu Veni Creator Spiritus oraz Litanii do Wszystkich Świętych, leżąc krzyżem, oczekiwałem na moment włożenia rąk. Jest to chwila szczególnie przejmująca… Jest coś dogłębnie przejmującego w tej prostracji ordynantów: symbol głębokiego uniżenia wobec majestatu Boga samego, a równocześnie ich całkowitej otwartości, ażeby Duch Święty mógł zstąpić.

    Troista prymicja

    Dzień później przypadł dzień prymicji, pierwszej Mszy św. A był to 2 listopada, wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. To oznaczało, że neoprezbiter Karol Wojtyła mógł odprawić nie jedną, ale trzy Msze św., bo tego dnia każdy kapłan miał i ma prawo zawsze odprawić trzy Msze św.

    Zazwyczaj neoprezbiterzy jako miejsce swojej pierwszej Eucharystii wybierają rodzinną parafię. Karol Wojtyła zdecydował, że miejscem prymicji będzie krypta św. Leonarda na Wawelu. Wyjaśniał to w taki sposób: Chciałem dać wyraz szczególnej więzi duchowe z wszystkimi, którzy w tej Katedrze spoczywają. Chodziło nie tylko o więź duchową z historią Narodu, reprezentowaną przez królów, którzy tam byli koronowani i tam składano ich doczesne szczątki. Chodziło również o “głęboki moment teologiczny”. Początek kapłaństwa Karola Wojtyły przypadł właśnie wtedy, gdy Kościół daje wyraz liturgiczny prawdzie o Świętych ObcowaniuCi ludzie, których sarkofagi znajdują się w Katedrze Wawelskiej, także czekają tam na zmartwychwstanie. Cała Katedra – pisał Jan Paweł II – zdaje się powtarzać słowa Symbolu apostolskiego: “Wierzę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny”.

    Misterium

    W przygotowaniu i początkach kapłaństwa Karola Wojtyły niemal wszystko było wyjątkowe i niezwykłe: i wojna, która sprawiła, iż stał się “konspiracyjnym klerykiem”, przygotowującym się do kapłaństwa w podziemnym seminarium; i przyspieszone święcenia kapłańskie, które przyjmował sam, w kaplicy arcybiskupiej, a nie w Katedrze wraz z innymi kolegami, i ich czas, smutną jesienią, która przypomina o przemijaniu i śmierci, a nie życiodajną wiosną; i prymicja, odprawiona w… krypcie, Krypcie św. Leonarda, a nie w rodzinnej parafii w Wadowicach; w gronie kilku zaledwie osób, bo wszystkich najbliższych ks. Karol Wojtyła już wówczas utracił.

    A jednak Święty potrafił dostrzegać w tym wszystkim coś więcej niż ludzkie tylko doświadczenie: misterium, światło Pana, Jego prowadzenie i sens, głęboki sens, który wierzący potrafią zobaczyć ponad wydarzeniami i pozornymi zbiegami okoliczności. Tak jak w dacie święceń i prymicji, które ze względu na jego wyjazd do Rzymu zostały wyznaczone na 1 i 2 listopada, nie widział tylko ludzkiego wyboru, lecz głęboki teologiczny wymiar, gdzie śmierć objawia zmartwychwstanie.

    W trakcie swoich święceń w prywatnej kaplicy Arcybiskupów Krakowskich ks. Karol Wojtyła szczególnie wspominał Jerzego Zachutę. Był to kleryk, z którym w czasie wojny razem przygotowywali się do kapłaństwa w warunkach konspiracyjnych. Razem rano przychodzili do tej kaplicy, by służyć do Mszy św. abp. Sapiesze, a potem razem szli do codziennej fizycznej pracy. Pewnego dnia na Mszę św. Jerzy Zachuta nie przyszedł. Okazało się, że nocą został zabrało go Gestapo. Wkrótce został rozstrzelany.

    Przyjmując święcenia kapłańskie w tej samej kaplicy – pisał św. Jan Paweł II – nie mogłem nie pamiętać tego mojego brata w powołaniu kapłańskim, którego Chrystus w inny sposób połączył z misterium swojej śmierci i swojego zmartwychwstania.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – październik 2023

    _____________________________________________________________________________________________________________

    5 przykładów, jak modlitwa na różańcu zmieniła się w ciągu wieków

    fot. shutterstock.com/deon.pl

    *****

    RÓŻANIEC

    A jeśli wojna nowa, a jeśli się zasmucę
    jak dziecko zapłakane w różaniec swój powrócę.
    Będę go brać na ręce jak włosów ciemne sploty,
    gdzie blask się świec zaplątał jak żuczek szczerozłoty,
    gdzie sny z krzyżykiem srebrnym i łzy i śpiew poranny,
    zerwanych moc przyrzeczeń i żal wciąż nieustanny,
    modlitwy za rodziców, za kolegów, prośby wieczne,
    i jakieś umartwienia zabawne, niedorzeczne…
    A jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje…
    O rzewne, o tajemne paciorki moje,
    to na nich troski moje, radości ukochania,
    i cały żar modlitwy późnego powołania.
    I na nich pamięć dni tych, gdy późnym sennym latem
    biegliśmy z podchorążym płonącym Mariensztadem,
    a potem w noce długie na jezdni pod gwiazdami,
    chwytałem was ukradkiem drżącymi wciąż palcami.
    Do Twoich snów się tulę, do Twoich snów się łaszę,
    na tych dziesiątkach licząc sierpniowe złudy nasze.
    Kto wezwał? Kto przywołał? Skąd sny co tu przygnały?
    Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały…
    O siódmej przy kolacji, przy modlitw chłodnym dźwięku,
    o jaką burzę wspomnień przeważasz w swoim ręku.
    Bo jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje,
    o rzewne, o tajemne paciorki czarne moje.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    “Bardzo lubię różaniec. Wydaje mi się, że przede wszystkim uczy on nas cierpliwej, nieustannej modlitwy. Pozornie jest modlitwą ciągle powtarzanych słów, a jednak uczy modlitwy bez słów. Niektórzy uważają, że przy różańcu trzeba rozważać tajemnice i być po trochu kaznodzieją, teologiem, katechetą. Tymczasem modlitwa różańcowa przypomina mi dziecko trzymające się spódnicy, bo czuje się bezpieczne, zadbane. Tamten różaniec odmawiany w kościele przypomniał mi kogoś, kto ustawicznie puka do drzwi, do okna i chociaż one się nie otwierają, puka nadal cierpliwie. Cierpliwość, wytrwałość tej modlitwy są czymś niezwykłym. Jest to modlitwa i ludzi śpiących, i umierających, i zupełnie zmęczonych”.
    ks. Jan Twardowski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec.

    Październik tradycyjnie poświęcony jest modlitwie różańcowej. Różaniec, pierwotnie znany pod nazwą Psałterza Najświętszej Maryi Panny, sięga swoimi korzeniami do XII wieku. Pierwsi pustelnicy wyznaczali sobie do codziennego odmawiania pewne ilości modlitw. Ułatwiali to sobie, posługując się sznurkami z węzełkami lub sznurkami z pętelkami lub kawałkami drewna. Taki różaniec podobno posiadał św. Pachomiusz i św. Benedykt z Nursji. Zaś sama nazwa różaniec wywodzi się od św. Dominika, uważanego powszechnie za ojca różańca. Legenda głosi że Matka Boża objawiła się Dominikowi i poleciła mu, aby odmawiał Psałterz Najświętszej Maryi Panny, czyli modlitwy złożonej ze 150 Zdrowaś Maryjo i 15 Ojcze Nasz. Dominik posłuchał Maryi, głosił słowo i przeplatał je rozważaniem połączonym z odmawianiem różańca. Odmawianie Psałterza Najświętszej Maryi Panny porównywano do ofiarowania Matce Bożej 150 róż, dlatego tę modlitwę nazwano „wieńcem z róż”, czyli różańcem. Dominik Alamus a la Roche ustalił liczbę 150 modlitw Zdrowaś Maryjo na wzór Księgi Psalmów, które podzielił na dziesiątki, każda przeplatana modlitwą Ojcze Nasz. Z czasem zaczęto łączyć odmawianie modlitwy z rozważaniem tajemnic z życia Chrystusa i Maryi. W wieku XVI ostatecznie ustalono 15 tajemnic, podzielonych na 3 części (Radosne, Bolesne i Chwalebne). Tak było do roku 2002, kiedy to Jan Paweł II dodał część IV różańca świętego – Tajemnice Światła.

    Ilekroć Maryja chciała przekazać światu swoje orędzie, objawiała się wybranym ludziom (najczęściej dzieciom) z różańcem w ręku i usilnie zachęcała do jego odmawiania. Tak było w Lourdes w roku 1858, tak było w Fatimie w roku 1917, tak było Meksyku czy Gietrzwałdzie i wielu innych miejscach. Wynika z tego, że modlitwa różańcowa jest dla Maryi szczególnie miła, a dla człowieka bardzo skuteczna. Wyrosła ona z Ewangelii i jest jej streszczeniem.

    Różaniec to z pozoru zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Ale tak nie jest ! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie.  Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki – całe nasze życie – Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawi się za nami u Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie jednej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440, jakie otrzymujemy od Boga każdego dnia.
    Spróbuj i Ty porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec.

    (ze strony parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Cieślinie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    XXX NIEDZIELA * ROK A

    29 PAŹDZIERNIKA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej. Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    1 LISTOPADA – ŚRODA

    UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

    Bp Krzysztof Włodarczyk: święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych
    Wszyscy Święci, Fra Angelico/Wikipedia

    ***

    Znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada. Uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najbardziej radosnych dni dla chrześcijan. W ciągu roku niemal każdego dnia przypada wspomnienie jednego lub kilku świętych znanych z imienia. Jednak ich liczba jest znacznie większa. Wiele osób doszło do świętości w zupełnym ukryciu.

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest – wbrew spotykanym niekiedy opiniom – „Świętem Zmarłych”, ale przypomina wszystkim wiernym o ich powołaniu do świętości. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2 listopada – wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. Jest to dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba.

    Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z wierzących, niezależnie od konkretnej drogi życia: małżeństwa, kapłaństwa czy życia konsekrowanego jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar życzliwości Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga dar świętości.

    Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego (wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypadającego na 2 listopada. Uroczystość przypadająca na 1 listopada wyraża powszechne powołanie do świętości. Wskazuje na hojność Pana Boga i pogłębia nadzieję, że wszelkie rozstanie nie jest ostateczne, bo wszyscy są zaproszeni do domu Ojca. Razem jednak Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. Wśród tych trzech stanów Kościoła dokonuje się, poprzez modlitwę, pamięć czy ofiarę, ciągła wymiana dóbr duchowych. W tej łączności (komunii) wyraża się świętych obcowanie.

    Wspomnienie wszystkich świętych ma źródło w kulcie męczenników. W rocznicę śmierci, która dla chrześcijan jest dniem narodzin dla nieba, odprawiano na grobach męczenników Eucharystię i czytano opisy męczeństwa. Pamięć o tych, którzy krwią potwierdzili swoją wiarę, była w pierwszych gminach chrześcijańskich pieczołowicie przechowywana. Każda z lokalnych wspólnot posiadała spis swoich męczenników, którzy przez sam fakt męczeństwa stawali się bliskimi Chrystusa, dlatego ich wstawiennictwo nabierało szczególnej mocy. Stopniowo do tych list dopisywano imiona nie tylko męczenników, ale też innych osób odznaczających się szczególną świętością. Pierwszym świętym spoza grona męczenników był zmarły w 397 r. biskup Marcin z Tours.

    Początki święta sięgają IV w. W Antiochii czczono wtedy pamięć o wielu bezimiennych męczennikach, których wspominano w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. W Rzymie w VII wieku papież Bonifacy IV poświecił dawny Panteon i uczynił go kościołem ku czci Bogurodzicy oraz wszystkich Męczenników. Polecił przy tej okazji umieścić tam kamienie przywiezione z katakumb chrześcijańskich męczenników. Historycy przekazują, iż przywieziono wtedy aż 28 pełnych wozów. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych. Czczono wtedy jedynie Maryję i męczenników. W późniejszych wiekach dołączono kult „wszystkich doskonałych Sprawiedliwych”. Obchody przeniesiono z 13 maja na 1 listopada. Powodem były prawdopodobnie trudności z wyżywieniem rzesz pielgrzymów przybywających do Rzymu na wiosnę.

    Listopadowa data była już znana w Irlandii oraz Anglii a od VIII w. rozprzestrzeniło się w całej Europie. Po ostatniej reformie liturgii teologowie podkreślają, że „uroczystość obejmuje nie tylko świętych kanonizowanych, ale wszystkich zmarłych, którzy osiągnęli doskonałość, a zatem także zmarłych krewnych i przyjaciół”.

    KAI/PCh24.pl

    ***

    1 MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 12.00

    2 MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 20.00

                                                            Komunia świętych i archaniołów w Niebie,
                            obraz Albrechta Durera (fragment). Albrecht Dürer, via Wikimedia Commons

    ***

    Katolik tego dnia ma obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej

    ***

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    ***

    Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia czym jest odpust?:

    „Jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).

    ***

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego – https://wspomozycielki.pl/odpusty-a-brak-przywiazania-grzechu-nawet-powszedniego/

    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    – nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    – odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 LISTOPADA – CZWARTEK – DZIEŃ ZADUSZNY

    DZIEŃ MODLITWY ZA TYCH, KTÓRZY JUŻ PRZESZLI PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO I POKUTUJĄ W MĘKACH CZYŚĆCA.

                                                                        fot. katedra. Radom.pl

    ***

    To wspomnienie wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji, św. Odilon (Odylon). On to w 998 r. zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych w dniu 2 listopada. Termin ten i sama idea szybko rozprzestrzeniły się we Francji, Anglii, Niemczech, Italii. W XIII w. zwyczaj ten w Kościele rzymskim stał się powszechny.

    W XV w. wytworzył się u dominikanów w Wanencji zwyczaj ofiarowania w dniu 2 listopada trzech Mszy św. przez jednego kapłana. Papież Benedykt XIV w 1748 r. rozszerzył ten zwyczaj na całą Hiszpanię. W 1915 r., podczas I wojny światowej, papież Benedykt XV na prośbę opata – prymasa benedyktynów pozwolił kapłanom całego Kościoła odprawić w tym dniu trzy Msze św. Jedną w intencji przyjętej od wiernych, drugą w intencji wszystkich wiernych zmarłych, a trzecią w intencji papieża.

    Kościół w tym dniu wspomina zmarłych pokutujących za grzechy w czyśćcu. Chodzi więc o których nie mogą wejść do nieba, gdyż mają pewne długi do spłacenia Bożej sprawiedliwości. Prawdę o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił jako dogmat na soborze w Lyonie w 1274 r. i na XXV sesji Soboru Trydenckiego (1545-1563), w osobnym dekrecie o czyśćcu. Sobór Trydencki orzekł prawdę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać. Cała wspólnota Kościoła przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym zanosząc w tym dniu prośby przed tron Boży. Aby przyjść z pomocą zmarłym pokutującym w czyśćcu, żyjący mogą w tych dniach uzyskać i ofiarować odpusty zupełne.

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych było i jest bardzo żywe. Świadczą o tym uroczyście urządzane pogrzeby, często zamawiane Msze św. w intencji zmarłych, w Kościele rzymskim powszechne są Msze św. gregoriańskie (30 Mszy św. po kolei przez 30 dni). W Polsce istnieje nawet zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, założone przez błogosławionego o. Honorata Koźmińskiego – kapucyna.

    z tekstu Józefa Rydzewskiego/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________

    PIERWSZA I DRUGA MSZA ŚW.:

    W KAPLCY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO o godz. 7.30 i 12.00

    TRZECIA MSZA ŚW.:

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA o godz. 20.00 z wypominkami

    _________________________________________________________________

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza św. w intencji zmarłych,

    których imiona otrzymałem od Was na kartkach i również w intencji tych zmarłych,

    z którymi jeszcze nie tak dawno razem pielgrzymowaliśmy na tym padole.

    ***

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    **************************

    Modlitwa św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 mało znane modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    *****

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Proponujemy trzy mniej znane modlitwy za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Czym jest odpust zupełny

    i czy można ofiarować go za zmarłych?

    (PCh24.pl)

    ***

    Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Janusz Królikowski.

    Zwłaszcza przy okazji zbliżającej się Uroczystości Wszystkich Świętych, powraca temat odpustu zupełnego. Księże Profesorze, czym właściwie jest odpust zupełny?

    Odpust to „darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy”. Odpust jest „zupełny”, jeśli uwalnia od wspomnianej kary „w całości”. Tak definiuje odpust doktryna Kościoła, która została wypracowana, nie bez dramatycznych napięć i sporów, w ciągu wieków, począwszy od średniowiecza. Odpust jest więc dobrem duchowym udzielanym w Kościele i przez Kościół ze względu na dobro doczesne i wieczne wierzących.

    Jakie warunki trzeba spełnić, żeby uzyskać odpust?

    Warunki uzyskania odpustu są następujące: 1) odpowiednie przygotowanie, czyli stan łaski (w przypadku grzechu ciężkiego będzie więc konieczna spowiedź, aby ten stan uzyskać), przyjęcie Komunii świętej, modlitwa w intencjach papieża oraz 2) intencja zyskania odpustu i wypełnienie określonego dzieła pokutnego wyznaczonego przez papieża.

    Warto pamiętać, że odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, natomiast odpusty cząstkowe wielokrotnie.

    A jak uzyskać odpust cząstkowy?

    Odpust cząstkowy jest udzielany, najprościej mówiąc, gdy nie jest spełniony któryś z wymienionych warunków. Odpust cząstkowy jest jednak odpustem realnym, a więc jego zyskiwanie także ma głęboki sens i wymowę duchową, gdyż służy zarówno nam, jak i duszom zmarłych. Służy on zatem naszemu dobru doczesnemu, a duszom zmarłych przybliża chwilę ostatecznego osiągnięcia dobra wiecznego, którym jest bezpośrednie spotkanie z samym Bogiem.

    Kościół daje wiernym możliwość codziennego uzyskania jednego odpustu zupełnego poprzez m.in. „wspólne odmówienie różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnych stowarzyszeniu”. Co w sytuacji, kiedy nie mamy takiej możliwości? Czy odmówienie różańca za pomocą internetu też będzie ważne?

    Zasadnicza idea dotycząca różańca w związku z odpustem domaga się, aby był on odmawiany wspólnotowo. Chodzi o to, by dobrze uwypuklić związek różańca z życiem wiernych jako życiem kościelnym. Aby uzyskać odpust zupełny bez szukania jakiejś specjalnej, może odległej wspólnoty, Kościół zachęca miedzy innymi do rodzinnego odmawiania różańca. W takim przypadku zostaje spełniony warunek wspólnotowości modlitwy określony przez Kościół.

    Jeśli zaś chodzi o wykorzystanie „urządzeń telewizyjnych i radiowych”, to Kościół aprobuje ich wykorzystanie w celu zyskania odpustu zupełnego, gdy modlitwa jest odmawiana wraz z papieżem. Łącze internetowe w tym może pomóc. W każdym jednak razie chodzi o łączność „na żywo”, a nie mechanicznie powtarzaną, co mogłoby mieć na przykład miejsce wówczas, gdyby ktoś nagrał sobie modlitwę z papieżem. Kościół nie jest rzeczywistością wirtualną, ale realną w czasie i przestrzeni złożoną z realnych ludzi, nad którą znajduje się realny Bóg. Wiara nie znosi udawania!

    W pozostałych przypadkach za odmówienie różańca wierny może uzyskać „odpust cząstkowy”. Pamiętajmy, że to nie jest mało. Bóg docenia każdy gest wiernego, który wyrasta z wiary i jest jej wyrazem. Wiele odpustów cząstkowych nie złoży się na odpust zupełny, ale jakże to wielka rzecz w perspektywie darowania każdemu osobistej kary doczesnej za grzechy, albo pomocy okazywanej duszom zmarłych. Warto więc o tym pamiętać i z tego daru korzystać każdego dnia, bo nie ma takiego dnia, w którym z takiej czy innej racji nie można by zyskać jakiegoś odpustu. Trzeba zapoznać się z ich aktualnym „Wykazem”, czyli opublikowanym z polecenia papieża zestawem wskazanych praktyk odpustowych, aby mieć świadomość darów Bożych czekających na nas każdego dnia przy spełnianiu rozmaitych praktyk religijnych bądź związanych z posługą bliźnim.

    Jak już zaznaczyłem, wśród warunków ogólnych zyskania odpustu jest także „intencja zyskania odpustu”. Najprościej mówiąc, można wzbudzić sobie taką intencję przy porannej modlitwie, mówiąc: „Pragnę zyskać odpusty, które na dzisiaj są przewidziane”, i to wystarczy. Trzeba tylko dodać, czy chce się je zyskać dla siebie, czy dla dusz w czyśćcu.

    Odpust zupełny można ofiarować nie tylko za zmarłych, ale też za samych siebie?

    Odpusty można zyskiwać najpierw dla siebie, albo ofiarować je za zmarłych. W tym miejscu dokonała się pewna zmiana w praktyce kościelnej po Roku Jubileuszowym 2000. Dawniej odpusty można było zyskiwać przede wszystkim dla siebie, a za zmarłych można było ofiarować tylko wybrane odpusty, zwłaszcza w miesiącu listopadzie. Obecnie każdy odpust może być ofiarowany także za zmarłych.

    Może nie zdajemy sobie czasami nawet sprawy z tego, jak bardzo możemy pomagać duszom w czyśćcu cierpiącym…

    Pamiętajmy jednak, że często powtarza się błąd, wywołujący także wiele nieporozumień i niepewności, utrwalany – niestety – także przez wielu duszpasterzy, według których odpust za zmarłych należy ofiarować za „jedną, wybraną duszę”. Przepisy kościelne nigdzie tak nie mówią na ten temat – trzeba sięgać do źródeł! – gdyż byłoby to nawet i zwyczajnie absurdalne. Skąd ja, na ziemi, mogę wiedzieć, kto jest aktualnie w czyśćcu, aby za niego ofiarować jakiś odpust? Trzeba więc odpust ofiarować po prostu za zmarłych w sensie ogólnym. Takie postawienie sprawy chroni nas przed popadnięciem w jakiś ekskluzywizm eschatologiczny. Jakież to wymowne, że wszyscy pamiętamy o wszystkich zmarłych, bliskich i dalekich.

    Może będzie w tym miejscu zasadne dodać, że jest naganne w duszpasterstwie, co można słyszeć zwłaszcza w miesiącu listopadzie, w którym szczególnie pamiętamy o duszach zmarłych, odwoływanie się w modlitwie do formuł: „módlmy się za dusze znikąd nie mające ratunku”, „módlmy się za tych, o których nikt nie pamięta”. Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno.

    Co daje odpust zupełny za zmarłych?

    Odpust zupełny ofiarowany za zmarłych przynosi darowanie kary za grzechy duszom oczyszczającym się w czyśćcu, a więc najzwyczajniej otwiera przed nimi niebo. Jest to wielki dar, który opiera swoją skuteczność na duchowej jedności Kościoła pielgrzymującego, czyli na ziemi, oraz Kościoła oczyszczającego się, czyli w czyśćcu. Duchowy skarbiec Kościoła, w którym zgromadzone są przebogate zbawczych skarby zasług Chrystusa i świętych, nie jest ograniczony ani czasem ani przestrzenią. Dary duchowe przenikają wszystkie wymiary życia kościelnego dzięki samemu Jezusowi Chrystusowi, który jest jeden wczoraj, dzisiaj i na wieki. W Nim duchowe dary zbawcze są nie tylko otwarte na wszystkich, ale wręcz wołają o ich przyjęcie.

    Po zyskanym odpuście zupełnym dusza idzie prosto do nieba? Dlatego właśnie tak ważne jest, aby do umierającego zawołać księdza z posługą sakramentalną?

    W „Wykazie odpustów” została zapisana, skierowana do kapłana udzielającego sakramentów w niebezpieczeństwie śmierci (spowiedź, Eucharystia – pamiętajmy, że namaszczenie chorych nie jest sakramentem umierających, ale właśnie chorych), sugestywna zachęta: „Niech nie opuszcza udzielenia mu błogosławieństwa apostolskiego połączonego z odpustem zupełnym”. Kościół chce, aby wszyscy bezpośrednio po śmierci mogli znaleźć się w niebie. Z tej racji łączy udzielanie sakramentów umierającym z darem odpustu. W ten sposób mogą szybko wejść do radości uszczęśliwiającej wspólnoty z Bogiem.

    Nawiązując do „Wykazu odpustów”, będzie zasadne zwrócenie tutaj uwagi, że Kościół w obliczu zbliżającej się śmierci, chce udzielić odpustu także wtedy, gdy nie ma kapłana, „o ile [umierający] miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W takim przypadku to „Kościół uzupełnia trzy warunki wymagane do uzyskania odpustu zupełnego”. Aby wzmocnić to przesłanie, zachęca się do tego, by umierającemu po prostu towarzyszył krzyż, będący widzialnym znakiem udzielanych przez Boga umierającemu duchowych darów zbawczych. Pamiętamy być może jeszcze, że umierającemu Janowi Pawłowi II, dzisiaj świętemu, towarzyszył do końca trzymany w ręku krzyż.

    Czym jest odpust udzielany umierającym?

    Odpust udzielany umierającym nie jest jakąś wyszukaną szlachetnością Kościoła ani niczym nadzwyczajnym, ale bezpośrednią konsekwencją tego, że wierzymy, iż pełnia życia Bożego i kościelnego jest w niebie. Wierzymy i dajemy temu wyraźny wyraz, że odpust zupełny jest otwarciem drogi do prowadzącej nieba, czyli do samego Boga. Ta wiara nie jest jednak oparta na jakimś „mechanicznym” schemacie: zyskujemy odpust, a więc otwiera się przed nami niebo. Pamiętamy, że we wszystkim, także w odpuście, decydującą rolę odgrywa wiara, a więc poniekąd jej aktualna siła wyrazu, pełne oczyszczenie ze skutków i pozostałości odpuszczonych grzechów, adekwatność żalu za grzechy i wiele innych czynników duchowych. Nie są one jednak na poziomie jakichś „nadludzi”, bo takich nie ma, ale pozostają w zakresie zwyczajnych, ludzkich możliwości. Można do pewnego stopnia powiedzieć, że o wszystkim decyduje wspomniana już „intencja zyskania odpustu” oparta na mocnej wierze.

    Na zakończenie można oczywiście powiedzieć, że odpusty – nawet jeśli często kojarzą się nam zbyt powierzchownie z debatami reformacyjnymi wywołanymi przez Lutra – stanowią niezwykle ważny element aktualnego życia Kościoła, a także naszych osobistych doświadczeń, zwłaszcza tych związanych z łączącą nas bardzo bliską więzią z tymi, którzy już od nas odeszli. Papież Paweł VI, dzisiaj święty, promulgując w 1967 r. reformę odpustów konstytucją Indulgentiarum doctrina, napisał: „Na podstawie tajemniczego i łaskawego Bożego zarządzenia ludzi łączy ze sobą nadprzyrodzona więź, która sprawia, że grzech jednego szkodzi również innym, tak jak świętość jednego staje się dobrodziejstwem dla pozostałych. W ten sposób wierni świadczą sobie nawzajem pomoc w osiąganiu nadprzyrodzonego celu”. Warto próbować odkryć tę więź i jedność w nadprzyrodzonym celu, który nie tylko łączy nas wszystkich, ale także jakoś uzależnia od siebie nawzajem.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 LISTOPADA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ____________________________________________________________________________

    4 LISTOPADA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00 MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXXI NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    *****

    Kardynał Angelo Comastri:

    Kościół jak przed Bitwą pod Lepanto, odmawiajmy różaniec

    Procesja różańcowa

    Na zakończenie obrad Synodu została odprawiona uroczysta Msza św. w Bazylice św. Piotra a następnie o godzinie 21.00 na placu św. Piotra miała miejsce procesja różańcowa ze świecami ku czci Najświętszej Maryi Panny.

    Modlitwę prowadził kardynał Angelo Comastri, wieloletni archiprezbiter Bazyliki Watykańskiej. Zachęcając do tej w wieczornej modlitwy odwołał się do Bitwy pod Lepanto, w której chrześcijanie w 1571 r. pokonali turecką flotę.

    Kościół przeżywa bardzo trudne chwile

    „Dlaczego tak ważny jest różaniec? Bardzo często przypominam w ostatnim czasie, że bitwę pod Lepanto, przed którą drżał ze strachu cały Kościół, wygraliśmy różańcem. Św. Pius V nigdy nie przestawał tego przypominać, że było to zwycięstwo różańca. A dziś stoimy przed wieloma bitwami pod Lepanto. Kościół przeżywa chwile naprawdę bardzo trudne. Kryzys rodziny jest przerażający. A bez rodziny nie może żyć ani społeczeństwo, ani Kościół. I bez rodziny nie będzie też powołań. Stąd tak ważna jest modlitwa. To nie jest jakiś dodatek. Modlitwa jest niezbędna, bez niej nie da się żyć. (…) I nie wolno w niej ustawać. Pan Bóg zawsze odpowiada. I Matka Boża też zawsze odpowiada na modlitwę. Pamiętam, co opowiadał kard. Caffarra, bliski przyjaciel s. Łucji z Fatimy. Poprosił kiedyś s. Łucję: zapytaj się Matki Bożej, dlaczego nie spełniła się jeszcze Jej obietnica o triumfie Jej Niepokalanego Serca? A s. Łucja odpowiedziała: w bitwach to nie tylko generał zwycięża, ale również jego żołnierze, którzy z nim współpracują. A wy nie współpracujecie! Zdumiewająca jest ta odpowiedź.“

    Vatican News

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XXXI NIEDZIELA * ROK A

    5 LISTOPADA

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    fot. kbuntu / Depositphotos.com

    *****

    Z odmawianiem różańca związane jest wiele obietnic. Ta kontemplacyjna modlitwa oparta o kolejne wydarzenia z życia Jezusa jest jedną z ulubionych modlitw Polaków. Nie wszyscy jednak odmawiają go razem z innymi, a to właśnie za taki rodzaj modlitwy można uzyskać odpust zupełny.

    Jak uzyskać odpust zupełny za odmawianie różańca? 

    Choć miesiącem różańcowym w Polsce jest październik, to ten odpust nie jest związany z tym konkretnym miesiącem. Dotyczy wszystkich, którzy odmówią “publicznie” chociaż jedną część różańca.

    Oczywiście dostajemy odpust pod zwykłymi warunkami, czyli musimy być w stanie łaski uświęcającej i przyjąć Komunię św., pomodlić się w papieskich intencjach (nie w intencji papieża, ale w sprawach, w których papież obecnie się modli; nie musimy ich nawet wymieniać, wystarczy, że po prostu wesprzemy jego modlitwę naszą) oraz wyzbyć się przywiązania do grzechu. 

    Dodatkowym warunkiem związanym z różańcem jest odmówienie go w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej albo “w pobożnym stowarzyszeniu”. By go uzyskać, wystarczy odmówić tylko jedną część różańca.

    Jeśli odmawiamy różaniec poza tymi miejscami albo wspólnotami albo nie spełniamy jednego z koniecznych warunków do uzyskania odpustu zupełnego  – zyskujemy odpust cząstkowy. 

    Czym jest odpust w Kościele katolickim?

    To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło. 

    Odpust jest łaską, która usuwa trwające wciąż skutki grzechu, co ma znaczenie nie tylko po śmierci, ale także w obecnym życiu. Wszystkie pobożne czynności, dzięki którym możemy uzyskać odpust, przybliżają nas do Boga i pomagają w budowaniu własnej, codziennej świętości. 

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    fot. Marissa demuner / unsplash.com

    *****

    Różaniec wydaje się monotonną modlitwą. Jednak każdy, kto go odmawia, może spodziewać się wielu zmian. Poznaj historię obietnic, jakie Matka Boża miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec.  

    “Jak podaje legenda, kiedy Matka Boża ukazała się św. Dominikowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego, dała mu w prezencie różaniec oraz złożyła 15 obietnic dla każdego, kto będzie odmawiał tę modlitwę” – pisze portal churchpop.

    Według historyków, nie ma dowodów na to, że to zdarzenie faktycznie miało miejsce. Podejrzewają oni, że historia ta została spopularyzowana przez Alana z La Roche, niemieckiego lub belgijskiego dominikanina, teologa katolickiego żyjącego w XV w, który opublikował broszurę zawierającą tekst 15 obietnic Maryi.

    Co jednak ciekawe, broszura która zawiera zapewnienia Matki Bożej, uzyskała imprimatur (oficjalna aprobata władz kościelnych na druk danego tekstu) kardynała Nowego Jorku, Josepha Hayesa.

    Jak zauważa churchpop, objawienie którego miał doznać św. Dominik, jest objawieniem prywatnym i wierzący nie są zobowiązani do wiary w nie. Tym nie mniej, 15 obietnic Maryi jest bardzo ciekawą inspiracją do odkrycia na nowo, czym jest modlitwa różańcowa.

    15 obietnic Matki Bożej dla odmawiających różaniec:

    1. Wszyscy, którzy wiernie mi służyć będą odmawiając różaniec otrzymają pewne szczególne łaski.

    2. Wszystkim odmawiającym różaniec przyrzekam moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski.

    3. Różaniec będzie potężną zbroją przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje.

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – wyprosi obfite boże błogosławieństwo; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa.

    5. Dusza, która poleca mi się przez różaniec – nie zginie.

    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie zostanie pokonany przez nieszczęście, nie doświadczy karzącej bożej sprawiedliwości, nie umrze nagłą śmiercią;

    nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.

    7. Prawdziwi czciciele mego różańca nie umrą bez sakramentów świętych.

    8. Chcę, aby odmawiający mój różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach świętych.

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które mnie czciły modlitwą różańcową.

    10. Prawdziwie dzieci mego różańca osiągną wielką chwałę w niebie.

    11. O cokolwiek przez różaniec prosić będziesz – otrzymasz.

    12. Rozszerzającym mój różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie.

    13. Otrzymałam od mojego syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca, będą mieli orędowników w niebie w czasie życia i w godzinie śmierci

    14. Wszyscy, którzy odmawiają różaniec są moimi dziećmi, a braćmi Jezusa Chrystusa, mojego jedynego Syna.

    15. Nabożeństwo do mego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    churchpop.com / Michał Lewandowski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Modlitwa różańcowa to najbardziej popularna forma kultu maryjnego w Polsce – wynika z opublikowanego dziś raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK). Po różańcu i nabożeństwach majowych, jednym z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie jest nabożeństwo fatimskie.

    Z przeprowadzonego badania nt. kultu maryjnego w Polsce, wynika jednoznacznie, że kult Matki Bożej jest wyraźnie obecny we wszystkich parafiach w Polsce. Nie ogranicza się on jedynie do obchodzenia liturgicznych świąt. Obejmuje również wiele form pobożności ludowej. Najbardziej rozpowszechnioną formą kultu Matki Bożej w pobożności parafii jest różaniec.

    Modlitwa różańcowa praktykowana jest we wszystkich parafiach w Polsce. Również nabożeństwa majowe sprawowane są niemal we wszystkich parafiach w naszym kraju (98,2%).

    W zdecydowanej większości sprawowane jest ono w świątyniach. Jedynie w kilku procentach parafii, nabożeństwa majowe odbywają się przy okolicznych kapliczkach.

    W co czwartej parafii nabożeństwo różańcowe sprawowane jest codziennie. Niemal we wszystkich parafiach (94%) praktykowane jest przez cały październik. Z okazji świąt maryjnych modlitwa różańcowa odmawiana jest w co trzeciej parafii.

    Wśród innych okoliczności, różaniec najczęściej odmawia się w każdą niedzielę (15% i 8% parafii) oraz w pierwsze soboty miesiąca (15% i 8% parafii). Ponadto różaniec jest popularną formą modlitwy za zmarłych zarówno w oktawę Wszystkich Świętych jak i w dniu pogrzebu (łącznie 25% i 14% parafii). W niektórych parafiach różaniec odmawia się również raz w tygodniu, przy okazji innych nabożeństw.

    Poza różańcem i nabożeństwem majowym wśród innych form kultu maryjnego najbardziej popularne są różnego rodzaju nowenny. Wśród nich najpopularniejsza w Polsce jest nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która jest praktykowana w 18% parafii. Innymi popularnymi nowennami są nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej, do Matki Bożej Pocieszenia, Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, Wspomożycielki Wiernych, Matki Bożej Częstochowskiej oraz Nowenna Pompejańska. Łącznie w 7% parafii praktykowana jest jedna z tych nowenn.

    Wśród innych form kultu Matki Bożej wyróżniają się Godzinki ku czci Matki Bożej, które praktykowane są w 6% parafii. Znany jest również Apel Jasnogórski, procesje maryjne, Nabożeństwo do Siedmiu Boleści Matki Bożej, Godzina Łaski w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, wspomnienia Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych.

    Ogólnie kult Matki Bożej obecny jest we wszystkich regionach Polski, również w tych mniej religijnych, zarówno w miastach jak i na wsi.

    Z badań wynika, że w zdecydowanej większości parafii w Polsce (72%) praktykowane jest nabożeństwo fatimskie. Jego najbardziej wyraźnymi rysami jest: organizowanie go w pierwsze soboty miesiąca (80%), zachęta do spowiedzi (82% parafii z nabożeństwem fatimskim) i komunii wynagradzającej (80%), wspólne odmawianie różańca (80%). Zdecydowanie rzadziej w nabożeństwach fatimskich podawana jest intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Maryi (46%) oraz odbywa się 15 – minutowa medytacja (37%).

    Obecność nabożeństwa fatimskiego nie jest związana bezpośrednio z poziomem religijności w poszczególnych regionach Polski. Oznacza to, że na jego popularność ma raczej wpływ przede wszystkim osobiste zaangażowanie poszczególnych duszpasterzy. Na uwagę zasługuje również fakt, że w parafiach greckokatolickich nabożeństwo fatimskie nie jest znane.

    Główną ideą przyświecającą nabożeństwu fatimskiemu jest wynagradzanie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    ISKK zwraca uwagę, że pobożność maryjna zajmuje istotne miejsce w funkcjonowaniu parafii w Polsce. Po różańcu oraz nabożeństwach majowych nabożeństwo fatimskie stanowi jeden z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie.

    Pobożność maryjną cechuje jednak daleko posunięta różnorodność oraz bogactwo form, praktyk i zwyczajów. Nabożeństwo fatimskie stanowi bez wątpienia kontynuację i współczesny przejaw charakterystycznego dla Polski rysu duchowości maryjnej.

    Wraz z orędziem fatimskim stanowi ona jeden z przejawów pobożności ludowej, który łączy tradycję chrześcijańską oraz rozumianą instytucjonalnie religijność, z życiem codziennym wiernych. Orędzie fatimskie wyraźnie odcisnęło się na pobożności ludowej w Polsce. Jego ślady odnaleźć można w większości parafii katolickich w Polsce.

    Bez wątpienia bazuje ono na religijności wiernych, jednak różnice w skali jego występowania w poszczególnych regionach Polski związane są raczej z osobistym zaangażowaniem duszpasterzy.

    Nabożeństwo fatimskie jest lepiej rozwinięte w parafiach zakonnych oraz małych miastach niż w parafiach diecezjalnych i na wsi. Z drugiej strony w wielu parafiach obecność nabożeństwa fatimskiego ma charakter śladowy. Wiele form tego nabożeństwa zamiast zwracać uwagę na najistotniejsze jego elementy, obejmuje obce z punktu widzenia istoty orędzia fatimskiego nie tylko treści, ale i formy. Grozić to może swoistym rytualizmem oraz dewocją.

    Rozwój pobożności maryjnej oraz nabożeństwa fatimskiego z punktu widzenia religijności wydaje się istotne z punktu widzenia trwałości polskiego katolicyzmu oraz procesów sekularyzacji.

    Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego jest pierwszym w Polsce ośrodkiem badań nad religijnością oraz duszpasterstwem. Został założony w 1972 r. przez Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (Księża Pallotyni). Współpracuje z Konferencją Episkopatu Polski oraz Głównym Urzędem Statystycznym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Doktor Wanda Półtawska zmarła w nocy z 24 na 25 października 2023 roku.

    2 listopada obchodziłaby 102. urodziny.

    fot. Instytut Pamięci Narodowej/Stacja7

    ***

    Wanda Półtawska:

    nie ma takiego drugiego człowieka jak ty.

    To jest dogmat wiary katolickiej

    – Człowiek dzisiaj nie wie, że mądrość to nie jest to co Ty możesz kupić, bo mądrość to jest zdolność wyboru, a świat jest stworzony olbrzymi i piękny – mówiła w jednym z ostatnich wywiadów zmarła w nocy z wtorku na środę Wanda Półtawska – doktor psychiatrii i jedna z najsłynniejszych w Polsce działaczek na rzecz obrony życia człowieka. 2 listopada skończyłaby 102 lata.

    W lutym 2023 roku Półtawska udzieliła wywiadu „Gazecie Polskiej” w związku z przyznaniem jej nagrody „Człowieka 30-lecia Gazety Polskiej”.

    – Nie jesteś stworzony dla pustyni, tylko dla ludzi i tylu tych ludzi przejdzie przez twoje życie, nie wiesz ilu, ale musisz wiedzieć jedną podstawową rzecz. Nie ma takiego drugiego człowieka jak ty. To jest dogmat wiary katolickiej, nie ma takiego drugiego jak ty. I tę prawdę powinien potwierdzić każdy dojrzały, rozumny człowiek – podkreśliła.

    – Ale skąd weźmie się ten mądry, dojrzały człowiek? Nauczał filozof Karol Wojtyła – ty sam masz być dla siebie terenem działania. I to co ty zrobisz będzie tobą. Ty sam piszesz swój życiorys. I nikt nie może wiedzieć, co ty masz w swej pamięci i w swej duszy – wyjaśniła Wanda Półtawska.

    PCh24.pl/niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie żyje Wanda Półtawska.

    Przyjaźniła się z Janem Pawłem II,

    była ikoną krakowskiego Kościoła

    Nie żyje Wanda Półtawska. Przyjaźniła się z Janem Pawłem II, była ikoną krakowskiego Kościoła

    fot.Mariusz Kubik/Wikimedia Commons/CC BY 3.0

    ***

    Wtorkowa noc była pełna próśb o modlitwę za Wandę Półtawską. “Odchodzi, jest w stanie agonalnym, módlmy się o świętą śmierć dla naszej wielkiej pani doktor” – brzmiała wiadomość. Otoczona modlitwą ludzi, dla których była żywym znakiem bożej obecności, Wanda Półtawska zmarła w nocy w swoim domu w Krakowie.

    Była współpracowniczką i przyjaciółką Jana Pawła II, lekarzem psychiatrą, byłą więźniarką niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück. 2 listopada skończyłaby 102 lata. Informację o jej śmierci przekazał w środę rzecznik kurii krakowskiej ks. Łukasz Michalczewski.

    Kim była Wanda Półtawska? 

    Wanda Półtawska (z d. Wojtasik) – lekarz psychiatra, współpracowniczka i przyjaciółka Jana Pawła II, była więźniarka niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, przyszła na świat 2 listopada 1921 r. w Lublinie, w rodzinie urzędnika pocztowego.

    W szkole średniej zaangażowała się w działalność IV Lubelskiej Drużyny Harcerskiej im. Orląt Lwowskich. Po wybuchu II wojny światowej działała konspiracyjnie, rozwoziła pocztę, broń, pieniądze.

    17 lutego 1941 r. została aresztowana. W lubelskim więzieniu ona i jej koleżanki przeszły śledztwo z torturami, a po siedmiu miesiącach grupę kilkunastu lubelskich harcerek przewieziono do obozu Ravensbrück. Poza ciężką codzienną pracą w obozie więźniarki z Lublina były poddane eksperymentom pseudomedycznym. Na krótko przed końcem wojny Półtawska została przewieziona do obozu w Neustadt-Glewe (podobóz Ravensbrück), gdzie przebywała do 7 maja 1945 r.

    Po wojnie studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie też uzyskała doktorat z psychiatrii. Angażowała się w spotkania duszpasterstwa akademickiego. Poznała też swojego męża Andrzeja Półtawskiego, filozofa, z którym miała cztery córki.

    Pracowała w poradni wychowawczo-leczniczej przy Katedrze Psychologii UJ. Prowadziła też badania ofiar obozu Auschwitz – tzw. dzieci oświęcimskich. Jest autorką publikacji poświęconych m.in. psychiatrii i o tematyce katolickiej.

    Z Janem Pawłem II łączyła ją piękna przyjaźń

    Po wojnie studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie też uzyskała doktorat z psychiatrii. Angażowała się też w spotkania duszpasterstwa akademickiego.

    Nie wiadomo, kiedy po raz pierwszy spotkała się z Karolem Wojtyłą. Tomasz Krzyżak – autor książki “Wanda Półtawska. Biografia z charakterem” (WAM, 2017) – przypuszcza, że stało się to w 1953 r. To Wandzie Półtawskiej nowo wybrany papież Jan Paweł II zlecił uporządkowanie swoich prywatnych papierów. Z czasem zaczęła odgrywać coraz większą rolę w Kościele krakowskim, stopniowo zwiększała się też rola, jaką odgrywała w Watykanie jako osoba, która ma bezpośredni dostęp do Jana Pawła II i nie boi się interweniować. To Półtawska dostarczyła papieżowi list od rektora seminarium w Poznaniu, dzięki czemu Jan Paweł II podjął decyzję w sprawie oskarżanego o molestowanie kleryków arcybiskupa Juliusza Paetza.

    Uważa się, że miała realny wpływ na osobę Jana Pawła II. “Nie mierzyłam tego wpływu. Natomiast z całą pewnością miałam na niego wpływ, jako kobieta, na zupełnie nową rzeczywistość, bo on nie miał okazji mieć ani siostry, ani mamy – mama wcześnie zmarła – i dla niego świat kobiet był ciekawy, i on był zafascynowany kobiecością” – mówiła Półtawska, cytowana w książce Tomasza Krzyżaka „Wanda Półtawska. Biografia z charakterem”.

    W czasie konklawe w 1978 r., czyli po dwudziestu latach duszpasterskiej opieki, Wojtyła napisał w liście do Wandy Półtawskiej: „Pan Bóg mi Ciebie zawierzył z tym Twoim głębokim, a równocześnie niełatwym ja i z całym Twoim życiem, ze wszystkim, co się na nie składa, Bogu zdam z tego rachunek. Nie przestaję ufać w tym wszystkim Chrystusowi i Jego Matce.” 

    Była wykładowczynią na Wydziale Teologicznym UJ (dziś Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie), organizatorką i kierowniczką Instytutu Teologii Rodziny, ekspertem oraz członkiem m.in. Papieskiej Akademii Życia. 

    W 2016 r. Wanda Półtawska została odznaczona Orderem Orła Białego – w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za propagowanie wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie, a także za “chrześcijańskie świadectwo humanizmu i wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej”. W 2012 r. została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski “w uznaniu wybitnych zasług w upamiętnianiu prawdy o wojennych losach Polaków, za ogromny wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej i osiągnięcia w pracy naukowo-badawczej w dziedzinie psychiatrii, za dawanie świadectwa miłości do człowieka i niesienie pomocy osobom potrzebującym”.

    Była aktywna do ostatnich chwil

    Półtawska była aktywna do ostatnich lat swojego życia; brała udział w spotkaniach z ludźmi, w tym z okazji rocznic ważnych historycznych dla kraju wydarzeń. Podczas publicznych spotkań wspominała osobę Jana Pawła II, często go cytowała. Wracała wspomnieniami do pobytu w obozie Ravensbrück. Broniła wartości katolickich, szczególnie życia nienarodzonego, niejednokrotnie wzbudzając protesty części środowisk lewicowych. W marcu tego roku została patronką Oddziału Noworodkowego w Szpitalu na Siemiradzkiego w Krakowie. W 2022 r. otrzymała Honorowe Obywatelstwo Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa.

    W 2021 r. dr Półtawska użyczyła IPN w Krakowie obszerny zbiór materiałów dotyczących swojego życia i działalności. “To dokumenty, korespondencja, fotografie, notatki i inne materiały stanowiące cenne źródło historyczne i świadectwo życia jednej z najbardziej niezwykłych postaci naszych czasów” – poinformował w środę krakowski IPN.

    Deon.p/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tu nie trzeba trybunałów. Zabijać nie wolno!

    Dr Wanda Półtawska zawsze stawała po stronie życia

    Dr Wanda Półtawska nigdy nie miała wątpliwości, że życie ludzkie jest wielką wartością, jest święte i nie podlega ono żadnym ludzkim trybunałom czy głosowaniom. Bo zabijać po prostu nam nie wolno! Aborcję nazywała głupotą podpowiadaną przez samego szatana. I broniła to najsłabsze życie – rozwijające się w łonach matek.

    – Na zdrowy rozum nie wolno zabijać – do tego nie potrzeba Trybunału. Normy etyczne nie podlegają głosowaniu, ale Bogu – mówiła Wanda Półtawska, gdy Trybunał Konstytucyjny orzekał w sprawie tzw. aborcji eugenicznej. – Po sześćdziesięciu latach wreszcie zwycięstwo, tego pragnął Ojciec Święty Jan Paweł II; jestem bardzo szczęśliwa, że tego dożyłam – podkreśliła wówczas.

    Wanda Półtawska zawsze stawała po stronie życia. Świętując w roku 2022 swoje 101. urodziny podkreślała, że trzeba uczyć kolejne pokolenie, jaką wartość ma człowiek, przeszłość, przyszłość, Bóg i Ojczyzna. Potępiła również mężczyzn, którzy namawiają kobiety do wykonania aborcji. Przywołując naukę Kościoła mówiła, że człowiek jest stworzony z inspiracji Ducha Świętego, ale to człowiek daje nowe życie.

    „Mężczyzna, ojciec, sam daje życie. On stwarza dziecko. Jeśli namawia dziewczynę, żeby zabiła, bo niepotrzebne – to głupota inspirowana diabłem” – powiedziała dr Wanda Półtawska. Skrytykowała tym samym mężczyzn, którzy nie widzą w kobiecie duszy, a jedynie ciało, i którzy swoim „egoizmem niszczą kobiety”.

    Wanda Półtawska wspominała też kobiecy obóz koncentracyjny Ravensbrück, którego okrucieństwa doświadczyła. Podkreślała, że więźniarki były świadome wartości, jaką jest wolność Polski. „W nas Niemcy widzieli elitę społeczeństwa. W Ravensbrück była grupa Polek, które wiedziały kim są i nie chciały się tego wyrzec. To była Polska, która służyła Bogu i ojczyźnie” – mówiła.

    Pani Doktor była wzorem dla wielu. Jej życiowa postawa nie raz była dostrzegana i nagradzana. Doceniano jej dorobek na rzecz obrony życia, a także w zakresie propagowania wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie.

    Wanda Półtawska była też żywo zainteresowana losem Kościoła i nie kryła zatroskania o Jego przyszłość. – Zmiany w świecie nie mogą zmienić prawdy o człowieku – mówiła. – Każdy został stworzony przez Boga i każdy człowiek musi umrzeć. Droga do nieba nie może zostać fundamentalnie zmieniona – przypomniała. Doktor nie unikała też rozmów o śmierci. – Zawsze patrzę na świat, bo jest piękny; ale trzeba też zawsze pamiętać, że człowiek czeka na śmierć – na spotkanie z Bogiem. Śmierć jest jedyną rzeczą, która jest w życiu ludzkim zupełnie pewna. Chodzi o to, by była piękna i szczęśliwa, by człowiek wstąpił do nieba. Do nieba, w którym jest „wiele miejsc” – mówiła.

    Doktor Wanda Półtawska zmarła w nocy z 24 na 25 października 2023 roku. 2 listopada obchodziłaby 102. urodziny.

    Requiescat In Pace

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Każdą minutę można uczynić darem dla kogoś”.

    10 inspirujących myśli Wandy Półtawskiej

    "Każdą minutę można uczynić darem dla kogoś". 10 inspirujących myśli Wandy Półtawskiej

    Wanda Półtawska/fot.Leszek Szymański/PAP

    ***

    Torturowana harcerka, więźniarka niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, cudownie wyleczona z raka, doktor psychiatrii, przyjaciółka Jana Pawła II, ikona krakowskiego Kościoła. Życie Wandy Półtawskiej było tak bogate, że można by o nim napisać niejedną książkę. W dniu jej śmierci publikujemy dziesięć poruszających myśli tej niezwykłej kobiety.

    Dziesięć inspirujących myśli Wandy Półtawskiej:

    1. “Przyjaźń jest najważniejsza, od niej wszystko się zaczyna. Dopiero potem przychodzą głębsze uczucia. Przyjaźń to bezwarunkowa miłość drugiego człowieka, bezwarunkowa podkreślam. Często młodzież pyta mnie, czy jest możliwa przyjaźń między chłopakiem a dziewczyną. Nie ma przyjaźni między chłopakiem a dziewczyną. Jest przyjaźń między człowiekiem a człowiekiem” – Duch świata czy Duch Święty?, “Express Bydgoski”

    2. “Nieograniczona jest fantazja ludzka w ogóle, a już na pewno nie ma żadnych racjonalnych granic wyobraźnia kobiet” – I boję się snów

    3. “Dokonując aborcji czy eutanazji łamiemy jedno – piąte przykazanie Dekalogu: nie zabijaj, stosując zapłodnienie na szkle depcze się cały Dekalog” – Jak myśleć o postępie naukowym, o religii i współczesności w 2012 roku

    4. “Każdą minutę można by uczynić darem dla kogoś” – By rodzina była Bogiem silna. Na kanwie “Listu do Rodzin” Ojca Świętego Jana Pawła II

    5. “Miłość nie boi się czasu. Miłość umie czekać, a gdy jest autentyczna nie jest pożądaniem, ale gotowością dawania” – Samo życie

    6. “Zawsze wiedziałam, że najbardziej nieprawdopodobne rzeczy zdarzają się właśnie w życiu, w prawdziwym życiu; że żadna wyobraźnia nie potrafi stworzyć tego, co daje ludziom tak zwane zwyczajne życie” – O więcej niż życie

    7. “Ciało jest święte. To ono ujawnia ducha. Ale możesz ujawniać albo ducha świata, albo Ducha Świętego. Od ciebie zależy, któremu z nich się poddasz” – Duch świata czy Duch Święty?, “Express Bydgoski”

    8. “Osiemnastoletnia Krysia, maturzystka, jest w ciąży… Pytam ją: »Krysiu, no a jak do tego doszło?«. A ona powiedziała mi piękne zdanie, które powtarzam wszystkim. Powiedziała tak: »Ja mu chciałam dać wszystko, a on wziął tylko moje ciało. I odszedł«. Krysia urodziła dziecko, które zostało oddane do adopcji” – Uczę się kochać

    9. “Chcę zobaczyć Ojca Pio. Zapytałeś mnie, dlaczego – nie wiem dokładnie, nie potrafię uzasadnić – jak przymus. W nocy modliłam się do Ojca Pio, nie do Niego, ale »przez Niego«, jeśli jest tak, jak o nim piszą, to wie. Jeżeli wtedy jego modlitwa pomogła, pomoże i teraz. Chcę pojechać do Ojca Pio – nie po to, żeby prosić, żeby mnie nie bolało, ale żebym pojęła, że jest w ludzkiej mocy przyjąć ból i męczeństwo” – Niezapomniane przeżycie, wiara.pl

    10. “Tak, miałam piękne życie. Mam piękne życie. To nie moja zasługa, że żyję sto lat – nie ma w tym oczywiście mojego udziału – natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla nieba. A innych ludzi nie ma” – O więcej niż życie

    Wikicytaty/ubimyczytac.pl /Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Miałam piękne życie”. Wanda Półtawska, „wojująca” z miłości o rodzinę i każde życie

    „To nie moja zasługa, że żyję sto lat. Nie ma w tym mojego udziału. Natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać” – pisała dr Wanda Półtawska. Dziś doświadcza już pokoju.

    Minionej nocy, w wieku niemal 102 lat, zmarła Wanda Półtawska, polska lekarka, doktor nauk medycznych, specjalistka w dziedzinie psychiatrii, profesor nadzwyczajna Papieskiej Akademii Teologicznej, harcerka, działaczka antyaborcyjna, była więźniarka niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, bliska przyjaciółka Jana Pawła II, obecna przy jego śmierci, dama Orderu Orła Białego. Kobieta głęboko wierząca, oddająca wszystko Bogu, bo jak wielokrotnie powtarzała „wszystko z Jego Łaski, o ile On chce”.

    Gdy wczoraj późnym wieczorem dostałam wiadomość z informacją, że p. Wanda odchodzi, otrzymałam również prośbę o modlitwę, która „niech będzie rodzajem hołdu dla niej z naszej strony za wszystko, co uczyniła dobrego dla nas i naszej Ojczyzny”.

    Największy dar

    A zrobiła wiele, ta oddana drugiemu człowiekowi, „wojująca” z miłości o rodzinę i każde życie, kobieta. Odważna i charyzmatyczna. Wyrazista i oddana Kościołowi. Broniąca historii i będąca jej częścią. Swój pisarski talent wykorzystała pozostawiając po sobie wiele dzieł, listów, dzienników, w których przewija się temat miłości, modlitwy, Ojczyzny, krzyża, przyjaźni. Jakikolwiek wątek poruszany przez autorkę bym nie przytoczyła, w każdym pojawiała się ta brakująca nam dziś często ufność.

    W książce „Beskidzkie rekolekcje” dr Wanda Półtawska pisała:

     „Uświadomiłam sobie, że ze wszystkich darów Boga, których jest tak wiele, właściwie największym darem jest świadomość tego daru. Mogłabym tego nie wiedzieć, nie wiem tego z siebie, to jest największy dar, bo to jest przecież bliskość Boga. Nic mnie tak do Niego nie zbliża, jak świadomość:
    że jestem,
    że jestem Jego dziełem, jak cały świat,
    że mam w tym udział, na różne sposoby – dzieci, ludzie, zawód,
    że cały świat przede mną otwarty z Jego rąk,
    że On chce dawać,
    że Hojny,
    że Dobry,
    że Wspaniały. Narosło we mnie poczucie przedziwnej treści, że jestem w Jego rękach, że On tego chce i kocha mnie. Narosła we mnie pewność, że wszystko jest w Jego rękach”.

    “Dusiu, miałaś piękne życie”

    W zapiskach dr Wandy Półtawskiej znajdziemy wiele słów wdzięczności za życie i wszystkie doświadczenia. Choć często były to trudy, cierpienia, mierzenie się z przeciwnościami losu, to jednak jej serce wciąż przepełniała miłość do świata, do drugiego człowieka. Siłę do życia czerpała z codziennej Eucharystii, modlitwy, medytacji. Doświadczyła cudu uzdrowienia za wstawiennictwem św. O. Pio, którego nazywała swoim prywatnym świętym.

    Ojciec Święty, Jan Paweł II, tak kiedyś powiedział do swojej Przyjaciółki:

    „Dusiu, miałaś piękne życie”.

    Dr Wanda w swojej biografii odpowiedziała na to słowami:

    „Tak, miałam piękne życie. Mam piękne życie. To nie moja zasługa, że żyję sto lat – nie ma w tym oczywiście mojego udziału – natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla nieba. A innych ludzi nie ma”.

    Od dziś wstawia się za nami 

    Minionej nocy Niebo otworzyło się dla Pani Wandy. Z Jego rąk.

    Słowo Boże mówi:

    „Życie ludzi uczciwych jest w ręku Boga, nie dosięgnie ich udręka. Głupiec sądzi , że umarli, ich śmierć uważa za tragedię, odejście z tego świata – za zupełną klęskę, a oni doświadczają POKOJU” (Mdr 3,1-3)

    Dr Wanda Półtawska doświadcza już pokoju. Od dziś, wstawia się za nami i jest pomocą z góry.

    Żyje życiem wiecznym w społeczności nieba.

    Jagoda Kwiecień/Stacja 7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Półtawska o ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości: rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń

    fot. Screenshot – Facebook

    ***

    Wanda Półtawska o ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości: rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń

    Pani Dr. Wanda Półtawska napisała tekst tego wykładu specjalnie na – IV MIĘDZYNARODOWĄ KONFERENCJĘ NAUKOWĄ na WUM, 26 X 2014 r. z cyklu profilaktyka zdrowia prokreacyjnego pt. „Wokół ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości. Rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń”. Nagrany wykład był odsłuchany w sesjii IV Konferencji poświęconej Etyce lekarskiej, zatytułowanej ZAGADNIENIA BIOETYCZNE A PROFESJONALIZM W ZAWODACH MEDYCZNYCH.

    POSTAWA LEKARZA WOBEC WSPÓŁCZESNYCH ZAGROŻEŃ ZDROWIA PROKREACYJNEGO

    Witam Państwa i dziękuję za zaproszenie na to spotkanie, którego temat jest mi bliski, ponieważ właściwie przez całe życie lekarskie zajmowałam się ludzkim problemem płciowości i płodności, ale przeglądam w tej chwili program spotkania i czuję wyraźny brak podstawowego tematu, ponieważ wszystkie zaprojektowane referaty odnoszą się wyłącznie do analizy zdrowia ludzkiego, ciała ludzkiego podczas kiedy człowiek nie jest tylko ciałem, człowiek ma ciało, ale jest kimś więcej. Brakuje wykładu z antropologii, etyki i deontologii lekarskiej a w wychowaniu nowej kadry, młodych lekarzy jest to podstawowy warunek, żeby lekarz rozumiał swoje zadania wobec pacjenta, można spokojnie powiedzieć wobec narodu i ludzkości. Jesteście Państwo pokoleniem, które miało szansę poznać antropologię Karola Wojtyły, filozofa, teologa, który przez całe swoje duszpasterskie działanie swojego życia, od początku życia kapłańskiego do samej śmierci zajmował się tą problematyką i współpracował z lekarzami. Jego stosunek do lekarzy był szczególny nie tylko dlatego, że jego starszy brat był lekarzem, ale dlatego, że widział w lekarzach, w medycynie sposób ratowania ludzkości, bo ks. Karol Wojtyła zajmował się ratowaniem świętości człowieka i świętości miłości ludzkiej i dlatego podstawowym warunkiem do tego tematu jest poznanie kim jest człowiek? Po co znalazł się na tej ziemi? Jaki jest stosunek człowieka do jego powstawania?

    Karol Wojtyła powiedział, że rozwiązaniem problemów ludzkich jest Genealogia Divina – Boże pochodzenie człowieka. I tu trzeba postawić pytanie lekarzom. Czy istotnie są przekonani, że człowiek jest nie tylko zrodzony, ale stworzony, jest problem wiary w Boga jako Stworzyciela. Stworzyciela to znaczy uznanie relacji: stworzenie-człowiek i Stwórca-Bóg, ta relacja człowiek-Bóg jest trwała na całą wieczność. No tak, ale trzeba w tę wieczność wierzyć. Ja mam za sobą ponad 60 lat pracy lekarza, znam życiorysy zarówno pacjentów, jak lekarzy i nie mam wątpliwości, że jest potrzeba, a nawet powiem, że samorzutnie powstaje pewnego rodzaju polaryzacja; lekarze dzielą się według tego co myślą o człowieku. Jeżeli lekarz istotnie przyjmuje Boże pochodzenie to jego stosunek zarówno do pacjenta, jak i do siebie samego musi to ujawnić. Jan Paweł II jako pacjent po zamachu, w pewnym momencie udał się do gabinetu lekarskiego i twardo powiedział: „nie wolno traktować pacjenta jak rzecz”. On, pierwszy pacjent świata czuł się traktowany jak rzecz.

    Program Państwa na te dwa dni jest właśnie zajmowaniem się ciałem ludzkim jako rzeczą. Są oczywiście pożyteczne informacje o przebiegu różnych zaburzeń i propozycjach terapii, ale nie to jest najważniejsze, ponieważ najważniejszy jest człowiek.

    Kto ma prawo być ojcem i matką? Czy prawdą jest, że każdy człowiek ma prawo używać narządów, które stworzył Stwórca, bo ciało ludzkie jest dziełem Boga. Jan Paweł II nie wahał się powtarzać, że ciało ludzkie jest święte i doskonałe od strony struktury i w tym ciele Stwórca stworzył wszystko co jest potrzebne dla człowieka, aby on żył, ale nie tylko, sam fakt posiadania ciała jest dowodem nieprawdopodobnej hojności i miłości Stwórcy do stworzenia. Fakt obdarowania człowieka ciałem oznacza, że Stwórca zrezygnował ze swojej stwórczej mocy na rzecz stworzenia i dopuszcza stworzenie do współpracy i nie powołuje do życia nowego człowieka bez współpracy z ojcem i matką, ale ojcostwo i macierzyństwo nie są celem życia człowieka, ale sposobem realizowania życia na ziemi. I nie wszyscy ludzie dostają powołanie do rodzicielstwa, które jest współpracą z Bogiem Stworzycielem. Nie waha się Ojciec św. mówić jednoznacznie o świętości ciała ludzkiego, a szczególnie o sacrum ciała kobiety, narząd rodny kobiety nazywa sanktuarium życia, a ją nazywa strażniczką życia i do tego sanktuarium ona nie ma prawa nikogo wpuścić bez pozwolenia Stwórcy, który dla siebie dał ten narząd człowiekowi. Człowiek posiada narządy, które jemu służą, a ten narząd jest do współpracy z Bogiem, a więc ma szczególne znaczenie i szczególnie wymaga delikatności, szacunku, domaga się uznania dominacji Stwórcy nad stworzeniem. I młodym lekarzom trzeba przekazać naukę o obowiązkach lekarza, że zawód lekarza jest obarczony szczególnym zadaniem i szczególną odpowiedzialnością – to wiemy od tysiącleci. I teoretycznie każdy lekarz powinien mieć to wewnętrzne przekonanie, że ma zadanie wobec ludzkości, nie tylko wobec poszczególnego pacjenta, ale medycyna jako taka ma czynić to co wyraził jednoznacznie Jan Paweł II w żądaniu postawionym lekarzom. Lekarzom polskim powtarzał wielokrotnie: „stwórzcie mocny związek lekarzy katolickich żeby zapanować nad opinią publiczną”.

    Cóż to jest opinia publiczna?

    To jest ta cywilizacja, którą nazwał cywilizacją śmierci i nienawiści i pragnął, i czynił wszystko żeby tę cywilizację zmienić w cywilizację miłości i życia. Na to trzeba się zdecydować, po której stronie stoisz? Nie ma innej możliwości, nie można znaleźć kompromisu między jedną a drugą postawą. Człowiek, który nie wierzy w Stwórcę nie potrafi zrozumieć znaczenia i wielkości ani człowieka, ani ludzkiego rodzicielstwa.

    Państwo zastanawiacie się nad planowaniem rodziny. Ojciec św. nigdy nie używał pojęcia planowanie rodziny, używał innego sformułowania: odpowiedzialne rodzicielstwo, ponieważ jakże może stworzenie planować działania Stwórcy. Jeżeli się przyjmie, że dziecko jest dziełem Boga a nie ludzi, to jest oczywiste, że nie człowiek może zaplanować czas przyjścia człowieka na świat tylko człowiek ma odczytać Boży plan i zrealizować. I nie każdy ma prawo być ojcem, nie każdy ma prawo być matką. Do tego zadania Bóg wybiera sobie ludzi, mówimy o powołaniu do małżeństwa. Państwo wszyscy jesteście świadomi, że rodzina współcześnie jest zagrożona w swojej istocie i w swoim przebiegu życia. I to zagrożenie rodziny w tej chwili przede wszystkim jest przez świat medyczny, przez postępy w medycynie, która zajmuje się człowiekiem wyłącznie jako ciałem i tym ciałem manipuluje. I wielkie śmiertelne grzechy małżeństwa, które zagrażają wręcz potępieniem są wynikiem działalności lekarzy, taka jest prawda. Ja jako lekarz zajmujący się młodzieżą przez 60 lat pracy bronię moich pacjentów młodocianych przed lekarzami i bronię małżeństwa przed lekarzami. Przed radami jakich udziela naukowiec wysoko wykwalifikowany w swojej dziedzinie, specjalności. Nie wolno traktować pacjenta jak rzecz, uwzględnić trzeba nie życie pacjenta, nie zdrowie pacjenta, ale los, wieczność pacjenta, ponieważ zarówno pacjent, jak i lekarz znajdują się w jednym punkcie, na pewno wszyscy umrą, ale zawód lekarza pozwala na rozwój pychy człowieka, któremu się wydaje, że on panuje nad światem i on stwarza nowych ludzi. Planowanie o tyle może być słuszne o ile małżeństwo odnosi się do rozpoznania planu Bożego wobec poszczególnego człowieka. Oczywiście człowiek jest jednym z ziarenek na tym globie, gdzie jest ludzkość i nie chodzi o całą ludzkość, ale nam indywidualnie chodzi o naród, o polski naród. Jan Paweł II oprócz tego, że był Ojcem św. był jednak Polakiem i chciał żeby naród polski rozwijał się, nie tylko rozwijał się, ale żeby był narodem gdzie człowiekowi jest dobrze, gdzie ludzie są szczęśliwi. Szczęście ludzkie zależy od tego na ile człowiek rozpoznał swoje własne powołanie i na ile realizuje je w oparciu o siły wyższego rzędu, o siły ducha.

    Lekarz współczesny, zresztą nie tylko lekarz, inne dyscypliny nauk też nie przyjmują duchowości człowieka, a jednak człowiek jest duchem, nie jest ciałem, jest ciałem uduchowionym czy też duchem ucieleśnionym jakkolwiek to nazwiemy. Filozof Karol Wojtyła powtarzał: „ciało ludzkie jest zawsze poddane duchowi”, ale albo Duchowi Świętemu, albo duchowi tego świata. Jest rzeczą oczywistą, że duch tego świata to jest nazwa na szatana. Ludzie zarówno wątpią w istnienie Boga, jak w istnienie szatana, a równocześnie życie ludzkie rozgrywa się na platformie, na której jest walka dobra ze złem, diabła z Bogiem. I teraz lekarze mogą pomóc człowiekowi do tego, żeby odnalazł drogę do świętości, do nieba i mogą w tym przeszkodzić. Ja jestem naocznym świadkiem tego jak bardzo moi koledzy niszczą ludzkie życie i jak tragiczne są rady lekarzy, którzy bazują tylko na analizie ciała i możliwości poznania struktur narządów, które są fascynujące w swoim nieprawdopodobnym działaniu, które są dowodem, że człowiek jest stworzony przez kogoś, to jest najwyższą mądrością. Otóż problem lekarzy w tej chwili to jest problem nawrócenia. To nie jest problem wiedzy, to jest problem wiary. Oczywiście cały szereg ludzi mówi od razu: trudno pani jest wierząca, ale ja nie jestem wierzący, bo nie dostałem łaski wiary. Oczywiście wiara jest łaską, ale Ojciec św. stawia sprawę trochę inaczej i konkretniej, oczywiście wiara jest łaską, ale ty masz rozum i on ci powinien podyktować, że skoro jesteś to skąd się wziąłeś i chodzi o to, że antropologia chrześcijańska dyktuje, że ten człowiek jest nie byle kim, że jest stworzony przez samego Stwórcę na jego obraz i to jest podstawa do godności osoby ludzkiej, godności, która nie zależy od rozwoju człowieka, od wykształcenia człowieka, czy rasy. Każdy człowiek, nie ma innych ludzi, tylko Ci co są stworzeni przez Boga, czy o tym wiedzą czy nie, czy o tym myślą, czy nie.

    Otóż chodzi o to, że medycyna współczesna w tej chwili zajmując się małżeństwem, tak wyszło, że medycyna sobie rości prawa decyzji o tym czy jakaś para małżeńska ma mieć czy ma nie mieć dziecka dopuszcza do życia jakieś dziecko, a inne nie. Pycha lekarza, pycha medycyny jako takiej rośnie w sposób nieprawdopodobny na oczach mojego pokolenia. Ja jestem to samo pokolenie co Ojciec św., za naszej młodości rodzina ludzka była ochraniana zarówno przez państwo polskie, jak przez kościół, małżeństwo było nierozerwalne, nie było rozwodów, potem kolejno szły nowości, Państwo piszecie tutaj w programie o nowościach. Nowości są stale, każdy dzień jest czymś nowym w stosunku do wczoraj, ale to co obserwujemy w dziedzinie medycyny, to te nowości zagrażają świętości rodziny, od rozwodów, poprzez dramat aborcji, antykoncepcji, sztucznego zapłodnienia dochodzimy do dramatu współczesnego, kiedy człowiek uważa, że może zrezygnować ze Stwórcy i sam stworzyć nowego człowieka. Nowość jaką jest in vitro, zapłodnienie w szklance człowieka, który dostaje życie wymuszone na Stwórcy przez stworzenie, z odrzuceniem Stwórcy jest dowodem nieprawdopodobnego rozwoju pychy lekarza, apogeum pychy, nie można wyobrazić sobie nic więcej. Lekarz chce zastąpić Boga i ludzie także wierzący nie rozumieją dlaczego nie wolno im sięgać do tej działalności, którą Stwórca zastrzegł dla siebie. Stwarza człowieka Stwórca, a ty człowieku dziękuj za ten dar, przywilej, że możesz wpływać na działanie samego Boga, bo tak jest. Pan Bóg oddaje w ludzkie ręce, los każdego człowieka oddaje w ręce kobiety, a ta kobieta co?

    W ciągu mojego życia przeprowadziłam setki rozmów z moimi kolegami i koleżankami, ludzie z wyższym wykształceniem, wszyscy lekarze są z wyższym wykształceniem, z tytułami naukowymi, a równocześnie ujawniają nieprawdopodobną ignorancję w przedmiocie etyki, antropologii. Nie znają żadnych dokumentów, które mówią na ten temat. W czasie roku poświęconego kobiecie, Jan Paweł II o kobiecie, w której ręce złożył Bóg los człowieka napisał pięć dokumentów, żeby ona zrozumiała kim jest. Do młodych chłopców nie wahał się mówić: „na kolana przed kobietą”. Ona nie rozumie swojej roli, nie rozumie, że jej ciało jest poddane duchowi w sposób szczególny, że jej ciało ma przywilej goszczenia samego Boga substancjalnego, za mojej młodości mówiło się kobieta w stanie błogosławionym.

    Całe życie duszpasterskie Jana Pawła II obracało się wokół tego tematu, uratować świętość życia ludzkiego i świętość ludzkiej miłości. I taką wiedzę trzeba przekazać młodym lekarzom. Kim jest człowiek? Co oznacza męskość? Co kobiecość? Co oznacza pozwolenie na działania narządem, który służy Bogu Stworzycielowi. Nikt nie ma prawa do rodzicielstwa kto nie zwiąże się ślubowaniem z Bogiem samym, małżeństwo to jest trójkąt i lekarze muszą to zrozumieć. Ksiądz Karol Wojtyła wierzył, że lekarze mogą uratować świętość świata i stąd jego szczególna troska i współpraca z lekarzami. Uważał, że każdy ksiądz powinien współpracować z lekarzem i każdy lekarz z księdzem. I jest paląca potrzeba rozwinięcia tej współpracy ponieważ lekarze znają problematykę ciała nie wiedząc o duchu, księża na normalnych studiach teologicznych nie mają informacji biologicznych. Trzeba przypomnieć to co podczas wizyty na KUL-u powiedział Jan Paweł II, a powiedział jedno zdanie, ważne dla was: „pamiętajcie, że nie każda nauka jest prawdziwa i nie każda prawda jest naukowa”, prawda o świętości życia ludzkiego, o Bożym pochodzeniu nie jest naukowa, jest poza naukowa, nie mieści się w kategoriach, które człowiek swoim rozumem ograniczonym może opanować. Wymaga wiary, wymaga uznania autorytetu czyli wymaga pokory.

    W wychowaniu kadry lekarskiej trzeba przede wszystkim uczyć deontologii lekarskiej, to jest nauka o obowiązkach lekarza, obowiązkach wobec Stwórcy, wobec pacjenta i wobec siebie samego. Dlatego widziałabym w każdym spotkaniu lekarzy potrzebę informacji o tym kim jest człowiek i dokąd dąży? Każdy lekarz wierzący czy niewierzący świetnie wie, że płeć jest zdeterminowana biologicznie i nie ma żadnej wirtualnej płci. Każdy człowiek doskonale wie, że nie jest zwierzęciem, że ma coś więcej, że jest wobec tego duchem i tylko trzeba dla tego ducha lekarza duszy, trzeba odnaleźć Boży ślad w człowieku. Nie wolno traktować pacjenta jak rzecz!

    Grażyna Rybak/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Półtawska:

    „Nasza nadzieja nie leży w Synodzie, ale w Bogu”

    (fot. Pawel Terlikowski / Forum)

    ***

    Wanda Półtawska była gościem niemieckiej telewizji EWTN. W rozmowie z Robertem Rauhutem mówiła o pięknie, celu i istocie małżeństwa, nauczaniu Jana Pawła II i współczesnym pomieszaniu odnośnie seksualności, widocznym także wśród części hierarchów Kościoła.

    W rozmowie z niemiecką telewizją EWTN Wanda Półtawska była pytana między innymi o najważniejsze dla Ojca Świętego Jana Pawła II aspekty rodziny i małżeństwa w kontekście obradującego Synodu Biskupów.

    – Święty Jan Paweł II, głęboko wierzący teolog i filozof, chciał pomagać ludziom w osiągnięciu szczęścia wiecznego, a to oznacza przede wszystkim ratowanie świętości rodziny – powiedziała. – Był przekonany, że nasze życie na ziemi jest jedynie wędrówką, niczym więcej niż tylko drogą do nieba, bo człowiek został stworzony nie dla ziemi, ale dla nieba – dodała.

    Jak wskazał jej rozmówca, dziś mówi się o rzekomej konieczności dostosowania Kościoła do głębokich przemian, jakie przechodzi świat, co miałoby się wyrażać na przykład w dopuszczeniu rozwodników w nowych związkach do Komunii Świętej lub uznaniu związków jednopłciowych.

    – Zmiany w świecie nie mogą zmienić prawdy o człowieku – odparła na to Wanda Półtawska. – Każdy został stworzony przez Boga i każdy człowiek musi umrzeć. Droga do nieba nie może zostać fundamentalnie zmieniona” – przypomniała.

    Pytana o to co sądzi o propozycjach, by zmienić nie nauczanie, a „jedynie” praktykę Kościoła i czy taka zmiana jest w ogóle możliwa, odpowiedziała: – Nauczanie Kościoła na tak ważne, podstawowe tematy Objawienia jak Eucharystia, nie może zostać zmienione. Jednak praktyka postępowania sądowego, co dotyczy ważności małżeństwa, już tak.

    – Słowa Chrystusa zostały zapisane w Ewangelii i nie mogą być zmienione. Moje doświadczenie z wcześniejszego Synodu jest takie, że nie jest istotne, jakie poglądy zostaną wyrażone podczas dyskusji. [Ważny] jest ostateczny dokument. Niezależnie od rozmaitych szokujących wypowiedzi, które słyszało się podczas dyskusji, piękny dokument „Familiaris consortio” jest ważny do dzisiaj. Gdy odjeżdżałam z Rzymu, Jan Paweł II powiedział mi: „Nie zapominaj, że Bóg wie o wszystkim, i że to On jest prawdziwym zarządcą świata” – mówiła Półtawska pytana o wydarzenia na obecnym Synodzie oraz o niejasny charakter ubiegłorocznego „Instrumentum laboris”.

    Gdy idzie o propozycje zrównania związków jednopłciowych z małżeństwem na podstawie założenia jakoby miłość między ludźmi tej samej płci była zupełnie normalna, to zdaniem Półtawskiej mamy do czynienia z „problemem braku zdrowego rozumienia człowieka”. 

    – Nie trzeba być mędrcem, by dostrzec różnice między płciami. Księga Genesis mówi jasno: stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. Oczywiście jest prawdą, że grzeszni ludzie łamią wszystkie Boże przykazania, a więc także szóste przykazanie. Zgodnie ze swoją istotą małżeństwo nie może być jednopłciowe, bo powinno służyć życiu i rodzinie. Jedność dwojga w jednym ciele nie może zostać zrealizowana między osobami tej samej płci – wyjaśniła lekarka.

    Półtawska mówiła też o problemie homoseksualizmu w Kościele. – Nie ma homoseksualizmu duchowieństwa – uznała. – U niektórych mężczyzn i kobiet istnieje tylko patologia zachowania. Są ludzie, którzy grzeszą przeciwko szóstemu przykazaniu. Z tego punktu widzenia każda historia życiowa może być postrzegana jako historia grzechu, bo tylko Matka Święta była bezgrzeszna. Jako psychiatra zajmuję się od 60 lat tymi patologiami i znajduję je częściej na przykład wśród żołnierzy i lekarzy, niż wśród duchownych. To tendencja, która występuje częściej wśród mężczyzn niż wśród kobiet – przynajmniej w mojej praktyce – tłumaczyła Półtawska.

    Dziennikarz pytał następnie o niebezpieczeństwo uznania sumienia za najwyższą i ostatnią instancję oceny moralnej czynów, co sugeruje się w Instrumentum laboris. – Nie ma niczego nowego od czasów Pawła VI. Ciągle przeczy się nauczaniu Kościoła katolickiego odnośnie etyki życia w rodzinie. Część katolików, także członków duchowieństwa, nie zaakceptowała nauczania encykliki „Humanae vitae” – wskazała.

    Półtawska mówiła także o ideologii gender, dostrzegając w niej przede wszystkim „brak zdrowego rozumienia człowieka i pogardę dla biologii”. – Każdy rozumny człowiek wie bardzo dobrze, że jest albo mężczyzną, albo kobietą. Można się, oczywiście, okaleczyć i obciąć sobie organy płciowe, to jednak tak naprawdę nie zmienia płci danej osoby, bo ta jest zdeterminowana genetycznie – każda komórka naszego ciała jest zdeterminowana jako męska albo żeńska – wyjaśniła uczona.

    Rauhut wskazał, że dziś coraz częściej podważa się słowa Chrystusa na temat małżeństwa. Jego rozmówczyni wyjaśniła, że nie ma to istotnego znaczenia. – Trzeba być świadkiem realizmu wiary i nie przejmować się w ogóle tym, co mówią ludzie. Kościół katolicki nie potrzebuje dyskusji w prasie, ale świadków – stwierdziła, powołując się na Jana Pawła II.

    Przeprowadzający wywiad pytał, czy należy dziś patrzeć na świat wyłącznie pozytywnie i postrzegać go w „różowym świetle”, ignorując wydarzające się zło. Wanda Półtawska uważa, że to błędna droga. – Zawsze patrzę na świat, bo jest piękny; ale trzeba też zawsze pamiętać, że człowiek czeka na śmierć – na spotkanie z Bogiem. Śmierć jest jedyną rzeczą, która jest w życiu ludzkim zupełnie pewna. Chodzi o to, by była piękna i szczęśliwa, by człowiek wstąpił do nieba. Do nieba, w którym jest „wiele miejsc” – uznała.

    Półtawska odniosła się również do roli Kościoła w prostowaniu fałszywych ludzkich zachowań seksualnych. – Wszystkie ludzkie zachowania są męskie albo żeńskie. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie łączą seksualność z organami płciowymi. W rzeczywistości jednak całe ciało człowieka i wszystkie jego działania noszą stygmat płci. Człowiek działa jednak jako osoba, jako człowiek, a wykorzystanie organów płciowych jest przywilejem tych osób, które powołane są do małżeństwa i rodzicielstwa; to powołanie jest częste, ale nie powszechne – wyjaśniła.

    Pytana o to, w jaki sposób ludzie powinni szukać dla siebie małżonków na całe życie, zasugerowała, że to błędne stawianie sprawy. – Nie chodzi w ogóle o to, by szukać sobie partnera, ale o to, by szukać woli Bożej. Trzeba odkryć swoje powołanie i podjąć decyzję w dobrze ukształtowanym sumieniu, by znaleźć ojca czy matkę dla swoich dzieci. Małżeństwo powinno służyć życiu – powiedziała.

    Wskazała też na wagę Bożej obecności w życiu małżeńskim: – Błogosławiony Paweł VI napisał: „Kto prawdziwie kocha swego współmałżonka, nie kocha go tylko ze względu na to, co od niego otrzymuje, ale dla niego samego, szczęśliwy, że może go wzbogacić darem z samego siebie” (Humanae vitae 9). Bóg jest wszędzie, a więc gdy jest się w stanie łaski, człowiek czyni wszystko z Duchem Świętym. Człowiek nie jest tylko ciałem, on ma ciało, które powinno być podporządkowane duchowi.

    Wanda Półtawska dodała, że małżeństwo może „udać się” tylko wówczas, gdy „małżonkowie przez całe swoje życie dążą do świętości”. Zagadnięta zaś o swoje nadzieje związane z Synodem Biskupów, powiedziała: – Nasza nadzieja leży nie w Synodzie, ale w Bogu. Chodzi o jedno: o realizm pięknej miłości – a to może zrealizować się tylko z pomocą darów Ducha Świętego – skwitowała.

    źródło: CNA Deutschland/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fot. Wikipedia/Zdjęcie z książki “O więcej niż życie. Biografia w zarysie”, archiwum prywatne Wandy Półtawskiej

    „Nie ma raka. Zniknął”.

    Wanda Półtawska o cudzie i modlitwie ojca Pio

    “Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Rak.” Wanda Półtawska w wieku 41 lat usłyszała diagnozę o nowotworze, który po czasie… zniknął. Później dowiedziała się o listach biskupa Karola Wojtyły do Ojca Pio z prośbą o modlitwę o jej zdrowie. Czy to właśnie tej modlitwie zawdzięczała niewyjaśnione zniknięcie guza? A może to zwykły przypadek? To nie dawało jej spokoju – postanowiła osobiście poznać Ojca Pio. Jak wyglądało ich spotkanie?

    Ojciec Pio jest moim prywatnym świętym. Co to znaczy? Żeby zrozumieć, co to znaczy, trzeba być człowiekiem wierzącym – wierzyć w „świętych obcowanie”. Taki akt wiary daje własny kontakt z niebem, z jakimś szczególnym, wybranym świętym. Mówienie o tym komuś, kto nie wierzy, to jest jak mówienie ślepemu o kolorach. Dla mnie jest to kontakt ze znaną mi osobą. Po prostu on mnie zna, a ja coś o nim wiem. Ojciec Pio wszedł w historię mojego życia i jest w nim. Życie jest procesem, a to, co wpływa głęboko na sens życia, zostaje na zawsze i trwa w nim po prostu w każdej chwili.

    „Nie będzie żadnej operacji”

    Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Powiedziała opisowo: na wysokości 13 cm twardy, okrężny naciek z owrzodzeniem – źródło bólu!
    Cóż mogę powiedzieć? Moje przypuszczenia okazały się trafne. Jestem zaskoczona nie tyle diagnozą, ile własnym spokojem. Powiedziała mi jeszcze, że mimo wszystko to może być naciek zapalny, a niekoniecznie nowotworowy. Ale ja wiem, że naciek nie jest zapalny. Nie mam temperatury i bóle nie są ciągłe.
    Rak.
    Jestem spokojna, a może to ból badania osłabił moje reakcje?

    Dzień był straszny: gromada obcych, bezwzględnych osób, ostatnie przygotowania do zabiegu – znowu traktowanie, jakbym nie była człowiekiem – i potem ten szok.
    Badanie ostateczne, ostatnia rektoskopia wykazała zupełnie co innego. Najpierw zdumiało mnie, że mnie nie boli. Z początku myślałam, że dali mi coś przeciwbólowego, ale wziernik wykazał gładkie pole. Owrzodzenie, które wczoraj było, zniknęło, nie ma go, została lekko zaróżowiona po świeżym zagojeniu śluzówka. Nie mam raka. Nie będzie żadnej operacji, zwężenie ustąpiło, bóle znikły, nie boli mnie nic.

    „Na to nie można powiedzieć nie”

    W czasie choroby bp Karol Wojtyła napisał list do Ojca Pio z prośbą o modlitwę:

    Wielebny Ojcze,
    proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby Bóg przez Wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie.

    Po latach, gdy Krakowski Biskup był już na Stolicy Piotrowej, dowiedziałam się od człowieka, który pierwszy listy doręczał, że Ojciec Pio powiedział tylko: „Na to nie można powiedzieć nie”.

    Nie wiedziałam nic o listach abp. Karola Wojtyły – leżałam wtedy w szpitalu, gotowa na ciężką operację, po której miałam szansę przeżyć rok lub półtora do przerzutów. Nie modliłam się o cud, ale chciałam operacji, bo chciałam żyć jak najdłużej, ponieważ miałam małe dzieci. Mój przyjaciel, Profesor N., po zbadaniu mnie powiedział: „No, jest może 5% możliwości, że to nie rak; to się okaże po zabiegu”. Ale zabiegu nie było, bo w ostatniej chwili okazało się, że naciek zniknął, więc myślałam, że to te 5%.

    Dopiero w domu dowiedziałam się o tych listach do Ojca Pio, ale prawdę mówiąc, nie byłam pewna. Nie pytałam o nic i wolałam to zamknąć. Dziś myślę, że Pan Bóg jest tak delikatny i tak subtelny w działaniu, że nie chce zmuszać człowieka do wdzięczności i do wiary w rzeczy trudne do uwierzenia.

    „Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio”

    Zamknęłam ten rozdział, ale było we mnie to pytanie: „Jak to naprawdę było?”. Drążyło mnie. Któż jest ten Padre Pio? W tym czasie w Polsce nie było wiele wiadomo: jakiś tam włoski mnich, gdzieś daleko. Ale gdy w 1967 r. niespodziewanie dla mnie znalazłam się w Italii – wracając z Ameryki po udanej operacji z innego powodu – miałam okazję zwiedzać Rzym i piękną Italię. Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio.

    Pojechałam do San Giovanni Rotondo w maju 1967 r. pociągiem. Zajechałam wieczorem i już pod kościołem zobaczyłam tłumy ludzi. Jak tu się dostać do środka, żeby go widzieć? Chodziłam po placu i myślałam, jak to zrobić. Wyszedł jakiś braciszek, więc podeszłam do niego i mówię, że ja jestem z tak daleka, z Polski, i że po raz pierwszy od 10 lat dostałam paszport, i że pewnie nigdy więcej nie będę miała okazji być.
    – Co zrobić, żeby zobaczyć z bliska Ojca Pio?
    Popatrzył na mnie i zapytał:
    – Z Polski?
    – Tak, z Krakowa!
    Zastanowił się, a potem powiedział:
    – Niech pani przyjdzie o piątej rano do tej furtki.

    Przyszłam o piątej rano. Pod bramą kościoła tłum, ale braciszek był i wprowadził mnie od tyłu, wprost do prezbiterium. Byłam blisko ołtarza. Ojciec Pio odprawiał Mszę św. siedząc, gdyż chodził z trudem. Na rękach miał rękawiczki, które zdjął podczas podniesienia. Na bandażach, które miał, widać było rdzawe plamy – byłam tak blisko, że mogłam to widzieć. Ale nawet nie to mną wstrząsnęło, ile to, jak ten stary mnich odprawiał Mszę św. Właściwie pierwszy raz w życiu widziałam, że jest to ofiara krwi! Zawsze o Mszy św. mówi się: „bezkrwawa ofiara”, ale tu była męka: na czole miał pot, cierpiał – ten człowiek cierpiał. Z racji zawodu jestem dość obeznana z objawami bólu. Ojciec Pio był blady, a na czole miał krople potu. Drżące ręce i to skupione spojrzenie skierowane nie do ludzi, ale do Hostii trzymanej w ręku.

    Takiego skupienia i takiej koncentracji w spojrzeniu nie widziałam u nikogo, choć nieraz miałam okazję obserwować kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę. To było inaczej – ten człowiek cierpiał fizycznie! Trwało to długo, choć nie dłużyło się… Ludzie milczeli, a kościół pełen ludzi jakby zastygł, zarażony tym skupieniem tego dziwnego człowieka.

    ojciec Pio Msza święta
    FOT. MANFREDONIA/WIKIPEDIA

    „Tego spojrzenia nie da się opisać”

    A po Mszy św. Ojciec Pio przechodził koło mnie do zakrystii. Zatrzymał się przez chwilę, wodził oczami po obecnych, a potem skierował się wprost do mnie. Podszedł, uśmiechnął się, pogłaskał mnie po głowie i powiedział: – Allora, va bene? (A więc w porządku?) – i popatrzył mi w oczy.

    To spojrzenie mam w sobie – i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle
    wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie on przyczynił się do tych pięciu procent tam, wtedy – na oddziale onkologii! Spojrzenie i uśmiech jakby trochę figlarny…

    Czułam i czuję do dziś dotyk tej dłoni na mojej głowie. Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca – i noszę je w sobie. Myślę, że każdy człowiek, na którego spojrzał ten człowiek, nie może tego spojrzenia zapomnieć – zresztą dziś rozmawiam z ludźmi, którzy się czują jego dziećmi: wszyscy znają to spojrzenie, choć mało kto umie je opisać.

    Ja nie potrafię – nie znajduję adekwatnych słów – bo to wydaje się takie proste: no, spojrzał. Ale ja wiedziałam przez to spojrzenie, że on mnie zna. Patrzył jak… jak na swoje – jakby to wyrazić, trudno powiedzieć – swoje dziecko… Ale ja odebrałam poczucie przynależności – więzi niezwykłej. W jakimś sensie poczułam, że on jest mój – kto mój? W jakimś znaczeniu odebrałam świadomość więzi – takiej, której opisać się nie da.

    Czasem mówię, trochę żartując: „Mój prywatny Święty” – ale to właściwie nie jest żart, to „Mój” odebrałam właśnie wtedy. Wtedy Padre Pio wszedł w moje życie w sposób przeze mnie uświadomiony. Serdeczny dotyk jego ręki, czuły gest: pogłaskanie po głowie to niby nic takiego, a ileż ma treści.

    „On posyła mnie, a ja jego”

    Na jesieni 1967 r. byłam w miasteczku K., wezwana do sądu jako biegły. Wygłosiłam swoją opinię, skończyłam pracę w sądzie i do pociągu zostało mi parę godzin. Poszłam do parku. Był piękny, słoneczny dzień, a ja miałam książkę, więc zaczęłam czytać. Po chwili jakaś kobieta nieśmiało podeszła do mnie, pytając:
    – Przepraszam, czy pani jest doktor Półtawska?
    – Tak – powiedziałam.
    – Ach, bardzo panią proszę, moja siostra jest chora i ona tak bardzo pragnie panią doktor zobaczyć i poradzić się.

    Zapytałam, gdzie to jest. Niedaleko. Poszłam, gdyż nic nie stało na przeszkodzie – miałam czas. Weszłam do ciemnej izby – a może nie była tak ciemna, ale ja wchodziłam ze słońca. Kobieta powiedziała do siostry, która leżała w łóżku:
    – Kochana, przyprowadziłam ci panią doktor.
    – Tak wiem – mówi tamta – Ojciec Pio powiedział mi, że pani przyjdzie.
    – Ojciec Pio?
    No właśnie, nie wiem, jak jej to powiedział, ale prawdą jest, że przyszłam. Kobietę skierowałam do krakowskiej kliniki, gdyż wymagała natychmiast operacji na neurochirurgii. Niby nic, a jednak myślałam: „No, mój prywatny Święty mnie «posyła»”. On mnie, a ja jego.

    Wanda Półtawska Ojciec Pio
    WANDA PÓŁTAWSKA W SAN GIOVANNI ROTONDO W REFEKTARZU PRZY MIEJSCU O PIO 2010/EDYCJA ŚWIĘTEGO PAWŁA FOT. KS. TOMASZ LUBAŚ

    „Tym razem chcę cudu”

    Miałam wypadek samochodowy. Jechałam do małej miejscowości, gdzie miałam wygłosić referat w kościele, a po drodze jest taka góra przed miasteczkiem. Jedziemy tam, śnieg sypie, mróz ściska, ślisko na szosie i nagle z przeciwka jedzie ciężarówka, na dole, przed nami, pług. Widzę, że kierowca usiłuje hamować, ale nie ma żadnego hamowania – i nagle zderzenie. Siedziałam koło kierowcy i siła uderzenia wyrzuciła mnie do przodu. Wybiłam głową szybę i całe czoło mam w odłamkach szkła. Zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Chirurg powyjmował mi szkło, ale był młody i niedoświadczony i nie zauważył nic więcej. Zresztą ja się śmiałam, że nic mi się nie stało.

    Pojechałam do tej wsi, wygłosiłam kazanie. Ksiądz powiedział, że miałam wypadek, ale – Bogu dzięki – nic groźnego. I odjechałam do Krakowa. Dopiero w nocy ujawniło się, co się naprawdę stało: do rana narósł mi olbrzymi, biały obrzęk oczu i twarzy. Wezwany chirurg nie miał wątpliwości: pęknięta opona i obrzęk z płynu mózgowo-rdzeniowego. Unieruchomić i operować!

    Dzwonię do znajomego neurochirurga i pytam, co myśli. Operować? Nie trzeba, ale parę tygodni należy płasko leżeć. Może samo się zamknie. Parę tygodni płasko leżeć? A ja miałam program napięty różnymi zajęciami, a oprócz tych zajęć mam jechać do Rzymu – i chcę tam jechać. Nie mogę leżeć tygodniami. Leżę tylko trzy dni – tyle mogę – ale obrzęk nie schodzi. Nie bardzo mogę czytać, bo powieki też mam obrzęknięte. Leżę sama, więc udaje mi się na razie to ukryć. Ale wieczorem mówię do Ojca Pio: „Nie, tym razem chcę cudu, bo muszę jechać”.

    Biorę obrazek, który przywiozłam sobie z San Giovanni Rotondo – taki z kawałeczkiem relikwii i z modlitwą o beatyfikację Ojca Pio – i przykładam ten obrazek do opuchniętej twarzy.

    Zasypiam. Zasnęłam bardzo szybko.
    Rano obudziłam się bez śladu obrzęku!
    Pojechałam do Rzymu i zrealizowałam cały program.
    Sama byłam zaskoczona, bo chociaż tak powiedziałam, że „teraz naprawdę potrzebuję cudu”, to przecież nie byłam pewna, czy to jest możliwe. Nie wszystkie moje prośby Ojciec Pio spełnia. Są takie, których nie wysłuchuje, a wtedy myślę: „No cóż, on jest tylko pośrednikiem. Widocznie plan Boga jest inny”. A jakże często różne sprawy, które mu zawierzam, spełnia. Teraz już nie mogę ukryć moich kontaktów z Ojcem Pio.

    To on ułatwia mi wszystkie podróże

    Wiem, że Ojciec Pio się mną opiekuje i załatwia mi wszystko z takich rzeczy zwykłych, powiedziałabym nawet materialnych. Nikt by nie uwierzył, gdybym powiedziała, że wiem, że ten święty człowiek po śmierci mi pomaga. Ułatwia mi wszystkie podróże, ale na moje „bóle serca” i prośbę o uzdrowienie nie reaguje, jakby to był „nie ten teren”.

    Praktycznie w podróżach załatwia mi wszystko. Przecież ja jeżdżę zupełnie w cudowny sposób. To nie są żadne przygody, to jest wyraźne działanie życzliwej ręki, która ułatwia mi i organizuje wszystko po kolei, czasem aż drobiazgowo. W ogóle jak ja żyję, to moje życie niepodobne do nikogo, pasmo cudowności, „nadzwyczajności zwyczajnych”. Nikomu tego nie opowiadam, bo jak to opowiedzieć? Ot, chociażby to teraz – wyjść po godzinach błądzenia po lesie, bez zegarka, bez umawiania się i wyjść z lasu na szosę w tym jedynym momencie, gdy zjawia się samochód jadący właśnie do Krakowa! Przypadek? No, tak, tak – przypadek, ale ja wiem, skąd się biorą takie właśnie przypadki!

    Wanda Półtawska ojciec Pio
    FOT. ARCHIWUM WANDY PÓŁTAWSKIEJ/EDYCJA ŚWIĘTEGO PAWŁA

    „Nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy”

    Pojechaliśmy na wycieczkę. Nasz przyjaciel ma tylko parę dni wolnych, a tu deszcz leje. Myślę, że to niesprawiedliwe, bo ten człowiek tak bardzo pracuje i potrzebny mu odpoczynek. Jak tu chodzić po lesie w taki deszcz?
    Co będzie?
    I mówię tym razem głośno:
    – No to ja muszę poprosić Ojca Pio. Niech coś zrobi.
    Zaczynamy w plenerze Mszę św. i nagle… nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy. Bo to nie to, że chmury przeszły albo że zawiał wiatr i chmury się rozstąpiły, ale było tak, jakby kto nożem przejechał przez te zbite chmury i rozsunął na boki! I nagle, słoneczne niebo nad nami! Po obu stronach ciężkie chmury, a nad nami słońce – przez cały czas wycieczki!

    Nagle… deszcz ustaje

    Ostatnie Boże Ciało ks. kard. Karola Wojtyły w Polsce. Deszcz leje od trzech dni. Jak to będzie z procesją? W przeddzień, w środę wieczorem, martwimy się, bo wciąż leje, ale ja mówię: „Ano zatrudnię mojego Świętego”. Zobaczymy.

    Czwartek ipsa die (tegoż dnia) – leje od rana. Pada, gdy ludzie ustawiają się na Wawelu. Msza św. ma być na zewnątrz, a tu pada. Wychodzi Msza św., deszcz ustaje – przez całą procesję nie pada ani jedna kropla!

    Ksiądz Kardynał niesie monstrancję – skupiony. Mówi kazanie – tłum ludzi uczestniczy. Przez całą procesję nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale zaledwie celebrans wszedł do katedry, lunęło! Zmokli wszyscy – ale po procesji, nie podczas.
    Cud? Oczywiście, zjawisko naturalne – ale ja wiem, że to nie tak. Że mój prywatny Święty podtrzymał niebo i zasłonił Hostię niesioną na ulice.

    „Gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała”

    Miałam okazję stwierdzić, że istotnie zdarza się to, o czym tak wiele osób opowiada, iż Ojciec Pio przychodzi i daje znak swojej obecności. Byłam gościem w domu pewnego kapłana, który od lat był zaprzyjaźniony z Ojcem Pio i miał po nim różne pamiątki, właściwie relikwie, np. rękawiczki, którymi zasłaniał dłonie, różańce i inne drobne przedmioty. Pokazał nam je, po czym ułożył na środku stołu, dokoła którego siedziało kilka osób.

    W pewnej chwili rozmowa zamieniła się w krytykę Kościoła i hierarchii. Wówczas zauważyłam, że gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała – i w momencie, w którym to powiedziałam, z tych nagromadzonych przedmiotów buchnął tak skoncentrowany zapach kwiatów, jakby ktoś rozbił flakon perfum. Wszyscy umilkli natychmiast, a ja powiedziałam tylko – „no właśnie”.

    Stacja 7/fragmenty książki „O więcej niż życie. Biografia w zarysie” Wandy Półtawskiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czytam „Beskidzkie rekolekcje”

    Czytam „Beskidzkie rekolekcje”

    Uroczystości pogrzebowe Wandy Półtawskiej odbyły się 31 października

    fot. Łukasz Gągulski/PAP/Gość Niedzielny

    ***

    Mówią, że jestem twarda. Ale to ta mowa jest twarda – podkreślała Wanda Półtawska.

    Ze wszystkich spotkań z prof. Wandą Półtawską najbardziej utkwiło mi w pamięci to, które odbyło się w Sekretariacie Episkopatu w Warszawie z okazji jej 90. urodzin. Gdy dziennikarze odśpiewali jej „Sto lat”, odpowiedziała z uśmiechem: „Kiedy papieżowi śpiewali sto lat, to mówił: – Widzę, że wy chcecie wyznaczać Panu Bogu granice!”. Granic nie udało się wyznaczyć – Półtawska przeżyła 102 lata!

    To spotkanie miało być połączone z promocją jej książki pt. „Jeden pokój”, a przerodziło się w… długie „kazanie” autorki. O tym, że życie ludzkie od poczęcia jest święte, że człowiek jest stworzony dla nieba, że Boża ekonomia jest zupełnie inna niż ludzka, a jeśli „ktoś wybiera tę ludzką, to ginie”. Na koniec pani profesor oznajmiła: „Mówią, że jestem twarda. Ale to ta mowa jest twarda. Dlatego, jeśli ktoś podchodzi do mnie i mówi, że przesadzam, bo to zbyt trudne, to mówię: idź, uklęknij, może Pan Bóg zmiękczy ci przykazania! Dekalog jest drogowskazem, żebyś nie zabłądził do piekła. Dlatego przykazań nie da się zmiękczyć”. Półtawska była pewna tego, co mówi. W każdym niemal zdaniu odwoływała się do słów i nauczania św. Jana Pawła II. Podkreślała, że to on wskazywał, iż miłość między ludźmi powinna być altruistyczna, całkiem bezinteresowna, sprawiedliwa i wymagająca. „Więc nie nazywaj miłością byle czego” – podkreślała.

    Takich mów wygłosiła tysiące w swoim długim życiu. Ludzie pod jej wpływem się nawracali. Podczas kręcenia filmu dokumentalnego w domu Wandy i Andrzeja Półtawskich (pt. „Jeden pokój”) przemianie uległo życie ekipy filmowej. Operator wziął ślub kościelny i ochrzcił dzieci. Także reżyser filmu diametralnie zmienił swe życie. W domu Półtawskich odnalazł Prawdę: „To jest tak jak alpinista, który wspina się po siedmiotysięcznikach. Można chodzić po Beskidach, można chodzić po wyższych górach, ale Pani Wanda Półtawska i Pan Profesor to są po prostu te »najwyższe góry«, dzięki którym można się stale samemu sprawdzać, dzień w dzień pokonywać samego siebie”.

    Kiedy dowiedziałam się o śmierci Wandy Półtawskiej, sięgnęłam po książkę jej autorstwa. Otworzyłam „Beskidzkie rekolekcje” – na chybił trafił – i przeczytałam: „Dzień bez Mszy św. wydaje mi się pusty i przegrany – już nie umiem żyć bez tej siły, jaką daje Eucharystia”. 

    Milena Kindziuk/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM

    W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu w kaplicy u sióstr Benedyktynek w Largs będą relikwie błogosławionego Carla Acutisa, który szczególnie kochał i uwielbiał Pana Jezusa obecnego w Najświętszej Hostii

    Sanktuarium bł. Carla Acutisa w Brick Township w New Jersey

    Obraz bł. Carla Acutisa, na którym widać jego bliską więź z Jezusem Miłosiernym i Matką Bożą Fatimską.

    John Touhey/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Carlo Acutis udziela nam 3 rad, abyśmy lepiej przeżywali własną wiarę

    Carlo Acutis

    źródło: carloacutis.com

    ***

     Jeśli będziemy żyć według tych trzech punktów, osiągniemy w naszym życiu wspaniały cel: odnajdziemy Jezusa Chrystusa, wyjdziemy na spotkanie bliźniego i będziemy sobą – bez filtrów i łańcuchów zniewolenia. Będziemy dążyć do świętości, aby żyć w niebie.

    Wprzykładzie biografii świętych odnajdujemy swoisty przewodnik po życiu, gdyż wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Błogosławiony Carlo Acutis był jednym z patronów ŚDM w Lizbonie, które właśnie się zakończyły i jest bardzo bliski naszym czasom. Powszechnie znany jest z przekazywania radości Ewangelii za pośrednictwem mediów elektronicznych.

    Jednak za tą cnotą stoją inne, bardzo ważne, ponieważ Carlo i jego świadectwo świętości inspirują dziś wielu cyfrowych ewangelizatorów do bycia Cyberapostołami Boga, poruszającymi się po „Cyfrowym kontynencie”, jak określił to papież Benedykt XVI.

    Oto niektóre z tych cnót, które mogą służyć za wzór do naśladowania – przytoczone przykłady opierają się na książce „Carlo Acutis, informatyczny geniusz w niebie” autorstwa postulatora sprawy beatyfikacji i kanonizacji Carla, Włocha Nicoli Gori. Cnoty te są godne naśladowania – koncentrują się na Chrystusie, podążają za przykładem Maryi i mogą wprowadzić nas na naszą drogę wiary.

    1„EUCHARYSTIA JEST MOJĄ AUTOSTRADĄ DO NIEBA”

    Dla Carla zjednoczenie z Jezusem było centralnym punktem jego życia, ponieważ zawsze wyróżniał się wielką miłością do Eucharystii. Jak twierdzi postulator: „Nie można zrozumieć Carla bez uwzględnienia jego duchowości czysto eucharystycznej. Przez komunię z Ciałem i Krwią Chrystusa prawdziwie odnalazł drogę do nieba, gdzie czekał na niego Pan, aby żyć z nim na wieki”.

    To pozwala nam zrozumieć, że tylko dzięki Chrystusowi każdy młody człowiek znajdzie centralny punkt swojej drogi do świętości. Eucharystia bowiem jest duszą, która ożywia, sercem, które bije i motorem życia każdego chrześcijanina.

    2„ZJEDNOCZENIE Z JEZUSEM JEST MOIM PLANEM NA ŻYCIE”

    Jezus Chrystus konfrontuje się z życiem każdego człowieka, każąc nam słuchać Jego słowa – a Carlo rozumiał to bardzo dobrze. Z tego powodu dużą część swojego czasu poświęcił odwiedzaniu i promowaniu za pośrednictwem strony internetowej cudów eucharystycznych. To uczyniło go wielkim cyfrowym ewangelizatorem.

    Z tego powodu uważany jest za patrona Internetu. Carlo rozumiał, że zjednoczenie z Jezusem nie oznacza jedynie modlitwy za potrzebujących; żył swym katolicyzmem, gdyż wiedział, że modlitwa stanowi motor wszelkich dobroczynnych działań podejmowanych w imię Chrystusa, sprawia, że  nie są one zwykłym altruizmem, że  przekraczają granice samego człowieka – Carlo odkrył, że biedni i potrzebujący to także sam Jezus.

    3„WSZYSCY RODZĄ SIĘ JAKO ORYGINAŁY, JEDNAK WIELU UMIERA JAKO KSEROKOPIE”

    Nasz młody Carlo miał wyjątkową osobowość. Był niezwykłym chłopcem i nigdy nie wstydził się swojej osobowości, wiary i przekonań. Jego osobowość była tak przemożna, że ​​jego własna matka, nie będąc tak blisko Boga, musiała się szczególnie przygotowywać, aby móc z nim dialogować.

    Możemy znaleźć wiele świadectw osób, które poznawszy Carla zmieniały się, stawały się szczęśliwsze. Te historie uczą nas, że będąc tym, kim jesteśmy, a nie udając, że jesteśmy inni, możemy przyjść do Chrystusa i dzielić się Nim z innymi.

    Wzór do naśladowania dla współczesnej młodzieży

    Świętość nie pojawia się, jest nabywana, ale musimy robić swoje i zwracać uwagę na to, aby każdy znalazł sposób na rozpoczęcie własnej drogi świętości, naśladując cnoty, ale nie starając się być kopią znanych nam świętych. Są to cenne wzorce, ale my jesteśmy powołani do bycia świętymi poprzez bycie tym, kim jesteśmy i odkrywanie powołania, jakie ma każdy z nas.

    Podobnie jak oni, wszyscy możemy podążać drogą poszukiwania świętości, naśladując te trzy punkty życia Carla:

    • umiłowanie Chrystusa
    • umiłowanie bliźnich
    • autentyczność

    Jeśli będziemy żyć według tych trzech punktów, osiągniemy w naszym życiu wspaniały cel: odnajdziemy Jezusa Chrystusa, wyjdziemy na spotkanie bliźniego i będziemy sobą – bez filtrów i łańcuchów zniewolenia. Będziemy dążyć do świętości, aby żyć w niebie.

    Czeka nas długa droga!

    Mia Schroeder Mia Schroeder/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co bł. Carlo Acutis miał na myśli, mówiąc o „autostradzie do nieba”?

    CARLO ACUTIS

    www.carloacutis.com

    ***

    Według rodziców młodego błogosławionego to „jego najcenniejsze dziedzictwo”.

    Wksiążce Originali o fotocopie (Oryginały czy kserokopie, wyd. Studio Domenicano) o. Giorgio Maria Carbone OP wyjaśnia znaczenie tego rewolucyjnego zdania wypowiedzianego przez młodziutkiego błogosławionego, zmarłego w 2006 r. w wieku zaledwie 15 lat.

     „Wierz i jedz”

    „Autostrada do nieba” to, zdaniem dominikanina, znakomita metafora, która świadczy o tym, że Carlo Acutis zrozumiał, co stanowi istotę naszej wiary. I że potrafił to wyrazić w obrazach przemawiających do wszystkich.

    Eucharystia jest bowiem źródłem i szczytem chrześcijańskiego życia. Podobnie jak zjednoczenie w łasce, zjednoczenie poprzez Eucharystię jest „początkiem życia wiecznego. […] Miłości spieszno jest zawrzeć związek, który nie będzie miał końca”.

    Eucharystia jest zatem ową „autostradą”, która otwiera na oścież drzwi do Boga. W niej Jezus Chrystus staje się chlebem, staje się winem i mówi: „Ja jestem pokarmem dla dusz: wierz i jedz, ponieważ nie przemienisz Mnie w siebie tak, jak to czynisz z pokarmem dla ciała, lecz ty zostaniesz przemieniony we Mnie”.

    Autostrada do nieba

    Żeby wyjaśnić to jeszcze lepiej, o. Carbone porównuje Eucharystię do naszego codziennego pokarmu.

    W procesie wchłaniania pokarmów my – jako istoty wyższego rzędu do roślin i zwierząt – wchłaniamy to, co zjadamy: makarony, warzywa, mięsa, ryby itd. Rozdrobniony pokarm zostaje w części przekształcony i zasymilowany przez nasze ciało.

    Podobnie, kiedy przystępujemy do Komunii, obecny w hostii Jezus Chrystus jako istota wyższego rzędu, Pan wszystkich istot żywych, wchłania nas w Siebie, sprawia, że stajemy się częścią Jego ciała, Jego krwi.

    Właśnie dlatego Eucharystia, tak samo jak szeroka i wygodna autostrada, pozwala każdemu z nas łatwiej i szybciej dotrzeć do celu – do raju.

    Jak we Władcy pierścieni

    Metaforę Carla Acutisa „autostrada – Eucharystia” można zestawić z obrazem użytym przez Tolkiena we Władcy pierścieni dla pokreślenia doniosłości chleba eucharystycznego:

    „Lembasy nie zaspokajały jednak apetytu, toteż Sam nieraz wspominał tęsknie różne potrawy i marzył o zwykłym chlebie i mięsie. Mimo to chleb elfów miał potężne działanie, tym potężniejsze, że wędrowcy posilali się nim teraz wyłącznie, obywając się bez innego jadła. Żywił ich, dawał siłę do przetrwania, krzepił do wysiłku, na jaki żadna śmiertelna istota nie zdobyłaby się bez takiej pomocy” (J.R.R. Tolkien, Powrót króla, Warszawa 1990, przeł. M. Skibniewska.)

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zapiski Carla Acutisa: „Tak się słucha głosu Boga”

    CARLO ACUTIS

    carloacutis.com

    ***

    Bóg zawsze chce mieć z nami kontakt. Jeśli to zaproszenie do rozmowy z Nim jest prawdziwe, czemu mielibyśmy go nie przyjąć? Odpowiedzmy na nie. Jak? Na wszelkie sposoby. Kiedy? Zawsze. Gdzie? Wszędzie. Na jak długo? Na zawsze” – pisał 15-letni błogosławiony.

    „Modlić się? Łatwo powiedzieć. Jeśli chce się modlić owocnie, potrzeba wielkiej energii, ufności, miłości, wytrwałości, gorliwości, cierpienia. Co prawda można to robić spontanicznie, instynktownie, emocjonalnie, ale to się może nie udać. Możemy nic nie wskórać”.

    Powyższe słowa pochodzą z nieznanych dotąd zapisków Carla Acutisa, opublikowanych w książce Luigiego Francesco Ruffato „Carlo Acutis – Adolescente innamorato di Dio” („Carlo Acutis – nastolatek zakochany w Bogu”).

    Carlo Acutis: jak się modlić?

    Zapiski, przekazane autorowi przez matkę Carla, ukazują teologiczny rys przyszłego błogosławionego (uroczystość wyniesienia na ołtarze odbędzie się 10 października w bazylice św. Franciszka w Asyżu). Jego przemyślenia są zdumiewająco dojrzałe jak na 15-latka, a na pierwszy plan wysuwa się szczególna bliskość z Bogiem.

    „Kiedy mamy rozmawiać z kimś ważnym, staramy się wyglądać jak najlepiej. Skoro tak, czy nie powinniśmy starać się tak samo, kiedy chcemy nawiązać kontakt z Bogiem? Naturalnie zasady są inne, ale sposób podejścia może być podobny. A zatem zwrócić się. Ale jak? O kim myśleć? O Bycie. Mały byt zwraca się do Bytu. Skończony do Nieskończonego. Chwila do Wieczności. Ignorant do Wszechwiedzącego”.

    Bóg i cisza

    Ta myśl „sprawia, że serce bije mi mocniej” – pisze Carlo. „Słyszę, że Bóg chce, byśmy go nazywali Ojcem. Wymyślił człowieka, chciał go, stworzył go, podniósł do godności swojego dziecka. Pomieszanie uczuć, słów, paplanina, zająknięcia. A potem… ? A potem zwracamy się do Niego”.

    Najlepszym sposobem zwrócenia się do Boga jest w takim razie „cisza”. „Cisza wieczności. Cisza oczekiwania. Cisza miłości” – pisze Carlo. – „Modlitwa to coś wspaniałego. Przyjmuję z ust Pana słowo pocieszenia. Słowo pocieszenia, słowo, które pociesza. Słowo, które umacnia, słowo, które dodaje sił, słowo, które oświeca, słowo, które ogrzewa, słowo, które leczy, słowo, które wskrzesza”.

    Wielka łaska

    Bóg, kończy Carlo, „jest prawdą, a prawda nie potrzebuje słów, mówi sama za siebie. Sama wyraża wszelką prawdę. Głos człowieka jest chropawy, apodyktyczny, arogancki, pyszny, niecierpliwy, nieustępliwy i gwałtowny. Przyzwyczaić się do głosu Boga to wielka łaska. To znaczy słuchać Prawdy”.

    „Wtedy inteligencja, której przedmiotem jest prawda, odnajduje się tam, gdzie powinna, wreszcie współbrzmi z Niebem. Ante tempus zamieszkuje w Wieczności. Karmiąc się prawdą, inteligencja sięga szczytu; osiągając swój cel, jest zdolna przyjąć Nieskończoność. Prawda staje się jej pokarmem, jej napojem”.

    Słuchać Słowa Bożego

    W innym miejscu Carlo wraca do Słowa Bożego, „Słowa życia wiecznego”.

    „Trzeba zrozumieć – pisze chłopak – że Bóg zawsze komunikuje się z nami i zawsze chce mieć z nami kontakt. Jeśli to zaproszenie do rozmowy z Nim jest prawdziwe, czemu mielibyśmy go nie przyjąć? Odpowiedzmy na nie. Jak? Na wszelkie sposoby. Kiedy? Zawsze. Gdzie? Wszędzie. Na jak długo? Na zawsze.

    Kontakt można nawiązać łatwo, prawie instynktownie. Wystarczy nadstawić ucha, czyli ducha, a potem słuchać i mówić we właściwym momencie i nie przerywać, pozwalać mówić, prowadzić dialog, rozmawiać, być obecnym, być gotowym”.

    Jezus mnie zaprasza

    Poza Bogiem, zauważa młody błogosławiony, „jest zgiełk, zamieszanie, kłótnie, wojny. Z Bogiem wszystko jest ładem, wszystko jest uporządkowane. Bóg jest Byciem, a przez to – życiem. Nie – istnieniem, ponieważ ono jest czymś czasowym, ograniczonym, lecz życiem, które jest byciem w wieczności.

    Czym są sprawy cielesne, jeśli nie złudzeniami? I cóż pomogą wszelkie stworzenia, jeśli zostaniesz opuszczony przez Stwórcę? Jezus zaprasza mnie, bym porzucił wszystko i poszedł za nim. Jezus Chrystus mówi w nas. Powinniśmy go słuchać i naśladować we wszystkim”.

    Inne głosy, podsumowuje Carlo, „naprawdę są niczym, ich istnienie jest daremne. Drgnienia powietrza, przynaglenia do niczego, przynaglenia z niczego. Świadomość obudzona przez głos Boga jest niezwykle przejęta, ponieważ rozumie, że jest w prawdzie i że dobrze jest słuchać tego głosu i iść za nim. Iść za tym głosem znaczy nakierować istnienie ku życiu wiecznemu”.

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Codziennie dostajemy informacje o cudach” – mówi mama Carlo Acutisa

    matka Carlo Acutisa Antonia Salzano Acutis

    Antonia Salzano Acutis i jej syn Carlo

    fot. arch. prywatne Antonii Salzano Acutis

    ***

    e Antonia Salzano złożyła w rozmowie z Aleteią świadectwo “nadzwyczajnego zwyczajnego życia” swojego syna Carlo, który szczególną miłością darzył Jezusa Eucharystycznego. Młody Włoch, beatyfikowany przed 2 laty, wskazuje nam może nie tak trudną drogę do Boga.

    Wszystkiego nauczył mnie mój syn

    Aleteia: Antonio, jest pani matką błogosławionego. Proszę przed nami odkryć swoją tajemnicę. Co pani takiego zrobiła, żeby wychować świętego?

    Antonia Salzano: Osobiście nic nie zrobiłam. Dałam tylko mojemu synowi podstawy, które wszyscy rodzice powinni dać swoim dzieciom. Carlo chodził do żłobka i przedszkola, gdzie otrzymał religijne wychowanie. Poprosiłam o chrzest dla niego, ale ja sama wychowywałam się w rodzinie bez fundamentów religijnych. Mój ojciec był wydawcą, ciągle przebywał w otoczeniu pisarzy, i w tym środowisku nikt nigdy nie mówił o wierze. Moją pierwszą mszą była msza pierwszokomunijna, drugą – msza z okazji bierzmowania, a trzecią – moja msza ślubna.

    Podkreślam jeszcze raz, że wszystkiego nauczył mnie mój syn, Carlo. Już jako dziecko odznaczał się wielką pobożnością: jako trzylatek przechodząc koło kościoła zawsze chciał wejść do środka, żeby pozdrowić Jezusa w tabernakulum i przynieść kwiaty MadonnieW wieku czterech i pół roku czytał Biblię, żywoty świętych i odmawiał różaniec. O ile w przypadku św. Teresy z Lisieux wychowawcami w wierze byli rodzice, o tyle w przypadku Karola role się odwróciły. To on mnie ratował, on mnie wychowywał w wierze.

    Co wyróżniało Carlo spośród innych chłopców w jego wieku?

    Jak powiedział Jan Paweł II: jeśli otworzymy drzwi Chrystusowi, nasze życie się zmienia. Każde zwyczajne życie staje się nadzwyczajne, jeśli przeżywać je w Chrystusie, dla Chrystusa i z Chrystusem. Tak postąpił Carlo. Tak postępował we wszystkich sprawach, od najmniejszych do największych, takich jak pomoc w domu, pomoc dzieciom, które były ofiarami molestowania, osobom z trudnościami, z niepełnosprawnością, bezdomnym, którym przynosił żywność i koce.

    Później zaangażował się głównie w apostolat. W wieku dziewięciu lat czytał podręczniki informatyczne, które kupował na politechnice w Mediolanie. Uczył się kodu do tworzenia programów, a później stron internetowych dla parafii, jezuitów, Watykanu. Nie robił tego dla własnej chwały, ale na chwałę Nieba. Spędzał nad tym długie godziny. Latem, zamiast korzystać z wakacji, ślęczał przed komputerem do trzeciej nad ranem. Chciał głosić Dobrą Nowinę, Ewangelię. Swoimi niezwykłymi umiejętnościami służył głoszeniu Chrystusa i pomagał innym w zbliżeniu się do Boga.

    Zarażać Chrystusem

    Carlo organizował również wystawy na tematy związane z wiarą chrześcijańską, na przykład wystawę o cudach eucharystycznych, która odniosła wielki sukces. Jak narodził się pomysł tego projektu i jakie są jego owoce?

    Wystawa o cudach eucharystycznych właśnie objeżdża świat, odwiedzając wszystkie kontynenty. W Stanach Zjednoczonych była prezentowana w ponad 10 tys. parafii. Później trafiła do Singapuru, Chin, Japonii, Afryki, Indii… To prawdziwie międzynarodowa wystawa.

    Carlo zaczął gromadzić materiały na nią w 2000 r., miał wtedy dziewięć lat. Udaliśmy się wówczas z pielgrzymką do Lanciano. Tamtejszy cud eucharystyczny wywarł na nim ogromne wrażenie. Wtedy Carlo postanowił zrobić coś, co mogłoby wstrząsnąć świadomością ludzi, wyprowadzić ich z marazmu, dać im żarliwość. Z tego względu, że zanikła już świadomość, że Chrystus jest rzeczywiście obecny w konsekrowanym chlebie i winie. Jak widać, ławki przed tabernakulum ciągle są puste.

    Wystawa nabrała kształtów i zaraz po śmierci Carlo rozpowszechniła się po całym świecie. Carlo szybko zaistniał w powszechnej świadomości jako święty, bo ludzie wiedzieli, że jego życie było spójne z tym, w co wierzył. Dlaczego święci przyciągają nas do siebie? Bo w nich jest ukryty Chrystus, oni niosą Chrystusa. Carlo zawsze powtarzał, że trzeba się zeucharystianizować„, bo wtedy zaraża się Chrystusem. „Być zawsze zjednoczonym z Jezusem, oto mój program życiowy” – mawiał.

    Nieświadome proroctwa

    W swojej książce pt. Tajemnica mojego syna Carlo Acutisa napisała pani, że intuicja kazała się pani liczyć z przedwczesnym odejściem syna. Czy Bóg przygotował panią na to doświadczenie?

    Tak, miałam to wewnętrzne przeczucie wobec relikwii welonu Matki Bożej w pięknej, francuskiej katedrze w Chartres. To miejsce jest szczególnie naznaczone głęboką duchowością, ludzie modlą się tam od wieków.

    Carlo, który był tak blisko Jezusa, nie zdawał sobie z tego sprawy, ale przepowiadał nam różne rzeczy, które później się wypełniły. Na przykład od wczesnego dzieciństwa mówił, że zawsze pozostanie młody, i że umrze na skutek pęknięcia żyłki w mózgu (i tak się stało w wyniku białaczki). Mówił również, że umrze po osiągnięciu wagi 70 kg. I tak też się stało.

    Kiedy okazało się, że ma białaczkę, pojechał do szpitala i tam powiedział mi: „Mamo, wiedz, że nie wyjdę stąd żywy, ale dam ci wiele znaków”. Był bardzo spokojny, uśmiechał się, nigdy się nie skarżył. Kiedy pytano go, czy cierpi, odpowiadał: „Są ludzie, którzy cierpią o wiele bardziej niż ja”. Dał przykład świętości w umieraniu. Zrozumiałam, że nie mogę się na to skarżyć; że taka jest najwyższa wola Boga. Jego życie było doskonałe i prawe. Czyste, pełne hojności i dobroci… Nigdy nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, że Carlo jest już w Niebie.

    Cuda codzienne

    Po ekshumacji pani syna okazało się, że jego ciało pozostaje nietknięte. Dziś znajduje się ono w Asyżu, w Sanktuarium Ogołocenia. Serce Carlo zaś – w relikwiarzu w bazylice św. Franciszka. Czy we Francji można czcić inne relikwie pani syna?

    Rzeczywiście, ciało Carlo odnaleziono nietknięte. Można go było ubrać. Wszystkie organy włącznie z sercem pozostały w takim stanie, w jakim były wcześniej. Serce niesiono w procesji w czasie beatyfikacji Carlo w Asyżu. Te relikwie są potrzebne, bo święci, mający wiele zasług w Niebie, mogą orędować, prosząc Boga o cuda. Nie zapominajmy ani na chwilę, że to wszystko jest dziełem Boga. Kiedy ludzie nawiązują kontakt z relikwiami, albo kiedy się je wystawia na widok publiczny czy niesie w procesji, dochodzi do uzdrowień i uwolnień. To nic nowego, wiadomo, że relikwie czynią wiele dobra.

    Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół zawsze czcił relikwie świętych. To nie pierwszy przypadek. Kontynuujemy więc tę tradycję Kościoła. We Francji relikwie Carlo będą wystawione w Ognisku Miłosierdzia [w okręgu Drôme], gdzie pojawia się wielu młodych. Carlo przeczytał liczne książki o Marcie Robin, bardzo ją podziwiał. Wiele osób modli się w Ogniskach Miłosierdzia, wiele rodzin się tam gromadzi i pragnie głosić Ewangelię. Niewątpliwie mają one liczne zasługi, bo są to osoby, które oddały się Bogu.

    Carlo Acutis został ogłoszony błogosławionym 10 października 2020 roku. Jak pani sądzi, czy pani syn będzie niedługo kanonizowany? Co jest do tego potrzebne?

    Mamy nadzieję, że tak się stanie. Do kanonizacji potrzebny jest kolejny cud, uznany przez komisję lekarską. Jesteśmy optymistami, bo zauważamy wiele cudów, codziennie otrzymujemy wiadomości w związku z możliwymi cudami: uzdrowienia z raka, bezoperacyjne usunięcie deformacji ciała, wiadomości od osób, które wcześniej nie mogły mieć dzieci… Kościół przeanalizuje je we właściwym czasie.

    Należy tu zaznaczyć, że za każdym razem zgłasza się nie dziesięć cudów, ale jeden cud, a późniejsza jego analiza zajmuje długie miesiące. Zależnie od rodzaju cudu, wszyscy lekarze muszą być zgodni, jak w przypadku cudu, który posłużył do beatyfikacji. Później przypadek rozpatruje komisja teologiczna, a następnie komisja kardynalska. Taką drogę przemierza cud. Wreszcie, ostatnie słowo należy do papieża.

    Wielki Przyjaciel i potężne narzędzia

    Carlo Acutis był chłopakiem, który szedł pod prąd. Żyjemy w świecie, w którym trudno iść za Bogiem. Jakich rad pani syn mógłby udzielić dzisiejszym młodym ludziom?

    Niech ulegają wpływowi Boga, a nie wpływowi nihilizmu. Sprawy ziemskie przemijają i kiedyś przestaną istnieć. Pozostanie tylko to, jak bardzo kochaliśmy Boga, ponad wszystko, i naszego bliźniego, jak siebie samego.

    Jezus mówi do każdego z nas: „Idźcie na cały świat. Głoście Ewangelię”. Wzywa nas wszystkich do bycia apostołami, niezależnie od rodzaju naszego życia. A więc w pierwszej kolejności odpowiadajmy na to wezwanie i nieśmy Chrystusa.

    Mówię młodym, aby nie banalizowali swojego życia, aby zawsze żyli w łączności z Niebem. A żeby żyć w łączności, trzeba się modlić. Jeśli będziemy się modlić, Bóg nas poprowadzi, łatwiej przyjmiemy Jego inspiracje, wejdziemy na prostą drogę i będziemy nią szli.

    Carlo jest chłopakiem waszej epoki, który żył tym, czym wy żyjecie, takimi samymi niebezpieczeństwami, radościami i kłopotami. Potrafił stawić opór i wygrał walkę. Wygrywajcie waszą walkę! Wiedzcie, że Jezus jest wielkim przyjacielem, a sakramenty – potężnym narzędziem. Korzystajcie z tej dogodnej okoliczności.

    Antonio, czy na zakończenie mogłaby pani zaproponować wszystkim czytelnikom Aletei na świeciemodlitwę za wstawiennictwem pani syna, bł. Carlo Acutisa?

    Carlo mówił: „Nie ja, ale Bóg, nie moja miłość własna, ale Chwała Boża”. Panie, bądź wola Twoja. Nigdy nie zapominajmy zwracać się o pomoc do Twojej świętej Matki, niech Ona zawsze będzie dla nas ucieczką! Przede wszystkim wy, we Francji, nie zapominajcie o Maryi. Macie Lourdes, Pontmain, La Salette, le Laus. Nie zapominajcie o jej wezwaniu do codziennego odmawiania różańca. To potężne narzędzie, któremu Trójca Święta dała nadzwyczajną moc. Korzystajmy więc z niego i kierujmy się radami Nieba.

    Nie zapominajmy o codziennej adoracji eucharystycznej i Mszy świętej, a jeśli to nie jest możliwe, to starajmy się w nich uczestniczyć jak najczęściej. Właśnie o to powinniśmy prosić Boga, o możliwość uczestniczenia w nich częściej, żeby uleczyć nasze dusze i być gotowymi na pójście bezpośrednio do Nieba. O to proszę dla was, czytelnicy Aletei! Carlo… módl się za nami, i za Francję, którą tak bardzo kochałeś!

    Aline Iaschin (wywiad oryginalnie ukazał się we francuskiej edycji Aletei)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Carla Acutisa bardzo szczerze o swoim synu.

    „Był moim wybawcą”

    CARLO ACUTIS

    Vatican News

    ***

    Carlo każdego dnia żył Bożą obecnością. Udało mu się przemienić codzienną zwykłość w rzeczy nadzwyczajne, ponieważ umiał żyć ciągle w komunii z Trójcą Świętą – mówi Antonia Salzano, matka bł. Carla Acutisa, 15-letniego geniusza internetu.

    Wrozmowie z Piotrem Dziubakiem Antonia Salzano podkreślała, że jej syn „pokazał młodzieży możliwość dobrego wykorzystania internetu”.

    Piotr Dziubak: Brakuje już niewiele do tego radosnego spotkania podczas beatyfikacji z osobami, które poznały Carla.

    Antonia Salzano: Można powiedzieć, że pomimo koronawirusa już docieramy do celu. Z powodu pandemii była już raz przeniesiona data beatyfikacji, która miała się odbyć wiosną tego roku. W końcu jesteśmy już blisko tej pamiętnej daty. Beatyfikacja odbędzie się bazylice św. Franciszka w Asyżu. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, trzeba będzie przygotować miejsca na różnych placach miasta. Bardzo wiele osób chce uczestniczyć w tym wydarzeniu. To są tysiące ludzi. Carlo jest bardzo znany także poza granicami Włoch. Bardzo wiele osób z Brazylii, ze Stanów Zjednoczonych, z Ameryki Południowej, z krajów Azji nie będzie mogło przyjechać. Także z Polski nie wszyscy będą mogli przyjechać. Biskup Asyżu zorganizuje różne wydarzenia w ciągu 17 dni, kiedy będzie wystawione ciało Carla. Młodzież będzie mogła go zobaczyć osobiście.

    W jaki sposób znaleźliście się w Asyżu? Carlo urodził się w Londynie.

    Tak, Carlo urodził się w Londynie. Proszę pamiętać, że mama mojego męża jest Polką. Pochodzi z Warszawy. W czasie II wojny światowej uciekli do Anglii i zamieszkali w Londynie. A dlaczego Asyż? To dość proste. Mieliśmy tam dom, który kupiliśmy w roku 2000. To pozwoliło kupić nam kwatery na miejskim cmentarzu w Asyżu. W bardzo ładnym miejscu, na zboczu, widać stamtąd cały kompleks franciszkański. W naszej rodzinie jest bardzo mocna pobożność do św. Franciszka. Carlo zresztą też był z nim związany. W konsekwencji zrobiliśmy taki wybór, pomimo posiadania grobów rodzinnych. Pytałam zresztą Carla: podobało by ci się to miejsce, tu, w Asyżu? Byłbym bardzo szczęśliwy! – odpowiedział. Oczywiście nikt z nas nie myślał, że to Carlo miałby jako pierwszy spocząć w tych grobach. Ale potem niestety wszystko potoczyło się tak, że to on jest pierwszy. Kiedy Carlo nagle zmarł, przypomniałam sobie o tym jego pragnieniu bycia pochowanym właśnie w Asyżu. Trochę patrzyłam na to, jak na jego testament. Asyż to miejsce, do którego co roku przybywa młodzież z całego świata. Muszę powiedzieć, że to był szczęśliwy wybór. Ludzie z całego świata będą mogli go tam czcić. Mediolan, nasze rodzinne miasto, jest bardzo rozpraszającym miejscem, jeśli chodzi o duchowość, to stolica włoskiego biznesu.

    Czy to prawda, że to właśnie Carlo, jako małe dziecko, zaprowadził panią do kościoła?

    Zawsze i wszystkim to mówię: Carlo był moim wybawcą. Wyszłam za mąż. Mój mąż pochodził z wierzącej rodziny. Jego polska rodzina w każdą niedzielę chodziła do kościoła. Ja natomiast pochodziłam z rodziny niepraktykującej. Moi rodzice zajmowali się wydawaniem książek. Nie byli wrogo nastawieni do Kościoła, ale niech pan wie, że pierwszy raz poszłam do kościoła, kiedy szłam do pierwszej Komunii. Potem byłam na mszy przy okazji bierzmowania, a następnie kiedy wychodziłam za mąż. Żyłam w ogromnej ignorancji, jeśli chodzi o wiarę. To było straszne. Wstydzę się tego, ale mówię o tym. I potem okazało się, że miałam tak pobożne dziecko…

    Pewnego dnia mały Carlo zatrzymał panią, chwycił za rękę i powiedział: „Mamo, chodź, wejdźmy do tego kościoła”?

    On zawsze chciał tam wchodzić, żeby dać całuska Jezusowi. Jak chodziliśmy na spacery do parków, to zbierał na łące małe kwiatuszki, żeby je zanieść do Matki Bożej. Ta pobożność była jego cechą charakterystyczną. Oczywiście, stawiał mi trudne pytania. Starałam się być konsekwentna w tym, co robiłam, zwłaszcza że go ochrzciłam. Chciałam zachowywać się odpowiedzialnie. Zwierzyłam się starszej ode mnie przyjaciółce, osobie zresztą bardzo wierzącej, która mi poradziła, żebym w czasie podróży związanych z pracą odwiedzała ojca Ilio, kapucyna, który w Bolonii uchodził za miejscowego Ojca Pio. Odwiedziłam tego zakonnika. Już za pierwszym razem powiedział mi, że mój syn ma specjalną misję do spełnienia dla Kościoła. Mówił mi, żebym zaczęła studiować teologię. Zaczęłam zatem tę moją drogę nawrócenia.

    Carlo zatem zajął się nawróceniem swojej mamy?

    Carlo patrzył zawsze w swoim życiu na rzeczy podstawowe. Nigdy nikogo nie krytykował. Był bardzo hojny, posłuszny. Jeśli mówiłam mu: Carlo, kupimy jedną parę butów więcej, zaraz się złościł. Mówił: musimy pamiętać o biednych! Para butów wystarczy. I tak zaraz noga mi urośnie, to je będziemy musieli zmienić. Nie marnujmy pieniędzy! Pamiętam, byliśmy raz nad morzem. Chciałam kupić krem przeciwsłoneczny. Dość drogi krem. Skrzyczał mnie: tyle pieniędzy wyrzucić na jakiś krem?! On świadczył o wszystkim swoim codziennym życiem. Nie chodził i nie gadał bez sensu, tylko działał. Świadczył o tym, w co wierzył. To był bardzo sympatyczny i pełen humoru chłopak. Miał wyostrzoną inteligencję. Pierwsze słowo powiedział, mając trzy miesiące, a jak skończył pięć miesięcy, to już mówił. W wieku 11 lat pomagał na katechezie.

    Szybko też zainteresował się komputerami i informatyką?

    W wieku sześciu lat dostał „małego chemika” z białym fartuchem z odznaką, jakie nosi się na kongresach naukowych. Chodził po całym mieszkaniu jak naukowiec. I do tego zakładał sobie okulary, żeby wyglądać bardziej naukowo. Bawił się kamerami, nagrywał wideo. Robił gazetki. Zawsze pociągały go tego typu zabawy. Nie był typem, który bawiłby się samochodzikami, żołnierzykami. Bardzo ciągnęło go do informatyki, tworzenia wideo, do montażu. To były jego ulubione zabawy. Przy komputerach okazało się, że miał wielką zdolność do programowania. I to jako samouk. Kupowaliśmy podręczniki na politechnice w Mediolanie. On je czytał, uczył się i rozumiał logarytmy. Umiał bardzo dobrze posługiwać się programami komputerowymi. Umiał robić grafikę 3D.

    Czy w jakiś sposób wspieraliście go w tym, pomagaliście mu?

    Do wszystkiego dochodził sam. Ściągał sobie podręczniki. Był samoukiem. Bardzo podobał mu się saksofon, to nauczył się na nim grać. Nie potrzebował osób, który by mu musiały wszystko wytłumaczyć. Chwytał szybko. Chyba dlatego też nazywają go geniuszem informatyki. A papież Franciszek w adhortacji „Christus vivit”, opublikowanej po Synodzie Biskupów nt. młodzieży, poświęcił mu jeden rozdział, cytując ulubione wyrażenie Carla: wszyscy rodzimy się jako jedyni w swoim rodzaju, ale większość z nas umiera jako kserokopia. Papież przedstawił Carla młodzieży całego świata jako przykład do naśladowania.

    Carlo robił nadzwyczajne rzeczy w internecie. Choćby na przykład wystawa o cudach eucharystycznych, którą opublikował w sieci. Ta wystawa cały czas krąży po całym świecie. Tylko w Stanach Zjednoczonych gościła w 10 tysiącach parafii. To zaczyna przynosić owoce. Pomaga wielu osobom. Wcześniej były daleko od wiary, od sakramentów, a zwłaszcza od Eucharystii. Ta wystawa pomogła im odnaleźć drogę do wiary. Carlo zebrał historię dotyczącą wszystkich cudów eucharystycznych na świecie. Zebrał też bardzo ładną dokumentację ikonograficzną. Poświęcił na to prawie cztery lata. Później mój znajomy ksiądz, który wykłada na jednym z uniwersytetów papieskich, zapytał mnie: możemy ją u nas pokazać? I w roku 2005, Roku Eucharystii, została tam pokazana. Odniosła wielki sukces. Z wielu miejsc świata zaczęto o nią prosić. Wiele osób się w to zaangażowało. W pewnym sensie podchwyciło misję Carla. To swego rodzaju kolejny cud. W Polsce też macie cuda eucharystyczne: w Legnicy, w Sokółce.

    Carlo pokazał młodzieży możliwość dobrego wykorzystania internetu. Niektórzy uważają go z Bożego influencera. Carlo powtarzał: „Nie ja, a Bóg! Nie miłość własna, ale Boża chwała!”. „Smutek to spojrzenie skierowane na siebie samego, radość to spojrzenie skierowane na Boga”. Dzisiejsze społeczeństwo jest trochę obłąkane. Śledzimy influencerów, żeby nam powiedzieli, jak się ubrać, co jeść, co robić. W tym naszym społeczeństwie trzeba się pokazać. Jest się zadowolonym, jeśli kciuk jest podniesiony ku górze, a smutnym, jeśli ku dołowi. Ciągle się patrzy, jaką oglądalność mają nasze strony internetowe. Carlo mówił, że „są kilometrowe kolejki na stadion albo na film do kina, albo na koncert, a przed tabernakulum jest pusto”. I jeszcze: „Nam jest dużo łatwiej niż ludziom, którzy żyli w czasach Jezusa. Nam jest dużo łatwiej Go spotkać. Czas i przestrzeń były dużo bardziej ograniczone. Nawet jeśli komuś udało podejść do miejsca, gdzie Jezus nauczał, to ze względu na tłum trudno było podejść blisko Niego. A nam wystarczy, że wejdziemy do najbliższego kościoła i mamy od razu niebiańską Jerozolimę!”. Carlo każdego dnia żył tą Bożą obecnością. Udało mu się przemienić tę codzienną zwykłość w rzeczy nadzwyczajne, ponieważ umiał żyć ciągle w komunii z Trójcą Świętą. I to uczyniło go nadzwyczajnym, przez to przyciągał do siebie wiele osób. Ludzie chyba odczuwali obecność Jezusa w nim.

    W jaki sposób pojawił się w waszym życiu św. Franciszek? Carlo bardzo konkretnie podchodził do kwestii pomocy, do bycia miłosiernym.

    Carlo był bardzo wrażliwy na warunki życia imigrantów. Mieszkając w centrum Mediolanu, widzieliśmy te sytuacje. Carlo czuł się wezwany do pomagania im. Zaprzyjaźniał się z nimi. Rozmawiał. Często część kolacji zanosił potrzebującym. Roznosił ciepłe napoje. Z własnych oszczędności kupował śpiwory dla bezdomnych. Często bezdomni nie chcą iść na nocleg do miejsc dla nich przygotowanych. Wolą zostać na ulicy. Problemem jest to, że potem nikt się nimi nie opiekuje. Mają problem, żeby zmienić ubranie, przebrać się. Ja te przyjaźnie Carla z imigrantami, z bezdomnymi, odkryłam w dzień jego pogrzebu. Było tak dużo osób, że nie wszyscy zmieścili się w kościele. Wśród obecnych zobaczyłam właśnie bardzo wielu imigrantów. Pytałam sama siebie: co to za ludzie? Skąd oni się tu wzięli? Nie tylko pomoc materialna jest ważna, ale i dobre słowo, rozmowa, zainteresowanie życiem tych osób. Jak Carlo ich pozdrawiał, to tak, jakby wysyłał strzały miłosierdzia do nich. Wiele osób było pod wrażeniem jego uśmiechu. Pewien chłopak ze Sri Lanki, który od niedawna zaczął pracować w parafii Carla, po jego śmierci napisał piękny wiersz. W taki sposób chciał go uczcić. Jak tylko go spotkałam, pytam: gdzie poznałeś Carla? Odpowiedział mi: nie miałem okazji, żeby z nim pogadać osobiście, ale sposób, w jaki on mnie zawsze pozdrawiał bardzo poruszył moje serce. To przykład na to, jak Carlo odciskał ślad w ludziach. Chociaż to trudno oddać słowami. Często zostawał po lekcjach w szkole, żeby pomagać młodszym odrabiać lekcje. To dość rzadko zdarza się u dorastających chłopaków, ale w nim ta cecha ojcowska była bardzo obecna.

    Kochał naturę. Carlo, ilekroć pojechaliśmy nad morze, wynosił z wody, z plaży wszystkie śmieci. Miał taki obywatelski zmysł bycia współodpowiedzialnym. Bardzo kochał zwierzęta. Przed śmiercią prosiłam go: daj mi znać, czy w niebie są zwierzęta. Pokaż mi się z psem z mojego dzieciństwa. I moja ciocia zobaczyła Carla we śnie, jak bawił się właśnie z moim psem z dzieciństwa. Dla mnie to znak, że zwierzęta nie kończą w nicości, jak powiedział Paweł VI. Teologia nigdy się tym tematem na poważnie jeszcze nie zajęła.

    A potem zdarzył się dzień, w którym dowiedzieliście się o tej nagłej chorobie Carla. Zmarł praktycznie w ciągu 72 godzin od rozpoznania…

    To była ostra forma białaczki szpikowej M3. To taka cicha choroba. Bo jeśli ktoś zrobi badania dzień wcześniej, nic nie zauważy. Carlo czuł się dobrze. Był naprawdę zdrowym chłopakiem. Zanim odkryliśmy chorobę, przebiegł jeszcze dwa kilometry. Lubił sport. Chodził do szkoły jezuitów. Połowa klasy była w domu ze względu na sezonową grypę. Carlo też był przeziębiony. Przyszedł lekarz do nas do domu. Wydawało się, że to jakieś banalne przeziębienie. Uderzyło mnie, że on mi wtedy powiedział: ofiaruję to cierpienie za papieża, za Kościół, żeby nie iść do czyśćca, tylko od razu do nieba. Ponieważ Carlo często robił sobie dowcipy, pomyślałam, że teraz nabija się ze mnie. Ten stan przeziębieniowy nie zmieniał się. Carlo nie mógł się też ruszać. W moczu pokazała się krew. Poprosiłam o pomoc jego pediatrę. Lekarz polecił zabrać Carla do kliniki, w której pracował. Oni specjalizowali się tam w schorzeniach krwi. Od razu odkryli to nieszczęście, że to białaczka M3. Lekarze mu to powiedzieli. Carlo uśmiechnął się, mówiąc: Pan obudził mnie! Wszystkie pielęgniarki opowiadały mi potem, że Carlo nie chciał nikomu przeszkadzać, był uśmiechnięty, nie skarżył się. Ze względu na wiek musiał być na pediatrii, choć był już dużym chłopakiem, mierzył już 182 cm. A pielęgniarki musiały go przenosić, poruszać, bo on sam już nie mógł tego robić. Jeden z lekarzy zapytał: Carlo, bardzo boli? W odpowiedzi usłyszał: tyle ludzi cierpi o wiele bardziej ode mnie. Umieram szczęśliwy. Stąd nie wyjdę już żywy. Nie straciłem nawet chwili z mojego życia na rzeczy, które nie podobają się Bogu. Carlo codziennie uczestniczył we mszy św. i adoracji. Chciał, żeby wszyscy odkryli znaczenie Eucharystii, żeby Jezus zajął pierwsze miejsce w życiu każdej osoby.

    Pani znalazła testament Carla w jego komputerze…

    Krótko po jego śmierci budzę się i słyszę jakiś głos, który mówi: testament! Tak sobie pomyślałam: może Carlo zostawił mi jakiś testament? Jego pokój był cały czas niezmieniony. Żadnych kartek nie widziałam. Gdzie szukać? Potem włączyłam komputer Carla i znalazłam tam wideo. Na filmie, który sam nagrał powiedział: „Jak będę ważył 70 kg, umrę”. Potem uśmiecha się serdecznie, patrzy ku niebu. To nagranie zrobił na dwa miesiące przed śmiercią. Kiedy zmarł, faktycznie ważył 70 kg. Zaczęłam odczuwać, że to jest jakiś tajemniczy Boży plan. U nas w Lombardii jest taka tradycja na Nowy Rok, że ciągnie się los, a w nim jest jakiś święty, który będzie towarzyszył przez cały rok. Carlo zawsze wyciągał a to Matkę Bożą, a to Jezusa, zawsze kogoś ważnego. Na rok, w którym zmarł, wyciągnął św. Aleksandra Sauli, który jest patronem młodzieży. Jego święto w kalendarzu przypada 11 października, jak się kilkanaście miesięcy później okazało, dzień śmierci Carla. Lekarze stwierdzili śmierć mózgu 11 października. Zgon prawnie został stwierdzony 12 października, wtedy stanęło jego serce. Jeśli organizm Carla nie byłby tak zniszczony przez białaczkę, lekarze pobraliby jego organy. Wyraziłam na to zgodę. Kiedy ten stary kierownik duchowy mi powiedział, że Carlo ma misję do zrealizowania, myślałam, że zostanie księdzem, może biskupem. Moja mama dodawała: zostanie papieżem! Okazało się, że Pan miał inne plany. Zabrał go szybko do nieba.

    Co mówią bliźniaki o ich starszym bracie, który zostanie błogosławionym?

    Bardzo się cieszą. Są przekonani, że to łaska od Carla. Codziennie chodzą na mszę. Carlo był jedynakiem. Bliźniaki urodziły się cztery lata po jego śmierci. Carlo był tak bardzo specjalnym dzieckiem, dawał tak dużo satysfakcji i radości. Byłam przekonana, że nie mogę mieć już dzieci. Faktycznie po śmierci Carla robiłam badania. Potrzebna była operacja.

    Carlo przepowiedział pani, że zostanie pani jeszcze mamą?

    Tak. Widziałam we śnie, jak mi to powiedział. Bardzo często ludzie mają widzenia, w których on jest. Dokonał też wielu cudów.

    Jaki cud posłużył do beatyfikacji?

    Cud, który Kościół wziął pod uwagę, to przypadek chłopca, który urodził się z rozwidloną trzustką. Powodowało to u niego ogromne problemy z trawieniem. Mógł tylko przyjmować płyny. Cały czas miał torsje, bóle. Jedynym ratunkiem byłaby wyłącznie operacja, ale obciążona ogromnym ryzykiem. I wtedy o. Marcelo Tenorio, proboszcz parafii św. Sebastiana w Campo Grande (Brazylia), rozpoczął publiczną nowennę, prosząc o wstawiennictwo Carla. Przesłałam mu golf Carla poplamiony jego krwią. Pobłogosławił to dziecko, które od razu poczuło się lepiej. Trzeciego dnia nowenny mały pacjent był już w domu i jadł. Trzustka nie miała żadnych śladów choroby! Wyglądała tak, jakby nic nigdy się nie działo. Dziecko do dzisiaj jest zdrowe.

    rozmawiał Piotr Dziubak KAI Rzym/Asyż/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kilkanaście dni przed śmiercią Carlo Acutis poprosił Maryję o specjalną łaskę

    Carlo Acutis poprosił Matkę Bożą Różańcową o specjalną łaskę

    domena publiczna; www.carloacutis.com

    ***

     Swoją prośbę skierował do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Dotyczyła ona czyśćca i nieba. Matka błogosławionego opowiada, że już po śmierci syna usłyszała wewnętrzny głos dotyczący tej właśnie prośby.

    Błogosławiony Carlo Acutis (1991-2006) poprosił Matkę Bożą Różańcową z Pompejów, by zabrała jego i jego rodziców bezpośrednio do raju, bez „przechodzenia” przez czyściec. Pewne znaki zdają się wskazywać, że prośba, którą Carlo skierował do Matki Bożej dwa tygodnie przed śmiercią, została spełniona.

    W książce „Il segreto di mio figlio” („Tajemnica mojego syna”) pisze o tym matka Carla, Antonia Salzano Acutis.

    Szczególna prośba do Matki Bożej

    W niedzielę 1 października 2006 r. Carlo wraz rodzicami uczestniczył w Eucharystii. Po Mszy udali się na obiad do trattorii w miejscowości Venegono w okolicy Mediolanu.

    Na zakończenie Mszy cała trójka odmówiła suplikację do Matki Bożej Pompejańskiej. Ta modlitwa była szczególnie bliska sercu Carla. Od dziecka odczuwał głęboką więź z Maryją. Często o niej mówił, modlił się do niej i zachęcał rodziców, żeby robili to samo.

    Tym razem w suplikacji Carlo i jego rodzice poprosili Matkę Bożą o szczególną łaskę. „Poprosiliśmy Maryję Pannę – wspomina Antonia Salzano Acutis – o to, by pomogła nam zostać świętymi, żebyśmy mogli ominąć czyściec i żeby od razu po śmierci zabrała nas do raju. Te prośby sformułował sam Carlo”.

    CARLO ACUTIS

    carloacutis.com

    ***

    Wewnętrzny głos matki błogosławionego

    Następnego dnia stan zdrowia Carla zaczął się nieodwracalnie pogarszać. Chłopak zmarł 12 października. Niedługo potem jego rodzice udali się na pielgrzymkę do sanktuarium św. Michała Archanioła na półwyspie Gargano.

    Zaczęłam myśleć o Carlu, zastanawiać się, czy jest już w niebie z Jezusem i nagle usłyszałam wewnętrzny głos: „Carlo jest w raju i niech to ci wystarczy”. Ta odpowiedź była dla mnie wielką pociechą. Później potwierdziło mi to również kilku księży mieszkających za granicą, oddanych Carlo. Przyśnił im się i potwierdził, że po śmierci poszedł prosto do nieba, nie przechodząc przez czyściec.

    Virgin of Pompei

    Public Domain

    ***

    To nie jedyna łaska, jaką młody błogosławiony otrzymał dzięki modlitwie do Matki Bożej Różańcowej. Modlił się do niej często i ofiarowywał msze święte za tych, którzy byli w potrzebie. Szczególnie martwił się o tych, którzy byli daleko od Boga. Od razu zaczynał się za nich modlić, prosząc Matkę Bożą o wstawiennictwo.

    Z Pompejów do San Giovanni Rotondo

    Carlo Acutis i jego rodzice siedmiokrotnie oddali się pod opiekę Matce Bożej Różańcowej i zostali pobłogosławieni przez księdza. Jedną z najważniejszych pielgrzymek przeżyli w 2001 r., kiedy to po odwiedzeniu Pompejów udali się do San Giovanni Rotondo, gdzie pochowany jest o. Pio, który również był dla Carla bardzo ważny.  

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.p

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa z prośbą o szczególną łaskę

    CARLO ACUTIS

    Carloacutis.com

    ***

    Oto oficjalna modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa z prośbą o szczególną łaskę.

    Zachęcamy do modlitwy za wstawiennictwem młodego Włocha, Carla Acutisa, beatyfikowanego 10 października 2020 r. Redakcja Aletei proponuje dwie modlitwy (oficjalnie zatwierdzone) do prywatnego odmawiania, z prośbą o otrzymanie szczególnej łaski. Oto oficjalna modlitwa z prośbą o łaskę, za wstawiennictwem Carla Acutisa:

    1. Modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa

    Ojcze,
    Ty, który dałeś nam żarliwe świadectwo młodego błogosławionego, Carla Acutisa, który z Eucharystii uczynił centrum swojego życia i siłę swojego codziennego zaangażowania, żeby inni pokochali Ciebie ponad wszystko, proszę za jego wstawiennictwem – umocnij moją wiarę, ożywiaj moją nadzieję, odnawiaj moje miłosierdzie, na obraz młodego Carla, który, wzrastając w tych cnotach, żyje teraz w Twojej bliskości.

    Zechciej dać mi łaskę, której tak bardzo potrzebuję… Ufam Tobie, Ojcze, i Twojemu umiłowanemu Synowi Jezusowi, Dziewicy Maryi, naszej najlepszej Matce, ufam w orędownictwo Twojego sługi Carla Acutisa.
    Amen

    Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu…

     2. Modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa

    Boże, Ojcze, dziękuję, że dałeś nam Carla,
    wzór życia dla młodych i posłańca miłości dla wszystkich.
    Sprawiłeś, że umiłował on Twojego Syna Jezusa,
    A z Eucharystii uczynił swoją „drogę do nieba”.
    Dałeś mu Maryję za umiłowaną Matkę,
    I z Twojej woli on poprzez modlitwę różańcową stał się piewcą jej czułości.
    Przyjmij jego modlitwę za nas.
    Spoglądaj przede wszystkim na biednych, których on miłował i ratował.
    Ja także, za jego orędownictwem, proszę o łaskę …
    Dziękuję, że wprowadziłeś Carla między błogosławionych Twojego Kościoła świętego,
    aby jego uśmiech ponownie zajaśniał dla nas w chwale Twojego Imienia.
    Amen

    Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 28 PAŹDZIERNIKA

    DZIEŃ W KTÓRYM NAWIEDZAMY GROBY NASZYCH RODAKÓW:

    Lambhill – St.Kentigern’s RC, The Linn, Cardonald i zakończenie modlitwą różańcową na cmentarzu St. Peter’s RC – Dalbeth (1900 London Road G32 8TX) o godz. 14.30

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    ***

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. z XXX NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI CZŁONKÓW ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚW. – PRZEKAZANIE NOWEJ INTENCJI NA MIESIĄC LISTOPAD I PODANIE KOLEJNYCH TAJEMNIC RÓŻAŃCOWYCH

    ***

    KONCERT POEZJI ŚWIĘTYCH

    Pragniemy zaprosić Państwa na nasz kolejny Koncert Poezji Świętych, organizowany w kościele pw. św. Piotra w Glasgow, w sobotę 28 października 2023 po wieczornej Mszy Świętej o 18.00 (46 Hyndland Str, Glasgow G11 5PS)

    W programie koncertu zaprezentujemy wybrane fragmenty poezji św. Jana Pawła II, św. Franciszka z Asyżu i św. Jana od Krzyża, przy akompaniamencie instrumentów gitary klasycznej (Jarek), akordeonu (Krzysztof) i piano (Andrzej). 

    Jest to drugi już koncert organizowany dla naszej lokalnej wspólnoty parafialnej i polonijnej w Glasgow, mający na celu propagowanie kultury języka polskiego i wartości chrześcijańskich. 

    Wierzymy, że Państwo będziecie zainteresowani tym wydarzeniem, na które gorąco zapraszamy. 

    Jarek Haraburda i przyjaciele 

    ___________________________________________________________________________________________

    W NOCY ZMIANA CZASU LETNIEGO NA ZIMOWY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 29 LISTOPADA, TAK JAK W ROKU MINIONYM, ZAPRASZAMY RODZICÓW Z DZIEĆMI NA BAL WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH w WISHAW:

    GODZ. 12.30 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZEJŚCIE NA BAL DO HOLU PARAFIALNEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych:

    Ks. bp Krzysztof Włodarczyk

    „Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych” – podkreślał w bydgoskim sanktuarium Świętej Rity bp Krzysztof Włodarczyk. W fordońskiej świątyni zorganizowano „Dzień – Noc Świętych”. Uczestniczyły w niej dzieci, które przebrały się za swoich ulubionych świętych.

    Tym razem w sposób szczególny – poprzez relikwie – towarzyszyli obecnym: św. Łazarz, bł. męczenniczki M. Paschalis i IX towarzyszek ze Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety zamordowane przez żołnierzy radzieckich w 1945 r. Była również obecna w swoim wizerunku i symbolicznym różańcu bł. Paulina Jaricot.

    – Bez wątpienia to okazja, by poprzez gest, słowo, muzykę i charakteryzację móc utożsamić się z historią świętych – mówił w czasie homilii biskup.

    Było to odniesienie do wiernych, zwłaszcza dzieci, które poprzez stroje wcieliły się w rolę wielkich postaci.

    – Dzięki różnorodności bohaterów mamy okazję do tego, by każdy z nas znalazł coś dla siebie z bogactwa ich życia – powiedział, dodając, że poprzez takie spotkania krzewi się przede wszystkim wzorce dla współczesnego człowieka, który wśród wielu opcji, lub ich braku, może odnaleźć przykład życia, bliski swojemu sercu, możliwy do zrealizowania w codzienności.

    Święci – jak zauważył bp – są ludźmi jak każdy z nas, podlegając podobnym słabościom. Następnie przywołał przykłady kilku bohaterów. Jednym z nich był św. Alfons Liguori, z którym żaden ze współbraci nie mógł wytrzymać dłużej niż dwa lata. – Także św. Hieronim, doktor Kościoła, był tak gwałtownego usposobienia, że gdy dojrzał gdzieś jakąś herezję, to nie przebierał w słowach. Obraził swojego przyjaciela Rufina, nazywając go „świniokwikiem”, kiedy zaczął on bronić błędów Orygenesa. Później żałował i pokutował. Nosił ze sobą kamień, bijąc się nim w piersi za niewłaściwe słowo.

    Biskup Włodarczyk podkreślił, że „świętymi jest napełniony cały świat”. Dodał, że „Polskie Niebo” liczy 275 osób: 218 mężczyzn i 57 kobiet.

    – Każda matka, ojciec, dziecko, babcia, kapłan, biskup, brat i siostra zakonna, kleryk, z sercem, pełnym oddaniem i zaufaniem Panu Bogu, wypełniającym swoje zadania – jest święty – powiedział, dodając, że środki prowadzące do świętości są powszechnie znane i dostępne dla każdego. To m.in.: modlitwa, sakramenty święte, życie wspólnotowe, słowo Boże, wypełnianie powołania.

    Łatwo – jak dodał – odpowiedzieć na pytanie – co to jest świętość? Natomiast o wiele trudniej – w jaki sposób zostać świętym? – To bowiem jest odpowiedzią indywidualną, osobistą każdego z nas. Kościół podaje wzory wielu, którzy inspirują żarem miłości Boga. Każdy jest osobą niepowtarzalną, jedyną. Dlatego drogę naszej świętości wskazują natchnienia Ducha Świętego, skierowane na adres naszego serca – zakończył.

    Bydgoska parafia św. Łukasza i Ewangelisty i św. Rity jest w posiadaniu 364 relikwii. Znajdują się one w erygowanej przez bp. Krzysztofa Włodarczyka – 18 października 2022 roku – Kaplicy Matki Bożej Królowej Wszystkich Świętych przy sanktuarium Świętej Rity. To do niej uczestnicy „Dnia – Nocy Świętych” przeszli w procesji eucharystycznej, adorując Najświętszy Sakrament, oddając przy Nim cześć świętym i błogosławionym. W modlitwie uczestniczyli przedstawiciele Bractwa Świętej Rity, Rycerzy Kolumba oraz Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy.

    Były również elżbietanki, które wniosły relikwie – kielich. W pierwszych tygodniach 1945 roku służył on do sprawowania Mszy św. w kaplicy Najświętszego Serca Jezusa w Domu św. Elżbiety przy ul. Słowiańskiej 16 w Bydgoszczy, w którym mieszkały siostry starsze i chore. 24 marca 1945 roku klasztor zajęło wojsko radzieckie. To wtedy „kielich” został sprofanowany przez czerwonoarmistów. Oprawcy najpierw korzystali z niego przy posiłkach, a potem bawili się, do niego strzelając. – Każdy z nas może zostać świętym i nie potrzeba do tego nie wiadomo, jak wielkich czynów – dodał Dawid Cesarz.

    Był on przebrany za patrona diecezji bydgoskiej bł. Michała Kozala, który zginął w obozie w Dachau. – Mimo ciężkiego dla naszego narodu czasu, jakim była druga wojna światowa, nie poddał się, idąc drogą powołania – dodał.

    – Jestem św. Anną, którą bardzo kocham i szanuję. Jest to moja patronka – powiedziała Anna Schmidt, która przyszła z dziećmi. Wśród nich był mały Darek jako Franciszek z Fatimy. – Święci są w naszym życiu pewnym drogowskazem. Mogą być nam bardzo bliscy. Idąc z synem do kościoła, rozmawialiśmy o życiu Franciszka, że pasł owieczki, mówił różaniec, kochał Maryję – dodała Anna Schmidt. – Przyszedłem do Pana Jezusa, by się pomodlić – dodał Darek.

    – Kult świętych w naszej parafii rozpoczął się w 2002 roku, kiedy z Krakowa zostały przywiezione relikwie św. Siostry Faustyny i św. Brata Alberta Chmielowskiego. Mając tak wielki „panteon Łukaszowy” widzimy, jak święci pociągają świętych i każdego z nas – podsumował proboszcz i kustosz ks. kan. Mirosław Pstrągowski.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween: Demon nie żartuje!
    fot. screenshot – YouTube/AKW – Akademia Katolicka w Warszawie

    ***

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween:

    Demon nie żartuje

    Zbliża się Halloween – komercyjne święto z Zachodu, którego korzenie sięgają celtyckich wierzeń. Jakie stanowisko wobec tego święta powinni zająć katolicy? Przypominamy wywiad z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem, który przekonuje, że wierzący „powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy”.

    Fronda.pl: Niebawem będziemy świętować uroczystość Wszystkich Świętych, a także wspominać naszych bliskich, którzy odeszli już z tego świata. Jednocześnie świat komercyjny zachwycać się będzie przebraniami diabłów i świętować halloween. Skąd taka banalizacja śmierci w dzisiejszym świecie? Czy powodem może być coraz większa sekularyzacja?

    Ks. prof. Robert Skrzypczak: Oczywiście, że tak. To jest przejaw przebijania się na nowo do masowej wyobraźni kultury pogańskiej. Święto Halloween swoimi korzeniami sięga do religijnych tradycji celtyckich. Te misteria związane z celebrowaniem śmierci tak samo, jak analogicznie w wydaniu polskim dziady, miały na względzie odebranie śmierci jej straszącego, piorunującego, przygniatającego wymiaru. Śmierć dla człowieka jest zagadką, zapowiedzią kresu, końca, ostatniego etapu życia. Dlatego też ludzie zawsze poprzez misteria i celebracje religijne, odwoływanie się do kultów okultystycznych czy fatumistycznych , próbowali odebrać śmierci jej straszność, oswoić ją i do niej przywyknąć. W dzisiejszym rozumieniu halloween jest ta sama intencja – pozbawienie śmierci jej realistycznego, dramatycznego przesłania, poprzez wyszydzanie jej. Poprzez sprowadzenie jej do roli zabawy, czegoś miłego i sympatycznego. Stąd dyskoteki przy trumnach, przebieranie się za wampiry, zombie, czy też opowieści z dreszczykiem. Także horrory i dreszczowce, przeżywane wygodnie, na fotelu z pilotem w ręku. To jest jakby przejaw ludzkości, która sięgnęła kresu rozpaczy. Kresu, który bierze się stąd, że ludzie zagubili zmartwychwstanie i chrześcijańskie przesłanie o tym, że śmierć została pokonana. Chrystus zmartwychwstał, istnieje życie wieczne. Istnieje nie tylko coś poza śmiercią, ale także świadomość, że nasze życie będzie kontynuowane, przeobrażone, a my będziemy żyć na wieki dzięki Chrystusowi. Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał – mówi św. Paweł – to jesteśmy pajacami, którzy budują sobie fałszywe wyobrażenia nadziei i opierają się na bzdurach. Jeśli natomiast naprawdę przyjmujemy, że on zmartwychwstał prawdziwie, to istnieje życie, którego śmierć  nie jest w stanie zniszczyć. Dlatego my, chrześcijanie, potrzebujemy dziś na nowo to sobie uświadomić. Ludzkość dotarła do pewnego kresu, jakim jest rozpacz. Próbuje teraz zrobić z tą rozpaczą pewien rodzaj operacji, polegający na banalizowaniu jej, przykryciu lukrem, założeniu jej maski klauna. To jednak nic nie daje, bo rozpacz rozpaczą pozostaje, a za nią kryje się przeczucie pustki, przepaści, świadomości kresu życia. Jedna z kanadyjskich badaczek stwierdziła, że żyjemy w epoce postmoralnej.

    To znaczy?

    Oznacza to, że człowiek wyczerpał już wszelkie teorie dotyczące własnej śmierci. Z jednej strony próbuje oswoić ją poprzez kulty, z drugiej chce stawiać się w roli tego, który decyduje o tym, kiedy i który człowiek ma się urodzić, który i kiedy powinien skończyć swoje życie, a nawet w jaki sposób powinien tego dokonać. To znaczy, że ludzkość intuicyjnie czuje, że śmierć ogarnie wszystko. A śmierć w naszej kulturze panoszy się naprawdę wszędzie. Trudno wyobrazić sobie film czy sztukę lub grę komputerową, w której trup nie ścieliłby się gęsto. To także jest pewna forma oswajania się ze śmiercią, pozór panowania nad nią. Śmierć stała się elementem rozrywki, zabawy. To doprowadza ostatecznie do depresji i rozpaczy. Ludzkość pochłonięta jest obsesją na temat śmierci. Sztuka – muzyka, poezja, literatura – jest pełna śmierci. My, chrześcijanie, potrzebujemy uświadomić sobie dziś, że my mamy odpowiedź na to. W nasze ręce złożony został „antybiotyk” , lekarstwo na śmierć. Mamy dostęp do kogoś, kto ze śmiercią wygrał. Wierzymy w to, że Bóg zniszczył grobowiec swojego Syna i wydobył go stamtąd, więc Chrystus żyje. W momencie zmartwychwstania Jezus zainicjował nową drogę, która jest drogą pokonania tego muru, jakim jest śmierć. Kto wierzy w Chrystusa zmartwychwstałego, temu śmierć nie uczyni szkody. To daje ogromną odwagę życia, możliwość akceptowania go takim, jakie ono jest. Wówczas śmierć staje się nie barierą, murem, który należy pomalować na kolorowo lub zeszpecić tapetami, albo udawać, że go w ogóle nie ma, a życia elementem, jego pewnym wymiarem. Miłość jest potężniejsza od śmierci. W halloween jest zabawa, rozrywka, szukanie środków przeciwbólowych. W zmartwychwstaniu, którego wyrazem jest chrześcijańskie święto Wszystkich Świętych, jest miłość, a miłość zwycięża.

    Co roku Kościół przypomina katolikom, że świętowanie halloween jest obce naszej kulturze, ponadto może być szkodliwe, gdyż zagrożenia duchowe są duże – to już w końcu nie tylko niewinna zabawa, lecz często świadome otwieranie się na wpływ złego. Czy katolik powinien halloween omijać szerokim łukiem?

    Katolicy powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy. Trzeba innym ludziom mówić, że to jest złudne, że to nie jest wyjście i to nie rozwiązuje problemów dotyczących życia i śmierci. Dobra jest taka rozrywka, która także człowieka ubogaca. Rozrywka, która stanowi jedynie plaster na poczucie paniki, czy chwilowe uśmierzenie lęku przed egzystencją, nie ma sensu i jest oszustwem. Poza tym halloween może stać się także medium. Wiemy przecież, że żyjemy w rzeczywistości o wiele bogatszej niż to, co mogą postrzegać nasze zmysły. Święty Paweł mówi w liście do Kolosan, że świat niewidzialny jest znacznie większy, niż ten widzialny. Ów świat niewidzialny zamieszkują oczywiście rzeczywistości przyjazne człowiekowi, ale i takie, które wobec niego mogą być wrogie. Rzeczywistość sił metafizycznych, którymi karmi się magia, okultyzm, idolatria, to wszystko ma właściwość medialną, to znaczy, że człowiek może zostać w ten sposób zainfekowany. Nawet w sytuacji, gdyby z podejściem laicystycznym twierdził ktoś, że w to wszystko nie wierzy, że wszystko to tylko zabawa, żart, to trzeba mieć tę świadomość, że o ile my z rzeczywistości duchowej możemy sobie dworować, to już demon nie ma skłonności do żartów. On chce człowieka uwieść i pokonać, przede wszystkim pozbawiając go nadziei i wpędzając w egzystencjalne piekło. Powinniśmy sami od tego stronić, ale także nie męczyć się w przestrzeganiu przed tym innych ludzi.

    Dla wielu młodych ludzi halloween jest atrakcyjne ze względu na obecną w nim aurę tajemniczości, czy horroru, co jest nam znane z popkultury. Co Kościół może zrobić, aby te osoby przyciągnąć do Boga i pokazać im, że obchodzone w tym okresie święto w Kościele Katolickim to bogactwo duchowych przeżyć, w przeciwieństwie do hucznego, banalnego halloween, święta, które w zasadzie jest po prostu kolejnym powodem, by poimprezować?

    Oczywiście, żyjemy dziś w takiej płaskiej popkulturze, banalnej. Niejednokrotnie, zwłaszcza mieszkając jeszcze we Wloszech, zauważałem, że halloween jak wiele innych podobnych świąt, zmierza do jednego: do tego, by się napić, najeść i pobyć razem. My, jako chrześcijanie, nie powinniśmy przede wszystkim polemizować, zwalczać, potępiać. To nie ma wielkiej skuteczności. W naturze ludzkiej jest przekora – robienie czegoś dokładnie odwrotnie niż to, przed czy się go ostrzega. Potrzebujemy pokazywać ludziom, że najbardziej relaksująca i gwarantująca odpoczynek jest miłość. A miłości nie znajdziemy w halloween, dreszczowcach czy horrorach. Jest tam próba bawienia się strachem, oswajanie potworności, fatum, tego co nieznane, nieuchwytne. Natomiast my, chrześcijanie, jesteśmy apostołami miłości, bo to miłość została nam objawiona. Jesteśmy po to, żeby mówić ludziom, że miłość jest osobą, Bogiem i że ta miłość wygrała.

    Dziękujemy za rozmowę.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Człowieku, kiedyś umrzesz.

    Wolisz być świętym czy upiorem?

    Człowieku, kiedyś umrzesz. Wolisz być świętym czy upiorem?

    fot. Nik / Unsplas

    ***

    Powróciły coroczne problemy, przepychanki i dyskusje. Czy katolikowi wolno obchodzić halloween? Czy to prawda z tymi opętaniami, zniewoleniami i czy słuszne jest straszenie piekłem? Przyznaję, mam dość niestandardowe podejście do tego tematu i jestem trochę jak walec, bo w tych pytaniach w samych sobie widzę bardzo wiele sprzeczności…

    Rodzice bojący się zniewolenia albo piekła, którzy mimo to przebierają dzieci za diabełki i upiory. Pedagodzy, którzy krzyczą, że słowa św. Dominika Savio „wolałbym umrzeć, niż zgrzeszyć” są zachętą do samobójstw, a jednocześnie nie pokazują samego św. Dominika i nie tłumaczą sensu jego słów, ale zabawa w śmierć nie jest już dla nich problemem. Ludzie, którzy nie zabiorą dziecka na pogrzeb, okłamują je, że babcia zasnęła albo wyjechała, a jednocześnie nie czują zgrzytu z pokazywania karykatury śmierci w formie niby-zabawy.

    Tak, jestem wielką przeciwniczką halloween. Nie dlatego, że odczuwam ogromny i paniczny strach przed piekłem. Mam silnego Boga, On zwyciężył śmierć. Nie muszę się bać… Jednak to, co jest dla mnie sprzecznością, to jakby rozdwojenie jaźni tych, którzy nie potrafią pokazać dziecku czym jest świętość, śmierć, życie, a jednocześnie nie mają problemu z upiorami, trupimy czaszkami i brzydotą zalewającą nas od kilku dni na sklepowych witrynach.

    Gdy pojawiły się pierwsze głosy sprzeciwu wobec podręcznika do religii dla trzecioklasistów, zapytałam mojego 9 letniego syna jak on rozumie słowa Dominika Savio. Wiedziałam, że moje dziecko czytało jego biografię, że jest zafascynowane postacią jego opiekuna, ks. Jana Bosko. „Wolałbym umrzeć, niż zgrzeszyć” to dla niego zachęta do nieustannej pracy nad swoimi wadami, nie zaproszenie do samobójstwa. To słowa, które mówią mu, że jak coś w życiu nie wyjdzie, powinien pójść do spowiedzi. To potwierdzenie faktu, że wszyscy kiedyś umrzemy. Zatrzymałam się wtedy nad tym co mi mówił, pytając siebie skąd w nim taka prostota i głębokie zrozumienie.

    Rozmawiamy w domu o śmierci, jako o naturalnym etapie. Gdy moja mama znalazła się pod opieką hospicjum, poprosiłam przyjaciół by porozmawiali z moimi synami o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy umiera, gdy go już z nami nie ma. Sama, tracąc ukochaną osobę, nie miałam siły na taką rozmowę, oddałam ją więc w ręce zaufanych ludzi. Dla nas śmierć nie była tematem tabu, wręcz przeciwnie. Gdy zaczęłam płakać podczas pogrzebu, mój wówczas 6 letni syn powiedział „mamusia, nie płacz, babcia już jest w niebie i tam na nas poczeka”. To była kwintesencja nie tylko jego wiary w życie pozagrobowe, ale tego, że usłyszał wcześniej o śmierci i wszystkim tym, co jest z nią związane.

    Jako małe dziecko bardzo bałam się upiorów i zjaw. Nikt mi nigdy nie wytłumaczył czym jest śmierć i dlaczego moja babcia umarła… Była, nie ma. Zasnęła. Dziś widzę ile to we mnie wywołało bólu, niezrozumienia i panicznego lęku przed zaśnięciem rodziców. Byli też tacy, którzy straszyli piekłem, mniej było tych, którzy opowiadali jak piękna może być relacja z Bogiem i życie w niebie. Zupełne pomieszanie pojęć, sensów…

    Znam ludzi, którzy śmieją się z przykościelnych bali wszystkich świętych, ale trudno – niech się śmieją, żyjąc dalej w swoim błędzie. Mamy alternatywę dla zabawy w śmierć. Mamy okazję celebrować świętość. Kościół daje nam Uroczystość Wszystkich Świętych. Pokazuje na czym warto skupić wzrok. Daje nam jasną wskazówkę, że bawić warto się w coś innego.

    Czy od niewinnych zabaw w halloween może wydarzyć się coś złego, po co tyle szumu? Zapytam przekornie – po co zabawa w śmierć, skoro można bawić się w życie? Że to niemodne i pod prąd? Trudno. Po co karmić się brzydotą, skoro możemy przebrać się za radosnego świętego? Czy robienie psikusów sąsiadom to tylko zabawa czy już brak kultury? Wszak nie każdy chce bawić się z domokrążcami. Czy poza śmianiem się śmierci, potrafimy też o niej rozmawiać, gdy ktoś obok nas umiera? Chciało by się powiedzieć – człowieku, kiedyś i tak umrzesz, to pewne. Czy wolisz być świętym czy upiorem? Ja wybieram świętość…

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween to oswajanie ze złem.

    Ks. Bortkiewicz: antychrześcijańska iluzja wypiera rzeczywistość

    (GS/PCh24.pl )

    ***

    Halloween to oswajanie ze złem. Oswajanie ze złem, które zostaje zbanalizowane i potraktowane jako zabawa. Powiem krótko i zwięźle: przez tę „zabawę” dziecko absolutnie nie zdoła zmierzyć się ze śmiercią czy nieśmiertelnością, ale może wchłonąć w siebie zło poprzez jego banalizację – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr.

    Księże profesorze, zacznę od prowokacji: Halloween to bardziej oswajanie człowieka ze śmiercią, czy z nieśmiertelnością?

    Trudno jest kogokolwiek oswajać z nieśmiertelnością w sytuacji, kiedy odrzuca się prawdy wiary. Jedynym przesłaniem, które głosi Prawdę w sposób realny, poważny, na miarę godności ludzkiego życia na temat zmartwychwstania i nieśmiertelności jest chrześcijaństwo. Jeśli kwestionuje się chrześcijaństwo, to pozostaje jakaś iluzja, ironia czy cynizm.

    Halloween jest w gruncie rzeczy próbą cynicznego podejścia do życia i nie oswaja człowieka ani ze śmiercią, ani z nieśmiertelnością, tylko próbuje zabić w człowieku pytania o sens życia.

    Ale przecież wiele spośród dzieci, a nawet dorosłych na Zachodzie, którzy biorą czynny udział w Halloween wierzy, że duchy są nieśmiertelne, a oni przecież kiedyś będą duchami…

    Wiara w duchy, czy samo pojęcie ducha jest bardzo bogate w tradycji filozoficznej i religijnej, ale też bardzo niejednoznaczne. To z czym mamy do czynienia jest światem najoględniej mówiąc jakiejś baśni, fikcji czy halucynacji. To nie ma nic wspólnego z pojęciem ducha w rozumieniu ani ściśle rzecz biorąc filozoficznym, ani religijnym, a już na pewno nie chrześcijańskim. Dlatego tutaj to oswajanie z duchem, jako pewnym wyznacznikiem przyszłego życia jest, raz jeszcze to podkreślam, zupełnym mirażem.

    Wiara katolicka odrzuca coś takiego jak wiara w duchy w taki sposób, jak sprzedaje nam to popkultura. Niestety wiele osób, w tym katolików zdaje się wierzyć w duchy, w poltergeisty i inne tego typu istoty…

    W mojej ocenie może to świadczyć o co najmniej kilku kwestiach. Po pierwsze, że w człowieku istnieje głód nieśmiertelności, że istnieje tęsknota za nieśmiertelnością i nawet procesy ateizacji i sekularyzacji tego głodu nie niwelują. On pozostaje.

    Pytanie jednak brzmi: czy ten głód zostaje zaspokojony w sposób sensowny, realny, czy też zostaje on zaspokojony jakimś substytutem, jakąś namiastką. Mamy więc do czynienia z jednej strony realnym głodem, a z drugiej  – z zupełnie fikcyjną, iluzoryczną namiastką jego zaspokojenia, jakim jest Halloween, wywoływanie duchów i cały przemysł marketingowo-kulturowy z tym związany.

    Problemem jest to, że ludzie mają na wyciągnięcie ręki ofertę realnego zaspokojenia głodu nieśmiertelności w postaci chrześcijaństwa; mają realne słowa Kogoś, kto jako jedyny w historii powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy nie umrze na wieki, ale żyć będzie”, a potem dowiódł ich prawdziwości swoim zmartwychwstaniem. Mając, mówiąc kolokwialnie, pewnik  – wielu woli go odrzucić i przyjąć coś, co jest absurdem i to bardzo ironicznym i cynicznym, bo urągającym godności człowieka.

    Podczas Halloween dominują, a przynajmniej popkultura tak to przedstawia, przebrania makabreski: zombie, duchy, diabły i inne potworne stworzenia oraz… potworni ludzie, jak seryjni mordercy. Wydaje mi się, że normalnego człowieka powinno coś takiego zaniepokoić. Niestety zamiast niepokoju słychać głupkowaty śmiech i powtarzanie, że to przecież zabawa…

    Rozpoczęliśmy rozmowę od zastanowienia się czy Halloween to oswajanie człowieka ze śmiercią, czy z nieśmiertelnością. Moim zdaniem Halloween to oswajanie ze złem. Oswajanie ze złem, które zostaje zbanalizowane i potraktowane jako zabawa. Powiem krótko i zwięźle: przez tę „zabawę” dziecko absolutnie nie zdoła zmierzyć się ze śmiercią czy nieśmiertelnością, ale może wchłonąć w siebie zło poprzez jego banalizację. Bo tak jak Pan mówi: dzieci przebierają się za seryjnych morderców i nikt nie ma z tym problemu… To jest jednak wejście na prostą ścieżkę banalizacji zła i nie można się dziwić, że z tego utożsamiania się ze złem mogą zrodzić się w konsekwencji dalsze kroki kończące się aktami realnej agresji.

    W Polsce cały czas Halloween raczkuje, ale również dochodzi do „dziwnych” sytuacji. W roku 2019 w kościele pod wezwaniem NMP Matki Kościoła w Bełchatowie tuż po wieczornej Mszy Świętej ksiądz wezwał policję. Zauważył bowiem, że podczas Komunii kilkunastoletni chłopak wypluł Najświętszy Sakrament i schował Go do kieszeni, a potem chciał uciec. Ciało Chrystusa miało zostać splugawione podczas tzw. czarnej mszy. Ileż było oburzenia w lewicowo-liberalnych mediach… Ileż było rozdzierania szat i powtarzania, że to „niewinna zabawa”, a kapłanowi „szkoda opłatka”…

    Przede wszystkim dziękuję za przypomnienie, że liberalna lewica nazywa Najświętszy Sakrament opłatkiem. To słowo pojawia się w różnych narracjach w sposób wręcz epidemiczny. Kilka miesięcy temu mieliśmy do czynienia z „sytuacją medialną”: kapłan spożył Komunię Świętą, która pozostała po Mszy Świętej cmentarnej – w kaplicy na cmentarzu nie było Tabernakulum, więc ksiądz po prostu spożył Ciało Chrystusa zgodnie z rozsądkiem i przepisami, ponieważ nie miał możliwości przechowania Najświętszego Sakramentu. Jak zareagowały media? Poinformowały odbiorców z całą perfidią i premedytacją, że ksiądz wyjada opłatki z puszki. Wspominam o tym dlatego, że dotykamy tutaj werbalnej profanacji Najświętszego Sakramentu, która po prostu dokonuje się w mediach w Polsce i jest czymś potwornym.

    Natomiast kiedy sobie uzmysłowimy, że ten incydent, o którym Pan mówi dotyczył znieważenia Najświętszego Sakramentu i trzeba podkreślić, że reakcja kapłana, który chciał uchronić Ciało Chrystusa przed całkowitą profanacją jest ze wszech miar godna szacunku, a nawet podziwu. Ona pokazuje nam jednak skalę problemu. Tak jak mówiłem wcześniej: Halloween zaczyna się od pozornie niewinnych żartów, ale są to żarty wpisane w cały kontekst antychrześcijański. To jest wchodzenie w sferę zła.

    W tym momencie oczywiście pojawią się rozliczne głosy szydzące z tego stwierdzenia, ale nie zmieni to faktu, że istnieją pewne procesy niszczące człowieka, niszczące jego psychikę i duchowość, i każdy, kto jest rozsądny to potwierdzi. Wszystko to zaczyna się niepozornie i sobie trwa, aż w końcu dochodzi do sytuacji, że najświętsza rzeczywistość także staje się elementem gry.

    Najbardziej w całej tej sprawie uderzył mnie fakt, że do odprawienia tzw. czarnej mszy nie chciano użyć zwykłego opłatka zakupionego w sklepie, tylko chodziło o Najświętszy Sakrament. To pokazuje skalę problemu: ten nastolatek potraktował sprawę poważnie – nie opłatek, tylko prawdziwe Ciało Chrystusa…

    Otóż to… Właśnie w tym jest rzecz, że już dawno została zatarta granica między tym, co jest symbolem, a co jest rzeczywistością. Ta granica zaciera się właśnie dlatego, że poprzez symbol wchodzimy w sferę rzeczywistości. Jeżeli symbol jest zły, no to prowadzi ostatecznie do destrukcji rzeczywistości, a nawet porwania się na największą ze świętości. W tym przypadku świętość nie została sprofanowana tylko dzięki interwencji kapłana…

    No właśnie… Jakiś czas temu widziałem jak kapłan udzielił Komunii Świętej… do chusteczki, ponieważ kobieta chciała ją zanieść choremu mężowi. Moim zdaniem takie coś jest nadużyciem i profanacją i może prowadzić do jeszcze większych nadużyć i profanacji…

    Cóż mogę powiedzieć… Proces desakralizacji i bezczeszczenia Najświętszego Sakramentu dokonuje się obecnie w sposób bardzo potoczysty. Wszystko toczy się po równi pochyłej w sposób niekontrolowany…

    To jest kwestia, która wymaga interwencji w każdym z zakresów. Z jednej strony trzeba walczyć z nadużyciami, jakie pojawiają się w przestrzeni sprawowanej liturgii, ale też trzeba przestrzegać i przeciwdziałać temu, co prowadzi do aktów bluźnierczych czy świętokradczych w stosunku do Najświętszego Sakramentu, a bez wątpienia zaczątkiem tych aktów są te sytuacje, te zdarzenia, które po prostu dokonują pewnego odwrócenia rzeczywistości. Proszę zauważyć, że cała przestrzeń Halloween jest w gruncie rzeczy wyrzuceniem Boga i świata przez Niego urządzonego poza obszar naszego ludzkiego świata. Wprowadza się w to miejsce świat zupełnie odwrócony i wypaczony; świat, w którym zło zostaje potraktowane jako pewna śmiesznostka; świat zbanalizowanego zła i wyrugowanego dobra. W takim świecie można dokonać wszystkiego od profanacji Najświętszego Sakramentu do zamachu na Pana Boga…

    Banalizacja zła, śmiesznostka, dobra zabawa – to wszystko symbolizuje Halloween. Skąd w związku z tym na Zachodzie tak dużo dekadencji, czy wręcz nihilizmu egzystencjalnego? Skoro ludzie są oswojeni ze wszystkim, to dlaczego ostatecznie pozostaje mu beznadzieja?

    Zachód to dzisiaj obraz straszliwie spustoszonej rzeczywistości. Z jednej strony mamy projektowany na wszystkie możliwe sposoby, co cały czas podkreślam, świat iluzji. Z drugiej strony mamy postępujący świat promowania różnych ideologii, które dokonują dekonstrukcji tożsamości człowieka i rozbijają to, co jest w nim jednością. Mamy w końcu świat, który projektuje zupełnie nowego człowieka, któremu próbuje się wmówić po raz kolejny, że „będzie jak Bóg” – nie tylko będzie znał dobro i zło, ale będzie nieśmiertelny – będzie „homo deusem”, „człowiekiem bogiem”, jak głosi Harari.

    To wszystko się dokonuje, ale to wszystko fikcja. Jeśli fikcja faktycznie wyparła rzeczywiste orędzie dobrej nowiny, rzeczywiste orędzie chrześcijaństwa, które fundowało cywilizację zachodnią, to nie można się łudzić, że w tej konfrontacji iluzji z rzeczywistością egzystencjalną dochodzi do katastrofy człowieka, który został pozbawiony Boga i Jego obecności, Jego Słowa i Dobrej Nowiny. Zamiast tego człowiek kieruje się stekiem iluzji, które nie mają żadnego realnego znaczenia – ani ocalenia człowieka, ani zapewnienia mu nieśmiertelności, ani wyzwolenia od zła, ani nie są w stanie wprowadzić go w świat autentycznego dobra. To wszystko musi się skończyć.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chrześcijanie nie obchodzą Halloween

    Tytuł tego artykułu właściwie nie jest prawdziwy. Jest w nim zawarte pobożne życzenie. Chrześcijanie, niestety, coraz częściej obchodzą to „święto”, które ani nie jest świętem, ani też nie da się pogodzić z wiarą w Chrystusa. W naszym kraju Halloween jest nowym zwyczajem, jeszcze niezakorzenionym. Warto więc podjąć zawczasu starania o to, by móc kiedyś śmiało powiedzieć: „chrześcijanie nie obchodzą Halloween”.

                       pixabay.com

    Są takie elementy amerykańskiej popkultury, które raz za razem wdzierają się do niegdyś konserwatywnej kulturowo Polski. Wcześniej św. Mikołaj został zastąpiony przez zlaicyzowaną maskotkę Coca-Coli, następnie walentynki wyparły wspomnienie św. Walentego, a teraz Halloween próbuje młodemu pokoleniu wywrócić w głowie sens uroczystości Wszystkich Świętych oraz Dnia Zadusznego.

    Droga do piekła

    Halloween to celtyckie, a zatem pogańskie święto. Związane było z obrzędami Samhain. W średniowieczu nadano mu nazwę All Hallows Eve – co znaczy – Wigilia Wszystkich Świętych. W skrócie Halloween. Halloween polegało na kontaktowaniu się z zaświatami, po to by odkryć przyszłość, nabrać mocy, zaspokoić potrzeby zmarłych. Zwyczaje te można porównać z obchodzonymi w naszej części Europy dziadami, tak dobrze zobrazowanymi przez Adama Mickiewicza w III części jego najważniejszego dramatu. Dziady jednak Kościół katolicki skutecznie wyrugował kilka wieków temu. W miejsce obrządków mających za cel kontakt z duchami, udało się wprowadzić kult zmarłych, polegający na czczeniu ich pamięci i modlitwie za nich. Dzięki temu od XII wieku w Kościele obchodzi się Dzień Zaduszny.
    W XIX wieku zwyczaje Halloween dotarły wraz z emigrantami z Wysp Brytyjskich do Ameryki. Tam nabrały swojego kolorytu i komercyjnego charakteru. Smaczku (a może raczej niesmaczku) dodaje fakt, że w Nowym Jorku jest to dzień parad gejowskich. W XX wieku zmodyfikowana pogańska praktyka powróciła już nie tylko na Wyspy Brytyjskie, ale do całej Europy. Na ironię zakrawa fakt, że choć w niemal całej Europie udało się Kościołowi „ochrzcić” dziady, po 800 latach musi on ponownie walczyć o to, aby kult zmarłych nie miał okultystycznego charakteru. Tak to już jest, licho nie śpi.

    Demonizowanie?

    Wiele osób uśmiecha się pod nosem, kiedy poznaje stanowisko Kościoła na temat Halloween. Najczęściej ludzie używają argumentu: co złego jest w tym, że dzieci przebierają się za czarownice i diabliki? Albo: przecież to tylko zabawa, nie ma w niej nic złego. Problem polega na tym, że cała symbolika i atmosfera Halloween otwiera człowieka na rzeczywistość, o której gdyby człowiek wiedział, uciekałby, gdzie pieprz rośnie.
    Taka oto dynia z zapaloną w niej świecą symbolizuje dusze błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci) mają za zadanie skontaktować człowieka z duchami. Wróżby mają na celu zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości.
    Jak wiemy, wróżby to grzech śmiertelny przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów. Nie wolno próbować wcielać się w Jego rolę i próbować odkrywać przyszłość, którą zaplanował. Otwieranie się zaś na duchy to zabawa z diabłem w chowanego, ale na takich zasadach, że jedynie człowiek szuka, a diabeł pozwala się znaleźć. Duchy istnieją. Z tym tylko, że dusze zbawione trwają w adoracji Boga, a nie zajmują się ziemskimi zabawami ludzi. Toteż kiedy wywołujemy duchy, możemy mieć pewność, że spotkamy albo duszę potępioną, albo demony. Bo choćby człowiek tę zabawę traktował zupełnie niepoważnie, to diabły odpowiadają na każde zaproszenie człowieka. Zresztą sama atmosfera Halloween bliższa jest naszym wyobrażeniom piekła niż nieba. Bo czy wyobrażamy sobie niebo jako miejsce, po którym hasają diabełki, potwory, kościotrupy i czarownice? A jeżeli nie, to po co bawić się w piekło? Czy zabawa w potępienie i przebieranie się za przyjaciół szatana jest miła Chrystusowi?
    Wszyscy egzorcyści zwracają uwagę, że problemy opętań i schorzeń psychicznych na tle demonicznym zaczynają się niemal zawsze od niewinnych praktyk. Należą do nich: słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły itp.

    Marketingowe oszustwo

    Najgorsze jest to, że sukces Halloween związany jest z zyskiem bardzo wielu osób. W okolicach Wszystkich Świętych można zarobić na zniczach i wiązankach. Wytwórcy zabawek i właściciele knajp pozazdrościli widać zysków i chcieliby również coś dla siebie uszczknąć. Stąd zależy im na zwiększaniu popularności Halloween. Jedni mogą dzięki temu sprzedać więcej upiornych strojów i zabawek, drudzy organizują imprezy w atmosferze horroru, podczas których wzrasta m.in. sprzedaż alkoholu.
    Ludzie, którzy zarabiają w Polsce na Halloween, zwłaszcza jeżeli są ochrzczeni, sprzeniewierzają się wierze i tradycji dla pieniędzy. Sami ulegają marketingowemu oszustwu, że Halloween to tylko świecka zabawa, na której można zarobić kilka groszy, i organizują coś, co otwiera ich samych i innych ludzi na działanie szatana.

     Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    o. dr Leszek Gesiak SJ rzecznik KEP/fot. Tomasz Golab / Gość Niedzielny

    ***

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. – Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, „co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. –Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. –Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to „za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. – To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. –To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.

    PCh24.plźródło: Iwona Żurek (PAP)

    ______________________________________________________
    Pięć powodów, dla których nie wolno ci „świętować” Halloween

    – Jerzy Wolak

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Jest wiele przyczyn, dla których nie należy, nie powinno się, wręcz nie wolno obchodzić „święta” Halloween – inaczej niż szerokim łukiem. Wymieńmy pięć z nich. Tyle wystarczy.

    Po pierwsze, Halloween to szyderstwo z katolickiej uroczystości Wszystkich Świętych, skrojone w połowie XIX wieku przez amerykańskich protestantów odrzucających i wyśmiewających katolicki kult świętych, ba, więcej nawet – chrześcijański dogmat o świętych obcowaniu. Już sama nazwa tej imprezy – Halloween – to przecież nic innego jak zwulgaryzowana forma pierwotnego określenia All Hallows’ Eve, czyli wigilia Wszystkich Świętych. Uroczystość poświęconą pamięci świętych tradycyjnie po katolicku rozpoczynano bowiem w poprzedzający ją wieczór – i właśnie wtedy protestanccy szydercy wykazywali największą aktywność, zakłócając katolicką liturgię prześmiewczymi inscenizacjami, notabene przy użyciu rekwizytów zgoła pogańskich.

    Nie można bowiem zaprzeczyć – to po drugie – pogańskich korzeni „świętowania” Halloween. Wszystkie religie pogańskie na poczesnym miejscu stawiały pamięć zmarłych przodków, czy wręcz ich kult; we wszystkich też podejmowano rozmaite starania na rzecz nawiązania kontaktu z zaświatami. Stąd właśnie tyle w halloweenowym imaginarium najrozmaitszych duchów, zjaw i upiorów. A skoro duchów, zjaw i upiorów, to również demonów.

    Jeżeli zaś mają się pojawić goście z krainy cieni, to musi być ktoś, kto ich stamtąd sprowadzi. Czyż obchody Halloween nie roją się wprost od takich postaci? Czarownice i wiedźmy, magowie i czarnoksiężnicy, nekromanci i astrolodzy… Jak więc widać – to już po trzecie – Halloween aż kipi magią i okultyzmem.

    Ale główną bohaterką Halloween – podkreślmy w punkcie czwartym – jest śmierć (ze wszelakimi swymi atrybutami). Rozumiana i pokazywana nie jako moment przejścia z doczesności do wieczności, tylko jako możliwie najbardziej spektakularny kres biologicznej egzystencji. Stąd te „szkieletów ludy” – dominujące dziś w estetyce Halloween gnijące zwłoki, nagie kości, rozkład ciała. Stąd to nagromadzenie czaszek i piszczeli, urwanych kończyn i krwistych skrzepów oraz wszelkich przejawów dekompozycji materii organicznej. Stąd dziś wśród przebierańców tyle trucheł, kościotrupów i zombie. A co przy tym bardzo charakterystyczne, najczęściej są to ofiary makabrycznych morderstw, przedstawiane czy to z jako skłute nożami czy ze sterczącą z głowy siekierą…

    Ale to przecież tylko zabawa – powie niejeden. Co w tym złego?

    Wszystko. Śmierć jest złem. „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” (Mdr 1, 13). Zabawa w śmierć prowadzi wprost ku jej największemu entuzjaście, odpowiedzialnemu za jej zaistnienie. „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 2, 23-24).

    Kto raz dotknął śmierci, ten na zawsze pozostanie martwy. Nigdy nie powróci do pełni życia (nawet jeśli biologiczne procesy jeszcze w nim nie ustały). No, chyba że przez zmartwychwstanie – ale od tego akurat promotorzy mroku spod znaku Halloween odżegnują się jak (nomen omen) diabeł od święconej wody.

    Po piąte zatem, Halloween jako apoteoza marnego końca ludzkiej wegetacji, beznadziejnego przemijania zakończonego odrażającym procesem gnilnym, jako gloryfikacja brzydoty, potworności i mroku to równia pochyła ku satanizmowi.

    Zza niewinnej na pozór przebieranki wyłania się skrzywiona ponurym grymasem diabelska facjata.

    – Bawcie się w śmierć – mówi. – Bawcie się w cień. Otwierajcie drzwi coraz szerzej, ja w nie z rozkoszą wejdę. Ja wam pokażę prawdziwy mrok, prawdziwą szpetotę, prawdziwą rzeczywistość potępienia. Ja wam pokażę prawdziwą śmierć, a będzie to „śmierć druga – jezioro ognia. Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” (Ap 20, 14-15).

    A jakże miał znaleźć się w księdze życia ktoś, kto czerpał uciechę z obcowania z kostuchą w towarzystwie wampirów i wilkołaków? Dla takich właśnie, czyli „dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga” (Ap 21, 8).

    Ale tego nikt nie chce słuchać. Taniec śmierci trwa w najlepsze; danse macabre sunie ulicami chrześcijańskiego świata. Bo przecież wiadomo: show must go on. Więc bawią się dzieci, bawią się rodzice – niepomni, że jakkolwiek nieszkodliwe mogą wydawać się złego początki, koniec jednak najczęściej bywa tragiczny.

    I tak, zupełnie niespodziewanie i nie wiadomo skąd, w spokojnym domu pojawia się ohydne, pierwotne zło. Koleżanka koleżance podrzyna gardło; synalka, któremu ptasiego mleka nie brakowało, znajdują wiszącego na poddaszu; kochający ojciec rodziny masakruje swych najbliższych szlifierką kątową. Małe dziecko nagle zaczyna śnić koszmary, miły, cichy nastolatek bluzga plugawym jadem nienawiści…

    Nie wiadomo skąd gniew, agresja, furia – z jednej strony. A z drugiej depresja, apatia, rozpacz. I nie wiadomo, dlaczego kolejki do egzorcystów rosną w zastraszającym tempie.

    Na pewno nie wiadomo?

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bawią się w duchy… duchy nimi bawią się…

    brat Tadeusz Ruciński FSC:

    pixabay.com

    ***

    Zdarzyło mi się kiedyś być w USA (Minneapolis) jesienią i trafić na gremialne obrzędy wokół Halloween. Cztery dni przed przełomem października i listopada, i cztery po nim, większość filmów w TV to były horrory. Wizerunki czaszek, piszczeli, kościotrupów, wampirów, wiedźm, wampirów, pajęczyn, sów, widm, upiorów, nieboszczyków były prawie wszędzie. W urzędach, w sklepach, w galeriach, na stacjach benzynowych, w restauracjach, w parkach, no i w przedszkolach, i w szkołach (także w katolickich) straszono się tym niby dla zabawy, niby ze względu na dzieci. Nic tam jednak nie było zabawne.

    Zwłaszcza w szkole przebrane za wiedźmy nauczycielki i nauczyciele w kostiumach wampirów. Ani dzieci w podobnych przebraniach goniące niby za słodyczami, a bardziej za możliwościami wybryków. Bywały więc wybite okna, zdemolowane samochody, bójki na ciemnych ulicach. W tych „wystrojach” jednak, w kostiumach, w używanych nie tylko przez dzieci akcesoriach, były jakby  znamiona zbiorowego kultu… Ale czego? – Brzydoty, trupizmu (turpizmu też) , wyklętych przez chrześcijaństwo demonów, wiedźm i wilkołaków? To tak jakby Belzebub rozpuścił swoją zgraję, aby zamroczyć jasność nieba w Uroczystość Wszystkich Świętych i jazgotem przepędzić ciszę z modlitwą za zmarłych.

    1 listopada rano w miejscowym kościele proboszcz nie uległ jakoś powszechnemu amokowi i jakby w kontrze do niego pozawieszał na ścianach duże wizerunki znaczących świętych. A na środku wystawił wielką księgę, aby obecni wpisywali tam imiona zmarłych, jak w naszych wypominkach oraz intencje modlitewne poprzez tych już zbawionych.

    Za to wieczorem pokazano w TV przegląd owych zabaw-obrzędów, interwencje policji, ale i w końcu miejscowy cmentarz chrześcijański z nielicznymi lampkami i… sprawujących swój mroczny rytuał na jednym z grobów, satanistów. I wtedy znalazłem w bibliotece album z Krakowa, gdzie były zdjęcia jednego z naszych cmentarzy w morzu kwiatów i palących się zniczy w nasze polskie Zaduszki. Pokazałem je braciom. Jeden, który nigdy nie był w Europie czy w Polsce, skonstatował: „To czy my tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?”

    To pytanie mogliby w Polsce postawić sobie ci, co dali się jakoś omamić obcej pogańskiej tradycji, która z  wolna, ale uparcie zastępuje nam te nasze polskie i katolickie. Ta uporczywość tegoż jest znamienna i jakoś  wspomagana przez obce nam siły, ale i przez rodzimą głupotę i zamierającą wiarę, przechodzącą powoli w pogański synkretyzm rodem z New Age. I trudno to usprawiedliwić dziecięcą zabawą, jak przy promocjach kolejnych tomów „Harry Pottera”, choć magiczne pokrewieństwo narzuca się samo. Tak, to przez dzieci i wiele szkół (czasem z udziałem katechetów) , zaczyna się kultywować coś z gruntu mrocznego i niebezpiecznego zwłaszcza dla dzieci nieświadomych za bardzo tego, w co się bawią i kto nimi się bawi, bynajmniej nie dla samej beztroskiej zabawy. Przez zabawę bowiem trwale się przekazuje pewne treści, ale i wdraża w pewne zachowania, które mogą być też czasem inicjacją w coś złowrogiego. Księża egzorcyści mówią bowiem o rosnącej ilości zgłaszających się do nich rodziców zaniepokojonych stanem i zachowaniem dzieci po tych z pozoru niewinnych zabawach przechodzących w umagicznione obrzędy. Podobnie bywa z tymi, którzy dla zabawy wróżyli z kart Tarot czy bawili się w wywoływanie duchów, choćby poprzez tabliczkę „ouija”, co uprawia się czasem w tę „noc duchów”, raczej nie dobrych… lecz potępieńców.

    Czym więc była i jest ta noc? W pogańskiej tradycji staroceltyckiej, działy się wtedy obrzędy na część najpotężniejszego dla nich bóstwa, boga śmierci Samhaina. A dochodziło w nich do składania mu ofiar z ludzi. Obłaskawiano więc tak jego i atakujące ludzi duchy. Jego kapłani nawiedzali wtedy domy, żądając ofiar, a gdy ich nie otrzymywali, rzucali na domy i ich mieszkańców klątwy. (Do tego więc nawiązuje nachodzenie domów przez poprzebierane dzieciaki z żądaniem przez nie słodyczy, z groźbą uczynienia jakiejś szkody). Tę noc oraz niektóre obrzędy zawłaszczyli sataniści, łącząc je ze swoimi czarnymi mszami (z ofiarami ze zwierząt), orgiami seksualnymi i obrzędami jednoczenia się z demonami. Bywa, że składa się wtedy ofiary z dzieci, bowiem w tych dniach też ginie najwięcej dzieci, których policja już nie może odnaleźć. Obok Nocy Walpurgii jest to najważniejsze dla nich święto. Podobnie ważnym było ono w książkach i filmie o Harrym Potterze, w szkole czarodziejstwa i magii Hogwart. Jest to więc szyderstwo z chrześcijańskiej uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego albo próba pomieszania elementów obu świat z przewagą tych demonicznych i makabrycznych. Zamiast bowiem uwielbienia bezimiennych świętych w niebie i modlitwy za zmarłych w czyśćcu, na różne sposoby – także przez rozmaite przebrania za nietoperze, czarne koty, zombi, gobliny, sowy, wampiry  – wzywa się potępieńców, igra się i zabawia z demonami jak i z samym diabłem, który nigdy się nie bawi i nie żartuje. Dochodzi do tego uprawianie różnych wróżb, jak i wywoływanie duchów, niestety także przez dzieci z ciężkimi czasem dla nich potem nękaniami, uwikłaniami czy nawet opętaniem demonicznym. Ten swoisty dance macabre nie ma nic wspólnego z powagą śmierci, modlitwy, wspominania zmarłych z troską o ich zbawienie.

    Powraca wtedy pytanie tamtego brata z Minneapolis: „Czy my więc tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?” Bo choćby nawet ta coraz popularniejsza tradycja wystawiania rozświetlonych od środka dyni –  według podania o irlandzkim Jacku, który za zadawanie się z demonami został skazany na błąkanie się do końca świata, a w tych jesiennych dniach ze świeczką w dyni ku przestrodze. Dla satanistów nie jest to dynia, ale ludzka czaszka i piszczele. Czy tym się można bawić, choćby przez nawiązywanie? Otwarcie się na demoniczne wpływy czy nawet inicjację demoniczną może tez nastąpić pośrednio, nieświadomie. Czy mają tego świadomość ci, co organizują te „zabawy” w przedszkolach i szkołach? Usprawiedliwiając się często sugestiami i takimi treściami w podręcznikach do języka angielskiego albo po prostu prawem dzieci do zabawy. Pytanie tylko: czy dobrej? Zaprasza się bowiem także wtedy do szkoły prawdziwe wróżki czy szamanów prezentujących realnie „sztuczki” rodem z Hogwartu.

    Pytanie także: czy w chrześcijanach, w katolikach jest jeszcze świadomość poważnego grzechu bałwochwalstwa przeciw I przykazaniu Bożemu? Grzechy te w sposób wręcz dosadny są określone w Biblii, ale i bardziej współcześnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego (aneks). Po lockdownie większość ludzi jest w marnym stanie psychicznym i duchowym, czy więc  tym bardziej trzeba fundować sobie czy dzieciom „zabawy w duchowość” mroczną, makabryczną i demoniczną? Czy u dzieci nie infantylizuje to także grozy i śmierci? Zauważa się bowiem u dzieci, że oglądając horrory czy thrillery ukazujące śmierć albo makabrycznie, albo „zabawowo”, nie dorastają do pojmowania śmierci realnej swoich bliskich, czy nawet własnej (w grach można mieć jeszcze drugie, trzecie… życie).  Czy jest wtedy w tym wszystkim miejsce dla Jezusa Zmartwychwstałego zwyciężającego śmierć i Aniołów przeprowadzających zmarłych stąd czy z czyśćca do jasnej, szczęśliwej wieczności, dzięki też naszej modlitwie w domu, w kościele czy na cmentarzu?

    Dzięki Bogu, są jeszcze tacy ludzie jak ów proboszcz z Minneapolis, przypominający o treści Uroczystości Wszystkich Świętych, jak o prawdzie, którą wyznajemy, o świętych obcowaniu. Są również u nas organizowane bale wszystkich świętych z przebieraniem się za swoich czy ulubionych świętych patronów (przebieranie się, to przecież forma utożsamiania), jak i korowody świętych, żeby przypomnieć o ich istnieniu, pięknie i ważności ich życia, jak i pomocy, jakiej możemy od nich oczekiwać w drodze do nieba, a nie do piekła, jak proponują satanistyczne obrzędy oraz przyzywane demony i potępieńcy w Halloween’owym bestiarium.

    Na koniec może opowiadanie:

    Było to w Dzień Zaduszny, o którym pamiętali chyba tylko wychodzący z kościoła starsi ludzi, idący w stronę cmentarza nieopodal. Z pobliskiej szkoły wybiegli z przeraźliwymi  krzykami poprzebierane za upiory dzieciaki pozostający jeszcze dziś w Halloween’owej zabawie. Dwójka z nich: dziewczynka przebrana ze wiedźmę i chłopiec za wampira, zaczęli biegać wokół przygarbionej staruszki, wrzeszcząc: „Trick-trak! Trick-track!” Staruszka przystanęła mówiąc: „Ej, poganięta! Zamiast przebierać się za stwory z piekła rodem, pomodliłybyście się raczej za zmarłych, co chcą od piekła być jak najdalej. Dziś Dzień Zaduszny!” Na to mała „wiedźma”: „Nie, my jeszcze bawimy się w Halloween! Trick-track!”

    A chłopiec „wampir” naśladując pohukiwanie puszczyka, biegał wciąż wokół staruszki jak półdiablę. Staruszka weszła już na cmentarz, a ta dwójka jakby uwzięła się na nią, biegając wokół niej i strasząc. Staruszka przestała zwracać na nich uwagę, zatrzymując się przy grobie, omiatając go ze świeżo spadłego śniegu i zapalając nowe znicze.

    Wtedy to „wiedźma” powiedziała nagle do „wampira”: – „Patrz. Maks – tam na grobie siedzi ktoś przebrany za anioła. Chodźmy go nastraszyć!” I ruszyli – teraz już cicho – skradając się powoli. Cmentarz był pokryty śniegiem, który padał całą noc. Nawet ścieżek między grobami nie bardzo było widać. Zasypane śniegiem były tez pozostawione wczoraj na grobach kwiaty i znicze. Odezwał się wtedy półgłosem „wampir”; „Ty, ten niby-anioł zapala świeczki. Zdmuchniemy mu je?” Podeszli kilkanaście metrów od tego kogoś, kto też wyglądał jak zasypany śniegiem, a teraz usiadł na grobie z twarzą ukrytą w dłoniach, jakby chowając w nich płacz. – „Maks – szepnęła „wiedźma” – ten przebieraniec chyba zamarznie na śmierć… Może go przestraszymy i rozruszamy? Albo odtańczymy „taniec widm?” Zaczęli poprawiać sobie kostiumy do owego tańca, ale gdy się odwrócili, tamtego już nie było. – „Maks – spytała „wiedźma” – jak on mógł tak zniknąć? Może schował się za nagrobek? Chodźmy tam.” Zaczęli jednak podchodzić tam coraz wolniej, jakby pojawił się nagle w nich strach przed tańczeniem na cmentarzu. Podeszli w końcu do tego grobu. – „Ty, Maks – szepnęła zdumiona „wiedźma” – patrz, to świeże konwalie… Jakby zasadzone w śniegu… I pachną… No i te woskowe świece… też pachną… Jezu! To jest grób mojej Babci, Maks! Ona miała w szklarni takie konwalie i robiła takie świece z pszczelego wosku…”

    Maks „wampir” stał oniemiały i nie mógł powstrzymać szczękania zębów, blady jak nieboszczyk. – „Nie wiem, kto to mógł być? – dziwiła się „wiedźma” – Z naszej rodziny nikt wczoraj nie był na cmentarzu… I patrz, na śniegu nie ma żadnych śladów stóp! Kto tu był? I kto zapalił te świeczki przed chwilą?” I rozpłakała się. Po chwili ze złością zrzuciła kapelusz i pelerynę wiedźmy, klękając przy nagrobku. I wtedy zobaczyła tam, gdzie siedziała owa postać, jakby ślady kropel… chyba ciepłych łez kapiących w śnieg… Jeszcze mocniej pachniały konwalie i świece. Drgnęli nagle oboje, przestraszeni czyimś głosem. To ta staruszka podeszła zaciekawiona i uśmiechnęła się. – „No – powiedziała – nie przypuszczałam, że takie półdiablęta mają dobre serca. Piękne te konwalie i świece. Skąd je wzięliście? A tą miotełką czarownicy można byłoby odmieść z grobu śnieg… No, ale modlitwa ważniejsza. Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie…”

    brat Tadeusz Ruciński FSC/PCh24.pl

    ANEKS:

    Kpł 19, 31 

    Nie będziecie się zwracać do wywołujących duchy ani do wróżbitów. Nie będziecie zasięgać ich rady, aby nie splugawić się przez nich.

    Pwt 13, 2-6

    2 Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, 3 i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: «Chodźmy do bogów obcych – których nie znałeś – i służmy im», 4 nie usłuchasz słów tego proroka, albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej duszy. 5 Za Panem, Bogiem swoim, pójdziesz. Jego się będziesz bał, przestrzegając Jego poleceń. Jego głosu będziesz słuchał, Jemu będziesz służył i przylgniesz do Niego. 6 Ów zaś prorok lub wyjaśniacz snów musi umrzeć, bo chcąc cię odwieść od drogi, jaką iść ci nakazał Pan, Bóg twój, głosił odstępstwo od Pana, Boga twego, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, wybawił cię z domu niewoli. W ten sposób usuniesz zło spośród siebie.

    Pwt 18, 9-14

    9 Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. 10 Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; 11 nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. 12 Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. 13 Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. 14 Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój.

     Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

    1. Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość (Pwt 18, 10; Jr 29, 8.). Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.
    2. Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka. (KKK Rozdz.1, Art. 1; 2116 – 2117)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MOCNY list egzorcysty o Halloween! PRZECZYTAJ
    fot. via Unsplash [https://unsplash.com/photos/0d5-_kJFdDk]

    ***

    MOCNY list egzorcysty o Halloween!

    „W jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.” – pisze w liście o Halloween egzorcysta. Koniecznie przeczytaj!

    Egzaltacja i wyniesienie brzydoty, makabryczności i demoniczności, czyli list Przewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów o Halloween, Ks. Francesco Bamonte:

    Miesiąc październik, który obecnie mamy , od kilku dziesięcioleci stał się czasem frenetycznych przygotowań do nocy z 31 października na 1 listopada , która dla wielu nie jest już czasem Wszystkich Świętych , ale stała się nocą Halloween. Stało się to już modą, również w naszej chrześcijańskiej kulturze , zwłaszcza dzięki instrumentalizacji przez network, prasę, wszystkie mass media, które je rozpowszechniają. Witryny cukierni , ozdobione Halloweenowi dekoracjami, sklepy z zabawkami , czasopisma dla dzieci i młodzieży , strony internetowe przywołujące nieustannie uwagę i zainteresowanie społeczne na Halloween, nawet szkoły są ozdabiane duchami, upiorami, dyniami, strasznymi maskami, które są prawdziwą i autentyczna egzaltacją ą tym co makabryczne.

    W związku z tą nocą produkowane są kostiumy czarownic, duchów, upiorów, demonów, Draculi, kościotrupów, krwawych bestii i tej nocy są organizowane imprezy , które w zamiarze i na serio są obraźliwe dla naszej chrześcijańskiej wiary, jak na przykład to co stało się w jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween, gdzie wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.

    Cel tego „święta” nie jest tylko komercyjny, ale chodzi w nim przede wszystkim o zachęcenie opinii publicznej, szczególnie dzieci , nastolatków i młodych ludzi aby oswoili się z mentalnością okultystyczną, magiczną, obcą i wrogą naszej chrześcijańskiej kulturze ( czasami pod pozorem poznawania kultury celtyckiej ), W czasie gdy jesteśmy świadkami usuwania krzyży z miejsc publicznych, a w okresie Bożego Narodzenia również zakazów urządzania szopek i przedstawień bożonarodzeniowych w szkołach , w tych samych szkołach propaguje się Halloween, który jest egzaltacją złej rzeczywistości duchowej, tzn. tego wszystkiego co uosabia zło, śmierć, strach, makabryczność, demoniczność. W noc Halloween odnotowuje się tez coraz większą liczbę praktyk okultystycznych, , rytuałów satanistycznych, ponieważ noc ta , zgodnie z kalendarzem czarownic odpowiada wigilii Nowego roku satanistycznego w którą ma miejsce rytuał inicjacji i poświęcenia Szatanowi w czasie sabatu.

    I w ten sposób Halloween, zamiast promować wartości, zachowania moralne i duchowe, które budują osobowość dzieci i młodzieży , a tym samym społeczeństwa jutra, proponuje rzeczywistość pozbawioną wartości, która nie buduje, ale niszczy, która nie wynosi, ale czyni brzydką osobę ludzką, stworzona na obraz i podobieństwo Boże i stworzoną, stworzona aby znać, kochać i służyć Bogu.

    Organizujmy więc w noc z 31 października na 1 listopada czuwania modlitewne w kościołach, alternatywne obchody chrześcijańskie tego święta z udziałem grup, piosenkarzy chrześcijańskich , procesje świętych, przedstawienia teatralne z życia świętych, imprezy dla dzieci i ich rodziców, zabawy inspirowane zdrową tradycją, które rozpowszechniając się, zastąpią te okropną egzaltację brzydoty proponowana przez Halloween.

    Ks. Francesco Bamonte

    tłum. z włoskiego Ks. dr hab. Aleksander Posacki, członek-ekspert Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów

    Fronda.pl 31.10.2017 r./facebook.com/aleksander.posacki/oprac MP.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween w Siemianowicach Śląskich odwołane. Prezydent miasta ma odpowiedź na demoniczną modę zza oceanu

    fot. Urząd Miasta Siemianowice Śląskie, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

    ***

    „Heaven Wins (ang. Niebo wygrywa)”, to inicjatywa, która zastąpi na ulicach Siemianowic Śląskich importowany ze Stanów Zjednoczonych zwyczaj obchodzenia Halloween. Jak ogłosił Rafał Piech, prezydent miasta, to „święto aniołów” będzie zachęcać obywateli do podejmowania dobrych uczynków.

    Włodarz położonej tuż obok Katowic miejscowości nie kryje swojego przywiązania do religii katolickiej. Samorządowiec wielokrotnie zawierzał powierzone mu w zarząd Siemianowice Matce Bożej i, jak sam zaznaczał, to Jej pomocy zawdzięcza dobre owoce swojej prezydentury. „Ona otrzymała klucze do miasta, jest jego menadżerem i je prowadzi”, mówił Rafał Piech o Maryi Pannie.

    Teraz, wyciągając konsekwencje ze swoich katolickich przekonań, obecny przewodniczący ruchu Polska Jest Jedna podjął się próby zerwania z modą na obchodzenie „Halloween” w jego miejscowości. – Wigilia Wszystkich Świętych stała się w ostatnich latach w Polsce okazją do zabaw przejętych z tradycji krajów zachodnich i USA. W roku 2022 podjęliśmy się w Siemianowicach Śląskich rzeczy niepowtarzalnej, jaką jest zainicjowanie zupełnie nowej formy spędzania w tym dniu przez najmłodszych wolnego czasu – wyjaśniał Rafał Piech, obwieszczając intencję zerwania z demonicznym „świętowaniem”.

    Jak donoszą media, w ramach obchodów inicjatywy „Heaven Wins” na ulice śląskiej miejscowości wystąpią mieszkańcy przebrani za aniołów. Będą oni częstować cukierkami w zamian za losowanie przez uczestników jakiegoś dobrego uczynku, do którego spełnienia zobowiążą się biorący udział w zabawie obywatele.  

    Na tej prostej alternatywie dla zasady „cukierek albo psikus” nie koniec. Cały dzień wigilii Uroczystości Wszystkich Świętych został zaplanowany: w programie przewidziano pokazy filmów, zawody sportowe i wielorakie zabawy dla rodzin z dziećmi.

    Inicjatywę prezydenta Siemianowic Śląskich zdążyła już dostrzec antyklerykalna „Gazeta Wyborcza”. Artykuł poświęcony pomysłowi Rafała Piecha trafił nawet na drugą stronę dziennika, co sygnalizuje żywotne zainteresowanie tego medium inicjatywą „Heaven Wins”.

    Rafał Piech pełni urząd prezydenta Siemianowic Śląskich od 2014 roku. Stanął ostatnio na czele ruchu „Polska Jest Jedna”, sprzeciwiającego się obowiązkowym szczepieniom przeciwko koronawirusowi i segregacji sanitarnej.

    źródła:portalsamorzadowy.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Musical o objawieniach w Lourdes zakazany dla szkół ze względu na „łamanie zasad laickości”

    (fot. Twitter)

    ***

    Od 11 lutego do 16 lipca 1858 roku czternastoletnia wiejska dziewczyna Bernadette Soubirous doświadczyła osiemnastu objawień „Pięknej Pani” ubranej w białą suknię i tego samego koloru płaszcz okrywający głowę. Niewiasta przepasana była niebieską szarfą, stopy przystrojone zostały żółtymi różami. Różaniec tej samej barwy wisiał na ręce i składał się z sześciu dziesiątek. Wydarzenia te miały miejsce w grocie położonej niedaleko Lourdes. Takie były początki powstania tamtejszego sanktuarium maryjnego. Historię Bernadetty, której długo nie dawano wiary, a która była obiektem nagonki ze strony władz i masonów, opisywano w wielu książkach. Doczekała się też fabularnych filmów, ale i musicalu.

    Spektakl Bernadette de Lourdes cieszy się niebywałym powodzeniem, a bilety na trasę koncertową sezonu 2023 – 2024 szybko się rozchodzą. Tournée obejmuje całą Francję, ale i zagranicę. Po sukcesie w Lourdes, gdzie frekwencja wyniosła ponad 150 tysięcy widzów, spektakl trafia do kolejnych miast francuskich. W listopadzie będzie grany m.in. w Lille, w grudniu w Strasburgu, później m.in. w Rennes i Rouen. Na miejsce ostatniego przedstawienia w cyklu, 23 czerwca, wybrana została stolica.

    Jest to opowieść o fascynujących i inspirujących objawieniach maryjnych. Oparta została m.in. o oficjalne raporty władz. Fabuła śledzi historię Bernadetty Soubirous, która po objawieniach Najświętszej Maryi Panny musi stawić czoła niezrozumieniu i wrogości władz, które nie chcą wierzyć jej przekazowi. Twórcy zrekonstruowali tu przesłuchania i spotkania Bernadetty z komisarzem Jacometem, księdzem Peyermale, prokuratorem z Lourdes Vitalem Dutorem, biskupem Laurecnem, itd. To wzruszająca walka pokornej dziewczynki w obronie objawień przed sceptycznymi dorosłymi.

    Muzykę napisał Gregoire, spektakl wyreżyserował Serge Cenoncourt. Autorami tekstów są: Lionel Florence i Patrice Guirao. Producentami „Bernadetty z Lourdes” są Roberto Ciurleo i Eléonore de Galard, którzy po musicalach i sukcesie „Robina Hooda” oraz „Trzech muszkieterów” podjęli nowe wyzwanie, by opowiedzieć fascynującą historię. Przypomnijmy, że święta zmarła w 1858 roku i została kanonizowana w 1933 r. przez papieża Piusa XI.

    Okazuje się, że ten temat – wydawałoby się już historyczny – ma swój ciąg dalszy, a historia objawienia, nawet w formie „świeckiej”, nadal jest przedmiotem kontrowersji. Krytykom nie spodobał się religijny charakter musicalu. Pomimo entuzjastycznych ocen artystycznych, władze oświatowe zdecydowały, że kolejne przedstawienia nie mogą być objęte tzw. pass culture („paszport do kultury”). Jest to stworzony przez rząd francuski system dostępu do wydarzeń kulturalnych dla młodych ludzi w wieku od piętnastu do osiemnastu lat, dostępny w formie aplikacji mobilnej i internetowej. Młodzież otrzymuje na swoje konta pewne sumy, które może wydawać na bilety wstępu w ramach edukacji artystycznej i kulturalnej. Wprowadzony w całej Francji w 2022 roku program umożliwia także nauczycielom rezerwację wycieczek na różne spektakle, filmy, koncerty czy konferencje.

    Spektakl Bernadette de Lourdes z tego systemu wyłączono. Okazuje się, że ta fascynująca historia „nie kwalifikuje się do zbiorowej oferty karnetu kulturowego” ze względu na łamanie zasad „karty laicyzmu”. Poszło o przedstawienia zaplanowane w Lille, które w ramach negocjacji z ministerstwem kultury chciano włączyć do culture pass. Przyszła jednak opinia wersalskiego kuratorium, które uznało, że spektakl nie jest odpowiednio „świecki”.

    Producent Roberto Ciurleo mówi wprost, że to brutalna i bezsensowna decyzja. Jednak agenci Regionalnej Dyrekcji ds. Kultury (Drac) i rektoratu (kuratorium) w Wersalu uznali, że „spektakl nie ma szczególnego wymiaru edukacyjnego”, a poza tym narusza Kartę Sekularyzmu, podobno nawet samym tytułem sztuki. Producent przypomina tymczasem, iż „spektakl jest utrzymaną w konwencji policyjnego śledztwa rekonstrukcją historyczną zaczerpniętą z raportów państwowych – komisarzy, prokuratora cesarskiego i tego, co udało się zaobserwować urzędnikom”. To również „opowieść o przesłuchaniach, jakie przechodziła Bernadette i nie w nim samego objawienia Dziewicy w grocie Lourdes”. Ciurleo dodaje nawet, że „sam reżyser, podobnie jak autorzy piosenek, są… ateistami”. – Nic nie jest tu wymyślone ani podporządkowane nawracaniu, nawet nie ma tu mowy o religii – dorzuca producent.

    Dziennik „Le Figaro” próbował się kontaktować w tej sprawie z rektoratem w Wersalu, ale nie uzyskał wyjaśnień. Rzecz jest może i marginalna a popularności musicalu raczej nie zaszkodzi, ale wyłączenie młodzieży z dostępu do tego typu treści przez agendy Republiki pokazuje, że pojęcie „laicyzmu” we Francji przebyło ewolucję w kierunku negacji własnej kultury, historii i dziedzictwa. Być może urzędnicy państwowi wystraszyli się, bo musical przyciągał coraz większą liczbę młodych ludzi, a zainteresowanie nim dotarło także do szkół. Tak, czy inaczej, nawet w „świeckiej” formie opowiadanie o historii dotyczącej Kościoła okazuje się dla niektórych „podejrzane”…

    Bogdan Dobosz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 16 PAŹDZIERNIKA

    Dokładnie dziś, przed 45 laty, kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Było to 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Jak stać się wspólnotą? Rady Karola Wojtyły

     Pokaz multimedialny we Wrocławiu z okazji beatyfikacji Jana Pawła II

    (fot. ks. Rafał Kowalski/ Gość Niedzielny)

    ***

    Warto dziś przypomnieć rożne fakty, wspomnienia, opinie i ciekawostki dotyczące owego pamiętnego czasu.

    Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

    15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. “Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą” – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

    Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

    Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. “Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział…”

    Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie “Jan Paweł II” (USA, 2005).

    Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

    Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów….

    Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać…”.

    Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

    Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

    Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

    Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

    Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

    Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

    Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą…

    Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

    Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

    Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli…

    Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”…

    Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej… To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (…) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

    Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

    Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (…) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

    Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny…”

    Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

    Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

    Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

    Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

    Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (…) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

    Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (…)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc – to cud!

    Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

    Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

    Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

    Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (…) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

    W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz… Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

    Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (…) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

    Kai/Gość Niedzielny

    ***

    NIEDZIELA 22 PAŹDZIERNIKA 2023

    WSPOMNIENIE ŚW. JANA PAWŁA II – TEGO DNIA ROZPOCZĄŁ SIĘ PONTYFIKAT, KTÓRY JEST TRZECIM NAJDŁUŻSZYM W HISTORII KOŚCIOŁA. (Najdłuższy należy do świętego Piotra – od ustanowienia przez Chrystusa głową Kościoła w roku 30 do męczeńskiej śmierci, datowanej na rok 64 bądź 67. Kolejne dwa najdłuższe pontyfikaty – to pontyfikaty bł. Piusa IX (16.6.1846 – 7.2.1878) – 31 lat, 7 miesięcy i 22 dni oraz Jana Pawła II, trwający prawie 27 lat).

    Pontyfikat Jana Pawła II w liczbach

    IV pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Łomża 05.06.1991. Fot. PAP/W. Kryński

    IV pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Łomża 05.06.1991/ fot. PAP/W. Kryński

    ***

    Papież Jan Paweł II jest największym podróżnikiem wśród dotychczasowych papieży. Ostatnia pielgrzymka do Francji była 104. podróżą zagraniczną Ojca Świętego. Poniżej zestawienie papieskich podróży, opracowane przez Radio Watykańskie.

    Data wyboru na papieża: 16 października 1978 r. Pierwsza podróż: do Republiki Dominikańskiej, Meksyku i na Wyspy Bahama – w styczniu 1979 r.

    Ogółem papież odwiedził raz lub wielokrotnie – 132 kraje oraz około 900 miejscowości. W podróżach spędził 586 dni. W sumie poza Włochami przebywał prawie 7 proc. pontyfikatu.

    Podczas wszystkich podróży zagranicznych przebył ponad 1 700 000 km, co odpowiada ponad 42-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika lub prawie 4,5-krotnej średniej odległości między Ziemią a Księżycem.

    Polska jest krajem, który papież odwiedzał najczęściej – dziewięć razy. Siedem razy odwiedził USA i Francję, Meksyk i Hiszpanię – po 5 razy. W czasie podróży zagranicznych Jan Paweł II wygłosił ponad 2400 przemówień.

    Najdalszą była 32. podróż zagraniczna – na Daleki Wschód i do Oceanii (18 listopada – 1 grudnia 1986 r.), w czasie której papież przebył 48 974 km. Podróż na Daleki Wschód i do Oceanii była też najdłuższa, trwała – 13 dni, 6 godzin i 15 minut. Na drugim miejscu pod tym względem znajduje się pielgrzymka do Ameryki Południowej (31 marca – 13 kwietnia 1987 r.), która trwała 13 dni i 4 godziny. Na trzecim – siódma podróż do Polski – 12 dni, 11 godzin i 45 minut.

    Według watykańskich statystyk, rokiem największej aktywności Jana Pawła II w Rzymie był rok 1983, kiedy to odbyło się 49 audiencji generalnych. Jednakże najwięcej osób – 1 milion 585 tysięcy – słuchało papieża na audiencjach w 1979 roku, więcej nawet niż podczas uroczystości Roku Wielkiego Jubileuszu Kościoła katolickiego w 2000 roku, kiedy papież przemawiał do 1 milion 463 tysięcy ludzi. Najmniej audiencji generalnych – tylko dziewięć – odbyło się w 1978 roku, kiedy to 16 października Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Spotkał się wówczas na środowych modlitwach z 200 tysiącami wiernych.

    Podczas swojej 27-letniej posługi Jan Paweł II ogłosił 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji apostolskich, 43 listy apostolskie; zwołał dziewięć konsystorzy; mianował 232 kardynałów (łącznie z ogłoszonymi 28 września 2003 r.), w tym 10 Polaków; kanonizował 478 świętych (w tym 9 Polaków oraz dwóch świętych związanych z Polską); beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków); przewodniczył 6 zgromadzeniom generalnym zwyczajnym synodu biskupów, jednemu zgromadzeniu nadzwyczajnemu synodu biskupów, siedmiu zgromadzeniom specjalnym synodu biskupów; przyjął ponad 1350 osobistości politycznych; spotkał się z wiernymi na ponad 1020 audiencjach generalnych.


    Stanisław Karnacewicz (PAP)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ZE SWOJEJ NATURY JEST MISYJNY

    IDŹCIE NA CAŁY ŚWIAT I GŁOŚCIE EWANGELIĘ

    ***

    Miejsce religii

    Człowiek ma być sobą wszędzie, a nie tylko w wyznaczonym miejscu.

    Zobaczyłem w sieci baner jednej z partii politycznych, zaczynający się słowami: „Miejsce religii jest:”, a pod spodem, obok stosownych zdjęć, pytania: „w szpitalu? w szkole? w kościele?”. Przy dwóch pierwszych kwestiach widniały duże napisy „Nie!”, a przy trzeciej napis „Tak!”.

    Zadumałem się. Miejsce religii jest w kościele? Nie w szkole i nawet nie w szpitalu? To tak, jakby powiedzieć, że miejsce chleba jest w piekarni albo że miejsce książek jest w drukarni. Gdybym chciał, żeby ludzie nie jedli chleba albo nie czytali książek, tobym się domagał właśnie tego: żeby te rzeczy nie opuszczały miejsca ich powstania. Perorowałbym: Jak kto głodny albo spragniony lektury, to niech zaspokaja swoje potrzeby w miejscach do tego przeznaczonych!

    Wygląda to „tolerancyjnie” – no przecież macie swoje miejsce, nikt wam nie broni modlić się w kościele. Możecie tam sobie świadczyć „usługi zbawiennicze” (określenie jednego polityka), a my tylko oczekujemy, że nie wyjdziecie z tymi swoimi fanaberiami na zewnątrz, tam, gdzie ludzie mają prawo…

    No właśnie – do czego? Do tego, żeby nikt nie wiedział, co jest treścią naszego życia? Jeśli tak, to jakim prawem ci wszyscy politycy wyłażą na płoty, słupy i wiaty przystankowe z dużo mniej istotnymi rzeczami, przekonując, że ich opcja polityczna jest najlepsza, że ich mam poprzeć, ich wybrać? Jakim prawem wyskakują mi z telewizora, z radia i z telefonu, próbując mnie przeciągnąć na swoją stronę? Niechby sobie politycy politykowali tylko w siedzibach swoich partii, a jak kto ciekawy, to do nich przyjdzie, nie?

    No właśnie nie. Każde środowisko, które zamyka się i ogranicza tylko do siebie, szybko jałowieje i umiera. Jesteśmy ludźmi, a nie jakimiś zombiakami snującymi się po ulicy, a odżywającymi tylko w swoich enklawach. Ludzki rozwój bierze się głównie z tego, że nawzajem sobie przekazujemy swoje doświadczenia. Próby ograniczania możliwości dzielenia się z innymi są dążeniem do zubażania wszystkich. Szczególnie dotyczy to kwestii wiary.

    Jezus mówi: „Idźcie i czyńcie uczniów ze wszystkich narodów”. Dla tych, którzy uznają Go za swojego Pana, to jest nakaz ważniejszy od wszelkich innych. Wynika z niego, że nie wystarczy nawet głoszenie Ewangelii, ale trzeba przysparzać Jezusowi uczniów. Dlatego chrześcijaństwo jest misyjne i jeśli ktoś chce wyznawców Chrystusa schować w kościołach, nie osiągnie celu. Gdyby mu się to z jakąś wspólnotą udało, to by znaczyło, że ona nie była chrześcijańska

    Można oczywiście zepchnąć Kościół do katakumb, ale on i tam pozostaje misyjny – a nawet szczególnie tam, bo w katakumbach się modli, a potem z nich wychodzi i robi swoje. Czyli Boże.


    KRÓTKO:

    Urabianie państw

    Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu próbuje zmusić Bułgarię do instytucjonalizacji związków jednej płci. Dwie obywatelki tego państwa w 2016 r. zawarły „małżeństwo” w Wielkiej Brytanii. Gdy wróciły do kraju, jedna z nich zażądała odnotowania w dokumentach stanu cywilnego, że jest „w stanie małżeńskim”. Burmistrz odmówił, argumentując, że bułgarskie prawo definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Bułgarskie sądy przyznały rację burmistrzowi, więc kobiety odwołały się do ETPC, ten zaś orzekł, że Bułgaria uchybiła „obowiązkowi” instytucjonalizacji związków jednopłciowych, co wywnioskował z art. 8 Konwencji o ochronie praw człowieka. Mowa tam, że „każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego”. Informujący o tym Instytut Ordo Iuris przypomina, że obecnie możliwość sformalizowania związków jednopłciowych istnieje w 30 państwach członkowskich Rady Europy, w tym w 18 z nich nazywa się to „małżeństwo”, a w 12 „związek partnerski”. Polska jest jednym z pozostałych 16 państw, w których sprawa ta… jest uregulowana. Tyle że prawidłowo.

    Dobre i to

    Węgry wprowadzają obowiązek zapoznawania kobiet, które chcą dokonać aborcji, z biciem serca ich dzieci. Na Węgrzech wciąż obowiązuje prawo zezwalające na aborcję do 12. tygodnia ciąży, więc każdy sposób ograniczenia tego zabójczego procederu jest wart uznania.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 18 PAŹDZIERNIKA

    Dziś po raz kolejny dzieci na całym świecie modlą się na różańcu o pokój,

    o pokój w naszych sercach, w naszych rodzinach, w naszej Ojczyźnie i na świecie.

     

     ©Pavlo – stock.adobe.com

    *****

    Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie zachęca najmłodszych do dołączenia do specjalnego łańcucha modlitewnego. 18 października dzieci na całym świecie będą modlić się na różańcu. Kampania organizowana jest pod hasłem „Milion dzieci modli się na różańcu”.

    Ks. prof. Waldemar Cisło, dyrektor sekcji polskiej Papieskiego Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przypomina, że inicjatywa ma wyjątkowego patrona, jakim jest św. o. Pio. „To on powiedział, że jeśli milion dzieci będzie modlić się na różańcu, to świat napełni się pokojem” – zaznacza wykładowca UKSW.

    „W ubiegłym roku dzięki katechetom, księżom, którzy zachęcali swoich podopiecznych do modlitwy, 270 tysięcy dzieci z Polski wzięło udział w tej międzynarodowej akcji. Bardzo serdecznie zachęcamy do tego. Widzimy dzisiaj na skutek wojny w Ukrainie i tego, co dzieje w Ziemi Świętej, jak kruchą rzeczywistością jest pokój i w jak w wielu miejscach na świecie jest on potrzebny. Pięknym świadectwem człowieka, który żył w kraju wojny jest ks. Douglas Al-Bazi z Iraku. Został porwany przez terrorystów przy ołtarzu, kiedy odprawiał Mszę Świętą, skuty łańcuchem i katowany. Wybijano mu zęby, kości łamano młotkiem, nie dawano przez pierwsze dni jedzenia i wody. Jak mówił, nigdy tak nie doświadczył siły i wsparcia, jakie daje modlitwa różańcowa, jak wtedy, kiedy modlił się na różańcu, posługując się łańcuchem, którym był skuty. Ogniwa łańcucha służyły mu jako paciorki różańca” – przypomina duchowny.

    Módlmy się o pokój, o pokój w naszych sercach, naszych rodzinach w naszej Ojczyźnie, ale i na świecie. Serdecznie wszystkich zachęcam, katechetów, księży, siostry zakonne, rodziców. Pomódlmy się razem z tymi dziećmi, by ten przykład motywował cały świat” – powiedział Radiu Watykańskiemu ks. prof. Cisło.

    Jak informuje Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie zaproszenie do tego, by dołączyć do kampanii „Milion dzieci modli się na różańcu” płynie w tym roku z Kamerunu, gdzie w Ayos znajduje się dom dla porzuconych i opuszczonych dzieci, stworzony przez Siostry Opatrzności Bożej. Na co dzień mieszka tam 28 potrzebujących dziewczynek.

    Akcja modlitewna rozpocznie się 18 października o godz. 9.00. Podczas poprzednich edycji uczestnicy modlili się w salach gimnastycznych, na boiskach przed szkołą, w klasach i w parafiach. W Polsce sercem kampanii „Milion dzieci modli się na różańcu” ponownie będzie Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem. Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na stronie www.modlitwamilionadzieci.pl .

    Radio Watykańskie / Watykan (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 19 PAŹDZIERNIKA

    DZIŚ WSPOMNIENIE BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI

    I RÓWNIEŻ

    NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI DUCHOWNYCH NIEZŁOMNYCH

     

     sejm.gov.pl

    ***

    19 października, w rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. To ustanowione w 2018 r. święto państwowe oddaje hołd „bohaterom, niezłomnym obrońcom wiary i niepodległej Polski”.

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę bł. Jerzego Popiełuszki

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    W tym wyjątkowym dla naszej Ojczyzny czasie, wzywajmy wstawiennictwa bł. ks. Jerze Popiełuszki, prosząc Boga o błogosławieństwo dla naszego Narodu.

    Wszechmocny Boże, Ojców naszych Panie!

    Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności,

    by prosić o Twoje błogosławieństwo.

    Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca.

    Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy.

    I zbaw od złego nas wszystkich. Wysłuchaj, Panie, prośby ludu swego.

    Amen.

    http://www.ak.diecezja.wloclawek.pl

    ***

    39-ta rocznica męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki – ‘kapelana Solidarności’

    39-ta rocznica męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki – ‘kapelana Solidarności’

    Grób bł. ks. Jerzego Popiełuszki – Reytan, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Wierny Bogu i Ojczyźnie.

    Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko.

    39 lat temu, najprawdopodobniej 19 października, funkcjonariusze zwalczającego Kościół IV departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zamordowali kapelana „Solidarności” ks. Jerzego Popiełuszkę. Jego ciało zostało wrzucone do Wisły w okolicach tamy we Włocławku. W 2010. roku został beatyfikowany.

    Odważne przeciwstawianie się złu, dopominanie się o prawdę, bezgraniczne umiłowanie Kościoła i polskości, w kręgach patriotycznych zyskały Księdzu Jerzemu Popiełuszce miano „Piotra Skargi naszych czasów”. Z tych samych powodów był on znienawidzony przez komunistyczną władzę.

    PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________

    Ofiara ruszyła lawinę

    Ofiara ruszyła lawinę

    fot. Anna Beata Bohdziewicz/East News

    ***

    W październiku 1984 r. zginął ks. Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzał złu. Od tamtej pory przeszkadza znacznie bardziej.

    Władza ludowa umiała ludowi dopiec. A konkretnie tym jego członkom, którzy nie śpiewali w chórze jej piewców. Na początku lat 80. minionego wieku ks. Jerzy Popiełuszko otwierał listę „wrogów ludu” i władza dawała mu to odczuć. Wszechobecna inwigilacja, rewizje, podrzucane „dowody”, przesłuchania, szczucie w mediach, groźba więzienia.

    W lipcu 1984 roku atmosfera wokół kapłana była już taka, że ks. Teofil Bogucki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, powiedział podczas Mszy za Ojczyznę: „Uważam za swój pasterski obowiązek na tle fałszywych sądów i niesprawiedliwych wyroków, w świetle wypowiedzianych myśli, ukazać jasną postać ks. Jerzego, którego zaliczam w poczet najlepszych kapłanów, gorliwych i pełnych Ducha Bożego, i do najwspanialszych Polaków, szlachetnych i oddanych sercem ojczyźnie. Wszyscy zaświadczyć mogą, że nikogo nie nawoływał do nienawiści i zemsty, ale zachęcał do miłości i przebaczenia. Nie podniecał, ale uciszał wzburzone serca”.

    To nie była tania laurka. Raczej przyczynek do procesu beatyfikacyjnego. Proboszcz wiedział, co mówi: ks. Popiełuszko naprawdę taki był. Scena z filmu, w której ks. Jerzy częstuje herbatą śledzącego go zmarzniętego esbeka, oddawała rzeczywistość. Świadkowie potwierdzają: przyszły błogosławiony robił takie rzeczy z autentycznej troski o człowieka, niezależnie od tego, kim ten człowiek był. „Walczymy ze złem, a nie z jego ofiarami” – ta myśl towarzyszyła mu cały czas. To dlatego był nieustępliwy, gdy ludzka wola kolidowała z tym, co odczytywał jako wolę Bożą. Wiedział, że Bóg chce dla człowieka wyłącznie dobra. Ta jego cecha dała o sobie wyraźnie znać już przed laty, gdy został wyrwany z seminarium do jednostki wojskowej w Bartoszycach. Tam władze PRL robiły klerykom pranie mózgu za pomocą „specjalnego programu szkolenia politycznego”. Na szeregowego Popiełuszkę spadały kary za to, że klęka do modlitwy albo że nie chce zdjąć z palca różańca. Ośmieszanie, długie i poniżające przesłuchania, odbieranie urlopu, areszt, stanie boso na mrozie – żadne szykany go nie złamały.

    „Wspólną modlitwę praktykujemy w dalszym ciągu, wspólny Różaniec, wieczorna modlitwa, w piątek Droga Krzyżowa, a w święta recytowana Msza św.” – pisał z wojska do ojca duchownego w seminarium. Imponował kolegom klerykom. Dzięki niemu nie bali się w niedziele odprawiać nabożeństw zastępujących Mszę św., ponieważ w Eucharystii nie pozwalano im uczestniczyć. Wielu z nich mówiło potem, że postawa Popiełuszki sprawiła, iż zamiast zrezygnować z seminarium, zyskali w wojsku większą motywację do zostania kapłanami.

    „Boże, jak się lekko cierpi, gdy się ma świadomość, że się cierpi dla Chrystusa” – pisał w jednym z listów kleryk Jerzy.

    Nie pożyję

    A jednak tamtego dnia, 29 lipca 1984 roku, ks. Jerzy wydawał się znękany ponad miarę. Zebrani w kościele widzieli, jak słuchając słów ks. Boguckiego, zasłania twarz ręką. Chyba po raz pierwszy publicznie płakał. Ale nie było to załamanie. „Ja jestem przekonany, że to, co robię, jest słuszne” – powtarzał w rozmowach z księżmi. Innym razem powiedział: „Ja się poświęciłem, ja się nie cofnę”. „Będę wśród swoich robotników, dopóki tylko będę mógł” – deklarował, świadom, że niedługo może już nie będzie mógł. Księża zapamiętali, jak w ostatnich miesiącach życia mówił kilkakrotnie: „Ja długo nie pożyję”. I dodawał: „Jestem gotowy na wszystko”. Mówił to z determinacją w głosie. Dziś możemy na tej podstawie stwierdzić, że Bóg przygotowywał ks. Jerzego do męczeństwa.

    Po lipcowej Mszy za Ojczyznę pozostały mu jeszcze niespełna trzy miesiące życia. Komunistyczna władza wiedziała już dzięki podsłuchom, że ksiądz nie wyjedzie na studia, lecz pozostanie w Polsce. Oznaczało to dla niej sygnał do wzmożenia represji. We wrześniu płk Pietruszka powiedział podwładnym: „Dosyć tej zabawy z Popiełuszką i Małkowskim. Podejmujemy zdecydowane działania. Trzeba nimi tak wstrząsnąć, żeby to było na granicy zawału serca, żeby to było ostrzeżenie”.

    Gdyby SB miała do czynienia z człowiekiem, któremu bardziej zależy na sobie niż na innych, może by takie „ostrzeżenie” podziałało. Ksiądz Jerzy jednak nie był takim człowiekiem. I władza posunęła się do działań ostatecznych.

    Bez skrupułów

    Jak to miało być? Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, pewnie ks. Jerzy Popiełuszko zniknąłby i tyle by go widziano. A potem może rozpuściłoby się plotki, że ktoś widział go, jak z panienkami na Karaibach przepuszcza pieniądze zebrane od naiwnych wiernych. Jedni by wierzyli, inni nie, ale wątpliwość by została. Funkcjonariusze Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wiedzieli, jak się takie rzeczy robi. Szczególnie ci z Samodzielnej Grupy „D”. Literka „D” to inicjał od słowa dezintegracja, a to ci ludzie potrafili najlepiej. Tam pracowali najwięksi zbrodniarze, zdolni do znęcania się nad ludźmi i mordowania ich bez żadnych skrupułów.

    Wieczorem 19 października 1984 roku trzej ludzie z tego „komanda śmierci”, przebrani w mundury milicjantów, zatrzymali samochód, którym podróżował ks. Jerzy Popiełuszko.

    To wiemy. Wiemy też, co zdarzyło się 11 dni później. „O godzinie 17.00 […] przystąpiono do wydobywania zwłok mężczyzny […] przy użyciu płetwonurków. Przed ich wydobyciem, jak wynika z oświadczenia płetwonurka Krzysztofa Mańko, […] ubrane były w sutannę, zwrócone twarzą w kierunku jazu, z obciążeniem nóg” – czytamy w milicyjnym raporcie z 30 października 1984 roku.

    Co się jednak naprawdę zdarzyło między porwaniem ks. Jerzego a znalezieniem jego zwłok? Nie mamy całkowitej pewności. Nic dziwnego – zarówno poprzedzające proces dochodzenie, jak i sam proces były w rękach władzy, która zleciła to morderstwo. Jeśli ten przedziwny „sąd we własnej sprawie” w ogóle się odbył, to wyłącznie dlatego, że coś poszło nie tak – i sprawa częściowo się wydała. Nie dało się już przed społeczeństwem udawać niewiniątek. Kogoś trzeba było poświęcić, więc poświęcono bezpośrednich wykonawców i ich bezpośredniego przełożonego.

    Poszło inaczej

    A co poszło nie tak? Z pewnością szyki pomieszała ucieczka Waldemara Chrostowskiego, kierowcy ks. Jerzego. Porwany razem z kapłanem, w dogodnym momencie zdołał otworzyć drzwi pędzącego samochodu i uciec. Jak to możliwe? Ta wersja długo budziła spory. Mimo to dostępne dziś dokumenty i relacje świadków wskazują na to, że tak rzeczywiście było.

    Tak czy inaczej – sprawa wyszła na jaw. I jeśli w zamyśle SB śmierć kapłana w ogóle miała dotrzeć do wiadomości publicznej, to z pewnością nie w taki sposób. Mimo że dochodzenie i proces zostały tak ustawione, jakby podsądnymi byli ks. Popiełuszko i Kościół, wydarzenia wymknęły się komunistycznej władzy spod kontroli. Nic już nie mogło powstrzymać lawiny przemian społecznych, jaka za kilka lat miała ruszyć, zmiatając – bez użycia przemocy! – cały aparat władzy i przywracając Polsce wolność.

    Tu działały siły, jakich sobie władza w ogóle nie wyobrażała. Zło zostało zwyciężone przez dobro – właśnie tak, jak do tego ks. Jerzy wielokrotnie nawoływał. Ksiądz miał „przestać bruździć”, miał nie skupiać już wokół siebie tłumów. Jego zniknięcie miało zapewne także zastraszyć ewentualnych naśladowców. Stało się zupełnie inaczej. Na pogrzeb ks. Jerzego 3 listopada 1984 roku do Warszawy zjechało prawie milion Polaków. Podczas Mszy, odprawianej przez tysiąc kapłanów, kazanie wygłosił prymas, kard. Józef Glemp. „Odpuszczamy wszystkim winowajcom, którzy z przekonania lub na rozkaz zadali bliźnim krzywdy. Odpuszczamy zabójcom ks. Popiełuszki. Nie mamy do nikogo nienawiści. (…) Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania” – niosło się nad ulicami wypełnionymi ludźmi.

    Taka jest logika Ewangelii: odrzucić zło, ocalić człowieka. Nie chcemy mieć satysfakcji z tego samego, z czego satysfakcję chce mieć diabeł. To jest też przesłanie ks. Jerzego.

    Ksiądz działa

    Owocem dobra jest dobro. Dziś wiele lat po śmierci ks. Jerzego, wielu ludzi świadczy o cudach i łaskach doznanych za jego przyczyną. Przy grobie błogosławionego kapłana wciąż modlą się wierni – i wielu otrzymuje łaski nawet wtedy, gdy się tego nie spodziewa. Ludzie wzywają jego pomocy w chorobach i dramatycznych sytuacjach życiowych. Wielu doznaje uzdrowienia, są małżonkowie, którzy wstawiennictwu bł. Jerzego przypisują wyjście z poważnych kryzysów, są też ludzie, którzy wypraszają jego pomoc w znalezieniu dobrej pracy.

    Ksiądz Jerzy za swojego ziemskiego życia przyczyniał się do licznych powrotów do Boga. Wygląda na to, że dziś nawrócenia to także jego szczególna „specjalizacja”.

    Umierają kolejni winowajcy zbrodni sprzed lat, mniejsza z tym, czy przez ludzki trybunał zostali uznani za przestępców, czy też nie. Ksiądz Jerzy złożył ofiarę, naśladując Jezusa, o którym już Izajasz pisał, że „poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami”. Z pewnością także kapłan męczennik oręduje za swoimi prześladowcami, modląc się o ich nawrócenie choćby w ostatniej godzinie.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Księża i ich kaci.

    Pamiętajmy o niezłomnych duchownych

    (fot. Marek Musial / Forum)

    ***

    19 października 1984 r. ksiądz Jerzy Popiełuszko po raz ostatni stanął przed ołtarzem. W kościele pw. Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy odprawił Mszę świętą, a następnie poprowadził nabożeństwo różańcowe.

    Wierni rozważali tajemnice bolesne. Ksiądz Jerzy wzywał Matkę Bożą jako Bolesną Królową Polski. Mówił do zgromadzonych, jakby przeczuwając to, co miało nadejść już niedługo:

    „Obowiązek chrześcijanina – to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci. Tylko plewy nic nie kosztują, za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić”.

    Preludium

    Już we wrześniu 1939 r. na polskich Kresach Wschodnich z rąk komunistów zginęło dziewięciu księży katolickich i kilku kleryków.

    Część zamordowali żołnierze Armii Czerwonej, innych miejscowi bojówkarze. Zginęli m.in.: ks. Romuald Chłopecki w Kołomyi, ks. Bolesław Fedorowicz w Stolinie na Polesiu, jezuita o. Mariusz Skibniewski w Przyłbicach k. Lwowa, ks. Jan Kryński w Zelwie.

    W następnych miesiącach, do czerwca 1941 r., w zaborze sowieckim brutalne samosądy zastąpiła czerwona „machina sprawiedliwości”. W tym czasie z wyroków sądów straceni zostali księża: Antoni Bułat, Adam Bogdanowicz, Jerzy Jaglarz, Czesław Kaniak, Jan Kisiel, Jerzy Moskwa, Stanisław Zientara, a także słowacki ksiądz Jan Kellner Brinsko. Kilkunastu aresztowanych kapłanów „zaginęło” bez wieści; w łagrach zmarło ich co najmniej 20. Eksterminacji poddano kapelanów Wojska Polskiego – ks. płk Józef Panaś zginął w trakcie przesłuchania, ks. gen. Karol Bogucki zmarł w łagrze w Kazachstanie, 27 kapelanów rozstrzelano w Katyniu, Twerze i Charkowie.

    W pierwszych tygodniach wojny niemiecko-sowieckiej, w czerwcu i lipcu 1941 r. Sowieci zabili 42 polskich duchownych. Ginęli oni w więzieniach w  Wilejce, Oszmianie, Łucku, Lwowie, Tarnopolu i Złoczowie, podczas „marszów śmierci” więźniów z Berezwecza do Ułły i z Mińska do Borysowa, również w swych miejscach zamieszkania (jak ośmiu dominikanów z Czortkowa, zamordowanych przez miejscowych Żydów służących w NKWD).

    Również w następnych latach przybywało męczenników, takich jak o. Stanisław Szulmiński SAC (zmarł w łagrze, w którym pozostał dobrowolnie po ułaskawieniu, by nieść pociechę duchową więźniom), czy ks. Paweł Chomicz, pełniący obowiązki Apostolskiego Administratora Leningradu (stracony za nielegalne odprawianie Mszy św.). 

    Ogółem w latach 1939-1945 naliczono 270 polskich duchownych rzymskokatolickich zamordowanych i zmarłych w wyniku represji sowieckich.

    Pogromcy kleru

    W Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach zainfekowanych przez komunizm, obok rzeszy patriotów, których opór należało złamać, marksiści znaleźli grono wiernych sługusów i naśladowców.

    Prawdopodobnie pierwszym kapłanem, zamordowanym w tzw. Polsce Ludowej, był ks. Michał Pilipiec, kapelan AK i wikariusz w Błażowej. Bezpieka aresztowała go 4 grudnia 1944 r. i poddała okrutnemu śledztwu. Cztery dni później został wywieziony do lasów głogowskich k. Rzeszowa i tam zastrzelony wraz z trzema parafianami.

    Następne lata przyniosły dziesiątki zabójstw na kapłanach. W Kraśniku „nieznani sprawcy” zastrzelili ks. Stanisława Zielińskiego, kapelana NSZ. W Płokach bojówka PPR zamordowała ks. Michała Rapacza. Podczas rewizji na plebanii w Libiążu ubecy zabili ks. Franciszka Flasińskiego. W Kielcach milicjant zastrzelił na ulicy ks. Stanisława Ziółkowskiego, b. kapelana AK – w momencie, gdy ten zmierzał do szkoły uczyć religii.

    Szczególnie drastyczna była zbrodnia na ks. Janie Szczepańskim z Rzeźnicy Bychowskiej – kapłana uprowadzono, a następnie bito, wyrywano mu paznokcie, wykłuto oczy, wyrwano język, wykastrowano, postrzelono, a na koniec – wciąż żywego – utopiono w rzece.

    Kilkunastu księży stracono z wyroków sądów, m.in. ks. ppor. Kazimierza Łuszczyńskiego, szefa PAS NZW w Lublinie; ks. mjra Rudolfa Marszałka, kapelana WP i NSZ; jezuitę Władysława Gurgacza, kapelana Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Inni umierali w więziennych celach, jak ks. Zygmunt Jarkiewicz, ks. Franciszek Gzik czy ks. Zygmunt Kaczyński.

    Tylko do 1953 r. polskojęzyczni komuniści zamordowali 37 księży i 54 zakonników. Swoją porcję zbrodni dołożyli żołnierze Armii Czerwonej i funkcjonariusze NKWD, którzy w latach 1945-47 na ziemiach powojennej Polski zgładzili 123 osoby duchowne.

    Przemiany polityczne, jakie nastąpiły po październiku 1956 roku przyniosły znaczące złagodzenie represji. Jednak sytuacja wciąż była daleka od normalności, czego dowodem choćby śmierć ks. Romana Kotlarza z Pelagowa, który w czerwcu 1976 roku ośmielił się wystąpić w obronie robotniczego protestu w RadomiuKilkakrotnie ciężko pobity przez „nieznanych sprawców”, zasłabł podczas odprawiania Mszy i zmarł w szpitalu 18 sierpnia tego roku.

    Droga

    Jerzy Popiełuszko, rodem z pod-suchowolskich Okopów, już w liceum podpadł przedstawicielom „władzy ludowej”.

    Dyrektor szkoły, człek opłacający zajmowane stanowisko wzmożoną ideologiczną czujnością, był wielce wzburzony nieskrywaną religijnością ucznia. Z tego też powodu wielokrotnie wzywał rodziców chłopca na rozmowy ostrzegawcze. Groźby i perswazje nie na wiele się zdały. Po maturze świeżo upieczony absolwent szkoły średniej zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego.

    Już po pierwszym roku studiów został powołany do wojska, do specjalnej jednostki dla kleryków. Dwa lata brutalnych szykan nie złamały go. Po zakończeniu służby powrócił do seminarium, pomyślnie ukończył studia, został kapłanem.

    Gdy przyszło gorące lato 1980 roku, ksiądz Jerzy był wikarym w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Za zgodą władz kościelnych udał się do robotników strajkujących w Hucie Warszawa, służąc im opieką duchową. Po ogłoszeniu stanu wojennego pomagał represjonowanym. Na organizowane przezeń comiesięczne Msze za Ojczyznę ściągały tysiące ludzi, by wysłuchać odważnych kazań młodego kapłana. Na tę chwilę wnętrze i dziedziniec kościoła św. Stanisława Kostki stawały się prawdziwie wolną Polską.

    Zbrojne ramię Partii

    Komuniści nienawidzili księdza Jerzego. Był pilnie śledzony, co najmniej czterech jego znajomych, w tym jeden duchowny, donosiło nań regularnie, w zamian za judaszowe srebrniki.

    Otrzymywał anonimowe listy grożące śmiercią. Sprzedajni dziennikarze opluwali go w telewizji i gazetach. Próbowano oskarżyć go o nielegalne przechowywanie broni (za co groziło 8 lat więzienia), podrzucając mu do mieszkania materiały wybuchowe i amunicję, zaraz wykryte podczas rewizji przez wiedzionych nieomylnym węchem funkcjonariuszy.

    Próby zastraszenia nie dały rezultatów, zatem ktoś podjął radykalną decyzję. Funkcjonariusze, którym zlecono mord, byli młodymi ludźmi, pełnymi zapału i antykościelnej żarliwości. Ich ambicja szła w parze z kreatywnością. Sypali jak z rękawa pomysłami, w jaki sposób zabić człowieka niewygodnego dla władz. Narady toczone przez nich w służbowych pokojach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przypominały rozmowy mafijnych „cyngli”.

    Zrazu planowali wyrzucić księdza z pędzącego pociągu. Potem doszli do wniosku, że lepsze będzie upozorowanie wypadku samochodowego. Wszak wystarczy zwykły kamień, celnie ciśnięty w przednią szybę samochodu wiozącego kapłana – pojazd z pewnością wyląduje w przydrożnym rowie. Jeśli nawet pasażerowie przeżyją, to zaraz spłoną w podpalonym samochodzie. Zapobiegliwi funkcjonariusze przygotowali na tę okazję cały kanister paliwa.

    Ten zamach, przeprowadzony 13 października 1984 roku, nie powiódł się. Rzucony kamień chybił celu. Sześć dni później mordercy spróbowali ponownie. Nieco zmodyfikowali plan działania.

    W mroku

    Modlitwa różańcowa w bydgoskim kościele Polskich Braci Męczenników dobiegała końca. Wokół świątyni zapadały ciemności.

    Czuć było narastające napięcie, jakby wszyscy spodziewali się nadciągającego dramatu. Gospodarze usilnie prosili księdza Jerzego o pozostanie, oferując mu gościnę i nocleg. Odmówił tłumacząc, że nie zdążyłby na poranną Mszę w swoim żoliborskim kościele. Pożegnał się z księżmi i wiernymi, po czym odjechał w mrok.

    Nazajutrz telewizja nadała informację o uprowadzeniu księdza przez „nieznanych sprawców”. Jedenaście dni później zakomunikowano o wyłowieniu jego zwłok z zalewu pod Włocławkiem.

    Wiadomo, że samochód z księdzem Jerzym został zatrzymany niedaleko Górska przez trzech funkcjonariuszy SB, przebranych w mundury milicji drogowej. Na temat przebiegu uprowadzenia, okoliczności zabójstwa oraz zleceniodawców zbrodni powstało szereg hipotez. Zapewne upłynie jeszcze sporo czasu nim dowiemy się, jaka była prawda, co było wymysłem żądnych rozgłosu dziennikarzy, co zaś stanowiło celową dezinformację ze strony tajnych służb.

    Bez wątpienia księdza Jerzego torturowano z wyszukanym bestialstwem. Jego zwłoki były tak zmasakrowane, że podczas ich oględzin znajomi kapłana mieli ogromne trudności z identyfikacją ofiary. Całe ciało zamordowanego pokryte było sińcami, okolice nosa i oczu stanowiły czarną plamę. Palce u rąk i nóg wyglądały na zmiażdżone, włosy były o wiele rzadsze niż za życia, a język zamienił się w krwawą miazgę. Lekarz dokonujący sekcji był wstrząśnięty; oświadczył, że w całej swej karierze zawodowej nie widział takich obrażeń wewnętrznych.

    Do tego duchowny został przemyślnie skrępowany – każde poruszenie rąk czy nóg powodowało zaciskanie się pętli na szyi. Mimo to w skatowanym kapłanie wciąż tliło się życie, gdy słudzy wojującego ateizmu wtłaczali go w obciążony kamieniami wór, który zaraz cisnęli w czarną toń.

    Sezon na księdza

    Komunistyczne władze próbowały wyjaśnić zbrodnię na ks. Popiełuszce rzekomą samowolą kilku funkcjonariuszy SB. Wszakże akcja przeciw kapłanowi z Żoliborza wcale nie były wyjątkowa.

    Również podczas innych działań przeciw środowiskom kościelnym i opozycyjnym podwładni Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka wielokrotnie dopuszczali się działań bandyckich. Były porwania, pobicia, oblewanie płynami żrącymi, podpalenia samochodów i mieszkań, nie wspominając o „zwykłym” rozpowszechnianiu oszczerstw czy próbach skłócania parafian. Z aktywnością bezpieki wobec kleru mogły być związane niewyjaśnione do dziś zgony kapłanów.

    8 maja 1983 r. w poznańskim szpitalu, na skutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, skonał o. Honoriusz Kowalczyk OP, duszpasterz środowisk akademickich. Ów dominikanin zdobył rozgłos w stanie wojennym, odprawiając Msze za Ojczyznę oraz organizując pomoc dla internowanych. Wielokrotnie otrzymywał  anonimowe pogróżki. W czynnościach śledczych, jakie milicja podjęła w sprawie jego wypadku, po latach stwierdzono liczne nieprawidłowości, mogące sugerować chęć zatuszowania sprawy.

    13 sierpnia 1984 r. w gdyńskim szpitalu zmarł w wyniku doznanych obrażeń ks. mjr rez. Antoni Kij, były kapelan 1 Armii Wojska Polskiego, znany z odważnych, patriotycznych kazań. Został on uprowadzony, przetrzymywany przez sześć dni i skatowany przez „nieznanych sprawców”.

    27 lutego 1985 r. na plebanii w Klimontowie śmierć dopadła proboszcza, ks. Stanisława Palimąkę. Wg oficjalnej wersji doszło do nieszczęśliwego wypadku – ksiądz miał zostać zgnieciony przez własny samochód, który stoczył się nań z garażu (z 12-metrowego podjazdu o nachyleniu 12 stopni). W następnej dekadzie wznowiono śledztwo, które ujawniło błędy w podjętych niegdyś czynnościach dochodzeniowych. Jeden ze świadków (były funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej) stwierdził wprost, że ks. Palimąkę zamordowali milicjanci.

    W 1989 roku, gdy ogłupiały ze szczęścia naród zachwycał się obradami Okrągłego Stołu, a prominentni przedstawiciele tzw. „opozycji konstruktywnej” zacieśniali swe polityczno-biznesowe oraz towarzysko-wódczane więzi z komunistami, w tajemniczych okolicznościach zginęło aż trzech kapłanów, zaliczanych przez władze PRL do elitarnego grona antykomunistycznych „księży-ekstremistów”:

    – 21 stycznia w Warszawie „nieznani sprawcy” zamordowali ks. Stefana Niedzielaka, twórcę Sanktuarium Poległych na Wschodzie oraz animatora Stowarzyszenia Rodzina Polska – Rodzina Katyńska;

    – zaledwie dziewięć dni później w białostockich Dojlidach rozstał się z życiem ks. Stanisław Suchowolec (przyjaciel ks. Popiełuszki), rzekomo w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. Od 1986 r. ks. Suchowolec regularnie odprawiał w Białymstoku Msze za Ojczyznę i z tego powodu był śledzony przez bezpiekę. „Nieznani sprawcy” już wcześniej podejmowali próby jego zamordowania, m.in. przecinając przewody hamulcowe i poluzowując śruby w kole jego samochodu;

    – 11 lipca w Krynicy Morskiej znaleziono zwłoki ks. Sylwestra Zycha, byłego więźnia politycznego PRL. Podobnie jak w poprzednich wypadkach, podjęte śledztwo pełne było niejasności, co wzbudziło naturalne podejrzenia o chęć ukrycia sprawców zbrodni.

    Prawo do lęku

    Dziś nazywani są Księżmi Niezłomnymi, choć za życia z pewnością przepełniały ich ludzkie rozterki i wahania. Nieobcy był im strach przed szykanami i uwięzieniem, zaś wizja tortur i śmierci mogła napawać przerażeniem, rozdzierającym włókna duszy niczym płacz Jezusa w Ogrojcu. A jednak dokonali wyboru, płacąc straszliwą cenę za wierność prawdzie. Bo przecież, jak stwierdził ksiądz Jerzy w swoim ostatnim rozważaniu różańcowym:

    „Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa, za parę srebrników jałowego spokoju”.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Dwa razy uratował mi życie”.

    Przyjaźń Szaflarskiej i ks. Popiełuszki

    "Dwa razy uratował mi życie". Przyjaźń Szaflarskiej i ks. Popiełuszki

    (fot. Public domain via Wikimedia Commons / PAP, Paweł Supernak)

    ***

    Kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj. I stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Ratunek przyszedł.

    To było moje nawrócenie

    Poznali się niebawem po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1981 r. Szaflarska została wydelegowana przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom do obserwowania procesów aresztowanych robotników Ursusa i Huty Warszawa. W sądzie usiadł obok niej młody, drobnej postury człowiek w dżinsach. To był ksiądz Jerzy. Nie była zachwycona, bo nie lubiła księży.

    – Jestem ksiądz Popiełuszko. Może pójdziemy na kawę? – zaproponował i uśmiechnął się łagodnie. Od tej pory już na każdej rozprawie siedzieli obok siebie, a wspólna kawa stała się rytuałem.

    Danuta Szaflarska zaprzyjaźniła się z księdzem Jerzym Popiełuszką. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się wtedy, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać wiersze, wyłącznie w formie politycznego protestu. Od tego czasu widywali się właściwie prawie codziennie.

    Kiedyś zapytał ją, czy chce się wyspowiadać? Miała wątpliwości, jak zrobić to po 40 latach. Wtedy ks. Jerzy stwierdził: – Hurtem łatwiej. Szaflarska stwierdziła, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, wstępowała na chwilę: – To było moje nawrócenie – mówiła.

    Dwa razy uratował mi życie

    Ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz – kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj.

    I ratunek przyszedł. – Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał jej lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytała później lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: “Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” – opowiadała aktorka.

    Za drugim razem aktorkę napadło trzech mężczyzn, dusili ją, mówiła, że cudem uniknęła wtedy śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze.

    Poczuła wtedy nieziemskie szczęście: –  Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność – wyznała Szaflarska. Policjanci nie wierzyli, że przeżyła.

    Mam ciągły kontakt z Jerzym

    Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka. Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domu. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

    – Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli – mówiła Szaflarska do księdza Jerzego przed każdym lotem samolotem. Uważała też, że wszystkie role, jakie w ostatnim czasie otrzymała, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

    Danuta Szaflarska zastanawiała się na co i komu jest jeszcze potrzebna. Sama sobie odpowiedziała, że chyba ludziom: – Żeby się śmiali. Albo wzruszali. A może, by pomyśleli sobie czasem o braku miłości w życiu. Szesnastoletni chłopak napisał właśnie do mnie, że obejrzawszy mój film, zaczął się nad tą kwestią zastanawiać… To sprawka Jerzego.

    Deon.pl/opoka.org.pl/ polityka.pl

    (Danuta Szaflarska zmarła w wieku 102 lat. Prawie przez 80 lat występowała w teatrze i w filmie. Urodziła się 6 lutego 1915 roku we wsi Kosarzyska koło Piwnicznej).

    ____________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 20 października

    godz. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA

    (BARDZO PROSIMY CHĘTNYCH DO POMOCY. OPRÓCZ NASZEJ KONTRYBUCJI ZA UŻYWANIE KOŚCIOŁA RÓWNIEŻ RAZ W MIESIĄCU NASZYM SPRZĄTANIEM CHCEMY PODZIĘKOWAĆ SZKOCKIEJ PARAFII, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ W TYM KOŚCIELE UCZESTNICZYĆ W SAKRAMENTACH I W NABOŻEŃSTWACH W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU).

    godz. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.
    godz. 19.00 MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 21 października


    od godz. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.


    godz. – 18.00 MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIX NIEDZIELI


    PO MSZY ŚW. PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – MODLITWA RÓŻAŃCOWA W INTENCJI POKOJU WEDŁUG ROZWAŻAŃ BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI, KTÓRYMI MODLIŁ SIĘ W BYDGOSKIM KOŚCIELE POD WEZWANIEM POLSKICH BRACI MĘCZENNIKÓW NA KILKA GODZIN PRZED SWOJĄ MĘCZEŃSKĄ ŚMIERCIĄ 19 PAŹDZIERNIKA 1984 ROKU.

    *****

    Ostatni różaniec ks. Jerzego Popiełuszki

    Ostatni różaniec ks. Jerzego Popiełuszki

    (fot. shutterstock.com // Andrzej Iwański [CC BY-SA 3.0], via Wikimedia Commons)

    *****

    To ostatnie słowa księdza Jerzego Popiełuszki wypowiedziane publicznie. Jeszcze tego samego wieczoru, niedługo po modlitwie, został porwany. Jego rozważania tajemnic bolesnych głęboko poruszają.

    Jest godzina dziewiętnasta. Msza święta właśnie się skończyła. Kościół jest wypełniony po brzegi. Zapada uroczysta cisza w zgromadzeniu, gdy pojawia się ksiądz Jerzy. Słabym głosem człowieka chorego kapłan rozpoczyna modlitwę różańcową inwokacją do Najświętszej Panny. Pomimo gorączki, na uginających się nogach, z czołem pokrytym perlistym potem wytrzymuje dzięki żarliwości wiernych, która zdaje się wzrastać z każdym Ave Maria. Rozważając tajemnice bolesne, kapłan rozwija wielkie tematy swego nauczania.

    W głębi kościoła jakiś człowiek, kipiąc złością, przyjmuje każde słowo księdza jak cios zadany nożem. Ma twarz zmienioną nienawiścią. Ksiądz Jerzy rozpoznaje w nim mężczyznę z samochodu, który widzieli tego ranka. Rozważania kończą się po półtorej godziny. Podnosząc głos tak, by wszyscy mogli usłyszeć, kapłan wypowiada donośne wezwanie do przebaczenia i do pojednania: “Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

    Rozważania różańcowe księdza Jerzego Popiełuszki

    Maryjo, Matko polskiej ziemi, Nadziejo nasza, Bolesna Królowo Polski. W naszej dzisiejszej modlitwie różańcowej stajemy przed Tobą my, ludzie pracy oraz oaza Domowego Kościoła. Chcemy trwać przy Twoim Synu w godzinach Jego agonii, spojrzeć na Jego sponiewierane oblicze, chcemy wziąć swój krzyż, krzyż naszej codziennej pracy, naszych znojów, naszych problemów i pójść drogą Chrystusa na Kalwarię.

    Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj, Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymuj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń.

    PIERWSZA TAJEMNICA BOLESNA

    Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

    Ojciec Święty Jan Paweł II, 23 czerwca 1982 roku, zwrócił się do Pani Jasnogórskiej w następujących słowach modlitwy: “Dziękuję Ci, o Matko, za wszystkich, którzy nie dają się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężają dobrem”.

    Tylko ten może zwyciężać zło, kto sam jest bogaty w dobro, kto dba o rozwój i ubogacanie siebie tymi wartościami, które stanowią o ludzkiej godności dziecka Bożego. Pomnażać dobro i zwyciężać zło to dbać o godność dziecka Bożego, o swoją godność ludzką.

    Życie trzeba godnie przeżyć, bo jest tylko jedno! Trzeba dzisiaj bardzo dużo mówić o godności człowieka, aby zrozumieć, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga. Przerasta mądrość całego świata.

    Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami. Nasze synostwo Boże niesie w sobie dziedzictwo wolności. Wolność dana jest człowiekowi jako wymiar jego wielkości. Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona została ofiarowana przez Boga nie tylko nam, ale i naszym braciom, stąd obowiązek upominania się o nią tam, gdzie jest ona niesłusznie ograniczana. Ale wolność to nie tylko dar Boga, to również i zadanie dla nas na całe życie.

    Prośmy Chrystusa Pana, byśmy zachowali godność dziecka Bożego na każdy dzień.

    DRUGA TAJEMNICA BOLESNA

    Biczowanie Pana Jezusa

    Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to kierować się w życiu sprawiedliwością. Sprawiedliwość wypływa z prawdy i miłości. Im więcej w człowieku jest prawdy i miłości, tym więcej i sprawiedliwości. Sprawiedliwość musi iść w parze z miłością, bo bez miłości nie można być w pełni sprawiedliwym. Gdzie brak jest miłości i dobra, tam na ich miejsce wchodzi nienawiść i przemoc. A kierując się nienawiścią i przemocą, nie można mówić o sprawiedliwości. Stąd tak boleśnie odczuwana i widoczna jest niesprawiedliwość w krajach, gdzie władanie opiera się nie na służbie miłości, ale na przemocy i zniewoleniu.

    Ważną sprawą dla chrześcijanina jest uświadomienie sobie, że źródłem sprawiedliwości jest sam Bóg. Trudno więc mówić o sprawiedliwości tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga i Jego przykazań, gdzie słowo “Bóg” jest urzędowo eliminowane z życia narodu. Należy więc zdać sobie sprawę z nieprawidłowości i krzywdy, jaką czyni się naszemu narodowi, w zdecydowanej większości chrześcijańskiemu, gdy urzędowo ateizuje się go za pieniądze wypracowane również i przez chrześcijan: gdy niszczy się w duszach dzieci i młodzieży te wartości chrześcijańskie, które wszczepiali im od kolebki rodzice; wartości, które zdawały wielokrotnie egzamin w tysiącletnich dziejach naszej historii. Sprawiedliwość czynić i o sprawiedliwość wołać mają obowiązek wszyscy bez wyjątku. Bo jak powiedział już starożytny myśliciel: “Złe to czasy, gdy sprawiedliwość nabiera wody w usta”.

    Módlmy się, byśmy w życiu naszym na co dzień kierowali się sprawiedliwością.

    TRZECIA TAJEMNICA BOLESNA

    Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa

    Zwyciężać zło dobrem – to zachować wierność prawdzie. Prawda jest bardzo delikatną właściwością naszego rozumu. Dążenie do prawdy wszczepił w człowieka sam Bóg, stąd w człowieku jest naturalne dążenie do prawdy i niechęć do kłamstwa. Prawda, podobnie jak sprawiedliwość, łączy się z miłością, a miłość kosztuje. Prawdziwa miłość jest ofiarna, stąd i prawda musi kosztować. Prawda zawsze ludzi jednoczy i zespala. Wielkość prawdy przeraża i demaskuje kłamstwa ludzi małych, zalęknionych.

    Od wieków trwa nieprzerwanie walka z prawdą. Prawda jest jednak nieśmiertelna, a kłamstwo ginie szybką śmiercią: stąd też, jak powiedział zmarły prymas Wyszyński: “Ludzi mówiących w prawdzie nie trzeba wielu. Chrystus wybrał niewielu do głoszenia prawdy. Tylko słów kłamstwa musi być dużo, bo kłamstwo jest detaliczne i sklepikarskie, zmienia się jak towar na półkach. Musi być ciągle nowe, musi mieć wiele sług, którzy wedle programu nauczą się go na dziś, na jutro, na miesiąc; potem znowu będzie szkolenie na gwałt w innym kłamstwie […]”.

    Musimy się nauczyć odróżniać kłamstwo od prawdy. Nie jest to łatwe w czasach, w których żyjemy. Nie jest to łatwe w czasach, o których powiedział współczesny poeta, że “nigdy jeszcze tak okrutnie nie chłostano grzbietów naszych batem kłamstwa i obłudy”. Nie jest łatwiej dzisiaj, gdy cenzura wykreśla […] słowa prawdziwe i myśli odważne; nawet słowa księdza prymasa, Ojca Świętego. […] Obowiązek chrześcijanina to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci, tylko plewy nic nie kosztują. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić. Módlmy się, by nasze życie codzienne było przepojone prawdą.

    CZWARTA TAJEMNICA BOLESNA

    Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju.

    Chrześcijaninowi nie może wystarczyć samo potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i dla innych.

    Prawdziwie roztropny i sprawiedliwy – mówił Ojciec Święty – może być tylko człowiek mężny. Biada społeczeństwu – wołał Prymas Tysiąclecia – którego obywatele nie rządzą się męstwem, przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami. Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem i wyrządza największą krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu i Kościołowi. Chociaż łatwo byłby pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chleba i względów ubocznych, ale i biada władcom, którzy chcą pozyskać obywatela za cenę zastraszania i niewolniczego lęku. Jeśli władza rządzi zastraszonymi obywatelami – obniża swój autorytet, zuboża życie narodowe, kulturalne i wartości życia zawodowego. Troska o męstwo powinna więc leżeć w interesie zarówno władzy, jak i obywateli.

    Prośmy Chrystusa Pana dźwigającego krzyż, abyśmy w naszym codziennym życiu okazywali męstwo w walce o wartości prawdziwie chrześcijańskie.

    PIĄTA TAJEMNICA BOLESNA

    Ukrzyżowanie i śmierć Pana Jezusa

    Aby zło dobrem zwyciężać i zachować godność człowieka, nie wolno walczyć przemocą. Ojciec Święty w czasie stanu wojennego w modlitwie do Pani Jasnogórskiej powiedział, że naród nie może rozwijać się prawidłowo, gdy jest pozbawiony praw, które warunkują jego pełną podmiotowość. I państwo nie może być mocne siłą żadnej przemocy. Komu nie udało się zwyciężyć sercem i rozumem, usiłuje zwyciężyć przemocą. Każdy przejaw przemocy dowodzi moralnej niższości. Najwspanialsze i najtrwalsze walki, jakie zna ludzkość, jakie zna historia, to walki ludzkiej myśli. Najnędzniejsze i najkrótsze – to walki przemocy. Idea, która potrzebuje broni, by się utrzymać, sama obumiera. Idea, która utrzymuje się tylko przy użyciu przemocy, jest wypaczona. Idea, która jest zdolna do życia, podbija sobą, za nią spontanicznie idą miliony.

    Solidarność dlatego tak szybko zadziwiła świat, że nie walczyła przemocą, ale na kolanach, z różańcem w ręku. Przy polowych ołtarzach upominała się o godność ludzkiej pracy, o godność i szacunek dla człowieka. […] W ostatnim roku swojego życia kardynał Wyszyński powiedział, że świat pracowniczy na przestrzeni ostatnich dziesiątek lat doznał wielu zawodów, ograniczeń. Ludzie pracy i całe społeczeństwo przeżywało w Polsce udrękę braku podstawowych praw osoby ludzkiej, ograniczenie wolności myślenia, światopoglądu, wyznawania Boga, wychowania młodego pokolenia. Wszystko to było stłamszone. […] Gdy ten ucisk wszystkich dostatecznie umęczył, powstał zryw ku wolności, powstała Solidarność, która udowodniła, że do przebudowy społeczno-gospodarczej wcale nie trzeba zrywać z Bogiem.

    Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy.

    Deon.pl

    (rozważania pochodzą z książki Bernarda Briena “Jerzy Popiełuszko. Prawda przeciw totalitaryzmowi” wydanej przez wydawnictwo WAM).

    ______________________________________________________________________________________________________________

     „Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.”

    bł. ks. Jerzy Popiełuszko

    ______________________________________________________


    Dobrze przeżyta niedziela, czyli jaka?

    (fot. stock.adobe.com)

    ***

    Świętowanie niedzieli nabiera potrójnego wymiaru. Po pierwsze względem Boga. Jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy nie idziemy do pracy, kiedy mamy więcej czasu, kiedy wreszcie możemy poświecić czas na większy kontakt z Bogiem, kiedy słuchamy Jego Słowa i karmimy się Jego ciałem. Po drugie jest również dzień dla drugiego człowieka, dla rodziny, znajomych. Po trzecie to także czas dla nas samych, aby odetchnąć, odpocząć, aby choć na chwile się zatrzymać – mówi o. Leonard Bielecki OFM – Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.

    Proszę Ojca, dlaczego świętujemy niedzielę? 

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego (1166) czytamy: „Zgodnie z tradycją apostolską, która wywodzi się od samego dnia Zmartwychwstania Chrystusa, Misterium Paschalne Kościół obchodzi co osiem dni, w dniu, którym słusznie nazywany jest dniem Pańskim albo niedzielą” (SW II, KL 106). Dzień Zmartwychwstania Chrystusa jest równocześnie „pierwszym dniem tygodnia”, pamiątką pierwszego dnia stworzenia i „ósmym dniem”, w którym Chrystus po swoim „odpoczynku” wielkiego Szabatu zapoczątkowuje dzień „który Pan uczynił”, „dzień, który nie zna zachodu” (liturgia bizantyjska). Centrum tego dnia stanowi „wieczerza Pańska”, ponieważ właśnie na niej cała wspólnota wiernych spotyka zmartwychwstałego Pana, który zaprasza ich na swoją ucztę (por. J 21,12; Łk 24,30). Ten krótki wpis właściwie tłumaczy nam bardzo dokładnie sens świętowania niedzieli. Pierwszy i główny powód to pamiątka zmartwychwstania. Proszę zauważyć, chrześcijanin żyje w blasku Zmartwychwstałego i w Jego zmartwychwstaniu odnajduje sens swojego życia. Innym słowy, każda niedziela to „mała Wielkanoc”. 

    W jako sposób my – chrześcijanie – powinniśmy świętować? Koniecznie trzeba świętować ze wspólnocie, rodzinie, razem? 

    Świętowanie niedzieli nabiera potrójnego wymiaru. Po pierwsze względem Boga. Jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy nie idziemy do pracy, kiedy mamy więcej czasu, kiedy wreszcie możemy poświecić czas na większy kontakt z Bogiem, kiedy słuchamy Jego Słowa i karmimy się Jego ciałem. Po drugie jest również dzień dla drugiego człowieka, dla rodziny, znajomych. Po trzecie to także czas dla nas samych, aby odetchnąć, odpocząć, aby choć na chwile się zatrzymać. W tych trzech wymiarach każdy na różny sposób wchodzi w relacje. Czy koniecznie musimy świętować razem, we wspólnocie? To zależy. Ważne jest, by uchwycić główny sens, który jak powiedziałem wyraża się w trzech wymiarach. I właściwie to od nas zależy w jakim stopniu będziemy świętować na tych trzech płaszczyznach.  

    Dla jednego świętowaniem będzie czytanie książki czy haftowanie, dla innego – malowanie bramy. To dopuszczalne formy świętowania? 

    Sposób świętowania zależy od stylu życia. Dla kogoś, kto cały tydzień pracuje fizycznie odpoczynkiem może być np. obejrzenie filmu czy przeczytanie książki, a dla kogoś kto pracuje za biurkiem odpoczynkiem może być wysiłek fizyczny. I znów widzimy, że osobisty odpoczynek powinien być dzielony na relacje miłości z innymi osobami. Warto pamiętać, że niedziela to nie jest druga sobota.

    Od jakich prac powinniśmy się powstrzymać w niedzielę? 

    Prace od których powinniśmy się powstrzymać, to prace niekonieczne. Niektórzy mylą to z pracą zarobkową. Jeśli praca zarobkowa jest konieczna do wykonania, to jest konieczna i tyle.

    Wszyscy ciągle się spieszymy, na nic nie mamy czasu, ale niedziela to dzień, kiedy możemy pójść na zakupy, kawę… Właśnie, możemy pójść na zakupy czy nie możemy? 

    Z zakupami w niedzielę jest pewien problem. Ktoś powie, że idziemy do galerii handlowej, z całą rodziną, po Mszy św… Taki spacer i zakupy a czasem i wspólny obiad w jednym. Z drugiej strony o ile jedzenie jest konieczne, o tyle w sklepach zawsze ktoś pracuje, kto też ma prawo do świętowania niedzieli, kto chciałby ten czas spędzić w domu, z rodziną. Ten, kto robi zakupy w niedzielę, jest w pewien sposób odpowiedzialny, za niemożliwość świętowania tego, kto go w sklepie obsługuje. Inną kwestią przy zakupach jest przedmiot rozmów i zainteresowania. Proszę zwrócić uwagę, że na zakupach koncentrujemy się na rzeczy, a tym czasem główny motywem świętowania niedzieli jest nawiązanie relacji osobowych. Ciągle nie mamy na nic czasu, nawet na rozmowę, to przynajmniej w niedzielę skupmy się na istotnych i najważniejszych sprawach. 

    Na czym więc polega cały sens niedzieli? 

    Nie lubimy robić rzeczy bez sensu. Niestety także niedzielę można przeżyć bez głębszego sensu. Sens Dnia Pańskiego narzuca nam nasza wiara, miłość i wdzięczność wobec Boga i drugiego człowieka. Dobrze jest niedzielę nie tylko zaplanować, ale także zwrócić uwagę co nam pomaga w świętowaniu. Dla jednych to będzie jakiś niedzielny rytuał, wspólny obiad, popołudniowa kawa, spacer, odwiedziny znajomych, dla innych odświętne ubranie, czy telefon w trybie samolotowym.

    Dobrze przeżyta niedziela, czyli jaka? 

    Dobrze przeżyta niedziela to dobre wykorzystanie czasu wolnego od pracy. Jeden dzień w tygodniu, w kontekście wiary i celu ostatecznego. I oczywiście nabożne uczestnictwo we Mszy św. nie wyczerpuje świętowania niedzieli, ale o tym już wcześniej mówiliśmy.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘTA W KOŚCIELE KATOLICKIM

    Samplefot. Piotr Tumidajski

    ***

    W każdą niedzielę katolicy zobowiązani są do uczestniczenia we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Obowiązek ten dotyczy też kilku innych dni w ciągu roku, kiedy przypadają kościelne święta nakazane. W jakie dni przypadają kościelne święta nakazane w 2023 roku?

    Obowiązek uczestniczenia w Mszy świętej oraz powstrzymania się od prac niekoniecznych w niedzielę i święta nakazane wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Część z nich, jak np. Boże Narodzenie lub Uroczystość Wszystkich Świętych mają stałą datę. Dzień, w którym obchodzone są niektóre z tych świąt, m.in. Wielkanoc, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) nie są związane z konkretną datą kalendarzową. Wszystkie kościelne święta nakazane w 2023 roku wypisane są poniżej.

    W roku liturgicznym 2023 święta, w których

    należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2023 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Polscy biskupi zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (czwartek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    20 marca (poniedziałek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    29 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2023 roku rozpocznie się 3 grudnia.

    ***

    Opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim.

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”

    Kodeks Prawa Kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików, stwierdza w kanonie 1247: „W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej oraz powstrzymać się od wykonywania tych prac i zajęć, które utrudniają oddawanie Bogu czci, przeżywanie radości właściwej dniowi Pańskiemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego”. Uczestniczenie we Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika.

    Ponieważ wierni potrzebują jasnych zasad wypełniania tego obowiązku, prezentujemy poniżej kilka uściśleń dotyczących niedzielnej Mszy świętej, wypracowanych na przestrzeni wieków przez Kościół katolicki i zawartych w dokumentach kościelnych, przede wszystkim Kodeksie Prawa Kanonicznego (KPK).

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, zostawia się to wiernym do rozważenia w sumieniu. Jeśli mimo naszego pragnienia nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (…) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”.

    Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Czy małe dzieci oraz osoby starsze są objęte obowiązkiem niedzielnej Mszy świętej?

    Zasadniczo obowiązkowi niedzielnej Mszy podlegają wszyscy ochrzczeni w Kościele katolickim, którzy ukończyli siódmy rok życia – według przepisów prawa kanonicznego dziecko uzyskuje wtedy zdolność używania rozumu (co nie znaczy, że wcześniej go w ogóle nie posiadało, jest to jedynie kategoria prawna mająca swe źródło w prawie rzymskim).
    Warto dodać, że dziecko, które przystąpiło do Pierwszej Komunii świętej i korzysta z sakramentu spowiedzi czasem ma trudności w wypełnieniu tego obowiązku, kiedy we Mszy nie uczestniczą wraz z nim jego rodzice, a samo nie może pójść do kościoła bez opieki dorosłych. Dlatego trudno tu mówić o popełnieniu przez nie grzechu ciężkiego. W wielu przypadkach jest to raczej grzech rodziców niż dziecka.

    Nie jest natomiast określona górna granica wieku, tak jak to jest w przypadku postu. Jeśli jednak osoba starsza jest niedołężna, schorowana i dotarcie do kościoła stanowi dla niej trudność, to jest to wystarczającym usprawiedliwieniem.

    Czy można niedzielną Mszę świętą zastąpić relacją w radiu czy telewizji?

    Do wypełnienia obowiązku uczestnictwa we Mszy świętej konieczny jest nie tylko duchowy, ale i fizyczny udział w zgromadzeniu eucharystycznym. Zatem nie wypełnia tego obowiązku ten, kto bierze w niej udział za pośrednictwem mediów: radia, telewizji, transmisji internetowej. Transmisje mają za zadanie pomóc tym, którzy z różnych przyczyn nie mogą fizycznie w niej uczestniczyć. Niewątpliwie przynoszą one duchowy pożytek wiernym, ponieważ niektórzy tylko w taki sposób mogą mieć jakikolwiek kontakt ze wspólnotą Kościoła.

    Są też tacy, co chcą czuć się duchowo obecni w różnych sanktuariach, do których pragnęliby przyjechać, a w danej chwili nie mogą. Inni z kolei chcą mieć poczucie łączności np. z papieżem, kiedy prowadzi najpopularniejsze lub najważniejsze nabożeństwa. Jeszcze inni śledzą transmisje, żeby wysłuchać dobrych homilii, które w tym wypadku są zawsze bardzo starannie przygotowywane. I nie przeszkadza im to, że już byli na Mszy w swojej parafii albo dopiero wybierają się na nią. Powody, dla których transmisje Mszy lub nabożeństw cieszą się dużą popularnością, są rozmaite. Nic jednak nie zastąpi fizycznej obecności w kościele.
    Czy można pójść w sobotę na Mszę zamiast w niedzielę?
    Tak, obowiązek niedzielny można wypełnić poprzez udział we Mszy w sobotni wieczór: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK, kan. 1248 §1).

    Sprawowanie liturgii eucharystycznej w sobotę wieczorem jest nawiązaniem do tradycji Kościoła pierwszych wieków oraz pozostaje w związku z żydowskim sposobem mierzenia czasu. Według tradycji żydowskiej nowy dzień zaczyna się już po zachodzie słońca. Potwierdza to także obecny do dzisiaj zwyczaj rozpoczynania szabatu właśnie w piątek wieczorem. Sobotni wieczór był wybierany także przez pierwszych chrześcijan na pamiątkę zmartwychwstania Chrystusa „w pierwszy dzień po szabacie”, a w czasach prześladowań celebracja wieczorna czy nocna była podyktowana również względami bezpieczeństwa. Oczywiście Msza w niedzielę w ciągu dnia też była obecna.

    Umożliwienie wypełnienia obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Mszy już w sobotni wieczór, o czym zdecydował papież Pius XII w 1953 roku, jest zatem z jednej strony powrotem do starej tradycji Kościoła, a z drugiej odpowiedzią na pojawiające się nowe czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywnością zawodową wiernych. Wspomniana Msza w sobotę wieczór miała ułatwić wypełnienie obowiązku niedzielnego.

    Czy Mszę świętą sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy pójść w niedzielę?

    Kanon 1248 §1 Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje w tym względzie żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody, nie trzeba mieć żadnego ważnego powodu. Niektórzy wierni nieraz systematycznie uczestniczą w wieczornych Mszach sobotnich jako niedzielnych, podobnie jak ci, co w niedzielę zawsze przychodzą na jedną i tą samą godzinę.

    Czy opuszczoną niedzielną Mszę świętą trzeba nadrobić?

    Oczywiście, nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba lub inny wyżej wymieniony ważny powód jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy nie powoduje wtedy grzechu ciężkiego. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post Eucharystyczny

    “Spodobało się Duchowi Świętemu, aby ze względu na cześć tak wielkiego sakramentu Ciało Pańskie wchodziło do ust chrześcijanina pierwej niż inne pokarmy i dlatego obyczaj ten zachowuje się na całym świecie”. To słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąca lat, nad którymi warto się czasem zastanowić.

    Chrystus przed wszystkimi

    Wiele razy dane mi było oglądać scenę, w której cała rodzina szykowała się do wyjścia na ślub. Prasowanie, wiązanie krawatów, modelowanie fryzur, pastowanie butów, makijaż. A na ostatnią chwilę jakaś bułeczka do buzi, żeby w czasie ślubu nie zgłodnieć do wesela. I tak, przez przewartościowanie tego, co zewnętrzne, a niedowartościowanie tego, co wewnętrzne, Pan Jezus w Komunii św. nie zostaje potraktowany jak Bóg, któremu należy się szczególna cześć.
    Zaryzykuję tezę, że niektóre osoby przystępujące do Ołtarza Pańskiego bardziej martwią się tym, jak zrobić przyjemność wychodzącej za mąż cioci, niż Chrystusowi. Bo, wbrew temu, co się niekiedy mówi, podczas Mszy św. ślubnej to nie państwo młodzi są najważniejsi…

    Nie tylko nie-jedzenie

    Prawo kościelne, mówiąc o poście eucharystycznym, mówi o jedzeniu i piciu: „Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii św. powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919). Nie należy jednak tracić logiki w postępowaniu wedle niego. Ktoś zgorszony opowiadał, że pewna dziewczyna siedząca w pierwszej ławce całą Mszę św. żuła gumę. Wyjęła ją z ust na czas przyjęcia Komunii św., po czym wzięła do ust nową gumę. Na własne oczy widziałem mężczyzn, którzy gasili papierosy przed wejściem do kościoła w momencie, gdy brzmiał już dzwonek na rozpoczęcie Mszy św. Pół godziny później przyjmowali Chrystusa Eucharystyczego. Wiele dziewcząt skrzywiłoby się, gdyby musiało pocałować śmierdzącego papierosami chłopaka. Pan Jezus jakoś to musi znosić… Być może w jednym i drugim przypadku osoby zachowujące się niegodnie wobec Najświętszego Sakramentu zachowały nawet post eucharystyczny. Niemniej jednak nie przyjęły postawy uniżenia wobec Boga, do której prowadzić ma ów post. Nie chodzi tu więc o bezmyślne przestrzeganie litery prawa, lecz o właściwe rozumienie sakramentu. Katechizm jasno uczy, że post jest nie tylko oznaką zewnętrzną, ale ma wzbudzać „nawrócenie serca, pokutę wewnętrzną. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe” (KKK 1430).

    Przygotowanie spotkania

    Osoba, a nie przedmiot

    Wbrew temu, co można wywnioskować z początku tego artykułu, jego celem nie jest krytyka kogokolwiek, kto nie przestrzega postu eucharystycznego. Wręcz przeciwnie! Należy powiedzieć wszystkim tym, którzy go przestrzegają, że czynią dobrze, i że z tej dobroci mogą czerpać dla siebie jeszcze więcej. Bo sensem postu eucharystycznego nie jest to, „by ludzie widzieli”, lecz przybliżanie się do Boga. Pewien zakonnik zwrócił ostatnio moją uwagę na to, że przeżywanie Eucharystii przybiera niekiedy postać kultu materialnego, a nie osobowego. To nie z Chlebem, w który przemienił się Chrystus, wchodzimy w stan Komunii św., lecz z Chrystusem – czyli Osobą, która przyjęła postać Chleba. To zasadnicza różnica, która pokazuje nam, jaki jest sens postu eucharystycznego. Popatrzmy na Komunię św. jak na spotkanie podobne do spotkania ze swoim nowo poślubionym współmałżonkiem (sam Bóg używa tego porównania w Piśmie Świętym), a będziemy się starali uczynić wszystko, żeby się na to spotkanie dobrze przygotować.

    Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ile można się spóźnić na Mszę św., aby była „ważna”?

     fot. Karol Porwich/TygodnikNiedziela

    ***

    Ogólna zasada jest następująca: na Mszę św. nie wolno się spóźnić. Lekkomyślne przychodzenie do kościoła po rozpoczęciu Eucharystii jest poważnym błędem. Przecież nawet w zwykłych ludzkich sprawach spóźnianie się jest nie do przyjęcia. Każdy wie, że do kina, na pociąg czy na rozmowę o pracę spóźnić się po prostu nie wolno. Punktualność jest też wyrazem szacunku dla drugiego człowieka. Nie wypada, aby ktoś na mnie czekał. A co dopiero, gdy mówimy o Mszy św., która jest spotkaniem z Bogiem. Wymaga ona największego szacunku. Dla chrześcijan to sprawa najświętsza. Dobrze obrazuje to przykład starożytnych chrześcijan z Abiteny. W czasie prześladowań zostali oni schwytani podczas niedzielnej Eucharystii. Powiedzieli wtedy oprawcom: „nie możemy żyć bez niedzieli”, co oznaczało, że nie mogą żyć bez uczestnictwa we Mszy św.

    Struktura liturgii mszalnej jest tak pomyślana, że tworzy integralną całość. Nie da się ominąć jakiejś jej części. Pominięcie początku sprawia, że tracimy coś ważnego. Znak krzyża, pozdrowienie, akt pokuty, chwała, czytania – to wszystko jest bardzo ważne, wyznaczanie zatem granic, ile można się spóźnić, jest bez sensu. Co jednak, jeśli nasze spóźnienie jest niezawinione, ale spowodowane różnymi trudnościami czy okolicznościami zewnętrznymi? Powiedzmy, że ktoś w drodze na niedzielną Mszę spotkał człowieka potrzebującego natychmiastowej pomocy… Albo rodzice małego dziecka musieli zostać nieco dłużej w domu, gdyż maluch akurat wymagał, aby poświęcić mu czas. To jasne, że za takie spóźnienie człowiek nie odpowiada. Można się wtedy zastanowić, czy nie lepiej iść na kolejną Mszę św., aby móc na spokojnie w niej uczestniczyć. Jeśli to nie jest możliwe, wówczas należy wziąć udział w Eucharystii, na którą pierwotnie zmierzaliśmy. Udział w niej jest „ważny” i możemy przyjąć Komunię św.

    Zamiast mówić o spóźnianiu lepiej jednak powiedzieć o odpowiednim przygotowaniu się do Mszy św. Warto więc przyjść do kościoła trochę wcześniej. Na co poświęcić ten czas? W charakterystyczny dla siebie sposób na to pytanie odpowiada papież Franciszek: „Kiedy idziemy na Mszę św., może przychodzimy 5 minut wcześniej, zaczynamy plotkować z osobą, która jest obok mnie. Ale to nie jest chwila na plotki. To czas na milczenie, aby przygotować się na dialog. Chwila skupienia się w naszym sercu, żeby przygotować się na spotkanie z Jezusem. Milczenie jest bardzo ważne”. Czas przygotowania jest zatem potrzebny, aby skupić myśli. Przede wszystkim należy sobie przypomnieć, w czym za chwilę będę uczestniczył. Jak zaznacza Ojciec święty, Msza św. to „spotkanie z Jezusem”. Będę mógł do Niego mówić i Go słuchać. W końcu będę mógł przyjąć Go do siebie, by ciągle we mnie przebywał i razem ze mną szedł przez życie. Ważne jest też wzbudzenie w sobie intencji, w jakiej chcę się modlić na tej Eucharystii. Może chcę prosić Boga o przemianę czegoś w moim życiu? A może ktoś z moich bliskich potrzebuje modlitwy? Może chcę zawierzyć Bogu to, co mnie czeka w nowym tygodniu? Intencja pomaga mi wypełnić czymś osobistym poszczególne części Eucharystii, jak Ofiarowanie czy Komunia św. Pamiętajmy zatem o dobrym przygotowaniu się do przeżywania Mszy świętej.

    ks. Wojciech Biś/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę.

    “O uwolnienie świata od wszelkiego zła”

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę. "O uwolnienie świata od wszelkiego zła"

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Słowa modlitwy “O uwolnienie świata od wszelkiego zła” zostały napisane przez samego papieża i mają związek z jedną z Tajemnic Fatimskich.

    Św. Jan Paweł II powierzył się opiece Matce Bożej Fatimskiej, a w 1984 roku poświęcił cały świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O to poprosiła Matka Boża Fatimska, a sama siostra Łucja potwierdziła, że Jan Paweł II spełnił prośbę. Poniższa modlitwa jest kluczową częścią konsekracji dokonanej na Placu Świętego Piotra 25 marca (Święto Zwiastowania) w 1984 roku.

    Modlitwa o uwolnienie świata od wszelkiego zła:


    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!
    Od głodu i wojny, wybaw nas!
    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!
    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!
    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!
    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!
    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!
    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!
    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i “grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.
    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei
    .

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Słowa św. Jana Pawła II o Ojczyźnie!

    Piękne i mocne słowa Jana Pawła II o Ojczyźnie! PRZECZYTAJ

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    “Pocałunek złożony na ziemi polskiej ma dla mnie sens szczególny. Jest to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła“.

    (z homilii podczas Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979)

    “Pojęcie «ojczyzna» rozwija się w bezpośredniej bliskości pojęcia «rodzina» – poniekąd jedno w obrębie drugiego. Stopniowo też, odczuwając tę więź społeczną, która jest szersza od więzi rodzinnej, zaczynacie także uczestniczyć w odpowiedzialności za wspólne dobro owej większej «rodziny», która jest ziemską «ojczyzną» każdego i każdej spośród was”.

    (z Listu do młodych całego świata “Parati semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży)

    “Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    “Jasna Góra jest sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego Miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj”.

    (z homilii podczas Mszy świętej odprawionej pod szczytem Jasnej Góry, 4 czerwca 1979)

    “Rozłąka z ojczyzną, której niekiedy Bóg wymaga od wybranych ludzi, przyjęta z wiarą w Jego obietnicę, jest zawsze tajemniczym i płodnym warunkiem rozwoju i wzrostu Ludu Bożego na ziemi”.

    (z Encykliki “Slavorum Apostolici”)

    ___________________

    Św. Jan Paweł II podniesionym głosem wołał o obronę życia nienarodzonych

    Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka. Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości! – wołał Papież Polak w 1997 roku w Kaliszu. Czy dziś jeszcze słyszymy ten krzyk?

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Z ogromnym bólem obserwujemy, jak w naszym kraju prawo do życia wciąż jest łamane. Dziś wielka szansa, aby to zmienić! To dziś Trybunał Konstytucyjny zadecyduje, czy można zabijać chore dzieci nienarodzone, czy nie. Środowiska pro-life cały czas wznoszą modlitwę za wstawiennictwem św. Jana Pawła II, którego liturgiczne wspomnienie przypada właśnie w ten czwartek. Od 13 października trwała Nowenna Życia, którą zakończyło całodobowe czuwanie z 21 na 22 października w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie. Można powiedzieć, że osoba św. Jana Pawła II cały czas towarzyszy tej sprawie.

    W 1991 roku Jan Paweł II wygłosił do Polaków dziesięć fundamentalnych homilii o Dekalogu. Było to w takim momencie historii Polski, że zachłyśnięci wolnością, nie słuchaliśmy zbytnio trudnych słów naszego rodaka. Słowa o Dekalogu wydają się być do dziś nieodrobioną lekcją. Czas ją odrobić. „Trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia” – mówił wówczas papież. Położył mocny nacisk na przykazanie “Nie zabijaj” i ochronę życia, podkreślając, że te sprawy nie mogą go nie obchodzić.  „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!” – wołał. I wciąż woła do nas wszystkich. Czy dziś słyszymy ten głos?

    Papież Polak jasno i wyraźnie podkreślał, jak wielką wartość ma ludzkie życie, każde ludzkie życie. „Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka” – pisał w encyklice Evangelium vitae. Z nieustępliwością głosił światu, że godność osoby może być obroniona wówczas, kiedy jest ona uważana za nienaruszalną od poczęcia do naturalnej śmierci. Niejednokrotnie podkreślał, że prawo do życia jest tak często łamane i mocno się temu przeciwstawiał. W  Evangelium vitae prosił, aby nie zabijano najsłabszych i najbardziej niewinnych. Podejmując w encyklice temat aborcji, nazwał ją jasno świadomym i bezpośrednim, a więc zamierzonym jako cel czy jako środek, zabójstwem istoty ludzkiej w początkowym stadium jej życia, obejmującym czas między momentem poczęcia a narodzeniem dziecka. To był ogromnie ważny dla niego temat w całym nauczaniu. „Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka” – to jedno z najsłynniejszych zdań św. Jana Pawła II. W Polsce niejednokrotnie cytowane. Czy dziś przełoży się na coś więcej, niż cytowanie na obrazkach?

    Środowiska pro-life modlą się także za sędziów Trybunału Konstytucyjnego, aby podjął decyzję zgodnie z sumieniem. Co o sumieniu mówił dzisiejszy patron? Co znaczyło dla niego kierowanie się sumieniem? „To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężając je w sobie. To taka bardzo podstawowa sprawa, której nigdy nie można pomniejszać, zepchnąć na dalszy plan. Nie. Nie! Ona jest wszędzie i zawsze pierwszoplanowa” – mówił Papież Polak podczas rozważania jasnogórskiego. Tak, ta postawa powinna zawsze i wszędzie pierwszoplanowa.

    Święty Janie Pawle II, ty, który jesteś obrońcą nienarodzonych dzieci, wstaw się za nimi. Amen.

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Jan Paweł II o aborcji mówił jasno i wyraźnie. Encyklika Evangelium Vitae była niezwykle ważnym dziełem napisanym przez Świętego Jana Pawła II, które stawało w obronie godności osoby ludzkiej w obliczu agresywnych lewicowych i postmodernistycznych ideologii. Przypominamy początek tej encykliki, w którym Jan Paweł II dał krótką i jednoznaczną odpowiedź na pytanie o to, jakie zbrodnie względem życia ludzkiego są niedopuszczalne.

    1. EWANGELIA ŻYCIA znajduje się w samym sercu orędzia Jezusa Chrystusa. Kościół każdego dnia przyjmuje ją z miłością, aby wiernie i odważnie głosić ją jako dobrą nowinę ludziom wszystkich epok i kultur.

    Gdy zajaśniała jutrzenka zbawienia, wieść o narodzinach Dziecka została ogłoszona jako radosna nowina: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2, 10-11). Źródłem tej „wielkiej radości” jest oczywiście przyjście na świat Zbawiciela; ale Boże Narodzenie objawiło również głęboki sens każdych ludzkich narodzin i ukazuje, że radość mesjańska jest fundamentem i wypełnieniem tej radości, jaką przynosi każde dziecko przychodzące na świat (por. J 16, 21).

    Jezus, przedstawiając istotę swojej odkupieńczej misji, mówi: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10). Ma tu w rzeczywistości na myśli owo życie „nowe” i „wieczne”, polegające na komunii z Ojcem, do której każdy człowiek zostaje bez żadnych zasług powołany w Synu za sprawą Ducha Uświęciciela. Ale właśnie w świetle takiego „życia” nabierają pełnego znaczenia wszystkie aspekty i momenty życia człowieka.

    Nieporównywalna wartość ludzkiej osoby

    2. Człowiek jest powołany do pełni życia, która przekracza znacznie wymiary jego ziemskiego bytowania, ponieważ polega na uczestnictwie w życiu samego Boga.

    Wzniosłość tego nadprzyrodzonego powołania ukazuje wielkość i ogromną wartość ludzkiego życia także w jego fazie doczesnej. Życie w czasie jest bowiem podstawowym warunkiem, początkowym etapem i integralną częścią całego i niepodzielnego procesu ludzkiej egzystencji. Proces ten — nieoczekiwanie i bez żadnej zasługi człowieka — zostaje opromieniony obietnicą i odnowiony przez dar życia Bożego, które urzeczywistni się w pełni w wieczności (por. 1 J 3, 1-2). Równocześnie to nadprzyrodzone powołanie uwydatnia względność ziemskiego życia mężczyzny i kobiety. Nie jest ono jednak rzeczywistością „ostateczną”, ale „przedostateczną”; jest więc rzeczywistością, świętą, która zostaje nam powierzona, abyśmy jej strzegli z poczuciem odpowiedzialności i doskonalili ją przez miłość i dar z siebie ofiarowany Bogu i braciom.

    Kościół jest świadom, że Ewangelia życia, przekazana mu przez Chrystusa, wzbudza żywy i poważny odzew w sercu każdego człowieka, tak wierzącego jak i niewierzącego, ponieważ przerastając nieskończenie jego oczekiwania, zarazem w zadziwiający sposób współbrzmi z nimi. Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może dzięki światłu rozumu i pod wpływem tajemniczego działania łaski rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu (por. Rz 2, 14-15) świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej.

    Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa, świadomi wspaniałej prawdy przypomnianej przez Sobór Watykański II: „Syn Boży przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”. W tym zbawczym wydarzeniu objawia się bowiem ludzkości nie tylko bezgraniczna miłość Boga, który „tak (…) umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), ale także nieporównywalna wartość każdej osoby.

    Kościół zaś, rozważając wnikliwie tajemnicę Odkupienia, uświadamia sobie tę wartość zawsze z tym samym zdumieniem i czuje się powołany, by głosić ludziom wszystkich czasów tę „ewangelię” — źródło niezłomnej nadziei i prawdziwej radości dla każdej epoki dziejów. Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię.

    To dlatego właśnie człowiek, człowiek żyjący, stanowi pierwszą i podstawową drogę Kościoła

    Nowe zagrożenia życia ludzkiego

    3. Każdy człowiek właśnie ze względu na tajemnicę Słowa Bożego, które stało się ciałem (por. J 1, 14) zostaje powierzony macierzyńskiej trosce Kościoła. Dlatego też każde zagrożenie godności i życia człowieka głęboko wstrząsa samym sercem Kościoła, dotyka samej istoty jego wiary w odkupieńcze wcielenie Syna Bożego i przynagla Kościół, by pełnił swą misję głoszenia Ewangelii życia całemu światu i wszelkiemu stworzeniu (por. Mk 16, 15).

    Głoszenie to staje się szczególnie naglące dzisiaj, gdy lęk budzą coraz liczniejsze i poważniejsze zagrożenia życia ludzi i narodów, zwłaszcza życia słabego i bezbronnego. Obok dawnych, dotkliwych plag, takich jak nędza, głód, choroby endemiczne, przemoc i wojny, pojawiają się dziś plagi nowe, przybierające nieznane dotąd formy i niepokojące rozmiary.

    Już Sobór Watykański II w jednej z wypowiedzi, która do dziś zachowała swą dramatyczną aktualność, potępił stanowczo liczne zbrodnie i zamachy wymierzone przeciw życiu ludzkiemu. Przypominając po trzydziestu latach słowa Soboru, raz jeszcze i równie stanowczo potępiam w imieniu całego Kościoła te przestępstwa, w przekonaniu, że wyrażam w ten sposób autentyczne odczucia każdego prawego sumienia: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, próby wywierania przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy”

    4. Niestety, te niepokojące zjawiska bynajmniej nie zanikają, przeciwnie, ich zasięg staje się raczej coraz szerszy: nowe perspektywy otwarte przez postęp nauki i techniki dają początek nowym formom zamachów na godność ludzkiej istoty, jednocześnie zaś kształtuje się i utrwala nowa sytuacja kulturowa, w której przestępstwa przeciw życiu zyskują aspekt dotąd nieznany i — rzec można — jeszcze bardziej niegodziwy, wzbudzając głęboki niepokój; znaczna część opinii publicznej usprawiedliwia przestępstwa przeciw życiu w imię prawa do indywidualnej wolności i wychodząc z tej przesłanki domaga się nie tylko ich niekaralności, ale wręcz aprobaty państwa dla nich, aby móc ich dokonywać z całkowitą swobodą, a nawet korzystając z bezpłatnej pomocy służby zdrowia.

    Wszystko to prowadzi do głębokich przemian w sposobie patrzenia na życie i na relacje między ludźmi. Fakt, że prawodawstwo wielu państw, oddalając się nawet od fundamentalnych zasad swych konstytucji, nie tylko nie karze tego rodzaju praktyk wymierzonych przeciw życiu, ale wręcz uznaje je za całkowicie legalne, jest niepokojącym przejawem, a zarazem jedną z istotnych przyczyn poważnego kryzysu moralnego: czyny jednomyślnie uważane niegdyś za przestępcze i w powszechnym odczuciu moralnym niedopuszczalne, zyskują stopniowo społeczną aprobatę. Nawet medycyna, która z tytułu swego powołania ma służyć obronie życia ludzkiego i opiece nad nim, w niektórych dziedzinach staje się coraz częściej narzędziem czynów wymierzonych przeciw człowiekowi i tym samym zniekształca swoje oblicze, zaprzecza samej sobie i uwłacza godności tych, którzy ją uprawiają. W takim kontekście kulturowym i prawnym również poważne problemy demograficzne, społeczne i rodzinne, nękające wiele narodów świata i domagające się odpowiedzialnej i czynnej reakcji ze strony społeczności narodowych i międzynarodowych, stają się przedmiotem rozwiązań fałszywych i złudnych, sprzecznych z prawdą oraz z dobrem osób i narodów.

    Prowadzi to do dramatycznych konsekwencji: choć samo zjawisko eliminacji wielu ludzkich istot poczętych lub bliskich już kresu życia jest niezwykle groźne i niepokojące, równie groźny i niepokojący jest fakt, że nawet ludzkie sumienie zostaje jak gdyby zaćmione przez oddziaływanie wielorakich uwarunkowań i z coraz większym trudem dostrzega różnicę między dobrem a złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia.

    Jan Paweł II, Evangelium Vitae

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Wyszyński: Czym jest polska racja stanu?

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Błogosławiony Kardynał Stefan Wyszyński:

    Czym jest polska racja stanu?

    „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe” – powiedział Prymas Tysiąclecia bł. kard. Stefan Wyszyński.

    POLSKA RACJA STANU W NAUCZANIU STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO

    „Racja stanu” w ścisłym tego słowa znaczeniu – to uznanie potrzeb i dobra państwa za najwyższą normę działania.

    Stefanowi kardynałowi Wyszyńskiemu nie chodziło o „dobro państwa” w sensie politycznym czy nacjonalistycznym. Broniąc polskiej racji stanu, miał on na uwadze dobro Ojczyzny jako wspólnoty ludzi, dzieci Bożych zjednoczonych jedną wiarą, jedną kulturą, jedną niełatwą historią, związanych z konkretną ziemią, której potrzeba było bronić nawet za cenę życia.

    Prymas Tysiąclecia jednym sercem kochał Polskę i Kościół. Powiedział wprost: „Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko co czynię dla Kościoła, czynię dla niej”. Podczas ingresu do Stolicy zastrzegał się: „Nie jestem ani politykiem, ani dyplomatą, nie jestem działaczem ani reformatorem. Jestem natomiast ojcem waszym duchowym, pasterzem i biskupem dusz waszych, jestem apostołem Jezusa Chrystusa”.

    A jednak pełniąc wiernie to właśnie pasterskie posługiwanie Ewangelii, wszedł tak mocno we wspólnotę Narodu, że umierał jako najwyższy autorytet moralny, prawdziwy mąż stanu, niekoronowany król polski, „ojciec Narodu”.

    Dziedzictwo, które pozostawił stanowi kamień węgielny naszego budowania dzisiaj i jutro. Nie jest to przybudówka ani gzyms, który można pominąć.

    Ważny czynnik polskiej racji stanu stanowi doświadczenie Stefana kardynała Wyszyńskiego, który trzeba podjąć i wprowadzić w nasze codzienne działania.

    Ojciec Święty Jan Paweł II prosił: „Oby Kościół i Naród pozostał mocny dziedzictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Oby to dziedzictwo trwało w nas”.

    Dlatego dzisiaj spotykamy się i pochylamy nad tym dziedzictwem.

    Staje przed nami pytanie: Jak Prymas Tysiąclecia rozumiał swoją służbę polskiej racji stanu? „Jeżeli Kościół w Ojczyźnie naszej staje w obronie Ewangelii – mówi kardynał Wyszyński – w obronie kultury religijnej, w obronie wolności człowieka, ładu moralnego i chrześcijańskiej moralności, to jednocześnie […] staje też w obronie narodowej racji stanu […]. Trudna jest Ewangelia, ale wyznawanie Ewangelii jest podźwignięciem człowieka, rodziny i Narodu […] Podobnie moralność chrześcijańska, wybitnie wymagająca niesie Narodowi zdrowie. Prawdą jest, że wymaga ofiary, wyrzeczenia się siebie, podporządkowania niższych popędów i skłonności rozumowi, sumieniu i nakazom Bożym. Człowiek musi zapomnieć o tym, co jest chwilowym jego upodobaniem, musi rządzić się zasadami moralności. Jeżeli bowiem ich zaniecha i zerwie z nimi, zanika harmonia życia i współżycia społecznego, zaczyna się bezład. […] Kościół buduje w Narodzie odpowiedzialność, poruszając sumienie obywateli służy narodowej racji stanu”.

    Fundamentalnym punktem obrony polskiej racji stanu była dla kardynała Wyszyńskiego obrona godności człowieka i jego praw. Głosił bezwarunkową, najwyższą na ziemi wartość człowieka. „Zdaje się, Najmilsze Dzieci – mówił Ksiądz Prymas – że stanęliśmy na jakimś ogromnym zakręcie dziejowym, kiedy trzeba bardzo dużo mówić o wysokiej godności człowieka, aby zrozumiano, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga! Cały bogaty i najbardziej wymyślny świat urządzeń technicznych, wynalazków i niewątpliwie potężnych zdobyczy naukowych, całe olbrzymie bogactwo globu jest niczym w porównaniu z jednym maleńkim człowiekiem, istotą rozumną, wolną i miłującą. […] Człowiek przerasta wszystko. Wychodzi z najlepszej, najbardziej kochanej rodziny, aby tworzyć życie. Przerasta nawet Naród i Ojczyznę, za którą gotów jest umierać. I państwo, z którego nigdy nie jest zadowolony, chociażby wszyscy rządzący byli z siebie zadowoleni!”

    Najważniejszy jest człowiek

    Stefan kardynał Wyszyński uczył szacunku dla człowieka, dla człowieczeństwa: „W pierwszym rozdziale każdego traktatu pokojowego powinien być jeden najważniejszy warunek: uwierzyć w wielkość człowieka! Dopiero wtedy, gdy uwierzymy w jego głębię, zbędna będzie dla nas karta podstawowych praw człowieka, bo w tej głębi znajdzie się wszystko. To będzie świętość, której zbrodnicze ręce tknąć się nie ośmielą! A cóż dopiero mówić o narodzie, złożonym z ludzi tak rozumianych i tak traktowanych”.

    Człowieczeństwo jest wartością bezwarunkową. „Najbardziej sponiewierany człowiek, najbardziej obwiniany, obciążony przez wszystkie kodeksy karne, jeszcze pozostaje człowiekiem, bo grzechy można z niego odczyścić a człowieczeństwo zostanie”.

    „Musi się w nas rozpocząć głębokie szukanie prawdy przede wszystkim w naturze człowieka. Poznać naturę człowieka, poznać ją głęboko i całkowicie, zrozumieć kim jest właściwie człowiek – to wielki ratunek dla świata współczesnego”.

    Godność ludzka jest wartością powszechną, nie zależy od zasług człowieka, od stopnia inteligencji, od statusu społecznego, majątku, ani od zajmowanego stanowiska. Wynika ona z faktu, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Każdego człowieka Bóg powołał do życia i bez granic umiłował. Dlatego każdy człowiek jest świętością. Każdy, absolutnie każdy bez względu na jakiekolwiek obciążenia, zasługuje na szacunek.

    Stefan kardynał Wyszyński z determinacją bronił podstawowych praw człowieka: prawa do życia, prawa do wyznawania Boga, prawa do prawdy, sprawiedliwości, wolności, miłości i pokoju: „Chociaż byśmy przegrali życie w oczach świata i świat by się nas wyrzekł skazując na śmierć, jak łotrów na ukrzyżowanie – jest to ocena świata. Pozostaje jeszcze ocena Boga. Bóg przekreśla wyrok świata – winien jest śmierci – i ogłasza swój Boży wyrok – Dziś jeszcze będziesz ze mną w raju”.

    Ostrzegał przed alienacją osoby, przed zablokowaniem naturalnych tęsknot i dążeń człowieka. Nikt nie ma absolutnej władzy nad drugim człowiekiem. Tylko Bóg.

    Wielkim niebezpieczeństwem w czasach komunistycznych było łamanie podstawowych praw ludzkich, zastraszanie społeczeństwa, zniewalanie, ograniczanie wolności osobistej. Nie liczył się człowiek jako osoba, liczyła się klasa, liczyły się masy.

    Ksiądz Prymas odważnie bronił człowieka przed zniewoleniem, przed pozbawieniem go przynależnych mu praw. Stawiał granice, których władze bezkarnie przekraczać nie mogły. Upominał się o ludzi aresztowanych, bitych, zwalnianych z pracy, szykanowanych. Głośno, na ambonie domagał się wolności zrzeszania, poszanowania praw własności. Budził w ludziach świadomość osobowych praw człowieka, uczył obrony tych praw, budził odwagę, dawał społeczeństwu poczucie bezpieczeństwa. Rezygnacja człowieka z własnych praw i zaniechanie ich obrony godzi nie tylko w dobro osoby, ale i Narodu.

    „Człowiek czy społeczeństwo, które z założenia rezygnuje z obrony swych praw do prawdy, sprawiedliwości, miłości i pokoju czy służby – odstępuje od podstawowych wartości osoby ludzkiej, w wyniku czego wartości te zostają przyhamowane, albo też zanikają i przestają funkcjonować. Taki człowiek i takie społeczeństwo ulega zahamowaniu, nie rozwija się. Jeśli zaś społeczeństwo liczy wielu symulantów moralnych, społecznych, ekonomicznych, czy politycznych to z kolei i Naród,i państwo dochodzą do alienacji. Nie są już tym, co można by nazwać narodem czy państwem, jeśli się chce to czynić szczerze. Stają się ich parodią. Gdy człowiek zajmie postawę, że lepiej się nie wysilać, nie narażać, nie wychylać, godzi się tym samym na ograniczenia własnej godności i rezygnuje z jej obrony.

    Wytwarza się dzisiaj swoista psychoza lęku i beznadziejności. Istnieją społeczności ludzi zalęknionych, zatrwożonych, którzy do tego stopnia ulegają lękowi, że niekiedy widzą niebezpieczeństwo nawet tam, gdzie ono faktycznie nie istnieje. Nie dostrzegają nawet przemian, które zachodzą w stosowaniu praw człowieka i obywatela i boją się jeszcze wtedy, gdy już powodów do lęku nie ma […] nie można człowieka utrzymywać w nieustannym zastraszeniu, bo stwarza to pół-obywateli, z którymi trudno się porozumieć. Jeżeli pod wpływem psychozy lęku wytworzy się atmosfera beznadziejności, to ludzi, którzy jej ulegli, nie można potem uruchomić, uaktywnić, zachęcić do żadnego zadania, programu, czy wysiłku społecznego. Każdą bowiem inicjatywę będą przyjmować z nieufnością”.

    Prymas Tysiąclecia rozumiał, że człowiekowi potrzeba nie tylko sprawiedliwości ale i miłości. Uczył tej postawy nie tylko słowem, ale własnym życiem, tak iż stawał się wzorem władania sercem. Pociągał Naród miłując go.

    „Pragniemy człowieka – mówił – który by miłował. Czekamy na człowieka, który umiałby… kochać. Takiemu uwierzymy! […] Za nim pójdziemy! On nas pozyska! Jesteśmy tak przerażeni dziełami nienawiści i zapowiedzią nowych jej owoców, które płyną z zaprogramowanej nienawiści, że pragniemy już tylko, aby człowiek umiał kochać! Aby umiał zwyciężać przez miłość! Jeżeli nas zdobędzie wielki człowiek, to tylko taki, który będzie miał wielką miłość. Gdy zamiast miłości będzie miał nienawiść równie wielką jak on, to może zmilkniemy przed nim, jak zmilknął ongiś świat przed Aleksandrem Macedońskim, przed Augustem, przed Attylą, przed Napoleonem, przed Hitlerem, ale za nim nie pójdziemy!”

    Zdrowa rodzina – mocą Narodu

    Kolebką życia i rozwoju człowieka w miłości jest rodzina. Jej trwałość, wiara i siła moralna – to według kardynała Wyszyńskiego jedna z najważniejszych spraw polskiej racji stanu. „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe”.

    Prymas Tysiąclecia rozumiał wartość życia rodzinnego. Sam przyszedł na świat i wzrastał w zdrowej, polskiej, miłującej się rodzinie.

    Był jednym z sześciorga dzieci Stanisława i Julianny Wyszyńskich. Matka umarła mając 33 lata po narodzeniu szóstego dziecka. Stefan miał wtedy 9 lat. Matka została jego tęsknotą i miłością do końca życia. W rodzinie Stefan nauczył się wiary, modlitwy, miłości do Polski, pragnienia wolności i szacunku dla człowieka.

    Wspominał codzienną wieczorną modlitwę w rodzinie, odmawianie różańca na klęczkach. Z Historii w obrazkach uczył się potajemnie historii Polski. Nocą chodził z ojcem naprawiać krzyże powstańców w okolicznych lasach. Wieczorami, w domu ojca-organisty, zbierali się sąsiedzi i śpiewali pieśni patriotyczne.

    W rodzinie nauczył się Stefan szacunku dla każdego człowieka, dla kobiety, kiedy musiał całować w rękę „panią Jesionkową” i zanosić jedzenie ciężko choremu sąsiadowi.

    Całe życie Stefana kardynała Wyszyńskiego naznaczone było rodzinnością. Wystarczy wspomnieć jego charakterystyczny sposób zwracania się do wiernych z ambony: „Dzieci Boże, dzieci moje!” Te słowa były prawdą jego serca.

    Dostrzegał Stefan kardynał Wyszyński rodzinność jako wymiar istnienia Boga w Trójcy Świętej: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nie zapominał nigdy o istnieniu Matki Chrystusa, Matki Rodziny ludzkiej. Często podkreślał też, że Kościół jest matką, dlatego z miłością odnosi się do wszystkich swoich dzieci. Stefan kardynał Wyszyński uznawał rodzinę za istotną, niczym nie zastąpioną wartość w życiu człowieka i Narodu.

    „Stajemy na żywym kamieniu chrześcijańskiego ładu społecznego. Po Bogu Ojcu najwięcej zawdzięczamy na ziemi rodzicom. W Prawie Bożym najpierw wiążemy uczuciami czci z Bogiem, zaraz po Nim – z rodzicami. Obok więzi z Bogiem, największa jest więź z rodzicami i rodziną. Stąd przyrodzony porządek społeczny na świecie umacniany jest z pomocą rodzin i życia rodzinnego. Wszak rodzina jest kolebką Narodu! Słusznie Ojczyznę nazywamy Rodziną Rodzin”.

    Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i niewiastę. Tych dwoje zaprasza do szczególnej współpracy z Sobą. Stefan kardynał Wyszyński podkreślał wielką godność powołania małżeńskiego i rodzicielskiego. Wiąże się z tym powołaniem ogromna odpowiedzialność i zadanie. Jeżeli rodzina nie wypełni swojego powołania rodzicielskiego i wychowawczego Naród zginie, przestanie istnieć. Jeżeli rodzina będzie rozbita – zdegradowane będzie także społeczeństwo.

    Prymas Tysiąclecia świadomy zagrożeń wołał: „Rodzicie, pamiętajcie! Przyszła w Polsce wasza godzina! Jesteśmy w tak trudnym położeniu, że często nie wiemy, jak ubezpieczyć nasz byt narodowy, jakich sił szukać, na jakiej skale się oprzeć. Jesteśmy wśród lotnych piasków zmieniających się sytuacji i koniunktur i nie znajdziemy ani dla naszego bytu narodowego, ani dla kultury chrześcijańskiej innego oparcia, jak tylko zdrową rodzinę. Rodzice! Wasza godzina w Polsce nadeszła. Nie myślcie, że kto inny uratuje nasz Naród. Nas uratuje zdrowa rodzina katolicka”.

    „Obudzicie się – wołał Prymas Tysiąclecia – otrzeźwiejcie! Wyzwólcie się z obłędu ! To jest obłęd samobójczy !

    Kościół podnosi potężny głos w obronie życia Polaków. I tego głosu nie obniży ! Będzie wołał coraz głośniej, coraz potężniej, coraz nieustępliwej: Otrzeźwiejcie! Aby ziemia nasza nie stała się krainą Herodów i herodowych zbrodni!

    Pasterz tej Stolicy woła dziś do Was, woła do Stolicy i diecezji, woła do całego Narodu: obudźcie się! Ratujcie życie! Wszak tu chodzi o życie Narodu! Zginajcie kolana przed każdym rodzącym się życiem, przed każdym dziecięciem. Wy, rodzice, lekarze i pielęgniarki, Wy, rządzący dziś Narodem, wszyscy, od góry do dołu, którym powierzona jest straż życia w Narodzie, którzy macie prowadzić go ku życiu, nie ku śmierci i zagładzie ! Uczcie się obyczajów ludzkich, betlejemskich, nie herodowych. Szanujcie życie”.

    Powołanie do założenia rodziny Prymas Tysiąclecia rozumiał jako spełnienie człowieczeństwa, powołanie do miłości. „Bogu idzie o miłość! Dlatego stoi On między Wami, Dzieci najmilsze, jako Bóg – Miłość i Ojciec Waszej miłości. Wszczepia w wasze dusze miłość: miłość ciał i dusz, bo jest Ojcem i ciał i dusz. Jako Bóg – Miłość oczekuje miłości, raduje się Waszą miłością i pragnie, abyście się kochali. W Nim, jako Bogu Miłości, łączy się to życie, które On nieci i przez Was przekazuje”.

    Na rodzinie spoczywa nie tylko szczytne zadanie przekazywania życia, uczył kardynał Wyszyński – ale także wychowanie. To rodzice mają prawo decyzji o kierunku wychowania swoich dzieci. Prawo do tej decyzji zagwarantowane jest prawem naturalnym i jest niepodważalne. To nie szkoła i nie państwo decyduje o kształcie wychowania człowieka, ale rodzice. To prawo Prymas Tysiąclecia często uświadamiał rodzicom. Dodawał im odwagi, aby nie rezygnowali z tego prawa i nie pozwolili go sobie odebrać.

    Broniąc dobra człowieka i dobra Narodu Stefan kardynał Wyszyński upominał się o prawa rodziny. Ojcowie rodzin – uczył – mają prawo do wynagrodzenia rodzinnego. Zadania matki, jej macierzyńskie posługiwanie w domu, to nie sprawa prywatna kobiety, to służba społeczna. Rodziny wielodzietne to nie obciążenie, ale błogosławieństwo dla społeczeństwa. Rodziny mają prawo do swojej własności, do ziemi rodzinnej. Ostro występował Ksiądz Prymas przeciwko bezprawnemu wywłaszczeniu rodzin, odbieraniu im gospodarstw i domów, np. w związku z budową dróg czy terenów rekreacyjnych.

    Rodzina wymaga szczególnej troski społecznej ponieważ jest podstawową cząstką Narodu. Od niej zależy byt, prawość i prężność Ojczyzny. W rodzinie przychodzą na świat i uczą się życia przyszłe pokolenia.

    Idącym w przyszłość

    Młodzież znajdowała w sercu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia uprzywilejowane miejsce. Stosował pedagogię serca, szacunku i zaufania. Umiał też z miłością, a jednocześnie z mocą stawiać wymagania.

    Młodzież znała głos swego Pasterza. Kiedy mówił konferencję do młodzieży akademickiej, czy to w kościele Św. Anny w Warszawie, czy w Gdańsku, w Poznaniu, w Lublinie świątynie były pełne. Zdarzało się, że młodzi porwani entuzjazmem podnosili auto razem z Księdzem Prymasem, aby mu okazać wyraz swojej solidarności, zrozumienia i oddania.

    Jakie treści poruszał Prymas Tysiąclecia w przemówieniach do młodzieży?

    Mówił o sensie i wartości życia, o ludzkiej godności, o prawach i obowiązkach młodego pokolenia, ukazywał zagrożenia, niebezpieczeństwa, wytyczał zadania, uczył miłości do Ojczyzny.

    Był przekonany, że młodzież w głębi serca pragnie dobra, zdolna jest do wysiłku i poświęcenia. Minęło wiele lat, a młodzi ludzie nadal z entuzjazmem odkrywają mądrość ukrytą w nauczaniu Prymasa Tysiąclecia.

    Katolickie Stowarzyszenie Akademickie „Soli Deo” przy współpracy Instytutu Prymasowskiego organizują konkursy dla młodzieży szkół średnich z zakresu wiedzy o życiu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia. Ze zdumiewającą intuicją ci młodzi ludzie odkrywają istotę nauczania Prymasa Tysiąclecia, mówiąc, że to są dla nich „słowa życia”.

    Rzeczywiście kardynał Stefan Wyszyński rozumiał młodzież, znał jej tęsknoty, ogarniał sercem, aby przeprowadzić przez niebezpieczne zasadzki. „Jesteście pokoleniem milenijnym, przełomowym, które żyje na grani dwóch Tysiącleci. Wiecie jak trudno jest utrzymać się na grani. Wieją tam potężne wichry i szaleją burze… Trzeba mocno trzymać się ‘pazurami’ rodzimej skały, aby nie spaść na dno przepaści. Trzeba nie lada wysiłku i bohaterskiego męstwa, aby się ostać… Tylko orły szybują nad graniami i nie lękają się przepaści wichrów i burz. Musicie mieć w sobie coś z orłów![…] Będziecie wtedy mogli jak orły przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie – orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko”.

    Jak orzeł wyprowadza z gniazda pisklęta, biorąc je na siebie, tak Prymas Tysiąclecia brał młode pokolenie na swoje ramiona i uczył odróżniania dobra od zła. „Aby zrozumieć sens własnego życia – mówił – trzeba się wspiąć wysoko, aż do myśli Bożej. Trzeba oderwać się od siebie, od wąskiej otoki własnego, egocentrycznego bytowania, aby zrozumieć wielkość swego bytu, istnienia i wartość jednego, jedynego, niepowtarzalnego życia”.

    Mówiąc do młodzieży Prymas Tysiąclecia podkreślał potrzebę wychodzenia z siebie i przekraczania granic. Wychowywał w ten sposób młode pokolenie do zrozumienia, że człowiek z natury jest istotą społeczną. „Człowiek z natury ma tę władzę, że ciągle wychodzi z siebie i musi z siebie wychodzić. Biada człowiekowi, który szuka idei w nirwanie, który szuka idei odosobnienia i zamyka się w sobie”.

    Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał młode pokolenie przed grożącymi mu zniewoleniami. „Swoistą postacią zniewolenia współczesnego człowieka jest narzucanie mu gwałtem niewiary, ateizacja – mówiąc po polsku – bezbożnictwo. Wy to rozumiecie, nie muszę Wam o tym dużo mówić, bo jesteście młodzieżą, która nie miała możliwości w szkole zespolić wysiłków myślowych z religijną formacją”.

    Proponowany ateizm spowodował groźne skutki idące daleko w przyszłość: „Ilu w Polsce jest takich ludzi, którzy udawali ateistów i bezbożników z obawy, z lęku i trwogi? Czy myślicie, że to uchodzi bezkarnie? Żadną miarą! To jest ciężkie okaleczenie psychiki ludzkiej i to później wydaje swoje owoce, rzutuje na przyszłość […] Człowiek musiałby podźwignąć się z głębokiego trzęsawiska kłamstwa, nieprawdy i nieszczerości, z lęku, z pospolitego wyrachowania i tchórzostwa, aby mogła zacząć się prawdziwa odnowa moralna naszego społeczeństwa”.

    Wśród zagrożeń, na jakie narażone było młode pokolenie Stefan kardynał Wyszyński wymienia niewolę słabości i grzechu, znieprawienia człowieka przez pijaństwo, narkomanię, lenistwo. A jakie zadania ukazywał młodzieży?

    Wzywał do zwyciężania siebie. „Chrystus stawia Wam wymaganie umiejętności walk z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie. Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe, najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuka jest zwyciężać innych, sztuka jest zwyciężyć siebie samego. […] Może waszą młodzieńczość pociąga niekiedy dowolność i swoboda życia, ale szybko się przekonujecie – chociaż pragnąłbym, abyście się nigdy osobiście o tym nie przekonali, że wszelka ‘wolność’, dowolność moralna kończy się ostatecznie katastrofą, której się wkrótce żałuje. Panowanie nad sobą i walka ze złymi skłonnościami, zakończona zwycięstwem, dają radość i rodzą doniosłe owoce osobiste i społeczne. Ale to kosztuje.

    A cóż nie kosztuje, Najmilsze Dzieci?! Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe”.

    Stefan kardynał Wyszyński prosił młodzież, aby nie korzystała z ułatwionego życia, ze znajomości, układów, łatwizny, rezygnując z własnego wysiłku intelektualnego. „Tak jest, Najmilsze Dzieci, nawet w obliczu Boga, który dał człowiekowi nie tylko łaskę wiary i miłość, ale dał mu także rozum. Tym bardziej więc na uczelni musicie zwalczać mit niedbalstwa, łatwizny, dyspozycyjności i uprzedzenia. Nie możecie korzystać z usprawiedliwienia w sumieniu, ze zwolnienia się od własnego osobistego wysiłku umysłowego. I nie ma większej pracy dla postępu, jak stworzenie takich warunków, w których ludzie dochodzą do dyplomu na drodze rozumu, a nie drogą protekcji, uprzywilejowania. Młodzieży katolicka, jak umiem, proszę Was, abyście na przyszłość nigdy nie korzystali z jakiegoś uprzywilejowania, bo najwięcej krzywdy wyrządzacie własnej godności. Krzywdę wyrządzacie również porządkowi kulturalnemu Narodu, waszej kulturze osobistej i prawdziwemu postępowi kultury”.

    Prymas Tysiąclecia ukazywał młodzieży niebezpieczeństwo technicyzmu godzącego w prymat osoby ludzkiej. Prosił młodzież, aby szanowała czas, zwalczała niekompetencję i brak systematyczności. Pragnął też w sercach młodych ludzi wzbudzić miłość do Ojczyzny. „Droga Młodzieży! Jeżeli umiesz patrzeć w przyszłość – a my jesteśmy narodem ambitnym, który nie chce umierać! – musisz sobie postawić wielkie wymagania. Musisz wychowywać się w duchu ofiary i do ofiary się uzdalniać. Może bowiem przyjść taka chwila, w której tylko ofiarą będzie można zagwarantować wolność Ojczyźnie! Gdyby w Polsce zniknęło pokolenie zdolne do ofiary, musielibyśmy już dzisiaj wątpić o zachowaniu niepodległości!.”

    Wartość kultury ojczystej

    Trudno w zwięzłych słowach wyrazić wkład Prymasa Tysiąclecia w obronę kultury narodowej. W liście na 30-tą rocznicę powołania go na stolicę gnieźnieńską i warszawską Arcybiskup Metropolita Krakowski Karol Wojtyła napisał, że jest to „Człowiek, który nie tylko umiłował dzieje – czyli przeszłość ojczystej kultury, ale który tę kulturę tak wspaniale tworzy na żywo i kształtuje na oczach obecnego pokolenia Polaków i wraz z nimi”.

    Obejmując stolicę gnieźnieńską i warszawską po wojnie w 1949 roku, stąpał po gruzach Stolicy, pochylał się nad ruinami Polski, które kryły w sobie najcenniejsze zabytki, skarby kultury polskiej. Podtrzymywał nadzieję ludzi podejmujących wielkie dzieło odbudowy zniszczonej Ojczyzny. „Cały Naród przyzwyczajony jest do gruzów. Ale my się gruzów nie lękamy, nie załamujemy nad nimi rąk. Przeciwnie, widok gruzów wyzwala w nas nowe potężne siły i gorące pragnienie walki o lepsze, odbudowane jutro. Ten obowiązek odbudowy wyzwala w nas nowe siły. Jesteśmy Narodem młodym, prężnym, o kulturze starej, szlachetnej i wspaniałej. To, że musimy odbudowywać nie jest naszą klęską. Jest naszą szkołą! Jest organizowaniem i mobilizowaniem energii, jest naszą ciągłą młodością, bo nie pozwala się nam zestarzeć.”

    Jakże ważne są te słowa dzisiaj, gdy musimy znowu odbudowywać naszą Ojczyznę z ruin moralnych i ekonomicznych. Dźwigające się z ruin świątynie były znakiem dźwigania się ducha Narodu.

    Szczególną zasługą Prymasa Tysiąclecia była odbudowa i regotyzacja katedry gnieźnieńskiej. Podczas uroczystości podniesienia sarkofagu Świętego Wojciecha w 1960 roku mówił: „W czasach, gdy człowiek tak często pada ofiarą niewolniczej służby materii, gdy nie dostrzega się w nim ducha, trzeba wysoko przed oczy ludzi wynosić człowieka i jego wielką, Bożą godność. Gdy odnawiamy styl świątyni, musimy mieć dla niej wzór – styl człowieka. Dlatego na właściwe miejsce dźwigamy człowieka, który miał w swoim życiu Boży styl. Według tego stylu kształtowało się życie chrześcijańskie w Ojczyźnie naszej, organizacja Kościoła Świętego, kultura Narodu.”

    Znakiem odradzania się Ojczyzny po zniszczeniach wojennych była odbudowa katedry Świętego Jana w Warszawie. W dniu konsekracji świątyni 9 czerwca 1960 roku Ksiądz Prymas mówił: „Świątynia jest jakby chlebną dzieżą, w której zaczyn Boży przenika i przerabia to, co w życiu naszym zbyt ludzkie, aby Bożym się stawało. […] Tak ściśle związały się dzieje świętojańskiej świątyni z dziejami Narodu, że nie sposób ich rozdzielić. Losy Państwa odbijały się na tych murach i wypisywały swe wymowne znaki klęsk i chwały […] Niedawne to chwile, gdy przez Archikatedrę biegł front walki. Nacierała nienawiść najeźdźcy, broniła świętych ołtarzy miłość i wiara powstańców warszawskich. Tu na posadce, którą omywamy dziś wodą poświęconą, płynęły potoki krwi najlepszych synów Stolicy. […] Ci, którzy tu padli, pouczyli nas, jak trzeba żyć i umierać w obronie największych świętości Narodu”.

    Podnoszenie świątyń z gruzów było znakiem, że Polacy chcą nadal kroczyć własnymi, od wieków wytyczonymi ścieżkami ku nowym wiekom kultury narodowej.

    Kardynał Wyszyński wspierał liczne dzieła i inicjatywy mające na celu obronę i rozwój kultury polskiej. Podkreślał jej wielkie znacznie w życiu Narodu, który pomimo wielkich doświadczeń dziejowych nie chce umierać i ciągle się odradza.

    „Jest to wielka tajemnica Boża – mówił – Polacy są dziwnym narodem. Właśnie wtedy, gdy im trudno, gdy mają wielkie przeciwności, zdobywają się na potężne wysiłki. W czasie beznadziejnej niewoli pojawiły się najpiękniejsze postacie – wspaniała trójca wieszczów narodowych: Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, później Norwid, wreszcie Sienkiewicz – potężne duchy, wyrosłe z bólu, męki i cierpienia Narodu. Jest coś w Narodzie polskim, że właśnie wtedy, gdy mu ciężko, mobilizuje wszystkie siły i zwycięża”.

    Stefan kardynał Wyszyński widział w kulturze wartość wyrażającą się nie tylko we wspaniałych zabytkach, literaturze, sztuce, ale w całym życiu ludzkim, które Bóg przenika swoją miłością. „Ogromnie trudno jest dośledzić ten znikomy znak życia, który mieści się dobrze schroniony przez Stwórcę pod sercem matki. […] Mamy zwyczaj niepotrzebnie obliczać sobie lata i zaglądać do dowodu osobistego. O naszym początku nic nam to nie powie. Bóg pierwszy mnie umiłował, to znaczy – pomyślał mnie, zanim o tym mówiono w ognisku rodzinnym. I właśnie tutaj zaczyna się kultura”.

    Świat daleko odszedł od takiego rozumienia kultury. Zwycięża prawo walk i przemocy. W międzynarodowych układach sił nie liczy się człowiek. Dlatego Stefan kardynał Wyszyński z bólem mówił: „Ogromnie trudno jest po tylu latach dziejów ludzkości mówić dzisiaj o kulturze. Naprzód trzeba uwierzyć w godność człowieka. Współczesna ludzkość ma pracować na rzecz takiej kultury, która by doceniła zaczątek człowieka pod sercem matki i zrozumiała Boga Człowieka, klęczącego u stóp ludzi. Do tego jeszcze daleko, ale to jest osiągalne. Do tego ma zmierzać wysiłek prawdziwej kultury wszystkich ludów i narodów. […] Zawsze mnie wzrusza, gdy widzę przed sobą małe dziecko, przewracające się na trawie, bo ten maluczki, zda się nieudolny człowiek, jest już głębią, a serce jego przepaścią – profundum. To jest człowiek! Wokół każdego człowieka, nawet najmniejszego, trzeba chodzić oględnie, wiedząc, że to jest cały, pełny człowiek i że jego możliwości są nieskończone”.

    Prymas Tysiąclecia uczył, że kulturę ludzi i narodów poznaje się po sposobie odnoszenia się do człowieka.

    Ten fundament ludzkiej kultury umacniał całym swoim życiem, nauczaniem i posługiwaniem! Uczył Naród dojrzałej kultury życia, kultury, która szanuje i dźwiga człowieka, eliminuje agresję i przemoc, szuka rozwiązań na drodze miłości społecznej, przebaczenia i dialogu. W ten sposób przygotował grunt dla „bezkrwawej rewolucji” i przezwyciężenia niewoli komunistycznej. Był to program obrony człowieka, troski o życie ludzkie, aby brat nie strzelał do brata. W tym duchu Prymas Tysiąclecia wychowywał Naród od początku swojego posługiwania – przed uwięzieniem i po odzyskaniu wolności. Przemawiając na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy, prosił ich, aby jak psy lizali rany Narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, ‘psi język’. Mówi się: Wierny jak pies! Bo gdy już ludzie odejdą od człowieka nieszczęsnego i zostawią go w nędzy i męce, jeszcze pies siedzi i czuwa. […] Może się na mnie obrazicie, wytworni Pisarze! Wszystko mi jedno. Obraźcie się na mnie i Wy! Będzie to jeszcze jedna kategoria ludzi, obrażających się na Prymasa. Ale Wam powiem: macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […]

    Nazwałem Was ‘psami’ dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby ‘wylizać rany’ pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu”.

    Prymas Tysiąclecia nie tylko innych wzywał do pełnienia tego zadania, sam, jak wierny pies, „lizał rany” Narodu.

    Polska – ale jaka?

    „Dla nas po Bogu, największa miłość to Polska! Musimy po Bogu dochować wierności przede wszystkim naszej Ojczyźnie i narodowej kulturze polskiej. Będziemy kochali wszystkich ludzi na świecie, ale w porządku miłości. Po Bogu więc, po Jezusie Chrystusie i Matce Najświętszej, po całym ładzie Bożym, nasza miłość należy się przede wszystkim naszej Ojczyźnie, mowie, dziejom i kulturze, z której wyrastamy na polskiej ziemi. I chociażby obwieszczono na transparentach najrozmaitsze wezwania do miłowania wszystkich ludów i narodów, nie będziemy temu przeciwni, ale będziemy żądali, abyśmy mogli żyć przede wszystkim duchem, dziejami, kulturą i mową naszej polskiej ziemi, wypracowanej przez wieki życiem naszych praojców”.

    Prymas Tysiąclecia często pytał: Jakiej chcecie Polski? Odwróćmy to pytanie i zapytajmy dzisiaj: Jakiej Polski on chciał?

    Stefan kardynał Wyszyński chciał Polski mocnej duchem, opartej na fundamencie wiary. „Polska jest zespolona – mówił – nie jednym więzłem, nie parcianym powrozem. Polska jest zespolona sercem wiary. Jej siłą jest wiara Chrystusowa!”

    W czasie prześladowania Kościoła upominał się o prawa ludzi wierzących we własnej Ojczyźnie. „I biskup katolicki, i kapłan katolicki, i każdy katolik w Polsce też jest Polakiem i też stanowi Naród. My, ludzie ochrzczeni, weszliśmy całą siłą naszego chrześcijańskiego ducha w życie Narodu i temu narodowi ani krzywdy, ani ujmy nie przynieśliśmy. Dlatego nie pozwolimy sobie zatkać ust przekupną dłonią”.

    Prymas Tysiąclecia chciał Polski wolnej. Gdyby nie umiłowanie wolności nie byłoby naszej Ojczyzny na mapie świata: „Walki Polaków na wszystkich kontynentach, gdzie tylko podejmowano walkę o wolność, są tak znane w świecie, iż nadają nam miano Narodu najbardziej miłującego wolność. Podejmowano jednak nie tylko walki orężne, ale wysiłki w wewnętrznym życiu Narodu. Były one niekiedy bardziej znamienne i owocne, jako czynniki składowe odzyskanej później wolności niż zrywy orężne! Wolność Narodu nie wybuchła więc od razu, ale dojrzewała powoli. Była owocem długiego, historycznego trudu, noszona w wielkim miłującym łonie Narodu jak płód, który nosi matka pod sercem i musi wydać na świat wtedy, gdy przyjdzie moment dojrzałości ukształtowanego już w niej dojrzałego życia.

    Nie myślcie, najmilsze dzieci Boże, że wolność spadła nam z nieba, bez wysiłku, bez udziału całego Narodu. Naród w niewoli nie przestał wierzyć w sprawiedliwość Bożą. Wołał nieustannie, cierpliwie, wytrwale: “Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie!” Ten śpiew, krzyk rozpaczy, nadziei i wiary przebijał niebiosa, mobilizował całą Polskę, rozlegał się w kraju ojczystym i na wygnaniu, w więzieniach i kopalniach. Zewsząd podnosił się w niebo wielki, potężny głos Narodu, który nie chce i nie może umrzeć, bo mu nie wolno, nie ma do tego prawa!”

    Polska nie mogła w ciągu dziejów liczyć na układy, na to, że jakieś państwo zrobi nam prezent z wolności. Polska musiała strzec swojej tożsamości i zmagać się o niepodległość. „Naród polski ma szlachetne ambicje, aby podnosić się – jak feniks – z popiołów. […].Polska wróciła do praw wolnego państwa, ponieważ nigdy nie utraciła wiary w swoje prawo do wolności. Od początku swych dziejów Naród nasz pracował na odzyskanie wolności państwa, wyrabiając sobie na karcie Europy takie miejsce, iż nie zdołały go zatrzeć zmienione granice, podziały i zakusy potężnych monarchów wielkich imperiów. Bóg im odebrał ducha, a uciemiężony Naród pozostawił tam, gdzie zgodnie z zamiarami Opatrzności Bożej być powinien”.

    Polska racja stanu domaga się szczególnego poszanowania więzi z przeszłością. Wpajał to w świadomość Narodu Prymas Tysiąclecia, ostrzegając, że nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”.

    „Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy zacząć budowania w ‘czystym polu’. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się ze swoją własną duchowością – jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych – to Naród renegatów. Nie wolno tworzyć ‘dziejów bez dziejów’; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi, nie wolno sprowadzać Narodu na poziom ‘zaczynania od początku’, jakby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, i jej moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych. Nasza godność narodowa wymaga, byśmy oparli się tej zarozumiałości, z jaką lekceważone jest wszystko, co polskie, na rzecz tak na nam obcego importu”.

    Zmagał się Prymas Tysiąclecia z prześladowaniem, wytrzymywał ataki, że miesza się do polityki, ale nie ustawał w obronie tożsamości Ojczyzny, w dążeniu, aby Polska była Polską. „Na każdym progu walczyć będziemy o to, aby Polska – Polską była! Aby w Polsce – po polsku się myślało! Aby w Polsce – polski duch Narodu chrześcijańskiego czuł się w swobodzie i wolności.

    Chociaż jeździmy za granicę na studia, w Polsce mogą się inne narody wiele nauczyć. Podziwiają one naszą cierpliwość, spokój, dojrzałość polityczną, naszą pracowitość, religijność, wierność Bogu, nasze umiłowanie wolności i pokoju. Są to wielkie walory i wielkie moce Narodu tak dziwnego, biednego, a jednak żywiącego swym chlebem wszystkich głodnych; tak zda się nieszczęśliwego, a jednak pełnego radości. W Polsce nawet przez łzy i ból śmieją się oczy naszych dzieci, matek, cór i synów. W Polsce nawet w obliczu śmierci dusza jest jasna, bo wie, że idzie w ramiona Ojca najlepszego, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Mogą się zaiste inne narody wiele od nas uczyć. I dlatego dobrze, że Polska jest rozgrodzona na wszystkie strony. Gdybyśmy siedzieli za wysokimi górami, albo za rozległymi oceanami ubezpieczając się nimi, łatwo byśmy osłabli duchowo, szybko skarłowacieli, jak tyle narodów skarłowaciało. A ponieważ siedzimy na wielkiej przełęczy kulturalnej i dziejowej, ponieważ biją w nas wszystkie wichry, musimy się trzymać mocno, ażeby nie spaść. Musimy być trzeźwi, musimy chodzić na obydwu nogach, uważnie badając dookoła, jak poprzez grzbiety i szczyty, poprzez wykroty dziejowe przeprowadzić Naród bezpiecznie”.

    „Jakże wielka jest więc odpowiedzialność za nasze miejsce tutaj i za wypełnienie wszystkich obowiązków, które ciążą dziś na Narodzie polskim. Abyśmy jednak mogli wypełniać swoje zadania, niezbędna jest suwerenność narodowa, moralna, społeczna, kulturalna i ekonomiczna! Każdy Naród pracuje przede wszystkim dla siebie, dla swoich dzieci, dla swoich rodzin, pracuje dla swoich obywateli i dla własnej kultury społecznej. A chociaż dzisiaj tak jest, że pełnej suwerenności między narodami powiązanymi różnymi układami i blokami nie ma, to jednak są granice dla tych układów, granice odpowiedzialności za własny Naród, za jego prawa, a więc i za prawo do suwerenności”.

    O sile Polski decyduje jej wewnętrzna duchowa moc. Dlatego polska racja stanu wymaga poszanowania moralności chrześcijańskiej. Prymas Tysiąclecia dźwigał Naród z wad i grzechów w imię dobra człowieka i Ojczyzny. Program moralnego odrodzenia Polski zawarł w Ślubach Jasnogórskich, które napisał w więzieniu w Komańczy. Naród złożył je na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Był to jednocześnie zryw wolności, czas pierwszego społecznego przełomu. Prymas Polski wzywał do rzeczywistej odnowy Ojczyzny: „Naród polski składał już wiele razy swoje ślubowania i chociaż dochował wiary Kościołowi, to jednak nie wyzbył się wielu nałogów i wad narodowych, które nie dadzą się pogodzić z postawą Narodu wierzącego. Tak często jesteśmy przedmiotem zgorszenia, gdy ludzie niewierzący patrzą na życie wierzących. Nasza moralna słabość i chwiejność, pomimo silnej wiary, nasz relatywizm moralny, skłonny do ulegania złym przykładom i prądom, posłuch najrozmaitszym błędom, nieraz wprost absurdalnym, upadek moralności małżeńskiej, niewierność, rozwiązłość, nietrzeźwość, to wszystko sprawia, że pion moralno-społeczny Narodu jest tak chwiejny. Umiemy trwać godzinami w świątyniach, stać na placu jasnogórskim jak stara dąbrowa, ale ulegamy łatwo najsłabszym nawet podnietom do wszystkich grzechów i występków. Jesteśmy duchowo rozdwojeni, rozbici psychicznie, a stąd pozbawieni stylu życia i charakteru narodowego. To wszystko umiemy dziwnie łączyć z naszym przywiązaniem do Kościoła, którego nie słuchamy w codziennym życiu; z naszą gorącą modlitwą, z której nie zbieramy należytych owoców; z naszą czcią do Matki Najświętszej, której tak przeciwne jest nasze życie codzienne. Zwalczać to rozdwojenie, zdobyć pion moralny, nauczyć się zwyciężać siebie, zdobyć męstwo wiary i życia chrześcijańskiego – oto błogosławione dążenie niemal zachowawczego instynktu narodowego i zmysłu katolickiego”.

    Obronę zdrowia moralnego utożsamiał Kardynał Wyszyński z obroną Ojczyzny i jej miejsca w rodzinie narodów. Nawet od wrogów można się uczyć mądrości: „Wrogowie wiedzą, co narodowi służy, a co mu szkodzi. A jeśli chcą mu szkodzić, niszczą to, co mu pomaga. Dlatego też najeźdźcy zawsze niszczyli Kościół i chcieli zatrzeć ślady moralności chrześcijańskiej w życiu Narodu. Dlatego starali się Naród upodlić i rozpić. Są to lekcje z niedawnej przeszłości. Obyśmy ich szybko nie zapomnieli, mogą się nam bowiem przydać! Wrogów naszego Narodu poznajemy po tym, jak się odnoszą do Boga i do moralności chrześcijańskiej. Umieją oni ocenić sens tej moralności dla nas. Wiedzą, że jest ona siłą i mocą Narodu, że najlepiej służy jego bytowi, całości i jedności. I dlatego chcąc zniszczyć Naród, niszczą jego wiarę i moralność chrześcijańską”.

    Polska pomimo swoich wad i słabości umie dźwigać się z grzechów i dochować wierności Bogu. To było i jest naszą szansą, naszą nadzieją także dzisiaj: „Byliśmy zawsze ciekawi świata. Na żądzę ‘nowostek’ w Narodzie narzekali wszyscy moraliści i publicyści polscy. Ale znaliśmy granice, które umieliśmy stawiać obcym duchowości polskiej wpływom; oparliśmy się niemczyźnie protestanckiej, kalwinizmowi, oparliśmy się wpływom tatarsko-tureckim, oparliśmy się amoralizmowi wieku Odrodzenia, chociaż przyjęliśmy jego sztukę. Polska dobrotliwość oparła się złym wpływom tylu zaborów i krzywd wyrządzanych przez najeźdźców. Dziś potrzeba nam wierności – zarówno naszemu duchowi narodowemu, jak i Ewangelii Chrystusowej. Potrzeba nam sumiennego wypełniania obowiązków, które płyną z odpowiedzialności za Naród i chrześcijańską Ojczyznę. I dlatego wzmacniamy naszego ducha ślubami i przyrzeczeniami, aby wytrwać”.

    Obrona ziemi – gwarancją wolności Narodu

    Prymas Tysiąclecia czerpiąc mądrość z księgi dziejów, którą umiał czytać z zadziwiającą umiejętnością i stosować do chwili obecnej, ostrzegał Polaków, aby nie wyzbywali się ziemi ojczystej.

    „Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi ojczystej trzeba zawsze bronić, a bronić jej można wtedy, gdy tkwimy w niej korzeniami jak drzewa. O wiele trudniej jest bronić Ojczyzny z miast, o ileż łatwiej ją wówczas zniszczyć! Trudniej wrogom dotrzeć do każdej wsi, do każdego zagonu, do każdej chaty, gdzie mieszkają ludzie związani głębokim uczuciem umiłowania ziemi, która daje i wsi i miastu chleb nasz powszechni, o który modlimy się do Ojca darów niebieskich.

    Całe pokolenia ujarzmione przez obce narody, walczyły o prawo do własnej ziemi. Stąd szczególny charakter obronności ziemi. Nie tylko armia broni terenów ojczystych, ale i ludzie, którzy na niej żyją i – jak trawy wśród jałowców i gęstych lasów – bronią jej nienaruszalności. […] Ziemia ojczysta, zwłaszcza w naszym układzie geopolitycznym, jest elementem tak doniosłym, że musi być należycie obsłużona.

    Miłość do ziemi ojczystej gwarantuje wolność i stabilność Narodu w jego granicach. Przecież nie kto inny, tylko nasi nieprzyjaciele zwrócili na to baczną naszą uwagę w czasie okupacji, gdy mówili butnie: nam nie są potrzebni Polacy, nam jest potrzebna ich ziemia. Rozpoczęli więc tragiczną rozprawę z Narodem – wysiedlanie Polaków i niszczenie warstwy, która broni Polskę przed tym, by nie stała się lotnym piaskiem. […] Tak było w czasie rozbiorów. Nie było, zda się, nikogo do obrony, ale pozostał Naród, który ogarniał sercem każdy zagon i nie pozwolił go sobie wydrzeć, bo to jest warunek trwałości naszego bytowania narodowego. Cóż z tego, że nabudujemy wiele miast, które się amerykanizują w swoim zewnętrznym wyglądzie? Cóż z tego, że wejdziemy w ślady swoistego kapitalizmu przemysłowego, jeśli nie będzie komu dostarczyć dla wielkich miast chleba, warzyw i wszystkiego, czego pilnie potrzebuje dziecko, i mędrzec, i starzec.

    Dlatego też niezmiernie doniosłą rzeczą jest docenić znaczenie prywatnej własności rolnej, bo to jest warunek stabilności bytowania Narodu. […] Zgadzamy się z tym, że trzeba poprawić warunki życia i pracy rolników, starać się o to, aby ich praca była lżejsza, ale musimy jak drzewa korzeniami trzymać się gleby ojczystej, aby Naród nie był przepychany w swoich granicach etnicznych na skutek słabego zaludnienia i niedostatecznego wszczepienia się w ojcowiznę.

    Ponieważ Polska jest krajem rolniczym, należy w licznych i skomplikowanych zadaniach naprzód wykorzystać dla dobra społecznego właściwości i wartości przyrodzone, naturalne naszego układu bytowego. Dlatego musi istnieć realizm w budowaniu lepszej przyszłości. Realizm ten wyraża się tym, że stoimy na ziemi, a ziemia ta jest żyzna. […] Polska nie może żyć z importu ziarna, bo bogaciła się przez eksport. Tak było przecież za czasów królewskich, na ziarnie wzbogacił się Gdańsk. I dzisiaj dowartościowanie pracy na roli będzie ustawieniem się na właściwym gruncie wszelkiego budowania i pomyślności naszej wspólnoty narodowej.

    Polska położona między tymi molochami, choćby się porozumiała dokładnie z państwami słowiańskimi, musi pamiętać, że teren ten będzie tym bardziej obronny, tym bardziej zwarty, i ekonomicznie, i narodowo, i kulturalnie, i militarnie, im lepszą opieką będzie otoczony człowiek pracujący na roli”.

    Stefan kardynał Wyszyński był przekonany, że siła Polski polega na rolnictwie. Zapytany, jak wyprowadziłby Polskę z kryzysu gospodarczego, odpowiedział: „Postawiłbym na rolnictwo”.

    „W sytuacji naszego kraju, rozwijając przemysł przetwórczy, sprzyjając rolnictwu warzywnemu, sadownictwu i hodowli, można by wyżywić nie tylko Polskę, ale całą Skandynawię, Niemcy Wschodnie, Białoruś, która – jak wiadomo – ma ubogie ziemie. Nie mówię o Ukrainie, która jest krajem bardzo żyznym [kiedy Ksiądz Prymas to mówił, nie było jeszcze katastrofy w Czarnobylu]. Można by pomóc jeszcze Bałkanom, a na pewno i Czechom, którzy nie mają tak korzystnych warunków rolniczych jak my. Gdyby zamiast wielkich nakładów na rozwijanie ciężkiego przemysłu do poziomu krajów zachodnich, pieniądze te włożono w subwencje rolne, na pewno Polska wyżywiłaby siebie, a przez eksport żywności stworzyłaby dodatni bilans handlowy z Zachodem”.

    Społeczny program odnowy

    Fundament całego ładu społecznego to poszanowanie praw osoby ludzkiej. To jest najważniejszy punkt programu społecznego Prymasa Tysiąclecia. „Epoki historyczne oceniamy według sposobu obchodzenia się z człowiekiem. Dzisiaj ocenia się wartość ustrojów według przepisów podchodzenia do człowieka. Nie liczba fabryk ani charakter organizacji życia gospodarczego świadczy o jego wartości, tylko sposób traktowania człowieka.

    Wartość ustroju i doktryna zależy od tego, czy odpowiada ona tęsknotom i współczesnym zamówieniom społeczeństwa. Jeśli nie odpowiada skazuje się na śmierć. Po tym poznaje się również epoki historyczne, jak sobie poradziły z człowiekiem i co mu dały. Ostatecznie ciągle aktualny jest w świecie prymat osoby ludzkiej, i na to nie ma rady! Może istnieć doktryna ustanawiająca prymat rzeczy, ale prędzej czy później sama się unicestwi, bo zawsze najważniejszą ‘rzeczą’ pozostanie człowiek”.

    Zagadnienia społeczne były pasją życia Stefana kardynała Wyszyńskiego. Studiując na KUL-u [1925-1929] prawo kanoniczne ukończył równocześnie wydział nauk społecznych. Do wybuchu II wojny światowej pracował we Włocławku jako znany kapłan społecznik. Był duszpasterzem ludzi pracy. Prowadził Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy, współpracował z Chrześcijańskimi Związkami Zawodowymi.

    Punktem orientacyjnym jego przekonań społecznych była Boża wizja człowieka – jako osoby. Będąc osobą – człowiek posiada niezbywalne prawa. Z tymi prawami wiążą się obowiązki społeczne. Bez poszanowania tego naturalnego ładu niemożliwa jest sprawiedliwość.

    „Istnieje głęboka i nierozerwalna więź między prawem Bożym i prawem ludzkim. Prawo Boże czerpie swoje natchnienie z mocy, którą Ojciec niebieski włożył w naturę człowieka. […] Prawo zaś ludzkie, stanowione przez ludzi, musi być zawsze wpisane w ramy prawa Bożego. Prawo ludzkie nie może być nigdy przeciwne prawu Bożemu. Gdyby było przeciwne, w sumieniu nie obowiązuje, przestaje bowiem być prawem, choćby uchwalone było przez wszystkie parlamenty świata. Nie jest prawem, gdy sprzeciwia się prawu Bożemu, prawu natury, prawu człowieka – dziecka Bożego, a zwłaszcza Chrystusowemu prawu miłości Boga i ludzi”.

    Na tym fundamencie prawa naturalnego opiera się koncepcja człowieka jako osoby.

    Stefan kardynał Wyszyński, bez względu na ustrój, ukazywał wykroczenia przeciwko temu, ustanowionemu przez samego Boga, porządkowi.

    Widział on błędy zarówno indywidualizmu, jak i kolektywizmu. Pogląd indywidualistyczny, właściwy kapitalizmowi bierze pod uwagę tylko jednostkę, indywidualne dobro, jednostkowy charakter człowieka.

    Pogląd kolektywistyczny natomiast, właściwy komunizmowi akcentuje zbiorowość, dobro klasy i mas. Ocenia człowieka przedmiotowo, jedynie pod kątem zbiorowości: „Te obydwa wynaturzenia tworzą doktryny i ustroje, które są antyhumanistyczne. Trzeba bowiem dostrzec istnienie całego człowieka, a więc i jego znaczenie społeczne i jego znamię jednostkowe. Synteza tych znamion jest dopiero prawdziwym człowiekiem. Cały wysiłek musi zmierzać do tego, żeby uprzytomnić sobie zasadę, iż miedzy tymi znaczeniami musi być harmonia, bo w całej naturze jest harmonia.”

    Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał przed hegemonią państwa, przed upaństwowieniem własności, struktur społecznych i, co najbardziej niebezpieczne, myślenia człowieka. Wtedy łatwo jest manipulować ludźmi, zniewalać ich, krzywdzić: „Władza musi się odwoływać do sumienia a nie siły. Wynika z tego ograniczenie siły porządkującej świat przez prawo naturalne osoby ludzkiej, i przez to, że władza jest ustanowiona nie tylko dla dobra jednostki lub jakiejś frakcji czy partii, lecz dla dobra powszechnego – dla wspólnego dobra obywateli. Stare prawo rzymskie określa to pojęcie – bonum commune totius universi, a polska tradycja polityczna mówiła o ‘dobru Rzeczypospolitej’. A więc nie o dobru takiej czy innej grupy, tylko o dobru wszystkich ludzi, nad którymi władza ma czuwać, aby wypełniając obowiązki, mieli również zagwarantowane i swoje prawa. Stąd do władzy publicznej należy czuwanie nad tym, aby jedni obywatele nie ograniczali praw innych”.

    Nie to, co się podoba grupie rządzącej ma moc obowiązującą „tylko to, co jest zgodne z ładem i porządkiem moralnym – z rozumnym charakterem osoby ludzkiej i z jej uprawnieniami. Nie są one nadane przez żadną władzę ziemską, lecz pochodzą z prawa przyrodzonego. Z kolei prawo przyrodzone, czyli wszczepione w osobę ludzką, pochodzi od Stwórcy”.

    W imię tego prawa kardynał Wyszyński bronił człowieka i Naród przed nadużyciami władzy i niesprawiedliwością: „Ja osobiście, od bardzo dawna, bo jeszcze w rozmowach z p. Gomułką, stawiałem te sprawy jasno. Zwłaszcza, gdy idzie o trudności zaopatrzenia, o warunki, higienę i bezpieczeństwo pracy, bo na te tematy mieliśmy – szczególnie gdy chodzi o sytuację w kopalnictwie – bardzo dużo wiadomości. Toczyłem dość długie rozmowy z władzami. Jedno z moich spotkań z p. Gomułką i p. Cyrankiewiczem trwało od godziny piątej po południu do wpół do czwartej rano, bez przerwy. I wtedy można i trzeba było stawiać wymagania z pozycji problemów moralnych. […] Ostatnie moje rozmowy miały miejsce w dniu 24 sierpnia 1980 roku z p. Gierkiem. Rozmawiałem z nim wieczorem przed wyjazdem do Częstochowy i zwróciłem uwagę na niebezpieczeństwa które idą. Domagałem się, aby p. Gierek pogodził się z faktem, że muszą istnieć odrębne związki zawodowe i że trzeba uznać prawo do strajków”.

    Kardynał Wyszyński swoim autorytetem moralnym przygotowywał glebę, na której wyrosła prawdziwa ludzka solidarność. Zaowocowała ona ruchem społecznym o tej nazwie. Wiele wysiłku włożył Kościół w to, aby w latach osiemdziesiątych mogły powstać niezależne związki zawodowe.

    Na pytanie – co mamy czynić, aby siebie i Ojczyznę wydobyć z trudnej sytuacji, w jakiej się znajdujemy kardynał Wyszyński odpowiadał: „Ongiś myślano, ze wystarczy być sprawnym rzemieślnikiem, kompetentnym fachowcem. Dzisiaj uważa się, że do wszystkich rodzajów kompetencji trzeba dołożyć jeszcze pion moralny człowieka. Kiedyś uważało się, że ekonomia sama w sobie, ze swoimi – jak się mówiło – naturalnymi prawami, zapewni należyte funkcjonowanie gospodarki narodowej. Dziś już uważa się inaczej. Nie wystarczy sama ekonomia, konieczny jest i w tej dziedzinie ład życia i porządek moralny, konieczne jest poczucie więzi społecznej i świadomość wspólnoty, o której mówi nam Pismo Święte: ‘Jedni drugich brzemiona noście’”.

    Jako jeden z warunków odnowy społecznej kardynał Wyszyński wymienia stosunek do pracy: „Rozważmy, że nieustannie korzystamy z owoców pracy ludzkiej. Wszyscy, jak tu stoimy, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy tak samo wystarczalni i autonomiczni, że nic nas nie obchodzą inni ludzie. Przecież tyle im zawdzięczamy i tak jesteśmy od nich uzależnieni! […] Prawdziwie jesteśmy spowici dłońmi ludzkimi. […] My korzystamy z pracy innych. Oni korzystają z naszego trudu. Mówi się krótko w prawie: jest to tzw. sprawiedliwość zamienna. Ty mnie świadczysz to, ja tobie coś innego. Moja praca jest potrzebna setkom ludzi, praca setek ludzi jest potrzebna mnie. Moja osobowość musi świadczyć innym, bo setki i tysiące świadczą mnie”.

    „Nasza praca jest służbą społeczną. Dzisiaj jest ona za bardzo zetatyzowana i ekonomizowana. Człowiek pracuje, bo ma etat, lub też nie pracuje. Człowiek pracuje dlatego, że tworzy jakieś dobro ekonomiczne. Pamiętajmy jednak, że praca służy nie tylko wytwarzaniu dóbr, ale i naszemu rozwojowi osobowemu. Praca też jest służbą społeczną”.

    Drugi warunek to właściwe korzystanie z prawa własności. „Chociaż byśmy byli należycie uposażeni, może dzięki naszej osobistej pracy, pamiętajmy, że przy największym nawet wysiłku osobistym musimy korzystać z pracy innych. Dlatego też i owoce pracy, czyli nasza własność, nie ma wymiaru własności absolutnej. I to nie tylko dlatego, że nie jesteśmy pewni jutra, ale także dlatego, że chociaż dla ładu społecznego niezbędne jest posiadanie prywatne, jednak zawsze trzeba się liczyć z tzw. użytkowaniem wspólnym, co ma szczególnie doniosłe znaczenie w sytuacjach trudnych. Weźmy np. zagadnienie zaopatrzenia społecznego – czy nie należałoby pomyśleć o dawnej chrześcijańskiej zasadzie: posiadanie prywatne, użytkowanie wspólne. Pod tym kątem trzeba spojrzeć na wszystkich ludzi potrzebujących pomocy, zwłaszcza na dzieci licznych rodzin i matek osamotnionych. Tak też trzeba by spojrzeć na potrzeby ludzi starych, pozbawionych opieki swoich dzieci. Tym ludziom należy się od nas pomoc”.

    Istotnym warunkiem odnowy społecznej jest szacunek dla każdego człowieka, dla jego praw i potrzeb. Prawdziwa linia odnowy biegnie nie pomiędzy partiami politycznymi, ale poprzez sumienie człowieka. Kardynał Wyszyński mówi o sumieniu osoby ludzkiej, o sumieniu rodzinnym [które rozumiał jako echo sumienia człowieka odzywające się w życiu rodzinnym], mówił o sumieniu narodowym, zawodowym i wreszcie obywatelsko-politycznym.

    Dlatego najważniejszym warunkiem społecznej odnowy Ojczyzny jest odrodzenie człowieka. „Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy się prawdziwie odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać i politycy będą musieli się odmienić, czy będą chcieli, czy nie. Jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradane i zginie. Cóż bowiem z tego – powiem może trywialnie – że krążąca butelka spirytusu przejdzie z rąk jednych pijaków, do rąk innych pijaków! Powiem jeszcze bardziej drastycznie: że klucz od kasy państwowej przejdzie z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei?! Przecież chyba nie o to idzie, żeby wszyscy złodzieje mieli dostęp do kasy i wszyscy pijacy do wódki, tylko żeby sumienie wszystkich się obudziło, żebyśmy zrozumieli naszą odpowiedzialność za Naród, który Bóg wskrzesza. Pamiętajmy, że ludzie ze starymi nałogami nie odnowią Ojczyzny”.

    Zakończenie

    Warszawie Ksiądz Prymas Wyszyński zostawił specjalny program w czasie uroczystości milenijnych w 1966 roku. Na demonstrację nienawiści i przemocy, na obelgi wykrzykiwane przeciwko niemu na ulicach Warszawy, odpowiedział przebaczeniem i miłością. Była to dla Warszawy i całego Narodu wielka lekcja wiary i kultury polskiej:

    „Będziesz miłował bliźniego swego’. I to każdego. Tego, co ma serdeczne oczy, i tego co ma oczy szklane. Tego, co ma żar w piersi, i tego co nosi w piersi kamień. Tego, który ma ku tobie wyciągniętą braterską dłoń i tego, który cię dźga oczyma. Każdego! Bóg nie tworzy granic, nie przeprowadza ich między ludźmi […]. Ten zwycięża, choćby był powalony i zdeptany – kto miłuje, a nie ten, który w nienawiści depce. Ten ostatni przegrał. […] Kto walczy z Bogiem miłości – przegrał! A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi podeptany – kto miłuje i przebacza, kto jak Chrystus oddaje serce swoje, a nawet życie za nieprzyjaciół swoich.

    Ten, kto zamknął się w nienawiści, już się skończył. A narodził się do nowego życia ten, kto z piekieł nienawiści wyszedł na światło Boże, spojrzał ku wszystkim dzieciom Bożym, bez wyjątku, i powiedział: Przyjacielu! Bracie! Mój Bracie nieszczęśliwy, ale jednak Bracie!”

    Anna Rastawicka (ur. 1944 r.) – członkini Instytutu Prymasowskiego (Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego)

    (pierwotnie tekst był publikowany na Frondzie.pl 28.05.2016 r.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    "Człowiek wierzący bez Boga i Chrystusa nie zrozumie samego siebie"

    fresk w Kaplicy SykstyńskiejPIXABAY

    ***

    Czy katolik powinien głosować na ugrupowania opowiadające się za rozszerzeniem dostępu do aborcji? Na to pytanie odpowiedział w 2021 roku na łamach „Teologii Politycznej Co Tydzień” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Nauczanie Kościoła dotyczące aborcji, jak i prawa naturalnego jest niezmienne. Obowiązuje dziś tak samo, jak i w poprzednich epokach. Toteż katolicy mają obowiązek wykluczyć ze swych szeregów takich kandydatów do objęcia ważnych funkcji społecznych, którzy by otwarcie wypowiadali się przeciwko ochronie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Kościół ma wręcz obowiązek uważać za ekskomunikowanych w trybie latae sententiae tych katolickich działaczy publicznych, którzy by otwarcie sprzeciwiali się doktrynie swego Kościoła, stając się na przykład propagatorami wyborczych idei czy zapowiedzi przychylnych planom liberalizacji prawa do przerywania ciąży w jakiejkolwiek postaci” – wyjaśnił teolog.

    – „Właśnie w celu dostarczenia możliwie jak najlepszego wsparcia katolikom zaangażowanym w politykę, zmuszonym do działania w trudnych i niejednokrotnie delikatnych okolicznościach, Kongregacja Nauki Wiary wydała w 2003 roku specjalną Notę doktrynalną, przywołującą wskazania zawarte w encyklice Evangelium vitae (n. 73) Jana Pawła II, która wzięła pod uwagę różne sytuacje, w jakich mogą się znaleźć katoliccy politycy, dopasowując do nich konkretne sugestie działania. Można się z niej dowiedzieć na przykład, że jeśli nie da się przeciwstawić niesprawiedliwemu prawu, uzasadnione jest wspieranie inicjatyw parlamentarnych, które usiłowałyby ograniczyć zakres dopuszczonych prawem regulacji, pod warunkiem jednakże, iż ów katolicki parlamentarzysta ujawni publicznie swe przekonania i do nich dostosuje własne osobiste wybory. Jeśli natomiast ktoś sprzyja liberalizowaniu niegodziwych przepisów, czy też przyczynia się do wprowadzenia prawa godzącego w obronę życia tam, gdzie takie przepisy dotąd nie obowiązywały, bądź dopuszcza zapisy etycznie wątpliwe pod pretekstem poszanowania pluralizmu w społeczeństwie, wyrzeka się powinności względem własnego sumienia i zrywa jedność z Kościołem” – dodał.

    PAP, Teologia Polityczna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest „cywilizacja życia”? Wyjaśnia ks. prof. Robert Skrzypczak

    fot. screenshot – YouTube (Dorota DorotaG, Radio Maryja)

    ***

    Czym jest „cywilizacja życia”?

    Wyjaśnia ks. prof. Robert Skrzypczak

    „My sobie sami życia nie dajemy, nie mamy więc żadnych kompetencji do tego, by tym życiem dysponować i je odbierać” – mówi ks. prof. Robert Skrzypczak, wyjaśniając ideę „cywilizacji życia” w nauczaniu św. Jana Pawła II.

    Dokładnie 45 lat temu kard. Karol Wojtyła został wybrany papieżem i przyjął imię Jan Paweł II. Wczoraj obchodziliśmy w Polsce XIII Dzień Papieski organizowany przez Fundację „Dzieło Nowego Tysiąclecia”.  W tym roku hasłem tego dnia były słowa „Św. Jan Paweł II Cywilizacja życia”, nawiązujące do encykliki „Evangelium vitae” św. Jana Pawła II. Czym dla papieża z Polski była „cywilizacja życia”?

    – „To cywilizacja wrażliwa na Autora życia, czyli na Boga”

    – wyjaśnił w rozmowie z PAP ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Według papieża życie jest godne szacunku i zasługuje na ochronę, bo jest darem Boga. My sobie sami życia nie dajemy, nie mamy więc żadnych kompetencji do tego, by tym życiem dysponować i je odbierać”

    – dodał.

    Duchowny wskazał, że w nauczaniu Jana Pawła II „źródłem triumfu życia nad złem i śmiercią jest Zmartwychwstały Chrystus, który ze śmierci wyłonił się do nowego życia i tym życiem od razu zaczął dzielić się ze swoimi uczniami, czyli z Kościołem”.

    – „Stąd właśnie brała się determinacja Karola Wojtyły do tego, by bronić godności przekazywania życia, jeszcze zanim został papieżem. Dlatego nauczał, że należy pomagać ludziom, by w momentach trudnych, dramatycznych, podejmowali etyczne decyzje. Jednocześnie, jeszcze jako biskup krakowski, podejmował wiele inicjatyw duszpasterskich których celem było przyjście z pomocą kobietom, mężczyznom i młodzieży, by to życie bezbronne szanowali”

    – przypomniał.

    Ks. Skrzypczak podkreślił, że Jan Paweł II stawał w obronie życia na każdym jego etapie. Upominał się nie tylko o dzieci nienarodzone, ale również o ludzi chorych i słabych, których życie bywa postrzegane jego bezwartościowe, i które chce się usuwać za pomocą eutanazji lub wspomaganego samobójstwa.

    Teolog przypomniał, że „cywilizacji życia” papież przeciwstawiał „cywilizację śmierci”, czyli taką, z której wypędzono Boga.

    – „Według papieża człowiek sam, o własnych siłach, mimo najlepszych chęci, nie jest w stanie wybudować na ziemi sprawiedliwego świata. Problem tkwi w ludzkim sercu. Bo to właśnie z ludzkiego serca wychodzą: pycha, nienawiść, zazdrość, niepohamowanie, szyderstwo, głupota, zachłanność i egoizm – najbardziej realne przyczyny wojen i terroru”

    – powiedział, nawiązując do Ewangelii wg św. Marka.

    Rozmówca PAP wyjaśnił również, że „cywilizacja życia” musi być budowana na prawdziwej wolności, ponieważ człowiekowi zagraża niebezpieczeństwo zabiegania o wolność rozumianą jako „prawo do popełniania zła i unikania tego konsekwencji”.

    – „Jan Paweł II powtarzał, że strażnikiem życia jest wolność ściśle połączona z prawdą, że wolność jest prawem człowieka do poznania prawdy o sobie samym i życia w sposób prawdziwy”

    – zaznaczył.

    kak/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Earl K. Fernandes: Boży głos wzywa nas, by bronić ludzkiego życia

    fot. screenshot – YouTube (Columbus Catholic)

    ***

    Bp Earl K. Fernandes:

    Boży głos wzywa nas, by bronić ludzkiego życia

    „Musimy nie tylko mówić do Boga i błagać Go, ale także słuchać Jego głosu, a ten wzywa nas, by bronić ludzkiego życia” – powiedział podczas Marszu dla Życia w Columbus w stanie Ohio biskup tej diecezji Earl K. Fernandes. 6 października celebrował Mszę świętą w katedrze św. Józefa, która rozpoczynała to wydarzenie.

    Bp Fernandes w homilii cytował św. Jana Pawła II. Wskazywał nauczanie, w którym Ojciec Święty podkreślił, że „grzechy osobiste prowadzą do grzechów społecznych i przyczyniają się do powstania i utrwalenia struktur grzechu”.

    Hierarcha przypomniał też piąte przykazanie — nie zabijaj. Podkreślił, że idzie za nim ważne wymaganie. „Powiedzieć nie zabijaj, oznacza również zobowiązać się do szacunku dla ludzkiego życia na wszystkich etapach, do szacunku dla osoby ludzkiej stworzonej na obraz i podobieństwo Boga. Także poprzez miłość do bliźniego okazujemy naszą cześć Bogu” – przypomniał biskup.

    Hierarcha w homilii podkreślał, że Bóg wzywa wiernych do obrony ludzkiego życia, a także tego, abyśmy nie byli apatyczni lub obojętni. Wymieniał też przykłady takiej właśnie postawy w stanie Ohio wśród świeckich. Mówił o organizacjach charytatywnych, ośrodku Pregnancy Center, który pomaga kobietom w ciąży wybrać życie zamiast aborcji, a także katolickich stowarzyszeniach pomagających ubogim. „Każdy człowiek nosi na sobie znamię Boga” – dodał biskup i zachęcał do odważnego podejmowania kolejnych aktywności w walce o świętość życia.

    „Społeczeństwo, które nie ma dzieci, które odrzuca dzieci, które zabija dzieci w łonie matki, jest społeczeństwem, które przegrało nadzieję na lepszą przyszłość. Papież Franciszek wzywa nas, abyśmy byli Kościołem, który idzie razem i który słucha. Właśnie po to idziemy z kobietami i ich dziećmi, idziemy z rodzinami, aby je wspierać na każdym etapie, niezależnie od tego, czy jest to ciężarna matka, czy imigrantka, jesteśmy tam” – powiedział bp Fernandes.

    Biskup przypominał też życie Chrystusa, gdy jeszcze był w łonie Matki. Wzywał, by postępować jak święty Józef, który zamiast odrzucić Dziewicę Maryję, zaakceptował ją jako małżonkę i przyjął dziecko jako swoje własne, chroniąc je i broniąc przed Herodem, który chciał je zniszczyć.

    W homilii opowiedział też o spotkaniu w Rzymie z ks. Pawłem Rytel-Andrianikiem. Opowiedział, że dziadek polskiego kapłana był więźniem obozu zagłady w Treblince I i z niego uciekł. Rozmawiali też o rodzinie Ulmów z Markowej, o której ks. Paweł napisał książkę. Bp Fernandes opowiedział wiernym o historii męczeństwa rodziny. Wskazując na rodzącą w chwili śmierci Wiktorię powiedział – „jej ostatnim słowem było życie”. „Bądźmy ludźmi, którzy są głosem pozbawionych głosu” – wzywał hierarcha. „Nie przestawajmy aż do śmierci głosić słowa: życie” – zakończył.

    Family News Service/12.10.2023/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Antychryst będzie humanistą

    To triumf idei humanistycznych przyniesie światu Apokalipsę, a Antychryst będzie wielkim humanistą – taka perspektywa znana jest co najmniej od kilku dziesięcioleci. Skąd ten pomysł? Jak miałoby to wyglądać? Ponad sto lat temu zmarł katolicki kapłan, który niesłychanie precyzyjnie odpowiedział na te pytania, prognozując… dzisiejsze czasy, upadek świętej wiary i przeniknięcie złowrogich, choć na pozór pięknie brzmiących idei, do Kościoła.

    Pewnym posępnym znakiem naszych czasów jest coraz bardziej powszechne zainteresowanie tematami apokaliptycznymi. Czy może nas to dziwić? Zatroskani katolicy szukają dziś wyjaśnień olbrzymiego chaosu, którego świadkami przyszło im być. Widzą „dwóch papieży”, zamieszanie doktrynalne wśród najwyższych hierarchów, opustoszałe i wyburzane świątynie, wielkie grzechy ludzi Kościoła z jednej strony oraz promocję wszelkiej maści zboczeń, bluźnierstw i herezji z drugiej. Pamiętają o objawieniach Matki Bożej z Lourdes, La Salette, Akity i przede wszystkim z Fatimy. Czyż możemy zatem nie drżeć z obawy o los Kościoła, świata, nasz i naszych dzieci?

    Drżymy. Szukamy odpowiedzi na pytania wynikające z sytuacji, których nie musieli obserwować nasi dziadowie, choć to w ich czasach objawiała się Matka Chrystusa z troską zapowiadając, że jeśli się nie nawrócą, zapłacą za to kolejne pokolenia. Odpowiedzi szukamy w książkach, artykułach i w youtubowych filmikach o tematyce apokaliptycznej. Jest ich coraz więcej. A na rynek właśnie wzbogaca kolejna – wydaje się, że jedna z najmocniejszych. Chodzi o wznowioną właśnie powieść Roberta Hugh Bensonsa „Władca Świata”.

    Autor książki zmarł ponad sto lat temu, a swą powieść napisał w roku 1907. To bardzo ważna informacja – czytając bowiem kolejne strony „Władcy Świata” nie jesteśmy w stanie pojąć, jak możliwym było przed stu dziesięciu laty tak precyzyjne opisanie początku XXI wieku. Co uderza najbardziej? Otóż dostrzeżone przez Bensona olbrzymie niebezpieczeństwo idei humanistycznej. Ów anglikański duchowny, który dzięki Bożej łasce zechciał powrócić na łono Kościoła i sprawować posługę katolickiego kapłana, doskonale zdawał sobie sprawę, iż humanizm to w istocie odrzucenie transcendentnego Boga. A każde odrzucenie Go musi wiązać się z próbą zastąpienia Pana na jego odwiecznym tronie czymś lub kimś innym. W przypadku humanistów – chodzi o zastąpienie Boga człowiekiem.

    Takie właśnie ubóstwienie człowieka fenomenalnie dokumentuje „Władca Świata”. Ubóstwienie istoty ludzkiej i jej woli. Nie chodzi jednak oczywiście o wdzięczność za ofiarowanie nam daru wolnej woli, ale o sam fakt istnienia tejże, z którego to wyciągany jest następujący wniosek: skoro wola ludzka jest dobra, to każdy jej wytwór, musi być z natury rzeczy dobry. Któregokolwiek z możliwych rozwiązań człowiek by nie wybrał, będzie ono dobre – bo pochodzi z ludzkiego wyboru. Przynajmniej w początkowej fazie rewolucji, bo później okazuje się, że jednak istnieje jeden zły wybór – przyznanie się do wiary w Boga…

    Benson pokazał więc, jak zastępuje się Pana Wszechrzeczy człowiekiem. Ale człowiekiem konkretnym, posiadającym imię i twarz. Naturalna bowiem potrzeba oddawania czci istocie wyższej istnieje nadal, nawet po „zdetronizowaniu” Boga. Dlatego też w powieści Bensona wybrany zostaje prezydent Europy (a więc przywódca Zachodu), któremu przypisywane są cechy człowieka ubóstwionego. Gdy przemawia, to – jak czytamy – nie jest to „Człowiek sam przemawiający, ale Człowiek w ogóle. Człowiek świadomy swego pochodzenia, przeznaczenia i wędrówki. Ozdrowiały po nocy szaleństwa, proklamujący swoje prawa, narzekający głosem tak wymownym jak instrumenty strunowe nad zawodem w stosowaniu tych praw”. Człowiek nazywający swoją matkę „mądrością najwyższych, słodko rozkazującą wszechrzeczą, Wrotami niebieskimi i Domem z kości słoniowej”!

    Strona fabularna książki jest prosta, choć wciągająca. Prezydent Europy (sądząc po nazwisku – Niemiec, co też nie jest chyba dziełem przypadku) odbiera hołdy, nazywany jest Synem Człowieczym, zadekretowana zostaje „wiara w ludzkość” i w siłę samostanowienia człowieka. Powszechnie obowiązuje prawo zezwalające na eutanazję. Enklawa katolicka jednak istnieje – jest nią Rzym, który nieomal zatrzymał się w średniowieczu, gdzie kwitnie wiara i kultywowane są katolickie obyczaje. Europa zezwala Rzymowi na istnienie, toleruje też katolików żyjących w innych państwach członkowskich Europy, do momentu w którym ich wiara nie jest manifestowana na zewnątrz. A gdy zaczyna być manifestowana – dochodzi do egzekucji, tłumaczonej oczywiście jak najbardziej racjonalnymi, prawniczymi argumentami. Gdy zaś katolicy postanawiają sprzeciwić się bluźnierstwu, zapada wyrok na Rzym. Musi zostać zbombardowany za pomocą floty płatowców należącej do prezydenta Europy.

    Mamy więc we „Władcy świata” opis miasta pod gruzami, zabitych biskupów i papieża – przypomnijmy, że mowa o powieści napisanej na dziesięć lat przed objawieniami w Fatimie.

    Mamy tu również do czynienia z błyskotliwym przewidywaniem nowej „logiki”. Jak bowiem uzasadnić prześladowania katolików, skoro zadekretowano wolność i braterstwo wszystkich ludzi? Jak wytłumaczyć ludziom wprowadzenie „dekretu o sprawdzaniu wyznania” (czyż nazwa tego dokumentu nie przywodzi na myśl dzisiejszej biurokratycznej nowomowy?), za którym kryje się rozkaz zabicia każdego, kto jeszcze wierzy w Boga? Otóż eurokraci opisani przez Bensona twierdzili, że po latach ciemności „społeczeństwo ludzkie stało się teraz jedną istotą, z najwyższą odpowiedzialnością względem siebie, przestały zupełnie istnieć prawa prywatne, przedtem oczywiście istniejące. Człowiek osiągnął teraz panowanie nad każdą komórką tworzącą jego mistyczny organizm, gdzie zaś komórka taka rościła sobie prawa ku szkodzie innym, tam prawa całości stały się zachwiane”. I trzeba tych praw bronić.

    Brzmi znajomo, nieprawdaż?

    A przecież książka ta została napisana w roku 1907! Świat nie znał jeszcze wówczas okropieństwa komunizmu, o narodowych socjalistach nikomu się nie śniło, w Europie panowały koronowane głowy, a papieżem był wielki strażnik ortodoksji Pius X! Matka Boża miała objawić się w Portugali dopiero dziesięć lat później, a pojęcie eutanazji znane było wyłącznie znającym grekę i łacinę elitom! A jednak Robert Hugh Benson, odważny kapłan dostrzegający błędy swych anglikańskich braci, uważnie śledzący skutki heglowskiego ukąszenia w teologii, powróciwszy na łono Kościoła świętego potrafił wszystko to brawurowo przewidzieć. Jak to możliwe? Czy to tylko talent, umiejętność wyciągania wniosków po studiach nad humanizmem i naturą ludzkiej duszy, czy jakieś głębsze widzenie, umiejętności, których nie sposób wytłumaczyć jedynie przyrodzonymi argumentami? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale niepewność ta w lekturze książki opisującej wstrząsającą wizję Apokalipsy, w żaden sposób nie przeszkadza.

    Wydawcy książek rzadko umieszczają na okładkach hasła reklamowe, pod którymi  z czystym sumieniem podpisać mogliby się później recenzenci. Tym razem stało się jednak inaczej. Na okładce wznowionej w Polsce po ponad pięćdziesięciu latach (!) powieści, napisano bowiem: „Jeśli przeraziła Cię prorocza wizja Obozu świętych, Władca Świata powali Cię na kolana”. I tak jest w istocie. Po lekturze dzieła Bensona nie można spokojnie spać, a dłonie same składają się do modlitwy.

    Ale przecież taką właśnie reakcję powinny wywoływać książki traktujące o grzechu pychy, o stawianiu się człowieka ponad Boga i Jego plan, o grzechu Adama, Ewy i Judasza, o grzechu twórców i wyznawców idei człowieka stanowiącego rzekomo miarę wszechrzeczy.

    O grzechu człowieka XXI wieku.

    Krystian Kratiuk/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PIĄTEK 13 PAŹDZIERNIKA – PRZYPOMNIENIE SZÓSTEGO OBJAWIENIA PANI FATIMSKIEJ I CUDU WIRUJĄCEGO SŁOŃCA Z ROKU 1917

    GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    *******

    Fatima, 13 października: objawienia “Pięknej Pani” i cud słońca

    Fatima, 13 października: objawienia "Pięknej Pani" i cud słońca

    Fatima – Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie obserwują cud słońca

    fot. Judah Ruah – zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie “Illustracao Portugueza” (domena publiczna)

    ***

    13 października 1917 roku… ŁucjaFranciszek i Hiacynta, trójka pastuszków, która od maja doświadczała objawień Pięknej Pani w Fatimie czeka na ostatnie, szóste zapowiedziane spotkanie. Dzieciom towarzyszy około 70-tysięczny tłum. Kim jest owa Pani? Czego chce od dzieci? Co się stanie po tych przerażających obrazach, jakie fatimscy wizjonerzy widzieli w trzecim, lipcowym spotkaniu?

    W Fatimie wtedy padał deszcz, zgromadzeni byli przemoknięci, klęczeli w błocie. A to właśnie tego dnia miała się wypełnić obietnica. Przecież w lipcu, w trakcie trzeciego objawienia, Piękna Pani zapowiedziała: W październiku powiem, kim jestem i czego chcę, i uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli. Podobne słowa zabrzmiały również w sierpniu.

    W maju 1917 roku życie Łucji, Franciszka i Hiacynty – trójki pastuszków pochodzących z Aljustrel, w parafii Fatima – zostało wywrócone do góry nogami. A spokojna, ukryta gdzieś na końcu wielkiego świata mieścina znalazła się na ustach wielu. Tłumy zaczęły napływać do miejsca objawień, do Cova da Iria i czekały przy skalnym dębie.

    Dla wierzących to, co się tam działo było znakiem nadziei. Inni pojawiali się zaciekawieni, choć chcieli tylko sprawdzić, co się dzieje. Natomiast przeciwnicy Kościoła, których w ówczesnej Portugalii nie brakowało, robili wiele – łącznie z uwięzieniem pastuszków – by nie dopuścić do wzmocnienia jego wpływów. Dzieci pokornie przyjmowały cierpienie i wszelkie trudności, jakie wynikały z bycia wybranymi. Zastraszane, oskarżane o kłamstwo, przymuszane do wyjawienia tajemnicy same dodatkowo podejmowały umartwienia. Ośmioletni Franciszek mówił: Jeżeli nas naprawdę zabiją, będziemy niedługo w niebie! Wspaniale! Mnie nie zależy na niczym innym. Najstarsza z trójki, Łucja, tak wspomina drogę na październikowe, szóste spotkanie z Maryją:

    Moja matka w obawie, że jest to ostatni dzień mojego życia, z sercem rozdartym z powodu niepewności tego, co mogło się stać, chciała mi towarzyszyć. (Wspomnienia Siostry Łucji; tekst zatwierdzony przez Biskupa diecezji Leiria, Fatima 2002).

    Fatima - Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie w ulewie modlą się, a wkrótce będą obserwować cud słońca. Fot. Judah Ruah - zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie Fatima – Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie w ulewie modlą się, a wkrótce będą obserwować cud słońca.

    fot. Judah Ruah – zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie “Illustracao Portugueza” (Wikimedia Commons)

    ***

    Spełniona obietnica…
    Niejednokrotnie w trakcie poprzednich objawień Maryja wspominała – powiem kim jestem i czego chcę. Tak też się stało. Ostatnie spotkanie było spełnieniem obietnicy. Łucja, która jako jedyna z trójki mogła rozmawiać z objawiającą się Piękną Panią, tak wspomina co usłyszała: Chcę ci powiedzieć, żeby zbudowano tu na moją cześć kaplicę. Jestem Matką Boską Różańcową. (…) Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu.

    Podobnie, jak w trakcie wcześniejszych objawień, tak również i tym razem Łucja skierowała do Pięknej Pani prośby o uzdrowienie chorych oraz nawrócenie grzeszników. I jak wcześniej, usłyszała, że nie wszyscy dostąpią tej łaski, ponieważ: Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów. Maryja mówiła, by nie obrażać Boga grzechami, gdyż i tak został nimi już bardzo obrażony. Po czym, kiedy uniosła się ku niebu, dzieci ujrzałypo stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Naszą Dobrą Panią ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża. Krótko potem ta wizja znikła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boska Bolesna. Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób jak św. Józef. Znikło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Boską Karmelitańską.
    Gdy się unosiła, Jej własny blask odbijał się od słońca (…) zawołałam, aby ludzie spojrzeli na słońce.

    Strona z gazety (strona z gazety “Ilustração Portugueza” z 29 października 1917 r. opisującej cud słońca w Fatimie)

    fot. domena publiczna

    ***

    Co zobaczyły zgromadzone tłumy? Cud Słońca, które zmieniało kolor i poruszało się po niebie. Zorza, zbiorowa halucynacja… tak próbowano tłumaczyć to, co zobaczyły tysiące czekających w Cova da Iria i jeszcze wielu innych w okolicy (ok. 20 tys.), ponieważ to, co działo się ze Słońcem można było obserwować również poza miejscem objawień.

    Październikowe spotkanie pastuszków z Maryją zamyka cykl objawień. Siódme pojawienie się Matki Bożej (w czerwcu 1921 r.), będzie już tylko doświadczeniem Łucji. I to ona też w kolejnych latach (począwszy od 1925 roku) dozna kolejnych prywatnych objawień.

    Łudzi się ten, kto sądzi, że prorocka misja Fatimy się zakończyła (Benedykt XVI, Fatima, 13 maja 2010 r.).

    13 maja 1930 roku Kościół oficjalnie potwierdził wiarygodność objawień Matki Bożej w Cova da Iria. O aktualności przesłania – wezwania do pokuty i modlitwy – które Maryja przekazała światu mówili i Jan Paweł II, który 25 marca 1984 roku poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi oraz Benedykt XVI. Natomiast agresja Rosji na Ukrainę i konsekwencje tego ataku dla całego świata sprawiły, że “w burzliwych czasach, w jakich przyszło nam żyć, modlitwa w intencji pokoju na świecie, a konkretnie rzecz biorąc – pokoju na Ukrainie, to bardzo znaczący akt. Jest on głęboko związany z Fatimą i płynącym z niej orędziem” (rektor Sanktuarium Fatimskiego ks. Carlos Cabecinhas).

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piąte objawienie w Fatimie – Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar

    Piąte objawienie w Fatimie – Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar

    Pastuszkowie, wizjonerzy z Fatimy – Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ******

    13 września 1917 roku – coraz większe tłumy gromadziły się w Cova da Iria nieopodal Fatimy. Troje pastuszków, których Maryja wybrała na swoich pośredników z trudem przeciskało się przez gęstniejący tłum. Od pięciu miesięcy Matka Boża przychodziła, by wskazać ludziom drogę, którą należy podążać, by pokój zapanował na świecie.   

    Sierpniowe objawienia dokonały się z kilkudniowym opóźnieniem. Aresztowane dzieci nie mogły pojawić się przy skalnym dębie 13 dnia miesiąca. Dopiero 19 sierpnia i w innym miejscu niż wcześniej dane im było ujrzeć Maryję czwarty raz. Tym razem, 13 września, znów były w Cova da Iria niedaleko Fatimy. Na piąte spotkanie musiały przeciskać się przez gromadzących się licznie ludzi (szacuje się, że ok. 15-20 tys.).

    Wieści o tym, co przydarzyło się pastuszkom rozchodziły się coraz szerzej, a już objawienia dobiegały końca, ponieważ jeszcze w maju Maryja zapowiedziała: Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz…

    Dlatego teraz: niektórzy krzyczeli z drzew, inni z muru, na którym siedzieli, aby nas zobaczyć, gdy przechodziliśmy. Jednym obiecując spełnienie ich życzeń, innym podając rękę, aby mogli się podnieść z ziemi, mogliśmy się dalej posuwać dzięki kilku mężczyznom, którzy nam torowali drogę przez tłum. (Objawienia fatimskie, na podstawie Wspomnień Siostry Łucji).

    Dla przybyłych w okolice Fatimy ważne było, aby choć dotknąć dzieci, powierzyć im prośbę… nawet tylko wykrzyczeć z daleka, żeby pastuszkowie przedstawili ją Maryi. Jedni prosili o zbawienie, inni o nawrócenie, wielu o zdrowie, o powrót z wojny…  Tak Łucja wspomina te wydarzenia: Kiedy teraz czytam w Nowym Testamencie o tych cudownych scenach, które się zdarzały w Palestynie, kiedy Pan Jezus przechodził, przypominam sobie te, które jako dziecko mogłam przeżyć na ścieżkach i ulicach z Aljustrel do Fatimy do Cova da Iria. Dziękuję Bogu i ofiaruję Mu wiarę naszego dobrego ludu portugalskiego.

    Kiedy dzieci dotarły na miejsce objawień w oczekiwaniu na Maryję odmawiały różaniec – tę modlitwę, o którą wielokroć prosiła Matka Boża. I tym razem wezwanie powtórzy sięOdmawiajcie w dalszym ciągu różaniec, żeby uprosić koniec wojny.  

    Kaplica objawień po zamachu bombowym (6 III 1922 r.) - Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    Kaplica objawień po zamachu bombowym (6 III 1922 r.) – Unknown author, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    W trakcie wrześniowego objawienia Matka Boża przypomniała, że kolejnemu Jej przyjściu będzie towarzyszyć cud, aby wszyscy uwierzyli. Co więcej nie tylko Ona, ale: W październiku przybędzie również Nasz Pan, Matka Boża Bolesna i z Góry Karmelu, św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, żeby pobłogosławić świat.

    Łucja, najstarsza z pastuszków, ta która jako jedyna mogła rozmawiać z Maryją usłyszała: Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar… A trzeba wiedzieć, że było ich wiele. Choć Matka Boża wspomniała tylko, żeby dzieci nie nosiły sznurów pokutnych nocą, a tylko w ciągu dnia, to pastuszkowie niejedno wyrzeczenie, cierpienie, modlitwę ofiarowywali Bogu. To nie tylko pokutne sznury raniły ich delikatną, dziecięcą skórę i wywoływały ból, aż do łez.

    Dzieci oddawały jedzenie innym, bardziej potrzebującym a same żywiły się niedojrzałymi oliwkami albo gorzkimi żołędziami. Pastuszkowie odmawiali sobie wody w upał i to nie przez kilka godzin. Jako umartwienie dzieci przyjmowały, też to, jak były traktowane, a przecież nieprzychylnych, ciekawskich, chcących wydobyć z nich powierzone przez Maryję tajemnice, nie brakowało.

    Pastuszkowie pokornie przyjmowali swój los. Przecież z wcześniejszych objawień już wiedziały… Ofiarujcie się za grzeszników i mówcie często, zwłaszcza gdy będziecie ponosić ofiary: O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, za nawrócenie grzeszników i za zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatimski cud Słońca

     

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

     wikipedia.org

    ***

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

    Tyle mówi się o cudzie Słońca! Właściwie z datą 13 października 1917 r., z ostatnim objawieniem w Fatimie, kojarzy nam się przede wszystkim właśnie owo wielkie miraculum. Tymczasem… to duży błąd.

    Ten cud – rozumiany jako wydarzenie historyczne – wcale nie należy do objawień fatimskich! To nie jest część orędzia z Fatimy, które, jak uczył Jan Paweł II, „z każdym rokiem przybliża się do swego wypełnienia”. Chyba ktoś bardzo się starał, by cud Słońca uczynić zasłoną dla ostatniego wezwania fatimskiego – najważniejszego krzyku z nieba. To typowy manewr szatański: próbuje się skupić naszą uwagę na tym, co kolorowe, szokujące, ciekawe i sensacyjne, by to, co istotne – a zawarte w trudnym przekazie i domagające się uwagi – pozostało nieznane, czyli niepodjęte.

    Diabeł interpretatorem orędzia?

    To tak, jakby Zły rozumował: „Jeśli objawienie stało się już faktem, i to uznanym przez Kościół, to przesuńmy przynajmniej jego akcenty na niezobowiązujące tematy”. Przyznajmy, że to genialny ruch rodem z piekła.

    Czy nie jest tak z Fatimą? Uwagę ludzi najbardziej przykuwają sensacyjny cud Słońca oraz przekazany w lipcu potrójny sekret. Ten – odpowiednio przedstawiony – nie tylko do niczego nie wzywa, ale jeszcze rodzi nieufność do Kościoła, który rzekomo nie mówi całej prawdy, manipuluje i kłamie. Tymczasem powinniśmy streszczać orędzie fatimskie ostatnim, ogłoszonym w październiku 1917 r., podwójnym apelem.

    Dwa najważniejsze słowa

    Co Matka Najświętsza powiedziała w październiku? Po pierwsze: Maryja nigdzie mocniej nie podkreśliła roli Różańca – nazwała siebie Matką Bożą Różańcową. Mieliśmy odkryć piękno i moc tej modlitwy.

    Po drugie: Matka Boża wzywała, byśmy przestali – już dziś – grzeszyć, bowiem miara Bożej cierpliwości się przelała. Mieliśmy ze wstrętem odwrócić się od każdego zła.

    Trzy wizje

    Pamiętajmy, że fatimscy wizjonerzy nie byli świadkami cudu Słońca. Kiedy tłum oglądał tańczący na niebie, tryskający kolorami dysk, oni widzieli tam jak na ekranie trzy obrazy. Właśnie te wizje – nie cud Słońca – stanowią integralną część przesłania z Fatimy.

    Czyli co? – pytamy.

    Dzieci widzą najpierw Świętą Rodzinę, a wizja podkreśla rolę Józefa, który (nie Maryja!) trzyma na ręce Dzieciątko Jezus błogosławiące świat. Józef też błogosławi, Maryja nie. Jest nad czym myśleć… Dziesiątki lat później Łucja napisze do Watykanu, że rodzina jest ostatnią redutą broniącą się przed mocami szatana. Tylko ona może dziś ocalić świat.

    Potem na niebie ukazuje się Zbawiciel z Matką Bożą Bolesną. Czy to znak, że idą czasy, w których będzie wiele bólu? Owszem, ale przede wszystkim bólu nadprzyrodzonego, bo „wiele dusz idzie do piekła”. Dziś irytują nas rozmaici agresywni ludzie… Jeśli jednak przypomnimy sobie Fatimę, zaczniemy te zagubione dusze nie tyle nienawidzić czy nimi gardzić, ile boleć, że czeka je piekło. Będziemy się zastanawiać, jak im pomóc – nie jak je zniszczyć…

    Na koniec na ekranie nieba pojawia się Matka Boża Szkaplerzna. Szkaplerz to rodzaj fartucha zakładany do pracy, by nie brudzić habitu. Fatima przypomina ewangeliczną prawdę, że łaska i pomoc Boża nie spadają z nieba bez współpracy człowieka z Bogiem, że chrześcijanie to nie widzowie, ale ludzie brudzący się na rzecz królestwa.

    Rola rodziny… Rzeczy ostateczne… Wezwanie do działania… Oto mapa fatimska na dziś.

    Mniejszy cud

    Cud Słońca został wpisany w Boże plany, podejmijmy zatem i ten wątek. Rzeczywiście, jest on tematem orędzia – i to dwukrotnie. Matka Najświętsza nie położyła jednak akcentu na samym wydarzeniu, ale na jego celu: ludzie mają uwierzyć, że słowa z Fatimy to wołanie Boga wzywającego do nawrócenia.

    O cudzie Maryja mówi najpierw 13 lipca, gdy zapowiada: „W październiku uczynię cud, by wszyscy uwierzyli”. Ma on sprawić, że świat uwierzy w prawdziwość orędzia z Fatimy, że zostaną spełnione prośby fatimskie i zapanuje Boży pokój. Niemożliwe? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Taki był Jego plan.

    Jak miał wyglądać ów cud, mogący zmienić świat tak radykalnie? Wtedy ostatnie słowa Matki Bożej byłyby już inne – te znane nam nie pasowałyby już do: „wszyscy uwierzyli”.

    Gdy zapowiedziany w lipcu wielki cud stał się w październiku faktem, nie był już „ten sam”. Jeden czyn jednego człowieka sprawił, że w orędzie uwierzyło zaledwie 70 tys. ludzi. Przyczynił się do tego Arturo Oliveira dos Santos, który uniemożliwił dzieciom sierpniowe spotkania z Maryją. Znamy historię ich porwania. Gdy sześć dni później powrócą do domu, Maryja ukaże się im, by powiedzieć: „W październiku cud będzie mniejszy”.

    Temat skutku grzechu

    Jeżeli pytamy o znaczenie cudu Słońca, trzeba przede wszystkim mówić o konsekwencjach grzechu, który nie jest sprawą prywatną między człowiekiem a Bogiem i nieprawdą jest, że popełniony nikomu nie czyni krzywdy. Nieprawdą jest, że związki partnerskie i homoseksualizm nikomu nie wyrządzają zła. Pomniejszony cud Słońca temu przeczy. Każdy z grzechów, nawet najbardziej „prywatny”, odbiera Bogu możliwość działania w świecie. To tak, jakbyśmy zatykali nimi otwory w niebie, przez które wylewa się łaska. Miliony malutkich, zdawałoby się, nikomu nieszkodzących grzechów – i ziemia schnie z braku łaski… To jest prawdziwa ekologia – ekologia zbawienia! To dlatego Maryja woła na koniec objawień: „Stop grzechowi!”. Inaczej: Pozwólcie Bogu dokonywać wielkich cudów! Nie zatykajcie grzechami niebieskiego sita!

    Cud miał być powszechny

    Jak miał wyglądać ten cud? Możemy się chyba domyślać. W lipcu 1917 r. Maryja zapowiedziała, że wybuch wojny gorszej od tej pierwszej poprzedzi ostrzegawczy znak, który pojawi się na niebie. Rzeczywiście, ukazał się on w nocy z 28 na 29 stycznia 1938 r. Na jedną noc całe niebo rozświetliła krwawa łuna. Znak widzieli wszyscy – od Ameryki po Azję…

    Czy tak samo wszyscy ludzie nie mogli zobaczyć cudu Słońca? Gdyby tak się stało, żylibyśmy w innym świecie. I nie będzie on lepszy, póki – jak ów mason Arturo Oliveira dos Santos – będziemy „skutecznie” zmieniać Boskie plany. Oto niepojęta tajemnica: wielkie plany Boga, który pragnie naszego szczęścia, niweczy mały grzech człowieka.

    To chyba najważniejsza lekcja wpisana w fatimski cud Słońca. Bardzo konkretna.

    Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nie bójcie się, jestem z Nieba” – objawienia Fatimskie

    „Nie bójcie się, jestem z Nieba” – objawienia Fatimskie

    fot. depositphotos.com

    ***

    Matka Boża objawiła się w Fatimie, by zachęcać do odmawiania różańca i wypraszania pokoju dla świata. Ukazała się na peryferiach ówczesnego świata ubogim, kilkuletnim „prostaczkom”, dzieciom.

    Była jesień 1916 roku. Na łące, jakieś 3 kilometry od wioski Fatima, trójka pastuszków pilnowała stada owiec…, ale pewnego dnia dane im było usłyszeć: „Nie bójcie się jestem Aniołem Pokoju…”

    Pojawienie się Anioła – posłańca było przygotowaniem dzieci do innego, ważniejszego spotkania. 13 maja 1917 roku sześcioletnia Hiacynta, jej starszy o dwa lata brat Franciszek oraz ich cioteczna siostra, dziewięcioletnia Łucja ujrzeli „Piękną Panią”. „Nie bójcie się – powiedziała – nic złego wam nie zrobię. Jestem z Nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”.

    „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”

    Jak nietrudno się domyślić 13 maja wspominamy Tę, która na początku XX wieku, kiedy stary świat chwiał się w posadach – trwała pierwsza wojna światowa, a w Rosji za chwilę miała się rozlać „bezbożna propaganda… wywołując wojny i prześladowania Kościoła – objawiła się gdzieś na przysłowiowym krańcu świata”. Maryja objawiła się w Portugalii, leżącej z dala od tego, co było głównym nurtem wydarzeń, a do tego na swoich pośredników wybrała troje ubogich, kilkuletnich „prostaczków” – dzieci.

    Ale jak się okazało, kiedy po kilku miesiącach – serii objawień – ukazała się po raz szósty i ostatni mówiąc „Jestem Matką Bożą Różańcową” pastuszkowie już nie byli sami. Towarzyszył im, mimo deszczu i chłodu, ponad siedemdziesięciotysięczny tłum wiernych. W ostatnich latach przed pandemią, do Fatimy co roku przybywało z różnych zakątków świata około 4 milionów pielgrzymów. Natomiast nabożeństwa tzw. fatimskie z uroczystymi procesjami wpisały się w życie modlitewne Kościoła.

    A co jest istotą – przesłaniem objawień z 1917 roku? Co zawierają trzy części tajemnicy fatimskiej?

    Maryja pojawiła się kilkukrotnie. Regularnie od maja do października, każdego 13 dnia miesiąca dzieci doświadczały obecności „Pani jaśniejszej niż słońce”. Wyjątkiem był sierpień. Po objawieniach lipcowych, kiedy dzieci zostały zobowiązane do przestrzegania tajemnicy, a nawet trafiły do więzienia, objawienia miały miejsce z kilkudniowym opóźnieniem.

    Maryja objawiła się w Portugalii, leżącej z dala od tego, co było głównym nurtem wydarzeń, a do tego na swoich pośredników wybrała troje ubogich, kilkuletnich „prostaczków” – dzieci.

    Co zostało przekazane pastuszkom? Istotą jest nawoływanie do nawrócenia, bo jak powiedziała sama Maryja „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Jednak, co trzeba powtórzyć za Kongregacją Nauki Wiary „Fatima to najbardziej profetyczne z objawień nowożytnych… Pierwsza i druga cześć tajemnicy (…) dotyczą przede wszystkim straszliwej wizji piekła, kultu Niepokalanego Serca Maryi i drugiej wojny światowej oraz zapowiadają ogromne szkody, jakie Rosja miała wyrządzić ludzkości przez odejście od wiary i wprowadzenie komunistycznego totalitaryzmu”.

    Natomiast trzecia cześć objawień, spisana przez siostrę Łucję Dos Santos w 1941 roku była utrzymywana w tajemnicy. Wprawdzie można było ją ujawnić już w 1960, bo taką datę wskazała nawet sama siostra, jednakże dopiero rok 2000, rok beatyfikacji Hiacynty i Franciszka, był tym, w którym dane nam było poznać całość przesłania. Objawienia Matki Bożej w Fatimie mają przekaz symboliczny. „Wizja fatimska dotyczy przede wszystkim walki systemów ateistycznych przeciw Kościołowi i chrześcijanom oraz opisuje niezmierne cierpienia świadków wiary w stuleciu zamykającym drugie millenium. Jest to niekończąca się Droga Krzyżowa, której przewodniczą papieże dwudziestego wieku”, jak powiedział kard. Angelo Sodano na zakończenie Mszy św. beatyfikacyjnej Franciszka i Hiacynty. I dlatego też Jan Paweł II po zamachu w dniu 13 maja 1981 roku słusznie nosił to przekonanie, że to właśnie «macierzyńska dłoń Maryi kierowała biegiem tej kuli», którą został ugodzony.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatima i Jasna Góra

     

    Prymas Polski kard. August Hlond na Jasnej Górze podczas uroczystego
zawierzenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi (1946 r.)

     Archiwum Jasnej Góry

    ***

    Prymas Polski kard. August Hlond na Jasnej Górze podczas uroczystego zawierzenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi (1946 r.)

    Podczas objawień w Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała do trójki portugalskich pastuszków, Łucji dos Santos oraz Franciszka i Hiacynty Marto, następujące słowa: „Wojna zbliża się ku końcowi. Ale jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga wojna, gorsza. Kiedy pewnej nocy ujrzycie nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za liczne jego zbrodnie, będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego. Aby temu zapobiec, przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”.

    Pierwszym papieżem, który postanowił wypełnić przesłanie fatimskie, był Pius XII, wybrany w styczniu 1939 r. Dostrzegał wyraźnie niebezpieczeństwo tego, o czym mówiła Matka Boża w Fatimie, czyli błędnych nauk Rosji, która wywoła wojny i prześladowania Kościoła na świecie. Identyfikował tę groźbę z komunizmem. Współpracownicy namawiali go jednak, by poświęcił Maryi raczej cały świat, a nie tylko Rosję. Wynikało to z oceny ówczesnej sytuacji geopolitycznej. 22 czerwca 1941 r. Związek Sowiecki przestał być sojusznikiem, a stał się przeciwnikiem Trzeciej Rzeszy. Z dnia na dzień Moskwa przedzierzgnęła się w sprzymierzeńca aliantów. Dokonanie w takim momencie uroczystego aktu, w którym znalazłoby się wezwanie do nawrócenia Rosji, mogłoby nastręczyć Stolicy Apostolskiej poważnych problemów, a z pewnością wywołałoby niezadowolenie państw koalicji antyhitlerowskiej. Pod adresem papieża padłby zapewne zarzut, dlaczego w taki sam sposób nie potępi reżimu narodowosocjalistycznego w Niemczech, z kolei przez samego Hitlera taki akt mógłby zostać nagłośniony jako publiczny gest poparcia dla niego. Watykan nie chciał być też oskarżony o porzucenie neutralności w toczącej się właśnie wojnie. To mogłoby spowodować interwencję Trzeciej Rzeszy w Rzymie i deportację papieża. Taki scenariusz był zresztą poważnie rozważany w Berlinie.

    Pius XII postanowił więc dokonać poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi całego świata, a nie konkretnie Rosji. Doszło do tego 31 października 1942 r. Papież uczynił to drogą radiową – na falach Radia Watykańskiego. Razem z nim łączyli się w modlitwie tego dnia jedynie portugalscy biskupi zgromadzeni w lizbońskiej katedrze. We wcześniejszych listach wysyłanych do Rzymu jedyna z żyjących wizjonerek z Fatimy – s. Łucja dos Santos pisała, że poświęcenie zostanie przyjęte przez Niebo, jeśli papież dokona go w łączności z biskupami na całym świecie. W jednym z objawień Jezus powiedział jej, że akt Piusa XII nie był co prawda spełnieniem żądań fatimskich, jednak przyniesie cząstkowe łaski, czyli skrócenie działań wojennych. Pięć dni później Niemcy ponieśli pierwszą dotkliwą klęskę podczas tej wojny – pod El Alamein w Egipcie. Od tamtej pory zaczęli się cofać na wszystkich frontach.

    Jednym z bezpośrednich świadków aktu zawierzenia dokonanego przez Piusa XII był prymas Polski kard. August Hlond, który w czasie II wojny światowej przebywał na emigracji w Rzymie. Papież powiedział wówczas zebranym w Radiu Watykańskim, że jego pragnieniem jest, by wszystkie episkopaty na świecie uczyniły to samo – dokonały poświęcenia swych krajów Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do tej pory jedynym państwem, w którym biskupi zdobyli się na taki krok, była Portugalia – w 1931 i 1938 r. S. Łucja powiedziała, że właśnie dzięki fatimskiemu aktowi zawierzenia Portugalczycy uniknęli wojny. W 1942 r. tamtejszy Episkopat ogłosił list pasterski. Sporządził w nim bilans wszystkich łask Bożych, których naród doświadczył w ciągu 25 lat od momentu objawień: brak wojny, pokój społeczny, wolność religijna, czterokrotny wzrost powołań duchownych w ciągu zaledwie 10 lat. Biskupi byli pewni, że stało się to na skutek spełnienia próśb Matki Bożej z Fatimy, która zapowiadała, że na końcu Jej Niepokalane Serce zwycięży.

    Prymas Hlond wziął sobie do serca apel Piusa XII, mocno zdopingował go również przykład Portugalii. Jego dewizą stało się zawołanie, że zwycięstwo, jeśli przyjdzie, dokona się przez Maryję. Jedną z pierwszych spraw, które po zakończeniu wojny i powrocie do kraju poruszył na konferencji Episkopatu Polski, było poświęcenie kraju Niepokalanemu Sercu Maryi. Znalazł w tej kwestii poparcie wszystkich biskupów.

    W ten sposób Rzeczpospolita stała się, po Portugalii, pierwszym krajem na świecie, który przyjął orędzie fatimskie: zaczęto praktykować nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca oraz dokonano aktu zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi. Decyzję o tym Episkopat Polski podjął w czasie Adwentu 1945 r. Odbyło się to w trzech etapach. 7 lipca 1946 r. we wszystkich parafiach księża odczytali treść aktu poświęcenia, a wierni złożyli przysięgę, że będą mu wierni. 15 sierpnia powtórzyli to biskupi we wszystkich katedrach w kraju, a 8 września uczynił to Episkopat zebrany na Jasnej Górze. Słowa zawierzenia powtarzało prawie milion pielgrzymów, którzy przybyli z całej Polski, by osobiście uczestniczyć w tym wydarzeniu.

    Tygodnik „Niedziela” relacjonował wówczas: „Ten milion ma swoją własną wymowę i własny ciężar gatunkowy. Wartości takiego miliona nie da się ani obliczyć, ani wymierzyć, ani nawet uzmysłowić! I kto na własne oczy oglądał ów milion dusz nieśmiertelnych, ten nigdy tego zapomnieć nie może!”.

    Były to czasy, gdy stalinowskie władze instalowały komunizm w Polsce. Wszędzie, gdzie marksiści obejmowali rządy, zaczynał się terror wymierzony szczególnie w religię. A jednak w Polsce sytuacja potoczyła się odmiennie niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Chrześcijanie podlegali co prawda surowym represjom, ale nie były to tak bezwzględne prześladowania jak w Czechosłowacji, na Węgrzech, w Bułgarii, Rumunii czy Albanii, nie wspominając już o republikach wcielonych do Związku Sowieckiego. We wszystkich tych państwach Kościół wyszedł z komunizmu osłabiony – niszczony latami przez okrutne prześladowania, kolaborację z władzami i wewnętrzne rozłamy wywoływane przez rządzących. Na tym tle Polska wyglądała wyjątkowo – była jedynym krajem, w którym upadek ustroju socjalistycznego zastał Kościół nie złamany, lecz wzmocniony. Być może stał za tym również ów akt z 1946 r., tak bardzo zgodny z objawieniami fatimskimi…

    Grzegorz Górny/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku”

    W tej książce przeplatają się dwa światy – nasycona brutalnością opowieść polityczna oraz pełna tajemniczości rzeczywistość nadprzyrodzona.

    „Tajemnice Fatimy” to wyjątkowa, bogato ilustrowana książka o najbardziej doniosłych objawieniach w XX wieku. Jest ona efektem półtorarocznej pracy i kilku podróży zagranicznych reportera Grzegorza Górnego oraz fotografa Janusza Rosikonia – tandemu autorskiego znanego z wielu śledztw dziennikarskich z pogranicza nauki i religii. Niedawno ukazało się nowe wydanie, obejmujące uroczystości 100-lecia objawień i wizytę papieża Franciszka w Fatimie, w tym kanonizację Hiacynty i Franciszka.

    „Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku”
    Grzegorz Górny (tekst), Janusz Rosikoń (zdjęcia).
    Wyd. Rosikon Press, 2016.
    Rosikon Press, al. Dębów 4, 05-080 Izabelin-Warszawa,
    tel. 22 722 66 66, e-mail: biuro@rosikonpress.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej

    Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej

    Sanktuarium w Fatimie; dzieci wizjonerzy: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Neokvp; Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ******

    „Jestem Matką Bożą Różańcową” – tak Maryja przedstawiła się trojgu pastuszkom w Fatimie, w Portugalii, w 1917 r. Zapowiadała ważne i tragiczne rzeczy dla świata. Zachęcała do odmawiania różańca i wzywała do pokuty za grzechy. Wiele zainteresowania i ciekawości wzbudziła tzw. trzecia tajemnica fatimska, dotycząca losów Kościoła, a szczególnie Ojca Świętego, ujawniona za czasów św. Jana Pawła II prawie dwadzieścia lat po zamachu na placu św. Piotra. Tajemnica tych objawień jest jednak większa niż nam się wydaje. One zostały bowiem przepowiedziane prawie pięćset lat wcześniej.

    Historia tej zapowiedzi jest fascynująca i tajemnicza. Miała miejsce w odległym 1454 roku. Świadectwa zostały spisane, choć później dokumenty się zagubiły. Zostały odnalezione i opublikowane dopiero w 2000 roku, we włoskim czasopiśmie religijnym „Il Cervo”.

    A było tak: 16 października 1454 r., w klasztorze klauzurowym dominikanek w Alba, dziś północne Włochy, przy łóżku umierającej siostry Filippiny zgromadziła się cała wspólnota wraz z przełożoną, bł. Małgorzatą Sabaudzką oraz ich spowiednikiem, o. Bellinim, który przyniósł będącej w agonii siostrze Komunię św.

    Po przyjęciu Ciała Pańskiego, s. Filippina miała widzenie. Objawiła się jej Najświętsza Maryja Panna, św. Katarzyna ze Sienybł. Umberto Sabaudzki i opat Wilhelm Sabaudzki. Jak opisują to odnalezione dokumenty: „przepowiadali pomyślne i straszne wydarzenia dla rodu Sabaudzkiego. Nie określając czasu zapowiadali straszliwe wojny w przyszłości, wygnanie do Portugalii innego Umberta Sabaudzkiego. Mówili też o potworze przychodzącym ze Wschodu, sprawiającym wielkie cierpienia dla ludzkości. Potworze, który jednak zostanie zniszczony przez Matkę Bożą Różańca Świętego z Fatimy, jeśli wszyscy ludzie będą ją wzywać z wielką skruchą”.

    Przypomnijmy, że są to słowa, w jakich słuchający współcześnie z łatwością rozpozna wydarzenia z XX wieku, a które siostra Filippina przekazała obecnym wokół jej łoża w 1454 r., tuż przed swoją śmiercią.

    Matka Boża Różańcowa z Fatimy - János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia CommonsMatka Boża Różańcowa z Fatimy / fot. János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wiki. Comm.

    *******

    Zakończyła swoje wyznanie słowami: „Szatan wywoła straszną wojnę, ale w końcu ją przegra, ponieważ Najświętsza Dziewica, Matka Boga i Najświętszego Różańca z Fatimy, jest silniejsza niż armia przygotowana do boju. Pokona go na zawsze”.

    Siostra Filippina ‘dei Sorgi’ (to nie było jej prawdziwe nazwisko, bo pochodziła z książęcego rodu Sabaudów) była duchową przewodniczką całego konwentu. Miała widzenia, dary charyzmatyczne i ekstazy. Pod jej przewodnictwem cała wspólnota sióstr, których ksienią była bł. Małgorzata Sabaudzka, osiągnęła wysoki stopień doskonałości. Siostry miały wielkie poważanie w małej mieścinie, jaką była Alba.

    Przez wieki ta przepowiednia była znana, spisywana i uzupełniana. Jak wspomina siostra Augustyna, przeorysza klasztoru sióstr na przełomie tysiącleci: „Wiedziałyśmy o istnieniu tych dokumentów, ponieważ były one wspomniane w kilku książkach o historii naszej założycielki i naszego klasztoru, ale nie wiedziałyśmy, gdzie one ostatecznie trafiły. Znalazłam je przypadkiem, w sierpniu ubiegłego roku. Opublikowałam je w naszym magazynie [w roku 2000], bez żadnego komentarza. Nie do nas należy wyjaśnianie tak delikatnych spraw, ale uważamy, że ich wartość historyczna jest wielka i niepodważalna”.

    Historia tej przepowiedni jest tajemnicza, a zarazem fascynująca. Ukazuje dobitnie, że Bóg jest obecny w dziejach na znacznie głębszym poziomie niż moglibyśmy przypuszczać, a sprawy duchowe są wzajemnie ze sobą powiązane, tworząc wielką, ponadczasową, wewnętrznie spójną historię zbawienia, która objawia się w szczegółach w stosownym czasie.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Patronka wdów – bł. Małgorzata Sabaudzka

    Patronka wdów – bł. Małgorzata Sabaudzka

    bł. Małgorzata Sabaudzkawww.brewiarz.pl

    ***

    Małgorzata Sabaudzka pochodziła z książęcego rodu. Była siostrzenicą papieża Klemensa VII. Choć umarła jako zakonnica, to jednak jest czczona jako patronka wdów. Była mistyczką. W jej obecności siostra z jej klasztoru miała wizje dotyczące objawień z Fatimy, na ponad czterysta sześćdziesiąt lat przed nimi. 27 listopada Kościół wspomina błogosławioną Małgorzatę Sabaudzką.

    Urodziła się w latach osiemdziesiątych czternastego wieku w Pinerolo, dzisiejsze północne Włochy. Była najstarsza z czterech córek Ludwika Sabaudzkiego, księcia Piemontu i tytularnego księcia Achai, i Katarzyny, córki księcia Amadeusza III z Genewy.

    Wcześnie straciła rodziców i wtedy, razem ze swoją siostrą, trafiła na wychowanie do wuja. W 1403 roku wuj zdecydował wydać ją za mąż za Teodora II, markiza Montferratu. Pochodził on z bizantyjskiej, cesarskiej rodziny Paleologów. Małgorzata była trzecią żoną owdowiałego Teodora. Byli szczęśliwi, ale nie mieli swoich dzieci. Żyła tylko dwójka dzieci Teodora z poprzedniego małżeństwa. Małgorzata przeżyła z mężem 15 lat, a owdowiała, kiedy miała lat około 30.

    Nie chciała ponownie wychodzić za mąż. Od dzieciństwa była bardzo pobożna i postanowiła przyjąć habit tercjarki dominikańskiej i dobrowolnie złożyła ślub czystości. Zarządzanie marchią przekazała Janowi-Jakubowi, jedynemu synowi Teodora. Odrzuciła propozycję zamążpójścia od Filipa Marii Viscontiego, księcia Mediolanu, który chciał ją mieć za żonę do tego stopnia, że wystarał się nawet u papieża Marcina V o dyspensę ze ślubów zakonnych dla niej.

    W 1426 roku Małgorzata kupiła popadający w ruinę klasztor w Albie. Zamieniła go w klasztor klauzurowy i wraz z kilkoma siostrami, które w nim przebywały, przyjęła regułę drugiego zakonu dominikańskiego. Na patronkę wybrała św. Marię Magdalenę i do końca życia była ksienią, czyli przełożoną.

    Bł. Małgorzata otrzymuje od Chrystusa trzy strzały - Name of engraver unknown., Public domain, via Wikimedia Commonsbł. Małgorzata otrzymuje od Chrystusa trzy strzały – Name of engraver unknown., P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    Jej życie to modlitwa, kontemplacja i pokuta. Miewała także liczne objawienia Matki Bożej i Pana Jezusa. W jednej z wizji mistycznych, Jezus dał jej do wyboru trzy rodzaje cierpienia: znoszenie prześladowań, choroby czy oszczerstw. Małgorzata miała wybrać wszystkie trzy. I rzeczywiście, często i długo chorowała, była też pomawiana o rządy twardej ręki w klasztorze, a jej niedoszły małżonek, książę Mediolanu, oskarżał ją o sprzyjanie heretyckim poglądom Waldensów i popieranie ich.

    Z zachowanych listów Małgorzaty możemy się dowiedzieć o jej roli w zapobieżeniu schizmie w Kościele. Przyczyniła się bowiem do tego, że jej kuzyn, Amadeusz VIII Sabaudzki, wybrany jako antypapież Feliks V w trakcie schizmatycznego soboru w Bazylei, zrezygnował z urzędu, ukorzył się przed papieżem Mikołajem V, a potem został nawet kardynałem i zmarł w opinii świętości.

    W 1454 roku siostra Filipina, także z rodu sabaudzkiego, niedługo przed śmiercią, w obecności ksieni Małgorzaty miała wizje Matki Bożej i innych świętych, między innymi św. Katarzyny ze Sieny. W jednej z tych wizji Maryja zapowiedziała jej: „powstanie potwór na wschodzie, który przysporzy wielkiego cierpienia wiernym, ale zostanie zniszczony przeze Mnie, w Moim różańcu z Fatimy, jeżeli zostanę z pokorą wezwana”. Wkrótce potem przygotowano trzy dokumenty ze świadectwem o tych wizjach i opieczętowano. Było to na ponad 460 lat przed objawieniami w Fatimie. Dokumenty te zostały otwarte i po raz pierwszy opublikowane w roku 2000.

    Małgorzata zmarła w klasztorze w Albie 23 listopada 1464 roku. Jej ciało w nienaruszonym stanie, spoczywa tam do dziś. Beatyfikował ją w 1669 roku Klemens IX.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez Niepokalane Serce Maryi zmierzamy ku Chrystusowi

    Przez Niepokalane Serce Maryi zmierzamy ku Chrystusowi

    Serce Maryi i Jezus – witraż z bazyliki w Fatimie (fot. fatima.pt)

    *******

    Maryja jest, jak każdy z nas, stworzeniem i człowiekiem. Nie jest przecież Bogiem. To prawda. Nie możemy o tym zapominać, a co za tym idzie, nie możemy również zacierać nieprzekraczalnej granicy między Stwórcą a stworzeniem. Owszem, nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Bardzo ważne jest jednak, aby właściwie zrozumieć jego treść – pisze paulin o. Wojciech Dec w tygodniku “Niedziela”.

    Gdzie jest nasze serce?

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Ważne jest jednak to, aby właściwie zrozumieć jego treść. Wtedy bowiem odkryjemy, że w swej istocie Maryja wskazuje ostatecznie Jezusa Chrystusa.

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi rozpowszechniło się najbardziej w XIX wieku. Wprawdzie historia czci Serca Maryi jest nieco dłuższa i sięga wieków wcześniejszych, ale skupmy się nie na samej historii, a bardziej na właściwym zrozumieniu czci oddawanej Niepokalanemu Sercu Maryi. Akurat wspomniany wiek XIX rzeczywiście przyniósł ożywienie w pobożności skierowanej do Serca Maryi. Początek takiemu biegowi spraw dały ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny przez papieża Piusa IX w 1854 r., a także objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. Najbardziej jednak przyczyniły się do tego objawienia Matki Bożej w Fatimie w 1917 r. Zatrzymajmy się przy nich nieco dłużej, bo to pozwoli nam dobrze zrozumieć cel i wartość oddawania czci Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Ewangeliczne orędzie

    Zacznijmy od przypomnienia słów św. Jana Pawła II, który powiedział, że wezwanie z Fatimy ma „ewangeliczną wymowę”. Co to znaczy? Papież sam dał odpowiedź na to pytanie w homilii wygłoszonej w Fatimie 13 maja 1982 r., kiedy to jasno tłumaczył: „Jeśli Kościół zaakceptował orędzie z Fatimy, stało się tak przede wszystkim dlatego, że orędzie to zawiera prawdę i wezwanie samej Ewangelii. «Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię» (Mk 1, 15); są to pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości. Orędzie z Fatimy jest w swej istocie wezwaniem do nawrócenia i pokuty, tak jak Ewangelia”. Co więcej, Ojciec Święty wyjaśnił zobowiązujący charakter fatimskiego orędzia: „Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”.

    Maryja kontra ateizm

    W kontekście fatimskiego orędzia trzeba spojrzeć także na wielkość zagrożeń, z którymi ludzkość ma dziś do czynienia. Dopiero bowiem uświadomienie sobie tej ich wielkości ukazuje jakby z przeciwnej strony wielkość darów, jakie Bóg nam ofiarowuje, by nas ocalić, by dać nam nadzieję.

    Pierwsze dwie części fatimskiej tajemnicy dotyczą wizji piekła oraz kultu Niepokalanego Serca Maryi. Maryja powiedziała dzieciom, po ukazaniu im przerażającej wizji piekła, że Bóg chce ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ratować grzeszników idących na zatracenie. Dzięki temu nabożeństwu wiele dusz zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie. Maryja prosiła w Fatimie, aby papież dokonał aktu poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i by wierzący ofiarowywali Komunię św. w pierwsze soboty jako wyraz zadośćuczynienia za grzechy. Jeśli się tak nie stanie, to w konsekwencji Rosja, szerząc swe błędne nauki po świecie, będzie wywoływać wojny i prześladowania Kościoła. Wiele narodów zostanie zniszczonych, lecz na koniec zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi.

    Warto zwrócić uwagę, że dziś mamy do czynienia nie tylko z bezbożnym ateizmem, wywołanym w historii świata przez błędy Rosji. Dziś musimy się zmierzyć też z równie groźnym materialistycznym ateizmem Zachodu, który jest przez wielu ludzi niedostrzegany, a nawet uznawany za dobro. Do tego jeszcze współczesna kultura, często pozbawiona odniesienia do Boga, a przez to do prawdy o człowieczeństwie, staje się zatrutą glebą, na której co rusz wyrastają przewrotne ideologie ośmieszające naturę i powołanie człowieka. Zauważmy również, jak dziś podchodzi się do kwestii konsekwencji ludzkich czynów i kto jest w stanie zrezygnować z korzyści materialnych, przewidując, że w przyszłości zaowocują one czymś złym. Kto myśli o rzeczach ostatecznych: niebie, piekle, czyśćcu, o realności działania złych duchów. Dla wielu współczesnych ludzi są to po prostu „nierzeczywiste historie”, które w ich przekonaniu nie dotyczą ich życia. Jednakże wbrew temu postępowemu i zagubionemu myśleniu to właśnie stanowi niezaprzeczalną realność ziemskiego istnienia i poważne zagrożenie dla naszego zbawienia.

    Ratunek dla grzeszników

    Maryja w Fatimie wskazała, że Jej Niepokalane Serce jest ratunkiem dla grzeszników. Wobec takiego orędzia Matki Bożej pojawiały się nieraz w umysłach wielu ludzi wątpliwości. Bo Maryja jest, jak każdy z nas, stworzeniem i człowiekiem. Nie jest przecież Bogiem. To prawda. Nie możemy o tym zapominać, a co za tym idzie, nie możemy również zacierać nieprzekraczalnej granicy między Stwórcą a stworzeniem. Owszem, nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Bardzo ważne jest jednak, aby właściwie zrozumieć jego treść. Wtedy bowiem odkryjemy, że w swej istocie Maryja wskazuje ostatecznie Jezusa Chrystusa. Celem jest zjednoczenie z Nim i przyjęcie daru zbawienia. Ku Chrystusowi zmierzamy właśnie przez Niepokalane Serce Maryi. A zatem nazwa nabożeństwa bezpośrednio wiąże się z Maryją, jego istota zaś jest jednoznaczna: do Chrystusa zmierzamy przez sakramentalną spowiedź, Różaniec, medytację oraz przyjęcie Komunii św., czyli drogą, do której zachęca nas Maryja, zwłaszcza przez celebrowanie pierwszych sobót miesiąca. Możemy przy tym dostrzec głęboką jedność Serca Jezusa i Serca Maryi.

    Wymowne w tym kontekście są również słowa św. Hiacynty, jednej z trojga dzieci, którym Maryja objawiła się w Fatimie. W ostatnich miesiącach życia, wiedząc, że odchodzi z tego świata, zwróciła się do Łucji z takim apelem: „Już niedługo pójdę do nieba. Ty tu zostaniesz, aby ludziom powiedzieć, że Bóg chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy nadejdzie czas, aby o tym mówić, nie kryj się. Powiedz wszystkim ludziom, że Bóg daje nam łaski za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, że ludzie muszą je uprosić przez to Serce, że Serce Jezusa chce, aby obok Niego wielbiono Niepokalane Serce Maryi. Niech proszą o pokój Niepokalane Serce Maryi, bo Bóg temu Sercu powierzył pokój na świecie”. Zatem – wolą samego Boga jest to, by oddawać uwielbienie Sercu Jezusa i czcić Niepokalane Serce Maryi. Benedykt XVI w komentarzu do trzeciej części fatimskiej tajemnicy przypomniał, że aby ratować ludzi przed wiecznym potępieniem, sam Bóg wskazał ludzkości kult Niepokalanego Serca Maryi. Wzniosłe macierzyństwo Maryi stawia Ją ponad wszystkimi stworzeniami. Dokonało się ono najpierw w Jej Niepokalanym Sercu, a później w Jej łonie. Jak twierdzą Ojcowie Kościoła, Słowo, które zrodziła w ciele, najpierw poczęła w wierze swego Serca.

    Pozostaje jeszcze jedno bardzo ważne pytanie: gdzie jest nasze serce? Możemy bowiem rozważać prawdę o Najświętszym Sercu Jezusa, możemy mówić o Niepokalanym Sercu Maryi. I bardzo dobrze, że zgłębiamy tajemnicę tych Serc. Ale to tylko pół drogi. Każdy, kto czyta te słowa, nosi chyba w sobie głębokie przekonanie, że tu chodzi nie o jakieś teologiczne spekulacje, lecz o to, by nasze serca były jak najbliżej Jezusa i Maryi. Sam Bóg nam to wskazuje, do tego zaprasza i motywuje, abyśmy podjęli wskazaną nam drogę. Przez swoje Niepokalane Serce, pełne wiary, miłości i pokory oraz oddane woli Bożej, Maryja zasłużyła na noszenie w swoim dziewiczym łonie Syna Bożego. To swoje Serce Maryja ma także dla nas. W modlitwie pełnej zaufania i dziecięcej miłości powierzajmy siebie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    o. Wojciech Dec, paulin/Tygodnik Niedziela/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 faktów na temat Fatimy,

    o których zbyt często zapominasz

    Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!

    1.       Będzie siódme objawienie

    Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.

    Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.

    2.       Różaniec i czyściec

    Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.

    Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!

    3.       Różnica między objawieniami Maryi i Anioła

    Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”

    Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.

    4.       Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników

    Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.

    Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.

    5.       Prześladowania z powodu objawień

    Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.

    Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.

    6.       Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót

    Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.

    Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.

    7.       Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?

    Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:

    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    – bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu;

    – bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu

    – wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci;

    – bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków

    8.       Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!

    Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.

    Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.

    9.       Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?

    Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.

    Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.

    10.   Ostatnie, porażające słowa Hiacynty

    Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:

    – Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.

    – Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.

    – Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.

    – Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.

    – Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.

    – Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.

    – Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.

    – Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.

    malk/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan: złożono dokumentację o życiu, cnotach i opinii świętości s. Łucji z Fatimy

     

    Łucja dos Santos wraz z młodszą Hiacyntą Marto

    Łucja dos Santos wraz z młodszą Hiacyntą Marto/pl.wikipedia.org

    ***

    Postulatorzy sprawy beatyfikacyjnej s. Łucji od Jezusa (Lúcia dos Santos), jednej z trojga dzieci, którym w 1917 ukazała się Matka Boża w Fatimie złożyli na ręce prefekta Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro dokumentację o jej życiu, cnotach i opinii świętości (Positio Super Vita, Virtutibus et Fama Sanctitati) – informuje agencja Ecclesia.

    Jak stwierdza Sanktuarium Fatimskie przekazanie „Positio” jest ważnym momentem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Służebnicy Bożej w jego rzymskiej fazie. Tom ten zawiera biografię siostry Łucji, opartą na dokumentach zebranych podczas diecezjalnej fazy procesu (która miała miejsce w diecezji Coimbra w latach 2008-2017); „Informatio” (informację), opisującą cnoty, którymi żyła zakonnica, a także listę zeznań świadków, jej Dzienniczek i inne niepublikowane dokumenty, „uznane za istotne w procesie”.

    Dokument ten zostanie przeanalizowany przez grupę dziewięciu teologów, którzy wydadzą swoją opinię, aby ustalić, czy s. Łucja „praktykowała cnoty w stopniu heroicznym”.

    Pozytywna opinia Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych jest przedstawiana papieżowi, który zatwierdza publikację odpowiedniego dekretu. Do etapów beatyfikacji i kanonizacji konieczne jest zatwierdzenie cudu przypisywanego wstawiennictwu odpowiednio Czcigodnego Sługi Bożego lub błogosławionego.

    Faza diecezjalna procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego siostry Łucji od Jezusa (1907-2005), jednej z trzech widzących z Fatimy, dobiegła końca 13 lutego 2017 r. w kościele karmelitek w Coimbrze. Proces obejmował analizę tysięcy listów i tekstów, a także przesłuchanie 61 świadków.

    Łucja Rosa dos Santos, siostra Maria Łucja od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi zmarła 13 lutego 2005 r. w wieku 97 lat, po kilkudziesięciu latach życia w klauzurze w Karmelu w Coimbrze.

    Proces ten rozpoczął się w 2008 roku, trzy lata po jej śmierci, kiedy to obecny papież-senior Benedykt XVI zrezygnował z pięcioletniego okresu oczekiwania ustanowionego przez prawo kanoniczne.

    Franciszek i Hiacynta Marto, dwoje pozostały dzieci z Fatimy, zostali kanonizowani przez papieża Franciszka, w Fatimie 13 maja 2017 r.

    Łucja urodziła się 22 marca 1907 roku w Aljustrel, w Portugalii. 13 maja 1917 roku, wraz z kuzynami Franciszkiem i Hiacyntą, doświadczyła pierwszego objawienia się Matki Bożej w Cova da Iria. Podczas kolejnego widzenia Łucja otrzymała od Maryi misję: „Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie mnie poznali i pokochali. Chciałabym ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”.

    3 października 1934 roku złożyła śluby wieczyste w Zgromadzeniu Sióstr św. Doroty. 25 marca 1948 roku za specjalnym pozwoleniem papieża Piusa XII wstąpiła do karmelitanek bosych w Coimbrze. Przyjęła imię siostry Marii Łucji od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi. Zmarła 13 lutego 2005 roku w klasztorze w Coimbrze.

    Watykan-Fatima/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    SOBOTA 14 PAŹDZIERNIKA

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA ZAPRASZA WSZYSTKICH CHĘTNYCH NA SPOTKANIE DO SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA NA GODZ. 15.30, ABY WSPÓLNIE OBEJRZEĆ FILM “ULMOWIE, BŁOGOSŁAWIONA RODZINA”.

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XVIII NIEDZIELII

    PO MSZY ŚW. PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – KORONKA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    *******

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    *******

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętacie pastora, który kopnął figurkę Dziewicy, Matki Boskiej z Aparcida? [Wideo]

    24.09.2023/fot. Screenshot – YouTube (Cristão de Opinião!)

    ***

    Pamiętacie pastora, który kopnął figurkę Dziewicy, Matki Boskiej z Aparcida?

    Pamiętacie pastora Sergio von Heldera?

    Aby odświeżyć Twoją pamięć: 12 października 1995 r., Dzień Matki Bożej, podczas programu ′′Słowo Życia′′ transmitowanego w TV Record, pastor Von Helder miał to, co możemy nazwać dostępem wściekłości, niekontrolowania i całkowitego braku szacunku dla wiary innych i zaczął kopać wizerunek patronki Brazylii, generując jedną z Największe kontrowersje religijne w historii naszego kraju.

    **

    Biskup Kościoła Powszechnego Królestwa Bożego skończył skazany za ′′podżeganie do dyskryminacji uprzedzeń religijnych poprzez słowa i gesty”, ale nigdy nie wyobrażał sobie większego żalu, który dopiero miał nastąpić…

    Pewnego dnia w telewizji Nowa Piosenka (kanał 20 UHF RJ) podczas homilii lub Ojciec Edmilson przypomniał sobie fakt, co wydawało nam się to tak odległe, ale to co on ujawnił na koniec było bardziej niż zaskakujące.

    Jakiś czas po odcinku prorgamu pastor von Helder poczuł silny ból lewej nogi, taki sam, którym kopnął figurkę Matki Najświętszej. Od tego czasu ból powoli bez wyjaśnienia wzrastał do tego stopnia, że musiał szukać pomocy medycznej. Von Helder próbował różnych rodzajów leczenia w kraju, ale bez rezultatów… Ból po prostu nie ustępował.

    Zachęcany przez lekarzy, Sergio pojechał po pomoc w Stanach Zjednoczonych, do wyspecjalizowanej kliniki. Miał tam zapewnioną dobrą opiekę i miło spędził czas. Była tam też pielęgniarka, która zawsze poświęcała mu szczególną uwagę, towarzysząc mu przez wszystkie trudne chwile i pomgając w znoszeniu ogromnego cierpienia, zwłaszcza nocami, kiedy ból nie chciał ustąpić. Ona zawsze dbała o jego nogę i dodawała mu otuchy i nadziei. I tak minął czas i powoli leczenie przynosiło efekty, aż do pełnego wyleczenia. Jego radość była tak ogromna, że poruszony postanowił wydać przyjęcie pożegnale z podziękowaniami dla całej ekipie, która się nim opiekowała.

    Podczas imprezy Sergio zdał sobie sprawę, że pielęgniarka, która była tak ważna w jego powrocie do zdrowia, tam nie było. Poszedł więc do dyrektora kliniki, aby dowiedzieć się, gdzie jest i zapytał, gdzie jest czarna, miła i troskliwa pielęgniarka, która pocieszała go podczas wszystkich nocy, kiedy nie mógł znieść bólu i rozpaczał… Ku zdumieniu Sergio, dyrektor powiedział mu, że nie zna takiej pielęgniarki i że nie było żadnej czarnej pielęgniarki pracującej w tym rejonie szpitala. Sergio nadal nalegał, pytając nawet innych lekarzy i pielęgniarki, czy istnieje szansa, że pochodzi z innego oddziału szpitala, ale nikt nie miał pojęcia, kim ona jest..

    Wtedy były pastor Sergio von Helder w połowie imprezy padł na kolana do płaczu, zdając sobie sprawę z tego, co się s.tało… Nikt nic z tego nie rozumiał. Nie było bowiem nic do zrozumienia. Sergio zauważył, że przez cały ten czas pielęgniarka, która była przy nim we wszystkich chwilach bólu i trudności była Matką Boską z Zwierzchni.

    Nieskończona dobroć Boga i miłość Matki, która nawet upokorzona nie opuściła swojego dziecka w chorobie.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Newman i piękno katolickiego otrzeźwienia (opinia)

    Otrzeźwienie i wynikające zeń nawrócenie Johna Henry’ego Newmana na prawdziwą Wiarę przyniosło Wielkiej Brytanii trwające ponad wiek odrodzenie katolickie, efektem którego na zawsze pozostanie m.in. twórczość Chestertona czy Tolkiena.

    We wrześniu 2010 roku miałem zaszczyt być zaproszonym, by wraz z Raymondem Arroyo oraz ks. Robertem Sirico zostać oficjalnym komentatorem telewizji EWTN, która relacjonowała na żywo wizytę Benedykta XVI w Wielkiej Brytanii. W istocie radością i przywilejem było podążanie za papieżem, kiedy odwiedzał miejsca rozbrzmiewające katolickim znaczeniem. Złożył wizytę w Westminster Hall, gdzie Tomasz Morus stanął przed sądem, i Westminster Abbey, by pomodlić się w sanktuarium św. Edwarda Wyznawcy. Pobłogosławił tłumy w Hyde Park – tylko rzut kamieniem od miejsca Tyburn Tree (Drzewa Tyburn), machiawelicznego ołtarza, na którym zamordowano licznych katolickich męczenników. Wyglądało to tak, jakby miejsca wybrane na wizytę papieża zostały starannie wyselekcjonowane, by przypomnieć Anglikom o ich katolickim dziedzictwie i ostrzec ich o niebezpieczeństwach nieodłącznych dla sekularnej nietolerancji wobec Kościoła. Celem wizyty papieża jednakże nie było przede wszystkim świętowanie katolickiego dziedzictwa Anglii, ale beatyfikacja Johna Henry’ego Newmana. Czyniąc tak, papież nie tyle świętował historię, co ją tworzył. Newman był pierwszym Anglikiem, poza angielskimi męczennikami reformacji, który został beatyfikowany od czasów reformacji; był także pierwszym Anglikiem, urodzonym po XVII wieku, który miał być wyniesiony na ołtarze.

    John Henry Newman urodził się w roku 1801, u zarania XIX wieku i zmarł w roku 1890, gdy słońce zaczęło zachodzić nad tą najbardziej katalityczną i katastroficzną z epok. W czasie długiego i pełnego wydarzeń życia Newmana nowe idee doprowadziły do sejsmicznych zmian w postrzeganiu przez nowożytnego człowieka samego siebie. Karol Marks przystosował idee Hegla do służby w polityce rewolucyjnej, spuszczając tym samym z łańcucha ideologię, która pochłonie życie dziesiątków milionów ludzi w następnym stuleciu. Charles Darwin przedstawił ewolucję gatunków od prymitywnych początków, tym samym zapoczątkowując pojęcie biologicznego progresywizmu i chronologicznego snobizmu, który jest jego następstwem. Friedrich Nietzsche ogłosił bezczelnie, że Bóg umarł, ubóstwiając tym samym człowieka. Zygmunt Freud zastąpił świadomą wolę podświadomymi kompleksami, tym samym zastępując racjonalne wybory moralne irracjonalnymi popędami psychicznymi. Europę ogarnęły rewolucje, gdy nacjonalizm i socjalizm zagroził staremu porządkowi, zasiewając ziarna narodowego socjalizmu i jego międzynarodowego komunistycznego Wielkiego Brata. Imperium Brytyjskie zagarnęło świat, kładąc fundamenty globalizmu. Był to czas zmian i niepewności, a jednak jednocześnie – i jak świadczy życie Newmana – był to także czas odnowy religijnej i odradzającego się tradycjonalizmu.

    Miejsce Newmana w odrodzeniu katolickim jest nadrzędne. W istocie jest on samym ojcem tego odrodzenia.

    W chwili narodzin Newmana Kościół katolicki w Anglii był w przeważającej mierze wykorzeniony z narodowego życia i świadomości. Pomiędzy latami trzydziestymi XVI wieku a osiemdziesiątymi wieku XVII uśmiercono za wiarę niezliczone zastępy katolików. Znamy ponad stu kanonizowanych i beatyfikowanych męczenników angielskich i wielu innych, których ostateczna ofiara złożona za wiarę nie została przez Kościół oficjalnie uznana. W następstwie tak zwanej „chwalebnej” rewolucji roku 1688, która zdetronizowała katolickiego monarchę Jakuba II, dwa powstania jakobickie dążyły do powrotu prawdziwych następców króla na tron. W czasie drugiego z tych powstań zwolennicy „pięknego księcia Karolka” zostali ostatecznie w roku 1746 pokonani w bitwie pod Culloden, co rozbiło w drobny mak wszelkie realistyczne nadzieje powrotu katolickiej monarchii. W tym momencie, po ponad 200 latach niesłabnących prześladowań, wydawało się, że dla kurczącej się katolickiej populacji Anglii wszystko zostało stracone. Nieliczne rodziny rekuzantów, które trwały uparcie i dogmatycznie przy wierze i wbrew toczącej się przeciwko nim wojnie na wyniszczenie, pogodziły się z tym, że pozostaną na marginesie życia Anglii, wykluczone z awansu w polityce i społeczeństwie z powodu zakorzenionego i zinstytucjonalizowanego uprzedzenia ich rodaków. Taki był świat, w którym urodził się Newman i w którym miał on odegrać ważną rolę.

    Nawrócenie Newmana w roku 1845, szesnaście lat po równouprawnieniu katolików i pięć lat przed przywróceniem katolickiej hierarchii w Anglii, zwiastowało narodziny odnowy, która ujrzy wskrzeszenie wiary katolickiej w świecie anglojęzycznym. Przed nawróceniem Newmana katolicyzm był postrzegany przez Brytyjczyków jako obca religia, za którą opowiadały się śniade i zabobonne typy śródziemnomorskie. Gdy potęga Wielkiej Brytanii osiągnęła swą pełnię jako imperium, a potęga Włoch, Hiszpanii i Portugalii osiągnęła stan względnej bezsilności, łatwo było Brytyjczykom odczuwać swą lepszość i wyrażać lekceważenie – katolicyzm uważali za prymitywną i zacofaną religię dla ludzi prymitywnych i zacofanych. Przyjęcie Newmana do Kościoła katolickiego wywołało zamęt w tym snobizmie. Znany był on jako jeden z najświetniejszych intelektów swoich czasów i trudno było lekceważąco zbyć poddanie się takiego geniusza intelektu historycznym i dogmatycznym roszczeniom Rzymu.

    Newman dokonał intensywnych badań wczesnego Kościoła i doszedł do wniosku, że wiara ojców Kościoła była tą samą świętą, katolicką i apostolską wiarą, jaką głosił i nauczał Kościół katolicki jego czasów. Wiedza Newmana i jego elokwencja w wyrażaniu jej, wstrząsnęła establishmentem anglikańskim, kwestionując założenia i uprzedzenia, na których zbudowano fundamenty Kościoła anglikańskiego.

    W następstwie nawrócenia Newmana fala nawróceń z wyższych szczebli społecznych przekroczyła Tyber, a nawrócenie stało się niemal modne. Jednocześnie olbrzymi napływ irlandzkich imigrantów, uciekających przed wielkim głodem, znacznie zwiększył liczbę katolików z klasy robotniczej. Niemal nagle katolicyzm stał się znaczącą siłą w społeczeństwie brytyjskim, gdy obecność rosnącej liczby uczonych konwertytów zbiegła się z rosnącą obecnością plebejskich irlandzkich imigrantów. Wynikiem tego okaże się odrodzenie katolickie, które będzie trwać ponad wiek.

    Pierwszy okres tego odrodzenia można nazwać okresem Newmana, a trwał on od nawrócenia tego wybitnego człowieka w roku 1845, aż do jego śmierci w roku 1890. Drugim okresem albo tym, co można by nazwać interludium dekadenckim, był okres obejmujący ostatnią dekadę wieku, w której pisarze i artyści fin de siècle’u flirtowali z Rzymem i ostatecznie ulegli urokowi Kościoła. Wśród konwertytów tej dekady znaleźli się Oscar Wilde, Aubrey Beardsley, Ernest Dowson i Lionel Johnson. Następny ważny okres tego odrodzenia można by nazwać okresem Chesterbelloca, w którym dominowały postaci Belloca i Chestertona i który trwał od roku 1900 – gdy po raz pierwszy opublikowano Chestertona – aż do 1936 roku, roku jego śmierci. Ostatni okres można nazwać okresem Inklingów, w którym górowały postaci Tolkiena i Lewisa, a trwał on od roku 1937, kiedy opublikowano Hobbita, do roku 1973, kiedy Tolkien zmarł.

    Można stwierdzić, że do ogromu katolickiego odrodzenia, które umieściło katolicyzm w centrum, a nawet na szczycie artystycznego i kulturalnego życia Wielkiej Brytanii, nie doszłoby, gdyby nie nawrócenie Newmana, którego katalityczną naturę trudno przecenić.

    Umieściwszy znaczenie Newmana w obrębie jego kontekstu historycznego, konieczne jest także spojrzenie – choć krótkie – na jego wpływ jako historyka, teologa, filozofa, pedagoga, apologety, powieściopisarza i poety.

    Znaczenie Newmana jako historyka jest zakorzenione w jego pionierskiej pracy na temat wczesnego Kościoła, która przekonała go, jak i przekonała pokolenia tych, którzy go czytali, że studiowanie ojców Kościoła, jak i pierwszych herezji, dostarcza przekonujących dowodów o prawdziwości twierdzeń katolicyzmu. Newman twierdził, a jego dzieło pokazało, że im bardziej ktoś zagłębia się w historię, tym bardziej staje się katolikiem.

    Jako teologa, słusznie wysławia się Newmana za jego esej O rozwoju doktryny chrześcijańskiej (1845 r.), który miał potężny wpływ na zrozumienie przez Kościół tego, jak jego doktryna się rozwija, nie zmieniając nigdy w swoich podstawach. Najzwięźlejsze streszczenie tego rozumienia rozwoju doktryny Kościoła zostało podane przez Tolkiena w liście do jego syna, w którym przyrównał on Kościół do drzewa. Mylne byłoby postrzegać w pełni rozwinięte drzewo, tj. Kościół po dwóch tysiącleciach rozwoju, jako coś gorszego od nasiona, z którego wyrósł czy też drzewka, jakim niegdyś był, tj. Kościoła pierwszych wieków. To drzewo (Kościół) jest takie samo w ciągu wszystkich epok, rozwijając się i rosnąc organicznie i nigdy nie zmieniając swojej podstawowej „drzewości” (tj. prawdy, której Kościół uczy, i prawdy, którą jest).

    W filozofii zaś Newman najbardziej znany jest z eseju Gramatyka przeświadczenia (1870 r.), który pokazuje niedoskonałość rozumowania redukcyjnego, takiego jak logika, jako środka zrozumienia pełni prawdy. Do wiary się dochodzi poprzez współzależność łączących się prawdopodobieństw, do których musi się przychylić wola. Jako pedagog Newman bronił humanistyki w Idei uniwersytetu (1852 r.), jednocząc klasyków pogańskiej starożytności z dziedzictwem świata chrześcijańskiego. Jeśli chodzi o Newmana jako apologetę, to jego nowatorska Apologia pro vita sua (1846 r.) pozostaje jedną z największych duchowych biografii, jaką kiedykolwiek napisano, być może największą, z oczywistym wyjątkiem Wyznań św. Augustyna. Jego rola jako apologety jest także widoczna w jego powieściach Strata i zysk (1845 r.) oraz Kalista (1855 r.), jak również w jego kazaniach oraz potyczkach z błędami anglikanizmu. Ostatnią, lecz bez wątpienia nie mniej ważną, jest pozycja Newmana jako stylisty najwyższej rangi w prozie i pierwszorzędnego poety.

    Nim zakończymy, konieczna jest pobieżna wzmianka o późniejszych pokoleniach słynnych konwertytów, na których Newman miał olbrzymi wpływ. Wśród nich znajduje się Gerard Manley Hopkins – bez wątpienia największy poeta w epoce wielkich poetów – który został przyjęty do Kościoła przez samego Newmana w roku 1866. Pozostali, którym Newman w znacznej mierze pomógł w ich drodze do Rzymu, to m.in. Oscar Wilde, Maurice Baring, R.H. Benson, Christopher Dawson, Ronald Knox, Evelyn Waugh, Graham Greene, Muriel Spark i Alec Guinness – by wymienić tylko kilku znamienitych. Wspomnieć należy także Hilairego Belloca i J.R.R. Tolkiena, dwóch gigantów katolickiego odrodzenia, z których obaj zdobyli wykształcenie w szkole Oratorium w Birmingham, założonej przez Newmana.

    Newman był na tak wiele sposobów błogosławieństwem dla Kościoła. Jakże jest zatem stosowne, że Kościół obdarzył Newmana tym wielkim błogosławieństwem, jakim jest wyniesienie go na ołtarze. Szczęśliwy Newman jest w obecności wizji uszczęśliwiającej. Osiągnął on jedyny cel, dla którego warto żyć. Zatem chwała powinna utorować drogę modlitwom.

    Święty Johnie Henry Newmanie, historyku, teologu, filozofie i poeto, módl się za nami!

    Joseph Pearce

    źródło: faithandculture.com/tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Internetowy modlitewnik karmelitański

    Internetowy modlitewnik karmelitański

     

    15 października pamiętamy od św. Teresie z Ávili. Z tej okazji prezentujemy “Smak Karmelu” – modlitewnik karmelitański w postaci strony internetowej i aplikacji.

    Aplikacja Smak Karmelu pomyślana jest jako modlitewny przewodnik. Przeprowadza ona użytkowników przez kolejne etapy codziennej modlitwy medytacyjnej. Oferuje także podcasty (Spotify, Google Podcasts, Apple Podcasts) oraz filmy (YouTube) dotyczące modlitwy, zwłaszcza karmelitańskiej oraz wybitnych postaci Karmelu (św. Jana od Krzyża, św. Teresy z Ávili, św. Teresy z Lisieux, św. Teresy Benedykty – Edyty Stein) i ich dzieł.  Całości dopełniają informacje z życia Karmelu. Wszystko to przygotowywane jest przez karmelitów z polskiej prowincji południowej.

    Bliźniacza w stosunku do aplikacji jest strona internetowa Smak Karmelu. Prócz treści zawartych w aplikacji można na niej znaleźć także informacje o Szkole Modlitwy oraz rekolekcjach karmelitańskich.

    ______________________________________________________________________

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 1). W którym miejscu jesteś Ty?

    Dziś pierwszy odcinek, w którym o. Serafin Maria Tyszko OCD, rekolekcjonista z klasztoru kontemplacyjno-formacyjnego Zwola (Zaniemyśl) k. Poznania przedstawia kolejne etapy życia duchowego – tak jak je opisuje św. Teresa z Ávili w swym wielkim dziele “Zamek wewnętrzny”. Kolejne rozmowy ukazywać się będą w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Św. Teresa z Ávili porównała życie duchowe do wchodzenia w głąb twierdzy…

    O. Serafin Tyszko: Nie twierdzy, a zamku. Słowo castillo (zamek) jest u Teresy absolutnie dominujące. Na drugim miejscu jest palacio (pałac), dopiero na trzecim jest fortaleza (twierdza, warownia). To jest u niej bardzo świadome. W pałacu można tylko mieszkać i urządzać spotkania, zabawy polowania etc. W twierdzy można się tylko bronić, ewentualnie atakować, nie ma w niej własnego, “wypasionego”, godnego miejsca dla granda, infanta etc.

    A w zamku jest i to, i to. Jest miejsce, w którym można się bawić (gdzie Bóg słodko udziela się człowiekowi), jest i estancia (apartament królewski), jest obronna fosa, są i obronne mury, na których można skutecznie się bronić, a może nawet robić ofensywne wypady. Gdyby dominantą było palacio, to by oznaczało, że życie duchowe jest bajką, zabawą. Gdyby Teresa pisała to w kluczu twiedza-warownia, to by oznaczało, że życie duchowe to ciągła walka, “bijatyka”. A ona świadomie używa słowa castillo, zamek, gdzie jest i to, i to.

    Wejdźmy więc do zamku. Jesteśmy w jego pierwszej komnacie (czy mieszkaniu). Co znajdujemy na tym etapie życia duchowego?

    Wejście do zamku to wejście w to, co klasycznie nazywamy łaską uświęcającą.

    Teresa zakłada – z czym współcześnie można polemizować – że wszyscy Hiszpanie są katolikami, mają podstawową, katechetyczną formację i chodzi tylko o to, żeby weszli w stan łaski uświęcającej. Zakłada liniowy rozwój. Owszem, ale bywają teraz i bywały wtedy gwałtowne radykalne doświadczenia nawrócenia – takie jak u łotra na krzyżu, Szawła z Tarsu, u ludzi, którzy nie mają żadnej tradycji rodzinnej albo mają ją minimalną. Ja też jestem taką osobą.

    U Teresy też tak było. Ona wstąpiła do klasztoru z trzema bardzo kiepskimi motywacjami. Sama pisze, że do przyprowadziło ją tam więcej strachu niż miłości, motywacja opłacalnościowa (wstąpiła, żeby się pewniej zbawić) i kumpela, która ją lubiła. Mówi się, że Teresa nigdy nie popełniła grzechu śmiertelnego – w porządku, nie neguję tego. Ale czy dokonało się w niej podstawowe, elementarne doświadczenie duchowe? Myślę, że ono się w niej dokonało… słabo. Bóg jednak miał swoje plany: “musimy się zabrać za tę kobietę!”. Trzeba było oczyścić jej motywacje – opłacalnościową, lękową, czyli niewolniczą i tę kumpelską. Dlatego po wstąpieniu do zakonu spotkało ją coś, co się zdarza dopiero w czwartym mieszkaniu. Ona mówi wręcz o doświadczeniu modlitwy zjednoczenia (z Bogiem), w co ja średnio wierzę. A jeśli tak było, to była to formuła nietrwała.

    Ogólnie rzecz biorąc, kiedy osoba wchodzi w stan łaski uświęcającej, odbywa porządna spowiedź – wchodzi do pierwszego mieszkania zamku wewnętrznego.

    Głównym elementem na tym etapie jest to, żeby się w tej łasce utrzymać. Na tym etapie odbywa się pierwsze poznanie: negatywne i pozytywne. Człowiek poznaje własną grzeszność (jeśli jej nie pozna, to żyje w iluzjach), ale się na tym nie zatrzymuje. Pojawia się drugi wątek – człowiek poznaje własne piękno. Widzi, że jest w nim warstwa bardzo piękna, a on jej albo nie znał, albo ona była w nim nieobudzona. Całe pierwsze mieszkanie to etap duchowej walki na rzecz poznania – negatywnego i pozytywnego. Dana osoba świadomie pojawia się wtedy na eucharystii, spowiada się i Bóg zaczyna ją leciutko oświecać w kierunku poznania prawdy o sobie; ewentualnie spotyka się z kimś, kto jej tę prawdę podpowiada.

    Co jest bardzo ważne? To, że niezależnie od ścieżki danej osoby, jest ona otwarta na to, by tę prawdę poznać na tyle, na ile w pierwszych mieszkaniach da się ją poznać. Potem się okaże, że to jest jeszcze niewystarczające, ale powiedzmy, że coś takiego już się wtedy dzieje.

    Taka osoba wykonuje praktyki religijne, praktykuje modlitwę ustną, toczy jakąś minimalną walkę, nie chce wyjść z tego zamku na zewnątrz (choć bywa niestety, że i tak z niego wychodzi).

    Jakie niebezpieczeństwa na nią czyhają? I co może zrobić, by pójść głębiej?

    Główne niebezpieczeństwo to cofnięcie się. Wyjście z zamku, wyjście z łaski uświęcającej. Albo sytuacja, w której taka osoba wchodzi i wychodzi, wychodzi i powraca. Co może zrobić? Trzymać się sakramentów, trzymać się uczestnictwa we mszy. Może zacząć coś czytać. Dokonuje małej walki i jest gotowa na pokorę, czyli poznanie siebie w prawdzie (poznanie pozytywne i negatywne).
    To jest mieszkanie pierwsze. Niektórzy przechodzą przez nie bardzo szybko, jeśli coś ze wspomnianych rzeczy praktykują.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 2). W którym miejscu jesteś Ty?

    Dziś kolejna, druga już rozmowa z cyklu, w którym o. Serafin Maria Tyszko OCD, rekolekcjonista z klasztoru kontemplacyjno-formacyjnego Zwola (Zaniemyśl) k. Poznania przedstawia kolejne etapy życia duchowego – tak jak je opisuje św. Teresa z Ávili w swym wielkim dziele “Zamek wewnętrzny”. Kolejne rozmowy ukazywać się będą w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Co jest w drugim mieszkaniu zamku wewnętrznego, czyli co dzieje się na drugim etapie życia duchowego?

    Tam się zaczynają ciekawe rzeczy, ponieważ wchodząca tam osoba zaczyna mieć odetkane uszy, to znaczy: jest otwarta na słuchanie. W przypadku Teresy chodziło głównie o dobre homilie (ewentualnie konferencje, ale to raczej mało prawdopodobne) i czytanie książek. Nie miała wtedy jeszcze kontaktu z Biblią.

    To były inne czasy. Wtedy wręcz zakazywano samodzielnej lektury Pisma Świętego.

    Na tym polegała cała po-reformacyjna bieda, że uważano, iż niebezpiecznie jest czytać Pismo Święte. Czytały go osoby znające język łaciński mające za sobą odpowiednie katolickie studia biblijne na bazie łacińskiej Wulgaty. Św. Jan od Krzyża, na przykład, często i obficie czytał i cytował Pismo Święte. Jeśli ktoś nie znał łaciny – a Teresa znała ją bardzo słabo – to dostęp do Biblii był bardzo słaby. Teresa zaczęła jednak czytać książki, w których były aluzje do Biblii. Jej główną lekturą była “Vida de Cristo” (Życie Chrystusa), przetłumaczona z łaciny na kastylijski. (Jej autor kartuz Ludolf Saksoński był wcześniej dominikaninem, więc być może wyjątkowo pozwolono mu coś napisać. I dobrze, że mu pozwolono. Uważam, że ten jego tekst jest w wielu punktach bardzo aktualny do dnia dzisiejszego.)

    Jeżeli więc dana osoba, czyta, słucha kazań, nadal prowadzi życie sakramentalne i przetrwa ten okres, to przechodzi przez drugie mieszkanie. Ale to oczywiście nie wszystko.

    Jest jeszcze kolejny element, który ją utrzymuje: to pierwsze podpowiedzi, że życie modlitewne nie polega wyłącznie na odmawianiu modlitw. To pierwsze momenty medytacyjne. Mogą się nawet pojawić pierwsze elementy modlitwy wewnętrznej, a nawet zaczątki wewnętrznej modlitwy przyjacielskiego obcowania z Bogiem. Chodzi o to, żeby ta osoba coś z tego zaczęła już pielęgnować.

    Wtedy pojawia się w niej przekonanie, że duża cześć jej mentalności jest do głębokiego przeobrażenia. Czuje zaproszenie do pierwszej osobowej albo do drugiej, pogłębionej przemiany (metanoi). W drugim czy trzecim mieszkaniu to jest jeszcze niemożliwe, ale to pragnienie już się pojawia. Taka osoba ma już mentalność religijną, ale jest to mentalność ciągle w dużej mierze naturalistycznie religijna, słabo ewangeliczna, słabo nadprzyrodzona z silnymi elementami mentalności tego świata. Widać to szczególnie wyraźnie, jeśli jest ona uwrażliwiona (czy przewrażliwiona) na wymiar nadzwyczajnościowy. (Mamy z tym problem w naszym domu rekolekcyjnym w Zwoli koło Poznania. Pojawiają się u nas osoby z fascynacjami nadzwyczajnościowymi, prywatnoobjawieniowymi, a jeśli do tego dołączą jeszcze wątki spiskowe, to jest wiele rzeczy do prześwietlenia.)

    Wróćmy jednak do drugiego mieszkania. Teresa mówi, że przebywająca w nim osoba jest zaproszona i ma pierwsze przebłyski tzw. myślenia entendimiento, czyli zaczątki myślenia mądrościowego. Biblia nazywa to nous, a my na Zachodzie nazywamy to mens. Jest to mądrościowy intelekt czy mądrościowy rozum, który kiedyś będzie widział Boga twarzą w twarz. Poszukuje on prawdy i jakiegoś tejże prawdy pojmowania, przyjmowania i poddania jej swojego dotychczasowego myślenia. Jest to myślenie contra myśleniu “ulicznemu”, opartemu na subiektywnych opiniach, poglądach, prywatnych zdaniach czy wręcz plotkach. Człowiek w drugim mieszkaniu zaczyna być gotowy na prześwietlenie swojej dotychczasowej mentalności we wszystkich wymiarach. I ma już początki tego. Staje się otwartyna to, co dziś nazwalibyśmy doświadczeniami rekolekcyjnymi.

    Dotykają go na tym etapie pewne pokusy.

    U niektórych mogą to być kuszenia intelektualistyczne (“im więcej wiem, tym bardziej jestem świątobliwy”). Teresa widziała je u osób, które słuchały tzw. letrados (uczonych). Część z nich to byli jej przyjaciele dominikanie.

    U innych to mogą być kuszenia do bycia człowiekiem duchowo przegrzanym. Polegają one na przeakcentowaniu doświadczeń, przeżyć, doznań. Tacy ludzie woleli słuchać tzw. espirituales, czyli – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – osób charyzmatyczno-mistycznych, które bardzo mocny akcent kładły na doświadczeniu. Nie mówimy tego negatywnie. Kimś takim był np. św. Piotr z Alkantary.

    Teresa się tymi akcentami nie przejmowała. Jeżeli widziała, że letrados nie bredzą wyłacznie intelektualistycznie, to słuchała ich. Ale zapraszała ich jednocześnie, żeby coś im się wydarzyło na modlitwie. Jeśli ktoś był ostrym espiritualem i gadał czy pisał także głupoty, to korzystała z tego, co dobre, ale też mówiła siostrom: “Bardzo proszę, żeby tej książki nie było w bibliotece”. Tak było z książką jednego z episprituales, franciszkanina nazwiskiem Francesco de Osuna. On napisał parę rzeczy genialnych, ale też dwie rzeczy głupie. Od niego zaczerpnęła tzw. modlitwę skupienia, koncepcję duchowej przyjaźni i metaforę zamku. A bzdury odrzuciła.

    Jedni więc kładli bardzo mocny akcent na wiedzy, inni bardzo mocny akcent kładli na doświadczeniu (bywało, że z dewiacjami). Teresa czerpała z obydwu tych nurtów, próbowała je połączyć. Jeśli mogła “wydoić” dobrego letradosa, to robiła to. Jeśli espiritual nie bredził skrajnie, to również mogła się z nim dogadać.

    U wspomnianego Ludolfa z Saksonii było połączenie bycia letrado espiritual.

    Podsumujmy teraz doświadczenia drugiego mieszkania.

    Drugie mieszkanie to taki misz-masz: trochę życia duchowego, trochę życia religijnego, trochę życia według świata. W drugim mieszkaniu czytasz książki, nadal korzystasz z sakramentów, zaczynasz pielęgnować pierwszą medytację. Zdajesz sobie sprawę, że twoje myślenie jest strasznie pomieszane. Jeżeli do tego dodasz trochę pokory, żeby być pouczanym, to przechodzisz do trzeciego mieszkania.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 3). W którym miejscu jesteś Ty?

    To kluczowy etap życia duchowego – tak trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” św. Teresy z Ávili mówi nasz przewodnik o. Serafin Maria Tyszko OCD. Oto kolejna rozmowa przedstawiająca etapy życia duchowego – tak jak je opisuje wielka hiszpańska mistyczka. Kolejne rozmowy o kolejnych etapach (mieszkaniach) ukazywać się u nas będą wieczorami w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Co jest w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”?

    o. Serafin Maria Tyszko: Teresa początkowo opisuje to bardzo obiecująco. W tym mieszkaniu dana osoba pogłębia swoje życie modlitwy. Modli się modlitwą medytacyjną (rozważaniami karmiących ją tekstów książek czy kazań). Pielęgnuje jakąś wstępną jakość modlitwy zażyłości wewnętrznej. Teresa nazywa to oracion mental. To wewnętrzna modlitwa umysłu i serca, polegająca na tratar d’amistad, czyli na przyjacielskim, zażyłym dialogalnym obcowaniu z Tym, o którym wiem, że mnie miłuje.

    Teresa rozróżnia trzy elementy: myślenie mózgowe (seso), myślenie racjonalne (rozum, razón) oraz entendimiento. To ostatnie to umysł/inteligencja mądrościowa/kontemplacyjna, ściśle połączona z miłującym głębokim sercem.

    Wszystko to się budzi w trzecim mieszkaniu. Teresa na tym etapie ma swoje dni skupienia, rekolekcji. Stara się być oszczędna w prowadzeniu domu. Nie prowadzi głupich rozmów. Wie coś na temat niektórych elementów pokuty. Zasadniczo jednak pielęgnuje modlitwę. Zaczyna myśleć mądrościowo. Ma poukładane wiele rzeczy. Ma swoje godziny skupienia i samotności. Dobrze prowadzi dom. Nie dba przesadnie o ubiór (a miała z tym kłopot w swoim czasie).

    I wydawałoby się, że to już daje jej dość dużą dyspozycyjność duszy i życia, żeby ruszyć dalej. Tymczasem okazuje się, że sporo elementów z tego wszystkiego to fasada. Teresa mówi, że przychodzi wtedy próba miłości – Bóg podkręca światło duchowego rentgena, które prześwietla i zaczyna “dobierać się” do ukrytych motywacji i intencji.

    Okazuje się wtedy, że na poziomie motywacji mamy do czynienia gorliwym najemnikiem. To mentalność roszczeniowa: “mam prawo”, “należy mi się”, “co ja będę z tego miał?, “jak się łatwiej zbawię?”, “jak sobie pomóc?”. Taka osoba jest przesadnie chętna do pomagania innym. Za dużo gada. Głosi za dużo niezamówionych kazań. Jest zbyt ułożona, co grozi jej faryzeizmem. Jest zbyt uporządkowana i – co gorsza – pokłada nadzieję w tym uporządkowaniu. Jest obrażalska. Nie rozumie, dlaczego Bóg dostarcza jej czasem cierpień, skoro ona tak haruje… (W dodatku w ramach próby miłości wyświetla jej rzeczy, których ona się wstydzi.) Chętnie porównuje się z innymi. Ma trochę ducha osądzania.

    Św. Jan od Krzyża nazywa to siedmioma niedoskonałościami początkującego. A wyświetlanie tych niedoskonałości Jan nazywa zwiastunem nocy ciemnej. Według niego, pierwsza noc ciemna dzieje się między trzecim a czwartym mieszkaniem, kiedy Bóg rozświetla ludzką historię. Pojawia się oschłość. Gorliwość słabnie, bo człowiek myślał, ile będzie z tego miał – ze zbawieniem wiecznym włącznie, żył w dużej mierze dla siebie, a tu coś takiego… Wydawałoby się, że dbanie o swoją duszę jest dobre. Tak, ale okazuje się, że motywacje takiej troski są średniutkie…

    Sama Teresa w swoim czasie była bardzo obrażalska. Miała fanów, którzy przychodzili do niej do rozmównicy (klasztor na tym zarabiał), prowadziła tam rozmowy, ale było w tym więcej teatru niż dzielenia się życiem Bożym. Gdy któraś z sióstr ją napomniała, to od razu była wielka obraza majestatu…

    Czyli wydawałoby się, że w trzecich mieszkaniach dzieją się rzeczy uporządkowane, ale z dużą dozą mentalności gorliwego najemnika religijnego. Takiego, co to, jak mu nie płacą, to nie ma po co się wysilać. (“A myśmy opuścili wszystko, co będziemy z tego mieli?” – pytali uczniowie Jezusa.) Dla człowieka z trzeciego mieszkania nie do przyjęcia są słowa Pana Jezusa: – Mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: “Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”. Bo jak to? On tu prowadzi porządne życie duchowe, a mówią mu, że jest sługą, który – jak mówi dosłownie grecki oryginał – do niczego się nie nadaje?! Śmiechu warte!

    Co w tej sytuacji radzi Teresa? Mówi, że jeżeli taka osoba nie przyjmie pewnych wymagań, to do końca życia będzie się błąkać między pierwszym a trzecim mieszkaniem. Niekoniecznie wyjdzie na zewnątrz zamku, choć i to może się wydarzyć.

    Według Teresy, chodzi przede wszystkim o odkrycie zamieszkania Boga Ojca, i Syna, i Ducha Świętego w tabernakulum mojego sumienia, serca i umysłu. Pismo Święte nazywa to “izdebką”. To jest nawet bardziej esencjalne od obecności sakramentalnej w tabernakulum. To jest ważniejsze od przenikającej obecności Jezusa przy i ze” mną, bynajmniej tych innych epifanii nie negując. Chodzi o to, że Trójca Święta mieszka w najgłębszej sferze człowieka, a chce zamieszkać w całym jego człowieczeństwie poprzez “przefermentowanie”.

    Rzecz w tym, żeby człowiek nie wpadał do tej izdebki jak po ogień. Chodzi o to, żeby człowiek zamieszkał w łonie Trójcy, a Trójca w nim. Wtedy List do Efezjan nazwie go domownikiem Boga. Św. Paweł mówi: nie jesteście już obcymi, ani gośćmi, ani przechodniami, którzy wpadają jak po ogień, nie wpadacie tylko na moment modlitwy. Ani Bóg nie jest już tylko gościem w duszy człowieka. W trzecim mieszkaniu to doświadczenie jest jednak jeszcze niemożliwe.

    Każdy grzech ciężki to automatycznie opuszczenie zamku?

    No, nie do końca. Rozróżniamy między grzechem ciężkim a śmiertelnym – to zależy od stopnia świadomości i dobrowolności, mówiąc dzisiejszym językiem.

    Jeśli ktoś już jest domownikiem Boga, to nawet jeśli dokona jakiego strasznego grzechu, to – według Teresy – Trójca się od niego nie wyprowadza, jak twierdziło wówczas wielu moralistów. Owszem, kontakt jest wtedy osłabiony, ale nie zniszczony. Ważne jest, jak szybko ta osoba wróci. Może nie zdąży jeszcze wyjść z zamku? W każdym razie – według Teresy – Trójca tej osoby nie opuszcza, bo ona ma “przygrzanie” chrzcielne. To jest największa szansa dla człowieka.

    Jeżeli jednak dana osoba przestanie się modlić albo wraca do modlitwy ustnej, to się cofa. Pozostaje w mentalności typu: “pracuję na taśmie produkcyjnej i patrzę, co z tego mam”. Ale – uwaga! – nie chodzi o zupełne odrzucenie modlitwy ustnej. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś w modlitwie ustnej pokłada nadzieję. Gdy przestaje słuchać Słowa Bożego i sensownych materiałów, a przesadnie szuka tego, co jej bardziej smakuje, np. objawień prywatnych. W czasach Teresy to było bardzo częste. Takich ludzi nazywano alumbrados (oświeceni).

    Niebezpieczeństwo szukania religijnej sensacji pojawiało się już w drugim mieszkaniu.

    Tak, ale w trzecim ono może ulec wzmocnieniu, bo pojawia się w nim duchowa oschłość.

    Nowym elementem charakterystycznym dla tego etapu (oprócz wytrwałego pielęgnowania modlitwy wewnętrznej i duchowej walki, czyli  usilnego ascetycznego zmagania, które jest dominantą w drugim mieszkaniu), jest zaproszenie do pokory. Na czym – między innymi – polega pokora? Na realizmie życia duchowego: na rozumieniu, że trudności czy pokusy, które się przytrafiają, mają prawo się przydarzyć. Skoro przytrafiały się Jezusowi, to byłoby dziwne, gdyby nie przytrafiły się Jego uczniowi/uczennicy. Jakie trudności? Oschłość, przykre doświadczenia, napomnienia, nieudane przedsięwzięcia, myśli typu: “co ja właściwie z tego mam?”

    Popadanie w te same grzechy? I wynikające z tego samoupokorzenie?

    Może tak być.

    Ważne, by w takiej sytuacji pielęgnować ducha wiary i pokory, przede wszystkim na bazie dobrej lektury, a zwłaszcza pomocy dobrego spowiednika. Taka osoba w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że sama nie poradzi sobie, żeby pójść dalej, a Bóg jakby zamilkł. Pojawia się potrzeba odsłonięcia swego sumienia wobec sensownego spowiednika czy kierownika duchowego.

    Teresa pisze, że – żyjąc w zakonie – przez 15 lat nie mogła znaleźć księdza, który by ją poprowadził dalej. Ludzie krytyczni – a tak się składa, że ja również do nich należę – pytają: “Nie mogła czy nie chciała znaleźć?” Bo jej w tym stanie było dobrze (do pewnego momentu). Coś tam praktykowała, cieszyła się szacunkiem, tata dowoził jej dobre rzeczy do klasztoru, miała swoich fanów, przychodzili do jej rozmównicy, patrzyli w nią jak w obrazek – i mężczyźni, i kobiety – dawała niektórym dobre rady itp. itd. No to czego jej jeszcze brakowało?

    Okazało się jednak, że głęboka motywacja była kiepska, przynajmniej do jakiegoś stopnia. I Bóg to wyświetlał – i dziś wyświetla – poprzez oschłość czy trudne doświadczenia. Św. Jan od Krzyża nazywa to pierwszą nocą ciemna, nocą sentido, czyli nocą płytszej warstwy duszy: zmysłów, wyobraźni, fantazji wspominkowej, pamięci, zbyt subiektywnego myślenia etc. Jeżeli doznająca jej osoba nie znajdzie kogoś, kto ma doświadczenie i wiedzę, kto potrafi dobrze doradzić, to ta osoba będzie się błąkać i wracać do starych śmieci. A czasem może w ogóle się wycofać, myśląc sobie: “co się będę wygłupiać, przeciętna kościelna jest lepsza…”

    Natomiast jeżeli taka osoba wytrwa w modlitwie, mimo braku odczuwalnych korzyści, jeżeli będzie się modlić nie po to, żeby coś z tego mieć, ale żeby Bóg coś z tego miał – to co innego.

    W trzecim mieszkaniu są jednak dopiero zalążki takiej postawy. W pragnieniu taka osoba jest gotowa oddawać się Bogu, tyle że woli raczej robić coś dla Boga (potrafi być posługująca w apostolstwie i układzie charytatywnym – pisze Teresa). Same dobre rzeczy – wydawałoby się. Ale dla swojego zysku, przynajmniej po części na pokaz. A niech się to tylko komuś nie spodoba… Teresa była chora – jak sama pisze – skrajnie na to, żeby się podobać ludziom. Pisze o tym dwukrotnie, bardzo mocno. Całe jej życie religijne działo się w dużej mierze w tym kluczu.
    Jeśli jednak osoba na tym etapie zgodzi się wytrwać w modlitwie, dobrej lekturze, zgodzi się na pielęgnowanie okresów modlitwy, na oderwanie się od kiepskich relacji, oderwanie się od ducha tego świata i przyjęcie kierownictwa duchowego, czyli postawy: “ja sobą nie rządzę, chcę, żeby Jezus mną rządził poprzez Kościół”, to wejdzie w etap pentekostalny, etap bezpośredniego działania Ducha Świętego przejmującego kierownicę jej życia. Taka osoba do tej pory pukała do kolejnego, czwartego mieszkania, ale jego w drzwiach nie ma klamki. Pukała do drzwi, ale Jezus naradzał się z Duchem Świętym: “Nie możemy jej otworzyć, bo to jest dla niej niebezpieczne. Ogień czwartego mieszkania by ją spalił”. Taka osoba nie posiadała dotąd wystarczającej dyspozycyjności, ale teraz już ją ma.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 4). W którym miejscu jesteś Ty?

    Czwarty etap życia duchowego – czyli czwarte mieszkanie opisanego przez św. Teresę z Ávili “Zamku wewnętrznego” – to okres pentakostalny. Wybija nowe źródło. Ale też przychodzi pierwsza noc ciemna. Naszym przewodnikiem po tym okresie jest doświadczony karmelita bosy o. Serafin Maria Tyszko.

    Jarosław Dudała: Czego doświadcza się w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”?

    O. Serafin Maria Tyszko: Udzielanie się Boga charakterystyczne dla czwartego mieszkania – nazwijmy je udzielaniem charyzmatyczno-teologalnym – może mieć miejsce już w mieszkaniu pierwszym, ale jest to niestałe. Np. może to być modlitwa skupienia i odpocznienia.

    Modlitwa nadprzyrodzonego skupienia polega na tym, że człowiek nie musi się starać o skupienie. Klęka czy staje do modlitwy – i skupienie na niego spływa jakby samo. Oczywiście, “samo” nie w sensie magicznym. Ale przychodzi skupienie, które czasem zamienia się w słodycz odpocznienia. Osoba odpoczywa w Osobie. To już nie jest tylko modlitwa czy życie duchowe na poziomie cnót (choć to też), ale bardziej na poziomie osobowym, osobistym, intymnym.

    To jest okres pentakostalny. Wybija nowe źródło.

    Na styku trzeciego i czwartego mieszkania dokonuje się też przejście przez pierwszą noc ciemną. W jej trakcie Duch Święty za przyzwoleniem człowieka i z jego współpracą przeprowadza go z poziomu sentido (płytszej części duszy) na poziom espiritu (głębszy poziom rozumu-umysłu, woli-serca i pamięci) w kierunku trynitarnego źródła chrzcielnego wytryskającego w czwartym mieszkaniu.

    Pogłębia się i intensyfikuje nawrócenie (druga metanoia). Mniej jest egocentrycznego “kręcenia się” wokół siebie na rzecz “kręcenia się” wokół epicentrum mojego człowieczeństwa i mojego życia, jakim jest osoba Jezusa, który wraz z Ojcem i Duchem zamieszkuje w izdebce mojego głębokiego serca. Oczyszczają się motywacje i intencje mojego postępowania i działania. Stają się bardziej darmowe, mniej najemniczo-interesowne, także w sensie religijnej opłacalności. Oczyszczają się i rozwijają teologalne cnoty: wiary, ufnej nadziei i miłości agape. Wiele dobrych rzeczy się dzieje.

    Mimo to, taka osoba nie jest w stanie doświadczyć definitywnego nawrócenia i nie jest w stanie całkowicie oddać się Bogu – uważa Teresa – ponieważ ciągle zależy jej na sobie, ale nie w kluczu miłowania siebie, tylko w kluczu egocentrycznej miłości własnej. Motywacja służenia Bogu ciągle nie jest w pełni oczyszczona. Dlatego taka osoba może fałszywie zinterpretować to, że Bóg się jej udziela, np. “Bóg mi się udziela, bo mi się to należy”. Albo: “Bóg mi się udziela, bo widocznie na to zasłużyłem”. Dlatego co pewien czas taka osoba doznaje zjazdu w dół, bo przywłaszczyła sobie działanie Ducha Świętego. Poza tym, bardziej mogą ją interesować duchowe dary czy przeżycia aniżeli Osoba. To zainteresowanie Osobą trochę się pojawia, a potem trochę słabnie.

    Choć w czwartych mieszkaniach Bóg udziela się ludziom intensywnie, to przemyka im czasem myśl: “Ale tak się Bogu całkowicie wydać…? Tak całkowicie stracić siebie…? Tak się zupełnie poddać…? To trochę niebezpieczne…” I dlatego człowiek w pragnieniu już tego chce, ale niekoniecznie jest do tego zdolny.

    Istnieje więc zjawisko, które nierzadko występowało i dawniej, i występuje teraz – zjawisko cofnięcia się. Polega ono na przejściu od Kogoś do czegoś. Ludzie mogą wracać do poszukiwania doznań (to taka “charyzmatomania”, przy czym ja bynajmniej nie neguję doświadczeń charyzmatycznych). Albo przechodzą na pracoholizm (“bo coś z tego mam”). Albo osłabiają modlitwę wewnętrzną na rzecz medytacji dyskursywnej, zbyt aktywnej czy wręcz aktywistycznej, bo chcą coś z tego mieć dla siebie. Albo pakują się w jeszcze inne rzeczy po to, żeby zyskać satysfakcję. Teresa nazywa to zadowoleniem – świętym czy nieświętym. Nierzadko jest ono nieświęte – “ja coś jednak muszę z tego mieć. Mam siebie zupełnie stracić? Czyli wszystko oddać? Co ja z tego będę miał?”. Tymczasem im bardziej się straci, tym bardziej się nie straci. Takiego myślenia nie można jeszcze osiągnąć w czwartym mieszkaniu – mimo, że źródło już wybiło, że jest już nowa jakość życia duchowego. Bo ta osoba przeszła już przez pierwszą próbę miłości, przez pierwszą noc.

    Dzieje się wtedy bardzo wiele dobrych rzeczy: osłabiają się, oczyszczają się niedojrzałe motywacje. Pojawia się nowa jakość metanoiczna. Pojawiają się różne doświadczenia: “rogaliki”, “faworki” i “mercedesy”, czyli regalos (przejawy czułości), favores (przejawy przychylności), mercedes (przejawy miłości), ternuras (rozrzewnienia) i różne inne historie.

    Jeśli dana osoba pielęgnuje wytrwale desasimiento czyli święte oderwanie od wszystkiego, co niższe od Boga i od niej samej, zgadza się na oschłości, przestaje marudzić i narzekać, zgadza się na pewne słuszne cierpienia, nadal kontaktuje się z dobrymi spowiednikami, czyta, co trzeba, zgadza się na pielęgnowanie pokory, zgadza się na to, że Bóg może działać, kiedy chce, jak chce, komu chce i ile chce – to przechodzi do piątego mieszkania.

    Duch Święty w czwartym mieszkaniu przygotowuje człowieka, żeby wydarzył mu się okres paschalny. Bo nie da się bez Ducha Świętego żyć paschalnie. A życie paschalne to właśnie piąte mieszkanie zamku wewnętrznego.

    A nim i o kolejnych mieszkaniach powiemy w kolejnych rozmowach w najbliższych dniach.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 5). W którym miejscu jesteś Ty?

    Etap piątego mieszkania nie jest po to, żeby być lepszym, tylko po to, żeby być maleńkim. Pustym. Z pustymi rękoma. Dyspozycyjnym – mówi o. Serafin Maria Tyszko. Doświadczony karmelita jest naszym przewodnikiem po piątym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” św. Teresy z Ávili, czyli piątym etapie życia duchowego.

    Jarosław Dudała: Dotarliśmy już do piątego mieszkania “Zamku wewnętrznego”. Co się w nim dzieje?

    O. Serafin Maria Tyszko: Dużo rzeczy się dzieje. Niektóre są bardzo tajemnicze, wręcz niejasne. Dokonuje się wtedy definitywne nawrócenie.

    Nawrócenie definitywne nie jest tożsame z nawróceniem głównym.

    Nawrócenie główne Teresy dokonało się między trzecim a czwartym mieszkaniem albo na początku czwartego. Jest o nim mowa w rozdziale 9 innego dzieła św. Teresy, “Księgi życia”. Było to w roku 1554 r. Nawrócenie główne polega na głębokim skruszeniu serca, żalu za grzechy. Wtedy też pojawia się wdzięczność, gorliwość wdzięczności Bogu: “On mnie umiłował i wydał siebie za mnie. Umarł za mnie. Wziął cały mój grzech na siebie. Cały grzech ludzkości wziął na siebie. Dlatego ja przechodzę na wdzięczność, gorliwość wdzięczności”. To były bardzo ważne wydarzenia w ramach jej głównego nawrócenia.

    Ono się trochę powtarzało, aż 2–3 lata później doszło do nawrócenia definitywnego (mówi o nim 24 rozdział “Księgi życia”). Dokonało się ono mocą Ducha Świętego, ponieważ jezuita, który jej posługiwał, polecił jej codzienne recytować z gorliwością “Veni Creator Spiritus” (Stworzycielu Duchu, przyjdź). To był młody zakonnik, o. Juan de Pradanos (27-28 lat). Miał takie nadprzyrodzone natchnienie-rozeznanie, że tylko sam Duch Święty może tę kobietę definitywnie nawrócić albo w swej bezradności scedował wszystko (i słusznie) na Ducha Świętego. Albo po trochu jedno i drugie. W każdym razie załatwił ją! Wtedy dokonało się jej najgłębsze oczyszczenie od zależności od opinii ludzkiej. Od tego, żeby się wszystkim podobać, żeby się z każdym dogadać w kluczu kompromisowym, żeby wszyscy ją lubili. I od dziesiątków innych rzeczy. Odtąd przestało jej na tym zależeć.
    Nawrócenie definitywne jest genialne, bo ono przechodzi ponad poziomem przeciętnej moralności (“odtąd już nikt mi nie musi niczego nakazywać”). Czyli: dokonuje się pogłębienie spotkania, zaczątek zjednoczenia – od zalotów przechodzimy do narzeczeństwa – i wtedy ta osoba nie boi się już oddać Bogu na amen. Bo wcześniej (w trzecim i czwartym mieszkaniu) miała taką mentalność, że chciała być lepsza. Niekoniecznie lepsza od innych, ale ogólnie lepsza. Doskonale opisał to zmarły parę lat temu o. Wilfrid Stinissen OCD. Nazywał to “wzmacnianiem mięśni religijnych”. Tymczasem etap piątego mieszkania nie jest po to, żeby być lepszym, tylko po to, żeby być maleńkim. Pustym. Z pustymi rękoma. Dyspozycyjnym.

    Teresa to opisuje w sposób bardzo dramatyczny. To jeden z jej najbardziej dramatycznych tekstów (średnio przetłumaczony na polski). Pisała mniej więcej tak: Żyłam w cieniu śmierci – pisała po 19 latach w zakonie (!). – Żyłam w śmiertelnej śmierci. Musiałam nie rozumieć, że dopóki nie stracę na tym poziomie duchowym zaufania do siebie, nie mogę się rozwijać. Kręcę się w kółko. Jestem uzależniona od opinii ludzkiej, od ludzkich sentymentów, od własnych sentymentów, od swojego falowania i od dziesiątków innych rzeczy. Aż wreszcie padła na twarz: “Nie mogę tak dalej żyć. Ani Bóg mnie nie cieszy. Ani świat mnie nie cieszy. Takie życie dalej też mnie nie interesuje”.

    W piątym mieszkaniu dzieją się najważniejsze rzeczy. Z poczwarki wyskakuje motyl. Okazuje się być piękny, dlatego, że jeśli dany człowiek zgodził się na różne oczyszczenia nocy ciemnej, próby miłości, to całe piękno, które ma w sobie, może się wreszcie ujawnić. To piękno dziecka Bożego. Ono ma prawdziwe życie – to, co nazywany dzoe. To już nie jest tylko bios czy psyche, ale to jest życie samego Jezusa w nas. Ono się wreszcie ujawnia jak  piękny motylek, który wyskoczył z kokonu. Wydawało się, że tam jest brzydka poczwarka, a tu taki piękny motyl…

    Jeżeli ktoś uczciwie i z całą gorliwością zmierza w kierunku duchowym, dziwne by było, gdy przynajmniej do początku piątego mieszkania nie dał się doprowadzić, ponieważ bardzo intensywne działania Ducha Świętego w czwartym mieszkaniu mają daną osobę doprowadzić do tego, by w mieszkaniu piątym stała się osobą na wskroś paschalną. Osobą ukrzyżowaną, paschalną, przaśną, oddaną Bogu, nawróconą definitywnie, uświęcająca się, nienależącą do siebie, niefunkcjonującą w mentalności najemniczej i do dziesiątków innych, wspaniałych rzeczy.

    Poza tym, w piątym mieszkaniu pogłębiają się obecne już wcześniej doświadczenia ekstatyczne. W przypadku Teresy było tego dużo. W innych osobach też. W tej chwili widzimy tego mniej. Owszem, widzimy doświadczenia charyzmatyczne, ale mniej ekstatyczno- mistycznych. A u niej w piątym mieszkaniu działo się tego bardzo dużo. Tłumaczymy to z jednej strony tym, że ona miała być duchową matką bardzo wielu osób, w Karmelu i nie tylko, z drugiej strony jej uzależnienia rodzinne i ad extremo emocjonalne zniewolenia , by wszystkim się podobać były tak mocne, że Bóg uznał, że potrzeba głębszego oczyszczenia. A jednocześnie Teresa pisała: ” Bóg moje wykroczenia karał przejawami czułości”. Czyli to miłość ją wyprowadziła z tych uzależnień, a nie doświadczenia negatywne.

    Tak więc w piątym mieszkaniu zaczynają się piękne rzeczy. Z zalotów przechodzi się do narzeczeństwa. Odsłania się wątek oblubieńczy.

    Nie ma już żadnych niebezpieczeństw?

    Niebezpieczeństwa są właściwie podobnych do tych w czwartym mieszkaniu: takie, że “właściwie to mi się to jednak trochę należy…” Teresa pisze: “Dopiero ptaszynie pióra porosły, musi być bardzo uważna”.

    Nawiasem mówiąc, ona przy tym cały czas duchowo uwodzi, kokieteryjnie pisze: “Dlaczego zgodziliście się przejść do czwartego mieszkania, a nie chcecie pójść dalej? Dlaczego zgodziliście się przejść do piątego, a nie chcecie pójść do dalszej części piątego?”
    W każdym razie niebezpieczeństwa polegają na tym, że dana osoba może na tym etapie pół chcący, pół niechcący przywłaszczać sobie Boże udzielanie się jej, zamiast – jak mówi św. Teresa z Lisieux – stawać z pustymi rękoma i natychmiast wszystko wydawać Jezusowi; niczego sobie nie przypisywać i niczego sobie nie przywłaszczać. Oczyszczenie z tego elementu zawłaszczania i przypisywania sobie nastąpi dopiero po ciemnej nocy ducha. Po niej już go nie będzie. Wtedy taka osoba jest nieużytecznym sługą, a jednocześnie jest królewskim synem/królewską córką. Wtedy nic nie jest zdolne wyprowadzić ją z tego stanu.

    Chociaż… Teresa pisze, że nawet w szóstym mieszkaniu trzeba być uważnym. Bo nadal utrzymuje się miłość własna i zależność od ludzkiej opinii, a mogą przyjść bardzo bolesne doświadczenia być wzgardzonym, odrzuconym, wyśmianym, osądzonym, skasowanym. Może się wtedy pojawić pytanie: “Dlaczego takie rzeczy mi się dzieją?!” Nie ma natomiast jeszcze przekonania, że to się może dziać! I że to jest zaszczyt, bo mogę uczestniczyć w tym, w czym uczestniczył Jezus. Mówiąc dokładniej, takie przekonanie już w człowieku jest, ale ono nie jest jeszcze ugruntowane, ponieważ nie przeszedł on jeszcze ciemnej nocy ducha.

    W piątym mieszkaniu dzieją się jeszcze inne, bardzo tajemnicze doświadczenia. Człowiek jest momentami tak ogarnięty obecnością i działaniem Bożym, że jako “umarły” żyje jakby bez siebie, jakby on już w ogóle nie działał, a żył w nim i działał Ktoś Inny, komu jest on całkowicie paschalnie poddany, dla siebie stracony.

    Teresa pisze, że człowiek jest obserwatorem życia Boga w sobie. Że ma wrażenie, że umarł, a żyje. (Podobnie pisał św. Paweł: że umarł, że kto inny żyje w nim. A jeśli żyje w ciele, to żyje wiarą w Tego, który wydał za mnie samego siebie.) Aby w sobie to paschalne dzoe (wieczne Życie samego Jezusa) utrzymać i dalej rozwijać Teresa podpowiada: pielęgnuj usilnie modlitwę, pielęgnuj pokorę, bojaźń Bożą, wdzięczność, niczego sobie nie przypisuj, niczego nie przywłaszczaj.

    A potem przychodzi coś, o czym mówienie to już trochę bełkot… Do piątego mieszkania włącznie to jeszcze można o czymś mówić. Ale mówić o nocy ciemnej ducha…

    To już mieszkanie szóste?

    Na styku piątego i szóstego albo na początku szóstego.

    To pomówimy o tym w kolejnej, ostatniej już rozmowie.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część ostatnia, 6-7). W którym miejscu jesteś Ty?

    To już ostatnia część rozmowy o etapach życia duchowego. Dziś o. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o szóstym i siódmym, czyli o najgłębszych mieszkaniach “Zamku wewnętrznego”. – Przeciętny układ ewangelizacyjny mówi: jak Jezus będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. I my się z tym zgadzamy, ale mówimy, że to jest początek, nie koniec. I że chcemy dać się doprowadzić do momentu, w którym On będzie jedyny. Niczego nie czynię już sam. W ogóle nie ma czegoś takiego, że ja czynię coś dla Boga, służę Bogu. To jest coś więcej: On żyje we mnie, a ja… nie żyję,… a żyję – mówi o. Serafin.

    Jarosław Dudała: Co dzieje się w szóstym mieszkaniu wewnętrznego zamku?

    O. Serafin Maria Tyszko: Wtedy nawet ten piękny motylek, o którym mówiliśmy wcześniej, ma umrzeć. Ponieważ to Jezus ma się we mnie objawić, a nie moje piękno. Nie moje piękno objawia się w Chrystusie, ale Chrystus objawia się we mnie. Ten motylek może mi dawać zadowolenie z tego, że takie wspaniałe rzeczy są we mnie. A Chrystus chce mnie od tego oderwać. I mówi: “Za bardzo się zachwycasz tym motylkiem – dobrym i pięknym. To jest coś pięknego, ale nie o to tylko chodzi. To wszystko pochodzi ode mnie, ale Ja chcę, żeby to też umarło. I to są najstraszniejsze rzeczy, jakie się dzieją po tej stronie – ciemna noc ducha.

    Jak pisze św. Jan od Krzyża, osoby, które rozpoczynają ciemną noc ducha, przeważnie w tym stanie umierają. Rzadko wydostają się do szóstego i siódmego mieszkania. Zastanawiam się, czy w ogóle warto o nich mówić…

    Warto!

    W siódmym mieszkaniu wszystko się upraszcza. Znikają nadzwyczajności. Człowiek łączy w sobie Martę i Marię. Żyje trzeźwym życiem nazaretańskim. Wie, że nic się mu nie należy, ale wszystko ma. Niczego nie pożąda, bo nic mu już nie jest potrzebne do szczęścia. Przechodzi od Jezusa, który jest pierwszy do Jezusa, który jest jedyny. Przeciętny układ ewangelizacyjny mówi: jak Jezus będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. I my się z tym zgadzamy, ale mówimy, że to jest początek, nie koniec. I że chcemy dać się doprowadzić do momentu, w którym On będzie jedyny. Niczego nie czynię już sam. W ogóle nie ma czegoś takiego, że ja czynię coś dla Boga, służę Bogu. To jest coś więcej: On żyje we mnie, a ja… nie żyję,… a żyję.

    W ciemnej nocy ducha zostaje mi jakby zabrane moje życie duchowe. Bo w piątym mieszkaniu mogę się chlubić paschalnością. Chlubić się, że mam życie duchowe. W ciemnej nocy ducha nie mam (w sensie: nie posiadam) własnego życia duchowego. To życie duchowe Jezusa we mnie posiadło  mnie całkowicie. Nic (hiszp. nada) nie mam, a jednocześnie posiadam wszystko (todo), ale na sposób czystego daru jako całkowicie ubogi, z pustymi rękami.

    Poza tym, na styku ciemnej nocy ducha i przeobrażającego zjednoczenia dokonują się duchowe zaślubiny duszy z Jezusem Oblubieńcem. W przypadku Teresy miały miejsce różne przejawy, różne znaki tego zaślubienia: złoty naszyjnik, pierścień z gwoździa Krzyża, przeszycie, zranienie serca, również tego fizycznego. Teresa usłyszała też pytanie: “Czy chcesz wiedzieć, co znaczy służyć Bogu?” I usłyszała odpowiedź na to pytanie: służyć Bogu to znaczy stać się jakby niewolnikiem, żeby Bóg mógł robić z Tobą, przez Ciebie, co tylko Mu się rzewnie podoba. Kto się na to zgodzi, okazuje się już nie przyjacielem Jezusa, ale oblubieńcem.

    Żeby to się dokonało, trzeba się zgodzić na przeprowadzenie przez ciemną noc ducha. Ale czy to opisywać…? Jak ktoś z czytelników chce, niech sobie poczyta… Byle nie za szybko… Niech poczyta o niej u św. Jana od Krzyża. Prawdopodobnie nie mamy w Kościele zachodnim nikogo, kto w ogóle odważyłby się ją opisywać.

    Wtedy wydaje się, że wszystko jest stracone. Człowiek dochodzi wtedy do różnych styków, beznadziei. Nie ma życia duchowego. Wszystko stracone. Ale coś wewnątrz mu podpowiada: “Nie, spokojnie, spokojnie, tu się bardzo dobre rzeczy dzieją. Bo ty byś chciał się opierać na tym, że masz życie duchowe: «Ja MAM, ja prowadzę głębokie życie duchowe. Bardzo ważne jest, żeby chrześcijanin, katolik, kapłan prowadził głębokie życie duchowe».” A nie o to chodzi. Jest coś więcej. Głębiej. Chodzi o to, żeby On żył w Tobie, a ty – obumarł i nie rządził już swoim życiem.

    Taka osoba może się swobodnie przechadzać między druga połową szóstego i siódmym mieszkaniem. Tam dominantą jest jeszcze głębsze obumarcie niż w piątym mieszkaniu. Jest prostota życia. Prawie zupełnie znikają nadzwyczajne udzielania się Boga. Jest proste życie nadprzyrodzone Jezusa we mnie. Jego życie rządzi moim życiem naturalnym. Jestem odkręcony od siebie. Nie należę do siebie. I wszystkie inne wspaniałości szóstego i siódmego mieszkania.

    Zachęcamy do szóstego mieszkania! (śmiech)

    Są osoby, które dały się tam poprowadzić. Np. babcia Hala z Berdyczowa, 92 lata. Przez jakie noce ciemne ona przeszła!

    Jeśli ktoś wcześniej nie miał doświadczeń miłości, to nawet do głowy mu nie przyjdzie, żeby tego pragnąć. Kojarzy mu się to z jakimś cierpiętnictwem, znęcaniem się Boga nad człowiekiem, krzywdzeniem ze strony Boga. A On chce dotrzeć do najgłębszej warstwy mojej negatywnej otchłani. Tam, gdzie jest tzw. gorzki korzeń grzechu. On chce wypalić ogniem swojej miłości, swojej krwi najgłębsze pokłady śmierci, grzechu we mnie po to, żebym stał się jednorodny, scalony do głębi. Taki stan następuje po ciemnej nocy ducha.
    Jak pan to chce spisać, to ja nie wiem, ale warto próbować… (śmiech)

    ***

    Polecane lektury:

    • Wilfrid Stinissen OCD, Wędrówka wewnętrzna. Śladem św. Teresy z Avili
    • Thomas Dubay SM, Ogień wewnętrzny. Św. Teresa z Ávila, św. Jan od Krzyża oraz Ewangelie o modlitwie
    • Tomás Álvarez OCD, Przewodnik do wnętrza Zamku
    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część ostatnia, 6-7). W którym miejscu jesteś Ty?

    św. Teresa z Avili

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Co to jest wiara?

    S. Małgorzata Borkowska: Co to jest wiara?

    s. dr Małgorzata Borkowska OSBKS/ fot. Maciej Świgoń/ Gość Niedzielny

    ***

    Boga nikt nigdy nie widział; jednorodzony Syn o Nim pouczył (J 1,18). A my, nie widząc sami, wierzymy Synowi. Modlitwa wyrasta z wiary, ale też nawzajem umacnia ją i podtrzymuje, kieruje, nadaje sens. Takie sprzężenie zwrotne.

    Nasza relacja z Bogiem opiera się na wierze, i jeszcze raz na wierze; toteż nie powinna zależeć od stanów uczuciowych, ale ma umieć każdy z nich wykorzystać do pogłębienia się i umocnienia. To takie oczywiste przecież. Czytamy, że przystępujący do Boga powinien uwierzyć, że On jest (Hbr 11,6) – i zaraz po tych słowach następuje cały rząd biblijnych przykładów wiary, która trwała i na co dzień, i w próbie; i sprawdzała się nie tylko w słowie, ale także w działaniu i cierpieniu. Streszczeniem takiej postawy są słowa o Mojżeszu: Wytrwał, jakby widział Niewidzialnego (Hbr 11,27); ważne jest tutaj to jakby. Bo nie widział, i nie wmawiał sobie, że widzi, ale trwał w wierności; bo wiara obchodzi się bez widzenia i nie należy jej z nim utożsamiać. Chodzi tu o wiarę działającą, kształtującą życie, czynną; i właśnie dlatego takie istotne jest, żebyśmy nie mylili wiary z naszymi własnymi zmiennymi przeżyciami, uczuciami, które mogą być jej otoczką. Ale nie muszą.

    Co to jest wiara? Postawa człowieka, który umysłem przyjmuje objawienie Boże, a wolą zgadza się na pełnienie jego wymagań. To jest nasza zgoda, zgoda umysłu i serca, na fakt i treść Objawienia Bożego; i ta zgoda, jeśli ma być coś warta, nie może zależeć od zmiennych nastrojów, od uczuć pobożnych (lub nie), od smutnych albo radosnych wydarzeń, od pogody na dworze. Koniecznie trzeba mieć na ten temat jasne pojęcie. Przecież Bóg, skoro istnieje, istnieje nie tylko wtedy, kiedy my gotowi jesteśmy Go zaakceptować, ale zawsze. Pamiętam, jak w czasach mojej młodości jakiś marksista głosił, że chrześcijaństwo w dawnych wiekach było „postępowe”, bo nowe i do czegoś się przydawało, ale teraz jest „wsteczne”, bo stare i już sobie umiemy radzić bez niego. I do głowy mu nie przyszło zapytać, czy jest prawdziwe; obiektywna prawda go nie obchodziła, a tylko prymitywne, pragmatyczne etykietki w rodzaju „postępowy” i „wsteczny”. Dzisiaj podobny problem mają ludzie, którzy uważają, że wiara jest czymś jakby z zewnątrz, jakimś wyczuwaniem istnienia Boga; może więc nawet darem Bożym, ale w każdym razie czymś, co można „mieć” i „czuć”, a potem „stracić”, choćby i przypadkiem; a nie jest naszą własną postawą, postawą której nikt i nic oprócz naszej własnej decyzji zmienić nie może. „Utrata wiary” jest w ich ujęciu mniej więcej takim niezawinionym nieszczęściem (jeśli to nieszczęście), jak utrata torebki, którą wyrwał mi złodziej: koniec, kropka, już jej nie mam, winny jest kto inny, na przykład (gdy chodzi o wiarę) ten czy tamten niedobry ksiądz, a ja sobie jakoś będę radzić bez. Czasem winne są po prostu okoliczności, w których niknie moje poprzednie „poczucie istnienia Boga”, więc trudno, koniec kropka, czego nie ma, tego nie ma, i nic na to nie poradzę. Nawet gdybym chciał – a pytanie, czy chcę. Może to właśnie teraz „już wiem”?
    Grecki sofista Protagoras, głosił, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy: tego, co jest, że to jest, a tego, czego nie ma, że tego nie ma”. To było tyle, co powiedzieć, że obiektywna prawda nie istnieje, że dla każdego to jest prawdą, co się mu wydaje; i już wielu innych starożytnych mędrców przeciw temu protestowało, bo gdyby Protagoras miał rację, to w żadnej sprawie, ważnej czy nieważnej, nic pewnego nie można by ani wiedzieć, ani nawet się domyślać. Otóż, jakkolwiek w sprawach mniejszej wagi nikt tego poglądu nie przyjmuje i nie twierdzi na przykład, że skoro z jego okna nie widać Ameryki, to ona nie istnieje – to w sprawie największej wagi aż roi się na świecie od protagorasiątek. Przeszła im „faza pobożna”, „stracili wiarę”, więc znaczy: Boga nie ma. A przedtem był? Może był, zresztą kto tam wie: ważne jest, że oni nie czują już ochoty, żeby był… obejdą się bez. Inaczej mówiąc, ta popularnie nazywana „utrata wiary” może, owszem, być zmarnowaniem daru Bożego, ale takie zmarnowanie jest możliwe tylko pod warunkiem, że się tego daru nie ceniło w rzeczywistości aż tak, jak myśleliśmy. Przynajmniej odkąd nam zaczęło blednąć to uczucie pobożności, które błędnie utożsamialiśmy z wiarą.

    A przecież to uczucie, chociaż od niego bardzo często zaczyna się nawrócenie i droga modlitwy, to jest właśnie wciąż tylko moje uczucie, a nie sam Bóg. Ogromną krzywdę robią ludziom nauczyciele, którzy uczą ich mylić wiarę z pobożnym uczuciem i jeszcze (wbrew doświadczeniu wszystkich świętych) gwarantują im to uczucie na zawsze – chyba żeby „stracili wiarę”. I kiedy uczucie mija, to już nie mają rady, znaczy: stracili, wypadek beznadziejny. A doświadczenie świętych mówi inaczej. Oni cenili ten dar, i właśnie dlatego potrafili nadal go w życiu stosować, chociaż go już – jak to się popularnie mówi – nie czuli. Patrzcie, jak wyglądały długie lata życia św. Wincentego a Paulo; albo ostatni rok życia św. Teresy z Lisieux. Moc wiary jest jak każda moc, musi się doskonalić w słabości, to jest wtedy, kiedy wierzącemu wydaje się, że żadnych podpór czy uzasadnień dla wiary już nie ma, a mimo to pozostaje wierny. Dlaczego pozostaje, dlaczego nie odchodzi, mówiąc „Mam dość” albo „Teraz już wiem, że to wszystko nieprawda”? Właśnie dlatego, że nauczył się, przez długie okresy nie-widzenia (zawsze jednak w końcu przemijające), że jego własne usposobienie jest zmienne i gotowe przeskakiwać z jednej sprzecznej krańcowości w drugą; i że jego zdolności poznawcze, nie pokierowane, nie gwarantują same z siebie poznania prawdy absolutnej. Czyli po prostu, że może się mylić. A sprawa jest zbyt ważna, żeby tu ryzykować pomyłki.

    A jeśli się tego długo uczył, to i może teraz wytrwać nawet w najciemniejszej „nocy wiary”. Jak św. Wincenty, nosi na sercu tekst Credo, żeby go palcem dotykać i przynajmniej tak wyznawać prawdę Bożą, której zdrętwiałe usta nie potrafią przepuścić. Jak św. Teresa, ofiaruje ten ból za ludzi niezdolnych uwierzyć. Ludziom, którzy z natury nie są szczególnie uczuciowi, a których nauczono, że wiara to uczucie, pozostaje już tylko rozpacz – ale też jakim szczęściem i wyzwoleniem jest zrozumieć, że się mylili! Pamiętam udrękę w głosie mojego ojca, który, jak tylu ludzi, myślał, że wiara polega na tym, żeby człowiek odczuwał istnienie Boga. „Córeczko, ja bym chciał uwierzyć, ale nic nie czuję…” – „Ależ, tato, ja także nic nie czuję!” Zdumienie. – „Nic?” – „Nic.” To wyzwoliło jego modlitwę i jego tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Odnalazł Boga, bo zrozumiał, że wiara nie jest odczuciem. List do Hebrajczyków przeciwstawia wiarę „widzeniu”: nie chodzi tu tylko o widzenie optyczne, ale o wszelkie naturalne postrzeganie czy doświadczenie, odczuwalne dla naszych zmysłów.

    Co wobec tego powiedzieć o takich kaznodziejskich sformułowaniach, jak że święci „czasem nawet przez długi czas byli pozbawieni doświadczenia obecności Bożej” – co sugeruje, że normalnie, poza tymi okresami próby, jednak takie doświadczenie stale mieli? Przyjmijmy, że niektórzy ludzie coś takiego odczuwają, ale większość chyba nie; i przyznam się wam, że sama nie potrafię sobie nawet takiego doświadczenia wyobrazić. Jeśli chcecie coś o nim wiedzieć, pytajcie innych nauczycieli; ja mogę wam tylko powiedzieć, że czymkolwiek by takie odczucie było, nie jest na pewno koniecznym warunkiem do służenia Bogu i miłowania Go. Można służyć Bogu i modlić się, i wierzyć także bez tego. Droga samej wiary nie jest na pewno niczym gorszym od drogi wiary wspieranej odczuwalną pewnością, ani nie jest mniejszym darem Bożym.

    A jak z kolei modlitwa wpływa na wiarę? Ćwiczy ją praktycznie i dopracowuje myślowo. A jest tego pilna potrzeba, bo możemy utopić naszą uwagę w realiach życia. Jest w Księdze Syracha (Syr 38,24–34) barwny passus o trudności pogodzenia mądrościowej refleksji z pracą zawodową:

    Uczony w Piśmie zdobywa mądrość w czasie wolnym od zajęć, i kto ma mniej działania, ten stanie się mądry. Jakże może poświęcić się mądrości ten, kto trzyma pług, […] kto woły pogania i całkowicie zajęty jest ich pracą, a rozmawia tylko o cielętach? […] Serce przykładać będzie do tego, by wyorywać bruzdy, a w czasie nocy bezsennej myśli o paszy dla jałówek. […] Tak garncarz, siedzący przy swej pracy i obracający nogami koło, stale jest pochłonięty troską o swoje dzieło; […] Rękami swymi kształtuje glinę, a nogami pokonuje jej opór, stara się pilnie, aby wykończyć polewę, a po nocach nie śpi, by piec wyczyścić.

    A więc, zdaniem Syracha, tylko człowiek dysponujący wolnym czasem i wolnym od trosk zawodowych umysłem może się poświęcić szukaniu mądrości. A to by znaczyło, tylko ktoś, kto ma dochody i nie musi pracować na życie… i to jest dziwne u autora, w którego epoce właśnie najsławniejsi uczeni w Piśmie – jak Hillel – żyli z rzemiosła, i właśnie znad swojego warsztatu potrafili kierować nieustanną myśl ku Prawu Bożemu. Taki ideał podjęli nieco później Ojcowie Pustyni, którzy cały dzień spędzali na pracy zarobkowej, ale z tej pracy potrafili robić nieustającą modlitwę. A my dziedziczymy po nich warunki życia i pojęcia myślowe, płynące z wiary. Nie, Syrach nie miał racji: do życia modlitwy powołani jesteśmy wszyscy, niezależnie od stanu i zawodu; i na tym polega cała nauka, żeby ten swój realny stan i zawód umieć wykorzystać jako punkt startu modlitwy, a nie zaprzepaścić, uznając go za przeszkodę i nic więcej. Oczywiście pozostaje prawdą, co już nieraz powiedzieliśmy, że z takiego wykorzystania nic nie wyjdzie, jeśli człowiek nie umie albo nie widzi potrzeby znaleźć mimo wszystko w swoim życiu także czas poświęcony wyłącznie modlitwie. Wtedy rzeczywiście zatonie z głową w problemach cieląt.

    Praca umysłu nad stałą relacją z Bogiem, utrzymywaną w trakcie różnych zajęć, a po jakimś czasie nawet już poprzez te zajęcia, jest niewątpliwie pracą i nauką zarazem – toteż wymaga praktyki, żeby się wydoskonalić. Bóg daje nam do tego tyle pomocy, ile w danym czasie uważa za stosowne, ale oczekuje od nas dobrej woli i wysiłku. Ślicznie to powiedziane w psalmie 32: Nie bądź jak koń i muł bez rozumu, jak zwierzęta, którym nic się nie da wytłumaczyć i trzeba na nie działać siłą, ciągnąć je uzdą za pyski, żeby podeszły. Nie bądź bierny. Jasne, że sam niczego nie osiągniesz, ale to cię nie zwalnia ze świadomego dążenia. Nawet w codziennym życiu praktycznym: takich czynności, jak przyszywanie guzików czy pieczenie ciasta trzeba się uczyć przez częste powtarzanie; i pierwszym próbom nawet przy najlepszej woli daleko bywa do precyzji osiąganej przez wprawną szwaczkę czy kucharkę. Temu samemu prawu rozwoju przez praktykę podlega nasze życie umysłowe i duchowe. Im częstsze są chwile świadomej relacji z Bogiem, w jakikolwiek sposób praktykowanej, tym prostsza robi się droga wierności, praktyka wiary. Tym ważniejsze też robi się dla nas pojmowanie tego, co się ludzkim umysłem da pojąć z prawd objawionych. Jeśli Jezus jest naszą wybraną radością, to oczywiste, że chcemy Go rozumieć coraz głębiej. Także znad paszy dla jałówek i znad polewy do garnków może płynąć jeden wielki hymn uwielbienia.

    Krótko mówiąc, gdzie jest nasz rozpoznany skarb, tam jest i nasze serce (por. Mt 6,21), i to w każdej sytuacji; ale też to serce uczy się, w miarę praktyki, coraz lepiej skarb rozpoznawać i coraz pełniej go wybierać.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”. Tytuł od redakcji Gościa Niedzielnego)

    Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora “honoris causa”. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Warunki modlitwy. Przebaczenie

    ***

    Jeżeli chcemy modlić się czystym sercem, trzeba się pogodzić raz na zawsze z tym, że powinniśmy być ekspertami od przebaczania.

    Czas przejść do warunków modlitwy, i tutaj narzucałby się jako pierwszy temat wiary – ale Chrystus Pan widzi warunek jeszcze pilniejszy, i o nim to mówi, używając słowa: Najpierw. Kiedy chcesz złożyć Bogu ofiarę, uczy, najpierw idź i pojednaj się z bratem (Mt 5,24); kiedy stajecie do modlitwy, najpierw przebaczcie (Mk 11,25). Przeproszenie i przebaczenie: pojednanie z ludźmi. Nasi pierwsi Ojcowie rozumieli to doskonale i starali się tak działać i tak nauczać; sformułował to Ewagriusz, którego nauki przypisano potem abba Nilowi:

    Powiedział abba Nil: „Cokolwiek z zemsty uczynisz bratu, który cię skrzywdził, to wszystko stanie się dla ciebie przeszkodą w czasie modlitwy”. Powiedział także: „Modlitwa jest dzieckiem łagodności i opanowania”… Powiedział także: „Sprzedaj to, co posiadasz, i rozdaj ubogim (Mt 19,21), a wziąwszy swój krzyż, zaprzyj się samego siebie, abyś mógł się modlić bez przeszkody”. Powiedział także: „Cokolwiek zniesiesz cierpliwie jako mądry, to ci przyniesie owoc w czasie modlitwy”. Powiedział także: „Jeśli chcesz modlić się jak należy, nie chowaj w duszy smutku: inaczej biegniesz na próżno”.

    Dlaczego to wszystko, co jest potrzebne do przebaczenia i pojednania między ludźmi – cierpliwość, łagodność, opanowanie – jest jednocześnie podstawą relacji z Bogiem? Dlatego, że szukamy tej relacji nie z pozycji równych, ani tym bardziej takich, którzy robią łaskę Bogu, ale z pozycji faktycznych już wobec Niego winowajców. A w takim razie najpierw pragniemy uzyskać przebaczenie, żeby istniejący nadal konflikt nie ciążył nad dalszą relacją. A Bóg gotów nam przebaczyć, ale właśnie stawia warunek: że najpierw my przebaczymy i przeprosimy siebie nawzajem. I tak, chcąc mówić o kontakcie z Nim, musimy najpierw mówić o relacjach międzyludzkich. Nie takie to dziwne, skoro On sam bardzo wyraźnie powiedział, że cokolwiek, dobrego czy złego, zrobiliśmy bliźnim, On to uzna za zrobione sobie (por. Mt 25,40.45). A św. Jan wyjaśnia, że skoro Bóg jest niewidzialny, to jedyną adekwatną miarą wartości naszych intencji wobec Niego musi być nasz stosunek do Jego widzialnych dzieci, nam podobnych (por. 1 J 4,20).

    Otóż historia tego problemu, problemu miłości bliźniego, jest w dziejach ludzkości długa. Już w pierwotnej hordzie oczywista była lojalność wobec „swoich”, ale i wrogość wobec „obcych”. I to trwało przez tysiąclecia, zmieniało się tylko rozumienie słowa „swój”: nie było ono całkiem jasne nawet dla tych, którzy już przyjęli z Bożego objawienia nakaz miłowania bliźniego jak siebie samego (Kpł 19,18). A któż jest moim bliźnim? – pytał jeszcze Chrystusa jakiś uczony w Piśmie (Łk 10,29). Odpowiedź Chrystusa jest: Każdy człowiek. I to do dzisiaj jest dla całej ludzkości, lekko mówiąc, trudne. Bo nawet tam, gdzie nie działa już mentalność hordy, działa przynajmniej nadal nasze samolubstwo, które sprawia, że nawet kiedy teoretycznie uznajemy równość praw dla wszystkich ludzi, w praktyce staramy się pilnować, żeby ta równość w niczym nie zaszkodziła naszym interesom. A te interesy umiemy dokładnie wymierzyć! Od – do, odtąd moje, a dotąd twoje, i precyzyjna granica, wykreślona na styk, żeby było, prawda, po równo. Ale w realnym życiu nic nie da się mierzyć na styk. Jeśli ktoś na przykład chce przyjść na Mszę tak, żeby trafić precyzyjnie na chwilę dzwonka przy zakrystii, to się najczęściej spóźnia. Jeśli ktoś, jak Rzędzian w Trylogii, wyznaje zasadę, że cudzego nie chce, ale swojego nie daruje – to tym samym mianuje sam siebie sędzią orzekającym o tym, gdzie jest granica między cudzym a swoim; i praktycznie najczęściej w tej wielkiej trosce o równość i sprawiedliwość zagarnia spory brzeg cudzego.

    Inny dobry przykład to łakomy skrupulat, smarujący sobie chleb dżemem. Stoi przed wielkim problemem, bo z jednej strony grozi mu, że nabierze za dużo, a to byłby grzech, którego on na swoje sumienie nie weźmie; a z drugiej, że nabierze za mało; a to byłaby krzywda, z którą on się nigdy nie pogodzi. Jak znaleźć, co do miligrama, tę słuszną ilość? Tę granicę, ten styk? Więc nabiera po odrobince, rozsmarowuje pracowicie, tu jeszcze masło prześwituje… a tu już może za gruba pecyna? Tymczasem rodzina siedzi dookoła i czeka, kiedy on wreszcie zwolni ten słoiczek; a on i tak nigdy nie będzie miał absolutnej pewności, że słusznie wymierzył. I nie ma na jego chorobę lekarstwa, poza jednym: gdyby się pogodził z możliwością nabrania sobie trochę za mało.

    Otóż tak samo jest właśnie w dziedzinie relacji międzyludzkich. Ani sam nie znajdzie pokoju, ani innym go nie da, ktoś, kto nie przyzna bliźniemu w sercu miejsca uprzywilejowanego. Kto nie wpuści go na swoją działkę, na swój – przynajmniej – margines. W sprawie przebaczenia to jest absolutna konieczność. Musimy zrozumieć, że wymierzanie cudzych i swoich win precyzyjnie na styk jest niewykonalne, a choćby było wykonalne, nie prowadzi do miłości, ale do pieniactwa; i że trzeba zamiast tego przyznać bliźnim przed sobą miejsce pierwsze. Uprzywilejowane. Realnie, na co dzień, od drobiazgów zaczynając. A jeśli się dobrze przyjrzeć Pismu świętemu, to taka jest właśnie treść Prawa i Proroków; a już zwłaszcza Ewangelii. Po prostu dlatego, że to jest pierwsza faza miłości, której mamy się uczyć. Przecież Pan, chociaż pochwalił przepis jak siebie samego, posunął swoje przykazanie o wiele dalej, niż ta zalecana w Księdze Kapłańskiej równość praw; nie powiedział tylko, że mamy miłować innych jak siebie, ale – Jak Ja was umiłowałem (J 13,34; 15,12) – usankcjonował więc, a nawet nakazał tę preferencję przyznawaną bliźniemu. Zrobił z niej znak rozpoznawczy swoich uczniów…

    Ech, ten znak rozpoznawczy. Zmiłuj się, Panie, nad nami, bo do tego ostatecznego ideału jest nam wciąż jeszcze bardzo daleko i trudno by było rozpoznać w nas Twoich uczniów; ale przynajmniej pierwszy krok został postawiony, jeżeli potrafimy zidentyfikować w swoim życiu te sytuacje, które są okazjami do zastosowania tej zasady – albo do wykroczenia przeciw niej. Czyli albo do przebaczenia – albo do upierania się przy swoim „prawie”. W praktyce widać, że największą przeszkodą jest w tym dla nas nie tyle obiektywny ciężar cudzej winy, ile nasza emocjonalna na nią reakcja. To dotyczy zwłaszcza tych najczęstszych, drobnych, ale powtarzających się wykroczeń naszych winowajców, na które już się przyzwyczailiśmy reagować złością, oburzeniem, krytyką. Żeby tu zrobić choć krok naprzód, trzeba przede wszystkim znać siebie na tyle, żeby zrozumieć, że co innego ja, a co innego moje emocje. Emocje mogą być zupełnie niewspółmierne do winy i do naszej ewentualnej krzywdy, ale choćby i były współmierne, to dopóki ich nie odróżnimy od siebie i pozwalamy im reagować za nas, nie mamy najmniejszych szans na wypełnienie nawet przykazania miłości jak siebie samego; cóż dopiero jak Ja was umiłowałem.

    W warunkach życia monastycznego, życia we wspólnocie, trzeba się uczyć wykorzystywać okazje do rezygnacji z upierania się przy swoim. To bywają okazje bardzo drobne, ale od takich trzeba zaczynać, jeśli w ogóle chcemy zrobić jakikolwiek krok do przodu. Nikt nie twierdzi, że to łatwe albo przyjemne, ale na pewno konieczne. I każdą taką okazję, jak zresztą w życiu wszystko, można albo wykorzystać, albo zmarnować.

    Winy jednego człowieka wobec drugiego bywają bardzo różnej wielkości. Dzisiaj psychologia rozpracowuje bardzo starannie tak zwane traumy czyli rany, odniesione jeszcze przez psychikę dziecka i deformujące potem jego zachowanie. Także traumy, odniesione w późniejszych latach, w różnych sytuacjach, w tym i w źle prowadzonych zgromadzeniach zakonnych. I słusznie, że się pracuje nad ich wykryciem i nazwaniem po imieniu, to pomaga do zdrowia psychicznego; tylko że relacja z Bogiem to coś jeszcze o wiele więcej niż zdrowie psychiczne. Tu wszystko zależy nie od tego, co mamy czy co sobą reprezentujemy, ani co nas boli, tylko od tego, co z tym zrobimy. Wszystko: dary czy traumy, zdolności czy trudności, może stać się albo pułapką, albo właśnie odskocznią, trampoliną, zależnie od tego, jak to wykorzystamy. A wykorzystamy tym lepiej, im mniej będziemy się zajmować swoim zranieniem i swoimi płynącymi z niego prawami, a więcej – Bogiem i Jego wolą dla nas, Jego upodobaniem. Nasze traumy mogą być oczywiście przez nas nie zawinione, ale czy musimy z nimi współpracować ku własnemu wykrzywieniu? Choć to może i nie nasza wina, że „jesteśmy tacy”, ale nieistotne jest, czyja wina; istotne jest pytanie: czy to musi trwać?

    Oprócz win dawnych, a nadal działających, jeśli albo jakoś utkwiły w naszej psychice, albo sami je niepotrzebnie wspominamy – są i winy bieżące, codzienne, najczęściej bardzo drobne; chociaż i to prawda, że potrafimy je z jednej strony wyolbrzymiać, a z drugiej narzekać, że właśnie im drobniejsze a częstsze, tym bardziej dokuczliwe. Bywa nawet, że ktoś, z większym uczuciem niż szacunkiem powiada: „Panie Jezu, sam byś się wściekł!” – i myśli, że Bóg do niego nie może mieć pretensji o gniewną reakcję. Sam przecież powiedział: Jeśli zgrzeszy twój brat, upomnij go (Mt 18,15) – a czymże była nasza reakcja, jeśli nie właśnie braterskim upomnieniem? Cała bieda w tym, że powiedziane jest „jeśli zgrzeszy”, a nie „ilekroć cię zdenerwuje”. I powiedziano „upomnij”, a nie „warknij, zbesztaj, nakrzycz”.

    Jeżeli chcemy modlić się czystym sercem, trzeba się pogodzić raz na zawsze z tym, że powinniśmy być ekspertami od przebaczania. A w takim razie także od ustępowania. Nie zawsze i nie w każdej sprawie, ale właśnie o to chodzi, żeby wyćwiczyć i wymodlić sobie, jak Salomon, serce mądre (1 Krn 3,12), zdolne do rozsądzania, kiedy z jakiejś przyczyny ustąpić nie można; a poza takimi wypadkami umieć wykorzystać także i to jako okazję do ćwiczenia się w tej podstawowej fazie miłości bliźniego. Wykorzystać; i ani nie naśladować zła, ani go bliźniego nie osądzać. To bywa trudne, ale jest konieczne; w ostrych konfliktach, kiedy uczucia człowiekiem miotają, może być bardzo trudne; ale zawsze można, nawet kiedy się jeszcze nie zdołało uspokoić swoich nerwów, prosić Pana, żeby naszym bliźnim nie policzył win wobec nas popełnionych. Ojcze, Ty im przebacz, chociaż ja jeszcze nie potrafię! To jest układ z Panem; a On pomoże nam tym bardziej w wewnętrznym wyzwoleniu i uspokojeniu. I w ogóle zawsze dobrze jest modlić się, żeby Bóg nikomu nie policzył tego, czym nam zawinili.

    A bywają i winy urojone. Znałam kiedyś staruszkę, bardzo już mało kontaktującą z rzeczywistością, która twierdziła, że sąsiadka złodziejka wciąż wdziera się do niej nocą przez okno (na piętrze, a w dodatku ta sąsiadka była takiej cyrkumferencji, że przez to okienko w ogóle by nie przeszła). Staruszka grzmiała: Ja jej tego nigdy nie przebaczę! Mówię jej: Będzie siostra musiała przebaczyć na łożu śmierci. – I wtedy nie przebaczę! – Nie przejęłam się tym, bo to nie ta biedaczka mówiła, tylko mówiła przez nią demencja; tylko że demencja to rzecz indywidualna, każdy kamienieje po swojemu; więc jeśli ona skamieniała w takiej właśnie zaciętości, to widocznie i przedtem miewała problemy z przebaczaniem. Takie rzeczy na starość najlepiej się ujawniają. Uczmy się walczyć ze swoją trudnością przebaczania, żebyśmy nie zastygły na starość w tak niedopracowanej postawie. Mamy do tego w Domu Bożym, domu modlitwy, domu spotkania – zupełnie dość środków, zachęt i pomocy.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”) Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni

    S. Borkowska: Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni

    fot. Mihai Surdu / unsplash.com

    ***

    Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni i w ogóle o niej nie wspominajmy. To może być trudne, bo ludzie na ogół gotowi są mówić: “Przepraszam za swoje słowa, ale…” – i w końcu tylko powtarzają to, za co niby to przyszli przeprosić – pisze s. Małgorzata Borkowska OSB w książce “Uwagi o modlitwie”.

    Była już mowa o tym, że pierwszym warunkiem modlitwy jest przebaczenie swoim winowajcom. Teraz czas omówić taką sytuację, kiedy to my zawiniliśmy i sumienie mówi nam o tym; przypomina, że Chrystus chce pojednania najpierw, a kultu dopiero potem: zostaw dar przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem (Mt 5,24).

    Wiemy z doświadczenia, że bardzo trudno jest modlić się, kiedy coś nam leży na sumieniu. Chcielibyśmy to zamknąć do ciemnej komórki, odłożyć na potem – a nie da się. I bardzo dobrze, jeśli się nie da, bo to znaczy, że nasze sumienie działa i nawet jeśli nam jego głos zawadza, nie skutkują próby wyłączenia go. Najlepiej, nie tracąc czasu na te próby, wysłuchać go od razu, przyznać mu rację – i jeśli bliźni, którego ten głos dotyczył, jest chwilowo poza naszym zasięgiem, przynajmniej podjąć szczere postanowienie pojednania. Dopiero wtedy nasza modlitwa ma którędy popłynąć. Inaczej byłaby po prostu samoułudą.

    Nazwać winę po imieniu

    Łatwo się mówi, ale w praktyce, jeśli przyszliśmy, na przykład, na półgodzinne rozmyślanie i musimy je zacząć od tańca ze swoim sumieniem, może się okazać, że nam taki taniec zabierze większą część tego czasu. Ale choćby to i trwało długo, dobrze, niech trwa; lepsze będzie te kilka ostatnich minut poświęcone modlitwie czystej i pokornej, niż całe pół godziny, przepisowo długie, ale skażone. Nazwać po imieniu swoją winę – to już i w Raju było trudne; i tak, jak tam Adam zrzucał winę na Ewę (i na Boga przy okazji), a Ewa na węża (Rdz 3,12–13) – tak i my teraz wijemy się wśród uczuciowych pół-argumentów i ćwierć-pewników, byle tylko swój udział w winie pomniejszyć i usprawiedliwić, a cudzy rozdąć do rozmiaru możliwie blisko stu procent. Mamy już w tym niejaką wprawę, ale ponieważ pomimo tej wprawy nie zdołaliśmy dotąd na szczęście zredukować sumienia do roli swojego urzędowego potakiwacza, ono nadal protestuje; a Bóg, oczywiście, nigdy roli potakiwacza nie przyjmie. Zanadto nas kocha i zanadto poważnie traktuje naszą chęć modlitwy, żeby na takie jej skażenie pozwolić.

    Jak mówię, to może w konkretnym przypadku zabrać trochę czasu, ale jest konieczne. Po pierwsze, takie dążenie do stanięcia przed Bogiem w prawdzie jest także modlitwą, choćby nie akurat tym jej rodzajem, na który właśnie przyszliśmy. Walczymy ze sobą, wzywając pomocy Bożej: a więc pozostajemy z Bogiem w modlitewnym kontakcie, i to bardzo żywym! Po drugie, jak tutaj wciąż podkreślamy, modlitwa jest relacją, a nie tylko pojedynczą czynnością; a nasza relacja z Bogiem powinna obejmować całe nasze życie, a już zwłaszcza stosunek do bliźnich, których nam dano jako widzialnych przedstawicieli Niewidzialnego, żebyśmy mogli okazać Mu miłość. I dlatego, jak uczą już Ojcowie Pustyni (jest o tym śliczny passus u św. Doroteusza), musimy wbić sobie w serce ten pewnik, że w każdej międzyludzkiej sprawie są dwa składniki: sama treść tej sprawy i relacja między załatwiającymi ją ludźmi. I ten drugi jest od pierwszego ważniejszy, bo ważniejsze są decyzje moralne od działań czysto fizycznych. Doroteusz ustawia proporcje między nimi bardzo ostro: wedle niego relacje międzyludzkie to siedem ósmych sprawy, a sama jej treść – tylko jedna ósma. Proporcja jak jeden do siedmiu? Tak: aż tak bardzo ważniejszy jest brat niż działalność, miłość niż racja, życzliwość niż „sprawa”, ktoś niż coś. „Sprawa” nie jest człowiekiem, tylko czymś bezosobowym; i historia zna mnóstwo przypadków, że ludzie „dla dobra sprawy”, „dla idei”, stawali się nawet katami innych ludzi.

    Nakaz moralny ma pierwszeństwo przed tak zwanym “dobrem sprawy”

    Doroteusz powiada nawet, że gdyby coś nakazał któremuś z mnichów, a ten by stwierdził, że przez wykonanie musiałby zranić sumienie jakiegoś brata, czyli zrobić mu przykrość, to tym samym rozkaz jest anulowany. Dodaje z wyraźnym uśmiechem, że nie jest to zachęta, żeby bracia przestali spełniać polecenia, tłumacząc się za każdym razem obawą przed zranieniem brata; ale ma do nich zaufanie, że będą umieli zgodnie z sumieniem dokonać osądu sprawy i w razie konieczności postawią dobro brata nawet przed posłuszeństwem. Prawdę mówiąc, nakaz ten, chociaż brzmi dość dramatycznie, jest jak najbardziej zgodny z nauką Kościoła o posłuszeństwie, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że nakaz moralny ma pierwszeństwo przed tak zwanym „dobrem sprawy”. I teraz my powinniśmy to zastosować do tych wszystkich naszych międzyludzkich problemów i problemików, które mogą stanąć między nami a naszą modlitwą.

    Poprzednio już była mowa, że nie może nauczyć się kochać, kto dąży tylko do równości, a nie przyzna bliźniemu miejsca uprzywilejowanego. Więc i naszemu winowajcy powinniśmy starać się przyznać takie miejsce przed sobą i przed swoim interesem. (Kochaj aż do bólu, powiedział mi kiedyś pewien doradca duchowy.) To bardzo trudne, ale dopóki tego przynajmniej nie zapragnęliśmy, lepiej nie deklarujmy miłości do Boga. A jeżeli zapragnęliśmy, jeżeli chcemy się tego nauczyć, to zgódźmy się z tym, że proces tej nauki potrwa długo – chociaż już od samego jej początku odzyskujemy możność, nazwijmy to nawet: prawo, patrzenia Bogu w oczy. Proces potrwa więc długo, ale będzie się toczył, a na sam początek przyda się nam parę konkretnych rad.

    Po pierwsze, trzeba pamiętać, że najlepiej widzimy te wady bliźnich, które są podobne do naszych, a mówiąc prościej: które dla naszych własnych stanowią konkurencję. Więc w tym, co u kogoś widzimy, możemy się przejrzeć jak w lustrze: jeśli na przykład tak bardzo mi przeszkadza, że ktoś wciąż musi mieć rację, to mogę być pewna, że to mnie oburza jako konkurentkę po prostu: bo każdy powinien przyznawać rację mnie! Trzeba o tym pamiętać; i rachunek sumienia będzie wtedy szczerszy, i wyrozumiałość dla bliźniego większa.

    Po drugie, są pewne konkretne sytuacje, co do których wiadomo, że wywołują u nas reakcję złości. Doświadczyliśmy już tego nieraz, że jeśli na przykład trzecia czy czwarta osoba przynosi nam wiadomość albo komunikat o czymś, o czym już wiemy, nieraz trudno nam nie odpowiedzieć warknięciem. To oczywiście zupełnie irracjonalne i bardzo głupie, bo ten ktoś działa z dobrego serca, i skąd może wiedzieć, że już kilku innych zrobiło to samo? I niby dlaczego nam się to wydaje obrazą, skoro na pewno lepiej jest o czymś potrzebnym dowiedzieć się o dwa razy za dużo niż o raz za mało? Ten i inne częste powody swoich złości już znamy i z góry możemy wypowiedzieć im walkę. Obmyślić poprawną reakcję i w niej się ćwiczyć. To nam daje jeszcze jeden dodatkowy temat kontaktu z Bogiem, a więc jest także szkołą modlitwy, a nie tylko jakiegoś samo-doskonalenia się.

    Bóg kocha mojego winowajcę

    Po trzecie, dobrze jest ćwiczyć się w pamięci o tym, jak bardzo Bóg kocha mojego winowajcę. Wiem, że trzeba się za niego modlić; ale muszę bardzo uważać, żeby to nie była modlitwa z wysokości mojej rzekomej cnoty za jakiegoś biednego głuptasa. Najlepiej więc modlić się przez niego: prosić przez tę miłość, jaką Bóg ma dla niego i przez jego zasługi. Bo to wszystko jest rzeczywiste, chociaż my tego nie widzimy, i prawdę mówiąc, nie mamy ochoty widzieć. „Panie, udziel mi tej łaski przez zasługi mojego winowajcy i przez miłość, jaką masz dla niego!”. Wtedy i modlitwa jest milsza Bogu, i my zaczynamy mieć jakieś przebłyski tego, jak Bóg patrzy na tego człowieka. Może nawet nauczymy się w końcu kochać go dla Boga, a nie z ludzkiej sympatii? I powie ktoś: – Ale przecież konflikty, te drobne, codzienne, tak się kumulujące, spadają na ogół nagle, i nie ma czasu na przypomnienie sobie tego wszystkiego! – Nie szkodzi. W miarę zadomawiania się tych myśli w nas będą one zjawiać się coraz bardziej w porę, a w końcu mogą się stać naszym szczerym (i słusznym) przekonaniem.

    Po czwarte: jeśliśmy komuś czegoś odmówili, choćby w myśli, to po dokonaniu rachunku sumienia dać dwa razy tyle. Znowu, nie dla wyhodowania w sobie poczucia moralnej wyższości, ale dla własnej nauki i dla zadośćuczynienia Panu. Usłużyć w czymś temu, kto nas denerwuje; pamiętając zawsze, że jakim sądem sądzimy, takim i nas mają sądzić (Mt 7,2). I pamiętając, że to jest ważniejsze od sprawy, o którą powstał ewentualny spór; wg św. Doroteusza, w proporcji siedem do jednego…

    A to wszystko powinno się dziać spokojnie i po prostu, bez dopatrywania się w tym jakiegoś wielkiego wyczynu. Przecież jesteśmy słudzy nieużyteczni, potrafimy co najwyżej spełnić swój obowiązek (Łk 17,10). I przy tej okazji możemy się przekonać, jak słusznie pisze św. Jan, że jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga (1 J 3, 21); mamy tę swobodę przystępu i spojrzenia w oczy, która jest cenniejsza nad wszystko. Ale także i to: że jeśli serce nas oskarża, to Bóg jest mocniejszy, wie wszystko i może nas doprowadzić do zrozumienia, do skruchy, do nawrócenia… Bo ostatecznie przecież zwycięstwo nie należy do naszych kulawych cnót, tylko do Tego, który nas poucza i prowadzi. I najważniejsze: przypominajmy sobie przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej, że Chrystus jest wprawdzie Sędzią żywych i umarłych, ale jest także patronem osądzonych. I że bardzo wyraźnie ostrzegał nas: nie sądźcie!

    Zła trzeba nienawidzić, ale w sobie

    I co jeszcze powiedział: Nie stawiajcie oporu złemu (Mt 5,40). Ojcowie Pustyni, komentując to, mówią, że zła trzeba nienawidzić, ale w sobie. I to właśnie jest rola sumienia i modlitwa sumienia: wykryć w sobie zło, wydać na nie wyrok i prosić Pana o pomoc w walce. Działalność sumienia to także modlitwa, i to taka, bez której żadna inna modlitwa nie byłaby całkiem szczera.

    I jeszcze jedna ważna wskazówka praktyczna. Jeżeli idziemy kogoś przeprosić, to chodzi nam o uzdrowienie relacji międzyludzkiej, o to Doroteuszowe siedem ósmych. A nie o „sprawę”, nie o kolejną próbę uzasadnienia swojej racji. Trzeba się na tamtym skupić, a o tym – jako o mniej ważnym – zapomnieć. Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni i w ogóle o niej nie wspominajmy. To może być trudne, bo ludzie na ogół gotowi są mówić: „Przepraszam za swoje słowa, ale…” – i w końcu tylko powtarzają to, za co niby to przyszli przeprosić. To nie jest ani autentyczne, ani skuteczne. W myśli naszego „przeciwnika” i tak pozostanie pamięć, że na tę sprawę można mieć różne spojrzenie. Niech ta pamięć lepiej działa cicho i doprowadzi kiedyś do lepszego zrozumienia bez dalszej naszej, wielce niezgrabnej, pomocy. Do nas należy przede wszystkim uzdrowić relację, a nie nauczać.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment pochodzi z książki „Uwagi o modlitwie”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak czytać Pismo Święte?

    Te wskazówki mogą okazać się bardzo pomocne

    Jak czytać Pismo Święte? Te wskazówki mogą okazać się bardzo pomocne

    fot. Rod Long / Unsplash

    ***

    Istnieje prosty sposób studiowania Biblii, dostępny dla każdego. Nie potrzeba do niego żadnych materiałów pomocniczych. Polecam go wszystkim, którzy chcą się zaznajomić z Pismem Świętym.

    Biblia jest duchowym skarbem niewyczerpanej mądrości. Bóg przemówił i przemawia przez nią do ludzkości. Mówi nam ona o Jezusie Chrystusie. Gdy ją rozważamy, łączymy się duchowo z chrześcijanami wszystkich stuleci. Każda strona Biblii jest uświęcona modlitwą niezliczonych pokoleń. Dlatego jest ona również nieoceniona w nawiązywaniu kontaktu z Bogiem. Jak można ją rozważać?

    Biblię można brać do ręki z trojakim zamiarem: aby czytać, studiować i rozważać. Gdy chcemy ją czytać, sięgamy po Ewangelię, list św. Pawła czy dowolny tekst ze Starego lub Nowego Testamentu. Czytamy go nieprzerwanie, jak powieść, tylko trochę wolniej.

    Studiowanie wnika głębiej i prowadzi do większego zrozumienia. Odwołuje się do wyników badań językoznawczych, archeologicznych i egzegetycznych. Badamy tło kulturalne, analizujemy intencje i styl autora. Objaśniamy tekst za pomocą innych miejsc, które albo przedstawiają podobne zagadnienie, albo ten sam temat ujęty z innego punktu widzenia. Dlatego w trakcie naukowych badań korzysta się z czasopism, książek i słowników.

    Istnieje też prostszy sposób studiowania Biblii, dostępny dla każdego. Nie potrzeba do niego żadnych materiałów pomocniczych. Polecam go wszystkim, którzy chcą się zaznajomić z Pismem Świętym. Polega on na badaniu i porównywaniu miejsc jednakowych tematycznie. Oczywiście, trzeba uprzednio znać Biblię przynajmniej we fragmentach.

    Nie przedstawia nam ona usystematyzowanej dogmatyki. Jest jak liturgia, kierująca nieustannie uwagę na tajemnicę chrześcijańskiej wiary, ukazując ją na różne sposoby. Dlatego pouczające jest porównywanie jednego miejsca z innym, ponieważ uzupełnia i objaśnia ono poprzedni tekst. Ta metoda pogłębia nasze rozumienie Pisma Świętego. Ustępy poruszające ten sam temat nazywa się tekstami paralelnymi.

    W prawie wszystkich wydaniach Biblii umieszcza się uwagi na marginesie albo przypisy, które wskazują na miejsca paralelne. Odszukanie i porównanie tych miejsc jest bardzo pomocne, gdy chcemy lepiej poznać  Biblię. W liście św. Pawła spotykamy się np. ze słowem “łaska”. Zauważamy od razu, że pojęcie to jest bardzo ważne dla autora, ale nie wiemy dokładnie, co przez nie rozumie. Dlatego szukamy tego słowa w przypisach lub w słowniku. Znajdujemy wyczerpujące objaśnienia i szereg interesujących fragmentów dotyczących tego pojęcia. Dzięki ich porównaniu lepiej rozumiemy tekst; wyjaśnia się przesłanie Biblii i bardziej przybliża jej świat. “Kto nie zna Biblii – mówi św. Hieronim – nie zna też Jezusa Chrystusa”.

    Ale ten rodzaj studiowania nie jest konieczny przy rozważaniu Biblii. Studiowanie nie jest rozważaniem; zachodzi między nimi istotna różnica. Poświęcając się badaniom, chcemy tylko coś zrozumieć, przez rozważanie natomiast próbujemy ponad rozumieniem pozwolić, by przesłanie Pisma Świętego oddziaływało na nas i zmieniało nasze postawy. W trakcie studiowania posługujemy się rozumem, przy rozważaniu aktywna staje się wola.

    Studiowanie analizuje obiektywne przesłanie Biblii, a rozważanie dotyka nas osobiście i pokazuje duchową drogę naszego życia. Studia pomagają w poszerzeniu wiedzy naukowej, dzięki rozważaniu przenika nas światło Ewangelii; pomaga ono w dialogu z Bogiem i w poznaniu, co powinniśmy w sobie zmienić.

    Zarówno czytanie, jak i studiowanie może przekształcić się w rozważanie. Ważne jest, czy po uchwyceniu sensu zatrzymamy się dłużej na wybranych fragmentach tekstu i czy pozwolimy im na nas oddziaływać.

    Tajemnica rozważania polega na odkryciu, co określony fragment Biblii ma nam do powiedzenia. Odbywa się to w prosty, najczęściej intuicyjny sposób, którego lepiej nie poddawać ścisłej analizie. Mimo to, aby ułatwić zrozumienie, opiszę przebieg rozważania, a potem objaśnię najważniejsze etapy całego procesu. Sięgnijmy do epizodu z Ewangelii św. Marka:

    Potem, usiadłszy naprzeciw skarbony, przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: “Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie” (Mk 12,41–44).

    Powoli czytam tekst dwa, a może nawet trzy razy. Zdaje się do mnie nie przemawiać, dlatego chciałbym przejść do innych fragmentów, lecz nie czynię tego. Odkładam na bok książkę i próbuję wyobrazić sobie opisaną scenę. Oczyma wyobraźni widzę przechodzących ludzi. Wśród nich wdowę. Jest uboga, pokorna i nieśmiała. W dłoni ma ukryte pieniądze, jej serce jest czyste i wspaniałomyślne. Ofiarowuje Bogu coś, czego sama potrzebuje. Może nie wie, czy jutro będzie miała co jeść, ale zdobywa się na ten wspaniały gest, aby wyrazić pełne oddanie Bogu. Podziwiam ją.

    Zastanawiam się i pytam, czy dzisiaj coś takiego mogłoby się wydarzyć. Przypominam sobie opowiadanie jednego z moich przyjaciół, który pracuje w dzielnicy ubogich: żył tam zawsze pogodny mężczyzna z Chile, nazywał się Tenorio. Miał trzydzieści pięć lat i nie martwił się o utrzymanie. Na pytanie, skąd bierze się jego dobry nastrój, opowiedział mojemu znajomemu następującą historię: urodził się w Puerto Montt, w Chile. Gdy miał dziewięć lat, z powodu problemów rodzinnych musiał nieoczekiwanie opuścić dom i znalazł się na ulicy bez środków do życia. Poszedł na plac targowy w Puerto Montt i usiadł. Po kilku godzinach w porze obiadowej przyszedł jakiś mężczyzna i usiadł obok niego. Zapytał Tenoria, gdzie mógłby za darmo dostać coś do jedzenia, ponieważ był w podróży ze swoją żoną i dziećmi, ale nie miał pieniędzy. “Gdy zobaczyłem tego mężczyznę – powiedział Tenorio – zacząłem mu tak bardzo współczuć, że sięgnąłem ręką do kieszeni po kilka monet, które miałem przy sobie, i dałem mu je”. Mężczyzna podziękował i odszedł. Po południu przyszedł nieznajomy chłopak i zaproponował Tenoriowi wspólną sprzedaż kasztanów. Tenorio przyjął ofertę. Zarobili tego dnia wystarczająco dużo, by móc kupić coś do jedzenia. Następnego dnia znowu sprzedawali kasztany; od tego czasu nigdy nie zabrakło im pieniędzy.

    Ta historia sprawiła, że przypomniałem sobie biblijną scenę, i wyjaśniła mi jej przesłanie. Widzę, że przedstawia ona coś realnego i aktualnego. Również w dzisiejszych czasach żyją ludzie, którzy mimo braku majątku gotowi są dzielić się z innymi. Wzrusza mnie to i powoduje, że zaczynam się zastanawiać nad moim własnym życiem. Czy zdarzyła się w nim podobna sytuacja? Czy zachowałem się jak owa wdowa, czy też postąpiłem inaczej? Jakie jest pod tym względem nastawienie społeczeństwa, w którym żyję i do którego należę? Nasuwają się wspomnienia wydarzeń związanych z tematem refleksji. Może uświadamiam sobie, że jeszcze nigdy nie oddałem czegoś, czego sam potrzebowałem. Zawstydza mnie to; przyznaję, że jestem egoistą i podziwiam wdowę z Ewangelii oraz mężczyznę z Chile.

    Potem zwracam się do Jezusa Chrystusa, wyznaję swój wstyd i mówię o wszystkim, co myślałem i odczuwałem. Proszę o Jego pomoc, by stać się człowiekiem wspaniałomyślnym i szczodrym. Dziękuję Mu, jeśli już choć trochę się zmieniłem. Wyrażam też zaufanie wobec myśli przychodzących mi w tej chwili do głowy. Potem jednak moja uwaga rozprasza się, a myśli rozbiegają. Wracam więc do tekstu. Tym razem dostrzegam głębokie, sięgające aż do serca spojrzenie Chrystusa; przejmuje mnie ono. Jezus patrzy z miłością i z uznaniem na wdowę.

    Docenia jej duchową wielkość w porównaniu z faryzeuszami. Spojrzenie Jezusa zniewala mnie. Zastanawiam się, co dla mnie znaczy. Czy kiedykolwiek je zauważałem? Czy uczyniło mnie szczęśliwym? A może obudziło poczucie winy? Nasuwają mi się wspomnienia drobnych zdarzeń z mojego życia. Spostrzegam zachowania, które przedtem uchodziły mojej uwadze. Dziękuję Jezusowi za jego spojrzenie. Proszę, by nie odwracał go ode mnie i dopuścił mnie do badania ludzkich serc i odkrywania ich wartości.

    Przezwyciężając ponowne roztargnienie, wracam do przeczytanego fragmentu z Ewangelii; odbieram go coraz żywiej. Ujmuje mnie szczególnie jego aktualność i ludzkie ciepło; jego przesłanie przenika mnie, wyznacza drogę życia i uszlachetnia modlitwę.

    Spróbujmy prześledzić jeszcze raz tok rozważania: ponieważ potrzebowałem więcej czasu, aby wczuć się w wydarzenie, przeczytałem tekst powoli i z powtórkami. Podziałał na mnie mocniej, gdy wyobraziłem sobie opisywaną przez Pismo Święte scenę. Pomogło mi to zrozumieć nastawienie i pobudki działania uczestniczących w niej osób.

    Na początku możemy ulec pokusie czytania długich tekstów, ponieważ krótkie fragmenty nic nam od razu nie mówią, a my szukamy czegoś nowego. Nie powinniśmy jednak ulegać temu pragnieniu. Rozważanie zależy od głębi wczuwania się, a szybkie zmiany tekstów wykluczają ją. Rozważany fragment nie musi być obszerny. W naszym przykładzie mieliśmy tylko pięć zdań.

    Następnie zacząłem zastanawiać się nad związkiem biblijnego nauczania z moim własnym życiem. To oś rozważania. Najistotniejsze w nim jest powiązanie zdarzeń przedstawianych przez autorów Pisma Świętego z moimi przeżyciami i doświadczeniami. Jest ono efektem racjonalnych przemyśleń. Jest porównywaniem i ocenianiem. Ewangelia zmienia mnie, gdy rozpoznaję w niej sytuacje zdarzające się w moim życiu; przesłanie Słowa Bożego spełnia się, gdy odczytuję jego aktualność. Rozumiem nauczanie Pisma Świętego i chcę widzieć moje życie w jego świetle. Jeżeli takie powiązanie nie pojawia się spontanicznie, to powinniśmy zapytać: co mówią mi te słowa? Czy w moim życiu, w moim otoczeniu zdarzają się podobne sytuacje? Takie pytania są bardzo ważne. Jeżeli bowiem Ewangelia – pomijając jej piękno – nie ma nic wspólnego z moim życiem, to jej prawdziwy sens wymyka się mojemu zrozumieniu. Nie otwiera ona wtedy dla mnie żadnych nowych horyzontów i nie przynosi ze sobą wieści o zbawieniu. Jeżeli natomiast przemawia ona do mnie podobieństwem życiowych sytuacji, to mogę porównać z nią mój sposób postępowania i ocenić go według niej.

    Po odnalezieniu takich  zbieżności  zwracam się do Jezusa. Ukazała mi się nowa perspektywa umożliwiająca rozmowę z  Nim. To szczytowy moment rozważania. Pan przemówił do mnie, a ja Mu odpowiadam.

    Gdy już powiedziałem wszystko, co leży mi na sercu, a moje zaangażowanie zmalało, trochę się rozpraszam. Nieuwaga jest znakiem, że przerwany został tok myślowy i rozmowa jest zakończona. Wtedy wracam do tekstu i zaczynam czytanie od nowa. Czy to zdarzenie ma mi jeszcze coś do powiedzenia? Mam okazję jeszcze raz popatrzeć na wszystko z różnych punktów widzenia.

    Kolejność jest więc jasna: czytanie, rozmyślanie, postanowienie zmian i zwrócenie się z tym do Boga. Powtarzając ten proces, można – nie nudząc się – z powodzeniem oddać się rozważaniu nawet przez godzinę. Przy powtórnym czytaniu wybranego tekstu powinno się szukać w nim odniesień do własnego życia i tak długo pozostać przy tych myślach, aż znaczenie danego fragmentu stanie się całkiem jasne, a my przeniknięci nim odczujemy pragnienie modlitwy. Wtedy spontanicznie mówimy do Jezusa Chrystusa lub do Boga Ojca. Jeżeli nasze skupienie jest niewystarczające, wróćmy do tekstu i związanych z nim przemyśleń. Ten proces nazywam oddechem rozważania, ponieważ czytanie, zastanawianie się i modlitwa następują po sobie kolejno tak jak wdech i wydech.

    Rozważanie jest łatwiejsze, gdy tekst jest opowiadaniem, a przedstawione w nim osoby działają, ponieważ dzięki temu można je sobie łatwiej wyobrazić.

    tekst pochodzi z książki Franza Jalicsa SJ “Praktyka modlitwy”/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaczynam dzień od Biblii. Jedno zdanie wystarczy, by postawić mnie do pionu i ustawić mi dzień

    (wywiad)

    ***

    O codziennym czytaniu Pisma Świętego, gdy ma się czwórkę dzieci i krótką dobę, o tym, że Słowo Boże nie tylko wspiera w trudnych momentach, ale także towarzyszy w radości i zachwycie tym, co przynosi codzienność i o wyzwaniu, jakim jest dzielenie się wiarą w mediach społecznościowych z Agatą Rusek, blogerką Deonu, doktorem nauk społecznych, żoną i mamą rozmawia Marta Łysek.    

    Marta Łysek: Twoja rzeczywistość, oczywiście mocno ją upraszczając, to nieustanna podróż między galaktykami Twojej czwórki dzieciaków, a Ty do tego jeszcze codziennie czytasz Pismo Święte. Czy to jest wyzwanie?

    Agata Rusek:
     – Nie, no coś ty! Budzę się rano, ptaszki świergocą, mówię dzieciom: dajcie mamie piętnaście minut na medytację, zaparzam kawę, Pan Jezus przychodzi, Duch Święty spływa… (śmiech)

    A dzieci spokojnie bawią się w odległych pomieszczeniach?

    – Oczywiście! Każde w swojej galaktyce i nie ma żadnych czarnych dziur, żadnych zderzeń! (śmiech) Jasne, że to jest wyzwanie: czytanie Pisma Świętego, zresztą w ogóle czytanie czegokolwiek i próba skoncentrowania się na czymś innym niż macierzyństwo, niż powołanie tu i teraz. Z drugiej strony – to  jest potrzebne jak oddech, żeby nie zwariować.

    Nie znajdujesz powietrza gdzie indziej? Dużo znam młodych i niemłodych mam, które powiedziały sobie: zaawansowanym życiem duchowym w postaci czytania Pisma Świętego to ja się będę zajmować, jak ogarnę podłogę i pieluchy, bo mi na razie doby brakuje.

    – Myślę, że to jest bardzo indywidualna sprawa. Też znam takie mamy, które jak nie ogarną podłogi, nie są w stanie skoncentrować się na niczym innym, i ja to rozumiem. Z drugiej strony sama mam tak, że czuję nieustającą tęsknotę za bliskością z Panem Bogiem, za Jego obecnością, mocną i żywą, bo to daje mi energię, siłę, ładuje moją miłość. Już dawno temu doszłam do pokornego wniosku, że ja to jednak pyłek jestem i sama, własnymi siłami nie udźwignę ani miłości do mojego męża, ani do dzieci, ani do siebie samej. Muszę tę miłość od Kogoś brać. Uczyć się tego.

    Dużo jest innych mądrych książek, które o tym mówią.

    – Też miałam w życiu ten etap: „przeczytam wszystkie książki duchowe, które mamy na rynku, bo są tacy kapłani, którzy tak świetnie o tym mówią, takie siostry zakonne, które tak pięknie to wszystko tłumaczą”. Ale w którymś momencie dotarło do mnie bardzo mocno to, że czytam dużo „duchowych” rzeczy, ale nie czytam Słowa. Ono we mnie nie pracuje, bo cały czas czytam tylko komentarz do Słowa, nie sięgam do samego źródła – i że to jest dla mnie złe. Dlatego mój dzień już od wielu lat zaczyna się od Słowa Bożego. 

    Przeraziłam się, że pierwsze, co robię po obudzeniu, to sięgam po telefon

    Jak ci się udało to wprowadzić w życie?

    – Wiesz, świetnie pamiętam moment, w którym tak postanowiłam. Bo wtedy nagle przeraziłam się, że to, co robię pierwsze po obudzeniu, to nie jest znak krzyża, ale sięgnięcie po telefon i sprawdzenie, czy ktoś się nie odezwał, czy coś ważnego się nie stało. Oburzyłam się sama na siebie, że zaczynam od tego telefonu, zamiast sięgnąć po coś, co mnie ustawi na cały dzień. Kilkanaście lat minęło, a ja od tamtej pory zaczynam dzień od Słowa Bożego. To już nawyk (śmiech).

    A więc mamy poranek i mama czwórki dzieci czyta sobie liturgię z dnia: czytanie, psalm, Ewangelię… Brzmi jak coś niemożliwego do wykonania (śmiech) 

    – A tu zaskoczenie! Jasne, że czasem dzieciaki nie dadzą mi przeczytać całej liturgii z dnia, bywa, że jest to tylko pierwsze zdanie. Ale to jest niesamowite, jak czasem to jedno zdanie wystarczy, by człowieka postawić do pionu i ustawić dzień.

    Co to znaczy, że Słowo Boże ustawia Ci dzień? Jak to wyjaśnisz komuś, kto jeszcze tak na dobre Pisma Świętego w życiu nie czytał?

    – Ale trudne pytanie mi zadałaś…

    Polecam się.

    – Myślę, że trzeba by to wytłumaczyć tak. Można Pismo czytać jak książkę: czytasz, treść przelatuje ci przez głowę i nie zostaje z tego wiele. A ja się staram czytać Słowo tak, żeby mi ono zostało. Jeśli rano czytam Słowo i po godzinie nie pamiętam, co przeczytałam, to znaczy, że przeczytałam, ale nie przyjęłam. Ale kiedy staram się przyjąć to Słowo tak, żeby je zjeść, przegryźć, żeby zostało w mojej głowie, to potem w różnych wyzwaniach i radościach szukam słów i one się znajdują, bo rano się nimi nakarmiłam. Na marginesie – mam wrażenie, że ciągle mówimy w kontekście Pisma Świętego o pomocy w trudnościach, ale czasem to jest po prostu towarzyszenie w radości, w zachwycie. Miałam tak ostatnio z burzą; nie lubię burzy, ale musiałam w niej iść, a rano czytałam: „deszcze i burze, błogosławcie Pana!”. I to mnie napełniło takim spokojem: ok, idę z dzieciakami, leje deszcz i jeszcze daleko do domu, ale tym też się mogę pomodlić. Jest zachwyt i poczucie, że wszystko ma sens.

    Jeśli w czytaniu z dnia jest słowo dla mnie, wiem, że w tym nie ma przypadku

    Otwierasz czasem Pismo Święte, żeby sprawdzić, co Pan Bóg powie Ci „przypadkiem”?

    – No właśnie nie. Nie czytam Pisma na zasadzie: „Panie Boże, mam teraz taki problem, więc powiedz coś do mnie” – i  chlast, otwieram Pismo i czytam, co jest w Słowie.

    Dlaczego?

    – To wynika z mojego nastawienia. Wydaje mi się, że bardzo łatwo jest pobłądzić, nastawiając się na takie przypadki i nasza ludzka natura jest taka, że będziemy odczytywać Słowo Boże tak, jak tam sobie chcemy. Ryzyko nadinterpretacji jest jak dla mnie strasznie duże. Ja się tego boję, więc wolę mieć plan lektury, który ktoś mi opracował. Dlatego czuję się bezpieczna z liturgią Słowa, którą Kościół daje na dany dzień: jeśli w liturgii jest Słowo dla mnie, wiem, że w tym nie ma przypadku. Czytanie Pisma we wspólnocie – to mi daje poczucie bezpieczeństwa, że ja nie zacznę żyć własnymi myślami i własną interpretacją Boga. Jasne, szukam Go we własnym rytmie, swoją ścieżką, ale idzie ze mną ktoś, kto swoją mądrością i tradycją pomoże mi nie zbłądzić.

    Masz też plan, który pomaga czytać nie tylko czytania z dnia, ale całe Pismo Święte.

    – To było tak: Słowo i jego obecność w moim życiu było od bardzo dawna. Ale pół roku temu dotarło do mnie, że nigdy nie przeczytałam Pisma Świętego tak od deski od deski. I stąd się wzięło we mnie pragnienie czegoś więcej: że chciałabym Pismo Święte czytać nie tylko tak, jak nam to zadaje liturgia z dnia. A ponieważ przez dwa lata wisiał mi na pulpicie plan zatytułowany „Przeczytaj Pismo Święte w rok” – to w ostatnią Niedzielę Słowa Bożego zaczęłam.

    Plan czytania Biblii? Jest bardzo dobry, bo daje drogę

    Jaki to plan?

    – Opracowany przez księdza z zaprzyjaźnionej wspólnoty mojej mamy, co było dla mnie ważne, bo wiedziałam, skąd się ten plan wziął, kto go napisał.

    Łatwo za nim podążać?

    – Mam do niego i planów w ogóle bardzo wolnościowy stosunek (śmiech). Tego mnie akurat nauczyło macierzyństwo. Plan jest bardzo dobry, bo daje drogę. Został przez kogoś przemyślany, daje nadzieję na to, że nie jest to przypadkowy wybór. Bardzo nie chciałam czytać Pisma Świętego na takiej zasadzie, że otwieram Biblię i zaczynam od Księgi Rodzaju.

    Dlaczego? Wiele osób tak właśnie zaczyna…

    – Wiem. I wiem też o sobie, że jak czytam inne książki i natknę się na taki rozdział, że po prostu nie idzie i jest nudno, to ja się zniechęcam, odkładam i trudno mi do niej wrócić. A nie brakuje mi świadomości, że Pismo Święte czasami mnie… nudzi.

    Czyżby Księga Liczb?  

    – O matko, tak! W ogóle te wszystkie imiona, genealogie… opisy budowy świątyni, Boże kochany! Myślałam, że po prostu zwariuję. Ale ten plan, opracowany przez księdza, który jest teologiem i można mu wierzyć, nawet przy takich fragmentach ma sens, bo jest przygotowany tak, że się czyta dwa fragmenty ze Starego Testamentu i jeden z Nowego. I one ze sobą w zaskakujący sposób korespondują. Oczywiście musisz nad tym usiąść i to powiązanie zauważyć, przemedytować, przemyśleć. Ale dzięki temu, że to jest takie „dwa plus jeden”, ten plan świetnie pokazuje, jak cała Biblia jest powiązana, jak to się wszystko ze sobą zazębia.

    Widzę, że ludzie często boją się czytać Pismo Święte

    Twoje pierwsze zaskoczenie, gdy zaczęłaś czytać Biblię od deski do deski?

    – Fakt, że w kościele na mszy nie wszystkie fragmenty są czytane (śmiech). Wiesz, Marta, żeby było jasne: nie jestem teologiem. Nie mam za sobą młodzieżowej formacji. Pewne rzeczy wyniosłam z katechizacji w szkole, ale moja formacja to były pielgrzymki, krążenie przy kościelnym kręgu, w którym czułam się bezpiecznie, ale nigdy nie wchodziłam w głąb tematu. Długo żyłam przeświadczeniem, że jak ktoś chodzi regularnie na Eucharystię, to w ciągu tych trzech lat liturgicznych jest w stanie całe Pismo Święte usłyszeć w kościele. A że czytam liturgię z dnia codziennie i zdarza mi się być w kościele częściej niż w niedzielę, byłam przekonana, że ja całe Pismo Święte znam.

    I nagle wchodzimy w jakieś księgi Nehemiasza, Zachariasza, nie wiadomo kogo, a mnie się oczy otwierają, że ja nic nie wiem o tym moim Panu Bogu! On mi tu daje siebie, pokazuje się w Słowie, cały czas mnie zaprasza, żebym Go poznawała. Więcej: nie oczekuje ode mnie wiedzy teologicznej, ale zaprasza mnie w podróż, żebyśmy się lepiej poznawali – a mnie to umknęło! To jest moje pierwsze zaskoczenie. I jeszcze coś: regularnie towarzyszy mi myśl, że strasznie mi brakuje wiedzy, że katechizacja osób dorosłych w Kościele jest u nas naprawdę zostawiona samopas.

    Czy ludzie boją się czytać Pismo Święte na własną rękę, bo myślą, że ta lektura się zamieni w jakiś przymus duchowy?

    – Ja się w tym czuję bardzo wolna. I to jest ważne, żeby o tym mówić, bo widzę, że ludzie faktycznie często boją się Pisma Świętego. Jak widzą plan, to budzi się w nich poczucie, że gdy tylko przerwą czytanie, to spadnie na nich kara boska – albo Bóg ich ukarze, kiedy czegoś nie zrozumieją. Dlatego bardzo się cieszę z tego, że czytam Pismo w wielkiej wolności, bo to nie jest taki oczywisty dar.

    Jedna myśl po pół roku lektury Biblii?

    – Taka, że nasz Bóg jest szalony (śmiech). Naprawdę! Jakbym miała streścić jedną myśl po pół roku czytania, to jest właśnie to, że nasz Bóg, nasza wiara to jest czyste szaleństwo. Absolutnie nieziemskie, czyste szaleństwo. Druga myśl jest taka, że gdy słuchamy Słowa na Eucharystii, a potem jeszcze dobrze trafimy i ksiądz mówi homilię odnoszącą się do czytań, to bardzo łatwo jest nam się identyfikować z tymi „właściwymi” postawami. Od razu kiwamy głową, tak, ja to bym tak na pewno nie zrobiła.

    Ale potem, kiedy czytam Stary Testament i kończę Księgi Kronik, historię Izraela, myślę: Panie Boże, czemu Ty jeszcze nie zniszczyłeś tego świata? Przecież ten Izrael, Twój naród wybrany, od samego początku non stop się od Ciebie odwraca i stawia sobie jakieś bożki. I nagle zaczynam dostrzegać, że to jest opowieść o mnie… Widzę, że ta miłość Boga jest szalona, że człowiek od samego początku jest popaprany, wystawiony na żądze, które nim kierują – ale to jest ciągle opowieść o mnie, nie o jakichś tam ludziach. I to jest wielka radość odkrycia pomocy w moim osobistym rachunku sumienia. Bardzo mocno też widzę, co to znaczy, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne.

    To może jakiś przykład?

    – Czemu nie? W zeszłym tygodniu czytałam księgę Zachariasza. To jest taka księga, że jak ją czytam, to w ogóle do mnie nie przemawia (śmiech). W ogóle nie jest o mnie. Ale był tam jeden fragment o pasterzu, który traci cierpliwość do swoich owiec i mówi: a róbta, co chceta! Jak się chcecie pozabijać, to się pozabijajcie! Czytałam ten fragment w momencie, gdy moje dzieciaki, cała czwórka, kotłowały się w pokoju już od czterdziestu pięciu minut, kłócąc się dosłownie o wszystko. Pomyślałam sobie: Panie Boże, dziękuję ci, że Ty jesteś tak blisko mnie, że wiesz, co ja czuję, że tak dobrze mnie rozumiesz. A dalej Bóg pokazuje, że pasterz, który zostawia swoje trzody, to jest niestety zły pasterz. I mnie to bardzo ustawiło, dało mi zatrzymanie, refleksję. Zobaczyłam coś bardzo namacalnie w moim życiu i to poskutkowało poprawą mojego osobistego zachowania. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do tej jaskini zbójców (śmiech).

    Instagram i wiara? Musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu

    Swoim czytaniem dzielisz się na Instagramie. Ostatnio mówi się o tym, że w mediach społecznościowych treści opatrzone etykietką „Ewangelia” nie są dobrze widziane, że trzeba dużej odwagi, by dzielić się swoją wiarą. Jak Ci z tym jest?

    – Dla mnie osobiście jest to trudne i wiązało się z wyjściem ze strefy komfortu. Bo inaczej się dzielisz czytaniem Pisma Świętego w swojej wspólnocie, na żywo, wśród ludzi, których znasz i czujesz się z nimi bezpieczna, a inaczej, gdy robisz profil otwarty, publiczny, z etykietką „czytam Pismo Święte” i zapraszasz innych do tego, co jest bardzo twoje. Czuję się odsłonięta. Zapraszam ludzi – ale nie wiem przecież, kogo dokładnie – do mojego intymnego świata, do czegoś, co jest dla mnie bardzo cenne. Czytają to różni ludzie, którzy nie znają kontekstu. Jak napiszę coś bez wyjaśnienia, mogą mnie źle zrozumieć. Trudno mi było zostawić te wszystkie obawy.

    W takim razie po co Ci ten Instagram? Bez niego też można czytać Pismo Święte.

    – Widzisz, zaczęłam to robić, bo strasznie mnie boli, że w internecie jest tyle złych informacji związanych z wiarą i Kościołem. Tyle jest mówienia, że to są nudy, flaki z olejem, że to jest nieżyciowe. Tyle takiego, mówiąc wprost, zakłamania. Pomyślałam, że jeśli za chwilę chatGPT będzie się karmił tylko takimi treściami, to będzie jeszcze gorzej. I może mój głos nie jest wielki ani ważny; jest ziarenkiem, kropelką w oceanie, ale jeśli Pan Bóg będzie się chciał nim posłużyć, to się posłuży.

    Cała nasza wiara jest opowieścią o tym, że te nasze ziarenka są małe, bezsilne – a potem przynoszą plon. Teraz mam czas w domu, sporadycznie jadę służyć narzeczonym czy małżonkom, ale chciałabym więcej mówić o Panu Bogu. O tym, ile dobra mam od Niego, o tym, że jestem szczęśliwa i błogosławiona, bo całe moje życie buduję na Nim, że to jest skutek przylgnięcia do Kościoła, do wspólnoty, do Słowa Bożego. I teraz mogę to robić właśnie na Instagramie.

    Agata Rusek/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA

    GODZ. 18.00 – W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM (TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.)

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    *********

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    12 obietnic Jezusa dla każdego, kto kultywuje tradycję pierwszych piątków miesiąca

    Pewnie każdy słyszał o tradycji pierwszych piątków miesiąca, ale mało kto wie, skąd de facto się wzięły. Przytaczamy najważniejsze fakty.

    Pierwszy piątek miesiąca – już sam fakt jego wyodrębnienia zwraca naszą uwagę, że jest to dzień szczególny. Wydaję mi się jednak, że wiedza, jaką posiadamy na temat jego wyjątkowości jest nikła, a czasem niekiedy żadna bądź mijająca się z rzeczywistym celem celebracji tego dnia. A skoro nie jesteśmy w pełni świadomi, dlaczego bierzemy udział w pierwszopiątkowej Eucharystii i co zapoczątkowało ten zwyczaj, nie wypełniamy całkowicie poleceń Jezusa.

    Tradycja pierwszego piątku jest o tyle ważna, że nie została ona ustanowiona po prostu przez władze Kościelne, ale została nam dana przez samego Chrystusa. Miało to miejsce podczas objawień, jakich doświadczyła francuska zakonnica, święta Małgorzata Maria Alacoque, podczas adoracji Świętego Sakramentu w klasztornej kaplicy. W czasie tych kilku spotkań Jezus odsłonił przed młodą kobietą swoje gorejące miłością serce i za jej pośrednictwem przekazał tę miłość wszystkim ludziom, gdyż, jak sam zaznaczył, nie mógł dłużej powstrzymać w sobie jej płomieni. Jak wspominała zakonnica, jego okaleczone serce otoczone było wówczas koroną cierniową zwieńczoną krzyżem, a z rany bił blask. Zlecił świętej, aby szerzyła wśród swych sióstr i braci wiarę w Niego oraz ogrom łask i miłosierdzia płynących dla nich z Jego serca, niezbędnych do Odkupienia, zaznaczając, że to dla ludzi jedyny ratunek.

    Objawienia miały ponadto charakter osobistego wyznania, podczas nich Chrystus powiedział Małgorzacie, że każdego dnia znosi udręki spowodowane niewdzięcznością ludzi, która jest cięższa do zniesienia, niż wszystkie cierpienia jakich doświadczył podczas życia na ziemi. Polecił jej, aby przynajmniej ona zadośćuczyniła mu za grzechy wszystkich ludzi, które tak ciężko mu znieść. Właśnie wtedy nakazał jej przystępować do Komunii Świętej najczęściej, jak będzie mogła, szczególnie w każdy pierwszy piątek miesiąca, a w każdą noc poprzedzającą ten dzień uczestniczyła przez godzinę w szczególnej adoracji. Objawienia te zapoczątkowały również tradycję dziewięciu pierwszych piątków, w których pełne uczestnictwo otwiera nam drogę do łaski pokuty i zbawienia.

    Ostatnim nakazem Chrystusa było ustanowienie nabożeństwa ku czci Jego Serca w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, ze szczególnym uwzględnieniem przystępowania w tym dniu do Komunii Świętej. Udział w tej Eucharystii jest formą zadośćuczynienia za wszelkie obrazy, jakich Jezus od nas doznaje.

    To krótkie przypomnienie historii Jezusowych Objawień pozwala nam zrozumieć istotę pierwszych piątków miesiąca, ich wyjątkowości oraz niezwykłej wagi. Uczestnictwo w nich jest formą pokuty, dzięki nim możemy odkupić swoje winy, zadośćuczynić Jezusowi oraz dostąpić łaski zbawienia.

    Niestety, znaczenie tego dnia bywa często wypaczone, nie skupiamy się w nim głównie na Eucharystii, ale kładziemy nacisk zwłaszcza na pierwszopiątkową spowiedź. Takie przesunięcie punktu ważności może wynikać bezpośrednio z myślenia o konieczności czystości serca podczas przyjmowania ciała Chrystusa pod postacią chleba. Abyśmy mogli uczynić to godnie, potrzebny jest nam sakrament pojednania. Problem w tym, że zdarza się, iż pierwszy piątek tylko na nim kończymy, a idea, jaka temu dniu przyświeca, oparta jest jednak na przystąpieniu do Komunii Świętej. To właśnie pełny udział w Mszy Świętej pozwala nam na dostąpienie łask, jakich udziela nam Chrystus. Dzięki spowiedzi świętej przybliżamy się do Boga, ale to właśnie Eucharystia tę więź umacnia.

    Musimy umieć spojrzeć na celebrowanie pierwszych piątków miesiąca jak na wyjątkowy dar, jaki otrzymaliśmy od samego Jezusa. Mimo cierpień, jakich od nas doświadcza, dalej darzy nas bezgraniczną miłością. Gest, jaki w naszą stronę wykonuje Chrystus, jest niezwykłym aktem miłosierdzia, dowodem prawdziwej, nieskończonej miłości. Nie rezygnuje z nas, nie wątpi, ale zaprasza do siebie, daje szansę na poprawę. Zauważmy, że to On sam wyciąga do nas rękę, choć to przecież my zawiniliśmy, odsłania przed nami zranione serce i nawołuje do poprawy, pierwszy dąży do pojednania, bo pragnie dla nas naszego zbawienia.

    Oprócz obietnicy łaski zbawienia, gdy spełnimy polecenia Jezusa, złożył jeszcze przyrzeczenia, które rozproszone w zapiskach świętej Małgorzaty Marii, zostały zebrane i do dziś istnieją w formie tzw. 12 obietnic Jezusa:

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    Nie bójmy się zawierzyć Jezusowi tak, jak uczyniła to święta Małgorzata Maria i podążajmy za jej słowami: “We wszystkim co czynisz łącz się z Najświętszym Sercem naszego Pana Jezusa Chrystusa – na początku, by wykazać się chęcią służenia Mu, na końcu dla zadośćuczynienia.”

    Magdalena Syrda – studentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Małgorzata Maria Alacoque

    i

    Najświętsze Serce Jezusa

    Św. Małgorzata Maria Alacoque i Najświętsze Serce Jezusa

    Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial | fot. Nigel Jarvis / Depositphotos

    ***

    Październik obfituje we wspomnienia wielu ważnych dla naszej wiary świętych – od patriarchy Abrahama przez św. Łukasza Ewangelistę po św. Jana Pawła II. Mnie siłą rzeczy najbliższa jest moja święta patronka – skromna zakonnica zgromadzenia kontemplacyjnego Nawiedzenia NMP, w Polsce zwanego potocznie siostrami wizytkami – św. Małgorzata Maria Alacoque, nazywana “świętą od Serca Jezusowego”.

    Pod wpływem objawień, jakich doznała pomiędzy 1673 a 1675 rokiem w klasztorze Paray-le-Monial, wprowadzono uroczystość Najświętszego Serca Jezusa, którą Kościół katolicki obchodzi w piątek po oktawie Bożego Ciała. Chociaż św. Małgorzatę wspominamy zwykle w czerwcu w związku z tą uroczystością, to jej liturgiczne wspomnienie przypada na 14 października.

    U grobu mojej świętej patronki udało mi się być kilkakrotnie, ale najbardziej pamiętny był naturalnie ten pierwszy raz. Do Paray-le-Monial dotarliśmy, kiedy miasteczko spowijała jeszcze gęsta poranna mgła. Senne i spokojne zdawało się pogrążone w zadumie nad marnościami tego świata. Dość instynktownie skierowałam się we właściwą stronę – ku mostkowi na niewielkiej rzeczce Bourbince. Po jej przekroczeniu z mgły wyrosła wysoka ściana przypominająca górski masyw. To najważniejszy zabytek miasteczka – okazała romańska Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa (Basilique du Sacré-Cœur). Świątynia ta ufundowana została w 973 roku przez słynnego francuskiego benedyktyna Odylona z Cluny. Wiek później, w wyniku kolejnej przebudowy powstał potężny romański kościół, oddający ducha wspólnoty z Cluny. To ogromna trójnawowa bazylika z transeptem, obejściem chóru i wieńcem kaplic. Skromną romańską fasadę wieńczą dwie masywne, wysokie wieże, a ponad skrzyżowaniem naw wznosi się majestatyczna wielokątna dzwonnica.

    Panorama Paray-le-Monial z Bazyliką Najświętszego Serca Pana Jezusa | fot. Nigel Jarvis / DepositphotosPanorama Paray-le-Monial z Bazyliką Najświętszego Serca Pana Jezusa | fot. Nigel Jarvis / Depositphotos

    ***

    Jednak to nie ten piękny, surowy i majestatyczny kościół przyciąga wiernych do Paray-le-Monial. Głównym celem pielgrzymek jest bowiem niepozorna Kaplica Objawień przy pojezuickim klasztorze (Monastère de La Visitation) zamieszkałym od 1629 roku przez siostry wizytki. To właśnie tam, w bocznym ołtarzu, w szklanym sarkofagu wystawione jest zabalsamowane ciało św. Małgorzaty Marii Alacoque, której czterokrotnie ukazał się Jezus Chrystus z przebitym włócznią sercem, prosząc o uroczystość ku czci Jego Najświętszego Serca.

    Małgorzata Maria Alacoque przyszła na świat 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja), jako piąte dziecko w rodzinie Klaudiusza z Verosvres, notariusza i sędziego królewskiego. Niezwykłe to musiało być dziecko, skoro mając zaledwie 4 lata, Małgorzata złożyła ślub dozgonnej czystości. Jednak droga do świętości łatwa być nie może, toteż i mała Małgorzata musiała wiele poświęcić, pokonać ciernie mniejszych i większych przeciwności losu, niechęci bliskich i przełożonych. Wkrótce zmarł jej ojciec, zostawiając pod opieką żony siedmioro dzieci. Małgorzata trafiła do kolegium w Charolles prowadzonego przez siostry zakonne, jednak z powodu ciężkiej choroby musiała powrócić do domu. Tam zaczęła się kolejna próba – Małgorzata została oddana na wychowanie do swych krewnych – surowego wuja i zgorzkniałych ciotek, którzy nie szczędzili jej przykrości. Choroba Małgorzaty ciągnęła się przez cztery lata, przysparzając jej dodatkowego cierpienia, ale jednocześnie wpływając na jej duchowy rozwój. Pragnienie poświęcenia życia Bogu musiało ustąpić jednak obowiązkowi pomocy w domu opiekunów. Wielkie marzenie Małgorzaty spełniło się dopiero, gdy miała 24 lata. Wybrała utworzone pół wieku wcześniej przez św. Franciszka Salezego i św. Joannę Chantal Zgromadzenie Sióstr Nawiedzenia (wizytek), nad którym kierownictwo duchowe sprawował przez 40 lat św. Wincenty a Paulo, wielka osobowość epoki.

    Tak oto 25 maja 1671 roku zamknęła się za Małgorzatą futra klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Habit zakonny otrzymała po trzech miesiącach, przyjmując imię Teresa. 19 kolejnych lat życia Małgorzaty za murami klasztoru bynajmniej nie było jednak okresem spokoju, kontemplacji i modlitwy. Był to czas próby.

    Objawienia

    Od początku swego życia zakonnego, przez ponad półtora roku, od grudnia 1673 do czerwca 1675, Małgorzata doświadczała mistycznych spotkań z Jezusem, który przekazał jej zadanie niesienia ludziom posłannictwa o Jego Najświętszym Sercu. Pan Jezus przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus prosił Małgorzatę, by często przystępowała do Komunii świętej, a przede wszystkim w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    16 czerwca 1675 r. Pan Jezus ukazał Małgorzacie swoje Boskie Serce, mówiąc:

    Oto Serce, które tak bardzo ukochało ludzi, że w niczym nie oszczędzając siebie, całkowicie się wyniszczyło i ofiarowało, aby im okazać swoją miłość. Przeto żądam od ciebie, aby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała zostało ustanowione święto – szczególnie po to, by uczcić Moje Serce przez Komunię Świętą i uroczyste akty przebłagania, w celu wynagrodzenia Mu za zniewagi doznane w czasie wystawienia na ołtarzach. Obiecuję, że Moje Serce otworzy się, aby spłynęły z niego Strumienie Jego Boskiej Miłości na tych, którzy Mu tę cześć okażą i zatroszczą się o to, by inni Mu ją okazywali.

    Misja ustanowienia święta czczącego Najświętsze Serce Jezusa okazała się trudna, a Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Siostry kpiły z rzekomej mistyczki, wyszydzały jej słowa. Nawet przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień.

    Wezwania Małgorzaty do rozpowszechniania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa mocno zwalczali m.in. janseniści, którzy oskarżali jego krzewicieli o herezję. Przeciwstawiali się tym opiniom jezuici – spowiednik świętej o. Klaudiusz de la Colombière, a także o. Croiset. Przez długi czas Stolica Apostolska milczała w tej sprawie, czekając na rozwój wypadków. To nastawienie zmienił memoriał wysłany w 1765 r. przez Episkopat Polski do papieża Klemensa XIII. Ten jeszcze w tym samym roku zezwolił na obchodzenie święta ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa przez zakon wizytek. Następnym krokiem było ustanowienie tego święta dla całego polskiego Kościoła. Dopiero jednak w 1856 papież Pius IX uczynił je obowiązującym w Kościele na całym świecie.

    Mimo trudności, święta Małgorzata Maria Alacoque pod koniec życia rozpoczęła rozpowszechnianie Bożego przesłania. Zainicjowała obchody uroczystości Najświętszego Serca Jezusa w Paray-le-Monial i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w klasztorze macierzystym kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.

    Zmarła 17 października 1690 r. w klasztorze Paray-le-Monial, mając 43 lata. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, do kościoła przybyło wielu wiernych, aby pożegnać osobę cieszącą się już za życia opinią świętości. Jej pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    Jednak także pośmiertna droga skromnej zakonnicy do świętości nie była szybka, łatwa i oczywista.

    Święta Małgorzata Maria Alacoque została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a kanonizowana 13 maja 1920 r. za pontyfikatu papieża Benedykta XV. Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. W liturgii Kościoła katolickiego wspomnienie św. Małgorzaty Marii Alacoque obchodzono początkowo 17 października. W roku 1969 data ta została wyznaczona jako dzień wspomnienia liturgicznego Ignacego Antiocheńskiego, w związku z tym dzień wspomnienia liturgicznego św. Małgorzaty Marii Alacoque został przeniesiony na 16 października. To jednak w Polsce dzień św. Jadwigi Śląskiej, tak więc ostatecznie wspominamy św. Małgorzatę Marię Alacoque 14 października.

    Skromna siostra klauzurowego Zakonu Nawiedzenia, wsłuchująca się nieustannie w głos swego Mistrza i Oblubieńca, zostawiła 141 listów, a w nich rady i myśli nazywane “Perełkami św. Małgorzaty”. Są wśród nich mistyczne dialogi z Jezusem wzywającym do rozszerzenia kultu Jego Najświętszego Serca. W jednym z listów Małgorzata tłumaczy: “To Boże Serce jest niezgłębioną otchłanią wszelkich dóbr, do której ubodzy mają się zwracać we wszystkich swoich potrzebach. Ono jest otchłanią radości, w której przepadają wszystkie nasze smutki. Jest otchłanią pokory przeciwko naszej pysze, jest otchłanią miłosierdzia dla nieszczęśliwych, jest wreszcie otchłanią miłości, w której powinniśmy ukryć całą naszą nędzę”.

    Być może w skomplikowanej i rozchwianej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć, proste myśli Małgorzaty Marii Alacoque, żyjącej we Francji w XVII wieku, okażą się cenną wskazówką?

    Małgorzata Ćwiklińska-Sołtys – archeolog, antropolog kultury, etnograf i historyk/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Magiczny rytuał czy dojrzała wiara?

    O tym, jak przeżywać pierwsze piątki miesiąca

    Magiczny rytuał czy dojrzała wiara? O tym, jak przeżywać pierwsze piątki miesiąca

    fot. Jacob Bentzinger / Unsplash

    *********

    Zrobienie czegoś określoną ilość razy ma zapewnić zbawienie? Wielu osobom pierwsze piątki mogą kojarzyć się bardziej z magicznym rytuałem, czymś w rodzaju “kupowania odpustów” niż z dojrzałą wiarą. Choć bałem się do tego przyznać, przez długi czas myślałem podobnie. Wszystko zmieniło się, gdy postanowiłem bardziej zrozumieć sens tego nabożeństwa.

    Dziewięć pierwszych piątków miesiąca “zaliczyłem” już po pierwszej komunii. Później nie wracałem do tematu, przekonany, że zrobiłem swoje i “kupiłem” bilet do nieba. Pierwsza poważna refleksja na temat dziewięciu pierwszych piątków przyszła dopiero w dorosłym życiu, gdy zacząłem na nowo poznawać i odkrywać Boga. “Czy na pewno działa On w magiczny sposób i daje pierwszeństwo w drodze do nieba tym, którzy odprawili pierwsze piątki?”. Jakoś nie pasowało mi to do obrazu Boga, który właśnie odkryłem. Przez lata bagatelizowałem temat pierwszych piątków. Aż do teraz. Półtora miesiąca temu powrócił on niespodziewanie i przyniósł ciekawe refleksje. Ale najpierw o tym, skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych piątków.

    Historia pierwszych piątków miesiąca

    Pierwszopiątkowe nabożeństwo ma związek z objawieniami, do jakich doszło w latach 1673-1675 w kaplicy klasztoru sióstr wizytek w Paray-le-Monial, podczas których Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Miał On złożyć francuskiej zakonnicy 12 obietnic, z których ostatnia brzmi: “Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do komunii świętej da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Oznacza to, że wszystkim, którzy z zaangażowaniem odprawią nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, Jezus udzieli łaski ostatecznego pojednania i przebaczenia wszystkich grzechów. Możemy wierzyć, że stanie się to nawet w przypadku niespodziewanej śmierci.

    Kto nie chciałby w chwili umierania znaleźć się od razu w ramionach kochającego Boga? Trudno o lepszą perspektywę. Nic więc dziwnego, że do odprawiania pierwszych piątków miesiąca zachęca się już pierwszokomunijne dzieci. Trzeba jednak pamiętać, że bez głębszego pochylenia się nad tym tematem, pierwsze piątki mogą stać się kolejnym “cudownym sposobem” na kontrolowanie Pana Boga i złapanie Go za nogi. Bądźmy szczerzy. Problem z tym mogą mieć dorośli, a co dopiero dzieci. Myślę, że wiele osób chętnie poszłoby na taki układ: “Zaliczę dziewięć pierwszych piątków, a później będę miał spokój”. Czy jednak na pewno o to w tym chodzi? Oczywiście nie mnie to osądzać, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków, a później życie zgodnie z zasadą “hulaj dusza, piekła nie ma”, niewiele pomoże. Pierwsze piątki to coś więcej, niż bilet do nieba z pierwszeństwem wejścia na pokład.

    Cztery powody, dla których warto odprawić pierwsze piątki

    Każdy pierwszy piątek jest przede wszystkim okazją do wynagrodzenia za grzechy swoje i całego świata. I właśnie z tą myślą należy przyjąć tego dnia komunię. Już sama refleksja nad tym, że jestem grzesznikiem, bardzo zmienia perspektywę przeżywania tego dnia i jest okazją do nawrócenia. Nawracać powinniśmy się codziennie, ale kto z nas o tym pamięta? W natłoku obowiązków, stresu i napięć nasze moralne potknięcia mogą bardzo łatwo stać się rutyną. Pierwszy piątek i spowiedź, która często mu towarzyszy, może okazać się naszym “alertem krytycznym”, przypomnieniem, że może warto odkurzyć sumienie. W przeżywaniu pierwszych piątków miesiąca bardzo ważne jest, by intencja wynagrodzenia za grzechy swoje i całego świata towarzyszyła nam w każdy z tych dni (dotyczy to szczególnie osób, które i tak codziennie przystępują do komunii). To po pierwsze.

    Po drugie, pierwszy piątek miesiąca stanowi okazję do refleksji nad własną śmiercią. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo w świecie celebrującym życie i przyjemność takie stwierdzenie jest nie na miejscu. Dla mnie jednak było to wielkie odkrycie. Gdy w pierwszy piątek września uklęknąłem po komunii w półmroku kapucyńskiego kościoła i wyszeptałem: “Jezu, pamiętaj o mnie, gdy będę umierał”, przeszły mnie ciarki. Było to bardzo mocne doświadczenie. Zdałem sobie sprawę, że mogę umrzeć równie dobrze za 50 lat, jak również jutro. I choć nie wiem, kiedy i jak to nastąpi, jestem pewien, że w tej chwili nie będę mógł liczyć na lepsze towarzystwo, niż obecność Jezusa, który chwyci mnie za rękę i przeprowadzi na drugą stronę. Bardzo bym chciał, żeby tak to się odbyło.

    Po trzecie, pierwsze piątki uczą mnie pokory. Przyznaję, że nie do końca rozumiem, o co chodzi w formach pobożności, które wymagają ode mnie wykonania czegoś określoną ilość razy. Dlaczego dziewięć pierwszych piątków, a nie osiem albo dziesięć? Mimo to akceptuję to i przyjmuję. Może jestem naiwny, a może po prostu przyznaję się do tego, że nie wszystko muszę rozumieć. Z drugiej strony – przy całym zdroworozsądkowym podejściu do sprawy – jako ludzie potrzebujemy czasem czegoś konkretnego, do czego trzeba się zmobilizować, co wymaga od nas jakiegoś wysiłku. Nie po to, by sobie na coś zasłużyć, ale po to, by zrobić coś namacalnego i wymiernego. Nabożeństwo pierwszych piątków jest pod tym względem idealne. Nie jest to trwająca 54 dni nowenna pompejańska, na którą trzeba przeznaczyć każdego dnia naprawdę sporo czasu. Odprawienie pierwszego piątku to tylko jedna godzina w miesiącu (tyle mniej więcej trwa msza) i konkretna intencja, w której przyjmuję komunię świętą.

    Po czwarte, każdy z dziewięciu pierwszych piątków jest okazją do przypomnienia sobie o tym, co Jezus dla nas zrobił. Myślę, że to najistotniejszy aspekt tego nabożeństwa. Przeżycie pierwszych piątków w duchu wdzięczności i miłości wobec Boga, który umarł za nas, otwierając perspektywę nieskończoności z samym sobą, będzie najlepszą rzeczą, jaką możemy w tym dniu zrobić.

    Moje “nowe” dziewięć pierwszych piątków

    Przyznaję, że do niedawna pierwsze piątki bardziej kojarzyły mi się z “kupowaniem odpustów” niż z dojrzałą wiarą. Powyższe refleksje sporo jednak zmieniły. Nie jest to oczywiście dogmat wiary i nie trzeba w to wierzyć. Pierwsze piątki nie są nam również niezbędne do zbawienia! Takie myślenie nie miałoby nic wspólnego z Ewangelią. Sądzę jednak, że warto zaryzykować i spróbować świadomie odprawić pierwszopiątkowe nabożeństwo. Nawet, jeśli w dzieciństwie już raz to zrobiliśmy. Pierwsze piątki przeżywane z dojrzalszej perspektywy to coś zupełnie innego, niż pierwszokomunijny obowiązek. Na pewno nam nie zaszkodzą, a z dużym prawdopodobieństwem umocnią i rozwiną naszą wiarę.

    Pod koniec sierpnia ustawiłem w kalendarzu pierwszopiątkowy alert. Zrobiłem to wspólnie ze znajomym, by nawzajem się mobilizować. W każdy czwartek przed pierwszym piątkiem otrzymuję przypomnienie, by następnego dnia zaplanować czas na Eucharystię. Za mną dopiero jeden (wrześniowy) pierwszy piątek. Przede mną – kolejnych osiem. Mam jednak nadzieję, że każdy z tych dni – tak jak stało się to za pierwszym razem – naprawdę będzie lekcją pokory, okazją do refleksji nad własnym grzechem, śmiercią i spotkaniem z żywym Bogiem, który w godzinie śmierci weźmie mnie za rękę. Czuję, że to mogą być dające do myślenia rekolekcje.

    Piotr Kosiarski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 7 PAŹDZIERNIKA

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ RÓŻAŃCOWEJ

    Domingo Martínez Matka Boża Różańcowa olej na płótnie, ok. 1720 Muzeum Sztuk Pięknych, Sewilla

    Matka Boża Różańcowa/Domingo Martínez/ok. 1720 Muzeum Sztuk Pięknych, Sewilla

    *****

    Modlitwa o zwycięstwo

    Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło.

    Chrześcijaństwo nie jest religią dezerterów z tego świata. Uczniowie Jezusa są wezwani, aby kształtować oblicze ziemi, na której żyją. Czasem oznacza to obowiązek obrony własnego domu. Kiedy w XVI wieku tureckie imperium przygotowywało się do podbicia Europy, niebezpieczeństwo było realne. Sto lat wcześniej Turcy zdobyli Konstantynopol, kładąc kres istnieniu ponad 1000-letniego chrześcijańskiego cesarstwa na Wschodzie.

    Świątynia Hagia Sophia, największa chluba Bizancjum, została zamieniona w meczet. „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się tym razem sułtan Selim II. Papież Pius V, dominikanin, mobilizował Europejczyków do obrony. Chrześcijańska flota starła się z turecką w Zatoce Korynckiej w pobliżu Lepanto 7 października 1571 roku. To była jedna z największy morskich bitew w dziejach. Po obu stronach walczyło po ok. 200 okrętów. Turcy zostali pokonani.

    Co to ma wspólnego z Różańcem? Pius V organizując obronę Europy, zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej z prośbą o zwycięstwo. On sam nie miał wątpliwości, że wygrana bitwa była dziełem Maryi. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które później przemianowano na święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie, którzy stanowili trzon chrześcijańskiej floty, w kaplicy ku czci Matki Bożej Różańcowej napisali: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”. Zwiedzając kiedyś Wenecję, trafiłem do benedyktyńskiego klasztoru. Zakonnik oprowadzający po refektarzu pokazał z dumą solidny drewniany sufit: – Zrobiono go ze statków zdobytych w bitwie pod Lepanto.

    Chrześcijanin musi stoczyć w życiu wiele bitew. Najpierw w sobie samym – z pokusą, słabością, zniechęceniem, ociężałością, zwątpieniem. Ale musi także walczyć o innych. Każdy ma swoje Westerplatte. W tych zmaganiach modlitwa różańcowa jest jedną z najbardziej skutecznych duchowych broni. Modlitwa nie oznacza rezygnacji z działania, ona towarzyszy ludzkim wysiłkom. Modlitwa przypomina, że nasze życie jest w ręku Boga. Ale choć wszystko od Niego zależy, to jednak nie jest tak, że od nas nic nie zależy. Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło. Mądrze, odważnie, z ufnością. Różaniec wskazuje na Maryję. Podpowiada: wybieraj jak Ona, z Nią nie przegrasz.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    *****

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXVII NIEDZIEDZIELI

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NMP

    *****

    W TYM DNIU CZŁONKOWIE ŻYWEGO RÓŻAŃCA MOGĄ UZYSKAĆ ODPUST ZUPEŁNY

    Warunki uzyskania:

    • być w stanie łaski uświęcającej albo przystąpić do spowiedzi św.  
    • brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu 
    • jeśli tego warunku brak, zyskujemy odpust cząstkowy. 
    • przyjęcie Komunii św. 
    • modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec św. 

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    *****

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Sanktuarium, które daje moc

    Sanktuarium, które daje moc

    fot. Depositphotos

     

    Objawienia powtarzały się od maja do października, przyciągając wciąż większe rzesze pielgrzymów, ciekawskich i niedowiarków. Przy każdym spotkaniu Maryja prosiła o trzy rzeczy.

    Niezależnie od tego, w której części świata przebywałam, to 13 maja i tak myślami wędrowałam do Fatimy. Bo przecież właśnie w tym dniu w 1917 roku, za sprawą pierwszego z sześciu objawień Matki Bożej, zaczęła się historia tego miejsca. Zwykle w tym czasie Fatimę zalewały tłumy radosnych pielgrzymów z całego świata, z dużym udziałem naszych rodaków. Tymczasem prawdopodobnie już drugi rok, majowa rocznica objawień będzie cicha i spokojna. Jednak nawet w ciszy, bez tłumów pielgrzymów, sanktuarium fatimskie jest piękne i wymowne.

    Macie takie miejsca gdzieś w świecie, gdzie czujecie się dobrze, jak u siebie? Dla mnie jest to właśnie Fatima w dalekiej Portugalii. Znam sanktuarium fatimskie od połowy lat 90-tych, kiedy docierało się tam autokarem po tygodniu podróży. Zawsze był to moment oddechu, odpoczynku, takie bezpieczne schronienie.

    Z racji pracy jako pilot wycieczek, miałam okazję odwiedzać Fatimę wielokrotnie. Przez wszystkie lata, przyjeżdżając tam, czułam, jakbym wracała do domu. Zawsze miałam radość w sercu i przeżywałam pewne wzruszenie. Atmosfera miejsca wiary napełniała mnie w jakiś niewytłumaczalny sposób otuchą i radością. Jakbym doładowała baterie. Fatima to moje miejsce mocy, którego obecnie bardzo mi brakuje… A maj to dobra okazja, by przypomnieć historię objawień fatimskich i atmosferę dni rocznicowych.

    Różaniec, pokuta i modlitwa za grzeszników

    Wszystko rozpoczęło się w pewną pogodną niedzielę, 13 maja 1917 roku, kiedy to trójce pastuszków – Łucji Santos oraz Franciszkowi i Hiacyncie Marto – pasących niewielkie stadko na łące w Cova da Iria, ukazała się świetlista postać młodej i pięknej kobiety z różańcem w ręku. “Pani jaśniejsza niż słońce” poprosiła dzieci, aby zechciały przechodzić w to miejsce przez kolejne 5 miesięcy. Objawienia powtarzały się od maja do października, przyciągając wciąż większe rzesze pielgrzymów, ciekawskich i niedowiarków. Przy każdym spotkaniu Maryja prosiła dzieci o odmawianie różańca, pokutę i modlitwę za grzeszników. Warto pamiętać, że dzieci nie pojawiły się na Cova da Iria w dniu 13 sierpnia, ponieważ zostały porwane i uwiezione przez burmistrza Ourem. Spotkanie z Matką Bożą miało miejsce dopiero po ich uwolnieniu, 19 sierpnia w Valinhos, w pobliżu ich rodzinnej wioski Aljustrel. Wreszcie 13 października 1917 roku, 70 tysięcy zgromadzonych na Cova da Iria ludzi, było świadkami “cudu słońca”, zapowiedzianego przez Matkę Bożą. Tarcza słoneczna oderwała się od nieboskłonu i wirując w szalonym pędzie, zbliżała się ku ziemi. Ludzie szlochając padali na kolana, żałowali za grzechy, gotując się na śmierć. Nagle wszystko ustało, przywracając znany porządek świata, a wielu wątpiących znalazło w tym zdarzeniu łaskę i drogę do Boga.

    Od tego momentu, z wiarą, że dla Matki Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, na miejsce objawień przybywają setki tysięcy pielgrzymów. Dzisiaj nie modlą się już, jak pastuszkowie, pod dębem skalnym na Cova da Iria, ale w pięknym Sanktuarium, jakie przez lata wybudowano w tym miejscu.

    Serce sanktuarium

    Dawna łąka to obecnie olbrzymi plac, mogący pomieścić setki tysięcy pielgrzymów. Wzrok zbliżających się do Fatimy, już z daleka przyciąga wysoka dzwonnica Bazyliki Różańcowej, której kolumnada otacza plac jakby rozpostartymi ramionami, witając wszystkich przybywających.

    Bazylika to ważne miejsce dla pielgrzymów, bowiem znajdą tam groby Franciszka i Hiacynty, pastuszków, których beatyfikował św. Jan Paweł II, a do grona świętych pańskich wyniósł papież Franciszek, podczas swojej wizyty w Fatimie w setną rocznicę objawień, 13 maja 2017 roku.

    Jednak to nie ten piękny, lśniący bielą miejscowego marmuru w intensywnym portugalskim słońcu kościół jest sercem sanktuarium. Jest nim Capelinha. Miejsce to wskażą nam wędrujący na kolanach “drogą pokutną” pielgrzymi. Ich celem jest niewielki przeszklony sześcian, stojący z boku, po lewej stronie placu, w cieniu wielkiego, rozłożystego wiekowej dębu skalnego, zwanego “Wielką Azinheirą”.

    Gdy zbliżymy się do szklanej konstrukcji, zobaczymy wewnątrz małą, białą tradycyjną kapliczkę, a przed nią figurę Matki Bożej Fatimskiej. Z jej rąk zwisa różaniec podarowany przez św. Jana Pawła II, a w zwieńczeniu korony znajduje się kula, która zraniła go na Placu Św. Piotra, 13 maja 1981 roku. “Jedna ręka wystrzeliła kulę, ale inna ją prowadziła” – powiedział nasz papież, odwiedzając rok później Fatimę, aby podziękować Matce Bożej za ocalenie. Była to pierwsza z trzech wizyt “papieża fatimskiego” w sanktuarium Jego Wybawicielki.

    Kolumna, na której stoi figura, znajduje się w miejscu, gdzie rósł dąb skalny, pod którym pastuszkowie czekali na przyjście “Pani jaśniejszej niż słońce”. Samo drzewo zostało “rozebrane” przez pierwszych pielgrzymów. Na ołtarzu przed kapliczką odprawiane są msze święte, nabożeństwa, stąd płynie modlitwa różańcowa w różnych, czasami bardzo egzotycznie brzmiących językach, transmitowana codziennie w internecie.

    Naród emigrantów

    Najważniejsze uroczystości rocznicowe w Fatimie odbywają się w maju, kiedy witamy i w październiku, kiedy żegnamy Matkę Bożą. Wtedy Sanktuarium wypełnia się pielgrzymami z całego świata, a rezerwacje hoteli trzeba robić nawet rok wcześniej! Fatima rozbrzmiewa najróżniejszymi językami i mieni kolorami barwnych strojów narodowych.

    Uroczystości w sierpniu mają bardziej narodowy charakter. Mimo wspomnianego przesunięcia objawienia, one także odbywają się 12 i 13 dnia miesiąca.  To ważny moment dla rolników portugalskich. Podczas Mszy Św. 13 sierpnia delegacje w tradycyjnych strojach ludowych składają Matce Bożej w darze swoje plony. Z ofiarowanego ziarna i mąki powstają miliony komunikantów, które przyjmują później pielgrzymi. To czas, kiedy w sierpniowym skwarze do Sanktuarium ciągną piesze pielgrzymki z pobliskich wiosek, a także odległych zakątków Portugalii. Ci ludzie nie szukają wygodnych noclegów w mniej lub bardziej komfortowych warunkach. Olbrzymie parkingi wokół sanktuarium wypełniają się radośnie biwakującymi pielgrzymami. Czy to rodzinnie, czy całymi wioskami. To bardzo ciekawy obraz portugalskiej kultury i pobożności. Radość pielgrzymów jest tym większa, że u stóp Naszej Pani w Fatimie spotykają rodziny, często rozsiane po świecie. Portugalczycy to naród emigrantów, wielu żyje na co dzień we Francji, Niemczech, Luksemburgu, Anglii. Jednak w sierpniu nie może ich zabraknąć w Fatimie.

    Uroczystości zawsze zaczynają się już 12-tego, kiedy licznie przybyli pielgrzymi zbierają się wieczorem na różaniec wokół Capelinhii – kapliczki postawionej w miejscu objawień. Po modlitwie rozpoczyna się, jak co wieczór, Procesja Światła. Tysiące serc, tysiące świec, tysiące głosów, wiele języków. Wierni podążają za figurą Naszej Pani Fatimskiej, niesionej na rzęsiście oświetlonym, pełnym kwiatów feretronie, śpiewając Salve Regina. Na twarzach wyciętych z mroku przez chybotliwy płomień świec, widać wzruszenie i radość. Wielu wiernych po zakończeniu procesji zostaje na placu, aby czuwać i modlić się całą noc w oczekiwaniu na nadejście poranka dnia 13-tego.

    Kulminacją uroczystości rocznicowych każdego 13-tego dnia miesiąca od maja do października jest uroczyste nabożeństwo celebrowane na ołtarzu na stopniach bazyliki Matki Bożej Różańcowej. Plac wypełnia się szczelnie ludźmi, którzy trwają tam kilka godzin mimo słońca, deszczu, czy pragnienia…

    Msza kończy się uroczystym pożegnaniem Matki Bożej Fatimskiej i odprowadzeniem figury z ołtarza do Kapliczki. To “Adeus” – wzruszające pożegnanie, kiedy pielgrzymi machają białymi chusteczkami i śpiewają Maryi pieśń pożegnalną. Do zobaczenia za miesiąc, za rok, a może w życiu wiecznym… Dla wielu to bardzo emocjonalny moment.

    Fatima daje moc

    W ubiegłym roku oglądałam transmisję z różańca, procesji i liturgii nocnej z Fatimy w internecie. Przez pusty plac wędrowała figura Matki Bożej Fatimskiej. Była tak mała w ogromie ciemnego placu, a jednocześnie tak mocno rozjaśniała mrok swoim intensywnym światłem. Nigdy nie było to bardziej wymowne. W całej tej nocy jasny punkt kierujący się do ołtarza na stopniach oświetlonej bazyliki i jej kolumnady, otaczającej jakby ramionami pusty plac. Trudno nie myśleć w takiej chwili, jak kruchy jest nasz świat, jak śmieszne są nasze wielkie plany na życie. Jak łatwo stracić to, co uważamy za wieczne, pewne, swoje. A jednocześnie światło wydobywające z mroku figurę Naszej Pani Fatimskiej zdaje się wlewać w serca wiernych otuchę i nadzieję. Fatima daje moc!

    Małgorzata Ćwiklińska-Sołtys/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odmawianie różańca... sprawia prawdziwe cuda!

    fot. Screenshot – YouTube (Rosemaria)

    *****

    Odmawianie różańca… sprawia prawdziwe cuda!

    Źródeł tej modlitwy upatruje się w historii św. Dominika. Została mu ona objawiona przez Maryję, gdy wszystkie ludzkie sposoby działania zawiodły. Święty ten próbował walczyć z heretykami wszystkimi dostępnymi sposobami – pościł i modlił się w ich intencji i … bezskutecznie. Wtedy Matka Boża jako ratunek w jego bezradności przykazała mu odmawianie Psałterza Maryi (dzisiejszego Różańca). Czyli od początku ta modlitwa była ostatnią i niezawodną deską ratunku…

    Cuda różańcowe w historii świata

    Lepanto. Rok 1571. Imperium muzułmańskie wybudowało ogromną flotę i szykuje się do ataku na świat chrześcijański. Chce pierwsze podbić Rzym, a następnie całą Europę. Odpowiedź papieża Piusa V jest jednoznaczna – wzywa on wszystkich chrześcijan do odmawiania różańca. O zwycięstwie chrześcijan zadecydowała nagła zmiana pogody. Wenecjanie w dowód wdzięczności wybudowali kaplicę z napisem: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Filipiny. Lata 80. XX wieku. Dyktator F. Marcos rozwiązał parlament i rozpoczął aresztowania. Na to bezbronni mieszkańcy zwrócili się o pomoc do kardynała Filipin – J. Sina. Wezwał on  przez radio wiernych do wyjścia na ulice z różańcem w ręce. Całe rodziny publicznie odmawiały tę modlitwę w celu obalenia dyktatury. W Alei Objawienia zebrało się około 2 mln ludzi. Po czterech dniach na ulice wyjechały czołgi, aby rozgromić tłum, jednak ku zdziwieniu wszystkich żołnierze zamiast atakować ludzi przyłączyli się do modlitwy różańcowej. Gdy następnie próbowano zgromadzone osoby rozgromić gazem, wiatr zaczął wiać z przeciwnej strony, tak że nikomu z zebranych nie wyrządził on szkody.

    Objawienia maryjne a różaniec

    Można stwierdzić, że niemal za każdym razem, gdy objawia się Matka Boża wzywa do modlitwy różańcowej, a wielokrotnie sama odmawia ją z widzącymi. Tak było na przykład w przypadku objawień w Lourdes, gdy Maryja modliła się na różańcu razem z Bernadettą.

    Wielokrotnie także Matka Boża obiecywała wyjednanie wszystkich potrzebnych łask i otrzymanie tego, o co się usilnie prosi, właśnie dzięki modlitwie różańcowej. Wystarczy przytoczyć tutaj chociażby przykład coraz bardziej znanych objawień w Pompejach. Do odmawiania różańca wezwała ona najpierw Bartolomeo Longo. Mężczyzna ten spacerował właśnie obok kapliczki, gdy nagle usłyszał głos: „Kto szerzy różaniec, ten jest ocalony! To jest obietnica samej Maryi!” Następnie Maryja objawiła się młodej neapolitance cierpiącej na nieuleczalną chorobę. Obiecała jej, że otrzyma wszystko, o co będzie prosić z różańcem w dłoni. I dziewczyna została uzdrowiona. Matka Boża podczas drugich objawień wezwała wszystkich do proszenia Boga o łaski w modlitwie różańcowej: „Kto pragnie uzyskać ode mnie łaski winien odprawić trzy nowenny różańcowe połączone z błaganiem, a następnie trzy nowenny dziękczynne”. Taką formę ma współczesna Nowenna Pompejańska składająca się z trzech części różańca odmawianego codziennie pierwsze w formie błagalnej przez 27 dni, a następnie dziękczynnej przez tyle samo czasu.

    Tak samo gorąco do odmawiania różańca wzywała Matka Boża dzieci w Fatimie, zapewniając, że ta modlitwa może uratować świat i nawrócić zatwardziałych grzeszników: „Chcę abyście codziennie odmawiały różaniec” – prosiła. Fatima, jako jedno z niewielu państw, uniknęła strasznego spustoszenia podczas II wojny światowej.

    Św. Ojciec Pio, który przez całe życie walczył z atakami szatańskimi uważał różaniec za jedną z najskuteczniejszych broni w duchowej walce: „Tym się zwycięża Szatana” – mówił wskazując na różaniec. Nosił go zawsze przy sobie, przez całe życie, a osoby, które go znały wielokrotnie widziały jak szeptał „Zdrowaś Mario” pogrążając się w skupieniu: „Odmawiajcie zawsze różaniec […] Dzięki tej modlitwie szatan spłudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi” – mawiał. To samo przekonanie żywiło wielu świętych, m.in. Josemaria Escriva: „Różaniec święty – to potężna broń. Używaj jej zawsze, a rezultaty wprawą cię w zadziwienie”.

    Różaniec działa!

    Świadectwa osób odmawiających różaniec (w tym Nowennę Pompejańską) potwierdzają, że Maryja jest wierna danej obietnicy, a świeci się nie mylą, gdy jej słuchają. Ludzie odmawiający różaniec zaświadczają, że otrzymują łaski, o które bezskutecznie starali się latami. Wielu doświadcza wyleczenia ze śmiertelnych chorób, niepłodne kobiety zachodzą w ciążę, a bezrobotni otrzymują pracę. Przytoczę tutaj  świadectwo jednej osoby – Ani , która miała zagrożenie ciąży:

    „W połowie ciąży z moim czwartym dzieckiem okazało się, ze mam łożysko przodujące, które się nie posuwa, co grozi krwotokiem, a w konsekwencji poronieniem dziecka, a nawet moją śmiercią. Po jakimś czasie lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej będę musiała w 30 tygodniu ciąży pójść do szpitala, a w 37 zostanie sztucznie wywołany poród. Ta wiadomość mnie przeraziła, ponieważ jako matka trójki dzieci mam cały dom na głowie i nie wyobrażałam sobie, jak to wszystko poukładam. Zaczęłam modlić się o cud, ale nic się nie wydarzało. Po urlopie lekarz potwierdził diagnozę, stwierdzając, że pobyt w szpitalu będzie nieuchronny. I wtedy przypomniałam sobie o Nowennie Pompejańskiej, o której już wielokrotnie słyszałam. Jednak odmawianie trzech części różańca dziennie wydawało mi się niewykonalne. Zawsze miałam ogromne problemy, aby się na nim skupić, myśli co chwilę mi „odlatywały” do innych rzeczy, a poza tym byłam bardzo zapracowana. Jednak coraz wyraźniej czułam, że Bóg wzywa mnie do tego, abym pokonała te swoje bariery. I w końcu zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Na początku dobrze mi szło, tym bardziej, że wtedy dostałam już urlop zdrowotny i miałam więcej wolnego czasu. W połowie nowenny zauważyłam, ze zmienił się mój sposób myślenia. Dalej modliłam się o cud, ale w mojej świadomości zgodziłam się na to, czego będzie chciał Bóg. Wyluzowałam. Uspokoiłam się wewnętrznie  i zrozumiałam, że nawet jak pójdę do szpitala to Bóg zatroszczy się o mój dom i dzieci. Pojawiła się we mnie zgoda na tę sytuacje. I tak dobrnęłam do końca nowenny, kiedy już modlitwa była dla mnie coraz trudniejsza, ja jednak pozostałam jej wierna. Po zakończeniu nowenny byłam umówiona do lekarza. Podczas wizyty zauważyła, że coś się wydarzyło – lekarz jakoś dziwnie się zachowywał. W końcu stwierdził, że co jest niemożliwe z medycznego punktu widzenia , ale łożysko się przesunęło i na razie nie musze iść do szpitala. Co tydzień przychodziłam na wizyty kontrolne i wszystko było w porządku. W końcu urodził się mój syn Antoś – całkiem zdrowy. Poród przebiegał w sposób naturalny i wyjątkowo bez żadnych komplikacji – urodziłam dziecko w przeciągu 1,5 godziny, a poprzednie porody trwały wiele godzin. Lekarz potwierdził, że to co miało miejsce z medycznego punktu widzenia jest cudem”.

    Matka Boża jednak przez różaniec nie tylko leczy ciało, ale także duszę:

    „Moje nawrócenie zaczęło się od różańca. Parę lat temu znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Byłam „w dole”, z którego nie widziałam żadnego wyjścia. Do kościoła chodziłam tylko z tradycji, w przekonaniu, że chociaż Bóg jest, ale za bardzo się mną nie interesuje. Dlatego, jak wydarzyła się ta trudna sytuacja, to czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg i nie mam w niczym oparcia. I w tym tragicznym momencie zadzwoniła do mnie koleżanka, z pytaniem co u mnie słychać. Ja się rozpłakałam, a ona zapytała, czy się modlę. Dla mnie to była totalna abstrakcja. „Po co mam się modlić, skoro Pan Bóg nas w ogóle nie słucha” – myślałam. Wtedy zaproponowała, abyśmy codziennie o 21.00 odmawiały wspólnie dziesiątkę różańca. Przystałam. A ponieważ jestem słowna to byłam wierna danemu słowu, pomimo tego, że w ogóle nie miałam do tego przekonania. Podczas odmawiania różańca nie odczuwałam żadnych uczuć czy emocji, recytowałam go jak formułkę, coś w rodzaju mówienia „Wlazł kotek na płotek…”. Jednak po kilku dniach zauważyłam, że lepiej funkcjonuję, jestem spokojniejsza i nie mam takich czarnych myśli o swoim życiu. Ponieważ człowiek jest z natury pragmatyczny to postanowiłam odmawiać go jeszcze w drodze do pracy. Jednak tak samo jak poprzednio – robiłam to bezmyślnie. To wszystko trwało około miesiąca, a po tym czasie przyszła łaska niesamowitego doświadczenia Boga. Spotkałam Chrystusa i zakochałam się w Nim. Jednak wiem, ze wyprosiła mi to Matka Boża, gdy ja bezmyślnie mówiłam „Zdrowaś Mario…. Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej, Amen”.

    Natalia Podosek/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 obietnic Maryi dla tych, którzy będą odmawiać różaniec

    fot. via Pixabay.com

    *****

    15 obietnic Maryi dla tych, którzy będą odmawiać różaniec

    „Różaniec jest barierą, zaporą przed ogniem piekielnym. Przez różaniec tworzą się wyspy, gdzie nie wolno działać złym duchom. Kto zaś nie jest uzbrojony różańcem, przepasany różańcem, wsparty różańcem, umocniony różańcem, oczyszczony różańcem – niech nie myśli, że może wystąpić do walki z szatanem.” (MB do Barbary Kloss)

    1. Ktokolwiek będzie mi służył przez odmawianie różańca świętego otrzyma wyjątkowe łaski.
    2. Obiecuję moją specjalną obronę i największe łaski wszystkim tym, którzy będą odmawiać różaniec.
    3. Różaniec stanie się bronią przeciw piekłu, zniszczy, pomniejszy grzechy, zwycięży heretyków.
    4. Spowoduje on, że cnoty i dobre dzieła zakwitną; otrzyma on od Boga obfite przebaczenie dla dusz; odciągnie serca ludu od umiłowania świata i jego marności; podniesie je do pożądania rzeczy wiecznych.
    5. Dusza, która poleci mi się przez odmawianie różańca, nie zginie.
    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.
    7. Ktokolwiek będzie miał prawdziwe nabożeństwo do różańca – nie umrze bez sakramentów Kościoła.
    8. Wierni w odmawianiu różańca będą mieli w życiu i przy śmierci światło Boże i pełnię Jego łaski.
    9. Uwolnię z czyśćca tych, którzy mieli nabożeństwo do różańca świętego.
    10. Wierne dzieci różańca zasłużą na wysoki stopień chwały w niebie.
    11. Otrzymacie wszystko, o co prosicie przez odmawianie różańca.
    12. Wszystkich, którzy rozpowszechniają różaniec, będę wspomagała w ich potrzebach.
    13. Otrzymałam od mojego Boskiego Syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca będą mieli za wstawienników cały Dwór Niebieski w czasie życia i w godzinę śmierci.
    14. Wszyscy, którzy odmawiają Różaniec, są moimi synami i braćmi mojego Jedynego Syna Jezusa Chrystusa.
    15. Nabożeństwo do mojego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – instrukcja obsługi św. Ludwika

    Stained glass window of Saint Louis Mary Grignion de Montfort
    Stained glass of Saint Louis de Montfort | G. Freihalter

    *****

    Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort – “Przedziwny sekret Różańca Świętego” – [fragmenty]

    Po wezwaniu Ducha Świętego, jeżeli chcecie dobrze odmówić różaniec, stawcie się na chwilę w obecności Bożej (…). Uważajcie w szczególny sposób na dwa błędy, które zwykle popełniają prawie wszyscy, którzy odmawiają różaniec: pierwszy – to bez włożenia jakiejś intencji odmawiam różaniec tak, że jeżeli się ktoś pyta, dlaczego go odmawiam, nie umiem odpowiedzieć. I dlatego powinniście zawsze mieć na celu przy odmawianiu różańca jakąś łaskę do uproszenia, jakąś cnotę do naśladowania, jakiś grzech do unikania.
    Drugim błędem, jeszcze częstszym, jest zaczynanie różańca z myślą tylko o tym, aby jak najszybciej go zakończyć.(…)
    Wzbudza politowanie fakt, jak wielu odmawia różaniec źle. Odmawiają go z pośpiechem nie do wiary, nawet zjadają połowę jego słów. Nie chciałoby się z pewnością złożyć w taki niepoważny sposób hołdu ostatniemu ze śmiertelnych, a myśli się, że Jezus i Maryja będą tym uczczeni!
    A więc nie ma się co dziwić, jeżeli najbardziej święte modlitwy naszej religii nie przyniosą prawie żadnego owocu i jeżeli odmówionych tysiąc i dziesięć tysięcy różańców nie uświęci was bardziej.

    Wiara

    Różaniec trzeba odmawiać z wiarą, pamiętając słowa Jezusa Chrystusa: “Wszystko, o co w modlitwie poprosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie” (Mk 11,24; Mt 8,13). Jeżeli potem wśród was jest ktoś, kto potrzebuje mądrości, niech prosi o nią Boga… niech prosi jednak z wiarą, bez żadnej wątpliwości (Jk 1, 5-6). Kto odmawia Różaniec, zostanie mu udzielone, o co prosi.

    Pokora

    Trzeba ponadto modlić się z pokorą, jak celnik. Klęczał on na ziemi, nie na jedno kolano lub na ławce, jak pyszni ludzie światowi; stał w głębi kościoła, a nie w sanktuarium, jak faryzeusz; miał oczy pochylone ku ziemi, nie ośmielając się patrzeć w niebo, a nie z głową w górę, patrząc tu i tam jak faryzeusz; bił się w piersi uznając się za grzesznika i prosząc o przebaczenie; “O Boże, miej litość dla mnie grzesznika” (Łk 18,13), a nie jak faryzeusz, który modląc się chwalił się ze swoich dobrych czynów i gardził innymi.

    Uważaj, by nie naśladować pysznej modlitwy faryzeusza, która go uczyniła jeszcze bardziej zatwardziałym i przeklętym; naśladuj natomiast pokorę celnika, która uprosiła mu odpuszczenie win. 
    I jeszcze unikaj wszystkiego, co trąci nadzwyczajnością: uważaj, by nie prosić i nie pragnąć nadzwyczajnej wiedzy, wizji, objawień i innych łask cudownych od Boga danych czasem jakiemuś świętemu, wiernemu Różańcowi. Sola fides sufficit “wystarczy sama wiara”, teraz kiedy Ewangelia św. i wszystkie nabożeństwa i praktyki pobożności są wystarczająco ustalone.
    Nie opuszczaj nigdy najmniejszej cząstki Różańca w chwilach oschłości, niesmaku, smutku; dałbyś dowód pychy i niewierności. Natomiast jako dzielny naśladowca Jezusa i Maryi odmawiaj chociaż w oschłości, to znaczy bez widzenia, bez smakowania, bez czucia niczego, Ojcze nasz i Zdrowaś, rozmyślając najlepiej jak tylko możesz tajemnice. (…)

    Ufność

    Na koniec módl się z wielką ufnością, bazując na dobroci i nieskończonej wspaniałomyślności Boga, i na obietnicach Jezusa Chrystusa. Bóg jest źródłem wody i wina, które płyną nieustannie do serca tego, kto się modli. Największym pragnieniem Ojca Przedwiecznego w stosunku do nas jest to, aby nam przekazać zbawcze wody Swojej łaski i swego miłosierdzia. (…)
    Prosząc o łaski Pana Jezusa sprawiasz Mu przyjemność: przyjemność większą od tej, jaką może dać matce jej własne dziecko. Modlitwa jest kanałem łaski Bożej; za jej pośrednictwem powinniśmy czerpać u Bożego źródła; jeżeli my nie zbliżamy się do Jezusa przez modlitwę, co jest obowiązkiem wszystkich dzieci Bożych, on użala się nad tym z miłością: “Do tej pory nie prosiliście o nic w Imię Moje, proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone” (Mt 7,7). 
    Co więcej, aby zachęcić nas do większej ufności w modlitwie, zapewnił nas, że Bóg Ojciec da nam wszystko, o co Go poprosimy modląc się w Jego Imię (J 15,23).

    Wytrwałość

    Do ufności dołączamy wytrwałość. Tylko ten, kto wytrwa w proszeniu, szukaniu, w pukaniu – otrzyma, znajdzie, wejdzie. Nie wystarczy prosić Pana Jezusa o jakąś łaskę przez miesiąc, przez rok, przez dziesięć lat, przez dwadzieścia lat; nie trzeba ustawać, prosić aż do śmierci być pewnymi, że się otrzyma to, o co się prosi dla własnego zbawienia, choćby się nawet umarło. (…)
    Pan Bóg (…) okazuje swoją miłość w tym, że każe nam prosić i szukać przez długi czas łask, które pragniemy otrzymać; co więcej, im bardziej jest cenna łaska, którą chce nam dać, tym więcej opóźnia się z daniem jej. 
    Czyni tak:

    1. aby dać nam ją obfitszą,

    2. aby osoba, która ją otrzymuje, ceniła ją,

    3. aby ta osoba, po otrzymaniu jej uważała bardzo, by jej nie utracić; nie ceni się bowiem bardzo tego, co się uzyska w jednej chwili, albo za małą cenę.


    Wytrwaj więc drogi Bracie od Różańca, w proszeniu Boga przez Różaniec św. O wszystkie łaski duchowe i cielesne, których potrzebujesz, w szczególny sposób mądrości Bożej, która jest skarbem niewyczerpanym! (Mdr 7,14). I nie wątp, prędzej czy później otrzymasz ją, byleś tylko nie przestał odmawiać Różańca i nie zniechęcił się w pół drogi “Długą drogę musisz jeszcze przebyć” (1 Krl 29,7).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 cytatów pokazujących, jak potężną modlitwą jest różaniec

    15 cytatów pokazujących, jak potężną modlitwą jest różaniec

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Żyjemy w złych czasach. Chyba nie muszę tutaj wszystkim przypominać z jakimi problemami boryka się obecnie cały świat. To smutne, że wiele osób nie radzi sobie z falami okrucieństw, ulegając wszechobecnym niepokojom i niechęciom.

    Musimy kierować się zdrowym rozsądkiem, nie cofać się, lecz działać. Powinniśmy się modlić, pościć, bo tego wymaga od nas nasza wiara. W tym wypadku nie ma lepszego rozwiązania niż modlitwa różańcowa. 

    Ta modlitwa ma szczególnie potężną moc, za jego przyczyną dokonywano cudów, a nawet wygrywano bitwy.

    Te cytaty pokazują jak potężna jest modlitwa różańcem

    W czasach mroku, nie możemy się bać. Nasi wierzący przodkowie ciągle odmawiali różaniec, wzywając na pomoc Maryję Dziewicę.

    W tym artykule znajdziesz 15 cytatów papieży, ludzi kościoła i świętych, które zachęcą cię do tej modlitwy:

    1. “Różaniec jest bronią w dzisiejszych czasach” – święty Ojciec Pio

    2. “Dajcie mi armię modlących się na różańcu, a podbiję świat” – błogosławiony Papież Pius IX

    3. “Najlepszym sposobem na modlitwę jest różaniec” –  święty Franciszek Salezy

    4. “Niektórzy ludzie są na tyle głupi, że myślą, iż możliwe jest życie bez Maryi. Kochaj Madonnę i odmawiaj różaniec, bo to broń przeciwko złu dzisiejszego świata. Wszystkie łaski, które daje nam Bóg spływają przez Błogosławioną Maryję” – święty Ojciec Pio

    5. “Idź do Madonny. Miłuj Ją! Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze byś modlił się duszą, nigdy nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga i pomaga w otrzymać potrzebne łaski!” – święty Ojciec Pio

    6. “Różaniec to potężna broń. Używaj jej pewnie, a zaskoczą cię skutki” – święty Josemaria Escriva

    7. “Powiedz w czasie różańca: Niech będzie błogosławiona Maryja, która poprzez swoją niezmienność oczyszcza nas, ciągłych grzeszników!” – święty Josemaria Escriva

    8. “Dla inteligentnych ludzi, którzy traktują naukę jako broń, różaniec powinien być najbardziej przydatnym narzędziem. Ten pozornie nudny sposób jest błaganiem dzieci do Matki, niszczy każde ziarno próżności i dumy” – święty Josemaria Escriva

    9. “Zawsze odkładacie modlitwę różańcową na potem, w końcu nie odmawiacie jej, ponieważ chce się wam spać. Co jeśli nie będzie innego razu? Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą” – święty Josemaria Escriva

    10. “Różaniec to broń pozwalająca zwyciężyć demony i utrzymująca cię z dala od grzechu… Jeśli pragniecie, by w waszych sercach, domach, krajach zagościł pokój, gromadźcie się wspólnie i odmawiajcie różaniec, zawsze bez względu na to jak jesteście utrudzeni” – Papież Pius IX

    11. “Różaniec jest książką dla niewidomego, która ukazuje największą tragedię miłosną w dziejach świata. To historia, która wtajemnicza ludzi i daje wiedzę o wiele ciekawszą, niż ta przekazywana przez drugą osobę. To książka dla starych, doświadczonych przez życie, którzy ignorują to co złe na świecie, a otwierają się na prawdę. Moc tej modlitwy jest nieopisana”- Arcybiskup Fulton Sheen

    12. “Najlepsza i najbardziej skuteczna forma modlitwy to różaniec, pomagającą osiągnąć życie wieczne. To lekarstwo na zło, najważniejsza z łask otrzymanych od Boga. Nie ma korzystniejszej modlitwy” – Papież Leon XIII

    13. “Nikt nie może trwać nieustannie w grzechu, jednocześnie odmawiając różaniec: trzeba wybrać albo jedno, albo drugie” – Biskup Hugh Doyle

    14. “Najświętsza Maryja Dziewica w czasach, w których żyjemy, nadała tej modlitwie szczególną wartość. Niezależnie od tego z jakimi problemami się borykamy: stałymi bądź tymczasowymi, czy dotyczą życia publicznego czy prywatnego, każdy z nich może rozwiązać różaniec. Nie ma trudności, która nie zostałaby wyjaśniona przez tę modlitwę” – świeta Łucja dos Santos z Fatimy

    15. Podam teraz przykład, który pomoże ci zrozumieć skuteczność modlitwy różańcowej. Czy pamiętasz walkę Dawida z Goliatem? Czego użył młody Izraelita, by pokonać giganta? Uderzył on wielkoluda w środek czoła kamieniem wystrzelonym z procy. Jeśli nazwiemy Filistyna złem, uosobieniem nieczystości, dumy i herezji, możemy również powiedzieć, że i paciorki różańca są kamieniami użytymi przez Dawida. Bóg do walki ze złem używa zupełnie innych sposobów niż my. Myślimy, że do całkowitego pokonania niezbędne są najpotężniejsze środki. W zasadzie, nasz Stwórca stosuje zupełnie inną metodę ponieważ używa tego, co jest słabe. “Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. (Kor, 1, 27) Często spotykasz biedną staruszkę, która z ufnością i pobożnością odmawia różaniec? Powinieneś czynić wszystko, co w twojej mocy, by twoja modlitwa była przepełniona tą samą gorliwością. Zniż się do stóp Chrystusa: bo dobrze jest uniżyć się wobec tak wielkiego jak On.

    Jeśli nie wiesz jak praktykować swe życie duchowe, odmawiaj różaniec. Tylko przez tę modlitwę otrzymasz wszystko to, czego potrzebujesz i przezwyciężysz zło. W końcu, dzięki niemu odnajdziesz radość, pokój w swoim życiu. Pokonaj diabła – odmawiaj różaniec!

        
    Sam Guzman /tłumaczenie: Weronika Czerwińska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    S. Łucja z Fatimy: zaraz po Mszy świętej to różaniec jest modlitwą najbardziej miłą Bogu

    różaniec w Fatimie

    fot.Tiziana Fabi/AFP

    *****

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca […] jest modlitwą najbardziej miłą Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    „Nie ma takiego problemu ani osobistego, ani rodzinnego, ani narodowego, ani międzynarodowego, którego nie można byłoby rozwiązać przy pomocy różańca” – Matka Boża w Fatimie dała Łucji najlepszą receptę na wszystkie nasze życiowe bolączki.

    „Nasza Pani kończy swoje orędzie pamiętnego dnia 13 maja 1917 r. słowami: Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny – pisze s. Łucja Santos w Apelach orędzia fatimskiego. – To różaniec jest tą modlitwą, którą Bóg za pośrednictwem Kościoła i Naszej Pani nam wszystkim bez wyjątku mocno zalecił jako drogę i bramę zbawienia”.

    Dlaczego różaniec?

    Od czasu zakończenia objawień Maryi w Fatimie, a potem uznania ich prawdziwości przez Kościół co pewien czas powracało pytanie skierowane do s. Łucji: dlaczego Maryja dała takie właśnie zalecenie, wybrała tę modlitwę spośród wielu innych. Według zagorzałych krytyków objawień maryjnych wybór ten dyskredytuje znaczenie szczytu modlitwy, czyli mszy świętej.

    Dlaczego zatem ta prośba „Odmawiajcie codziennie różaniec” połączona ze skutkiem, który wypełnienie zadania sprawi, czyli „by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny”?

    „Nie mam całkowitej pewności, dlaczego, gdyż Nasza Pani nie wyjaśniła mi tego a ja nie pomyślałam nawet o tym, by Ją o to zapytać. Wyjaśnienie sensu orędzia pozostawiam całkowicie Kościołowi świętemu, gdyż to do niego należy i to mu przysługuje.

    Odnośnie postawionego pytania sądzę, że Bóg jest Ojcem i jako Ojciec dopasowuje się do potrzeb i możliwości swoich dzieci. Otóż gdyby Bóg za pośrednictwem Naszej Pani prosił nas o to, byśmy codziennie uczestniczyli we mszy świętej i przyjmowali Komunię świętą, musiałby z pewnością wiele mówić, a to dlatego, że dla tych małych dzieci nie było to możliwe.

    Z jednej strony ze względu na wielką odległość do najbliższego kościoła, z drugiej zaś dlatego, że ich codzienne zajęcia i obowiązki, stan zdrowia, itp. nie pozwalały im na to. Natomiast odmawianie różańca jest dostępne dla każdego – dla biednych i bogatych, mądrych i nieuczonych, wielkich i małych” – odpowiada wzruszona s. Łucja.

    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos i Hiacynta Marto
    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos (z prawej) i Hiacynta Marto

    *****

    Weź do ręki różaniec

    Nie musisz mieć nic, by się modlić. Nie musisz nawet mieć w ręku różańca, by się modlić różańcem, ale warto go mieć, bo przypomina nam o spotkaniu, o Stwórcy modlitwy.

    „Nawet dla osób, które nie potrafią, lub nie są zdolne skupić się duchowo, aby rozważać i medytować, zwyczajny fakt wzięcia różańca do ręki, aby go odmawiać, jest już przypomnieniem sobie Boga” – uczy s. Łucja.

    Jako karmelitanka, zaprawiona w modlitewnym boju i znająca wiele form modlitwy, zaleca odmawianie różańca w ramach przygotowania do przyjmowania Komunii świętej. Z przekonaniem poucza, że „osoby, które mogą codziennie uczestniczyć we Mszy świętej nie powinny z tego powodu wymawiać się od codziennego odmawiania różańca”. Dla tych osób wskazuje modlitwę różańcową jako przygotowanie do lepszego udziału w Eucharystii.

    Różaniec: dla wszystkich na świecie

    „Nie wydaje mi się, byśmy spotkali lepszą modlitwę, która lepiej by służyła każdemu w ogólności, od różańca. Liturgia Godzin jest wspaniała, nie sadze jednak, by była dostępna dla wszystkich ludzi na świecie, ani też by odmawiane psalmy mogły być dobrze rozumiane przez wszystkich w ogólności. Wymaga ona niewątpliwie odpowiedniego wyrobienia i przygotowania, którego nie można wymagać od wielu” – mówi s. Łucja.

    I rzeczywiście, jeśli wychylimy głowę poza europejskie realia bliskości kościołów, dostępności sakramentów, kapłanów, książek, szkół biblijnych, liturgicznych, wspólnot i stowarzyszeń okaże się, że w codzienności Afrykańczyków, czy mieszkańców niektórych krajów Azji, czy wysp, to różaniec jest modlitwą naprawdę dla każdego.

    Również dla tych, którzy nigdy nie nauczą się czytać i pisać, a depozyt prawd wiary otrzymają z ustnych przekazów. Orędzia maryjne są zawsze uniwersalne, skierowane do każdego z wierzących. Zalecenie z Fatimy: „Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny” jest więc darem Ojca, przez ręce Matki dla każdego dziecka, niezależnie od jego wieku i wyrobienia duchowego.

    „Bóg, który jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci, domaga się od nas codziennego odmawiania różańca, zstępując w ten sposób na poziom prosty i wspólny dla wszystkich, aby nam ułatwić drogę dostępu do siebie” – pisze s. Łucja.

    WEB2-Woman-Praying-Holy-Rosary-Antoine-Mekary-ALETEIA-AM_5939.jpg

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    *****

    Paciorki budujące zażyłość

    Była pewna, że wszyscy ludzie dobrej woli mogą i powinni codziennie odmawiać różaniec, aby być w kontakcie z Bogiem, korzystać z Jego dobrodziejstw i prosić Go o potrzebne łaski. „Jest to modlitwa, która prowadzi nas do zażyłego spotkania z Bogiem.

    Podobnie jak dziecko, które idzie do ojca, aby mu podziękować, porozmawiać z nim o swoich problemach, otrzymać odpowiednie wskazania, pomoc, wsparcie i błogosławieństwo” – mówi.

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca, ze względu na pochodzenie i wzniosłość modlitw, z jakich on się składa, oraz tajemnic Odkupienia, które przypominamy i rozważamy w każdej dziesiątce, jest modlitwą najbardziej miłą Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    Kto jest najważniejszy w tej modlitwie?

    Tylko Bóg. Każda modlitwa jest rozmową z Bogiem. Jeśli prosimy Maryję, albo zwracamy się o pomoc do świętych, to tylko z taką intencją i w takim sensie, że oni obcują z Bogiem twarzą w twarz i mogą za nami przed Nim orędować.

    Siostra Łucja zdecydowanie też mówi o tym, że przez różaniec uwielbiamy Boga, nie Maryję. Mówimy „błogosławiona między niewiastami”, ale dlatego, że Owoc Jej łona jest błogosławiony i przez Niego zstępuje w Maryję pełnia błogosławieństwa i łaski. Ona nie jest jej źródłem, ona jest naczyniem.

    Modlitwa różańcowa jest więc nieustannym uwielbianiem kolejnych etapów życia Jezusa, w którym Maryja, jako Matka, miała swój niezwykły udział. Dając modlitwę różańcową Bóg niejako dał nam proste narzędzie do oddawania Mu czci i uwielbiania Go w Jego dziełach i działaniu.

    Jeden jest pośrednikiem: Jezus

    „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” to modlitwy biblijne – pisze s. Łucja. Gdy prosimy, by „modliła się za nami grzesznymi” nie wskazujemy w żaden sposób, że Jej pośrednictwo jest równe Jezusowemu. Wręcz przeciwnie. Święty Paweł naucza, że „jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Jezus Chrystus” i Maryja w żaden sposób tego porządku nie narusza.

    Ona, w sposób doskonały, wypełnia jedną z próśb św. Pawła: „Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu. Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych i za mnie”. Na mocy tej rady powinniśmy modlić się za siebie nawzajem i zwracać się do Maryi, aby wstawiała się za nami u Boga – wyjaśnia s. Łucja.

    Fatima

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    *****

    Bogu chce się z nami gadać

    Różaniec jest odpowiedzią na ukrytą w naszym wnętrzu potrzebę modlitwy, a więc potrzebę rozmowy z Ojcem. Nawet, jeśli na jakimś etapie naszego życia zaprzeczamy Jego istnieniu, lub przez całe życie zaprzeczamy i zagłuszamy tę potrzebę, ona w nas jest. Dlaczego?

    Bo nie zależy od naszej woli, ani postanowień. Jest w nas tęsknota, której nikt nie jest w stanie zaspokoić i dać na nią odpowiedzi, bo ta znajduje się jedynie w gestii Boga.

    Modlitwa, która jest w nas, nawet, gdy nie jesteśmy tego świadomi, jest częścią zwodzonego mostu wznoszonego nad rwącą rzeką. Przęsło otwierane po stronie Boga jest zawsze opuszczone na bezpieczną wysokość, nasza część bywa przez lata podniesiona do góry i spotkanie z Bogiem nie jest możliwe, choć czegoś wciąż nam brakuje.

    Dlatego „skoro wszyscy potrzebujemy modlitwy, Bóg chce tego, abyśmy odmawiali – jako pewien stały wymiar dzienny – tę modlitwę, która jest zawsze w naszym bezpośrednim zasięgu: różaniec” – radzi s. Łucja.

    Do różańca nie musisz klękać

    „Można go odmawiać zarówno we wspólnocie, jak i prywatnie, tak w kościele przed Najświętszym Sakramentem, jak też w domu, w rodzinie, lub zupełnie samotnie, zarówno w drodze, jak i podczas spokojnego przebywania na polu” – pisze.

    Dziś do tych okoliczności, które sprzyjają sięgnięciu po różaniec można dodać jazdę autem, lot samolotem, czekanie w kolejce do lekarza, czy do kasy. Niemal każda z sytuacji, w których jesteśmy sami, jest stuprocentową okazją na modlitwę różańcową. Ta właśnie dostępność i przystępność, bez stwarzania specjalnych warunków zewnętrznych, czyni z różańca tak uniwersalną formę, dla każdego.

    „Matka rodziny może go odmawiać, kiedy kołysze maleństwo, lub porządkuje mieszkanie. Każdy dzień ma dwadzieścia cztery godziny… jakże to niewiele, jeśli poświęcimy jeden tylko kwadrans życiu duchowemu, naszemu wewnętrznemu i zażyłemu spotkaniu z Bogiem!”.

    Cytaty za: Siostra Łucja, „Apele orędzia fatimskiego”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA

    W KAPLICY JEZUSA MIŁOSIERNEGO MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. GODZINA ŚWIĘTA Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM

    DZIŚ WSPOMNIENIE ŚW. SIOSTRY FAUSTYNY KOWALSKIEJ

    Bez taryfy ulgowej

    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Bez taryfy ulgowej

    „Raz widziałem ją w ekstazie. W szpitalu na Prądniku ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem” – notował. Doskonale znamy go z „Dzienniczka”, bo Faustyna opisywała szczegółowo rozterki, próby wiary i zalecenia swego spowiednika. A jak widział Faustynę ks. Sopoćko?

    Spaceruję po jesiennym Antokolu, gdzie na cmentarzu wśród zasp liści bezskutecznie szukam grobu pradziadka, i myślę o nich. O ich pierwszym spotkaniu. To tu, przy ul. Senatorskiej 25, ks. Michał spotkał Faustynę.

    Nie było jak w filmie Hitchcocka. Nie rozpoczęło się od trzęsienia ziemi. Zazwyczaj pamiętamy przełomowe daty. Moi znajomi obudzeni w środku nocy są w stanie wskazać dzień, w którym doświadczyli Bożej łaski. Jak bardzo wileńskie spotkanie „na szczycie” musiało być zwyczajne i normalne, skoro ks. Sopoćko nie zapamiętał nawet jego daty. „Siostrę Faustynę poznałem w lecie (lipcu czy sierpniu 1933 roku)” – notował po 15 latach.

    Historycy ustalili, że było to wcześniej. Jeszcze wiosną. W czwartek, 1 czerwca. W Dzień Dziecka.

    Nie zaczęło się sielankowo. Historia kultu Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się, jak to zwykle bywa, od drobnostki, małego zaczynu. Od… upomnienia.

    Gdy nowo przybyła ruda, piegowata zakonnica ujrzała 45-letniego księdza, jej serce mocniej zabiło. Nie potrafiła ukryć emocji i zaczęła się do niego szeroko uśmiechać. Nieprzywykły do takiego zachowania „niespotykanie spokojny kapłan” upomniał ją. „Tak nie można zachowywać się w kościele!”.

    To była pierwsza reakcja! Żadne z nich nie przypuszczało, że połączy ich silna więź, a po kilkudziesięciu latach ich nazwiska będzie wymieniało się na jednym oddechu.

    Jej opowieści traktowałem obojętnie

    Nie chciałbym być w jego skórze. Gdy usłyszał: „Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus. Powiedział: »Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu, na ziemi«”, był wyraźnie zakłopotany.

    Traktował Faustynę z powściągliwością i zdrowym niedowierzaniem. Nie ukrywał tego. Szczerze notował: „Nie rozumiałem i nie mogłem się zgodzić, że miłosierdzie Boże jest najwyższym przymiotem Stwórcy, Odkupiciela i Uświęciciela. Dopiero trzeba było prostej, świątobliwej duszy, ściśle zjednoczonej z Bogiem, która – jak wierzę – z natchnienia Bożego powiedziała mi o tym i pobudziła do studiów, badań i rozmyślań na ten temat”.

    „W obawie przed złudzeniem, halucynacją lub urojeniem siostry Faustyny zwróciłem się do Przełożonej, Matki Ireny, by mnie poinformowała, kto to jest siostra Faustyna, jaką opinią cieszy się w Zgromadzeniu, u Sióstr i Przełożonych, oraz prosiłem o zbadanie jej zdrowia psychicznego i fizycznego. Po otrzymaniu odpowiedzi pochlebnej dla niej pod każdym względem jeszcze nadal przez czas jakiś zajmowałem stanowisko wyczekujące, częściowo nie dowierzałem, zastanawiałem się, modliłem i badałem, jak również radziłem się kilku kapłanów światłych, co czynić, nie ujawniając, o co i o kogo chodzi” – notował. „Idąc za radą św. Jana od Krzyża, zawsze prawie opowiadania siostry Faustyny traktowałem obojętnie i nie pytałem o szczegóły”.

    Był wyciszony, niemal nieobecny. Nie dbał o siebie, zajmował ostatnie miejsca. Bardzo poruszają mnie jego życiowe dewizy: „Należy całkowicie zapomnieć o sobie i za nic się mieć, bo wielki jest Pan, ale tylko w pokornych ma upodobanie” czy: „Pozwolić triumfować innym. Nie przestawać być dobrym, gdy inni dobroci nadużywają”.

    Skąd brał ogromny wewnętrzny spokój? – zapytałem przed laty siostry z białostockiego domu przy Poleskiej, w którym mieszkał i umierał. – To była cecha jego charakteru i owoc wileńskiej formacji: liczenie się z każdym słowem, szacunek dla drugiego człowieka.

    Zniosę wszystko, ale nie odejdę!

    „Siostra Faustyna zwróciła moją uwagę na siebie niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem; przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga grzechem ciężkim” – notował w ostatnich dniach stycznia 1948 w komunalnym mieszkanku przy białostockiej ul. Złotej. Przyjechał tu z Wileńszczyzny rok wcześniej, gdy Litwa została przydzielona Sowietom. „Już na początku oświadczyła mi, że zna mnie od dawna z jakiegoś widzenia, że mam być jej kierownikiem sumienia i muszę urzeczywistnić jakieś plany Boże, które mają być przez nią podane. Zlekceważyłem to jej opowiadanie i poddałem ją pewnej próbie, która spowodowała, że za pozwoleniem Przełożonej siostra Faustyna zaczęła szukać innego spowiednika”. Faustyna nie dała jednak za wygraną: „Po jakimś czasie powróciła do mnie i oświadczyła, że zniesie wszystko, ale ode mnie już nie odejdzie”.

    Na początku znajomości mistyczka uprzedziła spowiednika, że nie będzie łatwo, prosto i przyjemnie: „Przepowiedziała dość szczegółowo trudności i prześladowania, jakie mnie spotkają w związku z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego. Łatwiej było znieść to wszystko w przeświadczeniu, że taka była w całej tej sprawie wola Boża od początku”.

    Ksiądz Michał wiedział doskonale, że może zawsze liczyć na jej gorącą modlitwę. O jej skuteczności przekonał się na własnej skórze: „Rozpoczęły się przepowiedziane przez siostrę Faustynę wielkie trudności, które wciąż się potęgowały. O tych trudnościach prawie nikomu nie mówiłem, aż dopiero w dniu krytycznym prosiłem siostrę Faustynę o modlitwę. Ku wielkiemu memu zdziwieniu w tymże samym dniu wszystkie trudności prysły, jak bańka mydlana, zaś siostra Faustyna opowiedziała, że przyjęła moje cierpienia na siebie i tego dnia doznała ich tyle jak nigdy w życiu”.

    Bardziej ciekawość niż wiara

    Lektura jego prywatnych notatek odsłania początki kultu Bożego Miłosierdzia widziane od kuchni. Z perspektywy zwątpień, rozczarowań i sceptycyzmu.

    Jakże szczerze i rozbrajająco brzmi jego wyznanie, że namalowanie obrazu Bożego Miłosierdzia zlecił Eugeniuszowi Kazimirowskiemu, „wiedziony bardziej ciekawością, jaki to będzie obraz, niż wiarą w prawdziwość widzeń siostry Faustyny”.

    Gdy latem 1934 roku płótno zostało ukończone, sama Faustyna „nie potrafiła jeszcze wytłumaczyć, co oznaczają promienie na obrazie”. Ta lapidarna notatka pokazuje, w jakiej ciemności działali Sekretarka Miłosierdzia i jej spowiednik. Wykonywali posłusznie kroki wiary, robili to, o co prosił Jezus, nie dorabiając do tego żadnej pobożnej ideologii. Przypominali w tym biblijnego Filipa, który usłyszał polecenie: „Idź na drogę, jest ona pusta”. Po co wychodzić na drogę, która jest pusta? Bóg raczy wiedzieć.

    Tu było podobnie. Dopiero gdy obraz był namalowany, Jezus wyjaśnił Faustynie: „Blady promień oznacza Wodę, która usprawiedliwia dusze, a czerwony promień Krew, która jest życiem duszy”.

    Konający Marszałek i przerażająca wizja

    W swym dzienniku ks. Michał opisywał chwile zwątpienia. Nie grał bohatera, ale nazywał rzeczy po imieniu. „Nie mogłem zawiesić obrazu w kościele bez pozwolenia Arcybiskupa, którego wstydziłem się o to prosić”.

    Umieścił płótno w ciemnym korytarzu w klasztorze bernardynek, którego był rektorem. Ponieważ Faustyna nie dawała za wygraną i domagała się umieszczenia go w bardziej widocznym miejscu, ks. Michał użył fortelu. Jak Onufry Zagłoba, który przemierzył wzdłuż i wszerz litewskie drogi.

    „Proboszcz Ostrej Bramy kanonik St. Zawadzki prosił mnie, bym wygłosił kazanie. Zgodziłem się pod warunkiem umieszczenia owego obrazu jako dekoracji w oknie krużganku, gdzie obraz ten wyglądał imponująco i zwracał uwagę wszystkich bardziej niż obraz Matki Boskiej. W parę dni po Triduum w Ostrej Bramie siostra Faustyna opowiedziała mi o swoich przeżyciach w czasie tej uroczystości. Następnie 12 maja widziała w duchu konającego Marszałka Piłsudskiego i opowiadała o strasznych jego cierpieniach. Pan Jezus miał jej to pokazać i powiedzieć: »Patrz, czym kończy się wielkość tego świata«. Widziała następnie sąd nad nim, a gdy zapytałem, czym on się skończył, odpowiedziała: »Zdaje się Miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Boskiej zwyciężyło«”.

    Nie była to jedyna wizja dotycząca wydarzeń historycznych. Tuż przed II wojną opowiadała spowiednikowi o „nadchodzących strasznych czasach”. Ten jednak, wierny podpowiedziom Jana od Krzyża, nie dopytywał o szczegóły: „Nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa? Sama zaś mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy, zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała. Przepowiedziała mi też swą śmierć 26 września, że za dziesięć dni umrze, a 5 października umarła. Z braku czasu na pogrzeb przyjechać nie mogłem”.

    Głupstwo piszesz!

    Niezwykły duet. On – oczytany, wykształcony, ona, jak sam opisywał: „zaledwie umiała pisać z błędami i czytać”. „Pod względem naturalnego usposobienia była zupełnie zrównoważona, bez cienia psychoneurozy lub histerii” – notował spowiednik, który zresztą już na samym początku wysłał mistyczkę do psychiatry. „Naturalność i prostota cechowała jej obcowanie zarówno z siostrami w zgromadzeniu, jak z osobami obcymi. Nie było w niej żadnej sztuczności i teatralności, żadnej wymuszoności ani chęci zwracania uwagi na siebie”.

    Ponieważ jeszcze w Wilnie siostra Faustyna wspominała o tym, że czuje przynaglenie wystąpienia z zakonu Matki Bożej Miłosierdzia i założenia nowego zgromadzenia, jej spowiednik miał twardy orzech do zgryzienia. „Uważałem to przynaglenie za pokusę i nie radziłem traktować tego poważnie” – podpowiadał. „Rozmawiałem z nią na temat zgromadzenia, które chciała założyć, a teraz umiera, zaznaczając, że to chyba było złudzeniem, jak również może złudzeniem były i wszystkie inne rzeczy, o których mówiła. Siostra Faustyna obiecała na ten temat rozmawiać z Panem Jezusem na modlitwie”.

    Sam ks. Sopoćko odprawił w tej intencji Mszę Świętą. Gdy spotkał się z leżącą w szpitalu mistyczką, zapytał, czy ma jakieś odgórne wytyczne. Ta jednak bez zbędnego owijania w bawełnę odparowała, „że nie potrzebuje mówić, bo już mnie Pan Jezus w czasie mszy św. oświecił”.

    Ksiądz Sopoćko czuł się prześwietlony. Faustyna dodała, że „w kazaniu, które tego dnia wygłosiłem przez radio, nie było zupełnie czystej intencji (rzeczywiście tak było) i że widzi, jak w małej drewnianej kapliczce w nocy przyjmuję śluby od pierwszych sześciu kandydatek do tego Zgromadzenia. Wszystko prawie, co przepowiedziała, najdokładniej się spełniło”.

    O tym, że kluczową postacią w życiu mistyczki był pokorny kapłan z Wileńszczyzny, świadczy jedna dramatyczna historia. Gdy latem 1934 r. przez kilka tygodni nie mógł spowiadać Faustyny, ta… spaliła pierwowzór „Dzienniczka”. „Ponoć zjawił się jej Anioł i kazał wrzucić go do pieca, mówiąc: »Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości. Cóż ty masz z tego miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie jakichś urojeń?! Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza!«. Siostra Faustyna nie miała kogo się poradzić i gdy widzenie się powtórzyło, spełniła polecenie rzekomego anioła. Potem zorientowała się, że postąpiła źle, opowiedziała mi wszystko i spełniła moje polecenie opisania wszystkiego na nowo”.

    Do zobaczenia w niebie!

    W ekstazie widział ją jedynie raz. „2 września 1938 roku, gdy ją odwiedzałem w szpitalu na Prądniku. Gdy otworzyłem drzwi do separatki, w której się znajdowała, ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem. Wzrok jej był utkwiony w jakiś przedmiot niewidzialny, źrenice nieco rozszerzone, nie zwróciła uwagi na moje wejście, a ja nie chciałem jej przeszkadzać i zamierzałem się cofnąć; wkrótce jednak ona przyszła do siebie, spostrzegła mnie i przeprosiła, że nie słyszała mego pukania do drzwi ani wejścia. Pożegnałem ją, a ona powiedziała: »Do zobaczenia w niebie!«. Gdy następnie 26 września odwiedziłem ją po raz ostatni w Łagiewnikach, nie chciała ze mną już rozmawiać, a może raczej nie mogła, mówiąc: »Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim«, rzeczywiście robiła wrażenie nadziemskiej istoty”.

    Umierał 15 lutego 1975 roku w dniu imienin Faustyny, nie doczekawszy wyboru na Stolicę Piotrową kard. Wojtyły i zniesienia wydanej w 1959 roku notyfikacji zakazującej kultu Bożego Miłosierdzia. Jak dramatycznie brzmią dziś jego słowa: „Kończę osiemdziesiąt lat. Moje ręce są puste”. Absolutnie nic nie zapowiadało tego, że dzieło Miłosierdzia w tak ekspresowym tempie rozleje się na cały świat. Umierający spowiednik nie doświadczał owoców proroctwa, które kilkadziesiąt lat wcześniej zanotowała Faustyna: „Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to”.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za Kościół, aby przyjął słuchanie i dialog jako styl życia na każdym szczeblu, pozwalając się prowadzić Duchowi Świętemu ku peryferiom świata.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Matko Boża Różańcowa, która wciąż prosisz, abyśmy nie ustawali w codziennej modlitwie różańcowej i czynili pokutę, wyjednaj nam tę łaskę, abyśmy przyjęli Twoje Fatimskie orędzie z pełną odpowiedzialnością za swoje i naszych bliźnich zbawienie. Zaniepokojeni losami naszej Ojczyzny błagamy o Bożego Ducha, którego sprowadził w nasze serca św. Jan Paweł II. Wtedy rzeczywiście oblicze nie tylko naszej ziemi zmieniło bieg historii. W tym miesiącu będziemy decydować jaki ma być nasz Naród, któremu na imię Polska. Dokładnie 45 lat temu, 16 października w poniedziałkowy dzień, 263 następcą św. Piotra, został przez niebo w cudowny sposób wskazany, ten, który Tobie Maryjo całkowicie się oddał – cały Twój. Wierzymy, tym razem jeszcze bardziej, bo już jest przed tronem Twojego Syna, że wyprosi nam Bożą mądrość.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec: historia i teologia

     

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę prostą i zarazem głęboką modlitwę.

    Historia różańca

    Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Kolejno anachoreci, benedyktyni, cystersi, kartuzi słysząc słowa: “Nieustannie się módlcie” (1Tes 5,17), na wzór Chrystusa uświęcali poszczególne pory dnia i nocy, obok Eucharystii, rozważaniem Ojcze nasz oraz modlitwą stu pięćdziesięcioma psalmami.

    Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: “Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy “Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    W późniejszych wiekach różaniec połączy rozmaite tradycje, w tym także hezychastyczną modlitwę Jezusową. Na Zachodzie przy klasztorach w VIII i IX w. uczono świeckich wiernych oraz rozmaitych illiterati (analfabetów) modlitw, opartych na Piśmie Świętym, pobożnych hymnach, a przede wszystkim na Modlitwie Pańskiej. Taki zastępczy “psałterz” służył także mnichom, którzy nawet podczas pracy fizycznej mogli odmówić 150 modlitw – tyle, ile jest psalmów w Psałterzu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie “czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za “nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi.

    Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy “różaniec” (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny. Indyjskie słowo “japamala” oznaczające “zbiór modlitw”, bądź “zbiór róż” (“japa” – róża), służyło dla opisu metody modlitwy na paciorkach, która w VIII i IX wieku przeszła do islamu, a na przełomie XII i XIII wieku dalej, do chrześcijaństwa. Między innymi dominikanin Wilhelm de Nubruk, przebywając jakiś czas wśród Tatarów, relacjonuje: “Oni noszą sznury modlitewne (paternoster) tak jak my”. Tradycja zachodnia podaje legendę o cystersie, któremu Maryja objawiła, że zamiast wieńca kwiatów składanego u stóp jej figury, może składać “wieniec róż” (niem. Rosenkranz; róża – kwiat symbolicznie związany z Bogurodzicą) w formie wielokrotnej modlitwy Ave Maria.

    W XV wieku ostatecznie powiązano dwa wymiary: powtarzanie modlitewnych formuł oraz rozważanie tajemnic z życia Jezusa i Maryi. Obok maryjnego różańca, znane są inne jego formy. Przykładem może być Różaniec Najświętszego Imienia Jezus, odmawiany podobnie, choć odnoszący się do innych tajemnic radosnych z życia Jezusa. Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go “otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście “Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo “Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby “oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba “przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje “List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie “ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. “Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    o. Marcin Lisak OP / Warszawa (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy jak z procy

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic  do Lourdes. Wieczorna procesja.

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic do Lourdes. Wieczorna procesja.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    ***

    Nikt nie odmawia Różańca samotnie. Obok zawsze stoi Maryja.

    Grota massabielska koło Lourdes, 11 lutego 1858 roku. 14-letnia Bernadeta Soubirous widzi „piękną Panią”. Z prawego ramienia „zjawy” zwisa różaniec. Dziewczyna boi się, ale nie jest to taki lęk, który skłania do ucieczki. Przeciwnie, chciałaby tu „zostać na zawsze”. Przychodzi jej na myśl, żeby się pomodlić. Sięga po różaniec, który ma zawsze przy sobie.

    „Uklękłam i chciałam się przeżegnać, ale nie mogłam unieść do czoła opadającej ręki” – opowie później. Tymczasem Pani staje obok, teraz już trzymając różaniec w dłoni, i czyni znak krzyża. „Wtedy i ja spróbowałam, i udało się” – relacjonuje dziewczyna. Zaczyna odmawiać Różaniec, lęk ustępuje. Pani przesuwa w palcach paciorki różańca jednocześnie z Bernadetą, uśmiechając się, ale nie wypowiada słów modlitwy „Zdrowaś, Maryjo” ani „Ojcze nasz”. Mówi natomiast razem z nią „Chwała Ojcu”, pochylając się z najgłębszym szacunkiem.

    Całe widzenie trwało tyle, ile potrzeba na odmówienie Różańca bez pośpiechu – bo też w istocie było to tylko odmówienie Różańca.

    Bezwładna ręka

    Będą kolejne spotkania, ale już to pierwsze pokazało, że Różaniec to modlitwa wyjątkowa. Szczegóły, które Bernadeta, wówczas jeszcze analfabetka, opowie o jej przebiegu w obecności widzianej na własne oczy Maryi, zadziwią teologów. Rzeczywiście to logiczne, że Maryja nie odmawiała „Ojcze nasz”, bo jest to modlitwa grzesznych śmiertelników, potrzebujących „chleba powszedniego”, wzywających Bożego przebaczenia i podlegających pokusom. Nie odmawiała też modlitwy „Zdrowaś, Maryjo”, bo nie pozdrawiałaby przecież sama siebie.

    Przebieg pierwszego objawienia Maryi w Lourdes zawiera wiele ważnych komunikatów. Choćby taki, że gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas i towarzyszy nam. Gdy przesuwamy paciorki, Ona robi to także. Gdy oddajemy chwałę Trójcy Świętej, Ona oddaje ją również, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    A dlaczego na początku ręka Bernadety była bezwładna i zdołała uczynić znak krzyża dopiero, gdy zrobiła to Maryja?

    – Bardzo mnie to ucieszyło, gdy o tym kiedyś przeczytałem – mówi Andrzej, który od lat codziennie odmawia Różaniec. Dlaczego? – Bo uświadomiłem sobie wtedy, że już samo wykonanie znaku krzyża jest łaską. A skoro to mogę zrobić, to znaczy, że mam tę łaskę. I teraz najważniejsze: gdy z różańcem w dłoni zaczynam od przeżegnania się, wiem, że Maryja właśnie to zrobiła i będzie mi towarzyszyć. Gdyby było inaczej, nawet bym się nie zdołał przeżegnać – cieszy się. – Gdy człowiek o tym myśli, z większą uważnością i szacunkiem się modli – dodaje.

    Drugie spotkanie Bernadety z Maryją, 14 lutego, też było w gruncie rzeczy wspólnym odmówieniem jednej części Różańca – pięciu dziesiątek. Później Maryja przedstawiła główny cel modlitwy: o nawrócenie grzeszników. Trzykrotne wezwanie: „pokuty!” wytyczyło drogę do nawrócenia.

    Codziennie!

    Gdy pół wieku później milionowe armie w Wielkiej Wojnie rzuciły się sobie do gardeł, Maryja przyszła z tym samym wezwaniem do pokuty – i znów prosiła o odmawianie Różańca. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata” – usłyszały w pierwszym objawieniu 13 maja 1917 roku dzieci z Fatimy. Dwa miesiące później Maryja ponownie poprosiła o codzienne odmawianie Różańca w intencji pokoju. Wtedy dzieci poznały modlitwę, zwaną dziś fatimską. Miały mówić po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. Modlitwa ta stała się elementem modlitwy różańcowej. W sierpniu 1917 roku dzieci usłyszały: „Chcę, abyście nadal odmawiały Różaniec. Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. We wrześniu znów padło wezwanie do modlitwy różańcowej, a podczas ostatniego objawienia, 13 października 1917 roku, Maryja powiedziała o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. W trakcie tego spotkania powiedziała także: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Potwierdzeniem autentyczności tego orędzia był zapowiedziany „cud słońca”.

    Maryja, wzywając do codziennego odmawiania Różańca, zrobiła to także w języku polskim. „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec” – powiedziała do dwóch dziewczynek podczas jednego z pierwszych objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Matka Boża pojawiała się tam przez niespełna trzy miesiące, gdy ludzie modlili się na różańcu. Także Jej ostatnie słowa, wypowiedziane na zakończenie objawień, brzmiały: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Od tego Maryja uzależniała wysłuchanie wielu próśb, które przekazywały Jej dzieci.

    Niebiańskie pochodzenie

    Różaniec pojawia się w wielu objawieniach Maryjnych. Czym więc jest ta modlitwa, skoro Matka Zbawiciela tak często do niej nawołuje? Pius XII w encyklice Ingruentium malorum porównał Różaniec do procy, z którą Kościół jak Dawid „będzie mógł wyjść naprzeciw swojego odwiecznego wroga”. W tej samej encyklice papież pisał: „Chociaż istnieje wiele rodzajów modlitwy, aby otrzymać tę pomoc, uważamy Różaniec za najbardziej właściwą i najbardziej owocną, na co wyraźnie wskazuje jej pochodzenie – bardziej niebiańskie niż ludzkie”.

    Niebiańskie pochodzenie Różańca? Sceptyk powiedziałby, że to modlitwa monotonna i nudna, automatyczna i infantylna, niegodna dorosłego człowieka. Albo że to przeżytek z czasów, gdy dostęp do Biblii był ograniczony choćby przez analfabetyzm.

    Kto odkrył Różaniec, wie, że jest inaczej. Albino Luciani, późniejszy Jan Paweł I, powiedział kiedyś, że „nie jest sprawą naczelną kryzys Różańca, lecz kryzys modlitwy w ogóle”. Ludzie, zajęci sprawami materialnymi, niewiele dziś myślą o duszy i żyją w hałasie, nie znajdując paru minut na życie wewnętrzne. Przyszły papież zakwestionował też postawę „dorosłego chrześcijanina” na modlitwie. „Osobiście, gdy rozmawiam sam z Bogiem lub z Maryją, wolę się czuć dzieckiem aniżeli dorosłym; znika infuła, piuska i pierścień. Na wakacje wysyłam dorosłego biskupa, z jego dostojną powagą i autorytetem należnym temu stanowisku! I oddaję się tej spontanicznej czułości, jaką ma dziecko dla mamy i taty” – wyznał.

    Odnosząc się do zarzutu, że Różaniec jest powtarzaniem wciąż tych samych słów, przywołał słowa Karola de Foucauld: „Miłość wyraża się kilkoma tylko słowami, zawsze tymi samymi, wciąż powtarzanymi”.

    Luciani podkreślił ważność czytania Biblii, lecz „nawet ci, którzy ją czytają, powinni potem, w niektórych sytuacjach – w podróży, na ulicy czy gdy zajdzie szczególna potrzeba – rozmawiać z Matką Bożą – jeśli się wierzy, że jest nam Ona Matką i Siostrą” – stwierdził, zaznaczając, że „w gruncie rzeczy tajemnice Różańca, gdy się je rozważy, przemyśli (…), są niczym innym jak właśnie Biblią, samą esencją Biblii”.

    Oponenci mówią, że Różaniec to modlitwa zubożona. „A co w takim razie ma być modlitwą bogatą?” – pyta przyszły Jan Paweł I, żeby następnie stwierdzić: „Różaniec to procesja »Ojcze nasz« – modlitwy, której nauczył nas Jezus; »Zdrowaś« – pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; »Chwała« – pochwały Trójcy Przenajświętszej”. W jego przekonaniu „Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie”. Zwraca też uwagę na znaczenie Różańca odmawianego w rodzinie. „Odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej” – zauważa.

    Koresponduje to z wezwaniem Maryi w Fatimie. Odpowiadając na prośbę Łucji o łaskę dla pewnej rodziny, Matka Boska powiedziała: „Niech codziennie, przez rok, odmawiają Różaniec w rodzinie”. Gdy rodzina przez rok odmawia Różaniec, zapewne zechce go odmawiać aż do śmierci. I najpewniej będzie to śmierć szczęśliwa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

     _____________________________________________________________________________________________________________

    Maryja w Lourdes prosi o różaniec

     Adobe.stock.pl

    *****

    Przed kilkoma dniami rozpoczęliśmy wędrówkę do miejsc objawień Maryi. Rozważamy słowa Matki Bożej, która prosi, abyśmy odmawiali różaniec. Dziś udamy się do znanego nam wszystkim miejsca, do francuskiego Lourdes, gdzie w 1858 r. czternastoletnia Bernardetta Soubirous, nagle ujrzała w lesie „piękną, niezwykle piękną Panią”.

    Kiedy Pani uśmiechnęła się do niej, Bernardetta wzięła do ręki różaniec, upadła na kolana i zaczęła się modlić. Dziewczynka miała bowiem zwyczaj odmawiać różaniec, nosiła go ze sobą i żyła nim. Może dlatego Maryja wybrała właśnie ją jako wizjonerkę ? Może dlatego Lourdes i różaniec są ze sobą tak ściśle powiązane…?

    „Pierwsze spotkanie było wspólnym odmówieniem różańca. Matka Najświętsza przesuwała w milczeniu paciorki swojego różańca, głośno wypowiadając jedynie słowa “Chwała Ojcu…”. Zakończenie różańca było końcem wizji”.

    W kolejnych objawieniach, Niepokalana wraz z Bernardettą wspólnie odmawiały różaniec „podczas wszystkich osiemnastu objawień, w czasie których Matka Boska przemawiała bardziej przez symboliczne gesty, niż słowami. Najświętsza Maryja Panna przesuwała paciorki Różańca, w miarę jak dziewczyna odmawiała go. W ten cudowny sposób została uświęcona modlitwa na Różańcu” (wg Antonio A. Borellego). Poza tym, w trakcie objawień Maryja uczyła ją modlitw i przekazywała różne przesłania.

    Podczas dwunastego objawienia pewna znajoma dała Bernardetcie swój różaniec. Kiedy dziewczyna zaczęła modlić się na nim, usłyszała głos „Pani”: „Ach, pomyliłaś się. To nie jest przecież ten twój”. Tym razem obecny był kapłan, na którym zrobiło to głębokie wrażenie i który natychmiast uwierzył w prawdziwość objawienia… „Zupełną nowością w Maryjnych objawieniach różańcowych stało się to, że Matka Boża [jakby] wyraźnie wzywała swoich czcicieli, by mieli – jak Bernardetta – własny różaniec”.

    Objawienia w Lourdes zostały uznane przez Kościół. Dziś do Lourdes pielgrzymuje rocznie kilkaset tysięcy pielgrzymów. Wędrując duchowo do Groty Masabielle, weźmy w dłonie różaniec i spełniając prośbę Maryi, rozważajmy tajemnice Jej życia i Jej Syna Jezusa Chrystusa.

    ks. Krzysztof Hawro /Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Paciorki z miłością

    W Różańcu rozważamy tajemnice Chrystusa jakby sercem Maryi.

    W Różańcu rozważamy tajemnice Chrystusa jakby sercem Maryi.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    *****

    Różaniec nie spadł z nieba. Z dojściem do nieba ma jednak związek – o ile jest dobrze używany.

    Kasia z mężem postanowili codziennie przez dłuższy czas odmawiać wszystkie części Różańca. Było to związane z nowenną, której odprawienia się podjęli. – Z początku obawiałam się tego, wydawało mi się, że nie dam rady, że nie pogodzę tego ze zwykłymi obowiązkami – opowiada. A jednak, ku swojemu zaskoczeniu, dała radę. – Różaniec jakoś oplótł cały mój dzień. Robiłam wszystko, co trzeba, ale z większym skupieniem i jakby w bezustannej modlitwie. Nie przeszkadzało to w życiu, nawet przeciwnie: poprawiło jego jakość. I tak sobie myślę, że to dla nas było cenniejsze od tego, co chcieliśmy uprosić – uśmiecha się.

    Podobne doświadczenia ma wielu ludzi, którzy chwytają za różaniec. Uświadamiają sobie, że najcudowniejszym owocem modlitwy jest… modlitwa.

    Ewolucja

    W Różańcu chodzi o to samo, o co chodzi w każdej modlitwie – o wzmocnienie więzi z Bogiem. Ta modlitwa też podlegała ewolucji i jej forma w ciągu wieków się zmieniała. Ba – wciąż się zmienia. Ostatnia znacząca zmiana miała miejsce w 2002 r., gdy Jan Paweł II ogłosił wprowadzenie czwartej części – tajemnic światła. Nie wszyscy byli wówczas zadowoleni. Pojawiały się opinie, że to ludzka ingerencja w tradycję, która nie powinna być zmieniana, bo została dana przez Boga.

    Niesłusznie. Z pewnością Różaniec jest cenną modlitwą Kościoła katolickiego, jednak daną ludziom nie jako gotowe i nienaruszalne dzieło, lecz tworzoną przez wieki. Wbrew popularnej opinii, wedle której Różaniec został dany z nieba św. Dominikowi, fakty są inne. Dominik i bracia z jego zakonu bardzo rozpowszechnili tę modlitwę, ale jej początki są dużo wcześniejsze.

    Jak psalmy

    „Panie Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem” – mówili mnisi na Wschodzie już w starożytności. Powtarzali te słowa wielokrotnie w rytm oddechu, zanurzając się w obecności Bożej. Czasem przekładali przy tym kamyki. Pozwalało im to zliczyć powtórzenia i pomagało zachować modlitewne skupienie. Podobną metodę stosował żyjący w III wieku pustelnik Paweł z Teb, który każdego dnia odmawiał 300 razy „Ojcze nasz”. W tym celu kładł sobie na kolana 300 kamyków, które stopniowo zrzucał. Kilka wieków później do odliczania modlitw zaczęto stosować sznury z paciorkami. Także mnisi na Zachodzie, przejęci wezwaniem: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17), wcześnie przyjęli praktykę uświęcania poszczególnych godzin dnia i nocy modlitwą psalmami – których jest 150.

    W średniowieczu dla potrzeb niepiśmiennych chrześcijan tworzono na ścianach kościołów Zachodu coś w rodzaju obrazkowej historii biblijnej. Uczono ich też, szczególnie przy klasztorach, modlitw nawiązujących do tekstów Pisma Świętego – w pierwszym rzędzie Modlitwy Pańskiej. Powstało z tego coś, co świeckim zastępowało odmawiany przez kapłanów i osoby zakonne psałterz: 150 modlitw – tyle samo, ile jest psalmów w Biblii.

    Tak stopniowo kształtowała się modlitwa medytacyjna związana z kultem Matki Bożej. Modlitwa „Zdrowaś, Maryjo” (Ave Maria) powstała około XIII wieku. Najpierw ukształtowała się jej pierwsza część, która zawiera połączone teksty z Ewangelii: fragment pozdrowienia Maryi przez archanioła w chwili zwiastowania i słowa Elżbiety wypowiedziane w czasie spotkania z Matką Bożą. Druga, modlitewno-błagalna część, czyli „Święta Maryjo”, powstawała dłużej. Przypuszcza się, że prośbę o wstawiennictwo Maryi „teraz i w godzinę śmierci” zaczęto dodawać do Pozdrowienia Anielskiego w czasie, gdy w Europie szalała zaraza dżumy.

    Kontemplować, nie klepać

    Liczni papieże zalecali modlitwę różańcową. Jej formę, która zasadniczo dotrwała do dziś, zatwierdził Pius V dokumentem z 1569 r. To za jego pontyfikatu doszło do wielkiej bitwy morskiej pod Lepanto, w której wojska chrześcijańskie pokonały Turków, oddalając zagrożenie islamską inwazją. Pamiątką tego dnia w Kościele jest święto Matki Bożej Różańcowej, bo to Jej wstawiennictwu powszechnie przypisano zwycięstwo nad półksiężycem.

    Jednym z najważniejszych papieskich dokumentów o Różańcu w ostatnim półwieczu jest adhortacja Marialis cultus Pawła VI. Papież wyraził w niej potrzebę odnowienia kultu maryjnego, tak aby w pobożności maryjnej było więcej Chrystusa i Ducha Świętego. Wskazał na Różaniec i Anioł Pański, bo w tych modlitwach rozważa się tajemnice Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Papież upomniał się, żeby odmawianie tej modlitwy nie było tylko zanoszeniem błagań, lecz by było kontemplacją. Jeśli brakuje kontemplacji, „Różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” – przestrzegał Paweł VI. Dodał, że Różaniec „z natury swej domaga się odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i jakby z zatopioną w myślach powolnością”. Chodzi bowiem o rozważanie tajemnic Chrystusa jakby sercem Maryi – o modlitwę z Maryją i na Jej wzór.

    Pomoc ekumeniczna

    Papieżem „różańcowym” był także św. Jan Paweł II. „To modlitwa, którą bardzo ukochałem. Przedziwna modlitwa! Przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem” – dzielił się z wiernymi krótko po swoim wyborze na Stolicę Piotrową w 1978 r. „Oto bowiem na kanwie słów Pozdrowienia Anielskiego (Ave Maria) przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa. Układają się one w całokształt tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych. Jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem poprzez – można by powiedzieć – Serce Jego Matki” – mówił. Owocem miłości Jana Pawła II do modlitwy różańcowej stał się jego list apostolski Rosarium Virginis Mariae z roku 2002. Dokument ten przyniósł ważną zmianę – do trzech części dołączona została czwarta: tajemnice światła. Jednocześnie papież zawarł w liście osobiste świadectwo ukochania Różańca. „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym” – napisał. „Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy” – wyznał.

    Papież Polak, podobnie jak jego poprzednik Paweł VI, zachęcił do modlitwy różańcowej „w towarzystwie” Matki Bożej. „Odmawiać Różaniec bowiem to nic innego, jak kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa” – stwierdził.

    Jan Paweł II zmierzył się także z zarzutem, że Różaniec może być przeszkodą w dialogu ekumenicznym. „W rzeczywistości przynależy on do najczystszej perspektywy kultu Matki Bożej, wskazanej przez sobór: kultu skierowanego ku chrystologicznemu centrum wiary chrześcijańskiej” – zapewnił, powołując się na stwierdzenie soboru: „gdy czci doznaje Matka, to i Syn […] zostaje poznany, ukochany i wielbiony w sposób należyty”. W konkluzji stwierdził stanowczo: „Różaniec na nowo odkryty we właściwy sposób jest pomocą, a bynajmniej nie przeszkodą dla ekumenizmu!”.

    Papież wskazał dwa „punkty krytyczne” naszych czasów, które należy dziś szczególnie polecać Bogu w modlitwie różańcowej: pokój i rodzinę. Rodzina bowiem jest „coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność” – wskazał. Budzi to „obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa”. Pomocą w zapobieżeniu „zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” jest „powrót do Różańca w rodzinach chrześcijańskich”.

    Czemu nie?

    Jan Paweł II był świadom trudności, jakie może nasuwać wielokrotne powtarzanie tej samej modlitwy. „Patrząc powierzchownie na to powtarzanie, można by traktować Różaniec jako praktykę jałową i nużącą. Jednak do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nieznużonej miłości” – napisał, podając przykład trzykrotnego pytania o miłość, jakie zadał Jezus Piotrowi, i trzykrotnej odpowiedzi apostoła. „By zrozumieć Różaniec, trzeba wejść w dynamikę psychologiczną właściwą miłości” – zauważył. Podkreślił, że modlitwa ta zachowuje całą swą moc i dobry głosiciel Ewangelii nie powinien go pomijać. Wreszcie stwierdził: „Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.•

    Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co zrobić, by nie “klepać” różańca? Zmodyfikowanie słów modlitwy może być skuteczną metodą

    Co zrobić, by nie "klepać" różańca? Zmodyfikowanie słów modlitwy może być skuteczną metodą

    fot. James Coleman / unsplash.com

    *****

    Są ludzie, dla których różaniec jest od dzieciństwa naturalnym i oczywistym elementem ich pobożności. Lubią go i nie mają z nim problemów. Niech dziękują Bogu – i nie muszą czytać dalej tego tekstu. Po co im cudze kłopoty albo odpowiedzi na cudze pytania? Ale są także ludzie, którzy mają problem z różańcem. I nawet jeśli zwykli za niego dziękować Bogu, to będą Mu tym goręcej dziękować, kiedy znajdą jakieś wyjście z tej kłopotliwej sytuacji albo doświadczą przebłysku sensu modlitwy różańcowej. Może prowadzić do tego wiele dróg, zależnie od rodzaju problemów. Droga zaprezentowana poniżej jest skutkiem bardzo konkretnego zestawu trudności.

    Trudności podczas odmawiania różańca

    Trudności. Przez ponad pół wieku różaniec był dla mnie udręką. Po pierwsze, jedno Zdrowaś Maryjo wydawało mi się wspaniałą modlitwą, tym właśnie, co chcę powiedzieć – ale już trzy pod rząd stawały się klepaniem, bo uwaga uciekała; dziesięć – tym bardziej, więc perspektywa i konieczność odmówienia pięćdziesięciu Zdrowaś Maryjo, nie mówiąc już o stu pięćdziesięciu (jeszcze wtedy nie dwustu!), stawała się dość koszmarna. To było po prostu przegadane – nawet i bez tych wszystkich dodatków, które jak ogon komety ciągną się za każdą dziesiątką w nabożeństwach parafialnych.

    Po drugie, co właściwie miałam w tym czasie robić? Na co skierować uwagę: na słowa modlitwy czy na temat rozważania? Uczono mnie, że różaniec jest modlitwą kontemplacyjną, więc słowa stają się w nim coraz mniej ważne, aż w końcu redukują się do jednego – JEZUS. No dobrze, ale te pozostałe nadal trzeba klepać, chociaż się na nie już nie zwraca uwagi! Po co? Najgorsza była “dobra rada”, jakiej udzielali niektórzy mistrzowie, żeby słowa traktować po prostu jako miarę czasu, poświęcanego każdej tajemnicy. Czyli klepać je, żeby minęło mniej więcej pięć minut… (na co potrzeba około “dziesięciu Zdrowych Maryi”, jak mówiono w XVII wieku). Dla mnie to było wprost oburzające. Różaniec tak pojęty stawałby się jedną więcej szkołą bezmyślnego traktowania słów modlitwy – i jednym więcej ćwiczeniem w oddzielaniu myślenia od mówienia, a tym samym motorem rosnącej dewaluacji słowa.

    Być może dla ludzi ciągle pouczanych, że modlitwa ustna jest czymś niższym od modlitwy myślnej i dlatego powinna ustępować tej drugiej miejsca – grając w razie potrzeby rolę klepsydry piaskowej lub stopera – nie ma w takim stawianiu sprawy nic nagannego. Ale trudno się z nim pogodzić, jeśli się wierzy – jak wierzył Autor naszej reguły – że na modlitwie myśl i słowo powinny być zgodne. Zawsze. Modlitwa ustna, pozbawiona myślnej, staje się pustym obrzędem; a myślna, pozbawiona treści wyrażalnych słowami (choćby bezgłośnymi), staje się równie pustą grą uczuć albo zagapieniem. (Nie mówię tu oczywiście o kontemplacji wlanej, o której nie mam pojęcia, ale o modlitwie dostępnej dla każdego). A tu mamy: albo, albo. Słowo idzie w swoją stronę, myśl w swoją. Ideałem byłoby je zgrać, pogodzić – ale jak?

    Co zrobić, by nie “klepać” różańca?

    Pod okiem Maryi. Najpierw spróbujmy ustalić kilka zasad, które mogą być wstępem do szukania wyjścia. Po pierwsze, wyciszmy nerwy i ewentualne skrupuły. Jeżeli wyjścia nie znajdziemy, to przecież brak modlitwy różańcowej nie jest grzechem, różaniec nie jest konieczny do zbawienia. I przed jego wynalezieniem żyło mnóstwo świętych, ludzie służyli Bogu i kochali Go. Niemniej, skoro Kościół usilnie zaleca tę modlitwę, to dobrze będzie zrozumieć, dlaczego; i dobrze będzie pójść za tym zaleceniem, byleby z dobrej woli, bez balastu przymusu.

    Po drugie, zgodnie ze sformułowaniem Jana Pawła II, różaniec nie jest modlitwą do Maryi, ale raczej modlitwą pod okiem Maryi. Ma być więc rozmyślaniem, zwrotem do Boga pod okiem Tej, która nie tylko uczestniczyła w wydarzeniach ewangelicznych, ale i “rozważała je w sercu”. Dlatego może i nas uczyć tego rozważania.

    Po trzecie, są różne sposoby rozmyślania. Jeden to stawianie twierdzeń i wysnuwanie z nich wniosków – ale w przypadku różańca takiemu rozmyślaniu przeszkadza tekst modlitwy ustnej. Inny sposób polega na stanięciu twarzą w twarz z tematem i prostym pokłonieniu się mu. W takim wypadku tekst jest nawet pomocny, ale może dla kogoś być za długi, właśnie przegadany. Pokłon dużo czasu nie zajmuje.

    Po czwarte, zastanówmy się nad tym, co oznacza błogosławieństwo, o którym przecież mowa w Zdrowaś Maryjo. Błogosławieństwo, jeżeli to Bóg nam błogosławi, oznacza dar i łaskę; jeżeli my błogosławimy kogoś z ludzi – na przykład Maryję – oznacza podziw dla daru Boga i łaski w Niej złożonej. Jeżeli błogosławimy Boga, wyrażamy adorację i dziękczynienie. Pojęcie to jest kluczowe i dobrze je wyjaśnić na wstępie.

    Jak pogodzić w różańcu słowo i myśl?

    Nadal jednak pozostaje problem: jak pogodzić w różańcu słowo i myśl, zakładając, że słowa modlitwy nie będą tylko szelestem piasku w klepsydrze, ale nośnikiem istotnej treści?

    Możliwy sposób wyjścia. Oczywiście na początku musi być Ojcze nasz – z tego tekstu wypływa cała nasza chrześcijańska modlitwa. Ale co robić z przegadanym ciągiem dalszym? Ostatecznie nie widziałam już innej rady, niż zredukować – na prywatny użytek! – liczbę słów do tych, które wydają mi się najważniejsze, niezbywalne. W miejsce całej zdrowaśki powstała więc siedemnastosylabowa zwrotka:

    Błogosławiona.
    Błogosławiony Jezus.
    Módl się za nami.

    Wedle takiego pojęcia istotną treść modlitwy Zdrowaś Maryjo stanowiłoby podwójne błogosławieństwo i prośba o pomoc (a tym samym wyznanie własnej słabości). W pierwszym słowie zawiera się serdeczne wezwanie Maryi jako Tej, która również wpatruje się w dany epizod życia Jej Syna; w drugiej, kluczowej linijce jest pokłon i dziękczynienie oddane temuż Synowi. Potem już skrzydła opadają – “módl się za nami” to raczej mozolny lot gołębia niż swobodne szybowanie bociana – ale za chwilę uniosą się znowu.

    Przedmiotem mojej adoracji jest Chrystus widziany jako Syn Ojca, dokonujący dzieła Ojca na świecie i składający Ojcu ofiarę z własnego życia – czego nie mógłby zrobić jako Bóg, ale może jako człowiek. We wszystkich tajemnicach różańca odnajduję obecność tej trynitarnej Miłości, która Go do tego popchnęła. Niespodziewanie nawet te tajemnice, które poprzednio niewiele dla mnie znaczyły, nagle się rozświetliły; pamiętam radość chwili, w której zrozumiałam, jak ważna jest piąta tajemnica radosna, kiedy to Jezus po raz pierwszy na ziemi deklaruje swoją miłość do Ojca. Tak Go pojmuję i tak Go wielbię – przez okamgnienie, bez dodatkowych słów. Ale ten akt uwielbienia można mnożyć: dziesięć razy albo i więcej, któż zabroni? Byleby dodać na końcu Chwała Ojcu, bo to wynika z całej poprzedniej modlitwy. Wszystkie inne dodatki zastępuję jednym “alleluja”, żeby nie odrywały uwagi od właściwego jej przedmiotu.

    Ktoś, kto moich trudności nie dzieli, powiedział mi ze smutkiem, że to już nie jest różaniec. Ale dla mnie to jedyna możliwa jego forma. Nie będę się spierać o nazwy. Chodzi mi o to, żeby móc przy Maryi rozważać dzieło Jezusa i wielbić Go – ku chwale Ojca, bo to ta chwała przecież jest upragnieniem Jezusowego Serca i Jego celem nadrzędnym. Możliwe zresztą, że taka forma różańca będzie dla kogoś tylko pierwszym stadium powrotu do pełnego tekstu, który w jakiś sposób stanie się nośnikiem adoracji, a nie klepaniną. Ale jeśli nawet nie, to lepsze jest takie rozwiązanie problemu niż żadne… przynajmniej na użytek tych, którzy mają problemy podobne do moich. Zresztą prywatna modlitwa nie potrzebuje tekstów utrwalonych raz na zawsze; może się rozwijać.

    Jak skutecznie modlić się na różańcu?

    Jak, konkretnie, zastosować tak zmodyfikowany tekst do kolejnych tajemnic różańca? Na przykład, każda “zdrowaśka” może brzmieć:

    Błogosławiona. Błogosławiony Jezus, … (tu treść tajemnicy, jak niżej, 3x). Módl się za nami.

    Błogosławieństwo Pana, zaopatrzone w aluzje do treści tajemnicy, jest powtórzone trzy razy, żeby nie oszukiwać na czasie, i żeby to ono było istotnym elementem. W sumie, chodzi o to, żeby razem z Maryją wielbić Syna Bożego w konkretnych aspektach Jego działania i żeby prosto do tego celu prowadziły wszystkie użyte słowa. Nie tylko niektóre. A “treść tajemnicy” to krótkie sformułowanie, jak poniżej:

    Tajemnice radosne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Ojca. (W tle: miłość Syna do Ojca aż do pragnienia ofiary z życia; wielki zamysł, stworzenie świata w tej intencji; wciągnięcie ludzkości w tę samą trynitarną miłość)
    2. Błogosławiony Jezus, Bóg ukryty. (W tle: Ty jesteś Bogiem ukrytym, Zbawicielu, Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie; zaplanowana niedostrzegalność obecności Boga w świecie, działanie jak w przypowieści o rosnącym ziarnie)
    3. Błogosławiony Jezus, Bóg objawiony. (W tle: niemowlęca niemoc wobec ludzi jako znak stanu ofiary złożonej Ojcu; objawia miłość, którą przyszedł ucieleśnić i szerzyć)
    4. Błogosławiony Jezus Pierworodny. (W tle: długie dzieje przygotowywania pojęć ludzkich o należnej Bogu ofierze z tego, co najlepsze; pierworodny jako należny Bogu wg Prawa, ale wykupywany; Syn Boży nie poprzestanie na ofierze zastępczej)
    5. Błogosławiony Jezus w domu Ojca. (W tle: rozumieć serce Jezusa to znać Jego podstawowe dążenie: uwielbienie Ojca; szukać Go należy w domu Ojca, w tym wszystkim, co chwale Ojca służy)

    Tajemnice światła:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn miłość. (W tle: obecność wszystkich Trzech Osób; Ojciec intronizuje Syna; ich wzajemna Miłość spływa, aby objąć ludzkość)
    2. Błogosławiony Jezus, Dawca radości. (W tle: wino symbolem radości, a On przez nasze usynowienie przynosi radość głębszą, „trzeźwe upojenie Ducha”)
    3. Błogosławiony Jezus, Nauczyciel. (W tle: cuda i nauki objawiają moc i dobroć Ojca, Jego plany; mówią o Nim i naszym wezwaniu do Jego życia)
    4. Błogosławiony Jezus w chwale Ojca. (W tle: raz jeszcze, Ojciec uwierzytelnia Syna; objawia miłość i pokój, przewyższający wszelkie pojęcie)
    5. Błogosławiony Jezus na ołtarzu. (W tle: całość Jego dzieła uwielbienia i zbawienia, obecna tu w Jego stanie ofiary)

    Tajemnice bolesne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Człowieczy. (W tle: jako Bóg postawił sobie samemu jako Człowiekowi zadanie na skraju możliwości wykonania)
    2. Błogosławiony Jezus, Król skatowany. (W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nieludzko oszpecony Jego wygląd; wolny pomimo to: sam dał się gnębić, podał grzbiet swój bijącym)
    3. Błogosławiony Jezus, Król wyszydzony. (W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nie zasłonił twarzy przed zniewagami, wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Bóg odrzucony przez własnych kapłanów)
    4. Błogosławiony Jezus niosący swoją miłość. (W tle: aż do śmierci umiłował Ojca i nas, ostatkiem ludzkich sił doniósł tę miłość do miejsca kaźni)
    5. Błogosławiony Jezus, który wykonał. (W tle: aż do śmierci krzyżowej wykonał cały zamysł ofiary uwielbienia Ojca i naszego zbawienia; umierając triumfuje: Wykonało się)

    Tajemnice chwalebne:

    1. Błogosławiony Jezus zmartwychwstały. (W tle: Ojciec odpowiada na ofiarę Syna, daje Mu triumf ostateczny i pełny, w naszej czasoprzestrzeni dopiero stopniowo skuteczny, w bezczasie wieczności już dokonany)
    2. Błogosławiony Jezus po prawicy Ojca. (W tle: Ojciec odpowiada bezmiarem chwały; Syn także jako człowiek jest w majestacie Trójcy Świętej)
    3. Błogosławiony Jezus, Dawca Ducha. (W tle: Wyleję Ducha mego na wszelkie ciało; nasze usynowienie: ogarnia nas trynitarna Miłość łącząca Ojca z Synem, mamy udział w „liturgii” Syna)
    4. i 5. Błogosławiony Jezus, Syn Twój i Bóg Twój. (W tle: pełnia ostatecznego spotkania Maryi z Tym, który zechciał być Jej Synem)

    Powtarzam: to wszystko jest tylko propozycja. Można ją odrzucić całkiem, albo można stworzyć na swoją potrzebę analogiczny schemat własny.

    fragment pochodzi z książki s. Małgorzaty Borkowskiej OSB “Uwagi o modlitwie”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast miecza. Opowieści o Różańcu bez laurek

    Zamiast miecza. Opowieści o Różańcu bez laurek

    fot. Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    *****

    Ojciec Pio odmawiał go tyle razy, że na rękach miał odciski. Jan Bosko i Josemaría Escrivá nazywali go „potężną bronią”. W opowieściach o Różańcu nie znajdziemy tylko laurek. Mała Tereska szczerze notowała: „Odmawianie go kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych”.

    Dlaczego ci chłopcy odmawiają Różaniec, modlitwę tak nudną, męczącą i przestarzałą? – zirytował się markiz d’Azeglio, polityk, pisarz i premier Królestwa Sardynii, który w 1848 roku zwiedzał turyńskie Oratorium. „Ogromnie cenię tę modlitwę i mogę powiedzieć, że to na niej opiera się moje dzieło. Gotów byłbym zrezygnować z tylu innych rzeczy o wielkim znaczeniu, ale nie z Różańca; a gdyby to było konieczne, wyrzekłbym się z żalem nawet pańskiej życzliwej przyjaźni, panie markizie, ale nigdy nie przestanę odmawiać Różańca” – błyskawicznie odparował oprowadzający go Jan Bosko.

    „Kiedy się urodziłeś, poświęciłam cię Madonnie. Gdy poszedłeś do szkoły, poleciłam ci nabożeństwo do naszej Matki. I teraz polecam ci, żebyś do Niej całkowicie należał” – usłyszał od matki, gdy przestąpił progi seminarium. Przejął się tymi słowami. „Zaufajcie, Wspomożycielce, a zobaczycie, co to są cuda” – powtarzał założyciel salezjanów. „Różańcem można uderzyć, zwyciężyć i zniszczyć wszystkie piekielne moce. Niezliczone są łaski nieba, które otrzymano wskutek tej modlitwy”.

    Alarm w piekle

    „Najlepszym sposobem na modlitwę jest Różaniec. Poprzez Różaniec rozwijamy się, wzrastamy i poznajemy nowe horyzonty” – nauczał św. Franciszek Salezy, dodając: „Jest on modlitwą bardzo pożyteczną, o ile jest właściwie odmawiany”.

    „Jedno tylko »Zdrowaś, Maryjo« dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – wtórował mu św. Jan Maria Vianney.

    „To prosta, a zarazem wzniosła modlitwa. Możemy łatwo przez nią otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże. W serca zbolałe spływa balsam ukojenia, w duszach zrozpaczonych świta znowu promyk nadziei” – dodawał św. Maksymilian Maria Kolbe.

    Odciski

    O Różańcu w życiu stygmatyka z Pietrelciny napisano tomy. Nieustannie przesuwał w swych palcach paciorki. Co więcej, zasypiał z różańcem w ręku. Ojciec Tarcisio da Cervinara notował: „Czuwałem nad ojcem Pio jak matka nad dzieckiem. Na krótkie chwile zasypiał. Wiele razy próbowałem wyjąć z ręki śpiącego różaniec. A choć to brzmi nieprawdopodobnie, nigdy mi się to nie udało: nawet podczas snu ten święty człowiek nie przestawał ściskać w palcach, które przez to nabawiły się nawet odcisków, swojej »broni«, jak nazywał sznur paciorków”.

    Nie rozstawał się z różańcem. Odmawiał tę modlitwę wszędzie: w celi, na korytarzu, w zakrystii. Zapytany, ile Różańców odmawia w ciągu dnia i nocy, odpowiadał: „Czasem 40, a czasem 50”. Pytany, jak to robi, odpowiadał: „Jak ty to robisz, że ich nie odmawiasz?”.

    „Jest bronią w dzisiejszych czasach” – wyznawał. „Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze, byś modlił się duszą i nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga!”.

    Ogień

    Rozwiązanie hasła w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot (1799–1862), osoba równie bliska lyońskim pracownicom jak grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”. „Najważniejszą i najtrudniejszą rzeczą jest uczynić Różaniec modlitwą wszystkich” – pisała beatyfikowana w tym roku Francuzka. Na pomysł nieustannej modlitwy wpadła w 1826 roku. „I tak wszyscy członkowie, mając udział w dziele nawracania grzesznika, cieszą się wspólnie z jego powrotu. Takie zjednoczenie serc w jedności tajemnic daje Różańcowi szczególną moc w nawracaniu grzeszników” – pisała.

    „Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, otrzymają wszystko, o co poproszą” – miał usłyszeć od samej Maryi bł. Alan z La Roche, a siostra Łucja z Fatimy powtarzała: „Nie ma w życiu problemu, którego nie można rozwiązać za pomocą Różańca”. Dwa miesiące przed śmiercią karmelitanka zdążyła napisać list do polskich dzieci. Czytelnicy „Małego Gościa” przeczytali: „Ponad wszystko kochaj Maryję i Jej Syna. Odmawiaj Różaniec. Przynajmniej jedną dziesiątkę każdego dnia. Najlepiej z rodziną”.

    „Jak głosi legenda, to sama Matka Boża ofiarowała różaniec świętemu Dominikowi. I choć historia formowania się tej modlitwy jest znacznie bardziej skomplikowana, legenda ta wyraża synowskie zaufanie dominikanów do Matki Bożej i Różańca – opowiada o. Wojciech Surówka. – Każdy z dominikanów nosi różaniec przy pasie. Zamiast miecza, który w trzynastym wieku nosili rycerze. Jest on obroną przed zakusami złego ducha.

    Bardzo go ukochałem

    „Różaniec to modlitwa, którą bardzo ukochałem, przedziwna w swej istocie i głębi” – wyznał pięć lat po konklawe Jan Paweł II. „Przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa, jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem przez serce Jego Matki. W tajemnicach bolesnych rozważamy w Chrystusie wszystkie cierpienia człowieka, w tajemnicach chwalebnych odżywają nadzieje życia wiecznego, a w Chrystusie zmartwychwstałym cały świat zmartwychwstaje”.

    „Różaniec pozostaje narzędziem nie do pominięcia pośród środków duszpasterskich każdego głosiciela Ewangelii” – podkreślał papież w słynnym liście Rosarium Virginis Mariae. Po latach Benedykt XVI doda, że gdy odmawiamy Różaniec, „Maryja niejako użycza nam swojego serca i spojrzenia, byśmy kontemplowali życie Jej Syna”.

    Jego krótkie nauki zebrane w tomikach „Droga”, „Bruzda” czy „Kuźnia” stały się bestsellerami. Josemaría Escrivá nauczał: „Różaniec to potężna broń. Używaj jej z ufnością, a skutek wprawi cię w zadziwienie. Ten pozornie nudny sposób niszczy każde ziarno próżności i dumy. Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą”.

    Tak źle go odmawiam!

    Na ścianie w naszej licealnej sali z fizyki wisiała dewiza: „Rzeczy piękne są trudne”. Zapewne ta złota myśl nie dotyczyła Różańca, ale przecież idealnie pasuje do tej maryjnej modlitwy!

    W opowieściach o świętych nie znajdziemy jedynie „kwiatków” i wzniosłych dewiz. Jak wielu ludzi odnajduje się w słowach Małej Tereski, która w jednym ze swoich listów (Rękopis C 25 r.) notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli (…). Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”.

    Nie rozumiem tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwa to modlitwa. Mam inne doświadczenie. „Różaniec to trudna modlitwa czy prosta?” – zapytałem przed laty o. Joachima Badeniego. „To jest bardzo trudna modlitwa, bardzo trudna…” – odpowiedział. „Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. Choć i wówczas można wpaść w świetny rytm modlitwy nieustannej, jak w Kościele wschodnim. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to całe to różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć, nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest zbytnio potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania…”

    „To można zagadać Matkę Boską?” – przerwałem dominikaninowi. „Jasne! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie, zaczynają rezonować. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Ja myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym od Niego: »Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce mego Syna. I tę modlitwę preferuję, i ją właśnie obdarzę licznymi łaskami«. Tak to sobie wyobrażam”.

    Kamień

    Trzymała w dłoni różaniec, pamiętam. Mijaliśmy dwa głazy. Jeden dumnie sygnalizował: „Suchowola leży w środku Europy”, drugi przed rodzinnym domem Popiełuszków przypominał rocznicę śmierci ks. Jerzego. Trzeci nosiła w sercu pani Marianna. Ten był najcięższy.

    „Był wybrany przez Boga, jestem pewna. U nas w domu zawsze była wspólna modlitwa. Jak maj, to do Matki Boskiej, czerwiec – do serca Pana Jezusa, a w październiku – Różaniec. Zresztą za ten Różaniec to się syn bardzo w wojsku nacierpiał… Wie pan, co mnie ratowało, gdy to wszystko zobaczyłam? (pani Marianna pokazuje fotografię z ociekającą krwią twarzą syna). To, że patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z nią. Ona nad swoim Synem, a ja nad swoim”.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny


    4 sposoby odmawiania różańca, kiedy masz napięty harmonogram

    Close up of rosary against a cloudy sky and green grassy background

    Omar Santamaría | Cathopic

    *****

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej przedstawiamy cztery proste sposoby na odmawianie różańca, gdy masz bardzo napięty harmonogram.

    Wielu świętych codziennie odmawiało różaniec i zachęcało innych do odmawiania go, nazywając go wręcz „bronią duchową”.

    „Różaniec jest «bronią» na te czasy” – twierdził św. Ojciec Pio. Św. Josemaría Escriva powiedział: „Święty Różaniec jest potężną bronią. Używaj go z pewnością, a będziesz zaskoczony efektami”.

    Wiemy, że powinniśmy odmawiać różaniec, ale kiedy i jak możemy znaleźć czas? Może to wymagać trochę dodatkowego planowania i wysiłku, ale jest to możliwe! 

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej , której święto przypadało 7 października, przedstawiamy 4 sposoby na codzienną modlitwę różańcową, gdy twój harmonogram jest już napięty.

    1 ODMAWIAJ RÓŻANIEC W DRODZE DO PRACY

    Jeśli i tak musisz jechać samochodem lub pociągiem, równie dobrze możesz wykorzystać ten czas i odmówić różaniec w drodze do pracy. 

    W transporcie publicznym łatwo jest trzymać różaniec w kieszeni. Jeśli jesteś w samochodzie i nie możesz utrzymać różańca, módl się za pomocą aplikacji audio do różańca (jest ich sporo!). 

    2 MÓDLCIE SIĘ Z PRZYJACIÓŁMI!

    Grupa rodzin z mojej parafii spotyka się raz w miesiącu na „poczcie różańcowej”. Każda rodzina przynosi jakieś danie i wspólnie odmawiamy różaniec. 

    Kiedy moje dzieci były młodsze, spotykaliśmy się w parku na „randce z różańcem”, odmawiając różaniec z grupą przyjaciół, podczas gdy maluchy biegały. 

    Modlitwa z przyjaciółmi to świetny impuls, który pomoże nam znaleźć motywację do odmawiania różańca. W twojej parafii może również istnieć grupa różańcowa oferująca cotygodniową lub miesięczną możliwość odmawiania różańca z innymi osobami.

    3 MÓDL SIĘ, KIEDY ĆWICZYSZ

    Trzeba przyznać, że nie sprawdzi się to w przypadku wszystkich form ćwiczeń, ale jeśli wybierasz się na spacer lub bieganie, zamiast muzyki przez część czasu włącz aplikację z różańcem. Wyjście na spacer i modlitwa różańcowa idą w parze niesamowicie dobrze!

    4 MÓDL SIĘ PRZED SNEM

    Moi rodzice odmawiali na głos różaniec, podczas gdy ja i rodzeństwo zasypialiśmy. Przez wiele nocy mojego dzieciństwa zasypiałem, słuchając Zdrowaś Maryjo. 

    Powtarzanie różańca może działać bardzo kojąco, dlatego warto odmawiać go, gdy ty lub twoje dziecko kładziecie się spać. 

    Theresa Civantos Barber/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Poczta Polska wprowadza znaczki emisji „Różaniec”

     Poczta Polska

    *****

    Na Jasnej Górze odbyło się odświętne odsłonięcie znaczków pocztowych emisji „Różaniec”. Do emisji weszła także kartka z nadrukowanym znakiem opłaty pocztowej „45. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża”. W przygotowanie emisji zaangażowani byli m.in. J.E. abp Salvatore Pennacchio – były nuncjusz apostolski w Polsce oraz abp Wacław Depo – metropolita częstochowski.

    Emisja „Różaniec” składa się z 4 znaczków, czym nawiązuje do 4 części Różańca. Każdemu znaczkowi towarzyszy po 5 przywieszek, jako odniesienie do 5 tajemnic w każdej części. Na znaczkach znalazły się różne rodzaje różańców: kamienny, szklany, metalowy oraz patriotyczny biało-czerwony. Natomiast na przywieszkach można zobaczyć 20 obrazów i grafik, znajdujących się w polskich kościołach, klasztorach, muzeach oraz domach zakonnych, na których przedstawione zostały historie związane z każdą tajemnicą różańcową.

    Emisji znaczków „Różaniec” towarzyszy kartka z nadrukowanym znakiem opłaty pocztowej „45. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża”. W jej prawym górnym rogu nadrukowano znak opłaty pocztowej, na którym umieszczono zdjęcie monstrancji różańcowej autorstwa Mariusza Drapikowskiego, znajdującej się w Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. W części ilustracyjnej kartki umieszczono wizerunek papieża Jana Pawła II na podstawie rysunku Kamila Drapikowskiego oraz herb papieski.

    – Patrząc w niełatwą historię naszego kraju, zawsze widzimy wielkie przywiązanie Polaków do Matki Bożej. Przez lata wojen, zesłań, klęsk i rozbiorów Polacy zawsze gorliwie modlili się na różańcu. Co więcej traktowano różaniec jak modlitwę patriotyczną. Dlatego dziś, kiedy obchodzimy 20-lecie ogłoszenia listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” Ojca Świętego Jana Pawła II, w którym wprowadza on część drugą Różańca z tajemnicami światła, Poczta Polska postanowiła przybliżyć tę modlitwę na znaczkach pocztowych. Co ważne, do tej pory żadna administracja pocztowa na świecie nie wydała znaczków z 4 częściami Różańca. Chcieliśmy na naszych znaczkach pokazać bogactwo i różnorodność stylów, w jakich malowane były i są obrazy pokazujące tajemnice różańcowe. Tę różnorodność spotykaną w polskich kościołach, kaplicach i muzeach, a która tworzy piękno polskiej sztuki sakralnej, naszego dziedzictwa. Wierzę, że nasze najnowsze znaczki pocztowe nie tylko przypomną o sile modlitwy różańcowej, ale także pokażą często ukryte piękno polskiej sztuki malarskiej dostępnej każdemu Polakowi w każdym zakątku naszej ojczyzny – powiedział Wiesław Włodek, wiceprezes Poczty Polskiej.

    Różaniec jest najbardziej popularną i jedną z najstarszych modlitw wszystkich wierzących Polaków. W historii narodu polskiego różaniec był zawsze bardzo ważną modlitwą, którą wznosił lud zarówno w podzięce za łaski, jak i w błaganiu o odsunięcie wojny, zarazy czy innych nieszczęść. Od czasów zaborów był też modlitwą patriotyczną, głęboko osadzoną w umysłach tych, którzy walczyli o wolność i niepodległość Polski.

    Nazwa „różaniec” (rosarium) oznacza wieniec z róż lub ogród różany, dlatego wierzący, odmawiając modlitwę, składają „duchowe kwiaty” u stóp Matki Bożej. Modlitwę różańcową, która na przestrzeni wieków przyjęła kształt znany obecnie, upowszechnił św. Dominik około 1214 roku. Do Polski sprowadził ją św. Jacek Odrowąż, który był bezpośrednim uczniem św. Dominika. On też założył pierwszy w Polsce klasztor dominikanów.

    W 1569 r. papież Pius V, dominikanin, specjalnym dokumentem nadał różańcowi dzisiejszą formę. Przez wieki dominikanie mieli wyłączne prawo zakładania bractw różańcowych i do dziś są bardzo mocno związani z różańcem.

    O znaczku: liczba znaczków: 4 w bloku, wartość: 11,50 zł każdy, nakład: 100 000 szt. każdego znaczka/bloku. Autorem projektu kartki jest Bożydar Grozdew, nakład: 7 000 szt. Data pierwszego obiegu (FDC) znaczków i kartki: 1 października 2023 r.

     Poczta Polska / Jasna Góra (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O Maryi wyprowadzającej dusze z czyśćca za pomocą różańca

     Adobe Stock

    *****

    W wydanej w 1903 roku książce „Królowa niebios” Marian Gawalewicz, dzięki życzliwej pomocy wielu osób (wśród nich Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza), zebrał najciekawsze słowiańskie baśnie i legendy o Matce Bożej.

    W wyborze „Królowa niebios” znalazła się piękna legenda: O odwiedzinach Najświętszej Panny w czyśćcu. Czytamy w niej: „Gdy dusza ludzka zrzuci ziemskie więzy i z ciała wyjdzie wraz z ostatnim tchnieniem, przechodzić musi, wedle obrachunku, jaki z nią zaraz anioł stróż uczyni, przez drogi cierniem kolącym zarosłe, pośród skał stromych i przesmyków ciasnych, nad przepaściami, do miejsc przeznaczenia…

    Ziemski pył musi wpierw otrząsnąć z siebie i w czyśćcu z grzechów wyprażyć się wszelkich, nim jako złoto w ogniu oczyszczone, może dostąpić zbawienia.

    Jest pole puste, jałowe, ogromne, między skałami zamknięte w kotlinie, do której wiodą trzy bramy kamienne (…) Słońce ją ciągle rozpala swym żarem aż do białości i nalewa warem, jak kocioł pełen wrzątku, w którym dusze pławić się muszą póty, aż czas upłynie ich kaźni i męki. Upał i suchość, i ów blask rażący, co z rozpalonych skał bucha okrutnie.

    Wszystko tu goreje, a nic płomieniem zająć się nie może, nic się nie pali na głownię i popiół, nic się nie topi, w parę nie zamienia. W takim gorącu nieustannym skwierczą dusze na karę czyśćcową skazane (…) Pomiędzy czyśćcem a Rajem jest rzeka, co rozgranicza z sobą te dziedziny; fale jej płoną i z czarnych odmętów ziejący ogień oba brzegi liże, a wśród płomieni, jak jęczące głownie, płyną skazane dusze potępieńców. Przez oną rzekę rzucony most wisi, chwiejny, że ustać na nim niepodobna, a tak wąziutki jako kładka wąska, na której ledwo jedna stopa stanie; po obu stronach mostu stoją straże, duchy piekielne z widłami ostrymi i w toń spychające każdą śmielszą duszę, co by się chciała tej kładki uczepić i ostać po niej aż po rajskie wrota.

    Dusze spadają w płomienistą rzekę, co płynie wartko straszna, niezgaszona, jak płaz olbrzymi z ognia wieczystego. A choć się miota, skręca i wydyma, fale jej toczą się nieme i ciche, i tym straszniejsze w swej milczącej grozie, pełzać się zdają w krąg czyśćcowych granic. Tylko rozpaczne krzyki potępieńców i jęki ciężkie, bolesne, głębokie, z tych płomienistych fal się wydzierają (…)

    W każdą środę i sobotę każdą, rajskim gościńcem ku temu mostowi z orszakiem świętych i anielską strażą Najświętsza Panna schodzi z nieba szczytów.

    Nad płomienistą przesuwa się rzeką, a za Nią święci Pańscy idą społem w długim orszaku, w światłość i blaski wspaniałe ubrani. Na drugim brzegu u kamiennej bramy zastęp aniołów z tablicami w ręku, na których każdej duszy umęczonej jest czas pokuty oznaczony ściśle, wita z pokorą tych dostojnych gości i z czcią wprowadza ich w czyśćcowe progi.

    Kiedy Najświętsza Panienka się zbliża, to jakby w skwarny dzień posuchy wielkiej powiał wiatr chłodny na spieczoną ziemię i jakby obłok rzucił cień chłodzący na żarem słońca piaski rozpalone. Chłodniej się robi w czyśćcowej pustyni…

    Pokutujących dusz gromady czują ulgę w męczarniach i w chwili wytchnienia pokornym, wdzięcznym, choć nieśmiałym szeptem, który po całym czyśćcu się rozpływa, witają Pannę Najświętszą słowami: «Roso niebiańska, bądź błogosławiona!».

    A głos ten płynie, jak z boru szum liści zwarzonych długą spiekotą lipcową, gdy je z omdlenia podmuch wiatru zbudzi. Wówczas na prośby świętych Pańskich oraz aniołów stróżów Panna Przenajświętsza uwalnia jedną duszę z mąk czyśćcowych; tej wyzwolonej przez prośby i modły podaje sama różaniec i z całej tej rzeszy tę jedną wybraną z kamiennej bramy czyśćca wyprowadza (…) Wrota kamienne zapadają się z trzaskiem i jak skrzesane z sobą krzemienie deszcz iskier sypią na progi czyśćcowe, a słońce zionie większym żarem i znów rozpala do białości piasek, w którym tarzają się dusze grzesznych skazańców na czyśćcowe męki…”

    Legenda ta niesie ze sobą kilka ważnych różańcowych tematów i przesłanek. Ponieważ Maryja wręcza wybranej duszy różaniec – znak przeznaczenia do nieba, łatwo wyprowadzić stąd wniosek, że nie ma w czyśćcu tych, którzy „mają różaniec”, to znaczy tych, którzy odmawiali go za życia. Przypomina się uwaga Matki Bożej Fatimskiej mówiącej, że Franciszek pójdzie do nieba, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców. Przypomina się też kilka obietnic, jakie Matka Najświętsza miała przekazać bł. Alanowi de Rupe, przede wszystkim te: „Ci, którzy zawierzą mi przez różaniec, nie zginą, ci, którzy będą z pobożnością odmawiali mój różaniec, rozważając jego tajemnice, nie umrą nie przygotowani, ci, którzy prawdziwie oddadzą się memu różańcowi, nie umrą bez pocieszenia Kościoła, ci, którzy będą odmawiali różaniec, znajdą w chwili śmierci światło Boże oraz pełnię Bożej łaski i będą mieli udział w zasługach błogosławionych”, wreszcie – Maryja „szybko wyprowadzi z czyśćca te dusze, które z pobożnością odmawiały różaniec i że prawdziwe czciciele różańca będą się radować wielką chwałą w niebie”.

    Istnieje wielka tradycja malarstwa religijnego, według której różaniec był przedstawiony jako narzędzie wydobywania dusz cierpiących w czyśćcu. Najsłynniejszym wyrazem owej tradycji jest Sąd Ostateczny Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Istnieją także rozliczne polskie malowidła przedstawiające tę samą scenę, na przykład obraz, na którym modlący się św. Stanisław Papczyński, założyciel zakonu marianów wspomagającego dusze w czyścu cierpiące, za pomocą różańca wydobywa dusze z otchłani czyśćca.

    fragment z książki: “Wszystko o różańcu, który może wszystko” 

    I Zwiastowanie

    Spodobało się Bogu posłać do Maryi swego Anioła, by przekazał Jej Bożą wolę. Anioł na wstępie pozdrowił Maryję. Jego pozdrowienie było wyrazem życzliwości, hołdu, oddania, uwielbienia. Anioł uświadomił Maryi, że znalazła łaskę u Pana, że Bóg jest z Nią, że jest najgodniejsza ze wszystkich niewiast, by Bóg mógł Jej powierzyć tajemnicę zbawienia – swojego Syna. Maryja na słowa Anioła zareagowała po ludzku: lękiem, niepokojem, niedowierzaniem. wątpliwością we własne możliwości, wynikające ze świadomości swej nędzy, słabości i małości. Anioł z wielką mocą uciszył Maryję. Ze spokojem wyjaśnił Jej wszystkie wątpliwości. By łatwiej było Maryi uwierzyć, Bóg pozwolił Aniołowi podać Maryi informację o Jej krewnej – Elżbiecie. Spotkanie z Aniołem było dla Maryi próbą wiary i miłości, próbą głębokiej ufności. Maryja odpowiedziała Bogu “tak” i nie zawiodła się mimo konsekwencji tego słowa w Jej życiu. Nie zawiódł się również i św. Józef, dla którego stan Maryi był ogromnym zaskoczeniem. Czuł się oszukany, ale nie chciał podejrzewać, nie chciał osądzać, nie chciał krzywdzić osoby, którą kochał, której zaufał. Wolał wziąć winę na siebie. Bóg za jego szlachetną postawę wynagrodził mu swoim zaufaniem do tego stopnia, że w jego ręce złożył los swojego Syna i jego Matki.

    O mój Aniele, ucz mnie, proszę pokornie, przyjmować Wolę Bożą z głęboką wiarą, z ogromną nadzieją, z miłości ku Bogu, niezależnie od tego, kto tę wolę mi pokaże i jaka ona będzie. Chcę wierzyć, że Bóg wie najlepiej, czego mi potrzeba i kiedy, a Ty – jak Archanioł Gabriel – rób wszystko, bym zawsze odpowiadał Bogu moje FIAT i umiała pokazywać Jego wolę – gdy zechce mnie posłać drugiemu człowiekowi.

    II Nawiedzenie

    Bóg wysłuchał prośby Zachariasza. Archanioł Gabriel oznajmił mu to. Zachariaszowi trudno było uwierzyć, że jego prośba została wysłuchana. Modlił się, ale nie wierzył, że to, o co prosił, jest realne, ponieważ oboje z Elżbietą byli dobrze posunięci w latach. Zachariasz domaga się znaku, by mógł uwierzyć, że Bóg faktycznie go wysłuchał. Pan Bóg wysłuchuje go po raz drugi, odbierając mu mowę.

    Dla Maryi słowa Anioła informujące Ją o stanie Elżbiety, były bodźcem, zachętą do działania, do niesienia pomocy, do realizowania miłości. Dla Zachariasza słowa Anioła były przyczyną niepewności, wątpliwości, nie wiary, ludzkiego podejścia do spraw Bożych. O mój Aniele, proszę pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy głębokiego szacunku dla drugiego człowieka, niezależnie od tego, ile on ma lat, czy został dopiero poczęty, czy odchodzi z tego świata. Ucz mnie ogromnej wrażliwości na potrzeby, krzywdy czy prawa mego bliźniego i wreszcie ucz mnie autentycznej miłości do siebie samej i innych, wyrażonej m.in. w modlitwie zawierzenia, ufności, bym nigdy nie wątpił jak Zachariasz.

    III Narodzenie

    Anioł ogłosił światu narodzenie Dziecka, niezwykłego Dziecka – Syna Bożego. Całemu światu za pośrednictwem pasterzy i trzech króli.

    Pasterze uwierzyli słowom Anioła. Pospieszyli oddać cześć Dzieciątku i podzielić się swoimi dobrami. Mędrcy również oddali hołd małemu Jezusowi i złożyli Mu swoje dary. Słowa Anioła pobudziły pasterzy do dzielenia się ich radością. Wielu ludzi poszło w ich ślady. Wiadomość o narodzinach Dziecięcia wywołała w Herodzie niepokój, poczucie zagrożenia i chęć szybkiego rozprawiania się z “nieproszonym gościem” na jego ziemi. W tej sytuacji Anioł przychodzi z pomocą Józefowi i trzem królom i podpowiada najlepsze rozwiązanie. O mój Aniele, proszę pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy umiejętności cieszenia się z każdego daru, jaki otrzymuję od Boga codziennie i przyjmowania go jako wynik miłości Boga do mnie; ucz mnie umiejętności cieszenia się z innymi z tego, że oni otrzymali swój dar. Broń mnie przed uczuciami zazdrości, niechęci, lęku przed tym, że ktoś może mi zaszkodzić, skrzywdzić mnie. Wprowadź mnie, mój Aniele, na drogę wielbienia Boga za Jego przyjścia na ziemię, wielbienia Go za Jego ciągłe rodzenie się w tylu sercach.

    IV Ofiarowanie

    Ludzie święci przestrzegają prawa nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą, chcą z miłości ku Bogu. Maryja i Józef czynili wszystko z miłości ku Bogu. Przynieśli swe Dziecię do świątyni też z miłości ku Bogu. Anioł o tym wiedział, więc w tej tajemnicy życia Jezusa stanął jakby z boku, a właściwie ustąpił miejsca człowiekowi – Symeonowi i Annie. Spodobało się Bogu posłużyć również ludźmi, by oznajmić swoją wolę, by wskazać na kierunki działania, na cel i sens życia człowieka.

    O mój Aniele, proszę pokornie w tej tajemnicy ucz mnie przyjmować Wolę Bożą z wiarą, ufnością, by nie załamywały mnie decyzje, których nie rozumiem, które po ludzku myśląc wydają się bezcelowe, bezsensowne. Ucz mnie szczerego oddawania się Bogu każdego dnia, oddawania Mu tego wszystkiego, co jest mi najdroższe, najmilsze, tego, co kocham i tych, których kocham, bym nie chciał zatrzymać ich dla siebie, przy sobie, bym nikomu nie zasłaniał sobą Jezusa.

    V Znalezienie

    Tęsknota za prawdą, za Ojcem, wyzwoliła w Jezusie potrzebę powinności, potrzebę apostolską. Zburzyła hierarchię wartości potocznie uznawaną. Jezus oddaje się temu, co w danej chwili uważa za najważniejsze, ale gdy Jego Rodzice po długich poszukiwaniach znajdują Go w świątyni i robią Mu wymówkę, On mimo iż uważa, że ma rację i że Go nie rozumieją – posłusznie wraca z nimi i dostosowuje się do ich poziomu rozumienia prawd wiary. Stara się być im posłuszny, a przez to wzrasta w łasce u Boga i u ludzi. Anioł i tym razem usunął się na bok. Nie podpowiada zatroskanym Rodzicom, gdzie ich Syn, nie niepokoi Jezusa wyrzutami sumienia, że zostawił Rodziców. Akceptuje Boży plan i stara mu się nie przeszkadzać, nic uświadamia uczonych w Piśmie, z kim mają do czynienia. Pełni swoją funkcje posłanniczą jakby na odległość, asekuruje, ubezpiecza.

    O mój Aniele, proszę cię pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy właściwej hierarchii wartości, ucz mnie stawiania spraw Bożych na pierwszym miejscu; ucz mnie wielkiego zatroskania o każdego człowieka, ogromnej odpowiedzialności za każde podjęte zadanie, za swoje życie, ale i za życie innych, a może przede wszystkim za życie innych, nie tylko fizyczne, ale nade wszystko duchowe. Pomóż mi wyleczyć się z moich kompleksów i ustawić moją hierarchię wartości według miłości Boga i drugiego człowieka.

    Rozważania: Zgromadzenie Sióstr od Aniołów

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozważania różańcowe na 13 października: Różaniec z bł. ks. Jerzym Popiełuszko.

    Różaniec bł. ks. Jerzego Popiełuszki był niemym świadkiem jego męczeństwa

    fot. Ewa Klejnot-Schreiber/Opoka.pl

    *****

    Część IV – Tajemnice chwalebne

    I. Zmartwychwstanie Pana Jezusa

    Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i braterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się od zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zwycięstwa, do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał.

    II. Wniebowstąpienie Pana Jezusa

    Wniebowstąpienie jest pokazaniem po raz kolejny – i jednocześnie przypieczętowaniem – drogi do domu Ojca… Dziwna jest to droga. Chociaż prosta i jasna, to ukierunkowana na wiele celów i stron: jest to droga do każdego człowieka; jest to droga, podczas której stale towarzyszy nam Chrystus… podtrzymuje nas pokarmem swojego Ciała i Krwi, byśmy nie ustali.

    III. Zesłanie Ducha Świętego

    Przyjście Ducha Świętego to narodziny Kościoła. Tego dnia otworzyły się drzwi Wieczernika, w którym dotąd przebywali wystraszeni Apostołowie… Oto nagle staje się coś cudownego i zupełnie niepojętego: nabierają niezwykłej odwagi i zaczynają śmiało przemawiać do tłumów…

    Czy jest jakiś język zrozumiały na całym okręgu ziemi, dla wszystkich ludzi, dla każdej rasy, religii i kontynentu? Jest taki język, którego kodu uczymy się od dzieciństwa: to język miłości. Znajomość tego języka jest cudownie rozwijana podczas modlitwy – pełnej miłości rozmowy z Bogiem, który nas do końca umiłował; podczas każdej Eucharystii, która jest ucztą miłości; i każdej lektury Pisma Świętego, napisanego najpiękniejszym językiem – miłości.

    IV. Wniebowzięcia Matki Bożej

    Ty wiesz, Matko, że Narodem, który tyle wycierpiał w swojej historii, który tyle odniósł zwycięstw, który wniósł tak wielki wkład do kultury Europy i świata, który wydał i wydaje tylu wspaniałych ludzi, który w końcu dał światu papieża, który ten świat zadziwia, takim Narodem – żadnym narodem – poniewierać nie wolno. Takiego Narodu nie rzuci przemocą na kolana żadna siła szatańska. Ten Naród udowodnił, że kolana zgina tylko przed Bogiem. I dlatego wierzymy, że upomni się o niego sam Bóg.

    V. Ukoronowanie Matki Bożej

    Byłaś przez wieki Matką i Królową… Zawierzamy Ci, Matko Chrystusowa, gorycz bezsilności i upokorzenia, jakiego ciągle doznaje wiele sióstr i braci w Ojczyźnie naszej… Zawierzamy wszystkie krzywdy wyrządzone Narodowi… Zawierzamy nadzieję na lepsze jutro. Nadzieję na pojednanie Narodu w duchu miłości, ale i w duchu sprawiedliwości, bo wiemy, że nie może istnieć bez sprawiedliwości…. Wszystko to w dniu dzisiejszym, w dniu zawierzenia całego świata Twojemu Niepokalanemu Sercu, składamy w Twoje matczyne dłonie i prosimy, byś złożyła u stóp Syna Twego Jezusa Chrystusa na uproszenie Ojczyźnie naszej czasu zmartwychwstania do prawdziwej wolności, sprawiedliwości i pokoju. Amen.

    źródło: różaniec.eu/Siostry Loretanki

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andrea Tornielli:

    Diabły szaleją na samo wspomnienie o Ojcu Pio i papieżu Wojtyle

    Andrea Tornielli: Diabły szaleją na samo wspomnienie o Ojcu Pio i papieżu Wojtyle

    św. Jan Paweł II i św. ojciec Pio (fot. domena publiczna)

    ***

    Dlaczego na poprzednich stronach rozwodziliśmy się nad szczególną relacją między Ojcem Pio z Pietrelciny a Janem Pawłem II? Między zakonnikiem ze stygmatami, ogłoszonym przez papieża Wojtyłę błogosławionym, a następnie świętym, a samym polskim papieżem, który już był błogosławionym, a teraz jest już święty? Wyjaśnienie zawiera się w słowach innej wyjątkowej postaci, dziekana włoskich egzorcystów, księdza Gabriele Amortha. Kapłana, który mimo swojego wieku walczył z diabłem – pisze Andrea Tornielli w książce „Ojciec Pio. Święty, który walczył z diabłem”.

    [Ksiądz Gabriele Amorth] wielokrotnie zwracał uwagę na to, jak Ojciec Pio i papież Wojtyła byli i nadal są szczególnie oblegani przez pana ciemności. Ojciec Amorth wspominał ten związek i inne epizody dotyczące walk Ojca Pio z diabłem także w niedawno wydanej książce „L’ultimo esorcista”. I opowiadał na przykład, że tylko raz w życiu miał bezpośrednią styczność z księciem ciemności. „Przez te wszystkie lata nigdy nie miałem bezpośredniego kontaktu z Szatanem. Poza jednym przypadkiem. Byłem księdzem przez krótki czas, nie pamiętam dokładnie jak długo.

    Pojechałem na tydzień modlić się do parafii oddalonej o dziesięć kilometrów od Brescii. Proboszcz nazywał się Faustino Negrini. Był tam od czterdziestu lat. Był kochany. Dwa tysiące dusz go uwielbiało i naśladowało we wszystkim”. Pewnego dnia proboszcz powiedział do młodego ojca Gabriela: „Chodź ze mną”.

    Ci, którzy są w łasce Bożej, nie muszą się lękać

    Zaprowadził mnie do zakrystii – wspomina Amorth – w której była kobieta. Przedstawiła się: „Dzień dobry, jestem Agnese Salomoni”. Nigdy nie zapomniałem jej nazwiska. Do dziś pamiętam tembr jej głosu. Nie wiem, dlaczego Don Faustino to zrobił. Może chciał mnie wtajemniczyć we wszystkie ważne wydarzenia w swojej parafii? W każdym razie chciał, aby Agnieszka opowiedziała mi swoją historię. Słuchałem jej przez długi czas. Byłem przerażony. Agnieszka miała szesnaście lat, gdy wszedł w nią Szatan. Dlaczego w nią wszedł? Don Faustino, który miał pozwolenie od biskupa swojej diecezji, aby ją egzorcyzmować, zwrócił się podczas egzorcyzmu na Agnieszce do Szatana. „Dlaczego wszedłeś do jej wnętrza? Odpowiedz mi w imię Chrystusa” – zapytał dziewczynę kapłan. (…) Gdy wracam myślami do odpowiedzi, jaką dał Szatan, to jeszcze dziś brakuje mi słów: „Bo Agnieszka jest najświętsza w parafii, najczystsza, najbardziej nieskalana. I dlatego uczyniłem ją swoją”. Jest to wielka tajemnica. To prawda, że ci, którzy są w łasce Bożej, nie muszą się lękać. Że Szatan niewiele może zrobić przeciwko tym, którzy żyją w łasce Bożej. Ale prawdą jest też, że Szatan pragnie uczynić swoimi zwłaszcza tych, którzy są święci, tych, których dusza i ciało są całe z Boga. Egzorcyzmy mające na celu uwolnienie Agnieszki były bardzo ciężkie. Godziny i godziny gorzkiej walki. Trwały latami.

    Ta długa i bardzo trudna walka z diabłem miała również decydujący etap w San Giovanni Rotondo, w klasztorze, w którym mieszkał święty z Gargano: Kiedyś Don Faustino zabrał ją aż do Ojca Pio z Pietrelciny. Przebył setki kilometrów, by szukać dodatkowej pomocy. Jadąc z Lombardii do Puglii, spodziewał się wszystkiego. Samochód zatrzymywał się bez przerwy, mimo że nie miał żadnych usterek. Don Faustino był zmuszony kilka razy zjechać na pobocze i wysiąść z auta, aby zobaczyć, jakie problemy ma silnik. Dopiero gdy odmówił modlitwę, samochód w przedziwny sposób ponownie ruszył. Tylko po to, by po kilku kilometrach zatrzymać się znowu. Była to męcząca i bardzo długa podróż. Ojciec Pio nie był egzorcystą, ale udało mu się wypędzić wiele demonów za pomocą prostych błogosławieństw i modlitw. Szatan bał się Ojca Pio.

    Skuteczny egzorcyzm Ojca Pio

    Wszystkie postoje, które musiał zrobić samochód, przerażona, a czasem wściekła postawa opętanej kobiety, były wyraźnymi znakami tego, jak bardzo Szatan obawiał się zakonnika z Pietrelciny. (…) Ojciec Pio zrobił dla niej niewiele lub nic. Egzorcyzmował ją, ale nie uwolnił. W drodze powrotnej Szatan był podniecony. I zaczął szydzić z Ojca Pio. Powiedział przez usta Agnieszki: „Ja mu to zrobiłem, ja mu to zrobiłem!”. Śmiał się. Krzyczał. Był upojony radością. A samochód przejechał wiele kilometrów, które dzieliły San Giovanni Rotondo od Brescii bez ani jednego postoju. Nie było już potrzeby bojkotowania podróży. Szatan nie wiedział jednak, że egzorcyzmy ojca Pio były na swój sposób skuteczne. Po niedługim czasie Agnieszka została uwolniona. Don Faustino nakazał Szatanowi, aby w imię Chrystusa powiedział mu, kiedy opuści ciało opętanej kobiety. Został zmuszony do wyjawienia mu dnia i godziny. Wszyscy parafianie zostali wezwani na plac kościelny. Agnes została uwolniona w jednej chwili, zaraz po rozpoczęciu rytuału, na oczach wszystkich. Była to radość i ulga dla całej wsi”.

    Ojciec Amorth wspominał również, jak diabeł czasami bezpośrednio ingerował w relacje między Ojcem Pio a jego kierownikami duchowymi: „Szatan nie ma twarzy. Jest czystym duchem i jeśli chce się uobecnić, musi przybrać fałszywe ciało w zależności od tego, co chce uzyskać”. Ojcu Pio demon przedstawiał się w postaci Jezusa, czasem Maryi, czasem przełożonego, czasem spowiednika. Ojciec Pio szedł do  przełożonego i pytał go: „Przyszedłeś do mnie i kazałeś mi zrobić…”. „Nie. Absolutnie nie przy[1]szedłem do ciebie”. I w istocie, to nie był on. To był diabeł stosujący nierzadką sztuczkę, polegającą na pokazywaniu się z twarzą i ciałem, które nie istnieją w rzeczywistości.

    Według ojca Amortha „przeciwko diabłu każdy musi znaleźć własną miarę”. Sami księża, którzy praktykują egzorcyzmy, „muszą po drodze odkryć, które z ich działań jest najbardziej skuteczne wobec Szatana. Może być jeden egzorcysta, który wspominają o Ojcu Pio, wywołuje gwałtowną reakcję u opętanego, a inny, wspominając o nim, nie zdoła wywołać żadnego efektu. W każdym razie nawet po jego śmierci wydaje się, że skromny kapucyn ze stygmatami jest nadal potężną tarczą przeciwko siłom szatańskim. Że diabeł nadal się go boi i jeśli się go przywoła, może nadal pomagać w uwolnieniu opętanych”.

    Jednak nie tylko święty z Gargano znajduje się na szczycie listy zaprzysięgłych wrogów Szatana i najskuteczniejszych orędowników wobec pana tego świata.

    Papież Wojtyła uratował świat

    Szatan – mówił Amorth – rozmawiał kiedyś ze mną obszernie o Janie Pawle II. Do dziś pamiętam zachrypnięty głos księcia ciemności. Mówił do mnie na krótko przed swoim odejściem. To było jak wyznanie, które chciał mi uczynić, zanim mocą Chrystusa będę mógł go wypędzić. Oczywiście, jego słowa mogły być kłamstwem. Ale i tak warto je zgłosić, bo powiedział: „Karola Wojtyły nienawidzę. Wszyscy go nienawidzimy. Wojtyła zniszczył moje plany. Chciałem zniszczyć świat, ale to on obalił komunizm w Rosji i Europie Wschodniej, zanim udało mi się zrealizować mój plan. To były lata, kiedy całe kraje żyły w terrorze. Wprowadziłem je w permanentny stan terroru. Druga wojna światowa była moim arcydziełem. Ale to, co nastąpiło potem, komunizm z jego milionami zabitych, a przede wszystkim głodem i cierpieniem całych populacji, było wisienką na torcie, która przewyższała w dobroci sam tort. Polak pomógł przywrócić światło. I zabrał wielu młodych ludzi z moich rąk. Byli moi. Wtajemniczyłem ich w zło. Żyli dla mnie, niektórzy świadomie, niektórzy nieświadomie. On mi ich odebrał. Nienawidzę go za to. I zawsze będę go nienawidzić”.

    Dlatego też – dopowiada ojciec Gabriel – gdy wspomina się o Janie Pawle II podczas egzorcyzmu, opętany dosłownie się pieni. Swoją drogą wierzę, że diabeł bardzo walczył z beatyfikacją Jana Pawła II i jeszcze mocniej będzie walczył z jego kanonizacją. Nie uda mu się jednak temu zapobiec, ponieważ Szatan jest wielkim przegranym, natomiast Bóg zawsze wygrywa. Także kiedy wspomina się Ojca Pio z Pietrelciny, demon wpada w szał, staje się wściekły i wzburzony. Ale kiedy wspomina się Jana Pawła II, bywa jeszcze bardziej brutalny, niekontrolowany. Szatan nienawidzi Jana Pawła II i często mówi: „nienawidzę go z większą intensywnością niż Ojca Pio”.

    Oto więc dwaj ludzie, dwaj święci, zakonnik ze stygmatami i polski papież, połączeni w tajemniczy sposób nawet po śmierci i wciąż obaj przywoływani przez tych, którzy pełnią delikatną funkcję egzorcystów w tych rzadkich przypadkach ludzi naprawdę opętanych przez diabła.

    (fragment pochodzi z książki „Ojciec Pio. Święty, który walczył z diabłem”)

    Andrea Tornielli

    O. Rostworowski: Żyjemy w orgii kłamstwa

    zdjęcie ilustracyjne/Fronda.pl

    ***

    o. Rostworowski: Żyjemy w orgii kłamstwa

    Wiemy, że jesteśmy w Bogu, wiemy, że Syn Boży przyszedł i dał nam zmysł, ażebyśmy poznali Prawdziwego. Jesteśmy w prawdziwym Bogu, w Synu Jego Jezusie Chrystusie (zob. 1J 5,20).

    W Nowym Testamencie są dwa terminy dotyczące prawdy, gdzie mówi sama prawda; areteiaaretes tzn. prawdziwy, najczęściej w sensie prawdomówny, oraz aretinos w sensie autentyczny. Prawda i miłość to są dwie wartości podstawowe, główne. Świętego Jana, o którym się mówi, że jest apostołem miłości, można by również nazwać apostołem prawdy, bo może jeszcze częściej mówi o prawdzie niż o miłościW liście swoim, w 1. rozdziale mówiże Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości tak jak On sam jest światłością, wtedy mamy współuczestnictwo a Krew Jezusa, Syna Jego oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (zob. 1 J 1,5b–7).

    Co to znaczy, żeby chodzić w światłości? Tak by się chciało powiedzieć, że chodzić w światłości tzn. chodzić w łasce uświęcającej, w świętości, ale tutaj to ma inny sens, bo mówi, że jeżeli chodzimy w światłości, wtedy Krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. A więc chodzić w światłości to nie jest to samo co chodzić w łasce, bo jak się jest w łasce, to nie ma grzechu. Chodzić w światłości to chodzić w prawdzie, bezwzględnej prawdzie. Prawda, ta wartość absolutna, ta najwyższa wartość natury intelektualnej, to jest ta ostateczna i absolutna norma wszelkich wartości. Dlatego człowiek pragnie i boi się prawdy. Święty Augustyn w Soliloquiach tak woła: „cała głębia mego ducha do Ciebie wzdycha, do Prawdy”. Wiemy, że ten człowiek długo szukał, błąkał się.

    Bóg jest Prawdą. Jest mowa w Piśmie Świętym o tym aretes, Bóg prawdomówny, który nie kłamie, którego obietnice są niezawodne i ten Bóg aretinos, który się utożsamia z Prawdą, który jest źródłem prawdy, który posyła ludziom Ducha Prawdy, ażeby ich wprowadzić we wszelka prawdę to znaczy w to, co jest jedynie rzeczywiste, a wszystko inne jest przy tym nierzeczywiste. I odpowiedzią na to jest najpierw ubogi, ubogi człowiek. Uwierzyć całkowicie i absolutnie bez zastrzeżeń i bezwarunkowo – ubogi. Wiara musi być aktem totalnym i prostym, bo jeśli Bóg powiedział, to nie ma dyskusji, nie ma wybierania między prawdami, przyjmuje się wszystko. Jeśli się przyjmuje wszystko, to jest się wtedy wprowadzonym do Ducha Prawdy, w prawdę, w tę całą Boską sferę jedynie rzeczywistą, w której człowiek jest zbawiony.

    A więc i ta pierwsza rzecz, którą mamy mieć jako odpowiedź Bogu to wiara. Zdaje się to rzecz prosta, oczywista, a jednak widzimy, jak dzisiaj ludzie się wymądrzają, jak ludzie wybierają między prawdami wiary: zmartwychwstanie człowieka, życie przyszłe, nierozerwalność małżeństwa, rożne rzeczy, które są podane jako objawione, a ludzie nie bardzo wierzą, wątpią. To jest bardzo ważne, żebyśmy my, którzy jesteśmy oddani Bogu, żebyśmy mieli wiarę bardzo mocną, prężną, niezachwianą. Jak mówi Pan Jezus u św. Jana, kiedy Go Żydzi pytają: „Co mają robić, aby czynić dzieła Boże?”, to mówi: „to jest dzieło Boże, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”. To jest dzieło Boże. Ale człowiek musi również odpowiedzieć Bogu inaczej, przez naśladowanie Boga, który jest Prawdą i człowiek musi być prawdziwy i prawy i to na różnych poziomach życia ludzkiego musi się urzeczywistniać. A jak prawda jest wartością absolutną, to czujemy, że jej wymagania w naszym życiu są jakieś absolutne, bezwzględne.

    Filozofia rozróżnia dwa rodzaje prawdy i w tych dwóch płaszczyznach musi właśnie ta prawda w nas być. Rozróżnia prawdę logiczną czyli prawdę poznania, żeby umysł był zgodny z prawdą, żeby nasze poznanie odpowiadało obiektywnej rzeczywistości, żeby nie było fałszu w naszym poznaniu. A druga to jest prawda ontologiczna, prawda rzeczy, żeby rzeczy były tym, czym powinny być, żeby były zgodne z ich ideą, jak się mówi: prawdziwy mnich, prawdziwy chrześcijanin. Jak św. Benedykt mówi: niech oratorium będzie tym, czym jest, tym czym się nazywa. Niech Opat wykonuje to, co jego imię samo mówi. To jest prawda ontologiczna, ale najpierw ta prawda logiczna, prawda poznania, tu są wielorakie problemy. Musimy sobie zdać sprawę, że rzeczą bardzo ważną jest formacja poznania, żeby nasze poznanie dało się kształtować przez Objawienie. To jest dzisiaj takie proste. Bardzo wielu autorów, którzy piszą o prawdach teologicznych, nie zadają sobie na początku tego pisania podstawowego pytania, czego Kościół naucza i piszą. I stąd różne zboczenia tej myśli, różne odejścia od autentycznej Prawdy Objawionej.

    Jest bardzo ważne, żeby w klasztorze element troski o te dobre informacje działał, proste i mocne, żeby bardzo pilnować i strzec, by nie dostawały się do wspólnoty różne miazmaty takich myśli, które nie są zgodne z prawdziwą i autentyczną doktryną Kościoła, przekazem Objawienia Bożego przez Kościół. I to dzisiaj trzeba mocno podkreślać, żeby to było w klasztorach, ponieważ młodzi przychodzą do nas z pewnym skażeniem wiary i trzeba to wyprostować, żeby zostało jakoś przyjęte. Nie jest nawet tak ważny zakres tego poznania, co jego zgodność z rzeczywistością objawioną. Żeby poznać prawdę, to potrzebne są w człowieku pewne dyspozycje. Trzeba chcieć poznać prawdę. Dzisiaj np. młodzież czuje w sobie wielki pęd do studiów, ale studia uniwersyteckie raczej dążą do wiedzy niż prawdy jako takiej, czasem do umeblowania umysłu, żeby jak najwięcej wiedzieć, więcej niż do poznania prawdy. Nie idą zawsze całkiem po linii podstawowego dążenia ludzkiego ducha do poznania prawdy. Dawniej uniwersytety więcej do tego dążyły, teraz stały się szkołami zawodowymi. Więc jest inny punkt widzenia, inna motywacja i nie jest to tak jasne zawsze dążenie, że jeśli ktoś chce studiować, to że chce poznać prawdę. Powiedziano, że mamy studiować, zakonnicy i zakonnice mają studiować, ale czasem gdy się zapytałem o motywację, dlaczego ty chcesz studiować, to często słyszałem to: bo ja chcę być czymś w klasztorze, nie chcę być tą ostatnią, a nie tyle żeby poznać albo żeby poznaniem prawdy, wiedzą służyć innym.

    Musi być łaknienie prawdy. Niektórzy chcą mieć bardziej rację niż poznać prawdę. To prowadzi do bronienia pozycji swojej, do zacietrzewienia, a to przesłania drogę do prawdy. To dążenie do prawdy wymaga jakiegoś jednak przekreślenia siebie, czystego dążenia do tej najwyższej wartości dla umysłu ludzkiego. Dzisiaj widzimy, że dużo jest bardzo mętnych idei w świecie, ale zwłaszcza w tym człowiek musi dążyć do poznania prawdy i o tym mówi najwięcej Pismo Święte – poznanie wartości. Tu jest zasadniczy problem, jest ta fascinatio nugacitatis, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, że cały ten świat nas fascynuje, a to jest nierzeczywiste, trzeba uwolnić się od tej nierzeczywistości przez ukochanie rzeczywistości, przez przywiązanie do tych prawdziwych, jedynych wartości, bo istotą bałwochwalstwa jest właśnie to, że świat i rzeczy świata robią się wielkie i ważne i bliskie, a Pan Bóg robi się coraz dalszy i mniejszy, mało znaczący.

    To jest bałwochwalstwo, bo istotą bałwochwalstwa to nie jest tworzenie sobie jakichś bałwanów z drzewa, kamienia czy z metalu, ale istotą jest wartościowanie, że Bóg się staje jakiś niepraktyczny, daleki, niewpływający na życie, a natomiast wszystkie inne rzeczy rosną, stają się ważne, przygniatają i ostatecznie im człowiek poświęca cały trud i staje się nierzeczywisty. Gubi rzeczywistość czyli prawdę wszystkiego. Pismo Święte najwięcej tutaj na to zwraca naszą uwagę. Jeśli ci bezbożni są jak plewy, które wiatr rozmiata po ziemi, nie uchwycili rzeczywistości, nie poznali. Jeśli człowiek dąży przez całe życie do pieniędzy i przyjdzie śmierć, to on jest odwrócony tyłem do rzeczywistości, czyli odwrócony frontem do nicości, jak powiedział ślicznie Merton, że kult nicości to jest istota piekła, a więc on już istotę piekła ma w sobie w tym życiu, bo to jest kult nicości i zasadnicza absolutna nieprawda.

    Również bardzo ważna sprawa w poznaniu prawdy i poznaniu siebie, poznanie prawdy trwa, a to nie jest łatwe i bardzo potrzebne tu jest związane z prawdą męstwo, bo trzeba wiele męstwa, ażeby przyjąć prawdę i dlatego trzeba wiele męstwa, by prawdę powiedzieć, bo ludzie nie chcą jej przyjąć. I odpowiedź człowieka grzesznego na prawdę to jest pięść, siła fizyczna, przemoc, która jest ostatnią deską ratunku bezsiły wobec prawdy. Przemoc jest znakiem bezsiły i dlatego np. można już psychologicznie nawet w sprawie św. Stanisława, jego śmierci, jego męczeństwa rozumieć, że król nie miał przeciwko niemu argumentów rzeczywistych. Gdyby miał sprawiedliwość po swojej stronie, nie musiałby się uciekać do takiej przemocy. Bo przemoc jest bronią słabych, bezsilnych, tych, którzy nie mają prawdy po swojej stronie. Ponieważ człowiek boi się prawdy i reaguje przemocą na prawdę, której nie chce przyjąć, dlatego trzeba odwagi, by mu prawdę powiedzieć, dlatego widzimy to zło milczenia, gdy przemawia jakiś delegat państwa lub zebrania jakiegoś nauczycielskiego, wszystko milczy, wszystko cicho, powiedzieć prawdę to wymaga wielkiej siły, ale jak się powie prawdę, to jest wtargnięcie mocy Bożej w ten świat. Niech będzie jeden, który powie prawdę, to już moc Boża tak się rozszerza, ludzie mówią o tym wydarzeniu, bo to jest wydarzenie, świadectwo jest wydarzeniem.

    Myśmy zanadto ograniczyli wiarę do jednego przykazania: wierzyć. A są dwa przykazania: wierzyć i wyznawać. Jeżeli, powiedzmy, proboszcz swoich młodych, idących do wojska jakoś umocni i mówi, żeby nie opuszczali pacierza, ale żeby w łóżku, jak zgaszą światło mówili pacierz, to pierwsze przykazanie wiary jest spełnione, ale to drugie, wyznanie, nie jest spełnione i jeżeli ono nie jest spełnione, to sama wiara wiotczeje, staje się coraz słabsza, coraz mniej wyraźna.

    I często w klasztorach też tak jest, nic nie można powiedzieć. Na czym polega życie wspólne? To jest wzajemny dar prawdy, jak mówi List do Efezjan: Mówcie prawdę jeden do drugiego, bo jesteśmy jedni drugich członkami (zob. Ef 4,25). Mówcie prawdę i ta przejrzystość, ten dar prawdy czyni, że życie jakoś w tym konwencie krąży. Jedną z klasycznych metod naszego przeciwnika jest „blokada krążenia”, nie można już nic powiedzieć, bo tu jest obolałe, tam jest jakiś ropień. Przychodzi wizytator, może tylko ogólniki o pobożności jakieś powiedzieć, nie można dotknąć prawdziwych rzeczy, bo to jest wszystko tak obolałe. Albo w diecezji przychodzi biskup, chce dialogować, ma dobrą wolę, ale się robi koło niego taka otoczka ludzi, którzy wyczuwają, co on lubi, a czego nie lubi słyszeć, już biskup nie wie prawdy, już nie może do niej dotrzeć i następuje w tym organizmie zbiorowym wspólnoty blokada krążenia. Nie ma dom prawdy, bo boimy się wzajemnie obdarować prawdą, bo jej nie pragniemy, bo się jej boimy. I potem to życie jest słabe, ono nie może się tak rozwinąć z mocą, normalnie, prosto, ale są takie kanaliki tego życia już mocno zacieśnione, zawężone. To jest sprawa bardzo ważna, bardzo istotna.

    Jest taka bajeczka hinduska, która mówi, że taki młody diabełek przybiegł do starego diabła bardzo zdenerwowany. I ten stary mówi: „Co się tak denerwujesz?” Młody mówi: „Bo szedłem drogą i tam prawda leży obok drogi. Przyjdą ludzie i ją znajdą i myśmy przepadli wtedy”. A stary mówi tak: „Ty się nie bój, oni tam przyjdą, znajdą, ale potem założą organizację i wtedy prawdę diabli wezmą”. Ile jest takich pozornych wartości. Tak przejść się po mieście, widzi się pomnik uczonego Kopernika, dalej się widzi pomnik Mickiewicza, człowieka z talentem, potem pomnik Dzierżyńskiego, który wymordował milion ludzi. Ludzie stawiają różnym wartościom pomniki.

    Mówiliśmy również o prawdzie ontologicznej, prawda rzeczy, być tym, czym się jest, na to trzeba wiedzieć kim się jest, często medytować kim się jest, że jestem chrześcijaninem, że jestem dzieckiem Bożym, że jestem mnichem. Co z tego wynika, żeby prawda tej osoby coraz bardziej się rozwijała. I to jest dobrze, jeżeli benedyktyn jest prawdziwym benedyktynem, a jezuita jest prawdziwym jezuitą, a kapucyn prawdziwym kapucynem. Ale do tej prawdy ontologicznej należy również prawda naszego słowa. To jest też bardzo ważny udział, w którym naśladujemy Boga. Bóg bezwzględnie prawdomówny objawił nam swoją Prawdę. Żyjemy w czasach niesłychanej profanacji słowa ludzkiego, jakiejś orgii kłamstwa. To słowo ludzkie pisane, i w telewizji, i w prasie, i w książce, i na uczelniach, i w wojsku służy kłamstwu. To jest coś po ludzku potwornego, to słowo człowieka, które jest jakimś podobieństwem do Boga, bo Bóg nasz jest Bogiem mówiącym. Tak Objawienie nam Go pokazuje. Bóg jest mówiący i człowiek jest mówiący i w ten sposób człowiek jest do Boga podobny, ale pod warunkiem, że mówi prawdę. Otóż przeciwieństwem prawdy jest kłamstwo, jest kłamstwo słowa, jest kłamstwo światopoglądu też, to zamglenie sumień np. dzisiejsze, że ludzie nie mają już wyczucia grzechu. To jest jakieś bardzo tragiczne zakłamanie wewnętrzne i człowiek właściwie jest bardzo zakłamany i człowiek, jak się podsuwa ku światłu, ku Bogu, widzi jak bardzo jest zakłamany i nie może się z tego wydostać. Jak św. Jan Vianney prosił Boga, żeby Bóg mu pokazał jego nędzę całą, to Bóg posłuchał tej modlitwy, a potem św. Jan wołał: „Panie Boże, już dosyć, już nie mogę tego wytrzymać”. Święty Jan Boży, który żył bardzo porządnie, ale jak się nawrócił, to tak siebie poznał, że po prostu biegł krzycząc przez miasto, nie mógł wytrzymać tego poznania siebie.

    Niemniej ku temu coraz głębszemu poznaniu siebie rozwój łaski w nas idzie. Ale trzeba być odważnym, by spojrzeć w oczy swojej własnej prawdzie. Najgorsza prawda jest zbawcza i najgorsza prawda jest o wiele lepsza niż najlepsza iluzja, najbardziej pocieszająca iluzja. Otóż kłamstwo przez moralistów jest uważane raczej za grzech lekki, ale dziwna rzecz: ten grzech tak jakoś strasznie głęboko idzie w istotę ducha ludzkiego. My czujemy, że jak człowiek się zakłamie, to jest takie zwichnięcie się jakieś do dna. Łatwiej przyjmiemy do klasztoru kogoś, kto mocno nagrzeszył niż kogoś, kto kręci, bo ten ostatni drogą krętą idzie, jemu nie można zaufać, bo jest zakłamany. I rzeczywiście rolę tego kłamstwa dla zniszczenia człowieka doskonale wyczuwa przeciwnik nasz, bo zauważcie, że np. w socjalizmie tutaj oni często chcą od ludzi, żeby coś podpisali, coś małego, ale coś, co będzie niezgodne z ich przekonaniem, w ich sumieniu, bo wiedzą, że jak coś podpiszą, to jest coś nadłamane, jest ten niesmak wewnętrzny, człowiek już coś bardzo istotnego w sobie zwichnął. A diabeł chce tego małego ukłonu. Człowiek chce mieć coś wielkiego, coś konkretnego, a diabeł mówi do Pana Jezusa: tylko upadnij, złóż mi pokłon, wszystko Ci dam, wszystko będzie Twoje, ale tylko upadnij.

    Są pewne spokrewnione z kłamstwem odchylenia w naszej mowie, nad którymi musimy też panować np. niedokładność, jednostronność, przesada, uogólnienie. Do tego jesteśmy bardzo skłonni i to nas skłóca z prawdą. Milczenie w klasztorze ma między innymi też tę rolę oczyszczającą dla naszego słowa, żeby być odpowiedzialnym za słowo, żeby to słowo mogło się konfrontować z wewnętrzną prawdą naszą w pokoju i widać, że prawda jest bardzo wymagająca i może być groźna dla człowieka. Niemniej trzeba powtórzyć za św. Augustynem: „O veritas, quam medullae animae meae suspirabunt tibi”.


    Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. Był zawsze bliski mojemu sercu – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

    mp/tyniec.com.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 2 PAŹDZIERNIKA

    WSPOMNIENIE O NASZYCH ANIOŁACH STRÓŻACH

    Patronowie Dnia: Św. Aniołowie Stróżowie, „przyjaciele ludzkich losów"

    fot. via: Pixnio

    ***

    Patronowie Dnia: Św. Aniołowie Stróżowie, „przyjaciele ludzkich losów”

    Według teologii chrześcijańskiej aniołowie to istoty duchowe i nieśmiertelne, rozumne i wolne, stworzone przez Boga, aby oddawać Mu cześć, być Jego posłańcami i ochraniać ludzi – przypomina ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 2 października wspominamy świętych Aniołów Stróżów.

    Samo słowo „anioł” w języku hebrajskim i greckim oznacza „posłańca”, stąd na kartach Pisma Świętego aniołowie wielokrotnie reprezentują Boga, zwiastując człowiekowi Jego wolę. Pośród różnych rodzajów aniołów istnieje jeden powołany do opieki nad światem, a zwłaszcza nad ludźmi – Aniołowie Stróżowie: „Swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach” (Ps 91).

    Bardzo wyraźnie o Aniołach Stróżach naucza Katechizm Kościoła Katolickiego: „Życie ludzkie od początku aż do śmierci otoczone jest opieką i wstawiennictwem aniołów. Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”(n. 336).

    W historii Kościoła spotkamy wielu świętych, którzy widzieli swojego Anioła Stróża, jak chociażby św. Franciszka Rzymianka czy św. Gemma Galgani. Św. Janowi Bosko Anioł Stróż wielokrotnie ratował życie, a św. Ojcu Pio pomagał odczytywać listy, pisane do niego w obcych językach. Wszystkich tych świętych łączyło jedno: mieli oni szczególne nabożeństwo do Anioła Stróża.

    Z kazań św. Bernarda, opata: „O Panie, kimże jest człowiek, że posyłasz owe święte duchy, aby nam służyły, wyznaczasz ich na naszych stróżów, polecasz, aby byli naszymi wychowawcami. […] Chociaż więc jesteśmy słabymi dziećmi i choć czeka nas długa i niebezpieczna droga, czegóż mamy się lękać, chronieni przez tak wielkich stróżów? Nie mogą wszak ulec wrogom ani zbłądzić, ani tym bardziej zwodzić ci, którzy strzegą nas na wszystkich naszych drogach. Są wierni, roztropni i potężni – czegóż mamy się lękać? Obyśmy tylko za nimi szli, obyśmy tylko do nich przylgnęli, a trwać będziemy na zawsze w opiece Boga niebios” (kazanie 12).

    Ktoś obliczył, że w Piśmie Świętym mowa jest o aniołach aż 222 razy. W Starym Testamencie m. in. strzegły wejścia do raju, chroniły Lota, towarzyszyły prorokom. W Nowym Testamencie zwiastowały narodzenie Jana Chrzciciela i samego Jezusa. Jemu też służyły na pustyni i umacniały Go w Ogrójcu.

    Świat, w którym żyjemy nie jest tylko domeną człowieka. Działa w nim Bóg, działają Jego aniołowie, działają demony. Dobre i złe duchy to nie fikcja literacka, to realne byty mające wpływ na naszą historię. Wiele z tego, co dzieje się wokół nas nie sposób zrozumieć, wykluczając ich istnienie. Dlatego dobrze jest pamiętać, że do obrony przed atakami Złego nie wystarczą tylko ludzkie siły. Potrzebna jest łaska Boża, wstawiennictwo świętych i opieka aniołów. Warto odnowić z nimi przyjaźń, pogłębić zażyłość i lepiej poznać. Na temat aniołów wypowiadali się bowiem wielcy Ojcowie Kościoła: Cyprian, Bazyli, Ambroży, Augustyn i inni. Czasem jednak i dziecko powie o nich coś, czego nie powstydziliby się najwięksi święci. W jednym z numerów „Małego Gościa Niedzielnego”, kilkuletnia Monika poprosiła kiedyś swego Anioła Stróża: „Ukochaj ode mnie Pana Boga”.

    Dlaczego i my nie mielibyśmy o to poprosić swojego Anioła Stróża?

    ks. Arkadiusz Nocoń/www.vaticannews.va/pl

    ______________________________________________________


    Dziewięć faktów o tym, kim są aniołowie

    (fot. Filip Blazejowski/Forum)

    ***

    Aniołowie to nie żadne dobre duszki otaczające człowieka, nie pucułowate maluchy, których radosne oblicza rozweselają smutne chwile, i nie na wpół zaspane panny o tajemniczych obliczach. Kim zatem są?

    Dziewięć faktów o tym, kim są aniołowie

    1. Stworzenia nieśmiertelne

    Święty Augustyn mówi na ich temat: „<> oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura? – Duch. pytasz o funkcję? – Anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem”. W całym swoim bycie aniołowie są sługami i wysłannikami Boga. Ponieważ zawsze kontemplują „oblicze Ojca… który jest w niebie” (Mt 18, 10), są wykonawcami Jego rozkazów, „by słuchać głosu Jego słowa” (Ps 103, 20).

    Jako stworzenia czysto duchowe aniołowie posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi. Przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, 329 – 330

    W liturgii Kościół łączy się z aniołami, by uwielbiać trzykroć świętego Boga 188; przywołuje ich obecność w liturgii pogrzebowej (…) oraz czci szczególnie pamięć niektórych aniołów (św. Michała, św. Gabriela, św. Rafała, Aniołów Stróżów).

    Życie ludzkie od dzieciństwa początku aż do zgonu śmierci jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów. „Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”. Już na ziemi życie chrześcijańskie uczestniczy – przez wiarę – w błogosławionej wspólnocie aniołów i ludzi, zjednoczonych w Bogu.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, 335 – 336

    2. Aniołowie a zbawienie

    Wypada nam poświęcić nieco uwagi prawdzie, należącej również do Objawienia Bożego: o stworzeniu istot czysto duchowych, które Pismo Święte określa mianem „aniołów” (…). Dzisiaj, podobnie jak w przeszłości, dyskutuje się na temat owych bytów duchowych z większą lub mniejszą znajomością rzeczy. Trzeba przyznać, że czasem powstaje przy tym duże zamieszanie, które pociąga za sobą ryzyko przyjęcia za wiarę Kościoła o aniołach tego, co do tej wiary w ogóle nie należy, lub odwrotnie — pominięcia ważnych aspektów prawdy objawionej. Istnieniu owych bytów duchowych, które w Piśmie Świętym noszą zwykle nazwę aniołów, przeczyli już w czasach Chrystusa saduceusze (por. Dz 23,8). Przeczyli temu również materialiści oraz racjonaliści wszystkich czasów. A przecież, zgodnie z przenikliwym stwierdzeniem pewnego współczesnego teologa, „aby pozbyć się aniołów, trzeba poświęcić całe Pismo Święte, a z nim całe dzieje zbawienia”. Cała Tradycja jest w tej sprawie jednomyślna.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 9 lipca 1986

    3. Orszak Boga

    Prawda o aniołach jest poniekąd treścią „uboczną”, niemniej wydaje się ona nieodłączną od centralnej treści objawionej — i to zarówno gdy chodzi o objawienie majestatu Stwórcy i Jego chwały w całym bogactwie stworzenia („stworzenie widzialne i niewidzialne”), jak też gdy chodzi o zbawcze działanie Boga w dziejach człowieka. Aniołowie nie znajdują się wprawdzie na pierwszym planie tej rzeczywistości Objawienia, niemniej do tej rzeczywistości w pełni przynależą, a w pewnych momentach spełniają zadania wręcz kluczowe, w imieniu samego Boga. (…)

    Opatrzność jako miłująca Mądrość Boga objawiła się przede wszystkim w stworzeniu istot czysto duchowych, których podobieństwo do Boga przerasta wszystko, co stworzone w świecie widzialnym, razem z człowiekiem, który jest niezniszczalnym obrazem Boga. Wobec Boga, który jest Duchem absolutnie doskonałym, świat stworzeń duchowych jest z natury, tzn. z racji swojej duchowości, o wiele bliższy, aniżeli świat stworzeń materialnych. Stanowi on jakby najbliższe „środowisko” Stwórcy. Pismo Święte daje dosyć wyraźne świadectwo tej bliskości aniołów wobec Boga. Mówiąc o nich posługuje się takimi przenośniami, jak „tron” Boga, Jego „zastępy”, Jego „niebiosa”. Przez całe stulecia chrześcijaństwa poezja i sztuka czerpały z Pisma Świętego natchnienie, przedstawiając nam aniołów jako „orszak Boga”.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 9 lipca 1986

    4. Stworzenia czysto duchowe

    Kościół oświecony światłem płynącym z Pisma Świętego wyznaje na przestrzeni dziejów prawdę o istnieniu aniołów jako istot czysto duchowych, stworzonych przez Boga. Czyni tak od początku w słowach Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego. Tę samą prawdę potwierdza Sobór Laterański IV (1215 r.), którego sformułowanie przejął Sobór Watykański I, wykładając naukę o stworzeniu: Bóg „od początku czasu stworzył z nicości podobnie jeden i drugi rodzaj stworzeń, istoty duchowe i materialne, tj. aniołów i ten świat, a na koniec, jakby jednocząc jedno i drugie, stworzył naturę ludzką złożoną z duszy i ciała”. Tak więc Bóg od początku stworzył obie rzeczywistości: duchową i cielesną, świat ziemski i świat anielski (…).

    Wiara Kościoła, oprócz istnienia aniołów, uznaje pewne charakterystyczne cechy ich natury. To, że świat anielski jest natury czysto duchowej, oznacza przede wszystkim ich niematerialność i nieśmiertelność. Aniołowie nie są „ciałem” (nawet jeśli ze względu na misję pełnioną wobec człowieka „przyjmują” w pewnych momentach postać widzialną), a zatem nie odnosi się do nich to prawo zniszczalności, które jest udziałem całego świata materialnego. Chrystus powie kiedyś, odwołując się do życia przyszłego po zmartwychwstaniu ciał: „umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom” (Łk 20,36).

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    5. Byty osobowe

    Jako stworzenia natury duchowej, aniołowie posiadają rozum i wolną wolę w stopniu doskonalszym niż człowiek, niemniej w stopniu skończonym. Skończoność należy bowiem do istoty wszystkich stworzeń. Aniołowie są więc bytami osobowymi i w tym znaczeniu także oni stanowią „obraz i podobieństwo” Boga. Pismo Święte mówi o aniołach, używając nie tylko nazw indywidualnych (takich jak imiona własne: Rafał, Gabriel, Michał), ale także nazw „zbiorowych” (takich jak Serafini, Cherubini, Trony, Potęgi, Moce, Panowania, Księstwa); rozróżnia wreszcie pomiędzy Aniołami a Archaniołami. Choć język Pisma Świętego ma charakter analogiczny i opisowy, można wnosić, że te byty osobowe łączą się z sobą w pewne jakby społeczności — według stopnia doskonałości lub według szczególnych zadań, jakie są im właściwe. Pisarze starożytni i sama liturgia mówią również o chórach anielskich (9 chórów według Pseudo-Dionizego Areopagity). (…)

    Temat ten może wydawać się „dalszy” czy też „mniej istotny” dla umysłowości współczesnego człowieka. Niemniej jednak Kościół, głosząc otwarcie całą prawdę o Bogu, także Stworzycielu aniołów, wierzy, że w sposób istotny służy człowiekowi. Człowiek żywi przekonanie, że w Chrystusie, Człowieku – Bogu, to on właśnie (a nie aniołowie) znajduje się pośrodku Objawienia Bożego. Tym niemniej, spotkanie w religii ze światem istot czysto duchowych staje się dlań cennym odkryciem, że on sam jest w swojej istocie nie tylko ciałem, ale i duchem i że jest częścią prawdziwie wielkiego i skutecznego planu zbawienia w obrębie wspólnoty bytów osobowych, które dla człowieka i z człowiekiem służą opatrznościowym zamysłom Boga.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    6. Zjednoczeni z Bogiem

    Aniołami nazywa Pismo Święte oraz Tradycja te czyste duchy, które w podstawowej próbie wolności wybrały Boga, Jego chwałę oraz Jego królestwo. Są one zjednoczone z Bogiem przez uświęcającą miłość, która płynie z jasnego i uszczęśliwiającego widzenia Trójcy Przenajświętszej. „Aniołowie […] w niebie — mówi Chrystus — wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). Owo „wpatrywanie się w oblicze Ojca” jest najwyższym przejawem adoracji Boga. Można powiedzieć, że w nim spełnia się owa „niebiańska liturgia” w imieniu całego kosmosu, z którą nasza ziemska liturgia Kościoła łączy się stale, a zwłaszcza w swoich momentach szczytowych. Wystarczy przypomnieć akt, w którym Kościół na całym świecie, codziennie i o każdej porze, przed rozpoczęciem Modlitwy Eucharystycznej w centralnym punkcie Mszy św., odwołuje się do Aniołów i Archaniołów, by śpiewać chwałę Boga po trzykroć Świętego, jednocząc się z tymi pierwszymi adoratorami Boga w oddawaniu czci i w miłosnym poznaniu niewypowiedzianej tajemnicy Jego świętości.

    Uczestnicząc w życiu Trójcy poprzez światło chwały, aniołowie są — wedle świadectwa Objawienia — powołani także do tego, aby w momentach określonych planem Bożej Opatrzności uczestniczyć w dziejach zbawienia ludzi. „Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” — pyta autor Listu do Hebrajczyków (1,14). W to wierzy i tego naucza Kościół, w oparciu o Pismo Święte, z którego dowiadujemy się, iż zadaniem dobrych aniołów jest ochrona ludzi i troska o ich zbawienie.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    7. Miłujący dobro

    W doskonałości swojej duchowej natury aniołowie powołani są od początku — na mocy posiadanego rozumu — do poznania prawdy i miłowania dobra, które znają w sposób pełniejszy i doskonalszy, aniżeli może je znać człowiek. Miłość ta jest aktem wolnej woli, bowiem także w przypadku aniołów wolność oznacza możliwość wyboru pomiędzy działaniem na rzecz znanego im Dobra, czyli Boga, lub wbrew Niemu. (…) Stwarzając czyste duchy jako istoty wolne, Bóg w swojej Opatrzności nie mógł nie przewidzieć również możliwości grzechu aniołów. Ponieważ zaś Opatrzność jest odwieczną Mądrością miłującą, Bóg sam wie, jak z dziejów tego grzechu, nieporównanie radykalniejszego jako grzechu czystego ducha, wyprowadzić ostateczne dobro całego stworzonego wszechświata.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    8. Dokonujący wyboru

    Wybór, jaki się dokonał na podstawie prawdy o Bogu, poznanej przez czyste duchy w wyższym stopniu dzięki jasności ich umysłu, podzielił świat czystych duchów na dobrych i złych. Dobrzy wybrali Boga jako dobro najwyższe i ostateczne, poznane przez rozum oświecony objawieniem. Wybrali Boga, to znaczy zwrócili się do Niego całą wewnętrzną mocą swojej wolności, a moc ta nazywa się właśnie „miłość”. Bóg stał się całkowitym i ostatecznym celem ich duchowej egzystencji. Drudzy natomiast odwrócili się od Boga, wbrew prawdzie poznania, która ukazywała w Nim dobro najwyższe i ostateczne. Wbrew objawieniu tajemnicy Bożej i Jego łasce, która zapraszała do uczestnictwa w życiu Trójcy, do wiecznej przyjaźni z Bogiem, do zjednoczenia z Nim przez miłość. Na gruncie swojej stworzonej wolności dokonali wyboru podobnie radykalnego, podobnie nieodwracalnego, jak aniołowie dobrzy; był to jednakże wybór diametralnie przeciwny: zamiast pełnego miłości przyjęcia Boga — Jego odrzucenie w złudnym poczuciu samowystarczalności, w duchu sprzeciwu, czy wręcz nienawiści, która przerodziła się w bunt.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    9. „Przez pychę zaczęło się zło”

    Jak pojąć rację tego sprzeciwu i buntu wobec Boga u istot obdarzonych tak żywym rozumem i tak bogatych w światło? Jaki może być motyw owego radykalnego i nieodwracalnego wyboru wbrew Bogu? Owej nienawiści zbyt głębokiej, by nie wydawała się być jedynie owocem szaleństwa? Ojcowie Kościoła i teologowie mówią bez wahania o „zaślepieniu” doskonałością własnego bytu, które przesłoniło całkowicie wyższość Boga, wymagającą przecież aktu posłusznego oddania. W zwięzły sposób zdają się to oddawać słowa: „Nie będę służyć!” (Jr 2,20), które mówią o radykalnej i nieodwracalnej odmowie uczestnictwa w kształtowaniu królestwa Boga w stworzonym wszechświecie. „Szatan”, duch zbuntowany, chce mieć własne królestwo, które nie jest królestwem Bożym i mianuje się pierwszym „przeciwnikiem” Stwórcy, przeciwnikiem Opatrzności, antagonistą Mądrości miłującej Boga. Z buntu i grzechu szatana, tak jak z buntu i grzechu człowieka, winniśmy wyciągnąć odpowiednie wnioski, przyjmując mądre słowa z Pisma Świętego: „przez pychę zaczęło się zło” (por. Tb 4,13).

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    Magdalena Żuraw/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dotyk Anioła

    Dotyk Anioła

    Most Anioła – Rzym (fot. deon.pl / Józef Augustyn SJ)

    ***

    Być może nad twoim łóżkiem, gdy byłeś dzieckiem Rodzice powiesili obraz z Aniołem Stróżem, który z wielką troską przeprowadza dziewczynkę i chłopca przez wąską kładkę nad rwącym potokiem (na dodatek zwykle brakowało w niej niektórych deseczek). Mogłeś sobie wyobrażać, że to ty i twoja siostra lub koleżanka z przedszkola.

    Patrząc na obrazek wydawało się nam, że czuliśmy być może, jak delikatne pióra ze skrzydeł Anioła, dotykają twarzy. Ale to było bardzo dawno temu, gdy byliśmy dziećmi. A teraz kto wie, może zawiesiliście podobny obraz swoim dzieciom, równocześnie zapominając o swoim własnym Aniele Stróżu. A przecież On jest i chyba bywa nieco zasmucony, że o Nim zapominamy. Dlatego idzie przy nas, ale w pewnym oddaleniu, bo Go nie zapraszamy do swojego towarzystwa. Pytamy siebie, w jakich sprawach mógłby nam ewentualnie pomóc nasz Anioł Stróż? W znalezieniu miejsca pracy, w bardziej bezpiecznym prowadzeniu samochodu, w unikaniu znaczących błędów, gdy prowadzimy księgowość lub jesteśmy pracownikami banku?

    Inaczej myśleli Święci. I tak na przykład święta siostra Faustyna widziała swojego Anioła Stróża (otrzymując specjalną łaskę mistyczną), gdy jechała z Wilna do Warszawy i potem z Warszawy do Krakowa. W jednej z wizji to właśnie Anioł Stróż prowadził ją przed tron Najwyższego. Zaś jezuita, święty Piotr Faber, prosił Anioła Stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do owocnego słuchania jego kazań.

    Ktoś dał mi kiedyś radę, bym przed trudnym egzaminem poprosił Anioła Stróża surowego Profesora, by na egzaminie trafił z pytaniem, na które znam odpowiedź. Tę radę daję wszystkim Studentom, by przypomnieli ją sobie w zimowej sesji.

    Myślę, że warto powrócić do znanej nam z dzieciństwa modlitwy do Anioła Stróża:

    Aniele Boży, stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, wieczór, we dnie, w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy,
    Strzeż duszy, ciała mego,
    zaprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    A jeśli powyższa modlitwa nie trafia już do Waszych serc, to napiszcie swoją własną! No i czasem naradzaj się z Twoim Aniołem Stróżem, wszak on zwykle – zwłaszcza gdy o Nim zapominamy – stoi przed obliczem Boga i raduję się, że może Go nieustannie wysławiać. I nie nudzi mu się powtarzanie słów: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów…
    Bóg dał nam Świętych Aniołów Stróżów, by nas prowadzili na drogach Bożych. To Oni wypraszają nam łaskę intuicyjnego odróżniania dobra od zła. Stwarzają też wokół nas przyjazną atmosferę. Bardzo im zależy, byśmy przez całe życie byli, jak Oni przyjaciółmi Boga.

    Nie anioł stróż / Ks. Jan Twardowski

    mojego Anioła Stróża nie widać
    choć nie zazdrości archaniołom
    nie strzeże nikogo jak na obrazku
    przewraca kładkę po której idę
    rzuca w przepaść na zbitą głowę
    wyciąga za nogawki
    pyta – jak leci
    mówię mu nieprzyzwoity po łacinie banał
    – Aniele tobie łatwo bo nie masz ciała
    ale mnie sempiterna zabolała
    nie rozumie strzeżonego Pan Bóg nie strzeże
    do Boga idzie się na całego
    przez kładkę skopaną
    przez miłość która wyszła bokiem
    przez rozpacz ze szczegółami
    przez korek uliczny w którym ugrzęzło pogotowie z syreną
    czasem jak stonoga co pomyliła nogi i stanęła jak noga
    tłumaczył i ja tłumaczę ale na obrazkach inaczej

    o. Marek Wójtowicz SJ / o. Błażej Guz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najlepsza modlitwa do Anioła Stróża

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Każdy z nas ma swojego anioła stróża. Jest z nami nieustannie i nigdy nas nie opuszcza. Jak się do niego modlić? Jak z nim rozmawiać? Odpowiedzią może być ta modlitwa.

    Miły Bogu Aniele, który mnie pod Twoją świętą opiekę oddanego, od początku mego życia bronisz, oświecasz i mną kierujesz. Czczę Cię i kocham jako mojego Patrona i Opiekuna, Twojej opiece zupełnie się oddaję. Proszę Cię pokornie, abyś mnie nie opuszczał choć jestem niewdzięczny i przeciw świętym Twoim natchnieniom wykraczam, lecz abyś mnie gdy błądzę – łaskawie poprawiał, gdy upadnę – podźwignął, nieumiejętnego – nauczał, strapionego – pocieszał, w niebezpieczeństwie zostającego – ratował, aż mnie do szczęśliwości w niebie doprowadzisz. Amen.

    św. Alfons Liguori

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 wskazówki św. Ojca Pio, jak słuchać swojego Anioła Stróża

    4 wskazówki św. Ojca Pio, jak słuchać swojego Anioła Stróża

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Ojciec Pio bardzo dobrze znał anioły i spotykał się z nimi przez całe swoje życie. Otrzymywał także wewnętrzne przekazy i musiał rozpoznawać, czy są to pokusy oraz jak powinien na nie reagować.

    W liście, który napisał 15 lipca 1913 roku do Annity, przekazuje jej (jak i nam) kilka nieocenionych porad odnoszących się do tego jak współpracować z naszym Aniołem Stróżem, reagować na pokusy serca i jak się modlić za jego wstawiennictwem.

    Wskazówki ojca Pio:

    1. Obecność

    Ojciec Pio mówi o tym, że Bóg, ale też Maryja i nasz Anioł Stróż powinni być w centrum naszego życia.

    “Droga Córko Jezusa,

    Niech Twoje serce będzie zawsze świątynią Ducha Świętego. Niech Jezus roznieci ogień swojej miłości w Twojej duszy i niech zawsze uśmiecha się do Ciebie, tak jak do wszystkich dusz, które kocha. Niech Przenajświętsza Maryja uśmiecha się do Ciebie w czasie wszystkich wydarzeń Twego życia i obficie uzupełnia pustkę nieobecności ziemskiej matki. Niech Twój dobry Anioł Stróż zawsze dogląda Ciebie i będzie Twoim przewodnikiem na trudnej ścieżce Twego życia. Niech zawsze utrzymuję Cię w chwale Jezusa i niech utrzymuje w swych dłoniach byś nogi na kamieniu nie mogła zranić. Niech ochrania Cię pod swymi skrzydłami od wszelkich oszustw tego świata i jego zła”.

    2. Docenienie pracy Anioła

    Ojciec Pio prosi Anitę o docenienie swojego Anioła Stróża. Wszyscy wiemy o jego obecności, ale w rzeczywistości nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo pomaga nam w codziennym życiu oraz w relacji z samym Bogiem.

    “Annito, miłuj wielką pobożność tego dobrego anioła. Jakże pocieszające jest wiedzieć, że mamy ducha, który od łona matki, aż po nasz grób, nigdy nas nie opuści nawet na chwilę, nawet wtedy gdy jesteśmy skłonni do grzechu. Ten niebiański duch prowadzi nas i chroni jak brata, przyjaciela. Pocieszające jest również wiedzieć, że ten anioł modli się za nas nieustannie, i przedstawia Bogu wszystkie nasze dobre uczynki, nasze myśli, nasze pragnienia, jeśli tylko są czyste… nie zapominaj o tym niewidzialnym towarzyszu, zawsze obecnym, zawsze skłonnym nas wysłuchać i zawsze gotowym pocieszyć”.

    3. Nigdy nie mów, że jesteś sam

    “Nigdy nie mów, że zostałaś sama ze swoimi trudnościami; Nigdy nie mów, że nie masz nikogo dla kogo możesz otworzyć swoje serce i zaufać. Byłaby to ogromna niesprawiedliwość dla niebiańskiego posłańca”. – Zawsze jest ktoś, komu możesz powierzyć swoje problemy.

    4. Bądź uważny na zło

    Anioł Stróż jest przy nas cały czas, ale często musimy umieć rozróżnić czy słuchamy swojego dobrego anioła czy może tego złego. Ojciec Pio bardzo jasno pokazuje nam swój sposób widzenia na temat wewnętrznej walki i udziela nam wskazówek na pokonywanie trudności.

    “Jeżeli chodzi o wewnętrzne głosy, nie przejmuj się, zachowaj spokój. To czego musisz unikać to nadmierne przywiązanie Twojego serca do tych słów. Nie poświęcaj im zbyt dużo uwagi. (…) Nie daj sobie zamieszać w głowie, próbując rozpoznać, które wewnętrzne przesłanie pochodzi od Boga. Jeśli Bóg jest ich autorem, jednym z głównych znaków jest to, że gdy słyszysz te głosy, wpierw napełniają Twoją duszę strachem i zmieszaniem, ale później doświadczasz Boskiego pokoju. Kiedy autorem wewnętrznych dialogów jest wróg, wtedy zaczyna się fałszywa ochrona, a następnie agitacja i bardzo złe samopoczucie”.

    aleteia.org / jp / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O zapomnianych aniołach

    O zapomnianych aniołach

    (fot. CrashSunRay / flickr.com / CC)

    ***

    W dzisiejsze wspomnienie św. Aniołów Stróżów Kościół ponownie wyznaje wiarę w istnienie stworzonych niewidzialnych duchów. Aniołowie to nie są piękne symboliczne postaci, fruwające w niebiosach, lecz duchowe istoty, przenikające nasz świat. Kościół zachęca do tego, byśmy nie poprzestali na dziecinnych zachwytach nad skrzydlatymi istotami w bieli, lecz zwrócili baczniejszą uwagę na ich obecność w codziennym życiu.

    O. Jacek Bolewski SJ w swojej książce “Zająć się Ogniem. Odkrywanie duchowości ignacjańskiej” pisze: “dla podkreślenia, że nawet – a może zwłaszcza ! – w swym bezpośrednim działaniu Bóg pozostaje nieuchwytny, niewidzialny, tajemniczy, zauważa się pośredni charakter Jego działania jako dokonującego się zawsze za pośrednictwem innych rzeczywistości”.

    Takimi pośrednikami Bożego działania są aniołowie stróżowie, którzy, jak mówi Jezus, wpatrują się nieustannie w oblicze Ojca niebieskiego i równocześnie swoją uwagę skupiają na człowieku. Niesamowite w nich jest to, że będąc istotami doskonalszymi niż ludzie, potrafią – na wzór Wcielonego Syna Bożego – uniżyć się i służyć cielesno-duchowemu człowiekowi. Ich zadanie polega na tym, by, z jednej strony, kontemplować oblicze Boga i, mocą tej szczególnej relacji, prowadzić i strzec ludzi, czyli mówić, poruszać, pomagać im w rozpoznaniu woli Boga na co dzień. Aniołowie potrafią to pokornie czynić, ponieważ doświadczają, jakim szczęściem dla każdego rozumnego stworzenia jest oglądanie Boga. I chcą tego także dla ludzi.

    Od paru dni śledzę zażartą dyskusję, jaka toczy się na Deonie, wokół dwóch tekstów (Janusza Poniewierskiego i o. Jacka Prusaka SJ) poświęconych egzorcystom i opętaniom. I tak sobie dzisiaj pomyślałem, że gdybyśmy tyle samo uwagi, energii i emocji poświęcali naszym aniołom stróżom co demonom, świat byłby o wiele szczęśliwszy i lepszy. A tak nie jest. Dlaczego?

    Ludziom wierzącym, a także kulturze popularnej, aniołowie zwykle kojarzą się bardzo dobrze. Jako sympatyczne stworzenia, gotowe do pomocy. Niestety, najczęściej mówi się o nich w dzieciństwie, w bajkach i w filmach. Większość z nas za młodu uczyła się modlitwy “Aniele Boży, Stróżu mój”. Bo przecież każde dziecko, jak mawiali nasi rodzice i wychowawcy, ma swojego niebieskiego opiekuna.

    Sęk w tym, że jego opieka nie kończy się z chwilą osiągnięcia dorosłości przez dziecko. Nadal każdemu z nas towarzyszy osobisty anioł stróż, który komunikuje się z nami, przekazuje Bożą wolę, ostrzega i napomina. I właśnie obecność i posłuch dawany dobremu aniołowi jest znacznie ważniejszy niż knowania diabła i demonów, które próbują zaszkodzić człowiekowi.

    Niestety, dziwnym trafem, aniołowie stróżowie zostają często zepchnięci do królestwa bajek i błogiego, niewinnego dzieciństwa, podczas gdy na czoło wysuwa się świat demonów, których działanie wydaje się wielu osobom szczególnie nachalne, namacalne i wszechobecne. Świat dorosłych nie jest przecież światem dzieci. Tutaj sielanki nie ma, a niebezpieczeństwo (bądźmy rozsądni, bardziej przecież niż dobroczynna obecność anioła) czyha za każdym rogiem. Czy ludzie wierzący, którzy uporczywie szukają wszędzie zagrożeń i karmią swoją wyobraźnię kolejnymi opowieściami o demonach, tyleż samo czasu i energii poświęcają rozpoznawaniu działania aniołów stróżów w ich życiu?

    W porównaniu z niemal obsesyjnym zainteresowaniem opętaniami i egzorcyzmami, aniołowie skazywani są na duchową banicję. Jest to niepokojący znak, który pokazuje, że przesadna wrażliwość na diabła i węszenie jego śladów wszędzie, gdzie tylko się da, paradoksalnie, przyćmiewa wrażliwość wierzących na obecność dobrych duchów. Ta druga wymaga bowiem pokoju, ciszy, prostoty, ufności, wiedzy, nauki, metody, a nie lęku i ignorancji.

    Św. Ignacy Loyola pozostawił Kościołowi powszechnemu nieoceniony skarb, myślę, że wciąż mało znany, który pozwala dobrze zaznajomić się ze światem duchów. Mam na myśli jego reguły o rozeznawaniu duchów (dobrych i złych), w których święty, co ciekawe, w ogóle nie zajmuje się opętaniami, lecz poruszeniami duchowymi, czyli uczuciami i myślami, jakie rodzą się na najgłębszym poziomie człowieka – w jego duchu. Te reguły wypływają z osobistego doświadczenia Ignacego, z zakorzenienia w Tradycji Kościoła i z głębokiej wiary w działanie Boga właśnie w tym świecie, a nie gdzieś w “zaświatach”.

    Ignacy zwraca się do ludzi wierzących, a więc tych, którzy zdecydowali się pójść za Chrystusem. Celem rozeznawania duchowego jest dokonanie wyboru właściwej drogi życiowej (powołania), a w szerszym sensie, podejmowanie większych i mniejszych decyzji w codzienności, co dotyczy praktycznie wszystkich.

    Na pierwszym miejscu pozostaje jednak znalezienie woli Boga. Gierki i pokusy “nieprzyjaciela natury ludzkiej” uznane są jedynie za przeszkody, które należy z Bożą pomocą i przy wsparciu Kościoła usunąć. Ignacy żadną miarą nie demonizuje diabła.

    Wiele mówi się w Kościele, zwłaszcza w Polsce, o możliwych obszarach demonicznych zniewoleń. Co niewątpliwie jest potrzebne. Ale jak żyję, nie słyszałem jeszcze, oprócz katechez dla dzieci, niedzielnego kazania niedzielnego dla dorosłych na temat wpływu aniołów stróżów – dobrych duchów na codzienne życie chrześcijan. Czy nie jest to jedna z paradoksalnych wygranych diabła?

    Deon.pl

     _____________________________________________________________________________________________________________

    o. Wawrzyniec Maria Waszkiewicz:

    „Milczenie i mowa Maryi”

    źródło: Wydawnictwo Rosa Mystica

    ***

    Tekst pochodzi z książki „Milczenie i mowa Maryi”, której autorem jest oWawrzyniec Maria Waszkiewicz.

    +++

    Z obfitości serca

    Sit autem omnis homo velox ad audiendum, tardus autem ad loquendum ( Jk 1, 19)

    O pewnym poecie powiedziano, że mógłby powiedzieć wszystko, gdyby tylko miał cokolwiek do powiedzenia. Człowiek ten posiadł fenomenalny warsztat językowy. Tworzył urocze zbitki i gry słowne. Modelował język jak plastelinę… nie miał jednak nic do powiedzenia. Jego twórczość pozostawała próżną – choć genialną – zabawą.

    Jakże inaczej mówili święci! „Chętni do słuchania, nieskorzy do mówienia” (por. Jk 1, 19), kiedy zabierali głos, przekazywali bliźnim owoc głębokiej kontemplacji. Niektórzy z nich – jak św. Jan Chryzostom albo św. Wawrzyniec z Brindisi – byli wielkimi krasomówcami. Niektórzy – jak św. Efrem czy św. Franciszek z Asyżu – byli wielkimi poetami. Niektórzy – jak św. Bernardyn ze Sieny czy św. Jan Kapistran – potrafili przemawiać do ludu przez wiele godzin bez przerwy. A jednak byli małomówni. Mówili tyle, ile było potrzebne, aby rozpalić serca swoich słuchaczy i oświecić ich umysły – dostosowywali się w tym do potrzeb czasu, niekiedy do wymogów stylistycznych, zawsze do poziomu słuchaczy, ale przemawiając, nie szukali siebie. Nie po to mówili, żeby się wygadać – i nie po to, żeby błyszczeć. Mówili, bo mieli coś do powiedzenia – a to, co mieli do powiedzenia, pochodziło z góry, zgodnie z dominikańskim mottem contemplata aliis tradere, przekazywać innym to, co samemu zdobyło się przez kontemplację. „Z obfitości serca mówią usta” (Mt 13, 34), lecz niestety często serce obfituje bardziej w pył tego, co nieważne albo w żółć tego, co niegodziwe – a nie w skarby Bożej mądrości i miłości. Jeden z Ojców Pustyni, abba Pojmen, tak mówił:

    „Bywa człowiek, który niby to milczy, ale jego serce osądza innych: ten mówi nieustannie. Ale bywa i taki, który mówi od rana do wieczora, a zachowuje milczenie: to znaczy nie mówi nic niepożytecznego”.

    Usta mówią z obfitości serca; i mogą mówić pięknie, także nie poznawszy tajników krasomówstwa. To dlatego pośród największych kaznodziejów chrześcijaństwa wspominamy nie tylko wielkich oratorów – jak wspomniani wyżej święci albo jak sławny kaznodzieja Lacordaire – ale także takich, których warsztat (z ludzkiego punktu widzenia) zupełnie nie olśniewał. Sam Lacordaire, człowiek skądinąd głęboko pobożny, pojechał kiedyś do Ars, aby posłuchać kazania świętego proboszcza. Stwierdził następnie, że „kiedy głosi Lacordaire, ludzie [aby go lepiej słyszeć] wchodzą na konfesjonały. Ale kiedy głosi Vianney, ludzie wchodzą do konfesjonałów [aby się wyspowiadać]”. Takim kaznodzieją był w Polsce bł. Jerzy Popiełuszko. Nie był artystą słowa – a jednak słuchały go nieprzebrane tłumy, przyciągane magnesem prawdy ewangelicznej.

    Z drugiej strony jednak, obfitość serca Bogiem wzbogaconego może także sprawić, że człowiek dosłownie oniemieje. Bo jakże przekazywać ułomnym ludzkim słowem to, co dzieje się, kiedy pełnia Słowa wypełni ludzkie serce? I jak wyśpiewywać Tego, który jest niewypowiedziany? Tak jak ludziom o bodaj odrobinie wrażliwości – nie mówiąc już o pobożności – milczenie narzuca się samo, kiedy tylko wejdą do majestatycznej gotyckiej albo romańskiej świątyni, tak też życie kontemplacyjne skłania ku milczeniu. Ba! Bez milczenia jest niemożliwe. To dlatego święci tak wiele milczą – a tak mało mówią. Kiedy jednak już przemówią, to trafiają w sedno – jak króciutkie sentencje (apoftegmaty) starożytnych Ojców Pustyni, zbierające w lapidarność intensywnej sentencji mądrość całych lat ascezy i modlitwy.

    Skoro jednak o wybitnym poecie powiedziano, że mógłby powiedzieć wszystko, gdyby miał cokolwiek do powiedzenia, to cóż powiemy o Maryi? Pieśń Magnificat zdradza nam w Niej największą poetkę. Nie w tym rzecz jednak… Jak wiele miała Maryja do powiedzenia, będąc pełną Słowa Wcielonego! Jak wiele miała do powiedzenia, kontemplując przez trzydzieści lat Jego słowa! A jednak na kartach Ewangelii uderza nas Jej milczenie oraz Jej małomówność. Z obfitości serca milkną usta!

    Jej milczenie! Milczenie spowija pierwszych kilkanaście lat Jej życia. Milczenie ogarnia – nie licząc epizodu odnalezienia dwunastoletniego Jezusa w świątyni – trzydzieści lat spędzonych u boku Syna… I znowuż, po rozpoczęciu przez Niego działalności publicznej, Maryja milknie. Milczenie jest dla Maryi stanem naturalnym, przerywanym nieczęsto, a jeśli już – to z dostatecznie ważnych powodów. To bardzo cenna lekcja dla nas – i spróbujemy pochylić się nad tą lekcją w pierwszej części tej książki.

    Jej małomówność! Nieliczne – jest ich dokładnie siedem – wypowiedzi Maryi na kartach Ewangelii uderzają swoją zwięzłością. Tylko jedna z nich jest nieco dłuższa: to porywający hymn miłości Boga, Magnificat. Są autorzy, którzy – jak na przykład filozof Nicolas Goméz Davila – przez całe życie cyzelują swoje dzieła, dążąc do maksymalnej zwięzłości i przejrzystości stylu. Podziwiamy lapidarność Cezara czy francuskiego aforysty La Rochefoucaulda. Na gruncie czysto katolickim niezmienną popularnością cieszą się wspomniane Apoftegmaty Ojców Pustyni sprzed ponad półtora tysiąclecia czy napisane w XVI wieku króciutkie Przestrogi św. Jana od Krzyża albo dwudziestowieczne myśli duchowe św. Josemarii Escrivy. W wypowiedzi lapidarnej – w której wszystko jest na swoim miejscu, i nie ma niczego, co by nie było potrzebne – jest surowe, ale pociągające piękno. Każde słowo ma sens, ma znaczenie; nic nie jest pustym ozdobnikiem. W przypadku słów Maryi, każde z nich jest niewyczerpanym źródłem. Każde z nich jest nie tylko diamentem, ale kopalnią diamentów. Jest ich dostatecznie dużo, by można było nad nimi rozmyślać przez całe życie – przez całe życie odnajdując w nich coś nowego, dotąd nieznanego.

    Nie znaczy to oczywiście, że przez te wszystkie lata Maryja nigdy nie powiedziała nic poza tymi siedmioma wypowiedziami. Ojciec Emil Neubert pięknie zauważa, że już same przypowieści naszego Zbawiciela zapewne były w niemałym stopniu owocem Jego rozmów z Matką:

    „Dorośli używają w swojej mowie obrazów, które zafascynowały ich w młodości, kiedy to wrażenia wywierają na człowieka silny wpływ. Jan Chrzciciel dorastał na pustyni, gdzie widział żmije, kamienie i uschnięte drzewa. Jezus został wychowany przez Maryję; w Jej towarzystwie obserwował te urocze przedmioty, do których nawiązywał w przypowieściach. Niewątpliwie dzielił się ze swą Matką wrażeniami, jakie one na Nim robiły, tak jak robią to wszystkie dzieci, ponieważ jest doświadczony we wszystkim, podobnie jak my, oprócz grzechu (Hbr 4, 15), a dzielenie się z matką przeżyciami i przemyśleniami jest naturalną potrzebą każdego dziecka.

    Cóż za nieskończenie łagodna wymiana myśli i uczuć między Chrystusem a Maryją na temat tego, co widzieli, słyszeli i robili! O ognisku domowym, którym zajmowała się Maryja, o pszenicy, którą mieliła między dwoma dużymi kamieniami, o cieście, które ugniatała, mieszając je z niewielką ilością drożdży, aby masa urosła, o igraszkach Dzieciątka i o Jej nad Nim opiece, o pracy i zmęczeniu Świętego Józefa.

    Czasami rozmawiali o radości sąsiadki, która znalazła zgubioną drachmę, o wróblach przesiadujących na dachu ich małego domu, o tym, że żaden z nich nie spadnie z niego bez zgody Ojca, o liliach na łące, piękniejszych w swej prostocie niż dostojny przodek. Salomon w całym swym bogactwie. Innymi czasy rozmawiali o owcach, które posłusznie podążają za pasterzem, o tych zabłąkanych, które są sprowadzane do stada na ramionach pasterza, o wilkach, które zaatakowały stado i zostały odpędzone przez pasterza ryzykującego dla owiec swoje życie… Te rozmowy nie były modlitwami, ale dawały Jezusowi i Maryi doskonałą okazję do wyrażenia wzajemnego zaufania i miłości oraz pogłębienia bliskości, jaka istniała między nimi”.

    Jednak to, że Ewangelie przekazują nam tylko siedem pereł Maryi, nie jest przypadkowe. Podobnie jak przypadkowe nie jest to, że na kartach świętej księgi Maryja tak dużo milczy.

    PCh24pl/Wydawca: Rosa Mystica

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża – gwarancja zwycięstwa

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Wydarzenia w Guadalupe, Quito, Paryżu, La Salette, Lourdes, Gietrzwałdzie, Fatimie, Akicie, Kibeho tworzą długi łańcuch Maryjnych interwencji w dzieje świata i grzesznej ludzkości. Kochająca Matka nie może pozostać bezczynna, kiedy Jej dzieciom grozi niebezpieczeństwo – a już zwłaszcza gdy same je sobie ściągają na głowę. Dlatego niestrudzenie od wieków przychodzi do nich z ostrzeżeniem, radą, lekarstwem…

    W roku 1948, w dramatycznych chwilach umacniania się komunizmu w naszej Ojczyźnie, prymas Polski kardynał August Hlond wypowiedział na łożu śmierci znamienne proroctwo: Zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Słowa te powtarzał często Ojciec Święty Jan Paweł II, który w swym herbie papieskim użył zawołania świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort: Totus tuus, czyli Cały Twój, Maryjo.

    Silna wiara w zwycięstwo Matki Bożej nad siłami zła jeszcze na tym świecie leży u podstaw mariologii wspomnianego świętego, który na początku Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny stwierdza, iż przez Najświętszą Maryję przyszedł na świat Jezus Chrystus i przez Nią też chce On w świecie panować. To przekonanie prowadzi autora traktatu do wniosku o szczególnej roli Matki Chrystusowej w powtórnym przyjściu Jej Syna, na które właśnie Ona przygotuje świat.

    Jakby dla potwierdzenia tej szczególnej roli Najświętszej Dziewicy w planie Opatrzności Bożej i historii Zbawienia, Bóg posyła swoją najwierniejszą Córkę, aby przychodziła do swoich dzieci z wezwaniem do nawrócenia, zadośćuczynienia i modlitwy – oraz przesłaniem nadziei na Jej zwycięstwo.

    Doświadczamy tego w szczególnym nagromadzeniu objawień naszej Pani na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Im bardziej przyspieszał proces antychrześcijańskiej Rewolucji, zapowiadając kolejne prześladowania, tym bardziej kochająca Matka przypominała o swojej pomocy w uznanych przez Kościół objawieniach.

    Wobec postępów antychrysta

    Warto się wsłuchać w jakże adekwatne w tych okolicznościach słowa kardynała Ivana Diasa, wysłannika papieża Benedykta XVI na uroczystości rozpoczynające odchody stupięćdziesięciolecia objawień Maryjnych w Lourdes.

    Pragnę umieścić te objawienia w szerszym kontekście nieustannej a zaciekłej walki toczącej się pomiędzy siłami dobra i zła – mówił 8 grudnia 2007 roku ówczesny Prefekt Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów – walki, która toczy się od początku dziejów ludzkości w Rajskim Ogrodzie i będzie trwać aż do końca czasów. Objawienia w Lourdes są jednymi z pierwszych w długim łańcuchu objawień Matki Bożej, który rozpoczął się dwadzieścia osiem lat wcześniej, w roku 1830 przy Rue de Bac w Paryżu. (…)

    Po Lourdes Matka Boża nie przestaje okazywać całemu światu żywej matczynej troski o los ludzkości w swych kolejnych objawieniach. Wszędzie prosi o modlitwę i pokutę w intencji nawrócenia grzeszników, ponieważ widzi duchową ruinę niektórych krajów, widzi cierpienia, jakie będzie znosił Ojciec Święty, widzi ogólne osłabienie wiary chrześcijańskiej i trudności Kościoła. Maryja widzi nadejście antychrysta i podejmowane przezeń próby zastąpienia Boga w życiu ludzi: próby, które mimo olśniewających sukcesów będą jednak skazane na niepowodzenie. (…)

    Walka między Bogiem a jego nieprzyjacielem jest zawsze zacięta, nawet bardziej dzisiaj niż w czasach Bernadetty sto pięćdziesiąt lat temu. Ponieważ ludzkość pogrąża się w bagnie sekularyzmu, który chce stworzyć świat bez Boga; relatywizmu, który przytłacza stałe i niezmienne wartości Ewangelii; oraz religijnej obojętności na wyższe dobra i sprawy Boga i Kościoła. Ta walka pochłania niezliczone ofiary w naszych rodzinach i wśród naszej młodzieży.

    W obliczu największej bitwy

    Przypominając znamienną wypowiedź kardynała Karola Wojtyły z 9 listopada 1976 roku (Stoimy dziś w obliczu największej bitwy, jaką ludzkość kiedykolwiek widziała. Nie sądzę, aby wspólnota chrześcijańska do końca ją zrozumiała) papieski wysłannik do Lourdes wskazał, iż Maryja Dziewica po raz kolejny zaprasza nas dzisiaj, abyśmy się stali częścią Jej legionu walczącego z siłami zła. Na znak naszego udziału w Twojej ofensywie prosisz, Najświętsza Matko, o nawrócenie serc, o żarliwe nabożeństwo do Świętej Eucharystii, o codzienne odmawianie Różańca, o modlitwę bez wytchnienia i obłudy, a także o przyjęcie cierpienia dla zbawienia świata.

    Objawienia przy Rue de Bac w Paryżu (1830) i pomoc w postaci Cudownego Medalika, w La Salette (1846) i zapowiedź kryzysu w Kościele, w Lourdes (1858), w Gietrzwałdzie (1877), w Fatimie (1917) i Akicie (1973) stanowią pasmo matczynych interwencji, za pomocą których – mówił kardynał Dias – Najświętsza Maryja Panna tka ze swoich duchowych synów i córek wielką sieć, szykując potężną ofensywę przeciwko siłom złego na całym świecie, która przyniesie ostateczne zwycięstwo Jej Boskiego Syna, Jezusa Chrystusa.

    Ostrzegając swoje dzieci przed apokaliptyczną karą, jaką Bóg ześle na pogrążony w grzechu rodzaj ludzki, Matka Kościoła jednocześnie gwarantuje im zwycięstwo we wspomnianej powyżej bitwie i to jeszcze w doczesności – tak, jak tego oczekiwało tylu świętych. Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje! – sama to obiecała.

    Jedno jest pewne – podkreślił przemawiając w Lourdes kardynał Ivan Dias – ostateczne zwycięstwo należy do Boga, a stanie się to dzięki Maryi.

    Sławomir Skiba

    (tekst pochodzi z 94. numeru magazynu „Polonia Christiana”)

    św. Ludwik Maria de Montfort: Najświętsza Maryja Panna jest Matką Mistycznego Ciała Chrystusa i Bóg uczynił Jej wielkie rzeczy, których nie jesteśmy w stanie w pełni teraz poznać. Jest królową Aniołów – bytów duchowych a Jej orędownictwo jest wszechpotężne. Otrzymała pełnie łask Bożych, by w życiu ziemskim mieć przywilej Matki Jezusa Chrystusa Jedynego Zbawiciela człowieka. Królestwo Boże rozwijając się we wnętrzu człowieka w jego duszy, za sprawą Ducha Świętego któremu Maryja nierozłącznie towarzyszy i z woli Najwyższego jest szafarką łask duchowych; jest drogą prowadzącą do Jezusa, a kto Ją poznał znajdzie Życie którym jest Jej Syn Jezus Chrystus. Maryja – z woli Bożej – rozpoczęła Boski zamysł zbawienia jako Ta, która zetrze głowę węża siedlisko diabelskiej pychy, prowadzącej na bezdroża kłamstwa i śmierci duchowej. Maryja jest zjednoczona z wolą Bożą i ludzkiej miłości nie zatrzymuje na sobie, lecz ją ukierunkowuje na Owoc Swego Żywota na Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa i Trójcę Świętą. Nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny jest rzeczą zbawienną; Jej szczodre serce wyprasza hojne łaski dla czcicieli a praktyka różańca świętego (o który wciąż prosi) jest potężnym młotem na zamysły upadłego anioła i uświęca duszę wierzącego.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Szymon Stock – sama Najświętsza Maryja miała podać mu szkaplerz

    Święty Szymon Stock – sama Maryja miała podać mu szkaplerz

    WIKIPEDIA

    ***

    Gdy śpiewał ułożony przez siebie hymn: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios”, sama Maryja miała podarować mu szkaplerz.

    Ojciec Joachim Badeni mawiał: „Lepiej trzymać się pewników, płaszcza Matki Bożej. My, dominikanie, mamy opowieść, że ktoś poszedł do nieba i nie znalazł tam ani jednego dominikanina. Okazało się, że wszyscy schowani byli pod płaszczem Matki Bożej, nawet bardzo gruby św. Tomasz, do którego Matka Boża powiedziała: »Tomaszu, mówiłam ci: nie jedz tyle spaghetti«. Trzymać się płaszcza Matki – to najpewniejsza droga do nieba!”.

    Czy to nie obrazowa opowieść o szkaplerzu, który jest materialnym potwierdzeniem słów: „Pod Twój płaszcz się uciekamy”? Słowo scaphulae oznacza nie tylko „wierzchnią szatę”, ale i „skrzydła, pióra”. Oba te znaczenia są trafne i wiele mówią o szkaplerzu. Nie działa on jak talizman i nie jest żadnym karmelitańskim amuletem. Katechizm wyjaśnia: „Sakramentalia to znaki święte, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe, a osiągają je przez modlitwę Kościoła”. Działają ex opera operantis, to znaczy, że łaska jest zawsze, ale możemy z niej nie skorzystać. Ich moc wypływa z wiary osoby, która je nosi.

    Mówimy: szkaplerz, myślimy: Karmel. Ta monastyczna rodzina narodziła się na górze Karmel na przełomie XII i XIII wieku. Gdy opuszczający Ziemię Świętą karmelici dotarli w 1215 roku do zachodniej Europy (najpierw na Sycylię, a później do Francji i Anglii), na Soborze Laterańskim IV wydano dekret zabraniający zakładania nowych zakonów. Nie uznawał on również istnienia tych zgromadzeń, które nie były oparte na jednej z klasycznych, oficjalnie zaaprobowanych przez Kościół reguł. Co teraz? Karmelici mieli twardy orzech do zgryzienia.

    Święty Szymon Stock (przyszedł na świat w 1175 r. w hrabstwie Kent, w Anglii) już jako młodzieniec został eremitą i zamieszkał w pniu ogromnego dębu (ang. stock – pień). Gdy Turcy zmusili karmelitów do opuszczenia Ziemi Świętej, ci przybyli do Anglii (1237 r.), a Szymon wstąpił do tego zakonu. Po ośmiu latach na kapitule w Aylesford wybrano go na jego generała. Wedle tradycji, gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku śpiewał ułożoną przez siebie modlitwę: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios/ Matko Dziewico/ O Najwybrańsza/ Czysta i wierna/ Dzieciom Karmelu/ Bądź miłosierna/ O Gwiazdo morza”, miał widzenie Maryi, która podała mu szkaplerz, zapowiadając: „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Interwencja okazała się skuteczna. Szymon zaopatrzony w listy polecające papieża mógł bez przeszkód zakładać nowe klasztory: w Brukseli, w Liege, w Malines, w Gandawie, w Utrechcie, w Szkocji i Irlandii. Zmarł 16 maja 1265 r. w Bordeaux podczas wizytacji jednego z klasztorów.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan:

    Stanowisko w sprawie dopuszczenia do Komunii świętej

    osób rozwiedzionych będących w nowych związkach

    Trwa renowacja kopuły bazyliki św. Piotra  

    fot. Vaticannews

    ***

    Możliwość dopuszczenia do komunii osób rozwiedzionych będących w nowych związkach, które nie powstrzymują się od kontaktów seksualnych, to “autentyczne nauczanie” – wyjaśnił Watykan w odpowiedzi dla emerytowanego arcybiskupa Pragi kardynała Dominika Duki, który zadał pytania w imieniu Konferencji Episkopatu Czech. Stanowisko w tej sprawie opublikowano na stronie Dykasterii Nauki Wiary.

    Odpowiedzi udzielił nowy prefekt Dykasterii Nauki Wiary kardynał Victor Manuel Fernandez z Argentyny powołując się na adhortację apostolską Franciszka “Amoris laetitia”, ogłoszoną siedem lat temu.

    Przypomniał, że dokument ten otwiera możliwość dopuszczenia do sakramentów Pojednania i Eucharystii kiedy, w szczególnym przypadku, “istnieją ograniczenia, które umniejszają odpowiedzialność i winę”.

    Na stronie internetowej watykańskiej Dykasterii można przeczytać w odpowiedzi, że należy uznać, że proces towarzyszenia “nie wyczerpuje się koniecznie wraz z sakramentami, ale może być nakierowany na inne formy integracji w życie Kościoła”. W tym kontekście wymieniono większą obecność we wspólnocie kościelnej, udział w grupie modlitewnej czy refleksyjnej i w różnych innych działaniach.

    To, jak zaznaczono, zaproszenie do podążania drogą Jezusa: “miłosierdzia i integracji”.

    Franciszek, cytowany przez watykański urząd, przypomniał, że jego adhortacja “Amoris laetitia” oparta jest na nauczaniu poprzednich papieży, którzy “uznawali możliwość przystąpienia rozwiedzionych w nowych związkach do Eucharystii”, o ile “zobowiążą się do życia w pełnej wstrzemięźliwości, czyli do powstrzymania się od aktów właściwych małżonkom”, jak proponował św. Jan Paweł II.

    Jak zaznaczono, Benedykt XVI mówił zaś o “zobowiązaniu do życia w relacji jako przyjaciele”.

    Dykasteria wyjaśniła następnie: papież Franciszek podtrzymuje “propozycję pełnej wstrzemięźliwości dla rozwiedzionych w ponownych związkach, ale przyznaje, że mogą być trudności w jej praktykowaniu, a zatem pozwala, by w pewnych przypadkach, po odpowiednim rozeznaniu, na udzielenie sakramentu Pojednania także wtedy, gdy nie udaje się być dotrzymać wierności wobec wstrzemięźliwości proponowanej przez Kościół”.

    Wyjaśniono zarazem, że wspomniana adhortacja jest zwyczajnym dokumentem papieskiego nauczania, wobec którego wszyscy są wezwani do zaoferowania podejścia w duchu “inteligencji i woli”.

    Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pisanie jest modlitwą. Jon Fosse jako mistyk

    Pisanie jest modlitwą. Jon Fosse jako mistyk

    Jon Fosse (fot. TIME / YouTube.com)

    ***

    Dwóch bohaterów o tym samym imieniu, a jakże odmienne jest ich życie. Tan sam świat dookoła, a jakże różne są ich spojrzenia na rzeczywistość. Dlaczego jestem tym, kim jestem, a nie tym drugim, ani też sobą sprzed lat? „Gdyby mnie nie było, nie istniałby Bóg”. Prozę tegorocznego laureata literackiej Nagrody Nobla Jona Fossego charakteryzuje refleksja niewyrażalna w słowach, która rzuca wyzwanie książkowej teologii.

    Potrzebowałem trochę czasu, by przeczytać jedno z nielicznych jego dzieł, dostępnych w języku polskim. Już po pierwszych dwudziestu stronach wiedziałem, że go pokocham.

    Fosse pisze w języku nynorsk i jest autorem powieści, poetą, eseistą i dramaturgiem. Znają go także najmłodsi czytelnicy dzięki nagrodzonej w Norwegii książce “Nieskończenie późno” Jego dramaty grali polscy aktorzy na scenach Teatru Współczesnego w Warszawie, Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, teatrów w Łodzi, Poznaniu i Szczecinie.

    Poszukiwanie znaków

    Jego powieść “Drugie imię. Septologia I-II” to dwie pierwsze części siedmioksięgu. Ma ona w sobie coś z pocierania palcem i muskania myślą koralików różańca. Pisarz wciąga czytelnika rytmem oddechu i powracania po raz kolejny do tego, co już zostało raz wypowiedziane. Nie powtarza się, lecz huśta się na słowach w przyjemnym rytmie wahadła, raz w przód, raz wstecz. Kreśli myśli farbą, która wymyka się z palety barw. Maluje wewnętrzne obrazy, na których wyszywa proste ściegi oszczędnych dialogów. Szuka znaków, ale nie na niebie, lecz w życiu człowieka. Szuka harmonii zanurzonej w paradoksie.

    To, czemu się człowiek poświęca i w czym zostaje ekspertem, czy będzie to malowanie czy łowienie ryb, wymaga od niego precyzji, by odczytywać znaki. Doświadczony wędkarz będzie wiedział, na co zwracać uwagę, by złowić to, na co zarzucił przynętę – „człowiek uczy się wielu punktów orientacyjnych i znaków, a każdy znak ma swoje cechy, są znaki dobre podczas przypływu i są znaki dobre podczas odpływu”. Podobnie jest z wiarą i mistycyzmem. Podobnie jest ze sztuką. Wszystkie znaki wskazują na powiązania wszystkiego ze wszystkim – „wszystkie religie są jednością, myślę, i pod tym względem również religia i sztuka się ze sobą łączą, także dlatego, że zarówno Biblia, jak i liturgia są fikcją, poezją i obrazem, są literaturą, teatrem i sztukami wizualnymi i jako takie mają swoją prawdę, bo oczywiście również sztuka ma swoją prawdę”. W takiej optyce „wszystko więc wiąże się ze sobą w niezwykły sposób, wszystko jest jedną wielką całością”. Mimo, że tak wiele jest na świecie twarzy, wszystkie łączą się w jedno oblicze.

    Bóg jest bliskością

    Autor „Septologii” towarzyszy swoim bohaterom w ich samotności, tej romantycznej i tej zawinionej, której jedyną towarzyszką jest butelka mocnego alkoholu. Uważa, że mówienie o istnieniu Boga spłyca wiarę. Dla niego Bóg nie istnieje. On po prostu jest, był i nadchodzi. Albowiem „do Boga nie da się dotrzeć myśleniem, mówię Bo albo ktoś czuje, że Bóg jest blisko, albo nie, mówię Bo Bóg jest zarówno daleką nieobecnością, tak, samym byciem, jak i bliskością zupełnie bliską”. Bóg jest najbliżej ludzi w rozpaczy, w ciemności. Wtedy „odcinają się od ciemności, jakby światło bijące z nich wykrawało ich z ciemności”.

    Przejście na katolicyzm w 2012 roku, całkowite zerwanie z piciem alkoholu i pozostawienie wcześniejszych fascynacji marksizmem i ateizmem zawdzięcza Fosse Mistrzowi Ekhartowi. Od niego uczył się godzenia sprzeczności: czarne światło, świetlista ciemność, wszechmocna słabość. Opowiadając o swoim chrześcijaństwie buntuje się przeciw dogmatycznemu podchodzeniu do wiary, a bohater jego „Septologii” zadaje sobie pytanie: „dlaczego chrzest ma być niezbędny do zbawienia? Czy Bóg nie może robić tego, co chce? Bo skoro jest wszechmogący, to chyba od Jego woli zależy, że jedni mają zostać ochrzczeni, a drudzy nie? Nie, to głupota, jaką jest wiara w niezbędność chrztu do zbawienia”.

    “Pisanie jest rodzajem podróży w nieznane” – powiedział Fosse w wywiadzie dla Los Angeles Review of Books. To także podróż w czasie, w tę i z powrotem. W jednej ze scen „Septologii” zatrzymuje się samochodem przy placu zabaw, gdzie widzi siebie sprzed lat, przeżywającego z przyszłą żoną intymne chwile zapomnienia. Spotyka także soją bolesną przeszłość. Wie, że nie może jej zmienić, ale może ją kontemplować.

    Modlitwa sprawia, że człowiek jaśnieje

    Fosse nie uważa pisania za formę wyrażania siebie. Twórczość jest dla niego aktem przekształcania rzeczywistości, uciekaniem od siebie, by zagłębić się w tajemnicę. Pozwala zwykłym wydarzeniom szybować w wielką niewiadomą, dodaje skrzydeł temu, co przyziemne, zwyczajne. Odnajduje światło w tym, co ciemne i wydobywa piękno z tego, co uchodzi za niewłaściwe i złe. Z jednego statycznego obrazu tworzy całe historie. Dwie krzyżujące się linie, jeden nietypowy kolor lub błysk, stają się pretekstem do podróży w głąb siebie. Kocha modlitwę, która sprawia, że człowiek jaśnieje, „jakby nagle wypadł z tego złego świata i trafił w przedświt spokoju, ciszy, światła, tak, świetlistej ciemności”, tajemnicy nie do ogarnięcia.

    Błądzący pośród śnieżycy malarz Asle, z psem na rękach, niczym postać z powieści Kafki, próbuje odnaleźć drogę do hotelu i im dłużej idzie, tym bardziej traci nadzieję, że dotrze do celu. Tylko spotkanie życzliwego człowieka może to zmienić. Czarne światło zrozpaczonej twarzy i prostota zagmatwanej drogi staje się pięknem duszy człowieka, który nie orientuje się w terenie. Gubi się. Nie rozpoznaje znaków, a przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą.

    W mistyce powieści Fossego królestwo Boże istnieje już teraz, w tym wszystkim, co pogmatwane, w nieodkrytej do końca harmonii dwóch skrzyżowanych na płótnie kresek, „w wieczności tkwiącej w każdym momencie, ale czy ja w to wierzę?”. Czy obraz, jaki namalował jest już skończony? Czy już widać w nim światło? Te pytania nurtują bohatera i samego Noblistę, który swoim mistycznym podejściem do wydarzeń i modlitewnym rytmem języka zachęca czytelnika, by nie bał się zbliżyć do tajemnicy pełnej sprzeczności, do Boga, którego żadna teologia nie jest w stanie opisać. Natomiast życie, tak, może uchwycić ten blask w ciemności, to bicie Bożego serca.

    Uhonorowanie Jona Fossego tak prestiżową nagrodą jest wielkim darem dla wszystkich wierzących, którym nie wystarczają teologiczne traktaty, którzy samodzielnie poszukują znaków Bożej obecności i pociąga ich głębia, która na zawsze pozostanie tajemnicą.

    o. Wojciech Żmudziński SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________

    Tegoroczny zdobywca literackiej Nagrody Nobla jest katolikiem.

    To dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    Tegoroczny zdobywca literackiej Nagrody Nobla jest katolikiem. To dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    fot. Winje Agency / YouTube.com

    ***

    Tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał Norweg Jon Fosse. 64-letni dramaturg został uhonorowany “za nowatorskie sztuki teatralne i prozę, które dają wyraz temu, co niewypowiedziane” – uzasadnił Komitet Noblowski Akademii Szwedzkiej w Sztokholmie.

    Twórczość tego wierzącego i praktykującego katolika – beletrystyka, literatura faktu, poezja, sztuki teatralne i opowiadania dla dzieci – została przetłumaczona na 50 języków, w tym na polski. Fosse od dziesięcioleci otrzymuje nagrody literackie i cieszy się uznaniem krytyków.

    W uzasadnieniu podkreślono też, że dzieła autora znane są z bardzo zredukowanego stylu “minimalizmu Fosse’a”. Jest on jednym z najbardziej utytułowanych norweskich dramaturgów. 64-latek napisał około 40 sztuk teatralnych, wystawianych na ponad 120 scenach świata. Ponadto jest autorem powieści, opowiadań, książek dla dzieci, wierszy i esejów.

    Stały sekretarz Akademii Szwedzkiej, Mats Malm, powiedział, że poinformował Fosse’a o swojej nagrodzie telefonicznie. Fosse właśnie podróżował samochodem; obiecał, że będzie jechał ostrożnie. Fosse powiedział norweskiemu nadawcy NRK, że był zaskoczony otrzymaniem telefonu, “ale jednocześnie nie. Przez ostatnie dziesięć lat starannie przygotowywałem się na taką ewentualność. Otrzymanie tego telefonu było dla mnie wielką przyjemnością”.

    Wiara dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    Fosse w jednym ze swoich esejów napisał, że musi spróbować przezwyciężyć język, wyjść poza niego, aby nie było już różnicy i można było dotrzeć do Boga. Pisarzem, który miał na niego największy wpływ, był Mistrz Eckhard. Dzięki niemu zaczął w pewnym sensie wierzyć w Boga jako osobę. „Nazywam siebie wierzącym w Boga, jako obecność jednocześnie tam i tutaj. Dzięki niemu zdecydowałem się przejść na katolicyzm. Nie mógłbym tego zrobić, gdyby nie Mistrz Eckhart i jego sposób bycia zarówno katolikiem, jak i mistykiem” – wyznał. Ostatecznie przeszedł na katolicyzm w 2012 r.

    Narratorem jego znanej powieści „Drugie imię. Septologia” (dwa pierwsze tomy zostały wydane po polsku) będącej rozrachunkiem starego człowieka ze splecionymi rzeczywistościami Boga, sztuki, tożsamości, życia osobistego i rodzinnego, jest Asle, nawrócony na katolicyzm, owdowiały malarz, mieszkający poza nadmorską wioską w Norwegii. Akcja rozgrywa się w ciągu kilku wypełnionych wspomnieniami i modlitwą dni w okolicach Bożego Narodzenia, podczas gdy pracuje on nad obrazem przedstawiającym fioletową linię i brązową linię przecinającą się, tworząc X, który porównuje do krzyża św. Andrzeja. Bohater powieści parafrazuje fragment Ewangelii św. Jana, że świat jest ciemnym miejscem, że boskie światło świeci przez tę ciemność i że ciemność go nie pokona.

    Pośród napadów depresji i zwątpienia Asle głęboko w to wierzy i chce to przekazać w swoim malarstwie: „To zawsze, zawsze najciemniejsza część obrazu świeci najbardziej i myślę, że może tak być, ponieważ to w beznadziei i rozpaczy, w ciemności, Bóg jest najbliżej nas, ale jak to się dzieje, jak światło, które wyraźnie widzę na obrazie, dociera tam, czego nie wiem i jak to się w ogóle dzieje, Nie rozumiem tego, ale myślę, że miło jest pomyśleć, że może tak się stało, że tak się stało, kiedy nieślubne dziecko, jak to mówią, urodziło się w stodole w zimowy dzień, w Boże Narodzenie, a gwiazda w górze wysłała swoje silne, czyste światło na ziemię, światło od Boga, tak, to piękna myśl. Myślę, że ponieważ samo słowo Bóg mówi, że Bóg jest prawdziwy, myślę, że sam fakt, że mamy słowo i ideę Boga oznacza, że Bóg jest prawdziwy, myślę, że niezależnie od tego, jaka jest prawda, jest to przynajmniej myśl, że można myśleć, to też jest to, nawet jeśli nie jest to nic więcej niż to, ale zdecydowanie prawdą jest, że właśnie wtedy, gdy rzeczy są najciemniejsze, najczarniejsze, wtedy widać światło, wtedy to światło można zobaczyć, kiedy ciemność świeci, tak, i zawsze tak było przynajmniej w moim życiu, kiedy jest najciemniej, pojawia się światło, kiedy ciemność zaczyna świecić, i może tak samo jest w obrazach, które maluję, w każdym razie mam nadzieję, że tak jest”.

    Kim jest Jon Fosse?

    Jon Fosse urodził się w Haugesund w 1959 roku i dorastał w małej wiosce na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Fosse, o którym mówiono, że jest małomówny, do literatury trafił poprzez muzykę, pisał teksty popowe i rockowe, a w wieku 16 lat pierwsze opowiadania i wiersze. W Bergen studiował literaturę, socjologię i psychologię, a następnie pracował jako wykładowca w Akademii Twórczego Pisania w Hordaland. Fosse jest też tłumaczem na język norweski dzieł Franza Kafki, Jamesa Joyce’a i Samuela Becketta.

    Od 2011 roku Fosse cieszy się dożywotnią rezydencją w „Grotte”, honorowej rezydencji państwa norweskiego w parku zamkowym w Oslo. Dom, który pierwotnie należał do poety Henrika Wergelanda, po jego śmierci został dożywotnio udostępniony czołowemu norweskiemu artyście. W 2015 roku Fosse otrzymał Nagrodę Literacką Rady Nordyckiej, najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Skandynawii, za swoje dzieło prozatorskie „Trylogia”.

    Jon Fosse znalazł się wśród norweskich laureatów Literackiej Nagrody Nobla obok Bjørnstjerne Bjørnsona, Knuta Hamsuna i Sigrid Undset.

    Literacka Nagroda Nobla uznawana jest za najbardziej prestiżową nagrodę literacką na świecie. Nagroda przyznawana jest od 1901 roku. W tym roku nagrodą jest jedenaście milionów koron szwedzkich (około 950 000 euro). To o milion koron więcej niż w roku ubiegłym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Na plebanii w Dąbrowie Górniczej

    Naprawdę dobrze się stało, że wielu ludzi dowiedziało się o tej orgii i że ten grzech nie będzie już czekał na ujawnienie dopiero na sądzie ostatecznym. Warto to sobie uprzytomnić, że swoje miłosierdzie Bóg nieraz nam okazuje również w takich sytuacjach, których my stanowczo wolelibyśmy uniknąć – pisze o. Jacek Salij OP.

    o. Jacek Salij OP.@ Agata Ślusarczyk / Fundacja Opoka

    ***

    O tej orgii mógł się nikt nie dowiedzieć, a jej uczestnicy byli pewni tego, że nikt się o niej nie dowie. Szczęśliwym zrządzeniem Bożej Opatrzności zasłona niegodziwości opadła i o ohydnym występku dowiedziała się cała Polska. W całej rozciągłości objawiła się trudna, ale przecież zbawcza obietnica samego Boga, zapisana w Księdze Ezechiela: „Położę kres twej rozpuście i nierządowi twemu”.

    Ufajmy, że ów nieszczęsny ksiądz zrozumie teraz wielkość swojego grzechu oraz spowodowanego przez siebie zgorszenia, a również jak wielką krzywdę wyrządził całemu Kościołowi. Jeśli w ślad za tym dokona się jego nawrócenie, to raczej wcześniej niż później zacznie on wysławiać Boże miłosierdzie za to, że został tak jednoznacznie zdemaskowany i skompromitowany. Zapewne jest to nieuniknione, że teraz zostanie on usunięty ze stanu duchownego, ale jeśli jego nawrócenie będzie prawdziwe, również za tę surową karę będzie wysławiał Boże miłosierdzie.

    Bo aż strach pomyśleć, co by to było, gdyby ów ksiądz mógł sobie dalej trwać w swoim grzechu i w rozpustnym stylu życia – jak ciężko obrażałby Boga, przystępując (może nawet codziennie?) do ołtarza w stanie śmierci duchowej, i jak bardzo krzywdziłby bliźnich, dla których powinien być duchowym ojcem. Naprawdę dobrze się stało, że wielu ludzi dowiedziało się o tej orgii i że ten grzech nie będzie już czekał na ujawnienie dopiero na sądzie ostatecznym. Warto to sobie uprzytomnić, że swoje miłosierdzie Bóg nieraz nam okazuje również w takich sytuacjach, których my stanowczo wolelibyśmy uniknąć.

    Skoro pochylamy się nad tym wyjątkowo gorszącym wydarzeniem, jakie miało miejsce na plebanii w Dąbrowie Górniczej, to na dwa momenty jeszcze zwróćmy uwagę. Mianowicie już święty Augustyn bardzo podkreślał, że grzechy, jakimi my sami – wierni oraz pasterze – obrażamy Boga i ranimy Kościół, stanowią prześladowanie o wiele cięższe niż to, jakiego doznaje Kościół ze strony swoich zewnętrznych prześladowców. Jaki stąd wniosek dla tematu, o którym teraz rozmawiamy? To bardzo dobrze, ze opinia publiczna tak powszechnie zareagowała oburzeniem na tamten skandaliczny występek. Oburzenie powinno być stanowcze, jednak nie zapominajmy o tym, że nikt z nas, którzy tak się  oburzamy, nie jest niewiniątkiem, nawet jeśli od podobnych wybryków – zapewne bez naszych zasług – Pan Bóg nas ochronił…

    W dziejach Kościoła zdarzały się już takie momenty, kiedy rak zepsucia i nieobyczajności, niestety, docierał do tych środowisk, którym Chrystus Pan szczególnie powierzył troskę o swój Kościół. I tak w roku około 1050 (a więc w przeddzień reformy gregoriańskiej) przyszły doktor Kościoła, św. Piotr Damiani opublikował ostrą filipikę pt. „Napiętnowanie Gomory” przeciwko tym księżom, którzy zapomnieli o swoim kapłańskim powołaniu. Dzieło to oraz inne teksty Piotra Damianiego istotnie przyczyniło się do odnowienia Kościoła, jakie podjął wkrótce papież św. Grzegorz VII.

    Trzysta lat później, kiedy podobny rak pojawił się na Półwyspie Apenińskim, wielka mistyczka dominikańska, św. Katarzyna ze Sieny, wystąpiła z następującym wezwaniem: „Gdy zły lekarz przykłada od razu tylko maść do rany, nie wypaliwszy jej przedtem, wtedy całe ciało zakaża się i gnije. To samo dotyczy prałatów i innych dostojników, którzy widzą, że ich podwładny zakażony jest zgnilizną grzechu śmiertelnego; jeśli poprzestaną na przyłożeniu maści, która tylko łagodzi ranę, a nie wypalą jej ogniem, taki chory nigdy nie wróci do zdrowia, lecz będzie jeszcze zakażał inne członki. Dobry lekarz używa maści łagodzącej dopiero po wypaleniu rany ogniem”. Dziwnie aktualnie brzmią tamte pouczenia.

    W obliczu tak gorszących wydarzeń, jak to, nad którym teraz się zastanawiamy, niektórych katolików, szczerze kochających Kościół, ogarnia następujący niepokój: Co to znaczy, że Kościół jest święty, skoro grzech może aż tak głęboko wejść w Kościół, skoro w cieniu Kościoła można spotkać niekiedy nawet wyjątkowo wielkich grzeszników i gorszycieli?

    Ktoś zauważył, że prawdopodobnie nigdy w historii Kościoła procent niegodnych pasterzy nie osiągnął takiej skali, jak w czasach samego Pana Jezusa. Zdrajca Judasz był jednym z dwunastu.

    Prawdopodobnie nigdy już potem nie było w Kościele aż tak źle, żeby aż co dwunasty kapłan był pasterzem niegodnym. Nie mówię tego dla fałszywego uspokojenia. Bo gdyby w całym Kościele był tylko jeden kapłan niegodny, i tak byłoby to o jednego za dużo. Chodzi mi tylko o to, żebyśmy nie zatracili poczucia realizmu i jasno zobaczyli, że, owszem, występki kapłanów niegodnych bardzo ciężko ranią Kościół, ale z drugiej strony liczba kapłanów niegodnych jest arytmetycznie stosunkowo niewielka.

    Nie trzeba się też dziwić, że wielki grzech w Kościele budzi większe zdumienie i zgorszenie, niż grzech gdziekolwiek indziej. Nawet ludzie niewierzący, nawet tacy, co Kościoła nie lubią albo nawet go nienawidzą, intuicyjnie wyczuwają, że poziom moralny ludzi Kościoła powinien być wyższy od przeciętnej. Nic również dziwnego w tym, że grzechy stosunkowo niewielkiej liczby kapłanów występnych narobiły takiego rumoru w Kościele i w świecie. Jest takie chińskie przysłowie, że jedno padające drzewo robi w lesie więcej hałasu, niż to, że cały las rośnie. Zło zawsze robi wiele hałasu, a już zwłaszcza zło w Kościele, i bardzo dobrze, że tak jest, bo tego zła być nie powinno.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnice bolesne

    Różaniec za zmarłych

     Adobe Stock

    *****

    Kościół zachęca do uczynków miłosierdzia nie tylko względem żywych, lecz również względem dusz cierpiących w czyśćcu. Chwalebną rzeczą jest modlić się za zmarłych. Możemy w taki sposób wyrazić miłość naszym bliskim, których kochaliśmy, a także tym wszystkim, którzy potrzebują naszej modlitwy, gdyż cierpią, oczyszczając się w czyśćcu, aby byli godni wejść na Ucztę Baranka.

    Maryja jest Królową dusz czyśćcowych. Kiedy pozdrawiamy Ją, wypowiadając słowa modlitwy Zdrowaś Maryjo…, Ona śpieszy z pomocą duszom, za którymi się wstawiamy. Przynosi im ochłodę, ukojenie w ich oczyszczającym cierpieniu, a także przyśpiesza czas przebywania z Bogiem w Jego domu.

    Każdy, kto modli się za dusze czyśćcowe, otrzymuje od tychże dusz natychmiastową pomoc. One nie mogą pomóc sobie samym, nie mogą też pomagać sobie nawzajem – są zdane na naszą pomoc, ale chętnie przychodzą z pomocą nam, którzy jesteśmy w drodze do nieba. Ich modlitwy będą nam towarzyszyć w godzinie naszej śmierci, kiedy przyjdzie nam stoczyć ostatni, ale najpotężniejszy bój z mocami ciemności.

    Módl się za dusze czyśćcowe. Otaczaj modlitwą tych, którzy wyświadczali ci dobro i odeszli już do Pana. Przychodź z pomocą duszom w czyśćcu tak często, jak to możliwe. Twoje modlitwy kieruj do Boga przez Serce Niepokalanej. Odmawiaj Różaniec w ich intencji. Jej zawierzaj owoc twoich modlitw. Możesz modlić się za te dusze, którym Maryja chce przyjść w danym dniu z pomocą.

    Każde twoje Zdrowaś, Maryjo… wypowiedziane sercem pełnym miłości przyniesie ulgę cierpiącym w czyśćcu. Okazując w taki sposób miłosierdzie, jednocząc się z duszami oczekującymi na wstąpienie do chwały Boga, doświadczysz komunii Kościoła.

    Dobrze jest modlitwę różańcową za dusze czyśćcowe odmawiać po zakończonej Eucharystii, przyjąwszy Ciało Chrystusa, kiedy jesteś napełniony łaską Bożą. Jednak każdy czas i każda chwila przeznaczona na Różaniec za zmarłych jest wskazana i właściwa. Możesz uczestniczyć w Różańcu wieczystym za zmarłych, wybierając dowolną porę, dzień, w którym włączysz się w żywy, nieustający Różaniec. Ta forma pomocy duszom w czyśćcu zapoczątkowana w XVIII wieku przez dominikanów jest kontynuowana nie tylko przez wspólnoty zrzeszone przy zakonie kaznodziejskim, lecz także przez wiele parafii.

    Módl się do twego Ojca w niebie, wierząc, że twoje modlitwy już zostały wysłuchane. Twoja ukryta modlitwa zostanie też nagrodzona. Pan zapewnia nas: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

    TAJEMNICE BOLESNE

    MODLITWA W OGRÓJCU

    Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42).

    Maryjo, Twój Syn w Ogrójcu toczył duchową walkę, pocąc się krwawym potem przed czekającą Go męką. On daje nam moc przezwyciężania pokus oddalających nas od woli naszego Ojca. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze naśladujemy Go w radykalnym odrzucaniu tego, co oddala nas od drogi wyznaczonej nam przez Bożą mądrość. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za brak podejmowania duchowej walki z pokusami do złego oraz z grzesznymi namiętnościami naszych zmarłych braci i sióstr, które stały się przyczyną oddalenia od Ojca. Przepraszamy za uleganie zniechęceniu własną słabością, brak współpracy z łaską. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn nauczył nas wybierać drogę Twojej woli, abyśmy odnieśli zwycięstwo. Ofiarujemy Ci Jego Serce, najdoskonalej zjednoczone z Tobą, Serce Maryi zjednoczone z Jezusem w cierpieniu, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyćcu.

    Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    BICZOWANIE

    Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę (Iz 50,6a).

    Maryjo, Twój Syn przyjął na siebie okrutną chłostę, która należała się nam za nasze nieprawości. Przelewał za nas swoją Krew, abyśmy w Nim doświadczyli odrodzenia. Ty wiesz, o dobra Matko, że to my zadaliśmy cierpienie Jezusowi poprzez nasze winy. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za grzechy śmiertelne naszych zmarłych, które najmocniej raniły Jego Serce. Przepraszamy za wybieranie zła, odrzucanie dobra. Przepraszamy za pomniejszanie lub niewyznawanie grzechów wobec kapłana. Chcemy zadośćuczynić za grzeszne nałogi, które prowadziły do zamknięcia na Boga Miłości.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn przyjął okrutne razy, abyśmy przestali być niewolnikami grzechu i żyli dla sprawiedliwości. Ofiarujemy Ci Jego Serce starte dla naszych nieprawości, Serce Maryi mającej udział w dziele naszego odkupienia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    UKORONOWANIE CIERNIEM

    Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50,6b).

    Maryjo, Twój Syn został wyszydzony, poniżony, ukoronowany cierniem, aby nas nie poniżał nasz własny grzech. Król wieków doznał największych upokorzeń, abyśmy odzyskali godność dzieci Boga. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze mamy w sobie pokorę gotową przyjąć miłość Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelką zuchwałość i pychę naszych sióstr i braci, którzy poprzedzili nas w drodze do domu Ojca. Przepraszamy za grzechy wyniosłości, które były powodem oddalenia od Boga, a także zerwania więzi międzyludzkich.

    Przepraszamy za brak pokornej miłości gotowej do pojednania, budowania wspólnoty.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn został ukoronowany cierniem, abyśmy zdolni byli uniżyć się przed Tobą, przyjmując Twoją miłość. Ofiarujemy Ci Jego Serce, które doznało wzgardy i odrzucenia, Serce Maryi, które wraz z Nim przeżywało upokorzenia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    DŹWIGANIE KRZYŻA

    Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści (Iz 53,4a).

    Maryjo, Twój Syn wziął na siebie nasze grzechy, cierpienia, rany. Z miłością przyjął krzyż, aby nam przynieść wyzwolenie. Ukazał nam drogę do zwycięstwa: poprzez naśladowanie Go w przyjmowaniu codziennego krzyża. Ty wiesz, o dobra Matko, że często odchodzimy z tej drogi: stromej i wąskiej, wybierając drogę szeroką, łatwą, lecz oddalającą nas od Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy wynagradzać za naszych zmarłych, którzy zrzucali krzyż ze swoich ramion. Przepraszamy za szemranie, niechęć do naśladowania naszego Mistrza na drodze krzyża. Przepraszamy za brak przyjmowania całej nauki Jezusa – także tej, która mówi o krzyżu. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłością przyjął krzyż, aby nas wprowadzić do krainy życia. Ofiarujemy Ci Jego Serce, posłuszne Tobie aż do śmierci, Serce Maryi, idącej wiernie za swoim Synem na Golgotę, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    ŚMIERĆ NA KRZYŻU

    … jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda (Łk 19,34).

    Maryjo, stałaś pod krzyżem, na którym Twój Syn oddawał życie za nas – niewdzięcznych i złych. Byłaś świadkiem, jak z Jego Serca wypłynęła krew i woda dla naszego obmycia. Ty wiesz, o dobra Matko, że zranieni grzechem pozostajemy zamknięci na Jego miłość. Pozostajemy niewolnikami złego ducha, nie chcąc przyjąć miłosierdzia Boga i nie chcąc okazywać miłosierdzia. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelki przejaw braku miłosierdzia tych, którzy nas poprzedzili w drodze. Przepraszamy za niechęć do darowania win, wybaczania. Przepraszamy także za grzech sądzenia bliźnich.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłości do nas oddał życie, aby nam przywrócić godność synów i córek Twego królestwa. Ofiarujemy Ci Jego Serce otwarte włócznią dla nas, Serce Maryi, wytrwałej pod krzyżem, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości.

    Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    FRAGMENT KSIĄŻKI “Różaniec za zmarłych” DO KUPIENIA W INTERNETOWEJ KSIĘGARNI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnica odpustów. Jak uniknąć kary za grzechy?

    MODLĄCA SIĘ KOBIETA

    Shutterstock

    ***

    Czym różni się spowiedź od uzyskania odpustu? Dlaczego Kościół nie rezygnuje z tej „średniowiecznej” praktyki? Czy można uzyskać odpust za innego człowieka? Wyjaśniamy.

    Wydawałoby się, że w XXI wieku mało kogo interesuje zyskiwanie odpustów. A jednak papież Franciszek raz po raz ogłasza nowe okazje, aby je otrzymywać. Dlaczego? Po co warto je zyskiwać?

    A odpust zyskałeś?

    „Byłem wczoraj na odpuście. Ale była impreza! A jakie fajne kramy wokół kościoła! I orkiestra grała! Super” – pochwalił się w poniedziałek rano znajomemu jego kolega z pracy. „A odpust zyskałeś?” – zapytał znajomy. „Co?” – zdziwił się kolega.

    Pojęcia nie miał, czego dotyczyło pytanie. Nie skojarzył, że potoczna nazwa parafialnej uroczystości ku czci patrona właśnie od możliwości uzyskania odpustu pochodzi.

    Niewiedzy i nieporozumień wokół sprawy uzyskiwania odpustów jest sporo. Kilka lat temu jeden z tabloidów w Polsce donosił w tytule, że „papież odpuścił grzechy całemu światu”. Tytuł miał się nijak do umieszczonego pod nim tekstu, który mówił o odpustach zgodnie z tym, jak naucza o nich Kościół katolicki.

    Odpusty i Marcin Luter

    Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie budzi dzisiaj – także u wielu katolików – kwestia uzyskiwania odpustów, dotyczy Marcina Lutra. Sporo ludzi wie, że miał on coś przeciwko tej praktyce, ale mało kto potrafi wyjaśnić, o co szło w szczegółach. Niektórzy słyszeli, że poszło o sprzedawanie odpustów. Ale czym tu można handlować?

    O. Stanisław Łucarz SJ, w artykule opublikowanym prawie dwadzieścia lat temu przypomniał, że odpusty są od wieków sprawą kontrowersyjną i to nie tylko pomiędzy Kościołem katolickim a innymi Kościołami i wspólnotami chrześcijańskimi. Dość powiedzieć, że niektórzy liczący się teologowie katoliccy oczekiwali po Soborze Watykańskim II, że papież Paweł VI, ogłaszając Rok Święty 1975, wycofa się z tej praktyki. Byłoby to dziwne i niekonsekwentne, ponieważ to właśnie ten papież ogłosił na początku 1967 roku Konstytucję Apostolską Indulgentiarum doctrina, w której uściślił nauczanie w tej kwestii.

    Odpust, wina i kara

    „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” – sprecyzował Paweł VI i ta definicja jest wciąż aktualna. Została powtórzona w Katechizmie Kościoła katolickiego. Jest też w bardzo podobnym brzmieniu w Kodeksie prawa kanonicznego.

    O co chodzi z tym darowaniem kary? To także wyjaśnił Paweł VI. Przypomniał to, co wiemy z Objawienia Bożego, że następstwem grzechów są kary, nałożone przez boską świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe” – tłumaczył papież.

    W praktyce wymiaru sprawiedliwości wyraźnie widać rozróżnienie między uznaniem winy, a wymierzeniem kary. W niektórych państwach funkcjonuje bardzo wyraźny podział: przysięgli decydują, czy oskarżony jest winny czy nie, natomiast sędzia ustala wymiar kary. Zdarza się czasami (także w Polsce), że sąd uznaje kogoś za winnego, jednak odstępuje od wymierzenia kary.

    Jednak uproszczone porównanie do tworzonego przez ludzi sądownictwa nie pozwala wielu w pełni zrozumieć praktyki Kościoła wynikającej z różnicy między odpuszczeniem grzechów w sakramencie pokuty i pojednania, a uzyskiwaniem odpustów.

    Różnica między spowiedzią a odpustem

    Pomocna okazuje się opowiedziana przez Jezusa przypowieść o synu marnotrawnym (nazywana ostatnio często przypowieścią o miłosiernym ojcu). Syn, który roztrwonił majątek popełniając wiele złego ma świadomość, że zasłużył na karę. Chce prosić ojca o przebaczenie, ale wie, że nawet jeśli je uzyska, kara mu się należy i zamierza się jej poddać.

    Jednak ojciec idzie znacznie dalej, niż syn się spodziewał. Wykonuje dwa kroki. Nie tylko mu przebacza, ale również daruje mu karę, dzięki czemu może on znów funkcjonować jako pełnoprawny członek rodziny.

    Sakrament pokuty i pojednania to pierwszy krok – pozwala na uzyskanie przebaczenia, darowania winy. Jednak wciąż pozostaje kwestia należnej za popełnione zło kary. „Kary nakładane są przez sprawiedliwy i miłosierny wyrok Boży dla oczyszczenia dusz, dla obrony świętości porządku moralnego i dla przywrócenia chwale Bożej pełnego jej blasku” – przypomniał Paweł VI.

    Krok drugi to uzyskanie odpustu, darowania kary. Kościół nie od razu odkrył, że dysponuje „skarbcem zasług Chrystusa i świętych”, dzięki któremu może „rozdawać i przydzielać zadośćuczynienie”. Czyli darować kary, które za grzechy się należą. Uświadamiał to sobie stopniowo dopiero na początku drugiego tysiąclecia po Chrystusie.

    ks. Artur Stopka/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zwalczać swoje ciężkie grzechy?

    Oto 8 rad Ojców Kościoła

    Grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach – niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić i rozpoznać podłożu.

    Pycha

    Grzech ten zaczyna się od naszej głowy, która wciąż osądza innych, porównuje, zestawia ich stan z naszą sytuacją, prowadząc do zazdrości lub zawiści. Nikogo nie osądzajmy, gdyż nie znamy jego serca, raczej módlmy się w pokorze, aby Bóg nawiedził go i obdarzył tym, czego najbardziej w danej chwili potrzebuje.

    Pycha

    Nieczyste myśli

    Myśli dotyczące pokus cielesnych pojawić się mogą dość niespodziewanie. Dużą rolę odgrywa w nich czystość spojrzenia. Jak spoglądamy na ludzi, których codziennie mijamy na ulicy lub w innych miejscach publicznych? Czy nasz wzrok przyciągają tylko ci atrakcyjni i pociągający fizycznie? Gdy mamy z tym problem, spróbujmy uświadomić sobie, że wszyscy ludzie obok nas to nasze siostry i bracia stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, w których powinniśmy widzieć oblicze Chrystusa.

    • Nieczyste myśli

    Miłość pieniędzy

    Jeżeli nie narzekamy na biedę, starajmy się każdego dnia rezygnować choć z jednej drobnej przyjemności i środki z tej oszczędności przekazać potrzebującemu. Możliwości może być tutaj tysiące: może warto zrezygnować z kolejnego kosmetyku, których i tak nie mogą już pomieścić nasze szafki łazienkowe, dziesiątej pary butów, kolejnego gadżetu elektronicznego, który za tydzień nam się znudzi? Jeżeli zaś mamy mniej, starajmy się podzielić z potrzebującymi choć drobnym, miłym gestem, uśmiechem i dobrym słowem.

    Miłość pieniędzy

    Gniew

    Czasem tego rodzaju odczucie jest uzasadnione, jednak nie otaczają nas aniołowie, ale ludzie słabi. Ale wówczas przypomnijmy sobie, czy sami zawsze stajemy na wysokości zadania? Czy bez powodu nie obrzucamy innych gniewnym spojrzeniem i nieprzyjemnymi komentarzami: w zatłoczonym środku komunikacji, w przychodni, urzędzie lub sklepie? Pamiętajmy wtedy o naszej słabości i spróbujmy na innych spojrzeć z wyrozumiałością. To tacy sami grzesznicy jak my.

    • Gniew

    Zniechęcenie

    Nawet jeżeli cierpienia lub niepowodzenia wydają się walić nam na głowę i myślimy, że nie damy rady ich unieść, po prostu trwajmy w zaufaniu, mówiąc: „Boże, nie rozumiem tego, co się dzieje, ale być może jest w tym jakiś cel, a ty mnie zawsze i bezwarunkowo kochasz!”.

    • Zniechęcenie

    Obżarstwo

    Najlepiej odżywiać się regularnie i oczywiście nie chodzić długo z pustym żołądkiem. Gdy jednak zjedliśmy już posiłek, podziękujmy Bogu i nie myślmy, co by tu jeszcze podjeść. Być może jest obok nas ktoś, kto dzisiaj w ogóle nic nie jadł, a z którym możemy podzielić się zawartością lodówki? Może mamy starszą sąsiadkę, którą możemy poczęstować częścią obiadu?

    • Obżarstwo

    Próżna chwała

    To dobrze, gdy osiągamy sukcesy i zdobywamy uznanie, ale wiedzmy, że bez Bożej łaski nic byśmy nie uzyskali. Dzięki Bogu istniejemy i żyjemy, za wszystko co dobre dziękujmy najpierw jemu, później ludziom, którzy nas wsparli i pomogli. O sobie pomyślmy dopiero na samym końcu!

    Próżna chwała

    Smutek

    Wówczas najlepiej przypomnieć sobie, że Bóg wciąż jest przy nas, choć w sposób niewidzialny. To On sprawia, że wstał nowy dzień, że świeci słońce i zapada wieczór. To On każdego dnia daje nam szansę na zrobienie choć jednego, nawet najmniejszego dobrego uczynku

    Smutek

    *******

    Od czasów ojców pustyni święci i mistrzowie życia duchowego na Wschodzie i Zachodzie próbowali dokonać zasadniczej klasyfikacji najcięższych grzechów. Ewagriusz z Pontu, Jan Kasjan oraz Grzegorz Wielki wyróżnili osiem grzechów głównych: obżarstwo i zbędne dogadzanie ciału (gr. gastrimargia), nieczystość (gr. porneia), miłość pieniędzy (gr. filarguria), gniew (gr. ira), smutek (gr. tristitia), zniechęcenie (gr. acedia), próżna chwała (gr. cenodoxia) oraz pycha (gr. superbia).

    W katechizmach zachodnich najczęściej wymienionych jest siedem grzechów, w dużej mierze pokrywających się z typologią wschodnią: pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, zazdrość, gniew oraz lenistwo.

    Skąd się biorą skłonności do grzechów?

    Wschodni ojcowie Kościoła, jak np. Jan z Damaszku oraz Jan Klimak zwracali uwagę, że te zasadnicze grzechy mają również charakter pewnych naturalnych namiętności tkwiących w człowieku. Aby podjąć z nimi skuteczną walkę, nie należy więc ograniczyć się do samego żalu, kiedy grzech już popełnimy i rozpatrywać nasz upadek wyłącznie jako naruszenie Bożych przykazań, ale zauważyć, iż grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach, niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić podłożu.

    Odczuwany przez nas gniew, zniechęcenie, smutek lub chęć posiadania nie są jeszcze same w sobie grzechem, ale bardzo łatwo mogą do niego prowadzić. Stąd św. Jan z Damaszku proponuje proste środki zaradcze, gdy myśli i emocje sugerujące popełnienie grzechów głównych rodzą się w naszej głowie.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2023

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Anioł z Acri, prezbiter
      •  Święty Wolfgang, biskup
    ***
    Święty Alfons Rodriguez

    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________


    Św. Alfons Rodrigues – świętość zwyczajna

    Św. Alfons Rodrigues - świętość zwyczajna

    św. Alfons Rodrigues SJ (1531 – 1617) (fot. wikipedia.org)

    ***

    Przyszedł na świat 25 lipca w 1531 roku w Segowii w bogatej rodzinie kupieckiej. Przez rok studiował w kolegium jezuitów w Alkali, musiał jednak przerwać naukę, by po śmierci ojca zająć się rodzinnym przedsiębiorstwem.

    Ożenił się z Marią Suarez, z którą miał dwójkę dzieci. Około 1567 roku umarła mu żona  a w niedługich odstępach czasu także dzieci oraz matka. Po ich śmierci podjął na nowo studia w Walencji, ale ich nie ukończył. W 1571 roku poprosił o przyjęcie do nowicjatu jezuitów, z pragnieniem zostania bratem zakonnym. Po nowicjacie został wysłany do Palma na Majorce, gdzie spełniał różne posługi domowe, a potem przez czterdzieści lat był furtianem.

    Oddany był nieustannej modlitwie, medytacji i kontemplacji, co owocowało wieloma łaskami mistycznymi. Najbardziej lubił recytować różaniec i godzinki  o Niepokalanym Poczęciu N. Marii Panny.  Bardzo dbał o odprawianie codziennego rachunku sumienia, co uczyło go trzeźwego patrzenia na siebie i na innych ludzi. Dziękował i rozważał, jak Bóg go prowadził w ciągu dnia, jak bezustannie obdarzał go swoją miłością, dobrocią i  duchowymi pociechami. Wyrażał wdzięczność za łaskę powołania. Prosił Boga o światło lepszego poznania siebie. Robiąc rachunek sumienia, pytał siebie, czy wiernie odpowiadał na Boże natchnienia, czy wystarczająco panował nad swoimi wadami i czy kogoś nie uraził niepotrzebnym słowem lub niesprawiedliwą oceną. Przepraszał za swe uchybienia Boga i obiecywał poprawę w drugiej połowie dnia lub nazajutrz.

    Wszystkie sprawy, które mu powierzano załatwiał solidnie. Był uprzejmy dla tych, którzy przychodzili do zakonnej furty. Być może i wtedy nie zawsze mógł zejść do osoby potrzebującej pomocy kapłan. W takiej sytuacji Brat Alfons z wielką roztropnością przejmował rolę kierownika duchownego. Umiał cierpliwie wysłuchać zainteresowanych, pocieszać i podnosić na duchu. Obiecywał modlitwę w intencji osób i ich trudnych spraw, o których w zaufaniu mu mówili.

    Był mężem surowych umartwień. Jego świętość promieniowała spokojem, pogodą ducha i radością życia całkowicie oddanego na służbę Jezusa – Króla wieków. Choć nie mógł dokonywać spektakularnych czynów ewangelizacyjnych, to przecież jego modlitwa i rozmowy z młodszymi współbraćmi na długo zaowocowały w życiu kolejnych pokoleń jezuitów. Przychodził do niego po duchowe porady także Piotr Klawer, święty apostoł afrykańskich niewolników w Brazylii.

    Być stale obecnym i dostępnym dla ludzi w jednym miejscu i to przez czterdzieści lat – oto najkrócej wyrażona tajemnica jego zwyczajnej świętości. Zgodnie z  zaleceniem przełożonych, swoje przeżycia mistyczne opisał w Autobiografii, w której zawarł wiele ascetycznych pouczeń.

    Prośmy, byśmy jak święty Brat Alfons, Patron Braci – jezuitów, umieli dobrze wypełniać codzienne obowiązki i byli otwarci na tych, którzy oczekują od nas krzepiącej rozmowy, gestu dobroci czy spontanicznego uśmiechu.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Błogosławiony Dominik Collins

    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    ***
    Błogosławiony Michał Rua

    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł

    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz, Apostoł

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    Święci Szymon Kananejczyk (Gorliwy)

    i Juda Tadeusz

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 11 PAŹDZIERNIKA 2006

    (…) Mówimy o nich razem nie tylko dlatego, że w spisach Dwunastu występują zawsze obok siebie, ale również dlatego, że wiadomości o nich są nieliczne, pomijając fakt, że w kanonie Nowego Testamentu znalazł się list przypisany w przeszłości drugiemu z nich.

    Drodzy bracia i siostry,

    Przedmiotem naszych rozważań jest dzisiaj dwóch z dwunastu Apostołów: Szymon Kananejczyk i Juda Tadeusz (nie mylić z Judaszem Iskariotą). Mówimy o nich razem nie tylko dlatego, że w spisach Dwunastu występują zawsze obok siebie (por. Mt 10,4; Mk 3,18; Łk 6,15; Dz 1,13), ale również dlatego, że wiadomości o nich są nieliczne, pomijając fakt, że w kanonie Nowego Testamentu znalazł się list przypisany w przeszłości drugiemu z nich.

    Święci Szymon Kananejczyk (Gorliwy) i Juda Tadeusz

    Św. Szymon Gorliwy (L) i św. Juda Tadeusz (P)

    JOSÉ DE RIBERA; XVII W. (L) / GEORGES DE LA TOUR; XVII W. (P) (PD)

    ***

    Szymon otrzymuje przydomek, który zmienia się w czterech spisach: jeśli gdy Mateusz i Marek nazywają go “Kananejczykiem”, Łukasz określa go mianem “Zeloty”. W rzeczywistości oba te pojęcia są równoznaczne, gdyż oznaczają to samo, w języku hebrajskim czasownik qanà’ znaczy bowiem “być zazdrosnym, żarliwym” i może się odnosić zarówno do Boga, który zazdrosny jest o wybrany przez siebie naród (por. Wj 20,5), jak i do ludzi, którzy płoną zapałem służenia jedynemu Bogu z całkowitym oddaniem, jak Eliasz (por. 1 Krl 19,10). Bardzo więc prawdopodobne, że Szymon, jeśli nawet nie należał do nacjonalistycznego ruchu Zelotów, wyróżniał się przynajmniej płomiennym zapałem do żydowskiej tożsamości, a więc do Boga, do swego ludu i do Prawa Bożego.

    Jeżeli sprawy tak wyglądają, Szymon znajduje się na antypodach Mateusza, który, przeciwnie, jako celnik uprawiał zawód, uważany wówczas za całkowicie nieczysty. Jest to oczywisty znak, że Jezus powołuje swych uczniów i współpracowników z najrozmaitszych warstw społecznych i religijnych, bez żadnych uprzedzeń. Jego interesują osoby, nie kategorie społeczne czy etykietki! To piękne, że w grupie Jego uczniów, wszyscy, choć tak odmienni, od Zeloty po celnika, współistnieli razem, przezwyciężając łatwe do wyobrażenia trudności: to bowiem sam Jezus był motywem spoistości, w którym wszyscy tworzyli jedno. Stanowi to wyraźnie naukę dla nas, często skłonnych do podkreślania różnic, a nawet przeciwieństw, zapominając, że w Jezusie Chrystusie otrzymaliśmy moc godzenia naszych konfliktów. Pamiętajmy również o tym, że grupa Dwunastu stanowi zapowiedź Kościoła, a zatem zapowiada Kościół, w którym ma być miejsce dla wszystkich charyzmatów, narodów, ras, wszystkich przymiotów ludzkich, które w komunii z Jezusem znajdują zgodę i jedność.

    Jeśli chodzi o Judę Tadeusza, to nazwała go tak tradycja, łącząc dwa różne imiona: ponieważ gdy Mateusz i Marek nazywają go po prostu “Tadeuszem” (Mt 10,3; Mk 3,18), to Łukasz określa go jako “Judę, syna Jakuba” (Łk 6,16; Dz 1,13). Przydomek Tadeusz jest niepewnego pochodzenia i bywa objaśniany jako pochodzący od aramejskiego taddà’, co znaczy “pierś”, oznaczałby więc “wielkodusznego”, bądź jako skrót od greckich imion “Theódoros, Theódotos”. Wiemy o nim niewiele. Tylko Jan wspomina o prośbie, z jaką Apostoł ten zwrócił się do Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Rzekł Tadeusz do Pana: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Jest to sprawa bardzo aktualna, z którą my także przychodzimy do Pana: dlaczego Zmartwychwstały nie objawił się w całej swej chwale swoich nieprzyjaciołom, by pokazać, że zwycięzcą jest Bóg? Dlaczego ukazał się jedynie swoim uczniom? Odpowiedź Jezusa jest tajemnicza i głęboka. Pan powiada: “Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać”(J 14, 22-23). A znaczy to, że Zmartwychwstałego trzeba zobaczyć i postrzegać także sercem, w taki sposób, aby Bóg mógł w nim zamieszkać. Pan nie ukazuje się jako rzecz, ale chce wejść w nasze życie i dlatego Jego objawienie się jest objawieniem, które pociąga i zakłada otwarte serce. Tylko w ten sposób widzimy Zmartwychwstałego.

    Judzie Tadeuszowi przypisano autorstwo jednego z listów Nowego Testamentu, nazywanych “katolickimi”, ponieważ skierowane są nie do któregoś z określonych Kościołów lokalnych, ale mają znacznie szerszy krąg adresatów. List ten bowiem wystosowany został “do tych, którzy są powołani, umiłowani w Bogu Ojcu i zachowani dla Jezusa Chrystusa” (w. 1). Główną troską tego pisma jest ostrzeżenie chrześcijan przed tymi wszystkimi, którzy pod pretekstem szczególnego wybrania Bożego tłumaczą swoje wyuzdanie i sprowadzają braci na manowce swym nie do przyjęcia nauczaniem, wprowadzając w Kościele niezgodę “pod wpływem snów” (por. w. 8), jak nazywa Juda ich nauki i idee. Porównuje on ich wręcz do upadłych aniołów i w twardych słowach powiada, że “poszli drogą Kaina” (w. 11). Ponadto otwarcie porównuje ich do “obłoków bez wody wiatrami unoszonych… drzew jesiennych nie mających owocu, dwa razy uschłych, wykorzenionych… rozhukanych bałwanów morskich wypluwających swoją hańbę… gwiazd zabłąkanych, dla których nieprzeniknione ciemności na wieki przeznaczone” (ww. 12-13).

    Nie przywykliśmy dzisiaj może do tak polemicznego słownictwa, które jednak mówi nam coś ważnego: że we wszystkich pokusach, jakie istnieją, we wszystkich prądach współczesnego życia musimy zachować tożsamość naszej wiary. Oczywiście należy bezwzględnie podążać dalej z uporem drogą wyrozumiałości i dialogu, na jaką szczęśliwie wkroczył Sobór Watykański II. Jednakże ta droga dialogu, tak bardzo niezbędna, nie może sprawić, byśmy zapomnieli o obowiązku przemyślania i podkreślania wciąż na nowo z jednakową mocą głównych i niepodważalnych linie naszej chrześcijańskiej tożsamości. Z drugiej strony należy dobrze pamiętać, że ta nasza tożsamość wymaga mocy, jasności i odwagi w obliczu przeciwności świata, w którym żyjemy. Dlatego czytamy dalej w liście: “Wy zaś, umiłowani, budując samych siebie na fundamencie waszej najświętszej wiary, w Duchu Świętym się módlcie i w miłości Bożej strzeżcie samych siebie, oczekując miłosierdzia Pana naszego Jezusa Chrystusa, które wiedzie ku życiu wiecznemu” (ww. 20-22). List kończy się takimi oto przepięknymi słowami: “Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i stawić nienagannymi i rozradowanymi wobec swej chwały, jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen”(ww. 24-25).

    Widać doskonale, że autor tych słów w pełni przeżywa swą wiarę, do której należą takie wielkie rzeczywistości, jak integralność moralna i radość, ufność, a w końcu chwała, ponieważ wszystko uzasadnione jest dobrocią naszego jedynego Boga i miłosierdziem Pana naszego Jezusa Chrystusa. Dlatego, tak Szymon Kananejczyk, jak i Juda Tadeusz, niech pomagają nam odkrywać wciąż na nowo i żyć niezmordowanie pięknem wiary chrześcijańskiej, umiejąc dawać jej zdecydowane i zarazem pogodne świadectwo.

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Szymon „Gorliwy” i Juda Tadeusz.

    Co wiesz o świętych Apostołach?

    (oprac. PCh24.pl – El Greco, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    28 października Kościół powszechny obchodzi święto świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza. Szymon i Juda Tadeusz należeli do grona 12 Apostołów. Byli jednymi z najbliższych uczniów Jezusa.

    Święty Szymon Apostoł

    1.Apostoł najmniej znany

    Szymon Apostoł miał przydomek „Gorliwy”. Jest on jednym z najmniej znanych i pokazywanych w Piśmie Świętym Apostołów. Łącznie we wszystkich Ewangeliach jest wspomniany jedynie trzy razy. Ewangeliści Marek i Mateusz nazywają św. Szymona „Kananejczykiem”. Stąd też niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że Szymon mógł pochodzić z Kany Galilejskiej, a wesele, które się tam odbywało i na które został zaproszony Jezus i Jego Matka, to mogło być właśnie wesele samego Szymona Apostoła.

    2.Dlaczego „gorliwy”?

    Przydomek „gorliwy” Szymon dostaje w Ewangelii według św. Łukasza. Może to oznaczać, że wśród Apostołów Szymon wyróżniał się prawością i starannością w zachowywaniu prawa mojżeszowego. Papież Benedykt XVI w swojej katechezie podkreślił, że „Szymon, jeśli nawet nie należał do nacjonalistycznego ruchu Zelotów, wyróżniał się przynajmniej płomiennym zapałem do żydowskiej tożsamości, a więc do Boga, do swego ludu i do Prawa Bożego”. W katalogu Apostołów Szymon Kananejczyk wymieniany jest zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, którzy byli kuzynami samego Chrystusa.

    3.Został męczennikiem w wieku 100 lat

    Według tradycji chrześcijańskiej Szymon miał być bratem Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Jako krewny Pana Jezusa, miał zasiadać na biskupiej stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam poniósł śmierć za cesarza Trajana. Tradycja mówi, że św. Szymon został zamordowany, kiedy miał już ponad sto lat. Jeden z żywotów średniowiecznych o męczeństwie św. Szymona Kananejczyka podaje, że został on przecięty piłą na pół, stąd jednym z atrybutów w ikonografii tego świętego jest piła. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (IX wiek), miało się znajdować w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w Bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, znajdują się prawdopodobnie relikwie obu Apostołów. Część relikwii jest w katedrze w Tuluzie.

    4.Potronat i atrybuty

    Św. Szymon jest patronem farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy. W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz

    1.Apostoł najmniej znany

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli „Odważny”. Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła, dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym. Nie wiemy też, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni określają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Juda był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.

    2.Chciał zrobić karierę i dlatego został świętym

    Imię Judy zostało umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów, co sugeruje jego późniejsze wejście do grona najbliższych uczniów Jezusa. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Mistrza: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery. I w końcu ją zrobił – zostając świętym.

    3.Juda autorem jednego listu Nowego Testamentu 

    Jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu i sam siebie nazywa bratem Jakuba. List ten został napisany przed 67. rokiem i zapożycza z niego pewne fragmenty i słowa św. Piotra. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda, głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii.

    4.Niosąc Ewangelię oddał życie za Jezusa

    Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem też ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.

    5.Potronat i atrybuty

    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego. W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czarnym płaszczu.. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.

    (źródła – brewiarz.pl, niedziela.pl, slowo.redemptor.pl)

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    ***
    Święty Frumencjusz

    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 października

    Błogosławiona Celina Borzęcka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Lucjan i Marcjan
      •  Błogosławiony Bonawentura z Potenzy, prezbiter
      •  Święty Fulcjusz z Pawii, biskup
      •  Święty Dymitr z Salonik, męczennik
    ***
    Błogosławiona Celina Borzęcka

    Celina Rozalia Leonarda urodziła się 29 października 1833 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej Chludzińskich, na kresach dawnej Rzeczypospolitej w Antowilu, blisko Orszy – teraz to Białoruś. Rodzice zadbali o to, by otrzymała staranne wykształcenie i wychowanie. Już jako młoda dziewczyna zapragnęła wstąpić do klasztoru wizytek w Wilnie, ale posłuszna woli rodziców i radzie spowiednika w 1853 r. wyszła za mąż za Józefa Borzęckiego, właściciela majątku Obrembszczyzna koło Grodna. Było to szczęśliwe małżeństwo, a Celina była dobrą żoną i matką. Urodziła czworo dzieci, z których dwoje – Marynia i Kazimierz – zmarło jako niemowlęta. Celina zajmowała się pracą charytatywną wśród ludności wiejskiej, a w 1863 r. wspierała powstańców, za co znalazła się wraz z kilkutygodniową Jadwigą w rosyjskim więzieniu w Grodnie.
    W 1869 r. Józef Borzęcki uległ atakowi paraliżu i stracił władzę w nogach. Celina wraz z córkami Celiną i Jadwigą wyjechała z nim na leczenie do Wiednia, które jednak nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Przez pięć lat starannie pielęgnowała męża. Na kilka tygodni przed śmiercią Borzęcki podyktował starszej córce Celinie testament, w którym zaświadczył o miłości, bohaterstwie, odwadze i roztropności swej żony.
    Po jego śmierci, w 1875 r. Celina Borzęcka wyjechała z córkami do Rzymu. Tam znowu zapragnęła życia zakonnego. Poznała generała zmartwychwstańców, ks. Piotra Semenenkę, który stał się jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Pod jego wpływem postanowiła wraz z córką Jadwigą (obecnie Służebnicą Bożą) założyć żeńską gałąź zgromadzenia, do którego należał. Po pokonaniu wielu przeciwności i upokorzeń zmartwychwstanki zostały zatwierdzone jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem było nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. 6 stycznia 1891 r. Celina i Jadwiga złożyły śluby wieczyste. Dzień ten jest uważany za początek Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Kościele.
    Mimo rozlicznych zakonnych obowiązków, Celina była przy starszej córce (również Celinie), gdy rodziły się jej dzieci. Starała się też być dobrą babcią dla swoich pięciorga wnucząt. Założone przez nią nowe zgromadzenie rozwijało się dynamicznie. Jesienią 1891 r. Celina otworzyła w Kętach, mieście św. Jana Kantego, pierwszy dom na ziemiach polskich. W skromnej starej chacie początkowo została założona szkoła dla dziewcząt i nowicjat. Było trudno, bo siostrom i ich wychowankom doskwierała bieda, ale już po czterech latach stanął tam klasztor. Matka Celina sama zaprojektowała kaplicę, w której ołtarzu znalazła się Matka Boża Ostrobramska, a w witrażach można zobaczyć patronów Polski, Litwy i Rusi. Budynek klasztoru otacza piękny park, w którym do dziś rosną drzewa zasadzone jeszcze przez założycielkę. Dowodem jej zaradności i wyczucia smaku są zachowane niepowtarzalne szaty liturgiczne: alby, uszyte z jej koronkowej sukni ślubnej i dawnego stroju balowego. W Kętach zmartwychwstanki wybudowały szkołę i ochronkę dla dzieci. Stąd wyruszyły do kolejnych placówek – w Częstochowie i Warszawie. W 1896 r. rozpoczęły też pracę apostolską w Bułgarii, a w 1900 r. – w Stanach Zjednoczonych.
    W 1906 r. Celina przeżyła cios – nieoczekiwanie zmarła jej córka Jadwiga, współzałożycielka zgromadzenia i najbliższa współpracownica, która miała poprowadzić dalej rozpoczęte dzieło. Mimo podeszłego wieku Matka Celina pełniła nadal obowiązki przełożonej generalnej. Zmarła w Krakowie 26 października 1913 r., pochowana została obok swej córki w Kętach. W 1937 r. doczesne szczątki Celiny i Jadwigi zostały przeniesione do krypty pod kaplicą klasztoru w Kętach, a w 2001 r. – do sarkofagu w kościele św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach.
    Za życia matki Celiny powstało 18 domów, w których pracowało 214 sióstr zmartwychwstanek, i 16 związanych z ich duchowością zgromadzeń świeckich apostołek zmartwychwstania. W roku jej beatyfikacji w 54 domach w Polsce, Anglii, Argentynie, Australii, Kanadzie, Tanzanii, Stanach Zjednoczonych, we Włoszech i na Białorusi pracowało 512 sióstr oraz 322 apostołki. Siostry wykonują wiele posług, m.in. pracują jako nauczycielki, wychowawczynie, katechetki, zakrystianki, organistki, animatorki oazowe i pielęgniarki.Proces beatyfikacyjny Matki Celiny rozpoczęto z inicjatywy papieża Piusa XII w Rzymie w 1944 r. Dekret o heroiczności cnót podpisał św. Jan Paweł II w 1982 r. W 2002 r. w Krakowie przeprowadzono proces dotyczący domniemanego uzdrowienia po ciężkim wypadku Andrzeja Mecherzyńskiego-Wiktora, prawnuka Matki Celiny w piątym pokoleniu. 16 grudnia 2006 r. Benedykt XVI podpisał dekret zatwierdzający uzdrowienie dokonane za jej przyczyną. 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie matka Celina Borzęcka została ogłoszona
    błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Wszystko ma paschalny sens

     Archiwum Sióstr Zmartwychwstanek

    ***

    – Wiem przez wiarę, że Chrystus zmartwychwstał i żyje w nas i między nami, że niedługo spotkam Go twarzą w Twarz i będzie wieczne Alleluja. Tymczasem idę z Nim przez trudną codzienność pewna, że wszystko ma paschalny sens – odpowiedziała mi ponad 80-letnia siostra zmartwychwstanka na prośbę o słowo krzepiące w trudnym czasie pandemii.

    Przed laty inna znajoma starsza zmartwychwstanka ze wzruszeniem powtarzała: – My jesteśmy od Zmartwychwstałego, co to za wielka łaska i tajemnica!

    Bo rzeczywiście tajemnica paschalna to największa tajemnica życia chrześcijańskiego. Przeżywamy ją właśnie w Kościele, warto więc pochylić się nad historią i duchowością Sióstr Zmartwychwstanek, które żyją nią na co dzień każdego dnia.

    Zgromadzenie jest niezwykłym zgromadzeniem nie tylko z powodu duchowości. Jest bowiem pierwszym zgromadzeniem w historii Kościoła katolickiego, założonym przez matkę i córkę.

    Celina Borzęcka, współzałożycielka zgromadzenia, urodziła się w 1833 r. w miejscowości Antowil k. Orszy, w ziemi Mohylewskiej. Bardzo wcześnie zaczęła myśleć o Bogu i od dzieciństwa oddawała się modlitwie. Dosyć wcześnie też uświadomiła sobie powołanie do życia zakonnego. Rodzice mieli jednak inne plany wobec córki – znaleźli jej męża i ustalili datę ślubu. Był to duży cios dla młodej dziewczyny, która jednak po długiej walce duchowej powiedziała – jak Maryja – „fiat” i posłuszna spowiednikowi i woli rodziców poślubiła Józefa Borzęckiego. Ponad własne plany umiłowała bowiem bardziej wolę Bożą, a pragnienie życia zakonnego schowała na dnie serca.

    Od niemożliwego do realnego

    Małżeństwo Borzęckich było bardzo szczęśliwe. Józef otoczył swoją małżonkę miłością, szacunkiem i dobrobytem. Zamieszkali w majątku w Obrębszczyźnie k. Grodna. Tam przyszło na świat ich czworo dzieci, z których dwoje zmarło w niemowlęctwie. Przy życiu zostały dwie córki – Celina i Jadwiga. Szczęście małżonków zostało jednak niespodziewanie zakłócone. W 1869 r. Józef Borzęcki został dotknięty atakiem paraliżu, czego skutkiem była utrata władzy w nogach i życie na wózku inwalidzkim. Celina z wielką miłością otoczyła męża opieką. Nie pomogły jednak kuracje i w 1874 r. Józef Borzęcki w wieku 52 lat zmarł w Wiedniu. W pamiętniku, który Celina wówczas prowadziła, zapisała: „Odszedł mój anioł opiekuńczy”.

    Przełożony generalny Zmartwychwstańców o. Piotr Semenenko stał się kierownikiem duchowym Celiny oraz jej młodszej córki Jadwigi. Starsza córka Celina wyszła za mąż za Józefa Hallera – stryjecznego brata gen. Józefa Hallera.

    W 1881 r. Celina i Jadwiga Borzęckie, pod kierunkiem o. Semenenki, zaczęły tworzyć zręby przyszłej rodziny zakonnej o duchowości zmartwychwstańskiej, zaś o. Piotr uczył je paschalnej duchowości. Opiera się ona na wspólnym życiu z Chrystusem przez zawierzenie się Bogu, aż do całkowitego oddania Mu siebie. Ten rys duchowości nie był obcy Celinie, która wielokrotnie doświadczała siły zawierzenia, nawet wśród największej nocy ducha. O. Piotr ukazywał też prawdę o ludzkiej nędzy i konieczności wyniszczenia siebie tak, by umarł stary człowiek, a narodził się nowy, przemieniony w Chrystusa i razem z Nim zmartwychwstały. Zmartwychwstanki miały przejąć od zmartwychwstańców również cel apostolski. Początkowo było nim moralno-religijne odrodzenie społeczeństwa przez pracę parafialną. O. Semenenko nie doczekał jednak zatwierdzenia zgromadzenia przez Kościół. Zostało ono zatwierdzone dopiero 10 lat po jego śmierci – 6 stycznia 1891 r. Tegoż roku Matka Celina przyjechała do Polski i w Kętach k. Oświęcimia rozpoczęła budowę domu nowicjatu. Później powstawały kolejne placówki.

    Nie brano tego pod uwagę

    Niebawem Matka Celina kolejny raz została postawiona w sytuacji, w której bardzo mocno doświadczyła krzyża. U jej boku, przy tworzeniu nowej wspólnoty zakonnej, stanęła wierna i oddana sprawie współpracownica, asystentka generalna i ukochana córka Jadwiga – nadzieja zgromadzenia i matki. Przy takiej pomocnicy Matka Celina spokojnie myślała o przyszłości. Jadwiga miała poprowadzić dzieło zarówno duchowo, jak i materialnie. Młoda, pełna zapału do pracy, nad wyraz dojrzała duchowo. I nagle wydarzyło się coś, czego zupełnie nie brano pod uwagę – w wieku 43 lat Matka Jadwiga została odwołana do wieczności. Dla Matki Celiny był to straszny cios, ale kolejny raz wypowiedziała Bogu swoje „fiat” i z heroicznym męstwem podjęła zesłane jej cierpienie. Straciła trzecią ukochaną osobę, po mężu i kierowniku duchowym, i tak o tym pisała: „Bóg zabrał mi to, co po ludzku dawało mi pewność, abym zobaczyła, że Jego dzieło może się opierać wyłącznie na Nim”.

    Mimo utrudzenia i braku sił podjęła jeszcze wizytację wszystkich placówek. W 1913 r. podczas powrotu z Częstochowy do Kęt dostała zapalenia płuc. Pogodzona z wolą Bożą wypowiedziała swój testament dla sióstr: „Niech będą jedno”. Odeszła do Pana w niedzielę 26 października 1913 r, w dzień, w którym Kościół wspomina tajemnicę Zmartwychwstania. Została pochowana na cmentarzu w Kętach obok Matki Jadwigi. Obecnie ich doczesne szczątki spoczywają w kościele parafialnym, gdzie ludzie proszą we wszelkich potrzebach i są wysłuchiwani. Wymodlony za przyczyną Matki Celiny cud uzdrowienia stał się potwierdzeniem możliwości wyniesienia jej na ołtarze. Beatyfikacja miała miejsce 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie.

    Dziś Siostry Zmartwychwstanki podejmują liczne dzieła w różnych krajach świata, odpowiadając na współczesne potrzeby Kościoła. Pracują w parafiach, szkołach, szpitalach oraz wszędzie tam, gdzie Pan Bóg je prowadzi. Służą według swoich możliwości potrzebującym ludziom. Trwają na intensywnej modlitwie – dzisiaj szczególnie w intencji tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu z pandemią koronawirusa.

    Zachęcamy do modlitwy o łaski za wstawiennictwem bł. Celiny Borzęckiej

    Bądź uwielbiony, Panie Jezu, który udzieliłeś błogosławionej Celinie daru szczególnego umiłowania tajemnicy paschalnej

    i pragnienia wypełnienia Twojej świętej woli.

    Ufając w Twoją bezgraniczną miłość do nas, prosimy Cię za jej wstawiennictwem o łaskę ….

    Spraw, o Panie, aby Kościół mógł się radować zaliczeniem służebnicy Twojej Celiny do grona świętych dla większej chwały Twojej i naszego dobra.

    Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Marzena Cyfert/Tygodnik Niedziela

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    ***
    Święci męczennicy Chryzant i Daria, patroni sędziów
    fot. via Wikipedia, CC 0
    Święci męczennicy Chryzant i Daria, patroni sędziów
    ***
    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki

    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.:Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    ***
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Św. Józef Bilczewski – budowniczy mostów

    Św. Józef Bilczewski – budowniczy mostów

    Wikipedia

    ***

    Pełnił swą posługę w niezwykle gorącym okresie, starając się łagodzić nastroje w czasie gorących (i krwawych) konfliktów polsko–ukraińskich.

    Słowa: Fylón yr wełt an ganc ałłán ząs ych óm mjer óf hóhym śtán znaczą: „Zgubiony w świecie i całkiem sam usiadłem nad morzem na wysokim kamieniu”. Tak brzmi to zdanie po wilamowicku. To język z rodziny języków germańskich, używany w miasteczku Wilamowice nieopodal Kęt. Tu, u stóp zielonych Beskidów, 26 kwietnia 1860 r. przyszedł na świat Józef Bilczewski.

    Błogosławionym ogłosił go 26 czerwca 2001 r. Jan Paweł II.Tego dnia lało jak z cebra. Przemoczony rimskij papa, przemawiający na lwowskim gigantycznym, 250-tysięcznym blokowisku Sichów… zaintonował: „Nie lij, dyscu, nie lij, bo cie tu nie trzeba”. Wzbudził tym ogromny entuzjazm trzystu tysięcy młodych. Zdumieli się jeszcze bardziej, gdy papież rzucił: „Deszcz pada, to i dzieci będą rosły”. Po chwili nad potężnym lwowskim osiedlem rozbłysło słońce. Podczas swej 50. europejskiej pielgrzymki (23–27 czerwca 2001 roku) papież, urodzony nieopodal Wilamowic, ogłosił Józefa Bilczewskiego błogosławionym. Miejsce było nieprzypadkowe, bo kapłan ten swe życie związał ze stolicą Galicji.

    Po ukończeniu szkół w Wilamowicach, Kętach i Wadowicach (tu zdał maturę) w czerwcu 1880 roku wstąpił do krakowskiego seminarium. 6 lipca 1884 r. przyjął święcenia kapłańskie. Studiował w Wiedniu (doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim i rychło został profesorem teologii dogmatycznej na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Przez pewien czas ten ceniony przez studentów wykładowca pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora.

    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego profesora łacińskim arcybiskupem Lwowa. Jako pasterz wyróżniał się ogromną wrażliwością na potrzeby najuboższych, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością i pracowitością. Był fundatorem wielu kościołów, szkół i ochronek. Powszechnie znana była jego miłość do Maryi, którą zdrobniale nazywał Matuchną.

    Pełnił posługę w niezwykle gorącym okresie: I wojny światowej, walk o Lwów i wojny z bolszewikami. Starał się łagodzić nastroje w czasie konfliktów polsko-ukraińskich. „Czasy są złe. Cały świat jest w ogniu, możemy powtarzać za św. Janem Chryzostomem. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Wszyscy jesteśmy niespokojni co do planu, jaki Opatrzność gotuje się spełnić w najbliższej przyszłości (…). Otóż w takiej chwili moim obowiązkiem jest wynieść wysoko Zbawiciela na Jego tronie eucharystycznym i położyć tuż obok niego przed oczami wszystkich katechizm. Nade wszystko zaś chciejmy wszyscy naśladować czynną miłość Zbawiciela, który jako ostatni i najpokorniejszy niewolnik obmywał nogi uczniom, stał się sługą wszystkich” – nauczał.

    Zmarł z przepracowania przed stu laty, 20 marca. Świętym ogłosił go Benedykt XVI i była to pierwsza kanonizacja jego pontyfikatu (w poczet świętych włączył wówczas również założyciela józefitek ks. Zygmunta Gorazdowskiego).

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    ***
    Karol Wojtyła z matką

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.

    Karol Wojtyła po maturze

    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.

    Ksiądz Karol Wojtyła

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Biskup Karol Wojtyła

    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.

    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża

    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.
    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł

    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.

    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.

    Trumna z ciałem św. Jana Pawła II

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.

    Święty Jan Paweł II

    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 października

    Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
      •  Święty Kasper del Bufalo, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jakub Strzemię

    Jakub Strepa herbu Strzemię urodził się w 1340 r. Pochodził z diecezji krakowskiej, ale rodzina jego osiedliła się we Włodzimierzu na Rusi. O jego rodzinie i młodości brak informacji; niektórzy hagiografowie uważają, że kształcił się w Rzymie, chociaż brak na to dowodów. Pewne jest tylko to, że wstąpił do zakonu franciszkanów i że był członkiem Stowarzyszenia Braci Pielgrzymujących dla Chrystusa we Lwowie. Stolica Apostolska wyposażyła tę instytucję misyjną, utworzoną w zakonie dominikanów i franciszkanów dla działań na Rusi i Mołdawii, w rozległe przywileje duszpasterskie.
    W latach 1385-1388 Jakub był gwardianem franciszkańskiego klasztoru Świętego Krzyża we Lwowie. Z ówczesnych akt wynika, że był nie tylko gorliwym przełożonym konwentu, ale troszczył się także o dobro Kościoła na Rusi. Pośredniczył w sporze, jaki zaistniał pomiędzy arcybiskupem Halicza, Bernardem, a magistratem miasta Lwowa. Doszło do tego, że zapalczywy hierarcha zamierzał obłożyć miasto karami kościelnymi i w ten sposób pozbawić go normalnej opieki duchowej. Jakub spór załagodził. Niemniej energicznie stawał w obronie zakonów żebrzących (głównie dominikanów i franciszkanów) przeciwko niektórym duchownym, którzy zakazywali na swoich obszarach kaznodziejom głosić Słowo Boże i sprawować posługę duchową, chociaż ci mieli na to zezwolenie Stolicy Apostolskiej. Dowodem wielkiego zaufania, jakim Jakub cieszył się w Rzymie, było mianowanie go inkwizytorem na całą Ruś.
    27 czerwca 1391 r. papież Bonifacy IX mianował Jakuba drugim (po Bernardzie) arcybiskupem Halicza. Sakrę biskupią Jakub przyjął w Tarnowie w 1392 r. Znał już wtedy bardzo dobrze swoją metropolię, którą jako misjonarz wiele razy przemierzył pieszo. Ponieważ była to metropolia nowa, powstała w roku 1367, nie było w niej jeszcze ani katedry, ani kapituły. Kościołów i kapłanów było bardzo mało; nawet granice diecezji nie były dokładnie ustalone. We wsiach mieszkała głównie ludność prawosławna (ruska). Nowemu arcybiskupowi przyszło organizować metropolię właściwie od podstaw.
    Za punkt wyjścia pracy obrał sobie wizytację swojej rozległej diecezji. Zamieszkał w drewnianym domku przy klasztorze lwowskim. Stamtąd udawał się do miast i osiedli. Wszędzie, gdzie byli panowie polscy, zachęcał ich do fundowania nowych kościołów, które czynił ośrodkami parafialnymi. Popierał gorliwie zakony franciszkanów i dominikanów w ich pracy misyjnej. Bardzo szybko zaczęła topnieć liczba prawosławnych, a powiększała się liczba katolików. Nie mając jeszcze kapituły, arcybiskup Jakub sam rządził diecezją ze swoim oficjałem i notariuszem, który prowadził jego kancelarię. W trudniejszych i ważniejszych sprawach radził się proboszczów i przełożonych klasztorów. W ostatnich latach swoich rządów dobrał sobie do pomocy biskupa Zbigniewa z Łapanowa jako swojego sufragana.
    W 1406 r. zorganizował we Lwowie pierwszy synod prowincjonalny dla rozstrzygnięcia pewnych spornych spraw. Tak bardzo zasłużył się dla katolickiej Rusi, że nazwano go “ojcem i stróżem ojczyzny, senatorem mądrym”. Jadwiga i Władysław Jagiełło darzyli go szczególnym zaufaniem. Jakub darzył ich wzajemną czcią i miłością. Należał do zaufanych doradców Jagiełły. Wielką miłością darzyli go też wierni. Na wiadomość, że zamierza przenieść stolicę metropolii do Lwowa, mieszkańcy miasta bardzo ofiarnie i szczodrze zabrali się do budowy katedry. Jej poświęcenia Jakub dokonał w 1404 r.
    Zmarł we Lwowie 20 października 1409 r. Zgodnie z testamentem został pochowany w chórze franciszkańskiego kościoła we Lwowie. Przez całe życie był tak ubogi, że w testamencie poza szatami liturgicznymi nie miał dosłownie nic do rozdania. Zostawił po sobie ponad 20 dokumentów. Mówią o nim także źródła postronne. W swej pobożności miał szczególną cześć dla Najświętszego Sakramentu. Zarządził, aby wieczna lampka paliła się przed tabernakulum, co nie było jeszcze wówczas w Kościele stałym zwyczajem. Dominikańskiemu kościołowi Bożego Ciała we Lwowie nadał odpusty, aby zachęcić lud do licznego udziału w adoracji i wystawieniu w monstrancji, jakie wtedy zaczęło wchodzić w zwyczaj.
    Zaraz po śmierci zaczęto oddawać mu cześć. Kronikarz napisał o nim taką pochwałę: “Był to mąż wielkiej cnoty, sławny pobożnością, i życia prostego, mogący być wzorem i przykładem dla innych”. W latach późniejszych jednak cześć jego zupełnie zanikła – tak dalece, że nie wiedziano nawet, gdzie znajduje się jego grób. Znaleziono go dopiero przypadkowo 29 listopada 1619 r. Pod wpływem wciąż rosnącego nabożeństwa i wielu łask, jakie działy się za jego przyczyną, w roku 1777 rozpoczęto kanoniczny proces. 11 września 1790 r. papież Pius VI zatwierdził jego kult i pozwolił obchodzić jego święto. Na prośbę metropolity papież św. Pius X ogłosił bł. Jakuba wraz z Matką Bożą Królową Polski współpatronem archidiecezji lwowskiej. Został on też obrany patronem polskiej prowincji franciszkańskiej. Relikwie bł. Jakuba, spoczywające w kaplicy Chrystusa Ukrzyżowanego w katedrze lwowskiej, po ostatniej wojnie przeniesiono do katedry tarnowskiej, a w 1966 r. przewieziono do Lubaczowa. 5 grudnia 2009 r., po blisko 65 latach, relikwie patrona archidiecezji lwowskiej, bł. Jakuba Strzemię, powróciły do katedry rzymskokatolickiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie. Uroczystościom przeniesienia i wprowadzenia relikwii do katedry przewodniczył metropolita lwowski, abp Mieczysław Mokrzycki.

    W ikonografii bł. Jakub przedstawiany jest w stroju biskupa. Jego atrybut to pieczęć herbowa z wizerunkiem Matki Bożej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Znamienity przedstawiciel Alma Mater Cracoviensis – św. Jan Kanty

    Znamienity przedstawiciel Alma Mater Cracoviensis – św. Jan Kanty

    św. Jan Kanty – www.niedziela.pl

    ***

    Jan z Kęt był człowiekiem prawym, wrażliwym na biedę i potrzeby innych. Chętnie dzielił się tym, co posiadał. Rezygnował z przywilejów kościelnych, pracując jednocześnie na swoje utrzymanie. Był człowiekiem Kościoła, kilkakrotnie pielgrzymującym do Rzymu, choć w jego czasach podróż taka była długa i niebezpieczna. Sam zdobywszy wykształcenie, przez ponad pół wieku był profesorem, wykładowcą, powiernikiem i duszpasterzem środowiska uniwersyteckiego w królewskim grodzie nad Wisłą. 20 października Kościół wspomina św. Jana Kantego, który obok św. Jana Pawła II i Mikołaja Kopernika należy do najznamienitszych przedstawicieli Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 roku w Kętach, niedaleko Oświęcimia. Na wielu dokumentach tak się właśnie podpisywał, jako Jan z Kęt i to stało się swego rodzaju nazwiskiem.

    Do szkoły uczęszczał w rodzinnej miejscowości, a musiała stać na wysokim poziomie, skoro po jej ukończeniu, w 1413 roku, mógł się zapisać do Akademii Krakowskiej. Po dwóch latach był bakałarzem, a po kolejnych trzech, magistrem filozofii. Został wykładowcą, choć wtedy było to bezpłatne stanowisko. Niedługo potem przyjął święcenia kapłańskie. Utrzymywał się dając prywatne lekcje i z posługi duszpasterskiej.

    W 1421 roku Akademia Krakowska wysłała Jana do Miechowa. Na prośbę tamtejszych bożogrobców został kierownikiem ich szkoły klasztornej. Uczył kleryków, a w wolnym czasie przepisywał potrzebne mu do wykładów rękopisy. Do naszych czasów zachowało się wiele kodeksów przepisanych ręką św. Jana, które przechowywane są w Bibliotece Jagiellońskiej, a nawet w Bibliotece Watykańskiej. Znajdziemy tam teksty Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, ale też Arystotelesa.

    Jan Kanty był także kaznodzieją w przyklasztornym kościele. Zajmował się też muzyką, bo zachowały się partytury pieśni, zapisane jego ręką. Po ośmiu latach Jan wrócił do Krakowa, gdyż w jednym z kolegiów Akademii zwolniło się miejsce dla profesora, które zapewniało mieszkanie i utrzymanie. Po powrocie rozpoczął wykładać na wydziale filozoficznym i podjął studia teologii. Pełnił też różne funkcje w administracji Akademii.

    Św. Jan Kanty - Tadeusz Żukotyński (1855-1912), Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Jan Kanty – Tadeusz Żukotyński (1855-1912), P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    W 1439 roku został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie, a także proboszczem w Olkuszu. Ponieważ nie mógł pogodzić probostwa z obowiązkami na Uniwersytecie, więc zrzekł się lukratywnego beneficjum i sporych dochodów. Musiał się znać na muzyce, o czym świadczy powierzenie mu obowiązków kantora, opiekującego się muzyką i śpiewem liturgicznym. Ponieważ był profesorem, a potem też dziekanem i rektorem Kolegium Większego, więc tytuł magistra teologii – równoznaczny wtedy z doktoratem – zdobył dopiero w 1443 roku.

    Był człowiekiem głębokiej wiary i pobożności. Czynnie praktykował miłosierdzie. Dzielił się z potrzebującymi. Wyzbywał się nawet tego, co posiadał, odzienia i obuwia. Dzielił swój chleb z głodnymi. Podania przekazują, że żywność przekazywana bliźniemu w cudowny sposób odnawiała się na talerzu Jana. Wspomagał w szczególności ubogich studentów. Był gorliwym duszpasterzem. Głosił kazania, krzewił kult eucharystyczny, zachęcał też do częstego przyjmowania Komunii św., wiele spowiadał.
    Zmarł w Krakowie w Wigilię Bożego Narodzenia 1473 roku. Uważano go za świętego i dlatego pochowano go od razu pod amboną w kościele św. Anny.

    Beatyfikował go Innocenty XI, a kanonizował w roku 1767 Klemens XIII. Św. Jan Kanty jest patronem uczącej się i studiującej młodzieży, a także profesorów, szkół katolickich i ‘Caritasu’. W ikonografii ukazywany jest w todze profesorskiej. Jego atrybuty to między innymi obuwie, które daje ubogiemu i różaniec.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.
    opracowano na podstawie tekstu ks. Grzegorza Kalwarczyka
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Jerzy wciąż nas prowadzi ku Bogu

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy Popiełuszko.

    fot. Andrzej Iwański (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)

    ***

    Mija 39. rocznica męczeńskiej śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, a pamięć o Nim wciąż trwa i rozwija się. Ze wspomnień znajomych i przyjaciół męczennika wyłania się jego wyraźny obraz – człowieka wielkiej wiary, miłości do bliźniego i Ojczyzny, prawdziwego wojownika, który zło zwyciężał dobrem.

    Modlitwa dawała mu siłę

    Wszyscy ci, którzy osobiście znali księdza Jerzego świadczą, że głównym źródłem jego siły była głęboka modlitwa. Alek Popiełuszko gorliwie modlił się już od najmłodszych lat. – Od czasu przyjęcia sakramentu I Komunii Świętej każdego dnia był na Mszy świętej. On był ministrantem w naszym kościele świętych Piotra i Pawła w Suchowoli. Żeby zdążyć na swoją służbę liturgiczną podczas Eucharystii, wstawał o 5:00 rano. Zawsze, posługując blisko ołtarza, był bardzo skupiony. Cechowała go też ogromna cześć dla Matki Bożej – powiedział nam ksiądz Stanisław Gudel, szkolny kolega Błogosławionego.

    Wytrwała modlitwa w wieku dziecięcym i młodzieńczym, sprawiła że jako kapłan Jerzy Popiełuszko stał się człowiekiem głębokiej duchowości, z której czerpał siły do trudnej posługi. – Wszystkie ataki jakie na niego przypuszczono, znosił z niesamowitą pokorą – właśnie dzięki swojemu głębokiemu zatopieniu w modlitwę. Ona go wyciszała i dawała mu wielka siłę do prowadzenia tak wielu prac duszpasterskich. Wszyscy się wówczas dziwili, skąd on jeden miał tyle sił, aby to wszystko ogarnąć. A to się brało stąd, że ksiądz Jerzy pomimo słabego zdrowia był duchowym tytanem, olbrzymem – powiedziała nam Teresa Fokczyńska-Szóstko, współpracownica księdza Jerzego w duszpasterstwie służby zdrowia. Nasza rozmówczyni wspomina, że błogosławiony kapłan miał swoją ulubioną modlitwę – tę, której poświęcony jest październik. – Oprócz Mszy świętej zawsze odmawialiśmy Różaniec. To była ulubiona modlitwa księdza. Zawsze na nią czekał – świadczy pani Fokczyńska-Szóstko, której ojciec, bohater narodowy, miał duży udział w rozszyfrowaniu słynnej niemieckiej Enigmy.

    Dobry kapłan i dobry człowiek

    Pani Teresie szczególnie mocno zapadła w pamięć sytuacja, kiedy niezłomny kapelan „Solidarności” pospieszył z pomocą kobiecie, która po internowaniu w stanie wojennym jej męża, została z dziećmi bez środków do życia. Gdy ksiądz Jerzy się o tym dowiedział, nie czekał ani chwili. – Poszliśmy z nim razem do tej młodej matki. Wtedy byłam świadkiem tej wspaniałej dobroci. On po prostu usiadł i pytał tej pani, jakie ma wydatki. Podliczył wszystko – pieniądze potrzebne na jedzenie, na przedszkole, na ubrania, na rachunki. Suma wyszła całkiem spora. Ksiądz tylko pokazał ją kobiecie i spytał, czy tyle wystarczy. Ona była w szoku, słowa nie mogła z siebie wydobyć, ale w końcu wyszeptała, że na pewno by jej to z nawiązką wystarczyło. Ksiądz powiedział tylko: „No to jesteśmy umówieni”. Od tej pory, aż do zwolnienia z więzienia ojca ta rodzina mogła być spokojna o swój byt – wspomina pani Teresa ze wzruszeniem.

    Skuteczny orędownik

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko, będąc już w Domu Ojca, kilka razy ratował życie swojemu przyjacielowi i bliskiemu współpracownikowi, podczas duszpasterzowania w Hucie Warszawa, Jerzemu Szóstko. W roku 2010 pan Jerzy zaczął odczuwać poważne dolegliwości serca. Krzysztof, syn Jerzego Szóstko, po uzgodnieniu sprawy z ojcem, postanowił przewieźć go do specjalistycznego szpitala w niemieckim Rotenburgu. – Zanim przekroczyliśmy granicę, w Warszawie kazałem synowi zawieźć się na grób ks. Jerzego. Modliłem się przy nim gorąco o wstawiennictwo mego przyjaciela. Całkowicie oddałem swój los Bogu. Kiedy dojechaliśmy do szpitala, po badaniu, mocno zdziwiony lekarz zadał mi tylko jedno pytanie: Ile pan czasu chodzi bez opieki lekarskiej w tym stanie”. Odpowiedziałem „jakiś tydzień”. Lekarz osłupiał ze zdziwienia i powiedział: „To niemożliwe. Pan powinien już nie żyć”. Zaraz potem pan Jerzy trafił na stół operacyjny. Operacja przebiegła z bardzo dobrym skutkiem.

    Od wieku młodzieńczego był prześladowany za wiarę

    Ksiądz Stanisław Gudel, kolega ks. Jerzego z suchowolskiego liceum, wspomina, że kiedy dyrektor szkoły dowiedział się, iż obaj chcą iść „na księży”, wezwał ich do swego gabinetu i powiedział: „To wy wykształceni, prawie dorośli ludzie chodzicie do kościoła i do tego chcecie iść na księży. Czy wam nie wstyd?”. Niektórzy nauczyciele – komuniści, również kpili z nich i robili im trudności w nauce. Jeszcze gorzej zachowywali się wobec nich przełożeni w wojsku, do której to służby obaj zostali przymuszeni, a wcześniej przerwano ich naukę w seminarium duchownym. – Alek Popiełuszko trafił do specjalnej jednostki o zaostrzonym rygorze w Bartoszycach. Ja, jako kleryk, też trafiłem do tej samej jednostki, tyle że w roku 1968. Alek zakończył swoją służbę tydzień przed moim tam przybyciem. Dowódcą tego oddziału był oficer o imieniu Konstanty, on mocno dał się we znaki Alkowi. Konstanty z domu był prawosławny, ale w wojsku zrobili z niego zawziętego ateistę – wspomina ks. Stanisław Gudel. Kapłan mówi, że znęcanie się nad Jerzym Popiełuszko w wojsku bardzo osłabiło jego zdrowie, co później odcierpiał w chorobach. – Ksiądz Jerzy Popiełuszko powiedział mi, że z powodu swego uporu przy obronie modlitwy i symboli kultu religijnego, on w wojsku wycierpiał od przełożonych najwięcej. Wsadzono go na kilka dni do aresztu, kazano stać w ciężkim rynsztunku przez wiele godzin na baczność, czołgać się w błocie boso, gdy był silny mróz, maszerować po śniegu lub czyścić toalety w masce przeciwgazowej – opowiada ksiądz Gudel o maltretowaniu kolegi.

    Po męczeńskiej śmierci nadal wyzwala z nienawiści

    Księdza Jerzego Popiełuszkę 19 października 1984 uprowadzono, a później zamordowano (miał wówczas zaledwie 37 lat). Była to jedna z najokrutniejszych zbrodni PRL. W całej Polsce rozpoczęły się masowe czuwania, przed kościołami wierni ustawiali symboliczne krzyże ze zniczy. Według oficjalnej wersji bezpośredni sprawcy zbrodni – trzej oficerowie SB oraz ich przełożony – zostali skazani na karę więzienia w tzw. procesie toruńskim. Wielu okoliczności zbrodni jednak nigdy nie wyjaśniono. Wciąż nie wiadomo, kto naprawdę wydał wyrok na niezłomnego kapłana. Skazani wyszli na wolność już w latach 90. Niektórzy z nich pobierają wysokie emerytury mundurowe. Nigdy nie ukarano osób z kierownictwa MSW odpowiedzialnych za morderstwo.

    Teresa Fokczyńska dobrze pamięta chwilę, kiedy dowiedziała się o śmierci swojego przyjaciela. Była to dla niej również chwila uwolnienia się od nienawiści, co – jak wierzy – stało się za wstawiennictwem ks. Jerzego. – Byłam wówczas w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, gdzie posługiwał nasz kochany kapelan. Kiedy powiedziano, że ksiądz Jerzy nie żyje, w kościele wybuchł powszechny, ogromny szloch, zawodzenie – pierwszy raz w życiu coś takiego słyszałam i widziałam. Sama stałam jak osłupiała. Księża nie dali rady ludzi uspokoić, dopiero ksiądz Folejewski zaczął mówić Ojcze Nasz, doszedł do „jako i my im odpuszczamy” i powtarzał to do tej pory, aż w kościele zapanowała zupełna cisza – wspomina pani Teresa. – We mnie wówczas dokonała się wielka duchowa przemiana. Do tego czasu nosiłam w sobie ogromną nienawiść do komunistów. W tamtej jednak chwili cała ta nienawiść jakby ze mnie opadła. Poczułam na to miejsce jak jest mi tych ludzi bardzo żal, zobaczyłam w jak strasznym stanie oni się znajdują. Jacy to biedni ludzie, jakie wielka, przerażająca ich nędza. Tak więc dzięki księdzu Jerzemu odrodziłam się duchowo – podkreśla Teresa Fokczyńska-Szóstko.

    Pamięć o bł. ks. Jerzym trwa i rozwija się

    Wciąż powstają nowe inicjatywy poświęcone pamięci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W Okopach, miejscu urodzenia kapłana, postanowiono wybudować poświęcone jego życiu muzeum. Jest już projekt architektoniczny obiektu. Obecnie, fundacja która zajmuje się budową muzeum (jednym z jej uczestników jest brat ks. Jerzego, który przekazał grunta pod budowę), gromadzi środki potrzebne na inwestycję, która będzie organizacyjnie przypisana do struktur Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.

    Również radni gminy Suchowola postanowili uczcić swojego honorowego obywatela uchwałą, która ustanawia AD 2024 Rokiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, w 40. rocznicę śmierci. Gmina przygotowuje właśnie wniosek do marszałka Sejmu o ustanowienie takiego roku, poświęconego osobie świętego i bohaterskiego kapłana, dla całego kraju.

    W Suchowoli, na ścianie Zespołu Szkół powstaje też monumentalny mural przedstawiający postać ks. Jerzego. W Bydgoszczy kilka dni temu przebiegła (wystartowała spod kościoła, w którym ks. Jerzy odprawił swoją ostatnią Msze świętą) licząca kilkaset osób sztafeta ku pamięci kapelana „Solidarności”. Takich inicjatyw jest coraz więcej.

    Adam Białous/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Męczeństwo ks. Popiełuszki oczami oprawców

    Otoczony przez szpicli, nękany, szczuty, śledzony, podsłuchiwany i podglądany, wyszydzany, opluwany, torturowany i wreszcie zamordowany. Życie Męczennika. Czas księdza Jerzego...

    Bali się go. Bali się bardziej niż on ich. Więc zaciskali pętlę – powoli, metodycznie – władcy PRL-u, generałowie Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak. I do walki z jednym księdzem zapędzili Służbę Bezpieczeństwa z oficerami i zdrajcami spoza resortu. Dołączyli cały aparat propagandowy z telewizją, radiem i gazetami. Otoczyli ks Popiełuszkę. Cel był jeden: złamać i uciszyć niepokornego kapłana, rozpędzić ludzi gromadzących się na Mszach za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

    Prokuratorskie oskarżenia nic nie dały. Przesłuchania – także nic. Prowokacja w mieszkaniu przy ul. Chłodnej, gdzie SB podrzuciła kompromitujące materiały m.in. amunicję i antypaństwowe ulotki – bez efektu. Ksiądz Popiełuszko nie został złamany. Ostatnią możliwością uporania się z nim była śmierć. Morderstwo.

    JEDNA Z OSTATNICH MSZY ŚWIĘTYCH ODPRAWIONYCH PRZEZ KS. JERZEGO POPIEŁUSZKĘ, BYTOM, 8 X 1984 | ZDJĘCIE DZIĘKI UPRZEJMOŚCI MUZEUM KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI W WARSZAWIE

    ***

    Ostatnia droga ks. Jerzego rozpoczęła się 19 października 1984 roku. Kapelan Solidarności na zaproszenie Duszpasterstwa Ludzi Pracy, przyjechał do bydgoskiej parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników. Tego samego dnia wracał do Warszawy. Swoją ofiarę upatrzyli mordercy, trzej oficerowie MSW: kapitan Grzegorz Piotrowski, porucznik Leszek Pękala i porucznik Waldemar Chmielewski. Byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, IV departamentu MSW zwalczającego Kościół.

    Co dokładnie się wtedy stało? Jak wyglądały ostatnie chwile życia księdza Jerzego? Kto bił, kto wiązał, kto zadał decydujący cios? Czy może z tamy we Włocławku oprawcy wrzucili do Wisły żywego jeszcze kapłana? Problem w tym, że historycy muszą opierać się na relacji morderców, którzy kluczyli i kłamali oraz na zmanipulowanym Procesie Toruńskim. Nawet jeśli nie poznamy nigdy szczegółów – to wiadomo na pewno, że ostatnie chwile, godziny czy minuty życia kapłana były drogą cierpienia. Nawet jeśli oprzemy się tylko i wyłącznie na relacjach morderców.

    Czy można sobie wyobrazić, co czuł ks. Jerzy Popiełuszko gdy go porwali? Gdy bili, straszyli, wyzywali? Gdy zamykali w bagażniku samochodu i wieźli w nieznane? Gdy wiązali tak, by dusił się przy próbie rozluźnienia więzów… To jest tak przerażająca próba… Ale to był finał męczeństwa ks Jerzego. Długi i straszny finał.

    Ks. Jerzy w Bydgoszczy odprawia ostatnią w swoim życiu Mszę. Około godziny 22.00 zielony volkswagen golf odjeżdża sprzed kościoła. Za kierownicą siedzi Waldemar Chrostowski. Obok niego ksiądz Jerzy Popiełuszko. Są obserwowani przez trzech mężczyzn w jasnoszarym fiacie 125 p. Prowadzi Pękala, obok niego siedzi Chmielewski, z tyłu dowodzący nimi Piotrowski. Fiat rusza za golfem.

    Akcja była zaplanowana. Jeszcze w Warszawie Chmielewski dobrał sobie milicyjny mundur i białą czapkę. Miał wyglądać na milicjanta z drogówki. Mieli ze sobą także latarkę z czerwonym światłem. Wszystko było gotowe, by zatrzymać golfa w drodze. I porwać księdza. Ale czy do porwania i zastraszenia potrzebne były dodatkowe rzeczy przygotowane na zlecenie Piotrowskiego: tablice rejestracyjne na zmianę, sznurek do skrępowania księdza, plaster dzięki któremu można było zakneblować Popiełuszkę, eter, kajdanki, pistolety i… worek z kamieniami do obciążenia ciała?

    MIEJSCE NA „TAMIE WE WŁOCŁAWKU”, Z KTÓREGO OPRAWCY ZRZUCILI ZWIĄZANEGO KS. JERZEGO POPIEŁUSZKĘ DO WODY | FOT. SEBASTIANM / WIKIMEDIACOMMONS / CC BY-SA 2.5

    ***

    „No! Ubieraj się!” – Piotrowski wydał komendę Chmielewskiemu. Mordercy cały czas mieli w zasięgu wzroku zielonego golfa. Chmielewski założył kurtkę z dystynkcjami sierżanta, włożył na głowę czapkę i wziął w dłoń latarkę. Sprawdził jeszcze czy czerwone światło działa. Kończyły się właśnie ostatnie chwile wolności ks. Jerzego. Pędzący za nimi fiat migał światłami. Po chwili zrównał się z golfem. Szyba po stronie pasażera w fiacie osunęła się w dół. W oknie pojawiła się postać w milicyjnej, białej czapce. Błysnęło czerwone światło latarki. Chrostowski nie stanął. Jechał dalej. Fiat wyprzedził golfa, zajechał mu drogę i zaczęli zwalniać. Golf ich wyprzedził, jednak po chwili Chrostowski zatrzymał samochód. Pękala stanął kilka metrów za nim.

    Udawali milicyjną kontrolę drogową. Ale już tylko przez chwilę. Najpierw do fiata przyprowadzono Waldemara Chrostowskiego. Został skuty kajdankami i zakneblowany szmatą. Zwitek musiał być wepchnięty głęboko, bo Chrostowski z trudem oddychał, charczał. Po chwili w pobliżu samochodu morderców stał ksiądz Jerzy. Protestował. Nie chciał wsiąść.

    Z jednej strony ciemny las. Z drugiej ciemna droga. Nie ma świadków. Nikt nie przyjdzie z pomocą.

    Tu padają pierwsze ciosy. Pękala siedzi w samochodzie. Za kierownicą. Pogłaśnia radio, żeby nie słuchać charczenia Chrostowskiego. Jednak mimo brzęczącego głośno radia, dochodzą go głuche odgłosy bicia. „Otwórz bagażnik” – słyszy po chwili. Dźwignia znajduje się w aucie i Pękala nie wysiadając, otwiera. Z tyłu dochodzą dźwięki przesuwanych przedmiotów. W bagażniku powstaje miejsce dla księdza…

    ZWIĄZANA RĘKA KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI PO WYŁOWIENIU CIAŁA Z ZALEWU WIŚLANEGO | ZDJĘCIE DZIĘKI UPRZEJMOŚCI MUZEUM KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI W WARSZAWIE

    ***

    Samochód drgnął i osiadł na tylnych kołach… Popiełuszko leżał w bagażniku.

    Chmielewski z Piotrowskim wsiedli do auta. Fiat ruszył. Skuty kajdankami Chrostowski małym palcem chwyta niepostrzeżenie za klamkę. Czeka na okazję. Szansa na ucieczkę pojawia się, gdy dostrzega na poboczu dwie osoby stojące przy motocyklu. Ciągnie klamkę i wypycha drzwi. Wypada na zewnątrz. Turla się. Wstaje i biegnie w kierunku ludzi. Jest wolny. Wyskoczył z pędzącego samochodu przy prędkości 80-100 km na godzinę. Skończyło się tylko na otarciach i podartej marynarce… I na dodatek kajdanki na prawym ręku puściły… Dużo tego szczęścia.

    „Grzej rurę!” – rzucił któryś do Chmielewskiego. Ten wcisnął pedał gazu do oporu. Esbecy nie zatrzymali się, by łapać uciekiniera. Jedynego świadka swojej zbrodni.

    Odzyskał przytomność. Ból. Szum kół na szosie. Ciemno. Ciasno. Duszno. Śmierdzi. Bagażnik od środka. Popiełuszko ściśnięty w ciemności bagażnika zaczyna walczyć. Rozpycha się. Uderza w klapę. Trzej w fiacie słyszą uderzenia z bagażnika.

    „Popiełuszko z tyłu się tłucze! Oprzytomniał…” – mówi Chmielewski do kolegów. Zatrzymali auto.

    POGRZEB KSIĘDZA JERZEGO POPIEŁUSZKI NA TERENIE KOŚCIOŁA ŚW. STANISŁAWA KOSTKI W WARSZAWIE | FOT. ANDRZEJ IWAŃSKI / WIKIMEDIACOMMONS / CC BY-SA 3.0

    ***

    Czuł, że samochód stanął. Zmysły pracują jak oszalałe. Ciało czuje i słyszy. Drganie auta. Ktoś wysiada. Kroki. Klapa bagażnika leci w górę. Zmęczone duchotą i smrodem płuca chwytają hausty nocnego powietrza. Oczy zmęczone ciemnością. Ciosy. Ciosy pałką. Do nieprzytomności***. Klapa opada. W drodze na tamę będzie jeszcze kilka takich postojów. Podczas jednego z nich Popiełuszko ucieka, ale zostaje złapany. Jest bity i powalony na ziemię. Oprawcy związują księdza. Popiełuszko jest już bardzo słaby. Tylko jęczy. „Kamulki do nóg. I do wody” – miał powiedzieć kapitan Piotrowski. Koniec szans. Mordercy jadą w kierunku tamy we Włocławku.

    Tama. Pusto. Mordercy podchodzą do barierki. Patrzą w dół na lustro wody. Wracają do auta i rozglądają się. Nie ma świadków. Klapa bagażnika w górę. Ostatni raz. Ksiądz Jerzy, skatowany i zakneblowany, leży z głową w lewej części bagażnika. Podkulone więzami nogi są z prawej. Trzy pary rąk chwytają kapłana. Jeszcze sutanna zaczepia o zamek bagażnika, ale mordercy są silniejsi. Sutanna puszcza. Pęka ostatnia nić. We trzech niosą go do barierki. Przerzucają.

    Leci w dół. Spętany. Kamulki w worku u nóg. Otwiera się czarna toń. Kamulki ciagną w dół. Bezlitośnie. Cicho. Gasną kręgi na wodzie.

    ***Ksiądz Jerzy Popiełuszko został straszliwie skatowany. Był torturowany. Trudno było nawet rozpoznać ciało podczas identyfikacji. Twarz była posiniaczona, zmasakrowana. Sekcja wykazała duże obrażenia narządów wewnętrznych. Na szyi księdza Jerzego wisiał krzyżyk.

    Sławomir Dynek/Stacja7 pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Marianna Popiełuszko. Matka Świętego

    “On chciał zło dobrem zwyciężać, nie mógł inaczej postąpić” – mówiła Marianna Popiełuszko, mama błogosławionego ks. Jerzego.

    Matki księdza Jerzego nie dziwiło zachowanie syna. On chciał dobrem zło zwyciężyć, nie mógł inaczej postąpić – tłumaczy. Jasne było dla niej, że zasady wiary przekładają się na konkretne życie. Jeżeli są prawdziwe, nie mogą być oderwane od rzeczywistości. Nie gorszyła się więc, że jej syn częstował gorącą kawą z termosu żołnierzy zaangażowanych do walki przeciw własnemu narodowi. Ja go uczyłam, żeby nie mówić źle o innych i dla każdego być dobrym. On wiedział, że tak ma być, i koniec.
    Nauce matki pozostał wierny.

    Potworna wiadomość…

    O porwaniu syna Marianna Popiełuszko dowiedziała się dopiero dzień później. W sobotę 20 października rano wydoiła krowy, a potem zbierała z pola resztki buraków przed zimą. Rozwiesiła pranie na podwórku, mając nadzieję, że ciepłe promienie słońca je choć trochę osuszą. Wyrobiła w dzieży ciasto na chleb, przyniosła drewno na opał. Obrała ziemniaki na zupę, nastawiła mleko na ser, a do kubka odlała z wierzchu śmietanę. I tak nie wiadomo kiedy upłynął jej dzień.

    Wieczorem, jak zawsze, razem z mężem odmówiła na głos Różaniec. Jej mąż Władysław położył się już do łóżka, a ona zdjęła z głowy chustkę i o 19.30 usiadła przed telewizorem, by zobaczyć, co ciekawego dzieje się w świecie. I wtedy jak grom z nieba spadła na nią ta potworna wiadomość. Ni stąd, ni zowąd, w Dzienniku Telewizyjnym usłyszała o… porwaniu księdza Jerzego Popiełuszki z warszawskiego Żoliborza…

    Marianna Popiełuszko, Matka Świętego

    Była oszołomiona

    Spiker odczytał komunikat: „19 bm. około godz. 22.00 w okolicach miejscowości Górsk koło Torunia został uprowadzony przez nieznanych sprawców ksiądz Jerzy Popiełuszko urodzony 14.09.1947 roku, zamieszkały w Warszawie. W związku z prowadzonym śledztwem prosi się osoby, które mogą udzielić jakichkolwiek informacji w tej sprawie, o niezwłoczne nawiązanie kontaktu lub powiadomienie najbliższej jednostki prokuratury lub Milicji Obywatelskiej. W szczególności prosi się wszystkich, którzy mogą udzielić informacji o osobach, których rysopisy podano wyżej i posługujących się samochodem Fiat 125 p, o osobach, które bezprawnie wyrabiają lub posługują się tablicami rejestracyjnymi, oraz osobach, które bezprawnie posiadają lub używają umundurowanie milicyjne lub wyposażenie służbowe funkcjonariuszy MO, na przykład kajdanki”.

    Była oszołomiona. Natychmiast pobiegła do drugiego pokoju i powiedziała o tym mężowi. Żeby tylko jego kosteczki zobaczyć! – zawołał zrozpaczony Władysław Popiełuszko. Pani Marianna od tej pory zamilkła. Serce przeszywał dojmujący ból. A jej dobre, przenikliwe oczy straciły dawny blask.

    (…)

    Ta noc była dla niej wyjątkowo długa

    Gdy pani Marianna usłyszała z telewizji o znalezieniu ciała księdza Jerzego, coś ją przygniotło, niby głaz. Nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Siedziała bez ruchu. Może kilka godzin, a może kilkanaście. Nie potrafi tego teraz odtworzyć.

    Ta noc była dla niej wyjątkowo długa. Jak wieczność, w której zupełnie inaczej płynie czas. Nie czuła zmęczenia, niewyspania, głodu ani zimna. Jakby zamarła…

    Stacja 7 pl.(fragment książki „Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko” autorstwa Mileny Kindziuk)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Do trumny włożono krzyż z pasyjką, różaniec od Jana Pawła II i trzy znaczki.

    Historyczny pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki

    W pogrzebie ks. Jerzego, który odbył się 3 listopada 1984 r., wzięło udział od 600 do 800 tys. osób, być może nawet milion. “Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania” – mówił podczas pogrzebu prymas Polski Józef Glemp.

    Krzyż z pasyjką, różaniec od Jana Pawła II i trzy znaczki

    Białystok, 2 listopada 1984 r. Koło południa ks. Cezary Potocki, kanclerz Kurii Biskupiej w Białymstoku, poprosił przełożoną sióstr szarytek Barbarę Lisowską o trzy siostry, które uczestniczyłyby jako świadkowie w ubieraniu do trumny ciała zamordowanego śp. księdza Jerzego. Ciało zidentyfikował brat.

    Do ręki włożono mu krzyż z pasyjką i różaniec, który otrzymał od Jana Pawła II, a także trzy znaczki: z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej na tle biało-czerwonej flagi, z napisem „Solidarność” na tle orła oraz z wizerunkiem kościoła świętego Stanisława Kostki. Na czerwonym ornacie położono drewniany krzyż, a ręce obwiązano białym różańcem.

    FOT. ANDRZEJ IWAŃSKI/WIKIPEDIA

    „Najbardziej zapamiętałam zachowanie i postawę Marii Popiełuszko”

    Siostra Barbara Lisowska, uczestniczka wydarzeń, wspomina: „Ubranego zamordowanego kapłana przewieziono do kolejnego pomieszczenia, gdzie czekali księża z parafii katedralnej z ks. Antonim Lićwinką, proboszczem. Tam włożono ciało do podwójnej trumny, drewnianej i metalowej i przewieziono do kaplicy na ostatnie pożegnanie przez najbliższą rodzinę i rodziców kapłana.

    REKLAMA

    W kaplicy byli rodzice księdza, rodzeństwo, krewni, oraz ksiądz biskup Edward Kisiel i księża. Najbardziej zapamiętałam zachowanie i postawę Marii Popiełuszko, mamy ks. Jerzego. Patrząc na nią, wyobrażałam sobie Matkę Bożą przyjmującą Ciało umęczonego Syna Jezusa. Po krótkim żałobnym nabożeństwie zamknięto i opieczętowano trumnę. Księża wzięli ją na swoje ramiona i skierowali się ku wyjściu. Jednak, gdy tylko uchylono drzwi wyjściowe, ludzie w jednej chwili przejęli trumnę i nieśli wysoko rękach. Zapalone znicze i rozłożone kwiaty tworzyły aleję wyjazdową. Białostoccy taksówkarze przy włączonych klaksonach odprowadzali księdza Jerzego. Taksówkom nie było końca. Klaksony rozbrzmiewały na cały Białystok i okolice. Wszyscy białostocczanie dowiedzieli się prawdy. Dzieląc się przeżyciami we wspólnocie, wyraziłyśmy przekonanie, że ksiądz Jerzy Popiełuszko jest męczennikiem i nie trzeba modlić się za niego, lecz do niego”.

    Tłum napierał, by choć na chwilę zatrzymać się przed trumną

    Warszawa. Władze komunistyczne nalegały, żeby pochować go w rodzinnej parafii, Suchowoli pod Dąbrową Białostocką. Pojawił się pomysł pochowania kapłana na Powązkach. Miejsce przyszłego pochówku było już nawet oglądane przez kard. Glempa. Pod naciskiem modlących się ludzi, po spotkaniu z matką księdza Jerzego, Marianną Popiełuszko, prymas zmienił zdanie i ostatecznie za miejsce pochówku wyznaczono plac przy kościele św. Stanisława Kostki.

    Przygotowania do pogrzebu zaczęły się w nocy 2 listopada. Na trawniku przed kościołem ustawiono konfesjonały, gdzie ustawiały się kolejki do spowiedzi. Osobna kolejka prowadziła do wnętrza kościoła, gdzie tłum napierał, by choć na chwilę zatrzymać się przed trumną.

    Około godziny 5 nad ranem wyproszono ludzi, otwarto trumnę, by ją zalutować. Przy zmasakrowanych zwłokach byli obecni jedynie troje hutników i rodzice i rodzeństwo ks. Popiełuszki. O świcie dębową trumnę wyniesiono przed kościół. Została przykryta biało-czerwoną flagą, a na niej kielich mszalny i czerwona stuła.

    fot. Jarek Tuszyński/Wikipedia

    ***

    „Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła”

    Według Milicji Obywatelskiej w pogrzebie wzięło udział od 10 do 100 tysięcy osób. Liczba ta celowo była zaniżana, by przyćmić prawdziwy rozmiar wydarzenia. W pogrzebie uczestniczyło – według różnych źródeł – od pół miliona do miliona osób. Tłum opanował nie tylko plac przykościelny, ale i wszystkie okoliczne uliczki i ulice, w tym sporych rozmiarów plac Komuny Paryskiej (współcześnie plac Wilsona).

    W ceremonii wzięli udział prymas Polski Józef Glemp, mszę żałobną koncelebrowało dwunastu księży przy ołtarzu, lecz obecnych było kilkaset księży. Kazanie wygłosił kard. Glemp. Stwierdził w nim: „Odpuszczamy wszystkim winowajcom, którzy z przekonania lub na rozkaz zadali bliźnim krzywdy. Odpuszczamy zabójcom ks. Popiełuszki. Nie mamy do nikogo nienawiści. (…) Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania”.

    Szczególną uwagę dyplomatów i korespondentów zagranicznych przykuła ogromna ilość symboli „Solidarności” manifestujących się jawnie w czasie uroczystości. Na piersiach tysięcy ludzi znalazły się plakietki „Solidarności”. Nad trumną księdza Jerzego pochyliło się ok. 40. sztandarów zakładów robotniczych, wyższych uczelni, fabryk i instytucji. Nad głowami zgromadzonych i na ogrodzeniu placu kościelnego widnieją setki pisanych charakterystycznym liternictwem transparentów i haseł.

    fot. Andrzej Iwański/Wikipedia

    ***

    Grób otoczony różańcem utworzonym z polnych kamieni ułożonych w kształcie granic Polski

    Pomnik-grób duchownego znajduje się na terenie kościoła św. Stanisława Kostki przy ul. Stanisława Hozjusza 2 na warszawskim Żoliborzu. W bezpośrednim sąsiedztwie grobu, na jednym z drzew umieszczony jest krucyfiks, którego autorem jest Gustaw Zemła. Grób otoczony jest różańcem utworzonym z polnych kamieni ułożonych w kształcie granic Polski. Łącznik ma kształt orła w koronie z Matką Bożą Częstochowską na piersi.

    Pomnik-grób zaprojektowano w 1986 r. w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się drewniany krzyż. Krzyż ten już wtedy był otoczony różańcem z polnych kamieni, ułożonych w kształcie granic Polski. Od 1984 roku świątynia i miejsce pochówku księdza stały się miejscem pielgrzymkowym. 14 czerwca 1987 roku kościół nawiedził papież Jan Paweł II.

    wikipedia,KAI/Stacja7


    Ksiądz Popiełuszko. Ta historia jest wieczna

    Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi – jak wskazuje biblijna nauka – Pan Bóg lubi wybierać najbardziej.

    Kult niepozornego ale nadzwyczajnie silnego duchowo księdza dopiero zaczyna się rozwijać i z każdym rokiem zyskuje na zasięgu. Już nie Polska, a Korea Południowa, Wietnam, Filipiny i kilkadziesiąt innych krajów znajduje w jego prostej historii znak Ewangelii.

    Przyjaciel

    Ksiądz Jerzy szybko przechodził na Ty. Trudno policzyć wszystkich, którzy mówili mu po imieniu. Nie stwarzał żadnego dystansu. Jerzy zawsze źle wychodził na pomnikach bo ani trochę nie był taki pomnikowy – mówi jeden z jego przyjaciół. Może dlatego, że z natury był skromny, niepozorny i stronił od tłumów, choć zdecydowanie nie stronił od ludzi. Nie raz się zdarzało, że nawet kiedy był już znanym duszpasterzem Solidarności i kiedy pojawił się na zaproszenie w jakimś kościele, nie było końca owacjom ale i nie było końca zastanawianiu się, który to tak naprawdę jest ten Popiełuszko spośród stojącej często rzędem grupy kapłanów i dostojników. Być może z tego powodu ksiądz Jerzy uchodził czasem nawet oczom agentów bezpieki jak choćby 2 grudnia 1983 r., o czym sam pisał w dzienniku: „zobaczyłem w kościele dziwnie zachowujących się panów. Później okazało się, że to panowie z SB i prokuratury. Dziwnym trafem przeszedłem obok nich, choć były już obstawione wszystkie furtki.”

    Zadziwiony był także Andrzej Gwiazda, legendarny przywódca Solidarności, który po wyjściu z więzienia w którym słuchał kazań księdza Jerzego postanowił poznać go osobiście. Spodziewając się proroka z siwą brodą, jak sam to wspomina, zastał na plebanii kościoła w Warszawie na Żoliborzu uśmiechniętego chłopaka w dżinsach i w koszuli z podwiniętymi rękawami, z którym później przegadał całą noc. Skracanie dystansu to w życiu księdza Jerzego przede wszystkim troska o ludzi, płynąca nieustannie rzeka pomocy. Paczki, pomoc w znalezieniu pracy, wsparcie finansowe a nade wszystko obecność w podbramkowych i dramatycznych sytuacjach. To, co naprawdę ważne, prawdziwe, silne, jest często niepozorne i przystępne, może z tego powodu nie tak łatwo to czasem rozpoznać. Zadziwiające jest to, jak wiele osób urodzonych po upadku komunizmu mówi o księdzu Jerzym per „Jurek” lub „Jerzy”. Sam znam takich bardzo wielu. On wciąż skraca dystans. Po 1984 roku przesłano do parafii w której pracował ponad 570 świadectw łaski i cudów, w tym ponad 20 posiada dokumentację medyczną. Wciąż się angażuje, bo on po prostu niezmiernie to lubi…

    Egzorcyzmuje serca

    Droga serca. Adam Nowosad, jeden z przyjaciół księdza Jerzego i zarazem świadek w jego procesie beatyfikacyjnym powiedział, że ksiądz, mimo iż środowisko solidarnościowe uważało go za jednego z najważniejszych przywódców duchowych i mentora, zniechęcał ich do protestów, demonstracji, siłowych rozwiązań. Chodźcie do kościoła – mówił kapłan – dbajcie o przemianę serca, a system sam upadnie. Kiedy zginął maturzysta – Grzegorz Przemyk, zakatowany przez komunistyczną milicję, ksiądz Jerzy prowadził wielotysięczny kondukt pogrzebowy, w którym trumnę licealisty nieśli na ramionach jego koledzy. Ksiądz Jerzy zakupił wcześniej tysiące białych kwiatów i mówił, że jeśli by ponosiła ich nienawiść, niech unoszą kwiaty w górę i milczą… Jak mówią świadkowie, pochód nie spłoszył nawet ptaków siedzących na okolicznych drzewach, mimo tysięcy gorących głów, w których wcześniej płonęła zemsta, panowała przeraźliwa cisza…

    Mecenas Maciej Bednarkiewicz wspierający księdza w dramatycznych sytuacjach mówił, że słowa głoszone przez niego, które przyciągały kilkudziesięciotysięczne rzesze ludzi na Msze za Ojczyznę nie miały w sobie ani grama nienawiści. Pokój, cierpliwość, droga przemiany serc i wyraźne mówienie prawdy były dla komunistycznego systemu zniewolenia nie do zniesienia. Mecenas zauważa, że komuniści sterowali nienawiścią, często sami ją wywoływali. Pokój i pojednanie paraliżowały agresorów. Nieprzejednana siła rozlewającego się pokoju w sercach uczestników Mszy, miała zaś potęgę egzorcyzmów. Ludzie odchodzili stamtąd wolni wewnętrznie i gotowi do przemiany świata na dobre bez użycia kamieni i przekleństw. Niedawno jako przewodnik oprowadzałem po muzeum księdza Jerzego grupę palestyńskich chrześcijan. Nasza podróż zaczynała się zwyczajnie, a nawet chłodno. Kończyła się łzami i wzruszeniem. Błogosławiony ksiądz Popiełuszko jest patronem prześladowanych chrześcijan, zabieramy go ze sobą do Palestyny – powiedzieli na koniec. Mimo iż zabrakło głosu księdza Jerzego to do niego, do jego grobu, wciąż tłumnie przybywają ludzie. Od 1984 roku były ich blisko 23 miliony. Serca do końca świata będą potrzebowały egzorcyzmów… i on wciąż w tych łaskach pośredniczy. Tak nam dziś tych egzorcyzmów potrzeba.

    fot. Paweł Kęska

    ***

    Przeprowadza przez lęk jak przez ciemną noc

    Lęk jest współcześnie jedną z najdotkliwszych chorób świata. Za lękiem idzie przemoc fizyczna i psychiczna, ale i uzależnienia, upadki, rezygnacja z ideałów i z życiowych misji. Ksiądz Jerzy był normalny, odczuwał strach i lęk jak każdy z nas. Mimo to nie schodził z drogi. Coś takiego było w nim od dzieciństwa. Najlepszy wyraz temu dał w wojsku, gdzie mimo prześladowania, drwin i psychicznej przemocy nie poddał się presji i nie zdjął różańca i medalika oraz prowadził publiczne modlitwy. Nie zszedł złu z drogi również kiedy zmuszała go do tego okrutnymi i podstępnymi metodami bezpieka.

    W jednym ze wspomnień, Joanna Sokół, która współpracowała z nim intensywnie przez ostatni rok jego życia, mówi, że spodziewał się, że wszyscy go opuszczą pod presją prześladowań komunistycznych agentów i że zostanie sam. Te myśli poparte obficie faktami również nie sprawiły, że zszedł z drogi a presja była potworna. Nocne telefony, anonimy z pogróżkami śmierci, podsłuchy w całym domu, wezwania na przesłuchania, prowokacje, oskarżenia w mediach i manipulacje opinią publiczną. Bywało i tak, że odwracali się od niego przyjaciele. Nie zszedł z drogi. W jednym z kazań powiedział: Człowiek tchórzliwy, zalękniony, nie jest zdolny pokonać przeszkód, które są stawiane na drodze ku wielkim wartościom, takim jak Prawda, Sprawiedliwość, Godność. Nie wiadomo jaka była jego ostatnia droga. Dociekaniom przebiegu tego dramaty nie ma końca a wiadomo, że ustalenia procesu zabójców były manipulowane. W domysłach nie można sobie wyobrazić jednego, że się poddał… Relikwie księdza Jerzego są dziś w blisko 1500 miejscach kultu publicznego na świecie, w tym w blisko 500 miejscach w 61 krajach za granicą. Są w polskiej kaplicy sejmowej czy prezydenckiej, są w kaplicach więziennych, szpitalnych, w wielu kościołach misjonarskich na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w miejscach konfliktów i dramatów. Wszędzie tam promieniują siłą i nadzieją, leczą ludzki lęk.

    Bohater jest wieczny

    Ksiądz Jerzy poza tym, że był niepozorny, to po prostu lubił życie w dobrym tego słowa znaczeniu. Był uśmiechnięty, miał pasje i przyjaciół. Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, kupował je zresztą często w Peweksie, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi, jak wskazuje biblijna nauka, Pan Bóg lubi wybierać najbardziej. Ks. Adam Boniecki, który spotkał go na przełomie 1983 i 1984 r. i spędził z nim jeden dzień powiedział, że porażająca była dla niego obojętność, jaką żywił ksiądz Jerzy wobec faktu niezmiernej popularności jaką miał już w Polsce i na świecie. Nie interesowały go żadne gry, nie miał żadnych publicznych ambicji, był – jak mówi ksiądz Boniecki – księdzem, który się cieszył, że może pełnić posługę duszpasterską tam, gdzie go Bóg postawił.

    Ksiądz Jerzy znał wszystkich w Polsce ważnych ludzi Solidarności i nie budziło to w nim żadnej chęci władzy czy wpływu na świat. Wyłącznie służył… i tej służbie poświęcił się do końca. Ulice księdza Jerzego Popiełuszki znajdziemy dziś w Nowym Jorku, w Budapeszcie, w miastach francuskich, włoskich, w 214 miejscach w Polsce. Imię księdza Jerzego noszą dziś 52 szkoły w Polsce. To bohaterstwo jest przystępne, przyciągające… Młodzi czują księdza Jerzego. Przychodzą na jego grób, czytają jego kazania, fascynują się jego życiem. Widząc ich, myślę wciąż, że ta historia, historia rewolucji dobra, dopiero się zaczyna.

    Paweł Kęska/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kraków: opublikowano nieznane dotąd zapiski błogosławionego ks. Popiełuszki

     

    Relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki

     Relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki/ fot. ks. Mirosław Benedyk

    ***

    Nakładem krakowskiego Domu Wydawniczego „Rafael” ukazała się książka „Rękopisy. O miłości, za którą tęskni świat”. Zawiera ona wiele nieznanych do tej pory zapisków legendarnego kapelana „Solidarności”.

    Książka prezentuje słowa księdza Jerzego Popiełuszki wypowiadane w zaciszu kościoła, z dala od wielkiej historii. Kapłan przez lata zapisywał treść homilii na drobnych kartkach, które po jego śmierci na blisko czterdzieści lat zaległy w ciemności archiwów.

    – Odkryte dziś, zaskakują przenikliwością, prostotą i aktualnością. Ta pozycja wydawnicza to prosty przewodnik po życiu, dotykający uniwersalnych zagadnień i dylematów – podkreśla Jolanta Kozakiewicz, prezes Domu Wydawniczego „Rafael”.

    „Rękopisy. O miłości, za którą tęskni świat” powstała we współpracy z Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki. Jak wskazuje Paweł Kęska, dziennikarz i pracownik placówki, udało się odnaleźć znaczną liczbę rękopisów i nagrań homilii słynnego kapelana „Solidarności”.

    Na odnalezionych karteczkach są często drobne skreślenia, podkreślenia i poprawki. Czasem trudno odczytać niektóre słowa.

    – Jego kazania były krótkie. Trwały trzy, może pięć minut. Prawie zawsze punktem wyjścia rozważań była Ewangelia. Sprawy, o których mówił, były proste, ale fundamentalne: pomoc bliźniemu, ludzka godność, sumienie, nadzieja. Odczytywał zapiski z kartek skupionym głosem, zatrzymując się momentami. Jego przyjaciele wiedzieli, że te słowa nie są puste. Mówił to, co najpierw wypełnił swoim życiem – relacjonuje Kęska.

    „Aby być świętym, trzeba dobre i wielkie sprawy życia wykonywać święcie z zaangażowaniem w powiększaniu dobroci i miłości na świecie. Największą chorobą dzisiejszych ludzi, ktoś powiedział, jest to, że w nic nie są zaangażowani, w nic nie chcą włożyć serca ani duszy. W dążeniu do świętości musi nam towarzyszyć ciągła świadomość, że każdy najdrobniejszy czyn naszego życia musi był przepojony miłością” – brzmi fragment nowej książki.

    – Zapiski te charakteryzuje ciepło, prostota i mądrość. Z jakichś powodów większość z nich nie ujrzała światła dziennego. Czasem publikowano ich fragmenty. Powstały zbiór tekstów zebrany jest w układzie roku liturgicznego. Mamy nadzieję, że lektura ta pozwoli czytelnikowi spotkać się z bł. ks. Jerzym Popiełuszką w zwyczajny i codzienny sposób, z którego emanuje świętość – podkreśla Kęska.

    Dziś przypada już 39. rocznica śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. Niezłomnego kapłana, który w ciemnych czasach komunizmu i stanu wojennego bronił skrzywdzonych, odważnie mówił prawdę i zwyciężając zło dobrem, walczył o wolność. Słowa wypowiadane przez niego podczas pamiętnych Mszy za Ojczyznę w czasie stanu wojennego w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie przyciągały tłumy.

    Po męczeńskiej śmierci z rąk komunistycznych agentów został beatyfikowany, a jego relikwie i obrazy znajdują się na całym świecie.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz

    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz

    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Łukasz – Ewangelista Bożej dobroci

    Św. Łukasz - Ewangelista Bożej dobroci

    św. Łukasz Ewangelista (fot. sp.ceti.pl)

    ***

    W Ewangelii przez niego napisanej ukazuje on Jezusa Chrystusa, jako miłosiernego Zbawiciela. O tym, jak Słowo Boże wciąż się rozszerzało, aż na krańce świata, napisał w Dziejach Apostolskich. Jemu zawdzięczamy najpiękniejsze przypowieści: o zagubionej i odnalezionej owcy, o zgubionej i znalezionej drachmie, o zagubionym i odnalezionym synu (por. Łk 15).

    Łukasz przyłączył się do św. Pawła, a potem do św. Marka i razem z nimi przepowiadał Dobrą Nowinę o Bogu, który nieustannie szuka każdego człowieka. Na kartach swojej Ewangelii ukazał Boga kochającego, który z wielką tęsknotą czeka na powrót zrozpaczonego grzesznika. Miłosierny Ojciec nie wypomina mu, że roztrwonił majątek, prowadząc niemoralne życie; nie potępia go, że podeptał swoją godność i utracił wiele talentów darmo otrzymanych. Tradycja Kościoła podaje, że Łukasz z zawodu był lekarzem. Być może dlatego ukazywał Jezusa jako Lekarza duszy i ciała, współczującego choremu.

    Ewangelista przekazał nam ze wzruszającą czułością, historię narodzin Pana, a także pomaga nam choć trochę wniknąć w tajemnicę Serca Maryi w wydarzeniu zwiastowania. Potem jesteśmy świadkami, jak Maryja odwiedza krewną swoja Elżbietę. To w jej domu radośnie śpiewa hymn Magnifikat będący hymnem uwielbienia Boga troszczącego się o całą ludzkość.

    Chętnie powracamy do 24 rozdziału Ewangelii według św. Łukasza, w którym opisuje on spotkanie Jezusa z dwoma uczniami w Emaus. Czyż nasze serce nie pałało, gdy Pisma nam wyjaśniał? Kontemplując tę scenę, stajemy się poniekąd od razu jej uczestnikami, pragniemy i my zasiąść do eucharystycznego stołu z Jezusem, na łamanie chleba…

    Święty Łukasz z wielkim entuzjazmem opisuje też pierwsze kroki uczniów Pana, którzy przekonani o Jego zmartwychwstaniu, z odwagą głoszą Jezusa Zbawiciela aż na krańce świata. Zmarł jako 84 letni starzec w Beocji.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Lekarz, dziejopisarz, ewangelista miłosierdzia – św. Łukasz

    Lekarz, dziejopisarz, ewangelista miłosierdzia – św. Łukasz

    św. Łukasz – Guercino, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Łukasz towarzyszył wiernie św. Pawłowi. Wytrwał przy nim aż do końca, do jego męczeńskiej śmierci w Rzymie. Był nawróconym poganinem. Zdobył wszechstronne wykształcenie. Z zawodu był lekarzem. Miał talent i zacięcie kronikarskie. Legendy widzą w nim także malarza, ikonopisarza. Według niektórych ikona Madonny jasnogórskiej jest kopią jednego z jego obrazów. Był jedynym autorem, naocznym świadkiem, opisującym rozwój pierwotnego Kościoła. 18 października Kościół wspomina św. ŁukaszaApostoła i Ewangelistę.

    Wbrew temu, co utrzymują niektórzy pisarze kościelni, Łukasz nie należał do grona 72 uczniów Jezusa, ani też nie spotkał Jezusa po zmartwychwstaniu w drodze do Emaus, jak utrzymują inni.

    Św. Paweł wspomina w Liście do Kolosan, że Łukasz był lekarzem. Był wykształcony i dobrze obeznany z ówczesną literaturą. Posługiwał się pięknym językiem greckim. Miał kronikarską dokładność, umiał też wiarygodnie pozyskiwać informacje. Judaizm znał powierzchownie, a jego łacińskie imię wskazuje także na nieżydowskie pochodzenie.

    Po części towarzyszył św. Pawłowi w jego drugiej podróży misyjnej. Potem towarzyszył apostołowi w trakcie trzeciej wyprawy misyjnej, która rozpoczęła się w roku 58. Razem z nim udaje się do Jerozolimy. Tam, w czasie aresztowania Pawła i uwięzienia na dwa lata w Cezarei Palestyńskiej miał okazję zebrać szczegółowe informacje o Jezusie, które potem przekazał w swojej Ewangelii. Razem z Pawłem udaje się do Rzymu i towarzyszy mu do ostatnich chwil, do męczeńskiej śmierci apostoła.

    Św. Łukasz malujący Madonnę - Guercino, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Łukasz malujący Madonnę Guercino, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Nie mamy żadnych wiarygodnych informacji, co działo się ze św. Łukaszem później. Niektórzy ojcowie Kościoła widzą go nauczającego w Achai, Galii albo Macedonii. Najbardziej wiarygodna jest jednak wzmianka pochodząca z II wieku, zamieszczona w prologu do Ewangelii, której autor twierdzi z przekonaniem, że Łukasz zmarł w Beocji w wieku 84 lat, nie wspominając nic o śmierci męczeńskiej. Według niego Łukasz zmarł ‘pełen Ducha Świętego’. Wydaje się zatem, że późniejsze wzmianki o męczeństwie są raczej legendą.

    Najcenniejsze pamiątki, jakie św. Łukasz nam pozostawił to jego Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Sam nie poznał Jezusa, ale informacje o Jego życiu i działalności zdobywał od naocznych świadków. I choć forma i układ jego Ewangelii jest podobny, jak innych ewangelii synoptycznych, to jednak ubogacił ją o wiele cennych szczegółów, których gdzie indziej nie znajdziemy. Dotyczy to szczególnie tak zwanej Ewangelii Dzieciństwa Jezusa ze zwiastowaniem, nawiedzeniem św. Elżbiety, narodzeniem Jana Chrzciciela i Chrystusa, i wieloma innymi opowiadaniami z pierwszych lat życia Pana. U niego tylko znajdziemy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, o zagubionej owcy, o synu marnotrawnym i wiele, wiele innych szczegółów z życia i nauki Chrystusa.

    Dzieje Apostolskie są także bardzo cennym dokumentem dla wierzących, bo opowiadają o początkach Kościoła i jego rozwoju po Wniebowstąpieniu Pana i Zesłaniu Ducha Świętego. Łukasz był osobiście częścią wielu z tych wydarzeń, więc tym bardziej jego relacja jest cenna i wiarygodna.

    Św. Łukasz jest patronem introligatorów, lekarzy, malarzy, rzeźbiarzy i notariuszy. W ikonografii Ewangelista ukazywany jest jako młodzieniec w tunice, o krótkich włosach. Jego atrybuty to: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, a także wół i zwój.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Hodegetria – „Ta która prowadzi” –

    Maryja Panna Częstochowska

    Hodegetria – „Ta która prowadzi” – Maryja Panna Częstochowska

    Cudowny obraz Matki Bożej Częstochowskiej – Kancelaria Sejmu / Krzysztof Kurek, CC BY 2.0 www.creativecommons.org

    ***

    Towarzyszy Polakom od ponad sześciu wieków i od setek lat milczy. W przeciwieństwie do sanktuariów maryjnych w Lourdes czy Fatimie, gdzie Maryja pozostawiła przesłanie, Najświętsza Maryja Panna Częstochowska po prostu jest. Jest z tymi i dla tych, którzy do niej przychodzą, aby dziękować, prosić, rozeznawać, pojednać się z Bogiem, czy najzwyczajniej trwać w Jej obecności. Przychodzą, ponieważ Pani Częstochowska – której święto jest obchodzone w całej Polsce od 1931 roku 26 sierpnia – słucha i pokazuje drogę. Ona jest „Hodegetria”, czyli „Ta, która prowadzi”. Tak właśnie określa się typ ikony, znajdujący się w klasztorze jasnogórskim. Powinniśmy zatem zobaczyć w tym wizerunku pewien szczególny gest. Maryja trzyma Chrystusa jako Dzieciątko na swej lewej ręce, ale jednocześnie prawą Go pokazuje – wyznacza drogę.

    Każdy, kto stanął przed obrazem Częstochowskiej Pani ma swoje osobiste doświadczenie spotkania z Nią. Ale co wiemy o samym wizerunku i jego kulcie?

    „Obraz Maryi (…) wykonany dziwnym i rzadkim sposobem malowania (…)” (Jan Długosz)

    Otóż nie znamy autora ikony ani kiedy i gdzie dokładnie powstała. Rozpiętość datowania jest ogromna od nawet V czy VI wieku po wiek XIII –XIV. Ogólnie można określić, że wywodzi się z kręgu malarstwa wschodniego, ale bardziej precyzyjne określenie skąd rzeczywiście pochodzi – z Bizancjum, Włoch czy Bałkanów – jest trudne. Może zgodnie z najstarszym zachowanym dokumentem dotyczącym obrazu, wykonał go św. Łukasz Ewangelista na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie? A z czasem z Jerozolimy wizerunek Maryi prawdopodobnie przez Konstantynopol trafił na Ruś.

    Tam właśnie znalazł Go książę Władysław Opolczyk, postać bardzo kontrowersyjna. Książę ze śląskiej linii Piastów, którego losy należy oceniać oczywiście przez pryzmat epoki. Jego historia, to zaszczyty i problemy zarazem. Wielka polityka, bo nawet marzenia o polskiej koronie, ale pod koniec życia porażki. Ikona trafiła w jego ręce, kiedy jeszcze wiele znaczył. Jako namiestnik na Rusi Czerwonej z ramienia Ludwika Węgierskiego wywiózł z zamku w Bełzie wizerunek Maryi, aby uchronić obraz przed zbezczeszczeniem przez Tatarów. Obraz miał trafić do Opola, a droga do siedziby księcia wiodła przez Częstochowę i to miejsce Maryja wybrała dla siebie. Obraz tam został, a opiekę nad nim Opolczyk powierzył sprowadzonym z Węgier w 1382 roku paulinom, którzy czuwają nad Nim do dziś. Natomiast imię Jasna Góra (Clarus Mons) klasztor i ośrodek kultu maryjnego otrzymał w 1388 roku.

    „Obraz Maryi Najchwalebniejszej i Najdostojniejszej Dziewicy i Pani, Królowej świata i Królowej (…), która spoglądających przenika szczególną pobożnością – jakbyś na żywą patrzył” (Jan Długosz)

    Dlaczego Maryja z Jasnej Góry określana jest mianem „Czarnej Madonny”? Obraz jest wykonany w ciemnej tonacji, prawdopodobnie był też niejednokrotnie przemalowywany. Do tego nałożone na niego ozdobne korony i sukienki pogłębiają kontrast. Trzeba też pamiętać o przeprowadzanych pracach konserwacyjnych. Te, które szczególnie wpłynęły na jego wygląd zostały wykonane za czasów Władysława Jagiełły. 

    www.jasnagora.pl

    www.jasnagora.pl

    ***

    Dlaczego były niezbędne? Po tym jak rabusie wdarli się do klasztoru i zniszczyli obraz w 1430 roku – czego ślady nosi do dziś (widoczne na wizerunku Maryi cięcia) ikona została poddana kolejnym zmianom – np. Maryja otrzymała granatową suknię ozdobioną złotymi liliami. I tak przez wieki, kolejne ingerencje prowadziły do ciemnienia jej powierzchni.  

    „Tutaj można się dowiedzieć jaka jest Polska i kim naprawdę są Polacy” (św.Jan Paweł II)

    Od wieków Polacy pielgrzymują do jasnogórskiego sanktuarium, już w średniowieczu „zbiegał się tutaj lud…”, ale najstarsza udokumentowana grupa 80 pątników wyruszyła z Gliwic w 1626 roku.
    Dowodem tego jak Maryja wsłuchuje się w zanoszone modlitwy jest prowadzona od wieków księga łask. Ponadto liczne wota zgromadzone w kaplicy Cudownego Obrazu są opowieścią o tym jak przez stulecia naród zawierzał Maryi swój los. Na jednej z dziesięciu tzw. sukienek, którymi przyozdabiany jest obraz znalazło się ponad 200 małżeńskich obrączek. Jest też i taka (z 2010 roku), która zawiera wbudowane meteoryty oraz…  zapis EKG. Jest to elektrokardiogram pokazujący zmiany napięć elektrycznych powstających w mięśniu sercowym ukazujący emocje i wzruszenia – symboliczny zapis miłości.

    Przez wieki na Jasną Górę przybywali królowie, przetrwała oblężenie Szwedów w 1655 roku. Sanktuarium istniało w czasie zaborów i w okresie II wojny światowej, choć wtedy wizerunek Maryi trzeba było ukryć. Z kultem Pani Częstochowskiej nie poradzili sobie komuniści. To tu w 1956 roku zostały złożone Jasnogórskie Śluby Narodu, przygotowane przez Prymasa Stefana Wyszyńskiego, który w swoim herbie biskupim i prymasowskim umieścił wizerunek Matki Boskiej Jasnogórskiej. Natomiast Jan Paweł II, który sześciokrotnie jako głowa Kościoła przybył na Jasną Górę, poprzez znamienne „Totus Tuus” cały swój pontyfikat zawierzył Maryi. 

    Dla wielu Apel Jasnogórski o godzinie 21.00 jest nadal nieodzownym elementem każdego dnia.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    _______________________________________________________________________________________


    „Umiłowany lekarz”.

    7 rzeczy o świętym Łukaszu Ewangeliście

    (fot. Renáta Sedmáková/AdobeStock.com)

    ***

    Święty Łukasz to wierny towarzysz dzieł misyjnych świętego Pawła. Był z Pawłem aż do jego męczeńskiej śmierci. Łukasz posiadał solidne wykształcenie medyczne. Był też rzetelnym kronikarzem. To on jest autorem trzeciej Ewangelii oraz Dziejów Apostolskich.

    1.Nawrócony, utalentowany poganin

    Św. Paweł wspomina w Liście do Kolosan, że Łukasz był lekarzem. Mówi o nim „umiłowany lekarz”. Na kartach spisanej przez niego Ewangelii możemy znaleźć kilkaset terminów medycznych, które występują również u Hipokratesa czy Galena. Dzięki temu posiadamy cenne próby diagnozowania niektórych schorzeń albo reakcji fizjologicznych, np. krwawego potu Jezusa podczas jego walki wewnętrznej w Ogrodzie Oliwnym.

    Łukasz był wykształcony i dobrze obeznany z ówczesną literaturą. Posługiwał się pięknym językiem greckim. Miał kronikarską dokładność, umiał też wiarygodnie pozyskiwać informacje. Nie był Żydem. Judaizm znał powierzchownie, a jego łacińskie imię wskazuje także na nieżydowskie pochodzenie. Prawdopodobnie pochodził z Antiochii w Syrii.

    2.Wierny towarzysz św. Pawła

    Św. Łukasz towarzyszył św. Pawłowi w jego drugiej podróży misyjnej. Potem wspierał Apostoła Narodów w trakcie trzeciej wyprawy misyjnej, która rozpoczęła się w roku 58. Razem z nim udaje się do Jerozolimy. Tam, w czasie aresztowania Pawła i uwięzienia go na dwa lata w Cezarei Palestyńskiej, Łukasz miał okazję zebrać szczegółowe informacje o Jezusie, które potem przekazał w swojej Ewangelii.

    Razem z Pawłem udaje się do Rzymu. Był także przy Apostole, gdy ten, opuszczony przez innych uczniów, został uwięziony w rzymskim więzieniu po raz drugi w roku 67. Dowiadujemy się o tym z Drugiego Listu św. Pawła do Tymoteusza: „Łukasz sam jest ze mną”. Łukasz wiernie towarzyszy uwięzionemu Pawłowi do ostatnich chwil, do męczeńskiej śmierci Apostoła Narodów.

    3.Czy św. Łukasz namalował Panią Jasnogórską?

    Niektóre przekazy historyczne mówią, że Łukasz był dobrym malarzem. Wspomina o tym Teodor Lektor (VI w.), podając, że Łukasz namalował obraz Matki Bożej, który zabrała z Jerozolimy cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego I Wielkiego i przesłała w darze Pulcherii, siostrze cesarza. Od tego czasu autorstwo św. Łukasza przypisywano wielu obrazom. Jedna z legend mówi, że to on namalował obraz Matki Bożej Częstochowskiej.

    4.Autor Ewangelii i Dziejów Apostolskich

    Święty Łukasz to przede wszystkim autor trzeciej Ewangelii i Dziejów Apostolskich – dzieł poświęconych historii pierwotnego Kościoła i historii zbawienia. Chociaż nie znał osobiście Jezusa, pozostawił nam jedne z najpiękniejszych stron Ewangelii, dotyczące Jego życia i działalności. Łukasz pisał bogatą, klasyczną greką, lecz piękno narracji jest także rezultatem jego niezwykłej wrażliwości. Ta artystyczna wrażliwość i plastyczne opisy osób i zdarzeń sprawiły, że potomni uważali go właśnie za malarza.

    Ewangelistę należy uznać też, w pewnym sensie, za historyka, gdyż cechował go rygor w opisie zdarzeń. Studiował dokumenty, szukał świadków wydarzeń – przede wszystkim Apostołów, wysłuchiwał ich relacji i konfrontował je z relacjami innych. Dzięki temu opisał on cuda Jezusa i podał przypowieści, o których nie piszą inni Ewangeliści. Należy wyjaśnić, że Łukasz był jedynym nie-Żydem wśród Ewangelistów, a pisał dla byłych pogan nawróconych na chrześcijaństwo, by podkreślić uniwersalny charakter zbawienia. Św. Łukasz tworzył swe dzieło prawdopodobnie w Rzymie, gdzie przebywał aż do śmierci św. Pawła.

    5.Czciciel i kronikarz Maryi
    Od Maryi właśnie Łukasz dowiedział się o Zwiastowaniu, o wizycie u Elżbiety, o porodzie w Betlejem, o ofiarowaniu Syna w świątyni, o Jego zaginięciu, gdy miał 12 lat; z Jej ust usłyszał również Magnificat. Jako jedyny z Ewangelistów poświęcił Matce Bożej bardzo wiele uwagi i może stąd wywodzi się starożytna tradycja, która podaje, że jest autorem Jej portretów.

    6.Zmarł pełen Ducha Świętego

    Nie mamy żadnych wiarygodnych informacji, co działo się ze św. Łukaszem po śmierci św. Pawła. Niektórzy ojcowie Kościoła widzą go nauczającego w Achai, Galii albo Macedonii. Najbardziej wiarygodna jest jednak wzmianka pochodząca z II wieku, zamieszczona w prologu do Ewangelii, której autor twierdzi z przekonaniem, że Łukasz zmarł w Beocji w wieku 84 lat, nie wspominając nic o śmierci męczeńskiej. Według niego Łukasz zmarł „pełen Ducha Świętego”.

    Wydaje się zatem, że późniejsze wzmianki o męczeństwie są raczej legendą. Warto dodać, że w Tebach zachował się olbrzymi marmurowy sarkofag św. Łukasza, pochodzący z III-IV wieku. Prawdopodobnie w IV w. relikwie jego zostały przeniesione do Konstantynopola i umieszczone w Bazylice Dwunastu Apostołów. W VIII w. relikwie św. Łukasza, a także św. Macieja zostały – jak mówi wielowiekowa tradycja – przewiezione do Padwy. W jaki sposób relikwie św. Łukasza trafiły do Padwy? Analizując dokumenty historyczne, można wysunąć różnorodne hipotezy: według pierwszej, najbardziej prawdopodobnej, ciało Ewangelisty zostało przeniesione do Włoch w czasach prześladowań chrześcijan za panowania Juliana Apostaty (332-363). 

    7.Czy w Padwie rzeczywiście spoczywają szczątki św. Łukasza?

    Trumna ze szczątkami przechowywanymi w bazylice św. Justyny w Padwie została kilkakrotnie otwarta: po raz pierwszy w 1354 r., następnie w latach 1463 i 1562, a ostatnio 17 września 1998 r., gdy na polecenie miejscowego biskupa specjalna komisja naukowców rozpoczęła nowoczesne badania szkieletu. Zachował się prawie cały szkielet (brakuje, oczywiście, czaszki, która przechowywana jest w Pradze), a kości są bardzo dobrze zakonserwowane.

    Naukowcy stwierdzili, że należały one do osoby, która miała 163 cm wzrostu, zmarła w wieku 70-85 lat, cierpiała na osteoporozę i artretyzm kręgosłupa. Sposób, w jaki zakonserwowano kości i je przechowywano, świadczy, że należały one do wybitnej, czczonej po śmierci osobistości. Jak zwykle w tego typu przypadkach, bardzo ważne są badania wieku prowadzone metodą węgla C14. Naukowcy z laboratorium w Tucson określają pochodzenie kości na I-V wiek, naukowcy z Oksfordu – na wiek II-IV. Badania DNA natomiast wykazały, że mamy najprawdopodobniej do czynienia z osobą pochodzenia syryjskiego, a nie greckiego. Wszystkie te ustalenia naukowe pozwalają stwierdzić, iż w Padwie rzeczywiście spoczywają szczątki św. Łukasza.

    Adam Białous/PCh24.pl/źródła – Niedziela.pl, Deon.pl, Brewiarz.pl

    _________________________________________________________________________________

    Święty Łukasz. Ojciec wizerunku naszej Matki

    (św. Łukasz prezentuje wizerunek Maryi (fragm.), mal. Guercino)

    ***

    Przeciętny katolik zapytany o świętego Łukasza, odpowie, że był jednym z 12 apostołów i napisał Ewangelię. Niektórzy zwrócą uwagę, że na spisanych przez niego kartach, więcej miejsca niż inni Ewangeliści poświęcił Matce Bożej i innym kobietom. Rzeczywiście – jego miłość do Matki Bożej była tak duża, iż jako jedyny opisał wiele fragmentów jej życia, a późniejsze pokolenia chrześcijan przypisały mu autorstwo niezliczonej liczby jej portretów. Ale sam św. Łukasz nigdy nie widział jej Syna – Boga kroczącego po ziemi.

    Łukasz nie należał do dwunastu najbliższych uczniów Pana Jezusa, nie było go również wśród siedemdziesięciu dwóch osób, do których Chrystus głosił swe przesłanie. Nie był nawet Żydem!

    Lekarz, wszechstronnie wykształcony i dobrze sytuowany, rzucił dotychczasowe życie na wezwanie św. Pawła z Tarsu. Wielki apostoł pogan nie musiał nawracać Łukasza – ten przyjął wiarę chrześcijańską około dziesięć lat przed spotkaniem z nim.

    Ewangelia spisana przez Łukasza często uznawana jest za najpiękniejszą ze wszystkich czterech. Wielu badaczy Biblii podkreśla jego niezwykłą umiejętność pięknego posługiwania się językiem greckim, kronikarską dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. A źródła były Łukaszowi bardzo potrzebne – w przeciwieństwie do Marka, Mateusza i Jana, nie było mu dane ujrzeć Zbawiciela na ziemi. Mimo to zostawił nam najszerszą pamiątkę spośród wymienionych – prócz Ewangelii spisał bowiem również Dzieje Apostolskie. To jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Autor ukazał również z niezwykłą sumiennością podróże apostolskie św. Pawła, ponieważ sam w nich uczestniczył.

    Jedynie dzięki Ewangelii św. Łukasza znamy m.in. sceny Zwiastowania, narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni. Opowieści z dzieciństwa Pana Jezusa przekazał nam właśnie on. Również wiele przypowieści, m.in. – o miłosiernym Samarytaninie, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym czy o Łazarzu – znamy dzięki temu, że Łukasz przepytywał świadków kazań Chrystusa.

    Niezwykle ciekawe są tradycyjne legendy mówiące o artystycznym zacięciu Ewangelisty. Od półtora tysiąca lat w dokumentach pojawia się ten sam przekaz – św. Łukasz sportretował oblicze Matki Bożej. Niektóre źrόdła podają, iż obraz ten był namalowany metodą enkaustyczną, na dużej i ciężkiej desce drewnianej. Deska ta miała być blatem stołu, na którym posiłki spożywała Święta Rodzina. 

    Obraz przedstawiał twarz Matki Bożej, w większych niż naturalne rozmiarach. Część badaczy wyjaśnia, że gdy dzieło trafiło do Konstantynopola, malowidło zostało uzupełnione przez miejscowych artystów, którzy umieścili maryjne oblicze w obrazie większym, na którym jest także Dzieciątko Jezus. Sława obrazu szybko rozprzestrzeniła się na całą Europę – do Konstantynopola pielgrzymowano ze wszystkich jej krajów, od Rosji po Portugalię. Zachowały się też świadectwa pielgrzymek z Egiptu. Modlący się przekonani byli o tym, iż patrzą na obraz stworzony przez Ewangelistę.

    Niestety rok 1453 przyniósł typową dla zderzenia cywilizacji tragedię, gdy turecka armia zdobyła miasto obraz został zbezczeszczony – porąbany tasakiem i wrzucony do Bosforu. Na szczęście wcześniej – przezorni księża – nakazali sporządzić wiele kopii czczonego wizerunku. Artyści jednak wolą inspirować się czymś wielkim, niż wykonywać tego kopie. Powstały więc obrazy inspirowane cudownym obrazem – jeden z nich, „Dziewica Bolesna”, czczony jest w Moskwie. Najsławniejsza jednakże na całym świecie jest kopia pod nazwą „Matka Boska Nieustającej Pomocy” – do której to wizerunku modlą się wierni na całym świecie. Przypomnijmy tylko, że Bernadeta z Lourdes, tak jak również siostra Łucja z Fatimy twierdziły, że ten wizerunek Dziewicy był najbardziej podobny…

    Jest też w całej tej historii – a jakże – polski element. Wśród wielu wizerunków Najświętszej Dziewicy, które namalować miał św. Łukasz, wymienia się również ten wielu Polakom najbliższy – wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Zachował się łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru Paulinów na Jasnej Górze, zatytułowany: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W dokumencie tym czytamy:  Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Późniejsza historia świętego dla Polaków wizerunku zasługuje na osobną opowieść.  

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński

    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Święty Ignacy Antiocheński

    Święty Ignacy Antiocheński

    Męczeństwo św. Ignacego Antiocheńskiego/autor nieznany (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 MARCA 2007

    (…) Ignacy wysłany został do Rzymu, gdzie miano rzucić go dzikim zwierzętom na pożarcie, ze względu na świadectwo, jakie dał Chrystusowi.(…)

    Drodzy bracia i siostry!

    Podobnie jak w ubiegłą środę, mówić będziemy o osobistościach rodzącego się Kościoła. Przed tygodniem mówiliśmy o papieżu Klemensie I, trzecim następcy św. Piotra. Dziś mówimy o św. Ignacym, który był trzecim biskupem Antiochii, od roku 70 do 107, który był rokiem jego męczeństwa. W owych czasach Rzym, Aleksandria i Antiochia były trzema wielkimi metropoliami Cesarstwa Rzymskiego. Sobór Nicejski mówi o trzech “prymatach”: Rzymu, ale także Aleksandria i Antiochia mają udział w pewnym sensie w tym “prymacie”.

    Św. Ignacy był biskupem Antiochii, która dziś znajduje się w Turcji. Tu, w Antiochii, o czym wiemy z Dziejów Apostolskich, powstała kwitnąca wspólnota chrześcijańska: pierwszym jej biskupem był apostoł Piotr – tak mówi nam tradycja – i tam “po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami” (Dz 11, 26). Euzebiusz z Cezarei, historyk z IV wieku, poświęcił cały rozdział swej Historii Kościelnej życiu i dziełu literackiemu Ignacego (3, 36). “Z Syrii”, pisze on, “Ignacy wysłany został do Rzymu, gdzie miano rzucić go dzikim zwierzętom na pożarcie, ze względu na świadectwo, jakie dał Chrystusowi. Odbywając swą podróż przez Azję, pod okiem surowych straży” (które w swym Liście do Rzymian nazywa on “dziesięcioma leopardami”, 5,1), “w kolejnych miastach, gdzie się zatrzymywał, przepowiadaniem i ostrzeżeniami umacniał Kościoły; przede wszystkim z największym zapałem nawoływał do wystrzegania się herezji, które zaczynały się wówczas szerzyć i zalecał, by nie odrywać się od tradycji apostolskiej”.

    Pierwszym etapem podróży Ignacego ku męczeństwu było miasto Smyrna, gdzie biskupem był św. Polikarp, uczeń świętego Jana. Ignacy napisał tu cztery listy, skierowane do Kościołów Efezu, Magnezji, Tralli i Rzymu. “Wyruszywszy ze Smyrny”, pisze dalej Euzebiusz, “Ignacy dotarł do Troady i stamtąd wysłał następne listy”: dwa do Kościołów Filadelfii i Smyrny, i jeden do biskupa Pilikarpa. Euzebiusz uzupełnia tym samym spis listów, które pozostawił nam Kościół pierwszego wieku jako cenny skarb. Czytając te teksty odczuwa się świeżość wiary pokolenia, które poznało jeszcze Apostołów. Czuje się też w tych listach gorącą miłość świętego. Wreszcie z Troady męczennik dotarł do Rzymu, gdzie w Amfiteatrze Flawiuszów rzucony został na pożarcie dzikim bestiom.

    Żaden z Ojców Kościoła nie wyraził z taką intensywnością, jak Ignacy, pragnienia jedności z Chrystusem i życia w Nim. Dlatego odczytaliśmy fragment Ewangelii na temat winnicy, którą zgodnie z Ewangelią Janową jest Jezus. Faktycznie w Ignacym zbiegają się dwa “nurty” duchowe: nurt Pawła, nastawiony na jedność z Chrystusem, i nurt Jana, skoncentrowany na życiu w Nim. Z kolei oba te nurty prowadzą do naśladowania Chrystusa, wielokrotnie nazywanego przez Ignacego “moim” czy “naszym Bogiem”. Tak też Ignacy błaga chrześcijan Rzymu, by nie uniemożliwiali mu męczeństwa, albowiem z niecierpliwością czeka na “połączenie się z Jezusem Chrystusem”. I wyjaśnia: “Pięknie jest mi umierać idąc ku Jezusowi Chrystusowi, aniżeli rządzić aż po krańce ziemi. Szukam tego, który umarł za mnie, chcę tego, który zmartwychwstał dla nas… Pozwólcie, abym był naśladowcą Męki mego Boga!” (Rzymianie 5-6). W tych płomiennych wyrazach miłości zobaczyć można uderzający “realizm” chrystologiczny, typowy dla Kościoła Antiochii, jak nigdy wyczulony na wcielenie Syna Bożego i na Jego prawdziwe i konkretne człowieczeństwo: Jezus Chrystus, pisze Ignacy do mieszkańców Smyrny, “jest prawdziwie z plemienia Dawida”, “rzeczywiście narodził się z dziewicy”, “rzeczywiście został za nas przybity” (1,1).

    Nieprzeparte dążenie Ignacego do jedności z Chrystusem kładzie podwaliny pod “mistykę jedności”. On sam nazywa siebie “człowiekiem, któremu powierzone zostało zadanie jedności” (Do Filadelfian 8,1). Według Ignacego jedność jest nade wszystko cechą Boga, który istniejąc w trzech Osobach jest Jednym w całkowitej jedności. Powtarza on często, że Bóg jest jednością i że tylko w Bogu znajduje się ona w stanie czystym i pierwotnym. Jedność, którą chrześcijanie mają zrealizować na tej ziemi nie jest niczym innym, jak naśladownictwem, możliwie jak najbardziej zgodnym z boskim archetypem. W ten sposób Ignacy dochodzi do wypracowania wizji Kościoła, która nawiązuje do niektórych sformułowań Listu do Koryntian Klemensa Rzymskiego. “Dobrą rzeczą dla was”, pisze na przykład do chrześcijan z Efezu, “jest postępować wspólnie w zgodzie z myślą biskupa, jak już czynicie. W istocie wasze kolegium kapłańskie, słusznie uznane i godne Boga, jest tak harmonijnie zjednoczone z biskupem, niczym struny cytry. Dlatego w waszej zgodzie i w waszej symfonicznej miłości wyśpiewujecie Jezusa Chrystusa. I tak, jeden po drugim, stajecie się chórem, ażeby w symfonii zgody, po wzięciu tonu od Boga jedności, śpiewać jednym głosem” (4 ,1-2). A po zaleceniu mieszkańcom Smyrny, by “nie podejmować niczego, co dotyczy Kościoła, bez biskupa” (8, 1), zwierza się Polikarpowi: “Ja daję życie za tych, co podporządkowali się biskupowi, za kapłanów i diakonów. Obym mógł wraz z nimi mieć udział z Bogiem. Pracujcie razem jedni za drugich, walczcie razem, biegnijcie razem, cierpcie razem, śpijcie i czuwajcie razem jako zarządcy Boga, jego asesorzy i sługi. Starajcie się podobać Temu, dla którego walczycie i od którego otrzymujecie żołd. Niechaj nikt z was nie okaże się dezerterem. Chrzest wasz niech pozostanie tarczą, wiara hełmem, miłość włócznią, a cierpliwość zbroją” (6, 1-2).

    W sumie można dostrzec w Listach Ignacego swego rodzaju stałą i owocną dialektykę między dwoma aspektami, cechującymi życie chrześcijan: z jednej strony hierarchiczna struktura wspólnoty kościelnej, z drugiej podstawowa jedność, która wiąże z sobą wszystkich wierzących w Chrystusa. W konsekwencji role te nie mogą być z sobą w sprzeczności. Przeciwnie, nacisk na komunię wierzących między sobą i z ich własnymi pasterzami stale wyrażany jest na nowo poprzez wymowne obrazy i porównania: cytra, struny, intonacja, koncert, symfonia. Ewidentna jest szczególna odpowiedzialność biskupów, kapłanów i diakonów za budowę wspólnoty. Przede wszystkim dotyczy ich wezwanie do miłości i jedności. “Bądźcie jedno”, pisze Ignacy do mieszkańców Magnezji, przywołując modlitwę Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy: “Jedyne błaganie, jedyny umysł, jedyna nadzieja w miłości… Biegnijcie wszyscy do Jezusa Chrystusa jako do jedynej świątyni Boga, jako do jedynego ołtarza: On jest jeden, a pochodząc od jedynego Ojca, pozostał z Nim zjednoczony, i do Niego powrócił w jedności” (7, 1-2). Ignacy, jako pierwszy w literaturze chrześcijańskiej, przypisuje Kościołowi przymiotnik “katolicki”, to jest “powszechny”: “Gdzie jest Jezus Chrystus”, stwierdza, “tam jest Kościół katolicki” (Do mieszkańców Smyrny 8, 2). I właśnie na służbie jedności Kościoła katolickiego, wspólnota chrześcijańska Rzymu pełni swego rodzaju prymat w miłości: “W Rzymie przewodzi on godny Boga, czcigodny, godny, by nazywać go błogosławionym… Przewodzi miłości, która ma prawo Chrystusa i nosi imię Ojca” (Do Rzymian, prolog).

    Jak widać, Ignacy jest prawdziwie “doktorem jedności”: jedności Boga i jedności Chrystusa (na przekór rozmaitym herezjom, które zaczynały krążyć i dzieliły człowieka i Boga w Chrystusie), jedności Kościoła, jedności wiernych: “w wierze i miłości, od których nie ma nic bardziej znamienitego” (Smirnesi 6, 1). Jednym słowem: “realizm” Ignacego nawołuje wiernych dnia wczorajszego i dzisiaj, nawołuje nas wszystkich do postępującej syntezy między dążeniem do Chrystusa (jedność z Nim, życie w Nim) i oddaniem Jego Kościołowi (jedność z biskupem, wielkoduszna służba wspólnocie i światu). W sumie należy osiągnąć syntezę między komunią Kościoła wewnątrz i misją głoszenia Ewangelii innym, aż do momentu, gdy poprzez jeden wymiar przemawiać będzie drugi, a wierzący będą coraz bardziej “w posiadaniu tego niepodzielnego ducha, jakim jest sam Jezus Chrystus” (Magnesi 15). Prosząc Pana o tę “łaskę jedności”, i w przekonaniu przewodzenia miłości całego Kościoła (por. Romani, prolog), kieruję do was to samo życzenie, którym kończy się list Ignacego do chrześcijan Tralli: “Miłujcie się wzajemnie sercem nie podzielonym. Duch mój ofiarowuje się w ofierze za was, nie tylko teraz, ale i kiedy osiągnie Boga… Obyście w Chrystusie mogli zostać znalezieni bez zmazy” (13). I módlmy się, aby Pan pomógł nam osiągnąć tę jedność i zostać znalezionymi w końcu bez zmazy, albowiem miłość jest oczyszczeniem duszy.

    wiara.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Boża pszenica – św. Ignacy Antiocheński

    Ignacy posługiwał się za życia imieniem Teofor, co znaczy „niosący Boga”. Średniowieczna „Złota legenda” opowiada, że w jego sercu znaleziono po śmierci złotymi literami wypisane imię Chrystusa.

    Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. To chyba najsłynniejsze słowa św. Ignacego, biskupa Antiochii, który zginął na rzymskiej arenie (być może w Koloseum) rozszarpany przez dzikie zwierzęta około 110 roku. Żył w czasach, gdy chrześcijanie pamiętali jeszcze Apostołów Chrystusa. Legenda mówi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które Chrystus postawił przed uczniami, kiedy mówił im, że mają się stać jak dzieci: „Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18,4).

    Niewiele mamy informacji o jego życiu. Wiadomo, że był drugim lub trzecim z kolei biskupem w Antiochii, w Kościele założonym przez samego św. Piotra. Kiedy za panowania cesarza Trajana wybucha prześladowanie chrześcijan, Ignacy zostaje aresztowany w swoim mieście i przewieziony do Rzymu. Ma już wtedy około osiemdziesiątki. W drodze po męczeńską śmierć umacnia napotkanych współwyznawców. W Smyrnie spotyka się z sędziwym biskupem Polikarpem, który wkrótce podąży za nim w krwawą drogę. Chwile postoju Ignacy wykorzystuje na pisanie. Tak powstaje 6 listów adresowanych do różnych gmin chrześcijańskich i jeden do biskupa Polikarpa. To prawdziwe perły literatury wczesnochrześcijańskiej.

    Zawierają nie tylko świadectwo wiary samego Ignacego. Ukazują także wiarę młodego Kościoła, rozwijającego się mimo prześladowań. Ignacy akcentuje znaczenie jedności w gminach, której źródłem jest ścisła łączność wierzących z biskupami, prezbiterami i diakonami. O Kościele rzymskim pisze, że przewodzi w wierze i miłości. O sobie wyznaje, że dopiero teraz zaczyna być uczniem Chrystusa. Rzymskich chrześcijan prosi żarliwie, by nie starali się go ratować, ale pozwolili mu się zjednoczyć jak najszybciej ze Zbawicielem: „Moje upodobania zostały ukrzyżowane i nie ma we mnie już pożądania ziemskiego. Jedynie woda żywa przemawia do mnie z głębi serca i mówi: »Pójdź do Ojca«”.

    Ignacy posługiwał się za życia imieniem Teofor, co znaczy „niosący Boga”. Średniowieczna „Złota legenda” opowiada, że w jego sercu znaleziono po śmierci złotymi literami wypisane imię Chrystusa. Z listów świętego biskupa Ignacego bije wielka duchowa siła, radykalizm, odwaga, nadzieja sięgająca poza horyzont śmierci. „Czyńmy wszystko z tą jedną myślą, że Bóg jest w nas”; „Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata”. Słowa proste, mocne, jednoznaczne. Odsłaniają całą mizerię mojej wiary. Czytam je jak wyrzut sumienia. Czy w ogóle zacząłem już być uczniem Chrystusa? Przecież wcale nie chcę, by moje upodobania zostały ukrzyżowane. Lękam się stać się Bożą pszenicą. Kim więc jestem?

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Ignacy Antiocheński – biskup i męczennik

     

    „Męczeństwo Ignacego z Antiochii”, Galeria Borghese w Rzymie

    „Męczeństwo Ignacego z Antiochii”, Galeria Borghese w Rzymie/ Wikimedia Commons

    ***

    Św. Ignacy, biskup od roku 70 do 107, był drugim Następcą Piotra na stolicy w Antiochii, która dziś znajduje się w Turcji. Za panowania cesarza Trajana wybuchło prześladowanie chrześcijan i wtedy św. Ignacy jako głowa chrześcijan syryjskich został skazany na śmierć przez namiestnika Syrii. W liturgii wspomina się go 17 października

    W Antiochii powstała kwitnąca wspólnota chrześcijańska i tam „po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami” (Dz 11,26). Euzebiusz z Cezarei, historyk z IV wieku, poświęcił cały rozdział swej „Historii Kościelnej” życiu i dziełu literackiemu Ignacego. „Z Syrii – pisze – Ignacy wysłany został do Rzymu, gdzie miano rzucić go dzikim zwierzętom na pożarcie, ze względu na świadectwo, jakie dał Chrystusowi. Odbywając swą podróż przez Azję, pod okiem surowych straży, w kolejnych miastach, gdzie się zatrzymywał, przepowiadaniem i ostrzeżeniami umacniał Kościoły; przede wszystkim z największym zapałem nawoływał do wystrzegania się herezji, które zaczynały się wówczas szerzyć i zalecał, by nie odrywać się od tradycji apostolskiej”.

    Pierwszym etapem podróży Ignacego było miasto Smyrna, gdzie biskupem był św. Polikarp, uczeń św. Jana. Ignacy napisał tu cztery listy, skierowane do Kościołów Efezu, Magnezji, Tralleis i Rzymu. „Wyruszywszy ze Smyrny – pisze dalej Euzebiusz – Ignacy dotarł do Troady i stamtąd wysłał następne listy”: dwa do Kościołów Filadelfii i Smyrny, i jeden do biskupa Polikarpa. Wreszcie z Troady męczennik dotarł do Rzymu, gdzie w Amfiteatrze Flawiuszów rzucony został na pożarcie dzikim bestiom. Św. Ignacy wszystkie swoje listy rozpoczynał od słów: „Ignacy zwany Teoforem”, co znaczy: „ten, który nosi Boga”, głosi Jego naukę.

    Żaden z Ojców Kościoła nie wyraził z taką intensywnością, jak Ignacy, pragnienia jedności z Chrystusem i życia w Nim. Ignacy błaga chrześcijan Rzymu, by nie uniemożliwiali mu męczeństwa, albowiem z niecierpliwością czeka na „połączenie się z Jezusem Chrystusem”. I wyjaśnia: „Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata. Niechaj nie mieszka w was zazdrość. Nawet gdybym prosił, będąc u was, nie słuchajcie; uwierzcie raczej temu, co teraz do was piszę. Piszę zaś, będąc przy życiu, a pragnąc śmierci. Moje upodobania zostały ukrzyżowane i nie ma już we mnie pożądania ziemskiego. Jedynie woda żywa przemawia do mnie z głębi serca i mówi: Pójdź do Ojca. Nie cieszy mnie zniszczalny pokarm ani przyjemności świata. Pragnę Bożego chleba, którym jest Ciało Jezusa Chrystusa z rodu Dawida, i napoju, którym jest Jego Krew – miłość niezniszczalna (…) Szukam tego, który umarł za mnie, chcę tego, który zmartwychwstał dla nas… Pozwólcie, abym był naśladowcą męki mego Boga! (…) Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa”.

    Ignacy jest wyczulony na prawdę wcielenia Syna Bożego oraz na Jego prawdziwe i konkretne człowieczeństwo: Jezus Chrystus, pisze Ignacy do mieszkańców Smyrny, „jest prawdziwie z plemienia Dawida”, „rzeczywiście narodził się z Dziewicy”, „rzeczywiście został za nas przybity”.

    Ignacy nazywa sam siebie „człowiekiem, któremu powierzone zostało zadanie jedności”. Jedność jest nade wszystko cechą Boga, który istniejąc w trzech Osobach, jest Jednym w całkowitej jedności. Jedność, którą chrześcijanie mają zrealizować na tej ziemi, nie jest niczym innym, jak naśladownictwem, możliwie jak najbardziej zgodnym z Boskim wzorem. W ten sposób Ignacy dochodzi do tematu jedności Kościoła i w liście do chrześcijan w Tralleis pisze: „Jest zatem rzeczą konieczną, abyście – tak, jak to czynicie – nie robili nic bez waszego biskupa, lecz abyście byli posłuszni także i kapłanom niby Apostołom Jezusa Chrystusa, który jest naszą nadzieją. W Nim się znajdziemy, jeśli tak właśnie żyć będziemy. Trzeba też, aby i diakoni, będący sługami tajemnic Jezusa Chrystusa, podobali się wszystkim na wszelki sposób (…). Podobnie niechaj wszyscy szanują diakonów jak [samego] Jezusa Chrystusa, a także biskupa, który jest obrazem Ojca, i kapłanów jak Radę Boga i Zgromadzenie Apostołów: bez nich nie można mówić o Kościele”.

    Ignacy jako pierwszy w literaturze chrześcijańskiej przypisuje Kościołowi przymiotnik „katolicki”, to jest „powszechny”: „Gdzie jest Jezus Chrystus – stwierdza – tam jest Kościół katolicki”. I właśnie na służbie jedności Kościoła katolickiego wspólnota chrześcijańska Rzymu pełni swego rodzaju prymat w miłości: „W Rzymie przewodzi on godny Boga, czcigodny, godny, by nazywać go błogosławionym… Przewodzi miłości, która ma prawo Chrystusa i nosi imię Ojca”.

    Św. Ignacy Antiocheński jest prawdziwie „doktorem jedności”: jedności Boga i jedności Chrystusa, na przekór rozmaitym herezjom, które zaczynały krążyć i dzieliły człowieka i Boga w Chrystusie; jedności Kościoła, jedności wiernych „w wierze i miłości, od których nie ma nic bardziej znamienitego”. Nawołuje wiernych dnia wczorajszego i dzisiejszego do coraz doskonalszej syntezy między dążeniem do Chrystusa i oddaniem Jego Kościołowi.

    ks. Julian Nastałek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
      •  Błogosławiony Józef Jankowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Jadwiga Śląska

    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska

    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Gorlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski, pallotyn
    prezbiter i męczennik



    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.

    Błogosławiony Józef Jankowski

    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy: W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.
    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    bł. JÓZEF JANKOWSKI SAC


    1910, Czyczkowy – ✟ 1941, Auschwitz
    męczennik

    patron: miasta i powiatu Brusy

    Na świat przyszedł 17.xi.1910 r. we wsi Czyczkowy, ok. 25 km na północ od Chojnic i ok. 3 km na południe od Brus, na północnym krańcu Borów Tucholskich, na terenie Pomorza Gdańskiego. Region ów należał wówczas do tzw. niem. Regierungsbezirk Marienwerder (pl. rejencja kwidzyńska) w prowincji niem. Westpreußen (pl. Prusy Zachodnie), stanowiącej część niem. Königreich Preußen (pl. Królestwo Prus), kraju związkowego Cesarstwa Niemieckiego — czyli do zaboru pruskiego (dziś województwa pomorskiego).

    Był drugim z czworga — miał dwóch braci i siostrę — (według innych źródeł pięciorga) dzieci rolników Roberta Jankowskiego (1968, Kłonecznica) i Michaliny z domu Peplińskiej (1883, Kosobudy). Ponadto wychowywał się wśród czworga przyrodniego rodzeństwa z pierwszego małżeństwa ojca (jeszcze jeden z przyrodnich braci umarł w dzieciństwie przed narodzeniem Józefa.

    Trzy dni po narodzinach, 20.xi.1910 r., w wybudowanym w latach 1876‑9 monumentalnym parafialnym kościele pw. Wszystkich Świętych w Brusach (parafia założona została w 1340 r.) przyjęty został do Kościoła powszechnego (łac. catholicus) w sakramencie chrztu św.

    Wychował się w religijnej, ubogiej rodzinie, z wiecznie zapracowanymi rodzicami. Matka miała mówić — „Z dziećmi nie pieściłam się, nie miałam na to nawet czasu”. Zaraz jednakże dodawała — „Na żadne dziecko nie mogę się użalać”. I uzupełniała — „Ale ze wszystkich najlepszy był Józek”…

    Powołanie przyszło wcześnie. Pierwsze myśli zakiełkowały zapewne już w dzieciństwie. Tak więc w 1924 r., gdy przyszedł czas na decydujące wybory, Józef — pragnąc się dalej kształcić — zdecydował się na gimnazjum prowadzone przez Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (łac. Societas Apostolatus Catholici – SAC) — czyli oo. pallotynów — w Sucharach, ok. 7 km na północ od Nakła nad Notecią (i 95 km na południe od rodzinnej wsi).

    Pałac w Sucharach, zbudowany w 1906 r., pallotyni zakupili w ix.1920 r. i przejęli dwa miesiące później. Były to niezwykłe czasy, nie tylko zresztą dla owego regionu. Po rozstrzygnięciach I wojny światowej wersalski traktat pokojowy, podpisany 28.vi.1919 r., uznał polskość zarówno ziem wokół Nakła jak i większości Pomorza Gdańskiego. Do Nakła polskie wojska weszły 20.i.1920 r., w dwa dni po rozpoczęciu przejmowania tych ziem przez żołnierzy gen. Józefa Hallera von Hallen­burg (1873, Jurczyce – 1960, Londyn). Proces zakończył się 10.ii.1920 r., gdy w Pucku gen. Haller dokonał symbolicznych zaślubin Polski z Bałtykiem. I Suchary i Czyczkowy, po 148 latach zaborów — od I rozbioru Rzeczpospolitej w 1772 r. — powróciły do Polski, do II Rzeczpospolitej.

    Te wydarzenia Józef, jeszcze dziecko, obserwował z rodzinnej wsi. Choć pewnie niewiele z nich sam później pamiętał, ale zarówno rodzina jak i całe otoczenie niejednokrotnie musiało do nich wracać i w ich legendzie Józef się wychowywał…

    Na pewno o nich, jak i o wszystkich wojnach o granice Rzeczpospolitej toczonych w latach 1918‑21, rozmawiano i dyskutowano również i w Sucharach, gdzie w posiadłości z parkiem i 3 stawami pallotyni założyli gimnazjum i gdzie Józef pojawił się we wspomnianym 1924 r.

    Po dwóch latach — gimnazjum w Sucharach początkowo prowadziło nauczanie tylko w zakresie pierwszych dwóch lat gimnazjalnych — przeniósł się daleko na południe, do wsi Klecza Dolna, ok. 4 km od Wadowic. Tam, w miejscu z racji położenia znanym jako Kopiec, od 1909 r. — czyli czasów zaboru austriackiego — funkcjonował dom macierzysty pallotynów na terenach polskich, zwany „Collegium Marianum”, a przy nim gimnazjum męskie. I tam Józef kontynuował nauki.

    Tam też 16.v.1927 r., z rąk ówczesnego abpa Adama Stefana Sapiehy (1867, Krasiczyn – 1951, Kraków), metropolity krakowskiego, przyjął Ducha Świętego w sakramencie bierzmowania.

    Udzielał się w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze…

    W czasie wakacji wracał do domu, by pomagać rodzicom w pracach polowych, i by zarobić na utrzymanie w czasie roku szkolnego — rodzina była uboga…

    W 1929 r., po ukończeniu 6. klasy gimnazjalnej, nadszedł czas decyzji. Nie wahał się. I na początku viii.1929 r. pojawił się u bram założonego zaledwie dwa lata wcześniej domu pallotyńskiego w Ołtarzewie, ok. 20 km na zachód od Warszawy. Został przyjęty i rozpoczął nowicjat.

    Po roku powrócił do „Collegium Marianum” k. Wadowic, by ukończyć nauczanie gimnazjalne i w tymże 1930 r. zdać egzamin dojrzałości (łac. maturus), czyli maturę. Zaraz potem rozpoczął w „Collegium Marianum” studia filozoficzne. Do rodziców, z którymi utrzymywał nieustanny listowny kontakt, pisał: „Bardzo mi się podoba na filozofii […] staram się jak najskrupulatniej wykorzystać czas naukę, bo czas już nie wraca, a ksiądz powinien mieć duży zasób wiedzy, zwłaszcza w obecnych czasach i dużo łask wypraszać sobie u Boga w czym proszę mi pomagać modlitwą”…

    W Wadowicach napisał także artykuł „Prześladowanie religijne w RosjiRodzina Polska”, 1931, nr 1 (później opublikował jeszcze, jako ps. Józef Panaś, serię rozważań teologicznych dotyczących sakramentu pokuty „Czwarty sakramentApostoł wśród Świata”, 1938, nr 2, nr 3, nr 4, 1939, nr 1, nr 3).

    Tamże rok później, 15.viii.1931 r., złożył pierwszą profesję, czyli zobowiązanie do przestrzegania ewangelicznych rad: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Pisał do rodziców: „Dzień poświęcenia się Bogu na ofiarę jest dniem radości i szczęścia. Co do mnie, ustami przyrzekłem wytrwać w Stowarzyszeniu przez jeden rok, ale sercem składałem przyrzeczenie wytrwania na zawsze”…

    Pallotyni przechodzili — jak cała Polska — przez okres zmian i związane z nim problemy. Nowy dom zakonny w Ołtarzewie, w którym planowano otworzyć wyższe seminarium duchowne, nie był jeszcze gotowy — brakowało funduszy. W związku z tym klerycy — przygotowujący się do sakramentu kapłaństwa studenci teologii — w latach 1932‑5 nauki pobierali w domu w Sucharach. I tam przeniesiony został i Józef…

    Pisał w listach: „Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Tę akurat modlitwę Stwórca wysłuchał połowicznie: w czasie ziemskiego życia Józef zaiste pozostał pokornym, nierozpoznanym sługą Bożym, ale po śmierci — na nasze szczęście — tak się nie miało stać i poznajemy powoli wielki dar jego życia…

    W Sucharach — a zatem stosunkowo niedaleko od rodzinnych stron — 10.v.1933 r., z rąk ówczesnego Prymasa Polski, Augusta kard. Hlonda (1881, Brzęczkowice – 1948, Warszawa), otrzymał tonsurę i niższe święceniaostiariatulektoratuegzorcystatu i akolitatu.

    Tamże 5.v.1935 r. przyjął święcenia pierwsze święcenia wyższe — subdiakonatu, a dwa miesiące później, 5.vii.1935 r., diakonatu.

    Zaraz potem na swój ostatni rok studiów teologii powrócił wraz z klerykami do Ołtarzewa. Tegoż 1935 roku wraz z seminarium do Ołtarzewa przywieziono bibliotekę seminaryjną, której podwaliny położono w Sucharach.

    Święcenia kapłańskie otrzymał i przyjął, 2.viii.1936 r., w kaplicy domu zakonnego w Sucharach (przerobionej z sali balowej), z rąk sufragana (łac. episcopus suffraganeus) miejscowej archidiecezji gnieźnieńskiej, bpa Antoniego Laubitza (1861, Pakość – 1939, Gniezno).

    Kilka dni wcześniej rodzicom napisał: „Odkąd lepiej poznałem Boga i zrozumiałem, na czym polega doskonałość człowieka, zrodziło się w mojej duszy jedno pragnienie: ukochania Boga jak najgoręcej. Św. Paweł bardzo do tego zachęca, żeby ponad wszystkie dary, pragnąć daru miłości. Skoro Bóg pozwala pragnąć, zapewne chce, jak mówi św. Teresa ‘im więcej chce dać, tym więcej każe pragnąć’ […]

    Chcę zdobyć dla Boga wiele, wiele dusz, chcę być wielkim apostołem, ale to jest możliwe tylko przy wielkiej miłości Boga […] Nie zadowala mnie być drugim Chrystusem tylko podczas Mszy św., chcę Nim być zawsze. Ale to możliwe będzie, gdy będę kochał Boga nade wszystko miłością doskonałą. Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat. Jeżeli mi Pan Bóg tego daru w ciągu życia nie użyczy, ufam, że mi go da przy śmierci, byleby tylko pragnienie tego nigdy nie przygasło, ale stale wzrastało […]

    Proście Boga, żeby serce moje wyzute z miłości własnej, zawsze było otwarte na przyjęcie łaski Jego, bym nigdy nie zapomniał Mu składać z siebie ofiarę, bo ofiara rodzi miłość, żebym zawsze jak najwięcej korzystał ze Mszy św., gdzie Bóg najwięcej daru miłości użyczyć mi pragnie”…

    Trzy dni po święceniach, 5.viii.1936 r., był już w rodzinnych stronach i w Brusach, w parafialnym kościele pw. Wszystkich Świętych, w którym ongiś przyjęty został do Kościoła powszechnego — katolickiego — odprawił Mszę św. prymicyjną (łac. primitiae). Na powitanie wystawiono mu — nowemu kapłanawi Mistrza z Nazaretu — specjalne trzy okolicznościowe kwietne bramy…

    Po wakacjach powrócił do Ołtarzewa, gdzie jeszcze przez rok pogłębiał zagadnienia teologiczne. Od ix.1936 r. wszystkie roczniki polskich kleryków pallotyńskich — także najnowszy — zaczęły pobierać nauki właśnie w Ołtarzewie. Wiosną następnego roku rozpoczęto też budowę gmachu Wyższego Seminarium Duchownego, według projektu architekta Alfonsa Wędrychowskiego.

    W ciągu dwóch i pół roku powstało skrzydło wschodnie i część środkowa oraz wzniesiono mury seminaryjnego kościoła, pod którym miała mieścić się sala teatralna…

    Oprócz kontynuacji studiów opiekował się też Krucjatą Eucharystyczną, inspirowaną stowarzyszeniami Apostolstwa Modlitwy organizacją dzieci, założoną 13.xi.1914 r. przez francuskiego jezuitę — zakonnika Towarzystwa Jezusowego (łac. Societas Iesu – SI) — o. Alfreda Bessièresa (1877‑1953), po apelu Ojca św. Benedykta XV (1854, Genua – 1922, Rzym). Formalnie Krucjata zatwierdzona została przez kolejnego następcę św. Piotra, Piusa XI (1857, Desio – 1939, Watykan), 6.viii.1922 r. W Polsce pierwsze koło założyła św. Urszula Ledóchowska (1865, Loosdorf – 1939, Rzym), 1.i.1925 r. w Pniewach. Dzieci swoje trudy i cierpienia ofiarowywały w swych modlitwach w intencji odrodzenia chrześcijaństwa, dziękując za wielkie rzeczy, które uczynił Wszechmogący Bóg w życiu każdego z nich…

    Od 1937 r. Józef objął w Ołtarzewie normalne obowiązki duszpasterskie i katechetyczne. Został prefektem szkół w Ołtarzewie oraz w okolicy — w Mosznie i Laskach. Głosił niedzielne kazania dla dzieci, opiekował się pallotyńskimi postulantami (łac. postulare). Pod opieką miał też bibliotekę seminaryjną, którą założono w Sucharach, w czasach, gdy studiował tam teologię, a do Ołtarzewa przeniesiono w 1935 r.

    Często wyjeżdżał do okolicznych parafii, aby spowiadać.

    W i.1939 r. został sekretarzem działającego w Ołtarzewie Komitetu Pomocy Dzieciom.

    Młodych ludzi — dzieci i młodzież — zachęcał do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza (1873, Alençon – 1897, Lisieux), której dzieło „Dzieje duszy” wywarło głęboki wpływ również i na jego życie wewnętrzne. Spotykał się z chłopcami na ministranckich spotkaniach formacyjnych, na zbiórkach. Grał z nimi w piłkę, uczestniczył w zabach. Organizował amatorskie przedstawienia i wycieczki…

    Nie zapominał i o swojej, dużej i nie zamożnej wszak, rodzinie, stając się dla niej korespondencyjnym przewodnikiem duchowym.

    Wszelkie plany i zamierzenia Józefa, źródło swe mające w zawołaniu duchowych synów założyciela rodzimego zgromadzenia, św. Wincentego (wł. VincenzoPallotti (1795, Rzym – 1850, Rzym) — łac. „Caritas Christi urget nos” (pl. „Miłość Chrystusa nas przynagla”) — i sprecyzowane w zapisach prawa pallotyńskiego określających ich charyzmat — „konieczność ożywienia wiary i rozpalenia miłości wśród katolików, aby doprowadzić w ten sposób wszystkich ludzi do jedności w wierze Chrystusowej” — musiały ulec drastycznej rewizji i zmianom 1.ix.1939 r. Tego dnia w granice Rzeczypospolitej, bez wypowiedzenia wojny, wkroczyli Niemcy. Na podstawie osławionego porozumienia z 23.viii.1939 r. dwóch wybitnych przywódców socjalistycznych — niemieckiego, o odcieniu nazistowskim, Adolfa Hitlera (1889, Braunau am Inn – 1945, Berlin), i rosyjskiego, o odcieniu komunistycznym, Józefa Stalina (1878, Gori – 1953, Kuncewo) — i jego tajnych aneksów, od nazwisk sygnatariuszy, czyli ministrów spraw zagranicznych dwóch wspomnianych zbrodniarzy, zwanego paktem Ribbentrop–Mołotow, Niemcy do Rzeczpospolitej wkroczyli od zachodu. 17 dni później od wschodu Polskę najechali Rosjanie. Dwaj bandyci dokonali w ten sposób czwartego rozbioru Polski — w praktyce uczestniczyli w nim także, acz w różnym stopniu zaangażowania, Słowacy i Litwini — uzgodnionego formalnie i podpisanego, wraz z innymi tajnymi aneksami, 28.ix.1939 r. w tzw. „traktacie o granicach i przyjaźni Rosja—Niemcy”. Rozpoczęła się II wojna światowa.

    Niemieckie uderzenie, rozpoczęte 1.ix.1939 r., było potężne. Od północy — z Prus Wschodnich (niem. Ostpreußen) — zachodu — Pomorza Zachodniego (niem. Pommern) i Śląska (niem. Schlesien) — oraz od południa — Górnego Śląska (niem. Oberschlesien) i wcześniej zajętych Czech — Niemcy błyskawicznie zaczęli zajmować w części niebronione polskie tereny. 7.ix.1939 r. na zachód od linii Wisły w polskich rękach — poza niewielkimi skrawkami — pozostawał jeszcze centralny pas łączący generalnie Poznań z Warszawą.

    Na ucieczkę na wschód decydowało się tysiące Polaków. Drogi były zapchane a długie kolumny maszerujących niejednokrotnie ludobójczo atakowane przez niemieckie samoloty. Tak też było na głównej drodze łączącej Poznań z Warszawą, przy której znajdował się Ołtarzew…

    Od pierwszych dni po niemieckim najeździe w Ołtarzewie gromadziła się ludność cywilna, zarówno lokalna jak i uciekinierzy z dalszych terenów. Przełożeni Seminarium Duchownego, w którym już gromadzili się alumni wracający z tak niedawno wszak zakończonych wakacji, zdecydowali aliści o przeniesieniu szkoły do innych ośrodków pallotyńskich na wschodzie Polski, za Wisłą, gdzie jeszcze Niemcy nie dotarli i gdzie miano nadzieję nie dotrą. 7.ix.1939 r. zarówno profesorowie, jak i ich wychowankowie, wśród których był kleryk Józef Stanek, opuścili Ołtarzew…

    Ich nadzieje tylko częściowo się spełniły — Niemcy tegoż 1939 r. daleko na wschód nie dotarli, ale za to 17.ix.1939 r. otrzymali wsparcie ze strony wiernego sojusznika — Rosji, która najechała na Polskę od wschodu…

    W Ołtarzewie pozostał tylko Józef, który wraz z kilkoma braćmi zakonnymi zgłosił się dobrowolnie, by nie pozostawiać majątku zgromadzenia bez opieki. Zaraz po wyjściu większości ze współbraci na szczycie domu Józef wywiesił obraz Matki Bożej Częstochowskiej

    Następne kilka dni przeszły do historii pod nazwą „bitwy ołtarzewskiej”, epizodu zaledwie wielkiej polskiej wojny obronnej 1939 r. przed dwoma ludobójczymi najeźdźcami, ale stanowiącej niejako wstęp do największej bitwy tej kampanii, „bitwy nad Bzurą”, stoczonej przez wojska polskie z przeważającymi niemieckimi siłami w dniach 10‑22.ix.1939 r. Lokalny historyk, Józef Kiljański (ur. 1929) tak opisuje te dni, widziane z perspektywy OłarzewaWrześniowe boje 1939 r. w rejonie Ożarowa–Ołtarzewa: próba rekonstrukcji…”, „Przegląd Pruszkowski”, nr 1, 2009, s. 80:

    Na gospodarstwie pallotyńskim w Ołtarzewie pozostał z dwoma braciszkami zakonnymi 29‑letni ksiądz Józef Jankowski, dobrze mówiący po niemiecku […] Spisał się doskonale jako gospodarz ośrodka […]

    Ksiądz Jankowski [przyjmował] życzliwie [uciekinierów, wśród których byli chorzy, m.in. na chorobę Heinego–Medina, i niesprawni, w tym sparaliżowani] i [prowadził ich] do podziemia przygotowanego na przyjęcie uciekinierów.

    Biwakowało [tam] już około 500 osób, a wciąż napływali nowi. Byli to przeważnie uchodźcy z zachodnich terenów kraju, w szczególności z poznańskiego, ale nie brakowało i miejscowych mieszkańców […]

    Ksiądz Jankowski czuwał nad wszystkim dzień i noc, dwoił się i troił, przyjmując nowych przybywających, rozlokowywał ich, uśmierzał swary, gdyż wcześniej zasiedleni mieszkańcy schronu niechętnie dzielili się z przybyszami miejscami i barłogiem […]

    [8 września] w godzinach południowych bombowce nurkowe przeprowadziły nalot na szosę poznańską w Ożarowie i na linię kolejową. Stukasy, bombowce precyzyjnego bombardowania, [maszyny o charakterystycznych kształtach drapieżnych ptaków, ]spadając na cel wydawały przeraźliwe wycie, czy raczej wizg, od którego, jak ktoś zauważył, w człowieku aż ‘szpik zamierał’. Ta nieskomplikowana metoda oddziaływania psychicznego (syrena znajdująca się w goleni jednego z kół uruchamiała się sama podczas nurkowania) została skutecznie przetestowana w Hiszpanii, gdzie podczas wojny domowej stronę frankistowską wspomagała niemiecka eskadra ekspedycyjna. Tam też Niemcy nauczyli się wyposażać bomby lotnicze w różnego rodzaju gwizdki i świstawki, potęgując jeszcze bardziej efekt psychologiczny bombardowania.

    Sam nalot na Ożarów trwał zaledwie 5 do 7 minut, ale spowodował tragiczne skutki […] Zostały uszkodzone domostwa, między innymi spłonęła kaplica i mieszkanie księdza proboszcza w parku Ołtarzewskim […]. Zniszczone też zostały baraki magazynowe fabryki kabli. Byli zabici i ranni.

    Ofiarą bomb stał się przede wszystkim pociąg z amunicją zmierzający do Warszawy. […] Wagony zaczęły się palić, a amunicja eksplodować […]

    [Był to] szereg nieustannych wybuchów trwających wiele godzin. Pociski z piekielnym hukiem rwały się przez resztę dnia i prawie całą noc. Okolicznym mieszkańcom, którzy ukryli się w piwnicach i w improwizowanych schronach zdawało się, że to prowadzi intensywny ogień artyleria którejś ze stron […]

    Noc z 8 na 9 września była koszmarna. Amunicja w zbombardowanym pociągu całymi godzinami wybuchała z piekielnym hukiem, a na szosie poznańskiej odbywały się utarczki patroli obu stron. Okoliczna ludność siedziała w swych ukryciach, zanosząc żarliwe modły do nieba o ocalenie lub o… lekką śmierć […]

    [W] podziemiach budynku siedziby Księży Pallotynów […] przez okno widać było ‘morze ognia’ i ludziom wydawało się, że samoloty niemieckie wciąż bombardują zarówno sam Ożarów, jak i Dom Misyjny.

    Dopiero ksiądz Jankowski objaśnił, że eksploduje amunicja w pociągu.

    W pewnym momencie jakiś większy pocisk uderzył w mur — zgasły wszystkie lampy i zatrzymały się wentylatory. […] W schronie piwnicznym wybuchła panika; mężczyźni rzucili się, by zamykać okna […] Znajdujący się wśród uciekinierów ksiądz z poznańskiego zaczął udzielać absolucji in articulo mortis, jednym słowem atmosfera była tragiczna.

    Nieoceniony ksiądz Jankowski uspokoił zebranych, a okna kazał otworzyć, gdyż w pomieszczeniach piwnicznych zaczynało brakować tlenu.

    Przerażająca kanonada dopiero nad ranem zaczęła się uspokajać […]

    Dopiero w niedzielę rano 10 września nastąpiła cisza. Ksiądz Jankowski odprawił wtedy dla wszystkich Mszę świętą.

    Wkrótce zjawili się pierwsi Niemcy […] Przy okrzykach: ‘Raus!’ i ‘Hände hoch!’ ludzie wychodzili z piwnicy na zewnątrz i szykowali się do dalekiego marszu”…

    W Ołtarzewie i całej zachodniej i połowie centralnej Polski rozpoczęła się niemiecka okupacja.

    Symboliczną datą jej rozpoczęcia — i warto ją zapamiętać! — jest 28.ix.1939 r. Tego dnia bowiem padła Warszawa. Tego dnia, jak to już wspomniano, dwaj okupanci, Rosjanie i Niemcy, podpisali tzw. „traktat o granicach i przyjaźni Rosja–Niemcy”. Tego samego dnia wreszcie dwaj urzędnicy niemieckiego centralnego niem. Rassenpolitisches Amt der NSDAP (pl. Urząd Polityki Rasowej NDSAP), Erhard Wetzel (1903, Stettin – 1975) i dr Günther Hecht (1902‑1945), w oparciu o wytyczne wyartykułowane dwa dni wcześniej przez niemieckiego socjalistycznego przywódcę, Adolfa Hitlera, opracowali memoriał niem. „Die Frage der Behandlung der Bevölkerung der ehemaligen polnischen Gebiete nach rassepolitischen Gesichtspunkten” (pl. Trak­towanie ludności byłych obszarów Polski z punktu widzenia polityki rasowej). Owi wybitni przedstawiciele „rasy panów” pisali m.in.: „Uniwersytety i inne szkoły wyższe, szkoły zawodowe, jak i szkoły średnie były zawsze ośrodkiem polskiego szowinistycznego wychowania i dlatego powinny być w ogóle zamknięte. Należy zezwolić jedynie na szkoły podstawowe, które powinny nauczać jedynie najbardziej prymitywnych rzeczy: rachunków, czytania i pisania. Nauka w ważnych narodowo dziedzinach, jak geografia, historia, historia literatury oraz gimnastyka, musi być zakazana”.

    Formalnie Ołtarzew znalazł się w obrębie zarządzanego przez Niemców tworu administracyjnego zwanego niem. Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete (pl. Generalne Gubernatorstwo dla okupowanych ziem polskich), potocznie zwanego Generalnym Gubernatorstwem.

    W budynkach pallotyńskich Niemcy pozwolili zostać tylko Józefowi — jako dozorcy i opiekunowi chorych. Seminarium zamieniono na szpital wojenny. Józef zajmował się wszystkim, w tym aprowizacją domu…

    Już prawd. w x.1939 r. Niemcy zlikwidowali tymczasowy szpital. Całkowicie nie opuścili wszelako budynku seminaryjnego — garażowano w nim m.in. niemieckie samochody wojskowe — ale oo. pallotyni mogli do niego powoli wracać.

    I tak też się stało. Po klęsce wrześniowej do seminarium powracali i klerycy i profesorowie. Przyjmowano też — formalnie od ix.1940 r. — kleryków z innych diecezji diecezji i zgromadzeń zakonnych, głównie z terenów bezpośrednio włączonych do Niemiec (Wielkopolska, Pomorze). Byli wśród nich ukrywający się przed Niemcami polscy żołnierze. Wrócił też inicjator budowy gmachu Wyższego Seminarium Duchownego, jego rektor o. Stanisław Wierzbica (1902, Bottrop – 1977, Częstochowa).

    W xi.1939 r. wznowiono wykłady. W pierwszych latach niemieckiej okupacji w Ołtarzewie ształciło się ponad 60 kleryków, udzielane były święcenia kapłańskie…

    Józef dalej zabiegał o wyżywienie i ogrzanie domu — zadanie niełatwe, zima z 1939 r. na 1940 r. była bowiem jedną z najmroźniejszych w historii, a ilość zgromadzonych w seminarium szybko wzrosła do przeszło 100 osób…

    Nie zaniedbywał ubogich — oo. pallotyni udzielali pomocy potrzebującym wsparcia materialnego, m.in. rozdawali chleb wypieczony w swojej piekarni. Ponadto Józef wypełniał obowiązki duszpasterskie, słuchał spowiedzi, głosił kazania…

    Mimo podejmowania coraz to większych obowiązków pozostawał wierny zapisanemu gdzieś spostrzeżeniu, że „Nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga — miłość”…

    Zapamiętano głoszone przez niego kazania. Szczególnie cenne rady, jakże potrzebne w niezwykle ciężkich czasach, zapisywano i dzięki temu przetrwały do dziś. Mówił:

    Bóg jest jak najwięcej zatroskany o twoją świętość. Pozwól Mu działać. Kochaj skupienie, ciszę i modlitwę, a usłyszysz głos Boga w duszy”…

    Im więcej Boga miłować będziemy, tym większe rzeczy u Niego wyprosić możemy”…

    Prośmy Boga, by nauczył nas cierpieć i innych uczyć cierpieć”…

    Uświęcić się możemy tylko przez większą miłość. Według św. Tereski nie umartwienia i zaparcie się prowadzą do świętości, lecz ufność bez granic, dziecięctwo. Módlmy się o to, polecajmy się Matce Najświętszej”…

    Gdy wyrzucimy z serca swego przywiązania ziemskie, miłość siebie Jezus nagrodzi nas nadmiarem, nauczymy się cenić łaskę krzyża, gdy go nam ześle”…

    31.iii.1941 r. otrzymał nominację na mistrza — magistra — nowicjatu. Pozycję miał objąć w viii.1941 r. Profetycznie czuł, że na nominacji się skończy: „Jestem przekonany, że stanie się coś i że magistrem nie będę” — miał powiedzieć.

    Okazało się, że miał rację. Jeszcze zdążył zanotować: „Za najszczęśliwsze uważam chwile w swym życiu, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem” — zdążył z siebie w pracy kapłańskiej dać pięć krótkich lat — gdy 16.v.1941 r. został aresztowany przez niemiecką Tajną Policję Państwową (niem. Geheime Staatspolizei), czyli Gestapo.

    Aresztowanie nie było przypadkowe. Ojcowie pallotyni z Ołtarzewa od początku okupacji brali udział w różnego rodzaju działaniach konspiracyjnych i niepodległościowych. Już po wspomnianej „bitwie ołtarzewskiej” w ix.1939 r. klerycy ołtarzewscy, którzy po kampanii wrześniowej powrócili do seminarium, na polach obok klasztoru znaleźli 10 karabinów i skrzynkę amunicji. Ukryto je w pallotyńskim budynku.

    Rektor Seminarium, po powrocie do Ołtarzewa z tułaczki wrześniowej 1939 r., wziął udział w pierwszym zebraniu konspiracyjnym polskiego ruchu podziemnego w pobliskim Ożarowie Mazowieckim. Przekazał wówczas powstającej organizacji — która przekształciła się później w Rejon VII „Jelsk–Jaworzyn” Obwodu VII „Obroża Okręgu Warszawskiego Związku Walki Zbrojnej ZWZ (od 1942 r. Armii Krajowej AK), czyli sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego — ukrytą amunicję. Nie usunięto jej aliści z gmachu seminaryjnego, ale uzupełnianą przez podziemie, nadal tam przechowywano jako jeden z 8 magazynów broni VII Rejonu…

    Kapłani i bracia zakonni pracujący w Ołtarzewie brali też bezpośredni udział w akcjach sabotażowych wymierzonych przeciw okupantowi niemieckiemu. M.in. do silników należących do Niemców samochodów, parkujących na terenie pallotyńskiej posiadłości, wsypywano dodatki, które powodowały ich zatarcie i zniszczenie — daleko po opuszczeniu Ołtarzewa.

    Wiadomo, że w tych akcjach uczestniczyli m.in. o. Józef i o. Norbert Jan Pellowski (1903, Pszczółki – 1942, Auschwitz), dziś Sługa Boży (łac. Servus Dei)…

    Ponadto oo. pallotyni, wobec zakazu prowadzenia nauczania na poziomie szkół średnich i wyższych dla Polaków, a także ograniczenia nauczania na poziomie podstawowym do „rachunków, czytania i pisania” — zgodnie ze wspomnianym ludobójczym planem niemieckiego przywódcy socjalistycznego, Adolfa Hitlera (inny znany niemiecki socjalistyczny przywódca i zbrodniarz, Henryk Leopold (niem. Heinrich LuitpoldHimmler (1900, Monachium – 1945, Lüneburg), powiedzieć miał: „dla polskiej ludności Wschodu […] czytania nie uważam za konieczne”) — uczestniczyli w niezwykłym wysiłku wspomnianego Polskiego Państwa Podziemnego, unikalnym w historii świata, czyli tajnym nauczaniu — tajnych kompletach — którym w całej okupowanej Polsce w zakresie szkoły podstawowej objętych zostało 1,5 miliona dzieci, za co ok. 8,500 polskich nauczycieli oddało życie. oo. pallotyni byli mianowicie katechetami na tajnych lekcjach organizowanych przez siostry Unii Rzymskiej Zakonu Świętej Urszuli (łac. Unio Romana Ordinis Sanctae Ursulae – OSU), czyli urszulanki.

    W dniach 16, 23 i 27.v.1941 r. nastąpiły aresztowania.

    Bezpośrednią przyczyną był zapewne donos niejakiego Alfonsa Stefana Mayera, uchodźcy z Wielkopolski, byłego powstańca wielkopolskiego, kolportera prasy pallotyńskiej, którego do Ołtarzewa przygarnął rektor o. Stanisław Wierzbica. Przekazał on Gestapo informacje o ukrywaniu przed Niemcami cennych rzeczy w budynku seminaryjnym oraz kolportażu podziemnej prasy przez braci pallotyńskich.

    9.v.1941 r. późnym wieczorem do pokoju o. Wierzbicy wtargnęło dwóch pijanych podoficerów niemieckich. Dotkliwie go pobito. Rektor postanowił wyjechać na leczenie do Brwinowa, skąd udał się do Zagórza k. Otwocka, do szpitala neurologicznego i psychicznego dla dzieci.

    Tydzień później, 16.v.1941 r., w poszukiwaniu o. Wierzbicy do Ołtarzewa przyjechał inny oddział Gestapo. Nie znajdując go kilku gestapowców pojechało do Brwinowa. Pozostali natomiast, w towarzystwie wspomnianego Mayera, rozpoczęli przeszukanie w Ołtarzewie.

    Można przypuszczać, że przeszukania stanowiły jakąś część niemieckich przygotowań do planowanego niemieckiego uderzenia na ówczesnego najwierniejszego sojusznika, czyli Rosję, które nastąpiło 22.vi.1941 r. Chodzić mogło o „oczyszczenie” bezpośredniego zaplecza przyszłego frontu działań, a ośrodek pallotyński od dawna był przez Niemców — choćby przez wspomnianego Mayera — obserwowany i infiltrowany.

    Zatrzymanych zostało co najmniej 4 ojców zakonnych (Józef Jankowski, Franciszek Kilian (1895, Zawda – 1941, Auschwitz), wspomniany Norbert Jan Pellowski, Jan Szambelańczyk (1907, Radomice – 1941, Auschwitz)), 7 braci zakonnych (w tym Piotr Bochenek (1911, Grybów – 1942, Auschwitz), Bernard Kowalski (1905, Raciniewo – 1941, Auschwitz), Stanisław Małaczek (1917, Marianki – 1945, Dachau), Bronisław Regulski (1913, Łubki – 1942, Auschwitz), Jan Wąsik (1907, Jodłówka – 1941, Auschwitz)) oraz kleryk, Stanisław Sadowski (1919, Witanowice – 1941, Auschwitz).

    Wspomniany rektor seminarium, o. Stanisław Wierzbica, uniknął aresztowania. Od 1941 r., pod zmienionym nazwiskiem, ukrywał się przed Gestapo, a aresztowany został dopiero po zakończeniu działań wojennych w 1945 r. przez rosyjskie okupacyjne władze komunazistowskie (był torturowany). Donosiciel, Mayer, po aresztowaniach został przez Niemców na krótko— do 19.vi.1941 r. — nominowany zarządcą domu zakonnego…

    Dla większości aresztowanych w Ołtarzewie w 1941 r. rozpoczęła się ich ostatnia droga — krzyżowa — polskiego duchowieństwa wieku XX. Śmierci w niemieckich obozach koncentracyjnych uniknąć miało tylko dwóch współbraci zakonnych — wszyscy pozostali, wymienieni powyżej z imienia i nazwiska, zginęli…

    Opuszczając Ołtarzew w asyście niemieckich oprawców Józef miał powiedzieć do żegnających go współbraci: „Do zobaczenia w niebie”…

    Wszystkich zatrzymanych osadzono na Pawiaku, osławionym jeszcze za czasów carskich warszawskim więzieniu, które stało się największym więzieniem politycznym na terenie okupowanej przez Niemców Polski (okupacja rosyjska miała oczywiście swoje odpowiedniki…).

    Tam Józef być może spotkał się — albo przynajmniej słyszał o jego przetrzymywaniu — z aresztowanym 17.ii.1941 r. o. Maksymilianem Kolbe (1894, Zduńska Wola – 1941, Auschwitz), z zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych (łac. Ordo Fratrum Minorum Conventua­lium – OFMConv), czyli franciszkanem konwentualnymi z klasztoru w Niepokalanowie

    Ponieważ Pawiak był formalnie „tylko” więzieniem śledczym przetrzymywani więźniowie mogli zachować własne ubrania. Józef zatem zatrzymał prawd. habit zakonny i zachował przez cały czas aresztu…

    Przesłuchiwano go zapewne w siedzibie Gestapo przy ul. Szucha w Warszawie. Był torturowany — dla wyciągnięcia zeznań Niemcy wykorzystywali nieraz nawet wiertarki, wiercąc nimi dziury w podniebieniach nieszczęśników. Mimo to w grypsie do współbraci więzionych w innych celach napisał: „Jestem szczęśliwy”…

    Po dwóch tygodniach, 28.v, zawieziono go — wraz ze wspomnianym o. Maksymilianem Kolbe i wszystkimi aresztowanymi w Ołarzewie współbraćmi — transportem do niemieckiego obozu zagłady (niem. KonzentrationslagerKL Auschwitz–Birkenau, znajdującego się już na terytorium Niemiec, poza granicami Generalnego Gubernatorstwa — na obszarze bezpośrednio po agresji w 1939 r. przyłączonym przez Niemców do Rzeszy — najpierw w niemieckiej niem. Provinz Schlesien (pl. Prowincja Śląsk), ze stolicą we Wro­cławiu, a od 1941 r. w niemieckiej prowincji niem. Provinz Oberschlesien (pl. Prowincja Górny Śląsk), ze stolicą w Katowicach.

    W obozie prawd. witał ich zastępca komendanta, Karol (niem. KarlFritzsch (1903, Nassengrub – 1945?, Berlin?):

    Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin […] Z prawdziwą przyjemnością przepędzimy was wszystkich przez ruszty pieców krematoryjnych.

    Dla nas wszyscy razem nie jesteście ludźmi, tylko kupą gnoju […]

    Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty.

    Jeśli są w transporcie Żydzi to mają prawo żyć nie dłużej, niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące…

    Zaraz potem prawd. zdarto z niego zakrwawione już ubranie zakonne. Następnie wytatuowano mu na przedramieniu numer obozowy: 16895. KL Auschwitz był jedynym obozem, gdzie Niemcy tatuowali więźniów — albo na lewym przedramieniu, albo na lewej piersi. Robili to za pomocą zamoczonego w tuszu metalowego stempla, do którego wkładano wymienne płytki z igłami, tworzące oddzielne cyfry.

    Józef otrzymał też „pasiak” — czyli obozowy ubiór — z naszytym czerwonym trójkątem, tzw. „winklem”, z literą „P”, na oznaczenie więźnia politycznego, Polaka…

    Przez pięć miesięcy poddawany był okrutnemu reżimowi pracy, nieustannego głodu i ciągłych upokorzeń. Wycieńczony, torturowany fizycznie i duchowo, moralnie miażdżony.

    Jeden ze współwięźniów tak opisywał tamte dni w KL Auschwitz: „Pracując przy wydobywaniu żwiru z Soły, mogliśmy obserwować komando zapędzane do wycinania łoziny z brzegów rzeki. Brodząc w wodzie musieli tamci więźniowie szybko — bo w Oświęcimiu wszystko musiało dziać się schnell — ciąć łozę, wiązać ją w wielkie pęki i dźwigać na plecach. Komando to składało się z ludzi z bloku 14, z naszych sąsiadów i innych”… Opowiadał o losach o. Maksymiliana Kolbe, ale z nim cierpieli i inni. Wśród nich ks. Józef…

    Niewolniczo pracował też przy rozbiórce polskich budynków w oddalonej o ok. 4 km od głównego obozu wsi Babice, skąd w iv.1941 r. Niemcy wysiedlili polskich mieszkańców i wywieźli ich do Generalnego Gubernatorstwa, gdzie następnie rękami więźniów KL Auschwitz wyburzyli większą część zagród i utworzyli „majątek dworski”, czyli gospodarstwo rolne, i gdzie później, w iii.1943 r., powstał podobóz „Wirtschaftshof Babitz”.

    Naoczni świadkowie zapamiętali, iż prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa, znosił z godnością i spokojem.

    Postępował zgodnie z zapisanymi przez siebie kiedyś słowami: „Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”… I tę miłość zachował do końca…

    Zdołał jeszcze wysłać kilka listów do swojej matki, z których sześć dotarło. Wszystkie oczywiście podlegały ostrej, niemieckiej obozowej cenzurze. Pisał, iż jest zdrowy. Prosił o modlitwę i paczki z pomocą materialną — dla siebie i dla więzionych współbraci…

    Ponoć nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Pewnie dlatego, by go złamać, 15.x.1941 r. zainteresował się nim słynący z okrucieństwa kapo komanda (niem. Kommando) roboczego — czyli podstawowej komórki niewolniczej pracy obozowej, składającej się do kilkudziesięciu więźniów, na czele których stał więzień funkcyjny, kapo — codziennie niewolniczo tworzącego na rzecz Niemców „majątek dworski” Babice, niejaki Henryk (niem. Heinrich) Krott. Krott (ur. 1909), zwany przez więźniów „krwiożercą”, do KL Auschwitz przywieziony został 29.viii.1940 r. z innego niemieckiego obozu koncentracyjnego, KL Sachsenhausen k. Berlina, w transporcie 100 niemieckich więźniów politycznych, kryminalnych i tzw. asocjalnych, z przeznaczeniem do obsadzenia funkcji obozowych, takich jak Blockführer (pl. nadzorca bloku) — czyli blokowy — czy kapo. Otrzymali obozowe numery 3188–3287Biuro ds. Byłych Więźniów, Archiwum Muzeum Auschwitz–Birkenau.

    Krott poddał Józefa okrutnym torturom…

    Charakter tego człowieka i charakter jego „pracy” najlepiej oddaje utrwalony w pamięci wcześniejszy incydent związany z o. Maksymilianem Kolbe. Pracował on w tym samym komandzie, przy wyrębie drzew i znoszeniu bali i gałęzi, wykorzystywanych przy konstrukcji płotów. Więźniowie zmuszani byli do dźwigania na plecach po kilkadziesiąt kilogramów drewna. Po zaniesieniu po następną partię musieli wracać do lasu, ok. pół kilometra, drogą pełną wertepów, biegiem. Co kilka kroków stali vorarbeiterzy, czyli funkcyjni starsi więźniowie, pomocnicy kapo, i długimi kijami bili tych, którzy słabli. Gdy zasłabł o. Kolbe kapo Krott nakazał załadować mu na plecy podwójną ilość gałęzi, a gdy znów padł kopał go do nieprzytomności — po twarzy i brzuchu. Podczas przerwy obiadowej kazał o. Kolbe położyć się na kłodzie drzewa, po czym wymierzył mu pięćdziesiąt razów…

    Następnego dnia po pobiciu przez „krwawego Krotta”, 16.x.1941 r., Józef Jankowski zmaltretowany, zakatowany, odszedł do Pana.

    Według niektórych przypuszczeń mógł przez niemiecką „medyczną służbę obozową” zostać dobity — jak o. Maksymilian Kolbe — śmiertelym zastrzykiem…

    Ową „służbę obozową” nadzorował wówczas niem. Standortarzt (pl. naczelny lekarz) garnizonu SS, Oskar Dienstbach (1910, Usingen – 1945), późniejszy SS‑Hauptsturmführer. Kierował zespołem „lekarzy” — wsród których do iv.1942 r. wyróżniał się okrutny sadysta, dr Otto Heidl (1910 – 1955, Bohum) — oraz niem. Sanitätsdienstgrade (pl. sanitariusze) — SDG, składającą się głównie z niemieckich więźniów kryminalnych przeniesionych z innych obozów, ale także więźniów polskich, wyselekcjonowanych spośród przywożonych do KL Auschwitz.

    W viii.1941 r. Niemcy rozpoczęli próby zabijania ciężej chorych więźniów drogą dożylnych zastrzyków stężonego perhydrolueteru, wody utlenionej (nadtlenku wodoru), benzyny, ewipanu (heksobarbitalu) i fenolu. W 1942 r. metodę zabijania „udoskonalił” niemiecki lekarz, przybyły do bozu 11.xii.1941 r., SS‑Hauptsturmführer dr Fryderyk (niem. FriedrichEntress (1914,Poznań – 1947, Landsberg), który przy pomocy swojej załogi, w szczególności sanitariusza, SS‑Oberscharführer Józefa (niem. JosefKlehra (1904, Langenau – 1988, Leiferde), a także dwóch polskich pomocników, uśmiercił nawet do 25,000 więźniów, w tym dzieci, kobiet ciężarnych, matek bezpośrednio po porodzie, które zabijano wraz z ich nowo narodzonymi…

    Akt mordu, według wspomnień więźniów KL Auschwitz, miał następujący przebieg:

    Wiedziano, że dożylny zastrzyk 10 ml fenolu powodował śmierć […] Ale to ciągle było za dużo. Procedurę więc usprawniono i okazało się, że 3 ml fenolu prosto w serce były równie skuteczne. Co za oszczędność! […] Dosercowa metoda opracowana przez lekarzy SS była tak prosta, że nawet niewykwalifikowane osoby mogły ją przeprowadzać, takie jak SS Oberscharfuhrer Józef Klehr, który był tak głupi, że miał trudności z podpisaniem sięrelacja Tadeusza Paczuły, w „The Auschwitz Photographer”, Anna Dobrowolska

    Klehr, ubrany w biały lekarski fartuch, przyjmował każdego osobno w swoim ‘gabinecie’, ostrożnie zamykając za sobą drzwirelacja Wiesława Kielara, tamże

    Klehr [mówił] […]: ‘Proszę, niech pan siada. Za chwilę otrzyma pan zastrzyk przeciw tyfusowi’relacja Jana Weissa, tamże

    Więźnia sadzano na stołku. Dwóch ‘pielęgniarzy’ […] podchodziło do niego. Stojąc z tyłu jedną ręką chwytali za głowę siedzącego i zakrywając mu oczy odchylali ją do tyłu. Wciskając kolano w kręgosłup powodowali wypchnięcie piersi do przodu […] [Kat] wbijał strzykawkę prosto w sercerelacja Stanisława Głowy, tamże

    Mordów dokonywano zazwyczaj w jednym z pomieszczeń bloku nr 20, określanego jako Behandlungszimmer. Wspomniany „stołek” pełnił też rolę fotelu dentystycznego. Po zastrzyku półprzytomną ofiarę przenoszono do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie na podłodze umierała w pół minuty…

    o. Józef Jankowski mógł być jedną z pierwszych ofiar owego ludobójczego procederu. Zamordowany został więc zapewne, ciężko pobity i niezdolny do niewolniczej pracy, jeszcze dożylnie, a zastrzyku udzielić mu miał polski „sanitariusz”, Alfred Stössel (1915, Poznań – 1943, Auschwitz)…

    Ppor. Alfred Stössel był oficerem adiutantem dowódcy 20. Dywizji Artylerii Ciężkiej, wchodzącego w skład 9. Pułku Artylerii Ciężkiej dla 20. Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. Prawd. brał udział w obronie Warszawy w ix.1939 r. Uniknął internowania i w 1940 r. próbował przedostać się na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie formowało się polskie wojsko. Został jednak przez Niemców ujęty i osadzony m.in. w więzieniu w Tarnowie. Stamtąd 14.iv.1940 r. został zawieziony do KL Auschwitz.

    Był to pierwszy masowy transport 753 polskich więźniów do nowo powstającego obozu (po drodze uciekło 25 z nich).

    Stössel otrzymał numer  435 i przydział, jako pielęgniarz–sanitariusz, do szpitala obozowego. Został kapo bloku (baraku) zakaźnego nr 20 (później 28). W tej roli przyszło mu wypełniać rozkazy niemieckich nadzorców i dobijać więźniów śmiertelnymi zastrzykami…

    Zanim to jednak nastąpiło w nocy z 21 na 22.ix.1940 r. do KL Auschwitz przyjechał transport więźniów, wśród których znajdował się rotmistrz Witold Pilecki (1901, Ołoniec – 1948, Warszawa), który z polecenia Polskiego Państwa Podziemnego dał się dobrowolnie zatrzymać przez Niemców w łapance. Jego zadaniem było przygotowanie raportu o obozie KL Auschwitz dla polskiego podziemia, ale zaraz po przyjeździe zaczął tworzyć obozową konspirację. Zorganizował Związek Organizacji Wojskowej ZOW.

    ZOW został zorganizowany w systemie tzw. „piątek”. Pilecki pisał później: „Każda […] z ‘piątek’ nie wiedziała nic o ‘piątkach’ innych […], rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak ją sumą energii i zdolności jej członków plus zdolności kolegów stojących na szczeblach niższych, a przez ‘piątkę’ stale dobudowywanych, naprzód wypychały”…

    Pierwsza „piątka” — w jakimś sensie najważniejsza, którą Pilecki darzył absolutnym zaufaniem — powstała już jesienią 1940 r. Jednym z jej członków był wspomniany Alfred Stössel…

    Stössel m.in. w piwnicy oddziału zakażnego bloku szpitalnego zainstalował konspiracyjną radiostację…

    28.x.1942 r., tuż po największej zbiorowej egzekucji w historii obozu — zamordowano 280 więźniów, w tym paru „sanitariuszy” — Niemcy, na podstawie donosu, wyrzucili go z bloku szpitalnego i osadzili w podziemiach bloku nr 11, zwanego przez więźniów „Blokiem Śmierci”. W tamtejszych piwnicach, gdzie mieścił się obozowy areszt, Niemcy, podejrzewając go o działalność konspiracyjną, poddali go okrutnym przesłuchaniom. Nikogo nie zdradził. Rotmistrz Pilecki wspominał: „Alfred Stössel miał pewną przykrą manię, lecz trzeba mu oddać sprawiedliwość, że dzielnie znosił tortury — badania w bunkrach i nie powiedział ani słowa, choć wiedział bardzo wiele”. 3.iii.1943 r. został zamordowany przed tzw. Ścianą Straceń

    Rotmistrz Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz, twórca tamtejszego ruchu oporu, uciekł z obozu, złożył szereg raportów (część wysyłał jeszcze z obozu), wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Jego losy spięte zostały — jak okrutną symboliczną klamrą, odzwierciedlającą losy Polaków w czasach II wojny światowej — aresztowaniem przez nowego okupanta, Rosjan i ich namiestników, komunazistowskich władz państwa zwanego prl. I z ich rozkazu kulą w głowę…

    Tragiczną klamrą los spiął też życie Alfreda Stössela, bohatera konspiracyjnego ruchu oporu w KL Auschwitz, a jednocześnie pielęgniarza–sanitariusza zmuszanego przez Niemców do wykonywania śmiertelnych zastrzyków wyselekcjonowanym więźniom.

    Jednym z nich był Józef Jankowski i zapewne z nieba, gdzie go Pan powołał, modli się za duszę swego kata…

    Śmierć Józefa nastąpiła tego samego dnia, w tym samym miejscu — w niemieckim obozie koncentracyjnym KL Auschwitz — gdzie śmierć poniósł inny współwięzień, przywieziony do obozu zaledwie miesiąc wcześniej, współbrat Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów (łac. Ordo Fratrum Minorum Capuccinorum – OFMCap), czyli kapucyn, o. Anicet Kopliński (1875, Frydląd/Debrzno – 1941, Auschwitz). Czy się w KL Auschwitz poznali? Nie wiadomo…

    Spełniły się pragnienia Józefa, wyrażane ongiś, przed święceniami, w listach do rodziców. Zaiste „kochał Boga nad życie” i „oddał je chętnie”, bowiem Stwórca wysłuchał jego modlitwy i dał mu odejść „na drugi świat” opromienionym „gorącą i wielką miłością Boga”…

    Jego ciało spalono w krematorium…

    Obietnica i groźba zastępcy komendanta KL Auschwitz, Karola Fritzscha nie była czczą przechwałką. Z wymienionych w tym tekście duchownych, przywiezionych do KL Auschwitz 28.v.1941 r. jeden zginął już w vii.1941 r. (o. Jan Szambelańczyk), jeden w viii.1941 r. (o. Maksymilian Kolbe), jeden w x.1941 r. (o. Józef Jankowski), czterech w xi.1941 r. (o. Franciszek Kilian, br. Bernard Kowalski, br. Jan Wąsik i kl. Stanisław Sadowski), jeden w iii.1942 r. (o. Norbert Jan Pellowski), jeden w iv.1942 r. (br. Bronisław Regulski) i jeden w viii.1942 r. (br. Piotr Bochenek). Jeden zginął później, w ii.1945 r., w niemieckim obozie koncentracyjnym (niem. KonzentrationslagerKL Dachau (br. Stanisław Małaczek)…

    Józef został beatyfikowany 13.vi.1999 r., w Warszawie, przez św. Jana Pawła II, w gronie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Był wśród nich i o. Anicet Kopliński i współbrat o. Józef Stanek

    Papież wołał tego dnia:

    [W akcie beatyfikacji] niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłowałpor. Rz 8, 37.

    Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!

    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […]

    Spodobało się Bogu ‘wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci’ twoich synów i córek w Chrystusie Jezusiepor. Ef 2, 7. Oto ‘bogactwo Jego łaski’, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu!

    Jemu niech będzie chwała na wieki wieków”…

    Józef Jankowski jest patronem miasta i gminy Brusy. Z okazji ogłoszenia o. Józefa — przez bpa Jana Bernarda Szlagę (ur. 1940, Gdynia) — patronem Brus ułożono specjalną modlitwę w intencji miasta:

    Wszechmogący Wieczny Boże, daj wszystkim mieszkańcom ducha gorliwości religijnej, aby żyli pobożnie i zawsze kierowali się zasadami moralnymi naszej świętej wiary katolickiej. Spraw, aby wśród nas nie było nikogo, kto nie szanowałby ludzkiego życia; kto pogrążony w nałogach, zwłaszcza w alkoholizmie, zapomniałby o swoich obowiązkach wobec rodziny i Ojczyzny…”

    I niech za wstawiennictwem bł. Józefa Jankowskiego niech tak się stanie…

    Parafia św. Zygmunta w Słomczynie

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Święta Teresa od Jezusa

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka ma nie tylko wspaniałą kartę jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
    ***
    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.
    W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Serce, które umiłowało ludzi…

    – św. Małgorzata Alacoque

    Serce, które umiłowało ludzi... - św. Małgorzata Alacoque

    św. Małgorzata Maria Alacoque/Ar Gwennek (PD)

    ***

    Paray-le Monial to małe miasteczko położone w Burgundii. W średniowieczu region ten stanowił centrum życia religijnego. Najcenniejszą ozdobą miasta jest piękna, kamienna bazylika, zbudowana przez zakonników z Cluny na przestrzeni XI i XII wieku.

    Ale Paray-le Monial znane jest na całym świecie przede wszystkim dzięki wydarzeniom, które rozegrały się w jego murach w XVII wieku.Wtedy to skromna i zapomniana przez ludzi kaplica klasztoru Sióstr Wizytek, znajdująca się w cieniu słynnej romańskiej bazyliki, została wybrana przez Boga jako miejsce objawień.

    U źródeł powołania

    Małgorzata Maria Alacoque, której Jezus objawił swoje Serce, urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecour, miejscowości oddalonej o 30 km od Paray-le Monial. Po śmierci ojca, który osierocił siedmioro dzieci, ośmioletnia Małgorzata została oddana do kolegium klarysek w Charolles. Kiedy ciężko zachorowała, musiała opuścić to miejsce i trafiła do apodyktycznego wuja. Przez cztery lata ciężkiej choroby dziewczynka dojrzewała duchowo i gorąco pragnęła poświęcić się Bogu. Jej marzenie spełniło się dopiero w wieku 24 lat.

    Objawienia

    Dwa lata po otrzymaniu habitu zakonnego, w 1673 roku, kiedy siostra Małgorzata w chórze klasztornym adorowała Najświętszy Sakrament, Jezus objawił jej się po raz pierwszy. Otworzył swoją pierś i powiedział: „Moje Boskie Serce płonie tak silną miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych gorących płomieni, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie je rozlać za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi skarbami”. Podczas tego objawienia Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symbolicznie w swoim Sercu, a następnie oddał jej serce gorące.

    Podczas drugiego objawienia, kiedy Święta ujrzała Serce Boże na tronie, jaśniejące jak słońce, Pan Jezus objawił jej, że chce, by w Kościele wprowadzono nowe nabożeństwo i wyjaśnił: „To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Mojej miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w tych ostatnich czasach”.

    Przy kolejnym objawieniu Pan Jezus ukazał się, jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, błyszczącymi jak słońce. Z Jego świętej postaci biły promienie, a z piersi – płomienie jakby z ogniska gorejącego. Pan Jezus rozwarł swoją pierś i ukazał swe Serce, które było źródłem tych promieni. Małgorzata usłyszała: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, a w zamian za to otrzymuje wzgardę i zapomnienie. Ty przynajmniej staraj się mi zadośćuczynić, o ile to będzie w twojej mocy, za ich niewdzięczność”. Jezus polecił Małgorzacie, by często, a zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, przystępowała do Komunii świętej, a w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek miesiąca uczestniczyła w jego konaniu w Ogrójcu między godziną 23.00 a 24.00: „Upadniesz na twarz i przepędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    Święto ku czci Serca Pana Jezusa

    Przy ostatnim objawieniu w 1675 roku Pan Jezus zażądał, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był poświęcony jako osobne święto na uczczenie Jego Serca i na wynagrodzenie Mu przez Komunię świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznawał, gdy w czasie oktawy był wystawiany na ołtarzach. W zamian za to obiecał Małgorzacie, że Jego Serce wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób Jego Sercu oddadzą cześć lub przyczynią się do rozszerzenia święta.

    Małgorzata, poruszona do głębi obrazem zranionego Serca Jezusa i jako świadek gorącej miłości, jaką ono płonie, głosiła aż do śmierci, która nastąpiła 17 października 1690 roku, powierzone jej orędzie. Jej ciało pochowano na terenie klasztoru; w czasie procesu beatyfikacyjnego przeprowadzono ekshumację. Obecnie szczątki Świętej spoczywają w ołtarzu kaplicy klasztornej, pod relikwiarzem z jej woskową podobizną.

    Święto Serca Pana Jezusa zostało początkowo przez niektóre kręgi (np. przez jansenistów) uznane za herezję. Przez wiele lat milczała również Stolica Apostolska, pomimo próśb biskupów, bractw i zakonów. Pożądany skutek odniósł memoriał Episkopatu Polski, skierowany w roku 1765 do papieża Klemensa XIII. Papież zezwolił najpierw na obchodzenie święta wizytkom, a później całej Polsce. Wprawdzie papież Pius IX w 1856 roku uznał święto Serca Pana Jezusa w całym Kościele, to jednak dopiero beatyfikacja Sługi Bożej Małgorzaty Alacoque w 1864 roku, dokonana przez papieża Piusa IX, i kanonizacja w 1920 r. przez papieża Benedykta XV przyczyniły się do ostatecznej aprobaty tego święta. Jest ono ruchome, obchodzi się je w piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała.

    wiara.pl
     

    _________________________________________________________________________________________


    14 października

    Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik

    Święty Jan Ogilvie

    Jan urodził się w Keith (północna Szkocja) w 1579 r. w protestanckiej rodzinie szlacheckiej. W wieku 15 lat został wysłany do Europy na naukę, którą rozpoczął we Francji, skąd w 1595 r. przeniósł się do Leuven (obecnie Belgia), a potem do Ratyzbony i Ołomuńca. Zdobyta wiedza filozoficzna i teologiczna spowodowała nawrócenie na katolicyzm. 24 grudnia 1599 r. wstąpił w Brnie do Towarzystwa Jezusowego. Od 1607 r. był wykładowcą w Wiedniu. Święcenia kapłańskie otrzymał w Paryżu w 1610 r. Później został wysłany do Rouen. Dwa lata starał się o to, by wyjechać na misje do rodzinnej Szkocji. Wreszcie przełożony zakonu, Klaudiusz Aquaviva, w listopadzie 1613 r. wyraził zgodę na wyjazd, mimo że podczas panowania Jakuba I Stuarta trwały w Anglii prześladowania katolików.
    W przebraniu żołnierza i pod przybranym nazwiskiem Watson, Jan dostał się do Leith (obecnie dzielnica Edynburga). Odprawiał Msze święte na terenie Renfrewshire (wschodnia Szkocja). Po jedenastu miesiącach działalności, 4 października 1614 r., został aresztowany w Brnie, zadenuncjowany przez fałszywego katolika. Był poddawany torturom, bo chciano, by podał nazwiska innych katolików. Próbowano go trzykrotnie złamać, ale wytrwał. Odmówił poddania się duchowej jurysdykcji króla, uznając jedynie prymat papieża. Nawracanie protestantów na wiarę katolicką uznano za zdradę stanu i 10 marca 1615 r. Jan został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Egzekucję wykonano w dniu ogłoszenia wyroku w Glasgow, gdy św. Jana Ogilvie miał trzydzieści sześć lat. Został pochowany w zbiorowej mogile.
    Beatyfikował go papież Pius XI w dniu 22 grudnia 1929 r., a kanonizował 17 października 1976 r. papież Paweł VI.Do przykładu św. Jana Ogilvie odwołał się Benedykt XVI podczas wizyty apostolskiej w Wielkiej Brytanii. Podczas Mszy św. sprawowanej w Glasgow 16 września 2010 r. powiedział do szkockich kapłanów:Drodzy kapłani Szkocji, jesteście wezwani do świętości i do służenia ludowi Bożemu przez kształtowanie ich życia w tajemnicy krzyża Pana. Głoście Ewangelię czystym sercem i jasnym umysłem. Poświęcajcie się samemu Bogu, a staniecie się dla młodych ludzi jaśniejącymi przykładami świętego, prostego i radosnego życia: oni ze swej strony z pewnością zapragną przyłączyć się do was w waszej, pełnej gotowości służbie ludowi Bożemu. Niech przykład św. Jana Ogilviego, oddanego, pełnego samozaparcia i mężnego, będzie natchnieniem dla was wszystkich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________________

    Nawrócony kalwinista, jezuita, męczennik – św. Jan Ogilvie

    Nawrócony kalwinista, jezuita, męczennik – św. Jan Ogilvie

    św. Jan Ogilvie SJ – Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Ex calviniano catholicus. Kalwinista nawrócony na katolicyzm. Tak mówiono o św. Janie Ogilvie SJ, który przelał krew za wiarę na początku XVII wieku. Był jednym z wielu męczenników na wyspach brytyjskich, prześladowanych i zabitych za wierność papieżowi. Kościół wspomina go 14 października*.

    Przyszedł na świat w 1579 roku, w rodzinie kalwińskiej. Reformacja szkocka osiągnęła wtedy swój punkt kulminacyjny. Mając 13 lat udał się w podróż po Europie w celu zdobycia wykształcenia. Musiał mieć oficjalne pozwolenie, ale ze względu na ojca nie było podejrzeń, że jest wysłany w celu otrzymania formacji katolickiej, a to było prawdziwym powodem konieczności uzyskania pozwolenia.

    Wystarczyło mu kilka lat, żeby długa tradycja katolicka w jego rodzinie ostatecznie zwyciężyła w duszy młodego Jana. Mając 17 lat przeszedł na katolicyzm, potem został przyjęty do Kolegium Szkockiego w Douai. W 1599 wstąpił do jezuitów, do prowincji austriackiej. Po 11 latach formacji przyjął święcenia kapłańskie w 1610 roku.

    W 1613 roku, generał Acquaviva przychylił się do jego prośby i wysłał go do Szkocji. Pod koniec roku zszedł na ląd w porcie Leith, niedaleko Edynburga. Jego działalność apostolska w Szkocji trwała niecały rok. Prowadził ją w ukryciu, w ciągłym zagrożeniu bycia aresztowanym i uwiezionym. Wreszcie to, co było zagrożeniem, stało się faktem. Został pojmany i uwięziony. Przesłuchiwano go, próbując znaleźć powód oskarżenia. Jan zręcznie się bronił. Potem jednak chciano wydobyć z niego nazwiska osób, które go ukrywały i gościły. Zaczęto go torturować. Bito go i kłuto różnymi przedmiotami, żeby nie pozwolić mu spać przez osiem dni i dziewięć nocy. Czterech mężczyzn na zmianę pilnowało, żeby mógł odbyć to „czuwanie”. Dopiero gdy lekarze powiedzieli, że jest bliski śmierci, dano mu spokój.

    „Wiadomość o moim czuwaniu – pisał później Ogilvie – rozeszła się po całej Szkocji. Wielu się zagniewało i współczuło z powodu moich cierpień. Wielu przedstawicieli szlachty nalegało na mnie, abym zrobił to, czego oczekuje król, ale gdy usłyszeli racje przeciwne, dali sobie spokój”.

    Więzień został przewieziony do Glasgow i tam obchodzono się z nim lepiej. Było tam mniej straży i dlatego kartki zapisane przez Jana Ogilvie docierały do kobiet i krewnych jego współwięźniów i były swego rodzaju aktami męczeństwa, zapisanymi jego własną ręką. Proces musiał być skończony. Datę ostatecznych przesłuchań i wydania wyroku wyznaczono na 10 marca 1615 roku. Jan Ogilvie został skazany na śmierć  ‘na szubienicy’, którą należało „postawić na rynku, aby tam go powiesić, ściąć mu głowę i poćwiartować oraz wystawić na widok publiczny w czterech różnych miejscach”.

    Wiadomość o moim czuwaniu – pisał później Ogilvie – rozeszła się po całej Szkocji. Wielu się zagniewało i współczuło z powodu moich cierpień. Wielu przedstawicieli szlachty nalegało na mnie, abym zrobił to, czego oczekuje król, ale gdy usłyszeli racje przeciwne, dali sobie spokój

    Po usłyszeniu wyroku, Jan podziękował sędziemu, uścisnął go i udzielił błogosławieństwa. Podziękował też zaprzysiężonym. Nie zapomniał o podziękowaniu arcybiskupowi. Uścisnął mu dłoń i przebaczył z głębi serca. Polecił się modlitwie tajnych katolików, którzy byli na sali.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa, dziewica
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    ***
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.
    W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________

    Krótka biografia bł. Aleksandry Marii da Costa (1904-1955)

    fot. Radio Niepokalanów

    ***

    Była jedną z największych mistyczek ubiegłego stulecia. Współcierpiąc z Chrystusem, miała udział w Jego dziele odkupienia.

    Urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze w archidiecezji Braga w Portugalii. Gdy miała 7 lat, rodzice posłali ją do Póvoa de Varzim, gdzie znajdowała się najbliższa szkoła podstawowa. Mieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. Tam w 1911 r. przyjęła I komunię św. Po osiemnastu miesiącach nauki powróciła do domu rodzinnego.

    Gdy miała 14 lat, doszło do tragicznego wydarzenia, które przesądziło o całym jej życiu. W Wielką Sobotę 1918 r., chcąc się uchronić przed gwałtem, wyskoczyła przez okno z wysokości 4 m. Następstwem upadku był postępujący paraliż.

    Od 14 kwietnia 1925 r. nie mogła już podnieść się z łóżka, w którym pozostała przez 30 lat, aż do śmierci.

    W pierwszych latach choroby błagała Boga za wstawiennictwem Matki Bożej o łaskę uzdrowienia. Złożyła też przyrzeczenie, że jeśli wyzdrowieje, poświęci się pracy misyjnej. Dopiero w 1928 r. zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem, i przyjęła je całym sercem. Mawiała: «Matka Najświętsza wyjednała mi jeszcze większą łaskę. Najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej i w końcu pragnienie cierpienia».

    Ta nowa wizja cierpienia otwiera ją na życie mistyczne. Aleksandra doznaje głębokiego zjednoczenia z Jezusem Eucharystycznym. Swoje powołanie ujmuje w następujących słowach: «Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie». Niczym lampka przed tabernakulum, chce zawsze trwać przed Jezusem w Eucharystii, a podczas każdej Mszy św. ofiarowywać się Przedwiecznemu Ojcu za grzeszników, wraz z Jezusem i w Jego intencjach.

    Od 3 października 1938 r. do 24 marca 1942 r. co piątek — czyli 182 razy — pomimo paraliżu w niewytłumaczalny sposób wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny odprawiała Drogę Krzyżową.

    «Kochać, cierpieć i wynagradzać» — taki program życia wyznaczył jej sam Jezus. Od 1934 r., na polecenie swego kierownika duchownego o. Mariana Pinhy SJ, Aleksandra spisywała wszystko, co mówił do niej Zbawiciel.

    W 1936 r. Pan Jezus za jej pośrednictwem polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O. Pinho trzykrotnie informował papieży o tym życzeniu. Wreszcie, po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu przekazanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w Bazylice św. Piotra.

    27 marca 1942 r. Aleksandra przestała jeść i od tej pory żyła jedynie Eucharystią.

    Idąc za radą swego nowego kierownika duchownego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby swym cierpieniem przyczyniać się do zbawienia młodych. Bardzo interesowała się ludźmi, ich problemami i życiem duchowym. Wiele osób przyjeżdżało do niej po radę lub z prośbą o modlitwę. W dalszym ciągu dyktowała swój dziennik.

    7 stycznia 1955 r. zostało jej objawione, że w ciągu roku umrze. 12 października przyjęła namaszczenie chorych, a następnego dnia, w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie, umarła. «Jestem szczęśliwa, bo idę do nieba» — powiedziała przed śmiercią. Na swym grobie, który obecnie znajduje się w kościele parafialnym w Balasarze, kazała umieścić słowa: «Grzesznicy, jeśli proch mego ciała może przyczynić się do waszego zbawienia, zbliżcie się, depczcie go, aż całkiem zniknie. Ale nie grzeszcie już więcej, nie obrażajcie naszego Pana Jezusa!»

    L’Osservatore Romano/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    ***
    Błogosławiony Jan Beyzym

    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:

    Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.

    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Bł. Jan Beyzym – kim jest patron dzisiejszego dnia?

    Bł. Jan Beyzym - kim jest patron dzisiejszego dnia?

    bł. o. Jan Beyzym ze swoimi podopiecznymi na Madagaskarze

    ***

    O sobie mówił “jego tatarska mość”, a według złośliwych plotek na misje został wysłany za karę. A jednak dziś jest błogosławionym.

    Przyszły jezuita urodził się w 1850 r. na Wołyniu. Nie miał łatwego charakteru. Z jednej strony był bardzo konkretny w działaniu, dużo wymagał od siebie i innych, z drugiej surowy w ocenie i mocno nie znoszący bezproduktywności, również u innych. 

    Do zakonu jezuitów wstąpił w wieku 23 lat. Po święceniach kapłańskich został skierowany do pracy jako wychowawca młodzieży w konwikcie w Tarnopolu, a następnie w konwikcie chyrowskim. Po 26 latach od wstąpienia do jezuitów wyjechał na misje na Madagaskar. Niektórzy złośliwie powtarzali plotki, że był to wyjazd karny. 
    Z korespondencji z generałem zakonu wynika jednak, że Bezyma dość jednoznacznie i natrętnie dopominał się o zgodę na wyjazd. W 1898 r. pisał: 

    „Przepraszam pokornie, że śmiem dokuczać tak natrętnie, ale jak sobie wspomnę, że tyle tysięcy trędowatych tak silnie cierpi i umiera bez pomocy tak duchowej, jak i doczesnej, (…) to trudno mi czekać spokojnie tak długo na rozkaz odpływu”

    Od razu po przybyciu na wyspę rzucił się w wir najcięższej pracy – pierwsze lata spędził w państwowym ośrodku dla trędowatych. Troszczył się o chorych całościowo, nie tylko głosząc Ewangelię, ale też pielęgnując umęczone trądem ciała. W 1902 r. postanawia wybudować zupełnie nowy szpital. W ciągu kilku lat zbiera środki finansowe i rozpoczyna budowę, a już w 1911 w Maranie zostaje otwarty szpital pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej – jedna z najnowocześniejszych tego typu placówek na świecie.

    Ojciec Jan jednak nie spoczywa na laurach – chce jeszcze, mimo podeszłego wieku, wyjechać na misje na Sachalin. Wcześniej jednak umiera, mając 62 lata. Został beatyfikowany 90 lat później – 18 sierpnia 2002 r. w Krakowie.

    WT/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________________

    Gałgan do niczego niezdatny

    Gałgan do niczego niezdatny

    Bł. Jan Beyzym/autor nieznany(PD)

    ***

    Myśl: “Jaki w tym heroizm? Odkomenderowała Najświętsza Pani do obsługi trędowatych, to i jestem, ot i cała parada”. Bł. Jan Beyzym

    „Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy. Moja prowincja tylko na tym zyska, tracąc »gałgana«, do niczego niezdatnego, a dom misyjny, do którego zostanę przydzielony, nic nie ucierpi, ponieważ będę się starał, wedle sił i z Boską pomocą, wypełnić swoje obowiązki” – pisał o. Jan Beyzym w liście do generała jezuitów w roku 1897. Miał 47 lat, od 25 lat u jezuitów, od 16 lat pracował jako kapłan wychowawca w gimnazjum w Chyrowie. Pochodził ze szlacheckiej rodziny na Wołyniu.

    Generał skierował o. Beyzyma na Madagaskar. Pierwszy kontakt z trędowatymi był szokiem. W walących się barakach, bez okien i podłogi, żyło, a właściwie dogorywało 150 chorych. Polski misjonarz postanowił zamieszkać na stałe z trędowatymi Malgaszami. Naprawiał ich baraki, opatrywał ich rany, mył, karmił, żebrał o pieniądze na wyżywienie, odzież i leki. Upowszechnił kult Matki Bożej Częstochowskiej. „Brązowa jak my i poraniona jak my” – mówili jego podopieczni. Marzeniem o. Beyzyma stała się budowa szpitala z prawdziwego zdarzenia. Słał setki listów z prośbą o wsparcie dzieła. Pomagali wychowankowie z Chyrowa, pomagała bł. Maria Teresa Ledóchowska. Po 9 latach w Maranie otwarto szpital pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej. Działa do dziś. Jezuita marzył o pracy na Sachalinie, gdzie zsyłano polskich patriotów i zwykłych kryminalistów. Nie zdążył. Wyczerpany pracą i chorobami zmarł w roku 1912. Beatyfikował go Jan Paweł II w Krakowie.

    O. Beyzym pisał w liście: „Z mojej strony poświęcenia nie ma wcale żadnego i ze strachem myślę, z czym stanę w godzinę śmierci przed Chrystusem Panem i Najświętszą Matką… Drobniutkie zaś krzyżyki, które się czasem nawiną, poświęceniem jeszcze nazwać nie można. Z całego serca podziękowałbym Najświętszej Matuli, gdyby pozwoliła mi prędzej wystawić schronisko, a potem zgnić za życia, dobrze się nacierpiawszy. Przynajmniej wiedziałbym, że choć coś dla Jej chwały zrobiłem”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    ***
    Błogosławiony Jan XXIII

    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.

    Błogosławiony Jan XXIII

    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.

    Błogosławiony Jan XXIII

    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    ***
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska

    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________________

    Bł. Wincenty Kadłubek: Wychowawca Narodu Polskiego

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Bł. Wincenty Kadłubek:

    Wychowawca Narodu Polskiego

    Bł. Wincenty Kadłubek: Wychowawca Narodu Polskiego

    W swym trudzie pisarskim błogosławiony Wincenty czuwał nad tym, aby wszystkich swoich czytelników uczyć przede wszystkim miłości ojczyzny. Nie tylko walczy o praworządność kraju, nie tylko zwalcza i odważnie piętnuje nadużycie prawa – jak czynił to później Piotr Skarga – ale w sposób pozytywny uczy miłości ojczyzny i wyzbywania się prywaty dla dobra publicznego – mówił Prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński w homilii na 200-lecie beatyfikacji Wincentego Kadłubka. Opublikowana została ona przed rokiem w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Mistrz Wincenty. Opowiadanie Polski”

    Myśli, które nam Kościół pragnie przedstawić dziś, w uroczystość 200-lecia beatyfikacji błogosławionego Wincentego Kadłubka (homilia z 30. VIII 1964 r. wygłoszona w opactwie cystersów w Jędrzejowie – red.), biskupa i zakonnika cystersów, ujmiemy w słowach wstępnych dzisiejszej liturgii: Pan zawarł z nim przymierze pokoju i ustanowił go przełożonym, aby godność kapłańska została przy nim (Syr 45,20).

     Tę wysoką godność otrzymał zwykły, prosty, świecki człowiek, który po rzetelnych studiach w kraju i na uniwersytetach zagranicznych został kapłanem, a po powrocie do ojczyzny, współpracując najbliżej z dworem książęcym, został biskupem krakowskim, a wreszcie zakonnikiem. Darów tych użył znakomicie.

    Błogosławiony mistrz Wincenty, pierwszy historyk polski, jest postacią tak ubogaconą, że dziś, po siedmiu wiekach, trudno byłoby wyczerpująco przedstawić te wszystkie dary Boże. Dlatego pragnąłbym rozważyć przynajmniej kilka bardziej zasadniczych rysów jego życia.

    Zastanowimy się, co zmarły w 1223 roku w Jędrzejowie i tu pochowany, błogosławiony Wincenty Kadłubek może nam dziś jeszcze, po wiekach, powiedzieć. Zdawałoby się, że człowiek, który żył tak dawno, nie ma nic do powiedzenia współczesnemu Polakowi. Nieraz z wyniosłością odnosimy się do przeszłości. Wydaje nam się, że tamte czasy, to „uwsteczniony ciemnogród”, jak nieraz czyta się w prasie. Jest to jakaś wielka pycha i zarozumiałość ludzi współczesnych wobec przeszłości narodu, z którego przecież wyrośliśmy. To tak jakby liść, albo owoc na drzewie był zarozumiały i pyszny z powodu tego, że rośnie dzisiaj. Zapomina o tym, że potrzebował pracy wielu lat całego drzewa, z którego i dziś jeszcze czerpie soki, aby mógł wznieść się na wyżyny.

    Podobnie jest z narodem i z naszym pokoleniem, w którego żyłach płynie krew ojców i matek, dziadów i pradziadów, a w którego duchowej formacji mieści się cała przeszłość historyczna i przeżycia tysiącletniej pracy Kościoła Chrystusowego.

    Wzór świętości dla przyszłych pokoleń

    W szeregu najrozmaitszych zasług błogosławionego Wincentego jest jedna, o której tu, w promieniach tych wieżyc i krzyży, trzeba naprzód powiedzieć. Stał się on niejako kolebą, wzorcem świętości Polaków. Żyjąc w wieku XII zapoczątkował wiek świętych. Zostawił po sobie przykład życia, wspaniałe pisma i Kronikę Polski, która stała się natchnieniem i pobudką wychowawczą dla przyszłych pokoleń.

    Zaraz później przychodzi wiek XIII, wiek świętych w Polsce. Wśród nich święty Jacek, błogosławiony Czesław, błogosławiona Salomea, błogosławiona Bronisława, błogosławiona Kinga, błogosławiona Jolanta, święta Jadwiga Śląska i inni wielcy ludzie, jak Iwo Odrowąż i jemu podobni. Wiek XIII to czasy dalekie, ale jednak do dziś dnia imiona tych ludzi żyją w Kościele Chrystusowym: Obchodzimy ich święta, chociaż ciała ich rozsypały się w proch, a dusze są u Ojca niebieskiego. Co więcej, my sami nosimy ich imiona. Gdybym w tej chwili poprosił was, aby wszyscy imiennicy wymienionych świętych podnieśli swe dłonie, ujrzelibyśmy las ramion, który świadczyłby, że święci wieku XIII żyją dzisiaj wśród nas, jak w liściu żyją soki drzewa, przekazywane z ojczystej piersi matki ziemi.

    Warto też przypomnieć – gdy dziś przy ołtarzu pontyfikalnym staje arcybiskup metropolita krakowski – że błogosławiony Wincenty oddał wielkie zasługi w przygotowaniu drogi do kanonizacji biskupa krakowskiego, świętego Stanisława Szczepanowskiego. Za swoich czasów miał wielki wpływ na ówczesną inteligencję, na ludzi, którzy czytali książki, jeździli za granicę i szukali tam wiedzy. A i dzisiaj ma wielki wpływ na historyków, badaczy przeszłości i tych, którzy tę przeszłość znają.

    Sam Wincenty zanim został biskupem krakowskim, studiował na uniwersytetach zagranicznych. Wrócił stamtąd z duchową formacją zachodnio-europejską, tak że można go było wtedy nazwać człowiekiem na miarę Europejczyka. Po powrocie do ojczyzny pracował naprzód jako biskup krakowski, a później złożył mitrę i na kolanach przyklęknął w tej świątyni, aby przyjąć habit zakonnika cysterskiego.

    Wychowawca narodu

    Druga myśl, którą warto tu rozwinąć, wiąże również przeszłość z teraźniejszością i sprawia, że mistrz Wincenty żyje swoją duchowością w naszym pokoleniu. Można powiedzieć, że za swoich czasów Wincenty Kadłubek był wychowawcą narodu. Właściwie to on zaczął formować cnoty społeczne i poczucie wspólnoty narodowej, chociażby przez to, że sięgnąwszy do przeszłości historycznej Polski wieku XII i początków XIII, wszystkie fragmenty naszych dziejów starannie zebrał, zapisał w Kronice – pierwszej historii Polski, zostawił swemu pokoleniu i naszym czasom. Jest to księga ciekawa, niezwykła, pełna przedziwnego optymizmu i głębokiego szacunku dla dziejów narodu.

    Jak wy w domu waszym znajdujecie pamiątki po matce, ojcu, dziadkach, szanujecie je i przechowujecie, tak na przykład pukiel włosów zmarłej matki, czy zdartą szatę ojca, tak dla was drogą, tak dla błogosławionego Wincentego drogim było wszystko, co stanowiło przeszłość dziejową narodu. W przedziwnym świetle, ze szlachetnym entuzjazmem i niezwykłym uwielbieniem ukazywał ją tak, że można go nazwać nie tylko kaznodzieją, ale i wychowawcą. A jego Kronikę, która ma charakter wybitnie nauczycielski, można nazwać pedagogiką katolicką i narodową.

    W swym trudzie pisarskim błogosławiony Wincenty czuwał nad tym, aby wszystkich swoich czytelników uczyć przede wszystkim miłości ojczyzny. To jest znamienne! Czegoś równie gorącego i żarliwego nie znajdziemy łatwo w piśmiennictwie polskim, chyba dopiero w Kazaniach sejmowych Piotra Skargi, dla którego Wincenty Kadłubek był wzorem. Nie tylko walczy on o praworządność kraju, nie tylko zwalcza i odważnie piętnuje nadużycie prawa – jak czynił to później Piotr Skarga – ale w sposób pozytywny uczy miłości ojczyzny i wyzbywania się prywaty dla dobra publicznego. Swojej Kronice stawia bardzo ciekawy i świetlany cel: uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, własnego kraju i ziemi ojczystej, zachęcać do czynów rycerskich i wzniosłych.

    Dawne to czasy, ale wyraziście przemawiają do nas dziś, gdy stojąc na progu tysiąclecia chrztu Polski, zachęcamy się wzajemnie do wyniszczania wszystkich wad narodowych, tych „nabytków” dziejowych, i do wypracowywania w sobie cnót, potrzebnych do dalszego spokojnego życia i współżycia wszystkich warstw społecznych naszej ojczyzny w sprawiedliwości i miłości.

    Kronika błogosławionego Wincentego jest wstępem do nieustannego trudu uczenia cnoty. Zachęcał on usilnie do czynów rycerskich i wzniosłych. Pozwólcie, że z jego pism przytoczę kilka wyjątków, w których przemawia do młodzieży. Między innymi tak mówi: Ktokolwiek występuje przeciwko męstwu, świadczy tchórzostwem, przeciwko siwiźnie – jest szaleństwo, a przeciwko gnuśności trzeba zawsze przeciwstawić młodość. […] Trzeba szukać sposobności okazania odwagi, jeżeli sama się nie nawinie. […] – Kto kiedy uchylał się przed okazją sławy, chyba tylko ten, kto całkiem zatracił poczucie sławy. – Obrona lub ocalenie szczęścia współobywateli, największym jest ze wszystkich triumfów. – Nie godzi się myśleć o własnym bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu na niebezpieczeństwo jest narażone.

    Widzimy z tego, jak bardzo mistrz z Jędrzejowa uczy nas troski o społeczne życie narodu, jak ostrzega przed prywatą, samolubstwem, kręceniem się wokół siebie i wokół własnych spraw. Czyż te słowa nie są dziś na czasie? Czyż nie należałoby ich wypisać na wszystkich sztandarach, transparentach i na ulicach w czasie uroczystości narodowych?

    Dzisiaj często spotykamy się ze zjawiskiem „opluwania własnego gniazda”. Ludzie, zwłaszcza niezbyt wykształceni, natrząsają się z naszej przeszłości historycznej, nie doceniając wielkiej ofiary, każdej kropli krwi wylanej za naród, czy każdej kropli potu z czoła rolnika, która wsiąkła w ziemię ojczystą. To wszystko wskazuje na wielką potrzebę wołania o szacunek dla dziejów narodowych, dla trudu pokoleń, które minęły, dla ich ofiarnej krwi wylanej w powstaniach, w walce o wolność ojczyzny, na wszystkich kontynentach, czy w ostatnim powstaniu warszawskim. Chociaż wiele z tych zrywów było nieudanych, jednak zawdzięczamy im to, że sumieniu międzynarodowemu przypomniały o naszym narodzie. Ich praca, trud i ofiarne poświęcenie dało taki rezultat, że obecnie jesteśmy i istniejemy w granicach własnego państwa i narodu.

    Błogosławiony Wincenty występował otwarcie przeciwko wszystkim kpiarzom, którzy wyśmiewali przeszłość i oceniali ją niesprawiedliwie, jak to niekiedy i dziś się zdarza. Można powiedzieć, że Kronika, którą napisał Wincenty Kadłubek, jest księgą miłości ojczyzny. Jest to wołanie o miłość ojczyzny!

    Przypomnę z niej jeszcze jedno zdanie: Co się z miłości ku ojczyźnie podejmuje, miłością jest, nie szałem, walecznością a nie zuchwalstwem; waleczną bowiem niby śmierć jest miłość. I daje nam przykład zdawałoby się tragiczny. Oto opis oblężenia Głogowa. Wspominając widok polskich dzieci przywiązanych przez najeźdźców do oblężniczych machin, które szły na mury Głogowa, pisze: Lecz wszystko na próżno, nieugięcie trwa ojców postanowienie… że lepiej, by rodzice utracili dzieci, niżby obywatelom wydarto ojczyznę, i że raczej o wolności, niż o dzieciach myśleć należy!

    W imię takiego założenia ojczyzna nasza wiele razy wzywała waszych synów i córki; aby poświęcili wszystko, byleby tylko ocalał naród, i to, co jest obok miłości najwspanialszym darem – wolność.

    Obrońca ludu

    Tych kilka myśli wystarczy, aby przypomnieć, że pierwszym nauczycielem miłości ojczyzny na ziemi naszej był mistrz Wincenty, którego śmiertelne szczątki przechowywane są w tej świątyni. Ale w czasach dzisiejszych, w wieku postępu społecznego, walki o sprawiedliwość i wyrównanie społeczne, można przytoczyć inne jeszcze przykłady z jego pism i życia.

    Pamiętajmy, że był to wiek XII. Inna była wtedy formacja społeczna, inny ustrój, choć może w Polsce nie tak bolesny, jak w innych ówczesnych państwach europejskich. Niemniej jednak istniała w Polsce warstwa ludzi, której warunki bytowania były szczególnie krzywdzące i trudne. Byli to ludzie pracujący na roli, obarczeni nadmiernymi ciężarami osobistego wysiłku i pracy, a zarazem niedocenieni społecznie, bez należytej pozycji w narodzie. Ludzie ci swoim stanem i niskim poziomem bytowania, brakiem opieki i oświecenia budzili współczucie tych, którzy myśleli szeroko i którzy do swego serca dali dostęp uczuciom prawdziwie chrześcijańskim.

    W szeregu takich ludzi wieku XII i XIII stanęli również biskupi polscy. W roku 1180 odbywał się synod kościelny w dalekiej Łęczycy. Błogosławiony Wincenty opisuje w swojej Kronice owoce pracy tego synodu, który między innymi zajął się poprawą bytu ludności rolniczej i pracującej na roli. Można powiedzieć, że tak zwana „sprawa chłopska”, która stała się głośną w wieku ubiegłym i obecnym, została właściwie zapoczątkowana już w pismach Wincentego Kadłubka. Było to dzieło synodu łęczyckiego, a więc kościelnego zjazdu biskupów katolickich, w głównej mierze dzieło współdziałania arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka, zwanego Kietliczem i biskupa krakowskiego Wincentego Kadłubka. Oni to dali początek prawodawstwu na rzecz ludności rolniczej.

    Tenże Wincenty Kadłubek, notując wysiłki i osiągnięcia w dziedzinie poprawy bytu ludności rolniczej, z wielkim uznaniem odnosi się do ówczesnego biskupa krakowskiego Gedko, który za czasów Mieszka Starego widział niesprawiedliwość sędziów gnębiących lud rolniczy. O biskupie Gedko tak pisze błogosławiony Wincenty: Nie mógł bowiem pobożny Pasterz zaniedbać i w zapomnienie puścić tak okropnego ucisku trzody swojej, nie narażając własnego zbawienia.

    Nie brak więc było w tym czasie ludzi, którzy po chrześcijańsku czuli, że trzeba dążyć do wyrównania społecznego, bo w nauce Chrystusowej nie masz niewolnika ani wolnego, ale wszyscy jesteśmy braćmi. Te rzucane ziarna może zbyt długo leżały w ziemi, może zbyt późno kiełkowały, ale jednak nurtowały sumienia. Takich uczuć doznawali też i późniejsi czytelnicy Kroniki polskiej Kadłubka. Może wzrastał w nich niepokój i dlatego dążyli do większej sprawiedliwości i wyrównania ekonomicznego, co w szczególny sposób przeżywaliśmy w drugiej połowie wieku XIX i w naszych czasach.

    Obrońca wolności Kościoła

    Jeszcze jedną myśl chciałbym tu rozwinąć. Błogosławiony Wincenty Kadłubek żył w czasach niesłychanie trudnych i burzliwych dla Kościoła powszechnego i dla naszej ojczyzny. W takich czasach umiał połączyć miłość ojczyzny i Kościoła.

    Na zewnątrz w całym niemal świecie panowała wtedy walka o wolność Kościoła, której przewodniczył wybitny papież Innocenty III. Ale i u nas nie było wtedy czasów spokojnych, bo między książętami różnych dzielnic ówczesnej Polski rozgorzała walka o pierwszeństwo. I może w tej walce zagubiliby ojczyznę, gdyby nie to, że był Kościół rzymskokatolicki, uznawany przez książąt; byli biskupi, był lud katolicki, tak że w imię wyższych spraw można było odwołać się do walczących i uspokoić ich.

    Błogosławiony Wincenty razem z arcybiskupem gnieźnieńskim Kietliczem odegrali tutaj niezwykle dodatnią i pożyteczną dla narodu i dla Kościoła w Polsce rolę. Stanęli na stanowisku, że Kościół święty musi odzyskać pełną i całkowitą swobodę i wolność od władców, zwłaszcza niesprawiedliwych. Błogosławionemu Wincentemu jako biskupowi krakowskiemu udało się przekonać o tym władców; podobnie w skali ogólnopolskiej udało się to arcybiskupowi gnieźnieńskiemu Henrykowi Kietliczowi. Rzecz znamienna, że w walce o wolność Kościoła Gniezno i Kraków – arcybiskup gnieźnieński i biskup krakowski – wspierali się wzajemnie i podawali sobie dłonie. Działali ożywieni przekonaniem, że Kościół święty, swobodnie prowadzący swoją pracę, odda się całkowicie sprawie Bożej i w duchu Ewangelii będzie uczył powszechnego braterstwa. Taki Kościół przynosi ojczyźnie sprawiedliwość, miłość i pokój, a więc tylko korzyść. Ich walka więc o wolność Kościoła nie była walką przeciwko Polsce, ale była walką na rzecz Polski, na rzecz zespolenia dzieci jednego narodu, we wspólnej miłości w Jezusie Chrystusie.

    Biskup zakonnik

    Wielkie były zmagania i niełatwe zadania biskupa krakowskiego. Może umęczony nimi, a zwłaszcza znużony wiekiem, postanowił odsunąć się od trudów. A były one liczne. Wędrował przecież – w ówczesnych czasach samochodów nie było – od jednego miasta do drugiego. Kroniki zapisują jego wszędobylstwo, pomimo że oddawał się pracy naukowej. Był więc już dostatecznie znużony. Kierując się też pobudkami nadprzyrodzonymi złożył w ręce Stolicy Świętej swoją mitrę i pastorał biskupi w Krakowie i przywędrował tutaj, aby na kolanach prosić o przyjęcie do nowicjatu zakonu cystersów.

    Sądzę, że człowiek tego typu i o takich zasługach wiedział, gdzie trafić. Zakon cystersów w owych czasach był instytucją religijną o niezwykłej mocy. Było to gniazdo czynów i twórczej pracy. Kwitła tam praca naukowa, o czym możecie się przekonać, przyglądając się tu, w krużgankach, wystawie historii zakonu cystersów. Kwitła tam również sztuka budowlana. Najwspanialsze budowle, które wtedy powstawały, były dziełem zakonu cysterskiego. Zakon ten, pomimo że kontemplacyjny i całkowicie skierowany ku Bogu, umiał jednak sprawy Boże łączyć ze sprawami ziemskimi. Synowie tego zakonu w całym świecie, a i w ojczyźnie naszej, byli przodownikami w dziedzinie ówczesnej kultury rolnej. Oni pierwsi na ziemi naszej zajęli się systematyczną uprawą roli, karczowaniem lasów, melioracją bagnisk, budowaniem mostów. W ten sposób modlitwę łączyli z pracą – pracę uświęcali modlitwą. Swój twórczy trud poświęcali dla ludzi biednych, bo im samym niewiele było potrzeba. Z ich pracy cywilizacyjnej korzystały szerokie warstwy społeczne, zwłaszcza biedny lud.

    Do takiego zakonu przyszedł biskup o czynnej, ruchliwej psychice i duchowości i tu szukał odpoczynku i schronienia. Dobrze trafił, bo prawdopodobnie jego doświadczenia i umiłowania przyczyniły się do spotęgowania błogosławionej pracy zakonu, w której sprawy ludzkie wiązały się przez modlitwę ze sprawami Bożymi.

    Biskup – zakonnik nie przestał być człowiekiem skierowanym sercem ku swojemu narodowi, który tym razem umacniał przykładem modlitwy i któremu na modlitwie wyjednywał opiekę Ojca wszystkich narodów. Ostatnie lata błogosławionego Wincentego upływają na czytaniu pism świętego Bernarda z Clairvaux, wielkiego czciciela Matki Najświętszej. To również zaznaczyło się w pismach i w duchowości błogosławionego Wincentego Kadłubka. Dał wzór i przykład wielkiej żarliwości w czci należnej Matce Najświętszej.

    Można by tak iść rozdział po rozdziale, strona po stronicy Kroniki Polski, pisanej przez błogosławionego Wincentego i widzieć, jak w zamierzchłych czasach żył duch i zasady, które mają znaczenie i dla naszych czasów. Tak więc uroczystość dzisiejsza nie jest wspomnieniem historycznym, ale ma charakter programowania na czasy nowe!

    Stefan kard. Wyszyński

    mod/Teologia Polityczna Co Tydzień/Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem – nauczyciel cnoty politycznej oraz filar polskości

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Zajmując się dziejami Polski oraz dziejami kultury Polski dawnej, tej sprzed tragedii rozbiorów odnieść można wrażenie, że tych osiem wieków naszej historii stało się jakby mniej ważne i nie dość docenione. Wciąż za to jakbyśmy przeceniali epoki nam historycznie bliższe: czas rozbiorów, epokę romantyzmu, pozytywizmu, XX-lecia międzywojennego. Tymczasem dziedzictwo Polski przedrozbiorowej ma potencjał leczenia nas z naszych ran. Polska przadrozbiorowa oferuje współczesnemu Polakowi gigantyczny zasób idei, tradycji i treści, które mogą stać się zalążkiem odrodzenia naszego narodu. Zwłaszcza kiedy zrozumiemy proces Rewolucji, który zrujnował Zachód w ciągu ostatnich 500 lat. Przykładem dziedzictwa coraz słabiej obecnego w naszym narodowym imaginarium jest m.in. postać i dzieło bł. Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem.

    Jeśli ktoś o nim słyszał, to pewnie jako o naiwnym, polskim średniowiecznym kronikarzu, który w swoim dziele z początku XIII wieku konfabulował o walkach naszych przodków z Aleksandrem Wielkim czy z Juliuszem Cezarem. A skoro tak, to któż brałby na poważnie takiego autora i jego dzieło, kiedy mamy do dyspozycji nowoczesnych historyków z ich poważnym i nowoczesnym warsztatem. Więc bł. Kadłubek jawi się w najlepszym wypadku jako naiwny przedstawiciel wieków ciemnych, który mieszał baśnie z rzeczywistością.

    To zapomnienie dotyczy także innych wielkich postaci: świętych, profesorów i mężów stanu doby przedrozbiorowej. Kto dziś pamięta – zwłaszcza w czasie wojny za naszą wschodnią granicą o polskiej szkole prawa międzynarodowego z jej wybitnymi przedstawicielami, profesorami Akademii Krakowskiej: Pawłem Włodkowicem oraz Stanisławem ze Skarbimierza? Kto dziś myśli o Janie Długoszu? Kogo interesuje Sł. B. Stanisław Kardynał Hozjusz, który uratował nasz naród przed herezją protestancką? Ilu jeszcze sięga po pełne proroczego natchnienia kazania Ks. Piotra Skargi? Albo interesuje się geniuszem naszych wielkich hetmanów: jak Koniecpolski, Chodkiewicz, Czarnecki czy Żółkiewski? Czy ktoś opłakuje tragedię Rokoszu Lubomirskiego i bratobójczą bitwę pod Mątwami w roku 1666 kiedy w wyniku wojny domowej zginęły blisko cztery tysiące żołnierzy królewskich?

    Nie byłoby rozbiorów gdyby nie błędy naszych ojców z Pierwszej Rzeczypospolitej, ale równocześnie nie byłoby wszystkiego, co święte i wielkie w naszym narodzie, gdyby nie dziedzictwo dawnej Polski. A to właśnie dziedzictwo, świadomość i tożsamość kilku pierwszych stuleci naszej historii zawdzięczamy w dużej mierze postaci bł. Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, uznawanego za „ojca kultury polskiej”.

    Bł. Mistrz Wincenty żył w epoce jednego z największych papieży w historii Kościoła – Innocentego III, tego, który m.in. zwołał IV Sobór Laterański. Bł. Wincenty był delegatem z Polski na to zacne zgromadzenie. Innocenty III to również ten papież, który zatwierdził reguły zakonów Św. Franciszka oraz Św. Dominika. Nasz Mistrz Wincenty z dużym prawdopodobieństwem osobiście zetknął się z Lotario de Contim czyli przyszły papieżem Innocenty III podczas ich studiów w Paryżu i Bolonii.  

    Warto spróbować odtworzyć specyficzną mentalność i klimat który kształtował „mapy mentalne”, „imaginarium”, tożsamość naszych przodków. Fenomen Polski jej odrębność i wyjątkowość miały zawsze swój specyficzny rys tożsamości nas jako wspólnoty. Wśród postaci i dzieł, które tę tożsamość dostrzegły, opisały i przekazały przyszłym pokoleniom był z pewnością bł. Mistrz Wincenty Kadłubek i to już na przełomie XII i XIII wieku! To nasz drugi po Gallu Anonimie kronikarz, autor wiekopomnego – acz niedocenianego obecnie dzieła pt. Kronika Polska. W ostatnich latach na tę postać zwrócił uwagę m.in. krakowski wybitny historyk prof. Andrzej Nowak a zespól Rocznika „Teologia Polityczna” poświęcił Mistrzowi Wincentemu cały numer.

    Prof. Nowak bardzo trafnie wskazał na zasługi Mistrza Wincentego w opisaniu tego, jak Polacy widzieli siebie w rodzinie narodów Europy na tle historii świata oraz jak nasi ojcowie postrzegali ideał państwa, władzy, porządku i dobra wspólnego. Prof. Nowak dostrzegł też pewne zdanie na kartach kroniki Polskiej, które dla niniejszych rozważań oraz dla namysłu nad istotą polskości  będzie bardzo istotne – chodzi o znaczenie tożsamości dla trwałości wspólnoty. Prof. Andrzej Nowak wskazał na zdanie : Identitas est mater societatis. Zdaniem krakowskiego historyka: „Tożsamość jest matką wspólnoty, to jedna z trochę zapomnianych, ale fenomenalnie ważnych definicji, które zostawił nam w swojej Kronice pierwszy polski intelektualista, pisarz i historyk, Mistrz Wincenty Kadłubek”.

    Jak zauważyła Brygida Kűrbis we wstępie do wydania Kroniki Polskiej z 1973 roku: „Pojęcie Polski, jednego regnum, patrimonium i jednej res publica (królestwa, ojcowizny i rzeczypospolitej), autor umieścił w kategoriach raczej moralnych niż geograficznych czy zgoła prawnych.” Tak jakby bł. Wincenty jakimś prorockim natchnieniu wiedział, jak takie widzenie wspólnoty przysłuży się Polakom przez całe jej pełne wojen i kataklizmów dzieje. Tak bowiem jak wtedy Polska była większa niż polityczne władanie księcia aktualnie władającego na Wawelu, tak też było wielokrotnie później i jest do dziś, że Polska to pojęcie wykraczające poza jej aktualny polityczny i geograficzny zarys.

    Tożsamość, władza, apologia cnoty i potępienie występku

    To co uderza na kartach Kroniki Polskiej to nobilitacja cnoty i piętnowanie występku nie tylko w życiu indywidualnym ale także w polityce i trosce o dobro wspólne. Już na pierwszych kartach Kroniki znajdujemy słowa wypowiedziane przez legendarną władczynię Wandę córkę Grakha skierowane do sławnego i grozę budzącego króla Aleksandra Macedońskiego: „Źle innym rozkazuje ten, kto sam sobie nie nauczył się rozkazywać; nie jest bowiem godzien zwycięskiej chwały ten, nad którym zgraja namiętności triumfuje.” Jako że dzieło bł. Wincentego opowiada o dziejach Polski, skupia się na jej władcach i samej kwestii władzy. Wile jest przykładów, władców dobrych oraz złych. Znajdziemy też rozważania na temat ustroju państwa. Władca dobry oraz dobrze zorganizowana wspólnota, muszą przede wszystkim opierać się na cnocie. W przywołanym wyżej fragmencie Wanda oznajmia Aleksandrowi: „Wiedz zaś, że Polaków ocenia się według dzielności ducha, hartu ciała, nie według bogactw.” Czy nie jest to swoisty zarys ideału, ku któremu aspirowały całe pokolenia Polaków od Kadłubka poprzez Zawiszę Czarnego, ks. Piotra Skargę konfederatów barskich aż po postaci takie jak pułkownik Ciepliński, rotmistrz Pilecki  czy bł. Ksiądz Jerzy Popiełuszko?

    Ciekawe że jakkolwiek Polacy skłonni są do waśni i bratobójczych rozgrywek (legenda o synach Grakha oraz późniejsze dzieje walczących ze sobą książąt piastowskich), to w polityce zewnętrznej charakterystyczną nutą polskiej polityki jest szlachetność polityczna. Wyrazem jej stanie się później choćby polityka wobec Zakonu Krzyżackiego oraz polska szkoła prawa międzynarodowego z jej wybitnymi przedstawicielami: Pawłem Włodkowicem oraz Stanisławem ze Sarbimierza. Do tej sztafety myślicieli i mężów stanu dodać można wiele innych postaci np. Sł. B. Ks. Piotra Skargę. Co ciekawe Skarga kilka wieków po Kadłubku także nie dostrzegał u Polaków zła prowadzenia polityki imperialnej czy niesprawiedliwych podbojów ale dostrzegał wewnętrzne choroby jakimi były: brak miłości Ojczyzny jako kraju katolickiego; wewnętrzna niezgoda Polaków; herezje pleniące się w kraju; osłabianie władzy królewskiej oraz „wolność diabelska”, która odrzuca zasady; niesprawiedliwe prawa; grzechy publiczne i brak za nie kary.

    Polska jako część Cywilizacji Chrześcijańskiej

    Kadłubek pieczołowicie kreśli historię zakorzenienie Polski w przeszłości Europy dając przyszłym pokoleniom naszych rodaków poczucie przynależności do rodziny narodów Zachodu. Idea ta jest wciąż warta przypominania w kontekście naszego wstąpienia najpierw do Wspólnoty Europejskiej, która przekształciła się w Unię Europejską, twór polityczny globalistyczny, o nieskrywanym wrogim chrześcijaństwu nastawieniu.

    Bł. Wincenty – mistrz i nauczyciel cnót chrześcijańskich

    Święci się nie starzeją. Starzeją się zaś herezje i błędy. Do dziś zadziwia nas mądrość świętych starego Testamentu, mądrość Nowego Testamentu, Mądrość Ojców Kościoła i Świętych . Także postać i dzieło bł. Wincentego nie starzeje się i jaśnieje blaskiem mądrości Kościoła a także mądrości starożytnych, którą jak jego ojcowie (wszak był cystersem) – uczniowie św. Benedykta, patriarchy Zachodu – ocalili i udostępnili kolejnym pokoleniom chrześcijan.

    Kronika jest też zbiorem pięknych i aktualnych aforyzmów, i przez to kształtowała chrześcijański ład moralny naszych przodków zwłaszcza elit.

    Niosła katolicką antropologię – prawdę o człowieku –  jak choćby w zdaniu: „Oto bowiem dwoje jest w człowieku: dusza i ciało, na cóż jest dusza? By dała myśl mądrą. Na cóż ciało? By było pojazdem dla cnót. Zabierz jedno z dwóch, zniszczysz człowieka”.

    Widzimy dziś w mistrzu Wincentym tylko dziejopisa, a tracimy z oczu świętego nauczyciela. Lektura Kroniki jest bowiem pełna klejnotów klasycznej i chrześcijańskiej nauki o cnotach i wadach podana o tyle atrakcyjnie, że zilustrowana żywo i błyskotliwie przykładami z naszej historii czy z naszych opowieści o czasach na pól legendarnych. Te konkretne historyczne zdarzenia stanowią piękne i żywe – zwłaszcza dla polskiego patrioty i katolika – exempla, które szczególnie przydatne są do namysłu nad zasadami rządzącymi wspólnotą polityczną. 

    Mistrz Wincenty pisząc swoją historię dekoruje ją wspaniałymi sentencjami wyjaśniającymi zasady chrześcijańskiej troski o dobro wspólne i ogólnie dobrego ewangelicznego życia. Z tej mądrości tak długo jak Kronika Polska była w obiegu intelektualnym w Polsce, czyli co najmniej do czasów oświecenia, dostarczała nie tylko wiedzy o przeszłości ale uczyła zasad i moralności całe pokolenia Polaków. Obok mądrości i pereł myśli pogańskiego świata antycznego (Seneka czy Cyceron) pojawiają się cytaty z wielkich dzieł myślicieli chrześcijańskich. Przykładem jest fragment z dziejów króla Bolesława Krzywoustego, który oszczędziwszy mieszkańców Białogardu na Pomorzu został pochwalony za okazanie miłosierdzia zamiast surowej sprawiedliwości. Jeden z kadłubkowych rozmówców, Biskup Jan przywołuje św. Jana Chryzostoma: „Nikt nie jest miłosierny prócz sprawiedliwego, nikt sprawiedliwy prócz miłosiernego, albowiem sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem, miłosierdzie bez sprawiedliwości głupotą.” Zwróćmy uwagę, jak te błyskotliwe zdania współgrają z tym, czym obecna Polska podbiła świat:  z orędziem Pana Jezusa Miłosiernego płynącego z Krakowa (dawnej stolicy biskupiej bł. Wincentego) na cały współczesny pogrążony w kryzysie świat!

    Autor chętnie sięga do Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Wplata w swe historie Polaków Mistrz Wincenty też fragmenty wielkich dzieł chrześcijańskiej duchowości jak żywot św. Antoniego Pustelnika autorstwa św. Atanazego – pogromcy arianizmu.

    Takie zabiegi sprawiają, że dzieje Polski opisane są z pozycji chrystocentrycznej, właściwego dla chrześcijańskiej cywilizacji średniowiecza. Jest to ukierunkowanie myślenia o nas jako o wspólnocie w kontekście Bożego planu wobec świata i człowieka w tym również wobec Polaków. Przykładem sentencji mądrościowej jest cytat z św. Hieronima: „Nic prostszego nad roztropność, nic roztropniejszego nad prostotę”. Są miejsca w Kronice, gdzie rozważania o władcach i wielkich ludziach są okazją do mini traktatów o cnotach i wadach. Taki właśnie mini traktat o cnotach, ich pokrewieństwie i wzajemnych zależnościach znajdujemy w Księdze IV w części dotyczącej postaci księcia Kazimierza II Sprawiedliwego. „Ponieważ zaś męża silnego zaleca nie tyle siła cielesna ile nieskazitelność ducha.” I dalej: „Wszystkie córy wszystkich cnót, jakikolwiek obowiązek spełniają, cokolwiek czynią, [wszystko to] zależy od sądu roztropności. (…) Pod mistrzostwem roztropności z lichego materiału nieszczęść  powstają znakomite zalety”.

    O wadach w innym miejscu mówi kadłubkowy rozmówca Jan: „Niech więc mąż roztropny wystrzega się dawania wiary każdemu poduszczeniu, źle bowiem jest i każdemu wierzyć, i nikomu; lecz to drugie jest bezpieczniejsze, tamto szlachetniejsze. Albowiem łatwowierność jest źródłem nieoględności, nieoględność niedbalstwa, niedbalstwo rodzi gnuśność, gnuśność zaś w pierwszym stopniu spokrewniona jest z głupotą, siostrą wszelkich zdrożności, matką przestępstw”. Są też fragmenty z dzisiejszego punktu widzenia niepoprawne politycznie, jak choćby  taki towarzyszący charakterystyce zgubnego wpływu Agnieszki, Niemki, żony księcia Władysława Hermana (najstarszego syna Bolesława Krzywoustego): „Niełatwo bowiem panować nad żoną, skoro raz jej pozwoli się zapanować” oraz kolejny cytat, który na pewno nie spodoba się feministkom: „Raczej jednak tysiąckroć ugłaskasz Erebu piekielne furie, niż raz jeden przebłagasz srogość niewieścią”.

    Warto przywołać też opis księcia Kazimierza Sprawiedliwego poczyniony przez Mistrza Wincentego, zarysowuje się tu swoisty ideał męża stanu, władcy tak w warstwie moralnej jak i w warstwie estetycznej – piękna i majestatu: „Nadzwyczaj szlachetna jest wytworność jego postaci, jak rysów twarzy oraz sama wysmukła budowa ciała, nieco przewyższająca wysokością ludzi średniego wzrostu. Spojrzenie jego ujmujące, nacechowane jednak jakąś pełną szacunku godnością. Mowa zawsze skromna, zaprawiona jednak wytwornym dowcipem. Komuż to tak niezbadany schowek duszy, tak wspaniałe skarby serca, tak nieocenione wyposażenie umysłu i natura dała, i łaska utwierdziła? Nie wiadomo czy w nim natura przewyższa łaskę, czy łaska naturę. Tak ze sobą w siostrzanym sporze współzawodniczą, że każda z nich usiłuje przewyższyć drugą, żadna jednak drugiej nie zazdrości zwycięstwa. Natura bowiem wyposażyła go w zdolności polityczne, troskliwa zaś łaska ozdobiła go cnotami oczyszczającymi. Cokolwiek bowiem odnosi się do sprawiedliwości przyrodzonej i politycznej, umiarkowania, męstwa i roztropności, on i słowami zaleca i przykładnym czynem okazuje.”

    Jest to nawiązanie do katolickiej zasady łaski i natury, do prawdy głoszonej w Kościele, że łaska i natura nie są sprzeczne ale łaska opiera się na naturze Gratia supponit naturam. Łaska nadprzyrodzona wydoskonala sferę naturalną wynikającą z samego faktu istnienia jako stworzenie Boże. Tu bardzo dobrze widać ideał człowieka katolickiego, który zrealizował się w średniowiecznej Christianitas szczególnie w modelu rycerza i mnicha. Z jednej strony wchłonął  starożytną naukę o cnotach (poziom natury) ale równocześnie oparł się na nauce objawionej na temat łaski, dzięki której człowiek może wspiąć się na wyżyny niedostępne w realiach pogaństwa uboższego o brak dostępu do łaski Odkupienia. Jak wspaniałe było to, że dzięki dziełu Mistrza Wincentego prawdy te przez stulecia docierały do elity szlacheckiej w Polsce także poprzez Kronikę Polską wyznaczając standardy człowieczeństwa ustanowione przez Ewangelię. 

    Ciemne średniowiecze?

    Nasuwa się tu znów stereotyp powielany w systemie edukacji i w kulturze, jakoby średniowiecze było ciemne i zamknięte na pogański antyk. Pobieżny kontakt z kulturą i myślą tamtej epoki ukazuje nam zgoła inny obraz: wielcy twórcy „wieków ciemnych” obficie czerpali z antyku, jednak patrzyli na tę spuściznę oczami katolickimi, zapatrzonymi w nadprzyrodzoność, w rozległe i wzniosłe obszary łaski Bożej. Błąd renesansu XV wieku lepiej tu można uchwycić, kiedy zwróci się uwagę, że epoka ta dostrzegała i gloryfikowała naturę, ale niestety zapomniała o łasce.

    Czasy zaś bł. Mistrza Wincentego nauka określa jako renesans XII wieku. Był to jednak renesans bez pysznego nadęcia i odrzucania dorobku chrześcijaństwa. Był to renesans spod znaku Św. Tomasz z Akwinu i papieża Innocentego III, nie zaś spod znaku zdemoralizowanych literatów i malarzy wieku XV. Kronika Mistrza Wincentego jest właśnie w nurcie tej afirmacji tradycji antycznej, która współgra z Objawieniem. Bł. Mistrz Wincenty i jemu podobni naukowcy średniowiecza czytali świat i jego dorobek w kontekście Ewangelii, a nie zaś wbrew temu kontekstowi, czy też wręcz z jego pominięciem. Widać u Mistrza Wincentego średniowieczny chrystocentryzm w patrzeniu na rzeczywistość w odróżnieniu do wieku XV i XVI, który Chrystusa traktował tak, jakby nigdy nie istniał.

    Natura ludzka oraz Prawda o Bogu Świecie i Człowieku są niezmienne. Na przestrzeni ponad dwóch tysiącleci historii Kościoła ujmowali te prawdy liczni myśliciele i do nich właśnie zalicza się ów tytan (obok wielu innych) na którego plecach stoi cała Kultura Polski aż do dziś. Czytajmy Mistrza Wincentego tak jak on czytał dzieje świata Kościoła i Polaków, tak jak człowiek katolickiego średniowiecza czytał księgę rzeczywistości – czytajmy umysłem i sercem katolickim, otwartym na sferę łaski i wtedy dopiero dostrzeżmy wielkość dzieła tego pokornego mnicha i dostojnika Kościoła Powszechnego. Tak nastawieni do dokonania Bł. Kadłubka odkryjemy źródło naszego polskiego, tradycyjnego imaginarium oraz zostaniemy dodatkowo pouczeni i zbudowani wielkimi prawdami o cnocie jako fundamencie życia osobistego i społeczno-politycznego. W ten sposób odkryta na nowo nasza tożsamość stanie się znów matką naszej tak pokaleczonej społeczności.

    Arkadiusz Stelmach/PCh24.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Staroświecki historyk – bł. Wincenty Kadłubek

    Staroświecki historyk - bł. Wincenty Kadłubek

    Bł. Wincenty Kadłubek/fot. Henryk Pzondziono/Gość Niedzielny

    ***

    To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zasłynął przede wszystkim jako pierwszy w historii uczony Polak i pisarz, autor „Kroniki Polski”. Był kapelanem i doradcą księcia krakowskiego, potem biskupem krakowskim, w końcu mnichem cysterskim. Kiedy po 400 latach otwarto grób, jego ciało znaleziono prawie nienaruszone.

    Bł. Wincenty Kadłubek urodził się ok. roku 1150. Wiedzę zdobywał najpierw w Krakowie, potem studiował w Paryżu lub w Bolonii, lub nawet na obu uniwersytetach. Bez wątpienia należał do najbardziej światłych Polaków swojej epoki. Krakowski książę Kazimierz Sprawiedliwy uczynił go swoim kapelanem i doradcą, on też namówił go do pisania „Kroniki”. Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty w Sandomierzu, a w 1208 r. wybrano go biskupem krakowskim. Jako biskup wziął udział w Soborze Laterańskim IV (1215 r.).

    We wstępie do jednego z dokumentów, wystawionych przez biskupa Wincentego, czytamy: „Ojczyzna i Kościół potrzebują opieki ze strony swoich synów, najlepiej mogą oni bronić ojczyzny i Kościoła przez piśmienne regulowanie stosunków własnościowych i przestrzeganie prawa”. Po dziesięciu latach pasterzowania w Krakowie Wincenty zrezygnował z biskupstwa i postanowił wstąpić do klasztoru cystersów w Jędrzejowie. Osiemdziesięciokilometrową drogę z Krakowa do opactwa przebył jako pielgrzym, pieszo i boso. Do dziś w Jędrzejowie pokazują kopiec, usypany w miejscu, gdzie Wincenty padł na twarz przed opatem, prosząc go o przyjęcie do wspólnoty. Jako cysterski mnich Wincenty kontynuował pisanie swojej „Kroniki”. Pisał ją po łacinie, pięknym, wyszukanym stylem.

    W jego dziele historia miesza się z poetycką fantazją. Jest świadectwem jego żarliwej miłości do Polski, rozbitej wtedy na dzielnice. Jak powie po latach kard. Wyszyński, dzieło Kadłubka „stawia sobie za cel uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, miłości własnego kraju, do dziejów ojczystych, zachęcać do czynów rycerskich, czynów wzniosłych”. Mistrz Wincenty nie zdążył dokończyć dzieła, doprowadził je do roku 1202 r., sam zmarł w 1223 r., po pięciu latach surowego życia klasztornego.

    Święty historyk? Ciekawe zestawienie. Bardzo aktualne dziś, kiedy historia stała się narzędziem walki politycznej. Politycy, dziennikarze, historycy wyciągają z niej brudy, którymi obrzucają innych. Jak tak dalej pójdzie, historia będzie się nam kojarzyć z wielkim szambem, zmagazynowanym w teczkach, z których co chwila wypływa kolejna śmierdząca sprawa. Czy na historię składają się tylko dzieje zdrady, nieprawości i głupoty? Czy nie są to także dzieje dobra, patriotyzmu, wierności i innych jasnych stron ludzkiej duszy? To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zarzuca się bł. Wincentemu, że za bardzo moralizował i dlatego nie jest wiarygodny. Na marginesie opisywanej historii notował np.: „Każde państwo kwitnie zgodą, a nie kłótniami” lub „Nie godzi się o własnym myśleć bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu jest narażone na niebezpieczeństwo”. Racja, takie teksty brzmią dziś w Polsce bardzo staroświecko… Niestety.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia

    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    ***
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Modlitwa o zwycięstwo

    Matka Boża Różańcowa/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *****

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem. Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak/wiara.pl

    ***

    Sprawdzona broń

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    ks. Piotr Studnicki/wiara.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Matka Boża – gwarancja zwycięstwa

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    *****

    Wydarzenia w Guadalupe, Quito, Paryżu, La Salette, Lourdes, Gietrzwałdzie, Fatimie, Akicie, Kibeho tworzą długi łańcuch Maryjnych interwencji w dzieje świata i grzesznej ludzkości. Kochająca Matka nie może pozostać bezczynna, kiedy Jej dzieciom grozi niebezpieczeństwo – a już zwłaszcza gdy same je sobie ściągają na głowę. Dlatego niestrudzenie od wieków przychodzi do nich z ostrzeżeniem, radą, lekarstwem…

    W roku 1948, w dramatycznych chwilach umacniania się komunizmu w naszej Ojczyźnie, prymas Polski kardynał August Hlond wypowiedział na łożu śmierci znamienne proroctwo: Zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Słowa te powtarzał często Ojciec Święty Jan Paweł II, który w swym herbie papieskim użył zawołania świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort: Totus tuus, czyli Cały Twój, Maryjo.

    Silna wiara w zwycięstwo Matki Bożej nad siłami zła jeszcze na tym świecie leży u podstaw mariologii wspomnianego świętego, który na początku Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny stwierdza, iż przez Najświętszą Maryję przyszedł na świat Jezus Chrystus i przez Nią też chce On w świecie panować. To przekonanie prowadzi autora traktatu do wniosku o szczególnej roli Matki Chrystusowej w powtórnym przyjściu Jej Syna, na które właśnie Ona przygotuje świat.

    Jakby dla potwierdzenia tej szczególnej roli Najświętszej Dziewicy w planie Opatrzności Bożej i historii Zbawienia, Bóg posyła swoją najwierniejszą Córkę, aby przychodziła do swoich dzieci z wezwaniem do nawrócenia, zadośćuczynienia i modlitwy – oraz przesłaniem nadziei na Jej zwycięstwo.

    Doświadczamy tego w szczególnym nagromadzeniu objawień naszej Pani na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Im bardziej przyspieszał proces antychrześcijańskiej Rewolucji, zapowiadając kolejne prześladowania, tym bardziej kochająca Matka przypominała o swojej pomocy w uznanych przez Kościół objawieniach.

    Wobec postępów antychrysta

    Warto się wsłuchać w jakże adekwatne w tych okolicznościach słowa kardynała Ivana Diasa, wysłannika papieża Benedykta XVI na uroczystości rozpoczynające odchody stupięćdziesięciolecia objawień Maryjnych w Lourdes.

    Pragnę umieścić te objawienia w szerszym kontekście nieustannej a zaciekłej walki toczącej się pomiędzy siłami dobra i zła – mówił 8 grudnia 2007 roku ówczesny Prefekt Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów – walki, która toczy się od początku dziejów ludzkości w Rajskim Ogrodzie i będzie trwać aż do końca czasów. Objawienia w Lourdes są jednymi z pierwszych w długim łańcuchu objawień Matki Bożej, który rozpoczął się dwadzieścia osiem lat wcześniej, w roku 1830 przy Rue de Bac w Paryżu. (…)

    Po Lourdes Matka Boża nie przestaje okazywać całemu światu żywej matczynej troski o los ludzkości w swych kolejnych objawieniach. Wszędzie prosi o modlitwę i pokutę w intencji nawrócenia grzeszników, ponieważ widzi duchową ruinę niektórych krajów, widzi cierpienia, jakie będzie znosił Ojciec Święty, widzi ogólne osłabienie wiary chrześcijańskiej i trudności Kościoła. Maryja widzi nadejście antychrysta i podejmowane przezeń próby zastąpienia Boga w życiu ludzi: próby, które mimo olśniewających sukcesów będą jednak skazane na niepowodzenie. (…)

    Walka między Bogiem a jego nieprzyjacielem jest zawsze zacięta, nawet bardziej dzisiaj niż w czasach Bernadetty sto pięćdziesiąt lat temu. Ponieważ ludzkość pogrąża się w bagnie sekularyzmu, który chce stworzyć świat bez Boga; relatywizmu, który przytłacza stałe i niezmienne wartości Ewangelii; oraz religijnej obojętności na wyższe dobra i sprawy Boga i Kościoła. Ta walka pochłania niezliczone ofiary w naszych rodzinach i wśród naszej młodzieży.

    W obliczu największej bitwy

    Przypominając znamienną wypowiedź kardynała Karola Wojtyły z 9 listopada 1976 roku (Stoimy dziś w obliczu największej bitwy, jaką ludzkość kiedykolwiek widziała. Nie sądzę, aby wspólnota chrześcijańska do końca ją zrozumiała) papieski wysłannik do Lourdes wskazał, iż Maryja Dziewica po raz kolejny zaprasza nas dzisiaj, abyśmy się stali częścią Jej legionu walczącego z siłami zła. Na znak naszego udziału w Twojej ofensywie prosisz, Najświętsza Matko, o nawrócenie serc, o żarliwe nabożeństwo do Świętej Eucharystii, o codzienne odmawianie Różańca, o modlitwę bez wytchnienia i obłudy, a także o przyjęcie cierpienia dla zbawienia świata.

    Objawienia przy Rue de Bac w Paryżu (1830) i pomoc w postaci Cudownego Medalika, w La Salette (1846) i zapowiedź kryzysu w Kościele, w Lourdes (1858), w Gietrzwałdzie (1877), w Fatimie (1917) i Akicie (1973) stanowią pasmo matczynych interwencji, za pomocą których – mówił kardynał Dias – Najświętsza Maryja Panna tka ze swoich duchowych synów i córek wielką sieć, szykując potężną ofensywę przeciwko siłom złego na całym świecie, która przyniesie ostateczne zwycięstwo Jej Boskiego Syna, Jezusa Chrystusa.

    Ostrzegając swoje dzieci przed apokaliptyczną karą, jaką Bóg ześle na pogrążony w grzechu rodzaj ludzki, Matka Kościoła jednocześnie gwarantuje im zwycięstwo we wspomnianej powyżej bitwie i to jeszcze w doczesności – tak, jak tego oczekiwało tylu świętych. Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje! – sama to obiecała.

    Jedno jest pewne – podkreślił przemawiając w Lourdes kardynał Ivan Dias – ostateczne zwycięstwo należy do Boga, a stanie się to dzięki Maryi.

    Sławomir Skiba/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    ***
    Święty Brunon

    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.
    W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Zakonnik z ostrym dowcipem – św. Brunon

    Zakonnik z ostrym dowcipem - św. Brunon

    święty Brunon Kartuz /Francisco Ribalta(PD)

    ***

    “Zaiste raduję, się, pragnę wielbić Pana i dziękować Mu, a zarazem przeżywam smutek. Cieszę się wprawdzie – co jest słuszne – wzrostem owoców waszych cnót, boleję zaś i wstydzę, iż sam bezczynnie i gnuśnie trwam w nędzy moich grzechów”.

    Takie szczególne rozdwojenie między radością z osiągnięć innych, a smutkiem spowodowanym własną niedoskonałością przeżywał święty Brunon, człowiek, którego życie wypełnione było licznymi szansami na błyskotliwą karierę. Żadnej z nich nie wykorzystał.

    Urodził się około roku 1030 (lub według innych badaczy około roku 1035) w Kolonii. Ukończywszy szkoły w swej rodzinnej miejscowości dalszą edukację podjął w słynnej szkołę katedralnej w Reims. Jak twierdzi ks. Piotr Skarga, był uczniem “ostrego dowcipu i pamięci wielkiej”, dlatego wkrótce sam został nauczycielem i szefem tej uczelni. Pracował w niej przez dwadzieścia lat. Wychował wielu ludzi wybitnych i świętych (m. in. św. Hugo i bł. Urbana II). U początków swej kariery nauczycielskiej, ok. roku 1055, przyjął święcenia kapłańskie.

    W roku 1075 został kanclerzem w Reims. Jednak doszło do ostrego konfliktu między nim a miejscowym arcybiskupem, któremu Brunon publicznie zarzucił symonię (handlowanie godnościami kościelnymi). W rezultacie hierarcha musiał ustąpić, a Brunonowi zaproponowano objęcie jego funkcji. Z propozycji nie skorzystał.

    Postanowił zrealizować swe długoletnie pragnienie służenia Bogu w odosobnieniu. Początkowo założył pustelnię w Seche–Fontaine. Jednak po niedługim czasie przeniósł się w okolice Grenoble i tam powstała pierwsza osada eremicka zwana Wielką Kartuzją. Stała się ona kolebką nowego zgromadzenia zakonnego, nazywanego kartuzami.

    Niestety, nie dane było świętemu Brunonowi prowadzić na uboczu spokojnego pustelniczego życia. Został wezwany do Rzymu przez swego byłego ucznia, papieża Urbana II. Był jego osobistym doradcą, jednak funkcję pełnił bez rozgłosu, tak, że nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat. Nie skorzystał ze sposobności, aby zrobić karierę u boku papieża.

    Swoich “synów Kartuzów” pouczał w jednym z listów: “Cieszcie się, bracia umiłowani, szczęściem, które wam przypadło w udziale, oraz hojnością danej wam łaski. Cieszcie się, że uniknęliście tak wielu niebezpieczeństw i nieszczęść w zawierusze tego świata. Cieszcie się, że znaleźliście spokojną i bezpieczną przystań w doskonale chronionym porcie; wielu pragnie się tam dostać, wielu dokłada starań, a jednak nie dochodzą. Liczni zaś, chociaż doszli, zostali usunięci, ponieważ nie otrzymali łaski z wysoka”.

    Był ze swoich współbraci zakonnych dumny: “Choć nie wyróżniacie się wykształceniem, Bóg sam wypisuje w sercach waszych nie tylko miłość, ale też znajomość swego prawa. Czynem ukazujecie, co miłujecie i co znacie. Kiedy bowiem z wszelką gorliwością i staraniem zachowujecie prawdziwe posłuszeństwo, jest rzeczą jasną, że w ten sposób zbieracie doskonały i życiodajny owoc Ksiąg świętych”. O sobie samym miał znacznie gorsze zdanie.

    Zmarł 6 października 1101 roku w kolejnej kartuzji, zwanej La Torre, położonej w Kalabrii. Nawet po śmierci omijały go “zaszczyty”. Nigdy nie został kanonizowany w sposób uroczysty. Dopiero w XVII stuleciu papież Grzegorz XV rozszerzył istniejący wcześniej lokalny kult Brunona na cały Kościół.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
    ***
    Święta Faustyna Kowalska

    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

    Święta Faustyna Kowalska

    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Dar Boży dla naszych czasów

    Homilia św. Jana Pawła II podczas uroczystości kanonizacji Faustyny Kowalskiej

    1. «Confitemini Domino quoniam bonus, quoniam in saeculum misericordia eius» — «Dziękujcie Panu, bo jest dobry, bo łaska Jego trwa na wieki» (Ps 118 [117], 1). Tak śpiewa Kościół w oktawę Wielkanocy, powtarzając niejako te słowa Psalmu za samym Chrystusem: za Chrystusem zmartwychwstałym, który przynosi do wieczernika wspaniałe orędzie Bożego Miłosierdzia i powierza apostołom posługę jego szafarzy: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. (…) Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 21-23).

    Przed wypowiedzeniem tych słów Jezus pokazuje ręce i bok. Pokazuje rany zadane Mu podczas męki, zwłaszcza zranione Serce — źródło, z którego wypływa obfity strumień miłosierdzia, rozlewający się na ludzkość. Siostra Faustyna Kowalska — błogosławiona, którą od dziś będziemy nazywać świętą — ujrzy dwie smugi światła promieniujące z tego Serca na świat. «Te dwa promienie — wyjaśnił jej pewnego dnia sam Jezus — oznaczają krew i wodę» (Dzienniczek, 299).

    2. Krew i woda! Na myśl przychodzi tu natychmiast świadectwo ewangelisty Jana: kiedy na Kalwarii jeden z żołnierzy przebił włócznią bok Chrystusa, Jan widział, że wypłynęła z niego «krew i woda» (por. J 19, 34). Krew przywodzi na myśl ofiarę krzyża i dar eucharystyczny, natomiast woda jest w symbolice Janowej znakiem nie tylko chrztu, ale także daru Ducha Świętego (por. J 3, 5; 4, 14; 7, 37-39).

    Poprzez Serce Chrystusa ukrzyżowanego Boże Miłosierdzie dociera do ludzi: «Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym» — zażąda Jezus od Siostry Faustyny (Dzienniczek, 1074). To miłosierdzie Chrystus rozlewa na całą ludzkość poprzez zesłanie Ducha, który w Trójcy Świętej jest Osobą-Miłością. A czyż miłosierdzie nie jest «drugim imieniem» miłości (por. Dives in misericordia, 7), ujmującym jej aspekt najgłębszy i najbardziej wzruszający: jej gotowość do zaspokojenia wszelkich potrzeb, a zwłaszcza jej bezgraniczną zdolność przebaczania?

    Doznaję dziś naprawdę wielkiej radości, ukazując całemu Kościołowi jako dar Boży dla naszych czasów życie i świadectwo Siostry Faustyny Kowalskiej. Zrządzeniem Bożej Opatrzności życie tej pokornej córy polskiej ziemi było całkowicie związane z historią XX w., który niedawno dobiegł końca. Chrystus powierzył jej bowiem swoje orędzie miłosierdzia w latach między pierwszą a drugą wojną światową. Kto pamięta, kto był świadkiem i uczestnikiem wydarzeń tamtych lat i straszliwych cierpień, jakie przyniosły one milionom ludzi, wie dobrze, jak bardzo potrzebne było orędzie miłosierdzia.

    Jezus powiedział do Siostry Faustyny: «Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopokąd się nie zwróci z ufnością do miłosierdzia mojego» (Dzienniczek, 300). Za sprawą polskiej zakonnicy to orędzie związało się na zawsze z XX wiekiem, który zamyka drugie tysiąclecie i jest pomostem do trzeciego. Nie jest to orędzie nowe, ale można je uznać za dar szczególnego oświecenia, które pozwala nam głębiej przeżywać Ewangelię Paschy, aby nieść ją niczym promień światła ludziom naszych czasów.

    3. Co przyniosą nam nadchodzące lata? Jaka będzie przyszłość człowieka na ziemi? Nie jest nam dane to wiedzieć. Jest jednak pewne, że obok kolejnych sukcesów nie zabraknie niestety także doświadczeń bolesnych. Ale światło Bożego Miłosierdzia, które Bóg zechciał niejako powierzyć światu na nowo poprzez charyzmat Siostry Faustyny, będzie rozjaśniało ludzkie drogi w trzecim tysiącleciu.

    Konieczne jest jednak, aby ludzkość, podobnie jak niegdyś apostołowie, przyjęła dziś w wieczerniku dziejów Chrystusa zmartwychwstałego, który pokazuje rany po ukrzyżowaniu i powtarza: Pokój wam! Trzeba, aby ludzkość pozwoliła się ogarnąć i przeniknąć Duchowi Świętemu, którego daje jej zmartwychwstały Chrystus. To Duch leczy rany serca, obala mury odgradzające nas od Boga i od siebie nawzajem, pozwala znów cieszyć się miłością Ojca i zarazem braterską jednością.

    4. Ważne jest zatem, abyśmy przyjęli w całości orędzie, zawarte w słowie Bożym na dzisiejszą II Niedzielę Wielkanocną, która od tej pory nazywać się będzie w całym Kościele «Niedzielą Miłosierdzia Bożego». W kolejnych czytaniach liturgia zdaje się wytyczać szlak miłosierdzia, które odbudowuje więź każdego człowieka z Bogiem, a zarazem tworzy także między ludźmi nowe relacje braterskiej solidarności. Chrystus nauczył nas, że «człowiek nie tylko doświadcza i ‘dostępuje’ miłosierdzia Boga samego, ale także jest powołany do tego, ażeby sam ‘czynił’ miłosierdzie drugim: ‘Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią’ (Mt 5, 7)» (Dives in misericordia, 14). Jezus wskazał nam też wielorakie drogi miłosierdzia, które nie tylko przebacza grzechy, ale wychodzi też naprzeciw wszystkim ludzkim potrzebom. Jezus pochylał się nad wszelką ludzką nędzą, materialną i duchową.

    Chrystusowe orędzie miłosierdzia nieustannie dociera do nas w geście Jego rąk wyciągniętych ku cierpiącemu człowiekowi. Takiego właśnie widziała Go i takiego ogłosiła ludziom wszystkich kontynentów Siostra Faustyna, która pozostając w ukryciu swojego klasztoru w Łagiewnikach, w Krakowie, uczyniła ze swego życia hymn na cześć miłosierdzia: Misericordias Domini in aeternum cantabo (Ps 89 [88], 2).

    5. Kanonizacja Siostry Faustyny ma szczególną wymowę. Poprzez tę kanonizację pragnę dziś przekazać orędzie miłosierdzia nowemu tysiącleciu. Przekazuję je wszystkim ludziom, aby uczyli się coraz pełniej poznawać prawdziwe oblicze Boga i prawdziwe oblicze człowieka.

    Miłość Boga i miłość człowieka są bowiem nierozłączne, jak przypomina Pierwszy List św. Jana: «Po tym poznajemy, że miłujemy dzieci Boże, gdy miłujemy Boga i wypełniamy Jego przykazania» (5, 2). W takich słowach apostoł wyraża prawdę o miłości, wskazując, że jej miarą i kryterium jest wypełnianie przykazań.

    Nie jest łatwo miłować miłością głęboką, która polega na autentycznym składaniu daru z siebie. Tej miłości można nauczyć się jedynie wnikając w tajemnicę miłości Boga. Wpatrując się w Niego, jednocząc się z Jego ojcowskim Sercem, stajemy się zdolni patrzeć na braci nowymi oczyma, w postawie bezinteresowności i solidarności, hojności i przebaczenia. Tym wszystkim jest właśnie miłosierdzie!

    W miarę tego, jak ludzkość będzie wnikać w tajemnicę tego miłosiernego spojrzenia, ideał, o jakim słyszeliśmy w dzisiejszym pierwszym czytaniu, będzie jawił się jako możliwy do spełnienia: «Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne» (Dz 4, 32). Tak oto miłosierdzie nadawało formę ludzkim odniesieniom, życiu wspólnoty, wyznaczało zasady podziału dóbr. Z niego wypływały «uczynki miłosierdzia» co do ciała i co do ducha. Tak oto miłosierdzie przybrało konkretny kształt stawania się «bliźnim» dla najbardziej potrzebujących braci.

    6. Siostra Faustyna Kowalska napisała w swoim Dzienniczku: «Odczuwam tak straszny ból, kiedy patrzę na cierpienia bliźnich; odbijają się w sercu moim wszystkie cierpienia bliźnich, ich udręczenia noszę w sercu swoim, tak, że mnie to nawet fizycznie wyniszcza. Pragnęłabym, aby wszystkie bóle na mnie spadały, by ulżyć bliźnim» (Dzienniczek, 1039). Oto do jakiego stopnia współodczuwania prowadzi miłość, kiedy mierzona jest miarą miłości Boga!

    Ta miłość powinna inspirować współczesnego człowieka, współczesną ludzkość, aby mogła stawić czoło kryzysowi sensu życia, podjąć wyzwania związane z różnorakimi potrzebami, a przede wszystkim, by mogła wypełnić obowiązek obrony godności każdej ludzkiej osoby. W ten sposób orędzie o Miłosierdziu Bożym stanie się pośrednio również orędziem o niepowtarzalnej godności, wartości każdego człowieka. W oczach Bożych każda osoba jest cenna, za każdego Chrystus oddał swoje życie, każdemu Ojciec daje swego Ducha i czyni go bliskim sobie.

    7. To krzepiące orędzie jest skierowane przede wszystkim do człowieka, który udręczony jakimś szczególnie bolesnym doświadczeniem albo przygnieciony ciężarem popełnionych grzechów utracił wszelką nadzieję w życiu i skłonny jest ulec pokusie rozpaczy. Takiemu człowiekowi ukazuje się łagodne oblicze Chrystusa, a promienie wychodzące z Jego Serca padają na niego, oświecają go i rozpalają, wskazują drogę i napełniają nadzieją. Jakże wielu sercom przyniosło otuchę wezwanie «Jezu, ufam Tobie», które podpowiedziała nam Opatrzność za pośrednictwem Siostry Faustyny! Ten prosty akt zawierzenia Jezusowi przebija najgęstsze chmury i sprawia, że promień światła przenika do życia każdego człowieka. «Jezu, ufam Tobie».

    8. Misericordias Domini in aeternum cantabo (Ps 89 [88], 2). Do głosu Najświętszej Maryi Panny, «Matki Miłosierdzia», do głosu nowej świętej, która w niebiańskim Jeruzalem śpiewa hymn na cześć miłosierdzia wraz z wszystkimi przyjaciółmi Boga, dołączmy nasz głos także my, Kościół pielgrzymujący.

    Ty zaś, Faustyno, darze Boga dla naszej epoki, darze polskiej ziemi dla całego Kościoła, wyjednaj nam, abyśmy mogli pojąć głębię Bożego Miłosierdzia, pomóż nam, abyśmy osobiście go doświadczyli i świadczyli o nim braciom. Twoje orędzie światłości i nadziei niech się rozprzestrzenia na całym świecie, niech przynagla grzeszników do nawrócenia, niech uśmierza spory i nienawiści, niech uzdalnia ludzi i narody do czynnego okazywania braterstwa. My dzisiaj, wpatrując się razem z tobą w oblicze zmartwychwstałego Chrystusa, powtarzamy twoją modlitwę ufnego zawierzenia i mówimy z niezłomną nadzieją: Jezu, ufam Tobie.

    Ufajcie Jezusowi

    W niedzielę wieczorem 30 kwietnia — w kontekście codziennej modlitwy jubileuszowej — odbyło się na placu św. Piotra nabożeństwo dziękczynne za kanonizację Siostry Faustyny, któremu przewodniczył arcybiskup krakowski kard. Franciszek Macharski. Licznie zgromadzonych pielgrzymów z Polski i z innych krajów Ojciec Święty pozdrowił z okna swojej biblioteki. Poniżej zamieszczamy słowa papieskie wypowiedziane w języku włoskim i polskim.

    Z radością kieruję słowa serdecznego pozdrowienia do pielgrzymów uczestniczących w modlitwie, która co wieczór odbywa się na placu św. Piotra z okazji Jubileuszu.

    Drodzy bracia i siostry, dzisiaj, w II Niedzielę Wielkanocną, gdy z radością wpisałem w poczet świętych Siostrę Faustynę Kowalską, apostołkę Bożego Miłosierdzia, wzywam was, byście ufali zawsze w miłosierną miłość Bożą, objawioną nam w Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Osobiste doświadczenie tej miłości niech skłoni każdego z was do czynnego okazywania miłości braciom. Nauczcie się powtarzać piękny akt strzelisty Siostry Faustyny: «Jezu, ufam Tobie!»

    Wszystkim udzielam błogosławieństwa!

    Do Polaków Ojciec Święty powiedział:

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy zgromadzili się w tym szczególnym dniu na placu św. Piotra, aby w wieczornej modlitwie dziękować Bogu za dar kanonizacji Siostry Faustyny. Całym sercem jednoczę się z wami w tym dziękczynieniu.

    Niech Niedziela Miłosierdzia Bożego roku 2000 pozostanie na zawsze w waszej pamięci. Proszę Boga, aby to wspomnienie budziło w sercach wszystkich niezachwianą ufność w Jego miłosierdzie i było umocnieniem na drogach trzeciego tysiąclecia. Jezu, ufam Tobie!

    Niech Bóg bogaty w miłosierdzie błogosławi wam i waszym bliskim!

    L’Osservatore Romano 6/2000/opoka.pl

    _________________________________________________________________________________

    Nie czekajcie, aż będziecie lepsi

    O s. Faustynie i jej objawieniach

    W zapiskach siostry Faustyny jest pewien tekst, który wstrząsa do głębi czytającym go człowiekiem. To nieprawdopodobne, że takie słowa zostały zapisane. Tekst nie jest krótki, nie jest zatem zapisem iluzji, czy chwilowego olśnienia. Jest to opis całej serii przeżyć, dokonany po pewnym czasie od chwili, kiedy się zdarzyły. Może gdy ktoś kiedyś spojrzy w swoje własne życiowe zapiski, zauważy pewne podobieństwa. Bo to, co w skondensowanej, intensywnej formie przeżyła siostra Faustyna, w gruncie rzeczy dotyczy każdego z nas. Idziemy do Boga takimi samymi ścieżkami, takimi samymi etapami. Może innymi co do formy, ale treść jest ta sama.

    PRZYGOTOWANIE

    Pisze siostra Faustyna: „W początku Bóg daje się poznać jako świętość, sprawiedliwość i dobroć, czyli miłosierdzie. Dusza nie naraz to wszystko poznaje, ale w poszczególnych błyskach, czyli zbliżeniach się Boga. I nie trwa to długo, bo nie zniosłaby tego światła.” *
    „Dusza” to siostra Faustyna, ona sama tak o sobie pisze. Taki jest wstęp, uwertura. Te „błyski” czasem bardzo przeszkadzają w modlitwie – w tej naszej „normalnej” modlitwie. Właściwie nie ma podstaw, by sądzić, że nie zdarzają się każdemu. Być może są jakieś osoby, które ich nie doświadczają, a może tylko trudno im je rozpoznać. U każdego z nas te doświadczenia wyglądają nieco inaczej. Skarżyła się kiedyś starsza osoba: modlę się na różańcu, mówię Ojcze nasz i w momencie kiedy wypowiadam: bądź wola Twoja, tak się zamyślam nad tymi słowami, że przerywam różaniec. I ta osoba martwiła się, że się nie modli. A właśnie wtedy się modliła.
    „Błyski” mogą więc u każdego inaczej wyglądać. Powoli jednak zastępują dawniejszą modlitwę. Może dojść do takiego natężenia owych przejaśnień, że człowiek daremnie będzie się silił i zmuszał do dawniejszej modlitwy. „Błysk” poznania Boga rozpala gorliwością, żarliwością i miłością do Boga. Nie ma wątpliwości, że jest to miłość i że jest to miłość do Boga. Istnieje jednak jeden problem. W tym samym błysku światła, w którym Bóg daje nam poznać Siebie, obnaża również nasze nieczyste wnętrze. Dusza czuje się więc zatrwożona. Warto zwrócić uwagę na słowa, które w opisie siostry Faustyny odmalowują stan psychiczny człowieka: zatrwożenie jest rzeczywiście wielkie, ale rozpalenie i porwanie ku Bogu również. W błyskach światła dusza coraz bardziej się krystalizuje. Światło staje się coraz bardziej przenikliwe, człowiek coraz bardziej przejrzysty. Nawet na tym wczesnym etapie potrzebne są wierność i męstwo. Męstwo po to, żeby wytrzymać zagrożenie: jak ja wyglądam, tam w środku.
    Kiedy mija ten etap pierwszego wprowadzenia, Bóg obdarza człowieka pociechami. Dusza wchodzi w wielką zażyłość z Bogiem i cieszy się niezmiernie. Myśli, że już osiągnęła „przeznaczony jej stopień doskonałości”. I teraz ważna uwaga siostry Faustyny: „bo błędy i wady są w niej uśpione, a ona myśli, że już ich nie ma. Nic jej się trudnym nie wydaje, na wszystko jest gotowa. Zaczyna się pogrążać w Bogu i kosztować rozkoszy z Bogiem.” Czas spędzony wówczas na modlitwie jest fantastyczny. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że mogą przyjść próby i doświadczenia. Nie wie, że ten „miodowy miesiąc” nie trwa długo. Nadejdą wkrótce inne chwile.

    CIEMNOŚĆ
    Będą to chwile trudne. Miłość człowieka nie jest jeszcze wystarczająca, Bóg domaga się miłości wyższej. W opisie siostry Faustyny wygląda to tak: „Dusza nagle traci obecność Bożą. Powstają wtedy, podnoszą głowę wszystkie błędy i wady, z którymi musi toczyć zacięty bój. Wszystkie błędy podnoszą głowę, ale czujność jej jest wielka. Na miejsce dawnej obecności Bożej wstąpiła oschłość i posucha duchowa.”
    Teraz modlitwa już „nie smakuje”, różne praktyki, ćwiczenia duchowe „nie leżą” człowiekowi. Nie może się modlić ani tak jak dawniej, ani tak, jakby chciał w przyszłości. Rzuca się na wszystkie strony i nie znajduje zadowolenia. Bóg się przed nim ukrył. Po pierwszym zasmakowaniu Boga, to co stworzone, co ziemskie nie może zaspokoić ani pocieszyć. Stopniowo człowiek traci również poczucie darów Bożych. Najpierw stracił poczucie obecności Bożej, teraz traci poczucie darów Bożych. Ciemność zapada w całej duszy. Siostra Faustyna pisze, że w tym momencie zaczyna się udręka nie do pojęcia. „Dusza starała się przedstawić stan swej duszy spowiednikowi, lecz nie została zrozumiana. Zapada jeszcze w większe niepokoje”. Teraz następuje fragment, który przywodzi na myśl Księgę Hioba. „Szatan zaczyna swe dzieło. Wiara zostaje w ogniu i walka tu jest wielka, dusza robi wysiłki, trwa aktem woli przy Bogu”.
    Aktem woli. Czy wiemy, co to znaczy? To znaczy, że wszystko inne w środku wygasa. Nie ma nic: popiół, żużel, absolutna pustka, ciemność i jedyne co zostaje to owo: chcę Boga. Tylko akt woli: chcę, kocham, ufam. Nic więcej. „Szatan posuwa się z dopuszczenia Bożego jeszcze dalej. Nadzieja i miłość jest w doświadczeniu”. Zdania pisane krwią. „Duszę wspiera Bóg, niejako potajemnie, ona o tym nie wie, bo inaczej niepodobna jest ostać się.”

    Ktoś napisał, że są dwa rodzaje trudności życiowych w drodze do Boga: próba i pokusa. Nazwa nie jest ważna, jest umowna. Ważne jest, że zwycięskie przeżycie próby powoduje, że jesteśmy duży kawałek drogi do przodu. Natomiast po zwycięskim przeżyciu pokusy stwierdzamy, że jesteśmy piętro albo kilka pięter wyżej. Zmienia się poziom, na którym funkcjonujemy.

    Straszne są te pokusy, o których pisze Faustyna. Wielu może pomyśleć, że dialog z szatanem to fikcja. Ale są takie głosy w człowieku. „Szatan jej mówi – patrz, nikt cię nie zrozumie, po co mówić o tym wszystkim? Brzmią w jej uszach słowa, których ona się przeraża i zdaje się jej, że je wymawia przeciw Bogu. Widzi to, czego by widzieć nie chciała. Słyszy to, czego słyszeć nie chce, a jest to straszne w takich chwilach nie mieć doświadczonego spowiednika. Sama dźwiga całe brzemię: jednak o ile jest to w jej mocy, powinna starać się o światłego spowiednika, bo może załamać się pod ciężarem, i to często jest nad przepaścią.”
    Gdyby nie było poprzednich słodyczy, gdyby nie było tych chwil szczęścia z Bogiem, Bóg nie mógłby wprowadzić człowieka na ten drugi etap – etap oczyszczenia.

    PRÓBA NAD PRÓBAMI
    Ale jest jeszcze coś więcej. Jest jeszcze próba nad próbami – doświadczenie zupełnego odrzucenia od Boga. Coś, co siostra Faustyna przeżyła i o czym nas uczy. Dla nas to zapisała:
    „Kiedy dusza zwycięsko wychodzi z poprzednich prób i chociaż może się potknąć, ale mężnie walczy i z głęboką pokorą woła do Pana: Ratuj, bo ginę. – I jeszcze jest zdolna do walki. Teraz ogarnia duszę straszna ciemność. Dusza widzi w sobie tylko grzechy. Jej uczucie jest straszne. Widzi się zupełnie opuszczoną, czuje jakby była przedmiotem Jego nienawiści i jest jeden krok do rozpaczy. Broni się, jak może, próbuje obudzić ufność, lecz modlitwa jest dla niej jeszcze większą męką; jej się zdaje, że pobudza Boga do większego gniewu. Jest postawiona na niebosiężnym szczycie, który jest nad przepaścią. Dusza rwie się do Boga, a czuje się odepchnięta. Wszystkie męki i katusze świata są niczym w porównaniu z tym uczuciem, w którym ona jest cała pogrążona – to jest odepchnięcie od Boga. Nikt jej ulgi przynieść nie może. Widzi, że jest sama jedna, nikogo nie ma na swoją obronę. Wznosi oczy do nieba, ale wie, że to nie dla niej – wszystko dla niej stracone.”
    Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił. Dyskusje teologów, filozofów i nasze domysły to jest wielkie nic. Może trochę przesadzam, nie należy tak mówić. Ale słowa, nawet trafne, męki krzyża nie wypowiedzą. Opuszczenie przez Boga – a więc i tak może być.
    Każde zwrócenie się siostry Faustyny do Boga wiązało się z jeszcze większą męką. Szatan kontynuuje swe dzieło, pogłębia ból. Zwróćmy uwagę, że szatan nie dyskutuje z człowiekiem, ale drwi z niego: „Widzisz, czy dalej będziesz wierna? Oto masz zapłatę, jesteś w naszej mocy. (…) I cóż z tego żeś się umartwiała? I cóż z tego, żeś wierna regule? Po cóż te wszystkie wysiłki? Jesteś odrzucona od Boga.”
    I Faustyna pisze dalej: „To słowo odrzucona staje się ogniem, który przenika każdy nerw aż do szpiku kości, przeszywa na wskroś całą jej istotę. Nadchodzi największy moment doświadczenia. Dusza już nie szuka nigdzie pomocy, pogrąża się sama w sobie i traci wszystko sprzed oczu i niejako jakby się zgodziła na tę mękę odrzucenia. Jest to moment, któremu nie umiem nadać wyrazu. Jest to agonia duszy.”
    W jaki sposób Faustyna wyszła z tego doświadczenia? Została znaleziona w swojej celi klasztornej przez jedną z sióstr. Było to dziwne zjawisko, bo Faustyna w tym czasie była zupełnie zdrowa, rozchorowała się znacznie później, ale to wielkie cierpienie, które podczas tej próby przeżywała, spowodowało, że jej twarz, jej oczy nabiegły krwią. Było widać wielkie zmęczenie, znużenie walką, wyczerpanie. Siostra, która ją znalazła, zaalarmowała przełożonych. Tu zwrócę uwagę na wspaniały moment – życie zakonne to jest jednak życie – siostra przełożona przyszła i powiedziała: na mocy posłuszeństwa każę ci wstać. I Faustyna, która leżała na ziemi zupełnie bez życia – wstała. Skończyła się agonia duszy.

    ODPOCZYNEK W BOGU
    Niech ten opis siostry Faustyny zostanie tak jak jest, właściwie nietknięty analizą w swojej wielkiej głębi. Wynikają z niego dla nas pewne wnioski, ale zanim do nich przejdziemy, jeszcze jeden fragment: „Dusza, kiedy wyszła z tych utrapień, jest głęboko pokorna. Jej czystość jest wielka. Ona bez namysłu wie, co w danej chwili należy czynić, a co zaniechać. Wyczuwa najlżejsze dotknięcie łaski i jest bardzo wierna Bogu. Ona z daleka poznaje Boga i cieszy się nieustannie Bogiem. Ona Boga nader szybko odkrywa w duszach innych, w ogóle w otoczeniu. Dusza jest oczyszczona przez samego Boga. (…) W sposób duchowy obcuje ona z Panem w miłosnym odpocznieniu.”

    TACY JESTEŚMY
    Głód, pragnienie, tęsknota doskwierająca do żywego – oto reakcja na oddalenie Boga. Tego, co przeżyła siostra Faustyna w bardzo ukrytym życiu wewnętrznym, my możemy dostępować także poprzez oczyszczenie życia zewnętrznego, przez trudne okoliczności, przez jakiś rodzaj życiowej walki, trudu, starania.

    Trudy życia zewnętrznego doskonalą naszą miłość, choć czasem, w perspektywie duchowej, wydają się nam mało ważne. Wierzę, że wśród nas jest wielu ludzi na tych etapach, o których pisze siostra Faustyna. Bo dlaczego ona miałaby być aż tak wielkim wyjątkiem? Jej powołanie było jedyne, ale powołanie każdego z nas też jest unikalne.

    Najtrudniej chyba zgodzić się na to, że trudności w modlitwie, w życiu duchowym są czymś normalnym, istnieją w planie Bożym. Kiedy zaczynamy systematyczną modlitwę i ona przynosi nam pokój, myślimy, że potem będą już tylko kolejne stopnie ekstazy, tylko schody do nieba. A te schody do nieba wyglądają właśnie tak, jak u Faustyny.
    Dawno temu, zanim na wsi zapanowała kultura medyczna, ludzie niechętnie odwiedzali lekarza, chyba że było tak źle, że inaczej się nie dało. Najczęściej ból przyganiał człowieka do gabinetu lekarskiego. Gabinet był już dawno, wszyscy wiedzieli o nim, ale niska kultura medyczna wstrzymywała ludzi. My przypominamy trochę tamtych ludzi. Jesteśmy w sensie duchowym – przepraszam, że zaryzykuję takie sformułowanie, ale patrzę także na siebie – bardzo anemiczni, wyjałowieni i schorowani. Decydujemy się na poszukiwanie Boga wtedy, kiedy już nie ma innego wyjścia. Dlatego miłosierdzie to dla nas „pogotowie ratunkowe” w sprawach ostatecznych. A te sprawy ostateczne są „przeogromne”: egzamin wstępny, egzamin końcowy, czasem coś większego, np. choroba kogoś bliskiego, więc od okazji do okazji. Efekt jest taki, że gonimy za mitami w naszej religijności, a uciekamy przed Bogiem. Popatrzmy na rzetelny opis przeżyć siostry Faustyny i przypomnijmy sobie, ile razy myśląc o modlitwie, narzekamy: „Taka modlitwa jak dawniej to była modlitwa, teraz nie mogę się modlić tak, jakbym chciał, jak powinienem”. A co to znaczy „jakbym chciał, jak powinienem”? Co my o tym możemy wiedzieć? Kiedy patrzymy na błądzenie i szamotanie się w ciemnościach Faustyny, to czujemy, że o modlitwie nic nie wiemy.

    Często szukamy samych siebie, zamiast iść za Bogiem. Bo – tu znowu hipoteza bardzo ryzykowna, ale proszę ją sobie przemyśleć spokojnie – religia, modlitwa, życie duchowe, Kościół mają w nas charakter substytutywny. Gonimy za mitem. Nie interesuje nas Pan Bóg, ale wokół Niego pełno jest rzeczy nadających się na zastępstwo. Nie udało mi się to, więc będzie to. Substytut.

    Często w tym duchu czytamy książki duchowe: św. Jana od Krzyża, Tomasza Mertona. Czy po przeczytaniu takiej książki nie czujemy się lepiej? Czujemy się lepiej. I wiadomo, żeśmy ją czytali właśnie z tego powodu. To prawda, że po przeczytaniu trochę się nam rozjaśniło, bo gdy człowiek pozna prawdę, lepiej się czuje. Ale w gruncie rzeczy jest to pewnego rodzaju zastępstwo.

    Najczęściej odbieramy świat tendencyjnie, w wybranych przez siebie fragmentach. Dlatego wszystko kojarzy nam się według zasady; Pan Bóg – pociecha; Msza św. – wzmocnienie; modlitwa – uspokojenie. Są w nas takie „kalki myślowe”.

    Jeżeli zatem Bóg nie będzie pociechą, to co? To chyba Go nie ma. Jeżeli Msza św. nie będzie wzmocnieniem, ale utrapieniem? To chyba do niczego wszystko. A jeżeli modlitwa nie przynosi pokoju, tylko niepokój (opis siostry Faustyny), to znaczy, że to nie jest modlitwa? Tak myślimy i czasem nawet z tego się spowiadamy, bo mamy poczucie winy. Tendencyjnie przyjmujemy Boga, to znaczy nie ze względu na Niego Samego, ale ze względu na skutki, jakie w nas wywołuje. W pewien sposób Bóg jest przez nas zmuszany do tego, żeby się za każdym razem sprawdzać. Chcemy Go do tego sprowadzić.

    Dalej pomyłkom to już nie ma końca. Miłosierdzie mylimy z pobłażaniem dla grzechu, cierpliwość z bezsilnością, dobroć z głupotą, a diabeł to jest taki ktoś do straszenia dzieci, prawie go nie ma.

    ŻYCIE WEWNĘTRZNE CZY DUCHOWE?
    Mylimy jeszcze coś więcej, coś ważniejszego. Chciałbym ten fragment naszych rozważań zadedykować tym, którzy mają pewien bałagan w duszy, którzy martwią się albo interesują różnymi modnymi prądami, zwłaszcza ze Wschodu. Otóż mylimy życie religijne, duchowe z życiem, nazwijmy to, ściśle wewnętrznym. Życie wewnętrzne to jest moja psychika i to wszystko, co jest we mnie, łącznie z ciałem, zmysłami, intelektem, wolą. Cały ten mechanizm jest życiem wewnętrznym. Mogę różnymi sposobami poszerzać zakres tego życia, mogę rozciągać jego granice, rozpychać, dawać mu nowe możliwości na zasadzie: oddycham tak – będę miał tak, oddycham inaczej – będę miał inaczej (sygnalizuję zaledwie problem, sprawa jest bardziej skomplikowana, nie da się tak prosto wyjaśnić). Natomiast czymś zupełnie innym jest życie religijne i co się z tym wiąże – życie duchowe. Życie religijne to jest właśnie wyjście z tego „worka” wewnętrznego na zewnątrz i powiedzenie: Ojcze nasz. Powiedzieć: Ojcze to uznać, że ON JEST obiektywnie i to jest Ktoś inny niż ja. Tego nie da się zastąpić techniką wewnętrzną, rozciąganiem psychicznych czy innych wewnętrznych macek choćby i na cały świat. Nie mylmy życia ściśle wewnętrznego z życiem religijnym i duchowym.
    W fałszywej postawie może też dojść do produkowania sztucznych objawów. Podam przykład. Przypuśćmy, że chłopakowi spodobała się dziewczyna. Znamy cały zespół różnych objawów świadczących o zakochaniu się. Przypuśćmy, że taki chłopak się zarumienił, lekko się uśmiechnął na widok dziewczyny. To już oznacza pierwszą skłonność, sympatię, życzliwość, może zadatki przyjaźni. Ale wyobraźmy sobie kogoś, kto nie czuje miłości, ale słyszał o niej i też chciałby jej doświadczyć. Wobec tego, tutaj się spręży, tam coś naciągnie i nagle twarz mu się rumieni, uśmiecha się. Bo takie są objawy miłości i on o tym wie. Widzimy różnicę pomiędzy jego ewolucjami, a prawdziwą miłością. W prawdziwej miłości nic nie trzeba udawać, wszystko jest na swoim miejscu. W życiu religijnym też można oszukać samego siebie. Można świetnie zaimitować modlitwę, ale to nie będzie Ojcze nasz.

    UCZUCIA TO NIE WSZYSTKO
    Co jeszcze mylimy? Zwracałem uwagę na słowa, jakie zostały użyte przez siostrę Faustynę do opisania przeżycia.

    Mylimy bowiem rzeczywistość, istotę sprawy, z naszymi uczuciami, z przeżyciem.

    Temu, co robimy, często towarzyszy cała chmara uczuć. Np. modlimy się, to jest rzeczywista prawdziwa modlitwa, ale jednocześnie coś przeżywamy; rozmawiamy z kimś, ta rozmowa budzi w nas całą gamę przeżyć; kochamy, tej miłości towarzyszy przeżycie. Uczucia są ważną „przyprawą” naszego życia. Nie da się ich niczym zastąpić. Dają ten specyficzny koloryt, smak, atmosferę. Dzięki nim każda chwila jest niepowtarzalna. Ale każdy wie, że samymi przyprawami żyć się nie da. Liczy się treść, to na czym uczucia się opierają. Przeżywanie modlitwy do niczego nie prowadzi, jeżeli jest to tylko „przyprawa”.
    Dla osób jeszcze bardziej wnikliwie myślących: sprawdźcie, ile razy dziennie mylimy przyczynę ze skutkiem. Ba, ile razy dziennie przedstawiana jest nam przyczyna jako skutek, ofiara jako sprawca. Mylimy sedno sprawy z marginesem, z ubocznym zjawiskiem.

    BEZ NIEGO NIE BĘDZIEMY LEPSI
    Bóg przemawia przez znaki. Cały czas mówi do nas. Miejmy oczy otwarte i uszy nastawione, żeby Go usłyszeć. Czasami trzeba czekać w ciemności. Nie szkodzi, w ciemności subtelniejemy, dojrzewamy do miłości. W czyśćcu ludzie dojrzewają do miłości, do zjednoczenia z Bogiem. Czyściec to jest takie miejsce już tutaj – duża szansa dla nas.
    Siostra Faustyna, być może również dla pokazania nam, przyjęła i przeżyła w tak bardzo skondensowanej formie wszystkie etapy oczyszczenia, dorastania do miłości. My przechodzimy dokładnie to samo, nic inaczej. Obyśmy nie uciekali przed Bożym miłosierdziem. Niech Pan Bóg wszystkie elementy naszej wewnętrznej struktury tak ustawia, jak Mu się podoba. Dajmy Mu dojść do głosu. Niech nas, jeżeli trzeba, nagina, przetapia, przerabia. Pozwólmy Mu na to. Niech On w nas zrobi porządek. Więc nie czekajcie na jutro, aż będziecie lepsi; bez Niego nie będziecie lepsi. Jeżeli pytasz siebie, kiedy iść do spowiedzi, to sobie odpowiedz: dziś, teraz. Bo i tak co sam zrobisz? Od Niego zacznij. Niech On zaleczy to, co w nas chore.
    Wielkie Boże miłosierdzie. Słów brakuje, naprawdę, słów brakuje.
    Dzięki Bogu za siostrę Faustynę, za to, że pozwoliła nam trochę się odnaleźć, że potrafiła nam dać znak, obraz miłości Bożej – miłości miłosiernej. Promienie, które widziała, niech nas wszystkich ogarniają. Wierzę, że tu dzisiaj modli się z nami i za nas. Myślę, że także mnie wspomogła w tej mojej niezdarności w niejednym momencie. Dzięki Bogu za to.

    o.Rafał Skibiński OP/Kraków, 19 grudnia 1985

    opoka.pl

    ———————————
    * Wszystkie cytaty pochodzą z „Dzienniczka” siostry Faustyny, wydanego przez Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1993, s. 55-64

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwaj świadkowie

    O splecionych losach Karola Wojtyły i Faustyny Kowalskiej

    Losy Karola Wojtyły i Faustyny Kowalskiej zostały w planach Bożej Opatrzności przedziwnie ze sobą związane. Spróbujmy przyjrzeć się, jak splatał się ten węzeł w czasie

    Kiedy 18 maja 1920 r. w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, 15-letnia Faustyna, uczennica szkoły podstawowej w Świnicy koło Łodzi, miała już za sobą pierwsze doświadczenia mistyczne. Kiedy 6-letni Karol rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Wadowicach, Faustyna przebywała już od ponad roku w warszawskim klasztorze Sióstr Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia.
    Siostra Faustyna i Karol Wojtyła znajdowali się najbliżej siebie podczas ostatnich miesięcy życia mistyczki. Kiedy latem 1938 roku absolwent wadowickiego gimnazjum przeprowadził się do Krakowa, aby rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, siostra Faustyna mieszkała w krakowskim klasztorze swojego zgromadzenia, w Łagiewnikach. Była już wtedy śmiertelnie chora; większość czasu spędzała w szpitalu. Umarła, kiedy Wojtyła rozpoczął pierwszy semestr studiów polonistycznych, 5 października 1938 r. Dwaj wielcy świadkowie Bożego Miłosierdzia, mieszkając w jedynym mieście, nigdy się nie spotkali.
    Podczas okupacji niemieckiej, w październiku 1941 r. Wojtyła rozpoczął pracę w zakładzie produkcji sody „Solvay” w Borku Fałęckim. Dzieliło go kilka minut drogi od Łagiewnik, gdzie na przyklasztornym cmentarzu od trzech lat spoczywały zwłoki siostry Faustyny. Nie wiemy, czy Wojtyła odwiedzał wówczas kościół, który za kilkadziesiąt lat stał się, również dzięki jego pomocy, światowym centrum kultu Bożego Miłosierdzia. Po nauce w zakonspirowanym seminarium duchownym, Wojtyła przyjął święcenia kapłańskie w uroczystość Wszystkich Świętych 1946 r. Siostry z klasztoru w Łagiewnikach twierdzą, że jako młody kapłan, był częstym gościem w ich kościele.
    Znacznie bliższe i lepiej udokumentowane związki Wojtyły z dziedzictwem siostry Faustyny i sanktuarium w Łagiewnikach, datują się od momentu jego święceń biskupich w 1958 r. Dnia 21 października 1965 r., 27 lat po śmierci siostry Faustyny, arcybiskup Wojtyła podjął decyzję o rozpoczęciu diecezjalnego procesu informacyjnego odnośnie jej życia i cnót. Taki proces oznaczał początek długiej drogi prowadzącej do beatyfikacji; od tej chwili siostrze Faustynie przysługiwał tytuł Sługi Bożej. Proces informacyjny został zakończony uroczystą sesją w pałacu arcybiskupów krakowskich 20 września 1967 r., po czym podpisane przez kardynała Wojtyłę akta zostały wysłane do odpowiedniej kongregacji w Kurii rzymskiej.
    Siostra Faustyna została beatyfikowana przez Jana Pawła II w Rzymie 18 kwietnia 1993 r. W homilii Papież powiedział: „O Faustyno, jakże przedziwna była Twoja droga! Czyż nie można pomyśleć, że to ciebie właśnie – ubogą i prostą córkę mazowieckiego polskiego ludu – wybrał Chrystus, aby przypomnieć ludziom wielką Bożą tajemnicę miłosierdzia. Tę tajemnicę zabrałaś ze sobą, odchodząc z tego świata po krótkim i pełnym cierpień życiu. Równocześnie tajemnica ta stała się proroczym zaiste wołaniem do świata, do Europy. Przecież twoje orędzie Bożego Miłosierdzia zrodziło się jakby w przeddzień straszliwego kataklizmu II wojny światowej. (…) Gdzież więc, jeśli nie w Bożym Miłosierdziu, znajdzie świat ocalenie i światło nadziei.”
    Ponad dekadę przed beatyfikacją siostry Faustyny, w 1980 roku Jan Paweł II opublikował świadectwo swojej wielkiej czci dla Bożego miłosierdzia, encyklikę Dives in misericordia (Bogaty w miłosierdzie). W rozmowie z amerykańskim dziennikarzem Georgem Weigelem Papież przyznał, że podczas pisania tej encykliki myślał o siostrze Faustynie i „był jej duchowo bardzo bliski”. Encyklika ta jest więc świadectwem głębokiego przemyślenia przez Papieża przesłania siostry Faustyny i zobaczenia jego aktualności dla współczesnego świata.
    W harmonii z etymologicznym znaczeniem łacińskiego słowa misericordia (miseris cor dare – potrzebującym dać serce), Jan Paweł II określa w encyklice miłosierdzie jako „miłość, która w sposób szczególny daje o sobie znać w zetknięciu z cierpieniem, krzywdą, ubóstwem, w zetknięciu z całą ludzką kondycją, która na różne sposoby ujawnia ograniczoność i słabość człowieka, zarówno fizyczną, jak i moralną”. Dlatego też, Bożego miłosierdzia szczególnie potrzebujemy w epoce po Oświęcimiu i Archipelagu Gułag, gdzie „ludzie ludziom zgotowali tak straszny los”. Z niezwykłą przenikliwością Papież przypomina, że wiele straszliwych zbrodni naszego wieku zostało dokonanych w imię dziejowej sprawiedliwości i potrzeby wynagrodzenia doznanych krzywd. „Programy, które biorą początek w idei sprawiedliwości, które mają służyć jej urzeczywistnieniu we współżyciu ludzi, ludzkich grup i społeczeństw, ulegają w praktyce wypaczeniu. (…) Sprawiedliwość sama nie wystarcza, (…) jeśli nie dopuści się do kształtowania życia ludzkiego w różnych jego wymiarach owej głębszej mocy, jaką jest miłość”.
    O swojej czci dla Bożego Miłosierdzia Jan Paweł II przypomniał w czasie pielgrzymki do Polski w 1997 roku, podczas wizyty w sanktuarium w Łagiewnikach: „Orędzie miłosierdzia Bożego zawsze było mi bliskie i drogie. (…) Dziękuję Opatrzności Bożej, że dane mi było osobiście przyczynić się do wypełnienia woli Chrystusa, przez ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego. Tu, przy relikwiach błogosławionej Faustyny Kowalskiej, dziękuję też za dar jej beatyfikacji. Nieustannie proszę Boga o «miłosierdzie dla nas i świata całego».”
    Często zastanawiamy się, w jakim stopniu Jan Paweł II jest „polskim Papieżem”, to znaczy w jakiej mierze fakt, że wychował się w kraju nad Wisłą, a swojej wiary, posługi kapłańskiej i biskupiej uczył się w grodzie wawelskim, kształtuje jego rozumienie Kościoła powszechnego i własnej posługi biskupa Rzymu. W tym kontekście ważne wydaje się spostrzeżenie jednego z autorów rozważań, że Jan Paweł II „wyszedł z krakowskiej szkoły miłosierdzia, gdzie głównymi wykładowcami byli: św. brat Albert Chmielowski i bł. siostra Faustyna Kowalska.” Dzięki encyklice Dives in misericordia, to polskie, krakowskie doświadczenie Bożego miłosierdzia, stało się wezwaniem i darem dla całego Kościoła i całej ludzkości. Możemy być z tego powodu dumni i wdzięczni Bogu.

    o. Jarosław Kupczak OP/opoka.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Obraz i podobieństwo…

    O postaci siostry Faustyny Kowalskiej, kanonizowanej 30.04.2000

    W czerwcu 1999 roku Jan Paweł II odwiedził sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, gdzie znajdują się relikwie siostry Faustyny. Wówczas wyznał: „Orędzie Miłosierdzia Bożego zawsze było mi bliskie i drogie. Historia jakby wpisała je w tragiczne doświadczenie II wojny światowej. W tych trudnych latach było ono szczególnym oparciem i niewyczerpanym źródłem nadziei nie tylko dla krakowian, ale dla całego Narodu. Było to i moje osobiste doświadczenie, które zabrałem ze sobą na Stolicę Piotrową i które niejako kształtuje obraz tego pontyfikatu”.

    Wizerunek na płótnie

    Siostra Faustyna zmarła niespełna rok przed wybuchem II wojny światowej, 5 października 1938 r. W sierpniu, gdy była jeszcze w szpitalu, jedna z sióstr ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia usłyszała z jej ust słowa: Wojna będzie strasznie długo trwała, będzie strasznie dużo nieszczęść. Cierpienia okropne spadną na ludzi. Paradoksalnie, jednak to właśnie wojna spowodowała niezwykłe rozprzestrzenienie się kultu Miłosierdzia Bożego, który dotarł do wielu zakątków kuli ziemskiej dzięki Polakom tułającym się po wojennych szlakach.

    Wraz z nimi wędrowały wizerunki Jezusa Miłosiernego z napisem: „Jezu, ufam Tobie”. Historia jego powstania sięga lutego 1931 roku. Wówczas siostra Faustyna przebywała w klasztorze w Płocku. Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.

    Na wypełnienie tego polecenia Faustyna musiała czekać niemal trzy lata. Gdy po złożeniu ślubów wieczystych znalazła się w Wilnie, spotkała tam księdza Michała Sopoćkę, który w tym czasie objął obowiązki spowiednika zgromadzenia. Siostra rozpoznała w nim kapłana, którego wcześniej ukazał jej Jezus: W pewnym dniu usłyszałam głos w duszy: Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi. On ci dopomoże spełnić wolę Moją na ziemi. Gdy jednak wyznała wszystko księdzu, ten odesłał ją do psychiatry, aby poddała się badaniu. Po latach dr Maria Maciejewska napisze: Niniejszym stwierdzam, że znałam siostrę Marię Faustynę Kowalską ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w Wilnie przy ul. Senatorskiej 25, w latach 1933—36. Przy badaniach lekarskich nigdy nie stwierdziłam objawów neuropatycznych ani odchyleń psychicznych.

    Opinia lekarska uspokoiła księdza Sopoćkę. Na początku 1934 roku zamówił obraz Miłosierdzia Bożego u wileńskiego malarza Eugeniusza Kazimirowskiego. Siostra Faustyna udzieliła mu wskazówek, jak ma wyglądać obraz. W pewnej chwili, kiedy byłam u tego malarza (…) zobaczyłam, że nie jest tak piękny, jakim jest Jezus — zasmuciłam się tym bardzo, jednak ukryłam to w sercu głęboko. Kiedyśmy wyszły od tego malarza, Matka Przełożona została w mieście dla załatwienia różnych spraw, ja sama powróciłam do domu. Zaraz udałam się do kaplicy i napłakałam się bardzo. Rzekłam do Pana: „Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś?”. — Wtem usłyszałam takie słowa: Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce Mojej.

    Wizerunek w duszy

    Jezus kazał Faustynie praktykować miłosierdzie czynem, słowem oraz modlitwą. I dbał o to, by miała dostatecznie dużo okazji do ćwiczenia się w miłości bliźniego. Kiedyś np. Faustyna spotkała się z pewną świecką osobą, która kłamiąc przysporzyła jej wielu przykrości. W pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłam, ścięła mi się krew w żyłach, gdyż stanęło mi wszystko przed oczyma, co przez nią wycierpieć musiałam, choć jednym słowem od nich uwolnić bym się mogła. I przyszła mi myśl, aby jej dać poznać prawdę stanowczo i natychmiast. Ale w jednej chwili stanęło mi miłosierdzie Boże przed oczyma i postanowiłam tak z nią postępować, jakby postąpił Jezus, będąc na moim miejscu. Zaczęłam z nią rozmawiać łagodnie, a kiedy zapragnęła rozmawiać ze mną sam na sam, wtenczas dałam jej jasno poznać jej smutny stan duszy w sposób bardzo delikatny. Widziałam jej głębokie wzruszenie, choć kryła się przede mną.

    Inne wyzwania stawiały przed siostrą jej codzienne obowiązki. Często zdarzało się, że musiała wykonywać prace, do których nie nadawała się z powodu słabego zdrowia i wątłych sił. Na przykład w czasie nowicjatu w Warszawie skierowano ją do kuchni, gdzie musiała odlewać ziemniaki z wielkich garnków, których nie była w stanie udźwignąć. W południe przy rachunku sumienia skarżyłam się Bogu na brak sił. Wtem usłyszałam w duszy te słowa: „Od dziś będzie ci to przychodziło z wielką łatwością. Wzmocnię twoje siły”. Wieczorem — kiedy przychodzi czas odlewania kartofli — spieszę ufna w słowa Pana. Z całą swobodą biorę garnek i całkiem dobrze odlałam. Ale kiedy zdjęłam pokrywę, żeby kartofle odparowały, ujrzałam w garnku zamiast kartofli całe pęki czerwonych róż, tak pięknych, że trudno o nich napisać. Nigdy jeszcze takich nie widziałam. Zdziwiło mnie to bardzo nie rozumiejąc ich znaczenia, ale w tej chwili usłyszałam głos w duszy: „Taką ciężką twoją pracę zamieniam na bukiety najpiękniejszych kwiatów, a woń ich wznosi się do tronu Mojego”.

    Siostra Faustyna Kowalska jest jedną z bohaterek książki „Świadkowie XX wieku”, która wkrótce ukaże się w Wydawnictwie Księży Marianów.

    Paweł Zuchniewicz/Gość Niedzielny 18/2000/opoka.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Cierpienie, świętość i przepowiednie.

    Tak umierała siostra Faustyna

    witraż ze św. Faustyną Kowalską

    MONKPRESS/East News

    ***

    „W trumnie odzyskała świeżość i wdzięk, była daleko ładniejsza niż za życia” – mówił o. Józef Andrasz, spowiednik siostry Faustyny.

    Cierpienie siostry Faustyny

    We wrześniu 1938 r. siostra Faustyna została wypisana ze szpitala na Prądniku. Do klasztoru w Łagiewnikach, po pięciu miesiącach kuracji, przywiozła ją 17 września siostra infirmerka, Alfreda Pokora. Dziesięć kilometrów pokonały bryczką, a droga była dla chorej bardzo trudna. Omdlewała, traciła kontakt z rzeczywistością, była bardzo słaba.

    Od razu po przyjeździe siostry umieściły ją w separatce dla sióstr ciężko chorych, która mieściła się w głównym budynku klasztoru. Od razu też zorientowały się, że siostra Faustyna nie jest w stanie ani jeść, ani wstać. Picie też sprawiało jej trudność, ale co jakiś czas prosiła o wodę, aby ugasić trawiące ją ciągłe pragnienie.

    Niestety, czasem nie była w stanie przełknąć nawet kropli wody. Przełyk i żołądek były zniszczone przez gruźlicę.

    Nie bała się śmierci

    Mimo ogromnego cierpienia siostry zapamiętały, że nie tylko nie bała się śmierci, ale wyczekiwała spotkania z Jezusem. Jej obecność w separatce ciekawiła młodsze siostry, chętnie ją odwiedzały, ale odwiedziny były raczej zakazane – przełożonych niepokoiła możliwość zarażenia się gruźlicą.

    Zresztą w krótkim czasie okazało się, że takie odwiedziny bardzo chorą męczą. Na stałe zajmowały się nią pielęgniarki s. Alfreda Pokora i s. Amelia Socha. Ta ostatnia była s. Faustynie szczególnie droga. Lubiły się i rozumiały.

    Zażyłość była do tego stopnia głęboka i serdeczna, że gdy tydzień przed śmiercią Faustyny s. Amelia, chorująca na gruźlicę kości, westchnęła przy Sekretarce Bożego miłosierdzia, że „Pan Jezus jest dobry, siostra umiera młodo i świadomie, jakże i ja pragnęłabym zachorować na gruźlicę płuc i w rok po siostrze umrzeć” – bo bała się kalectwa i bycia ciężarem dla zgromadzenia – Faustyna powiedziała:

    „Jeśli będę miała jakieś łaski u Pana Jezusa, to poproszę, by w rok po mnie zabrał siostrę”. I musiała nie tylko poprosić, ale Pan Jezus prośby wysłuchał, bo s. Amelia Socha zmarła 4 listopada 1939 r., na gruźlicę płuc.

    Przepowiednie na łożu śmierci

    Nie skarżyła się. W czasie tych ostatnich dni przepowiedziała wybuch drugiej wojny światowej i ostrzegła, że wojna będzie trwać bardzo długo, a siostrom uda się przetrwać i zostać w klasztorze w Łagiewnikach, ale pod warunkiem, że będą się nieustannie modlić.

    I choć wtedy, w separatce przy jej łóżku żadna z sióstr nie wierzyła w to, co mówiła, wszystko przypomniały sobie już niecały rok później, a w ciągu sześciu lat trwania wojny doświadczyły aż trzykrotnej próby wysiedlenia ich przez Niemców. Za każdym razem szły wtedy na klasztorny cmentarz i prosiły s. Faustynę o wstawiennictwo u Boga i ratunek.

    Przełożona domu, matka Irena Krzyżanowska, lubiła ją odwiedzać w infirmerii. Wspominała, że w s. Faustynie było „dużo spokoju i dziwnego uroku” oraz że „całkowicie ustąpiło napięcie związane z realizacją dzieła miłosierdzia, które polecał jej Pan”. „Będzie święto miłosierdzia Bożego, widzę to, chcę tylko woli Bożej” – mówiła przełożonej.

    Pan Jezus chce mnie wywyższyć i uczynić świętą

    Zapytana przez nią, czy cieszy się, że umiera w zgromadzeniu, odpowiedziała: „Tak. Będzie mateczka widziała, że zgromadzenie będzie miało wiele pociechy przeze mnie”. Kilka dni przed śmiercią uniosła się na łóżku i poprosiła przełożoną, by zbliżyła się do niej. Wtedy wyszeptała:

    Pan Jezus chce mnie wywyższyć i uczynić świętą – mówiła Faustyna. – Odczułam w niej wiele powagi, dziwnego uczucia, że s. Faustyna przyjmuje to zapewnienie jako dar miłosierdzia Bożego, bez cienia pychy” – wspominała matka Irena.

    22 września przeprosiła wszystkie siostry za swoje mimowolne uchybienia. Był to czwartek, a w niedzielę, 25 września, po raz ostatni widziała się z ks. Michałem Sopoćką. I to właśnie wtedy przepowiedziała mu datę swojej śmierci – wskazała 5 października. Zrobiła na nim wrażenie „nieziemskiej istoty”, jakby część jej była już poza separatką i klasztorem. „Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim” – powiedziała mu jeszcze.

    Łączę swoje cierpienia z męką Twoją świętą

    W ostatnich dniach martwiła się, że przysparza siostrom kłopotu i dokłada obowiązków, których i tak mają sporo. Wciąż była spragniona, miała wysuszone gardło, ale nie była w stanie przełknąć nawet kropli. Płukała usta szepcząc, że „wypiłaby całe wiaderko, ale nie potrafi”.

    Rankiem 5 października czuwała przy niej s. Amelia. Poprosiła ją o zaśpiewanie jakiejś pieśni, ale Amelia wymówiła się problemami z głosem. Siostra Faustyna zaczęła nucić sama wers „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało…”.

    Po południu o. Andrasz udzielił jej wiatyku. Bardzo cierpiała, poprosiła nawet o zastrzyk na uśmierzenie bólu, ale w ostatniej chwili wycofała się z tej prośby – chciała ofiarować każdy ból, który przyszedł zgodnie z tym, co zapisała w Dzienniczku:

    „Łączę swoje cierpienia, gorycze i samo konanie z męką Twoją świętą i ofiaruję się za świat cały, aby uprosić obfitość miłosierdzia Bożego dla dusz, a szczególnie dla dusz, które są w domach naszych. Ufam mocno i zdaję się całkowicie na wolę Twoją świętą, która jest miłosierdziem samym. Miłosierdzie Twoje będzie mi wszystkim w tej ostatniej godzinie – jakoś mi sam przyobiecał”.

    Agonia siostry Faustyny

    „Dzisiaj mnie Jezus z sobą poniesie” – powiedziała. Wczesnym wieczorem rozpoczęła się agonia, a s. Faustyna wkroczyła na ostatnią prostą do swojego Jezusa. Najpierw klasztorny dzwonek zadzwonił w czasie kolacji – siostry myślały, że to już i zostawiły wszystko, aby pobiec do separatki. Pomieszczenie było małe, w środku stał już przy łóżku o. Teodor Czaputa, kapelan, i kilka sióstr, a pozostałe modliły się na korytarzu.

    Jednak s. Faustyna skinęła nagle na matkę przełożoną, a ta, po wysłuchaniu szeptu chorej przekazała, że s. Faustyna wie, że to jeszcze nie jest jej ostatnia chwila, niech siostry wrócą do swoich prac, a gdy jej czas będzie się zbliżał, to je zawoła.

    I rzeczywiście, siostry rozeszły się do swoich obowiązków, wiele z nich poszło do kaplicy, a przy s. Faustynie została tylko s. Ligoria Poznańska. Gdy po jakimś czasie zorientowała się, że s. Faustyna kona, pobiegła obudzić siostry.

    Świadectwo

    I tak w ostatnich chwilach życia czuwały przy niej siostry Amelia i Eufemia. Ta ostatnia tak mówiła po latach:

    „Kiedy wracałam do celi, wstąpiłam do kaplicy i pomodliłam się do dusz czyśćcowych, żeby mnie obudziły, jak będzie umierać siostra Faustyna, bo bardzo chciałam być przy jej śmierci. Bałam się wprost prosić o to matkę przełożoną, bo nam, młodym profeskom, nie wolno było tam chodzić, by się nie zarazić gruźlicą.

    Siostrze Amelii pozwolono, bo już była chora na gruźlicę. Spać poszłam o zwykłej porze i zaraz zasnęłam. Naraz ktoś mnie budzi: Jak siostra chce być przy śmierci siostry Faustyny, to niech siostra wstaje. Ja od razu zrozumiałam, że to pomyłka. Siostra, która przyszła obudzić s. Amelię, pomyliła cele i przyszła do mnie. Zaraz obudziłam s. Amelię, ubrałam chałat i czepek, i szybko pobiegłam do infirmerii. Po mnie przyszła s. Amelia.

    To było jakoś koło jedenastej w nocy. Gdy przyszłyśmy tam, siostra Faustyna jakby lekko otworzyła oczy i trochę się uśmiechnęła, a potem skłoniła głowę i już… Siostra Amelia mówi, że już chyba nie żyje, umarła. Spojrzałam na s. Amelię, ale nic nie mówiłam, modliłyśmy się dalej. Gromnica cały czas się paliła…”.

    Nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią

    Apostołka Bożego miłosierdzia, siostra Maria Faustyna Kowalska, zmarła 5 października 1938 r. o godz. 22.45, w wieku trzydziestu trzech lat. Pogrzeb odbył się 7 października przed południem, w dniu liturgicznego wspomnienia Matki Bożej Różańcowej. Zgodnie z zapowiedzią s. Faustyny jej śmierć niczego nie zakończyła, przeciwnie – jej historia, zadania i misja dopiero przyśpieszyły.

    „Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. O, dusze wątpiące, uchylę wam zasłony nieba, aby was przekonać o dobroci Boga, abyście już więcej nie raniły niedowierzaniem najsłodszego Serca Jezusa. Bóg jest Miłością i Miłosierdziem” – napisała w Dzienniczku.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl/artykuł na podstawie:

    www.faustyna.pl
    E. K. Czaczkowska, Siostra Faustyna. Biografia świętej.

    ___________________________________________________________________________________

    Śladami św. siostry Faustyny w Wilnie

     

     zgromadzenie.faustyna.org

    ***

    Dziś, 5 października, przypada 85. rocznica śmierci św. siostry Faustyny Kowalskiej, apostołki Bożego Miłosierdzia. W tym roku minęła także 90. rocznica przyjazdu św. siostry Faustyny do Wilna na dłuższy, trzyletni pobyt. W Wilnie został namalowany obraz Jezusa Miłosiernego według wskazówek mistyczki, tu powstała Koronka do Bożego Miłosierdzia. Do naszych czasów zachowało się tam kilka miejsc związanych ze świętą oraz kultem Bożego Miłosierdzia.

    Po raz pierwszy s. Faustyna (Helena Kowalska 1905-1938) ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyjechała do Wilna w lutym 1929 roku na niecałe cztery miesiące, zastępując jedną z sióstr tamtejszego klasztoru. Dopiero po złożeniu 1 maja 1933 r. w Krakowie ślubów wieczystych, została skierowana na wileńską placówkę na Antokolu na dłuższy pobyt.

    Z zapisków „Dzienniczka” wynika, że obawiała się tego wyjazdu. Jeszcze w Krakowie przed podjęciem decyzji matka generalna Zgromadzenia próbowała „wybadać” siostrę, czy bardziej jej odpowiada dom w pobliskiej Rabce czy odległe od Krakowa Wilno, jednak siostra odpowiedziała: „Ja chcę mieć czystą wolę Bożą, gdzie mateczka każe, tam będę wiedziała, że jest dla mnie czysta wola Boża, bez mojej przymieszki”.

    Gdy się dowiedziała, że zostanie wysłana do Wilna, zapisała: „Jednak jakaś radość i lęk zarazem przeszył mi duszę. Czułam, że mi Bóg tam przygotowuje wielkie łaski, ale i wielkie cierpienia”. I dalej: „Co ja tam pocznę w tym Wilnie. Nikogo nie znam, nawet i mowa tamtejszych ludzi jest mi obca. I rzekł mi Pan: nie lękaj się, nie pozostawię cię samą”.

    Do Wilna przyjechała pod koniec maja 1933 r. „Dziś już jestem w Wilnie. Maleńkie chałupki porozrzucane stanowią klasztor. Trochę mi się wydaje dziwne po józefowskich gmachach (dom Zgromadzenia w krakowskich Łagiewnikach nazywano Józefowem – przyp. KAI). Sióstr tylko osiemnaście. Mały domek, ale wielkie zżycie wspólne. Wszystkie siostry przyjęły mnie bardzo serdecznie, co mi było wielką zachętą do znoszenia trudów, jakie na mnie czekały. Siostra Justyna nawet wyszorowała podłogę na przyjazd mój”.

    W wileńskim domu Faustyna podjęła pracę jako ogrodniczka. Wkrótce po przyjeździe poznała ks. Michała Sopoćkę, spowiednika sióstr, który stanie się jej duchowym przewodnikiem. Zapisała: „znałam [go] wpierw, nim przyjechałam do Wilna. Znałam go w widzeniu. Wtem usłyszałam w duszy te słowa: Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu na ziemi”.

    W Wilnie Zbawiciel znowu upomniał się o namalowanie obrazu, według wizji, którą Faustyna miała podczas pobytu w płockim klasztorze. W Dzienniczku zanotowała: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. (…) Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.

    Dzięki pomocy ks. Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się tego zadania – był nim malarz Eugeniusz Kazimirowski, który swój warsztat doskonalił na studiach w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Monachium. Tak się złożyło, że miał on pracownię w tym samym domu, w którym mieszkał ks. Sopoćko . Od stycznia 1934 r. zakonnica wraz z przełożoną dwa razy w tygodniu przychodziła do pracowni malarza, by udzielać mu niezbędnych wskazówek. Gotowy obraz został wystawiony w Ostrej Bramie od piątku do niedzieli, 26 – 28 kwietnia 1935 r. Była to pierwsza niedziela po Wielkanocy, czyli tak jak pragnął Zbawiciel – w przyszłości święto Bożego Miłosierdzia. Niedziela ta przypadła też wtedy na zakończenie Jubileuszowego Roku Odkupienia Świata.

    Z Wilnem związana jest też mistyczna wizja, którą święta miała 26 października 1935 r.: „W piątek, kiedy szłam z wychowankami z ogrodu na kolację, było to dziesięć minut przed szóstą godziną, ujrzałam Pana Jezusa nad naszą kaplicą w takiej postaci, jako Go widziałam pierwszy raz. Takim, jak jest namalowany na tym obrazie. Te dwa promienie, które wychodziły z Serca Jezusowego, okrywały naszą kaplicę i infirmerię, a potem całe miasto i rozeszły się na świat cały. Trwało to może do czterech minut i znikło. Jedna z dzieci, [dziewcząt] która szła razem ze mną trochę za innymi, widziała także te promienie, ale nie widziała Jezusa i nie widziała, skąd te promienie wychodzą. Przejęła się bardzo i opowiedziała innym dziewczynkom. Dziewczynki zaczęły się z niej śmiać, że jej się coś przywidziało” – zanotowała w „Dzienniczku”.

    „Dziś wysyłam ciebie do całej ludzkości z moim miłosierdziem” – najważniejsze fakty związane z tym przesłaniem Jezusa wydarzyły się właśnie w Wilnie.

    Śladami św. siostry Faustyny w Wilnie

    Dom św. Faustyny na Antokolu – tu powstała Koronka do Bożego Miłosierdzia

    Przed wojną dom Zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia mieścił się na antokolskim wzgórzu przy ul. Senatorskiej (obecnie Vinco Grybo 29A). Zgodnie charyzmatem Zgromadzenia siostry opiekowały się byłymi więźniarkami i dziewczętami z ulicy.

    Z dawnych zabudowań klasztornych po wojnie ocalał tylko niewielki drewniany domek z werandą, właśnie ten, w którym mieszkała święta. W domku odtworzono pokój, czyli celę zakonną Faustyny, zachowały się kaflowe piece, zgromadzono kilka oryginalnych pamiątek, m.in. stułę i różaniec należące do ks. Sopoćki. W tej skromnej celi siostra pisała swój „Dzienniczek”, tu Jezus podyktował jej Koronkę do Bożego Miłosierdzia.

    W Centrum Modlitewno-Pielgrzymkowym, które tu obecnie powstało, znajdują się relikwie obydwu apostołów Bożego Miłosierdzia: św. Faustyny Kowalskiej i bł. Michała Sopoćki. Pielgrzymi chętnie nawiedzają Domek św. Faustyny na Antokolu zwłaszcza o godz. 15., by odmówić tu Koronkę.

    Kaplica w pracowni malarza – tu powstał obraz „Jezu, ufam Tobie”

    Dom Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego, którego duchową założycielką jest św. Faustyna Kowalska, mieści się obecnie na ul. Rasu 4 (pol. ul. Rossa), na terenie należącym przed wojną do sióstr wizytek. Tutaj, mimo burzliwej historii miasta, przetrwał przedwojenny dom, w którym na piętrze mieszkał ks. Michał Sopoćko, a na parterze malarz Eugeniusz Kazimirowski. W jego pracowni powstawał obraz „Jezu, ufam Tobie”, jedyny namalowany za życia zakonnicy. Co prawda, siostra skarżyła się Jezusowi, że na obrazie nie jest taki piękny, jak w widzeniu, ale Zbawiciel wyjaśnił: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej”.

    Dziś w dawnej pracowni malarskiej urządzono kaplicę sióstr, którą można zwiedzać po uprzednim umówieniu się telefonicznym.

    Co ciekawe, Dom Zgromadzenia jest usytuowany na wyniosłym wzgórzu, zwanym przed wojną Górką Zbawiciela, od dwóch kościołów, które tam wybudowano i które noszą wezwania chrystologiczne: pierwszy, wyróżniający się ogromną barokową kopułą to dawny kościół sióstr wizytek pw. Serca Jezusowego; obecnie stojący za murem domu Zgromadzenia; drugi, o dwóch wysmukłych wieżach, to dawny kościół misjonarzy pw. Wniebowstąpienia Pańskiego. Obydwa kościoły są obecnie nieczynne po zniszczeniach czasów komunizmu, trwają prace restauratorskie przy jednym z nich. Górka Zbawiciela znajduje się niedaleko Ostrej Bramy, wystarczy tylko skręcić w wąską ulicę Subocz i wspiąć się w górę. Po drodze otwierają się rozległe widoki na wileńską Starówkę.

    W 2012 r. powstało przy klasztorze Sióstr Jezusa Miłosiernego Hospicjum założone przez s. Michaelę Rak; od 2020 r. działa tu także Hospicjum da dzieci. Dzięki pracy sióstr, lekarzy i personelu świeckiego hospicjum stało się centrum czynnego świadczenia Bożego miłosierdzia. „Duch mój spocznie w klasztorze tym, błogosławić będę szczególnie okolicy tej, gdzie klasztor ten będzie” – obiecał Jezus świętej siostrze Faustynie.

    Kościół św. Michała – tu początkowo wisiał obraz „Jezu, ufam Tobie”

    Przed wojną ks. Michał Sopoćko posługiwał w kościele św. Michała przy klasztorze sióstr benedyktynek. Zabudowana klasztorne znajdują się na Starówce blisko kościoła św. Anny i Bernardynów. Po wystawieniu publicznym obrazu, które miało miejsce w Ostrej Bramie w 1935 r., obraz przeniesiono do ciemnego klasztornego korytarza sióstr bernardynek, stał tam nawet odwrócony do ściany. Wykorzystywano go okazjonalnie jako wystrój ołtarza na Boże Ciało.

    Przed opuszczeniem Wilna św. Faustyna przekazała ks. Sopoćce, że Jezus pragnie, by obraz wisiał w kościele. Kapłan spełnił życzenie mistyczki rok później: 4 kwietnia 1937 r. w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, obraz poświęcono i zawieszono w prezbiterium kościoła św. Michała.

    Po wojnie, w 1947 r., ks. Michał Sopoćko musiał opuścić Wilno, w sierpniu 1948 r. kościół i klasztor bernardynek zamknięto, przedmioty kultu przeniesiono do kościoła Ducha Świętego. Obraz jednak pozostawiono w zamkniętym kościele do roku 1951. Później rozpoczęła się tułaczka wizerunku: najpierw czcicielki wykupiły go od robotników porządkujących nieczynną świątynię i zwinięty ukryły na swoim strychu, później pozostawał w prywatnym mieszkaniu proboszcza kościoła Ducha Św., na końcu trafił pod Grodno do kościoła w Nowej Rudzie. Po zamknięciu i tej świątyni pod koniec lat 60-tych, obraz powrócił do Wilna. Dopiero w 1987 r. został umieszczony na bocznym filarze w nawie głównej kościoła Ducha Świętego.

    Tymczasem kościół św. Michała pozostawał nadal zamknięty, jak wiele świątyń w czasach komunistycznych. Dopiero po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, zdewastowaną świątynię oddano w 1993 r. kurii wileńskiej. Obecnie utworzono tutaj Muzeum Dziedzictwa Sakralnego, warte odwiedzenia, nie tylko ze względu na bogate zbiory sztuki sakralnej, w tym pozostały z dawnego wnętrza renesansowy nagrobek fundatora kościoła Lwa Sapiehy, ale by zobaczyć wnętrze, gdzie przez 14 lat wisiał obraz „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie w tym miejscu zawieszono kopię obrazu.

    Kościół Ducha Świętego

    Przy ul. Dominikańskiej znajdują się dwie świątynie ściśle związane z kultem Bożego miłosierdzia. Pierwsza to wspomniany kościół Ducha Świętego, zwany „polskim”, gdyż jest to jedyna świątynia w Wilnie, w której Msze odprawia się tylko w języku polskim. Od 1987 roku do 2005 wisiał tutaj obraz Jezusa Miłosiernego.

    We wrześniu 1993 r. kościół nawiedził papież Jan Paweł II, który spotkał się tu z Polakami. Po przekroczeniu progu kościoła w przejmującej ciszy, jaka zapanowała w kościele. papież skierował swoje kroki do ołtarza z obrazem.

    W 2004 r. metropolita wileński kard. Audrys Juozas Baczkis podjął decyzję o utworzeniu Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w znajdującym się przy tej samej ulicy kościółku Św. Trójcy. W 2005 roku przeniesiono tam obraz po dokonaniu jego renowacji.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia przy ul. Dominikańskiej 12, w dawnym kościele Św. Trójcy, stanowi obecnie główne miejsce kultu Bożego Miłosierdzia na Litwie. Tu w odnowionym kościółku, w prezbiterium, wisi chroniony specjalną szybą obraz Jezusa Miłosiernego. Na ścianie prezbiterium umieszczono w kilku językach napisy „Jezu, ufam Tobie”, na bocznych filarach wokół obrazu zawieszone są liczne wota.

    W Sanktuarium przez całą dobę odbywa się adoracja Najświętszego Sakramentu; świątynia otwarta dzień i noc, daje świadectwo pragnieniu Boga, by nieustannie obdarzać ludzi swoimi łaskami. Do Sanktuarium przybywa coraz więcej pielgrzymów z całego świata.

    Msza święta w języku polskim odprawiana jest codziennie o godz. 16.00 (w Polsce jest wtedy godz. 15). Można w niej uczestniczyć on-line (msza-online.net).

    Co roku 5 października Sanktuarium wspomina św. Faustynę Kowalską podczas uroczystej liturgii, a piątego dnia każdego miesiąca zaprasza na comiesięczne wspomnienie świętej Faustyny oraz odmawianie o godzinie 15:00 Koronki do Miłosierdzia Bożego i błogosławieństwo relikwiarzem.

    Kalwaria Wileńska

    Kalwaria Wileńska – zespół barokowych kaplic Męki Pańskiej wraz z kościołem Znalezienia Krzyża Świętego był położony niegdyś na skraju Wilna. Faustyna na pewno niejednokrotnie brała udział w pielgrzymowaniu po kalwaryjskich dróżkach. W „Dzienniczku” zapisała wspomnienie, kiedy tam z woli Bożej… nie dotarła.

    Szczery dialog świętej ze Zbawicielem wart jest przytoczenia, świadczy bowiem o wielkiej bliskości i zażyłości świętej w obcowaniu z Boskim Oblubieńcem: „W pewnym dniu Matka Przełożona chciała mi zrobić przyjemność i dała pozwolenie, żebym w towarzystwie pewnej siostry pojechała do Kalwarii, na [tak] zwane obchodzenie dróżek. Ucieszyłam się tym bardzo. Miałyśmy podróżować statkiem, chociaż to tak blisko, ale takie było życzenie matki przełożonej. Wieczorem powiedział mi Jezus: Ja życzę sobie, żebyś pozostała w domu. — Odpowiedziałam: Jezu, przecież już wszystko przygotowane, że mamy rano jechać, co ja teraz zrobię? — I odpowiedział mi Pan: Wycieczka ta będzie ze szkodą twojej duszy. — Odpowiedziałam Jezusowi: Przecież Ty możesz temu zaradzić, pokieruj tak okolicznościami, aby się stała wola Twoja.”

    I rzeczywiście, piękna pogoda gwałtownie się popsuła, spadła rzęsista ulewa. Matka przełożona odwołała wyprawę zakonnic.

    Ostra Brama

    Pielgrzymkę śladami św. siostry Faustyny po Wilnie warto zakończyć w Ostrej Bramie, u stóp Matki Bożej Miłosierdzia.

    Wilno, w którym o miłosierdziu Boga przypominają dwa cudowne wizerunki Matki Bożej Miłosierdzia i Jezusa Miłosiernego, nazywane jest często „Miastem Miłosierdzia”.

    Dorota Giebułtowicz (KAI) / Wilno/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Faustyna Kowalska: Widziałam życie wieczne

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Faustyna Kowalska:

    Widziałam życie wieczne

    Straszna jest śmierć, chociaż nam daje życie wieczne. Pragnęłam przyjąć ostatnie Sakramenty św. jednak spowiedź święta przychodzi bardzo trudno, pomimo pragnienia spowiadania się. Człowiek nie wie co mówi, jedno zacznie drugiego nie kończy. O, niech Bóg zachowa każdą duszę od tego odkładania spowiedzi na ostatnia godzinę.

    780-781.

    ŚW. FAUSTYNA WSPÓŁCZUJE DUSZOM NIE WIERZĄCYM W ŻYCIE WIECZNE

    O mój Boże, jak mi żal ludzi, którzy nie wierzą w życie wieczne, jak się modlę za nich, aby ich promień miłosierdzia ogarnął i przytulił ich Bóg do łona ojcowskiego. O Miłości, o królowo. – Miłość nie zna bojaźni, przechodzi przez wszystkie chóry anielskie, które przed Jego tronem trzymają straż. Ona się nie zlęknie nikogo; ona dosięga Boga i tonie w Nim, jako w jedynym skarbie swoim. Cherubin z mieczem ognistym, który strzeże raju, nie ma władzy nad nią. O czysta miłości Boża, jakżeś wielka i nieporównana. O, gdyby dusze poznały moc Twoją.(Dz 780-781)

    1119.

    ŚW. FAUSTYNA CZĘSTO OGLADAŁA SPRAWY NIEBIAŃSKIE

    W chwilach kiedy jestem pomiędzy niebem a ziemią, milczę, bo choćbym mówiła: kto rozumie mowę moją? Wieczność odsłoni wiele rzeczy, o których teraz milczę. . .(Dz 1119)

    1500.

    ŚW. FAUSTYNA ZOSTAŁA PRZENIESIONA W ZAŚWIATY

    Dziś miłość Boża przenosi mnie w zaświaty. Jestem pogrążona w miłości, kocham i czuję, że jestem kochana i całą świadomością to przeżywam. Tonie moja dusza w Panu, poznając wielki majestat Boży i maleńkość swoją, lecz przez to poznanie zwiększa się szczęście moje. . . Ta świadomość jest tak żywa w duszy, tak potężna, a zarazem tak słodka.(Dz 1500)

    20 b.

    CZYŚCIEC WIDZIANY PRZEZ ŚW. FAUSTYNĘ

    Ujrzałam Anioła Bożego, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednoznacznie, że największym dla nich cierpieniem, to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję ?Gwiazdą Morza?. Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. Usłyszałam głos wewnętrzny, który powiedział: Miłosierdzie Moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe. Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi. (Dz 20)

    21.

    ZMARŁA SIOSTRA PROSI ŚW. FAUSTYNĘ O MODLITWĘ

    Kiedyśmy przyjechały do nowicjatu (23.1.1926), Siostra (Henryka Łosińska, była szewcem) była umierająca. Za parę dni Siostra przychodzi do mnie i każe mi iść do Matki Mistrzyni (S. Małgorzata Anna Gimbutt) i powiedzieć, żeby Matka prosiła jej spowiednika, księdza Rosponda, żeby za nią odprawił jedną Mszę św. i trzy akty strzeliste. W pierwszej chwili powiedziałam, że pójdę do Matki Mistrzyni, ponieważ niewiele rozumiem czy to sen, czy jawa. I nie poszłam. Na przyszłą noc powtórzyło się to samo wyraźniej, w czym nie miałam żadnej wątpliwości. Jednak rano postanowiłam sobie, że nie powiem o tym Mistrzyni. Dopiero powiem, jak ją zobaczę wśród dnia. Zaraz się z nią (S.Henrykę) spotkałam na korytarzu, robiła mi wyrzuty, że nie poszłam zaraz i napełnił dusze moją wielki niepokój, więc natychmiast poszłam do Matki Mistrzyni i opowiedziałam wszystko co zaszło. Matka odpowiedziała, że te sprawę załatwi. Natychmiast spokój zapanował w duszy a na trzeci dzień owa siostra przyszła i powiedziała mi: ?Bóg zapłać?. (Dz 21)

    43.

    ŚW. FAUSTYNA UJRZAŁA DWIE ZAKONNICE WSTĘPUJĄCE DO PIEKŁA

    W pewnej chwili ujrzałam dwie siostry wstępujące do piekła. Ból niewymowny ścisnął mi duszę, prosiłam Boga za nimi i rzekł do mnie Jezus: idź do Matki Przełożonej i powiedz o tym, że te dwie siostry są w okazji popełnienia grzechu ciężkiego. Na drugi dzień powiedziałam o tym Przełożonej. Jedna z nich już jest w gorliwości, a druga w walce wielkiej (Dz 43)

    153.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE WIZJE DRÓG WIODĄCYCH DO PIEKŁA I DO NIEBA

    W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki i różnych przyjemności. Ludzie idąc tą drogą tańcząc i bawiąc się ? dochodzili do końca, nie spostrzegają się, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach. (Dz 153)

    321.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE SWOJE PRZEDŚMIERTNE CIERPIENIA

    12.8.1934 rok.

    Nagłe osłabnięcie ? cierpienie przedśmiertne. Nie była to śmierć, czyli przejście do życia prawdziwego, ale skosztowanie jej cierpień. Straszna jest śmierć, chociaż nam daje życie wieczne. Nagle zrobiło mi się niedobrze, brak tchu, ciemno w oczach, czuję zamieranie w członkach ? to duszenie jest straszne. Chwilka takiego duszenia jest niezmiernie długa… także przychodzi lek dziwny pomimo ufności. Pragnęłam przyjąć ostatnie Sakramenty św. jednak spowiedź święta przychodzi bardzo trudno, pomimo pragnienia spowiadania się. Człowiek nie wie co mówi, jedno zacznie drugiego nie kończy. ? O, niech Bóg zachowa każdą duszę od tego odkładania spowiedzi na ostatnia godzinę. Poznałam wielka moc słów kapłana, jaka spływa na dusze chorego. Kiedy się zapytałam Ojca duchownego ? czy jestem gotowa stanąć przed Bogiem i czy mogę być spokojna, otrzymałam odpowiedź: możesz być zupełnie spokojna, nie tylko teraz, ale po każdej spowiedzi tygodniowej. ? Łaska Boża, jaka towarzyszy tym słowom kapłańskim, jest wielka. Dusza odczuwa moc i odwagę do walki. (Dz 321)

    424.

    ŚW. FAUSTYNA OBUDZONA PRZEZ MAŁE DZIECKO, KTÓRE WSKAZUJE NA GWIAZDY SYMBOLIZUJACE DUSZE WIERNYCH CHRZEŚCIJAN

    W pewnej chwili 12.V.1935 rok. Wieczorem, zaledwie się położyłam do łóżka, zaraz zasnęłam, ale jak prędko zasnęłam, tak jeszcze prędzej zostałam zbudzona. Przyszło do mnie małe dziecię i zbudziło mnie. Dziecię to było wiekiem jakoby roczek miało i zdziwiłam się, ze tak ślicznie mówi, bo przecież dzieci w tym wieku nie mówią wcale, albo mówią bardzo niewyraźnie. Było niewymownie piękne, podobne do Dzieciątka Jezus i rzekło do mnie te słowa: –patrz w niebo ? a kiedy spojrzałam w niebo ujrzałam święcące gwiazdy i księżyc, wtem zapytało mnie to dziecię: – czy widzisz ten księżyc i te gwiazdy? Odpowiedziałam, że widzę, a ono mi odpowiedziało te słowa: – Te gwiazdy to są dusze wiernych chrześcijan, a księżyc, to są dusze zakonne. Widzisz, jak wielka różnica światła jest miedzy księżycem a gwiazdami, tak w niebie jest wielka różnica miedzy dusza zakonną, a wiernego chrześcijanina. ? I mówiło mi dalej, że prawdziwa wielkość jest w miłowaniu Boga i w pokorze. (Dz 424)

    426.

    JAK STRASZNA JEST GODZINA ŚMIERCI

    O godzino straszna, w której widzieć trzeba wszystkie czyny swoje w całej nagości i [nędzy]; nie ginie z nich ani jeden, wiernie towarzyszyć nam będą na sąd Boży. Nie mam wyrazów, ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mak piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą. (Dz 426)

    601.

    ŚWIĘCONA WODA PRZYNOSI POMOC DUSZOM UMIERAJĄCYCH

    W pewnej chwili, kiedy zaniemogła śmiertelnie jedna z naszych Sióstr, i zeszło się całe Zgromadzenie, a był także i kapłan, który udzielił chorej absolucji, wtem ujrzałam mnóstwo duchów ciemności. W tej chwili zapominając się. że jestem w towarzystwie Sióstr, chwyciłam za kropiło i poświęciłam ich i znikły zaraz; jednak kiedy Siostry przyszły do refektarza, Matka Przełożona zrobiła mi uwagę, że nie powinnam święcić chorej w obecności kapłana, że do niego najeży ta czynność. Przyjęłam to upomnienie w duchu pokuty, ale wielką przynosi ulgę święcona woda dla umierających. (Dz 601)

    696.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE SWOJĄ CAŁONOCNĄ PRZEDŚMIERTNĄ BOLESNĄ MĘKĘ

    + 24 wrzesień 1936 r. Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć. Kiedy się położyłam zaraz zasnęłam, bo byłam bardzo zmęczona. Jednak po chwili zbudziło mnie cierpienie. Było to tak wielkie cierpienie, które mi nie pozwoliło uczynić najmniejszego poruszenia, a nawet śliny przełknąć nie mogłam. Trwało to do jakich trzech godzin, myślałam zbudzić Siostrę nowicjuszkę, z którą razem mieszkam, ale pomyślałam sobie, przecież ona nie przyniesie mi żadnej pomocy, więc niech sobie śpi, szkoda mi ją budzę. Zdałam się zupełnie na wolę Bożą i myślałam, że już dla mnie nastąpi dzień śmierci, dzień przeze mnie upragniony. Miałam możność łączenia się z Jezusem cierpiącym na krzyżu, inaczej modlić się nie mogłam. Kiedy ustąpiło cierpienie, zaczęłam się pocić, jednak żadnego poruszenia uczynić nie mogłam, ponieważ powracało to, co było przedtem. Rano czułam się bardzo zmęczona, ale już fizycznie nie cierpiałam, jednak na Mszę św. podnieść się nie mogłam, pomyślałam sobie, jeżeli po takich cierpieniach nie ma śmierci, więc jak wielkie muszą być cierpienia śmiertelne. (Dz 696)

    741.

    ANIOŁ ZAPROWADZIŁ ŚW. FAUSTYNĘ DO PIEKŁA

    Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, która stanowi piekło, jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność; widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka jest ustawiczne, towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny, i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą; piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jako tam jest.

    Ja, Siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego, musieli mi być posłuszni. To com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło. Kiedy przyszłam do siebie, nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżeli bym miała Cię obrazić najmniejszym grzechem. (Dz 741)

    ANIOŁ WPROWADZIŁ ŚW. FAUSTYNĘ DO NIEBA

    27/XI.[1936]. Dziś w duchu byłam w niebie i oglądałam te niepojęte piękności i szczęście, jakie nas czeka po śmierci. Widziałam, jak wszystkie stworzenia oddają cześć i chwałę nieustannie Bogu; widziałam, jak wielkie jest szczęście w Bogu, które się rozlewa na wszystkie stworzenia, uszczęśliwiając je i wraca do źródła wszelka chwała l cześć z uszczęśliwienia, i wchodzą w głębie Boże, kontemplują życie wewnętrzne Boga, Ojca, Syna i Ducha Św., którego nigdy ani pojmą, ani zgłębią.

    Tą źródło szczęścia jest niezmienne w istocie swojej, lecz zawsze nowe, tryskające uszczęśliwieniem wszelkiego stworzenia. Rozumiem teraz św. Pawła, który powiedział: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani weszło w serce człowieka, co Bóg nagotował tym, którzy Go miłują. I dał mi Bóg poznać jedną jedyną rzecz, która ma w oczach Jego nieskończoną wartość, a ta jest miłość Boża, miłość, miłość i jeszcze raz miłość – i z jednym aktem czystej miłości Bożej, nie może iść nic w porównanie. O, jakimi niepojętymi względami Bóg dany duszę, która Go szczerze miłuje. O, szczęśliwa dusza, która się cieszy już tu na ziemi Jego szczególnymi względami, a nimi są dusze małe i pokorne. Ten Wielki Majestat Boży, który głębiej poznałam, który wielbią duchy niebieskie, według stopnia łaski i hierarchii na które się dzielą, widząc tę potęgę i wielkość Boga, dusza moja nie została przerażona grozą, ani lękiem, nie, nie – wcale nie. Dusza moja została napełniona pokojem i miłością i im więcej poznaję wielkość Boga, tym więcej się cieszę, że takim On jest. I cieszę się niezmiernie Jego wielkością, i cieszę się, że jestem taka maleńka, bo dlatego, że jestem mała nosi mnie na ręku Swym i trzyma mnie przy Sercu Swoim.(Dz 777-778-779)

    825.

    ŚW. FAUSTYNA Z RADOŚCIĄ OCZEKUJE NA CHWILĘ SWEJ ŚMIERCI

    + O dniu jasny i piękny, w którym się spełnią wszystkie życzenia moje, o dniu upragniony, który będziesz ostatnim w życiu moim. Cieszę się tym ostatnim rysem, który mój Boski Artysta położy na duszy mojej, który nada odrębną piękność duszy mojej, która mnie odróżniać będzie od piękności dusz innych. O dniu wielki, w którym utwierdzi się miłość Boska we mnie. W tym dniu po raz pierwszy wyśpiewam przed niebem i ziemią pieśń niezgłębionego miłosierdzia Pańskiego. Jest to dzieło i posłannictwo moje, które mi Pan przeznaczył od założenia świata. Aby śpiew mej duszy miły był Trójcy Przenajświętszej, kieruj i urabiaj Sam duszę moją, o Duchu Boży. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam na przyjście Twoje, Miłosierny Boże, a straszne boleści i lęk konania ? w tym momencie więcej niż kiedy indziej ufam w przepaść miłosierdzia Twojego i przypominam Ci Miłosierny Jezu, słodki Zbawicielu, wszystkie obietnice Twoje, któreś mi przyobiecał.(Dz 825)

    1698.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE ZACHOWANIE DUSZ KONAJĄCYCH W RÓŻNYCH STANACH GRZESZNOŚCI

    Często towarzyszę duszom konającym i wypraszam im ufność w miłosierdzie Boże i błagam Boga o wielkość łaski Bożej, która zawsze zwycięża. Miłosierdzie Boże dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakoby było wszystko stracone, lecz nie tak jest; dusza oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga [przebaczenie] i win i kar, a na zewnątrz nie daje nam żadnego znaku, ani żalu, ani skruchy, ponieważ już na zewnętrzne rzeczy oni nie reagują. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale o zgrozo – są też dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło, udaremnią wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i nawet same wysiłki Boże…(Dz 1698)

    1738.

    PAN JEZUS POLECIŁ ŚW. FAUSTYNIE CZĘSTĄ MODLITWĘ ZA DUSZE CZYŚĆCOWE

    Powiedział mi Pan: – Wstępuj często do czyśćca, bo tam cię potrzebują. Rozumiem, o Jezu mój, znaczenie tych słów, które mówisz do mnie, ale pozwól mi wpierw wstąpić do skarbca miłosierdzia Twego.(Dz 1738)

    1342.

    ŚW. FAUSTYNA PRZYGOTOWYWAŁA SIĘ DO RZECZYWISTEJ ŚMIERCI

    Dzień trzeci. W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć; zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci i dzięki łasce, sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przejęło serce moje wielką wdzięcznością ku Bogu i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe. Z rana przygotowałam się do przyjęcia Komunii św. jakoby w życiu moim ostatniej i po Komunii świętej wyobraziłam sobie rzeczywistą śmierć i zmówiłam modlitwy za konających, a później za swoją duszę “Z głębokości” i wpuszczono ciało moje do grobu i rzekłam duszy swojej: patrz co się stało z ciała twego, kupa błota i mnogość robactwa – oto twoje dziedzictwo.(Dz 1342)

    1464-1465.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE NOCNE KONANIE I WALKĘ Z SZATANEM

    Dziś czuję się dużo lepiej, cieszyłam się, że będę mogła więcej rozmyślać, kiedy będę odprawiać godzinę św. Wtem usłyszałam głos: nie będziesz zdrowa i nie odkładaj Sakramentu Spowiedzi, bo to Mi się nie podoba. Mało zwracaj uwagi na szemrania otoczenia. Zdziwiło mnie to, przecież czuję się dziś lepiej, ale nie zastanawiałam się dłużej nad tym. Kiedy Siostra zgasiła światło, zaczęłam godzinę św. Jednak po chwili zaczęło robić mi się niedobrze z sercem. Do godziny jedenastej cierpiałam cichutko, jednak później czułam się tak źle, że zbudziłam S. N., która razem ze mną mieszka i dała mi kropli, które trochę mi ulżyły, o tyle, że mogłam się położyć. Oto teraz rozumiem przestrogę Pana. Postanowiłam nazajutrz zawezwać jakiegokolwiek kapłana i odsłonić mu tajniki swej duszy, lecz to nie wszystko, bo modląc się za grzeszników i ofiarując wszystkie cierpienia doznałam ataków szatańskich. – Zły duch znieść tego nie mógł. [Ukazał mi się w postaci widziadła i to] widziadło mówiło mi: nie módl się za grzeszników, ale za siebie, bo będziesz potępiona. Nie zważając wcale na szatana, modliłam się z podwójną gorliwością za grzeszników. Zły duch zawył z wściekłości: o, gdybym miał moc nad tobą – i znikł. Poznałam, że cierpienie i modlitwa moja krępowały szatana i wiele dusz wyrwałam z jego szponów.(Dz 1464-1465)

    290.

    PAN JEZUS ZAPEWNIA ŚW. FAUSTYNE, ŻE W NIEBIE JEST MIESZKAŃ WIELE

    W pewnej chwili kiedy się przejęłam wiecznością i jej tajemnicami, zaczęły mnie męczyć różne niepewności. W tym rzekł do mnie Jezus: dziecię Moje, nie lękaj się domu Ojca swego. Próżne dociekania zostaw mędrcom tego świata. Ja cię zawsze chce wiedzieć małym dzieckiem. Pytaj z prostotą o wszystko spowiednika, a Ja ci odpowiem przez usta jego. (Dz 290)

    1121.

    ŚW. FAUSTYNA OPISAŁA SWÓJ EKSTATYCZNY POBYT W NIEBIE

    6.V.[37] Wniebowstąpienie Pańskie

    Dziś od samego rana dusza moja jest dotknięta przez Boga. Po Komunii św. chwilę obcowałam z Ojcem Niebieskim. Dusza moja została pociągnięta w sam żar miłości, zrozumiałam, że żadne dzieła zewnętrzne nie mogą iść w porównanie z miłością czystą Boga… Widziałam radość Słowa Wcielonego i zostałam pogrążona w Troistości Bożej. Kiedy przyszłam do siebie, tęsknota zalała mi duszę, tęsknię za połączeniem się z Bogiem. Miłość ogarniała mnie tak wielka ku Ojcu Niebieskiemu, że ten dzień cały nazywam nieprzerwaną ekstazą miłości. Cały wszechświat wydał mi się jakoby małą kropelką wobec Boga. Nie masz szczęścia większego nad to, że mi Bóg daje poznać wewnętrznie, że jest Mu miłe każde uderzenie serca mojego i kiedy mi okazuje, że mnie szczególnie miłuje. To wewnętrzne przeświadczenie, w którym mię Bóg utwierdza o swej miłości ku mnie i o tym jak Mu jest miła dusza moja, wprowadza w duszę moją głębię pokoju. W dniu tym nie mogłam przyjąć żadnego pokarmu, czułam się nasycona miłością.(Dz 1121)

    1604.

    ŚW. FAUSTYNA OPISAŁA SWÓJ POBYT W NIEBIE

    Kiedy podczas adoracji odmawiałam Święty Bożekilkakrotnie, wtem ogarnęła mnie żywsza obecność Boża i zostałam w duchu porwana przed Majestat Boży. I ujrzałam jak oddają chwałę Bogu Aniołowie i Święci Pańscy. Tak wielka jest ta chwała Boża, te nie chcę się kusić opisywać, bo nie podołam, a przez to aby dusze nie myślały, że to już wszystko com napisała; – Święty Pawle, rozumiem cię teraz, żeś nie chciał opisywać nieba, aleś tylko powiedział, że – ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie wstąpiło, co Bóg nagotował tym co Go miłują, – Tak jest, a wszystko, jak od Boga wyszło, tak też i do Niego wraca, i oddaje Mu doskonałą chwałę. A teraz, gdy spojrzałam na moje uwielbienie Boga – o, jak ono nędzne! A, jaką jest kroplą w porównaniu do tej doskonałej niebieskiej chwały. O, jak dobry jesteś Boże, że przyjmujesz i moje uwielbienie i zwracasz łaskawie ku mnie Swoje Oblicze i dajesz poznać; że miła Ci jest modlitwa nasza.(Dz 1604)

    św. Faustyna Kowalska “Dzienniczek”

    __________________________________________________________________________________

    5 października

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo urodził się w Latiano, w pobliżu Brindisi, 10 lutego 1841 roku. Po ukończeniu szkoły elementarnej i średniej zapisał się na uniwersytet w Neapolu. Wtedy jednak zarówno młodzież tego uniwersytetu, jak i profesorowie mało myśleli o nauce, a więcej o polityce, od której aż wrzało. Dlatego Longo udał się do Lecce, gdzie pod opieką wytrawnych profesorów odbył prywatne studia. W wolnym czasie z pasją oddawał się muzyce. Ponieważ nie stać go było na opłacanie nauczyciela gry na fortepianie i na flecie, żył tak bardzo skromnie, że zapadł na zdrowiu. Kiedy Neapol został przyłączony do zjednoczonych Włoch, Longo wraz ze swoim młodszym bratem, Alcestem, powrócił na uniwersytet do Neapolu, by uzupełnić studia. Tu niestety zaraził się duchem laickim, jaki wówczas był w modzie na tym uniwersytecie, i sam także zaczął występować przeciwko Kościołowi. Obojętny religijnie, oddał się modnym w owym czasie praktykom spirytystycznym. Przyjął nawet “święcenia kapłańskie” organizowane na wzór katolickich, jako kapłan szatana, który miał mu się pokazywać pod imieniem św. Michała.
    Na szczęście Longo miał przyjaciela, profesora Wincentego Pepe, człowieka głębokiej wiary. Ten powoli przekonał Longo, że jest na złej drodze, na której nie osiągnie ani szczęścia doczesnego, ani wiecznego. Profesor zapoznał Longo z pewnym kapłanem z Zakonu Kaznodziejskiego, uczonym, który w dyskusji rozjaśnił mu wiele wątpliwości, jakie napotykał w wierze katolickiej. Powoli Bartolo stawał się na nowo katolikiem praktykującym.
    W roku 1864 Longo otrzymał doktorat z prawa i powrócił do domu. Był jednak już wtedy zupełnie innym człowiekiem. Oddał się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Odrzucił dwa razy proponowane mu małżeństwo, by wypełnić to, co proroczo przepowiedział mu Emanuel Ribera, kapłan-redemptorysta: “Pan żąda od ciebie wielkich rzeczy. Jesteś przeznaczony do wysokiego zadania”. Porzucił więc zawód adwokata i złożył ślub dozgonnej czystości. Powrócił do Neapolu, gdyż tu widział o wiele szersze pole dla swojej apostolskiej pracy. Związał się z księżną Marianną de Fusco, która hojną ręką będzie odtąd wspierać wszystkie jego dzieła. Ta uczyniła Longo również administratorem swoich majątków w okolicach Pompei (1872).
    Tu dopiero zapoznał się z religijnym opuszczeniem tamtejszej ludności. Natychmiast zabrał się do pracy. Odwiedzał osobiście poszczególne miejscowości, uczył katechizmu. Ze szczególną gorliwością szerzył nabożeństwo różańca świętego. Pewnego dnia siostra Maria Concetta de Litala ofiarowała panu Longo bardzo zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, malowany na płótnie. Bartolo odnowił go w roku 1876 i umieścił, za zezwoleniem proboszcza, w kościółku parafialnym w Pompei. Matka Boża za ten skromny gest odpowiedziała hojnie łaskami. Wieść o cudownym obrazie zaczęła rozchodzić się coraz szerzej. Napływali pielgrzymi ze wszystkich stron. Niebawem kościółek okazał się za mały i zbyt skromny. Longo, zachęcony przez biskupa miasta Nola, do którego diecezji należała wtedy Pompeja, zabrał się do budowy okazałej świątyni. Ofiary na ten cel płynęły tak szczodrze, że w ciągu zaledwie 11 lat ukończył budowę (1876-1887). Konsekracji świątyni dokonał kardynał Monaco La Valletta. Dokonano też koronacji obrazu koronami papieskimi, na którą zezwolił papież Leon XIII (1887). Koronę ozdobiło ponad 700 drogich kamieni.

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo chciał, aby sanktuarium było nie tylko centrum pobożności, ale także i dzieł miłosierdzia. Dlatego przy kościele założył sierociniec, który oddał pod opiekę założonych przez siebie “Córek Różańca z Pompei”. Założył także w pobliżu Instytut Dzieci Więźniów dla opieki nad dziećmi więźniów. Był bowiem przekonany, że synowie i córki tych, którzy minęli się z prawem, są także narażone – przez zły przykład – na podobny los. Do prowadzenia tego zakładu zaprosił Braci Szkół Chrześcijańskich. Tysiące wychowanków tego instytutu wyrosło na dobrych obywateli i na wzorowych katolików.
    Longo wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej Różańcowej Pompejańskiej. Zaczął wydawanie czasopism Różaniec i Nowa Pompeja. Opublikował ponadto wiele pism, dotyczących Różańca świętego. Siebie nazywał “kawalerem Maryi”. Nie mniejszym przywiązaniem i czcią wyróżniał się dla Stolicy Apostolskiej. Całe sanktuarium oraz wszystkie swoje dzieła oddał pod jej opiekę (1893).
    Niebawem pustynia, na której Longo ufundował swoje instytucje, zaczęła się zaludniać, tak że dzisiaj Nowe Pompeje to piękne miasteczko. Stare Pompeje – to rzymskie miasto, zasypane lawiną w czasie wybuchu Wezuwiusza w 79 roku po narodzeniu Chrystusa. Najcenniejsze znaleziska w postaci mozaik i malowideł ściennych zostały przeniesione do Muzeum Narodowego w Neapolu. Zrekonstruowano część budynków, pozostawiając znalezione w nich przedmioty. W obrębie murów odkryto ślady budynków mieszkalnych, sklepów, warsztatów, trzech łaźni publicznych, teatru, amfiteatru, koszar gladiatorów i kilku świątyń. Odkrycie Pompei i Herkulanum spod lawy ma ogromne znaczenie dla poznania życia dawnych Rzymian.
    Magnesem, który przyciąga dziś w te rejony dziesiątki tysięcy pielgrzymów, jest sanktuarium Matki Bożej Różańcowej z cudownym obrazem, który Longo kupił w roku 1875 za 8 karlinów. Dzisiaj bazylika jest cała w marmurach i złoceniach. Potężna kopuła z daleka zwraca na siebie uwagę. Okazały, renesansowy fronton dobudowano w roku 1901, w tym samym stylu wybudowano też przepiękną dzwonnicę w roku 1925.
    Bartolo Longo musiał wiele w życiu dla Maryi wycierpieć. Rzuciła się do walki z nim cała masoneria i sfora liberałów. W gazetach opluwano go, nazywano szalbierzem, obskurantem. “Kawaler Maryi” cieszył się, że może dla swojej Pani cierpieć i tym goręcej szerzył Jej chwałę. Dla dopełnienia zasług Pan Bóg nie szczędził swojemu słudze także i fizycznych cierpień. Znosił je z poddaniem się woli Bożej. Jakby w nagrodę zabrała Maryja swojego “kawalera” w miesiącu różańca, 5 października 1926 roku, w 85. roku życia.
    Jego ciało złożono w kaplicy pod bazyliką (w krypcie). Tłumy, nawiedzające sanktuarium, przychodzą również i tu, by pomodlić się i rozpalić w swoim sercu miłość dla Królowej Różańca świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Długa droga do domu bł. Bartłomieja Longo

    Długa droga do domu bł. Bartłomieja Longo

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    *****

    Nieprawdopodobną drogę przeszedł ten antyklerykał: od praktyk spirytystycznych i przyjęcia „święceń jako kapłan szatana” do umiłowania Różańca.

    Kto szerzy Różaniec, ten jest ocalony! – to zawołanie bł. Bartłomieja Longo obiegło świat. Jednak na początku na słowo „Maryja” ten Włoch reagował bardzo alergicznie.


    Urodził się we włoskim Latiano 10 lutego 1841 roku. W czasie studiów w Neapolu przeżył potężny kryzys wiary i zaczął nawet otwarcie występować przeciw Kościołowi. Pochłonęły go magia i modne w tym czasie praktyki spirytystyczne. Longo wpadł w okultyzm po uszy. Do tego stopnia, że przyjął nawet „święcenia” jako… kapłan szatana.


    Na szczęście zbuntowany młodzieniec spotkał na swej drodze ludzi wiary, a zwłaszcza prof. Wincentego Pepe. Godzinami rozmawiali, poruszając tematy „na śmierć i życie”, a Bartolo odkrywał krok po kroku piękno chrześcijaństwa. Na nawrócenie zbuntowanego antyklerykała mieli ogromny wpływ bracia dominikanie.


    W roku 1864 otrzymał doktorat z prawa. Nie pracował jednak w zawodzie, bo tak zachwycił się Dobrą Nowiną, że porzucił profesję adwokata i oddał się działalności ewangelizacyjnej. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – wyjaśniał. 


    Został administratorem majątków księżnej Marianny de Fusco (później jego żony), która wspierała hojnie jego działalność charytatywną. Wędrował po włoskich wsiach, ucząc katechizmu i z błyskiem w oku opowiadając o ogromnej mocy Różańca. „Teologia maryjna i Różaniec są niczym dwa poematy połączone w jedną całość, dwa hymny zlewające się w jeden hymn, dwie okazałe świątynie, dwie katedry myśli i pobożności, które stają się jednością. Są zatem dwiema świątyniami o identycznych wieżach i iglicach sięgających równie wysoko” – nauczał.


    Gdy w 1876 roku siostra Maria Concetta de Witala podarowała mu zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, odnowił go i umieścił w niewielkim kościółku w Pompejach. Ani on, ani proboszcz parafii, który wydał na to zgodę, nie spodziewali się, że do tego wizerunku będą przybywały tysiące pielgrzymów i niebawem stanie się on „łaskami słynącym”. Liczba pątników była tak wielka, że trzeba było pomyśleć o budowie większej świątyni – od początku pomyślanej jako maryjne sanktuarium. 


    Zachęcony przez biskupa Noli Giuseppe Formisaniego Bartolo Longo rozpoczął zbiórkę funduszy na wybudowanie kościoła pw. Matki Bożej Różańcowej. Prace ruszyły w 1876 roku i dzięki ogromnej hojności Włochów trwały zaledwie 11 lat. W roku konsekracji Leon XIII ofiarował wizerunkowi koronę papieską, którą zdobiło ponad 700 drogich kamieni. W 1894 roku Longo podarował kościół samemu papieżowi, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny następca św. Piotra). 


    Od początku przy kościele powstały dzieła miłosierdzia, m.in. sierociniec i Instytut Dzieci Więźniów. 4 maja 1901 roku Leon XIII podniósł świątynię do godności bazyliki papieskiej, a dziś przyciąga ona tłumy pielgrzymów z całego świata. 


    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Opluwał wiarę, hołdował złym duchom.

    Bł. Bartolo Longo nie od zawsze święty był…

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

     Archiwum Sanktuarium w Pompejach

    *****

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Wiele osób sięga po Nowennę Pompejańską, decydując się na trud wytrwania z paciorkami w dłoniach. Od Pompejanki ich kroki biegną do bł. Bartolo Longo…

    Z prześladowcy w apostoła

    Opluwał wiarę, gardził chrześcijanami, hołdował złym duchom. Historia Kościoła niejednokrotnie notowała takie przypadki. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby Szawła, który „ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz 9, 1). Takie zdarzenia to nie tylko anachroniczne sceny z Pisma Świętego, ale realne postawy ludzi żyjących wokół nas. XIX wiek – historia Kościoła znów odnotowuje podobny przypadek: Bartolo Longo, młodzieniec dopiero co zaczynający studia prawnicze na wydziale prawa Uniwersytetu Neapolitańskiego. Chłopak bardzo szybko wciela się w liberalny nurt włoskiej uczelni naznaczonej ateizmem i praktykami okultystycznymi. Jego bunt wobec religii chrześcijańskiej jest tak silny, że w pewnym momencie ofiarowuje się na służbę szatanowi. Na szczęście na ratunek spieszy przyjaciel rodziny, Vincent Pepe, który pomaga mu uwolnić się z satanizmu. Nawrócenie Bartolo owocuje przyjęciem go na tercjarza Zakonu Dominikańskiego, który jako jego członek obiera imię Brat Rosario (Brat Różaniec). I tak Szaweł stał się Pawłem, a Bartolo Bratem Różańcem. Zmiana imienia jest tu bardzo istotna. Symbolizuje bowiem moment ponownych narodzin, ponieważ imię otrzymujemy tylko w momencie przyjścia na świat, zatem zarówno Paweł, jak i Brat Rosario narodzili się dla świata na nowo. Longo wierzył, że tylko Różaniec jest w stanie wyrwać go z rąk szatana, więc gorliwie szerzył szczególny rodzaj modlitwy różańcowej przekazany w objawieniu. Modlitwa ta została nazwana Nowenną Pompejańską.

    Jak Maryja podaje drabinę do nieba

    Czym jest i skąd wzięła się Nowenna Pompejańska? Wszystko zaczęło się w 1884 r. we Włoszech, gdy ciężko chora Fortunatina Agrelii poprosiła o uzdrowienie z ataków dziwnej choroby i ciężkich cierpień Najświętszą Pannę Różańcową z Pompejów. Maryja objawiła się wtedy dziewczynie i poleciła jej codzienne odmawianie 15 tajemnic Różańca. Najświętsza Panna obiecała Fortunatinie, że uzdrowi ją we wskazanym dniu. Oczywiście wypełniła obietnicę. Pompejanka trwa 54 dni, co daje nam 6 nowenn – trzy błagalne i trzy dziękczynne. Ta wspaniała modlitwa ze względu na swoją siłę nazywana jest nowenną nie do odparcia. To cudowny dar miłości ofiarowany przez Maryję. Przypomina drabinę zrzuconą z nieba, po której mogą wspinać się grzesznicy.

    Owoce Nowenny Pompejańskiej

    „Odmówiłem chyba cztery nowenny. Dwie nowenny były w moich intencjach. Prosiłem o czystość (Maryja wyprosiła tę łaskę – zacząłem widzieć wszystko głębiej, dostrzegać pewne rzeczy w samym sobie, nawet to, dlaczego czasami ulegałem pokusie) i dobre rozeznanie studiów. Pozostałe prośby są procesem, który się niedawno zaczął. Jestem z Ukrainy, a tam katolików jest bardzo mało. Kiedyś byłem niewierzący, a teraz Maryja dała mi tak dużo łask” – pisze Wasyl. „Już dwie Pompejanki mam za sobą. Ciężko je zacząć, a jeszcze ciężej wytrwać. Przez 54 dni w głowie jedna myśl. Jak zaczynałem różaniec, to zawsze coś się pojawiało, żeby przeszkodzić (ktoś dzwonił albo przychodził, zawsze coś). U mnie w trakcie Pompejanki strasznie zmieniały się relacje między ludźmi. Bez tych zmian na pewno nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Pompejanka buduje drogę do tego, o co się modlisz. To jest proces. Daje też poczucie bezpieczeństwa. Według mnie i tak Pan Bóg daje więcej niż to, o co się modlisz i wie lepiej, czego potrzebujesz. Chwała Panu. Zachęcam do Pompejanki” – mówi Adam.

    Idź jego śladem

    We Wrocławiu relikwie bł. Bartolo Longo są u Ojców Oblatów w parafii Matki Bożej Królowej Pokoju i w kościele pw. Matki Bożej Pompejańskiej w Żernikach Wrocławskich, gdzie znajduje się także największy w Polsce obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Warto tam zajrzeć, powinni się wybrać zwłaszcza ci, którzy odmawiają Nowennę Pompejańską, poznają historię Brata Różańca – Bartolo Longo, ale z różnych przyczyn nie mogą wybrać się do włoskich Pompejów.

     Agata Iwanek/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________________________________________________

    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.
    W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.


    sztuka sakralna
    Shutterstock/Aleteia.pl

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Franciszkanie i dominikanie — główne zakony żebrzące XIII w.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 200px-Francisbyelgreco.jpg

    św. Franciszek/ El Greco/Wikimedia

    This image has an empty alt attribute; its file name is 016422_xsQt_31261_98.png.webp

    św. Dominik/ El Greco/Wikimedia

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej

    13.01.2010

    

    Drodzy bracia i siostry!

    Na początku nowego roku przyjrzymy się dziejom chrześcijaństwa, by zobaczyć, jak się toczy historia i jak można ją odnawiać. Widzimy w niej, że to święci, kierujący się światłem Boga, są autentycznymi reformatorami życia Kościoła i społeczeństwa. Nauczając słowem i dając świadectwo własnym przykładem, potrafią oni zainicjować trwałą i głęboką odnowę Kościoła, bo sami są głęboko odnowieni, obcują z prawdziwą nowością: Bogiem obecnym w świecie. To pokrzepiające zjawisko, polegające na tym, że w każdym pokoleniu przychodzą na świat święci, a ich twórcze idee wzbogacają go i odnawiają, powtarza się nieustannie w historii Kościoła, nawet w smutnych i trudnych momentach. Widzimy bowiem, że w następujących po sobie stuleciach rodzą się także siły potrzebne do reformy i do odnowy, bo Bóg jest zawsze nowością i wciąż daje nowe siły, by posuwać się naprzód. Tak też było w xiii w., kiedy narodziły się i w nadzwyczajny sposób rozwinęły zakony żebrzące, które stanowiły wzór wielkiej odnowy w nowej epoce historycznej. Nazwano je w ten sposób, bo cechowało je «żebranie», czyli pokorne proszenie ludzi o wsparcie materialne, które pozwalało im żyć zgodnie ze ślubem ubóstwa i prowadzić misję ewangelizacyjną. Wśród zakonów żebrzących, które wówczas powstały, najbardziej znane i najważniejsze to Zakon Braci Mniejszych i Zakon Kaznodziejski, znane jako franciszkanie i dominikanie. Nazwy te pochodzą od imion ich założycieli, Franciszka z Asyżu i Dominika Guzmana. Ci dwaj wielcy święci potrafili w inteligentny sposób odczytywać «znaki czasu», wyczuwając, jakie wyzwania stały przed Kościołem ich czasów.

    Pierwszym wyzwaniem było powstawanie różnych grup i ruchów wiernych, którzy choć kierowali się usprawiedliwionym pragnieniem autentycznego życia chrześcijańskiego, często wyłączali się ze wspólnoty kościelnej. Głęboką niezgodę budził w nich piękny i bogaty Kościół, który zawdzięczał swój rozwój właśnie rozkwitowi monastycyzmu. W poprzednich katechezach mówiłem o wspólnocie monastycznej z Cluny, która stopniowo zaczęła coraz mocniej przyciągać młodzież, a więc siły żywotne, a także dobra i bogactwa. Pierwszym logicznym tego następstwem był rozwój Kościoła bogatego w posiadłości i statycznego. Temu Kościołowi przeciwstawiano ideę mówiącą, że Chrystus przyszedł na świat ubogi i że prawdziwy Kościół powinien być właśnie Kościołem ubogich; pragnienie prawdziwej autentyczności chrześcijańskiej wyraziło się w sprzeciwie wobec empirycznej rzeczywistości Kościoła. Były to tak zwane średniowieczne ruchy ubogich. Ostro krytykowały one styl życia księży i zakonników w tamtych czasach, oskarżając ich o zdradę Ewangelii i zarzucenie praktyki ubóstwa, które znamionowało pierwszych chrześcijan. Ruchy te przeciwstawiły posłudze biskupów własną «hierarchię paralelną». Aby usprawiedliwić swoje wybory, szerzyły one także naukę niezgodną z wiarą katolicką. Na przykład ruchy katarów czy albigensów nawiązywały do starych herezji, które głosiły lekceważenie świata materialnego bądź pogardę dla niego — sprzeciw wobec bogactwa szybko przerodził się w sprzeciw wobec rzeczywistości materialnej jako takiej — negację wolnej woli oraz dualizm, zakładający istnienie drugiej zasady, którą jest zło, porównywalnej z Bogiem. Ruchy te cieszyły się powodzeniem, zwłaszcza we Francji i we Włoszech, nie tylko ze względu na dobrą organizację, ale również dlatego, że krytykowały rzeczywisty nieład, który zapanował w Kościele na skutek niezbyt przykładnego postępowania różnych przedstawicieli duchowieństwa.

    Franciszkanie i dominikanie, idąc w ślady swoich założycieli, pokazali natomiast, że możliwe jest życie ewangelicznym ubóstwem, prawdą Ewangelii jako taką, bez zrywania z Kościołem; pokazali, że Kościół jest prawdziwym, autentycznym przybytkiem Ewangelii i Pisma Świętego. Więcej, właśnie głęboka więź z Kościołem i papieżem była źródłem siły świadectwa Dominika i Franciszka. Dokonując niezwykłego w historii życia konsekrowanego wybóru członkowie tych zakonów nie tylko rezygnowali z posiadania dóbr osobistych, jak czynili w starożytności mnisi, ale nie chcieli nawet, by wspólnota otrzymywała na własność ziemie i nieruchomości. Pragnęli w ten sposób dawać świadectwo życia niezwykle wstrzemięźliwego, wyrażającego solidarność z ubogimi i wyłączną ufność w Opatrzność, żyć na co dzień zdani na Opatrzność, ufnie oddawać się w ręce Boga. Ten styl życia osób i wspólnoty w zakonach żebrzących w połączeniu z całkowitym utożsamieniem się z nauczaniem Kościoła i jego władzą był bardzo ceniony przez ówczesnych papieży, takich jak Innocenty iii i Honoriusz iii, którzy w pełni zaakceptowali te nowe doświadczenia kościelne, rozpoznając w nich głos Ducha Świętego. Na owoce nie trzeba było długo czekać: grupy praktykujących ubóstwo, które oderwały się od Kościoła, powróciły do wspólnoty kościelnej bądź stopniowo się zmniejszyły i w końcu przestały istnieć. Dziś również, choć żyjemy w społeczeństwie, w którym «mieć» często bierze górę nad «być», bardzo skuteczne są przykłady ubóstwa i solidarności, które dają wierni, dokonujący tych odważnych wyborów. Dziś również nie brak tego typu inicjatyw: ruchów, które rzeczywiście rodzą się z nowości Ewangelii i radykalnie nią żyją w teraźniejszości, oddając się w ręce Boga, by służyć bliźniemu. Świat, jak przypomniał Paweł vi w Evangelii nuntiandi, chętnie słucha nauczycieli, kiedy są oni także świadkami. O tej lekcji nigdy nie należy zapominać w dziele głoszenia Ewangelii: trzeba przede wszystkim samemu żyć tym, co się głosi, być zwierciadłem Bożej miłości.

    Franciszkanie i dominikanie byli świadkami, ale również nauczycielami. W ich czasach występowało bowiem duże zapotrzebowanie również na wykształcenie religijne. Liczni wierni świeccy, mieszkający w miastach, które szybko się rozwijały, pragnęli praktykować bogate duchowo życie chrześcijańskie. Starali się zatem pogłębiać znajomość wiary i szukali przewodników na trudnej, lecz porywającej drodze świętości. Zakony żebrzące potrafiły znakomicie zaspokajać również tę potrzebę: głoszenie Ewangelii w jej prostocie, głębi i wielkości było celem, głównym bodajże celem tego ruchu. Z wielką gorliwością oddały się bowiem kaznodziejstwu. Bardzo liczni wierni, niejednokrotnie całe ich tłumy gromadziły się, by w kościołach i na wolnym powietrzu słuchać kaznodziejów, takich jak na przykład św. Antoni. Poruszali oni tematy bliskie życia ludzi, przede wszystkim praktykowanie cnót teologalnych i moralnych, ilustrując je konkretnymi przykładami, łatwo zrozumiałymi. Uczono także sposobów wzbogacania życia modlitwy i pobożności. Franciszkanie na przykład z zapałem szerzyli nabożeństwo do człowieczeństwa Chrystusa, które zobowiązywało do naśladowania Pana. Nie dziwi zatem, że liczni wierni, kobiety i mężczyźni, wybierali na przewodników na drodze chrześcijańskiej braci franciszkanów i dominikanów, którzy byli cenionymi i poszukiwanymi kierownikami duchowymi i spowiednikami. Powstały w ten sposób stowarzyszenia wiernych świeckich, którzy inspirowali się w życiu duchowością św. Franciszka i św. Dominika, dostosowując ją do swego stanu. Był to tzw. trzeci zakon, zarówno franciszkański, jak dominikański. Inaczej mówiąc, idea «świętości świeckiej» miała wielu zwolenników. Jak przypomniał Ekumeniczny Sobór Watykański ii, powołanie do świętości nie jest zastrzeżone dla niektórych, lecz jest powszechne (por. Lumen gentium, 40). We wszystkich stanach, zgodnie z potrzebami każdego z nich, można żyć Ewangelią. Również dzisiaj każdy chrześcijanin powinien dążyć do «wysokiej miary życia chrześcijańskiego», niezależnie od stanu, do jakiego należy!

    W Średniowieczu znaczenie zakonów żebrzących wzrosło tak dalece, że instytucje świeckie, takie jak organizacje pracowników, dawne korporacje, a nawet władze obywatelskie przy opracowywaniu swoich regulaminów, a niekiedy w poszukiwaniu rozwiązań wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów często zasięgały porad duchowych członków owych zakonów. Średniowieczne miasto zawdzięczało swój rozwój duchowy franciszkanom i dominikanom. Z wielkim wyczuciem stosowali oni strategię duszpasterską dostosowaną do przemian społeczeństwa. Wiele osób przenosiło się ze wsi do miast, dlatego zaczęli wznosić swoje klasztory w obrębie miast, zamiast, jak wcześniej, z dala od nich. Aby prowadzić działalność dla dobra dusz, musieli także — w zależności od potrzeb duszpasterskich — podróżować. Innym nowatorskim wyborem zakonów żebrzących było zrezygnowanie z zasady życia w stałych miejscach, która była klasycznym rysem starożytnego monastycyzmu, na rzecz innego stylu. Bracia mniejsi i członkowie Zakonu Kaznodziejskiego z apostolską gorliwością podróżowali z miejsca na miejsce. W rezultacie organizacja ich zakonów zaczęła się różnić od organizacji większości zakonów monastycznych. Zamiast tradycyjnej autonomii, jaką cieszył się każdy klasztor, liczyły się bardziej zakon jako taki i jego główny przełożony oraz struktura prowincji. Zakony żebrzące były zatem bardziej otwarte na potrzeby Kościoła powszechnego. Ta elastyczność pozwalała na powierzanie specyficznych zadań braciom, którzy najlepiej się do tego nadawali, toteż zakony żebrzące dotarły do północnej Afryki, na Bliski Wschód i do północnej Europy. Ta elastyczność odnowiła dynamizm misyjny.

    Innym wielkim wyzwaniem były dokonujące się wówczas przemiany kulturowe. Nowe kwestie były przedmiotem żywych dyskusji na uniwersytetach, które powstały z końcem xii w. Bracia mniejsi i członkowie Zakonu Kaznodziejskiego bez wahania wzięli na siebie również to zadanie i jako studenci i profesorzy wstąpili na najbardziej znane wówczas uniwersytety, stworzyli ośrodki naukowe, pisali wartościowe dzieła, dali początek autentycznym systemom myślowym, przyczynili się do rozwoju teologii scholastycznej w okresie jej największego rozkwitu, wywarli istotny wpływ na rozwój myśli. Najwięksi myśliciele, św. Tomasz z Akwinu i św. Bonawentura, byli członkami zakonów żebrzących, działali z takim właśnie zapałem nowej ewangelizacji, który zrodził również nową odwagę myślenia, dialogu rozumu i wiary. Dziś również potrzebna jest «miłość prawdy i w prawdzie», «miłość intelektualna», by oświecić umysły i połączyć wiarę z kulturą. Praca franciszkanów i dominikanów na uniwersytetach średniowiecznych stanowi zachętę, drodzy wierni, do tego, by poprzez obecność w ośrodkach kształtowania się wiedzy z szacunkiem i przekonaniem ukazywać w świetle Ewangelii podstawowe kwestie dotyczące człowieka, jego godności, jego odwiecznego przeznaczenia. Myśląc o roli franciszkanów i dominikanów w Średniowieczu, o odnowie duchowej, do jakiej doprowadzili, o tchnieniu nowego życia, jakim napełnili świat, pewien mnich powiedział: «W owym czasie świat się starzał. Dwa zakony powstały w Kościele i odnowiły jego młodość jak młodość orła» (Burchard d’Ursperg, Chronicon).

    Drodzy bracia i siostry, zwróćmy się na początku tego roku do Ducha Świętego, wiecznej młodości Kościoła: niech On sprawi, że każdy poczuje, jak pilnie potrzebne jest konsekwentne i odważne świadectwo Ewangelii, aby nie zabrakło nigdy świętych, dzięki którym Kościół zabłyśnie jak zawsze czysta i piękna oblubienica, bez zmazy i bez zmarszczki, która potrafi w nieodparty sposób przyciągnąć świat do Chrystusa, do Jego zbawienia.

    opoka.org.pl


    Św. Franciszek

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej

    3.02.2010

    This image has an empty alt attribute; its file name is 6356.jpg

    św. Franciszek/Wikimedia Commons

    ***

    Drodzy bracia i siostry!

    W jednej z ostatnich katechez ukazałem opatrznościową rolę, jaką Zakon Braci Mniejszych i Zakon Kaznodziejski, założone przez św. Franciszka z Asyżu i św. Dominika Guzmana, odegrały w odnowie Kościoła swojej epoki. Dziś pragnę wam przedstawić postać św. Franciszka, prawdziwego «giganta» świętości, który wciąż fascynuje bardzo wielu wyznawców wszystkich religii niezależnie od wieku.

    «Słońce tam wzeszło człowieczego rodu». Tymi słowami w Boskiej Komedii (Raj, Pieśń XI) największy włoski poeta Dante Alighieri opisuje narodziny Franciszka, które miały miejsce pod koniec 1181 r. lub na początku 1182 r. w Asyżu. Był on synem zamożnej rodziny — jego ojciec był kupcem bławatnym — w beztroskim okresie dorastania i młodości pociągały go rycerskie ideały epoki. W wieku 20 lat wziął udział w wyprawie zbrojnej i dostał się do niewoli. Rozchorował się, a potem został zwolniony. Gdy powrócił do Asyżu, pod wpływem powolnego procesu duchowego nawrócenia zaczął stopniowo zarzucać światowe życie, jakie dotychczas prowadził. W tym okresie miały miejsce znane wydarzenia: spotkanie z trędowatym, którego zobaczywszy, Franciszek zsiadł z konia i pocałował na znak pokoju, i polecenie Ukrzyżowanego w kościółku św. Damiana. Trzy razy Chrystus na krzyżu ożył i powiedział: «Idź, Franciszku, i napraw mój zrujnowany Kościół». W tym prostym wydarzeniu — usłyszeniu przez Franciszka w kościele św. Damiana słów Pana, kryje się głęboki symbolizm. Św. Franciszek w tamtej chwili zostaje wezwany do odbudowania tego zrujnowanego kościółka, który symbolizuje dramatyczną i niepokojącą sytuację Kościoła tamtej epoki — powierzchownej wiary, która nie kształtowała i nie przemieniała życia, mało gorliwego duchowieństwa, stygnącej miłości; wewnętrznego zniszczenia Kościoła, prowadzącego również do rozpadu jedności, powstawania ruchów heretyckich. Jednakże w centrum tego zrujnowanego Kościoła jest Ukrzyżowany, który mówi: wzywa do odnowy, wzywa Franciszka, by pracą swoich rąk naprawił w sensie dosłownym kościółek św. Damiana, symbolizujący głębsze powołanie do odnowienia Kościoła Chrystusowego poprzez radykalną wiarę i pełną entuzjazmu miłość do Chrystusa. To wydarzenie, które miało miejsce prawdopodobnie w 1205 r., przywodzi na pamięć inny, podobny fakt z 1207 r.: sen papieża Innocentego III. Zobaczył on we śnie bazylikę św. Jana na Lateranie, matkę wszystkich kościołów, która chyliła się ku upadkowi, i małego, niepozornego zakonnika, podpierającego ją swoimi ramionami, żeby nie runęła. Interesujące jest w tym z jednej strony, że to nie papież podtrzymuje kościół, żeby nie runął, ale mały, niepozorny zakonnik, w którym papież rozpoznaje przybyłego do niego Franciszka. Innocenty III był papieżem potężnym, miał ogromną wiedzę teologiczną oraz wielką władzę polityczną, jednakże to nie on odnowił Kościół, ale mały, niepozorny zakonnik: św. Franciszek, powołany przez Boga. Z drugiej strony, ważne jest też, że św. Franciszek nie odnawia Kościoła bez papieża bądź wbrew papieżowi, ale w jedności z nim. Te dwie rzeczy idą z sobą w parze: następca Piotra, biskupi, Kościół oparty na sukcesji apostolskiej i nowy charyzmat, który Duch Święty wzbudza w owej chwili, by odnowić Kościół. Razem tworzą one prawdziwą odnowę.

    Powróćmy do życia św. Franciszka. Gdy Pietro Bernardone, jego ojciec, wyrzucał mu zbytnią hojność w stosunku do ubogich, Franciszek w obecności biskupa Asyżu zrzucił z siebie odzienie, wyrażając tym symbolicznym gestem, że rezygnuje z ojcowskiego dziedzictwa; jak w momencie stworzenia, nie ma nic, tylko życie, które dał mu Bóg, i w Jego ręce się oddaje. Potem żył jak pustelnik aż do 1208 r., kiedy nastąpił kolejny przełom na drodze jego nawrócenia. Słuchając fragmentu Ewangelii według św. Mateusza, zawierającego mowę Jezusa do apostołów wysyłanych na misję, Franciszek poczuł się powołany do życia w ubóstwie i do oddania się kaznodziejstwu. Dołączyli do niego inni towarzysze, a w 1209 r. udał się do Rzymu, by przedstawić papieżowi Innocentemu III koncepcję nowej formy życia chrześcijańskiego. Ów wielki papież przyjął go po ojcowsku, bo oświecony przez Pana, pojął, że ruch zapoczątkowany przez Franciszka pochodził od Boga. Biedaczyna z Asyżu zrozumiał, że każdy charyzmat otrzymany od Ducha Świętego musi być oddany na służbę Ciała Chrystusa, jakim jest Kościół; dlatego działał zawsze w pełnej jedności z władzami kościelnymi. W życiu świętych charyzmat profetyczny i charyzmat władzy nie są w sprzeczności, a jeśli powstaje jakieś napięcie, potrafią oni cierpliwie oczekiwać na działanie Ducha Świętego.

    W rzeczywistości w XIX w., a także w ubiegłym stuleciu niektórzy historycy obok tradycyjnej postaci św. Franciszka próbowali stworzyć tzw. Franciszka historycznego, podobnie jak próbuje się obok Jezusa z Ewangelii tworzyć tzw. Jezusa historycznego. Ów Franciszek historyczny rzekomo nie był człowiekiem Kościoła, ale był bezpośrednio związany tylko z Chrystusem, chciał doprowadzić do odnowy ludu Bożego bez form kanonicznych i bez hierarchii. Prawdą jest, że św. Franciszek był rzeczywiście bardzo bezpośrednio związany z Jezusem i ze Słowem Bożym, które chciał wprowadzać w życie sine glossa, tak jak jest zapisane, w całym jego radykalizmie i w całej prawdzie. Jest również prawdą, że początkowo nie zamierzał stworzyć zakonu, z koniecznymi formami kanonicznymi, lecz po prostu słowem Bożym i obecnością Pana chciał odnowić lud Boży, wezwać go na nowo do słuchania Słowa i do posłuszeństwa słowu Chrystusa. Ponadto wiedział, że Chrystus nigdy nie jest «mój», ale zawsze «nasz», że «ja» nie mogę mieć Chrystusa ani odtwarzać wbrew Kościołowi Jego woli i Jego nauczania, lecz jedynie w jedności Kościoła, zbudowanego na sukcesji apostolskiej, odnawia się również posłuszeństwo Słowu Bożemu.

    Jest prawdą również, że nie zamierzał tworzyć nowego zakonu, a tylko odnowić lud Boży dla Pana, który przychodzi. Zrozumiał jednak z bólem i cierpieniem, że wszystko musi mieć swój ład, że potrzebne jest również prawo Kościoła, by nadać kształt odnowie, i rzeczywiście w pełni i całym sercem włączył się do wspólnoty Kościoła, z papieżem i biskupami. Wiedział zawsze, że w centrum Kościoła jest Eucharystia, w której Ciało Chrystusa i Jego Krew się uobecniają. Poprzez kapłaństwo Eucharystia jest Kościołem. Jedynie tam, gdzie są razem kapłaństwo i Chrystus, i komunia Kościoła, tam przebywa też Słowo Boże. Prawdziwy Franciszek historyczny to Franciszek Kościoła, i właśnie w ten sposób przemawia również do niewierzących, do wierzących należących do innych wspólnot wyznaniowych i do wyznawców innych religii.

    Franciszek i jego bracia zakonni, których liczba stale rosła, osiedlili się w Porcjunkuli, bądź kościele Matki Bożej Anielskiej, najbardziej świętym miejscu duchowości franciszkańskiej. Również Klara, młoda kobieta ze szlacheckiej rodziny z Asyżu, została uczennicą Franciszka. Powstał w ten sposób drugi zakon franciszkański, zakon klarysek, inne doświadczenie, które zrodziło nadzwyczajne owoce świętości w Kościele.

    Również następca Innocentego III, papież Honoriusz III, swoją bullą Cum dilecti z 1218 r. przyczynił się do szczególnego rozwoju Zakonu Braci Mniejszych, którzy w pierwszym okresie zaczęli zakładać swoje misje w różnych krajach Europy, a nawet w Maroku. W 1219 r. Franciszek otrzymał pozwolenie na podróż do Egiptu, by rozmawiać z muzułmańskim sułtanem Al-Malekiem al-Kamilem i również tam głosić Ewangelię Jezusa. Pragnę zwrócić uwagę na ten epizod z życia św. Franciszka, bardzo dla nas aktualny. W epoce, w której chrześcijaństwo ścierało się z islamem, Franciszkowi, który z własnej woli był uzbrojony tylko w swoją wiarę i łagodność, udało się nawiązać dialog. Przekazy mówią nam, że muzułmański sułtan przyjął go życzliwie i serdecznie. Z tego wzoru również dziś powinni czerpać natchnienie w nawiązywaniu stosunków chrześcijanie i muzułmanie: należy prowadzić dialog w prawdzie, w obopólnym szacunku i wzajemnym zrozumieniu (por. Nostra aetate, 3). Wydaje się też, że w 1220 r. Franciszek odwiedził Ziemię Świętą, rzucając ziarno, które wydało obfity plon: miejsca, gdzie żył Jezus, stały się bowiem szczególnym polem misji jego duchowych synów. Z wdzięcznością myślę dziś o wielkich zasługach franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej.

    Po powrocie do Włoch Franciszek powierzył kierowanie zakonem swemu zastępcy br. Piotrowi Cattaniemu, a papież oddał zakon, który stawał się coraz liczniejszy, pod opiekę kard. Ugolinowi, przyszłemu papieżowi Grzegorzowi IX. Założyciel zaś, oddający się z wielkim powodzeniem kaznodziejstwu, napisał Regułę, która została później zaaprobowana przez papieża.

    W 1224 r. w pustelni na Alwerni Franciszek ujrzał Ukrzyżowanego pod postacią serafina i po spotkaniu z ukrzyżowanym serafinem otrzymał stygmaty, a tym samym stał się jednym z ukrzyżowanym Chrystusem: dar ten wyrażał zatem jego wewnętrzne utożsamienie z Panem.

    Wieczorem 3 października 1226 r. w Porcjunkuli nastąpiła śmierć Franciszka — jego transitus. Pobłogosławiwszy swoich duchowych synów, umarł, leżąc na gołej ziemi. Dwa lata później papież Grzegorz IX wpisał go w poczet świętych. Niewiele lat później ku jego czci została wzniesiona w Asyżu wielka bazylika, do której do dziś przybywają bardzo liczni pielgrzymi, modlą się przy grobie świętego i podziwiają freski Giotta, malarza, który wspaniale przedstawił życie Franciszka.

    Mówiono, że Franciszek był alter Christus, prawdziwą, żywą ikoną Chrystusa. Nazywano go także «bratem Jezusa». Był to rzeczywiście jego ideał: być jak Jezus, kontemplować Chrystusa z Ewangelii, żarliwie Go kochać, naśladować Jego cnoty. Przypisywał on podstawową wartość zwłaszcza wewnętrznemu i zewnętrznemu ubóstwu i uczył go również swoich duchowych synów. Pierwsze błogosławieństwo z Kazania na Górze — «Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie» (Mt 5, 3) — w świetlany sposób urzeczywistniło się w życiu i w słowach św. Franciszka. Drodzy przyjaciele, święci doprawdy najlepiej odczytują Biblię; Słowo Boże, które wcielają w czyn we własnym życiu, staje się wyjątkowo pociągające i rzeczywiście do nas przemawia. Świadectwo Franciszka, który pokochał ubóstwo, by iść w ślady Chrystusa, będąc całkowicie Mu oddany i wolny, również dla nas jest ciągłym wezwaniem do pogłębiania wewnętrznego ubóstwa, potrzebnego, by wzrastać w ufności Bogu, żyjąc w sposób wstrzemięźliwy i w oderwaniu od dóbr materialnych.

    We Franciszku miłość do Chrystusa wyraziła się w sposób szczególny w adoracji Najświętszego Sakramentu w Eucharystii. W Źródłach franciszkańskich czytamy takie wzruszające słowa: «Niech się trwoży cała ludzkość, niech drży cały wszechświat, a niebo niech się raduje, kiedy na ołtarzu w rękach kapłana jest Chrystus, Syn Boga żywego. Jakaż to łaska niezwykła! Jakaż wzniosłość pokorna: Pan wszechświata, Bóg i Syn Boży, tak się uniża, że dla naszego zbawienia kryje się pod skromną postacią chleba» (Francesco di Assisi, Scritti, Editrici Francescane, Padova 2002, 401).

    W tym Roku Kapłańskim pragnę przypomnieć również słowa napomnienia, jakie Franciszek skierował do kapłanów: «Kiedy zechcą odprawiać Mszę św., czyści w sposób czysty, niech z czcią sprawują prawdziwą ofiarę najświętszego Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa» (Francesco di Assisi, Scritti, 399). Franciszek zawsze okazywał kapłanom wielki szacunek i zalecał szanowanie ich w każdej sytuacji, nawet jeśli jako osoby nie bardzo są tego godni. Uzasadnieniem tego głębokiego szacunku był dla niego fakt, że otrzymali dar konsekrowania Eucharystii. Drodzy bracia w kapłaństwie, nie zapominajmy nigdy tej nauki: świętość Eucharystii wymaga, byśmy byli czyści, byśmy żyli w sposób godny Tajemnicy, którą sprawujemy.

    Z miłości do Chrystusa rodzi się miłość do osób oraz do wszystkich stworzeń Bożych. Innym charakterystycznym rysem duchowości Franciszka jest poczucie powszechnego braterstwa i miłość do stworzenia, która natchnęła go do napisania słynnej Pieśni słonecznej albo pochwały stworzeń. Jest to bardzo aktualne przesłanie. Jak przypomniałem w mojej ostatnio ogłoszonej encyklice Caritas in veritate, tylko rozwój respektujący stworzenie i nie niszczący środowiska jest zrównoważony (por. nn. 48-52), a w tegorocznym Orędziu na Światowy Dzień Pokoju podkreśliłem, że również budowanie trwałego pokoju ma związek z poszanowaniem stworzenia. Franciszek przypomina nam, że stworzenie ukazuje mądrość i życzliwość Stwórcy. Pojmuje on przyrodę właśnie jako język, którym Bóg z nami rozmawia, w którym rzeczywistość staje się przejrzysta i my możemy mówić o Bogu i z Bogiem.

    Drodzy przyjaciele, Franciszek był wielkim świętym i wesołym człowiekiem. Jego prostota, pokora, wiara, miłość do Chrystusa, dobroć w stosunku do każdego mężczyzny i kobiety powodowały, że w każdej sytuacji był radosny. Świętość i radość pozostają bowiem w wewnętrznym i nierozerwalnym związku. Pewien francuski pisarz powiedział, że na świecie tylko ten jest smutny, kto nie jest święty, czyli nie przebywa blisko Boga. Patrząc na świadectwo św. Franciszka, rozumiemy, że sekret prawdziwego szczęścia polega właśnie na tym, by stawać się świętymi, bliskimi Bogu!

    Niech Dziewica, którą Franciszek kochał czule, wyjedna nam ten dar. Zawierzamy się Jej słowami Biedaczyny z Asyżu: «Święta Maryjo Dziewico, wśród niewiast na świecie nie urodziła się podobna Tobie, Córko i Służebnico najwyższego Króla, Ojca niebieskiego, Matko przenajświętszego Pana naszego Jezusa Chrystusa, Oblubienico Ducha Świętego: módl się za nami (…) do Twego najświętszego umiłowanego Syna, Pana i Mistrza» (Francesco di Assisi, Scritti, 163).

    Dzień Pamięci

    65 lat temu, 27 stycznia 1945 r. otworzyły się bramy nazistowskiego obozu koncentracyjnego w polskim mieście Oświęcim, znanym pod niemiecką nazwą Auschwitz, i została uwolniona nieduża grupa więźniów, którzy przeżyli. Dzięki temu wydarzeniu i świadectwom ocalonych świat poznał zgrozę i niesłychane okrucieństwo zbrodni, które zostały popełnione w obozach zagłady, założonych przez nazistowskie Niemcy.

    Dziś obchodzimy Dzień Pamięci, by wspominać wszystkie ofiary tych zbrodni, zwłaszcza zaplanowanego unicestwienia Żydów, a także by oddać hołd tym, którzy ryzykując własne życie, chronili prześladowanych, przeciwstawiając się szaleństwu zabijania. Ze wzruszeniem myślimy o niezliczonych ofiarach ślepej nienawiści na tle rasowym i religijnym, wywożonych, więzionych, zabijanych w tych absurdalnych i nieludzkich miejscach. Niech pamięć o tym, zwłaszcza o dramacie Szoah narodu żydowskiego, budzi coraz bardziej ugruntowane poszanowanie godności każdej osoby, aby wszyscy ludzie czuli się jedną wielką rodziną. Niech Bóg wszechmogący oświeci serca i umysły, aby tego typu tragedie nigdy więcej się nie powtórzyły!

    do Polaków:

    Serdecznie witam polskich pielgrzymów. Wpatrzeni w postać św. Franciszka, uczmy się od niego ewangelicznej prostoty i radości, miłości do ludzi i poszanowania dzieł stworzenia, głębokiej modlitwy i dążenia do świętości. Bądźmy ludźmi pokoju i nieśmy innym prawdziwe szczęście, które odnajdujemy w Bogu. Niech Jego błogosławieństwo stale wam towarzyszy.

    Benedykt XVI

    L’Osservatore Romano/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Franciszek z Asyżu, pierwszy stygmatyk

    Św. Franciszek z Asyżu, pierwszy stygmatyk

    św. Franciszek. San Rufino, Asyż/fot. s. Amata J. Nowaszewska/Gość Niedzielny

    ***

    „Ojciec seraficki”, pierwszy historycznie potwierdzony stygmatyk, jedyny święty, który nie ma wrogów – pisze ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 4 października przypada wspomnienie św. Franciszka z Asyżu (1181/1182-1226). Kanonizował go papież Grzegorz IX w 1228 roku. Jego relikwie znajdują się w bazylice jemu poświęconej w Asyżu. Jest patronem franciszkanów, ekologów i handlarzy.

    Jan Bernardone, bo tak brzmiało prawdziwe imię i nazwisko św. Franciszka, urodził się na przełomie 1181 i 1182 roku we włoskiej Umbrii. Jego rodzice Piotr i Joanna posiadali sklep z suknem i należeli do zamożniejszych obywateli miasta. Mały Jan, nazywany przez ojca „Francuzikiem” (Francesco), ze względu na matkę pochodzącą z tego kraju, mógł więc uczęszczać do szkoły, aby kiedyś zastąpić ojca w interesach. Mimo wielkich zdolności chłopcu nie spieszno było jednak ani do nauki, ani do interesów. Swoją młodość spędzał beztrosko w otoczeniu kompanów, marząc o sławie rycerskiej. 

    Mając 20 lat wyruszył na wojnę z Perugią, gdzie dostał się do niewoli i ciężko zachorował. Po powrocie do zdrowia raz jeszcze spróbował żołnierskiej przygody, ale w jego duszy toczyła się już cicha walka. W końcu zadecydował i wziął rozbrat ze światem: zostawił przyjaciół, interesy ojca i marzenia o sławie. W samotności, ubóstwie i na modlitwie, pragnął zostać doskonałym naśladowcą Chrystusa i „odbudować Jego Kościół”. Szybko zgromadzili się wokół niego uczniowie, a papież zatwierdził ułożoną przez Franciszka regułę, która dała początek Zakonowi Braci Mniejszych, Sióstr Klarysek i Trzeciemu Zakonowi, przeznaczonemu dla ludzi świeckich.

    14 września 1224 roku, największe pragnienie Franciszka, by upodobnić się całkowicie do swego Mistrza, spełniło się dosłownie: Chrystus w postaci serafina odcisnął na jego ciele swoje rany (pierwsze potwierdzone stygmaty). Od tamtej chwili Franciszek, nazywany „Serafickim”, żył jeszcze dwa lata, w czasie których Bóg stopniowo go ogołacał. Wtedy jednak, gdy tracił wzrok, cierpiał na malarię, wrzody żołądka i reumatyzm, napisał swoją „Pieśń słoneczną”, najradośniejszą modlitwę jaką zna świat: „(…) Bądź pochwalony, Panie mój, ze wszystkimi Twymi stworzeniami, szczególnie z bratem słońce, przez które staje się dzień i nas oświecasz (…). Bądź pochwalony, Panie mój, przez brata księżyc i gwiazdy, które ukształtowałeś na niebie (…). Bądź pochwalony, Panie mój, przez brata wiatr i powietrze, chmury i pogodę, i każdy czas, przez który Twym stworzeniom dajesz utrzymanie. Bądź pochwalony, Panie mój, przez siostrę wodę (…) i brata ogień (…) i naszą matkę ziemię, która nas żywi i chowa (…). Chwalcie i błogosławcie Pana mego, dziękujcie Mu i służcie z pokorą…” (fragm.)

    W świadomości przeciętnego chrześcijanina funkcjonuje na ogół uproszczony obraz św. Franciszka, kojarzonego z kwiatkami, ptaszkami i wilkiem podającym łapę. A przecież ten mistyk i stygmatyk był człowiekiem z krwi i kości, był kimś, kto w XIII wieku nie tylko wydobył Kościół z kryzysu, ale dokonał w nim największej „rewolucji”, trwającej po dzień dzisiejszy. Kto wyliczy tych wszystkich świętych, którzy pociągnięci jego przykładem weszli na drogę ewangelicznego radykalizmu: Antoni z Padwy, Bonawentura, Bernardyn ze Sieny, Piotr z Alkantary, ale także polscy święci: Jakub Strzemię, Jan z Dukli, Szymon z Lipnicy… Któż ogarnie tę rzeszę ludzi, która na przestrzeni wieków, doświadczyła za przyczyną Biedaczyny z Asyżu „dotknięcia” łaski.

    Waldemar Łysiak pisze w książce „Wyspy zaczarowane”: „To był chyba Amerykanin, wysoki młody blondyn o zwalistym cielsku, w dżinsach i sandałach. Stał (u grobu św. Franciszka, przyp. A. N.) i patrzył z głupawym, drwiącym uśmieszkiem na ludzi klęczących wokół ołtarza pod niszą. I żuł gumę, ostentacyjnie, drażniąco, hałaśliwie. Czuł się wyższy (i był wyższy, bo stał), mniej głupi. Jak długo tak się czuł, nie wiem. Pamiętam tylko, że oczy zmieniały mu się powoli, jakby zdziwione, że jego demonstracja napotyka na obojętność modlącego się tłumu, a uśmieszek spełzał z nalanej twarzy i zastygł w dziwnym skurczu. Przestał mlaskać, a potem nagle wyjął gumę i schował wstydliwie do kieszeni. Ukląkł. Najpierw na jedno kolano, potem na drugie, pochylił głowę. Tę scenę zapamiętam do końca życia, chociaż nigdy jej pewnie nie pojmę. Gdyby mi ją opowiedziano, być może nie uwierzyłbym. Ale je to widziałem”.

    Jest rzeczą niepojętą, że ten, którego „tak trudno naśladować”, który wydaje się tak odległy, tak niepodobny do współczesnego człowieka, wciąż zadziwia, oczarowuje, i to nie tylko chrześcijan, bo nawet niewierzący są pod urokiem tej postaci. „To chyba jedyny święty, który nie ma wrogów i jest powszechnie akceptowany” – słusznie ktoś zauważył. Czym tłumaczyć ten fenomen? Chyba tylko ukrytą w duszy każdego człowieka tęsknotą za „pokojem i dobrem”, „radością i prostotą”.

    Gdy umierał na gołej ziemi w Porcjunkuli poprosił braci, aby mu zaśpiewali: ci rzewnie płacząc rozpoczęli „Pieśń słoneczną”, ułożoną przez niego w czasie choroby. Gdy skończyli, słabnącym głosem dodał do niej ostatnią strofę: „Bądź pochwalony, Panie mój, przez naszą siostrę, Śmierć cielesną…”.

    Tak umierał ten, któremu tu na ziemi udało się pogodzić człowieka z wilkiem, radość z cierpieniem i życie ze śmiercią.

    ks. Arkadiusz Nocoń / Vaticannews

    ______________________________________________________________________________________

    Nie modlił się. Sam był modlitwą

    Nie modlił się. Sam był modlitwą

    Klasztor ojców bernardynów w Leżajsku. Fresk przedstawia świętego Franciszka, który zdejmuje z krzyża ciało Chrystusa/ fot. Henryk Przondziono/Gosć Niedzielny

    ***

    Świat uczynił z niego niegroźnego dziwaka i marzyciela gawędzącego z ptaszkami. Tymczasem był to mistyk i stygmatyk, który powtarzał: „Pan dał mi rozpocząć życie pokuty”.

    Na początku było słowo. Popłynęło z krzyża. Francesco Bernardone miał 25 lat i za sobą swawolne życie lekkoducha. W 1206 roku w maleńkim umbryjskim kościółku św. Damiana padł na kolana przed ­XII-wieczną ikoną Ukrzyżowanego. Usłyszał: „Idź i napraw mój Kościół, który jest w ruinie!”. Te słowa były wstrząsem, drogowskazem, zapoczątkowały drogę pokuty, którą zaczął praktykować Biedaczyna z Asyżu.

    Nie znał sformułowania „poprawność polityczna”. Bez owijania w bawełnę mawiał o sobie simplex et idiota – prosty i niewykształcony. Płonął. Gdyby tak nie było, nie zgromadziłby wokół siebie… pięciu tysięcy ludzi, którzy porzucili domy, by ruszyć w nieznane. Tylu mężczyzn przybyło pod Asyż na pierwszą Kapitułę Namiotów, a ponieważ liczba mieszkańców miasta w Umbrii wynosiła nieco ponad dwa tysiące, wokół Porcjunkuli wyrosło wielkie, tętniące życiem miasteczko. Tomasz z Celano opisywał początki wspólnoty franciszkanów, nazywanych „Pokutnikami z Asyżu”: „Gdy wzgardzili wszystkim, co ziemskie, i wyzbyli się miłości własnej, uczucie swej miłości zwrócili ku wspólnocie, poświęcali samych siebie, aby zaradzić potrzebom braci. Pragnęli się zbierać, z przyjemnością przebywali razem, z przykrością znosili rozłąkę, z goryczą rozstanie, z bólem odejście”.

    Franciszek znikał na całe noce, by przebywać twarzą w twarz z Tym, który odezwał się do niego z krzyża San Damiano, a co pewien czas zamykał się w ciszy pustelni. Tomasz z Celano, pisząc o jego modlitwie, podsumował: „Nie był tylko osobą modlącą się, ale… sam stał się modlitwą”.

    Określał siebie jako „najmniejszego”, o Bogu najczęściej mówił: „Najwyższy”. Tak zwracał się do Niego w słynnej „Pieśni słonecznej”.

    Gdy odziany w łachmany padł na kolana przed najpotężniejszym człowiekiem Europy, prosząc o zatwierdzenie Reguły, Innocenty III miał rzucić: „Bracie, idź raczej do świń, do których macie więcej podobieństwa niż do ludzi. Wytarzaj się razem z nimi w gnoju, a gdy zostaniesz już ustanowiony ich kaznodzieją, możesz wtedy wyłożyć ich regułę”. Porażające słowa. Cios z serca Kościoła, który Franciszek tak ukochał. Ogromna lekcja pokory. Biedaczyna poszedł do świń, a gdy po raz drugi stanął przed papieżem („Panie, uczyniłem, co mi nakazałeś. Posłuchaj teraz mojej prośby”), Innocenty III zatwierdził franciszkańską Regułę.

    – Gdy Franciszek napisał Regułę, podeszła do niego delegacja braci, która oznajmiła: „Piszesz to wyłącznie dla siebie, my nie będziemy tego zachowywać” – opowiada ojciec Lech Dorobczyński, proboszcz franciszkańskiej parafii w Warszawie. – Patowa sytuacja. Franciszek wzdycha: „Jezu, mówiłem Ci, że tak będzie”. I wówczas – to pobożna tradycja, ale mocno pielęgnowana w zakonie – na drzewie objawia się sam Chrystus i mówi: „Nic, co jest w Regule, nie jest z ciebie, ale ze Mnie”. Bracia odchodzą zawstydzeni”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________________

    Od “króla młodzieży” do “biedaczyny z Asyżu” – św. Franciszek OFM

    Od "króla młodzieży" do "biedaczyny z Asyżu" – św. Franciszek OFM

    Wizja św. Franciszka z Asyżu – Bartolomé Esteban Murillo, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Franciszek z Asyżu był synem bogatej rodziny kupieckiej. Marzył o stanie szlacheckim. Był wrażliwy, lubił poezję. Nie stronił od zabaw i wystawnych uczt. Ubierał się ekstrawagancko. Był czas, kiedy okrzyknięto go w mieście “królem młodzieży”. Jest jednym z najbardziej popularnych świętych w dziejach. Był miłośnikiem wszelkiego stworzenia. Kościół wspomina go w liturgii 4 października.

    Urodził się w roku 1182 w Asyżu, w środkowych Włoszech. Początkowe nauki pobierał w rodzinnym mieście. Chciał zostać rycerzem, ale jego wyprawa na wojnę Asyżu z Perugią zakończyła się roczną niewolą i chorobą, która go prześladowała przez długi czas.

    W roku 1205 w końcu został pasowany na rycerza i udał się na kolejną wojnę. Wtedy w śnie usłyszał wezwanie do pójścia za Bogiem. Wrócił do Asyżu. Zamienił swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić o jałmużnę. Rozpoczął życie modlitwy i pokuty.

    Pewnego razu, będąc w podupadłym kościółku św. Damiana, usłyszał głos Boga: „Franciszku, napraw mój Kościół”. Zrozumiał to dosłownie. Wyniósł z domu ojca drogą belę sukna i sprzedał ją, by zdobyć pieniądze na naprawę świątyni.

    Ojciec Franciszka wściekł się na syna i go wydziedziczył. Dokonał tego w obecności biskupa, na publicznym placu, pośród tłumu gapiów. Wtedy to, św. Franciszek, zdjął z siebie ubranie, nagi złożył je u stóp ojca, mówiąc: „kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Franciszek starał się potem naśladować ubogi styl życia Jezusa, żyć według wskazań Ewangelii, głosić nawrócenie i pokutę. Zaczął też gromadzić wokół siebie uczniów.

    Św. Franciszek - najstarszy wizerunek - Parzi, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Franciszek – najstarszy wizerunek – Parzi, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W 1208 roku św. Franciszek zrozumiał, że jego misją jest staranie się o trudniejszą, duchową odnowę Kościoła. Spisał swoją regułę życia ubogiego i poprosił o jej zatwierdzenie papieża Innocentego III. Papież miał ponoć odrzucić tę regułę, ale dzień przed spotkaniem ze świętym miał sen, w którym widział, jak pewien obdarty młodzieniec, wyrasta na olbrzyma i ratuje Lateran. W trakcie spotkania papież rozpoznał, że tym młodzieńcem ze snu okazał się być św. Franciszek i zatwierdził jego regułę.

    W 1211 roku ideał Franciszka podjęła św. Klara, dając tym samym początek II zakonowi franciszkańskiemu. Franciszek spotkał się ze św. Dominikiem na Soborze Laterańskim IV. W 1219 roku udał się do Egiptu, gdzie spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem. Zwiedził potem Ziemię Świętą i w następnym roku wrócił do Włoch. Na Boże Narodzenie 1223 roku, w Greccio zainscenizował religijny ‘żywy obraz’, dając początek ‘żłóbkom’ i ‘jasełkom’, a nawet nowożytnemu teatrowi europejskiemu.

    W 1224 w La Verna doznał łaski stygmatów, czyli śladów Męki Chrystusa na swoim ciele. Był pierwszym mistykiem w dziejach, który dostąpił tej łaski. Św. Franciszek kochał świat i stworzenie. Miał wielki osobisty wdzięk. Był prostym, odważnym i pogodnym świadkiem Ewangelii. Zmarł 3 października 1226 roku, mając zaledwie 45 lat. Kanonizował go dwa lata później Grzegorz IX.

    Św. Franciszek jest patronem aktorów, niewidomych, pokoju, ubogich i więźniów. Jan Paweł II ogłosił go patronem ekologów i ekologii. W ikonografii ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Często przedstawiany jest w otoczeniu ptaków. Jego atrybuty to: baranek, krucyfiks, księga lub ryba w ręku.
    Na cześć świętego z Asyżu, w 2013 roku, po raz pierwszy w historii wybrany papież, przyjął imię Franciszek.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Oto największe cuda św Franciszka z Asyżu!

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Oto największe cuda św Franciszka z Asyżu!

    Franciszek i cuda Współcześnie święty Franciszek jest na całym świecie znany i lubiany także wśród niewierzących i chrześcijan innych wyznań. Ale z pewnością jest tak nie ze względu na jego cuda, lecz z powodu jego życia i postępowania zgodnego z Ewangelią. Jeżeli mówimy o świętych „od cudów”, to mamy na myśli choćby naśladowcę Franciszka, świętego Antoniego Padewskiego lub jeszcze innych, ale nie Biedaczynę z Asyżu.

    A jednak nie zawsze tak było. W Średniowieczu, w latach następujących bezpośrednio po jego śmierci, Franciszek był świętym znanym i czczonym ze względu na cuda. Przyciągały one tłumy pielgrzymów do jego grobu. Ten aspekt kultu Franciszka znajduje swoje odbicie w najstarszych biografiach Świętego, głównie w rozdziałach poświęconych cudom, jakich dokonał zwłaszcza po śmierci.

    Są to cuda znamienne. Taki cud wydarzył się w Arezzo, mieście targanym konfliktami wewnętrznymi i wojnami domowymi, naznaczonymi przelewem krwi. Gdy Franciszek znalazł się w tym miejscu, ujrzał tłumy demonów, które nie posiadały się z radości z powodu walk między mieszkańcami miasta i nakłaniały ich do wzajemnego zwalczania się. Franciszek rozpoczął modły. Skierował brata Sylwestra pod bramę miasta, aby silnym głosem wezwał demony do opuszczenia miasta. Brat wykonał polecenie, a mieszkańcy uwolnieni od mrocznych sił przemocy, zdobyli się na odwagę zerwania z konfliktami wewnętrznymi i rozlewem krwi. Zawarli pokój i przywrócili atmosferę zgodnego współżycia.


    (…)

    Cud organizacyjny – Zakony franciszkańskie

    Wielka rola, jaką Franciszek z Asyżu odegrał w historii, niewątpliwie tłumaczy nadzwyczajny rozwój założonego przez niego zakonu braci mniejszych oraz zakonu klarysek założonego przez świętą Klarę, jak również trzeciego zakonu franciszkańskiego, znanego dzisiaj pod nazwą świeckiego zakonu franciszkańskiego.

    Dzieje zakonu franciszkańskiego były bardzo skomplikowane i burzliwe. Franciszkanie nie zawsze byli łagodnymi barankami, a zamiłowanie do ubóstwa jako wyraz wierności świętemu Franciszkowi i jego regule zakonnej, doprowadzało nieraz do podziałów i ponownego jednoczenia się.

    Dzisiaj bracia franciszkanie tworzą cztery rodziny o zróżnicowanej liczbie członków. Są to bracia mniejsi, bracia mniejsi konwentualni, bracia mniejsi kapucyni i tercjarze regularni. Do dnia dzisiejszego wszystkie cztery rodziny franciszkańskie są w Kościele katolickim najliczniejszym spośród wszystkich męskich instytutów zakonnych. Liczne są także żeńskie zgromadzenia zakonne wywodzące się z duchowości świętego Franciszka.

    (…)

    Kult

    Kanonizacja

    Franciszek został kanonizowany zaledwie dwa lata po śmierci, w Asyżu, 16 lipca 1228 roku, przez papieża Grzegorza IX, który znał go osobiście, będąc jego przyjacielem i opiekunem, w czasie gdy był jeszcze kardynałem. Mając na względzie rychłą kanonizację, papież ów przedsięwziął wszelkie środki, aby oddać cześć przyjacielowi. Zlecił bratu Tomaszowi di Celano napisanie pierwszej oficjalnej biografii Franciszka, aby cały Kościół mógł poznać nowego świętego. Rozpoczął także, jeszcze przed kanonizacją, budowę olbrzymiej bazyliki w Asyżu, zakończoną w bardzo krótkim terminie jak na owe czasy (a także jak na obecne czasy).

    fragment książki “Święty Franciszek z Asyżu” (autor – Cesare Vaiani), Warszawa 2009. Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/swieci/swfranciszek.html

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 października

    Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
      •  Błogosławiony Kolumban Józef Marmion, prezbiter
    ***
    Święty Franciszek Borgiasz

    Franciszek urodził się 28 października 1510 r. w Gandii koło Walencji, w jednym z najznakomitszych hiszpańskich rodów Borgiów. Był pierworodnym dzieckiem Jana, księcia Gandii, i Joanny Aragońskiej, a prawnukiem: po mieczu – niesławnego papieża Aleksandra VI, zaś po kądzieli – króla Ferdynanda Katolickiego. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Gdy miał dziesięć lat, umarła jego ukochana matka. Zaopiekował się nim i zadbał o jego wykształcenie wuj, arcybiskup Saragossy.
    Już jako młodzieniec Franciszek miał ochotę zamienić wspaniałe komnaty pałacowe na klasztorną celę, ale ojciec wysłał go jako pazia na dwór cesarza Karola V do Valladolid, gdzie, mimo okazji do złego, Franciszek zachował czystość. Podczas służby ożenił się z Eleonorą de Castro Melo e Menezes, która słynęła nie tylko z urody, ale i z niezwykłej zacności duszy. Mieli ośmioro dzieci – Karola Carlosa urodzonego w 1530 r., dwa lata młodszą Izabelę (matkę Franciszka Goméz de Sandoval y Rojas – faworyta króla Filipa III Habsburga), trzy lata młodszego Jana. Były jeszcze o pięć lat młodsze od Karola bliźniaki Alvaro i Joanna, a także Ferdynand, Dorota i Alfons.
    O pobożności całej rodziny niech świadczy fakt, że ilekroć usłyszeli dzwonek towarzyszący kapłanowi idącemu do umierającego, zrywali się wraz z dziećmi, we dnie czy w nocy, i odprowadzali księdza z Ciałem Pańskim na miejsce.
    Mimo że szczęście sprzyjało Franciszkowi, nie zaprzestał pracy nad sobą. Często uczestniczył we Mszy świętej, przystępował do spowiedzi i Komunii i dużo pracował. W rzadkich godzinach wypoczynku zajmował się śpiewem i muzyką, niekiedy myślistwem, unikał gier w karty i kostki, bo jak mawiał, “tracimy przez to trzy kosztowne rzeczy: czas, pieniądze i sumienie”.
    W 1539 r. podczas sejmu w Toledo niespodzianie zmarła młoda cesarzowa Izabela Portugalska. Uchodziła ona za dobrą, szlachetną i najpiękniejszą z kobiet swoich czasów. Miała zaledwie 36 lat i cieszyła się powszechną miłością dla swej szlachetności i dobroci. Franciszek towarzyszył z urzędu jej ciału do grobu w Grenadzie. Wielkie wrażenia na nim zrobiły zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy cesarzowej. Postanowił odtąd służyć Bogu i wstąpić do zakonu, gdyby przeżył żonę. Później nieraz wspominał, że śmierć cesarzowej Izabeli powołała go do nowego życia.
    Niezwłocznie po pogrzebie pośpieszył do Toledo, aby zrezygnować z pełnienia urzędu, ale cesarz nie chciał się pozbyć swego najwierniejszego towarzysza i mianował go wicekrólem Katalonii. Franciszek Borgiasz w latach 1539-1543 rządził mądrze i sprawiedliwie i był dla wszystkich wzorem zacności. Co dzień odmawiał różaniec, spowiadał się, przystępował do Komunii w każdą niedzielę i święto, biczował się, a sypiał tylko cztery do pięciu godzin na dobę.
    Po śmierci ojca w 1543 r. zrzekł się godności wicekróla, wyjechał z Katalonii i objął zarząd dziedzicznego księstwa Gandii. Dbał o swoich poddanych. Starał się o poprawę ich moralności i warunków materialnych. Chciał też podnieść poziom oświaty. Swoim przykładem doprowadził do tego, że każdy w Gandii chociaż raz na miesiąc przystępował do Stołu Pańskiego.
    Gdy umierała jego żona Eleonora, klęcząc u stóp Ukrzyżowanego, prosił Boga o jej zdrowie i życie. Usłyszał wtedy głos: “Jeśli koniecznie żądasz, aby małżonka twoja dłużej żyła, niech się stanie wola twoja, ale wiedz, że to nie wyjdzie jej na dobre”. “Panie – odpowiedział zapłakany Franciszek – jakże bym miał żądać, abyś spełnił wolę moją? Niech się zawsze i wszędzie dzieje wola Twoja! U nóg Twych składam moje, mej żony i mych dzieci życie i wszystko, co tylko posiadam. Rozporządzaj wszystkim według upodobania”.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1548 r. żona Franciszka umarła, mając tylko 35 lat. Wypełnił on wtedy powzięte po śmierci cesarzowej Izabeli postanowienie – wstąpił do zakonu jezuitów. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej został jeszcze rok w świecie, aby zabezpieczyć dzieci i zamknąć wszystkie sprawy osobiste i publiczne. W 1549 r. w Rzymie został przez św. Ignacego przyjęty do zakonu. Na wieść o tym, że papież Juliusz III chce mu ofiarować kapelusz kardynalski, uciekł z Rzymu i wrócił do Hiszpanii, gdzie w roku 1551 przyjął święcenia kapłańskie.
    W małej celce kolegium w Ognate przeżył kilka następnych lat na modlitwie i pokucie, pełniąc najniższe posługi. Codzienne zastanawiał się nad sobą i robił rachunek sumienia, co doprowadziło do takiej pokory, że uważał się za największego grzesznika na świecie. Swoje listy podpisywał wtedy “Franciszek grzesznik”. W okolicy działał jako misjonarz. Tam, gdzie przychodził, zbierały się tysiące ludzi, by go słuchać i doznać od niego pociechy. Później św. Ignacy wysłał go na dwa lata, by był kaznodzieją i spowiednikiem przy dworze portugalskim. Cieszył się tam zaufaniem najwyższych dostojników i magnatów. Pięć razy papież ofiarował mu godność kardynalską, on jednak za każdym razem odpowiadał: “Nie dlatego zrzuciłem gronostaje książęce, aby przywdziać arcykapłańską purpurę!”
    Nie chciał piastować żadnych stanowisk, ale przekonano go, że jego pochodzenie, zdolności i wykształcenie powodują, że powinien kierować innymi. Dlatego w 1554 r. został prowincjałem Hiszpanii, Portugalii i Indii, a jedenaście lat później wybrano go na generała zakonu. Przyjął tę godność, mówiąc: “Prosiłem Boga o krzyż, ale przyznaję się, że o takim jak ten nie myślałem”. Rządził z niezwykłą mądrością. Zakon liczył wtedy już około stu trzydziestu domów i trzech i pół tysiąca członków, dlatego Franciszek musiał odbywać częste i męczące podróże. Wzmocnił organizacyjnie zakon, kładąc podstawy pod jego potęgę. To on przyjął do nowicjatu Stanisława Kostkę. Był również spowiednikiem św. Teresy z Avila.
    Będąc przyjacielem i doradcą Ignacego Loyoli, wspomógł utworzenie przez niego Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego (Collegium Romanum). Ponadto w Rzymie głosił kazania, uczył dzieci, a w czasie zarazy w 1566 r. ratował chorych.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1572 r. z polecenia papieża św. Piusa V Franciszek, mimo złego samopoczucia, objechał wraz z kardynałem Alessandrim dwory hiszpański, francuski i portugalski, aby namówić te państwa do wyprawy przeciw Turkom. Ta mediacja doprowadziła do powstania koalicji państw chrześcijańskich, która pokonała wielką flotę turecką pod Lepanto.
    W czasie drogi powrotnej, już we Włoszech, zasłabł tak bardzo, że zaniesiono go w lektyce do Rzymu, gdzie zmarł po kilku miesiącach 1 października 1572 r. w opinii świętości. Przeżył 62 lata. Pozostawił po sobie wiele pism filozoficznych. Relikwie Franciszka Borgiasza zostały przeniesione z Ferrary do kościoła jezuitów w Madrycie w 1901 roku.
    Został beatyfikowany przez papieża Urbana III 23 listopada 1624 r., a kanonizowany przez Klemensa X 20 czerwca 1670 r. Jest patronem Portugalii, Roty (Mariany Północne), a także orędownikiem, do którego zwracają się zagrożeni trzęsieniem ziemi. W ikonografii jego atrybutem jest często czaszka w diademie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż


    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    Anioł Stróż

    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23).

    Anioł Stróż

    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.

    Anioł Stróż

    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Prawda o aniołach

    – integralna część wiary chrześcijańskiej

    Z cyklu “Poszukiwania w wierze”

    W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

    To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że — jak powiada ostatni sobór — człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

    Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich — wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga — zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

    Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

    Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

    Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

    „Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” — woła Psalmista (Ps 138,1). I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (…), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” — czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

    W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia (Dz 5,19n; 12,7—11). Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii (Dz 8,26). Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Czyż nie są oni wszyscy — czytamy w Liście do Hebrajczyków — duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (1,14)

    Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o aniołach, ale ich istnieniem praktycznie się nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest — powtórzmy to jeszcze raz — centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

    Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby całoosobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia (Tb 12,16nn). W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon” (Ap 22,9). Tę anielską pokorę znakomicie oddaje wiersz Konopnickiej pt. Angelus, w którym anioł, zwiastujący Wcielenie, stanowi dla uczonego materialisty ostatnią nitkę do utraconego wymiaru, gdzie można znaleźć Boga.

    Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

    Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

    W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie — powiedział kiedyś św. Bazyli — tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

    Dawne wieki pozostawiły nam wiele świadectw tej intuicji. Tu nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem rozbrająjąco naiwnej opowiastki, przekazywanej w legendach dominikańskich: „W jednym z klasztorów Lombardii było dwóch pobożnych braci, którzy przechadzali się rozmawiając o Bogu. Wówczas pewien starzec zakonnik zobaczył przez okno, że nad głowami owych braci unoszą się aniołowie i wzniósłszy ręce w niebo, błogosławią Boga. Kiedy jednak rozmowa tych braci zwróciła się ku rzeczom niepotrzebnym i bezmyślnym, aniołowie przedziwnie się zagniewali i porzucili ich, zatykając sobie nosy. Natychmiast nad głowy owych braci nadciągnęło stado czarnych wieprzy, które smrodziły na nich i straszliwie ryczały. Wreszcie bracia znów zaczęli rozmawiać o Bogu i zaraz wieprze zniknęły, przystąpili zaś aniołowie, chwaląc Boga i obmywając braci z nieczystości”.

    Opowieść ta jest rzeczywiście bardzo naiwna. Ale może warto się zastanowić nad zawartą w niej intuicją? Może prawdy o aniołach należy szukać nie tyle poprzez zwiększenie zainteresowań tą problematyką, ale właśnie poprzez odnowę życia? Adam Asnyk chyba miał rację, kiedy pisał, że śpiewy anielskie słyszą „tylko ci, którzy toną w wielkiej miłości pragnieniu”. Zaś według legend franciszkańskich, „pycha brata Eliasza niegodna była rozmawiać z aniołem”.

    Jeszcze jedno dość ważne pytanie: Co sądzić o pojawiającym się w naszej mowie codziennej, a częstym zwłaszcza w poezji motywie podobieństwa i upodabniania się ludzi do aniołów?

    Czy nie jest to dowolność, wprowadzająca zamęt w religijną prawdę o aniołach? Zwłaszcza trzy przymioty ośmielają do porównania człowieka z aniołem. Po pierwsze, dobroć i współczujące pochylenie się nad cierpiącym i bezradnym. Po wtóre, ta postać czystości, dzięki której człowiek osiąga jakąś transcendencję wobec ciała i różnych potrzeb, i ambicji tylko doczesnych (por. marzenie Słowackiego, żeby zjadacze chleba przetworzyli się w aniołów). Po trzecie, do anioła porównuje się również zwiastuna Dobrej Nowiny.

    Czy wolno nam stosować takie porównania i symboliczne identyfikacje? Ależ tak! Obiecano nam przecież równość z aniołami, a stanie się to wówczas, kiedy już ostatecznie i w całej pełni otrzymamy nieśmiertelność i synostwo Boże. W życiu przyszłym „już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,36). Ziarna zaś nieśmiertelności i synostwa Bożego nosimy w sobie już teraz. W paralelnych tekstach Mateusza i Marka (Mt 22,30; Mk 12,25) nauczyciele Kościoła jednozgodnie odczytywali sugestię, że szczególne podobieństwo do aniołów osiąga się przez celibat, pojmowany jako zdobywanie transcendencji wobec swojej seksualności.

    Toteż nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła — mówi święty papież Grzegorz Wielki w Homilii 6,6 — również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was — o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba — prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

    Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (3,49). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

    Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu (Wj 12,23), w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (Dn 13,55 i 59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom:

    Niech będą jak plewa na wietrze,

    gdy będzie ich gnać anioł Pana.

    Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

    gdy anioł Pana będzie ich ścigał. (Ps 35,5n)

    A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli — obrońców dobra i mścicieli zła — wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

    Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

    Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam — przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie — swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Kim są aniołowie i co robią w niebie?

    (Francesco Botticini, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości…  – o Aniołach opowiada ks. Mateusz Szerszeń CSMA, michalita, kierownik duchowy, redaktor dwumiesięcznika „Któż jak Bóg”, autor „Wielkiego Zawierzenia Świętemu Michałowi Archaniołowi”.

    Proszę Księdza, kim są aniołowie? 

    Aniołowie są duchami, które żyją pośród nas w niewidzialnej części świata stworzonego przez Boga. Ich głównym zadaniem jest adoracja Boga i wypełnianie Jego rozkazów. Z woli Stwórcy służą także ludziom i troszczą się o ich zbawienie.

    Jak wyglądają aniołowie? 

    Ciężko mówić o wyglądzie niewidzialnych duchów. Ludzie jednak potrzebują obrazów, którymi mogą się między sobą komunikować, dlatego już Stary Testament opisuje rzeźby cherubinów, którzy okrywali swymi skrzydłami Arkę Przymierza. W sztuce przyjęło się przedstawiać ich jako postaci ludzkie o pięknym wyglądzie, aby podkreślić ich osobowy charakter. Późniejsze przedstawienia dodają im skrzydła i ubierają w strój rycerski. Wygląd jest jednak cechą świata materialnego. Aniołowie po prostu „nie wyglądają”. Co nie oznacza, że nie istnieją. Fal radiowych też nie oglądamy, a jednak widzimy ich działanie.

    Aniołowie różnią się między sobą?

    Owszem, różnica między nimi nie jest jedynie różnicą osobową, jak między dwiema istotami ludzkimi. Istnieje miedzy nimi różnica gatunkowa. Jeden anioł od drugiego różni się jak lew od gołębia. To dwa różne gatunki.

    Z teologicznego punktu widzenia – aniołowie nie posiadają płci, ale jakoś tak spontanicznie uważamy ich za mężczyzn… Dlaczego?

    Tu znowu dotykamy problemu dotyczącego bardziej historii sztuki niż teologii. Sztuka czerpiąc z angelologii uważała aniołów za dobrze zorganizowane wojsko Boga. Na ziemi armie głównie składają się z mężczyzn. Stąd ta nierówność. W rzeczywistości aniołowie nie dzielą się na płci. Ta kategoria w żaden sposób do nich nie pasuje.

    Co robią aniołowie w niebie?

    Przede wszystkim żyją inaczej niż my. Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości… 

    Czym się różnią aniołowie od archaniołów? 

    Pomysł na zhierarchizowanie bytów duchowych pochodzi ze starożytności. Autorzy pierwszych wieków chcieli podkreślić wzajemne zależności miedzy aniołami i tak powstała hierarchia mówiąca o „chórach anielskich”. Według niej na najniższym stopniu anielskiej hierarchii znajdują się aniołowie a zaraz nad nimi archaniołowie, którzy posyłani są do ważniejszych zadań.

    Aniołowie opiekują się nami. Czy więc grzechem jest kiedy zaniechamy odmawiania modlitwy do Anioła Stróża? Będzie się przecież nami opiekował chyba bez względu na to czy wzywamy jego pomocy czy też nie?

    Prawda o istnieniu Aniołów Stróżów jest dogmatem potwierdzonym na Soborze w XIII wieku. Odrzucenie każdego dogmatu może oczywiście skutkować nawet grzechem ciężkim. W praktyce prawda o istnieniu duchowych opiekunów od zawsze spotykała się z pozytywną pobożnością wiernych i ich świadectwami. Nie bez powodu jedna z pierwszych dziecięcych modlitw to: „Aniele Boży, Stróżu mój”.

    Anioł Stróż może nas doprowadzić do nieba?

    Doprowadzanie do nieba, czyli zbawienie to dzieło Jezusa Chrystusa, który umarł za nasze grzechy. Jego pośrednictwo jest jedyne i niepowtarzalne. Kościół jednak, w przeciwieństwie do ruchów protestanckich naucza, że w ramach jedynego pośrednictwa Chrystusa możemy także włączać pośrednictwo aniołów i świętych. Relacja z nimi jest dla wielu niebagatelną pomocą.

    Dlaczego warto zaprzyjaźnić się ze swoim Aniołem Stróżem? 

    Budowanie przyjaźni z własnym aniołem stróżem to niezwykle ważna rzecz dla każdego chrześcijanina. Z postanowienia Bożego mamy przy sobie duchowego obrońcę i orędownika, który został wybrany do tego, aby pomagać nam w osiągnięciu świętości. Tylko jeżeli będziemy wierni jego natchnieniom i z wiarą wzywać będziemy jego obecności, możemy mieć pewność, że ochroni nas to przed grzechem i wieloma niebezpieczeństwami. W powszechnej wiedzy znane są historie wyjątkowych interwencji aniołów stróżów wśród ludzi, którzy wierzą w ich obecności i ufają w ich pomoc. Wśród nich jest święty papież Jan XXIII, który wspomina, że pewnego dnia bardzo zamartwiał się o losy Kościoła, którym w tamtym czasie kierował. Na szczęście przyśnił mu się jego anioł stróż, który pocieszył go i dodał mu otuchy. Od tego czasu papież podjął swoje obowiązki z nowymi siłami i wiarą w anielską pomoc.

    Czasami do kogoś nam bliskiego powiemy, że jest aniołem, ma anielską cierpliwość itd. Słusznie przypisujemy ludziom anielskie cechy?

    Rozwój człowieka domaga się istnienia wzorców, do których może się odwołać i ku nim zmierzać. Aniołowie bez wątpienia są dobrymi wzorcami do naśladowania, dlatego mówi się o anielskiej cierpliwości, urodzie i dobroci.

    Co się stanie z naszymi Aniołami Stróżami po naszej śmieci?

    Na pewno nie opuści swojego podopiecznego i nadal będzie modlił się o jego zbawienie. Może to mieć wielkie znaczenie dla nas, zwłaszcza jeżeli trafimy do czyśćca, gdzie każdy dobry czyn będzie mógł się przyczynić do naszego oczyszczenia i szybszego spotkania z Bogiem w niebie.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Abraham i trzy Anioły – Ludovico Carracci, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W dniu 2 października Kościół oddaje cześć świętym Aniołom Stróżom. Choć obecność aniołów stróżów kojarzona jest z obrazami z dzieciństwa, to jednak ich istnienie i obecność jest istotnym elementem wiary. Aniołowie to istoty duchowe, stworzone przez Boga dla Jego chwały i ku pomocy ludziom. Każdy z nas ma swojego anioła opiekuna. Ta opieka trwa przez całe życie.

    Pismo święte jasno ukazuje prawdę o istnieniu aniołów, posłańców Boga. Psalm 91 uczy, że „niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”. Słowa te szatan wykorzystał w czasie kuszenia Chrystusa na pustyni. W ewangelii św. Mateusz przytacza słowa Jezusa, kiedy mówi: „strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.

    Na wielu kartach Pisma św. znajdziemy fragmenty mówiące o obecności i roli aniołów. I tak w Księdze Rodzaju anioł opiekuje się niewolnicą Hagar i Izmaelem, jej synem zrodzonym z Abrahama. Anioł powstrzymuje też samego Abrahama przed zabiciem swego syna Izaaka. Anioł ratuje Lota i jego rodzinę od śmierci w ogniu spuszczonym na Sodomę i Gomorę. Księga Daniela opowiada o tym, jak anioł ratuje trzech młodzieńców wrzuconych do pieca ognistego, jak ratuje samego Daniela wrzuconego do jaskini lwów. Anioł żywi proroka Eliasza, a w Nowym Testamencie wyprowadza Apostołów z więzienia i uwalnia z rąk Heroda samego św. Piotra.

    Pierwsze wzmianki o kulcie aniołów znajdziemy w połowie II wieku u św. Justyna w jego ‘Apologii’. W III wieku, w katakumbach, pojawiają się ikonograficzne wyobrażenia aniołów.

    Anioł Stróż - Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    Anioł Stróż Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    aniołach stróżach mówią także najwcześniejsi myśliciele chrześcijańscy i pierwotne dokumenty. Św. Cyprian w III wieku nazywa aniołów przyjaciółmi ludzi. W IV wieku św. Bazyli widzi w aniołach naszych pedagogów i twierdzi, że „niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. A św. Ambroży uważa aniołów za naszych pomocników. Św. Hieronim w V wieku stwierdza, iż „tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie anioła stróża”, a św. Augustyn przekonuje, że „wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.

    W historii było wielu świętych, którzy mieli szczególne nabożeństwo do aniołów stróżów. Św. Cecyliaśw. Franciszka Rzymianka, błogosławiony Dalmacjusz mieli szczęście często przestawać ze swoim aniołem stróżem. Św. Stanisław Kostka miał cudownie otrzymać Komunię św. z rak anioła. Św. Piotr Faber prosił anioła stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do słuchania kazań, które wygłosi. Św. Siostra Faustyna miała przywilej mistycznego widzenia swojego anioła stróża. Św. Jan XXIII przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego anioła stróża o jego pomyślny przebieg i dobre owoce.

    „Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”

    Osobne święto ku czci świętych aniołów stróżów pojawiło się dopiero w XV wieku. Paweł V w 1608 roku pozwolił obchodzić to święto w zwykły dzień po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego wprowadził je w roku 1670 Klemens X. Obecnie jest obchodzone 2 października.
    Kult aniołów stróżów nie jest zarezerwowany dla dzieci. Są oni bowiem duchowymi opiekunami każdego, chronią przed złem i prowadzą do dobra.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon
    ***
    Święta Teresa z Lisieux

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Święta Teresa z Lisieux

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa z Lisieux

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Święta Teresa z Lisieux

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, apostołka Małej Drogi do świętości

    fot. Screenshot – Facebook (Jasna Góra)

    ***

    Św. Teresa od Dzieciątka Jezus,

    apostołka Małej Drogi do świętości

    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.

    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.

    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”.

    Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.

    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.

    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.

    brewiarz.pl

    _________________________________________________________________________________

    Święta od wielkich pragnień – św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    Święta od wielkich pragnień – Teresa od Dzieciątka Jezus

    św. Teresa z Lisieux jako św. Joanna D’Arc w łańcuchach – Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Zbyt młoda i chorowita … to był problem dla ludzi, ale nie dla Boga. Została najmłodszym Doktorem Kościoła, choć nigdy nie odbyła studiów teologicznych. Jest patronką misji, choć na nie nigdy nie pojechała. Chciała być świętą … i nią została. Mistrzyni życia duchowego – Teresa od Dzieciątka Jezus – święta, która żyła wielkimi pragnieniami. Kościół wspomina ją 1 października.

    Przełożona Karmelu widząc wątłą piętnastolatkę, nie uwierzyła, że ta podoła trudom surowego zakonnego życia. Kiedy dziewczyna prosiła biskupa o zgodę na wejście od zakonnej wspólnoty, ten odwołał się do obowiązującego prawa – była zbyt młoda. Kiedy próbowała uzyskać zgodę papieża – również się nie udało. Musiała czekać, ale kiedy wreszcie przekroczyła bramę klasztoru zadecydowała – „chcę być świętą…” i została, bo jak czuła „dobry Bóg nie dawałby mi pragnień nierealnych, więc, pomimo że jestem tak małą, mogę dążyć do świętości. Niepodobna mi się stać wielką, powinnam znosić siebie taką jaką jestem… Chcę znaleźć sposób dostania się do nieba, jakąś małą, bardzo prostą i bardzo krótką drogą…” Mała… ten przymiotnik pojawił się w poprzednim zdaniu kilka razy i ta, którą Kościół wspomina w liturgii 1 października – jest również nim określana – święta Teresa od Dzieciątka Jezus, Teresa z Lisieux – Mała Tereska – najmłodszy Doktor Kościoła.

    Święta, która choć nie odbyła regularnych studiów teologicznych, została w swoim krótkim, naznaczonym chorobą i ogromnym cierpieniem życiu obdarowana dojrzałością, głębią i wielkim bogactwem życia duchowego. Jest jego wielką mistrzynią – choć sama nazywała tę drogę – „małą drogą dziecięctwa Bożego”.

    Kim była ta, która jest współpatronką Francji, patronką karmelitanek, teresek i terezjanek, a także wraz ze św. Franciszkiem Ksawerym SJ główną patronką misji katolickich, choć ostatecznie, mimo pragnienia, nigdy na nie nie wyjechała?

    Teresa Martin pochodziła z Normandii. Urodziła się w styczniu 1873 roku w Alençon. Była dziewiątym dzieckiem Ludwika i Zofii (rodzice Teresy są pierwszym świętym małżeństwem – kanonizowani zostali 18 października 2015 roku).

    Św. Teresa z Lisieux - Unknown photographer, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Teresa z Lisieux – Unknown photographer, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    Po śmierci żony ojciec z pięcioma córkami (czworo rodzeństwa zmarło) zamieszkał w Lisieux. Tam dziewczynka przebywała u sióstr benedyktynek, które prowadziły szkołę z internatem.  Dzieciństwo, to też czas, kiedy kilkuletnia Teresa przyjęła Maryję za swoją matkę, kiedy tej ziemskiej zabrakło. I jak twierdziła to Ona uzdrowiła ją z ciężkiej choroby, kiedy miała dziesięć lat.

    Od 1884 roku, od kiedy zaczęła przystępować do Komunii świętej towarzyszyły jej słowa „To nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. Jednakże czas „pełnego nawrócenia” miał dopiero nadejść. Trzynastoletnia dziewczynka w sposób szczególny doświadczyła nocy Bożego Narodzenia.  To w tym czasie podjęła decyzję, aby podarować swe życie Jezusowi i też wtedy wyruszyła swoją „małą drogą” – zaczęła „iść krokiem olbrzyma po drodze do doskonałości”. A jeśli na tej drodze spotykała „pogubione dusze” modlitwą, umartwieniem i cierpieniem walczyła o ich nawrócenie.

    “Przybyłam tu, aby zbawiać dusze, a nade wszystko by się modlić za kapłanów. Widziałam, że chociaż ich wzniosła godność wynosi ich ponad aniołów, to jednak pozostają ludźmi słabymi i ułomnymi

    Na wejście do Karmelu musiała poczekać do kwietnia 1888. W styczniu 1889 roku odbyły się obłóczyny – Teresa Martin została Teresą od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej uroczysta profesja miała miejsce w 1890 roku, a po zaledwie trzech latach została mistrzynią nowicjatu. Zadanie to wypełniała do śmierci, czyli przez kolejne cztery.

    Życie w Karmelu było jej pragnieniem. Przyjmowała jego trudy zgodnie z tym co nosiła w sercu – „trzeba sprawiać wrażenie, że się tego nie widzi”. Teresa znosiła klasztorny chłód, surowe traktowanie, ciężko chora – nękana gorączką, gruźliczymi krwotokami, atakami kaszlu, źle leczona, z krwawiącym ranami na plecach i piersiach, dźwigała swoją codzienność. Szła też przez duchową noc, szła swoją „małą drogą”. Podążała z miłością – od Wcielenia po Krzyż. Zmarła po wielotygodniowym cierpieniu 30 września 1897 roku. „Boże mój, kocham Cię” – tak brzmiały jej ostatnie słowa. Teresa od Dzieciątka Jezus została beatyfikowana w 1923 roku, a kanonizowana już dwa lata później.

    „Ach, pomimo swojej małości chciałabym oświecać dusze jak Prorocy, jak Doktorzy; mam powołanie, by być Apostołem…”

    Dziełem, które może poprowadzić nas jej drogą są „Dzieje duszy”. To złożony z kilku części zapis pokazujący kolejne etapy życia duchowego wielkiej świętej – od dzieciństwa do ostatnich miesięcy przed śmiercią. Poza tym pozostały po niej wiersze, kompozycje poetyckie i teatralne oraz modlitwy. Zachowały się także zapisy jej wypowiedzi z ostatnich dni życia.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Realizm duchowy św. Teresy od Dzieciątka Jezus

     

     pl.wikipedia.org

    ***

    Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza – sprowadza się do tego, iż kojarzymy świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga – polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę – czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt wielkimi – w naszym rozumieniu – normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii.
    Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”. Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy jedynie” – pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha – realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość, nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” – napisze dopiero pod koniec życia.
    Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu.
    Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie. Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło.
    Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania – tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu, albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja – to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości.
    Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością.
    Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę, że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?

    o. Sergiusz Niziński OCD/Tygodnik Niedziela

     _____________________________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – wrzesień 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    XXV NIEDZIELA * ROK A

    24 WRZEŚNIA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę.

    “O uwolnienie świata od wszelkiego zła”

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę. "O uwolnienie świata od wszelkiego zła"

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Słowa modlitwy “O uwolnienie świata od wszelkiego zła” zostały napisane przez samego papieża i mają związek z jedną z Tajemnic Fatimskich.

    Św. Jan Paweł II powierzył się opiece Matce Bożej Fatimskiej, a w 1984 roku poświęcił cały świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O to poprosiła Matka Boża Fatimska, a sama siostra Łucja potwierdziła, że Jan Paweł II spełnił prośbę. Poniższa modlitwa jest kluczową częścią konsekracji dokonanej na Placu Świętego Piotra 25 marca (Święto Zwiastowania) w 1984 roku.

    Modlitwa o uwolnienie świata od wszelkiego zła:


    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!
    Od głodu i wojny, wybaw nas!
    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!
    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!
    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!
    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!
    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!
    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!
    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i “grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.
    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei! Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK – 25 WRZEŚNIA – WSPOMNIENIE BŁOGOSŁAWIONEGO WŁADYSŁAWA Z GIELNIOWA, PATRONA WARSZAWY

    ___________________________________________________________________

    Dziś przypada 70 rocznica aresztowania

    bł. Ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego,

    Prymasa Polski

    „Ci panowie chcieli strzelać”. 70 lat temu ubecja aresztowała prymasa Wyszyńskiego

    fot. screenshot YouTube (Krzysztof Łukaszewicz)

    ***

    „Ci panowie chcieli strzelać”.

    W nocy z 25 na 26 września 1953 roku komunistyczna bezpieka, decyzją Moskwy dokonała bezprecedensowego aresztowania na ponad 3 lata głowy polskiego Kościoła, kard. Stefana Wyszyńskiego.

    „Ci panowie chcieli strzelać” – powiedział kard. Wyszyńskiemu, aresztowany wraz z nim i poddany nieludzkim torturom, sekretarz prymasa Polski, bp Antoni Baraniak.

    „Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu” – odpowiedział prymas Wyszyński.

    W późny piątkowy wieczór 25 września 1953 roku do bramy rezydencji arcybiskupa zaczęła natarczywie dobijać się grupa mężczyzn, natomiast inna grupa przeskoczyła mur i natknęła się na bp. Baraniaka – czytamy na oficjalnej stronie archidiecezji gnieźnieńskiej, wspominającej tamte dramatyczne wydarzenia.

    Kard. Wyszyński schodząc z piętra na parter zapalił wszystkie światła – niech Warszawa wie, co dzieje się w domu prymasa.

    Jeden z oficerów wyciągnął z teczki dokument Rady Ministrów, który nakazywał prymasowi opuścić miasto i zamieszkać w wyznaczonym miejscu oraz zakazywał mu wszelkich czynności związanych z piastowanym urzędem. „Czytałem – napisał później – by nie zaogniać napiętej sytuacji”.

    Prymas Wyszyński zdążył jeszcze na ręce bp. Baraniaka złożyć oświadczenie, że z pełnionych stanowisk nie rezygnuje

    Po północy z różańcem i brewiarzem w ręku siedział już w samochodzie, który eskortowało sześć innych aut. Nad ranem kard. Wyszyński dotarł do pierwszego miejsca swego internowania w klasztorze kapucynów w Rywałdzie.

    Co ciekawe, wykonanie planu Bolesława Bieruta zakładającego aresztowanie prymasa Wyszyńskiego wstrzymywał sam Stalin, który tłumaczył Bierutowi, że jeszcze jest zbyt wcześnie na tego typu drastyczne ruchy i należy poczekać na odpowiedni moment.

    Bierut poczekał więc na śmierć Stalina i po niej otrzymał już z Moskwy zielone światło dla wdrożenia swego planu brutalnej walki z polskim Kościołem.

    ren/archidiecezja.pl

    ___________________________________________________________________________

     Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    W Stoczku Warmińskim zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. Dziś syn tego człowieka jest księdzem.

    Kard. Stefan Wyszyński został aresztowany przez władze komunistyczne w nocy z 25 na 26 września 1953 r. Podczas trzyletniego okresu odosobnienia przebywał kolejno w czterech miejscach internowania: Rywałdzie, Stoczku, Prudniku Śląskim i Komańczy. W wyniku wypadków październikowych 1956 r. powrócił do Warszawy na prośbę przedstawicieli rządu i 26 października – po uprzednim przyrzeczeniu ze strony władz państwowych przywrócenia Kościołowi głównych praw i naprawienia krzywd – objął ponownie wszystkie swoje funkcje w Kościele. Cennym dokumentem okresu odosobnienia Prymasa Polski są „Zapiski więzienne”. Obok kroniki życia codziennego obejmują również takie teksty, jak notatnik duchowy, listy, memoriały do władz oraz obszerne wypowiedzi będące osobistą refleksją nad sytuacją Kościoła w Polsce.

    Stoczek Warmiński na północnym wschodzie Polski. Kompletne odludzie. Do granicy z Rosją – niecałe trzydzieści kilometrów. Po obu stronach szosy rozciągają się lasy. Droga wydaje się bezkresna, prowadząca nie wiadomo dokąd. Tędy właśnie przewożono nocą pod eskortą więźnia Prymasa Wyszyńskiego. Powtarzała się scena znana z III części „Dziadów” Mickiewicza: „…coraz ku dzikszej krainie/Leci kibitka jako wiatr w pustynie …/Oko nie spotka ni miasta, ni góry,/Żadnych pomników ludzi ni natury;/Ziemia tak pusta, tak nie zaludniona…”.

    Jedynie widoczne z daleka wieże barokowego kościoła wskazują, że to tutaj znajduje się klasztor, w którym w latach 1952-53 był więziony za drutami kolczastymi prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński.

    Cela została do dziś

    Dzisiaj klasztor jest otoczony tym samym masywnym, wysokim murem. Teraz jednak na bramie widnieje wskazówka: „Do celi Prymasa Wyszyńskiego”. Trzeba przejść długie, zabytkowe krużganki, aby dostać się do domofonu na furcie. Dopiero po wciśnięciu dzwonka okazuje się, że ktoś tu mieszka.

    – Można zwiedzić nie tylko celę, ale także Muzeum Prymasa Wyszyńskiego – mówi ks. Piotr Sroka, miejscowy proboszcz. I zaprasza najpierw do muzeum na parterze. To przestronna sala, w której zwracają uwagę szklane gabloty z rękopisami byłego więźnia i fragmentami „Zapisków więziennych”. Także z pamiątkami z pobytu Kardynała. Wśród nich jest urządzenie znalezione niedawno podczas remontu w futrynie drzwi klasztornych, za którymi przebywał Prymas Wyszyński. Sygnalizowało każde jego wyjście do ogrodu.

    Prosto z muzeum schodami wchodzi się na piętro, gdzie znajdowała się cela kard. Wyszyńskiego. W celi – łóżko, dzbanek, miednica i jedno drewniane krzesło z napisem na kartce naklejonej niedawno: „Na tym krześle siedział Prymas Wyszyński”. Tu więzień dostawał twardą szkołę życia. Twardą, bo takie były warunki, w jakich przebywał. Budynek był nieogrzewany, ściany pokrywał biały szron i mróz, przy drzwiach leżały sterty lodu. Z powodu zimna Prymas miał popuchnięte ręce i oczy. Bolały go nerki. Dokuczliwy był też brak wody. Na skargi czynione komendantowi słyszał, iż sam jest sobie winien, że tu się znalazł. Mimo to zanotował w „Zapiskach”: „Nie czuję uczuć… nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela”.

    Ta sama jodła

    Klasztoru w Stoczku w dzień i w nocy strzegło około 30 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Wyszyński miał ograniczony zakres poruszania się: z celi mógł jedynie zejść na dół i przejść do ogrodu. Tego samego, co jest tu dziś. Tylko na drzewach i na ogrodzeniu nie ma teraz drutów kolczastych, które wówczas zewsząd otaczały klasztor. Tuż za oknem celi pozostała nawet ta sama jodła, na którą Wyszyński codziennie spoglądał i o której pisał filozoficznie: „Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała władczo wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. Jodła ani drgnie; zda się nie dostrzegać wrony. Znosi spokojnie wrzaskliwego gościa. Wszak tyle chmur już przeszło nad jej czołem, tyle ptaków przelotnych tu się zatrzymało. Poszły, jak ty pójdziesz. Nie twoje to miejsce. Cóż zdołasz krzykiem zdziałać? Ja pozostanę, by trwać w skupieniu, by budować swoją cierpliwością, by przetrwać wichry i naloty, by spokojnie piąć się wzwyż. Słońca mi nie przesłonisz, sobą nie zachwycisz, celu mej wspinaczki nie zmienisz. Był las, nie było was – i nie będzie was, będzie las. Bajka? Nie bajka!”.

    Widać, że w duszy więźnia bezsilność ustępowała miejsca akceptacji. A „kraty” powoli stawały się jakby niewidoczne. Zaczynał prowadzić „normalne” życie. Na tyle, na ile mógł. Za swoim przewodnikiem duchowym, ks. Korniłowiczem, Prymas Wyszyński powiedział sobie, że „zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”. Zatem najpierw ustalił sobie program dnia, którego pieczołowicie przestrzegał. Dzień zaczynał o świcie. Godzina 5 – pobudka. 5.45 – modlitwy poranne i rozmyślanie. O 7 odprawiał Mszę św. (w małym bocznym pomieszczeniu urządził kaplicę). Potem jadł śniadanie, a zaraz po nim, niezależnie od pogody, szedł na spacer. Potem odmawiał cząstkę Różańca i pracował – dużo czytał, pisał także artykuły i książki. Uczył się również języków obcych. Po obiedzie znów szedł na spacer do ogrodu i odmawiał kolejną cząstkę Różańca. I ponownie praca własna. Wieczór wypełniała modlitwa. W celi, gdyż drzwi do pobliskiego kościoła, który dzisiaj stanowi sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, były wtedy zamurowane. O tym, że miejsce odosobnienia sąsiaduje z kościołem, utwierdziły Wyszyńskiego dochodzące do niego zza muru słowa śpiewanej kolędy i dźwięk dzwonka wzywający na Mszę św. Przez cały okres uwięzienia nigdy nie mógł tam pójść.

    Prymas Wyszyński ułożył też w Stoczku akt osobistego oddania się Matce Najświętszej. Uczynił to 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia Maryi, przed obrazem Świętej Rodziny, który do dziś tutaj się zachował. Szybko okazało się, jak Opatrzność Boża przygotowywała go do większego dzieła. Jego osobisty akt oddania się Matce Bożej stał się fundamentem dla późniejszych Ślubów Jasnogórskich i Milenijnego Aktu na Tysiąclecie Chrztu Polski w 1966 r.

    Zadanie specjalne

    W Stoczku zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. – Skojarzyłem to sobie po przeczytaniu książki „Zapiski więzienne” – wyznaje pan Józef. W 1953 r. służył w wojsku w Ośrodku Szkoleniowym Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Szczytnie. Pod koniec września cała kompania została wywieziona do Stoczka, aby wykonać „zadanie specjalne”. Nie powiedziano żołnierzom jakie.

    – Mieszkaliśmy niedaleko klasztoru. W klasztorze wykonywaliśmy prace porządkowe, jak: wynoszenie mebli, figur, książek, które składaliśmy na korytarzu przy kościele. W jednym z pokojów była biblioteka pełna książek. Na drzwiach do pokojów były wypisane imiona mieszkających tam kiedyś zakonników. Wszystko to zostało zamalowane, również ściany i podłogi. Pracowaliśmy w dzień, natomiast w nocy pracowali jacyś cywile, którzy zakładali różne instalacje elektryczne. Prądu tam nie było, przy wejściu od strony podwórza stał agregat prądotwórczy. Podczas malowania podłogi jeden z żołnierzy zauważył w otworze po wykruszonym sęku w listwie przypodłogowej coś błyszczącego, podobnego do sitka, oderwał listwę i wyciągnął mikrofon. Zameldował o odkryciu oficerowi, no i się zaczęło. Przerwano pracę, a następnego dnia wyjaśniono nam, że to, co tu wykonujemy, jest ściśle tajne, że tu, w tych pomieszczeniach, będą mieszkali i szkolili się polscy szpiedzy, że służby specjalne muszą o nich wszystko wiedzieć, nawet to, co mówią przez sen, stąd te podsłuchy – relacjonuje pan Józef.

    W ogrodzie, razem z innymi żołnierzami, wycinał drzewa, stawiał parkany, a na strychu budynku gospodarczego budował stanowisko obserwacyjne i miejsce na karabin maszynowy.

    Dziś pan Józef żałuje jednego: że nie powiedział o tym wszystkim Prymasowi. Gdy przeczytał „Zapiski więzienne” i zorientował się w całej sytuacji, Prymas już nie żył.

    Dzisiaj najstarszy syn pana Józefa jest księdzem.

    Bez wyroku, bez aktu oskarżenia

    W więzieniu władze państwowe pozbawiły Wyszyńskiego wszelkich praw. Został on uwięziony, nie wiadomo na jak długo, bez przysługujących mu praw więźnia, bez wyroku, bez aktu oskarżenia. „Zostałem skazany na śmierć cywilną i sprowadzony do poziomu «liszeńca». Z takim stanowiskiem, wydaje mi się, nie powinienem się tak łatwo pogodzić i muszę czynić wszystko, by doszło do wymiany poglądów” – pisał Wyszyński. Ale zwodzono go przez cały czas. Na wszelkie skargi, iż jest bez podstaw prawnych pozbawiony wolności, słyszał z ust komendanta, że nie jest więźniem, lecz osobą, która „przebywa w klasztorze”, a to jest zasadnicza różnica…

    Tymczasem zgodę na uwięzienie Prymasa Polski wyrazili przedstawiciele najwyższych władz państwowych: prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz, Franciszek Mazur, Edward Ochab i marszałek Konstanty Rokossowski. Po tym, jak w nocy z 25 na 26 września 1953 r. esbecy wtargnęli do rezydencji przy Miodowej i jak skazańca wyprowadzili Prymasa do samochodu, nikt nie wiedział, jakie są jego losy. Miejsca pobytu Wyszyńskiego komunistyczne władze nie chciały ujawnić nawet jego najbliższej rodzinie. Kiedy jedna z jego sióstr udała się do premiera, licząc, że uzyska jakieś informacje na temat brata, najpierw długo czekała w kolejce interesantów, a gdy dostała się na rozmowę, premier zapytał ją: „Pani w jakiej sprawie?”.

    – Jestem siostrą kard. Wyszyńskiego. My wszyscy, cała rodzina, stary ojciec, czekamy i prosimy o kontakt… Czy tak musiało być?

    Premier odparł zdenerwowany: – On nam tak przeszkadzał…, już nam tak przeszkadzał!

    W końcu do opinii publicznej dotarł lakoniczny oficjalny komunikat rządowy, stwierdzający, że „zakazano arcybiskupowi Stefanowi Wyszyńskiemu wykonywania funkcji związanych z dotychczasowymi jego stanowiskami kościelnymi”.

    A tak się kiedyś bał młody ksiądz Stefan Wyszyński, że „nie dostąpi zaszczytu, którego doznali wszyscy koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia…”.

    Gdy w 1956 r. został uwolniony, stwierdził, że nigdy nie wyrzekłby się tych trzech lat. „Lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

    – Pobyt w więzieniu wyraźnie pokazuje, jak Prymas dorastał do świętości – ocenia ks. dr Andrzej Gałka, sędzia w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. – Był to dla niego czas bliskiej przyjaźni z Panem Jezusem i z Matką Bożą. Umiał zaufać Bożej Opatrzności, dostrzec wolę Bożą w swoim życiu. Dlatego wyszedł z więzienia jako zupełnie inny człowiek.

     Milena Kindziuk/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szczęśliwe krzyże Prymasa

    Biurko i inne prywatne przedmioty kard. Wyszyńskiego w klasztorze w Komańczy.

    Biurko i inne prywatne przedmioty kard. Wyszyńskiego w klasztorze w Komańczy.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Droga Wielkiego Piątku, jaką szedł kard. Wyszyński, nie oznaczała cierpiętnictwa. Oznaczała wolność.

    Przyjechali nad ranem 26 września 1953 roku. Kilkudziesięciu ponurych mężczyzn otoczyło klasztor w Rywałdzie. Kazali wynosić się zakonnikom z pierwszego piętra. Do zaniedbanej celi, której dwa okna wychodzą na przyklasztorne podwórze, funkcjonariusze wprowadzili kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Znaczące, że choć prymas w tym pierwszym miejscu swojego odosobnienia przebywał tylko kilkanaście dni, pozostawił po sobie jedną pamiątkę – Drogę Krzyżową, rozpisaną na ścianach pomieszczenia.

    „Dziś »erygowałem« sobie Drogę Krzyżową, pisząc na ścianie ołówkiem nazwy stacji Męki Pańskiej i oznaczając je krzyżykiem” – zapisał w dzienniku.

    Kto zachowuje się w ten sposób? Odruchem przeciętnego człowieka, poddanego niezasłużonym szykanom, jest skupienie się na swojej krzywdzie i zasklepienie się w przeżywanym cierpieniu. To bywa jałowe. Prymas Wyszyński wybrał inną drogę – skoncentrował się na cierpieniu Jezusa. To prowadzi do zbawienia, a już tu na ziemi uwalnia i przynosi pokój ducha.

    Jedyna droga

    „Całe moje życie było drogą Wielkiego Piątku” – powiedział prymas Wyszyński po przyjęciu sakramentu chorych, kiedy od śmierci dzieliło go tylko kilka dni. Nie była to deklaracja cierpiętnika – to był manifest człowieka wolnego, który przylgnąwszy do krzyża Chrystusa, przekonał się, że to z niego bije źródło szczęścia.

    Stefan Wyszyński przeczuł to już w dzieciństwie. „Był to Wielki Piątek, w nocy. Cała niemal parafia zebrała się na ostatnie Gorzkie Żale. Śpiewano wszystkie trzy części, jak wtedy było w zwyczaju, a w przerwach obchodzono drogę krzyżową. Całą noc przesiedziałem w kościele skulony przy konfesjonale, który stał przy wejściu do zakrystii. Zapamiętałem mocno tę modlitwę przy grobie Chrystusa” – wspominał po latach. To przeżycie utwierdziło go w przekonaniu, że powinien zostać kapłanem. „Przeżycia tej nocy rzeźbiły moją chłopięcą duszę, pomagały mi odkrywać piękno drogi, którą zamierzałem pójść. Uważałem, że jest to jedyna droga dla mnie, nie może być inaczej. I do dziś dnia nie mam żadnej wątpliwości, że taka powinna być moja droga” – zapisał.

    Znamienne słowa – Stefan Wyszyński już w dzieciństwie odkrył, że droga Wielkiego Piątku jest PIĘKNĄ drogą. W żadnym stopniu nie jest to droga odpychająca, w żaden sposób przytłaczająca i degradująca, ale pociągająca tak, że warta poświęcenia całego życia. Nie może być inaczej, bo droga Wielkiego Piątku jest nade wszystko drogą Jezusa Chrystusa. To On w Wielki Piątek przyjął gorzkie jarzmo krzyża i poniósł jego ciężkie brzemię, a człowiek, który za Nim idzie, niesie lekkie brzemię i doświadcza jego słodyczy.

    Męka prymicji

    O tym właśnie świadczy sposób, w jaki Stefan Wyszyński przyjmował kolejne krzyże, jakie pojawiały się na jego drodze. A było ich sporo. Gdy miał dziewięć lat, zmarła mu mama. Tęsknota za nią pozostała w nim na zawsze, ale nigdy go to zdarzenie nie złamało. Przeciwnie – to pod wpływem tego przeżycia zdecydował: „Chcę mieć Matkę, która nie umiera”. Była to decyzja niezmiernie doniosła, bo jeszcze mocniej związała go z Maryją.

    Gdy Stefan poszedł do seminarium, słabe zdrowie nieomal zamknęło mu drogę kapłańską. Z powodu choroby płuc jego święcenia odbyły się z opóźnieniem. „Byłem święcony sam. Moi koledzy otrzymali święcenia 29 czerwca, a ja w tym dniu poszedłem do szpitala. (…) Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: »Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń«” – opowiadał później. Wspominał też, że podczas ceremonii wygodniej mu było leżeć krzyżem na ziemi, niż stać. Skomentował to tak: „Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym”.

    Nowy kapłan odprawił prymicje 5 sierpnia 1924 r. w Częstochowie, w kaplicy Cudownego Obrazu. „Pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej, jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii” – uzasadniał we wspomnieniach.

    „Prawdziwą męką była moja pierwsza Msza święta” – zaświadczył. Modlił się wtedy, żeby mógł odprawić jeszcze kolejną. I odprawił ją. I jeszcze jedną, i jeszcze wiele tysięcy Mszy św…

    Kolejny raz okazało się, że dla woli Bożej nie istnieją żadne przeszkody. Po odprawieniu prymicji ksiądz Stefan poczuł się silniejszy. Poprawa zdrowia okazała się trwała, i to w takim stopniu, że był w stanie służyć Kościołowi jeszcze przez długie lata.

    Dziękuję za taki los

    Rzecz jasna nie tylko do kwestii zdrowotnych sprowadzały się krzyże prymasa. Jednym z bardziej wyrazistych było jego uwięzienie i przetrzymywanie w latach 1953–1956 w miejscach odosobnienia. Znamienna jest przebijająca z „Zapisków więziennych” gotowość prymasa do przyjmowania cierpienia. Więcej nawet – widać w nich szczerą wdzięczność Chrystusowi za doświadczane przeciwności. „Dziękuję Ci, Mistrzu, za to, żeś mój los tak bardzo upodobnił do Twojego, za to, żeś w Męce swojej zostawił mi dobry wzór męki mojej” – pisał 22 czerwca 1956 roku w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. „Opuścili Cię Twoi Apostołowie, jak mnie opuścili biskupi; opuścili Cię Uczniowie, jak mnie moi kapłani. I jedni, i drudzy poddali się trwodze. Pozostała przy Tobie garstka niewiast; widzę je i przy sobie. Pozostali sami świeccy, słabi, grzesznicy: Łotr, Magdalena, Setnik, Nikodem, Józef z Arymatei i Szymon z Cyreny. I przy mnie została gromadka świeckich katolików, wcale nie najmocniejszych, którzy mają odwagę przyznawać się do mnie. To wszystko” – notował prymas. I podsumował: „Gdy porównam moje małe cierpienia z Twoimi, raduję się, że wszystko przeżyłeś, co każesz mi naśladować. Bądź uwielbiony w męce mojej”.

    Tam też, w Komańczy, w obliczu przedłużającego się internowania, zadeklarował: „Wyrzekam się dobrowolnie wszelkich starań o wyzwolenie, dobrowolnie przyjmując dalszą udrękę, byleś tylko Ty, Matko, miała okazać w pełni chwałę swoją”.

    Kardynał Wyszyński bardzo pragnął być na Jasnej Górze 26 sierpnia, gdy – za jego inspiracją – naród składał śluby jasnogórskie. A jednak nie było mu to dane. „Ja mam pełne do tego prawo, mam święty obowiązek i któż tego goręcej pragnie niż ja? A jednak, mając tak Potężną i tak Dobrą Panią, mam zostać w Komańczy” – pisał. Przyjmował to z uległością. Więcej nawet – dostrzegał w tym rękę Maryi. „To jest Twoje królowanie nade mną. Uczyniłem, co mogłem, dla Twojej chwały: przygotowałem w dniu 16 maja tekst Ślubowania, napisałem adoracje stanowe: dla kapłanów, dla młodzieży, dla mężów i matek. Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich. Modliłem się o największą chwałę Twoją na dziś. Chciałem ją zdobyć za cenę mej nieobecności. Ufam, że Królowa Niebios i Polski dozna dziś wielkiej chwały na Jasnej Górze. Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu” – modlił się, pisząc.

    Nie mogę prosić o nic

    Na tym polegał Wielki Piątek prymasa: na otwartości na wolę Bożą. Nie na unikaniu życiowych krzyży ani też na cierpiętnictwie. Jego życie było pełne radości, która brała się nie z realizacji własnych zamierzeń, lecz z decyzji przyjmowania wszystkich zamierzeń Boga. Te zaś – taki paradoks – objawiają się nawet bardziej w przeciwnościach niż w tym, co idzie pomyślnie. To nie spełnienie się swoich życzeń, ale przyjęcie woli Bożej sprawia, że „kamień spada z serca”. Tego na każdym kroku doświadczał kardynał Wyszyński. I do końca o tym pamiętał – bo też do końca musiał się czegoś wyrzekać.

    Gdy w kwietniu 1981 roku zaczął brać chemię, zapisał w dzienniku: „Nie ma dnia bez cierpienia”. Lecz nie fizyczne dolegliwości były dla niego największym krzyżem, a niemożność uczestniczenia w katedrze w Triduum Paschalnym. „W Wielkim Tygodniu, gdy biskup jest tak bardzo potrzebny wśród ludzi – jestem sam ze swoimi cierpieniami duchowymi, które są gorsze niż fizyczne… Twój niewolnik, Matko, czuje głęboko swą nieużyteczność” – stwierdził. Zapisał też: „Największym bólem moim było to, że w Wielki Czwartek nie mogłem być ze świętym prezbiterium. Podobnie nie mogłem ucałować nóg Kościoła świętego warszawskiego w liturgii wielkoczwartkowej. To ból równy temu, jaki przeżyłem w 1954, 5 i 6 roku, siedząc w więzieniu w czasie Wielkiego Tygodnia”.

    Nie skarżył się jednak. „Miałem czas przez te dwa tygodnie pobytu w łóżku zastanowić się nad tym, jak wielki to dar Boży – czas, którego Bóg dał mi tyle – blisko 80 lat. Nie mogę prosić o nic Boga ani Jego Syna. Nie mogę prosić o powrót do zdrowia, do sił, dlatego że na stolicy biskupów warszawskich i gnieźnieńskich przebywam blisko 33 lata. To jest duży szmat czasu. Z wielu względów zasługuje on na jakąś decyzję ze strony Chrystusa, który ustanawia pasterzy i ich odwołuje. I w tej dziedzinie jestem również całkowicie spokojny” – zapisał.

    Chrystus podjął decyzję: 28 maja 1981 roku zdjął z ramion prymasa ostatni krzyż i zamienił go na koronę chwały. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 29 WRZEŚNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    WSPOMNIENIE ŚWIĘTYCH ARCHANIOŁÓW: MICHAŁA, GABRIELA I RAFAŁA

    18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Święci Archaniołowie, módlcie się za nami!

    Święci archaniołowie, módlcie się za nami!

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.

    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.

    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.

    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.

    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).

    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.

    W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.

    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.

    W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.

    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.

    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.

    W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.

    (brewiarz.pl)

    Litania do archaniołów św.św. Michała, Gabriela i Rafała

    Panie, zmiłuj się nad nami!

    Chryste, zmiłuj się nad nami!

    Panie, zmiłuj się nad nami!

    Chryste, usłysz nas!

    Chryste, wysłuchaj nas!

    Ojcze z nieba, Boże, Stworzycielu wszystkich duchów, zmiłuj się nad nami!

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, na którego patrzeć pragną aniołowie, zmiłuj się nad nami!

    Duchu Święty, Boże, radości duchów błogosławionych, który uświęcasz dusze, zmiłuj się nad nami!

    Święta Trójco Jedyny Boże, chwało świętych aniołów, zmiłuj się nad nami!

    Święta Maryjo, Królowo duchów niebieskich; módl się za nami.

    Święty Michale, książę zastępu wiecznego;

    Wodzu aniołów pokoju;

    Najmocniejszy w walce;

    Pogromco pradawnego węża;

    Odwieczny obrońco ludu Bożego;

    Któryś wygnał z nieba Lucyfera i jego popleczników;

    Który przyjmujesz odchodzące dusze i prowadzisz je do raju;

    Pocieszenie wiernych,

    Opiekunie tych, którzy oddali się tobie;

    Święty Gabrielu, któryś objawił Danielowi tajemnice Boskie;

    Który zapowiedziałeś narodziny i misję Św. Jana Chrzciciela;

    Który zwiastowałeś Wcielenie Słowa;

    Stróżu Najświętszej Panienki;

    Czuwający nad dzieciństwem Zbawiciela

    Który pocieszałeś Chrystusa w chwilach męki;

    Wierny sługo Chrystusa;

    Święty Rafale, aniele zdrowia;

    Święty Rafale, jeden z siedmiu duchów stojących przy Tronie Boga;

    Wierny przewodniku Tobiasza;

    Który zmusiłeś diabła do ucieczki;

    Orędowniku naszych modlitw przed Panem;

    Uzdrowicielu ślepego;

    Wspomożycielu w strapieniu;

    Pocieszycielu w trudach;

    Niosący radość twym wiernym podopiecznym.

    Święty Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami.

    Jezu Chryste, błogosławieństwo aniołów, przepuść nam!

    Jezu Chryste, chwało duchów niebieskich, wysłuchaj nas!

    Jezu Chryste, ozdobo wiecznych zastępów, zmiłuj się nad nami!

    Do Św. Michała

    Boże, który sprawiłeś, że błogosławiony Michał, Twój Archanioł, zwyciężył pysznego Lucyfera i nikczemne duchy, błagamy Ciebie, byśmy walcząc pod Krzyżem i za swoje przyjmując dewizę: Któż jak Bóg!?, zwyciężyli wszy­stkich naszych wrogów, pokonali wszelkie przeszkody i uporządkowali nasz żywot zgodnie z Twoją wolą i przykazaniami. Przez Jezusa Chrystusa, Pana Nszego. Amen.

    Do Św. Gabriela

    Boże, orędowniku zbawienia ludzkości, który posłałeś błogosławionego Gabriela, stojącego przed Twoim tronem, by zwiastował prześwietnej Dziewicy tajemnicę wejścia Twojego błogosławionego Syna w ciało człowiecze, błagamy Ciebie, byśmy poprzez jego wstawiennictwo zyskali pomoc w każdej naszej potrzebie, duchowej i doczesnej. Przez Jezusa Chrystusa, Pana Naszego. Amen.

    Do Św. Rafała

    Boże, który w swej niewysłowionej dobroci uczyniłeś bło­gosławionego Rafała przewodnikiem wiernych w ich wędrówkach, pokornie prosimy Cię, by poprowadził on nas na drodze zbawienia i byśmy doświadczyli jego pomocy w chorobie duszy. Przez Jezusa Chrystusa, Pana Naszego. Amen

    -/brewiarz.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 30 WRZEŚNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXV NIEDZIELI

    PO MSZY ŚWIĘTEJ SPOTKANIE WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    ***

    Dlaczego święty Jan Paweł II dodał do różańca tajemnice światła?

    Dlaczego Jan Paweł II dodał do różańca tajemnice światła?

    fot. dpositphotos.com

    *****

    Dwadzieścia lat temu św. Jan Paweł II opublikował list apostolski Rosarium Virginis Mariae , dodając pięć tajemnic światła do tradycyjnych 15 rozważanych w różańcu. Papież zaproponował tajemnice światła, aby „podkreślić chrystologiczny charakter różańca”.

    Tajemnice Światła odnoszą się do życia publicznego Chrystusa między Jego chrztem a męką. Tajemnice tej części różańca dotyczą chrztu Jezusa w Jordanie, cudu na weselu w Kanie, głoszenia Królestwa Bożego z wezwania do nawrócenia, Przemienienia na Górze Tabor oraz ustanowienia Eucharystii – ,,sakramentalnego wyrazu tajemnicy paschalnej”, jak określił papież Jan Paweł II.

    W liście apostolskim św. Jan Paweł II wyjaśnił, że „różaniec, choć wyraźnie ma charakter maryjny, jest w istocie modlitwą chrystocentryczną”.  Zaproponował, aby Tajemnice Światła były kontemplowane w czwartki.

    Papież uznał za stosowne, aby „po refleksji nad wcieleniem i ukrytym życiem Jezusa (tajemnice radosne), rozważać pewne szczególnie ważne momenty Jego publicznej posługi (tajemnice światła) i przed skupieniem się na cierpieniach Jego męki (tajemnice bolesne) oraz na triumfie Jego Zmartwychwstania (tajemnice chwalebne)”.

    Tajemnica Chrystusa jest tajemnicą światła

    Św. Jan Paweł II wyjaśnił, że każda z tajemnic światła „jest objawieniem Królestwa obecnego w samej osobie Jezusa”. Ta obecność przejawia się w szczególny sposób w każdej z nich.

    Przez chrzest Chrystus „stał się «grzechem» ze względu na nas (por. 2 Kor 5, 21)”, Ojciec ogłasza Go Umiłowanym Synem, a Duch Święty „zstępuje na Niego, aby powierzyć Mu misję, którą ma wypełnić”.

    Na weselu w Kanie Galilejskiej Jezus, przemieniając wodę w wino, „otwiera serca uczniów na wiarę dzięki interwencji Maryi, pierwszej wśród wierzących”.

    Głosząc o Królestwie Bożym i wzywając do nawrócenia, Chrystus inicjuje „posługę miłosierdzia”, która jest kontynuowana przez „Sakrament Pojednania, który powierzył swojemu Kościołowi”.

    Dla św. Jana Pawła II Przemienienie na Górze Tabor jest „tajemnicą światła par excellence ”, ponieważ „chwała Bóstwa jaśnieje z oblicza Chrystusa, gdy Ojciec nakazuje zdumionym Apostołom «słuchać go»”.

    Podczas ustanowienia Eucharystii „Chrystus ofiarowuje swoje Ciało i Krew jako pokarm pod znakami chleba i wina i świadczy «do końca» o swojej miłości do ludzkości (J 13, 1), dla której zbawienia złoży się w ofierze”.

    Maryja w Tajemnicach Światła

    Św. Jan Paweł II zwrócił uwagę, że „oprócz cudu w Kanie, obecność Maryi pozostaje w tle”. Jednak „rola, którą przyjęła w Kanie, w pewien sposób towarzyszy Chrystusowi w całej jego posłudze” z jej matczyną radą: „Czyń, cokolwiek ci powie (J 2, 5”). Ta rada to „odpowiednie wprowadzenie do słów i znaków publicznej posługi Chrystusa i stanowi maryjną podstawę wszystkich «tajemnic światła»”- uważa Papież.

    CNA/kh/Deon.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________


    Są trzy poziomy odmawiania różańca.

    Wiele osób odczuwa trudności na drugim

    Są trzy poziomy odmawiania różańca. Wiele osób odczuwa trudności na drugim

    Różaniec/fot. Wavebreak Media LTD / Depositphotos.com

    ***

    Różaniec może być przeżywany na trzech poziomach duchowych, które są często równoległe. Wiele osób przeżywa to, nawet o tym nie wiedząc – mówi ks. Janusz Umerle.  

    W konferencji opublikowanej na swoim youtube’owym kanale ks. Umerle dzieli się w wiernymi kilkoma cennymi spostrzeżeniami dotyczącymi różańca. Jak zauważa, ta modlitwa może mieć trzy poziomy. 

    Pierwszy poziom różańca: modlitwa tajemnicami

    Pierwszy poziom odmawiania różańca to modlitwa tajemnicami.

    – Ten pierwszy poziom jest najniższy, najmniej cenny. Dlatego, że “przeżuwając” tajemnice wiary, kiedy odmawiamy dwadzieścia tajemnic różańca, poznajemy Pismo Święte. Każda z tych tajemnic ma odpowiednik w Piśmie Świętym. Więc poznajemy Słowo Boże. Poznajemy przez to wiarę. W takim odmawianiu różańca na podstawowym poziomie medytowania tajemnic na pierwszy plan wysuwa się medytacyjny, refleksyjny charakter różańca; rozmyślamy nad tajemnicą, nad tym, w co wierzymy – mówi ksiądz.

    Drugi poziom różańca: trudności i rozproszenia

    Wiele osób mówi, że podczas modlitwy tajemnicami różańca nie może się skupić, że są rozproszenia – zauważa ks. Umerle. Jak wyjaśnia, to dlatego, że większość z nas jest na etapie tzw. drugiego nawrócenia, na drugim etapie życia duchowego.

    – Jesteśmy już raz nawróceni, mamy łaskę żywej wary, wiemy, że Bóg jest, wierzymy w Niego. I ta łaska Boża natrafia w nas na różne rzeczy. Na nasze grzechy ciężkie, zranienia. To jest drugie nawrócenie – że każdego dnia mamy się uzdrawiać, oczyszczać. To nie jest proces jednorazowy, to jest długi proces uzdrowienia, oczyszczania, odnajdowania pokoju, zrozumienia samego siebie. I tu przychodzi następny etap różańca – mówi duchowny.

    Wyjaśnia, że gdy walczymy z czymś w sobie i pojawia się w nas jakaś oschłość duchowa, refleksyjny sposób odmawiania różańca, którego doświadczamy na pierwszym poziomie, staje się niemożliwy.

    – To znaczy wiemy, że odmawiamy tajemnicę zwiastowania, ale nic nam do głowy nie przychodzi, gdy ją odmawiamy. Nie potrafimy się na tej tajemnicy skoncentrować. I Bóg chce, żeby tak było! To jest stan ducha pochodzący od Boga, stan oczyszczenia, walki – podkreśla ksiądz. – To jest czas, kiedy trzeba klepać różaniec. Odmawiaj go mechanicznie. Nie musisz mieć wielkich głębokich duchowych rozważań. Myśli są rozproszone? Niech sobie będą. 

    Trzeci poziom różańca: jestem modlitwą

    Trzeci poziom różańca to ten, do którego dochodzimy po pewnym czasie i zauważamy, że zaczynamy go odmawiać nawet nieświadomie.

    – Ten różaniec zaczyna przenikać całą naszą naturę, wsiąkać w nasze istnienie. Człowiek gdzieś idzie i po dziesięciu minutach orientuje się, że odmawia różaniec, chociaż nie trzyma go w palcach. Ja słyszę w sobie, że tam jest “Zdrowaś Mario!”. To zaczyna być drugą naturą człowieka. Wiele osób to ma: najprościej mówiąc – jestem różańcem. Staję się różańcem. Ta modlitwa sama się już we mnie odmawia. Nie jest ważne, czy jestem skupiony, czy nie. Zaczynam znowu odmawiać różaniec tajemnicami, które rozumiem, które same do mnie przychodzą, nie potrzebuję książeczki, by je rozważać – podkreśla ks. Umerle.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziadkowie jako świadkowie wiary

    Dziadkowie jako świadkowie wiary

    fot. Ruggiero Scardigno / Depositphotos

    *****

    Gdy rozmawiam z młodymi wierzącymi ludźmi coraz częściej zdarza mi się słyszeć, że są obiektem rodzinnych kpin i przytyków ze względu na swoje “staroświeckie” poglądy i wiarę. Można mówić, że młodzi z Kościoła odchodzą, wszak statystyki są jednoznaczne. Co jednak z tymi młodymi i osobami w wieku średnim, którzy są blisko Kościoła, żyją wśród swoich bliskich, ale jakby na odludnej wyspie?

    Można śmiało stwierdzić, że problemów jest więcej niż te, które widać, parząc tylko z zewnątrz. Wielu poszukuje sensownej formacji czy wspólnoty i niewiele poza Domowym Kościołem ma w swoim zasięgu. Ludzie szukają głębi po omacku, bo nie mają w życiu duchowych towarzyszy i przewodników. Niezrozumienie otoczenia jest coraz bardziej wyczuwalne, bo ludzie lawinowo odchodzą z Kościoła, albo zostają w nim tylko w teorii.

    Jeszcze czterdzieści lat temu nieślubne dziecko, czy rozwód były powodem pewnego wstydu. Teraz celebryci chwalą się kolejnymi związkami, a ludzie wokół – również katolicy – klaszczą im i gratulują. Nikt nie płacze nad rozpadem kolejnej rodziny czy czyjegoś życia w grzechu (czasem wręcz życia niemoralnego i gorszącego). Dziś rodzice i dziadkowie pozwalają zamieszkać pod swoim dachem dzieciom czy wnukom z ich kolejnym partnerem i nie widzą w tym najmniejszego problemu. Nie starają się nawet w jakikolwiek sposób wpłynąć na ich decyzję, bo sami przestali uważać ją za niewłaściwą. Dlaczego?

    Kto z nas ma bądź miał dziadków, którzy się za nas modlili? Mam jedno wspomnienie mojej zmarłej przed trzydziestoma laty babci, która powiedziała, że codziennie się za mnie modli. Wierzę, że jej modlitwa zmieniła wiele. Wytrwała modlitwa babci – może ta wyśmiewana dziś pobożność, z dziadkami z różańcem w dłoni. Jednak takiej pobożności bardzo nam dziś brakuje, bo za nią też często szło życie zgodne z tym, do czego zachęca nas Kościół. Nie widzę wokół siebie zbyt wielu dziadków, którzy są wsparciem w duchowej drodze nastolatków, młodych dorosłych czy ludzi w średnim wieku, jeśli ich starsi już rodzice bądź dziadkowie jeszcze żyją.

    Dziś częściej z ust dziadków słyszy się “takie czasy, teraz jest inaczej”, niż “weź się w garść, zawalcz o siebie i swoją rodzinę”. Brakuje nam autorytetów, bo często w rodzinie darmo ich szukać, a wokół nie zawsze widzimy tych, którzy mogliby się nimi dla nas stać.

    Lubię chodzić wieczorami na Msze w mojej parafii. Przed każdą z nich jest odmawiany różaniec i ogromnie cieszy mnie ta garstka starszych ludzi, którzy codziennie odmawiają go na kolanach. Można się z tego śmiać, ale kogo z nas stać na taki wysiłek, poświęcenie czasu, bycie przy Bogu? Dla mnie ci ludzie są obrazem mojego głębokiego pragnienia bym sama za czterdzieści lat mogła klęczeć na ich miejscu, na starych i obolałych kolanach, z miłości do Boga i ludzi. Ta garstka jest dla mnie światełkiem nadziei.

    Gdzie szukać dziś autorytetów, gdy nie można go odnaleźć wśród najbliższych? Z  kim rozmawiać o swoich wątpliwościach, problemach, duchowych rozterkach, jeśli jest się jedyną osobą w domu, która przy wigilijnym stole chce odczytać fragment Ewangelii? Czy to, że jest się “odludkiem” w rodzinie nie sprawia, że się od niej jeszcze bardziej oddalamy? Czy czyjś śmiech i kpina nie stają się powodem porzucenia dobrych i wartościowych praktyk?

    Szukajmy wokół siebie autorytetów. Jeśli nie ma ich wśród najbliższych, być może są gdzieś obok, np. w kościele parafialnym na modlitwie różańcowej przed wieczorną Mszą? Jeśli nadal nie widać ich na horyzoncie, poszukajmy wśród rówieśników. Ostatnio coraz częściej przekonuje się o tym, że mam wokół siebie bardzo wielu świadomie wierzących 30-40 latków, którzy podobnie jak ja, chcieliby usiąść przy swojej babci odmawiającej z nimi różaniec. Babcia się jednak nie modli, albo już jej z nami nie ma… Może jednak znajdzie się ktoś inny?

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XXVI NIEDZIELA * ROK A

    1 PAŹDZIERNIKA

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ***

    … Siła Kościoła bierze się z modlitwy, różańca, adoracji i medytacji, ale coraz częściej modlitwę utrudnia nam nieumiejętność przebywania w ciszy i milczeniu. Jest w nas dużo chaosu i hałasu, które nie pozwalają nam spotkać się z Bogiem.
    Modlitwa Pana Jezusa jest, jak podziemna rzeka przenika ona całą Jego egzystencję: Jego relacje i gesty, prowadzi Go do wypełnienia Jego misji, czyli do zbawienia świata”. – Chrystus modli się, by dać nam przykład, by nauczyć nas modlitwy i by nam pomóc w naszej modlitwie. Coraz częściej modlitwę utrudnia nam nieumiejętność przebywania w ciszy i milczeniu.
    Jest w nas dużo chaosu i hałasu, które nie pozwalają nam spotkać się z Bogiem. Modlitwa osobista jest potwierdzeniem, że mamy nad tym wszystkim jeszcze kontrolę (…) i choć na chwilę potrafimy stanąć przed Panem i oddać Mu wszystko. Brak modlitwy osobistej jest sygnałem, że tę kontrolę tracimy. 
    Historia Eliasza pokazuje, że Bóg do człowieka „chce przyjść w intymności” (….), w spokoju łagodnego powiewu”.
    Szmeru się nie usłyszy w hałasie, a łagodnego powiewu nie rozpozna się w biegu
    Żeby nie popaść w obojętność czy wręcz ospałość w Kościele, którą obecnie z taką łatwością akceptujemy, że mniej ludzi chodzi do kościoła, że mniej praktykuje. Wciąż powtarzamy tekst papieża Benedykta o chrześcijaństwie małych wysp, chyba do końca go nie rozumiejąc i szukając w nim usprawiedliwienia dla naszej ospałości. Coraz częściej można też usłyszeć głosy, że nie chcemy nikogo nawracać do Chrystusa. To po co jest Kościół? (…) Musimy uważać, by w imię jakiejś ultragrzeczności nie zredukować misji Kościoła jedynie do przytulanki.
    Przykład św. Jacka pokazuje skąd ten święty miał siłę na prowadzenie bardzo intensywnego życia.
     – Prowadził życie aktywne, wielokrotnie zmieniał miejsce pobytu, kilkukrotnie przemierzył Polskę pieszo, zakładał kolejne dominikańskie klasztory. (…) Skąd miał na to siłę, zwłaszcza, że żył w czasach niespokojnych i trudnych, choćby walk między piastowskimi książętami, sporów dzielnicowych, czy najazdów tatarskich? Odpowiedzią jest m.in. ikona św Jacka, przedstawiająca go z monstrancją z Najświętszym Sakramentem i figurą Najświętszej Panny Maryi. – Jego siła, ale i siła Kościoła bierze się właśnie stąd: z modlitwy, różańca, adoracji i medytacji. 
     (fragmenty z homilii abp Adriana Galbasa SAC podczas Mszy św. sprawowanej w Sanktuarium św. Jacka w Kamieniu Śląskim, źródło:archidiecezjakatowicka.pl / Radio eM Katowice / mł)

    ***

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej.

    Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    _________________________________________________________________________________________________

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej Komunii św.

    Wspominany 1 sierpnia przez Kościół założyciel zgromadzenia redemptorystów bardzo dużą wagę przykładał do częstego karmienia się przez wierzących Komunią św. i przestrzegał tych, którzy pod pozorem pobożności unikają częstego umacniania się Chlebem eucharystycznym.

    XVIII-wieczny włoski święty, który zmarł na zaledwie 2 lata przed wybuchem rewolucji francuskiej, pozostawił po sobie wiele niezwykle cennych i wartościowych myśli na temat

    „Osoby, które często i z prawdziwym pragnieniem przyjmują Boga do swego serca, szybko wzrastają w miłości Bożej i czynią wielkie postępy w dążeniu do doskonałości. Pan okazuje im wielkie łaski i obdarza coraz hojniej swoją miłością”.

    „Powstrzymywanie się od przyjmowania Komunii św. nie uczyniło nikogo doskonalszym. Chrześcijanin nie staje się lepszy poprzez oddalenie od sakramentu Eucharystii”.

    „Cała doskonałość tego sakramentu polega na zjednoczeniu duszy z Panem Bogiem. Komunia jest aktem najbliższego zjednoczenia. Ponad ten akt nie można uczynić nic milszego Bogu”.

    „Kto mówi, że czuje swą niegodność, powinien wiedzieć, że im bardziej ociąga się z przystąpieniem do stołu Pańskiego, tym bardziej niegodność jego się zwiększa. Im rzadziej przyjmuje Najświętszy Sakrament, tym bardziej wzrastają jego wady, bo pozbawia się łask i pomocy duchowych, których ten sakrament jest źródłem”.

    „Bardziej pokorna jest ta osoba, która często przyjmuje komunię św. niż ta, która się wymawia od niej swoją niegodnością. Pierwsza szuka bowiem lekarstwa na swoje choroby, podczas gdy druga w rzeczywistości oddala się od Boga”.

    „Nie wymawiajmy się więc od częstej Komunii św. pod pozorem, że rzadziej będziemy ją przyjmowali z większą pobożnością. Im rzadziej bowiem karmimy się Chlebem eucharystycznym, tym trudniej jest ustrzec się grzechu i oprzeć pokusom”.

    “Sakrament Eucharystii jest dla nas obfitym źródłem światła i mocy. Przynosi nam więcej łask niż wszystkie inne sakramenty, wprowadza bowiem do dusz naszych Jezusa Chrystusa, źródło łask wszelkich”.

    św. Alfons Maria Liguori “Droga do świętości. O ćwiczeniach duchowych”, Kraków 2011

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miłość św. Stanisława Kostki

    do Najświętszego Sakramentu

    Plik:Kostka Stanislaw Wien.jpg

    Wiedeń, Kurrentgasse 2. Dawna izba, gdzie w latach 1565-1567 mieszkał św. Stanisław Kostka, w 1742 roku przekształcona w kaplicę. foto: AW

    ***

    Bóg jest miłością a wszystkie jego dzieła pełne są miłości, lecz w żadnym z nich ta miłość takim nie jaśnieje blaskiem jak w Najświętszym Sakramencie. Tu już miłość Boga doszła do szczytu i słusznie powiedział św. Augustyn: „że Bóg acz najmędrszy, więcej dać nie umiał, acz najmocniejszy, więcej dać nie mógł, i acz najbogatszy, więcej dać nie miał”. Miłość Chrystusa w tej tajemnicy tak jest wielka, że ją jedna święta nazwała hojną aż do rozrzutności; tak wielka, że jej żaden rozum ludzki, żadne serce nie ogarnie; tak wielka, że ona jest i będzie przedmiotem ciągłego zachwytu mieszkańców nieba.

    Niestety, tej miłości wielu chrześcijan znać nie chce, albo jej nie zna i nie ceni jak słuszna, toż skarży się Pan: Poznał wól pana swego, a Izrael Mnie nie poznał. Wychowałem syny moje, lecz oni wystąpili przeciw Mnie (Iz 1, 2-3). Św. Stanisław Kostka poznał tę miłość Bożą i odpłacał za nią miłością.

    Wiedział on najprzód, że Pan Jezus we Mszy św. ponawia w sposób bezkrwawy ofiarę krzyżową że ta Ofiara jest sprawą najwyższą, najwspanialszą, najświętszą i u Boga najmilszą, że z tej Ofiary spływają na cały Kościół wojujący, cierpiący, a szczególnie na tych, którzy w niej uczestniczą, łaski i dary niewysłowionej ceny; toż już jako małe pacholę spieszył na nią jak najchętniej i jak najczęściej. Kiedy był na naukach w Wiedniu, wstawał wczas rano, aby być na pierwszej Mszy Św., następnie podczas wykładów, gdy była przerwa, słuchał drugiej Mszy Św., a po szkole trzeciej. W dni świąteczne rano bywał zwykle na siedmiu Mszach św. Klęczał pobożnie w kąciku, za każdym zaś razem przedstawiał sobie, że jest wtenczas na Kalwarii pod krzyżem Zbawiciela i nieraz zalewał się łzami miłości lub żalu. Takie było i jest zawsze usposobienie dusz świętych. [-]

    Toż nie dziwujmy się wcale, że nawet pobożni królowie lub dostojnicy mimo natłoku spraw, np. św. Ludwik, słuchali codziennie kilku Mszy Św., a czasem do niej służyli, jak św. król Wacław. Nie dziwujmy się, że chrześcijanie pierwszych wieków spieszyli w nocy do podziemnych katakumb na Ofiarę św. nie zważając na to wcale, że ich stamtąd poganie wlekli nieraz na rusztowanie albo tamże zasypywali ziemią. Podobne przykłady spotykamy w dziejach Kościoła i później. Któż i dzisiaj nie czyta z rozrzewnieniem o gorliwości świeżo nawróconych chrześcijan w Chinach, w Korei czy gdzie indziej, na wyspach australijskich; albo komu nie jest znaną pobożność naszych wygnańców na Syberii, którzy ilekroć zjawiał się wśród nich kapłan, spieszyli ze wszystkich stron nieraz kilkanaście mil mimo zawiei śnieżnej i trzaskającego mrozu, by choć raz na rok lub na kilka lat wysłuchać Mszy Św., odprawić spowiedź i przyjąć Ciało Pana. Tak też było po roku 1863, gdy tam przybyli nasi kapłani wygnańcy – unici.

    [Wy] nie potrzebujecie się lękać o życie, ani przedzierać przez śniegi i lasy, bo oto w tym małym Rzymie macie wiele kościołów, w każdym zaś po kilka Mszy Św., toż spieszcie do nich skwapliwie nie tylko w niedzielę i święto, bo to jest ścisłym obowiązkiem, ale i w dni powszednie, choćby na jedną Mszę św. Ilekroć zaś jej słuchacie, zachowujcie się tak, jak gdybyście byli na Kalwarii podczas ofiary krzyżowej, a więc miejcie wiarę św. Jana, skruchę Magdaleny, miłość i ofiarność Bogarodzicy. Jeżeli czasem choroba lub obowiązek więzi was w domu czy poza domem, pragnijcie przynajmniej wysłuchać Mszy św. naśladując w tym św. Paschalisa. Kiedy ten jako pastuszek pilnował trzódki swej na polu, zwykł był przenosić się duchem do pobliskiego kościoła i tak słuchać Mszy św. tamże odprawianej. Za to otrzymał od Pana tę łaskę, że pewnego razu, gdy właśnie upadł na ziemię, by uczcić Hostię Najświętszą podczas podniesienia, ukazała mu się taż Hostia w powietrzu, trzymana przez aniołów. Czyńcie podobnie, najmilsi, a więc nie tylko w dni święte, także codziennie rano na głos dzwonu przenoście się myślą do kościoła; jeżeli tam podążyć nie możecie, padajcie w duchu u stóp ołtarzy Pańskich ze sługą Bożym, a nawet obchodźcie w duchu wszystkie kościoły świata, by wysłuchać wszystkich Mszy św. Przede wszystkim miejcie wielką miłość do Najświętszego Sakramentu, jaką w dzień i w nocy miał św. Stanisław Kostka.

    Wiedział on nadto, że Pan Jezus nie tylko podczas Ofiary Św., ale nieustannie jest obecny w naszych kościołach, i to nie tylko jako nasz Pan i Król, ale także jako nasz Ojciec, Lekarz, Pocieszyciel i Przyjaciel. Toż o każdej porze dnia, jeżeli tylko miał swobodę, spieszył do Niego niosąc w dani cześć i miłość. Tak czynił już jako uczeń w Wiedniu i nieraz nie kończył obiadu, by natomiast biec do bliskiego kościoła. Jeżeli zaś kościół był zamknięty, rzucał się na ziemię w swojej izdebce i wylewał duszę w modlitwie tak gorącej, że czasem musiał mokrą chustę przykładać do piersi, by złagodzić upał wewnętrzny. Podobnie czynią zawsze dusze znające i miłujące Pana utajonego, a jeżeli weźmiemy do rąk żywoty świętych, wyczytamy tam, że św. Wacław wstawał w nocy i pomimo zimna lub niepogody modlił się pod drzwiami kościoła, a toż samo czytamy o św. Kazimierzu.

    Dzięki Bogu, ta miłość nie wygasła, bo i dziś nie masz duszy pobożnej, która by nie pragnęła nawiedzać Najśw. Sakramentu, i święta praktyka adoracji jest rozszerzona po całym świecie. W mieście naszym co parę kroków jest tron sakramentalny Pana Jezusa i nieraz – a w dwóch kościołach nawet codziennie – ukazuje się Pan Jezus na ołtarzu w całym majestacie swej miłości i pokory. Jakże tedy wielką byłaby niewdzięczność wasza, mieszkańcy Krakowa, gdybyście zapominali o Bogu, waszym Gościu. Niestety, są też katolicy, którzy mieszkając w sąsiedztwie Pana utajonego, nie tęsknią za Nim, nie myślą o Nim, nie troszczą się o Niego, a jeżeli czasem przyjdą przed Jego przybytek, to oziębli, rozproszeni, bez miłości, może nawet bez wiary. Toż słusznie mógłby się [On] na nich skarżyć: Przyszedłem do swoich, a swoi Mnie nie przyjęli (J 1, 11). Słusznie też powinni się lękać, by Pan kiedyś nie rzekł do nich w dniu sądu: Byłem więźniem, a nie nawiedziliście Mnie (por. Mt 25, 43), przeto i ja teraz nie znam was.

    O najmilsi, nie pozwólcie, aby i was objęła ta skarga. Toż codziennie biegnijcie choć na małą chwilkę do kościoła czy to rano podczas Mszy św. i po południu, by wespół z kapłanem u stóp Pana składać hołdy, dzięki i prośby. Jeżeli tylko zechcecie, chwila wolna się znajdzie, a gdyby w jaki dzień się nie znalazła, naśladujcie wówczas proroka Daniela. Zostając w ziemi babilońskiej na wygnaniu otwierał on po trzykroć na dzień okno swej izby zwrócone w stronę ku Jerozolimie i na kolanach czcił Boga Izraelowego, jakby był w świątyni. Podobnie i wy nie trzykroć na dzień, ale częściej zwracajcie się myślą do stóp Pana utajonego w kościele waszym śląc do Niego swe westchnienia, wylewając przed Nim swą duszę. Toż samo czyńcie, kiedy przechodzicie obok drzwi kościelnych, ilekroć wzrok wasz pada na kościół albo do uszu dolatuje głos dzwonu, [upadajcie] wówczas na oba kolana. Polecam zarazem wszystkim odbywać godzinną adorację choć raz na rok, brać udział w adoracji i procesji cum S[anctissimo], odprowadzać Pana Jezusa do chorego. […]

    Przede wszystkim miejcie wszyscy tę wielką miłość do Najświętszego Sakramentu, jaką miał św. Stanisław Kostka. Wiedział on bowiem, że Pan Jezus nie tylko po to został w Najświętszym Sakramencie, by się ofiarować za nas, by odbierać od nas hołdy i prośby i by nas cieszyć i bogacić w dary, ale także by być pokarmem dusz naszych, a przez to te dusze oczyszczać, umacniać i uświęcać. Toż gorącym i nienasyconym jego pragnieniem było, jak najczęściej łączyć się z Panem w Komunii św. Bawiąc w Wiedniu przystępował do Stołu Pańskiego co tydzień, a w takim razie już dzień przedtem gotował się jak najstaranniej i wstrzymywał się od wieczerzy, nazajutrz zaś słuchał na podziękowanie zazwyczaj siedmiu Mszy św. Jeżeli kiedyś nie mógł przyjąć Pana sakramentalnie, przynajmniej tęsknotą i pragnieniem wyrywał się do Niego. Tak czynią zawsze dusze miłujące Pana Jezusa, a im większą jest miłość, tym gorętszy żar je pali za Komunią św.

    św. Józef Sebastian Pelczar, Mowy i kazania 1877-1899, Wydawnictwo św. Stanisława BM, Kraków 1998, s. 303-307

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Stanisław Kostka – gorliwy czciciel Eucharystii

    Św. Stanisław Kostka – gorliwy czciciel Eucharystii

    W środkowej, małej apsydzie nawy południowej świątyni znajduje się ołtarz dedykowany patronowi Polski i patronowi młodzieży – św. Stanisławowi Kostce.

    Przyścienny ołtarz składa się z dwóch części: z mensy i nastawy. Nastawa ołtarza obejmuje ośmiofiguralną grupę aniołów, którzy otaczają Świętego. Ten jezuicki nowicjusz został ukazany z profilu, w postawie klęczącej w chwili, gdy anioł podaje mu Komunię świętą. Jego postać znajduje się w centrum kompozycji.

    Nastawa ołtarza, podobnie jak w przypadku pozostałych bocznych ołtarzy, jest dziełem Karola Hukana. Gipsowoalabastrowy biały ołtarz doskonale kontrastuje ze stiukowymi ścianami, wzorowanymi na włoskich dekoracjach okresu renesansu. Podobnie jak w pozostałych apsydach także i sklepienie tej zdobi secesyjna polichromia z motywami roślinnymi, zaprojektowana przez Jana Bukowskiego, a wykonana przez Karola Orleckiego.

    Prace nad ołtarzem trwały od 1928 do 1930 roku. Było w tym okresie wiele przerw, oddalających szybkie ukończenie dzieła. Ówczesny kronikarz zakonny zanotował w Diariuszu jezuickiej wspólnoty: Pan Hukan się nie zjawia. Dopiero po usilnym naleganiu ze strony przełożonych zakonnych rzeźbiarz energiczne przystąpił do kontynuowania prac. Zajęło mu to cztery miesiące, od lipca do października 1930 roku, a pomagał mu sztukator Jan Okład.

    Zastosowany układ kompozycyjny powtarza się we wszystkich bocznych ołtarzach. Także i tutaj występują dynamiczna grupa anielskich postaci z rozpostartymi skrzydłami oraz unoszące się na obłokach putta. Obserwować możemy rozwianie szat, charakterystyczne gesty aniołów oraz wyeksponowane w centrum tajemnicze wydarzenie z życia świętego jezuity. Wszystkie figury kompozycji, wykonane w białym alabastrowym gipsie, są starannie wyrzeźbione i dokładnie wypolerowane.

    Św. Stanisław ubrany jest w jezuicką sutannę, przepasaną powyżej bioder szerokim pasem. U jego lewego boku widzimy zaczepiony o pas różaniec, zakończony medalikiem z symbolem zakonu. Długą pelerynę narzuconą na jego ramiona rozwiewa wiatr. Twarz Świętego wyraża modlitewne skupienie i odznacza się ona szlachetnym spojrzeniem. Jest to twarz przystojnego młodego mężczyzny, który nosi krótko ostrzyżone włosy. Łagodnym wzrokiem spogląda na podawaną mu Świętą Hostię. Cała jego postawa objawia wielkie pragnienie serca, aby jak najgodniej przyjąć Pana w Komunii świętej.

    Wysłannicy nieba, anielskie duchy, towarzyszą tej scenie, otaczając zewsząd młodego jezuitę. Jeden z nich został specjalnie wyróżniony i spełnia misję szafarza sakramentu. W lewej ręce trzyma kielich, a prawą sięga po Hostię. Jego twarz jest skoncentrowana na świętej czynności, a piękne, szeroko rozwarte skrzydła, pokryte niemalże symetrycznie ułożonymi piórami, wydają się lśnić bielą. To właśnie strzeliste skrzydła oraz zwiewne szaty i pofałdowane wstęgi – niby szal – tworzą bogate tło kompozycyjne tej mistycznej scenerii. Zachwyt niebieskich duchów wobec misterium wiary został wyrażony w ich teatralnych gestach. Duży anioł unoszący się nad Stanisławem ma uniesioną wysoko prawą dłoń, w której trzyma krzyżyk, lewą zaś dotyka szaty, spod której wysuwa się główka aniołka podobnego do barokowego amorka. Widza zachwyca dynamiczny splot postaci anielskich, układ rozpostartych skrzydeł, dający w efekcie ciekawą dekorację ołtarza. Również i w tym przedstawieniu aniołów nie zabrakło finezyjnego uczesania ich fryzur.

    Św. Stanisław z wielką wiarą i zarazem pokorą przyjmuje najdroższą mu Eucharystię. W tym ołtarzu w sposób artystyczny została zilustrowana prawda wiary głoszona przez Kościół katolicki o obecności Pana pośród swego ludu. Ukazana wizja nawiązuje do częstego przedstawienia ikonograficznego tego Świętego w sztuce sakralnej. W tym ołtarzu zostało ono pięknie przetworzone dzięki artystycznemu talentowi Hukana; łączy w sobie czytelne ukazanie największej tajemnicy naszej wiary z darem łaski ofiarowanym przez Boga człowiekowi, realizującemu swe powołanie do świętości na drodze życia zakonnego.

    Ten święty młodzieniec jest przykładem umiłowania rzeczy niewidzialnych, górujących nad ziemskimi, i jest wzorem mistycznego zjednoczenia stworzenia ze Stwórcą w Komunii świętej. Człowiek klęczący na kolanach przed odrobiną Niebieskiego Pokarmu okazuje szacunek wobec misterium Najświętszej Eucharystii. Ołtarz św. Stanisława Kostki w jezuickiej bazylice stanowi jedno z ważnych miejsc skupiających uwagę modlących się tutaj osób. Dwaj unoszący się na obłokach mali aniołowie jakby zapraszają wszystkich modlących się przy tym ołtarzu, aby i oni, podobnie jak św. Stanisław, z wiarą dziecka Bożego przyjmowali ten Pokarm Niebieski. Aniołek po lewej stronie ma rozpostarte szeroko rączki i wydaje się, wołać: Przybliżcie się do stołu Eucharystii i skosztujcie, jak dobry jest Pan! Anioł podający Świętemu niewielką Hostię jest ukazany niezwykle subtelnie. Jego mistycyzm podkreślają delikatne długie dłonie, podobnie zresztą jak wyrażają go złożone w modlitewnym geście dłonie Stanisława. Równie subtelne twarze mają dwaj więksi aniołowie, widoczni z profilu, zaś główki małych aniołów nieustannie spoglądają na modlących się przy ołtarzu wiernych. Przy kontemplacji tego ołtarza odczuwa się jakby powiew łagodnego wiatru. Nim to poruszane są wszystkie szaty postaci i pióra anielskie.

    Na antependium ołtarza widnieje stiukowy herb Kostków – Dąbrowa: na błękitnym polu, na barku srebrnej podkowy jest złoty kawalerski krzyż. Przy ocelach podkowy widoczne są zaćwieczone ukośnie takie same krzyże. Liczba krzyży – trzy – jest symbolem doskonałości i ma przypominać osobie używającej tego herbu o cnotach: wierze, nadziei i miłości.

    Stanisław Kostka urodził się 455 lat temu i trafił na burzliwy czas w historii. Miał wyrazisty temperament, różnorakie zdolności i zamiłowania, a przy tym, jak każdy przeżywał trudności, pokusy i cierpienia. Był odważny i stanowczy. Odznaczał się niezłomną wolą w podejmowaniu decyzji, wytrwałością w dążeniu do celu, bystrością umysłu, zapałem do nauki, umiłowaniem Eucharystii, synowskim nabożeństwem do Matki Bożej i wielką dojrzałą wiarą. Imponowało mu życie szlachetne, czyste, wzniosłe, dlatego pragnął realizować swoje powołanie w zakonie jezuitów.

    W jego młodym życiu bardzo wiele dokonał Jezus Chrystus. Dał mu udział w swojej świętości, a Stanisław zdecydowanie odpowiedział na wezwanie do doskonałości ewangelicznej. Jako student wiedeńskiego gimnazjum okazał się być niezłomnym w obliczu trudów, nie godząc się na bylejakość życia.

    Św. Stanisław jest patronem młodzieży mającej wielkie ideały i pragnienia, nierzadko jednak łamiącej się przy pierwszych trudnościach czy pokusach. Patronuje naszym czasom, w których wiele spraw bywa rozmazywanych. Nie było mu łatwo pozostawić rodzinny dom i zamieszkać w Wiedniu u nietolerancyjnego luteranina. Nauka w obcym kraju nie szła mu z początku łatwo, bo nie miał dostatecznego przygotowania, ale pod koniec trzeciego roku studium należał do najlepszych uczniów. Zachowały się do naszych czasów – zapisane pięknym pismem – jego uczniowskie zeszyty, listy, notatki, świadczące o staranności i o wielkiej pracowitości. Posługiwał się biegle trzema językami, żarliwie się modlił, mimo że napotykał na duże trudności ze strony najbliższego otoczenia, wyśmiewającego jego pobożność. By móc zrealizować swoje powołanie, przeszedł pieszo przez Alpy i Apeniny do Rzymu. Uciekł od brata i od rodziny, która próbowała odwieść go od zamiaru wstąpienia do zakonu jezuitów. Chciano narzucić mu styl życia większości, czyli przeciętność. On jednak zachował swą inność i uparcie jej bronił, płacąc za nią wiele. Pisał do rozzłoszczonego ojca, by raczej dziękował Bogu za powołanie syna, niż by go odwodził od tej dojrzałej decyzji.

    Ołtarz świętego Patrona młodzieży zawiera czytelne przesłanie dla wiernych, aby zawsze ze czcią zbliżali się do stołu Pana i mieli wielkie pragnienie ugoszczenia Go w swoim sercu. Eucharystia jest sercem Kościoła i ma być przyjmowana czystym, gorejącym sercem. Nie mogą jej przyjmować w niebie aniołowie, ale te niebieskie duchy zawsze towarzyszą nam w tym tajemniczym spotkaniu człowieka z Bogiem. Anioł jest obecny w Biblii i w życiu ludzi wiary zawsze tam, gdzie dzieją się wielkie rzeczy, wymagające zaufania i wiary oraz prostoty serca. Tak było kiedyś w biblijnej historii oraz w życiu świętych i tak jest i dzisiaj. Ołtarz św. Stanisława Kostki w swym artystycznym przesłaniu potwierdza tę prawdę.

    o. Stanisław Groń SJ/Apostolstwo Modlitwy

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Sarah w Polsce

    Wzywał do prawdziwej nabożności kultu Chrystusa Eucharystycznego

    ***

    Podczas swojego pobytu w Polsce, kard. Robrt Sarah, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, odwiedził Legnicę.

    W środę 13 września kard. Robert Sarah spotkał się z biskupem legnickim Andrzejem Siemieniewskim, odwiedził także Dom Słowa – Centrum Formacji Ewangelizacyjnej. Natomiast wieczorem, o g. 18 przewodniczył Mszy św. w sanktuarium św. Jacka w Legnicy, miejscu cudu eucharystycznego. Na Mszę świętą przybyło wielu wiernych nie tylko z Legnicy, ale też i okolic.

    – Jestem wdzięczny Bogu za to, że pozwolił mi być tutaj i przeżyć to niezwykłe wydarzenie eucharystyczne, że mogę modlić się, adorować Jezusa eucharystycznego – powiedział na początku homilii.

    Podkreślił, że liczna obecność wiernych to nie znak uhonorowania osoby kardynała, ale Jezusa. – Ja sam jestem nikim, jestem tutaj w imieniu Jezusa Chrystusa. To On nas jednoczy, aby nas umacniać swoim słowem i swoim ciałem – zaznaczył.

    Odnosząc się do fragmentu odczytanej ewangelii o błogosławieństwach, zauważył, że słowa Jezusa są inne niż słowa ludzkie, mogą wydawać się skandalizujące. – Błogosławieniu ubodzy, głodni, smucący się, to nie są słowa ludzkie. Dodaje, że jeśli nie będziecie spożywali mojego Ciała, nie będziecie mieli życia w sobie. Od tego momentu wielu opuściło go, nie chcąc go słuchać – mówił.

    Przywołując słowa Jezusa: jeśli nie będziecie spożywali ciała mego, nie będziecie pili krwi mojej, nie będziecie mieli życia, pytał: czy my w to wierzymy? Czy sprawując Eucharystię każdej niedzieli wierzymy, że On jest rzeczywiście obecny pośród nas? – W Ameryce Południowej przeprowadzono badania, z których wynika, że 60% katolików nie wierzy w to. My, tutaj zebrani wierzymy, że On jest obecny pośród nas w słowie, w ciele i krwi – kontynuował.Kardynał zauważył, że kryzys, jaki dosięga Kościoła to kryzys eucharystyczny. Wielu nie wierzy, że Jezus daje nam swoje ciało na pożywienie.

    – Papież Benedykt XVI wiele razy zaznaczał, że to jest kryzys eucharystyczny, liturgiczny. Jak sprawujemy Eucharystię, jak żyjemy Eucharystią? Jedna z zasad liturgicznych mówi – lex orandi, lex credendi – czyli, jak się modlimy, tak żyjemy. Dlatego prośmy dzisiaj, Panie umocnij naszą wiarę. Niech sprawowanie Eucharystii będzie celebracją naszej wiary – mówił.

    W dalszej części homilii postawił pytanie – czym jest wiara? I podkreślił, że nie jest to nasza wizja intelektualna.

    – Wiara musi przemieniać nasze życie, musi fundamentalnie zmieniać nasze życie. O tym, jak Eucharystia przemienia życie, mówi św. Paweł do Kolosan: ona uwalnia nas od nieczystości, bałwochwalstwa, niemoralności, uwalnia od grzechu. To dzieło jest poza nami, tego dokonuje jedynie Jezus – kontynuował.

    Zauważył, że wielu ludzi uczestniczących we Mszy św. nie przeżywa, nie celebruje śmierci Jezusa. W tym czasie rozmawiają, fotografują. Często Msza staje się zwykłym spektaklem. – To dla mnie jest skandaliczne. Msza jest celebrowaniem śmierci Chrystusa, który zbawia człowieka. Dziękujmy Panu, że zostawił nam tak cenny dar – podkreślił. Wspomniał też, że pochodzi z kraju, gdzie większość jest muzułmańska.

    – Zdarzyło się, że muzułmanin tłumaczył misjonarzowi, czym jest islam, misjonarz tłumaczył, czym jest katolicyzm. Podkreślił, że „my mamy Boga pośród nas, możemy go dotykać, spożywać”. „Zatem jeśli to prawda, musicie na kolanach zbliżać się do niego” – odpowiedział muzułmanin. Jak często klękamy przed Najświętszym Sakramentem, jak wyrażamy nasz szacunek? Mamy skarb, który jest między nami. Bez Jezusa nie możemy żyć – powiedział.

    – Dzisiaj prośmy mocno – Panie umocnij naszą wiarę. Niech Jego obecność zmienia nasze życie, nasze relacje. Spożywając Jego Krew jesteśmy braćmi, spokrewnionymi. Niech Pan da nam dzisiaj mocną wiarę – zakończył.

    ***

    Kardynał Robert Sarah urodził się 15 czerwca 1945 roku w Ourous w Gwinei. Święcenia kapłańskie przyjął 20 lipca 1969. W 1979 został mianowany przez Jana Pawła II biskupem diecezji Konakry. 1 października 2001 został wezwany do Watykanu, gdzie objął urząd sekretarza w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów.

    Natomiast w 2010 Benedykt XVI mianował go przewodniczącym Papieskiej Rady Cor Unum, koordynującej działalność charytatywną Kościoła. Biret kardynalski przyjął 20 listopada 2010. Od 2014 do 2021 roku był prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    źródło: KAI

    ____________________________________________________________________________________________________________

    „Tyś jest moim życiem, boś Ty żywy Bóg”.

    15 lat temu w Sokółce wydarzył się

    Cud Eucharystyczny

    (fot. AB/ PCh24.pl Oprac. GS)

    ***

    Kiedy ks. Stanisław Gniedziejko wyjął z tabernakulum korporał, a na nim komunikant z Cząstką Serca Pana Jezusa, padliśmy na kolana. To było wprost powalające. Pewnie słyszałem bicie swego serca tak mocno waliło z przejęcia. Nikt nic nie mówił, nikt o nic nie pytał. Nie było potrzeby nawet dotykania jak św. Tomasz. Cieszyłem się, że byłem w tej właśnie chwili tak blisko tej ogromnej tajemnicy naszej wiary – rzeczywistej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie – mówi ks. Jarosław Ciuchna, Proboszcz Parafii św. Antoniego w Sokółce, Kustosz Sanktuarium Najświętszego Sakramentu

    Proszę Księdza, kiedy zaczyna się Eucharystyczna obecność Chrystusa?

    Z definicji encyklopedycznej Cud Eucharystyczny to zespół zjawisk związanych z sakramentem Eucharystii, uznawanych przez katolików i prawosławnych za nadprzyrodzone. Trzeba jednak sięgnąć do nauczania Kościoła. Ogłoszony podczas Soboru Laterańskiego IV (1215r.) dogmat stwierdza, iż w czasie Eucharystii chleb i wino zamieniają się w rzeczywiste Ciało i Krew Jezusa Chrystusa – przeistoczenie (łac. transsubstancjacja). W sposób filozoficzny została zdefiniowana wiara, którą Kościół wyznawał od wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, kiedy Chrystus powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana”. (Mt 26,26-30; Mk 14,22-25; Łk 22,19-20; 1 Kor 11,23-27).

    Ponadto nauczanie Kościoła Katolickiego w temacie transsubstancjacji zakłada, że przemiana chleba i wina jest trwała, to znaczy po skończonej Mszy św. pozostają one Ciałem i Krwią Chrystusa; dlatego konsekrowane Hostie przechowuje się w tabernakulum. Wiara w to znalazła wyraz w katolickim kulcie Najświętszego Sakramentu, np. adoracjach, procesjach eucharystycznych, zwłaszcza podczas uroczystości Bożego Ciała.

    Jakie wnioski należy wyciągnąć z Cudu Eucharystycznego?

    Każdy Cud Eucharystyczny należy bezwzględnie wiązać z Eucharystią. To ta sama rzeczywistość. Niezmiennie obecne są słowa Jezusa niegdyś wypowiedziane do rzeszy słuchaczy: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem” (J 6,55). Pan Jezus ustanawiając Eucharystię pozostawił nam widzialny znak swojej obecności i niewidzialnej łaski. Od dwóch tysięcy lat ten cud i znak obecności Żywego i Prawdziwego Pana Jezusa dokonuje się codziennie podczas każdej Mszy św. Chrystusowe zapewnienie i zarazem wołanie „Ja Jestem” jest niezmiennie aktualne. Wszystkie cuda eucharystyczne, a więc i nasz sokólski tę prawdę jedynie potwierdzają.

    Św. Jan Paweł II w swojej encyklice „Ecclesia de Eucharistia” stwierdza, Kościół żyje dzięki Eucharystii oraz, że ta prawda powinna być nie tylko doświadczeniem wiary, ale przede wszystkim powinna wpisywać się w codzienne życie chrześcijanina. Eucharystia musi stać się nie tylko bijącym sercem Kościoła, ale bijącym sercem każdego chrześcijanina. Nie można w pełni korzystać z „przywileju” bycia wyznawcą Chrystusa bez pełnego udziału w darach, które On pozostawił. Skoro jest Ktoś, komu bardzo zależy na naszym życiu to nie wolno nam lekkomyślnie, z lenistwa lub byle powodu pozbawiać się tego „przywileju”.

    Jezus powiedział kiedyś do swoich słuchaczy, że „(…) Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem”.

    Obietnica pozostaje niezmienna. Kult eucharystyczny jest najwyższą formą działania wyznawców Chrystusa. Zrozumienie tego może prowadzić do zrozumienia wartości i sensu Mszy Świętej oraz do głębszego przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jest to oczywiście możliwe wyłącznie z pomocą Ducha Świętego, o którego asystencję trzeba nieustannie i wytrwale prosić.

    Pamięta Ksiądz w jakich okolicznościach dowiedział się o wydarzeniu, które miało miejsce blisko piętnaście lat temu, w Sokółce? Jakie emocje to, co się stało, wzbudziło w Księdzu?

    Nie pamiętam kiedy i w jakich okolicznościach dowiedziałem się o wydarzeniu związanym z Cudem Eucharystycznym w Sokółce. Natomiast bardzo dobrze pamiętam, kiedy przyjechałem z dwoma kapłanami do Sokółki w kilka miesięcy od wspomnianego wydarzenia. Ówczesny proboszcz ks. Stanisław Gniedziejko, świadek cudu i wszystkich wydarzeń z nim związanych, zaproponował pokazanie nam cudownie przemienioną Hostię. Zgodziliśmy się bez wahania. Pamiętam, że najpierw długo modliliśmy się w kaplicy na plebanii, przed tabernakulum, gdzie był Cud przechowywany. Kiedy ks. Gniedziejko wyjął z tabernakulum korporał, a na nim komunikant z Cząstką Serca Pana Jezusa, padliśmy na kolana. To było wprost powalające. Pewnie słyszałem bicie swego serca tak mocno waliło z przejęcia. Nikt nic nie mówił, nikt o nic nie pytał. Nie było potrzeby nawet dotykania jak św. Tomasz. Cieszyłem się, że byłem w tej właśnie chwili tak blisko tej ogromnej tajemnicy naszej wiary – rzeczywistej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Padliśmy ze czcią i szacunkiem przed Żywym Panem Jezusem. Tyle razy miałem Ciało Pańskie w kapłańskich rękach, ale nigdy nie robiło to na mnie tak wielkiego jak w tym właśnie momencie. Zderzenie codziennej Eucharystii i żywej obecności Jezusa było niesamowite. Na usta cisną się słowa pieśni, a właściwie tylko jedno zdanie: „Tyś jest moim życiem, boś Ty żywy Bóg”(…).

    My czasami – jak niewierny Tomasz – chcemy wszystko dokładnie widzieć, na wszystko mieć dowody. Co mamy robić, aby doświadczyć Bożej obecności?

    Odpowiadając na to pytanie odsyłam wszystkich do wyśpiewania przed Najświętszym Sakramentem – z wiarą i ogromną miłością do Jezusa – Hymnu Eucharystycznego napisanego przez Doktora Kościoła św. Tomasza z Akwinu „Adoro Te”. Jednego z najpiękniejszych jakie zostały kiedykolwiek ułożone i jaki można wyśpiewać przed Panem Jezusem. W takiej przestrzeni modlitwy, w obecności Jezusa, można znaleźć wszystkie odpowiedzi na nurtujące pytania. Można tam odnaleźć i niewiernego Tomasza i przede wszystkim siebie.

    Zbliżam się w pokorze i niskości swej,

    Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej.

    Tobie dziś w ofierze serce daję swe,

    O, utwierdzaj w wierze, Jezu dzieci Twe.

    Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,

    Kto się im poddaje, temu wiary brak,

    Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,

    Że w postaci Chleba utaiłeś się.

    Bóstwo Swe na Krzyżu skryłeś wobec nas,

    Tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz,

    Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,

    Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.

    Jak niewierny Tomasz Twych nie szukam Ran,

    Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,

    Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską Swą,

    Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą. (…)

    (…) Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,

    Niech pragnienie serca kiedyś spełni się.

    Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,

    Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.

    Niekiedy przychodzi zwątpienie… 

    Jezus powiedział: „Jam jest chleb żywy, który zstąpił z nieba. Jeśli kto pożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (…) Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.”. (J 6, 51-58). 

    Żydzi słuchający mowy eucharystycznej Jezusa nie mogą zrozumieć, jak można spożywać Jego ciało. Myślą czysto po ludzku. Nie potrafią otworzyć się na tajemnicę. Przyjmują tylko to, co zgadza się z ich wyobrażeniami i schematami myślowymi. W takich schematach Bóg nie jest Bogiem żywych lecz umarłych. W tych słowach swojego nauczania Jezus zawarł dwie niezwykle ważne prawdy: pierwsza to Jego obecność w Eucharystii; druga to konieczność przyjmowania tego pokarmu, aby żyć wiecznie. A zatem Bóg pozostał w Chlebie nie jedynie po to tylko, abyśmy ozdabiali nasze ołtarze, stawiając na nich piękne kwiaty. Pozostał nie tylko po to, byśmy obnosili Jego Ciało w uroczystych procesjach czy adorowali Je w tabernakulum. On pozostał pośród nas, aby być blisko naszych ludzkich spraw i byśmy zawsze potrafili Go odnaleźć. Pozostał, aby wspierać i dodawać sił podczas naszej ziemskiej wędrówki i otwierać przed nami bramę wieczności. Pozostał, bo ukochał człowieka miłością, która nigdy się nie kończy. 

    Pan Jezus jest obecny żywy i prawdziwy w każdej Mszy św., każdej Komunii św. Każda Msza św. jest spotkaniem nadzwyczajnym z Panem Jezusem. Ono nie jest nigdy zwyczajne. Ono nie może być nigdy zwyczajne. Tam jest żywy obecny Pan Jezus. Tam dokonują się wielkie znaki: Pan Jezus umiera i zmartwychwstaje, tam przelewana jest zawsze Krew Pańska, Krew Przenajświętsza. Stamtąd czerpiemy siłę i moc. To, co jest tak bardzo potrzebne dla nas do normalnego, codziennego, zwykłego życia.

    Podczas spożywania Eucharystii dochodzi do niezwykłego wydarzenia. Każdy przyjmujący Eucharystię zostaje przemieniony. Staje się żywym członkiem Mistycznego Ciała Jezusa Chrystusa, którym jest Kościół.

    I właśnie o tym trzeba mówić i mocno tę prawdę akcentować. Każda Eucharystia jest spotkaniem z żywym i prawdziwie obecnym Panem Jezusem. Zawsze.

    W październiku minie piętnaście lat od Cudu Eucharystycznego. Jak będzie świętowane to wydarzenie?

    W tym roku, 1 października 2023r., będziemy uroczyście obchodzili w naszym Sanktuarium 15. rocznicę tego wydarzenia – Cudu Eucharystycznego. Pragniemy ten czas przeżyć w duchu uwielbienia Jezusa i wielkiej wdzięczności za dar Eucharystii.

    Od dłuższego czasu, przynajmniej dwa razy w miesiącu, organizujemy w sobotnie popołudnia Wieczory Uwielbienia. One prowadzą nas do spotkania z Jezusem w modlitwie uwielbienia i adoracji, one mają nam pomóc lepiej wejść w przestrzeń spotkania z Nim.

    Pomocą w przygotowaniu do jubileuszu będą Misje Parafialne, które odbędą się w dniach 24 września – 1 października, według zaproponowanego programu. Poprowadzą je Ojcowie Redemptoryści. Misje poprowadzą nas do głównej uroczystości jubileuszu 15-lecia Cudu Eucharystycznego w naszym mieście. Uroczysta Msza św. zostanie odprawiona przy ołtarzu polowym przed naszym Sanktuarium 1 października 2023r. o godz. 11.00. Eucharystii przewodniczył będzie i homilię wygłosi J.E. Ks. Abp Józef Guzdek, Metropolita Białostocki. Do ołtarza polowego zostanie ułożony przez nasze parafianki dywan kwiatowy, po którym niesione będzie custodium z Cząstką Ciała Pańskiego. Jest to jedyny dzień w roku, kiedy Cząstka Ciała Pańskiego jest wynoszona z kaplicy. Po skończonej Eucharystii custodium zostanie odniesione do kościoła i umieszczone na ołtarzu głównym do indywidualnej adoracji dla wszystkich wiernych. 

    A co z tymi, którzy z różnych względów nie będą mogli udać się do Sokółki? Będą transmisje?

    Dla wiernych, którzy nie będą mogli przybyć na uroczystość, zorganizowaliśmy transmisję na żywo w Telewizji TRWAM. Do modlitwy i uczestnictwa wszystkich serdecznie zapraszamy. Niech Chrystus otwiera nasze serca i umysły na swoją łaskę. Niech na nowo wlewa Bożą miłość, pełną ufność i uczy wiary. Niech Jego Słowo w mocy Ducha Świętego dociera aż na krańce naszej parafii, regionu, ojczyzny.

    Bóg zapłać za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Rzeźnicy”. Niezwykłe spotkanie św. o. Pio z Jezusem

    „Rzeźnicy”

    Niezwykłe spotkanie św. o. Pio z Panem Jezusem

    Włoski mistyk i stygmatyk, św. o. Pio, który dokładnie 55 lat temu odszedł do wieczności, opisał niegdyś jedno ze swych mistycznych spotkań z Chrystusem, podczas którego Zbawiciel ukazał mu ogromną potrzebę modlitwy za kapłanów.

    Jak wspominał kapucyn z Pietrelciny, pewnego dnia Jezus ukazał mu się. „Był w opłakanym stanie i całkowicie oszpecony. Pokazał mi bardzo wielu księży, wśród których byli różni dostojnicy kościelni, z których jeden odprawiał Mszę św., inny przygotowywał się do niej, jeszcze inny zdejmował święte szaty. Widok zmartwionego Jezusa był dla mnie bardzo bolesny, dlatego spytałem Go, dlaczego cierpi tak bardzo. 

    Nie było odpowiedzi, jednak swoje spojrzenie skierował na tych księży. Krótko potem, jak gdyby przerażony i zmęczony spoglądaniem na nich, odwrócił wzrok. Następnie skierował go na mnie i ku mojemu wielkiemu przerażeniu dostrzegłem dwie łzy spływające po Jego policzkach. Odsunął się od tej rzeszy księży z wyrazem wielkiej przykrości na twarzy i zawołał: „Rzeźnicy”. 

    Zwróciwszy się do mnie, powiedział: „Mój synu, nie sądź, że moja agonia trwała trzy godziny, o nie, z powodu dusz, które otrzymały najwięcej darów ode mnie, będę w agonii aż do końca świata. W czasie mojej agonii, mój synu, nie trzeba spać. Moja dusza szuka jakiejś kropli ludzkiego współczucia, lecz niestety, pozostawiają mnie samego pod ciężarem obojętności. Niewdzięczność i ospałość moich sług sprawia, że moja agonia jest bardziej przykra”. 

    ren/F. Castelli “Przesłuchanie Ojca Pio. Odtajnione archiwa Watykanu”, Kraków 2008

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. Józef Augustyn SJ:

    Zażenowanie i wstyd po wydarzeniach w diecezji sosnowieckiej

    O. Augustyn SJ: Zażenowanie i wstyd po wydarzeniach w diecezji sosnowieckiej

    o. Józef Augustyn SJ/fot. Józef Wolny Gość Niedzielny

    ***

    Ciężkie grzechy choćby jednej osoby, tolerowane i ukrywane przez innych członków wspólnoty kapłańskiej, są dla niej trucizną – mówi w rozmowie z KAI o. Józef Augustyn SJ, znany rekolekcjonista, znawca życia duchowego.

    Proszony o komentarz po tym co się stało na plebanii w Dąbrowie Górniczej, wyjaśnia, że w wielu wypadkach „gorszące i krzywdzące wiernych zachowania, trwające nieraz dziesięciolecia, były możliwe tylko dlatego, że otoczenie kapłańskie oraz przełożeni księży gorszycieli przymykali na nie oczy”. W związku z tym dodaje, że „nie wolno nam duchownym przyjmować postawy milczenia wobec zgorszeń i skandali w Kościele, udając że nie stało się nic nadzwyczajnego”.

    Marcin Przeciszewski, KAI: Jakie uczucia budzą się w Ojcu, kiedy czyta doniesienia o hucznej „imprezie” natury homoseksualnej zorganizowanej przez jednego kapłana z Sosnowca?

    O. Józef Augustyn SJ: Zażenowanie i wstyd. Dla środowiska kapłańskiego jest to sytuacja haniebna i upokarzająca. To wystarczy. Odczuwam niemal fizyczny ból na myśl, w jaki sposób ludzie młodzi, którzy szczerze zmagają się o prawość sumienia i dojrzałość ludzką i duchową, odczytują i interpretują takie skandale.

    Ponieważ chcę być dobrze rozumianym, powiem szczerze, że wspólnota kapłańska i środowisko seminaryjne są mi bardzo bliskie i bardzo drogie. Za wielką łaskę Boga uznaję to, że w ciągu mojego życia kapłańskiego, spotkałem tak wielu księży i alumnów i mogłem przeprowadzić tyle pięknych głębokich rozmów, usłyszeć tyle wzruszających świadectw wierności, miłości do Jezusa i do Kościoła. W spotkaniach tych zawsze otrzymywałem więcej niż dawałem. Wielu księży i kleryków, których dane mi było spotkać, podejmowało wielkie wewnętrzne zmagania o czystość serca, bezinteresowną służbę ludziom. Każdy przejaw ludzkiej słabości stawał się dla nich wyzwaniem do głębokiej skruchy, pracy nad sobą, szczerej modlitwy i pokory.

    Jako księża jesteśmy tak samo krusi i ułomni, jak wszyscy ludzie, którym służymy, ale ze względu na powierzoną nam misję, od nas wymaga się o wiele więcej; wymaga się radykalizmu ewangelicznego. To, co łatwo ludzie wybaczają „świeckim”, księżom bywa przypominane i wypominane niekiedy latami.

    Na ile szerokie – zdaniem Ojca – mogą być takie postawy i takie zachowania jakie miały miejsce w Sosnowcu? Czy nie jest tak, że za każdym takim skandalicznym przypadkiem kryje się dłuższa historia niemoralnych postaw i zachowań pojedynczych księży, lub też całego określonego środowiska?

    Jestem świadom, że opisywane skandale odnoszą się do zawężonego grona księży. Jak bardzo zawężonego? O tym wie pewnie jedynie sam Pan Bóg, który jako jedyny ma wgląd w każde ludzkie serce. Podwójność życia staje się dla księdza – niemal bezwiednie – źródłem zepsucia moralnego.

    Od czasów, gdy media demaskują skandale księży towarzyszy mi pytanie pełne niepokoju o tolerancję dla nieprawości i dla zła w naszych wspólnotach kapłańskich, seminaryjnych, zakonnych. Gorszące i krzywdzące wiernych zachowania, trwające nieraz dziesięciolecia, były możliwe tylko dlatego, że otoczenie kapłańskie oraz przełożeni księży gorszycieli przymykali na nie oczy.

    Towarzyszy mi także pytanie dlaczego przez całe lata ofiary niemoralnego zachowania księży spotykały się z ostracyzmem, były oskarżane o „niszczenie” Kościoła, odrzucane. Stosunek do ofiar skandalicznych zachowań księży jest jednym z ważniejszych kryteriów postawy prawdy i zdecydowanej woli stawienia czoła zgorszeniom.

    Czy konieczny jest medialny „bicz”, by wymusić na nas poważne traktowanie każdej moralnej deprawacji, nadużyć władzy, stosowania przemocy i wielkiej nieraz ludzkiej krzywdy w naszych szeregach kapłańskich, trwającej niekiedy latami.

    Ciężkie grzechy choćby jednej osoby, tolerowane i ukrywane przez innych członków wspólnoty kapłańskiej, są dla niej trucizną. Stają się też nierzadko początkiem deprawacji, a stopniowo także patologii; już nie tylko duchowej i moralnej, ale także emocjonalnej i społecznej. Bywa i tak, że patologią tą zarażają się kolejne osoby czy środowiska. Skandale, jakich bywamy świadkami, szokują nas niekiedy szczegółami, opisywanymi przez media, właśnie ze względu na swój patologiczny charakter.

    Jakie mogą być motywy takiego postępowania? Świadczy to chyba o głębokim kryzysie wiary, życia duchowego i powołania kapłańskiego danej osoby czy danych osób?

    To prawda. Użyte jednak przez Pana pojęcia: kryzys wiary i kryzys powołania kapłańskiego, wymagają ukonkretnienia. Bo chociaż nas kapłanów obowiązują te same przykazania, co wszystkich wiernych, to jednak my księża, przyjmując święcenia podejmujemy dodatkowe zobowiązania. Deklarujemy publicznie wobec Ludu Bożego i biskupa: miłość do Chrystusa i Kościoła; wierną służbę ludziom wzorem Jezusa Sługi; posłuszeństwo biskupowi; gorliwe sprawowanie misteriów Pańskich, a zwłaszcza Eucharystii i sakramentu pokuty; codzienną modlitwę za lud Boży oraz celibat, który wyraża się nie tylko w bezżenności, ale także w pełnej czystości seksualnej.

    Aby zobowiązania te wprowadzać w codzienność kapłańską, winniśmy troszczyć się o intymną więź z Chrystusem, i codziennie od nowa stawiać Go w centrum naszego życia. Mój proboszcz z dzieciństwa, ks. Jan Ślęzak (1913-1972), dziś patron miejscowej szkoły podstawowej, jako seminarzysta pisał w czasie rekolekcji: „Kapłan musi mieć ducha ofiary, musi całego siebie poświęcić, żadnych wysiłków nie żałować. (…) Cel kapłaństwa wyznacza Chrystus, nie wolno mieć innych celów”.

    I nieco dalej. „Człowiek pyszny, zwłaszcza kapłan, to «istny szatan». Taki wszystko sobie przypisuje, a to przecież świętokradztwo. Kapłan taki posunie się do największych grzechów. Na pewno nie utrzyma się w czystości. Gotów odstąpić od wiary świętej, byleby swojemu «ja» dogodzić”. Te słowa dwudziestoletniego alumna, sprzed osiemdziesięciu pięciu lat są bardzo trafną diagnozą współczesnych skandali z udziałem księży.

    Jezus przestrzegał swoich uczniów: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem” (J 10,1). Jedyną drogą i bramą do wiernego życia kapłańskiego jest Chrystus. I tylko On.

    W tym kontekście chciałbym raz jeszcze wrócić do słów kard. Josepha Ratzingera wypowiedzianych w czasie Drogi Krzyżowej w Koloseum w przededniu śmierci Jana Pawła II: „Ile brudu jest w Kościele i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia! Jakże mało cenimy sakrament pojednania, w którym On oczekuje, by nas podnieść z naszych upadków! To wszystko jest obecne w Jego męce”.

    My księża, jak wszyscy ludzie, mamy wiele słabości i grzechów, które codziennie wyznajemy, z którymi się zmagamy i za które pokutujemy. Te opisywane w skandalach do nich jednak nie należą, ich korzenie sięgają znacznie głębiej.

    Jak powinni zachować się w takiej sytuacji przełożeni, a przede wszystkim biskup?

    Stolica Apostolska dokładnie określa, jakie kroki – od strony prawnej – winien podjąć biskup. Odniesienie do prawa jest tu ważne. Papież Franciszek ukarał wielu biskupów na całym świecie za lekceważenie wskazań Stolicy Apostolskiej w wyciąganiu konsekwencji wobec księży winnych ciężkich nadużyć wobec wiernych, szczególnie wobec małoletnich.

    Ale samo prawo nie wystarcza. Konieczne jest – w moim odczuciu – także bezpośrednie zaangażowanie przełożonego: spotkanie i rozmowa biskupa z księdzem uwikłanym w skandal, a także bezpośrednie spotkanie biskupa z ofiarami księży, choćby było krótkie i miało charakter symboliczny. Nie chodzi najpierw o czas, ale o czytelny znak szacunku, miłości i współczucia dla ofiar, wyrażony wobec całej wspólnoty diecezjalnej. To biskup swoim autorytetem, pasterską troską, miłością i pokorą może ratować zranione skandalami duchownych zaufanie wiernych do Kościoła.

    Każdy nietakt księży, pracowników kurii czy tym bardziej biskupa wobec ofiar, obraca się przeciwko Kościołowi. Przełożeni nie mogą nigdy stawać po stronie księży, którzy ranili wiernych, przeciwko ofiarom, także wtedy, gdy sytuacja nie jest jeszcze do końca wyjaśniona. Należy cierpliwie czekać wstrzymując się od wszelkich zbędnych komentarzy.

    Wyrażam tutaj szczególny ból wobec ofiar wykorzystania seksualnego księży ze szkodą małoletnich na małych wiejskich parafiach, gdzie wszyscy wiedzą niemal wszystko o wszystkich. Ofiary, które miały odwagę ujawnić swoją krzywdę, doświadczają nierzadko bolesnego ostracyzmu i napiętnowania zamkniętego środowiska. My kapłani, jesteśmy winni im szacunek, wsparcie i modlitwę.

    Czy w ogóle w strukturach kościelnych i w kapłaństwie powinno być miejsce dla księży zachowujących się – tak jak to miało miejsce w opisywanym przypadku – w sposób gorszący i krzywdzący wiernych?

    Każda sytuacja skandaliczna jest inna i wymaga osobnego rozeznania. Kiedy kapłan swoim skandalicznym zachowaniem utraci całkowicie zaufanie wiernych, wspólnoty kapłańskiej i przełożonego, zostaje zwykle zawieszony w pełnieniu kapłańskich obowiązków, a sprawa podlega badaniu, procesowi kościelnemu. Gdy mimo upomnień zachowuje się arogancko, cynicznie, przeniesienie „ad statum laicalem” wydaje się wręcz konieczne.

    Ale bywa i tak, że otrzymuje odpowiedni czas na pokutę, przyjmuje ją z pokorą, podejmuje wewnętrzny wysiłek i trud nawrócenia. Przełożony widząc zmianę w postawie kapłana przywraca go do pełnienia obowiązków kapłańskich. Ponieważ w wielu diecezjach brakuje duszpasterzy, biskupi podejmują nieraz duży wysiłek, by ratować w diecezji – o ile tylko się da – każdego księdza.

    W tym kontekście narzuca się pytanie: kim winien być biskup dla swoich księży? Mówi się, że „ojcem”, ale jak konkretnie „ojcostwo” to winno być realizowane, a szczególnie w sytuacjach trudnych i gorszących?

    Ojcowska relacja biskupa z jego księżmi jest – w moim odczuciu – jednym z najważniejszych jego obowiązków. Ale, jak utrzymać ojcowską więź przełożonego z każdym księdzem, gdy duchowieństwo diecezji liczy kilkaset osób? Jak znaleźć na to czas pośród obowiązków administrowania diecezją, posługą sakramentalną, głoszeniem Słowa Bożego? Każdy biskup przejmując diecezję „otrzymuje w spadku” wszystkie problemy, nabrzmiałe niekiedy konflikty, żale, które narastały w ciągu długich lat. Takich sytuacji nie da się odmienić nagle, nawet przy największym wysiłku. Rola przełożonego księży – to ciężar – po ludzku rzecz biorąc – wręcz nie do udźwignięcia. Dobrze rozumiał to ks. Karol Wojtyła. Dowiedziawszy się, że został mianowany biskupem całą noc leżał krzyżem w kaplicy zakonnej.

    Dawałem kiedyś rekolekcje dla księży za wschodnią granicą. To była bardzo mała diecezja, zaledwie kilkudziesięciu księży, a warunki do ich odprawienia mało komfortowe. Wszystko odbywało się w większej salce zaaranżowanej na kaplicę. Czułem panujące rozproszenie, chaos i brak klimatu. Prawdę mówiąc, bałem się tych rekolekcji. Uratował je biskup, który przez całe trzy dni, w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu, klęczał przed Sanctissimum, tuż przy ołtarzu. Byłem wzruszony, nie tylko ja, ale także jego księża.

    Wydaje mi się, że bezpośrednia szczera i serdeczna rozmowa biskupa z jego księżmi to wielki i bardzo ważny temat. Mam jednak wrażenie, że jest on jeszcze nieodkryty i mało ceniony. Podjęcie go wymaga wzajemnego zaufania, wysiłku, modlitwy i wiary z obu stron: biskupa i księży. Dobra relacja księdza z jego przełożonym daje mu poczucie bezpieczeństwa: „Nie jestem sam. W razie zagubienia, mogę szukać jego pomocy, wsparcia”.

    Biskup może także wspierać kapłanów poprzez swoich delegatów. Od czasów kleryckich przyjaźniłem się z Adamem Ruckim, czeskim klerykiem a później księdzem, który po latach bycia ojcem duchownym w seminarium w Ołomuńcu, został mianowany ojcem duchownym kapłanów. Był to bardzo gorliwy, serdeczny, ciepły człowiek. Księża zapraszali go na parafię z niedzielnymi kazaniami, a on przyjeżdżał w sobotę i wieczorem po kolacji stwarzał im okazję szczerej rozmowy o ich życiu, modlitwie, zmaganiach wewnętrznych. A gdy jakiś ksiądz w diecezji przeżywał trudne chwile, jechał do niego, usiłując go wesprzeć, pocieszyć, umocnić. Pomoc kapłanom była jego pasją życia. Potrzebujemy bardzo w naszym Kościele w Polsce takich właśnie gorliwych księży, dla których pomaganie współbraciom w kapłaństwie byłoby życiową pasją.

    Na koniec chciałbym powiedzieć z całą mocą, jako moje świadectwo: nie wolno nam duchownym przyjmować postawy milczenia wobec zgorszeń i skandali w Kościele, udając że nie stało się nic nadzwyczajnego. Listy przełożonych publikowane niemal natychmiast po ogłoszeniu przez media kolejnego skandalu kościelnego, są niewątpliwie ważne, ale one nie wystarczą. Konieczne jest stawanie twarzą w twarz wobec żywej wspólnoty wiernych, by z całą pokorą wyrazić żal, współczucie; o ile jest to stosowne w danej chwili, przeprosić; zachęcić do modlitwy za osoby uwikłane w skandal, za wspólnotę parafialną, diecezjalną, by pocieszyć wiernych, dodać im otuchy, odwagi i wezwać do pogłębienia więzi z Chrystusem i Kościołem, i pomóc w niełatwym dojściu do prawdy.

    „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5, 20). Skandale z udziałem księży to grzech, który dziś – także za sprawą mediów – rozlewa się bardzo szeroko. To my Kościół, Lud Boży, mistyczne Ciało Chrystusa, jesteśmy wezwani, by tę zawstydzającą, haniebną i bolesną sytuację przemienić w czas nawrócenia i łaski. W mojej pracy rekolekcyjnej spotkałem bardzo wielu ludzi głęboko zaangażowanych religijnie, świeckich i duchownych, dla których skandale z udziałem księży nie były powodem do zgorszenia, ale zaproszeniem Jezusa, by jeszcze pełniej związać się z Nim, by wszystko czynić z miłości dla Niego i Jego Ludu.

    Dziękuję za rozmowę.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘTA W KOŚCIELE KATOLICKIM

    Samplefot. Piotr Tumidajski

    ***

    W każdą niedzielę katolicy zobowiązani są do uczestniczenia we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Obowiązek ten dotyczy też kilku innych dni w ciągu roku, kiedy przypadają kościelne święta nakazane. W jakie dni przypadają kościelne święta nakazane w 2023 roku?

    Obowiązek uczestniczenia w Mszy świętej oraz powstrzymania się od prac niekoniecznych w niedzielę i święta nakazane wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Część z nich, jak np. Boże Narodzenie lub Uroczystość Wszystkich Świętych mają stałą datę. Dzień, w którym obchodzone są niektóre z tych świąt, m.in. Wielkanoc, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) nie są związane z konkretną datą kalendarzową. Wszystkie kościelne święta nakazane w 2023 roku wypisane są poniżej.

    W roku liturgicznym 2023 święta, w których

    należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2023 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Polscy biskupi zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (czwartek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    20 marca (poniedziałek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    29 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2023 roku rozpocznie się 3 grudnia.

    ***

    Opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim.

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”

    Kodeks Prawa Kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików, stwierdza w kanonie 1247: „W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej oraz powstrzymać się od wykonywania tych prac i zajęć, które utrudniają oddawanie Bogu czci, przeżywanie radości właściwej dniowi Pańskiemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego”. Uczestniczenie we Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika.

    Ponieważ wierni potrzebują jasnych zasad wypełniania tego obowiązku, prezentujemy poniżej kilka uściśleń dotyczących niedzielnej Mszy świętej, wypracowanych na przestrzeni wieków przez Kościół katolicki i zawartych w dokumentach kościelnych, przede wszystkim Kodeksie Prawa Kanonicznego (KPK).

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, zostawia się to wiernym do rozważenia w sumieniu. Jeśli mimo naszego pragnienia nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (…) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”.

    Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Czy małe dzieci oraz osoby starsze są objęte obowiązkiem niedzielnej Mszy świętej?

    Zasadniczo obowiązkowi niedzielnej Mszy podlegają wszyscy ochrzczeni w Kościele katolickim, którzy ukończyli siódmy rok życia – według przepisów prawa kanonicznego dziecko uzyskuje wtedy zdolność używania rozumu (co nie znaczy, że wcześniej go w ogóle nie posiadało, jest to jedynie kategoria prawna mająca swe źródło w prawie rzymskim).
    Warto dodać, że dziecko, które przystąpiło do Pierwszej Komunii świętej i korzysta z sakramentu spowiedzi czasem ma trudności w wypełnieniu tego obowiązku, kiedy we Mszy nie uczestniczą wraz z nim jego rodzice, a samo nie może pójść do kościoła bez opieki dorosłych. Dlatego trudno tu mówić o popełnieniu przez nie grzechu ciężkiego. W wielu przypadkach jest to raczej grzech rodziców niż dziecka.

    Nie jest natomiast określona górna granica wieku, tak jak to jest w przypadku postu. Jeśli jednak osoba starsza jest niedołężna, schorowana i dotarcie do kościoła stanowi dla niej trudność, to jest to wystarczającym usprawiedliwieniem.

    Czy można niedzielną Mszę świętą zastąpić relacją w radiu czy telewizji?

    Do wypełnienia obowiązku uczestnictwa we Mszy świętej konieczny jest nie tylko duchowy, ale i fizyczny udział w zgromadzeniu eucharystycznym. Zatem nie wypełnia tego obowiązku ten, kto bierze w niej udział za pośrednictwem mediów: radia, telewizji, transmisji internetowej. Transmisje mają za zadanie pomóc tym, którzy z różnych przyczyn nie mogą fizycznie w niej uczestniczyć. Niewątpliwie przynoszą one duchowy pożytek wiernym, ponieważ niektórzy tylko w taki sposób mogą mieć jakikolwiek kontakt ze wspólnotą Kościoła.

    Są też tacy, co chcą czuć się duchowo obecni w różnych sanktuariach, do których pragnęliby przyjechać, a w danej chwili nie mogą. Inni z kolei chcą mieć poczucie łączności np. z papieżem, kiedy prowadzi najpopularniejsze lub najważniejsze nabożeństwa. Jeszcze inni śledzą transmisje, żeby wysłuchać dobrych homilii, które w tym wypadku są zawsze bardzo starannie przygotowywane. I nie przeszkadza im to, że już byli na Mszy w swojej parafii albo dopiero wybierają się na nią. Powody, dla których transmisje Mszy lub nabożeństw cieszą się dużą popularnością, są rozmaite. Nic jednak nie zastąpi fizycznej obecności w kościele.
    Czy można pójść w sobotę na Mszę zamiast w niedzielę?
    Tak, obowiązek niedzielny można wypełnić poprzez udział we Mszy w sobotni wieczór: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK, kan. 1248 §1).

    Sprawowanie liturgii eucharystycznej w sobotę wieczorem jest nawiązaniem do tradycji Kościoła pierwszych wieków oraz pozostaje w związku z żydowskim sposobem mierzenia czasu. Według tradycji żydowskiej nowy dzień zaczyna się już po zachodzie słońca. Potwierdza to także obecny do dzisiaj zwyczaj rozpoczynania szabatu właśnie w piątek wieczorem. Sobotni wieczór był wybierany także przez pierwszych chrześcijan na pamiątkę zmartwychwstania Chrystusa „w pierwszy dzień po szabacie”, a w czasach prześladowań celebracja wieczorna czy nocna była podyktowana również względami bezpieczeństwa. Oczywiście Msza w niedzielę w ciągu dnia też była obecna.

    Umożliwienie wypełnienia obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Mszy już w sobotni wieczór, o czym zdecydował papież Pius XII w 1953 roku, jest zatem z jednej strony powrotem do starej tradycji Kościoła, a z drugiej odpowiedzią na pojawiające się nowe czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywnością zawodową wiernych. Wspomniana Msza w sobotę wieczór miała ułatwić wypełnienie obowiązku niedzielnego.

    Czy Mszę świętą sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy pójść w niedzielę?

    Kanon 1248 §1 Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje w tym względzie żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody, nie trzeba mieć żadnego ważnego powodu. Niektórzy wierni nieraz systematycznie uczestniczą w wieczornych Mszach sobotnich jako niedzielnych, podobnie jak ci, co w niedzielę zawsze przychodzą na jedną i tą samą godzinę.

    Czy opuszczoną niedzielną Mszę świętą trzeba nadrobić?

    Oczywiście, nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba lub inny wyżej wymieniony ważny powód jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy nie powoduje wtedy grzechu ciężkiego. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post Eucharystyczny

    Spodobało się Duchowi Świętemu, aby ze względu na cześć tak wielkiego sakramentu Ciało Pańskie wchodziło do ust chrześcijanina pierwej niż inne pokarmy i dlatego obyczaj ten zachowuje się na całym świecie”. To słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąca lat, nad którymi warto się czasem zastanowić.

    Chrystus przed wszystkimi

    Wiele razy dane mi było oglądać scenę, w której cała rodzina szykowała się do wyjścia na ślub. Prasowanie, wiązanie krawatów, modelowanie fryzur, pastowanie butów, makijaż. A na ostatnią chwilę jakaś bułeczka do buzi, żeby w czasie ślubu nie zgłodnieć do wesela. I tak, przez przewartościowanie tego, co zewnętrzne, a niedowartościowanie tego, co wewnętrzne, Pan Jezus w Komunii św. nie zostaje potraktowany jak Bóg, któremu należy się szczególna cześć.
    Zaryzykuję tezę, że niektóre osoby przystępujące do Ołtarza Pańskiego bardziej martwią się tym, jak zrobić przyjemność wychodzącej za mąż cioci, niż Chrystusowi. Bo, wbrew temu, co się niekiedy mówi, podczas Mszy św. ślubnej to nie państwo młodzi są najważniejsi…

    Nie tylko nie-jedzenie

    Prawo kościelne, mówiąc o poście eucharystycznym, mówi o jedzeniu i piciu: „Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii św. powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919). Nie należy jednak tracić logiki w postępowaniu wedle niego. Ktoś zgorszony opowiadał, że pewna dziewczyna siedząca w pierwszej ławce całą Mszę św. żuła gumę. Wyjęła ją z ust na czas przyjęcia Komunii św., po czym wzięła do ust nową gumę. Na własne oczy widziałem mężczyzn, którzy gasili papierosy przed wejściem do kościoła w momencie, gdy brzmiał już dzwonek na rozpoczęcie Mszy św. Pół godziny później przyjmowali Chrystusa Eucharystyczego. Wiele dziewcząt skrzywiłoby się, gdyby musiało pocałować śmierdzącego papierosami chłopaka. Pan Jezus jakoś to musi znosić… Być może w jednym i drugim przypadku osoby zachowujące się niegodnie wobec Najświętszego Sakramentu zachowały nawet post eucharystyczny. Niemniej jednak nie przyjęły postawy uniżenia wobec Boga, do której prowadzić ma ów post. Nie chodzi tu więc o bezmyślne przestrzeganie litery prawa, lecz o właściwe rozumienie sakramentu. Katechizm jasno uczy, że post jest nie tylko oznaką zewnętrzną, ale ma wzbudzać „nawrócenie serca, pokutę wewnętrzną. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe” (KKK 1430).

    Przygotowanie spotkania

    Osoba, a nie przedmiot

    Wbrew temu, co można wywnioskować z początku tego artykułu, jego celem nie jest krytyka kogokolwiek, kto nie przestrzega postu eucharystycznego. Wręcz przeciwnie! Należy powiedzieć wszystkim tym, którzy go przestrzegają, że czynią dobrze, i że z tej dobroci mogą czerpać dla siebie jeszcze więcej. Bo sensem postu eucharystycznego nie jest to, „by ludzie widzieli”, lecz przybliżanie się do Boga. Pewien zakonnik zwrócił ostatnio moją uwagę na to, że przeżywanie Eucharystii przybiera niekiedy postać kultu materialnego, a nie osobowego. To nie z Chlebem, w który przemienił się Chrystus, wchodzimy w stan Komunii św., lecz z Chrystusem – czyli Osobą, która przyjęła postać Chleba. To zasadnicza różnica, która pokazuje nam, jaki jest sens postu eucharystycznego. Popatrzmy na Komunię św. jak na spotkanie podobne do spotkania ze swoim nowo poślubionym współmałżonkiem (sam Bóg używa tego porównania w Piśmie Świętym), a będziemy się starali uczynić wszystko, żeby się na to spotkanie dobrze przygotować.

    Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ile można się spóźnić na Mszę św., aby była „ważna”?

     fot. Karol Porwich/TygodnikNiedziela

    ***

    Ogólna zasada jest następująca: na Mszę św. nie wolno się spóźnić. Lekkomyślne przychodzenie do kościoła po rozpoczęciu Eucharystii jest poważnym błędem. Przecież nawet w zwykłych ludzkich sprawach spóźnianie się jest nie do przyjęcia. Każdy wie, że do kina, na pociąg czy na rozmowę o pracę spóźnić się po prostu nie wolno. Punktualność jest też wyrazem szacunku dla drugiego człowieka. Nie wypada, aby ktoś na mnie czekał. A co dopiero, gdy mówimy o Mszy św., która jest spotkaniem z Bogiem. Wymaga ona największego szacunku. Dla chrześcijan to sprawa najświętsza. Dobrze obrazuje to przykład starożytnych chrześcijan z Abiteny. W czasie prześladowań zostali oni schwytani podczas niedzielnej Eucharystii. Powiedzieli wtedy oprawcom: „nie możemy żyć bez niedzieli”, co oznaczało, że nie mogą żyć bez uczestnictwa we Mszy św.

    Struktura liturgii mszalnej jest tak pomyślana, że tworzy integralną całość. Nie da się ominąć jakiejś jej części. Pominięcie początku sprawia, że tracimy coś ważnego. Znak krzyża, pozdrowienie, akt pokuty, chwała, czytania – to wszystko jest bardzo ważne, wyznaczanie zatem granic, ile można się spóźnić, jest bez sensu. Co jednak, jeśli nasze spóźnienie jest niezawinione, ale spowodowane różnymi trudnościami czy okolicznościami zewnętrznymi? Powiedzmy, że ktoś w drodze na niedzielną Mszę spotkał człowieka potrzebującego natychmiastowej pomocy… Albo rodzice małego dziecka musieli zostać nieco dłużej w domu, gdyż maluch akurat wymagał, aby poświęcić mu czas. To jasne, że za takie spóźnienie człowiek nie odpowiada. Można się wtedy zastanowić, czy nie lepiej iść na kolejną Mszę św., aby móc na spokojnie w niej uczestniczyć. Jeśli to nie jest możliwe, wówczas należy wziąć udział w Eucharystii, na którą pierwotnie zmierzaliśmy. Udział w niej jest „ważny” i możemy przyjąć Komunię św.

    Zamiast mówić o spóźnianiu lepiej jednak powiedzieć o odpowiednim przygotowaniu się do Mszy św. Warto więc przyjść do kościoła trochę wcześniej. Na co poświęcić ten czas? W charakterystyczny dla siebie sposób na to pytanie odpowiada papież Franciszek: „Kiedy idziemy na Mszę św., może przychodzimy 5 minut wcześniej, zaczynamy plotkować z osobą, która jest obok mnie. Ale to nie jest chwila na plotki. To czas na milczenie, aby przygotować się na dialog. Chwila skupienia się w naszym sercu, żeby przygotować się na spotkanie z Jezusem. Milczenie jest bardzo ważne”. Czas przygotowania jest zatem potrzebny, aby skupić myśli. Przede wszystkim należy sobie przypomnieć, w czym za chwilę będę uczestniczył. Jak zaznacza Ojciec święty, Msza św. to „spotkanie z Jezusem”. Będę mógł do Niego mówić i Go słuchać. W końcu będę mógł przyjąć Go do siebie, by ciągle we mnie przebywał i razem ze mną szedł przez życie. Ważne jest też wzbudzenie w sobie intencji, w jakiej chcę się modlić na tej Eucharystii. Może chcę prosić Boga o przemianę czegoś w moim życiu? A może ktoś z moich bliskich potrzebuje modlitwy? Może chcę zawierzyć Bogu to, co mnie czeka w nowym tygodniu? Intencja pomaga mi wypełnić czymś osobistym poszczególne części Eucharystii, jak Ofiarowanie czy Komunia św. Pamiętajmy zatem o dobrym przygotowaniu się do przeżywania Mszy świętej.

    ks. Wojciech Biś/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Proroctwo Ratzingera. Oto jak zmieni się Kościół

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    Proroctwo Ratzingera. Oto jak zmieni się Kościół

    Przyszłość Kościoła może wyrosnąć i wyrośnie z tych, których korzenie są głębokie i którzy żyją z czystej pełni swojej wiary. Nie wyrośnie z tych, którzy dostosowują się jedynie do mijającej chwili ani z tych, którzy tylko krytykują innych i zakładają, że sami są nieomylnymi prętami mierniczymi; nie wyrośnie z tych, którzy podejmują łatwiejszą drogę, którzy unikają pasji wiary, twierdząc, że wszystko, co stawia im wymagania, co ich uraża i zmusza ich do poświęcenia siebie jest nieprawdziwe i nieaktualne, despotyczne i legalistyczne.

    Ujmując to bardziej pozytywnie: przyszłość Kościoła, po raz kolejny, jak zawsze, zostanie ukształtowana przez świętych, to znaczy przez ludzi, których umysły nie zatrzymują się na hasłach dnia, ale dociekają głębiej, którzy widzą więcej niż widzą inni, ponieważ ich życie obejmuje szerszą rzeczywistość.

    Bezinteresowność, która czyni ludzi wolnymi, osiąga się jedynie poprzez cierpliwość małych codziennych aktów samozaparcia. Przez tę codzienną pasję, która sama objawia człowiekowi w ilu wymiarach jest on niewolnikiem własnego ego, przez tę codzienną pasję i tylko poprzez nią oczy człowieka powoli się otwierają. Widzi tylko na tyle, na ile przeżył i przecierpiał. 

    Jeśli dzisiaj prawie nie jesteśmy już w stanie uświadomić sobie Boga, to dlatego, że tak łatwo przychodzi nam uciec od samych siebie, od głębi naszego jestestwa za pomocą narkotyku takiej czy innej przyjemności. W ten sposób nasza własna głębia wewnętrzna pozostaje dla nas zamknięta. Jeśli prawdą jest, że człowiek widzi tylko sercem, to jakże jesteśmy ślepi! 

    Jaki to wszystko ma wpływ na problem, który rozpatrujemy? Oznacza to, że chełpliwe i głośne twierdzenia tych, którzy wieszczą Kościół bez Boga i bez wiary, to wszystko pusta paplanina. Nie potrzeba nam Kościoła, który celebruje kult działania w modlitwach politycznych. To jest zupełnie zbędne. Dlatego też on sam siebie zniszczy. 

    To, co pozostanie, to Kościół Jezusa Chrystusa, Kościół, który wierzy w Boga, który stał się człowiekiem i obiecuje nam życie po śmierci. Ksiądz, który nie jest nikim więcej niż pracownikiem socjalnym może być zastąpiony przez psychoterapeutę i innych specjalistów; ale ksiądz, który nie jest specjalistą, który nie stoi [z boku], obserwując grę, udzielając oficjalnych rad, ale w imię Boga stawia się do dyspozycji człowieka, który towarzyszy ludziom w ich smutkach, w ich radościach, ich nadziei i strachu, taki ksiądz na pewno będzie potrzebny w przyszłości. 

    Pójdźmy krok dalej. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które wzniósł w czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników maleje, więc straci wiele ze swoich przywilejów społecznych. 

    W przeciwieństwie do wcześniejszych czasów będzie postrzegany dużo bardziej jako dobrowolne stowarzyszenie, do którego przystępuje się tylko na podstawie samodzielnej decyzji. Jako mała wspólnota, będzie kładł dużo większy nacisk na inicjatywę swoich poszczególnych członków. Niewątpliwie odkryje nowe formy posługi kapłańskiej i będzie wyświęcał do kapłaństwa wypróbowanych chrześcijan, którzy wykonują już jakiś zawód. 

    W wielu mniejszych parafiach lub autonomicznych grupach społecznych opieka duszpasterska będzie zazwyczaj prowadzona w ten sposób. Obok tego niezbędna również będzie posługa kapłańska w pełnym wymiarze czasu, jak dawniej. 

    Ale we wszystkich tych zmianach, w których, jak można się domyślać, Kościół na nowo odnajdzie swoją istotę i pełne przekonanie, co do tego, co zawsze było w jego centrum: wiary w Trójjedynego Boga, w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który stał się człowiekiem, w obecność Ducha Świętego aż do końca świata. W wierze i modlitwie na nowo uzna sakramenty za formę oddawania czci Bogu, a nie za przedmiot wiedzy liturgicznej. 

    Kościół będzie wspólnotą bardziej uduchowioną, nie wykorzystującą mandatu politycznego, nie flirtującą ani z lewicą, ani z prawicą. To będzie trudne dla Kościoła, bo ów proces krystalizacji i oczyszczenia będzie kosztować go wiele cennej energii. To sprawi, że będzie ubogi i stanie się Kościołem cichych. 

    Proces ten będzie tym bardziej uciążliwy, że trzeba będzie odrzucić zarówno sekciarską zaściankowość, jak i napuszoną samowolę. Można przewidzieć, że wszystko to będzie wymagało czasu. Proces będzie długi i żmudny, tak jak droga od fałszywego progresywizmu w przededniu rewolucji francuskiej – kiedy biskup mógł być uważany za błyskotliwego, jeśli wyśmiewał się z dogmatów, a nawet sugerował, że istnienie Boga wcale nie jest pewne – do odnowy w XIX wieku. 

    Ale kiedy minie już proces tego odsiewania, wielka moc popłynie z bardziej uduchowionego i uproszczonego Kościoła. W totalnie zaplanowanym świecie ludzie będą strasznie samotni. Jeśli całkowicie stracą z oczu Boga, odczują całą grozę swojej nędzy. Następnie odkryją małą trzódkę wyznawców jako coś całkowicie nowego. Odkryją ją jako nadzieję, która jest im przeznaczona, odpowiedź, której zawsze potajemnie szukali. 

    A zatem wydaje mi się pewne, że przed Kościołem bardzo trudne czasy. Prawdziwy kryzys ledwo się zaczął. Będziemy musieli liczyć się z tym, że nastąpią straszliwe wstrząsy. 

    Jestem jednak równie pewny, co pozostanie na koniec: nie Kościół politycznego kultu, który już jest martwy, ale Kościół wiary. Może już nie być dominującą siłą społeczną w takim stopniu, w jakim był do niedawna; ale będzie cieszyć się świeżym rozkwitem i będzie postrzegany jako dom dla człowieka, gdzie znajdzie on życie i nadzieję wykraczającą poza śmierć. 

    Kościół katolicki przetrwa mimo mężczyzn i kobiet, niekoniecznie ze względu na nich. A jednak, nadal mamy do odegrania naszą rolę. Musimy modlić się i pielęgnować bezinteresowność, wyrzeczenie, wierność, pobożność sakramentalną i życie skoncentrowane na Chrystusie. 

    Józef Ratzinger w 1969 roku w rozgłośni Hessian Rundfunk

    Misyjne drogi.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Zagrożenie związane z modlitwą księdza Dolindo

    Zagrożenie związane z modlitwą księdza Dolindo

    (fot. shutterstock.com / youtube.com/radiotvsantamaria)

    ***

    Modlisz się słowami “Jezu, Ty się tym zajmij”? Potrzebujesz cudu lub pomocy w swoim życiu? “W tym może być też diabeł” – przed złymi owocami modlitwy ks. Dolindo ostrzega Włodzimierz Zatorski OSB.

    Karol Wilczyński: Co jest najważniejsze w naszej modlitwie? Czy jest coś, czego pragnie w niej Bóg?

    Włodzimierz Zatorski OSB: Spotkanie. Bóg pragnie się z nami spotkać. I, co chyba jeszcze ważniejsze, pragnie, byśmy chcieli się z Nim spotkać. My musimy być na to spotkanie otwarci.

    Dlaczego?

    Życie w rozumieniu biblijnym jest spotkaniem, rozgrywa się w przestrzeni spotkania, w przestrzeni miłości. Dlatego też w życiu duchowym najważniejsza jest współpraca z łaską. Sama łaska niczego w nas nie dokona, bo Bóg szanuje naszą wolność… Na siłę też nie będzie nic robił. Łaska jednak jest do zbawienia koniecznie potrzebna, bez łaski nic nie zdziałamy. Dlatego najważniejsza jest właśnie współpraca.

    Jak ojciec widzi współpracę z Bogiem, skoro mó­wię “Jezu, Ty się tym zajmij”? Moja praca polega na tym, żeby Mu powierzyć mój problem.

    Właśnie: powierzyć, nie oddać w całości. Często słyszę takie słowa: “Pomóż sobie, a Pan Bóg ci pomoże”. Takie słowa, pewnie z lekkim przegięciem, akcentują aktywność człowieka. Jest w tym jednak trochę prawdy. Pozostawienie formuły “Jezu, Ty się tym zajmij” samej sobie, pozostawia na boku tę naszą aktywność.

    “No, skoro Pan Jezus się tym zajmuje, to ja już nie muszę…”

    To jest postawa, której się obawiam w kontekście słów: “Jezu, Ty się tym zajmij”. Boję się, że mogą prowadzić nas do postawy bezsilności i bezczynności. A modlitwa nie może do niej prowadzić. Nie można liczyć na to, że Bóg sam nam coś załatwi.

    Jak zatem mam współpracować z Panem Bogiem?

    Przede wszystkim wymaga to realnego zaangażowania, autentycznej więzi. Bóg obdarował nas rozumem i wolną wolą, żebyśmy z nich korzystali. W Katechizmie Kościoła katolickiego jest napisane, że “Bóg pragnie, byśmy Go pragnęli” (KKK 2560). A żebyśmy Go pragnęli, to musimy wejść z Nim w relację i Go poznać. Musimy się zaangażować. Konkretnie zaangażować. Co to znaczy? Ogólnie to, że z modlitwą, z relacją z Panem Bogiem, związana jest pewna praktyka życiowa. Człowiek musi żyć zgodnie z przykazaniem Jezusa: przykazaniem Miłości.

    Co to ma do naszej modlitwy?

    Tylko wtedy, gdy żyjemy w harmonii z tym przykazaniem, możemy prawdziwie modlić się w imię Jezusa. “O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje” (J 16,23).

    Trzeba pamiętać, że modlitwa w czyimś imieniu oznacza coś o wiele więcej. W Biblii “imię” to “istota”, w imieniu zawiera się cały charyzmat, powołanie. Chrystus, Syn Boży, nie bez powodu otrzymuje to imię – Jezus. Jehoszua po hebrajsku oznacza: “Jahwe zbawia”.

    Używając tego imienia, przypominamy, że Jezus nie przyszedł potępiać, ale zbawiać. Syn Człowieczy “nie przyszedł, by Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28). Modląc się w Jego imię w sposób autentyczny, trzeba działać i żyć zgodnie z tą podstawową prawdą o zbawieniu.

    Ale to nie wszystko. Jezus chce, byśmy angażowali się, podążali Jego misją zbawienia. Święty Paweł pisze, że jesteśmy “Ciałem Chrystusa” (1 Kor 12,27). To jest jedno z wielu wezwań, by zaangażować się w to dzieło, które zaczął Jezus, żyjąc na ziemi.

    Dobrze, ale co mają zrobić osoby w trudnej sytu­acji? Wiele ludzi nie widzi już możliwości działa­nia. Stąd korzystają z modlitwy “Jezu, Ty się tym zajmij” – nie widzą tego, w jaki sposób mogliby odmienić swoje życie. Na przykład Artur wpadł w spiralę długów. To się przełożyło na jego życie małżeńskie i rodzinne. W chwili największej bez­ nadziei, “w chwili utraty chęci do życia” – jak to nazwał autor świadectwa – zwrócił się do Jezusa w tej modlitwie. Czy w takich chwilach nie jest jednak dobrze zawierzyć się Bogu w taki sposób?

    OK, stał się cud. Ale trzeba zwrócić uwagę na to, że sam cud nigdy nie wystarczy. Ludzie często uważają, że cud to właściwy i pożądany “efekt” modlitwy. A to nie jest to, o co chodzi. W działaniu Boga – jak pisze św. Jan od Krzyża, mistyk – nie chodzi o objawienia czy cuda, bo w tym może być też diabeł.

    Ale te cuda są często bardzo dobre!

    Cóż, to trzeba za nie podziękować i skupić się na tym, co jest istotą działania Boga.

    To znaczy?

    Spotkanie. Skupmy się na spotkaniu z Nim. Cud może być tylko sposobem, znakiem, który nie musi być skuteczny. Wystarczy poczytać Biblię i zobaczyć, jak Panu Jezusowi “dziękowali” ci, których uzdrowił. Znamienny jest przypadek uzdrowienia dziesięciu trędowatych – poza jednym uzdrowionym z trądu Samarytaninem, obcym – nikt nie przyszedł Mu podziękować. Nie mówiąc już o tym, że gdy Jezus zaczął mieć kłopoty, zaczął się Jego proces w Jerozolimie, to nie widzimy żadnego uzdrowionego, który by Mu chciał pomóc. Gdy krzyczeli “ukrzyżuj, ukrzyżuj”, to gdzie jest cała grupa ludzi, których Pan Jezus uzdrowił? Dlaczego nie wołali “uwolnij, uwolnij”?

    Oni wszyscy byli uzdrowieni, doświadczyli cudu tak jak Artur. Ja nie przeczę, że to jest cud, bo to prawdopodobnie jest łaska Boga. Ale to jest tylko znak. Pan Jezus też traktował te uzdrowienia, które zostały opisane w Ewangelii, tylko jako znak. Jako coś, co ma przemówić do człowieka, co ma prowadzić do jego przemiany. Cud nie jest realizacją więzi, relacji z Bogiem, bo nie o to w tej relacji chodzi. Cud ma sprawić, że człowiek się zaangażuje, wejdzie w dzieło zbawienia Pana Jezusa całym sobą.

    To pokazuje inna historia z Ewangelii: o człowieku, który trzydzieści osiem lat był sparaliżowany i siedział koło sadzawki (J 5,1-18). I Jezus po uzdrowieniu go ostrzega: nie grzesz, żeby nie spotkało cię coś gorszego niż ten paraliż. Mężczyzna mimo to idzie i donosi faryzeuszom. Cud nic w nim nie zmienia.

    Pamiętajmy, cud nie jest celem. Jest znakiem, który powinniśmy wykorzystać do wewnętrznej przemiany i do spotkania z Jezusem.

    Czy uważa zatem ojciec, że to źle, jeśli modlimy się, oczekując jednocześnie cudu?

    W pewnym momencie taka modlitwa zaczyna być zła, tak. Oczywiście, na pewnym poziomie modlitwa o cud może być dobra. Przecież Pan Jezus modli się w Ogrójcu: “Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich!”. Modli się o interwencję, prosi Boga, by działał. Ale od razu dodaje: “Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). I w tym drugim zdaniu leży cały sens.

    Bo co to znaczy powierzyć się Bogu? Przede wszystkim, jak uczyli mnisi – ojcowie pustyni spędzający całe życie na modlitwie i pracy – odrzucić własne wyobrażenia. To nasze myśli, marzenia, wyobrażenia są pierwszą przeszkodą w modlitwie. Zamiast powierzyć wszystko Panu Bogu, planujemy nasze życie za Niego. Tak nie można. Nie należy oczekiwać cudu, który został przez nas dokładnie określony, opisany i przedstawiony “na piśmie”. A potem mieć pretensje.

    Czy w takim razie mamy zwracać się do Boga w trudnych sytuacjach? Jak to robić?

    Oczywiście, że tak! Bóg jest naszym ratunkiem, naszym wyzwoleniem. I trzeba się o ten cud czasem modlić. Ale jeśli całe życie jesteśmy na tym poziomie, jeśli tylko na tym polega nasza relacja z Jezusem, to wtedy to jest problem. Bo wtedy nie tyle stoimy w miejscu, jeśli chodzi o tę więź, ale właściwie cofamy się. Prosząc cały czas tylko o cuda, idziemy w przeciwnym kierunku.

    Jako dzieci Boga otrzymaliśmy od Niego bardzo dużo na pewnym etapie. Ale jeśli – jako dorośli mężczyźni – będziemy traktować naszego Rodzica jako kogoś, kto tylko daje, kogoś, od kogo należy tylko brać, to znaczy, że czegoś tu brakuje. W życiu duchowym to oznacza tragedię. Bo Bóg stawia nam wymagania, pragnie od nas wielu rzeczy. Mówi o tym Księga Syracha: “Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie!” (Syr 2,1).

    Ta sama księga mówi też “Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!” (Syr 2,6).

    Właśnie. Żeby wzrastać, pogłębiać naszą więź, Bóg chce, byśmy robili coś więcej: byli Mu wierni i prostowali swe drogi. Angażowali się.

    Kiedy mówimy “Jezu, Ty się tym zajmij”, to kluczowe jest właśnie to “zajmij się”. Co ono dla nas znaczy? Czy mówiąc tę modlitwę, jesteśmy otwarci na to, że powierzam Bogu w całości swoją sprawę i całe życie? A zarazem, że jestem gotów przyjąć to, czego On tak naprawdę dla mnie chce? Że jestem otwarty na to, by współpracować z Jego łaską? Jeśli tak, to ta modlitwa jest OK.

    Ale czasami nie jest OK?

    Nie. Jeśli “Jezu, Ty się tym zajmij” oznacza, że powierzam Ci to w całości, ale samemu nie mam zamiaru już nic robić, nie chcę się zmieniać i nie zamierzam współpracować z Bogiem, to nie jest to dobra modlitwa. Tylko jeśli chcę ostatecznie przemienić swe serce, stanąć bliżej Boga, ta modlitwa może być autentyczna.

    Czy jest jakaś inna modlitwa, którą modli się oj­ciec w trudnych chwilach? W czasie zwątpienia?

    Tak, używam często tak zwanych aktów strzelistych na wzór Modlitwy Jezusowej. Wołam: “Jezu, Synu Boga Żywego, zmiłuj się nade mną”. Albo modlę się tak jak celnik w świątyni: “miej litość dla mnie, grzesznika!” (por. Łk 18,13). To są wezwania, które służą mi, gdy jest mi trudno.

    Czy słowa “Jezu, Ty się tym zajmij” mogą być ta­kim aktem strzelistym? Jezus w jednym z objawień mówi księdzu Dolindo o akcie “prawdziwego, śle­pego i całkowitego oddania”. Wspomniał ojciec o ojcach pustyni, którzy byli prawdziwie oddani.

    Różnica jest jednak zasadnicza! Proszę zauważyć, że gdy wołam do Jezusa: “Ty się tym zajmij”, to przy okazji mówię Mu, czym ma się zająć. A powinniśmy wołać jak Jezus w Ogrójcu: “Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”. A mówimy “Jezu, Ty się tym zajmij”, wiedząc, JAK On ma się tym zająć. A potem są pretensje. “Bo tak chciałem, tak się modliłem, a nie wyszło, Pan Je- zus nie wysłuchał…”.

    Na czym zatem polega niewysłuchana modlitwa?

    Przede wszystkim na naszych fałszywych wyobrażeniach, które budują w nas rozmaite oczekiwania względem Boga. Popatrzmy na to poprzez przykład Jezusa w Ogrójcu. W innym miejscu mówi się, że “został wysłuchany” (Hbr 5,7). Ale – po ludzku rzecz biorąc – Jezus nie został przecież wysłuchany. Bo jednak Ojciec nie zabrał tego kielicha. Tyle że z perspektywy Bożej został wysłuchany, stał się zbawieniem dla świata. I zmartwychwstał. Tego jednak nie widać z perspektywy ludzkiej. Nie widać tego, że Bóg daje według swojej miary, a nie miary oczekiwań człowieka.

    I Jego miara jest zawsze inna niż ludzkie wyobrażenie.

    Dlatego modlitwa “Jezu, Ty się tym zajmij” może być na pewnym poziomie, dla pewnych ludzi, całkowicie w porządku. Ale w pewnym momencie może też być przeszkodą – o ile jest związana z naszymi wyobrażeniami, o ile jest osadzona w tych naszych oczekiwaniach. A przecież nie o to chodzi. Chodzi o wypełnienie się Bożej woli.

    Jak poznać wolę Boga? To nie jest proste.

    Nie jest. Ale mamy jej szukać. Tutaj mamy się zaangażować.

    Jak w tym świetle rozumieć zatem słowa “Jezu, Ty się tym zajmij”?

    W samej tej formule nie ma mowy o woli Boga. Ale jeśli ją rozumiemy w taki sposób, że “Jezu, Ty się tym zajmij, tak jak Ty chcesz. I jeśli chcesz, bym coś zrobił, to powiedz, rządź mną, poddaję się Twojej woli”, to jest to OK. Jeśli jednak w słowach “Jezu, Ty się tym zajmij” nie ma nic więcej, to – przynajmniej po polsku – brzmi to jak zwolnienie się z odpowiedzialności. I to jest błędne.

    To, że dzięki tej modlitwie zdarzają się cuda – na przykład uratowanie Artura z bankructwa – to z tego cudu nie wynika jeszcze to, że człowiek, który doświadczył tego cudu, wszedł na drogę zbawienia. To, czy on tę łaskę cudu wykorzysta do tego, by pójść za Jezusem, zależy od jego zaangażowania. Bo przecież może też postawić się w centrum wielkiego wydarzenia, pomyśleć: “Patrzcie, jaki jestem wielki, doświadczyłem takiego cudu”. To jest wtedy antyświadectwo!

    Jak rozpoznać w takim razie, że modlitwa tak naprawdę, w Bożym rozumieniu, została wysłu­chana?

    Po owocach. A pierwszym owocem modlitwy jest pokora. Są jeszcze inne – miłość, radość, pokój, opanowanie, przebaczenie, wdzięczność… To są owoce, które wymienia św. Paweł w Liście do Galatów (5,22-23). Ale moim zdaniem najpierw jest pokora. Ona jest nie do podrobienia. “Po owocach ich poznacie” – mówi Jezus.

    Owocem jest też odrzucenie wad, o których mówi św. Paweł w Liście do Kolosan (3,8). Owocem nie jest cud.

    * * *

    Fragment wywiadu z ojcem Włodzimierzem Zatorskim OSB pochodzi z książki “Jesteś w dobrych rękach. Poznaj prawdziwą moc modlitwy Jezu, Ty się tym zajmij ks. Dolindo”

    Ojciec Włodzimierz Zatorski – benedyktyn z opactwa Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu. Do klasztoru wstąpił po ukończeniu fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1980 roku. Twórca i wieloletni dyrektor Wydawnictwa Benedyktynów, w latach 2005-2009 przeor opactwa w Tyńcu, autor licznych książek o tematyce religijnej.

    Karol Wilczyński – dziennikarz DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Siostra Małgorzata Borkowska OSB o modlitwie. Oto jej 10 istotnych myśli

    Siostra Małgorzata Borkowska OSB o modlitwie. Oto jej 10 istotnych myśli

    fot. Canva

    ***

    Czym jest modlitwa? Jak się modlić? Co jest celem modlitwy? Te pytania dotyczące tak ważnej rzeczywistości jaką jest modlitwa zadaje sobie wielu ludzi wierzących. Benedyktynka s. Małgorzata Borkowska odpowiada na te i inne rozterki w książce “Uwagi o modlitwie”.

    10 istotnych myśli s. Małgorzaty Borkowskiej na temat modlitwy

    1. Modlitwa musi obejmować nasze życie, nigdy nie może być całkiem nieobecna, w takiej czy innej formie musi trwać. Powoli staje się po prostu obecnością wobec Wszechobecnego; mamy już wtedy swój własny z Nim język, jak to w rodzinie, i nic nie potrzeba długo tłumaczyć, raczej tylko pokazywać i patrzeć razem.

    2. Odczuwalne dary Boże to jeszcze nie sam Bóg; i że nasza droga jest drogą wiary, nie drogą widzenia. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a wierzą (J 20, 29); a nie ci, którzy żeby móc uwierzyć, usiłują najpierw dochrapać się jakiegoś widzenia.

    3. Naszym celem jest nie sama czynność modlitwy, ale życie modlitwy, a więc właśnie życie według modlitwy, wyrażanie czynem tego, co Bogu mówimy słowami.

    4. Bardzo trudno jest modlić się, kiedy coś nam leży na sumieniu. Chcielibyśmy to zamknąć do ciemnej komórki, odłożyć na potem – a nie da się. I bardzo dobrze, jeśli się nie da, bo to znaczy, że nasze sumienie działa i nawet jeśli nam jego głos zawadza, nie skutkują próby wyłączenia go

    5. Modlitwa jest relacją, a nie pojedynczą czynnością; a nasza relacja z Bogiem powinna obejmować całe nasze życie, a już zwłaszcza stosunek do bliźnich, których nam dano jako widzialnych przedstawicieli Niewidzialnego, żebyśmy mogli okazać Mu miłość.

    6. Dobrze jest ćwiczyć się w pamięci o tym, jak bardzo Bóg kocha mojego winowajcę. Wiem, że trzeba się za niego modlić; ale muszę bardzo uważać, żeby to nie była modlitwa z wysokości mojej rzekomej cnoty za jakiegoś biednego głuptasa.

    7. Przypominajmy sobie przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej, że Chrystus jest wprawdzie Sędzią żywych i umarłych, ale jest także patronem osądzonych. I że bardzo wyraźnie ostrzegał nas: nie sądźcie!

    8. Cierpliwość to drugie imię pokory. Kto się ma za coś wielkiego, nigdy cierpliwy nie będzie, bo zawsze będzie myślał, że jego wielkość nie jest dość rozpoznawana, i to w nim wywoła gniew. Pokorny natomiast nie straci pogodnej cierpliwości.

    9. Ludzie poszukujący wciąż w życiu nadprzyrodzonych zjawisk kończą bardzo szybko na wmawianiu ich sobie i innym. Ale to jest nieprawda, a żadna nieprawda nie przynosi ani Bogu chwały, ani ludziom pożytku.

    10. Jeśli umiemy odróżnić Boga samego, który nas kocha i wzajemnie jest naszą miłością, od darów, które są tylko przebłyskami Jego miłości, to nie będziemy robić tragedii z okresów, w których takich przebłysków nie otrzymujemy.

    Wybrane fragmenty pochodzą z książki “Uwagi o modlitwie”.

    ***

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB/Deon.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prosta modlitwa o dobrą starość

    Prosta modlitwa o dobrą starość

    fot. IgorVetushko – depositphotos.com

    ***

    Jeśli zastanawiasz się, jak powinna wyglądać taka modlitwa, podrzucamy propozycję. Już teraz warto pomyśleć o starości. Wypróbuj modlitwę o dobrą starość.

    Czy myślałeś kiedyś o starzeniu się i o tym, jak ty będziesz funkcjonował na starość? Jak sobie wyobrażasz wtedy swoje życie? Jaki chciałbyś być? Perspektywa starości dotyczy nas wszystkich. Warto się z nią oswajać.

    Wszyscy chcieliby być młodzi, zdrowi, piękni i aktywni. I dlatego perspektywa starości z jej rzeczywistymi bądź wyobrażanymi ograniczeniami, może napawać niepokojem. Nie poddawaj się im. W chwili niepewności i lęku, kiedy będzie ci ciężko, powtarzaj słowa modlitwy św. Tomasza z Akwinu, jednego z najtęższych umysłów, jakie mamy w Kościele. Niech ta modlitwa cię prowadzi. 

    Jak najlepiej modlić się o dobrą starość?

    Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku: mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym. Czynnym lecz nienarzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca kilku przyjaciół.


    Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i dodaj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień – w miarę jak ich przybywa, a chęć ich wyliczania staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.


    Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być święty, ale zgryźliwi starcy to jedno ze szczytowych osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach. Daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym…

    Ta modlitwa umieszczona jest na tablicy nagrobnej św. Tomasza w Tuluzie.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Papież Franciszek o Duchu Świętym

    Pięć myśli papieża Franciszka o Duchu Świętym. "Trzeba umieć odróżnić Jego głos od głosu złego ducha"

    Papież Franciszek. Fot. Depositphotos.com

    ***

    To najbardziej tajemnicza osoba Trójcy Świętej. Co mówi o Duchu Świętym papież? Oto kilka myśli Franciszka, które prosto pokazują, co w naszym życiu robi dla nas Duch Święty. 

    Papież Franciszek ma dar ujmowania w prosty sposób rzeczywistości duchowej. Pokazuje, że nie jest ona odległa, ale dotyczy bardzo realnie naszego życia. Tak mówił w jednej z homilii o Duchu Świętym:

    1. Duch Święty sprawia, że widzimy wszystko w nowy sposób, według spojrzenia Jezusa.

    2. Istnieje Duch Święty, który mówi nam skąd wyruszyć, jaką drogę obrać i jak podążać, wskazuje nam styl „jak podążać”.

    3. Duch Święty ukazuje nam punkt wyjścia życia duchowego. On, Pocieszyciel, jest duchem uzdrowienia, to Duch zmartwychwstania i może przemienić te rany, które cię palą wewnętrznie.

    4. Duch Święty uzdrawia wspomnienia, stawiając na pierwszym miejscu to, co się liczy: pamięć o miłości Boga, Jego spojrzeniu na nas. W ten sposób wprowadza ład w nasze życie: uczy nas akceptować siebie, uczy nas przebaczać sobie samym. 

    5. Duch Święty, w obliczu rozdroży życiowych podpowiada najlepszą drogę do wzięcia. Dlatego ważne jest, aby umieć odróżnić Jego głos od głosu złego ducha. (…) Rozgoryczenie, pesymizm, smutne myśli nie pochodzą od Ducha Świętego.

    opoka.org.pl/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak rozpoznać działanie szatana?

    Siedem wskazówek papieża Franciszka

    Jak rozpoznać działanie szatana? Siedem wskazówek papieża Franciszka

    Papież Franciszek/fot. Vatican/Pool/Galazka

    ***

    Jak działa szatan? Na co trzeba uważać? Po czym poznać, że to on próbuje nas do czegoś namówić? Papież Franciszek wiele razy mówił o tym, jak działa w naszym życiu zły duch.

    Warto zapamiętać wskazówki papieża: są bardzo praktyczne i pozwalają ocenić, czy nie jesteśmy właśnie wystawiani na pokusę, która zabierze nam radość i skłoni do zła.  

    Papież Franciszek o tym, jak rozpoznać działanie złego ducha

    1. Narzekanie to język złego ducha.

    2. Zło dobrze czuje się w negatywności i często wykorzystuje tę strategię: podsyca w nas niecierpliwość, skłania do robienia z siebie ofiary, wzmacnia potrzebę użalania się nad sobą.

    3. Zazdrość jest drzwiami, przez które wchodzi zły duch, tak mówi Biblia: przez zawiść diabła zło weszło na świat.

    4. Zły duch chce odwrócić naszą uwagę od tego, co tu i teraz, zabrać nasze myśli gdzie indziej: często przykuwa nas do przeszłości: żalów, nostalgii, do tego, czego nie dało nam życie.

    5. Zły duch popycha cię, byś zawsze robił to, co lubisz i chcesz; skłania cię do przekonania, że masz prawo korzystać ze swojej wolności, jak ci się podoba. Ale potem, gdy zostajesz z pustką wewnętrzną, jest to okropne doświadczenie.

    6. Głos nieprzyjaciela odwraca uwagę od teraźniejszości i chce, żebyśmy się skupiali na lękach o przyszłość i na smutkach z przeszłości. Nieprzyjaciel nie chce teraźniejszości. Przywołuje gorycze, pamięć o zaznanych krzywdach, o tym, kto nam wyrządził zło… tak wiele złych wspomnień.

    7. Zło nigdy nie daje pokoju, najpierw wzbudza żądzę, a potem zostawia gorycz. Taki jest styl zła.

    opoka.org.pl/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie potrafisz przebaczać i każdego dnia myślisz o swoich zranieniach?

    Ta modlitwa przyniesie ci ukojenie

    Nie potrafisz przebaczać i każdego dnia myślisz o swoich zranieniach? Ta modlitwa przyniesie ci ukojenie

    (fot. Aziz Acharki on Unsplash)

    ***

    Myślisz, że wszystko ci się w życiu układa, ale rozsypujesz się, spotykając osobę, która cię kiedyś zraniła? A może nie potrafisz spojrzeć w lustro, bo sam siebie o coś obwiniasz? Nie czekaj, módl się tymi słowami i odzyskaj wolność:

    Jakże jest wielkie, Panie, Twoje miłosierdzie i przebaczenie
    dla tych, którzy na Twoje podobieństwo
    są miłosierni i przebaczają swoim winowajcom!
    Ty bowiem jesteś dobry i pełen przebaczenia,
    pełen łaskawości dla wszystkich,
    którzy Cię wzywają sercem szczerym i otwartym.
    Daj nam poznać Twoje drogi, Panie,
    i naucz nas chodzić Twoimi ścieżkami.

    Udziel nam ze swojego Ducha miłosierdzia i przebaczenia.
    Prowadź nas w prawdzie według swych pouczeń,
    bo w Twoim miłosierdziu pokładamy naszą nadzieję.
    Nie pamiętaj nam grzechów i win,
    lecz spójrz na nas miłosiernie.
    Wyzwól nas od złych myśli i uczuć.
    Uwolnij nasze serce od smutku i żalu,
    jaki nosimy po doznanych krzywdach i niesprawiedliwościach.
    Spójrz na nasz ból i utrapienie,
    jakie nam sprawia doznane zło

    i przynajmniej ze względu na to cierpienie,
    wybacz nam niezdolność do uwolnienia się
    od uraz raniących nasze serce,
    bo sami z całej siły pragniemy przebaczyć
    i oczyścić nasze serca od wszelkiego zła.
    Stwórz Panie w nas serce czyste i udziel pełni życia w miłości,
    we wzajemnej dobroci i miłosierdziu,
    jakich od Ciebie doznajemy.

    Niech nasze miłosierdzie ogarnie nawet naszych nieprzyjaciół,
    bo i oni są Twoimi dziećmi i naszymi braćmi.
    Niech nas wszystkich ogarnie Twoje królestwo miłości i komunii. Amen.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co trzecie małżeństwo rozpada się!

    Czy na pewno rozumiemy przysięgę małżeńską?  

    Co trzecie małżeństwo rozpada się! Czy na pewno rozumiemy przysięgę małżeńską?  

    fot. Agnieszka Napiórkowska/Gość Niedzielny

    ***

    W małżeństwie nie ma ziemi neutralnej, jest albo błogosławiona, albo przeklęta. Co zrobić, by była błogosławiona? Ks. dr Marek Dziewiecki podpowiada w książce “Złączeni. Przysięga małżeńska czarno na białym”.  

            Katarzyna Widera-Podsiadło: Napisał ksiądz doktor 80 książek, ale tę określa ksiądz mianem najważniejszej?

    –        Ks dr Marek Dziewiecki: Tak, ta książka jest dla mnie najważniejsza ze wszystkich książek, chociaż jest kilka innych, którymi osobiście bardzo się cieszę, do których sam sięgam, zwłaszcza do powieści, bo one także mnie wzruszają. 

    –        Rozumiem, ale pozornie wydawać by się mogło, że książka o kapłaństwie, czy wierze powinna być dla księdza najbardziej wartościową pozycją.

    –         Wyjaśniam: To jest książka o kapłaństwie!  Otóż głównym zadaniem kapłana jest troska o małżeństwo i rodzinę.  Być księdzem, to od rana do wieczora troszczyć się o małżeństwo i rodzinę,  to jest duszpasterstwo w praktyce, najważniejsza jego część.  Po to my, księża żyjemy  w celibacie, żeby mieć czas dla małżeństw i rodzin, żeby wspierać małżeństwa i rodziny w wypełnianiu przysięgi małżeńskiej. I to należy czynić od rana do wieczora, ale nie kosztem własnej żony, czy własnych dzieci, to jest sens celibatu. Tłumaczę to księżom w czasie rekolekcji, czy  spotkań formacyjnych. Tłumaczę to podczas spotkań klerykom w seminariach w Polsce: To jest nasza odpowiedzialność, jesteśmy jako kapłani świadkami składania przysięgi małżeńskiej przez narzeczonych, my tych narzeczonych mamy przygotowywać, a wcześniej mamy przygotowywać dzieci i młodzież przez lata formacji, do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej.  Potem mamy pomagać tym, którzy już złożyli przysięgę, by ją wypełniali zarówno w części małżeńskiej, jak i rodzicielskiej. Jako księża mamy pomagać w sytuacjach kryzysowych, by z kryzysu wychodzili i jeśli są jakieś dramaty w małżeństwie, rodzinie  mamy  profesjonalnie  działać. Małżonkowi, zwłaszcza drastycznie  krzywdzonemu mamy pomagać w zrozumieniu, jak  się bronić, do separacji małżeńskiej włącznie. Jeśli trzeba, duchowny ma pomaga sprawdzić, czy w ogóle małżeństwo było zawarte w ważny sposób. Dlatego my księża musimy być  specjalistami w dziedzinie przysięgi małżeńskiej i jej wypełniania.

    –        Rodzina dzisiaj z pewnością nie domaga, kryzys jaki przechodzi obawiam się, że nie jest jeszcze największym. Będzie gorzej, bo chora rodzina nie przygotuje do dobrego małżeństwa. Trochę to tak, jak zarzucanie księżom niedoskonałości. Taki ksiądz, taki małżonek z jakiej rodziny pochodzi, w jakiej rodzinie dorastał.

    –         W związku z tym, nie dziwię się, że księża popełniają błędy, czy patrzą  stereotypowo, zwłaszcza w odniesieniu do kobiet. Nie ukrywam tego i to mnie boli. Niestety znaczna część księży popełnia  typowe błędy. Prosty przykład: gdy przychodzi do kapłana, kobieta dręczona  przez męża, oczekuje porady, a  część księży mówi: „Widocznie Ci to Bóg zesłał, czy przynajmniej dopuścił taki krzyż, takie cierpienie. Złożyłaś przysięgę, to musisz być wierna tej przysiędze. Trwaj przy tym mężu nawet, jeśli Cię dręczy”. Otóż to jest całkowicie  błędne rozumienie przysięgi. Oczywiście po złożeniu przysięgi małżeńskiej mamy już na zawsze kochać małżonka, ale mądrze. Jeżeli małżonek okazuje nam miłość, wypełnia przysięgę, to mamy go wspierać,  dziękować, podziwiać. Natomiast jeżeli błądzi, mamy upominać, tak jak to  powiedział Jezus, mówiąc, że  jeśli Twój brat lub siostra (tym bardziej żona, czy mąż) błądzi, upomnij go. Przecież nie da się tego już wyraźniej powiedzieć. Jeżeli małżonek nas krzywdzi, to mamy święte prawo do obrony, do separacji małżeńskiej włącznie, do zbadania, czy w ogóle małżeństwo było zawarte ważnie. Nikt nie ma prawa mnie krzywdzić, a już zwłaszcza ten, kto mi przysięgał, że będzie mnie kochał, że będzie mi wierny, że będzie wobec mnie uczciwy. Czasem same kobiety mówią: „Nie mam prawa się bronić przed mężem, który stał się  krzywdzicielem, nawet jeśli mnie drastycznie krzywdzi, bo przecież ślubowałam mężowi miłość w dobrej i złej doli”. Wtedy wyjaśniam: „Znam na pamięć przysięgę małżeńską i w związku z tym wiem, co Pani mąż  ślubował. Proszę zauważyć, że mąż nie ślubował, iż bierze sobie Panią za żonę i ślubuje, że będzie Panią dręczył, lecz, że będę Panią kochał,  że będzie wierny i uczciwy”. Jeśli pojawiają się dramaty, zła dola, cierpienia, to one mogą przyjść jedynie z zewnątrz. Jeśli ktoś nas krzywdzi z zewnątrz, czy współmałżonka dotyka np. bezrobocie i on bardzo cierpi, to  żona powinna go wspierać.  Natomiast jeśli ból, cierpienie, krzywda są dziełem męża, to żona ma tylko jedną możliwość, mądrze kochać,  bronić się przed tym mężem, który stał się krzywdzicielem, bo krzywdząc, łamie on przysięgę małżeńską, a przecież nie ma prawa  tego robić. Obrona może prowadzić do separacji włącznie. Separacja zaś oznacza miłość na odległość, a nie wycofanie miłości. Kocham Cię nadal mężu, żono, ale ponieważ na razie łamiesz przysięgę brutalnie i stajesz się krzywdzicielem, to na razie kocham Cię na odległość, bo z bliska nie mogę, bo mnie dręczysz. A jeśli się pozwalam dręczyć, to Ci pomagam stawać się coraz większym dręczycielem i ułatwiam Ci wchodzenie na drogę do piekła. To nie byłaby zatem mądra miłość, lecz naiwność.  Właśnie po to jest ta książka, żeby bardzo precyzyjnie słowo, po słowie  przeanalizować to, co małżonkowie sobie nawzajem ślubują, bo wtedy  narzeczeni, lepiej przygotowani wejdą w związek małżeński, a ci, co przysięgę już mają za sobą, zrozumieją lepiej, z czego mają siebie i współmałżonka rozliczać.

    –        Pisze Ksiądz doktor, że szczęśliwe małżeństwo w XXI wieku jest możliwe. Skąd więc tyle skrajnie nieszczęśliwych, a w konsekwencji rozpadających się małżeństw?

    –        Małżonkowie zaczynają być nieszczęśliwi wtedy,  gdy jedno z nich lub obydwoje przestają wypełniać  przysięgę małżeństwo choćby w  jednym punkcie. Proszę sobie wyobrazić, że większość małżonków nie ma pojęcia,  kiedy zaczyna się kryzys małżeński, kiedy  mąż czy żona zaczyna łamać przysięgę małżeńską. To  jedno z moich ukochanych pytań,  zwłaszcza wobec mężczyzn, choć oczywiście to pytanie kieruję również do żon, Panowie mają  zwykle większe trudności  z udzieleniem prawidłowej odpowiedzi. Gdy pytam mężczyzn o to, kiedy mąż zaczyna łamać przysięgę małżeńską, to w większości przypadków panowie mówią, że wtedy, gdy mąż okłamuje żonę, kiedy ją uderza, kiedy ją zdradza,  czy kiedy wpada w uzależnienia i ją w ten sposób dręczy. Wtedy mówię: „Panowie, nie pytam, kiedy mąż staje się bandytą, kiedy powinien iść do więzienia. Pytam, kiedy zaczyna łamać przysięgę małżeńską? Czy rozumiecie słowo „zaczyna?” Wtedy wielu mężczyzn ma problemy z odpowiedzią. Wówczas podkreślam, że  mąż, czy żona zaczyna łamać przysięgę małżeńską w dniu, w którym przestaje okazywać miłość. Nie musi  zatem wprost krzywdzić, nie musi bić, zdradzać, poniżać, okłamywać. Wystarczy, że nie okazuje miłości. A co to znaczy, okazywać miłość? Od obudzenia się do  zaśnięcia być obecnym, okazywać ofiarność, czułość. To są te trzy formy podstawowe okazywania miłości, których uczymy się od Jezusa: by być obecnym, ofiarnym, czułym od świtu do nocy. Tak ma to wyglądać w małżeństwie, ale także my kapłani mamy na te trzy sposoby okazywać miłość. Podkreślę:  obecność, ofiarność, czułość, a szczytem czułości jest cierpliwość. Jeżeli na przykład mąż nie okazuje  od rana do wieczora miłości w tych trzech wymiarach, bo ma za mało czasu, czy wobec żony nie jest ofiarny,  czuły i cierpliwy,  to łamie przysięgę. Wówczas żona zaczyna być nieszczęśliwa. Podobnie jeśli  żona  nie okazuje miłości mężowi, to ona zaczyna łamać przysięgę. W książce mocno podkreślam ten wątek. Jest tam kilkadziesiąt stron na temat słów ślubuję Ci miłość, bo miłość  jest rozstrzygająca. Kto naprawdę kocha, ten   jest obecny, ofiarny, czuły,  Im lepiej małżonkowie rozumieją,  do czego się zobowiązali, tym mają większą szansę to realizować. Ta książka pomaga zatem małżonkom w kryzysie szybko zdiagnozować, gdzie jest problem i w związku z tym, jak najszybciej wyjść z  tego kryzysu. Gdy małżonkowie się poniżają, gdy wchodzą w uzależnienia, w olbrzymie konflikty, to widzą, że są w kryzysie. Do tego nie potrzeba mojej książki, żeby zrobić z diagnozę w rodzinie, gdy kryzys zaszedł bardzo daleko i cierpienie stało się nieznośne. Moja książka  pomaga zrobić wczesną diagnozę, czyli dostrzec  kryzys w jego początkowej fazie, bo wtedy jest największą szansa na szybki powrót do szczęśliwego małżeństwa.

    –        Czytałam tę książkę najpierw z zachwytem, z każda stroną upewniając się bardziej, że trzeba podsunąć ją dorastającym synom, ale w pewnym momencie przeraziłam się, że rozbierając tak dalece na części przysięgę małżeńską, tłumacząc skalę odpowiedzialności i poświęcenia w małżeństwie w dzisiejszych czasach można zniechęcić do wchodzenia w związek sakramentalny. Nie miał ksiądz takich obaw?

    –          Też myślałem o tym i dlatego  bezpośrednio nastolatkom, zwłaszcza chłopakom,  którzy jeszcze nie są zakochani, na razie nie dawałbym tej książki, natomiast jako rodzic, czy duszpasterz  powinienem wyjaśniać,  jakie cechy powinien mieć człowiek, który ślubuje miłość, czym jest miłość, wierność, uczciwość. Zobowiązania małżeńskie faktycznie są tak ogromne, że człowiek, który nie zaczyna kochać, może się tych zobowiązań wystraszyć. Jeśli nastolatek spotka kogoś, kim się zachwyci, zauroczy tak, że będzie chciał dorastać do tej miłości, jeśli wejdzie w fazę wielkiego zakochania, to wówczas ta książka będzie pomagać mobilizować się i dorastać do wielkiej miłości. To jest ten czas, gdy lektura tej książki nie zniechęci, lecz zdopinguje do pracy nad własnym charakterem.

    –        Pisze Ksiądz, że małżeństwo to najkrótsza i najradosniejsza droga do raju. Jak powiedzieć to młodemu człowiekowi, który skwituje np. „ale wy się ciągle kłócicie, to ma niewiele wspólnego z rajem?”

    –        I wtedy odpowiedź dojrzałych rodziców jest następująca: „Synu,  my nie mówimy Ci, żeby nas naśladować, lecz mówimy Ci, jak powinno wyglądać małżeństwo według pomysłu Boga. Nawet jeśli sami w pełni tego Bożego pomysłu nie realizujemy, to chcemy Ci pomóc, żebyś Ty ten pomysł Boga realizował, bo Ciebie kochany i nie mamy nic przeciwko temu, żebyś synu czy córko był czy była szczęśliwsza niż my.  Z naszego życia wyciągaj wnioski. Tam, gdzie widzisz dobro, czerp z niego, a tam, gdzie my, rodzice, błądzimy jako małżonkowie,  to ucz się wyciągać wnioski i nie powtarzaj naszych błędów.  I nie wmawiaj sobie, że nie jest możliwe  szczęśliwe, radosne małżeństwo.

    –        Zna ksiądz takie?

    –        Wspomniałem na początku naszej rozmowy, że czasami sam sięgam do moich książek, zwłaszcza do powieści. Dodam dla niewtajemniczonych, że wszystkie moje powieści wynikają z zachwytu jakąś konkretną rodziną, którą w życiu spotkałem. Żadnej powieści bym nie napisał,  gdybym  nie zachwycił się konkretnym małżeństwem i rodziną. Zawsze, kiedy pomyślałem, że warto by o tej rodzinie napisać powieść, to był właśnie efekt zachwytu. Takie właśnie święte rodziny naprawdę istnieją. 

    –        Jak wyglądają?

    –         Chcę po pierwsze powiedzieć. że to nie są rodziny, w których są aniołowie. Gdy anioł kocha, to mnie bardzo nie wzrusza, natomiast gdy człowiek kocha, sam poraniony nieraz w okresie dzieciństwa czy dorastania, albo zmagający się z jakimiś osobistymi słabościami, to jak się nie wzruszać. Gdy widzę taką rodzinę, w której naprawdę bliscy kochają siebie nawzajem mocno, ofiarnie i czule, gdy potrafią przeprosić, kiedy choćby niechcący, choćby w drobiazgu zranią tą drugą osobę, gdy widzę rodzinę, w której każdy kocha każdego  to jak się nie wzruszyć?  Oczywiście warunkiem jest to, że  we wszystkich tych rodzinach jest bardzo silna więź z Bogiem, bo tylko Bóg może uczyć miłości. On jest miłością, a my jesteśmy tylko uczniami miłości, której uczymy się  od mistrza, od samego Boga. Dlatego więź z Bogiem to pierwszy warunek kawałka nieba na ziemi w małżeństwie i rodzinie. Po drugie, warunkiem szczęścia jest to, że każdy z małżonków i rodziców, a potem każde z dzieci stawia sobie twarde wymagania. Nikomu nie jest łatwo kochać. Czasem ktoś mówi, że  jest bardzo poraniony, więc nie ma szans tak czule, serdecznie i wytrwale kochać. Wtedy pytam, czy wie, kto jest najbardziej w historii  poraniony i skrzywdzony? Gdy słyszę, że to Jezus, wtedy pytam: a kto najbardziej nas kocha? Gdy ktoś słusznie odpowiada,   że Jezus, wtedy podpowiadam: idź i czyń podobnie. Tylko ludzie poranieni potrafią ogromnie, ofiarnie kochać, bo oni wiedzą, co  znaczy brak miłości. Jeżeli jestem blisko Boga, jeżeli sobie stawiam wysokie wymagania, to nawet jeśli mam trudną historię, nawet jeżeli sam siebie raniłem, jak syn marnotrawny, to mogę być wspaniałym małżonkiem, wspaniałym rodzicem, wspaniałym synem, córką i mogę budować kawałek nieba na ziemi. 

    –        Dziękuję za rozmowę.

    –        Dziękuję również! Na koniec pragnę powtórzyć,  że szczęśliwie małżeństwo jest możliwe, a moja książka „Złączeni. Przysięga małżeńska czarno na białym” może w tym pomóc każdemu małżonkowi i rodzicowi oraz wszystkim tym, którzy przygotowują się do założenia szczęśliwej rodziny.

    z księdzem dr Markiem Dziewieckim psychologiem, wykładowca i rekolekcjonista na antenie radia eM. rozmawiała Katarzyna Widera – Podsiadło.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma większej miłości

    fot. Archidiecezja Przemyska

    *****

    W niedzielę 10 września Roku Pańskiego 2023 we wsi Markowej Kościół beatyfikował Rodzinę Ulmów, która za pomoc Żydom podczas II wojny światowej zapłaciła najwyższą cenę.

    Pierwszy raz w historii Kościoła do godności błogosławionych zostaje wyniesiona cała rodzina.

    ***

    Kard. Semeraro w Markowej:

    Sercem beatyfikacji Ulmów jest miłość

    Kardynał Semeraro

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Sercem dzisiejszej uroczystości jest miłość oraz otwarta na bliźniego postawa rodziny Józefa i Wiktorii – powiedział kard. Marcello Semeraro podczas uroczystości beatyfikacyjnej rodziny Ulmów w Markowej na Podkarpaciu. W uroczystości uczestniczy około 30 tysięcy wiernych. Wraz z prefektem Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych Mszę św. celebruje ponad 100 biskupów z kraju i zagranicy. Obecny jest prezydent RP Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki oraz m.in. naczelny rabin Polski Michael Schudrich.

    Kard. Semearo powiedział w homilii, że wyjątkowość dzisiejszej uroczystości polega na wyniesieniu na ołtarzu całej rodziny. Wspomniał też o najmłodszym dziecku Józefa i Wiktorii Ulmów, które, jak zaznaczył, przychodziło na świat w chwilach męczeńskiej śmierci matki. „Ten niewinny głos chce wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa, w którym szerzą się aborcja, eutanazja i pogarda dla życia” – zaakcentował kard. Semeraro.

    Odnosząc się do odczytanej podczas Mszy św. przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, kard. Semeraro zaznaczył, że Józef i Wiktoria Ulmowie poświęcili szczególną uwagę temu fragmentowi Ewangelii według św. Łukasza, podkreślając na czerwono tytuł rodzinnej Biblii i umieszczając przy nim swoją adnotację „Tak”.

    Hierarcha powiedział, że to miłość bliźniego jest sercem dzisiejszej uroczystości. Dlatego, jak dodał, byłoby błędem gdyby ta uroczystość posłużyła jedynie przywoływaniu na myśl terroru oprawców, nad którymi ciąży już osąd historii.

    „Chcemy natomiast, aby dzisiejszy dzień był dniem radości, ponieważ słowa Ewangelii spisane na papierze stały się dla nas przeżywaną rzeczywistością, która jaśnieje w chrześcijańskim świadectwie małżonków Ulmów i w męczeństwie nowych błogosławionych” – powiedział kard. Semeraro.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Gość z Watykanu przypomniał, że w raz z Ulmami zamordowano ośmioro Żydów, których przyjęli pod swój dach. „Ten gest Józefa i Wiktorii był wyrazem posłuszeństwa przykazaniu Bożemu. Było to ‘tak’ dla woli Bożej” – wskazał. Za ten gest miłosierdzia małżeństwo Ulmów wraz z dziećmi zapłaciło najwyższą cenę męczeństwa, ofiarując siebie w imię miłości bliźniego.

    Najmłodsze z beatyfikowanych dzisiaj dzieci „przychodziło na świat w chwilach męczeńskiej śmierci matki” – powiedział prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. – Szczególna wymowa dzisiejszej beatyfikacji polega także na tym, że do chwały ołtarzy zostaje wyniesiona cała rodzina, połączona nie tylko więzami krwi, ale także wspólnym świadectwem danym Chrystusowi aż do ofiary własnego życia – powiedział kard. Semeraro.

    Zdaniem hierarchy wspólnym wątkiem, łączącym liczne aspekty życia i męczeństwa rodziny Ulmów jest ich otwarta postawa. Owoc ich świadectwa niesie zaś ze sobą liczne przesłania. „Nowi Błogosławieni uczą nas przede wszystkim przyjmowania Słowa Bożego i codziennego dążenia do pełnienia woli Bożej” – powiedział kard. Semeraro.

    Zwrócił następnie uwagę, że Ulmowie żyli w świętości nie tylko małżeńskiej ale także rodzinnej i można odnieść do nich starożytną definicję św. Jana Chryzostoma, który mówił o domu jako o małym Kościele. „W świadectwie i męczeństwie Ulmów i ich dzieci odkrywamy na nowo wielkość rodziny, miejsca życia, miłości i płodności” – podkreślił kaznodzieja. Przywołał przy tym słowa św. Jana Pawła II skierowane do rodzin w 1994 roku: „W Kościele i w społeczeństwie nadeszła teraz epoka rodziny, która jest powołana do odegrania pierwszoplanowej roli w dziele nowej ewangelizacji”.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W męczeństwie nowych Błogosławionych szczególnie sugestywną rolę odgrywa maleńkie dziecko, która Wiktoria nosiła w swoim łonie, a które, choć nie miało imienia, dzisiaj nazywamy Błogosławionym – zwrócił uwagę watykański hierarcha. To małe, niewinne, dziecko wyśpiewuje chwałę Bogu. „Ten niewinny głos chce wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa, w którym szerzą się aborcja, eutanazja i pogarda dla życia, postrzeganego jak ciężar a nie dar” – zaakcentował kard. Semeraro.

    Świadectwo Józefa i Wiktorii uczy także otwartości na innych, zwłaszcza najbardziej potrzebujących – wskazał hierarcha dodając, że „otwartość jest wyrazem braterstwa”. W tym kontekście serdecznie pozdrowił obecnych na uroczystości przedstawicieli wspólnoty żydowskiej. „To zjednoczenie rodzin żydowskich i rodziny katolickiej w tym samym męczeństwie zawiera bardzo głęboki sens oraz rzuca najpiękniejsze światło na przyjaźń żydowsko-chrześcijańską, zarówno na płaszczyźnie ludzkiej jak i religijnej” – stwierdził kard. Semeraro.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Hierarcha zwrócił uwagę, że nienawiść prześladowców do Żydów była, w samej swej istocie, nienawiścią do Boga Przymierza, Starego i tego Nowego, we krwi Chrystusa. „Moglibyśmy dzisiaj powiedzieć, że konkretnością swojego gestu rodzina Ulmów, jak również inni ludzie dobrej woli, którzy pomagali Żydom, antycypowali nauczanie Soboru Watykańskiego II, św. Pawłą VI a także św. Jana Pawła II, przyjmując w swoim życiu postawę kogoś, kto burzy mury i obejmuje z braterską miłością” – stwierdził kard. Semeraro.

    Kardynał prefekt podkreślił, że także dziś przyjęcie bliźniego stało się pilnym zadaniem, biorąc pod uwagę przemoc i zniszczenia spowodowane wojną. Nawiązując do rosyjskiej inwazji na Ukrainę hierarcha przypomniał, że wielka liczba uchodźców zapukała do drzwi Polski w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. Jak zaznaczył, pomoc Polaków nabrała niezwykłych rozmiarów i wielkiego znaczenia.

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    „Niech wstawiennictwo nowych Błogosławionych i ich świadectwo ewangelicznej miłości zachęca wszystkich ludzi dobrej woli, aby stali się tymi którzy ‘wprowadzają pokój” (Mt 5,9), otwierając drzwi i angażując się na rzecz bliźniego, przybywającego ze swoim cierpieniem fizycznym i moralnym podejmując trud pomocy w jego oddaleniu od własnego domu i bliskich, ofiarując lekarstwo na rany, które są wynikiem odrzucenia lub niezrozumienia” – zaapelował hierarcha.

    Kard. Semeraro zachęcił też wszystkich, by świadectwo męczeńskiej śmierci rodziny Ulmów wzbudziło szczere pragnienie odważnego życia wiarą i jej wyznawania.

    „Błogosławieni Józefie i Wiktorio, wraz z waszymi córkami i synami: Stanisławą, Barbarą, Władysławem, Franciszkiem, Antonim, Marią oraz najmłodszym przychodzącym na świat w chwili męczeńskiej śmierci matki, módlcie się za nami wszystkimi” – zakończył swoją homilię kard. Marcello Semeraro.

    ***

    Tekst homilii wygłoszonej przez kard. Marcello Semeraro:

    Beatyfikacja Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci

    Markowa (Polska) – 10 września 2023

    1. Przed chwilą wysłuchaliśmy słów Jezusa na zakończenie przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: «Idź, i ty czyń podobnie» (Łk 10, 37). Wiadomo, że Józef i Wiktoria Ulmowie poświęcili szczególną uwagę temu fragmentowi Ewangelii św. Łukasza, podkreślając na czerwono tytuł na rodzinnej Biblii i umieszczając przy nim swoją adnotację «Tak».

    Jak napisał św. Jan Paweł II, przypowieść o człowieku, który wpadł na zbójców, opowiada o cierpieniu zdolnym «wyzwalać w człowieku miłość, ów właśnie bezinteresowny dar z własnego „ja” na rzecz innych ludzi» [Jan Paweł II, „Salvifici doloris”, 29]. Ta miłość jest sercem naszej dzisiejszej uroczystości. Byłoby błędem, gdyby dzień beatyfikacji rodziny Ulmów posłużył jedynie przywołaniu na myśl terroru i okrucieństw dokonanych przez ich oprawców, nad którymi ciąży już osąd historii. Chcemy natomiast, aby dzisiejszy dzień był dniem radości, ponieważ słowa Ewangelii spisane na papierze stały się dla nas przeżywaną rzeczywistością, która jaśnieje w chrześcijańskim świadectwie małżonków Ulmów i w męczeństwie nowych Błogosławionych.

    W 1942 roku Józef i Wiktoria Ulmowie otworzyli drzwi swojego domu i przyjęli ośmioro Żydów prześladowanych przez niemiecki reżim nazistowski. Dzisiaj, wraz z nowymi Błogosławionymi, pragniemy również przypomnieć ich imiona. Byli to: Saul Goldman z synami Baruchem, Mechelem, Joachimem i Mojżeszem oraz Gołda Grünfeld i Lea Didner z małą córką Reszlą. Ten gest Józefa i Wiktorii był wyrazem posłuszeństwa przykazaniu Bożemu. Było to «tak» dla woli Bożej. Ich dom stał się tą gospodą, w której był goszczony i doświadczył opieki pogardzany, odrzucony i śmiertelnie ranny człowiek. Dzięki temu mógł on dalej żyć. W rzeczywistości, bez opiekuńczej troski, człowiek zawodzi: troska jest bardzo ważną częścią człowieczeństwa, bowiem czyni istnienie właśnie ludzkim.

    Za ten gest gościnności i troski – jednym słowem: miłosierdzia wypływający ze szczerej wiary, małżeństwo Ulmów wraz z dziećmi zapłacili najwyższą cenę męczeństwa: ich życie było cenną monetą, którą przypieczętowali bezinteresowność całkowitego daru z siebie samego w imię miłości.

    2. Aby w pełni zrozumieć heroiczną decyzję Józefa i Wiktorii, należy przyjrzeć się duchowej drodze, jaką przebyli do tego momentu. Poczynając od ich charakterów: Józef uczciwy, pracowity i chętny do niesienia pomocy ludziom; Wiktoria serdeczna, łagodna, wrażliwa na potrzeby innych. A następnie ich nieustanny wzrost w miłości Pana Boga i bliźniego, pomiędzy działalnością parafii a wiejskim życiem w Markowej. Również i my nie możemy nie odczuć ujmującej mocy ich chrześcijańskiego świadectwa, które przekazali swoim dzieciom: ośmioletniemu Stanisławowi, siedmioletniej Barbarze, sześcioletniemu Władysławowi, czteroletniemu Franciszkowi, trzyletniemu Antoniemu i dwuletniej Marii, a nawet najmłodszemu dziecku, które przychodziło na świat w chwilach męczeńskiej śmierci matki. Szczególna wymowa dzisiejszej beatyfikacji polega także na tym, że do chwały ołtarzy zostaje wyniesiona cała rodzina, połączona nie tylko więzami krwi, ale także wspólnym świadectwem danym Chrystusowi aż do ofiary własnego życia.

    3. Temat postawy otwartej narzuca się jako wspólny wątek, który łączy liczne aspekty życia i męczeństwa rodziny Ulmów. Znajdujemy w nim roztaczające się przed nami bogactwo przesłań, które dzisiaj pragniemy zebrać jako owoc ich świadectwa.

    Nowi Błogosławieni uczą nas przede wszystkim przyjmowania Słowa Bożego i codziennego dążenia do pełnienia woli Bożej. Ulmowie jako rodzina słuchali tego Słowa Bożego w niedzielnej liturgii, a następnie kontynuowali jego medytację w domu, co widać w czytanej i podkreślanej przez nich Biblii. Jak już wspomniałem, bardzo znaczące jest słowo «tak» odręcznie napisane przy przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, a także podkreślenie zdania, w którym Jezus wzywa do miłowania nawet własnych nieprzyjaciół (Mt 5, 46). W ten sposób wysłuchane Słowo Pana, dzień po dniu kształtowało ich odważny program życia.

    Doskonale zadziałała w nich uświęcająca łaska Chrztu, Eucharystii i innych sakramentów, wśród których jasno ukazuje się piękno i wielkość sakramentu Małżeństwa. Dlatego żyli w świętości nie tylko małżeńskiej, ale również rodzinnej. Może mieć zastosowanie do nich starożytna definicja św. Jana Chryzostoma, który mówił o domu jako o «έkkλŋoía μixρà», małym Kościele [Jan Chryzostom, „Kazanie na List do Efezjan” 20, 6; PG 62, 143]; podobnie jak Sobór Watykański II w Konstytucji dogmatycznej o Kościele nazwie go «Ecclesia domestica», «Kościołem domowym» [SOBÓR WATYKAŃSKI II, „Lumen Gentium”, 11], któremu Pan Bóg udzielił wszystkich darów swojej łaski do tego stopnia, że uczynił go znakiem i wcieleniem całego Ludu Bożego.

    Dom Ulmów stał się miejscem «świętości z sąsiedztwa», jak nazywa to Papież Franciszek w adhortacji apostolskiej Gaudete et exsultate o powołaniu do świętości w świecie współczesnym, kiedy pisze: «Lubię dostrzegać świętość w cierpliwym ludzie Bożym: w rodzicach, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom, w mężczyznach i kobietach pracujących, by zarobić na chleb…. W tej wytrwałości, aby iść naprzód, dzień po dniu, widzę świętość Kościoła walczącego. Jest to często ,,świętość z sąsiedztwa”, świętość osób, które żyją blisko nas i są odblaskiem obecności Boga, albo, by użyć innego wyrażenia, są „klasą średnią świętości”» [Franciszek, „Gaudete et exsultate”, 7].

    W świadectwie i męczeństwie Ulmów i ich dzieci odkrywamy na nowo wielkość rodziny, miejsca życia, miłości i płodności. Odkrywamy na nowo wielkość misji, jaką Stwórca powierzył małżonkom i powtarzamy słowa św. Jana Pawła II, które skierował do rodzin w 1994 roku: <Jan Paweł II, „Przemówienie podczas światowego spotkania z rodzinami”, 8 październik 1994].

    W męczeństwie nowych Błogosławionych szczególnie sugestywną rolę odgrywa maleńkie dziecko, które Wiktoria nosiła w swoim łonie, przychodzące na świat w bolesnych chwilach rzezi matki. Chociaż nie miało ono jeszcze imienia, dzisiaj nazywamy je Błogosławionym. Ta beatyfikacja ma bardziej aktualne przesłanie niż kiedykolwiek: chociaż nigdy nie wypowiedziało żadnego słowa, dzisiaj to małe niewinne dziecko, które razem z aniołami i świętymi w raju wyśpiewuje chwałę Bogu w Trójcy Jedynemu, tutaj na ziemi woła do współczesnego świata, aby przyjął, kochał i chronił życie od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci, zwłaszcza życie bezbronnych i zepchniętych na margines. Ten jego niewinny głos chce wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa, w którym szerzą się aborcja, eutanazja i pogarda dla życia, postrzeganego jako ciężar a nie dar. Dlatego rodzina Ulmów zachęca nas do reagowania na tę «kulturę odrzucenia», którą potępia Papież Franciszek, kiedy mówi: «Odrzucamy nadzieję: nadzieję dzieci, które przynoszą nam życie pozwalające nam iść naprzód, i nadzieję tkwiącą w korzeniach, które mają osoby starsze. (…) To nie jest problem takiego czy innego prawa, to jest problem odrzucenia» [Franciszek, „Przemówienie podczas Plenarnego Zebrania Papieskiej Akademii Życia”, 29 wrzesień 2021].

    Wreszcie świadectwo Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich dzieci uczy nas otwartości na innych, zwłaszcza tych najbardziej potrzebujących. Nawiązując do przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, św. Hieronim napisał: «Musimy przyjąć brata i bliźniego, a nawet wszystkich ludzi każdej rasy, ponieważ mamy tylko jednego Ojca» [Hieronim, „Komentarz do Księgi Zachariasza”, VII, 8; PL 25, 1462]. Otwartość jest wyrazem braterstwa.

    Dlatego pragnę pozdrowić ze szczególną serdecznością obecnych dzisiaj na tej uroczystości beatyfikacyjnej przedstawicieli wspólnoty żydowskiej. Ich udział jest nie tylko wyrazem szlachetnych uczuć wdzięczności za to, czego dokonali nowi Błogosławieni, gdy w Europie – a zwłaszcza tutaj, w Polsce, szalała rozpętana przez niemieckich okupantów furia skierowana wobec narodu żydowskiego, co nazwano «ostatecznym rozwiązaniem». To zjednoczenie rodzin żydowskich i rodziny katolickiej w tym samym męczeństwie zawiera bardzo głęboki sens oraz rzuca najpiękniejsze światło na przyjaźń żydowsko-chrześcijańską, zarówno na płaszczyźnie ludzkiej jak i religijnej. Rzeczywiście, nienawiść prześladowców do Żydów była, w samej swej istocie, nienawiścią do Boga Przymierza, Starego i tego Nowego, we krwi Chrystusa. Moglibyśmy dzisiaj powiedzieć, że konkretnością swojego gestu rodzina Ulmów, jak również inni ludzie dobrej woli, którzy pomagali Żydom, antycypowali nauczanie Soboru Watykańskiego II, św. Pawła VI a także św. Jana Pawła II, przyjmując w swoim życiu postawę kogoś, kto burzy mury i obejmuje z braterską miłością.

    Co więcej, przyjęcie bliźniego stało się pilnym zadaniem, biorąc pod uwagę przemoc i zniszczenia spowodowane wojną. Trwająca od 18 miesięcy rosyjska inwazja na Ukrainę zmusiła do ucieczki wielką liczbę uchodźców, którzy pukali do drzwi Polski w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. W tym trudnym czasie różne instytucje rządowe i samorządowe oraz tysiące ludzi z prostych rodzin spontanicznie otwierali drzwi swoich domów na przyjęcie tych, którzy musieli uciekać.

    Z wyjątkowym podziwem i szczególną wdzięcznością myślimy o wielu inicjatywach realizowanych przez Caritas Archidiecezji Przemyskiej, jak również i o tych propagowanych w całej Polsce. Powszechne zaangażowanie działaczy oraz wolontariuszy w akcje radzenia sobie z kryzysem humanitarnym nabrało niezwykłych rozmiarów i wielkiego znaczenia. Niestety, podobne sytuacje powtarzają się również w innych częściach świata i powodują, iż rzesze uchodźców szukają słusznego przyjęcia u innych. Niech wstawiennictwo nowych Błogosławionych i ich świadectwo ewangelicznej miłości zachęcą wszystkich ludzi dobrej woli, aby stali się tymi, którzy «wprowadzają pokój» (Mt 5, 9), otwierając drzwi i angażując się na rzecz bliźniego, przybywającego ze swoim cierpieniem fizycznym i moralnym, podejmując trud pomocy w jego oddaleniu od własnego domu i bliskich, ofiarując lekarstwo na rany, które są wynikiem odrzucenia lub niezrozumienia. Już na długo przed wybuchem tej wojny Papież Franciszek mówił: «W obliczu cierpienia tak wielu ludzi, wycieńczonych przez głód, przemoc i krzywdy, nie możemy pozostawać widzami. Ignorowanie cierpienia człowieka co to oznacza? Oznacza ignorowanie Boga! Jeżeli nie podejdę do tego mężczyzny, do tej kobiety, do tego dziecka, do tego starca czy tej staruszki, którzy cierpią, nie zbliżę się do Boga» [Franciszek, „Audiencja generalna”, 27 kwiecień 2016].

    4. Drodzy bracia i siostry, «Męczennik – pisał św. Jan Paweł II – jest najbardziej autentycznym świadkiem prawdy o życiu. Wie, że dzięki spotkaniu z Jezusem Chrystusem znalazł prawdę o własnym życiu, i tej pewności nikt ani nic nie zdoła mu odebrać. Ani cierpienie, ani śmierć zadana przemocą nie skłonią go do odstąpienia od prawdy, którą odkrył, spotykając Chrystusa. Oto dlaczego po dziś dzień świadectwo męczenników nie przestaje fascynować, znajduje uznanie, przyciąga uwagę i pobudza do naśladowania» [Jan Paweł II, „Fides et ratio”, 32]. Dzisiejsza celebracja jest zwieńczeniem nieprzerwanej opinii świętości i męczeństwa, jaką Kościół na Podkarpaciu, a szerzej, całej Polski, zachował i potrafił pielęgnować. Jest to jednak także wyraz słusznej pamięci i serdecznej wdzięczności w stosunku do wielu waszych rodaków, którzy w tamtych czasach, świadomi ryzyka, na jakie się narażali, udzielali schronienia Żydom, płacąc za ten wybór życiem. Niech w każdym z nas dzisiaj tutaj obecnym świadectwo męczeńskiej śmierci rodziny Ulmów wzbudzi szczere pragnienie odważnego życia wiarą i jej wyznawania.

    5. Rodzina Ulmów dołącza dziś do szlachetnego i bogatego grona synów i córek narodu polskiego, którzy w wiekach dawnych, ale też i we współczesnym czasie zostali wyniesieni do chwały ołtarzy jako Święci i Błogosławieni. Świadectwo ich życia jest przykładem i wzorem do naśladowania. Są nam też ofiarowani jako orędownicy u Pana Boga, abyśmy mogli powierzać im naszą codzienność, nasze nadzieje, radości, potrzeby i zmartwienia. Najświętszej Maryi Pannie, Królowej Polski, Świętym i Błogosławionym tego narodu, a od dziś wszyscy razem, publicznie, rodzinie Ulmów, zawierzamy gorącą modlitwę za rodzinę ludzką i o pokój w bliskiej Ukrainie.

    Błogosławieni Józefie i Wiktorio, wraz z waszymi córkami i synami: Stanisławą, Barbarą, Władysławem, Franciszkiem, Antonim, Marią oraz najmłodszym przychodzącym na świat w chwili męczeńskiej śmierci matki, módlcie się za nami wszystkimi!

    Marcello Kard. Semeraro Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych

    ***

    Wiktoria Ulma z dziećmi

     Wiktoria Ulma z dziećmi/Zbiory krewnych rodziny Ulmów

    *****

    RODZINA ULMÓW BEATYFIKOWANA

    Józef Ulma, Wiktoria Ulma i ich dzieci: Stanisława (8 lat), Barbara (6 lat), Władysław (5 lat), Franciszek (4 lata), Antoni (3 lata), Maria (1 rok) oraz siódme dziecko (nienarodzone) zostali zamordowani przez Niemców za ukrywanie Żydów 24 marca 1944. Byli rolnikami – prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo w Markowej, wsi na Podkarpaciu, położonej ok. 10 km od Łańcuta. Ich egzekucja stała się symbolem martyrologii Polaków mordowanych za niesienie pomocy Żydom. Zginęli wraz z ukrywanymi: Saulem Goldmanem, jego czterema synami (nieznanymi z imienia), dwiema córkami, Leą (Laycą) Didner z córką o nieznanym imieniu i Genią (Gołdą) Grünfeld. Dziś w miejscowości znajduje się Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów.

    plakat beatyfikacja Ulmów

    ______________________________________________________________

    Zapłacili życiem

    Rodzina Ulmów

     Rodzina Ulmów/Muzeum Polaków Ratujących Żydów

    ***

    Choć ich namawiano, wręcz zmuszano do „pozbycia się kłopotu”, ktoś inny doniósł. Zginęli razem z ukrywanymi żydowskimi lokatorami. Dziś Rodzina Ulmów zostaje wyniesiona do chwały ołtarzy.

    W nocy 24 marca 1944 r. do ich domu zapukali Niemcy. Najpierw zamordowali ukrywanych Żydów, a potem całą Rodzinę Ulmów, w tym Wiktorię, która była w stanie błogosławionym, i dzieci, z których najstarsze miało 8 lat, a najmłodsze 1,5 roku. Ulmowie stali się symbolem tych wszystkich rodzin, które w czasie wojny ryzykując życie, ukrywali Żydów.

    Ulmowie stali się symbolem tych wszystkich rodzin, które w czasie wojny ryzykując śmierć, ukrywali Żydów.

    Męczeńska śmierć

    Pamięć ma to do siebie, że wraca do miejsc i zdarzeń, dlatego są wspomnienia i refleksje. 76. rocznica egzekucji w Markowej, tragiczna śmierć Rodziny Ulmów i przechowywanych przez nich Żydów to okazja, by powrócić do wydarzenia, ale by spojrzeć na nie w nieco innym świetle. Wspomnienie życia im nie przywróci. Nie zmieni ani nie osądzi niemieckich oprawców. Zostaje więc chwila zadumy nad Rodziną, która kandyduje do chwały ołtarzy.

    „Ażeby z tej śmierci wyrosło dobro tak, jak z Krzyża Zmartwychwstanie” – słowa, które wypowiedział św. Jan Paweł II w Warszawie przy grobie bł. ks. Jerzego Popiełuszki – spróbujmy odnieść do Sług Bożych. Tragedia Golgoty okazała się zwycięstwem Jezusa w przestrzeni śmierci, grzechu i szatana. Męczeńska śmierć bł. Kapłana też niesie ważne przesłanie – „zło dobrem zwyciężaj”, więc podobnie jest albo będzie z Rodziną Ulmów.

    Prawda o śmierci jest wspólna ludziom. Każdy, kto się urodził – umrzeć musi. Nie każda śmierć człowieka jest tragiczna; Jezus umarł na krzyżu, ks. Jerzy został porwany i umęczony, zdradzeni Ulmowie zginęli o świcie od kul niemieckich żandarmów. Krzyż Chrystusa okazał się bramą nowego życia, śmierć kapelana Solidarności – przebudzeniem i zjednoczeniem Polaków, a szczególnie ludzi świata pracy. Wobec powyższego rodzi się pytanie: jak patrzeć i jak oceniać śmierć Rodziny, która zginęła tylko dlatego, że mino surowego zakazu niemieckiego okupanta, jednak pomagała Żydom? Czy mogła się uratować? Mogła! Ale za jaką cenę? Musiałaby wypędzić lub zdradzić ośmioro przyjętych pod swój dach Żydów.

    Osadzeni w Ewangelii

    Codzienność Józefa i Wiktorii Ulmów była mocno osadzona w Ewangelii. Często są nazywani imieniem Samarytanie z Markowej, gdyż w odnalezionym egzemplarzu Nowego Testamentu, którym się posługiwali, przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie mieli podkreśloną na czerwono, a obok dopisano ołówkiem: „TAK!”. Jeśli więc ze śmierci Rodziny Ulmów ma wyrastać jakieś dobro, to musi ona być mocno złączona z Ewangelią. Pan Jezus dla zobrazowania sprawy często używał przypowieści albo wykorzystywał konkretną sytuację, kiedy nauczał.

    W kontekście Jezusowego pytania, Rodzinę Ulmów można by porównać do ubogiej wdowy, która wrzuciła do skarbony dwa pieniążki, całe swoje utrzymanie. Ulmowie należeli do ubogich tej ziemi. Niewielki kawałek roli wykorzystywali na własne utrzymanie i pomoc innym. Chętnie dzielili się zarówno wiedzą, jak i dobrami materialnymi, a ofiarując Żydom miejsce w swoim domu, oddali ten przysłowiowy ostatni grosz, bo za niedługo przyszła śmierć. Jeśli Pan Jezus pochwalił gest ubogiej wdowy, to z pewnością cenniejszym okazał się dar życia Rodziny Ulmów: „nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Ulmowie po prostu i zwyczajnie wpisali się w te ewangeliczne słowa.

    Patroni tej ziemi

    Znamiennym rysem Samarytan z Markowej jest prosta codzienność i skromne, najbardziej podstawowe potrzeby materialne, zaspakajane pracą rąk własnych. Ubogi dom, proste meble, zwykłe i niewyszukane rzeczy, są niczym ewangeliczne ziarnko gorczycy, co wrzucone w glebę wyrasta krzewem, w którym gnieżdżą się ptaki. Skromna, uboga Rodzina z Podkarpacia przez te 76 lat od śmierci urosła do takiej miary wielkości, że patronuje instytucjom i dziełom tej ziemi! Słudzy Boży zajmują należne im miejsce w przestrzeni publicznej. Ich sława rozchodzi się daleko poza granice rodzinnej miejscowości. Niemal każdego dnia do miejsca ich spoczynku przybywają pielgrzymi indywidualnie lub grupowo. Muzeum nazwane imieniem Rodziny Ulmów głosi chwałę polskich bohaterów, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo utraty życia, pomagali Żydom, skazanym jako naród na eksterminację. Nadto przekaz medialny wzbogaca świat informacji o historię życia i śmierci Rodziny Ulmów. Przesłanie Ulmów wzmacniają książki, filmy, reportaże, piosenki audycje radiowe oraz sympozja, koncerty i różne spotkania. Czyli „po całej ziemi ich głos się rozchodzi”.

    Powołani do świętości

    Jest jeszcze inna, również ewangeliczna i nader piękna karta Sług Bożych, to rodzina i liczne potomstwo! Słowa Pana Jezusa: „kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje”, Ulmowie zrealizowali po wielekroć. Przez dziewięć lat małżeństwa przyjęli kolejno sześcioro dzieci, a siódme było w drodze. Rodzicielska miłość i szacunek dla życia jest bodaj najcenniejszym klejnotem zrealizowanego wiernie chrześcijańskiego powołania do świętości. I choć tragiczna śmierć odebrała im życie, to w pamięci pokoleń pozostał obraz ich miłości, „która jest więzią doskonałości”, ale jest ona również przejawem tej mądrości, która z Boga początek bierze. „Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju” – mówi autor Księgi Mądrości (3. 1n), stwierdzając, że „dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka”.

    Tak więc Rodzina Ulmów widziana przez pryzmat Ewangelii odsłania przed współczesnym pokoleniem swoje najgłębsze tajemnice i piękną kartę prostego życia opartego na dobrych wartościach i trwałych zasadach. Mija tyle lat od śmierci, a oni wciąż żyją w pamięci i dziełach sobie poświęconych.

    …..

    Maria Szulikowska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Semeraro przed beatyfikacją Rodziny Ulmów:

    Dziecko urodziło się w chwili męczeństwa matki

    fot. YouTube/Ryngraf TV

    ***

    Dziecko, z którym Wiktoria Ulma była w zaawansowanej ciąży, urodziło się w chwili męczeństwa matki – głosi wydana we wtorek nota podpisana przez kardynała Marcello Semeraro. Zatem, jak dodaje prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, zostało ono dołączone do grona dzieci – męczenników. W męczeństwie rodziców otrzymało ono bowiem chrzest krwi.

    10 września w Markowej odbędzie się beatyfikacja dziewięcioosobowej Rodziny Józefa i Wiktorii Ulmów, zamordowanej przez Niemców za ukrywanie Żydów.

    Publikujemy treść noty ogłoszonej przez Kongregację:

    „W odniesieniu do informacji rozpowszechnionych ostatnio w niektórych organach prasowych w odniesieniu do męczeństwa rodziny Ulmów, których obrzęd beatyfikacji będzie sprawowany 10 września 2023 roku w Markowej w Polsce, Dykasteria Spraw Kanonizacyjnych określa, że:

    W chwili zabójstwa, pani Wiktorii Ulma była w zaawansowanej ciąży siódmego dziecka.

    Dziecko to urodziło się w chwili męczeństwa matki.

    Zatem zostało ono dołączone do grona dzieci – męczenników. W męczeństwie rodziców otrzymało ono bowiem chrzest krwi”.

    Notę podpisali: Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych Marcello kardynał Semeraro oraz sekretarz tego urzędu, arcybiskup Fabio Fabene.

    KAI/Pch24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności”.

    Tak się ujawniała historia rodziny Ulmów

    "Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności". Tak się ujawniała historia rodziny Ulmów

    Ulmowie. Zdjęcie ze zbiorów krewnych rodziny Ulmów. Źródło: rodzinaulmow.ipn.gov.pl

    ***

    – Pamiątki po Ulmach czekały ułożone w pudełkach przez 60 lat. Po 2004 roku na ich grób zaczęły przyjeżdżać bardzo liczne wycieczki izraelskie. Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności, które ułatwiły rozszerzenie wiedzy o tej historii – mówi dr Mateusz Szpytma, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej i krewny rodziny Ulmów. 

    W wywiadzie udzielonym KAI historyk przyznaje: – To jest dla mnie coś, co się wymyka ludzkim kategoriom. Widzę w tym rękę wyższą.

    Paweł Bugira (KAI): Proszę na początek powiedzieć o pokrewieństwie, jakie łączy Pana z rodziną Ulmów.

    Dr Mateusz Szpytma: Moja babcia była siostrą Wiktorii Ulmy, a Wiktoria była mamą chrzestną mojego taty. Moja babcia z Wiktorią się bardzo lubiły, pomagały sobie w czasie wojny. Moja babcia była troszkę bardziej majętna, więc dzieliła się tym, co miała i nieraz mój tata zanosił różne rzeczy Ulmom, podobnego wsparcia udzielała im również pozostała część jej rodziny i rodziny Józefa. Pamiętam, że w latach 80. XX wieku nieraz bywaliśmy w domu, w którym się wychowała Wiktoria. Odwiedzaliśmy tam krewnych, czyli rodzeństwo i szwagrów Wiktorii, oczywiście już wtedy nieżyjącej.

    Jest Pan spokrewniony z rodziną Ulmów, pochodzi Pan z Markowej, ale nie od razu zaczął Pan zgłębiać ich historię.

    – Mimo że ta historia była obecna w mojej rodzinie, to tak naprawdę zacząłem się nią interesować na wiosnę 2003 roku, czyli dokładnie 20 lat temu. Impulsem była dla mnie informacja, którą usłyszałem na Mszy św., że Kościół katolicki rozważa wszczęcie procesu beatyfikacyjnego rodziny Ulmów. Uświadomiłem sobie jaki skarb, jakich bohaterów mam w swojej rodzinnej miejscowości i w swojej rodzinie. Ponieważ z wykształcenia jestem historykiem i już wtedy byłem pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, uznałem za swoją powinność zgłębić tę wiedzę. Pomyślałem, że powinien powstać trwały znak poświęcony rodzinie Ulmów i ukrywaniu przez nich Żydów w postaci pomnika. Z tym pomysłem zwróciłem się do Towarzystwa Przyjaciół Markowej, do wójta gminy Markowa i do księdza proboszcza. W każdym z tych trzech miejsc spotkałem się z przychylnym podejściem. Stanąłem na czele komitetu budowy tego pomnika, który powstał ze składek mieszkańców wsi. Tu nie było dotacji żadnej instytucji państwowej. Został on odsłonięty 24 marca 2004 roku.

    Również na wiosnę 2003 roku uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to nie ma publikacji o rodzinie Ulmów, jedynie w monografii wsi Markowa pojawia się nota biograficzna o Józefie Ulmie. Postanowiłem, że powstaniu pomnika będzie towarzyszył również artykuł naukowy, zgłębiający tę historię.

    Pomnik i artykuł nie zamknęły jednak tematu, a dopiero tak naprawdę go otworzyły.

    – Myślałem, że na tym poprzestanę, ale impulsem do dalszego działania były uroczystości 60. rocznicy mordu na rodzinie Ulmów. Ta historia niezwykle mocno zainteresowała media, także poprzez to, że na odsłonięciu tego pomnika pojawił się Abraham Izaak Segal, który przeżył w Markowej ostatni etap Holokaustu. Tenże Abraham Izaak rozpropagował tę historię w Izraelu. Pomagała w tym jego synowa, która jest wicedyrektorką szkoły i organizowała wyjazdy do Polski, w tym do Markowej. A to wszystko było ułatwione poprzez fakt, że Ulmowie od 1995 roku byli uznani za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, więc nikt w Izraelu nie miał wątpliwości, że sprawa jest wiarygodna. I właśnie po 2004 roku zaczęły przyjeżdżać bardzo liczne wycieczki izraelskie pod ten pomnik i na grób rodziny Ulmów.

    Jednocześnie przeżycia związane z tą historią i zainteresowanie medialne skłoniły społeczność Markowej do tego, aby dwa lata później nadać szkole podstawowej i gimnazjum imię Rodziny Ulmów. Wówczas, w 2006 roku, pojawili się przedstawiciele władz państwowych, których dwa lata wcześniej nie było: minister kultury i dziedzictwa narodowego, przyjechał ambasador Izraela w Polsce. I tak ta wiedza zaczęła się rozpowszechniać. Równocześnie wspierany przez śp. Janusza Kurtykę, prezesa IPN, napisałem dwie różne książki o rodzinie Ulmów: jedną po polsku, a drugą po angielsku.

    Od 7 lat w Markowej funkcjonuje Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej, które przybrało imię Rodziny Ulmów. W jej powstanie miał Pan wkład organizacyjny i merytoryczny. To pierwsza tego typu placówka. Na czym się Pan wzorował, jak powstawała wizja tego obiektu?

    – Widząc liczne wycieczki z Izraela do Markowej – a było to około 5000 odwiedzających rocznie – stwierdziłem, że warto stworzyć muzeum, które będzie poświęcone ich historii. Zbiegło się to z wydaniem przez oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie książki prof. Elżbiety Rączy o ratowaniu Żydów na Podkarpaciu. Wtedy zmodyfikowałem ten pomysł, żeby to muzeum było poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów na Podkarpaciu, a nosiło imię Rodziny Ulmów. Nad koncepcją scenariusza wystawy stałej muzeum pracowałem właśnie z panią profesor Rączy. Ostatecznie, niedługo przed otwarciem placówki, zapadła decyzja, że będzie ona gromadzić historie z całego kraju, co kilka lat później zaskutkowało m.in. nową koncepcją sadu pamięci, w którym wymieniono nazwy wszystkich miejscowości, w których ratowano Żydów.

    Na początku pomysł utworzenia muzeum wydawał się kompletnie nierealny, ale spotkałem na swojej drodze Bogdana Romaniuka, radnego sejmiku województwa podkarpackiego i ówczesnego prezesa Stowarzyszenia Szczęśliwy Dom im. Wiktorii i Józefa Ulmów. Bogdan przekonał do tego pomysłu zarząd województwa podkarpackiego, a następnie cały sejmik. Inwestycję, przy przychylności również ówczesnego wiceministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Tomasza Merty, zlecono Muzeum-Zamek w Łańcucie. No i powolutku, w pewnych bólach, to muzeum zaczęło powstawać. Kluczowy, ostatni etap budowy oraz otwarcie to już efekt przychylności wielu instytucji i osób. Warto tu wspomnieć, że mogłem liczyć na każdego z kolejnych Prezesów IPN, ale bez ogromnej przychylności nowego Marszałka Województwa, którym w 2013 roku został Władysław Ortyl, realizacja byłaby bardzo trudna.

    Pana zasługi w promocję rodziny Ulmów, upowszechnianie i upamiętnienie ich życia, są ogromne. Brał Pan udział w konferencjach i wystawach poświęconych Ulmom w kraju i za granicą. Dziś każdy bez problemu może znaleźć o nich przynajmniej podstawowe informacje. Ale jak było przed 20 laty? Czy łatwo było znaleźć odpowiednie, wiarygodne materiały?

    – Dwadzieścia lat temu o rodzinie Ulmów prawie nikt nic nie wiedział poza miejscowością, w której żyli, oraz poza urzędnikami Yad Vashem, zajmującymi się przyznaniem im medalu w 1995 r. Wszystko było do zbadania. W przypadku rodziny Ulmów niesamowite jest to, że mamy niezwykle dobrze zachowaną dokumentację w porównaniu do innych Polaków, którzy ratowali Żydów. Józef Ulma pasjonował się fotografią i zachowało się około 800 zdjęć jego autorstwa, w tym wiele, które wykonał swojej rodzinie. Zachowało się również mnóstwo dokumentów. Rodzina Józefa, niezwykle poważnie podchodząca do historii swojego rodu, te wszystkie rzeczy zachowała. Nic nie zostało zmarnowane – wszystkie pamiątki, dokumenty po Józefie Ulmie były w szafach albo na strychu w pudłach. Czekały na swój czas i na swojego historyka. Trafiło akurat na mnie, choć przecież mógł się tym przez 60 lat zainteresować ktoś inny.

    Jako osoba wywodząca się z tej wsi miałem ułatwiony kontakt z mieszkańcami; znali moich rodziców, moich dziadków, ufali mi, dzielili się wiedzą, dokumentami, zdjęciami. Nie miałem najmniejszych problemów z pozyskiwaniem wiedzy. Jednocześnie miałem też profesjonalny warsztat potwierdzony studiami magisterskimi i doktorskimi.

    Ponadto byłem bliskim współpracownikiem śp. Janusza Kurtyki, który w 2005 roku został prezesem Instytutu Pamięci Narodowej i wziął mnie z sobą do Warszawy. Byłem tam jego asystentem i zastępcą szefa jego biura. To wszystko ułatwiało mi działalność, bo gdybym był wolnym strzelcem, to niewiele bym zrobił, bardzo trudno byłoby się przebić z tą wiedzą. Tu się złożyło mnóstwo nieoczekiwanych okoliczności, które ułatwiły rozszerzenie wiedzy o tej historii. Poznałem też Żydów, którzy ukrywali się w Markowej u innych rodzin i którzy też pomogli w rozpropagowaniu wiedzy o rodzinie Ulmów i innych Polakach ratujących Żydów. Warto bowiem dodać, że w swoich badaniach nie ograniczyłem się tylko sensu stricte do zbadania historii Ulmów. Chciałem poznać również historię Holokaustu w mojej wsi i losy każdego z Żydów tu zamieszkałych. W dużej mierze mi się to udało. Odkryłem także kilku Żydów, nieznanych wcześniej opinii publicznej, którzy przeżyli dzięki Polakom w Markowej. Teraz wiemy, że było ich co najmniej 21. Udało się również uratować wiedzę o wielu polskich domach, w których uzyskali pomoc.

    Jak widać każdy święty ma swój czas i Pan Bóg wybrał ten czas i Pana, aby tę historię upowszechniać.

    – Jednocześnie ksiądz arcybiskup Józef Michalik, który z ówczesnym proboszczem śp. ks. Stanisławem Leją zainicjował proces beatyfikacyjny rodziny Ulmów, został przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Uczestniczył w prawie każdej rocznicy ich śmierci, a jego głos bardzo często wybrzmiewał w mediach. Jego homilie o heroicznej postawie Ulmów miały niezwykłe znaczenie w rozwoju kultu prywatnego, ale też zainteresowania społeczeństwa tą historią.

    Na beatyfikację „Samarytan z Markowej” ma Pan wyjątkowe spojrzenie, bo z potrójnej perspektywy: jako krewny, jako człowiek wierzący i jako historyk.

    – No i jako mieszkaniec tej samej wsi, bo przeżyłem w Markowej 20 lat swojego życia. Wszyscy moi przodkowie, prawdopodobnie od XIV wieku, a na pewno od XVIII wieku, są związani z tą wsią.

    Jak Pan odbiera to, co się wokół tej rodziny już wydarzyło i co się nadal dzieje?

    – Nigdy nie myślałem, że będzie tak głośno o tej historii. To jest dla mnie coś, co się wymyka takiemu podejściu ludzkiemu. Widzę w tym rękę wyższą. Dla mnie osobiście – pod każdym względem – jako członka rodziny, mieszkańca, historyka, to wielka radość i również rodzaj satysfakcji, że mogłem w pewnym stopniu się do tego dołożyć poprzez ustalenie wielu faktów i rozpropagowanie wiedzy. Przecież 20 lat temu byłbym rad, gdyby powstała jakakolwiek wystawa o rodzinie Ulmów i została pokazana w Markowej, a nie licząc wystawy stałej w Muzeum Ulmów, wystawa IPN „Samarytanie z Markowej” objechała kilkadziesiąt krajów na sześciu kontynentach!

    Pozostańmy jeszcze przy perspektywie historycznej. Swego czasu o relacjach polsko-żydowskich często się mówiło przez pryzmat Jedwabnego, co jest oczywiście obrazem bardzo niepełnym. Historia Ulmów, ale i innych rodzin z Markowej i z całej Polski, prezentowana w Muzeum Polaków Ratujących Żydów pokazuje zupełnie inne relacje.

    – W historii rodziny Ulmów skupiają się jak w soczewce różne sytuacje z czasów II wojny światowej. Mamy nie tylko bohaterstwo, ale również podłość, donos, jednocześnie mamy reakcję Polskiego Państwa Podziemnego, bo jest wykonany wyrok śmierci na tym prawdopodobnym donosicielu, mającym na sumieniu gorliwą współpracę z okupantem. Mamy różne zachowania wobec Żydów: i pozytywne, i negatywne – i to nie tylko takie, które były wymuszone groźbami przez okupanta. Musimy pamiętać, że tacy ludzie jak Ulmowie wiele ryzykowali i nie możemy mieć do nikogo pretensji, że nie narażał swojego życia. A przecież zginęło około tysiąca Polaków za ratowanie Żydów. Musimy wiedzieć o tym, że w Polsce – w odróżnieniu od okupowanej Europy Zachodniej – groziła śmierć za pomaganie Żydom.

    I Niemcy nie mieli skrupułów, żeby te wyroki wykonywać, czego przykładem są nasi słudzy Boży. Ulmowie nie byli majętną rodziną, ale przyjęli pod swój dach aż ośmioro potrzebujących. Co więcej, nie wzięli za to żadnych pieniędzy, co udowodniono nie tylko w procesie beatyfikacyjnym, ale i w postępowaniu prowadzonym przez Instytut Yad Vashem i nadaniu im medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Postawa tej rodziny, ale i wielu innych zwyczajnie zadziwia.

    – Znamy też inne rodziny polskie, które zginęły za pomoc Żydom, choćby rodziny Kowalskich, Baranków, czy Książków spod Miechowa. Wpływ na decyzję Kościoła katolickiego o procesie beatyfikacyjnym, a następnie o beatyfikacji rodziny Ulmów miał nie tylko ich heroizm i to, że ratowali Żydów, ale także ich całe życie, to jakimi ludźmi byli przed wojną, jakimi byli obywatelami i chrześcijanami. Ulmowie są dzisiaj – nie tylko w naszym kraju – symbolem tych wszystkich Polaków, którzy za pomoc Żydom zostali zamordowani.

    Oprócz aspektu religijnego, beatyfikacja rodziny Ulmów ma bardzo ważny wymiar historyczny i wizerunkowy dla Polski.

    – Oczywiście, bo poprzez wyniesienie do chwały ołtarzy rodziny Ulmów pokazujemy nie tylko jej historię, ale innych Polaków, którzy ratowali Żydów. Pokazujemy jak straszne były warunki, że terror dotykał nie tylko Żydów, wobec których był najokrutniejszy, ale także Polaków. Przypominamy, że za pomoc Żydom groziła kara śmierci, była ona wykonywana i Niemcy często nie mieli litości nawet dla małych dzieci, ani – jak w tym przypadku – dla kobiety, która była w zaawansowanej ciąży. Ta historia pokazuje więc dramat Polski pod okupacją niemiecką i wielki heroizm tych, którzy odważyli się sprzeciwić tak okrutnej okupacji.

    Co wiemy o oprawcach rodziny Ulmów?

    – Całkiem sporo. Wiemy, że było pięciu żandarmów niemieckich, którzy do pomocy wzięli sobie granatowych policjantów. Jeden z nich został osądzony: Josef Kokot w 1958 roku został skazany na karę śmierci, zamienioną później na dożywocie. Zmarł w polskim więzieniu w 1980 roku. Osobiście zastrzelił on kilkoro dzieci. Wiemy też bardzo dużo o Eilercie Diekenie, który dowodził tą operacją. To był człowiek bezwzględny, który przez cały okres funkcjonowania posterunku żandarmerii niemieckiej w Łańcucie od 1 stycznia 1941 roku aż do lipca 1944 roku był jego dowódcą. To właśnie on wydał decyzję o rozstrzelaniu nie tylko Żydów, czy Józefa, ale również dzieci. Wiemy, że po wojnie był policjantem w Esens i do swojej śmierci w 1960 roku był poważanym obywatelem. O tym świadczy chociażby korespondencja, którą prowadziliśmy z jego córką. Myślała, że pytamy o ojca po to, aby go upamiętnić w muzeum. Była przekonana, że to był człowiek, który pomagał Ulmom w czasie II wojny światowej. Widzimy tutaj potężną skalę niewiedzy na temat okupacji niemieckiej, na temat tego, co czynili poszczególni funkcjonariusze państwa niemieckiego na okupowanych obszarach.

    Wiemy również, że prawdopodobny donosiciel, granatowy policjant Włodzimierz Leś też był podczas egzekucji na Ulmach i że z wyroku Polskiego Państwa Podziemnego został rozstrzelany 10 września 1944 roku w Łańcucie.

    Na ile pewne jest, że donosicielem był właśnie Włodzimierz Leś?

    – Wysoce prawdopodobne, ale gdy chodzi o oskarżanie kogoś o spowodowanie śmierci, to trzeba być ostrożnym po wielekroć bardziej, niż gdyby się mówiło o czymś, co zbrodnią nie było.

    Największe zdumienie i smutek budzi śmierć dzieci i to nie tylko Ulmów, bo zginęło również dziecko żydowskie.

    – Owszem, w 8-osobowej grupie Żydów ukrywanej przez Ulmów była Lea Didner z małą córką o imieniu Reszla. To część tragedii tej historii.

    A mamy wiedzę czy ktokolwiek z oprawców miał choćby chwilę zawahania, oporu przed zamordowaniem dzieci? Czy wszyscy wykonywali wyrok bez mrugnięcia okiem?

    – Mamy zeznania bardzo ważnego świadka, Edwarda Nawojskiego z Kraczkowej – furmana, który na rozkaz Niemców przywiózł ich do Markowej. Mówił potem, że po rozstrzelaniu Żydów oraz Józefa i Wiktorii, żandarmi zebrali się na naradę, aby zdecydować co zrobić z dziećmi: czy puścić je wolno, czy również rozstrzelać. Eilert Dieken zdecydował, że należy wszystkich zabić. A mógł zdecydować inaczej, bo znamy takie przykłady z innych miejscowości, gdzie Niemcy wkraczali do domu, w którym ukrywani byli Żydzi, mordowali wszystkich dorosłych oraz nastolatków, którzy byli świadomi tego ukrywania, ale oszczędzali dzieci, które nie decydowały, nie pomagały osobiście. Wówczas oddawali je na wychowanie krewnym albo miejscowości.

    Czyli nie mamy śladów, aby ktokolwiek z oprawców wstawił się za dziećmi?

    – Ujął się za nimi sołtys Markowej Teofil Kielar, ale swój pogląd mógł wyrazić już bezpośrednio po zbrodni, gdy wezwano go na miejsce. Od niego też wiemy, że z jego obserwacji wynikało, że o ile mord na Żydach oraz Józefie i Wiktorii raczej nie budził wątpliwości żandarmów, to prawdopodobnie dwóch z nich – gdyby to od nich zależało, a nie Eilerta Diekena – oszczędziliby dzieci.

    W rocznicę powstania muzeum prezydent Andrzej Duda zaznaczył w okolicznościowym liście, że zasługą i zadaniem tej placówki jest upamiętnienie wszystkich Polaków ratujących Żydów. „Wydobycie historii tych wspaniałych ludzi na światło dzienne jest powinnością nas żyjących, dlatego musimy kontynuować badania i poszukiwania” – napisał. Czy dużo jest jeszcze do odkrycia?

    – Bardzo dużo. W Instytucie Pamięci Narodowej prowadzony jest projekt badawczy poświęcony dziejom Żydów i relacji polsko-żydowskich. Jednym z jego aspektów jest powstawanie tzw. monografii regionalnych poświęconych ratowaniu Żydów. Ukazał się pierwszy tom, bardzo obszerny prawie 1000-stronnicowy, który pokazuje stan badań nad Polakami ratującymi Żydów. Ukazał się też tom poświęcony przedwojennemu województwu śląskiemu w czasie okupacji niemieckiej oraz pierwszy tom słownika z notatkami osób represjonowanych za pomoc Żydom. Przed nami kolejne publikacje. Ten temat jeszcze jest niewyczerpany i jeszcze wiele odkryć jest przed nami.

    Czego się Pan spodziewa po beatyfikacji rodziny Ulmów?

    – To trudne pytanie, ale liczę, że dzięki niej wiedza o Ulmach i innych osobach ratujących Żydów będzie szerzej znana w Polsce i za granicą. Może pojawi się też więcej szacunku dla tych Polaków, którzy zdecydowali się ratować Żydów i trochę więcej zrozumienia, że w takich warunkach, jakie stworzył okupant, nie było możliwości masowego ratowania Żydów. Spodziewam się też większego zaakcentowania wartości małżeństwa i rodziny w życiu społecznym.

    KAI / mł / Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Markowa: kard. Sarah spotkał się z uczestnikami Podkarpackiego Święta Młodych z Rodziną Ulmów

     

     fot. Wlodzimierz Rędzioch/Niedziela

    ***

    Dziękuję wam z serca za to, że przybyliście dzisiaj uczcić niezwykłą rodzinę Ulmów. – powiedział kard. Robert Sarah do uczestników Podkarpackiego Święta Młodych z Rodziną Ulmów, które odbywa się dziś w Markowej. – Prośmy, by rodzina Ulmów orędowała za nami, byśmy umieli zrozumieć rolę i misję rodziny w świecie współczesnym – podkreślił były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Dziękuję wam z serca za to, że przybyliście dzisiaj uczcić niezwykłą rodzinę Ulmów. – powiedział kard. Robert Sarah do uczestników Podkarpackiego Święta Młodych z Rodziną Ulmów, które odbywa się dziś w Markowej. – Prośmy, by rodzina Ulmów orędowała za nami, byśmy umieli zrozumieć rolę i misję rodziny w świecie współczesnym – podkreślił były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Kardynał zaznaczył, że jest dla niego zaszczytem móc spotkać się z młodzieżą w wigilię uroczystości beatyfikacji rodziny Ulmów. Podkreślił, że „rodzina jest niezwykłym skarbem myśli Bożej” oraz „zwieńczeniem dzieła stworzenia”. Purpurat zwrócił uwagę, że początek relacji człowieka z Bogiem ma miejsce właśnie w rodzinie.

    – Bóg chciał przez to pokazać, że rodzina zajmuje miejsce jedyne, szczególne, wyjątkowe. Prośmy, by rodzina Ulmów orędowała za nami, byśmy umieli zrozumieć rolę i misję rodziny w świecie współczesnym. W rodzinie uczymy się kochać, uczymy się służyć sobie nawzajem, uczymy się wszystkich wartości, które płyną z wiary, uczymy się dosłownie wszystkiego – powiedział kard. Sarah.

    – Rodzina jest największym skarbem, jaki Bóg podarował człowiekowi. Pragniemy dziękować Bogu, że dał światu rodziny, a dzisiaj szczególnie za to, że dał rodzinę Józefa i Wiktorii – dodał.

    „Rodzina jest niezwykłym skarbem myśli Bożej” i „zwieńczeniem dzieła stworzenia”. To właśnie w rodzinie rozpoczyna się relacja człowieka z Bogiem.

    „W rodzinie uczymy się kochać, uczymy się służyć sobie nawzajem, uczymy się wszystkich wartości, które płyną z wiary, uczymy się dosłownie wszystkiego”

    – Dziękuję wam z serca za to, że przybyliście dzisiaj uczcić niezwykłą rodzinę Ulmów. Pragniemy modlić się za wszystkie rodziny, a szczególnie wznosić prośby do Boga w intencji rodzin europejskich, ponieważ Europa niszczy rodzinę, niszczy małżeństwa, niszczy tym samym również życie. Prośmy Boga, by dał nam łaskę, byśmy umieli zrozumieć skarb, jakim jest rodzina – zakończył swoje wystąpienie, po czym udzielił zgromadzonym błogosławieństwa.

    W Markowej odbywa się dziś Podkarpackie Święto Młodych z Rodziną Ulmów. W programie znalazły się tańce, rozmowy, zabawy integracyjne, spotkania i koncerty Diakoni Muzycznej Archidiecezji Przemyskiej oraz zespołu NiemaGOtu.

    W spotkaniu uczestniczy młodzież z czterech podkarpackich diecezji: przemyskiej, rzeszowskiej, zamojsko-lubaczowskiej i sandomierskiej.

    Tygodnik Niedziela/ Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________


    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 WRZEŚNIA – WTOREK

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    WSPOMNIENIE NAJŚWIĘTSZEGO IMIENIA MARYI

    Najstarszy wizerunek Maryi, zwany Madonną z Wieczernika

    ***

    W dniu 12 września Kościół powszechny obchodzi liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. Święto Imienia Maryi przypomina zwycięstwo odniesione nad Turkami pod Wiedniem w roku 1683 przez króla Jana III Sobieskiego i sprzymierzone wojska chrześcijańskie.

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.

    ***

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________

    340 lat temu Jan III Sobieski uratował Europę.

    Czy w Wiedniu pamiętają o wiktorii nad Turkami?

    (Wjazd Jana III Sobieskiego do Wiednia. Obraz Julusza Kossaka, 1883. Repr. FoKa/Forum)

    ***

    Wiara i miłość – to recepta na pokojową przyszłość Europy przekonywał biskup polowy Wiesław Lechowicz podczas Mszy Świętej w kościele pw. św. Józefa – Polskim Sanktuarium Narodowym na Kahlenbergu koło Wiednia. W stolicy Austrii odbywają się obchody 340. rocznicy wiktorii wiedeńskiej oraz 40. rocznicy wizyty na Kahlenbergu Jana Pawła II.

    Przed rozpoczęciem Eucharystii na pobliskim cmentarzu odbyła się ceremonia złożenia zniczy na grobie Polaków poległych w obronie Wiednia w 1683 r. Kwiaty złożono także przed pomnikiem króla Jana III Sobieskiego, znajdującym się obok ołtarza głównego świątyni. Ordynariusz wojskowy poświęcił też odnowioną kaplicę pw. Aniołów Stróżów, nazywaną też kaplicą króla Jana III Sobieskiego (zwycięzca spod Wiednia modlił się w kahlenberskim kościele przed bitwą) z wizerunkiem modlącego się o ratunek papieża Innocentego XI.

    W homilii bp Lechowicz podkreślał, że kolejna rocznica wiktorii wiedeńskiej jest okazją do spojrzenia „na przeszłość, teraźniejszość, by znaleźć wskazówki pozwalające na optymistyczne spojrzenie w przyszłość” Polski i Europy. Mówiąc o przeszłości ordynariusz wojskowy powiedział, że „zwycięstwo pod Wiedniem oznaczało obronę chrześcijańskiej cywilizacji w Europie”.

    Przypomniał, że społeczeństwo Europy do czasów nowożytnych tworzyła „wspólnota ludzi, którym czas odmierzały kościelne dzwony”, a przestrzeń przecinała sieć dróg wyznaczająca kościoły i pielgrzymkowe sanktuaria. – Świat był rządzony przez władców uchodzących z Bożej laski i broniony przez wojowników nazywanych żołnierzami Chrystusa. Christianitas to był świat kategorii uniwersalnych i jedności dzięki wspólnemu w całej Europie językowi liturgii, kultury i nauki, jednemu systemowi kształcenia, ponadnarodowym zakonom, takiej samej obyczajowości i prawu, takim samym wzorcom osobowym – powiedział.

    Biskup zwrócił uwagę, że współczesna Europa porzuciła tradycję „christianitas”. – Co możemy w tej sytuacji czynić? Jak pomóc Europie zachować ducha chrześcijańskiego? Oczywiście nie chodzi o powrót do Europy wieków średnich, ale o naszą tożsamość i szacunek wobec cywilizacji, z której wyrastamy. 340 lat temu Polska armia pod wodzą Jana III Sobieskiego wyświadczyła przysługę Europie, a my z jaką przysługą możemy dziś przyjść naszemu kontynentowi? – pytał bp Lechowicz.

    Mówiąc o przyszłości biskup polowy wskazywał, że Polska jest krajem, który ofiarowuje i przypomina Europie o solidarności. Przywołał w tym kontekście słowa Jana Pawła II o solidarności oraz postawę Polaków wobec uchodźców w okresie trwającej agresji rosyjskiej na Ukrainę. – „Nie ma solidarności bez miłości (…) która przebacza, choć nie zapomina, która jest wrażliwa na niedolę innych, która nie szuka swego, ale pragnie dobra dla drugich; tej miłości, która służy, zapomina o sobie i gotowa jest do wspaniałomyślnego dawania” (Jan Paweł II, 5 czerwca 1999). Te słowa znakomicie korespondują ze słowami Jezusa, które usłyszeliśmy w Ewangelii dziś odczytanej: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od Ojca mojego, który jest w niebie (…) Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20) – powiedział.

    Ordynariusz wojskowy przekonywał, że to co Polska może ofiarować Europie to także przypomnienie o życiu według wartości ewangelicznych i prawo miłości. Dodał, że Polacy często okazywali miłość wobec potrzebujących, wskazał na przykład rodziny Ulmów z Markowej, która wbrew niemieckiemu zakazowi udzieliła schronienia rodzinie żydowskiej w grudniu 1942 r. – Niemieccy okupanci dowiedziawszy się o tym, zamordowali Józefa i Wiktorię Ulmów z ich dziećmi oraz ukrywanych Żydów. Ulmowie przez półtora roku podejmowali ryzyko utraty życia w imię ewangelicznego nakazu miłości bliźniego – powiedział. Jak przypomniał bp Lechowicz, w znalezionym po latach egzemplarzu Pisma świętego, który należał do Ulmów zauważono, że przy Jezusowej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie było zapisane dużymi literami słowo „TAK”, a słowa Jezusa o miłości nieprzyjaciół były podkreślone. – Nie ma żadnych wątpliwości, że Ewangelia była motywem ich heroicznej postawy. Wiara i miłość – to recepta na pokojową przyszłość Europy! – podkreślił.

    Eucharystię koncelebrowali m.in. bp Werner Freistetter, austriacki ordynariusz wojskowy, ks. Janusz Urbańczyk, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy Biurze Narodów Zjednoczonych i Agencjach Wyspecjalizowanych w Wiedniu, obserwator m.in. przy OBWE i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ks. dr Antoni Skowroński, rektor seminarium w Ełku oraz o. Roman Krekora, rektor kahlenberskiego kościoła, którego bp Lechowicz odznaczył medalem Milito pro Christo. W uroczystościach udział wzięli przedstawiciele ambasady RP w Austrii, delegacja żołnierzy 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej im. Króla Jana III Sobieskiego z dowódcą gen. dyw. Piotrem Trytkiem oraz przedstawiciele austriackiej Polonii.

    Po zakończonej Eucharystii odbył się apel pamięci z udziałem żołnierzy 11. Dywizji oraz dożynki z programem artystycznym.

    Jak podkreślał przed wyjazdem bp Wiesław Lechowicz, wizyta w Kahlenbergu to także nawiązanie do uroczystości, które odbyły się 11 i 12 września 1933 r., w związku z przypadającym wtedy 250-leciem wiktorii wiedeńskiej. W uroczystościach wzięli wtedy udział przedstawiciele polskiego episkopatu z kard. Augustem Hlondem i bp. Józefem Gawliną, który od pół roku pełnił posługę Biskupa Wojsk Polskich. Ówczesne obchody trwały kilka dni i odbywały się w Austrii oraz w Polsce.

    12 września 1933 r. w kahlenberskim kościele św. Józefa sprawowana była Msza św. celebrowana przez prymasa Polski kard. Hlonda, w której uczestniczył prezydent republiki austriackiej Wilhelm Miklas, ówczesny kanclerz republiki Engelbert Dollfuss oraz legat papieski kard. kard. Pietro La Fontaine. Z Polski przybyła delegacja z m.in. delegat rządu RP Juliusz Twardowski, delegat ministra spraw wojskowych gen. Bolesław Wieniawa Długoszowski i delegat ministra spraw zagranicznych Karol Romer. W uroczystościach wzięło udział ok. 20 tys. mieszkańców Wiednia i przybyłych gości, m.in. liczna delegacja turecka. Dzień wcześniej Msza św. sprawowana przez bp. Józefa Gawlinę oraz uroczystości odbyły się w wiedeńskim Rennwegu. Obchody szeroko relacjonowała prasa europejska. Obszerne artykuły pojawiły się m.in. w gazetach w Wielkiej Brytanii, Belgii, Francji i w Watykanie. 17 i 18 września państwowe uroczystości rocznicowe odbyły się w Polsce.

    Przy tej okazji warto przypomnieć, że na Kahlbergu miał stanąć pomnik upamiętniający Wiktorię Wiedeńską, ale z niewyjaśnionych przyczyn przedsięwzięcie zostało zawieszone i do dziś nie zostało sfinalizowane.

    źródło: KAI/PCh24.pl

    __________________________________________________________________________________

    „Imię Sobieskiego znane było całemu światu”…

    W rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej

    ***

    W rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej prezentujemy fragmenty pracy profesora Feliksa Konecznego pt. „Tło cywilizacyjne odsieczy wiedeńskiej”. Tekst eseju z roku 1933 publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prohibita, które w roku 2018 wydało tekst krakowskiego historiozofa.

    Imię Sobieskiego znane było całemu światu chrześcijańskiemu i muzułmańskiemu. Nie tylko było, lecz i jest znane; rozgłos był tu istotnie gońcem prawdziwej sławy historycznej, rosnącej z wiekami, przechodzącej wciąż do nowych ludów, obejmującej całą ziemię. Nawet na niebo nie można spojrzeć, by się z nim nie spotkać, bo tam błyszczy gwiazdozbiór, nazwany przez Heveliusa „tarczą Sobieskiego”. Wyszczególniany nieraz łaską królewską „wielki Gdańszczanin czuł się synem Polski i otwarcie się przyznawał do narodu i do społeczeństwa polskiego”. Towarzyszy Janowi III blask wielki i dziwny, jedyny niemal w historii, iż pochodzi z wdzięczności. To za ocalenie „chrześcijaństwa i cywilizacji”! Czyż może być czyn bardziej powszechno-dziejowy?

    (…)

    Król porwał za sobą kwiat narodu polskiego; były to zaciągi i służba ochotnicza, nieobjęta żadnym obowiązkiem wobec państwa i jego ustaw. Trzeba pamiętać, że pod Wiedeń ruszyła armia z Polski, armia narodowo polska, lecz nie będąca wcale armią Królestwa Polskiego. Sam Sobieski mógłby był powiedzieć o sobie: optimis placuere satis est [wystarczy podobać się najlepszym-red.].

    (…)

    I tak pod protektoratem Innocentego XI stanęło przymierze zaczepno-odporne, dnia 31 marca 1683 roku zawarte pomiędzy Polską a cesarzem Leopoldem I. Obie strony zobowiązały się podjąć walkę z Turcją i nie zawierać pokoju, jak tylko wspólnie; gdyby zaś zagrożony był Wiedeń lub Kraków, zajdzie obowiązek udzielenia wzajemnie bezpośredniej pomocy zbrojnej.

    Warunek ten stał się w tym samym jeszcze roku aktualny. Cesarscy jak mogli tak uganiali się z Turkami, ale mogli nader mało, a o stoczeniu walnej jakiej bitwy nie myśleli, póki by nie nadciągnął Sobieski; wojska niemieckie nie chciały złączyć się w jedną armię, póki król nie nadejdzie. Uważano, że trzeba jak największej naraz siły, tudzież, że trzeba wodza wsławionego, respektowanego przez nieprzyjaciela.

    Jan III był desygnowany na wodza naczelnego. Budził zaufanie; samo imię jego podnosiło ducha. Znany był całemu światu, jako pogromca Turków, pierwszy i jedyny ich pogromca, albo on lub też przynajmniej który z hetmanów jego szkoły. Ileż zwycięstw już odniósł! Jego wyprawa na czambuły tatarskie w roku 1672 stała się przedmiotem podziwu największych w Europie znawców sztuki wojennej, a zwycięstwo chocimskie z listopada 1673 roku dało powód do wielkich uroczystości w papieskim Rzymie i z polecenia papieskiego weszło do brewiarzy polskich diecezji. A niedawno dopiero świetna kampania i koronacja aż po zwycięstwie!

    Nadspodziewanie nastąpił w Polsce istny wybuch powszechnego zapału. Rezydenci włoscy nie znajdują słów, żeby to opisać. Zebrało się znacznie większe wojsko, niż z początku przypuszczano, a wciąż przybywało jeszcze żołnierza e molta nobilta volontaria [wielu szlachciców – ochotników-red.].

    (…)

    Chętnie szli daleko poza granice państwa, z zapałem; nastąpiło istne „poruszenie” szlachty, czego nie zdołało dokazać tyle innych spraw narodowych. Ruszył za Sobieskim prawdziwie cały kwiat narodu polskiego, albowiem była to wyprawa religijna. Korona była wówczas niemal wyłącznie katolicka, Polak innowierca należał do rarytasów; tylko na Litwie byli liczniejsi – ale też Litwy nie było wcale w armii Sobieskiego.

    Nie darmo Janowi III nadawano u nas przydomek rex orthodoxus [Król prawowierny-red.], z jakim spotykamy się często w drukach współczesnych. Chowany przez rodziców nie tylko pobożnie, ale też nabożnie, należał od wczesnej młodości do bractwa różańcowego, w soboty suszył, miał przez ojca nakazanych sporo modlitw na co dzień, gdy go z bratem Markiem wyprawiono na Akademię Krakowską i Mszy św. słuchał codziennie. Z magnackich domów takie wychowanie rozchodziło się po dworach i dworkach. Cała szlachta była orthodoxa, cała podobna do swego króla.

    (…)

    Wszyscy współcześni – a cudzoziemcy bardziej, niż Polacy – zdziwieni byli nadzwyczajną szybkością pochodu pod Wiedeń. Pilno było, bardzo pilno; wiemy od znawców, że Wiedeń nie byłby się już mógł trzymać dłużej, jak pięć dni. Ale armię popędzała także ambicja Sobieskiego.

    (…)

    Stan rzeczy pod Wiedniem pojmie w lot każdy laik, spojrzawszy na plan tego miasta. Turcy właściwie byli już w Wiedniu, i broniło się tylko śródmieście, „innere Stadt”, obwiedzione murami. Bronił się jeszcze stary Wiedeń; nowszy, rozszerzony przedmieściami, był w ręku tureckim. Favoriten zasypane było tureckimi namiotami (zrazu wezyrskimi), a królewicz Jakub notuje, jako „Turcy zburzyli jakieś miasto żydowskie, zwane Leopoldstadt”.

    Rodzajem broni i sposobami wojowania uzupełniały się wzajemnie wojska polskie i niemieckie. „Wszędzie do naszych wojsk dodano fuzylierów i piechoty niemieckie, a do niemieckich nasze konne chorągwie”.

    (…)

    Spotkał się tedy Jan III pod Wiedniem z dawnym swym kontrkandydatem do tronu, Karolem Lotaryńskim, który odnosił się do króla wzorowo, a król wyraża się o nim z całym uznaniem, dodając uwagę, że ten książę wart lepszego losu, tj. że najzupełniej godzien tronu. Ale nie spotkał się król z „wielkim elektorem”, który na Węgry również osobiście nie przybywał.

    Nie było pod Wiedniem jeszcze kogoś, a nieobecność ta razi jeszcze mocniej: nie było wojska litewskiego, nie przybył Michał Pac. Zbierali się tak leniwie, tak posuwali się żółwim marszem, iż król nie mógł już dłużej na nich czekać i musiał bez Litwy odbyć wyprawę. Odsiecz wiedeńska jest dziełem samej tylko Korony.

    Nasuwa się zestawienie z potrzebą grunwaldzką, 1410 roku, kiedy to nie bylibyśmy sobie dali rady bez Litwy; ale w roku 1683 obeszliśmy się bez niej doskonale, uczyniliśmy więc wielkie postępy pod względem państwowym i militarnym.

    (…)

    Za szczęśliwego poczytywał się każdy, komu królowa zezwoliła zrobić sobie odpis z listu, otrzymanego od króla, który znaczył swój pochód i zwycięstwo korespondencją z „Marysieńką”. A sławny list, pisany w nocy z 12 na 13 września, datowany „w namiotach wezyrskich”, kopiowany był na papierze naoliwionym, żeby przerysowywać literę za literą; w ten sposób powstawały facsimilia tego listu, głoszącego, jak to „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”. Ambicja zaspokojona. A w liście do Ojca św. używa sławnych wyrazów historycznych, czyniąc z nich chrześcijański wariant: Venimus, vidimus, Deus vicit [Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył-red.].

    Wiadomo, jak go ściskano, całowano, „generałowie w ręce w nogi”, a regimenty krzyczały: Ah unser brave Koenig! Wjeżdżającemu nazajutrz do miasta chcieli wszyscy wołać: vivat! – „ale to było znać po nich, że się bali oficerów i starszych swoich. Gromada jedna nie wytrzymała i zawołała vivat! na co widziałem, że krzywo patrzano”.

    Zaczyna się długi szereg rozczarowań. Powszechnie wiadomo, jak kręcono potem z ceremoniałem. Cóż dziwić się cesarzowi, skoro biskup wiedeński zachował się bardzo dziwnie. „Ja zaś do biskupa wiedeńskiego w ten sens napisałem, że ponieważ już do inszej przyjeżdżam dyecezyi, a od ciebie nie miałem żadnej przynajmniej wspólnej congratulacyi, że P. Bóg poszczęścił chrześcijanom, więc ja tobie winszuję, że tenże P. Bóg przywrócił cię Pasterzu do zgubionych już prawie owieczek twoich; nie mam dotąd i na to responsu” – tj. do 28 września, w 16 dni po zwycięstwie!

    Longum esset enumerare [Długo by wyliczać można-red.], ile potem przykrości doznał bohater za to, że odbył jeszcze zwycięską kampanię węgierską, z tą sławną w historii wojen bitwą pod Parkanami, gdzie jednego dnia, źle obsłużony wywiadami, doznał klęski, lecz nie opuścił miejsca, i na trzeci dzień odniósł triumfalne zwycięstwo, które on sam cenił bardziej od wiedeńskiego.

    (…)

    A za to wszystko „chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzeleni”, a król nie może się doprosić „szkuty jednej”, żeby ich przewieść Dunajem do Preszburga [Bratysławy-red.] i tam leczyć własnym kosztem! „Wozy nam rabują, konie gwałtem biorą”. W połowie października dopiero nadeszli „ludzie X. Brandeburskiego, nam należący”. Widoczne było, że radziby się pozbyć z Węgier króla polskiego, choć zwycięskiego.

    Przyczyna tkwiła zapewne w obawach, żeby Sobieski nie stał się na Węgrzech popularnym i w końcu… królem węgierskim; on lub królewicz. Już pod koniec października, pisze król, jako „ten naród ustawicznie ręce wznosi do P. Boga za nami, nam się w protekcję oddaje…”.

    „Wręcz mówią Węgrowie, że jeżeli chcą żebyśmy odstąpili protekcji tureckiej, niechże weźmiemy polską i niech jedno z nimi będziemy. Król występował z pośrednictwem pomiędzy cesarzem a Toekelym, zanosiło się na jakiś układ; faktem jest, że Jan III, przygotowywał na Węgrzech leże zimowe, ażeby z wiosną 1684 roku dalej zwalczać Turków, wypędzić ich z Węgier i z Podola, a potem z Bałkanu. Czyż w razie powodzenia miał oddawać zdobywane na Turkach kraje innym w niewolę? Węgrzy przecież uważali panowanie habsburskie za niewolę.

    (…)

    Straszna zaiste jest przyczyna, dlaczego zakończył udział swój w kampanii węgierskiej takim zgrzytem. Oto wojsko Sobieskiego nie zimowało na Węgrzech, trzeba było wrócić do domu…

    Dlaczego? Jak zwykle było przyczyn kilka, w które tu nie sposób bliżej wchodzić, ale szala została przeważona czymś okrutnym, bo zrobili to swoi. Można powiedzieć, że z Węgier króla wypędziła Litwa.

    Nareszcie, gdy myślano już o leżach zimowych, wojsko litewskie zdążyło nadejść. Byłoby lepiej, gdyby byli wcale nie przyszli! Wobec ludności Górnych Węgier zachowali się jakby nieprzyjaciele: łupili, rozpościerając swe zagony aż po Morawy. Narobili dużo kłopotów i jeszcze więcej wstydu. Król właśnie zmawiał się o rozejm z Toekelym na hiberny, a według wszelkiego prawdopodobieństwa kryły się za tym jakieś układy polityczne, „ale się nam wszystek pomieszał traktat tym postępkiem wojska litewskiego”. W następnym liście, z 20 października, pisze: „Poczty albo umyślnych, aby rozstawić przez węgierską ziemię, impracticabile, ile za tem litewskiego wojska Węgrów zirytowaniem; myśmy też tu jeszcze nic z Tekolim nie skończyli”. Ludność zaczęła teraz traktować Polaków, jako wrogów i gwałtowników, których należy przepędzić. Czyż miano prowadzić wojnę z ludem, by wymusić sobie hiberny i zostawić na Węgrzech łupieżników? Król wrócił do domu, kampanię ukończył, a raczej przerwał, bo już na Węgry nie powrócił.

    (…)

    Esej został po raz pierwszy opublikowany w miesięczniku „Ateneum Kapłańskie”, zeszyt 2, sierpień-wrzesień 1933 r.

    PCh24.pl

    ***

    Warto zauważyć taki szczegół, że na obecnych mapach nieba brak nazwy Scutum Sobiescianum (Tarcza Sobieskiego) nadanej przez Jana Heweliusza, gdyż astronomowie niemieccy w XIX wieku skutecznie usunęli drugi człon nazwy gwiazdozbioru i pozostało tylko Scutum. Feliks Koneczny wspomina o tej mapie nieba na początku tego tekstu.

    ***

    Wiedeń: obchody 340. rocznicy wiktorii wiedeńskiej

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________________________

    13 WRZEŚNIA – ŚRODA

    88. rocznica objawienia

    Koronki do Miłosierdzia Bożego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W dniach 13 i 14 września przypada rocznica objawienia Koronki do Miłosierdzia Bożego, którą Pan Jezus podyktował Siostrze Faustynie w Wilnie w 1935 roku.

    Koronka jest jedną z najbardziej znanych modlitw do Miłosierdzia Bożego. Odmawia się ją na wszystkich kontynentach, nawet w językach plemiennych.

    Treść Koronki do Miłosierdzia Bożego znamy z „Dzienniczka”. Św. Siostra Faustyna zanotowała wizję anioła, który miał być wykonawcą gniewu Bożego. Anioł jednak nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, gdy zakonnica zaczęła się modlić wewnętrznie słyszanymi słowami: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas”.

    Następnego dnia Pan Jezus przekazał św. Siostrze Faustynie szczegółową instrukcję odmawiania modlitwy, którą dziś znamy jako Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

    Pan Jezus z modlitwą odmawianą z ufnością związał obietnicę możliwości uproszenia wszystkiego, co będzie zgodne z wolą Bożą. Szczegółowa obietnica dotyczy łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci, którą może uprosić odmawiający dla samego siebie albo dla osoby konającej, przy której w ten sposób się modli.

    Przypominamy, że na mocy dekretu Penitencjarii Apostolskiej z 12 stycznia 2002 r. „Odpustu zupełnego pod zwykłymi warunkami udziela się w granicach Polski wiernemu, który z duszą całkowicie wolną od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu pobożnie odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu Eucharystii, publicznie wystawionego lub też przechowywanego w tabernakulum. Jeżeli zaś ci wierni z powodu choroby (lub innej słusznej racji) nie będą mogli wyjść z domu, ale odmówią Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, to pod zwykłymi warunkami również zyskują odpust zupełny”.

     Sanktuarium Bożego Miłosierdzia/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________

    Koronka do Bożego Miłosierdzia powstała 88 lat temu.

    “Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi”

    Koronka do Bożego Miłosierdzia powstała 88 lat temu. "Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi"

    Koronka do Bożego Miłosierdzia/ fot.Urszula Rogólska/ Gość Niedzielny

    ***

    13 września 1935 roku św. siostra Faustyna Kowalska w swojej klasztornej celi w Wilnie ujrzała anioła, „wykonawcę gniewu Bożego”. Uczuła w sercu przynaglenie, by prosić Boga o miłosierdzie dla świata. Słowa jej modlitwy stały się później podstawą koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś, w 88. rocznicę powstania koronki, Wileńskie Centrum Pielgrzymkowe organizuje w Domu św. Faustyny na Antokolu, gdzie mieszkała w okresie międzywojennym święta, modlitwę z czytaniem fragmentów „Dzienniczka”.

    Powstanie koronki do Bożego Miłosierdzia związane jest z pobytem świętej siostry Faustyny w Wilnie. Mieszkała ona w domu Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na wileńskim Antokolu w latach 1933-36; zajmowała się głównie pracą w ogrodzie. W Wilnie poznała ks. Michała Sopoćkę, któremu zwierzyła się z objawień. Tutaj też w 1934 roku powstał obraz „Jezu, ufam Tobie”, który namalował, według wskazówek świętej, artysta malarz Eugeniusz Kazimirowski. Rok później Jezus podyktował siostrze Faustynie koronkę do Bożego Miłosierdzia.

    Okoliczności powstania znanej obecnie szeroko w świecie koronki zapisała święta w swoim „Dzienniczku”. Pod datą 13 września 1935 roku zanotowała objawienie, jakie miała w klasztornej celi. Zobaczyła „wykonawcę gniewu Bożego” – anioła: „obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi” (Dz., 474). Siostra Faustyna zaczęła gorąco się modlić o powstrzymanie kary na „kilka chwil”, a świat będzie czynił pokutę.

    Kiedy zaczęła się modlić, uczuła w duszy swojej „moc łaski Jezusa”: „Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi. Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa, którymi błagałam Boga, są następujące: «Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas»” (Dz., 475).

    Następnego ranka, gdy weszła do klasztornej kaplicy, usłyszała potwierdzenie z ust Jezusa: „Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu Mojego. Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, i „Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach „Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach „Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: „Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem” (Dz., 476).

    W „Dzienniczku” znajdziemy wiele fragmentów, które mówią o wielkich łaskach związanych z odmawianiem koronki i modlitwą do Bożego miłosierdzia. W styczniu 1938 roku, a więc na dziesięć miesięcy przed śmiercią, św. Faustyna zapisała: „Powiedział mi Pan: «Córko Moja, zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki, którą ci podałem. Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co mnie prosić będą. Zatwardziali grzesznicy, gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina śmierci ich będzie szczęśliwa.

    Napisz to dla dusz strapionych; gdy dusza ujrzy i pozna ciężkość swych grzechów. gdy się odsłoni przed jej oczyma duszy cała przepaść nędzy w jakiej się pogrążyła, niech nie rozpacza ale z ufnością niech się rzuci w ramiona Mojego miłosierdzia, jak dziecko w objęcia ukochanej matki. Dusze te mają pierwszeństwo do Mojego litościwego Serca, one mają pierwszeństwo do Mojego miłosierdzia.

    Powiedz, że żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się, ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci Mojej. Napisz, gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem, a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny»” (Dz 1541).


    Spotkanie modlitewne w miejscu, gdzie powstała koronka

    Jak podaje portal l24.lt w miejscu, gdzie powstała koronka, w Domu św. Faustyny na Antokolu w Wilnie, 13 września, o godz. 17. 30 rozpocznie się modlitwa przeplatana czytaniem fragmentów „Dzienniczka”.

    Dom św. Faustyny w Wilnie to drewniany budynek z początku XX wieku znajdujący się przy ulicy Grybo 29a. Przed wojną znajdował się tutaj klasztor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Po wojnie zakon został usunięty z posesji, a zabudowania zburzono, ocalał tylko drewniany dom św. Faustyny, w którym urządzono izbę pamięci. W 2004 r. przywieziono z Rzymu relikwie świętej: jeden relikwiarz umieszczono w kaplicy, drugi w kształcie srebrnego medalika – w drewnianym krzyżu przed budynkiem. Dom św. Faustyny na Antokolu jest celem licznych pielgrzymek.Wilno zwane jest Miastem Miłosierdzia ze względu na obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, nazywanej Matką Miłosierdzia oraz obraz „Jezu, ufam Tobie”, oryginalny wizerunek malowany za życia św. Faustyny, według jej wizji i wskazówek. Trzecim miejscem związanym z Bożym miłosierdziem jest właśnie Dom św. Faustyny na Antokolu.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    14 WRZEŚNIA – CZWARTEK – GODZ. 20.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Święto Podwyższenia Krzyża Świętego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    14 września 335 r. dokonano konsekracji Bazyliki Zmartwychwstania, którą wybudował cesarz Konstantyn blisko miejsca ukrzyżowania Chrystusa. Od tego czasu Wschód chrześcijański obchodził tego dnia uroczyste święto na cześć Krzyża Zbawiciela.

    Krzyż jest miejscem zwycięstwa Chrystusa. Z wysokości Krzyża Jezus pociąga do siebie wszystkich grzeszników (zob. J 12, 32) i objawia im miłość Ojca, który Go posłał. Oddając na nim ostatnie tchnienie, ofiarował się jako żertwa przebłagalna za grzechy całego świata i oddał chwałę Ojcu z wszystkimi, których zbawił.

    Krzyż nie jest więc znakiem słabości Jezusa, lecz Jego chwały. Spojrzenie na przybitego Jezusa przynosi uzdrowienie i zbawienie nam, którzy jesteśmy śmiertelnie zatruci jadem świata. Wobec Krzyża nie można przejść obojętnie, bowiem budził on i zawsze budzi niepokój ludzkiego sumienia. Jest znakiem miłości, która się otwiera na każdego człowieka.

    Jezus, otwierający na Krzyżu swe ramiona, rezygnuje z jakiejkolwiek ochrony, jaką my często roztaczamy wokół siebie. Ten gest jest wzmocniony obrazem otwartego serca, które oddaje do dyspozycji wszystkich to, co najbardziej intymne i osobiste. Jezus na Krzyżu zrezygnował ze swojej siły, by „cicha” moc Boga okazała się silniejsza niż siła wszystkich ludzi i uświadomiła nam, że zawsze do niej będzie należeć ostatnie słowo.

    Krzyż jest koniecznym etapem na drodze do chwały. Dlatego Jezus zaprasza nas: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Krzyż jest nieustannym wezwaniem, by zaakceptować to, czego doświadczamy każdego dnia. Przypomina nam, że nie wszystko jest dla nas proste, jak sobie zaplanujemy. Musimy się więc pogodzić się z codziennymi utrudnieniami i tym, co krzyżuje nasze plany. Dla osoby cierpiącej Krzyż jest pocieszeniem, przypomina, że nie jest ona w swym cierpieniu sama, ale Ktoś idzie z nią w najgłębszą ciemność aż do samotności i opuszczenia, aż po największą niemoc śmierci.
    Krzyż zmusza nas, byśmy zastanowili się nad sobą. Każe nam szukać odpowiedzi na pytanie: Kim jesteśmy? Obraz Krzyża towarzyszy nam wszędzie i przybliża do prawdziwego człowieczeństwa. Nie pozwala, byśmy w przekonaniu o własnej wielkości uciekli od prawdy o naszym życiu. Ukazuje on naszą ograniczoność i ukierunkowanie na śmierć. I jedynie ten, kto gotów jest przyjąć śmierć, staje się prawdziwie człowiekiem.
    Akceptacja Krzyża przejawia się w spokojnej, milczącej i opanowanej postawie wobec życia. Człowiek, przyjmując Krzyż, przyjmuje niepowodzenia, ma odwagę przyjąć siebie takiego, jaki jest. Krzyż wyzwala go od samego siebie, wyjawia mu prawdę, od której ucieka. Znoszona z wiarą choroba jest posłuszeństwem Bogu i twórczą gotowością, staje się dla nas objawieniem odkupienia i w radykalny sposób przemienia nasze życie. Akceptacja cierpienia jest jednocześnie drogą do wyzwolenia się z niego. Wielu ludzi cierpi dzisiaj na nerwice, bo nie przyjmują Krzyża, nie chcą przyjąć prawdy o sobie.

    W chrześcijaństwo wpisany jest Krzyż i jest on znakiem tożsamości każdego z nas, jest naszym znakiem rozpoznawczym. Chrześcijanie mają w nim swoje korzenie, ale nie utożsamiają go z cierpiętnictwem. Krzyż wskazuje na głęboki sens cierpienia i otwiera człowieka na misterium samego Boga. Jest bramą, wprowadzającą w Boże życie i nasze zbawienie. Krzyż jest znakiem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem.

    Przyjęcie Krzyża przynosi owoce wewnętrznej przemiany, dodaje człowiekowi sił do owocnej pokuty i nawrócenia. Krzyż jest proklamacją życia, nadziei, chrześcijańskiego optymizmu i wolności. Zapowiada radość Zmartwychwstania, której nie stłumi już żadna ziemska moc zła i nie zaciemni panowanie grzechu. Cierpienie ludzkie odniesione do cierpienia Jezusa zwiastuje radość wieczną, nie odniesione do Niego staje się rozpaczą, która nigdy się nie skończy. Krzyż demaskuje wszelką pozorną radość.

    Krzyż jest znakiem Miłości, która choć nie jest kochana, nie zna granic. Miarą bowiem miłości jest miłość bez granic. Nawet śmierć jej nie kończy. Krzyż Chrystusa pyta nas o miłość, o nasze chrześcijaństwo. Zaprasza, byśmy przyszli do Niego ze swoim cierpieniem, spowodowanym zranieniem przez innych, różnego rodzaju prześladowaniem, ubóstwem, bezdomnością, bezrobociem, pokrzywdzeniem przez los. U stóp Krzyża znajdziemy wszystko.

    s. Anna Siudak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 WRZEŚNIA – PIĄTEK

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ SIEDMIU BOLEŚCI

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    *******

    godz. 17.00 – sprzątanie kościoła (bardzo dziękuję tym, którzy każdego miesiąca przychodzą i zachęcam nowych chętnych do pomocy)

    godz. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ – GODZINKI KU CZCI MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    *******

    Przez przypadające 15 września wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie stały się udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    Jak przypomina Brewiarz, przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej – oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto, wprowadzone w 1423 r. w Niemczech, w 1727 r. papież Benedykt XIII rozszerzył na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową. Drugie święto czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników – bardziej w aspekcie historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Jako pierwsi zaczęli wprowadzać je serwici. W 1814 r. Pius VII rozszerzył je na cały Kościół. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. Oba święta są niejako odpowiednikiem świąt Męki Pańskiej – pierwsze łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze z nich.

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Matka Boża prosiła o odmawianie koronki w uznanych przez Kościół objawieniach. Po raz ostatni – w trakcie objawień w Kibeho (Rwanda), ukazując się od 2 marca do 15 września 1982 r. uczennicy tutejszej szkoły średniej Marie Claire Mukangango. Matka Boża przypomniała, że trzeba rozważać mękę Jezusa i głęboki ból Jego Matki. Wskazała też na potrzebę odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści NMP, która popadła w zapomnienie. „Jeśli będziecie odmawiać tę koronkę, rozważając ją, będziecie mieli siłę do wzbudzenia w sobie skruchy. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już prosić o przebaczenie. Ci ludzie znów krzyżują Syna Bożego” – usłyszała dziewczyna podczas pierwszego widzenia.

    Echo Katolickie/opoka.pl

    _________________________________

    Dziś odmów Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi

    fot. Stanislav Traykov via: Wikipedia CC BY 2.5

    *******

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Kult Matki Bożej Bolesnej: osobista droga do Pana Boga

    Matka Bolesna/fot.Dorota Niedźwiecka

    *******

    Cześć Matce Bożej Bolesnej oddawali polscy królowie: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz. Za patronkę obierali święci i zakony. Cierpienie, którego w swoim życiu doświadczyła Maryja, jest szczególną wskazówką, gdy w codzienności pojawia się krzyż, którego nie udaje się zdjąć z ramion.

    Matka Boża cierpiała w swoim życiu dużo – podkreślają teologowie. Wielu z nich mówi o Jej roli Współodkupicielki. Tak nazywali Ją papieże, święci i błogosławieni. Nie w takim sensie, że zbawczej Ofierze Chrystusa miałoby brakować czegoś, co dopełniła Maryja. Teologowie podkreślają w ten sposób Jej pełną otwartości i miłości współpracę z Łaską, co w praktyce życia przekładało się na ścisłą współpracę z Jezusem w historycznym dziele Odkupienia.

    Tylko w Polsce: kilkanaście cudownych wizerunków

    Znaków czci Matki Bożej Bolesnej odnajdziemy w tradycji, kulturze i sztuce niezliczoną ilość. Szereg modlitw i nabożnych pieśni, powstałych niekiedy setki lat temu, jak pochodzące z XI wieku „Godzinki o Matce Bożej Bolesnej”, śpiewane na tradycyjną melodię godzinek czy pieśń pasyjna z XIII wieku „Stabat Mater Dolorosa”.

    Maryja Bolesna przedstawiana jest  w sztuce najczęściej na trzy sposoby: pod krzyżem Chrystusa, z Jego ciałem na kolanach lub z mieczami wbitymi w serce. Często siedmioma, gdyż nawiązują do Siedmiu Boleści Maryi – o czym za chwilę. Co ciekawe często przedstawiana jest jako młoda kobieta, mimo iż w momencie śmierci Chrystusa miała ok. pięćdziesięciu lat. Ku Jej czci powstały tak znamienite arcydzieła jak watykańska „Pieta” Michała Anioła. Obrazów i rzeźb Matki Bożej Bolesnej, uznanych za cudowne, nie sposób zliczyć. Na przykład tylko we Włoszech jest ich ponad czterdzieści, w Polsce – kilkanaście. Wiele wyróżnionych papieskimi koronami, co świadczy o szczególnej czci jaką ludzie oddają Maryi w konkretnym wizerunku i o otrzymywaniu w danym miejscu licznych łask.

    Papieskimi koronami udekorowano m.in.  obrazy Matki Bożej Bolesnej w kościele franciszkanów w Krakowie, w kościołach w Sulisławicach i Chełmie oraz figurę piety w Limanowej. „Dziękczynienia naszej Matce Bożej, spisywane od 1947 r., zajmują sześć opasłych tomów” – podkreśla ks. prałat Józef Poręba, wieloletni kustosz limanowskiego sanktuarium. Wśród licznych uzdrowień około dziesięciu posiada dokumentację medyczną, które wskazują na niezwykłość uzdrowienia.  

    Czcili Ją biskupi i magnaci

    Ku czci Matki Bożej Bolesnej powstało dwadzieścia jeden zakonów, zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską: dziewiętnaście żeńskich i dwa męskie. W 1595 roku przy kościele franciszkanów w Krakowie założono Bractwo Matki Bolesnej, do którego należeli m.in. królowie: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz oraz wielu biskupów i magnatów. Szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej wyróżniało się wielu świętych, m.in. założyciele zakonu serwitów, św. Paweł od Krzyża, założyciel pasjonistów, bł. Władysława z Gielniowa.

    Ku czci Matki Bożej Bolesnej obchodzono przez pewien czas w Kościele dwa święta. W 1423 r. zaczęto celebrować w Niemczech w diecezji kolońskiej pierwsze z nich, czcząc „współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. W roku 1727 papież Benedykt XIII zalecił obchodzenie go w całym Kościele, w piątek przed Niedzielą Palmową. Święto jest obecnie zniesione. Drugie święto wprowadzili serwici – ku czci Siedmiu Boleści Maryi, a rozszerzył na cały Kościół w 1814 r. Pius VII. Św. Pius X ustalił jego datę na 15 września. Obecnie nazywa się ono świętem Matki Bożej Bolesnej.

    Z tajemnicą cierpienia Maryi w szczególny sposób wiąże się zaproszenie każdego z nas do pokuty. „To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować” –  mówiła Matka Boża podczas objawień w Kibeho w Rwandzie (1981-83), uznanych przez hierarchę Kościoła katolickiego, biskupa miejsca Augustina Misago za autentyczne. „Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec (…). Proszę Cię powiedz o tym całemu światu”.

    Koronka, o której mówi Maryja, znana jest od co najmniej trzech wieków. Została zatwierdzona przez papieża Benedykta XIII w 1724 r. W jej kolejnych tajemnicach rozważa się cierpienie Maryi, którego doświadczała przez proroctwo Symeona, podczas ucieczki do Egiptu, zgubienia Jezusa w świątyni, spotkania z Jezusem na drodze krzyżowej, Jego ukrzyżowania i śmierci, zdjęcia Jego ciała z krzyża oraz złożenia Go do grobu.

    Cierpienie posiada sens duchowy

    Postawa Maryi wobec cierpienia zdaje się podpowiadać, jak odnaleźć sens, gdy w życiu pojawia się ból. Podobnie jak Maryję, Bóg w tajemniczy sposób zaprasza każdego z nas do współpracy, byśmy w swoim ciele dopełniali „braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (1Kol 1,24). Czyni tak, chociaż zadość czyniąca i uświęcająca męka Chrystusa była stuprocentowo skuteczna i niczego jej nie brakuje (por. Hbr 7,27; Hbr 9,12; Hbr 10,10).

    Zaproszenie Boga nie dotyczy tylko sytuacji szczególnie dramatycznych. Każdy z nas w intencji swojej lub innych może ofiarować zarówno codzienne trudności, lekkie dolegliwości, jak też sytuacje głęboko bolesne i trudne. To niezwykle cenny duchowo dar.

    Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Siedmiu Boleści

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce.

    WIKIMEDIA COMMONS/AB, STAUFFENBERG, LICENCJA: 0

    *******

    Przez przypadające 15 września wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie stały się udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    Jak przypomina Brewiarz, przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej – oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto, wprowadzone w 1423 r. w Niemczech, w 1727 r. papież Benedykt XIII rozszerzył na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową. Drugie święto czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników – bardziej w aspekcie historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Jako pierwsi zaczęli wprowadzać je serwici. W 1814 r. Pius VII rozszerzył je na cały Kościół. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. Oba święta są niejako odpowiednikiem świąt Męki Pańskiej – pierwsze łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze z nich.

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Matka Boża prosiła o odmawianie koronki w uznanych przez Kościół objawieniach. Po raz ostatni – w trakcie objawień w Kibeho (Rwanda), ukazując się od 2 marca do 15 września 1982 r. uczennicy tutejszej szkoły średniej Marie Claire Mukangango. Matka Boża przypomniała, że trzeba rozważać mękę Jezusa i głęboki ból Jego Matki. Wskazała też na potrzebę odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści NMP, która popadła w zapomnienie. „Jeśli będziecie odmawiać tę koronkę, rozważając ją, będziecie mieli siłę do wzbudzenia w sobie skruchy. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już prosić o przebaczenie. Ci ludzie znów krzyżują Syna Bożego” – usłyszała dziewczyna podczas pierwszego widzenia.

    Popatrzcie na Maryję pod krzyżem

    Uczy wierzyć i kochać w cierpieniu

    PYTAMY S. Katarzynę Balcerzak z siedleckiej wspólnoty Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek św. Pawła od Krzyża

    Czy Maryja, godząc się na plan Pana Boga, który uczynił Ją Matką Zbawiciela, wiedziała, jaki ogrom cierpienia Ją czeka?

    W opinii Benedykta XV Najświętsza Maryja Panna cierpiała i nieomal umarła razem ze swoim Synem; zrzekła się swoich praw do Syna ze względu na wybawienie ludzkości i poświęciła Go, aby zadośćuczynić Bożej sprawiedliwości – w takiej mierze, w jakiej mogła to uczynić, co uprawnia do stwierdzenie, że wraz z Chrystusem odkupiła ludzkość. Ojciec Święty Pius XII w encyklice „Haurietis aquas” podkreśla: „W dziele Odkupienia z woli Bożej Najświętsza Panna Maryja była jak najściślej złączona z Chrystusem. Z miłości Chrystusa i Jego Męki oraz z miłości i cierpień Matki, wewnętrznie ze sobą złączonych, powstało nasze zbawienie”. Natomiast Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris Mater” dodaje: „Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu (…). Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna – a jest to śmierć odkupieńcza”.

    Tradycja i Magisterium Kościoła ukazują Maryję jako Współodkupicielkę. Czy godząc się na plan Boga, przeczuwała, co Ją czeka? Sens cierpienia Maryi wykracza, jak sadzę, poza świadomość, że Jej życie będzie tak mocno naznaczone bólem. Pokusa analizowania decyzji Maryi podjętej w Nazarecie jest rzeczywiście silna: Czy gdyby wiedziała, ile będzie cierpiała, też powiedziałaby „fiat”? Maryja jest „pełna łaski” (Łk 1,28) – swoje „fiat” wypowiada podczas Zwiastowania i to samo „fiat” wypowiada wiernym trwaniem pod krzyżem: „A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego (…)” (J 19,25). Uczestniczy „przez wiarę” (por. RM 41) w dziele Jezusa. Miecz boleści przenikał serce Maryi (por. Łk 2,35), a ostatecznie przeniknął na Golgocie – to tutaj „najgłębiej ze swoim Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością, godząc się na to, aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona” (Lumen Gentium 58). To jest skala boleści Maryi odnoszących się do cierpień Jej Syna.

    Na obrazach czy w filmach Maryja pokazywana jest często jako subtelna, omdlewająca postać z rozwianymi włosami i łzami płynącymi po policzkach. Czy taki przesłodzony obraz Matki Odkupiciela jest prawdziwy? Ona stała, była obecna i bardzo świadoma dokonującego się dzieła odkupienia, nawet gdy obok stali też kaci Jej Syna, drwiący faryzeusze, ordynarnie żartujący lud.

    Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Marii Panny Bolesnej jest dla Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek św. Pawła od Krzyża świętem patronalnym. Jakie miejsce w duchowości zgromadzenia zajmuje Matka Boża Bolesna?

    W naszych Konstytucjach Zakonnych Matka Boża Bolesna określana jest jako Pierwsza Przełożona naszych wspólnot. Pojęcie to zostało zaczerpnięte od naszej Założycielki, która, zakładając pierwszą wspólnotę, całe dzieło powierzyła Jezusowi Ukrzyżowanemu i Jego Bolesnej Matce. Matka Boża Bolesna – od chwili Zwiastowania aż po Golgotę – jest dla nas wzorem wierności krzyżowi.

    Czego zatem można nauczyć się od Maryi Bolesnej?

    Wiary, nieustannego powierzania się Ojcu, godności w przeżywaniu cierpienia, miłości „w” cierpieniu i „poprzez” cierpienie. Także męstwa, bo trzeba bardzo dużo odwagi, żeby nie uciec spod krzyża, od doświadczania cierpienia w swoim życiu. Szczególnie dzisiaj, gdy lansowane jest życie lekkie, łatwe i przyjemne, i robi się wszystko, żeby cierpienie wyeliminować z naszej codzienności. Tymczasem doświadcza go w jakiś sposób każdy. Cierpienie przeraża – to normalna ludzka reakcja, bez wątpienia trzeba również nieść ulgę w cierpieniu np. osobie chorej. Jednak cierpienie jest towarzyszem człowieka; Pan Jezus go nie usunął, ale je na Krzyżu uświęcił. Matka Boża Bolesna uczy wierzyć i kochać w cierpieniu.

    Siostro, Koronka do Siedmiu Boleści Maryi – mimo, że zatwierdzona prawie 300 lat temu – dzisiaj jest modlitwą mało popularną. Komu poleciłaby Siostra jej odmawianie?

    Koronkę do Matki Bożej Bolesnej polecam każdemu. Szczególnie zaś osobom doświadczonym bólem życia oraz tym wszystkim, którzy pragną wierności krzyżowi i umiłowania krzyża. Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort w swoim traktacie „O prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” pisze, że „nie potrafi dźwigać wielkich krzyży ten, kto nie odznacza się prawdziwym nabożeństwem do Najświętszej Dziewicy, tej niebieskiej zaprawy krzyży…”. Dlatego po koronkę tę powinni sięgać także ci, którzy pragną być święci, kochają Jezusa i chcą Go kochać jeszcze bardziej, dla których Bóg to Ojciec, któremu zawierzyli wszystko.

    Myślę, że to również modlitwa dla sądzących, iż w tym życiu utracili wszystko i że już nic dobrego ich nie spotka. Popatrzcie na Maryję pod krzyżem i wytrwale módlcie się do Niej, a Ona wskaże, gdzie jest prawdziwe bogactwo.

    Dziękuję za rozmowę.

    Echo Katolickie 36/2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 WRZEŚNIA – SOBOTA

    od godz.. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    godz. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚWIĘTA Z XXIV NIEDZIELI

    Po MSZY ŚWIĘTEJ – MODLITWA RÓŻAŃCOWA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI POKOJU W LUDZKICH SERCACH

    ***

    Modlitwa o dar pokoju. Ułożył ją św. Jan Paweł II

    Modlitwa o dar pokoju. Ułożył ją Jan Paweł II

    św. Jan Paweł II na obrazie, Asyż, 2015 (fot. Emanuele Mazzoni/depositphotos/com)

    ***

    Martwisz się, że na świecie trwają wojny? Boisz się, że historia się powtarza i że wojna może wybuchnąć tuż obok nas? Nie musisz zamykać się w bezradności i lęku. Możesz modlić się o pokój. Pamiętaj, Bóg jest Bogiem pokoju i pragnie go dla swoich dzieci. Oto krótka modlitwa, którą możesz odmawiać w intencji pokoju na świecie. Napisał ją św. Jan Paweł II.

    Jak zapewne zauważysz, to modlitwa o dar pokoju. To podkreślenie jest ważne – pokazuje, że pokój nie jest czymś, na co trzeba sobie zasłużyć ani czymś, o co trzeba walczyć. Jest darem Boga, łaską od Niego, która szanuje ludzką wolność. Dlatego warto modlić się o dar pokoju, który może przemienić ludzkie serca, by potrafiły go przyjąć. 

    Modlitwa o dar pokoju św. Jana Pawła II

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.


    Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne.

    Ojcze, obdarz nasze czasy dniami pokoju. Niech już nie będzie więcej wojny. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Joseph Strickland:

    Aktywni homoseksualiści i cudzołożnicy

    nie mogą przyjmować Komunii św.

    Bp Joseph Strickland z Teksasu w USA opublikował 12 września nowy list duszpasterski, w którym potwierdza naukę Kościoła o sakramentach i skupia się zwłaszcza na sakramencie Eucharystii, ostrzegając, że spożywanie jej w niegodny sposób „jest niszczycielskim świętokradztwem dla osoby indywidualnej i dla Kościoła”. Kościół zatem nie może udzielać Komunii św. nieskruszonym grzesznikom: popierającym i wykonującym aborcję, czynnym homoseksualistom, cudzołożnikom, stosującym antykoncepcję itp.

    Na samym początku swojego listu bp Strickland przypomina naukę Kościoła o siedmiu sakramentach jako „kanałach Bożej świętej łaski, które wypływają z samego Chrystusa (…) i uświęcają każdego z nas w naszej podróży ku Niebu”. Wymieniając po kolei sakramenty zaznacza, że „nie są od siebie nawzajem izolowane, ale zamiast tego są ze sobą splecione w jedności Bożego życia, które odzwierciedla posługę Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła i łączy nas z nią”. Następnie skupia się na Eucharystii, zapowiadając poświęcenie więcej uwagi pozostałym sakramentom w kolejnych listach duszpasterskich.

    Jak pisze: „Eucharystia jest samym centrum życia sakramentalnego, ponieważ Eucharystia JEST prawdziwą obecnością samego Chrystusa. (…) Eucharystia jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego. Jest ona Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem naszego Pana, Jezusa Chrystusa – Jego rzeczywistą obecnością wśród nas. Kiedy spożywamy Eucharystię zostajemy włączeni w Chrystusa w sposób nadprzyrodzony i jesteśmy także powiązani z wszystkimi innymi, którzy są Ciałem Chrystusa”.

    Bp Strickland przywołuje fragment z Ewangelii św. Jana (J 6,53-58), w którym Chrystus mówi m.in.: „Jeśli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53). Po tym cytacie teksański hierarcha podaje przykład, jak Eucharystia daje człowiekowi „duchową siłę”, poprzez przywołanie historii życia św. Damiana z Moloka’i, który sam w połowie XIX w. posługiwał w kolonii trędowatych, gdzie zmarł zaraziwszy się trądem.

    Św. Damian wyjaśniał skąd czerpał moc: „Gdyby nie nieustanna obecność naszego Bożego Mistrza w naszej skromnej kaplicy, nigdy nie zdołałbym wytrwać w dzieleniu losu cierpiących na Moloka’i. (…) Eucharystia to chleb, który daje siłę”.

    Bp Strickland podkreśla, że „od samych początków Kościoła aż do dziś święci i męczennicy żyli i umierali za swą wiarę w rzeczywistą obecność” Chrystusa, której potwierdzeniem są również „niezliczone cuda eucharystyczne na całym świecie”. Kościół w tym czasie zgłębił dogmat o transsubstancjacji, czyli przemianie chleba i wina w Krew i Ciało naszego Pana. A „jako katolicy mamy radosny obowiązek wiary w to, że Chrystus jest naprawdę obecny w Eucharystii”.

    Hierarcha przypomina naukę św. Pawła o niebezpieczeństwie niegodnego spożywania Ciała i Krwi Chrystusa, jaką zawarł w Pierwszym Liście do Koryntian (1 Kor 11,27-29). A przywołując słowa, jakie wypowiadamy bezpośrednio przed Komunią św., podkreśla naszą niegodność do otrzymania takiego daru. Zatem wszyscy musimy „mocno się starać dążyć do świętości i upewnić się, że jakikolwiek grzech śmiertelny, którego jesteśmy świadomi, został sakramentalnie wyznany przed przyjęciem Komunii Świętej”. Bowiem „przyjmowanie Eucharystii przy jednoczesnym lekceważeniu grzechu śmiertelnego, którego się nie żałuje, w naszym życiu czy bez rozeznania rzeczywistej obecności naszego Pana przynosi duchowe zniszczenie, a nie głębsze życie w Chrystusie”.

    Wyjaśniając pojęcie grzechu ciężkiego i potrzeby wyznania go przed Komunią św., bp Strickland przytacza fragment Kodeksu prawa kanonicznego i przywołuje Didache, dokument chrześcijański z 70 r. po Chr., by pokazać ciągłość i niezmienność nauki Kościoła na ten temat. „Jeśli celowo żyjemy w sposób, który jest sprzeczny z nauczaniem wiary katolickiej i z uporem wyznajemy poglądy, które przeczą prawdzie, której naucza Kościół, narażamy się na poważne niebezpieczeństwo duchowe”. Pamiętając o miłosierdziu Boga, musimy też pamiętać, by „z pokorą żałować i wyznać nasze grzechy, by otrzymać Jego przebaczenie”.

    Przypomniawszy te podstawowe kwestie, bp Strickland nawiązuje do Synodu o synodalności i „dyskusji dotyczącej osób, które same siebie określają jako członkowie wspólnoty LGBTQ, a które dążą do przyjmowania Komunii św.” Podkreślając, że Kościół oferuje takim ludziom „miłość i przyjaźń”, zaznacza jednak, że „nie może ofiarować jakiejś osobie Komunii Świętej, jeśli ta osoba aktywnie angażuje się w związek jednopłciowy albo jeśli jakaś osoba nie żyje zgodnie z płcią, z jaką Bóg ją ukształtował od poczęcia i narodzin”.

    Biskup podkreśla, że według nauki Kościoła „ci, którzy doświadczają uczuć pociągu do osób tej samej płci albo dysforii płciowej nie grzeszą po prostu z tego powodu, że doświadczają takich uczuć, ale dobrowolne działanie pod ich wpływem jest grzeszne i niezgodne z Bożym zamysłem dla Jego dzieci”. Przyznając, że może to być trudne, bp Strickland zachęca do szukania pomocy zarówno księży, jak i bliskich oraz rodziny, by żyć w świętości i przyjąć swój krzyż. Choć „będzie to trudne, to On [Chrystus] idzie z nami, jeśli Go poprosimy”.

    Bp Strickland stwierdza, że podobnie osoby w związkach cudzołożnych nie mogą przystępować do Komunii, a „Kościół nigdy nie zaakceptował i nie zaakceptuje przyjmowania Eucharystii przez katolików, którzy trwają w jakimkolwiek związku cudzołożnym”. Taka osoba musi również „najpierw żałować za grzech cudzołóstwa i przyjąć sakramentalne rozgrzeszenie (…). Innymi słowy cudzołóstwo musi się skończyć, by dana osoba przyjmowała Komunię Świętą”. Osoby rozwiedzione, które chciałby wstąpić w nowy związek, biskup zachęca do szukania porady u własnego proboszcza.

    Hierarcha zachęca wiernych do dzielenia się wiarą z niewierzącymi i zapraszania ich „do pełni jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła, kiedykolwiek to możliwe”. A także do wyjaśnia im, „dlaczego Eucharystia jest tak specjalna”. Zachęca też do uczenia się od doktorów Kościoła i świętych, których „nie brak” o „pięknie, mocy i duchowej skuteczności Eucharystii”. Jak stwierdza: „Sakramenty to Chrystus pośród nas, wzywający nas do życia Jego ofiarną miłością we wszystkich naszych wzajemnych relacjach z innymi członkami Jego Ciała Kościoła”.

    jjf/LifeSiteNews.com/Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    kaplica- izba JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    7 WRZEŚNIA – I CZWARTEK MIESIĄCA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PIĄTEK8 WRZEŚNIA

    Uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny

    Tego dnia Kościół katolicki obchodzi uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, zwaną w Polsce dniem Matki Bożej Siewnej. W tradycyjnej kulturze ludowej po tej dacie rozpoczynano jesienne orki i siewy zbóż ozimych.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Rodzi się bowiem Ta, która została „przed wiekami przejrzana i za Matkę wybrana, Jezusowi Chrystusowi Niepokalana” (pieśń Witaj, Święta…). Kościół, ciesząc się Maryją, woła w dzień Jej święta słowami liturgii: „Twoje narodzenie, Bogurodzico Dziewico, zwiastowało radość całemu światu; z Ciebie się narodziło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem. On uwolnił nas od potępienia i przywrócił nam łaskę. On zwyciężył śmierć i dał nam życie wieczne” (antyfona na „benedictus”). Przeto Kościół nazywa Ją Gwiazdą Zaranną zwiastującą już bliski wschód słońca, czyli spełnienie obietnicy. „Istotnie, tak jak gwiazda owa, «jutrzenka», poprzedza wschód słońca, tak Maryja, od swego Niepokalanego Poczęcia, poprzedziła przyjście Zbawiciela, wschód Słońca sprawiedliwości w dziejach rodzaju ludzkiego”. (św. Jan Paweł II, Redemptoris Mater, nr 3).

    ***

    W święto Matki Bożej Siewnej, dawnym polskim zwyczajem, rolnicy przynoszą ziarno przeznaczone na tegoroczny zasiew. Kapłan, poświęcając je, wypowiada następującą modlitwę: „Boże, Ty sprawiasz, że wszelkie nasiona wpadłszy w ziemię obumierają, aby wydać plon (…). Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna zbóż i inne nasiona. Zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźnij rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny (…) przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli”.

    ***

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 18.45 – GODZINKI O NIEPOKALANYM POCZĘCIU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    W SOBOTĘ 9 WRZEŚNIA

    SERDECZNIE ZAPRASZAMY DO KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA

    NA NABOŻEŃSTWO Z PRZEKAZANIEM

    PŁOMIENIA MIŁOŚCI NIEPOKALANEGO SERCA MARYI,

    KTÓRE POPROWADZI SIOSTRA AGNIESZKA Z KLASZTORU SIÓSTR MARYI NIEPOKALANEJ W BRANICACH

    PO MSZY ŚW. O GODZ. 18.00

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ – JAK W KAŻDĄ SOBOTĘ OD GODZ. 17.00

    *****

    Niezwykłe objawienie węgierskiej mistyczki. Zwycięstwo nad szatanem da płomień miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    źródło obrazu: Flame of Love of the Immaculate Heart of Virgin Mary | Facebook

    Obraz Maryi z objawień namalował austriacki artysta Erwin Schöppl

    *****

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi to niezwykła i skuteczna modlitwa w walce duchowej ze złem.

    Usłyszała ją niegdyś od Matki Jezusa Elżbieta Kindelmann, węgierska mistyczka, wdowa i matka sześciorga dzieci.

    „Ogień nienawiści będziemy gasić ogniem miłości i zgody” – mówiła Maryja do Elżbiety Kindelmann. W latach 1961-1981 na Węgrzech Matka Boża i Pan Jezus ukazywali się mistyczce, ubogiej wdowie i matce sześciorga dzieci. Ona zaś spisywała otrzymane orędzia w swoim dzienniku duchowym. Jedną z najważniejszych tajemnic, jakie Maryja przekazała Elżbiecie, było orędzie Płomienia Miłości.

    Odpowiedzią na to objawienie jest Ruch Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, który powstał na Węgrzech w 2009 r. (zaaprobowany przez Pétera Erdő, arcybiskupa Esztergom-Budapeszt). W Polsce pierwsza taka wspólnota została utworzona w 2015 r. w Kaliszu w sanktuarium św. Józefa.

    Płomień Serca i Miłości

    Elżbieta Kindelmann urodziła się w 1913 r. i całe życie mieszkała w Budapeszcie. Młodo wyszła za mąż, urodziła sześcioro dzieci. Gdy miała 33 lata, zmarł jej mąż. Odtąd Elżbieta samodzielnie starała się zapewnić dzieciom jak najlepsze warunki do rozwoju. Ciężko pracowała w fabrykach, aby zapewnić rodzinie godny byt. Kobieta była blisko związana z zakonem karmelitańskim.

    W 1961 r. po raz pierwszy usłyszała głos Jezusa, a 15 kwietnia 1962 r. Matka Boża objawiła jej nabożeństwo do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi oraz specjalną koronkę.

    „Ten pełen Łaski Płomień, który wam z mojego Niepokalanego Serca udzielę, ma być przekazywany z serca do serca. To będzie tym wielkim cudem, którego światło oślepi szatana. Ten Płomień jest ogniem miłości i zgody. Tak więc ogień będziemy gasić ogniem: ogień nienawiści ogniem miłości! Tę łaskę uzyskałam poprzez pięć najświętszych Ran mojego Boskiego Syna od Przedwiecznego Ojca Niebieskiego” – powiedziała mistyczce Matka Jezusa.

    Maryja poprosiła także o modlitwę, post i pokutę. „Płomień Miłości Mojej Niepokalanej Matki jest dla was tym, czym była dla Noego Arka” – powiedział Jezus w jednym z objawień. „Bez wiary i zaufania nie zdoła zakorzenić się w was żadna cnota. One są filarami owego świętego przedsięwzięcia, do którego teraz się przygotowujemy” – miał podkreślić Zbawiciel.

    Podczas kolejnego objawienia Maryja prosiła mistyczkę o godzinę czuwania w czwartki i piątki. „Moja córko, proszę, abyście czwartek i piątek uznawali jako szczególne dni łaski i abyście w oba te dni ofiarowywali całkiem szczególną pokutę dla mego Boskiego Syna. Sztuką i sposobem tej pokuty jest godzina pokutnego czuwania w rodzinie” – tłumaczyła Najświętsza Maryja Panna.

    Modlitwa skutecznym sposobem walki ze złem

    Mówi się, że objawienia w Erd są związane z tymi w Fatimie. Matka Boża poleciła Elżbiecie rozpoczęcie nabożeństw wynagradzających Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi i grzechy. Maryja odwołuje się do Jezusa i prosi o oddawanie czci Jego najświętszym ranom. Zachęcała także do wytrwałej, ufnej modlitwy oraz uczestnictwa we Mszy świętej.

    Tłumaczyła, że godny udział w Eucharystii jest najskuteczniejszym sposobem walki z szatanem, a do Stołu Pańskiego powinna prowadzić nie rutyna i obowiązek, ale ogień miłości.

    W orędziach przekazywanych Kindelmann pojawiło się również wezwanie do postu, który nie jest tylko pewnym wyrzeczeniem się dla podejmującego go, ale także ogromną pomocą dla dusz w czyśćcu cierpiących.

    Matka Najświętsza podkreśliła konieczność wzmożonej modlitwy za kapłanów i powołania kapłańskie. Zaznaczyła też wartość powołania do małżeństwa i rodzicielstwa, mówiąc o wyjątkowych łaskach związanych z przyjęciem każdego dziecka. Maryja prosiła Elżbietę, aby ludzie odmawiali Koronkę do Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca. Zapewniła Kindelmann, że moc tej modlitwy będzie skuteczną pomocą walki ze złym duchem.

    Oślepienie szatana

    Mówiła, że czas szerzącej się nienawiści, grzechu i bezbożności będzie dramatyczny, ale Ona, jako Matka nie pozostawi swoim dzieci bez wsparcia i opieki. Będzie im towarzyszyła światłem Płomienia Miłości, które rozświetli ciemności świata i rozbudzi nawet najbardziej oschłe i oziębłe dusze.

    „Oślepisz tym szatana, który straci władzę nad tobą i twoimi bliskimi” – obiecała Matka Boża Elżbiecie Kindelmann.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    źródła: idziemy.pl; radiojasnagora.pl; opoka.org.pl; E. Kindelmann, Płomień Miłości Serca Maryi, Wydawnictwo Maria Vincit, Wrocław 2010

    *****

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi ratunkiem w walce duchowej

    W latach 1961-1981 na Węgrzech Matka Boża i Pan Jezus ukazywali się pewnej wdowie Erzsébet Kindelmann, matce sześciorga dzieci. Najświętsza Maryja Panna prosiła ją o rozpowszechnienie na cały świat nabożeństwa Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca. Zapewniła, że dzięki tej modlitwie ludzie będą otrzymywali wiele łask.

    Ten pełen Łaski Płomień, który wam z mojego Niepokalanego Serca udzielę, ma być przekazywany z serca do serca. To będzie tym wielkim cudem, którego światło oślepi szatana. Ten Płomień jest ogniem miłości i zgody. Tak więc ogień będziemy gasić ogniem: ogień nienawiści ogniem miłości! Tę łaskę uzyskałam poprzez pięć najświętszych Ran mojego Boskiego Syna od Przedwiecznego Ojca Niebieskiego

    –  powiedziała wizjonerce Najświętsza Maryja Panna, która szczególnie prosiła o modlitwę, post, pokutę i ofiary.

    Nabożeństwo do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi wraz z Koronką (poniżej treść) posiadają Nihil Obstat Kurii Biskupiej Stuhlweissenburgu (Węgry, Mons. Imre Kisberk, akta nr 1404/26.09.1978) oraz Imprimatur zatwierdzające Dzieło w Ekwadorze, 1.12.1995, podpisane przez Bernardino Kard. Echeverria Ruiz, OFM.

    Płomień Miłości jest wezwaniem i darem o szczególnym znaczeniu, który Jezus Chrystus i Matka Boża dają ludziom. W jednym z objawień Pan Jezus powiedział:

    Płomień Miłości Mojej Niepokalanej Matki jest dla was tym, czym była dla Noego Arka.

    W jaki sposób możemy odpowiedzieć na wezwanie Matki Bożej i Jezusa Chrystusa?

    “Pomóżcie mi! – Jeżeli przyjmiecie Mój Płomień Miłości, wspólnie uratujemy świat!”.

    Odmawianie i rozpowszechnianie modlitwy:
    „Matko Boża! Rozlej na całą ludzkość działanie Twojego Płomienia Miłości teraz i w godzinie śmierci naszej. Amen.”
    Słowa Matki Bożej: „To jest właśnie ta modlitwa, mocą której wy oślepiać będziecie szatana”.

    Uczestniczenie we Mszy świętej
    Słowa Matki Bożej: „Jeżeli jesteście w stanie łaski i bierzecie udział we Mszy św., która nie jest dla was obowiązkowa, wówczas Płomień Miłości wytryska z Mojego Serca tak, że w tym czasie szatan zostaje oślepiony, a pełnia mojej łaski spływa na tę duszę, za którą ta Msza św. jest odprawiana”.

    Siła Najświętszej Krwi Pańskiej
    Słowa Pan Jezusa:
    „Mój Stół jest niezmiennie zastawiony. Ja jako gospodarz ofiarowałem wszystko. Daję wam nawet siebie samego. Starajcie się o przyjęcie Najświętszej Krwi do waszych dusz (…) Nie bądźcie obojętni. Nie przyzwyczajenie prowadzić was winno do mojego Stołu, lecz ogień miłości, tej miłości, która w was poprzez Moją miłość i poprzez Mnie płonąć będzie, a w zjednoczeniu z wami wypali grzech waszej duszy”.

    „Odwiedzajcie często Najświętszy Sakrament Ołtarza!”
    Słowa Pan Jezusa:
    „Jeżeli wy do mnie nie przyjdziecie, jakżeż ja mam wam wtedy moich łask udzielić? Pełnia łask zgromadzona jest w moim sercu. Moje serce jest niezmierzone w swojej miłości”.

    Codzienne ofiarowanie
    Słowa Matki Bożej:
    Ofiarujcie swoją codzienną pracę na cześć Bożą! Jeżeli jesteście w stanie łaski, także wówczas, poprzez to ofiarowanie wzmaga się oślepienie szatana. Żyjcie zatem w Mojej łasce (…) Liczne łaski, które wam daję, jeżeli je dobrze użyjecie – a powinniście je także coraz więcej i lepiej używać – spowodują w następstwie poprawę wielu dusz”.
    „Wy wszyscy jesteście moimi dziećmi, a ja jestem Matką dla wszystkich! Proście świętego Józefa, Najczystszego Oblubieńca! On będzie szukał przytułku w sercach ludzkich dla Mojego Płomienia Miłości!”

    Modlitwa: Święty Józefie, Twoja moc rozciąga się na wszystkie nasze sprawy. Ty umiesz uczynić możliwym to, co wydaje się być niemożliwym. Spójrz z ojcowską miłością na wszystkie nasze potrzeby.

    Wiara i zaufanie
    Słowa Pan Jezusa:
    „Bez wiary i zaufania nie zdoła zakorzenić się w was żadna cnota. One są filarami owego świętego przedsięwzięcia, do którego teraz się przygotowujemy.”
    Słowa Matki Bożej:
    „Moje dziecko! Wierz w Moją Matczyną Potęgę! Pokora! Ofiara! Te dwie postawy winny opanować twoją duszę. Wierz i ufaj! Teraz uwierz już wreszcie w moją matczyną potęgę, którą oślepię szatana i uratuję świat od zatracenia!”

    Godzina pokutnego czuwania w rodzinie
    Słowa Matki Bożej:
    „Moja córko, proszę, abyście czwartek i piątek uznawali jako szczególne dni łaski i abyście w oba te dni ofiarowywali całkiem szczególną pokutę dla mego Boskiego Syna. Sztuką i sposobem tej pokuty jest godzina pokutnego czuwania w rodzinie. Podczas tej jednej godziny, którą wy w gronie rodzinnym w pokutnym nastroju spędzicie, odmawiajcie rozmaite modlitwy (np. różaniec). Śpiewajcie nabożne pieśni! Z myślą o pięciu świętych Ranach mojego Boskiego Syna rozpoczynajcie to nabożeństwo czytaniem duchownym przy zapalonym świetle świecy – jako znaku mojego przyrzeczenia. Odprawiajcie to nabożeństwo co najmniej we dwoje lub troje, gdyż jak wiadomo, tam, gdzie dwoje albo troje zgromadzą się w Imię mojego Syna, tam On jest pośród nich. Na początku należy przeżegnać się pięciokrotnie polecając się równocześnie Miłosierdziu Ojca Niebieskiego”.

    Matka Najświętsza prosiła Erzsébet Kindelmann, aby ludzie odmawiali Koronkę do Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca. Matka Boża wraz z Panem Jezusem zapewniła, że moc tej modlitwy będzie skutecznym orężem w duchowej walce z szatanem.

    KORONKA DO PŁOMIENIA MIŁOŚCI NIEPOKALANEGO SERCA MARYI


    Na cześć pięciu Ran Pana Jezusa żegnamy się pięć razy:
    W Imię Ojca i Syna i Ducha Św. Amen.
    Na dużych paciorkach:
    Pełne Boleści i Niepokalane Serce Maryi,
    proś za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.
    Na małych paciorkach:
    Matko ratuj nas, przez Płomień Miłości
    Twojego Niepokalanego Serca!
    Na zakończenie: (3x)
    Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu,
    jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.

    Matko Boża, rozlej na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Magdalena Jaroszewicz – opr. idziemy.pl

    źródło:
    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi, wg edycji Wydawnictwa-Immaculata, CH-900 ST. Gallen, Appenzel (Szwajcaria). Wydawnictwo Maria Vincit, wydanie pierwsze, Wrocław 2010

    _________________________________________________________

    Nowenna Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Wprowadzenie

    Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.

    Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.

    Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)

    Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.

    Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.

    Żaden umierający nie może zostać potępiony.

    PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)

    Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.

    Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.

    Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie natychmiast wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.

    Modlitwy na każdy dzień nowenny

    Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.

    1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.

    Dzień 1

    Dzieło Maryi dla zbawienia dusz

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.

    Maryja: Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
    2. W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
    3. Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
    4. Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?
    Intencja

    Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 2

    Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!

    Maryja: Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)

    Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?

    Maryja: Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowy PM – 2 lutego 1982)

    Jezus: Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)

    Chwila na refleksję
    1. Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
    2. Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
    3. Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?
    Intencja

    Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 3

    Maryja i świętość

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.

    Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.

    Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)

    Jezus: Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
    2. Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?
    Intencja

    Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 4

    Maryja i Krzyż Święty

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.

    Maryja: Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)

    Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)

    Jezus: Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)

    Chwila na refleksję
    1. Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
    2. Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?
    Intencja

    Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 5

    Maryja, Matka Eucharystii

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Niepokalane Poczęcie Maryi jest pierwszym przypadkiem przyjęcia przez człowieka Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że wizyta Maryi u jej kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją z Ciałem Chrystusa. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z Nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.

    Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
    2. Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
    3. Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?
    Intencja

    Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 6

    Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.

    Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)

    Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:

    Niech nasze stopy kroczą razem,

    niech nasze ręce zbierają razem,

    niech nasze serca biją razem,

    niech nasze dusze odczuwają razem.

    Niech nasze myśli się jednoczą!

    Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.

    Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,

    a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.

    Niech nasze wargi razem proszą

    Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!

    Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.

    Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:

    – Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
    2. Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
    3. Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?
    Intencja

    Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 7

    Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:

    Jezus: Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)

    Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.

    Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.

    Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
    2. Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
    3. Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?
    Intencja

    Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 8

    Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.

    Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
    2. Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?
    Intencja

    Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 9

    Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

    Maryja: Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Jezus: Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.

    Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Chwila na refleksję
    1. Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
    2. Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
    3. Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?
    Intencja

    Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor
    VICONA

    ______________________________________________________

    Ks. Marek Dziewiecki:

    Cierpienie zaczyna się wtedy,

    gdy ktoś nie słucha Boga

     

     ©dizfoto1973 – stock.adobe.com

    ***

    Skoro Bóg pragnie, byśmy byli szczęśliwi i by już na ziemi Jego radość była w nas i by była pełna, skoro chce, żebyśmy nie cierpieli i dlatego właśnie zachęca nas do postępowania według Dekalogu i przykazań miłości, skoro wymaga od nas dyscypliny i mierzenia się z radosnym ciężarem trwania w świętości, a przestrzega przed alternatywnymi stylami życia, to pojawia się pytanie: Skąd w takim razie tyle cierpienia w nas i wokół nas?

    Czemu nie wszyscy jesteśmy szczęśliwymi ludźmi, skoro wszyscy szczerze tego pragniemy i skoro jest to także pragnienie Boga? Kto lub co przeszkadza nam w byciu szczęśliwymi? Dlaczego nie wszystkie drogi życia są równie dobrymi alternatywami?

    Skąd się bierze zło, czyli takie sposoby postępowania oraz takie sposoby bycia razem między ludźmi, które sprawiają, że smutniejemy i że niektórzy odbierają sobie życie lub na inne sposoby usiłują od niego uciekać? Tego typu pytania są zadawane chyba już od czasów Adama i Ewy.

    Księga Hioba jest dramatyczną ilustracją rozterek ludzkości na temat niedostatku radości i nadmiaru cierpienia. Skąd tyle zła, które oddala człowieka od szczęścia? Skąd w nas i wokół nas tyle bólu? Dlaczego każdy z nas czasami cierpi, a niekiedy cierpi wręcz nieznośnie, i to całymi miesiącami, latami, dziesiątkami lat?

    Skąd bierze się ogrom zła i cierpienia, skoro wolą Boga jest nasza radość i skoro Bóg umieścił pierwszych ludzi w raju? Wbrew oczekiwaniom wielu z Was odpowiedź na tego typu pytania jest dosyć prosta.

    Jeśli miałbym wskazać zasadę podstawową w tym względzie, to jest nią oczywiste chyba stwierdzenie, że CIERPIENIE ZACZYNA SIĘ WTEDY, GDY KTOŚ Z LUDZI NIE SŁUCHA BOGA.

    To najprostsza i podstawowa reguła, gdy chodzi o wskazanie na główne źródło cierpienia. To, co bolesne, zaczyna się wtedy, gdy ktoś z ludzi przestaje słuchać Boga lub gdy niemal od początku swojego życia Go nie słuchał, a w konsekwencji współpracował ze złym duchem, czyli z kimś, kto jest nieszczęśliwy i kto czyni wszystko, byśmy i my utracili radość, z którą Bóg do nas przychodzi.

    To właśnie w oddalaniu się od Boga, źródła miłości i radości, tkwi główna przyczyna smutku, cierpienia, krzywd, chorób, uzależnień, osobistych dramatów, nieszczęść małżeńskich i rodzicielskich, wojen i kataklizmów.

    Człowiek, który nie słucha Boga, zaczyna – jak Adam i Ewa – działać wbrew Niemu, a przez to występuje przeciwko samemu sobie. W rezultacie dochodzi do autodestrukcji, która pociąga za sobą różne formy rozczarowania i cierpienia. To, co bolesne, zaczyna się od nieposłuszeństwa człowieka wobec Boga. Taka jest zasada podstawowa.

    Przejdźmy teraz do szczegółowych analiz w tym względzie. Warto zacząć od pytania, czy da się w miarę precyzyjnie wyodrębnić i nazwać konkretne źródło cierpienia, które na nas spada, czy które – z naszej lub bez naszej winy – spada na innych ludzi. Otóż jest to możliwe i warto to uczynić. Kiedy bowiem precyzyjnie identyfikujemy poszczególne przyczyny cierpienia, wtedy mamy szansę zrozumieć, co czynić, by zapobiegać temu, co boli i co oddala nas od radości.

    Niektórzy ludzie mówią do mnie: „Księże Marku, zgadzam się z tym, że Bóg, który nas kocha, nie chce naszego cierpienia. Do mojej świadomości dociera już myśl, że Stwórca pragnie, aby Jego radość była w nas i była pełna. Nie mam zamiaru negować słów Jezusa.

    Z drugiej strony, proszę Księdza, czasami bywa i tak, że cierpienie staje się wręcz błogosławieństwem, bo ktoś na przykład nawraca się na skutek choroby, wypadku samochodowego czy jakiegoś nieszczęścia w rodzinie. Jak to rozumieć? Bo chyba takie cierpienie, które wydaje dobre owoce, pochodzi wprost od Boga?”.

    Oczywiście, zdarza się tak. Sam znam takie przypadki. Daj Boże, żeby jak najczęściej na skutek cierpienia ludzie się nawracali, wzrastali duchowo. Sam się o to modlę. Tak właśnie było w życiu wielu świętych. Niektórzy z nich musieli konfrontować się z ogromnym cierpieniem. Czasem aż do męczeństwa. Jednak również w odniesieniu do tego typu sytuacji musimy być bardzo uważni i precyzyjni!

    Fakt, że niektórzy ludzie mądrze wykorzystują spadające na nich cierpienie w taki sposób, że owo cierpienie pomaga im nawracać się, wzrastać duchowo, odróżniać dobro od zła i uwalniać się od grzesznej przeszłości, nie znaczy jeszcze, że to cierpienie pochodzi od Boga!

    Gdy ktoś mi mówi: „ Proszę Księdza, miałem sąsiada ateistę. W którejś fazie życia on tak strasznie się nacierpiał, na przykład na skutek choroby czy innego nieszczęścia, że się nawrócił”, to ja wtedy z pewną dozą ironii odpowiadam: „ A ja mam dwóch sąsiadów, którzy wskutek cierpienia stali się ateistami, a trzeci popełnił samobójstwo”. No i co? Trzy do jednego w przykładach dla mnie?

    To oczywiste, że także w obliczu cierpienia nie jesteśmy skazani na rozpacz, bunt przeciwko Bogu czy utratę sensu życia. To oczywiste, że mądrze przeżyte cierpienie staje się dla nas punktem wyjścia do duchowego wzrostu, pomaga się jednoczyć z ukrzyżowanym Jezusem, uwrażliwia na bliźnich, a zwłaszcza na tych, którzy cierpią bardziej niż my.

    Z tego wszystkiego nie wynika jednak, że owo mądrze wykorzystane przez nas cierpienie zesłał nam Bóg. On pragnie, byśmy wzrastali duchowo i uczyli się kochać na drodze radości i błogosławieństwa, a nie na drodze bólu, cierpienia czy krzyża.

    WTEDY, GDY CIERPIMY, OTRZYMUJEMY OD BOGA POMOC W ROZTROPNYM WYKORZYSTANIU TRUDNEJ FAZY ŻYCIA, ALE TO NIE OD BOGA POCHODZI TA TRUDNA FAZA NASZEGO ŻYCIA.

    Bóg nie jest gorszy od kochających rodziców. Żaden rodzic nie ześle dziecku świadomie i dobrowolnie cierpienia nawet wtedy, gdyby ów rodzic był całkiem pewny, że owo cierpienie pozwoli dziecku wzrastać duchowo.

    Każdy kochający rodzic czyni wszystko, by dziecko rosło w łasce i mądrości radośnie, bez potrzeby konfrontowania się z bolesnym cierpieniem. W tym pragnieniu, by kochane przez nich dziecko wzrastało w radości, rodzice naśladują pedagogikę Boga.

    Z pomocą Boga jesteśmy w stanie nie załamać się nawet w obliczu wyjątkowo dramatycznego cierpienia, jak zdrada ze strony małżonka czy niespodziewana śmierć kogoś bliskiego. To jednak, że niektórzy ludzie nawet cierpienie wykorzystują do dobra, nie wynika z samej natury cierpienia, lecz zależy od tego, czy trwamy przy Bogu i czy współpracujemy z Jego łaską.

    Powtórzmy raz jeszcze podstawową prawdę, która wynika z faktu, że Bóg jest miłością i że zsyła nam jedynie swojego Syna, czyli wcieloną prawdę, miłość i radość. Otóż z tego faktu wynika wniosek, że ŻADNE CIERPIENIE, NAWET TO, Z KTÓREGO MĄDRZE KORZYSTAMY, NIE POCHODZI OD BOGA.

    ks. Marek Dziewiecki /RTCK/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________

    Artykuł zawiera treści z książki Ks. Marek Dziewiecki “Bóg vs Cierpienie” wyd. RTCK.

    _____________________________________________________________________________________

    Miłość i cierpienie

    – Miłość i radość (a nie cierpienie!) to dwa oblicza świętości, do której jesteśmy powołani – przekonuje ks. Marek Dziewiecki.

    Kto kocha, ten nigdy mnie nie krzywdzi

    i zawsze pomaga mi przetrwać cierpienie,

    które zadają mi inni ludzie,

    albo które ja sam sobie zadaję.

    Wstęp

    Biblia upewnia nas o tym, że człowiek to ktoś jedyny na tej ziemi, kogo Bóg stworzył nie z nicości czy z materii, lecz z samego siebie, czyli z miłości! Każdy człowiek jest dzieckiem Boga-Miłości. Jest owocem spotkania z Tym, który jest miłością i który nigdy nie przestanie nas kochać. Bóg, który kocha nas jak własne dzieci, powołuje wszystkich do życia w radosnej świętości. Miłość i radość (a nie cierpienie!) to dwa oblicza świętości, do której jesteśmy powołani. Mimo to każdy z nas doświadcza nie tylko miłości i radości, ale również cierpienia. Różnimy się jedynie proporcjami między doświadczeniem miłości a doświadczeniem cierpienia. Są tacy ludzie, którzy doświadczają niemal tylko miłości i niemal wcale cierpienia. Są też i tacy, którzy doświadczają niemal wyłącznie cierpienia, a ich doświadczenie miłości jest tak marginalne, że niektórzy przestają wierzyć w istnienie miłości. Większość z nas znajduje się pomiędzy tymi dwoma skrajnymi sytuacjami, a dla naszego losu ważne jest nie tylko to, czy wierzymy w miłość i uczymy się kochać, ale też to, czy spotykamy osoby, które kochają.

    Niniejszy tekst składa się z czterech części. Cześć pierwsza to próba wskazania najważniejszych źródeł cierpienia. Część druga dotyczy relacji między wypaczonymi wizjami miłości a cierpieniem. Z kolei część trzecia dotyczy pytania, czy cierpienie może pojawić się także wtedy, gdy człowiek kocha w dojrzały sposób. Wreszcie część czwarta, ostatnia, to aplikacje praktyczne, dotyczące relacji między miłością a cierpieniem.

    1. Główne źródła cierpienia

    Skoro my, ludzie, zostaliśmy stworzeni z miłości i powołani do radości, to rodzi się odwieczne wręcz pytanie o to, skąd bierze się cierpienie? Nie wszystko w tej kwestii jesteśmy w stanie wyjaśnić. Są sytuacje, w których cierpienie pozostaje dla nas niewytłumaczalne i wydaje się bezsensowne. Ale to są sytuacje skrajne, wyjątkowe i rzadkie. W ogromnej większości przypadków jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać przyczyny cierpienia. Popatrzmy na podstawowe fakty w tym względzie w świetle Objawienia.

    Po pierwsze, Bóg nie jest nigdy źródłem cierpienia! Bóg jest niewinny i nie mamy żadnych podstaw, by obarczać Go odpowiedzialnością za jakiekolwiek cierpienie. Gdy niewinny Bóg przychodzi do nas w ludzkiej naturze, przybijamy Go do krzyża, a później twierdzimy, że to On nam zsyła krzyże! Tymczasem Bóg nie zsyła nam żadnej choroby, żadnej próby, żadnej krzywdy, żadnego krzyża. Przeciwnie, jedyne, co nam zsyła, to swojego Syna, który przynosi nam miłość i błogosławieństwo. Syn Boży stał się człowiekiem nie po to, by nasz krzyż był cięższy, lecz po to, by nasza radość była pełna! Jezus mówi wprawdzie o tym, że kto chce być Jego uczniem, ten powinien wziąć krzyż na swoje ramiona, ale najważniejsze jest tu słowo: swójChodzi o krzyż ucznia, a nie o krzyż Jezusa! Jezus nie ześle nikomu krzyża. Wyjaśnia natomiast, że kto chce pójść za Nim, ten powinien pójść za Jezusem z całą swoją rzeczywistością, a więc także z rzeczywistością swojego cierpienia i krzyża. Ale to cierpienie i ten krzyż nie pochodzi od Boga i nie jest wolą Boga.

    Po drugie, Bóg nie jest odpowiedzialny za cierpienie człowieka nie tylko dlatego, że nikomu On sam nie zsyła żadnych krzyży i cierpień, ale także dlatego, że czyni wszystko, by nikt z nas nie zadawał cierpienia ani samemu sobie, ani drugiemu człowiekowi. Stwórca poleca nam stanowczo, byśmy nikogo nie krzywdzili, lecz przeciwnie – byśmy z miłością odnosili się do samych siebie i do innych ludzi. Polecenie to jest tak ważne, że przy końcu doczesności Bóg zapyta każdego z nas wyłącznie o to: czy kochałeś człowieka?

    Po trzecie, cierpienie jest zawsze efektem działania człowieka. Może być konsekwencją tego, że człowiek nie słucha Boga, albo konsekwencją tego, że wręcz współpracuje ze złym duchem. W tym drugim przypadku cierpienie będzie oczywiście jeszcze większe. Jesteśmy w stanie wyliczyć kilka głównych źródeł cierpienia, za które odpowiedzialny jest człowiek.

    a)      cierpienie jako cena za miłość

    b)      cierpienie jako cena za naiwność

    c)      cierpienie jako konsekwencja własnego grzechu

    d)      cierpienie jako konsekwencja doznanej od kogoś krzywdy

    e)      niewinne cierpienie człowieka, za którym kryje się zwykle wina innego człowieka.

    Gdy cierpimy dlatego, że wiernie kochamy kogoś, kto błądzi albo kogoś, kto jest krzywdzony, to warto nadal trwać w miłości pomimo cierpienia, gdyż radość z powodu miłości jest większa niż ból związany z cierpieniem. Jeśli cierpimy, gdyż mylimy miłość z naiwnością i pozwalamy się krzywdzić, to wtedy naszym zadaniem jest uwolnienie się z naiwności, a wtedy ustanie źródło naszego cierpienia. Jeśli cierpimy, bo błądzimy i grzeszymy, to warto się nawrócić i zacząć kochać, a wtedy cierpienie zniknie i powróci radość. Jeśli cierpimy, gdyż ktoś nas krzywdzi, wtedy warto krzywdzicielowi przebaczyć w sercu te krzywdy, które wyrządził nam w przeszłości, ale tu i teraz należy się stanowczo przed krzywdzicielem bronić. Jeśli trzeba, to aż do separacji małżeńskiej włącznie. Jezus uczy nas bowiem mądrej miłości, którą można streścić w formule: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził. Jeśli stoimy w obliczu niewinnie cierpiącego człowieka, na przykład nieuleczalnie chorego dziecka czy kogoś doprowadzonego do kalectwa przez pijanego kierowcę, który spowodował wypadek, to wtedy takiej osobie możemy pomóc przez to, że okazujemy jej miłość i konkretną pomoc, a także przez to, że upewniamy ją, iż jej cierpienie nie jest wolą Boga i że Bóg z tą osobą współcierpi.

    2. Wypaczone wizje miłości a cierpienie

    Szczególnie bolesne cierpienie pojawia się wtedy, gdy mylimy miłość z jej karykaturami. Jest to błąd równie dramatyczny, jak mylenie błogosławieństwa z przekleństwem albo życia ze śmiercią. Popatrzmy na typowe karykatury miłości, które prowadzą do wielkiego rozczarowania i cierpienia. W naszych czasach miłość najczęściej bywa mylona z seksualnością, z zakochaniem i uczuciem, z tolerancją i akceptacją, z „wolnymi związkami”, a także z naiwnością.

    Błąd pierwszy polega na przekonaniu, że istotę miłości stanowi współżycie seksualne i że miłość to przede wszystkim sprawa popędów, hormonów czy feromonów. Mylenie miłości z popędowością i biochemią prowadzi do dramatów i cierpień, gdyż popęd seksualny – tak jak każdy popęd – jest ślepy. Kto myli seksualność z miłością, ten dla chwili przyjemności gotów jest poświęcić nie tylko swoje sumienie, małżeństwo czy rodzinę, ale także zdrowie, a nawet życie. Taki człowiek popada w uzależnienia, a nierzadko popełnia okrutne przestępstwa. Seksualność oderwana od miłości prowadzi do przemocy, w tym do gwałtów, a nawet do śmierci (aborcja, AIDS). Mylić miłość z seksualnością to dosłownie mylić życie ze śmiercią.

    Błąd drugi polega na przekonaniu, że miłość to uczucie, a zakochanie to szczyt miłości. Tymczasem kochać to zdecydowanie coś więcej niż przeżywać jakieś stany emocjonalne. Gdyby istotą miłości było uczucie, to nie można by było jej ślubować, gdyż uczucia bywają zmienne i nieobliczalne. Miłość to sposób postępowania, a nie nastrój. Błędne przekonanie, iż miłość jest uczuciem, wynika z tego, że każdy, kto kocha, doznaje silnych emocji. Nie istnieje miłość bez uczuć. Jeśli ktoś jest wobec drugiej osoby obojętny, to znaczy, że jej nie kocha. Nie jest prawdą, że miłość to uczucie i że ten, kto kocha, przeżywa jedynie „piękne” uczucia. Natomiast jest prawdą, że miłości zawsze towarzyszą uczucia, ale są one różne: od radości i entuzjazmu do rozgoryczenia, gniewu, żalu, i wielkiego cierpienia. W każdym słowie i czynie Jezus wyrażał miłość, ale przeżywał przecież różne stany emocjonalne. Kiedy kochający rodzice odkrywają, że ich syn jest narkomanem, przeżywają dramatyczny niepokój, lęk i wiele innych bolesnych uczuć – właśnie dlatego, że kochają swego syna. Mylenie miłości z uczuciem sprawia, że uczucia zostają uznane za kryterium postępowania. Tymczasem stany emocjonalne – podobnie jak popędy – są ślepe, a kierowanie się nimi prowadzi do życiowych pomyłek i dramatów, do zabójstwa czy samobójstwa włącznie.

    Błąd trzeci polega na przekonaniu, że miłość jest tym samym, co tolerancja. Tymczasem ten, kto toleruje, mówi: „Rób, co chcesz!”, a ten, kto kocha, mówi: „Pomogę ci czynić to, co prowadzi ku świętości”. Tolerancja byłaby postawą racjonalną jedynie wtedy, gdyby człowiek nie był w stanie krzywdzić samego siebie ani innych ludzi. Tak będzie dopiero w niebie, ale na ziemi większość zachowań człowieka nie wyraża miłości, ale prowadzi do krzywdy i cierpienia. W tych realiach, w jakich żyjemy, powiedzieć komuś: „Rób, co chcesz!” to tak, jakby powiedzieć mu: „Twój los mnie nie interesuje!”. Miłość wiąże się z troską o drugiego człowieka, a tolerancja wynika z obojętności na jego los i na jego cierpienie.

    Błąd czwarty polega na myleniu miłości z akceptacją. Akceptować drugiego człowieka to tak, jakby mu powiedzieć: „Bądź sobą!”, a to znaczy: „Pozostań na tym etapie rozwoju, który już osiągnąłeś!” Tego typu przesłanie jest niewłaściwe, szczególnie wobec ludzi, którzy przeżywają kryzys. Nikt roztropny nie zachęca narkomana czy złodzieja do tego, żeby był czy pozostał «sobą». Akceptacja to znacznie mniej niż miłość, i to nie tylko w odniesieniu do ludzi przeżywających kryzys, ale także w odniesieniu do ludzi, którzy trwają na drodze rozwoju. Nikt z nas nie jest bowiem na tyle dojrzały, by nie mógł rozwijać się dalej. Rozwój człowieka nie ma granic! Tylko w odniesieniu do Boga miłość jest tożsama z akceptacją, gdyż Bóg jest samą miłością i nie potrzebuje rozwoju. Tymczasem nikt z nas, ludzi, miłością nie jest i nikt z nas nie powinien zatrzymać się żadnej fazie rozwoju. A jeśli się zatrzyma w rozwoju, to zacznie wchodzić w kryzys i cierpieć.

    Błąd piąty polega na uleganiu mitowi, że „wolny związek” to przejaw prawdziwej miłości. Tymczasem w rzeczywistości „wolny związek” w ogóle nie istnieje, tak jak nie istnieje ani „sucha woda”, „kwadratowe koło” czy „niebieska czerń”. Ludzie, którzy ulegają mitowi „wolnych związków”, deklarują sobie to, że się kochają (czyli że żyją w najsilniejszym związku, jaki jest możliwy we wszechświecie), a jednocześnie twierdzą, że w każdej chwili mogą się rozstać, gdyż związek ten do niczego ich nie zobowiązuje. Tacy ludzie posługują się wewnętrznie sprzecznym pojęciem po to, by zatuszować bolesną prawdę o tym, że ich „wolny związek” to w rzeczywistości związek egoistyczny, niepłodny i nietrwały. A takie „związki” mogą przynieść tylko jedno: rozczarowanie i cierpienie.

    Błąd szósty polega na myleniu miłości z naiwnością. Tymczasem miłość jest nie tylko szczytem dobroci, ale także szczytem mądrości. Chrystus poświęcał wiele czasu na uczenie swych słuchaczy mądrego myślenia właśnie dlatego, żeby nie pomylili miłości z naiwnością. On pragnie, byśmy w miłości byli nieskazitelni jak gołębie, ale i roztropni jak węże (por. Mt 10, 16). Myli miłość z naiwnością ten, kto nie potrafi bronić się przed człowiekiem, który go krzywdzi, i „miłością” nazywa swoją uległość lub bezradność. Oto typowy przykład naiwności: alkoholik znęca się nad swoją żoną, ona bardzo cierpi z tego powodu, on przez całe lata lekceważy to jej cierpienie, a ona mimo to nie broni się i liczy na to, że jej cierpienie przyczyni się kiedyś do przemiany męża. Tymczasem człowiek, który kocha dojrzale, przyjmie niezawinione cierpienie pod warunkiem, że mobilizuje ono krzywdziciela do tego, by się zastanowić i zmienić. Jeśli jednak krzywdziciel pozostaje obojętny na cierpienie swojej ofiary i błądzi coraz bardziej, to osobie krzywdzonej pozostaje wtedy już tylko miłość na odległość, podobnie jak ojciec z przypowieści Jezusa na odległość kochał swego marnotrawnego syna dopóki ten się nie zastanowił i nie zmienił.

    3. Dojrzała miłość a cierpienie

    Z perspektywy Biblii warto przyjąć cierpienie wyłącznie w jednej sytuacji: gdy jest to cena za dojrzałą miłość. Takie cierpienie ma sens, gdyż jest potwierdzeniem naszej wiernej miłości, a jednocześnie stwarza tej drugiej osobie szansę na to, że też zacznie kochać – jeśli jeszcze nie kocha – albo że wytrwa do końca w godzinie próby – jak Jezus na krzyżu – jeśli cierpi niewinnie. Istotą dojrzałej miłości jest decyzja troski o rozwój danej osoby. Decyzja ta wyraża się na co dzień poprzez mądrą obecność, solidną pracowitość i czystą czułość. Najtrudniejsze zadanie tego, kto kocha, polega na trafnym doborze słów i czynów, poprzez które okazuje on miłość tej drugiej osobie. Obowiązuje tu zasada: to, czy kocham ciebie, zależy od mojej decyzji, ale to, w jaki sposób okazuję miłość, zależy od twojego zachowania. Mistrzem w tym względzie jest Jezus. Popatrzmy na Jego sposoby okazywania miłości.

    Czytając Ewangelię, można by wysnuć wniosek, że Jezus jest niesprawiedliwy. Odnosił się bowiem do spotykanych osób w niejednakowy sposób. My, ludzie, zwykle z dumą twierdzimy, że do każdego człowieka chcemy odnosić się jednakowo i że taka postawa to znak miłości. Tymczasem poprzez swoje zachowania Jezus wyjaśnia nam, że kto odnosi się do wszystkich ludzi w jednakowy sposób, ten jest albo wyjątkowo przewrotny, albo wyjątkowo naiwny. Odnoszenie się do wszystkich jednakowo byłoby zasadne pod jednym warunkiem: że każdy człowiek postępuje identycznie. Ponieważ jednak każdy z nas postępuje inaczej, to ten, kto kocha mądrze, każdemu okazuje miłość w inny sposób, czyli za pomocą innych słów i czynów.

    Jezus uczy nas wyrażania miłości w sposób dostosowany do zachowania danej osoby. Można wymienić pięć typowych grup ludzi, który spotyka Jezus i którym potrafi okazywać miłość w sposób dostosowany do ich zachowań. Pierwsza z tych grup to ludzie szlachetni. W jaki sposób okazuje Jezus swoją miłość tego typu ludziom? Przytula ich, rozgrzesza, stawia za wzór, chroni, wspiera, chwali, wyróżnia, powierza im ważne zadania. Takim ludziom okazuje miłość z radością i w sposób, który na ogół traktujemy jako jedyny przejaw miłości.

    Jak okazuje Jezus swą miłość ludziom błądzącym? Otóż takich ludzi nie wspiera, nie okazuje im czułości, nie chwali, nie toleruje, nie akceptuje, lecz stanowczo upomina i wzywa do nawrócenia: „Jeśli się nie nawrócicie, marnie zginiecie”. Z tymi, którzy bardzo błądzą, Jezus nie chce nawet rozmawiać. Ich też kocha nieodwołalnie i właśnie dlatego mówi im całą prawdę: zachowujecie się jak „wieprze”. A z kimś takim nie ma sensu rozmawiać, dopóki ktoś taki się nie zacznie zmieniać.

    A w jaki sposób okazuje Jezus swą miłość ludziom, którzy usiłują Go skrzywdzić? Otóż stanowczo broni się przed nimi. Kilka razy nie dał się strącić ze skał, na których były położone miasta, gdzie nauczał i uzdrawiał ludzi. Równie stanowczo bronił się przed żołnierzem, który Go uderzył. Dopiero wtedy, gdy zakończył swą działalność publiczną, gdyż nauczył nas mądrze kochać (ale nie wcześniej!), pozwolił się pojmać, przybić do krzyża i zabić – żeby nas upewnić, już że kocha nas do końca.

    Jak okazuje Jezus swą miłość ludziom przewrotnym, czyli – mówiąc językiem Biblii – faryzeuszom i uczonym w Piśmie? Otóż Jezus demaskuje ich – i to publicznie, a nie w cztery oczy. W cztery oczy demaskuje ludzi grzesznych, ale mających dobrą wolę, grzeszących w wyniku słabości, a nie przewrotności. Tymczasem przed ludźmi przewrotnymi publicznie ostrzega tłumy: strzeżcie się ich, bo to plemię żmijowe, które zasiadło na katedrze Mojżesza. To ślepcy, którzy chcą także was uczynić ślepymi. Demaskując cyników, Jezus okazuje swą miłość do tłumów, gdyż pokazuje, komu nie należy ufać i przed kim trzeba się bronić.

    Jest jeszcze jedna, piąta grupa ludzi, którym Jezus okazuje miłość w sposób dostosowany do ich postaw i zachowań. Chodzi tu o ludzi wyjątkowo dojrzałych, którzy kochają bardziej niż inni. W jaki sposób okazuje Jezus miłość takim właśnie niezwykłym, świętym ludziom? W jaki sposób okazuje miłość Piotrowi, Janowi czy Pawłowi? Otóż przez to, że ich wyróżnia i że to im zawierza wielką władzę oraz los Kościoła. Również i oni popełniali błędy, a nawet grzeszyli, ale potrafili się nawrócić i kochać bardziej niż inni.

    Co więc należy czynić, aby kochać tak, jak kochał Jezus? Po pierwsze, należy z radością wspierać ludzi szlachetnych. Po drugie, należy szczerze upominać błądzących. Po trzecie, należy stanowczo bronić się przed krzywdzicielami. Po czwarte, należy publicznie demaskować ludzi przewrotnych i cynicznych, czyli takich, którzy chcą żyć kasztem innych ludzi. Po piąte, warto zawierzać swe życie i swój los wyłącznie tym, którzy potrafią kochać naprawdę i bardziej niż inni.

    Ze szczególną mocą chcę podkreślić prawo i potrzebę obrony przed krzywdzicielem. Otóż jeśli dojrzale kocham człowieka, który mnie krzywdzi, to powinienem się przed nim stanowczo bronić. Nawet jeśli jest to ktoś bardzo mi bliski, na przykład mąż, żona, rodzic czy dorastający syn. W obliczu poważnej krzywdy Kościół wprowadza nawet możliwość separacji małżeńskiej jako formę skutecznej obrony przed krzywdą. Ludzie niedojrzali twierdzą, że jeśli się bronię przed krzywdą, to kocham wprawdzie samego siebie, ale nie kocham krzywdziciela. Tymczasem krzywdziciela też wtedy kocham. Krzywdzicielowi okazuję mądrą miłość właśnie przez to, że się przed nim bronię, gdyż wtedy ma on jedną ofiarę mniej na sumieniu.

    Jeśli natomiast kocham kogoś, kto okazuje się człowiekiem szlachetnym, uczciwym, godnym zaufania, to miłość okazuję mu przez to, że zawierzam mu siebie i moich bliskich. Kochać powinniśmy wszystkich ludzi, ale nikt z nas nie powinien wiązać się z kimś, kto nie potrafi kochać. Małżeństwo zawiera się nie po to, by ratować kogoś, kto jest w kryzysie czy kto nie radzi sobie z własnym życiem. Od ratowania ludzi w kryzysie są terapeuci, instytucje resocjalizacyjne, ośrodki pomocy społecznej, ale nie małżeństwo. Małżeństwo winni zawierać wyłącznie ci, którzy potrafią kochać: wiernie, dojrzale, nieodwołalnie. Nikt z ludzi nie jest ideałem, ale jeśli ktoś ma poważne problemy z samym sobą, to musi poradzić sobie z nimi przed ślubem. Jak może bowiem złożyć przysięgę miłości ktoś, kto nie umie kochać? Byłaby to kpina z Boga i z ludzi.

    Człowiek mądrze kochający, czyli święty, to nie Boża gapa. To nie ktoś, z kogo ludzie przewrotni mogliby bezkarnie kpić czy kogo mogliby bezkarnie krzywdzić. Jan Paweł wzruszał ludzi dobrej woli, ale przerażał cyników. Bali się go tak bardzo, że chcieli go zabić. Strzelali do niego. Zaczynam być chrześcijaninem (zaczynam!) dopiero wtedy, gdy rozumiem, na czym polega miłość i gdy rozumiem to precyzyjnie! Ogólniki typu: „Kochajcie wszystkich jednakowo!”, „Bądźcie dobrzy i życzliwi dla wszystkich!” to tylko slogany, które wprowadzają w błąd. Chronić samego siebie i innych ludzi przed cierpieniem potrafi jedynie ten, kto siebie i bliźnich kocha w taki sposób, w jaki Chrystus pierwszy nas pokochał, gdyż innej miłości nie ma.

    4. Aplikacje praktyczne: kochający ojciec i marnotrawny syn

    Jeśli pomagamy komuś, kto błądzi,

    to pomagamy mu błądzić.

    Jak uczyć się mądrej miłości, która przynosi trwałą radość i chroni przed cierpieniem? Gdzie szukać konkretnych, szczegółowych wskazań w tym względzie? Chyba najłatwiej zrozumieć zasady Jezusowej miłości w oparciu o analizę przypowieści o synu marnotrawnym i mądrze kochającym ojcu. Ta przypowieść to genialny wykład na temat miłości w każdej sytuacji. To najwspanialsza w historii ludzkości lekcja na temat miłości nieodwołalnej, miłosiernej, a jednocześnie mądrej. Żaden profesor na żadnej uczelni świata nie wygłosił nigdy tak precyzyjnego i jasnego wykładu na temat miłości, jak uczynił to Jezus w swojej przypowieści. Wszystkie książki świata na temat miłości nie zawierają niczego, czego nie byłoby w tej przypowieści. Takiej zwięzłej i nieomylnej lekcji miłości mógł udzielić nam jedynie Bóg. Popatrzmy zatem na najlepszy w historii ludzkości wykład o mądrej miłości.

    Punkt wyjścia tej historii jest bardzo radosny. Oto jest ojciec – symbol samego Boga – ma dwóch synów. Ojciec z przypowieści Jezusa kocha nieodwołalnie i serdecznie, wychowuje mądrze swoich synów, uczy ich solidnej pracy i pomaga im przeżywać radość istnienia. Taki jest punkt wyjścia tej przypowieści. Można powiedzieć: sielanka rodem z rajskiego ogrodu. Szybko jednak pojawiają się czarne chmury. Oto któregoś dnia młodszy syn oznajmia ojcu, że chce zabrać przypadającą na niego część majątku i odejść. Czyż postawa tego syna nie jest typową postawą człowieka XXI wieku, który uważa się za »nowoczesnego« i »postępowego«? Nigdy dosyć przypominania, że za nowoczesnych i postępowych uchodzą dzisiaj ci, którzy powtarzają najbardziej archaiczne i najbardziej groźne mity świata. Są to te same mity, którym ulegli pierwsi ludzie na początku historii ludzkości. To mity powtarzane od Adama i Ewy. To zwłaszcza mit o tym, że istnieje łatwo osiągalne szczęście; że można żyć na luzie i robić, co się chce; że można samemu odróżnić dobro od zła i być wręcz jak Bóg.

    Młodszy syn z przypowieści Jezusa to typowy człowiek XXI wieku. Jest bezmyślny, naiwny, wręcz głupi, jednak w swojej naiwności uznaje samego siebie za mądrego i postępowego. Uważa siebie za mądrzejszego od ojca, który przez całe dzieciństwo i młodość uczył swoich synów kochać i pracować. Opuszcza ojca po to, by szukać szczęścia osiągniętego bez wysiłku, bez pracy w polu, bez trwania w miłości. Szuka łatwych pieniędzy i kieruje się „dyskotekową” filozofią życia na zasadzie: wino, dziewczyny i śpiew.

    Postawa tego bezmyślnego młodzieńca chyba nikogo dzisiaj nie dziwi. Może nas natomiast zdziwić postawa ojca. Wydaje się bowiem, że pochopnie pozwala synowi odejść. I jeszcze daje mu pieniądze! Czyżby ojciec nie zdawał sobie sprawy z tego, że syn zejdzie na złą drogę, że roztrwoni majątek i że wyląduje w chlewie? Czyż nie powinien był powiedzieć: „Synu, nie dam ci tych pieniędzy, nawet jeśli ci się należą. A jeśli podasz mnie do sądu, to być może zanim sprawę wygrasz, zdążysz zmądrzeć”? Czyż nie mógł apelować do sumienia swojego syna albo od jego uczuć: „Synu, jeśli odejdziesz, to przez ciebie dostanę zawału serca. Przecież wiesz, że cię kocham!” Ojciec powinien zrobić wszystko, aby syna zatrzymać. Tymczasem wydaje się, że nie zrobił nic.

    W rzeczywistości ojciec uczynił wszystko, co możliwe, aby syn nie odszedł. A cóż takiego uczynił ojciec, by zatrzymać syna przy sobie? Odpowiedź jest piorunująco prosta: kochał! Kto kocha, ten czyni wszystko, by ta druga osoba nie odeszła od Boga, od bliskich, od miłości, od własnej godności. Więcej uczynić już nie można, gdyż nie istnieje nic większego niż miłość. Nie istnieje większa siła niż moc miłości! Nie można zrobić nic więcej, niż kochać! Ojciec z przypowieści kochał swego syna i dlatego zrobił absolutnie wszystko, co mógł zrobić, by jego syn był szczęśliwy, by nie odszedł, by kochał i pracował, by nie zszedł z drogi błogosławieństwa i życia. Przymuszać można do zła, ale do dobra można jedynie zachęcać. Dobrem można jedynie fascynować, kochając.

    Chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, że nie można chronić drugiego człowieka inaczej niż poprzez miłość. Może jednak pojawić się pytanie: A skąd wiadomo, że ów ojciec rzeczywiście kochał syna? Może ta jego miłość nie była jednak dojrzała? A może ojciec bardziej kochał starszego syna i dlatego ten młodszy postanowił odejść? Otóż z całą pewnością możemy stwierdzić, że ojciec kochał także młodszego syna. Dowodem jest zachowanie tego syna, który postanawia odejść. Ktoś, kto chce odejść od Boga, od najbliższych, od miłości, od uczciwości – szuka pretekstu. Nikomu nie jest łatwo odejść. Nawet narkoman, alkoholik czy pospolity drań nie powie ot tak sobie: „Mamo, tato, jesteście dla mnie nikim, gardzę waszą miłością, odchodzę i w ogóle nie będę się o was martwił”. Każdy odchodzący szuka pretekstu, by jakoś „usprawiedliwić” swoje odejście.

    Syn z przypowieści Jezusa czepiłby się choćby najmniejszego pretekstu, gdyby tylko mógł coś ojcu zarzucić. Gdyby tylko mógł, to powiedziałby na przykład coś takiego: „Ojcze, odchodzę, bo sam wiesz, że różnie to między nami bywało, a ty nie zawsze umiałeś mnie kochać”. Ów syn dałby wiele, by móc coś takiego powiedzieć, gdyż wtedy byłoby mu lżej odejść. Jednak nie może ojcu niczego zarzucić. Nie znajduje nawet pretekstu, by uzasadnić swoje odejście. Nawet dla syna w kryzysie było oczywiste, że ojciec go kocha. I co z tego? Nic. Syn zakpił sobie z miłości ojca i odszedł.

    Co czynimy wtedy, gdy kochana przez nas osoba odchodzi? Jesteśmy wystawieni wtedy na wielką próbę. Zwykle też popadamy w kryzys. Nasze trudności biorą się stąd, że kierujemy się wtedy raczej uczuciami niż miłością. W konsekwencji zachowujemy się wobec odchodzącego albo naiwnie, albo okrutnie, w zależności od tego, jakie uczucia w nas zwyciężą. U kobiet wygrywa zwykle litość, współczucie, chęć „poświęcenia się” dla odchodzącej osoby. „Proszę księdza, mój syn/mąż/ojciec pobłądził, ale to dobry człowiek.  Odwiedzam go w więzieniu i uratuję go, choćbym miała stracić wszystkie pieniądze”. Tego typu naiwna postawa kobiety to nadstawianie policzka za kogoś, kto błądzi. To okradanie błądzącego z naturalnych konsekwencji jego błędów. W obliczu takiej postawy matki, żony czy córki, ten ktoś nadal będzie błądził, aż wejdzie w taką fazę kryzysu, że umrze. Jeśli błądzący nie ponosi konsekwencji swoich błędów, to nie przestanie błądzić.

    Druga skrajność to wycofanie miłości wobec błądzącego i okrucieństwo. Zdarza się, że ojciec mówi do syna: „Zhańbiłeś rodzinę, zmarnowałeś pieniądze więc nie masz już prawa powrotu! Giń marnie, bądź wyklęty! Już cię nie kocham, a twój los już mnie nie interesuje”. Tego typu postawa rozgoryczonego i bezlitosnego ojca to także przejaw kierowania się uczuciami, zamiast miłością. Kto w trudnych sytuacjach kieruje się uczuciami, ten nie kocha, lecz krzywdzi: staje się naiwnym rozpieszczaczem albo bezlitosnym okrutnikiem.

    Tymczasem ojciec z przypowieści Jezusa nie popełnia tych błędów i nie kieruje się uczuciami. Nie wycofuje miłości, gdyż miłość jest nieodwołalna. Potwierdza swoją miłość do syna, który odszedł. Codziennie wychodzi na drogę z nadzieją, że ukochany syn powróci. Zaniedbuje pracę w polu, gdyż ten, kto kocha, wie, że osoby są nieskończenie ważniejsze niż rzeczy i niż majątek. Wychodzi na drogę i patrzy w kierunku, w którym poszedł jego syn, wysyła mu znaki. Świat już wtedy był mały. Ojciec wiedział, że do syna dotrze wiadomość, iż on go wypatruje, że na niego czeka. Dzisiaj pewnie by mu wysyłał SMS-y czy e-maile. Wtedy wychodził na drogę i wiedział, że ktoś ze znajomych opowie błądzącemu o miłości i o nadziei ojca oczekującego na powrót ukochanego syna.

    Ojciec kocha syna nieodwołalnie, ale mądrze i dlatego pozwala mu, by cierpiał. Nie wymierza mu kary, ale nie przeszkadza synowi w ponoszeniu konsekwencji błędnych czynów. To, co spotyka syna, to nie dopust Boży, ani zemsta ze strony ojca, lecz wyłącznie naturalny skutek zachowań tegoż syna. Jeśli ktoś robi wszystko, by błądząca osoba nie ponosiła konsekwencji swoich własnych błędów, to nie kocha, lecz staje się złodziejem. Okrada bowiem błądzącego z naturalnych konsekwencji jego błędów, a wtedy błądzący nie czuje potrzeby, by mobilizować się do zmiany i nawrócenia.

    Ojciec z przypowieści nie jest naiwny. Nadal kocha swego syna, ale nie zawozi mu pieniędzy, jedzenia czy ubrań. Nie wysyła do syna służących z darami. A gdy syn wraca, ojciec przyjmuje go z radością i urządza mu święto. Nie wypomina synowi tego, że zhańbił swoje dobre imię, że roztrwonił majątek. Ojciec nie brzydzi synem wracającym z chlewa i wyglądającym jak nędzarz. Przyjmuje go jak kogoś godnego miłości i obdarowuje pierścieniem oraz szatami.

    Gdyby ojciec poszedł do syna wtedy, gdy syn jeszcze błądził, gdyby zawiózł mu pieniądze i ubrania, wtedy błądzący syn chętnie przyjąłby te dary. Nie wróciłby jednak do ojca, lecz kontynuowałby rozrzutny i grzeszny tryb życia, ale już nie za własne pieniądze lecz za pieniądze ojca! Taka dobrotliwa „miłość” i taka naiwna pomoc dobiłaby syna. Ojciec niechcący pomógłby synowi wejść w jeszcze bardziej dramatyczną fazę kryzysu. Jeśli pomagamy komuś, kto błądzi, to pomagamy mu… błądzić. Jeśli mądrze kogoś kocham, to nie pomagam mu błądzić. To kocham i czekam, aż błądzący zastanowi się i wróci.

    Ktoś może powiedzieć: „Rzeczywiście ojciec kochał syna mądrze, ale może mógł wyjść w kierunku syna trochę dalej i wtedy syn szybciej by się zastanowił i wrócił.” Otóż Bóg wychodzi do nas aż nazbyt daleko! Kto opowiada tę przypowieść? Syn Boży, czyli Ten, który wyszedł ze swoją miłością ku nam aż tak daleko, że stał się jednym z nas i pozwolił się przybić do krzyża. Czy w tej sytuacji możemy zarzucić Bogu, że za mało dla nas uczynił i że za mało wychodzi w naszym kierunku? Bóg uczynił dla nas tak niewyobrażalnie dużo, że gdyby poszedł jeszcze krok dalej, byłaby to już naiwność. Bóg może sobie pozwolić na heroizm, ale nigdy nie pozwoli sobie na naiwność. Ten, kto kocha, nie pozwala na to, by błądzący wykorzystał go do trwania w złu i do uciekania od prawdy o sobie. Problemem nie jest to, że błądzący cierpi, lecz to, że błądzi!

    Ojciec z przypowieści Jezusa wie, że syn może sobie zakpić z miłości (Boga i człowieka), że może nie cenić swej własnej godności i wolności, ale z jednego sobie nie zakpi: z własnego cierpienia. Człowiek w kryzysie traci wrażliwość na cierpienia innych, ale pozostaje wrażliwy na własne cierpienie. Z własnego bólu sobie nie kpi. Bóg o tym wie i dlatego nie zabiera nam cierpienia wtedy, gdy błądzimy. Syn marnotrawny korzysta z szansy, jaką otrzymał dzięki mądrej miłości ojca. Cierpienie skłoniło go do refleksji, a pewność, że jest kochany, dała mu odwagę i siłę, by zmienić się w syna powracającego. Jeśli ktoś nie chroni siebie, życia i godności mocą miłości, której doświadcza od Boga i ludzi, to ostatnią deską ratunku pozostaje dla niego jego własne cierpienie.

    Może ktoś powiedzieć, że przecież syn marnotrawny mógł nie skorzystać z otrzymanej szansy. Mógł wpaść w rozpacz i odebrać sobie życie, jak Judasz. Owszem, mógł… Ale wtedy nawet Bóg byłby bezradny. Jeśli ktoś, kogo kochamy, błądzi, to pozwólmy mu ponosić konsekwencje swych błędów. Nie przeszkadzajmy mu cierpieć. A jeśli umrze, zanim się zastanowi i nawróci, to będziemy mieć świadomość, że ten ktoś nie skorzystał wprawdzie z miłości Boga i miłości, ale myśmy nie ułatwili mu błądzenia. Dopóki ktoś błądzi, nie chce od nas miłości, lecz chce naszej naiwności, naszych pieniędzy, naszej pomocy, by trwał w kryzysie. Taki człowiek wystawia nas na największą próbę miłości.

    Syn marnotrawny korzysta z mądrej miłości ojca, nawraca się i staje się synem powracającym. Uznaje swoje błędy i odzyskuje swoją godność. Każdy z nas, ludzi (poza Maryją), jest dzieckiem marnotrawnym, ale nie każdy powraca. Omawiana przypowieść jest więc przypowieścią nie o synu marnotrawnym, ale o synu powracającym, gdyż nie jest to przypowieść o wszystkich ludziach, ale tylko o tych, którzy potrafią powrócić. Jednak nawet wtedy, gdy ktoś w ziemskiej perspektywie nie powraca, możemy zachować nadzieję, że zdoła powrócić jeszcze w procesie umierania, czyli spotkania twarzą w twarz z Bogiem, który nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył.

    Przypowieść o powracającym synu to dla nas upewnienie o tym, że w świecie osób nie ma procesów nieodwracalnych. Takie procesy występują jedynie w świecie rzeczy. Dla przykładu, jeśli jakiś kryształ rozsypie się na kawałki, to nie da się go już skleić i ocalić. Lecz jeśli „rozsypie się” człowiek jako osoba, jeśli zacznie błądzić i ranić samego siebie, to — z pomocą Boga — jest możliwy proces „sklejania”. „Rozsypany” i poraniony człowiek może się zastanowić, zreflektować, uznać swój błąd i się zmienić, powrócić na drogę błogosławieństwa i życia. Może zacząć kochać.

    W jaki sposób możemy upewnić naszych błądzących i poranionych bliskich, że ich kochamy? Przyjmując ich z miłością wtedy, gdy postanowią powrócić. Dopóki błądzą, nie możemy udowodnić, że ich kochamy, choćbyśmy nawet oddali za nich życie. Syn marnotrawny nigdy by się nie przekonał o tym, że ojciec nadal go kocha, gdyby nie wrócił. Nawet jeśli docierały do niego informacje o tym, że ojciec ciągle go wypatruje, że wychodzi na drogę, że przestał się zajmować doglądaniem własnego majątku, to błądzący syn pewnie sądził, że ojciec robi to po to, by chwalili go sąsiedzi albo dlatego, że ma wyrzuty sumienia wobec syna. Ojciec wie, że dopóki syn błądzi, dopóty nie uwierzy, że jest kochany i dopóty nie można mu pomóc.

    Syn powracający ratuje siebie i upewnia się o tym, że jest kochany. Wracając, ratuje też ojca przed dramatycznym cierpieniem. Swoim powrotem urządza ojcu większe święto, niż ojciec urządził jemu. Ojciec jest bowiem bardziej wrażliwy, bardziej kocha, a przez to jego radość z powrotu syna jest większa niż radość syna z powrotu do ojca. Każdy, kto się nawraca, ratuje Boga przed cierpieniem. I urządza Mu święto. A Bóg wzrusza się wtedy głęboko i radośnie. Już w Starym Testamencie jest mowa o tym, że Bóg się cieszy, że się smuci, że zazdrości… Oczywiście, w języku biblijnym są to tylko analogie. Ale Nowy Testament mówi nam o tym, że Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem, nie przestając być prawdziwym Bogiem. I jako prawdziwy człowiek nieraz się cieszył, wzruszał do łez, niepokoił czy nawet złościł i bał. A z wysokości krzyża wołał do Ojca: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34).

    W analizowanej przypowieści jedyną do końca negatywną postacią jest starszy syn, który formalnie nie odszedł. Jest on negatywną postacią dlatego, że nie kocha. Niektórzy twierdzą, że ów starszy syn słusznie się buntował, gdyż dlaczego miałby dzielić się swoją częścią majątku z bratem, który własny majątek roztrwonił. Tymczasem nigdzie nie jest napisane, że starszy syn miałby dzielić się majątkiem z powracającym bratem. Ojciec prosi go jedynie o to, żeby zechciał z nimi świętować. Młodszy syn nieuchronnie poniesie konsekwencje swoich błędów, gdyż będzie musiał zacząć od zera. Jednak szybko się dorobi, gdyż umie pracować, a teraz już wie, że na pewno jest kochany przez ojca i że sam kocha. W konsekwencji będzie odtąd pracował z radością, a przez to i efektywnie. Odzyska wszystko to, co stracił. Znacznie trudniej odzyskać miłość i radość niż majątek.

    Ktoś, kto kocha, poradzi sobie w życiu. Ojciec wie o tym. Właśnie dlatego nie prosi starszego syna o to, by podzielił się z młodszym swym majątkiem. Prosi go tylko o to, żeby z nimi świętował, żeby się cieszył z tego, że odzyskał brata, że jego brat nie zginął. Ale starszy syn nie chce przyjść na to świętowanie i jeszcze robi ojcu wymówki. Kto nie kocha, ten może formalnie nie odejść od Boga, Kościoła, małżonka, dzieci, a mimo to może utracić radość życia. A ktoś, kto traci radość, zaczyna szukać czegoś, co da mu jej namiastkę: romanse, pieniądze, alkohol, władzę… Można odejść, nie odchodząc. Najbardziej radykalną formą odejścia od Boga, ludzi i od szczęścia jest egoizm. Egoista odchodzi nawet od samego siebie. Zaczyna zdradzać samego siebie. Zaczyna umierać w tym, co w nim jest najbardziej szlachetne, wartościowe i Boże. Zaczyna cierpieć, gdyż nie kocha.

    Zakończenie

    Bóg stworzył nas z miłości i powołał do życia w miłości i radości. To jest jego zamysł i marzenie. Dał nam wolność, gdyż na życie w miłości i radości może zdecydować się tylko ktoś, kto jest wolny. W Dekalogu wyjaśnił nam Bóg, w jaki sposób postępować, by nikogo nie krzywdzić i by życie stało się dla nas radosnym świętem. Cierpienie pojawia się wtedy, gdy ktoś z ludzi oddala się od Boga, a przez to oddala się od prawdy, miłości i radości. Miłość to najlepszy sposób zapobiegania cierpieniu oraz najlepsze lekarstwo na cierpienie, jeśli ono już się pojawi. Pod warunkiem, że jest to miłość dojrzała, czyli taka, jakiej uczy nas Jezus.

    Naszym powołaniem jest kochać, a nie szukać cierpienia! Tylko ci, którzy zupełnie wypaczyli przesłanie Biblii, „kochają” bardziej cierpienie niż Boga i ludzi. Przy końcu doczesności Bóg nie zapyta nas o to, czyśmy cierpieli lecz wyłącznie o to, czyśmy kochali. Jeśli trwam w miłości także wtedy, gdy z tego powodu cierpię, to trwam na drodze zbawienia, ale nie dlatego, że cierpię, lecz dlatego, że kocham. Jeśli natomiast cierpię, ale nie kocham, to takie cierpienie nie przybliża mnie do zbawienia. Przeciwnie, zwykle okazuje się drogą do rozpaczy, gdyż kto nie kocha, ten wcześniej czy później popada w rozpacz nawet wtedy, gdy nikt z zewnątrz nie zadaje mu cierpienia. Chrześcijanin to ktoś, kto ma święte prawo bronić przed krzywdą i niezawinionym cierpieniem. Błąd popełniamy jedynie wtedy, gdy bronimy się przed miłością. Kto kocha, nawet jeśli przychodzi mu za to płacić cenę cierpienia, ten doświadcza radości, jakiej ten świat mu ani dać, ani zabrać nie może.

    ks. Marek Dziewiecki/Fronda.pl

    (autor jest kapłanem diecezji radomskiej, psychologiem, rekolekcjonistą, dyrektorem radomskiego telefonu zaufania „Linia Braterskich Serc”, krajowym duszpasterzem powołań i wicedyrektorem Europejskiego Centrum Powołań)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piękna poranna modlitwa do Anioła Stróża.

    Delikatna i nieustanna obecność Bożego Opiekuna jest dla nas wsparciem w codziennym trudzie i znoju.

    Piękna poranna modlitwa do Anioła Stróża. To on jest dla nas wsparciem w codziennych trudnościach

    ***

    Anioł Stróż czuwa nad nami każdego dnia i każdej nocy. Nie jest postacią wymyśloną dla dzieci, ale poważnym opiekunem, który dba o nas i zwyczajnie nas… lubi. Nie zniechęcają go nasze słabości, cieszy się z naszych sukcesów, pomaga, gdy go o to prosimy.

    Warto dbać o relację ze swoim aniołem i prosić go o pomoc każdego rana. 

    Poranna modlitwa do Anioła Stróża

    Mój drogi, święty Aniele Stróżu, budząc się, zastaję Ciebie czuwającego przy mnie. Niech przez Ciebie Bóg obdarzy mnie swoim błogosławieństwem na początku dnia, a Ty kieruj moje pierwsze myśli do Boga. Bądź obecny przy mnie podczas wszystkich czynności tego dnia i udziel mi swego wsparcia w uświęcaniu całej mojej pracy. Ty znasz moje potrzeby, trudy i bóle – pomóż, abym nie utracił zasług moich cierpień. Naucz mnie tak się modlić, aby moja modlitwa była miła Bogu.

    Ty znasz moją drogę, która ma zaprowadzić mnie do nieba – kieruj moimi krokami, abym nie zagubił właściwej drogi. Ty znasz zamiary Boga względem mojego życia – podpowiadaj mi, co jest Jego wolą, abym zawsze ją spełniał. Ty obdarzasz ludzi miłością, ucz mnie, jak mam napełniać moje serce miłością, dobrocią i miłosierdziem; pomagaj mi, abym potrafił działać z łagodnością, cierpliwością i delikatnością. Pokazuj mi słabości mojej natury, abym świadom własnej małości, kierował serce ku mojemu Stwórcy. Naucz mnie słyszeć Twoje podpowiedzi i dobrze z nich korzystać, na chwałę Boga.

    Amen.

    ***

    Aniołowie są posłańcami Boga.

    Pośredniczą w przekazywaniu ludziom wyjątkowych poleceń Bożych,

    a także – jak podają Dzieje Apostolskie – posługują uczniom Chrystusa.

    o.Stanisław Mrozek SJ/Deon.pl

    _________________________________________________________________________________


    fot. Pixabay

    ***

      

    10 rzeczy, które Anioł Stróż robi dla ciebie bez twojej wiedzy

    Twój Anioł Stróż jest z tobą 24 godziny na dobę, 365 dni w roku przez całe życie. Jest tym. który cię ochrania od w chwili twojego zaistnienia. Oto 10 rzeczy, które twój anioł stróż robi dla ciebie bez twojej wiedzy.

    Trzyma z dala od Ciebie demony 

    O tym pisał już św. Tomasz z Akwinu w „Sumie Teologicznej”. Rolę walki Aniołów Stróżów z demonami wyjaśnił na przykładzie podejmowanie decyzji moralnych. Można sobie bowiem wyobrazić, że w trakcie tego procesu trwa debata pomiędzy złym a dobrym aniołem, który mądrze mówi do drugiego.  

    Chroni przed krzywdą 

    Zdaniem św. Tomasza z Akwinu Aniołowie Stróże chronią nas także przed doznaniem duchowej i fizycznej krzywdy. Wspomina o tym Pismo Święte. We fragmencie Psalmu 91 czytamy: „Albowiem rozkazuje swoim Aniołom w stosunku do ciebie, aby cię strzegli, dokądkolwiek pójdziesz. Rękami będą cię wspierać, aby nie tupać nogą o kamień”. 

    Wzmacnianie Cię przed pokusą 

    Anioł Stróż wzmacnia człowieka przed pokusą, ponieważ chce, by ten nauczył się sam sobie z nimi radzić. 

    Dodaje Ci odwagi 

    O dodawaniu odwagi przez Anioła Stróża mówił m.in. św. Bernard. Wielokrotnie podkreślał on, że Anioł Stróż nie chce, byś się czegokolwiek bał. Ponadto, zdaniem św. Bernarda, Anioł Stróż wzmacnia również człowieka w odważnym życiu wiarą oraz stawianiu czoła wszelkim wątpliwościom.  

    Interweniuje, aby chronić Cię przed kłopotami 

    Dobrym dowodem na to jest fakt, że anioł pomógł św. Piotrowi wyjść z więzienia, o czym można przeczytać w 12. rozdziale Dziejów Apostolskich: 

    Strzeżono więc Piotra w więzieniu , a Kościół modlił się za niego nieustannie do Boga . W nocy, po której Herod miał go wydać , Piotr , skuty podwójnym łańcuchem , spał między dwoma żołnierzami , a strażnicy przed bramą strzegli więzienia . Wtem zjawił się Anioł Pański i światłość zajaśniała w celi. Trąceniem w bok obudził Piotra i powiedział : «Wstań szybko !» Równocześnie z rąk [ Piotra ] opadły kajdany . «Przepasz się i włóż sandały!» – powiedział mu Anioł . A gdy to zrobił , rzekł do niego : « Narzuć płaszcz i chodź za mną !»

    Dba o Ciebie od urodzenia 

    Ojcowie Kościoła zastanawiali się, czy Anioł Stróż wybierany jest dla człowieka tuż po urodzeniu czy też w czasie chrztu świętego. Pierwsze założenie zdecydowanie popierał św. Hieronim, powołując się na fragment Ewangelii wg św. Mateusza: 

    „Uważajcie, aby nie gardzić jednym z tych małych, ponieważ mówię wam, że ich aniołowie w niebie zawsze widzą oblicze mojego Ojca, który jest w niebie”.

    Ponadto św. Hieronim uważa, że powodem, dla którego Aniołów Stróżów otrzymujemy przy narodzinach jest to, że pomagają istotom rozumnym. 

    Chroni Cię nawet wtedy, gdy nie jesteś wierzący 

    Wyjaśnia to jasno chociażby św. Tomasz z Akwinu, który wielokrotnie podkreślał, że Bóg nie zostawia nikogo, nawet grzeszników. Ponadto, jak stwierdził dogmatyczny teolog Ludwig Ott: „Jednak zgodnie z ogólnym nauczaniem teologów nie tylko każdy ochrzczony, ale każdy człowiek, łącznie z niewierzącymi, ma od urodzenia swojego specjalnego Anioła Stróża”. 

    Przedstawiają Twoje potrzeby Bogu 

    Anioł Stróż działa jak orędownik: kieruje nasze prośby bezpośrednio do Boga. 

    Komunikuje się z Tobą 

    Dzięki temu Anioł Stróż wzmacnia inteligencję i wolę osoby, do której jest przypisany. Tym samym prowadzi ją do prawdy i dobra. Św. Tomasz z Akwinu mówił: 

    „Jest również oczywiste, że jeśli chodzi o rzeczy do zrobienia, ludzka wiedza i uczucia mogą się różnić i zawodzić na wiele sposobów; dlatego konieczne było wyznaczenie Aniołów, aby chronili ludzi, aby ich kierować i przynosić im dobro”. 

    Prowadzi cię do zbawienia 

    Ostatecznym celem Aniołów Stróżów jest pomoc w naszym zbawieniu. „Aniołowie są posłani, aby służyć tym, którzy otrzymają dziedzictwo zbawienia, jeśli weźmiemy pod uwagę ostateczny efekt ich ochrony, którym jest urzeczywistnienie tego dziedzictwa” – wyjaśnił św. Tomasz. 

    Karolina Binek/tłumaczenie z ChurchPOP Italiano/Misyjne Drogi.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mój Anioł Stróż forever

    Trzy rzeczy, które powinieneś wiedzieć o aniołach

    Ikona Archanioła Gabriela/fot. Depositphotos.com

    ***

    Co się dzieje z Aniołem Stróżem przed naszym urodzeniem i po naszej śmierci? Czy aniołowie stróżowie zostali zawczasu „wyprodukowani” już dla wszystkich ludzi do końca czasów? Czym zajmują się przed narodzinami swych „podopiecznych” i na ile wiedzą kogo i przed czym przyjdzie im strzec? I co będą „robić” potem, po naszej śmierci?

    Na te pytania postaram się teraz odpowiedzieć, zastrzegając, że pozostajemy tu w kręgu hipotez, bo choć istnieje wiele tekstów biblijnych, które stanowią podstawę wiary, że każdy człowiek posiada swego osobistego anioła, opiekuna i orędownika przed Bogiem, to tak naprawdę niewiele wiemy, jak odbywa się przydział aniołów do pełnienia tej funkcji.

    W różnych religiach pojawiają się podobne opiekuńcze duchy, na przykład irański frawaszi, czy też grecki daimon, który, zdaniem Sokratesa, towarzyszy człowiekowi przez całe życie jako stały wewnętrzny niejako obserwator, sędzia, świadek, wyrażający dezaprobatę dla zła, a wychwalający dobro. Sokratejski daimon nie był jednak posłany przez Zeusa, podczas gdy w optyce biblijnej to troska Boga przybiera postać konkretnego, duchowego, osobowego bytu, który towarzyszy każdemu człowiekowi.

    Bóg, szanując wolność człowieka, nie przestawia człowieka jak pionka na szachownicy, ale poprzez swojego anioła, którego nazywamy stróżem, roztacza nad nim dyskretną opiekę. Nasz protektor jest wyrazem Bożej miłości i całym swoim jestestwem stara się wspierać nas w drodze do Zbawienia. Tu trzeba jasno powiedzieć, że bycie aniołem stróżem to nie jest jakiś zawód, który wykonuje niebiański duch. Matka opiekuje się nami, bo nas kocha i analogicznie jest z aniołem, który patrzy na nas przez pryzmat Bożej miłości. Anioł Stróż traktuje powierzonego sobie człowieka, jak ukochane małe dziecko, a później jak swego przyjaciela. Autor Listu do Hebrajczyków napisał: „Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (Hbr 1, 14). Najbardziej wyraźnie istnienie aniołów stróżów potwierdzają słowa samego Jezusa, który przestrzegał: „Baczcie, abyście nie gardzili żadnym z tych małych, bo powiadam wam, że aniołowie ich w Niebie ustawicznie patrzą na oblicze Ojca mojego, który jest w Niebie” (Mt 18, 10).

    Anioł Stróż – prezent z okazji chrztu?

    Od kiedy mam swego Anioła Stróża? Od poczęcia, od urodzenia czy od chrztu? Do zwolenników poglądu, że tylko chrześcijanie posiadają swych aniołów zalicza się Augustyna, Grzegorza z Nazjanzu, Hieronima i Jan Kasjana. Kwestia ta jeszcze w VI w. znajdowała się wśród problemów roztrząsanych przez Stefana Gobara. Św. Tomasz poświecił jej jeden z artykułów Sumy teologicznej (STh I, q. 113, a. 5), dochodząc do wniosku, że człowiek otrzymuje anioła stróża przy urodzeniu, niemniej jednak od momentu chrztu ma on większe możliwości działania ze względu na łaskę uświęcającą udzielaną przy chrzcie. Obecnie teologia katolicka stoi na stanowisku, że aniołowie stróżowie służą wszystkim ludziom, bez względu na ich wiarę. Każdy człowiek rodzi się z przydzielonym mu aniołem stróżem. Każdy człowiek ma własnego, osobistego duchowego towarzysza, niezależnie od tego, czy w to wierzy czy nie; niezależnie do tego czy jest Żydem, katolikiem, mormonem, świadkiem Jehowy, czy też muzułmaninem albo wręcz ateistą, ponieważ miłość Boga do człowieka jest bezwarunkowa. Można powiedzieć, że anioł stróż ma wymiar najbardziej uniwersalny i ekumeniczny, bo nie jest jakimś prezentem otrzymywanym z okazji chrztu, ale towarzyszem każdego człowieka od momentu przyjścia na świat.

    Czy dla ludzi nie zabraknie aniołów?

    Spróbujmy to sobie wyobrazić… Zakładamy, że Bóg stworzył jednorazowo określoną liczbę aniołów i nie stwarza ich przez cały czas. Innymi słowy – nie powstają ciągle nowi aniołowie na okoliczność doraźnych potrzeb. Musimy zatem także założyć, że Bóg u zarania świata stworzył wystarczającą liczbę aniołów, aby każdy człowiek istniejący na Ziemi miał swojego osobistego anioła stróża. Tymczasem, jak wiadomo, mieszkańców Ziemi nie przestaje przybywać. Z każdą minutą jest nas coraz więcej i więcej. 1 stycznia 2016 roku populacja ludzka na świecie wyniosła prawie 7,3 mld ludzi (takie dane przedstawił amerykański instytut US Census Bureau). A zatem tylu jest obecnie „czynnych zawodowo” aniołów stróżów, opiekujących się żyjącymi ludźmi (notabene, najwięcej mamy aniołów stróżów Chińczyków). Na konferencji Joint Statistical Meetings w Seattle, która poświęcona była demografii światowej i jej prognozowaniu, ekspert ONZ John R. Wilmoth, zajmujący się w ONZ planowaniem populacyjnym, stwierdził, że około 2050 roku należy liczyć się ze wzrostem liczby mieszkańców Ziemi do 9,7 mld, a w 2100 roku może nas być już 11, 2 mld. A przecież nie wiadomo, jak długo potrwa jeszcze historia rodzaju ludzkiego. Czy przed ludzkością jest kilkaset lat, tysiąc lat, czy też miliony… Oczywiście trudno sobie wyobrazić, że na Ziemi żyje na przykład 100-150 miliardów ludzi. Twórcy powieści i filmów science fiction snują jednak wizje podboju kosmosu i zasiedlania kolejnych planet, a nawet galaktyk. Być może zresztą zasiedlenie kosmosu przez ludzkość było w Bożych planach od początku?

    Na dodatek nie jest wcale pewne, czy anioł stróż po śmierci człowieka, którym się opiekował, zostaje stróżem kolejnej osoby. Nie mamy na ten temat żadnych pewnych informacji, ale wielu teologów uważa, że anioł ma przydzielonego tylko jednego człowieka i później nie przejmuje opieki nad nikim innym. Do tej kwestii jeszcze powrócę. Na razie pozostańmy w kręgu liczb i statystyki.

    Czy można ustalić, jak wielu ludzi żyło do tej pory na Ziemi przed nami? Jest to trudne. Liczenie trzeba by zacząć od momentu, kiedy na Ziemi pojawił się Homo sapiens, tj. ok. 50 tys. lat temu, ale w międzyczasie wskaźnik urodzin bywał różny, podobnie jak długość życia. Dlatego bardzo łatwo pomylić się w oszacowaniu liczby ludzi, którzy się urodzili, żyli i umarli w dawnych czasach. Tym niemniej takie próby są podejmowane. Według szacunkowych danych przedstawionych przez Population Reference Bureau (PRB) z Waszyngtonu dotychczas naszą planetę zamieszkiwało 107 miliardów przedstawicieli Homo sapiens (dokładnie 107 602 707 791), a zatem na każdą żyjącą obecnie osobę przypada 15 zmarłych. Czyli gdybyśmy założyli, że anioł opiekuje się tylko jednym człowiekiem i nie przejmuje opieki nad innymi, to do liczby obecnych 7,3 mld aniołów stróżów należałoby dodać jeszcze 107 mld aniołów stróżów naszych przodków. Zawrotna liczba… A przecież nie uwzględniliśmy przyszłości..

    Tylko mój anioł

    Niektórzy uważają, że służba Anioła Stróża trwa do śmierci osoby, którą anioł się opiekuje, a potem staje się on opiekunem kolejnego człowieka, bo anioł stróż ma nam pomagać w drodze do nieba, a gdy już Niebo osiągniemy, nie ma potrzeby, aby ktoś nas nadal strzegł. Inni natomiast uważają (i ja także podzielam to zdanie), że każdy anioł stróż obejmuje tę funkcję tylko jeden raz dla jednego człowieka. Pogląd, że posiadamy swojego anioła na wyłączność jest tylko hipotezą, ale całkiem prawdopodobną. Bóg postanowił, aby misje niektórych aniołów były ściśle powiązane z losami konkretnych ludzi. Moja egzystencja została złączona z powołaniem konkretnego niebiańskiego bytu. Myślę, że ten związek między jednostką ludzką a jej aniołem jest tak bardzo osobisty, że ma charakter unikatowy i niepowtarzalny. Kiedyś wierzono nawet, że taki anioł przybiera bliźniaczą postać i wygląda jak jego podopieczny, a więc „upodabnia” się do człowieka, którym się opiekuje, stając niejako jego sobowtórem, bo tak głęboko się z nim utożsamia. Świadczy o tym następujący fragment z Dziejów Apostolskich: „Kiedy zakołatał do drzwi wejściowych, nadbiegła dziewczyna imieniem Rode i nasłuchiwała. Poznała głos Piotra i z radości nie otwarła bramy, lecz pobiegła powiedzieć, że Piotr stoi przed bramą. – Bredzisz – powiedzieli jej. Ona jednak upierała się przy swoim. – To jest jego anioł – mówili” (Dz 12, 13-16).

    Rumuński filozof, dziennikarz i polityk – Andrei Pleşu w swojej znakomitej książce pt. „Despre îngeri” (O Aniołach, wyd. Universitas, 2010) napisał, że aniołowie są niebiańskim „drugim ja” człowieka. Innymi słowy, towarzyszy nam zawsze nasz „wzór”, nasz ulepszony portret. A więc anioł stróż to nie jest jakiś urzędnik z Nieba, któremu powierzono mój przypadek, jako kolejny, jeden z wielu. On jest moim indywidualnym sposobem kontaktu z wiecznością, moją osobistą drabiną do Nieba. A kim ja jestem dla anioła? Może on też uczy się czegoś ode mnie? Nasz anielski opiekun, towarzyszący nam przez całe życie, chroniący nas i inspirujący do czynienia dobra, prawdopodobnie uczestniczy także w naszych radościach oraz cierpieniach. Może człowiek jest potrzebny aniołowi, aby przez pryzmat konkretnego ludzkiego życia doświadczył on tego, co jest mu, jako duchowi czystemu, niedostępne? Możliwe, że potrzebujemy siebie nawzajem…

    Razem na zawsze

    To bardzo krzepiąca myśl, że istnieje jedyny i wyjątkowy anioł dany każdemu z osobna od chwili poczęcia aż do śmierci, a może nawet po wieczność. Taki osobisty anioł tylko dla mnie! Wierzę, że został on konkretnie dla mnie przeznaczony od zawsze, na długo przed moim stworzeniem. W Księdze Jeremiasza Bóg mówi: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” ( Jr 1,5). Może właśnie już u zarania dziejów świata Bóg przeznaczył dla mnie jednego z istniejących od wieków aniołów na stróża i najwierniejszego przyjaciela, a anioł ten czekał przez wieki aż zacznę istnieć realnie, a nie tylko w planach Boga. Anioł ten rozpoczął nade mną opiekę od chwili poczęcia i wierzę, że będzie ze mną także po mojej śmierci, kiedy ta szczególna więź pomiędzy aniołem stróżem a człowiekiem znajdzie swoje doskonałe dopełnienie w wieczności Nieba. Św. Izaak Syryjczyk uważał, że związek człowieka z aniołem stróżem jest tak silny, iż aniołowie będą trwać wraz z nami, „odpoczywając przy nas” w nowym świecie po skończeniu czasów (Izaak Syryjczyk, Filokalia, X). Nasz anioł stróż nie otrzyma już od Boga podobnej posługi, ale radując się wraz z nami szczęściem Nieba, pozostanie przy nas na zawsze. Anioł Stróż nigdy już nie opuści zbawionej duszy, którą się opiekował. Będzie z nią i przy niej na całą wieczność. Ponieważ tylko Anioł ma poznanie Boga z natury swej istoty, a dusza wypracowała sobie to szczęście popartymi łaską zasługami, od chwili osiągnięcia przez nią zbawienia anioł stróż będzie jej „służył” w radości, miłości i nieustannym wielbieniu Boga, będąc równocześnie jej przewodnikiem po niebiańskiej szczęśliwości. Według św. Izaaka jesteśmy swoim dopełnieniem. Ja bez mojego anioła nie jestem pełny, ale także on nie jest pełny beze mnie.

    Więź łącząca duszę z jej Aniołem Stróżem jest tak mocna, że jedynie potępienie duszy może ją bezpowrotnie przerwać. Jedyną sytuacją, gdy człowiek „traci” po śmierci swego anioła, jest więc zatracenie w Piekle. Możemy domniemywać, że niebiańscy opiekunowie ludzi potępionych (czyli tych ludzi, którzy swoim życiem powiedzieli Bogu „Nie!”), odczuwają to bardzo dotkliwie. Dotykamy tu wielkiej tajemnicy cierpienia i odrzuconej miłości. Niektórzy uważają nawet, że anioł stróż do tego stopnia kocha człowieka, że jeśli jego podopieczny zostałby po śmierci potępiony, wówczas Bóg musi wymazać temu aniołowi pamięć, bo z tą świadomością potępienia swego przyjaciela, nie mógłby on dalej żyć.

    Roman Zając/Któż jak Bóg 5/2016

    ______________________________________________________________________________________________________________

     

    Każdy z nas ma swojego Anioła Stróża. O działaniach aniołów w naszym życiu mówiło wielu świętych. Nie wiesz jak z nim rozmawiać? Poznaj modlitwę, dzięki której zawiążesz z nim wyjątkową relację.

    Modlitwa do Anioła Stróża:

    Święty Aniele Stróżu,

    który z Bożego nakazu czuwasz nade mną,
    abym nie poniósł szkody na duszy i ciele,

    bądź moim doradcą, abym nie zboczył z dobrej drogi życia,
    pomóż mi powstać, gdy upadnę, dodawaj odwagi.

    Proszę także, byś w porę podsuwał mi dobre myśli i pragnienia,
    których spełnienie będzie się podobało Bogu
    i przyniesie pożytek ludziom.

    Gdybym jednak okazywał lekceważenie względem Ciebie
    i Twoich starań o moje dobro,
    wstrząśnij mną, stań mi na drodze, bądź przeszkodą dla mnie.

    Proszę także, aby Twoja obecność była otuchą dla mnie,
    gdy przyjdzie godzina osamotnienia i śmierci.

    Czuwaj nade mną,
    aż doprowadzisz mnie przed oblicze Ojca Niebieskiego.
    Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Święty Michał Archanioł. Duchowy Wojownik, który leczy z lęku i chroni przed pychą

    Thyssen-Bornemisza Collection, on loan with the Museu Nacional d’Art de Catalunya (MNAC)

    ***

    Zaufanie Michałowi Archaniołowi leczy człowieka z lęku, dodaje odwagi, a jednocześnie uczy zachwytu nad samym Bogiem. Hasło: „Któż jak Bóg” to wezwanie do bycia dzielnym i odważnym, ale także zachęta do adoracji Boga – mówi ks. Mateusz Szerszeń CSMA w rozmowie z Martą Dybińską.

    Od czego zaczęło się Księdza nabożeństwo do Św. Michała Archanioła?

    Zaczęło się od mojej babci, która prowadzała mnie na spacer i za każdym razem zaglądała do kościoła, żeby wytłumaczyć mi znaczenie poszczególnych figur, przedmiotów i witraży. W moim parafialnym kościele znajdowała się także spora figura świętego Michała Archanioła i to właśnie przed nią, razem z babcią, recytowaliśmy modlitwy za naszych bliskich zmarłych, o zdrowie i we wszystkich innych aktualnych intencjach naszej rodziny. Miejsce to dobrze zapadło w mojej pamięci. Dla małego chłopca obraz anioła depczącego brzydkiego diabła budził jednocześnie lęk i podziw. Dodawał mi jednocześnie odwagi, że zło zawsze zostaje pokonane mocą dobrą. Do dzisiaj ta prawda wiele dla mnie znaczy. Moje nabożeństwo do świętego Michała naznaczone jest tamtym dziecięcym wspomnieniem. Jest przy mnie potężny anioł, który czuwa nade mną i moim zbawieniem. Później, gdy zostałem michalitą, wielokrotnie doświadczałem jego obecności i jestem przekonany, że nie bez powodu Książę Niebieski odbiera słuszną cześć w Kościele katolickim.

    Jak zmieniło się Księdza życia od czasu, kiedy zaufał Ksiądz Św. Michałowi?

    Codziennie uczę się, aby tą ufność w nim pokładać. Myślę, że zaufanie Michałowi Archaniołowi leczy człowieka z lęku, dodaje odwagi, a jednocześnie uczy zachwytu nad samym Bogiem. Hasło: „Któż jak Bóg” to wezwanie do bycia dzielnym i odważnym, ale także zachęta do adoracji Boga. Nabożeństwo do Michała Archanioła ma mnie chronić przed pychą i pokładaniem ufności we własne siły. Jeżeli w moim życiu udaje mi się pokonać zło lub spełnić jakieś dobro to jest to zawsze działanie Bożej łaski, która mnie do tego uzdolniła. Nie wyobrażam sobie dzisiaj życia bez tego archanioła. Nabożeństwo do niego stało się częścią mojej tożsamości. Cieszę się, że jestem michalitą, czyli księdzem spod sztandaru Michała Archanioła.

    W codziennym życiu dostrzega Ksiądz również działanie Św. Michała Archanioła?

    Oczywiście, że tak. Jestem przekonany, że wiele dobrych natchnień, które mi towarzyszą pochodzi właśnie od niego. Uspokaja mnie, gdy obieram dobrą drogę ku zbawieniu i niepokoi, kiedy grzech wkrada się w moje życie. Przy okazji przekonany jestem, że przysyła do mnie konkretnych ludzi, którzy korzystają ze spowiedzi, kierownictwa duchowego, albo zwyczajnej rozmowy. Często przed kazaniami, gdy w głowie mam pustkę, proszę go o świtało i natchnienie. Pomaga mi również wtedy, gdy zło chce mnie pognębić i zniszczyć. To bez wątpienia potężny archanioł – Duchowy Wojownik.

    Jak modlić się do Św. Michała?

    Prosto i zwyczajnie. Zwracać się do niego jak do osoby i prosić o pomoc. Często zalecam odmawianie Egzorcyzmu Leona XIII, który Kościół podaje jako najpowszechniejszą modlitwę do Michała Archanioła. Warto też w ciągu dnia wzbudzać akty strzeliste mówiąc: „Któż jak Bóg!”. Dla tych, którzy chcieliby pogłębić swoje nabożeństwo do Niego zalecam szczególnie „Koronkę Anielską” i „Wielki Akt Zawierzenia Świętemu Michałowi Archaniołowi”. Modlitwy te dostępne są na stronie internetowej dwumiesięcznika „Któż jak Bóg” (kjb24.pl).

    A czy nie lepiej w modlitwach zwracać się od razu do Chrystusa albo Matki Bożej?

    Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby modlić się zarówno do Chrystusa jak i za wstawiennictwem różnych świętych. Dla świętego Michała Archanioła to radość, gdy jego czciciel modli się do Chrystusa ku któremu ostatecznie przecież kierujemy wszystkie nasze myśli. Prawda wiary o obcowaniu świętych otwiera przed nami cały wachlarz postaci, które ostatecznie i tak podprowadzą nas do Chrystusa – Jedynego Pośrednika. Matka Boża, jako Królowa Aniołów, zapewne też nie widzi żadnego problemu, żeby jeden z jej aniołów wzywany był jako orędownik i obrońca.

    Co daje odmawianie po Mszy Św. modlitwy do Św. Michała Archanioła?

    Modlitwa ta to powrót do zawieszonej po Soborze Watykańskim II praktyki, kiedy to „Egzorcyzm Prosty” był jedną z modlitw do wyboru dla księdza po odprawieniu Mszy Świętej. Dzisiaj wiara Ludu Bożego skłania nas do odmawiania tej modlitwy jako wyrazu ufności w obronę Kościoła przed atakami złego ducha. Po rozesłaniu chcemy wyruszyć w bój o zbawienie swoje i innych. Szatan nie pozostaje obojętny wobec takiego zobowiązania. Modlimy się zatem o to, aby w tej walce bronił nas Pogromca Szatana i Anioł, który jest specjalistą od realizacji Bożych decyzji. Rosnąca popularność tej modlitwy pokazuje tylko, że jest w nas wielkie pragnienie szczerego nawrócenia i odrzucenia wszelkich zasadzek i podstępów złego ducha.

    Kto może nałożyć szkaplerz Św. Michała? Jakie warunki trzeba spełnić?

    Szkaplerz można przyjąć z rąk upoważnionego kapłana lub diakona. Przyjąć go może każda osoba, która zobowiąże się do noszenia go (w formie płóciennej lub medalika) i codziennego odmawia Egzorcyzmu Lepna XIII. Celem przyjęcia szkaplerza jest oddawanie czci św. Michałowi Archaniołowi, aby za jego szczególną pomocą uzyskać wolność wewnętrzną i zbawienie.

    Jest Ksiądz niezwykle aktywny również w mediach społecznościowych. Skąd pomysł na nagrywanie krótkich filmów z błogosławieństwem?

    Tradycją w danych wiekach był zwyczaj błogosławienia przez księdza ludzi, którzy pracowali w polu, wracali z podróży, albo stali przed jakimiś wyzwaniami. Dzisiaj internet daje możliwość docierania do ludzi także za pomocą krótkich filmików. Moja szczera intencja, aby błogosławić, czyli dobrze życzyć, spotkała się z wielkim pragnieniem osób, które czekają na błogosławieństwo kapłana i wstawiennictwo konkretnych świętych. Tak zrodziło się dzieło na kanale YouTube: „Któż jak Bóg”. To właśnie poprzez te krótkie filmiki chcemy trafiać do ludzi, którzy wierzą głęboko w moc błogosławieństwa.

    W lipcu odbędzie się pielgrzymka ze Św. Michałem Archaniołem na Jasną Górę. Dlaczego warto wybrać się na to wydarzenie?

    Pielgrzymka ze świętym Michałem Archaniołem to przede wszystkim wielkie wydarzenie charyzmatyczne. Miejsce, czas i ludzie tworzą niezwykłą atmosferę. To tak jakby niebo dotykało ziemi. Spotykamy się z ludźmi, którzy publicznie dają świadectwo swojej wiary i ufności we wstawiennictwo aniołów. Naszym celem jest uwielbienie Boga na wzór aniołów i modlitwa prośby, aby zło, nałogi, uzależnienia i grzech nie odbierały nam łaski Bożej, dzięki której żyjemy i zmierzamy do nieba.

    W Miejscu Piastowym jest Sanktuarium Św. Michała Archanioła, ale czy jest tam również możliwość by się zatrzymać na kilka dni, wyciszyć?

    Miejsce Piastowe to kolebka mojego zgromadzenia. Tam wszystko się zaczęło: dzieło księdza Markiewicza, nowe zgromadzenia, wreszcie sanktuarium i okoliczne szkoły. Dzisiaj jest to także centrum naszej michalickiej duchowości. Każdy kto przyjedzie na „michalicką górkę” wyjedzie odmieniony. Uroczy kościół, sarkofag z relikwiami błogosławionego Bronisława, kaplica fatimska i grota ze św. Michałem zostawiają ślad w każdym sercu. Dla tych, którzy chcieliby zatrzymać się na dłużej otwarto niedawno centrum, gdzie znaleźć możemy bogatą ofertę z rekolekcjami, sesjami duchowymi, a także miłą kawiarenkę i miejsce na nocleg. Wszystko to pod czułą opieką naszego patrona i dobroczyńcy – Świętego Michała Archanioła.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    PCh24.pl

    Ks. Mateusz Szerszeń CSMA, michalita, kierownik duchowy, publicysta i rekolekcjonista. Autor licznych artykułów o pozycji książkowych z zakresu duchowości. Pełni funkcję zastępcy redaktora naczelnego czasopisma „Któż jak Bóg”. Jest członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

    _______________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za wstawiennictwem 

    św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce,
    a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną.
    Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów,
    szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
    mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 024624_XJDA_35278_98.jpg.webp

    Pietro Lorenzetti/Wikimedia Commons

    ***

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MIESIĄC WRZESIEŃ

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    fot.Wikipedia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 WRZEŚNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 WRZEŚNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXII NIEDZIELI OKRESU ZWYKŁEGO

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO WYNAGRODZAJĄCE I ZADOŚĆ CZYNIĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    Osoby, które z ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC WRZESIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby ludzie, którzy żyją na marginesie społeczeństwa, w nieludzkich warunkach egzystencjalnych, nie byli zapominani przez instytucje i by nigdy nie byli uważani za pozbawionych wartości.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

     

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Bogu Wszechmogącemu niech będą dzięki za tajemnicę Wcielenia, bo dzięki niej Boży Syn dokonał dzieła Zbawienia poprzez Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie. Odtąd każdy, kto oddaje swoje życie za innych sprawia, że Boże ocalenie wciąż trwa. W tym miesiącu dziękujemy Ci Panie za świadectwo heroicznej miłości małżonków Józefa i Wiktorii Ulmów z dziećmi, którzy oddali swoje życie ratując prześladowanych Żydów. Kościół zapewnia nas, że już są przed Bożym obliczem. Dlatego prosimy ich o wstawiennictwo za naszymi rodzinami. Tak bardzo potrzebujemy dziś siły i odwagi, aby nie dać się zwieść starodawnemu wężowi, który podstępem i kłamstwem sprytnie kusi.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec, przez tę modlitwę łatwo możemy otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże.


    św. Maksymilian Maria Kolbe

    Krucjata Różańcowa Niepokalanów


    15.08.2023 – 25.12.2023


    Kiedy milion dzieci odmawia różaniec, świat się zmienia.

    św. o. Pio.


    Możesz przystąpić do Krucjaty Różańcowej w każdym momencie

    Jedno przystąpienie do Krucjaty = Jedna rodzina


    Jest nas już:

    7997

    (ilość rodzin)


    • Przystąp do Krucjaty Różańcowej zapisując się poniżej:
    • Twój adres e-mail *
    • * Adres e-mail jest wykorzystywany jedynie do rejestrowania unikalnych przystąpień do Krucjaty Różańcowej zgodnie z przepisami RODO. Adresy e-mail nie będą używane w żadnych kampaniach marketingowych ani udostępniane osobom trzecim. Po zakończeniu Krucjaty, wszystkie adresy e-mail zostaną niezwłocznie usunięte z naszej bazy danych, zapewniając ochronę Twojej prywatności i zgodność z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony danych osobowych (tzn. po 25.12.2023). (Polityka Prywatności)

    Zasady przystąpienia

    • jedna dziesiątka różańca codziennie (15.08.2023 – 25.12.2023)
    • możesz przyłączyć się w każdej chwili.
    • każdy może przystąpić do Krucjaty Różańcowej za Polskę.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nie żałuję, że oddałam się Miłości”. Tak 126 lat temu odchodziła do wieczności św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    fot. screenshot YouTube (nikakarmel)

    ***

    „Nie żałuję, że oddałam się Miłości”.

    Tak 126 lat temu odchodziła do wieczności

    św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    W godzinach wieczornych 30 września 1897 roku, przekroczyła próg wieczności młoda francuska zakonnica, niezwykła apostołka Małej Drogi, na której zawsze starała się z miłości do Boga robić małe rzeczy z wielką miłością – św. Teresa od Dzieciątka Jezus.

    W tzw. „Żółtym zeszycie” rodzona siostra św. Teresy od Dzieciątka Jezus, a zarazem jej siostra w klasztornej rodzinie karmelitanek bosych w Lisieux – s. Agnieszka od Jezusa, skrupulatnie zapisywała na przestrzeni niespełna półrocza ostatnie miesiące odchodzenia z tego świata św. Teresy.

    „Żółty zeszyt” to niezwykłe świadectwo ogromnego cierpienia, wręcz heroicznie znoszonego przez świętą z Lisieux z powodu jej bezbrzeżnego rozmiłowania w Bogu, aż po ostatnie sekundy ziemskiego życia.

    W dniu śmierci, w czwartek 30 września 1987 roku, jak relacjonuje s. Agnieszka, św. Teresa „pozostawała w prawdziwych mękach” – „bez chwili ulgi”.

    „Jeżeli to agonia, to czym jest śmierć?!” – zapytała w pewnym momencie dusząc się, św. Teresa od Dzieciątka Jezus.

    „Gdybyś wiedziała, co to znaczy dusić się!” – zwróciła się następnie do swej rodzonej siostry święta karmelitanka i dodała: „Zapewniam cię, że kielich jest pełny po brzegi”.

    „Nigdy nie przypuszczałam, że można tyle cierpieć” – powiedziała w pewnym momencie św. Teresa, stwierdzając po chwili: „Nie mogę wytłumaczyć sobie tego inaczej, jak tylko moim gorącym pragnieniem zbawiania dusz”.

    „Nie żałuję, że oddałam się Miłości” – wyszeptała św. Teresa i patrząc na swój krzyżyk wyznała: „Mój Boże… kocham Cię!”.

    Siostry, klęczące wokół łóżka umierającej, były świadkami ostatniej już na tym świecie ekstazy pokornej mistyczki z Lisieux. „Jej oczy były jaśniejące szczęściem i radością, utkwione w górze” – relacjonuje s. Agnieszka.

    Po chwili św. Teresa oddała ostatnie tchnienie. „Po śmierci zachowała swój nieziemski uśmiech. Była zachwycająco piękna” – czytamy w relacji z niezwykłego przekraczania progu wieczności, przez karmelitańską apostołkę Małej Drogi.

    “św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Żółty zeszyt”, Kraków 2016/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Doktor Mengele byłby dumny”.
    Ks. Bortkiewicz o współczesnym eutanazizmie

    (fot. GSZ/PCh24)

    ***

     Życie naznaczone cierpieniem, według „zachodnich” określeń – bezużytecznym, staje się nieopłacalne. Zamiast cierpiącym ludziom pomóc – lepiej ich wyeliminować. Tak w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz komentuje uduszenie poduszką 36-latki, której nie udało się zabić „eutanazją”. 

    PCh24.pl: W Belgii przeprowadzano tzw. eutanazję 36-letniej kobiety. Miała raka. Została ostatecznie uduszona przy pomocy poduszki. Kobiecie podano zbyt małą ilość środków mających legalnie i w majestacie państwa belgijskiego zakończyć jej życie… Powiem szczerze: nawet nie wiem, co powiedzieć… Lekarz i dwie pielęgniarki, którzy tego dokonali twierdzili, że „chcą jej pomóc”…

    Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr: Cała ta historia pokazuje ogromne zakłamanie tej rzeczywistości, która kryje się pod słowem eutanazja. Samo słowo eutanazja znane jest jako synonim „dobrej śmierci bez cierpienia”, „pomocy w umieraniu”, a czasem „zabójstwa z miłosierdzia”. Te wszystkie eufemizmy w gruncie rzeczy próbują zakryć rzeczywistość, która jest jednoznaczna: eutanazja to zabójstwo człowieka cierpiącego albo pomoc w samobójstwie. Każde z tych pojęć zawiera w sobie w rzeczywistości akt bezradności wobec tajemnicy ludzkiego cierpienia. Bezradności, która wyraża się ostatecznie w akcie agresji. W pewnym sensie dobrze, że ten tragiczny i wstrząsający wypadek został ujawniony światu, bo on pokazuje najdobitniej, że żadne słowa nie są w stanie zakryć rzeczywistości, która kryje się za eutanazją. To jest zabójstwo człowieka cierpiącego czasem wbrew jego woli. To jest okazanie pogardy dla wartości ludzkiego cierpienia. To jest po prostu akt agresji.

    Eutanazja 36-letniej kobiety, o której rozmawiamy nie udała się, pacjentka przeżyła. Wiem jak tragicznie i mrocznie to brzmi…

    Pacjent przeżył, ale lekarz i pielęgniarki uznali, że tak być nie może, więc dopełnili „zabieg” eutanazji poprzez prymitywne morderstwo, które w niczym nie ustępuje mordom, za które ludzie są skazywani na dożywocie czy w niektórych wypadkach na karę śmierci.

    Lekarz i pielęgniarki prawdopodobnie będą mieli postawione zarzuty prokuratorskie za uduszenie kobiety poduszką. Gdyby zastrzyk zadziałał, to nie byłoby sprawy…

    To pokazuje ogromny stan hipokryzji i zepsucia współczesnego świata, współczesnej kultury prawnej, kultury medycznej i etyki medycznej, która przestaje być etyką. To pokazuje ogromny cynizm i jakieś chore wyrachowanie, które opanowało sumienia, umysły i dusze wielu ludzi.

    Zabójstwo dokonane w białych rękawiczkach jest „działaniem medycznym”, a zabójstwo w tej samej sprawie dokonane bez białych rękawiczek okazuje się być przestępstwem. Otóż nie! Jest to to samo zabójstwo, ten sam akt zabicia człowieka. Różni się tylko technika.

    Jeżeli technika staje się kryterium oceny etycznej, to po prostu wpadamy w straszliwą pułapkę barbarzyństwa. Właśnie dlatego Kościół katolicki od zarania swojej nauki moralnej przypomina, że są czyny wewnętrznie złe, które nie mogą podlegać żadnemu usprawiedliwieniu. Niezależnie od okoliczności, niezależnie od sposobu dokonania tego czynu, zawsze pozostaje on złem. Takim czynem jest m. in. eutanazja.

    Nie wszyscy są gotowi na cierpienie. Dlaczego jednak na Zachodzie tak wiele osób decyduje się na eutanazję, żeby tylko uniknąć cierpienia? Jak to się stało, że śmierć jest postrzegana jako jedyny ratunek przed cierpieniem?

    Nie każdy jest gotowy na cierpienie – to oczywisty fakt, i dlatego jako społeczeństwo powinniśmy służyć pomocą przynosząc ulgę i wsparcie w cierpieniu na ile to jest możliwe przede wszystkim poprzez żywą obecność.

    Proste pytanie, jakie często odnosimy do krajów, gdzie eutanazja jest legalna i coraz bardziej poszerza swoje zakresy: ile hospicjów, ile domów opieki paliatywnej znajduje się w tych krajach? To jest pytanie retoryczne, które otwiera się na zbiór pusty, ponieważ okazuje się, że takich form opieki w takich krajach praktycznie się nie praktykuje.

    Myślę, że wiąże się to z dwiema kwestiami: z jednej strony rzeczywiście mamy do czynienia z brakiem zrozumienia wartości cierpienia, które jest wartością bardzo trudną i oczywiście nikt z nas sobie tego na ogół nie życzy. Musimy jednak pamiętać, że cierpienia nie unikniemy. Cierpienie jest wkomponowane w nasze życie. Jest tylko pytanie o stopień tego cierpienia i o sposób uczynienia z cierpienia minimalnej wartości, jeśli oczywiście jest to możliwe.

    Z drugiej strony dyskusja, która toczy się w tej sprawie, pokazuje, że współczesny świat przelicza ludzkie życie w kategoriach jakości życia. To jest też element, na który koniecznie trzeba zwracać uwagę przy dyskusjach aborcyjnych i eutanazyjnych, bo po prostu wartość ludzkiego życia została zamieniona na jakość życia.

    Życie, które jest naznaczone cierpieniem – na Zachodzie często dodają do słowa cierpienie określenie „bezużyteczne” – brakiem produktywności, a więc nieużytecznością jest według współczesnego świata odarte z jakości i takie życie jest po prostu nieopłacalne, dlatego zamiast towarzyszyć takiemu życiu to życie się eliminuje.

    Dzisiaj można odnieść wrażanie, że wartością jest… samobójstwo. Raz, żeby nie cierpieć. Dwa, żeby nie obciążać służby zdrowia. Trzy, żeby chronić klimat. Można wymieniać i wymieniać. Współczesny świat nakręca nas, żebyśmy jak najszybciej umarli, jak tylko przestaniemy konsumować…

    Tak. Przestajemy konsumować i z miejsca przestajemy być użyteczni.

    Samobójstwo dodatkowo ma jeszcze w sobie bardzo nośny dzisiaj ładunek rzekomej decyzyjności, rzekomego samostanowienia. Tutaj też kryje się „atrakcyjność”, że wmawia się nam, że decydujemy sami o sobie, że to jest wręcz modelowo „wolna decyzja”, że „odchodzimy na własnych warunkach”. Nikt jednak nie podnosi, że „odchodzenie na własnych warunkach” dokonuje się w szczelinie naszych możliwości, która jest zawężona bardzo mocno przez cierpienia, brak zdolności wartościowania, brak zdolności myślenia. To jest po prostu sprowadzenie człowieka do istoty tak dogłębnie zniszczonej cierpieniem, że wręcz zdeterminowanej do samobójstwa.

    To rzekome „odchodzenie na własnych warunkach” jest w gruncie rzeczy aktem ucieczki przed cierpieniem, przed bólem, przy braku ludzkiej pomocy. To jest śmierć straszliwie niegodna człowieka i straszliwie urągająca godności osoby ludzkiej.

    Kto ma większy grzech: osoba, która decyduje się na eutanazję, ponieważ sama z różnych względów boi się popełnić samobójstwo, czy też osoba, która dokonuje „zabiegu” eutanazji?

    Bardzo wahałbym się w dokonywaniu definitywnych pomiarów wagi tego grzechu. Myślę jednak, że osoba, która jest zdeterminowana bólem dokonuje swojej decyzji przy ograniczonej świadomości i ograniczonej wolności. Często jest ona tak mocno poddana presji bólu, samotności…

    Tylko, że np. w krajach Beneluksu nie trzeba cierpieć, żeby zdecydować się na eutanazję. Niedawno ogłoszono tam, że przesłanką do eutanazji jest… autyzm.

    Pozwoli Pan, że wrócę do próby zmierzenia wagi grzechu. Chcę powiedzieć tylko tyle, że osoba, która sama decyduje się na eutanazję bardzo często podejmuje tę próbę na pewno pod wpływem różnych czynników ograniczających jej świadomość i wolność. Nie mówię, że zwalnia ją to z odpowiedzialności, ale w jakiś sposób może tę odpowiedzialność pomniejszać. MOŻE, ale nie musi.

    Z kolei ci, którzy decydują się na wykonanie „zabiegu” nie są niczym zdeterminowani. To są ludzie, którzy po prostu wykonują wyrok śmierci, który bardzo często wcześniej sami wydali i dlatego ich odpowiedzialność w moim przekonaniu jest zdecydowanie większa.

    To, że powody eutanazji są coraz bardziej rozszerzane, to wstrząsający fakt. To jest sytuacja, która pokazuje, jak bardzo ludzkie życie przestaje być w cenie i jednocześnie jak bardzo na różne sposoby i różnymi metodami dąży się do depopulacji, do wyrugowania ze społeczeństwa ludzi nieproduktywnych i nieużytecznych, bo zarówno dziecko dotknięte autyzmem, jak i człowiek żyjący w stanie jakiejś demencji czy upośledzony – to są ludzie, którzy według współczesnych trendów absorbują koszty obsługi zdrowotnej, są nieproduktywne i nie konsumują, więc są nikomu niepotrzebni i powinny zniknąć.

    To jest straszliwa eugenika, która szerzy się w naszej współczesności w sposób nie mniej, a nawet bardziej drastyczny niż w okresie swojego rozkwitu w czasie II Wojny Światowej.

    Skąd ta determinacja u lekarzy i pielęgniarek do zabijania? Znane są przypadki, kiedy pacjent przed podaniem śmiertelnego zastrzyku prosi, aby tego nie robić, bo zmienił zdanie. Oni jednak wstrzykiwali mu truciznę, a potem tłumaczyli, że przed samym „zabiegiem” zawsze jest panika – teraz pacjent powie „nie”, a za tydzień wróci, więc po co odkładać to na później…

    Dotykamy tutaj tematu jakiejś ogromnej dewastacji, erozji etyki lekarskiej i godności zawodu lekarza. Oczywiście nie rozciągam tego na wszystkich lekarzy i całą profesję, bo mówimy tutaj o konkretnych przypadkach.

    Co jest tego powodem? Przede wszystkim źle uformowane sumienia, które poddają się presji kultury utylitarnej. Brak rzetelnej etyki w czasie studiów medycznych. Nie chcę tutaj posługiwać się nazwiskami, więc przywołam sytuację sprzed kilku lat z Akademii Medycznej w Warszawie, gdzie wykłady z etyki prowadzili czołowi polscy utylitaryści – zwolennicy eutanazji, aborcji i eugeniki.

    Przyczyn jest jeszcze więcej, ale zawsze koncentrują się one w ludzkim sumieniu. Jeśli to sumienie nie jest dobrze uformowane, to zawsze znajdą się ludzie, którzy będą tłumaczyć, że wykonali orzeczenie, wykonali decyzję pacjenta i nie jest dla nich ważne, że pacjent może doświadczyć chwilowej ulgi i wycofać się z decyzji o śmierci.

    Na koniec chciałem zapytać o biznes, jakim jest śmierć. W Danii działa krematorium, które zapewnia ogrzewa lokalnym mieszkańcom. W Holandii krematoria chwalą się, ile to pieniędzy zarobiły na sprzedaży złotych zębów, platynowych bioder i innych metalowych części, które nie spłonęły w piecu razem z ludzkimi zwłokami. Inny przykład: eutanazja to dobry sposób do promocji handlu organami. Cierpiąca osoba i tak umrze, więc nie można dopuścić, żeby organy się zmarnowały. Doktor Mengele byłby dumny…

    Oczywiście, że byłby dumny. Kiedy przypominam sobie fakty, które Pan przywołał, to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to medycyna z Auschwitz. To jest dokładnie ten sam sposób myślenia niezależnie od różnic technologicznych. To jest sposób dokładnie ten sam sposób myślenia o utylizacji człowieka i jego zwłok.

    To właśnie pokazuje jednoznacznie do jakiego poziomu dzisiaj schodzimy odrzucając prawdę o godności człowieka jako istoty stworzonej przez Boga, o powołaniu człowieka do życia wiecznego oraz o godności ludzkiego ciała.

    Godność to chyba słowo dzisiaj zakazane…

    Ono jest używane, ale w innym znaczeniu.

    Godnością jest dzisiaj zezwolenie kobiecie na zabójstwo człowieka w swoim łonie. Godnością jest dzisiaj śmierć poprzez podanie śmiertelnego zastrzyku, ale nie jest nią uduszenie poduszką. Św. Maksymilian Maria Kolbe zmarł więc godnie, a tę godną śmierci zorganizowali mu Niemcy…

    No właśnie. Słowu godność nadaje się wartość ustanowioną. To człowiek ma orzekać, co jest godnym życiem, a co nie. Który człowiek zasługuje na życie, a który nie. To jest zupełne odwrócenie porządku rzeczywistości. Niestety, ale w świecie odrzucającym prawdę o Panu Bogu – Stwórcy i Zbawcy takie pojęcia jak godność absolutnie nie trafiają do współczesnej mentalności…

    Bóg zapłać za rozmowę

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________

    "Człowiek wierzący bez Boga i Chrystusa nie zrozumie samego siebie"

    fresk w Kaplicy SykstyńskiejPIXABAY

    ***

    Czy katolik powinien głosować na ugrupowania opowiadające się za rozszerzeniem dostępu do aborcji? Na to pytanie odpowiedział w 2021 roku na łamach „Teologii Politycznej Co Tydzień” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Nauczanie Kościoła dotyczące aborcji, jak i prawa naturalnego jest niezmienne. Obowiązuje dziś tak samo, jak i w poprzednich epokach. Toteż katolicy mają obowiązek wykluczyć ze swych szeregów takich kandydatów do objęcia ważnych funkcji społecznych, którzy by otwarcie wypowiadali się przeciwko ochronie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Kościół ma wręcz obowiązek uważać za ekskomunikowanych w trybie latae sententiae tych katolickich działaczy publicznych, którzy by otwarcie sprzeciwiali się doktrynie swego Kościoła, stając się na przykład propagatorami wyborczych idei czy zapowiedzi przychylnych planom liberalizacji prawa do przerywania ciąży w jakiejkolwiek postaci”

    – wyjaśnił teolog.

    – „Właśnie w celu dostarczenia możliwie jak najlepszego wsparcia katolikom zaangażowanym w politykę, zmuszonym do działania w trudnych i niejednokrotnie delikatnych okolicznościach, Kongregacja Nauki Wiary wydała w 2003 roku specjalną Notę doktrynalną, przywołującą wskazania zawarte w encyklice Evangelium vitae n. 73 Jana Pawła II, która wzięła pod uwagę różne sytuacje, w jakich mogą się znaleźć katoliccy politycy, dopasowując do nich konkretne sugestie działania. Można się z niej dowiedzieć na przykład, że jeśli nie da się przeciwstawić niesprawiedliwemu prawu, uzasadnione jest wspieranie inicjatyw parlamentarnych, które usiłowałyby ograniczyć zakres dopuszczonych prawem regulacji, pod warunkiem jednakże, iż ów katolicki parlamentarzysta ujawni publicznie swe przekonania i do nich dostosuje własne osobiste wybory. Jeśli natomiast ktoś sprzyja liberalizowaniu niegodziwych przepisów, czy też przyczynia się do wprowadzenia prawa godzącego w obronę życia tam, gdzie takie przepisy dotąd nie obowiązywały, bądź dopuszcza zapisy etycznie wątpliwe pod pretekstem poszanowania pluralizmu w społeczeństwie, wyrzeka się powinności względem własnego sumienia i zrywa jedność z Kościołem”

    – dodał.

    kak/PAP, Teologia Polityczna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    Jan Paweł II o aborcji mówił jasno i wyraźnie. Encyklika Evangelium Vitae była niezwykle ważnym dziełem napisanym przez Świętego Jana Pawła II, które stawało w obronie godności osoby ludzkiej w obliczu agresywnych lewicowych i postmodernistycznych ideologii. Przypominamy początek tej encykliki, w którym Jan Paweł II dał krótką i jednoznaczną odpowiedź na pytanie o to, jakie zbrodnie względem życia ludzkiego są niedopuszczalne.

    1. EWANGELIA ŻYCIA znajduje się w samym sercu orędzia Jezusa Chrystusa. Kościół każdego dnia przyjmuje ją z miłością, aby wiernie i odważnie głosić ją jako dobrą nowinę ludziom wszystkich epok i kultur.

    Gdy zajaśniała jutrzenka zbawienia, wieść o narodzinach Dziecka została ogłoszona jako radosna nowina: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2, 10-11). Źródłem tej „wielkiej radości” jest oczywiście przyjście na świat Zbawiciela; ale Boże Narodzenie objawiło również głęboki sens każdych ludzkich narodzin i ukazuje, że radość mesjańska jest fundamentem i wypełnieniem tej radości, jaką przynosi każde dziecko przychodzące na świat (por. J 16, 21).

    Jezus, przedstawiając istotę swojej odkupieńczej misji, mówi: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10). Ma tu w rzeczywistości na myśli owo życie „nowe” i „wieczne”, polegające na komunii z Ojcem, do której każdy człowiek zostaje bez żadnych zasług powołany w Synu za sprawą Ducha Uświęciciela. Ale właśnie w świetle takiego „życia” nabierają pełnego znaczenia wszystkie aspekty i momenty życia człowieka.

    Nieporównywalna wartość ludzkiej osoby

    2. Człowiek jest powołany do pełni życia, która przekracza znacznie wymiary jego ziemskiego bytowania, ponieważ polega na uczestnictwie w życiu samego Boga.

    Wzniosłość tego nadprzyrodzonego powołania ukazuje wielkość i ogromną wartość ludzkiego życia także w jego fazie doczesnej. Życie w czasie jest bowiem podstawowym warunkiem, początkowym etapem i integralną częścią całego i niepodzielnego procesu ludzkiej egzystencji. Proces ten — nieoczekiwanie i bez żadnej zasługi człowieka — zostaje opromieniony obietnicą i odnowiony przez dar życia Bożego, które urzeczywistni się w pełni w wieczności (por. 1 J 3, 1-2). Równocześnie to nadprzyrodzone powołanie uwydatnia względność ziemskiego życia mężczyzny i kobiety. Nie jest ono jednak rzeczywistością „ostateczną”, ale „przedostateczną”; jest więc rzeczywistością, świętą, która zostaje nam powierzona, abyśmy jej strzegli z poczuciem odpowiedzialności i doskonalili ją przez miłość i dar z siebie ofiarowany Bogu i braciom.

    Kościół jest świadom, że Ewangelia życia, przekazana mu przez Chrystusa, wzbudza żywy i poważny odzew w sercu każdego człowieka, tak wierzącego jak i niewierzącego, ponieważ przerastając nieskończenie jego oczekiwania, zarazem w zadziwiający sposób współbrzmi z nimi. Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może dzięki światłu rozumu i pod wpływem tajemniczego działania łaski rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu (por. Rz 2, 14-15) świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej.

    Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa, świadomi wspaniałej prawdy przypomnianej przez Sobór Watykański II: „Syn Boży przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”. W tym zbawczym wydarzeniu objawia się bowiem ludzkości nie tylko bezgraniczna miłość Boga, który „tak (…) umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), ale także nieporównywalna wartość każdej osoby.

    Kościół zaś, rozważając wnikliwie tajemnicę Odkupienia, uświadamia sobie tę wartość zawsze z tym samym zdumieniem i czuje się powołany, by głosić ludziom wszystkich czasów tę „ewangelię” — źródło niezłomnej nadziei i prawdziwej radości dla każdej epoki dziejów. Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię.

    To dlatego właśnie człowiek, człowiek żyjący, stanowi pierwszą i podstawową drogę Kościoła

    Nowe zagrożenia życia ludzkiego

    3. Każdy człowiek właśnie ze względu na tajemnicę Słowa Bożego, które stało się ciałem (por. J 1, 14) zostaje powierzony macierzyńskiej trosce Kościoła. Dlatego też każde zagrożenie godności i życia człowieka głęboko wstrząsa samym sercem Kościoła, dotyka samej istoty jego wiary w odkupieńcze wcielenie Syna Bożego i przynagla Kościół, by pełnił swą misję głoszenia Ewangelii życia całemu światu i wszelkiemu stworzeniu (por. Mk 16, 15).

    Głoszenie to staje się szczególnie naglące dzisiaj, gdy lęk budzą coraz liczniejsze i poważniejsze zagrożenia życia ludzi i narodów, zwłaszcza życia słabego i bezbronnego. Obok dawnych, dotkliwych plag, takich jak nędza, głód, choroby endemiczne, przemoc i wojny, pojawiają się dziś plagi nowe, przybierające nieznane dotąd formy i niepokojące rozmiary.

    Już Sobór Watykański II w jednej z wypowiedzi, która do dziś zachowała swą dramatyczną aktualność, potępił stanowczo liczne zbrodnie i zamachy wymierzone przeciw życiu ludzkiemu. Przypominając po trzydziestu latach słowa Soboru, raz jeszcze i równie stanowczo potępiam w imieniu całego Kościoła te przestępstwa, w przekonaniu, że wyrażam w ten sposób autentyczne odczucia każdego prawego sumienia: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, próby wywierania przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy”

    4. Niestety, te niepokojące zjawiska bynajmniej nie zanikają, przeciwnie, ich zasięg staje się raczej coraz szerszy: nowe perspektywy otwarte przez postęp nauki i techniki dają początek nowym formom zamachów na godność ludzkiej istoty, jednocześnie zaś kształtuje się i utrwala nowa sytuacja kulturowa, w której przestępstwa przeciw życiu zyskują aspekt dotąd nieznany i — rzec można — jeszcze bardziej niegodziwy, wzbudzając głęboki niepokój; znaczna część opinii publicznej usprawiedliwia przestępstwa przeciw życiu w imię prawa do indywidualnej wolności i wychodząc z tej przesłanki domaga się nie tylko ich niekaralności, ale wręcz aprobaty państwa dla nich, aby móc ich dokonywać z całkowitą swobodą, a nawet korzystając z bezpłatnej pomocy służby zdrowia.

    Wszystko to prowadzi do głębokich przemian w sposobie patrzenia na życie i na relacje między ludźmi. Fakt, że prawodawstwo wielu państw, oddalając się nawet od fundamentalnych zasad swych konstytucji, nie tylko nie karze tego rodzaju praktyk wymierzonych przeciw życiu, ale wręcz uznaje je za całkowicie legalne, jest niepokojącym przejawem, a zarazem jedną z istotnych przyczyn poważnego kryzysu moralnego: czyny jednomyślnie uważane niegdyś za przestępcze i w powszechnym odczuciu moralnym niedopuszczalne, zyskują stopniowo społeczną aprobatę. Nawet medycyna, która z tytułu swego powołania ma służyć obronie życia ludzkiego i opiece nad nim, w niektórych dziedzinach staje się coraz częściej narzędziem czynów wymierzonych przeciw człowiekowi i tym samym zniekształca swoje oblicze, zaprzecza samej sobie i uwłacza godności tych, którzy ją uprawiają. W takim kontekście kulturowym i prawnym również poważne problemy demograficzne, społeczne i rodzinne, nękające wiele narodów świata i domagające się odpowiedzialnej i czynnej reakcji ze strony społeczności narodowych i międzynarodowych, stają się przedmiotem rozwiązań fałszywych i złudnych, sprzecznych z prawdą oraz z dobrem osób i narodów.

    Prowadzi to do dramatycznych konsekwencji: choć samo zjawisko eliminacji wielu ludzkich istot poczętych lub bliskich już kresu życia jest niezwykle groźne i niepokojące, równie groźny i niepokojący jest fakt, że nawet ludzkie sumienie zostaje jak gdyby zaćmione przez oddziaływanie wielorakich uwarunkowań i z coraz większym trudem dostrzega różnicę między dobrem a złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia.

    Jan Paweł II, Evangelium Vitae

    _______________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II przepowiedział zwycięstwo Polski

    fot. Screenshot – YouTube

    Św. Jan Paweł II przepowiedział zwycięstwo Polski

    Jeśli jakieś przemówienie było jednym z najważniejszych w historii, wówczas samo staje się historią, jest wpisywane w historyczny ciąg dziejów, wpisuje się w mitologię narodu i samo staje się wydarzeniem. W polskiej opowieści o historii takim przemówieniem jest homilia papieża z 2 czerwca 1979 roku – uważa dr hab. Jacek Wasilewski.

    I trzeba dodać, że przemówienie Papieża z 2 czerwca 1979 roku staje się aktualne w dzisiejszych, polskich czasach. Mamy dziś do czynienia z upadkiem starej, nomenklaturowej oligarchii, która przez lata drenowała Polskę pod rządami PO-PSL. Dziś następuje powolne budzenie się Polaków.

    Poniżej publikujemy całe przemówienie św. Jana Pawła II. Zachęcamy do namysłu nad treścią.

    ***

    Homilia w czasie Mszy Św. odprawionej na Placu Zwycięstwa

    Warszawa, 2 czerwca 1979

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Umiłowani Rodacy,
    Drodzy Bracia i Siostry,
    Uczestnicy eucharystycznej Ofiary, która sprawuje się dziś w Warszawie na placu Zwycięstwa,

    1. Razem z wami pragnę wyśpiewać pieśń dziękczynienia dla Opatrzności, która pozwala mi dziś jako pielgrzymowi stanąć na tym miejscu.

    Pragnął – wiemy, że bardzo gorąco pragnął – stanąć na ziemi polskiej, przede wszystkim na Jasnej Górze, zmarły niedawno papież Paweł VI. Pierwszy po wielu stuleciach papież-pielgrzym. Do końca życia nosił to pragnienie w swoim sercu i z nim zszedł do grobu. I oto czujemy, że pragnienie to było tak potężne i tak głęboko uzasadnione, że przerosło ramy jednego pontyfikatu i – w sposób po ludzku trudny do przewidzenia – realizuje się dzisiaj. Dziękujemy więc Bożej Opatrzności za to, że dała Pawłowi VI tak potężne pragnienie. Dziękujemy za cały ten styl papieża-pielgrzyma, jaki zapoczątkował wraz z Soborem Watykańskim II. Gdy bowiem Kościół cały uświadomił sobie na nowo, iż jest Ludem Bożym – Ludem, który uczestniczy w posłannictwie Chrystusa, Ludem, który z tym posłannictwem idzie przez dzieje, który “pielgrzymuje”, papież nie mógł dłużej pozostać “więźniem Watykanu”. Musiał stać się na nowo Piotrem pielgrzymującym, tak jak ten pierwszy, który z Jerozolimy przywędrował poprzez Antiochię do Rzymu, aby tam dać świadectwo Chrystusowi i przypieczętować je swoją krwią.

    Dzisiaj dane mi jest wypełnić to pragnienie zmarłego papieża Pawła VI wśród was, umiłowani synowie i córki mojej Ojczyzny. Kiedy bowiem – z niezbadanych wyroków Bożej Opatrzności po śmierci Pawła VI i po kilkutygodniowym zaledwie pontyfikacie mojego bezpośredniego poprzednika Jana Pawła I – zostałem głosami kardynałów wezwany ze stolicy św. Stanisława w Krakowie na stolicę św. Piotra w Rzymie, zrozumiałem natychmiast, że moim szczególnym zadaniem jest spełnienie tego pragnienia, którego Paweł VI nie mógł dopełnić na milenium chrztu Polski.

    Jako więc wasz rodak, syn polskiej ziemi, a zarazem jako papież-pielgrzym witam was wszystkich! Witam najdostojniejszego Prymasa Polski. Witam wszystkich obecnych tutaj arcybiskupów, biskupów, pasterzy Kościoła w naszej Ojczyźnie. Pozwólcie, że pośród naszych gości powitam w sposób szczególny kardynała-arcybiskupa Santo Domingo. To tam wypadało mi skierować pierwsze kroki papieskiego pielgrzymowania w miesiącu styczniu. Tam po raz pierwszy ucałowałem ziemię, na której stanęła kiedyś stopa Krzysztofa Kolumba, po której przeszły stopy tylu głosicieli Ewangelii, a wśród nich także i naszych rodaków i polskich żołnierzy. Dzisiaj, wspólnie z wami, tego świadka mojej pierwszej papieskiej podróży witam w Warszawie.

    Czyż moja pielgrzymka do Ojczyzny w roku, w którym Kościół w Polsce obchodzi dziewięćsetną rocznicę śmierci św. Stanisława, nie jest zarazem jakimś szczególnym znakiem naszego polskiego pielgrzymowania poprzez dzieje Kościoła – nie tylko po szlakach naszej Ojczyzny, ale zarazem Europy i świata? Odsuwam tutaj na bok moją własną osobę – niemniej muszę wraz z wami wszystkimi stawiać sobie pytanie o motyw, dla którego właśnie w roku 1978 (po tylu stuleciach ustalonej w tej dziedzinie tradycji) został na rzymską stolicę św. Piotra wezwany syn polskiego narodu, polskiej ziemi. Od Piotra, jak i od wszystkich apostołów Chrystus żądał, aby byli Jego “świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (Dz 1,8).

    Czyż przeto nawiązując do tych Chrystusowych słów, nie wolno nam wnosić zarazem, że Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa? Że właśnie stąd – z Warszawy, a także z Gniezna, z Jasnej Góry, z Krakowa, z całego tego historycznego szlaku, który tyle razy nawiedzałem w swoim życiu i który w tych dniach znów będę miał szczęście nawiedzić, że właśnie stąd ze szczególną pokorą, ale i ze szczególnym przekonaniem trzeba głosić Chrystusa? Że właśnie tu, na tej ziemi, na tym szlaku, trzeba stanąć, aby odczytać świadectwo Jego Krzyża i Jego Zmartwychwstania? Ale, umiłowani rodacy – jeśli przyjąć to wszystko, co w tej chwili ośmieliłem się wypowiedzieć – jakżeż ogromne z tego rodzą się zadania i zobowiązania! Czy do nich naprawdę dorastamy?

    2. Dane mi jest dzisiaj, na pierwszym etapie mojej papieskiej pielgrzymki do Polski, sprawować Najświętszą Ofiarę w Warszawie, na placu Zwycięstwa. Liturgia sobotniego wieczoru, w przeddzień Zesłania Ducha Świętego przenosi nas do wieczernika w Jerozolimie, w którym nazajutrz apostołowie – zgromadzeni wokół Maryi, Matki Chrystusa – mają otrzymać Ducha Świętego. Otrzymają Ducha, którego Chrystus im wyjednał przez krzyż, aby w mocy tego Ducha mogli wypełnić Jego polecenie. “Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28,19-20). W takich słowach Chrystus Pan przed swym odejściem ze świata przekazał apostołom swe ostatnie polecenie, swój “mandat misyjny”. I dodał: “A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20).

    Dobrze się stało, że moja pielgrzymka do Polski, związana z dziewięćsetną rocznicą męczeńskiej śmierci św. Stanisława, wypadła w okresie Zesłania Ducha Świętego oraz uroczystości Trójcy Przenajświętszej. W taki bowiem sposób mogę, dopełniając jakby pośmiertnie pragnienia Pawła VI, przeżyć raz jeszcze tysiąclecie chrztu na ziemi polskiej i wpisać tegoroczny Stanisławowy jubileusz w to tysiąclecie, z którego wzięły początek całe dzieje narodu i Kościoła. Właśnie uroczystość Zesłania Ducha Świętego oraz Trójcy Przenajświętszej szczególnie nas przybliża do tego początku. W apostołach, którzy otrzymują Ducha Świętego w dzień Zielonych Świąt, są już niejako duchowo obecni wszyscy ich następcy, wszyscy biskupi, również ci, którym od tysiąca lat wypadło głosić Ewangelię na ziemi polskiej. Również ten Stanisław ze Szczepanowa, który swoje posłannictwo na stolicy krakowskiej okupił krwią przed dziewięcioma wiekami.

    I są w tych apostołach i wokół nich – w dniu Zesłania Ducha Świętego – zgromadzeni nie tylko przedstawiciele tych ludów i języków, które wymienia księga Dziejów Apostolskich. Są wokół nich już wówczas zgromadzone różne ludy i narody, które przyjdą do Kościoła poprzez światło Ewangelii i moc Ducha Świętego w różnych epokach, w różnych stuleciach. Dzień Zielonych Świąt jest dniem narodzin wiary i Kościoła również na naszej polskiej ziemi. Jest to początek przepowiadania wielkich spraw Bożych również w naszym polskim języku. Jest to początek chrześcijaństwa również w życiu naszego narodu: w jego dziejach, w jego kulturze, w jego doświadczeniach.

    3. Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa.

    I dlatego Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię. Dzieje ludzi! Dzieje narodu są przede wszystkim dziejami ludzi. A dzieje każdego człowieka toczą się w Jezusie Chrystusie. W Nim stają się dziejami zbawienia.

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła. Otóż tego, co naród polski wniósł w rozwój człowieka i człowieczeństwa, co w ten rozwój również dzisiaj wnosi, nie sposób zrozumieć i ocenić bez Chrystusa. “Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus” (Piotr Skarga, Kazania sejmowe). Trzeba iść po śladach tego, czym – a raczej kim – na przestrzeni pokoleń był Chrystus dla synów i córek tej ziemi. I to nie tylko dla tych, którzy jawnie weń wierzyli, którzy Go wyznawali wiarą Kościoła. Ale także i dla tych, pozornie stojących opodal, poza Kościołem. Dla tych wątpiących, dla tych sprzeciwiających się.

    3. Jeśli jest rzeczą słuszną, aby dzieje narodu rozumieć poprzez każdego człowieka w tym narodzie – to równocześnie nie sposób zrozumieć człowieka inaczej jak w tej wspólnocie, którą jest jego naród. Wiadomo, że nie jest to wspólnota jedyna. Jest to jednakże wspólnota szczególna, najbliżej chyba związana z rodziną, najważniejsza dla dziejów duchowych człowieka. Otóż nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbe w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego jeszcze jednego i tego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus.

    Tysiąclecie chrztu Polski, którego szczególnie dojrzałym owocem jest św. Stanisław – tysiąclecie Chrystusa w naszym wczoraj i dzisiaj – jest głównym motywem mojej pielgrzymki, mojej dziękczynnej modlitwy wspólnie z wami wszystkimi, drodzy rodacy, których Jezus Chrystus nie przestaje uczyć wielkiej sprawy człowieka. Z wami, dla których Chrystus nie przestaje być wciąż otwartą księgą nauki o człowieku, o jego godności i jego prawach. A zarazem nauki o godności i prawach narodu.

    Księże Prymasie! Pragnę tę Najświętszą Ofiarę wspólnie z braćmi biskupami i kapłanami złożyć we wszystkich intencjach, które Wasza Eminencja wymienił na początku.

    W dniu dzisiejszym na tym placu Zwycięstwa w stolicy Polski proszę wielką modlitwą Eucharystii wspólnie z wami, aby Chrystus nie przestał być dla nas otwartą księgą życia na przyszłość. Na nasze polskie jutro.

    4. Stoimy tutaj w pobliżu Grobu Nieznanego Żołnierza. W dziejach Polski – dawnych i współczesnych – grób ten znajduje szczególne pokrycie. Szczególne uzasadnienie. Na ilu to miejscach ziemi ojczystej padał ten żołnierz. Na ilu to miejscach Europy i świata przemawiał swoją śmiercią, że nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie? Na ilu to polach walk świadczył oprawach człowieka wpisanych głęboko w nienaruszalne prawa narodu, ginąc “za wolność naszą i waszą”? “Gdzie są ich groby, Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej – i Bóg wie na niebie!” (Artur Oppman, Pacierz za zmarłych).

    Dzieje Ojczyzny napisane przez Grób jednego Nieznanego Żołnierza.

    Przyklęknąłem przy tym grobie, wspólnie z Księdzem Prymasem, aby oddać cześć każdemu ziarnu, które – padając w ziemię i obumierając w niej – przynosi owoc. Czy to będzie ziarno krwi żołnierskiej przelanej na polu bitwy, czy ofiara męczeńska w obozach i więzieniach. Czy to będzie ziarno ciężkiej, codziennej pracy w pocie czoła na roli, przy warsztacie, w kopalni, w hutach i fabrykach. Czy to będzie ziarno miłości rodzicielskiej, która nie cofa się przed daniem życia nowemu człowiekowi i podejmuje cały trud wychowawczy. Czy to będzie ziarno pracy twórczej w uczelniach, instytutach, bibliotekach, na warsztatach narodowej kultury. Czy to będzie ziarno modlitwy i posługi przy chorych, cierpiących, opuszczonych. Czy to będzie ziarno samego cierpienia na łożach szpitalnych, w klinikach, sanatoriach, po domach: “wszystko, co Polskę stanowi”. Skąd przychodzą te słowa? Księże Prymasie, tak głosi Akt milenijny, złożony przez ciebie i Episkopat Polski na Jasnej Górze: “wszystko, co Polskę stanowi”.

    To wszystko w rękach Bogarodzicy – pod krzyżem na Kalwarii i w wieczerniku Zielonych Świąt.

    To wszystko: dzieje Ojczyzny, tworzone przez każdego jej syna i każdą córkę od tysiąca lat – i w tym pokoleniu, i w przyszłych – choćby to był człowiek bezimienny i nieznany, tak jak ten żołnierz, przy którego grobie stoimy… To wszystko: i dzieje ludów, które żyły wraz z nami i wśród nas, jak choćby ci, których setki tysięcy zginęły w murach warszawskiego getta.

    To wszystko w tej Eucharystii ogarniam myślą i sercem i włączam w tę jedną jedyną Najświętszą Ofiarę Chrystusa na placu Zwycięstwa.

    I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:

    Niech zstąpi Duch Twój!
    Niech zstąpi Duch Twój!
    I odnowi oblicze ziemi.
    Tej Ziemi! Amen.

    Jan Paweł II

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Arcybiskup Sheen jest czysty” – najnowsze ustalenia w sprawie odwołanej przed laty beatyfikacji

    (Arcybiskup FULTON J. SHEEN w 1955 roku. Fot. Globe Photos, Inc / Zuma Press / Forum)

    ***

    Można powiedzieć, iż jeszcze żaden proces beatyfikacyjny nie został przeprowadzony tak skrupulatnie jak w przypadku arcybiskupa Fultona Sheena, i to z punktu widzenia prawa zarówno kanonicznego, jak i cywilnego. We wszystkich tych dochodzeniach nie znaleziono niczego, co mogłoby zatrzymać ten proces. Powiedział o tym w niedawnym wywiadzie dla Catholic News Agency ksiądz Jason Grey, przewodniczący Fundacji Fultona Sheena. Wyraził też przekonanie, że działania te potwierdziły heroiczność cnót sługi Bożego. Wyjaśnił ponadto, dlaczego na trzy tygodnie przed wyznaczoną już na grudzień 2019 datą beatyfikacji została ona nagle wstrzymana.

    Według księdza Greya, powodem tego było nowe prawo stanu Nowy Jork. Uchylało ono ograniczenia czasowe w sprawach dotyczących przestępstw seksualnych. W świetle zmienionych przepisów nie było wiadomo, czy nie pojawią się przypadkiem jakieś oskarżenia, o których do tego czasu niczego nie wiedziano. W tej sytuacji Stolica Apostolska postanowiła nie spieszyć się z ostateczną decyzją dotyczącą daty tej beatyfikacji – oświadczył kapłan.

    Duchowny przypomniał następnie, że jego Fundacja otrzymała pewne dokumenty, które mogłyby wzbudzić wątpliwości, czy biskup Fulton Sheen w sposób właściwy reagował na tego rodzaju sprawy w diecezji Rochester (którą kierował w latach 1966-1969). Jednakże po dokładnym przebadaniu tych materiałów i przedstawieniu ich Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych stało się jasne, że działał on zgodnie z prawem. Dlatego też ustalono wówczas datę jego beatyfikacji na 21 grudnia 2019 r. Ale pojawiły się wtedy nowe działania ze strony prokuratury w Nowym Jorku. – W rezultacie postanowiliśmy, że będzie roztropniej zawiesić tę sprawę – stwierdził ks. Grey.

    Beatyfikację arcybiskupa odłożono więc na czas nieokreślony. Aby jednak nie popadła ona w zapomnienie, Fundacja zatrudniła firmę prawniczą w Nowym Jorku, która współpracuje także z innymi diecezjami w tym stanie. – I obecnie, po dokładnym przepadaniu wszystkich związanych z tym tematem spraw, możemy udowodnić, że żadna z nich nie byłaby w stanie „zaszkodzić” arcybiskupowi – zapewnił szef Fundacji. Dodał też, że we wrześniu 2022 grupa wiernych z Peorii (diecezji, w której sługa Boży przyjął święcenia kapłańskie w 1919) udała się do Watykanu, aby przedstawić wyniki tych badań kardynałom: Marcello Semeraro – prefektowi Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych i Pietro Parolinowi – watykańskiemu sekretarzowi stanu.

    – Rzym stwierdził jasno, że nie widzi problemu w tej sprawie. Zastrzeżenia pochodzą jednak ze strony episkopatu amerykańskiego. Czekamy też na ostateczny raport nowojorskiej prokuratury, a ten jeszcze się nie ukazał. Do czasu, aż znikną te różne wątpliwości i prokuratura potwierdzi to, co my już dobrze wiemy i będzie jednomyślność wśród biskupów, musimy poczekać. Mam jednak pewność, że swój cel osiągniemy – stwierdził ks. Jason Gray.

    Peter (Fulton) John Sheen urodził się 8 maja 1895 w El Paso (diecezja Peoria w stanie Illinois) jako najstarszy z czterech synów w średniozamożnej rodzinie rolniczej. Rodzice byli bardzo pobożni i w tym duchu wychowali swoje dzieci, które odznaczały się przy tym dużą inteligencją. Przyszły biskup ukończył studia w St. Paul oraz na uniwersytetach w Waszyngtonie i Lovanium, na którym jako pierwszy Amerykanin uzyskał w 1923 Nagrodę im. Kard. J. Merciera za najlepszą rozprawę filozoficzną. Święcenia kapłańskie przyjął 20 września 1919 w Peorii, po czym pracował duszpastersko w swej rodzimej diecezji i jako wykładowca w Waszyngtonie.

    Szybko zasłynął jako znakomity kaznodzieja, rekolekcjonista, nauczyciel i wychowawca. W latach 1930-1950 wygłaszał wieczorne pogadanki religijne w radiu, a w latach 1952-1957 w telewizji. W szczytowym okresie jego audycji słuchało i oglądało ponad 30 milionów Amerykanów. Pod wpływem jego nauk nawróciło się wiele sławnych osobistości, w tym działacze komunistyczni, agnostycy, aktorzy, np. producent samochodów Henry Ford II czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler.

    W 1948 na ks. Sheena zwrócił uwagę ówczesny arcybiskup Nowego Jorku kard. Francis Spellman. Na jego wniosek Pius XII mianował 28 maja 1951 (sakra – 11 czerwca) 56-letniego wówczas kapłana biskupem pomocniczym archidiecezji. Wkrótce potem rozpoczął on cykl wspomnianych cotygodniowych programów telewizyjnych pt. Life is Worth Living cieszących się ogromną popularnością. Biskup mówił na żywo na różne tematy. Cykl ten trwał w latach 1951-1957 i 1961-1968.

    21 października 1966 Paweł VI przeniósł go na stolicę biskupią Rochester, którą Sheen kierował prawie 3 lata – do 6 października 1969. Gdy hierarcha na własną prośbę ustąpił z tego urzędu, papież obdarzył go godnością arcybiskupa tytularnego. Mimo przejścia na emeryturę hierarcha był nadal bardzo aktywny, pozostał znakomitym mówcą, którego nauki i kazania przyciągały tłumy. Zachowało się wiele nagrań z jego wystąpień. Napisał 66 książek – z których co najmniej 9 ukazało się też po polsku – i wiele artykułów. Tempa życia nie zwolnił nawet wtedy, gdy okazało się, że jest chory na serce.

    Podczas swej wizyty w Nowym Jorku w październiku 1979 św. Jan Paweł II odwiedził chorego arcybiskupa i nazwał go „wiernym synem Kościoła”. Fulton Sheen zmarł 9 grudnia tegoż roku w swej nowojorskiej kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. Ciało złożono w krypcie pod głównym ołtarzem katedry św. Patryka, skąd 27 czerwca 2019, na prośbę jego bratanicy Joan Sheen Cunningham przewieziono je do nowego grobowca w katedrze w Peorii.

    W 2002 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny. 28 czerwca 2012 roku Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót arcybiskupa, a 5 lipca 2019 Franciszek podpisał dekret uznający cud za jego wstawiennictwem. Na 21 grudnia 2019 wyznaczono datę jego beatyfikacji, ale 3 tegoż miesiąca biskup Peorii Daniel Jenky ogłosił „z wielkim ubolewaniem, że została ona przełożona na czas nieokreślony na wniosek biskupów”. Tymczasem katolicy amerykańscy nie przestali się modlić o rychłą beatyfikację swego sługi Bożego.

    źródło: KAI

    ___________________________________________________________________________

    Abp Fulton Sheen:

    Trwa apostazja serc!

    Nasz świat jest jak syn marnotrawny

    Arcybiskup Fulton Sheen, jako baczny obserwator rzeczywistości, zwrócił uwagę, że sednem wszystkich kryzysów, targających dzisiejszy świat – jest fakt, że ludzie odrzucili naukę Krzyża. W swojej książce „Krzyż i Kryzys” zawarł proroczą wizję upadku naszej cywilizacji – która niczym syn marnotrawny, porzuci całkowicie dobra Ojca i rzuci się w ramiona otchłani piekieł.  Istnieje jednak droga powrotu. Co jako społeczeństwo musimy zrobić, by na nią wejść?

    „Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko…” Oto słowa z Ewangelii, które są świadectwem, że apostazja serca postępuje stopniowo. Człowiek jeszcze nie traci kontroli nad sobą, gdy wprawdzie folguje przyjemnościom, ale nie jest opętany przez wady i grzechy.

    „Zabranie wszystkiego” zajęło młodzieńcowi kilka dni. Kiedy już wszystko zgromadził, wyruszył do obcego kraju. A naprawdę obcy jest jedynie ten kraj, w którym nie ma Boga. Dysponując bogactwem i ciesząc się dreszczem emocji wywołanym wyswobodzeniem się spod ojcowskiej władzy, młody człowiek początkowo ma wrażenie, że drzwi do wszystkich przyjemności świata stoją przed nim otworem.

    Są to jednak chwilowe rozkosze – przemijające szaleństwa z delirycznego snu marnotrawnego syna. Grzech i związane z nim przyjemności wystarczały tylko do tego, by go kusić, rozpalać wewnętrznie i psuć przez całe życie, ale nigdy do tego, by choćby na jeden dzień dać poczucie zadowolenia. Potrzeba kolejnych doznań nie znikała. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale satysfakcja z kolejnych przyjemności za każdym razem malała. Był jak człowiek, którego apetyt rośnie nieustannie, ale dostępne mu zapasy pożywienia nieustannie się kurczą. Grzech był obietnicą rozkoszy, a przyniósł tylko to, co rzeczywiście miał do zaoferowania: swoją odrażającą obecność.

    SYN MARNOTRAWNY TO ZACHODNIA CYWLIZACJA

    Moralne zastosowanie tej przypowieści jest oczywiste i wynika z samej jej treści. Możliwe jest jednak również poczynienie pewnych odniesień historycznych, w których zostają ukazane duchowe doświadczenia współczesnego świata. Można mianowicie przyjąć, że młodszym synem z przypowieści jest zachodnia cywilizacja. W XVI wieku udała się ona do duchowego ojca chrześcijaństwa, namiestnika Chrystusa, i poprosiła o swój udział w majątku, czyli o drogocenny kapitał mądrości i tradycji zebrany przez piętnaście wieków ciężkich doświadczeń, prześladowań i modlitw. Przez piętnaście stuleci ojciec duchowy przechowywał wspaniały kapitał pozostawiony przez Chrystusa, wzbogacony nauką apostołów, tradycją ojców Kościoła i syntezą scholastyków. Utrzymanie tego dziedzictwa nie zawsze było łatwe. Czasami trzeba było za nie zapłacić krwią, a nawet życiem. Chodziło, rzecz jasna, nie o majątek w złocie i srebrze, lecz o nieskończenie cenniejszy kapitał prawd Bożych, mówiących o natchnionym charakterze Pisma Świętego, o konieczności sakramentalnej komunii z Chrystusem, o potrzebie nieomylnego autorytetu, o boskiej naturze Chrystusa, o obecności Boga oraz o konieczności istnienia religii.

    Cywilizacja zachodnia, podobnie jak młodszy syn, cieszyła się darem wolności, który jest nierozerwalnie związany z człowieczeństwem. Mogła więc opuścić ojczysty dom i tak też zrobiła. Wziąwszy pod pachę dziedzictwo ważnych prawd religijnych, udała się do obcego kraju, gdzie nie musiała słuchać żadnych nakazów i poleceń duchowego ojca, a jedynie własnych kaprysów i zachcianek. W pierwszych chwilach nieskrępowanej swobody mówiono wyłącznie o niezależności. Dzieci cywilizacji zachodniej, które zerwały ze swoim duchowym ojcem, szczyciły się tym, że odrzuciły „łańcuchy Rzymu” i „niewolę dogmatów”. Zachłysnąwszy się poczuciem fałszywej wolności, cywilizacja zachodnia zaczęła wydawać pozostawiony jej w udziale duchowy spadek. W wielkim skrócie można powiedzieć, że historia ostatnich czterech stuleci jest historią trwonienia majątku czy też ojcowizny, którą Chrystus powierzył swojemu Kościołowi. Majątek ten nie stopniał w jednej chwili ani w jednym miejscu, ani też nie został przepuszczony z jedną grupą znajomych. Otrzymany w spadku kapitał szczuplał stulecie po stuleciu. Patrząc z perspektywy czasu, możemy dokładnie określić, kiedy zostały wydane poszczególne jego części. W XVI wieku zachodnia cywilizacja roztrwoniła wiarę w nieodzowność władzy.

    W XVII wieku roztrwoniła wiarę w Pismo Święte jako objawione słowo Boga. W XVIII wieku roztrwoniła wiarę w bóstwo Chrystusa, w konieczność łaski oraz w całą nadprzyrodzoną strukturę. W XIX wieku roztrwoniła wiarę w istnienie Boga jako Pana, Władcy i Ostatecznego Sędziego żywych i umarłych. W naszych czasach wydała ostatnie pieniądze – roztrwoniła wiarę w konieczność istnienia religii i powinność wobec Boga. Naprawdę roztrwoniła swój majątek, żyjąc rozrzutnie.

    Świadectwem duchowego upadku cywilizacji zachodniej są dwa bardzo ważne zjawiska: masowe odejście od Chrystusa i masowe odejście od Boga.

    (fragment pochodzi z książki „Krzyż i Kryzys” abpa Fultona Sheena, Wydawnictwo Esprit)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętaj o wielkiej sile Spowiedzi Świętej.

    Nie daj się zniechęcić! (okiem młodych)

    fot. AdobeStock.com

    ***

    Idziesz do konfesjonału?! Zwariowałeś?! Spowiedź to tylko formalność dla katolików, którzy grzeszą, ale wcale się zmieniają! Jest środkiem kontroli, aby religia utrzymywała władzę nad wiernymi. To przestarzały rytuał rodem z ciemnogrodu! Konfesjonał jest pełen hipokryzji, ludzie udają, że są lepsi, niż naprawdę. Do spowiedzi idą tylko słabe jednostki, dające sobą manipulować. Masz zamiar sprzedawać swoją prywatność jakiemuś facetowi w sukience? – tak oto nowoczesny, “oświecony” świat spogląda na Sakrament Spowiedzi. Czy istnieje uzasadnienie dla, jakże dziś popularnego, czarnego PR-u konfesjonałów? Sprawdźmy, jaka jest prawda.

    Pismo Święte i Tradycja Apostolska uczą, iż jednym z największych przymiotów Boga jest Miłosierdzie. Bóg, który jest Miłością, wzrusza się do głębi widząc nędzę grzesznika, dlatego w Swej dobroci odpuszcza mu grzechy i pociąga go ku Sobie dając mu życie wieczne. Daru zbawienia można doświadczyć właśnie dzięki odpuszczeniu grzechów.

    Kapłańska władza “kluczy”

    Niechaj nikt nie mówi: zgrzeszyłem w skrytości i Bóg sam jeden wie o tym, Jemu się też samemu przyznam. Inaczej, na próżno byłyby dane klucze Kościołowi – pisze św. Augustyn z Hippony. Kościół Katolicki w swym Katechizmie jednoznacznie wyjaśnia: Chrystus po swoim zmartwychwstaniu posłał Apostołów, by w Jego imię głosili „nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 47). Apostołowie i ich następcy pełnią tę „posługę jednania” (2 Kor 5,18), nie tylko głosząc ludziom przebaczenie Boże wysłużone nam przez Chrystusa i wzywając ich do nawrócenia i wiary, lecz także udzielając im odpuszczenia grzechów przez chrzest oraz jednając ich z Bogiem i z Kościołem dzięki władzy „kluczy” otrzymanej od Chrystusa: Kościół otrzymał klucze Królestwa niebieskiego, by dokonywało się w nim odpuszczenie grzechów przez Krew Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Dusza, która umarła z powodu grzechu, zostaje ożywiona w Kościele, by żyć z Chrystusem, którego łaska nas zbawiła. (KKK 981)

    Grzechy odpuścić może człowiekowi jedynie Bóg, tylko On ma bowiem taką władzę. Zechciał jednak owej mocy udzielić kapłanom: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. W piękny sposób pisze o tym św. Jan Chryzostom: Kapłani otrzymali władzę, jakiej Bóg nie dał ani aniołom, ani archaniołom… Bóg potwierdza w górze to wszystko, co kapłani czynią na ziemi.

    Czy spowiedź jest nam potrzebna?

    Biorąc pod uwagę autorytet Pisma Świętego i Tradycji, nie można mieć wątpliwości co do słuszności, konieczności i ważności posługi spowiedników, którym sam Bóg powierzył tę niezwykłą misję. Kościół Święty, świadom powagi rzeczy, na Soborze Laterańskim IV w 1215 r. zaliczył Spowiedź co najmniej raz w roku do obowiązków wynikających z Przykazań Kościelnych. Spójrzmy zatem uważniej na głębię Spowiedzi jako Sakramentu – widocznego znaku działania Łaski Bożej.

    Przyjęcie Bożego miłosierdzia w konfesjonale wymaga od człowieka uznania swoich win. Jednak Katechizm przypomina, iż Sakrament Spowiedzi polega nie tylko na oskarżaniu samego siebie przed kapłanem, co oczywiście jest bardzo istotne, ale stanowi również ścieżkę nawrócenia, pokuty, przebaczenia i pojednania. Jego celem jest “zmartwychwstanie duchowe”, przywrócenie człowiekowi Łaski Bożej, godności dziecka Bożego i zjednoczenie w przyjaźni ze Stwórcą. Skutkiem Spowiedzi jest również komunia z całym Kościołem – wszystkimi braćmi i siostrami w Chrystusie. Po wyspowiadaniu się człowiek godzi się z samym sobą i odrzuca ciężar grzechu, który oddzielał go od jego prawdziwej tożsamości, od człowieczeństwa i świętości. Szczera Spowiedź skruszonego penitenta staje się dla niego wielką pociechą duchową przynoszącą “pokój i pogodę sumienia”. Istotą Spowiedzi jest jednak przede wszystkim wybór drogi prowadzącej do życia. Grzesznik, który z wiarą przystępuje do Trybunału Miłosierdzia, poddaje się Bożemu osądowi już tu na Ziemi i niejako uprzedza czekający go na końcu życia ziemskiego sąd Boży. Katechizm, za św. Janem Ewangelistą, wskazuje nawet, iż dzięki Spowiedzi i pokucie człowiek „nie idzie na sąd” (J 5,24).

    Nie bójmy się być kochani!

    Spowiedź jest Sakramentem, którego najbardziej się obawiamy. Niemal każdego penitenta dopada strach przed duchownym zasiadającym w konfesjonale wywołany wstydem z powodu popełnionych grzechów. Zadajemy sobie pytanie, co spowiednik sobie o nas pomyśli, czy na pewno nikomu nie wyjawi naszych tajemnic lub nas srodze nie upomni. Obawy te są naturalne, jesteśmy ludźmi, znamy słabość naszej natury, dlatego też mamy powody, by powątpiewać w stałość cnót drugiego człowieka. Należy jednak przezwyciężyć lęk i zaufać Bogu, który ustanowił spowiedź dla naszego zbawienia. Dobrze jest pamiętać, że to sam Chrystus czeka na nas w konfesjonale – kapłan jest jedynie szafarzem Miłosierdzia, narzędziem w Boskich rękach.

    Kapłan, kiedy Mnie zastępuje, to nie on działa, ale Ja przez niego; życzenia jego są życzeniami Moimi. […] Pragnę, żebyś była wobec zastępcy Mojego tak szczera i prosta jak dziecko – mówi Chrystus św. Faustynie.

    Niezwykle poruszające fakty na temat istoty Spowiedzi Pan Bóg zdradził mistyczce Catalinie Rivas. Oto fragmenty opisu jej wizji:

    Widziałam, jak młoda kobieta siedziała podczas spowiedzi, jednak nie przed księdzem, a przed samym Jezusem. Nie widziałam księdza; to Jezus zajął Jego miejsce. Nasz Pan siedział bokiem do mnie, opierając brodę na dłoniach splecionych jak do modlitwy, i słuchał uważnie. […] po prawej stronie Jezusa i spowiadającej się kobiety, dostrzegłam Dziewicę Maryję […] Dwa bardzo wysokie anioły stały i każdy trzymając w dłoni włócznię, badawczo obserwowały otoczenie […] Były czujne i uważne, jakby strzegły Najświętszej Panny, która trwała stojąc z dłońmi złożonymi do modlitwy i patrzyła ku niebu, a anioły tymczasem wydawały się strzec całego miejsca. […] W pewnym momencie Jezus podniósł rękę, zatrzymując dłoń w pewnej odległości od głowy młodej kobiety. Jego cała ręka była pełna światła, od którego odchodziły złote promienie, okrywając kobietę największą wspaniałością i przemieniając ją. Zobaczyłam, jak stopniowo zmieniała się jej twarz, jak gdyby ktoś zdejmował z niej maskę… Widziałam, jak wcześniejsza harda twarz zmienia się w twarz inną, szlachetniejszą, słodszą i spokojniejszą. W chwili, kiedy Jezus udzielał rozgrzeszenia, Najświętsza Dziewica uklękła i pochyliła głowę, a wszystkie istoty, które były wokół niej, zrobiły tak samo. Jezus wstał, zbliżył się do kobiety i dopiero wtedy zobaczyłam księdza siedzącego tam, gdzie wcześniej był Jezus. Pan objął młodą kobietę i pocałował ją w policzek. Następnie obrócił się, objął księdza i jego również pocałował w policzek. W tej chwili wszystko wypełniło się intensywnym światłem, które, jak gdyby wznosząc się do sufitu, zniknęło w tym samym czasie, co moja wizja i znowu patrzyłam na znajdującą się przede mną ścianę. […]

    “Ojciec kłamstwa” nie daje za wygraną

    Watykan zachęca księży, aby ich zachowanie podczas posługi spowiedzi przypominało postawę miłosiernego ojca z przypowieści o synu marnotrawnym –  aby byli otwarci na wszystkich i wielkoduszni w udzielaniu Bożego przebaczenia. Jednak lewicowa propaganda widzi w takich wskazówkach nawoływanie księży do bycia “terapeutą”, a nie spowiednikiem. Spowiedź jest dla przeciwników Kościoła jednym ze sposobów przekazywania i utrwalania “toksycznych treści katolickiego nauczania”. Niektóre antyklerykalne portale często zamieszczają artykuły oczerniające sakrament Spowiedzi: Opowiadam się za zniesieniem spowiedzi, bo niczego dobrego nie wnosi, a ma bardzo dużo negatywnych skutków psychologicznych u najmłodszych. (…) Spowiedź z jednej strony wyrywa dzieci z dzieciństwa, a z drugiej utrzymuje dorosłych ludzi w stanie wiecznej niedojrzałości – możemy przeczytać w wywodach byłego księdza opublikowanych na portalu NaTematSpowiedź jest trywializowania, sprowadzana do rangi luźnej pogawędki: jedni wolą psychoterapeutę, inni spowiednika, do którego przychodzą, żeby pogadać i się poradzić… Z kolei oko.press stawia tezę, że “spowiedź dziecka jest źródłem cierpienia”, zaś pisząca o tym Sakramencie aktywistka LGBT nazywa ją “aktem wymuszania poczucia winy”.

    W tego typu artykułach ubolewa się nawet nad tym, że konfesjonał wymaga uklęknięcia, tak jakby zapomniano, że w Spowiedzi penitent ze skruchą wyznaje swoje grzechy przed samym Bogiem! Publikacje te pozwalają poznać smutną prawdę o tym, jak współcześnie postrzegana jest spowiedź  – nie jako spotkanie z żywym Bogiem, lecz jako przykry obowiązek wynikający ze “staroświeckich” tradycji. Dlaczego spowiedź tak bardzo przeszkadza wrogom Kościoła?

    Najsilniejszy egzorcyzm

    Mistyczka Catalina Rivas w następujący sposób relacjonuje swoje wizje dotyczące działania złego ducha zmierzające do tego, aby człowiek nie przystąpił do konfesjonału lub był nieodpowiednio przygotowany do Spowiedzi z powodu pokus i rozproszeń: […]nagle znalazłam się w kościele, przed grupą ludzi czekających w kolejce do spowiedzi. Moim oczom ukazało się wiele cieni, postaci o ludzkich ciałach i zwierzęcych głowach. Były one w trakcie łapania na lasso pewnego człowieka idącego do spowiedzi. Istoty zarzucały i okręcały sznury wokół jego szyi i czoła, jednocześnie szepcząc mu coś do ucha.

    Egzorcyści twierdzą, iż Sakrament Pokuty i Pojednania skuteczniej pozbawia szatana władzy nad duszami niż klasycznie pojmowane egzorcyzmy. O. Gabriele Amorth jest zdania, iż obrzędy te wydzierają szatanowi jedynie ludzkie ciało, podczas gdy dobrze odbyta Spowiedź skutecznie uwalnia z diabelskich szponów nieśmiertelną duszę.

    Z kolei ks. Piotr Glas, znany polski rekolekcjonista i autor książek niejednokrotnie podkreślał, że do wyspowiadanych grzechów szatan nie ma dostępu i nie może nas już za nie oskarżać, są one bowiem zgładzone przez Baranka, do którego je zanieśliśmy.

    Siła spowiedzi Świętej jest niezwykle potężna – dzięki niej ludzie wychodzą ze zniewoleń i nałogów, a osiągnięta w konfesjonale przyjaźń z Miłosiernym Ojcem owocuje poukładaniem relacji w rodzinie i uzdrowieniem życia zawodowego. Przede wszystkim Spowiedź daje możliwość przyjęcia najcenniejszego Daru – Komunii Świętej, która w sposób najdoskonalszy jednoczy z Chrystusem. Ważne, by przystępować do Spowiedzi regularnie, praktykując np. nabożeństwo Pierwszych Piątków Miesiąca, które, oprócz “standardowych” korzyści sakramentalnych, pozwalają na szczególne uczczenie Najświętszego Serca Jezusowego i wynagrodzenie Mu za zniewagi i bluźnierstwa.

    Zofia Michałowicz

    W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl

    Źródła:

    Katechizm Kościoła Katolickiego

    Ks. Tomasz Lewicki – Ewangelia Miłosierdzia. Orędzie Jezusa w przekazie Łukaszowym, Studia Płockie tom XXXVIII/2010

    Catalina Rivas – Tajemnica Spowiedzi i Mszy Świętej, Wyd. Vox Domini, Katowice 2019

    https://natemat.pl/466772,byly-ksiadz-nie-ma-watpliwosci-spowiedz-dzieci-jest-szkodliwa-wywiad – dostęp 01.08.2023

    https://oko.press/spowiedz-dziecka-jako-zrodlo-cierpien-polowa-z-nas-sie-bala-i-wstydzila-sondaz – dostęp 01.08.2023

    Św. Faustyna Kowalska – Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej

    ________________________________________

    Unde malum?

    Szatańskie korzenie ideologii III Rzeszy

    ***

    Czym jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i hańbą bolesną. I tym powinien być człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem i wstydem bolesnym. Te bulwersujące słowa pochodzące z “Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzschego dobrze ilustrują istotę polityki III Rzeszy odpowiedzialnej za śmierć wielu milionów niewinnych ludzi – Polaków, Żydów, Słowian, Romów… Obozy zagłady, komory gazowe, łapanki, rozłąka rodzin, tortury, pogarda, terror i bezczelna propaganda – oto jak Niemcy pod wodzą Adolfa Hitlera poszerzały swoją “Lebensraum”, która przecież “słusznie” należy się aryjskiej “rasie panów”.

    Wielu z nas, Polaków – potomków ofiar zbrodni niemieckich – zastanawia się dziś, gdzie nasi oprawcy zatracili swoje sumienia? Jak to możliwe, że spadkobiercy Bacha, Goethego, Brahmsa, czy Beethovena, zdołali pozbyć się odruchów litości i wydawać szokujące, barbarzyńskie rozkazy, nie okazując miłosierdzia nawet niemowlętom? Czy źródło tej piekielnej ideologii Hitlera i jego popleczników tkwi wyłącznie w ambicjach politycznych i niepohamowanej chciwości? Co jeśli problem zakorzeniony jest głębiej, na dnie ludzkich dusz? Niewątpliwie warto prześwietlić całe zagadnienie w poszukiwaniu metafizycznej genezy tej zbrodniczej ideologii.

    Z legend dawnej Germanii

    Wydawałoby się, że oparta na owianych tajemnicą eksperymentach, zaawansowanej inżynierii i wdrażaniu nowoczesnych technologii nazistowska potęga nigdy nie powróci do świata barbarzyńskiej, zacofanej i pogańskiej Germańszczyzny. Pozory mylą – rzeczywistość wykreowana przez Führera i jego podwładnych przesiąknięta była wierzeniami germańskimi i nordyckimi. Niemal spełniło się dziewiętnastowieczne proroctwo poety Heinricha Heinego, który w swym dziele „Historia Religii i Filozofii w Niemczech” wieszczył:

    Kiedy już raz zapewniający władzę talizman, Krzyż, pęknie na dwoje, dzikość dawnych wojowników, […] okrutna furia berserka, o której śpiewają północni poeci, […] ponownie wybuchnie […], to dawne kamienne bożki powstaną z milczących ruin i […] Thor ze swoim ogromnym młotem pojawi się i rozbije na kawałki gotyckie katedry.

    Powrót “do źródeł” miał oczywiście poważne, ideologiczne uzasadnienie – niektóre odłamy starogermańskiego, pogańskiego kultu bardzo mocno akcentowały kwestię czystości rasowej i tylko osoby o “niezbrukanej krwi” były godne przynależeć do wspólnoty i uczestniczyć w jej życiu religijnym. Dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym odzwierciedleniem tych zasad była rasistowska idea volkizmu głoszącego tzw. “predestynację narodów”, w której to Aryjczykom pisana jest wszechwładza i chwała, ponieważ, zgodnie z popularną wówczas pseudonaukową tezą o kształtowaniu duszy poprzez przyrodę, jest to rasa “zrodzona” przez żyzną ziemię, bujne lasy i zimne, północne powietrze, a przejawem ich wielkiej “czystości duszy” mają być m.in. jasna karnacja, niebieskie oczy i blond włosy.

    W odróżnieniu od “koczowniczych, pustynnych i wyjałowionych Żydów” są to “ludzie światła” – “Lichtmenschen”. Volkizm uzurpował sobie status poważnej, antropologicznej teorii adaptując na przykład heglowską koncepcję Volksgeista (Ducha Narodu) i ciesząc się pełną aprobatą cenionego filozofa Martina Heideggera. Nieustanne próby “naukowego” uwiarygodniania mitów miały stanowić jakoby zachętę dla Niemców do poparcia Hitlera, a wreszcie do walki w jego imię.

    Motorem napędowym tego typu działań były inspirujące dla władz III Rzeszy hasła pisarzy – mistyków, wielkich piewców nazizmu i rodzimowierstwa, których rolę w państwie można porównać do wpływu działającego dziś w Rosji Aleksandra Dugina. Wśród nich prym wiódł Guido von List – badacz i interpretator run, wyznawca wotanizmu (neopogański kult germańskiego boga wojny i magii Wotana, odpowiednika nordyckiego Odyna) i wskrzesiciel Zakonu Armanów (Arman / Irmin – tytuł godnościowy Wotana znaczący dosłownie “wschodzący” lub “niczym Słońce”).

    List niejako “wzbogacił” volkizm o praktyki neopogańskie, okultyzm i teozofię. Co ciekawe, to właśnie von List rozpropagował indyjską swastykę, a jego interpretacja run została przejęta przez narodowych socjalistów, którzy umieszczali magiczne symbole niemal wszędzie: w logo najrozmaitszych grup SS, na mundurach oddziałów SA, w oficjalnych dokumentach partyjnych, a nawet na nagrobkach, gdzie tradycyjny krzyż zamieniono na runę śmierci – “Todesrune” zbliżoną kształtem do odwróconego krzyża.

    “Duchowym dzieckiem” Guido von Lista, o ile można tak to nazwać, był niejaki Joseph Adolf Lanz, później Jörg Lanz von Liebenfels. Był to cysters – homoseksualista, który pod wpływem snu o rycerzu depczącym małpę, co według niego było alegorią panowania rasy aryjskiej nad innymi, postanowił zaciekle zwalczać “podludzi”.

    Oczywiście cystersi w krótkim czasie pozbyli się delikwenta ze swojego zgromadzenia. Parał się on magią, zgłębiał tajniki hermetyzmu, ezoteryki i gnozy. Jego pisma zdradzają szerokie zainteresowanie tradycjami starogermańskimi, już sam tytuł jego magazynu – “Ostara” odwołuje się do germańskiej bogini wiosny.

    Opętane przywództwo

    Nadal niewiele mówi się o Hitlerze w kontekście duchowości, a przecież towarzyszyła mu ona przez całe życie. Führer oficjalnie przedstawiany był jako katolik, co idealizowało go w oczach opinii publicznej, jednak prywatnie stronił od Kościoła, sakramentów i wypowiadał się niepochlebnie o Watykanie. Planował nawet uprowadzenie papieża Piusa XII w ramach operacji “Rabat”.

    Z chęcią natomiast gromadził kolejne wydania czasopisma “Ostara”, a będąc pod ich wrażeniem, osobiście spotykał się z Liebenfelsem. “Pan malarz”, jako przedstawiciel “kultury wyższej” uwielbiał operę – zwłaszcza tę mocarną, wagnerowską. Jego ulubionym dziełem kompozytora była tetralogia “Pierścień Nibelunga” gloryfikująca moc bogów i herosów germańskich. Słowem, bliżej mu było do pogaństwa, niż do chrześcijaństwa.

    Znacznie bardziej zaangażowany w “mistykę” był Heinrich Himmler – prawa ręka Hitlera. Kolekcjonował on książki o tematyce okultystycznej i spirytystycznej, wierzył w istnienie kosmicznego “fluidu”, moc rytuałów magicznych i run. Utrzymywał stałe kontakty z magami, uzdrawiaczami, czy hipnotyzerami. Wielce istotna była dla Himmlera filozofia orientu – buddyzm i jego pochodne, skąd zaczerpnął m.in. wiarę w reinkarnację. Dążył też do wprowadzenia powszechnie obowiązującej religii ezoteryczno – neopogańskiej opartej na kulcie Thora, Odyna i Lokiego, tępiąc jednocześnie chrześcijaństwo, co ostatecznie pozostało jedynie w jego sferze marzeń.

    Himmler tak silnie uzależniał swoje codzienne wybory od wyroków materii nadprzyrodzonej, iż utrzymywał przy sobie własnego mistrza magii, Karla Marię Wiliguta, szarlatana podającego się za potomka bogów z Asgardu. Za wskazaniem jego wróżby Himmler wybrał fortecę Wewelsburg na “bastion” SS, gdzie spotykali się najwyżsi rangą oficerowie. Na zamku odbywały się neopogańskie ceremonie, jak np. śluby. Ożywiono tam również bałwochwalczy kult czarnego słońca, o czym świadczy umieszczony na posadzce “Obergruppenführersaal” ogromny symbol “schwarze Sonne”.

    Warto wspomnieć, iż w 1935 r. Heinrich Himmler powołał do życia organizację „badawczą” Ahnenerbe. Jej celem było poszerzenie wiedzy na temat spuścizny duchowej Niemiec. Jej działalność na ogół polegała na grabieży dóbr kultury, starych pism, artefaktów, a także na pseudomedycznych doświadczeniach i obserwacji parapsychicznych seansów.

    Funkcjonariusze tej organizacji wyruszali w dalekie ekspedycje np. do Tybetu, gdzie dokonywano m.in. pomiarów czaszek tubylców po to, by wykazać, że twórcami cywilizacji i kultury od zarania dziejów byli protoplaści Niemców. Badacze Ahnenerbe, zafascynowani również folklorem fińskim, udali się do Karelii. Zespół pod kierunkiem fińskiego szlachcica Yrjö von Grönhagena zaznajomił się z lokalnymi czarownikami i wróżkami, np. Mironą – Aku, która wtajemniczała przybyszów w pogańskie rytuały, a niektóre z nich zostały zarejestrowane.

    Audi, vide, tace po nazistowsku

    Nader intrygująca wydaje mi się być kwestia relacji pomiędzy systemem nazistowskich Niemiec a strukturami masońskimi. W dniu 17 marca 1935 oficjalnie zdelegalizowano wolnomularstwo na terenie całej III Rzeszy. Jako że masoni zaadaptowali wiele zwyczajów judaizmu, zgłębiali żydowską kabałę i w swoich szeregach posiadali wielu Żydów, którzy mogli potajemnie spiskować na forum loży, naturalnym dla Hitlera było ich zwalczanie i odcinanie się od nich. Niemniej jednak, historycy z przekonaniem umieszczają wybrane postaci spod godła swastyki w szeregu członków tajnej, okultystycznej, para-masońskiej organizacji Thule założonej 1 stycznia 1918 r. Funkcjonowała ona jako ekspozytura powstałego 6 lat wcześniej Zakonu Germańskiego, który już wtedy ukartowywał zakulisowo wyssane z palca teorie o czystości rasowej, a wszystko to czynił w mrocznej, neopogańsko – okultystycznej aurze. Co najistotniejsze, Zakon wzorował się w swym ceremoniale na staropruskich lożach i sam skupiał ówczesne niemieckie związki masońskie.

    W 1916 r. do “Germanenorden” wstąpił związany z turecką masonerią obrządku Memphis – Misraim Rudolf von Sebottendorf – późniejszy przywódca Thule. Z jednej strony nie ukrywał zainteresowania teozofią Heleny Bławatskiej, alchemią, pismami różokrzyżowców i sufizmem – mistycyzmem islamskim. Z drugiej zaś fanatycznie podążał za nazistowską, pogańską myślą Lista i Liebenfelsa. Zdobyta przez niego wiedza tajemna znalazła uznanie w kręgu zrzeszonych w Thule, a należeli do niego z pewnością: Rudolf Hess, Heinrich Himmler, Alfred Rosenberg, Hans Frank i wiele innych prominentnych figur III Rzeszy. Historyk Nicholas Goodrick-Clarke twierdzi, że sam Hitler nigdy do Thule nie wstąpił, jednak polski badacz z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego dr Paweł Szuppe wymienia nazwisko Führera wśród członków tego Towarzystwa.

    Ależ właśnie to, co ofiarują poganie, demonom składają w ofierze, a nie Bogu – pisze Święty Paweł Apostoł w I Liście do Koryntian. Można zatem stwierdzić, iż reaktywowane przez niemieckich szaleńców pogaństwo było istotnie satanizmem.

    Oto w jaki sposób po raz kolejny diabeł zadrwił z człowieka. Dzieje zakochanych w pradawnych zabobonach Niemiec są wzorowym przykładem na to, że ludzie odwracający się od Chrystusa w stronę bożków gotują sobie i innym piekło na ziemi.

    Zofia Michałowicz

    W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szokujące dokumenty! Plan Hitlera dla Polski wciąż aktualny

    (PCh24.pl)

    ***

    Już w okresie drugiej wojny światowej Niemcy opracowali dokładny plan podporządkowania sobie terenów położonych za ich wschodnią granicą. Brutalna, masowa eksterminacja Polaków, Ukraińców czy Rosjan nie wchodziła w grę. Trzeba było poszukać „miękkich” rozwiązań, skutecznie wspomagających pomniejszenie niechcianych populacji. Postawiono zatem na promocję aborcji, rozdzielanie rodzin wskutek emigracji ekonomicznej, stłoczenie ludzi w miastach i „cichą sterylizację”. Tak osłabiane, niechciane narody miały się degradować do czasu, gdy pleniący się Niemcy będą mogli zastąpić „słabe” populacje.

    Politykę Niemiec wobec ludności na okupowanych ziemiach polskich najlepiej opisują dokumenty wytworzone w czasie drugiej wojny światowej przez wysokich niemieckich funkcjonariuszy. Nie do przecenienia jest w tej kwestii memoriał Traktowanie ludności byłych obszarów Polski z punktu widzenia polityki rasowej autorstwa doktora Erharda Wetzela i Günthera Hechta opublikowany na łamach „Zeszytów Oświęcimskich”.

    Nędza dla Polaków

    Problem Polski oraz jej ludności postrzegali autorzy dokumentu dwupłaszczyznowo: jako rasowo‑polityczny oraz narodowościowo‑polityczny.

    Rozpoczynają oni od dość dokładnej analizy polskiej populacji, próbując przedrzeć się przez – jak się okazało – rozbieżne polskie dane statystyczne dotyczące stanu polskiego społeczeństwa i liczby narodzin.

    Liczba urodzin wśród mas polskich wynosi, według niezgodnych zresztą z sobą polskich spisów ludności, jakieś 30 do 32 narodzin na 1000 mieszkańców rocznie, wśród masy żydowskiej trochę poniżej 30, wśród polskiej, jak również żydowskiej inteligencji poniżej 26. Niemcy mieli we wschodnich obszarach rolniczych ponad 25, częściowo do 30 narodzin, w Polsce środkowej i Prusach Zachodnich – Poznańskiem: na wsi około 20, w miastach przeciętnie poniżej 15 narodzin rocznie na tysiąc mieszkańców – czytamy w dokumencie.

    Niemcy dane skomentowali w dość jednoznaczny sposób, oceniając, że gdyby nie przesiedlenie Polaków z obszaru Rzeszy, to słuszne byłyby obawy, że polska ludność rozmnażałaby się dalej mniej więcej w tych samych rozmiarach jak przed wojną i dotychczasTo niebezpieczeństwo mogłoby jednak zostać usunięte, gdyby do kraju napłynęły nowe masy ludności i w ten sposób zwiększyłaby się gęstość zaludnienia. Już choćby dlatego, by przeszkodzić szybkiemu przyrostowi ludności tych terenów, przesiedlenie Polaków z obszaru Rzeszy w tę okolicę jest naglącą koniecznością.

    W okresie, gdy powstawał dokument, rozwiązanie kwestii organizacji prawno‑państwowej tak zwanej pozostałej części Polski nie było przesądzone. Jednakże Niemcy zakładali, że Polska – zamieszkana przez Polaków i Żydów – będzie w przyszłości pod dominującym wpływem Niemiec. Przy czym nie było wątpliwości, że są to nacje rodzajowo obce i nienadające się do zasymilowania. Stąd też uznano, że niemieckie państwo nie ma żadnego interesu w narodowym i kulturalnym podniesieniu i wychowaniu ani polskiej, ani żydowskiej ludności pozostałego polskiego obszaru.

    I ten problem Niemcy musieli jakoś rozwiązać. Proponowano dwa schematy działań. Obydwa rozwiązania polegały na tym samym założeniu: utrzymaniu Polaków i Żydów w jednakowy sposób na niskim poziomie życiowym i pozbawieniu ich wszelkich praw zarówno pod względem politycznym, jak narodowym i kulturalnym. Drugi wariant zakładał, że nieco lepiej traktowani będą Żydzi – mieliby oni otrzymać nieco więcej wolności w zakresie kulturalnym i gospodarczym, tak, że niektóre decyzje w sprawie zarządzeń administracyjnych i gospodarczych następowałyby przy współudziale żydowskiej ludności. Plan był taki, aby rękoma Żydów skrępować Polaków, a Żydom dać powód do ciągłych zażaleń i trudności.

    Aborcja i eugenika dla „podludzi”

    Niemców zupełnie nie interesował standard życia podbijanych nacji – byleby tylko był on na odpowiednio niskim poziomie. Zadbać należało wyłącznie o to, aby ewentualne choroby nie przenosiły się na teren Rzeszy. A jak Polacy i Żydzi będą korzystać z opieki lekarskiej, to już nikogo nie interesowało. Nie znaczy to jednak, że Niemcy nie byli zainteresowani stroną medyczną. Owszem, byli, a ich plan zakładał szeroki dostęp i promocję wszelkich środków ograniczających rozrodczość.

    Spędzenie płodu musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny. Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia. Rasowo‑higienicznych zarządzeń w żadnym razie nie należy popierać. Podobna polityka miała dotyczyć Żydów.

    Niemcy pracowali też nad metodami cichej sterylizacji. Doświadczenia w zakresie wykorzystania do tego celu promieni rentgenowskich prowadzone były w obozach koncentracyjnych. Opracowano specjalne, bezpieczne dla obsługi pomieszczenia, w których dokonywano próbnych sterylizacji poprzez naświetlanie jąder lub jajników. Metoda ta miała być skrycie wykorzystywana na masową skalę, ale wyniki eksperymentów uznano za mało satysfakcjonujące, szczególnie z uwagi na liczne skutki uboczne spowodowane przyjęciem nadmiernych dawek promieniowania. Jak w marcu 1942 roku pisał odpowiedzialny za wszelakie niemieckie programy masowej zagłady Victor Brack, te niedoskonałości eksperymentowanej metody narażały ją na dekonspirację.

    Skazani na zagładę

    O takich próbach w swoich zeznaniach z 10 stycznia 1947 roku wspomniał Rudolf Höss, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz‑Birkenau: Himmler kładł nacisk i przywiązywał wagę do wyszukania takiego sposobu sztucznego wywoływania bezpłodności, który działałby szybko, pewnie, mógł być przeprowadzany niespostrzeżenie i nadawał się do stosowania masowego. Pierwotny plan był taki, by płodności pozbawiać przestępców niekontrolujących swoich popędów oraz patologiczne grupy społeczne (pijaków, włóczęgów i tym podobnych). Osób takich nie obejmowała ustawa o zapobieganiu choremu dziedzicznie potomstwu, a ich rozmnażanie było uznawane za niecelowe. Niemcy nazywali to cichym rozszerzeniem tej regulacji. Plany poszły jednak dalej, bo Himmler zamierzał wykorzystać metodę Clauberga do zlikwidowania i biologicznego wyniszczenia narodu polskiego i narodu czeskiego.

    Stał on na stanowisku, że oba te narody należy usunąć z zajmowanych przez nie terytoriów, które należały organicznie do niemieckiej przestrzeni życiowej. Jeszcze przed objęciem władzy przez narodowy socjalizm planował on przesiedlenie obu tych narodów na wschód – zeznał Höss.

    Plany te nie były możliwe do przeprowadzenia w praktyce, stąd też Himmler godził się z tym, że Polacy i Czesi pozostaną w ramach niemieckiej przestrzeni życiowej, zorganizowani w formie zależnych od Rzeszy krajów wasalnych. Plan zakładał wytępienie wszystkich elementów, które nie chciałyby się podporządkować niemieckiemu zwierzchnictwu i kierownictwu. Właśnie temu celowi służyć miał sposób na wywoływanie bezpłodności testowany przez Clauberga na Żydówkach więzionych w Auschwitz.

    Kolejne ciekawe zapiski dotyczące polityki wschodniej Niemiec pochodzą z 2 października 1940 roku i zostały zawarte w tajnej notatce sygnowanej przez Martina Bormanna, przybocznego Führera. Sygnalizował on, iż Adolf Hitler zainteresowany jest pozyskiwaniem dla Rzeszy własności ziemskich. Chodziło o zapewnienie wyżywienia wielkim miastom. Prócz ziemi potrzebna była tania – i co ważne, sezonowa – siła robocza. Oczywiście robotnicy ściągani byliby z Polski, a po zakończeniu zbiorów – odsyłani z powrotem.

    Gdyby robotnicy przez cały rok pracowali w rolnictwie, wówczas sami zjedliby znaczną część tego, co zostało zebrane, a zatem jest całkowicie słuszne, ażeby z Polski przybywali do uprawy ziemi i do żniw sezonowi robotnicy – pisał Bormann. Bezwarunkowo należy baczyć, aby nie było żadnych polskich panów. Tam, gdzie istnieją, powinni – jakkolwiek może to brzmieć twardo – zostać wytępieni – ciągnął Bormann. Jak określił, Generalna Gubernia jest polskim rezerwatem, wielkim polskim obozem pracy. Polacy mają z tego korzyść, ponieważ utrzymujemy ich w zdrowiu, dbamy o to, ażeby nie wyginęli z głodu itd. Nigdy jednak nie wolno nam podnieść ich na wyższy poziom, gdyż wówczas staliby się anarchistami i komunistami – ostrzegał.

    Asymilacja albo eliminacja

    Taka wizja Polaka – jako najemnego, słabo opłacanego robotnika – znakomicie łączyła się z polityką osłabiania polskiej populacji. Jej tezy w piśmie z 12 grudnia 1941 roku do Centrali Przesiedleńczej w Łodzi wyłożył (bazując na elaboracie niewymienionego z nazwiska autora – honorowego członka służby bezpieczeństwa), Ernst Damzog, rezydujący w Poznaniu inspektor niemieckiej policji bezpieczeństwa, który zasłynął z masowych wysiedleń Polaków z Wielkopolski do Generalnego Gubernatorstwa.

    Damzog wskazywał, iż celem polityki państwa jest niszczenie odrębności życiowej obcych narodowości za pomocą odpowiednich środków stosownych do panującego ducha czasów. Rozwiązania były zasadniczo dwa: asymilacja lub eliminacja.

    Ludy pierwotne stosowały najczęściej tę ostatnią metodę. Jest to wprawdzie metoda twarda i brutalna, jednakże w ostatecznej konsekwencji prowadzi do naturalnego wyniku, polegającego na tym, że biologicznie silniejszy wchodzi w posiadanie większej przestrzeni życiowej – pisał Ernst Damzog.

    Wróćmy jednak do bardziej „cywilizowanych” metod. To na przykład planowe wysyłanie na roboty do Rzeszy w pierwszej kolejności żonatych Polaków i zamężnych Polek. Przez to bowiem rozrywa się rodziny, co spowoduje, przy dłuższym tam zatrudnieniu, wydatne zmniejszenie liczby urodzeń.

    Kolejną metodą była sterylizacja polskich warstw prymitywnych. Jak wskazano, postulatu tego oraz jego rezultatów nie można w żadnym wypadku porównywać ze skutkami metod eugeniki. Jak bowiem zauważono, ucisk gospodarczy, stosowany wobec prymitywnych warstw, nie przeszkodzi im w produkowaniu licznego potomstwa. Można więc położyć temu kres jedynie przez środki wypleniającePonieważ zaś warstwa ta najczęściej nie przedstawia w procesie pracy zbyt wielkiej wartości, można by, również z gospodarczego punktu widzenia patrząc, przyjąć odpowiedzialność za tę metodę. Oczywiście należałoby, stosując ją, zrobić szeroki użytek z pojęcia „chory dziedzicznie” względnie „społecznie niepotrzebny”. Rozchodzi się tutaj nie o negatywną metodę eugeniczną, lecz po prostu o sposób wyplenienia narodu.

    Zakładano, że warstwy wyższe, społecznie wartościowe można znacznie osłabić już w przeciągu kilku pokoleń, gdyż na skutek zarządzeń godzących w rodzinę i jej sytuację gospodarczą, warstwy te zawierałyby małżeństwa dopiero bardzo późno, a i potem zmuszone by były świadomie ograniczyć liczbę potomstwa.

    Osobą odpowiedzialną za realizację zagadnień rasowych i narodowościowo-biologicznych miał być lekarz urzędowy. Jego aktywność, jego zdolności i wiedza w tej niezmiernie ważnej życiowo dziedzinie nie będą ostatnim czynnikiem w kształtowaniu przyszłego, rasowego i narodowego oblicza okręgu Warty. Walka narodowościowa nie jest politycznym, lecz biologicznym zmaganiem, z którego zawsze wychodzi zwycięsko naród biologicznie silniejszy i życiowo dzielniejszy. Walka narodowościowa oznacza w swojej ostatecznej konsekwencji alternatywę: ty albo ja, a tym razem chcemy być tymi, którzy walkę poprowadzili lepiej.

    Niemcy oczywiście nie skupiali się tylko na sprawie polskiej, bo plan wschodni był znacznie szerszy. Pisał o nim doktor Wetzel w piśmie z 27 kwietnia 1942 roku.

    Polacy, których liczbę szacowano na 20–24 milionów, są najbardziej wrogo usposobieni w stosunku do Niemców, liczebnie najsilniejsi, a wskutek tego najniebezpieczniejsi ze wszystkich obcoplemieńców, których wysiedlenie plan przewiduje – diagnozował Wetzel. Jego zdaniem, Polacy są też narodem, który najbardziej skłania się do konspiracji. Niemniej jednak doktor Wetzel odżegnywał się od rozwiązania kwestii polskiej w sposób ostateczny, czyli poprzez masową eliminację.

    Tego rodzaju rozwiązanie kwestii polskiej obciążyłoby naród niemiecki na daleką przyszłość i odebrałoby nam wszędzie sympatię, zwłaszcza, że inne sąsiednie narody musiałyby się liczyć z możliwością, iż w odpowiednim czasie potraktowane zostaną podobnie. Moim zdaniem, musi zostać znaleziony taki sposób rozwiązania kwestii polskiej, ażeby wyżej wskazane polityczne niebezpieczeństwa zostały sprowadzone do możliwie najmniejszych rozmiarów – postulował.

    Bądźcie bezpłodni i nie rozmnażajcie się!

    Wetzel pisał też o rozwiązaniu problemu Rosjan i Ukraińców poprzez stosowanie opisanych już metod zmniejszających i osłabiających populację oraz sprowadzenie liczby urodzin do poziomu leżącego poniżej liczby niemieckiej. Niemcy chcieli utrzymywać w lepszej kondycji społeczeństwo ukraińskie, które miało być przeciwwagą dla Rosjan. Tu Wetzel postulował jednak ostrożność, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której to Ukraińcy zajmą miejsce Rosjan. Chodziło o „znośny” poziom rozmnażania.

    Aby ten cel osiągnąć, Wetzel postulował zaniechanie na terenach wschodnich wszelkich zachęt (stosowanych w Rzeszy) mających na celu zwiększenie liczby narodzin. Na terenach tych musimy świadomie prowadzić negatywną politykę ludnościową. Poprzez środki propagandowe, a w szczególności przez prasę, radio, kino, ulotki, krótkie broszury, odczyty uświadamiające itp. należy stale wpajać w ludność myśl, jak szkodliwą rzeczą jest posiadanie wielu dzieci.

    Zniechęcać też miały koszty, jakie powoduje posiadanie dzieci. Rozwijane miały być bowiem postawy konsumpcyjne, w myśl: ile więcej mogę mieć dla siebie, nie mając dzieci. Kobiety od ciąż miała odstraszać propaganda groźnych dla zdrowia porodów, która przy okazji napędzałaby zapotrzebowanie na środki zapobiegawcze. Przemysł produkujący tego rodzaju środki musi zostać specjalnie stworzony. Nie może być karalne zachwalanie i rozpowszechnianie środków zapobiegawczych ani też spędzenie płodu. Należy też w pełni popierać powstawanie zakładów dla spędzania płodu.

    Postulowano też kształcenie akuszerek i felczerek specjalizujących się w przeprowadzaniu sztucznych poronień. Ich wysoka fachowość miała wzbudzać zaufanie. Rozumie się samo przez się, że i lekarz musi być upoważniony do robienia tych zabiegów, przy czym nie może tu wchodzić w rachubę uchybienie zawodowej lekarskiej godności – wskazywano. Stawiano też na propagowanie dobrowolnej sterylizacji, niezapobieganie śmiertelności niemowląt – ba, wręcz postulowano, aby nie edukować matek w zakresie pielęgnacji niemowląt.

    Niemcy chcieli utrzymywać taką politykę do czasu, w którym oni sami byliby w stanie zasiedlić tereny wschodnie. Całkowite biologiczne wyniszczenie Rosjan nie może tak długo leżeć w naszym interesie, jak długo nie jesteśmy sami w stanie zapełnić tego terenu naszymi ludźmi. W przeciwnym bowiem razie inne narody objęłyby ten obszar, co również nie leżałoby w naszym interesie. Naszym celem przy wprowadzeniu tych środków jest tylko to, ażeby Rosjan o tyle osłabić, ażeby nie mogli nas przytłaczać masą swoich ludzi.

    Niemcy dążyli bowiem do niezagrożonego przewodnictwa na kontynencie europejskim.

    Marcin Austyn

     * * *

    Wykorzystane fragmenty dokumentów pochodzą z opracowania zawartego w „Zeszytach Oświęcimskich” nr 2 (1958), s. 43-50, publikowanych przez Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu.

    Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie Polonia Christiana

    ______________________________________________________________________________________________________________

    M. Patynowska: U Marii Simmy to dusze czyśćcowe szukają kontaktu, a w spirytyzmie - człowiek...

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    M. Patynowska:

    U Marii Simmy to dusze czyśćcowe szukają kontaktu,

    a w spirytyzmie – człowiek…

    Miłosierny Bóg sprawił, że możemy skrócić czas czyśćcowego oczyszczenia tym, którzy odeszli już do wieczności, ale ze względu na swoje nieodpokutowane grzechy i zaniedbania nie są jeszcze gotowi aby wejść do nieba.

    Jak wskazują słowa mistyków, oni nie zapominają o swoich dobroczyńcach. Odwdzięczają się tym wszystkim, którzy pomagają im dostać się do raju, czyli do miejsca prawdziwego, najdoskonalszego szczęścia, do miejsca spotkania z ukochanym Stwórcą oraz bliskimi.

    „ Musimy modlić się za dusze w czyśćcu. To niewiarygodne, co one mogą uczynić dla naszego duchowego dobra. ” Św. Ojciec Pio

    „ Często to, co przez Świętych w Niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu. ” Św. Katarzyna z Bolonii

    „ To, co ktoś dla dusz czyśćcowych czyni, czy modli się za nie, czy ofiaruje cierpienie, zaraz mu to wychodzi na korzyść i wtedy one są bardzo zadowolone, szczęśliwe i wdzięczne. Kiedy za nie ofiaruję moje cierpienie, wtedy one modlą się za mnie. ” Bł. Katarzyna Emmerich

    „ O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas. ” Św. Jan Maria Vianney

    „ Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych. Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na Sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą. ” Anna Maria Lindmayr

    Na koniec słowa Jana Pawła II, św. Faustyny i Pana Jezusa, które dodatkowo powinny nas zachęcić do tego aby nieść jak najwięcej pomocy przebywającym w czyśćcu.

    „ Modlitwa za zmarłych jest ważną powinnością, bowiem nawet jeśli odeszli w łasce i w przyjaźni z Bogiem, być może potrzebują jeszcze ostatniego oczyszczenia, by dostąpić radości Nieba. ” Jan Paweł II

    „ Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. ” Św. Faustyna (Dz.20)

    „ Wszystkie te dusze [w czyśćcu przebywające] są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się mojej sprawiedliwości; w twojej mocy jest im przynieść ulgę… O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha i spłacała ich długi mojej sprawiedliwości. ” Jezus Chrystus do św. Faustyny (Dz.1226)

    Gdy tylko możemy, to módlmy się za wszystkich pokutujących w czyśćcu, ONI CZEKAJĄ NA NASZĄ POMOC.
    „ Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen. “

    mp/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym są Msze święte gregoriańskie?

     

     fot.Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    *****

    Msze św. gregoriańskie wywodzą swoją nazwę od imienia papieża św. Grzegorza Wielkiego (540-604; papież od 590), którego Kościół liturgicznie wspomina 3 września, w dniu jego konsekracji na biskupa Rzymu.

    Kiedyś byłem świadkiem rozmowy pewnej kobiety z księdzem w zakrystii. Zapytała ona, czy może zamówić Mszę św. gregoriańską. Kiedy kapłan zapytał o imię i nazwisko zmarłego, za którego miałaby być odprawiana gregorianka, usłyszał: „Chciałam zamówić gregoriankę «w pewnej intencji»”. Od razu zorientowałem się, iż kobieta ta nie znała w pełni sensu odprawiania tzw. gregorianki. Cóż to za Msza św. Czy może być rzeczywiście sprawowana „w pewnej intencji”? Poruszam ten temat, ponieważ ostatnio jeden z wiernych zapytał mnie o cel i wartość Mszy św. gregoriańskich.

    Trochę historii

    Otóż Msze św. gregoriańskie wywodzą swoją nazwę od imienia papieża św. Grzegorza Wielkiego (540-604; papież od 590), którego Kościół liturgicznie wspomina 3 września, w dniu jego konsekracji na biskupa Rzymu. Reforma kalendarza liturgicznego przeniosła wspomnienie tego niezwykłego papieża z okresu Wielkiego Postu na pierwsze dni września, kiedy to został ogłoszony świętym Kościoła. Nazwano go „Wielkim”, ponieważ jest zaliczany do elitarnego grona czterech najwybitniejszych doktorów rzymskokatolickich. Jest to jedyny papież – oprócz Leona Wielkiego – któremu Kościół nadał tytuł „Wielki”. Pisaliśmy o nim w ubiegłorocznym, wrześniowym numerze Niedzieli Łowickiej.
    Msze św. gregoriańskie związane są z wydarzeniem, które miało miejsce z inspiracji tego świętego papieża. Grzegorz przed swoim wyborem na papieża był przełożonym założonego przez siebie w 575 r. klasztoru na wzgórzu Celio w Rzymie. W IV Księdze Dialogów Grzegorz stwierdza, że ofiara Mszy św. pomaga osobom potrzebującym oczyszczenia po śmierci (por. Patrologia Latina, 77, 416) i jako przykład podaje doświadczenie z życia swojego klasztoru.
    Po śmierci jednego z mnichów imieniem Justus, w jego celi znaleziono trzy złote monety, których posiadanie sprzeciwiało się regule życia zakonnego, przewidującej wspólne korzystanie z dóbr materialnych. Grzegorz, aby pomóc zmarłemu oczyścić się po śmierci z powyższego grzechu, polecił odprawienie za niego trzydziestu Mszy św. – każdego dnia jednej. Po trzydziestu dniach zmarły Justus ukazał się w nocy jednemu z braci, Kopiozjuszowi, mówiąc, że został uwolniony od wszelkiej kary. Kopiozjusz nic nie wiedział o odprawianych Mszach św. i gdy później ujawnił treść swojego widzenia, pozostali współbracia doszli do wniosku, że nastąpiło ono w trzydziestym dniu, kiedy odprawiano Msze św. za Justusa. Uznano to za znak, że Msze św. odniosły oczekiwany skutek (por. tamże, 420-421).
    Pod wpływem autorytetu Grzegorza – także jako biskupa Rzymu – zwyczaj odprawiania trzydziestu Mszy św. za osobę zmarłą zyskiwał swoje miejsce w praktyce religijnej Wiecznego Miata. W Europie rozprzestrzeniał się stopniowo, począwszy od VIII w., najpierw w klasztorach, potem także w innych kościołach.

    Znaczenie gregorianki

    Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że jeżeli chodzi o znaczenie Mszy św. gregoriańskich, to nie istnieje żadna oficjalna doktryna Kościoła związana z nimi. Powinny one być traktowane jako Msze św. za zmarłych, których zwyczaj jest tradycją przedgregoriańską, potwierdzoną oficjalnie przez Sobór Trydencki jako najbardziej skuteczny sposób modlitwy za osoby, które potrzebują oczyszczenia po śmierci. Natomiast praktyka odprawiania Mszy św. gregoriańskich znalazła swoje potwierdzenie przez Stolicę Apostolską dopiero w XIX w. (istniały wątpliwości zgłaszane przez niektórych teologów zwłaszcza w XVI i XVII w.) i to wyłącznie jako pobożny zwyczaj wiernych, oparty na ich przeświadczeniu, które nie jest sprzeczne z nauką Kościoła. W wypadku Mszy św. gregoriańskich mamy więc do czynienia tylko z przekonaniem wiernych, które wskazywało zawsze na szczególną skuteczność takich Mszy św. Podobnie jak pozostałe intencje mszalne ofiarowane za osoby zmarłe, są one prośbą o uwolnienie zmarłego od konsekwencji grzechu. Sama liczba trzydzieści nie może być nigdy łączona z gwarancją wybawienia od pokuty po śmierci. Człowiek poszukuje pewności dotyczącej losu zmarłych. Msze gregoriańskie nie mogą być jednak podstawą takiej gwarancji. Człowiek może zawsze prosić, ale tym, który wysłuchuje próśb, jest Bóg. Ostateczną wartość podobnych Mszy św. zna tylko On.

    Przepisy prawne

    Istnieją jednak szczegółowe regulacje kościelne dotyczące Mszy św. gregoriańskich, które określają liczbę Mszy św. na trzydzieści odprawianych w trybie ciągłym. Wyjątkami od tej reguły mogą być nieprzewidziane przeszkody, takie jak np. choroba kapłana lub celebracja (pogrzeb, ślub), której odprawienie jest danego dnia konieczne. W takich wypadkach cykl Mszy św. gregoriańskich zachowuje wartość, jaką Kościół z nimi łączy. W wypadku podobnych przeszkód cały cykl przesuwa się o ilość dni, których brakuje do pełnej liczby trzydziestu (por. Deklaracja Kongregacji Soboru z 24 lutego 1967 r.). Ponadto określa się jednoznacznie, że Msze św. gregoriańskie mogą być odprawiane za jednego tylko zmarłego, nigdy zaś zbiorowo za kilku zmarłych. Wskazuje się także, iż nie jest konieczne, aby podobne Msze św. były odprawiane zawsze przez tego samego kapłana lub przy tym samym ołtarzu (kościele). Ważna jest ciągłość dni. Same natomiast Msze św. mogą być sprawowane przez wielu księży i w wielu miejscach. I jeszcze jedno: dwie Msze św. gregoriańskie tego samego cyklu nie mogą zostać odprawione jednego dnia. Muszą to być dni po sobie następujące.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

  • MATKA BOŻA I ŚWIĘCI PAŃSCY – wrzesień 2023

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 września

    Święty Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Oświeciciel, biskup
    ***
    Święty Hieronim

    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.

    Święty Hieronim

    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej.
    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak, że miał wybuchowy charakter.

    Święty Hieronim

    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.
    Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca, w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego, lub w postawie siedzącej przy pulpicie. Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Św. Hieronim, rozkochany w Słowie Bożym

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Hieronim, rozkochany w Słowie Bożym

    Kościół wspomina dziś św. Hieronima. Pozostawił on po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy.

    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.

    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej. 

    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak, że miał wybuchowy charakter. 

    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przybliżył nam Pismo święte,

    byśmy znali Chrystusa – św. Hieronim

    Przybliżył nam Pismo święte, byśmy znali Chrystusa – św. Hieronim

    św. Hieronim – Follower of Joos van Cleve, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Święty Hieronimojciec Kościoła zachodniego, doktor Kościoła, którego wspominamy w liturgii 30 września. Zostawił nam dwie ważne rzeczy. Pierwsza, to „zdanie – klucz” do świata wiary: „Nieznajomość Pisma Świętego to nieznajomość Chrystusa“.  Druga, to „drzwi” przez, które należy wejść, czyli przekład Pisma Świętego zwany Wulgatą. A ten przez wieki uznawano za oficjalny tekst Biblii Kościoła katolickiego i nadal pozostaje ważnym punktem odniesienia.

    Miał być urzędnikiem, a został teologiem (badaczem Pisma Świętego), o którym mówi się „książę egzegetów”. Był porywczy, lubił pochwały i nie zawsze potrafił odpowiednio zachować się wobec innych. Z wielkiego świata – dworu papieskiego wyruszył do Ziemi Świętej, by przez lata wieść pustelnicze życie.

    „Miłuj Pismo Święte, a miłować cię będzie mądrość; miłuj je z czułością, a ono cię ochroni; czcij je, a otrzymasz jego pieszczoty. Niech będzie ono dla ciebie, jak twoje naszyjniki i kolczyki. (…) Miłuj wiedzę Pisma, a nie będziesz miłować przywar ciała” (św. Hieronim).

    Hieronim urodził się ok. 345-47 roku w Strydonie, niedaleko dzisiejszej Lubliany. Pochodził z katolickiej rodziny, ale ta choć zadbała o wykształcenie syna, to niekoniecznie o rozwój duchowy. Trzeba było czasu, aby zaczął dostrzegać głębię i wartość wiary. Dopiero po latach spędzonych na edukacji w Rzymie, wypełnionych różnorodnymi uciechami otrzymał chrzest z rąk papieża. A i to jeszcze nie oznaczało radykalnej zmiany w życiu młodzieńca.

    Po studiach Hieronim trafił na cesarski dwór do Trewiru, ale jak się okazało kariera urzędnicza nie była dla niego, ponieważ być może już tam podjął studia teologiczne. Powołanie dojrzewało. Następnie przebywając w Akwilei zgłębiał wiedzę o Biblii i dziełach chrześcijańskich pisarzy i podjął decyzję – został mnichem. Ku niezadowoleniu rodziny podobną drogę wybrali jeszcze jego siostra i brat.

    Ok. 373 roku Hieronim wyruszył do Jerozolimy. Życie ascety i rozwój naukowy były jego celem. Niestety stan zdrowia zatrzymał go w Antiochii. Kiedy wyzdrowiał, udał się na Pustynię Chalcydycką. Pościł, umartwiał się, modlił, pracował nad różnymi przekładami i czytał Pismo Święte. Jednakże dla rozsmakowanego w dziełach filozofów i pisarzy starożytnych pustelnika było to pewnym wyzwaniem i dopiero w czasie choroby, kiedy doświadczył dramatycznej w przebiegu wizji sądu i usłyszał „że jest bardziej cyceronianinem nie chrześcijaninem” jego serce w pełni otworzyło się na badanie Słowa Bożego. Hieronim w tym czasie doskonalił znajomość greki, uczył się hebrajskiego czy nawet syryjskiego, co w przyszłości okazało się wielce przydatne.

    Św. Hieronim - Pieter van Mol, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commonsśw. Hieronim – Pieter van Mol, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Po powrocie do Antiochii Hieronim, krótko po przyjęciu święceń kapłańskich, co nastąpiło w 377 roku, kiedy miał już ponad 30 lat, wyruszył do Konstantynopola. Tam był świadkiem obrad soboru, słuchał nauk wybitnych teologów chrześcijańskiego wschodu. Pracował też nad kolejnymi przekładami różnorodnych tekstów – doskonalił warsztat.

    W roku 382 dotarł do Rzymu. Doceniając jego umiejętności papież Damazy uczynił go osobistym sekretarzem oraz doradcą. I to właśnie ten papież powierzył mu „zadanie życia”.  Św. Hieronim, rozpoczął prace nad czymś czego Kościół bardzo potrzebował – zamiast rożnych starołacińskich wersji – jednolitego tekstu Biblii. Zabrało mu to blisko ćwierć wieku – pracował przecież nad tekstem, gdzie “nawet kolejność słów jest tajemnicą” (św. Hieronim).

    W Stolicy Piotrowej Hieronim pracował nad Nowym Testamentem, był też przewodnikiem duchowym szlachetnych dam, a także znajdował czas na intensywne życie wśród elit miasta. A jego marzenia i ambicje być może sięgały nawet… papieskiego tronu. Po śmierci Damazego jednak, to nie na niego padł wybór i Hieronim, uwikłany w różne konflikty, wyruszył, przez Egipt, do Ziemi Świętej. Dotarł tam i zamieszkał w grocie, w Betlejem. Powrócił do wcześniejszych doświadczeń – życia ascety.

    „Rzucałem się do stóp Jezusa, oblewałem je łzami, ocierałem je włosami i umartwiałem krnąbrne i nieposłuszne ciało długotrwałym postem. (…) Unikałem nawet swej celi, która była świadkiem myśli moich. Rozgniewany na siebie, puszczałem się w głąb pustyni. Dostawszy się w wąwóz lub do jaskini, znów się modliłem i chłostałem ciało, póki burza nie minęła” (św. Hieronim).

    Wyplatał wiklinowe kosze, pracował w ogrodzie, dzielił czas między pracę charytatywną, organizował klasztory i oczywiście kontynuował pracę nad tłumaczeniem Pisma Świętego. Pisał też do niego komentarze. Jego spuścizna jest bardzo bogata i różnorodna. Pozostawił nam przekłady dzieł Ojców Kościoła, żywoty autorów chrześcijańskich, mnichów czy też szczególnie cenną twórczość epistolarną. Ta tylko w części odnosi się do samego autora, pokazuje jego charakter czy emocje, ale w rzeczywistości jest to zbiór rozpraw o problemach ówczesnego świata.

    Po Hieronimie pozostały też dzieła, które pokazują jego zaangażowanie w walkę z herezjami.  

    „Wrogowie Kościoła są i mymi wrogami. Pies szczeka w służbie swego pana; czemuż bym ja nie miał przemawiać w obronie swego Boga? Umierać mogę, milczeć nie umiem.” 

    Św. Hieronim zmarł 30 września 419 lub 420 roku. Jego relikwie spoczywają w Rzymie. W ikonografii przedstawiany jest jako pokutnik albo wycieńczony postem starzec w przepasce na biodrach. Choć kardynałem być nie mógł, pojawia się też w kapeluszu kardynalskim, co odnosi się do jego funkcji sekretarza papieskiego. Atrybuty świętego to: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd. Jest patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Święty Hieronim – patron miłośników

    Pisma Świętego

     

    Św. Hieronim ze Strydonu

     św. Hieronim ze Strydonu/Wikipedia.org

    ***

    Dnia 30 września w kalendarzu liturgicznym obchodzone jest wspomnienie św. Hieronima, doktora Kościoła, patrona biblistów, archeologów, tłumaczy, ale także – o czym pamięta niewielu – uczniów i studentów. Jest to postać niezwykła, fascynująca, będąca przykładem doskonałego połączenia wiary z nauką, życia duchowego z życiem intelektualnym.

    Św. Hieronim urodził się w 347 r. w Strydonie. Była to miejscowość położona w Imperium Rzymskim, w rejonie dzisiejszej granicy Słowenii i Włoch. W roku 360 młody Hieronim przybywa do stolicy ówczesnego świata antycznego, do Rzymu, aby podjąć naukę gramatyki, retoryki i literatury świeckiej. Pięć lat później przyjmuje chrzest. W 367 r. udaje się do Trewiru, gdzie powoli budzi się jego fascynacja teologią i życiem kontemplacyjnym. W 373 r. rusza na wschód i osiada na dwa lata w jednym z najważniejszych miast świata starożytnego, w Antiochii Syryjskiej. Właśnie w tym miejscu Hieronim ostatecznie podejmuje decyzję, aby skupić się na studiowaniu Pisma Świętego. Jego pragnienie życia mniszego powoduje, że ok. 375 r. udaje się na pobliską pustynię, by wieść samotne życie mnicha. Po powrocie do Antiochii, w roku 378, otrzymuje święcenia kapłańskie. Kolejnym jego krokiem jest Konstantynopol, najważniejsza metropolia wschodniej części Imperium Rzymskiego, niezwykle ważny ośrodek życia politycznego i religijnego. W tym mieście spotyka wybitnych teologów chrześcijańskiego wschodu, m.in. Grzegorza z Nyssy. Jak podkreślają biografowie św. Hieronima, lata spędzone na wschodzie były okazją do zapoznania się z myślą biblijną, pismami Ojców Kościoła i nauką greki oraz hebrajskiego. W 382 r. wraz z biskupem Paulinem przybywa do Rzymu na synod. Papież Damazy zafascynowany jego znajomością Pisma Świętego i języków biblijnych zatrzymuje go w Rzymie oraz mianuje swoim sekretarzem. Właśnie wtedy papież zachęca Hieronima do przygotowania nowego wydania Biblii w języku łacińskim, którym porozumiewano się w Imperium Romanum. Publikacja tego nowego przekładu Pisma Świętego stała się głównym celem działalności naukowej bohatera niniejszego artykułu. Należy pamiętać, że w świecie chrześcijaństwa zachodniego do IV wieku istniało wiele różnej jakości tłumaczeń Starego i Nowego Testamentu na język łaciński. Jeśli chodzi o Stary Testament, najczęściej były to przekłady z tzw. Septuaginty, czyli Biblii przetłumaczonej na język grecki w III-II wieku przed Chr., którą posługiwał się Kościół pierwotny. W tym kontekście rodziła się potrzeba nowego, jednolitego dla Kościoła zachodniego wydania Biblii. Po śmierci papieża Damazego w 384 r. Hieronim przenosi się do Ziemi świętej i osiada w Betlejem. Do dziś pielgrzymi nawiedzający Bazylikę Narodzenia mogą zejść do groty, w której według tradycji pracował nasz bohater. Św. Hieronim organizuje w mieście, w którym narodził się Chrystus, życie mnisze i jednocześnie cały czas trudzi się nad nowym wydaniem Pisma Świętego. Nowy Testament zostaje ukończony jeszcze w Rzymie, zaś przekład Starego Testamentu trwa ok. 14 lat. Hieronim tłumaczy tekst biblijny, korzystając z oryginałów zapisanych w językach hebrajskim, aramejskim i greckim oraz z ważnych tłumaczeń greckich i łacińskich. Owocem jego pracy jest Biblia łacińska zwana Wulgatą. Umiera w roku 420 w Betlejem.

    Właśnie tę Wulgatę św. Hieronima przekłada w XVI wieku na język polski jezuita Jakub Wujek, wydając w ten sposób jedno z najważniejszych dzieł polskiej literatury, kształtujące naszą kulturę i język religijny przez wieki, aż do lat 60. XX wieku, kiedy to ukazuje się Biblia Tysiąclecia.

    Doskonałym podsumowaniem naszych rozważań nt. św. Hieronima niech będą słowa jego ucznia, Gennadiusza: „Zrodziło go miasto Strydon, sławny Rzym wykształcił, przechowuje matka żywicielka Betlejem, a duszę jego przyjęły przybytki niebieskie”.

    Piotr Goniszewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 września

    Święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

    Zobacz także:
      •  Święty Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter
      •  Błogosławiony Ludwik Monza, prezbiter
      •  Rachela, żona Jakuba
    ***
    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    Archanioł Michał depcze bestię

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.
    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.
    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.
    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.
    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).
    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowej Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.
    W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi wolę Bożą

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.
    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.
    W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.
    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.
    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.
    W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Prawda o aniołach – integralna część wiary chrześcijańskiej

    Z cyklu “Poszukiwania w wierze”

    W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

    To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że — jak powiada ostatni sobór — człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

    Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich — wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga — zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

    Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

    Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

    Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

    „Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” — woła Psalmista (Ps 138,1). I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (…), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” — czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

    W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia (Dz 5,19n; 12,7—11). Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii (Dz 8,26). Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Czyż nie są oni wszyscy — czytamy w Liście do Hebrajczyków — duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (1,14)

    Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o aniołach, ale ich istnieniem praktycznie się nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest — powtórzmy to jeszcze raz — centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

    Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby cało-osobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia (Tb 12,16 nn). W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon” (Ap 22,9). Tę anielską pokorę znakomicie oddaje wiersz Konopnickiej pt. Angelus, w którym anioł, zwiastujący Wcielenie, stanowi dla uczonego materialisty ostatnią nitkę do utraconego wymiaru, gdzie można znaleźć Boga.

    Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

    Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

    W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie — powiedział kiedyś św. Bazyli — tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

    Dawne wieki pozostawiły nam wiele świadectw tej intuicji. Tu nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem rozbrajająco naiwnej opowiastki, przekazywanej w legendach dominikańskich: „W jednym z klasztorów Lombardii było dwóch pobożnych braci, którzy przechadzali się rozmawiając o Bogu. Wówczas pewien starzec zakonnik zobaczył przez okno, że nad głowami owych braci unoszą się aniołowie i wzniósłszy ręce w niebo, błogosławią Boga. Kiedy jednak rozmowa tych braci zwróciła się ku rzeczom niepotrzebnym i bezmyślnym, aniołowie przedziwnie się zagniewali i porzucili ich, zatykając sobie nosy. Natychmiast nad głowy owych braci nadciągnęło stado czarnych wieprzy, które smrodziły na nich i straszliwie ryczały. Wreszcie bracia znów zaczęli rozmawiać o Bogu i zaraz wieprze zniknęły, przystąpili zaś aniołowie, chwaląc Boga i obmywając braci z nieczystości”.

    Opowieść ta jest rzeczywiście bardzo naiwna. Ale może warto się zastanowić nad zawartą w niej intuicją? Może prawdy o aniołach należy szukać nie tyle poprzez zwiększenie zainteresowań tą problematyką, ale właśnie poprzez odnowę życia? Adam Asnyk chyba miał rację, kiedy pisał, że śpiewy anielskie słyszą „tylko ci, którzy toną w wielkiej miłości pragnieniu”. Zaś według legend franciszkańskich, „pycha brata Eliasza niegodna była rozmawiać z aniołem”.

    Jeszcze jedno dość ważne pytanie: Co sądzić o pojawiającym się w naszej mowie codziennej, a częstym zwłaszcza w poezji motywie podobieństwa i upodabniania się ludzi do aniołów?

    Czy nie jest to dowolność, wprowadzająca zamęt w religijną prawdę o aniołach? Zwłaszcza trzy przymioty ośmielają do porównania człowieka z aniołem. Po pierwsze, dobroć i współczujące pochylenie się nad cierpiącym i bezradnym. Po wtóre, ta postać czystości, dzięki której człowiek osiąga jakąś transcendencję wobec ciała i różnych potrzeb, i ambicji tylko doczesnych (por. marzenie Słowackiego, żeby zjadacze chleba przetworzyli się w aniołów). Po trzecie, do anioła porównuje się również zwiastuna Dobrej Nowiny.

    Czy wolno nam stosować takie porównania i symboliczne identyfikacje? Ależ tak! Obiecano nam przecież równość z aniołami, a stanie się to wówczas, kiedy już ostatecznie i w całej pełni otrzymamy nieśmiertelność i synostwo Boże. W życiu przyszłym „już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,36). Ziarna zaś nieśmiertelności i synostwa Bożego nosimy w sobie już teraz. W paralelnych tekstach Mateusza i Marka (Mt 22,30; Mk 12,25) nauczyciele Kościoła jednozgodnie odczytywali sugestię, że szczególne podobieństwo do aniołów osiąga się przez celibat, pojmowany jako zdobywanie transcendencji wobec swojej seksualności.

    Toteż nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła — mówi święty papież Grzegorz Wielki w Homilii 6,6 — również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was — o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba — prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

    Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (3,49). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

    Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu (Wj 12,23), w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (Dn 13,55 i 59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom:

    Niech będą jak plewa na wietrze,

    gdy będzie ich gnać anioł Pana.

    Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

    gdy anioł Pana będzie ich ścigał. (Ps 35,5n)

    A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli — obrońców dobra i mścicieli zła — wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

    Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

    Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam — przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie — swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.

    o. Jacek Salij.OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak anioły pomagają w modlitwie o uwolnienie?

    Jak anioły pomagają w modlitwie o uwolnienie?

    (fot. cathopic.com)

    ***

    Często w czasie modlitwy o uwolnienie modliliśmy się za pośrednictwem Maryi – zapraszaliśmy ją i prosiliśmy o to, żeby przyprowadziła także aniołów ze swojego orszaku. Co się działo?

    Zwróćmy uwagę, w jaki sposób archanioł Gabriel wita się z Maryją. Ten potężny anioł, gdy się objawia, budzi lęk i grozę. Gdy prorok Daniel zobaczył archanioła Gabriela, przypłacił to dłuższą chorobą. Gabriel znaczy przecież „Bóg jest mocny”, a z Bożą mocą nie ma żartów. Z kolei Zachariasz, gdy wszedł w kontakt z archaniołem Gabrielem, na pewien czas zaniemówił. A jak było z Maryją? Otóż to właśnie Ona usłyszała od Gabriela: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski. Nie bój się, Maryjo”. To jest zupełnie inna relacja. Wcześniej – doświadczenie potężnej mocy, teraz – moc uniżonej pokory.

    Pytanie o stosunek aniołów do Maryi jest bardzo ciekawe. Są tacy Aniołowie Stróżowie, których podopieczni definitywnie odwracają się od Boga – konsekwentnie mówią mu „nie”. Świadomie i dobrowolnie zmierzają ku życiu bez Boga – ścieżką potępienia. Co dzieje się wtedy z Aniołem Stróżem takiego człowieka? Jeżeli chodzi o jego stan – nie cierpi, ponieważ w Bogu jest doskonale szczęśliwy. Uważa się jednak, że Anioł Stróż, który niejako „traci” swego podopiecznego, jest zapraszany
    do orszaku Maryi. Jakby po „niepowodzeniu” swojej misji w rekompensacie otrzymuje to, że jest jednym z aniołów, którzy tworzą orszak Maryi. Nie wiem, ile jest w tej opowieści prawdy, ale ta intuicja jest mi bardzo bliska.

    W tej relacji aniołów względem Maryi jest coś służebnego, trochę opiekuńczego, ale i synowskiego. To się składa na obraz wielkiej czułości.

    Maryja? Królowa Aniołów!

    Pamiętam, że wielokrotnie w czasie modlitwy o uwolnienie modliliśmy się za pośrednictwem Maryi – zapraszaliśmy ją i prosiliśmy o to, żeby przyprowadziła także aniołów ze swojego orszaku. Zastanawiające, co się wówczas na tych modlitwach działo, jak bardzo mocno objawiała się wówczas Boża obecność. Czasami mieliśmy wręcz namacalne wrażenie, że przychodzi Maryja – przychodzi ze swymi aniołami, otaczają modlących się. Duchowe wojsko zstępujące razem ze swoją Królową. To są obrazy obciążone ludzkim sposobem myślenia, ale mają w sobie coś głębokiego, niebanalnego.

    Niewątpliwie jest tak, że miejsce Maryi w świecie anielskim jest wyjątkowe. Jest nawet nazywana Królową Aniołów. Wypowiadamy to wezwanie w litanii loretańskiej. Oczywiście nie chodzi o to, że Maryja zastępuje Boga, bo tak nie jest. Widzimy jednak bardzo wyraźnie, że Maryja, będąc człowiekiem, ma wśród stworzeń szczególne, wybrane miejsce. Aniołowie, którzy co do natury są od niej bardziej doskonali, w szczególny sposób są jej poddani. W tej relacji aniołów względem Maryi jest coś służebnego, trochę opiekuńczego, ale i synowskiego. To się składa na obraz wielkiej czułości. Myślę, że obecność Maryi w tej przestrzeni wszechświata, wśród aniołów, napełnia wszechświat niezwykłym ciepłem. Jak wielka miłość wybrzmiewa w słowach Gabriela, który mówi do Maryi: „Raduj się, pełna łaski”. Nie zwraca się do Niej najpierw po imieniu: „Maryjo”, ale mówi: „pełna łaski”. Tak się wita z królową. Jest w tym coś bardzo poruszającego.

    Pamiętam, że wielokrotnie w czasie modlitwy o uwolnienie modliliśmy się za pośrednictwem Maryi – zapraszaliśmy ją i prosiliśmy o to, żeby przyprowadziła także aniołów ze swojego orszaku. Zastanawiające, co się wówczas na tych modlitwach działo, jak bardzo mocno objawiała się wówczas Boża obecność.

    Dlaczego Maryi objawił się właśnie Gabriel?

    Ten potężny archanioł, „Bóg jest mocny”, który przy zwiastowaniu mówi Maryi, że moc Najwyższego Ją ocieni. W Ewangelii według św. Łukasza czytamy o tym, jak się dokona wcielenie Jezusa. Maryja pyta: „Jakże to się stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1,34). I Gabriel jej odpowiada: „moc Najwyższego osłoni cię” (Łk 1,35), dosłownie: „rozwinie nad tobą namiot”. Ta ocieniająca, osłaniająca Boża moc to coś, z czego my także możemy korzystać.

    W niektórych tekstach o aniołach pojawia się taka intuicja, że archanioł Gabriel prawdopodobnie był albo Aniołem Stróżem Maryi, albo szczególnym opiekunem Świętej Rodziny. To oczywiście tylko domysły, choć bardzo ciekawe. Gabriel miał też inne misje, ale być może ten potężny archanioł był również Aniołem Stróżem Maryi, Jej bezpośrednim opiekunem, może stąd ta szczególna więź między nimi?

    * * *

    Fragment książki “Sekretne życie aniołów” A. Bańki (Wyd. RTCK)

    Aleksander Bańka/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Europę przecina tajemnicza linia, która łączy 7 sanktuariów.

    Czym jest miecz św. Michała Archanioła?

    Europę przecina tajemnicza linia, która łączy 7 sanktuariów. Czym jest miecz św. Michała Archanioła?

    Michał Archanioł | fot. Depositphotos

    ***

    Siedem sanktuariów związanych z Michałem Archaniołem tworzy na mapie Europy tajemniczą linię. Łączy ona Irlandię z Izraelem i według legendy jest śladem po uderzeniu miecza, którym najpotężniejszy z archaniołów strącił szatana do piekła.

    Trudno o bardziej wymowny symbol. Tajemnicza linia przecinająca Europę, łącząca siedem kościołów związanych z Michałem Archaniołem. A jednak to prawda. Kościoły i klasztory, w których wierni oddają cześć najpotężniejszemu z archaniołów rzeczywiście ułożone są w jednej linii. Przecina ona niemal cały kontynent – od niegościnnego wybrzeża Irlandii, przez brytyjską Kornwalię, Kanał La Manche i alpejskie szczyty, aż do słonecznego wybrzeża Morza Śródziemnego. Tworzy ją siedem sanktuariów, położonych w sześciu krajach:

    • Skellig Michael (Irlandia)
    • St Michel’s Mount (Wielka Brytania)
    • Mount Saint Michel (Francja)
    • Sacra di San Michele (Włochy)
    • Góra Gargano (Włochy)
    • Wyspa Symi (Grecja)
    • Góra Karmel (Izrael)

    Choć miejsca te dzielą setki kilometrów, trzy z nich – Mount Saint Michel, Sacra di San Michele i Góra Gargano – położone są względem siebie dokładnie w takiej samej odległości. Wszystkie siedem punktów tworzy na mapie niemal idealną linię prostą.

    fot. Google Mapsfot. Google Maps

    ***

    Święty Michał. Najpotężniejszy z archaniołów

    Według tradycji imię “Michał” oznacza “któż jak Bóg” i odnosi się do przywódcy “niebieskich zastępów”, “księcia wojska niebieskiego”, który jako pierwszy wystąpił przeciw Szatanowi, gdy ten oddalił się od Boga i pociągnął za sobą część aniołów. Archanioł Michał jest również świętym Kościoła katolickiego, który w szczególny sposób towarzyszy umierającym i prowadzi ich do wieczności.

    Ślad po uderzeniu miecza, którym Archanioł Michał strącił szatana do piekła

    Nie jest jasne, dlaczego siedem miejsc związanych z Michałem Archaniołem, tworzy na mapie Europy tajemniczą linię. Tradycja próbuje wyjaśnić ten fenomen w sposób bardzo symboliczny. Według legendy jest to pamiątka po uderzeniu miecza, którym najpotężniejszy z archaniołów miał strącić do piekła Szatana, gdy ten zbuntował się przeciwko Bogu.

    Choć wytłumaczenie to z pewnością nie zadowoli sceptyków, istnieje jeszcze jedna niewyjaśniona właściwość linii Michała Archanioła – w dniu letniego przesilenia idealnie wyrównuje się ona z zachodzącym słońcem. Trudno o bardziej tajemnicze zjawisko.

    Kościoły i klasztory na linii Michała Archanioła

    Bez względu na zwolenników i sceptyków linii Michała Archanioła, warto bliżej poznać miejsca, które je tworzą. Każde z nich jest bowiem historyczną i kulturową perłą. Opisy miejsc pochodzą z książki “Miecz św. Michała Archanioła”, której autorem jest Artur Żak:

    Skellig Michael (Irlandia)

    Żeby zamieszkać na Skellig Michael, trzeba być albo szalonym, albo świętym. Ta skalista irlandzka wyspa położona jest na Oceanie Atlantyckim, a od najbliższego stałego lądu – półwyspu Iveragh w hrabstwie Kerry – dzieli ją 11,6 km, wzburzonych falami i pełnych niebezpieczeństw. Sama wyspa zajmuje powierzchnię zaledwie 0,226 km2, z czego spora część to urwiska i nieprzystępne skały.

    Mnisi, którzy jako pierwsi wylądowali na poszarpanym brzegu Skellig Michael, czasu mieli wystarczająco dużo, aby cierpliwie wykuć stopnie prowadzące na szczyt i zbudować na nim kilka prowizorycznych kamiennych cel i malutki kościółek.

    W najwcześniejszych dokumentach miejsce określane jest jedynie jako Skellig. Nazwa Skellig Michael pojawiła się dopiero w Kronikach Czterech Mistrzów z 1044 roku, istnieje więc prawdopodobieństwo, iż dopiero wtedy zostało oficjalnie poświęcone św. Archaniołowi Michałowi, choć wiemy doskonale, że od samego początku był on czczony na wyspie.

    Skellig Michael | fot. DepositphotosSkellig Michael | fot. Depositphotos

    ***

    St Michel’s Mount (Wielka Brytania)

    Skalista wyspa St Michael’s Mount była od wczesnego średniowiecza ośrodkiem religijnym, a dokładnie od czasu pojawienia się Archanioła Michała w V wieku n.e. Św. Michał miał według legendy pojawić się po zachodniej stronie wyspy, poniżej miejsca, gdzie dziś znajduje się wejście do zamku, aby ostrzec rybaków przed zagrożeniem. Kiedy dokładnie to się wydarzyło, kim byli rybacy, nie wiemy. Niemniej, od tamtego wydarzenia na wyspę zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów, mnichów i ludzi wiary, ale i ciekawskich, aby modlić się, kontemplować w tym szczególnym miejscu, a czasami po prostu nasycić wyobraźnię. W XII wieku Bernard le Bec, francuski duchowny, wybudował na szczycie góry klasztor poświęcony św. Michałowi, który z czasem przekształcono w gotycki zamek.

    St Michel's Mount | fot. Domena publicznaSt Michel’s Mount | fot. Domena publiczna

    ***

    Mount Saint Michel (Francja)

    Z Kornwalii droga prowadzi nas dalej przez Kanał La Manche do normandzkiego wybrzeża Francji, gdzie w niebo wzbija się Mont-Saint-Michel, granitowa wyspa o wysokości 78 m zwieńczona opactwem benedyktynów. Widok wyspy i opactwa zapiera dech w piersiach. Tak opisywał swoje pierwsze zetknięcie z tym miejscem XIX-wieczny pisarz francuski Guy de Maupassant:

    “Czarodziejski zamek wyrosły na morzu… Szary cień, wznoszący się na tle mglistego nieba… O zachodzie słońca niezmierzone połacie piasku były czerwone, czerwona była cała ogromna zatoka, tylko gdzieś w głębi, z dala od lądu, sterczała prawie czarna w purpurze zachodzącego słońca wyniosła sylwetka opactwa, przywodząca na myśl fantastyczny zamek, zadziwiająca niczym pałac ze snu, nieprawdopodobnie niezwykła i piękna!”.

    W słowach Maupassanta możemy dostrzec nie tylko zauroczenie miejscem i zachwyt nad wyjątkową architekturą. Gdy wejdziemy w nie głębiej, poczujemy własną znikomość wobec mistycznego majestatu bliskości św. Michała Archanioła. Odkryjemy, że przebywamy w obecności Boga, bo św. Michał zwiastuje Bożą obecność, gdyż sam nieustannie w tej obecności przebywa. Kiedy sobie to uświadomimy, jedyną rzeczą którą możemy zrobić, to paść na kolana. Nic więcej, bo żadne słowo nie będzie w stanie oddać mistycznej obecności, której doświadczamy.

    Mount Saint Michel | fot. Menno Schaefer / DepositphotosMount Saint Michel | fot. Menno Schaefer / Depositphotos

    ***

    Sacra di San Michele (Włochy)

    Z Sacra di San Michele jest wyjątkowo blisko do nieba, zresztą szczyt często tonie w chmurach. Opactwo położone jest na liczącej 962 m górze Pirchiriano, która jest skalistą ostrogą należącą do grupy Rocciavré w Alpach Kotyjskich. Nazwa szczytu oznacza “góra świń” i wiąże się z wypasem świń na jej zboczach. Nazwa powiązana jest z sąsiednimi szczytami “Caprasio” – “góra kóz” i “Musine” – “góra osłów”. Cały ten region w północno-zachodnich Włoszech nosi nazwę Piemontu. Od zachodu graniczy z Francją, od północy ze Szwajcarią i regionem Dolina Aosty, od wschodu z Lombardią i Emilią-Romanią, a od południa z Ligurią. Stolicą regionu jest Turyn, a Sacra di San Michele, choć nie gromadzi takich tłumów pielgrzymów i turystów, jak Mont Saint-Michel czy Góra Gargano, jest niewątpliwie jednym z najbardziej niezwykłych zabytków architektonicznych całej prowincji.

    Sacra di San Michele | fot. DepositphotosSacra di San Michele | fot. Depositphotos

    ***

    Góra Gargano (Włochy)

    – Bramy piekielne nie przemogą Kościoła, ale to nie znaczy, że jesteśmy wolni od prób i od walki przeciw zasadzkom Złego. W tej walce Archanioł Michał stoi u boku Kościoła, aby go bronić – powiedział św. Jan Paweł II w maju 1987 roku w anielskim sanktuarium na Górze Gargano.

    Monte Sant’ Angelo (…) na przestrzeni ostatnich dwóch tysiącleci wielokrotnie było zdobywane, odbijane i ponownie zdobywane. Gdy zawaliło się Cesarstwo Rzymskie, znalazło się pod panowaniem Bizantyjczyków, którzy jednak musieli skapitulować przed Longobardami, którzy, co warto wiedzieć, właśnie św. Michała obrali za swojego patrona. Jednak w IX wieku miasto padło łupem Saracenów, których pokonali Karolingowie, którzy także powierzyli się opiece św. Michała Archanioła. W 982 roku miasto z kolei zostało poddane wpływom greckim. Szybko jednak zdobyli je Normanowie, którzy utworzyli na tych terenach księstwo nazwane: Honor Monte Sant’ Angelo. Po Normanach przybyli na krótko Szwabi, po których objął panowanie na tym terenie Karol I Andegaweński, wielki protektor Niebiańskiej Bazyliki. Pod koniec XV wieku miasto stało się na trzy wieki własnością rodziny genueńskiej Grimaldi. Od tego czasu zaczyna się powolny upadek jego politycznego znaczenia, ale rośnie coraz bardziej sława i znaczenie tego miejsca jako sanktuarium św. Michała Archanioła.

    Sanktuarium św. Michała w pobliżu Góry Gargano | fot. Cezary Wojtkowski / DepositphotosSanktuarium św. Michała w pobliżu Góry Gargano | fot. Cezary Wojtkowski / Depositphotos

    ***

    Wyspa Symi (Grecja)

    Życie na Simi, począwszy od V wieku, nie należało ani do łatwych, ani do bezpiecznych. Wyspy na Morzu Egejskim były regularnie łupione przez piratów, ale i przez Awarów i Słowian, którzy próbowali zdobyć skarby Bizancjum. Od VII wieku pojawiło się również zagrożenie ze strony Arabów. Św. Michał Archanioł był tym świętym opiekunem, który zawsze stawał do walki przeciw złu, ale i w szczególny sposób opiekował się żeglarzami, dlatego też mieszkańcy wysp w szczególny sposób Go pokochali i chętnie uciekali się do Niego. Również dlatego na wyspie jest sto siedemdziesiąt kościołów, z których większość jest pod wezwaniem św. Michała Archanioła.

    Wyspa Simi | fot. DepositphotosWyspa Simi | fot. Depositphotos

    ***

    Góra Karmel (Izrael)

    Tu, gdzie wszystko się zaczęło, tutaj też kończy się linia św. Michała Archanioła. Choć z drugiej strony, tu również się zaczyna, by stąd, z Ziemi Świętej, promieniować blaskiem na całą Europę.

    Z perspektywy góry Karmel najdokładniej widać, że tam gdzie Gwiazda Morza kieruje nas ku swojemu Synowi, tam i jest św. Michał Archanioł, który strzeże Kościoła Chrystusowego i wiernych, a swoją obecnością umacnia wiarę ludzi w każdym zakątku ziemi i w każdym czasie.

    Góra Karmel | fot. Alevtina Zibareva / DepositphotosGóra Karmel | fot. Alevtina Zibareva / Depositphotos

    ***

    Deon.pl

    __________________________________________________________________________________________________

    Aniołowie są przy nas zawsze. Nawet w czyśćcu

    Aniołowie są przy nas zawsze. Nawet w czyśćcu

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Aniołowie są naszymi nieustannymi towarzyszami. Kochający Bóg wysyła do nas swoich posłańców, by opiekowali się nami, bo przecież „na rękach będę cię nosili”. W jaki sposób służą nam pomocą? Co takiego dla nas robią? I czy nas kochają?

    W posłudze aniołów szczególnie interesuje nas to, co odnosi się do nas. Fakt, iż Bóg posługuje się tymi błogosławionymi duchami, aby zapewnić nam zbawienie i udzielić miłosiernej pomocy w naszych potrzebach, jest prawdą wiary, wyraźnie głoszoną w Piśmie Świętym. Jak mówi psalmista, Bóg „swoim aniołom nakazał w twej sprawie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień” (Ps 91, 11–12).

    Anioł stróż i ochrona przed grzechem

    Nieskończona dobroć Boga nie zadowala się przeznaczaniem do służby ludziom nieokreślonych Książąt Niebieskiego Dworu, lecz każdemu z nas daje jednego szczególnego do opieki nad nami. Trudno byłoby wymienić wszystkie usługi, jakie wykonują dla nas Aniołowie Stróżowie. Modlą się za nas, ofiarowują Bogu nasze modlitwy i nasze dobre uczynki; inspirują w nas dobre uczucia, aby sprawić, żebyśmy powrócili do Boga lub wierniej Mu służyli; pomagają nam opierać się działaniu demonów, które nieustannie podejmują wysiłki, aby nas atakować; dostarczają nam okazji, byśmy praktykowali cnoty lub byli pouczani i zachęcani do czynienia dobra; zachowują nas od wielu niebezpieczeństw, w jakich często się znajdujemy; pomagają uniknąć ran, na jakie bylibyśmy narażeni bez ich miłosiernej opieki.

    Czuwają nad nami we wszystkich okolicznościach naszego ziemskiego pielgrzymowania, a ich opieka i troska stają się jeszcze bardziej intensywne podczas wzmożonych ataków i kuszenia demona oraz przy końcu naszego życia, w chwili, gdy rozstrzygają się nasze losy na wieczność. Nasz wróg chciałby w tym ostatecznym momencie pociągnąć duszę do piekła i dlatego chce skłonić nas do grzechu.

    Misja, której śmierć nie kończy

    Misja dobrych aniołów nie kończy się nawet z końcem ziemskiego życia człowieka. Pan mówi: „Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem” (Wj 23, 20). Kiedy zostaje ogłoszony ostateczny sąd i dusza przeznaczona zostaje na wieczne męki, jest natychmiast opuszczana przez swojego Anioła Stróża i staje się ofiarą demonów, które zaciągają ją do piekła.

    Jeśli jednak za życia dusza zachowała niewinność lub wykazała szczerą skruchę, pod opieką anioła zostaje doprowadzona do czyśćca, aby tam mogła się oczyścić ze swoich niedoskonałości, chyba że ogień miłosierdzia uczynił to już na ziemi. To właśnie Anioł Stróż w tym miejscu cierpień i łez wspiera duszę i umacnia ją nadzieją na zbawienie. To on przedstawia Bożej sprawiedliwości modlitwy i ofiary zanoszone przez Kościół ku jej pokrzepieniu i pokojowi. Nawet kiedy dusze znajdujące się w czyśćcu zostają zapomniane przez krewnych i przyjaciół, Bóg pozwala, aby aniołowie gorliwie wypełniali swoja misję miłości i przez to skracali czas męki.

    Również niektórzy ojcowie Kościoła, na przykład św. Augustyn, twierdzili, że w takich okolicznościach objawienia tych dusz są dokonywane bezpośrednio przez aniołów, którzy ukazują się nam we śnie pod postacią osoby, w sprawie której proszą o modlitwy. Możliwe jest też, pisze dalej ten doktor Kościoła, że dusze nie mają pojęcia o tej posłudze, pełnionej przez ich Anioła Stróża przed żywymi dla ich ulg.

    Troska o ciało

    Miłość  Aniołów Stróżów do nas jest tak wielka i bezinteresowna, że posługują się wieloma środkami, aby uwolnić nas od zła, jakie nas otacza, o czym czasem nawet nie wiemy, bo ukrywają się oni przed naszymi oczami.

    Jednakże ich troska nie tylko jest nakierowana na korzyść dusz ich podopiecznych, lecz także obejmuje ich ciała, które stanowią żywe świątynie Ducha Świętego i narzędzia do wypełniania dobrych uczynków i które pewnego dnia mają zmartwychwstać chwalebne i lśniące niczym słońce. Pismo Święte i historia Kościoła przedstawiają nam liczne przykłady czułej troski, z jaką aniołowie wypełniają tę posługę. Przykładowo św. Michał pogrzebał ciało Mojżesza w dolinie krainy Moabu, aby święte kości patriarchy nie zostały sprofanowane bałwochwalczym kultem przez Hebrajczyków.

    Co oznacza wygląd aniołów?

    Chociaż aniołowie są czystymi duchami, to Kościół pozwala na przedstawianie ich w malarstwie i rzeźbie pod ludzką postacią. Łatwo zrozumieć, że będąc tak silnie ukierunkowani na sferę materialną, nie potrafimy wyobrazić sobie tych duchowych istot i ich przymiotów inaczej, jak pod postacią dostrzegalną zmysłami, w formie widzialnej dla ludzkiego oka. Z drugiej strony tak właśnie ukazywali się aniołowie starotestamentowym patriarchom i wielu świętym.

    Sam Bóg rozkazał Mojżeszowi wykuć dwóch cherubinów ze złota, których rozpostarte skrzydła miały zakrywać przebłagalnię. Po zmartwychwstaniu naszego Pana świętym niewiastom ukazał się anioł pod postacią młodzieńca, siedzący na grobie. W chwili wniebowstąpienia dwaj aniołowie obleczeni w białe szaty pojawili się na Górze Oliwnej.

    Dzięki temu wszystkiemu znaczenie form ciała oraz szat, w jakie są przyoblekani aniołowie, jest dla nas łatwiejsze do pojęcia. Różnorodne wizerunki aniołów wyrażają duchowe przymioty oraz cnoty, ku którym powinniśmy dążyć, zgodnie z tym, co mówi Kościół. I tak ich młody wiek wskazuje nam niekończącą się młodość Bożej łaski, jakiej są pełni i dzięki której nie ma pośród nich upadku ani starości. Dla nas jest to wezwanie do zachowania z największą dbałością tej samej łaski, którą otrzymaliśmy na chrzcie świętym lub odnaleźliśmy wraz z sakramentem pokuty. Biały kolor anielskich szat symbolizuje wielką czystość i stanowi najszlachetniejszą ozdobę ich jakże szlachetnej natury. Ma nas to zachęcać do tego, byśmy w równym stopniu stawali się godni niebios.

    Skrzydła przypominają o bystrości i gotowości aniołów do wypełniania rozkazów Wszechmogącego. Pas otaczający ich biodra jest symbolem powściągliwości; bose stopy, obłoki, na których się unoszą, oczy utkwione w niebie wskazują, że aniołowie nie mają w sobie nic ziemskiego i nie pielgrzymują na tym świecie ani dla rzeczy tego świata, lecz w niebie i dla nieba. Są to godne podziwu postaci nieustannie przypominające nam naszą ziemską kondycję: pielgrzymów, których oczy powinny być zawsze zwrócone ku niebu i których stopy powinny zaledwie muskać obcą nam ziemię.

    ks. Marcello Stanzione/Fronda.pl

    Tekst jest fragmentem książki „Najpiękniejsze modlitwy do aniołów”, którą znajdziesz tutaj

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 września

    Święty Wacław, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy
      •  Baruch, prorok
    ***
    W 845 roku 14 książąt czeskich przyjęło chrzest w Ratyzbonie. W tymże wieku książę Mojmir (+ 846) utworzył państwo wielkomorawskie. Jego następca, Rościsław, sprowadził na Morawy św. Cyryla i św. Metodego. Z ich pomocą zaprowadził chrześcijaństwo w obrządku słowiańsko-bizantyńskim. Z końcem wieku IX i na początku wieku X książę czeski Bożywoj podbił państwo wielkomorawskie i przyjął chrzest w obrządku słowiańskim. W wieku X obrządek ten został wyparty przez obrządek rzymski, łaciński. W roku 973 powstało biskupstwo w Pradze, zależne od metropolii w Moguncji. Drugim biskupem Pragi był św. Wojciech (+ 997). Jednak największym bohaterem katolickich Czech jest św. Wacław, król i męczennik. On też jest głównym patronem kraju i narodu.

    Święty Wacław

    Wacław był synem księcia Czech, Wratysława I, i Drahomiry lutyckiej. Pogaństwo miało w kraju jeszcze wielu przedstawicieli. Wśród nich złym duchem była Drahomira, która po śmierci męża objęła w Czechach rządy. Korzystając z małoletniości Wacława, urządziła napad na jego babkę, św. Ludmiłę, wdowę po Bożywoju, pierwszym chrześcijańskim władcy w Czechach. Ludmiłę napadnięto 15 września 921 roku na zamku w Tetin i uduszono. Drahomira zaczęła na nowo wprowadzać siłą pogaństwo i niszczyć Kościół. Doprowadziło to do wojny z Niemcami. Najpierw na Czechy wyruszył książę Bawarii, Arnulf (922), a potem sam cesarz, Henryk I (928) występując w obronie misjonarzy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie śmierci.
    WNa skutek tej interwencji Drahomira została zmuszona do tego, by ustąpić i oddać rządy swemu starszemu synowi, Wacławowi. Przyszedł on na świat ok. roku 907. Kiedy miał 7 lat, zwyczajem ówczesnym, któremu podlegał jeszcze nasz król, Bolesław Chrobry, odbyła się na zamku praskim uroczystość postrzyżyn. Kapłan przy tym obrzędzie odmawiał modlitwę: “Wszechmogący, wieczny Boże, spójrz łaskawie na Twego sługę, Wacława, którego zechciałeś powołać do łaski postrzyżyn. Udziel mu przebaczenia wszystkich grzechów i użycz mu darów niebieskich”.

    Święty Wacław

    Młody książę zabrał się natychmiast do zagojenia ran, zadanych Kościołowi. Trzeba było zająć się odbudową zniszczonych kościołów i uzupełnieniem szeregów duchowieństwa. Żywot Wacława głosi, że wyróżniał się on wielką pobożnością. Ikonografia przedstawia go czasem, jak nocą nawiedza kaplicę zamkową, gdyż pracowity dzień nie zostawiał mu wiele czasu na modlitwę. Miał osobiście uprawiać winną latorośl i pszenicę, by na ołtarz do katedry i swojej kaplicy zamkowej dostarczać koniecznego wina i chleba. Szczególną miłością darzył ubogich. Mówi się o nim, że podobnie jak św. Edward Wyznawca w Anglii, miał nawet na swoich ramionach nosić znalezionych chorych i zajmować się nimi. Państwo czeskie było wówczas podzielone na wiele mniejszych księstw. Nie były to więc łatwe rządy. Dochodziło nawet często do starć zbrojnych. Legenda głosi, że w czasie jednej z potyczek przy św. Wacławie miał zjawić się szereg aniołów, co tak przeraziło przeciwników, że wycofali się z walki. Ikonografia często przedstawia więc Wacława w otoczeniu aniołów.
    Od cesarza Henryka I Wacław otrzymał w darze relikwię św. Wita i św. Zygmunta. Ku czci św. Wita książę wystawił najpierw skromny kościół, który został z czasem rozbudowany do najokazalszej świątyni Czech. Do dziś jest ona klejnotem Pragi. Wacław wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do tego męczennika (+ ok. 305) jakby w przeczuciu, że i jemu przypadnie podobna śmierć.
    Tak się też stało. Jego młodszy brat, Bolesław, za namową niecnej matki, Drahomiry, zaprosił Wacława do udziału w konsekracji świątyni, jaką wystawił przy swoim zamku w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Kiedy Wacław tam się udał, został zamordowany przez siepaczy, nasłanych przez Bolesława. Według podania, mord miał mieć miejsce w samym kościele. Działo się to 28 września ok. 929 roku. Ciało Wacława pochowano w kościele św. Wita, zamienionym potem na katedrę, kiedy w Pradze zostało założone biskupstwo (963).
    Święty książę został natychmiast uznany za męczennika, a niebawem został głównym patronem kraju. Zaczęły ukazywać się jego żywoty, a Widuking, mnich z Korbei, w roku 967 pisał o cudach, jakie działy się przy grobie Świętego. Najpiękniejszy plac w Pradze otrzymał jego imię. Znajduje się na nim okazały pomnik, przedstawiający św. Wacława w zbroi rycerza na koniu. Wystawiono go w roku 1908. Imię Świętego stało się w Czechach bardzo popularne. Trzech władców kraju po św. Wacławie nosiło to imię. Dwóch z nich było nawet królami Polski: Wacław II (1291-1300) i Wacław III (1305-1306).
    Ku czci św. Wacława wystawiono w Czechach ok. 180 kościołów oraz ok. 100 kaplic. Z jego podobizną bito monety czeskie. Kiedy Karol IV odbywał koronację (1347), swoją koronę przytknął do relikwii św. Wacława, które znajdują się w bogatym sarkofagu w kaplicy katedry św. Wita. Odtąd koronę królów czeskich, a również państwo czeskie zaczęto nazywać “koroną św. Wacława”.
    Papież Benedykt XIV zatwierdził kult św. Wacława w roku 1729 z okazji 800-lecia śmierci Świętego i rozszerzył jego cześć na cały Kościół. Córką Bolesława I Okrutnego, który dokonał zabójstwa na osobie św. Wacława, była Dobrawa, żona księcia Mieszka I, która przyczyniła się walnie do jego nawrócenia (966). Św. Wacław jest patronem Czech, Moraw, Pragi i katedry krakowskiej na Wawelu.
    W ikonografii atrybutami św. Wacława są: anioł podający włócznię, aniołowie niosący jego trumnę, korona, sztylet, którym go zabito, zbroja rycerska z białym orłem na tarczy lub proporcu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Wacław wzorem świętości dla kierujących losami wspólnot i narodów

    Homilia podczas Mszy św. we wspomnienie św. Wacława

    (Podróż apostolska Benedykta XVI do Czech Stary Bolesławiec 28.09.2009)

    Księża kardynałowie, czcigodni bracia w biskupstwie i kapłaństwie, drodzy bracia i siostry, drodzy młodzi!

    Z wielką radością spotykam się z wami dziś rano, gdy dobiega końca moja podróż apostolska do umiłowanej Republiki Czeskiej. Wszystkich serdecznie witam, a w sposób szczególny kardynała arcybiskupa, i jestem mu wdzięczny za słowa, które w waszym imieniu skierował do mnie na początku Eucharystii. Moim pozdrowieniem obejmuję pozostałych kardynałów, biskupów, kapłanów i osoby konsekrowane, przedstawicieli ruchów i stowarzyszeń świeckich, a szczególnie młodzież. Z szacunkiem witam pana prezydenta Republiki, któremu składam serdeczne życzenia z okazji imienin; takie same życzenia pragnę złożyć również wszystkim, którzy noszą imię Wacław, oraz całemu narodowi czeskiemu w dniu jego święta narodowego.

    Dziś rano gromadzi nas wokół ołtarza chwalebne wspomnienie św. Wacława, męczennika, którego relikwiom oddałem cześć przed Mszą św. w bazylice pod jego wezwaniem. On przelał krew na waszej ziemi, a jego orzeł, który wybraliście na symbol dzisiejszej wizyty — o czym przypomniał przed chwilą kardynał arcybiskup — widnieje w historycznym godle szlachetnego narodu czeskiego. Ten wielki święty, którego zwykliście nazywać «wiecznym» księciem Czechów, zachęca nas, byśmy zawsze i wiernie naśladowali Chrystusa, zachęca nas, byśmy byli święci. On sam jest wzorem świętości dla wszystkich, szczególnie dla tych, którzy kierują losami wspólnot i narodów. Pytamy jednak: czy w naszych czasach świętość jest jeszcze ważna? Czy raczej jest tematem mało atrakcyjnym i niezbyt istotnym? Czyż nie bardziej cenione są dziś sukces i sława u ludzi? Jak długo trwa jednak i ile jest wart sukces doczesny?

    W minionym stuleciu — wasza ziemia była tego świadkiem — doszło do upadku wielu mocarzy, którzy jak się wydawało, wznieśli się na wyżyny niemal niedosiężne. Nagle zostali pozbawieni władzy. Wydaje się, że ten kto odrzucił i nadal odrzuca Boga, a w konsekwencji nie szanuje człowieka, ma łatwe życie i sukcesy materialne. Lecz wystarczy zajrzeć pod zewnętrzną warstwę, by dostrzec, że te osoby są smutne i niespełnione. Jedynie ten, kto zachowuje w sercu świętą «bojaźń Bożą», pokłada ufność także w człowieku i swe życie poświęca budowaniu świata bardziej sprawiedliwego i braterskiego. Dziś potrzeba osób «wierzących» i «wiarygodnych», gotowych szerzyć w każdym środowisku społecznym owe chrześcijańskie zasady i ideały, które inspirują ich działania. Na tym polega świętość, będąca powszechnym powołaniem wszystkich ochrzczonych, która skłania do wypełniania obowiązków wiernie i z odwagą, mając na względzie nie własny egoistyczny interes, ale wspólne dobro, i w każdym momencie starając się rozpoznać wolę Bożą.

    Odnośnie do tego słyszeliśmy w Ewangelii bardzo jasne słowa: «Cóż bowiem za korzyść — mówi Jezus — odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?» (Mt 16, 26). W ten sposób skłania nas do uznania, że prawdziwej wartości ludzkiego życia nie mierzy się jedynie miarą dóbr doczesnych i ulotnych korzyści, gdyż to nie rzeczy materialne zaspokajają głębokie pragnienie sensu i szczęścia, które jest w sercu każdego człowieka. Dlatego Jezus nie waha się proponować swym uczniom «wąskiej» drogi świętości: «Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je» (w. 25). I zdecydowanie powtarza nam dzisiejszego poranka: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje» (w. 24). Z pewnością są to słowa twarde, trudne do zaakceptowania i zastosowania w praktyce, lecz świadectwo świętych kobiet i mężczyzn daje pewność, że jest to możliwe dla każdego, jeśli zaufa i zawierzy się Chrystusowi. Ich przykład zachęca tych, którzy mówią, że są chrześcijanami, by byli wiarygodni, to znaczy postępowali zgodnie z wyznawanymi zasadami i wiarą. Nie wystarcza bowiem sprawiać wrażenia dobrych i uczciwych; należy takimi być naprawdę. A dobry i uczciwy jest ten, kto swoim «ja» nie przesłania Bożego światła, nie stawia siebie na pierwszym miejscu, lecz pozwala, by był widoczny Bóg.

    Taka jest lekcja życia św. Wacława, który miał odwagę przedłożyć Królestwo niebieskie nad urok władzy doczesnej. Nigdy nie odrywał wzroku od Jezusa Chrystusa, który za nas cierpiał, dając nam przykład, abyśmy szli za Nim Jego śladami, jak pisze św. Piotr w drugim czytaniu, którego przed chwilą wysłuchaliśmy. Jako posłuszny uczeń Pana, młody władca Wacław dochował wierności nauczaniu ewangelicznemu, które mu przekazała babcia, św. Ludmiła męczennica. Postępując zgodnie z nim, jeszcze zanim zaangażował się w budowanie pokojowych stosunków w kraju i z państwami ościennymi, szerzył wiarę chrześcijańską, sprowadzając kapłanów i budując kościoły. W pierwszej relacji, napisanej w języku starocerkiewnosłowiańskim czytamy, że «wspierał księży i przyczynił się do upiększenia wielu kościołów» oraz że «wspomagał biednych, przyodziewał nagich, karmił głodnych, przyjmował pielgrzymów, dokładnie tak jak nakazuje Ewangelia. Nie dopuszczał, żeby wdowom działa się niesprawiedliwość, kochał wszystkich ludzi, czy byli biedni, czy bogaci». Od Pana nauczył się być «miłosiernym i litościwym» (Psalm responsoryjny), a kierując się duchem Ewangelii, zdobył się nawet na to, by przebaczyć bratu, który odebrał mu życie. Dlatego też słusznie wzywacie go jako «dziedzica» waszego kraju i w dobrze wam znanej pieśni prosicie, aby nie pozwolił mu zginąć.

    Wacław umarł za Chrystusa śmiercią męczeńską. Warto zauważyć, że jego brat Bolesław, który go zamordował, zdołał zagarnąć tron w Pradze, lecz korona, którą później wkładali na głowę jego następcy, nie została nazwana jego imieniem. Nazwana jest natomiast imieniem Wacława, na świadectwo, że «tron króla, który sądzi ubogich w prawdzie, pozostanie niezachwiany na zawsze» (por. dzisiejsze oficjum czytań). Ten fakt uznaje się za cudowne zrządzenie Boga, który nie opuszcza swoich wiernych: «Niewinny zwyciężony pokonał okrutnego zwycięzcę, podobnie jak Chrystus na krzyżu» (por. Legenda o św. Wacławie), a krew męczennika nie wzywała do nienawiści czy zemsty, ale do przebaczenia i pokoju.

    Drodzy bracia i siostry, razem dziękujmy Panu w tej Eucharystii za to, że dał waszej ojczyźnie oraz Kościołowi tego świętego władcę. Módlmy się jednocześnie, abyśmy jak on, także i my szybkim krokiem dążyli do świętości. Jest to z pewnością trudne, gdyż przed wiarą zawsze stawać będą liczne wyzwania, ale gdy damy się zdobyć Bogu, który jest Prawdą, krok staje się zdecydowany, ponieważ doświadczamy siły Jego miłości. Obyśmy otrzymali tę łaskę za wstawiennictwem św. Wacława i innych świętych patronów czeskich ziem. Niech nas zawsze strzeże i nam towarzyszy Maryja, Królowa Pokoju i Matka Miłości. Amen!

    papież BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 11-12/2009

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 września

    Święty Wincenty a Paulo, prezbiter

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty urodził się w Pouy (obecnie St-Vincent-de-Paul w południowo-zachodniej Francji) 24 kwietnia 1581 r. jako trzecie z sześciorga dzieci, w biednej, wiejskiej rodzinie. Jego dzieciństwo było pogodne, choć od najmłodszych lat musiał pomagać w ciężkiej pracy w gospodarstwie i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Rodzice marzyli o tym, by ich syn w przyszłości wyrwał się ku łatwiejszemu życiu. Czternastoletniego Wincentego wysłali więc do szkoły franciszkanów w Dax. Na opłacenie szkoły Wincenty zarabiał dawaniem korepetycji kolegom zamożnym, a mniej uzdolnionym lub leniwym. Po ukończeniu szkoły nie bez zachęty ze strony rodziny podjął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat został kapłanem; jednak kapłaństwo było dla niego jedynie szansą na zrobienie kariery. Chciał w ten sposób pomóc swojej rodzinie. Studia w Tuluzie Wincenty zwieńczył bakalaureatem w 1604 r. Później pogłębił swoje studia jeszcze na uniwersytecie w Rzymie i w Paryżu, zdobywając licencjat z prawa kanonicznego (1623).
    Kiedy udał się Morzem Śródziemnym z Marsylii do Narbonne, został wraz z całą załogą i pasażerami napadnięty przez tureckich piratów i przewieziony do Tunisu jako niewolnik. W ciągu dwóch lat niewoli miał kolejno czterech panów. Ostatnim z nich był renegat z Nicei Sabaudzkiej. Młody kapłan zdołał go jednak nawrócić. Obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Właściciel Wincentego znalazł w Rzymie przytułek. Wincenty przez ten rok nawiedzał w Rzymie miejsca święte i dalej się kształcił. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji w nieznanej bliżej misji na dwór Henryka IV. Pozyskał sobie zaufanie królowej, Katarzyny de Medicis, która obrała go sobie za kapelana, mianowała go swoim jałmużnikiem i powierzyła mu opiekę nad Szpitalem Miłosierdzia.
    Wincenty przeżył ogromny kryzys religijny. Był skoncentrowany wyłącznie na tym, co może osiągnąć jedynie własnymi siłami. Zmianę w jego sposobie myślenia przyniosły dopiero lata 1608-1620. Poznał wówczas w Paryżu wielu wyjątkowych ludzi, m.in. ks. Pierre’a de Berrulle’a, który zgromadził wokół siebie kapłanów, ukazując im wielkość i znaczenie posługi kapłańskiej. Wincenty niemało zawdzięczał też św. Franciszkowi Salezemu i św. Franciszce de Chantal. Przez pewien czas głosił Chrystusa galernikom (więźniom, którzy pracowali jako wioślarze). Zaczął dostrzegać ludzką nędzę – materialną i moralną.

    Święty Wincenty a Paulo

    Prawdopodobnie duże znaczenie w życiu Wincentego odegrało zdarzenie, jakie miało miejsce 25 stycznia 1617 r. w Folleville. Wincenty głosił wówczas rekolekcje. Wezwano go do chorego, cieszącego się opinią porządnego i szanowanego człowieka. Na łożu śmierci wyznał mu on, że jego życie całkowicie rozminęło się z prawdą, że ciągle udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. W liturgii tego dnia przypadała uroczystość Nawrócenia św. Pawła. Dla Wincentego był to wstrząs. Zrozumiał, że Bóg pozwala się dotknąć w ubogich, w nich potwierdza swoją obecność. Odtąd Wincenty zaczął gorliwie służyć ubogim i pokrzywdzonym. Złożył Bogu ślub poświęcenia się ubogim. Głosił im Chrystusa i prawdę odnalezioną w Ewangelii. Zgromadził wokół siebie kilku kapłanów, którzy w sposób bardzo prosty i dostępny głosili ubogim Słowo Boże. W ten sposób w 1625 r. powstało Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów.
    Wincenty w sposób szczególny dbał o przygotowanie młodych mężczyzn do kapłaństwa. Organizował specjalne rekolekcje przed święceniami, powołał do życia seminaria duchowne. Wincenty założył również stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, które w sposób systematyczny i instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrakami, kalekami. Spotkanie ze św. Ludwiką zaowocowało powstaniem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (1633 r.), zwanych szarytkami (od franc. charite – miłosierdzie). W okresie frondy (zamieszki polityczne w Paryżu w latach 1648-1653) Wincenty niósł pomoc rzeszom głodujących, dotkniętym nieszczęściami i zniszczeniami wojennymi. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Zajmując tak wysokie stanowisko pozostał cichy i skromny.

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty zmarł w 1660 r. w wieku 79 lat. Jego misjonarze pracowali wtedy już w większości krajów europejskich, dotarli też do krajów misyjnych w Afryce północnej. W 1651 r. przybyli również do Polski. W roku 1729 papież Benedykt XIII wyniósł Wincentego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XII kanonizował go w roku 1737. W 1885 r. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Jest także patronem zgromadzenia lazarystów (założonego przez Wincentego zgromadzenia księży misjonarzy), szarytek, kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów.W ikonografii św. Wincenty a Paulo przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp, krucyfiks.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Hasło: Wincenty a Paulo? Odzew: Miłosierdzie!

    Hasło: Wincenty a Paulo? Odzew: Miłosierdzie!

    witraż św. Wincenty a Paulo w Chorwacji (Marija Bistrica, Narodowe Sanktuarium)

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Choć do jego konfesjonału ustawiały się dłuuuugie kolejki, a homilie przemieniały tysiące serc powtarzał: „Jestem tylko biednym chłopem, który pasał świnie, a moja matka pracowała jako służąca”.

    Vincent de Paul przyszedł na świat 24 kwietnia 1581 u stóp Pirenejów w Pouy (obecnie na jego cześć: St-Vincent-de-Paul). Był trzecim z sześciorga dzieci Jeana Depaul i Bertrandy z domu Moras. Od dzieciństwa pracował na polu, pasł krowy i owce, a na bagnistych łąkach poruszał się… na szczudłach.
    By mógł ukończyć seminarium rodzice musieli sprzedać parę wołów. Został wyświęcony jako dwudziestolatek. 

    „Gdy w 1612 roku został proboszczem w wiosce Clichy na przedmieściach Paryża, dostrzegł, że niemal wszyscy parafianie dotknięci są przez ubóstwo dużo większe nawet niż jego rodzina – opowiada ks. prof. Mariusz Rosik – Odkrycie to jednak było dopiero początkiem dostrzegania nędzy duchowej tamtejszych mieszkańców. Przełomowym wydarzeniem stała się spowiedź pewnego wieśniaka, który wyznał, że przez całe życie zatajał przed spowiednikiem wiele grzechów. Wincenty a Paulo – bo o nim mowa – wezwał wtedy swych parafian do spowiedzi generalnej. Odzew był ogromny!”.  

    „Wincenty a Paulo, mając szesnaście lat kapłaństwa, zetknął się z przedziwnymi wypadkami – dopowiada ks. Andrzej Ziółkowski CM – Pierwsze miało miejsce w Gannes pod koniec 1616 r. Pewien umierający, który dotąd «uchodził za przyzwoitego człowieka», wyznał spowiednikowi grzechy, które przez długi czas zamykały mu usta. «Skazałbym się na potępienie gdybym nie odbył tej spowiedzi generalnej» – opowiadał. Nic dziwnego, że już miesiąc po tym wydarzeniu św. Wincenty wygłosił kazanie na temat spowiedzi generalnej. Słuchający go wieśniacy byli tak poruszeni słowami kaznodziei, że zaczęli tłoczyć się pod jego konfesjonałem. Napływ penitentów był tak wielki, że misjonarz poprosił o pomoc jezuitów z Amiens”.
    Niestrudzenie służył ubogim. „Trzeba najpierw zaspokoić podstawowe potrzeby człowieka: nakarmić go i dać ubranie, a potem głosić Ewangelię – powtarzał. Nie bez powodu został patronem katolickich organizacji charytatywnych. 

    „W XVII-wiecznej Francji zetknął się namacalnie z silnym kontrastem między najbogatszymi a najbiedniejszymi. Jak kapłan miał bowiem okazję bywać zarówno w środowiskach arystokratycznych, jak i na wsi oraz wśród elementów przestępczych Paryża. Pobudzany miłością Chrystusa Wincenty a Paulo potrafił stworzyć stałe formy posługiwania osobom z marginesu, powołując do życia tzw. „szarytki”, czyli grupy kobiet, które oddawały własny czas i dobra do dyspozycji najbardziej zmarginalizowanych – wyjaśniał Benedykt XVI – Wśród tych wolontariuszek niektóre wybrały całkowite poświęcenie się Bogu i biednym i tak oto wraz ze św. Ludwiką de Marillac św. Wincenty założył wspólnotę Córek Miłosierdzia – pierwsze żeńskie zgromadzenie zakonne, które żyło konsekracją „w świecie”, wśród ludzi, z chorymi i potrzebującymi”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________

     

    Św. Wincenty a Paulo – patron dzieł miłosierdzia

    (Augustyński, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons)

    ***

    Za największych misjonarzy w Kościele Świętym uznaje się św. Pawła Apostoła i św. Franciszka Ksawerego. Za największych teologów – św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. A w dziełach miłosierdzia? Kto szczególnie wybija się na tym polu? Tutaj palmę pierwszeństwa oddajemy wielkiemu św. Wincentemu à Paulo, którego wspomnienie liturgiczne przypada 27 września.

    Święty Wincenty urodził się 24 kwietnia 1581 roku w Pouy – obecnie Saint-Vncent-de-Paul – we Francji w rodzinie ubogich gaskońskich rolników. Uczył się dzięki pomocy i wsparciu miejscowego proboszcza, który dostrzegł w nim nie tylko talent, ale także wiarę i gotowość do ofiarnej służby ubogim.

    Próba charakteru

    Jedną z pierwszych prób charakteru, jakich doświadczył młody Wincenty, zanim ksiądz przyjął go na naukę, była wizyta w szpitalu, gdzie musiał pracować jako pielęgniarz. Choć było to dla niego niezwykle ciężkie doświadczenie – trzeba pamiętać, że w owych czasach, mówiąc łagodnie, w szpitalach panowały trudne warunki sanitarne – to przyszły święty zdał ten swoisty egzamin doskonale. Dzięki ofiarności rodziców i rodzeństwa młody Wincenty mógł kontynuować studia teologiczne na uniwersytecie w Paryżu. W 1600 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Następnie kontynuował studia w Tuluzie, a potem w Rzymie i Paryżu, gdzie zdobył licencjat z prawa kanonicznego.

    Między „wielkim światem” a „głęboką prowincją”

    W 1612 roku objął parafię w Clichy, gdzie ze szczególną troską opiekował się najuboższymi i cierpiącymi. Przed upływem roku kardynał Piotr de Berulle mianował ks. Wincentego nauczycielem i wychowawcą dzieci rodziny de Gondi. Była to wpływowa, arystokratyczna rodzina – Filip Emanuel de Gondi był generałem galer królewskich i głównodowodzącym floty królewskiej. Święty – jak sam wspominał – doświadczył wtedy „życia wielkiego świata”. Jednocześnie wzorowo wypełniał swe powołanie kapelana pałacowego i spowiednika małżonki pana de Gondi oraz nauczyciela i wychowawcy ich dzieci. Jednak i ta posługa nie była stworzona dla ks. Wincentego. 

    W liście do kardynała de Berulle napisał, że czuje w sobie wewnętrzne wymaganie Boże udania się na głęboką prowincję i oddania się służbie i nauczaniu prostych chłopów. Kardynał wyraził zgodę i mianował ks. Wincentego proboszczem parafii Chatillon les Dombes. Tamtejsi parafianie początkowo nieufnie przyjęli księdza z „wielkiego” Paryża. Przekonały ich jednak pokora, skromność oraz oddanie i pracowitość nowego proboszcza, który własnymi rękami naprawiał i sprzątał kościół. Zyskał ich serca także dobrocią i gotowością służenia Bogu i ludziom w każdej chwili. 

    Pewnej niedzieli do ks. Wincentego podszedł jeden z parafian i opowiedział o rodzinie, która pośród moczarów ginęła z głodu i nędzy. Proboszcz wezwał ludzi do pomocy biednej rodzinie – jeszcze tego samego dnia setki ludzi ruszyło na pomoc opuszczonym.

    W niewoli arabskiej

    Życie świętego Wincentego obfitowało w wiele wydarzeń, które on odczytywał jako Boże znaki. Pewnego razu podczas morskiej podróży, statek na którym płynął nasz bohater, napadli piraci. Wincenty miał wkrótce zostać biskupem, w tej sytuacji jednak plany te trzeba było zweryfikować…

    Św. Wincenty został sprzedany na galery, potem pracował jako niewolnik arabskiego alchemika w Tunezji, by w końcu zostać sprzedanym innemu właścicielowi, który go zatrudnił przy kopaniu rowów. Nasz święty dając świadectwo wiary, przemienił serce swego nowego pana – byłego księdza, który zaparł się Chrystusa ze strachu przed śmiercią… Przy jego pomocy powrócił do Francji. Doświadczywszy wielkiego upokorzenia, ale i wielkiej łaski od Boga, Wincenty à Paulo postanowił nie przyjmować żadnych godności, by jak najlepiej służyć potrzebującym.

    Dzieła Miłosierdzia

    Święty Wincenty doświadczył wiele nędzy ludzkiej – tak materialnej, jak i duchowej. Zapatrzony w Zbawiciela mówił: Nie zadowalajcie się mówieniem: jestem chrześcijaninem! Ale żyjcie tak, żeby można było o was powiedzieć: widziałem człowieka kochającego Boga z całego serca i zachowującego Jego przykazania. Pod wpływem kardynała Piotra de Berulle po kilku latach pracy duszpasterskiej wśród zaniedbanej ludności wiejskiej oraz więźniów dokonała się w nim wielka przemiana – postanowił poświęcić resztę życia ubogim, składając nawet stosowny ślub.

    Wyjątkowym dniem w jego życiu był 25 stycznia 1617 roku. Jako gorliwy kapłan, zatroskany o powierzoną mu owczarnię, wygłosił kazanie na temat spowiedzi generalnej z całego życia. Pod wpływem homilii miały miejsce liczne nawrócenia. Od tego momentu św. Wincenty zaczął głosić konferencje i nauki w wiejskich parafiach, a w 1625 roku powołał do życia Zgromadzenie Misji (księża misjonarze-lazaryści – od nazwy szpitala opactwa św. Łazarza, do którego przenieśli się uczniowie św. Wincentego), które do dziś kontynuuje jego pracę głoszenia Ewangelii ubogim jak również troskę o przygotowanie i wykształcenie gorliwych kapłanów (zgromadzenie to zostało sprowadzone do Polski w roku 1651). 

    Święty cały czas pomagał najbardziej potrzebującym. Błagał i żebrał u możnych o pomoc finansową dla nędzarzy. Przez jego ręce przechodziły ogromne środki finansowe, a Wincenty skrupulatnie rozliczał się z każdego grosza. Kolejnym dziełem świętego było założone w 1633 roku wraz ze św. Ludwiką de Marillac Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, czyli szarytek (w Polsce od 1654 r.). Pewnym novum było wtedy zwolnienie sióstr ze ścisłej klauzury. Domy zakonne szarytek nie były zamknięte. Ich powołaniem była troskliwa opieka nad chorymi i biednymi. Święty mawiał do swych sióstr: Waszą klauzura jest szpital i dom ubogich.

    Gorliwy obrońca czystości wiary

    W tym czasie, gdy św. Wincenty zadziwiał swymi dziełami miłosierdzia, szerzył we Francji swe błędne nauki kapłan Korneliusz Janssens, głosząc że po grzechu pierworodnym człowiek nic nie może zrobić dla swojego zbawienia. Posunął swą herezję do skrajności, twierdząc, że człowiek nawet nie może współpracować z łaską Bożą. Nadto janseniści przedstawiali Boga wyłącznie jako surowego władcę, mszczącego się na swych stworzeniach. 

    Dzięki zabiegom św. Wincentego, wykładającego zdrową naukę katolicką, sekta jansenistów została dwukrotnie potępiona przez papieży – Innocentego X w 1653 roku oraz przez Aleksandra VII w 1656 r. Od tego czasu święty był bezwzględnie atakowany przez jansenistów. Przyjmował te ataki z pokorą, ale z jeszcze większym zapałem bronił Prawdy. Święty Wincenty przyczynił się także do odnowy życia religijnego we Francji. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej, tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszelkie sprawy Kościoła. Co znamienne, piastując wysokie stanowisko zachował głęboką pokorę i skromność.

    Ponadto zakładał „małe seminaria” duchowne przede wszystkim dla ubogich chłopców i tak układał program wychowawczy i wykładów naukowych, by ukierunkować ich do kapłaństwa.

    * * *

    Wszystkie instytucje które założył św. Wincenty, powstały, by ulżyć ludzkiemu cierpieniu. Niósł pomoc duchową ludziom zaniedbanym religijnie. Swym przykładem, wpatrzony w swego Mistrza Jezusa Chrystusa i Matkę Miłosierdzia, skutecznie ewangelizował. Do każdego nowego zadania podchodził z pokorą i bezgraniczną wiarą w Opatrzność Bożą. Co ciekawe, ten wzór pokory, dobroci i hojności był z natury człowiekiem porywczym, a niektóre źródła mówią o nim, że brak mu było „pociągających cech zewnętrznych”.

    Bóg posłużył się nim, by Kościół zajaśniał nowymi dziełami miłosierdzia.

    Zasłużona Nagroda

    Święty Wincenty odszedł po zasłużoną nagrodę wieczną 27 września 1660 roku. W 1729 roku został beatyfikowany przez Papieża Benedykta XIII. Osiem lat później Klemens XII wyniósł go do chwały świętych.

    Papież Leon XIII ogłosił go patronem wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele katolickim. Jego ciało spoczywa w kryształowej trumnie w kaplicy domu macierzystego św. Łazarza w Paryżu. Serce św. Wincentego znajduje się w osobnym relikwiarzu w paryskiej kaplicy domu Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac. A więc tam, gdzie w 1830 roku św. Katarzynie Labouré trzykrotnie objawiła się Matka Najświętsza, polecając jej wybicie Cudownego Medalika.

    Święty Wincenty à Paulo jest patronem zgromadzenia misjonarzy-lazarystów, szarytek, duchowieństwa, organizacji charytatywnych, szpitali, podrzutków i więźniów.

    W ikonografii przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp i krucyfiks.

    PCh24.pl

    _______________________________________________________________________________

    Nawrócił się, służył ubogim, by żyć prawdziwie – św. Wincenty de Paul

    Nawrócił się, służył ubogim, by żyć prawdziwie – św. Wincenty de Paul

    św. Wincent de Paul – Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Wincenty a Paulo doświadczył ubóstwa. Musiał zarabiać na swoje utrzymanie. W młodym wieku przyjął święcenia kapłańskie. Porwany przez tureckich piratów i sprzedany, przez dwa lata był w niewoli w Afryce. Odzyskawszy wolność, chciał zrobić karierę i wszystko osiągnąć własnymi siłami aż do pewnego zimowego dnia, kiedy wysłuchał spowiedzi z życia umierającego człowieka. Ona otworzyła mu oczy… Kościół wspomina go w liturgii 27 września.

    Pochodził z ubogiej, wiejskiej rodziny. W młodym wieku został kapłanem. Został porwany przez piratów i żył kilka lat w niewoli. Pracował duszpastersko z arystokracją i wśród ludu wiejskiego. Posługiwał także ‘galernikom’, przestępcom paryskim, odbywającym karę na galerach. Miał wielką wrażliwość na ludzką biedę. Stworzył stałe formy posługiwania osobom z marginesu. Jest patronem wszystkich katolickich dzieł miłosierdzia.

    Urodził się w kwietniu 1581 roku w Pouy, w południowo zachodniej Francji. Był trzecim z sześciorga dzieci w biednej, wiejskiej rodzinie. Od wczesnych lat musiał pomagać rodzicom w gospodarstwie i opiekować się młodszym rodzeństwem. Uczył się w szkole franciszkanów w Dax. By się utrzymać, dawał korepetycje. Potem rozpoczął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat przyjął święcenia kapłańskie.

    W 1605 roku płynął statkiem do Rzymu i na Morzu Śródziemnym, jego statek został napadnięty przez tureckich piratów. Cała załoga i pasażerowie zostali sprzedani w niewolę w Tunisie. Wincenty w ciągu dwóch lat miał kilku panów. Ostatniego zdołał nawrócić i obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Trafili do Rzymu. Tam Wincenty podjął dalsze studia.

    Papież Paweł V wysłał Wincentego z misją na dwór francuski. Tam, pozyskał sobie zaufanie królowej i został jej kapelanem. Mianowała go także swoim jałmużnikiem i sprawował pieczę nad Szpitalem Miłosierdzia.

    Wielki życiowy przełom w życiu św. Wincentego nastąpił w styczniu 1617 roku. Do tego czasu bowiem, był on skoncentrowany na osiąganiu wszystkiego własnymi siłami. Chciał zrobić karierę. Został zaproszony do Folleville, aby wygłosić rekolekcje. 25 stycznia, w święto nawrócenia św. Pawła, poszedł do chorego. Był to umierający, ale porządny i szanowany człowiek. Na łożu śmierci jednak wyznał, że całe życie udawał kogoś innego, niż był naprawdę. Dla Wincenta był to olbrzymi szok i odkrycie. Zrozumiał, że posługa ubogim i pokrzywdzonym jest miejscem spotkania samego Boga.

    Pod wpływem tego wydarzenia Wincenty złożył ślub poświęcenia się ubogim. Wtedy też Wincentemu otworzyły się oczy na prawdziwą, materialną i duchową nędzę ludzką.

    Św. Wincent de Paul - Jean-Léon Gérôme, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Wincent de Paul – Jean-Léon Gérôme, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Zaczął gromadzić wokół siebie kapłanów, którzy prosto i przystępnie głosili Boga ludziom. W 1625 roku założył Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów. Patrząc na swoją historię i drogę życia kapłańskiego, bardzo mu zależało na dobrym przygotowaniu młodych kandydatów do kapłaństwa. Powołał do życia seminaria duchowne. Organizował rekolekcje przed święceniami. W późniejszym czasie księża Misjonarze prowadzili seminaria w wielu diecezjach na świecie.

    Widząc potrzeby ubogich, wiedział, że można im pomóc tylko w sposób systematyczny. Skupił wokół siebie wiele pań, które w sposób instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrzącymi i kalekami. Utworzył stowarzyszenie ‘szarytek’, czyli grup kobiet posługujących osobom odsuniętym na margines. Z czasem, niektóre z tych kobiet chciały obrać życie konsekrowane, więc razem ze św. Ludwiką de Marillac, w 1633 roku powołał do życia Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia.

    Zmarł w roku 1660. Kilka lat wcześniej Księża Misjonarze przybyli do Polski. Beatyfikował go Benedykt XIII, a kanonizował w roku 1737 Klemens XII.
    Św. Wincenty jest patronem kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. W ikonografii ukazywany jest w długiej szacie zakonnej. Jego atrybuty to: anioł, dziecko w ramionach lub u stóp, krucyfiks.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 września

    Święci męczennicy Kosma i Damian

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Najświętsza Maryja Panna Leśniańska
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    ***
    Święci Kosma i Damian

    Na temat życia tych dwóch świętych nie wiemy niestety nic pewnego. Historia nie pozostawiła po nich żadnych wiarygodnych dokumentów. Istnieją jedynie różne legendy, w których z całą pewnością jest i ziarno prawdy historycznej. Mówią one m.in. o tym, że byli prawdopodobnie bliźniakami. Rodzina dała im solidne wychowanie chrześcijańskie, dzięki któremu zdolni byli do ofiarnego życia, aż do oddania go za wiarę. Być może pochodzili z Arabii. Stamtąd udali się do Syrii, do Cylicji w Małej Azji, by doskonalić się w sztuce lekarskiej. Zamieszkali w Egei, w portowym mieście Cylicji. Byli lekarzami, cieszyli się więc szeroką sławą; leczyli bowiem wielu chorych – również pogan, przez co wielu z nich doszło do Chrystusa.

    Święci Kosma i Damian

    Odznaczali się niezwykłą sumiennością, dzięki czemu stali się wybitnymi lekarzami. Przedmiotem ich troski był każdy potrzebujący ich pomocy, chory człowiek. W szczególny sposób zajmowali się biednymi. Podkreśla się, że za swe usługi nie pobierali zapłaty (stąd źródła wschodnie nazywają ich anargyrami, prawosławni zaś biezsriebriennikami). Uważali, że wszystko mają od Boga i należy to do Boga i Jego stworzeń. Pragnęli postępować zgodnie z poleceniem Zbawiciela: “Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8).
    Godnie i cierpliwie znieśli okrutne tortury, do końca nie wyparli się Chrystusa. Pozostali niezłomnymi do ostatniej chwili swego życia. Do sędziego podczas procesu mieli powiedzieć: “Jesteśmy chrześcijanami”.Według legendy ich męczeństwo miało miejsce ok. 300 r. podczas prześladowań za czasów Dioklecjana. Zginęli w Cyrze (Kyrros) w Syrii, gdzie zostali pochowani. Ich grób od razu zasłynął cudami, a kult wzrastał, czego mamy dowody w piśmiennictwie wczesnochrześcijańskim. Nad grobem męczenników wzniesiono wspaniałą bazylikę, która do czasów przybycia Arabów, a potem Turków, była celem licznych pielgrzymek. Stamtąd ich kult rozpowszechniał się bardzo szybko i objął cały Kościół. W Konstantynopolu cesarz Justynian Wielki (+ 565) wystawił ku ich czci dwie świątynie, gdyż – jak twierdził – dzięki ich wstawiennictwu wyzdrowiał z ciężkiej choroby.
    Już w VI wieku św. Grzegorz z Tours był w posiadaniu ich relikwii. W Rzymie papież św. Symmach (498-514) wybudował ku ich czci oratorium, a papież Feliks IV (526-530) kościół świętych Kosmy i Damiana przy Forum Romanum – dziś jest to główne miejsce ich kultu. Tam znajduje się znaczna część relikwii obu Świętych. Pozostałe relikwie odbierają cześć w różnych miejscach świata; w sposób szczególny w kościele katedralnym w Amalfi, na południu Włoch. Fragment relikwii znajduje się także w Polsce – w cerkwi na Bacieczkach w Białymstoku.
    Święci Kosma i Damian są patronami Florencji, aptekarzy, farmaceutów, lekarzy, chirurgów, akuszerek, dentystów, fryzjerów, fizyków, cukierników, wytwórców substancji chemicznych, mędrców; są też opiekunami fakultetów medycznych, przemysłu chemicznego, ludzi niewidomych i osób chorych na nowotwory; chronią przed epidemiami, przed przepukliną i przed chorobami koni. Ich imiona są wymieniane w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii święci Kosma i Damian przedstawiani są jako ludzie młodzi, ubrani w wytworne szaty, z narzędziami medycznymi, szkiełkami, pudełkami maści, łyżką aptekarską do nabierania maści, moździerzem, laską Eskulapa, a także podczas męczeństwa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Patronowie Dnia:

    Święci Kosma i Damian – święci ekumeniczni

     

     Materiał vaticannews.va/pl

    ***

    „Święci ekumeniczni”, ostatni święci dołączeni do kanonu rzymskiego – pisze ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 26 września wspominamy św. Kosmę i św. Damiana, męczenników. Prawdopodobnie byli bliźniakami. Urodzili się w drugiej połowie III wieku, zmarli w 303 roku w Cyrze na terenie obecnej Turcji. Ich relikwie znajdują się w Rzymie w kościele im poświęconym. Są patronami lekarzy, pielęgniarek, farmaceutów oraz chorych.

    Według różnych tradycji, św. Kosma i św. Damian mieli być bliźniakami, urodzonymi na Bliskim Wschodzie. Jako lekarze doskonalili swoje umiejętności w różnych miastach Cesarstwa Rzymskiego. Po przyjęciu wiary chrześcijańskiej w radykalny sposób zaczęli wypełniać Chrystusową zachętę: „Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych i wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów” (Mt 10,8-9). Za swoją pracę nie pobierali więc żadnego wynagrodzenia. Takich jak oni, nazywano wówczas „anargytami”, od greckiego słowa anárgyroi, czyli „wrogowie pieniądza”, albo „ci, którzy nie przyjmują srebra”. Dla biednych, pozbawionych w tamtym czasie jakiejkolwiek opieki medycznej, byli jak dar z nieba.

    Kosma i Damian, cieszyli się więc ogromnym poważaniem, tym bardziej, że nie czynili żadnej różnicy między chrześcijanami a poganami. Ich sława rosła tak ze względu na ich umiejętności i skuteczność leczenia, jak i ze względu na ich cnoty. Dzięki ich świadectwu wielu pogan uwierzyło w Chrystusa. Nie podobało się to rzecz jasna pogańskim kapłanom. Kiedy więc za czasów cesarza Dioklecjana wybuchło krwawe prześladowanie chrześcijan, ci natychmiast donieśli na Kosmę i Damiana. Pojmawszy obydwu braci, namiestnik prowincji – Lizjusz, starał się ich zmusić do zaparcia się wiary. Kiedy wszelkie, nawet najbardziej okrutne tortury, nie zdołały ich złamać, skazał ich na śmierć. 26 września 303 roku obydwaj zostali ścięci mieczem.

    Z listu apostolskiego „O chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia” (Salvifici doloris) papieża Jana Pawła II: „Miłosierny Samarytanin z Chrystusowej przypowieści nie poprzestaje na wzruszeniu i współczuciu. Staje się ono dla niego bodźcem do działań, które mają na celu przyniesienie pomocy poranionemu człowiekowi. Miłosiernym Samarytaninem jest więc zawsze ten, kto świadczy pomoc w cierpieniu, jakiejkolwiek byłoby ono natury, kto w tę pomoc wkłada swoje serce i nie żałuje środków materialnych. (…) Nie bez przyczyny działalnością samarytańską nazywa się więc wszelką działalność dla dobra ludzi cierpiących i potrzebujących pomocy. W ciągu wieków działalność ta przybrała zorganizowane formy. (…) Jakże bardzo samarytański jest zawód lekarza czy pielęgniarki! Ze względu na +ewangeliczną+ treść, jaka jest w nim zawarta, skłonni jesteśmy mówić bardziej o powołaniu, aniżeli o zawodzie. (…) Myśląc o tych wszystkich, którzy swoją wiedzą i umiejętnością oddają wielorakie przysługi cierpiącym, nie możemy powstrzymać się od wyrazów uznania i wdzięczności pod ich adresem”. (nn. 28-29, fragm.)

    Kiedy Kosma i Damian stanęli pierwszy raz przed namiestnikiem, ten znając ich lekarską sławę rozkazał, aby nauczyli go swoich czarów. – „Krzyż Chrystusa, oto nasze czary” – odpowiedzieli dumnie, dodając: „Jesteśmy chrześcijanami. Nie uprawiamy czarów. Korzystamy jedynie z mocy Chrystusa, która wybawia od wszelkiego niebezpieczeństwa. My sami z siebie nic nie możemy, kładziemy tylko ręce na ludzi, a resztę czyni wszechmoc prawdziwego Boga”. Mieli świadomość, że jedynym, prawdziwym lekarzem jest Chrystus, że tak naprawdę, tylko On uzdrawia człowieka. Siebie widzieli jako sługi, swój zawód jako powołanie, misję, która dotyczy całego człowieka, nie tylko jego ciała.

    „W szpitalu spotyka pan na pewno chorych, którym nie można pomóc” – zapytał dziennikarz jedną z medycznych sław w Polsce – „co pan wtedy robi?” – „Nie ma takiej sytuacji, w której nie można choremu pomóc” – odpowiedział lekarz. – „Jak to? Czyżby w pana klinice ludzie nie umierali?” – dociekał dziennikarz. – „Niestety, umierają. Ale gdy nie potrafię już pomóc lekarstwami, operacją, zawsze mogę jeszcze rozmawiać i być z chorymi. Pomagać mogę do ostatniej chwili. Mogę nawet, w pewien sposób, przygotować chorego na spotkanie z Bogiem”.

    Święci Kosma i Damian należą do najpopularniejszych świętych, czczonych tak na Wschodzie jak i na Zachodzie. Jako ostatni święci zostali włączeni do kanonu rzymskiego, co oznacza, że przez całe wieki wspominano ich przy każdej mszy św. na całym świecie. Papież Jana Paweł II, nie wahał się więc nazwać ich „świętymi ekumenicznymi”. Ich ogromna popularność spowodowała, że w hagiografii kościelnej pojawiły się aż trzy pary świętych o tych samych imionach. Wszyscy byli lekarzami nie biorącymi pieniędzy („anargytami”) i wszyscy żyli mniej więcej w tym samym czasie: jedni urodzili się i działali w Azji, drudzy w Arabii, a trzeci w Rzymie. Niewykluczone, że takie pary naprawdę istniały, o wiele bardziej jednak ten geograficzny „rozrzut” wyraża powszechną tęsknotę ludzi za „lekarzami z powołania”, bezinteresownymi i wrażliwymi na ludzkie cierpienie.

    Mówi się, że „aktor, który na scenie płacze prawdziwymi łzami, nie jest dobrym aktorem”: podobnie od lekarza, nie wymaga się, aby płakał z pacjentem i przeżywał jego chorobę. Oczekuje się od niego przede wszystkim kompetencji i skuteczności leczenia. Niemniej jednak, oczekują także taktu, dyskrecji i zwykłej kultury, bo pacjent, to coś więcej niż kolejny przypadek, jednostka chorobowa, to człowiek, przeżywający niejednokrotnie swój najbardziej dramatyczny moment w życiu: jakakolwiek obcesowość, opryskliwość czy drwina, mogą na nim pozostawić ranę, gojącą się trudniej, niż ta po skalpelu…

    ks. Arkadiusz Nocoń / www.vaticannews.va/pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 września

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Kleofas, uczeń Pański
    ***
    Błogosławiony Władysław z Gielniowa

    Marcin Jan (takie imiona otrzymał na chrzcie) urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
    W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną św. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci Szymona pełnił zajmowany wcześniej przez niego urząd kaznodziei.
    W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, troszcząc się o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
    Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najbardziej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które – zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) – stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
    Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej. Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem. Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem. Na modlitwę poświęcał wiele godzin. Miał dar łez i ekstaz. Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy. Boso także (w trepkach) odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże. Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
    Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem. Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych. W swoich konstytucjach wyznacza bardzo surowe kary wobec przełożonych, którzy zaniedbują opiekę nad chorymi braćmi. Silnie zabiegał, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by nie ważyli się kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek, zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu. Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób. Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy. Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
    Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję. Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam je układał i uczył wiernych śpiewać. Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Nie tylko sam układał teksty, ale zachęcał do tego także swoich współbraci. Ponadto układał w języku polskim koronki, godzinki i inne nabożeństwa.
    Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny. Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, także Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus. Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.
    W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie. Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek. Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: “Jezu, Jezu!”.
    Zaraz po śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym. 13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardynała-legata papieskiego, Franciszka Commendone, i nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy. W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII. Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otworzyła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.
    Benedykt XIV wydał urzędowy akt beatyfikacji 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300. rocznicą przybycia bernardynów do Polski. W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy. 19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił go głównym patronem Warszawy. Obecnie bł. Władysław jest patronem drugorzędnym, a główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z wizerunku znajdującego się w kościele jezuitów przy archikatedrze na Starym Mieście.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Autor Godzinek ku czci NMP – bł. Władysław z Gielniowa

    Autor Godzinek ku czci NMP – bł. Władysław z Gielniowa

    Relikwie bł. Władysława – Cezary p, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Jako jeden z pierwszych wprowadzał do liturgii język polski poprzez kazania i utwory poetyckie. Przypisywane jest mu autorstwo wielu pieśni religijnych. Układał je i uczył śpiewać. To on ma być autorem bardzo popularnych Godzinek o Niepolanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny – „Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą…” 25 września wspominamy błogosławionego Władysława z Gielniowa, z zakonu bernardynów.

    Był świetnym kaznodzieją. Komponował pieśni religijne po łacinie dla współbraci i po polsku dla ludu. W ten nowy sposób krzewił wiarę. Pozostawił po sobie wiele utworów poetyckich i pieśni. Niektóre z nich śpiewamy i w naszych czasach.

    Urodził się w Gielniowie, niedaleko Opoczna około roku 1440. Na chrzcie otrzymał imiona Marcin Jan. Pochodził z ubogiej, mieszczańskiej rodziny. Początkowe nauki pobierał w szkole parafialnej. Po ich ukończeniu, udał się do Krakowa i w 1462 roku zapisał się na Akademię Krakowską. Nie zabawił tam jednak długo, bo już w sierpniu tegoż roku wstąpił do krakowskiego klasztoru bernardynów. Przyjął zakonne imię Władysław.

    W klasztorze odbył swoje studia i przyjął święcenia kapłańskie. Nie wiemy gdzie spędził pierwsze lata kapłaństwa.
    W latach 1486-87 zostały mu powierzone obowiązki egzaminatora cudów, jakie przypisywano wstawiennictwu św. Szymona z Lipnicy. Władysław znał go osobiście z krakowskiego klasztoru, zapewne też miał wielokrotnie okazję słuchać jego kazań, kiedy był kaznodzieją katedralnym. Jest też prawdopodobne, że po śmierci Szymona w 1482 roku, sam Władysław został wyznaczony jako kaznodzieja w katedrze krakowskiej.

    Dwukrotnie, w latach 1487-90 i 1496-99 był wikariuszem prowincjalnym. Czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce. Co roku wizytował domy, zwoływał kapituły prowincji, troszczył się o domy formacji. Uczestniczył także w kapitułach generalnych zakonu w Urbino w 1490 i w Mediolanie w 1498 roku. Za jego prowincjalatu polska prowincja powiększyła się o dwie wspólnoty w Połocku i Skępem.

    Był człowiekiem głębokiej modlitwy i umartwienia. Sypiał na lichym posłaniu, bez poduszki, przykryty tylko habitem. Wiele pościł. Nosił włosienicę. Często się biczował. Chodził zawsze boso, nawet w surowe zimy. Boso też i na piechotę odbywał wszystkie wizytacje w prowincji i podróże za granicę.

    Modlił się wiele godzin dziennie. Miał wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej, do Matki Bożej Bolesnej i do św. Anny. Gorliwie posługiwał jako kaznodzieja i spowiednik. Miał wielkie nabożeństwo do Imienia Jezus i do Najświętszej Maryi Panny. Cały czas miał przy sobie tabliczkę z wypisanym na niej złotymi literami monogramem imienia Jezus.

    Był płomiennym kaznodzieją. Jako jeden z pierwszych wprowadzał do liturgii język polski poprzez kazania i utwory poetyckie. Przypisywane jest mu autorstwo wielu pieśni religijnych. Układał je i uczył śpiewać. Pogłębiały one życie duchowe wiernych, uczyły prawd wiary i moralności, ukochania tajemnic Bożych, a zwłaszcza ukochania Jezusa i Maryi. To on ma być autorem bardzo popularnych Godzinek o Niepolanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny – „Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą…” Ukazały się one w roku 1482 w ‘Modlitewniku’, gdzie były pieśni autorstwa Władysława. Na pewno wywarł wielki wpływ na spopularyzowanie tego nabożeństwa.

    Władysław w 1504 roku został gwardianem w kościele św. Anny w Warszawie. Tam też umarł 4 maja następnego roku.
    Proces beatyfikacyjny Władysława rozpoczęto w roku 1627. Beatyfikował go Benedykt XIV w 1750 roku. Klemens XIII w 1759 roku ogłosił go patronem Królestwa Polskiego i Litwy. Jest patronem miasta Warszawy.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 września

    Błogosławiona Kolumba Gabriel, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard, biskup i męczennik
      •  Znalezienie ciała św. Klary
      •  Święta Tekla, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Herman Kaleka
      •  Błogosławiony Antoni Marcin Slomšek, biskup
      •  Święty Pacyfik z San Severino, prezbiter
      •  Święty Liberiusz, papież
      •  Kościół katedralny w Bielsku-Białej
    ***
    Błogosławiona Kolumba Gabriel

    Janina Matylda Gabriel przyszła na świat 3 maja 1858 r. w Stanisławowie. Rodzice wychowali ją w głębokiej wierze i rozbudzili w niej zainteresowanie malarstwem, muzyką i tańcem. Mając 11 lat rozpoczęła naukę w szkole sióstr benedyktynek klauzurowych we Lwowie i po kilku latach otrzymała dyplom nauczycielski, który uprawniał ją także do prowadzenia lekcji religii. W czasie lat nauki umocniło się jej powołanie zakonne.
    30 sierpnia 1874 r. wstąpiła do nowicjatu benedyktynek i otrzymała imię Kolumba. Wyróżniała się wśród sióstr gorącym umiłowaniem modlitwy, czystością serca i ogromną wrażliwością na potrzeby bliźnich. 6 sierpnia 1882 r. złożyła uroczystą profesję zakonną. Pomimo młodego wieku współsiostry darzyły ją wielkim zaufaniem ze względu na zrównoważenie, inteligencję, zdolności organizatorskie oraz głębokie zjednoczenie z Bogiem. Już w 1889 r. została wybrana przeoryszą klasztoru we Lwowie. W 1894 r. powierzono jej urząd mistrzyni nowicjatu, a w 1897 r. – ksieni. Wykazała wielką ofiarność i oddanie służąc zgromadzeniu. Troszczyła się także o ubogich, którzy przychodzili do klasztoru z prośbą o pomoc.
    Napotkawszy trudności nie do pokonania zarówno wewnątrz klasztoru, jak i na zewnątrz, za zgodą ordynariusza archidiecezji opuściła klasztor we Lwowie i ojczyznę. Przybyła do Rzymu. Przez jakiś czas przebywała w domu Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, przygarnięta przez jego założycielkę, błogosławioną Marię Franciszkę Siedliską. Dopiero 3 czerwca 1902 r. otrzymała pozwolenie Watykanu na wstąpienie do klasztoru benedyktynek w Subiaco pod Rzymem. Nie mogąc jednak odzyskać wewnętrznego spokoju i ze względów zdrowotnych, zmuszona była prosić Kongregację Rzymską o pozwolenie na pobyt poza klasztorem.
    Powróciła do Rzymu i za radą swego duchowego kierownika, bł. o. Jacka Marii Cormiera, dominikanina, zajęła się katechizacją dzieci i roztoczyła opiekę nad chorymi i ubogimi. Dzięki pomocy ojca Vincenzo Ceresiego z zakonu misjonarzy Najświętszego Serca otworzyła 25 kwietnia 1908 r. zakład zwany “domem rodzinnym” dla młodych robotnic, zapewniający im mieszkanie, utrzymanie i pobyt w środowisku, gdzie mogły rozwijać więzy solidarności i miłości.
    Dosyć szybko matka Kolumba zgromadziła wokół siebie grupę dziewcząt i aby nieść wraz z nimi w duchu miłości Chrystusa bezinteresowną pomoc opuszczonym, postanowiła założyć nowy instytut życia konsekrowanego. 8 maja 1908 r. zaczęło istnieć czynne zgromadzenie Sióstr Benedyktynek od Miłości. Prowadziło ono działalność charytatywną i wychowawczą w bardzo wielu miastach.
    Matka Kolumba zmarła w opinii świętości 24 września 1926 r. w Rzymie. 16 maja 1993 r. św. Jan Paweł II w czasie uroczystej Mszy św. beatyfikacyjnej odprawionej w Bazylice Watykańskiej wyniósł ją do chwały ołtarzy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 września

    Święty Pio z Pietrelciny, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Linus, papież i męczennik
      •  Błogosławiona Emilia Tavernier Gamelin, zakonnica
      •  Błogosławiony Józef Stanek, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty ojciec Pio

    Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie (na południu Włoch) 25 maja 1887 r. Już w dzieciństwie szukał samotności i często oddawał się modlitwie i rozmyślaniu. Gdy miał 5 lat, objawił mu się po raz pierwszy Jezus. W wieku 16 lat Franciszek przyjął habit kapucyński i otrzymał zakonne imię Pio. Rok później złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne. W 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już wtedy od dawna miał poważne problemy ze zdrowiem. Po kilku latach kapłaństwa został powołany do wojska. Ze służby został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo i tam przebywał aż do śmierci. Był kierownikiem duchowym młodych zakonników.

    Ojciec Pio przed wizerunkiem Ukrzyżowanego

    20 września 1918 r. podczas modlitwy przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego o. Pio otrzymał stygmaty. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiły się otwarte rany – znaki męki Jezusa. Wkrótce do San Giovanni Rotondo zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów i dziennikarzy, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego kapucyna. Stygmaty i mistyczne doświadczenia o. Pio były także przedmiotem wnikliwych badań ze strony Kościoła. W związku z nimi o. Pio na 2 lata otrzymał zakaz publicznego sprawowania Eucharystii i spowiadania wiernych. Sam zakonnik przyjął tę decyzję z wielkim spokojem. Po wydaniu opinii przez dr. Festa, który uznał, że stygmatyczne rany nie są wytłumaczalne z punktu widzenia nauki, o. Pio mógł ponownie publicznie sprawować sakramenty.

    Ojciec Pio ze stygmatami na dłoniach

    Ojciec Pio był mistykiem. Często surowo pokutował, bardzo dużo czasu poświęcał na modlitwę. Wielokrotnie przeżywał ekstazy, miał wizje Maryi, Jezusa i swojego Anioła Stróża. Bóg obdarzył go również darem bilokacji – znajdowania się jednocześnie w dwóch miejscach. Podczas pewnej bitwy w trakcie wojny, o. Pio, który cały czas przebywał w swoim klasztorze, ostrzegł jednego z dowódców na Sycylii, by usunął się z miejsca, w którym się znajdował. Dowódca postąpił zgodnie z tym ostrzeżeniem i w ten sposób uratował swoje życie – na miejsce, w którym się wcześniej znajdował, spadł granat.

    Ojciec Pio odprawiający Eucharystię

    Włoski zakonnik niezwykłą czcią darzył Eucharystię. Przez długie godziny przygotowywał się do niej, trwając na modlitwie, i długo dziękował Bogu po jej odprawieniu. Odprawiane przez o. Pio Msze święte trwały nieraz nawet dwie godziny. Ich uczestnicy opowiadali, że ojciec Pio w ich trakcie – zwłaszcza w momencie Przeistoczenia – w widoczny sposób bardzo cierpiał fizycznie. Kapucyn z Pietrelciny nie rozstawał się również z różańcem.

    Ojciec Pio niedługo przed śmiercią

    W 1922 r. powstała inicjatywa wybudowania szpitala w San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio gorąco ten pomysł poparł. Szpital szybko się rozrastał, a problemy finansowe przy jego budowie udawało się szczęśliwie rozwiązać. “Dom Ulgi w Cierpieniu” otwarto w maju 1956 r. Kroniki zaczęły się zapełniać kolejnymi świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki wstawienniczej modlitwie o. Pio. Tymczasem zakonnika zaczęły powoli opuszczać siły, coraz częściej zapadał na zdrowiu. Zmarł w swoim klasztorze 23 września 1968 r. Na kilka dni przed jego śmiercią, po 50 latach, zagoiły się stygmaty.W 1983 r. rozpoczął się proces informacyjny, zakończony w 1990 r. stwierdzeniem przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych jego ważności. W 1997 r. ogłoszono dekret o heroiczności cnót o. Pio; rok później – dekret stwierdzający cud uzdrowienia za wstawiennictwem o. Pio. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji o. Pio w dniu 2 maja 1999 r., a kanonizował go 16 czerwca 2002 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    „Jestem ubogim bratem, który się modli”

    – św. o. Pio

    „Jestem ubogim bratem, który się modli” – św. o. Pio

    św. o. Pio – https://ojciecpio.com.pl/

    ***

    „Patrzcie, jaką zdobył sławę, jaką zgromadził rzeszę wokół siebie! Ale dlaczego? Może dlatego, że był filozofem? Może mędrcem? Może dlatego, że miał jakieś środki do dyspozycji? Bynajmniej – dlatego, że pokornie odprawiał Mszę św., spowiadał od rana do wieczora i dlatego że – aż trudno to wypowiedzieć – na wzór naszego Pana był naznaczony stygmatami. Był mężem modlitwy i cierpienia.” Tak o świętym ojcu Pio, którego Kościół wspomina 23 września, mówił papież Paweł VI.

    święty papież Montini mówił o jednym z kilkuset stygmatyków, którymi na przestrzeni dziejów został obdarowany Kościół, o zakonniku, który znaki męki Pańskiej nosił wyjątkowo długo, bo aż 50 lat. O św. Ojcu Pio z Pietrelciny chociażby tylko, ale słyszało wielu. Dla wielu innych jest szczególnym orędownikiem w niebie. Ten, który doczekał się ponad 200 biografii sam o sobie mówił: Jestem ubogim bratem, który się modli”.

    Życie tego świętego, gdyby odnieść się do tych najważniejszych encyklopedycznych, możemy powiedzieć racjonalnych faktów, zamknęłoby się w kilku zdaniach. Francesco Forgione urodził się w maju 1887 na południu Włoch, we wspomnianej już Pietrelcinie, był synem ubogiego rolnika. Szukający samotności szesnastolatek został kapucynem. Otrzymał imię zakonne Pio. Odbył studia filozoficzno-teologiczne, a w 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Ponieważ był chorowity został zwolniony ze służby wojskowej, do której został powołany. Od 1916 r. aż do śmierci we wrześniu 1968 przebywał w San Giovanni Rotondo, gdzie pełnił funkcję kierownika duchowego.

    Te wydawałoby się zwyczajne etapy życia – lata spędzone w jednym domu zakonnym – to tylko określenie pewnych ram, czasu i przestrzeni, które wypełnione są głębią życia duchowego, wielkiego obdarowania przez Boga, ale i doświadczania ogromnego cierpienia.  

    Św. o. Pio - https://krolowa.pl/

    Kiedy przyglądniemy się wybranym zawołaniom z litanii do św. Ojca Pio możemy zobaczyć kogo – jako pośrednika i orędownika – otrzymaliśmy.

    „Gorliwy kapłanie Chrystusa” – kiedyś ojciec Pio powiedział, że „Świat mógłby nawet istnieć bez słońca, lecz nie mógłby istnieć bez Mszy świętej”. Tysiące ludzi chciało uczestniczyć w Eucharystii przez niego sprawowanej, a on już od drugiej w nocy przygotowywał się, by stanąć przy ołtarzu o piątej rano i później jeszcze na klęczkach za nią dziękował. I choć Msze św. trwały ponad dwie godziny, nieważny był czas. Najważniejsze było doświadczyć.

    W ciele swoim noszący znamiona męki Zbawiciela – stygmaty pojawiły się pierwszy raz w 1910 roku, ponownie za rok. Od 1918 o. Pio był nimi naznaczony przez wiele kolejnych lat. „Czułem, że umieram”, tak mówił kapucyn o bólu w chwili ich otrzymania. Przebadane przez lekarzy rany, na stopach, dłoniach i w boku w 1966 roku zaczęły zanikać, aż do chwili śmierci. Ostatecznie nie pozostały po nich żadne blizny.

    Niezmordowany w jednaniu grzeszników z Bogiem – zapytany o, to co jest jego misją o. Pio miał odpowiedzieć „jestem spowiednikiem”. Kilkanaście godzin dziennie spędzał w konfesjonale. Wiedział z czym do niego przychodzą – zaglądał w dusze penitentów. Znał myśli i intencje. Kazał czekać, odsyłał, przynaglał, zachęcał. Był surowy i łagodny… zawsze wiedział. Tak wielu chciało się u niego spowiadać, że trzeba był rezerwować miejsce.

    Nauczycielu modlitwy garnących się do Chrystusa – o. Pio mówił „podajcie mi moją broń”, a miał na myśli różaniec. Odmawiał go wiele razy – dniem i nocą. Dla niego był „cudownym darem Maryi dla ludzkości…” Ponadto dziś świat oplata sieć Grup Modlitwy Ojca Pio. Powstały z jego inicjatywy. Działają w 34 krajach, a jest ich ponad dwa tysiące. Spotykają się raz w miesiącu.

    „Opiekunie cierpiących” – niejednokrotnie za pośrednictwem o. Pio dokonywały się uzdrowienia. Tysiące szukały jego wsparcia, również biskup Karol Wojtyła. Ale jak on sam twierdził: „To nie ja uczyniłem cud. Ja tylko modliłem się za ciebie. Uleczył cię Pan Bóg!” Jego troska o chorych doprowadziła do budowy w pobliżu klasztoru Domu Ulgi w Cierpieniu. Obecnie jest to ogromny kompleks szpitalny i naukowy, przez który przewija się nawet 60 tys. chorych rocznie.

    „Cieszący się nadprzyrodzonymi darami” – stygmaty, bilokacja, uzdrowienia, liczne nawrócenia, dar jasnowidzenia, zapach fiołków czy róż… Po wielokroć o. Pio przynosił światu znaki Bożej miłości – Bożego działania, ale dla samego mnicha niektóre były też powodem poważnych problemów. Rozgłosu, o który nie zabiegał, interwencji Świętego Oficjum, przez pewien czas zakazu publicznego sprawowania Mszy św., czy nawet odebrania prawa do sprawowania funkcji kapłańskich (tylko możliwość prywatnego odprawiania Mszy św.).

    Ów skromny kapucyn – mistyk i stygmatyk – został beatyfikowany w 1999 roku. To wówczas Jan Paweł II powiedział: „Kto szukał tanich wzruszeń i sensacji, prędzej czy później odchodził rozczarowany trzeźwością i prostotą nauczania i świadectwa Ojca Pio. Ale kto słuchał go wytrwale, znajdował w nim jakby towarzysza drogi w codziennym życiu i nauczyciela wiary”. Kanonizacja o. Pio nastąpiła w 2002 r. Podobnie jak beatyfikacji, dokonał jej Jan Paweł II.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________

    10 mało znanych faktów z życia św. ojca Pio

    10 mało znanych faktów z życia św. ojca Pio

    fot. Justyna Galant

    ***

    Ojciec Pio to jeden z najpopularniejszych świętych XX wieku. Miał dar bilokacji, młodemu Karolowi Wojtyle przepowiedział papieską przyszłość, a ze stygmatów, które otrzymał w ciągu 50 lat wypłynęło 3,4 tys. litrów krwi. W 54. rocznicę śmierci włoskiego zakonnika Family News Service przypomina mniej znane fakty z jego życia.

    23 września w Kościele katolickim przypada liturgiczne wspomnienie św. Ojca Pio z Pietrelciny – kapucyna stygmatyka, mistyka i jednego z najpopularniejszych świętych XX wieku. Duchowny zmarł 54 lata temu w klasztorze San Giovanni Rotondo, we Włoszech. Kapłanowi również dziś przypisuje się wiele cudów, nawróceń i uzdrowień. Obdarzony był darem bilokacji – obecności w dwóch miejscach na raz. To on przepowiedział młodemu Karolowi Wojtyle, że zostanie papieżem. Jego dewizą życia była miłość do Boga w drugim człowieku. Sprawdź czego jeszcze nie wiesz o tym świętym zakonniku. 

    1. Imię na cześć świętego papieża Piusa V

    6 stycznia 1903 roku, w wieku 15 lat, Francesco Forgione rozpoczął nowicjat w Zakonie Braci Mniejszych Kapucynów w Morcone. 22 stycznia złożył śluby zakonne, otrzymał habit franciszkański oraz przyjął imię brata Pio, na cześć świętego Piusa V, patrona Pietrelciny, przed którego relikwiami modlił się w pobliskim kościele. 

    2. Służba w wojsku

    Po kilku latach kapłaństwa Ojciec Pio został powołany do wojska, do służby medycznej. Często jednak chorował i musiał wracać do domu na rekonwalescencję. W 1916 roku został zwolniony ze służby ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo, gdzie pozostał aż do śmierci. 

    3. Przepowiednia o papieżu Janie Pawle II 

    Znana jest opowieść o tym, że Ojciec Pio przepowiedział młodemu Karolowi Wojtyle papieską przyszłość. W wieku 28 lat polski duchowny udał się do San Giovanni Rotondo, aby się wyspowiadać. Młody kapłan uczestniczył też w mszy świętej odprawianej przez włoskiego zakonnika. Podczas wymiany kilku zdań, kapucyn miał przepowiedzieć Wojtyle, że zostanie głową Kościoła katolickiego. 

    4. Dar bilokacji

    Według zeznań żołnierzy walczących na froncie II wojny światowej, zakonnik w brązowym habicie często ukazywał się na niebie i nakazując samolotom odlecieć, i zakazując bombardowania. Żadna bomba nie spadła na strefę San Giovanni Rotondo. W tym samym czasie widziano zakonnika w San Giovanni Rotondo oraz Urugwaju, gdzie udzielił ostatniego namaszczenia kapłanowi. 

    5. 3400 litrów krwi w ciągu 50 lat 

    Ojciec Pio otrzymał stygmaty w piątek – 20 września 1918 roku. Po mszy świętej udał się na chór zakonny, aby tam odprawić dziękczynienie przed krucyfiksem. Gdy kontemplował Jezusa Ukrzyżowanego na jego ciele pojawiły się stygmaty na dłoniach, stopach oraz w boku, – w miejscach ran Jezusa, które zadano Mu podczas ukrzyżowania. Jak przekazali lekarze, którzy wielokrotnie badali zakonnika, z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3,4 tys. litrów krwi. Po śmierci Ojca Pio stygmaty zniknęły bez śladu.

    6. Niesamowite wizje i niestrudzona walka z szatanem 

    Włoski zakonnik bardzo często miewał wizje oraz objawienia. Opowiadał o spotkaniach z Jezusem, Maryją oraz Aniołem Stróżem. Niektóre doświadczenia opisywał w listach do ojca Augustyna – duchowego powiernika. Najbardziej przejmująca jest wizja dotycząca apokalipsy, która miała miejsce w grudniu 1902 roku. Widział Jezusa zapowiadającego koniec świata i liczne wojny, które dotkną świat. Kapucyn mówił, że apokaliptyczne wydarzenia mają trwać 3 dni i 3 noce. Ojciec Pio wielokrotnie był dręczony przez szatana i toczył z nim walki. Zakonnik uwalniał również ludzi od dręczeń szatańskich. 

    7. Uzdrowienia i cuda 

    Włoskiemu kapucynowi przypisuje się wiele cudów i licznych uzdrowień. Jednym z nich jest uzdrowienie Gemmy de Giorgi, która obecnie mieszka w Riberze we Włoszech. Dziewczyna od urodzenia była niewidoma, nie miała źrenic. Lekarze nie dawali jej szans na wyzdrowienie. Babcia Gemmy gorliwie modliła się za wstawiennictwem Ojca Pio o przywrócenie wzroku wnuczki. Kobieta napisała nawet list do zakonnika z prośbą o modlitwę. Ojciec Pio zapewnił o swojej pamięci i zaprosił w odwiedziny. Babcia z wnuczką pojechały do San Giovanni Rotondo. Wyspowiadały się, a Gemma z rąk zakonnika przyjęła Komunię świętą. Kapucyn uczynił znak krzyża na oczach dziewczynki. Wracając pociągiem do domu, Gemma odzyskała wzrok. Za przyczyną Ojca Pio dokonało się także nawrócenie masońskiego dziennikarza – Alberto del Fante. Mężczyzna na łamach prasy ośmieszał zakonnika. Po pewnym czasie, poważnie zachorował jego siostrzeniec – Enrico. Chłopiec zmagał się z gruźlicą kości i płuc. Krewni z rodziny Alberto pojechali do Ojca Pio. Kapucyn zapewnił ich, że chłopczyk wyzdrowieje. Alberto, nie dając wiary w zapewnienia zakonnika, stwierdził, że jak Enrico wróci to zdrowia, to on pojedzie z pielgrzymką do San Giovanni Rotondo. Enrico odzyskał zdrowie, a mężczyzna dotrzymał obietnicy. W San Giovanni Rotondo odbył długą spowiedź u Ojca Pio i się nawrócił. 

    8. Ostatnia Msza święta Ojca Pio

    Ojciec Pio odprawił swoją ostatnią mszę świętą 22 września 1968 roku. Obchodził wówczas 50. rocznicę otrzymania stygmatów. „Będę się modlił za was na wieki” – miał powiedzieć na zakończenie. 

    Włoski zakonnik zmarł 23 września 1968 roku. W jego pogrzebie uczestniczyło 100 000 osób. Beatyfikacji dokonał papież Jan Paweł II 2 maja 1999 roku, trzy lata później odbyła się jego kanonizacja – 16 czerwca 2002 roku

    9. Dom Ulgi w Cierpieniu

    Założony z inicjatywy Ojca Pio szpital, zgodnie z jego słowami, miał być ulgą nie tylko dla ciała, lecz także dla duszy. Inicjatywa wybudowania kliniki w San Giovanni Rotondo powstała w 1922 roku. Z każdym kolejnym rokiem placówka zapełniała się pacjentami i ich świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki modlitwie wstawienniczej Ojca Pio. Dziś jest prężnie działającą polikliniką oraz centrum badań nad leczeniem nowotworów.

    10. Relikwia św. Ojca Pio

    Ekshumacji ciała Ojca Pio dokonano w 2008 roku. Doczesne szczątki włoskiego zakonnika zostały wystawione na widok publiczny. W ciągu kilku miesięcy nawiedziło je blisko 9 mln ludzi. 25 maja 2010 r., z okazji 123. rocznicy urodzin świętego do Pietrelciny przywieziono niezwykłą relikwię – kość gnykową (mała kość znajdująca się z przodu szyi), która w sposób naturalny oddzieliła się od ciała Ojca Pio podczas przeprowadzonej ekshumacji.

    źródło: Family News Service/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Te rady św. ojca Pio przemienią twoje życie. Sprawdzone przez wielkiego świętego

    Te rady Ojca Pio przemienią twoje życie. Sprawdzone przez wielkiego świętego

    (fot. youtube.com)

    ***

    Nie trzeba wiele, by zmienić swoje życie. Poznaj te dwie konkretne zasady życiowe świętego Ojca Pio i wprowadź je w czyn.

    1. Bóg zawsze może przemienić zło na dobro

    Pierwsza z nich, którą chcę zrealizować w twoim życiu, to zdanie św. Pawła Apostoła: “Bóg współdziała z tymi, którzy Go miłują, we wszystkim dla ich dobra” (por. Rz 8,28). To prawda, że Bóg potrafi nawet zło przemienić na dobro, ale pod warunkiem, że człowiek będzie Mu oddany bez żadnych zastrzeżeń.

    A więc także i grzechy, od których nie zawsze cię Bóg zachowa, On w swej Opatrzności potrafi obrócić w dobro, jeśli Mu będziesz służył. I tak, gdyby król Dawid nie popełnił grzechu, to chyba nigdy by się nie zdobył na tak wielką pokorę? Także i Magdalena nie miłowałaby tak gorąco Jezusa, gdyby nie zostały jej przebaczone liczne grzechy. A Jezus nie przebaczyłby jej, gdyby ich nie popełniła.

    REKLAMA

    Rozważaj więc wielkie Boże miłosierdzie: ono przemienia nasze nędze w dzieło swojej dobroci i łaskawości. Ono z naszej złości i jadu nieprawości potrafi wysączyć zbawcze soki dla naszych dusz. Czyż więc On nie potrafi tego uczynić z naszych utrapień, trosk i doświadczeń? I dlatego nie trzeba dręczyć się utrapieniami, jakiekolwiek by one nie były, a tylko starać się z całego serca kochać Boga, a wszystko wyjdzie na dobre.

    Nawet nie trzeba długo przemyśliwać nad tym, co z tego będzie, kiedy to będzie i jakie to dobro będzie. Jeśli Bóg kładzie ci na oczy błoto niewiedzy, to nie po to, by pozbawić cię wzroku, ale byś lepiej widział i by cię uczynić wspaniałym, godnym miłości i podziwu wobec aniołów. Może Bóg chce, abyś upadł, jak ongiś to uczynił ze św. Pawłem, który spadł z konia?

    Nie trać więc nadziei i odwagi z tego powodu, że upadasz, ale właśnie ożyw się i odnów nadzieję, i uczyń wielki akt pokory. Tracić otuchę i niecierpliwić się się po upadku – to sztuczka i zasadzka Nieprzyjaciela, to oddanie mu broni i pozwolenie mu na odniesienie zwycięstwa. A więc nie czyń nigdy tego, gdyż łaska Pana zawsze jest gotowa, by cię podźwignąć.

    2. Bóg zawsze się będzie o Ciebie troszczyć

    I druga rada. Niech ona zostanie wyryta w twej duszy: Bóg jest naszym Ojcem. Czy jest więc sens bać się takiego Ojca, który zapewni nas, że bez Jego woli i Opatrzności nawet włos z głowy nam nie spadnie? Jest to wspaniałe, naprawdę wspaniałe, że będąc dziećmi takiego Ojca, mamy i powinniśmy spełniać kolejne zadanie: Kochać Go i służyć Mu! Wypełniaj więc swoje obowiązki w domu i nie martw się o nic więcej.

    Zobaczysz, że gdy tak będziesz układał swoje życie, to Jezus sam zatroszczy się o ciebie. “Myśl o mnie, a ja będę myślał o tobie” – powiedział kiedyś Jezus do św. Katarzyny ze Sieny. A Mędrzec powiada: “Ojcze Odwieczny, Twoja Opatrzność rządzi wszystkim” (por. Mdr 14,3).

    Ojciec Pio / www.swiecinapomoc.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 września

    Błogosławiona
    Bernardyna Maria Jabłońska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci Maurycy i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Emmeran, męczennik
      •  Święty Ignacy z Santhià, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Maria od Krzyża Mendez, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławieni Tomasz Sitjar, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Błogosławieni Dionizy Pamplona, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks IV, papież
    ***
    Błogosławiona Bernardyna Maria Jabłońska

    Maria Jabłońska urodziła się 5 sierpnia 1878 roku we wsi Pizuny koło Lubaczowa. Była jednym z czworga dzieci niezamożnych rolników Grzegorza i Marii. Do szkoły nie chodziła, pisać i czytać nauczył ją domowy nauczyciel. W wieku 18 lat po spotkaniu Brata Alberta Chmielowskiego wstąpiła do Albertynek. Została główną kucharką w Miejskim Domu Kalek. W jej zapiskach można przeczytać: “Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególnie Jego miłosierdzia nad nędzami duszy i ciała bliźnich”.
    24-letnią siostrę Marię, która w zakonie przybrała imię Bernardyna, brat Albert mianował przełożoną generalną Albertynek. W testamencie napisała: “Czyńcie dobrze wszystkim” – jakby uzupełniając słowa Adama Chmielowskiego: “Trzeba być dobrym jak chleb”. Siłę siostra Bernardyna odnajdywała w Eucharystii. W dzień zajęta sprawami Zgromadzenia i ubogich, nie miała czasu na dłuższą modlitwę, więc wynagradzała Panu Bogu, trwając nocą godzinami przed Najświętszym Sakramentem. To umiłowanie Jezusa w Eucharystii przekazała swoim siostrom, zachęcając je do częstej adoracji. Zmarła 23 września 1940 roku.
    Beatyfikacji Bernardyny Jabłońskiej dokonał 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas Mszy św. odprawianej pod Krokwią w Zakopanem. W homilii mówił on między innymi:

    Św. Jan Paweł II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej, Zakopane, 6 czerwca 1997 r.

    Maria Bernardyna Jabłońska – duchowa córka św. brata Alberta Chmielowskiego, współpracownica i kontynuatorka jego dzieła miłosierdzia – żyjąc w ubóstwie dla Chrystusa poświęciła się służbie najuboższym. Kościół stawia nam dzisiaj za wzór tę świątobliwą zakonnicę, której dewizą życia były słowa: “dawać, wiecznie dawać”. Zapatrzona w Chrystusa, szła wiernie za Nim, naśladując Go w miłości. Chciała zadośćuczynić każdej prośbie ludzkiej, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choćby słowem każdą cierpiącą duszę. Chciała być dobrą zawsze dla wszystkich, a najlepszą dla najbardziej pokrzywdzonych. “Ból bliźnich moich jest bólem moim” – mawiała. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych.
    Ta wielka heroiczna miłość dojrzewała na modlitwie, w ciszy pobliskiej pustelni na Kalatówkach, gdzie przez jakiś czas przebywała. W najtrudniejszych chwilach życia – zgodnie z zaleceniami jej duchowego opiekuna – polecała się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jemu ofiarowała wszystko, co posiadała, a zwłaszcza cierpienia wewnętrzne i udręki fizyczne. Wszystko dla miłości Chrystusa! Jako przez wiele lat przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Posługujących Ubogim III Zakonu św. Franciszka – albertynek, nieustannie dawała swoim siostrom przykład tej miłości, która wypływa ze zjednoczenia ludzkiego serca z Najświętszym Sercem Zbawiciela. To Serce Jezusa było jej umocnieniem w heroicznej posłudze najbardziej potrzebującym.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 września

    Święty Mateusz, Apostoł i Ewangelista

    Zobacz także:
      •  Jonasz, prorok
    ***
    Święty Mateusz

    Ewangeliści Marek i Łukasz nazywają Mateusza najpierw “Lewi, syn Alfeusza” (Mk 2, 14; Łk 5, 27), dopiero później w innych miejscach wymieniane jest imię Mateusz. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Pochodzi ono z hebrajskiego Mattaj lub Mattanja, co po polsku oznacza “dar Boga” (Teodor, Deusdedit, Bogdan).
    Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów.W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei.
    Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami (Mt 9, 11; 11, 19; Mk 2, 15. 16; Łk 3, 12; 5, 29-30; 7, 34; 15, 12; 19, 2), to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich (Łk 19, 9-10; Mt 9, 10-11), nawet z nimi jadał (Łk 5, 29-33), jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści (Łk 18, 9-14). Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia (Łk 19, 8). Kiedy Żydzi postawili zarzut: “Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie św. Mateusz (Mt 9, 12-13).
    O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania (Mt 9, 1-8). O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Być może Mateusz słuchał wcześniej mów pokutnych Jana Chrzciciela. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.
    O powołaniu Mateusza na Apostoła piszą w swoich Ewangeliach także św. Marek i św. Łukasz (Mk 2, 13-17; Łk 5, 27-32). Jest to jednak równocześnie pierwsza i ostatnia osobna wzmianka o nim w Piśmie świętym. Potem widzimy go jedynie w spisach ogólnych na liście Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). W katalogach Apostołów figuruje on na miejscu siódmym lub ósmym.

    Święty Mateusz

    Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Najstarsza tradycja kościelna za autora pierwszej Ewangelii zawsze uważała Mateusza. Twierdzą tak m.in. Papiasz, biskup Hierapolis, Klemens Aleksandryjski, Orygenes i Ireneusz. Pierwotnie Ewangelia według św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Tłumacze pozostawili część słownictwa aramejskiego, chcąc zachować tzw. ipsissima verba Iesu – najbardziej własne słowa Jezusa.
    Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.
    Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Relikwie Mateusza miały być przewiezione ze Wschodu do Paestum (Pasidonii) w Italii. Jego ciało przewieziono do Italii w X w. Znajduje się ono obecnie w Salerno w dolnym kościele, wspaniale ozdobionym marmurami i mozaikami. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Mateusz uznawany jest za męczennika.
    Z apokryfów o Mateuszu dochowały się jedynie tzw. Ewangelia (inna, oczywiście) i Dzieje. Pierwszy utwór nieznanego autora pochodzi z VI w. i zdradza duże zapożyczenie w Protoewangelii Jakuba (aż 24 rozdziały są niemal identyczne). Pozostałe rozdziały tej Pseudo-ewangelii zawierają w sobie tak wiele cudowności i legend, że nie stanowią wiarygodnego źródła.
    W ikonografii św. Mateusz przedstawiany był w postaci młodzieńca, później – zwłaszcza w sztuce bizantyjskiej – jako siwowłosy, stary mężczyzna. W sztuce zachodniej od czasów średniowiecza dominuje obraz silnie zbudowanego, brodatego mężczyzny w średnim wieku. Ubrany bywa w tradycyjną długą, białą suknię apostolską i w tunikę. Bywa także ukazywany w postawie siedzącej, kiedy pisze – przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda, postać uskrzydlonego młodzieńca, sakwa z pieniędzmi u stóp, torba podróżna.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Święty Mateusz

    Święty Mateusz

    Powołanie św. Mateusza/MICHELANGELO MERISI DA CARAVAGGIO (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 30 SIERPNIA 2006

    Pierwszą jest to, że Jezus przyjął do grupy swych najbliższych człowieka, który zgodnie z ówczesnym sposobem myślenia w Izraelu uważany był za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale kolaborował też z obcą władzą, nienawistnie chciwą, która mogła ustalać podatki także w sposób arbitralny.

    Drodzy bracia i siostry!

    Kontynuujemy cykl wizerunków dwunastu Apostołów, który rozpoczęliśmy kilka tygodni temu. Zatrzymujemy się dzisiaj przy św. Mateuszu. Prawdę powiedziawszy wyczerpujące nakreślenie jego postaci jest prawie niemożliwe, ponieważ Ewangelie nie przynoszą nam jego biografii, dają nam tylko elementy zarysu tej postaci.

    Tymczasem okazuje się, że jest on zawsze obecny na liście Dwunastu, wybranych przez Jezusa (por. Mt 10,3; Mk 3,18; Łk 6,15; Dz 1,13). Jego hebrajskie imię oznacza “dar Boga”. Pierwsza Ewangelia kanoniczna nosi jego imię i wymienia go na liście Dwunastu z wyraźnie określonym mianem: “celnik” (Mt 10,3). W ten sposób został on zidentyfikowany jako człowiek siedzący za biurkiem poborcy podatkowego, którego Jezus wzywa, by poszedł za Nim. Słyszeliśmy przed chwilą te słowa: “Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną». On wstał i poszedł za Nim” (Mt 9,9). Również Marek (por. 2,13-17) i Łukasz (por. 5,27-30) opowiadają o powołaniu człowieka z komory celnej, nazywają go jednak “Lewi”. Ale to ten sam Apostoł! Aby wyobrazić sobie tę scenę, opisaną w Mt 9,9, wystarczy wspomnieć wspaniałe płótno Caravaggia, znajdujące się tu w Rzymie, w kościele francuskim św. Ludwika.

    Z Ewangelii wynika jeszcze jeden szczegół do jego biografii: we fragmencie, który poprzedza opis powołania mowa jest o cudzie, jakiego dokonał Jezus w Kafarnaum (por. Mt 9, 1-8; Mk 2, 1-12) i wspomina się o bliskości Morza Galilejskiego, czyli Jeziora Tyberiadzkiego (por. Mk 2, 13-14). Można zatem wywnioskować, że Mateusz pracował jako poborca podatkowy w Kafarnaum, leżącym właśnie “nad jeziorem” (Mt 4, 13), gdzie Jezus był stałym gościem w domu Piotra.

    Na podstawie tych prostych ustaleń, które przynosi Ewangelia, możemy sformułować parę refleksji. Pierwszą jest to, że Jezus przyjął do grupy swych najbliższych człowieka, który zgodnie z ówczesnym sposobem myślenia w Izraelu uważany był za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale kolaborował też z obcą władzą, nienawistnie chciwą, która mogła ustalać podatki także w sposób arbitralny. Z tego powodu więcej niż jeden raz Ewangelie mówią jednocześnie o “celnikach i grzesznikach” (Mt 9,10; Łk 15,1), czy nawet o “celnikach i nierządnicach” (Mt 21, 31). Oprócz tego upatrują one w celnikach przykład małoduszności (por. Mt 5,46: miłują tylko tych, którzy ich miłują) i wymieniają jednego z nich, Zacheusza, jako “zwierzchnika celników” (Łk 19,2), podczas gdy w opinii ludowej kojarzeni byli ze “zdziercami, oszustami i cudzołożnikami” (Łk 18,11).

    Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy na podstawie tych wzmianek: Jezus nie wykluczał nikogo ze swej przyjaźni. Owszem, właśnie kiedy siedział za stołem w domu Mateusza-Lewiego, w odpowiedzi komuś, kto gorszył się jego kontaktami z niegodnym polecenia towarzystwem, złożył ważne oświadczenie: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17).

    Dobra nowina Ewangelii polega właśnie na tym: na propozycji Bożej łaski wobec grzesznika! Gdzie indziej w słynnej przypowieści o faryzeuszu i celniku, modlących się w Świątyni, Jezus wskazuje wręcz na anonimowego celnika jako na godny uznania wzór pokornej ufności w miłosierdzie Boże: kiedy faryzeusz chełpił się własną moralną doskonałością, celnik “nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika»”. I Jezus komentuje: “Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, a nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18,13-14).

    Tak więc w postaci Mateusza Ewangelie ukazują paradoks z prawdziwego zdarzenia: ten, kto pozornie daleki jest od świętości, może stać się wręcz przykładem przyjęcia miłosierdzia Bożego i ukazać jego cudowne skutki w swym życiu. W związku z tym św. Jan Chryzostom uczynił znaczące spostrzeżenie: zauważył on, że tylko w opowieści o kilku powołaniach wspomina się o pracy, jaką wykonywali zainteresowani. Piotr, Andrzej, Jakub i Jan zostali wezwani, kiedy łowili ryby, Mateusz właśnie kiedy pobierał podatki. Chodzi tu o zajęcia mało liczące się – komentuje Chryzostom – “albowiem nie ma nic bardziej wstrętniejszego od poborcy podatków i nic bardziej pospolitego od rybołówstwa” (“In Matth. Hom.”: PL 57, 363). Wezwanie Jezusa dociera więc także do osób będących na dole drabiny społecznej, kiedy wykonują swą zwykłą pracę.

    Inną refleksją, jaką nasuwa opowiadanie ewangeliczne, jest stwierdzenie, że na powołanie przez Jezusa Mateusz odpowiada natychmiast: “On wstał i poszedł za Nim”. Zwięzłość tego zdania wyraźnie ukazuje gotowość Mateusza do udzielenia odpowiedzi na wezwanie. Oznacza to dla niego porzucenie wszystkiego, przede wszystkim tego, co gwarantowało mu pewny dochód, choć często nieuczciwy i hańbiący. Najwidoczniej Mateusz zrozumiał, że zażyłość z Jezusem nie pozwalała mu kontynuować działalności potępianej przez Boga. Łatwo domyślić się odniesienia do teraźniejszości: dziś również niedopuszczalne jest przywiązanie do rzeczy będących nie do pogodzenia z pójściem za Chrystusem, jak w przypadku nieuczciwie zgromadzonego bogactwa. Kiedyś Jezus powiedział bez niedomówień: “Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). To właśnie uczynił Mateusz: wstał i poszedł za Nim! W owym “wstaniu” można odczytać dystans do sytuacji grzechu i zarazem świadome przylgnięcie do nowego życia, prawego, w jedności z Jezusem.

    Przypomnijmy na koniec, że tradycja starożytnego Kościoła zgodna była w przypisywaniu Mateuszowi ojcostwa pierwszej Ewangelii. Było tak poczynając od Papiasza, biskupa Gerapoli we Frygii około roku 130. Pisał on: “Mateusz zebrał słowa [Pana] w języku hebrajskim, a każdy interpretował je, jak umiał” (w: Euzebiusz z Cezarei, “Historia Kościoła” III,39,16). Historyk Euzebiusz dodał tę wiadomość: “Mateusz, który zrazu przepowiadał wśród Żydów, kiedy postanowił pójść także do innych narodów, spisał w swym języku ojczystym Ewangelię, którą głosił; w ten sposób starał się tym, których opuszczał, zastąpić na piśmie to, co tracili oni wraz z jego wyjazdem” (tamże, III, 24,6).

    Nie mamy już Ewangelii napisanej przez Mateusza po hebrajsku ani po aramejsku, ale w Ewangelii po grecku, którą mamy, w pewnym sensie nadal słyszymy przekonujący głos celnika Mateusza, który, zostawszy Apostołem, głosi nam dalej zbawcze miłosierdzie Boga. Słuchajmy tego orędzia św. Mateusza, rozważajmy je stale na nowo, abyśmy i my nauczyli się wstać i pójść całkowicie za Jezusem. Dziękuję!

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła scena powołania św. Mateusza widziana oczami włoskiej mistyczki

    7 1625 Giovanni Battista Caracciolo Calling of St Mat maybe c.1625 30 Met bought jan 2016

    Podobnie spojrzenie Zbawiciela oraz celnika zostało przedstawione w obrazie Powołanie św. Mateusza Charles’a Wautiera z połowy XVII wieku (Museum Augustynów w Tuluzie).

    ***

    Obchodzimy dziś święto jednego z czterech ewangelistów, apostoła i męczennika – św. Mateusza. Żyjąca w XX wieku włoska mistyczka Maria Valtorta w przejmujący sposób opisała objawioną jej scenę powołania Mateusza przez Chrystusa.

    «…Aż mnie serce boli, że będę musiał dać tyle sykli temu złodziejowi, tam… » [– mówi Piotr] i pokazuje palcem poborcę podatkowego, Mateusza. Jego stanowisko otaczają płacący, jak sądzę, za miejsce [targowe] lub za towary.

    «Wszystko w odpowiedniej proporcji, jak mówiłem. Więcej ryb i więcej podatku, ale też większy zarobek» [– mówi Jezus.]

    «Nie, Nauczycielu. Więcej ryb – to większy zarobek. Jednak kiedy mam podwójny połów, wtedy on nie każe mi płacić podwójnie. Trzeba mu dać poczwórnie… Szakal!»

    «Piotrze! [– mówi Jezus. –] Dobrze więc! Chodźmy tam, całkiem blisko. Chcę mówić. Zawsze są ludzie w pobliżu komory celnej.»

    «Oczywiście! – mruczy Piotr pod nosem – Ludzie i przekleństwa.»

    «Dobrze! Pójdę zanieść tam błogosławieństwa. Kto wie, może nieco szlachetności wejdzie w tego urzędnika podatkowego?» [– mówi na to Jezus]

    «O, możesz być spokojny, Twoje słowo nie przeniknie jego krokodylej skóry» [– odpowiada Piotr.]

    «Zobaczymy.»

    «Co mu powiesz?»

    «Nic nie powiem [do niego] bezpośrednio, lecz będę mówił w taki sposób, żeby to odniósł również do siebie.»

    «Powiesz, że łotrem jest ten, kto atakuje nas na drogach, oraz ten, kto ogołaca biednych, pracujących, by zarobić na chleb, a nie na kobiety i pijatyki?»

    «Piotrze, czy chcesz mówić zamiast Mnie?» [– pyta Jezus.]

    «Nie, Nauczycielu. Nie umiałbym się właściwie wyrazić…»

    «A tym wzburzeniem, które jest w tobie, zaszkodziłbyś sobie samemu i jemu również.»

    Podeszli do komory celnej. Piotr jest gotowy zapłacić, jednak Jezus powstrzymuje go i mówi: «Daj Mi pieniądze, dzisiaj Ja zapłacę.»

    Piotr patrzy na Niego, zaskoczony, i podaje Mu skórzaną sakiewkę, dobrze wypchaną. Jezus czeka na Swoją kolej i – kiedy jest naprzeciw poborcy podatkowego – mówi: «Płacę za osiem koszy ryb Szymona, syna Jony. Tam stoją, u stóp chłopców. Sprawdź, jeśli chcesz. Jednak pomiędzy ludźmi uczciwymi powinno wystarczyć słowo. A myślę, że za takiego Mnie uważasz. Ile wynosi opłata?»

    Mateusz – który siedział, pobierając opłaty – wstał, jak tylko Jezus wypowiedział słowa: “myślę, że za takiego Mnie uważasz”. Niskiego wzrostu i już starszy, w wieku zbliżonym do Piotra, ujawnia – na zmęczonym obliczu osoby korzystającej z życia – jawne zmieszanie. Pozostaje tak ze spuszczoną głową, potem ją podnosi i patrzy na Jezusa, który przygląda mu się uważnie, poważnie, górując nad nim Swoją wysoką sylwetką.

    «Ile?» – pyta Jezus po chwili.

    «Nie ma podatku dla ucznia Nauczyciela – odpowiada Mateusz, a po cichu dodaje: – Módl się za moją duszę.»

    «Noszę ją w Sobie, bo jestem schronieniem grzeszników. Ale ty… dlaczego się o nią nie troszczysz?»

    Zaraz [po tych słowach] Jezus odwraca się. Wraca do całkiem osłupiałego Piotra. Również pozostali są zdumieni. Szepczą, nie wierząc własnym oczom… Jezus opiera się o drzewo w odległości dziesięciu metrów od Mateusza i zaczyna mówić:

    «Świat jest podobny do wielkiej rodziny, której członkowie wykonują różne zawody i wszyscy są potrzebni. Są rolnicy, pasterze, robotnicy w winnicach, cieśle, rybacy, murarze, drwale, kowale i jeszcze pisarze, żołnierze, posłańcy do specjalnych zadań, medycy, kapłani. Są różni. Świat nie mógłby się składać tylko z jednej kategorii [robotników]. Wszystkie zawody są potrzebne, wszystkie święte, jeśli tylko wszyscy wykonują pracę uczciwie i sprawiedliwie. Ale jak można to osiągnąć, skoro szatan kusi nas ze wszystkich stron? Myśląc o Bogu, który wszystko widzi – nawet najbardziej ukryte działania – i myśląc o Jego Prawie, które mówi: “Kochaj bliźniego, jak siebie samego, nie czyń mu tego, co nie chciałbyś, by tobie uczyniono. Nie okradaj w żaden sposób.”

    Powiedzcie Mi, wy, którzy Mnie słuchacie: czy zabiera ze sobą swe worki z pieniędzmi człowiek, kiedy umiera? A nawet gdyby był tak głupi, że chciałby je mieć przy sobie w grobie, czy będzie mógł z nich korzystać w tamtym życiu? Nie. Monety zniszczeją w kontakcie ze zgnilizną rozkładającego się ciała. A jego dusza będzie naga, biedniejsza niż dusza błogosławionego Hioba, i nie będzie miała do dyspozycji najmniejszego pieniążka, nawet gdyby tu, na ziemi i w grobie, pozostawiła wiele talentów. Słuchajcie więc, posłuchajcie! Zaprawdę, powiadam wam, że – posiadając bogactwa – trudno zdobyć Niebo, co więcej: przeważnie się je traci, nawet jeśli zostały odziedziczone lub pochodzą z uczciwego zarobku, bo niewielu bogatych potrafi posługiwać się [bogactwami] sprawiedliwie.

    Czegóż więc trzeba, aby posiąść to błogosławione Niebo, ten spoczynek na łonie Ojca? Nie należy być chciwym bogactw, to znaczy nie można ich chcieć za wszelką cenę, nawet uchybiając uczciwości i miłości. Nie można być chciwym w tym sensie, żeby – posiadłszy bogactwa – kochać je bardziej niż Niebo i bliźniego, odmawiając miłosierdzia bliźniemu w potrzebie. Nie należy być chciwym tego, co te bogactwa mogą dać, to znaczy niewiast, przyjemności, suto zastawionego stołu, okazałych szat, będących niesprawiedliwością w obliczu nędzy [ludzi] odczuwających zimno i głód. Jest [jednak], owszem, jest pieniądz zastępujący niesprawiedliwe pieniądze tego świata i mający wartość w Królestwie Niebieskim! Trzeba mieć święty spryt i zamienić ludzkie bogactwa – często niesprawiedliwie zdobyte lub prowadzące do niesprawiedliwości – na bogactwa wieczne. Trzeba do tego uczciwości w zarabianiu, zwracania rzeczy zdobytych niesprawiedliwie, używania dóbr tego świata w sposób umiarkowany i bez przywiązywania się do nich. Trzeba umieć opuszczać bogactwa, bo wcześniej czy później one nas opuszczą – o, trzeba o tym myśleć! – podczas gdy wyświadczone [przez nas] dobro nigdy nas nie opuści.

    Wszyscy chcą, by ich nazywano “sprawiedliwymi”, by ich za takich uważano i aby – jako tacy – zostali nagrodzeni przez Boga. Jakże jednak Bóg może nagrodzić kogoś, kto ze sprawiedliwego ma jedynie nazwę, a nie – dzieła? Jakże może powiedzieć: “przebaczam ci”, jeśli widzi, że skrucha jest jedynie w słowach, a w duchu nie ma rzeczywistej przemiany? Nie ma skruchy tak długo, jak długo trwa pragnienie tego, co prowadzi do grzechu. Prawdziwie skruszony jest ktoś wtedy, kiedy się korzy, kiedy wyniszcza to, co jest w nim źródłem złej namiętności – a tym może być kobieta lub złoto – kiedy mówi: “Dla Ciebie, Panie, już więcej tego nie uczynię”. Wtedy Bóg przyjmuje go mówiąc: “Chodź, jesteś Mi drogi jak niewinne dziecko albo jak bohater.”»

    Jezus skończył [mówić]. Odchodzi, nie patrząc nawet na Mateusza, który już przy pierwszych słowach Jezusa poszedł do kręgu słuchających Go.

    (…)

    Jezus wysiada z łodzi i przechodzi przez tłum tłoczący się wokół Niego. Przy rogu jednego z domów stoi jeszcze Mateusz. Stamtąd słuchał Nauczyciela, nie mając śmiałości uczynić nic więcej. Doszedłszy do niego, Jezus zatrzymuje się i – jakby błogosławiąc wszystkich – udziela jeszcze raz błogosławieństwa. Patrzy na Mateusza, a potem dołącza do uczniów. Lud podąża za Jezusem, który znika następnie w jednym z domów.

    (…)

    Przybyli na plac. Jezus idzie prosto do stołu, przy którym Mateusz właśnie dokonuje obliczeń i sprawdza monety. Układa je według rodzaju, wkłada do różnych woreczków o odmiennych kolorach i umieszcza w żelaznym kufrze. Dwaj słudzy czekają obok, aby gdzieś ten kufer zanieść. Ledwie cień rzucony przez wysoką postać Jezusa kładzie się na ladzie, Mateusz podnosi głowę, by zobaczyć kto przychodzi zapłacić z opóźnieniem. Piotr, ciągnąc Jezusa za rękaw, mówi: «Nie mamy nic do zapłacenia, Nauczycielu. Co robisz?»

    Jednak Jezus nie zwraca na niego uwagi. Patrzy uważnie na Mateusza, który natychmiast podnosi się z szacunkiem. Nauczyciel rzuca drugie przenikliwe spojrzenie. Jednak nie jest to jak niegdyś spojrzenie surowego sędziego. To spojrzenie przywołujące, pełne uczucia. Ogarnia Mateusza, przenika miłością. Ten czerwieni się. Nie wie, co robić ani co powiedzieć…

    «Mateuszu, synu Alfeusza, wybiła godzina. Chodź, pójdź za Mną!» – oświadcza mu Jezus z dostojeństwem.

    «Ja? Nauczycielu, Panie! Ale czy Ty wiesz, kim ja jestem? Mówię to ze względu na Ciebie, nie na siebie…»

    «Chodź, pójdź za Mną, Mateuszu, synu Alfeusza» – powtarza Jezus łagodniej.

    «O! Jakże mogłem znaleźć łaskę u Boga? Ja… Ja…»

    «Mateuszu, synu Alfeusza, czytałem w twoim sercu. Chodź, pójdź za Mną.» Trzecia zachęta [Jezusa] jest jak pieszczota.

    «O! Natychmiast, mój Panie!» – Mateusz z płaczem wychodzi zza stołu, nie zajmując się już ani układaniem porozrzucanych monet, ani domknięciem kufra. Niczym.

    «Dokąd idziemy, Panie? – pyta [Mateusz], kiedy jest już blisko Jezusa. – Dokąd mnie prowadzisz, Panie?»

    «Do twego domu. Zechcesz udzielić gościny Synowi Człowieczemu?»

    «O!… Jednak… co powiedzą ci, którzy Ciebie nienawidzą?»

    «Ja słucham tego, co mówi się w Niebie, a tam mówią: “Chwała niech będzie Bogu za grzesznika, który się zbawia!” Ojciec mówi: “Na wieki wzniesie się w Niebiosach Miłosierdzie i wyleje się na ziemię! Ponieważ kocham cię miłością wieczną, miłością doskonałą, dlatego i tobie okazuję miłosierdzie”. Chodź. I niech przez Moje wejście oprócz twego serca także twój dom zostanie uświęcony.»

    «Już go oczyściłem nadzieją, jaką miałem w duszy… Jednak mój duch nie mógł przyjąć, że była prawdziwa… O! Ja z Twoimi świętymi…»

    Mateusz spogląda na uczniów.

    «Tak, z Moimi przyjaciółmi. Chodźcie. Jednoczę was i bądźcie braćmi.»

    Uczniowie są tak zaskoczeni, że jeszcze nie wiedzą, co mają powiedzieć. Idą w grupie za Jezusem i Mateuszem po nasłonecznionym placu, teraz zupełnie opustoszałym, drogą, którą rozpala oślepiające słońce. Nie ma nikogo na ulicach. Tylko słońce i kurz.

    Wchodzą do domu. To piękny dom z przestronnym wejściem od strony drogi. Ładny dziedziniec zacieniony i przynoszący ochłodę. Widzę na nim wielką przestrzeń zagospodarowaną jako ogród.

    «Wejdź, mój Nauczycielu! Przynieście wody i napoje.»

    Słudzy biegną z wszystkim, co potrzebne. Mateusz wychodzi wydać polecenia. Tymczasem Jezus i Jego [uczniowie] odświeżają się. Potem powraca.

    «Chodź teraz, Nauczycielu. Sala jest chłodniejsza… Przyjdą przyjaciele… O! Chcę, aby to było wielkie święto! To moje odrodzenie… To moje… obrzezanie, prawdziwe tym razem… Obrzezałeś mi serce Swą miłością… Nauczycielu, to będzie ostatnia uroczystość… Teraz już nie będzie świąt dla celnika Mateusza. Nie będzie już uroczystości tego świata… Jedynie wewnętrzne święto z odkupienia i służenia Tobie… bycia kochanym przez Ciebie… Jak wiele płakałem… Jak wiele, w tych ostatnich miesiącach… Już od prawie trzech miesięcy płaczę… Nie wiedziałem, co zrobić… Chciałem przyjść… jednak jakże przyjść do Ciebie, Świętego, z moją splamioną duszą?…»

    «Obmyłeś ją przez skruchę oraz miłość do Mnie i do bliźniego. Piotrze, chodź tutaj.»

    Piotr, który jeszcze nie przemówił, tak bardzo jest osłupiały, podchodzi. Dwaj mężowie – obydwaj starsi, niscy, krępi – stają naprzeciw siebie. Pomiędzy nimi – Jezus, uśmiechnięty i piękny.

    «Piotrze, pytałeś Mnie wiele razy, kim jest ten nieznajomy, który dawał nam sakiewkę przez [małego] Jakuba. Oto on. Stoi przed tobą.»

    «Kto? Ten złodz… O, przepraszam, Mateuszu! Ale kto mógłby pomyśleć, że to byłeś ty! Naprawdę doprowadzałeś nas lichwą do rozpaczy. Któż by pomyślał, że byłbyś zdolny wyrwać sobie co tydzień kawałek serca, dając tak bogatą jałmużnę?»

    «Wiem. Nakładałem na was niesprawiedliwe podatki. Ale oto klękam przed wami wszystkimi i mówię wam: nie wypędzajcie mnie. On mnie przyjął. Nie bądźcie bardziej surowi niż On.»

    ren/„Poemat Boga-Człowieka”, Katowice 1999/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 września

    Święci męczennicy
    Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter,
    Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica
      •  Błogosławiony Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
    ***
    Święty Andrzej Kim Tae-gŏn

    Andrzej Kim Tae-gŏn był pierwszym kapłanem koreańskim. Urodził się w 1821 r. w koreańskiej prowincji Tcziong-Czu w rodzinie katolickiej. Jego pradziadek, Pius Kim Chin-hu, z powodu wiary spędził ponad 10 lat w więzieniu, gdzie zmarł, a jego ojciec, bł. Ignacy Kim, zginął w czasie prześladowań w roku 1839 (został beatyfikowany w 1925 r.). Po chrzcie, który Andrzej przyjął mając 15 lat, przebył kilkaset kilometrów do seminarium w Makao (Chiny). Po sześciu latach zdołał wrócić do swojego kraju poprzez Mandżurię. W tym samym roku przebył Morze Żółte i w Szanghaju w 1845 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do przygotowania bezpiecznej przeprawy wodnej dla misjonarzy chrześcijańskich, tak aby udało im się ujść straży granicznej. Andrzej został aresztowany i

    Święty Paweł Chŏng Ha-sang

    Paweł Chŏng Ha-sang był współpracownikiem i tłumaczem kapłanów. Przez dwadzieścia lat przewodził wspólnocie chrześcijańskiej w Korei. W wieku 44 lat jako kleryk seminarium poniósł śmierć męczeńską, ścięty mieczem 22 kwietnia 1839 r.Chrześcijaństwo dotarło do Korei podczas japońskiej inwazji w 1592 r., kiedy to ochrzczono zaledwie kilku Koreańczyków (prawdopodobnie dokonali tego katoliccy żołnierze japońscy). Ewangelizacja była utrudniona, ponieważ Korea przez wiele dziesiątków lat całkowicie izolowała się od innych państw. Jedynym kontaktem ze światem była doroczna wyprawa oficjalnej delegacji do Pekinu, z urodzinowymi życzeniami dla chińskiego cesarza. W jednej z takich ekspedycji uczestniczył niejaki Li Sung-Hun. W Chinach spotkał jezuickich misjonarzy, zafascynował się ich nauczaniem, przyjął chrzest, przybierając imię Piotr. W 1784 roku wrócił do ojczyzny, szmuglując tyle chrześcijańskiej – pisanej po chińsku – literatury, ile tylko zdołał. Ochrzcił pierwszych uczniów. Wokół nich zaczęła gromadzić się potajemnie chrześcijańska wspólnota, która bardzo szybko zaczęła się rozrastać. Sami świeccy, bez udziału nawet jednego duchownego, wprowadzili chrześcijaństwo do swojego kraju i stali się pierwszymi misjonarzami. Wiara umacniała się i szerzyła przez lekturę Biblii i książek katolickich, które tłumaczono z chińskiego na koreański. Kiedy dwanaście lat później udało się na teren Korei przedostać chińskiemu księdzu, zastał on tam już około 4 tys. chrześcijan – żaden z nich dotąd nie widział nigdy kapłana. Siedem lat później chrześcijan w Korei było już prawie 10 tys. Wolność religijną wprowadzono dopiero w 1887 r., po podpisaniu traktatu z Francją. W XIX w. poniosło śmierć męczeńską 3 biskupów katolickich, 10 kapłanów i ponad 10 tys. wiernych. Z nich tylko część dostąpiła chwały ołtarzy.

    Męczennicy koreańscy

    Św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty apostolskiej w Korei w 1984 r. kanonizował, oprócz Andrzeja Kim Tae-gŏn i Pawła Chŏng Ha-sang, także 98 Koreańczyków i trzech misjonarzy francuskich, którzy ponieśli śmierć męczeńską pomiędzy 1839 a 1867 rokiem. Wśród nich byli biskupi i księża; większość z nich jednak to ludzie świeccy (47 kobiet i 45 mężczyzn).
    Wśród męczenników koreańskich była m.in. 26-letnia Kolumba Kim. Została ona umieszczona w więzieniu, gdzie przypalano ją za pomocą gorących narzędzi i rozżarzonych węgli. Wraz ze swoją siostrą, Agnieszką, były trzymane przez dwa dni w jednej celi z osądzonymi już przestępcami, czekającymi na wykonanie wyroku. Obie zostały ścięte. Inny męczennik, 13-letni chłopiec, Piotr Ryou, był tak mocno umęczony, że mógł ściągać z siebie skórę, a następnie rzucać nią w sędziów. Został uduszony. Protazy Chong, 41-letni szlachcic, po uwięzieniu wyparł się wiary i został uwolniony. Wkrótce jednak wrócił, przyznał się ponownie do Jezusa i został zamęczony.
    W Korei Płd. w ciągu ostatnich dziesięcioleci niezwykle dynamicznie wzrasta liczba chrześcijan. Dzisiaj Kościół katolicki w Korei Płd. liczy około 4 milionów wyznawców, żyjących w 19 diecezjach (9 proc. ludności). Każdego roku sakrament chrztu przyjmuje około 150 tys. dorosłych.
    Zagadką jest natomiast to, co działo się i dzieje z wierzącymi w Korei Płn., rządzonej przez reżim komunistyczny. Oficjalnie nie ma tam ani jednego katolickiego księdza. Liczbę katolików szacuje się dzisiaj na 3-4 tysiące. Św. Jan Paweł II nazwał ich Kościołem milczenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 września

    Najświętsza Maryja Panna z La Salette

    Zobacz także:
      •  Święty January, biskup i męczennik
      •  Święty Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
      •  Święty Józef z Kupertynu, prezbiter
      •  Błogosławiony Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
      •  Święta Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
    ***
    Matka Boża z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.
    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.
    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
    Słowo pommes de terre wprawiło w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używało w tamtej okolicy, na ziemniaki mówiło się las truffas. Pasterka zwróciła się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedziła: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.
    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.
    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.
    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.
    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Matka Boża z La Salette

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.
    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.
    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.
    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.
    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Smutna i płacząca nad nami Matka Boża.

    Bolesne objawienia Maryi z La Salette

    SANKTUARIUM W LA SALETTE

    fot. Magdalena Galek

    ***

    Przesłanie „Pięknej Pani” z La Salette pasuje do naszych czasów. Maryja przyszła do dzieci zaniedbanych religijnie. Dlaczego akurat do nich i akurat w tym miejscu?

    Wróćcie do mnie – tak można streścić dramatyczne słowa, które Bóg przez Maryję powiedział podczas prywatnego objawienia we francuskim La Salette dwojgu dzieciom. Choć było to w połowie XIX wieku, dziś równie dobrze Maryja mogłaby ukazać się płacząc, tak jak wtedy, nad pogubieniem naszego społeczeństwa.

    Objawienia 19 września 1846 roku

    15 kilometrów od miasteczka Corps, które zamieszkiwało ok 700 osób, na zboczach Alp dwoje dzieci, Melania Calvat (15 l.) i Maksymin Giraud (11 l.), podobnie jak i dziś okoliczni mieszkańcy, pracowali jako pasterze. Mieli pod opieką stado krów.

    W pewnym momencie zauważyli „świetlistą kulę” unoszącą się nad pobliskim kamieniem. Dzieci opisywały to jako „słońce, które spadło na ziemię, ale o wiele piękniejsze i jaśniejsze niż słońce”.

    Po chwili świetlistość zaczęła się rozrzedzać i w jej środku widoczna była siedząca, pochylona kobieta, która podtrzymywała dłońmi twarz, tak jakby płakała. Po chwili wstała, podeszła do dzieci i zaczęła z nimi rozmawiać. Dzieci wspominały, że przez cały czas po jej twarzy spływały łzy. Spotkanie trwało niespełna pół godziny, po czym Maryja przeszła kilka kroków pod górę, a następnie, jak relacjonowały dzieci „roztopiła się”, unosząc się.

    ***

    Sanktuarium zostało wybudowane na wysokości 1800 metrów n.p.m. we francuskich Alpach w regionie Isère./ fot. Magdalena Galek

    ***

    Co Maryja powiedziała w La Salette

    Bóg posłał Maryję do Francuzów, których wiara została zniszczona przez rewolucję francuską. Melania i Maksymin pomimo swojego wieku nie przyjęli jeszcze sakramentu Eucharystii, co pokazuje, że byli zaniedbani religijnie, zapewne podobnie jak ich rówieśnicy.

    Z wypowiedzi Maryi dowiadujemy się też, że nie przestrzegano przykazań: „Woźnice przeklinają, wymawiając Imię Mojego Syna” – mówiła, niedziela była normalnym dniem pracy, mało kto uczestniczył we mszy świętej, a post odszedł w zapomnienie. Z tych właśnie powodów Maryja przepowiadała klęskę żywieniową, która już powoli się zaczynała.

    Maryja zapowiada klęskę żywieniową

    Czy to kara? Tak właśnie można pomyśleć w pierwszej chwili. Ale gdy zajrzymy do Pisma Świętego, znajdziemy wiele sytuacji, w których gniew Boga był powodowany miłością i ostateczną formą wezwania do opamiętania się.

    Spójrzmy choćby na słowa św. Pawła: „Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście” (I Kor. 3, 16-17).

    Skoro więc ludność Francji dotknęła samodegradacja, Bóg może zdecydował się na ostateczność, aby otrząsnęli się i wrócili do życia w porządku ustalonym przez Niego, do życia w Chrystusie?

    Kościół uznał objawienia w La Salette

    Przekaz „Pięknej Pani”, jak zwały Maryję dzieci (być może nawet nie zdawały sobie do końca sprawy, z kim rozmawiały) został od razu spisany – Melania i Maksymin opowiedziały o zdarzeniu proboszczowi w Corps.

    Sprawę zaczął badać biskup Grenoble Philibert de Bruillard. Powołał 2 komisje: kanoników katedralnych i profesorów seminarium duchownego. Po 5 latach badań, weryfikacji zgodności przekazu zjawionej kobiety z La Salette z Objawieniem, obserwacji natychmiastowych i masowych przemian w lokalnych społecznościach uznano, że „objawienie się Najświętszej Maryi Panny dwojgu pastuszkom na jednej z gór należących do łańcucha Alp, położonej w parafii La Salette, dnia 19 września 1846 roku, posiada w sobie wszystkie cechy prawdziwości i wierni mają uzasadnione podstawy uznać je za niewątpliwe i pewne”.

    Przesłanie objawień z La Salette

    Choć pewne fragmenty orędzia Matki Bożej budzą u niektórych wątpliwości (to temat na osobny artykuł), to jednak jego treść była adekwatna do tamtych czasów i pozostaje taką do dziś. Doskonale skomentował to bp Guy de Kerimel w rozmowie z Radiem Watykańskim w 2016 r. z okazji 170. rocznicy objawienia:

    Przesłanie Matki Bożej z La Salette dla naszych czasów jest jasne: jeśli zapomina się o Bogu, zastępując Go bożkami, które proponuje społeczeństwo konsumpcyjne, człowiek się wyjaławia, nie ma na czym budować życia osobistego ani społecznego. Społeczeństwo konsumpcyjne, kultura indywidualizmu i wszystkie związane z tym pseudowyzwolenia prowadzą do katastrofy i cierpień.

    Widzimy to właśnie dzisiaj. Maryja płacze z tego powodu, bo widzi ludzkie cierpienia, widzi negatywne konsekwencje, które były już w przeszłości i są również teraz. Wbrew temu, co mówią nam media, wśród nas są ogromne rzesze ludzi zagubionych, zdezorientowanych, którzy doświadczają ogromnych cierpień. Dlatego jak Maryja w La Salette mamy nad nimi płakać i być blisko nich, aby pomóc odnaleźć im Boga, drogę prawdziwego życia i prawdziwej duchowej wolności.

    Magdalena Galek/Aleteia.pl

    Całą treść przekazu Matki Bożej oraz dokładny opis zjawienia można znaleźć na oficjalnej stronie polskiej prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy Saletynów.

    _____________________________________________________________________________________

    Treść Orędzia z La Salette

    W sobotę 19 września 1846 r. Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, które pilnują swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegają nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznają siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podnosi się i mówi do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.

    Robi kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegają ze zbocza na dół. Stają teraz tuż przy niej. Piękna Pani cały czas płacze. Jest wysoka i cała ze światła. Ubrana jak miejscowe kobiety w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegnie brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymuje na jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa znajdują się obcęgi, po lewej młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływa cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzy iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczają wieńcem jej głowę, obrębiają jej chustę, zdobią obuwie.

    Oto, co Piękna Pani mówi do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Słowo pommes de terre wprawia w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używa w tej okolicy, na ziemniaki mówi się las truffas. Pasterka zwraca się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedza: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.

    Piękna Pani powtarza ostatnie zdanie i prowadzi dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.

    W tym miejscu Piękna Pani powierza tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie mówi do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiadają obydwoje. “Ach! moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie ma Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiadają dzieci.

    Wówczas Piękna Pani zwraca się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiada Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani kończy, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.

    Później posuwa się naprzód, przekracza strumyk i nie oglądając się, powtarza z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Zjawa wspina się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę le Collet (mała przełęcz). Tam unosi się do góry. Dzieci dobiegają do Niej. Ona spogląda w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpływa się w świetle”. Potem znika również światłość.

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.

    bazylika w La Salette

    Sanctus.pl/źródło: Internetowa Liturgia Godzin

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 września

    Święty Stanisław Kostka, zakonnik
    patron Polski

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Kut, prezbiter i męczennik
    ***




    Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
    Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim “nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
    Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za “dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami “jezuity” i “mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę “normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
    W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Dzieciątko Jezus z rąk Maryi

    Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
    Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Komunię św. z rąk anioła

    Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
    Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”.
    Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651)

    Święty Stanisław Kostka

    W ikonografii św. Stanisław Kostka przedstawiany jest w stroju jezuity. Jego atrybutami są: anioł podający mu Komunię, Dziecię Jezus na ręku, krucyfiks, laska pielgrzymia, lilia, Madonna, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu…

    – Cyprian Kamil Norwid

    (fot. Sailko / Wikimedia Commons – CC BY 3.0)

    ***

    W pokoju nowicjatu Jezuitów – obecnie kaplicy, przy kościele św. Andrzeja na Kwirynale, w którym św. Stanisław Kostka odchodził do Pana dnia 15 sierpnia 1568 roku, umieszczony został napis nagrobny pióra Cypriana Kamila Norwida:*

    W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,
    Na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru,
    Taki, że widz niechcący wstrzymuje się w progu,
    Myśląc, iż święty we śnie zwrócił twarz od muru,
    I rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi,
    I wstać chce, i po pierwszy raz człowieka zwodzi.
    Nad łożem tem i grobem świeci wizerunek
    Królowej nieba, która z świętych chórem schodzi
    I tron opuszcza, nędzy śpiesząc na ratunek.
    Palm wiele, kwiatów wiele aniołowie niosą,
    Skrzydłami z ram lub nogą występując bosą.

    Gdzie zaś od dołu obraz kończy się, ku stronie,
    W którą Stanisław Kostka blacie zwracał skronie,
    Jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:
    Niby że, po obrazu stoczywszy się płótnie,
    Upaść ma, jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.
    I nie zleciała dotąd na ziemię — i leci…
    1857.

    Cyprian Kamil Norwid

    Misericors.pl

    _________________________________________________________________________________

    „Do wyższych rzeczy jestem stworzony”

    – św. Stanisław Kostka

    fot. z Sanktuarium św. Rodziny w Wyszkowie

    ***

    Dzisiaj, 18 września, obchodzimy liturgiczne wspomnienie św. Stanisława Kostki – jednego z patronów Polski, a także patrona polskiej młodzieży.

    Stanisław Kostka pochodził z Mazowsza. Wysłany przez ojca, razem ze swoim bratem Pawłem na nauki do Wiednia, nie uległ złemu wpływowi swojego brata. Paweł bowiem chciał się bawić i bywać w wyższych sferach. Stanisław był bardzo religijny, jego duchowość intensywnie się rozwijała i zaczynał coraz bardziej uświadamiać sobie swoje powołanie. Szczególna pobożność Stanisława była powodem drwin zarówno ze strony jego brata, jak i innych uczniów. Usiłowali oni nawet biciem przekonywać go do „normalnego” postępowania. Stanisław był także niezrozumiany przez swojego ojca, który pragnął, aby jego synowie po przyjęciu odpowiednich nauk, mogli objąć w kraju wysokie urzędy państwowe.

    W 1565 roku Stanisław poważnie zachorował i był bliski śmierci. Ukazała mu się św. Barbara, a później Matka Boża, która złożyła mu na ręce Dzieciątko Jezus. Został uzdrowiony i ślubował wstąpić do jezuitów. Pokonał wszelkie trudności związane z brakiem pozwolenia ojca i pieszą wędrówką przez Alpy do Włoch. Został przyjęty do nowicjatu przy kościele św. Andrzeja w Rzymie.Zmarł w wieku 18 lat. Przeczuwał swoją śmierć, ale nie obawiał się jej. Ufał w Boże Miłosierdzie i zgadzał się w pełni z wolą Bożą. Zachorował na malarię. Pragnął odejść do wieczności w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. I tak też się stało. Zmarł w dniu 15 sierpnia 1568 roku.

    Św. Stanisław Kostka wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Najświętszej Maryi Panny. Nie poddawał się trudnościom, tylko z determinacją dążył do wyznaczonego celu, zachowując przy tym pokorę i głęboką wiarę. Boga stawiał ponad wszystko w swoim życiu. Kierował się w nim słowami: „Do wyższych rzeczy jestem stworzony i dla nich powinienem żyć”. Jest on wzorem dla polskiej młodzieży. Jego życie pokazuje, że świętość nie jest zarezerwowana tylko dla starszych osób. Że trzeba mieć odwagę i nie bać się podjąć ryzyka, aby zrealizować swoje pragnienia. Że prawdziwego, pełnego szczęścia nie należy szukać w dobrach tego świata, ale jedynie w Bogu. Życie św. Stanisława Kostki może być inspiracją dla młodych ludzi do tego, aby zacząć od siebie wymagać, nie ulegać złemu wpływowi otoczenia, lecz konsekwentnie pozostawać przy swoich wartościach i dążyć do świętości.

    Módlmy się do św. Stanisława Kostki o dar świętości życia dla nas oraz dla innych. Prośmy także za jego wstawiennictwem Matkę Bożą o ochronę młodych ludzi od zła i szerzącego się zgorszenia, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
    KG

    źródło: Album „Patroni Polski”, Wydawnictwo M, Kraków 2014

    Modlitwa o świętość życia

    Boże, któryś wśród wielu cudów swojej mądrości udzielił Stanisławowi Kostce w młodzieńczym wieku łaskę dojrzałej świętości, spraw, prosimy, abyśmy – w przyjaźni z Tobą wzrastając – za wstawiennictwem Świętego Stanisława – przezwyciężali nieprawości nasze i dobrze w życiu czyniąc, coraz bardziej upodabniali się do Ciebie. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    _________________________________________________________________________________


    WSPOMNIENIE ŚW. STANISŁAWA KOSTKI

    “ŻYJĄC KRÓTKO, PRZEŻYŁ CZASÓW WIELE”

    Patrząc na obrazek św. Stanisława Kostki widzimy chłopca z natchnionym wyrazem twarzy, wznoszącego oczy ku niebu, ze złożonymi rękami. Jakiś taki ten chłopiec ugrzeczniony, sztuczny i nierealny. A do tego trzyma lilie albo dzieciątko. Czym taki Święty może porwać młodzież XXI wieku, która żyje trzymając w rękach smartfona? 

    Historia św. Stanisława Kostki

    „Czy był święty, nie wiem. Ale był dobry – tak zeznał w  procesie beatyfikacyjnym Stanisława Kostki jego nauczyciel domowy i wychowawca Jan Biliński. Był dobry od małego. Urodził się w bogatej, szlacheckiej rodzinie w Rostkowie, który kiedyś prawdopodobnie nazywał się Kostkowem, w okolicach Przasnysza na Mazowszu. Miał 5 rodzeństwa. Po latach jego brat Paweł opowie, że rodzice wychowywali dzieci według ustalonych zasad, w karności, posłuszeństwie oraz w wierze katolickiej. 
    Staś kochał rodziców, ale przyszedł taki czas, że stanął przed wyborem – bycia posłusznym woli rodziców, czy realizacji własnych marzeń.  A głowę miał pełną marzeń. Ojciec chciał by był sukcesorem jego godności kasztelańskiej, dziedzicem majątku, by bogato się ożenił i robił dworską karierę. Ale Staś odpowiadał niezmiennie: „do większych rzeczy zostałem stworzony”.  Marzył, by zostać księdzem. 

    Rodzice posłali jego i brata Pawła do szkoły ojców jezuitów do Wiednia. Staś miał zaledwie 14 lat. Na początku nauka szła mu opornie. Przecież studiował po łacinie, a wszyscy wokół mówili po niemiecku. A do tego to mieszkanie w internacie. Ani jego kolegom, ani nawet bratu nie podobało się, że tak długo się modli albo pilnie odrabia lekcje, gdy oni szli „w miasto”.  Drwili z niego, kpili, szturchali i płatali niewybredne żarty. Koniecznie chcieli, żeby był taki jak oni. Ale on był inny i ta inność drażniła. Był sobą i nie ugiął się. A gdy mu było ciężko wołał: „Początkiem, środkiem i końcem mego życia rządź Chryste!”.

    Prawdziwą udręką była dla niego nie dokuczliwość kolegów, a trapiąca go myśl, że ojcowie jezuici nie przyjmą go do zakonu bez zgody rodziców. Był w kropce. Swoim zmartwieniem podzielił się z zaprzyjaźnionym ojcem Franciszkiem. Ten poradził, by zamiast do Rzymu jak planował Staś – udał  się do Augsburga, do o. Piotra Kanizjusza – ówczesnego przełożonego niemieckiej prowincji Jezuitów. Dał mu list polecający. 

    Utrudzony dotarł do celu, ale miał pecha – zakonnik, którego poszukiwał akurat był w Dylindze, w Bawarii. Poszedł więc dalej i wyobraźcie sobie, że przeszedł aż 650 km. Różnych sztuczek po drodze musiał używać, bo wyruszył za nim pościg na czele z jego bratem. W przebraniu żebraka, stresie, głodzie i bólu dotarł do Dylingi. 

    W świetle jego poczynań już nie widać tego cukierkowatego świętego z obrazka, a prawdziwego twardziela, odważnego i sprytnego, a przede wszystkim wiernego swoim marzeniom do końca. Młodzieńca z wielką pasją. 

    W Dylindze niestety nie odetchnął z ulgą. Przyjęto z dużą dozą podejrzliwości i poddano rocznej próbie. On otoczony w domu rodzinnym służbą, wykonywał teraz najgorsze prace, szorował podłogi, mył latryny, rąbał drewno i skrobał przypalone garnki. Zaciskał zęby i wszystko ofiarowywał Panu Bogu, modląc się o wytrwanie. Jak byśmy powiedzieli trawestując słowa dzisiejszej Ewangelii: „Czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. Egzamin zdał. Podjęto decyzję o przyjęciu Stanisława do nowicjatu i wraz z dwoma młodymi zakonnikami wysłano do jezuitów do Rzymu. Przez Alpy na pieszo, czasami tylko kawałek na furmance – szedł prosto do świętości. I wreszcie spełniło się marzenie Stasia. Był w nowicjacie Towarzystwa Jezusowego, choć nie ukończył jeszcze 17 lat. To był jego priorytet. 

    W Rzymie Staś z pasją oddał się swoim obowiązkom. Swoją dobrocią, pobożnością i pokorą ujmował wszystkich. Miał też nowe marzenie. Chciał zostać misjonarzem i pojechać do Indii.

    Ale plany Boże były inne. Po dwóch latach pobytu w Rzymie zachorował na malarię, która wtedy była chorobą niewyleczalną. W momencie śmierci uśmiechał się i powiedział: „widzę Najświętszą Marię Pannę  z orszakiem świętych, którzy idą po mnie”.  

    Wspomnienie św. Stanisława Kostki

    Dzisiaj św. Stanisław Kostka jest patronem młodzieży i patronem Polski. 18 września obchodzimy jego wspomnienie.

    Jan Paweł II powiedział o nim cztery wieki później, cytując „Księgę Mądrości” – «Żyjąc krótko, przeżył czasów wiele». Gdy papież, modlił się przy sarkofagu Stanisława Kostki, powiedział o swoim wielkim przywiązaniu do tego młodego świętego: 
    „Ten święty patron młodzieży polskiej towarzyszył mi od dawna, w czasach młodości i potem, stale. Towarzyszył mi w Rzymie, gdy byłem studentem w położonym niedaleko stąd Kolegium Belgijskim. Prawie każdego dnia przychodziłem szukać u niego duchowego światła i pomocy […]. Jego krótka droga życiowa z Rostkowa na Mazowszu przez Wiedeń do Rzymu była jak gdyby wielkim biegiem na przełaj do tego celu życia każdego chrześcijanina, jakim jest świętość”.

    Analizując, życie św. Stanisława Kostki można wyciągnąć wniosek, że to nie długość decyduje o tym, czy to życie jest szczęśliwe i spełnione. To nie długość, a jakość życia.

    Lidia Lasota/kalendarz ROLNIKOW.PL

    _______________________________________________________________________________-

    Polscy królowie prosili o jego kanonizację.

    Jan III Sobieski wołał do niego: „Ratuj!”

    ŚWIĘTY STANISŁAW KOSTKA

    Sailko/Wikipedia | CC BY 3.0

    ***

    Tak bardzo zapisał się w historii Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, że w starania o jego beatyfikację włączyli się najważniejsi Polacy, a przez cały wiek XVII kolejni polscy królowie wysyłali piękne listy do papieży, przekonani o świętości młodego Polaka, który podbił Wieczne Miasto. Czy już wiesz, o jakiego świętego chodzi?

    Szybka beatyfikacja

    Chyba niewielu przypuszczało, że Stanisław Kostka, młody szlachcic z Rostkowa na Mazowszu, który zmarł 15 sierpnia 1568 r., będzie pierwszym wyniesionym do chwały ołtarzy jezuitą. Wyprzedził nawet Ignacego Loyolę, założyciela Towarzystwa Jezusowego, i jego pierwszych współpracowników.

    W XVI w. procedura beatyfikacji nie była jeszcze precyzyjnie uregulowana prawem. Różne prośby, kierowane do Stolicy Świętej, a przede wszystkim ciągle żywa pamięć o życiu młodego nowicjusza jezuickiego, pochowanego na Kwirynale, przekonały papieża Pawła V, by w 1605 r. pozwolił na zapalenie lampy wotywnej przed wizerunkiem Stanisława przy jego relikwiach.

    Od tego czasu zaczęto mówić o nim błogosławiony, a na terenie całej Rzeczypospolitej ozdabiano promieniami głowę Stanisława na jego wizerunkach, dodawano wota dziękczynne i urządzano uroczyste procesje, zwłaszcza 13 listopada, w dniu jego święta. Klemens X na mocy breve papieskiego z 10 stycznia 1674 r. ogłosił św. Stanisława Kostkę patronem Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, pozwalając także, by jego święto było obchodzone nie tylko 13 listopada, ale i w niedzielę po tym dniu w całej Rzeczypospolitej.

    Królewska” kanonizacja

    W staraniach o rychłą kanonizację bł. Stanisława Kostki uczestniczyli kolejni królowie polscy, wśród nich m.in. Zygmunt III Waza wraz z królową Konstancją, potem ich syn Władysław IV, następnie Jan II Kazimierz, Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan III Sobieski.

    Choć już w 1618 r. były znane dokumenty z Rzymu, które pozwalały na przyspieszenie zabiegów o kanonizację, to zmiana prawa kanonicznego za pontyfikatu Urbana VIII spowolniła te procedury.

    Wspomniane listy królewskie zachowały się m.in. w archiwum dzisiejszej watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W ostatnim czasie przetłumaczył je na język polski ks. prof. dr hab. Waldemar Turek z Sekcji Łacińskiej Sekretariatu Stanu. Niektóre z nich zostały umieszczone w publikacji: „Stanisław Kostka. Święty z Rostkowa 1550-1568” (Warszawa 2018), inne zostaną przedstawione podczas 41. Sympozjum Koła Naukowego Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku, które odbędzie się 15 listopada br. i będzie poświęcone postaci i dziedzictwu św. Stanisława Kostki.

    ŚWIĘTY STANISŁAW KOSTKA

    „Kostko, ratuj!”

    Niezwykle ciekawe są świadectwa wstawiennictwa Stanisława Kostki podczas obrony Rzeczypospolitej przed najazdami tureckimi w XVII i XVIII w., do których odwoływali się władcy polscy w swoich pismach. Zwycięstwo chocimskie z 10 października 1621 r. zostało upamiętnione w liturgii specjalnym formularzem mszalnym, a przypisywano je właśnie wstawiennictwu Stanisława z Rostkowa po tym, jak na prośbę króla Zygmunta III przysłano z Rzymu relikwie głowy Świętego, która przybyła w dniu wycofywania się wojsk tureckich z Polski.

    Przed bitwą pod Beresteczkiem w 1651 r. król Jan Kazimierz modlił się całą noc przed obrazem św. Stanisława Kostki w kościele jezuitów w Lublinie, a po zwycięstwie ufundował do tego wizerunku srebrną sukienkę. W 1657 r. w liście, zredagowanym w języku łacińskim, ten sam król przekazywał papieżowi Aleksandrowi VII informację o mianowaniu prokuratorem procesu kanonizacyjnego Stanisława Kostki jezuitę, o. Urbana Ubaldiniego. Chciał bowiem „tę tak pobożną i świętą sprawę Stanisława Kostki (…) jak najszybciej załatwić”.

    Podobne cudowne zwycięstwo miało miejsce pod Kamieńcem w 1672 r., jednak najbardziej chyba spektakularny fakt orędownictwa Stanisława Kostki miał miejsce pod Wiedniem w 1683 r. Król Jan III Sobieski, który rozgromił z armią sprzymierzonych tureckich wojaków, znany był z nabożeństwa do bł. Kostki, a powtarzał często słowa: „Kostko, ratuj!”. Jeszcze przed wiktorią wiedeńską, 3 lutego 1683 r., z kancelarii królewskiej wysłano pokorny list, zredagowany w języku włoskim, z prośbą o włączenie do katalogu świętych Stanisława Kostki.

    „Najpokorniejszy sługa Jego Świątobliwości” – jak podpisał się sam król, tak pisał do papieża Innocentego XI: „(…) Widząc w tym czasie, że mnożą się cudowne znaki tego Wielkiego Błogosławionego, i że każdy kto, jak ja, ucieka się w sposób odpowiedni do jego wstawiennictwa, otrzymuje nieoczekiwane łaski, i bez końca, ośmielam się powtórzyć moje pobożne usilne prośby do Waszej Świątobliwości”.

    Dekret kanonizacyjny był przygotowany w 1714 r., za pontyfikatu Klemensa XI, jednak śmierć papieża przerwała procedurę prawną. Ostatecznie, 31 grudnia 1726 r., Benedykt XIII umieścił Stanisława Kostkę wraz z Alojzym Gonzagą w katalogu świętych. Pewnie nikt z rodziny Kostków nie przypuszczał, że Stanisław, młodzieniec z małej mazowieckiej wsi, stanie się wielkim orędownikiem polskich królów.

    ks. Wojciech Kućko/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________

    Pierwszy jezuita wyniesiony na ołtarze

    – św. Stanisław Kostka SJ

    Pierwszy jezuita wyniesiony na ołtarze – św. Stanisław Kostka SJ

    Kaplica św. Stanisława Kostki – Rzym – Karol Miller, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Był pokorny, gardził honorami, światem i sobą. Ukrywał swoje szlachectwo. Spełniał najniższe posługi. Był skromny i posłuszny. Dla innych był łagodny, dla siebie surowy i wymagający. Modlił się nieustannie. Żył krótko, ale odważnie i intensywnie. 18 września Kościół wspomina św. Stanisława Kostkę, jezuitę, patrona młodzieży, jednego z najbardziej znanych polskich świętych z przeszłości.

    Urodził się w szlacheckiej rodzinie w roku 1550. Był drugim synem z pięciorga rodzeństwa. Rodzina była zasobna. Ojciec był kasztelanem zakroczymskim. Ich religijność była dosyć przeciętna, ale dzieci wychowywane były surowo.

    Stanisław podstawowe wykształcenie zdobywał w domu rodzinnym. Kiedy skończył czternaście lat, razem ze starszym o dwa lata bratem Pawłem, został wysłany do kolegium jezuitów w Wiedniu. Uczył się tam gramatyki, humaniorów i retoryki.

    Po kilku miesiącach mieszkania w konwikcie jezuitów, bracia musieli przenieść się na kwaterę prywatną. Ich relacje nie układały się najlepiej. Stanisław był spokojny, skoncentrowany na nauce, pobożny. Brat Paweł i pozostali z grupy uczniów i opiekunów dawali mu się we znaki, robiąc mu często na złość.

    Św. Stanisław Kostka bity przez brata - Anthony M. from Rome, Italy, CC BY 2.0 www.creativecommons.orgśw. Stanisław Kostka bity przez brata – Anthony M. from Rome, Italy, CC BY 2.0 www.creativecommons.org

    ***

    Spośród wydarzeń, jakie zaszły wtedy w życiu Stanisława Kostki, dwa są szczególnie ważne. „Przyszedł dzień 4 grudnia 1566 roku, święto św. Barbary, drugiej patronki Sodalicji Mariańskiej, do której należał Stanisław. Nie była to polska święta, ale żywił do niej szczególne nabożeństwo, bo była patronką dobrej śmierci… Stanisław zachorował… Zaczął majaczyć… Chory miał pragnienie i chciał przyjąć Komunię św.… Wydawało się, że tamta noc będzie ostatnia… Stanisław był spokojny, przytomny  i sprawiał wrażenie zajętego sprawą nieba, gdy nagle zerwał się z nieludzka siłą, wyprostował na łóżku i powiedział mocnym głosem: Proszę uklęknąć, święta dziewica Barbara nadchodzi z nieba z dwoma aniołami, a jeden z nich przynosi mi Ciało mojego Pana, Jezusa Chrystusa. Głęboko się skłonił, uklęknął na łóżku, wypowiedział trzy razy: Domine, non sum dignus – Panie, nie jestem godzien, otworzył usta i wyciągnął język, aby przyjąć komunię…”* Stanisław był przekonany, że odzyskał zdrowie dzięki św. Barbarze.

    Drugie wydarzenie to wizja Najświętszej Dziewicy, która mu się ukazała i położyła Dzieciątko Jezus w jego ramionach. Po tym widzeniu wyzdrowiał. Wtedy też Maryja powiedziała mu: „Pragnę, byś wstąpił do Towarzystwa Jezusowego”. Stanisław zwierzył się z tego pragnienia swojemu kierownikowi duchowemu i natychmiast zaczął szukać sposobu, jak to powołanie zrealizować.

    Wiedział, że nie ma co liczyć na zgodę ojca. Nie miał też co liczyć na brata i opiekunów. Jezuici austriaccy nie chcieli go przyjąć, bo bali się gniewu ojca, ale poradzili mu udać się do Niemiec lub Rzymu. Dla Stanisława nie było rzeczy niemożliwej, żeby zrealizować pragnienie. Uciekł w przebraniu, 10 sierpnia 1567 roku. Pomaszerował do Augsburga, a potem do Dylingi, bo tam był prowincjał, św. Piotr Kanizy. On postanowił wysłać go do Rzymu. W towarzystwie dwóch innych jezuitów, Stanisław dotarł do Rzymu w październiku i tam rozpoczął nowicjat zakonny.

    Ojciec, kiedy dowiedział się o sprawie, ze wściekłością i wyrzutami pisał do Stanisława, że ‘splamił znakomity ród Kostków’. A on czytał ten list płacząc.

    10 sierpnia 1568 roku Stanisław poczuł się źle. Położył się do łóżka na polecenia brata infirmarza i powiedział, że umrze za kilka dni. Nikt mu nie uwierzył.
    „W nocy, 14 sierpnia, koło 22.30, twarz jego znieruchomiała i przestał oddychać. Umarł”.
    Nie ukończył 18 lat, ale odwagą i determinacją mógłby obdzielić wielu. Stanisław Kostka był pierwszym jezuitą wyniesionym na ołtarze. Beatyfikował go Paweł V w roku 1606. Kanonizował go w roku 1726 Benedykt XIII.


    * Cytaty za: Ignacio Echániz SJ, Męka i Chwała, Żywa Historia Jezuitów, Wydawnictwo WAM, Księża Jezuici, Kraków 2014.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej…

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej...

    (fot. rysował Przemo Wysogląd SJ)

    ***

    Błogosławiony czystego serca. Spoglądając w górę prezbiterium kościoła krakowskich jezuitów.

    Prostymi ścieżkami prowadził Pan sprawiedliwego i ukazał mu królestwo Boże.

    Tę antyfonę ze świątecznego oficjum ku czci św. Stanisława Kostki bardzo dobrze obrazuje mozaika z prezbiterium najpiękniejszego kościoła Krakowa – Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Piotr Stachiewicz, artysta akademicki, twórca popularnych ludowych obrazów Matki Bożej zaprojektował wielobarwny korowód polskich świętych i historycznych postaci, które zbliżają się do Chrystusa błogosławiącego im i niejako obejmującego ramionami cały naród. Blisko pięćdziesiąt osób, które wzrok wbijają pokornie w ziemię, albo błagalnie wznoszą oczy ku niebu. Wyróżnia się tylko jedna osoba – w grupie przedstawiającej polskich jezuitów młody Stanisław Kostka odważnie patrzy wprost na Chrystusa, ma dumnie wypiętą pierś, sylwetka zdaje się wyrywać w stronę złotej poświaty otaczającej naszego Pana. Jezus w końcu obiecał w kazaniu na górze, że “błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (por. Mt 5).

    Jednak co to znaczy mieć “czyste serce”?

    Potocznie czyste serce kojarzymy z czystością seksualną i owszem, jest ono z nią związane, ale raczej wynika to z czystego serca. Najpierw trzeba zrozumieć, że wstrzemięźliwość seksualna bez czystego serca szybko może zamienić się w życiową mękę. Św. Paweł pisze w liście do młodego Tytusa: “dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane” (Tt 1, 15).

    Czyste serce związane jest z patrzeniem na świat. Na mozaice Stanisław Kostka patrzy najpierw na Boga, a przez Niego widzi resztę stworzenia. Jeśli nie widzisz Boga, masz serce pełne innych obrazów. Mieć czyste serce to znaczy być wpatrzonym w Jezusa, który jest i powinien być naszym jedynym wzorem. Czyste serce jest wolne od jakichkolwiek przywiązań, jest nastawione na Boga, nie pragnie niczego innego, jak tylko uporczywie wpatrywać się w Boga. To łaska, o którą możemy się modlić z psalmistą: “Stwórz we mnie Boże serce czyste” (Ps 51), i możemy być pewni, że zostaniemy wysłuchani, o ile tylko będziemy się modlić ze skruchą. Oczywiście, musimy być realistami – nie jesteśmy aniołami, których naturą jest wpatrywanie się w Boga i chwalenie Go – będziemy upadać, ale z Bożą pomocą za każdym powstawać, jak młody Kostka w swojej wyczerpującej wędrówce do Rzymu.

    Nie możemy być pewni, co miał na myśli Stachiewicz, projektując w ten sposób mozaikę. Jednak jego intuicja malarska dobrze wyraża prawdę o dzisiejszym patronie: wystarczy być wpatrzonym w Boga, a reszta będzie nam dana, jak w niezwykłej historii krótkiego życia Stanisława Kostki. Bo prostymi ścieżkami Pan go przeprowadził i ukazał mu swoje Królestwo…

    o. Przemysław Wysogląd SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 września

    Święta Hildegarda z Bingen,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
      •  Święty Jan Macías, zakonnik
      •  Stygmaty św. Franciszka z Asyżu
      •  Święty Piotr z Arbués, męczennik
      •  Święty Marcin z Finojosa, biskup
      •  Święty Lambert z Liege, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Hildegarda z Bingen
    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.
    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.
    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.
    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.
    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.
    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.
    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.
    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.
    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili.
    Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 września

    Święci męczennicy
    Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Edyta, ksieni
      •  Święta Eufemia, męczennica
      •  Święty Doroteusz z Tebaidy
      •  Błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, męczennicy
    ***
    Święty Korneliusz

    Korneliusz był synem Kastyna z rodu Cornelia. Jako kapłan rzymski był bliskim współpracownikiem papieża św. Fabiana (236-250). Z listu św. Cypriana z Kartaginy dowiadujemy się, że Korneliusz został namiestnikiem Chrystusa nie dzięki własnej inicjatywie, ale został wybrany głosem ludu rzymskiego ze względu na swoją pokorę, łagodność i roztropność. Cyprian pisze, że Korneliusz przeszedł wszystkie stopnie w hierarchii kościelnej, zanim został wybrany biskupem rzymskim. Z tego wynika, że w Kościele rzymskim był już od dłuższego czasu. Po męczeńskiej śmierci św. Fabiana (+ 250), poniesionej w czasie prześladowania, jakie rozpętał cesarz Decjusz, Stolica Rzymska była przez dłuższy czas nieobsadzona. W tym okresie Kościołem zarządzali wspólnie duchowni, których rzecznikiem był prezbiter Nowacjan.
    Gdy prześladowania ustały, wybór większości padł na Korneliusza, a nie – jak się spodziewał Nowacjan – na niego. Mniejszość gminy ogłosiła w tym czasie papieżem Nowacjana. Nowacjan, by zyskać dla siebie zwolenników, zaczął rozsyłać do biskupów listy i swoich wysłańców. Nawet Cyprian nie był pewien, kto jest właściwie biskupem rzymskim. Wysłał swoich delegatów, by na miejscu zorientowali się w sytuacji. Kiedy przekonał się, że prawowitym biskupem rzymskim jest Korneliusz, udzielił mu całkowicie swojego wsparcia. Skłonił także biskupów Afryki, by go uznali. Nowacjanowi natomiast udało się pozyskać dla siebie biskupa Antiochii.
    Korzystając z chwilowego pokoju, jaki nastał dla Kościoła po śmierci Decjusza (+ 251), papież Korneliusz zwołał do Rzymu synod, na którym Nowacjan został potępiony i wyłączony ze wspólnoty Kościoła. Aktualne wówczas stało się pytanie, co należy uczynić z tymi, którzy za prześladowania Decjusza ze strachu wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić (z łac. lapsi). Rygoryści byli za tym, by ich do Kościoła ponownie nie przyjmować; jednak dzięki papieżowi uchwalono, że ich powrót do Kościoła – po spełnieniu określonych warunków – będzie możliwy.
    Korneliusz rządził Kościołem w latach 251-253. Po raz pierwszy w historii Kościoła Korneliusz wymienił w swoich pismach wszystkie stopnie duchowieństwa rzymskiego. Kościół w Rzymie liczył za jego panowania 46 kapłanów, 7 diakonów, 7 subdiakonów, 42 akolitów, 52 egzorcystów, a także kilkunastu lektorów i ostiariuszy. Cała gmina chrześcijańska w Rzymie liczyła wówczas, jak się przypuszcza, ok. 10 tysięcy wiernych.

    Święci Korneliusz i Cyprian

    Po krótkotrwałym pokoju w Rzymie wybuchła epidemia (252). Dla przebłagania bóstw urządzano publiczne procesje i modły, składano ofiary. Chrześcijanie nie mogli w nich uczestniczyć. Rozjuszony tłum rzucał się na domy modlitwy chrześcijan i burzył je. Atakowano chrześcijan i zabijano ich, uważając, że to oni są sprawcami zarazy, bo swoim kultem wywołali gniew bogów. W takiej właśnie sytuacji w 253 r. poniósł śmierć męczeńską Korneliusz. Według innej wersji Korneliusz został skazany przez cesarza Trebonaniusa Gallusa na wygnanie do Civitavecchia, a tam, źle traktowany – zmarł.
    Cyprian w swoich listach nazywa go męczennikiem – i taką też Korneliusz odbiera cześć. Tytuł znaleziony w katakumbach św. Kaliksta potwierdza, że już w początkach chrześcijaństwa Korneliusz odbierał cześć jako męczennik. Grób św. Korneliusza ozdobił pięknym wierszem w katakumbach papież św. Damazy (366-384). Relikwie św. Korneliusza rozdzielono z czasem po różnych kościołach Włoch, Francji i Niemiec.
    Hieronim pisze, że już za jego czasów doroczną rocznicę św. Korneliusza liturgia rzymska łączyła ze wspomnieniem św. Cypriana. Dlatego ich wspomnienie przypada dzisiaj, chociaż śmierć zastała Korneliusza zapewne w lipcu 253 r.
    W ikonografii św. Korneliusz przedstawiany jest w stroju papieskim z paliuszem, czasami w tiarze. Jego atrybutami są korona w ręku, gałązka palmowa, miecz, róg, tiara.

    Święty Cyprian

    Thascius Caecilius Cyprianus urodził się około 210 r. w rodzinie pogańskiej, najprawdopodobniej w Kartaginie. Jego ojciec był senatorem i należał do najznakomitszych obywateli miasta. Początkowo jego życie było podobne do życia ówczesnej złotej młodzieży z arystokracji rzymskiej. Sam mówi, że “oddany był złym nałogom”, z których nawrócił go dopiero kapłan Cecyliusz. Miało to miejsce w 246 r. Wtedy też Cyprian przyjął chrzest. Przez wdzięczność dla mistrza i ojca duchowego przybrał jego imię. Rozpoczął wówczas w odosobnieniu pokutę za swe grzechy.
    Przykładnym, prawdziwie chrześcijańskim życiem uzyskał takie poważanie, że w 247 roku został wyświęcony na prezbitera przy jednomyślnym poparciu wiernych z Kartaginy. Kiedy w roku 248 umarł Donatus, biskup Kartaginy, Cyprian, mimo ucieczki i stawianego oporu, został odszukany i konsekrowany na biskupa. Sprzeciw wyraziło jednak pięciu kapłanów, którzy zazdrościli Cyprianowi tak szybkiego awansu. Odtąd stali się jego śmiertelnymi wrogami.
    Jako biskup Cyprian z całym zapałem zabrał się do naprawy obyczajów, do zwalczania błędów, do opieki nad powierzonymi sobie duszami, wreszcie także do misji, jaka go czekała wśród większości pogańskiej. Te wszystkie zabiegi przerwało jednak jedno z najkrwawszych prześladowań, jakie rozpoczął cesarz Decjusz (249-251). Nowy władca obrał sobie za cel wzmocnienie państwa w oparciu o pogan. Sobie nakazywał oddawać cześć boską. Ponieważ chrześcijanie kultu takiego oddawać mu nie chcieli i nie mogli, w odwecie nakazał ich tępić jako wrogów cesarstwa. Żądał, aby torturami zmuszać opornych do wyrzeczenia się wiary. Szczególną nienawiść obrócił przeciwko hierarchii kościelnej. Lud zaczął się domagać w amfiteatrze, aby biskupa Cypriana oddać na pożarcie lwom. Cyprian, idąc za radą Ewangelii i znanymi mu przykładami roztropnych i świątobliwych pasterzy, ukrył się na czas prześladowania (na początku 250 r.). Ze swego ukrycia przez kilka lat rządził Kościołem kartagińskim zarówno za pośrednictwem licznych listów pasterskich, jak i emisariuszy, których starannie wybierał spośród biskupów i prezbiterów.
    Po śmierci Decjusza powrócił do Kartaginy. Tu spotkał się z nowym problemem: wielu chrześcijan wystraszonych torturami wyparło się wiary. Teraz chcieli powrócić do wspólnoty z Kościołem. Rygoryści byli zdania, że nie wolno ich przyjmować. Inni znowu z biskupów afrykańskich przyjmowali ich na łono Kościoła zbyt łatwo. Na synodzie, zwołanym do Kartaginy, Cyprian przeprowadził zasadę, że “upadłych” (łac. lapsi) należy przyjmować ponownie do ich gmin, ale pod warunkami, które gwarantowałyby, że nie powtórzą już tego występku. Podobne stanowisko zajął w Rzymie papież Korneliusz, ale przeciwko niemu stanęła opozycja z antypapieżem Nowacjanem na czele. Cyprian nie tylko poparł papieża, ale nawet napisał osobny traktat: O jedności Kościoła. W tej samej sprawie napisał potem także drugi traktat: O upadłych. Na oba dzieła i na dekrety synodu kartagińskiego rygoryści odpowiedzieli zarzutem, że takie postępowanie będzie tylko zachętą, by przy najbliższej okazji ponownie wyprzeć się wiary.
    Niedługo potem północną Afrykę nawiedziła epidemia, która pochłonęła wiele ofiar. Podobnie jak w Rzymie, poganie urządzali procesje do świątyń swoich bóstw i składali ofiary. Chrześcijanie milczeli. Poganie uznali to za oznakę nienawiści do nich, a zarazę poczytali za gniew obrażonych bóstw. Cyprian napisał nowy traktat – O nieśmiertelności – w którym zbijał zarzuty stawiane przez pogan wyznawcom Chrystusa. Wykorzystał czas pokoju na to, by uzupełnić szeregi kleru swojej diecezji. Zwoływał synody dla przywrócenia karności i jedności w Kościele, organizował nowe gminy. Zyskał sobie w całej Afryce tak wielką powagę, że zwracano się do niego ze wszystkich stron po radę.
    W roku 255 powstał nowy problem: czy należy chrzcić na nowo tych, którzy wyrzekli się błędów heretyckich i połączyli się z Kościołem. Rzym stanął na stanowisku, że chrzest, jeśli był udzielony ważnie, nie może być ponawiany. Inaczej twierdzili jednak biskupi afrykańscy. Na synodzie w Kartaginie uchwalili oni w 256 r., że heretyków powracających na łono Kościoła, a ochrzczonych w herezji, należy chrzcić na nowo. Uchwałę tę podpisało w okręgu kartagińskim 72 biskupów, a w okręgu Mauretanii – 87. Cyprian popierał tę decyzję i stosowne uchwały przesłał do Rzymu, do papieża św. Stefana.
    Wybuchło w tym czasie kolejne prześladowanie zorganizowane przez cesarza Waleriana. Pod karą śmierci zakazał on zebrań liturgicznych. Wyłamujących się z tego zakazu karano konfiskatą majątku, banicją i śmiercią. Do dzisiaj zachował się dokładny opis przewodu sądowego i tekst wyroku śmierci na biskupa Cypriana. Po aresztowaniu został zesłany do miasteczka Kombis (257 r.). Przebywał tam prawie rok. Korzystając ze względnej wolności, w ukryciu nadal rządził swoją diecezją przez listy i swoich wysłanników. W lipcu 258 r. postawiono go przed sędzią, którym był ówczesny namiestnik cesarski (prokonsul), Galeriusz Maksym. Został skazany na śmierć przez ścięcie głowy. Wyrok wykonano w obecności zebranego ludu 14 września 258 r. W tym samym czasie w Rzymie odbywało się przeniesienie relikwii św. Korneliusza. Imiona obu męczenników wymienia się w Kanonie rzymskim.
    Św. Cyprian z Kartaginy jest największą postacią wśród świętych Kościoła Afryki północnej, obejmującej wybrzeże Morza Śródziemnego od Cieśniny Gibraltarskiej do Libii i Egiptu (wyłącznie).
    W ikonografii św. Cyprian przedstawiany jest w szatach biskupich. Jego atrybuty to biskupi krzyż, księga, gałązka palmowa, miecz, paliusz, pastorał.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 września

    Najświętsza Maryja Panna Bolesna

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Genueńska
      •  Błogosławiony Antoni Maria Schwartz, prezbiter
      •  Błogosławiony Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Paweł Manna, prezbiter
    ***
    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Maryja siedmiokrotnie przebita mieczem boleści

    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Maryja Bolesna

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.
    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).
    Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Matka Boża Staniątecka/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *******

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.

    Od siedmiu boleści

    Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.

    „Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.

    Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.

    Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    __________________________________________________________________________________

    Jezus do ks. Dolindo: „Matka Bolesna jest najcenniejszym skarbem, jaki wam zostawiłem”

    ks. Dolindo Ruotolo o Matce Bożej Bolesnej

    fot. P. Vojtěch Kodet / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0; Kty68 / Shutterstock

    *******

    Jeśli upadniesz lub zwyczajnie nie masz siły i nie widzisz sensu, by iść dalej, bo miażdży cię cierpienie, schowaj się pod płaszczem naszej Mamy Maryi. Ona rozumie każdą łzę, u Niej znajdziesz ukojenie – podpowiadał ks. Dolindo.

    Niedawno na pogrzebie byłam świadkiem przeszywającej serce sceny. Grabarze zaczęli powoli spuszczać do dołu trumnę z ciałem mojego kolegi. Na jej wieku były umocowane trzy wianuszki z czerwonych różyczek, najmniejszy od trzyletniego synka. Pozostałe, większe – od dwóch starszych.

    Nagle mama Mariusza padła na zabłoconą ziemię na kolana. W geście bezradności, wyciągając ręce ku bezlitośnie zanurzającej się w czeluściach ziemi trumnie, szlochała i wołała: „Boże, oddaj mi synka!”. Żona Mariusza stała obok. Coraz silniej przyciskała do piersi czarno-białą fotografię ukochanego męża. Obie trzęsły się z bólu. Mysterium doloris – tajemnica bolesna. Nawet trębacz zamilkł. Wszyscy – było tam kilkaset osób – bezskutecznie i nieudolnie próbowaliśmy zdusić emocje, wbijając spojrzenia niebo. Serce pękało.

    Dwa dni później w szpitalu dziecięcym czekałam na korytarzu z synem na wyniki badań. Dłużyło się, bo… pielęgniarka za ścianą musiała stwierdzić zgon dziecka. Znowu – serce pękało. I znowu – mysterium doloris.

    Dwa tysiące lat temu, na Golgocie, pod wiszącym na Krzyżu ciałem zmasakrowanego Jezusa, stała Jego Mama. Jej serce pękało. Mysterium doloris.

    Ona to przeszła – śmierć dziecka. Widziała, jak je bezlitośnie katują, jak kolce korony cierniowej przebijają Jego oczy, wbijają się w szyję, jak kawałki mięśni odpadają – zamiast 36, Jezusowi wymierzono ponad 130 batów. A potem trzymała na dłoniach Jego rozszarpane i broczące krwią ciało. „Matka Bolesna – mówi Jezus w czasie lokucji wewnętrznej księdzu Dolindo Ruotolo – jest najcenniejszym skarbem, jaki wam zostawiłem”.

    Siedem boleści Matki Bożej

    Matkę Bożą Bolesną Kościół czci od wieków. Ale to dopiero św. Pius X ustanowił Jej święto na 15 września, po uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego.

    Ten dzień to też imieniny ks. Dolindo. Tata Rafaele nadał takie imię mistykowi właśnie z myślą o Matce Bożej Bolesnej (Dolorosa), a przywołuje ono obraz Matki Bożej Siedmiu Boleści (Madonna dei sette dolori).

    W domu ks. Dolindo stała figurka Madonniny. Należała do jego mamy. Maryja ma na sobie uszytą z czarnego aksamitu suknię, na głowie koronę, a jej twarz jest przykryta czarnym woalem. Oczy wzniesione ku górze, na twarzy maluje się ewidentny rys cierpienia. Lekko uchylone usta, jakby wołały ratunku z nieba. W dłoni trzyma białą chusteczkę, którą ocierała zapewne łzy. Mater Dolorosa jest, obok Matki Bożej Pompejańskiej, jednym z najpopularniejszych wizerunków w Neapolu. W kościołach figura ma jeszcze wbite w serce siedem sztyletów.

    Wyobrażam sobie tę scenę. Jest piękne, słoneczne południe. Na uliczkach Jerozolimy kłębią się tłumy. Maryja niesie w ramionach zawiniątko. Za nią Józef. Niemowlę słodko śpi. Rodzice są szczęśliwi. Wchodzą schodami do świątyni, by zgodnie z żydowskim zwyczajem ofiarować Chłopczyka Bogu. Tego dnia jest tu też Symeon. Starzec podchodzi do pięknej 15-letniej dziewczyny i niespodziewanie ujęty urodą Dziecka, bierze Jej Syna w ramiona. Wyobrażam sobie, że młoda Mama jest nieco spłoszona. Symeon błogosławi Dziecko. „Moje oczy ujrzały zbawienie” – mówi. Po czym otrząsa się ze wzniosłej modlitwy, spogląda w oczy Miriam i zmieniając ton dodaje: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Co Miriam czuje?

    Proroctwo Symeona uznane jest za pierwsze z siedmiu boleści, mieczy wbitych w serce Maryi. Potem ucieczka z Egiptu, chwile stresu, kiedy mały Jezus zgubił się w świątyni, wreszcie spotkanie na drodze krzyżowej i spojrzenie w twarz broczącego krwią Syna. Potem sama Golgota, a więc moment ukrzyżowania i śmierci. Boleść szósta to chwila zdjęcia z krzyża, a złożenie do grobu Jezusa jest siódmym z bóli Maryi. Ale nie tylko o siedem boleści chodzi w tym święcie.

    Współodkupicielka

    Ten tytuł ostatnio budzi trochę emocji. Wielu kojarzy go z nieuznanymi jeszcze przez Kościół objawieniami Matki Bożej w Amsterdamie. Tam Maryja miała prosić, by ogłoszono dogmat o Współodkupicielce. Tymczasem czcząc Matkę Bożą Bolesną, Kościół od wieków wskazuje na Jej rolę jako Współodkupicielki.

    Piszą o tym ojcowie Kościoła, mówili Leon XIII i Pius IX. A z precyzją napisał św. Pius X. W encyklice Ad Diem Illum Laetissimum o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny papież podkreśla wręcz, że Maryja „zasłużyła na to, aby stać się Odkupicielką upadłej ludzkości”. Pius X pisze te słowa w 1904 roku. W wydanej rok przed śmiercią encyklice papież przywołuje rozważania św. Bonawentury, iż Maryja tak uczestniczyła w cierpieniach Jezusa stojąc pod krzyżem, „że byłoby Jej się wydało nieskończenie lepszym, gdyby mogła wziąć na siebie męki, które przechodził”. A bł. Katarzyna Emmerich zapisuje w swoich wizjach życia Najświętszej Maryi Panny, że Maryja „całym sercem modliła się gorąco, by Jezus dał jej umrzeć wraz z sobą”.

    Ks. Dolindo pisze wręcz o spazmatycznym bólu Maryi na Golgocie. Podkreśla, że Maryja nie była jedynie świadkiem ofiary na krzyżu, tak jak Magdalena czy pozostałe kobiety. „Maryja ofiarę tę wypełniała z Jezusem: podczas gdy tylko Jezus mógł się ofiarować, Ona Jego ofiarowywała i oddawała jako Matka, i w ten sposób niezwykle skutecznie przyjmowała w swoim Niepokalanym Sercu nieskończone wręcz bogactwa, które wytryskiwały z ofiary na krzyżu”.

    Ks. Dolindo nie mówił nigdy o dogmacie o Współodkupicielce. Z przekonaniem pisał o Jej roli współzbawczej, gdyż na Kalwarii przelała się de facto także krew Maryi. Jezus był przecież biologicznie Jej synem.

    Według ks. Dolindo Maryja w czasie porodu Jezusa „nie odczuła żadnego bólu” i odbył się on, zdaniem mistyka, „w ekstazie niewymownej radości”. Natomiast „jeśli chodzi o rodzenie Mistycznego Ciała Pana, to kosztowały Ją bóle kal­waryjskie nie do wypowiedzenia, ponieważ była Współodkupicielką rodzaju ludzkiego”. Ale Jej cierpienie nie skończyło się do dzisiaj…

    I po co to wszystko?

    Mariusz, 50-latek, w maju poszedł na rutynowy zabieg. Zaraz po nim miał jechać na upragnione wakacje do Chorwacji. Ale niespodziewanie wszystko potoczyło się inaczej. Po kilku miesiącach autentycznej kalwarii na szpitalnych oddziałach intensywnej terapii, jego ciało było jak ubiczowane. Odszedł. I co dalej? – pytają jego mama i żona. Jak mają żyć bez ukochanego syna, męża, taty dzieci? I po co to wszystko? Tu na ziemi nie ma odpowiedzi albo jest częściowa, nieudolna. Lepiej czasem jej nie szukać…

    „Ból, cierpienie przygniata człowieka, gdy go dopada. Ale w swoim czasie odnawia ludzkie serce” – pisze ks. Dolindo. To tajemnica. Niewiele z niej rozumiem. Ale czy to właśnie nie na cierpieniu zarówno Jezusa jak i Maryi, Bóg zaczął budować Kościół? „To jest Twój syn, to jest twoja Matka”. Mama Jezusa jest Mater Ecclesiae. Mater Dolorosa.

    Konstytucji dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II znajduję taki zapis: Maryja nie tylko „współcierpiała ze swoim Synem umierającym na krzyżu i współpracowała w dziele Zbawienia”, ale „wzięta do nieba, nie zaprzestała pełnić tej zbawczej roli”.

    W prosty sposób myśl teologiczną ojców soborowych mogą wyjaśnić słowa, jakie ks. Dolindo usłyszał od Maryi. To mocne słowa: „Smutna wizja grzechów zalewających ziemię stawia mnie ponownie pod tym krzyżem, na którym wszyscy zostali odkupieni i za których grzechy Syn mój zapłacił awansem. Grzesznik jest dla mnie obrazem poniżenia i cierpienia, ran Jezusa […]. Ale jestem gotowa przyjąć każdego grzesznika, który do mnie przyjdzie, bo jest moim dzieckiem”.

    Ks. Dolindo dodaje: „Jeśli więc upadniesz lub zwyczajnie nie masz siły i nie widzisz sensu, by iść dalej, bo miażdży cię cierpienie, schowaj się pod płaszczem naszej Mamy Maryi. Ona rozumie każdą łzę, u Niej znajdziesz ukojenie”.

    Joanna Bątkiewicz-Brożek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________

    “Bolesne objawienia” Matki Bożej

    fragment figury Matki Bożej Bolesnej/fot.PCh24.pl

    *******

    Tajemnica Matki Bożej Bolesnej nie jest jedynie liturgicznym wspomnieniem (15 IX), ale, jak się wydaje, aktualizuje się ona w sposób wstrząsający we współczesnym świecie. Nie sposób bowiem nie zwrócić uwagi na zjawiska, które polegają na płaczu (czasem krwawymi łzami) obrazów oraz figur Matki Bożej na całym świecie. Wielokrotnie z obrazów poświęconych Matce Bożej Bolesnej ciekły łzy (np. w 1972 r. w Rendinara czy w Cinquefrondi we Włoszech). Zjawisko to dotyczy także ikon u prawosławnych (np. w 1960 r. w Nowym Yorku czy w 1986 r. w Chicago).

    Nie chodzi jednak o naiwność, która wszystkie tego rodzaju manifestacje traktuje jednoznacznie jako odsłonę nadprzyrodzoności czy transcendencji. Z drugiej strony byłoby jednak nieuczciwością intelektualną i moralną zaprzeczać mnogości faktów, siląc się na sceptyczne interpretacje, zwłaszcza że w wielu przypadkach laboratoryjnie potwierdzono prawdziwość ludzkich łez i krwi, które płynąc z maryjnych obrazów i figur były i są na tyle częste, że można tu stworzyć bogatą chronologię.

    Maryja płacze od wieków

    Wiele fenomenów mówi samych za siebie i dostarcza bogatego materiału przynajmniej do refleksji dla tych, którzy nie chcą być ślepi czy głusi. Ważne są manifestacje szczególnie w XX stuleciu, gdyż można je było bardziej zweryfikować, wykorzystując osiągnięcia techniki, przy pomocy których można wyeliminować np. fakt oszustwa. Jednakże już wiele wieków wcześniej kroniki historyczne zarejestrowały zjawiska tego rodzaju, o czym warto wspomnieć, by uświadomić sobie zakres i wagę problemu. Ciągłość czasowa podobnych fenomenów daje bowiem wiele do myślenia, nawet jeśli nie przesądza się tutaj sprawy. I tak np. w Görgsöny koło Pécs na Węgrzech cudowny obraz “Maryja Stolica Mądrości”, według zapisów źródłowych z 30 IV 1464 r., broczył krwią, niekiedy tak obficie, że krew spływała na ziemię. Zjawisko to powtórzyło się kilka razy w okresie od 30 IV do 18 V 1464 r. Podobnie było w 1583 r. w Copacabana w Boliwii.

    Krwawiąca figurka stała się przedmiotem kultu także w 1603 r. w Scherpenheuvel-Montaigu w Belgii. Krwawe łzy z obrazu popłynęły w 1660 r. w Klokoosko na Węgrzech. Podobnie było w 1715 r. w Szent-Antal na Węgrzech, gdzie obraz Maryi Wspomożycielki płakał krwawymi łzami. W 1813 r. polski żołnierz z Lichenia, Tomasz Kłossowski, gdy zwrócił się ciężko ranny w modlitwie do Maryi, ujrzał Matkę Bożą smutną i płaczącą. Po uzdrowieniu Kłossowski znalazł w 1836 r obraz odpowiadający tej wizji, który od 1848 r. zgodnie z Jej życzeniem czczony jest publicznie. W 1846 r. w La Salette we Francji dokonały się słynne objawienia Matki Bożej, ostrzegające przed grzechami, takimi jak przekleństwa czy zaniedbywanie modlitwy, gdzie dała Ona do zrozumienia, że te grzechy są powodem Jej łez.

    W XX wieku fenomen łez i płaczu Maryi objawił się w takich miejscowościach jak San-Tai-Dse (Mandżuria, 1900), Bordeaux (Francja, 1907) czy też w Tourtres (Francja, 1910). Siostra Amalia (1901-1977), współzałożycielka Instytutu Jezusa Ukrzyżowanego, wśród wielu niebiańskich wizji ujrzała też Chrystusa, który rzekł do niej: O cokolwiek ludzie będą Mnie prosić ze względu na łzy Mojej Matki, tego udzielę im z życzliwością. Matka Boża, którą widziała, nauczyła ją odmawiać różaniec łez, który zamiast krzyżyka posiada medalik z przedstawieniem Madonny Płaczącej i z napisem: Matko Bolesna, Twoje łzy zniweczą panowanie piekła.
    W 1949 r. w Lublinie z kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w katedrze lubelskiej przez dwa dni płynęły łzy wobec naocznych świadków (R. Ukleja).

    Płacz Róży Duchownej i Matki Bożej Fatimskiej

    W 1947 r. w Montichiari-Fontanelle (Włochy) Pierina Grilli, pielęgniarka, ujrzała pierwszy raz Matkę Bożą, która była bardzo smutna, a Jej oczy były pełne łez, spływających na ziemię. Jej pierś przeszywały trzy duże miecze. Maryja powiedziała tylko trzy słowa: Modlitwy ofiary pokuty. Ukazując się wielokrotnie (zawsze z trzema różami na piersiach), Maryja nazwała się Różą Duchowną (Rosa Mystica), domagając się realizacji tych trzech życzeń. Dalsze objawienia miały miejsce w latach 60. przy źródle w Fontanelle oraz w latach 1974-1976. Ukazując się 8 IV 1975 r., zalana łzami Maryja w nieopisanym cierpieniu wyrzekła rozdzierającą skargę: O, gdybyś wiedziała, jak wiele moich dzieci kroczy drogą zatracenia. Innym zaś razem powiedziała: Ludzkość pędzi na własną zgubę. Wiele dusz ginie. W czasie procesji w Fontanelle w listopadzie 1985 r. z kilku małych figur Róży Duchownej płynęły obficie łzy, czego świadkami było wielu uczestników nabożeństwa, a 8 XII 1985 r. płakała także drewniana statua Róży Duchownej w katedrze w Montichiari.

    Jednakże już w 1982 r. w parafii Matki Bożej w Maasmechelen (Belgia) płakała pielgrzymująca figura Madonny Róża Duchowna, co potwierdziło tysiące przybyłych pielgrzymów. Podobnie figura Róży Duchownej płakała w Montenaken w Belgii, w jednym z domów. Także w Nowym Yorku w 1984 r. płakała figura Róży Duchownej obfitymi łzami, tak że zbierano je do kielicha. W Chicago w 1984 r. na oczach ks. proboszcza R. Jasińskiego i jego parafian wydarzył się fenomen płynących łez, co dogłębnie poruszyło wiernych i spowodowało ożywienie życia religijnego. Odnotowano też liczne uzdrowienia i nawrócenia. Także w 1984 r. obraz Madonny Róży Duchownej wylewał krwawe łzy (Los Charcos, Kolumbia). Cud łez figury Róży Duchownej miał też miejsce w 1984 r. w Neuental-Zimmersrode (Niemcy), w 1984 r. w Cartagena (Kolumbia), w Jambeiro (Brazylia), w Tumbes (Peru), w 1985 r. w Hamont (Belgia), w Montrealu (Kanada), w Dublinie (Irlandia), ostatnio także w 1990 r. w Louveira (Brazylia), gdzie pielgrzymująca figura Róży Duchownej płacze często prawdziwymi łzami, co zostało potwierdzone laboratoryjnie.

    W 1972 r. także figura Matki Bożej Fatimskiej płakała w Montrealu (Kanada), w Nowym Orleanie (USA), w Porziano k. Asyżu, w Ravennie Włochy (łzy były krwawe, udowodniono laboratoryjnie ich prawdziwość). W Damaszku (Syria) w 1977 r. w kościele Matki Bożej płakała obficie Jej figura, co robiło wrażenie na tysiącach chrześcijan i mahometan. W 1974 r. w Gusago (Włochy) figura płakała w mieszkaniu ks. proboszcza. W 1983 r. w Akita (Japonia) potwierdzająca Fatimę drewniana figura bardzo często płakała i krwawiła. Płakała również figura Matki Bożej z Lourdes w Caltamisetta (Sycylia), jak również w 1985 r. w Melleray (Irlandia).

    Odsłona tajemnicy zbawienia

    Współczesne przebudzenie religijnej wyobraźni nie oznacza automatycznie otwarcia się na transcendencję. Można zapytać: Czy objawienia maryjne nie są wraz ze swoim dramatyzmem właściwym wskazaniem na transcendencję? Czy Ona jest jednak rzeczywiście obecna w sensie czasowo-przestrzennym, czy może Jej wizje u rozmaitych ludzi na przestrzeni wieków są wyrazem mniej realistycznego, ale za to prawdziwego wyrazu intuicyjnego otwarcia się na tajemnicę bytu (K. Rahner)? Dla wielu chrześcijan “wyobraźnia religijna” będzie zbyt pojemna czy zbytnio narażona na religijny pluralizm. Jednakże człowiek odbiera głos transcendencji poprzez swoje uwarunkowania. Objawienia maryjne były różne w różnych epokach. Ogólnie rzecz biorąc, płacz (zwłaszcza krwawymi łzami) to rodzaj informacji, która może pochodzić od Boga, wskazującej np. na Boże współczucie, apelujące także do ludzkich serc.

    Może też oznaczać, że w życiu ludzkim panuje jakaś dysharmonia czy nawet chaos. W tym kontekście pojęć “kary”, “końca świata” (obecnych od początku w Objawieniu biblijnym) czy zapowiadanych “cierpień człowieka” jako skutków owej dysharmonii, nie można traktować jako doświadczeń, które są jedynie subiektywne, neurotyczne czy marginalne. Jak stwierdza L. Scheffczyk, objawienia Matki Bożej nigdy nie mogą być traktowane jako marginalne, także dlatego, że Maryja nie była i nie jest osobą prywatną (L. Scheffczyk, Obietnica pokoju). Informacja przekazywana przez Matkę Bożą dotyczy istoty wiary. W istocie chodzi o przypomnienie faktu, iż człowiek musi dokonać wyboru między zbawieniem a potępieniem, a nie o jakieś emocjonalne straszenie czy zasmucanie człowieka. Jednakże cierpienia i płaczu nie można w prosty sposób zignorować, ale należy je przeciwstawić fałszywej radości “świata”.

    Interwencja Maryi odnosi się do człowieka, aby przestał grzeszyć, co zresztą jest zawsze aktualizacją orędzia Objawienia (Mt 7,13-27; Łk 13,1-9). Według R. Laurentina orędzia Maryi mają sens pedagogiczny, ale także znaczenie proroczego wstrząsu. Istotną cechą jest według niego zbieżność wszystkich posłań maryjnych, w których jednym z powtarzających się elementów jest zapowiedź kary za grzechy, tj. cierpień, które mogą być tylko zmniejszone, a nie usunięte. Jednakże zawężanie orędzi jedynie do wyroku immanentnej sprawiedliwości: zbrodni i kary, fałszowałoby ich sens. Najistotniejszym posłaniem jest to, że grzech krzyżuje Chrystusa; właśnie z tej strasznej zbrodni wypływa wszelkie zło (R. Laurentin, Współczesne objawienia Najświętszej Marii Panny). Płacz Maryi jest wezwaniem do modlitwy i do pokuty, czyli do tego, co było istotą orędzia biblijnego, a także patrystycznej nauki ascetycznej czy też świadectwa świętych.

    o. Aleksander Posacki SJ/katolik.pl

    __________________________________________________________________________

    Litania do Matki Bożej Bolesnej

    15 września Matki Bożej Bolesnej, obok święta Podwyższenia Krzyża Świętego.

    Nierozłączna boleść Jezusa i Maryi

    fot. gorki.michalici.pl

    ***

    Kyrie elejson! Chryste elejson! Kyrie elejson!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko, módl się za nami.
    Święta Panno nad pannami, módl się za nami.
    Matko, męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca, módl się za nami.
    Matko Bolesna, módl się za nami.
    Matko płacząca, módl się za nami.
    Matko żałosna, módl się za nami.
    Matko opuszczona, módl się za nami.
    Matko stroskana, módl się za nami.
    Matko, mieczem przeszyta, módl się za nami.
    Matko w smutku pogrążona, módl się za nami.
    Matko trwogą przerażona, módl się za nami.
    Matko sercem do krzyża przybita, módl się za nami.
    Matko najsmutniejsza, módl się za nami.
    Krynico łez obfitych, módl się za nami.
    Opoko stałości, módl się za nami.
    Nadziejo opuszczonych, módl się za nami.
    Tarczo uciśnionych, módl się za nami.
    Wspomożenie wiernych, módl się za nami.
    Lekarko chorych, módl się za nami.
    Umocnienie słabych, módl się za nami.
    Ucieczko umierających, módl się za nami.
    Korono Męczenników, módl się za nami.
    Światło Wyznawców, módl się za nami.
    Perło panieńska, módl się za nami.
    Radości Świętych Pańskich, módl się za nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś,że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 września

    Podwyższenie Krzyża Świętego

    Zobacz także:
      •  Święty Albert, biskup
    ***

    Aniołowie adorujący Krzyż

    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”

    Podwyższenie Krzyża

    W 614 r. na Ziemię Świętą napadli Persowie pod wodzą Chozroeza. Zburzyli wówczas wszystkie kościoły, także i kościół Bożego Grobu, a wiedząc, jak wielkiej czci doznaje Krzyż Pana Jezusa, zabrali go ze sobą. Cały świat modlił się o odzyskanie Krzyża Świętego. Po zwycięstwie, jakie cesarz Herakliusz odniósł nad Chozroezem, w traktacie pokojowym Persowie zostali zmuszeni do oddania świętej relikwii (628). Podanie głosi, że kiedy sam cesarz chciał na swoich ramionach zanieść Krzyż Chrystusa na Kalwarię, mógł to uczynić dopiero wówczas, kiedy zdjął swoje królewskie szaty. Jest to legenda, gdyż ze świadectwa św. Cyryla Jerozolimskiego (+ 387) wiemy, że już za jego czasów czcigodną relikwię podzielono na drobne części i rozesłano je niemal po wszystkich okolicznych kościołach.Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).

    Relikwiarz Krzyża św. z Olkusza

    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).

    Krzyż celtycki z Irlandii

    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Święta Helena. Zawdzięczamy jej odnalezienie Krzyża Pańskiego, oraz… Konstantyna Wielkiego

    ***

    Historia Kościoła dostarczyła wielu przykładów świątobliwych matek, których wiara i gorliwa modlitwa przyczyniły się do nawrócenia „marnotrawnych synów”. Wśród przekazów obrazujących tę zasadę znajdziemy i takie, które pokazują, że powodowana wiarą w Boga matczyna miłość rodzi owoce, które smakować może już nie tylko dziedzic, ale też rzesze wyznawców Chrystusa. Z taką sytuacją spotykamy się, studiując żywot św. Heleny, matki cesarza Konstantyna I Wielkiego, która – według relacji różnych podań – przyczyniła się do odnalezienia Drzewa Świętego, na którym zawisło nasze Zbawienie.

    W syryjskim tekście legendy o Judzie Kyriaku, nawróconym na chrześcijaństwo żydzie, czytamy o wizji Konstantyna, jaką ten otrzymał w ostatnią noc przed wielką bitwą. Na widok licznie zgromadzonego wojska barbarzyńców nad rzeką Dunaj cesarz zaczął odczuwać lęk. Wówczas ujrzał wyraźnie cudowne światło, które rozbłysło nad nim w kształcie krzyża, a litery ułożone przez gwiazdy oznajmiły mu: „w tym (znaku) zwyciężysz”. Poruszony tym obrazem, kazał sporządzić coś na kształt tego, co zobaczył, a następnie rozkazał nieść to przed sobą podczas boju, który zakończył się dla niego zwycięstwem.

    Następnie – jak czytamy w tzw. tekście Petersburskim syryjskiej wersji legendy – po kilku dniach, kazał przywołać kapłanów rzekomych bóstw. Pokazał im znak, który mu się objawił i zapytał ich: „Do którego z bóstw należy ten znak?” Odrzekli mu: „Nie jest to znak ziemskich bóstw, które czcimy, lecz potężny Znak Boga niebios. Kiedy bowiem ten znak przechodził, wszystkie bóstwa naszych świątyń padały i rozbijały się, a ich świątynie rozpadały się”. W tym samym czasie przyszli do cesarza chrześcijanie, których słudzy przedstawili mu jako Nazarejczyków, i powiedzieli mu: „Panie, racz nas wysłuchać! To zwycięstwo, jakie zapowiedziano ci z nieba, (pochodzi) od Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, żyjącego w wieczności. Kiedy On widział, że rodzaj ludzki ginie, nie wzgardził nim, lecz zstąpił jako jedyny Bóg, aby dać życie i odkupić swoje stworzenie. On to dobrowolnie podjął cierpienie i przez swe ukrzyżowanie sprowadził nas do Boga”. Kiedy cesarz Konstantyn usłyszał te słowa, wysłał poselstwo do świętego Euzebiusza, biskupa Rzymu. A gdy już został przez niego pouczony i stał się prawdziwie wierzącym, wtedy przyjął chrzest wraz ze swą matką i wielką liczbą dworzan. Następnie z wielką radością i mocą wyznanej wiary posłał swą matkę na Wschód, aby odszukała Krzyż Chrystusa i odbudowała Jerozolimę.

    Legenda o Judzie Kyriaku to jedna z trzech wersji legendy o znalezieniu Krzyża Świętego. Opowiada o przybyciu cesarzowej Heleny do Jerozolimy w poszukiwaniu Krzyża Jezusowego. Z rozkazu matki Konstantyna pięciuset uczonych w Piśmie stanęło przed cesarzową, która zaczęła ich pouczać tymi słowami:

    „Zaiste nierozumni jesteście, synowie Izraela, jak mówi Pismo (por. Ps 14,1; 53,1), bo postępujecie w ślepocie waszych przodków, tych morderców, którzy twierdzili, że Chrystus nie jest Bogiem. Czytacie Prawo i Proroków, ale nie rozumiecie”. Oni odrzekli: „Czytamy i rozumiemy. Co znaczą twoje słowa skierowane do nas, o Pani?” Mów do nas jaśniej i daj nam poznać, abyśmy również mogli odpowiedzieć twemu majestatowi według naszych możliwości”. Odrzekła im: „Idźcie i wybierzcie ludzi, którzy są najlepszymi znawcami Prawa”. Po odejściu mówili oni między sobą: „Dlaczego cesarzowa nałożyła na nas tak wielkie zadanie?”

    Gdy tak zaskoczeni intencją Heleny dysputowali, jeden z nich (Juda) stwierdził, że szuka ona drzewa Krzyża. Wtedy żydzi posłali go do cesarzowej, on jednak nie umiał wskazać miejsca, gdzie pogrzebano zostało drzewo Krzyża. Za to rodzicielka cesarza wrzuciła Judę do studni na siedem dni. Wtedy to bowiem nieszczęśnik zdecydował się spełnić wolę Heleny: udał się na Golgotę i prosił Boga, by wskazał mu miejsce, gdzie ukryty został poszukiwany skarb. Bóg odpowiedział na modlitwę i objawił wołającemu o pomoc miejsce, w którym znalezione zostały trzy krzyże. Prawdziwy rozpoznano po cudzie wskrzeszenia, jaki stał się za jego przyczyną. Po tym wydarzeniu Juda się nawrócił, przyjął chrzest i nawet został biskupem Jerozolimy. Czyniąc zadość woli Heleny Juda Kyriakos, czyli przynależący do Chrystusa, odnalazł też gwoździe, którymi przebite były niegdyś dłonie Syna Bożego. Cesarzowa natomiast zbudowała w miejscu odnalezienia drzewa Krzyża kościół. Gdy się to wszystko spełniło, Helena rozkazała wypędzić żydów z Jerozolimy i Judei, a dzień odnalezienia Krzyża świętować co roku.

    Zainteresowanie legendą o odnalezieni Krzyża przez cesarzową Helenę wzrosło, gdy światło dzienne ujrzał jej przekład łaciński (1889 r.), zapisał ją po grecku Gelazjusz, biskup Cezarei Palestyńskiej (ok. 390 r.) Również publikacja zawartej w rękopisach syryjskich wersji, stanowiącej lokalną adaptację legendy o Helenie, przyczyniła się do wzrostu zainteresowania wątkiem cesarzowej w odnalezieniu drzewa Krzyża. Współcześnie dyskurs wokół tej problematyki wiąże znalezienie relikwii z budową bazyliki Konstantyna na Golgocie. Nie rozstrzygnięty pozostaje udział Cesarzowej w tym wydarzeniu. Niektórzy badacze twierdzą, że legenda należy do liturgii jerozolimskiej i była czytana w święto Znalezienia Krzyża (13 września). Inni, że dopiero w 2. Poł. IV wieku połączono fakt odnalezienia Krzyża z imieniem cesarzowej Heleny, a twórcą legendy był żyjący w IV w. Cyryl, patriarcha Jerozolimy.

    Niezależnie od sygnalizowanych powyżej wątpliwości warto zwrócić uwagę na osobę św. Heleny, którą św. Ambroży nazwał „Wielką Panią”, a Paulin z Noli, biskup i poeta, wychwalał za jej wielką wiarę. Matkę Konstantyna cechowało niezwykle miłe usposobienie. Za wszelkie okazane synowi dobro ten wynagrodził ją w stosownym czasie tytułem Cesarzowej, która miała realny wpływ na to, co dzieje się w państwie, gdyż Konstantyn bardzo liczył się z jej zdaniem. W otoczeniu władcy przebywało wielu chrześcijan, jako że wyznawcy Chrystusa stanowili w tym czasie wcale niemałą grupę poddanych. Pod ich wpływem przyszła Święta Kościoła katolickiego i prawosławnego przyjęła chrzest (ok. 311-315). Pragnienie czynienia dobrych uczynków Cesarzowa spełniała, włączając się – jak to byśmy dzisiaj powiedzieli – w dzieła charytatywne. I tak, rozdawała jałmużnę ubogim, uwalniała więźniów, pomagała banitom w powrocie do ojczyzny. Stosunek matki Konstantyna do bliźnich wyrażają upamiętniające jej czyny ówczesne monety, na których Helena przedstawiona jest jako uosobienie miłosierdzia, przygarniająca do siebie sieroty. W dokumentach pisano o niej: piissima (najpobożniejsza), venerabilis (czcigodna) czy też clementissima (najłaskawsza).

    Trudno dzisiaj dokładnie oszacować wpływ św. Heleny na zarządzenia państwowe wychodzące z cesarskiej kancelarii, podejrzewać jednak należy, że był on wcale niemały. I choć cesarz Konstantyn odwlekał przyjęcie Chrztu świętego do ostatnich dni swojego życia (337 r.), to stanowione przez niego prawo wychodziło naprzeciw potrzebom wyznawców Chrystusa, by wspomnieć tylko o wydanym w 313 r. edykcie mediolańskim, dającym swobodę wyznania chrześcijan, zakazie wykonywania kary śmierci przez ukrzyżowanie, ustanowieniu niedzieli jako dnia świątecznego, wolnego od pracy dla wiernych Kościoła, zwolnieniu kapłanów chrześcijańskich z podatków i służby wojskowej, zatwierdzeniu nowego prawa małżeńskiego, które ograniczało możliwość rozwodu, wprowadzało karę śmierci dla cudzołożników, zakazywało trzymania konkubin, jak też otaczało opieką sieroty i wdowy. Pozostałe rozporządzenia zabraniały też znęcania się nad niewolnikami czy organizowania walk gladiatorów, natomiast sądownictwo chrześcijan, nawet w sprawach czysto świeckich, oddano w ręce biskupów.

    Helena zmarła przy boku syna w Nikomedii między 327 a 330 r., w wieku około osiemdziesięciu lat. Na ostatniej drodze oddano należne Cesarzowej honory. Jej szczątki przewieziono do Rzymu, a następnie umieszczono w pięknym sarkofagu w mauzoleum przy via Lavicana. Od chwili śmierci rozwijał się kult Cesarzowej, którą Euzebiusz z Cezarei, kanclerz na dworze cesarskim, nazwał „godną wiecznej pamięci” W martyrologium rzymskim napisano, że Kościół obchodzi uroczystość „świętej Heleny, matki bogobojnego Konstantyna Wielkiego, który pierwszy dał wszystkim władcom wspaniały przykład, jak należy bronić Kościoła i jak go rozszerzać”. Historia dwojga władców Imperium Romanum pokazuje, że matczyna miłość i synowskie oddanie staje się motorem napędowym dziejów, gdy nad tak niezwykłą relacją świeci Słońce Sprawiedliwości, jakim jest Chrystus. Być może na ten osobliwy układ wpływ wywarło Słowo Boże, które poucza nas w Księdze Przysłów „Synu mój, słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauk swej matki, gdyż one ci są wieńcem powabnym dla głowy i naszyjnikiem cennym dla szyi” (1, 8-9).

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 września

    Święty Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Jan Chryzostom

    Jan urodził się ok. 349 r. (jak uważają katolicy) lub ok. 347 r. (jak podają prawosławni) w Antiochii, ówczesnej metropolii prowincji syryjskiej, jednym z największych miast świata. Pochodził z możnej rodziny. Jego ojciec był oficerem cesarskim. Wcześnie osierocił syna. Wszechstronne wykształcenie zapewniła Janowi matka. U jej boku wiódł życie na pół mnisze. Rozczytywał się w klasykach i uczył się ich na pamięć. Lubił jednak także rozrywkę i nie gardził młodzieńczymi figlami.
    Chrzest przyjął dopiero, gdy miał 20 lat. To był punkt zwrotny w jego dotychczasowym życiu. Wstąpił do stanu duchownego. Jako lektor uczestniczył w służbie liturgicznej u boku biskupa Antiochii, Melecjusza. Jednak po śmierci matki (372) opuścił Antiochię i udał się na pustkowie, by tam prowadzić życie ascetyczne. W grocie spędził 4 lata. Zbyt surowe życie tak dalece nadwyrężyło mu zdrowie, że musiał pustynię opuścić. Powrócił więc do Antiochii, gdzie ponownie pełnił obowiązki lektora (378), a potem diakona (381). Święcenia kapłańskie przyjął w roku 385, gdy miał już ok. 36 lat.
    W roku 387 w Antiochii wybuchły rozruchy przeciwko cesarzowi, Teodozemu I Wielkiemu. Rozjuszony tłum zaczął rozbijać pomniki cesarza, co wywołało ze strony władz represje. Wtedy to Jan wygłosił słynne Mowy wielkopostne, w których zganił popędliwość ludu, a równocześnie wstawiał się za nim. Wpłynął także na biskupa Antiochii, Flawiana, by ten osobiście wstawił się za swoim ludem u cesarza. Cesarz ogłosił amnestię i zakazał swojemu namiestnikowi represji. To zjednało Janowi wielką wdzięczność ludu i przydomek Złotousty (Chryzostom). Na jego kazania przybywały tłumy.
    W roku 397 zmarł patriarcha Konstantynopola. Urząd ten cesarz ofiarował Janowi. Konsekrowany na biskupa przez patriarchę Aleksandrii, Jan z całym zapałem wziął się do pracy dla dobra swojej owczarni. Udało mu się najpierw pojednać ze Stolicą Apostolską biskupa Antiochii, Flawiana. W ten sposób zakończyła się przykra schizma z Rzymem. Na swoim dworze Jan zniósł wszelki przepych, jakim dotąd otaczali się jego poprzednicy. Zachęcał swoje duchowieństwo do podobnej reformy. Lud zjednał sobie wspaniałymi kazaniami, jakie regularnie głosił, i troską o potrzeby zwykłych ludzi. Piętnował nadużycia, nie szczędząc także dworu cesarskiego. Dla ubogich i bezdomnych wystawiał gospody i schroniska. Użyczył azylu nawet ministrowi cesarskiemu, kiedy ten popadł w niełaskę. Wysyłał misjonarzy na obszary objęte przez Arabów.
    Tradycja przypisuje św. Janowi Chryzostomowi autorstwo jednej z form celebracji Boskiej Liturgii, nazywanej jego imieniem, która do dziś jest praktykowana w obrządku bizantyjskim. Jest to tzw. zwyczajna (czyli odprawiana przez większą część roku) liturgia prawosławna i grekokatolicka.

    Święty Jan Chryzostom

    Z czasem pojawili się przeciwnicy radykalnego patriarchy. Duchowni mieli mu za złe, że zbyt wiele od nich wymagał; klasztory – że wprowadzał w nich pierwotną karność, a zwalczał rozluźnienie obyczajów. Ponadto Jan naraził się na gwałtowne ataki ze strony św. Epifaniusza tym, że dał u siebie schronienie zwalczanym zwolennikom nauki Orygenesa. Zarzucano mu, że okazuje jawnie sympatię dla Orygenesa. Najwięcej kłopotów wywołało jednak to, że Jan zaatakował w swoich kazaniach zbyt swobodne życie dworu cesarskiego, przede wszystkim cesarzowej Eudoksji. Z polecenia cesarzowej zwołano pod Chalcedonem synod, zwany później synodem “Pod Dębem” (nazwa wywodzi się od miejscowości Onercia – Dąb). Wrogowie Jana pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii, Teofila, posunęli się do tego, że usunęli Jana z urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go na banicję. Wywieziono go do Prenetos w Bitynii. Lud jednak tak gwałtownie wystąpił w obronie swego pasterza, że cesarzowa była zmuszona przywrócić biskupowi wolność.
    Spokój trwał jednak krótko. Cesarzowa kazała wystawić sobie pomnik przed samą katedrą Mądrości Bożej, gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nie licujące ze świętym miejscem. Jan potępił to w kazaniu z całą stanowczością. W odwecie cesarzowa zwołała do Konstantynopola synod swoich zwolenników, który ponownie deponował Jana. Na mocy orzeczeń tegoż synodu, w roku 404, cesarzowa skazała Jana na wygnanie. Wśród szykan i niewygód prowadzono go do Cezarei Kapadockiej, stąd do Tauru, wreszcie do Pontu nad Morzem Czarnym. Zima była bardzo surowa, co wymagało od biskupa szczególnego hartu. On jednak nie załamał się. Pisał listy do papieża oraz do wpływowych i wiernych sobie osób. Papież pięknym listem pochwalił bohaterstwo Chryzostoma i wysłał legatów w jego obronie do Konstantynopola. Dwór cesarski jednak ich nie przyjął.

    Święty Jan Chryzostom

    Jan Złotousty zmarł w drodze, w mieście Comana, 14 września 407 r. Już w roku 428 Kościół w Konstantynopolu obchodził doroczną pamiątkę św. Jana Chryzostoma. W roku 438, na żądanie patriarchy stolicy cesarstwa – św. Proklusa, cesarz Teodozy II nakazał sprowadzić relikwie Chryzostoma. 27 stycznia 438 r. triumfalnie witał je Konstantynopol. Ciało złożono w kościele Dwunastu Apostołów. W roku 1489 sułtan turecki Bajazed II podarował te relikwie królowi francuskiemu Karolowi VIII. Od roku 1627 relikwie znajdują się w Rzymie, w bazylice św. Piotra, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Ponadto relikwie św. Jana Chryzostoma znajdują się dzisiaj także na Górze Athos, w Brugii, Clairvaux, Dubrowniku, Kijowie, Maintz, Messynie, Moskwie, Paryżu i Wenecji.
    Jan pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką: kanon liturgii świętej (Boska Liturgia św. Jana Złotoustego), liczne pisma teologiczne (traktaty o naturze boskiej i ludzkiej Jezusa, o Eucharystii – jako identycznej ofierze z ofiarą na Krzyżu, o prymacie papieskim, O kapłaństwie, O wychowaniu syna oraz Przeciwko Żydom i poganom), kazania, które są w znacznej mierze komentarzem do Pisma świętego, mowy i szeroką korespondencję (w tym 17 listów do św. Olimpii, diakonisy). Jan Złotousty wyróżniał się przede wszystkim jako znakomity znawca pism św. Pawła Apostoła. Całość dzieł Chryzostoma obejmuje kilka opasłych tomów.
    Św. Jan Chryzostom należy do czterech wielkich doktorów Kościoła wschodniego (obok św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Atanazego). Na Wschodzie cieszy się tak wielkim kultem, że jego imię wspomina się w roku liturgicznym kilka razy. Papież Pius V ogłosił go doktorem Kościoła (1568). Jest patronem kaznodziejów i studiujących teologię oraz orędownikiem w sytuacjach bez wyjścia.W ikonografii św. Jan Chryzostom przedstawiany jest jako patriarcha w stroju rytu ortodoksyjnego (z dużymi krzyżami), czasami jako biskup Kościoła katolickiego, zazwyczaj z krótką, niekiedy spiczastą bródką i łysiną czołową. Prawą rękę ma uniesioną w błogosławieństwie, w lewej trzyma Ewangelię. Niekiedy wyobrażany jest z krzyżem w dłoni.
    W ikonografii często spotykany jest na ikonach “Trzech Wielkich Hierarchów” razem ze św. Bazylim Wielkim i św. Grzegorzem Teologiem, spośród których wyróżnia się przede wszystkim najkrótszą brodą.
    W sztuce zachodniej jego atrybutami są: księga, osioł, pisarskie pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Święty Jan Chryzostom

    Kaznodzieja złotousty - św. Jan Chryzostom

    św. Jan Chryzostom/HAGIA SOPHIA, X W.(PD)

    ***

    Benedykt XVI/audiencja generalna, 19 IX 2007

    “Chryzostom zaleca: «Już od najwcześniejszych lat wyposażcie dzieci w duchowy oręż i nauczcie je czynić ręką na czole znak krzyża» (Homilia 12, 7 na Pierwszy List do Koryntian).”

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tym roku przypada 1600. rocznica śmierci św. Jana Chryzostoma (407-2007). Jan z Antiochii, nazywany Chryzostomem, czyli „Złotoustym”, z racji swej wymowy, jest nadal żywy, również ze względu na swoje dzieła. Anonimowy kopista napisał, że jego dzieła „przemierzają cały świat jak świetliste błyskawice”. Pozwalają również nam, podobnie jak wierzącym jego czasów, których okresowo opuszczał z powodu skazania na wygnanie, żyć treścią jego ksiąg mimo jego nieobecności. On sam sugerował to z wygnania w jednym z listów (por. Do Olimpiady, List 8, 45).
    Urodził się około 349 r. w Antiochii w Syrii (dzisiaj Antakya na południu Turcji), tam też podejmował posługę kapłańską przez około 11 lat, aż do 397 r., gdy został mianowany biskupem Konstantynopola. W stolicy cesarstwa pełnił posługę biskupią do czasu dwóch wygnań, które nastąpiły krótko po sobie – między 403 a 407 r. Dzisiaj ograniczymy się do spojrzenia na lata antiocheńskie Chryzostoma.
    W młodym wieku stracił ojca i żył z matką Antuzą, która przekazała mu niezwykłą wrażliwość ludzką oraz głęboką wiarę chrześcijańską. Odbył niższe oraz wyższe studia, uwieńczone kursami filozofii oraz retoryki. Jako mistrza miał Libaniusza, poganina, najsłynniejszego retora tego czasu. W jego szkole Jan stał się wielkim mówcą późnej starożytności greckiej. Ochrzczony w 368 r. i przygotowany do życia kościelnego przez biskupa Melecjusza, przez niego też został ustanowiony lektorem w 371 r. Ten fakt oznaczał oficjalne przystąpienie Chryzostoma do kursu eklezjalnego. Uczęszczał w latach 367-372 do swego rodzaju seminarium w Antiochii, razem z grupą młodych. Niektórzy z nich zostali później biskupami, pod kierownictwem słynnego egzegety Diodora z Tarsu, który wprowadzał Jana w egzegezę historyczno-literacką, charakterystyczną dla tradycji antiocheńskiej.
    Później udał się wraz z eremitami na pobliską górę Sylpio. Przebywał tam przez kolejne dwa lata, przeżyte samotnie w grocie pod przewodnictwem pewnego „starszego”. W tym okresie poświęcił się całkowicie medytacji „praw Chrystusa”, Ewangelii, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Gdy zachorował, nie mógł się leczyć sam i musiał powrócić do wspólnoty chrześcijańskiej w Antiochii (por. Palladiusz, „Życie”, 5). Pan – wyjaśnia jego biograf – interweniował przez chorobę we właściwym momencie, aby pozwolić Janowi iść za swoim prawdziwym powołaniem. W rzeczywistości, napisze on sam, postawiony wobec alternatywy wyboru między trudnościami rządzenia Kościołem a spokojem życia monastycznego, tysiąckroć wolałby służbę duszpasterską (por. „O kapłaństwie”, 6, 7), gdyż do tego właśnie Chryzostom czuł się powołany. I tutaj nastąpił decydujący przełom w historii jego powołania: został pasterzem dusz w pełnym wymiarze! Zażyłość ze Słowem Bożym, pielęgnowana podczas lat życia eremickiego, spowodowała dojrzewanie w nim silnej konieczności przepowiadania Ewangelii, dawania innym tego, co sam otrzymał podczas lat medytacji. Ideał misyjny ukierunkował go, płonącą duszę, na troskę pasterską.
    Między 378 a 379 r. powrócił do miasta. Został diakonem w 381 r., zaś kapłanem – w 386 r.; stał się słynnym mówcą w kościołach swego miasta. Wygłaszał homilie przeciwko arianom, następnie homilie na wspomnienie męczenników antiocheńskich oraz na najważniejsze święta liturgiczne. Mamy tutaj do czynienia z wielkim nauczaniem wiary w Chrystusa, również w świetle Jego świętych. Rok 387 był „rokiem heroicznym” dla Jana, czasem tzw. przewracania posągów. Lud obalił posągi cesarza, na znak protestu przeciwko podwyższeniu podatków. W owych dniach Wielkiego Postu, jak i wielkiej goryczy z powodu ogromnych kar ze strony cesarza, wygłosił on 22 gorące „Homilie o posągach”, ukierunkowane na pokutę i nawrócenie. Potem przyszedł okres spokojnej pracy pasterskiej (387-397).
    Chryzostom należy do Ojców najbardziej twórczych: dotarło do nas jego 17 traktatów, ponad 700 autentycznych homilii, komentarze do Ewangelii Mateusza i Listów Pawłowych (Listy do Rzymian, Koryntian, Efezjan i Hebrajczyków) oraz 241 listów. Nie uprawiał teologii spekulatywnej, ale przekazywał tradycyjną i pewną naukę Kościoła w czasach sporów teologicznych, spowodowanych przede wszystkim przez arianizm, czyli zaprzeczenie boskości Chrystusa. Jest też ważnym świadkiem rozwoju dogmatycznego, osiągniętego przez Kościół w IV-V wieku. Jego teologia jest wyłącznie duszpasterska, towarzyszy jej nieustanna troska o współbrzmienie między myśleniem wyrażonym słowami a przeżyciem egzystencjalnym. Jest to przewodnia myśl wspaniałych katechez, przez które przygotowywał katechumenów na przyjęcie chrztu. Tuż przed śmiercią napisał, że wartość człowieka leży w „dokładnym poznaniu prawdziwej doktryny oraz w uczciwości życia” („List z wygnania”). Te sprawy, poznanie prawdy i uczciwość życia, muszą iść razem: poznanie musi się przekładać na życie. Każda jego mowa była zawsze ukierunkowana na rozwijanie w wierzących wysiłku umysłowego, autentycznego myślenia, celem zrozumienia i wprowadzenia w praktykę wymagań moralnych i duchowych wiary.
    Jan Chryzostom troszczył się, aby służyć swoimi pismami integralnemu rozwojowi osoby, w wymiarach fizycznym, intelektualnym i religijnym. Różne fazy wzrostu są porównane do licznych mórz ogromnego oceanu: „Pierwszym z tych mórz jest dzieciństwo” (Homilia 81, 5 o Ewangelii Mateusza). Rzeczywiście, „właśnie w tym pierwszym okresie objawiają się skłonności do wad albo do cnoty”. Dlatego też prawo Boże powinno być już od początku wyciśnięte na duszy, „jak na woskowej tabliczce” (Homilia 3, 1 do Ewangelii Jana): w istocie jest to wiek najważniejszy. Musimy brać pod uwagę, jak ważne jest, aby w tym pierwszym etapie życia człowiek posiadł naprawdę te wielkie ukierunkowania, które dają właściwą perspektywę życiu. Dlatego też Chryzostom zaleca: „Już od najwcześniejszego wieku uzbrajajcie dzieci bronią duchową i uczcie je czynić ręką znak krzyża na czole” (Homilia 12, 7 do Pierwszego Listu do Koryntian). Później przychodzi okres dziecięcy oraz młodość: „Po okresie niemowlęcym przychodzi morze okresu dziecięcego, gdzie wieją gwałtowne wichury (…), rośnie w nas bowiem pożądliwość…” (Homilia 81, 5 do Ewangelii Mateusza). Potem jest narzeczeństwo i małżeństwo: „Po młodości przychodzi wiek dojrzały, związany z obowiązkami rodzinnymi: jest to czas szukania współmałżonka” (tamże). Przypomina on cele małżeństwa, ubogacając je – z odniesieniem do cnoty łagodności – bogatą gamą relacji osobowych. Dobrze przygotowani małżonkowie zagradzają w ten sposób drogę rozwodowi: wszystko dzieje się z radością i można wychowywać dzieci w cnocie. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, jest ono „jak most; tych troje staje się jednym ciałem, gdyż dziecko łączy obie części” (Homilia 12, 5 do Listu do Kolosan); tych troje stanowi „jedną rodzinę, mały Kościół” (Homilia 20, 6 do Listu do Efezjan).
    Przepowiadanie Chryzostoma dokonywało się zazwyczaj podczas liturgii, w „miejscu”, w którym wspólnota buduje się Słowem i Eucharystią. Tutaj zgromadzona wspólnota wyraża jeden Kościół (Homilia 8, 7 do Listu do Rzymian), to samo słowo jest skierowane w każdym miejscu do wszystkich (Homilia 24, 2 do Pierwszego Listu do Koryntian), zaś komunia Eucharystyczna staje się skutecznym znakiem jedności (Homilia 32, 7 do Ewangelii Mateusza). Jego plan duszpasterski był włączony w życie Kościoła, w którym wierni świeccy przez fakt chrztu podejmują zadania kapłańskie, królewskie i prorockie. Do wierzącego laika mówi: „Również ciebie chrzest czyni królem, kapłanem i prorokiem” (Homilia 3, 5 do Drugiego Listu do Koryntian). Stąd też rodzi się fundamentalny obowiązek misyjny, gdyż każdy w jakiejś mierze jest odpowiedzialny za zbawienie innych: „Jest to zasada naszego życia społecznego (…) żeby nie interesować się tylko sobą” (Homilia 9, 2 do Księgi Rodzaju). Wszystko dokonuje się między dwoma biegunami, wielkim Kościołem oraz „małym Kościołem” – rodziną – we wzajemnych relacjach.
    Jak możecie zauważyć, Drodzy Bracia i Siostry, ta lekcja Chryzostoma o autentycznej obecności chrześcijańskiej wiernych świeckich w rodzinie oraz w społeczności pozostaje również dziś jak najbardziej aktualna. Módlmy się do Pana, aby uczynił nas wrażliwymi na nauczanie tego wielkiego Nauczyciela Wiary.

    Tygodnik Niedziela 39/2007/z oryginału włoskiego tłumaczył o. Jan Pach OSPPE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 września

    Najświętsze Imię Maryi

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Piekarska
      •  Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
      •  Święty Gwidon z Anderlecht
      •  Święty Piotr z Tarentaise, biskup
      •  Błogosławiona Maria od Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Luiza Prosperi, zakonnica
    ***
    Najświętsza Maryja Panna

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się “Mój Pan jest wielki”.
    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna

    Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi

    O przypadającym 12 sierpnia wspomnieniu imienia Maryi

    O imieniu Matki Bożej dowiadujemy się z Ewangelii św. Łukasza w jego relacji o zwiastowaniu: „Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1,26-27). Św. Łukasz to imię wymienia jeszcze kilka razy w swojej Ewangelii. Również imię Matki Bożej podaje św. Mateusz w Ewangelii przez siebie napisanej. Etymologia imienia „Maryja” nie jest do końca rozpoznana. Powszechnie tłumaczy się znaczenie imienia Maryja jako Pani. Tak już uważał św. Hieronim, gdy pisał: „Wiedzieć należy, że Maryja w języki syryjskim znaczy Pani” (J. Drozd, Maryja w roku kościelnym, Warszawa, Kraków 1990). Piękną refleksję związaną z imieniem Matki Bożej znajdujemy w książce Życie Maryi Matki Bożej A. Nicolas, E. Dąbrowskiego:

    „Cokolwiek by jednak powiedzieli filologowie, imię Maryja od czasu, gdy je nadano dziecięciu Joachima i Anny, wywołuje i będzie zawsze wywoływało wrażenie niezwykłe – to imię tak słodkie, czyste, wdzięczne i święte; imię najbardziej rozpowszechnione, a zarazem najbardziej pospolite; imię, co choć nadane tym, którzy je noszą, nigdy do nich nie przywiera, nigdy do nich właściwie nie należy, tak dalece jest ono wyłączną własnością Matki Chrystusa” (Warszawa 1954, s. 77). Trzeba wspomnieć, że imię Maryja cieszyło się w Polsce niezwykłą czcią. Już ks. Jan Długosz pisał o niestosowności nadawania dziewczynkom przy chrzcie imienia Matki Bożej. Również to podkreślano podczas reformacji, w wyniku której odrzucono kult Maryi i świętych. Stąd też w Polsce ze względu na cześć Matki Bożej nadawano dziewczynkom imię pochodne od imienia Maryi – Marianna. Było to jeszcze aktualne w niektórych parafiach do połowy ubiegłego stulecia. Tradycja ta jednak została przezwyciężona i dziewczynkom nadawano imię Maryja, a chłopcom – Marian. Wierzono bowiem, że w ten sposób przez nadanie tego świętego imienia uczci się Matkę Bożą i zyska się Jej przemożną opiekę.

    Po raz pierwszy w liturgii zaczęto czcić imię Maryi w Hiszpanii, w diecezji Cienca, która otrzymała pozwolenie Stolicy Apostolskiej w roku 1513 na obchód święta poświęconego Imieniu Matki Zbawiciela. Największą jednak popularność miało to święto w Polsce, Austrii i Niemczech. Wiązało się to z wielkim wydarzeniem historycznym, mianowicie zwycięstwem króla polskiego Jana III Sobieskiego nad Turkami pod Wiedniem w 1683 r. Król Jan Sobieski był wielkim czcicielem Maryi. W drodze na odsiecz wiedeńską zatrzymał się na modlitwę w sanktuarium Maryjnym w Piekarach Śląskich. W dniu Narodzenia Maryi wojska polskie przybyły pod Wiedeń. 12 września król wraz z wojskiem polskim był na Mszy na Kahlenbergu, służył do Mszy, przyjął Komunię świętą i na chorągwiach rycerskich polecił wypisać imię Maryja. Z takim też okrzykiem wojska polskie ruszyły do bitwy z Turkami. Po zwycięskiej bitwie król napisał do papieża Innocentego XI: „Przyszliśmy, zobaczyliśmy. Bóg zwyciężył”. Innocenty XI, wdzięczny Bogu za zwycięstwo wiedeńskie przez przyczynę Matki Bożej, ogłosił dzień 12 września świętem Imienia Maryi w całym Kościele dla uczczenia zwycięskiej bitwy chrześcijan nad wyznawcami islamu. Początkowo święto to obchodzono w niedzielę po Narodzeniu Matki Bożej, papież Pius X w roku 1911 przeniósł je na 12 września. Obecnie (od 1960 r.) obchód Najświętszego Imienia Maryi ma rangę tylko wspomnienia dowolnego. W Archidiecezji Białostockiej dzień 12 września jest uroczystością tytułu kościoła w dwóch świątyniach: w kościele pomocniczym w Białymstoku – Starosielcach oraz w Zawykach (kaplica należąca do parafii Suraż).

    Teksty liturgiczne pomagają nam uczcić, ale też i zrozumieć znaczenie imienia Matki Bożej. W kolekcie mszalnej wspominamy, że pod krzyżem Chrystus dał nam za Matkę Najświętszą Maryję Pannę, swoją Matkę. Prosimy, abyśmy ubiegając się pod Jej obronę i wzywając Jej imienia „nabrali otuchy”. Modlitwa nad darami przypomina nam, że we Mszy składamy Ofiarę uwielbienia i oddajemy cześć Matce Bożej. Wypowiadamy tu prośbę, aby przez udział nasz w zbawczej Ofierze wzrastała w nas łaska wiecznego odkupienia. W modlitwie po Komunii pokornie błagamy Boga, abyśmy za wstawiennictwem Matki Bożej „okazali stałość w wierze i wytrwałość w pełnieniu dobrych uczynków”. Liturgia Godzin (t. IV, s. 1145 – 1147) zawiera piękne hymny Maryjne na Godzinę Czytań, Jutrznię i Nieszpory.

    Niech dzień 12 września da nam możliwość podziękowania za zwycięstwo nad Wiedniem i uratowanie chrześcijaństwa przed nawałą turecką. Przez wstawiennictwo Matki Bożej polecajmy także Bogu sprawy naszej Ojczyzny słowami hymnu z Godziny Czytań módlmy się również za nas:

    „Ty jesteś Pani, piękną doliną,

    Która rozkwita liliami cnoty;

    W Tobie jest źródło wszelkiego dobra,

    Przyjdź więc z pomocą ludziom znękanym.

    O Maryjo!

    A wiarę wzmocnił”.

    ks. Stanisław Hołodok/opoka.pl

    __________________________________________________________________________________

    W imię Maryi

    Jan Matejko, "Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI", fot. Wikimedia Commons

    Jan Matejko, “Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI”,

    fot. Wikimedia Commons

    ***

    Co wspólnego ma imię Maria z odsieczą wiedeńską? Bynajmniej nie chodzi o to, że imię to nosiła żona zwycięzcy spod Wiednia, króla Jana III Sobieskiego.

    “Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył” – napisał Sobieski w liście do papieża Innocentego XI po pokonaniu armii Imperium Osmańskiego pod wodzą Kary Mustafy przez sprzymierzone siły polsko-austriacko-niemieckie. Wskazał tym samym na pierwszego Zwycięzcę w bitwie, po której potężna dotychczas Turcja już się nie podźwignęła i przestała zagrażać chrześcijańskiej Europie. Była jedna z bitew, które historycy uważają za decydujące o losach nasz cywilizacji. Bitwa rozpoczęła się 12 września 1683 roku rano, trwała 12 godzin, z czego przeważającą większość trwał ostrzał artylerii przygotowującej atak. Szarża husarii Sobieskiego – zaledwie pół godziny.

    Powtarzająca się tu jak refren liczba przywodzi na myśl 12 gwiazd w wieńcu na głowie Niewiasty. Jej imię – imię Maryi – widniało pod Wiedniem na sztandarach polskich wojsk, wypisane z rozkazu króla Jana III, gorliwego czciciela Matki Bożej. Wcześniej, idąc na odsiecz, nasz władca zatrzymał się na modlitwę na Jasnej Górze i w sanktuarium maryjnym w Piekarach Śląskich. Na miejsce starcia przybył 8 września, w dniu Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Przed bitwą brał wraz z wojskiem udział na Kahlenbergu we Mszy Świętej, osobiście do niej służył i przyjął Komunię Świętą.

    Ani król, ani papież nie mieli wątpliwości, że zwycięską hetmanką w tym starciu chrześcijaństwa z islamem była Matka Jezusa. Nie po raz pierwszy. Dość wspomnieć wcześniejszą o 112 lat bitwę morską pod Lepanto między Świętą Ligą a Imperium Osmańskim, 7 października, który to dzień na pamiątkę tamtego wydarzenia obchodzimy jako wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej. Tam również zwycięstwo przypisywano wstawiennictwu Dziewicy, wymodlonemu na Różańcu. Nasuwa się tu podobieństwo do innej jeszcze bitwy, nazwanej Cudem nad Wisłą, kilka wieków później, w roku 1920 pod Warszawą. Tam także wynik starcia “dwóch światów” został przesądzony w święto maryjne, 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i w dniu wspomnienia Matki Bożej Zwycięskiej.

    Dzień wiedeńskiej wiktorii – 12 września – został przez Innocentego XI ustanowiony świętem Najświętszego Imienia Maryi. Święto takie w liturgii jako pierwsi – jak to nieraz, jeśli chodzi o kult maryjny, bywało – zaczęli obchodzić Hiszpanie w diecezji Cienca, która już w roku 1513 otrzymała na to pozwolenie Stolicy Apostolskiej. Po zwycięstwie pod Wiedniem zaczęło ono obowiązywać w całym Kościele, początkowo w niedzielę po Narodzeniu Najświętszej Maryi Panny, szczególną popularność zyskując, ze zrozumiałych względów, w Polsce, Austrii i Niemczech. Od 1911 roku przeniesione na stale na 12 września, dziś ma charakter wspomnienia dowolnego.

    IMIENINY X 33

    Niełatwo zapewne było znaleźć w kalendarzu miejsce na kolejne święto maryjne. Tylko w Kościele w Polsce jest ich długa lista, złożona z 33 dat stałych i czterech ruchomych. Są wśród nich uroczystości, święta oraz wspomnienia obowiązkowe i dowolne. Przy czym mogą mieć one różną rangę, w zależności od diecezji. Tak więc 12 września najuroczyściej chyba obchodzi się w diecezji katowickiej, ponieważ przypada wówczas wspomnienie głównej patronki diecezji, Matki Bożej Piekarskiej – tej samej, przed której cudownym wizerunkiem modlił się w drodze na Wiedeń Jan III Sobieski.

    Każdego z tych dni Marie, którym patronuje Matka Boża, obchodzą imieniny. Imię Maria od wielu lat – po okresie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, kiedy to wydawało się nieco niemodne – znów należy do najpopularniejszych imion. Według raportu MSWiA, w roku 2010 nadano je 3525 dziewczynkom w Polsce, a w 2011 roku, do 1 września, w samej Warszawie – 51 dziewczynkom, co daje mu 10. miejsce w rankingu najczęstszych imion kobiecych. Zupełnie natomiast wydaje się obecnie w odwrocie męska wersja imienia – Marian.

    Nie zawsze jednak nadawanie na chrzcie imienia Maria było bezproblemowe. Imię to uważano bowiem za zbyt dostojne, święte, cieszące się samo w sobie czcią ze względu na Bogurodzicę. Podobnie jak w większości krajów chrześcijańskich – oprócz bodajże Kastylii i hiszpańskojęzycznych krajów Ameryki Południowej – nikt nie śmie nazywać swoich synów imieniem Jezus. Już ks. Jan Długosz pisał, że nadawanie dzieciom imienia Maria jest niestosowne, a król Kazimierz Wielki postanowi! wręcz wydać przepis zabraniający przyjmowania tego imienia. Radzono sobie, używając w zamian formy Marianna lub – jak choćby w przypadku młodzieńczej miłości Mickiewicza – Maryla. Zwyczaj ten był żywy w niektórych parafiach w Polsce jeszcze po II wojnie światowej. Dziś wyjątkowość imienia Matki Bożej i pełen czci dystans wobec niego podkreśla zachowana staropolska jego forma: Maryja zamiast Maria. Przez wieki imię Maria nie tylko stało się najpopularniejszym imieniem żeńskim, ale także zaczęto je nadawać – jako drugie – mężczyznom, i to w niemal całym świecie chrześcijańskim.

    Przypadek szczególny stanowi tu Kościół w Etiopii, jeden z chrześcijańskich Kościołów Wschodnich, w którym cześć wobec Matki Chrystusowej była posunięta bardzo daleko. Jej imienia nadawać nie wolno tam było pod żadnym pozorem. Wobec tego pomysłowi Jej czciciele stworzyli wiele zamienników, takich jak “Kwiat Maryi”, “Sługa Maryi”, “Cnota Maryi”, “Dar Maryi”, “Ukochany Maryi” i tym podobne, którymi nazywano zarówno dziewczynki, jak i chłopców.

    Kochający Maryję wszędzie nadawali Jej przydomki – często wbrew oficjalnym nazwom świąt. I tak w Polsce mamy Gromniczną, Zielną czy Siewną. Inne ludy chrześcijańskie także zapewne mają podobne sposoby na okazanie Maryi miłości i przywiązania. Do kultu Matki Bożej odnosi się np. jedno z najpowszechniejszych imion języka hiszpańskiego – Pilar. Oznacza ono “kolumnę” i pochodzi od Nuestra Seńora del Pilar – przydomka Matki Bożej na Kolumnie, której słynąca łaskami XV-wieczna figura na jaspisowym pilastrze znajduje się w bazylice w Saragossie. Virgen del Pilar jest patronką całego Hispanidad – Świata Hiszpańskiego.

    UKOCHANA PRZEZ BOGA

    “Dziewicy zaś było na imię Maryja” – tymi słowami w Ewangelii św. Łukasza zostaje przedstawiona. Co jednak znaczy Jej imię, kochane, czczone, wypisywane na sztandarach, tylekroć powtarzane? Za paradoks można uznać fakt, że imię to, wyjątkowe i tak rozpowszechnione, święte i pospolite – ma znaczenie niejasne. Na postawie różnych źródłosłowów hebrajskie Mrym, wymawiane jako Mirydm, interpretowano rozmaicie, jako m.in.: “Świetlista”, “Miła”, “Pani”, “Wysoka” czy też “Wzniosła”, “Gwiazda morska”, “Buntowniczka”, “Napawająca radością”, “Dająca pić”, a nawet “Grubaska” – co byłoby u starożytnych semitów nie lada komplementem. Według innej koncepcji, imię to, które nosiła także siostra Mojżesza w czasach niewoli egipskiej, mogłoby mieć właśnie egipskie pochodzenie. Znaczyłoby wówczas “Ukochana przez Boga”. Czy można znaleźć bardziej satysfakcjonujące objaśnienie tego imienia? Żadne jednak, nawet najbardziej trafne teologicznie, etymologicznie nie jest do końca pewne.

    Jedno nie ulega wątpliwości: imię to było również w ówczesnym Izraelu bardzo popularne, pojawiające się często także w Ewangeliach. “Trzy Maryje poszły” wszak do grobu Jezusa, a żadna z nich nie była Jego Matką. Wybrana przez Boga na Matkę Zbawiciela cicha oblubienica cieśli z Nazaretu nosiła imię najzwyklejsze, w niczym Jej od innych kobiet niewyróżniające. “Imię – jak ktoś napisał – co choć nadane tym, którzy je noszą, nigdy do nich nie przywiera, nigdy do nich właściwie nie należy, tak dalece jest ono wyłączną własnością Matki Chrystusa.” W nim można się dopatrywać jeszcze jednego pięknego przykładu pokory Dziewicy Maryi.

    Lidia Molak/Adonai.pl

    Przy pisaniu artykułu korzystałam z książki Vittoria Messoriego “Opinie o Maryi”,
    Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2007

    Tekst pochodzi z Tygodnika Idziemy, 18 września 2011

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 września

    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Prot i Hiacynt
      •  Święty Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio

    Franciszek Jan urodził się 7 września 1912 r. w Piranie, mieście na adriatyckim półwyspie Istria, stanowiącym wówczas część cesarstwa austro-węgierskiego (dziś Słowenia). Uczył się w szkole podstawowej w rodzinnym mieście, będąc jednocześnie ministrantem w parafii św. Franciszka z Asyżu. Już w wieku 12 lat znalazł się w niższym seminarium w miejscowości Koper. W 1932 r. zakończył nauki na poziomie gimnazjalnym i licealnym i został przeniesiony do seminarium duchownego w Gorycji. Tam studiował filozofię i teologię. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie w Trieście.
    Jego pierwszą placówką duszpasterską było Cittanova na półwyspie Istria. Tam swoją posługę rozpoczął od stworzenia oddziału Akcji Katolickiej. W 1939 r. został mianowany proboszczem niewielkiej parafii Villa Gardossi. Również i tu odtworzył Akcję Katolicką. Założył chór. Nauczał religii w lokalnej szkole. Zorganizował niewielką bibliotekę. Prawie codziennie, mimo chronicznej astmy i nieustannie atakującego go kaszlu, odwiedzał swoich parafian, szczególnie starszych, chorych i z małymi dziećmi, podróżując na rowerze albo pieszo, opierając się na lasce, z nieodłącznie towarzyszącym mu psem.
    W czerwcu 1940 r. II wojna światowa dotarła do Istrii. Do 1943 r. nie wpływała jednak znacząco na życie mieszkańców. Gdy jednak 8 września 1943 r. nowy rząd Włoch ogłosił zawieszenie broni z nacierającymi od południa siłami alianckimi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, sytuację starali się natychmiast wykorzystać komuniści, zarówno włoscy, jak i jugosłowiańscy. Zaczęli się organizować w Istrii, która stała się terenem starć między komunistami a faszystami. W połowie września do Istrii wkroczyli Niemcy, wspierający słabnące siły faszystowskie. W lasach nieopodal Villa Gardossi zaczęli pojawiać się partyzanci.
    Ks. Franciszek starał się dalej posługiwać swoim parafianom, choć sytuacja stawała się krytyczna. Z narażeniem życia próbował odzyskiwać ciała poległych partyzantów i chować je po chrześcijańsku. Zapobiegł podpaleniu przez Niemców domu, którego mieszkańców podejrzewano o przechowywanie partyzantów. Interweniował w dowództwie sił faszystowskich w miejscowości Buje protestując przeciw zamordowaniu miejscowego chłopa. Uratował przed rozstrzelaniem przez partyzantów innego parafianina, którego komuniści podejrzewali o donosicielstwo. Ukrywał też młodzież, która nie chciała być powołana do nowej faszystowskiej armii.
    W maju 1945 r. Niemcy poddali się. Włoskie wojska zostały wypędzone z Istrii przez zwycięskich komunistycznych partyzantów Józefa Broz Tito. Natychmiast rozpoczęły się prześladowania Kościoła. Organizowano “masówki”, na które zapędzano wieśniaków i indoktrynowano ich, oskarżając Kościół o “wstecznictwo”. Komunaziści zastąpili formalnie religijne święta świętami komunistycznymi. Zaczęto zapisywać wszystkich uczęszczających na Msze św. i nabożeństwa kościelne. Donosicielstwo stało się normą życia.
    Franciszek kontynuował swoje posłannictwo. Ostrzegano go, że wśród jego parafian niektórzy zaczęli służyć nowym panom. Radzono, by nikomu nie ufał. Nie zastosował się do tych rad, mimo że realnie oceniał coraz bardziej zaciskającą się pętlę komunistycznych rządów. Wkrótce znalazł się, z wieloma innymi księżmi, na “czarnej” liście komunistycznej. Propaganda zaczęła go oskarżać o “antykomunizm i działalność wywrotową”.
    W czerwcu 1946 r. komuniści pobili biskupa Antoniego Santin, ordynariusza Triestu i Koper, przełożonego Franciszka, gdy udawał się na bierzmowanie w Koprze. 1 września 1946 r. ks. Franciszek miał mówić w kazaniu: “Chrystus kocha grzeszników, jest dobrym pasterzem, który szuka zagubionych owiec. Pragnie ich nawrócenia. Kocha nawet zdrajcę i nazywa go przyjacielem. Kocha swoich katów: prosi swego Ojca w niebie o łaskę wybaczenia dla nich”.
    11 września 1946 r. Franciszek, wracając z posługi w jednej z miejscowości, gdzie słuchał spowiedzi, został porwany i wywieziony w nieznanym kierunku. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Ostatni raz widziano go ok. godziny 16.00, gdy został zatrzymany przez kilku komunistycznych milicjantów. Prawdopodobnie został zakatowany na śmierć: istnieją niepotwierdzone relacje o tym, że Franciszek był bity, okradziony z odzienia, bity kamieniami po głowie i w końcu dwukrotnie zasztyletowany, po czym wrzucony do jednej z wielu okolicznych jam krasowych. Przypuszcza się, że na samej Istrii komuniści jugosłowiańscy, z pomocą rosyjskich doradców, zamordowali w masakrach od 4 do 20 tys. osób.
    Przez dziesięciolecia nad życiem i śmiercią ks. Franciszka panowała cisza. Dopiero ok. 1970 r. pojawiły się pierwsze relacje opisujące prawdopodobny przebieg ostatnich chwil jego życia. W 1998 r., w krypcie narodowego, włoskiego, sanktuarium Maryi Matki i Królowej, na wzgórzu Grisa niedaleko Triestu umieszczono cenotaf – symboliczny grób Franciszka. Został beatyfikowany 8 października 2008 r. w Trieście przez biskupa Eugeniusza Ravignani, ordynariusza Triestu, i reprezentującego papieża Benedykta XVI abp. Angelo Amato SDS.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 września

    Błogosławiony Franciszek Gárate, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święta Pulcheria, cesarzowa
      •  Błogosławiony Ogleriusz, opat
      •  Święty Mikołaj z Tolentino, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Franciszek Gárate

    Franciszek Gárate urodził się 5 lutego 1857 r. w Azpeitia, na terenie, który kiedyś należał do rodziny Loyolów. W wieku 17 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów, który na skutek wojny domowej znajdował się wtedy w Poyanne, we Francji. W roku 1876 złożył śluby zakonne jako brat-koadiutor. Przez dziewięć lat z największą troskliwością spełniał posługi infirmarza w kolegium La Guardia, w pobliżu granicy portugalskiej. Od roku 1887 był furtianem na uniwersytecie w Deusto-Bilbao. Budował tam wszystkich cierpliwością, łagodnością i pogodą. Wcześnie spostrzeżono, że jest wiernym naśladowcą św. Alfonsa Rodrigueza. Nazywano go Frater Urbanitas.
    Zmarł 9 września 1929 r. Beatyfikował go w roku 1985 św. Jan Paweł II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Bł. brat Franciszek Gárate – świętość, naturalność, prostota

    Bystry ‘Brat Subtelność’ – bł. Franciszek Gárate SJ

    figura bł. Franciszka Gárate SJ – Zarateman, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Świętość zazwyczaj kojarzona jest z niezwykłymi wydarzeniami, z nadzwyczajnymi darami, w których wyraża się Boże wybranie. Najtrudniej dostrzec ją i opisać w szarej, monotonnej codzienności, w zwykłym wypełnianiu powierzonych obowiązków. Przykład brata Franciszka, którego życie w swych zewnętrznych przejawach dalekie było od nadzwyczajności i toczyło się raczej w cieniu innych świętych, budzi jednak nadzieję, że prostota i wierność, życzliwość i pomoc okazywana bliźnim są autentyczną drogą zjednoczenia z Bogiem.

    Franciszek Gárate, drugi z siedmiu synów ubogiej i pobożnej rodziny chłopskiej, urodził się 5 lutego 1857 r. w baskijskiej osadzie Azpeitia, 300 m od zamku Loyola, w którym przyszedł na świat Inigo – św. Ignacy, założyciel jezuitów. Mając lat 14, Franciszek opuścił rodzinny dom i podjął pracę służącego w kolegium Nuestra Seńora de la Antigua, prowadzonym przez jezuitów w miejscowości Oruńa. Po trzech latach zdecydował się wstąpić do Towarzystwa Jezusowego jako brat zakonny. Później również dwóch jego rodzonych braci, naśladując ten przykład, wstąpiło do jezuitów.

    Ponieważ podczas rewolucji w 1868 r. jezuici zostali wydaleni z Hiszpanii, Franciszek wstąpił do nowicjatu położonego w małym miasteczku Poyanne na południu Francji. Po dwóch latach złożył śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa jako brat koadiutor, a następnie przez rok pozostał w domu nowicjatu, pełniąc różne obowiązki. Na początku 1877 r. wysłany został do położonej w pobliżu granicy portugalskiej miejscowści La Guardia, gdzie w kolegium św. Jakuba objął funkcję infirmarza. Infirmarz opiekował się chorymi, pielęgnując ich i podając przepisane przez medyka lekarstwa, a równocześnie troszczył się o stan ducha swych podopiecznych. Dlatego też zwykle wyznaczano do tej funkcji braci, którzy odznaczali się zarówno walorami fizycznymi (byli rośli i silni), jak i duchowymi (pogodni i życzliwi). Wraz z otwarciem w La Guardia kolejnych dwóch szkół bratu Franciszkowi przybywało pracy, ale dla każdego z chorych uczniów miał czas i cierpliwość. Gorliwość w wypełnianiu trudnych obowiązków, miłość wyrażająca się w troskliwej opiece nad chorymi, bardzo szybko zyskały mu powszechny podziw, a nade wszystko wdzięczną pamięć uczniów. Niejednokrotnie, spędziwszy całą noc u łoża chorego, bez odpoczynku wracał do innych, codziennych obowiązków. Po dziesięciu latach tak intensywnej pracy brat Franciszek podupadł na zdrowiu i przeniesiony został do Deusto, miejscowości w północnej Hiszpanii na przedmieściach Bilbao. Objął tam funkcję furtiana w otwartym dwa lata wcześniej i prowadzonym przez jezuitów uniwersytecie.

    Praca furtiana nie należała do łatwych, szczególnie w dużym kompleksie uniwersyteckim. Przez portiernię codziennie przewijało się mnóstwo ludzi: krewni pragnący rozmawiać z wychowankami; wierni zwracający się w różnych sprawach do duchownych; dostawcy przywożący towary, ubodzy proszący o jałmużnę. Do każdego petenta, który dzwonił do furty, brat Gárate odnosił się z grzecznością i uprzejmością, nikomu nie okazując zniecierpliwienia. Dla każdego miał dobre słowo; studentom dodawał odwagi i udzielał wskazówek, a czasami nawet pomagał w przepisywaniu notatek z wykładów; dla znajdujących się w kłopotach potrafił znaleźć słowa pocieszenia; głodni i ubodzy otrzymywali u niego pożywienie i ubranie. Sam zadowalał się tylko rzeczami używanymi i nie przyjmował dla siebie żadnych nowych. Chcąc jak najszybciej odpowiedzieć na każde wezwanie, zamieszkał w wybranej przez siebie ciemnej “klitce” obok portierni, chociaż proponowano mu inne, lepsze pokoje.

    Z racji swej dobroci i cierpliwości w obchodzeniu się z petentami, subtelności i delikatności w traktowaniu bez wyjątku wszystkich ludzi, dyskrecji połączonej z naturalnością i prostotą, zyskał sobie wśród studentów przydomek Brat Subtelny. Z czasem przydomek ten wyparł nawet jego imię.

    Według świadectwa o. Arrupe, który, zanim wstąpił do jezuitów i został przełożonym generalnym zakonu, studiował medycynę w Deusto, brat Gárate przy całej prostocie i dyskrecji umiał być doskonałym wychowawcą. Czasem wystarczyło tylko jedno spojrzenie jego błyszczących oczu, skierowane na niesfornych uczniów wychodzących przez furtę z ukrytymi w kieszeniach jabłkami zabranymi z klasztornego ogrodu. Nie było w tym wzroku potępienia, lecz kryła się wyrozumiała dobroć, która jednocześnie budziła w winowajcy nieodpartą potrzebę, aby być lepszym.

    41 lat spędzonych w Deusto to 41 lat dosłownego życia dla innych. 41 długich lat wypełnionych powtarzanymi dzień za dniem obowiązkami. 41 lat naśladowania św. Alfonsa Rodrigueza, wieloletniego furtiana z kolegium jezuitów w Palma na Majorce, żyjącego na przełomie XVI i XVII w., którego obraz wisiał w “klitce” brata Gárate; świętego, który swoją postawą formował innych świętych – np. Piotra Klawera, apostoła afrykańskich niewolników w Ameryce Południowej. 41 lat życia stale zanurzonego w obecności Bożej – widomym znakiem tej więzi był różaniec, którego praktycznie nie wypuszczał z ręki.

    Wizytator hiszpańskich jezuitów i późniejszy kardynał arcybiskup Genui o. P. Boetto wspominał po latach: Będąc kiedyś pod wrażeniem ogromu zajęć spełnianych w pogodzie ducha, zapytałem: “Drogi Bracie, w jaki sposób udaje się wam zajmować tak wieloma sprawami i jednocześnie być tak spokojnym i łagodnym, i nie tracić nigdy cierpliwości?” Brat Garate odpowiedział: “Ojcze, staram się zrobić dobrze to, co mogę – resztę zostawiam Panu, który wszystko może. Z Jego pomocą wszystko staje się lekkie i miłe, ponieważ służymy dobremu Gospodarzowi!”. Nawet w okropnej, monotonnej codzienności.

    W święto Narodzenia Matki Bożej, 8 IX 1929 r., mający 72 lata furtian poczuł ostry ból w żołądku. Brat infirmarz doradzał mu, aby się położył do łóżka, ale Franciszek chciał najpierw skończyć rozpoczęte prace. Dopiero pod wieczór zgłosił się do infirmerii. Tej samej nocy, zdając sobie sprawę z bliskiej śmierci, poprosił o wiatyk, a następnego poranka przyjął sakrament namaszczenia chorych. Zmarł w dniu, w którym Kościół wspomina św. Piotra Klawera – 9 września, o godzinie 700.

    Szacunek, jakim cieszył się brat Gárate za życia, ujawnił się jeszcze bardziej po jego śmierci. Nieprzebrane tłumy przyjaciół i dawnych studentów przybywały, aby oddać mu ostatnią posługę. Tak wielu prosiło o pamiątkę po Dobrym Bracie, że cała jego sutanna została pocięta na drobne cząstki. Wszyscy starali się przynajmniej dotknąć różańcem lub krucyfiksem jego trumny. Beatyfikacji Dobrego Brata dokonał 6 X 1985 r. w Rzymie papież Jan Paweł II. Kościół obchodzi jego wspomnienie 10 września.

    ks. Andrzej Paweł Bieś SJ
    katolik.pl/tekst pochodzi z  Posłańca Serca Jezusowego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 września

    Święty Piotr Klawer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Pébrac, prezbiter
      •  Błogosławiony Jakub Laval, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr Bonhomme, prezbiter
    ***
    Święty Piotr Klawer

    Piotr Klawer urodził się 25 czerwca 1580 r. w Verdú (Katalonia w Hiszpanii) w zamożnej rodzinie rolniczej. Wcześnie stracił matkę i starszego brata. W roku 1596 rozpoczął studia na uniwersytecie w Barcelonie, który prowadzili wówczas jezuici. Zawarł z nimi przyjaźń i wstąpił w ich szeregi. W latach 1602-1604 odbył nowicjat i złożył pierwsze śluby. Praktykę pedagogiczną jako kleryk odbył w roku szkolnym 1604/1605 w Geronie. W czasie studiów filozoficznych (1605-1608) w kolegium jezuickim w Palma na Majorce zetknął się z bratem zakonnym, św. Alfonsem Rodriguezem. Ten przepowiedział mu, że polem jego misyjnej pracy będzie troska o Murzynów w Ameryce Południowej.
    Studia teologiczne Piotr odbywał w Barcelonie (1608-1610). Właśnie w tym czasie jezuici otworzyli w Kolumbii misję. Piotrowi nakazano przerwać studia i wyjechać tam do pracy wśród niewolników murzyńskich, których wówczas masowo zwożono z Afryki w charakterze niewolników – jako darmowej, najtańszej siły roboczej. Przewożeni w najprymitywniejszych warunkach, często nieszczęśliwi, nie wytrzymywali długiej podróży. Bezceremonialnie wyrzucano ich wtedy na pożarcie rekinom, które gromadami towarzyszyły tragicznym konwojom. Epidemie niemniej licznie dziesiątkowały ofiary barbarzyństwa. Nie znano bowiem współczesnych środków sanitarnych, zresztą uważano je za rzecz zbędną. Sumienie uspokajano naiwnym twierdzeniem, że Murzyni nie są ludźmi i nie mają duszy.

    .Święty Piotr Klawer chrzczący Murzynów

    Wstrząśnięty niedolą i krzywdą czarnych braci, Piotr Klawer oddał się posłudze wobec nich; stał się niewolnikiem niewolników. Swoim bezgranicznym poświęceniem chciał chociaż w małej części wynagrodzić im krzywdę. Na kartce formuły ślubów zakonnych Piotr dopisał znamienne słowa: Piotr Klawer, sługa Etiopczyków. Tak wówczas nazywano Murzynów.
    Święcenia kapłańskie Piotr otrzymał w 1616 r. w Kartagenie. Jako kapłan mógł służyć Murzynom wszechstronną pomocą duchową i materialną: starał się dla spragnionych o orzeźwiający napój, dla wygłodniałych o posiłek, dla nagich o jakiś ubiór, dla chorych o lekarstwa. Energicznie interweniował tak u osób prywatnych, jak i u władz, by ulżyć niedoli niewolników. Osobnym ślubem zobowiązał się im służyć. Jego bezgraniczne miłosierdzie otwierało mu ich serca. Miał pozyskać dla wiary i osobiście ochrzcić kilkadziesiąt tysięcy Murzynów.
    Siły do ponad czterdziestoletniej posługi Piotr Klawer znajdował w rozważaniu Męki Pańskiej, w codziennej Mszy świętej i w serdecznym nabożeństwie do Matki Bożej. Odszedł po nagrodę do nieba 8 września 1654 r. Choć proces beatyfikacyjny rozpoczęto na tyle wcześnie, że zeznania złożyli bezpośredni współpracownicy Piotra Klawera (w tym niewolnicy-tłumacze), jednak dopiero po 200 latach papież Pius IX w roku 1851 włączył go do grona błogosławionych. Powodem tego opóźnienia było zawieszenie procesu w okresie kasaty zakonu jezuitów. Papież Leon XIII zaliczył Piotra Klawera do grona świętych w roku 1888 (jednocześnie z jego mistrzem duchowym, br. Alfonsem Rodriguezem). Ten sam papież ogłosił św. Piotra Klawera patronem misji wśród Murzynów (1896).
    Dwa lata wcześniej (1894) Polka, bł. Maria Teresa Ledóchowska (+ 1922), założyła Stowarzyszenie św. Piotra Klawera dla Misji Afrykańskiej, które niebawem przeobraziło się w nową rodzinę zakonną, zatwierdzoną przez Stolicę Apostolską w roku 1910. Istnieją ponadto jeszcze dwa inne zgromadzenia zakonne, które obrały sobie św. Piotra Klawera za szczególnego patrona. Są to siostry św. Piotra Klawera w Kolumbii i w Italii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    9 września

    Błogosławiona Aniela Salawa, dziewica

    Błogosławiona Aniela Salawa

    Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w wielodzietnej, ubogiej rodzinie chłopskiej w Sieprawiu pod Krakowem. Jej rodzice byli bardzo pobożni, a matka mimo wielu zajęć i obowiązków nie zaniedbywała wspólnej modlitwy rodzinnej, głośnego czytania książek i czasopism religijnych. Aniela odznaczała się niezwykłą urodą. Ukończyła jedynie dwie klasy szkoły elementarnej, ponieważ musiała pomagać matce przy gospodarstwie. Mimo wątłego zdrowia zawsze była bardzo chętna do pracy.
    Jako młoda dziewczyna, jesienią 1897 r. udała się do Krakowa, gdzie podjęła pracę jako służąca. W dwa lata później bardzo przeżyła śmierć swojej dwudziestopięcioletniej siostry. Uświadomiła sobie wówczas, jak bardzo kruche jest życie. Po głębokim namyśle zdecydowała się na złożenie ślubu dozgonnej czystości. W 1900 r. przystąpiła do Stowarzyszenia Sług Katolickich św. Zyty, którego zadaniem było niesienie pomocy służącym. Miała więc okazję, aby bardzo owocnie prowadzić apostolstwo w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wywierała bardzo silny wpływ na otoczenie. Dzieliła się pożywieniem i pieniędzmi z biedniejszymi od siebie. Garnęły się do niej zwłaszcza najmłodsze służące, dla których była matką i przyjaciółką.
    W 1912 r. Aniela Salawa wstąpiła do III zakonu św. Franciszka i złożyła profesję. Zafascynowana duchowością Biedaczyny z Asyżu, okazywała niezwykłą wrażliwość na działanie Ducha Świętego. Modlitwa umacniała ją w cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża. Wszelkie urazy i poniżenia składała w ofierze Bogu za grzeszników. Umiała przebaczać i odpłacać dobrem za zło.
    W czasie I wojny światowej – mimo że bardzo pogorszył się jej stan zdrowia, nasiliły się dolegliwości płuc i żołądka – pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc pomoc i wsparcie rannym żołnierzom. Opiekowała się także jeńcami wojennymi. W 1916 r. podupadła jednak na zdrowiu tak, że konieczna stała się hospitalizacja. Po wypisaniu ze szpitala nie mogła już podjąć pracy zarobkowej. Ostatnie pięć lat życia spędziła w nędzy, z pogodą ducha dźwigając krzyż choroby. Swoje cierpienia ufnie ofiarowała Chrystusowi jako wynagrodzenie za grzechy świata. W tym czasie wiele też modliła się, czytała, rozmyślała. Obdarzona została przeżyciami mistycznymi.
    Zmarła na gruźlicę 12 marca 1922 r. w krakowskim szpitalu św. Zyty. Umierała samotnie, opuszczona przez wszystkich, wśród straszliwych cierpień, ale w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem jako tercjarka franciszkańska. Beatyfikowana została 13 sierpnia 1991 r. przez św. Jana Pawła II na krakowskim Rynku.
    W ikonografii bł. Anielę przedstawia się w pomieszczeniu kuchennym. Jej atrybutem jest także szczotka do zamiatania.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka
      •  Błogosławiona Serafina de Montefeltro
      •  Błogosławiony Alan de la Roche, prezbiter
      •  Błogosławiony Fryderyk Ozanam
      •  Święty Sergiusz I, papież
      •  Błogosławiony Wilhelm z Saint-Thierry, opat
      •  Błogosławiony Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
    ***
    Narodziny Maryi

    Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
    Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.

    Narodziny Maryi

    Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim: Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba. Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, jest więc bardzo bliska Ewangelii według św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele w dniu 21 listopada wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do bazyliki Matki Bożej Większej.
    Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu – w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno – wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

    Narodziny Maryi

    W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
    We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria – a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej – najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny; Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello – znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że “będą Ją chwalić wszystkie pokolenia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 września

    Święty Melchior Grodziecki,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Eugenia Picco, zakonnica
    ***
    Święty Melchior Grodziecki

    Melchior urodził się w Cieszynie w szlacheckiej rodzinie herbu Radwan około 1584 r. Studia średnie odbywał w wiedeńskim kolegium jezuitów, gdzie kształciło się wielu Polaków, wśród nich także św. Stanisław Kostka († 1568). Musiał wyróżniać się wśród swoich kolegów, skoro – jak sam pisze w jednym ze swoich listów do rodziców (1602) – został przyjęty do Kongregacji Mariańskiej, do której przyjmowano tylko najlepszych i najwybitniejszych uczniów. Był to równocześnie początek jego życia zakonnego. 22 maja 1603 r. rozpoczął nowicjat w Brnie, którego fundatorami byli jego stryjowie: Jan i Wacław. Razem z nim odbywał nowicjat Stefan Pongracz, późniejszy towarzysz jego męczeńskiej śmierci. Wśród pierwszych nowicjuszy tego klasztoru znalazł się także św. Edmund Campion, stracony w Anglii za wiarę w roku 1584.
    Po dwuletniej próbie 22 maja 1605 r. Melchior złożył śluby zakonne. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem zakonu, po nowicjacie nie udał się na studia, ale na praktykę nauczycielską do Brna (1605-1606) i do Kłodzka (1606-1607), gdzie jezuici mieli swoje kolegia. Równocześnie uzupełniał wykształcenie muzyczne. Od roku 1609 rozpoczął trzyletnie studia filozoficzne w Pradze. Ponieważ nie okazywał w tym kierunku większych uzdolnień, skierowano go na dwuletni kurs teologii. W roku 1614 otrzymał święcenia kapłańskie.
    Pierwsze lata kapłańskiego życia spędził w Pradze, gdzie głosił kazania i spowiadał w języku czeskim, który poznał w czasie nowicjatu i studiów w Czechach. Przez rok pełnił obowiązki kaznodziei we wsi Kopanina. Około roku 1616 powierzono mu kierownictwo bursy praskiej dla ubogich studentów. Stanowiła ona równocześnie zalążek małego seminarium.
    Kiedy wybuchła wojna trzydziestoletnia (1618-1648), Melchior udał się na Węgry i pozostał tam w kolegium jezuickim w Homonnie. Tutaj też 16 czerwca 1619 r. złożył śluby wieczyste. Wkrótce wysłano go w charakterze kapelana wojskowego do Koszyc. Razem z Melchiorem wysłano tam również Stefana Pongracza, który był Węgrem. Pongracz miał służyć katolikom węgierskim, a Melchior – polskim i czeskim. Swoją posługę pełnili zarówno wśród wojskowych, jak i dla małej grupy ludności cywilnej.

    Święty Melchior Grodziecki

    Kiedy wojska Rakoczego zajęły Koszyce, aresztowano także kapłanów, którzy szukali schronienia na zamku: kanonika strzygomskiego Marka Kriża (Chorwata), Melchiora Grodzieckiego i Stefana Pongracza. Pastor protestancki, Alwinczy, domagał się wymordowania wszystkich katolików w mieście. Sprzeciwiono się temu, ale wydano wyrok śmierci na trzech kapłanów. Rakoczy zatwierdził ten wyrok. Jego hajducy dokonali straszliwej egzekucji.
    Po północy z 7 na 8 września 1619 r. w towarzystwie pastora Alwinczy’ego hajducy udali się na zamek. Najpierw usiłowali nakłonić kapłanów do wyrzeczenia się wiary katolickiej. Kiedy zaś groźby okazały się daremne, na miejscu zamordowali kanonika Kriża. Nad jezuitami zaś zaczęli się znęcać i torturować ich, aby wymusić na nich odstępstwo. Umocowali do belki każdego z nich i podnosili w górę. Nogi obciążano kamieniami. Ciało krajali nożami i wyrywali jego kawały obcęgami. Świeże rany przypalali pochodniami. Głowę okręcali sznurem i ściskali tak mocno, że oczy wychodziły na wierzch. Wśród niesłychanych mąk obaj jezuici powtarzali tylko imiona Pana Jezusa i Najświętszej Maryi Panny. Kiedy wreszcie siły katów opadły, dobili swoje ofiary, toporem obcinając im głowy. Ciała męczenników wrzucono do kloaki.
    Wieść o dokonanej zbrodni obiegła lotem błyskawicy Koszyce. Wywołała oburzenie nawet wśród protestantów. Rada miejska poleciła katowi pogrzebać ciała kapłanów. Wywieziono je do posiadłości w Also-Sobes koło Koszyc. Stąd w roku 1636 przeniesiono je do Trnawy, gdzie po kilkakrotnej zmianie miejsca spoczęły w klasztorze urszulanek. Liczne łaski i cuda przypisywane wstawiennictwu Melchiora i jego towarzyszy oraz kult zataczający coraz większe kręgi na Słowacji, Węgrzech, Morawach i Śląsku doprowadziły do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego już w roku 1628. Dopiero jednak 15 stycznia 1905 r. Melchior i jego dwaj towarzysze zostali przez św. Piusa X uznani za błogosławionych. Kanonizował ich św. Jan Paweł II w 1995 r. Św. Melchior jest patronem archidiecezji katowickiej.
    W ikonografii męczennicy przedstawiani są w szatach jezuickich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    7 września

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski, prezbiter

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski

    Ignacy urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu w patriotycznej i głęboko wierzącej rodzinie. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Dalsze kształcenie podjął w seminarium duchownym w Lublinie i w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej.
    Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Jednocześnie w lubelskim seminarium duchownym od 1892 r. przez czternaście lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego. Pracował też w wikariacie katedralnym, a potem był rektorem kościoła św. Stanisława (w tym czasie pomagał prześladowanym unitom).
    Swojej działalności nie ograniczał do obowiązków duszpasterskich. Był wrażliwy na potrzeby innych i nie pozostawał obojętnym wobec biedy i upadku moralnego, z którymi zetknął się w czasie swojej pracy. Z myślą o bezdomnych i bezrobotnych już w 1893 r. stworzył Lubelski Dom Zarobkowy, w którym mogli oni pracować w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Zadbał również o kształcenie zacofanego społeczeństwa, inicjując szkołę rzemieślniczą. Trzy lata później dla moralnie upadłych kobiet założył Przytułek św. Antoniego. Zakładał też domy opieki dla starców i sierocińce.
    Z pomocą bogatych ziemian zainicjował też założenie w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich; pomagały mu w tym także siostry zgromadzenia Służek Niepokalanej z Mariówki, za co Ignacego spotkały represje ze strony władz rosyjskich.
    Pisał, wydawał i rozpowszechniał modlitewniki oraz tanie broszurki religijno-patriotyczne. Wydawał: dziennik “Polak-Katolik”, tygodniki “Posiew” i “Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci), miesięczniki “Dobra Służąca” i “Kółko Różańcowe”. Łączny ich nakład wyniósł ponad 8 milionów egzemplarzy. Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował “Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać “Głos Kapłański”. Zakładał też księgarnie.
    W 1908 r. przeniósł się z działalnością wydawniczą do Warszawy, aby ją rozwinąć na szerszą skalę. Mimo kłopotów z cenzurą, trudności finansowych i krytyki ze strony prasy liberalnej, trwał wiernie przy tej formie apostolstwa.
    W Warszawie prowadził także pracę duszpasterską. W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem dominikańskiego kościoła przy ul. Freta, którym opiekowało się duchowieństwo diecezjalne po usunięciu zakonników w ramach carskich represji. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Pelnił rownież funkcje dziekana praskiego i kanonika gremialnego kapituły warszawskiej.
    Kierując się chęcią zapewnienia ciągłości zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 r. założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które kontynuują dzieło ks. Kłopotowskiego, prowadząc drukarnię oraz wydawnictwo, w którym ukazuje się wiele pism i książek.
    Ks. Ignacy przyczynił się do powstania domów noclegowych, przytułków dla starców i kobiet oraz ochronek dla dzieci i młodzieży również w Warszawie. W 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Dziś Loretto stało się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej.
    Ks. Kłopotowski organizował dla najbiedniejszych bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.
    Ludzie, którzy zetknęli się z nim, nazywali go “prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Jako kapłan odznaczał się wielką gorliwością, umiłowaniem Boga i bliźniego, wiernością modlitwie, szczególną czcią Najświętszej Eucharystii i gorącym nabożeństwem do Matki Najświętszej.

    Grób bł. Ignacego Kłopotowskiego

    Ignacy Kłopotowski zmarł nagle 7 września 1931 r., w wigilię święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W dniu śmierci ostatnią Mszę św. swego życia odprawił przy Jej ołtarzu w kościele św. Floriana.
    Początkowo został pochowany na Powązkach, ale zgodnie z jego wolą 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto, a w 2000 r. prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.
    Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 1988 r. W grudniu 2004 r. w obecności papieża św. Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót ks. Ignacego. 3 maja 2005 r. Stolica Apostolska orzekła, że złożone w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych udokumentowane świadectwo uzdrowienia ks. Antoniego Łatko z Szerokiej ma charakter cudu dokonanego za pośrednictwem ks. Kłopotowskiego. Beatyfikacja ks. Ignacego odbyła się 19 czerwca 2005 r. w Warszawie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 września

    Błogosławiony Michał Czartoryski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Magnus z Füssen
    ***
    Błogosławiony Michał Czartoryski

    Jan Franciszek Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej. Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą, zarówno matka, jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. W wieku trzech lat Jan przeszedł ciężką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wychowania w domu, uczył się w prywatnej szkole “Ognisko” prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod Warszawą. Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych.
    Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży “Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów “Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.
    W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wypełniło większość jego życia zakonnego. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na warszawskim Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 r. został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.
    Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył o. Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK “Konrad” i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy “Alfa-Laval” u zbiegu ulic Tamka i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niosąc otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze.
    W nocy z 5 na 6 września 1944 r. odziały III Zgrupowania AK “Konrad” wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile i o. Michał. Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji; jak przekazał jeden ze świadków, “łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach nie opuści”. Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14 w szpitalnym pomieszczeniu został rozstrzelany wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Ciała zabitych wywleczono na barykadę, oblano benzyną i podpalono. Ocalałe resztki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Kiedy w rok później przeprowadzono ekshumację szczątek w celu przeniesienia ich do wspólnego grobu powstańców na Woli, ciała o. Michała już nie rozpoznano.
    Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 13 czerwca 1999 r. w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Męczennicy II wojny światowej

    ***

    Jan Paweł II wiele razy, przy różnych okazjach zachęcał nas, byśmy pamiętali o męczennikach XX wieku. To oni wszyscy, bardzo często w dramatycznie trudnych okolicznościach, pośród okrutnych prześladowań totalitarnych systemów, świadczyli o Bogu, który jest Miłością i który nigdy ich nie opuścił. Zjednoczeni z Jezusem Chrystusem zachowali żywą wiarę i silną nadzieję na ostateczne zwycięstwo Boga nad złem i przemocą.

    Podczas swojej pielgrzymki do Polski w czerwcu 1999 r. Jan Paweł II beatyfikował w Warszawie 108 Męczenników II wojny światowej. Powiedział wtedy: Dziś świętujemy zwycięstwo tych, którzy w naszym stuleciu oddali życie dla Chrystusa, aby posiąść je na wieki w Jego chwale. Jest to zwycięstwo szczególne, bo dzielą je duchowni i świeccy, młodzi i starzy, ludzie różnego pochodzenia i stanu (…). Są kapłani diecezjalni i zakonni, którzy ginęli, gdyż nie chcieli odstąpić od swojej posługi, i ci, którzy umierali, posługując współwięźniom chorym na tyfus; są umęczeni za obronę Żydów. Są w gronie błogosławionych bracia i siostry zakonne, którzy wytrwali w posłudze miłości i w ofiarowaniu udręk za bliźnich. Są wśród tych błogosławionych męczenników również ludzie świeccy. Jest pięciu młodych mężczyzn ukształtowanych w salezjańskim oratorium; jest gorliwy działacz członek Akcji Katolickiej, jest świecki katecheta zamęczony za swą posługę i bohaterska kobieta, która dobrowolnie oddała życie w zamian za swą brzemienną synową. Ci błogosławieni męczennicy i męczennice wpisują się w dzieje świętości Ludu Bożego pielgrzymującego od ponad tysiąca lat po polskiej ziemi.

    Męczennicy II wojny światowej są dzisiaj dla nas rozświetloną pochodnią pośród mroków i braku nadziei u wielu osób na początku XXI wieku. To właśnie oni mogą się stawać dla nas wiarygodnymi przewodnikami na drogach wypróbowanej wiary. Aresztowani przez gestapo kapłani byli wcześniej ostrzegani przez życzliwych ludzi, że grozi im uwięzienie. Oni jednak pozostawali na swoich plebaniach, skąd najczęściej trafiali do niemieckich katowni, jak to miało miejsce choćby 1 IX 1939 r. w Gdańsku. Innych wywożono do obozów koncentracyjnych. Pośród nich byli tacy, którzy odmówili podeptania krzyża czy różańca, za co skazani zostali na śmierć, np. abp Antoni Julian Nowowiejski zakatowany w Działdowie 28 V 1941 r., a także ks. Władysław Demski, pobity na śmierć przez kapo w niemieckim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen 26 V 1940 r. Tak objawiała się wprost szatańska nienawiść hitlerowców do sług Jezusa Chrystusa.

    Wspominani męczennicy, osoby duchowne i świeckie, często z narażeniem własnego życia śpieszyli z pomocą do bardziej od siebie głodnych i chorych, np. Stanisław Starowiejski. Kapłani cudem zdobywali trochę wina, najczęściej z przeszmuglowanych potajemnie rodzynek, by odprawić Mszę św. i pokrzepić współwięźniów Jezusem Eucharystycznym. Do grona 108 Męczenników należy siostra zakonna Celestyna Faron, służebniczka starowiejska, wywieziona do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie zmarła z wycieńczenia 9 IV 1944 r., w Niedzielę Wielkanocną, z powodu morderczej pracy przy oczyszczaniu rowów. Wśród męczenników jest bł. teściowa, Marianna Biernacka, która oddała swoje życie 13 VI 1943 r., by uratować skazaną na śmierć synową spodziewającą się dziecka.

    Pełni heroizmu Męczennicy II wojny światowej są czytelnym świadectwem prawdy chrześcijańskiej miłości. Z narażeniem życia głosili Ewangelię, świadczyli o Jezusowej miłości, zdolnej przebaczyć nawet oprawcom. W naszej epoce, będącej często duchową pustynią, męczennicy są jeszcze bardziej znakiem owej największej miłości stanowiącej fundament dla wszystkich innych wartości. Ich życie jest odblaskiem wzniosłych słów. Chrystusa, wypowiedzianych na krzyżu: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34).

    Z duchowego punktu widzenia męczeństwo jest najwymowniejszym dowodem prawdziwości chrześcijańskiej wiary, która może nadać ludzkie oblicze nawet najbardziej gwałtownej śmierci i ujawnia swe piękno podczas najokrutniejszych prześladowań. To męczennicy opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14). Ich świadectwo jest siłą Kościoła, oni mogą być mistrzami wiary także dla nas. Obyśmy podziwiając ich odwagę, pragnęli ich także naśladować, gdyby wymagały tego okoliczności.

    Podczas beatyfikacji 13 VI 1999 r. Jan Paweł II powiedział: Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie! Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych. Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie (por. Ef 2, 7). Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków. Amen.

    ks. Marek Wójtowicz SJ/Apostolstwo Modlitwy

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 września

    Święta Matka Teresa z Kalkuty,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktoryn, męczennik
    ***
    Święta Matka Teresa z Kalkuty

    Matka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”.
    Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia.
    W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci.
    Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996).
    Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych.
    Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie.
    Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Czyń dobro mimo to!

     Matka Teresa z Kalkuty

    Ludzie są nierozsądni,
    nielogiczni i zajęci sobą,
    KOCHAJ ICH MIMO TO.
    Jeśli uczynisz coś dobrego,
    zarzucą ci egoizm i ukryte intencje,
    CZYŃ DOBRO MIMO TO.
    Jeśli ci się coś uda,
    zyskasz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów.
    STARAJ SIĘ MIMO TO.
    Dobro, które czynisz,
    jutro zostanie zapomniane.
    CZYŃ DOBRO MIMO TO.
    Uczciwość i otwartość
    wystawią cię na ciosy.
    BĄDŹ MIMO TO UCZCIWY I OTWARTY.
    To, co zbudowałeś wysiłkiem wielu lat,
    może przez jedną noc lec w gruzach.
    BUDUJ MIMO TO.
    Twoja pomoc jest naprawdę potrzebna,
    ale kiedy będziesz pomagał ludziom,
    oni mogą cię zaatakować.
    POMAGAJ IM MIMO TO.
    Daj światu z siebie wszystko,
    a wybiją ci zęby.
    MIMO TO DAJ ŚWIATU Z SIEBIE WSZYSTKO.

    ______________________________________________________________________________________

    Owocem wiary jest miłość

     Matka Teresa z Kalkuty

    Najcięższą chorobą na Zachodzie nie jest gruźlica ani trąd, lecz brak miłości, troski, poczucie, że jesteśmy nikomu niepotrzebni.
    Fizyczne dolegliwości możemy leczyć różnymi medykamentami, ale osamotnienie, rozpacz i brak nadziei możemy leczyć tylko miłością. Niemało ludzi na świecie umiera z braku kromki chleba, znacznie więcej jednak umiera z braku miłości. Ubóstwo na Zachodzie jest specyficznym rodzajem ubóstwa ­ to nie tylko ubóstwo spowodowane samotnością, ale także brakiem duchowego życia. Głód miłości jest taki sam jak głód Boga.
    Nie sposób zaspokoić tej potrzeby bez wsparcia, jakim jest łaska Boża.
    Kiedy zdacie sobie sprawę z tego, jak bardzo kocha was Bóg, wtedy będziecie mogli żyć i promieniować tą miłością. Zawsze twierdzę, że miłość zaczyna się w domu: najpierw w rodzinie, potem w waszym miasteczku albo wielkim mieście. Nietrudno kochać ludzi, którzy są od nas daleko, trudniej kochać tych, z którymi współżyjemy albo którzy w pobliżu nas przebywają. Nie akceptuję wielkich czynów na skalę ogólną ­ trzeba zaczynać od miłości jednostki. Chcąc kogoś pokochać, trzeba nawiązać kontakt z tą osobą, zbliżyć się do niej. Każdy potrzebuje miłości. Każdy musi mieć świadomość, że jest potrzebny i że jest ważny dla Boga.
    Jezus powiedział: “Miłujcie się wzajemnie, tak jak Ja was umiłowałem”, a także: “Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Powiedział także: ” Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie” (Mt 25, 35. 36).
    Zawsze przypominam siostrom i braciom, że nasz dzień składa się z 24 godzin, które spędzamy z Jezusem.
    Przed przystąpieniem do swojej pracy apostolskiej każda misjonarka miłości czy misjonarz odmawiają następującą modlitwę, która odmawiana jest również przez personel lekarski w Shishu Bhavan, domu dla dzieci w Kalkucie:


    Drogi Boże, Wielki Uzdrowicielu, klękam przed Tobą,
    bo każdy doskonały dar pochodzi od Ciebie.
    Błagam Cię, obdarz moje ręce zręcznością,
    mój umysł jasną wizją, a moje serce dobrocią i łagodnością.
    Pozwól mi wypełniać mój cel z całkowitym poświęceniem,
    użycz mi sił do dźwigania ciężaru cierpienia moich podopiecznych,
    do prawdziwego realizowania przywileju, który stał się moim udziałem.
    Spraw, aby moje serce nie znało próżności ani pokus świata,
    abym w prostocie dziecięcej ufności mógł na Tobie polegać. Amen.

    ______________________________________________________________________________________

    Trzymam Boga za rękę

    Matka Teresa z dzieckiem (zdjęcie pochodzi z Muzeum Matki Teresy w Skopje)

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    List Matki Teresy do Polaków

     Matka Teresa

    W 1996 r. Matka Teresa, zatrwożona informacją, że w polskim parlamencie toczy się dyskusja nad zmianą ustawy chroniącej życie nienarodzonych, przysłała list z Kalkuty do Polaków, który poniżej drukujemy w całości.

    Moi Drodzy
    Bracia i Siostry w Polsce!

    Jak wiecie, jestem w szpitalu, ale słysząc o zmianach prawa, jakie są rozważane w Polsce, czuję, że Bóg chce, abym zwróciła się do Was w imieniu nienarodzonych dzieci.
    Życie jest najpiękniejszym darem Boga. On stworzył nas do wielkich rzeczy, aby kochać i być kochanym. Bóg daje nam czas na ziemi, abyśmy poznali Jego Miłość, abyśmy doświadczyli Jego Miłości do głębi naszego istnienia. Abyśmy Go kochali, byśmy kochali naszych braci i siostry. Życie jest darem Boga. Darem, którym tylko Bóg może obdarzać. I Bóg w swojej pokorze dał mężczyźnie i kobiecie zdolność współpracy z Nim w przekazywaniu życia. Jakikolwiek był Jego zamiar, nie wolno nam ingerować w ten piękny Boży dar ani go niszczyć. Dlaczego dzisiaj ludzie boją się małego dziecka? Ponieważ chcą mieć łatwiejsze, bardziej komfortowe, wygodniejsze życie? Więcej wolności? Bać się należy jedynie łamania Bożych praw, ponieważ Bóg w swojej nieskończonej i czułej miłości pragnie tylko naszego dobra, naszego szczęścia, naszej miłości.
    Moi kochani Polacy! Uczcie swoich młodych kochać Boga. Uczcie ich modlić się. A jeśli będziecie trzymać się razem, będziecie kochać się wzajemnie taką miłością, jaką Bóg kocha każdego z nas. Z całych sił starajmy się utrzymać jedność polskich rodzin. Wnośmy prawdziwy pokój w naszą rodzinę, otoczenie, miasto, kraj, w świat. Zaczynajmy od pełnego miłości pokochania małego dziecka już w łonie matki. Jak już wielokrotnie mówiłam w wielu miejscach, tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja, ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać Ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? Najbezpieczniejszym miejscem na świecie powinno być łono matki, gdzie dziecko jest najsłabsze i najbardziej bezradne, w pełni zaufania całkowicie zdane na matkę. I pamiętajcie, że Jezus powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Ofiarowuję wszystkie swoje cierpienia, wynikające z choroby i bezradności, abyście dokonali prawidłowego wyboru – abyście wybrali życie, zgodnie z wolą Bożą. Módlmy się! Niech Bóg Was błogosławi.

    Kalkuta, 24 września 1996 r.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________

    Matka ubogich i umierających – św. Teresa z Kalkuty

    Matka ubogich i umierających – św. Teresa z Kalkuty

    św. Matka Teresa z Kalkuty ze św. Janem Pawłem II – www.vaticannews.va

    ***

    Dla świata uganiającego się za bogactwem i blichtrem, ta drobna, lekko przygarbiona kobieta, żyjąca ekstremalnie ubogo stała się ikoną miłości miłosiernej, troski o najuboższych z ubogich, o godność umierających. Stała się rzeczywiście matką ubogich. Wychodziła na peryferie świata, aby tam szukać Jezusa i służyć Mu w ubogich, opuszczonych i umierających. Krytykowana była przez niektórych za sprzeciw wobec aborcji i antykoncepcji, za wiarę, że ubóstwo i cierpienie są czymś dobrym, co może zbliżać ludzi do Boga, ale czyż to właśnie nie jest największą pochwałą dla niej? Całe swoje życie poświęciła ubogim. 5 września Kościół wspomina św. Matkę Teresę z Kalkuty, misjonarkę miłości.

    Urodziła się 26 sierpnia 1910 roku w Skopje, w dzisiejszej Macedonii, w rodzinie albańskiej. Ojciec był zaangażowany politycznie, ale zmarł, kiedy Agnes, bo tak miała na imię, miała 9 lat. Rodzina potem borykała się z problemami finansowymi. Agnes od dzieciństwa była zafascynowana misjami, a mając dwanaście lat, postanowiła poświęcić życie Bogu i zapragnęła wyjazdu do krajów misyjnych.

    Mając 18 lat, wyjechała do Irlandii i tam wstąpiła do Instytutu Błogosławionej Dziewicy Maryi. Odbyła kilkutygodniowy postulat i wyjechała na początku 1929 roku do Indii, gdzie w Darjeeling rozpoczęła nowicjat. Pierwsze śluby złożyła w 1931 roku i przyjęła imię po św. Teresie od Dzieciątka Jezus, patronce misjonarzy.

    Uczyła w szkole dla dziewcząt, prowadzonej przez siostry w Entally, dzielnicy Kalkuty. Co niedzielę odwiedzała biednych w slumsach miasta. Pragnęła poświęcić się całkowicie pracy z ubogimi.

    Podczas podróży na doroczne rekolekcje w Darjeeling, 10 września 1946 roku, odczuła wewnętrzny głos wzywający ją do opuszczenia zakonu i założenia nowego zgromadzenia, które całkowicie poświęciłoby się pracy wśród ubogich. Wspomina, że „to był rozkaz. Odmowa byłaby zaparciem się wiary”. Chciała by jej zgromadzenie pracowało na rzecz ubogich w dzielnicach nędzy, by siostry zajęły się porzuconymi, samotnymi i najuboższymi.

    W 1948 roku Matka Teresa opuściła swoje dotychczasowe zgromadzenie i rozpoczęła pracę w slumsach Kalkuty. Zamieniła habit zakonny na białe sari z niebieską obwódką, po którym odtąd była rozpoznawana na całym świecie.

    Św. Matka Teresa z Kalkuty - Kingkongphoto & www.celebrity-photos.com from Laurel  Maryland, USA, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org

    św. Matka Teresa z Kalkuty – Kingkongphoto & www.celebrity-photos.com from Laurel Maryland, USA, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org

    ***

    Nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez biskupa w 1949 roku. W 1952 siostry otworzyły Dom dla Umierających ‘Kalighat’ – co znaczy Dom Czystego Serca. Niedługo potem misjonarki miłości otworzyły dom dla trędowatych, zwany ‘Shanti Nagar’, czyli ‘Miasto Pokoju’. W samej Kalkucie powstało kilka klinik dla trędowatych. W 1955 roku Matka Teresa otworzyła Dom Dzieci Nieskazitelnego Serca, dla sierot i bezdomnej młodzieży. W latach sześćdziesiątych XX wieku w całych Indiach powstawały hospicja, domy dziecka i domy dla trędowatych.
    W 1963 roku Matka Teresa założyła męską gałąź Zgromadzenia Misjonarzy Miłości.

    Pierwszy dom poza Indiami Misjonarki Miłości założyły w 1965 roku w Wenezueli. Na prośbę Pawła VI, siostry zaczęły pracę wśród ubogich Rzymu w 1968. Potem była cała ‘lawina’ domów w Azji, Afryce, Europie i Stanach Zjednoczonych. Na początku XXI wieku Zgromadzenie Misjonarek i Misjonarzy Miłości pracowało w około 600 misjach w 120 krajach świata.
    Matka Teresa została nagrodzona w 1979 roku Pokojową Nagrodą Nobla. Otrzymała także wiele nagród kościelnych i państwowych.

    Przez prawie 50 lat zmagała się z ‘nocą ducha’, miała wiele wątpliwości w wierze. Wiedziała jednak, że nie chce być pracownikiem socjalnym, lecz zajmować się ubogimi z miłości do Boga i w służbie Jemu.
    Zmarła 5 września 1997 roku w Kalkucie.
    Beatyfikował ją Jan Paweł II, a kanonizował w 2016 roku papież Franciszek.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 września

    Bł. Maria Stella i Towarzyszki,
    męczennice z Nowogródka

    Zobacz także:
      •  Święta Rozalia, dziewica
      •  Najświętsza Maryja Panna, Matka Pocieszenia
      •  Błogosławieni męczennicy francuscy
      •  Święty Bonifacy I, papież
      •  Błogosławiona Katarzyna z Racconigi
      •  Błogosławiona Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
      •  Mojżesz, prorok i prawodawca
    ***
    Błogosławione męczennice z Nowogródka

    Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom.
    Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele.
    6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków.
    Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął.
    31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach.
    Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna.
    Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli.
    Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele.
    5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Maria Stella i 10 sióstr – odchodziły jak Anioły

    Maria Stella i 10 sióstr - odchodziły jak Anioły

    Maria Stella (1888-1943) i 10 towarzyszek (źr. polamjournal.com)

    ***

    Kiedy w nocy z 17 na 18 lipca 1943 roku, Gestapo aresztowało 120 osób, głównie ojców rodzin z Nowogródka z zamiarem rozstrzelania, jedenaście Sióstr Nazaretanek z Fary Przemienienia Pańskiego postanowiło dla ich ocalenia ofiarować swoje życie.

    Wobec księdza Matka Stella złożyła heroiczną deklarację, którą poprzedziła całonocna modlitwa Sióstr: Mój Boże, jeśli potrzebna jest ofiara z życia, niech raczej nas rozstrzelają, aniżeli tych, którzy mają rodziny – modlimy się nawet o to. W kilka dni później ponowiły swą gotowość do męczeństwa w intencji ocalenia tak bardzo potrzebnego jedynego kapłana w całej okolicy ks. Aleksandra Zienkiewicza. Ofiara została przyjęta. Po upływie tygodnia, 24 lipca 1943 roku, Niemcy zwolnili część aresztowanych, innych wywieziono na przymusowe prace do Rzeszy. Zostali ocaleni.  Niemcy aresztowali 11 Sióstr, zostały rozstrzelane w lesie, 5 km od Nowogródka, w niedzielę 1 sierpnia 1943 roku. Ocalała jedna z Sióstr i kapelan, którzy do końca swoich dni strzegli mogiły 11 Męczenniczek.

    Siostry Nazaretanki przybyły do Nowogródzkiej Fary w 1929 roku i od razu odznaczyły się wielkim rozmodleniem, troską o piękno kościoła i liturgii, w której brali udział liczni wierni. Nazaretanki opiekowały się dziećmi, założyły dla nich szkołę. Były szanowane i cenione przez Polaków, Białorusinów i Żydów. Wielka kultura duchowa Sióstr wprowadzała między tak różnorodną społeczność pokój i harmonię. Została ona gwałtownie zburzona, gdy na wschodnie tereny II Rzeczypospolitej, 17 września 1939 roku, wtargnęła Armia Czerwona. Siostry rozproszyły się, mieszkały u rodzin bo zabrano im klasztor. Potem, w 1941 roku przyszli Niemcy i zaczął się okrutny terror, rozpoczęty od eksterminacji Żydów w 1942 roku. Często odbywały się zbiorowe egzekucje, jednego dnia rozstrzelano 60 osób.

    W tym czasie udręki 12 Sióstr Nazaretanek pozostawało na miejscu, przychodziły na modlitwę do Fary, organizowały pomoc charytatywną dla najuboższych. Pocieszały mieszkańców Nowogródka, którzy tracili swoich bliskich w mordach i wysyłkach. Siostry łagodziły też spory pomiędzy Polakami i Białorusinami wzniecane przez hitlerowskiego okupanta. Modlitwa prowadzona przez ks. Aleksandra i Siostry w kościele farnym stała się dla umęczonego społeczeństwa przestrzenią nadziei wśród mroków panującego zła.

    Do Wspólnoty Nazaretanek w Nowogródku należały: S. Maria Stella ur. w 1888 r., S. M. Imelda ur. w 1892 r., S. M. Rajmunda ur. w 1892 r., S. M. Daniela ur. w 1895 r., S. M. Kanuta ur. w 1896 r., S. M. Sergia ur. w 1900 r., S. M. Gwidona ur. w 1900 r., S. M. Felicyta ur. w 1905 r., S. M. Heliodora ur. w 1906 r., S. M. Kanizja ur. w 1903 r. i najmłodsza 27 letnia S. M. Boromea ur. w 1916 r. Ocalała S. M. Małgorzata.

    Oto jak wyglądało męczeństwo Marii Stelli i jej współsióstr na podstawie świadectw i opracowań zebranych przez S. Marię Teresę Górską, nazaretankę:

    “31 lipca 1943 r. jeden z gestapowców nakazał siostrom stawić się wieczorem, o godz. 19.30, w komisariacie okręgowym, w gmachu dawnego urzędu wojewódzkiego. Wieczorem, po nabożeństwie różańcowym, jedenaście sióstr nazaretanek ze swą przełożoną udało się na gestapo. Siostry spodziewały się w najgorszym wypadku wywiezienia na prace przymusowe do Niemiec. W domu pozostała dwunasta z nich, s. Maria Małgorzata Banaś, pracująca w szpitalu. Wracając z pracy, spotkała współsiostry, które szły na komisariat. Pragnęła do nich dołączyć, ale przełożona poleciła jej wrócić do klasztoru i zaopiekować się Farą i księdzem.

    Wyrok na siostry był przesądzony z góry. Eksterminacją księży i zakonnic w Nowogródku i jego okolicach zajmowała się policja bezpieczeństwa z Baranowicz, kierowana przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy, która dążyła do «rozbicia chrześcijaństwa». Tętniąca życiem religijnym Fara, nazywana «kolebką nadziei, gniazdem polskości i bastionem katolicyzmu», musiała zostać zlikwidowana. Stąd też nie oskarżano sióstr o nic ani nie przeprowadzono dochodzenia. Spędziły noc na modlitwie zamknięte w niewielkiej piwnicy komisariatu.

    W niedzielę 1 sierpnia 1943 r. o świcie gestapowcy wywieźli siostry i rozstrzelali je w niewielkim brzozowo-sosnowym lesie, w odległości 5 kilometrów od Nowogródka. Okoliczności męczeństwa sióstr znane są z fragmentarycznych wypowiedzi uczestników egzekucji. Jeden z gestapowców, Niemiec pochodzący z Łotwy, który stołował się u Polki, Marii Tarnowskiej, w niedzielę 1 sierpnia 1943 r. zjawił się na śniadaniu. «W pewnym momencie złapał się za głowę i powiedział: ‘Ach, jak one szły, trzeba było widzieć, jak one szły!’. Na pytanie gospodyni domu: ‘Kto szedł?’, odpowiedział: ‘Siostry’. Innym razem powiedział: ‘Tak, one rzeczywiście były niewinne’». Estończyk pracujący w komisariacie, który widział siostry w piwnicy przed śmiercią i uczestniczył w egzekucji, opowiedział, że siostry «w lesie przed straceniem poklękały wszystkie, modliły się, a następnie klęcząc żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Ostatni cios odbierały na klęczkach». U innej rodziny polskiej, państwa Cieślewiczów, stołowali się dwaj oficerowie z brygady lotnej z Baranowicz i ich kierowca. Pan Cieślewicz próbował dowiedzieć się czegoś o losie sióstr od szofera. Powiedział on, że «sami oficerowie z lotnej brygady rozstrzeliwali siostry. I że tylko jedną ich prośbę wykonali, mianowicie siostry prosiły, aby nie zdejmowano z nich ubrania zakonnego. Tak się stało — miały wszystko na sobie». Potwierdziła ten fakt ekshumacja dokonana w dniu 19 marca 1945 roku.

    Śmierć sióstr była heroicznym gestem miłości w obliczu nienawiści, świadectwem wiary w Boga, który pierwszy nas umiłował. Męczennice z Nowogródka w 125-letniej historii Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu stanowią najcenniejszy i niezniszczalny skarb, przykład chrześcijańskiego bohaterstwa i mocy Ducha Świętego, który słabe, zwykłe niewiasty uzdalnia do dawania świadectwa o Chrystusie i ofiarowania życia «za przyjaciół swoich» (J 15, 13)”.

    Jan Paweł II beatyfikował 11 Męczenniczek z Nowogródka 5 marca w 2000 roku. Podczas homilii Powiedział:

    “Bóg stał się prawdziwą podporą i umocnieniem także dla męczennic z Nowogródka — błogosławionej Marii Stelli Adeli Mardosewicz i dziesięciu towarzyszek ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu — nazaretanek. Był dla nich podporą przez całe życie, a zwłaszcza w chwilach straszliwej próby, kiedy przez całą noc oczekiwały na śmierć, później w drodze na miejsce stracenia i wreszcie w chwili rozstrzelania.

    Skąd miały siłę, aby ofiarować siebie w zamian za uratowanie życia uwięzionych mieszkańców Nowogródka? Skąd czerpały odwagę, aby ze spokojem przyjąć tak okrutny i niesprawiedliwy wyrok śmierci? Bóg przygotowywał je powoli na tę chwilę największej próby. Ziarno łaski rzucone na glebę ich serc w chwili chrztu św., a potem pielęgnowane z wielką troską i odpowiedzialnością, zakorzeniło się głęboko i wydało najwspanialszy owoc, jakim jest dar z własnego życia. Mówi Chrystus: «Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich» (J 15, 13). Tak, nie ma większej miłości od tej, która gotowa jest oddać życie za braci.

    Dziękujemy wam, błogosławione męczennice z Nowogródka, za to świadectwo miłości, za przykład chrześcijańskiego bohaterstwa i zawierzenia mocy Ducha Świętego. «Wybrał was Chrystus i przeznaczył na to, abyście przyniosły owoc waszego życia i aby owoc wasz trwał» (por. J 15, 16). Jesteście najcenniejszym dziedzictwem Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu — sióstr nazaretanek. Jesteście dziedzictwem całego Kościoła Chrystusowego po wszystkie czasy, a zwłaszcza na Białorusi”.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 września

    Święty Grzegorz Wielki,
    papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Marinus, pustelnik
      •  Święta Feba z Kenchr, wdowa
      •  Błogosławiony Gerard z Jerozolimy, zakonnik
      •  Błogosławiony Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
    ***
    Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

    Święty Grzegorz Wielki

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Święty Grzegorz Wielki - reformator śpiewu kościelnego

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.
    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

    Zurbaran: Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.
    W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 28 MAJA 2008

    (…) Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy.

    Drodzy bracia i siostry!

    W ubiegłą środę mówiłem o mało znanym na Zachodzie Ojcu Kościoła – Romanie Pieśniarzu, dziś chciałbym przedstawić postać jednego z największych Ojców w dziejach Kościoła, jednego z czterech doktorów Zachodu, papieża św. Grzegorza, który był biskupem Rzymu od 590 do 604 roku i któremu tradycja nadała tytuł Magnus, Wielki. Grzegorz rzeczywiście był wielkim papieżem i wielkim doktorem Kościoła! Urodził się w Rzymie około roku 540 w zamożnej rodzinie patrycjuszów z rodu Anicjuszy, który wyróżnił się nie tylko swą szlachecką krwią, ale także ze względu na służbę Stolicy Apostolskiej. Z rodziny tej wyszło dwóch papieży: Feliks III (483-92), pradziad Grzegorza i Agapit (535-36). Dom, w którym wychował się Grzegorz, znajdował się na Clivus Scauri, otoczonym przez szacowne gmachy, będące świadectwem wielkości starożytnego Rzymu i duchowej siły chrześcijaństwa. Szczytne uczucia chrześcijańskie wpajali mu także swoim przykładem rodzice – Gordian i Sylwia, oboje czczeni jako święci, oraz dwie ciotki ze strony ojca, Emiliana i Tarsylia, mieszkające we własnym domu jako dziewice konsekrowane i żyjące modlitwą i ascezą.

    Grzegorz rozpoczął wcześnie karierę administracyjną, której poświęcił się także jego ojciec i w 572 r. osiągnął jej szczyt, zostając prefektem miasta. Urząd ten, skomplikowany z powodu ponurych czasów, pozwolił mu zająć się w szerokim wymiarze wszelkiego rodzaju problemami administracyjnymi i zdobyć doświadczenie do zadań czekających go w przyszłości. W szczególności pozostało mu głębokie poczucie porządku i dyscypliny: zostawszy papieżem, podpowie biskupom, by postawili sobie za wzór w zarządzaniu sprawami Kościoła skrupulatność i poszanowanie praw właściwe funkcjonariuszom cywilnym. Życie to musiało go jednak nie zadowalać, skoro niedługo potem postanowił zrezygnować ze wszystkich urzędów świeckich, by zamknąć się w domu i podjąć życie mnicha, przekształcając rodzinny dom w klasztor św. Andrzeja na Celio. Z tego okresu życia monastycznego, życia w nieustannym dialogu z Panem we wsłuchiwaniu się w Jego słowo, pozostanie mu nieustanna tęsknota, która wciąż na nowo i coraz bardziej przebija z jego homilii: pośród myśli podyktowanych troskami pasterskimi powracać będzie do niego w swoich pismach jako do czasu szczęśliwego zatopienia w Bogu, oddania się modlitwie i spokojnej nauce. W ten sposób mógł zdobyć głęboką wiedzę o Piśmie Świętym i Ojcach Kościoła, która służyła mu później w jego dziełach.

    Klauzura Grzegorza nie trwała jednak długo. Cenne doświadczenie zdobyte w administracji cywilnej w okresie brzemiennym w poważne problemy, stosunki, jakie nawiązał, pełniąc ten urząd, z Bizantyńczykami, powszechny szacunek, jaki sobie zaskarbił, skłoniły papieża Pelagiusza do mianowania go diakonem i wysłania do Konstantynopola w charakterze swego apokryzariusza, dziś byśmy powiedzieli – nuncjusza apostolskiego, by przyczynić się do przezwyciężenia ostatnich resztek sporu z monofizytyzmem a przede wszystkim, aby pozyskać poparcie cesarza dla wysiłków powstrzymania naporu Longobardów. Pobyt w Konstantynopolu, gdzie wraz z grupą mnichów podjął na nowo życie monastyczne, był dla Grzegorza niezwykle ważny, umożliwił mu bowiem bezpośrednie poznanie świata bizantyńskiego, jak również zbliżenie się do problemu Longobardów, który na trudną próbę wystawił później jego biegłość i energię w latach pontyfikatu. Po kilku latach papież wezwał go do Rzymu i mianował go swoim sekretarzem. Były to trudne lata: nieustanne deszcze, rzeki występujące z brzegów, głód nękały wiele obszarów Italii i sam Rzym. W końcu wybuchła też zaraza, która pociągnęła liczne ofiary, wśród których był także papież Pelagiusz II. Duchowieństwo, lud i senat jednogłośnie wybrały na jego następcę na Stolicy Piotrowej właśnie Grzegorza. Starał się temu opierać, próbując nawet ucieczki, ale nic to nie dało i w końcu musiał ulec. Był rok 590.

    Widząc w tym, co się stało, wolę Boga, nowy papież przystąpił natychmiast z zapałem do pracy. Od samego początku wykazał się wyjątkowo przenikliwym osądem rzeczywistości, z którą musiał się zmierzyć, niezwykłą zdolnością pracy w podejmowaniu spraw zarówno kościelnych, jak i cywilnych, stałym zachowywaniem równowagi w podejmowaniu decyzji, nawet śmiałych, jakich wymagał od niego sprawowany urząd. Zachowała się bogata dokumentacja związana z jego rządami dzięki Rejestrowi jego listów (ponad osiemset), w których znalazło odbicie codzienne borykanie się ze złożonymi pytaniami, jakie trafiały na jego biurko. Były to problemy nadsyłane przez biskupów, opatów, duchownych a nawet przez władze świeckie różnego szczebla i rangi. Wśród problemów, które dręczyły wówczas Włochy i Rzym, jeden był szczególnej wagi dla życia zarówno obywatelskiego, jak i kościelnego: sprawa Longobardów. Poświęcił jej papież całą swą energię, mając na względzie jej prawdziwie pokojowe rozwiązanie. W odróżnieniu od cesarza Bizancjum, który wychodził z założenia, że Longobardowie to jedynie nieokrzesane jednostki i łupieżcy, których należy pokonać lub wytępić, św. Grzegorz patrzył na tych ludzi oczyma dobrego pasterza, troszcząc się o głoszenie im słowa zbawienia, nawiązując z nimi braterskie stosunki w perspektywie przyszłego pokoju, opartego na wzajemnym szacunku i pokojowym współistnieniu między Italią, Cesarstwem Wschodnim i Longobardami. Zajął się nawracaniem młodych narodów i nowym układem sił w Europie: Wizygoci w Hiszpanii, Frankowie, Saksończycy migrujący do Brytanii oraz Longobardowie byli uprzywilejowanymi adresatami jego misji ewangelizacyjnej. Obchodziliśmy wczoraj liturgiczne wspomnienie św. Augustyna z Canterbury, stojącego na czele grupy mnichów wysłanych przez Grzegorza do Brytanii, by ewangelizować Anglię.

    Papież zaangażował się w osiągnięcie rzeczywistego pokoju w Rzymie i w Italii – był prawdziwym mediatorem – podejmując szybkie rokowania z królem Longobardów Agilulfem. Rokowania doprowadziły do zawieszenia broni, które trwało prawie trzy lata (598-601), po czym można było zawrzeć w 603 trwalszy rozejm. Ten pozytywny rezultat osiągnięty został dzięki równoległym kontaktom, jakie papież utrzymywał z królową Teodolindą, która była księżniczką bawarską i w odróżnieniu od wodzów innych plemion germańskich katoliczką, głęboką katoliczką. Zachował się szereg listów papieża Grzegorza do tej królowej z wyrazami szacunku i przyjaźni do niej. Teodolinda zdołała stopniowo doprowadzić króla do katolicyzmu, przygotowując w ten sposób drogę dla pokoju. Papież zatroszczył się nawet o wysłanie jej relikwii do bazyliki św. Jana Chrzciciela, którą kazała wznieść w Monzy, nie omieszkał też wystosować do niej życzeń i cennych darów dla tejże katedry w Monzy z okazji narodzin i chrztu syna Adaloalda. Postawa tej królowej stanowi piękne świadectwo znaczenia kobiet w historii Kościoła.
    W gruncie rzeczy Grzegorz stale stawiał przed sobą trzy cele: powstrzymać ekspansję Longobardów w Italii; ochronić królową Teodolindę od wpływu schizmatyków i umocnić jej katolicką wiarę oraz pośredniczyć między Longobardami a Bizantyńczykami w perspektywie porozumienia, które zapewniłoby pokój na półwyspie, a zarazem pozwoliłoby prowadzić działalność ewangelizacyjną wśród samych Longobardów. Dwojaka była więc zawsze jego stała orientacja w tej złożonej historii: dążyć do porozumień na płaszczyźnie dyplomatyczno-politycznej, szerzyć orędzie prawdziwej wiary wśród ludności.

    Obok działalności czysto duchowej i duszpasterskiej papież Grzegorz brał czynny udział w wielorakiej działalności społecznej. Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy. Ponadto tak w Rzymie, jak i w innych częściach Włoch, podjął dzieło starannego uporządkowania administracji, wydając dokładne polecenia, aby dobra Kościoła, służące jego utrzymaniu i działalności ewangelizacyjnej na świecie, zarządzane były z całkowitą prawością i zgodnie z zasadami sprawiedliwości i miłosierdzia. Wymagał, by rolnicy chronieni byli przed nadużyciami dzierżawców gruntów należących do Kościoła, a w razie oszustwa by otrzymywali natychmiastowe odszkodowanie, aby oblicza Oblubienicy Chrystusa nie zatruł nieuczciwy zysk.

    Tę intensywną działalność Grzegorz prowadził mimo słabego zdrowia, które zmuszało go do częstego leżenia w łóżku przez długie dni. Posty praktykowane w latach życia monastycznego spowodowały poważne zaburzenia układu trawienia. Ponadto miał bardzo słaby głos, tak iż często zmuszony był do powierzania diakonowi lektury swoich kazań, aby obecni w rzymskich bazylikach wierni mogli go słyszeć [Dzięki Bogu mamy dziś w rzymskich bazylikach mikrofony]. Robił jednak wszystko, aby odprawiać w dni świąteczne Missarum sollemnia, czyli uroczystą Mszę św. i wówczas osobiście spotykał się z ludem Bożym, który był do niego bardzo przywiązany, widział w nim bowiem wiarygodny punkt odniesienia, z którego czerpać można było pewność: nieprzypadkowo szybko przylgnął do niego przydomek „consul Dei”. Mimo niezwykle trudnych warunków, w jakich przyszło mu działać, zdołał dzięki świętości życia i bogatemu człowieczeństwu zdobyć zaufanie wiernych, osiągając naprawdę ogromne rezultaty na swoje czasy i na przyszłość. Był człowiekiem zatopionym w Bogu: pragnienie Boga było stale żywe w jego duszy i właśnie dlatego był zawsze bliski bliźniemu, potrzebom ludzi swoich czasów. W czasach nieszczęść, wręcz beznadziejnych potrafił wnosić pokój i dawać nadzieję. Ten mąż Boży pokazuje nam, gdzie znajdują się prawdziwe źródła pokoju, skąd płynie prawdziwa nadzieja, i w ten sposób staje się przewodnikiem także dla nas, dzisiaj.

    _____________________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 4 CZERWCA 2008

    (…) Wielki papież kładzie jednak nacisk na obowiązek, jaki ma pasterz, by przyznawać się każdego dnia do swojej nędzy, aby pycha nie zniweczyła w oczach najwyższego Sędziego dokonanego dobra. Dlatego końcowy rozdział Reguły poświęcony jest pokorze: „Kiedy człowiek szczyci się osiągnięciem wielu cnót, dobrze jest zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami i ukorzyć (…)

    Drodzy bracia i siostry,

    w czasie naszego środowego spotkania powrócę dziś do niezwykłej postaci papieża Grzegorza Wielkiego, by zaczerpnąć jeszcze więcej światła z jego bogatego nauczania. Mimo rozlicznych zajęć związanych ze swą posługą Biskupa Rzymu pozostawił nam on wiele dzieł, z których w późniejszych wiekach Kościół czerpał pełnymi garściami. Oprócz bogatej korespondencji – Rejestr, o którym wspomniałem na poprzedniej audiencji, zawiera ponad 800 listów – pozostawił nam przede wszystkim pisma o charakterze egzegetycznym, wśród których na wyróżnienie zasługują Komentarz moralny do Hioba – znany pod łacińskim tytułem „Moralia in Librum Iob”, Homilie nt. Ezechiela, Homilie o Ewangeliach. Istnieje jeszcze ważne dzieło o charakterze hagiograficznym – „Dialogi”, napisane przez Grzegorza ku zbudowaniu królowej lombardzkiej Teodolindy. Głównym i najbardziej znanym dziełem jest niewątpliwie „Księga reguły pasterskiej”, którą papież napisał na początku pontyfikatu z zamiarem wyraźnie programowym.

    Chcąc dokonać szybkiego przeglądu tych dzieł, musimy przede wszystkim zauważyć, że w swoich pismach Grzegorz nigdy nie troszczy się o nakreślenie „swojej” doktryny, o swoją oryginalność. Zależy mu raczej na tym, aby oddać tradycyjne nauczanie Kościoła, chce po prostu być ustami Chrystusa i Jego Kościoła na drodze, którą należy przebyć, aby dotrzeć do Boga. Przykładem mogą tu być jego komentarze egzegetyczne. Był on zapalonym czytelnikiem Biblii, której nie traktował wyłącznie spekulatywnie: uważał on, że z Pisma Świętego chrześcijanin powinien czerpać nie tyle wiedzę teoretyczną, ile raczej codzienny pokarm dla duszy, dla swego życia człowieka na tym świecie. W Homiliach o Ezechielu na przykład kładzie on silny nacisk właśnie na tę rolę świętego tekstu: zbliżenie się do Pisma tylko dla zaspokojenia własnego pragnienia poznania oznacza uleganie pokusie pychy i wystawienie się tym samym na niebezpieczeństwo popadnięcia w herezję. Pokora intelektualna jest pierwszą regułą każdego, kto stara się zgłębić rzeczywistość nadprzyrodzoną, wychodząc od świętej Księgi. Oczywiście pokora nie wyklucza poważnego studium; jest jednak niezbędna, aby było ono owocne duchowo i pozwoliło rzeczywiście dotrzeć do głębi tekstu. Tylko w tej wewnętrznej postawie rzeczywiście słucha się i postrzega w końcu głos Boga. Z drugiej strony, gdy chodzi o Słowo Boże, zrozumienie go jest niczym, jeśli nie prowadzi do działania. W tych kazaniach na temat Ezechiela znajduje się jeszcze to piękne sformułowanie, według którego „kaznodzieja musi zamoczyć swe pióro w krwi własnego serca; w ten sposób dotrze do ucha bliźniego”. Czytając jego homilie, widać, że Grzegorz rzeczywiście pisał krwią swego serca i dlatego dziś jeszcze przemawia do nas.

    Temat ten Grzegorz rozwija też w Komentarzu moralnym do Hioba. Podążając za tradycją patrystyczną analizuje on święty tekst w trzech wymiarach jego znaczenia: dosłownym, alegorycznym i moralnym, będących wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego. Grzegorzy przyznaje jednak wyraźną przewagę znaczeniu moralnemu. W tej perspektywie wykłada on swoją myśl przez kilka znaczących dwumianów – umieć-czynić, mówić-żyć, znać-działać, przywołujących dwa aspekty życia ludzkiego, które powinny się uzupełniać, które jednak często przeciwstawiają się sobie. Ideał moralny, komentuje, polega zawsze na osiągnięciu harmonijnej syntezy słowa i czynu, myśli i działania, modlitwy i pełnienia obowiązków swego stanu: oto droga prowadząca do syntezy, dzięki której to, co boskie, zstępuje na człowieka, człowiek zaś wyrasta aż do utożsamienia się z Bogiem. Wielki papież kreśli tym samym dla prawdziwego wierzącego pełny program życia; dlatego ten Komentarz moralny stanowić będzie przez całe średniowiecze swego rodzaju summę chrześcijańskiej moralności.

    Wielkie znaczenie i urodę mają również Homilie o Ewangeliach. Pierwszą z nich wygłosił w bazylice św. Piotra podczas Adwentu roku 590, a więc kilka miesięcy po wyborze na papieża; ostatnią – w bazylice św. Wawrzyńca w drugą niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego 593 roku. Papież mówił do ludu w kościołach, w których odprawiano „stacje” – szczególne ceremonie modlitewne w ważnych okresach roku liturgicznego – bądź święta męczenników patronów tych świątyń. Inspirująca zasada, łącząca razem te różne wystąpienia, streszcza się w słowie „praedicator”: nie tylko kapłan Boży, ale także każdy chrześcijanin, ma zadanie stać się „głosicielem” tego, czego zaznał w swojej duszy za przykładem Chrystusa, który stał się człowiekiem, aby przynieść wszystkim orędzie zbawienia. Horyzont tego zadania jest eschatologiczny: oczekiwanie na wypełnienie się w Chrystusie wszystkich rzeczy to stała myśl wielkiego papieża, która stała się motywem inspirującym każdą jego myśl i każde działania. Stąd jego nieustanne nawoływanie do czujności i zaangażowania się w dobre uczynki.

    Może najbardziej jednorodnym tekstem Grzegorza Wielkiego jest Reguła pasterska, napisana w pierwszych latach pontyfikatu. Autor postawił w nim sobie za cel zarysowanie postaci idealnego biskupa, nauczyciela i przewodnika swej owczarni. W tym celu opisuje on brzemię urzędu pasterza w Kościele i obowiązki, jakie się z nim wiążą: dlatego ci, którzy nie zostali do niego powołani, niech o niego nie zabiegają powierzchownie, ci zaś, którzy objęli go bez należnej refleksji, niech poczują w duszy konieczne drżenie. Podejmując ulubiony temat, Grzegorz stwierdza, że biskup jest w pierwszej kolejności w całym tego słowa znaczeniu „głosicielem”; jako taki, musi dawać przede wszystkim przykład innym, tak aby jego zachowanie mogło być dla wszystkich punktem odniesienia. Skuteczne działanie pasterskie wymaga z kolei, by znał on adresatów i dostosował swoje wystąpienia do sytuacji każdego z nich: Grzegorz zatrzymuje się, by opisać różne kategorie wiernych z przenikliwymi i trafnymi uwagami, które mogą uzasadnić opinię tego, kto w dziele tym dopatrywał się traktatu z psychologii. Dzięki temu można zrozumieć, że rzeczywiście znał on swoją owczarnię i mówił o wszystkim z ludźmi swego miasta i swoich czasów.

    Wielki papież kładzie jednak nacisk na obowiązek, jaki ma pasterz, by przyznawać się każdego dnia do swojej nędzy, aby pycha nie zniweczyła w oczach najwyższego Sędziego dokonanego dobra. Dlatego końcowy rozdział Reguły poświęcony jest pokorze: „Kiedy człowiek szczyci się osiągnięciem wielu cnót, dobrze jest zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami i ukorzyć: zamiast uwzględniać dokonane dobro, trzeba pamiętać o tym, co zaniedbało się zrobić”. Wszystkie te cenne wskazania pokazują wysokie mniemanie, jakie św. Grzegorz miał o duszpasterstwie, które określił mianem „ars artium” – sztuki sztuk. Reguła cieszyła się tak dużym powodzeniem, że bardzo szybko przełożono ją na grecki i staroangielski, co było raczej rzadkością.

    Znaczące jest również inne dzieło – Dialogi, w którym przyjacielowi i diakonowi Piotrowi, przekonanemu, że obyczaje uległy już takiemu zepsuciu, iż niemożliwe jest przyjście na świat świętych, jak w przeszłości, Grzegorz udowadnia, że jest przeciwnie: świętość jest zawsze możliwa, nawet w trudnych czasach. Dowodzi tego, opowiadając o życiu osób współczesnych bądź niedawno zmarłych, które śmiało można było uznać za święte, choć nie zostały kanonizowane. Opowiadaniu temu towarzyszą przemyślenia teologiczne i mistyczne, które czynią z książki wyjątkowy tekst hagiograficzny, zdolny do zafascynowania całych pokoleń czytelników. Materiał zaczerpnięty jest z żywej tradycji ludu i ma na celu zbudowanie i formację, przyciągając uwagę czytającego całym szeregiem kwestii, jak sens cudu, interpretacja Pisma, nieśmiertelność duszy, istnienie piekła, wyobrażenie drugiego świata, tematy, które wymagały odpowiedniego wyjaśnienia. Księga jest w całości poświęcona postaci Benedykta z Nursji i jest jedynym starożytnym świadectwem życia świętego mnicha, którego duchowe piękno jawi się w tekście w całej pełni.

    W programie teologicznym, który Grzegorz rozwija w swoich dziełach, relatywizacji uległy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To, co liczy się dla niego ponad wszystko, to cały okres historii zbawienia, która nie przestaje toczyć się w mrocznych zakolach czasu. W perspektywie tej znaczące jest, że umieszcza on zapowiedź nawrócenia Aniołów w samym środku Komentarza moralnego do Hioba: w jego oczach wydarzenie to stanowiło postęp Królestwa Bożego, o którym mowa jest w Piśmie; mogło zatem słusznie być wspomniane w komentarzu do świętej księgi. Według niego przewodnicy wspólnot chrześcijańskich muszą zobowiązać się do odczytania na nowo wydarzeń w świetle Słowa Bożego: w tym sensie wielki papież poczuwa się do obowiązku pokierowania pasterzami i wiernymi na drodze duchowej lectio divina oświeconej i konkretnej, umieszczonej w kontekście własnego życia.

    Zanim zakończę, muszę poświęcić kilka słów stosunkom, jakie papież Grzegorz utrzymywał z patriarchami Antiochii, Aleksandrii i samego Konstantynopola. Troszczył się on zawsze o uznanie i poszanowanie ich praw, wystrzegając się jakiejkolwiek ingerencji, która mogłaby ograniczyć ich prawowitą autonomię. Jeśli jednak św. Grzegorz w kontekście sytuacji historycznej sprzeciwił się tytułowi „ekumeniczny” dla Patriarchy Konstantynopola, uczynił tak nie dlatego, by ograniczyć czy zaprzeczyć tej prawowitej władzy, lecz z powodu zatroskania o braterską jedność Kościoła powszechnego. Uczynił to przede wszystkim ze względu na swoje głębokie przekonanie, że skromność powinna być podstawową cnotą każdego biskupa, a tym bardziej patriarchy. W swym sercu Grzegorz pozostał prostym mnichem i dlatego był zdecydowanie przeciwny wielkim tytułom. On sam chciał być – to jego określenie – servus servorum Dei. Termin ten, przez niego ukuty, nie był w jego ustach pobożną formułą, lecz prawdziwym wyrazem jego sposobu życia i działania. Był on głęboko poruszony pokorą Boga, który w Chrystusie stał się naszym sługą, obmył nam i obmywa brudne stopy. Dlatego był przekonany, że przede wszystkim biskup powinien naśladować tę skromność Boga i w ten sposób iść za Chrystusem. Pragnął prawdziwie żyć jak mnich w stałej rozmowie ze Słowem Bożym, lecz z miłości do Boga potrafił stać się sługą wszystkich w czasach pełnych udręk i cierpienia, potrafił stać się „sługą sług”. Właśnie dlatego, że był taki, jest wielki i pokazuje także nam miarę prawdziwej wielkości.

    wiara.pl

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 września

    Błogosławieni męczennicy Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel, Seweryn Girault oraz Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Beatrycze z Silvy, dziewica
      •  Święty Wilhelm, biskup
      •  Błogosławiona Ingrida Szwedzka, zakonnica
    ***
    Ścięcie na gilotynie - powszechna metoda wykonywania wyroków śmierci w czasie rewolucji francuskiej

    Wielka Rewolucja Francuska (1789-1799) miała wśród swoich celów m.in. zniesienie katolicyzmu we Francji. Radykałowie przeforsowali uchwałę stanowiącą o tym, że wszystkie dobra kościelne mają przejść na własność skarbu państwa, a duchowni, jak wszyscy urzędnicy, będą otrzymywali pensję. Zaczęły się sypać jedne po drugich uchwały i dekrety wrogie Kościołowi. 13 lutego 1790 r. uchwalono kasatę większości zakonów, ocalały jedynie te oddane pracy charytatywnej lub oświatowej. Zabroniono składania ślubów zakonnych na terenie Francji.
    12 lipca 1790 r. uchwalono Konstytucję cywilną duchowieństwa, która redukowała liczbę diecezji i stolic biskupich według liczby i granic departamentów. Ograniczono władzę biskupów, zniesiono kapituły. Odtąd biskupów i proboszczów mieli wybierać sami parafianie i diecezjanie. Równocześnie wszyscy członkowie stanu duchownego otrzymali prawo opuszczenia go i przejścia do stanu świeckiego. Odtąd to państwo, a nie papież miało być zwierzchnikiem Kościoła we Francji, chociaż ustanowiona została funkcja pośrednika między państwem a papieżem. Duchowieństwo zobowiązano do składania przysięgi na wierność nowej konstytucji, która była wręcz wroga Kościołowi. Już kilka dni później jej treść potępił ostro papież Pius VI. Mimo tego protestu król Ludwik XVI 23 lipca wyraził aprobatę wobec przegłosowanego projektu ustawy, a 26 grudnia zgodził się formalnie również na dekret wprowadzający ustalenia konstytucji w praktyce.
    4 stycznia 1791 r. rozpoczęły się ceremonie składania przysięgi na konstytucję przez wszystkich księży. Jako pierwsi przysięgali deputowani duchowieństwa do Konstytuanty; z tego grona 80 biskupów odmówiło tego aktu. Konstytucja była przyjmowana z podobnymi oporami we wszystkich diecezjach: uroczyste przysięgi były zależnie od regionu przeprowadzane przez cały styczeń i luty, jednak zdecydowana większość biskupów i około połowa proboszczów nie zaakceptowała ustawy. Istniały nawet regiony, w których większość duchownych odmówiła złożenia przysięgi, jak Bretania, Alzacja i Prowansja. W ten sposób kler francuski podzielił się na księży konstytucyjnych i niekonstytucyjnych. Dylemat, przed którym stanęli księża, powiększało jeszcze nieprzejednanie papieża, który ponowił swój sprzeciw wobec ustawy w breve Quod aliquantum z 10 marca 1791 r. oraz Caritas z 13 kwietnia 1791 r. W dokumentach tych uznawał on postanowienia konstytucji cywilnej za świętokradztwo i herezję, a wszystkich duchownych wzywał do nieskładania przysięgi lub jej odwołania.
    Zaczęło się krwawe prześladowanie. Tych, którzy odmówili złożenia przysięgi, traktowano jako wrogów rewolucji, skazywano ich na banicję, więzienie, a często na śmierć. 21 września 1792 r. wprowadzono rozwody. Duchowieństwu zakazano nosić strój kościelny poza kościołem. Zniesiono bractwa i stowarzyszenia religijne. Wprowadzono śluby cywilne, zniesiono celibat, a dekretem z 7 listopada 1793 r. w miejsce chrześcijaństwa wprowadzono “religię rozumu i natury”. Zaczęto likwidować kościoły. Niedziele zastąpiono dekadami, a święta katolickie uroczystościami rewolucyjnymi.W okresie Rewolucji śmierć poniosło kilkanaście tysięcy katolików: duchownych, zakonników i świeckich. Największą grupę stanowią męczennicy z Paryża, gdzie między 2 a 6 września 1792 r. (w czasie tzw. masakr wrześniowych) zamordowano około 1400 osób, w tym ok. 300 duchownych i zakonników. Byli oni więzieni i zginęli w benedyktyńskim opactwie Saint-Germain-des-Pres, w seminarium św. Firmina, więzieniu La Force i kościele Saint Nicolas du Chardonnet. Ponad 100 osób, w większości prezbiterów, zginęło także w klasztorze karmelitów przy Rue de Vaugir.
    Wśrod nich byli franciszkanie: Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel i Seweryn Girault. Zostali oni beatyfikowani w dniu 17 października 1926 r. przez papieża Piusa XI w gronie 191 osób, których męczeństwo udało się udokumentować.Jan Franciszek Burté urodził się w 1740 r. Wstąpił do franciszkanów w Nancy w wieku 16 lat. Po przyjęciu święceń kapłańskich wykładał teologię młodszym braciom. Został gwardianem klasztoru w Paryżu. Tam został aresztowany i uwięziony w klasztorze karmelitów.

    Błogosławiony Apolinary Morel

    Apolinary Morel urodził się w 1739 r. w Szwajcarii. Wstąpił do kapucynów i zyskał z czasem sławę wspaniałego kaznodziei, spowiednika i wychowawcy kleryków. Aby mógł podjąć działalność misyjną na Wschodzie, wysłano go do Paryża na studia języków wschodnich. Tam zastała go rewolucja. Gdy odmówił wyrzeczenia się wiary, aresztowano go i zamknięto w klasztorze karmelitów.Seweryn Girault urodził się w 1728 r. w Rouen. W 1750 r. wstąpił do III Zakonu Franciszkańskiego. Cztery lata później przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy wybuchła rewolucja, był spowiednikiem franciszkanek w Paryżu. Gdy zapytano go, czy chce pozostać w klasztorze i ryzykować życie, czy też woli uciec z klasztoru i rozpocząć życie świeckie, bez wahania wybrał pozostanie wiernym regule i siostrom, którym służył. Wkrótce aresztowano go. Jako pierwszy poniósł śmierć: kiedy odmawiał brewiarz, odcięto mu głowę.Trzech wyżej wspomnianych męczenników oraz 182 innych, włączając w to kilku biskupów oraz wielu kapłanów zakonnych i diecezjalnych, zostało zamęczonych w klasztorze karmelitów w Paryżu 2 września 1792 r. Więźniowie otrzymali tego dnia tajną wiadomość, że zbliża się dzień ich śmierci. Wszyscy zakonnicy i kapłani tam spędzeni odbyli spowiedź i cały czas poświęcili na modlitwę. O godzinie 16 wyprowadzono ich – niby na spacer – na podwórze więzienne. Tam czekał na nich tłum, który rzucił się na więźniów. Rozpoczęła się rzeź. Pozostałych wpędzono do kościoła, gdzie zaimprowizowano trybunał sądowy. Każdego pytano: “Obywatelu, czy złożyłeś przysięgę?” Gdy padała odpowiedź: “Nie!”, wyprowadzano ofiary przed kościół i tam je mordowano siekaniem szablami i strzałami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 września

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju

    Zobacz także:
      •  Święta Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
      •  Święta Dulcelina
      •  Jozue, praojciec
      •  Gedeon, sędzia Izraela
      •  Rut
    ***
    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.
    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.
    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    Maryja - Królowa Pokoju

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.
    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.
    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku.
    Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    1 września

    Błogosławiona Bronisława, dziewica


    Drugie życie bł. Bronisławy

    witraż w Zabrzańskim kościele/ fot. Józef Wolny – Gość Niedzielny
    ***

    Bronisława urodziła się ok. 1200 r. w Kamieniu Śląskim, w zamożnej rodzinie Odrowążów. Jej kuzynami byli św. Jacek i bł. Czesław, a jej stryj Iwo piastował godność biskupa krakowskiego. Bronisława została wychowana w środowisku żywej wiary, szlachetności i pobożności. W jej otoczeniu z wiary w Boga czerpano siłę do służby bliźniemu.
    W wieku 16-17 lat Bronisława wstąpiła do klasztoru norbertanek w Krakowie. Zakon ten był w owym czasie bardzo prężny i choć działał od niedawna, odgrywał już znaczącą rolę w służbie ówczesnemu społeczeństwu. W młodym wieku Bronisława została przełożoną klasztoru. W czasie zarazy w 1224 r. z wielkim zaangażowaniem służyła chorym, rozdawała leki i ubrania, karmiła głodnych. W tamtym czasie w krakowskim klasztorze przebywało kilkaset sióstr, Bronisława musiała zatem posiadać niezwykły talent organizacyjny.
    Życie Bronisławy przypadło na okres niezwykle bogaty w różne wydarzenia historyczne. Toczyły się wóczas walki o Kraków między Konradem Mazowieckim a Henrykiem Brodatym; klasztor norbertanek był świadkiem tych bratobójczych walk. Wielokrotnie był zajmowany przez zwalczające się armie, a siostry musiały wówczas chronić się w pobliskich lasach. Najtragiczniejsze wydarzenie w dziejach klasztoru i Bronisławy to najazd tatarski w 1241 r. Mniszki ukryły się wtedy wśród zalesionych skał, które dotąd noszą nazwę Skał Panieńskich; klasztor został splądrowany i spalony. Siostry zaś, z Bronisławą na czele, niosły pomoc ofiarom wojny.
    Wszystkie żywoty Bronisławy akcentują jej wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej. To właśnie rozważanie cierpienia i śmierci Chrystusa wzniosło ją na najwyższe szczyty kontemplacji. Podejmowała też rozmaite formy pokuty i umartwienia.
    Bronisława umiała na różne dramatyczne wydarzenia, towarzyszące jej życiu, spojrzeć z perspektywy wiary. W najtrudniejszych chwilach udawała się do pustelni na wzgórzu Sikornik, gdzie oddawała się modlitwie i medytacji. Tam również miała widzenie Chrystusa, który obiecał jej: “Bronisławo, krzyż mój jest twoim, lecz i chwała moja twoją będzie”. Utrzymywała stały kontakt ze św. Jackiem i biskupem Iwonem. Od św. Jacka nauczyła się modlitwy różańcowej, którą wzbogaciła duchowość swojego zakonu. Gdy 15 sierpnia 1257 r. zmarł św. Jacek, Bronisława doznała wizji tryumfalnego wprowadzenia go przez Matkę Bożą do nieba.

    Bł. Bronisława
    Bł. Bronisława
    Witraż w kościele pw. św. Pawła w Zabrzu Pawłowie/fot. H. Przondziono – Gość Niedzielny
    ***

    Bronisława zmarła 29 sierpnia 1259 r. na Sikorniku. Jej kult rozpoczął się bardzo wcześnie, wkrótce po jej śmierci. Wzmaga się on zwłaszcza w czasach trudnych dla Krakowa i Ojczyzny. Grób Bronisławy odnaleziono dopiero w 1604 r. Przy poszukiwaniach i remoncie kościoła znaleziono pęknięcie w murze w ścianie północnej w kierunku drogi na Salwator (kościółek Zbawiciela). Legenda głosi, że tę szczelinę wskazał rój pszczół. Znaleziono w niej skrzynkę z kośćmi. Nie było wprawdzie żadnego napisu, ale domyślono się, że szczątki należą do bł. Bronisławy, którą po śmierci uważano za świętą. Dlatego pochowano ją oddzielnie, a potem w obawie przed Tatarami zamurowano dla zabezpieczenia relikwii. Jest to dowód pierwotnej czci, jaką darzono Bronisławę. Dopiero kanonizacja św. Jacka (w 1594 r.) przypomniała postać Bronisławy, a odnalezione relikwie przyczyniły się do odnowienia jej kultu.
    Trumienkę ukryto po raz drugi w czasie najazdu Szwedów na Kraków (1655). Znalezione po raz drugi kości Bronisławy w roku 1782 przełożono do podwójnej trumienki i przeniesiono do kościoła, gdzie umieszczone zostały w ścianie nawy południowej obok ołtarza św. Anny.
    Jest rzeczą charakterystyczną, że kult Bronisławy rozwinął się nie przy jej grobie, ale na wzgórzu Sikornik. Tam, według podania, Bronisława pojawiała się od czasu do czasu. Tam też prepozyt zwierzyniecki Herman Suchodębski wystawił w 1703 r. kapliczkę ku jej czci. W obrazach tam umieszczonych podano życie Bronisławy: jej widzenie w chwili zgonu św. Jacka (1257), znalezienie jej trumienki (1604), Bronisławę modlącą się pod krzyżem i wyrzucenie czarta z opętanej osoby za przyczyną Bronisławy. W latach 1703-1839 kapliczka na Sikorniku stała się małym sanktuarium, do którego urządzano procesje wśród licznie zgromadzonych mieszkańców Krakowa. Chętnie brali w niej również udział mieszkańcy okolicznych wiosek. Procesja wyruszała z kościoła klasztornego sióstr norbertanek. Kiedy w 1707 r. w Krakowie szalała cholera, mieszkańcy Zwierzyńca przypisywali Bronisławie to, że ich dzielnicę epidemia choroby szczęśliwie ominęła. W 1759 r. rozbudowano tę kaplicę i zaczęto w niej odprawiać Msze święte. Zaczęto również prowadzić księgę łask. W 1778 roku osiadł na Sikorniku pustelnik.
    W 1787 r. kaplicę Bronisławy nawiedził król polski Stanisław August Poniatowski. Po tej wizycie brat króla, prymas Michał Jerzy, wydał dekret zezwalający na powtórne poszerzenie kaplicy. W 1786 r. ułożono hymn, litanię i modlitwy ku czci bł. Bronisławy, a w 1789 r. ukazał się drukiem jej pierwszy żywot napisany przez o. Wawrzyńca Teleszyńskiego OP. W latach 1820-1823 senat Krakowa zainicjował na Sikorniku usypanie kopca ku czci Tadeusza Kościuszki. Na skutek starań, dekretem z dnia 23 sierpnia 1839 r. papież Grzegorz XVI zatwierdził pradawny kult oddawany Bronisławie. 5 maja 1840 r. papież zatwierdził miejsce jej kultu jako Błogosławionej w Krakowie w kościele zwierzynieckim, a 31 sierpnia tego samego roku zezwolił na jej kult w całym zakonie norbertanek i w diecezji krakowskiej.
    Beatyfikację Bronisławy Kraków obchodził bardzo uroczyście przez kilka dni. Kulminacyjny punkt obchodów zaplanowano na dzień 2 grudnia 1840 r. Z kościoła dominikanów wyruszyła procesja przez całe miasto aż do kościoła norbertanek. Niesiono w niej trumienkę z relikwiami i osobny relikwiarz z głową Bronisławy. Odtąd kult bł. Bronisławy przeniósł się z Sikornika do samego kościoła Panien Norbertanek, zwłaszcza od kiedy Austriacy zburzyli kaplicę na Sikorniku, a nową wystawili w obrębie fortyfikacji, którymi otoczyli kopiec Kościuszki. Papież Pius IX rozszerzył kult Bronisławy także na diecezję wrocławską, a Leon XIII – na cały zakon norbertański. Bronisława jest patronką diecezji opolskiej oraz dobrej sławy.W ikonografii Błogosławiona przedstawiana jest w białym habicie, czasami klęczy przed Chrystusem trzymającym krzyż lub przed Trójcą Przenajświętszą. Jej atrybutem jest lilia.
    ***

    Modlitwa o kanonizację bł. Bronisławy 
           Boże, który wybrałeś bł. Bronisławę, aby wdziękiem cnót swoich pociągała serca nasze ku Tobie i dlatego utrzymywałeś cudownie cześć dla niej przez sześć wieków w Kościele Twoim, wysłuchując łaskawie modlitwy, zanoszone przez jej przyczynę, racz wsławić nowymi cudami tę wierną Służebnicę Twoją, by zaliczona w grono Świętych, cześć odbierała od wszystkich wyznawców Chrystusowych, dla chwały Imienia Twego Najświętszego. Amen.
     
     
     
     
     
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________